Profil użytkownika

Nie piszę książki.


komentarze: 2737, w dziale opowiadań: 1727, opowiadania: 777

Ostatnie sto komentarzy

Arya, ty nie przepraszaj ;)

Czytaj komentarze czytelników, bierz nich to co uważasz za mądre, odrzucaj to, co uważasz za głupie. Tylko pamiętaj, że czytelnik nie ma obowiązku być mądry.

No to liczymy ty…, znaczy: szable.

Na razie mamy 6.

Ninedin przyjdzie?

Tak, czy owak, warto chyba zrobić rezerwację, bo ta środa będzie jak piątek. Bronchospaźmie, mógłbyś to wziąć na swoje bary?

Moim zdaniem zabili tych wolontariuszy, ale jeżeli ktoś dojdzie do wniosku, że jednak po prostu okradli zwłoki z leków – to i tak nie umniejsza ich odpowiedzialności wobec cywilów, a nadto obie sytuacje jakoś tam usprawiedliwiają brutalność januszów ze szkoły.

OK, mogłoby być tak, albo tak. Ale nie mogło być równocześnie tak i tak. Chodzi mi o to, że gdybym po ostatnim zdaniu został z jednym albo drugim, byłbym wstrząśniety. A ja zostałem z mindfuckiem: co się właściwie wydarzyło? I ta wątpliwość rozmyła mi siłę końcowego twistu.

“Sąsiednie zdania”, czyli dwa odrębne fragmenty rozdzielone gwiazdkami?

Nie, miałem na myśli zdania w obrębie jednego fragmentu. Najbardziej jest to widoczne w przypadku sceny na moście:

– Nie masz pojęcia, co nosiłeś w tej sakiewce. Wyświadczyłem przysługę nam obu – mówi, kiedy Detur wreszcie ściąga go z murku.(…)

Przysięgam, chciałbym móc zrzucić na ciebie całą odpowiedzialność, ale przecież też tam byłem. Ja także mogłem zrobić więcej. (…)

Detur wrzeszczy i wystrzela ku tobie jak strzała spuszczona z cięciwy.

Ja rozumiem, że chciałaś nabrać czytelnika, co do tożsamości narratora, ale to można zrealizować przez sugerowanie fałszywych tropów, a nie tworzenie konfliktów logicznych.

Co do zakresu wiedzy narratora, powiedz, na jakiej podstawie Detur w Twoim opowiadaniu może relacjonować wydarzenia ze scen, w których nie bierze udziału?

Nie potrafię się niestety odnieść do celowości podobnych zabiegów u Jemisin, bo “Piątej Pory Roku” nie czytałem. Ze swojej strony, jako najlepszy przykład wykorzystania narracji drugoosobowej polecam “Historię twojego życia” Chianga. Dobrym przykładem opowiadania w tej technice, w którym narrator ma uzasadniony wgląd w świat prywatny osoby, do której się zwraca, jest z kolei “Czwarta wiadomość” Magdy Kucenty (NF 02/2017).

 

Problem w tym, że ja się na to piwo umówiłem najpierw z Cerlegiem, który przyjeżdża z Warszawy, ma coś do załatwienia w okolicach rynku i po 20. będzie wolny. Dlatego wolałbym coś w ścisłym centrum.

A poza tym Literacka to zarazem księgarnia BookBook, którym zapowiedziałem, że moja noga więcej u nich nie postanie. Bo dostałem kiedyś bon podarunkowy do BookBooka i próbowałem go trzykrotnie zrealizować, dowiadując się, że oni nie wiedzą jak to zrobić, pierwsze widzą, w ogóle to sprzedają głównie sernik i nie znają takiego pisarza jak Vonnegut, a szefa nie ma i nie będzie…

Czas na komentarz jurorski, bo te uwagi o narracji to takie koleżeńskie rozważania tylko były.

To jest opowiadanie z gatunku tych, które żeby zadziałać, muszą czytelnika znokautować. Rozumiesz: przez jedną, dwie rundy markujesz ciosy, po czym wyprowadzasz jedno, zaskakujące a celne uderzenie, po którym gość leży przed Tobą na deskach. A ja ustałem, choć oszołomiony, bo cios w moim kierunku był nieczysty. Nie trafiło do mnie w sposób wystarczająco błyskawiczny i porażający, co się tam wydarzyło, musiałem postać i pomyśleć. I zostałem z wątpliwościami. Nie było wystarczająco jasne, czy oddział Rafała wymordował wolontariuszy, czy tylko odnalazł i zagrabił ich leki. Szukałem nawiązań i dalszego ciągu wątku z dziewczyną i dzieckiem. I nijak nie podejrzewałem, że Zbyszek i Anka są spoza układu. A entuzjastyczne komentarze innych czytelników tylko pogłębiały moją konsternację, bo wskazywały, że jest tam coś jeszcze, czego nie wyłapałem – to już nie Twoja wina, tylko ryzyko funkcjonowania portalu i pewnie też Twojej marki. Bo to jest dobre opowiadanie, ale mam poczucie, że niewiele brakło, żeby było świetne. Trzymając się bokserskiej metafory, wyprowadzony w finale cios o centymetry minął moją szczękę i trafił w miejsce nieprzygotowane odpowiednio wcześniejszymi uderzeniami.

Podoba mi się pomysł na cykl – jest w nim coś z Pagaczewskiego, ale też (przez postać detektyw-amatorki i tę biurową rzeczywistość) znowu mam skojarzenia z Chmielewską ;) No i do tego bliskie memu sercu lokacje i klimaty.

Mocny pomysł ze Świteziem (nie skojarzyłem cytatu, myślałem że pójdziesz w Kanta albo Staffa ;) a lobelie na znalezionych w necie zdjęciach rzeczywiście wyglądają upiornie. Słabiej wypada koncept finału – albo brakuje mu prostoty, albo jasności wykładu. Nie czuję związku między dwiema kategoriami najbardziej dotkniętych zjawiskiem: tych metamorfów i Wiśniewskich/Kingi, nie wiem czemu ofiary znad Świtezia ponownie przeżywają swój koszmar, skoro, zgodnie z regułą przemiany, zerwanie kwiatów miało szkodzić tylko zrywającym, nie trafia do mnie status Elżbiety, jako będącej “po obu stronach”, wydaje mi się on być bardziej “obok”. Rozumiem, że widmo Moskala nie atakuje Kingi, bo jako zrywającą kwiaty, bierze ją za swoją – to dobre, ale zbyt słabo wyeksponowane. No i dynamika tekstu siada pod sam koniec, o ile samo zanurzenie się w Wiśle ma odpowiedni ładunek grozy, to scena uspokajania mieszkańców podwodnego miasta jest tych emocji pozbawiona, przebiega zbyt łatwo.

Zwróciłem uwagę na budowę akapitów z opisami – podoba mi się ich rytm i płynność.

No niestety, poległaś na tych eksperymentach z narracją :(

Bo skończyłem czytać i nie wiedziałem, kto jest narratorem. Logika opowieści nakazywała, aby był to Detur, ale w wielu miejscach pokazywałeś narratora jako trzecią, w stosunku do Detura i Zielarza osobę – (szczególnie w scenie na moście i w gospodzie, z medykiem). Przez chwilę rozważałem inne możliwości – tajemniczego kochanka Zielarza, ducha matki, samą przeklętą monetę – ale żadna z nich nie pasowała. Skoro sama przyznajesz, że chodziło jednak o Detura, to wspomniane fragmenty, gdy narrator w sąsiednich zdaniach mówi o sobie naprzemiennie “ja” i “on”, należy uznać za poważny błąd konstrukcyjny. Do tego zauważ, że narracja drugoosobowa zasadniczo nie umożliwia wglądu w psychikę osoby, do której się zwraca, ani nie może pokazywać tego, co się z nią dzieje, gdy ta jest w scenie sama, o ile narrator nie jest postacią ponadnaturalną lub w jakiś mentalny sposób związaną z interlokutorem. Zamieszania dodają sceny z narracją pierwszoosobową z perspektywy Detura i Rolgiego (te drugie graficznie stylizowane na list, choć formalnie nic z listem nie mającego wspólnego).

