- Opowiadanie: adam_c4 - Nieobecny

Nieobecny

Sło­wa użyte w tek­ście:

 

cho­in­ka

Świę­ty Mi­ko­łaj

śnieg

wi­gi­lia

elf

anioł

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Nieobecny

Czer­wo­ne świa­teł­ko na nie­bie mi­go­ta­ło i rosło z każdą se­kun­dą. Mimo śnie­ży­cy płynę­ło przez mrok w sta­łym tem­pie.

W bla­sku lamp dron przy­wo­dził na myśl osku­ba­ne­go, brzyd­kie­go ptaka. Szum wir­ni­ków ginął na wie­trze, kiedy ma­szy­na pod­cho­dzi­ła do lą­do­wa­nia. Cze­kał na nią męż­czy­zna z długą, siwą brodą. Się­gnął do przy­mo­co­wa­nej pod me­ta­lo­wym kor­pu­sem skrzyn­ki i wy­cią­gnął pacz­kę.

Cięż­ka jak cho­le­ra – stwier­dził w my­ślach.

Aku­rat dzi­siaj było mu to obo­jęt­ne. Bez wy­rzu­tów su­mie­nia, ale i bez sa­tys­fak­cji, spoj­rzał na wgnie­ce­nie obok tyl­ne­go śmi­gła. Kiedy przed mie­sią­cem otrzy­mał dwu­krot­nie mniej­szą prze­sył­kę, przy­wa­lił po­słań­co­wi, na któ­rym akt śle­pej agre­sji nie zro­bił więk­sze­go wra­że­nia. Sam agre­sor na­tych­miast po­ża­ło­wał swego czynu, pe­wien, że po­gru­cho­tał sobie palce. Miał szczę­ście – skoń­czy­ło się na stłu­cze­niu.

Po­kwi­to­wał od­biór i wró­cił do chaty. Ci­snąw­szy prze­sył­kę w kąt, usiadł na wprost pieca. Nie zwlekając, otwo­rzył drzwicz­ki i wy­cią­gnął z kie­sze­ni pa­pie­ro­sy. Tanie, ru­skie, gry­zą­ce jak cho­le­ra. Od pew­ne­go czasu tylko takie mu sma­ko­wa­ły.

Sięgnął po przesyłkę i roz­darł folię, ba­cząc, aby za­war­tość nie wy­sy­pa­ła się na pod­ło­gę; nie ży­czył sobie pa­trzeć na ko­lo­ro­we ko­per­ty choć­by se­kun­dę dłu­żej, niż było to nie­zbęd­ne.

Za­pa­lił pa­pie­ro­sa i utkwił spoj­rze­nie w tań­czą­cych pło­mie­niach. Po raz ko­lej­ny po­gra­tu­lo­wał sobie w duchu de­cy­zji o tym, aby nie in­sta­lo­wać ogrze­wa­nia ga­zo­we­go w cha­cie. Jak­bym coś prze­czu­wał – my­ślał cza­sa­mi, zaraz potem do­da­jącTaaa, pew­nie. Gówno prze­czu­wa­łem.

Wy­cią­gnął pierw­szą ko­per­tę. Ró­żo­wą. Bez na­kle­jek, dzię­ki Bogu. Nie­na­wi­dził na­kle­jek.

List na­pi­sa­ny był na kom­pu­te­rze. To do­brze. Zde­cy­do­wa­nie wolał jed­na­ko­we, usze­re­go­wa­ne przez edy­tor tek­stu li­te­ry. Wów­czas ich treść nie bo­la­ła aż tak bar­dzo. No i za­wsze mógł sobie wmó­wić, że to nie na serio, że może pisał to ktoś do­ro­sły, tak dla beki. Żadna ra­cjo­na­li­za­cja nie miała szans w star­ciu z dzie­cię­cym pi­smem, krzy­wy­mi wę­ży­ka­mi próśb, czę­sto peł­ny­mi skre­śleń i błę­dów or­to­gra­ficz­nych: Oddaj mi dziat­ka. Chce żeby mama wru­ci­ła. Chce…

Bro­dacz wy­mie­rzył sobie po­li­czek. Tak dla otrzeź­wie­nia. Wziął głę­bo­ki wdech, za­pa­lił ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa i za­czął czy­tać.

Ko­cha­ny świę­ty Mi­ko­łaj­ku. W tym roku nie pro­szę o nic dla sie­bie…

– Jasne – prych­nął pod nosem.

…ja tylko chcę, żeby mój wujek wy­zdro­wiał na wi­gi­lię i nawet…

Zmiaż­dżył pa­pier w dłoni i ci­snął go do pieca.

Dalej.

Na­stęp­na ko­per­ta była biała, za to z pie­przo­ny­mi na­klej­ka­mi. Jed­no­ro­żec i ba­wią­ce się kotki. No i od­ręcz­ne pismo, pew­nie, czemu nie. Ku­la­we jak cho­le­ra. Sied­mio­lat­ka, na bank.

Czy­ta­jąc co dru­gie słowo, Bro­dacz do­wie­dział się, że mała We­ro­ni­ka pra­gnie, aby ta­ta-le­karz nie za­ra­ził się na świę­ta, a mama, która od dwóch mie­się­cy leży w łóżku, w końcu po­czu­ła się le­piej.

Pło­mie­nie bły­ska­wicz­nie stra­wi­ły proś­by małej dziew­czyn­ki.

Dalej.

Ko­lej­ny list od razu wydał mu się po­dej­rza­ny. Wy­róż­nia­ły go trzy cechy: szara ko­per­ta, brak na­kle­jek i po­dob­nych ozdob­ni­ków, ładny cha­rak­ter pisma.

Ko­cha­ny Świę­ty Mi­ko­ła­ju! W tym roku pro­szę Cię o na­stę­pu­ją­ce za­baw­ki…

Ad­re­sat prze­czy­tał treść dwu­krot­nie. Potem jesz­cze raz. Dla pew­no­ści spraw­dził, czy nie do­pi­sa­no cze­goś na od­wro­cie kart­ki.

– Na­stę­pu­ją­ce za­baw­ki… – szep­nął, sunąc pal­cem po pa­pie­rze.

Tomek 10 lat – gło­sił pod­pis.

Kon­kret­ny chło­pak – po­my­ślał Bro­dacz, wsta­jąc z fo­te­la. Na­rzu­cił płaszcz i wy­biegł w mroź­ną noc.

Fa­bry­ka znaj­do­wa­ła się tuż za jego chatą. Z tru­dem roz­warł me­ta­lo­we drzwi i po­truch­tał ko­ry­ta­rzem pro­sto na halę pro­duk­cyj­ną. Wie­dział, że wła­śnie tam za­sta­nie Knuta.

Prze­stę­pu­jąc próg, od­ru­cho­wo za­sło­nił nos koł­nie­rzem. Śmier­dzia­ło jak w go­rzel­ni. Wdu­sił kon­takt, po­zwa­la­jąc lam­pom roz­go­nić ciem­ność.

Elf spał na sie­dzą­co, z głową na za­ku­rzo­nej ta­śmie, która cią­gnę­ła się wokół po­miesz­cze­nia. Nie szczę­dząc sił, Bro­dacz kop­nął krze­sło. Sie­dzi­sko wy­sko­czy­ło spod Knuta, który runął na pod­ło­gę jak długi. Dobrą chwi­lę leżał bez słowa, mru­żąc oczy i trzy­ma­jąc dło­nie przy twa­rzy, jakby w ocze­ki­wa­niu na ko­lej­ny atak.

– Czy szefa po­wa­li­ło? – wy­chry­piał w końcu.

– Masz! – wark­nął tam­ten, pod­su­wa­jąc mu list. – Czy­taj!

