Profil użytkownika

Nie piszę książki.


komentarze: 2804, w dziale opowiadań: 1755, opowiadania: 788

Ostatnie sto komentarzy

No przecież!

Jak dla mnie takie sobie ćwiczenie z Lovecrafta, które mnóstwo zyskuje w polskiej wersji, dzięki przetłumaczeniu “worm” jako “glista”.

Czy to sen, że Barbara Brown urodziła dziecko bez oczu? Albo że Clifton Brockett natknął się w lesie za Chapelwaite, gdzie wszystko więdnie i traci barwy, na trop śladów mierzących półtora metra każdy? Odwiedził pan przecież Dolę Jeruzalem. Czy przyzna pan z ręką na sercu, że nic tam nie żyje?

Zapewniam Cię, że znasz Collodiego, Błękitną Wróżkę i Mówiącego Świerszcza. Nawet jeśli o tym czasem nie pamiętasz.

A przy okazji: w moim prywatnym rankingu akcje “Gambitu” cały czas zyskują na wartości.

Nad Domem i na Trawnikach pojawiają się roje Lelków Kozodojów; ich Piski mieszają się z Mgłą napływającą znad Morza, a nieziemski Wrzask wyklucza wszelką myśl o Śnie.

I nie, nie Lovecraft. Autor współczesny.

Przed oczami miałem mapę z delikatnymi, cienkimi jak pajęcza przędza liniami wyrysowanymi czarnym atramentem… mapę jakiegoś miasteczka lub wioski. Na planie umieszczono może z siedem budynków. Pod jednym, zaznaczonym wieżyczką, widniał podpis: Zepsuła go glista.

Kolejność jest taka, że Gustaw najpierw stuka w stolik, by wypowiedzieć paradoksalną sugestię (gdy usłyszysz takie stukanie zrób to i to), potem wybudza zahipnotyzowanego za pomocą pstryknięcia palcami. A potem, gdy tamten jest już zbudzony stuka znowu, żeby uruchomić posthipnotyczną sugestię.

 

Teraz rozumiem pełnię paradoksu (no tak, bo to jest zdanie traktujące o samym sobie). Wcześniej myślałem, że chodzi o konflikt dwóch poleceń – polecenia wybudzenia i polecenia nie spełniania poleceń ;)

Z tą oczywistością autorstwa nie ryzykowałbym, skojarzyło mi się z jeszcze z “Instrukcją obsługi drzwi…” Skonecznego ;)

 

Matematyka i logika w bardzo atrakcyjnym, popowym wydaniu – lubię takie od czasów profesora Iwo Gąsowskiego z “Szatana z siódmej klasy”. Soczyste postaci (nie zgodzę się, że Lidia zbyt stereotypowa – taka musiała być, żeby wszystko zagrało w finale), bardzo też fajnie na poziomie języka, prowadzenia narracji – dużo perełek w didaskaliach (“spytała Lidia, zginając papierosa w popielniczce. Wyglądało, jakby łamała mu kręgosłup.”), dużo zabawy frazeologizmami (“Oczywiście, pozory czasami mylą, ale tym razem pozory grały uczciwie.”). Świetny dialog w “Kukułczym Gardle”. Solidna konstrukcja – przeplatanie scen, wykorzystanie postaci drugoplanowych (ćpun z kopulastą fryzurą).

 

Potknąłem się na drobnych błędach, nieścisłościach:

 

– (…) Jakiś koleś myśli, że rozwiąże problem paradoksu hipnotycznego na czterech stronach!

– To przecież twoja działka.

– Tak, zresztą twoja też.

– Ja jestem praktykiem – obruszył się Gustaw.

 Z tego fragmentu wynika, że Gustaw wie, co to “paradoks hipnotyczny”. Chwilę później przyznaje się do swojej niewiedzy. Może lepiej zręczniej byłoby “paradoksu związanego z hipnozą”?

 

– Gdy usłyszysz takie stukanie, nie wykonuj polecenia, które właśnie wymawiam! Jeśli zrozumiałeś, pokiwaj głową.

Dawid posłusznie pokiwał głową, a gdy rozległ się dźwięk pstrykania, otworzył oczy.

 

Nigdzie tu nie wspominasz, że Gustaw, pstrykając, równocześnie zastukał. Długo podejrzewałem, że po prostu hipnotyzer coś sknocił w tym momencie.

 

Końcówka, po uwzględnieniu etycznych koncepcji Lidii, porażająco logiczna!

Zawsze można pobawić się zapisem fonetycznym (jeśli przyjmiemy wymowę w którymś ze skandynawskich języków za obowiązującą). Loki to na angielskiej wsi byłby wtedy raczej “Lockee”.

Wychowałem się na takich rymach ;) (”Wiersze dla Krzysia” – A. A. Milne w przekładzie Ireny Tuwim i Antoniego Marianowicza – polecam!).

A nie można im tych imion troszkę przerobić, opierając się na brzmieniu lub źródłosłowie? Pan Wednesday w “Amerykańskich bogach” nikogo nie dziwił, a ujawnienie jego tożsamości było fajnym chwytem samo w sobie.

