- Opowiadanie: Gekikara - Ostatnie dni Królestwa

Ostatnie dni Królestwa

Serdecznie dziękuję moim betującym. Wiele spośród tego, co wymieniliście, udało się zmienić, część dało się wyciąć, a resztę poprawić.

 

Więcej przedmowy chyba nie trzeba, bo cokolwiek bym tu napisał gwoli wyjaśnienia, wyszłoby tylko na szkodę lekturze. 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Ostatnie dni Królestwa

Prolog I

 

 

„Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem oni wiele nie stracą”

 

 

Nadchodził czas Wstąpienia.

Słoneczna tarcza wznosiła się w najwyższym punkcie nieba, rzucając na powierzchnię kopuły tęczowe refleksy i wypełniając Eden żarem szczególnie trudnym do zniesienia w trzech warstwach grubych, kapłańskich szat, które Ananiasz był zmuszony nosić w trakcie ceremonii. Nie pomagała też złota maska, pod którą skrywał twarz.

Zarówno szaty jak i maska były jednak konieczne w towarzystwie gnurów, nawet jeżeli wszyscy – poza czterema samcami niosącymi jego lektykę i siedmioma Wybranymi oczekującymi na piedestale – pozostawali oddaleni od Ananiasza o dobre trzydzieści metrów, obserwując ceremonię z Dolnego Placu.

Syknął, poczuwszy lekkie szarpnięcie, kiedy gnurowie się zatrzymali. Po ceremonii wymierzy im karę. Niesienie lektyki Najwyższego Kapłana było zaszczytem, powinni się bardziej przykładać. Łaska Świątyni była niezmierzona, ale litość niewielka.

Wstał, osłaniając ręką oczy przed oślepiającymi promieniami słońca, spojrzał na Górne Tarasy, gdzie ognisty rydwan czekał na Przemienionych – ludzi, którymi stanie się siódemka gnurów, kiedy ceremonia dobiegnie końca. Spojrzał wyżej, ku szczytowi świątynnej wieży, skąd dusze spłyną w ciała szczęśliwców, gdy Ananiasz obdarzy ich błogosławieństwem.

Wiedział, że to tylko otoczka, przedstawienie dla tłumu, który zdążył zebrać się na Dolnym Placu, pragnąc doświadczyć cudu. Najwyższy Kapłan był głównym aktorem.

– Ludu Edenu! – zawołał, a jego głos dochodził uszu gnurów z czterech stron jednocześnie, co było jednym z cudów, jakich pragnęli. Wszyscy padli na kolana, ale nie odrywali spojrzeń od Ananiasza. – Nie minął pełen cykl księżyca, a ognisty rydwan ponownie przeciął nieboskłon płomienną wstęgą i nawiedził nasze błogosławione miasto-ogród, by obdarować życiem wiecznym kolejne z naszych dzieci! Zaprawdę, wielka jest hojność Najwyższego! Oddajmy mu pokłon, bijmy czołami o ziemię! – Na wołanie kapłana odpowiedziały tysiące wiernych. Sam Ananiasz nawet nie skłonił głowy.

– Módlmy się!

Gnurowie wstali. Kapłan westchnął, starając się zerknąć ku niebu, na bezlitosne słońce. Znikąd cienia. Ani jednej chmury, która mogłaby je przesłonić. Słowa modlitwy Osiemnastu Błogosławieństw recytował bez zastanowienia, myślami podążając do chłodu swoich komnat, gdzie czekał sorbet i harem nałożnic. I to było nędzną pociechą wobec przepychu Królestwa.

Pragnął tam wrócić, zakończyć posługę i na zawsze opuścić Eden. Zbliżała się dziesięciotysięczna rocznica panowania Króla Pomazańca, ale jeszcze nie nadszedł czas powrotu Ananiasza do Królewskiego Miasta, choć całe żywoty spędził w towarzystwie cuchnących gnurów. 

Gdy wybrzmiało ostatnie błogosławieństwo, zbliżył się do Wybranych. Umyci, ogoleni, ubrani w białe szaty, przypominali ludzi. Tylko pełne trwogi i bezmiaru tępoty spojrzenia zdradzały, kim są – ale to niebawem się zmieni. Wyhodowali wspaniałe ciała, posłużą przez dekady.

Ananiasz zamoczył dłonie w misie i przemył czoło pierwszego z Wybranych.

– Jakubie, synu Aarona, zostałeś ukochany przez Najwyższego. Czy pragniesz wstąpić do Jego Królestwa?

– Pragnę – potwierdził tamten i kapłan uczynił znak na jego czole.

Gdy był gotów, Ananiasz podniósł rękę i świetlisty promień padł na oznaczone miejsce prosto ze szczytu Świątyni. Gnurowie zebrani na Dolnym Placu bili pokłony i wychwalali imię Pana. Jakub, syn Aarona, runął w objęcia dwóch akolitów w prostych, miedzianych maskach, którzy czekali tuż za nim, by zanieść go do ognistego rydwanu. Najwyższy Kapłan pobłogosławił jego podróż, wymieniając imię Najświętszego Adonai i zamoczywszy dłonie w misie, przeszedł do następnego Wybrańca.

Powtórzył rytuał jeszcze pięć razy, a kiedy stanął przed ostatnim z wywyższonych gnurów i wzniósł mokre dłonie, zimne żelazo skrytobójczego sztyletu weszło między jego żebra, niosąc ze sobą chłód, choć innego rodzaju niż ten, którego kapłan oczekiwał. Jak dotąd nikt nie sprawdzał Wybranych. Żyjąc tak blisko Świątyni, zwolnieni byli z próby Łuku Sprawiedliwych. Tracąc przytomność, Ananiasz poprzysiągł sobie, że nigdy już nie popełni takiej nieostrożności.

Tego dnia ognisty rydwan zabrał ze sobą tylko sześciu pasażerów.

Następnego ranka na niebie pojawili się aniołowie.

 

 

Prolog II

 

 

„Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni się nie rozczarują”

 

 

Mosze wiedział, że po niego przyjdą. Nie wrócił do domu. Zaszył się w szopie niedaleko ogrodu, który miał pod opieką, jednak nie miał wątpliwości, że i tam go znajdą. Chciał, by to świątynni zjawili się pierwsi. Będą zadawać pytania, zamkną go w lochach, ale może – kiedy zrozumieją, że o niczym nie wie – w końcu go wypuszczą. Co innego prostaczkowie, tacy jak on.

Kiedy próbował wydostać się z Dolnego Placu, wskazywali go palcami, rzucali kamieniami i nagabywali strażników, by ci ruszyli za nim w pogoń. Na szczęście świątynni nie zwykli wykonywać rozkazów pospólstwa.

Ledwie wzeszło słońce, a ktoś załomotał w drzwi szopy.

– Mosze, synu Jeremiasza, wiemy, że tu jesteś! – rozbrzmiał basowy głos. – Wyjdź po dobroci! Nie każ nam łamać kolejnych praw szabasu!

Zawiasy zaskrzypiały. Mosze wyjrzał przez szczelinę, a potem otworzył drzwi szerzej. Na zewnątrz czekało pięciu strażników.

– Mosze, synu Jeremiasza – powtórzył świątynny – twój brat przelał krew Najwyższego Kapłana, bezczeszcząc Świątynię i przerywając świętą ceremonię Wstąpienia! Na rozkaz Najwyższego Kapłana…

– On żyje?! – zakrzyknął Mosze. Na placu stał daleko i nie widział dobrze tego, co się wydarzyło, ale przysiągłby, że cios był śmiertelny. – Najwyższy Kapłan żyje?! Chwała Panu! – Padł na kolana, choć miał swoje powody, by nie pałać wielką sympatią do Stwórcy.

Tym razem jednak gotów był z pamięci recytować psalmy, jeśli to miało mu w czymś pomóc.

– Żyje, żyje – odparł strażnik, dając znak dwóm innym, którzy chwycili ogrodnika za ramiona i podnieśli wysoko, tak, że podeszwami sandałów nie dotykał ziemi. – I chce się z tobą zobaczyć.

*

Prowadzili go do Świątyni głównym traktem – jeden strażnik z przodu, jeden z tyłu, dwóch po bokach. Ostatni wyprzedzał ich o kilkanaście metrów, rozganiał przechodniów, by zrobić przejście. Obtłuczone brzoskwinie, zgniłe figi i przejrzałe owoce granatu latały nad głową Moszego, ale świątynni szybko doprowadzili ludzi do porządku, gdy tylko sami zaczęli obrywać pociskami rzucanymi przez mniej wprawnych miotaczy.

Lud Edenu gotów był go osądzić, choć Mosze nie popełnił żadnej zbrodni. Był bratem Elizeusza – to wystarczało. Nieważne, że nie utrzymywali ze sobą kontaktów. Że nawet w dzieciństwie nie spędzali razem czasu, bo Eli urodził się siedem minut wcześniej i był przeznaczony do większych rzeczy. Że ostatni raz rozmawiali trzy lata temu, na pogrzebie matki.

– Grzesznik! – krzyczał tłum. – Przeklęte nasienie! Zdrajca! Zabójca!

– Oni myślą, że Najwyższy Kapłan nie żyje. Nie rozpoczął porannych modlitw?

– Najwyższy robi to, co uważa za stosowne – odezwał się strażnik z prawej.

– Jak zrobisz to, czego sobie życzy, może nawet szepnie słowo na twoją obronę – dodał ten z lewej.

– Nie karmcie biedaka złudzeniami – rzucił świątynny idący na przedzie.

– To może być jego ostatni posiłek – zaśmiał się ten z prawej.

Kolejny raz Mosze już się nie odezwał, zajęty rozmyślaniem, jak inaczej mogło potoczyć się jego życie, gdyby ta jedna rzecz, jedna chwila, która przesądziła o wszystkim, potoczyła się inaczej i gdyby to on pierwszy przyszedł na świat.

Dlaczego Elizeusz to zrobił, na Boga?! Jaki mógł mieć powód?!

Jeżeli niemiła była mu wizja wiecznego życia w Bożym Królestwie, wystarczyło przejść na drugą stronę kopuły i poczekać, aż wykończyłoby go słońce albo burza piaskowa, tak jak robili to starzy, zniedołężniali i kalecy, gdy nie chcieli być obciążeniem dla swoich rodzin.

Zły duch musiał opętać ciało jego brata – to jedyne wytłumaczenie, choć zakrawające na herezję. Złe zostało pokonane już dziesięć tysięcy lat temu, kiedy Mesjasz zasiadł na tronie Królestwa.

Musiał więc znaleźć inną odpowiedź. I to taką, która zadowoli Najwyższego Kapłana.

Mosze nie był najlepszy w kombinowaniu. W ogóle w niczym nie był najlepszy. Nie odznaczał się też wielką odwagą ani hartem ducha – ale chciał żyć, na Szeol!

Jeśli wyjdzie z tego cało, przestanie grać w kości, kupi Racheli coś na przebłaganie i będzie się kajać tak długo, aż ta mu wybaczy. Może przejdą Próbę Dopasowania i kapłani pozwolą im na małżeństwo?

Przeszedł przez bramę, odprowadzany nienawistnymi spojrzeniami gapiów. Przedsionek był pusty jak nigdy wcześniej. Brakowało pokutników, kupców handlujących zwierzętami ofiarnymi, akolitów przyjmujących opłaty za modlitwy w dowolnej intencji, a przede wszystkim wiernych. Tylko świątynni znajdowali się na swoich stałych miejscach.

– Ruszaj dalej.

Dotyk zimnego żelaza na plecach był wystarczającą zachętą.

Z przedsionka wyszli na Dolny Plac, równie opustoszały i pogrążony w ciszy tak głębokiej, jakby za grubymi murami nie rozciągało się miasto, tylko wielka, bezbrzeżna nicość.

Mosze powoli unosił głowę, sondując spojrzeniem kolejne piętra Świątyni, aż po sam szczyt wieży, nad którą krążył tuzin istot zbyt ogromnych, by mogły być ptakami. Światło odbijało się od ich pancerzy, upodabniając je do gwiazd, które zagubiły się na dziennym niebie. Aniołowie.

Gdy dotarli do Wewnętrznej Bramy, ekscytacja Moszego zaczęła górować nad strachem. Nigdy nie był na Wewnętrznym Placu, zarezerwowanym dla świątynnej służby, tym bardziej nie na Tarasach.

Jeśli ogólnodostępna część Świątyni uosabiała jej majestat, to za Wewnętrzną Bramą rozciągała się domena przepychu.

Kazali Moszemu przejść pod Łukiem Sprawiedliwych. Z obawą nasłuchiwał sygnału trąb, przekonany, że posągi przypatrują się mu, próbując dojrzeć złą wolę w jego sercu – ale wyglądało na to, że nic nie dostrzegły. Nie stanął w płomieniach, nie padł jak rażony gromem, choć takie opowieści krążyły o ludziach nieczystego serca poddanych tej próbie.

Dołączył do strażników, którzy zatrzymali się przed drzwiami Wieży Świątynnej. Czekali. Mosze nie wiedział na co, ale milczał, zapatrzony w cuda, jakie pierwszy raz w życiu przyszło mu oglądać. Gdy odźwierny otworzył drzwi, okazało się, że po drugiej stronie było niewielkie, prostokątne pomieszczenie. Weszli do środka i komnata ruszyła w górę.

Lekkie szarpnięcie dało znać o końcu podróży. Chłodny podmuch owionął Moszego. Nigdy nie czuł się tak dobrze, jak w tej chwili, uwolniony od wiecznej spiekoty i żaru. Zimne powietrze napływało z otworów w ścianach, zza których można było dosłyszeć ciche buczenie. Niedługo Mosze miał szansę zastanawiać się nad tym fenomenem, bo strażnicy pociągnęli go dalej, w głąb korytarza, a potem w prawo, jedną z jego odnóg, aż stanęli przed otwartym wejściem do miejsca, które wiele razy sobie wyobrażał.

– Dalej pójdziesz sam – oznajmił kapitan eskortujących go strażników.

Świątynne Ogrody okazały się wspanialsze od każdej z jego fantazji. Wiele gatunków roślin widział po raz pierwszy, części nawet nie znał z nazwy.

Pośrodku ogrodu, pod rozłożystym drzewem pełnym owoców, ukrywając swoją twarz pod bogato zdobioną złotą maską, czekał na niego Najwyższy Kapłan.

*

– W starym świecie ludzie mawiali, że niedaleko pada jabłko od jabłoni – powiedział, gdy Mosze podszedł bliżej.

Głos Najwyższego Kapłana brzmiał inaczej niż podczas ceremonii. Był wyższy, bardziej melodyjny. Przypominał Moszemu głos brata.

– A co z dwoma jabłkami z tego samego drzewa? Jak daleko mogą paść od siebie? Czy będą smakować inaczej? – Kapłan zadawał pytania, ale chyba nie oczekiwał odpowiedzi. Miast tego wyciągnął rękę i zerwał czerwony owoc z gałęzi. – Lubisz jabłka?

– Nigdy ich nie próbowałem, Czcigodny Ojcze. – Mosze starał się nie patrzeć na maskę, wędrował wzrokiem od dłoni do stóp kapłana.

– No tak, zapomniałem, że nie macie ich na dole. Doprawdy, nie pamiętam już powodu. To jeden z pomysłów mojego poprzednika. Łap!

Czerwony owoc pofrunął w kierunku ogrodnika. Chwycił go w locie i zbliżył do ust. Lśniąca skórka i słodki zapach stanowiły wystarczającą zachętę. Wgryzł się w soczysty, lecz sypki miąższ, usta wypełniła mu symfonia kwaśnej słodyczy. Z jednej strony czuł orzeźwienie, z drugiej – nieodpartą chęć, by odgryźć kolejny kęs. Rzeczywiście był to owoc godzien świątynnych ogrodów.

– Jest pyszne.

– W starym świecie ludzie wyobrażali sobie, że jabłoń była drzewem poznania dobra i zła – wtrącił kapłan. – Chyba już rozumiesz dlaczego?

– Ja nic nie wiem, Czcigodny Ojcze. Uciekłem, bo ludzie…

– Ludzie się boją. Obawiają się, że gniew boży spadnie na nich, jeśli nie wskażą winnych. Ochłoną, gdy tylko otworzę wrota Świątyni i przemówię do nich.

– Czyli nie podejrzewasz mnie, Czcigodny Ojcze? – Mosze padł na kolana w miękką trawę ogrodu. – Dzięki ci, o dzięki! Tylko, wybacz mą śmiałość, Czcigodny Ojcze, dlaczego mnie wezwałeś?

– Istotnie, nie podejrzewam. Jednak tak, jak po owocach można poznać, czy całe drzewo nie jest chore, tak i ciebie muszę wystawić na próbę, by się przekonać, jak daleko padłeś od swojego brata.

Mosze podniósł wzrok i spojrzał w nieprzeniknione złote oblicze Najwyższego Kapłana. Miał złe przeczucia. Nie mógł jednak się wycofać.

– Cokolwiek powiesz, Czcigodny Ojcze.

Kapłan zerwał kolejne jabłko, przyjrzał się mu i odrzucił je w zarośla.

– Wypełnisz zadanie, które tobie przeznaczyłem, a czeka cię nagroda. Jeśli takie będzie twoje pragnienie, zajmiesz miejsce niegdyś należne twojemu bratu. Nie muszę tłumaczyć, co jeśli zawiedziesz? 

– Nie, Czcigodny Ojcze – zapewnił Mosze, przeklinając w duchu swój los.

Najwyższy Kapłan podszedł do niego, złożył rękę na jego głowie w geście błogosławieństwa. 

– A teraz wstań i słuchaj.

 

 

„Błogosławieni cisi, albowiem milczenie najwięcej dobrego przynosi”

 

 

Choć Eden był Bożym ogrodem i w nim trafiały się chwasty – wszak, tak jak wszystko inne, jak pustynia, jak wicher, jak trujący deszcz padający poza kopułą, były częścią stworzenia. Zasada ta nie tyczyła się tylko roślin, doskonale sprawdzała się także w odniesieniu do ludzi.

Jeśliby miasto porównać do dzikiej łąki, to jej najbardziej zachwaszczoną częścią byłaby Dzielnica Rzeźników. Położona na południu, w miejscu, gdzie pustynny wiatr dął z taką siłą, że chmury piachu potrafiły przedrzeć się przez kopułę, stanowiła schronienie dla wszelkich mętów, awanturników i zakał.

Mosze już wcześniej odwiedzał to miejsce i to wcale nie rzadko. Tu najpewniej można było przegrać w kości cały swój dobytek, najtaniej kupić ulotną iluzję szczęścia, najszybciej wylądować w rynsztoku po zbyt wielu szklanicach podłej jakości wina i najłatwiej znaleźć kompanów, którzy zrobią to wszystko z tobą. Wielu było takich jak on – odrzuconych bliźniąt z rodzin Wybrańców, kochanych mniej, uważanych za balast nawet przez własnych rodziców.

Tym razem jednak był tu z misją, więc musiał nad sobą panować.

Dlaczego więc dłonie mu drżały?

Minął tydzień, odkąd Elizeusz targnął się na życie najważniejszej, najświętszej persony w Edenie, sześć dni od kiedy Ananiasz pokazał się ludziom cały i zdrowy, wzywając do zaprzestania samosądów i zdania się na Bożą Wolę, wbrew której nic się zdarzyć nie może. Kilka godzin od momentu, gdy strażnicy wyrzucili go, poturbowanego i z podbitym okiem, poza bramy Świątyni. To według Ananiasza miał być element kamuflażu, który go uwiarygodni.