Jeśli chodzi o sam styl, również zwróciłem uwagę na pewną egzaltację, ale wyłącznie w momentach opisujących cierpienie. To trudne, napisać taką scenę w sposób przemawiający do czytelnika, z użyciem oryginalnych środków wyrazu, ale bez popadania w niezamierzoną parodię (zawsze przypomina mi się: “Zraniłeś mnie na wskroś” ze Shreka). Lepiej chyba użyć jednego naprawdę mocnego i surowego określenia, niż piętrzyć dramatyczne przymiotniki i porównania.

Sam pomysł na przeklętą monetę fajny (gdzieś już to czytałem, o takiej monecie, która wciąż wracała do właściciela), ale nieco rozwodniony wątkami, które sugerujesz, ale nie rozwijasz (homoseksualizm bohaterów, toksyczna matka, narkotyki). Znowu – mniej chyba znaczyłoby lepiej.

Podsumowując – dużo już umiesz i nie boisz się eksperymentów. Chyba czas przejść na wyższy poziom – świadomego samoograniczenia i dobierania pojedynczych narzędzi z bogatego armamentarium środków.

Przybywam późno, bo odstraszył mnie tytuł. Im było goręcej, tym bardziej mnie odstraszał ;)

Fajne to jest. Tym fajniejsze, że mam świadomość, że wiesz o czym piszesz i można Ci w sferze faktograficznej zaufać. Sprawdziłem raz – datę deifikacji Cezara – i więcej już sprawdzać nie będę. To naprawdę komfort dla czytelnika, móc tak z zaufaniem do autora poznawać historię i obyczajowość innych realnych światów przy okazji lektury atrakcyjnej formalnie fikcji.

Zarzuty, które się pojawiają (tak dotyczące wplecenia fantastyki, jak i pewnych niedostatków rysunku psychologicznego) wynikają z faktu, że jest to ewidentnie element cyklu opowiadań, i pewne smaki nabiorą wyrazistości dopiero na tle całości. Której to całości jestem bardzo ciekaw – tak jako zwykły czytelnik, jak i upierdliwy krytyk. Jako ten drugi, obawy mam raczej w stosunku do rozwiązań formalnych niż pomysłów i prowadzenia postaci. Myślę sobie np. że ten tekst jest bardzo dynamiczny, jeśli chodzi o wprowadzanie twistów, realizowanych głównie przez zaskakujące frazy otwierające lub zamykające poszczególne epizody. To rozwiązanie atrakcyjne dla czytelnika, ale nadużywane i powtarzane w kolejnych opowiadaniach mogłoby stać się nużące. Dlatego ciekaw jestem Twojego pomysłu na sprzedanie kolejnej opowieści.

 

P.S. Młody Gajusz Oktawiusz skojarzył mi się z panem Muldgaardem Chmielewskiej ;)

Tak jest. Właśnie ma się ukazać tłumaczenie książki, na podstawie której nakręcono ten film.

Coś o Rincewindzie. Tylko nie wiem, czy "Kolor magii", czy "Blask fantastyczny".

Oczywiście, że spotkanie jest otwarte dla wszystkich Fantastów Dobrej Woli i oczywiście, że możemy zacząć wcześniej, jeżeli tylko będą chętni (ja mogę od 19). Prosiłbym tylko o deklaracje uczestnictwa, bo jeśli zapowie się więcej niż 4-5 osób, trzeba będzie się postarać o rezerwację.

                                                                                

                                                                               U W A G A !

 

Autorów nagrodzonych i wyróżnionych prac, którzy uważają, że ich opowiadania są już wystarczająco dopieszczone zapraszam do przysyłania ich na adres:  retrowizje2019@gmail.com

Termin – koniec czerwca b.r., w indywidualnych przypadkach możemy poczekać nieco dłużej.

Proszę o przygotowanie tekstu w formacie doc/docx/odt, Times New Roman 12, interlinia 1,5, optymalnie w szablonie pobranym z https://fantazmaty.pl/pliki/

 

 

Pojawiłam się w Gazne na kaftanie poety Ferdausiego, autora Księgi królewskiej, gdy recytował czterowiersz o najbardziej misternych rymach. Okazał się lepszy od dworskich poetów szacha Mahmuda, którzy się z niego wyśmiewali, twierdząc, że jest tylko chłopem. Kiedy Rustam, legendarny bohater Księgi królewskiej, udał się w dalekie strony w poszukiwaniu zaginionego rumaka, byłam na jego kołczanie, w potem we krwi, która trysnęła z legendarnego potwora, gdy Rustam przeciął go na pół swoją cudowną szablą. Byłam wreszcie na fałdach narzuty, na której Rustam kochał się namiętnie z piękną córką pewnego króla, udzielającego mu gościny. Tak naprawdę byłam wszędzie i jestem wszędzie.

Nie, nie Stephenson. Kolejny cytat już bez tych znaczków:

– Ulga i wesele! Weselny dzień. Wracaj szybko, Petar, szybko. Czytaj nam Księgę Dziwnych Nowych Rzeczy, czytaj i czytaj, aż zrozumiemy. W nagrodę damy ci… damy ci… – Oazjanin trząsł się z wysiłku, szukając właściwych słów, i w końcu rozłożył szeroko ręce, jakby starając się wskazać wszystko, co znajdowało się pod słońcem.

Moje serce zbyt wiele śmierci Merlina już widziało. A milczenie Nimue robi na mnie większe wrażenie niż łzy Artura.

Kilka niezłych drobnych żarcików (nie należę do kocich fanów, ale ten z kociakami naprawdę uśmiechnął) i jeden dobry, choć już wcale nieśmieszny, koncept z genezą botów. Generalnie trzyma poziom: spójne, bez słabszych momentów (a przy takich żartach czasem zdarza się autorom popaść w żenadę), dobrze skonstruowane.

Podobało się, choć od razu mówię – mocna biblioteka, ale na piórko – jako rzecz opowiedziana, czy właściwie streszczona, a nie pokazana – za mało.

Cieszę się, że nie psioczysz.

Zapomnij o “hermetyczności”, narzekam raczej na “fasadowość”.

I trzymam za słowo, bo te poprawki faktycznie już wiele razy obiecywałeś ;)

Kurczę, Marasie, będziesz na mnie psioczył, ale przybyłem tutaj w dobrej wierze, a nie zachwyciło.

Przysypałeś tymi drobiazgami emocje, nie dałeś wybrzmieć głównemu zwrotowi akcji. Za mało widać to poświęcenie Merlina, jego umiłowanie życia (kobiet?), reakcję Artura na śmierć przyjaciela. A przecież umiesz (vide Husarz śmierci). Wzruszenie poczułem za to przez chwilę w innym momencie – gdy Artur wspominał dzień po bitwie pod Camlann. Widać cięcia – np. nie wybrzmiewa twist z Arturem jako dzieckiem zdolnym do scalenia Excalibura. Zrezygnowałbym natomiast z tych pobocznych nawiązań (np do Ameryki). Bohaterów, jak dla mnie, zbyt wielu w proporcji do objętości tekstu– po co np. niemieccy herosi występują w trójkącie? – nie dajesz żadnemu z nich indywidualnego rysu. W efekcie te nawiązania niby bogate, a takie jakieś encyklopedyczne – wolałbym mniej, a głębiej. W ogóle miałem wrażenie, jakbyś nie mógł się zdecydować, czy nawiązywać do II Wojny Światowej, czy tworzyć własną, alternatywną historię. Razi wreszcie sposób doprowadzenia do głównej konfrontacji, jakoś tak nagle, bez przygotowania, a zmiana formy narracji (i czcionki) świadczy w tym fragmencie o pośpiechu piszącego.

