- Opowiadanie: Sonata - Język jego miłości

Język jego miłości

Do­da­ję z pew­nym stra­chem przed ju­ro­ra­mi, bo nie wiem, czy nie za smut­ne wy­szło :)

 

Be­to­wa­li: Ma­Skrol, Verus i Wik­tor Or­łow­ski. Bar­dzo dzię­ku­ję!

 

Po­mysł na tytuł za­pro­po­no­wa­ła Wik­tor.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Język jego miłości

Nie otwie­ra­łam oczu, pró­bu­jąc za­trzy­mać pod po­wie­ka­mi wspo­mnie­nie snu. Czy dzi­siej­szej nocy uka­zał mi się ogród pełen wi­śnio­wych drzew, czy też dno wul­ka­nu, po któ­rym su­nę­łam w top­nie­ją­cej łodzi? 

Zba­da­łam oto­cze­nie do­ty­kiem i wę­chem. Nic nie pa­rzy­ło, nie bo­la­ło, było za to mięk­ko i pach­ną­co. Otwo­rzy­łam oczy, by uj­rzeć łąkę pełną bia­łych kwia­tów. Serce za­bi­ło moc­niej – dzi­siaj się po­sta­ra­łam. Przede mną roz­po­ście­rał się widok do­li­ny otu­lo­nej stro­my­mi szczy­ta­mi. Pola w od­cie­niach bordo i różu gła­skał de­li­kat­ny wiatr, w od­da­li błysz­czał stru­myk. Po­de­rwa­łam się i ru­szy­łam ku niemu w pod­sko­kach. 

Chłod­na woda sma­ko­wa­ła jak ja­go­dy. Orzeź­wiw­szy się, po­bie­głam boso po zim­nej tra­wie, aż stra­ci­łam dech i pa­dłam na zie­mię. 

Wiatr mu­skał moją twarz, bawił się wło­sa­mi. Było tak przy­jem­nie. 

Nagły cień spadł zni­kąd i zmro­ził umysł. Nie! Nie myśl o tym. 

Myśl tylko o chwi­li obec­nej. 

– Tylko… – wy­szep­ta­łam. 

Przy­mknę­łam oczy. Pro­mie­nie sło­necz­ne pie­ści­ły moje po­licz­ki; wy­su­szy­ły łzę, która przed mo­men­tem się po­ja­wi­ła. Cisza. Ciało prze­szył dreszcz od­prę­że­nia. 

Słoń­ce pod­pły­nę­ło bli­żej ze­ni­tu. Ru­szy­łam dalej. 

Okna sa­lo­nu roz­ja­śnia­ło świa­tło. We­szłam do domu i za­sta­łam smut­ne zie­lo­ne lampy, sztucz­ny ko­mi­nek oraz pust­kę. Wciąż ten sam widok. 

Usia­dłam na dy­wa­nie. Tań­czą­ce pło­mie­nie ba­wi­ły się bez­tro­sko. Opa­dły mi po­wie­ki. Spać.

 

*** 

 

Prze­su­wa­łam ob­ra­zy w po­szu­ki­wa­niu naj­od­po­wied­niej­sze­go. Tyle ich mia­łam do wy­bo­ru! Ho­lo­gra­my ota­cza­ły mnie długą spi­ra­lą, któ­rej ko­niec nik­nął w ciem­no­ści. Umysł pro­du­ko­wał nie­skoń­czo­ną licz­bę kształ­tów i nie było dwóch ta­kich sa­mych, tak jak nie mogły ist­nieć dwa iden­tycz­ne płat­ki śnie­gu. 

Wy­bra­łam ho­lo­gram z gó­ra­mi kol­cza­sty­mi jak grzbie­ty smo­ków, a potem przy­sy­pa­łam je to­na­mi bia­łe­go puchu. Wokół mnie za­drża­ła zie­mia. Po kolei, z po­mru­kiem, za­czę­ły wy­ła­niać się skały; wzro­sły do nieba, prze­sło­ni­ły słoń­ce. Wy­glą­da­ły jak zęby. Z czymś mi się ko­ja­rzy­ły. 

Na za­cho­dzie umie­ści­łam pasmo gór­skie do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ją­ce ludz­ką twarz. Gdy wy­ro­sło, zmru­ży­łam oczy i po­krę­ci­łam głową. Nie. Góry znik­nę­ły i po­ja­wi­ły się po dru­giej stro­nie. Teraz le­piej. 

Po­grą­ży­łam się w za­po­mnie­niu. 

 

*** 

 

Zza szyby ob­ser­wo­wa­łam ska­li­stą twarz pa­trzą­cą w dal, w stro­nę roz­le­głych po­ła­ci ziemi. Tamta część mo­je­go świa­ta za­wsze stała pusta, po­kry­ta tylko prze­wa­ża­ją­cą w danym dniu fak­tu­rą. Dziś ist­nia­ła jako bez­kre­sna lo­do­wa pu­sty­nia.

Po­łą­czy­łam się z Sie­cią i otwo­rzy­łam ko­lej­ny plik z gi­gan­tycz­nej bi­blio­te­ki mul­ti­me­diów, które ponoć miały być dla mnie in­spi­ra­cją. Ponoć, bo in­spi­ra­cji po­trze­bu­je sztu­ka, a nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że to, co ro­bi­łam, nią nie było. Sztu­ka musi prze­cież ist­nieć w ja­kimś celu, a na wi­dow­ni musi za­sia­dać cho­ciaż jedna osoba. 

Na ho­lo­gra­mie wy­świe­tli­ła się rzeka peł­zną­ca wśród po­chy­lo­nych wierzb. Prawa dłoń drgnę­ła mi bez­wied­nie. Nie mo­głam się skon­cen­tro­wać. Wy­łą­czy­łam ma­te­riał, zanim do­biegł końca. Wró­ci­łam do pliku o nu­me­rze 3518, który oglą­da­łam ty­dzień temu: po­ma­lo­wa­ny słoń­cem drew­nia­ny pło­tek, kury prze­cha­dza­ją­ce się przed nim i roz­cią­gnię­ty w tle widok na las oraz pole z wą­skim stru­my­kiem. Tym razem za­drga­ła nie tylko dłoń, ale całe ciało. Dla­cze­go?

Z za­ka­mar­ków umy­słu znowu wy­chy­nął cień, lecz… nie, to nie mogło być to. Wy­klu­czo­ne. 

Nigdy w życiu nie wi­dzia­łam ży­wych kur. Ist­nia­ły dla mnie wy­łącz­nie w prze­past­nej bi­blio­te­ce mul­ti­me­diów, tak jak wszyst­kie inne zwie­rzę­ta i lu­dzie. Te isto­ty… Czy żyły kie­dyś tu, gdzie ja, czy od za­wsze były tylko w krót­kich fil­mach, z któ­rych uczy­łam się życia? 

Otwo­rzy­łam ob­ra­zek, z któ­re­go aż wy­le­wa­ły się słod­ko­ści. Po­śród lasów z cu­kier­ków w paski i cze­ko­la­do­wych rzek stał zamek. Wokół wież pły­wa­ły ob­ło­ki z waty cu­kro­wej, a żel­ko­we za­ro­śla wspi­na­ły się na mury. Znowu. Dla­cze­go tak bar­dzo mi się to z czymś ko­ja­rzy­ło? 

 

*** 

 

Sta­łam na wzgó­rzu zro­bio­nym z dia­men­tu. Dni zle­wa­ły się w jeden ciąg wy­peł­nio­ny kra­jo­bra­za­mi, mul­ti­me­dia­mi i sztucz­nym ogniem w ko­min­ku. 

Od dna groty wy­peł­nio­nej świe­cą­cy­mi krysz­ta­ła­mi ode­rwa­ło się kilka ma­łych ka­mycz­ków i ule­cia­ło w po­wie­trze jak stad­ko mo­ty­li. Za­mknę­łam oczy. Ale przy­jem­nie. Na­praw­dę przy­jem­nie. 

Rzu­ci­łam się w wir ko­lej­nych dni – błą­dząc po la­bi­ryn­cie wy­se­pek uno­szą­cych się na morzu ni­czym łódki, prze­ska­ki­wa­łam do lasu peł­ne­go pa­pro­ci i mu­cho­mo­rów, a z niego wpa­da­łam pro­sto w ra­mio­na ka­mien­nych rzeźb ol­brzy­mów. 

To nie wy­star­cza­ło. W za­sa­dzie nie wie­dzia­łam, jak bar­dzo mar­twe jest moje serce. Ale ono i tak zo­sta­ło po­grze­ba­ne już dawno temu. Teraz po pro­stu mia­łam wra­że­nie, że sta­łam się płat­kiem kwia­tu z jedną kro­plą krwi w środ­ku, z jedną iskier­ką ni­kłej chęci, która się we mnie tliła. Chęci do stwo­rze­nia cze­goś in­ne­go. 

Ale to wy­ma­ga­ło się­gnię­cia głę­biej, a ja nie byłam go­to­wa. 

 

*** 

 

Mar­twe skały i wy­sep­ki wy­ra­sta­ły z rów­nie mar­twe­go morza. Stwo­rzy­łam tro­chę ro­ślin­no­ści, niebo przy­pró­szy­łam gwiaz­da­mi. Słoń­cu nada­łam kolor na­dziei. Ba­wi­łam się, ma­lo­wa­łam. 

Z czar­nych wód wy­ro­sła fio­le­to­wa góra. Zmru­ży­łam jedno oko i jej śro­dek prze­cię­ła nisz­czy­ciel­ska siła kru­szą­ca skały, to­ru­ją­ca sobie drogę do wnę­trza pla­ne­ty. Z bul­go­tem pod­nio­sła się świe­tli­sta lawa. Pę­dzi­ła w górę z nie­sa­mo­wi­tą pręd­ko­ścią, aż prze­la­ła się ponad szczy­tem. 

Po chwi­li jed­nak wszyst­ko wraz z ogłu­sza­ją­cą falą wpa­dło z po­wro­tem do morza, a ja prze­su­nę­łam spi­ra­lę ho­lo­gra­mów w po­szu­ki­wa­niu cze­goś in­ne­go. Czar­ne wody znik­nę­ły, a w ich miej­scu po­ja­wi­ła się roz­sło­necz­nio­na pu­sty­nia. Wokół mnie po­pły­nę­ła woda, obok kwi­tły kwia­ty, ro­dzi­ła się trawa i wy­ra­sta­ły palmy. Byłam matką. Two­rzy­łam świa­ty. Ten jed­nak znów wy­da­wał się taki zwy­czaj­ny: pu­sty­nia, góry, wyspy – wi­dzia­łam to mi­lio­ny razy. 

Prze­bu­dzi­łam się w nie­do­koń­czo­nym świe­cie i się­gnę­łam po lap­top z mul­ti­me­dia­mi. Baza była ogrom­na – przez dwa­dzie­ścia sie­dem lat życia nie zdą­ży­łam przej­rzeć wszyst­kie­go, a ona wciąż się po­więk­sza­ła. Pliki, któ­rych nigdy jesz­cze nie otwie­ra­łam, ja­rzy­ły się nie­bie­skim świa­tłem. Wy­bra­łam lo­so­wo jeden z nich i moim oczom uka­zał się film. Ka­me­ra się ob­ra­ca­ła, zgar­nia­jąc pa­no­ra­mę spo­koj­ne­go wiej­skie­go kra­jo­bra­zu, rów­nych pól pod sza­rym nie­bem. 

Za­la­ła mnie fala go­rą­ca. Wie­dzia­łam, że to uczu­cie, które pa­li­ło mnie przez te wszyst­kie dni, od kiedy… Myśl tylko o chwi­li obec­nej! 

Za­czę­łam szu­kać wska­zó­wek, jak to zro­bić. Jak stwo­rzyć coś ży­we­go? Co­kol­wiek, co bę­dzie cie­płe, w czym po­pły­nie krew, co za­cznie wi­dzieć i czuć. I mnie nie opu­ści.

Czy­ta­łam kie­dyś o isto­tach po­dob­nych do mnie po­tra­fią­cych to samo i wię­cej. Dzię­ki nim na mo­rzach wy­ra­stał ląd, a rzeki od­naj­dy­wa­ły swoje źró­dła. Isto­ty te mogły rów­nież tchnąć w coś życie. Skoro one umia­ły, to ja też – po­my­śla­łam, lecz nie wie­dzia­łam, od czego za­cząć… 

Przy­go­to­wa­łam go­rą­cą ką­piel. Woda przy­jem­nie otu­la­ła ciało. Bą­bel­ki piany ci­chut­ko pę­ka­ły, koń­cząc swoje barw­ne ist­nie­nia. Ich me­lo­dia ko­ły­sa­ła. Spły­nę­ła na mnie błoga fala nie­świa­do­mo­ści, z któ­rej zo­sta­łam nagle wrzu­co­na pro­sto w ciem­ność, w śro­dek spi­ra­li z ho­lo­gra­ma­mi. 

Stwo­rzy­łam tylko lawę. 

Za­po­mnia­łam, że je­stem w domu. Pa­trzy­łam po­nu­ro na bul­go­czą­ce za oknem śmier­tel­nie go­rą­ce morze. Nie pójdę tam. 

Mój stan wy­da­wał się na­praw­dę bar­dzo zły. Nigdy nie stwo­rzy­łam samej lawy albo cze­goś in­ne­go tak jed­no­znacz­nie nisz­czą­ce­go. Za­wsze ist­nia­ły bez­piecz­ne ele­men­ty, jakaś moż­li­wość uciecz­ki. Tym razem zo­sta­łam ura­to­wa­na tylko przez nie­pa­mięć. 

Było coś jesz­cze, przed czym mnie chro­ni­ła. A może nie? Przed czym miała chro­nić? Przed smut­kiem? 

I tak go czu­łam. Więc wszyst­ko jedno, z ja­kie­go po­wo­du.