Elf wy­cią­gnął oku­la­ry z kie­sze­ni fla­ne­lo­wej ko­szu­li i trzę­są­cą się dło­nią osa­dził je na nosie. Czy­tał długo, krzy­wiąc wargi, by w końcu orzec:

– Fejk.

– Srejk! – wrza­snął Bro­dacz. – W tej chwi­li bierz się do ro­bo­ty! A jak tkniesz wódę, to Bóg mi świad­kiem, że roz­trza­skam ci flasz­kę na tym za­ku­tym, usza­tym łbie! Jazda!

Aby spo­tę­go­wać prze­kaz, kla­snął parę razy w dło­nie, na co Knut jęk­nął i za­sło­nił oczy ra­mie­niem.

Nie oglą­da­jąc się, męż­czy­zna wró­cił do chaty. Czym prę­dzej przejrzał i spa­lił resz­tę ko­re­spon­den­cji.

W gło­wie miał mę­tlik, za­schło mu w gar­dle. Jesz­cze raz przyj­rzał się pi­sa­ni­nie dzie­się­cio­lat­ka. To pierw­szy taki list od… trzech lat. Nie do wiary.

Odło­żył kart­kę na stół. Ostroż­nie, aby jej nie po­plamić. Roz­su­nął brud­ne szklan­ki i ta­le­rze, a po krót­kim wa­ha­niu za­niósł je do zlewu. Przyj­rzał się du­że­mu po­ko­jo­wi, w któ­rym spę­dzał całe dnie. Ze zgro­zą stwier­dził, że nie sprzą­tał tu od wio­sny.

Po­ło­żył się do łóżka grubo po pół­no­cy. Zmę­czo­ny, ale za­do­wo­lo­ny – dom lśnił czystością. Sen nad­szedł za­ska­ku­ją­co szyb­ko.

Obu­dził się przed dzie­wią­tą i, jak zwy­kle, od razu wyj­rzał przez okno. Ota­cza­ło go pust­ko­wie, które nie­gdyś po­ko­chał, a potem znie­na­wi­dził. Co cie­ka­we, dzi­siaj widok bez­kre­sne­go od­lu­dzia nie na­pa­wa­ł go wstrę­tem. W bla­sku lamp śnieg miał nie­przy­jem­ny, żół­ta­wy od­cień, ale mężczyźnie to nie prze­szka­dza­ło. Czuł, że mógł­by tak sie­dzieć i sie­dzieć, ga­piąc się na po­lar­ny kra­jo­braz.

Rów­no­cze­śnie palił się do dzia­ła­nia. Włą­czył czaj­nik i za­czął prze­trzą­sać szaf­ki w po­szu­ki­wa­niu skład­ni­ków. Przy­rzą­dził her­ba­tę we­dług wła­snej, se­kret­nej re­cep­tu­ry, po czym prze­lał ją do ter­mo­su. 

Za­stał Knuta w jego biu­rze – po­ko­ju umiesz­czo­nym w rogu hali pro­duk­cyj­nej. To w tym nie­po­zor­nym po­miesz­cze­niu ro­dzi­ły się pro­jek­ty za­ba­wek i wła­śnie stąd kie­ro­wa­no pracą fa­bry­ki. Nic dziw­ne­go, że od dawna stało puste. Tym­cza­sem elf zdobył się na to, by gruntownie je po­sprzą­tać; w po­wie­trzu uno­sił się za­pach środ­ków czy­sto­ści, na re­ga­łach i pół­kach nie było śladu kurzu.

Usza­ty kon­struk­tor sie­dział przy stole i stru­gał ka­wa­łek drew­na. Bro­dacz po raz pierw­szy wi­dział go przy ta­kiej pracy; zanim wszyst­ko trafił szlag, Knut był głów­nym pro­jek­tan­tem i od­po­wia­dał za szki­co­wa­nie mo­de­li oraz kal­ku­lo­wa­nie ich za­po­trze­bo­wa­nia ener­ge­tycz­ne­go. Praca ta wy­ma­ga­ła za­rów­no ści­słe­go umy­słu, jak i kre­ator­skiej fan­ta­zji. Nie­po­zor­ny maj­ster miał łeb nie od pa­ra­dy.

– Jak idzie? – za­gad­nął pod­wład­ne­go, który do­pie­ro teraz zdał sobie spra­wę z jego obec­no­ści.

– Nie­źle – przy­znał elf, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko.

– Przy­nio­słem ci…

– Niech szef spoj­rzy! – Knut się­gnął po świe­żo wy­stru­ga­ną lo­ko­mo­ty­wę i kilka wa­go­ni­ków. – Wła­śnie mia­łem za­pra­wiać…

Uniósł dło­nie nad za­baw­ką i wy­szep­tał ma­gicz­ną for­mu­łę. Koła pociągu zaczęły się obracać.

– Czy ty w ogóle kła­dłeś się spać? – za­py­tał Brodacz, ob­ser­wu­jąc jeż­dżą­cą w kółko za­baw­kę.

– Chło­pak pro­sił też o szka­tuł­kę na skar­by. – Kon­struk­tor się­gnął po nie­wiel­kie pu­deł­ko i za­czął ob­ra­cać je w dło­niach. – Po­ma­lu­ję na zie­lo­no i czer­wo­no. Jesz­cze mu w tym za­mon­tu­ję po­zy­tyw­kę, co? To taki dziew­czyń­ski ga­dżet, ale chyba mu się spodo­ba?

– Myślę, że tak. Spró­buj herbaty.

Knut po­cią­gnął łyk pa­ru­ją­ce­go na­po­ju.

– Świet­na! Dawno jej nie piłem.

– No.

Za­mil­kli. Przez chwi­lę szef bał się, że jego pra­cow­nik stwier­dzi, że her­bat­a istot­nie jest smacz­na, ale przy­da­ła­by jej się so­lid­na, pro­cen­to­wa wkład­ka dla pod­bi­cia smaku. Marny dow­cip nie tylko byłby nie­śmiesz­ny, ale i zwy­czaj­nie do­łu­ją­cy. 

– To pierw­szy taki list od wy­bu­chu pan­de­mii, co? – Elf prze­rwał ciszę.

– Pierw­szy.

– To musi być trud­ne. Czy­tać te wszyst­kie…

– By­ło­by mi pro­ściej, gdy­bym był za­sra­nym cu­do­twór­cą.

– No tak. Pew­nie tak.

Bro­dacz po­kle­pał kon­struk­to­ra po ra­mie­niu i rzu­cił:

– Dobra ro­bo­ta.

Po czym wy­szedł z biura, wma­wia­jąc sobie, że ucisk w gar­dle to re­ak­cja aler­gicz­na na płyn do mycia pod­łóg.

 

***

 

Knut pra­co­wał cią­giem, do­pó­ki nie skoń­czył ca­łe­go za­mó­wie­nia. Brodacz czym prę­dzej wy­sła­ł chłop­cu wszyst­kie za­baw­ki, do­rzu­ca­jąc jeszcze fi­gur­kę anio­ła oraz parę cie­płych skar­pet.

W Wi­gi­lię ubra­li cho­in­kę i za­sie­dli do wie­cze­rzy. Rok wcze­śniej, pod­czas wspól­ne­go po­sił­ku, obaj strasz­nie się mę­czy­li; elf od­sie­dział dwie go­dzi­ny, po czym wró­cił do pu­stej fa­bry­ki, by w sa­mot­no­ści się upić.

Tym razem bie­sia­do­wa­li do późna. Bez na­po­jów wy­sko­ko­wych, za to przy świą­tecz­nych prze­bo­jach od­twa­rza­nych z ma­gne­to­fo­nu. Ga­da­li długo i szcze­rze, jakby chcie­li nad­ro­bić trzy ciche lata. Knut wyznał, jak wspomina początki ich współpracy:

– Szef był nie do zniesienia. Wszystkiego się czepiał. Nawet ołówek trzymałem nie tak, jak trzeba! Po pierwszym tygodniu miałem rzucić to w cholerę, ale zagryzłem zęby.

