- Opowiadanie: cobold&funthesystem - Święci z Vukovaru

Święci z Vukovaru

Opowiadanie ukazało się w Nowej Fantastyce 10/2020, teraz za zgodą JeRzego publikujemy je także tutaj. Naszemu poprzedniemu tekstowi dobrze to zrobiło, więc liczymy, że “Święci z Vukovaru” także trafią do nowych czytelników. 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Święci z Vukovaru

Petar mówi do mnie językiem, który po trzeciej kolejce rakii zaczynam rozumieć. Uważnie słucham słów, głównie chorwackich, ale też angielskich i niemieckich. Obserwuję, co zdradza ciało: jak garbi się kręgosłup, jak coraz żywiej gestykulują spracowane ręce, jak blizna na twarzy tonie w morzu przedwczesnych zmarszczek. W pewnym momencie – przy piątym „na zdrowie, živjeli!” – język wzbogaca się o płacz. 

Umarł, mówi Petar słowami, gestami i łzami.

– Kto? – pytam po polsku, ale on nie rozumie. 

Kto? – pytam mową, której uczę się od niego. Powtarzam to samo słowo w znanych mi językach, próbuję przekazać coś na migi.

Mój Vuko, odpowiada Petar.

Kim był Vuko? – dociekam.

Chodź, pokażę ci.

Wychodzimy z domu. Dotychczas kojarzyłem Chorwację z ciepłem, więc po raz kolejny dziwię się, jak chłodne bywają tu październikowe wieczory. Przypominam sobie, że moja podróż dopiero się zaczyna. Omiš to jedynie przystanek, zwykła miejscowość, w której zastało mnie późne popołudnie i w której znalazłem gościnę u Petara. Chcę uciec dalej, do Grecji, później do Azji albo Afryki, dalej od wcześniejszego życia, dalej od bycia Krzyśkiem. Teraz jestem Kristofor: to forma przejściowa, tak nazywa mnie gospodarz. Później – jak będę gotowy, jak będę naprawdę daleko – porzucę swoje imię na dobre.

Idziemy na tyły. Ciemność obdarła świat z barw i teraz widzimy tylko kształty: na pierwszym planie figowce, w tle góra o tak stromym zboczu, że muszę porządnie zadrzeć głowę, by dostrzec szczyt. Petar każe jednak spojrzeć pod nogi.

Grób Vuko to mały stos kamieni. Bez krzyża.

Syn?

Petar mówi za dużo, żebym był w stanie cokolwiek zrozumieć. Wskazuje na ziemię, tupie wściekle. Wymachuje rękami, kreśląc coś w powietrzu. Podchodzi do drzewa i uderza otwartą dłonią w pień. Potem przeklina, wciąż płacze. Zachowuje się, jakby miał pretensje do całego świata.

Nie czuję się przy nim niezręcznie. Przeciwnie, jestem zaciekawiony.

To ten rodzaj ciekawości, który każe ci popatrzeć w lustro z większą uwagą niż dotąd. Petara i mnie wiele dzieli, ale jednocześnie wiele łączy. Ja Polak, on Chorwat. Ja jeszcze nie skończyłem trzydziestki, on co najmniej pół wieku życia ma za sobą. No i ja w ruchu, bez domu, choć dopiero od niedawna, a on najwyraźniej zasiedziały, wrośnięty w swoje miejsce. Mimo to czuję, że mamy sporo wspólnego. W tej chwili na mojej twarzy nie ma łez – nie znaczy to, że nigdy nie płaczę jak gospodarz. Chciałbym mu pomóc.

Na razie jednak nie rozumiem, w czym tkwi problem. Co łączy ziemię, drzewa i kreślone w powietrzu kształty?

Wracamy do domu, pijemy. Gospodarz powtarza: Vuko, Vuko, Vuko. Czasem używa czegoś, co uznaję za pełną formę: Vukovar. Otacza to imię mrowiem innych słów. W pewnym momencie klęka na podłodze, podpiera się rękami – Vuko to zwierzę, jakiś czworonóg. Kot czy pies? Kolejka rakii. Niezrozumiałe słowa, zrozumialsze gesty. Jednak pies. Skąd więc ta rozpacz? Zadaję to pytanie na głos, na migi i na udawane łzy.

Zewsząd, odpowiada Petar, zataczając ramionami krąg.

Znów pijemy, potem gospodarz wstaje. Daje znak, żebym poszedł za nim, po czym prowadzi do pomieszczenia, którego wcześniej nie widziałem. To pracownia artysty i zarazem warsztat rzemieślnika. Stoły zawalone narzędziami, rzeźby niedokończone. Z bezpostaciowych brył wyłaniają się ludzkie kształty – moją uwagę przykuwa głowa w koronie lub aureoli. Na podłodze brud: pył, piach, drzazgi, okruchy.

Petar bierze narzędzia, każe patrzeć. Staje przy bloku solidnej, twardej skały, wyglądającej jakby dopiero wydarto ją z cielska góry. Wskazuje najpierw na tworzywo, potem pod nogi, na brud. Uśmiecha się przepraszająco i kręci głową. Przykłada dłuto, unosi młotek, uderza.

A kawałek świata – na moich oczach – pęka z cichym trzaskiem, jakby ktoś po prostu nie przytrzymał drzwi w przeciągu lub wyszedł w trakcie kłótni. W miejscu, w którym była bryła, nie ma już niczego. Tylko drobiny pyłu krążą po pracowni niczym nasiona dmuchawca. Petar wskazuje na to, w co zmieniła się skała.  

Ovo je moj život – mówi po chorwacku.

A w języku, którym rozmawialiśmy wcześniej, dodaje wiele, wiele więcej, trzęsąc się, łkając i chichocząc gorzko pod nosem.

 

***

 

Kac zobojętnia mnie na to, co wczoraj zobaczyłem. A zobaczyłem coś, co powinno człowiekiem wstrząsnąć.

Żadne tworzywo nie słuchało się Petarowego dłuta, jakby na przekór prawom fizyki. Marmur pękał pod najlżejszym naciskiem, granit uginał się niczym gąbka, zaś z drewna nie dało się odłupać nawet drzazgi. Największa tragedia dla rzeźbiarza – nie móc nadawać materii pożądanego kształtu.

Ale chwilowo naszą tragedią są bolące głowy. W milczeniu wmuszamy w siebie śniadanie. Teraz, za dnia, nawyki dają o sobie znać. Obserwuję gospodarza, jakby był jednym z moich dawnych pacjentów, tyle że cierpiącym na chorobę, o której nie piszą w żadnych podręcznikach. Robię to wbrew sobie, przecież chciałem skończyć z przeszłością.

Ma ogorzałą skórę, krótkie, siwe włosy, twarde ręce; przypomina raczej rybaka niż artystę. Gdy odnosi talerze do przepełnionego zlewu, zauważam, że utyka. Widzę też blizny, wychylające się czasem spod rękawa, zza kołnierza. Nie wiem, czy pod ubraniem jest ich więcej, ale domyślam się, skąd mogą pochodzić – gdzieś w tym całym bałaganie, w którym pogrążył się dom, mignęły mi odznaczenia wojskowe.

Pokażę ci okolicę, proponuje Petar.

Powinienem już jechać dalej, ale w sumie nigdzie się nie spieszę. Dla mnie i tak jest za późno.

 Pokazywanie trwa krótko, bo okolicy nie ma tu za wiele. Nie licząc rzeki Cetiny i pirackiej twierdzy, Omiš  nie różni się od innych chorwackich wiosek w tej części wybrzeża; wygląda, jakby ktoś nanizał go na drogę, biegnącą między górami a morzem. Koniec sezonu ogołocił ulice z turystów. Nie potrafię ocenić, czy miejscowi cieszą się, że w końcu mogą odpocząć, czy jest im wszystko jedno – tak jak krajobrazowi. Morze ma ten sam niebieski kolor co latem; białożółte skały pozostają surowe.

Siedzimy w porcie, grzejemy się na słońcu. Biją dzwony na Anioł Pański. W pewnym momencie Petar pyta, czy zauważyłem.

Czy co zauważyłem?

Kapliczki, odpowiada słowami, znakiem krzyża i innymi gestami.

Na kapliczki zazwyczaj nie zwraca się uwagi. Mówię mu to szczerze, a on przytakuje, jakby się tego spodziewał.

Chcesz zobaczyć moich świętych? – pyta, zataczając wymowny krąg wokół głowy.

 

***

 

Petar prowadzi, ja podążam za nim. Kluczymy wąskimi uliczkami, skręcamy nagle, wyraźnie nadkładamy drogi, jakbyśmy chcieli zgubić pościg albo ominąć pole rażenia snajperów, obserwujących nas gdzieś z dachów i balkonów. To skojarzenie pojawia się znikąd, nie potrafię go odpędzić. Przyglądam się ścianom budynków, szukam śladów po minionej wojnie. Jeśli nawet jakieś były, to przez ponad ćwierć wieku zdążyły się zabliźnić.

Chorwat znowu skręca. Z szutrowej drogi schodzimy na zarośniętą ścieżkę. Zastanawiam się, czy kółko rysowane wokół głowy rzeczywiście miało oznaczać świętych, czy raczej szaleńców. Przedzieramy się przez zeschnięte chaszcze, mijamy znudzonego osiołka, przekraczamy murek z białych kamieni. Wychodzimy na spalony słońcem plac. Wokół rzeczy, których nie pokazują w przewodnikach turystycznych. Dzikie wysypisko śmieci. Skarlałe oliwki. Jakaś kupa gruzu ze sterczącymi zbrojeniami. Zarys fundamentów, jak duch nigdy nie skończonego budynku. Czyjeś porzucone marzenia o domu. Ziemia niepoddana, ogród opuszczony.

I kapliczka w kącie.

Zwykła, ludowa, jak u nas. Ceglana wieżyczka wyrasta spomiędzy głazów – bladoczerwony kształt na tle zszarzałej bieli. We wnęce dostrzegam drewnianą postać: krępego mężczyznę w kapeluszu z szerokim rondem, dzierżącego kostur. Wędrowiec – jak ja. Święty lewą ręką odchyla poły płaszcza, odsłaniając kolano i udo. Przez brudny opatrunek na jego nodze przesącza się rzeźbiona krew, wyżej uwypukla się jakiś guz, obrzmienie. Im dłużej patrzę, tym dostrzegam więcej szczegółów. Obok mężczyzny kręci się pies, kundel o skołtunionej sierści i mądrym spojrzeniu. W tle płoną jakieś budynki. Święty Florian?

 – Sveti Rok – mówi Petar.

Rok? Może Rock? Jak kamień, jak skała. Patrzę na niego i wydaje mi się, że rozumiem. „Ty jesteś skałą”. Kiwam głową i wyciągam dłoń najpierw w kierunku kapliczki, potem w stronę Petara.