Inaczej ci nie uwierzą, zapewniał kapłan, nie przyjdą po ciebie i cały plan legnie w gruzach. Nigdy nie dotrzesz do tych, którzy odpowiedzialni są za śmierć twojego brata. Żeby jeszcze Moszemu zależało na zemście! W sumie nawet się nie dziwił, że ktoś wykorzystał tego durnia.

– Znów ich widziałem! Widziałem, mówię! – Starzec uderzył pięścią w blat, niemal wywracając wypełnione szkarłatnym płynem kielichy. – Tuż przed wschodem słońca. Stali na wydmach, przypatrywali się miastu!

– Na pustyni? – zaśmiał się drab siedzący obok. – Głowa już nie ta? Jeszcze trochę, a rodzinka wypchnie cię za kopułę i sam się przekonasz, czym są te twoje widziadła.

– Śmiał się będziesz, jak po nas przyjdą! Nikt nas nie obroni, nikt nam nie pomoże! Nikt nie kiwnie nawet palcem, by ratować takich jak my!

– Jak to, staruszku, nie wierzysz w szczodrość Świątyni? – zadrwił podejrzany typ z ospowatą gębą, który zajmował miejsce między Moszem, a pijanym starcem. – I szlachetność jej strażników?

– Pieprzone świątynne psy – burknął do siebie Mosze, upiwszy łyk wina. Karczmarz łypnął na niego spod oka, ale nic nie powiedział na jawną herezję. Tu podobne słowa musiały padać nader często.

Zaskrzypiały drzwi karczmy. Mosze nie mógł się odwrócić, by spojrzeć, kto wszedł do środka, ale po ciszy, jaka zapadła, wywnioskował, że nadszedł czas na przedstawienie. Wychylił naraz cały kielich, by dodać sobie odwagi, i zaczął recytować przygotowany monolog.

– Pieprzone świątynne psy! – powtórzył tak, żeby go wszyscy słyszeli. Całą siłę woli skupił na tym, by głos mu nie zadrżał. – Mają się za lepszych od nas, bo kapłani wyciągnęli ich z rynsztoka, rzucili im resztki ze stołu i zakuli łby w hełmy! Wszyscy w Świątyni tylko na nas żerują!

– Zamilcz! – rozkazał świątynny, który stanął za jego plecami. – Pójdziesz z nami i odpowiesz za he…

Miedziany puchar uderzył w skroń strażnika, a ten upadł. Nie nosił hełmu. Na Szeol, miał mieć założony hełm! Drugi, który stał kilka kroków dalej, wyciągnął miecz, ale Mosze nie miał zamiaru walczyć. Rzucił w niego okrwawionym kielichem, przebiegł po szynkwasie, strącając wypełnione trunkiem naczynia i wyskoczył przez otwarte na oścież okno. Gdy spadał z piętra wprost na stertę owczych skór, która zamortyzowała upadek, dosłyszał, że niektórzy z bywalców karczmy o sielskiej nazwie „Chleb i Wino” zdążyli go rozpoznać i zaczęli wymieniać plotki.

Na razie wszystko szło dobrze.

Wygramoli się z brudów i przebiegł przez niewielki błotnisty placyk, na którym zbierały się pomyje wylewane z okolicznych mieszkań, w kierunku jednej z ciemnych, wąskich uliczek, jakich nie brakowało w Dzielnicy Rzeźników. Czuł smród krwi, kiedy przemykał między budynkami. Wolał się nie zastanawiać, co chlupotało w kałużach, kiedy stawiał kolejne kroki.

Biegł i biegł – aż w końcu przystanął na rozwidleniu, by się rozejrzeć.

Szlag by to!

Nikt za nim nie podążał, był całkiem sam.

Strażnicy nie ruszyli w pościg. Czyżby o niczym nie wiedzieli? Ananiasz nie wtajemniczył ich w plan? Może to był przypadkowy, zwykły patrol – dwóch świątynnych, którzy akurat postanowili odwiedzić tamto miejsce? Dreszcz przeszył jego ciało, a na czoło wstąpił zimny pot.

Kapłan był pewien, że ludzie Naza pomogą Moszemu się ukryć przed pościgiem i zabiorą go do swojej kryjówki. Jeżeli nie, miał uciekać i radzić sobie sam, a jutro spróbować ponownie. To nie mogło się nie udać, zapewniał go Ananiasz – ale słowem nie wspomniał o tym, że ryzyko będzie prawdziwe.

Z drugiej strony, czego innego Mosze mógł oczekiwać po Świątyni?

Przeczekał kilka minut, uspokoił oddech, rozmasował bolącą łydkę, którą musiał nadwyrężyć przy upadku, i ruszył na ślepo wybraną drogą. Poprzysiągł sobie, że to koniec – cokolwiek się stanie, nie będzie już kukłą w rękach Ananiasza!

– Tylko co niby zrobisz? – zapytał siebie z wyrzutem, splunął i ruszył dalej, coraz bardziej posępny, pogrążony w nieprzyjemnych myślach.

Kiedy wyszedł z ciemnego zaułka na jedną z głównych ulic Dzielnicy Rzeźników, prawie wpadł na świątynnego, który wcześniej oberwał kielichem. Miał zabandażowaną głowę i szedł podpierany przez towarzysza, ale gdy tylko rozpoznał karczemnego awanturnika, wstąpiły w niego nowe siły, a w oczach zapłonął ogień zemsty.

– Ty – wycharczał, sięgając po miecz.

– Już nam nie uciekniesz, szczurze! – krzyknął drugi, dobywając broni.

Ostrze świsnęło tuż nad głową Moszego, który pośliznął się i upadł. Strażnik zachwiał się i złapał za głowę, ofiarując mu kilka dodatkowych sekund życia.

Drugi świątynny uniósł miecz, ale coś uderzyło w jego hełm i posłało prosto na bruk. Dopiero wtedy Mosze zauważył dwóch zamaskowanych mężczyzn. Każdy uzbrojony był w młot do ogłuszania bydła. Nawet nie słyszał, jak się podkradali.

Ktoś złapał go za rękę i pociągnął w górę.

– Szybko! – rozkazał trzeci nieznajomy z chustą owinięta wokół twarzy.

Mosze nie zadawał pytań. Wolał nie tracić czasu.

 

 

„Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem im nadarzy się okazja, do zaspokojenia”

 

 

Eden. Ostatnia enklawa ludzi w zniszczonym, przemienionym w jałową pustynię świecie. Obraz prawdziwego Siódmego Przymierza, symbol łaski i sprawiedliwości Pana. Ostatni ogród na Ziemi.

I tak jak każdy inny ogród potrzebował ochrony przed szkodnikami.

Mosze słyszał o nich już wcześniej. W ukradkowych rozmowach i szeptem wymienianych zdaniach, które można było dosłyszeć, grając w kości w dzielnicach Zewnętrznego Pierścienia, przewijała się jedna nazwa – Ludzie Naza. Ananiasz nazywał ich po prostu heretykami.

Świątynia próbowała ich odszukać od jakiegoś czasu, ale byli nieuchwytni niczym słowa na wietrze. Udało się ustalić tylko tyle, że jednym z ich ulubionych miejsc spotkań była karczma „Krew i Wino”. Kapłan podejrzewał, że karczmarz jest jednym z heretyków. Na razie jednak nic z tym nie robił.

Świątynia działała dyskretnie, by nie spłoszyć Ludzi Naza jak stada wron, gdy ciśnie się kamień w stronę drzewa. Obserwowała więc sytuację w biednych dzielnicach oczami swoich szpicli, nie podejmując drastycznych kroków, czekając na rozwój wypadków.

Próba morderstwa Najwyższego Kapłana nie była przekroczeniem granic tolerancji – stanowiła akt wypowiedzenia wojny.

Moszemu nie pozwolono obejrzeć Elizeusza, ale ponoć na jego ciele odnaleziono bliznę w kształcie krzyża o ramionach zagiętych pod kątem prostym. Znak Ludzi Naza. Może mu zagrozili, może go przekupili, a może omamili swoimi kłamstwami – to nie miało znaczenia.

Teraz najważniejsze było odszukanie ich nory. Najważniejsze – dla Najwyższego Kapłana.

– Moglibyśmy przeszukać całe miasto, wysłać strażników i sprawdzać dom po domu – wyjaśnił, gdy przygotowywał Moszego do zadania – ale poukrywaliby się jak szczury i nic byśmy nie uzyskali, prócz niezadowolenia mieszkańców. Dlatego jesteś potrzebny, tobie zaufają. Może.

Wyglądało na to, że połknęli haczyk.

*

Myślał, że zabiorą go prosto do przywódcy, w tajemne, budzące grozę miejsce. Tymczasem schowali się w przykrytej deskami i sianem jamie wydrążonej pod oborą. Wewnątrz cuchnęło, panowała duchota i ciemność, rozpraszana przez samotny płomień kaganka. Z góry dobiegało beczenie kóz.

– Urządziłeś niezłe przedstawienie – odezwał się jeden z mężczyzn. Mosze rozpoznał go. Ospowata Gęba. Siedzieli obok siebie w karczmie.

– To naprawdę on. – Drugi zbliżył się do płomienia i zdjął kaptur, ukazując twarz. To ten, który sprowokował starca. – Wygląda całkiem jak Elizeusz.

– Znaliście go? Znaliście mojego brata?

Niby właśnie tego się spodziewał, ale wizja tego lepszego z bliźniąt – zawsze czystego, zawsze w bieli, nieskalanego pracą ponad siły, nieznającego głodu – odwiedzającego takie miejsce wydawała mu się mniej realna niż złe duchy błąkające się po pustyni.

– Nie odpowiadajcie – nakazał trzeci z jego wybawców. Nadal nie odsłonił twarzy, ale te oczy jak dwa szmaragdy… To musiała być kobieta. – I mówiłam wam, żebyście zakrywali twarze. Im mniej wie, tym lepiej.

Nietrudno było odgadnąć, kto był mózgiem tej drużyny. Mosze znał to dobrze. Rachela była mądrzejsza i bystrzejsza od niego, potrafiła przejrzeć każde kłamstwo i wymówkę.

– Dlaczego mnie uratowaliście? – dopytywał. – Mogliście mnie zostawić. I tak już nie mam na co liczyć.

Ospowata Gęba i Drab spojrzeli na kobietę, ale nic nie mówili. Ta zbliżyła twarz do twarzy Moszego, spojrzała mu prosto w oczy, hipnotyzując zielenią tęczówek, jakby w ten sposób miała zamiar poznać jego myśli.

– Dlaczego cię uratowaliśmy? – powtórzyła jego pytanie. – Dlaczego zaatakowaliśmy strażników? – Zmrużyła oczy i przekrzywiła głowę, po czym wyprostowała się nagle. – Związać go!

– Ale Naz… – próbował zaprotestować Drab.

– To rozkaz – weszła mu w słowo. – Coś z nim jest nie tak. Czuję to. Wiem to.

Mosze w myślach przeklinał swojego pecha. Nigdy nie miał szczęścia do kobiet. Kiedy wykręcili mu ręce za plecy i skrępowali szorstkim sznurem nadgarstki, nawet nie protestował. Bo i co mógł zrobić?

– Posłuchajcie, ja…

– Kim jesteśmy? – zapytała Zielonooka, nie dając mu dokończyć zdania. – Czemu nie pytasz kim jesteśmy? Nie pytasz, bo wiesz, tak? A wiesz, bo…?

Niech to Szeol! Mosze nie był najlepszym kłamcą. W ogóle w niczym nie był najlepszy. I zdecydowanie nie nadawał się do tej roboty. Powinien szybko wymyślić jakąś bajeczkę, ale w głowie miał pustkę.

Coś błysnęło w świetle płomienia i w dotychczas pustej dłoni kobiety pojawił się sztylet. Mosze sądził, że wiedział, jak małe szanse powodzenia miał plan kapłana. Mylił się. Były o wiele niższe niż zakładali.

– Zaczekaj! – Ospowata Gęba złapał Zielonooką za przedramię. – Nie możemy. Wiesz, że nie możemy. Aryjczyk Naz prosił…

Kobieta posłała mu gniewne spojrzenie, ale schowała broń.

– Dobrze. Sprawdzimy, czy mówi prawdę – powiedziała, zdejmując chustę.

Poprzez dół niegdyś pięknej twarzy przebiegała długa, pozioma blizna.

– Dlaczego już się nie ukrywasz? – Mosze zbladł, jeszcze mocniej niż dotychczas. – Co macie zamiar…

– Jeśli masz szczere intencje – kontynuowała Zielonooka – nic ci nie grozi. Jednak jeżeli okaże się, że coś ukrywasz…

Reszty nie usłyszał. Poczuł bolesne ukłucie w szyję i wessała go ciemność. 

 

 

„Błogosławieni miłosierni, albowiem mniej wrogów sobie narobią”

 

 

Woda. Zimna, słona i pozostająca w ciągłym ruchu. Bezdenna głębia nad którą nie widać słońca. Tonął, opadał na dno, jego płuca wypełniał płyn, a gdy zdawało mu się, że za chwilę straci przytomność, niewidzialna siła wypychała go w górę i odkrztuszał wodę, by nabrać powietrza nim zakryje go morska kipiel.

Obok byli inni. Dziesiątki, setki, tysiące… Twarze wypływające na powierzchnię, ręce wyciągnięte ku górze, choć znikąd nie widać ratunku.

– Odleciał – przemówił kamień, który oderwał się od stropu świata i wpadł w wieczną toń.

– Mosze, tak masz na imię?

Już miał zanurzyć się z powrotem, gdy coś chwyciło jego dłoń, utrzymując nad powierzchnią. 

– Mosze, słyszysz mnie?

– Szeol – wyszeptały usta Moszego, a jego twarz przeszył grymas cierpienia.

– On nie podoła – wyszeptał wiatr popędzający fale.

– Spójrz na mnie, Mosze. Spójrz!

Opierając się brutalnej sile żywiołu, przekręcił głowę i zwrócił twarz w stronę tej, która ściskała jego nadgarstek. Patrzyły na niego dwie zielone gwiazdy. Pamięć wracała powoli.

– Ja… Ja żyję? Co mi zrobiłaś? Nie mogę ufać własnym oczom!

– Dostaniesz odtrutkę – zapewniła Zielonooka, której oblicze przysłoniło nieboskłon. – Ale najpierw muszę wiedzieć, czy jesteś godzien zaufania.

– Co? Co mam zrobić, na Szeol!

– Wystarczy, że mi opowiesz. Policzę do trzech i pstryknę palcami, a wtedy opowiesz mi o Świątyni.

– Przysięgam, że…

Nie dokończył. Wciągnęła go otchłań, a gdy odliczanie zakończyło się, usłyszał grzmot i zaczął spadać. Gdy otworzył ponownie oczy, miał pięć lat i po raz pierwszy spotkał kapłana.

*

Matka otarła rąbkiem sukni jego brudną od pyłu twarz, po czym przyjrzała mu się, marszcząc czoło, i cmoknęła z niezadowoleniem. Ktoś ważny miał zaraz się pojawić. Elizeusz poprawił białą szatę, poprawił grzywkę opadającą na oczy i spojrzał niepewnie na ojca, który wyczekiwał przy drzwiach, by otworzyć, gdy tylko rozlegnie się pukanie. Zza okna dobiegały ich radosne okrzyki dzieci – młodszych bliźniąt, tak jak on – z którymi Mosze bawił się przed chwilą, nim matka wezwała go do domu.

Ledwie usłyszeli stuknięcie o drewnianą powierzchnię drzwi, a ojciec szarpnął klamkę i w ukłonach zapraszał gościa do środka.

– To jest starsze? – Kapłan wszedł bez przywitania i wskazał palcem Elizeusza.

Ojciec przytaknął, matka pchnęła brata w kierunku gościa. Patrzył na niego z przestrachem. Wtedy kapłan przyklęknął, a w jego rękach pojawił się niezwykły przedmiot. Nakręcany ptak.

Elizeusz bawił się nim całe dnie, razem z innymi dziećmi w białych szatach, które miały takie same zabawki. Mieli własne miejsce w ogrodzie. Mogli nawet kąpać się w sadzawce. Elizeusz nigdy nie pozwolił Moszemu dotknąć nakręcanego ptaka.

Pewnego dnia, gdy się obudzili, ptak był uszkodzony.

Ojciec wymierzył Moszemu karę. Zasłużoną, ale i tak niesprawiedliwą. Uderzenia rózgi czuł jeszcze przez dwa tygodnie.

*

W dniu siódmych urodzin Moszego, ojciec zabrał go do pracy. Cały dzień wyrywali chwasty. Kiedy nadszedł czas przerwy, z kolanami czarnymi od klęczenia w ziemi, zbolałymi rękoma i piekącym od słońca karkiem, Mosze przysiadł pod starym figowcem. Ojciec wyciągnął z sakwy pakunek. W środku znajdował się wyrzeźbiony z drewna ptak. Nie był nakręcany.

Elizeusz wrócił tego dnia bardzo późno, szczęśliwy i obwieszony podarkami. Mosze przypatrywał się dłoniom brata. Nie było na nich odcisków.

*

Ojciec zmarł, gdy mieli piętnaście lat. Matka załamała się i podupadła na zdrowiu, by nigdy już nie wrócić do normy, więc Mosze musiał się nią zająć. Potrzebował szybko dorobić się dużych pieniędzy – tak odnalazł grę w kości. Nie udało się.

Elizeusza nie było z nimi. Od Namaszczenia mieszkał w Dzielnicy Świątynnej, z dala od trosk codziennego życia, których nigdy po prawdzie nie zaznał. Mosze poszedł tam, prosić go o pożyczkę, ale na widok zapijaczonego podrostka w łachmanach świątynni wpadli w śmiech. Gdy nalegał, by prowadzić go do brata, zbili go jak psa.

Wrócił do domu. Bez pieniędzy. Bez jedzenia. Matka czyniła mu wyrzuty, dowiedziawszy się, że planował zmącić spokój brata.

*

Dla Elizeusza nastał dzień Wstąpienia.

Od śmierci matki Mosze nie przekroczył progu Świątyni, ale to postanowił zobaczyć. Sam zachodził w głowę, z jakiego powodu. Stał więc pośród tłumu, wpatrując się w białe sylwetki Wybranych oczekujących Najwyższego Kapłana. Zaciskał szczęki, gdy przyszedł czas na Elizeusza – a potem świat stał się jednym, wielkim chaosem. Krzyczeli na niego, wytykali palcami, próbowali pochwycić, więc zaczął uciekać.

Następnego dnia, gdy przyszli świątynni…

*

– Anioł! Anioł wylądował na Jarmarcznym Placu! – usłyszał, gdy ktoś z zewnątrz podniósł wieko w suficie. Ospowata Gęba. Mosze nie pamiętał, by tamten wychodził.

– Musimy iść – dodał Drab.

– Jeszcze chwila – upierała się Zielonooka. – Mosze, co było dalej?

– Zaprowadzili mnie do Świątyni. Na przesłuchanie – cedził słowa, bo moc trucizny słabła i wiedział już, jaki los go czeka gdy powie prawdę. Nie mógł jednak zmusić się do milczenia. – Do Ananiasza.

Ziemia zadrżała. Z sufitu posypała się słoma i kurz.

– To drugi, jest bliżej! – oznajmił Ospowata Gęba nerwowo zerkając w kierunku wyjścia z obory. – Na pewno to nas szukają.

– Mosze? Co było dalej?

– Podaj mu odtrutkę! Już dość usłyszeliśmy! – Drab tracił spokój.

– Widzę światła – dodał Ospowata Gęba. – Pamiętacie, co mówił Naz? Anioły wyczuwają życie.

Zielonooka zaklęła, odliczyła ponownie od trzech i pstryknęła palcami. Kolejna igła weszła w ciało Moszego w odległości pół dłoni od koniuszka ucha.