Coś mi tu cały czas nie grało z narracją, zwłaszcza we fragmentach z Pomiędzy. Zdecydowałaś się na trzecioosobową, a ta posiada kilka odmian, między którymi, przynajmniej w obrębie jednego fragmentu, trzeba dokonać konsekwentnego wyboru. Spektrum możliwości rozciąga się od narratora zewnętrznego, wszystkowiedzącego, równo zdystansowanego wobec wszystkich bohaterów po przyjęcie punktu widzenia jednej z postaci (tzw. POV). Dokonany wybór ma konsekwencje, tak fabularne, czy dotyczące możliwości stosowania introspekcji, ale również czysto techniczne. Wybór POV-u umożliwia częste stosowanie podmiotów domyślnych (bo wiadomo, kto jest głównym podmiotem), czy zastępowanie imienia bohatera zaimkami. Z drugiej strony, mniej naturalne jest wtedy stosowanie, jako zamienników imienia głównego bohatera, innych synonimów, szczególnie tych nacechowanych.

Pierwszy akapit sugeruje, że wybrałaś właśnie ten typ narracji – pokazujesz świat z perspektywy Czarnego, czytelnik wie o nim tylko tyle, co sam bohater. Zaczynasz od zdania z podmiotem domyślnym – i dobrze. W drugim akapicie patrzysz już jednak na bohatera z boku i to z wyraźnym dystansem. I później cały czas przeskakujesz między tymi dwiema perspektywami, co rodzi problemy techniczne, jak np. we fragmencie:

Przyglądał się chłopakowi z uwagą. Nie trzeba było długo czekać, aż zaczął się wiercić, tupać nogą, stukać palcami o sąsiednie krzesło, a przede wszystkim coraz częściej, ukradkiem zerkać w stronę pięknej, półnagiej kobiety.

Pierwsze zdanie z podmiotem domyślnym, jak w POV. W drugim masz dalej podmiot domyślny, ale już inny (teraz to Michał), co samo w sobie jest błędem. Wreszcie podmiot z pierwszego zdania staje się w drugim dopełnieniem i to ze zmianą płci.

Tych pomylonych podmiotów masz więcej, również w drugim (skądinąd lepszym, napisanym z większą konsekwencją) wątku:

Po zmroku Sambene, upewniwszy się, że Ayo i dziecko śpią, wymknął się z chatki. Serce waliło mu jak młotem. Gdyby któryś ze stróżów zobaczył teraz niewolnika, z pewnością zostałby uznany za zbiega.

Budowa zdania wskazuje, że za zbiega zostałby uznany „któryś ze stróżów” – najprostszym rozwiązaniem byłoby dodanie po przecinku nowego podmiotu, choćby słowa „ten”.

Zwróciłem również uwagę na pewne anachronizmy. Chwyt z cudownym obdarzeniem Sambene zdolnością mówienia językami rozwiązuje wiele problemów, ale mimo wszystko do kogoś, kto w środku jest czarnym Afrykańczykiem nie pasuje mi fragment:

Czarny pozostał sam, z węzłem gordyjskim pytań w głowie. Do dziś nie udało mu się go rozciąć mieczem jednoznacznej odpowiedzi.

Finkla – faktycznie, motyw pogrzebania żywcem to klasyk, obecny choćby we wspomnianym “Przedwczesnym pogrzebie” Poe. Crichtona nie czytałem, ale kojarzę opowiadanie “Głęboko” Ramseya Campbell, w którym bohater budzi się zakopany w trumnie i po nieudanych próbach uwolnienia słyszy wreszcie zbliżające się odgłosy kopania. Tyle, że nadchodzące spod trumny…

Nie znam natomiast żadnego opowiadania o domu przedpogrzebowym, a te były w XIXw dość popularne. Ten poznański powstał z inicjatywy hr. Edwarda Raczyńskiego, którego strach przed pogrzebaniem żywcem doprowadził do samobójstwa przez odstrzelenie sobie głowy z armaty.

 

Katia – a mnie się wydaje, że Ty dalej lubisz horrory ;)

Bardzo dobre. Prawdziwy rollercoaster.

I to właśnie bez narzuconej kanonicznej interpretacji (bo dla mnie krzyż nie upamiętnia żadnego z bohaterów tego wydarzenia, a i tak robi wrażenie).

 

P.S. I chyba nikt jeszcze nie chwalił wieloznacznego tytułu?

Fajny ten koncept z armatami, bo wciąga czytelnika. No i żarty z pisanych taśmowo kryminałów zawsze na propsie.

Ale mnie i tak najbardziej urzekło zdanie (pomijając, że nie bardzo pasuje ono do charakterystyki bohatera):

Lub może Polski, bo przecież nikt inny poza nami nie rozumie, co znaczy zapaść się w otchłań szarówki dni listopadowych.