– Zagryzłeś zęby? Ja miałem szczękościsk przez jakieś pół roku! Wszystko robiłeś po swojemu. Choćby niemądrze – byle po swojemu! Jaki zdolny, taki uparty…

Skrzęt­nie omi­ja­li temat przy­szło­ści. Nie chcie­li o niej my­śleć. Do Bro­da­cza do­tar­ło, że Knut, gdyby tylko chciał, z pew­no­ścią zna­la­zł­by nie­złe sta­no­wi­sko w ja­kiejś fir­mie far­ma­ceu­tycz­nej. Może więc tkwie­nie na tym od­lu­dziu nie było prze­ja­wem wy­god­nic­twa, ale… lo­jal­no­ści?

Ko­lej­ne dni upły­nę­ły w przy­jem­nej at­mos­fe­rze. Knut nie od­sta­wił butelki, ale nie upijał się do nie­przy­tom­no­ści, co i tak sta­no­wi­ło trud­ny do prze­ce­nie­nia po­stęp.

Ostat­nie listy, wy­sła­ne przez spóź­nial­skich, do­tar­ły w Boże Na­ro­dze­nie. Wszyst­kie wy­lą­do­wa­ły w piecu.

Dzień przed syl­we­strem, póź­nym po­po­łu­dniem, Bro­dacz sie­dział w oknie chaty i palił pa­pie­ro­sa. W pierw­szej chwi­li po­my­ślał, że to omamy. Za­mru­gał pa­ro­krot­nie, jed­nak mi­go­czą­ce na ho­ry­zon­cie świa­teł­ko nie zni­kło.

Wy­szedł na lą­do­wi­sko, usi­łu­jąc sobie przy­po­mnieć, czy kie­dy­kol­wiek, nawet w la­tach, w któ­rych do­sta­wał ty­sią­ce li­stów dzien­nie, otrzy­mał jakąś ko­re­spon­den­cję mię­dzy dwu­dzie­stym szó­stym grud­nia a pierw­szym stycz­nia.

Nigdy.

Kiedy dron ob­ni­żył pułap, wszyst­ko stało się jasne.

– Nie…

Ma­szy­na za­wi­sła nad lą­do­wi­skiem. Na pa­ne­lu wy­świe­tla­ły się in­for­ma­cje do­ty­czą­ce prze­sył­ki.

– Nie, nie…

Pierw­sza próba do­rę­cze­nia – ad­re­sat nie­obec­ny!

Druga próba do­rę­cze­nia – ad­re­sat nie­obec­ny!

Trze­cia próba do­rę­cze­nia – ad­re­sat nie­obec­ny!

Prze­sył­ka ode­sła­na do nadaw­cy.

Bro­dacz wy­cią­gnął kar­ton z me­ta­lo­wych szpo­nów. Ten sam, który przed pa­ro­ma dnia­mi oso­bi­ście za­kle­jał.

Au­to­ma­tycz­nie po­kwi­to­wał przy­ję­cie zwro­tu i ode­słał ma­szy­nę. Opadł na ko­la­na, przy­ci­ska­jąc pudło do pier­si. Nie miał siły pła­kać ani się zło­ścić. Uniósł twarz ku mil­czą­ce­mu niebu. Znowu padał śnieg.

Koniec

Komentarze

Miś przeczytał. Powodzenia w konkursie.

Wrócę troszkę później z uzasadnieniem kliczka.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Zagadkowa historia.

Czy będzie ciąg dalszy?;)

Witajcie!

 

Koalo, miło, że zajrzałeś.

 

Mr.marasie, czekam niecierpliwie :)

 

Ambush, myślę, że lepiej uciąć historię w tym miejscu :)

 

Dziękuję Wam za odwiedziny. Pozdrawiam!

Mocna historia, zakończenie rozbija bank.

Podobało mi się. Acz mam nadzieję, że nie jest aż tak źle. Nie będzie. Cholera, dorośli nie powinni zrzucać swoich dorosłych problemów na dzieci. No, ale niektórych się nie da ukryć.

Święta przez pryzmat pandemii wyglądają dołująco, również dla Mikołaja, a i elf nie ma lekko.

Babska logika rządzi!

Cześć, Finklo!

Cholera, dorośli nie powinni zrzucać swoich dorosłych problemów na dzieci. No, ale niektórych się nie da ukryć.

No właśnie. Zwłaszcza, że w tej rzeczywistości, jak sądzę, sami dorośli są skołowani niczym dzieci i chętnie oddaliby się pod czyjąś opiekę.

Ale nie, nasz świat nie jest aż tak ponury :)

Dziękuję za klika, pozdrawiam! 

Przyznam szczerze, że naprawdę podoba mi się Twoje opowiadanie, Adamie_c4.

Napisane żywym, ciekawym i dynamicznym językiem, nasyconym gorzkim humorem, fajnymi opisami, ciekawym kontrastem bajkowości z brudnym, brutalnym wręcz realizmem. Sprawnie, ze znajomością pewnych chwytów narracyjnych itd. Całość opowiedziana przy pomocy kilku dobrze dobranych i skonstruowanych scen.

Niby wszystko już było, niby takiego karykaturalnego Mikołaja gdzieś już widziałem, ale ja tu czuję talent, swobodę, pomysłowość i dobre pióro. Grasz w sumie wytartymi i zgranymi kartami, ale wykrzesałeś z tego ciekawą jakość.

Dosyć szybko domyślamy się, że tekst sięga po motyw pandemii, aktualny do bólu, oklepany do rzygu, jakże prosty chwyt, jak oczywisty do wywołania określonych emocji. Problem w tym, że mi to zupełnie nie przeszkadza w tym opowiadaniu.

Naprawdę dobrze to wykorzystałeś, pomysłowo, a sam finał (umiejętnie rozegrany i domyślny – za co też wielki plus, bo nie ma tu ciężkiej dosłowności, zresztą przez cały czas jest dystans, który zapewnia perspektywa adresata) wybrzmiewa okrutną przewrotnością, prostym twistem, który robi mocne wrażenie i robotę. Bardzo szanuje takie proste a skuteczne chwyty. Do ich wymyślania trzeba mieć po prostu łeb i talent (pomimo że się tego finału domyślamy/spodziewamy właściwie).

Oczywiście, że widzę, jak pogrywasz z nami na smutnych listach dzieci, rozpaczy Mikołaja itd. Ale to wszystko jakoś pasuje do tej gorzkiej historii i, co najważniejsze, działa i nie przeszkadza.

Maksymalnie wykorzystane 15 tys. znaków limitu.

Od strony warsztatowej są małe zgrzyty. Nie szukam przecinków i chociaż zdarzają się jakieś niezgrabności, to jest to napisane zacnym stylem.

Co rzuciło mi się w oczy (poza w sumie kiepskim tytułem?), to niepotrzebny nadmiar zamienników. Taki np. Elf Knut (te dwa Elf i Knut by w zupełności wystarczyły przy sprawnych podmiankach) staje się m.in. uszatym konstruktorem, niepozorny majstrem, twardogłowym indywidualistą. Po co tak kombinować i wymyślać?

Co ciekawe, przy Mikołaju nie pada w zasadzie (poza listami) imię Mikołaj. Za to mamy Brodacza (nie wiem czemu staje się on Brodaczem, skoro jest też szefem, a nie Szefem), ale trafia się też adresat, agresor itd. Niepotrzebnie. Czasem prostsze środki są lepsze.

Poniżej kilka przykładowych zgrzytów. Z lektury jestem zadowolony, więc nie czesałem tekstu z lupą. 