Za­nu­rzy­łam się w la­bi­ryn­cie o pół­prze­zro­czy­stych ścia­nach, ist­nie­ją­cym po­śród czer­ni. Po­gna­łam wąską ścież­ką, mi­ja­jąc ja­sno­zie­lo­ne ma­rze­nia i brą­zo­we plany. Prze­bie­głam przez ko­ry­tarz emo­cji, nie przy­glą­da­jąc im się, bo wie­dzia­łam, że pra­wie wszyst­kie na­czy­nia były puste; tylko dwa nie­mal cał­ko­wi­cie wy­peł­nia­ły kle­iste płyny. Nagle przy­sta­nę­łam za­in­try­go­wa­na. Nie – jed­nak brud­no­nie­bie­ska ciecz w jed­nym z na­czyń prze­la­ła się już i ście­ka­ła na pod­ło­gę. Po­wsta­ła spora ka­łu­ża.

Szłam dalej. Ścia­ny la­bi­ryn­tu coraz bar­dziej ma­to­wia­ły, a ja za­trzy­ma­łam się na­prze­ciw ko­ry­ta­rza wy­peł­nio­ne­go bia­ły­mi bły­ska­wi­ca­mi. Przy­sta­nę­łam. To, co tak długo od­py­cha­łam, teraz gło­śno się do mnie do­bi­ja­ło. 

Je­stem słaba. 

Wy­ła­do­wa­nia zgrzy­ta­ły od jed­nej ścia­ny do dru­giej – żeby się prze­ci­snąć, mu­sia­łam przy­lgnąć do pod­ło­gi i czoł­gać się aż do sa­me­go końca. Tam ośle­pi­ło mnie świa­tło, a gdy oczy przy­zwy­cza­iły się już do bla­sku, uj­rza­łam nas.

Słoń­ce świe­ci­ło nad zie­lo­ną łąką, w tle szu­mia­ła pusz­cza, gdzieś dalej wiła się rzeka. Le­że­li­śmy na tra­wie, wdy­cha­jąc jej cie­pły za­pach. 

– Vilo – szep­nął Theo, nie otwie­ra­jąc oczu. – Zrób mi plażę. 

Kiw­nę­łam głową i z uśmie­chem uło­ży­łam się wy­god­niej. Po chwi­li za­pa­dłam w sen.

– Nie, nie! Niebo błę­kit­ne. – Theo wes­tchnął, wi­dząc, że znów chcia­łam uczy­nić fir­ma­ment czer­wo­nym jak płat­ki maków, usia­ny ja­go­do­wy­mi chmu­ra­mi.

Za­wsze lubił kla­sycz­ne ko­lo­ry. Uśmiech­nę­łam się fi­glar­nie i za­bra­łam do za­sy­py­wa­nia plaży pia­skiem. Zie­lo­nym.

– Vilo! 

Za­chi­cho­ta­łam.

Potem, gdy szli­śmy po pia­sku ko­lo­ru pia­sko­we­go, za­py­ta­łam:

– Dla­cze­go nie chcesz po­fan­ta­zjo­wać?

– To nie tak, że nie chcę – mruk­nął. – Zwy­czaj­ne ko­lo­ry… do­brze mi się ko­ja­rzą. Tak, jak­bym kie­dyś na­praw­dę to wi­dział.

– Hm? 

Nie od­po­wie­dział, więc po­de­szłam bli­żej i zaj­rza­łam w jego oczy. A potem go ob­ję­łam. Nasze nagie ciała się ze­tknę­ły. Usta roz­grzał po­ca­łu­nek. Wez­bra­ło we mnie uczu­cie, gdzieś w gło­wie, ro­ze­szło się fa­la­mi po całym ciele. Chcia­łam wię­cej. Ale Theo od­su­nął moje ręce. 

– Nie, to chore. Nie je­steś… – Prze­rwał. Pa­trzył na mnie tak, jak­bym go za­wio­dła. – Prze­pra­szam. Nie, to też chore, że cię prze­prasz…

I znik­nął, zanim skoń­czył zda­nie. A potem nie wró­cił nigdy wię­cej.

Za­czę­łam pła­kać do­pie­ro, gdy wy­szłam z la­bi­ryn­tu. 

Znik­nął gdzieś. Może tam, w tym świe­cie, gdzie byli inni lu­dzie, w świe­cie z krót­kich fil­mów albo elek­tro­nicz­nych ksią­żek. Vila… Przez ten cały czas zu­peł­nie za­po­mnia­łam, jak mam na imię, prze­cież nie było ni­ko­go, kto mógł­by mnie nim na­zy­wać. Do­pie­ro teraz coś się w moim umy­śle od­blo­ko­wa­ło. Do­pie­ro teraz mo­głam ana­li­zo­wać słowa Theo. Mo­głam ana­li­zo­wać go­dzi­na­mi, ale i tak nic nie ro­zu­mia­łam.

 

*** 

 

Nie wiem, dla­cze­go wciąż jesz­cze usi­ło­wa­łam cze­piać się życia. Byłam jak kot, który pa­zu­ra­mi trzy­ma się skra­ju urwi­ska, o krok od śmier­ci, ale pa­zu­ry prze­cież są mocne i tak łatwo nie pusz­cza­ją…

W za­du­mie prze­szu­ki­wa­łam pliki. Nie lu­bi­łam oglą­dać tych now­szych – były bar­dzo wy­ra­zi­ste, lecz forma wy­gry­wa­ła w nich z tre­ścią, na­to­miast te star­sze wy­glą­da­ły jak skry­te za mgłą, ale za to nie­mal za­wsze miały w sobie coś nie­zwy­kłe­go, jakąś nie­wi­docz­ną gołym okiem nie­sa­mo­wi­tość. 

Dziś, po­grą­żo­na w bez­myśl­no­ści, włą­czy­łam jeden ze świe­żych pli­ków tek­sto­wych. Moim oczom uka­za­ło się coś w ro­dza­ju ob­wiesz­cze­nia. Ta­kich rze­czy nigdy nie czy­ta­łam, więc tylko prze­bie­głam tekst wzro­kiem:

(…) Po Dru­gim Ska­no­wa­niu Świa­ta wy­kry­to nie­ty­po­we ak­tyw­no­ści w nie­któ­rych ama­tor­skich pro­gra­mach. (…) Dzie­je się tak, gdy twór­ca pro­gra­mu wkła­da w swoją pracę za dużo sie­bie. (…) Ro­bi­my wszyst­ko dla bez­pie­czeń­stwa i do­bre­go sa­mo­po­czu­cia Oby­wa­te­li Me­ga­dy­sku. Ist­nie­nie sztucz­nej świa­do­mo­ści ze wzglę­du na róż­ni­ce ga­tun­ko­we oraz sze­reg róż­nic w mo­ral­no­ści mo­gło­by wy­wo­ły­wać nie­po­trzeb­ne po­ru­sze­nie, a w kon­se­kwen­cji kon­flik­ty za­bu­rza­ją­ce ideę Spo­łe­czeń­stwa Zgody. (…) Rząd Me­ga­dy­sku kon­se­kwent­nie li­kwi­du­je wszyst­kie ele­men­ty, które mo­gły­by za­bu­rzyć spo­koj­ną eg­zy­sten­cję Oby­wa­te­li. Oby­wa­te­le mogą być pewni, że wy­kry­te po Dru­gim Ska­no­wa­niu Świa­ta ele­men­ty za­gra­ża­ją­ce ich spo­ko­jo­wi i Zgo­dzie zo­sta­ną usu­nię­te. (…) 

Nic z tego nie zro­zu­mia­łam, ale słowo „świa­do­mość” wzbu­dzi­ło re­flek­sję. Czy ja wła­ści­wie byłam teraz świa­do­ma tego, jak żyję? I co nie­daw­no zro­bi­łam? Co zro­bię w przy­szło­ści?

 

*** 

 

Wspo­mnień raz wy­cią­gnię­tych na po­wierzch­nię nie da się po­now­nie za­to­pić. Ża­ło­wa­łam. Życie bez pa­mię­ci o Theo było pra­wie bez­bo­le­sne.

Wszyst­kie dni upodob­ni­ły się do sie­bie. Nie mia­łam już ocho­ty ni­cze­go two­rzyć. Mój dom stał teraz wśród bia­łej rów­ni­ny, pu­stej jak nie­za­pi­sa­na kart­ka. W każ­dym śnie igno­ro­wa­łam spi­ra­lę ob­ra­zów; sie­dzia­łam w jej środ­ku zwi­nię­ta w kłę­bek, w ciem­no­ści. 

Po­de­szłam do okna i spoj­rza­łam na pusty kra­jo­braz. Na nie­bie nie było śladu po słoń­cu, nie było chmur, gwiazd ani księ­ży­ca – po­dział na dni i noce mój świat sto­so­wał już chyba tylko z przy­zwy­cza­je­nia. Mia­łam odejść, ale coś za­uwa­ży­łam. Biała pod­ło­ga świa­ta przy­pró­szo­na była sza­ro­ścią póź­ne­go wie­czo­ru cią­gną­cą się aż po ho­ry­zont. Coś mi­go­ta­ło na skra­ju linii, która nik­nę­ła w ciem­no­ści; coś ja­sne­go. 

Nie roz­my­śla­łam nad tym zbyt długo. Ode­szłam od okna, wra­ca­jąc do co­dzien­ne­go prze­glą­da­nia mul­ti­me­diów. Nie wy­cho­dzi­łam ostat­nio wcale. Ca­ły­mi dnia­mi oglą­da­łam te same krót­kie filmy. 

Wie­czo­ra­mi dusza była już zu­peł­nie skost­nia­ła. Mia­łam też wra­że­nie, że ciało przy­ro­sło do krze­sła. Roz­cią­ga­jąc krę­go­słup, zer­k­nę­łam mi­mo­wol­nie w stro­nę zie­ją­cej za szybą pust­ki i na­tych­miast przy­po­mnia­ło mi się dziw­ne świa­teł­ko, które wi­dzia­łam ran­kiem. Wtedy bez­re­flek­syj­nie wy­pchnę­łam je na sam skraj umy­słu, bo nie było w nim nic, co by mogło mnie zająć. Lecz teraz… Teraz za­uwa­ży­łam, że za owym mi­go­ta­niem po­dą­ża ciem­ność. 

Za­drża­łam. Ciem­ność za­wsze była czymś ne­ga­tyw­nym. W mul­ti­me­diach, które oglą­da­łam… tak, ciem­ność nie­mal rów­na­ła się ze złem. 

Zja­wi­sko nie za­nie­po­ko­iło mnie jed­nak na tyle, bym nie mogła wy­rzu­cić go z pa­mię­ci. Moje myśli ostat­nio były dziw­nie nie­okieł­zna­ne, sy­pa­ły się, mie­sza­ły i ucie­ka­ły jak płat­ki kwia­tów rzu­ca­ne na po­wierzch­nię wzbu­rzo­nej wody. Łatwo o wszyst­kim za­po­mi­na­łam, bo i pa­mię­tać prze­cież nie było o czym. 

Lecz ciem­ność przy­szła tuż pod dom.

Wi­dzia­łam linię świa­te­łek, które mi­go­ta­ły i prze­miesz­cza­ły się ni­czym rój psz­czół. Zja­da­ły białą pod­ło­gę mo­je­go świa­ta. A za nimi nie było nic.

Pa­trzy­łam, jak zbli­ża­ją się do mnie. Nie byłam w sta­nie się ru­szyć; są­dzi­łam, że to do­brze. Że tak ma być. Że chcę umrzeć, bo moje ist­nie­nie nie ma naj­mniej­sze­go sensu. 

Ale gdy świa­tła do­tar­ły do prze­szklo­nej ścia­ny sa­lo­nu, ode­zwa­ło się we mnie coś, co każda żywa isto­ta ma w sobie. In­stynkt prze­trwa­nia – sil­niej­szy od dą­że­nia do śmier­ci. Moje ciało ru­szy­ło się, by uciec przed ciem­no­ścią, przed nie­ist­nie­niem. 

Wy­bie­głam z domu. Tam nagle się za­trzy­ma­łam, jak zwie­rzę za­pę­dzo­ne w pu­łap­kę. Od dru­giej stro­ny rów­nież zbli­ża­ła się świe­tli­sta linia. 

Moja pla­ne­ta była za­my­ka­na w szczę­kach ciem­no­ści. 

Umknę­łam do la­bi­ryn­tu i świe­tli­ste ko­ry­ta­rze przy­wi­ta­ły mnie swoją pust­ką. Sku­li­łam się pod ścia­ną. Ciało trzę­sło się bez­wol­nie, w tej bez­wo­li za­uwa­ży­łam, że od­le­gły kąt pół­prze­zro­czy­ste­go la­bi­ryn­tu rów­nież za­czy­na być po­że­ra­ny przez ciem­ność. Sza­lo­ne świa­teł­ka nie wy­da­wa­ły żad­ne­go dźwię­ku, parły na­przód w ab­so­lut­nym mil­cze­niu, po­dob­nie jak śnie­ży­ca. Cisza była tak gęsta, że nie­mal wi­dzia­łam jej ko­tłu­ją­ce się wszę­dzie opary.

Nie ru­szy­łam się z miej­sca. Po­dob­na cisza pa­no­wa­ła pew­nie teraz w moim świe­cie, który znik­nął. Cisza nie­ist­nie­nia.

Gdy nisz­czy­ciel­skie świa­teł­ka zbli­ży­ły się, wsta­łam. Po­mknę­łam przed sie­bie; ścia­ny fa­lo­wa­ły obok, jakby to one ucie­ka­ły, nie ja. Zer­ka­łam co jakiś czas przez ramię, by oce­nić po­zy­cję go­nią­ce­go mnie po­two­ra.

Bie­ga­łam bez ładu i skła­du po la­bi­ryn­cie, gu­biąc drogę we wła­snej isto­cie. Prze­mknę­łam ko­ry­ta­rzem emo­cji, po­trą­ciw­szy na­czy­nie prze­peł­nio­ne brud­no­nie­bie­ską sa­mot­no­ścią. Płyn za­fa­lo­wał, na­czy­nie za­drża­ło i prze­wró­ci­ło się, trą­ca­jąc kie­lich sza­ra­we­go smut­ku. Oba po­jem­ni­ki po­to­czy­ły się po półce, a kle­iste płyny zmie­sza­ły się ze sobą i zo­ba­czy­łam, że są w za­sa­dzie jed­na­ko­we, sza­ro­nie­bie­skie, nie ma mię­dzy nimi róż­ni­cy, a tylko ko­lo­ry na­czyń są inne. 

