- Hydepark: Wzajemna pomoc merytoryczna przy pisaniu opowiadań

Hydepark:

inne

Wzajemna pomoc merytoryczna przy pisaniu opowiadań

Przy tworzeniu historii często bywa tak, że by opowiedzieć coś przekonująco, musimy poszerzać swoją wiedzę. Niejednokrotnie jednak okazuje się, że nie ma gdzie szukać – bo wikipedia nie wystarcza, a nie chcemy ufać anonimowym ludziom z anonimowego forum. Tak się jednak składa, że jest nas tutaj niemało i każdy zna się na czym innym, dlaczego więc nie możemy pomagać sobie wzajemnie?

Jeżeli macie problem z jakimś zagadnieniem – napiszcie tutaj. Może znajdzie się jakiś mechanik/lekarz/geograf/historyk/prawnik/elektryk/fizyk/etc. A może ktoś z nas po prostu – mimo odmiennego wykształcenia i zainteresowań – ma jakieś doświadczenia, które okażą się przydatne?

By jednak zachować ten temat w porządku, chciałbym, by wszelkie dłuższe dyskusje dotyczące określonego zagadnienia albo przenosiły się na drogę prywatną, albo (moim zdaniem lepiej!) byście założyli osobny temat poświęcony danemu zagadnieniu. I tak, jeśli chcecie poszerzyć swoją wiedzę dotyczącą funkcjonowania czarnych dziur i wyjdziecie poza ramy formuły pytanie-odpowiedź, dyskusja się rozwinie – pędźcie założyć osobny temat :)

Komentarze

obserwuj

Też tak myślałam, ale  wolałam się upewnić. :) Dzięki.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Potrzebuję sławnego speca komputerowego z chorobą psychiczną. Historyczny albo z popkultury (nawet filmem nie pogardzę).

A jeśli nikt taki się nie znajdzie, to czy są jakieś zawodowe choroby psychiczne informatyków/ programistów/ hackerów? I wolałabym, żeby to nie był syndrom Tourette’a. ;-)

Babska logika rządzi!

Turing – depresja wywołana “kuracją”.

Historycznie (XIX wiek) to Ada Lovelace – na jej cześć nazwano jeden z pierwszych języków programowania ADA. Cierpiała na chorobę dwubiegunową.

 

Generalnie to problem z nimi, bo... poza depresją (często pewnie ukrywaną) wiele o takich ludziach nie słychać. Ba – każdy, któremu los (lub rząd) kłody pod nogi rzucał, to cieszył się dość dużą odpornością psychiczną (dla przykładu taki Jacek Karpiński).

Stres, problemy z motywacją, jeszcze więcej stresu. Z chorób obstawialbym więc głównie depresję i schizofrenię.

Hmmm. A czy ta depresja Turinga to już choroba psychiczna? Każdemu by się trochę osobowość zmieniła pod wpływem kuracji hormonalnej...

Ada mi słabo leży – jednak wolę faceta.

Babska logika rządzi!

A jeśli nikt taki się nie znajdzie, to czy są jakieś zawodowe choroby psychiczne informatyków/ programistów/ hackerów? I wolałabym, żeby to nie był syndrom Tourette’a. ;-)

Pewne badania (i mnóstwo anegdot :)) wskazują na związek między umiejętnościami matematyczno-komputerowymi i autyzmem/zespołem Aspergera. Źródło:

http://docs.autismresearchcentre.com/papers/2001_BCetal_AQ.pdf

Ciekawostka: Ten Simon Baron-Cohen jest kuzynem tego komika od Borata. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

A może zaburzenie osobowości? Niektóre wydają predysponować do wybierania zawodu informatyka. Na przykład takie albo takie albo takie. :p

OK, dzięki wszystkim. :-) Na coś się z tego zdecyduję. Adrian Lamo wygląda nieźle, ale to świeżutka sprawa, trochę głupio żerować na jeszcze ciepłym trupie. Samo słowo “anankastyczy” brzmi fantastycznie... Zastanowię się.

Babska logika rządzi!

Jest jeszcze John Nash – cierpiał na schizofrenię paranoidalną. Był o nim film Piękny Umysł. Tylko, że on był matematykiem a nie informatykiem...

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Patrzaj, “Piękny umysł” nawet widziałam. Ale ja go kojarzę głównie z ekonomią – chyba w tej działce dostał Nobla.

Babska logika rządzi!

Z popkultury to modelowy przykład to Elliot Alderson z serialu “Mr. Robot” – haker-altruista z depresją kliniczną i fobią społeczną.  Jego choroba psychiczna jest silnie wyeksponowanym motywem w całym dziele (które przy okazji gorąco polecam).

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

O, też dobry przykład. Ale już napisałam o osobowości anankastycznej. Zobaczę, czy będzie mi się chciało zmieniać. Hmmm. Pasuje chyba lepiej...

Babska logika rządzi!

Potrzebuję poczytać czegoś o życiu codziennym w Polsce międzywojennej (najlepiej ze szczególnym uwzględnieniem ściany zachodniej), ew. i/lub w czasie II Wojny. Czy ktoś może mi coś polecić? Bo wujek Google nie za bardzo mi pomógł.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Kryminały Krajewskiego – opowiadają o Wrocławiu, ale są trochę makabryczne. Nawet nie trochę.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

A jakiś Dołęga-Mostowicz? “Doktór Murek”, Dyzma, nawet może coś z “Profesora Wilczura”?

Od razu zastrzegam – nie czytałem, ale autor tworzył w epoce, to chyba się znał.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dzięki, spróbuję się dokształcić ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jeżeli chodzi o Mostowicza to w Dyźmie nieźle przedstawia życie "elyty", problem w tym, że jednocześnie ją wyśmiewa, więc wiele rzeczy jest tam przerysowane. Innych jego książek niestety nie czytałem.

Jest jeszcze odrobina życia nizin społecznych.

Babska logika rządzi!

To prawda i co więcej, Mostowicz obie te rzeczywistości znał z własnego doświadczenia, więc jego opisy pewnie są wiarygodne i z pierwszej ręki.

Dzięki ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Pytanie ratunkowe ;-)

 

Czy jeśli ofiara wypadku po wyciągnięciu z auta nie oddycha, to najpierw zakłada się kołnierz i zaczyna się zwykłą, “ręczną” resuscytację a potem defibrylacja? Czy od razu defibrylacja?

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Ręczna resuscytacja. Jeśli masz AED to po trzech seriach oceniasz rytm i jeśli jest to rytm do defibrylacji (bo nie wszystkie się defibryluje, m.in. popularnej w filmach asystolii nie ;D), to strzelasz. Ogólnie nie możesz trzasnąć defibrylacji bez oceny rytmu, bo defibrylowanie rytmu, który tego nie wymaga, to błąd w sztuce.

Rozumiem, że ratownicy medyczni posiadają odpowiedni sprzęt w karetce, żeby to stwierdzić?

Aha i jak się mówi w takich sytuacjach?

“Odsuńcie się, bo strzelam”?

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Mają.

“Odsuńcie się, oceniam rytm” i jak jest odpowiedni to od biedy “strzelam”. ;)

Dzięki wielkie :D

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Jose, szczegółowo pokazane życie międzywojennej Warszawy masz w “Królu” Twardocha. Przy okazji można się dokształcić z gwary warszawskiej i żydowskiej. 

Dzięki! ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ponieważ o psychologach szkolnych wiem tyle, ile dało mi doświadczenie własne (z pozycji dziecka, któremu psychologowie nie pomogli) zapytuję – jak to wygląda od kuchni? Konkretnie mam na myśli sytuację, w której bachor wyraźnie i z żelazną konsekwencją usiłuje zwrócić na siebie uwagę, broi, a psycholog... no, właśnie? Są jakieś konkretne wytyczne? Chciałabym, żeby psycholog prędzej czy później zadzwoniła po rodziców, ale prędzej – czy później?

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Tarnino, opisz trochę bardziej sytuację – bo jak broi w szkole, no to wiadomo, że pedagog czy wychowawca od razu zadzwonią do rodzica. Jeśli sytuacja jest w domu, to raczej ich to mało obchodzi jak w szkole jest ok. Często jest tak, że np. w szkole nie wierzą, że dzieciak ma problem i w domu źle się zachowuje, a w dzienniku dobre oceny i zachowanie. Zdarzało mi się tak w pracy. 

Zachowania trudne mogą mieć różne przyczyny. Od identyfikacji przyczyn zależy działanie. Raczej mniej od podejścia, w którym pracuje psycholog, bo psycholog w szkole ma niewiele przestrzeni... W każdym razie nie na terapię; raczej skupia się na dzieciach z orzeczeniem wedle wytycznych dyrekcji (a i tak często brakuje na nich czasu, bo etaty są takie, że na jedno dziecko z orzeczeniem dostaje się godzinę miesięcznie, a dzieci bez orzeczenia – godzinę na semestr).

Także przyczynami zachowań trudnych (w tym też ”brojenia”) mogą być zaburzenia integracji sensorycznej (przebodźcowanie/niedostymulowanie), zmęczenie, przejaw choroby psychicznej w tym depresji nastoletniej (wg najnowszej pozycji “Depresja nastolatków” dr Kołakowskiego i in.), kryzys psychiczny pod wpływem silnego stresora (żałoba, rozwód, przeprowadzka i in. czynniki indywidualne) i wiele, wiele innych. Jeśli chodzi o potrzebę atencji, uwagowość, jak w przyjętym wyżej przykładzie, to kwestia systemowa, rodziny, a może nauczycieli, klasy.

I ja mam takie przekonanie, że jeśli znajdzie się ten cudowny czas, rozciągliwość godzin i nieprzeładowanie etatu pracą, to psycholog powinien być pierwszym kontaktem dla uczniów – może nie diagnostą, ale identyfikującym trudność i odsyłającym dalej do specjalisty mogącego przeprowadzić terapię bądź pogłębioną diagnozę. Psycholog szkolny powinien być też mediatorem uczeń-inni uczniowie, uczeń-nauczyciel, nierzadko też uczeń-rodzic.

Dzwonienie do rodziców, tj kontakt z nimi, to nie jest kwestia psychologa – bo ja rozumiem to “dzwonienie do rodziców” z przykładu jako “ochrzan / dajmy mu szlaban / nakablujmy”. Psycholog może zaprosić na rozmowę, żeby zebrać informacje, zidentyfikować trudności ucznia, aby mu pomóc.

Psycholog jest zobowiązany etyką zawodową do zachowania poufności terapii. Notatek i szczegółowych danych nikomu się nie udostępnia, czemu wielce i niezmiennie dziwią się panie z kontroli ministerialnej. Poza etykę wystają jedynie dwie sytuacje (wg wytycznych, o które pytasz): duże ryzyko uszczerbku na zdrowiu bądź zagrożenie życia, zapowiedź czynu karalnego (np. wejdę do szkoły i uszkodzę iksińskiego od fizyki).

Poza tym, szkoły nie zawsze mają psychologów. Odsyła się wtedy do innych instytucji, jeżeli rodzic nie chce mieć wizyt prywatnych (albo nie wie, że może). Można wysłać do poradni psychologiczno – pedagogicznej, a tam dziecko może zostać poddane diagnozie psychologiczno – pedagogicznej, jeżeli szkoła wraz z rodzicem uzna to za konieczne. Mogą też na tym polu wspomagać powiatowe, gminne czy miejskie ośrodki pomocy rodzinie, znam przypadek ośrodka pomocy społecznej, który w ramach projektu oferował wsparcie psychologów. 

A co do kontaktu z rodzicami – w znanych mi miejscach jest cały czas przepływ informacji między szkołą, a rodzicami. Są zeszyty przepływu informacji oraz elektroniczne dzienniki. Rodzic może być cały czas na czasie z tym, co się dzieje z dzieckiem. I powiem szczerze, trudno mi sobie wyobrazić sytuację, żeby szkoła nie sygnalizowała od razu, że pojawia się jakiś problem. To ich obowiązek, a pracownicy instytucji nie będą czekać z informowaniem, bo w końcu to rodzic  jest osobą decydującą. Nie twierdzę, że nie ma niekompetentnych szkół, ale gdyby coś takiego się zadziało, mieliby na głowie problemy i skargi. 

    Tarnino, opisz trochę bardziej sytuację – bo jak broi w szkole, no to wiadomo, że pedagog czy wychowawca od razu zadzwonią do rodzica.

Spoilers :) Przyczyna jest właśnie fantastyczna, ale kto dziecku uwierzy? Protagonistką ma być psycholog/pedagog (jeszcze nie wiem), która odkrywa, o co chodzi.

    I powiem szczerze, trudno mi sobie wyobrazić sytuację, żeby szkoła nie sygnalizowała od razu, że pojawia się jakiś problem.

