- Opowiadanie: Palaio - Liluś

Liluś

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Liluś

Chodźmy, zanim wylezą. Nie lubię, kiedy łypią na mnie, czy aby nie patrzę albo nie podsłuchuję. Jakbym nie wiedział, co robią i jakbym kiedykolwiek na nich doniósł.

Najlepsze kamienie idą na bok. Tym na górze mówi się, ile trzeba spisać na straty, a w nocy, pod przymkniętym okiem stróża, wyjeżdża zakryty wóz. Wielki Nimrod osobiście doglądał budowy. A spróbowałby kto kraść! Ale jemu o coś chodziło, Liluś, a o co chodzi synom Nimroda?

Słyszałem, jak wiecują na placu. Jeden mówił: „Chodźmy na północ, za góry. Tam są pola, na których ziemia sama rodzi zboża”. Na to drugi: „Głupiś, jak ziemia może rodzić bez uprawy?! Chodźmy na południe, gdzie gałęzie uginają się od owoców…”. „Nie słuchajcie – przerwał mu trzeci, najstarszy – oni bajki opowiadają! Wyruszmy na wschód, tam są bogate miasta. Złupmy je!” Najmłodszy, jeszcze gładki, czekał, aż krzyki umilkną. „Nie chcę wojny, tylko przygody – zaczął spokojnie. – Zgromadźmy zapasy i powędrujmy na zachód, za wielką pustynię. Nikt nie wie, co za nią jest. A ja chcę wiedzieć!”

I cały kraj podzielił się na stronnictwa – cztery synowskie i piąte, które pragnie spokoju.

 

***

 

Mam nie po kolei w głowie, Liluś. Czternasty rok mówię do siebie w myślach, udając, że rozmawiam z tobą. Najpierw po kilka słów na dzień, potem nieśmiałe, chaotyczne zdania, aż w końcu się rozgadałem.

Wtedy też padało, pamiętasz? Wyszedłem pierwszy, jak dzisiaj, już mam ciągnąć na górę, gdy słyszę:

– Hej, tragarzu! – Sam Wielki Nimrod mnie wołał.

– Tak, panie – odpowiedziałem wpatrzony w czubki butów.

– A czemu to pracujesz w deszczu?! Zabroniłem przecież, żeby wypadków nie było.

– Już prawie jasno. Przejdzie, a ja będę miał gotowy wóz. Droga na górę jest d-dobra, nie ma się czego bać – wyjaśniłem z trudem.

– Zuchwały jesteś, ale pracowity. Ile to już robisz przy wieży?

– Ja, panie, jestem od początku… – Nimrod zdziwił się i spojrzał ku górze, próbując sięgnąć zamierzchłych czasów. – Ten z wielkimi barkami – przypomniałem mu.

– Tak! – Załapał i znów, jak przed laty, trzasnął w moje ramiona. – Wciąż jak kamień, choć nie tak wielkie, a i oblicze niemłode. To już dwadzieścia jeden lat… – mruknął. – A gdzie masz konia?! – zapytał po chwili milczenia.

– Py-py-padł mi, panie – wyjąkałem.

– Dwadzieścia jeden… – szepnął Nimrod. – Ile masz lat?! – rzucił nagle.

– Dziś kończę czterdziesty drugi rok.

– Masz urodziny? – Potwierdziłem głową. Nimrod zamyślił się i stał przez chwilę, miętosząc w palcach koniec długiej brody. – Gdy wrócisz z wieży – zaczął niespodzianie – nie ładuj się ponownie, tylko idź do pałacu. Powiedz, że przyszedłeś po konia. Moi słudzy zaprowadzą cię do stajni i wybierzesz sobie, jakiego będziesz chciał.

To był najlżejszy kurs w życiu; nogi same gotowały się do biegu. Przez lata mówiono na wieży: „Gonisz, jak Miszael po konia!”. Spocony, brudny, o pustym żołądku stanąłem przed bramą pałacu. Zaprowadzono mnie do stajni; na sto koni, jak mówił sługa. Wszystkie były wspaniałe – smukłe, lśniące, dumne. A każdy z nich miał własną historię.

– To Wicher – opowiadał stajenny – szybszy od wiatru, Nimrod dogonił na nim uciekającą gazelę. Tego nazwano Cel, bo dosiadając go, nasz pan nigdy nie chybił z łuku. Kary to Niezwyciężony, koń-wojownik…

I poczułem się nieswój wśród tych koni, bo co można powiedzieć o mnie?

– A ten? – spytałem, zatrzymując się obok ciebie.

– Ta kobyła? Nosi do pałacu wodę…

Spojrzałem w twoje spokojne, brązowe oczy. Patrzyły bez uniżenia ani wyniosłości i tak rozumnie, jakby wszystko wiedziały.

– Młódka – zreflektował się stajenny – chłopaki nazywają ją Liluś.

– Ma silne nogi – zauważyłem.

Gdzie tamtym koniom wciągać kamień na wieżę – pomyślałem, głaszcząc cię po pysku – połamią sobie długie, smukłe nóżki, a ty do ciężkiego wozu stworzona.

Szydzono, że mogłem wziąć jakiegokolwiek innego konia, sprzedać i kupić tuzin takich kobył. Wynajmowałbym je do roboty, a sam liczył zyski. Liczył zyski i popijał wino…

Dobra, kruszynko, pierwsze kółko za nami. Odpoczniemy chwilę, bo nogi już nie te. Stopy bolą… Ręce wciąż mam silne, ale nogi brzydko się zestarzały. Zobacz, nawet nie ruszyli wozów. A ty musisz ciągnąć na wieżę, bo mi się uwidziało pracować. Każde dziecko wie, że to blaga i nikomu nie zależy na odbudowie. Za to można po cichu wynieść wszystko, co da się sprzedać.

No, idziemy!

 

 

***

 

Mój ojciec był rybakiem, Liluś. Odkąd pamiętam, wypływał przed świtem w morze. Gdy podrosłem, zaczął brać mnie ze sobą. Wytrzymałem z nim kilka lat, i tak jak on uciekł od swego ojca na inną łódź, tak i ja uciekłem od niego. Powtarzam się, co? Trudno, stary jestem, musisz mi wybaczyć.

Nienawidziłem wiosłować o wschodzie słońca. Nienawidziłem napiętej do granic wytrzymałości ciszy, która panowała na łodzi. Nienawidziłem sieci, lin, harpunów i ojca. Kochałem hulać po nocach. Nikt nie potrafił wypić tyle, co ja, i nikt nie obił tylu gęb.

„Potrzeba mężczyzn – ogłaszał werbownik – silnych i zdrowych! Trzy posiłki dziennie, własny namiot, a co zarobicie – wasze. Ile tu wyciągacie z morza? Nimrod to potroi! Kto chętny?!”.

Ja byłem chętny. Wracam do domu i mówię, że ruszam w nieznane. Matka w płacz, a ojciec do mnie: „Wyrosłeś większy niż ja, rób więc, jak uważasz”. Taką masz dla syna mądrość – rób, jak uważasz – myślałem wtedy. Ale co mógł powiedzieć prosty rybak? I co zrozumie głupi szczeniak? Ano właśnie to. Wzięło mnie dziś na wspominki, ale zawsze tak mam w urodziny.

Śliczny masz pyszczek. Lubię tę białą kropkę na twoim nosie, mam wrażenie, że co roku jest większa. Nie lubię urodzin, bo w ten dzień myśli mimowolnie odpływają w przeszłość. Może dlatego ludzie nie chcą być wówczas sami i urządzają przyjęcia.

Znowu coś wymyślam, a prawda jest taka, że nikt o mnie nie pamięta. Nie, mam wszystkich w nosie, oprócz niego. Słyszysz, jak o nim mówię? Jakby słowo syn… Szafat… Dzień w dzień, prędzej czy później, pojawia się Szafat, a w ślad za nim pytanie: Po co ciągniesz ten wóz? Nie! Nie będziemy o tym rozmawiać.

No, pokaż pyska, kochany pyszczek. To ty ciągniesz wóz, Liluś, ja tylko ci pomagam…

Jesteśmy już w połowie, chodź, coś przekąsimy. Czekaj, zaraz ci to zdejmę, tylko zablokuję koła… Tak, popij sobie, a ja przysiądę na chwilę. Oho, zobacz tam! I co robimy? Zostawimy wóz? A jak znowu ukradną? Nie stać nas na nowy. Pójdziemy, co? Ile to już razy szło się w deszczu. A pamiętasz ostatnie upały? Nie robiliśmy cały tydzień, bo ludzie mdleli od słońca. Przepiłem wszystkie pieniądze, a jeszcze dzień albo dwa i kto wie, może byśmy nie rozmawiali.

 

***

 

Zrobiłem, jak chciałem, Liluś, docierając tu z grupą podobnych mi łachmytów. Po drodze przepiłem ostatnie pieniądze, ale towarzysze pamiętali czasy, gdy chętnie dzieliłem się pełnym bukłakiem.

W nocy nie dowlokłem się nawet do namiotu, usnąłem przed nim, próbując odsznurować wejście.

– Wstawaj, opoju! – Nie wiem, co odczułem boleśniej, dźwięk głosu czy uderzenie skórzanego buta. – No, wstawaj i na apel!

Strażnicy, czy raczej poganiacze, byli przekonujący. Szybko zebrano nas na placu, dookoła którego rozciągały się namioty. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem Wielkiego Nimroda. Powoli obszedł zebranych i stanął naprzeciw, zadaszając oczy dłońmi. Nagle opuścił ręce, zrobił kilka kroków i gdy już wydawało się, że nas zostawi, przemówił:

– Kim wy jesteście?