Mknę­łam dalej. Świa­tła dep­ta­ły mi po pię­tach. Koń­czy­ły mi się moż­li­wo­ści ma­new­ru. Chcia­łam skryć się we wspo­mnie­niach, ale zo­ba­czy­łam, że ko­ry­tarz do nich pro­wa­dzą­cy ginie już w ciem­no­ści. Nie mia­łam dokąd uciec, jed­nak wciąż bie­ga­łam. Klu­czy­łam, usi­łu­jąc zwięk­szyć dy­stans od świa­te­łek. W końcu zna­la­złam się w re­jo­nach tak głę­bo­kich, że nigdy w nich nawet nie byłam, nigdy ich nie od­kry­łam, bo do ni­cze­go nie słu­ży­ły. Re­jo­nach tak za­ko­rze­nio­nych w isto­cie każ­de­go czło­wie­ka, że poza sy­tu­acja­mi po­dob­ny­mi do tej nie da się ich za­uwa­żyć przez całe życie – a prze­cież są w nas stale obec­ne, w samej głębi.

Skrę­ci­łam w długi ko­ry­tarz, od­da­la­jąc się od świe­tli­stej śnie­ży­cy. Nie za­krę­cał, nie miał żad­nych odnóg. Bła­ga­łam w my­ślach, by nie skoń­czył się śle­pym za­uł­kiem, ale on biegł dalej cią­gle, pro­sto i pro­sto. Mi­ja­łam ja­kieś rze­czy za­mknię­te w klat­kach o pół­prze­zro­czy­stych róż­no­ko­lo­ro­wych prę­tach. Nie przy­glą­da­łam im się, nie mia­łam zatem po­ję­cia, co w nich było. Raz tylko po­bież­nie zer­k­nę­łam na jedną; wy­da­ło mi się, że do­strze­gam tam sto­krot­kę.

Ścia­ny ko­ry­ta­rza z wolna sta­wa­ły się ma­to­we. Pokój? 

Bie­głam, aż za­la­ła mnie ośle­pia­ją­ca ja­sność. Znik­nę­łam w mlecz­no­bia­łej mgle, by nie­ocze­ki­wa­nie zna­leźć się w cia­snym za­uł­ku. 

Z po­cząt­ku po­my­śla­łam, że to jakiś inny la­bi­rynt, ale do­strze­głam, że ścia­ny są wy­so­kie i mają okna, a przy wy­lo­cie za­uł­ka wid­nie­je ka­wa­łek ulicy. Pod jed­nym z bu­dyn­ków stało kilka ko­szów na śmie­ci, tu i ów­dzie le­ża­ły szkla­ne bu­tel­ki oraz kap­sle. Zer­k­nę­łam szyb­ko za sie­bie, ale po nisz­czy­ciel­skiej śnie­ży­cy nie było żad­ne­go śladu. Chcia­łam dalej iść na­przód, lecz usły­sza­łam jakiś dźwięk. 

Po­de­szłam bli­żej. Za ko­sza­mi stało dwoje ludzi. Ubra­ni w łach­ma­ny, ob­ści­ski­wa­li się wśród śmie­ci. Włosy ko­bie­ty były brud­ne i po­strzę­pio­ne, męż­czy­zna miał nie­rów­no ogo­lo­ny za­rost. Po­win­nam po­czuć się nie­zręcz­nie, odejść, ale sta­łam tam i pa­trzy­łam na nich jak w cie­ka­wy ob­ra­zek. Byli to pierw­si lu­dzie, poza Theo, któ­rych kie­dy­kol­wiek spo­tka­łam. 

Trwa­ło to długą chwi­lę, lecz oni byli tak za­ję­ci sobą, że mnie nie za­uwa­ży­li. Choć wy­glą­da­li na mło­dych, życie już zdą­ży­ło ich znisz­czyć. A jed­nak aż biła od nich ener­gia na­mięt­no­ści i peł­nia szczę­ścia. Chcia­łam po­dejść bli­żej, do­tknąć ich, lecz wtedy u wy­lo­tu za­uł­ka po­ja­wi­ła się śnie­ży­ca.

Za­czę­łam biec, krzy­cząc nie­śmia­ło: 

– Ucie­kaj­cie! 

Nie usły­sza­łam, czy to zro­bi­li, nie mia­łam jed­nak czasu się oglą­dać. Śnie­ży­ca była tuż za mną. Nagle po­now­nie wpa­dłam w białą mgłę, a potem za­pa­no­wa­ła ciem­ność.

Gdy oczy przy­zwy­cza­iły się do mroku, za­uwa­ży­łam, że wy­lą­do­wa­łam na roz­le­głym bru­ko­wa­nym dzie­dziń­cu. Wokół wy­ra­sta­ły ciem­ne mury po­nu­re­go zamku o smut­nej duszy. Pa­no­wa­ła tu srebr­na mgli­stość póź­ne­go wie­czo­ru, na nie­bie skrzy­ły się gwiaz­dy. Ogrom­ne wieże spo­glą­da­ły na mnie bez­na­mięt­nie, nie­któ­re okna ja­rzy­ły się roz­mi­go­ta­nym, po­ma­rań­czo­wym bla­skiem, a ja przy­wo­ła­łam w pa­mię­ci wszyst­kie zamki, które wi­dzia­łam w bi­blio­te­ce mul­ti­me­diów, lecz ten nie był żad­nym z nich. 

Pod­sko­czy­łam, kiedy w wieży za mną za­skrzy­pia­ły drzwi. Nie zdą­ży­łam się ukryć, ale dwie wy­cho­dzą­ce po­sta­ci zu­peł­nie nie zwró­ci­ły na mnie uwagi. Ko­bie­ta spo­wi­ta była ciem­ną pe­le­ry­ną, bosy męż­czy­zna miał na sobie habit. Spod kap­tu­rów roz­le­ga­ła się cicha roz­mo­wa. 

– …igły ja­łow­ców mi to wy­zna­ły. 

Drgnę­łam. Ko­bie­ta uży­wa­ła ob­ce­go ję­zy­ka, brzmią­ce­go jak sze­lest wia­tru, a jed­nak do­sko­na­le ją ro­zu­mia­łam. W jej gło­sie po­brzmie­wa­ła nie­pew­ność, ale też coś zna­jo­me­go, jakaś za­po­mnia­na nuta. 

– Nic nas tu nie trzy­ma, Roz­ma­ry­nie – mó­wi­ła dalej ko­bie­ta. 

– Gdy­bym tylko spo­tkał cię wcze­śniej… – od­po­wie­dział Roz­ma­ryn. Za­mar­łam.

To nie był Theo, to nie mógł być on. Nie miał błę­kit­nych oczu i cha­rak­te­ry­stycz­nej, po­je­dyn­czej zmarszcz­ki przy lewym ką­ci­ku ust. Był wy­raź­nie niż­szy. A jed­nak… Czu­łam, czu­łam całą sobą, że to on. Łzy na­pły­nę­ły mi do oczu. Wy­cią­gnę­łam rękę w jego stro­nę. Prze­nik­nę­ła przez ramię męż­czy­zny jak przez wodę.

Świa­teł­ka do­strze­głam do­pie­ro, kiedy były tuż obok. Sko­czy­łam do uciecz­ki w na­dziei, że to nisz­czy tylko moją isto­tę, ale nie tknie osób, które spo­tka­łam. 

Po prze­kro­cze­niu ścia­ny mgły zna­la­złam się w… czymś, co nie mie­ści­ło mi się w gło­wie. 

Setki ko­lo­rów. Ty­sią­ce uczuć. Mi­lio­ny dźwię­ków. Ledwo zro­zu­mia­łam, że tego, co mam przed ocza­mi, tak na­praw­dę wcale nie widzę, a czuję; mój mózg zaś prze­twa­rza to sobie na ko­lo­ry i dźwię­ki. Wszyst­ko było tak abs­trak­cyj­ne, nie­moż­li­we do sa­mych gra­nic; my­śla­łam, że mój umysł zaraz osza­le­je. 

Wśród cha­osu wy­czu­łam dwie świa­do­mo­ści. Biło od nich cie­pło skie­ro­wa­ne na sie­bie na­wza­jem. Ale cie­pło niema­ją­ce nic wspól­ne­go z tem­pe­ra­tu­rą; ce­chu­ją­ce się cie­le­sną na­mięt­no­ścią, a jed­nak cał­ko­wi­cie du­cho­we, po­dob­ne do spa­zmów eks­cy­ta­cji, a zu­peł­nie inne, jed­no­cze­śnie grzesz­ne i czy­ste jak łza. Było tak nie­sa­mo­wi­cie zmy­sło­we, że do­świad­cza­jąc go, po­czu­łam się jak naj­gor­szy in­truz i chcia­łam tylko prze­paść, bo do­pu­ści­łam się nie­wy­ba­czal­ne­go na­ru­sze­nia czy­jejś in­tym­no­ści. Gdzieś w szu­mie elek­try­zu­ją­cych barw i świa­teł do­strze­głam, a ra­czej wy­czu­łam nisz­czy­ciel­ską moc, która mnie go­ni­ła. Z ulgą opu­ści­łam to dziw­ne miej­sce. 

Zna­la­złam się w roz­sło­necz­nio­nym po­ko­ju o ścia­nach z drew­na. Pa­no­wa­ła zu­peł­na cisza, w któ­rej uno­sił się kurz. Stało tu kilka re­ga­łów z książ­ka­mi oraz ro­ślin w do­nicz­kach. Wśród nich dwoje ludzi czy­ta­ło książ­ki. 

Bia­ło­wło­sy mło­dzie­niec wy­glą­dał jak jeden z cza­ro­dzie­jów, któ­rych oglą­da­łam w fil­mach. Miał na sobie długą zie­lo­ną szatę i szarą pe­le­ry­nę z kap­tu­rem, a na palcu jego pra­wej dłoni lśnił pier­ścień z czer­wo­nym ka­mie­niem. Dziew­czy­na na­to­miast, z bladą skórą, czar­ny­mi wło­sa­mi i w fio­le­to­wej suk­ni o sze­ro­kich rę­ka­wach, przy­wo­dzi­ła na myśl cza­row­ni­cę. Le­ża­ła z głową na ko­la­nach chło­pa­ka. Każde z nich wy­da­wa­ło się za­ję­te lek­tu­rą, a jed­nak w ich po­zach oraz ru­chach czuło się, jak nie­ustan­nie są ze sobą po­łą­cze­ni bez słów. 

Mło­dzie­niec prze­wró­cił kartę książ­ki, mi­mo­wol­nie uno­sząc brwi. To tra­fi­ło mnie w serce jak ró­ża­ny kolec. 

– Theo… – wy­szep­ta­łam. 

Moje serce za­mar­ło. Ob­ser­wo­wa­łam czy­ta­ją­cą parę. Dziew­czy­na unio­sła wzrok i w jej oczach za­uwa­ży­łam coś, dzię­ki czemu zro­zu­mia­łam. Wy­mie­ni­li uśmie­chy. Wy­mie­ni­li­śmy. Było mię­dzy nami coś, czego nie było nigdy mię­dzy nikim innym.

Od­wró­ci­łam się, by uciec. I by zo­ba­czyć jesz­cze wię­cej.

Ży­li­śmy w na­praw­dę prze­róż­nych for­mach i rze­czy­wi­sto­ściach. By­li­śmy parą lisów bu­szu­ją­cych we­so­ło w śnie­gu. Kwia­ta­mi ro­sną­cy­mi na lo­do­wej pu­sty­ni. Ja­ski­niow­ca­mi mru­czą­cy­mi do sie­bie hi­sto­rie przy małym ogni­sku. Lśnią­cy­mi jak dia­ment krysz­tał­ka­mi w świe­cie całym z cukru. Dzi­wacz­ny­mi bia­ły­mi ży­jąt­ka­mi o wielu czuł­kach ży­ją­cy­mi na czymś w ro­dza­ju roz­le­głej czar­nej ga­la­re­ty pod nie­bem wy­peł­nio­nym czar­ny­mi chmu­ra­mi. 

Był świat, w któ­rym mu­sie­li­śmy ucie­kać przed gi­gan­tycz­ny­mi, wi­ją­cy­mi się jak węże ko­rze­nia­mi ści­ga­ją­cy­mi nas wśród zro­bio­nych z po­pio­łu pól i rzek wy­peł­nio­nych czer­wo­ną wodą. Była mi­kro­kra­ina na źdźble zboża, gdzie ży­li­śmy jako mi­nia­tu­ro­we ro­bacz­ki, któ­rych sen­sem życia była praca i po­sia­da­nie sie­bie na­wza­jem. By­li­śmy bą­bel­ka­mi piany na fa­lach wzbu­rzo­ne­go oce­anu i dro­bin­ka­mi szro­nu na szy­bie. Gi­gan­tycz­ny­mi pte­ro­dak­ty­la­mi z dzi­ką, wa­riac­ką mi­ło­ścią i ma­ły­mi pu­szy­sty­mi mysz­ka­mi z mi­ło­ścią peł­ną cie­pła oraz przy­tu­la­nia. Wóz­ka­mi wi­dło­wy­mi prze­my­ka­ją­cy­mi mię­dzy re­ga­ła­mi w ma­ga­zy­nie, kry­ją­cy­mi swe za­lo­ty przed czuj­nym okiem kamer i musz­ka­mi ży­ją­cy­mi tylko jeden sza­lo­ny, pełen szczę­ścia dzień.

