- Opowiadanie: Michał Pe - Wszystkie odcienie zieleni

Wszystkie odcienie zieleni

Pozdrowienia dla organizatorów konkursu, wszystkich tytulikarzy oraz tych, którzy zajrzą tu w poszukiwaniu chwili niezobowiązującej rozrywki.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Wszystkie odcienie zieleni

Oni się go bali. Po prostu. Świadomość faktu uderzyła mnie z mocą gromu bijącego tam, gdzie nie sposób spodziewać się burzy. Tych trzech zaprawionych w trudach niewdzięcznej służby marynarzy, trzy uosobienia rygoru pracy na morzu, oni bali się tego niedorostka. Chłystka o wyrazie twarzy mogącym wzbudzić jedynie wzgardę lub politowanie.

– Po angielsku zna tylko pojedyncze słowa, ale z nim idzie dogadać się na migi. Sam widziałem, jak rozmawia tak z tubylcami. Jest sprytny. Na swój sposób nadzwyczaj sprytny.

Kapitan Stadhamm dobierał słowa tak, jakby bał się powiedzieć zbyt wiele. Pokiwałem głową.

– No i przyzwyczajony jest do samotności – dodał. – Daje tu sobie radę zupełnie sam. Nieraz i miesiąc minie, zanim ktoś do niego zajrzy.

– Tam mieszka? – zapytałem, wskazując.

– Tak. Dawniej z ojcem. Teraz sam.

Staliśmy ze Stadhammem na wąskiej plaży, u stóp porośniętego dżunglą wzniesienia, z którego szczytu pięła się w niebo wieża latarni morskiej. Tropikalny upał gniótł nas całym swym ciężarem.

– Stary spłodził go z Malajką, ale ona umarła. Potem przysposobił chłopaka do tej roboty. Zresztą stary też był dziwny, jak to Holendrzy. A on… on nie zna życia poza wyspą.

– Nazywa się jakoś? – zapytałem.

– Adriaan. Po ojcu Visser. Lubi nawet, jak mówić do niego z imienia i nazwiska. Radzę zapamiętać.

W tych słowach kryła się przestroga. Stadhamm uciekł spojrzeniem ku ciemnej sylwetce parowca, zakotwiczonego w zatoce. Postawa jego ciała oraz wszystko to, czym człowiek przemawia nie wydając z siebie słowa, zdradzała chęć jak najszybszego opuszczenia wyspy. Przed nami, na skarpie wieńczącej plażę, jeden z marynarzy składał wyciągnięte z łodzi zaopatrzenie. Było tego więcej, niż dwóch ludzi potrzebuje na kilkanaście dni wcale dostatniego życia. Bosman rozmawiał z chłopakiem. Jowialny, wygadany, klepał rozmówcę po ramieniu, śmiejąc się zbyt głośno. Przypominało to próby obłaskawienia głodnego drapieżnika. A może to kulawa znajomości niderlandzkiego nie podsuwała bosmanowi odpowiedniej liczby słów, aby wyjaśnić chłopakowi, po co przybyłem?

– On jest inny. – Stadhamm, nieoczekiwanie, chwycił mnie za ramię. – Proszę spojrzeć.

Wzdrygnąłem się, zaskoczony nagłą poufałością kapitana. Inny? Skądże. W Londynie widywałem już takie twarze. Upiornie płaskie, o rozmytych rysach i z małymi oczkami rozstawionymi zbyt szeroko. Z niewielkim, lecz szerokim nosem osadzonym przesadnie głęboko i ustami wiecznie rozchylonymi w poszukiwaniu oddechu. Ciało krępe, zbite, okrągła głowa o rzadkich włosach zatknięta nań jakby wychodziła wprost z obwisłych ramion. Ręce krótkie o pulchnych dłoniach. Sylwetka przygarbiona, bo oni przeważnie niedosłyszą. Idiotyzm mongolski. Przykra przypadłość, lecz przecież powszechna dla wszystkich nacji. Nie mogłem uwierzyć, że Stadhamm tak stawiał sprawę. Bali się chłopaka, bo przyszło mu urodzić się durniem? Nonsens. W moich oczach odmienność Adriaana mogła wynikać jedynie z faktu, że najwyraźniej doskonale tu sobie radził.

– Bez obaw – rzekłem, wyswobadzając się z opiekuńczego uścisku kapitana. – Nie wygląda groźnie.

Stadhamm cofnął dłoń, robiąc przy tym minę jakbym go uraził.

– Nie w tym rzecz. Pan nie jest tu pierwszy. Radzę uważać.

Wysyczał niemal te słowa i odstąpiwszy ode mnie, ruszył w kierunku wyciągniętej na piach łodzi. Jego podkomendni jakby tylko na to czekali.

Wkrótce zostałem sam. Sam na sam z Adriaanem.

 

***

 

W zieleni tej zawierał się urok palety odcieni rozpostartych pomiędzy żółcią a błękitem – żywa jasność pistacji, nostalgia seledynu, tajemniczy powab szmaragdu, hipnotyczny bezmiar malachitu, więcej jeszcze. Może dlatego wciągała ona gdzieś głębiej. W przestrzeń umykającą ludzkiemu oku, a możliwą do uchwycenia jedynie przez przeczucie, zmysł odpowiedzialny za podatność na to, co niematerialne, a na równi z materialnym budujące świat dookoła. Barwa tego, co ulotne i duchowe. Lub inaczej. Barwa tego, co istnieje, choć nie powinno. Tak ją rozumiałem. Takie nadzieje budziła w moim sercu.

Widywałem ją nie raz. W błysku ognia rozniecanego przez alchemika w ludycznej scenie Adriaena van Ostade, w cieniu na śledziowej łusce w martwej naturze Pietera Claesza, w świetlistości liści i łodyg dających kanwę pod orgastyczny spektakl kwiatowych form i kolorów w bukietowych naturach Bosschaerta. W dziełach mniejszych i większych niderlandzkich mistrzów. Szkoda, że przepadła wraz z nimi.

Uzyskiwano ją z rybich łusek przywożonych z odległych kolonii. Podobno. Ten, kto, jak ja, zechciał ruszyć jej tropem, z miejsca trafiał na mielizny. Nic nie było pewne. Tylko ta niezwykła zieleń na dawnych obrazach, oprawiona w ramki bajek o odległych wyspach malajskich archipelagów. Jakże to mogło nie fascynować?

 

***

 

Hunter!

Chłopak zwrócił się tak do mnie owego pierwszego dnia i tak już zostało. Najwyraźniej bosman potrafił się z nim rozmówić, choć będąc ścisłym to nie ja miałem być łowcą. Ja pragnąłem jedynie zbadać to, co Adriaan dla mnie złowi.

Wyspa nie była duża. Ot, jeden z korali rozrzuconych po niebieskim morzu pręgowanym rafami. Poza pagórkami szczytów porośnięta dżunglą, ciągnąca za sobą ogon nagich, skalistych wzniesień. Prędko zorientowałem się, że niemal nie ma tu zwierząt. Tylko wędrowne ptaki, gniazdujące na klifach i drobne płazy w czeluściach dżungli.

Chłopak z miejsca przydzielił mi rolę asystenta swych codziennych czynności. Prócz nieustannego sprzątania pomieszczeń latarni, której parter służył nam za mieszkanie, pomagałem mu oprawiać ryby, które doskonale łowił zarzucając sieci na przybrzeżnych mieliznach. Wyplataliśmy też kosze z palmowych liści, trochę żeby zabić nudę, bo w szopie na szpargały, przyklejonej do latarni, Adriaan trzymał ich już zdecydowanie zbyt wiele. Ot, bawiłem się z nim. Trochę jak z dzieckiem.

Nie rozmawialiśmy przy tym prawie wcale. Próbowałem zagadywać tymi kilkoma zwrotami, których nauczyłem się w Amsterdamie, ale śmiał się tylko ze mnie, chyba niczego nie rozumiejąc. Sam, poza nielicznymi wypadkami, milczał. Pokazywał, co chciał, gestami, sugestywnymi na tyle, że i ja po kilku dniach przestałem używać języka. Odpowiadało mi to. Czując się swobodniej pośród walijskich pasterzy, niż w ciasnym i głośnym city, nie mogło być inaczej.