 

Z baboli zostało Ci jeszcze:

gdzie męstwo i odwaga staną naprzeciw strachu przed tym,

 

i kilka literówek:

przezornie schodząc z linii strzału.

Krocze co prawda piekło, jakby zbyt długo siedziała na rozgrzanym betonie

Jako profan kojarzę gnostycyzm głównie w ujęciu manichejskim, o jego pierwotnej wersji wiem niewiele. Dlatego to, o czym pisałem dotyczy przede wszystkim dualizmu, który chętnie zobaczyłbym wykorzystany do samej kompozycji, struktury opowiadania. Bo jeśli chodzi o świat przedstawiony, to tak, jak napisałem gnoza się sprawdza, ale pasowałyby też np. dalekowschodnie koncepcje wyzwolenia z sansary. Powtórzę jeszcze raz: to nie jest zarzut ani nawet słabość – Mirabell wybrała taki koncept i sprawnie go zrealizowała. Dostrzegam jedynie szansę pójścia dalej, którą wybór tej specyficznej wizji świata daje autorowi.

Asylum – bardzo dziękuję za miłe słowa. Tytuł faktycznie słaby, ale “O miłości i innych demonach” było już zajęte ;) Przez chwilę chodziło mi po głowie coś w rodzaju “Wien Patologische Ann, Vol 1, No 1”, ale za dużo miałem wtedy obcojęzycznych tytułów. Przyznam, że nie pamiętam, skąd mi się wziął Adam. Edward natomiast miał kojarzyć się z Edgarem.

 

Michał Pe – dzięki, brachu! To jest clue całej zabawy, kiedy ktoś po drugiej stronie internetu mówi, że czyta między linijkami rzeczy, które chodziły autorowi po głowie w trakcie pisania tekstu.

Zacznę znowu od tego, że się nie znam, bo opowiadania oparte o VR, to nie moja fantastyka. Brakuje mi aparatu pojęciowego i w czasie lektury odbijam się od słów, które nic mi nie mówią. Tu poszłaś krok, albo i dwa dalej niż w “nowym statusie”, bo raz, że umieściłaś bohaterów głębiej w cyfrowym świecie, a po drugie dodałaś mu mistyczną otoczkę. To zaskutkowało zdaniami w rodzaju “Kryształowe emanacje eonów renderują się w zmysłową szczegółowość” ;) I ja to szanuję, bo to jest światotworzenie pełną gębą, ale sygnalizuję, że momentami jedziesz po granicy mojej percepcji. Na szczęście zadbałaś o motywy-kotwice, pozwalające czytelnikowi jak ja, jakoś zaczepić się w tym tekście: wątek uczciwego starego policjanta, podejmującego ostatnią sprawę przed odejściem na emeryturę, motyw przesłuchania wiedźmy przez quasi-inkwizycję (i nawet to, że wiedźmy są trzy, bo one zawsze powinny być trzy), scena z dekadenckimi arystokratami leżącymi w śmierdzącej spelunie w oparach cyfrowego opium – to momenty, w których wracałem z dalekiej podróży. 

Fajnie wypadło fabularnie to stopniowe wprowadzanie kolejnych podejrzanych, a zarazem kolejnych punktów widzenia. Jeśli miałbym pomarudzić co do fabuły, to brakuje mi pokazania w finale dalszych losów Inan. Z drugiej strony, konstrukcyjnie, zabrakło w pierwszej części tekstu jednej wzmianki więcej o jej wcześniejszym wcieleniu (wiesz, o co chodzi, a nie chcę spojlerować).

I druga sprawa, nie zarzut, a raczej wyzwanie. Dobra jest ta gnoza, trzyma się kupy, ale jest równie dobra, jak byłaby każda inna koncepcja religijna czy ontologiczna wstawiona w jej miejsce. Opowiadanie byłoby naprawdę potężne, gdybyś wykorzystała gnozę w jakiś metatekstowy sposób, opierając na niej samą strukturę opowiadania.

Pozdrawiam i czekam na kolejne teksty.

 

Wierny czytelnik

i cóż, chyba ze wszystkimi Twoimi uwagami muszę się zgodzić.

 

Ejże, zrobiłaś pierwszy krok, nie usuwając opowiadania. Czas na krok drugi – przestać zgadzać się ze wszystkimi komentarzami ;)

Chciałem, żeby raczej wyróżniało się (nawiązaniem do klasyki) na tle XXI-wiecznych historii. Bo wydaje mi się, że po Poego sięga dzisiaj znacznie mniej osób, niż jeszcze ćwierć wieku temu. A tymczasem na fali kontestacji medycyny akademickiej pojawiają się też wypowiedzi kwestionujące obecnie przyjętą definicję śmierci. Mentalnie niektóre środowiska nie są tak dalekie od XIXw. Stąd też taki, a nie inny, wydźwięk finału opowiadania.

Ciekawe opowiadanie i niezłe technicznie. Ale nie zdobyłem się na nominację.