– Panie, to twoi robotnicy – odpowiedział strażnik.

– Milcz! Was pytam. Tak, was! Kim jesteście?!

Rozejrzałem się: otaczały mnie setki niespokojnych par oczu.

– Porozmawiamy za miesiąc – wznowił po chwili Nimrod – a wtedy ten, kto nie będzie wiedział, kim jest, wróci tam, skąd przyszedł.

Przez miesiąc ćwiczono nas w pracy. Gdy Nimrod wrócił, przywitała go karna armia.

– Kim wy jesteście?! – spytał ponownie.

– Robotnikami! – odpowiedzieliśmy chórem.

– Mówicie tak – zaczął spokojnie Nimrod – bo tego was nauczono. Ale czy wiecie, co to słowo znaczy? Robotnik kocha swoją pracę, która jest trudną kobietą, a taką trzeba właściwie traktować. I niezależnie od tego, czy dziś rzuca się wam radośnie na szyję, czy wysysa resztki soków, musicie być dla niej dobrzy. Dlaczego? Bo jesteście mężczyznami. Nie chcę mieć zgrai niewolników, którzy tylko patrzą, jak się wymigać od pracy. Bądźcie jak jeden mąż, znoszący co dzień humory żony. Ja wam je wynagrodzę. A i ona sama, praca, tak jak kobieta, wyda owoc miłości.

Jakoś tak to szło, Liluś. Przyznam, że nie trafiły do mnie te słowa. Nimrod zamilkł na chwilę i gdy znów przemówił, zdało mi się, że wstąpił w niego inny duch.

– Ja umrę! – Uderzył się w pierś. – Moje dzieci również. I choć kochamy bliskich, nienawidzimy wrogów, gromadzimy dobra i z każdym dniem uczymy się życia, to w końcu nawet ciało oddamy wilgotnej ziemi… – Urwał nagle. – Tu będzie miasto. – Rozłożył ręce. – A tam stanie wieża, która sięgnie nieba! – Wskazał przed siebie i wszyscy odwróciliśmy głowy. – Ile jest warte nasze życie?! Tyle, co po sobie zostawimy. A co po nas zostanie? Dzieła naszych lędźwi i rąk! Zbudujmy wieżę wysoką jak góra, przypominającą po wsze czasy, że człowiek, choć śmiertelny, stworzył nieśmiertelne dzieło!

Mówił z mocą i czułem tę moc. Gdy skończył, podszedł do nas, wyłuskał mnie z tłumu, pokazał zebranym i bijąc w ramiona, powiedział:

– Takich chcę mieć przy wieży. Przyprowadźcie mi setkę, a w rok się wyrobię!

Z początku rygor był nie do zniesienia. Przynieś! Podaj! Ciągnij! Tnij! Odpoczywaj! Nawet do wychodka szło się na komendę.

Na północy, gdzie woda ścieka z gór, znajdują się nieprzebrane połacie białego kamienia. Tam wydobywano budulec. Widziałem, jak to się robi. Nimrod sprowadził magików ze wschodu. Wybierali oni miękkie, wilgotne skały i wykuwali w nich kształt. W żłobienie wkładali kawałki drewna, a całość polewało się wodą. Drewno pęczniało i kamienny blok sam odłupywał się od skały.

Transport już z daleka robił wrażenie. Na czele szły dziesiątki wołów. Dalej uwijali się ludzie, układając pnie przed spętany linami kamień, by przetoczyć go we właściwe miejsce. Magicy skonstruowali długie na sto łokci ramiona i na każdej kolistej warstwie stawialiśmy kolejną.

Wieża pięła się w górę. Miasto rosło, przybywali kupcy, rzemieślnicy; rozkładano stragany, budowano domy, a gdy ukończono pałac, zawitał do nas sam Nimrod.

Prace szły gładko. Aż razu jednego sczerniało w środku dnia. Zerwał się wiatr, niebo rozdarły gromy i lunęło. Wody wezbrały, niszcząc namioty i podmywając plac. Słońca nie było widać przez tydzień. Siódmego dnia, o poranku, nawałnica ustała. Niebo zdobiła tęcza. Siedmiobarwna wstęga zamknęła w półkolu wieżę. Przerwaliśmy sypanie wałów. Ludzie szeptali, że to znak. A wtedy Nimrod, unosząc w górę ręce, ryknął: „Wyżej!!!”.

 

***

 

Siedem lat nie pracowałem przy wieży. W ogóle nie pracowałem, bo kraj spływał dostatkiem z podbitych krain. I mogłem robić, co chcę, na co mam ochotę. Ale gdy sięgnę pamięcią, ten czas jawi mi się jako ciąg zapijanych winem ponurych myśli. Gdyby Noemi ze mną była… Dobra Noemi.

Co się dzieje? Spokojnie, to tylko woda. Zobacz, ja też jestem mokry. Przepraszam, zbyt się uniosłem, a ty to czujesz. Wolę myśleć o żonie bez słów, ale dziś nie mam siły i słowa same układają się w głowie…

Noemi wychodziła każdego ranka na targ. Upiłem się do nieprzytomności i zasnąłem oparty o ścianę jej domu. Zbudził mnie trzask drzwi. Spojrzeliśmy na siebie jednocześnie i zanim ona krzyknęła, by wezwać na pomoc ojca, ja wycharczałem: „Wody!”. Zlitowała się i podała mi wiadro. Nawet nie podziękowałem, nauczony pijackim doświadczeniem ruszyłem w swoją stronę.

Noemi nie była piękna. Miała okrągłą, na pierwszy rzut oka pospolitą twarz, która nie pasowała do wysuszonego ciała. Ale w wyrazie jej oczu zobaczyłem coś niezwykłego. W drodze do namiotu uzmysłowiłem sobie, że te oczy są dobre, bezinteresownie dobre. Jak oczy matki. Odtąd codziennie zostawiałem pod jej drzwiami podarek, ale ukradkiem, w środku nocy, bo wciąż było mi wstyd.

Aż w końcu zostałem przyłapany.

– Dlaczego to robisz? – spytała Noemi, zachodząc mnie od pleców.

– Zapomniałem podzięk-k-kować… Dziękuję – odpowiedziałem, wyciągając przed siebie drewnianą figurkę

Noemi podeszła bliżej. Gdy się nachyliła, miesiąc oświetlił jej twarz, podkreślając subtelne rysy.

– Sam je robisz? – Potwierdziłem głową. – Ładne, a ta podoba mi się najbardziej. – Noemi urwała, ogarniając mnie swoim dobrym wzrokiem. – Masz takie wielkie dłonie, a twoje koniki są takie malutkie – dodała, chwyciwszy moją dłoń, swoją chłodną, kościstą rączką.

Jakoś tak jest, Liluś, że dobrzy ludzie odchodzą wcześniej. Kiedyś myślałem, że jestem dobry. Mam swoje wady, jak każdy, ale w gruncie rzeczy pragnę dobra, tylko woli mi nie starcza. To świat jest zły! Inni ludzie są źli! Ja tylko bywam słaby.

Biorę Noemi, bo jest dobra – tak to tłumaczyłem – i potrzebuje opieki. A jeśli to nieprawda?! Dużo wtedy piłem i dłuższy czas nie miałem kobiety. Nagle trafiła się nieboga, wyciągając na wierzch stłumione żądze. Skupiłem się na jej duchu… Ale czy ona była naprawdę dobra? Wieczorem ledwo stała na nogach. Ciągle brała ją choroba. I aby zjednać sobie ludzi musiała im coś dać: miłe słowo, uśmiech, łagodne spojrzenie, dobry uczynek.

Co to w ogóle znaczy – dobro? Przecież nie to, co mi albo komuś się wydaje. Może, Liluś, dobrze by było, jakbyś nadal nosiła do pałacu wodę?

Noemi umarła przy porodzie. Znikła z mojego życia niemal tak szybko, jak się pojawiła, zostawiając po sobie Szafata…

Jesteśmy, Liluś. Poczekaj tu, pod daszkiem, ja zaraz wracam.

 

***

 

Czego się spodziewałem?! Że pomogą nam rozładować wóz? Mieli tylko jedno pytanie: „Masz wino?”. Ja im na to, że nie, skąd, kamienie przywiozłem… „Ciągnąłeś na górę w deszczu, dziadku? – Przerwał mi chłystek z rzadkim wąsem. – Po co? Przecież i tak nie będziemy robić.” I uśmiechał się w przekonaniu, że mówi do starego głupca. Może i mówił, bo zamiast walnąć mu w gębę, próbowałem przekonywać: „Zy-zy-zrzucimy raz-dwa i zabiorę was na dół”. „Nie będziemy robić w deszczu – odezwał się szef brygady. – Przywlokłeś wóz, to teraz się martw. My czekamy, aż przestanie padać. Choćby do nocy. Trzeba wszystko zabezpieczyć, przypilnować. Nocna zmiana, nie, chłopaki!” A chłopaki zawtórowali, szczerząc zębiska: „Tak jest, nocna zmiana!”.

Zapłacą im za noc, a przy okazji coś się wyniesie. I co robimy? Trzeba wyładować…

Zobacz, jakie wszystko stąd małe. Patrząc w górę mam wrażenie, że jeszcze trochę i sięgnę chmur, a potem nieba. Ale to ułuda. Szczyty gór nikną w chmurach, jednak wystarczy pogodny dzień, by się przekonać, że do nieba im daleko. Jakie to głębokie, tak głębokie, aż zapadło mi w pamięć.