Był świat, w któ­rym zu­peł­nie nic nie zo­ba­czy­łam i świat, w któ­rym zo­ba­czy­łam wszyst­kie­go za wiele. Był świat pod­wod­ny, gdzie mie­li­śmy ludz­kie rysy twa­rzy, lecz ciała po­kry­te łu­ska­mi i za­koń­czo­ne ogo­na­mi, a także świat zu­peł­nie klau­stro­fo­bicz­ny, w któ­rym wspól­nie umie­ra­li­śmy każ­de­go dnia.

Był też świat, w któ­rym Theo nie ist­niał, a ja stwo­rzy­łam go w my­ślach, hi­sto­riach i ry­sun­kach.

Prze­my­ka­łam przez te wszyst­kie życia jak pła­tek kwia­tu na wie­trze.

Ucie­kłam raz jesz­cze przed nisz­czy­ciel­ską siłą. Zo­ba­czy­łam uno­szą­ce się w ciem­no­ści błę­kit­ne wiąz­ki świa­tła, cie­niut­kie jak włosy. Były ich ty­sią­ce, przy­po­mi­na­ły skom­pli­ko­wa­ną, wie­lo­war­stwo­wą pa­ję­czy­nę ca­ły­mi la­ta­mi pra­co­wi­cie two­rzo­ną przez mi­lio­ny pa­ją­ków. Pły­wa­ły po niej małe im­pul­sy, cza­sem z za­wrot­ną szyb­ko­ścią, a cza­sem le­ni­wie i z wa­ha­niem, jakby nie do końca wie­dzia­ły, gdzie płyną. 

Nitki w jed­nych miej­scach się prze­ci­na­ły, w in­nych zbie­ga­ły, two­rząc skom­pli­ko­wa­ne i nie­przej­rzy­ste kon­struk­cje. W sa­mych środ­kach kon­struk­cji pul­so­wa­ły świa­do­mo­ści. Wi­dzia­łam, jak pra­cu­ją, two­rzą, od­po­czy­wa­ją albo się bawią. Nie­któ­re coś prze­li­cza­ły, a ich myśli pra­co­wa­ły w skom­pli­ko­wa­ny, lecz har­mo­nij­ny spo­sób. Inne błą­dzi­ły zu­peł­nie lo­so­wy­mi, nie­prze­wi­dy­wal­ny­mi ścież­ka­mi, wolne jak koty wy­pusz­czo­ne na po­dwór­ko.

A naj­bliż­szą z nich był Theo. Czu­łam cie­pło, gdy prze­glą­da­łam jego świa­do­mość. Czu­łam tę nie­sa­mo­wi­tą spój­ność jego isto­ty, czu­łam jego mi­łość do świa­ta i spo­kój. Wi­dzia­łam praw­dzi­wy la­bi­rynt nie­sa­mo­wi­to­ści, jakim był ten umysł. Chcia­łam się w tym wszyst­kim za­nu­rzyć, za­to­pić, za­grze­bać, po­łą­czyć i stać się tego czę­ścią, z każ­dej stro­ny oto­czo­ną przez Theo i go chło­ną­cą, bę­dą­cą przez niego prze­ni­ka­ną. Chcia­łam być jego że­brem, być z nim jed­no­ścią. Lecz nie­mal od razu coś mnie pchnę­ło ścież­ka­mi umy­słu uko­cha­ne­go. Pły­nę­łam jak po sznur­ku przez skom­pli­ko­wa­ne ko­ry­ta­rze, aż się za­trzy­ma­łam.

Zo­ba­czy­łam, jak Theo myśli. Jak marzy. Jak kreu­je coś w wy­obraź­ni. Jak two­rzy, naj­pierw ogól­ny, bar­dzo jesz­cze roz­chwia­ny i nie­upo­rząd­ko­wa­ny zarys, potem plan. A potem wpro­wa­dza go w życie.

Wpi­su­je słowa i licz­by, zbie­ra je w grupy, ma­lu­je nimi po­stać. Za­pi­su­je, cofa, wpro­wa­dza po­praw­ki. Z ty­sią­ca dzia­łań, prze­my­śleń i zna­ków po­wsta­ją naj­pierw kon­tu­ry, póź­niej wy­peł­nie­nie, ta­len­ty, in­spi­ra­cje, a w końcu cała isto­ta. Theo pra­cu­je su­mien­nie i wkła­da w to wiele sie­bie. Nie­mal tchnie w tę pracę życie. Na ko­niec na­da­je ca­ło­ści nazwę: „Vila” i pod­pi­su­je się, ni­czym ma­larz na ob­ra­zie. 

Vila. Pro­sty kre­ator świa­tów wir­tu­al­nych opar­tych na re­aliach cza­sów cie­le­snych. Mo­dy­fi­ka­cja do­wol­na. Moż­li­wa tylko w ob­rę­bie ob­sza­ru wi­dzial­ne­go. Fauny brak. 

Autor: The­odor MZR13729 

Wizja się urwa­ła. Uj­rza­łam siłę, która ści­ga­ła mnie przez te wszyst­kie rze­czy­wi­sto­ści i wie­dzia­łam, że już wię­cej ich nie było. Ko­niec po­dró­ży. 

Sta­łam i nie mia­łam po­ję­cia, kim na­praw­dę je­stem. Nie­waż­ne zresz­tą. Moją isto­tę po­że­ra­ła ni­cość; kru­szy­ła się prze­strzeń wokół mnie, wszyst­ko drża­ło tar­ga­ne wy­ła­do­wa­nia­mi elek­trycz­ny­mi. Ze­wsząd, jak zbu­dzo­ne nagle ro­bac­two, za­czę­ły wy­cho­dzić cy­fer­ki. Świe­tli­sta śnie­ży­ca ze­tknę­ła się z nie­któ­ry­mi. Coś we mnie wrza­snę­ło. Moja isto­ta psuła się, to­pi­ła i kur­czy­ła, ale to też nie­waż­ne. Już nie pró­bo­wa­łam uciec. Prze­cież nigdy nie wy­czer­pią się moż­li­wo­ści na­szych świa­tów i na­szych form.

Unio­słam dło­nie do oczu i spo­strze­głam, że one też zmie­ni­ły się w cy­fer­ki, ciągi liczb, całe ich se­kwen­cje. Język, któ­rym stwo­rzył mnie Theo. Język jego mi­ło­ści.

Świa­teł­ka zbli­ży­ły się na wy­cią­gnię­cie ręki i zo­ba­czy­łam, że mają kształt płat­ków sto­krot­ki. 

Koniec

Komentarze

Napisałaś opowiadanie z gatunku tych, które bardzo lubię. Zarówno tematyka, jak i wykonanie, niezmiernie miło mnie ugościły. Aż żałuję, że wizyta już się zakończyła.

Język tekstu jest obrazowy, poetycki, niebanalny i w dodatku bardzo staranny. Widać, że przykładasz do niego dużą wagę, co oczywiście w pisarstwie jest wielką zaletą. Są zdania, które zrobiły na mnie spore wrażenie.

Można powiedzieć, że światotwórstwo w tekście gra pierwsze skrzypce, przy akompaniamencie uczuć głównej bohaterki. Przez tekst przepływa się, jak przez galerię sztuki. Człowiek nie wie, które obrazy oglądać najpierw.

Historia samotnej duszy, poszukującej szczęścia w światach, w których nie ma dla niej pociechy, wydała mi się interesująca i choć nie ma tu dużo fabuły, to jednak można powiedzieć, że w przypadku tego typu tekstu udało Ci się zmieścić jej optymalną ilość. 

Częściowo otwarte zakończenie, dające pole dla wyobraźni, także mi się podoba. 

Powodzenia w konkursie! :)

Jako że betowałam tekst, to siłą rzeczy czytałam go już kilka razy, ale nie zmieniło to wcale mojego spojrzenia. Każdej lekturze towarzyszyły obrazy, które kreujesz w tekście – bardzo barwne, przenikające opisy. Jak wiesz, najbardziej przypadła mi do gustu scena z dwoma pojemnikami, przewróconymi podczas biegu. Od początku dobrze napisana, od początku chwytająca za serce.

Z rzeczy, których jeszcze nie mówiłam – czytałam już kilka Twoich opowiadań, większość mi się podobała, a do tej pory najbardziej kafkowa Folia natręctw. To jednak bije Folię na głowę pod kątem wykonania (bo fabularnie postawiłabym je na podobnym poziomie). Dużo lepiej widać tutaj zabawę słowem, prezentujesz też lepszy warsztat. Masz zgrabne opisy, niebanalne porównania i obrazy (to całe wymienianie, w jakich światach znajdowali się Theo i Vila jest cudne).

Tak więc kibicuję tekstowi w konkursie bardzo mocno!

Zostaw ten żyrandol.

Witaj. 

Świetny tekst. Malownicze, poetyckie opisy, doskonale przedstawione uczucia i emocje.

Pozdrawiam i dziękuję za wrażenia. :)

Pecunia non olet

Bardzo ciepły, emocjonalny tekst. Zauważyłem trochę potknięć, trochę powtórzeń, trochę stylistycznych wpadek – ale to przyjdą ich łowcy i Ci o nich powiedzą z pewnością. Ja nie chcę się na nich teraz skupiać, a na wrażeniach tuż po lekturze.

Choć dość szybko odkrywasz karty, miałem w głowie kilka alternatyw co do tego, kim mogą być kochankowie. Co prawda ja w odróżnieniu od Corrinna, nie widzę tu otwartości zakończenia, a moje pierwsze przypuszczenia okazały się trafne – to jednak w niczym to nie ujmuje utworowi. Bo na czym innym się ten świat tysiąca światów zasadza – na intymności, malarskości, świato-cepcji.

Czuję się poruszony, tym biegiem i tą ucieczką. Tym bardziej, że jeden z Twoich światów, jest tym, o którym teraz piszę (jestem o tym przekonany!) – a związek tej dwójki bardzo mi przypomniał mój własny związek z pewną młodą niewiastą (bardzo młodą, w Twoim wieku mniej więcej), która potem przede mną, a trochę przed sobą, uciekła na wyspy. Więc bardzo to osobiste dla mnie było w odbiorze. To trzeba potrafić tak to napisać, by czytelnik odnalazł siebie.

Brawa dla Wiktora za tytuł opowiadania.

Powodzenia w konkursie! :)

 

entropia nigdy nie maleje

Corrinnie, dziękuję za tak pozytywny komentarz :) Cieszę się, że doceniasz język opowiadania i że ogólnie się podobało. To prawda, fabuły nie ma za dużo, koncentrowałam bardziej na innych elementach.

 

Verus, dziękuję i bardzo mi miło :)

To jednak bije Folię na głowę pod kątem wykonania (bo fabularnie postawiłabym je na podobnym poziomie). Dużo lepiej widać tutaj zabawę słowem, prezentujesz też lepszy warsztat.

A więc jednak się opłacało tego Raka czytać :)

 

Bruce, dziękuję za komentarz i cieszę się, że się podobało :)

 

Jimie, dziękuję również :) Zakończenie jest otwarte, bo w końcu nie wiadomo, czy Vila umrze i to będzie już koniec, czy też spotka się znowu z Theo w jakimś innym życiu. Super, że Cię poruszyło i że było osobiste w odbiorze.

Czeźć!

 

Technicznie chciałbym się przyczepić tylko do dwóch drobiazgów.

 

jej środek przecięła niszczycielska siła krusząca skały, a potem warstwy gleby, torująca sobie drogę do wnętrza planety. – Z kontekstu wynikałoby chyba, że siła toruje sobie drogę z wnętrza planety, a nie do niego?

 

Moje myśli ostatnio były dziwnie rozpływane – jakie? :O

 

Od strony estetyczno-wizjonerskiej się nie zawiodłem. Tak jak i w Tramwaju oraz Dwóch pętlach, stworzyłaś bardzo ekspresyjny tekst, pełen kolorów, obrazów i wrażeń. Człowiek czytając Twoje teksty po prostu czuje się, jakby oglądał film, a wywoływanie takiego wrażenia to naprawdę niesamowita umiejętność.

 

Ale to jeszcze nic w porównaniu z emocjami. Cała paleta emocji jest tu obecna, chociaż większość słoików była pusta… ale kiedy bohaterka wraca do przeszłości, którą wyparła z pamięci, można się domyślić, że dawniej korytarz emocji był znacznie bogatszy.

Emocje wręcz buchają z opowiadania. Powiedzieć, że zakończenie chwyciło mnie za serce, to jak nic nie powiedzieć. Nie wiem czemu, ale najgłębiej trafił mnie fakt, że Theo nazwał Vilę prostym kreatorem…

 

Oddzielne gratulacje dla Wiktora za genialny tytuł.

 

Ma się rozumieć, że zgłaszam do biblio, i lecę rozreklamować ten tekst, gdzie się da.

Precz z sygnaturkami.

Hej :) przyznam się, że długo zastanawiałam się co napisać w komentarzu.

 

Muszę jednak powiedzieć, że mnie tekst nie zachwycił tak jak innych komentujących. To po prostu “nie moja bajka”. Mi zabrakło “mięsa” fabularnego, zbyt dużo abstrakcji, zbyt dużo emocji i jest to oczywiście opinia z tego powodu mocno subiektywna (po prostu preferuję nieco inne teksty).

Masz jednak bardzo ciekawy styl, więc tutaj tylko gratulować :)

 

Także podsumuję to tak: przybyłam, przeczytałam i ale u mnie nie znajdzie się w kategorii “ulubione”, mimo, że to dobre opowiadanie.

 

Niebieski Kosmito, bardzo dziękuję za pozytywny komentarz i cieszę się, że się podobało.

Z kontekstu wynikałoby chyba, że siła toruje sobie drogę z wnętrza planety, a nie do niego?

Nie, najpierw do wnętrza, a potem dopiero podnosi się lawa.

Powiedzieć, że zakończenie chwyciło mnie za serce, to jak nic nie powiedzieć.

Bardzo mi miło ^^

Nie wiem czemu, ale najgłębiej trafił mnie fakt, że Theo nazwał Vilę prostym kreatorem…

No cóż, nie docenił swojego dzieła :P

 

Shanti, dziękuję za komentarz i miło mi, że uważasz styl za ciekawy. Cieszę się, że uznajesz opowiadanie za dobre, mimo że nie jest ono w Twoim guście. Wiadomo, nie każdemu się muszą tego typu teksty podobać :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Cześć, Sonato!