– Petar. Skała. To ty? – pytam po polsku, zapominając o wspólnym języku. – A to Vuko? – Wskazuję na psa.

Gwałtownie macha rękoma, jakby chciał zetrzeć to, co właśnie powiedziałem.

Petar ne. Vuko da – prostuje.

Wracam wzrokiem do wyciosanego w drewnie miasta. Między zrujnowanymi budynkami widzę wieżę w kształcie grzyba. Pokazuję ją palcem i spoglądam pytająco na Petara.

On waha się przez chwilę, a potem, powtarzając gest świętego, którym nie chce być, podciąga nogawkę. Skóra na jego łydce pokryta jest węzłowatymi bliznami po oparzeniu.

Vukovar, tłumaczy.

 

***

 

Petar opowiada, a ja przypominam sobie wszystkie wojny, jakie widziałem. Na zdjęciach, w serialach i w grach komputerowych.

Dobrze, że wciąż jesteśmy w tym opuszczonym miejscu. Nikt nie widzi, jak stary Chorwat odgrywa przede mną pantomimę swojego życia. Na początku czuję zażenowanie, chcę, żeby przestał, ale on nie słucha, zatraca się w potoku słów i powodzi gestów.

Naśladując odgłos karabinu, udaje, że strzela do otaczających go wrogów. Widzę tych napastników w niemieckich mundurach, bo w filmach to przecież byli Niemcy. Nieprzyjaciele padają. Petar chowa się za drzewem i wskazuje z lękiem na sunące po niebie chmury. Macha do mnie, żebym schronił się obok niego, ale nie ruszam się z miejsca. On uskakuje przed pociskami, które w jego wspomnieniach wciąż wybuchają. Rzuca się do ucieczki, kładzie za betonowym fundamentem i znowu strzela – tym razem w moim kierunku.

A ja stoję sztywno pośrodku jego pola bitwy i modlę się – nie wiedzieć czemu do świętego z kapliczki – żeby Petar już skończył. Próbuję stłumić nerwowy chichot, bo wiem, że jeśli się zaśmieję, to będzie po wszystkim, nasze drogi się rozejdą, on zostanie ze swoją klątwą, a ja rozpocznę nową ucieczkę.

Chorwat wreszcie wstaje. Podnosi ręce w geście kapitulacji, podchodzi, chwyta mnie za nadgarstek i przykłada sobie moją dłoń do głowy, jak pistolet. Stoimy tak chwilę, oprawca i ofiara. Mierzymy się wzrokiem. Moja ręka staje się ciężka, zimna i – choć wiem, że to tylko wyobraźnia – niebezpieczna. Zanim jednak nastąpi coś złego, Petar rzuca się do ucieczki. Biegnie w stronę świętego.

I zatrzymuje się w pół drogi. Patrzy na mnie, zachęca gestem. Zginam prawą rękę w łokciu, lewą wyciągam przed siebie i wołam: tatatata!

Petar upada.

Pierwsze, czego żałuję, to ten mój głupi okrzyk z dziecinnej zabawy, nie na miejscu w opowieści o prawdziwej wojnie. Potem zalewa mnie fala złości, że w ogóle dałem się wciągnąć w tę historię. Wreszcie, na samym końcu, dostrzegam Petara. Leży tam, gdzie upadł, i nie wstaje.

Podbiegam do niego, klękam, a on podnosi głowę i głaszcze mnie po ręce.

Vuko, mój Vuko, mówi. Uśmiecha się i opiera na moim ramieniu.

Próbuję go podnieść, ale nie daję rady. Petar wskazuje na kapliczkę. Czołgamy się zatem w jej kierunku, jak rozumiem po to, by podziękować za ratunek z oblężonego Vukovaru i za zesłanie cudownego psa, który wyprowadził rannego żołnierza z miasta.

Docieramy do stóp drewnianego świętego. Petar sięga gdzieś między kamienie, wyciąga stamtąd znicz, z kieszeni wyjmuje zapałki i trzęsącymi się dłońmi próbuje zapalić knot. Jeden, drugi, trzeci raz – nie udaje mu się. Powtarza, że coś – nie wiem, czy zapałka, czy świeczka – jest pokvarena, zepsuta.

Pewnie zamokły, mówię.

On potrząsa głową, pokazuje, że wokół jest sucho. Przypominam sobie wczorajsze próby rzeźbienia – świat nie poddaje się działaniom Petara. Materia się buntuje, choć tylko wybiórczo. Przecież widziałem, jak gospodarz kroi chleb, ser, kiełbasę. Co łączy rzeczy, które w rękach rzeźbiarza przeciwstawiają się prawom fizyki?

Wtedy dostrzegam coś, co wcześniej mi umknęło. Kapliczka nie tyle wyrasta z kamiennego fundamentu, co jest raczej przez skałę wchłaniana, wciągana w głąb ziemi. Rozglądam się, szukam jakichś kwiatów, wreszcie podchodzę do drzewka, ułamuję gałązkę z oliwkami i tę ofiarę, gałązkę pokoju, składam na kamieniach. Zielone liście od razu marszczą się, zwijają w tutki, czernieją.

Petar wskazuje na kapliczkę i mówi:

Vidiš? Pokvarena je.

Widzę. I rozumiem coraz więcej. Z kolejnych słów, gestów i emocji wyłania się obraz tego, co najbardziej trapi mojego gospodarza. Patrzę, jak rzeźbi w powietrzu. Rzeźbi w niczym, rzeźbi z niczego, nic nie rzeźbi. Znowu zbiera mu się na płacz. Łapię go za ramię, obiecuję, że pomogę. Dla mnie w tych kapliczkach nie ma nic ważnego, ale domyślam się, ile znaczą dla Petara.

– Naprawimy je – mówię po polsku.

Naprawimy je, mówię też w naszym języku, nie słowami, lecz samym tonem głosu, który – mam nadzieję – jest pełen zrozumienia.

Rzeźbiony święty patrzy na nas spod kapelusza, a Vukovar za jego plecami wciąż płonie. Gdzieś między ruinami i ogniem dostrzegam coś jeszcze. Kilka drobnych rys w drewnie może być rzeką. Może też być pomyłką, błędem twórcy.

Pytam Petara, czy wszyscy jego święci pochodzą z tego samego miasta.

 

***

 

Najpierw odnajduję świętego Rocha. Jest wieczór, siedzimy w domu, popijamy, tym razem nie rakiję, tylko karlovačko. Pokój tonie w bursztynowym świetle słabej żarówki, za oknem szumi – nie wiem, czy wiatr, czy morze.

Wpisuję do wyszukiwarki w telefonie: święty z psem. Czytam o opiekunie chorych, uzdrowicielu, który wierzył, że wystarczą dobre chęci i poświęcenie. O człowieku, do którego chyba sam powinienem się modlić. Czytam też o samym psie, cudownym przyjacielu, zesłanym w najtrudniejszym momencie, i zastanawiam się, jaki los spotkał to stworzenie po śmierci Rocha. Linki pod artykułem prowadzą mnie do strony o Guineforcie, świętym charcie, strażniku chorych dzieci, przez wieki czczonym potajemnie, pomimo zakazów inkwizycji. Na koniec znajduję legendę o świętym Krzysztofie, moim imienniku, ale w wersji niekanonicznej, która opowiada o Reprobusie, człowieku-psie, poszukującym swojego pana.

Petar zagląda mi przez ramię, poklepuje po plecach i powtarza: Vuko, Vuko. Jest wyraźnie zadowolony z tego,  co robię. Wolałbym być teraz sam, żeby sobie to wszystko przemyśleć, zrozumieć, ale wiem, że po tym, jak dopuścił mnie do swoich wspomnień, nie mogę go odpędzić. Zamykam stronę o moim patronie i szukam informacji o walkach w Vukovarze.

Czytam o mieście atakowanym z nieba i ziemi przez trzy miesiące, gdzie na jednego obrońcę przypadało dwudziestu napastników. Petar kiwa głową. Wzmianka o dwunastu tysiącach pocisków spadających codziennie na domy i mieszkańców przypomina mi sceny z dzisiejszego popołudnia, naszą odgrywaną wojnę. Internet jest pełen zdjęć ulic zasypanych gruzem jak zbutwiałymi liśćmi, ścian upstrzonych śladami po ostrzale, samochodowych wraków. I brnących przez to ludzi, ni to żołnierzy, ni cywilów, w wysokich butach, spodniach moro, dresowych bluzach, płaszczach, z karabinami na ramionach i bazarowymi torbami w rękach.

Znajduję grzybowatą wieżę ciśnień z kapliczki – wyszczerbiony puchar, ziejący dziesiątkami ran w kamieniu, który do dziś pozostaje w takim stanie, niczym pomnik ku pamięci, ruina ku przestrodze. Pojawiają się też dziwne zdjęcia ze szpitala, jakaś instalacja artystyczna, chorzy i personel odlani z gipsu, ubrani, ułożeni w naturalnych pozycjach, ale pozbawieni twarzy. A wreszcie dobrze mi znane z innej wojny i innego miejsca fotografie dołów wypełnionych sprasowanymi ludzkimi ciałami. Łączę obrazy, przypominam sobie coś o masakrze bezbronnych pacjentów, ale nie jestem pewien, czy to było tu, czy gdzieś w Bośni, a może w Rwandzie?

Słyszę za plecami, jak Petar wstrzymuje oddech. Szybko zmieniam ekran. Nie oglądam się.

Mój gospodarz podchodzi do kredensu, otwiera drzwiczki, wyjmuje stamtąd plik kartoników i rozkłada je na stole niczym karty do gry. Pierwsza fotografia przedstawia grupkę młodych mężczyzn w zdekompletowanych mundurach, uśmiechniętych, palących papierosy, pozujących na tle przewróconego czołgu. Petar wskazuje na jednego z nich, potem na siebie. Bez tej podpowiedzi nie byłbym w stanie go rozpoznać.

Na sąsiednim zdjęciu ten sam mężczyzna, już bez wąsów, w górze od piżamy, z obandażowaną od stopy po udo nogą. Spod metalowego łóżka, na którym siedzi, spogląda na mnie pies świętego Rocha, jeszcze nienazwany kundel. Wymieniam spojrzenie z Petarem, potwierdza skinieniem głowy.

Zerkam na trzecią fotografię. Mężczyzna, coraz bardziej podobny do człowieka, z którym piję piwo, znowu się uśmiecha. Obejmuje szczupłą, czarnowłosą kobietę z dzieckiem na ręku. Cieszę się, że coś mu się ułożyło, chcę zapytać o ich imiona, ale on nagle zgarnia zdjęcia ze stołu, składa je razem z tym czwartym, które cały czas trzymał w ręku, jak asa, odwraca się i wychodzi z pokoju.