Co wieczór rozpalaliśmy latarnię. Co zrozumiałe jedyna czynność, której Adriaan nie wykonywał li tylko dla siebie, wprawiała go w nastrój szczególnego podniecenia. Spinał się wówczas i potrafił obrzucić gniewnym spojrzeniem, jeśli którąkolwiek z drobnych czynności, do jakich dopuszczał mnie przy rozpalaniu latarni, wykonywałem nie dość prędko lub zręcznie. Bóg mi świadkiem, że ani jeden cień statku nie przeciął w owych dniach błękitu wód oblewających wyspę, ale ten codzienny rytuał, ta naznaczona nerwową ekscytacją celebra, ona była Adriaanowi potrzebna jak tonącemu łyk powietrza, a i mnie, bardzo prędko, wydała się czymś więcej niż nieodzownym.

Poza tym chodziliśmy po wyspie. Zaprowadzał mnie w takie jej zakamarki, których sam bym nie odkrył. Raz było to skryte w rozpadlinie pomiędzy wzgórzami źródło, skąd czerpał wodę do picia, innym razem szczelina w skałach ponad kamienistą plażą, stanowiąca wejście do, odniosłem wrażenie, bezdennej jaskini. Trwoniliśmy na podobne przyjemnostki czas, czekając niewiadomego, lecz nie naciskałem. Ostatnim, czego potrzebował człowiek pokroju Adriaan, była presja.

Pewnego dnia zaprowadził mnie na klify na zachodnim krańcu wyspy. Można było stamtąd obserwować ciągnący się za wyspą ogon skalnych ostańców, wyłaniających się z morza niczym łuski z grzbietu bajkowego potwora. Wskazał na nie i mówił coś, czego nie dosłyszałem, bo silny wiat, nim dotarły do mych uszu, porywał słowa, niosąc je ku błękitnej przestrzeni morza.

Here!

To jedno zrozumiałem. Nie wiedzieć czemu, mówiąc to, dotykał palcami uszu. Wychyliłem się ponad klifem, zerkając w urwisko.

Here!

Powtarzał, a ja wzdrygnąłem się, uderzony tym, co zobaczyłem.

W dole, ledwie rzut kamieniem od ściany klifu, fale obmywały skalną iglicę. Tuż obok, tam gdzie klif opadał, odsłaniając dogodne zajście na wysypaną skalnym gruzem płyciznę, czezł zewłok jakiegoś człowieka.

– Adriaan, tam ktoś jest! – krzyknąłem, odwracając twarz. – Tam leży jakieś ciało!

Chłopak spuścił ręce wzdłuż tułowia i patrzył ma mnie tym bezmyślnym spojrzeniem, które po raz pierwszy wydało mi się drażniące.

– Adrian, słyszysz mnie?

Obtarł nos wierzchem rękawa. Odniosłem wrażenie, że chce już wracać. Skoczyłem ku niemu, chwytając za ramiona.

– Adriaan Visser, do diabła! Co to był za człowiek?

Poryw wiatru cisnął mu w twarz strąki włosów, gdy roześmiał się, odsłaniając żółte zęby. Błysk zrozumienia przeszył mnie nieprzyjemnym dreszczem, zanim jeszcze usta chłopaka złożyły się by wypowiedzieć to jedno słowo, w którym zawarł się sens przestrogi kapitana Stadhamma.

Hunter!

 

***

 

– Nie… Proszę zrozumieć… To nie najszczęśliwszy pomysł.

Rozległe, jasne wnętrze biura urzędu żeglugowego kontrastowało ze zgarbioną, ciemną sylwetką kapitana Jamesa jak dzień z nocą. Cóż to był za marudny człowiek! Stałem oto przed nim niczym uosobienie gotowości i zapału, wręczyłem papiery stanowiące rodzaj kwitu zwalniającego z odpowiedzialności za podejmowane decyzje, a on wił się przede mną w tańcu niezrozumiałych skrupułów i całym swym jestestwem wypychał poza pomieszczenie biura i horyzont spraw, którymi musiał się w urzędniczej służbie zajmować. Niedoczekanie!

– Polecono mi skierować się do pana. – Wskazałem na papiery. – Jedno pańskie słowo wystarczy, abym znalazł miejsce na statku płynącym ku wyspie, gdzie pragnę się znaleźć. W czym rzecz?

Przewrócił oczyma, szukając ucieczki przed namolną obecnością trzymanych w dłoni papierów. A może przed moim, wbitym weń wzrokiem? Trudno było orzec, co silniej przypierało go do ściany.

– Tam… – stęknął. – Tam nieczęsto ktoś pływa… Nie ma po co. To zupełnie dziki teren. Proszę zrozumieć…

Jego wykręty były tak niezrozumiałe i głupie, że niemal zwątpiłem, iż mam do czynienia z naczelnikiem urzędu, nawet jeśli urząd ten położony był na samym skraju świata i przez to ledwie istotny. Kapitan James położył papiery na biurku i odsunął je od siebie niczym niechciany wyrzut sumienia. Stojąc naprzeciw niego, bo w trakcie rozmowy zdążyłem już poderwać się z miejsca, natychmiast podsunąłem mu je z powrotem. Dla obydwu nas było jasne, że kapitan ustąpi. Ja, w każdym razie, bez jego słowa, nie zamierzałem wychodzić. Byłem zbyt blisko celu mych długich poszukiwań.

– Kapitanie – warknąłem niemal. – W czym rzecz?

Nabrałem ochoty opowiedzieć mu o obrazie. Teraz, gdy podejrzewałem, że upór kapitana wreszcie się skruszy, wydało mi się to pomysłem najlepszym z możliwych. Ale nie. Nie zrobiłem tego. Lub może inaczej. Zrobiłem, lecz opowiedziałem tę historię sobie. Po raz nie wiedzieć który.

Trafiłem nań przypadkiem, oglądając w Dover kolekcje obrazów, którą znajomy marszand przywiózł z Europy. Nic nadzwyczajnego, gdyż portfel owego człowieka nie należał do grubych, lecz ten jeden obraz okazał się być dla mnie więcej niż bezcenny. Widzę go stale, nie przymykając nawet oczu. Pusta plaża Sheveningen, o poranku, może wczesnym przedpołudniem. Sina biel piasku zlana niemal z bladą połacią spokojnego morza. Niski horyzont przytłaczający scenę przestworem mglistego nieba. I to coś rwące spokój tego trywialnego pejzażu.

Na piachu ciemnieje obła bryła z wyraźnie odznaczającym się, rybim ogonem. Morświn? Delfin? Któryś z innych wali wyrzucony nocnym sztormem na brzeg? Próżno zgadywać. Kształt nie jest duży, lecz też duże nie są przycupnięte przy nim postacie. Para dzieci. Chłopiec i dziewczynka. Dwójka śmiałków oddanych bez reszty nabrzmiałej ciekawości, którą musiało wzniecić niecodzienne odkrycie. Obserwujemy ich z oddali, z bezpiecznego ukrycia, niczym ktoś, kto wyłonił się zza wydm i przystanął, by nie zerwać mglistego całunu rozgrywającego się na plaży misterium.

Oto bowiem tkwiący w kucki chłopiec, zwrócony ku nam plecami, wyciąga przed siebie dłoń, by dzierżonym w niej patykiem dźgnąć cielsko stwora. Drugą dłonią sięga za plecy – ten opiekuńczy gest ma ochraniać jego towarzyszkę przed niebezpieczeństwem obcowania z tym, co niepoznane. Zbytecznie, bo jasna twarz dziewczynki zdradza nam, że mamy do czynienia z Ewą, za podszeptem której cała rzecz się rozgrywa. Ręka chłopca wyciąga się, patyk jest coraz bliżej, jeszcze chwila i muśnie zimnej skóry stwora. A na niej tańczy ma anielska zieleń, stwarzając dla oczu patrzącego pełnię niezwykłości obcowania z tym co istnieje, choć nie powinno. Zaklęta w truizm prostego gestu potęga ciekawości.

Zagadnięty spod pędzla którego z niderlandzkich mistrzów wyszedł ten obraz, znajomy marszand niemal mnie wyśmiał. Okazało się, że odkupił go w Delft od wdowy po przedwcześnie zmarłym artyście, który namalował go ledwie przed trzema laty. Wreszcie trafiłem na konkret. Wreszcie ma zieleń była pewniejsza, niż kiedykolwiek wcześniej.