 

Stworzyłaś bardzo nastrojowy i pełen soczystych obrazów tekst z twistem w zakończeniu. Być może jest tu więcej symboliki niż rzeczy wypowiedzianych wprost i więcej opisów niż faktycznych zdarzeń, ale pasuje to do konwencji. To, co troszeczkę mniej mi przypasowało to proporcja akcji właściwej w stosunku do długości tekstu i tempa narracji. Można by tu skrócić i zagęścić, tam nieco rozwinąć… Ale to trochę też kwestia gustu. Niemniej klimat, który stworzyłaś z pewnością może zostać w pamięci na chwilę dłużej, co chyba jest w tym wszystkim najważniejsze.

Pozdrawiam

Cześć.

Najpierw kilka uwag:

 

Wiatr muskał moją twarz, bawił się włosami. Było mi tak przyjemnie. 

Myślę, że zbędne.

 

Mój umysł produkował nieskończoną liczbę kształtów i nie było dwóch takich samych, tak jak nie mogły istnieć dwa identyczne płatki śniegu. 

JW.

 

Sztuka musi przecież istnieć w jakimś celu, a na widowni musi zasiadać chociaż jedna osoba. 

Ładne :)

 

Prawa dłoń drgnęła mi bezwiednie.

Może też zbędne?

 

Tym razem zadrgała nie tylko moja dłoń, ale całe ciało.

I tu.

 

Przez ten cały czas zupełnie zapomniałam, jak mam na imię, w końcu przecież nie było nikogo, kto mógłby mnie nim nazywać.

Usunąłbym “w końcu” lub “przecież”.

 

Widziałam linię światełek, które migotały i się przemieszczały się niczym rój pszczół.

Może warto przesunąć to “się”?

 

Stałam i patrzyłam, jak zbliżają się do mnie. Nie byłam w stanie się ruszyć; sądziłam, że to dobrze.

Być może zbędne?

 

Ale gdy światła dotarły do przeszklonej ściany salonu, odezwało się we mnie coś, co każda żywa istota ma w sobie. Instynkt przetrwania – silniejszy od dążenia do śmierci.

Ehh, żeby tak było… Jak się czyta o depresjach dwunastolatków, popełniających samobójstwa…

Dramat.

 

Nie miałam dokąd uciec. Biegałam jednak dalej.

Może: Nie miałam dokąd uciec, jednak biegłam dalej.

 

– Nic nas tu nie trzyma, Rozmarynie – mówiła dalej kobieta.

O mój Rozmarynie, rozwijaj się ;)

 

Odwróciłam się, by uciec. I by zobaczyć jeszcze wiele.

A nie więcej?

 

Wózkami widłowymi przemykającymi między regałami w magazynie, kryjącymi swe zaloty przed czujnym okiem kamer i muszkami żyjącymi tylko jeden szalony, pełen szczęścia dzień.

Haaaaaaaaaa, no to mnie rozłożyło :D Kupiłaś mnie tym :D

 

Tyle. To w ogóle pierdoły, może nawet bardziej propozycje niż uwagi.

Masz świetny warsztat, nie wiem, ile betowanie w tym pomogło, ale na serio, ciężko czegokolwiek się przyczepić.

Mimo, że taki poetycki styl nie należy do moich ulubionych, zbyt szybko mnie męczy, to jednak dość swobodnie dałem radę doczytać do końca.

Zakończenie nie było może zanadto zaskakujące ani oryginalne, jednakże w ogóle mi to nie przeszkadza, bo podałaś to w bardzo ładny sposób. Też ruszyło mnie to, że to PROSTY kreator.

Dodatkowo – tytuł genialny :)

Podsumowując: mimo, że nie mój styl i nie moja bajka, to jednak bardzo przyjemna ta bajka :)

Aczkolwiek delikatnie depresyjna :P

 

PS. No i scena, gdy Theo niemal się ze swoim kreatorem… Teges :D Wiadomo :D

Grube :D

 

 

 

CMie, witam :)

 

Oidrin, dziękuję za komentarz. Cieszę się, że uważasz tekst za nastrojowy. Racja, można było zagęścić, nawet o tym myślałam, ale jednak zdecydowałam się zostawić, bo mi taka ilość akcji pasuje, ale rozumiem, nie każdemu musi :)

 

Silvanie, Tobie również dziękuję :) Poprawki wprowadziłam, oprócz paru zdań, które zdecydowałam się jednak zostawić, jak były.

Ehh, żeby tak było… Jak się czyta o depresjach dwunastolatków, popełniających samobójstwa…

Dramat.

Samobójstwo to jednak co innego niż sytuacja, w której coś z zewnątrz chce Cię zabić, a przynajmniej tak mi się wydaje :)

Cieszę się, że mimo nie Twojej bajki, uważasz opowiadanie za przyjemne :)

 

Saro, dziękuję za obrazek, śliczny :)

Sara powinna wygrac ten konkurs za te obrazki :) Sonato, zapomnialem: ofc klikam.

Dzięki za klika, Silvanie :)

Silvan:

Sara powinna wygrać ten konkurs za te obrazki :)

 

Popieram! :)

Pecunia non olet

Bardzo moje klimaty, przez co prawdopodobnie będę bardzo stronniczy.

Poczułem się całkiem zgrabnie ograny tym, jak meandrowałaś niedopowiedzeniami. Początkowo myślałem, że opisujesz jakąś boginię-kreatorkę światów. Gdy pojawił się fragment, że siedzi przy laptopie, skłoniłem się ku jakiejś zwykłej dziewczynie z nadprzyrodzonymi zdolnościami. Ostateczne rozwiązanie zaskoczyło mnie i zostawiło usatysfakcjonowanym.

Obecności tej satysfakcji i zadowolenia z lektury, szczerze mówiąc, nieco się obawiałem. Wbrew pozorom nie ma tu zbyt wiele treści. Mimo że Vila właściwie cały czas ucieka, to fabularnie niewiele się dzieje. Jest to zarzut-nie zarzut, bo oczywiście nie akcją ta historia stoi. Skupiasz się na impresjach i w niezwykle subtelny sposób uderzasz dokładnie w te struny, które należy tknąć. Jasne, nie jest to lektura dla wszystkich. To nie opowiadanie, które przez aklamację zostanie okrzyknięte wyjątkowym. Jednak wierzę, że znajdą się odbiorcy, którzy docenią ten rodzaj wrażliwości.

Nostalgia i tęsknota przebijająca z tej historii naprawdę mnie ujęły. “Jasnozielona tęsknota i brązowe plany” – to mnie mocno uderzyło. Zdań i określeń cudnej urody jest jednak więcej.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to do długości tego opowiadania. Myślę że nieznaczne odchudzenie całości, postawienie na prawdziwą esencję w kreowaniu nastroju, uczyniłoby lekturę nieco bardziej przystępną dla czytelników nie przepadających za tego typu historiami.

MrBrightside, dziękuję. Twój komentarz sprawia, że się czerwienię :P Cieszę się, że jesteś tym odbiorcą, który docenił ten rodzaj wrażliwości.

Nostalgia i tęsknota przebijająca z tej historii naprawdę mnie ujęły. “Jasnozielona tęsknota i brązowe plany” – to mnie mocno uderzyło. Zdań i określeń cudnej urody jest jednak więcej.

heart

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to do długości tego opowiadania. Myślę że nieznaczne odchudzenie całości, postawienie na prawdziwą esencję w kreowaniu nastroju, uczyniłoby lekturę nieco bardziej przystępną dla czytelników nie przepadających za tego typu historiami.

Wiem właśnie, ale uznałam, że mi się takie tempo podoba. Chciałam odchudzić, zwłaszcza początek, jednak stwierdziłam, że odjęłoby to klimat spokoju, nawet pewnej nudy, jaki chciałam uzyskać (bo przecież bohaterka ogromnie się nudziła). Pewnie ten spokój nie jest taki ważny, a ja jestem zbyt mało doświadczona, żeby to zauważyć, ale ucięcie pewnych scen brzmi dla mnie bardzo boleśnie :(

Witać!

 

Po tytule i tagach nie do końca tego się spodziewałem i… dobrze :)

Dla mnie najprzyjemniejszym elementem jest zaskakujące zakończenie wgl te wszystkie elementy cyb-punkowe jeżeli mogę je tak nazwać (chwilowo nie przychodzi mi lepsza na nie nazwa). Mieszkańcy megadysku, hologramy, główna bohaterka będąca prostym programem, który działa w niepożądany sposób, burzy porządek i musi zostać usunięta ku chwale większego dobra…

I nawet nie przeszkadzał mi zbytnio ten poetycki styl. Przez opowiadanie można swobodnie przepłynąć, IMO dobrze, że nie ma więcej znaków, ale nie widzę potrzeby, by jakieś wycinać. Takie prawo przyjętej konwencji i trzeba jej się dać wyszumieć. Poza tym to ciekawa opowieść o miłości uczuciach i nostalgii. Nie wszystko trzeba tu nawet zrozumieć, można cieszyć się widokami, lub, jak ktoś nie chce patrzeć przyspieszyć i przepłynąć do kluczowych elementów i finału i finalnego twistu.

No i jest to też opowiadanie drogi. Bo bohaterka tak naprawdę od początku znajduje się w drodze, szukając czegoś, czego najpierw nie umie nawet nazwać lub sprecyzować. Ale nawet pozostając “w domu” poszukuje tego czegoś przeglądając pliki i foldery.

Ładne. Inne. Obrazowe.

Tytuł dobrze dobrany, celowo dwuznaczny.

 

Pozdrawiam!

 

PS. Wszyscy czytelnicy tak się rozmarzyli, że zapomnieli klikać Bibliotekę, czy to jakaś zorganizowana akcja?

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mytrix, niewielu komentujących może klikać. :P Zobacz wątek do nominacji w HP.

Zostaw ten żyrandol.

 

PS. Wszyscy czytelnicy tak się rozmarzyli, że zapomnieli klikać Bibliotekę, czy to jakaś zorganizowana akcja?

 

Mytrix, niewielu komentujących może klikać. :P Zobacz wątek do nominacji w HP.

 

Potwierdzam, są regulaminowe zasady klikania. Żadnej zorganizowanej akcji nie ma. :D

Pecunia non olet

Mytrixie, bardzo dziękuję za komentarz i klika :) Super, że podobały Ci się elementy “cyberpunkowe” i że nie przeszkadzał Ci za bardzo poetycki styl oraz cieszę się, że ktoś uważa, że nie trzeba usuwać scen :P Tak, bohaterka wciąż czegoś poszukuje i nawet nie do końca wie, czego dokładnie.

PS. Wszyscy czytelnicy tak się rozmarzyli, że zapomnieli klikać Bibliotekę, czy to jakaś zorganizowana akcja?

Obsługa Biblioteki chyba znowu pojechała na urlop :D

Obsługa Biblioteki chyba znowu pojechała na urlop :D

Gdzie? Jak? Podczas pandemii?! Loża zwyczajnie się leni ;)

 

Podobało mi się, mimo że jestem raczej zwolennikiem mięska, czyli historii, fabuły. A tu jedziesz na obrazach i emocjach. Trzeba Ci jednak zostawić, że umiesz to robić :) Dlatego czytało się dobrze, smutno mi się trochę zrobiło, kiedy dotarłam do końca, bo mam wrażenie, że dla Vilo to był rzeczywiście koniec.

To jedno z tych opek, którego treść może nie zostanie mi w głowie, ale pozostaną wrażenia, które towarzyszyły mi podczas czytania.

Klikłabym, ale Loża zwlekła się z tapczana i już poklikała ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Językowo piękne. Znakomicie budujesz nastrój poetyckimi środkami, metaforyką, nietypowo skonstruowanymi porównaniami, którymi operujesz bardzo sprawnie, nie popadając w kicz ani w “purpurową prozę”. Brawo.

Fabularnie – pomysł świetny, ale mam wrażenie, że poświęcasz – jak dla mnie – odrobinę za dużo czasu samej bohaterce, na początku. To są bardzo długie sekwencje tworzenia przez nią światów, wybierania opcji, odczuwania; miałam chwilami wrażenie, że jest tego trochę za dużo, że twoje niewątpliwe umiejętności językowe i światotwórcze troszeczkę cię tu poniosły.

Ale zakończenie i rozwiązanie zagadek znowu zdecydowanie udane. I tekst w całości zdecydowanie, zdecydowanie na plus.

Irko, dziękuję za komentarz i cieszę się, że według Ciebie umiem jechać na obrazach i emocjach. Czy to był dla Vili koniec, czy nie, to już zależy od czytelnika :) Super, że wrażenia pozostaną :)

 

Ninedin, Tobie również dziękuję i cieszę się, że podoba Ci się język. Może i trochę mnie poniosło :) Miło mi, że według Ciebie całość jest na plus.

Cześć, Sonato,

zgadzam się z komentującymi co do plastyczności i pięknie wykreowanych obrazów. Tego nie da się nie zauważyć. Widać, że poświęciłaś temu tekstowi dużo czasu i wiele dla ciebie znaczy. Sama napisałam kiedyś opowiadanie mocno skupiające się na narracji, więc powinno mi się spodobać, bo w gruncie rzeczy mam wrażliwą duszę.

Tak, teraz niestety muszę napisać ale. Ale… nie porwało tak jak się spodziewałam po tytule, tagach i kilku pierwszych zdaniach. Być może zaszło tu to, co i mnie w wspomnianym wcześniej opku wytknięto – momentami jest mocno przegadane. Trochę przerost formy nad treścią, bo nie potrafiłam podążać za fabułą. Naprawdę nie chcę tego dodawać, bo rozumiem przyjętą tutaj konwencję, rozumiem, że tak miało być, ale brakuje choć troszkę więcej akcji. Akcja potrafi nieść ze sobą głębokie emocje – czyli czyny zamiast słów (w tym przypadku myśli).