Co z kolejnym świętym? – wołam za nim.

Jutro – odpowiada.

Rano.

 

***

 

Śniło mi się, że byłem w domu. Stałem w drzwiach do kuchni, patrzyłem na siedzących przy stole rodziców i Martę. A kiedy zrobiłem krok w ich stronę, wszystko się rozsypało. Jak kamień pod dłutem Petara. Nie rozpadło się na kawałki, które można by posklejać. Był tylko piach, a ja w nim. Tonąłem, dusiłem się.

Twarda ręka wyciąga mnie ze snu.

Wstawaj, mówi Petar. Idziemy zobaczyć matkę.

Słońce dopiero wschodzi gdzieś za górami, kiedy przekraczamy most na Cetinie. Drżę z zimna i marzę o ciepłym śniadaniu. Zerkam tęsknie na Konzuma, ale o tej porze wszystkie sklepy są jeszcze zamknięte. 

Kristofor. – Petar wskazuje na rzekę. – Sveti Kristofor, tamo.

Mój imiennik? – pytam, pukając się w pierś.

Ale to nie dzisiaj, mówi. Teraz musimy się spieszyć.

Schodzimy na nabrzeże, usiane drobnymi pomostami i skromnymi łódkami. Jedna z nich czeka na nas. Biała, z dwoma wiosłami ukrytymi pod plandeką. Petar każe mi wsiadać, potem próbuje odcumować łódkę. Lina w dziwaczny sposób wije się w jego palcach: raz rozwiązane pętle znów się krzyżują, motają, jakby coś chciało zatrzymać nas na lądzie.

Help – mówi Petar po angielsku, z wyrzutem w głosie.

Jest wcześnie rano, więc ja też łatwo się irytuję.

– A jakoś grzeczniej nie można?

Šta?

– Nic, nic.

Ništa, da.

Pomagam. Węzeł z łatwością ustępuje. Petar siada na poprzecznej ławeczce, wsadza wiosła w dulki.

Help? – pytam.

Patrzy na mnie jak na idiotę. Zaczyna wiosłować.

Odbijamy od brzegu i wypływamy na morze. Myślę o tej głupiej wymianie zdań, o śnie, o twardej ręce, która mnie z niego wyrwała, i która zarazem nie potrafi wielu innych rzeczy. Wiercę się, nie mogę znaleźć wygodnej pozycji.

Jak masz rzygać, to za burtę, mówi Petar gestami.

Nie, to nie choroba morska, odpowiadam.

A co takiego? – pyta.

A może wcale nie pyta, może tylko sobie dopowiadam. Nie wiem, czy celowo przechylił głowę na znak ciekawości, czy po prostu w takiej pozycji wiosłuje. Widzę jego zmrużone oczy, jakąś łagodność w pooranej zmarszczkami twarzy. Próbuję z niego czytać. Wmawiam sobie, że znam nasz wspólny język. Że taki język w ogóle istnieje. Co z tego, że treść wszystkich skomplikowanych spraw, o których próbujemy mówić, zostaje zniekształcona? Sens przecieka między chorwackimi, polskimi, angielskimi słowami, między wieloznacznymi gestami, między oczekiwaniami. Ale rozmawiamy.

Zawsze mnie denerwowało, kiedy ktoś żądał pomocy, mówię. Pomocy nie powinno się wydzierać, pomoc powinno się przyjmować.

Petar patrzy, nawet nie potakuje. Tym razem używam głównie polskiego, nie dbam o szukanie wyrazów, które Chorwat może kojarzyć. Nie wiem, czy rozumie. Pewnie nie. Nie wiem, czy w ogóle chce zrozumieć. Jednak ja chcę mówić, a on wygląda, jakby chciał słuchać.

Opowiadam mu o sobie, najpierw o tych łatwiejszych sprawach. Żalę się z tego, z czego wstyd by mi było żalić się bliskim: z rozczarowania pracą, z gniewu na niewdzięczność pacjentów, z przedwczesnego wypalenia, które równie dobrze mogło być próżnym czekaniem na jakikolwiek ogień. Rzeczywistość dała mi w twarz, tak jak daje wszystkim, ale ja uznałem, że nie każdy musi nadstawiać drugi policzek. Dlatego uciekłem.

Petar wiosłuje. Milczy. Oddalamy się od jednego brzegu, a kierujemy do drugiego – ku wyspie Brač.

Coraz mniej przejmuję się doborem słów, coraz bardziej ufam, że ton głosu wystarczy. Dalsza część mojej historii też jest pełna rozczarowania i niedostosowania. W przeciwieństwie do mnie, wszyscy znajomi czuli się w dorosłym życiu jak ryba w wodzie. Do rozmów towarzyskich wchodziły kolejne obce mi tematy: śluby, samochody, kredyty, dzieci mniejsze, dzieci większe, domy tańsze, domy droższe. Dlatego uciekłem.

Uciekłem także ze wstydu, choć nie od wstydu. Mój głos się łamie, opowieść staje się trudniejsza. Można rzucić pracę, ale żeby opuścić przyjaciół?

Twarz Petara się zachmurza. Może ze zmęczenia wiosłowaniem, a może to pogarda, której nie potrafi ukryć. Może współczucie, związane z podobnymi doświadczeniami.

Nagle się odzywa, jakby rozumiał wszystko, co powiedziałem, a przede wszystkim to, do czego jeszcze nie dotarłem.

Roditelji? – pyta. – Žena? Djeca?

Rodzice żyją, odpowiadam. I mam jeszcze siostrę. Żony i dzieci nie.

Zastanawiam się, co powiedzieć o najtrudniejszych rzeczach, ale Petar wybił mnie z rytmu. Zresztą poznaję już po nim, że chce odzyskać rolę głównego pokrzywdzonego. Zasługuje na to chyba bardziej niż ja – moja rola to rola krzywdzącego.

Wciąga wiosła do łódki i wskazuje na południe.

Mieszkają niedaleko stąd, za Makarską, mówi. Marija i Lucija. Moja żona i moja córka.

Potem jego palec celuje tam, gdzie płyniemy.

To dla nich zbudowałem kapliczkę, dodaje Petar.

Chwyta za wiosła i ze zdwojoną siłą ciągnie je w wodzie, aż łódką szarpie. Na zmarszczone czoło występują krople potu, mimo chłodu. Zbliżamy się do brzegu wyspy. Widzę kamieniste plaże, a między nimi skały, na których rozbijają się fale. Podpływamy do małego klifu, wydrążonego przez wodę i czas.

Dostrzegam matkę.

Ukazuje mi się raz na kilka sekund, a choć pokrywają ją guzowate pąkle, bez trudu rozpoznaję jej twarz, tak podobną do mojej. Kamienna i pogodna, nie zważa na uderzające regularnie fale. Kiedy woda opada, wyłania się cała: figura kobiety we wnęce klifu. Potem znów znika, zasłonięta na moment kawałkiem Adriatyku.

Można ją zobaczyć tylko w czasie odpływu, mówi Petar.

Jego głos i gesty powinny mnie otrzeźwić, pozbawić złudzeń, wciąż jednak widzę oblicze mojej mamy. Zdaję sobie sprawę, że to niedorzeczne. Petar nie mógł jej znać. Poza tym ile szczegółów można oddać w kawałku kamienia wielkości pięści – tak mała jest rzeźbiona głowa – i ile z kształtów nadanych przed laty dłutem ostałoby się do dzisiaj? Ile zatarło chłoszczące morze? Przyglądam się uważnie. Widzę aureolę, widzę prostą szatę, w której zazwyczaj przedstawia się Matkę Boską. Widzę też inne podobieństwo.

Widzę Martę. 

Wzorowałem się na mojej Marii, mówi Petar. Ale teraz wygląda też jak Lucija. To już dorosła dziewczyna. Kobieta.

Wydaje mi się znajoma, odpowiadam, choć milczę.

To moja twarz zdradza, że postać z kapliczki przypomina mi kogoś bliskiego.

Kogo widzisz? – pyta Petar.

Matkę, mówię. I siostrę.

Wiele osób widzi najważniejsze kobiety, odpowiada. A przynajmniej kiedyś wiele osób widziało. Teraz już mało kto tu podpływa. Nikt nie pamięta.

Może mówi coś innego, ale właśnie tak interpretuję jego odpowiedź: jego początkowy uśmiech, który szybko więdnie, jego poklepywanie łódki, przeżegnanie się i pokręcenie głową, jego odliczanie na palcach do zera, do zaciśniętej pięści.

Kiedy zbudowałeś tę kapliczkę? – pytam.

Tym razem odpowiedź jest dłuższa. Przerywam ją często, by coś doprecyzować na tyle, na ile możemy. Przerzucamy się słowami i gestami, aż zyskujemy pewność, że rozumiemy się wystarczająco dobrze.

Z morza regularnie wyłania się kapliczka, a z naszej rozmowy – przeszłość Petara. Po Vukovarze chciał wrócić do normalnego życia, ale szybko odkrył, że wojna kończy się tylko na papierze, w ludziach natomiast trwa jeszcze długo. Wraz z kilkoma innymi towarzyszami broni, którzy ocaleli, zostawił rodzinne strony i przeprowadził się na wybrzeże. Ponoć szum Adriatyku pozwalał mu spać, a w cieniu gór czuł się bezpiecznie. Imał się różnych prac i różnych kobiet. Z różnymi mężczyznami pił nocą, ale dobrze piło się tylko z tymi, którzy przeżyli to co on. Potem pojawiła się Marija i pić przestał.

To dzięki niej w pełni oddał się temu, co od zawsze wychodziło mu najlepiej: kształtowaniu. Początkowo pomagał naprawiać – prostował to, co wykrzywione. Potem, gdy do Chorwacji zaczęli się zjeżdżać turyści, wytwarzał pamiątki: małe, ładne i bezużyteczne. Najwięcej radości sprawiało mu jednak rzeźbienie, więc z czasem rzeźbił coraz częściej.

Sveti? – pytam, wskazując na kapliczkę.

Tak, ale nie tylko, odpowiada.

Mówi o dziełach, które zrobił na zamówienie, a także o tych, które wykonał wyłącznie dla siebie, pod wpływem impulsu – wskazuje na morze, chyba część z tych rzeźb utopił. Po jego głosie poznaję, że kapliczki były najważniejsze. Matkę Boską stworzył, by podziękować za założenie rodziny. Podwija rękaw i pokazuje niektóre blizny. Pokaleczył się, rzeźbiąc w niedogodnym miejscu.

Pytam, czy Matka Boska jest jedną ze świętych z Vukovaru.

Jest wyraźnie zakłopotany.

Pokvarena? – Kiwam głową w stronę figury, wyłaniającej się spod fal. 