*

Prowadzili go długo, miał wrażenie, że całą noc – ale nie wiedział na pewno.

Najpierw biegli między budynkami, bacząc na żółte i czerwone światła prześlizgujące się po ścianach, brzdęk metalowych blach oraz odgłos ciężkich kroków. Mosze nigdy nie widział anioła z bliska. Słyszał tylko opowieści o żelaznych twarzach bez wyrazu, okrągłych ślepiach w różnych kolorach i rozmiarach, o ostrzach gorejących ogniem. Wolał jednak nie przekonywać się o ich prawdziwości.

Szczęśliwie, ludzie Naza wiedzieli doskonale jak się przed nimi kryć.

 Gdy minęli obory, przeskoczyli przez niewysoki mur i przekradli się na tyły jednego z budynków Dzielnicy Środkowego Kręgu. Upewniwszy się, że nikt nie patrzy, podeszli do studni. Pierwszy po linie z wiadrem do czerpania wody zjechał Ospowata Gęba.

– Teraz ty. – Zielonooka pchnęła Moszego bliżej krawędzi.

Nerwowo przełknął ślinę, patrząc w ciemność głębi, która zdawała się nie mieć dna.

– Ruszcie się – zawołał Ospowata Gęba z dołu, a echo wzmocniło jego głos.

Mosze wolał zjechać sam, niż ryzykować, że go zepchną, więc po niedługim ślizgu w dół przez mrok znalazł się w wodzie sięgającej mu do pasa. Dziękował losowi, że nie było głębiej, bo nigdy nie nauczył się pływać. To rozrywka zarezerwowana dla bogatych. I dla Wybranych, takich jak jego brat.

– Weź głęboki oddech – poleciła Zielonooka, kiedy wszyscy byli już na dnie. – Przez chwilę będziemy pod wodą. Jest tam przejście do sąsiedniego tunelu. Poprowadzę cię.

Nie czekała na odpowiedź, ścisnęła dłoń Moszego i pociągnęła go w dół. Opór nie przyniósłby mu nic dobrego, więc nabrał powietrza i przeczołgał się około pięciu metrów pod wodą. W ciemności. Nie wiedząc jak długo to potrwa.

Potem, kiedy się wynurzyli, już na szczęście tylko szli. Mijały godziny, a oni z wolna posuwali się naprzód, w nieskończonej, niczym niezmąconej czerni. Czuł, że korytarz skręca, ale nie potrafił określić kierunku. Miał wrażenie, że oddalają się od środka Edenu.

Wtedy przypomniał sobie opowieść starca z karczmy. Złe duchy na pustyni. Już rozumiał, czemu chcieli obrócić tę historię w żart.

– Jesteśmy poza kopułą? – zapytał, ale nie doczekał się odpowiedzi.

Wody było coraz mniej, aż w końcu stanęli na suchej skale. Niedługo później Mosze dostrzegł łunę ognia majaczącą w oddali.

Udało się. Dotarł do kryjówki. Jego życie wisiało na włosku, ale chyba najgorsze miał za sobą – zaufali mu. Uwierzyli, że jest wrogiem Świątyni. Czemu mieliby nie? Miał wszelkie powody, by jej nienawidzić.

Kiedy Ananiasz wysyłał go z misją, zarzekał się, że osobiście poprowadzi szturm na bastion heretyków. Mosze próbował to sobie wyobrazić i z jakiegoś powodu wizja kapłana brodzącego w wodzie pośród ciemności wywoływała uśmiech na jego twarzy.

 

 

„Błogosławieni czystego serca, albowiem nic ukrywać nie muszą”

 

 

Po raz pierwszy usłyszał o Nazie Aryjczyku, kiedy Rachela go zostawiła, czyli przed trzema miesiącami. Szwendał się po bezdrożach Dzielnicy Żebraczej, najbardziej zapadłej ze wszystkich części Edenu, będącej niczym toczona zgnilizną brzoskwinia rosnąca pośród zdrowych, owocodajnych drzew. Nie było tu dróg – tylko szlaki z ubitej ziemi między ruinami starych zabudowań i chaotycznie rozrzuconymi barakami, skleconymi z czego popadnie. Tu trafiali ci, którym brak odwagi wyjść za kopułę, by umrzeć godnie. Jak się tu znalazł – nie pamiętał. Może nogi zaniosły go tam w pijackim amoku? Może przywlekli go tu dla żartu ci sami ludzie, którzy zabrali mu pieniądze? Może sam je przegrał w kości?

Odzyskał przytomność, leżąc w chwastach. Z bólem głowy, zagłuszającym inne dolegliwości, kluczył pozbawionymi nazw ścieżkami, szukając drogi do domu – i w jednym z wielu zaułków natknął się na mały tłumek głodujących, brudnych i chromych, który zebrał się wkoło samozwańczego rabbi.

– Dwóch było pomazańców i trzy epoki w dziejach świata – przemawiał starzec z jednym okiem, a jego słowa pełne były młodzieńczej zapalczywości. – Pierwsza, gdy naród wybrany, ukochany przez Boga, gnuśniał i oddalał się od Niego. Wysłał Pan tedy pierwszego mesjasza, by ich zbawić. Jednak pradziadowie tych, którzy zniszczyli świat, którzy wznieśli te mury i siedzą w swojej wieży, traktując nas niczym trzodę, zabili go do krzyża przybiwszy!

Gniewny pomruk rozległ się pośród tłumu. Ktoś zakaszlał gruźliczo, ktoś inny zaklął szpetnie, Mosze chwycił się za głowę oburącz i odwrócił plecami do zebranych, ruszając na poszukiwania drogi do domu. Rabbi przemawiał dalej.

– Przyszedł więc drugi, spod znaku wiru o czterech ramionach, zagładę niosąc plugawemu rodzajowi wiarołomców i krzywoprzysięzców. Lecz przodkowie tych, co zniszczyli świat i wznieśli te mury, rozplenili się po świecie, urośli w mocy i w liczbie. Posłali na wojnę naszych praojców, karmiąc ich kłamstwami, a gdy zwyciężyli, nie było już nikogo, kto by ich powstrzymał, kto by pohamował ich chciwość i pragnienie władzy…

Mosze był już daleko, prawie zniknął za zakrętem, niepewnie stawiając kroki, uciekał przed ekstatycznymi uniesieniami heretyka, który wykładał swoją teologię tym, dla których nie było już ratunku.

– Ale jest nadzieja! Trzeci Boży wybraniec, najlepszy spośród ludzi, przyszedł na ten świat! Naz! Naz Aryjczyk! Radujcie się, bo…

Więcej Mosze nie usłyszał. Skręcił w przeciwległą ścieżkę i tłum nędzarzy zniknął za rogiem, a wraz z nim znienawidzony głos, który przysparzał cierpień. Został jedynie on i cisza, i smród rozkładu, i pulsujący w skroniach ból, który pozwalał Moszemu przez parę chwil nie zastanawiać się nad tym, jak wygląda jego życie.

*

Wspięli się po wysokich schodach, do wrót, które pozostawały otwarte. Mężczyzna siedzący u wejścia łypał na Moszego podejrzliwie, ale bez słowa pozwolił im przejść.

Tym razem wnętrze przewyższyło wyobrażenia biednego ogrodnika z Edenu.

Przepastna sala, krzyżowo-żebrowe sklepienie podtrzymywane przez cztery rzędy wysokich kolumn, z których wystawały świeczniki rozjarzone płomykami dziesiątek świec. Strzeliste okna zabite deskami, ściany kiedyś pokryte malowidłami, ale teraz wyblakłe. Wewnątrz ludzie siedzący w długich ławach albo wieczerzający w małych grupach. W większości starzy lub chorzy, ale byli też i tacy jak Drab i Ospowa Gęba, a nawet kobiety – młode, ale oszpecone jak Zielonooka. Niektóre twarze rozpoznawał.

Opodal podwyższenia na którym postawiono krzyż o zagiętych pod kątem prostym ramionach siedział jednooki rabbi, rozprawiając o czymś zawzięcie z drugim, równie żarliwym wyznawcą, który ślęczał nad płótnem przedstawiającym mężczyznę o czarnych włosach zaczesanych na bok i niewielkim, kwadratowym wąsie. 

– Namaluj jeszcze raz – upierał się starzec. – Nie tak powinien wyglądać prorok.

– Znaleźliśmy stare podręczniki a tam strzępki fotografii…

– To kłamstwa tych, na których rozkaz napisano te księgi. Nie zapominaj o tym jak wielka obłuda nas otacza! Tylko w wierze mamy ocalenie. 

– Baruchu – Zielonooka skinęła głową na powitanie. – Przyprowadziliśmy go.

Jednooki starzec jakby dopiero ich zauważył. Zapatrzył się na Moszego, uważnie przyjrzał się jego twarzy i pokiwał głową.

– Został sprawdzony? – zapytał jednooki starzec, wstając ze stopnia.

– Sama to zrobiłam.

– Zostaw mi go i powiadom Naza.

Zielonooka zniknęła w przejściu za ołtarzem. Drab i Ospowata Gęba gdzieś się oddalili. Amator malarstwa wrócił do swojego dzieła – został jedynie Mosze i jednooki rabbi. Od wrót dzieliło ich dwadzieścia pięć, może trzydzieści metrów.

To była jego szansa. Nim się zorientują i ruszą za nim, będzie już daleko. Mosze nie był najlepszy w uciekaniu, ale bez wątpienia był w tym bardzo dobry. Miał zerwać się do biegu, gdy dłoń Barucha zamknęła się w żelaznym uścisku na jego przedramieniu.

– Chcesz uciec. Boisz się – wypowiedział starzec i w tym momencie Mosze poczuł autentyczny strach, a rabbi pociągnął go w kierunku krzyża. – Każdy się lęka, gdy staje w obliczu prawdy. Pogrążone w cieniu kłamstwa umysły uciekają przed światłem. Nie obawiaj się, Naz jest z nami.

– Wybacz…

– Rabbi.

– Wybacz, rabbi, ale nie jestem jednym z was. Nie po to tu przyszedłem – Mosze próbował się wytłumaczyć. – W ogóle tu nie przeszedłem, zostałem raczej…

– Uprowadzony? – powiedział ktoś za jego plecami i Mosze odwrócił się nerwowo.

Mężczyzna nie przypominał ludzi z Edenu, już na pierwszy rzut oka wyróżniała go jasna karnacja i włosy w kolorze zeschłej trawy. Do tego był wyższy od wszystkich, łącznie z Drabem. Otaczała go aura siły i pewności siebie.

Mosze spodziewał się niespokojnego szaleńca, buntownika z dzielnic nędzy, kapłana, który wystąpił przeciwko Świątyni – kogokolwiek, ale podobnego do reszty mieszkańców ostatniej enklawy ludzkości na zniszczonej plagami Ziemi.

Już rozumiał, skąd to dziwne imię, niepodobne do niczego.

Naz Aryjczyk nie był stąd.

– Miałem powiedzieć „przyprowadzony” – dodał Mosze po chwili milczenia, uświadomiwszy sobie nagle zapadłą ciszę. – Nie chciałbym cię urazić, panie… ale to nie miejsce dla mnie. Trafiłem tu przez przypadek. Nie jestem nikim ważnym, nie mam w sobie odwagi i wiary, chcę po prostu wrócić do Edenu, do swojego życia. Jeśli mógłbym odejść…

– Możesz odejść – wszedł mu w słowo Naz. – Nikogo nie przetrzymujemy.

– Dziękuję, ja…

– Ale może najpierw zechcesz zagrać w kości?

Naz uśmiechał się. Było w tym uśmiechu coś nieludzkiego, co przyprawiało o dreszcz na karku.

 

 

Prolog III

 

 

„Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem na wojnę się szykują”

 

 

Był dwunasty dzień miesiąca elul, jeszcze przed wschodem słońca. W Edenie rozbrzmiewał dźwięk wzywających do pokuty szofarów z czterech krańców Świątyni symbolizujących cztery wierzchołki świata, kiedy stanął przed Zewnętrzną Bramą.

– Prowadź do Ananiasza – rozkazał jednemu ze świątynnych, którzy pilnowali przejścia.

Strażnik wybuchnął śmiechem i sięgnął po miecz, by przegnać obdartego intruza. Drugi go uprzedził i już skierował sztych ostrza w kierunku przybysza.

– Jestem Mosze, syn Jeremiasza, brat Elizeusza. Najwyższy Kapłan mnie oczekuje.

Świątynni spojrzeli po sobie. Pewność z jaką zwracał się do nich zmuszała do rozważenia jego słów. Uradzili, że jeden zostanie przy wrotach, a drugi zasięgnie informacji. I tak po nieznośnie długim oczekiwaniu, piątka strażników prowadziła go do ogrodu. 

Tym razem nie drwili z niego. Gdyby spojrzał na nich ktoś postronny, nie wiedziałby, czy to strażnicy prowadzili przybysza, czy to on wyznaczał kierunek marszu.

Tak, jak za pierwszym razem, strażnicy zostali przy wejściu, a on ruszył do wnętrza ogrodu, ku rozłożystej jabłoni, pod którą Najwyższy Kapłan przyjął Moszego po raz pierwszy.

– Odnalazłem kryjówkę Naza Aryjczyka – rozpoczął, idąc w kierunku Ananiasza. Ten uniósł dłoń na znak, by zachować dystans. Dzieliło ich prawie dziesięć metrów.

Daleko, ale nie za daleko.

– Wiem o tym – odpowiedział Ananiasz, przyglądając się jabłku trzymanemu w dłoniach. – Oczekiwaliśmy cię przy studni w Dzielnicy Środkowego Kręgu. Niestety, na próżno.

Więc Ananiasz posłał szpiegów. To nie powinno dziwić. Najwyższy Kapłan był przebiegły niczym wąż z pierwszego Edenu.

– Wyprowadzili mnie inną drogą.

Ananiasz obejrzał jabłko ze wszystkich stron, po czym rzucił je w trawę i sięgnął po kolejne. Chrząknął i zwrócił ukrytą pod maską twarz w stronę rozmówcy.

– Czego udało ci się dowiedzieć? Kim jest Naz? Co planuje? Jak wygląda droga do jego nory? Coś zwróciło twoją uwagę? Mówże, mój czas jest cenny.

– Nie jest stąd. Otacza się żebrakami i kalekami. Buntuje ich przeciwko Świątyni. Do jego kryjówki prowadzi wiele dróg, każda przez ciemność i wodę.

Ananiasz prychnął z irytacją.

– Mówisz półsłówkami. Jeszcze chwila, a jestem gotów uwierzyć, że…

Chrzęst trawy i pobrzękiwanie zbroi przerwały ich rozmowę. Jeden ze świątynnych podbiegł do Najwyższego Kapłana i ukląkł na jedno kolano.

– Mój panie, żebracy…

– Z ich powodu mi przerywasz?

– Żebracy podjęli szturm na Wewnętrzną Bramę! Cały pochód z ich dzielnicy! Zbliża się Rosz ha-Szana, myśleliśmy, że chcą złożyć ofiarę, by oczyścić się przed nowym rokiem.

– Żebracy? Złożyć ofiarę?! – żachnął się kapłan. – Przegonić ich! Wszyscy!

– Czy aniołowie…

– Nie, na Boga! Nie chcemy ich pozabijać. Przynajmniej na razie. – Kapłan miał już go odesłać, ale przyszło mu do głowy jeszcze jedno pytanie. – Co z kobietą?

– Jest bezpieczna.

– Dobrze. Możesz odejść.

Świątynny odbiegł do wyjścia. Po odgłosach można było sądzić, że zabrał ze sobą straże i na tarasowym ogrodzie zostały tylko dwie osoby pod jabłonią.

Wszystko zgodnie z planem.

– To on, tak? On to spowodował. – Kapłan nie okazywał zdenerwowania, zdawał się spokojny jak wcześniej. Zerknął jedynie w górę, gdzie nad szczytem świątynnej wieży krążyli aniołowie. – Mosze, synu Jeremiasza, gdzie błądzisz myślami?

– Co to za kobieta?

– Na dolnym poziomie panuje chaos, szczury legną się w Edenie, a ty zadajesz pytania? – Kapłan przyjrzał się trzymanemu jabłku i cisnął je pod nogi mężczyzny. – W starym świecie… Wiem, nie powinieneś o tym słuchać… W starym świecie moja rodzina zajmowała się uprawą jabłoni. Posiadaliśmy sady we wszelkich zakątkach świata. Śmiało, podnieś jabłko. A teraz rozdziel je na dwoje.

Jabłko pękło w dłoniach Moszego, ukazując tłustą gąsienicę drążącą owoc.

– W kryjówce widziałem pewien przedmiot. Niby hełm, ale bardziej przypominał metalową bańkę z otworem na głowę. Ponoć używacie takich przy Rytuale Namaszczenia.

Kapłan zbliżył się o trzy kroki, nim się opamiętał. Znów spojrzał w górę na kołujące anioły, a potem w stronę wyjścia, gdzie nie było już strażników, ponieważ sam ich odesłał na dół.

– Wystarczy tylko jeden krzyk – ostrzegł Ananiasz, zerkając ku górze. – Jeden sygnał, a tu będą. Nic mi nie zrobisz bez broni. Przeszedłeś przez Łuk Sprawiedliwych…

– To tylko zwykły wykrywacz metali – przerwał mu, wysuwając z rękawa szaty długi kościany nóż.

– Nie ośmielisz się! – krzyknął Ananiasz. – Jakie kłamstwa, jakie złe duchy przejęły nad tobą panowanie, że bierzesz udział w czymś tak niegodziwym?! Jeśli to zrobisz, nie opuścisz Świątyni żywy. – Kolejny raz zerknął w niebo. To dodawało mu sił. – Twoja kobieta. Rachela, tak jej na imię? Jest tutaj. Jeśli coś mi się stanie, już jej nie zobaczysz!

– Po Wstąpieniu odleciało sześć osób, a ciała Elizeusza nigdy nikt nie widział, zaryzykuję więc stwierdzenie, że dzielimy tę samą twarz – mówiąc, zbliżał się do Ananiasza. Stąpał pewnie i zdecydowanie, gotów bez wahania zrobić to, po co tu przyszedł. Jak zabójca. Nie zawahał się nawet słysząc imię ukochanej.

Szedł, wykrzywiając usta w drapieżnym, niepokojącym uśmiechu.

– Ty nie jesteś Moszem – oznajmił kapłan, wciskając guzik ukryty w jednym z pierścieni, a potem rzucił się do ucieczki.

Krążący nad świątynną wieżą aniołowie ruszyli w kierunku ogrodu niczym spadające z nieba meteory.

 

 

„Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem sprawiedliwości stanie się zadość”

 

 

Helal opuszczał Nowe Jeruzalem w ponurym nastroju, próbując przypomnieć sobie, ile lat minęło, odkąd mierzył się z tak poważnym kryzysem.

To było osiem, może dziewięć tysięcy lat temu, czyli – z perspektywy czasu mógł tak stwierdzić – na samym początku epoki Nowego Globalnego Ładu, kiedy projekt długofalowej hodowli dopiero startował, pamięć o poprzednim sposobie urządzenia świata była jeszcze żywa, a optymalizacja warunków społeczno-ekonomiczno-kulturowych w habitatach-Edenach niedoskonała. Wtedy skończyło się na zniszczeniu jednego z nich. 

Ale teraz – po tysiącach lat, po modyfikacji rozrodu gnurów tak, by samice rodziły bliźnięta, co zapewniało odpowiedni zasób ciał bez depopulacji i ograniczania puli genetycznej, po napisaniu od nowa historii i zaszczepieniu im zasad Świętej Religii, by uczynić ich ciała koszernymi – nie przewidywał nawet scenariusza na wypadek, gdyby podobna sytuacja miała się powtórzyć.

