Profil użytkownika

Nie piszę książki.


komentarze: 2581, w dziale opowiadań: 1641, opowiadania: 758

Ostatnie sto komentarzy

Elegancki socjologiczny cyberpunk. O pozycjonowaniu w społeczeństwie za pomocą systemów punktowych opartych o lojalność wobec państwa czytałem dotychczas tylko w felietonach poświęconych chińskim pomysłom, połączenie tego ze zdegenerowaną pop-e-demokracją wydaje mi się pomysłem świeżym, choć przyznaję, że za mało jestem oczytany we współczesnej SF, żeby o tym wyrokować. Tak czy owak, jesteś pierwszą autorką, u której o tym czytałem i tak już zostanie ;)

Odrobina przyprawy pod postacią elementów religijnych zawsze robi na mnie wrażenie. Przy okazji – gdzieś tam po drodze oczy Matki Boskiej zmieniły Ci się z “kompozytowych” na “laminatowe”.

Można tekst rozbierać od strony logiczno-psychologicznej, wskazując na małą wiarygodność bohatera, tak naiwnego w swoich nadziejach co do możliwości zmiany społeczeństwa. Z drugiej strony takimi bohaterami literatura stoi.

Myląca jest dla mnie scena, w której Norton wprowadza się do nowego mieszkania (tego z akwariami) – wydaje się, że w tym momencie jest kupiony przez system. W kolejnym epizodzie nie ma już bransolety i niezdrowo się prowadzi – ten przeskok jest dla mnie zbyt gwałtowny, zwłaszcza w połączeniu z twistem z jeszcze wcześniejszej sceny.

Uważaj z oryginalnymi porównaniami – te jeżowce uratowałaś kolejnym akapitem o wakacjach, ale ziarenko cisu jest już zupełnie od czapy – kto i po co smakowałby ziarna cisu (no dobra, znam taki jeden przypadek z toksykologii)? Porównania powinny zawierać się w sferze równo dostępnej autorowi, bohaterowi i czytelnikowi.

Zaskoczyłaś mnie tą transfiguracją Adama – użycie takiego motywu wymaga pewnego rodzaju dystansu do swojego bohatera i do swojego pisania, dystansu o który Cię nie podejrzewałem. No, przynajmniej nie widziałem go w Twoich wcześniejszych opowiadaniach (może z wyjątkiem tego z freudowskim żartem). Uśmiechnąłem się.

W ogóle odnoszę wrażenie, że zrobiłaś duży krok do przodu, jeśli chodzi o sposób prowadzenia narracji – jest płynnie, czytelnie, konsekwentnie, w tempie dostosowanym do dynamiki fabuły. Zwróciłem uwagę na to, jak powtarzasz pewne spostrzeżenia Adama, reasumujesz fakty – to świadczy o dojrzałej świadomości tego, że Odbiorca z reguły czyta mniej uważnie, niż się to autorowi może wydawać. Podobały mi się detale: kanapka z wołowiną i serem skądś tam, ta scena z wpatrywaniem się w zawartość filiżanki – niewymuszone, niekonieczne, a przecież budujące tkankę Twojego świata.

Uważaj na podmioty domyślne i opuszczone didaskalia. Potknąłem się np. tutaj:

Adam potaknął, ale stojący przed nim człowiek nie sprawiał wrażenia, jakby miał zamiar rzucić się na kogokolwiek z pięściami.

Odczekał, aż kroki komisarza ucichły na korytarzu, po czym spojrzał gniewnie na wpatrzonego w niego mężczyznę.

– Monsieur Royer, co pan tu robi, na litość boską?

No bo po pierwszym zdaniu nie wiadomo, kto jest podmiotem w kolejnym i kto wypowiada kwestię.

W pewnym momencie wprowadzasz retrospekcję, zaczynającą się od słów „Rano odwiedził raz jeszcze aresztanta”. Fragment ten jest tak długi, że moment powrotu do „teraźniejszości”  jest mało czytelny. Chyba lepiej byłoby to rozbić na osobne epizody.