Przytakuje. Potem chwyta za wiosła i ruszamy w stronę klifu. Każe mi asekurować burtę łódki. Gdy docieramy, wsadzam dłoń w skalną szczelinę i trzymam mocno, żebyśmy nie odpłynęli. W tym czasie Petar przysuwa się do kapliczki. Sięga w stronę Matki Boskiej, próbuje odłupać z niej pąkle.

Narosłe skorupy, które z daleka wyglądały na twarde i kruche, kleją się do palców rzeźbiarza, ciągną się jak guma do żucia. Świat nie pozwala oczyścić kapliczki. Petar próbuje chociaż wyswobodzić ręce, ale przemienione pąkle przywierają do skóry jak pijawki.

Puszczam skałę i przesuwam się wzdłuż burty. Już mam złapać ten rozciągliwy, lepki twór, który porasta kapliczkę, już mam pomóc – przecież z węzłem się udało – kiedy nagle ogarniają mnie wątpliwości. Co jeśli klątwa jest zaraźliwa? Co jeśli świat przestanie się poddawać także moim rękom?

Napotykam wzrok Petara.

Nie prosi. Tylko czeka, z ufnością. Przy świętym Rochu obiecałem, że pomogę. Naprawimy kapliczki, tak powiedziałem.

Kiedy dotykam rozciągniętych pąkli, te puszczają Petara i wracają do pierwotnej postaci. Potem, nie oglądając się na towarzysza, sięgam po jedną ze skorup i próbuję ją odłupać. Ustępuje, tak jak powinna. Chcę to samo zrobić z drugą, odsłonić Matkę Boską, matkę i siostrę, ale wtedy łódka się odsuwa.

Patrzę za burtę. Woda między nami a skałą się rozstępuje, jak morze przed Mojżeszem. Żywioł oddala nas od kapliczki.

Co się dzieje? – pytam.

Petar jest blady, nie odpowiada. Nic podobnego mu się dotąd nie zdarzyło.

Szczelina w Adriatyku się powiększa, metr, dwa, trzy, cztery, w końcu przestaje. Patrzymy z przerażeniem na odsłonięte dno, na czarne jeżowce, na duszące się w powietrzu ryby. Gdybym wyskoczył za burtę, mógłbym do kapliczki podejść. Oczyścić ją do końca, jakbym sprzątał grób dziadka. Ale świat – a przynajmniej jakaś jego część – mnie przed tym powstrzymał.

A skoro coś takiego właśnie się zdarzyło, czym musiał zawinić Petar?

Co ty zrobiłeś? – pytam.

A ty? – odpowiada pytaniem, po czym zaczyna wiosłować i zabiera nas z powrotem na ląd.

 

***

 

Już nie pijemy. Nie potrzebujemy tego, żeby się rozumieć. Choć prawdę mówiąc, w ogóle mało teraz rozmawiamy, jakbyśmy obaj zbierali siły przed odpowiedzią na ostatnie pytanie.

Miasteczko mi powszednieje. Wyjeżdżają ostatni turyści i ci z miejscowych, którzy pracują tu tylko w sezonie. Co rano robię zakupy w Konzumie, płacąc pieniędzmi Petara za chleb i burki z mięsem. Dziewczyna za kasą poznaje mnie i coś zagaduje. Sympatyczna, trochę przy kości. Uśmiecham się do niej – ona odpowiada tym samym. Dziękuję po chorwacku, zakładam pożyczoną czapkę i wychodzę na ulicę, potykając się w progu.

Polako, polako! – słyszę wesoły głos za plecami. Już wiem, że to znaczy „powoli, powoli”.

 Mijam pizzerię, sklepik z pamiątkami, kantor – wszystko zamknięte. Nawet nie zauważyłem, kiedy zniknęły stojaki z plakatami reklamującymi rejsy na wyspy. Skręcam koło muralu sławiącego Hajduk Split. Zimny wiatr uderza mnie prosto w twarz, przyspieszam, żeby jak najszybciej dotrzeć do domu.

Powoli oswajam się z myślą, że zostanę tu na dłużej.

W kuchni pachnie smażoną cebulą. Petar przez te wszystkie spędzone na wybrzeżu lata nie polubił się z dalmatyńską kuchnią ludzi morza. Stoi przy blacie, wielkim nożem kroi kiełbasę. Patrzę na jego zgarbioną sylwetkę i rysujące się pod koszulką, wciąż silne ramiona. Coś ty zrobił? – pytam po raz kolejny w myślach.

Petar podnosi załzawione od cebuli oczy. Wskazuje na reklamówkę z zakupami, mruga do mnie porozumiewawczo.

Katariiina – mówi, przeciągając samogłoskę i rysując w powietrzu obfite kształty sprzedawczyni.

Uważaj, wpadłeś jej w oko, dodaje.

Daj spokój, odpowiadam.

Poważnieje, przygląda mi się uważnie, nie jak kolega, tylko z taką szczerą troską. Co ja zrobiłem? – pytam sam siebie.

W ciszy jemy smażoną baranią kiełbasę, zagryzamy chlebem. Potem pałaszujemy burki. Nie poganiam Petara – wiem, że kiedy będzie gotowy, podejmie swoją opowieść. Może dziś, może za tydzień. Nie spieszymy się, i tak jest za późno.

Odkłada widelec, ociera usta dłonią.

Miałem syna, zaczyna.

 

***

 

Wspinamy się na górę. Nie toczymy przed sobą wielkiego kamienia, ale za pokutę wystarcza porywisty wiatr. I opowiadana historia.

Tu go przyprowadzałem, tłumaczy Petar.

Zatrzymujemy się na zakręcie, żeby złapać oddech. Spoglądam w dół: Omiš wygląda jak garstka klocków rozsypanych przez dziecko, dachy domów tłoczą się między podnóżem skały a rzeką i morzem.

Pytał mnie, czy to cały świat, mówi Petar. Odpowiadałem, że nie cały, ale że stąd widać wszystko, co w świecie najważniejsze.

Powiew wiatru ciska mi w twarz pyłem z drogi. Odwracam wzrok. Idziemy dalej.

Im wyżej się wspinamy, tym Zdravko ze wspomnień Petara jest starszy. Wyobrażam sobie, jak po lekcjach biega za piłką w koszulce Šukera, bawi się z Vuko, wieczorami przesiaduje na molo z chłopakami, pijąc ciepłe ožujsko i licytując się, czyj ojciec w czasie wojny zabił więcej Serbów. Jak jedzie na szkolną wycieczkę do Vukovaru i potem długo w nocy rozmawia z Petarem, dopóki Marija nie wchodzi do kuchni i nie każe im obu iść spać. Przeżywam z nim późne powroty do domu, wyrzuty matki, kłótnie z dziewczyną nie wiadomo o co, zachody słońca, rozbity nos, setki pomysłów na przyszłość. Chciałbym, żebyśmy zwolnili, zatrzymali się na chwilę, bo wiem, że na szczycie czeka kolejna zepsuta kapliczka.

Na studia pojechał do Zagrzebia, mówi Petar, a ja przez chwilę mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy, że jest jakiś inny świat za tą górą. Wiatr ciągle spycha nas w dół, do Omišu, do morza i do rzeki. Patrzę jednak na Petara, jak pochylony z uporem brnie przed siebie, oceniam odległość, która nam została do pokonania, i wiem, że dobrze nie będzie.

Co złego może się przytrafić młodemu chłopakowi w stolicy? Tysiące rzeczy.

Może na przykład się zakochać. W dziewczynie z Serbii. Nic nie powiedzieć ojcu, przyznać się tylko matce.

Skała pod stopami jest biała i śliska jak kość. Mam dobre buty, ale Petar potyka się coraz częściej. Podnoszę wzrok i widzę, że do szczytu już tylko kilka kroków.

Zaczekaj! – wołam.

Chyba nie rozumie, bo jeszcze przyspiesza.

Polako, polako! – próbuję inaczej.

Zatrzymuje się, spogląda na mnie z góry, bez uśmiechu. Choć nie chcę, czytam z jego słów, tonu i twarzy.

Pojechał do niej na weekend, poznać rodziców. Nic nie powiedział. Była noc. Spieszył się z powrotem. Padało.

Petar odwraca głowę i w ciszy pokonuje te kilka brakujących metrów. Idę za nim. Stado mew połyskuje w słońcu, jak garstka kartek wyrwanych z książki i rzuconych na wiatr.

Dalej nic nie ma. Takie same białe góry, upstrzone kępkami rachitycznych sosen. Żadnych dróg, żadnych domów, żadnych ludzi, tylko rzeka pełznąca do morza. Cienie wysokich chmur przetaczają się po zboczach.

Rozglądam się za kapliczką, jednak żadnej nie widzę. Podchodzę do Petara.

Patrzy w ziemię.

U naszych stóp leży potrzaskany posąg. Tułów w trzech kawałkach, odłamane ręce i nogi. Biały kamień, bielszy od samej skały, czysty, nie pokryty porostami. Głowa odtoczyła się trochę dalej, leży twarzą do dołu. Kucam obok, sięgam w jej stronę, spoglądam na Petara, on nie protestuje. Próbuję odwrócić marmurową kulę, spojrzeć w jej oczy, ale moje dłonie nie napotykają oporu, zanurzają się w kamieniu i spotykają tylko siebie nawzajem. Cofam ręce, próbuję jeszcze raz. Bez skutku.

Ubili – słyszę. Rozumiem słowo, ale nie rozumiem Petara. Bo wiem, że nie chodzi o rzeźbę.

– Przecież to był wypadek – mówię. – Accident.

No accident! Ubili! – przekrzykuje wiatr.

– Kto? – pytam, jak przy naszej pierwszej rozmowie. – Kto ubił?

Jebeni srpski liječnici!

Liječnici?

Doktori!

Zrywam się na nogi.

– Nie. – Kręcę głową. – Niemożliwe.

Nemoguće? – pyta, wskazując na niematerialny kamień pod moimi nogami. – Nemoguće?

I dodaje:

Nie byłeś w Vukovarze, nie wiesz, co jest możliwe.

Przybywa chmur nad nami. Szare plamy pędzą po niebie, po ziemi i po twarzy Petara. Świat robi się czarno-biały.

Ale przecież nie lekarze, tłumaczę. To nie ich wina. Była noc, mówiłeś. Spieszył się. Padało…

Do szpitala dowieźli go żywego, odpowiada. Umarł trzy dni później. Zanim tam pojechałem. Zanim Marija mi powiedziała.

To nie wina lekarzy, powtarzam, jakbym sam siebie bronił. Robili, co mogli. Nie zawsze mogą pomóc.

Kręci głową, upiera się przy swoim.

To je bila srpska bolnica i srpski doktori.

– I co z tego?!

Srbi su ubojice. Svi.

Serbowie to mordercy. Wszyscy.

Mówi to z takim przekonaniem, jakby od tego zależało jego życie.