Najbardziej brakuje mi jakiegoś wiodącego motywu – jest ich kilka, jedne pokazane bezpośrednio, inne alegoryczne, ale nie wiem co jest clue tej opowieści: zbrodniczy eksperyment, rozkład więzi społecznych, robotyzacja ludzi i humanizacja robotów, czy symbolika zmiany/twardnienia skóry. Te ostatnie pomysły są ciekawsze, ale ich wychwycenie wymaga dobrej woli czytelnika, a na tę autor nie powinien z góry liczyć ;) Sprawę gmatwa zakończenie, retoryczne pytanie dotyczące zemsty, które nie domyka, ani nie uwypukla żadnego z ukrytych wątków i, prawdę mówiąc, osłabia wymowę opowiadania, bo przecież wiadomo, kto jest odpowiedzialny za eksperyment. Postawiłbym na zakończenie bardziej statyczne – odjazd kamery i pokazanie siedzących na przeciw siebie, teraz tak podobnych, Eli i Bilotki.

Zwróciłem jeszcze uwagę na zmiany dynamiki, w moim odczuciu nie do końca naturalne (np. Wszystko szło jak po maśle, aż do…). Podobnie we fragmencie, gdy Bartek zaczyna się dusić w aucie – brakuje mi emocji bohaterki (a to przecież jedna z Twoich najmocniejszych broni) – wprowadzenie zamiast nich chłodnej kalkulacji dotyczącej drogi do szpitala niepotrzebnie studzi narrację. Czepiał się też będę “doktorka” – to słowo, które infantylizuje przeciwnika, łamie klimat.

Szacunek za motyw z zapachem truskawek. Dobrze, że już po sezonie, może zdołam zapomnieć do przyszłego roku ;) I w ogóle za piękne fragmenty introspekcji. Nauczyłem się przy tym nowego słowa “chamois”.

Mytrix – cieszę się, że mogłem sprawić, iż czas w poczekalni płynął bardziej niepostrzeżenie. Czy tylko mi się wydaje, czy Ty rzeczywiście często przesiadujesz u dentysty?

 

Dogsdumpling – dzięki za komentarz.

 

Tak jakbyś za cel postawił sobie napisanie tekstu, który mógł być napisany w XIX wieku

stylizacja na Poego, czy raczej na jego klasyczne polskie przekłady była w pełni zamierzona.

 

zabrakło mi czegoś świeżego, czegoś od Ciebie

przyznaję, że np. motyw włosów pożyczyłem od Marqueza. Ale przyznaję również, że motywu “przysionka śmierci” (inspirowałem się tym poznańskim, ale przeniosłem go do miasta K.) nigdy dotychczas w literaturze nie spotkałem, choć rozumiem, że Tobie mógł być on już znany.

 

akurat podobnych historii przeczytałam trochę i na pewno wpłynęło to na mój odbiór Twojego tekstu.

no cóż, takie brzemię człowieka oczytanego ;)

A mnie jakoś najbardziej utkwił w głowie właśnie opis tego parku. Tak czy owak, zawsze warto mieć pod ręką stos NF ;)

Druga podpowiedź. Duża.

 

Zamiast odpowiedzieć, staruszka wyciągnie coś z kieszeni fartucha i wciśnie ci do rąk. W twoich dłoniach będzie spoczywać czwarta, a zarazem ostatnia wiadomość.

Ta, którą właśnie czytasz.

E, łatwe. To najprostsze skojarzenie z narracją drugoosobową.

Spróbujmy trudniej:

 

Pewnie wejdziesz do parku od strony wiosennej, pod pozorem spaceru dając sobie czas na przemyślenia. Wokół zrobi się cieplej, otoczą cię nieznane gatunki roślin, w powietrzu rozbrzmi trel mechanicznych ptaków. Zapomnisz na moment, że otacza cię pozbawiona życia imitacja i zamiast promieni słonecznych przez  korony drzew prześwituje jaskrawy blask lamp.

Dzięki, Mirabell.

Zawsze z uwagą pochylam się nad Twoimi uwagami o zgrzytaniu.

Nie jesteś pierwszym czytelnikiem, który zauważa, że Sanchez jest tu inny niż w “Pannach dworskich”. To stało się trochę niezależnie ode mnie, ale jest w tym też sporo autorskiego zamierzenia – Sanchez jest tą postacią, która bardziej niż Olvido dostosowuje się do konwencji, w “Pannach” był Sancho Pansą, tu jest Watsonem, ale chciałbym, by zawsze pozostawał tym składnikiem duetu, który stąpa mocniej po ziemi i temperuje egocentryzm i eskapizm Olvido. Nie bez znaczenia w porównaniu tych dwóch opowiadań jest też to, że w pierwszym widzimy Sancheza oczyma Olvido, a tutaj przemawia za siebie sam.

Mam nadzieję, że spodoba Ci się kolejny odcinek. Z tego co widziałem, to jednak Ty pierwsza ustrzelisz triplet w NF ;) Gratuluję z góry!