 

***

 

Wieża górowała nad miastem, a jej szczyt niknął w chmurach. Na ulicach trwała zabawa. Piłem już drugi miesiąc, świętując ukończenie budowy. Sięgnęliśmy nieba, a kto miał wątpliwości, jak ten rozgadany kupiec, był karany. Może i lepiej, że dałem mu w mordę zanim skończył zdanie. Stracił tylko zęby.

Nimrod zjednoczył wszystkie plemiona i rody. A my – niespokojne duchy szukające w ponurym świecie sensu – w końcu osiągnęliśmy cel. Teraz niech każdy podziwia nasze dzieło, a jeśli nie chce, to go zmusimy!

Kto miał synów, oddawał ich do armii. Podbój szedł nieprzerwanie przez siedem lat. Kraj ogradzały tylko lasy, pustynie, góry i morza. My zaś – budowniczy wieży – żyliśmy z pracy innych. Aż razu jednego sczerniało w środku dnia. Zerwał się wiatr i niebo rozdarły gromy. Padało nieprzerwanie przez tydzień. Gdy wyszliśmy o poranku liczyć straty, ujrzeliśmy tęczę. Siedmiobarwną wstęgę przecinał szczyt wieży.

Nagle zatrzęsła się ziemia. Siedem lat wznosiliśmy wieżę, a runęła w kilka chwil.

Zabraliśmy się do odbudowy. Z początku prace szły sprawnie, bo wiedzieliśmy już, jak to się robi. Jednak z czasem nasz zapał słabł. Brakowało ludzi i surowców, a podbite kraje, czując moment słabości, zaczęły się buntować. Znów potrzeba było rekruta.

– Nalej mi wina – wymamrotałem niedbale, słysząc kroki.

Szafat podszedł do stołu.

– Pusto – powiedział, nie przestając się uśmiechać.

– To idź, napełnij.

Wrócił i zanim nalał mi wina, spojrzał swoim pewnym, bezczelnym wzrokiem.

– T-tydzień już minął, a wciąż czekam na t-y-twoją odpowiedź – wyjąkałem.

I chwyciłem kubek, uciekając od oczu syna, jakby matczynych, ale już nie – dobrych.

– Nie.

– Słucham?

– Nie – powtórzył spokojnie Szafat.

Zagotowałem się w środku. Ręce same zgniotły gliniany kubek, nogi się wyprostowały, a z gardła wydobył się ryk:

– Jak to, nie?!

– A czego się spodziewałeś, staruszku? Że polecę umierać za kupę kamieni? Byłem u Jafeta i wziął mnie do eskorty. Karawana rusza jutro, na wschód.

Zbladłem, odjęło mi nogi i mimowolnie usiadłem.

– Takie wybrałeś sobie zajęcie? Nadzorca niewolników u Jafeta – westchnąłem raczej do siebie.

– Dobre, jak każde inne. A ty ciągniesz kupę kamieni, żeby usypać większą kupę kamieni, która się pewnie zawali.

– Rób więc, jak uważasz – wycedziłem przez zęby. Ale gdy Szafat otworzył drzwi, odwrócił się i spojrzał na mnie swoim bezczelnym wzrokiem, dodałem: – Przeklinam cię.

Podobno przystąpił do bandy. Ludzie mówią, że łupi karawany, mój syn, Liluś.

Czasem myślę, że Szafat patrzy, jak ciągnę na wieżę wóz. Raz zdało mi się, że go widzę. „Szafat, tam, na koniu! – krzyknąłem do ciebie. – Siedzi i patrzy, duży, jakby on!” Zatrzymaliśmy się i machnąłem kilka razy na znak, że go widzę. Jeździec pociągnął wodze i ruszył stępem, chowając się za budynki.

 

***

 

Pamiętasz, jak miałaś chore kopyto? Przerobiłem wóz i cały tydzień sam ciągnąłem na wieżę. Przeliczyłem się, Liluś, bo nogi już nie te.

Ostatniego dnia dowlokłem się na górę już po zmroku. A biorąc się do rozładunku, usłyszałem:

– Co tutaj robisz?

– Przywiozłem k-y-y-kamień, panie – odpowiedziałem, poznając głos.

Nimrod wyszedł z cienia, usiadł na stercie kamieni i spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.

– Znam cię – powiedział. – Gdzie masz konia?

– Chory.

– A ty, zdrowy jesteś?

– Starość zaczyna mi dolegać, panie.

Nimrod był wielki – duchem, który górował nad wszystkimi. A teraz wyglądał, jakby zapadł się w sobie.

– Jak ci na imię? – spytał mnie ledwie słyszalnym głosem.

– Miszael, panie.

– Po co ciągniesz ten wóz, Miszaelu?

Nie znalazłem właściwych słów. Nimrod pokiwał nerwowo głową i odszedł. Zmarł miesiąc później. Na pogrzebie każdy z synów przysięgał, że nie spocznie, dopóki nie odbuduje wieży…

Ciągniesz w milczeniu wóz, Liluś, nigdy się nie skarżysz. Tak cię nauczono i znasz tylko jedną drogę. Mi pokazano wiele dróg, ale na starość widzę tylko dwie – praca albo wino.

Skamieniałem w duchu i sflaczałem na ciele. Nie wierzę już w Nimroda, nie wierzę w nasze dzieło. Podniety z wiekiem gasną, Liluś, odsłaniając bezsensowną prawdę, na którą się nie godzę. I póki starczy mi sił, będę robił to, co umiem – ciągnął na wieżę wóz – nadając życiu sens.

Tak trzeba było odpowiedzieć Nimrodowi. Ale gdy tylko otwieram usta, język mi się plącze.

Koniec

Komentarze

Bardzo, bardzo.

Przecinków nie ścigam ,bo po pierwsze nie umiem, po drugie zaczytałem się.

Nastrojowe, przyjemnie się czytało.

Gratuluję tekstu.

Czytałam i, choć tekst był zgrabnie napisany, zastanawiałam się, dokąd to prowadzi. Obawiałam się, że nie znajdę w nim sensu. A jednak zakończenie mnie zaskoczyło. Praca Miszaela przypominała raczej Syzyfa, a mimo to sprawiała, że miał chociaż w życiu cel. 

Czasem ciężko było mi się odnaleźć w rzeczywistości kolejnych fragmentów, ale po kilku zdaniach trafiałam już na właściwie tory. Ciekawy ten pomysł z mówieniem do konia ;))

Podsumowując, opowiadanie wyszło Ci naprawdę dobrze. Składania nawet do refleksji, więc jak dla mnie na plus ;)

Dzięki, Seenerze, za kilka i miłe słowo.

 

@ocmel

Ciesze się, i to podwójnie. Raz, że pomimo trudności w końcu odnajdywałaś się w opowieści. Zależało mi, żeby fragmenty jakoś ze sobą połączyć, jednocześnie zachowując wrażenie lekkiego chaosu, ponieważ Miszael opowiada z potrzeby serca (w gruncie rzeczy do siebie), bez ciągłości, w pewnych odstępach czasowych. A dwa, że przesłanie było dla Ciebie zrozumiałe, a opowiadanie skłoniło do refleksji. :)

Smutne to, że jedyną istotą, której Miszael może opowiedzieć o sobie, jest Liluś. Smutne jest też i to, że pokazałeś historię starego, spracowanego i samotnego pijaka, ale cóż… nie zawsze trzeba opiewać dzieje herosów.

Opowieść zdaje się nieco poszarpana, ale skoro takie było całe życie Miszaela, jest to całkiem zrozumiałe i uzasadnione.

Udaję się do klikarni, albowiem uważam, że opowiadanie zasługuje na miejsce w Bibliotece. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ano smutne, ale ludzki los bywa smutny i trudno jednoznacznie ocenić, kto za to odpowiada. Dziękuję za polecenie. :)

Bardzo proszę, Palaio. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć!

 

Jak przeczytałem przedmowę, to zrozumiałem, że może być nieźle. I jest nieźle! Smutne i refleksyjne, jak również piękne. Taka przypowieść o tym, jak czas zmienia perspektywę.

Mamy człowieka, który ma “wizję” i osiągnąwszy wszystko, czego może chcieć człowiek pragnie zostawić ślad. Oraz mamy murarz, który ucieka w pracę (i wódę, jeżeli akurat wieża jest cała) przed przytłaczającym go światem. Widzimy ich młodych (przynajmniej duchem), jak i starych. I postawy i zachodzące w nich przemiany wypadają bardzo dobrze imho.

Dobrze wypada też klamra z synem uciekającym z domu, choć tutaj trochę zabrakło mi powodów i motywacji kierujących bohaterami. Rozumiem, że uciekali, ale nie do końca dlaczego.

Pomysłowo przedstawiasz całość w formie “rozmowy” z koniem, co również wiele mówi o protagoniście i jego relacjach z ludźmi. W samej historii motyw wyboru konia jako nagrody nieco mi zgrzytał, bo mam wrażenie, że ludzie lubiący wypić są mocno łasi nagrody (często liczą, ile za coś będą mogli pić czy coś). A bohater był już wtedy daleko na drodze hulaki.

Napisane bardzo sprawnie, bez zgrzytów (jak na moje oko), czytałem z przyjemnością bardzo ciekaw finału. Zakończenie daje do myślenia i umiejętnie dopełnia obraz ogromu tragedii kolejnego ludzkiego życia.

 

2P dla Ciebie: Pozdrawiam i Polecam do biblioteki!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Dobrze wypada też klamra z synem uciekającym z domu, choć tutaj trochę zabrakło mi powodów i motywacji kierujących bohaterami. Rozumiem, że uciekali, ale nie do końca dlaczego.