 

Kiedy przed miesiącem otrzymał dwukrotnie mniejszą przesyłkę, przywalił posłańcowi, na którym akt ślepej agresji nie zrobił większego wrażenia, zaś sam agresor natychmiast pożałował swego czynu, pewien, że pogruchotał sobie palce. 

– długie zdanie, w którym można zgubić podmiot i kontekst. Wcześniej zaczynasz akapit od wgniecenia na dronie, tu kończysz za chwilę stłuczeniem. To też może zmylić. Niepotrzebne te komplikacje. A po drodze jeszcze ten agresor…

 

Siedział tak bardzo długo, odciągając nieuchronne.

– opóźniając nieuchronne? 

 

Płomienie bez wahania strawiły prośby małej dziewczynki.

– nieszczęśliwe te sformułowanie "płomienie bez wahania", a dlaczego miałyby się płomienie wahać? Tutaj pasowałoby coś w stylu: płomienie błyskawicznie/natychmiast…, płomienie bezlitośnie… czy cokolwiek innego.

 

Czytał długo, krzywiąc wargi, by w końcu orzec:

– Fejk.

– Srejk! – wrzasnął Brodacz.

– a to jest z kolei bardzo fajne :). Tylko pytanie, kiedy brodacz stał się Brodaczem? Kto go tak nazywa poza narratorem? Przecież to nie jest jego imię.

 

Co ciekawe, dzisiaj widok bezkresnego odludzia nie napawała go wstrętem.

– chyba literówka. Napawał.

 

edit. Ciii. Nie wiem co tam w lożowskim wątkach się dzieje, ale zauważyłem że Finkla zaraz po komentarzu tutaj, pognała do wątku nominacyjnego. Kto wie, Adamie? Może się mylę, ale kto wie?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Permanentna inwigilacja, kurde… ;-)

Babska logika rządzi!

Ech, marasie, bezcenne są Twoje komentarze, serio.

Tym bardziej, że gdybym sam miał wskazać na słabe punkty własnego tekstu, to chyba zwróciłbym uwagę na to samo, co Ty :) Jakkolwiek dziwnie to brzmi.

Zdanie z dronem przebudowywałem parokrotnie, bo mi nie brzmiało, i miałem nadzieję, że ostatecznie jest dobrze, ale teraz sam widzę, że mogłoby być lepiej. Pomyślę nad nim.

Tytuł, choć mnie samemu się podoba (no nic na to nie poradzę), to wybitnie pomysłowy nie jest, fakt:)

Jeśli chodzi o ,,Brodacza", to wahałem się, co do zapisu. W końcu postawiłem na pisownię od wielkiej litery, uznając, że to pseudonim Mikołaja, że pewnie tak mówiła o nim elfia brygada, kiedy wszystko jeszcze działało jak należy.

Przyznam, że te liczne zamienniki przychodziły mi jakoś naturalnie, nie siliłem się na nie. Równocześnie przyznaję, że faktycznie się rozpleniły, zwłaszcza jak na tak krótki tekst.

Trochę się bałem, sięgając po zgrane motywy, ale miałem nadzieję, że uda mi się je ograć w atrakcyjny, a przynajmniej nieirytujący sposób. No i bardzo pilnowałem się, aby nie wyszło ckliwie. Mam nadzieję, że się udało.

Literówki i pozostałem niezręczności zaraz poprawiam.

Bardzo Ci dziękuję za analizę tekstu i wiele miłych słów. Pozdrawiam!

Ciii. Nie wiem co tam w lożowskim wątkach się dzieje, ale zauważyłem że Finkla zaraz po komentarzu tutaj, pognała do wątku nominacyjnego.

Permanentna inwigilacja, kurde… ;-)

W sieci można wyśledzić każdy krok nieszczęsnego użytkownika. Ale pewnie trafiają się mylne tropy :)

Kurcze, jakie to smutne. :( Dobre opowiadanie, ładnie napisane.

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Cześć, Adamie!

 

Przejmujące to opowiadanie, do tego bardzo dobrze napisane. Zgrabnie zbudowałeś postacie, oddałeś dołujący klimat opuszczonej siedziby Mikiego.

Do pojawienia się słowa “pandemia” interpretowałem to nieco inaczej. Mianowicie myślałem, że znakiem naszych czasów jest fakt, że dzieci mają wszystko, a Mikołaj stał się “obciachowy” (mój siostrzeniec już rok temu stwierdził, że on nic nie chce na gwiazdkę, bo wszystko ma…), a listy wysyłają już tylko te dzieci, którym zależy na czymś naprawdę ważnym. Także dla mnie pandemia okazała się małym twistem. Drugi zaserwowałeś na koniec i jest to przytłaczające. Ja jednak, m.in. przez wzgląd, że sam mam dzieci, wierzę, że do takich scen nie dojdzie.

Dzięki za dobry tekst!

 

Pozdrawiam, polecam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć!

 

Dałeś Mikołajowi zadanie, które podniosło go na duchu, a potem dobiłeś ostatecznie. Tematyka pandemii trochę tu wybrzmiewa jako przyczyna wszelkich nieszczęść, tak jakby wcześniej dzieci nie miały problemów, to moim zdaniem jest zbyt powierzchowne. Tekst jest porządnie napisany i jeśli jego zadaniem było przygnębienie czytelników, to działa świetnie.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Cześć, SaroWinter!

Kurcze, jakie to smutne. :(

Faktycznie, to jedna z najbardziej dołujących rzeczy, jakie napisałem. Mimo wszystko cieszę się, że oceniasz opowiadanie jako dobre. Dzięki, pozdrawiam!

 

Witaj, Krokusie!

Mianowicie myślałem, że znakiem naszych czasów jest fakt, że dzieci mają wszystko, a Mikołaj stał się “obciachowy”

O, ciekawe, że to przyszło Ci do głowy :) Sam czasami dochodzę do wniosku, że obdarowywanie dzieci na Święta mija się z celem. Zdarzyło mi się parokrotnie, że dzieciak, przyjmując prezent (i to wcale nie dziadowski), miał na twarzy wypisaną rezygnację. Jakbym słyszał: ,,No nie, znowu. I co? Pewnie będę musiał się tym bawić? Ech…”.

Ja jednak, m.in. przez wzgląd, że sam mam dzieci, wierzę, że do takich scen nie dojdzie.

Ja też. Wydaje mi się wręcz, że to opowiadanie napisałem po to, żeby ,,rozbroić” strach przed najczarniejszymi scenariuszami.

Ciszę się, że uznajesz tekst za dobry. Dziękuję za wizytę i polecenie do biblioteki, pozdrawiam!

Cześć, Alicello!

Tematyka pandemii trochę tu wybrzmiewa jako przyczyna wszelkich nieszczęść, tak jakby wcześniej dzieci nie miały problemów, to moim zdaniem jest zbyt powierzchowne.

Co prawda nie piszę tego wprost (jedynie sugeruję), ale pandemia w tym opowiadaniu jest dużo gorsza od tej, którą znamy. W jej obliczu dzieciom nawet nie przychodzi do głowy, aby prosić Świętego Mikołaja o prezenty – bo to nie czas na zabawę, ale na walkę o zdrowie i życie. Dlatego zwracają się do niego z prośbą o ratunek dla najbliższych (dla siebie samych pewnie też).

Tekst jest porządnie napisany i jeśli jego zadaniem było przygnębienie czytelników, to działa świetnie.

Przyznaję bez bicia, że chciałem napisać coś bardzo smutnego i przygnębiającego. Tak jakoś. Daruj, jeśli zepsułem Ci humor.

Dziękuję i pozdrawiam!