Tak rozpocząłem podróż, która z Londynu, via Amsterdam i Kapsztad, przywiała mnie na malajskie archipelagi. Wiedziałem już, że barwnik uzyskuje się z łusek ryby łowionej w wodach tylko jednej z najdalej na wschód wysuniętych wysp i że tylko jeden człowiek wie gdzie, i jak ją odszukać. Spotkam się z nim, gdy tylko ten płaczliwy błazen przestanie mi ciskać kłody pod nogi.

– Kapitanie James! W czym rzecz?!

Kapitan sapnął, jakby uchodziło zeń powietrze. Chwycił podsunięte mu na powrót papiery i cisnął je do szuflady. Sięgając po czysty arkusz, zmacał kieszonkę na piersi w poszukiwaniu pióra.

– Dobrze zatem. Jest pan uparty. Dawno nie spotkałem tak upartego człowieka. W porcie znajdzie pan statek. Nieduży, parowiec. Nazywa się „Lightning”. Kapitan Stadhamm wypływa o brzasku, zabierze pana na tę przeklętą wyspę.

Uśmiechnąłem się, odstępując od biurka. Nic więcej nie było mi trzeba.

 

***

 

Nocą wróciliśmy na klify. Nim to się jednak stało, Adriaan związał w tłumoczek nieco jedzenia i jedną z butelek jałowcówki, która na wyspę przypłynęła wraz ze mną. Przygotował sieć o grubym splocie i zwój liny. Potem wydobył spod łóżka długą, płaską skrzynię, a z niej sztucer i pudełko amunicji. Nie umiałem ukryć zdumienia.

Patrząc mi prosto w oczy otworzył zamek broni, udał że do komory wprowadza nabój, strzelił ryglem i przyłożywszy sztucer do oka, zamarkował strzał. Bam! Cynowy dzbanek, w wyobraźni nas obu, z brzdękiem spadł na podłogę. Następnie Adriaan powtórzył sekwencję, z szybkością i wprawą, która nie pozostawiała wątpliwości czemu służyć miał ten popis. Potrafił obchodzić się z bronią nie gorzej niż dobrze wyszkolony żołnierz.

W drodze nie zadawałem pytań. Stało się jasne, że wszystko, co dotychczas robiliśmy na wyspie było popisem, którym Adriaan komunikował to, jak dobrze się tutaj urządził, mimo ułomności i jeszcze silniej odeń doskwierającej samotności. Pierwsze wrażenie najczęściej pokrywa się z prawdą. Szkoda tylko, że nie spostrzegłem, iż w trakcie naszych zabaw dałem się chłopakowi wciągnąć w wir gry prowadzonej na jego zasadach. W adriaanowy, zamknięty świat, w którym mi przypadała rola co najwyżej naśladowcy lub biernego obserwatora. Dlatego nie pytałem. Nie miałem ku temu prawa. Musiałem zdać się na zaufanie, którym mnie obdarzył. Bez niego, co jasne, byłem tak odległy od sekretu mej zieleni jak wówczas, gdy lata temu lizałem spojrzeniem prace Bosschaerta, Adriaena van Ostade czy Pietera Claesza.

Noc była ciepła, lecz przesycona niepokojem. Stojący w pełni księżyc co i raz krył się za woalem chmur, morze wokół wyspy falowało niczym rozpostarta na wietrze połać jedwabiu. Są ludzie, którzy przy aurze tego rodzaju nie mogą opędzić się od złych przeczuć. Są też tacy, którym ciepły wiatr nocy klaruje myśli.

Na klifach Adriaan wskazał skalny załom, zza którego, będąc osłoniętymi od wiatru, mogliśmy obserwować szczyt iglicy wyłaniającej się z morza. Rozsupłał tłumoczek i rozłożywszy na ziemi derkę, w którą zawinięta była jałowcówka oraz jedzenie, przysiadł, opierając broń o skałę. Nie czekając na zaproszenie poszedłem w jego ślady.

Zjedliśmy, uznając posiłek za rodzaj późnej kolacji. Potem dłuższy czas spędziliśmy na gapieniu się w niebo, po którym prędki wiatr gnał czarne chmury. Następnym krokiem musiało być sięgnięcie po butelkę, ale wypiliśmy niewiele, ledwie na rozgrzewkę, trunek był zresztą mierny, a ja odwykłem od alkoholu. Odmiana przyszła, gdy duża wskazówka mojego zegarka sięgnęła dziewiątki, oznajmiając przejście trzeciego kwadransa po północy.

Szum kipieli, dobiegający nas z dna urwiska, wzmógł się. Nie zwróciłbym na ten niuans uwagi, gdyby Adriaan nie potraktował go jak sygnału. Wyraźnie nadstawił ucha, a chwilę później wyzierał już poza załom, zgłębiając czeluść spojrzeniem. Chciałem pójść w jego ślady, ale powstrzymał mnie gestem. Wyciągnął coś z kieszeni i zaczął miętosić w dłoni.

Here – rzekł, przycupnąwszy na derce.

Zasłona mknących niebem chmur rozdarła się, oświetlając klif bladą poświatą. Kipiel w dole urwiska odezwała się chlupotem i pluskiem. Na otwartej dłoni chłopaka leżały dwie kulki utoczone z wosku. Jego skupiona twarz świdrowała mnie ponaglającym spojrzeniem.

Here – powtórzył, dotykając ucha. – Hunter, here.

Po plecach przebiegł mi dreszcz. Księżyc na powrót zginął za chmurami, zaciemniając przestrzeń dookoła. Pochylona nade mną twarz Adriaana rozmyła się, przenikliwe spojrzenie zgasło. Jakbym został na klifie sam. Sam na sam z niewygodną świadomością tego, że dopiero teraz zrozumiałem, co chłopak chciał mi powiedzieć.

Ear! – krzyknąłem niemal. – Ear!

Porwałem kulki z jego dłoni, jedną natychmiast wtykając do ucha. Drugą, wiedziony wątpliwością, uczepiłem na małżowinie. Adriaan przecież nie zatykał sobie uszu.

Składając się do strzału, wyglądał księżyca. W tej chwili było zbyt ciemno, aby dostrzec, co dzieje się w urwisku. Gniewne sapnięcie i ten gest, to nerwowe wyciągnięcie dłoni za siebie, którym powstrzymał moją próbę zbliżenia się do siebie, osadziły mnie na miejscu lepiej niż wojskowa komenda. Lecz nie mogłem pozostać bierny. Nie, odkąd rozbrzmiało to dojmujące wołanie.

Głos niczym rozpalony pręt, wrażony wprost w serce. Poruszyłem się niespokojnie, nie umiejąc poradzić sobie z tak silnym doznaniem. Płynące ponad klifem wołanie wniknęło do mej głowy, rozpędzając szybujące tam myśli, drenując serce z poczucia sensu oraz celu i z wolna, niczym nieubłagany oprawca, przemieniając mnie w wydrążoną pałubę. Wtedy usłyszałem słowa.

Przyjdź do mnie, przyjdź. Porzuć, co brzemieniem. Światem rządzą bezwład, bezsens i chaos, tak bardzo nieważne, tak bardzo poza nami. Przyjdź do mnie, gdzie czekam. Skocz ku dali, gdzie żółć miesza się z błękitem.

Ledwie widziałem chłopaka, z bronią przy oku czekającego aż blask księżycowego światła pozwoli dojrzeć celu. Stał niewzruszony, spokojny i gotów. Tak odległy od lęgnącego się w mej głowie szaleństwa, jak starzec odległy jest od chwil spędzonych w łonie matki. On był inny, mówił Stadhamm i teraz zrozumiałem, co owa odmienność oznacza.

Sięgnąłem ku małżowinie, próbując zatkać ucho. Dłonie miałem już jednak zbyt twarde, ciało naprężone, sztywne i obce. Głos dobiegający z urwiska prowadził mnie ku dali, gdzie błękit i żółć zlewały się w zieleń. Musiałem jeszcze tylko zdobyć się na ten jeden wysiłek.