Rzeczywiście, nie tłumaczyłem tego. Na swoją obronę napiszę, że wchodząc w dorosłość dzieci buntują się przeciw rodzicom – starzy nic nie rozumieją, denerwują, nie chce się z nimi gadać. Zazwyczaj – jeśli rodzicie mądrze pokierują tym buntem, a dzieci nie są skore do radykalnych kroków – kończy się to po paru latach. Miszael po prostu nie ma ochoty wysłuchiwać ojca i chce robić to, co mu się podoba. Szafat ma w nosie całą tę wieżę i kraj, który na niej się opierał, a wiedząc, że ojciec chce go posłać do wojska, załatwia sobie z pozoru łatwą robotę. Nie wiem, czy to się broni, w mojej głowie tak.

 

W samej historii motyw wyboru konia jako nagrody nieco mi zgrzytał, bo mam wrażenie, że ludzie lubiący wypić są mocno łasi nagrody (często liczą, ile za coś będą mogli pić czy coś). A bohater był już wtedy daleko na drodze hulaki.

Prawda, ale Miszael nie jest zwykłym pijakiem, przeliczającym wypłatę na flaszki. On nie chce pić i – na tyle, na ile go stać – robi co w swojej mocy, żeby nie pić. Dlatego też sumiennie pracuje i być może tylko dlatego nie zapił się jeszcze na śmierć. Poza tym Liluś mu się spodobała; była jedynym koniem w stajni Nimroda, do którego poczuł sympatię.

Dziękuję za wnikliwy komentarz i biblioteczne polecenie. Pozdrawiam.

O rany, jakie to dobre! Nie będę się czepiać kreacji postaci, bo dla mnie w tym opowiadaniu jest przede wszystkim nastrój, pięknie napisana relacja między człowiekiem i koniem, dwaj główni bohaterowi, tak bardzo różni, narysowani w sumie kilkoma kreskami, a przekonująco. No i jest malarskość w duchu Breughla, bo zataczasz kolejne koła tą narracją, refreniczność świetnie się sprawdza, doskonale pasuje do opowiadanej historii.

No i zakończenie – chapeau bas!

 

Mam tylko trzy drobne zastrzeżenia:

 

Strażnicy, czy raczej poganiacze, byli przekonywujący.

Przekonujący albo przekonywający – to są dwie poprawne formy.

 

Rozejrzałem się, znajdując setki niespokojnych par oczu.

Imiesłów tu nie pasuje, a “znajdować” w takim kontekście to anglicyzm (w sumie całe zdanie zalatuje angielskim). Proponowałabym coś w rodzaju “Rozejrzałem się i zobaczyłem wokół siebie setki…” / “Rozejrzałem się: otaczały mnie setki…” albo coś w ten deseń.

 

Nie chcę mieć zgrai niewolników, która tylko patrzy, jakby się wymigać od pracy.

Raczej: “Nie chcę mieć zgrai niewolników, którzy tylko patrzą, jak się wymigać od pracy.”, bo patrzą poszczególne osoby, a nie zgraja. Oraz: albo “jak by” albo samo “jak”

http://altronapoleone.home.blog

Dużo pracy włożyłem, by dopracować wskazane przez Ciebie elementy i cieszy mnie, że to zauważyłaś. Zależało mi, żeby tekst brzmiał, wybrzmiewając odpowiednio na końcu, ale nie byłem pewien, czy mi wyszło, bo robiłem to jedynie na własne ucho.

 

Rozejrzałem się, znajdując setki niespokojnych par oczu.

To zdanie – a czułem, że to musi być jedno zdanie – miało chyba z dziesięć wersji i ta również mi nie pasowała, ale już nie wiedziałem, co z tym zrobić.

 

Dziękuję za uwagi, kliczek i miłe słowa.

Cześć!

 

Napisałeś bardzo ciekawe opowiadanie. Wykonanie jest profesjonalne i świetnie się to czyta. Wykorzystując fakt, że facet mówi do konia, zyskałeś właściwie nieograniczoną przestrzeń na snucie monologu i wprowadzanie retrospekcji, z czego skorzystałeś we właściwych proporcjach. ;-) Nie zżyłem się może specjalnie z narratorem, ale mimo tego byłem ciekawy, jak zakończy się jego historia.

Nieźle zarysowałeś motyw „sztafety pokoleń”. Miszael odszedł z rodzinnego domu, otrzymując ojcowską poradę „rób jak uważasz” i identycznie było z Szafatem (który jednak wybrał nieco mniej uczciwe zajęcie).

Mam jedno pytanie/wątpliwość:

 

– Rób więc, jak uważasz – wycedziłem przez zęby.

 

Czy to „wycedził” przemyślane? To znaczy: czy bohater chciał te słowa powiedzieć niechętnie, powoli? Mi pasowałyby, gdyby wypowiedział je instynktownie i błyskawicznie, jakby cały czas siedziały mu w głowie i tylko czekały na dogodny moment. Oczywiście to drobiazg i może miałeś inny zamysł. Sam motyw bardzo mi się jednak podoba, stąd powyższe pytanie.  ;-)

 

Pozdrawiam i zgłaszam do zasobów bibliotecznych.

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Cześć.

 

Przyznam, że zaskoczył mnie odbiór opowiadania. Bo nie jesteś jedyną osobą, która na pierwszy plan wysuwa motyw “sztafety pokoleń”, a ja właściwie tylko się nim posłużyłem. Narracja jest dość nietypowa – facet gada w myślach do konia. Przecież to kompletna nuda w dodatku na skraju zdrowia psychicznego. Ale cóż, uparłem się, więc trzeba to było jakoś uzasadnić: zbudować relację pomiędzy Miszaelem a Liluś; pokazać czytelnikowi, że to istotny element świata narratora. Zależało mi również, żeby – na tyle, na ile umiem – zaczarować czytelnika, zbudować rytm opowieści, odpowiednio rozmieścić imię konia – Liluś, by wchodziło do głowy, ale nie męczyło.

W samej opowieści chciałem skonfrontować ze sobą dwóch bohaterów. Nimroda, który osiąga w życiu wszystko i który za życia widzi, że wszystko co osiągnął się wali. I Miszaela, który nie ma własnych życiowych celów, po prostu żyje i bierze, co tam mu los da. Nimroda chciałem złamać, a Miszaela – którego życie było ciężką mordęgą wynikającą z zrządzeń losu oraz własnych decyzji – nie. Miszaelowi nic się nie udało, a jego życie jest – jak to się teraz mówi – przegrane. Mimo tego nie łamie się i widzi w życiu sens tylko i wyłącznie dlatego, że w to wierzy, a praca daje mu uzasadnienie. Dopiero z tego punktu widzenia owa “sztafeta pokoleń” nabiera dla mnie znaczenia. Bo przecież wielu ludzi obiera sobie za główną motywacją do życia własne dzieci, które często robią ze swoim życiem zupełnie co innego, niż chcieliby rodzicie. Zauważ, że również dzieci Nimroda mają zupełnie inną wizję od ojca.

 

Czy to „wycedził” przemyślane? To znaczy: czy bohater chciał te słowa powiedzieć niechętnie, powoli? Mi pasowałyby, gdyby wypowiedział je instynktownie i błyskawicznie, jakby cały czas siedziały mu w głowie i tylko czekały na dogodny moment. Oczywiście to drobiazg i może miałeś inny zamysł. Sam motyw bardzo mi się jednak podoba, stąd powyższe pytanie.  ;-)

Dokładnie – niechętnie, powoli, z trudem. Na tym etapie Miszael wciąż wierzył w wieżę i Nimroda, a wybór syna – haniebny z jego punktu widzenia – uznał za zdradę i potwarz. Ale ostatkiem sił się opanował, bo najchętniej przekląłby Szafata od razu, jednak gdy syn się odwraca, Miszael nie wytrzymuje i mówi to, co myśli.

 

Dzięki za komentarz i polecenie.

Dzięki za wyjaśnienia. Jeżeli chodzi o zaczarowanie czytelnika, to udało Ci się to w stu procentach.

Z przedstawioną tezą dotyczącą dzieci i ich wyborów – nie sposób się spierać. ;-)

 

Pozdrawiam!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Udany tekst, stojący nastrojem i wiarygodną, niejednoznaczną kreacją bohatera. Nie wybielasz go, nie czynisz ideałem, pokazujesz jasno, co poszło nie tak w jego życiu, ale ale jednocześnie – piszesz go tak, że trudno mu nie współczuć. Do tego efektownie przetworzona biblijna historia. Podobało mi się, zdecydowanie.

Dziękuję, ninedin, za komentarz i cieszy mnie, że Ci się podobało.

Opowiadanie może nie w stylu, który bym lubił, ale jednocześnie trudno go nie docenić. To jest ten przypadek, gdy mówię sobie “nie moja szuflada, ale dobra robota”.

Taki żywot człowieka, może nie poczciwego, ale prostego i prawdziwego. Wiarygodnego. Wiarygodnego jak diabli, starającego się pozostać w zgodzie z sobą tak długo, aż na końcu odkrywa, ze zgoda z sobą nic nie jest warta…

Najdziwniejsze jest to, że czytając ten tekst ma się w głowie dużo szarości. No, tzn. nie jest dziwne zważywszy na treść, ale dziwne w sensie, że nawet nie potrafię zidentyfikować, którym elementem stylu pisania udaje Ci się ten efekt wywołać. A udaje się bardzo skutecznie.