Znowu stoimy naprzeciw siebie, gotowi bronić swoich świętości. Albo swoich grzechów. Z nieba spadają pierwsze krople. Wsiąkają w białą skałę, lecz ona pozostaje martwa.

– Ja jestem lekarzem – mówię. – Ale nie mogę ci pomóc.

Nie wiem, czy on zrozumie, że to niczyja wina. Nie wiem też, czy zdołam dźwigać z nim jego brzemię, nie widząc wcale, że jest mu dzięki temu lżej. A może da się zrobić więcej, tylko to ze mną jest coś nie tak?

Petar stoi nieruchomo w deszczu i nic nie odpowiada. Słyszę za to, jak kamienna czaszka śmieje się w głąb ziemi.

Odwracam się i robię to, co potrafię najlepiej. Znowu uciekam.

 

***

 

Biegnę w dół, a wiatr wieje mi w plecy. Gdybym rozpędził się bardziej i rozłożył ręce, poleciałbym prosto do morza, ale nie mam tyle siły, więc gnam do miasta. Zanurzam się w nim, zostawiając za sobą górę. Deszcz zmywa z Omišu resztki turystycznego blichtru. Teraz to zwykłe, przemoczone miasteczko.

W głowie dźwięczą mi chorwackie słowa. Słowa, które tak samo brzmiałyby po serbsku. Myślę o nienawiści między dwoma narodami; o nienawiści, mimo wzajemnego rozumienia swojej mowy. Myślę też o mnie i Petarze. Już nie o tym, co powiedział o lekarzach, tylko o tym, że nigdy się nie zrozumiemy. Pokonaliśmy barierę języka, ale to o wiele za mało, żebyśmy mogli sobie pomóc. Nie przebiję się do jego świata, tak jak nie potrafiłem trafić do Marty.

Docieram do domu Petara. Drzwi otwarte jak zawsze. Wpadam do kuchni, zrzucam z siebie ciężką od wody bluzę i wieszam na krześle, by choć trochę obeschła, kiedy będę się pakował. Moje rzeczy są wszędzie: przez ostatnie dni same rozpełzły się po kątach, wcisnęły w zakamarki, wrosły w gospodarstwo jak korzenie. Nie byłem już gościem na jedną noc. Żyłem tutaj.

Wpycham do plecaka śpiwór, ubrania, scyzoryk, japonki, kosmetyki. Nie mogę tylko znaleźć zeszytu, w którym prowadziłem zapiski. Sprawdzam pod łóżkiem, w szufladach. Zaglądam do łazienki i warsztatu. W końcu przetrząsam kuchnię. Otwieram drzwiczki kredensu, a ze środka wypada plik zdjęć.

Podnoszę je z podłogi i zamiast szybko odłożyć na miejsce, żegnam się z zawartą w nich historią. Petar na wojnie, Petar w szpitalu, Petar ze swoją rodziną. Ostatnia fotografia nie przedstawia mojego przyjaciela. Młody mężczyzna, chłopak jeszcze, z rozczochraną czupryną, w białym, pomiętym fartuchu pozuje z czaszką w ręce.

To zdjęcie zrobiła mi Marta, kiedy byłem na pierwszym roku studiów, kiedy dopiero przeczuwałem to, co będzie się działo z moją siostrą, kiedy jeszcze głupio wierzyłem, że zdołam zapobiec jej chorobie. Że zdołam pomóc.

Nie zdołałem. Marcie nie dało się pomóc. Łudziłem się, że kiedyś zrozumiem jej problem, te cykliczne zmiany nastroju. Bywały miesiące, kiedy stawała się nie do zniesienia. A potem miesiące, kiedy to ona nie mogła znieść świata. Właściwie dwóch światów – był przecież jeszcze ten drugi, niedostępny dla nas: świat dziwnych głosów, krytycznych spojrzeń, nieistniejących ludzi. Chwilami myślałem, że lepiej, gdyby te urojenia zabrały ją całkowicie; one jednak ciągnęły dziewczynę do siebie tylko trochę, rozdzierały, rozszarpywały. Miała świadomość swojej choroby i to zżerało ją od środka. Ją, mnie, całą rodzinę.

Ale żyliśmy.

Patrzę na fotografię. Wiem, że nie miała prawa się tu znaleźć, nie wziąłem jej przecież ze sobą. Właściwie to o niej zapomniałem. Dziwię się jedynie odrobinę; w ostatnich dniach działy się też inne rzeczy, których nie potrafię wytłumaczyć. Może tego zdjęcia tak naprawdę tu nie ma. Może zwariowałem.

Przyglądam się twarzy młodszego Krzyśka. Uśmiech nieco wymuszony – nigdy nie lubiłem pozować – ale w oczach coś, czego dawno u siebie nie widziałem.

Czuję, jak emocje ze mnie spływają. Teraz już tylko drżę z zimna. Wstyd mi, że chciałem odejść, tak bez pożegnania. Tak jak kiedyś. Nastawiam wodę, odnoszę plecak, wkładam suche ubranie. Czajnik gwiżdże. Zalewam herbatę i patrzę na zegarek.

Petar zbyt długo nie wraca.

 

***

 

Znajduję go u podnóża góry. Ręce ma poranione, wzrok utkwiony w oddalających się chmurach. Leży oparty o kamień i łapie oddech. Przychodzi mi do głowy, że podobnie musiał wyglądać, kiedy oberwał w czasie bombardowania Vukovaru. Może też patrzył w niebo i modlił się, pogodzony ze śmiercią? Którego ze świętych prosił wtedy o dobre umieranie?

Nagle mnie zauważa.

Kristofor.

Jestem, mówię.

Ne. – Kręci głową. – Sveti Kristofor.

Wskazuje w stronę rzeki i wstaje. Teraz widzę, że nic mu nie jest. Nic poważnego. Skręcił sobie kostkę, a ręce poranił, zsuwając się z góry. Próbuję go namówić, żebyśmy wrócili do domu, ogrzali się i odpoczęli, ale on z uporem przywołuje imię mojego patrona. Zaczyna kuśtykać w stronę nabrzeża, a ja po chwili przerzucam jego ramię przez szyję, pomagam iść.

Docieramy. Łódka nabrała trochę wody, ale Petar mówi, że i tak jeszcze zmokniemy. Tym razem nie wypływamy na morze – wiosłuję w górę rzeki. Prąd jest mocny, a Cetina jakby jeszcze nabrała sił, pokrzepiona ulewą.

Czemu wróciłeś? – zdaje się pytać twarz Petara.

Milczę, ale moje ciało samo odpowiada. Mówi: nie chcę popełnić drugi raz tego samego błędu. Już raz uciekłem tak daleko, że nie mogę znaleźć drogi powrotnej. Zgubiłem się, tak jak ty – a skoro obaj musimy się błąkać, to przynajmniej błąkajmy się razem.

Wiosłowanie mnie rozgrzewa. Petar drży. Wypatruje czegoś na skalistym, stromym brzegu rzeki. W pewnym momencie jego brudny od krwi palec wskazuje coś nad moim ramieniem. Im bliżej podpływam, tym wolniej przesuwa się łódka. Jakby rzeka chciała nas wypluć, wypchnąć do morza. Nagle słyszę chrobot: ocieramy się o kamieniste dno, osiadamy na mieliźnie. Dopiero teraz dostrzegam, że dotarliśmy do miejsca, w którym Cetinę zasila wypływający z jaskini strumień. 

Wysiadamy wprost do zimnej wody. Nurt próbuje odebrać nam nagle odciążoną łódkę, ale w ostatniej chwili udaje mi się ją złapać. Przywiązuję cumę do wystającego spomiędzy skał pnia. Petar stoi u wlotu do jaskini, opiera się o ścianę, patrzy w ciemne wnętrze. Strumień omywa mu nogi, sięgając aż do kolan.

Nie pomożesz mi, mówi Petar. Ale dziękuję, że zostałeś, by poznać wszystkich moich świętych. I tych dobrych, i złych. Ten jest ostatni.

Sposób, w jaki przekazuje „ostatni”, może sugerować też: najgorszy, nieważny, najmniej święty.

Podtrzymuję go, kiedy wchodzimy głębiej. Poziom wody się podnosi, sięga nam do pasa, co w połączeniu z mocnym prądem sprawia, że z trudem przemy ku kapliczce. Petar zdaje mi się workiem mięsa; muszę ciągnąć go za sobą, bo sam niewiele pomaga. W pewnym momencie całkowicie traci siły, może z chłodu, może z bólu, może z ogólnego wycieńczenia. Zaczyna bełkotać bez sensu, a wśród jego słów najczęściej przebija imię psa: Vuko, Vuko, Vuko.

Robi się zbyt głęboko, zbyt ciasno i zbyt ciemno, żeby iść dalej. Woda jest lodowata. Moje serce łomocze, ale bardziej martwię się o serce Petara. Próbuję go ocucić, potrząsam, wołam.

Znowu tam byłem, mówi nagle. Przez chwilę znowu byłem w Vukovarze.

I choć szumi woda, choć on mamrocze, choć nie widzę gestów – rozumiem go lepiej niż kiedykolwiek. Wiem, że jakimś sposobem wszedł dwa razy do tej samej rzeki: zanurzył się w przeszłości, przeżył coś ponownie.

Ale teraz jesteśmy przy kapliczce, odpowiadam. Tylko że jej nie widać. Pewnie zniknęła, popsuła się do reszty, jak inne. Musimy stąd iść.

Poczekaj, mówi.

Stoję więc i go podtrzymuję. Słucham, jak zaczyna znowu opowiadać o Vukovarze.

Pies przyszedł, kiedy Petar leżał w szpitalu, i wywabił go stamtąd – zwierzę mądrzejsze od człowieka. Tym samym uchronił młodego mężczyznę od masakry, która krótko potem spotkała innych rannych. Poprowadził między gruzami i popiołami, między lejami po bombach, między domami o ścianach dziurawych jak sito. Minęli wieżę ciśnień, na której jakiś bohater powiesił chorwacką flagę i zapłacił za to życiem. Petar nie myślał wtedy o towarzyszach: ani o tych, którzy umarli, ani o tych, którzy dopiero umrą. Chciał opuścić ten koszmar, a kundel, jakby zesłany przez Boga, szczekał i poganiał, pokazując dalszą drogę. Dotarli w końcu do brzegu Dunaju, nad którym przycupnęło miasteczko takie, jak wiele innych; miasteczko, które w historii zapisze się liczbami, a w pamięci Chorwatów i Serbów cichymi tragediami. Przypominam sobie kapliczkę świętego Rocha: upadające, płonące miasto i drobną rysę, którą słusznie wziąłem za rzekę.