Księżycowa poświata na powrót wysrebrzyła klif, gdy sięgałem ku lufie trzymanego przez Adriaana sztucera. Strzał rozdarł powietrze, niosąc pocisk gdzieś w pustkę chmurnego nieba. Wspiąłem się na skały niepomny na zaskoczenie i złość chłopaka, zostawiając za sobą jego oraz wszystkie sprawy, które kiedykolwiek w życiu wydawały mi się ważne. Tkwiła na skalnej iglicy, słodka, gibka i piękna. Długie włosy lały się po nagich plecach, po pełnych piersiach, od których trudno było oderwać spojrzenie. Niezwykła zieleń iskrzyła na łuskach rybiego ogona każdym odcieniem, jaki tylko mogło dostrzec ludzkie oko. Barwa tego, co istnieje, choć nie powinno. Odnalazłem ją. I wreszcie mogłem posiąść wyłącznie dla siebie.

Spadając w otchłań czułem tylko spokój.

Koniec

Komentarze

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Jury trzyma ręke na pulsie.

 

Dzięki za wizytę i pozdrawiam!

Cześć, Michale. Na początku to, co rzuciło mi się w oczy i trochę – wybacz – rozbawiło. ;) Mianowicie:

Bosman rozmawiał z chłopakiem. Jowialny, wygadany, klepał rozmówcę po ramieniu, śmiejąc się zbyt głośno. Wyglądało to jak próby obłaskawienia głodnego drapieżnika.

Spróbowałam wyobrazić sobie człowieka który obłaskawia, dajmy na to, dzikiego tygrysa, poprzez klepanie go i głośne śmiechy. To brzmi jak… średnio dobry plan. :D

 

przystanął, by nie zerwać mglistego całunu rozgrywającego się na plaży misterium.

Oto bowiem tkwiący w kucki chłopiec, zwrócony ku nam plecami, wyciąga przed siebie dłoń, by dzierżonym w niej patykiem dźgnąć cielsko stwora.

Przyrównanie dźgania patykiem jakiegoś stwora do misterium ciut przesadne w moim odczuciu, rozumiem zamysł, ale porównanie wydało mi się na pierwszy “czyt” komiczne.

 

Dlaczego Adriaan lubił, gdy zwracano się do niego po nazwisku? Była do tego wątku przyłożona jakaś waga, jakieś “ostrzeżenie”, którego ostatecznie nie wyłapałam. Po prostu słysząc je facet zareagował na pytanie głównego bohatera. Może czegoś nie zauważyłam?

 

Teraz ogólnie – dany tytuł przekułeś w intrygujący motyw, poszukiwanie tajemniczego barwnika, używanego w dawnych obrazach. Do sztuk plastycznych mi blisko, więc zamysł mnie kupił. Wykonanie już mniej.

Językowo nic mnie nie raziło, przeciwnie, widać, że przykładasz wagę do formy i niebanalnych porównań. Chyba aż za bardzo, bo poczułam się zarzucona mnogością metafor tak wymyślnych, że zaczęły mi w pewnym momencie przesłaniać fabułę. Czuję niedosyt, bo nie dowiedziałam się prawie niczego o głównym bohaterze. Kim był? Skąd u niego zainteresowanie tym barwnikiem, jest kolekcjonerem sztuki? Kustoszem galerii? Poszukiwaczem przygód? Zamiast tego rzucono mnie w wiry porównań, których sens gubiłam po trzeciej linijce rozwinięcia.

 

No, ale żeby nie być takim panem marudą – powtórzę, że zamysł bardzo mi się podobał i ciekawi mnie, co by się z niego urodziło bez limitów konkursowych i z większą ilością konkretów. :)

...Pan muzyk? Żebym zryżał!

Piękne i poetyckie. Na tyle poetyckie, że porusza, a nie nuży. No i na końcu szokujące;)

Zgadzam się z Glas, że to oswajanie tygrysa jest słabsze, ale całość robi bardzo fajne wrażenie.

Hej, Ghlas cailin.

 

Spróbowałam wyobrazić sobie człowieka który obłaskawia, dajmy na to, dzikiego tygrysa, poprzez klepanie go i głośne śmiechy. To brzmi jak… średnio dobry plan. :D

No racja, tam bardziej by pasowało “przypominało to…”, ale też porównanie może być przeszarżowane, owszem. Podobnie z misterium. Pewnie zbyt duży kaliber. Zabrakło czasu na chłodną analizę i kwiatuszki w tekście na pewno siedzą.

 

Może czegoś nie zauważyłam?

A to ja już nie wiem:) Co miałem do powiedzenia zamknąłem ostatnim zdaniem, teraz mogę tylko kajać się za spartoloną robotę:)

 

Ogólnie tniesz me serce ostrym nożem. Lord Vader mi świadkiem, że starałem się to napisać “do ludzi”, choć może nie rozstawiłem znaków ostrzegawczych typu “achtung minen”. No i wiem, że odebrałem czytelnikowi możliwość zidentyfikowania się z narratorem, choć starczyło rzucić jakiś drogowskaz typu “porządałem tego dzieła w mojej kolekcji obrazów”, lub gdyby któryś z rozmówców zwrócił by się doń np. per “panie profesorze”. To już taki tekst, że narrator nie koniecznie pokrywa się z głównym bohaterem, a przynajmniej nie powinien go przesłaniać.

 

powtórzę, że zamysł bardzo mi się podobał i ciekawi mnie, co by się z niego urodziło bez limitów konkursowych i z większą ilością konkretów. :)

Jeśli ciekawi, to jestem kontent. Limit nie był srogi, coś tam można było jeszcze skrobnąć, ale te konkrety, o których wspominasz, wolałem zostawić w szufladzie. Niech tam siedzą, okrywając się patyną tajemnicy:)

 

Ambush!

 

Piękne i poetyckie. Na tyle poetyckie, że porusza, a nie nuży. No i na końcu szokujące;)

Bardzo duży komplement (szczególnie to środkowe zdanie!), dziękuję! Trafiłas mnie w sam środek serduszka:)

 

Dzięki, dziewczyny za wizytę!

 

 

Hej, Michale, milo widziec, ze jeszcze zyjesz :)

 

Opowiadanie pieknie napisane, choc rzeczywiscie wyrazny przerost formy nad trescia. Fabula minimalna i latwo sie w niej zgubic – ja musialam sie cofac pare razy, ale gdy juz zrozumialam, to opowiadanie wydalo mi sie piekna, przemyslana caloscia.

 

Napisane przepieknie. Klikam do biblioteki.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Hej, Kamila!

 

Żyję, zniknąłem z portalu, i zewsząd właściwie, na dłuższy czas żeby w spokoju ducha napisać dzieło życia;) Wracam pomału, na ile czas pozwala.

 

Dzięki za dobre słowa, mimo tego przerostu formy mam nadzieję, że spędziaś przy tekście miłą chwilkę. Z wolna dochodzi do mnie, że i tym razem poniosłem słodką klęskę. Zawsze tak się dzieje, jak daję upust chętce pisania tak, jak pisało się milion lat temu. Szeroko, dla odbiorcy, który ma czas i ochotę roztopić się w lekturze (inna sprawa na ile mi się to udaje), a dziś wiadomo jak jest. Teksty łyka się przy okazji, w tramwaju, z ekraniku smartfona, bo wtedy jest chwilka. Forma okrojona tylko do nośnika fabuły, twisty, clifhangery i inne bajery. To są dziś wyznaczniki poczytności i nic w tym złego. Reality bites.

 

Dzięki za wizytę i kliczka.

Pozdrawiam cieplutko.

na dłuższy czas żeby w spokoju ducha napisać dzieło życia;)

No i gdzie to dzielo zycia? Trzymam na nie miejsce na polce w domu…

 

Teksty łyka się przy okazji, w tramwaju, z ekraniku smartfona, bo wtedy jest chwilka.

Albo w pracy miedzy klientami ;) Ale lepiej tak niz wcale.

 

Pozdrawiam cieplutko :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

No i gdzie to dzielo zycia? Trzymam na nie miejsce na polce w domu…

Jeszcze przez eony nie wyjdzie z szuflady:) Ja na Twoje też trzymam miejsce. Co jakiś czas podchodzę do półeczki, wycieram kurz i myślę, no kurcze, ile to jeszcze:) A gdzieś mi się tu rzuciło w oczy, że przbąkujesz coś o niemożności napisania niczego nowego. Prawda to, czy marudzenie?