Tęsknię za twoim opowiadaniem na miarę “Trzeba czekać” – pisanym bez limitu, bez deadline’u, spójnego, a przecież z rozmachem wizji.

Trzeba czekać.

Fenrir zaproponował, żebym zebrał gotowe teksty z ewentualnymi poprawkami i przekazał do Fantazmatów z początkiem lipca. Proszę zatem o dopieszczenie opowiadań do końca czerwca, przygotowanie ich w edytowalnym formacie (najlepiej doc/docx) i kontakt ze mną na priv.

 

Dodatkowa informacja na Dzień Dziecka – pierwsze ilustracje już powstają!

No widzisz – ja przez chwilę podejrzewałem, że to jest pisane z perspektywy czegoś, co w tym człowieku siedzi, ale człowiekiem nie jest.

Mam trochę wątpliwości co do trybu narracji – jest tak blisko bohatera, zwłaszcza na początku, że chyba bardziej pasowałby zwykły pierwszoosobowy. Prawdę mówiąc, przy pierwszym didaskalium (szepce) pomyślałem, że masz literówkę.

Fajnie, Syfie, że znowu jesteś.

Czytam sobie te Twoje paskudztwa i się uczę ;)

Dzięki!

Przede wszystkim – to fajne uczucie przekonać się, że ktoś te opowiadania czyta, zapamiętuje i wierzy w tych bohaterów. Sanchez rzeczywiście awansował na razie o tyle, że został narratorem. Mogę jednak obiecać, że jego emancypacja będzie trwała nadal.

Myślę, Leniwy, że wszyscy tak mieli;) Ale zaskoczenie, choć trochę innego typu, działa też niezależnie od konkursu.

Naz, myślałem, że SU 2019 woli swoje własne towarzystwo ;)

 

A żeby pusto nie offtopować: bardzo podoba mi się okładka Wi@rusa. Przyciągnęła kiedyś mój wzrok w księgarni. A potem przeczytałem recenzję W. Guni (“radykalne wyzwanie, rzucone zdolnościom percepcyjnym czytelnika”) i stchórzyłem ;)

Mam nadzieję, że przy okazji SU 2020 zyskasz nowych portalowych znajomych ;)

Pudło, Wilku.

Moja wina, nie dałem _mc_ wyboru ;)

Obiecuję się poprawić.

Skoro Anet domaga się merytoryki…

Widać techniczną lekcję odrobioną po Karakuri – jest mniej hermetycznie, obce słowa są ozdobnikami i nie trzeba ich rozumieć, a końcowy słowniczek zastąpiłaś tłumaczeniem na bieżąco. Cała reszta natomiast – świadomość tła kulturowego, sposób jego podania, kosmiczny rozmiar wizji i piękno smutku – na tym samym poziomie.

Wilku, dziękuję za opinię.

Biorę ją sobie do serca.

A wybierać nie bardzo było z czego, bo teksty z portalu są dla NF spalone. Pozostaje tylko pisać nowe ;)

Potknąłem się na tym akapicie:

Owionął mnie zapach cygar i alkoholu, gdzieś daleko zagrała ledwie słyszalna muzyka, a twarz przybysza zdała się czaszką. Zanosił się demonicznym śmiechem. Po chwili wizja zniknęła,

Jeżeli trwało to tylko przez chwilę, bardzie pasowałoby konsekwentne trzymanie się formy dokonanej, czyli “zaniósł się”.

a ja patrzyłem w czarne oczy w przed chwilą jeszcze białym obliczu czarnego człowieka.

a tu jest trochę zagmatwane, długa konstrukcja, bez przecinków, z dwoma “w”.

 

A poza tym całkiem, całkiem.

Fragment w czasie teraźniejszym razi na pierwszy rzut oka, po chwili zastanowienia kupuję jednak ten zabieg. Do Ciebie należy decyzja, czy chcesz, żeby czytelnik tak reagował, czy żeby lektura zyskała na płynności.

A do Barona Samedi mam słabość, o czym mam nadzieję Was niebawem przekonać ;)

 

Powiem, jak Anet: Fajne!

 

– Ty. Mówisz – artykuuje powoli, wystawiając do mnie palec. Brzmi, jakby musiał przypominać sobie każde słowo – Jak Jake. Jake mówi, tak jak mama.

Nie wyłapałem na początku, że Jake mówi o sobie w trzeciej osobie. Może mógłby wskazać na siebie placem?

 

Po pewnym czasie Jake zauważa moją M16stkę i zaczyna zadawać mi dużo pytań na jej temat. Fascynuje go.

– show, don’t tell!

Trochę popadamy w abstrakt, Asylum, ale odpowiem cytatami:

Ładne jest to, co się komu podoba

Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca?

Czy Ty myślisz, że ja siedzę nad tekstem z jakąś checklistą i odhaczam: o, tu autor złamał paragraf 7.3 regulaminu? Nie, czytam bez uprzedzeń i bez założeń, i albo mi się podoba, albo nie. A jako członek Loży mam obowiązek te swoje emocje przeanalizować i spróbować zwerbalizować. Po to zostałem wybrany, a nie po to, żeby głaskać autora po głowie i mówić: “nie wyszło Ci to opowiadanie, ale wiem, że miałeś/miałaś dobre chęci. Masz tu piórko na pociechę”.

I nie, nie widzę powodu, żeby swoje gusta zmieniać. Kiedy głosujesz na kogoś w wyborach, to dlatego, że Ci odpowiadają jego poglądy, czy dlatego, że masz nadzieję, że je później zmieni?

Intoksykacja siarkowodorem to rzeczywiście z reguły bardzo ciężkie zatrucie, co wynika po części z typowych okoliczności – źródłem H2S jest najczęściej szambo, a zatruty przebywa w środku lub tam wpada po utracie przytomności, co pociąga za sobą kontynuację narażenia. Można sobie jednak wyobrazić sytuację, gdy ktoś zagląda do podobnego pojemnika, inhaluje siarkowodór, odchodzi na kilka kroków, pada z powodu utraty przytomności, a po kilku-kilkunastu minutach, przebywając w czystej atmosferze odzyskuje przytomność, wciąż wykazując jej ilościowe zaburzenia. Dla siarkowodoru zakres stężeń pomiędzy tymi wywołującymi utratę przytomności a tymi prowadzącymi do nieodwracalnych zmian na poziomie komórkowym (H2S to bloker szlaku oddechowego na poziomie oksydazy cytochromowej) jest wąski, ale przy przerwaniu narażenia powyższa sytuacja jest teoretycznie możliwa.

Metan zasadniczo nie jest trucizną, jego działanie polega na wypieraniu tlenu z mieszaniny oddechowej.

wygrywa poprawna, starannie skonstruowana fabuła i poprawna narracja.

To źle?

Przy czym wcale nie uważam, żeby powyższe były synonimem banału i wtórności lub uniemożliwiały realizację oryginalnych pomysłów. Stanowią natomiast niezbędną bazę do pisania, o ile ma to być pisanie dla Czytelników. Z drugiej strony – oryginalność bez warsztatu i bez czytelnego konceptu nie stanowi dla mnie wystarczającej wartości.

Dobrze, że przywołałaś “Kroki komandora” i “Noir”. Dla mnie te dwa opowiadania bardzo różnią się od siebie. “Kroki” to oniryczny zapis chorego umysłu, balansującego na krawędzi rzeczywistości – zastosowany rodzaj narracji jest bardzo na miejscu. W “Noir”próbujesz jednak, posługując się podobnymi metodami, zbudować spójną intrygę, co dla mnie, jako odbiorcy, jest kontrskuteczne. Nie krytykuję wizyjności, emocji, nieszablonowości tylko stwierdzam, że nie do każdego rodzaju opowieści one pasują. Łączenie erudycyjności z impresyjnością, konceptu logicznego z oniryzmem wydają mi się groteskowe.