Przepraszam za sarkazm, ale... taaaa... Może moje wyobrażenie o tej instytucji jest przestarzałe (pora zacząć farbować włosy?), albo po prostu kiepsko trafiłam. Eh. Moje gimnazjum przypominało raczej Eksperymentalną Szkołę Koedukacyjną (mam nadzieję, że żaden z moich ówczesnych nauczycieli nie trafi do parlamentu).

    Dzwonienie do rodziców, tj kontakt z nimi, to nie jest kwestia psychologa – bo ja rozumiem to “dzwonienie do rodziców” z przykładu jako “ochrzan / dajmy mu szlaban / nakablujmy”. Psycholog może zaprosić na rozmowę, żeby zebrać informacje, zidentyfikować trudności ucznia, aby mu pomóc.

Właśnie coś takiego miałam na myśli, ale na razie pomysł jest na etapie mgławicy pierwotnej – wiem, co z nieletnim jest nie tak, ale nie wiem, jak bohaterka miałaby to rozpracować. Muszę to jeszcze trochę ukisić.

 

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Nie chciałem Was męczyć, bo ostatnio nieszczególnie się udzielam, ale już zgłupiałem, zafiksowałem się i potrzebuję drugiej opinii na temat fragmentu powieści o długości ok. jednej strony. Czy taktyka obrony, o której mówią bohaterowie ma sens? Czy powinno być zupełnie odwrotnie niż planują itd. Wrzucam link do gugieldocsa, żeby niepotrzebnie nie spojlerować.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Może mieć sens, może nie mieć sensu. Pytanie o poziom technologiczny (widzę coś o racach, karabinach, wozach i łodziach – możliwy okres akcji jest więc szeroki), dostępne środki, czy to wojna hybrydowa, z asymetrycznym przeciwnikiem czy z symetryczną armią. W zależności od dobranych parametrów widzę możliwość takiej obrony albo i nie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

To postapo. Jedna strona ma dużo broni palnej z jednostek wojskowych, ale doświadczenia niet. Druga ma biblioteki. :)

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Okej. Od strony geograficznej nie znam miejsca, ale wygląda okej. Mam za to kilka innych wątpliwości.

Po pierwsze – wcześniejsze wypuszczenie ludzi w las. Jeśli zależy im na zaskoczeniu atakujących, jest to bezsensu. Prędzej można by wysłać w tym kontekście zwiad albo, jeśli mają gdzieś element zaskoczenia, mobilne grupki do nękania przeciwnika, by go spowolnić (pułapki na drodze, atak na zapasy itd).

Kolejne – muszą zadbać o komunikację, jeśli grupa na śluzie zostanie cicho wyeliminowana i/lub nie uda się jej wysadzić (zrozumiałem, że chcą to zrobić). Tu nie można polegać, na tym, że ktoś wystrzeli albo “na pewno się uda”. To samo dotyczy wszystkich obrońców, bo co, jak najeźdźcy zaatakują w nocy i cicho podejdą do linii obrony. Komunikacja i zwiad to klucz w nadchodzącej bitwie.

I na koniec, jeśli to postapo świata zaawansowanego technologicznie – pamiętaj, że uzbrojony wóz to groźna broń. Nie wiem, czy to wozy z końmi czy samochody, ale taczanki i technicale to niezłe pojazdy w wojnie improwizowanej. Polegałbym na nich jako szybkim wsparciu ogniowym.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Uuuu, Dzikowy, czy to przypadkiem druga część Czarownicy, albo coś z tego samego uniwersum? <3

“Przypadkiem” jest właściwym określeniem, bo to miał być spin off, ale się rozrósł. :)

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Nie wiem, czy kwestia człowieka nadświetlnego jest jeszcze aktualna, ale po przeczytaniu dyskusji przyszedł mi do głowy łaciński neologizm. (Skądinąd postaram się dopytać znajomych, którzy zajmują się tzw. łaciną żywą, czyli m.in. tworzeniem nowych słów na nowoczesne terminy, założę się, że jest plus minus oficjalne słowo na “nadświetlny”).

 

Zgodnie z nie tylko poprawnością, ale i estetyką łaciny byłoby raczej nie “homo celerior luce”, ale “homo luce celerior”. Ale ponieważ łacina nie przepada za takimi zbitkami -ce ce-, to w poezji, a może i w kreatywnym słowotwórstwie, zlałoby się to w “lucelerior”, co można by zastosować jako neologizm, zwłaszcza w futurystycznym albo ogólnofantastycznym settingu.

 

bardziej poprawnie by było: “homo ultralucidum”, bo ultra– idzie z Akuzativem, a homo jest rodzaju męskiego ; D

Accusativus i rodzaj rzeczownika nie maja tu nic do rzeczy, bo tworzysz przymiotnik, czyli jeśli już to właśnie, jak sugerowano ultralucidus, -a, -um (homo ultralucidus), ale ultra właściwie znaczy więcej, a nie nad, a lucidus – jasny, czyli wychodzi więcej niż jasny, co nigdy nie będzie miało związku z prędkością rozchodzenia się światła.

 

Rozważałabym raczej luminalis → superluminalis (w nowoczesnej łacinie takie słowotwórstwo mogłoby przejść, jak sądzę), ponieważ ten przymiotnik odnosi się do natury światła i znaczy w przybliżeniu “świetlny”.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki za komentarz :) Generalnie w kwestii opowiadania zdecydowałem się na polski tytuł, jako że grupa czytelników (tu na forum jak i poza nim) wskazała, że bardziej im odpowiada niż łacina. Ale jak ci znajomy od łaciny znajdą termin, to chętnie poznam, może się przydać do innego tekstu :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Sama bym głosowała za polskim, mimo sympatii do łaciny, bo brzmi  lepiej :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ktoś miał do czynienia z osobami w śpiączce lub stanie wegetatywnym? Mam kilka drobnych pytań.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Czy na pokładzie jest może czynny archeolog terenowiec, najlepiej pradziejowiec albo wczesnośredniowiecznik?  Ewentualnie nieczynny, ale z doświadczeniem, choćby i z praktyk studenckich na stanowiskach pradziejowych, średniowiecznych (niemiejskich) lub wielokulturowych w Polsce, raczej badawczych niż ratunkowych...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Może napisz priva do Ceterari, jeśli nikt się nie zgłosi albo ona sama tu wcześniej nie zajrzy ;p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jestem aktywnie na forum od niedawna (miesiąc), ale  – gdyby ktoś potrzebował konsultacji z zakresu języków klasycznych (antyczna greka, łacina, biblijny hebrajski), ewentualnie mitologii/ literatury/ realiów grecko-rzymskich, to tym się zajmuję zawodowo i chętnie, jakby co, pomogę.

Jak bardziej fachowo, z perspektywy kodeksu drogowego, napisać o sytuacji, kiedy osoba prowadząca pojazd nie patrzy na drogę/ ze swojego miejsca nie ma widoku na jezdnię?

Potrzebne do zdania: “Wielu świadków zgłosiło podejrzenie złamania kilku zasad ruchu drogowego, z [...] na czele.”

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

ninedin

 

Jak już mamy eksperta od biblijnego hebrajskiego, to w zasadzie mogę mieć pytanie. Jak po hebrajsku (tylko w zapisie fonetycznym/alfabetem łacińskim) powinno brzmieć Drzewo Wiedzy (Drzewo Poznania)? Z tego co znalazłem: pełne wyrażenie Drzewo poznania dobra i zła brzmi Etz ha-daʿat tov wa-raʿ. Zwrot tov wa-raʿ oznacza “dobro i zło”, więc  samo Drzewo Wiedzy to Etz ha-daʿat? I jeśli tak, to jest to w pełni poprawny zapis, czy trzeba to jakoś inaczej przedstawić?

Spokojnie może tak być, możliwych transkrypcji jest kilka, a ta jest OK.

Ajzan – niezupełnie rozumiem Twoje pytanie. Nie bardzo też sobie wyobrażam jazdę bez widoku na jezdnię, poza tym obszarem, który zasłania maska samochodu. Niepatrzenie na drogę może być przyczyną wypadku, ale wątpię, żeby był w kodeksie na to szczegółowy punkt. Dział II, rozdział 1 ma takie zasady ogólne:

Art. 3.

1. Uczestnik ruchu i inna osoba znajdująca się na drodze są obowiązani zachować ostrożność albo gdy ustawa tego wymaga – szczególną ostrożność, unikać wszelkiego działania, które mogłoby spowodować zagrożenie bezpieczeństwa lub porządku ruchu drogowego, ruch ten utrudnić albo w związku z ruchem zakłócić spokój lub porządek publiczny oraz narazić kogokolwiek na szkodę. Przez działanie rozumie się również zaniechanie.

(...)

Art. 4.

Uczestnik ruchu i inna osoba znajdująca się na drodze mają prawo liczyć, że inni uczestnicy tego ruchu przestrzegają przepisów ruchu drogowego, chyba że okoliczności wskazują na możliwość odmiennego ich zachowania.

 

Możesz niepatrzenie na drogę podciągnąć pod Art. 3, jak sądzę (ale nie jestem prawnikiem, tylko kierowcą z długim stażem i kilometrażem ;). Pytanie tylko, ilu świadków znajdujących się poza samochodem, zauważy, że kierowca nie patrzył na jezdnię? Zwłaszcza że jazda wymaga przecież rozglądania się: w lusterka, czasem na bok na samochody usiłujące się włączyć do ruchu, pieszych itd. Wydaje mi się to dość słabym punktem zahaczenia, zwłaszcza jako naruszenie “na czele”.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, chodziło mi o sytuację, kiedy ulicami miasta jechała kareta konna bez stangreta na koźle i  z pozasłanianymi oknami.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Hmm. Zakładam, że mnie nie trollujesz ;) ale w czasach karet konnych nie było raczej kodeksów drogowych, co najwyżej jakieś zwyczajowe prawa, jak się zachowywać, mające na względzie głównie to, że im ważniejsza kareta, tym bardziej ma pierwszeństwo :/

A jeśli nie było stangreta, to jakaś mroczna siła powoziła? (przepraszam za rym)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ajzan, skomplikowane zdania wymyślasz ;)

...z tym, że nie było stangreta, a pasażerowie nie widzieli drogi na czele?

Tyle, że wychodzi, jakby to droga była na czele i w ogóle brzmi dziwacznie. Dać przecinek? No, źle to wygląda.

Może rozbić na dwa zdania albo jakoś przeformułować.

Wielu świadków zgłosiło podejrzenie złamania kilku zasad ruchu drogowego, w tym/głównie/przede wszystkim to i tamto.

Mam wrażenie, że zasady ruchu drogowego są tu kompletnie zbędne, wystarczy, że ludzie zauważyli brak powożącego...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przyznaję, że pytanie zadałam trochę z pośpiechu, bo nie wiedziałam, co wstawić do zdania.

Dziękuję wszystkim za uwagi. Zdanie poprawiłam według rady Anet.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Czyli jestem współodpowiedzialna ;)

Czy niezbyt wyedukowani zwyczajni zjadacze chleba z jakiegoś średniowiecza/renesansu wiedzieli, jak wygląda pieczęć królewska? Albo czy w ogóle mieli pojęcie, że coś takiego istnieje lub co oznacza?

Na mój rozum nie, bo dokumenty wagi państwowej raczej nie trafiały do rąk takich prostaczków, ale wolę się upewnić.

In a perfect world man like me would not exist. But this is not a perfect world.

Mam pytanie do kogoś zakresu chemii i/lub fizyki nuklearnej. Dotyczy zachowań atomów w wyniku nagłej zmiany protonów w jądrze. Zależy mi, by znaleźć taki pierwiastek, który w wyniku takiej akcji zachowa się w pewien określony (lub zbliżony do niego) sposób. Jest ktoś, to potrafiłby pomóc?

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Kordylianie, po pierwsze, co rozumiesz przez “niezbyt wyedukowani”? Takich, którzy cokolwiek nauki liznęli, czy też całkowitych analfabetów, na dodatek z nizin społecznych? Zasadniczo wbrew pozorom np. chłopi doskonale wiedzieli, jaka jest hierarchia, bo instytucja petycji istniała i panowało przekonanie, że dziedzic może być zły, ale król jest dobry, tylko nie wie, że dziedzic jest zły, więc nie reaguje. A że warunki pracy w dobrach królewskich przeciętnie były lepsze niż w ziemiańskich czy kościelnych, to tylko potęgowało to przekonanie. (OK, moja wiedza dotyczy oczywiście głównie XVIII i XIX w., ale w mentalności akurat chłopskiej niewiele się zmieniło od czasów wcześniejszych do przełomu tych dwóch stuleci.) Po drugie – co rozumiesz przez wiedzieli jak wygląda? Szczegółów pewnie nie znali i sfałszowanej by nie rozróżnili ;) ale jak wygląda oficjalny dokument mogli mieć pojęcie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

NoWhereManie, a co konkretnie potrzebujesz wiedzieć?