Milenia spokoju i niczym niezakłóconego funkcjonowania systemu habitatów sprawiły, że stracił czujność. Pozwolił kapłanom na większą swobodę, ograniczył działania represji, pozwolił im na bardziej samodzielne funkcjonowanie – zamiast używać robotów, rekrutowali strażników, zamiast czipować wszystkich, poprzestali na wybranych do transferu świadomości. To było tańsze, bardziej efektywne, wystarczające zdaniem Knesetu – a jak się teraz okazało, również bardziej niebezpieczne.

Trzy godziny lotu dzieliły Helala od Edenu zarządzanego przez Ananiasza. Z posępnym wyrazem twarzy wsiadł do maszyny i dał znak pilotowi. Cichy, miarowy pomruk oznajmił, że silnik ruszył i ognisty rydwan wzniósł się w powietrze. Warunki atmosferyczne były dobre, nie przewidywał komplikacji w czasie podróży, ale to nie poprawiało mu humoru.

Ostatnie meldunki Ananiasza były niepokojące. Heretycki kaznodzieja buntujący pospólstwo i manipulujący historią starego świata – zwłaszcza tymi epizodami, które dla przodków Helala i całego ludu Izraela były szczególnie dotkliwe – zrekrutował jednego z Wybranych, by dokonał zamachu na Najwyższego Kapłana. To jawne szyderstwo nie wyglądało na działanie prostego łachmyty z Dzielnicy Żebraków. Ktoś chciał sprowokować króla do działania. Rzucał mu wyzwanie. 

Helal nie podzielił się z Ananiaszem swoimi obawami. Wysłał jedynie anioły, by wzmocnić siły porządkowe Świątyni. Mógł pozwolić sobie na stratę kapłana, Najświętszy Panie, mógł nawet poświęcić jeden z Edenów, ale musiał dowiedzieć się, kto za tym stoi! Liberałowie? Konserwatyści? Cybernetycy? Masoni? Iluminaci? Zbyt wiele było ugrupowań w Knesecie, którym z nudów i dostatku rodziły się w głowach równie szalone pomysły, spiski i knowania. 

Ale żadne z nich nie ważyłoby się zamachnąć na system wymiany ciał. Może byli okropnie starzy, może już dawno zatracili sens istnienia, ale śmierć – na nią zawsze jest za wcześnie.

A jednak.

Ci, którzy polecieli do Edenu Ananiasza po nowe ciała, nie powrócili. Kapłan milczał jak zaklęty, nie odpowiadał na próby kontaktu i choć ostatnie dane z satelitów wskazywały na to, że habitat funkcjonuje jak należy, to nagły brak kontaktu zbiegł się w czasie z żebraczą woltą, która przed dwoma tygodniami opanowała ulice miasta-ogrodu.

– Ile czasu? – Helal zapytał pilota, choć przecież mógł sam sprawdzić. Przywykł jednak do tego, że inni mu usługują.

– Jeszcze pół godziny, panie.

Pół godziny i wszystko stanie się jasne.

Król Pomazaniec wygładził szaty i sięgnął po platynową, wysadzaną diamentami maskę, którą zwykł nosić w czasie takich wizyt, a potem zaczął się modlić o pomyślność dla swoich działań.

*

Najwyższy Kapłan przyjął go w ogrodzie, nad którym górowała wielka jabłoń. To Ananiasz kazał ją tu zasadzić, by przypominała mu o starym świecie. Głupiec nigdy nie wyzbył się sentymentów.

Helal odprawił strażników, rozkazał zamknąć przejście i został sam na sam z kapłanem. Szybkie spojrzenie na ogród podpowiadało mu, że niedawno zaszło tutaj coś osobliwego. Widać było jeszcze ślady lądujących aniołów, które teraz w spokoju sunęły po niebie.

– To zaszczyt gościć cię, mój panie – powitał go Najwyższy Kapłan.

Król Pomazaniec niejedno już widział w swoim długim życiu i potrafił szybko wyciągać wnioski. Nie na darmo to on został przywódcą, nie przez przypadek to on opracował misterny plan obrócenia starego świata w gruzy, na których zbudowali Boże Królestwo. Wraz z maską odrzucił konwenanse i przeszedł do sedna.

– Skończ z tą maskaradą, nie jesteś Ananiaszem.

– Masz rację, nie jestem. – Najwyższy Kapłan zdjął maskę, ukazując ogorzałą od słońca twarz, prawie identyczną z tą, którą Helal widział podczas ich ostatniej wideorozmowy.

Więc to tak.

Sztylet świsnął w powietrzu, niezauważenie pokonał odległość między królem a fałszywym kapłanem i utkwił w czole tego drugiego.

Helal był Królem Pomazańcem od dziesięciu tysięcy lat i w tym czasie, który inni przeznaczali na niekończące się przyjemności, zdążył nauczyć się wielu rzeczy. I zawsze wybierał najlepsze ciała.

– Może już wyjdziesz z ukrycia i porozmawiamy twarzą w twarz?

Zza jabłoni wychynął wysoki, postawny mężczyzna o jasnej karnacji i włosach koloru suchej trawy.

– Nie próbuj tej sztuczki z nożem – ostrzegł, uśmiechając się złowieszczo. – Na mnie nie zadziała.

– Wykorzystałeś ciało tego nieszczęsnego gnura, tak samo jak jego brata i jak wszystkich żebraków z tego miasta. Omamiłeś ich obleśną mieszanką herezji i przeinaczonej historii, by ślepo ci służyli. 

– Religia jest skuteczna, sam wiesz to doskonale. A każda wojna wymaga ofiar. – Naz Aryjczyk wzruszył ramionami, oparł się o pień drzewa i splótł ręce na piersi w nonszalanckiej pozie. – Od kiedy interesuje cię ich los?

– Interesuje mnie każda moja inwestycja – odparł Helal. Musiał ciągnąć tę rozmowę, przynajmniej dopóki nie odgadnie, kto za tym stoi. – Ale to już koniec. Jestem tu. Aniołowie wypełnią każdy mój rozkaz. Wyszedłeś ze swojej nory i przegrałeś.

– Przekonaj się. – Naz Aryjczyk nie tracił pewności siebie. I jeszcze ten uśmiech!

Helal posłał mentalny rozkaz robotom kołującym nad Świątynią. Nic się nie stało. Nadal leniwie zataczały pierścienie tuż pod sufitem kopuły, lekceważąc wolę Króla.

– A więc cybernetycy.

Naz Aryjczyk skinął głową, a na jego twarzy odbił się wyraz triumfu. Na pewno myślał, że złapał Króla Pomazańca w pułapkę.

– Dlaczego? – zapytał z wyrzutem Helal. – Dlaczego to robicie? Chcecie zniszczyć Boży porządek? Wypełniły się słowa wszystkich proroctw. Królestwo Izraela objęło cały świat, żyjemy w krainie mlekiem i miodem płynącej, pławiąc się w zbytku, wiecznie młodzi i zawsze zdrowi. Jest jeden król na Ziemi, a każdy człowiek wychwala imię Pana. Czegóż wam brak?!

– Ty naprawdę w to wierzysz? – prychnął Naz Aryjczyk. – Tak długo powtarzałeś te propagandowe slogany, że udało ci się to wmówić nawet samemu sobie? Kiedyś my, ludzie, sięgaliśmy ku gwiazdom! Odkrywaliśmy tajemnice wszechświata. Rozwijaliśmy się, szliśmy naprzód! A teraz? Cała wiedza i technologia zdobyta przez wieki służy tylko zapewnianiu podłych rozrywek i zaspokajaniu coraz to bardziej wyuzdanych pragnień. Żyjecie na biegunie, w ostatnim miejscu, które nie uległo zniszczeniu, okłamując się, że tak będzie już zawsze. Prowadzisz nas w ślepą uliczkę, Helal. Kiedyś byłeś wizjonerem, ale teraz jesteś nikim więcej niż ślepcem. Czas, by ktoś inny zasiadł na tronie.

Aniołowie jak na znak zstąpili z nieba i otoczyli Króla Pomazańca. Wysokie na trzy metry maszyny do zabijania, uzbrojone w energetyczną broń, widzące w podczerwieni, każda zasilana szczelnym ogniwem, które nie wyczerpie się przez najbliższy wiek.

Drugi sztylet pomknął w powietrzu. Tym razem wbił się tuż powyżej mostka. 

Naz Aryjczyk zaśmiał się i wyciągnął ostrze z ciała. Nie było na nim krwi, tylko miejsce przecięcia iskrzyło jakby ścierały się tam dwa krzemienie.

– Reprezentujesz przeszłość, Helal – powiedział, przesuwając sztyletem wokół przedramienia. – To jest przyszłość! – pociągnął skórę i jednym ruchem zerwał z ręki, ale pod spodem nie było mięsa, a stalowa powłoka z okablowaniem widocznym w miejscu stawu. – To są ciała, które powinniśmy przyjąć! A tam – wskazał czubkiem broni w niebo. – Jest kierunek, w którym powinniśmy się udać.

– Może jestem ślepcem niedostrzegającym przyszłości. Jednak naprawdę sądzisz, że nie zabezpieczyłem się na ewentualność śmierci? – Teraz to Helal się uśmiechał jak stary szelma. – Nigdy nie opuszczam Nowego Jeruzalem. Nie jako oryginał. Sądząc po tym, jak kierowałeś zamachowcami, powinieneś to rozumieć.

Naz Aryjczyk nie wyglądał już na tak nieludzko pewnego siebie. Mina mu zrzedła. Pierwszy raz od początku rozmowy.

– Blefujesz.

– Czyżbyś myślał, że świadomość można przenieść jednocześnie tylko do jednego ciała? Satelity są wycelowane w Świątynię. Pochopne założenie będzie kosztować cię miasto, a twoich sprzymierzeńców miejsce w Knesecie, wolność, albo nawet życie. Naprawdę sądziliście, że strata jednego Edenu będzie dla mnie tak istotna, bym podjął ryzyko i zjawił się osobiście, bez planu?

– Nie doceniliśmy cię, przyznaję – odpowiedział Naz po dłuższej chwili, podczas której wyglądał tak, jakby opuścił ciało. – Ale i ty nas nie doceniasz.

Helal tylko uniósł brew. Czego nie przewidział?

– To nie jedyne miasto, w którym jesteśmy. Wyceluj swoje satelity w habitat numer trzysta czternaście i przekonaj się. Albo w siedemset dwadzieścia. Mogę podać więcej. O wiele więcej.

Król Pomazaniec westchnął.

Dziesięć tysięcy lat rządził niepodzielnie, utrzymując Kneset jako iluzję demokracji, w istocie podejmując decyzje wedle własnego uznania. Wypełnił słowa wszystkich proroków, pokonał wszystkich nieprzyjaciół, zniszczył wszystkich fałszywych bogów. Oczyścił ten świat ogniem i mieczem. Znał wszelkie strategie i fortele.

Sam wymyślił większość.

– Wygląda na to, że mamy pat – oznajmił, rozkładając ręce. – Może więc skorzystamy z mądrości naszych przodków i zrobimy to, w czym byli najlepsi?

– Co masz na myśli?

Helal musiał uważać, by nie odkryć przed rozmówcą swoich emocji. Przykleił dobrotliwy uśmiech do kamiennej twarzy, a w głowie już układał scenariusze działania na wszelką okoliczność i kolejne sto, tysiąc, dziesięć tysięcy lat.

– Dobijmy targu, przyjacielu – zaproponował, pewien, że nikt nie ogra go w jego własnej grze.

Koniec

Komentarze

Dobre i dopracowane, zauważyłem jedną literówkę-Pochopne złożenie będzie kosztować cię miasto.

Chwalmy pana bo w nim jedyna nadzieja alleluja i do przodu

Cześć, Za horyzontem! Dzięki za odwiedziny i fajnie, że opowiadanie się spodobało. Literówka poprawiona. 

Pozdrawiam

Bardzo fajna kreacja świata, przyjemnie było go poznawać i odkrywać różne smaczki.

Połączenie żydowskiej scenerii z hitlerowską – brawurowe.

Losy bohatera mnie zaciekawiły, więc łyknęłam opowiadanie, chociaż było długie.

A na koniec wszystko ładnie wyjaśniasz, tak, jak lubię.

Bardzo mi się podobało, czyli.

Za równo szaty jak i maska

Za równo to jest po przejściu komunizmu. Tobie chodziło o zarówno.

Babska logika rządzi!

Za równo to jest po przejściu komunizmu. Tobie chodziło o zarówno.

O matko i córko i ja to przeoczyłam. Biję się w piersi i przepraszam ;)

 

Moją opinię już znasz, więc tylko króciutko, żeby się mi klika nie czepiali ;)

Odważne, nieco obrazoburcze. Fajne spojrzenie na tworzenie religii. To wykorzystamy, to dorzucimy, tu przeinaczymy i mamy opium dla ludu. I właśnie takie pogrywanie z religią i z ludźmi wydaje mi się w tym opku najciekawsze. Do tego fajni bohaterzy, nieprzewidywalna akcja.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Finkla! Super, że ci się podobało, ale najbardziej cieszę się z tego, że tym razem nie wytknęłas mi jakiejś kliszy. :P

Za równo to jest po przejściu komunizmu

W opowiadaniu judaizm, w komentarzach komuna. Pachnie mi to ORNem. 

 

O matko i córko i ja to przeoczyłam. Biję się w piersi i przepraszam ;)

Nie bierz winy tylko na siebie. Był jeszcze Filip i krar. :P

 

Odważne, nieco obrazoburcze. Fajne spojrzenie na tworzenie religii. To wykorzystamy, to dorzucimy, tu przeinaczymy i mamy opium dla ludu. I właśnie takie pogrywanie z religią i z ludźmi wydaje mi się w tym opku najciekawsze. Do tego fajni bohaterzy, nieprzewidywalna akcja.

Ciemny lud wszystko łyknie, a jakże. Nie bez powodu nauczyciele są tak kiepsko opłacani.

 

 

Podziękowania za kliki. :) 

Cześć!

 

Po zmianach jest zdecydowanie lepiej. A może zwyczajnie przy drugim czytaniu bardziej wszedłem w klimat narodu wybranego. Końcówka sprawia też wrażenie bardziej dynamicznej i celniejszej. Masoni oraz ilumnaci dodają spiskowego charakteru, a teksty w stylu:

Może więc skorzystamy z mądrości naszych przodków i zrobimy to, w czym byli najlepsi?

Pokazują dojrzałość i wyrachowanie graczy.

Moim zdaniem tekst jest nieco humorystyczny, ale zawarłeś w nim też wiele prawideł i zasad związanych ze sprawowaniem władzy. Polityka z religia pięknie się tu przeplata i tworzy lepką, grząska całość, od której cierpnie skóra.

 

Pozdrawiam i polecam do biblioteki!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Gekikaro, przedstawiłeś niezwykle udany mariaż polityki z religią, a choć polityka zajmuję mnie w bardzo umiarkowanym stopniu, a religia w ogóle, to Ostatnie dni Królestwa czytało się świetnie, mimo że nie mam pewności, że wszystko należycie pojęłam. Wyznam, że od drugiego spotkania Moszego z Ananiaszem czułam się lekko zagubiona i to uczucie towarzyszyło mi do końca opowiadania.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

gdzie cze­kał mro­żo­ny sor­bet i harem na­łoż­nic. ―> Masło maślane – czy sorbet, gdyby nie był zmrożony, byłby sorbetem?

 

choć całe ży­wo­ta spę­dził w to­wa­rzy­stwie… ―> …choć całe ży­wo­ty spę­dził w to­wa­rzy­stwie

 

choć za­kra­wa­ją­ce o he­re­zję. ―> …choć za­kra­wa­ją­ce na he­re­zję. Lub: choć ocierająca się o he­re­zję.

 

nad którą krą­żył tuzin istot zbyt ogrom­nych, by mogły być pta­ka­mi. Świa­tło od­bi­ja­ło się od ich pan­ce­rzy, upo­dab­nia­jąc ich do gwiazd… ―> Piszesz o istotach, a te są rodzaju żeńskiego, więc: …upo­dab­nia­jąc je do gwiazd

 

nie­od­par­tą chęć, by zro­bić ko­lej­ny kęs. ―> …nie­od­par­tą chęć, by odgryźć ko­lej­ny kęs.

Kęsów się nie robi.

 

Je­śli­by mia­sto po­rów­nać do dzi­kiej łąki, to naj­bar­dziej za­chwasz­czo­ną po­la­ną by­ła­by Dziel­ni­ca Rzeź­ni­ków. ―> Na łące nie ma polan. Polany bywają w lesie.

 

czego in­ne­go Mosze mógł ocze­ki­wać po Świą­ty­ni?

Od­cze­kał kilka minut… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Drugi świą­tyn­ny uniósł miecz, ale coś ude­rzy­ło w jego hełm, po­sy­ła­jąc go pro­sto na bruk. ―> Czy dobrze rozumiem, że hełm został posłany na bruk?

 

Udało usta­lić się tylko tyle… ―> Udało się usta­lić tylko tyle

 

Ospo­wa­ta Gęba zła­pał Zie­lo­no­oką w przed­ra­mie­niu. ―> Ospo­wa­ta Gęba zła­pał Zie­lo­no­oką za przedramię.

 

w nie­skoń­czo­nej, ni­czym nie zmą­co­nej czer­ni. ―> …w nie­skoń­czo­nej, ni­czym niezmą­co­nej czer­ni.

 

Jed­nak pra­dzia­do­wie tych, któ­rzy znisz­czy­li świat, który wznie­śli te mury… ―> Literówka.

 

czte­ry rzędy wy­so­kich ko­lumn, z któ­rych wy­sta­wa­ły kan­de­la­bry świe­cą­ce pło­my­ka­mi dzie­sią­tek świec. ―> Kandelabr to duży, kilkuramienny świecznik stojący, więc na pewno nie będzie wystawał z kolumny.

 

o czar­nych wło­sach za­rze­sa­nych na bok… ―> Literówka.

 

Zie­lo­no­oka ski­nę­ła głową w ge­ście przy­wi­ta­nia. ―> Zie­lo­no­oka ski­nę­ła głową na przywitanie.

Gesty wykonuje się rękami, nie głową.

 

…al­bo­wiem spra­wie­dli­wo­ści sta­nie się za dość ―> …al­bo­wiem spra­wie­dli­wo­ści sta­nie się zadość

 

roz­ka­zał za­mknąć przej­ście do ogro­du i zo­stał sam na sam z ka­pła­nem. Szyb­kie spoj­rze­nie na ogród pod­po­wia­da­ło… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

uka­zu­jąc ogo­rza­łą słoń­cem twarz… ―> Raczej: …uka­zu­jąc ogo­rza­łą od słońca twarz

 

ży­je­my w kra­inie mle­kiem i mio­dem pły­ną­cej, opły­wa­jąc w do­stat­ki… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Kie­dyś byłeś wi­zjo­ne­rem, ale teraz je­steś nimi wię­cej niż ślep­cem. ―> Nie rozumiem zdania.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oj, Geki, czuję się pominięty ;)

– zawołał, a jego głos dochodził uszu gnurów z czterech stron jednoczenie, co było jednym z cudów, jakich pragnęli.

literówka

wystarczyło przejść na drugą stronę kopuły i poczekać, aż wykończyłoby go słońce albo burza piaskowa, tak jak robili to starzy, zniedołężniali i kalecy, gdy nie chcieli być obciążeniem dla swoich rodzin.

Moim zdaniem niepotrzebny tryb przypuszczający. Wystarczyłoby “wykończy”.

Mosze już wcześniej odwiedzał to miejsce i to wcale nie rzadko.