A co do paraleli między Akademią a Lożą po raz kolejny mogę tylko stwierdzić, że Akademia nie pochodziła z demokratycznych wyborów.

A w każdej setki komputerów kwantowych, na bieżąco przetwarzających treść każdego połączenia na Cennecie. Zwykli obywatele nie musieli się bać. Innomyślący – wprost przeciwnie.

– dobre to!

 

Podoba mi się gorzkie pokazanie losu małych, próbujących doprowadzić do porozumienia między wielkimi. Podobają mi się sylwetki obu przywódców – nieszablonowe, skomplikowane. Podobają mi się nawiązania do Hyperiona. No i szacun za naprawdę fajne (i wyglądające na uczciwe) tło SF.

Mam wątpliwości jak oceniać to opowiadanie – w oderwaniu od wcześniejszych swoich tekstów (tak chyba powinno być w odniesieniu do decyzji piórkowej), czy na ich tle (to z kolei byłaby ważniejsza informacja dla Ciebie). Na tle całego Twojego uniwersum opowiadanie zyskuje głębię, ale traci na oryginalności (pułapki relatywistycznej probabilistyki pokazywała już „Olufenka”).

Tak czy owak, brakuje mi tutaj głównie emocji (w sensie czegoś przejmującego). No bo niby jest tragedia, ale nie czuję ciarek. I nie czuję katharsis. Suche to jakieś, odległe. Problem wynika chyba z dominacji wydarzeń w skali makro nad postaciami. Te ostatnie są, powtórzę się, dobrze zbudowane, z ciekawą psychologią, ale nie dajesz im szansy błysnąć, bo nie pokazujesz ich wyborów, nie dajesz odczuć właśnie tragizmu. Główny bohater podejmuje wiążącą decyzję tylko raz – zwołując wcześniejsze spotkanie Rady. Poza tym jego aktywność ogranicza się do odbywania kolejnych spotkań, a wydarzenia dzieją się niezależnie od niego. Właśnie w tym wymiarze – tragizmu wyborów i większego skupienia na postaci, Olufenka wypada znacznie ciekawiej.

W kwestii nazw – Unia i Koalicja to w gruncie rzeczy synonimy, mogą się czytelnikowi mylić. Ja wiem, że takie rozwiązania mają swoje historyczne precedensy, ale należę do osób, które pomimo wielu lat edukacji wciąż nie odróżniają Trójprzymierza od Trójporozumienia. Rozumiem, obie nazwy są już w Twoim świecie zakorzenione i nie możesz ich teraz zmienić. Ale już np. imiona nowych postaci mogłyby się bardziej różnić – Rabel i Tolket też mi się przez chwilę mylili, nie wyglądają przy tym na przedstawicieli różnych ras. Shezar i Galahadian to zdecydowanie lepsza para (inna sprawa, że o Shezarach już czytałem).

Troszkę się wahałem, bo jeszcze nie zawsze trafiasz w odpowiedni ton, czy słowo. Choćby to ostatnie zdanie – fajnie pomyślane, ale przez krótką sylabę na końcu nie brzmi.

Kupiłeś mnie powtórną woltą w finale – tymi “kilkudziesięcioma” latami ;)

 

EDIT: O, i widzę, że zmieniłeś ostatnie słowo.

Najbardziej podobały mi się elementy historyczno-obyczajowe. Wątek powstań korsykańskich, epizod z królem Teodorem, cytat z Napoleona, ale też góralski charakter bohaterów, ta wędrówka przez przełęcz na mule, zbójcy – to rzeczy, które zapamiętam.

Słabiej wypadły moim zdaniem wątki fantastyczne – sprawiały wrażenie z lekka chaotycznej kombinacji wielu pomysłów, z których żaden nie był dla mnie wystarczająco czytelny/przejmujący. Odniosłem wrażenie, jakby bohater był dzieckiem prowadzonym za rączkę przez kolejnych przewodników (Colombani, Lisandru, bezimienny starzec) po osobnych salach Muzeum Legend Korsykańskich. Przy czym bohater ten był właśnie biernym zwiedzającym, a nie uczestnikiem zdarzeń; w jedynym momencie, kiedy miał coś zrobić (motyw z Gorgoną), nie zrobił właśnie nic.

Do takiego odbioru przyczyniła się również zachwiana kompozycja – trzecią część tekstu poświęcasz na wątek Iago, którego kolejne nie pchające akcji do przodu ukazania się i zniknięcia, połączone z przekładaniem opaski z oczu na czoło, stają się w pewnym momencie nużące. Wprowadzasz ciekawszą wizję z czaszką na kiju (i kolejne), ale właściwie nie wykorzystujesz ich, poza pospiesznym i znowu nieco chaotycznym wyjaśnieniem w monologu Kalliste. No i jeżeli całość tej wędrówki przez duszę i serce Korsyki ma prowadzić do powstania dynastii Bonaparte, to sposób, w jaki w ostatnim akapicie wyjmujesz z kapelusza narzeczoną dla Giovanniego, jest niesatysfakcjonujący.

Mam wrażenie, że po kilku staranniej skomponowanych opowiadaniach, wróciłaś do poszarpanej struktury z “Kroków komandora”. Może to zresztą skutek wyboru gatunku – w opowiadaniach quasi-detektywistycznych uporządkowana kompozycja narzuca się sama, w tych fantastycznych ciągnie Cię do impresyjnego oniryzmu. To drugie rozwiązanie też się może sprawdzić, o ile nie będziesz go łączyć z próbami tłumaczenia wizji w skondensowanych dialogach bohaterów.

Będzie słodko-kwaśny komentarz.

Podchodziłem do tego opowiadania jak do jeża, odkąd zajrzałem do niego po raz pierwszy, przed tymi 10 dniami. Bo pisanie fikcji to jest jednak zabawa. A pisanie na konkurs to zabawa mocno egoistyczna. Nie można się bawić na świeżych grobach. Jak długo one są świeże, to trudna sprawa (o tym za chwilę). I żeby było jasne – nie zarzucam Ci złej woli, tylko brak taktu.

No więc odczekałem ten tydzień z okładem, przeczytałem dopiero teraz i ze zdziwieniem stwierdziłem, że temat mi już właściwie nie przeszkadza. Nie czuję się z tą refleksją komfortowo, ale daje mi ona do myślenia, i dzieje się to dzięki Twojemu opowiadaniu. Inna sprawa, że chcę wierzyć, że dla większości czytelników ten okres karencji jest jednak dłuższy. Zobaczymy co będzie dalej.

Od strony technicznej opowiadanie bez zarzutu. Drukowalne. Świetne są te drobiazgi wplecione w opisy, świadczące o zmyśle obserwacji. Doskonałe te wrzucone mimochodem gorzko-sarkastyczne komentarze, kojarzące mi się ze stylem Hellera. Kapitalne odniesienia do szachów. No i Dziewczynka w Niebieskiej Sukience, chyba pożyczona od Collodiego.

Jeśli możesz się jeszcze czegoś nauczyć na portalu, to selekcji pomysłów. Dlatego ten komentarz jest znacznie surowszy niż chciałbym. Nie tłumacz się proszę, tylko pomyśl o tym, co napisałem.

Świetnie wypadło to połączenie chrześcijaństwa i kultywowanych równolegle obyczajów pogańskich. Tropy geograficzno-kulturowe subtelne, ale przecież cały czas obecne, choćby w tym czerwonym kapturku Helenki ;)

Językowo pięknie, gęsto, z rozmachem. Najbardziej podobały mi się piosenka Helenki i ten fragment:

Na to czekał, na jedno życzenie. Nachylił się ku niej, tak blisko, że ujrzała łgarskie błyski w jego gołębich oczach. Jak szklisty lód, krył pod sobą grozę. Jeden niewłaściwy ruch i mroźna woda pogrzebie najśmielszego z ludzi.

