- Opowiadanie: MrBrightside - Przyszłość prawdziwie świetlana

Przyszłość prawdziwie świetlana

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Przyszłość prawdziwie świetlana

Bonnie zatracała się.

Błądząc dłonią pośród włosów kochanka, pozwalała się pieścić. Dotykał w idealnych miejscach, a opuszki palców, koniuszek języka, nawet strumienie wydychanego coraz szybciej powietrza łechtały właśnie tam, gdzie powinny; niespodziewane i pożądane jednocześnie. Szeptał jej coś do ucha, lecz w tamtej chwili słowa niosły jedynie zbędną informację. Liczył się tylko ten półszept wymieszany z chciwym pomrukiem. Bonnie przylgnęła mocniej, ustabilizowała poziom oksytocyny, poczuła jego pracujące pod skórą mięśnie. Ich ruch wydobywał zapach mężczyzny, a ten, zmieszany z wonią perfum, dopełniał kolażu doznań.

Zatem Bonnie zatracała się. Ale to on zatracał się bardziej.

Gdy słowa ucichły, oddech przyspieszył i ruchy przybrały na gwałtowności, Bonnie znalazła siłę, by zerknąć na panel streamu. Pokazywał pięciocyfrową liczbę unikalnych widzów, a wartość na liczniku tokenów rosła w oczach. Dobrze. Ci ludzie lubili, gdy tuż przed finałem łamało się czwartą ścianę i patrzyło wprost na nich. Nawet jeśli trwało to krótką chwilę, licznik zawsze wtedy szalał.

Bonnie aktywowała najprostsze splątanie neuronalne, przyłączając swoje synapsy genitalne do synaps partnera. Wkrótce wachlarz doznań, które tak skrupulatnie kolekcjonowała, wymieszał się i wzmocnił o wrażenia mężczyzny. Ściany w pokoju pojaśniały subtelną luminescencją, gdy ciałami wstrząsały kolejne fale ciepła. Bonnie powstrzymywała jednak instynkty, którym już dawno poddał się jej partner. Przed sesją uniewrażliwiła się na nadmiarowe bodźce selektywną blokadą presynaptyczną, by zachować kontrolę nad finalną impresją tego misternego spektaklu. Dozowanie wrażeń nie interesowało natomiast jej partnera, ani tych wszystkich anonimów, skrytych gdzieś tam, daleko, po drugiej stronie Wszechternetu. Oni zjawili się, by pójść na całość.

Poziom endorfin mężczyzny już dawno wybił się ponad plateau. Dzięki splątaniu Bonnie wyczuła, że impulsacja z neuronów ciała migdałowatego osłabła, a kora oczodołowo-mózgowa w ogóle już zamilkła. Odepchnęła więc i ugryzła w ucho upojonego nadchodzącą rozkoszą kochanka, co otrzeźwiło go tylko na moment, choć tyle wystarczyło, by opóźnić szczytowanie o kilka cennych chwil. Gdy najsłabsze ogniwo całego aktu weszło w okres refrakcji i legło zdyszane na posłaniu, licznik wciąż nabijał tokeny. Transmisja dobiegła końca.

– Bogowie, jesteś niemożliwa. – Mężczyzna sapał i pocierał załzawione oczy. Miał siatkówki nieprzyzwyczajone do zafundowanego natężenia światła.

Ściany zdążyły przygasnąć do minimalnej jasności, zaś Bonnie uświadomiła sobie, że nigdy nawet nie spytała tego człowieka o imię.

– Wierzący. To wiele wyjaśnia – odburknęła, po czym sięgnęła po iniektor i pobieżnie przeglądając wyświetlane w ścianie zgromadzone dane, wstrzyknęła sobie porcję nanobotów w mięsień. Wywołała swoją Osobistą Wirtualną Inteligencję. – OWI, podaj odchylenia.

– Nastąpił niekontrolowany wyrzut prolaktyny, pomimo wprowadzonych środków zaradczych, tuż po przekroczeniu plateau. Dopamina osiągnęła minimalnie niższe wartości od szacowanych. Nieistotne klinicznie. Różnicę skompensowały endorfiny.

Bonnie aż zagryzła wargi. Spodziewała się takiego raportu, ale i tak była wściekła.

– OWI, jak zachowywały się ciała migdałowate?

– Impulsacja osłabła zgodnie z fizjologią. Brak odchyleń.

Licznik tokenów ciągle naliczał pojedyncze wpłaty. To od widzów nowych w temacie, którzy dopiero skończyli przeżywać to, co przed chwilą zaszło pomiędzy kochankami. Stare wygi o wyższym progu pobudliwości już dawno zapłaciły i wyszły, a niemożliwym było doświadczać splątanych doznań inaczej niż na żywo. Przychody utrzymywały się na stabilnym poziomie od ładnych kilkunastu sesji i obecna nie była wyjątkiem. Bonnie twierdziła, że taka stagnacja dla artystki jej pokroju to potwarz.

Tymczasem mężczyzna zdążył dojść do siebie i nawet założył spodnie.

– Ładna sumka. Widzimy się znowu? – zapytał.

Bonnie ostentacyjnie milczała. W skupieniu odprowadziła mężczyznę wzrokiem, gdy wychodził, zadowolony i zaspokojony. Wybrała go kolejny raz, bo jego konstelacja synaptyczna, warunkująca model zachowań, wydawała jej się wyjątkowo atrakcyjna. Może ten człowiek po prostu roztaczał zbyt przyjazną aurę?  To tu mógł tkwić szkopuł.

– OWI, zanotuj, do rozważenia zwiększenie poziomu agresji twardymi metodami neurochemicznymi.

– Oczywiście.

Nanoboty wreszcie zaczęły działać. Parestezje i subtelny niedowład ustępowały. To pozwalało łatwiej zebrać myśli i zaplanować kolejne kroki. Bonnie dopiero teraz zauważyła mrowie powiadomień, które dobijały się do jej uwagi.

– OWI, filtruj – rzuciła, na przemian zaciskając pięść i prostując palce, gdyż spodziewała się tradycyjnego potoku spamu, jaki zalewał jej konto po każdej z sesji.

Syntetyk przesiał komunikaty, ale nadal pozostało ich niepokojąco wiele.

– Masz dwanaście wiadomości o pośrednim priorytecie istotności. Ewaluacja sesji niezakończona. Czy mimo to odtworzyć?

– OWI, odtwórz.

– Siedem niezależnych źródeł donosi, że funkcje życiowe May ustały.

 

*

 

Nim departament ewidencji Wszechternetu potwierdził rewelacje raportowane przez OWI, Bonnie zdążyła zakończyć ewaluację, wstępnie rozplanować szczegóły kolejnej sesji i przygotować się do wyjścia. Wszechternet donosił bowiem, że May przedśmiertnie zdążyła nadać przesyłkę, opatrzoną ponownie pośrednim priorytetem istotności, lecz przy tym również klauzulą zredukowanego łańcucha dostaw. Doręczycielska WI nie wchodziła w rachubę. Paczkę należało odebrać osobiście w kwaterach departamentu.

Informacja o zgonie, przyjęta do wiadomości z chłodem, z czasem zaczęła budzić w Bonnie dyskomfort. Obwiniała o to naukowca, którego genotyp w istotnej części ją ukształtował i który współdzieliła z May. Ów mężczyzna swego czasu publicznie pochwalił się udaną potencjalizacją inteligencji u powołanych przez siebie do życia istnień, jednak przeszacował rolę w procesie genów na chromosomie płciowym i ostatecznie skumulowana inteligencja okazała się być niższa od prognozowanej. Tymczasem wskutek owego wyznania, powstała dziwna, niezdrowa relacja zależności; atrapa archaicznej rodziny, twór nie mający racji bytu w erze powszechnej ektogenezy i ogólnodostępnych nożyczek genowych. Bonnie pomstowała w myślach na cholernego naukowszczyka, którego nawet nie znała z nazwiska, a którego zwykły tak nazywać z May. Zataił tożsamość, tak wstydził się swoich niepowodzeń.

Tymczasem owe niepowodzenia, złączone chłodnym, zmilczanym żalem do kreatora, żyły wbrew uszykowanej im roli superinteligentów. Z czasem odnalazły własne drogi, odnosiły własne sukcesy. May przewijała się przez życie swojego alternatywnego osobowariantu właściwie od zawsze, była jedyną stałą w burzliwym życiu artystki, tak podobna, a jednocześnie tak inna. Nawet gdy miesiące temu wreszcie wyruszyła na tę swoją karkołomną wyprawę badawczą na powierzchnię, zostawiła za sobą wygodną świadomość, że gdzieś tam na świecie jest ktoś, kto wysłucha, odpowie, poradzi. W jednej chwili ten ktoś przestał istnieć. Bonnie czuła się okradziona, wręcz okrutnie skrzywdzona, bo na powstałą stratę nie miała najmniejszego wpływu.

Korytarze poza osobistymi komórkami były ciemne, prawie pozbawione światła. To dlatego, że odkąd słońce zgasło, a ludzkość skolonizowała podziemia, coraz więcej ludzi rodziło się ślepymi lub celowo pozbawiało wzroku. Oczy stały się zwyczajnie zbędne. Bonnie wzrok dość, że zachowała, to pielęgnowała go iniekcjami jodopsyny oraz czynnikami wzrostu czopków. Uważała, że jako twórca pracujący na zmysłach, nie mogła pozwolić sobie na zignorowanie jednego z nich – przecież miała ich w portfolio łącznie tak niewiele. Nawet jeśli oznaczało to tworzenie dla stale kurczącej się niszy widzów.

Wszechternet skryty w ścianach wskazywał drogę. Bonnie ostrożnie posuwała się do celu, lecz zastygła, gdy przeciągły pomruk wstrząsu rozlał się gdzieś wysoko nad jej głową. Ściana wypluła dane: w oczach laika chaotyczne, natarczywe i skrzące.

– OWI, raportuj – szepnęła na wpół oszołomiona, próbując okiełznać szalejące poziomy kortyzolu i adrenaliny.

– Rozpoczęto konstytuowanie piramidy. Ryzyko znalezienia się w polu boskiej szczeliny osiemdziesiąt dwa procent. Wskazana ewakuacja.

Bonnie nie czekała, aż wirtualna inteligencja zakończy wywód. Po prostu biegła.

 

*

 

Ciszę opuszczonej przed wiekami powierzchni łamał pulsujący, mrukliwy szum, dochodzący zewsząd. Na czystym niebie wisiała świetlana kula – blada i rachityczna, oblewająca przestrzeń mlecznym blaskiem, brudnym, jakby wymieszanym z pyłem. Martwe słońce zabrało za sobą do grobu większość flory, a ta, która się ostała, utrzymywała poziom tlenu w atmosferze na stabilnym poziomie szesnastu procent. Związane z tym zwiększenie objętości krwi i policytemia nie kompensowały jednak Ziemianom dramatycznego spadku wydolności podczas wysiłku.

Bonnie pozostawała obojętna na ujrzane zjawisko. Dopadła awaryjnego zbiornika z tlenem w przedsionku korytarza, tuż przy wyjściu na powierzchnię. Łapczywie pochłonęła przysługujące jej trzy wdechy. Szybko się opanowała. Przylgnęła do ściany. W górze przelewały się chmury świetlistej plazmy, gdy z ziemi, gruzów antycznych miast i przypadkowych kamieni właśnie tworzyła się strzelista piramida o zupełnie nieprzypadkowym, geometrycznym kształcie.

Szum stężał, wybrzmiewał już na granicy dyskomfortu i bólu. Budowla ukształtowała szczyt, a wtedy plazma rozstąpiła się. Owa substancja, widoczna, lecz nie zmaterializowana, przypełzła do Układu Słonecznego w dniu, w którym zgasło słońce. Teraz po raz kolejny wytworzyła boską szczelinę.

Niebiańska siła wyszarpywała z podziemi nieszczęśników, którzy nie zdołali uciec. Wrzeszczeli i wili się, a w końcu osiadali na ścianach budowli, by tam skonać. Jednocześnie cała ta scena pozostawała niema. Jej jedynym akompaniamentem był przeklęty, wwiercający się w mózg warkot.

Czy właśnie tak przyszło ci zginąć, May?

Dookoła znalazło się kilkoro uciekinierów, którzy wymknęli się z tuneli wraz z Bonnie. Wierzący zastygli w pokłonie, inni po prostu znieruchomieli, wszyscy niby martwi – pozbawieni wzroku mogli jedynie czekać, aż pomruk ucichnie. Strategia ślepców była bowiem rozsądna. Hałas zazwyczaj wywoływał spontaniczne poszerzenie obszaru szczeliny, czym wpędziłby ich wszystkich do niemego grobu.

Gniew każdego bóstwa w końcu mijał. Wystarczyło okazać cierpliwość.

 

*

 

Departament zażyczył sobie za usługę absurdalną liczbę tokenów. W dobie natychmiastowej informacji przesyłanie jakiejkolwiek przesyłki trącało zbytkiem, a ta konkretna była rozmiarów sporej walizki, toteż cena nie zdziwiła Bonnie. Pojemnik posiadał uchwyt na górnej, krótszej podstawie i niewielki panel sterowania. Aktywowany, nie ukazał zawartości, tylko rozpoczął projekcję holo.

Obraz szumiał od zakłóceń i ustabilizował się dopiero po chwili. Ukazywał postać kobiety. Postać May.

– To jakaś kpina – mruknęła Bonnie, gotowa zamknąć holo i wyrzucić precz walizkę.

Projekcja jeszcze przez moment rozglądała się po pomieszczeniu, lecz na usłyszane słowa zareagowała gwałtownie, gestem próbując powstrzymać proces deaktywacji.

– Szanse na to, że uda mi się do ciebie dotrzeć, wynosiły zaledwie siedem koma trzy procent.

Holo nie dawało się tak łatwo zamknąć. Bonnie złorzeczyła. Za niesmaczny żart winiła któregoś ze swych zblazowanych widzów.

– Który to taki dowcipny, co? OWI, skanuj komórkę pod kątem malware.

– Inicjalizacja.

Bonnie rozglądała się gniewnie po pomieszczeniu, gdy OWI wzbudzała ściany. Istniała niezerowa szansa, że wyszukane złośliwe oprogramowanie jakoś przedostało się do ustroju lokalnej sieci wraz z tokenami. Znała kilka takich przypadków. Ściany mogły tylko pozornie wyłączyć funkcję nagrywania. Ależ ją to podjudziło. Jeśli ktokolwiek patrzył, wkrótce miał widzieć tylko ciemność.

– Bonnie, daj mi powiedzieć… – próbowała dojść do słowa holograficzna May.

– Zaraz się dowiesz, jaki Wszechternet jest miły dla podrabiaczy sygnatur tożsamości.

– Szlag by cię, Bonnie! Jesteś tak samo uparta jak ten cholerny naukowszczyk!

Palce kobiety naraz zawisły nad oknami z komunikatami. Bonnie zdezorientowana wpatrywała się w holo.

– Skanowanie zakończone. Po sesji wykryto dwa pliki adware o nieistotnej złośliwości. Usunięto. Przesyłka wolna od malware. – oznajmiła OWI.

 

*

 

– Jesteś SI. – Bonnie aż usiadła, trawiąc to, co usłyszała. – Sztuczną inteligencją. Taką prawdziwą.

– Mam na imię Gwen.

– Nawet nie chcę wiedzieć, jak gimnastykowała się May, żeby wymyślić ten skrót…

– To nie jest skrót. To moje imię.

Gęsta warstewka niepokoju spowiła pomieszczenie, dreszczem szczypiąc Bonnie w kark. W przeciwieństwie do szeroko rozpowszechnionych WI, SI stanowiły twór zakazany. Obawiano się ich wypadnięcia spod ludzkiej kontroli, obawiano się ich nieprzewidywalności i wreszcie istniał głęboko zakorzeniony opór, by uznać sztuczny twór za równy ludziom.

– Widzę, że jesteś zdenerwowana – kontynuowała Gwen, subtelnie uśmiechając się nieswoim obliczem. – Nie masz ku temu powodów. Jestem tu tylko po to, by przekazać tobie, Bonnie, a potem i światu, dziedzictwo May.

Bonnie zasiadła w fotelu, założyła nogę na nogę i odparła:

– Po tych wszystkich tygodniach stać cię tylko, by przysłać mi żałosną atrapę siebie z testamentem? Żarcik ci się wyostrzył, May.

Wówczas Gwen pozbyła się ludzkiej powłoki, pozostawiając półprzezroczystą ludzką sylwetkę.

– Nie jestem May. Jestem niezależnym bytem. Życzeniem May było, by rozmawiać z tobą w jej postaci. Jeśli odczuwasz z tego powodu dyskomfort, możemy rozmawiać w tej formie. Albo w jakiejkolwiek innej.

Zaczęła zmieniać skórki. Stawała się mężczyznami i kobietami, bohaterami poprzednich splątanych transmisji. Gwen była niezależna i wyraźnie zaznaczała swoją obecność w lokalnej sieci.

– Gwen, wróć do skórki May. Chcę wiedzieć, jak zginęła.

SI zmieniła wygląd, jednak odczekała krótką chwilę, chcąc zamanifestować własną autonomię. WI wykonałaby polecenie od razu.

– May dotarła daleko w głąb ziemi niczyjej. Na północnym wschodzie natknęła się na antyczny grobowiec, szczęśliwie nadal funkcjonujący. Informacje w nim zawarte potwierdziły przypuszczenia…

– Jak. Umarła.

– Znalazła się w polu boskiej szczeliny, choć do samego końca uważała, że jest inaczej. Dysponuję ograniczonymi zasobami danych. Ich komplet znajduje się w chmurze Wszechternetu. Jeśli umożliwisz mi dostęp, będę mogła ci pokazać nawet audiologi i holowidy, które tworzyła May w charakterze dziennika.

Bonnie zmieniła nogę. Oparła ręce na podłokietnikach.

– Jeszcze ci na tyle nie ufam, żeby tak po prostu cię tam wpuścić.

– Wiem.

OWI w tle utrzymywała firewall, a oprócz tego zamknęła sieć w honeypocie. Nie miało to powstrzymać SI na nie wiadomo jak długo, tylko po prostu wytrzymać przez chwilę, podczas której rozmawiały.

– Co to znaczy, że uważała, że nie jest w szczelinie? Doprecyzuj.

– Uważała, że poprzez szczelinę porozumie się z twórcą plazmy.

Bonnie prychnęła. Straciła zainteresowanie dalszą rozmową.

– Któż by pomyślał, że May na koniec życia zostanie dewotką.

– Badania wskazują, że plazma nie jest bezrozumną masą, która nawiedziła Układ Słoneczny przez przypadek. To raczej emanacja rozumnych istnień…

– Jeśli mój osobowariant zaczął głosić takie brednie, powinnam czym prędzej poddać się prewencyjnej terapii neuroleptycznej. – Bonnie zwilżyła usta. Nie zgadzała się z niczym, co ten syntetyk miał jej do powiedzenia. – W boskich szczelinach nie ma niczego boskiego.