Zakończenie jednak zdecydowanie na plus.

Samo opowiadanie bardzo dobre, ale ja nie jestem krytykiem i piszę czysto subiektywnie ;)

 

 

Zapomniałam, że byłam w domu. Patrzyłam ponuro na bulgoczące za oknem śmiertelnie gorące morze. Nie pójdę tam. 

Byłam w naprawdę złym stanie. Nigdy nie stworzyłam samej lawy albo czegoś innego tak jednoznacznie niszczącego. Zawsze były inne, bezpieczne elementy, jakaś możliwość ucieczki. Tym razem uratowała mnie tylko niepamięć. 

Było coś jeszcze, przed czym mnie chroniła. A może nie? Przed czym miała mnie chronić? Przed smutkiem? 

I tak byłam smutna.

 

Nic z tego nie zrozumiałam, ale słowo „świadomość” wzbudziło we mnie refleksję.

Napisałabym: “wzbudzało refleksję”, żeby pozbyć się zaimka, bo jest ich sporo w tekście (szczególnie “mnie”).

 

 Ale ciepło nie mające nic wspólnego z temperaturą

“niemające”? Chyba tak.

 

 

Powodzenia w konkursie!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

LanoVallen, dziękuję za komentarz i wskazanie usterek. Poprawki wprowadziłam. To prawda, że akcji nie ma za wiele. Chciałam tymi opisami pokazać dużo świata i możliwości oraz uczuć Vili, stworzyć też pewną atmosferę, jaką ona czuła i oczywiście rozumiem, że nie każdemu musi się to podobać. Cieszę się, że zakończenie jednak na plus :)

Opowiadanie nie do końca w moim stylu, ale od czasu do czasu chętnie takie przeczytam, zwłaszcza, gdy tak ładnie napisane. Stworzyłaś bardzo interesujący świat i jak na opowiadanie opierające się przede wszystkim na odczuciach i obrazach, a nie akcji, to udało ci się do końca podtrzymać pytanie “kim jest bohaterka?”. I odpowiedź na to pytanie nie zawiodła.

Podoba mi się jak operujesz kolorami, bardzo poetycko i z ze sporą wyobraźnią:

Słońcu nadałam kolor nadziei.

Pognałam wąską ścieżką, mijając jasnozielone marzenia i brązowe plany.

I to sformułowanie też zapadło mi w pamięć:

 

Cisza nieistnienia.

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie :)

 

Sonato,

 

tekst od pierwszego zdania wciągnął mnie całkowicie.

 

Dzięki Twojemu stylowi opisów – przed oczami miałam piękne, kolorowe obrazy.

Tekst bardzo delikatny i nasączony poetyką. Jestem zauroczona.

 

 

Pozdrawiam ciepło – Goch.:)

PanDomingo, dziękuję za komentarz i miło mi, że uważasz tekst za ładnie napisany :) Super, że udało się do końca utrzymać tajemnicę bohaterki i że odpowiedź, kim ona jest, Cię nie zawiodła :)

 

GOCHAW, również dziękuję i cieszę się, że tekst wciągnął i zauroczył :)

Sonato

Po przeczytaniu komentarzy nie napiszę nic odkrywczego, ale co tam. Opowiadanie nie w moim guście, ze szczątkową akcją i niekiedy dłużyznami.

Ale jakie ładne! Klikałbym, ale nie potrzebujesz i nic dziwnego – takie opowiadanie zdecydowanie zasługuje na Bibliotekę. Tworzysz świetne opisy, wprowadzasz melancholijny nastrój pogoni za czymś nieosiągalnym. Przyznam, że zakończenie mnie zaskoczyło, ale miało swój sens idealnie wpasowany w treść. Zazdroszczę Ci umiejętności przelewania uczuć na “papier” :)

Pozdrawiam

Hmmm. Zdecydowanie nie jestem targetem. Finkle w tekstach szukają fabularnego mięcha, a nie pianki emocji. Ale to nic osobistego, nie przejmuj się, kwestia gustu.

Nie potrafiłam nawiązać kontaktu z bohaterką. Najpierw opowiadała mi, że prowadzi bezcelowe życie i strasznie się nudzi. Ze szczegółami, aż sama zaczęłam czuć tę nudę. A potem pojawia się tęczowa, mdląco słodka pieśń miłosna do Theo.

Babska logika rządzi!

Wybrana przez Ciebie konwencja pozostaje prawie całkowicie poza obrębem moich zainteresowań, więc sam się sobie zdziwiłem, że dotarłem do końca tekstu bez bólu ;) Trzeba Ci na pewno przyznać, że umiesz w opisy, bo te wyszły bardzo ładne, plastyczne i zdradzają Twoją umiejętność posługiwania się językiem. Tekst napisany przyzwoicie i niewiele rzeczy po drodze przeszkadzało w odbiorze – może jedynie dłużyzny na samym początku opowiadania.

Nie potrafiłem jednak utożsamić się z bohaterką. Dużo miejsca poświęcasz jej emocjom i uczuciom, to fakt, ale mimo to pozostała dla mnie bezpłciowa i obca. 

Jestem jednak przekonany, że opowiadanie znajdzie wielu zadowolonych odbiorców, którzy w odróżnieniu ode mnie, gustują w takiej kategorii ;P Życzę powodzenia w konkursie!

Amon

Malowniczo opisujesz światy a i zakończenie rzeczywiście mnie zaskoczyło na plus. Jednak również nie jestem do końca odbiorcą.

 

Powodzenia w konkursie :)

Zanaisie, Finklo, Amonie i Monique – dziękuję za wizytę i opinię :)

Bardzo poetyckie i bardzo smutne.

Dla mnie wielowymiarowe, bo poza opowieścią o istocie wirtualnej stworzonej przez programistę, można tu odczytać historię miłości, która powoduje, że bez ukochanego człowiek przestaje istnieć.

Piękne opisy.

 

Ambush, dziękuję za opinię :)

można tu odczytać historię miłości, która powoduje, że bez ukochanego człowiek przestaje istnieć.

Tak, czasem tak jest niestety :c

Nie mogę odmówić opowiadaniu niezwykłej plastyczności i barwności opisów, a jednocześnie muszę wyznać, że mnie ten kalejdoskop mocno znużył. Czytałam i dość niecierpliwie wyglądałam końca, bo nie ukrywam, że wynurzenia bohaterki przytłaczały mnie coraz bardziej.

 

oraz pole z cien­kim stru­my­kiem. ―> …oraz pole z wąskim stru­my­kiem.

Wystarczy też: …oraz pole ze stru­my­kiem. –> jako że strumyk jest mały, wąski i płytki z definicji.

 

Po­wi­łam tro­chę ro­ślin­no­ści… ―> Czy na pewno powiła roślinność?

Za SJP PWN: powić daw. «urodzić dziecko»

 

Zaraz jed­nak wszyst­ko wraz z… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Przy­go­to­wa­łam go­rą­cą ką­piel. Cie­pła woda przy­jem­nie otu­la­ła ciało. ―> Po co przygotowywać gorącą kąpiel, by potem pławić się w ciepłej wodzie?

 

ele­men­ty za­gra­ża­ją­ce ich spo­ko­jo­wi i Zgo­dzie zo­sta­ną usu­nię­te. ―> Dlaczego wielka litera?

 

Bie­ga­łam po la­bi­ryn­cie bez ładu i skła­du, gu­biąc drogę we wła­snej isto­cie. ―> Czy dobrze rozumiem, że labirynt był bez ładu i składu? Co to znaczy gu­bić drogę we wła­snej isto­cie?

 

jakaś nie­sa­mo­wi­cie za­po­mnia­na nuta. ―> Na czym polega niesamowitość zapomnienia nuty?

 

Pa­no­wa­ła zu­peł­na cisza, w któ­rej uno­sił się kurz. ―> Czy kurz unosi się w ciszy, czy może raczej w powietrzu?

 

Dziew­czy­na na­to­miast, z bladą skórą, czar­ny­mi wło­sa­mi i fio­le­to­wą suk­nią… ―> Dziew­czy­na na­to­miast, z bladą skórą, czar­ny­mi wło­sa­mi i w fio­le­to­wej suk­ni

Bo nie wydaje mi się, aby dziewczyna była z suknią, a nie w sukni.

 

jak ostry kolec róży. ―> Zbędne dopowiedzenie – kolce są ostre z definicji.

 

Dziew­czy­na unio­sła wzrok w górę… ―> Masło maślane – czy można unieść coś w dół?

 

Była mi­kro­kra­ina na ga­łąz­ce zboża… ―> Zboże to trawa, a trawy nie mają gałązek.

Proponuję: Była mi­kro­kra­ina na źdźble zboża

 

i dro­bin­ka­mi mrozu na szy­bie. ―> Mróz można odczuwać, ale nie można go zobaczyć. Proponuję: …i dro­bin­ka­mi szronu na szy­bie.

 

Gi­gan­tycz­ny­mi pte­ro­dak­ty­la­mi o dzi­kiej, wa­riac­kiej mi­ło­ści i ma­ły­mi pu­szy­sty­mi mysz­ka­mi o mi­ło­ści peł­nej cie­pła oraz przy­tu­la­nia. ―> Co to znaczy być o miłości?

 

a cza­sem le­ni­wie wolno, z wa­ha­niem… ―> Leniwiewolno to synonimy, znaczą to samo.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, dziękuję za komentarz :) Obiecuję, że następnym razem napiszę coś bardziej rozrywkowego. Dziękuję też za poprawki, wprowadziłam je, dwie metafory postanowiłam jednak zostawić.

elementy zagrażające ich spokojowi i Zgodzie zostaną usunięte. ―> Dlaczego wielka litera?

Taka propaganda :)

Sonato, jestem wzruszona Twoją obietnicą, ale mam nadzieję, że pisząc coś rozrywkowego, nie będziesz tworzyć wbrew sobie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oczywiście, że nie :) Pisanie to musi być przyjemność!

Choć i ja nie posądzałem się o miłość do tego rodzaju tekstów, to ten przeczytałem zaskakująco płynnie i z przyjemnością :)

Niewątpliwie jest to tekst szczególny i musiałem poświęcić przynajmniej kwadrans na przemyślenie co chcę o nim napisać. Dysponujesz pięknym warsztatem i jest to największy atut. Wydaje mi się również, że ciężko jest opisać tekst-monolog i nie znudzić czytelnika, a Tobie to się, moim zdaniem, udało. Przyznam, że czasem opisy mnie przerastały i gdzieś na końcu na moment się zgubiłem, choć nie do tego stopnia, żeby pogorszyło to odbiór tekstu.

Twój język pasuje też moim zdaniem bardzo dobrze do samej fabuły i samotnej bohaterki. I pod tym względem nie domagałbym się więcej akcji i uważam, że jest to tekst dobry. Natomiast w samej treści mi czegoś brakuje. Być może dlatego, że nie zaskoczyło mnie zakończenie, bo bardzo spodziewałem się tego od pierwszego spotkania z Theo. Być może dlatego, że dość niedawno motyw miłości do stwórcy widziałem w serialu (Wychowane przez wilki), a wirtualną rzeczywistość sam dość lubię i często się z nią spotykam. Pech! Choć muszę powiedzieć, że mimo wszystko doceniam pomysł lub – po prostu nie miałem takiego efektu “wow”, czegoś co skłoniłoby do myślenia.

Podsumowując uważam tekst za naprawdę udany i po lekturze jestem pewien, że przy swoim warsztacie popełnisz jeszcze tekst istotnie wybitny :) Może przydałoby się faktycznie miejscami skrócić opisy, może zabrakło w fabule… Nie wiem. Ale uważam, że i tak było dobrze :)

Golodh, dziękuję za komentarz :) Miło, że się podobało i że doceniasz pomysł na zakończenie. Wiadomo, tekst ma swoje wady i w następnych moich opowiadaniach postaram się, żeby było więcej fabuły, a mniej opisów.

Przybyłam zwabiona wpisami w wątku piórkowym. Niestety opowiadanie to kompletnie do mnie nie trafiło. Zdecydowanie nie jestem właściwym odbiorcą – nigdy nie lubiłam błądzenia po umysłach, czy też obrazów zmieniających się jak w kalejdoskopie nie wiadomo jak i nie wiadomo dlaczego. Przepraszam, ale tego typu teksty sprawiają na mnie wrażenie, że właściwie można napisać cokolwiek, błądzić myślami, “o, a teraz przeskoczę ze szczytu góry na pustynię, a potem zanurkuję w oceanie z delfinami, po czym będę podziwiać kwitnące wiśnie w Japonii”, ale właściwie niczego to nie wnosi. Nie chcę spłycać ani upraszczać, po prostu podkreślam, że nie jestem właściwym odbiorcą. Dla mnie to takie pisanie dla pisania, a ewentualny morał czy haczyk gdzieś się w tym wszystkim rozpływa. Podobnie jest z ucieczkami przed samym sobą/prawdą we własnej świadomości.

 

„Myśl tylko o chwili obecnej. 

– Tylko… – wyszeptałam. 

Przymknęłam oczy. Promienie słoneczne pieściły moje policzki; wysuszyły łzę, która przed chwilą się pojawiła.”

 

„Tym razem zadrgała nie tylko dłoń, ale całe ciało. Dlaczego?

Z zakamarków umysłu znowu wychynął cień, ale… nie, to nie mogło być to. Wykluczone. 

 Nigdy w życiu nie widziałam żywych kur. Istniały dla mnie tylko w przepastnej bibliotece multimediów, tak jak wszystkie inne zwierzęta i ludzie. Te istoty… Czy żyły kiedyś tu, gdzie ja, czy od zawsze były tylko w krótkich filmach, z których uczyłam się życia?”

 

„…jej środek przecięła niszczycielska siła krusząca skały, a potem warstwy gleby, torująca sobie drogę do wnętrza planety.” – Nie rozumiem tego zdania. Jeśli siła działała od zewnątrz, do wnętrza planety, to najpierw dotknęła gleby, a dopiero potem skał.