Myślałem, że już po wszystkim, opowiada Petar, a jego głos odbija się echem. Myślałem, że już się udało, że uciekłem z Vukovaru. Musiałem tylko wejść na moment do Dunaju, popłynąć kawałek pod prąd. Tak mnie prowadził Vuko: pod prąd. A ja mu ufałem. Rany piekły, kiedy zanurzyłem je w wodzie. Ale z pomocą Vuko dałem radę. Kilkaset metrów dalej wyszliśmy na brzeg. I tam go spotkaliśmy.

W miarę, jak słucham opowieści, chłód przestaje mi doskwierać. Skostniałem już od niego, znieruchomiałem, zamieniłem się w kamień. Wzrok przyzwyczaja się do ciemności: widzę już zarys twarzy przyjaciela, jego łzy, widzę też ściany jaskini, błyszczące gdzieniegdzie od wilgoci.

Był młodszy ode mnie, mówi dalej Petar. Jugosłowiański mundur wisiał na nim, za duży, workowaty. Chłopak musiał oddalić się od oddziału za potrzebą. Bez broni. Wystarczyło, żeby krzyknął, a oni by się zbiegli. Chwilę później moje ciało spłynęłoby w dół rzeki, całą tę drogę, którą przebyłem, uciekając. Zauważył mnie zaraz po tym, jak ja zauważyłem jego.  

Wiem, co będzie dalej. Spuszczam wzrok, patrzę w ciemną toń. Odbijają się w niej zarysy dwóch głów: mojej i jego.

Zatłukłem go gołymi rękami, wyrzuca z siebie Petar. Nawet się nie bronił. Tylko patrzył na mnie, oszołomiony. Patrzył do końca, nawet jak już stracił przytomność. Nie zamknąłem mu oczu, puściłem go z nurtem Dunaju.

Chcę powiedzieć „zrobiłeś to, co konieczne, żeby przeżyć” albo „trwała wojna, na wojnie się zabija”, ale żadne słowa nie wydają się słuszne. Zerkam na Petara i już wyraźniej widzę tę całą przeszłość wyrytą na jego twarzy, tak zaciśniętej i tak napiętej, że prędzej pęknie, niż się rozluźni. Jest jak posąg w tej swojej nienawiści, w swojej wściekłości, w swoim żalu. Sam nie potrafię tego zrozumieć ani odczuć, ale wiem, że to tam jest, głęboko w nim zagrzebane, zatopione.

Jest coś jeszcze: jego własne niezrozumienie. Dlaczego został najpierw ocalony, a potem ukarany? Skąd wziął się Vuko, cudowny pies? Skąd po latach ta niemożność rzeźbienia i czczenia przeszłości przy kapliczkach? Czy Zdravko umarł, bo jego ojciec zabił młodego Serba? Petar pochyla głowę, patrzy w swoje oblicze, odbijające się coraz wyraźniej w wodzie. Czeka.

Pyta. Bezgłośnie, bez ruchu. Samą postawą. Pytanie brzmi: a ty?

A ja? Ja też nie rozumiem. Zaczynam mówić – sam nie wiem, w jakim języku. Opowiadam ponownie o wszystkich rozczarowaniach i o wszystkich razach, kiedy poddałem się, choć nie powinienem. Wyznaję małe grzechy, po cichu, by Petar nie usłyszał zbyt dokładnie – przecież w takiej spowiedzi chodzi o to, by samemu się oczyścić – ale jaskinia nagłaśnia teraz nawet najdrobniejsze szepty. W końcu muszę przejść do swojego największego wstydu.

– Marta – mówię, a głos grzęźnie w gardle. – Była chora. – Dotykam głowy. – Nie dało się jej wyleczyć. Przez lata próbowałem różnych rzeczy. Wszyscy próbowaliśmy, cała rodzina. Marta też próbowała. Nie mogłem znieść bezsilnego patrzenia na to, co się z nią dzieje. Zostawiłem ją tam, zostawiłem ich wszystkich. Wiedzieli, że odjeżdżam. Myśleli, że na krótko, że wrócę, że najpierw się pożegnam, że będę się odzywać.

Spuszczam wzrok. Zamykam oczy, wręcz zaciskam powieki. Już rozumiem. Rozumiałem od początku, ale nie chciałem przyznać. Marcie nie da się pomóc. Da się tylko pomagać. Nie uzdrowię jej, nie wyleczę – nikt tego nie zrobi. Trzeba by cudu, a cuda się nie zdarzają lub zdarzają się zbyt rzadko, Bóg zbyt często odwraca wzrok. Mógłbym jedynie być przy niej i żyć z tymi wszystkimi chorobami, rozczarowaniami, tragediami i klątwami, które rzuca na nas świat, ale to dla mnie za trudne. Dlatego uciekłem, dlatego nie wracam, dlatego nie otwieram oczu, nie patrzę w swoje odbicie.

Petara też nie wyleczę. Nie pomogę człowiekowi, któremu nawet święci nie pozwalają się czcić. Święci nieobecni, niedostępni, głusi na prośby. Nie ma do kogo się zwrócić. Nie ma do kogo się modlić.

Woda obmywa nasze słabnące, przemarznięte ciała. Czuję, że Petar zaraz całkiem na mnie zawiśnie. Trzymam go, stoimy z pochylonymi głowami. To rzeka przechodzi przez nas.

W końcu otwieram oczy.

 

***

 

Aureola skrzy się blado i złociście wokół głowy człowieka, na którego patrzę. Przez chwilę go nie poznaję. Przypomina mi kogoś, kogo dawno temu widziałem na starych zdjęciach. Potrafię sobie nawet przypomnieć jedną z takich fotografii, niektóre szczegóły: czaszka, biały fartuch, wymuszony uśmiech, coś w oczach.

To ja. Patrzę na swoją twarz, odbijającą się w powierzchni strumienia przepływającego przez jaskinię. Gdzieś nade mną, na sklepieniu, błyszczy owalny kształt. Zadzieram głowę i już widzę kapliczkę: wszystkie ściany pokryte są płaskorzeźbami. Rozpoznaję twierdzę piracką z Omišu, a także vukovarską wieżę ciśnień. U podnóża pierwszej biegnie kręta Cetina, a obok tej drugiej zatacza łagodny łuk Dunaj, wyryty głęboko w skale. Są tu jeszcze miejsca, których nie znam, a przede wszystkim ludzie, których nigdy nie spotkałem. Domyślam się, kto jest żoną Petara, kto córką, kto synem. Nie brakuje też psa-wybawiciela.

Nie ma tylko świętego.

Zerkam na Petara. Wróciło w niego życie; przypomina teraz dziecko wpuszczone do sklepu ze słodyczami – tak bardzo jest oszołomiony i zachwycony. To zadziera głowę, to ją pochyla. I dopiero wtedy do mnie dociera: każdy wchodzący do kapliczki staje się jej częścią, jej świętym, świętym Krzysztofem brnącym przez rzekę. Wystarczy stanąć w odpowiednim miejscu, poczekać, aż wzrok przyzwyczai się do ciemności, i spojrzeć sobie w oczy.

Radi – mówi Petar.

Działa. Kapliczka działa.

Patrzę na swoją twarz, odbitą w wodzie. Poddaję się złudzeniu, że moją głowę otacza aureola, która w rzeczywistości jest tylko czymś w rodzaju mozaiki na sklepieniu. Petar zaczyna mówić, znów rozumiem go gorzej, ale z chlupoczących gestów i znanych mi słów wydobywam ogólny sens: to była jego samotnia. Przychodził tu, by porozmawiać z samym sobą. Przychodził, kiedy modlitwy zawodziły, kiedy ludzie rozczarowywali. Ale od jakiegoś czasu nawet to nie pomagało – kapliczka świętego Krzysztofa była popsuta.

Naprawiliśmy ją, mówię. Nie wiem jak. Nie wiem, czy moje imię ma coś do rzeczy. Nie wiem, czy kluczowe okazało się to, że przyszliśmy razem – ja przyniosłem jego, on zabrał ze sobą mnie – i że razem wyrzuciliśmy z siebie przeszłość, a woda nas obmyła.

Petar nie rozumie. Po prostu się cieszy, że jego dzieło znów jest widoczne. Chwilowo to mu wystarcza. Czeka nas jednak jeszcze droga powrotna. Nie przeszliśmy rzeki jak święty Krzysztof – to nie takie proste. Przebrnęliśmy pod prąd, teraz musimy popłynąć z prądem. A potem znowu wstecz i znowu naprzód. W przeszłość i w przyszłość. Pójść i wrócić.

Odejść i wrócić.

 

***

 

Wracamy do punktu wyjścia.

Ściemnia się, chyba nie zdążymy przed zmrokiem. Nie mam siły wiosłować, ale łódka płynie sama, muszę tylko nadawać kierunek, by na zakręcie nie wypaść na brzeg. Mijamy cień góry, z której rano zbiegałem w deszczu. Petar kuli się z zimna na dnie łodzi. Pojawiają się pierwsze budynki Omišu – gdzieś tam w tyle za nimi, na zarośniętym gruzowisku, wyrasta ze skały kapliczka św. Rocha. Domów przybywa, w gęstniejącym mroku widać już most. Za nim rzeka rozpływa się w morzu. Odkładam na chwilę wiosło, zanurzam rękę za burtą – woda, która ją omywa, popłynie dalej i uderzy o brzeg wyspy, gdzie czeka figurka samotnej kobiety.

Ale my płyniemy do domu. Cumujemy koło mostu, pomagam Petarowi wyjść na brzeg. Betonowe pobrzeże lśni po deszczu, światło latarni wykrawa z mroku puste aureole. Zziębnięci i przemoczeni wleczemy się przez bezludne uliczki.

Drzwi stoją otworem, tak jak je zostawiłem. Na stole dwie szklanki z zimną herbatą i rozrzucone fotografie. Zdejmujemy buty, padamy na swoje łóżka.

Omiš już śpi, kołysany szumem morza i rzeki. Śpi nad nami piracka twierdza. Śpią też pewnie wszystkie kapliczki Petara.

Kiedy budzę się rano, jestem w domu sam.

Biorę prysznic, zakładam czyste ubranie, sprzątam ze stołu. Proste rytuały, by odwlec chwilę prawdy. Siadam na krześle i liczę do dziesięciu.

Potem wychodzę na słońce. Wiem, że znajdę Petara za domem, w ogrodzie.

Grób Vuko to mały stos kamieni bez krzyża. Grób psa.

Jedini svjedok – mówi Petar.

Jedyny świadek. Tylko on widział, co stało się w lesie, nad rzeką, pod Vukovarem. Petar nikomu o tym nie opowiedział, nawet Zdravko, nawet Mariji. Chciał zapomnieć, ale jednocześnie chciał pamiętać – tak po swojemu. Dlatego zaczął rzeźbić historie z życia. Przekonał się, że kamień może trochę oszukiwać. Gdyby kamień mówił prawdę, powinien przecież płakać.