 

Albo w pracy miedzy klientami ;) Ale lepiej tak niz wcale.

Ano właśnie. Weekand w robocie miałem dość napięty, ale dziś zapowiada się spokojniej. Liczę, że uda się poczytać:)

A gdzieś mi się tu rzuciło w oczy, że przbąkujesz coś o niemożności napisania niczego nowego.

Ano, mialam dluga przerwe. Napisalam tyle ksiazek, ze szuflad mi na nie zaczyna brakowac, a z wydawcami tyle problemow, az sie odechcialo pisac dalej. Ale chyba znalazlam jednego solidnego – pod koniec stycznia bedzie czym wypelnic polke ;)

 

No i wiadomo, zycie tez potrafi zajac czas ;)

 

 

Na twoja ksiazke bede czekac i eony ;)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Ale chyba znalazlam jednego solidnego – pod koniec stycznia bedzie czym wypelnic polke ;)

No to wspaniale! Mam nadzieje, że obędzie się już bez kłopotów. Będę wystawał pod księgarnią:)

 

Na twoja ksiazke bede czekac i eony ;)

Bardzo miło mi to słyszeć, oby tylko warto było czekać;)

No to wspaniale! Mam nadzieje, że obędzie się już bez kłopotów. Będę wystawał pod księgarnią:)

<3

 

 

Ja wiem, ze bedzie warto czekac :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Strach być zielonym…

O kurczę, zapomniałem o zieleni kermitowej!

 

Dzięki, Zanaisie za wizytę.

Gramy w zielone. ;-) 

Zupełnie inny klimat i tempo niż ostatniego (zamieszczonego na forum NF?) hamerykańskiego opowiadania, które zamieściłeś na forum. 

O, jednak gramy, lecz zanurzamy się dużo głębiej w zupełnie nieznany pałubiczny świat. 

Zaskoczyłeś. 

Opowiadanie cholernie podobało mi się psychicznie, wsysa jak diabli! Gdybym miała porównywać do wspólnych (chyba?) przeczytanych od czasu mojego wejścia na forum, powiedziałabym, że najbliżej coboldowej "Córki poławiaczy żachw", choć narracja inaczej poprowadzona, bliżej jednej z moich ulubionych konwencji, w tym przypadku L.Durrella, która wymaga od Autora naprawdę wiele, wiele, wiele.

Kurcze, naprawdę misię! Te fragmenty "dywagacyjne" – z góry przepraszam za niezgrabność językową – dające "szaleńczy" wgląd, są naprawdę świetne i poprowadzone tak, że serce zmienia swój rytm, oddech zwalnia, bo zapominasz, że potrzebny Ci do życia tlen i śnisz życiem bohatera.

 

Gdybym miała się czepiać sprawa dotyczyłaby zakończenia. Pojmuję, a przynajmniej tak mi się wydaje, dlaczego tak zrobiłeś, lecz nie wydaje mi się właściwą dla tego tekstu planszą "The End". 

 

Skarżypytuję bez wahania i nominuję – jeden głos – którego wartość odpowiada tylko temu oraz nie mam za bardzo szczęścia przy nominacjach, tj. czasem daję radę, ale w większości przypadków – nie.

 

Uzasadnienie nominacji:

* silna, niespotykana na forum wewnętrzność poprowadzenia przez słowa bohatera,

*zamknięta całość,

*mocna konstrukcja,

*pisanie, znaczy warsztat, dla mnie poza skalą.

 

Z drobiazgów, pewnie niewartych wspomnienia, lecz ponieważ wydajesz mi się osobą dbającą o szczegóły, wspomnę o jednym:

,Świadomość faktu uderzyła mnie z mocą gromu bijącego tam, gdzie nie sposób spodziewać się burzy.

To mnie lekko rozśmieszyło, bo zatrzymałam się na progu, próbując rozwikłać, czy aby to możliwe? Tak mają na wpół techniczni, tzn. nie chodzi o Twoje sformułowanie, tylko wysiłki, które podjęłam, aby zrozumieć, zanim mózg przyjął i mógł podążyć dalej.

 

pzd srd :-)

a

PS. Przypadkiem nie zaglądaj do moich tekstów w ramach odwzajemniania za komentarz, gdyż nie są takie, jakimi być powinny i wpadłabym w czarną dziurę.

PS.2 Komentarz nieskładny, bo nie zamierzałam wchodzić na forum, nie mogłam zasnąć i zobaczyłam Twoją Zieleń i ból Cienia. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ładnie napisane.

Płynie się przez to z przyjemnością, choć fabuły tutaj nie za wiele. Raczej malujesz słowem i robisz to dobrze. Szczerze mówiąc trochę zgubiłem się w momencie jak była retrospekcja i przez chwilę musiałem się zastanawiać co się tam dzieje, ale potem domyśliłem się, że o to chodzi.

Podobało mi się zakończenie. Dobrze napisane historie o szaleństwie, których doświadcza racjonalny człowiek najwyraźniej trafiają do mnie.

Pozdrawiam i klikam.

Hej, Asylum!!!

 

Dzięki ogromne za miłe słowa! Aż mi rumieńce wyszły na policzki:) Na tyle komplementów to chyba nie zasłużłem, ale ogromnie się cieszę, że tekst Ci się podobał, zassał i w ogóle:)

 

Zupełnie inny klimat i tempo niż ostatniego (zamieszczonego na forum NF?) hamerykańskiego opowiadania

Cieszę się, że pamiętasz:) Tamten tekst to było troszkę takie nostalgiczne poszukiwanie pulpowego mitu lat dziewięćdziesiątych, tutaj zanurzyłem się w poszukiwaniu nieco głębszych doznań, ale delikatna nutka nostalgii została, nie? Ogólnie kilka z konkursowych tekstów, któr czytałem i które mi się spodobały, trąciły w ten czy inny sposób nostalgią. Magia listopada? Czy się starzeję? Sam nie wiem.

 

Gdybym miała porównywać do wspólnych (chyba?) przeczytanych od czasu mojego wejścia na forum, powiedziałabym, że najbliżej coboldowej "Córki poławiaczy żachw",

Bardzo miło mi słyszeć takie porównanie, choć przyznam, że w mojej opinii “Córka poławiacza…” jest napisana frazą, o której ja mogę jedynie pomarzyć. Zupełny odlot. Zresztą nie mów nikomu, ale moim zdaniem cobold jest autorem absolutnie genialnym, który ze swą genialnością nie obnosi się jedynie z wrodzonej skromności:)

 

bliżej jednej z moich ulubionych konwencji, w tym przypadku L.Durrella, która wymaga od Autora naprawdę wiele, wiele, wiele.

O kurcze, Durrella to nie znam, musze się dokształcić:) Ale to dobrze, mam ochotę poczytać coś poważniejszego niż kryminały Chmielarza, to będzie po co sięgnąć. Ostatnio repetowałem Smugę cienia, i ten conradowski klimat tak się do mnie przykleił, że musiałem ten tekst delikatnie nim podmalować. Chciałbym nawet bardziej, ale wtedy to by narzekania były, że długie i bez akacji:)

 

Te fragmenty "dywagacyjne" – z góry przepraszam za niezgrabność językową – dające "szaleńczy" wgląd, są naprawdę świetne i poprowadzone tak, że serce zmienia swój rytm, oddech zwalnia, bo zapominasz, że potrzebny Ci do życia tlen i śnisz życiem bohatera.

No i co ja mogę napisać? Dla takich chwil warto te wszystki pisarskie męki znosić. Dzięki ogromne. Świadomość, że twoje pisanie do kogoś trafia to dla autora najlepsza nagroda:)

 

Gdybym miała się czepiać sprawa dotyczyłaby zakończenia. Pojmuję, a przynajmniej tak mi się wydaje, dlaczego tak zrobiłeś, lecz nie wydaje mi się właściwą dla tego tekstu planszą "The End". 

Ciekawa uwaga. A co zaproponowała byś w zamian? 

 

Z drobiazgów, pewnie niewartych wspomnienia, lecz ponieważ wydajesz mi się osobą dbającą o szczegóły, wspomnę o jednym:

,Świadomość faktu uderzyła mnie z mocą gromu bijącego tam, gdzie nie sposób spodziewać się burzy.