Jednak czarnowłosy młodzieniec nie był człowiekiem. Byłby częścią jej snu, gdyby tylko śniła.

Diabeł w pierwszym momencie wydaje się standardowy, później jednak zyskuje na oryginalności dzięki motywowi z ożywianiem kwiatów.

Kompozycyjnie przeszkadza trochę przeskok między sceną guseł i zimową ucieczką.

Wyłapałem sporo baboli gramatycznych. Pomylone podmioty domyślne:

Stojąc tak blisko staruchy, dziewczyna mogła policzyć jej brodawki, spostrzec, gdzie krzyżują się bruzdy zmarszczek, głębokich jak wycięte nożem rany. Oczy miała blisko osadzone i zupełnie pozbawione koloru.

Wygląda na to, że piszesz o oczach dziewczyny.

 

Gospoda była mocarna i strzelista, o potężnym dachu i dwuskrzydłowych wrotach wprawionych w kamienny łuk. Wszyscy wiedzieli, że przepędza zło.

Co – gospoda czy łuk?

 

Chałupa wyglądała dokładnie tak, jak dwadzieścia lat temu, wąska i niska, przyozdobiona roślinami w różnym stopniu rozkładu i zasuszenia, niektóre dogasające w płytkich misach, inne stojące w wodzie, cierpliwie czekające na los, który szykowała dla nich Kliche. Skrzynie były pokryte kocami wyszytymi w niezrozumiałe dla Anny symbole, być może niezrozumiałe dla całej reszty świata.

W pierwszym zdaniu powinno być „niektórymi dogasającymi…” (co zresztą brzmiałoby słabo) albo należałoby zrobić nowe zdanie od „Niektóre z nich dogasały…”. W drugim albo trzeba wprowadzić nowy podmiot po przecinku albo znowu zmienić na „niezrozumiałymi”.

Helenka wyrwała się Annie i pobiegła w dół pagórka, ku wyczekującego jej Polke.

ale dusza wsi zawsze należała do dawnej wiary, jakkolwiek hardo usiłowano jej tego pozbawić.

Nawet nie wiedziałem, że na portalu jest tylu specjalistów od Japonii i od zen ;)

Mój komentarz będzie wypowiedzią profana.

Świetny wybór pomysłu i tła do konkursu. Japońskość wylewa się z każdego zdania, jest czytelna, ale nie prostacka; trafia do laika, ale jak widać zadowala siedzących w temacie.

Na mnie nieodmiennie wrażenie robią rozważania literackie o człowieczeństwie androidów, w tym wymiarze szczególnie podobała mi się scena przebudzenia w magazynie i końcowe zdanie. Dodatkowo ujęłaś mnie tym podziałem na pierwiastek męski i żeński i ich wzajemnym poszukiwaniem się. No i wreszcie doceniam koncept z zapętleniem się i reinkarnacją aktora w świecie teatru.

Kompozycyjnie miałbym zastrzeżenia do początku opowiadania – w czterech kolejnych scenach wprowadzasz całkiem nowe postaci i dekoracje. Taki brak ciągłości, zakotwiczenia jest niekomfortowy dla czytelnika – mniej wyrafinowanego może odstraszyć.

Podobał mi się pomysł na genezę głównego bohatera. Bardzo fajne poszczególne wizje – przenikających się wymiarów i tych trybów czasu ponad światem. Scena z noktyandrem naprawdę przejmująca. Niezłe tez zakończenie.

Mam trochę zastrzeżeń do sposobu prowadzenia narracji. Zaczynasz spokojnie, nastrojowo, trochę filozoficznie, a potem zmieniasz nagle tempo, ale robisz to bardzo na skróty, zdaniem:

Moment później machiny rozpętały tutaj prawdziwe piekło.

Dziwna jest w ogóle dla mnie ta konstrukcja czasowa, z przyspieszeniem przez zamianę formy niedokonanej na dokonaną. Podobnie robisz tutaj:

Niedługo potem cały stos drewna pochłonęły jęzory ognia.

Drugi problem to kwestia perspektywy narracyjnej. Przez większość tekstu POV-em jest Gantaum. Pozostałych bohaterów widzisz jego oczyma, ale nie wchodzisz im do głowy; jeśli prezentujesz ich przeżycia, to tylko przez wypowiedzi. Zmienia się to na chwilę podczas lotu mechem, gdy na dwa akapity wprowadzasz perspektywę Malkyma.

Z których największa jest Fide :P?

 

No bo tylko po rosyjsku mogą mieć całkiem niebudzące podejrzeń imiona ;)

Ładnie wymyślona baśń. Z dalekowschodnim sztafażem, ale przecież w swoim fatalizmie bardzo europejska, czy nawet grecka. Podobała mi się konstrukcja z pozornie porzuconym prologiem i spinającą wszystko klamrą.

Językowo kilka przekombinowanych zdań, np.

Zahartowani na roli i nawykli do ciężkiej pracy, nie mogli powstrzymać sarknięć z niezadowolenia przesypując twarde grudy ziemi.

Ciąłbym te nadmiarowe określenia. Podobnie rzecz się ma z porównaniami – wolę, gdy jest to kilka perełek w opowiadaniu, niż zabieg powtarzający się w kolejnych akapitach.

Zazgrzytały anachronizmy, takie jak “neurotyczny śmiech”. Z kolei “kasztanowiec chiński” trąci encyklopedią, dla Koreańczyka to chyba po prostu “kasztanowiec”. (Bo to trochę tak, jakby Reymont pisał, że “Jagna pędziła przed sobą bydło rasy czerwonej polskiej, odmiany rawickiej”). Na drugim końcu spektrum masz fajne nawiązania do geografii (”od chłodnych wód rzeki Amnok…”) – klimatyczne, ale właśnie wskazujące, że Twój narrator jest w zamyśle zatopiony w tym świecie i nie powinien używać sformułowań pełnych dystansu.

Czytając drugi akapit rozumiałem, że to ten wujek jest szamanem – że jest inaczej zorientowałem się dopiero po kolorach bród – zerknij na ten fragment.

No i finał – doceniam odwagę nie postawienia na happy end, ale pomysł z zabiciem Seung-uka implikuje konieczność wprowadzenia widmowej tygrysiej łapy do posprzątania. Osobiście po prostu z pomocą jakiejś sztuczki szamana rozgoniłbym bandę i tak już wcześniej trzymającą się tylko dzięki charyzmie przywódcy.

Aha, tytuł. Tytuł słaby jest. Za kilka tygodni nie będę pamiętał, że to to opowiadanie (wiem, wiem, trzeba było więcej warzyw jeść ;)

I to mnie wszystko fascynuje!

Takem czuł ;)

 

łatwo domyślić się, o kogo chodzi

Tożsamość bohaterki jest czytelna, ale sam moment jej ponownego wprowadzenia na chwilę wybija z rytmu – używasz nieoczywistej peryfrazy “poznana niedawno dziewczyna”, komplikując to, co mogłoby być proste. Trzeba doprecyzować, że to TA dziewczyna.

 

Sens obecności w Norze

I ten argument rozumowo kupuje, ale odruchowo kłóci mi się z tradycją przedstawiania takich wydarzeń w literaturze. Tajemnicza postać nie po to ukazuje się w niespodziewanych momentach, wygłasza pytyjską przepowiednię i znika, żeby potem w kluczowym momencie grzecznie czekać jak petent na ławeczce, w gotowości do pomocy.

 

Jakiejś konkretnej Nadieżdzie?