 

„Kończyły mi się już drogi manewru. Chciałam skryć się we wspomnieniach, ale zobaczyłam, że korytarz do nich prowadzący ginie już w ciemności.”

 

„Mknęłam dalej. Światła i ciemność deptały mi po piętach. Kończyły mi się już drogi manewru. Chciałam skryć się we wspomnieniach, ale zobaczyłam, że korytarz do nich prowadzący ginie już w ciemności.”

Co to są drogi manewru?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Joseheim, dziękuję za opinię i wskazanie usterek, poprawione :)

„Myśl tylko o chwili obecnej. 

– Tylko… – wyszeptałam. 

Powtórzenie tylko jest zamierzone.

Mam mieszane odczucia w związku z Twoim opowiadaniem. Raczej nie jestem odbiorcą, choć z drugiej strony kofam sto tysięcy warstw i symbolikę. Spróbuję uporządkować swoją ambiwalencję.

 

Poczucie utraty, kryjące się pod tekstem jest odczuwalne. Jednak, jak dla mnie, warto byłoby popracować nad fragmentami, aby powalczyć z kiksami, które – znowu, to tylko moje odczucie – trywializują i osłabiają tekst przez nie do końca przemyślane porównania, metafory, obrazy. Nadmiar czasami szkodzi. To znaczy, same wizje są zajmujące, ale prawie w każdej coś mnie zatrzymywało. Najczęściej logika bądź rodzaj przedobrzenia, w wielu przypadkach też niedokończenia, jak sądzę są celowe. 

 

Najciekawsze fragmenty: rozmową z Theo; ucieczka (wymagałaby uporządkowania) i sam początek.  W reszcie jest za mało fabuły i budowanie tylko na przeciwstawnych parach obrazach/migawkach tęsknot i pragnień z głęboko ukrytymi lękiem, bojaźnią, które chcą się wydostać na powierzchnię. W dodatku konfrontowałaś podobnymi zapisami – „puchate pianki” z „zębami”, migawek było dużo i zmieniały się nadzwyczaj szybko. Gdyby te obrazy były dłuższe, mniej, nie powtarzały się zwroty, gdyby nie ich liczba… Odnosiłam też wrażenie, że im bliżej końca tym szybkość trzaskającej migawki zwiększała się kosztem dopracowania. Na pewnym poziomie rozumiałam zamysł, przynajmniej tak mi się wydawało (ciśnienie wewnętrzne i zewnętrzne – niszczenie). Niemniej, bardziej szło na „wszystko płynie”. 

 

Żeby zilustrować, na czym polegały zatrzymania, podam kilka przekładów:

pobiegłam boso po zimnej trawie, aż straciłam dech i opadłam na ziemię. 

biegła po trawie i… opadła? Słowa się gryzą, bo bieg po twardym gruncie z opadaniem na ziemię jak liść (o. to spaść, osunąć się, chyba że mówimy o odczuciach i wtedy ok, lecz opisujesz fizycznie, więc trzeba byłoby zamaskować bardziej niejednoznacznym słowem).

Hologramy otaczały mnie długą spiralą, której koniec niknął w ciemności. Umysł produkował nieskończoną liczbę kształtów

Co produkował umysł? Kształty czy obiekty? Kształt jest zaledwie ogólnym zarysem czegoś, formą, postacią.

Z drugiej strony przypatrywałam się w tekście, czy Ona operuje tylko wzrokiem i "obudzoną świadomością”, czy pojawiają się inne zmysłowe odczucia. Niestety, pojawiały się, płynęły z kontaktu z tworzonymi światami (woda otulała, przyjemnie, pieściły itd), jak i poczucia własnego ciała, więc mialam z tym problem.

Tamta część mojego świata zawsze stała pusta, pokryta tylko tworzywem, na które danej nocy miałam ochotę

Tutaj z kolei problem do tego wyżej, lecz odmienny i sprzeczny z wcześniejszym. Ona świat pokrywa tworzywem – skąd zatem kształty? Tworzywo jest materiałem, surowcem, który „obrabiamy” jak drewno, marmur. I znowu, podejrzewam, o co Ci chodziło, ale niezgrabne.

 

Zmrużyłam jedno oko i jej środek przecięła niszczycielska siła krusząca skały, torująca sobie drogę do wnętrza planety. Z bulgotem podniosła się świetlista lawa. Pędziła w górę z niesamowitą prędkością, aż przelała się ponad uciętym szczytem.

Przecięła? Zmrużyła oko i co się stało – a/ bohaterka to zrobiła? A wtedy, jednocześnie przecięła w pionie (torując drogę do wnętrza planety) i poziomie (ucięty szczyt)?

 

Za to pomysł bardzo, bardzo misię! :-) Jest symboliczny i oryginalny. Miejscami bardzo ciekawy, żywe skojarzenia.

Odnośnie tytułu – jest dobry, natomiast nie do końca pasuje, ponieważ ten element jest w minimalnym stopniu obecny. W opowiadaniu obecne są silnie zmieszane są dwa wątki (miłość i instynkt przetrwania), szkoda, że nie wstrząśnięte.

 

Powodzenia w konkursie!

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

To jest jedno z tych opowiadań, które bardziej się odczuwa niż czyta. Zakończenie jest świetne. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Asylum, dziękuję za obszerną opinię! Wskazane fragmenty poprawiłam, ale tu: 

Co produkował umysł? Kształty czy obiekty? Kształt jest zaledwie ogólnym zarysem czegoś, formą, postacią.

Chodziło o kształty pokazujące się na hologramach, właśnie same ogólne zarysy.

Z drugiej strony przypatrywałam się w tekście, czy Ona operuje tylko wzrokiem i "obudzoną świadomością”, czy pojawiają się inne zmysłowe odczucia. Niestety, pojawiały się, płynęły z kontaktu z tworzonymi światami (woda otulała, przyjemnie, pieściły itd), jak i poczucia własnego ciała, więc mialam z tym problem.

Czuła swoje ciało, bo mieli tak bardzo rozwiniętą wirtualną rzeczywistość. Albo też miałam taki zamysł, że może ona, jako nie człowiek, czuła to inaczej, umysłem, ale nauczyła się z Sieci określeń, jak te uczucia nazywać, nawet nie wiedząc, że odczuwa je inaczej niż bohaterowie filmów, które oglądała. Zauważ, że we fragmencie rozmowy z Theo bohaterka czuje podniecenie “gdzieś w głowie”:

Nasze nagie ciała się zetknęły. Usta rozgrzał pocałunek. Wezbrało we mnie uczucie, gdzieś w głowie, rozeszło się falami po całym ciele.

Dziękuję jeszcze raz, widzę, że dużo pracy włożyłaś w ten komentarz :) 

 

Alicello, dziękuję za komentarz i cieszę się, że zakończenie się podobało :)

Napisanie ładnie, barwnie. Chwilami dość przyjemnie się przez te Twoje fantazje płynęło. Niestety, ostatecznie muszę stwierdzić, że były to raczej nużące opisy przypadkowych pejzaży. Wziąłem to na dwa razy, bo w połowie tekstu zacząłem ziewać. I jestem pewien, że gdybym, biorąc się do lektury, był choć trochę bardziej śpiący, rano nie wiedziałbym, gdzie skończyły się Twoje senne krajobrazy, a rozpoczęły moje.

Że dziewczyna jest sztuczna, to dla mnie była jedna z pierwszych hipotez, więc końcówka nie zaskoczyła (ale przynajmniej miałem motywację, żeby czytać dalej – chciałem wiedzieć, czy domysł się potwierdzi). Nie bardzo potrafiłem się wczuć w bohaterkę. Emocje na ogół rozmywały mi się w opisach, choć przyznam, że na samym końcu coś z jej żalu mnie musnęło.

Uważam, Sonato, że to odważne z Twojej strony zamieszczać tu jako opowiadanie podobne impresje ze szczątkową fabułą. Postąpiłaś wbrew głównemu nurtowi portalu, na którym premiuje się przede wszystkim wyrafinowaną akcję oraz kliniczną zwięzłość. Cieszę się, że Twój nonkonformizm po części się opłacił – z komentarzy widzę, że tekst zyskał zwolenników.

Niemniej i ja sam wolę czytać prawdziwe opowiadania: takie, w których fabuła dyktuje utrzymujące ciekawość tempo i ogranicza łatwą dowolność. Dlatego mimo wszystko mam nadzieję, że w następnych tekstach skorygujesz nieco kurs w kierunku standardu.  

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Jerohu, dziękuję za wnikliwy komentarz. Szkoda, że Cię znudziło. Jak mówiłam:

Obiecuję, że następnym razem napiszę coś bardziej rozrywkowego.

:)

Cześć!

 

Przepiękna podróż przez wszystkie te bezistotowe rzeczywistości. Choć w końcówce jakieś tam interakcje się pojawiły, choć bardziej jakby w przenośni. Użyłaś wyobraźni, i to się chwali. Wizja świata poza światem też intryguje, wspomnienie czasów cielesne, brzmi ciekawie…

Napisane bardzo przyjemnie, czytało się doskonale, ktoś z moim grammar skill’em nie ma się do czego przyczepić imho. Jest fantastyka, są światy, jest tajemnica. Więcej takich opowiadań!

Z rzeczy, które jakoś mi się nie spodobały, to postawa bohaterki. Rozumiem, że nie jest człowiekiem, więc nie należy jej oceniać ludzka miarą… Ale innej nie znam. Strasznie eksponuje potrzebę odzyskania utraconej relacji (która chyba relacją nie była) i stawia na piedestale swoją sytuację. Ogranicza też postrzeganie otaczającego ją świata. Z jednej strony to chyba rozumiem, co chciałaś przekazać, ale z drugiej mam wrażenie, że taki sposób patrzenia na świat do niczego dobrego zazwyczaj nie prowadzi.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Czytałam to opowiadanie kilka dni temu, dziś wracam z komentarzem.

Zaskoczyłaś mnie, to chyba Twój najbardziej emocjonalny tekst. Jako czytelnik, czułam się zaangażowana w tę historię od pierwszych linijek opowiadania, aż do końca.

Podobał mi się sposób obrazowania, liryczność, synestezja, opisywanie emocji. Traktuję ten tekst również jako udany eksperyment w porównaniu do klasycznych opowiadań. To "pisanie duszą" , IMO, w pełni udane. Warsztatowo bez zarzutu. Dlatego uważam, że opowiadanie zasługuje na nominację do piórka.

Krar85, dziękuję za miły komentarz! Bardzo się cieszę, że zaciekawiło i się spodobało. Co do postawy bohaterki i eksponowania potrzeby odzyskania utraconej relacji – to była jej jedyna potrzeba, nic innego tak bardzo nie pragnęła, więc też nic dziwnego, że to było dla niej tak ważne. Starała się zapomnieć i jakoś żyć, ale ludzie są słabi (i jak widać, SI też :D), więc w końcu znowu zaczęła rozpamiętywać. I racja, takie rozpamiętywanie do niczego dobrego nie prowadzi, ale nic innego nie miała.

 

ANDO, Tobie również dziękuję! To prawda, emocje odgrywają dużą rolę w tym tekście i rzeczywiście chyba nigdy nie czułam ich tak wielu podczas pisania. Cieszę się, że uważasz za udane i że się spodobało :)

Ech. Chwalą wszyscy, zaganiają. Myślę – wreszcie będzie “Folia natręctw plus”. Nastawiam się na wiele, ale koniec końców, choć tekst jest napisany ładnym językiem, to nie podzielam zachwytów większości czytelników.

Przede wszystkim za wcześnie i za łatwo widać, że główna bohaterka jest sztuczną inteligencją. Tak wcześnie, ze równie dobrze mogłaby się znaleźć w tagach – a przecież ten tekst mógłby sporo zyskać na opóźnieniu momentu, gdy będzie to oczywiste, względnie na budowaniu niepewności. Tu od razu uczciwie zaznaczę – jakiś czas po domyśleniu się tożsamości bohaterki (gdzieś na początku tekstu) był moment, że przez chwilę się zastanawiałem, ze to może jest nie tyle SI, co cyfrową kopią człowieka, ale to był moment, potem i tak więcej wskazywało na pierwszą interpretację.

Inna rzecz, ze temu opowiadaniu bardzo zaszkodziła długość. I pisze nie dlatego, że ja lubię krótką formę. Owszem, jest ładnie napisane i w kategorii tekstów “ciepłoemocjonalnych” jest dobre, osobom lubiącym takie teksty w oczywisty sposób się podoba, co widać w masie przychylnych komentarzy. Trudno mi tę kategorię oceniać, niemniej wydaje mi się, że przez nadmierne wydłużenie zarówno sceny początkowej, jak i ucieczek, doszło do rozpłynnienia tych emocji. Czasem jest tak, że sceny powinny być wydłużone, nawet kosztem chwilowo “przeciągnięcia”, ale powinno to czemuś służyć. Na przykład pokazać zatrzymanie w czasie, uwypuklić ciszę itp. Tutaj tego elementu nie ma. I choć tak jak wspomniałem, zdaję sobie sprawę, ze tekst najwidoczniej dotarł do wielu osób z konkretnego targetu, czyli spełnił swoją rolę, to wydaje mi się, że gdybyś chirurgicznie wycięła część ekspozycji, tekst nie straciłby nikogo z obecnie zadowolonych, a jednocześnie stałby się lepszy w odbiorze dla osób spoza swojej grupy docelowej.

Plus natomiast za pokazanie tego, w jaką stronę ewoluują “dane wejściowe” z świata realnego. Fajne to pokazanie, że wcześniejsze dane są gorszej jakości, ale bardziej “wybrane”. Ten fragment dla odmiany można było nieco podrążyć, niekoniecznie w jednym miejscu, mogłoby być rozsiane, ale jednak dawałoby trochę smaczków, nieco wybicia z monotonii.

A swoją droga widać tu lekkie, odległe podobieństwo do Planety Manekinów MaSkrola. Inni bohaterowie, inne universa, inne prawidła, ale też przeskoki między światami w pogoni do ostatecznego poczucia emocji. Różnice oczywiście tez są, na wielu poziomach, także aby nie było wątpliwości – to raczej luźne skojarzenie, żaden zarzut.