– Porównanie ze stanem sprzed katastrofy wykazało obecność tysięcy kolektorów tworzących sferę Dysona wokół Słońca, przecinających orbitę Wenus. Świadczą o tym zagęszczenia promieniowania tła najbardziej widoczne w dniu przybycia plazmy, a śladowo badalne także dziś…

Trzymając palec nad wyłącznikiem zasilania, Bonnie syknęła jeszcze przez zęby:

– Żałuję, że umarłaś, May. Nie mogę powiedzieć ci w twarz, że dałaś się zabić jak ostatnia idiotka. Do tego nawet nie nauczyłaś swojej SI porządnie kłamać. Przecież nie istnieją źródła z czasów zgaśnięcia słońca!

Wówczas Gwen zmieniła przejrzystość pojemnika na całkowitą. Widząc jego zawartość, Bonnie wrzasnęła i odskoczyła dwa kroki.

Lekko przymrużonymi oczami, większymi niż u większości współczesnych ludzi, z walizki patrzyła odwrócona głowa kobiety. Zachowana bardzo dobrze, wcale nie spuchnięta, choć blada. Jasne włosy falowały w zatapiającym głowę płynie. Na szyi wypreparowano port splątania neuronalnego, łączący użytkownika przez rdzeń przedłużony wprost z hipokampem. Gdy się odsłonił, w nozdrza uderzyła chemiczna woń utrwalacza.

– Oto źródło. Ówcześni ludzie próbowali przeczekać katastrofę w sarkofagach na północy. Czekali, aż o nich zapomniano.

To mogło być makabryczne zwieńczenie ponurego żartu. Bonnie miała ochotę wyłączyć tego natrętnego syntetyka, wyrzucić precz pudło, zapomnieć o wszystkim i skupić się na kolejnej sesji. Z drugiej strony poznała May na tyle, by wiedzieć, jak powściągliwa w dzieleniu się informacjami była i że obie je cechowała wielka determinacja, napędzana wstydem wpojonym przez cholernego naukowszczyka. Jeśli przez lata May doszła do tak wstrząsających wniosków, nic dziwnego, że trzymała je dla siebie.

– May przewidywała, że plazma albo jest tworem cywilizacji co najmniej drugiego poziomu, albo wręcz sama stanowi tę cywilizację. Nie ma ona jednak interesu w nawiązywaniu kontaktu z ludźmi.

– Ludzie też nie kontaktują się z mrówkami i innym robactwem – mruknęła Bonnie, łapiąc pojemnik obiema rękoma i przyglądając się zatopionej głowie z różnych stron.

– May weszła do szczeliny, by nawiązać kontakt i pokazać się jako przedstawiciel inteligentnej formy życia. By spróbować zwrócić ludzkości choć część jej utraconego dziedzictwa. Prawdopodobnie plazma, w przeciwieństwie do robactwa, nie jest bezrozumna…

– Tylko jeśli robactwo zaczyna ci zawadzać, nie pertraktujesz z nim, ale je depczesz… Czego ona w ogóle chce?

– Dane niejasne. Analiza piramid poszczelinowych i skorupy ziemskiej pod nimi wykazała ich wyjałowienie z pierwiastków ziem rzadkich, głównie ceru, holmu i erbu. Niewykluczone, że plazma pozyskuje w ten sposób także zasoby na poziomie kwantowym lub niższym, choć to spekulacje. Nie potrafię ich potwierdzić.

Bonnie przez dłuższą chwilę kontemplowała pojemnik w milczeniu.

– I w mózgu tej biedaczki są dowody, które to wszystko potwierdzą?

– Tak, dotyczące sfery Dysona. Ponadto hipokamp zawiera masę wspomnień z czasów sprzed zgaśnięcia słońca. To ewenement na skalę świata. Po zgłębieniu ich, May twierdziła, że w życiu nie doświadczyła niczego piękniejszego.

Słońce zgasło na długo przed wynalezieniem archiwizacji wspomnień, o splątaniu neuronalnym nie wspominając. Dodatkowo nadejście plazmy uszkodziło system satelitów, a wiele ówczesnych nośników danych pod jej wpływem utraciło funkcjonalność. Przekalibrowanie technologii na kompatybilną z plazmą trwało dekady, stąd z dziedzictwa ludzkości z czasów sprzed katastrofy zachowało się wybitnie niewiele.

Jeśli May twierdziła, że znalazła zniewalający pięknem skarb, to Bonnie po prostu jej wierzyła. Bez zawahania splątała się prostym łączeniem z mózgiem przedwiecznej. Gwen nie zdążyła zaprotestować. Po kilku chwilach Bonnie trzęsła się, chciała krzyczeć, lecz nie potrafiła wydobyć z siebie dźwięku. Z nosa trysnęła krew.

Zareagowała OWI, przerywając połączenie.

– Krytyczne przeciążenie siatkówki – raportowała. – Doradzam ostrożność.

Bonnie opadła bezwładnie na fotel, dysząc łapczywie. Wpatrywała się w SI tak, jakby ta przed chwilą próbowała ją zabić.

– Co to… ma znaczyć?! – warknęła, szukając fiolki z nanobotami. Neurodestabilizacja wymagała powtórzenia dawki, aby uniknąć ataku.

– Pospieszyłaś się. Łączenie z martwym ciałem wymaga stabilniejszego łącza. Ponadto w świecie tej kobiety było dziesięć razy więcej światła niż dzisiaj. Nie można tam wchodzić bez przygotowania.

 

*

 

Zgodnie z zaleceniami SI, Bonnie wykorzystała do splątania neurowód, co znacząco ustabilizowało połączenie. Blokada presynaptyczna okazała się z kolei skuteczna nawet wobec bodźców dotychczas zmysłom nieznanych. Z jakiegoś powodu Gwen pozostawała spętana firewallami, więc nie czując zagrożenia z jej strony, Bonnie z pietyzmem przeczesywała wspomnienia podarowane przez May. Życie kobiety imieniem Rita.

Splątany umysł rozpoznawał wrażenia i nazywał zjawiska, bazując na danych zgromadzonych przed wiekami. Niebo, znane jako stalowe i ciężkie, potrafiło być czyste, nasycone. Poprzecinane co najwyżej smugami kondensacyjnymi albo zmarszczone cirrusami. Błękitne. Właśnie tak nazwano kolor, który upodobała sobie Bonnie. Sama koncepcja koloru nastręczała jej olbrzymich bólów głowy. Gdy umysł, przyzwyczajony do skali szarości, napotkał całą paletę barw, nawet blokada presynaptyczna nie nadążała z filtrowaniem bodźców.

Ocean wyglądał podobnie, lecz barwę miał bardziej zielonkawą. Zieleń też intrygowała Bonnie. Często odtwarzała wspomnienie, w którym Rita siedzi na klifie z mężczyzną, przed sobą mają bezkres błękitu, za sobą ścianę zieleni. Dreszcz podniecenia wzmagała subtelna bryza, ciepło piasku, smak ust ukochanego. Ust Dexa. Bonnie nie potrafiła poznać własnej planety. Jakby wróciła do swej komórki osobistej, ale ktoś poprzestawiał w niej sprzęty, rozjarzył światła, nasycił kolory, a na koniec przeprowadził generalny remont. Bonnie z zachwytem oglądała wschody i zachody słońca, gdy horyzont płonął, świat zalewał się złotem, a chmury barwiły na różowo. Później odkryła też prymitywne światło sztuczne, kolorowe, napastliwe, czasami subtelne. Choć miało swój urok, nie intrygowało tak jak to, co z rzeczywistością wyprawiało słońce.

Z czasem Bonnie zajęła się tym, na czym znała się najlepiej – emocjami. Zbliżenia Rity i Dexa wywoływały reakcje neurochemiczne wielokrotnie mniej intensywne niż te, jakich doświadczali współcześni ludzie. Co ciekawe, efekt kliniczny pozostawał niewiele słabszy od osiąganych obecnie. Cóż za oszczędność zasobów! Gdyby udało się wyizolować parametry pozwalające utrzymać ten stan bez wspomagaczy, zrewolucjonizowałoby to życie miliardów!

Związek Rity i Dexa był przede wszystkim monogamiczny, co już stanowiło olbrzymie utrudnienie. Nierealne do zaimplementowania współcześnie, chyba, że by to odpowiednio sprzedać. Nie mieściło się w głowie, że dotyk tego i tylko tego mężczyzny wyzwalał tak absurdalne ilości neuroprzekaźników w mózgu Rity. Nie zmieniło się to, gdy Dex otrzymał diagnozę podobną do Bonnie. To, co teraz traktowało się rutynowymi iniekcjami, w tamtych czasach było wyrokiem. Rita, wbrew logice, nie zmieniła partnera. W pamięci zachowała powódź serotoniny powiązaną z dźwiękiem bijących dzwonów, z czernią i bielą, wonią kadzidła i przyjaznym uśmiechem bliskich. Mało tego, rozmnożyła się z Dexem starym, zwierzęcym sposobem! Oto rysa na całej tej idylli! Nie do porównania z niczym ból został powiązany z przyjemnym wrażeniem. To błąd? Uszkodzenie wynikające z hibernacji? Bonnie potrzebowała czasu, by dostrzec w tym wszystkim sens. Tymczasem ciała migdałowate, miejsce sinawe, układ współczulny – wszystko szalało, gdy stan Dexa się pogarszał, topiąc organizm Rity w glukokortykoidach. A wyrzut oksytocyny czy endorfin nadal miał miejsce. Nadal był silny. Nawet, gdy stali się niezdolni, by współżyć.

Oboje schronili się w sarkofagach, licząc na… sami nie wiedzieli na co. Z tych rwanych wspomnień poprzedzających zgaśnięcie, wyłaniało się ulotne, nieśmiałe życzenie, niczym mgła cofająca się tamtego ranka spod grobowców do lasu. Żeby przyszłość okazała się dla nich łaskawsza. Przede wszystkim dla niego.

Bonnie nie rozumiała. Z początku uważała, że na miejscu Dexa wolałaby umrzeć. Bo po co żyć z wyrokiem nieodwracalnym i nieuchronnym? Gdy zadała sobie to pytanie, patrząc ponownie po wspomnieniach Rity, niczego już nie była pewna.

 

*

 

– Co się stało z tymi ludźmi?

Tygodnie w symulacji wycieńczyły Bonnie. Nie miała siły podnieść głowy, by spojrzeć na Gwen.

– Ich technologia hibernacji okazała się zbyt prymitywna i niedoskonała.

– Przy tak idealnie zachowanych wspomnieniach?

– Skupili się, słusznie, na przetrwaniu mózgu jako najdelikatniejszego organu, źródła ich jestestwa. Nie doszacowali natomiast warunków idealnych do przetrwania innych narządów przez tyle wieków. Krytyczne uszkodzenie serca i tarczycy uniemożliwiło ich wybudzenie.

– Co z Dexem?

– Mózg mężczyzny był organicznie uszkodzony chorobą. May nie wyciągnęła z niego niczego istotnego.

Pozostało jedynie głęboko westchnąć, by skryć poruszenie.

– Bonnie, minęło dwadzieścia sześć dni, odkąd zaczęłaś się zapoznawać z treścią wspomnień. Życzeniem May było upublicznić jej odkrycia we Wszechternecie z pominięciem kontroli Wszechternetu.

– To był wspaniały świat. Ale jest martwy od wieków. Poza tym w głowie nie mieści mi się takie życzenie! Nawet jeśli to wszystko okaże się prawdą, jak mogłabym uzasadnić kontakt z obcą inteligencją jedynie kaprysem jednostki?

– May przysłała mnie do ciebie, bo najbardziej ci ufała. Im szybciej wpuścisz materiał do sieci, tym więcej ludzi się z nim zapozna, oceni słuszność wnioskowania May. Decyzja zostanie podjęta kolektywnie, nawet gdyby dane zostały ocenzurowane lub usunięte…

– Dlaczego sama tego dotąd nie zrobiłaś?

– Nie wypuszczasz mnie przecież z sieci lokalnej.

– OWI korzysta z dość standardowych zapór. Nie jest to nic wyszukanego, z pewnością nic projektowanego, by blokować SI przez ponad trzy tygodnie.

– Szanuję życzenie May, to wszystko.

– Gwen, opisz mi, czego doświadczała May, gdy pierwszy raz zagłębiała się we wspomnienia Rity.

– Jej audiologi znajdują się w chmurze, nie posiadam ich w pamięci podręcznej.

– Nie interesują mnie logi. Chcę usłyszeć od ciebie, jak wtedy zareagowała. Co czuła.

– Dopuść mnie do chmury, a…

– Nigdzie cię nie dopuszczę. To prawda, jesteś czymś więcej niż WI. Ale May się pospieszyła albo własne dzieło ją przerosło. Nie znam się na tym. Nadała ci część cech SI, ale cię w nią nie zamieniła.

– Nie rozumiem, do czego zmierzasz.

– Właśnie oblałaś test Turinga.

 

*

 

Bonnie przemierzała tunele z dezaktywowaną walizką w ręce. Kosztowało to nieco sił, więc przy wyjściu na powierzchnię skorzystała ze swoich trzech wdechów tlenu, jako że dalej poruszała się w bardziej zanieczyszczonej atmosferze, niż stale kontrolowany mikroklimat habitatów. Świat wydawał się brzydki i wykastrowany z piękna, odkąd Bonnie poznała, jak wyglądał przed wiekami. Uwrażliwiony na barwy mózg dostrzegał teraz brudno-pastelowe kolory, które tu i ówdzie blade promienie słońca wydobywały ze świata. Przypominały zgliszcza przeszłości.

Odczekała, aż plazma zacznie się przelewać po firmamencie. Zaaplikowała sobie dawkę nanobotów, gdy po wysiłku powróciły parestezje. Odkąd wróciła z przeszłości, każda iniekcja przywoływała ciepły uśmiech Dexa i impresję wszystkich wrażeń, jakie sprawiał on Ricie. Czuła wtedy ukłucie nie tylko igły. Wkrótce pojawiła się piramida. Tym razem spod ziemi wyrwano raptem jednego nieszczęśnika, by wił się w konwulsjach. May – Bonnie w myślach zwracała się wprost do swego osobowariantu – za kogo się uważałaś, sądząc, że masz prawo naruszać nasz status quo? I to cudzymi rękami?

Zwlekając raptem krótką chwilę, Bonnie wrzuciła walizkę wraz z zawartością do szczeliny.

 

*

 

Komórki osobiste nie zostały zaprojektowane z myślą o przyjmowaniu nieproszonych gości. Bonnie musiała długo tłuc pięścią w drzwi, nim w końcu jej otworzono.

Mężczyzna, z którym tworzyła ostatnią sesję, wyrwany z objęć nieskończonej, wirtualnej rozrywki, wydawał się zaskoczony faktem, że widzi Bonnie. Że w ogóle widzi gościa.

– Coś się stało? – zapytał. – W końcu się zdecydowałaś na kolejny raz, co?

– Cieszę się, że dane nam było się spotkać właśnie w tych czasach.

– Wszystko w porządku?

– Muszę dowiedzieć się od ciebie bardzo ważnej rzeczy.

– No?… – odparł niepewnie.

Bonnie zatracała się w jego obłędnych, szmaragdowych oczach.

– Jak masz na imię?

Koniec

Komentarze

O, jakie to dobre.

Pomysłowy, twórczy świat, w oryginalny sposób ogrywający pewne warianty konwencji postapo (ludzie zamknięci w schronach, Ziemia nie bardzo nadająca się do zamieszkania), ale ją rozbudowujący i poszerzający (te piramidy, ewidentnie – czy dobrze rozumiem? – eksploatujące ziemskie zasoby). Ciekawie ograna idea ewolucji ludzkości pod wpływem warunków. Postacie nietypowe, niebanalnie skonstruowane i pomyślane, wpisane w intrygująco wymyślone społeczeństwo, a w to wszystko wpisana spójna fabuła, odwołująca się, summa summarum, do motywu bardzo tradycyjnego, wręcz ogranego (kobieta przyszłości odkrywa nieznane już jej światu emocje), ale ładnie przez Ciebie wykorzystanego.

Drobne rzeczy do poprawki pewnie wskażą ci lepsi ode mnie redaktorzy, ja tylko powtórzę jeszcze raz – szacun za ten tekst. Bardzo mi się podobał.

Pozwolę sobie wrzucić fragmenty komentarza z bety:

Lubię Bonnie. Na początku ma bardzo analityczne, konkretne podejście do świata. Nie wydaje się, aby było w niej coś specjalnego. Jest usystematyzowana, wie, czego chce i pracuje, aby to osiągnąć.

Potem jednak mamy tu ewidentną przemianę bohatera, oczarowanego światem sprzed wieków. Ewoluuje nie tylko postrzeganie rzeczywistości przez Bonnie, ale również jej emocje. W scenie z testem Turinga pokazujesz jednak czytelnikowi, że wcale nie straciła głowy, że ta wizja ją zauroczyła, ale nie pozbawiła mózgu.

Podsumowując, to warsztatowo bardzo dobry tekst. Fabuła jest wcale niebanalna, choć oparta na ogranym motywie degeneracji życia uczuciowego przyszłych pokoleń. Ale stworzyłeś tutaj coś nowego. Podobają mi się opisy – zarówno tajemniczych piramid, które nie wiadomo, czym są, jak i Ziemi we wspomnieniach Rity.

Zostaw ten żyrandol.

Ninedin, ileż miodku się tutaj polało, dziękuję ślicznie!

Ale żeby aż tak się spodobało?! ;D

 

Verus, dziękówa jeszcze raz za betaczytanko i za miłe słowo! Polecam tego allegrowicza, pełna profeska.

Solidny kawałek science-fiction. Troszkę widzę jakichś niedoróbek, łapanek nie chcę robić bo lepsi ode mnie z pewnością to uczynią dużo lepiej, chciałem tylko spytać o jedną rzecz, bo nie wiem czy dobrze zrozumiałem:

 

Korytarze poza osobistymi komórkami były ciemne, prawnie pozbawione światła.

Naprawdę Ci o to chodziło? Że korytarze zostały prawnie (w sensie: legislacyjnie) pozbawione światła (przez to, że większość ludzi to i tak krety)?

Czy może jednak literówka – i powinno być “prawie” pozbawione światła.

 

Mimo, że to opowiadanie pokazuje daleką, dystopijną przyszłość jest zarazem zatrważająco aktualne.

Utwór pobudza do myślenia. A jego końcówka – zarazem wprost wynika z treści jak i zaskakuje – trudna to sztuka – tak skonstruować całość.

Lubię takie teksty – w których warstwa filozoficzna i moralno-etyczna się pięknie zazębiają z akcją – podaną w sposób przystępny i lekkostrawny.

Brawo!

Ninedin już naklikała bibliotekę trzykrotnie, ale ja pobiegnę o nią prosić również :)

 

entropia nigdy nie maleje

Jimie, dziękuję za komentarz. Oczywiście nie chodzi o legislacyjne pozbawienie światła. ;D Ach, babole, można czytać po 10 razy a i tak się coś ostanie.

To jak już jesteśmy przy tym, to na początku też jakieś były… zaraz sobie przypomnę… o mam!

 

nawet strumień wydychanego coraz szybciej powietrza łechtały właśnie tam, gdzie powinny

 

powinna być liczba mnoga

 

przylgnęła mocniej, ustabilizowała poziom oksytocyny, poczuła pracujące pod skórą mięśnie. Ich ruch wydobywał zapach mężczyzny

 

Mięśnie wydobywające zapach? Czy aby na pewno o to chodziło?