A tego nie zrozumiałem:

Całe rano poświęciłem na przekopanie się przez akta spraw, o których mi pan opowiedział. We wszystkich przypadkach wcześniejszy modus operandi przestępców był podobny. Pan raczej przechwytywał ich plany i wyobrażał sobie jako literaturę, a potem widząc je w aktach, powziął pan błędne pojęcie o przyczynach i skutkach.

Dziękuję wszystkim za udział w konkursie.

Jury przystępuje do wzmożonej pracy. Nie chciałem tego pisać wczoraj, żeby nie dawać sobie okazji do primaaprilisowego alibi – wyników możecie się spodziewać jeszcze w tym miesiącu :)

Obstawiam mocnego autora w kolejnym numerze NF.

Na niecałe 10 godzin przed terminem zameldowało się okrąglutkie 30 tekstów.

Komu jeszcze kibicujemy w walce z umykającym czasem?

Zaczytywałem się tym w podstawówce ;) Nie pamiętałem, że tam był też upał, to mnie zmyliło. Ale fraza jednak znajoma.

 

A tego chyba jeszcze nie było:

Kinga od kilku lat nie panowała nad wonią świętych kwiatów, która rozchodziła się wokół niej. Zawstydzało ją to, ale nie potrafiła powstrzymać subtelnego aromatu, który unosił się wokół jej postaci. Umiała pohamować jasność wokół palców; błękitne światło bijące pomiędzy jej prostymi ciemnymi włosami łapała w siatkę i gęsty woal, a dźwięk anielskich głosów, który potrafił odezwać się w najmniej odpowiednim momencie, zagłuszała, udając kaszel.

A mnie się opowiadanie Algira podobało najbardziej z pierwszych trzech. Pewnie, że popłynął z tym Izraelem, albo w zdaniach takich jak “Pręgowane ścianki przypominają wnętrze kanału rodnego”, ale to poza tym bardzo nastrojowa lektura, umiejętnie wykorzystująca fantastyczny sztafaż. A rozważania nad kwestią, jak blisko miłości do egoizmu, może nie są oryginalne, ale dla mnie ciekawsze, bliższe i bardziej uniwersalne niż problemy identyfikacji płciowej, czy, tyleż zużyte, co wciąż naukowo niezrozumiałe, pomysły masowego wymierania kobiet. Bo przecież wiadomo, że to prawdziwi mężczyźni są zagrożeni wyginięciem ;)

– Nie chodzić na czterech nogach – oto jest prawo! Czyż nie jesteśmy ludźmi?

– Nie chłeptać wody – oto jest prawo! Czyż nie jesteśmy ludźmi?

Warsztatowo – rewelacyjnie. Widać świadomość pomysłu i staranność w jego prezentacji. Czas teraźniejszy, narracja drugoosobowa płynnie przechodząca w pierwszo-, wszystko to naturalnie współgra, pozwalając ukryć płeć gramatyczną narratora. Bo w sensie fabularnym, to dla mnie od początku do końca mężczyzna. Fakt, że pojawiają się inne interpretacje, więcej mi jednak mówi o innych ludziach i czasie, niż o mnie samym. Z tej perspektywy potrafię kupić wersję z kobietą, czy osobą międzypłciową, najmniej mnie przekonuje wielopłciowość – tego nie widzę, narrator wydaje mi się tak konsekwentny w swoich działaniach i sposobie narracji, jak to tylko w opowieści o miłości jest możliwe ;) Alternatywne wypowiedzi w nawiasach to jednak chyba zbyt mało.

Gorzej dla mnie wypada wprowadzenie Anesu/kapitana. Jego niedookreślenie jest konieczną konsekwencją niedookreślenia narratora, ale wykonanie sprawiło, że cały czas zastanawiałem się, czy to jedna, czy dwie osoby, i ostatecznie skłoniłem się do tego drugiego.

Najbardziej czepiałbym się jednak nie wykorzystania możliwości SF. Fantastyka jest po to, żeby pokazać człowieka w innej skali. Tutaj sygnalizujesz, ale w moim odczuciu nie wykorzystujesz ogromu przestrzeni i czasu, a co za tym idzie ogromu samotności bohaterów (najbliżej tego jesteś w tym fragmencie o oczach). W efekcie wydaje mi się, że opowiadanie o podobnym poziomie emocji mogłabyś umieścić we współczesnym więzieniu, czy dajmy na to, średniowiecznym klasztorze. A jeżeli brzytwa Lema ma w ogóle jakiś sens, to chyba właśnie w tym ujęciu – korzyści z wartości dodanej.