No i ogromny plus za to, że opisując coś rozciągniętego w czasie nie ulegasz pokusie rozciągnięcia samej treści. Dzięki Dobrze to wyważasz, dzięki czemu nie ma znużenia.

Choć w tekście nie ma czegoś, co mogłoby pozostawić go w mojej głowie na dłużej, to jednak doceniam wspomnianą prawdziwość bohatera. I nawet to, ze w jakiś subtelny sposób pokazujesz, ze choć żyje wspomnieniami (tyloma, ile może mieć w prostym życiu), to i te wspomnienia znikają powoli w szarości).

Nagle zatrzęsła się ziemia. Siedem lat wznosiliśmy wieżę, a runęła w siedem sekund.

To raczej nie mogło trwac siedmiu sekund. Rozumiem zamysł, ale trochę wytrąca z lektury.

– Po co ciągniesz ten wóz, Miszaelu?

Nie znalazłem właściwych słów

Ciekawe – w tym miejscu mógłby być mocny koniec, a kontynuując dalej i tak opowiadanie ma finisz solidny.

 

Dobrze, że w Bibliotece Fantastyki znajdują miejsce takie teksty. Właściwie fantastyki w nim nie ma, ale jest nastrój i budzi refleksje. Dobry tekst. Wart zachowania.

Dzięki, wilku-zimowy, za wnikliwy komentarz.

 

To jest ten przypadek, gdy mówię sobie “nie moja szuflada, ale dobra robota”.

Cieszy. :D

 

Najdziwniejsze jest to, że czytając ten tekst ma się w głowie dużo szarości. No, tzn. nie jest dziwne zważywszy na treść, ale dziwne w sensie, że nawet nie potrafię zidentyfikować, którym elementem stylu pisania udaje Ci się ten efekt wywołać. A udaje się bardzo skutecznie.

Też nie wiem. Chyba w jakimś stopniu udało mi się oddać w treści stan, w jakim pisałem opowiadanie.

 

No i ogromny plus za to, że opisując coś rozciągniętego w czasie nie ulegasz pokusie rozciągnięcia samej treści. Dzięki Dobrze to wyważasz, dzięki czemu nie ma znużenia.

Zależało mi na tym. Raczej ciąłem na bieżąco, ale i tak na końcu wyleciało jeszcze blisko 2k znaków.

 

To raczej nie mogło trwac siedmiu sekund. Rozumiem zamysł, ale trochę wytrąca z lektury.

W sensie, że za krótko czy za długo? Zależy, co rozumiemy przez runięcie. Czy moment od poruszenia się pierwszego kamienia do zatrzymania ostatniego na gruzowisku; czy też ten element procesu zawalania się, kiedy wieża zaczęła już gwałtownie spadać, aż to, co spadało łupnęło. Raczej traktowałbym te siedem sekund symbolicznie, bo nikt tam z zegarkiem w ręku nie stał, ale nie będę się przy nich upierać. Ważniejsze jest siedem lat, bo nie ma opcji, żeby w bliżej nieokreślonej starożytności postawić podobną budowlę i to w tak krótkim czasie. EDIT. Zamieniłem „siedem sekund” na „kilka chwil”. Sekunda (jako miara czasu) może wyrywać z zawieszenia niewiary.

 

Ciekawe – w tym miejscu mógłby być mocny koniec, a kontynuując dalej i tak opowiadanie ma finisz solidny.

Pisałem z myślą o innym zakończeniu, ale gdy dobrnąłem do końca, to się rozmyśliłem. Znaczy przesłanie było podobne, ale koniec miał być o wiele mocniejszy, bardziej emocjonalny, bo koń uległby wypadkowi i złamałby nogę. W treści zostało kilka fragmentów, które ów wypadek przygotowywały (reszta, nieistotna dla treści, wyleciała): deszcz i rozterki bohatera o tym, co byłoby dla Liluś dobre.

Gdybym skończył we wskazanym przez Ciebie momencie, powstałoby zakończenie otwarte i część czytelników pozostawiłbym z poczuciem bezsensu i beznadziei, a nie to chciałem przekazać. Poza tym, moim zdaniem, przedstawione zakończenie jest lepsze literacko. Miszael dochodzi do tego, co chciałby powiedzieć Nimrodowi, i przedostatnie zdanie wraca właśnie do przytoczonego przez Ciebie fragmentu. A ostatnie puentuje opowieść.

 

@Koala75

Właściwie fantastyki w nim nie ma…

Nie zgodzę się. Nie ma opcji, żeby starożytni postawili budynek sięgający chmur w siedem lat (ani w siedemdziesiąt siedem, ani w siedemset siedemdziesiąt siedem). Dobra, niby nie wiadomo, co znaczy – sięgający chmur. Ale zauważ, że kurs Miszaela trwał cały dzień, a wieża nie była skończona. Opowieść można przyjąć nieuzbrojonym okiem na wiarę, ale jakby delikatnie poskrobać, to pojawiają się pytania. Są już pieniądze, więc powinny to być czasy, do których możemy się dokopać. Jakie ramiona na sto łokci (50m)? Mamy więc historię alternatywną.

Dzięki za komentarz i kilka miłych słów.

Czytałem to opowiadanie tydzień temu, więc komentarz będzie się odnosił głównie do tego, co po tygodniu zapamiętałem.

Pięknie napisane, nienachalnie, skromnie wręcz. Nie ma tu wodotrysków, oratorskich popisów ani wystudiowanych chwytów, mających zmanipulować czytelnika i wywołać to “ach”. Jest zwyczajna opowieść o człowieku, który niczym Orwellowski Bokser, poświęcił się pracy. Twój Miszael wzbudza sympatię. Może to jego bezpretensjonalność, może scena z wyborem kobyły, a potem to, że mówił do niej jak do kochanki. Czuć, że jest dobry, nawet w tej swojej naiwności. Możliwe, że sympatia czytelnika wynika właśnie z tego, że współcześnie w obliczu wszędobylskiego cwaniactwa i manipulacji, gdzieś podświadomie za tym właśnie tęsknimy.

Stylistycznie tekst również mnie uwiódł. Nie ma w nim chropowatych zdań, nie ma zbędnych akapitów, a przede wszystkim nie nudzi. Uwodzi od początku klimatem i pozwala zatopić się w wykreowany świat.

Lektura bardzo satysfakcjonująca. Gratulacje.

 

Moja ocena: 5.3/6

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Cześć! Przyszedłem, zwabiony nominacją i tym, że nie kojarzę Twojego nicku. Zobaczmy, co tam naskrobałeś. Najpierw trochę marudzenia o szczegóły.

 

Troszkę nie rozumiem, o co chodzi w pierwszym akapicie. “A ja tylko nie kradnę”?

 

Załapał i znów trzasnął w moje ramiona. – a kiedy trzasnął pierwszy raz?

 

Was pytam, tak was.

To jakieś dziwne. Lepiej:

Was pytam. Tak, was.

 

wilgotne skały i wykłuwali w nich kształt. – chyba wykuwali?

 

Czego się spodziewałem?! – raczej wykrzyknik niepotrzebny

 

Opowiadanie ogólnie fajne, chociaż trochę krótkie. Ciekawy wybór narracji – pierwszoosobowa “mówiąca” do czytelnika. Bohater też udany, bardzo “ludzki”, dobrze że głównym bohaterem nie uczyniłeś np. Nimroda. Wieża Babel to generalnie fascynujący temat, miło, że ktoś napisał o niej dobry tekst :)

 

Pozdrawiam!

Precz z sygnaturkami.

Serce się raduje, gdy czytam Twój komentarz, Chrościsko, ale odpowiedź przychodzi mi z trudem. Nie potrafiąc wymyśleć nic bardziej sensownego, napiszę jedynie: dziękuję!

 

Cześć, Niebieski_kosmito. Fajnie, że wpadłeś!

Troszkę nie rozumiem, o co chodzi w pierwszym akapicie. “A ja tylko nie kradnę”?

W pierwszym akapicie narrator trochę się żali, że nie jest akceptowany przez kogoś (w domyśle kolegów z pracy). A nie jest, bo właśnie nie kradnie. W kolejnym akapicie masz wytłumaczony mechanizm kradzieży. Wiem, że jest to napisane trochę na około. 

 

Załapał i znów trzasnął w moje ramiona. – a kiedy trzasnął pierwszy raz?

Wtedy: “Mówił z mocą i czułem tę moc. Gdy skończył, podszedł do nas, wyłuskał mnie z tłumu, pokazał zebranym i bijąc w ramiona, powiedział…”.

Jest to zabieg, dzięki któremu uwiarygadniam postać. Taki szczególik. Wiem, że może to razić, kiedy się jeszcze Miszaelowi nie wierzy, ale, moim zdaniem, biorąc pod uwagę całość wychodzi na plus.

 

Was pytam, tak was.

To jakieś dziwne. Lepiej:

Was pytam. Tak, was.

Jasne, że lepiej. Już zmieniam.

 

wilgotne skały i wykłuwali w nich kształt. – chyba wykuwali?

No oczywiście, że wykuwali. To mi chyba oczy wkłuli. ;)

 

Czego się spodziewałem?! – raczej wykrzyknik niepotrzebny

Uważam, że potrzebny. Jest to pierwsze zdanie, które nadaje fragmentowi ton, a chciałbym, żeby czytelnik od początku wiedział, że Miszael jest zdenerwowany.

 

Opowiadanie ogólnie fajne, chociaż trochę krótkie.

Znaczy za krótkie, bo chciałoby się więcej; czy za krótkie, bo rozbudowując je mogłoby być lepsze?