Co rozumiesz przez “nagłą zmianę protonów”? Jeżeli chodziło ci o zmianę liczby protonów w jądrze, to jest kilka procesów, które posiadają taki efekt.

Przede wszystkim rozpady promieniotwórczy – alfa i beta. W rozpadzie alfa od “startowego” jądra odłącza się jądro helu i liczna protonów w jądrze jest zmniejszana o 2. Rozpad beta ma dwa główne typy – beta minus (w którym emitowany jest elektron i antyneutrino elektronowe, a neutron ulega przemianie w proton, toteż ich liczba zwiększa się o 1) i beta plus (proton zmienia się w neutron, emitowane pozyton i neutrino elektronowe). Rozpady alfa i beta plus są częścią cyklu węglowo-azotowo-tlenowego zachodzącego w gwiazdach.

Może też zachodzić emisja protonu lub emisja dwuprotonowa, ale to dość rzadkie procesy. Emisja protonowa zachodzi dla lutetu-151 i tulu-147, a dwuprotonowa np. dla żelaza-45.

Są też procesy szybkiego wychwytu protonu, które prowadzą do powstawania pierwiastków cięższych od żelaza. Proces rp wymaga bardzo wysokich temperatury i gęstości protonów w środowisku. W procesie pn dodatkowo biorą udział wolne neutrony, a proces vp opiera się na wychwytywaniu protonów przez antyneutrina elektronowe.

Tyle z mojej wiedzy i z researchu z anglo– i polskojęzycznej Wikipedii, jakbyś potrzebował czegoś więcej, to uderzaj na pw.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Uderzę na priva, bo proces, który wybrałem, jest dosyć osobliwy :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

 Ludziska drogie! Mam milijon pytań odnośnie postrzału w płuco, może ktoś dałby radę odpowiedzieć chociaż na kilka.

Ogólnie sytuacja jest taka, że gość dostaje kulkę w plecy (prawa strona), z przyłożenia albo z minimalnej odległości (kilka cm). I właściwie już tutaj nie wiem, czy pocisk z pistoletu przeleci na wylot.

Dalej, odnośnie samej rany. Czy jeżeli opatrunek zastawkowy zostanie założony bardzo szybko (w ciągu minuty czy dwóch), zdąży zrobić się jakaś znacząca odma? I czy przez tak zatkaną dziurę dalej ucieka krew? Aha, i co z krwią z ust? Obrócić gościa na bok w czasie opatrywania, żeby się nie udusił?

Domyślam się też, że pocisk nie pozostawi żeber nietkniętych, przynajmniej dwa będą uszkodzone z tyłu i z przodu. Trzeba operacyjnie grzebać w ciele w poszukiwaniu odłamków?

No i potem, objawy w ciągu kilku pierwszych dni. Pewnie ból przy oddychaniu, ale oprócz tego ma być jakiś kaszel, odpluwanie czegoś, duszność?

Ogólnie zakładamy, że kula wyrządziła najmniejsze z możliwych szkód. Na miejscu jest, co prawda, lekarz, ale nie mam warunków szpitalnych, a gość musi mi przeżyć.

Obawiam się, że taki postrzał to raczej zgon na miejscu. :p

A jakby gdzieś niżej? Nie zabiję głównego bohatera w połowie książki :p Chyba że go nożem dziabnąć, na pewno wtedy obrażenia byłyby mniejsze. Chociaż ten strzał tak ładnie tam pasuje... :<

Strzał z bliska, a tym bardziej z przyłożenia, niesie tak dużą energię, że w tkankach tworzy się tunel. Żebra raczej nie są na tyle wytrzymałe, żeby zatrzymać pocisk, więc przeszedłby on na wylot. Tym samym odma byłaby najmniejszym zmartwieniem takiego delikwenta – wykrwawiłby się do wewnątrz i na zewnątrz. Podręcznik do medycyny sądowej porównuje postrzał z bliska do uszkodzenia dużego naczynia, a to bardzo szybka śmierć.

Stąd nóż wydaje się dużo sensowniejszą opcją. :)

Ok, w sumie też podejrzewałam, że z takiej odległości w środku mu się zrobi niezły syf. A to mi z kolei nie bardzo potrzebne.

Dzięki wielkie, Brightside :)

Szanowni, piszę opowiadanie na konkurs i mam pytanie odnośnie do techniki filmowej. Może ktoś ma do czynienia z analogową fotografią w praktyce.

Sytuacja: Polska, rok 1920, film 35 mm, czas trwania: 10 minut (nie wiem, w ilu klatkach zwykle wtedy kręcono), małe studio filmowe – wykształcony technik i dwie, trzy osoby do pomocy.

Ile mogło trwać i czy było w ogóle możliwe w przedstawionych warunkach skopiowanie i retuszowanie takiego filmu? Chodzi nie tylko o retusz estetyczny (usunięcie artefaktów), ale zmianę wymowy filmu (kilka przerobionych elementów).

Ponieważ nikt mądrzejszy nie kwapi się do odpowiedzi, a ja pochodzę po części z rodziny fotografów zawodowców i amatorów, więc sporo czasu w dzieciństwie spędziłam w analogowej ciemni (nie przed wojną, jednakowoż...), mogę powiedzieć tyle: nie bardzo wyobrażam sobie w czasach, o których piszesz, retusz na taśmie filmowej, który tak dalece ingerowałby w to, co na niej nagrano. Szerokość filmu niby pozwala coś tam dłubać przy obrazie, ale jeśli to mają być modyfikacje niezauważalne dla oglądającego, to musiałbyś chyba jednak dokręcić i domontować jakieś wstawki. Bo dość dowolnie możesz manipulować kolejnością scen przez klejenie taśmy, ale sam obraz – nie widzę technicznych możliwości. Mam wrażenie, że gdzieś czytałam o eksperymentach z rysowaniem na taśmie, pisaniem na niej itp., ale to chyba wszystko. Ponoć Eisenstein pokolorował na czerwono którąś ze scen w Iwanie Groźnym (pewnie zabójstwa syna albo śmierci Iwana), ale kopia, którą oglądałam, najwyraźniej tego nie uwzględniała, albo to tylko legenda.

 

Wszystko więc zależy od tego, jaka ma być u ciebie ta ingerencja i modyfikacja.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję. Po przemyśleniu doszedłem do wniosku, że rzeczywiście wszystko, o co mi chodzi, da się zrobić montażem. A jeśli chodzi o manipulację przy taśmie, to mistrzem artystycznej animacji był Julian “Antonisz” Antoniszczak, ale to lata ‘60-‘80 i autorska technika “non camera” daleka od realizmu.

Chodziło mi oczywiście o przedwojenne eksperymenty – po wojnie to inna bajka :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Rozumiem. Właśnie na początku, optymistycznie zasugerowałem się tym, co wyczyniano po wojnie :P

Szanowni, potrzebuję wiedzy na temat prostego w obsłudze, ale funkcjonalnego sprzętu pt. kamera (jak najmniejsza) reagująca na ruch i mająca możliwość podglądu obrazu w czasie rzeczywistym na smartfonie – możliwie na dużą odległość. Zakres cenowy dość dowolny, ale preferowany do średniej półki – w sensie, czy za rozsądne pieniądze da się kupić coś, co naprawdę nieźle działa, zwłaszcza po ciemku. Choć tak naprawdę kluczowa jest odległość. Mogą być linki do konkretnych modeli ze specyfikacją techniczną – w tekście i tak nie będzie product placementu, ale potrzebuję wiedzieć, jak to wygląda i jak działa ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

zerknij może tu:

http://www.komputerswiat.pl/poradniki/sprzet/kamery-internetowe/2015/07/kamera-ip-w-sieci.aspx

O, dzięki. Znalazłam też jakieś dość fajne gadżety reklamowane na forach o dzieciach i wygląda na to, że mogę się nie przejmować – wybór jest duży i możliwości techniczne też wystarczające :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Pytanie do medyków i majsterkowiczów:

 

Jeżeli chcę sobie wbić gwóźdź w głowę tak, żeby nie umrzeć, to jak powinnam celować? 

Lepiej użyć młotka czy pistoletu (na gwoździe)?

I would prefer not to.

Unikałbym środka głowy (płaszczyzna strzałkowa) i potylicy, bo zatoki żylne, krwotok i zgon, a także wbijania tego gwoździa zbyt głęboko, bo uszkodzenie koła tętniczego, krwotok i zgon. Ogólnie to nawet i pręt możesz do głowy wbić (albo nawet na wylot) i taki poszkodowany delikwent może się nawet na nic nie uskarżać i nic go nie będzie boleć, bo mózg nie boli. Unikałbym wbijania w płaty czołowe, bo to może zmienić osobowość. :p

Wiem, że pręty się da, ale pręta sobie nikt sam nie wbije ;)

 

He had an uneventful recovery and was discharged home.

Wyobrażam sobie tych zawiedzionych lekarzy ;)

 

Bardzo dziękuję ;)

I would prefer not to.

Pytanie może być głupie, ostrzegam.

 

Jeśli mamy jakiegoś rodzaju system komputerowy, złożony z połączonych ze sobą jednostek (każdy z każdym), to zakładam, że łączna moc obliczeniowa tego systemu – albo jego szybkość, albo jeszcze coś innego – jest lepsza, niż suma parametrów pojedynczych komputerów, prawda? Pytanie brzmi: o ile? Jak to obliczyć?

Precz z sygnaturkami.

To, czego szukasz, nazywa się rozproszonymi systemami komputerowymi. Problem z takim systemem polega na tym, jaka jest prędkość łącza.

Weźmy nawet pojedynczy komputer.  Procek jest niczym bez dostępu do RAMu – możesz mieć sporo megaherców, ale bez odpowiedniego taktowania tych drugich nie będziesz mógł go wykorzystać do końca. Podobnie bez szybkiego dostępu do pamięci stałej.

W systemach rozproszonych dochodzi do tego prędkość komunikacji – aktywność na łączach, możliwości medium, ilość przystanków po drodze itd. Wielkie korpo mocno pracują, by i tę barierę usunąć: światłowody i inne technologie. Do tego dochodzą wirtualizacje, QoS itd.

Na pytanie o ile – zależy od łącza, od programów zarządzających, architektury etc. To się nie skaluje liniowo, a wolne łącze może zarąbać każdy zysk z posiadania wielu procków. Może być 100% lub 200% przy wymyślnych technologiach komunikacji, zarządzania etc.

Czy da się to obliczyć? No u mnie w pracy robimy testy wydajnościowe na komponentach i całych systemach – odpalamy benchmarki i patrzymy na wyniki. Nie ma do tego ładnego wzorku. Za dużo czynników.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Plus: czy wszystkie połączone komputery idą na jedno zadanie, czy może oddają tylko część mocy obliczeniowej.

Wszystkie “idą na jedno zadanie”, tzn. tworzą coś w rodzaju sieci neuronowej.  Domyślam się, że to się nie skaluje liniowo – ale w takim razie, jak? Kwadratowo? Wykładniczo? Rozkminiam generalnie taki system w dalekiej przyszłości, więc prędkość łącza raczej nie stanowi żadnego ograniczenia.

Precz z sygnaturkami.

Tak naprawdę co założysz, to będziesz miał. Jeśli mowa o dalekiej przyszłości, to możemy mówić o kwantronice projektowanej specjalnie do takich systemów – im więcej ich masz, tym lepiej mogą działać jako grupa. Wzrost wykładniczy.

Może także być to system oparty na “domowej robocie”, czyli komponentach nie projektowanych do tego celu – tu możemy mówić o wzroście bliższym liniowemu, ale tu dużo zależy od optymalizacji software’u, łączy i zwykłych sterowników.

I równie wielki spadek, jak pojawi się zakłócanie na linii, ktoś wrzuci nieoptymalny kod albo dojdzie do innej tragedii ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

@Niebieski Kosmita

 

Masz tu naprawdę pole do popisu.

Nie jest prawdą, że limitem jest tylko szybkość łącza – istnieją techniki projektowania takich systemów, aby i to ograniczenie niejako obejść. Tak jak wspomniał Nowhere Man, parametrów skalowania jest wiele:

– sprzęt

– ilość węzłów w systemie i ich “pojemność” obliczeniowa

– software

– sposób komunikacji

 

Systemy samouczące się, komputery kwantowe (bo już istnieją – obczaj hasło D-wave quantum cpu w googlarce), algorytmy heurystyczne, sieci neuronowe (niejako siłą rzeczy związane z samouczeniem się).