I żebyś nie myślała, że masz samych inteligentnych czytelników – nie wiedziałem, co to HUD i na początku mocno mnie to wybijało z rytmu lektury.

 

Jestem nęciarzem. Nikt nie rodzi się nęciarzem, chyba że we francuskich powieściach  – tam wszyscy.

Sprawdziłem dziesiątkę Andrzeja i obstawiam Vance'a. A takie klimaty fantasy, to chyba Lyonesse. Ale nie czytałem.

No, dobra. To pierwszy tekst, który przeczytałem kiedyś w “Fantastyce”:

 

Wiedział, że stoi oko w oko z demonem Starego Świata i to przeświadczenie sparaliżowało go na chwilę. Trąba potwora uniosła się badawczo i zamglone oczy spojrzały pustym spojrzeniem. Barbarzyńca pojął, że stwór jest ślepy i ta myśl przywróciła mu zdolność działania.

To tak, żeby udobruchać Beryla:

 

Święta Berylia Artykulantka z Krakowa. Panuje przekonanie, że zeszła z tego świata śmiercią męczeńską w połowie piątego wieku. Legenda głosi, iż Berylia – jako młoda i nadobna niewiasta – została wbrew swej woli poślubiona pewnemu poganinowi, ale księciu, imieniem Kazimierz. W noc poślubną modliła się tak żarliwie, by Pan wstawił się za nią, że aż jej wargi trajkotały. Oczekiwała, że za chwilę pojawi się cudowna broda – nawiasem mówiąc, trzymała w gotowości niepozorną brzytwę oprawioną w kość słoniową, tak zwaną damską brzytwę – na wypadek, gdyby broda jednak się pojawiła. Zamiast brody Stwórca zesłał na Berylię łaskę trajkotania o wszystkim, co przyszło jej do głowy przez całe dnie, bez przerwy na posiłek.

I ja gratuluję!

 

P.S. MrMarasie – przesadzasz. Wystarczy, żebyś napisał opowiadanie, które mi się spodoba. A przecież wiem, że potrafisz.

To prawda, że przyłożyłeś się do fabuły – pokazałeś bardzo klasyczną opowieść o młodym człowieku w inicjującej podróży, podążającym śladami ojca i dawnych tajemnic. Wszystko odświeżone, dzięki umieszczeniu w pięknej, oryginalnej i (tak jak lubię) niedopowiedzianej scenerii. Rozczarowało zakończenie – zamordowanie Nieboga przez tępych żołdaków tępego króla jest sztampowe, a przy tym przenosi ciężar opowieści z bildungsroman na historię o umierającym świecie. Ostatni epizod próbujący powiązać wątki i przywrócić podmiotowość Nesmo, w moim odbiorze nie dźwiga tych założeń.

Brakuje mi tej piwnicy. Pewnie, że tego może lepiej nie pokazywać, ale nie można tez chować głowy w piasek. Przypominają mi się “Metody badania abominacji” – tam tez Gravel nie pokazała, co się w piwnicy stało, ale trzymała to w rękawie i wykorzystała w finale.

Nie jestem zadowolony z motywu latających statków – wiele obiecuje, a pozostaje enigmą. I to taką, która rozczarowuje, a nie intryguje.

Zaapeluję o pilnowanie czytelności dialogów. W tym przykładowo:

– Zresztą, co jest lepszego do roboty w tej cholernej dziurze?

– Jesteś naukowcem. Przy tym chorym i spaczonym skurwysynem, ale wciąż naukowcem. My się podobno nie nudzimy.

– Ano, widzisz. W tej dolinie nie liczy się już nic poza Niebogiem. Reszta to są obietnice bez pokrycia, martwa wiedza. Gdybyś go spotkał, zrozumiałbyś.

– Zapewne tak.

nie mam ani razu pojęcia, kto wypowiada którą kwestię.