 

Ja budowę wieży Babel rozumiem jako próbę stworzenia idealnego dzieła, a chęć stworzenia dzieła jako jeden z głównych życiowych motywatorów człowieka. Jednak niezależnie od interpretacji historia o wieży Babel wywarła wielki wpływ na kulturę. A przecież to jedynie kilka linijek tekstu.

Dziękuję za komentarz i uwagi. Mi również miło, że uznałeś opowiadanie za dobre. :)

Do zobaczenia pod Twoim tekstem.

Akurat z tą fantastyką, Palaio, to racją jest to, że to na fantastykę nie wygląda – i piszę to będąc przeciwnikiem “Brzytwy Lema”. Oczywiście nie przeszkadza to w czytaniu i odbiorze (choć może przeszkadzać w nominacji na piórko, które jest nagrodą za tekst fantastyczny), bo opowiadanie jest dobre i tyle. A że siedem lat budowy nie jest realistyczne dla przedstawionych czasów? Sam wspomniałeś, że siedem sekund traktowałbyś symbolicznie, wiec i siedem lat można tak odebrać (albo nawet jako fabularne uproszczenie, w końcu w literaturze “ogólnej” tez pojawiają się liczby niemożliwe w rzeczywistości, a nikt z tego powodu nie wrzuca wtedy książki z automatu w kategorię fantastyczną).

 

Te siedem lat nie ma większego znaczenia (choć jest to napisane dosłownie, co można wywnioskować z fabuły). Starożytni nie dysponowali technologią umożliwiającą postawienie opisanej budowli. A nawet jeśli by dysponowali, to zostałyby po niej ślady. Czy to jest fantastyka? Nie wiem, sami to rozsądźcie.

Jest wiele dzieł z elementami fantastycznymi, które raczej się do kategorii fantastyka nie zalicza, bo z automatu wchodzą do literatury wysokiej. Ale ja, tak jak powiedziałem, o zawartość cukru w herbacie nie mam się zamiaru sprzeczać. Według mnie są ilości śladowe.

Cóż, Twoje opowiadanie nie jest w stylu, który do mnie przemawia, a jednak lektura nie stanowiła przykrości. Zastanawiałem się w trakcie, jak zamierzasz spiąć wszystkie poszarpane wątki, poruszone sprawy, no i ku swojemu zaskoczeniu stwierdziłem, że wyszła fajna klamra i mocne, skłaniające do refleksji zakończenie. Bohaterów zarysowałeś bardzo oszczędnie, a mimo to wybrzmiewają dobrze i łatwo wejść w ich buty (zwłaszcza Miszaela), więc chyba wyszła Ci niełatwa sztuka ;) Fajnie wybrzmiało wykorzystanie motywu biblijnego i mitologicznego.

Nieodmiennie też robi na mnie wrażenie, gdy ktoś jest w stanie sprawnie używać tak prostego, skąpego wręcz języka, oszczędnie mierząc słowa – ja tak nie potrafię ;D U Ciebie panuje surowość, a mimo to opowiadanie wybrzmiewa dokładnie tak, jak powinno i trafia, gdzie powinno. Dobra robota.

A, no i zabolał mnie kompletny brak fantastyki. Szkoda, że nie znalazłeś dla niej miejsca. 

Pzdr,

Amon

Cześć!

 

Ciekawa historia :) Sporo już tutaj powiedziano pod tekstem, więc wybacz jeżeli się nieco powtórzę.

 

Przede wszystkim narracja, swoistym papierkiem lakmusowym jest tutaj pierwszy komentarz Seenera, który swego czasu otrzymał piórko za, napisaną w podobnej narracji, Śmieciarkę. Ta narracja u Ciebie, podobnie zresztą jak u Seenera, wychodzi bardzo dobrze.

 

Co do bohaterów – znamy w literaturze przykłady podobnych historii, choćby “Nasz szkapa” czy “Łysek z pokładu Idy”. I tamte dzieła, IMHO, są mocniejsze, jest w nich więcej emocji, co nie jest zarzutem do Ciebie – po prostu inaczej poprowadziłeś swoją historię. Gdyby w Twoim tekście umieścić więcej emocji istnieje ryzyko, że świat przedstawiony runąłby na głowę czytelnikowi, który mógłby się nie połapać w relacjach społecznych. Historia napisana tak jak została napisana w moim przekonaniu jest bardziej uniwersalna.

Drugą niejako nogą dla zbudowania fabuły wydaje mi się tutaj być Syzyf z jego toczonym pod górę kamieniem. I to nawiązanie idealnie koresponduje z narracją, z fabułą, któa toczy się wolno niczym ciężki kamień, tutaj emocje rodem z “Naszej szkapy” czy “Łyska” popusłyby odbiór, rozmyły przekaz. Jeżeli chodzi o inne realizacje Syzyfa, to polecam choćby jeden z odcinków Ulissesa 31, The eternal punishement.

 

No właśnie – bo u Ciebie, to nie do końca jest wieczna kara, Miszael w swojej udręce znajduje sens, co przypomina mi z kolei Alberta Camusa i jego pytanie o to, czy Syzyf może być szczęśliwy. To ciekawe, to przejmujące, to, jak już rzekłem wyżej, uniwersalne. Brawo!

 

Czytając Twój tekst zastanawiałem się, czy ktoś podniesie kwestię braku fantastyki. IMHO, ta fantastyka zdecydowanie istnieje w tekście, mamy przecież wieżę Babel, któa jest ukrytym bohaterem tej historii, drwiną z boga, wznoszoną do samych niebios, nawet ponad tęczę, ponad znak przymierza z absolutem. I ta wieża jest wszechmocnym ramieniem boga niszczona – niczym Syzyfowy kamień, który stacza się z góry i ląduje ponownie u jej podstawy. Na tej wieży, wg mnie, nawet brzytwa Lema by się stępiła ;)

 

Cóż mogę jeszcze dodać – podobało mi się, jestem na TAK :)

 

Pozdrawiam!

Martwe liście i brudna ziemia

Widzę, że moje opowiadanie wywołało u Ciebie różnorakie odczucia, AmonieRa. Cieszę się, że pomimo nieprzemawiającego do Ciebie stylu przeczytałeś do końca i skomentowałeś. Każdy komentarz jest dla mnie ważny. Dzięki!

 

Cześć, BasementKeyu! Spory komentarz żeś wysmarował. ;)

Po cichu liczyłem, że pojawi się podobny głos w sprawie fantastyki. Bo ona nie jest w moim opowiadaniu oczywista. I wiedziałem, że mogą się pojawić zarzuty braku fantastyki, ponieważ na pewnym poziomie opowieść można przyjąć na wiarę (co – jak się okazało – jest zarówno zaletą jak i wadą historii). Czytelnik może przejść obok sformułowań: “Wieża górowała nad miastem, a jej szczyt niknął w chmurach” albo “Siedmiobarwną wstęgę przecinał szczyt wieży”; może potraktować je jako wyolbrzymione ozdobniki. A przecież historia, choć rozwinięta i zmieniona (wieża Babel została zbudowana), jest osadzona w świecie biblijnym i to w konkretnym czasie: pomiędzy przymierzem noachickim, a przymierzem Boga z Abrahamem. Nie bez powodu nie ma w tekście ani słowa o Bogu. Tak wyobraziłem sobie owe czasy – jako bezbożne. A budowę wieży jako konieczność. I to właśnie w połączeniu z losem i postawą Miszaela, który jest trybikiem tamtych czasów, chciałem opowiedzieć. Reszta to literacka obudowa.

Jednak nie ma się czemu dziwić, bo nie mogę od każdego oczekiwać, by rozumiał historię na tym poziomie. Interpretacja wymaga łączenia puzzli, no i nie każdy ma ku takim tematom ciągoty. Sam większości portalowych tekstów nie rozumiem i jakoś muszę z tym żyć. ;)

 

Pozdrawiam Was i dzięki za komentarze!

No, trafiłeś w mój gust :) Lubię takie spokojne opowieści, bez fajerwerków, za to z bohaterami z krwi i kości. Miszael nie jest herosem, pokazujesz zwykłego człowieka, któremu życie dało w dupę, ale jak go pokazujesz… Twoje opko czytało się naprawdę świetnie, znakomicie budujesz nastrój smutku, poczucia przegranej i niezgody na nią. Wszystko to bardzo kameralne, ten monolog do konia pokazuje też samotność bohatera, jego wyobcowanie. Ktoś wcześniej porównał Miszaela do Syzyfa, ale dla Syzyfa to była kara, a tu jednak jest wybór, choćby nawet tylko przez pogodzenie się z losem. On sam nadaje swojemu życiu sens.

Fajna opozycja pomiędzy Miszaelem a Nimrodem. Władca chciał zapisać się w historii i skończył jako zgorzkniały starzec, a starzec po prostu pracował i odnalazł w tej pracy sens. Pomimo wszystko.

Podobał mi się dodatkowy smaczek – synowie, którzy nie chcą iść w ślady ojców, i wierzą, że gdzieś indziej odnajdą swoje szczęście.

Z fantastyką nie mam problemu, sama budowa wieży Babel jest już fantastyką. Zastanawiałam się, czy tekst wybrzmiałby też, gdybyś wziął jakąś inną budowlę, ale myślę, że nie, bo tu czytelnik wie, jaki jest los wieży Babel, wie, że te wysiłki zostały zmarnowane.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Piękne opowiadaie o tym, czym się różni godność od dumy, a duma od pychy. Zwróciłem uwagę na dojrzałość kompozycji, z poszarpaną, a przecież czytelną, chronologią. Mam słabość do takich biblijnych lub mitologicznych retellingów, a Twój nie jest, jak to się często zdarza prostym odwróceniem ról, ale zarazem pogłębia motywację Nimroda, jak i ukazuje prozę życia samych budowniczych.