 

Natomiast na łącze zwróciłbym uwagę w następujących aspektach:

– limity fizyczne (prędkość i “pojemność” związana ze światłem;  kwantwe splątanie – co wykorzystywała Ursula K. Le Guin w swoich książkach – obchodzi ten problem, ale żre niemożliwie duzo energii; zasilanie właśnie; granice miniaturyzacji wyznaczane właśnie przez moment, w którym fizyka klasyczna dociera do granic kwantowej – dzisiejsze kwarcowe procesory i RAM już wymagają uważnego projektowania, bo poniżej pewnej granicy elektrony robią zaskakujące rzeczy)

– rodzaj zasady działania sprzętu (obliczenia kwantowe służą do rozwiązywania pewnych klas problemów lepiej niż np. kwarc; teoretycznie i poparte pewnymi badaniami praktycznymi mogą istnieć komputery “biologiczne” lub “chemiczne” – por. badania nad stworzeniem bramek logicznych przy pomocy fulerenów)

– ekonomia lub przyczyny stosowania nieekonomicznego rozwiązania (por. dzisiejsze komputery kwantowe – wymagają dużo energii i technik związanych z chłodzeniem, by umożliwić działanie kwantowych procesorów; ale po co się to robi – nie tylko dla nauki, ale także dlatego, że dają szanse na szyfrowanie, rozwiązywanie w krótkim czasie problemów/zagadnień które systemom dyskretnym zajęłyby dekady lub wieki, co z kolei może się przełożyć na zyski ekonomiczne lub umiejętność np. pozyskiwania zasobów w sposób zapewniający przetrwanie/dobrobyt nawet na poziomie gatunku etc.)

 

Generalnie, nie ma bata: moc obliczeniowa i możliwość upchnięcia jej w skończonej “obudowie”; ale por. “Solaris” Lema (myślący ocean)  plus na jakiej zasadzie fizycznej działa taki sprzęt determinują ci możliwe fantastyczne zastosowaia (pod warunkiem, że istniejące dziś problemy są rozwiązane – ale to jest właśnie science w science-fiction).

 

Hasło “system rozproszony” to faktycznie to, czego szukasz. Koncept sieci neuronowej, znany od lat, wcale nie wymaga potwornie szybkich maszyn (por ludzki mózg  częstotliwości fal mózgowych wahają się między pojedynczymi Hertzami a kilkudziesięcioma, za to mamy tych neuronów w bilionach! por. Fault Tolerant Control, systemy z głosowaniem, które same korygują lub głosują wynik w przypadku niezgodności: NASA np. potraja swoje systemy i każdy realizuje to samo zadanie za pomocą trzech różnych dostępnych technologii bo prawdopodobieństwo ich jednoczesnego fuck-upu jest niesamowicie niskie przy okreslonych parametrach niezawodnościowych, a w razie rozbieżności system wyboru rozwiązania przez głosowanie wyniku zapewnia wynik – taki np.  “Raport mniejszości” dobrze to przedstawiał)

 

Nieoptymalny lub posiadający błędy kod lub sprzęt potrafią sprawić, że system działa/oblicza w zaskakujący sposób.

 

Dorzuć do takiego systemu możliwości:

– samorekonfiguracji

– autoadaptacji własnego kodu źródłowego

 

i zrozumiesz dlaczego Asimov proponował Trzy Prawa Robotyki, a Musk i Hawking (świeć  Czarna Dziuro nad jego duszą) ostrzegają, że spodziewają się faktycznej SI w czasie ponizej dekady i niekoniecznie to będzie dla ludzi dobre; zrozumiesz dlaczego eksperyment próbujący zbudować sztuczną sieć neuronową na podstawie mózgu ssaka (szczur) jest kontrowersyjny etycznie etc. etc.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nad kilkoma z tych rzeczy już myślałem, ale większość stanowi nowe i cene informacje. Dziękować :) mam w planach opko o tego rodzaju systemie i na pewno nie będzie dla ludzi dobry ;P

Precz z sygnaturkami.

Potrzebuję ornitologa albo kogoś od ptaków. Jaka jest średnia prędkość SOWY? Dowolnej sowy, jest mi wszystko jedno...

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Ale w locie, czy w chodzie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, a po co mi sowa w chodzie? Już też udało mi się znaleźć na jakiejś zagranicznej, że uszatka maksymalnie wyciąga 42 km/h, ale już sowa śnieżna 80 km/h (dzięki wybranietz!), a to oznacza, że obie i tak są sporo szybsze od średniej prędkości jeźdźca na długim dystansie ;P

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Ceterari, nie wiem, do czego mogłaby Ci się przydać idąca sowa, tak jak nie mam pojęcia, do czego Ci sowa lecąca. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

“Jaka jest prędkość lotu jaskółki bez obciążenia?

– Jakiej jaskółki? Afrykańskiej czy europejskiej?”

;P

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Ceterari spodziewa się dostać list z Hogwartu i wylicza czas przylotu kuriera, żeby przypadkiem nie wyjść wtedy z domu ;P.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Re: chodzące sowy. Jechałam kiedyś nocą przez francuską prowincję (takie totalne zaczterylitery) i kilkakrotnie po drodze lazła sowa, autentycznie. Ergo, nie jest to zjawisko niespotykane. Niestety zwiewały (cichym lotem na odmianę), zanim zdążałam wyciągnąć aparat.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Historycznie. Czy w II RP żołnierze salutowali prezydentowi? 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Na logikę powinni jako głowie państwa.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Też tak sądzę. Dzięki, Drakaino.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Fleur:

W części IV projektu deklaracji konstytucyjnej, uchwalonej przez rząd 3 maja

1919 r., naczelnik Rzeczypospolitej był najwyższą władzą wykonawczą, pierwszym

wśród obywateli, przyjmował przedstawicieli obcych rządów, za zgodą Sejmu wypowiadał

i zawierał pokój oraz przymierza, mianował dowódców i wyższych urzędników, podpisywał

ustawy uchwalone przez parlament, nie ponosił odpowiedzialności politycznej

i konstytucyjnej. Był też wodzem naczelnym sił zbrojnych Rzeczypospolitej.

oraz o konstytucji kwietniowej z 1935r.:

Konsekwencją uznania, że prezydent skupiał jednolitą i niepodzielną władzę w państwie,

było zaakceptowanie jego prawa do ingerencji w materialne funkcje państwa.

Obejmowała m.in. zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi wyrażające się sprawowaniem

tego zwierzchnictwa.

Źródło: “Najwyższe władze wojskowe w systemie ustrojowym II Rzeczypospolitej” – P.K. Marszałek.

 

Czyli – skoro prezydent, a wcześniej naczelnik, byli zwierzchnikami sił zbrojnych, to salut się należał.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Cudnie, Staruchu. Dziękuję

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Hm. Kolejny problem mam. Wyniknął z całkiem durnej sytuacji, ale teraz potrzebuję podszkolić się w mitologii rosyjskiej i różnych Chernobogach itd.... ktoś poleci jakieś pozycje książkowe?

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Taka kompilacja to “Księga Tura” – Białczyński bodajże. Obejmuje wierzenia słowiańskie, nie tylko polskie.

Mozna poszukać w sieci – https://www.slawoslaw.pl/  http://zalmoxis-mitologiaiantropologia.blogspot.com/ (ten autor wydawał jakiś czas temu uznawaną za dość kontrowersyjną merytorycznie reinterpretację mitologii pra-słowian)

Opracowania etnograficzne, od Brucknera z 1918 po pozycje wydawane w ostatnich dwóch dekadach (Barbara i Adam Podgórscy, Encyklopedia demonów, Wrocław 2000; Jerzy Strzelczyk, Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian, Poznań 2006; Aleksander Gieysztor, Mitologia Słowian, Warszawa 2006; Artur Kowalik, Kosmologia dawnych Słowian, Kraków 2005; Andrzej Szyjewski, Religia Słowian, Kraków 2003),

 

 

Wszystko będzie ci się kręcić, trzeba wyszukiwać w elementach porównawczych które cechy danego mitologicznego stwora na jakim tereni były wiodace... Dużo, dużo szarej strefy w wiedzy entograficznej.

 

Najlepiej podskocz do najbliższego muzeum etnograficznego i namów jakiegoś/-ąś kustosz na pogawędkę ;-) Od razu dowiesz się o zwyczajach etc.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No właśnie próbuje znaleźć coś konkretniejszego o wschodniosłowiańskich wierzeniach...

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Cet, to są te same wierzenia. Czernobóg, Biełobóg... Trzeba tylko sprawdzać zasięg wyznania danego boga lub idola i ew. różnice w niuansach mitologii (np. żar-ptak, żmij etc.) To jest działka etnografii realizowanej w warunkach potężnych braków źródeł pisemnych. Jak chcesz coś na szybko – to etnograf.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Z wierzeniami Słowian to w ogóle jest ten problem, że im więcej się dowiadujemy, tym częściej zyskujemy przez to więcej pytań niż odpowiedzi...

Andrzej Szyjewski, Religia Słowian, Kraków 2003

to jest fajne, bo Szyjewski nie zgaduje, tylko próbuje rekonstruować mity na podstawie folkloru chrześcijańskiego – w myśl zasady, że liczy się idea, że ktoś zsyła błyskawice a czy po niebie lata św Eliasz czy Perun to już mniej istotne.

 

Co do Księgi Tura to byłabym ostrożna – też kiedyś czegoś szukałam i to zapamiętam bardziej jako fantastykę niż naukę – pojawia się dużo rzeczy, które można znaleźć tylko tam.

I would prefer not to.

Pytanie do medyków i może historyków.

Taka sytuacja: starożytność, nastoletni chłopak ranny niegroźnie (może być w policzek?), ale mocno krwawi i jest nieprzytomny (może udawać, może zemdlał ze strachu i emocji już po walce). Najpierw znajduje się przy nim osoba nawykła do rozkazywania, nieźle wyedukowana, ale nie medycznie. Spanikowana. Potem zjawia się ktoś, nazwijmy go oficerem, kto od dziecka intensywnie szkoli się we wszystkim, co wojskowe, także w udzielaniu pierwszej pomocy rannym dowódcom.

Jakie będą działania tych dwóch osób?

Czy jeśli pierwsza przyciśnie materiał do rany, żeby zatamować krwawienie, będzie dobrze? Oczywiście, pośle kogoś po medyka, ale zanim przybiegnie...

Co z tym oficerem? Ma przy sobie coś, co w starożytności mogło uchodzić za apteczkę. Co to może być i co z tym zrobi? Wytrze twarz z krwi? Każe przynieść wodę? Założy jakiś opatrunek? Zdejmie zbroję (z lekka sfatygowaną), żeby sprawdzić pozostałe obrażenia czy nie będzie ruszał nieprzytomnego, podejrzewając uszkodzenia kręgosłupa? Przetnie przytrzymujące zbroję rzemienie i zdejmie, co się da, jak foremkę z babki, bez szarpania nieprzytomnego?

Babska logika rządzi!

Jaki to świat?

Bo jeśli grecki, to Hipokrates zostawił bardzo porządne opracowania na temat postępowania w urazach.

https://www.loebclassics.com/view/LCL149/1928/volume.xml 

Generalnie lekarze wojskowi byli przez większość historii medycyny najbliżsi sensownym i racjonalnym działaniom, odcinając się od całej magiczno-religijnej otoczki i mieli przy tym bardzo szczegółowe obserwacje, co zawdzięczali ogromowi i różnorodności oglądanych przez siebie urazów. Sam Hipokrates np. zauważył, że grzebanie w ranie okolicy skroniowej powoduje paraliż po stronie przeciwnej. Jeśli natomiast chodzi o laików, myślę, że zawsze zachowywali się podobnie – musiałabyś Finklo obejrzeć dowolny film wojenny. Tutaj chyba nie ma reguł, zostaje licentia poetica.

 

Dzięki. :-)

Świat fantastyczny. :-) Ale możemy przyjąć, że cenią sobie informacje (to w końcu mój świat ;-) ) i mają dostęp do takich samych danych, jak Hipokrates. OK, poczytam o ranach głowy.

A co z szukaniem innych obrażeń? Będzie to robić czy skoncentruje się na widocznej ranie?

Babska logika rządzi!

Doświadczony wojskowy prawdopodobnie rozpozna ranę “mocno krwawiącą, ale niegroźną” – chyba, ze to teoretyk, który nigdy nie weryfikował nabytej wiedzy poza koszarami.

To niezupełnie teoretyk, ale jest noc i ta pierwsza osoba trzyma chłopakowi przy twarzy kawałek płaszcza. No i chłopak jest z jakiegoś powodu nieprzytomny.