Na początku rzuciło mi się w oczy kilka dziwnych konstrukcji: “wizerunek czyniły”, “nie dawał się określić dzieckiem”, a w uszy “Jedyną nieprzyjemną rzeczą, o jaką potrafiłby posądzić kogoś wystrojonego równie nieestetycznie”. No i to wzgórze otaczające dolinę. Taki obwarzanek?

Fajnie, że znowu jesteś!

 

 

Sprawnie opowiedziana historia z dziurami logicznymi.

System segregacji kastowej zaskakująco dziurawy – z jednej strony mury między strefami, z drugiej każdy może odwiedzić wyższy poziom i to nie jako turysta, ale incognito – toż to prowokowanie rewolucji!

Dokument z podpisami to rekwizyt wyciągnięty z kapelusza – i w sensie ogólnym, i poprzez sposób wprowadzenia do tekstu (“Moszyn nie chciał wyjaśnić, jak wszedł w posiadanie tej umowy”).

Językowo bez większych potknięć. Zgrzytnął początek drugiego akapitu (ten wieczór ni z tego, ni z owego).

Poza nim było jeszcze trzech konserwatorów – więcej nie było potrzeba.

tu powtórzenie nie wygląda na celowe.

No widzisz, obawiałeś się dłuższej formy, a tu większość czytelników chciałaby jeszcze więcej ;)

Powodzenia w dalszym pisaniu!

Gratuluję laureatom!

Trzymam kciuki za jeszcze kilku kolejnych kandydatów “in pectore”.

Ale i tak to moje szczęście jest podwójne :)

Spodobał mi się ten myślnik, najbardziej tutaj:

Bo ja już wiedziałem, w tej dokładnie stopklatce wiedziałem, to jest właśnie sedno mojej branży – wiedzieć takie rzeczy – że za chwilę Drugi, zaskoczony gwałtownym ruchem Niedźwiedzia (…)

choć już samo zdanie potem chyba o jeden element za długie.

 

Zawahałem się natomiast tutaj:

Ich było trzech i żaden nieprzypadkowy.

Opuszczasz tutaj jedno “był” (tym bardziej, że “było” jest też w kolejnym zdaniu), co trochę komplikuje sytuację. Bo “żaden nieprzypadkowy”, przez podwójne zaprzecznie brzmi niezręcznie. Dla mnie albo “każdy nieprzypadkowy”, albo “żaden nie przypadkowy” – osobno, dla zasygnalizowania opuszczonego “był”.

Brawo za wykorzystanie żartu z szafą! Zgrabne i zabawne.

Troszkę mi się to wykorzystanie stałego bohatera wydało pójściem na łatwiznę, jakbyś żałowała czasu i sił na zbudowanie nowej postaci dla nowej konwencji. Ale to w końcu Twój bohater i Twój świat, ciekaw jestem czy wpleciesz to opowiadanie w przyszłości do vidocqowskiego zbiorku, czy zostanie “skokiem w bok”.

Technicznie – zazgrzytał mi w pierwszym didaskalium monotonny rytm epitetów: wyleniała kozetka, młody mężczyzna, orientalne rysy, niemiecki akcent, wyraźna udręka.

Najbardziej podobał mi się pierwszy epizod – wciągający, z dobrze rozstawionymi figurami, zapowiadającymi satysfakcjonująca rozgrywkę, której warto kibicować. Anachronizmów nie wyłapałem, choć przywoływanie imienia panującego i przejęzyczenia prezydentowej wydały mi się nienaturalne. Sam podział charakterów i dynamika prezentacji bardzo udane, wyważone między wyrazistością i schematyzmem a subtelnością. Odwołanie do “Pachnidła” jako opowieści w opowieści przyjemnie zaskakujące.

Drugi epizod, w którym zrezygnowałeś z wyrafinowanej intertekstualności i poszedłeś w kierunku fanfika, trochę rozczarowuje swoją dosłownością. Wydaje mi się, że mógłbyś z niego zrezygnować, z korzyścią dla całości.