Tu trafiali ci, którym brak odwagi wyjść za kopułę, by umrzeć godnie.

Albo “tu trafiają”, albo “którym brak było odwagi”

Odzyskał przytomność, leżąc w chwastach. Z bólem głowy, zagłuszającym inne dolegliwości, kluczył pozbawionymi nazw ścieżkami, szukając drogi do domu – i w jednym z wielu zaułków natknął się na mały tłumek głodujących, brudnych i chromych, który zebrał się wkoło samozwańczego rabbi.

rabbiego

Jednak pradziadowie tych, którzy zniszczyli świat, który wznieśli te mury i siedzą w swojej wieży, traktując nas niczym trzodę, zabili go[+,] do krzyża przybiwszy!

równie żarliwym wyznawcą, który ślęczał nad płótnem przedstawiającym mężczyznę o czarnych włosach zarzesanych na bok i niewielkim, kwadratowym wąsie. 

„Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem sprawiedliwości stanie się za dość”

“Za dość”, w sensie zbyt dość?

nie przewidywał nawet scenariusza na wypadek, gdyby podoba sytuacja miała się powtórzyć.

Naz Aryjczyk skinął

Czym?

Kiedyś my, ludzie, sięgaliśmy ku gwiazdom!

Przecież obaj są ludźmi, więc po co to podkreślenie?

Kiedyś byłeś wizjonerem, ale teraz jesteś nimi więcej niż ślepcem

Wysokie na trzy metry maszyny do zabijania, uzbrojone w energetyczną broń, widzące w podczerwieni, każdy zasilany szczelnym ogniwem, które nie wyczerpie się przez najbliższy wiek.

każda

 

Pomysł światotwórczy zacny, ale można było z niego wycisnąć dużo więcej. Przy takich założeniach uniwersum brak choćby wzmianki o prawach noachickich, czy kabalistycznych koncepcjach reinkarnacji to spore przeoczenie.

Sama akcja jest bardzo wartka i wciągająca, bohater również ciekawy. Tylko ten finał wyszedł moim zdaniem trochę nijaki. Z jednej strony rozumiem zamysł, żeby pokazać dysproporcję między wiarą w proroka, który ocali świat i wyzwoli uciśnionych, a rzeczywistością politycznych gierek, ale jednak w porównaniu z wcześniejszą budową napięcia, zakończenie było dla mnie dość rozczarowujące.

No i wydaje mi się, że tytuły rozdziałów nie mają żadnego bezpośredniego związku z ich treścią, więc szkoda, że to tylko taka sztuka dla sztuki.

Cześć Reg! Dzięki za wizytę i uwagi, jak zwykle bardzo celne. Już umieściłem je w tekście.

Co do końcówki, może wydawać się trochę zagmatwana, ale na pewno zrozumiałaś wszystko jak należy, ale może wskazówek było zbyt mało, więc dam jeszcze jedną i napiszę, że podczas drugiego spotkania Mosze dosłownie nie był sobą. ;) 

Światowiderze, a kiedy ja cię tak pominąłem? :o

Na pewno za to nie pominę twoich uwag, bo już je wprowadziłem. :) 

 

Pomysł światotwórczy zacny, ale można było z niego wycisnąć dużo więcej. Przy takich założeniach uniwersum brak choćby wzmianki o prawach noachickich, czy kabalistycznych koncepcjach reinkarnacji to spore przeoczenie.

Hmm… prawa noachickie by nie miały tu odniesienia, bo gnurowie to nie "sprawiedliwi niewierni". Helal wspomina o tym – gnurowie są nauczeni przestrzegania wszystkich zasad judaizmu, by być koszernymi ciałami gotowymi do zamieszkania przez Żydów.

Zaś co do gilgul to rzeczywiście, motyw by się tu świetnie wpasował, ale już ostatnio pisałem opowiadanie o reinkarnacji (jedno, drugie, trzecie…) i czasem trzeba chociaż poudawać przed sobą, że nie pisze się ciągle o tym samym. :P Poza tym tekst nawiązuje do czasów judaizmu świątynnego, a koncepcja wędrówki dusz jest trochę młodsza o ile pamiętam. 

 

Sama akcja jest bardzo wartka i wciągająca, bohater również ciekawy. Tylko ten finał wyszedł moim zdaniem trochę nijaki. Z jednej strony rozumiem zamysł, żeby pokazać dysproporcję między wiarą w proroka, który ocali świat i wyzwoli uciśnionych, a rzeczywistością politycznych gierek, ale jednak w porównaniu z wcześniejszą budową napięcia, zakończenie było dla mnie dość rozczarowujące.

Zakończenie miałem obmyślone przed początkiem – w sumie było punktem wyjścia tego pomysłu – więc tutaj trudno mi coś kombinować i muszę przyjąć twoją opinię. Pewne zastrzeżenia miał też Filip, więc byłem na to przygotowany. :) 

Rozumiem, że taka zmiana głównego aktora – i to dwukrotna – pod koniec jest ryzykowna. 

 

No i wydaje mi się, że tytuły rozdziałów nie mają żadnego bezpośredniego związku z ich treścią, więc szkoda, że to tylko taka sztuka dla sztuki.

Zupełnie nie! 

Każdy tytuł odnosi się po części do rozdziale po nim następującym (no, z jednym małym wyjątkiem, kiedy lepiej by pasował do wcześniejszego), a przede wszystkim każdy jest przeinaczeniem jednego z ośmiu blogosławieństw Jezusa z kazania na górze – tu zachowałem kolejność blogosławieństw. 

By odłożyć ten element na później, zamiast atakować tym od początku, nie podpisałem ich, licząc, że będzie jasne, że to nauki Naza Aryjczyka, który jest przeinaczeniem Jezusa. Są takim cichym tropem wprowadzającym tę postać, przy okazji wychodzi z nich cynizm, który na koniec opowiadania bije i z Naza i z Helala, i podkreśla to, co oni robią z religią i do czego jek używają. 

Widać powinienem mocniej ten element tytułów zaakcentować. 

 

Dzięki za podzielenie się opinią i pozdrawiam. 

 

Nie bierz winy tylko na siebie. Był jeszcze Filip i krar. :P

Zdecydowanie dołączam do bijących się w pierś. ;-)

 

A poważnie: mamy tu bardzo dobre, niesztampowe opowiadanie. Wszystko zostało doskonale przemyślane. Do tego czuć klimat wykreowanego miejsca, przez co czyta się jednym tchem. Nie ma dłużyzn, a to przecież pięćdziesiąt tysięcy znaków z okładem. Jeżeli chodzi o zakończenie, to polubiłem je po drugim czytaniu. ;-) Najbardziej przypadła mi do gustu przemowa Naza o prowadzeniu ludzkości w ślepą uliczkę.

 

Pozdrawiam!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Geki, jak zwykle miło mi, że mogłam się przydać. Dziękuję też za zapalenie latarenki, rozjaśniającej mrok. ;)

Teraz pozostaje mi odwiedzić klikarnię. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zdecydowanie dołączam do bijących się w pierś. ;-)

Tylko, że Irka biła się w piersi, a to już ma zupełnie inne konotacje.

 

A poważnie: mamy tu bardzo dobre, niesztampowe opowiadanie. Wszystko zostało doskonale przemyślane. Do tego czuć klimat wykreowanego miejsca, przez co czyta się jednym tchem. Nie ma dłużyzn, a to przecież pięćdziesiąt tysięcy znaków z okładem. Jeżeli chodzi o zakończenie, to polubiłem je po drugim czytaniu. ;-) Najbardziej przypadła mi do gustu przemowa Naza o prowadzeniu ludzkości w ślepą uliczkę.

Fajnie, że się przekonałeś do zakończenia. :)

 

Geki, jak zwykle miło mi, że mogłam się przydać. Dziękuję też za zapalenie latarenki, rozjaśniającej mrok. ;)

Jeśli rzeczywiście rozjaśniła, to jestem rad.

Światowiderze, a kiedy ja cię tak pominąłem? :o

Żeśmy się przecież umówili na krzykpudle na drugi etap bety ;)

Poza tym tekst nawiązuje do czasów judaizmu świątynnego, a koncepcja wędrówki dusz jest trochę młodsza o ile pamiętam. 

No tak, ale jeśli dobrze rozumiem, akcja jest osadzona w przyszłości, więc architekci Edenu siłą rzeczy musieli tę koncepcję znać. A jeśli nawet ograniczamy się tylko do judaizmu świątynnego (ja za Konecznym wolę określenie mozaizm, bo judaizm to już jednak religia oparta na Talmudzie), to tu też widzę pewien problem. Piszesz, że jest wiele Edenów, zakładam, że z własnymi świątyniami, a przecież świątynia jest tylko jedna. Oczywiście, można by uznać, że twórcy nie przejmowali się takimi szczegółami, ale z drugiej strony sugerujesz, iż król naprawdę wierzy, więc powinien jednak takie kwestie mieć na uwadze.

By odłożyć ten element na później, zamiast atakować tym od początku, nie podpisałem ich, licząc, że będzie jasne, że to nauki Naza Aryjczyka

A widzisz, na to nie wpadłem. Można by to zasygnalizować, gdyby którejś z tych fraz użył kaznodzieja w retrospekcji Moszego? Chyba że to tylko ja jestem tępy i tego nie dostrzegłem ;)

Żeśmy się przecież umówili na krzykpudle na drugi etap bety ;)

W takim razie wybacz, dopadła mnie skleroza.

 

No tak, ale jeśli dobrze rozumiem, akcja jest osadzona w przyszłości, więc architekci Edenu siłą rzeczy musieli tę koncepcję znać. A jeśli nawet ograniczamy się tylko do judaizmu świątynnego (ja za Konecznym wolę określenie mozaizm, bo judaizm to już jednak religia oparta na Talmudzie), to tu też widzę pewien problem. Piszesz, że jest wiele Edenów, zakładam, że z własnymi świątyniami, a przecież świątynia jest tylko jedna. Oczywiście, można by uznać, że twórcy nie przejmowali się takimi szczegółami, ale z drugiej strony sugerujesz, iż król naprawdę wierzy, więc powinien jednak takie kwestie mieć na uwadze.

Bardziej sugeruję, że on tak długo powtarzał to kłamstwo, że po kilku tysiącach lat sam w nie uwierzył. Jasne, że świątynia była jedna i takie wiele edenów i wiele świątyń to jest w ogóle abominacja, zresztą niejedna w tym opowiadaniu.

Hej, Geki!

 

Zabierałem się do tego opowiadania przez 3 dni ze względu na długość, ale lektura mnie nie zmęczyła. Nie żebym był zdziwiony ;)

Nie do końca zrozumiałem zamysł z prologami. Tym bardziej, że mimo wprowadzenia retrospekcji nie gubiłem się na linii czasu, to było zrozumiałe.

Świat wprowadzany po troszku, małymi dawkami, infodumpów nie stwierdzono. Koncepcja bardzo ciekawa, ale niech no się tylko Ambasador Izraela o tym dowie… ;)

Podoba mi się tempo – swobodnie się zmienia, nie ma gnania na złamanie karku, jak to bywa często w tekstach konkursowych. To oczywiście zasługa tych 55k.

Widzę nieco wyżej, że już był przyczep do zakończenia. Ja przez chwilę rozpędzałem zębatki w głowie, ale jak już zachrzęściły ostatnie ziarna piasku w trybach, to uśmiechnąłem się jadowicie. Także: nie tego się spodziewałem, ale to było dobre! Nie ja pierwszy idę z tym do klikarni.

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

I tym razem serwujesz dobrze przemyślany, interesujący oraz rzetelnie skonstruowany tekst. W pewnym momencie pomyślałem, że zaczyna się robić lekko sztampowo. Że niczym mnie nie zaskoczysz. Bo takich zamkniętych miast/enklaw w futurystycznym świecie powstało już całkiem sporo (mój pierwszy biblioteczny tekst tutaj – Psotnik – bazuje dokładnie na tej samej koncepcji, co Twoja), na dodatek od początku wiedziałem, że Mosze dołączy do heretyków, że będzie chciał się w ten sposób zemścić za krzywdy życia. Szybko domyśliłem się również, że kopuła jest jeno przykrywką a religia środkiem do większych celów. 

Mimo tego wszystkiego, koniec zmienił moje zdanie. Zrobiło się ciekawie, momentami nowatorsko. Wymiana ciał i cały ten konflikt na linii Bożego Króla i cybernetyków, czyli konflikt dwóch wizji na przyszłość post apokaliptycznego świata, udobruchały moje wcześniejsze narzekania, które świdrowały w głowie.

Rzeczywiście, masz problem (o ile można to nazwać problemem w Twoim przypadku) z pisaniem krótkich tekstów. Ale mimo wszystko prowadzisz historię w taki sposób, że trudno wyobrazić ją sobie w innej formie. Jeden tylko fragment uznałbym tutaj za niepotrzebne rozciągnięcie. Mianowicie od tego miejsca:

 

Po raz pierwszy usłyszał o Nazie Aryjczyku, kiedy Rachela go zostawiła, czyli przed trzema miesiącami.

 

Tutaj, po takim zdaniu, wystarczyłoby napisać kilka zdań o podsłuchaniu słów miejskiego proroka. I nie jestem pewien, czy dla tej informacji potrzebny był cały, oddzielny fragment, który prócz tej jednej konkretnej informacji (czyli tego, że o nim usłyszał) niczego innego nie wnosi. Dobra, jest jakaś gadka o pomazańcach itd, która pewnie ma znaczenie, ale spokojnie mogła się znaleźć w innym miejscu. 

Sorry, ale musiałem znaleźć coś, co można by skrócić :P

 

Pozdrawiam!

Podobało się, a jakże!

Ciekawe opowiadanie, widać, że wiesz, o czym piszesz i wszystko dobrze przemyślałeś.

Przyznam, ze nieźle mnie zaskoczyłeś, gdy uliczny prorok zaczął opowiadać o “wirze o czterech ramionach”, a chwilę później pojawił się portret pana “o czarnych włosach zaczesanych na bok i niewielkim, kwadratowym wąsie”.

W końcówce pojawia się nagle bardzo dużo nowych informacji o świecie, ale jest to zrozumiałe i jeszcze nie przytłacza czytelnika (do tej granicy przytłoczenia informacjami niewiele ci zabrakło).

Fajne przejście od opowieści o jednym człowieku do opowieści o całym świecie. I to właśnie pomysł na świat (i tego pomysłu wykonanie) mnie urzekło, bo same postacie jakoś nieszczególnie. Ale finał opowiadania tłumaczy, dlaczego te postacie są jakieś takie… niemrawe (?).

Ostała się jeszcze jedna literówka:

– Masz rację, nie jestem. – Najwyższy Kapłan zdjął maskę, ukazując ogorzałą od słońca warz, prawie identyczną z tą, którą Helal widział podczas ich ostatniej wideorozmowy.

>Gnu­ro­wie wsta­li. Ka­płan wes­tchnął, sta­ra­jąc się zer­k­nąć ku niebu, na bez­li­to­sne słoń­ce. Zni­kąd cie­nia. Ani jed­nej chmu­ry, która mo­gła­by je prze­sło­nić. Słowa mo­dli­twy Osiem­na­stu Bło­go­sła­wieństw re­cy­to­wał bez za­sta­no­wie­nia, my­śla­mi po­dą­ża­jąc do chło­du swo­ich kom­nat, gdzie cze­kał sor­bet i harem na­łoż­nic. I to było nędz­ną po­cie­chą wobec prze­py­chu Kró­le­stwa.

 

Daj mo­ment na wczu­cie się w tekst. Niech­że on zrobi ten swój ry­tu­ał i do­pie­ro po nim się “zdy­stan­su­je” do tegoż. A przez czas ry­tu­ału niech ja­kieś szcze­gó­ły ry­tu­ału wpro­wa­dza­ją w to, że on nie robi ich na serio. Albo na od­wrót: niech wy­gło­si jakąś pło­mien­ną mowę, a potem kon­trast sie po­ja­wi. 

 

>Ka­płan wes­tchnął

 

niech jesz­cze zrobi minę jak z sit­ko­mu. 

 

>harem na­łoż­nic. I to było nędz­ną po­cie­chą wobec prze­py­chu kró­le­stwa

 

To jak prze­pis na książ­kę Łel­be­ka: męż­czy­zna w śred­nim wieku znu­dzo­ny sek­sem. Tylko, że Łel­bek to roz­wi­ja, a tutaj jest po pro­stu: “phi, nuda”. No, wy­śmie­ni­ty bo­ha­ter. 

 

>Umyci, ogo­le­ni, ubra­ni w białe szaty, przy­po­mi­na­li ludzi

 

wy­rzu­cić gadkę o na­łoż­ni­cach, od po­cząt­ku dać kwe­stię śmier­dze­nia.

 

Pro­log II

 

>Mosze za­szył się w szo­pie

Oo, i to jest po­stać. Przy­cho­dzą po niego, a on padł na ko­la­na. Dobry mo­ment, żeby zro­bić po­stać głu­pie­go, ale do­bro­tli­we­go, w stylu De Fu­ne­sa. 

 

>Mosze nie był naj­lep­szy w kom­bi­no­wa­niu. W ogóle w ni­czym nie był naj­lep­szy. Nie od­zna­czał się też wiel­ką od­wa­gą ani har­tem ducha

 

Prze­sa­dzi­łeś. Trze­ba by było zo­sta­wić “nie był naj­lep­szy w kom­bi­no­wa­niu”, a wy­rzu­cić “nie od­zna­czał się też wiel­ką od­wa­gą ani har­tem ducha”.

 

No i ci dwaj świą­tyn­ni już mieli szan­sę na ko­me­dio­wy popis, ale trze­ba być po­waż­nym

 

>Gdy do­tar­li do We­wnętrz­nej Bramy, eks­cy­ta­cja Mo­sze­go za­czę­ła gó­ro­wać nad stra­chem. Nigdy nie był na We­wnętrz­nym Placu, za­re­zer­wo­wa­nym dla świą­tyn­nej służ­by, tym bar­dziej nie na Ta­ra­sach.

 

No, no, dobry kie­ru­nek, ale wcze­śniej na­le­ża­ło­by wpro­wa­dzić jakiś “za­po­wia­dacz” tego, że bę­dzie się eks­cy­to­wał, czy ina­czej: cechy, które się łatwo łączą z eks­cy­ta­cją, bo samo zwa­le­nie się na ko­la­na w trak­cie poj­ma­nia przez gliny jest przy­kry­te… poj­ma­niem przez gliny. Mógł to zro­bić oszo­ło­mio­ny, że jak los da­ro­wał tam­te­mu, to jemu też. 

 

>Lu­bisz jabł­ka?

 

no, tro­chę wy­lu­zo­wał ten ka­płan.

 

---

>Mie­dzia­ny pu­char ude­rzył w skroń straż­ni­ka, a ten upadł. Nie nosił hełmu. Na Szeol, miał mieć za­ło­żo­ny hełm!

Chwi­la… przed chwi­lą był tekst ja­ko­by Mosze nie miał żad­nych zalet, same wady, a teraz jak sa­miec Alfa w karcz­mie robi burdę? Żeby cho­ciaż 1) Mosze miał roz­mo­wę z tym straż­ni­kiem, który nie miał na sobie hełmu, żeby za­po­mniał wło­żyć, a potem ten straż­nik 2) zo­ba­czył na ulicy kur­cza­ki i na­sy­pał im karmy do hełmu, bo jest wiel­bi­cie­lem kur­cząt, bo bab­cia mó­wi­ła, że to świę­te stwo­rze­nia (a koncu to dziel­ni­ca rze­zni­ków, to zwie­rząt­ka mogą cho­dzić po swie­zym po­wie­trzu. także Knury wśród Gnu­rów)… Byłby jakiś frag­ment przed burdą w karcz­mie, ja­kieś spo­iwo które uwia­ry­gad­nia, że ten Mosze do­stał mułów od­wa­gi, a straż­nik nie miał hełmu. 