O Nadieżdzie, która ma dwie siostry ;)

Jak w ogóle lubisz, Staruchu, te imperialno-totalitarne klimaty, to chyba sowieckie wychodzą Ci najlepiej. Nie pytam, dlaczego ;)

Językowo trochę potknięć. Np. na początku:

Przed nim, niecierpliwie podskakując, stała filigranowa, kilkuletnia dziewczynka.

Nie da rady. Jeżeli już, to „stała, od czasu do czasu podskakując”

Obrazek zakolorowany był niemal całkowicie na czarno,

Czarny to słaby kolor. Raczej zamalowany.

 

Bardzo ładny klimat tych części w ogrodzie (szkoda, że to nie wiśniowy sad). Przypomnieli mi się „Spaleni słońcem” Tarkowskiego. Fajnie też rozegrane opisy z bazy, wskazujące, że tylko Pietrow widzi Korę. Trochę gorzej wypada jej wprowadzenie w tę scenę – nie jest wystarczająco jasne, że nowa pani oficer to wcześniejsza dziewczyna u płota. W ogóle zastanawiam się nad sensem jej obecności w Norze, skoro już wcześniej wypowiedziała swoją zagadkę/przepowiednię, a teraz nie dodaje nic istotnego – może wystarczyłyby same retrospekcje? A przepowiednie dobrze rozegrałeś, było zaskoczenie tym, o które słowo chodziło.

Przyznam, że w czasie lektury grymasiłem na brak związku wydarzeń z mitem eleuzyjskim, ale końcowa scena wynagrodziła mi to z naddatkiem. Bardzo podoba mi się Twoja interpretacja Kory. A opowiadanie o Nadieżdzie już dawno chciałem napisać ;)

Napisane tak sobie – mam zastrzeżenia co do konsekwencji narracji – z początku sceny są bardziej rozbudowane, podparte opisami, z czasem zaczynasz się spieszyć, ograniczając do gołych dialogów i krótkich zdań. Coś tam się też posypało z formatowaniem tekstu, pojawiają się jednozdaniowe akapity, oddzielone od reszty tekstu. Widać pośpiech, wywołany zbliżaniem się do końca limitu i do końca konkursu ;) Osobiście radziłbym Ci zaczynać pisanie od nakreślenia kluczowych scen – początku, końca, prezentacji bohaterów i sceny kulminacyjnej, a dopiero potem wypełniać opowiadanie mniej istotnymi fragmentami.

Brakuje mi wyjaśnienia wcześniejszych losów Dedala, to wyrzucenie na brzeg kieruje myśli czytelnika do ucieczki z Krety, a to najwyraźniej inna historia. Dodatkowo ta tajemnica powoduje, że scenę po wybudzeniu z dziwnego snu, zaczynającą się od słów “Przyszli po niego nad ranem”, potraktowałem początkowo jako brakującą retrospektywę.

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Oj, Żongler, Żongler…

Będziesz Ty pisać normalnie?

Świetny jest ten klimat, rodem z „Truposza” Jarmuscha. Brakowało nam w zestawie tekstu z Dzikiego Zachodu. Jest przy tym całkiem zgrabnie podany motyw ekologiczny. I temu wszystkiemu zawdzięczasz awans do antologii. Bo za kompozycję należy się karny jeżyk.

Po kiego grzyba to opowiadanie ma dwa niepowiązane prologi, ciągnące się przez 2/5 tekstu? Nie ma nic bardziej denerwującego czytelnika niż przerywanie opowieści, w momencie, gdy udało mu się w tę opowieść wciągnąć i podsuwanie mu kolejnych nowych bohaterów do zaprzyjaźnienia. Po co wprowadzać w finale twisty, które niczemu nie służą (Koy)?

Zamiast tego napisz więcej o Machinie.

A tak w ogóle, to pierwszy epizod zasługuje na to, żeby go wyciąć i zrobić z niego osobne opowiadanie. Bo tego kawałka Ci szczerze zazdroszczę.

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Naprawdę fajnie napisane. A przy tym, dzięki zasianemu ziarnu calamitatis regnum, niegłupie. Uważam tylko, że nieco przekoksowałeś Rzeczpospolitą – ja wymiękłem przy pojawieniu się Corteza, to już wyglądało jak mokry sen Turbolechity. Czasami jeden kroczek do tyłu w ciągu pomysłów, to ogromny krok naprzód dla całego opowiadania.

Jak ja lubię takie opowieści o towarzyszach broni! Fajnie prezentujesz bohaterów, budujesz nastrój (urzekł mnie akapit zaczynający się od „Szum fal przeszył go dreszczem.”), wprowadzasz realia świata. Retrofuturystyka w Twoim wydaniu jest bardzo soft, dla niewtajemniczonych w technologię wojskową właściwie możliwa do przeoczenia – ewidentnym sygnałem jest wzmianka o tej super-bombie, ale to kieruje bardziej w stronę historii alternatywnej niż właśnie boomu technologicznego.

Największe pretensje mam jednak o Makbeta. Rozumiem, że wybrałeś wątek nietypowy – przekonania o nieśmiertelności, zamiast tego co kojarzy się w pierwszej kolejności – zbrodniczej walki o władzę, zdrady suwerena, ulegania podszeptom ambitnej kobiety. Nawet jeśli chciałbym to kupić, to brakuje mi mocniejszego uzasadnienia dla tej analogii – to raczej podwładni wierzą w niezwyciężoność przełożonego, on sam jest zbyt słabo widoczny, nie pokazuje swojej buty i szaleństwa. W efekcie finał wydaje się niepodparty wcześniejszym tekstem, a nawiązania do Szekspira grubymi nićmi szyte. A szkoda, bo ja bardzo cenię Twoje pisanie, ale tym razem zabrakło mi argumentów, żeby przekonać resztę jury.

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Ach, co za wyobraźnia!

Bardzo podobał mi się drugi epizod, z przekształconą technologicznie rzeką tworzącą oś miasta – ta wizja kojarzyła mi się z Tetydą z Upadku Hyperiona. Inna sprawa, że początkowo nie byłem pewien, czy „Achetaton” to nazwa miasta czy rzeki.

Opowiadanie średnio jednak pasuje do założeń konkursu – technologia (nawet jeśli jej niesprawiedliwe użycie jest jednym z pretekstów do konfliktu) stanowi tu jedynie tło dla opartego na magii pojedynku bóstw. To jeszcze byłbym w stanie przełknąć, biorąc pod uwagę ładną formę opowiadania, gdyby nie pułapki logiczne w fabule. Nie wyjaśniłaś na czym polegała pierwsza misja dziewczyny. Brakuje uzasadnienia po co Tener poszła za magiem, i czemu mu zaufała – ten element to jakaś niezrozumiała dla mnie kalka z opowieści young adult. Nie rozumiem też, dlaczego Nachte w ogóle posłużył się podstępem dla wprowadzenia węża do pałacu, skoro wąż bez problemu radził sobie ze strażnikami?

Reasumując – dysponujesz dobrym warsztatem i zdolnością światotworzenia, musisz jeszcze popracować nad psychologią postaci i logiką fabuły. Powodzenia!

 

Dziękuję za udział w konkursie!

No niby wszystko na swoim miejscu: połączenie Rzymu i gęsi trzyma się kupy, ale pociągnięcie tego pomysłu do granic absurdu – eskadry ptactwa domowego poszerzające granice Imperium dają efekt groteskowy, nie jestem pewien na ile zamierzony.

Trochę błędów kompozycyjnych – np. zgubione wątki (proch), a przede wszystkim złe rozplanowanie w ramach limitu. Do tego wyraźnie przyspieszona końcówka, rozwiązana przez zastąpienie fabuły słabym chwytem z wymianą listów.

No i ten kumin. Kumin mnie nie przekonuje ;)

Ciekawy wybór planu czasowego i oryginalny pomysł na wykonanie – opowieść o pogromie, którego najbardziej znaną ofiarą była Hypatia, ale bez Hypatii na pierwszym planie. Podobały mi się te wstawki kursywą, ni to poetyckie, ni to religijne, hipnotyczne i niepokojące.