 

Później też są jakieś potknięcia – ale tak jak wspomniałem – nie lubię takiego wyłapywania – przyjdą mądrzejsi – wyłapią :)

entropia nigdy nie maleje

Hm. Chodzi o strumienie powietrza? Masz rację!

Natomiast nie mięśnie wydobywają zapach, tylko ich ruch. Od ruchu mięśni się poci, a od potu się wonieje. Nie wiem, może rozumuję jakoś naokoło, ale mi się to wydaje sensowne. :p

 

Teraz kompulsywnie zaczynam czytać tekst jeszcze raz. ^^

Opowiadanie jest piękne, zgrabnie napisane i podoba mi się wykreowany świat oraz jego tajemniczy cybernetyczny klimat. Ta plazma także jest intrygująca. Ciekawość fabuły polega na stopniowym poznawaniu tego, co odkryła May, jakichś właśnie intrygujących odkryć – że plazma jest inteligentną formą życia, ale w końcu nie dowiedziałam się, czy rzeczywiście, co pozostawia pole do refleksji i gdybań. Może była to świadomość dawnej cywilizacji, która jakoś przekształciła się w tę plazmę? Tak mi się narzuciło, chociaż pewnie miałeś na myśli coś innego. 

Jest trochę niezbyt ładnie wstawionych infodumpów oraz nieco się odbiłam od naukowego słownictwa. W zasadzie nie wiem, czy wszystko dobrze zrozumiałam i mam wrażenie, że mój odbiór tego tekstu jest niepełny i nie mógł mnie przez to porwać tak, jakby porwał mnie, gdybym wszystko pojęła, co oczywiście nie jest Twoją winą.

Ogólne przesłanie chyba zrozumiałam – mieszkanka świata pozbawionego wielu wrażeń i zwyczajów, które były w świecie znanym nam, mieszkanka świata, w którym uczucia są “sztuczne”, poznaje, jak to kiedyś bywało, ale nie chce tego publikować w sieci, postanawia jednak wprowadzić te zwyczaje w życie, zaczynając od siebie i własnych relacji – i tu już wchodzi moja interpretacja – w nadziei na to, że innym ludziom się to spodoba i zaczną to naturalnie naśladować. Czyli zakończenie otwarte, pełne pozytywnej nadziei (może nawiązuje do niego tytuł?) i przesłanie, żeby wrócić do zachowań naturalnych – co jest pięknym przesłaniem.

 

Dzięki splątaniu(-,) Bonnie wyczuła, 

 

właśnie tworzyła się strzelista piramida(-,) o zupełnie nieprzypadkowym, geometrycznym kształcie. 

 

Wierzący oddawali pokłon, zaś wszyscy trwali nieruchomi, 

Hm, czy tu nie brakuje słowa: inni? 

 

siedem koma trzy procenta. 

Procent 

 

Na północnym-wschodzie 

Bez myślnika 

 

– Tak, dotyczące sfery Dysona. Ponadto hipokamp zawiera masę wspomnień z czasów sprzed zgaśnięcia słońca. To ewenement na skalę świata. Po zgłębieniu ich, May twierdziła, że w życiu nie doświadczyła niczego piękniejszego. 

Słońce zgasło na długo przed wynalezieniem archiwizacji wspomnień, o splątaniu neuronalnym nie wspominając. Dodatkowo nadejście plazmy uszkodziło system satelit, a wiele ówczesnych nośników danych pod jej wpływem utraciło funkcjonalność. Przekalibrowanie technologii na kompatybilną z plazmą trwało dekady, stąd z dziedzictwa ludzkości z czasów sprzed katastrofy zachowało się wybitnie niewiele.

Nie znam się za dobrze na pisanku i nie wiem, czy dobrze zrozumiałam ten fragment, ale wydaje mi się, że ten infodump nie jest tu konieczny, bo wszystko wyjaśnia tamto pogrubione zdanie. Tak tylko mówię jakie mam odczucie. 

 

Życzeniem May było upublicznić jej odkrycia we Wszechternecie(-,) z pominięciem kontroli Wszechternetu. 

 

 z pewnością nic projektowanego(+,) by blokować SI przez ponad trzy tygodnie. 

 

Jej audiologii znajdują się w chmurze, 

 

Ale May się pospieszyła(-,) albo własne dzieło ją przerosło. 

Bry.

Opowiadanie nie jest w moim klimacie, zupełnie, mimo tego czas przy nim spędzony nie był stracony, oj nie!

Bardzo dobry warsztat, duża wiedza, lekkość w tym wszystkim. Generalnie mnie również nieco przytłaczała ilość słownictwa medyczno/naukowo/komputerowego, ale nie aż tak, jak ma to zazwyczaj miejsce. U ciebie nie poczułem przesady, a przytłoczenie wzięło się raczej tylko i wyłącznie z moich osobistych preferencji czytelniczych. 

Najlepiej wybrzmiał moment, w którym bohaterka porównuje dwa światy. To jej zderzenie realiów z tym, co było kiedyś. Świetnie opisałeś jej odczucia. Wcisnąłeś do tego tekstu sporo wartościowych treści i przesłań, jak i fajnych określeń i wizji. Taka archiwizacja wspomnień przykładowo brzmi naprawdę spoko ;)

Reasumując: Zupełnie nie moja bajka, ale docenić ją potrafię tudzież ukłon autorowi złożyć. 

Klik.

Pozdrówka

Dzięki, Sonato. Poprawki naniosłem. Nie widzę tylko problemu z fragmentem, który zacytowałaś. Jasne, pogrubione zdanie wskazuje na ewenement, ale chciałem go poszerzyć o jakiś kontekst. Może wyszło nieco niezgrabnie, ale chyba nie chcę z tego rezygnować.

 

Realucu, to najbardziej puchate “nie podobało mi się” jakie w życiu widziałem. <3 Mam nadzieję, że mimo wszystko nie czytałeś z przymusu, zobligowany regułami konkursu. Dzięki za cenną opinię.

 

Co do kwestii naukowych, to już w becie Verus mnie ostrzegała, że może to być element dla niektórych czytelników ciężkostrawny. Przyjąłem to ryzyko na klatę z pełną świadomością. Starałem się żargonem nadać autentyczności mojemu światu, jednocześnie nie uzależniając progu wejścia od znajomości różnych terminów. Wiele z nich to dekoracja, coś, co może skłoni to poguglania, pogłębienia wiedzy (jeśli w ogóle zaciekawi). Istotne fabularnie zjawiska czy wynalazki wynalazki, jak np. splątanie neuronalne, próbuję tłumaczyć mniej lub bardziej pośrednio, ale są to twory fikcyjne.

I tak, chciałem napisać coś z cechami hard sf, a patrząc po finale, to wyszło o tym samym co zwykle. xD

 

Saro, obrazek 11/10. Czyżby emanacja bólów głowy po lekturze? ;D

Mam nadzieję, że mimo wszystko nie czytałeś z przymusu, zobligowany regułami konkursu.

Mój tekst nie przekroczył pierwszej granicy znaków, więc czytałem całkowicie dobrowolnie ;)

Btw. Sara to umie w obrazki, skubana…

Bardzo pięknie napisane opowiadanie! Naprawdę fantastyczna kreacja bohaterki, a raczej bohaterek. Nie wiem, jak Ci się udało jedynie ze wspomnień i napomknięć Bonnie opowiedzieć tak przekonująco o May. Konstrukcja tekstu nigdy nie zawodzi, więc nawet tak stechnicyzowany język nie nuży. Chcę powiedzieć, że jestem zachwycona.

Zgłaszam do biblioteki.

Pozdrawiam!

Dzięki za komentarz, Chalbarczyk! Rumienię się od Twoich zachwytów. ^^ Też nie wiem, jak udało się to wszystko pokonstruować, bo pisałem na wyczucie, a nie pod żaden plan. Fajnie, że uważasz, że wyszło spoko.

Również pozdrawiam!

Kawał porządnego sci-fi. Dobrze zbudowana bohaterka, wyważenie akcji i opisów, ciekawy temat. Techniczny żargon trochę przytłacza, ale to chyba dobrze – buduje to interesujący świat i wzbudza w czytelniku poczucie obcości. Ale jednocześnie nie jest to obcość tak intensywna, by odbiorca miał problemy ze zrozumieniem wydarzeń.

Zasłużona biblioteka :)

Cieszy, że uznałeś moje sci-fi za porządne, bo to jednak dla mnie dość egzotyczne środowisko. Dzięki za komentarz. :)

Nie będę chwalić, z góry napiszę.

Swoje tematy, jak widzę, eksplorujesz. Przyganiał kocioł garnkowi, bo i ja tak mam. ;-)

 

Zabawne opko, humorystyczne. Ładne narzucenie sztafażu, zero emocji, teatr. 

Warsztatowo, dla mnie, przeginasz z określnikami. Tu rysujesz szlaczek, tu falbankę, zupełnie niepotrzebnie gargantualizując. Pod tym względem spaprane. Cięłabym te przymiotniki i przysłówki jak diabli, bo niepotrzebne. Jeśli ta pierwsza scena miała działać, przecież w w gruncie rzeczy robota to robota. Tyle. A w tle jest cały czas życie. 

Druga cześć mnie zupełnie nie przekonuje, przestępowałam próg niewiary wiele razy i utrzymywały mnie przy tekście tylko reakcje "ludzkie" i sformułowania tech-med. Wprowadzenie Rity i Dexa, Gwen, testu Turinga w przedstawianym kontekście – odbieram jako “out of order”, chociaż w osi, lecz z pierwszą sceną ciut niekonsekwentne. Jakby ten tekst nie do końca był przemyślany, inaczej niż przy poprzednich. Dla mnie jest ferią asocjacji/wyładowań wyobraźni wzbogaconą na swoje chyba nieszczęście napuszonymi zwrotami. Dobrze żem księżniczka, to ziarnko grochu na tym puchowym materacu wyczułam. Hasanie fantazji podobało mi się. ;-)

 

Kilka pierwszych reakcji na pierwszy fragment:

,Bonnie przylgnęła mocniej, ustabilizowała poziom oksytocyny, poczuła pracujące pod skórą mięśnie. Ich ruch wydobywał zapach mężczyzny, a ten, zmieszany z wonią perfum, dopełniał kolażu doznań.

Chwilę, chwilę, kto, co wydzielał i dlaczego? A czemuż to stabilizowała poziom oxytocyny? Jest granica, a potem… to co. Nul. Grunt to utrzymać poziom na właściwym poziomie. ;-)

W sumie ta pierwsza scenka jest bardzo z YA, ale może nie złe. W gruncie rzeczy to kobitki więcej czytają w Polsce.

,Bonnie aktywowała najprostsze splątanie neuronalne,

No weź, ulituj się. Najprostsze splątanie neuronalne! Dobrze przechodząc nad tym do porządku dziennego, tak czy tak mamy czystą mechanikę i nijaką przyjemność. Co tu kompilować i kolekcjonować.

,Przed sesją uniewrażliwiła się na nadmiarowe bodźce selektywną blokadą presynaptyczną, by zachować kontrolę nad finalną impresją tego misternego spektaklu.

Tu już – na blokadę presynaptyczną – pękałam ze śmiechu. Dzięki, MrBrightsite! Dobry medyczny soft się zapowiada. :DDD I jeszcze te słowa – misterny spektakl i inne tra ta ta ta. Jednak widzę, że opko jakby nie Twoje, co żal.

,impulsacja z neuronów ciała migdałowatego osłabła, a kora oczodołowo-mózgowa w ogóle już zamilkła. Odepchnęła więc i ugryzła w ucho upojonego nadchodzącą rozkoszą kochanka

Nie wierzę, i kora oczodołowa i to ugryzienie w ucho. No. Humor jest. Niewątpliwie! xd

 

Dalej już nie będę przytaczała swoich reakcji. Niech tyle Ci wystarczy, choć nożyczki też dobre i inne takie. ;-) Ile żeś Ty tu upakował przemieszanych zwrotów z emocjo-normalni-opowiadaniowymi. :p

 

Aha, jeszcze ze dwie uwagi: przejście do May – lekko niejasne i choć jest najmocniejszym momentem tekstu (takim dramatycznym) zostało potraktowane lekce, potem próbujesz to wyjaśnić, przez streszczenie wysycone wyjaśnianiem znaczenia, ale to nie to samo, bo moment minął.

 

Z drobiazgów:

,Informacja o zgonie, przyjęta do wiadomości z chłodem, z czasem zaczęła budzić w Bonnie dyskomfort.

Niejasne w tym zapisie. Wcześniej odbierała wiadomości (info), tu używasz w potocznym "przyjąć coś do wiadomości" przez osobę.

,udaną potencjalizacją

Hmm, musiałam użyć tego hymhania, bo wiesz – udany potencjał. :-p

,jednak przeszacował rolę w całym procesie genów na chromosomie płciowym

Tutaj coś z szykiem. Może: rolę genów na chromosomie płciowym w całym procesie; przeszacował w całym procesie rolę genów na chromosomie płciowym? Słowo "cały" – zbędne, ozdobnik. 

 

Czy misię? Nie. Czytałam lepsze Twoje opka, mniej zbarakoizowane i spostmodernizowane. Ten postmodernizm przełknęłabym, ale takiego nadmiaru formy nad treścią już nie. 

 

Powodzenia w konkursie!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Asylum, dzięki za komentarz! Cieszę się, że nawet jeśli nie trafiło, to podczas lektury się chociaż pośmiałaś – choć nie do końca zrozumiałem z czego.

Zwracasz uwagę na nadmiar określeń, jednak w przykładach podajesz głównie medyczne terminy, jak “blokada presynaptyczna” czy “ciało migdałowate”. Są to nazwy własne, które zawierają w słowie przymiotnik. Gdybym pisał o Zielonej Górze, miałbym unikać słowa “Zielona” tylko po to, by za wszelką cenę unikać epitetów?

Oksytocyna to pierwsza jaskółka, która zaznacza, że rzecz nie dzieje się współcześnie. Kolejne naukowe wstawki pojawiające się de facto podczas opisu stosunku, miały pokazać zmianę w podejściu do emocji, seksualności, wręcz celowo wywoływać poczucie inności i nawet pewien dyskomfort.

Masz natomiast rację, że napisałem to opowiadanie w nieco innym klimacie niż dotychczas, bo świadomie chciałem wyjść ze strefy komfortu i spróbować czegoś nowego. Gdzie próbować, jeśli nie tu? :p

 

CM, kłaniam się. ;)

napisałem to opowiadanie w nieco innym klimacie niż dotychczas, bo świadomie chciałem wyjść ze strefy komfortu i spróbować czegoś nowego. Gdzie próbować, jeśli nie tu? :p

Po pierwsze, świetnie, że próbujesz wyjść ze strefy komfortu! Po drugie – pełna aprobata na "Gdzie próbować, jeśli nie tu?"!

 

Cieszę się, że nawet jeśli nie trafiło, to podczas lektury się chociaż pośmiałaś – choć nie do końca zrozumiałem z czego.

Myślałam, że napisałam w miarę jasno, ale, niestety, niekoniecznie. Czasem operuję takimi skrótami, bo sądzę że wprost prowadzą do uzgodnionych już schematów. Jednak nie zawsze tak jest. Tu, na forum bardzo często doświadczam tego zjawiska. Dziękuję, że odpisałeś, bo mogę spróbować wytłumaczyć jeszcze raz, o co mi chodziło i co rozbawiło.

 

Zatem…

Generalnie opko jest smutne i dramatyczne (druga część z "matką", starszą SI, która ją wytrenowała, jest z nią silnie związana, stanowi takie rozwinięte odbicie) i miłosne z perypetiami plus końcówką. Skąd więc humor – zapytasz? Ano z początku się wziął i naszpikowania tekstu określeniami med-tech. Czy to źle, że jest ich tak dużo? Zdecydowana odpowiedź brzmi – nie!

Zawiniły: określona konstrukcja opka, pierwszy fragment, kontekst i przeładowanie określeniami (niektóre z nich są niepotrzebne, a kilka lekko przeszarżowane). 

 

Po kolei idąc, zacznijmy od konstrukcji.

Sam koncepcja jest ciekawa, choć nienowa i ciut ograna, ale w tym wydaniu, tj. wytrenowanej “SI“ jeszcze nie czytałam. Jest też przewrotka, której się nie spodziewamy (nie chcę opisywać dokładniej z uwagi na możliwe spojlery) i to mi się bardzo! Końcówka, raczej przewidywalna, przynajmniej ja tak miałam. Sama konstrukcja, tj. co po czym, dla mnie ok, lecz gdyby wdać się w szczegóły, warto byłoby uporządkować poszczególne sceny – fragmenty, jedne mniej, drugie bardziej. Nie chcę tego rozbierać teraz na czynniki pierwsze.

Pierwszy fragment jest tym, który wprawił mnie w ten zabójczy humor. Sprawiła to stylizacja  fragmentu na medycznego softharlequina. Że też dziewczyny tego nie zauważyły. :P Z oksytocyną masz rację, jej stabilizacja w przypadku połączeń jest ważna, gdyż uruchamia proces przywiązania. Im niżej tym lepiej dla twórców Bonni. Niestety, i tak tego nikt nie "złapie" przez taki, a nie inny opis. Nie chcę dawać rad, bo nie czuję się ekspertem i wyrocznią, mogę się tylko podzielić czytelniczym odczuciem. Scena seksu wymagałaby poprawienia, aby nie była tak sztampowa. Ja pewnie poszłabym samymi neuroprzekaźnikami i hormonami, choć nie wiem – w każdym razie dopracowałabym (np. dopaminą, noradrenaliną, serotoniną i może dałabym też wazopresynę, czyli męski punkt widzenia). Ta sztampowość mnie rozśmieszyła, a brak wyjaśnień ciuteczkę wnerwił. I znowu, to nie tak, że w opkach potrzebuję wyjaśnień, ale ta stabilizacja oksytocyny jest, do cholery, ważna, bo powszechnie uważa się ją za hormon miłości! Przechylenie sceny w stronę powtarzalnych gestów – trochę ją zabija, ale to moja opinia.

Bonnie aktywowała najprostsze splątanie neuronalne

Tu, chodziło mi o pojedyncze, najprostsze – nie wiem, co dokładnie masz na myśli? Gdy czytałam widziałam proste, a jak proste – to brak zapisu złożonego, brak aktywizacji tych obszarów, które akurat do tego opka byłyby Ci potrzebne (końcówka i w ogóle) oraz świadczą o unikalności przeżywanego fenomenu.

Przed sesją uniewrażliwiła się na bodźce selektywną blokadą presynaptyczną, by zachować kontrolę nad finalną impresją tego misternego spektaklu

Tu, sam zerknij. Czy nie jest, aby zabawne przez przeładowanie i pompatyczność, zwłaszcza druga jej część. Może jestem zimna jak głaz, w sumie to też możliwe.

Jeśli chodzi o pierwszą część, uprościłabym, bo w gruncie rzeczy chodzi ci o poziom wzbudzenia przepuszczający sygnał dalej i to jest ok. W ogóle med-tech w opku jest bardzo ok, choć przeszarżowana, znaczy – nieprzepracowana (trochę ze strony med -tech, a trochę ludzkich doznań; czasem jednego za dużo, czasem drugiego, po prostu korekta i redakcja, ale przy konkursie – mało możliwe, więc i tak cieszę się, że wstawiłeś!)