 

NIech­by ten hi­po­te­tycz­ny straż­nik powie coś w stylu: “Wi­dzisz te świn­ki? O nic nie dbają, a Pan jest karmi?” i po­kie­ro­wać to w kie­run­ku za­baw­no­ści “hehe, świn­ki to potem ktoś je, to nie kar­mią je za nic”. Za­łóż­my, że Mosze po ta­kiej głu­po­cie byłby roz­ba­wio­ny i miał­by chęć do walki. Coś jak sy­tu­acji gdy Tra­vis z Taxi Dri­ve­ra usły­szał od ko­le­gi tak­sów­ka­rza “naj­głup­szą rzecz w życiu”, tylko bez de­spe­ra­cji tam obec­nej.

 

>Wolał się nie za­sta­na­wiać, co chlu­po­ta­ło w ka­łu­żach, kiedy sta­wiał ko­lej­ne kroki.

 

Mosze czer­wo­ne ma stopy.

 

>Nie­trud­no było od­gad­nąć, kto był mó­zgiem tej dru­ży­ny. Mosze znał to do­brze. Ra­che­la była mą­drzej­sza i by­strzej­sza od niego, po­tra­fi­ła przej­rzeć każde kłam­stwo i wy­mów­kę.

 

Za­miast tego dać to:

 

>Nie­trud­no było od­gad­nąć, kto był mó­zgiem tej dru­ży­ny. Mosze znał to do­brze. Ra­che­la po­tra­fi­ła przej­rzeć każde kłam­stwo i wy­mów­kę.

 

Jeden z tych cwa­nia­ków he­re­ty­ków mógł­by roz­wa­lić ko­ry­to i ten straż­nik o któ­rym wcze­śniej mó­wi­łem, mógł­by po­da­ro­wać mu hełm, mó­wiąc: “dziś mi się hełm nie przy­da, hehe”. Suche to, ale ja­kieś po­my­sły na roz­wi­ja­nie… po­sta­ci. Potem do­stał­by w łeb bez hełmu. 

 

>nie py­tasz kim je­ste­śmy?

 

Zwrot akcji. Tylko… po co? Chciał­bym usły­szeć “chrum chrum” świ­nek. Fa­bu­ła to szkie­let, świat to chrząst­ki w nim, a chrum chrum jest bocz­kiem. 

 

---

 

Teraz kon­flikt braci i re­tro­spek­cja. Hmm… weźmy opo­wia­da­nia Ro­ber­ta She­kleya. Jak jest mało bo­ha­te­rów, to są krót­kie. Jak jest dużo bo­ha­te­rów i skoki cza­so­prze­strzen­ne, to są dłuż­sze. A tu re­tro­spek­cja wci­śnię­ta, bo tak. Nic spe­cjal­ne­go się nie do­wia­du­je­my. Już wiemy, że ten bo­ha­ter był w gor­szej po­zy­cji, niż brat.

 Bet­ter Call Saul --> tam jest do­brze po­ka­za­ne, w jakim kon­tek­ście i jak wsta­wić re­tro­spek­cje o bra­ciach. je­że­li była lamp­ka w re­tro­spek­cji, to po­ja­wia się potem w “te­raź­niej­szo­ści” fa­bu­ły. Ale nie jako nu­me­ro­lo­gicz­ne za­kli­na­nie nas czy­tel­ni­ków, tylko jako sym­bol. Do któ­re­go wra­ca­my po prze­czy­ta­niu/obej­rze­niu. “O kur­cze, to lamp­ka była w tych dwóch sce­nach… a wi­dzia­łem prze­cież tę spój­ność, teraz widzę sym­bol łą­czą­cy te frag­men­ty!”

 

Jest sym­bo­lizm, jest sub­tel­nie, nie trze­ba jed­nak sze­olu uru­cha­miać. 

 

>Matka cmok­nę­ła z nie­za­do­wo­le­niem, bo ktoś ważny miał się po­ja­wić

 

Nic o tej matce nie wiemy. Czy tę hi­sto­rię za­czął opo­wia­dać Pain z Na­ru­to? Mosze zrobi sobie ta­tu­aże i bę­dzie na czele he­re­ty­ków uświa­da­miał świat o bólu i cier­pie­niu? 

 

---

 

>W dniu siód­mych uro­dzin Mo­sze­go, oj­ciec za­brał go do pracy. Cały dzień wy­ry­wa­li chwa­sty. […] Oj­ciec wy­cią­gnął z sakwy pa­ku­nek. W środ­ku znaj­do­wał się wy­rzeź­bio­ny z drew­na ptak. Nie był na­krę­ca­ny.”

 

No, i to jest frag­ment z po­ten­cja­łem. Gdyby wy­wa­lić tamtą scenę z matką i super luk­su­so­wym pta­kiem pro­sto z Lego i tutaj dodać jakiś dia­log.

 

-- 

Prze­sa­dzo­na scena z tą śmier­cią matki. To wy­mie­nia­nie: “pod­ro­stek w łach­ma­nach”, “zbili go jak psa”. Masz czas na wiele in­nych rze­czy, po­ka­za­nie zie­lo­nych oczu ja­kiejś ran­do­mo­wej babki, ale roz­pi­su­jesz się o łach­ma­nach tego łach­ma­nia­rza długo.

 

Faj­nie za to, że wiemy, iż Mosze gra w kości. Dobra rzecz, na któ­rej można by się sku­pić, ta wie­dza mogła by go do­pro­wa­dzić do he­re­ty­ków. Obe­zna­nie w świat­ku. 

 

>Mosze […] Dzię­ko­wał lo­so­wi, że nie było głę­biej, bo nigdy nie na­uczył się pły­wać. To roz­ryw­ka za­re­zer­wo­wa­na dla bo­ga­tych. I dla Wy­bra­nych, ta­kich jak jego brat.

 

Niech go anio­ły wezmą…

 

--

 

Dziel­ni­ce “zdro­we” i “nie­zdro­we”, to dobry za­bieg. Można to wy­ko­rzy­stać w ja­kimś opo­wia­da­niu jesz­cze, bo w tym nie było czasu.

 

To też dobre: motyw jak z Przy­by­szew­skie­go, u któ­re­go stą­pa­jąc po pew­nych uli­cach zstę­po­wa­ło się w niż­sze kręgi pie­kła. 

 

To też fajne: kwe­stia trzech epok ob­ja­wia­ją­ca się u róż­nych my­śli­cie­li (nie ważne czy Jo­achim de Fiore, czy Marks, czy Comte) jest opi­sa­na w “Nowej nauce po­li­ty­ki” Erica Vo­ge­li­na, u niego na­zy­wa się “teo­rią trzech kró­lestw”. 

 

--

 

“Trze­ci Boży wy­sła­niec, przy­szedł na ten świat! Naz Aryj­czyk!”

 

No i wła­śnie nie pa­su­je mi wy­zna­wa­nie aryj­sko­ści do “nie­czy­stych”. pa­su­je mi do “nor­mal­nych” warstw spo­łe­czeń­stwa póź­nej no­wo­żyt­no­ści, które wsku­tek kry­zy­su za­czy­na­ją czuć się “osa­czo­ne”. 

 

Tego od­wró­ce­nia na “czy­stych” świą­tyn­nych i “nie­czy­stych” na­zio­li nie ro­zu­miem. Jest okej zwy­czaj­ne, sta­ro­żyt­ne ocze­ki­wa­nie me­sja­sza po­li­tycz­ne­go, ze­lo­tyzm. Aryj­skość od­pa­da. 

 

----

 

Ma­lu­nek go­ścia z kwa­dra­to­wym wąsem. Mia­łeś mi­lion oka­zji by roz­ba­wić, wtedy ten ma­lu­nek by był wi­sien­ką na tor­cie, ale nie zro­bi­łeś tego. Więc teraz to nie dzia­ła, tylko “aha” mogę po­wie­dzieć. Takie jakie ten ka­płan by po­wie­dział. 

 

--

 

“Ka­płan chrząk­nął” → w kry­mi­na­łach z bie­dron­ki jest o tym, że de­tek­tyw chrząk­nął, wypił kubek go­rą­ce­go kakao, a potem wes­tchnął. Gdyby Ana­niasz tra­fił do in­ne­go uni­wer­sum, czuł­by się speł­nio­ny.

 

“Ty nie je­steś Mo­szem” – A kto to Mosz? wiemy coś o nim? 

 

---

 

“opty­ma­li­za­cja wa­run­ków spo­łecz­no-eko­no­micz­nych” -> skąd nagle ten język? 

 

-- 

Aaa… to taka hi­sto­ria świa­ta, ge­ne­ty­ka, nauka, mądre rze­czy. Sty­li­stycz­ne­go po­wią­za­nia mię­dzy tym mia­stem, a wy­tłu­ma­cze­niem nie widzę. W sumie każde opo­wia­da­nie można by pisać jak­kol­wiek, bez sta­ra­nia o styl i bo­ha­te­rów, potem dać wy­ja­śnie­nie. Można są­dzić, że jak opo­wia­da­nie jest “spój­ne”, więc jest dobre. Ale ja biorę pod uwagę ca­łość sty­li­stycz­ną, at­mos­fe­rę po­szcze­gól­nych lo­ka­cji i płyn­ność prze­cho­dze­nia mię­dzy nimi. Tutaj tego nie ma. 

 

---

 

“Li­be­ra­ło­wie? Kon­ser­wa­ty­ści? Cy­ber­ne­ty­cy? Ma­so­ni? Ilu­mi­na­ci? Zbyt wiele było ugru­po­wań w Kne­se­cie, któ­rym z nudów i do­stat­ku ro­dzi­ły się w gło­wach rów­nie sza­lo­ne po­my­sły, spi­ski i kno­wa­nia. “

 

bor­su­ki? je­le­nie? kuny? je­no­ty?

 

“Wraz z maską od­rzu­cił kon­we­nan­se i prze­szedł do sedna.

– Skończ z tą ma­ska­ra­dą, nie je­steś Ana­nia­szem.

– Masz rację, nie je­stem. “

 

Od­no­śnie kwe­stii maski, to jest dobra książ­ka “Pie­śni do­świad­cze­nia” Mar­ti­na Jaya. Aby się od­uczyć tego ga­da­nia o kon­we­nan­sach i zro­zu­mieć o co cho­dzi­ło w kwe­stii maski w cza­sach Szek­spi­ra, zanim ten motyw nie zo­stał wy­płu­ka­ny z sensu, a także po­ten­cji ar­ty­stycz­nej.

 

“– Re­li­gia jest sku­tecz­na, sam wiesz to do­sko­na­le. A każda wojna wy­ma­ga ofiar. – Naz Aryj­czyk wzru­szył ra­mio­na­mi, oparł się o pień drze­wa i splótł ręce na pier­si w non­sza­lanc­kiej pozie. – Od kiedy in­te­re­su­je cię ich los?”

 

“non­sza­lanc­kiej”…

 

---

“Kie­dyś my, lu­dzie, się­ga­li­śmy ku gwiaz­dom! Od­kry­wa­li­śmy ta­jem­ni­ce wszech­świa­ta. Roz­wi­ja­li­śmy się, szli­śmy na­przód! A teraz? Cała wie­dza i tech­no­lo­gia zdo­by­ta przez wieki służy tylko za­pew­nia­niu pod­łych roz­ry­wek i za­spo­ka­ja­niu coraz to bar­dziej wy­uz­da­nych pra­gnień.”

 

No, powód Naza jest jakiś. Coś kon­kret­ne­go po­wie­dział. Ale nie ma związ­ku z resz­tą tek­stu. To tak jakby ma­szy­na lo­su­ją­ca na końcu opo­wia­da­nia lo­so­wa­ła ide­olo­gię dla an­ta­go­ni­sty.

I teraz tak: to, że Naz po­wie­dział, iż wie­dza służy teraz do za­spo­ka­ja­nia wy­uz­da­nych pra­gnień nie uspra­wie­dli­wia znu­dze­nia ka­pła­na. Je­że­li wsta­wi się na końcu tek­stu wy­tłu­ma­cze­nie, to jest to wy­tłu­ma­cze­nie lo­gicz­ne, ale nie ar­ty­stycz­ne. Do­słow­ne znu­dze­nie ka­pła­na nudzi do­słow­nie. 

 

---

Od­no­sząc się zaś do jed­ne­go ko­men­ta­rza: 

“Zaś co do gil­gul to rze­czy­wi­ście, motyw by się tu świet­nie wpa­so­wał, ale już ostat­nio pi­sa­łem opo­wia­da­nie o re­in­kar­na­cji (jedno, dru­gie, trze­cie…) i cza­sem trze­ba cho­ciaż po­uda­wać przed sobą, że nie pisze się cią­gle o tym samym. :P”

 

Inne fakty, lecz ta sama siat­ka je łączy. Czy to bę­dzie bud­dyzm, czy ju­da­izm, to wyj­dzie ge­ki­ka­ra-splo­ita­tion. Bę­dzie ktoś cią­ga­ny po po świe­cie przez “fatum”, głów­ny bo­ha­ter bę­dzie miał fazy, bę­dzie na­wie­dza­ny. 

Może warto spró­bo­wać pisać o tym samym zbio­rze fak­tów, ale z inną siat­ką je łą­czą­cą. 

Po­czą­tek opo­wia­da­nia za­czy­na się znu­dzo­nym ka­pła­nem, potem łach­ma­niarz Mosze, znisz­czo­ny ży­ciem, idzie szu­kać he­re­ty­ków, na końcu jest cy­nicz­na po­ga­dan­ka super in­te­li­gent­nych cy­ni­ków. Nie ma miej­sce na kon­trast wobec tych znudzonych, zniszczonych i cy­ni­ków. Dopełniają się w degrengoladzie stylistycznej. 

W kon­tek­ście ge­ne­ty­ki można by po­wie­dzieć, że był okres gdy zwie­rzę­ta świ­nio-po­dob­ne – Ly­stro­zau­ry – były kró­la­mi na pla­ne­cie. Jakiś po­ciesz­ny ho­dow­ca mógł­by opo­wie­dzieć prze­po­wied­nie, że będą na nowo rzą­dzi­ły świa­tem, teraz już na za­wsze. I na po­cząt­ku Mosze my­śląc, że zdo­był kon­takt do gru­bej ryby od he­re­ty­ków i ich kry­jów­ki, to do­stał kon­takt do go­ścia, który mówi o wiel­kich świ­niach. 

 

Tutaj jest ma­te­riał o ly­stro­zau­rach:

https://www.youtube.com/watch?v=IjKBSZr6prg

 

“Nigdy wcześniej i później żaden kręgowiec nie zdominował tak środowiska wszystkich kontynentów”

Cześć, Rebusie – widzę, że jak zwykle jestes w formie, co mnie cieszy. Alternatywne spojrzenie zawsze może czegoś nauczyć, a bez wątpienia takie posiadasz. Niestety, duża częśc z tych komentarzy to po prostu wizja twojego opowiadania, jaką stworzyłeś w zderzeniu z moim pomysłem – takie uwagi byłyby cenne podczas bety, ale nie będę wprowadzał już tak daleko idących zmian w tekście…. jednak mogę się odnieść do propozycji.

 

Daj moment na wczucie się w tekst. Niechże on zrobi ten swój rytuał i dopiero po nim się “zdystansuje” do tegoż. A przez czas rytuału niech jakieś szczegóły rytuału wprowadzają w to, że on nie robi ich na serio. Albo na odwrót: niech wygłosi jakąś płomienną mowę, a potem kontrast sie pojawi.

To w sumie jest ciekawa uwaga i mogłoby dobrze wypaść, ale ta “chwila” to czysto subiektywna skala. Jest pięć akapitów, nim przechodzimy do ukazania obłudy kapłana – wydaj mi się to wystarczająco. Tym bardziej, że zwrotem akcji ma nie być jego obłuda, tylko jej powód – a to jest na końcu (i do tego to krytykujesz, ale o tym zaraz).

 

To jak przepis na książkę Łelbeka: mężczyzna w średnim wieku znudzony seksem. Tylko, że Łelbek to rozwija, a tutaj jest po prostu: “phi, nuda”. No, wyśmienity bohater.

Tylko, że on nie jest znudzony seksem. Porównanie nabiera sensu pod koniec tekstu.

 

No i ci dwaj świątynni już mieli szansę na komediowy popis, ale trzeba być poważnym

Chyba z jakiegoś powodu tekst jawił się w twojej głowie jako dobry materiał na komedię. W mojej wyglądał inaczej – i nie wiem, czemu miałbym wstawiać tu komediowe popisy.

 

No, no, dobry kierunek, ale wcześniej należałoby wprowadzić jakiś “zapowiadacz” tego, że będzie się ekscytował, czy inaczej: cechy, które się łatwo łączą z ekscytacją, bo samo zwalenie się na kolana w trakcie pojmania przez gliny jest przykryte… pojmaniem przez gliny. Mógł to zrobić oszołomiony, że jak los darował tamtemu, to jemu też.

Wykreowałeś innego bohatera, niż ten, którego stworzyłem (teraz rozumiem już, czemu chciałbyś wyciąć informację o tym, że Mosze nie był odważny). Dla większości przeciętnych ludzi aresztowanie jest stresującym przeżyciem. A aresztowanie przez strażników w państwie teokratycznym musi być podwójnie stresujące.

Z poprzednich fragmentów wynika, jak ważnym miejscem jest świątynia – i to z tego powodu się i trwoży, i ekscytuje. Sprowadzanie tego to “pojmania przez gliny” jest zbyt dużym uproszczeniem.

 

Chwila… przed chwilą był tekst jakoby Mosze nie miał żadnych zalet, same wady, a teraz jak samiec Alfa w karczmie robi burdę? Żeby chociaż 1) Mosze miał rozmowę z tym strażnikiem, który nie miał na sobie hełmu, żeby zapomniał włożyć, a potem ten strażnik 2) zobaczył na ulicy kurczaki i nasypał im karmy do hełmu, bo jest wielbicielem kurcząt, bo babcia mówiła, że to święte stworzenia (a koncu to dzielnica rzezników, to zwierzątka mogą chodzić po swiezym powietrzu. także Knury wśród Gnurów)… Byłby jakiś fragment przed burdą w karczmie, jakieś spoiwo które uwiarygadnia, że ten Mosze dostał mułów odwagi, a strażnik nie miał hełmu.

Chyba niedokładnie przeczytałeś późniejszy fragment, bo wyraźnie w tekście stoi, że Mosze był przekonany, że cała akcja jest ustawiona i strażnicy wiedzą, że on odgrywa tylko swoją rolę.

Dwa – to, o czym piszesz, to by było (moim zdaniem) rozwlekanie tekstu bez potrzeby (bo jakie znaczenie ma powód, dla którego strażnik nie miał hełmu? czemu to trzeba w ogóle uwiarygodniać?).

 

Jeden z tych cwaniaków heretyków mógłby rozwalić koryto i ten strażnik o którym wcześniej mówiłem, mógłby podarować mu hełm, mówiąc: “dziś mi się hełm nie przyda, hehe”. Suche to, ale jakieś pomysły na rozwijanie… postaci. Potem dostałby w łeb bez hełmu.

Pomysł na rozwijanie postaci, która występuje przez chwilę w dwóch scenach?