Zdecydowanie za mało o samym wynalazku – zarówno w odniesieniu do założeń konkursu, jak i logiki samego tekstu. Można odnieść wrażenie, że Hypatia buduje ciągle tę samą banię Herona, tylko coraz większą. Nie wyjaśniasz czemu zajmuje to tyle czasu i czemu plany prostej w gruncie rzeczy maszyny są takie istotne.

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Dobre tempo, takie andante maestoso ;) – ja to lubię w opowieściach z epoki. Pomysł powoli dojrzewa, a czytelnik ma czas domyślić się zamiarów autora i smakować rozwój wątku. Świetnym urozmaiceniem są epizody z perspektywy króla, w innej perspektywie czasowej, podkreślające przemijanie.

Zaskoczyłaś mnie rozwiązaniem wątku Jeanne – jej wprowadzenie do warsztatu nasunęło mi na myśl motyw z „Serca dzwonu”. Kiedy jej udział w pracach okazał się daleko bardziej znaczący, myślałem, że będziesz nawiązywać do historii np. Rosalind Franklin. Ostatecznie wszystko zakończyło się miłosnym happy endem – też ładne, bo niespodziewane.

Końcówka trochę zbyt pospieszna, może być niezrozumiałą dla rozleniwionego wcześniejszym tempem czytelnika. Zabrakło mi wyraźniejszego podkreślenia, że drugi automaton jest przeznaczony dla Żelaznej Maski. Sama tożsamość tajemniczego więźnia też została chyba zbyt słabo wyjaśniona – dla przeciętnego czytelnika Żelazna Maska to bliźniak króla, a nazwisko Dauger nic mu nie mówi.

Odniosłem wrażenie, że niektóre trzecioplanowe postaci są zbędne – pełnią jedynie rolę przekazicieli woli króla.

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Czując się trochę wywołany do tablicy, chciałbym Was zapytać o nieco inną kwestię.

W Retrowizjach, podobnie jak w dwóch kolejnych konkursach, członkami jury byli członkowie Loży. Odkąd pamiętam, niepisanym zwyczajem było, że jurorzy przed ogłoszeniem wyników konkursu nie zdradzali swoich preferencji, a zatem: nie komentowali, nie bibliotekowali i nie nominowali do piórek. Wydawało mi się, że Uczestnicy zdawali sobie sprawę z tego ograniczenia i pomimo tego wystawiali swoje teksty w konkursie (a nie poza nim, czy w dogodniejszym momencie) bo bardziej zależało im na wygranej niż na piórku. Z tego też powodu za najlepszy termin końca konkursu uważałem koniec miesiąca, w innym wypadku, opowiadania z tego niepełnego miesiąca miałyby szansę już po ogłoszeniu wyników na nominację od jurorów, a wcześniej zgłoszone byłyby tej szansy pozbawione.

Okazuje się jednak, że w samej Loży poglądy na temat nominowania przez jurorów są podzielone. Ciekaw jestem, jaki jest zdanie uczestników – czy wobec wyrażanych oczekiwań co do piórek, wolelibyście, dla zwiększenia szans na nominacje, pozwolić aby jurorzy (w tym jurorzy-lożanie):

 

  1. Nominowali opowiadania w trakcie trwania konkursu
  1. Nominowali opowiadania po zakończeniu konkursu, ale przed ogłoszeniem wyników

 

W pierwszym przypadku istnieje zagrożenie wywierania presji na jeszcze piszących, w drugim problemem jest chyba tylko zmniejszenie frajdy z oczekiwania na rezultat. Przy czym w obu przypadkach to zagrożenie nie jest takie oczywiste – istnieją przecież opowiadania świetnie pasujące do konkursu, ale niepiórkowe i odwrotnie.

I na koniec, broniąc honoru Loży, chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz: w ostatnich miesiącach większość nominacji do piórek pochodziła od Loży. Drzewiej nie tak bywało.

A tu mi tej nutki zabrakło.

No cóż, pomysł na Olvido i Sancheza od początku był taki, żeby kazać im się wcielać w literackie archetypy. Stąd pewien brak oryginalności jest wpisany w kod genetyczny tych opowiadań.

Ale diabeł tkwi w proporcjach – rozumiem.

Dzięki, Staruchu!

Z niepokojem czekałem na Twoją opinię – w końcu w kwestii oceny zawartości NF jesteś trendsetterem ;)

Nie roszczę sobie praw do oryginalności głównego motywu, choć już jego pożenienie z aluzjami do mechaniki kwantowej wydało mi się ciekawym rozwiązaniem. Opowiadanie jest, bo być powinno, osobnym tekstem, ale myślę też, że zyskuje w połączeniu z dwoma pozostałymi (tym z FWS i tym jeszcze nieopublikowanym), bo wspólnie poruszają temat mocy sztuki – kreacyjnej, ale też potencjalnie destrukcyjnej.

A czego nie zrozumiałeś – nie wiem, bo nie napisałeś ;)   

 

Za zaproszenie dziękuję, nie mówię, że nie ma takiej opcji. 

ale co myślisz mówiąc – “chaotyczny”?

Myślę o budowie fabuły, która mieściłaby się w założeniach konkursu. Wziąłeś kilka rozpoznawalnych postaci historycznych (Heron, św Paweł) czy quasi-historycznych (żona Piłatowa, Petroniusz) wrzuciłeś do kotła i zamieszałeś. Wyszedł Ci szereg scenek powiązanych każda z kolejną, ale nie tworzących w sumie ciągu logicznego, pokazującego jak technologia wpłynęła na losy świata. W szczególności brakuje mi łączności Heron – wynalazek (perspicilium?) – pożar Rzymu. Neron dysponuje okularami już przed spotkaniem z Heronem, a pierwszy pomysł na ogniste widowisko przychodzi mu do głowy, jeszcze gdy posługuje się szmaragdem. W efekcie ostatnia scena nie jest wynikiem wcześniejszych doświadczeń, lecz wydaje się być do nich doklejona, a samo odniesienie do Herona – niezrozumiałe.

A Swetoniusz to był plotkarz ;) Co nie zmienia faktu, że i tak w kwestii życia prywatnego i erotycznego przedstawił Klaudiusza chyba najłagodniej z całej dynastii.

Ano widzisz, nie ukrywałem, że Ostryga jest raczej próbą zwrócenia uwagi na “Opowieść…”, w której przestrzeliłem z limitem.

Jeżeli tak, to, jak mówiłem, udało się ;)

Całe opowiadanie wydało mi się takie „young adultowe” ze wszystkimi grzechami konwencji – prostotą, naiwnością, brakiem głębszej psychologii, sztampowością postaci i szkolnymi dialogami. Zwróć uwagę na te ostatnie – masz długie wymiany zdań, pozbawione didaskaliów – nie wykorzystujesz możliwości budowy sceny, tylko piszesz słuchowisko (choć i w tym wypadku brakuje informacji o sposobie mówienia). Pomysł na rozwój technologii (z wykorzystaniem tak pasującej do Egiptu interwencji pozaziemskiej), jak i sposób jej wplecenia w tło opowieści – w porządku. Na plus – końcowy akapit, z kradzieżą całego kraju ;)

 

Dziękuję za udział w konkursie.