 

Edytka: Coboldzie, smutek. Podany link pokazuje mi spis treści, ale żadnych konkretów, dopóki się nie zaloguję. :-(

Babska logika rządzi!

Jeśli to Twój świat, to przecież mogą wszystko. Mają swoje książki, szkoły i autorytety, jak i swoją religię i etykę, czy wreszcie swoją broń, zbroję i sposoby walki. Skoro zeszli z drzew i nie wyginęli, mają tez chyba odrobinę rozsądku i jeśli widoczny uraz nie tłumaczy stanu chłopaka, to szukają innych.

Zasadniczo Hipokrates nie jest potrzebny – jeśli w przeszłości w tym świecie były wojny, to byli też jacyś wojskowi medycy i byli dowódcy, którzy umieli liczyć przeżywalność (tzn. czy im ci medycy marnują ludzi, czy nie) i z czasem taki hipkratesopodobny lekarz się musi trafić.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

No dobra, ale co zrobi ten oficer, który niegdyś czytał coś podobnego do Hipokratesa? Bo ja nie mam pojęcia. Znaczy, mam współczesne – uciskać ranę, wezwać pogotowie, sprawdzić, czy ten nieprzytomny oddycha i ma puls.

 

Edytka: OK, to się otworzyło. I na szczęście w języku language, bo już się zdążyłam przestraszyć tego “.de”. ;-)

Babska logika rządzi!

“Naciśnij i krzycz ‘medyk’” uczymy nawet gżdaczy, więc chyba każdy przeszkolony żołnierz powinien to wiedzieć.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Pytanie z rzędu technicznych. Czy sterowce wydają jakieś charakterystyczne dźwięki w czasie: postoju, przygotowania do lotu, wzbijania się, lotu, lądowania? Jakieś szumy, brzęki, stukoty? Będę wdzięczna za wszelkie podpowiedzi, co bohaterowie mogą słyszeć, kiedy po raz pierwszy stykają się z taką maszyną, gotową do lotu, a następnie lecąc nią.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hindenburga zbudowano przede wszystkim z myślą o wygodzie pasażerów, a nie o biciu rekordów prędkości. Jego najszybszy przelot nad północnym Atlantykiem w roku 1936 – podczas którego na wysokości 200 metrów rozwinął prędkość 130 kilometrów na godzinę – trwał prawie 43 godziny. Żegluga w powietrzu przebiegała na ogół bardzo płynnie. Przed jedną z podróży z Lakehurst pewna dama była tak zmęczona, że po wejściu na pokład poszła do kabiny się przespać. Później wezwała stewarda i zażądała, by powiedział, kiedy wreszcie wystartują. Zdumiony steward wyjaśnił, że są w powietrzu już od przeszło dwóch godzin. „Nie wierzę” – burknęła kobieta. Przekonała się dopiero wtedy, gdy z okien salonu zobaczyła wybrzeże Nowej Anglii jakieś 200 metrów niżej.

Oczywiście, sterowce miały silniki, czyli musiały warczeć. Ale przy ich ogromie – pewnie ten warkot był ledwie słyszalny. A obsługa naziemna? Coś się pompowało, testowało, sprawdzało. Czyli mniej więcej jak na normalnym lotnisku. Tylko ryku startujących (i lądujących) silników – brak.

 

EDIT: A jedyne (chyba) co czytałem o sterowcach, to – Rudyard Kipling, “NOCNA POCZTA – HISTORIA Z ROKU 2000”, <Droga do Science Fiction tom 1>

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

No proszę, Kipling. Może nawet się zapoznam z tym tekstem (szczęśliwie domena publiczna –  tato na pewno ma antologię, ale diabli wiedzą, gdzie...), bo trochę mi pasuje do klimatu. Wystarczy mi, że na ziemi przed startem był szum, bo chwilowo zmieniłam koncepcję podróży w opowiadaniu, więc sterowiec ma minimalnie mniejsze znaczenie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tu masz przykład współczesnego (znacznie mniejszego) sterowca: https://www.youtube.com/watch?v=EEzB2mW55Qc – na początku muzyczka, ale od 3:30 możesz usłyszeć jakie są dźwięki. Pewnie różni się to od tego, co powinno być w Twoim uniwersum, ale jakieś przybliżenie uzyskasz. W środku nawet przy otwartych oknach można rozmawiać. W każdym razie w czymś takim jak na filmie (a więc jednak wersja współczesna) w trakcie lotu jakiś specjalnych hałasów nie ma.

Zwróć uwagę na 5:45 – jeśli w opowiadaniu pojawi Ci się jakiś mniejszy sterowiec, to pewnie może być podatny na takie przechyły. Tu tego jeszcze aż tak nie wie widać, ale zdarza się, że przy lądowaniu lub starcie może uzyskać nawet 40 stopni przechyłu, także zapinanie pasów przy lądowaniu i starcie konieczne).

Opowiadanie jest spoza mojego głównego uniwersum, więc może w nim być absolutnie cokolwiek, nie wiążą mnie żadne reguły, które sobie wymyśliłam dla szerszego świata :)

Bardzo dziękuję, posłucham sterowców, jak za ok. godzinę dotrę do domu, gdzie mam sensowne głośniki. A podróży chyba nie będę opisywać w szczegółach, choć kto wie.

Skądinąd, pieśni sterowców zamiast pieśni wielorybów...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zaraz tam pieśni... Co najwyżej można sobie ucho przewiać jeśli się będzie wychylać głowę :) 

Ale właśnie sobie uświadomiłam, że mój sterowiec będzie leciał nad miejscem, gdzie jest dużo wielorybów ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dobra, jeszcze jedno pytanie: jak długo sterowiec może lecieć bez międzylądowania? To będzie steampunkowy sterowiec, więc nie musi być bardzo realistycznie, ale nie chcę też całkowicie odlecieć... (pun not intended)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jak piszesz opowiadanie o sterowcu, to polecam do łapania natchnienia Empire of Clouds

Dzięki :) Sterowiec gra w nim tylko epizodyczną rolę, niemniej nie chciałabym na wstępie rzucić babola...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Okej, ja mam pytanie – jeśli w tekście pojawia się stwierdzenie typu: “(łucznik) siedział i kleił strzały”, to co macie przed oczami?

Faceta doklejającego opierzenie (albo grot) do tego patyka, który stanowi główną część strzały.

Babska logika rządzi!

Finkla zapewne ma rację, ale dla mnie to określenie jest dziwne ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Widzę faceta naprawiającego połamane strzały. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A połamane strzały się naprawia? ;-)

Babska logika rządzi!

Nie mam pojęcia, ale taki widok stanął mi przed oczami. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja tak jak Finkla – facet, który dokleja lotki do patyka. Naprawiający to bym pomyślała, gdyby on te strzały “sklejał” a nie “kleił” :)

A połamane strzały się naprawia? ;-)

Jestem sobie w stanie wyobrazić świat, w którym metale są tak cenne, że na nowo osadza się pozbierane groty. Klejenie trzonu niekoniecznie, bo taka strzała chyba byłaby mało celna...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jestem pewna, że mało kto na jakimkolwiek świecie mógł sobie pozwolić na trwonienie strzał. To oczywiste, że łucznicy próbowali je odzyskać i z pewnością wykorzystywali części ponownie, jeśli mogli.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Duża liczba grotów znajdowanych np. w starożytnych obleganych miastach, świadczy o tym, że różnie bywało. Ludy koczownicze pewnie zbierały, bo nie wydobywały metali, tylko musiały je kupować, ale ci, którzy mieli dostęp do rud, zapewne nie tracili czasu na zbieranie... Konkretny przykład pamiętam z Olintu, gdzie znaleziono sporo grotów macedońskich, a więc należących do zwycięzców.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki wam. Miałam na myśli to, co powiedziała Finkla, a potem dokładniej Bellatrix. Gość siedzi i klei lotki do drzewca strzały. Czyli jak przypuszczałam, punkt siedzenia zależy... ;) Czytający mógłby się przyczepić.

 

No i pewnie, że strzały się “recyklingowało”, w takiej strzale jest wbrew pozorom całkiem sporo części, które można ponownie użyć (no chyba że spłonęła doszczętnie czy coś w ten deseń).

O ile dobrze kojarzę, lotki zazwyczaj osadzało się w naciętym odpowiednio drzewcu, a potem wiązało mocną nicią. Niemniej, jeżeli ktoś używa kleju przy wytwarzaniu lub naprawianiu strzał, to byłoby dziwne, gdyby nie w związku z piórami. Czyli widzę to, co większość.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Może być klej, może być nić. A jeszcze lepiej – i to, i to.

I podobno nie ma trzonu ani patyka, tylko – promień. 

Do recyklingu nadają się raczej tylko groty, bo promienie się łamią, a lotki – niszczeją.

 

Do poczytania – http://www.arcus-lucznictwo.pl/index.php?id=48 .

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Staruchu, lotki można spokojnie odzyskać przy większości połamanych strzał. Jest jeszcze nić, nasadka, no i oczywiście groty, niekiedy i sam promień jest do użytku, chociaż krótszy. Mówię z doświadczenia, niestety w życiu połamałam sporo strzał, a wbrew pozorom, wcale tanie nie są :/

Bo w golemy nie strzela się strzałami.

W wilki się strzela… takie papierowe, przypięte do tarczy.

Ktoś może wie, czy przy dużych bliznach czuć dotyk?

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Nie, bo zniszczone są zakończenia nerwowe. Blizna to nie odtworzona skóra, tylko prowizorka organizmu z tkanki łącznej.

Dzięki!

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

To chyba bardziej skomplikowana sprawa, bo blizna blizną, ale pod nią jest już normalna tkanka, a nacisk na bliznę może naciskać właśnie powodować ucisk tego “pod spodem”.

Jeśli dotykasz delikatnie, nie wywołując nacisku, to raczej tego nie czuć. Natomiast tak jak wilk napisał – nacisk może powodować czucie po spodem.

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Plus jeszcze tkanka sąsiadująca z blizną na jej obrzeżach, zwłaszcza jeśli blizna często jest poruszana (np. obijający się plecak itp.).

Blizna jest stara i chodziło mi raczej o delikatny dotyk:

 

– Wiem – powiedziała cicho i powiodła palcem po jego zniekształconej skórze.

Żadnego obijania :P

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Fantomowe czucie?

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dotyk i nacisk to dwa różne rodzaje czucia, ale to, co je łączy, to że mają swoje receptory w skórze. Jeśli delikwent ma rozległą bliznę, czyli skóra jest zniszczona, to w tym miejscu nie poczuje ani dotyku, ani nacisku. Co do zdrowej skóry otaczającej bliznę – racja, wrażliwość jak najbardziej pozostaje. Ale tkanki leżące pod skórą posiadają tylko receptory czucia bólu z paroma wyjątkami, lecz z całą pewnością receptorów dotyku nie ma wszędzie.

A fantomowe czucie nie wiąże się z bólem?

Wystarczy mi, że bohater nie czuje delikatnego dotyku. Dalej mam kawałek o tym, że sobie to wyobraża :-)

 

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

MrBrightside – mając dwucentymetrową bliznę w miejscu narażonym na częsty nacisk, miałem przez kilka lat problem z tym, co opisałem powyżej, mało przyjemne odczucie, potem przywykłem. Być może jak sugeruje Bemik, było to fantomowe, może to, co pod blizną, może kwestia tego, co bezpośrednio sąsiadowało po bokach (choć subiektywnie czułem raczej własnie jakby tuż  pod). Nie mam pojęcia jak wygląda aspekt “techniczny”...

Nie zaliczyłbym dwucentymetrowej blizny do “dużych blizn”, a o takie pytała dogs.

Ja mam starą, dziesięcioletnią bliznę przez całą długość lewego kciuka (notabene po nożu) i do zeszłego roku nie miałam zupełnie czucia w tym palcu. Obecnie coś tam czuję, ale zależy w którą część blizny się szturchnę. Nie mam pojęcia czy zakończenia nerwowe się regenerują, czy po prostu nie wszystkie były na tyle uszkodzone, żeby zupełnie się poddać. Niekiedy mam też tak, jakby biegały mi po kciuku mrówki.

Mam bardzo głupie, anatomiczne pytanie. Śmiejcie się, ile chcecie ;)

Człowiek w dole pleców, tuż nad tyłkiem, ma po obu stronach kręgosłupa takie małe dołeczki. Czy jest na to jakaś specjalistyczna nazwa?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dołeczki Wenus? ;) To chyba miejsce przyczepu mięśnia szerokiego grzbietu (nie jestem pewien polskiej nazwy – latissimus dorsi w każdym razie) do kości miednicy, chyba grzebienia biodrowego. Widać to u ludzi szczupłych. Ale czy samo w sobie ma swoją anatomiczną nazwę, to szczerze mówiąc, nie spotkałem się.