Adam

Co prawda nie piszę tego wprost (jedynie sugeruję), ale pandemia w tym opowiadaniu jest dużo gorsza od tej, którą znamy. W jej obliczu dzieciom nawet nie przychodzi do głowy, aby prosić Świętego Mikołaja o prezenty – bo to nie czas na zabawę, ale na walkę o zdrowie i życie. Dlatego zwracają się do niego z prośbą o ratunek dla najbliższych (dla siebie samych pewnie też).

Wiesz, tak sobie po prostu pomyślałam, że taki Mikołaj to pewnie od bardzo dawna jest na stanowisku i ogarnia cały świat, więc w historii były już dużo gorsze zdarzenia i stąd odczucie, że to takie zbytnie uproszczenie to nawiązanie do pandemii.

Przyznaję bez bicia, że chciałem napisać coś bardzo smutnego i przygnębiającego. Tak jakoś. Daruj, jeśli zepsułem Ci humor.

Jasne ;). To w sumie niezły wyczyn napisać tekst porządnie dołujący.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Jakim cudem to jeszcze w bibliotece nie jest? :O

 

Naprawdę bardzo dobre i mocne opowiadanie. Jest w tej postaci Mikołaja, w tym ruskim szlugu, zakurzonej linii produkcyjnej i rozpitym elfie, coś przytłaczającego. To nie tylko jest smutne, ale również dołujące, a zarazem świetnie napisane. I nawet ten cień uśmiechu, który próbujesz wykrzesać u czytelnika, pokazując odmianę Mikołaja i Knuta, jest dołujący, bo końcowym twistem ścierasz go brutalnie, każąc mi się zastanowić, czy nadzieja rzeczywiście nie jest dla głupich. Klikam bez wahania i pozdrawiam serdecznie.

Q

Known some call is air am

Witaj, Outta! Dzięki za posłanie tekstu do biblioteki :)

Twoja pochlebna opinia bardzo mnie cieszy, a sposób, w jaki podsumowałeś mój tekst, szalenie mi się podoba. Dziękuję i również pozdrawiam! 

Niezamaco :) Napisałeś dobrą rzecz, więc klik się należał ;)

Known some call is air am

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Coś, Adamie_C4, te wątki mniej lub bardziej ślizgające się wokół pandemii, epidemii, chorób, leków itp., przewijają się przez wiele z Twoich tekstów w ciągu ostatniego półtora roku. Ale, co trzeba przyznać, na różne sposoby, z różnych ujęć, zresztą i wątki bardzo różne. Nie drążysz tego samego punktu.

Język jest sprawny, a postacie jakieś takie… prawdziwe. Zwykłe, ale w tym “na plus” tego słowa rozumieniu. I ta ukryta (pytanie czy zamierzona, czy przypadkowa) groza w końcowym niedoręczeniu…

Czego mi brakło? Jakiejś “namacalności” tekstu. Co prawda były dwa zdania mocniej przykuwające uwagę, ale całość jako całość przeczytałem, uznałem za biblioteczne, ale też nie uderzyło. Choć pomysł jest, to prawda. I jest potencjał, by to “wyostrzyć” z “czytanego” na “uderzające”.

 

,, → do podmiany na cudzysłów :)

 

 

Reprezentatywny fragment na stronie głównej skutecznie przyciągnął moją uwagę. Na całości bynajmniej się nie zawiodłem – opowiadanie przeczytałem bardzo szybko, jednym tchem, właściwie łyknąłem bez popitki, co mi się rzadko zdarza. Sprawnie napisany, umiejętnie grający na emocjach, miejscami zabawny i rozgrzewający serducho, choć ogólnie gorzki tekst, z absolutnie dobijającym finałem, który momentalnie ściera uśmiech z twarzy i wysysa z serducha całe ciepło, jakie zdążył w nie tchnąć. Tematyka opowiadania jest niewątpliwie żywa i aktualna – im bliżej świąt, tym częściej zadaję sobie pytanie, czy jeszcze kiedyś będzie jak dawniej…

 

Knut nie odstawił picia, ale nie użynał się do nieprzytomności

Ortograf.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Witajcie!

 

Anet, to miłe, dzięki :)

 

Wilku,

I ta ukryta (pytanie czy zamierzona, czy przypadkowa) groza w końcowym niedoręczeniu…

Chciałem, żeby ta scena była i smutna, i straszna, mam nadzieję, że się udało.

Cieszę się, że widzisz w moim tekście sporo pozytywów, szkoda, że całość nie rąbnęła jak należy :) Trudno. Dziękuję za lekturę i podzielenie się opinią.

,, → do podmiany na cudzysłów :)

Oups, dzięki za czujność :) Poprawione.

 

Bolly,

ciszę się, że lektura mojego opowiadania była satysfakcjonująca.

im bliżej świąt, tym częściej zadaję sobie pytanie, czy jeszcze kiedyś będzie jak dawniej…

Ech, no właśnie.

 

Dziękuję za lekturę. wychwycenie babola (mały, podstępny skubaniec…) i za miłe słowa :)

 

 

Pozdrawiam!

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Przeczytane.

Morgiano, ANDO, dzięki za wizytę :)

Cześć adam_c4 !!!

 

Przyjemne się czytało ten twój tekst :)))))))))))))))))))))))))))))))) Fajnie było jak Mikołaj otwierał koperty, wciągnęło mnie! Nie wszystko zakapowałem.

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursach

Jestem niepełnosprawny...

w konkursie

Jestem niepełnosprawny...

Cześć, Dawidzie! Dziękuję za wizytę, pozdrawiam!

Ładnie grasz perspektywą. Najpierw Twój Mikołaj wygląda na bezdusznego cynika, by potem się okazał sfrustrowanym i cierpiącym z bezsilności. Dostaje iskierkę nadziei, by zakończenie mu przywaliło z całych sił. Naprawdę niezła emocjonalna karuzela w niewielkiej liczbie znaków i wyjątkowo dołująca – bo na wielu poziomach – końcówka. Dobra robota, klikałabym :)

Witaj, Bellatrix!

Cieszy mnie Twoja pochlebna opinia :) Dziękuję za wizytę, pozdrawiam!

Przygnębiające jest niemal wszystko, co nas otacza. Niełatwo znaleźć się w takiej rzeczywistości, także Mikołajowi, elfowi, że o dzieciach nie wspomnę. I pewnie tylko drony, nieczułe na szczególną sytuację, będą latać w tę i z powrotem…

Pokazałeś, Adamie, osobliwa wizję, ale pewnie dlatego lektura Nieobecnego okazała się szalenie satysfakcjonująca. :)

 

– „… ja tylko chcę, żeby mój wujek wy­zdro­wiał na wi­gi­lię i nawet…” → To nie dialog, więc półpauza na początku jest zbędna, tak jak zbędna jest spacja po pierwszym wielokropku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj, reg! Dziękuję za lekturę. To arcymiłe, że lektura była aż tak satysfakcjonująca :)

Pozdrawiam! 

Nie da się ukryć, Adamie, że była, I nie powinieneś być zaskoczony, bo chyba wiesz, że fajnie to napisałeś. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I nie powinieneś być zaskoczony, bo chyba wiesz, że fajnie to napisałeś. ;)

Muszę przyznać, że to jeden z nielicznych tekstów, z których jestem naprawdę zadowolony. Jeśli niemal trzy tygodnie po skończeniu opowiadania nie mam w głowie listy rzeczy, które powinienem był napisać inaczej, to jest to dla mnie coś przyjemnie zaskakującego :) 

Życzę Ci, Adamie, abyś był równie przyjemnie zaskoczony po napisaniu każdego opowiadania. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W końcu się przyzwyczai… ;-)

Babska logika rządzi!