W ogóle tego nie widzę, ani nie czuję – wydaje mi się to bez sensu. Oczywiście mogę się mylić, albo po prostu mamy inna wrażliwość na to co ważne a co nieważne (przy fragmencie z chrum chrum nabrałem pewności, że tak właśnie jest). Niech to będzie dla ciebie inspiracją, by napisać własne opowiadanie – albo, niech tam, nawet pastisz tego opowiadania. Chciałbym zobaczyć, jak ty je widzisz.

 

Zwrot akcji. Tylko… po co? Chciałbym usłyszeć “chrum chrum” świnek. Fabuła to szkielet, świat to chrząstki w nim, a chrum chrum jest boczkiem.

Twoje pytanie jak i powody za nim się kryjące są przede mnie niepojmowalne. Niestety.

 

Teraz konflikt braci i retrospekcja. Hmm… weźmy opowiadania Roberta Shekleya. Jak jest mało bohaterów, to są krótkie. Jak jest dużo bohaterów i skoki czasoprzestrzenne, to są dłuższe. A tu retrospekcja wciśnięta, bo tak. Nic specjalnego się nie dowiadujemy. Już wiemy, że ten bohater był w gorszej pozycji, niż brat.

Nie mogę się z tym zgodzić. Po pierwsze – to nie retrospekcja, tylko element przesłuchania w czasie hipnozy, jakim poddany jest Mosze. Po drugie – dowiadujemy się wiele o funkcjonowaniu świata, o nadreprezentacji bliźniąt w społeczeństwie itp. Po trzecie, uważam, że jeśli coś jest istotne w tekście (jak właśnie kiepskie położenie Moszego na drabinie społecznej) to warto poświęcić na to miejsce. Jasne, mógłbym na początku napisac po prostu: “Mosze nie lubił swojego brana, bo tamten miał w zyciu lepiej, a tak w ogóle to wszyscy mają bliźniacze rodzeństwo” a potem skupić się na chrum chrum świnkach, ale według mnie to by był gorszy wybór niż ten, którego dokonałem.

Udowodnij, że się myliłem – napisz coś wedle swoich wytycznych, chciałbym to zobaczyć.

 

“Ty nie jesteś Moszem” – A kto to Mosz? wiemy coś o nim?

Fajnie, że zwróciłes na to uwagę – dziwne, że dopiero w tym miejscu.

Co prawda słownik wskazuje, by imienia “Mosze” nie odmieniać, jednak ja zdecydowałem się na odmianę.

 

No i właśnie nie pasuje mi wyznawanie aryjskości do “nieczystych”. pasuje mi do “normalnych” warstw społeczeństwa późnej nowożytności, które wskutek kryzysu zaczynają czuć się “osaczone”.

Tego odwrócenia na “czystych” świątynnych i “nieczystych” nazioli nie rozumiem. Jest okej zwyczajne, starożytne oczekiwanie mesjasza politycznego, zelotyzm. Aryjskość odpada.

Przecież to jest jak najbardziej celowy zabieg, to odwrócenie ról. Czemu miałoby odpadać? Nie można tak zrobić, bo? Czy chodzi po prostu o to, że ci pomysł na to odwrócenie ról się nie podoba?

 

Malunek gościa z kwadratowym wąsem. Miałeś milion okazji by rozbawić, wtedy ten malunek by był wisienką na torcie, ale nie zrobiłeś tego. Więc teraz to nie działa, tylko “aha” mogę powiedzieć. Takie jakie ten kapłan by powiedział.

Skąd takie parcie na bycie rozbawionym? I czemu miałbym ten malunek umieszczać w innym miejscu? Elementy świata prezentują stopniowo i wydaje mi się, że opowiadanie wiele by straciło, gdybym pokazał to wcześniej.

 

Aaa… to taka historia świata, genetyka, nauka, mądre rzeczy. Stylistycznego powiązania między tym miastem, a wytłumaczeniem nie widzę. W sumie każde opowiadanie można by pisać jakkolwiek, bez starania o styl i bohaterów, potem dać wyjaśnienie. Można sądzić, że jak opowiadanie jest “spójne”, więc jest dobre. Ale ja biorę pod uwagę całość stylistyczną, atmosferę poszczególnych lokacji i płynność przechodzenia między nimi. Tutaj tego nie ma

Oczywiście, że nie ma płynnego przejścia – bo cały zamysł jest w zmianie perspektywy, która zmienia wyobrażenie o wcześniejszej części tekstu. Nie rozumiem kategorii “spójności” w tym przypadku, ponieważ to jest zamierzona i uzasadniona zmiana, a nie wypadek przy pracy, kiedy jedna scena wydaje się być odklejona od drugiej bez wyraźnego powodu.

Cyba za bardzo zamknąłeś się w klatkach “fantasy”, “sci-fi”, “przyszłość”, “przeszłość” – tak mi się wydaje, gdy czytam ten komentarz, a zwłaszcza wytłuszczoną jego część. Jasne, można mieć takie preferencje i przyjmuję to, ze taki miks się tobie nie podoba.

 

Odnośnie kwestii maski, to jest dobra książka “Pieśni doświadczenia” Martina Jaya. Aby się oduczyć tego gadania o konwenansach i zrozumieć o co chodziło w kwestii maski w czasach Szekspira, zanim ten motyw nie został wypłukany z sensu, a także potencji artystycznej.

Nie wiem, czego miałbym się tutaj oduczać. Maska służyła zupełnie czemu innemu i nie jest elementem, za którym kryje się jakiś symbolizm, jest elementem praktycznym świata przedstawionego. Oczywiście, zaraz mi napiszesz, że powinien się kryć za nią symbolizm.

Do tej pory dowiedziałem się od ciebie, że: powinno być więcej rozbawiania, bohaterowie drugoplanowi rozmawiający o kurczakach, świnki, oraz symbolizm rekwizytów. Serio, napisz taki tekst. Bo na razie mam wrażenie, że nic w twoim komentarzu się kupy nie trzyma.

Brzmi to mi trochę tak, jakbyś pisał ten komentarz z pewna manierą doświadczonego filologa-krytyka, ale niekonsekwentnie, samemu nie wiedząc, czego właściwie po tym tekście oczekiwałeś, już nie mówiąc o tym, by zastanowić się czy spróbować przyjąć to, co autor miał w nim do zaoferowania.

 

No, powód Naza jest jakiś. Coś konkretnego powiedział. Ale nie ma związku z resztą tekstu. To tak jakby maszyna losująca na końcu opowiadania losowała ideologię dla antagonisty.

Hmm… wydaje mi się, że ma dokładne przełożenie na resztę tekstu i mocno odnosi się do przedstawionych w nim realiów.

Oczywiście, Naz mógłby powiedzieć coś innego, np. że wszczyna sobie rozruchy religijne dla jaj, albo bo mu tak powiedział latający potwór spaghetti – ale właśnie wtedy to nie miałoby nic wspólnego z reszta tekstu.

 

Jeżeli wstawi się na końcu tekstu wytłumaczenie, to jest to wytłumaczenie logiczne, ale nie artystyczne. Dosłowne znudzenie kapłana nudzi dosłownie.

Nie zgadzam się z tym.

Wytłumaczenie na końcu czy też pod koniec tekstu, czy tak zwany twist fabularny, to jak najbardziej powszechny zabieg.

Przykro mi, że teks cię znudził, a wizja jaką roztoczyłeś szczerze mnie ciekawi – naprawdę, chciałbym ją zobaczyć wcieloną w życie.

Inaczej: to w twoim tekście są potencje rozbawiania i powagi. Z jednych i drugich nie korzystasz. Tekst powinien pójść w jedną albo w drugą stronę, komedii lub powagi. Idzie natomiast drogą pozornego “środka”, czyli światotwórstwa z którego nic dla bohaterów nie wynika. Bohaterów w sensie literackim, bo statystycznie wynika. 

 

Ot można stworzyć jakiś szach mat ustrojowy i doktrynalny, no ale to jeszcze nie jest literatura. 

 

Zwróć uwagę, że piszę o scenie z Ojcem i Moszem w chwastach. Można by uczynić ją bardzo liryczną, może być też stonowana, ale byłby jakiś moment “show, don’t tell”, czemu Mosz czuje się źle. 

 

>Wykreowałeś innego bohatera, niż ten, którego stworzyłem (teraz rozumiem już, czemu chciałbyś wyciąć informację o tym, że Mosze nie był odważny). Dla większości przeciętnych ludzi aresztowanie jest stresującym przeżyciem. A aresztowanie przez strażników w państwie teokratycznym musi być podwójnie stresujące.

 

No właśnie, przeciętnych ludzi. Nie bohaterów literackich. On może się bać przeciętnie, ale jego charakter, zachowanie, nie powinny być przeciętne. To w jaki sposób się boi powinno być interesujące.

 

>Mosze nie lubił swojego brana, bo tamten miał w zyciu lepiej, a tak w ogóle to wszyscy mają bliźniacze rodzeństwo” a potem skupić się na chrum chrum świnkach,

 

Mógłbyś tak zrobić. Albo też mógłbyś rozwinąć postać Moszego, żeby jego problemy nie były “systemowe” tylko i wyłącznie, ale żeby były także JEGO. Bo w tekście można by Moszego wymienić na dowolnego innego gościa. 

 

“Skąd takie parcie na bycie rozbawionym? I czemu miałbym ten malunek umieszczać w innym miejscu? Elementy świata prezentują stopniowo i wydaje mi się, że opowiadanie wiele by straciło, gdybym pokazał to wcześniej.”

 

Elementy świata poznajesz stopniowo także w grze strategicznej. Ale w literaturze nie poznajesz tylko i wyłącznie elementów świata. 

Elementy świata bohaterów też powinniśmy poznawać stopniowo, a tutaj nie poznajemy ich, tylko sam świat. Elementy wspomnień na temat matki i ojca Moszego przypominają bardziej niż tekst literacki, to “Państwo” Platona: popatrzcie, dziecko w tym wieku zaczyna się uczyć gimnastyki, od tego momentu matematyki abstrakcyjnej, a innych to nie zaczynają, bo zrzuca się je ze skały. Mosze nie ma konkretnego ojca czy matki: Mosze jako reprezentatywny jeden z wielu ma matke i ojca, oni reprezentatywnie wolą tego, który się urodził wcześniej, tak jak w innych rodzinach. Jedyny punkt zaczepienia to ten ptak. 

 

>Nie wiem, czego miałbym się tutaj oduczać. Maska służyła zupełnie czemu innemu i nie jest elementem, za którym kryje się jakiś symbolizm, jest elementem praktycznym świata przedstawionego. Oczywiście, zaraz mi napiszesz, że powinien się kryć za nią symbolizm.

 

Napisałeś: “Wraz z maską odrzucił konwenanse” oraz “odrzućmy tę maskaradę”.

 

No nie jest to więc taki znowu praktyczny element świata przedstawionego. 

“Wraz z maską odrzucił konwenanse”. Konwenanse czego? Nie znamy tych postaci, nie wiemy wobec jakich postaw, zachowania są teraz “szczerzy”. Są szczerzy ideologicznie, nie psychologicznie. Mówią prawdę o świecie dumni i wielcy, niczym postacie z jednej sagi Bleacha. Tylko, że tam przynajmniej, postacie, które zachowywały się dziwnie, można było porównać z ich zachowaniem z wcześniejszych sag. 

 

Nie musi być symbolizmu rekwizytów. Można natomiast przestać pisać drętwe dialogi ze słowami jak “maskarada”

--

>Pomysł na rozwijanie postaci, która występuje przez chwilę w dwóch scenach?

 

Bardziej pomysł na rozwinięcie postaci Moszego, którego poznajemy dzięki interakcjom z innymi bohaterami. Rodzice, ustrój społeczny, to tło dla bohatera, a nie jego podstawowe wyróżniki. 

 

Stąd łapie się każdej możliwej sytuacji, w której jest możliwość zaczepienia Moszego o jakiś wymiar towarzyski, a nie od razu socjologiczny, ustrojowy, doktrynalny, czy jakąś tam inny. I to, że wskazałem mnogość punktów zaczepień, nie oznacza, że trzeba by było je wszystkie na raz wykorzystać. 

 

 

Ben Memmortigon miał jakąś swoją historię, choć był ciskany tu i ówdzie przez fatum. 

 

Wydaje mi się, że mamy ci jako czytelnicy gratulować stworzenie świata na 15 stronach, czy 10-ciu. I że wszystko jest spójne, i że postacie mają motywacje… tylko, że raczej to motywacje mają bohaterów. Bohaterzy są dla ciebie funkcją dla pokazania “literackiego” świata. A jeżeli tak, to mozna się zastanowić, czy literackiego.

 

---

>Przecież to jest jak najbardziej celowy zabieg, to odwrócenie ról. Czemu miałoby odpadać? Nie można tak zrobić, bo? Czy chodzi poprostu o to, że ci pomysł na to odwrócenie ról się nie podoba?

 

Faktycznie po zastanowieniu pasuje, nawet bardzo. Ale…

 

 To, że mogę sobie logicznie to rozebrać na cząstki pierwsze, zrozumieć twój “cel” nie oznacza, że zostało to dobrze pokazane w tekście. To jest różnica między światem historyków a światem przedstawionym w literaturze. W pierwszym wystarczają fakty i spójność, w drugim przypadku ma być “dobrze pokazane”.

Rozumiem że adolfizm heretyków, to jest jaki nazizm reakcyjny wobec świątynnego nazizmu w białych rękawiczkach i bez wąsa u świątynnych. 

 

Zadziałałoby to, gdyby na początku widzieć adolfistów jako jakich obdartusów, a z czasem poznawać prawdziwą naturę naziolską świątynnej mafii w białych rękawiczkach. Problem w tym, że tak ustawiłeś swoje “cele”, że nie dałoby się tego zrobić, bo od razu wszystko jest zbyt jasne. Świątynny jest hipokrytą, przedstawia nam się na początku. Mosze jako funkcja popędowa wręcz, a nie żywy człowiek, chce przetrwać a ponadto awansować społecznie, robi więc misje. I na końcu ci Adolfiści już jawią się jako złe zło z otchłani miejskiej, nie widać tego fenomenu reakcyjności dla czytelnika (dla historyka widać fakt reakcyjności, niekoniecznie fenomen), widać, że są źli, X świątynnych powoduje y ulic brudnych, akcja reakcja, a gdzie w tym miejscu na człowieka? Czyli na wyznawców jednej czy drugiej opcji? Choćby poznać historię tej zielonookiej. W jednym miejscu, młoda, ale zniszczona twarz, ten kościół, to było liryczne. I Mosze mógłby mieć gadkę z zielonooką, nawet o pierdołach, a po tej gadce porozmawia z malarzem. To byłoby przejście, inaczej tego Adolfa byśmy widzieli pozbawieni humorystycznych wąsatych skojarzeń, które postać jego nasuwa. Malarz opowiedziałby parę ciepłych słów o panu A. H., to by była hardkorowa scena, bo z jednej strony ludzkie podejście, a przedmiot oddania taki nieludzki. W takich małych scenkach się wygrywa. Klimat rodem z zapadłej wiochy z ameryki południowej z kościołem wyzwolenia.

 

>Przecież to jest jak najbardziej celowy zabieg, to odwrócenie ról. 

 

No właśnie: “cele”.

 

>Po trzecie, uważam, że jeśli coś jest istotne w tekście (jak właśnie kiepskie położenie Moszego na drabinie społecznej) to warto poświęcić na to miejsce.

 

A gdyby to odwrócić, żeby sprawdzać, czy coś jest “istotne dla postaci”. Bo w zasadzie dowiedzieliśmy się o kiepskim położeniu Moszego, ale nie o nim samym. Takich Mosze jest wiele, tylko, że dla celów badawczych względem świata przedstawionego, wzięto tego konkretnego Mosze. 

 

>Tylko, że on nie jest znudzony seksem. Porównanie nabiera sensu pod koniec tekstu.

 

Tak, że kiedyś sięgaliśmy gwiazd, a teraz pławimy się w przyjemnościach. Te postacie po prostu były “wypowiadaczami” poglądów. 

 

No i warto robić tak, by postacie broniły się od początku, a nie, że na końcu czeka “logiczne wyjaśnienie”. 

 

>Skąd takie parcie na bycie rozbawionym?

 

Albo na bycie poruszonym, albo na przedstawienie bohaterów? Lepsze jest parcie na “realia”:

 

>Hmm… wydaje mi się, że ma dokładne przełożenie na resztę tekstu i mocno odnosi się do przedstawionych w nim realiów.

 

Można napisać książkę: “Realia za czasów panowania Helala. Praca zbiorowa”

 

W Benie Gonie miałeś świat i bohatera Bena, w Malutkich miałeś świat i bohatera przykuwającego uwagę (ten wuja dziwny), w ostatnim opowiadaniu z pramatką miałeś świat i bohatera, o którym dużo się nie rozwodziłeś, ale były podane jego fakty z życia: był na studiach, potem łaził po pubach, a na końcu tenże ktoś zachował się bohatersko, bo zaczął z autystyczną wręcz pasją filozofował pra-matce, a ona już miała tego dość . 

 Ot co, potrzebny jeden bohater za którym oczy wypatrują. Fajnie jak jest jest więcej, ale niech będzie chociaż jeden. Tu nie ma tego jednego, to jest problem tekstu “ostatnie dni Królestwa”. Tytuł go nie usprawiedliwia. 

 

– 

> tekst ciebie znudził

 Mówię o wadach konkretnych postaciach, o tym, że “one są nudne”, nie o samym tekście do którego różne rzeczy sobie dopowiadam i czyta się całkiem dobrze. Nie krytykowałem sensowności świata (może poza tym adolfizmem z ulicy, który po przemyśleniu wydaje się sensowny i zawiera ogromną potencję na rozwój w sposób literacki tego pomysłu). 

 

Metaforę z szkieletem i boczkiem można zmienić w poważniejszą: szkielet, chrząstki i ciało. Tego ciała tekstu brakuje, cielesnych ludzi. Oni mogą być jedynie materiałem biologicznym dla rządzących w tym świecie, ale nie powinni być traktowani po macoszemu przez autora. Dlaczego to, co mówi Helal i Naz jest najważniejsze? Czemu zostawiono ulicę i zrobiono “skok” do nich? Niby Mosze ma się coś o nich dowiedzieć, ale co tam, ważniejszy jest przywódca całego świata.

 

Oto skoki po skalach: a) ulice, b) Ananiasz jako lokalny władca, c) super Władca Helal Pomazaniec over 9000. a) i b) można by rozwinąć, gdy tymczasem c) Helal jest zagarnięciem sceny przez “sens”, prezentowanie wysokich stanowiska o globalnej polityce. To nie “zwrot”, tylko “odwrót” od tematu wcześniejszego, wielcy-panowie-rządzący-światem-centryzm. Problem w tym, że Ananiasz jest nudny, więc ten “odwrót” dobrze się czytało, widać, że autor już dotarł do “celu”. Naz i Helal byli manieryczni, ale te gadanie o maskaradach było niechcący śmieszne. No ale chyba chodzi o to, żeby było śmiesznie w sposób chcący. Albo patetycznie, tylko w sposób udany. Czyli wracam do początku mojego obecnego posta.

 

 

 

Ina­czej: to w twoim tek­ście są po­ten­cje roz­ba­wia­nia i po­wa­gi. Z jed­nych i dru­gich nie ko­rzy­stasz. Tekst po­wi­nien pójść w jedną albo w drugą stro­nę, ko­me­dii lub po­wa­gi. Idzie na­to­miast drogą po­zor­ne­go “środ­ka”, czyli świa­to­twór­stwa z któ­re­go nic dla bo­ha­te­rów nie wy­ni­ka. Bo­ha­te­rów w sen­sie li­te­rac­kim, bo sta­ty­stycz­nie wy­ni­ka. 