Joseheim – wychodzi na to, że jak dasz anatomiczną nazwę, nikt nie zrozumie, o co chodzi ;)

O widzisz, nawet nie wiedziałam, że potocznie to są dołeczki Wenus (lub Apolla, jak sprawdziłam). Dobre i tyle. Wielkie dzięki ;D

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Mam bar­dzo głu­pie, ana­to­micz­ne py­ta­nie. Śmiej­cie się, ile chce­cie ;)

Czło­wiek w dole ple­ców, tuż nad tył­kiem, ma po obu stro­nach krę­go­słu­pa takie małe do­łecz­ki. Czy jest na to jakaś spe­cja­li­stycz­na nazwa?

Dołeczki Wenus  lub dołeczki Apolla (u mężczyzn).

Nie kojarzę żadnej specjalistycznej nazwy. Jeśli chcesz aby brzmiało poważniej zawsze możesz napisać:  “charakterystyczne punktowe wklęsłości nad pośladkami.”

Pozdrawiam!

Zapraszam: www.jacek-lukawski.pl

Medycznie, z łaciny to po prostu BOCZNE WCIĘCIA LĘDŹWIOWE, a tworzone są przez krótkie więzadło łączące staw krzyżowo-biodrowy ze skórą.

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

“W namiętnym uniesieniu załapał ją za prawy dołeczek Wenus, czyli boczne wcięcie lędźwiowe tworzone przez krótkie więzadło łączące staw krzyżowo-biodrowy ze skórą.” – :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Zalth XD

 

Dzięki, panowie ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dobra, potrzebuję się upewnić – jak ktoś nieprzytomny wpadnie do wody, to czy a raczej w jakim tempie jego płuca zaczną się wypełniać wodą? W sensie że nie topi się jako tako, bo się nie miota i nie łyka wody sam w panice.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Pytanie o tetrodotoksynę, bo znalazłam takie coś: 

Zatruty jest przez większość czasu przytomny, ale nie może się ruszać ani mówić, wkrótce zaś także oddychać.  Nie przechodzi też przez barierę krew-mózg, co sprawia, że ofiara zostaje sparaliżowana, ale jest całkowicie przytomna.

A teraz pytanie: czy ofiara czuje np. dotyk albo zapachy?

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik,

tetradotoksyna może powodować parestezję (uczucie mrowienia) w ustach i na języku, a także w kończynach. Jeżeli chodzi o zmysł wzorku, to ofiara zatrucia może widzieć rozmazany obraz: (https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4626696/ punkt 4.1). Tutaj znalazłem informację o tym, że małe dawki TTX (tetradotoksyna) powoduje drętwienie okolic ust i palców (drętwienie może rozprzestrzeniać się też na całe ciało), a utrata zmysłów (nie dopreczyowano jakich) następuje w ciągu minut lub godzin od spożycia trucizny. Kanały sodowe wrażliwe na TTX występują także w neuronach czuciowych, lecz oprócz tego są też kanały niewrażliwe na TTX.

Jeżeli chodzi o dotyk, to ofiara najprawdopodobniej nie będzie go czuła. TTX jest badana jako potencjalny środek do znieczuleń, choćby w tym artykule opisano, że po aplikacji TTX następuje blokada sensoryczna ( potraktowane nią szczury miały opóźnioną reakcję na temperaturę w teście gorącej płytki). Więcej o TTX jako o środku terapeutycznym blokującym odczuwanie bólu można znaleźć tutaj.

Jeżeli chodzi o węch, to w tym przypadku nie mam pewności. Niby w nerwach węchowych występują kanały sodowe wrażliwe na TTX, ale rolę w przekazywaniu sygnału do mózgu odgrywają tam też kanały wapniowe... Potencjał czynnościowy węchowych neuronów receptorowych u szczurów może być zablokowany przez TTX, w innych badaniach przekazywania sygnałów w zmyśle węchu TTX tez był używany jako bloker kanałów sodowych. Problem z tym, że w takich badaniach tetradotoksyna jest podawana w bardziej bezpośredni sposób niż w typowym zatruciu, i nie wiem, czy toksyna objęłaby swym działaniem ten obszar organizmu. 

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Super, dzięki. Będę więc musiała trochę zmienić tekst. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Sypnijcie no wiedzą ;)

Jeżeli w trakcie wypadku, dostanę w głowę i uszkodzę sobie prawą półkulę, to mogę rozwinąć (to dobre słowo?) syndrom obcej ręki, prawda?

Ale, jeżeli w tym samym wypadku stracę tę rękę, to czy mogę czuć bóle fantomowe w ręce, która nie jest moja?

I would prefer not to.

Skoro delikwent nie uznaje ręki za własną, to jak ma czuć w niej ból? Istotą bólu fantomowego jest to, że pacjent odczuwa ból we własnej kończynie, mimo że ona nie istnieje. Jak dla mnie to się wyklucza, ale pytasz o takie cuda, że chyba tylko jakiś neurolog lub psychiatra mógłby rozwiać takie wątpliwości.

To, że nie uznaje się ręki za własną, nie zmienia faktu, że pozostają zakończenia nerwowe, nie? Więc czucie powinno być:

 

A person with the alien hand syndrome can feel sensation in the affected hand but thinks that the hand is not part of their body and that they have no control over its movement, that it belongs to an alien. ( https://www.medicinenet.com/script/main/art.asp?articlekey=12655 )

 

Albo co po amputacji takiej ręki?

I would prefer not to.

IMO pozbycie się ręki rozwiązuje problem zespołu obcej ręki. Z drugiej strony mając obie kończyny, to nawet nie uznając którejś za własną, raczej nie da się doświadczać bólu fantomowego, bo żadne nerwy nie są pouciskane, bo żadna amputacja nie miała miejsca. W istniejącej ręce mówilibyśmy o neuralgii czy parestezjach, ale nie o bólu fantomowym.

chodziło mi o kombo: syndrom obcej ręki → amputacja → bóle fantomowe w obcej ręce, ale to chyba za dużo grzybów w barszcz.

no trudno, dzięki ;)

I would prefer not to.

Jeśli ręka byłaby stracona w tym samym wypadku, to nie jestem pewien czy zespół obcej ręki zdążyłby porządnie zadziałać. Ale jeśli amputacja byłaby przesunięta w czasie, to sytuacja trochę by się zmieniła. Bóle fantomowe po amputacji jak najbardziej mogłyby się pojawić. Pacjent jednak raczej nie odczuwałby, że to ból w tej ręce, którą uważał za obcą, ale raczej w jego własnej ręce, którą stracił. Coś na zasadzie – kiedyś miał swoją rękę, potem miał rękę cudzą, teraz nie ma żadnej, ale boli go ta jego, bo niby jak może go boleć cudza? W każdym razie niezłe kombo, widzę że nie oszczędzamy bohaterów :D

no jasne, że nie ;)

Ψ(`_´ #  )↝

I would prefer not to.

Jak powinna wyglądać pierwsza pomoc w przypadku nagłego ataku kaszlu?

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Nie istnieje. :p

Jeżeli kaszel wywołany jest dymem czy czymś podobnym, to należy wyjść do innego pomieszczenia lub na świeże powietrze. Niektórym pomaga napicie się wody. Na kaszel wybudzający ze snu w kombinacji z katarem trochę ulgi przyniosą dodatkowe poduszki. Są też leki hamujące odruch kaszlowy, np dekstrometorfan, opioidy jednak ich działanie nie jest natychmiastowe, więc trudno mówić tu o pierwszej pomocy.

Kaszlu wywołanego – czym? Zakrztuszeniem, atakiem astmy, dwutlenkiem siarki wyprodukowanym przez koleżankę w ramach zajęć laboratoryjnych? Bo na taki zwykły, towarzyszący infekcji dróg oddechowych, to niewiele poradzisz (ciepłe kakao z imbirem trochę koi gardło, ale to nie pierwsza pomoc, bo chwilę trwa, zanim się je przygotuje – za to nie rusza nic w układzie nerwowym, jak te amerykańskie syropki na opiatach). Kaszel nie jest zagrożeniem dla życia, tylko właśnie ma oczyścić drogi oddechowe ze świństwa, które je drażni.

 

Czy gdybym, w niedookreślonej przyszłości, postanowiła opisać jakieś wesołe kłopoty Staszka – kadeta Straży Temporalnej przechodzącego szkolenie w Bonnybridge, to znajdę tu kogoś, kto studiował w Szkocji? Albo ma dobre źródła odpowiedzi na ewentualne pytania o sklepy i akademiki?

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Uśmiechnij się bodajże do pana Marasa. ;)

Co by się stało, gdyby człowiek przez dłuższy czas wdychał opary benzyny o niskim stężeniu? Przez “niskie” rozumiem minimalne, przy którym zapach jest już wyczuwalny i po prostu powietrze śmierdzi benzyną. Wiem, że to mało precyzyjne pytanie, ale może ktoś, coś? :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Pewnie zrobiłoby mu się niedobrze, ale ja się nie znam ;)

KLIK slajd “węglowodory – patofizjologia układ oddechowy” i dalej. W oparach benzyny znajdują się głównie węglowodory alifatyczne, więc jeśli chcesz drążyć temat, to w ich kierunku. :)

Dzięki!

MrBrightside – imponujesz. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

znajdę tu kogoś, kto studiował w Szkocji? Albo ma dobre źródła odpowiedzi na ewentualne pytania o sklepy i akademiki?

Wprawdzie nie studiowałam, ale na uniwersytetach w Glasgow i St. Andrews parę razy byłam. Tyle że ostatni raz pięć lat temu. Mam znajomych z kolei w Stirling, ale oni są trochę dziwni ;) Niemniej coś tam podpytać mogę, jeśli nie zjawi się ktoś bardziej kompetentny.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękować ślicznie – na razie robię tylko wstępne rozpoznanie, ale miło wiedzieć, że źródła są, i to bez żab :)

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Ja również dziękuję. Chciałam opisać scenę, gdzie jeden z bohaterów dostaje nagłego ataku kaszlu i chciałam się upewnić, czy można w takiej sytuacji zrobić coś więcej niż klepanie po plecach.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Orientuje się ktoś jak ma się sprawa ze zwrotem “sir”? Wiem, że dawniej stosowało się go wobec stanu rycerskiego, a w armii wobec oficerów. Jednak jak ma się to wobec “pan”? Wątpię, żeby były to słowa wymienne. Był on przypisany do konkretnych grup społecznych? Wiem, że w RON tak było, ale Wielka Brytania wydaje mi się na tyle specyficznym krajem, że mógł panować tam podział w sposobie zwracania się do starej i nowej arystokracji. Poza tym armia brytyjska znana była z tego, że kupowało się w niej (częściej niż w innych) stopnie oficerskie, czy sposób zwracania się do takiej osoby był odmienny oprócz tego wynikającego z faktu wkupienia się do korpusu? Zaznaczam, że chodzi o okres XVIII/XIX wieku.

W XVIII/XIX w. masz teoretycznie “sir” tylko dla “uprawnionych” czyli najniższych, nielordowskich tytułów: knights (kawalerów czy jakkolwiek sensownie to na polski tłumaczyć) i baronets, ale poszukałam i zastosowanie do nauczycieli, oficerów i ogólnie przełożonych jest znane już z XVI w. jako forma grzecznościowa i mająca uczyć uległości wobec wyżej postawionych. Ale to tylko w takich zwrotach bezpośrednich do rozmówcy, jak np. to klasyczne na końcu zdania, w rodzaju “Yes, sir!” (ale równie dobrze używasz stopnia: “Yes, colonel!”, “Yes, captain!”). Nie będziesz nazywał oficera albo nauczyciela sir cośtam, bo to jest tylko do utytułowanych. Czyli np. jeśli oficer jest tylko oficerem, to będzie colonel John Smith, a podwładny może do niego powiedzieć sir; jeśli oficer ma niższy tytuł, to mówi się o nim colonel sir John Smith, a w zwrotach bezpośrednich jak wyżej; jeśli jest to cywilny John Smith bez tytułu, to sir w bardzo wyjątkowych sytuacjach, w zasadzie wyłącznie od ludzi stojących niżej w hierarchii (choć wydaje mi się, że zdarza się u różnych Dickensów jakieś “my dear sir”, zwłaszcza gdy ktoś kogoś upomina itepe), natomiast opisowo sir John lub sir John Smith (nigdy sir Smith).