To mnie lekko rozśmieszyło, bo zatrzymałam się na progu, próbując rozwikłać, czy aby to możliwe? Tak mają na wpół techniczni, tzn. nie chodzi o Twoje sformułowanie, tylko wysiłki, które podjęłam, aby zrozumieć, zanim mózg przyjął i mógł podążyć dalej.

No prawda, troszkę już na wstępie rzuciłem czytelnikowi kłody pod nogi. Mam wrażenie, że to zdanie może w pewien sposób nie mieć sensu, ale wydało mi się takie urodziwe, że poprawność jędzykową pal sześć!

Jeszcze raz stokrotne dzięki za tyle słodyczy, klika i nominację. Twoje uzasadnienie nominacji wydrukuję i powieszę nad łóżkiem. Będzie mi przypominała, że warto sie męczyć:)

 

Przypadkiem nie zaglądaj do moich tekstów w ramach odwzajemniania za komentarz, gdyż nie są takie, jakimi być powinny i wpadłabym w czarną dziurę.

A wiesz, że ja jestem przekorne bydlę? Jak mi mówią żeby gdzieć nie leźć, to na prędzej czy później tam pójdę:)

Jeszcze raz ogromne dzięki. Bardzo się cieszę, że ta “emocjonalność” tekstu do Ciebie trafiła. to bardzo cenne. 

Pozdrawiam cieplutko!

 

 

Hej, Edwardzie!

 

Dziękuję ogromnie za kliczka i miłe słowa. Z tym malowaniem słowem to chyba prawda. Już kiedyś zwracano mi na to uwagę, ale ja ogólnie postrzegam narrację jako ciąg pojedyńczych kadrów, tak już chyba działa mój mózg. Może to stąd się bierze?

 

Szczerze mówiąc trochę zgubiłem się w momencie jak była retrospekcja i przez chwilę musiałem się zastanawiać co się tam dzieje, ale potem domyśliłem się, że o to chodzi.

Miałem nadzieję, że ten kapitan Stadhamm rzucony w finale przedostatniej sceny poukłada klocuszki w czytelniczej głowie, bo inaczej rzeczywiście byłby bałagan. Chyba się udało, prawda?

 

Podobało mi się zakończenie. Dobrze napisane historie o szaleństwie, których doświadcza racjonalny człowiek najwyraźniej trafiają do mnie.

Dzięki. Wiesz, nie patrzyłem na tę historię pod tym kątem, ale rzeczywiście, można ją w ten sposób odebrać.

 

No a gdzie Twój, tytulikowy tekst? Nie zdąrzyłeś, czy tym razem nie podejmowałeś wyzwania?

 

Pozdrawiam!

Kraśnij, a se powieś wydrukowane, naści, i niech Ci dobrze służy! Znaczy, skreślaj swoje znaki, pisz. ;-)

Conradowskie zapewne też jest, bez dwóch zdań, ale jego powtórka przynależy do zeszłego roku (chwała za to, bo kompletnie nie doceniałam, podobnie zresztą jak Hemingway'a oraz innych, nie sposób nadrobić szybko wielu lat). W tym, zaczarowała mnie durrelowska układanka.

 

Odnośnie zakończenia, to zależy. :p Jednak przyjmijmy, że się nie rozpisujesz, limit ten sam i kombinujemy z zakończeniem. Mogę powiedzieć/napisać, w którą stronę pewnie sama bym poszła, albo co wydaje mi się naturalne i wprost. Spróbowałabym poszukać w głównym wątku i jego zawiązaniu, żeby go zamknąć bądź zawiesić na kołku, więc przykładowo, na szybko, coś z wyliczanki: malarstwo, obraz, farba; konstatacja chłopca – patrzy i co widzi/czuje; kolejne odwiedziny kapitana Stadhamma. 

 

I jeszcze jedno przypomniało mi się na zakończenie komentarza. Nie odbierałam tekstu jako emocjonalnego, tzn. może takim był/jest, lecz zupełnie nieinwazyjnie, na innym poziomie; gnała mnie ciekawość, gdyż bohater stał się bliski lub nawet sprawiłeś, że weszłam w jego skórę. ;-)

 

pzd srd

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Kurcze, rzadko zdarza mi się wymyśleć tak domkniętą fabułę, jak tu (bohater odkrywa sekret, lecz płaci za to najwyższa cenę – w sumie nic odkrywczego) i z całości byłem mniej więcej zdowolony, ale teraz to mi zdjęłaś klapki z oczu. Ostatnie zdanie powinno wylecieć, a na to konto wejść króciótka scena, gdy kapitan po jakimś czasie wraca na wyspę i na plażę, na spotkanie nadpływajaćej łodzi wychodzi Adriaan. Sam. Wówczas przestroga kapitana domkneła by opowieść. Klamra to nie jest jakiś nadzwyczajny wynalazek, ale zawsze się, cholerka, sprawdza. Wyszło by na to samo (narrator ginie), tylko że podsunięte by to było czytelnikowi milion razy subtelniej, niż to durne, ostatnie zdanie, gdzie rozpaczliwcem chciałem choć nawiązać to zieleni spokoju wiekuistego:) Kurde, Asylum, następnym razem robisz mi betę:) W ten sposób zbudowany tekst byłby czterdziesci razy lepszy!

 

gnała mnie ciekawość, gdyż bohater stał się bliski lub nawet sprawiłeś, że weszłam w jego skórę. ;-)

Na w miarę wczesnym etapie pisania zrezygnowałem z tworzenia narratorowi tożsamości, został białą kartą. Ciekawe, czy choć trochę przyczyniło się to do łatwości wejści w jego skórę. Czort wie, przekonałem się już jednak o tym, że niektóre rzeczy wychodzą mi w pisaniu nieintencjonalnie. Może i teraz tak było? Cóż, ze mnie, w każdym razie, żaden analityk, więc tego nie rozkminię. 

 

Dzięki ogromne,

pozdrawiam!

zawsze się, cholerka, sprawdza.

Tak czy owak. xd Jest dobrze, przesadzać nie warto.

Osobiście mam silną awersję do śmierci w książkach i opowiadaniach, które mają "zrobić" zakończenie (za wyjątkiem tych sytuacji, gdy są naprawdę uzasadnione i sporo wnoszą), ponieważ są rodzajem pójścia Autora "na łatwiznę".

Lubię "gładkie" i piękne słówka, więc, jeśli do bety zdarzy się okazja, z przyjemnością nadstawię ucha, tj. posłucham/przeczytam. ;-)

 

Ciekawe, czy choć trochę przyczyniło się to do łatwości wejścia w jego skórę.

Czort znaju, w jakimś stopniu chyba tak, gdyż postawiłeś na uniwersalność wewnętrznych procesów, lecz z drugiej strony znajomość ich imion, nazwisk (Hieronim, Jan, Robert czy Hans) nie stanowiłaby przeszkody. 

Odnoszę wrażenie, że w tym przypadku schodzimy piętro niżej, gdzie nie mają znaczenia stygmaty określeń, którymi posługujemy się nazywając emocje, odniesienia, motywy i związki przyczynowo – skutkowe między nimi, a zachowaniem bohatera, cała ta racjonalizacja, mająca ukonkretnić przedstawianą postać. Zbliżasz czytelnika do bohatera przez ulokowanie go w nim, w centrum "jestestwa" i dbasz bardzo starannie, abyśmy nie wypadli z niego ani na chwilę. 

Wydaje mi się, że "wszedłeś" w bohatera i masz doskonały warsztat. Sama najbardziej lubię pisać w "nieintencjonalny sposób", wtedy zdarza mi się "flow" określane przez innych mianem weny.

Takie tam rozważanki pseudoanalityczne. ;-)

srd

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie będę oryginalny – to naprawdę jest pięknie napisane.

Fabuła może i szczątkowa, ale treściwa i zapięta na ostatni guzik. Rewelacyjnie wprowadzasz czytelnika do wykreowanego świata. Niewiele jest tekstów, które od pierwszych zdań tak by mnie zaintrygowały.

Samo opowiadanie jest wymagające i trzeba w pełni mu się oddać, niemniej lektura to czysta przyjemność. Polecam do biblioteki.