Życzę Ci, Adamie, abyś był równie przyjemnie zaskoczony po napisaniu każdego opowiadania. :)

 

W końcu się przyzwyczai… ;-)

Ponoć do wszystkiego można się przyzwyczaić :p Dzięki!

Cześć!

 

Mocne i smutne, i bardzo zgrabnie napisane ;-) Pokazujesz Mikołaja, którego świat zmienił się i który robi co może, by przynosić radość. Bardzo sprytnie postanowiłeś z początku pokazać go jako buca, to wzbudza ciekawość (i oburzenie). A potem zaczynasz odsłaniać karty i zaczynamy rozumieć, że bohater niestety może niewiele, podobnie jak Knut, którego moc sprowadza się do jednej, określonej dziedziny (chociaż ten motyw z koncernem farmaceutycznym), i to jest przyczyną jego stanu. Bardzo udana kreacja bohaterów, są prawdziwi, ludzcy, cierpią po swojemu, są wręcz żywi w swojej niełatwej roli, starając się nadążyć za światem, który – jak zawsze – zmienia się czasem wbrew naszym oczekiwaniom. Ledwie kilka tyś znaków, a nie miałem problemu, by “zżyć” się z nimi. To wyszło!

Jakaś moda w tym roku na takie teksty, bo póki co przeczytałem trzy na świąteczny i wszystkie są w podobnym tonie (chociaż w Twoim COVID pobrzmiewa najbardziej). Czyżby to przez pandemię? Sam miałem kilka podobnych pomysłów, ale nie chciałem pisać świątecznej dystopii, więc zrezygnowałem.

 

2P dla Ciebie: Pozdrawiam i Powodzenia w konkursie! (i nad piórkiem pomyślę, bo tekst bardzo dobry imho)

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Hej, Krarze!

Ledwie kilka tyś znaków, a nie miałem problemu, by “zżyć” się z nimi. To wyszło!

To świetnie, bo wydaje mi się, że to była podstawowa kwestia – aby czytelnik zdołał przyjąć perspektywę dwóch nieszczęśników.

Jakaś moda w tym roku na takie teksty, bo póki co przeczytałem trzy na świąteczny i wszystkie są w podobnym tonie (chociaż w Twoim COVID pobrzmiewa najbardziej). Czyżby to przez pandemię?

Chyba tak, choć muszę przyznać, że pomysł na opowiadanie przyszedł mi do głowy już rok temu, i początkowo właśnie tę historię miałem opisać na konkurs świąteczny 2020. Mam nadzieję, że za rok ta tematyka będzie już mocno przebrzmiała.

2P dla Ciebie: Pozdrawiam i Powodzenia w konkursie! (i nad piórkiem pomyślę, bo tekst bardzo dobry imho)

Dziękuję!

Zdrowych, wesołych :) Pozdrawiam!

Witaj, Adamie!

Wzięłam się za Twój tekst jako pierwszy i nie zawiodłam się – to była dobra, mocna, choć smutna lektura. Z góry zakładałam, że czytając te świąteczne teksty, spróbuję się nie czepiać “niedoróbek”, ale też u Ciebie nie bardzo byłoby się do czego przyczepić ;) Zresztą jak widzę, dostałeś już sporo komentarzy i te co istotniejsze potknięcia zostały wskazane.

Generalnie dobrze się czytało i szybko :)

Pozdrawiam!

Spodziewaj się niespodziewanego

Hej, NaNa! Miło Cię widzieć :)

Ciszę się, że mój tekst czytało Ci się dobrze i że nie miałaś się do czego przyczepić :)

Dziękuję i pozdrawiam!

No, kurde, takie niepozorna maleństwo, a tyle w nim zmieściłeś :)

Upomniałeś się o “największych przegranych pandemii”, czyli dzieci. W tych listach widać cały strach, bezradność i zrozumienie sytuacji. Na ich tle list Tomka jest z jednej strony orzeźwiający, a z drugiej… Czytelnik nic o nim nie wie, może jest trzymany przez rodziców pod kloszem, może faktycznie nie dostrzega, może rodzice z tych, co nie wierzą w pandemię, a może dzieciak ma to gdzieć. Nie próbujesz tłumaczyć, bo to w sumie nieistotne, to cholerstwo jest bardzo demokratyczne i może dotknąć każdego.

A jednocześnie w osobach Mikołaja i Knuta pokazujesz bezradność dorosłych wobec cierpienia dzieci. Nie potrafią im zabrać lęku, nie potrafią pomóc. Sami marzą o normalności.

Piekielnie to przytłaczające, bo nie ma w tym tekście okrucha nadziei, ale wybrzmiewa mocno. To chyba jeden z nielicznych tekstów na świąteczny, który zapamiętam na dłużej. Zresztą czytałam praktycznie w momencie pojawienia się na stronie i wciąż pamiętam.

Na dodatek tym razem fantastyka jest głośna i wyraźna, więc… :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Witaj, Irko!

Czytelnik nic o nim nie wie, może jest trzymany przez rodziców pod kloszem, może faktycznie nie dostrzega, może rodzice z tych, co nie wierzą w pandemię, a może dzieciak ma to gdzieć. Nie próbujesz tłumaczyć, bo to w sumie nieistotne, to cholerstwo jest bardzo demokratyczne i może dotknąć każdego.

Tak, zależało mi na tym, aby to pozostało niedopowiedziane. Kto wie – może Tomek i jego rodzice musieli pospiesznie się wyprowadzić i dlatego paczka nie dotarła? Przyznam jednak, że jakoś nie wierzę w optymistyczny scenariusz.

To chyba jeden z nielicznych tekstów na świąteczny, który zapamiętam na dłużej. Zresztą czytałam praktycznie w momencie pojawienia się na stronie i wciąż pamiętam.

Mimo wszystko – cieszy mnie to :)

Na dodatek tym razem fantastyka jest głośna i wyraźna, więc… :)

Dzięki :)

 

Pozdrawiam!

Witaj, Adamie!

Dużo emocji udało Ci się zawrzeć w tym krótkim opowiadaniu, wcale nie oczywistych, a przez to całkiem interesujących. Gruboskórny, bucowaty Mikołaj okazuje się być taki tylko z pozoru, a spomiędzy gorzkiego humoru i rutyny przeziera bezradność, będąca źródłem cierpienia. Wszystko to jest podane nader smacznie, zupełnie nie wprost i jestem przekonany, że należą się za to brawa.

Niemniej odbieram reakcję Mikołaja za nieco przesadzoną, wręcz przerysowaną, jeśli odbierać ją w kontekście komentarza do obecnej sytuacji, to przecież wirus nie jest aż tak śmiertelny, poza tym ludzie zawsze chorowali i umierali, a do tego zawsze zdarzały się dzieci, które na gwiazdkę życzyły sobie zdrowia kogoś bliskiego – co najwyżej pandemia zwiększyła odsetek takich próśb. Oczywiście nazwa “covid” bezpośrednio tutaj nie pada, rzecz może dotyczyć jakiejś dużo bardziej zjadliwej choroby i jest to w sumie jeszcze bardziej dołująca perspektywa, niż to, co mamy w rzeczywistości. Finał wyszedł naprawdę paskudny (w dobrym tego wyrażenia znaczeniu), bo konkretnie psuje nastrój i zostaje na dłużej.

Postać Knuta wyszła na tle Mikołaja dość nijaka. Widzę tutaj perspektywy na jakiś ciekawy kontrast, a nie jedynie towarzysza biesiadowania i wykonawcę poleceń. Szkoda. Mimo krótkiego metrażu, paradoksalnie moim zdaniem masz tutaj kilka dłużyzn, które bez straty dałoby radę wyciąć. Ale to tylko detale. Zaserwowałeś porządne opowiadanie, warte poświęconego czasu. Choć nie uważam go za coś oszałamiająco oryginalnego, to bez wątpienia jest to kawał dobrego czytadła.