Trzeci – fajnie rozwleczony, dający w sam raz czasu na własne domysły czytelnika. Osobiście błądziłem wokół rozwiązania, a właściwego domyśliłem się w optymalnym momencie, tuż przed ostatnim akapitem.

Czy to znaczy, że po ubóstwieniu ludzi przez neandertalczyków, Neumann poczuł potrzebę ubóstwienia… kogoś?

Raczej, że po ubóstwieniu neandertalczyków przez szympansy, Neumann poczuł się człowiekiem mniej niż małpy.

 

Podobno rasa żółta ma tylko mniejszą możliwość popadnięcia w alkoholizm, natomiast (z relacji, które słyszałem) upijają się nawt szybciej niż my.

Przyznaję, że o tej uwarunkowanej rasowo wrażliwości na alkohol, pisząc, zupełnie nie myślałem (a na studiach uczyli). Chciałem w tej scenie (poza wprowadzeniem strzelby Czechowa) pokazać, że Neumann, pozujący na znawcę ludzkiej natury, w ogóle nie zna innych kultur, a swoje generalizujące osądy opiera na pojedynczych obserwacjach. Ponieważ dodatkowo założyłem sobie, że członkowie ekipy badawczej mają niepokojąco przypominać bóstwa, a nie zwykłych ludzi (Nguyen był w tym układzie bożkiem-tricksterem), to takie niezamierzone przeoczenie całkiem dobrze wpisywało się w mój zamysł. Z drugiej strony, nie jesteś pierwszą osobą, która zwraca uwagę na nieprawidłowość tej tezy Neumanna, przypisując jej charakter obiektywnej wypowiedzi narratora. Czyli – muszę bardziej uważać, a bawiąc się w niewiarygodnego narratora, wyraźniej to prezentować czytelnikowi.

 

Gratulacje dla zwycięzcy – był również moim faworytem!

Koboldzia korona zwieńczy godne skronie ;)

 

Dziękuję osobom, które zdecydowały się oddać głos na moje opowiadania. Oba (a także m.in. “Życie Lothara”) znajdują się na liście pomocniczej do tegorocznej Nagrody Zajdla. Jeśli nadal jesteście pewni swojego wyboru, zachęcam do dogrywki ;)

Dziękuję, Cephiednomiko, za komentarz. Miło Cię poznać.

Gabi chce zrobić swojego ptaka dodo

Jeżeli to główny cel Gabi, to raczej w sensie metaforycznym – wskrzeszenia czegoś, co już umarło.

Czego chce Wu, jaki jest cel jego działań?

To proste (i dość powszechne): Wu chciałby mieć jabłko i zjeść jabłko ;)

 

 

Tak mi się okładka skojarzyła:

 

A to zacne skojarzenie ;)

Gratuluję serdecznie obu paniom!

Podobało mi się!

“Stworzyciel” bardzo porządnie napisany. Duże wrażenie zrobił na mnie otwierający akapit, o pięknym rytmie zdań. Dalej historia poprowadzona czytelnie i logicznie, kompozycyjnie podobał mi się powrót motywu ptaszka. Finał nieco rozczarowujący – Ruś jako źródło knowań i odmienny stan świadomości troszkę zbyt ograna.

“Zaśnięcie” to jednak zupełnie inna liga wyobraźni. Brakuje mi wyjaśnienia reglamentacji świętych wyobrażeń, brakuje informacji o prawdziwej naturze modeli, charakterze ich zaangażowania w ziemskie sprawy, sensie numeracji. Ale i tak jest w tym poezja, ogrom i szaleństwo, których chętniej doświadczyłbym w większej formie.

Ode mnie 2:1 dla “Zaśnięcia”.

Czyżby kolega doktor mówił o niesławnych “Ludziach-Skorpionach” (…) ? Osobiście lat temu dość sporość przeczytałem tę książkę

Całą?! Brzmi jak przechwałki tego gościa, który twierdzi, że ukończył szóstkę Weidera. Jeśli to jednak prawda, Cieniu, żadna choroba Cię nie zmorze.

Dzięki, Malakhu – za komentarz i w ogóle za samotną krucjatę.

Nie ma to jak jedna, porządna rada do każdego opowiadania.

Nowa Fantastyka