Językowo całkiem sprawnie, z elementami stylizacji na bliskowschodnią opowieść, choć sam początek z nieco zbyt wysokim progiem wejścia – nie wiadomo jeszcze kto, do kogo, kiedy i o czym mówi, więc trudniej podążać za logiką zdań. Zatrzymałem się na “A ja tylko nie kradnę” i kawałek dalej na wzmiance o Nimrodzie, z której nie wynika, że dotyczy przeszłości.

Rozbudowałbym wątek syna – jedna scena, bez zaznaczonego konfliktu i z dość szybkim finałem, to za mało by zbudować emocje – stąd relacja Miszael/Szafat przegrywa z parami Miszael/Nimrod i nawet Miszael/Noemi.

No, trafiłeś w mój gust :) Lubię takie spokojne opowieści, bez fajerwerków, za to z bohaterami z krwi i kości.

Cieszę się, bo niełatwo trafić w czyjkolwiek gust, za to łatwo trafić we własny. ;) Bardzo chciałem napisać coś optymistycznego, a gdy piszę na serio, to przychodzi mi to z ogromnym trudem.

 

Z fantastyką nie mam problemu, sama budowa wieży Babel jest już fantastyką. Zastanawiałam się, czy tekst wybrzmiałby też, gdybyś wziął jakąś inną budowlę, ale myślę, że nie, bo tu czytelnik wie, jaki jest los wieży Babel, wie, że te wysiłki zostały zmarnowane.

Chciałem też opowiedzieć coś na wyższym poziomie. I niech to pozostanie w sferze domysłów i interpretacji.

 

Zwróciłem uwagę na dojrzałość kompozycji, z poszarpaną, a przecież czytelną, chronologią.

Dzięki. Poprawiałem i komponowałem opowiadanie przez więcej czasu, niż je pisałem.

 

Językowo całkiem sprawnie, z elementami stylizacji na bliskowschodnią opowieść, choć sam początek z nieco zbyt wysokim progiem wejścia – nie wiadomo jeszcze kto, do kogo, kiedy i o czym mówi, więc trudniej podążać za logiką zdań.

Stylizacja jest delikatna, ale starałem się, żeby była i nadawała opowieści pewien urok.

Przyznam się, że zacząłem pisać od zupełnie innej sceny, w której Miszael wychodzi z czegoś w rodzaju pomieszczenia pracowniczego. Jednak w końcu wyrzuciłem ten fragment, bo mi nie pasował. Bardzo trudno było wymyślić odpowiedni początek, jednocześnie zachowując konwencję opowieści toczącej się w głowie bohatera, oraz pewnego rygoru, który z takiej formy opowiadania wynika. Bo choć możliwości są duże, to nie można sobie pozwolić na tłumaczenie czegoś, co dla bohatera jest oczywiste. Innymi słowy: nie umiałem zacząć inaczej.

I chyba miałem sporo szczęścia, że opowiadanie przeczytała drakaina, bo jestem świadomy, że wielu czytelników odbija się od początku. A i opowiadanie jako całość nie jest dla każdego. Jednak stało się, jak się stało i mogę przeczytać wiele cennych komentarzy.

 

Zatrzymałem się na “A ja tylko nie kradnę” i kawałek dalej na wzmiance o Nimrodzie, z której nie wynika, że dotyczy przeszłości.

Nie tylko Ty zwróciłeś na to uwagę, a już się nauczyłem, że jeśli dwie osoby mówią mi, że coś jest nie tak, to raczej rzeczywiście tak jest. “A ja tylko nie kradnę” chyba mogę wywalić, bo to wynika z kontekstu. Czy chodzi Ci o to zdanie: “– Tak! – Załapał i znów trzasnął w moje ramiona”? Tu można chyba zamienić wyraz “znów” na coś, co naprowadzi czytelnika, że podobne zdarzenie miało miejsce wiele lat temu. Liczyłem na to, że czytelnik zapamięta ten fragment do tego momentu, kiedy opisuję pierwsze spotkanie Miszaela z Nimrodem, ale chyba zbyt wiele wymagam. Szczególnie na początku. Pomyślę.

 

Rozbudowałbym wątek syna – jedna scena, bez zaznaczonego konfliktu i z dość szybkim finałem, to za mało by zbudować emocje – stąd relacja Miszael/Szafat przegrywa z parami Miszael/Nimrod i nawet Miszael/Noemi.

Tu z kolei sam nie wiem. Bo z jednej strony scena jest wprowadzona bez wyraźnego przygotowania – zrobiłem duży przeskok i logika całego fragmentu trzyma się na włosku. Ale z drugiej łamie to stateczność opowieści i już zaczyna wprowadzać do zakończenia. Liczyłem, że w tym momencie zadziała przygotowywany motyw synów, którzy chcą żyć po swojemu.

Miszael broni się przed wspomnieniem o Szafacie, które wciąż jest żywe. Myślę, że jeśli miałbym to napisać inaczej, to wyszłoby zbyt emocjonalnie, a tak, napisane trochę mimochodem, kończy wcześniej zapowiedziany wątek z synem, a zarazem nie dominuje opowieści. Natomiast wspomnienie o Noemi jest sprzed kilkunastu lat, przez co może być wyidealizowane, i z mojego punktu widzenia to dobrze, że ta relacja jest wyrazistsza.

Poza tym boję się, że jak zacznę coś zmieniać, to mi się wszystko posypie.

 

Wielkie dzięki za komentarze.

Piękna baśń.

W zasadzie poruszasz tu dużo wątków, choć chyba to umiłowanie pracy nadającej sens życiu oraz konfliktu ojca z synem trochę wysuwają się na pierwszy plan.

To pierwsze u mnie również przywołało skojarzenia z Syzyfem. W pewnym sensie jest to pułapka, łańcuch, który w zasadzie tworzy sobie sam – nawet jeżeli wmawia sobie, że daje to sens jego życiu. I to chyba jest główna różnica, że nie bogowie, a on sam jest swoim katem.

(To z kolei przypomina mi opowiadanie o człowieku stojącym w kolejce, tytułu niestety nie pamiętam (chyba “Kolejka”), który (uwaga, spoiler) w tejże kolejce stoi 20 lat, a gdy dociera do końca… wraca na początek kolejki, nie widząc innego sensu w życiu)

No i to oczywiście prowadzi do pytań o ocenę Miszaela, człowieka skromnego i pracowitego, a zarazem pijusa. Czy koniec końców sam zgotował sobie ten los, czy jest naprawdę szczęśliwy, czy ktoś nie mógłby mu pomóc, choć Nimrod (bezskutecznie) próbował, a więc i jak mu pomóc, jeśli chcemy? Abstrahując od pytań o sens życia, to są to pytania aktualne nawet w życiu publicznym i skłaniać mogą lub nawet powinny do refleksji.

Wątek najpierw rozstania z ojcem, a potem z synem w miarę ładnie spaja tekst i pokazuje, jak kolejne pokolenie popełnia te same czyny (albo błędy).

Do tego stylizacja i styl pasują do tej opowieści i nadają jej dodatkowego wymiaru (tak jak i sama historia Lilusia).

Zastanawia mnie jeszcze temat wieży Babel. Bo oczywiście wiele osób ją podnosi w komentarzach, ale boję się, że przynajmniej w części sugerowali się Twoim wstępem (albo przynajmniej mogli się sugerować) i bez niego jej obecność nie byłaby tak jasna. Źle, dobrze – nie wiem, tak wspominam.

No więc oceniam tekst na bardzo dobry i ogólnie dziękuję za niego, lektura była samą przyjemnością :)

 

Dziękuję, Goldohu, za rozbudowany komentarz.

 

Rzeczywiście nie piszę wprost, że chodzi o wieżę Babel. W biblii wieża nie jest nazwana Babel, jest napisane, że miasto nazwano Babel, co znaczy “pomieszanie”. Mogę stąd wnioskować, że tę nazwę nadano miastu już po wydarzeniach związanych z wieżą.

Liczę, że czytelnik sam się domyśli. Opowiadanie otwieram fragmentem o pomieszaniu języków i rozproszeniu się po świecie (w moim rozumieniu). Piszę wprost o wieży sięgającej nieba. I Nimrod był pierwszym panem miasta Babel.

 

Jeszcze raz dzięki za komentarz i cieszę się, że tak wysoko oceniłeś moje opowiadanie. :)

Sorry, Winnetou, ale jestem na NIE. Z lekkim bólem serca.

Zgadzam się z przedpiścami, że to bardzo dobry tekst. Dojrzały warsztatowo, ładnie budujesz klimat, mimochodem tworzysz mocnych bohaterów, zawarłeś przekaz, pokazujesz samo życie… Prawie same zalety.

I tylko fantastyki mi brakło.

Tak, można się domyślić, że chodzi o wieżę Babel. Ale biblijna opowieść została odarta z nadnaturalnych elementów. Zostały zaćmienia, deszcze – zwyczajne zjawiska.