Do oficerów z wykupionym stopniem, o ile wiem, zwracano się dokładnie tak samo jak do innych, cokolwiek by sobie otoczenie o nich nie myślało ;) Czyli jeśli miałby jakiś wyższy tytuł to chyba byłby general lord cośtam, a jak niższy to general sir cośtam.

I nie ma różnicy w zwracaniu się do nowej arystokracji – jak ktoś dostał tytuł, to już go miał i już. Cokolwiek o powodach tego dostania mogło myśleć otoczenie ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No to pora dla mnie, aby rzucić pytaniem, ponieważ mam duże wątpliwości i pomysłów brak.

Ze źródeł wynika, iż w XI w. pewien człowiek nosił protezę nosa. Mówimy konkretnie o rejonie Bizancjum. Jak taka proteza mogłaby zostać zamocowana? Nawet współcześnie mocowanie czegoś takiego równa się użyciem pasków. Czy w średniowieczu znalazłby się odpowiedni materiał źródłowy, czy niestety/stety, będzie trzeba posiłkować się własną wyobraźnią? Z podań wynika, iż ten nos to nawet złoty był, ale mówiąc szczerze... nie biegałabym z czymś takim po Bliskim Wschodzie bez paru zbrojnych.

Z góry dziękuję za wszelkie wsparcie ;)

Zważywszy, że jeszcze w XIX wieku protezy zębów (czy też zęby zastępcze, bo najczęściej to cudze były) mocowano do przewierconej kości drucikami (brr), to nie wykluczałabym absolutnie żadnej metody, włącznie z zamocowaniem do kości u nasady nosa. Niemniej “nie wykluczałabym” ludzkiej pomysłowości nie oznacza, że tak właśnie było ;) W rzeczonym XIX w. wykonywano już bardzo porządne protezy dużych części twarzy, więc właściwie w bogatym i cywilizacyjnie stojącym na wysokim, post-klasycznym poziomie Bizancjum coś takiego też mogło się pojawić, zwłaszcza na malutką skalę – jeden lekarz, jeden człowiek?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Naprawdę na mikroskalę, bo kwestia dotyczy człowieka należącego do bizantyjskiego dworu (nie chcę jeszcze uchylać rąbka tajemnicy ;)). A pomysł z drucikami – brutalny, ale wydaje się bardzo, bardzo sensowny. Akurat w tym regionie medycyna prosperowała i rozwijała się w szybkim tempie. Ale osobiście wątpię, że taka proteza była ze złota. Więc teraz kwestia, jakie materiały mogłyby zostać wykorzystane do takiego zabiegu.

Tak, zaczęłam się zastanawiać z czego też te druciki by miały być...

Metale szlachetne są sensowne, bo lekarze powinni zauważyć, że będą najbezpieczniejsze ze względu na ryzyko zakażenia (jakkolwiek sobie to tłumaczyli). Nos to w ogromnej mierze chrząstka, więc w zasadzie proteza mogłaby być z czegokolwiek, byle było trwałe i niepsujące się (i tu znów dochodzimy do złota ;).

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Z tego co wiem, to wykorzystywano jeszcze wosk do rekonstrukcji nosów. Problem jednak był taki, że topiły się w wysokich temperaturach. :)

Muszę pogrzebać za tymi dziewiętnastowiecznymi protezami – byłam na wystawie o tym, ale porobiłam zdjęcia i odłożyłam ad acta. Na wielką skalę robiła to potem jakaś z wykształcenia rzeźbiarka dla weteranów I wojny i na ten temat jest oczywiście najwięcej danych. Tyle że początek XX w. to już inna sprawa, bo są dostępne różne kauczuki oraz nawet syntetyczne materiały.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie ma szans na wosk, AQQ, kiedy poruszasz się po Lewancie ;D

 

Hmm, może jednak kronikarze mieli rację – złoto jest najsensowniejsze, a że ktoś bogaty i odznaczony, może sobie pozwolić. Chyba jednak posłucham i zostanę przy tym cennym kruszcu :)

Czy taka proteza nie mogłaby być z kości słoniowej? Ostatecznie z drewna?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O, kość słoniowa to rewelacyjny pomysł.  Twarde szlachetne drewno w sumie też, jeśli je dobrze oszlifować. Wyobraziłam sobie też właśnie kryształ górski, dość popularny w starożytności, a mający często wystarczająco duże rozmiary. Choć i z innych półszlachetnych kamieni wykonywano spore przedmioty, więc i nos by się bez trudu dało ;) Pytanie tylko, czy nie byłby za ciężki. A z drugiej strony w kamieniu można by go dość porządnie wyrzeźbić wydrążywszy w środku...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Kryształowy nos zostawię na jakieś fantasy klimaty :D Tutaj zostanę w opisanych realiach, ale pomysł z kością słoniową zacny. Też by pasowało. Kość też się da ładnie wyrzeźbić. I nie wiem czemu, ale ciągle mam z tyłu głowy – a co z potencjalnymi złodziejami? Główny bohater jest z armią Franków. Można powiedzieć, że w miarę bezpieczny jako doradca, własnych ludzi też ma ze sobą.

E, nie demonizowałabym tego, że w dawnych czasach nic tylko rabowano i rabowano ;) W końcu różni wielmoże nosili klejnoty i złoto, i drogie futra i różne inne, a jakoś przeżywali. Zresztą można sobie zadać pytanie, ile było tego złota w takim nosie? Czy był to lity kawałek, ukształtowany w cały nos – to byłoby chyba ciężkie jak z kamienia. Czy np. drewniany szkielet obłożony tylko złotą blachą. Albo w ogóle nos ukształtowany ze złota, ale pusty w środku. Łatwiej ukraść pierścień albo bransoletę, chyba że koleś zdejmował nos do snu ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Och, guglnęłam sobie w końcu gold prosthetic nose i wyszło mi, że praktyka metalowych nosów musiała być całkiem powszechna, choć znowu mamy czasy późniejsze, ale za to faceta znanego i potwierdzonego. Ale już nos na zdjęciu czyjś inny.

 

https://en.wikipedia.org/wiki/Tycho_Brahe#/media/File:Artificial_nose,_17th-18th_century._(9663809400).jpg

 

A tu jeszcze artykulik z portretem ze złotym nosem:

 

https://io9.gizmodo.com/5696469/the-crazy-life-and-crazier-death-of-tycho-brahe-historys-strangest-astronomer

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Masz rację trzeba przełamywać stereotypy. Wolność dla ludzi ze złotymi nosami i wszelkimi klejnotami.

Dobra, mam w głowie już zatwierdzone, że nos będzie złoty, najpewniej drewno obłożone złotą blachą, bo wiadomo, waga.

Nie zdawałam sobie sprawy, że niejaki Brahe miał złoty nos! Nie rozumiem siebie dlaczego tego nie wyguglowałam od razu (nie Brahe, a nos).... aha, no tak, ciągle pływam wśród kolejnych lektur do researchu z dziesięciu tysięcy innych detali.

Łatwiej ukraść pierścień albo bransoletę, chyba że koleś zdejmował nos do snu ;)

W tym momencie roześmiałam się, bo wyobraziłam sobie taką szkatułkę ze sztucznymi nosami i sobie wybierasz, który będzie na kolejny dzień :D

To byłoby cudowne w humoresce fantasy

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A żeby było trudniej, fantasy z Tycho Brahe w roli głównej, bo przecież tak “od czapy” fantasy nie można pisać. Research kilkumiesięczny musi być ;)

 

Drakaino i Reg, serdecznie dziękuję za wsparcie :)

Tycho Brahe nie miał złotego nosa a mosiężny, a przynajmniej z takim go pochowano (może naprawdę miał szkatułkę z odświętnymi nosami na specjalne okazje? :D) Co nie zmienia faktu, że jest świetnym bohaterem na jakiś fajny tekst.

Kwestia okołomedyczna: mamy trupa, który przeleżał się w śniegu. I raport z oględzin. Czy lekarz – uwaga, chodzi (oczywiście ;)) o połowę XIX w. i ówczesny stan wiedzy – może uznać, że właśnie dlatego nie ma krwi na ubraniu, pomimo istnienia rany? Lekarz nie jest asem medycyny, zaznaczmy, nie musi rozumować poprawnie. W sumie poprawna wersja też mi się może przydać, jeśli zdecyduję się na weryfikację tej opinii w fabule ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tanatologia jest dość starą i raczej niezmienną gałęzią medycyny sądowej, stąd stan wiedzy, jeśli chodzi o obrażenia makroskopowe, mógł być podobny do dzisiejszego. Nie bardzo rozumiem sytuację, w której stawiasz swoje postaci, Drakaino. Ogólnie zimno obkurcza naczynia, więc jeśli rana powstała po śmierci, to krwawienie mogło być niewielkie albo nie być go wcale, jeśli rana była płytka. Jeśli rana była przyczyną zgonu, to zdecydowanie by krwawiła w momencie zgonu, przed nim i chwilę po, więc śnieg nie ma tu nic do rzeczy. Gdybym widział ranę, a nie widział na ubraniu krwi (ani rozcięcia, dziury po pocisku), pomyślałbym, czy może nie przebrano z jakiegoś powodu ciała już po śmierci.

Tak jak mówi MrBrightside – jeśli nie ma krwi na ubraniu, to albo ciało przebrano po śmierci, albo ranę zadano już po śmierci człowieka. Nie bardzo wiem jaką rolę tutaj ma odgrywać leżenie na śniegu. Jasne, takie cało, nawet dobrze zachowane przez mróz, wyglądałoby zupełnie inaczej niż świeże, ale ślady krwi na ubraniu spokojnie powinny się zachować.

Jasna Strono, chyba rzeczywiście nie przedstawiłam tego jasno. Jest tak, że rana jest ofkors upozorowana i nie krwawiła, ale chciałabym (bardzo), żeby lekarz mógł uznać, że rana była śmiertelna, a brak krwi spowodowało zimno. Niemniej, jeśli nawet patałach z niezbyt jeszcze rozwiniętego kraju, nie mógł być aż tak niemądry, to oczywiście skapituluję i wymyślę coś innego. Na przykład chociażby niedbałość.

Arnubisie, leżenie na śniegu nie ma tak naprawdę żadnego znaczenia, potrzebna mi jest błędna interpretacja, ale taka, która nie przeczy całkowicie temu, co lekarz wówczas mógł sobie pomyśleć. Inaczej, jak wspomniałam, będę musiała z lekarza zrobić osobnika, któremu nic się nie chce i pracuje byle jak.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No cóż, XIX wiek to już czasy medycyny sądowej, protokołów ze znalezienia zwłok i pierwszych, niedokładnych jeszcze prób określania czasu zgonu. W tym wieku narodziła się już nawet entomologia sądowa, określająca czas zgonu na podstawie kolonizujących zwłoki owadów i ich stadiów rozwojowych. Tak więc nie wydaje mi się, żeby lekarz, który nawet jeśli nie jest geniuszem, to jakieś studia kończył, mógł popełnić tak kardynalny błąd. Ale takie tłumaczenie o mrozie i braku krwi mogłyby kupić postronne osoby, gdyby usłyszały je z ust lekarza. Może dałoby się to załatwić w jakiś sposób, że np. lekarz po prostu wziął łapówkę? Albo to pijak i partacz, który nawet nie próbuje się przykładać, bo się spieszy do kieliszka?

A może coś od strony sprawcy zabójstwa? Nie mógł pobrudzić ubrania krwią jakiegoś zwierzątka?

Babska logika rządzi!

Jasne, że mógł, to by w zasadzie było najlogiczniejsze, jeśli chciał upozorować morderstwo i miał okazję to zrobić.

 

Jeśli chodzi o miejsca zbrodni i czas określania zgonu to właśnie jestem po lekturze odpowiedniego rozdziału w książce o przestępczości i jej zwalczaniu w Genewie w II połowie XVIII wieku i jestem pod wrażeniem...

Finklo, on mógł pobrudzić krwią nawet denata, to akurat nie problem ;) Tylko oryginalnie chciałam na odwrót: nie ma żadnych śladów, ale wszyscy na początku to przegapili – niemniej to najwyraźniej nie przejdzie (takie właśnie zaczęłam mieć podejrzenia w pewnym momencie, niestety...), bo oficjalnie koleś zginął od rany kłutej serca.

Upozorowany jest pojedynek.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

PS. A czy ewentualnie przynajmniej diagnoza (niepoprawna – ze stanu ciała), że zmarł z wychłodzenia po otrzymaniu rany, która nie musiała być śmiertelna, ma sens? Zmienia mi to opis obrażeń, ale pasuje pod innym względem ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Na pewno nie w przypadku rany kłutej serca :D Ale ogólnie, jeśli rana nie uszkodziła wyraźnie jakichś ważnych narządów a na miejscu zbrodni nie ma bardzo dużo krwi (która by świadczyła, że ranny się wykrwawił) to wydaje mi się, że ewentualnie lekarz mógłby się chyba pokusić o takie wnioski.