Pozdrawiam!  

Osobiście mam silną awersję do śmierci w książkach i opowiadaniach, które mają "zrobić" zakończenie (za wyjątkiem tych sytuacji, gdy są naprawdę uzasadnione i sporo wnoszą), ponieważ są rodzajem pójścia Autora "na łatwiznę".

A masz wrażenie, że tu tak było? Kurcze, może i tak, nie śmierć w sensie dosłownym (choć następuje) wydawała mi się tu najważniejsza. Bohater odkrywa tajemnicę, spełnia się, tym samym stając się dla fabuły nieciekawy, może więc zejść ze sceny. A że jego odkrycie wiąże się z ryzykiem i niekożystny dla bohatera układ spraw sprawia, że owo ryzyko ponosi stąd i śmierć. Śmierć w sensie fizycznym jest może mocna, ale nie wydaje się ciekawa. O wiele ciekawsza jest śmierć motywacji/celu/ducha, wydrążenie bohatera, oczywiście ciekawsza z punktu widzenia opowieści.

 

Lubię "gładkie" i piękne słówka, więc, jeśli do bety zdarzy się okazja, z przyjemnością nadstawię ucha, tj. posłucham/przeczytam. ;-)

Trzymam za słowo:)

 

Wydaje mi się, że "wszedłeś" w bohatera i masz doskonały warsztat. Sama najbardziej lubię pisać w "nieintencjonalny sposób", wtedy zdarza mi się "flow" określane przez innych mianem weny.

 

Nareszcie mówisz językiem, który rozumiem;) Flow, ano właśnie. Albo jest, albo go nie ma. Jak jest to nieraz i całe akapity przechodzą bez zmian do wersji ostatecznej, jak nie ma, to cóż…

Z tym wejściem w bohatera to masz rację. Roztrząsam sobie teraz w głowie skąd to się bierze i jak działa, no materiał do przemyśleń jest, a to najważniejsze. Lubię to opowiadanie, bo stało się okazją do spróbowania czegoś nowego, pójścia krok do przodu na ścieżce prowadzącej każdego autora na szczyty Parnasu, a ostatnio usychałem pisząc tylko rozrywkową pulpę. Dzięki jeszcze raz za wszystkie uwagi. Bardzo to cenne.

 

Pozdrawiam cieplutko!

 

Hej, adamie!

 

Dzięki ogromne za odwiedziny i miłe słowa! Bardzo się cieszę, że tu wpadłeś, no i że wciągnęło oczywiście.

 

Fabuła może i szczątkowa, ale treściwa i zapięta na ostatni guzik.

Miło to słyszeć, bo z tym ostatnim to nie zawsze mi wychodzi;)

 

Samo opowiadanie jest wymagające i trzeba w pełni mu się oddać, niemniej lektura to czysta przyjemność.

No właśnie tak to jest z tymi moimi tekstami. Szanse na szerokopasmową poczytność marne;) Ale skoro jest przyjemność z lektury, to i u autra jest radocha:)

 

Dzięki za odwiedziny i kliczka.

Pozdrawiam!

 

 

 

A masz wrażenie, że tu tak było? Kurcze, może i tak, nie śmierć w sensie dosłownym (choć następuje) wydawała mi się tu najważniejsza. Bohater odkrywa tajemnicę, spełnia się, tym samym stając się dla fabuły nieciekawy, może więc zejść ze sceny.

Nie, tak nie było, to po pierwsze!

Śmierć jest najważniejsza, prawda. Nie jestem pewna, czy bohater odkrył tajemnicę, pozostała dla mnie niewyjaśniona. Jasne, mogę sobie coś tam domyślać z syrenami, echem zaklętym w barwniku, konieczną ofiarą (jak byśmy ją nie rozumieli) bądź uczuciem spełnienia dla bohatera opętanego swoją idee fix, choć  raczej wygląda na wypadek bohatera przy pracy, tragiczny splot okoliczności, może dlatego  zieleni już nie używano. Nurtowało mnie to – dlaczego?

 

Nie dziwię się, że lubisz to opowiadanie, czytelnik w mojej postaci też je bardzo polubił! :-)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Kurcze, nie wiem co teraz napisać, bo nie jestem zwolennikiem uzewnętrzniania się w komentarzach o tym, co poeta miał na myśli, bo wychodzę z założenia, że rola autora kończy się wraz z opublikowaniem tekstu, potem jest jego odbiór, a autor może jedynie przyjmować gratulacje i unosić ręce w geście triumfu, lub spłonić się ze wstydu i pójść do kąta:) Niemniej zręcznie wyłapujesz te klocuszki, które w obrazku nienajlepiej siedzą, więc muszę się do tego odnieść.

Ja jestem entuzjastą spojrzenia na tę historię w optyce mieszczącej się pomiędzy hasłami “mogę sobie coś tam domyślać z syrenami”, a “wygląda na wypadek bohatera przy pracy, tragiczny splot okoliczności”, przy założeniu, że zwornikiem łączącym oba te elementy jest postać Adriaana. On jest tu w zasadzie najważniejszy, on w moim odczuciu jest rzeczywistym bohaterem tego opowiadania. Wiesz, ja dla ćwiczenia dyscypliny (bo bywam rozlazły) przyjmuję, że na pytanie o czym jest pisane opowiadanie odpowiem sobie w kilku żołnierskich słowach. No i tu też jest takie hasło-klucz, którę, jak widzę, nie determinuje wcale czytalniczego odbioru. To chyba dobrze, choć żal mi trochę tego Adriaana. Zdaje się, że nie wyszedł z cienia zmotywowanego do odnalezienie odpowiedzi na jątrzące go pytania bohatera-narratora. 

 

może dlatego  zieleni już nie używano. Nurtowało mnie to – dlaczego?

No właśnie tu jest pewna niedoskonałość. Zabrakło mi umiejętności, żeby odpowiedź na to pytanie przemycić zgrabnie w tekście, uznałęm wreszcie, że czytelnik będzie musiał się bez tej wiedzy obejść. Tak dla klarowności opowieści, żeby nie brnąć w zbyt wiele szczegółów. W komentarzach i tak pojawiają się hasła “minimalna fabuła”, “przerost formy nad treścią” itp., a ja naprawdę pisałem to z myślą o czytelniku:) 

 

Nie dziwię się, że lubisz to opowiadanie, czytelnik w mojej postaci też je bardzo polubił! :-)

Moja radość jest ogromna!:)

Cześć!

 

Zaczarowało mnie to opowiadanie :). Opisy są tu po prostu przepiękne i tak cudownie płyną. Klimat jest niesamowity. Mam słabość do opisu obrazów, a Ty to zrobiłeś po mistrzowsku. Postać Adriaana jest bardzo intrygująca. Z jednej strony daje bohaterowi możliwość przeżycia, ale z drugiej buduje nieufność, tak jakby jednak prowadził go na śmierć. Początek wciąga natychmiast i buduje napięcie. Czuć charakter każdej, nawet trzecioplanowej postaci. Nawet urzędnik dostał tu odpowiednią dawkę osobowości.

 Masz tu retrospekcje, ale rozłożone bardzo umiejętne, bo jak tylko pojawiło mi się pytanie, po co bohater właściwie tam przybył, to od razu dostawałam odpowiedź. Idealne wyczucie. Poczułam lekki niedosyt, gdy okazało się, że przyczyną całego zamieszania są syreny, bo spodziewałam się czegoś bardziej mrocznego. Przez całe opowiadanie napięcie rośnie, a na końcu, przynajmniej w moim odczuciu, troszkę oklapło.

Powiem Ci, że gdyby ktoś dał mi to opowiadanie do przeczytania i powiedział, że jest to początek bestsellerowej powieści, to uwierzyłabym. Oczywiście zgłaszam do biblioteki i nie tylko :).

Świadomość faktu uderzyła mnie z mocą gromu bijącego tam, gdzie nie sposób spodziewać się burzy.

Chyba czegoś brakuje.

Wskazał na nie i mówił coś, czego nie dosłyszałem, bo silny wiat, nim dotarły do mych uszu, porywał słowa, niosąc je ku błękitnej przestrzeni morza.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Adriaan jest świetnie stworzoną postacią, bez żadnego ale! Możesz mieć rację z entuzjastycznym podejściem do historii w optyce “pomiędzy”. Dałeś nam do ręki klucz i moim zdaniem to wystarczy!