Witaj, MrBrightside!

Niemniej odbieram reakcję Mikołaja za nieco przesadzoną, wręcz przerysowaną, jeśli odbierać ją w kontekście komentarza do obecnej sytuacji, to przecież wirus nie jest aż tak śmiertelny, poza tym ludzie zawsze chorowali i umierali, a do tego zawsze zdarzały się dzieci, które na gwiazdkę życzyły sobie zdrowia kogoś bliskiego – co najwyżej pandemia zwiększyła odsetek takich próśb. Oczywiście nazwa “covid” bezpośrednio tutaj nie pada, rzecz może dotyczyć jakiejś dużo bardziej zjadliwej choroby i jest to w sumie jeszcze bardziej dołująca perspektywa, niż to, co mamy w rzeczywistości.

Nie wskazuję na to wprost, a jedynie sugeruję, że „moja” epidemia jest nieporównywanie gorsza od tej, z którą my się zmagamy. Wspominam, że kiedyś Mikołaj dostawał tysiące listów dziennie (do ich czytania miał pewnie brygadę elfów). Teraz korespondencja mieści się w jednej paczce. Nastały więc czasy, w których najmłodszym nie w głowie prezenty i zabawa, albo… listów nie ma już kto pisać – końcówka sugeruje, że cholerstwo, które trawi świat, jest bezwzględne również dla dzieci. My, dzięki Bogu, jesteśmy w dużo lepszej sytuacji.

 

Dziękuję Ci za wszystkie krytyczne uwagi i za miłe słowa. Pozdrawiam!

Hmmm… Rozumiem, że nie taki był sens, ale trochę w trakcie opowiadania nachodziła mnie pewna myśl. Czy Mikołaj smucił się, że dzieci martwią się o swoją rodzinę, zamiast prosić o prezenty? A było to poniekąd irytujące uczucie, bo w głębi serca jestem antykonsumpcjonistą :P

No tak ogólnie to sprawnie napisane, chociaż parę niewygodnych miejsc się trafiło. Prosty pomysł, trochę przewidywalny, ale zgrabnie ujęty; wiele więcej pewnie od szorta wymagać by nie należało. Na Pióro imho jednak za mało.

Powodzenia w konkursie!

Слава Україні!

Witaj, Golodh!

 

Hmmm… Rozumiem, że nie taki był sens, ale trochę w trakcie opowiadania nachodziła mnie pewna myśl. Czy Mikołaj smucił się, że dzieci martwią się o swoją rodzinę, zamiast prosić o prezenty?

Myślę, że to wcale nie jest zły trop. Sugerujesz, że Mikołaj, zamiast wyłącznie współczuć dzieciom, może też odczuwać poirytowanie w związku z tym, że najmłodsi nie chcą, choćby na kilka dni, zapomnieć o pandemii. Pozwolić sobie na to, żeby radość płynąca z konsumpcji pozwoliła im na oderwanie się od nieprzyjaznej rzeczywistości (bo w gruncie rzeczy właśnie temu służy konsumpcja).

Podejrzewam, że o ile Mikołaj naprawdę cierpi z powodu niedoli najmłodszych, to do głosu dochodzą też inne frustracje. Wynikające z powodów, które nazwalibyśmy niskimi. W końcu Brodacz był kiedyś bożyszczem, spełniał marzenia dzieci na całym świecie. Co mu z tego zostało? Garść nierealnych próśb. To musi – poza wszystkim – godzić również w ego.

 

Dziękuję za wizytę! Pozdrawiam!  

O tak, myślę że z taką interpretacją jestem w stanie się zgodzić. Tylko wiesz – wtedy ta końcówka nie łapie tak, jak złapała innych :P (znaczy tak było w moim przypadku; w każdym razie jak zdajesz sobie z tego sprawę, to podnosi to odrobinę moją ocenę)

Слава Україні!

Tekst ma dwa bardzo dobre elementy. Zbudowanie napięcia poprzez ukrycie treści listu oraz zakończenie. Ogólnie opowiadanie bardzo dobrze napisane, zwłaszcza konstrukcja i timing.

Szkoda tylko, że wszystko włożyłeś w te świąteczne kalki. No ciężko jest przez nie traktować ten tekst inaczej niż z przymrużeniem oka. Alkoholizm Knuta też bardzo meh.

Ech. Dałbyś te świąteczne akcenty gdzieś w dalekim tle, subtelnie, by tak nie mierziły, i naprawdę miałbym zagwozdkę.

 

Ocena: 5 / 6

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Golodh,

Zależało mi na tym, aby Brodacza trudno było zaszufladkować. Ta postać ma całą masę wad i jest mocno zwichrowana – stosuje przemoc fizyczną względem Knuta, siebie samego zabija na raty, paląc paskudne papierosy. To gość z tzw. trudnym charakterem – wierzę, że nie pomiatał pracownikami, ale z pewnością bywał wredny, zresztą Knut rozważał zwolnienie się z firmy, bo uważał, że nie dogada się z apodyktycznym szefem. Brodacz to raptus i egomaniak jak nic.

Ale pod warstwą bucowatości kryje się wrażliwiec, którego przerosła rzeczywistość. Ja mu współczuję. W zasadzie to po co on ciągle tkwi na tym zimowym pustkowiu? Czemu odbiera korespondencję? Masochizm czy raczej potrzeba trwania na posterunku? Może nie zniósłby świadomości, że prośby dzieci trafiałyby w próżnię, albo miały do nich wracać z powodu… nieobecności adresata. Można powiedzieć, że robił wszystko, co w jego mocy, aby nie zawieść nadziei dzieci.

Pozdrawiam!

 

Witaj, Chrościsko!

Szkoda tylko, że wszystko włożyłeś w te świąteczne kalki. No ciężko jest przez nie traktować ten tekst inaczej niż z przymrużeniem oka.

Przyznam, że liczyłem na to, że będzie to atut opowiadania – miło kojarzące się kalki przełamane czymś niestandardowym i skrajnie dołującym.

Dziękuję za lekturę i podzielenie się opinią, pozdrawiam!

No, dobra. Technicznie jeszcze trochę pracy przed Tobą: powtórzenia (agresji/agresor), niepotrzebne synonimy imion, otwarcie do wygładzenia (motyw z lżejszą przesyłką nieczytelny na tym etapie, a właściwie niepotrzebny) – ale wiedz, że wzruszyłeś. A to bezcenne.

Cześć, coboldzie!

Dzięki za zwrócenie uwagi na techniczne niezręczności, przyjrzę się im.

ale wiedz, że wzruszyłeś.

Cieszę się :)

 

Dziękuję za wizytę, pozdrawiam!

Efektowne, pomysłowe, przewidywalnie ponure (w sensie: jak tylko padło pierwsze zdanie o ratowaniu bliskich, kontekst pandemiczny stał się oczywisty). Zaskoczyło za to zakończenie, mocne i ciężkie. I strasznie ponure, że powtórzę. Myślałam, że z opek świątecznych najbardziej dobije mnie błyskotliwie ponury tekst Marasa, ale okazało się, że można jeszcze bardziej. Co nie zmienia faktu, że to tekst dobrze napisany i naprawdę udany.

Nad decyzją piórkową muszę się jeszcze zastanowić.

Cześć, ninedin!

 

Nie ukrywam, że jestem zadowolony z tego, że zakończenie uznajesz za mocne i ciężkie, a przy tym zaskakujące. Właśnie na tym mi zależało. Dziękuję za wizytę i za miłe słowa :)

Pozdrawiam!

 

Hej, hej,

 

fajne, podoba mi się. Rzeczywistość pandemiczna przeplata się lekko z korporacyjną, w tle mamy “ludzkie problemy” takie jak nadużywanie trunków czy bezsilność w obliczu nieuchronności Śmierci, czy innych jeźdźców naszej pandemicznej apokalipsy.