Tylko spojrzenie w oczy psa przypominało, że przeszłość jest już wykuta. Gdy Vuko odszedł, Petar próbował z tym walczyć. Zatracił umiar w przekłamywaniu. I właśnie wtedy kamień się zbuntował.

Pamiętam dłuto wchodzące w granit jak w masło, bez śladu, inny blok skalny eksplodujący pod lekkim dotykiem, bryłę białego marmuru, która rozlała się po podłodze pracowni.

– Teraz ja jestem twoim świadkiem – mówię, myśląc o tym, jak stanęliśmy w kapliczce świętego Krzysztofa i patrzyliśmy na aureolę, wyrzeźbioną lata temu.

Petar mruga, jak zbudzony ze snu. Spogląda to na mnie, to na kopczyk pod swoimi stopami. Rozumie, ale nie potrafi jeszcze uwierzyć, że to takie proste.

Podnoszę z ziemi jeden kamyk i podaję mężczyźnie. Obraca go w dłoni i kładzie na stosie pozostałych. Kamyk lekko się przechyla, ale pozostaje w miejscu, gdzie został położony.

– To chyba dobry początek – mówię.

Ale Petar jest niecierpliwy, chce sprawdzić od razu, pogania mnie, bym poszedł za nim. Zazdroszczę mu, że ma tak blisko do domu – przede mną dłuższa droga. Idziemy prosto do warsztatu. Dopiero w środku dostrzegam, że jego też opadają wątpliwości, gra na czas, zakłada płócienny fartuch, drżącymi rękami przebiera w narzędziach. W końcu jednak podchodzi do marmurowego bloku z dłutem i młotkiem. Przykłada metalowe ostrze do kamienia.

Pierwsze uderzenie.

Fałszywy dźwięk odbija się od ścian. Kamień drży, nienaruszony. Ale zachowuje się jak kamień.

Petar odwraca się do mnie. Kiwam głową.

Poprawia chwyt i uderza ponownie. Dźwięk jest głośniejszy, ale czysty. Odłupany kawał skały upada na podłogę. Petar cieszy się jak człowiek, który wrócił do domu z długiej podróży. Znów może robić to, co wychodziło mu najlepiej. Dostał szansę – nie wiem, którą z kolei; wiem, że nie drugą, bo tę dał mu Vuko. A może nie „dostał”? Może sam sobie wziął? Ja tylko poniosłem go przez rzekę, ale to on sam się pomodlił – tym razem do siebie, nie do świętych z przeszłości.

Nie dowiem się, co naprawdę go uzdrowiło. Nie dowiem się też, czy rzeczywiście pomogłem. I na pewno nie dowiem się, co wyrzeźbi – odejdę, zanim skończy. Ale blok marmuru jest wystarczająco duży, żeby pomieścić w sobie dwie ludzkie sylwetki.

 

***

 

Ulice Splitu pustoszeją. Mieszkańcy miasta wbiegają do domów, wołają coś do siebie po chorwacku, ale nie próbuję ich zrozumieć. Gapię się w ekran komórki i sprawdzam, jak dotrzeć do Dugopolje, do bramek na autostradzie, skąd mógłbym złapać stopa – nie wiem jeszcze, czy na północ, czy na południe. Od domu dzieli mnie ponad tysiąc kilometrów, mógłbym jednak w prostszy sposób się przekonać, czy ozdrowiałem, tak jak Petar. Wystarczyłoby zadzwonić, telefon już mam w ręce. Mógłbym wrócić do rodziny choćby w tej chwili, będąc w obcym kraju.

Chyba wybiorę drogę naokoło.

Unoszę wzrok znad ekranu. Tuż obok mnie przebiega dwoje dzieci. Z okna pobliskiej kamienicy wychyla się kobieta i pogania je energicznymi gestami, krzyczy. Rozpoznaję jedno słowo: Vukovar.

Rozglądam się. Ulice wyludnione. Starożytne miasto puste, nikt nie robi zdjęć pałacowi Dioklecjana. Turystów od dawna nie ma, a mieszkańcy zniknęli w domach. Przez uchylone okna sączą się głosy, które szybko zaczynają tworzyć jednobrzmiący chór – to telewizory. Wszyscy zgromadzili się przed ekranami. Wojna? Mecz? Ktoś ważny umarł?

Nagle dostrzegam samotną postać. Mężczyzna siedzi na schodach prowadzących na ganek. Przygląda się własnym dłoniom, jakby czegoś na nich szukał – ja zaś przyglądam się jego twarzy i znajduję tylko zmarszczki, żadnych blizn.

Mężczyzna mnie zauważa. Milczymy. W końcu on wskazuje na jedno z okien po drugiej stronie uliczki. Otwarte na oścież. Mijając nieznajomego, wchodzę na schody, staję na ganku i zaglądam do cudzego domu.

Dziś nie wypada rocznica zakończenia bitwy, ale w telewizji i tak mówią o Vukovarze. Tę jedną nazwę potrafię wyłapać z morza słów. Napisy na paskach są nieostre; wytężam wzrok i jedyne, co widzę, to postać młodego dziennikarza. Jest listopad, niecałe trzydzieści lat temu oblężenie wciąż trwało, pamiętam: dwanaście tysięcy pocisków dziennie, dwudziestokrotna przewaga atakujących, wielocyfrowe liczby zmarłych, a ranni nie do policzenia. To przeszłość, historia – po co się zbiegać przed ekrany?

Potem młody dziennikarz znika i zastępuje go symbol Vukovaru, podziurawiona wieża ciśnień. Ze wszystkich otworów po pociskach, z ran w kamiennej tkance, płynie woda. Rozbija się u podstawy, po czym falami rozchodzi dookoła, jakby miała zalać miasto, opłukać je z brudu, oczyścić z dawnych wydarzeń. Wieża krwawi, wieża płacze, wieża leczy ziemię, na której ją postawiono.

Próbuję to zrozumieć, jakkolwiek uzasadnić, ale nie potrafię. Niby domyślam się, że lata temu, tego dnia, Petar uciekł z Vukovaru. Jednocześnie wiem, że tak naprawdę nie uciekł stamtąd nigdy – aż do czasu, gdy poszedłem razem z nim do ostatniej kapliczki. Jakim cudem los jednego człowieka odbijał się teraz szerokim echem na cały kraj?

Świat mówi do mnie językiem, który zaczynam rozumieć. Wieża nie krwawi, nie płacze, nie leczy. Tryska wodą, jak fontanna. Ziemia, na której dokonały się tysiące tragedii, świętuje uzdrowienie jednego człowieka.

A może świat nic nie mówi, tylko sobie dopowiadam.

Patrzę na siedzącego na schodkach mężczyznę, który nie chce oglądać cudu, on patrzy na swoje ręce, na blizny i rany, których nie widać. Wszyscy inni zaś patrzą na vukovarski pomnik, na cieknącą z niego wodę, jakby objawił się nie wiadomo kto, święty jakiś, sam Bóg może, na pewno nie człowiek.

Koniec

Komentarze

No proszę, wrzuciliście na portal moje ulubione polskie opowiadanie AD 2020. 

Niezwykle mi się w nim podoba sposób, w jaki fantastyczność pożeniona jest z najnowszą historią i jak ta historia kształtuje życie bohaterów – no i jak jest to ujęte w słowa, w styl. 

Wrócę z obszerniejszym komentarzem za dwa dni, jak będę mogła nominować do Piórka.

Opowiadanie czytałem jeszcze na papierze, opinię rozpisałem w recenzji numeru 10/20, więc powtarzać nie będę. Linkuję jednak do wątku, żeby było uzasadnienie kliknięcia:

https://www.fantastyka.pl/czasopisma/pokaz/114

Bo jak kręciłem nosem na “Dziewczynę z papieru i ognia”, tak tutaj robota przednia.

 

Dzięki!

 

Wrócę z obszerniejszym komentarzem za dwa dni, jak będę mogła nominować do Piórka.

To bardzo miłe, Ninedin, ale obawiam się, że całkowicie niemożliwe ;)

https://www.facebook.com/k.rewiuk/ & https://www.facebook.com/matkowski.krzysztof/

To ja pozwolę sobie przytoczyć moją opinię z wątku z Hydeparku i oczywiście kliknąć.

 

Świetny tekst.

Symboliczny, kameralny, osobisty. O gubieniu się po to by się odnaleźć i niezrozumieniu dla “dorosłego” życia. O porozumieniu mimo barier (chociażby językowych) i o tym, że te bariery są tam gdzie ich być nie powinno. O tragediach wielkich i małych, tych w czasach wojny i tych w czasach pokoju. I wreszcie o tym, że trzeba sobie wybaczyć i iść dalej przez życie, nawet jeśli będziemy tam zmierzać trochę naokoło, we własnym tempie. Po swojemu.

Piszecie o rzeczach trudnych i ważnych w sposób łatwy i prosty. Życiowy. Nie ma tu wielkich słów, za to jest człowiek i próba poradzenia sobie ze wszystkim co go otacza, co przeżył, co jest przed nim i za nim. Co go zjada od środka i zawsze będzie.

To znaczy już wiem, że niemożliwa jest tylko połowa tego stwierdzenia, wrócić z obszerniejszym komentarzem ciągle mogę XD

Też przeczytałam opowiadanie w wersji papierowej i bardzo mi się podobało. Cieszę się, że zamieściliście je również na portalu! :-)

Mój komentarz zaraz po przeczytaniu znajduje się w linku poniżej:

https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/25485

 

Pouprawiam skarżypyctwo, aby znalazło się w biblio. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No, jak na zebranie kilku tematów, za którymi nie przepadam (wojna, realizm magiczny, rozkminy psychologiczne przy gorzale…), to całkiem dobrze Wam wyszło.

Bardzo fajna koncepcja z zepsutymi rzeźbami. Sposób na naprawienie też interesujący. Acz wydaje mi się, że końcówka to już przegięcie. IMO, pchnęła ten tekst w stronę groteski albo płytkich cudów, a to nie są dobre miejsca dla niego. Ale to tylko takie marudzenie.

Ech, na przykładzie byłej Jugosławii świetnie widać, że wojny są głupie. Szkoda, że w niczym im to nie przeszkadza.

Babska logika rządzi!

Klikam Biblio, bo czytałem w NF, z komentarzem wrócę.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dzięki za komentarze! :) 

Opowiadanie czytałem w NF. W osobnym wątku w HP dotyczącym tego opowiadania wypowiadałem się, że bardzo mnie poruszyło. Pozwalam sobie doklikać biblio.