Kiedy opisywałem scenę zaćmienia słońca widzianego z Księżyca na powierzchni Ziemi, opierałem się na własnych domysłach i podpowiedziach nieocenionej Bellatrix. Teraz, dzięki zdjęciu z chińskiego sztucznego satelity, mam potwierdzenie słuszności tej wizji:

Nie jestem bardzo zadowolony. Cały dzień jest zimno. Łańcuch powoli wyłazi ze ściany. I mam wielką złość na matkę i ojca. Pokażę im. Zrobię co już raz zrobiłem.

Będę skrzeczeć i śmiać się głośno. Będę biegać po ścianach. W końcu będę wisieć głową w dół zaczepiony wszystkimi nogami i będę się śmiać i tryskać zielono dookoła dopóki nie pożałują że nie byli dla mnie dobrzy.

Jeśli znów spróbują mnie bić to im tak zrobię.

Przyznam, że za pierwszym razem tylko przeskanowałem tekst. Ale zatrzymałem się, urzeczony, na ostatnim dialogu:

– Jaka jest zima?

– Spokojna i zimna. Czasem się ktoś przez przypadek obudzi i przychodzi na zupę, ale oprócz tego niewiele się dzieje.

– Czy jeśli się obudzę przypadkiem, też mogę przyjść?

i wróciłem do początku, żeby przeczytać całość.

Ja bym nie rozbudowywał, cały urok w niedookreśleniu tego świata.

Do wczoraj otrzymałem tylko osiem tekstów. Czy poza Drakainą ktoś jeszcze potrzebuje dodatkowego czasu?

Fajne, ale rzeczywiście prosi się o rozbudowanie i wyrównanie proporcji. Ostatnia scena jak na odczepnego, doklejona, bez fabularnego uzasadnienia. Niecierpliwość jest przywarą autora.

Uważaj z didaskaliami przy dialogach:

– Uczestnik zorientowany auto– i allopsychicznie. – Ostatnie słowo powiedział przesadnie poprawnie – Po wszystkim. Czekaj na korytarzu. – Technik spojrzał na Bernarda i uśmiechnął się.

Kto wypowiada ostatnie polecenie? Bernard, jak wskazuje logika, czy technik, jak wskazuje didaskalium?

Jeśli zaintrygowanie, z opadającą intonacją, rozważyłbym wielokropek.

Cokolwiek, tylko nie kropkę, bo kropka nie niesie żadnych emocji.

Ostatniego się nie czepiałem, przedostatnie kupuję, na dwa pierwsze kręcę nosem.

I jeszcze tu:

– Kim pan jest u diabła.

Ciekaw jestem, jak dawno temu to napisałeś. Bo ma to opowiadanie taki staroświecki (czyt. XX-wieczny) sznyt. I w dekoracjach, sugerujących zimnowojenne tło, albo i to jak autorzy z naszej strony żelaznej kurtyny postrzegali wojskowych po drugiej jej stronie, i w sposobie prezentacji podłoża naukowego (wykład będący połączeniem solidnego riserczu z błyskaniem lusterkiem po oczach), i w tkwiącym za tym wszystkim poczuciem misji, każącej pisać o rzeczach ważnych.

Niezależnie od tego, czy tak jest, bo opowiadanie pochodzi z tamtej epoki, czy jest to świadoma stylizacja – ja takie pisanie szanuję. A wtręty religijne w SF u mnie zawsze w cenie.

Jestem na TAK.

P.S. Doszukałem się 4 brakujących znaków zapytania.

 

                                                    Przypominam o nadsyłaniu opowiadań.

 

Domyśliłem po tej wzmiance o Białym Domu ;)

 

Przez całą zimę godzinami trenuję młode Perty w klatce. Nocą bawię się i fruwam ze swoimi dziećmi, a za dania bawię się z nimi jako chłopiec. Pisklęta ze snu nie różnią się niczym pod względem osobowości od tych z jawy, toteż trenowanie młodych Perty przychodzi mi z łatwością. Znam je jako swoje własne dzieci.

Arya, ty nie przepraszaj ;)

Czytaj komentarze czytelników, bierz nich to co uważasz za mądre, odrzucaj to, co uważasz za głupie. Tylko pamiętaj, że czytelnik nie ma obowiązku być mądry.

No to liczymy ty…, znaczy: szable.

Na razie mamy 6.

Ninedin przyjdzie?

Tak, czy owak, warto chyba zrobić rezerwację, bo ta środa będzie jak piątek. Bronchospaźmie, mógłbyś to wziąć na swoje bary?

Moim zdaniem zabili tych wolontariuszy, ale jeżeli ktoś dojdzie do wniosku, że jednak po prostu okradli zwłoki z leków – to i tak nie umniejsza ich odpowiedzialności wobec cywilów, a nadto obie sytuacje jakoś tam usprawiedliwiają brutalność januszów ze szkoły.

OK, mogłoby być tak, albo tak. Ale nie mogło być równocześnie tak i tak. Chodzi mi o to, że gdybym po ostatnim zdaniu został z jednym albo drugim, byłbym wstrząśniety. A ja zostałem z mindfuckiem: co się właściwie wydarzyło? I ta wątpliwość rozmyła mi siłę końcowego twistu.