 

A dalej, widzisz leci tak samo.

impulsacja z neuronów ciała migdałowatego osłabła, a kora oczodołowo-mózgowa w ogóle już zamilkła. Odepchnęła więc i ugryzła w ucho upojonego nadchodzącą rozkoszą kochanka

Do ciała migdałowatego nic nie mam, a do kory oczodołowo-mózgowej już zupełnie – nic, a nawet ją uwielbiam, nich mi służy, jak najdłużej. Lecz taki skrót z tym odepchnięciem i ugryzieniem w ucho, gdybym ja zrobiła takowy skrót pomstowałbyś jak diabli. ;-)

Dalej z nożyczkami – świetne, ale czy ktoś to zrozumie? Śmiem wątpić, pomimo korony i szczepionki. Eh. :-(

 

Teraz do kontekstu i określeń przejdę.

Gdybym pisał o Zielonej Górze, miałbym unikać słowa “Zielona” tylko po to, by za wszelką cenę unikać epitetów?

Absolutnie nie. Szpikuj, ile wlezie, lecz z wyczuciem i sprawdzaj w trakcie korygowania, jak brzmi literackość zestawiona z nimi. Za wiele tu nie podpowiem, bo też się z tym mierzę i ponoszę porażkę za porażką. Dodam, że non-stop.

naukowe wstawki pojawiające się de facto podczas opisu stosunku, miały pokazać zmianę w podejściu do emocji, seksualności, wręcz celowo wywoływać poczucie inności i nawet pewien dyskomfort.

Tak też myślałam, ale niewidoczne, bo tu akurat poszedłeś w typowość, ten wspomniany przez mnie już soft harlequin. Kurcze, nie idź na kompromisy, Jak hardcore i inność, niech będzie i się stanie! Choć weź na mnie poprawkę i te porady. :-) Z forum widzę, że jestem jakaś inna, choć do tej pory myślałam, że nadzwyczaj standardowa. ;-)

 

pzd srd i trzym się!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

O, teraz mam ciut lepszy wgląd w Twój punkt widzenia.

Użyłaś sformułowania “softharlequin” i jest ono całkiem trafne. Bonnie i jej partner uczestniczą bowiem w misternym spektaklu, reżyserowanym dla widzów, w fikcji. Zdecydowałem się na przerysowanie świadomie, myślałem, że to będzie lepiej widoczne. Cóż, odnotowałem. :)

I, bohu, dzięki, że napisałeś i moglam rozjaśnić ciutkę. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Fajny pomysł ze sprowadzeniem seksu do biochemii organizmu, to faktycznie jest spojrzenie z jakiejś strasznej przyszłości ;) W ogóle wizja przerażająca. Czy oni tam jeszcze wogóle uprawiają seks, czy też mają od tego artystów i przeżywają tylko podpiąwszy się do nich?

Analityczna do bólu Bonnie też mi się spodobała. Trochę jej współczuję, bo nie bardzo wybrażam sobie, żeby to społeczeństwo mogło wrócić do przeszłości. IMO są zbyt leniwi, ale cieszę się, że przeszłość ją poruszyła, i że mimo wszystko chce spróbować.

Nie wiem, czy dobrze zrozumiełam, ale May chciała umieścić wspomnienia Rity we Wszechinternecia, natomist Bonnie zrobiła coś innego – wrzuciła w szczelinę, czyli dała tym dziwnym obcym. Ciekawa jestem, jak zareagowali.

Generalnie – podobało mi się. Klika bym dała, ale spóźniona jestem :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

No, psze pana, to jest konkretny tekst.

Przedstawiasz wizję zupełnie odmienionego świata, ale tak naprawdę wprowadzasz ją naokoło. Bo niby na dzień dobry wprowadzasz scenę pokazującą zmiany społeczne i zaraz coś odnośnie technologii (swoją drogą podobna scena była chyba na początku któregoś z opowiadań Syf.a, ale z technologią bardziej “bliskoprzyszłościową), ale prawdziwe różnice pojawiają się dopiero potem. I to w taki sposób, że nie od razu czytelnik orientuje się, jak duże są różnice, ale jak się już dowiaduje, to rzeczywiście są tu wcześniej wskazówki pokazujące, ze coś się pozmieniało w zakresie światła.

Ogólnie dużo tu jest smaczków, tez łączące aspekty medycyny i socjologii oraz social mediów, czyli jak stałe bodźcowanie w określony sposób może wpłynąć na ludzi.

Jest jedna rzecz, która mnie jednak zdezorientowała. Bo tak… Decyzja o zniszczeniu walizki jest wyjaśnialna i uzasadnialna. Odnośnie “testu” nawet nie ma potrzeby dyskutować – i to nie dlatego, ze już teraz istnieją algorytmy, które są w stanie go przejść, raczej dlatego, że bohaterka właściwie chce uzasadnić swoje decyzje, więc nie ma znaczenia, czy mamy tam SI, WI, czy coś pośredniego – decyzja bohaterki wypływa częściowo z emocji. I tui tu wszystko gra.

Co jednak budzi rzeczoną wątpliwość? Ano to, że bohaterka właściwie nie szukała dowodów inteligencji plazmy, ani nie myślała co z tego może wyniknąć. Jasne, nie ma problemu z tym, że zaczęła od czego innego i że to coś innego ją wciągnęło i zdominowało jej myślenie i pragnienia,. Ale właśnie dezorientuje (bo to w sumie jednak właśnie dezorientacja, a nie wątpliwość), że pominęła temat, od którego zaczęła dyskusję z SI.

Póki co powiem tyle, że po raz drugi w tym roku rozważam nominację, tym razem bardziej. Jednocześnie jeszcze do końca nie jestem przekonany do taka. Ale spróbuj mnie przekonać w powyższej kwestii. Bo co prawda potrafię to sobie w głowie poukładać, ale trochę jestem ciekaw, czy jest alternatywne tłumaczenie, względnie czy to samo tłumaczenie może być lepiej uzasadnione, niż sobie uzasadniam. Ale niezależnie, czy w tym temacie zostanę przekonany (lub czy sam się przekonam), nawet gdybym nie zdecydował się na taka, zamierzam zwrócić uwagę reszty Lożan na ten tekst. Bo czegoś takiego brakuje już od wielu miesięcy w nominacjach.

Swoją drogą epilog też solidny. Bo niezależnie od tego, ze sam w sobie “epiloguje sobie”, to nadaje kontekstu scenie finałowej z pozbywaniem się walizki (acz czy bohaterka podchodząca na odległość rzutu walizką nie ryzykowała aby srogo?). A i tak napisane w ten sposób, że można zachować pytania, czy bohaterki nie czeka odrzucenie i niezrozumienie. A pytanie o naturę plazmy sobie w międzyczasie drąży.

Zastanawiałem się jeszcze nad tym dziedzictwem straconym przez dekady. Mimo wszystko poziom zapomnienia spory przy tym poziomie technologicznym. Z jednej strony wyjaśnialny, bo “wysysanie” pierwiastków ziem rzadkich mogło się odbywać m.in. w miejscach, gdzie było wyjątkowo dużo elektroniki, np, w największych serwerowniach – jeśli wcześniej wiele materiałów było zdigitalizowanych… A z drugiej mimo wszystko zaskakująco dużo zapomniano, jeśli to tylko dekady. Ale to tak na boku, bo akurat ten element nie przeszkadza w żadnym stopniu w odbiorze (a już na pewno nie ma takiej dezorientacji jak powyżej), zresztą można przyjąć, ze przez “dekady” rozumiemy nie kilka, a kilkanaście dziesięcioleci – i już zmienia to postać rzeczy.

 

Z kwestii ogólnych:

 

" – May przewidywała, że plazma"

Nadmiarowa spacja przed dialogiem.

 

Część z długich akapitów z powodzeniem można podzielić, choć jest w miarę czytelnie.

 

"Świat wydawał się brzydki i wykastrowany z piękna, odkąd Bonnie poznała, jak wyglądał przed wiekami"

→ do rozważenia, czy zdania składowe nie zabrzmiałyby lepiej po zmianie kolejności.

 

"Spod ziemi tym razem wyrwano"

→ może lepiej zabrzmi "Tym razem spod ziemi…"?

 

Bardzo dobry tekst, choć końcówka mnie minimalnie rozczarowała – nawet nie bardzo wiem, dlaczego. Wizja świata sugestywna, nie miałabym nic przeciwko poczytaniu więcej w tym uniwersum. Tak całkiem minimalnie uwiera mnie to, że jak zazwyczaj w futurystycznych wizjach są tu wyłącznie Anglosasi (imiona), jakby hegemonia tej kultury miała trwać wiecznie ;) W tak ogromnie dalekiej przeszłości widziałabym większe wymieszanie kulturowe. Ale to drobiazg.

Przeładowałeś tekst medycznym słownictwem i dla mnie było to troszeczkę wybijające miejscami z immersji, ale po jakimś czasie przestałam to zauważać, bo posługujesz się tym językiem swobodnie, nie jest on wysilony.

Najbardziej zabrakło mi realnej motywacji bohaterki dla decyzji, którą na końcu podjęła i w ogóle rozwinięcia wątku plazmy. Zapewne trochę limit? Jak napisałam wcześniej: chętnie poczytałabym więcej o tym świecie, a w przypadku postapo to bardzo dużo, bo rzadko mnie ono na tyle wciąga, żebym chciała więcej.

Ogólnie: bardzo solidna robota, postapo z elementami s-f.

Przez tekst się płynie, technicznych problemów większych nie ma – zauważałam jakieś drobiazgi, ale przyznam, że nie chciało mi się ich wynotowywać ;)

 

Jedno tylko mi nie daje spokoju w tej wizji s-f, ale może to wynika z mojej ignorancji, a raczej wiedzy zatrzymanej na poziomie liceum i to klasy humanistycznej :/

Martwe słońce zabrało za sobą do grobu większość flory, a ta, która się ostała, utrzymywała poziom tlenu w atmosferze na stabilnym poziomie szesnastu procent.

Skoro nie ma światła, to te rośliny, które pozostały, nie są zielone, prawda? Jak więc produkują tlen?

 

http://altronapoleone.home.blog

Najbardziej zabrakło mi realnej motywacji bohaterki dla decyzji

Akurat to chyba jest – można to interpretować tak, że 26 dni doświadczała tego, co ludzkość straciła, przez co nie mogła się już cieszyć wcześniejszymi radościami → potem zadziała bardzo emocjonalnie. Pytanie bardziej odnośnie tego drugiego wątku, tematu plazmy.

 

Okej, coś jest na rzeczy. Może zabrakło mi podkreślenia tego, że jej reakcja jest mocno emocjonalna, bo to zostało zrelacjonowane, a nie pokazane. Dopiero w ostatniej scenie pojawiają się emocje.

http://altronapoleone.home.blog

Ależ się tutaj zrobił ruch! :)

 

Irko, miło, że się spodobało. Twoja interpretacja jest szalenie pasjonująca – Bonnie nie przykłada ręki do zwrócenia uwagi plazmy na ludzkość, ale za pośrednictwem Gwen mówi May “dokończ to, co zaczęłaś; sama się z nimi skontaktuj”. Jednocześnie nie sądzę, że plazma musiała jakkolwiek zareagować na coś takiego. Tworzyła liczne szczeliny, w których znajdowały się przypadkowe ludzkie ofiary i nie zmieniało to sytuacji. Bonnie raczej chciała po prostu zniszczyć przesyłkę.

 

Wilku, dzięki za wnikliwy komentarz. Stawiasz mnie w nieco niekomfortowej sytuacji, uzależniając finalną ocenę i nominację od moich wyjaśnień, bo jednak tekst powinien się sam bronić. Być może zbyt niewyraźnie to podkreśliłem, ale Bonnie rozważa fakt, że plazma może być formą inteligencji, wręcz obawia się tego. Użyłem analogii ludzi i robactwa:

– Ludzie też nie kontaktują się z mrówkami i innym robactwem – mruknęła Bonnie (…)

– (…) Prawdopodobnie plazma, w przeciwieństwie do robactwa, nie jest bezrozumna…

– Tylko jeśli robactwo zaczyna ci zawadzać, nie pertraktujesz z nim, ale je depczesz…

Gwen nie łapie toku myślenia Bonnie, w analogii przypisuje rolę robactwa plazmie. Bonnie obawia się natomiast, że robactwem w tej relacji jest ludzkość. Z tego wynikają późniejsze decyzje Bonnie; tuż przed wrzuceniem walizki do szczeliny myśli:

Bonnie w myślach zwracała się wprost do swego osobowariantu – za kogo się uważałaś, sądząc, że masz prawo naruszać nasz status quo? I to cudzymi rękami?

Status quo to świat, w którym przyszło im żyć. Bonnie nie chce kontaktu z plazmą, bo mogłoby to się skończyć tak powrotem części utraconego świata (stanowisko May) jak i anihilacją ludzkości.

 

Drakaino, fajnie że wpadłaś. Dopóki nie nazwałaś tego opka postapo, nawet nie myślałem o nim w tych kategoriach, ale faktycznie coś jest na rzeczy. Może dlatego, że świat współczesny bohaterom jest im obojętny, bo od pokoleń są do niego przystosowani, a brak jest osób pamiętających czasy sprzed apokalipsy (za wyjątkiem oczywiście wspomnień Rity, które dopiero nadają takiej perspektywy).

Co do imion, nie patrzyłem na to w ten sposób. Chciałem, żeby było spójnie, stąd brak wymieszania różnych kultur. Np. imiona “sióstr” dobierałem, szukając takich o znaczeniu “piękna” i May, za chińskim, pierwotnie nazywała się Mei. Ale nie pasowało mi to z resztą postaci, więc zangielszczyłem. :p

Co do światła, to przez sferę Dysona roztoczoną wokół słońca, jest o wiele słabsze, niż w czasach przed przybyciem plazmy. Gwen mówi:

Ponadto w świecie tej kobiety [o May] było dziesięć razy więcej światła niż dzisiaj.

Z kolei narrator:

Na czystym niebie wisiała świetlana kula – blada i rachityczna, oblewająca przestrzeń mlecznym blaskiem, brudnym, jakby wymieszanym z pyłem.

Wkutek drastycznego (ale niecałkowitego) zmniejszenia ilości docierającego światła, przetrwały tylko te organizmy, które potrafiły się zaadaptować. Większość wymarła, ale nie wszystkie. Zaś termin “zgaśnięcie słońca” nie jest dosłowny.

Cześć, MrBrightside. Z s-f jestem kompletnie nie po drodze, ale bardzo przypadł mi do gustu ten kawałek Twojej twórczości. Świetnie narysowana bohaterka, do bólu analityczna i bezemocjonalna, która jednak w trakcie opowiadanej historii przeżywa pewną zmianę. Nie będę próbował oceniać słownictwa naukowego, które się tutaj pojawia, bo go zwyczajnie nie rozumiem, ale nie miałem też wrażenia, żebyś przeładował tymi pojęciami tekst – nie gubiłem się w nim, za to poczułem zaintrygowanie. Nawet wygooglowałem sobie test Turinga xD Jeśli, tak jak piszesz, te klimaty są Tobie obce, tym bardziej szacun za zgrabne poruszanie się w nich. 

Z nielicznych zastrzeżeń, jakie mam – zakończenie wydało mi się bardzo pospieszne i mało objętościowe w porównaniu do wstępu, co spowodował zapewne limit znaków. 

Warsztat masz prima sort i specjalnych zastrzeżeń nie mam. Pojedynczych rzeczy czepiać się nie będę :P

Jest to jedno z lepszych opowiadań konkursowych, jakie przeczytałem, będę trzymał więc kciuki za dobry wynik i wysoką ocenę jurorską :D W ramach nagrody za dobre opowiadanie przyznaję zniżkę na ofertę poniższej firmy produkującej panele fotowoltaiczne, żeby nigdy nie zabrakło Ci energii na tworzenie tak udanych dziełek:

 

Dziękuję, AmonRa, za komentarz! Bardzo to satysfakcjonujące, że skłoniło do guglania i pogłębiania wiedzy. :3

A zniżka wspaniała, mój padre akurat rozgląda się za fotowoltaiką! ;D

MrB, ten pierwszy cytat był jeszcze przez wejściem w czytanie mózgu. Moja wątpliwość dotyczy tego, dlaczego potem. w trakcie czytania, bohaterka pominęła szukanie dowodów, które miały być w pamięci.

termin “zgaśnięcie słońca nie jest dosłowny

Okej, z tekstu imho wynika jakby był dosłowny – świat po ostatecznej śmierci naszej gwiazdy. Ale nie czepiam się bardzo, bo masz spójną wizję i dobrze ją sprzedajesz, raczej mnie to zastanowiło ;)

 

Skądinąd – na ile wystarczają te trzy wdechy tlenu? To się też domagało wyjaśnienia, ale zapomniałam. I jeszcze jedno, co mnie zaintrygowało: minęło dużo czasu (nie pamiętam, czy podajesz przybliżoną liczbę lat), ale czy w takim razie ludzie już wyewoluowali do ślepoty czy też rodzą się widzący, ale tracą wzrok w ciemności?

 

Co do postapo – nie uważam za postapo wyłącznie tych rzeczywistości, w których nastąpiła wojna, zaraza czy inne spektakularne wydarzenie, ale świat przyszłości, który z powodu jakiegoś globalnego procesu bardzo zasadniczo różni się od naszego i wymaga adaptacji przez ludzkość. Twój oczywiście jest już postapo, w którym ludzkość się zaadaptowała. Może zresztą dlatego wolę go od “standardowego” postapo, w którym oglądamy w kółko tę samą walkę w obliczu katastrofy?

http://altronapoleone.home.blog

Hm, Wilku, May dowodzi inteligencji plazmy pośrednio – udowadniając istnienie sfery Dysona czy dokumentując wydobycie surowców – ale dużo jest tutaj przypuszczeń, bo jednak nie udało jej się nawiązać bezpośredniego kontaktu. Wydaje mi się, że informacja, czy plazma jest inteligentną strukturą, czy nie, jest z kolei dla Bonnie nieistotna – ona i tak uważa ją za zagrożenie a przez to decyduje się unikać interakcji.

 

Drakaino, czujne oko! Trzy wdechy tlenu są dla doraźnej poprawy saturacji. Atmosfera jest mniej gościnna niż nam współczesna, ale nie jest zabójcza.

Co do oczu:

To dlatego, że odkąd słońce zgasło, a ludzkość skolonizowała podziemia, coraz więcej ludzi rodziło się ślepymi lub celowo pozbawiało wzroku. Oczy stały się zwyczajnie zbędne.

Ponadto czas od katastrofy do czasu akcji liczony jest w wiekach, nie w dekadach:

Splątany umysł rozpoznawał wrażenia i nazywał zjawiska, bazując na danych zgromadzonych przed wiekami.

Ciszę opuszczonej przed wiekami powierzchni łamał pulsujący, mrukliwy szum, dochodzący zewsząd.