Opowiadanie przeczytałem w wersji papierowej, ale miło było sobie je przypomnieć. Fajny klimat… choć trochę nie mój… ale właśnie: sam bym tę historię napisał zupełnie inaczej i dlatego może spodobała mi się i utkwiła w pamięci, że jest tak inna od mojego własnego sposobu prowadzenia narracji.

Myślę, Jim, że to historia, którą można opowiedzieć jeszcze wiele razy :)

 

Dziękuję wszystkim, którzy czytali opowiadanie w NF i wrócili, żeby podzielić się swoimi refleksjami. I czekam na tych czytelników, którzy Omiš odwiedzają po raz pierwszy.

Nie miałem przyjemności czytać opowiadania na papierze, jednak przeczytałem je tutaj, z czego jestem niezmiernie zadowolony.

Edward Pitowski właściwie wyjął mi z ust wszystko to, co chciałem od siebie przekazać. Podoba mi się symbolizm, a także elementy rozważań psychologicznych, dzięki którym nie można pozostać obojętnym na tekst i historię. Subtelność magii dodaje niesamowitego klimatu. Choć długie, czytanie było przyjemnością.

Bardzo mi się podobało, oby więcej takich opowiadań, z których polska fantastyka byłaby dumna.

Pozdrawiam i życzę dalszych sukcesów!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Cześć!

Przyjemna alegoria wzajemnej spowiedzi i jej wpływu na ludzi. Dwóch panów na zakrętach, lekarz uciekinier i pęknięty artysta. Ciekawe zestawienie. Dobrze napisane, bardzo ciekawie zrealizowany motyw realizmu magicznego. Zepsute kapliczki, których nie ma jak naprawić. Piękne i niepokojące zarazem. A w tle rakija i te bałkańskie krajobrazy. Zaczynacie od powstającej relacji dwójki bohaterów, potem stopniowo ukazujecie świat, historię złamanych i niełatwe dzieje bałkańskiej beczki prochu niejako przy okazji.

Odważne (imho) wziąć na warsztat historię tego regionu. Grząski grunt, ciągle pełen krwawiących ran, ludzkiej pretensji i min przeciwpiechotnych. Opowiadanie powściągliwie podchodzi do tematy przyczyn konfliktu czy podziału na “dobrych i złych” – bardzo na plus imho – ale niczego dobrego o Serbach się tu nie dowiadujemy. Trochę też nieswojo czuję się, czytając ufantastycznioną opowieść o pokłosiu wojny, której weterani są wśród żywych, ale to pewnie tylko moje odczucie.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Dzięki, Krar85, za ten komentarz.

Bardzo pilnowaliśmy się, żeby uniknąć prostego podziału na “dobrych” i “złych”. Na wszelki wypadek konsultowaliśmy nawet nasze opowiadanie na forum miłośników dawnej Jugosławii, które zrzesza osoby o różnych sympatiach narodowych. Inna sprawa, że pisaliśmy raczej o skutkach, niż o przyczynach konfliktu – stąd tekst, zamiast szukać winnych, wskazuje raczej na to, że wszyscy uczestnicy wojny są ostatecznie jej ofiarami. Problem odpowiedzialności za konflikt to skądinąd również temat ważny i literacko kuszący, ale nawet objętościowo nie mieszczący się już w ramach tego jednego opowiadania.

Nie jestem pewien, czy o Serbach nie dowiadujemy się w “Świętych” niczego dobrego, skoro pokazujemy ostatecznie, że są takimi samymi ludźmi, w bezsensowny sposób mordowanymi przez innych normalnych ludzi. Pozostaje być może kwestia proporcji, ale dążenie do równowagi winy i kary w przypadku zbrodni vukovarskiej, nawet takiemu zaciekłemu symetryście jak ja, wydaje się zdecydowanie niestosowne.

Zgadzam się, że świeże groby nie są miejscem do literackich harców, dlatego w naszym tekście fantastyka jest tak delikatna, że przez niektórych odbiorców traktowana jest jako alegoria. Z drugiej strony, z wiekiem przestaję wierzyć, że “prawda jest córką czasu”. Przyjdzie czas, gdy będziemy czytać o zombie-ustaszach z Księżyca. Myślę, że warto było wypowiedzieć się wcześniej.

Cześć!

 

Poruszająca historia. Bolesna i trudna. Kawał dobrej literatury. Utwór, który zostawił we mnie jakiś smutek, metaforyczną ranę, przez co nie mogę powiedzieć, że lektura była przyjemnością. I chyba tak z tego rodzaju tekstami powinno być.

 

dlatego w naszym tekście fantastyka jest tak delikatna, że przez niektórych odbiorców traktowana jest jako alegoria.

Fantastyki zaiste niewiele, chciałbym więcej, myślę, że tekst mógłby jeszcze lekko zdryfować w kierunku realizmu magicznego. Ale temat niełatwy, więc przyjmuję w takiej formie, w jakiej autorzy podali.

 

Jeszcze kilka uwag do tekstu:

 

Żalę się z tego, z czego wstyd by mi było żalić się bliskim: z rozczarowania pracą, z gniewu na niewdzięczność pacjentów, z przedwczesnego wypalenia, które równie dobrze mogło być próżnym czekaniem na jakikolwiek ogień.

Wg mnie: “żalić się na coś”, w rozumieniu żalu jako skargi, narzekania.

 

Powiew wiatru ciska mi w twarz pyłem z drogi. Odwracam wzrok.

Propozycja: “ciska mi w twarz pył drogi”, lub coś w stylu: “obsypuje mi twarz pyłem drogi”.

Co ma do tego odwrócenie wzroku? Jak dla mnie to trzeba by odwrócić całą głowę, schować twarz przed tym piaskowym wiatrem.

 

Zaczyna bełkotać bez sensu, a wśród jego słów najczęściej przebija imię psa: Vuko, Vuko, Vuko.

Coś mi tu nie pasuje, może: “najwyraźniej przebija się”, albo” najczęściej przewija się”. Tego “się” mi brakuje.

Dodatkowo jeżeli coś się przebija – to wg mnie raczej nie ma to związku z częstotliwością, bardziej z wyrazistością. 

Edit: jeszcze co do przebijać się a przebijać (przebić), wg mnie tutaj w znaczeniu «przedostać się przez coś z trudem».

 

Wystarczyło, że by krzyknął, a oni by się zbiegli.

“Żeby”.

 

Pozdrawiam!

Martwe liście i brudna ziemia, kiedy Ciebie obok mnie nie ma

Dzięki, Basement!

Większość tych nieortodoksji językowych to nasze świadome eksperymenty , ale “że by” rzeczywiście się jakoś zaplątało.

Przeczytałam dopiero tutaj i aż żałuję, że nominować się nie da. Przepięknie to, panowie, napisaliście i z ogromną wrażliwością. Doskonale dobrani bohaterowie, wydawałoby się z dwóch kompletnie odmiennych światów, a jednocześnie mający ze sobą wiele wspólnego. Nawzajem leczą swoje rany. Delikatny wątek fantastyczny, taki, żeby nikt nie poczuł się urażony. Choć bardziej to realizm magiczny niż fantastyka. Napisane tak spokojnie i nieśpiesznie, jak lubię. Pozwalacie się tej historii rozwijać w swoim tempie. Nikogo nie osądzacie, nie wskazujecie winnych, raczej pokazujecie, że w konsekwencji wszyscy są ofiarami, wszyscy noszą rany.

Myślę, że będę do tego opka wracała, bo jest w nim jeszcze wiele do odkrycia :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dzięki, Irko!

 

aż żałuję, że nominować się nie da.

Oj tam, oj tam! Przecież jakieś możliwości jeszcze zostały ;)

https://www.facebook.com/k.rewiuk/ & https://www.facebook.com/matkowski.krzysztof/

Zostały! Czekam, acz spokojnie. xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cześć,

 

Dużo już zostało powiedziane, zarówno uwag, jak i pochwał, dlatego nie będę rozpisywał się nadmiernie. Opowiadanie przeczytałem już wcześniej, bardzo przypadło mi do gustu. Znalazłem kilka drobnych podobieństw między mną a narratorem, czego efektem było jeszcze większe zaangażowanie mojej osoby w lekturę. Całość napisana bardzo ładnie. Zabieram się do Dziewczyny z Papieru i Ognia, bo nie miałem okazji przeczytać w wersji papierowej, a po Świętych… mam apetyt. I trochę oczekiwań. ;) 

 

Pozdrawiam!

Dzięki za kolejne komentarze! 

Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że historia przypadnie do gustu aż tylu osobom – bo jest to przecież rzecz “cięższa” i z nieoczywistą fantastyką. 

 

Adeku, udanej lektury. A jak już rozprawisz się z opowiadaniami naszego duetu, zapraszamy do naszych solowych tekstów :) 

Nie przypuszczałam, że przypadkowe spotkanie dwóch obcych mężczyzn, których, zdawałoby się, różni wszystko, zaowocuje tak interesującym pokazaniem przeszłości obu, teraźniejszości i jednocześnie da nadzieję na dobrą przyszłość każdego z nich.

Obawiałam się Świętych z Vukovaru, przeczuwając sprawy wojenne. Niepotrzebnie. Bo choć przedstawiliście ten wątek w sposób dający wyobrażenie o tamtym strasznym czasie, to pięknie został on przepleciony magią kapliczek i rozmowami-wyznaniami Petara i Krzysztofa, a to sprawiło, że lekturę musze uznać za szalenie satysfakcjonującą.

Pozostaje mi jeszcze serdecznie pogratulować publikacji w Nowej Fantastyce.

 

Im dłu­żej pa­trzę, tym do­strze­gam wię­cej szcze­gó­łów. –> Raczej: Im dłu­żej pa­trzę, tym więcej  dostrzegam szczegółów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 

Mądrzejsi ode mnie już się tu wypowiedzieli, ale muszę od siebie dodać, że to jedno z najlepszych opowiadań, jakie w życiu czytałem (chociaż może ma tu znaczenie moja fascynacja Jugosławią). Przypomniał mi się jeden z wątków “Biegunów” O. Tokarczuk, również osadzony w Chorwacji. Przy czym to opowiadanie stylem bije Tokarczuk na głowę ;)

 

Życzę dalszych, równie udanych tekstów 

 

Dzięki za komentarz, Reg! Cieszy nas, że wątek wojenny nie przytłacza. 

 

Helmucie,

to jedno z najlepszych opowiadań, jakie w życiu czytałem (chociaż może ma tu znaczenie moja fascynacja Jugosławią)

Wow! Dla takich komentarzy chce się pisać. Dziękuję. 

Przy czym to opowiadanie stylem bije Tokarczuk na głowę ;)

Stanowczo dementujemy, by naszym celem było bicie noblistki po głowie. 

Helmucie, wiedz, że pojechałeś po bandzie. I wiedz, że ten cytat będzie cytowany ;)

 

Za życzenia serdecznie dziękuję!

Nowa Fantastyka