Moja resztówka była dywagowaniem i dzieleniem włosa na miliony części, szalenie czytelniczym. Wiesz, tak jakbyś siedział na kameralnym spotkaniu z autorem, który napisał ulubioną przez Ciebie książkę. Czytelnicy zadają pytania, ten odpowiada i wszyscy rozmawiają o różnych rzeczach, które pomyśleli, nad czym się zastanawiali  i jeszcze do tej pory to robią. Tak robili/ą Le Guin, Keret, Zadie, Rushdie, Tokarczuk i wielu innych. Nie warto rozmawiać o warsztacie, tj. Autor może sobie wyciągać wnioski odnośnie warsztatu, lecz dużo bardziej interesująca jest sama opowieść, a Twoja taką jest. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

 

<Detektywa Lowina zapiski z urlopowych sesji czytania „Tytulików”>

Michał Pe – Wszystkie odcienie zieleni

Wszystkie odcienie zieleni widziałem ostatnio w lustrze po randce z butelką burbona. Miałem na pysku kolory, których jeszcze nie nazwano, dlatego z ciekawością zasiadłem do Twojego opowiadania – co tam zmalowałeś?

Jest dobrze, nawet bardzo dobrze, ale nie od razu.

Lubię po przeczytaniu odczekać parę dni i zastanowić się, co pamiętam z opowiadania. U Ciebie przyznam, że początek praktycznie wyleciał mi z głowy. Jest powolny, spokojny, można powiedzieć nastrojowy. To nie to, że potrzebuję szybkiej akcji, po prostu zabrakło mi jakiegoś „haczyka”, żeby chwycił tekst i się go trzymał. Za to utkwił mi w głowie klimat i to z pewnością Ci się udało. Bardzo przyjemnie napisany tekst, zupełnie jakbym znów pływał w jeziorze (teraz moje błony pławne nie są takie jak kiedyś).

A potem zrobiło się ciekawiej i w końcu świetna końcówka. Najlepsza, jaką czytałem w tym konkursie. Pięknie napisana, z odpowiednim tempem i nieoczekiwaną wizytą syreny. Za to wielkie brawa! Pochwalę również bohaterów, bo są naprawdę „żywi”, choć powiedziałbym, że Adriaan nawet bardziej od protagonisty.

Świetne opowiadanie.

 

Alicello, dziękuję bardzo za kliczka i nominację! Bardzo mi miło, że opowiadanie Ci się podobało, a nawet zaczarowało:) Lejesz miód na moje serce strumieniem tak szerokim, że zaczynam już odrywać się od ziemi;) Dzięki!

 

Mam słabość do opisu obrazów, a Ty to zrobiłeś po mistrzowsku.

Jeśli zajrzysz do moich starszych tekstów znajdziesz tam podobnych klimatów więcej. Bozia niestety nie dała mi tyle talentu abym mógł malować to, co przychodzi mi do głowy, dlatego muszę o obrazach pisać. Nalepiej w formie fabularnej, bo wtedy jest szansa, że ktoś taki tekst przeczyta.

 

Poczułam lekki niedosyt, gdy okazało się, że przyczyną całego zamieszania są syreny, bo spodziewałam się czegoś bardziej mrocznego. Przez całe opowiadanie napięcie rośnie, a na końcu, przynajmniej w moim odczuciu, troszkę oklapło.

Ano racja. Dla nas, fantastów, na co dzień wędrujących się po kosmicznych wszechświatach i posługujących się magią niczym najpowszedniejszym narzędziem, element taki jak syrena nie może budzić szczególnych emocji. Ale z punktu widzenia bohatera, przedstawiciela świata odartego już niemal z tego co niepoznane i nieujęte w ramy nauki, takie odkrycie musiało być sporym przeżyciem. Lub nieprzeżyciem, bo przecież syreni śpiew mąci w męskich głowach okrótnie:)

 

Powiem Ci, że gdyby ktoś dał mi to opowiadanie do przeczytania i powiedział, że jest to początek bestsellerowej powieści, to uwierzyłabym.

Dzięki. To dla mnie duży komplement.

 

Asylum!

Dałeś nam do ręki klucz i moim zdaniem to wystarczy!

O, to to! Zgrabnie to ujęłaś. Dać czytelnikowi klucz do opowieści. Muszę to zapamiętać!

 

Wiesz, tak jakbyś siedział na kameralnym spotkaniu z autorem, który napisał ulubioną przez Ciebie książkę. Czytelnicy zadają pytania, ten odpowiada i wszyscy rozmawiają o różnych rzeczach, które pomyśleli, nad czym się zastanawiali  i jeszcze do tej pory to robią.

Racja. Taka sytuacja to dla autora chyba największa nagroda za twórczy trud. Dlatego stokrotnie dziękuję za Twoje czytelnicze dzielenie włosa na milion części! To naprawdę wartościowy materiał do przemyśleń i podglebie dla nowych pomysłów. No i paliwo niezbędne, aby się chciało. Choć i tak się chce. Czasem to nawet kwestia nie chęci, a musu:)

 

Hej, Zanaisie!

Dzięki ogromne za wyróżnienie tego opowiadania. Hasło konkursowe spięło w mojej głowei kilka plączących się bez związku myśli i całość wyszłą chyba całkiem zgrabnie. Doskonale pracowało mi się nad tym tekstem i bardzo go polubiłem, dlatego miejsce na pudle tak strasznie cieszy. 

 

A potem zrobiło się ciekawiej i w końcu świetna końcówka. Najlepsza, jaką czytałem w tym konkursie. Pięknie napisana, z odpowiednim tempem i nieoczekiwaną wizytą syreny. Za to wielkie brawa!

Dzięki ogromne! Termin gonił i zabrakło mi chłodnego spojrzenia na zakończenie tekstu, dlatego nie byłem pewien co tam się udało, a co nie do końca, ale najwyraźniej plusy dodatnie przeważyły nad plusami ujemnymi;) 

 

Pochwalę również bohaterów, bo są naprawdę „żywi”, choć powiedziałbym, że Adriaan nawet bardziej od protagonisty.

Już o tym wspominałem gdzieś powyżej, ale w moim odczuciu to właśnie Adriaan jest rzeczywistym bohaterem tej opowieści. Niczym zwornik, bez którego cała konstrukcja rozpadła by się.

 

Dzięki raz jeszcze za wizytę i pozdrawiam!

Stadhamm uciekł spojrzeniem ku ciemnej sylwetce parowca, zakotwiczonego w zatoce. Postawa jego ciałciała…

Brzmi jakby o postawę ciała parowca chodziło. 

 

W zieleni tej zawierał się urok palety odcieni

Się zrymowało. 

 

niemal nie ma tu zwierząt

Słabo to brzmi. 

 

Czując się swobodniej pośród walijskich pasterzy, niż w ciasnym i głośnym city, nie mogło być inaczej.

Coś tu się złego stało z podmiotem. 

 

Opowiadanie jest przede wszystkim przepięknie napisane, ale tego się spodziewałem, znając inne twoje teksty. Nie każdy posiada taką lekkość pióra, a tego, jak pięknie układasz słowa, można tylko pozazdrościć. 

Tekst od pierwszych zdań wzbudza ciekawość, a potem czaruje nas klimatem prawie bezludnej wyspy i… tyle. Kiedy przychodzi najciekawsze, gdy możemy obcować z tajemnicą, opowiadanie kończy się wraz z tragicznym losem bohatera. Jest w tym pewne piękno i wprawa, bo ułożyłeś to wszystko w sposób, któremu nie sposób nic zarzucić (no, może poza tą środkową sceną z urzędnikiem, która niczego nowego nie wnosi i zdaje się napisana tylko po to, by wepchnąć trochę znaków między jedną i drugą scenę z Adriaanem), zapewne wszystko pokazałeś tu w taki sposób, jak sobie zamierzyłeś, ale opowiadanie pozostawia z uczuciem niedosytu.

Mieliśmy z początku obietnicę tajemnicy i, jak dla mnie, wyszło trochę zbyt krótko i zbyt prosto. 

Nadal jest to oczywiście bardzo dobry tekst. 

Nowa Fantastyka