“Sąsiednie zdania”, czyli dwa odrębne fragmenty rozdzielone gwiazdkami?

Nie, miałem na myśli zdania w obrębie jednego fragmentu. Najbardziej jest to widoczne w przypadku sceny na moście:

– Nie masz pojęcia, co nosiłeś w tej sakiewce. Wyświadczyłem przysługę nam obu – mówi, kiedy Detur wreszcie ściąga go z murku.(…)

Przysięgam, chciałbym móc zrzucić na ciebie całą odpowiedzialność, ale przecież też tam byłem. Ja także mogłem zrobić więcej. (…)

Detur wrzeszczy i wystrzela ku tobie jak strzała spuszczona z cięciwy.

Ja rozumiem, że chciałaś nabrać czytelnika, co do tożsamości narratora, ale to można zrealizować przez sugerowanie fałszywych tropów, a nie tworzenie konfliktów logicznych.

Co do zakresu wiedzy narratora, powiedz, na jakiej podstawie Detur w Twoim opowiadaniu może relacjonować wydarzenia ze scen, w których nie bierze udziału?

Nie potrafię się niestety odnieść do celowości podobnych zabiegów u Jemisin, bo “Piątej Pory Roku” nie czytałem. Ze swojej strony, jako najlepszy przykład wykorzystania narracji drugoosobowej polecam “Historię twojego życia” Chianga. Dobrym przykładem opowiadania w tej technice, w którym narrator ma uzasadniony wgląd w świat prywatny osoby, do której się zwraca, jest z kolei “Czwarta wiadomość” Magdy Kucenty (NF 02/2017).

 

Problem w tym, że ja się na to piwo umówiłem najpierw z Cerlegiem, który przyjeżdża z Warszawy, ma coś do załatwienia w okolicach rynku i po 20. będzie wolny. Dlatego wolałbym coś w ścisłym centrum.

A poza tym Literacka to zarazem księgarnia BookBook, którym zapowiedziałem, że moja noga więcej u nich nie postanie. Bo dostałem kiedyś bon podarunkowy do BookBooka i próbowałem go trzykrotnie zrealizować, dowiadując się, że oni nie wiedzą jak to zrobić, pierwsze widzą, w ogóle to sprzedają głównie sernik i nie znają takiego pisarza jak Vonnegut, a szefa nie ma i nie będzie…

Czas na komentarz jurorski, bo te uwagi o narracji to takie koleżeńskie rozważania tylko były.

To jest opowiadanie z gatunku tych, które żeby zadziałać, muszą czytelnika znokautować. Rozumiesz: przez jedną, dwie rundy markujesz ciosy, po czym wyprowadzasz jedno, zaskakujące a celne uderzenie, po którym gość leży przed Tobą na deskach. A ja ustałem, choć oszołomiony, bo cios w moim kierunku był nieczysty. Nie trafiło do mnie w sposób wystarczająco błyskawiczny i porażający, co się tam wydarzyło, musiałem postać i pomyśleć. I zostałem z wątpliwościami. Nie było wystarczająco jasne, czy oddział Rafała wymordował wolontariuszy, czy tylko odnalazł i zagrabił ich leki. Szukałem nawiązań i dalszego ciągu wątku z dziewczyną i dzieckiem. I nijak nie podejrzewałem, że Zbyszek i Anka są spoza układu. A entuzjastyczne komentarze innych czytelników tylko pogłębiały moją konsternację, bo wskazywały, że jest tam coś jeszcze, czego nie wyłapałem – to już nie Twoja wina, tylko ryzyko funkcjonowania portalu i pewnie też Twojej marki. Bo to jest dobre opowiadanie, ale mam poczucie, że niewiele brakło, żeby było świetne. Trzymając się bokserskiej metafory, wyprowadzony w finale cios o centymetry minął moją szczękę i trafił w miejsce nieprzygotowane odpowiednio wcześniejszymi uderzeniami.

Podoba mi się pomysł na cykl – jest w nim coś z Pagaczewskiego, ale też (przez postać detektyw-amatorki i tę biurową rzeczywistość) znowu mam skojarzenia z Chmielewską ;) No i do tego bliskie memu sercu lokacje i klimaty.

Mocny pomysł ze Świteziem (nie skojarzyłem cytatu, myślałem że pójdziesz w Kanta albo Staffa ;) a lobelie na znalezionych w necie zdjęciach rzeczywiście wyglądają upiornie. Słabiej wypada koncept finału – albo brakuje mu prostoty, albo jasności wykładu. Nie czuję związku między dwiema kategoriami najbardziej dotkniętych zjawiskiem: tych metamorfów i Wiśniewskich/Kingi, nie wiem czemu ofiary znad Świtezia ponownie przeżywają swój koszmar, skoro, zgodnie z regułą przemiany, zerwanie kwiatów miało szkodzić tylko zrywającym, nie trafia do mnie status Elżbiety, jako będącej “po obu stronach”, wydaje mi się on być bardziej “obok”. Rozumiem, że widmo Moskala nie atakuje Kingi, bo jako zrywającą kwiaty, bierze ją za swoją – to dobre, ale zbyt słabo wyeksponowane. No i dynamika tekstu siada pod sam koniec, o ile samo zanurzenie się w Wiśle ma odpowiedni ładunek grozy, to scena uspokajania mieszkańców podwodnego miasta jest tych emocji pozbawiona, przebiega zbyt łatwo.