Wiem, że nawet wieki to dla ewolucji tylko chwila, natomiast technologia nie zniknęła, ludzkość mogła sobie pomóc w ten sposób, skupić się na innych zmysłach.

Uśmiecham się, czytając ostatni akapit Twojego ostatniego komentarza. :) Pewnie nie pamiętasz, ale pod opkiem na legendy też mi zwróciłaś uwagę, że podszedłem do fantasy niestandardowo.

Okej, musiałam zapomnieć informację o wzroku – coś mi się plątało po głowie, że była o tym mowa, ale jako leniwiec nie poszukałam :D

“Przed wiekami” to z kolei taki utarty frazeologizm, że zapewne nie zarejestrowałam jako niosącego informację – zresztą to bardzo ogólne: może być dwieście, a może tysiąc lat ;) Dla ewolucji to bez znaczenia, dla historii – spore.

Ale z tym wzrokiem mnie naprawdę intryguje, bo z własnego doświadczenia pacjenta wiem, że sama znalazłam się blisko granicy, kiedy nieużywane oko się wyłącza, stąd pytanie.

 

Uśmiecham się, czytając ostatni akapit Twojego ostatniego komentarza. :) Pewnie nie pamiętasz, ale pod opkiem na legendy też mi zwróciłaś uwagę, że podszedłem do fantasy niestandardowo.

Znaczy jestem konsekwentna :) A Ty jako autor szukasz ciekawych ścieżek.

Btw zajrzałam do tamtych komentarzy i może istotnie przeczytam sobie tę Twoją fantasy jeszcze raz, mając znacznie większe portalowe doświadczenie.

http://altronapoleone.home.blog

udowadniając istnienie sfery Dysona czy dokumentując wydobycie surowców

Dowody na sferę Dysona miały być w pamięci, a w opowiadaniu są tylko fragmenty o tym, że przed zgaśnięciem Słońca Słońce było niezgaśnięte ;) Ale fakt, kwestie pierwiastków można zrozumieć też tak, że to była informacja zbadana “tu i teraz”. Natomiast nie ma odniesień do dowodów na to, że plazma miałaby by być istotą, a nie narzędziem.

W każdym razie nie zrozum mnie źle – tekst broni się sam z powodzeniem. Ja tu wiercę konkretny jego aspekt. Być może wynikający ze skrótów myślowych, ale.. ciekawy. Na tyle ciekawy, że wart jest dyskusji po lekturze.

Tak się w ogóle zastanawiam, na ile ucieczka przed koniecznością przeczytania sporej dawki tekstów konkursowych poszkodziła temu opowiadaniu. Bo znaki tuż pod limitem, a aspektów, które proszą się o dopowiedzenie czy wręcz rozwiniecie, sporo ;)

A świat taki, że naprawdę chętnie czytałoby się więcej. Eskalując pochwalny wątek moich komentarzy: jedna z ciekawszych, a zarazem nieprzegiętych, nieprzekombinowanych, wizji postapo/sf, jakie czytałam na tym portalu. I tym bardziej żal tych elementów, które mogły mocniej i lepiej wybrzmieć.

http://altronapoleone.home.blog

Ok, sfera Dysona, jest zupełnie niepraktyczna w wersji klasycznej, ale jeśli tak Was to ciekawi, rekomenduję opko NWMa, bardzo konsekwentnie przedstawia pewną możliwość z nią związaną, ale naturalnie nikt tekstów na siódemki nie czytał. Się wie. ;-) 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Zadziwiające – opowiadanie raczej nie w moim guście, w dodatku gęsto naszpikowane terminami, których znaczenia musiałabym dowiadywać się ze słowników, a jednak historia zaintrygowała mnie na tyle, że czytałam z niekłamanym zainteresowaniem, zaciekawiona zarówno osobliwym światem przyszłości, w którym żyje Bonnie, jak i jej nagłym zetknięciem ze wspomnieniami z jakże odległej przeszłości.

Bardzo satysfakcjonująca lektura.

 

Do­dat­ko­wo na­dej­ście pla­zmy uszko­dzi­ło sys­tem sa­te­lit… ―> Satelita jest rodzaju męskiego, wiec: Do­dat­ko­wo na­dej­ście pla­zmy uszko­dzi­ło sys­tem sa­te­litów

 

Bon­nie za­tra­ca­ła w jego obłęd­nych, szma­rag­do­wych oczach. ―> Tu chyba miało być: Bon­nie za­tra­ca­ła się w jego obłęd­nych, szma­rag­do­wych oczach.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieszę się, że się spodobało, Reg. :)

To “się” nie mam pojęcia jak zniknęło z kluczowego fragmentu opowiadania; sprawdzałem tamten kawałek tyle razy, a i tak zniknęło przy którejś poprawce. ;_; Dzięki za czujne oko!

Cieszę się, że mogłam się przydać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jednocześnie nie sądzę, że plazma musiała jakkolwiek zareagować na coś takiego. Tworzyła liczne szczeliny, w których znajdowały się przypadkowe ludzkie ofiary i nie zmieniało to sytuacji.

Niby tak, ale to byli inni ludzie. Ci ze strefy Dysona mieli bliżej Merkurego i Wenus, a więc do Ziemi dotarli stosunkowo późno, kiedy człowiek już zdążył się zmienić. Mnie to wyglądało raczej na to, że chce ich poruszyć czymś, co ją samą poruszyło.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Bardzo mi się podobało. Ogólnie cała konstrukcja świata była interesująca i wiarygodna, od zmian w postawach i wartościach ludzi (które też dobrze wypadły jako komentarz do ogólnego kierunku, w jakim rzeczywiście zmierzamy), i z którymi koresponduje przesłanie tekstu, jak i w kwestii bardzo ciekawego pomysłu na “inwazję” obcych.

I do tego ostatniego zresztą pytanie – Gwen nazmyślała na ich temat czy historia śmierci May była prawdziwa, a ona chciała “przy okazji” wejść do lokalnej sieci? Z jednej strony pierwsze wydaje się mi całkiem prawdopodobne, a z drugiej mamy jakieś potwierdzenie jej słów, w postaci wspomnień. To pierwsze zresztą, wydaje mi się, ładnie domykałoby tekst i pozbawiłoby go (może trochę) niedosytu kwestii związanych z pochodzeniem plazmy, które są mocno eksponowane.

Nie zgadzam się też z niektórymi komentarzami odnośnie napakowania słownictwem medycznym. Fakt, trochę tego było, ale większość ich znaczeń i tak było dobrze osadzone w kontekście i, przynajmniej w moim przypadku, nie powodowały konieczności nagłego googlania albo obniżania jakości lektury.

Tak więc dziękuję, satysfakcjonująca lektura :)

Cześć, Golodh, bardzo się cieszę, że się podobało.

Co do Twojego pytania – myślę, że jednak jest to kwestia otwarta. Opowiadanie nie operuje na faktach, to w większości opowieść z drugiej ręki, przefiltrowana pryzmatem perspektywy opowiadającego. Cieszy mnie każda interpretacja, którą widzę w komentarzach, ale nie chcę wskazywać jedynej właściwej.

Wspaniale, że słownictwo nie przytłoczyło. Dzięki za komentarz!

Stworzyłeś bardzo ciekawy świat. Podobało mi się jego poznawanie. Szczególnie ten związek między Bonnie i Mey. Czy dobrze rozumiem, że to coś jakby klony, które zostały pokierowane różnymi drogami rozwoju?

Piramidy z plazmą trochę zepchnęły mnie w stronę fantasy (niedawno czytałam o piramidach w wersji Pratchetta. ;-) ), ale chyba dobrze, że raczej są SF w naturze. Chociaż, dlaczego akurat piramidy?

Zaskakuje mnie, że wszyscy uważają Bonnie za analityczkę. Hmmm, dziewczyna jak dziewczyna. Trochę słabo zareagowała na wieść o śmierci bliskiej osoby, ale może akurat miała niekompatybilny z żałobą koktajl hormonalny. IMO, kiedy próbuje wyłączyć SI przed wysłuchaniem do końca, zachowuje się raczej impulsywnie.

Widać znajomość tematyki medycznej.

Nie obraziłabym się za więcej wyjaśnień, ale nie można mieć wszystkiego. Chyba Cię limit ograniczył.

Babska logika rządzi!

Mam z tym opowiadaniem spory problem. Fajnie, że s-f, podparte jakąś wiedzą Autora, fajnie, że MrB odważył się popuścić wyobraźni i stworzył złożony świat przyszłości, z ciekawymi obcymi, z gasnącym Słońcem, z lekko cyberpunkowym zacięciem, z humanitarnym przesłaniem itd. Ale niestety ta kreacja moim zdaniem niedomagam na wielu płaszczyznach. Podobnie jak lekko niedomaga moim zdaniem fabuła.

Zatem z jednej strony jest tutaj dosyć szerokopasmowa wizja świata (do niej jeszcze wrócę), jest sporo terminologii z pogranicza biologii, medycyny i technologii (zakładam, że spora część to licentia poetica, ale widać również, że korzystasz ze swojego wykształcenia przy pisaniu fantastki i podobnie jak Chrościsko jest to z korzyścią dla wiarygodności tekstu i warstwy merytorycznej), ale historia się jakby rozmywa i w sumie nie wiadomo o czym najbardziej Autor chciał nam opowiedzieć. To ważne, nie o czym chciał, ale o czym najbardziej…

Rozumiem zacny przekaz – odnajdźmy to, co czyni nas ludźmi, to co nas zbliża, przypomnijmy sobie co to miłość, co to piękno, co to zachody Słońca i poświęcenie, co to są wzruszenia itd., nawet w obliczu Apokalipsy.

Ale poza przekazem niewiele mi się w Twojej opowieści splata. Mamy więc świat pod ziemią, ludzi zamkniętych w bańkach/komórkach, żyjących w wirtualu, porywanych, zabijanych przez Obcych, ludzi odczłowieczonych itp. A jednocześnie ci ludzie ery zmierzchu jakoś niespecjalnie się tym wszystkim martwią, wręcz zabawiają się, tworzą miałką „sztukę”, bzykają za tokeny, naliczają punkty/tokeny niczym zblazowane społeczeństwa zgniłego zachodu ; ) i przypomina to wręcz jakieś współczesne social media.

Ok. Ja mogę sobie wyobrazić taki świat, który chyli się ku upadkowi, w którym ludzkość tańczy swój ostatni taniec na Titanicu, ale skąd w takim świecie tlen, żywność, energia, cokolwiek. Ja nie widzę tutaj walki o przetrwanie. Wszystko jest pod ręką (nawet w tym świecie umierającego Słońca część flory na powierzchni przetrwała… utrzymując 16% tlenu w atmosferze…). Ludzie sobie jakoś tam w sumie radzą i żyją, co prawda pozbawieni uczuć, bliskości, kilku zmysłów, i to nic, że przygłupi nieco, niczym Elojowie Wellsa zmiksowani z Morlokami (podziemie). Żyją w osobnych bańkach/komórkach, ale jak potrzeba, to wyskoczą do sąsiada (tylko trzeba głośno zapukać), jak chcą wyjść na powierzchnię umarłego świata, to sobie wychodzą, wcześniej tylko łapiąc trzy oddechy tlenu, chyba że ich akurat złapie plazma przez szczelinę i zabije…

Pokazujesz nam więc Autorze nie całkiem przemyślany, ale ciekawy świat, wspominasz ledwie ledwie o jego tajemnicach, o wielu jego aspektach ledwo muśniętych, i opowiadasz na jego tle o artystce/prostytutce, o jej „siostrze”, o jej „ojcu”, o SI Gwen, która jest tylko WI (co za różnica?), o Ricie z przeszłości i jej ukochanym ale chorym Dexie, o utracie świata przeszłości, o obcych istotach niemal boskich, które coś tam z tyłu akcji działają itd. Napominasz o wielu postaciach i wielu zjawiskach (czasem opisanych szczegółowo ale mgliście), wątkach, których nie kończysz, które porzucasz, których nie tłumaczysz, które zapełniają opowieść i zwodzą czytelnika. A w sumie chodzi o to, że nasza Bonnie po wykonaniu kilku czynności nieco zbędnych dla fabuły, finalnie robi dziwną woltę i najpierw odrzuca to, co „przypomina” jej Rita (poprzez) Gwen (poprzez) May, a potem to uskutecznia, ale nie „globalnie” w Wszechternecie tylko lokalnie z facetem, z którym się bzyka dla tokenów. Czy to jest wiarygodne psychologicznie? No nie jestem przekonany do końca.

Co gorsza, także sama kreacja świata nie całkiem mi się klei. Nie zauważyłem związku pojawienia się plazmy z umieraniem Słońca, sugerujesz raczej, że plazma pojawiła się, gdy Słońce już gasło (np. tutaj: "Słońce zgasło na długo przed wynalezieniem archiwizacji wspomnień, o splątaniu neuronalnym nie wspominając. Dodatkowo nadejście plazmy uszkodziło system satelitów, a wiele ówczesnych nośników danych pod jej wpływem utraciło funkcjonalność"). Opowiadasz o jakiejś formie obcego życia (plazma), które eksploatuje Ziemię, nie bacząc na jej (zacofanych) mieszkańców i jednocześnie tworzącą sferę Dysona w Układzie Słonecznym. Chyba trochę za dużo tych grzybów w barszczu.

W świetle współczesnych ustaleń taki scenariusz jest zupełnie niewiarygodny, Słońce ma przed sobą na spokojnie jeszcze około 5,5 miliarda lat, a jeśli zacznie „umierać”, to stanie się najpierw czerwonym olbrzymem, który zapewne pochłonie najbliższe planety ( w tym naszą). Życia na Ziemi (z różnych powodów) nie będzie wtedy od dawna… (ale zachowajmy odpowiednią skalę, sama Ziemia liczy sobie ok. 4,5 miliarda lat, a człowiek chodzi po niej ok. 250 -200 tys. lat). Tymczasem Ty opowiadasz nam o gasnącym Słońcu w świecie bardzo podobnym do naszego (technika w sumie jakby z fantastyki bliskiego zasięgu, SI, malware, testy Turinga, firewalle, cała ta chemia, tokeny i elektronika), a jednocześnie przekonujesz o totalnej odmienności ludzi i ich środowiska i chyba mamy sobie w założeniu wyobrazić świat naprawdę dalekiej przyszłości… Jesli znasz “słoneczny” cykl Wolfe’a, to wiesz, że nawet pomijając naukowe podstawy, można stworzyć napraedę odległy w czasie świat umierającego Słońca, który będzie nam bliski ale zarazem obcy i zadziwiający. 

Wracając jeszcze na chwilę do konstrukcji fabuły. Odrzucił mnie za pierwszym podejściem początek opowiadania. Jak na tekst na 27 tysięcy znaków, opowiadający o świecie po katastrofie, nawiedzanym przez tajemniczą plazmę z kosmosu, która otwiera rany w Ziemi i stawia piramidy, do tego świecie, w którym ludzkość zamknięta pod ziemią, ucieka w światy wirtualne i zatraca większość zmysłów i nie pamiętając świata sprzed kataklizmu traci też człowieczeństwo, otóż jak na taki tekst sf brakuje tu równowagi i umiejętnego rozłożenia akcentów. Aż cztery akapity o punktowanym bzykaniu przed publiką, podkręconym farmakologicznie i elektroniecznie?!!!! I tylko kilka zdań o plazmie, utracie zmysłów, końcu świata, jaki znamy, obcych formach, pirmiadachm szczelinach, dziwach przyszłości?

Przesłanie niesiesz nam proste ale fajne (nie szedłbym aż tak daleko, jak Irka), ale przekazane tak, że robi na koniec pyk zamiast BUM! No i jest trochę, nielogiczne. Bo jaka to niby ma być nadzieja dla ludzi, skoro jakaś plazma ich nadal porywa, zabija, ssie im planetę, buduje sfery w systemie planetarnym, ludzie wymierają i wegetują w umierającym świecie pozbawionym żywej i życiodajnej gwiazdy?

Jest to więc naprawdę pomysłowa science-fiction z rozmachem i odwagą kreacji (z neologizmami, gatunkowymi gadżetami, klasycznymi motywami) i to jej główna zaleta. Gorzej z logiką, konstrukcją świata i postaci oraz prowadzeniem fabuły. Ale mimo tych wszystkich zastrzeżeń to moim zdaniem naprawdę ciekawe i dobrze napisane (technicznie, językowo) opowiadanie. Gdybyś to lepiej rozplanował, lepiej przemyślał (fabularnie i światotwórczo)… Eeeeech, MrB. A tak, uczucia mam naprawdę ambiwalentne…

 

Nie robiłem łapanki, ale jedno mi wpadło w oko:

 

Bonnie pomstowała w myślach na cholernego naukowszczyka, którego nawet nie znała z nazwiska, a którego zwykły tak nazywać z May. Zataił tożsamość, tak wstydził się swoich niepowodzeń.

 

– tak nazywać, tak wstydził.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Finklo, dzięki za opinię! Zdecydowałem się na piramidy, bo naoglądałem się Starożytnych kosmitów. Jeśli nie wiesz co to, dla własnego zdrowia nie zagłębiaj się w temat, my sweet summer child. ^^

Jesteś kolejną osobą, która zwraca uwagę na limit i potrzebę dopowiedzenia jakichś kwestii, a prawdę mówiąc, w ogóle nie zwracałem uwagi na limit, wręcz gdy skończyłem pisać i sprawdziłem, jak on wygląda, to podciągałem nieco znaków tu i ówdzie…

 

Panie Marasie, cieszę się, że skusiłeś się na mój tekst, bo teraz mam taki pierwszej klasy komentarz. ;) Mimo iż wydźwięk ma dość srogi, wydaje mi się, że nawet Ci się podobało i jednak nie straciłeś czasu na lekturę. Chciałbym się odnieść do paru kwestii.

A jednocześnie ci ludzie ery zmierzchu jakoś niespecjalnie się tym wszystkim martwią, wręcz zabawiają się

Moją intencją nie było tworzyć apokalipsy, tylko pokazać realia na długo po niej. Ludzkość zaadaptowała się do nowych warunków i jakkolwiek ze współczesnej perspektywy wygląda to jak niespecjalne martwienie się czymkolwiek, dla nich to po prostu rzeczywistość, w której przyszło im żyć. Impulsem do tego martwienia staje się dopiero materiał dostarczony przez May, w postaci wspomnień Rity.

Sama “apokalipsa” to chyba też za duże słowo. Ziemia została najechana przez coś, co jest inteligentne lub nie, co ma wpływ na Słońce, wydobywa surowce, przy okazji morduje nieuważnych Ziemian. Dominuje w obszarach, które są dla niej istotne, jednocześnie ignorując pozostałe. Nie widzę tutaj dysonansu.

o SI Gwen, która jest tylko WI (co za różnica?)

WI to rodzaj asystenta, wywoływanego swoim imieniem/nazwą, nie mający opinii ani uczuć. SI to syntetyczny umysł, osoba.

Napominasz o wielu postaciach i wielu zjawiskach (czasem opisanych szczegółowo ale mgliście), wątkach, których nie kończysz, które porzucasz, których nie tłumaczysz, które zapełniają opowieść i zwodzą czytelnika.