No, kończę, zanim Cię wkurzę. Mnie nie przekonało, ale masz wyżej bardziej zadowolonych odbiorców. A na “folię plus” nadal czekam!

 

" Nigdy w życiu nie widziałam żywych kur"

→ ze zdziwienia wskoczyła nadmiarowa spacja przed akapitem.

 

"Byłam jak kot, który pazurami trzyma się skraju urwiska, o krok od śmierci, ale pazury przecież są mocne i tak łatwo nie puszczają"

→ "kotów kat ma oczy zielone, ja – pazurami trzymam się za życia brzeg"?

 

"Podskoczyłam, słysząc, że w wieży"

→ A tu nie zajdzie cofanie przecinka i w konsekwencji ten drugi nie powinien zniknąć? Czy ktoś bardziej językowy może się wypowiedzieć?

 

Witam Wilka! Dziękuję za rozbudowany komentarz. Byłam absolutnie pewna, że nie jesteś targetem i nie pomyliłam się.

Przede wszystkim za wcześnie i za łatwo widać, że główna bohaterka jest sztuczną inteligencją.

Hmm, myślałam że to ukryłam dobrze :) Aczkolwiek pewne zajawki celowo dawałam.

gdybyś chirurgicznie wycięła część ekspozycji, tekst nie straciłby nikogo z obecnie zadowolonych, a jednocześnie stałby się lepszy w odbiorze dla osób spoza swojej grupy docelowej.

Wiem, ale postanowiłam jednak zaryzykować i nie próbować napisać czegoś, co ma się spodobać “wszystkim”.

Plus natomiast za pokazanie tego, w jaką stronę ewoluują “dane wejściowe” z świata realnego. Fajne to pokazanie, że wcześniejsze dane są gorszej jakości, ale bardziej “wybrane”. Ten fragment dla odmiany można było nieco podrążyć, niekoniecznie w jednym miejscu, mogłoby być rozsiane, ale jednak dawałoby trochę smaczków, nieco wybicia z monotonii.

A to ciekawe, że akurat to Ci się spodobało, bo w sumie nie przywiązałam do tej kwestii wagi podczas pisania i nawet pomyślałam o tym, żeby rozbudować.

A swoją droga widać tu lekkie, odległe podobieństwo do Planety Manekinów MaSkrola. Inni bohaterowie, inne universa, inne prawidła, ale też przeskoki między światami w pogoni do ostatecznego poczucia emocji. Różnice oczywiście tez są, na wielu poziomach, także aby nie było wątpliwości – to raczej luźne skojarzenie, żaden zarzut.

No wiem, też to zauważyłam. Ale dlaczego to miałby być zarzut? :P

A na “folię plus” nadal czekam!

Być może coś takiego właśnie powstaje. Możliwe. Niewykluczone.

→ "kotów kat ma oczy zielone, ja – pazurami trzymam się za życia brzeg"?

MOJE DNI MAM JUŻ POLICZONEEEEE!

→ A tu nie zajdzie cofanie przecinka i w konsekwencji ten drugi nie powinien zniknąć? Czy ktoś bardziej językowy może się wypowiedzieć?

Nie, słysząc to imiesłów, a cofanie przecinka:

„[364] 90.B.1. Nie rozdziela się przecinkiem połączeń partykuł, spójników i przysłówków ze spójnikami (…).Przecinek należy postawić przed całym wyrażeniem (jest to tzw. cofanie przecinka)”.

https://www.ekorekta24.pl/przecinek-przed-ze-czy-aby-na-pewno-zawsze-jest-konieczny/

W takim bądź razie można rozważyć przeredagowanie tego zdania z przecinkami, bo optycznie strasznie wybijają.

Okej, zmieniłam.

Bardzo to ładnie napisałaś, z dużym literackim polotem, ale po lekturze całości mam mieszane uczucia. Głównym minusem wydaje mi się objętość tekstu – jest on ciągiem opisów tworzonych krajobrazów (światów), a dzieje się bardzo niewiele – i okej, jestem ostatnią osobą, która by autora krytykowała za brak akcji czy dynamiki ;) To mi się akurat podoba – taka impresyjność i to, że dopiero gdzieś w połowie pojawia się motywacja bohaterki (przypomnienie sobie Theo). To jedna z największych zalet tego opowiadania. Niemniej ta podróż przez opisy mnie w pewnym momencie znużyła. Końcówka oczywiście nadrabia i to bardzo ładnie, na dodatek ja akurat dość długo byłam przekonana, że to narratorka jest twórczynią i jej związek z Theo był dla mnie twistem – bardzo dobrym twistem. Niemniej przydałoby mi się po drodze w tak stonowanej narracji więcej foreshadowingów, które nagrodziłyby lekkie znużenie, bo przynajmniej miałabym takie poczucie “ach, to o to chodziło”.

Sztuka musi przecież istnieć w jakimś celu, a na widowni musi zasiadać chociaż jedna osoba. 

Hmm. Wielka dyskusja o istnienie “trzeciego świata” Poppera się kłania ;)

 

Technicznie jest bardzo dobrze, wklejam tylko kawałek, gdzie rzuciła mi się w oczy lekka zaimkoza – wydaje mi się, że pierwsze dwa zaimki z tego kawałka można spokojnie wyrzucić.

Wieczorami moja dusza była już zupełnie skostniała. Miałam wrażenie, że ciało przyrosło mi do krzesła. Rozciągając kręgosłup, zerknęłam mimowolnie w stronę ziejącej za szybą pustki i natychmiast przypomniało mi się dziwne światełko, które widziałam rankiem. Wtedy bezrefleksyjnie wypchnęłam je na sam skraj umysłu, bo nie było w nim nic, co by mogło mnie zająć.

http://altronapoleone.home.blog

Cześć, Drakaino! Muszę przyznać, że bardzo miło mi się czytało Twój komentarz, mimo że jest troszkę krytyki :) Ale takiej krytyki, z której mogę się czegoś nauczyć :) Oczywiście moim celem nie było znużenie czytelnika i teraz mi pokazałaś nieco, jak takiemu znużeniu zaradzić. Cieszę się, że podobała Ci się końcówka oraz impresyjność i że doceniasz twist. Dziękuję za opinię :)

Hmm. Wielka dyskusja o istnienie “trzeciego świata” Poppera się kłania ;)

Tak naprawdę ja nie wiem, czy się zgadzam z tym, co napisałam o tej jednej osobie na widowni O_O

Sonato, Twoje opowiadanie ma dwie podstawowe cechy, które powinno mieć opowiadanie piórkowe. Pierwsze, to styl lekki bez grudek, który czyta się przyjemnie. Drugie, nie może nudzić.

Nie nudziło. Przeczytałem od początku do końca z zainteresowaniem i przyjemnością.

Dostrzegłem też jeszcze jedną rzecz. Pisząc, miałaś niezły flow, a ja dałem się mu ponieść i to na tyle, że nie przeszkadzały mi te przydługawe gdzieniegdzie opisy, czy też dość niejasną sytuację głównej bohaterki. Bo kim ona właściwie jest? Z czym się zmaga? Czego poszukuje?

 

Przyznam się, że długo się zastanawiałem, jak to opowiadanie ocenić. Bez wątpienia jest to najlepszy z Twoich tekstów, jakie czytałem. Bez wątpienia ociera się o ten bliżej nieokreślony poziom piórkowy. Nominacja w pełni zasłużona. Pod względem technicznym, to już jest to.

A jednak czegoś mi w nim brakowało. Czegoś, co sprawiało, że nie potrafiłem z czystym sumieniem dać mu zielonego światła.

I zajęło mi chwilę, by określić to coś. Nazwę to wiarygodnością emocjonalną.

 

Przedstawiasz dramatyczną historię postaci/istoty, w narracji w pełni zantropomorfizowanej, która czegoś poszukuje, miota się, która przeżywa to, co się wokół niej dzieje, wreszcie ucieka przed zagładą, odkrywając to, kim, lub czym właściwie jest.

Problem w tym, że mimo antropomorfizacji nie potrafiłem się w pełni z nią utożsamić. Nie była dla mnie postacią na tyle realną, bym się o nią bał, bym jej kibicował. Od początku było z nią coś nie tak, co sprawiało, że zamiast wejść w jej skórę i przeżywać jej dramat, tylko obserwowałem ją z zewnątrz. Zamiast współczucia, czułem jedynie ciekawość. Kim jest? Czy to jakiś byt cyfrowy, czy sztuczna inteligencja, czy może ułomne bóstwo? Zamiast współodczuwać z nią strach, czekałem jak skończy się jej historia.

Jakbym obserwował abstrakcyjne zjawisko, a nie czyjąś tragedię.

Zakończenie satysfakcjonujące, owszem, ale wciąż nie potrafiłem się przejąć dramatem aplikacji, która zostaje usuwana przez system.

 

Moja ocena: 5.1/6

 

Miło patrzeć jak się rozwijasz.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Chrościsko, witam. Dziękuję za komentarz. Cieszę się, że Cię nie znudziło i że dałeś się ponieść. Cieszy mnie również bardzo, że pod względem technicznym Ci się spodobało :) Hmm, co do wiarygodności emocjonalnej i tego, kim jest bohaterka… No nie ukrywam, że nieco wzorowałam ją na sobie i próbowałam opisać moje własne emocje. Więc albo mi to nie wyszło, albo ja sama jestem niewiarygodna emocjonalnie, co jest możliwe… Albo i to i to. Albo może nie potrafiłeś się przejąć sytuacją bohaterki, bo nigdy nie znalazłeś się w podobnej (oczywiście nie mam pojęcia, czy tak jest i nie chcę Cię tu w żaden sposób urazić). W każdym razie jeszcze raz dziękuję. Ta ocena mnie cieszy. Piątka od Chrościska to jest niemałe osiągnięcie :) 

Albo może nie potrafiłeś się przejąć sytuacją bohaterki, bo nigdy nie znalazłeś się w podobnej

Chodzi o coś zupełnie innego. Przemycasz w kilku miejscach sugestie, że jednak nie jest człowiekiem i to zostaje w podświadomości czytelnika.

Gdyby była pewność, że realną kobietą, byłoby dużo łatwiej się wczuć w jej sytuację.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Dzięki za doprecyzowanie. Hm, no tak, powinnam uważać w tekstach na takie cyrki.

Witaj, Sonato :)

Pięknie operujesz opisami, Twoich światów jest wiele, każdy inny, każdy barwnie oddany. Imo (to nie musi być wyznacznik, to tylko mój gust) opisy trwają odrobinę za długo w stosunku do tego, co bohaterka przeżywa i co się dzieje. To niuans, prawdopodobnie jeden-dwa akapity jak dla mnie za dużo, bo rozmyła mi się koncentracja. I trochę niepotrzebnie zdradzasz przedwcześnie puentę – w tych dwóch miejscach:

Zaczęłam szukać wskazówek, jak to zrobić. Jak stworzyć coś żywego? Cokolwiek, co będzie ciepłe, w czym popłynie krew, co zacznie widzieć i czuć. I mnie nie opuści.

 

"Po Drugim Skanowaniu Świata wykryto nietypowe aktywności w niektórych amatorskich programach. (…) Dzieje się tak, gdy twórca programu wkłada w swoją pracę za dużo siebie."

(caly ten fragment do konca)

 

W pierwszym fragmencie mówisz wprost, że bohaterka nie jest żywa i trochę tu tracisz immersję czytelnika. W drugim – w zasadzie wyjaśniasz, kim/czym jest bohaterka.

Niemniej, końcówka jest piękna. Bardzo obrazowa, wręcz widziałam Vilo kurczowo próbującą żyć i jej ciało rozsypujące się w cyferki. Poruszające, nawet jeśli się domyśliłam, że to SI.

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie :)

Bellatrix, witam i bardzo dziękuję za komentarz i za tak szybką odpowiedź na moje zaproszenie :) Wiem, opisy za długie, jak mi już wiele osób pisało, a ja w przejawie dziwacznego buntu nie chciałam ich ciąć :) Co do puenty, hmm, nie chciałam, żeby tak wcześnie wyszła, a ten pierwszy fragment był o samotności bohaterki i o tym, że poza nią nie ma w tym świecie niczego żywego. Cieszę się, że końcówka poruszyła :)

Długo czekałem z komentarzem. Nie chcę też przeklejać tego z bety, a na czytanie brakuje mi nieco czasu…

Jednak niewiele to zmienia, bo opowiadanie pamiętam bardzo dobrze. Zobaczymy jak ten komentarz pokryje się z poprzednim :)

Masz śliczne opisy, w których zawierasz dużo uczuć bohaterki. Czasem moim zdaniem nieco za bardzo skupiałaś się na opisie świata względem uczuć, ale w większość opowiadanie to było nierozerwalne – każdy element świata odsłaniał pewną część psychiki bohaterki. Nie lubiłem dynamiki początku, ale końcowa niesamowicie pędzi, znajdując jeszcze czas, aby na moment przystanąć, zamyślić się i znów ruszyć do biegu.

To smutne opowiadanie, ale bardzo dojrzale traktuje emocje. Czuć zagubienie, czuć rozbicie i chęć poznania prawdy, mimo braku chęci jej poznania… czytałem jako pierwszy tekst w konkursie, a jednak wciąż mam wrażenie, że te emocje podrygują gdzieś w głębi umysłu. Naprawdę świetne robota.

Szkoda, że skończyło się właśnie tak.

Nominowana już jesteś, więc dam sobie spokój. Ale zrobiłbym to.

:)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

MaSkrolu, dziękuję za komentarz i bardzo cieszę się, że pamiętasz dobrze i że wciąż gdzieś podrygują emocje :) No prawda, początek nie jest zbyt dynamiczny. Dobrze, że na końcu zauważyłeś pęd, właśnie takie wrażenie chciałam uzyskać :)

Szkoda, że skończyło się właśnie tak.

Hmm, końcówkę można interpretować na różne sposoby :)

Nowa Fantastyka