Zwróciłem uwagę na budowę akapitów z opisami – podoba mi się ich rytm i płynność.

No niestety, poległaś na tych eksperymentach z narracją :(

Bo skończyłem czytać i nie wiedziałem, kto jest narratorem. Logika opowieści nakazywała, aby był to Detur, ale w wielu miejscach pokazywałeś narratora jako trzecią, w stosunku do Detura i Zielarza osobę – (szczególnie w scenie na moście i w gospodzie, z medykiem). Przez chwilę rozważałem inne możliwości – tajemniczego kochanka Zielarza, ducha matki, samą przeklętą monetę – ale żadna z nich nie pasowała. Skoro sama przyznajesz, że chodziło jednak o Detura, to wspomniane fragmenty, gdy narrator w sąsiednich zdaniach mówi o sobie naprzemiennie “ja” i “on”, należy uznać za poważny błąd konstrukcyjny. Do tego zauważ, że narracja drugoosobowa zasadniczo nie umożliwia wglądu w psychikę osoby, do której się zwraca, ani nie może pokazywać tego, co się z nią dzieje, gdy ta jest w scenie sama, o ile narrator nie jest postacią ponadnaturalną lub w jakiś mentalny sposób związaną z interlokutorem. Zamieszania dodają sceny z narracją pierwszoosobową z perspektywy Detura i Rolgiego (te drugie graficznie stylizowane na list, choć formalnie nic z listem nie mającego wspólnego).

Jeśli chodzi o sam styl, również zwróciłem uwagę na pewną egzaltację, ale wyłącznie w momentach opisujących cierpienie. To trudne, napisać taką scenę w sposób przemawiający do czytelnika, z użyciem oryginalnych środków wyrazu, ale bez popadania w niezamierzoną parodię (zawsze przypomina mi się: “Zraniłeś mnie na wskroś” ze Shreka). Lepiej chyba użyć jednego naprawdę mocnego i surowego określenia, niż piętrzyć dramatyczne przymiotniki i porównania.

Sam pomysł na przeklętą monetę fajny (gdzieś już to czytałem, o takiej monecie, która wciąż wracała do właściciela), ale nieco rozwodniony wątkami, które sugerujesz, ale nie rozwijasz (homoseksualizm bohaterów, toksyczna matka, narkotyki). Znowu – mniej chyba znaczyłoby lepiej.

Podsumowując – dużo już umiesz i nie boisz się eksperymentów. Chyba czas przejść na wyższy poziom – świadomego samoograniczenia i dobierania pojedynczych narzędzi z bogatego armamentarium środków.

Przybywam późno, bo odstraszył mnie tytuł. Im było goręcej, tym bardziej mnie odstraszał ;)

Fajne to jest. Tym fajniejsze, że mam świadomość, że wiesz o czym piszesz i można Ci w sferze faktograficznej zaufać. Sprawdziłem raz – datę deifikacji Cezara – i więcej już sprawdzać nie będę. To naprawdę komfort dla czytelnika, móc tak z zaufaniem do autora poznawać historię i obyczajowość innych realnych światów przy okazji lektury atrakcyjnej formalnie fikcji.

Zarzuty, które się pojawiają (tak dotyczące wplecenia fantastyki, jak i pewnych niedostatków rysunku psychologicznego) wynikają z faktu, że jest to ewidentnie element cyklu opowiadań, i pewne smaki nabiorą wyrazistości dopiero na tle całości. Której to całości jestem bardzo ciekaw – tak jako zwykły czytelnik, jak i upierdliwy krytyk. Jako ten drugi, obawy mam raczej w stosunku do rozwiązań formalnych niż pomysłów i prowadzenia postaci. Myślę sobie np. że ten tekst jest bardzo dynamiczny, jeśli chodzi o wprowadzanie twistów, realizowanych głównie przez zaskakujące frazy otwierające lub zamykające poszczególne epizody. To rozwiązanie atrakcyjne dla czytelnika, ale nadużywane i powtarzane w kolejnych opowiadaniach mogłoby stać się nużące. Dlatego ciekaw jestem Twojego pomysłu na sprzedanie kolejnej opowieści.

 

P.S. Młody Gajusz Oktawiusz skojarzył mi się z panem Muldgaardem Chmielewskiej ;)

Tak jest. Właśnie ma się ukazać tłumaczenie książki, na podstawie której nakręcono ten film.

Coś o Rincewindzie. Tylko nie wiem, czy "Kolor magii", czy "Blask fantastyczny".