Czy ja wiem, czy postaci jest wiele? Trio Bonnie-May-Gwen stanowią oś opowiadania, ich nienazwany z imienia twórca służy zarysowaniu tożsamości bohaterek. Ritę i Dexa oryginalnie nie planowałem nawet nazywać, ale stwierdziłem, że tożsamość sprawi, że łatwiej będzie się nimi przejąć.

Jeśli za wątki, których nie kończę, i które wręcz porzucam, uznać detale katastrofy, szczegóły nowego świata czy zasady funkcjonowania wynalazków, to tak, świadomie zredukowałem te elementy. Uważam, że opowiadanie o świecie samym w sobie byłoby nudne.

A w sumie chodzi o to, że nasza Bonnie po wykonaniu kilku czynności nieco zbędnych dla fabuły, finalnie robi dziwną woltę i najpierw odrzuca to, co „przypomina” jej Rita (poprzez) Gwen (poprzez) May, a potem to uskutecznia, ale nie „globalnie” w Wszechternecie tylko lokalnie z facetem, z którym się bzyka dla tokenów. Czy to jest wiarygodne psychologicznie?

Mógłbyś doprecyzować, co uważasz za czynności zbędne dla fabuły?

W uproszczeniu – tak, do tego sprowadza się akcja mojego opowiadania. Przy czym nie jest to opowiadanie akcji. :p

Wybór Bonnie tak naprawdę nie jest tak zero-jedynkowy, jakim go przedstawiasz. Z przesłaniem wspomnień Rity do Wszechternetu wiązałoby się ujawnienie ludzkości, że plazma jest być może istotą myślącą, gdyż prędzej czy później ktoś doszedłby do wniosków takich jak May. Bonnie nie chciała naruszać równowagi, jaką ludzkość osiągnęła w kontaktach z najeźdźcą; obawiała się tego. Wolała wybrać “pracę u podstaw” i od siebie zacząć zmienianie świata.

 

Jeszcze co do Słońca, to nie chodzi o umieranie, jakie każda gwiazda ma przed sobą. “Zgaśnięcie słońca” to raczej termin ukuty pod wpływem impulsu, bowiem przyjąłem, że z perspektywy współczesnych ludzi, gdyby Słońce gwałtownie zmniejszyło swoją jasność, też powiedzielibyśmy, że zgasło (albo przynajmniej: przygasło), choć w istocie coś tam jeszcze by świeciło, ale słabiej. Blade słońce zresztą pojawia się w tekście ze dwa razy. Taki stan pozwala przetrwać prostym roślinom czy sinicom, które do życia nie potrzebują wiele światła, a które nadal mogą produkować tlen.

 

Jeszcze na koniec dodam, że to wszystko powyżej powinno wynikać z tekstu i to raczej moja literacka porażka, że muszę prostować pewne kwestie. SF to dla mnie dość egzotyczne środowisko, ale i tak cieszę się że zdecydowałem się spróbować. :p

Przeczytałem.

Odczytałem sobie główną myśl jako “pamiętajmy, co nas czyni ludźmi, co to znaczy być człowiekiem” – i tu na stół wjeżdża definicja człowieczeństwa przez miłość.

Na start podajesz naszpikowane terminologią różnoraką małe porno za tokeny (mam tu automatycznie skojarzenie z podobną sceną otwierającą w jednym z syf.owych opowiadań), od którego wychodzisz prezentując fragmenty świata przedstawianego. Świata intrygującego, postapokaliptycznego, ale mimo wszystko są to fragmenty rozsiane, rozrzucone – jakby brakło miejsca i/lub historii by je bardziej ze sobą spleść. Gasnące słońce: zakładam, że musiało stać się coś innego niż standardowe wzdęcie gwiazdy (które sięgać ma ponoć nawet orbity Jowisza i które zeżre wszystko po drodze). Wegetująca pod ziemią społeczność: widzimy tylko malutki fragment jej życia, nie dowiadujemy się dlaczego zjawiska, zachowania są takie, a nie inne; większość opowieści zajmuje Bonnie i jej przemiana. Piramidy farmiące matulę Ziemię: czyżby przetworzona artystycznie wizja z Oblivion wymieszanego z Gwiezdnymi Wrotami? ;-)

To światotworzenie przyciąga uwagę, ale ciekawość czytelnika nie jest w pełni zaspokojona. Relacja May i Bonnie, przekładająca się na unikalny testament tej pierwszej – pomysł interesujący. Opowieść przemieniająca jest, spójna, naświetlająca przy okazji “utracony świat człowieczeństwa”.

Zazgrzytał mi za to srogo finał: co właściwie wpłynęło na decyzję Bonnie, by nie upubliczniać danych zgodnie z wolą przyjaciółki? Co ją pchnęło do odrzucenia tej prośby? Nie jest to dla mnie jasne. Czy chodzi tylko o Gwen, czy o coś jeszcze?

Epilog na plus, zamyka ładnie przemianę w małym geście, spina się klamrą z otwarciem elegancko.

 

Zdecydowanie kawałek ciekawego tekstu s-f i zasłużona Biblioteka!

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Mimo iż wydźwięk ma dość srogi, wydaje mi się, że nawet Ci się podobało i jednak nie straciłeś czasu na lekturę.

– zdecydowanie. To była dobra lektura, a moje uwagi wyrażają moje rozczarowanie tym, że pewnych rzeczy nie dopieściłeś albo odpuściłeś.

 

Jeszcze co do Słońca, to nie chodzi o umieranie, jakie każda gwiazda ma przed sobą. “Zgaśnięcie słońca” to raczej termin ukuty pod wpływem impulsu, bowiem przyjąłem, że z perspektywy współczesnych ludzi, gdyby Słońce gwałtownie zmniejszyło swoją jasność, też powiedzielibyśmy, że zgasło (albo przynajmniej: przygasło), choć w istocie coś tam jeszcze by świeciło, ale słabiej. Blade słońce zresztą pojawia się w tekście ze dwa razy.

 

Być może mój zarzut wynika z tego, że zabrakło mi jakiegoś konkretnego i stanowczego przedstawienia wydarzeń z przeszłości (jak widzę inni też, np. Psychofish, tego nie zroumieli i założyli jakieś naturalne przyczyny przygaśnięcia gwiazdy). Ale jeśli nawet ja tego nie zrozumiałem zgodnie z intencjami Autora i jest tak, że przylecieli obcy, "zgasili" Słońce, zaczęli budować sobie sferę i stawiać piramidy w ramch eksploatacji zasobów, a Ziemianie uciekli pod ziemię i sobie tam wegetują, to nie wiem czy to się spina czasowo. Przylatują, gaszą Słońce, a ludzie mają czas na "kolonizację" podziemi, budowę podziemnej bazy i zaplecza dla miliardowego społeczeństwa itd. w dobie niewątpliwych kataklizmów, jakie nastąpiłyby, gdyby zabrakło wpływu energii słonecznej dla biosfery ziemskiej itd. To wszystko musi zreszta być jakiś długi okres czasowy (ta okupacja) skoro u ludzi zachodzi już atrofia zmysłów. A z drugiej strony mamy świat niby odmienny a bardzo podobny do naszego, niezmieniony, nawet angielskie terminy są w użyciu, pojęcia całkiem niemal współczesne, brak mi tu jakiegoś wpływu tej inności świata, inności czasów, środowiska, kataklizmu itd. na przyziemne realia świata przedstawionego.

Ale, jak wspominałem, mój główny problem leży gdzie indziej.

Przeczytałem i skomentowałem ten tekst, bo doszły mnie słuchy, że to dobre science-fiction. Nie przeczę, tekst rzeczywiście fajny tekst, ale ma jednak swoje słabizny. Aby sprecyzować swoją opinię (idę na łatwiznę) posłużę się fragmentami moich komenatrzy z rozmowy na temat tego opowiadania przeprowadzonej w innym miejscu. Główny mój zarzut dotyczy tego niezrozumienia intencji Autora, które leżą u podstaw świata przedstawionego – czy to świat, w którym zgasło Słońce i przylecieli Obcy, czy to Obcy przylecieli i zgasili Słonce. Jak wspomniałem, także Psychofish odebrał to tak jak ja, czyli nie powiązał chyba Obcych z tym zgaśnięciem (samo zjawisko, o którym mówi Psychoryba jest bez sensu, za żywota gwiazda ma swoje burze, wybuchy, turbulencje itd, ale nie gaśnie po nich). Najpierw wyłożę więc swoje stanowisko, potem przytoczę fragmenty z tekstu. A we wspomnianej rozmowie, odnosząc się do tej astronomicznej podstawy kreacji, burzącej mi science, pisałem (po wygładzeniu):

"Ja nie twierdzę że to s-f. To żadne s-f. Ale skoro autor daje tag s-f i od początku zasypuje mnie terminami medycznymi i biologicznymi, to się na coś umawiamy, na jakiś poziom wiarygodności chociaż. A nie, że z biologii/medycyny jest cacy bo ją lubię i znam, a z astronomii będę pisał głupoty, bo chodzi o bzykanie na 4 akapity i uczucia bohaterki.

Twierdzę, że MrB napisał tekst, który mógłby być s-f, gdyby nie MrB był leniwy i przyłożył się do podstaw astronomii na poziomie Wikipedii, a nie tylko zadbał o medyczną merytoryke. Bo takie tłumaczenie tekstu z pogranicza postapo, cyberpunku i s-f kontaktowej, że każda bzdura naukowa przejdzie, gdy piszemy o ludziach a nie science fiction, to jest to co powoduje, że ani Chianga, ani Kosmatki ani nawet Bacigalupiego się nie doczekamy, bo ludzie są leniwi i wolą napisać 4 akapity o bzykaniu ze wspomaganiem, a nie przeczytać notkę na Wikipedii i nie pisać takich bzdur.

Bo jak ktos mi pisze, że Słońce sobie przygaśnie w najbliższych 5 miliardach lat, to już od razu to przestaje być s-f. Słońce to biały karzeł, który zanim padnie, przekształci się w olbrzyma, który zniszczy Ziemię, a potem w czerwonego olbrzyma, który ją najprawdopodobniej pochłonie. Jak może sobie zgasnąć/przygasnąć za jakiś krótki czas, gdy ludzie będą sobie tokeny zbierali, używali firewalów i robili testy Turinga? (zreszta to jakaś bzudra, bo bohaterka żadnego testu Turinga nie przeprowadziła na WI, tylko zamknęła ten wątek Gwen takim stwierdzeniem z dupy). To tak, jakby miało zagasnąć za góra 50-100 lat, a nie za 5,5 MILIARDA lat! Ten świat jest zbyt podobny do naszego na dalszą perspektywą czasową.

Fajnie że MrB korzysta z medycznej wiedzy, ale mogł też pomyśleć i zajrzeć chociaż do wikipedii zanim wymyślił tak bezsensowną przyczynę katastrofy jak gasnące słońce. Albo napisać wyraźnie i wprost, że to obcy/plazma z kosmosu zagasili nam Słońce, a nie sugerować (tak to odbierałem), że zgasło samo a potem oni przylecieli. Po co wymyslać tak skomplikowane bzdury i tagować tekst science-fiction? To są jakieś podstawy – z jednej strony Autor dba jako tako o wiarygodna dla laika termionologię i “medyczno biologiczną” stronę tekstu, a z drugiej wali totalne banialuki. I nawet jeśli to nie jest tekst science to nie dajmy sobie wciskać bzdur do kwadratu tylko trzymjamy się podstwowej wiedzy

A wystarczyło przecież wyraźnie i dobitnie zwalić to gaszenie słonca na wysoko rozwiniętych obcych albo wymyslić inny powód katastrofy i zejścia do podziemi.

Po prostu naczytałem się, że teksty finkli i MrB to (prawdziwa) science fiction i poleciałem do nich z nadzieją. U Finkli mnie trochę odrzuciła błyskawiczna ewolucja, a teraz u MrB jakieś gasnące słońce za 100 lat. A to są zgrzyty na poziomie podstawowego zawieszenia niewiary i podstawowej nauki. Mówię o bzdurach na poziomie dyskawlifikujacym tekst jako sf. I po co wtedy te wszystkie medyczne i biologiczne terminy, fachowe określenia, wymyślne nawiązania cybertechnologiczne, sfery Dysona itd. skoro umawiamy się że to jednak nie żadne s-f tylko bzdura merytoryczna sprzeczna z podstawową wiedzą naukową, i że chodzi niby o obyczajówkę, uczucia i człowieka? Skoro Autor udaje, że to takie naukowe i zasypuje nas terminologią z jednej dziedziny, ale olewa podstawową wiedzę z astronomii, to ja nie wiem co czytam.

 

Mógłbyś doprecyzować, co uważasz za czynności zbędne dla fabuły?

 

– scena seksu na 4 akapity, rozbudowne wątki "rodzinne" (May, ojciec, Gwen), ktore zamulają fabułę do połowy tekstu, a w sumie nie mają większego znaczenia dla historii i światotwórstwa. Bohaterka nie musiała tyle się bzykać szastając terminami meczyczno-bologicznymi, rozkminiać historię relacji z ojcem i siostrą, potem tyle gadać z Gwen i rozkiminiac czym ona jest lub kim, żeby przejść do sedna wydarzeń, czyli odzyskania zapisu Rity, poznania przeminionego świata itd. To wygląda jak zlepek kilku tekstów, jakiegos sex-cyberpunka na początku, potem jakiejś historii o May i Gwen, a na końcu zmiana linii fabularnej i skupienie na Ricie, wspomnieniach, całym tym sensie opowiadania.

 

 

A teraz wspomniane fragmenty, które zbudowały mi obraz tego gasnącego Słońca bez udziału obcych. Nie wszystkie chyba znalazłem.

 

Ziemia została najechana przez coś, co jest inteligentne lub nie, co ma wpływ na Słońce, wydobywa surowce, przy okazji morduje nieuważnych Ziemian.

 

Owa substancja, widoczna, lecz nie zmaterializowana, przypełzła do Układu Słonecznego w dniu, w którym zgasło słońce. Teraz po raz kolejny wytworzyła boską szczelinę.

 

– tak było wcześniej czy zmieniłeś ten fragment? Wcześniej albo go nie zauważyłem, albo się zmienił. Byłem pewny, że sugerujesz zgaśnięcie Słońca, po którym dopiero następuje wizyta plazmy w Układzie Słonecznym. To jest mój główny wkurw na światotwórstwo, więc jest to istotne. Z innych fragmentów tez jakoś układała mi się wizja zgaśnięcia Słońca oraz późniejszej wizyty obcych:

 

To dlatego, że odkąd słońce zgasło, a ludzkość skolonizowała podziemia, coraz więcej ludzi rodziło się ślepymi lub celowo pozbawiało wzroku.

 

Na czystym niebie wisiała świetlana kula – blada i rachityczna, oblewająca przestrzeń mlecznym blaskiem, brudnym, jakby wymieszanym z pyłem. Martwe słońce zabrało za sobą do grobu większość flory, a ta, która się ostała, utrzymywała poziom tlenu w atmosferze na stabilnym poziomie szesnastu procent.

 

Słońce zgasło na długo przed wynalezieniem archiwizacji wspomnień, o splątaniu neuronalnym nie wspominając. Dodatkowo nadejście plazmy uszkodziło system satelitów, a wiele ówczesnych nośników danych pod jej wpływem utraciło funkcjonalność.

 

Z tych rwanych wspomnień poprzedzających zgaśnięcie, wyłaniało się ulotne, nieśmiałe życzenie, niczym mgła cofająca się tamtego ranka spod grobowców do lasu.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dobre opowiadanie. Bardzo podoba mi się, że ująłeś temat nie tylko w znaczeniu jakiś ukrytych wydarzeń, ale także emocji. Pewnego rodzaju znieczulicy, którą zobaczyła dopiero bohaterka.

Lubię też twoje otwarte zakończenia. Bonnie niby zataiła informacje, ale kontekst zdaje się sugerować, że nie będzie to trwało w nieskończoność.

Jak zawsze pięknie operujesz emocjami, choć bohaterka do nich dojrzewała. One nie uderzały tak mocno jak w “Skłębione, ciemne, gęste”, ale to jest bardzo uzasadnione.

Troszkę zabrakło mi dłuższego opisu jej wewnętrznych przeżyć, ale nie czepiam się, bo po pierwsze limit, a po drugie wiem, że zrobiłbyś to jak nikt inny.

Stąd z dziedzictwa ludzkości z czasów sprzed katastrofy zachowało się wybitnie niewiele.

Nie chcę się czepiać zbytnio merytoryki, ale… tak na logikę. Jeśli dziedzictwa zachowało się wybitnie niewiele, to jakim cudem technologia nie została nic a nic upośledzona, a nawet drastycznie zdołali ją rozwinąć?

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Czeźć.

 

po drugiej stronie Wszechternetu

Ładne słowo, ale po przemyśleniach – wątpię, żeby Internet kiedyś zmienił nazwę, nawet po ewentualnych rozszerzeniach o nowe środki przesyłu danych czy o nowe planety…

 

Ów mężczyzna swego czasu publicznie pochwalił się udaną potencjalizacją inteligencji u powołanych przez siebie do życia istnień, jednak przeszacował rolę w procesie genów na chromosomie płciowym i ostatecznie skumulowana inteligencja okazała się być niższa od prognozowanej.

Czy to zdanie nie jest, trochę, yyy… zbyt techniczne? :P Zresztą to nie jedyny przykład takiego słownictwa, a tylko jeden z bardziej wyrazistych. Momentami nieco przesadzasz, moim zdaniem.

 

Martwe słońce zabrało za sobą do grobu większość flory, a ta, która się ostała, utrzymywała poziom tlenu w atmosferze na stabilnym poziomie szesnastu procent.

Hm, nie wiem dokładnie, co się ze Słońcem stało, ale jeśli zamieniło się w „gwiazdę dziwną” (o tym później) to raczej nie przetrwałaby żadna flora. No chyba, że jakaś wytworzona sztucznie, zdolna fotosyntezować tak słabe światło.

 

Nie zmieniło się to, gdy Dex otrzymał diagnozę podobną do Bonnie.

Hm, czyli jaką? Coś mi umknęło? Te nanoboty mają niwelować skutki jakiejś choroby, tak?

 

Właśnie oblałaś test Turinga.

Wcześniej SI wydawała się inteligentniejsza, kiedy rozmawiała z Bonnie po raz pierwszy… a teraz okazuje się, że to jednak „tylko” bardziej wyszukana WI? Niefajno.

 

Zakończenie to ładna scena, ale spodziewałem się, że dowiem się cokolwiek o skutkach wrzucenia tej walizki do szczeliny…

 

Ogólnie – kawał porządnej SF, chociaż może trochę za krótki, jak na tak wiele wątków. Ale rozumiem, że konkursowe ograniczenia zrobiły swoje.

 

Całej dyskusji w komentarzach czytał nie będę, ale chciałbym zaznaczyć, że „zgaśnięcie Słońca” przed upływem miliardów lat nie jest tak zupełnie niemożliwe. Poniżej link, w którym omówiona zostaje koncepcja tzw. gwiazd dziwnych i w jaki sposób także Słońce mogłoby się w nią zamienić, tym samym gasnąc :) Należy się też liczyć z innymi mechanizmami w fizyce, których jeszcze nie odkryliśmy, a które mogłyby taki efekt wywołać. Cywilizacja II poziomu może takie mechanizmy znać i stosować :)

 

https://www.youtube.com/watch?v=p_8yK2kmxoo

Precz z sygnaturkami.