No masz pecha, Staruchu, bo ja nabożny kult dla Gravesa wyssałem dosłownie z mlekiem mamy, a „Ja, Klaudiusz” była jedną z pierwszych książek, które przeczytałem samodzielnie. Tak że, wiesz, nie łatwo mnie zadowolić pastiszem, zwłaszcza takim, który sugeruje, że stary jąkała tez nie był bez winy. Ale nawet próbując się zdystansować od tego uprzedzenia, nie dostrzegam tu wiele więcej niż żart literacki i to trochę chaotyczny i przeciągnięty, bo od momentu gdy domyślam się tożsamości narratora i Twojego pomysłu, kolejne postaci sprawiają wrażenie zbędnych podpowiedzi (we wprowadzeniu wątku św. Pawła nie widzę np. sensu większego niż nawiązanie do „Quo vadis?”). No i sama interpretacja założeń konkursu, jak dla mnie widzi się grubymi nićmi szyta. Ale wszyscy mówią, że wcześniejszy tekst (usunięty z konkursu) był lepszy – muszę zatem do niego zajrzeć.

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Ładne to i takie …delikatne. W tym wypadku prostota intrygi i niespieszność akcji świetnie pasują do przyjętego miejsca i czasu. Opowiadanie snuje się, jak prawdziwa opowieść z historii Dalekiego Wschodu. I same wynalazki, choć tylko w tle, mają w sobie delikatność i oniryzm.

Jeśli chodzi o poprawki – dla mnie problemem nie były imiona, a właśnie stosowane zamiennie synonimy dworskich funkcji – szczególny problem miałem z dwoma kanclerzami (ten mniej istotny jest chyba zresztą zbędny).  

 

Dziękuję za udział w konkursie.

No właśnie. Pomysł ciekawy ale wykonanie jak ze szkolnego wypracowania. I nie mam nawet na myśli języka, tylko prostą do bólu, liniową fabułę i brak wykorzystania możliwości budowy klimatu. Bo przecież czasowo tekst mieścił się w tym przedziale, który stanowi podstawę najbarwniejszego z „punków”.

Dostałeś dużo dobrych rad od poprzednich komentujących, ja dodam tylko jedną – nie spiesz się tak przy następnym konkursie ;)

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Widać, że autor dopiero na początku swojej ścieżki. Na dalszą drogę, ode mnie trzy rady:

1. dobra opowieść to taka, w którą zanurzasz czytelnika – opowiadaj o swoim świecie, jakbyś był jego mieszkańcem lub ambasadorem, nie dystansuj się – unikaj zabiegów takich, jak umieszczenie nazw przedmiotów w cudzysłowie.

2. jeśli przeplatasz w narracji różne punkty widzenia, rób to w jakiś uporządkowany sposób – klamra, naprzemienność itp.

3. szanuj swój tekst i swojego czytelnika – naprawdę nie jesteś odosobniony, jeśli chodzi o kłopoty z przecinkami, ale imiona pisane z małej litery to już gruba przesada.

 

Dziękuję za udział w konkursie.

A mnie się podobało. Fajne, kalifornijskie klimaty, muzyka, hipisi a z drugiej strony śledztwo wolnego strzelca demaskującego spisek na najwyższych piętrach władzy – pasuje to do epoki i jest dobrze odmalowane. Do interpretacji głównego motywu nie mam zastrzeżeń. Słabiej wypada kwestia motywacji SI w próbie wyeliminowania bohatera, a tak naprawdę zdradzenia mu sekretu – pisał o tym już None.

Przez chwilę myślałem, że będzie pasować na zakończenie antologii, ale pojawili się lepsi kandydaci na to miejsce. Klik do biblioteki, gratulacje za debiut i zaproszenie do dalszej aktywności należą się jednak bezsprzecznie.

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Być może w filmach ludzie w trybie natychmiastowym zmieniają się diametralnie pod wpływem wstrząsających zdarzeń. W rzeczywistości jednak zmiany motywacji i przekonań trwają czasem długie lata.

No to się chyba właśnie w tej kwestii zgadzamy ;)

Wyraźnie inspirowane „Incepcją”, ale z oryginalnymi dekoracjami. Trochę brakuje wyjaśnienia przyczyn tej organicznej transmutacji budynku. Do założeń „Retrowizji” jednak opowiadanie nie bardzo pasuje, bo poza wzmianką o drugiej wielkiej wojnie naprawdę ciężko tu znaleźć punkty zaczepienia, pozwalające umieścić historię w czasie – to właściwie mogłoby się dziać kiedykolwiek, a najbardziej pasuje do przyszłości.

Technicznie nieźle, choć momentami miałem wrażenie, że masz kłopot z doborem synonimów (krew/osocze, serce/pikawa). Gdzie indziej z kolei trafiały się powtórzenia, których celowości nie byłem pewien, w ogóle chyba często ich używasz w celu uzyskania takiego kpiącego dystansu – taki chwyt jest dobry ale jeden, dwa razy w opowiadaniu Zgrzytnęło „chwytanie za uchwyty”. No i musisz pilnować konsekwencji czasu narracji – kilka razy na potrzeby pojedynczego zdania przeskakujesz na teraźniejszy.

A tak w ogóle – udany debiut :)

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Pomysł z dużym potencjałem, ale moim zdaniem niewykorzystany. Niezręcznie mi to pisać, bo wiem, że bardzo walczyłaś, żeby napisać coś na ten konkurs – z drugiej strony uważam, że temu opowiadaniu należy się po prostu drugi szlif. Problem leży głównie w rozmiarze tekstu – wydaje mi się, że najlepszą wielkością dla opowiadania na portalu jest zakres 25-40K znaków. Jeżeli potrzeba więcej liter, to znaczy że koncept pozbawiony jest uroku prostoty. Jeżeli mniej – najwyraźniej autor jest już tak sprawny, że nie musi praktykować w naszym gronie ;)

Tutaj tych literek było za mało, żebyś zabrała mnie ze sobą w podróż. Nie poczułem np. istoty i ważności pracy skarabeuszy – wspomniałaś tylko w jednym zdaniu, że drapały ziemię, a ja myślałem, że tak się po prostu poruszały i zdziwiłem się, kiedy wróciły pod wieczór do domu nie robiąc nic szczególnego. Brakuje mi też mocy w opisie gigantycznych żuków pędzących przez Egipt jak lemingi – to mógłby być świetny obraz, ale w Twoim opisie zabrakło jakiejś iskry. Jeśli chodzi o początek i koniec skarabeuszowej rewolucji technicznej – zaserwowałaś nam tutaj dwie enigmy – jak na mój gust o jedną niewiadomą za dużo. I wreszcie czepiałbym się zmian narratora w tak krótkim tekście – to nie pozwala związać się czytelnikowi emocjonalnie z żadną z postaci.

Jeszcze raz: doceniam siłę pomysłu, ale uważam, że stać Cię na wyciagnięcie z niego więcej. A limit na to pozwalał.

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Miałeś, Mithrillu, złoty róg… Serio – temat i sposób snucia opowieści trafiły bezpośrednio w moje gusta. W scenie kazania w kościele kupiłeś mnie na dobre, a kiedy jeszcze zasugerowałeś, że homunkulusy po mszy ustawiają się w kolejce po sakrament, byłem gotów przyznać Ci pierwsze miejsce w konkursie. Potem jednak nie utrzymałeś poziomu: scena rozmowy z zakonnikiem wypadła drętwawo, a dalszy ciąg opowiadania to już zjazd w dół, jeśli chodzi o dynamikę, bez twistu, kulminacji czy skrętu fabularnego. Kiedy inkwizycja zdawała się łamać ojca Augusta, a alchemik zdecydował się wkroczyć do akcji, spodziewałem się właśnie jakiegoś przełomu – nic takiego nie dostałem, wydarzenia potoczyły się tak, jak przebiegłyby i bez udziału Kufflera (cyt.: „jeśli odpowiednio długo będą drążyć sprawę, w końcu znajdą dowody przeciw niemu”), dograłeś wątek do końca siłą rozpędu, jakbyś był już znudzony historią i chciał ją tylko zakończyć w limicie znaków. Tak się nie robi!

A poza tym to bardzo dobre opowiadanie ;)

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Nowa Fantastyka