Oczywiście, że spotkanie jest otwarte dla wszystkich Fantastów Dobrej Woli i oczywiście, że możemy zacząć wcześniej, jeżeli tylko będą chętni (ja mogę od 19). Prosiłbym tylko o deklaracje uczestnictwa, bo jeśli zapowie się więcej niż 4-5 osób, trzeba będzie się postarać o rezerwację.

                                                                                

                                                                               U W A G A !

 

Autorów nagrodzonych i wyróżnionych prac, którzy uważają, że ich opowiadania są już wystarczająco dopieszczone zapraszam do przysyłania ich na adres:  retrowizje2019@gmail.com

Termin – koniec czerwca b.r., w indywidualnych przypadkach możemy poczekać nieco dłużej.

Proszę o przygotowanie tekstu w formacie doc/docx/odt, Times New Roman 12, interlinia 1,5, optymalnie w szablonie pobranym z https://fantazmaty.pl/pliki/

 

 

Pojawiłam się w Gazne na kaftanie poety Ferdausiego, autora Księgi królewskiej, gdy recytował czterowiersz o najbardziej misternych rymach. Okazał się lepszy od dworskich poetów szacha Mahmuda, którzy się z niego wyśmiewali, twierdząc, że jest tylko chłopem. Kiedy Rustam, legendarny bohater Księgi królewskiej, udał się w dalekie strony w poszukiwaniu zaginionego rumaka, byłam na jego kołczanie, w potem we krwi, która trysnęła z legendarnego potwora, gdy Rustam przeciął go na pół swoją cudowną szablą. Byłam wreszcie na fałdach narzuty, na której Rustam kochał się namiętnie z piękną córką pewnego króla, udzielającego mu gościny. Tak naprawdę byłam wszędzie i jestem wszędzie.

Nie, nie Stephenson. Kolejny cytat już bez tych znaczków:

– Ulga i wesele! Weselny dzień. Wracaj szybko, Petar, szybko. Czytaj nam Księgę Dziwnych Nowych Rzeczy, czytaj i czytaj, aż zrozumiemy. W nagrodę damy ci… damy ci… – Oazjanin trząsł się z wysiłku, szukając właściwych słów, i w końcu rozłożył szeroko ręce, jakby starając się wskazać wszystko, co znajdowało się pod słońcem.

Moje serce zbyt wiele śmierci Merlina już widziało. A milczenie Nimue robi na mnie większe wrażenie niż łzy Artura.

Kilka niezłych drobnych żarcików (nie należę do kocich fanów, ale ten z kociakami naprawdę uśmiechnął) i jeden dobry, choć już wcale nieśmieszny, koncept z genezą botów. Generalnie trzyma poziom: spójne, bez słabszych momentów (a przy takich żartach czasem zdarza się autorom popaść w żenadę), dobrze skonstruowane.

Podobało się, choć od razu mówię – mocna biblioteka, ale na piórko – jako rzecz opowiedziana, czy właściwie streszczona, a nie pokazana – za mało.

Cieszę się, że nie psioczysz.

Zapomnij o “hermetyczności”, narzekam raczej na “fasadowość”.

I trzymam za słowo, bo te poprawki faktycznie już wiele razy obiecywałeś ;)

Kurczę, Marasie, będziesz na mnie psioczył, ale przybyłem tutaj w dobrej wierze, a nie zachwyciło.

Przysypałeś tymi drobiazgami emocje, nie dałeś wybrzmieć głównemu zwrotowi akcji. Za mało widać to poświęcenie Merlina, jego umiłowanie życia (kobiet?), reakcję Artura na śmierć przyjaciela. A przecież umiesz (vide Husarz śmierci). Wzruszenie poczułem za to przez chwilę w innym momencie – gdy Artur wspominał dzień po bitwie pod Camlann. Widać cięcia – np. nie wybrzmiewa twist z Arturem jako dzieckiem zdolnym do scalenia Excalibura. Zrezygnowałbym natomiast z tych pobocznych nawiązań (np do Ameryki). Bohaterów, jak dla mnie, zbyt wielu w proporcji do objętości tekstu– po co np. niemieccy herosi występują w trójkącie? – nie dajesz żadnemu z nich indywidualnego rysu. W efekcie te nawiązania niby bogate, a takie jakieś encyklopedyczne – wolałbym mniej, a głębiej. W ogóle miałem wrażenie, jakbyś nie mógł się zdecydować, czy nawiązywać do II Wojny Światowej, czy tworzyć własną, alternatywną historię. Razi wreszcie sposób doprowadzenia do głównej konfrontacji, jakoś tak nagle, bez przygotowania, a zmiana formy narracji (i czcionki) świadczy w tym fragmencie o pośpiechu piszącego.

Tęsknię za twoim opowiadaniem na miarę “Trzeba czekać” – pisanym bez limitu, bez deadline’u, spójnego, a przecież z rozmachem wizji.

Trzeba czekać.

Nowa Fantastyka