W komentarzach piszesz o sięganiu chmur i przecinaniu tęczy. No, niby tak. Ale. Mgła to też chmura, tylko snująca się przy ziemi. A niedawno widziałam chmuromgłę zaczynającą się na wysokości wierzchołków drzew, więc luzik. Kwestia klimatu, ukształtowania terenu i takich tam. A może to smog był? Tęcza. Bo to raz człowiek widział najzwyklejszy blok przecinający tęczę? Zależy, w jakiej odległości od przecinającego obiektu stoisz. I nie każda tęcza wznosi się na maksa (bodajże 42 stopnie nad horyzontem). Równie dobrze można te określenia potraktować jako poetyckie i odrobinę przesadzone.

A zresztą – dla mnie to nie jest opowieść o wieży, tylko o samotnym człowieku codziennie wybierającym między ciężką pracą a piciem. O cykliczności, o przemianie pokoleń, o niełatwym życiu… Budowanie wieży stanowi tylko rusztowanie, scenografię tej historii.

Zastanawiam się, czy w starożytności używano koni do ciągnięcia załadowanych towarem wozów. Wydaje mi się, że raczej osłów albo wołów, ale mogę się mylić.

Babska logika rządzi!

Sorry, Winnetou, ale jestem na NIE. Z lekkim bólem serca.

Zgadzam się z przedpiścami, że to bardzo dobry tekst. Dojrzały warsztatowo, ładnie budujesz klimat, mimochodem tworzysz mocnych bohaterów, zawarłeś przekaz, pokazujesz samo życie… Prawie same zalety.

I tylko fantastyki mi brakło.

Rozumiem.

 

Tak, można się domyślić, że chodzi o wieżę Babel. Ale biblijna opowieść została odarta z nadnaturalnych elementów. Zostały zaćmienia, deszcze – zwyczajne zjawiska.

W komentarzach piszesz o sięganiu chmur i przecinaniu tęczy. No, niby tak. Ale. Mgła to też chmura, tylko snująca się przy ziemi. A niedawno widziałam chmuromgłę zaczynającą się na wysokości wierzchołków drzew, więc luzik. Kwestia klimatu, ukształtowania terenu i takich tam. A może to smog był? Tęcza. Bo to raz człowiek widział najzwyklejszy blok przecinający tęczę? Zależy, w jakiej odległości od przecinającego obiektu stoisz. I nie każda tęcza wznosi się na maksa (bodajże 42 stopnie nad horyzontem). Równie dobrze można te określenia potraktować jako poetyckie i odrobinę przesadzone.

Jeśli prześledzisz moje komentarze, to nawet nie starałem się bronić fantastyki na tym poziomie, ani na poziomie interpretacji. Od razu podszedłem do tego niezwykle restrykcyjnie.

Opisywany świat jest raczej bajkowy. Bo umiejscowiony w czasie na tyle wcześnie – pieniądze i jazda wierzchem na koniu wskazują, że powinno to być do X wieku przed Chrystusem – że owa budowla (kolista, złożona z układanych na siebie ogromnych wapiennych bloków) nie mogłaby ujść naszej uwadze. A nic o niej nie wiemy. Ja oczywiście nie piszę, że wieża miała 200 czy 500 metrów. Ale można sobie to wyobrazić: bloki ciągnęły dziesiątki wołów; wszystko wciągano drewnianym dźwigiem na sto łokci (50m). (Po pierwsze, jak? A po drugie, kto skonstruowałby wtedy taki dźwig? Chyba tylko magicy ze wschodu). Miszael pieszo z wózkiem wchodził na nieukończoną wieżę cały dzień. Podziwiał widok z nieukończonej wieży, mówiąc, że wszystko jest takie malutkie. Czegoś podobnego nie sposób było wtedy zbudować.

I, oczywiście, jakby się uprzeć, to nawet się nie podciągnie tego pod historię alternatywną, tylko wyjaśni, że są to brednie autora. Ja opowieść specjalnie napisałem tak, żeby można było w nią wierzyć i rozumieć na różnych poziomach.

 

A zresztą – dla mnie to nie jest opowieść o wieży, tylko o samotnym człowieku codziennie wybierającym między ciężką pracą a piciem. O cykliczności, o przemianie pokoleń, o niełatwym życiu… Budowanie wieży stanowi tylko rusztowanie, scenografię tej historii.

Jasne, każdy ma prawo do interpretacji, ale jeśli interesuje Cię zdanie autora, to jest ono następujące: bez wieży nie ma zasadniczego motywatora bohaterów, który jest pokazany w przemówieniu Nimroda, i który Miszael przyjął jako swój. A jaki to rodzaj motywacji? To już proszę interpretować samemu. :)

 

Zastanawiam się, czy w starożytności używano koni do ciągnięcia załadowanych towarem wozów. Wydaje mi się, że raczej osłów albo wołów, ale mogę się mylić.

Ciągnąć wóz z kamieniami konno i to po wieży – kto to widział?! Chyba tylko Bruegel. :)

 

Bardzo dziękuję za komentarz i za wysoką ocenę tekstu. Jeszcze raz zaznaczę, że Cię rozumiem, ale nawet za złote piórko nie wstawiłbym do tekstu, dajmy na to, że Nimrod wszedł na szczyt i zapukał w sklepienie, a Bóg się odwinął i zniszczył wieżę. Mam nadzieję, że wiesz, o co mi chodzi. ;)

Tak dla podtrzymania dyskusji, nie żebym się upierała przy swoim.

Nie znam historii aż tak dobrze, żeby kojarzyć, kiedy wynaleziono siodło, a kiedy zaczęto budować duże dźwigi. No, w starożytności, ale kiedy dokładnie? Ulubiona emotka Baila.

Czekaj, czekaj, jeśli wieżę budowano z takich ogromnych bloków wapienia, to co wwoził na górę Miszael? Przecież nie dałby rady załadować wozu, a Liluś sama by nie uciągnęła. A jeśli kawałki były mniejsze, to niewykluczone, że po zawaleniu wieży i śmierci Nimroda nadal żyjąca w okolicy ludność rozszabrowałaby budulec. Niechby nawet w zbożnym celu – dla wznoszenia świątyni.

Motywator – było w historii kilka znanych (i prawdziwych) budowli, które też by się nadały – piramidy, siedem cudów świata, może co słynniejsze świątynie…

Rozmowa/kłótnia Nimroda z Bogiem. Zgadzam się, że to nijak nie pasuje do tej opowieści. Bo ona wcale nie jest o religii i innych nadprzyrodzonych rzeczach. ;-)

Babska logika rządzi!

Czekaj, czekaj, jeśli wieżę budowano z takich ogromnych bloków wapienia, to co wwoził na górę Miszael? Przecież nie dałby rady załadować wozu, a Liluś sama by nie uciągnęła.

Liluś pojawia się już po zawaleniu wieży i próbie odbudowy. I rzecz jasna, im wyżej tym mniejsze skały; a i tak zawsze będzie potrzeba takich małych.

 

A jeśli kawałki były mniejsze, to niewykluczone, że po zawaleniu wieży i śmierci Nimroda nadal żyjąca w okolicy ludność rozszabrowałaby budulec. Niechby nawet w zbożnym celu – dla wznoszenia świątyni.

No tak, jak to się stało z latarnią morską na Faros, ale przecież wiemy, że była taka budowla.

 

Motywator – było w historii kilka znanych (i prawdziwych) budowli, które też by się nadały – piramidy, siedem cudów świata, może co słynniejsze świątynie…

Oj, drążysz. Chyba nie sposób jasno odpowiedzieć, nie zdradzając tego, czego nie chcę zdradzać. Masz oczywiście rację, ale wtedy nie możemy mówić o Bogu w takim sensie, w jakim rozumiemy go w naszej kulturze i w jakim – czy sobie to uświadamiamy, czy nie – wciąż wywiera na nas wpływ (choć już nie przy pomocy nadprzyrodzonych mocy). Taka odpowiedź musi Ci wystarczyć. ;)

 

Rozmowa/kłótnia Nimroda z Bogiem. Zgadzam się, że to nijak nie pasuje do tej opowieści. Bo ona wcale nie jest o religii i innych nadprzyrodzonych rzeczach. ;-)

Wbrew pozorom jest to opowiadanie religijne (na pewnym poziomie), choć starałem się to ukryć, jak tylko mogłem. ;)

Los Faros. No, brak dowodu to jeszcze nie dowód braku. BTW, nie przemawia do mnie argument, że musielibyśmy znaleźć ślady wieży, jeśli istniała.

No to czekam na następny tekst, w którym zdradzisz to, czego nie możesz teraz. I dodaj do niego kawał soczystej fantastyki. Taki widoczny gołym okiem. ;-)

A to nieźle ukryłeś poziom religijny. Wcale go nie widać.

Babska logika rządzi!

Los Faros. No, brak dowodu to jeszcze nie dowód braku. BTW, nie przemawia do mnie argument, że musielibyśmy znaleźć ślady wieży, jeśli istniała.

Ale biorąc pod uwagę umiejscowienie historyczne, nie wierzę, że po wieży (którą zresztą nie można było wtedy wybudować) nie zostałaby historyczny ślad. Choć może masz rację, a ja się tylko upieram.

 

No to czekam na następny tekst, w którym zdradzisz to, czego nie możesz teraz. I dodaj do niego kawał soczystej fantastyki. Taki widoczny gołym okiem. ;-)

Niestety nie możesz na to liczyć, ale za to rzucę soczysty kawał fantastyki. ;)

 

A to nieźle ukryłeś poziom religijny. Wcale go nie widać.

Moim zdaniem (i nie tylko, bo ja jedynie powielam pewien pogląd, np. Maslowa) jest ścisły związek między religią i motywacją. Napiszę inaczej: jaki bóg, taka motywacja; jaka motywacja, takie dzieło.

Nowa Fantastyka