Tak jak pisał Maras, są to nieco zgrane karty, wiem jak to się skończy, nie wierzę w szczęśliwy finał, ale mimo wszystko tekst ma coś w sobie, jakoś te emocje wciąż są. Niekoniecznie jest to tekst dobijający, bo przecież jest w nim także o nadziei, o zapomnieniu, które kryje się w codziennych sprawach, w normalności, albo choćby w jej udawaniu. Mikołajowi nie wyszło, ale to nie znaczy, że nie trzeba próbować.

Pod Twoim poprzednim opowiadaniem piórkowym czepiałem się braku detali świata przedstawionego , tutaj one są i jestem usatysfakcjonowany – od wgniecenia z boku drona, przez opisy kopert na szczegółach związanych z produkcją zabawek.

Jestem na “Tak” w głosowaniu piórkowym.

 

Jeżeli chodzi o mankamenty tekstu, to głównie denerwowało mnie, znów podobnie jak Marasa, zamienianie nazw na jakieś dziwne synonimy, np. na słowo szef, poniżej masz je aż 6 razy ;)

– Niech szef spojrzy! – Knut sięgnął po świeżo wystruganą lokomotywę i kilka wagoników. – Właśnie miałem zaprawiać…

Uniósł dłonie nad zabawką i wyszeptał magiczną formułę. Pociąg ruszył z kopyta.

– Czy ty w ogóle kładłeś się spać? – zapytał szef, obserwując jeżdżącą w kółko zabawkę.

– Chłopak prosił też o szkatułkę na skarby. – Konstruktor sięgnął po niewielkie pudełko i zaczął obracać je w dłoniach. – Pomaluję na zielono i czerwono. Jeszcze mu w tym zamontuję pozytywkę, co? Jak szef myśli? To taki dziewczyński gadżet, ale chyba mu się spodoba?

– Tak, myślę że tak – przyznał Brodacz, nalewając herbatę do blaszanego kubka. – Spróbuj.

Knut pociągnął łyk parującego napoju.

– Świetna! Dawno jej szef nie robił.

– No.

Zamilkli. Przez chwilę szef bał się, że jego pracownik stwierdzi, że herbata istotnie jest smaczna, ale przydałaby jej się solidna, procentowa wkładka dla podbicia smaku. Marny dowcip nie tylko byłby nieśmieszny, ale zwyczajnie dołujący. 

– To pierwszy taki list od wybuchu pandemii, co? – Elf przerwał ciszę.

– Pierwszy.

– To musi być dla szefa trudne. Czytać te wszystkie…

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Witaj, BasementKey!

Niekoniecznie jest to tekst dobijający, bo przecież jest w nim także o nadziei, o zapomnieniu, które kryje się w codziennych sprawach, w normalności, albo choćby w jej udawaniu. Mikołajowi nie wyszło, ale to nie znaczy, że nie trzeba próbować.

O, ciekawy, optymistyczny punkt widzenia: mimo, że sytuacja jest beznadzieja, warto dopatrywać się pozytywów w prostych rzeczach i codzienności, która, choć dołująca, ma też swoje blaski.

np. na słowo szef, poniżej masz je aż 6 razy ;)

Hmm, rzeczywiście się tego namnożyło. Może w przytoczonym przez Ciebie fragmencie Knut powinien przejść na mniej formalny ton, co pozwoliłoby wyeliminować tych ,,szefów”.

 

Cieszę się, że uznajesz tekst za godny ,,Taka” :)

Dziękuję i pozdrawiam!

Dobry tekst, Adamie. Podobał mi się stworzony przez Ciebie klimat. Jest w tym trochę Świąt, trochę zimy, trochę ponurych ciemności, wszystko w odpowiednich proporcjach by utwór uznać za udany.

Jedno tylko trochę mi przeszkadza. Pewna niespójność w zachowaniu Mikołaja. Z jednej strony ukazujesz go za żelazną zasłoną obojętności, z dawno porzuconą empatią, a z drugiej naszej bohater klęka i ściska paczkę po jednym chłopcu. Myślę, że rozumiem, co chciałeś przekazać. Mikołaj nie mógł spełnić życzeń o zdrowiu itp. gdyż nie miał takich mocy, nie był Bogiem, stąd jego palenie listów. Ale empatia w człowieku albo jest, albo jej nie ma, nie jest wybiórcza. Jeśli Mikołaj cierpiał po śmierci nieznanego chłopca, tak samo cierpiałby z niemożności niesienia pomocy innym. Dlatego wolałbym, aby w pierwszym fragmencie nasz bohater był bezsilny, a nie obojętny. To nie gryzłoby się z reakcją w finale.

Pozdrawiam.

Witaj, Darconie! Miło mi, że zajrzałeś.

Dobry tekst, Adamie. Podobał mi się stworzony przez Ciebie klimat. Jest w tym trochę Świąt, trochę zimy, trochę ponurych ciemności, wszystko w odpowiednich proporcjach by utwór uznać za udany.

Bardzo cieszy mnie ta opinia!

Jedno tylko trochę mi przeszkadza. Pewna niespójność w zachowaniu Mikołaja. Z jednej strony ukazujesz go za żelazną zasłoną obojętności, z dawno porzuconą empatią, a z drugiej naszej bohater klęka i ściska paczkę po jednym chłopcu. Myślę, że rozumiem, co chciałeś przekazać. Mikołaj nie mógł spełnić życzeń o zdrowiu itp. gdyż nie miał takich mocy, nie był Bogiem, stąd jego palenie listów. Ale empatia w człowieku albo jest, albo jej nie ma, nie jest wybiórcza. Jeśli Mikołaj cierpiał po śmierci nieznanego chłopca, tak samo cierpiałby z niemożności niesienia pomocy innym. Dlatego wolałbym, aby w pierwszym fragmencie nasz bohater był bezsilny, a nie obojętny. To nie gryzłoby się z reakcją w finale.

Mnie też wydaje się, że empatyczność lub jej brak, na pewnym etapie życia, jest cechą raczej niezmienną. I zakładam, że Brodacz jest osobą pełną empatii. Choć w tekście sugeruję, że bywa bezkompromisowy i swarliwy, nie sądzę, aby miał w sobie zbyt wiele z psychopaty. Nawet mimo tego, że sprawia wrażenie egotyka.

Obstawiam, że właśnie nadmierna wrażliwość, wewnętrzna kruchość, sprawiły, że palił listy pełne próśb, których nie mógł spełnić. Sytuacja, w której z bożyszcza został podniesiony do rangi Boga, zdecydowanie go przerosła. Myślę, że każdy list, każda prośba, raniły go do żywego. Wrzucanie próśb w ogień to radykalna, ale w gruncie rzeczy nieudolna, próba emocjonalnego zdystansowania się od nich.

 

Dziękuję i pozdrawiam!

Bardzo zgrabnie, żywym językiem opowiedziana historia o bezsilności, frustracji, iskierce nadziei i – jak to w życiu bywa, wujowym finale. Dotyka aktualnego problemu, prezentuje inną perspektywę na kilka lat pandemii, taką gorzką i prawdopodobnie po części prawdziwą. 

Bawisz się w emocje, ale robisz to umiejętnie, dobrze wyważając zmiany nastrojów i ich ukazanie poprzez postaci – szapoba. 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Witaj, PsychoFishu!

 

Bawisz się w emocje, ale robisz to umiejętnie, dobrze wyważając zmiany nastrojów i ich ukazanie poprzez postaci – szapoba.

 

Piękne dzięki! Dla takich pochwał warto się starać :)

Dziękuję i pozdrawiam!

Nowa Fantastyka