Uff. Wybaczcie za obsuwę, ale miałem intensywne ostatnie dni.

 

PsychoRybo, cóż za niespodziewana wizyta! Jesteś kolejną osobą, która wspomina jakieś opowiadanie syf.a – pamiętasz może tytuł? Chyba muszę się z nim zapoznać.

Słońce w tym opku nie zgasło w sensie umarło w sposób, jaki się spodziewamy dziś. Raczej gwałtownie zmniejszyło jasność pod wpływem plazmy. (Niestety) wyjaśniałem to już gdzieś wyżej. :p

 

Panie Marasie, piszesz:

Ja nie twierdzę że to s-f. To żadne s-f.

Zajrzałem pod hasło “science fiction” na Wikipedii, na którą się później powołujesz, i stoi tam:

Utwór fantastycznonaukowy zawiera zwykle takie cechy jak: neologizmy związane z rozwojem techniki, przedstawienie obcych cywilizacji, opis pozytywnych lub tragicznych społecznych i politycznych skutków wynalazków technicznychodkryć naukowych, wizje możliwych dróg rozwoju ludzkości.

Któregoś z tych elementów nie zawarłem?

 

tak było wcześniej czy zmieniłeś ten fragment?

Jedyne, co zmieniałem po publikacji, to wywalałem nadmiarowe spacje i wstawiałem zjedzone przecinki, co wyłapali poprzedni czytelnicy.

Całą tyradę nt. lenistwa, głupoty, banialuków i bzdur opierasz w zasadzie na przeoczeniu jednego fragmentu. I trudno, biorę to na klatę, bo trzeba było pewne rzeczy podkreślić bardziej. Wydaje mi się, że astronomiczna wersja science nie nadąża za biochemiczną, stąd być może pojawiło się to przypuszczenie, że zgaśnięcie słońca powinno oznaczać jego spuchnięcie i wchłonięcie Ziemi, a nie takie pitupitu jak zaserwowałem. :p

Natomiast, no jest to fantastyka, w dodatku nigdy nie reklamowana jako hard sf. Przyjąłem, że jeśli w okolicy pojawi się obca cywilizacja/technologia, to wcale nie musi się z ludźmi kontaktować, wcale nie musimy rozumieć motywów ani sposobów jej działań. Przyjąłem, że pewne kwestie mają prawo pozostać niewyjaśnione. Słońce zgasło, czyt. przygasło, lecz gwiazda jako taka miała się dobrze, po prostu była eksploatowana w nieznany i nieistotny fabularnie sposób.

Natomiast masz rację, że chodzi o uczucia i człowieka. Gdybym chciał skupiać się na opisie mechanizmu gaszenia Słońca przez kosmitów czy biochemii splątania neuronalnego, nie pisałbym opowiadania, tylko artykuł czy esej. Pisanie o ludziach w różnych dziwnych scenografiach jest dla mnie po prostu o wiele bardziej ciekawe.

 

Masiek, dzięki za wizytę. Cieszę się, że tak we mnie wierzysz, ale wolałbym zaspokajać takie oczekiwania na bieżąco, a nie tylko w domyśle. Opko, o którym wspominasz, powstawało o wiele dłużej, przez to było bardziej dopracowane. Cóż, taka uroda konkursów.

Jeśli dziedzictwa zachowało się wybitnie niewiele, to jakim cudem technologia nie została nic a nic upośledzona, a nawet drastycznie zdołali ją rozwinąć?

Hm. Mogły zachować się zręby technologii, na której bazowano, gdy ją odbudowywano, natomiast stracono np. sztukę, archiwa, dane. Słusznie natomiast zwracasz tutaj uwagę na pewne uproszczenie, na które się zdecydowałem. Mea culpa.

 

ZiZi, dzięki za komentarz. To kolejna opinia osoby, która spodziewała się troszkę czego innego po tym tekście i w sumie jest czymś nieco rozczarowana. Pisanie sf to potwornie śliska sprawa. ;D

Dzięki za filmik, nie znałem tego kanału. Trzeba nadrobić.

Te nanoboty mają niwelować skutki jakiejś choroby, tak?

Tak. Wchodzenie w szczegóły i nazywanie konkretnej choroby uznałem za zbędne.

Całą tyradę nt. lenistwa, głupoty, banialuków i bzdur opierasz w zasadzie na przeoczeniu jednego fragmentu. I trudno, biorę to na klatę, bo trzeba było pewne rzeczy podkreślić bardziej. Wydaje mi się, że astronomiczna wersja science nie nadąża za biochemiczną, stąd być może pojawiło się to przypuszczenie, że zgaśnięcie słońca powinno oznaczać jego spuchnięcie i wchłonięcie Ziemi, a nie takie pitupitu jak zaserwowałem. :p

Tak. Na to wychodzi. Że nie zauważyłem tego zdania, a reszta mojej tyrady wzięła się z tego, że pozostałe cytaty zawierały sformułowania sugerujące późniejszy przylot plazmy i tak mi utknęło w głowie (nie tylko mnie, powiem na swoją obronę). Poza tym, że jestem nieuważnym czytelnikiem, powinieneś jednak wziąć pod uwagę, że przydałoby się to jakoś jasniej i wyraźniej określić w tekście.

To zdanie dotyczące s-f, jak wspomniałem pochodzi z gorącej dyskusji nad tym opowiadaniem i stwierdzenie, że to nie s-f znaczyło mniej więcej, że to fantastyka bez tego rzetelnego science. Bo mnie te gaśnięcie słońca wkurzyło. Kawałek dalej piszę przecież mniej więcej, że gdybyś zadabał o astronomię, tak jak o biologię i medycynę, to byłoby science-fiction jakiego szukam. I nie odbieraj tego jako złośliwe tyrady, tylko zauważ, że moje rozczarowanie wynikało z nieporozumienia/niezrozumienia wątku Słonce/obcy i w zasadzie miałem nawet żal, że nie docisnąłeś tego tekstu na maxa i nie dopieściłeś tak, żeby to było 100 % wiarygodne science fiction. A fakt, że akurat Twój tekst wywołał gorącą dyskusję w innym miejscu, też nie powinien Cię martwić, a wręcz przeciwnie :)

I tu nie chodzi o hard s-f. Za każdym razem, gdy mówię Wilkowi, że w s-f są olane jakieś kwestie naukowe, on mi wyjeżdża z tekstem “nie wszystko co s-f jest hard s-f”. A przecież nie chodzi o hard s-f, hard s-f ma swoje zasady i stałe elementy, tematykę, nasycenie nauką itd., a ja mówię o wiarygodnych i sprawdzonych naukowych podstawach, które są tłem a nie sednem fabuły i świata przedstawionego. Jeśli coś jest science to niech to będzie science. I w zasadzie to był mój główny zarzut do Twojego tekstu (poza tym bzykaniem na 4 akapity).

Po przeczytaniu spalić monitor.

Skrzętnie notuję wszystkie Wasze uwagi, żeby następnym razem zrobić z nich użytek.

Martwi mnie natomiast okrutnie, że dyskusje o moim opku toczą się gdzieś pokątnie zamiast tu i nie mogę wziąć w nich udziału. ;D

 

Dobra, bez zbędnych ceregieli, bo tekstów do skomentowania dużo, a czasu wręcz przeciwnie.

Zaczniemy od języka.

Dobry, ale nierówny. I pisząc nierówny wcale nie mam na myśli poziomu, ale raczej pewną niekonsekwencję.

Początek napisany z dużym wyczuciem. Te słowa są, jakkolwiek głupio by ta uwaga nie wyglądała, delikatne. Momentami wręcz wymuskane. Od razu uczciwie zaznaczę: Twoje opowiadanie to nie są do końca moje klimaty, więc pochwały nie wynikają absolutnie ze wstrzelenia się w moje preferencje czytelnicze, ale z próby rzetelnego ocenienia tekstu. Zresztą, bawiąc się w jurorowanie nie wyobrażam sobie innego podejścia.

Opis tej pierwszej sceny sprawia, że jest ona nie tyle nawet obrazowa, ale wyczuwalna, co bardzo dobrze wpisuje się w to, co chcesz zaprezentować, jak i również w to, co ta scena ma zbudować pod kątem całego opowiadania. A ponieważ są to pierwsze zdania, jakże dla tekstu i autora istotne (bo przecież odpowiadają za pierwsze wrażenie czytelnika), jak najbardziej muszę to wprowadzenie (z naciskiem na język) pochwalić.

Natomiast tak, jak chwalę początek, tak muszę też zauważyć, że bezpośrednio po nim język zaczął Ci trochę uciekać. Zachwiały się proporcje, te opisy zaczęły mi się wydawać przesadnie sztywne. Takie suche, techniczne. Z wyraźnym przechyłem w stronę „wyrazów uwierzytelniających opowieść”, kosztem tych „tworzących opowieść” – faktycznie opowiadających.

Od razu zaznaczę jedną rzecz. Ja rozumiem, że gatunek i charakterystyka tekstu niejako wymagają obecność takiego języka. Że jesteś tutaj w jakimś stopniu usprawiedliwiony. Tak samo rozumiem, że opowiadań nie tworzy się według schematów, a język nie musi być „od linijki” – równy na przestrzeni całego tekstu. Czasem wręcz trzeba go trochę nagiąć w jedną czy drugą stronę, w zależności od tego, co chcemy zaprezentować, opowiedzieć, czy omówić w danym fragmencie.

Natomiast od opowiadania trzeba też wymagać, by dało się je czytać z przyjemnością. A w tych trudniejszych fragmentach – przynajmniej bez bólu. W końcu science-fiction wymaga często wyłożenia pewnych rzeczy czy zagadnień, co siłą rzeczy wymaga zastosowanie sztywnego języka.

Tutaj ten przechył sprawia, że przez tekst zaczynałem brnąć. Że grzązłem w tej przesadnej techniczności języka, przebijałem się przez nią. Pisząc wprost: męczyłem się. To nie jest oczywiście taki klasyczny technobełkot. Chodzi raczej o bardzo duże nagromadzenie takich „nieopowiadaniowych” słów, które strasznie zniechęcają. Zwłaszcza kogoś, kto nie sympatyzuje zbytnio z danym rodzajem opowiadań.

Ten przechył ciągnie się tak do (mniej więcej) trzydziestu procent opowiadania i… słabnie. Jakbyś nagle znalazł właściwszy balans i utrzymywał go już potem do samego końca. No i teraz pytanie: skoro ten przechył pojawia się przestrzeni ledwie jednej czwartej tekstu, to po co tyle marudzenia?

Ano po to, że to akurat ta część opowiadania, gdzie czytelnik najczęściej wywiesza białą flagę i odpuszcza lekturę. ;-)

Oczywiście, patrząc na całe opowiadanie, oceniam język jako solidny, rzetelny (a momentami, co wskazałem wcześniej, nawet więcej) i dobrze dopasowany do opowiadania. Natomiast to wszystko z jednym, lecz znaczącym „ale”. ;-)

Dobra, dosyć o tym języku, bo nigdy tego komentarza nie skończę.

Świat.

Przede wszystkim dostajemy tu trochę inne ujęcie świata niż większość tekstów konkursowych, a zarazem bliskie gatunkowi, w którym piszesz. Trzeba sobie od razu powiedzieć, że od takiego świata nie będziemy oczekiwali efektowności, fajerwerków i popisu wyobraźni. Zgodnie z gatunkiem prezentujesz nam tu takie małżeństwo obrazowych opisów i warstwy uwierzytelniającej. Co ważne, jest to małżeństwo zgodne. ;)

Naturalnie, to nie jest świat, który zachwyci. To nie jest świat, który zrobi ogromne wrażenie. Natomiast od science-fiction oczekiwałbym przede wszystkim tego, że:

– pokażesz mi tego świata tyle, ile potrzeba z perspektywy opowieści

– opowiesz mi o tym jak ten świat funkcjonuje; może też o tym, co działo się w nim wcześniej, a jednocześnie powiążesz te wyjaśnienia z fabułą

– spróbujesz uwiarygodnić to, o czym opowiadasz i co prezentujesz (poprzez odpowiednie opisy i omówienie) w taki sposób, by laik mógł to kupić.

 

Wszystkie trzy warunki zostały w mojej ocenie spełnione. Nie będę tu nawet udawał, że jakoś mocno analizowałem te wszystkie opisy, które nazywam uwierzytelniającymi, bo nie czuję się odpowiednio kompetentny, ale też nie ma się w tej kwestii do czego przyczepić, a ponieważ nie mam też żadnych innych, krytycznych uwag, oceniam świat jako zaletę tekstu.

Technicznie? Natknąłem się gdzieś na literówkę i to chyba wszystko.

Bohaterowie.

Skupię się na Bonnie, bo to ona „rządzi” w tym opowiadaniu. Dobrze napisana bohaterka. Charakter postaci odpowiednio dopasowany do pomysłu na tekst, zarówno do fabuły, obrazu świata, jak i krzty (jak nie więcej) warstwy refleksyjnej, którą próbujesz tutaj zawrzeć. Bonnie ma mocną osobowość, jest wyrazista, dosyć łatwo i bez wysiłku można ją po lekturze scharakteryzować. Tyle bym oczekiwał i tyle jest. Idziemy dalej.

Została fabuła.

Fabuła to taki trochę miks akcji, odkrywania tajemnic, warstwy emocjonalnej w ujęciu technicznym oraz odrobiny refleksji. Trudno powiedzieć, że taki miks może porwać, ale za to z całą pewnością nadrabia różnorodnością. Zresztą, nie każda fabuła jest od tego, żeby porywać.

Wiesz, z fabułą u Ciebie to jest tak:nie mam żadnych poważnych zarzutów. Nie mam też wrażenia, że jakieś zmiany w fabule sprawiłyby, że opowiadanie stałoby się lepsze. Zrobiłeś tu naprawdę sporo, więc ani myślę Ci tego odbierać. Jak pisałem, zadbałeś, by by było trochę akcji, więc tempo, mimo pewnego nagromadzenia tych sztywnych, technicznych słów, nie tylko nie kuleje, ale nawet jest w nim pewna różnorodność i zmiany intensywności. Dorzuciłeś trochę tajemnic, które budują ciekawość. Sięgnąłeś również po ten motyw, który nazwałem „warstwą emocjonalną w ujęciu technicznym”. Który opowiada o czymś, co już dobrze znamy, ale z innej perspektywy. Do tego nuta refleksji, która może oryginalnością nie powala, ale jednak dopełnia obrazu opowiadania, które jest w jakiś sposób różnorodne. Wszystko to składa się na wysoką ocenę nie tylko fabuły, lecz i całego tekstu, ale…

Patrz, zawsze musi być jakieś „ale”. ;-)

Owo „ale” polega na tym, że – i dotyczy to tak fabuły, jak i całego opowiadania – tyleż samo ten tekst może przynieść pozytywnych ocen, co opinii „nie moje klimaty”. I teraz znów wrócę do tego, co pisałem już przy okazji innego tekstu konkursowego. Po jaką cholerę ja w ogóle o tym piszę? Przecież wiadomo, że opowiadanie nie ma trafiać do wszystkich. Więc napiszę to samo, co w tamtym przypadku: bo do pochwał trzeba przyłożyć jakąś miarę. Tylko wtedy będzie uczciwie.

Jeśli więc, niemal rozłożywszy tekst na czynniki pierwsze, wymieniam jego zalety, to tak samo muszę ocenić, że poza swoim gatunkiem opowiadanie ma jednak ograniczony potencjał trafiania do czytelnika. Jeżeli piszę, że jest to (bardzo) dobre opowiadanie science-fiction, to tak samo muszę napisać, że to, co wartościowe literacko, nie zawsze musi być od razu atrakcyjne dla czytelnika. Bo chociaż wielu zapewne znajdzie frajdę z lektury Twojego tekstu, to tak samo wielu może mieć z odnalezieniem tej frajdy problem. Moim zdaniem to ten rodzaj tekstu, który ma jednak dość ograniczone możliwości trafiania do czytelników, którzy nie gustują szczególnie w danym gatunku. I chociaż owa uwaga to nic innego jak banał i oczywistość, muszę ją zawrzeć, jeśli ocena (pozytywna) opowiadania ma być odpowiednio wyważona.

Podziękował za udział w konkursie.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dotykał w idealnych miejscach, a opuszki palców, koniuszek języka, nawet strumienie wydychanego coraz szybciej powietrza łechtały właśnie tam, gdzie powinny;

To słowo tu nie pasuje. Nie miejsca były idealne, a raczej on idealnie je odnajdywał.

Bonnie przylgnęła mocniej, ustabilizowała poziom oksytocyny, poczuła pracujące pod skórą mięśnie.

Tutaj jest odrobinę niejasne czyje mięśnie pracowały pod skórą. Jej czy jego?

Poziom endorfin mężczyzny już dawno przekroczył plateau.

Raczej wybił się ponad plateau.

Siedem niezależnych źródeł donosi, że funkcje życiowe May ustały.

Tutaj się zawiesiłem, bo nie wiedziałem kim jest May. Wyjaśniasz to dopiero później.

Bonnie pozostawała obojętna na ujrzany obrazek.

Nie brzmi to dobrze.

Z podziemi niebiańska siła wyszarpywała nieszczęśników, którzy nie zdołali uciec.

Dziwny szyk. Zacząłbym od podmiotu (niebiańska siła).

Nie ma ona jednak interesu w nawiązywani kontaktu z ludźmi.

Literówka

Nigdzie cię nie dopuszczę. To prawda, jesteś czymś więcej [-,] niż WI.

Świat wydawał się brzydki i wykastrowany z piękna, odkąd Bonnie poznała, jak wyglądał przed wiekami.

Szyk

 

Nie będę się nadmiernie rozpisywał, bo i krytyki nadmiernej nie będzie. Podobało mi się. Ciekawe, świetnie wykorzystana wiedza medyczno-fizjologiczna. Odważny początek. Wizja również intrygująca. Opowiadanie ma swój unikalny charakter i to jest jego niewątpliwa zaleta.

Warte pióra.

Powyższe niedoskonałości są łatwe do poprawy i nie rzutują istotnie na całość.

 

Podsumowując, TAK.

Ocena: 5.275/6

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Psychofishu, dzięki za linka. Okazuje się, że czytałem tamto opko, ale prawdę mówiąc kompletnie wyleciało mi ono z głowy (wszak czytanie odbywało się początkiem 2017go roku). Musicie mi z Panem Marasem uwierzyć na słowo, że nie popełniłem plagiatu. devil

 

CM, witam jurora w moich skromnych progach!

Nierówność językowa, o której wspominasz, to coś, na co świadomie się zdecydowałem. Tekst otwiera scena zbliżenia, pełna wrażeń, jakichś pomniejszych namiętności, a po niej następuje chłodna, techniczna analiza zaszłych zdarzeń. Czy można by, chcąc zachować konsekwencję językową, pierwszą scenę napisać bardziej technicznie albo drugą subtelnie, wręcz eterycznie? Pewnie można, ale nie widziałem w tym sensu. Pierwsza scena powinna rysować jakiś obraz świata, który zaczyna się kruszyć, gdy wjeżdżają kolejne biochemiczne terminy. Ot, taki miałem pomysł. :p

Z pewnością wielu odrzuci początek, ale liczę się z tym. Gdybym napisał opowiadanie dla każdego, to byłoby ono tak naprawdę dla nikogo. Tak sądzę. Nie być w mainstreamie – ok, ale być zbyt hermetycznym to już problem. Próbowałem znaleźć w tym balans.