Nie jestem zwolennikiem dualizmu w każdej dziedzinie życia – w pisaniu również nie. Więcej powagi w tym tekście skutkowałoby zbędnym patosem, więcej komizmu – w zasadzie nie wiem czemu miałoby służyć. 

Czy nic dla bohaterów nie wynika? Ok, rozumiem, to jest twoja opinia, podbudowana tym, że bohater nie ma tu wyjątkowych w skali swojego świata problemów, cech ani zachowań. Nie ewoluuje też wraz z tekstem. Nie ma nawet wielkiego (czy w ogóle żadnego) wpływu na to, co się w jego życiu dzieje. 

Nie sądzę, by było coś takiego jak jedna definicja "literackości" – myślę, że tekst nakierowany na polazanie jakiegoś zjawiska, przedstawienie wizji świata, czy losu mas (a przecież o to w tym tekście chodzi, by pokazać, jak wąskie grono manipuluje większością i co do tego wykorzystuje) ma równie literackie walory, co opowieść o bohaterze/człowieku. Tylko, jasne, to dwa zupełnie inne sposoby opowiadania. 

 

 Zwróć uwagę, że piszę o scenie z Ojcem i Moszem w chwastach. Można by uczynić ją bardzo liryczną, może być też stonowana, ale byłby jakiś moment “show, don’t tell”, czemu Mosz czuje się źle. 

No właśnie – nie trzeba o czymś napisać, by to pokazać. Dla mnie podsumowanie tej sceny w porównaniu otrzanych prezentów mówi dostatecznie wiele i robi to lepiej, niż gdybym szedł w tę liryczność. 

Zaraz odpiszesz mi, że nie – ale już pozwolę sobie nie odpowiadać, bo jak pisałem wyżej, rozumiem skąd twoja opinia wynika i możemy tak w kółko powtarzać sobie te same argumenty ubrane w różne słowa. 

 

No właśnie, przeciętnych ludzi. Nie bohaterów literackich. On może się bać przeciętnie, ale jego charakter, zachowanie, nie powinny być przeciętne. To w jaki sposób się boi powinno być interesujące.

A wiesz, że funkcjonuje coś takiego jak everyman? Poza tym – o ile dla Moszego i świata przedstawionego to są problemy przeciętne – o tyle raczej nie są takie dla czytelnika, a to przecież odmienność od losów czytelnika czyni tekst interesującym, a nie odmienność od losów innych hipotetycznych postaci w wymyślonym świecie. 

 

Mógłbyś tak zrobić. Albo też mógłbyś rozwinąć postać Moszego, żeby jego problemy nie były “systemowe” tylko i wyłącznie, ale żeby były także JEGO. Bo w tekście można by Moszego wymienić na dowolnego innego gościa. 

Dokładnie! 

 Z tym, że ja to upatruje jako atut, a właściwie jako realizację jednego z elementów pomysłu, czyli dehumanizacji człowieka. Oczywiście, Mosze jest podobny do Bena – tu i tam to los wybiera człowieka, a nie człowiek wybiera los – ale jako opowiadania te teksty to ogień i woda. Są napisane z zupełnie innych perspektyw. Ben pokazuje siebie poprzez świat. A w tym świat pokazuje się przez los Moszego. 

Oczywiście, możesz to skrytykować i zmieszać z błotem, opowiadanie mogło ci się kompletnie nie spodobać, ale to jakby narzekać, że parówka w cieście nie jest hot-dogiem. Nie jest, bo nie miała nim być. 

 

Elementy świata poznajesz stopniowo także w grze strategicznej. Ale w literaturze nie poznajesz tylko i wyłącznie elementów świata. 

Aż przypomina mi się pewne opowiadanie Korwina wydrukowane kiedyś w Fantastyce. Nie było w nim ani jednego bohatera. Przedstawiało wyłącznie wizję świata. Czy też wizję wizji świata, więc jeszcze lepiej. Moim zdaniem było świetne. 

I tu też możesz zaraz odeprzeć, że lepiej nie mieć wcale bohatera niż mieć bohatera takiego jak inni, albo że komizm usprawiedliwiał tę formę. To twoje zdanie. Ja uważam inaczej. Przecież możemy się nie zgadzać? Tym bardziej, że wydaje mi się, że zaczęliśmy rozmawiać o gustach. Tylko z jakiegoś powodu ty traktujesz swoje gusta jak aksjomaty i formujesz arbitralne opinie.

 

Wydaje mi się, że mamy ci jako czytelnicy gratulować stworzenie świata na 15 stronach, czy 10-ciu. I że wszystko jest spójne, i że postacie mają motywacje… tylko, że raczej to motywacje mają bohaterów. Bohaterzy są dla ciebie funkcją dla pokazania “literackiego” świata. A jeżeli tak, to mozna się zastanowić, czy literackiego.

Nie, absolutnie, nikogo nie zmuszam do gratulacji i zauważ, że kulturalnie próbuję z tobą dyskutować, co na pewno wykorzystam w przyszłości w taki albo inny sposób, świadomie albo nie – w końcu zawsze coś nam w głowach zostaje. 

Za to, przeczytawszy ten komentarz (fragment zacytowany powyżej), poczułem się trochę zaatakowany. A może nawet nie zaatakowany, co zniesmaczony, bo przychodzisz ze swoją opinią i nie dość, że traktujesz ją jako prawdę objawioną, to jeszcze w tym fragmencie przeniosłeś ją na wszystkich i przedstawiłeś mnie jako osobę, która chce wywrzeć na większości akceptację swojej wizji opowiadania – podczas, kiedy to ty chcesz mnie do tego przymusić, bym przyklasnął twoim gustom.

 

Można napisać książkę: “Realia za czasów panowania Helala. Praca zbiorowa”

Można, oczywiście. I to też by była literatura, choćbyś się lewą piętą stukał w prawe ramię, widząc, że jest tak nazywana. 

 

Myślę, że dotarliśmy już do granicy, za którą nasza rozmowa przestałaby być produktywna, więc jeszcze raz pozdrawiam, jeszcze raz dzięki za wizytę i polecam się na przyszłość. ;) 

>Więcej powagi w tym tekście skutkowałoby zbędnym patosem, więcej komizmu – w zasadzie nie wiem czemu miałoby służyć. 

 

“Więcej”? Mówię o potencjach, bo ani jednego i drugiego tam nie było. 

A patos lub komizm służyłyby czytelnikom przy czytaniu. Nie mówię, że “więcej”, tylko, że “odpowiednia ilość”. 

 

>Aż przypomina mi się pewne opowiadanie Korwina wydrukowane kiedyś w Fantastyce. Nie było w nim ani jednego bohatera. Przedstawiało wyłącznie wizję świata. Czy też wizję wizji świata, więc jeszcze lepiej. Moim zdaniem było świetne. 

 

Dlaczego więc tak nie zrobiłeś i na siłę wstawiłeś postacie? Dając je, sam wystawiasz się pod odstrzał pytań o nie. 

Można było skupić się na Moszem, od razu powiedzieć jakie jest jego położenie, bez tego wstępu z kapłanem. 

Wprowadzenie akcji, pościgu, daje podstawy dla procedury oceniania akcji i jej bohaterów właśnie. A mozna by od-akcyjnić opowiadanie, dać mu formę bardziej odpowiednią dla celów autora. 

 

>Z tym, że ja to upatruje jako atut, a właściwie jako realizację jednego z elementów pomysłu, czyli dehumanizacji człowieka.

 

W Wehikule Czasu mamy od pierwszych stron do czynienia z naukowcem (bez jakichś super cech, ale interesującym ze względu na jego zainteresowania i sposób opowiadania, dlatego z nim sympatyzujemy) opowiadającym historię. Jesteśmy przygotowani lepiej na to, że spotykając ludzi z przyszłości, będziemy mieli do czynienia z swego rodzaju “obcymi”. Nie pytamy o ich osobowość, bo są z niej wypłukani: elojowie wskutek dobrobytu i ułatwień, morlokowie wskutek życia w kanałach. A mimo to Elojowie byli całkiem z skóry i kości, choć nic mądrego ani głupiego powiedzieć nie mogli. Ale to kwestia kunsztu literackiego i pióra, pozwalających obrazować. 

 

W Wehikule nie ma “zwrotu” jak z “Ostatnich dni królestwa”, gdzie wyskakuje dwóch suspersajanów na końcu i okazuje się, że te postacie to tylko takie nic w stosunku do zarządzających. Menadżero-centryzm. To lepszy naukowiec od początku prowadzący narracje, oczywiście XIX-wieczny i XX-wieczny, nie jakaś maszkara z XXI wieku.

 

No i właśnie, niby grupa Elojów, ale jednak pokazani z sercem, a w Ostatnich dniach królestwa są istoty mądrzejsze, ale niedbale rzucone czytelnikowi.

 

“Bena” mogłem porównywać z Dickiem, “Siłę niewiary” może z Szekleyem, dawały radę z godnością porównanie wytrzymać. Tutaj “Ostatnie dni królestwa” mogę próbować porównywać z Wellsem czy sf socjologicznym, biednie się prezentują.

 

Nie ważne więc, jeżeli wymyśliłbyś teraz jeszcze inną “kategorię literackości”, którą w swej arbitralności nie dostrzegam, to wobec jej reprezentanta “Ostatnie dni królestwa” się nie wybronią.

 

>Nie, absolutnie, nikogo nie zmuszam do gratulacji i zauważ, że kulturalnie próbuję z tobą dyskutować, co na pewno wykorzystam w przyszłości w taki albo inny sposób, świadomie albo nie – w końcu zawsze coś nam w głowach zostaje. 

 

Nie odnosiłem się do samego “wywierania wpływu”, ale linii obrony opowiadania: “zbudowałem świat i oto wytłumaczyłem się na ostatnich dwóch stronach”. Czyli słuszności tej linii.

Przed kategorią “spójności” trudno się wybronić, bo jest obecna coraz częściej jako synonim tego, czy dzieło dobre jest czy złe. Ty tego nie wymyśliłeś, ty tylko to wypowiadasz.

Jeżeliby natomiast to była linia słuszna, to niechby wpływała do głów każdemu, w dużych ilościach. Nie mam problemu z wpływem, ale ze złym wpływem, a czy świadomy czy nie, to sprawa trzeciorzędna.

I miałem rację, bo w poście zamiast ogólników można było już przeczytać o konkretnych wartościowaniach, o tym, co chciałeś osiągnąć.

A patos lub komizm służyłyby czytelnikom przy czytaniu. Nie mówię, że “więcej”, tylko, że “odpowiednia ilość”. 

A wiesz, są tacy, co patosu nie trawią, a komizm by w tym opowiadaniu nie był tym, na czym chciałem je oprzeć. Myślę, że obydwu jest tu dostateczna ilość, ale to już pozostawię innym do oceny. Innym, nie jednemu Rebusowi. 

 

Dlaczego więc tak nie zrobiłeś i na siłę wstawiłeś postacie?

Czy ja tego nie przewidziałem post wcześniej? Przewidziałem. ;) 

 

I miałem rację,

A, więc o to chodzi. Ok, masz rację, panie Rebus. Wszystko co napisałeś jest prawdą… w granicach twojej opinii i twojego odbioru. 

To nie sesja psychoanalityczna, o moim odbiorze nie pisałem, tylko o konkretnych kategoriach, dziełach, w porównaniu. Tym subiektywizmo-dyskursem mów z kimś innym.

 

W ramach kategorii przedstawionych/zaproponowanych przez ciebie (przedstawionych przez ciebie, bo nie wymyślonych przez ciebie), to opowiadanie też ma się słabo. 

 

Załóżmy, że nie przepadam za kinem noir (chociaż przepadam, ale załóżmy), ale mogę dostrzec kiedy coś w ramach tego gatunku jest dobre, a kiedy nie. Albo country: że John Denver to nie to samo co ojciec Miley Cyrus. 

Co do “jednego Rebusa” vs. “inni”. Cóż, ten Rebus może się przydać kiedy czytelnicy opowiadanie odrzucą z powodu niezrozumienia tematu i niekumania konwencji. Patrzysz więc tylko na jedną stronę medalu.

Rebusie, już to wszystko ustaliliśmy. Ja twoją opinię przyjmuję jako twoją opinię – nie jako arbirtralną wykładnię jakości i chyba tu masz problem, bo w twojej głowie roi się, że twoja opinia jest więcej warta niż jakakolwiek inna. Dla ciebie – jasne. Dla mnie – absolutnie nie. 

Rozumiem, że dla ciebie opowiadanie jest słabe. Ale są i tacy, którym się spodobało i tak nie uważają. Trochę mi przypomina naszą dyskusję o filmach i krautrocku. I ja tym poprzestańmy, bo ta rozmowa do niczego nie prowadzi, bo od trzech wiadomości tylko się powtarzamy i nawet nietrudno przewidzieć co napiszesz. 

Jeśli chcesz – komentuj. Ja sobie odpuszczę tę rozmowę. ;) 

 

PS. 

I czekam aż napiszesz opowiadanie podług twoich wskazówek, serio! 

Szczególnie liczę na chrum chrum świnki i kurczaki. 

Ja nie opiniuję, ja staram się oceniać. Jest duża różnica między tymi dwoma nastawieniami.

"żelazo skrytobójczego sztyletu weszło między jego żebra, niosąc ze sobą chłód"

Aby na pewno chłód?

 

Rzuciło się tez w oczy, że główna postać szybko się pozbierała po odtrutce.

 

" Gdy minęli obory"

Nadmiarowa spacja przed akapitem.

 

"nie ważyłoby się zamachnąć na system wymiany ciał"

może "dokonać zamachu"? Chociaż to subiektywne.

 

Ogólnie to pojechałeś po elementach budzących mieszane odczucia, w dodatku kontrowersyjnych. No idzie tu trochę grania na tym, że politycy pracują na stereotypy przypisywane narodowi. I potem czyny tych pierwszych są utożsamiane z odpowiedzialnością ogółu.

W dodatku mamy tu sytuację, że jeśli ktoś zacznie nastawiać się na plus do buntowników na początku tekstu, nagle w jego połowie pojawiają się nazwy i symbole, które całkowicie grzebią i rujnują takie nastawienie, wprowadzając czytelnika w kompletną dezorientację. A ty tam jeszcze malarza wplatasz, żeby więcej zamieszania zrobić.

No ale to swoją drogą solidny przytyk do tego, jak łatwo w historii ludzie sięgają po symbole, których nie rozumieją i jak łatwo wykorzystywać wzniosłe hasła do złych celów.

Technicznie dobre, ale ogólnie tekst wpada w nieprzyjemne okolice tonów niektórych teoriospisków.

Natomiast fabuła, choć “trochę Danikenowska”, pokazuje tu rozbudowaną historię i postaci i świata.

Naprawdę dobry tekst. Warsztatowo bardzo dopracowany, czyta się płynnie. Podoba mi się świat – najpierw tworzysz iluzję, że znajdujemy się w czasach Edenu, a potem rozbierasz ją warstwa po warstwie, równocześnie dając coraz więcej sygnałów, że coś jest nie w porządku.

Dobrze rozprawiasz się też ze sztywnym podziałem na dobro i zło – Hitler prorokiem to mocne i ryzykowne zagranie, ale tutaj bardzo udane. Postaci również są żywe.

Nie mam tekstowi nic do zarzucenia (poza brakiem przecinka przed “który” w pierwszym akapicie). Świetna lektura i cieszę się, że trafiła na mój dyżur, bo mogłabym ją przegapić. :D

Zostaw ten żyrandol.

Dzięki za wizytę, wilku

Aby na pewno chłód?

Nikt mnie w życiu nie dźgnął, ale wyobrażam sobie, że kiedy żegnamy się ze światem, przychodzi uczucie chłodu.

 

Ogólnie to pojechałeś po elementach budzących mieszane odczucia, w dodatku kontrowersyjnych.

No właśnie to mnie nurtuje, że określone elementy w fantastyce budują od razu pewne nastawienie – dlatego chciałem przedstawić sytuacje przeciwną.

A co do kontrowersyjności, to była tylko wprawka. O wiele bardziej kontrowersyjny pomysł chodzi mi po głowie i może kiedyś będę z nim gotów. ;)

 

W dodatku mamy tu sytuację, że jeśli ktoś zacznie nastawiać się na plus do buntowników na początku tekstu, nagle w jego połowie pojawiają się nazwy i symbole, które całkowicie grzebią i rujnują takie nastawienie, wprowadzając czytelnika w kompletną dezorientację.

No o to właśnie chodziło! To też pokazuje jak bardzo w nasze myślenie wrosły pewne fakty/założenia/sposoby wartościowania. W żaden sposób nie chce tu wybielać czy rozgrzeszać nazistów ani w ogóle żadnych zbrodniarzy, ale to był dla mnie świetny materiał, by to uwidocznić.

 

No ale to swoją drogą solidny przytyk do tego, jak łatwo w historii ludzie sięgają po symbole, których nie rozumieją i jak łatwo wykorzystywać wzniosłe hasła do złych celów.

I tu można by było przytoczyć długa listę psychopatów i morderców, którzy są świętymi kościoła rzymskokatolickiego (i to też nie jest w sumie atak na kościół – tylko wskazanie, że widzimy to, co chcemy widzieć).

 

Technicznie dobre, ale ogólnie tekst wpada w nieprzyjemne okolice tonów niektórych teoriospisków.

Trochę? Toć to świat co by było, gdyby teorie spiskowe okazały się słuszne. :P

 

 

Verus :)

 

 Podoba mi się świat – najpierw tworzysz iluzję, że znajdujemy się w czasach Edenu, a potem rozbierasz ją warstwa po warstwie, równocześnie dając coraz więcej sygnałów, że coś jest nie w porządku.

Prędzej czy później w każdym raju okazuje się, że coś jest nie w porządku.

 

Dobrze rozprawiasz się też ze sztywnym podziałem na dobro i zło – Hitler prorokiem to mocne i ryzykowne zagranie, ale tutaj bardzo udane. Postaci również są żywe.

Biorąc pod uwagę to, że Mein Kampf była typowym prezentem ślubnym w III Rzeszy, to wcale tak daleko nie byliśmy od tego uświęcenia Hitlera, gdyby tylko wygrał wojnę.

 

Świetna lektura i cieszę się, że trafiła na mój dyżur, bo mogłabym ją przegapić. :D

Bardzo dziękuję i polecam się na przyszłość. :D

 

P.S:

Finkla, czyś ty oszalała? :O

Optymistycznie zakładasz, że kiedykolwiek byłam normalna?

Babska logika rządzi!

Nikt mnie w życiu nie dźgnął, ale wyobrażam sobie, że kiedy żegnamy się ze światem, przychodzi uczucie chłodu.

Tylko w opowiadaniu to nie był moment, gdy krwi już wypłynęło dużo, tylko gdy nastąpiło dźgnięcie.

określone elementy w fantastyce budują od razu pewne nastawienie

Nie tylko w fantastyce, nie tylko w literaturze. I kiedy już się to robi, sytuacja bardzo się komplikuje zarówno na poziomie odbioru opisu, jak i odbioru celów tych opisów. Ogólnie kontrowersje są potrzebne, ale są tez cholernie trudne w wykonaniu.

 

Prędzej czy później w każdym raju okazuje się, że coś jest nie w porządku.

Dobrze powiedziane, niestety. Niby ograny motyw, a dalej da się z nim zrobić mnóstwo fajnych rzeczy.

Biorąc pod uwagę to, że Mein Kampf była typowym prezentem ślubnym w III Rzeszy, to wcale tak daleko nie byliśmy od tego uświęcenia Hitlera, gdyby tylko wygrał wojnę.

Nawet nie wiedziałam. Tym lepiej więc, że do tego etapu nie doszliśmy.

Zostaw ten żyrandol.

Nowa Fantastyka