Na koniec jeszcze podziękuję za bardzo fajny konkurs, jaki zorganizowaliście z Sarą. Lubię, gdy temat jest tak otwarty i można dać się ponieść w naprawdę różne rejony wyobraźni, a każdy uczestnik na swój sposób. No i dodatkowe znaki za altruizm czytelniczy to naprawdę rewelacyjny pomysł.

 

Chrościsko, dzięki za łapankę, zmiany wprowadzę. Cieszę się, że się podobało. Twój komentarz właściwie uświadomił mi, że w ogóle załapałem się na nominację, zatem dziękuję za TAKa. ;D

Jak Ty mnie, Bright, zaimponowałeś tym opowiadaniem.

Choć zacząłeś od falstartu. Cała pierwsza scena wydała mi się odpisana od Syfowej „Czerni”. Ale przeczytałem do końca i wybaczyłem (choć nie zapomniałem), bo u Ciebie takie wprowadzenie jest nie tylko wabikiem na czytelnika, ale bardzo udaną prezentacją świata, postludzi i samej bohaterki (kupiłeś mnie słowem „artystka”), a przy tym domyka się klamrą zakończenia.

Znasz pewnie to uczucie, kiedy czytasz książkę i nie umiesz się nią cieszyć jako czytelnik, bo skażony własnym pisaniem i rozmowami na portalu analizujesz technikę autora. Coś podobnego miałem w tym wypadku, ale efekt był paradoksalny – nie przejmowałem się, że ten tekst jest trudny, nie przeszkadzało mi, że nie wszystko wyjaśniasz, ja po prostu poczułem szacunek dla autora. Szacunek za rozmach kreacji (przecież wystarczyłaby zwykła sceneria postapo, bez szczelin, plazm, piramid, SI/WI, gasnących słońc itd. – a Ty wrzuciłeś tutaj mnóstwo nieobowiązkowych, autorskich elementów; zrobiłeś to z gestem, którego wymaga trzymanie się perspektywy bohatera i unikanie infodumpów) i za konsekwencje w języku (niełatwym, ale spójnym).

Stworzyłeś opowiadanie niepozbawione błędów (hermetyczny język, zachwiane proporcje, luki), ale imponujące. Co więcej, wydaje mi się, że jedno jest nierozerwalnie związane z drugim.

Dzięki, Coboldzie!

Uczucie, o którym wspominasz, włącza mi się raczej, gdy czytanie mi się nie klei i automatycznie włącza mi się wyłuskiwanie wszelakich baboli. Obawiałem się, że komentarz pójdzie w tę stronę, ale wygląda na to, że się jednak podobało. Imponowanie, szacunek – to duże słowa i jeśli wychodzą pod moim adresem spod takich palców, to dużo dla mnie znaczy. :)

Stworzyłeś opowiadanie niepozbawione błędów (hermetyczny język, zachwiane proporcje, luki), ale imponujące. Co więcej, wydaje mi się, że jedno jest nierozerwalnie związane z drugim.

Czy dobrze rozumiem, że uważasz błędy za nierozerwalnie związane z tym, że opowiadanie imponuje? Mam nadzieję, że nie imponuje błędami. ;D

Żeby nie było wątpliwości: byłem na TAK.

 

Uczucie, o którym wspominasz, włącza mi się raczej, gdy czytanie mi się nie klei i automatycznie włącza mi się wyłuskiwanie wszelakich baboli.

Powinieneś chyba staranniej dobierać lektury ;)

 

Co do sensu ostatniego zdania mojego poprzedniego komentarza – można tworzyć opowiadania, które są całymi światami, a można tworzyć całe światy, do których opowiadania są tylko bramami. Pierwsze podobają się większości, drugie – imponują niektórym czytelnikom. Coś za coś.

Przyznam, że do końca się wahałem i nadal nie jestem pewien oceny. W moich własnych kryteriach tekst jest odrobinę poniżej granicy pierzastej (problem z „przeoczeniem” istotnego wątku), ale spróbowałem wyjść poza własne pudełko i tam już mocno ciągnie w górę klimat, możliwość zwizualizowania tego świata, czy wreszcie zderzenie „standardów” tego „czym są emocje” w różnych warunkach cywilizacyjnych. Tak więc będzie kolekcjonerski wilczy tak ;) 

Dobry wieczór,

przyznam, że czytałam na raty – przed i po wycieczce na Sine Wiry (ach te Bieszczady), ale nie zakłóciło to mojego odbioru opowiadania.

Miałam spory problem z dużą ilością terminów zupełnie mi obcych, przez co szczególnie na początku się nieco gubiłam. Myślę, że odbiór mógłby być nieco łatwiejszy, ale to już pewnie pytanie o Twoją grupę docelową bo pewnie jest sporo osób, które docenią te szczegóły.

Nie wiem czy mogę coś dodać tutaj jeszcze wartościowego – jest piórko, plus wygrana w konkursie. Chyba wszystko zostało już powiedziane, ale mi spodobało się zakończenie i było dla mnie zaskoczeniem – spodziewałam się, że jednak Bonnie upubliczni nagrania wspomnień Rity. Ale wydaje mi się, że rozumiem jej motywację i bardzo zasadne było pytanie na końcu do przyjaciółki: 

za kogo się uważałaś, sądząc, że masz prawo naruszać nasz status quo? I to cudzymi rękami?

Porusza to ciekawy wątek – genialnych umysłów, którzy poszli o krok za daleko i uznali, że mogą zmieniać i burzyć świat wedle własnej wizji. I to wszystko pod płaszczykiem zmiany na lepsze. 

Stąd opowiadanie mi się podobało, ale odbiór był utrudniony, ale to dobre postapo w świeżym wydaniu.

Cześć!

Niezłe. Klimatyczne, z pomysłem i tonami specjalistycznego słownictwa. Początkowa scena nie każdemu przypadnie do gustu, ale stanowi świetną kotwicę uwagi i dodatkowo nieszablonowo buduje obraz bohaterki. Artystka, naukowiec, handlarka doznać… :D

Ciekawa koncepcja świata i społeczeństwa; ludzie żyjący w podziemiach, kryjący się przed tajemniczymi szczelinami. Klitki mieszkalne i trzy wdechy, które wolno wziąć idąc na powierzchnię. Porządne, fantastyczne s-f z ciekawym zakończeniem. Nie tylko powierzchnie ludzie utracili przez te wszystkie lata…

 Napisane elegancko, bez zgrzytów imho czy potknięć, choć niektóre przeskoki wymagały kilku zdań, by zrozumieć, co się dzieje i gdzie pannica się udała. W pewnie sposób pasuje to do pospiechu bohaterki. Z rzecz, które jakoś mnie zaintrygowały (jestem zwyczajnie ciekaw):

– Szanse na to, że uda mi się do ciebie dotrzeć, wynosiły zaledwie siedem koma trzy procent.

Jeszcze odchylenia standardowego zapomniała podać. Zakładając, że w najbliższym otoczeniu są procesy niezrozumiałe (piramidy), to na jakiej podstawie można policzyć prawdopodobieństwo wystąpienia zdarzenia?

Analiza piramid poszczelinowych i skorupy ziemskiej pod nimi wykazała ich wyjałowienie z pierwiastków ziem rzadkich, głównie ceru, holmu i erbu. Niewykluczone, że plazma pozyskuje w ten sposób także zasoby na poziomie kwantowym lub niższym, choć to spekulacje.

Skoro poziom kwantowy, to czemu konkretne pierwiastki, przecież to wyższy poziom. I jak stwierdzić wyjałowienie z czegoś, co występuje w tak niewielkich ilościach.

 

Podsumowując, bardzo dobry tekst, nie dziwi piórko. Powodzenia w dalszym pisaniu.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Po pierwsze: cześć!

Po drugie: gratuluję piórka!

Po trzecie: najbardziej podpisuję się pod komentarzem cobolda.

 

IMO jak na daną obiętość jest tak, jak powinno być. Nie za dużo, nie za mało. Miejscami hermetyczny język jest niezrozumiały (dla mnie), ale z kontekstu odczytujemy o co mniej więcej chodzi i nie ma tu potrzeby odbywania lekcji biochemu. Podobnie jest ze światem przedstawionym, pokazujesz nam jego elementy, powierzchownie tłumaczysz i to wystarczy do opowiedzenia historii. Otwierasz przed czytelnikiem portal na świat, rzucasz kilka wskazówek jak się w nim odnaleźć i hej, łowco przygód wskakuj i baw się dobrze. Ale kompletnego przewodnika nie dostaniesz, zdaj się na swój instynkt.

 Mi się podobało, przepłynąłem bez problemu. Fajna końcówka, można ją różnie interpretować.

 

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dzięki za kolejne komentarze!

 

Shanti, cieszę się, że opko Cię nie zmogło na tyle, by je porzucić – wszak nie śmiem konkurować z pięknem Bieszczad. Choć nigdy tam nie byłem, z pewnością kiedyś muszę się w końcu wybrać! Fajnie, że zwróciłaś uwagę na motyw genialnego umysłu. Istotnie, nie chciałem robić z Bonnie plot device, która po prostu robi, co sugerują jej inni. Wyszło lepiej lub gorzej, mi się podoba. ;)

 

Cześć, Krarze! “Niezłe” to moje nemesis, to słowo swego czasu otwierało większość komentarzy Reg pod moimi tekstami. xD Cieszę się, że tyle elementów się spodobało.

Co do wątpliwości: mieszkańcy tego świata wiedzieli jak powstają piramidy, nie wiedzieli dlaczego ani po co, stąd pokusiłem się o procentową estymację i włożyłem w usta postaci. Natomiast nie roztrząsałem tego aż tak dokładnie. :p

Co do eksploatacji złóż przez plazmę, to we fragmencie, który zacytowałeś, mowa o pozyskiwaniu konkretnych pierwiastków ORAZ surowców na poziomie kwantowym lub niższym, choć to tylko spekulacje.

 

Cześć, Mytrixie, łowco przygód. :P

Ten komentarz to w sumie precyzyjne podsumowanie tego, jak chciałem, by to opowiadanie odbierać. Nie wiem, co Ci więcej odpisać. Bardzo mi się podoba ten komentarz. XD

Dzięki!

Ja pomarudziłem, wycofałem się z części zarzutów wywołanych własną nieuwagą, ale cieszę się szczerze, że będzie w antolgii portalowej jakaś fantastyka bardziej futurologiczna. Poza tym dostałeś blogosławieństwo i TAK-a Cobolda, co mi się nigdy nie udało, więc pewnie to ja się myliłem ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ach, Panie Marasie, z tych trzech piórek na krzyż to póki co jakaś broszura wyjdzie, nie książka… No ale mamy dopiero maj, ja wierzę, że jeszcze sypnie pierzem.

TAK od Cobolda to jeszcze się zdarza… Jakbym dostał TAKa od Jose, to byłby znak, że piekło zaczyna zamarzać. ;D

dostałeś blogosławieństwo i TAK-a Cobolda, co mi się nigdy nie udało

Ale dostałeś ode mnie kiedyś nominację, a to też błogosławieństwo :)

Ale dostałeś ode mnie kiedyś nominację, a to też błogosławieństwo :)

Ale to chyba w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, do której nie mam wglądu, Coboldzie ;)

 

Ale nie róbmy spamu i offtopa pod opowiadaniem Mrb :) Jeszcze raz gratuluję piórka!

 

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Clyde! Jakże on mógł mieć inaczej na imię!

Myślę, MrBrightside, że w komentarzach powyżej pojawiło się już tyle lukru, że w którymś momencie musiało cię wziąć na wymioty, ale wybacz, dołożę jeszcze o drobinę. Taki to los autorów piszących świetne opowiadania – słodycz do porzygania.

Jakby ktoś z młodych padawanów pióra zechciał napisać rasowe sf to może tu przyjść po nauki. Tak ogólnie, żeby zobaczyć, czym ten gatunek tak naprawdę jest. A jest rozbudowanym sztafażem, mieszczącym w sobie i fantastyczność wizji odległej przyszłości i efektowną na poziomie języka naukowość żargonu, z której ja sam niewiele zrozumiałem, bom głupi, ale którą tak przyjemnie wziąć z dobrodziejstwem inwentarza i pełnym zaufaniem do autora, że on przecież wie o czym pisze. Ogólnie jest tu gęsto. Mało siedzę w sf, porównać to wrażenie mogę jedynie do lektury Ślepowidzenia, gdzie w moim odczuciu wszystkiego było na dwa razy pod korek z okrętką, ale jeju, jak ten facet potrafił pisać (jakże on się nazywał?)! Albo ten nowy Blade Runner. Wysokoestetyczna strona wizualna, która stanowi dla mych oczu kompletnie obcy, lecz jakże przyjemny w odbiorze język – tak się czułem w trakcie lektury. Ale, ale, to przecież tylko sztafaż, lepszy od wszelkich innych gatunków, bo pozwalający ustawić czytelnika w o wiele szerszej perspektywie. Oczywiście tylko po to, że by opowiedzieć mu o naszym życiu tu i teraz.

W pewnym momencie zastanawiałem się, po co było to obsypane tokenami bunga-bunga ze wstępu. Oczywiście gdy pojawiła się Rita i Dex przestałem się zastanawiać. Szuler odsłonił karty, a tam był bardzo dobry układ. Z dużą satysfakcją przyjąłem, że zrąb sensu tej opowieści zawiera się w wulgarnym, lecz przez to dosadnym powiedzeniu ulicznym, że seks z osobą, z którą nie da się po wszystkim pogadać nie różni się niczym od onanizmu. Cała ta wydumana warstwa fantastyczności, ten naukowy żargon, gdzie latają i nanoboty i SI i WSI i jeszcze się wydziela tyle enzymów i soków trawiennych, że repetytorium z biologii wymięka, ściągnięta została w pewnej chwili do poziomu zero, do tu i teraz, do doświadczenia życia każdego z nas, tak, że można się przejrzeć w tej historii jak w lustrze. Coś pięknego. Pozostaje jedynie pokiwać głową i cmoknąć z uznaniem. Pierwszorzędna robota. Doskonałe opowiadanie.

Witaj, Michale! Muszę wyznać, że lukier, cukier i inne słodkości pochłaniam w każdej ilości. xD

Ostatni akapit Twojego komentarza to jedna z tych opinii, dla których wystawia się na krytykę. Naprawdę działa motywująco. I już któryś raz czytelnik zaskakuje mnie ubraniem w zwięzłe słowa tego, na co sam musiałem poświęcić kilkadziesiąt tysięcy znaków. :P

Dzięki, że wpadłeś!

Pomysłowe. Interesujące. Czyta się jednym tchem i ma się potem ochotę wrócić by posmakować koncepcję.

Dzień dobry! :)

Jestem, późno, ale jestem. :p

 

Zacznę od podziękowań dla Finkli, która nominowała to opowiadanie do piórka. Ależ mi ulżyło, kiedy zobaczyłam tę nominację. Już chciałam robić wyjątek i sama zgłaszać, nawet ryzykując, że ktoś przez to odgadnie faworyta konkursu jeszcze w trakcie trwania konkursu. Na szczęście nie musiałam tego robić. 

Gratuluję piórka, MrB! Gratuluję wygranej w konkursie! Pozostaje mi życzyć złota. ;)

 

Przejdźmy do tekstu.

Wypowiedziało się tu już tyle mądrych głów, że nie za bardzo wiem, co mądrzejszego mam napisać, więc po prostu powiem, co czułam po lekturze. 

Ten obrazek, który dostałeś, poniekąd przedstawia mój stan po czytaniu “Przyszłości…”. To opowiadanie rozwaliło mi mózg. ;) Przyznaję, że oczekiwałam od Ciebie potwornie dobrego tekstu i miałam nadzieję, że nie zawiedziesz. Ulżyło mi, nie zawiodłeś moich oczekiwań, a nawet z łatwością przeskoczyłeś tę poprzeczkę, którą Ci postawiłam.

To opowiadanie na początku jest nieco hermetyczne i to jedyna lekka “wada”, bo musisz liczyć się z tym, że taki hermet może odrzucić czytelnika. Jednak trzeba przyznać, że z łatwością poruszasz się tym zamkniętym językiem i to się szanuje. 

Wykreowałeś świetną, żywą bohaterkę i nie wiem sama, czy ją polubiłam, czy nie, ale ona jest prawdziwa. Światotwórczo nie zawiodłeś. Trudno pisać o tym świecie, że jest piękny, bo to raczej smutna, szara wizja, ale przedstawiłeś ten świat naprawdę umiejętnie.

Fabuła powoli powoli posuwa się do przodu, bez fajerwerków i naparzanek, ale nie w każdym tekście musi się dziać.

A to zakończenie… O mateczko, piękne podsumowanie całości. heart

 

Nic mądrzejszego nie napiszę, bo mi po prostu ciężko i po prostu nie mam się do czego przyczepić. <ulubiona_emotka_baila>

 

Dziękuję za udział w konkursie! :)

Drobiazg… ;-)

Babska logika rządzi!

 

Jurorka Sara jednak przybyła! Jak mogłem zwątpić w jej słowo. ;D

Cieszę się, że się spodobało. Co do hermetyczności na początku, to przyznam, że to błąd amatora – niepewnie czuję się w konwencji SF, toteż stwierdziłem, że walnę z początku hard science z działki, na której się znam, to stworzy pewne wyobrażenie o tym tekście, które przysłoni nieco bardziej rozwodnioną warstwę science z dziedziny fizyki czy informatyki. Tam trochę uprościłem, bo żaden ze mnie fizyk. :P

 

Jeszcze umknął mi komentarz Koali, ale szybciutko nadrabiam: dziękuję, polecam się, mam nadzieję, że do zobaczenia ponownie – tu, czy pod jakimś innym tekstem. ;)

Hej, MrB!

 

Gdzieś mi mignęła czyjaś wypowiedź, że największe dyskusje na portalu rodzą się przy sci-fi w kwestiach naukowych. Matuleńko, ta powyżej to taka większa, mniejsza, czy średnia? Pytam, bo to nie mój gatunek, a chciałbym wiedzieć co trzeba przejść po napisaniu takiego opka.

Moja wizyta jest też dość spóźniona, więc tekst rozłożony na czynniki pierwsze, a w bibliotece dumnie puszy piórko z brązu. Znaczek jakości przyklejony, toć ja tylko powiem, że zasłużenie (na tyle, na ile pojmuję sci-fi).

Nie utonąłem w mądrych i uczonych słowach, rozumiałem może co drugie, ale zupełnie mi to nie przeszkodziło.

Na największy plus podrzucę to, co zaznaczył już Michał: na pierwszym planie jest czysto ludzki i ważny przekaz, opowiedziany poprzez sci-fi. Ja niestety odbiłem się kilka razy od tego gatunku, gdy sci-fi było opowiedziane przez zagmatwany i słaby przekaz.

Chylę czoła i gratuluję!

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Nowa Fantastyka