Dużo zależy od tego, czy ma miejsce sekcja zwłok, czy nie – jeśli ma, sprawa jest oczywista. Myślę, że pomysł niezagrażająca życiu rana + wychłodzenie jest rozsądna, tylko i rana powinna być przemyślana. Myślę, że nawet skończony konował widząc dziurę w okolicy serca nie uznałby beztrosko, że delikwenta zabił mróz. Do tego rana śmiertelna będzie obficie krwawić, bo utrata krwi może doprowadzić do zgonu szybciej niż niewydolność narządowa, więc brak krwi na ubraniu, przy założeniu, że nikt ciała nie przebrał, nie ma sensu.

OK, to w takim razie poproszę szanownych panów o wskazanie miejsca, w którym powinna być rana...

 

 

– chwilowo po szybkich modyfikacjach fabularnych (i tak jeszcze muszę to przemyśleć) ideałem byłoby, żeby dla laika była to rana “w serce”. a dla lekarza – zdecydowanie nie śmiertelna... Sekcja zwłok powinna być, bo już takie czasy, krojono prawie każdego za wyjątkiem oczywistych sytuacji.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Eh, ciężka sprawa. Jeśli pojedynek i rana kłuta, to domyślam się, że zadana jakiegoś rodzaju szpadą. Rany kłute są paskudne, w piersi nawet jeśli pchnięcie nie trafiłoby bezpośrednio w serce, to duże szanse na rozwalenie jakiegoś ważnego naczynia, praktycznie pewne też przebicie płuca, ogólnie ciężka sprawa. Dużo trudniej chyba byłoby tam zadać cios który były niegroźny, niż taki śmiertelny :D Jeśli o to chodzi, to wydaje mi się, że bezpieczniejsze byłyby rany kłute w okolicy brzucha. Też mocno niebezpieczne, ale mimo wszystko mogące lepiej rokować, albo przynajmniej nie zabić tak szybko (i dać czas wychłodzeniu).

Dzięki :) Chwilowo jestem na etapie modyfikacji fabularnych, które pozwolą na uniknięcie babrania się w ranach oraz zabicia zawieszenia niewiary... Tu chodzi o ściemę, więc głównym problemem jest to, żeby ludzkość się oryginalnie nabrała na ten pojedynek. Zwłaszcza na ówczesnej zapadłej prowincji królestwa Piemontu i Sardynii...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jeśli jedynym problemem jest nabranie ludności, że trup jest ofiarą pojedynku, to można to spróbować rozwiązać w ten sposób, że ciało przekłuto szpadą godząc w serce i pochlapano wszystko krwią. Na pierwszy rzut oka ludzie, którzy znajdą ciało powinni spokojnie się na to nabrać, z kolei podczas sekcji zwłok lekarze będą mieli szanse odkryć, jak było naprawdę, zwłaszcza jeśli między śmiercią a przebiciem minie trochę czasu. No i jeśli w ciele zachowały się jakieś ślady prawdziwej przyczyny zgonu to też by im bardzo pomogło.

zwłaszcza jeśli między śmiercią a przebiciem minie trochę czasu

Tak, rozważałam pośmiertną ranę w sercu, a np. wcześniej otrucie faceta – zwłaszcza że toksykologia już też raczkuje, więc można nawet pokusić się o jakieś sprawdzanie, a przynajmniej hipotezy

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

To chyba brzmi jak najlepszy pomysł.

No to jeszcze jedno, pewnie do wyguglania, ale niestety perfumy mają tak wysokie pozycjonowanie, że na razie mi się nie udało :/ Czy opium, takie jak palono w XIX w., ma jakiś charakterystyczny zapach? Fajka powinna mieć, ewentualnie być może perfumowano? Szukam dalej, ale na wszelki wypadek zarzucam i tu.

 

Edytka: znalazłam, że w palarniach prawdopodobnie unosił się specyficznie pachnący dym, ale w zasadzie chodzi mi o to, czy opium stosowane do celów lekarskich pachnie podobnie?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A myślałaś może nad raną w okolicy wątroby? O ile mi wiadomo krew po trafieniu pociskiem w ten organ jest bardzo ciemna. Wtedy teoria o braku krwi by pasowała, bo ktoś by mógł uznać, że wchłonęła ona w czarny strój i tam wyschła. Ubranie oczywiście nie wzbudziłoby większych podejrzeń ze względu na przebywanie w śniegu mogłoby do pewnego stopnia nasiąknąć wodą.

Za to przy trafieniu w wątrobę praktycznie zawsze zdarza się plucie równie czarną krwią. Zaznaczam, że tak działa to w przypadku postrzału w wątrobę, ale  nie widzę powodu dlaczego by nie miało działać przy przebiciu jej na wylot. Brak zaschniętej krwi w przełyku jednoznacznie by wskazało, że rana została zadana pośmiertnie. Niestety nie pamiętam nazw, ale wiem, że są pewne trucizny, które zabarwiają krew dokonując jednocześnie zniszczenia wątroby (tak samo jak są takie wywołujące krwotok wewnętrzny – tutaj symulowanie pchnięcia w brzuch bardziej byłoby zasadne).

Co do opium, to mogę pomóc tylko tym, że na ogół takie rzeczy się bardzo mało zmieniają, a substancje do celów medycznych na ogół różnią się tym, że są przebadane. Jeśli jeszcze nie znalazłaś i nie masz pomysłu jak szukać, to może warto poszukać list krajów trzeciego świata z największa produkcją opium i przekopywać reportaże stamtąd. Największa szansa na najmniej nowoczesną formę produkcji lub właśnie takie mało fachowe spostrzeżenia jak opisanie zapachu.

O, dzięki za podpowiedź opiumową, a co do rany, to ona niestety musi być w serce, ale na przyszłość zapamiętam interesujące informacje, bo mogą się jeszcze kiedyś przydać.

Chwilowo jestem na etapie rozpoznawania w połowie XIX w. zatrucia arszenikiem, ale o tym jest trochę więcej, ze względu na Napoleona :D

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Z tego co wiem, to w medycynie najpopularniejszą formą podawania opium było laudanum, czyli nalewka opiumowa. A ona, z racji składu (sherry, szafran, cynamon, goździki), raczej miała głównie zapach mieszaniny przypraw.

I dobrze, wręcz DOSKONALE :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie znalazłam tego tematu wyżej, więc zarzucam pytanie o BROŃ CZARNOPROCHOWĄ. Im wcześniejszą tym lepszą, czyli raczej użycie lontów niż współczesne gangi raperów. Ktoś, coś?

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Najwcześniejsza to będą różne rusznice, samopały, hakownice i inne dziwactwa, odpalane lontem od strony lufy. Tyle, że celność to to miało mierną.

Polecam filmiki rekonstruktorów na youtube. Nie wiem o czym piszesz i czego konkretnie potrzebujesz, ale są nawet fajne eksperymenty z przebijania różnych rodzajów opancerzenia. Przy okazji widać, jak to wygląda na żywo, huk, dym, sposób ładowania, komendy itd.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

O, jest to jakiś start, zapomniałam że na YouTube są filmiki o wszystkim...

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Nie znalazłem wyczerpującej odpowiedzi na pytanie, więc mam nadzieję, że ktoś mnie poratuje.

Jakie konsekwencje dla klimatu i życia miałoby: rozrzedzenie atmosfery lub podniesienie się temperatury Słońca? Mam na myśli: jak bardzo temperatura musi się podnieść, by utrudnić człowiekowi życie w ciągu dnia? Czy np. większa temperatura Słońca lub rzadsza atmosfera powodują rozchwianie temperatur noc-dzień, czy jak w dzień się podnosi, to w nocy też?

Co się stanie z florą, wodą, gdzie ludność może emigrować itp.

Będę wdzięczny za odpowiedzi, wskazówki, lub źródła (np. artykuły), gdzie mógłbym szukać podobnych informacji. Próbowałem google niestety większość to fatalistyczne wieszczenia końca świata i globcio, globcio i globcio i złe korporacje, greenpeace itp.

Ac, polecam Ci przeczytać książkę “World-Building” Stephena L. Gilleta. Ja ją mam na Kindle’u, w języku angielskim. Autor z tego co wyczytałem jest z wykształcenia geologiem i posiada sporą wiedzę astronomiczną. Facet w swojej książce nie ucieka od fizyki, stara się w miarę prosto tłumaczyć m.in. proces powstawania planety oraz nie raz ocenia pod względem wiarygodności naukowej pomysły pisarzy s-f, głównie starej daty. Konsultował się z nim swego czasu Poul Anderson. 

Co do zaś zadanego pytania, to najbardziej katastrofalne mogłoby być podniesienie się temperatury Słońca. Wraz ze wzrostem temperatury, rośnie też i jasność, a więc i ilość energii, jaką gwiazda wysyła w przestrzeń. Nasza planeta mogłaby zacząć się gotować. Przesunęłoby to też “pas życia”, czyli rejon w układzie, gdzie panują optymalne warunki dla życiodajnych planet. Mogłaby wzrosnąć np. fotodysocjacja, która powodowałaby stopniową ucieczkę atmosfery w kosmos. Albo doszłoby do “uciekającego efektu cieplarnianego” (runaway greenhouse effect) i wraz z paroma innymi efektami Ziemia mogłaby się zmienić w drugą Wenus.

Inna kwestia, choć bardzo długofalowa, to fakt, że jaśniejsze gwiazdy szybciej zużywają swe paliwo, co skraca ich żywotność.

Jeszcze inna rzecz, że jasność (a przez to temperatura) jest ściśle powiązana z masą gwiazdy.

Co do samego podniesienia temperatury – raczej podniosłoby to temperaturę tak w nocy jak i za dnia, choć to zależy też od innych czynników, jak np. zachmurzenia (patrz to, co masz na pustyni). Ludzie już zaczynają marudzić przy 30 stopniach Celcjusza, a teraz pomyśl, że w Japonii miałeś niedawno ponad 40. Podejrzewam, że przy 70 będzie już naprawdę niewesoło. Co do rozwiązań, to pewnie ludzie musieliby zacząć migrować, by pozostać po stronie mniej naświetlanej przez Słońce. Acz klimat to skomplikowana sprawa zależna też od wiatrów, oceanów i innych czynników. Rusz jeden element, a wszystko może się posypać jak domino.

Co do rozrzedzenia atmosfery (czyli jak rozumiem zmniejszenia ilości wszystkich gazów), to tutaj rzuciłbym okiem na sytuację w górnych partiach atmosfery. Mniej gazów to mniejsze ciśnienie, a to oznacza np. inną temperaturę wrzenia wody. Zmianie uległyby procesy biochemiczne, a choćby takie latanie mogłoby być niemożliwe (zbyt mała siła areodynamiczna). Generalnie byłaby to totalna katastrofa, bo ludzie i zwierzęta są przystosowane do takich warunków, jakie teraz mamy.

Chyba, że przez “rozrzedzenie” rozumiesz zmianę stosunku gazów (zamianę tlenu na więcej azotu albo na coś jeszcze innego). To na pewno spowodowałoby “uduszenie” wielu form życia, ale bakterie oraz inne mikroorganizmy mogłyby mieć szansę. Musiałbyś spytać się jakiegoś biologa czy chemika, co konkretnie by miało szansę przeżyć albo w którą stronę poszłaby ewolucja.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Żonglerko, NWM, dziękuję za źródła na pewno skorzystam.

Bardzo doceniam wypracowanie, NWM. :) Domyślałem się niezliczonych zależności i efektów domina i choć sporo mi rozjaśniłeś, to w mojej głowie pojawiło się chyba tylko więcej pytań. :D Nie pozostaje mi nic innego jak zgłębić źródła. Dzięki!

@ac 

Mogę dodać od siebie trzy grosze, ale potrzebuję troszkę konkretniejszych informacji:

  1. Jak bardzo ta temperatura słońca miałaby się zwiększyć?
  2. O zmianach w jakim horyzoncie czasowym mówimy?
  3. Co masz na myśli przez “rozrzedzenie” atmosfery? Ucieczka części gazów w kosmos?
  4. Czy interesuje Cię jakiś konkretny rejon geograficzny Ziemi, czy zmiany globalne? 

Jakie konsekwencje dla klimatu i życia miałoby: rozrzedzenie atmosfery lub podniesienie się temperatury Słońca? Mam na myśli: jak bardzo temperatura musi się podnieść, by utrudnić człowiekowi życie w ciągu dnia? Czy np. większa temperatura Słońca lub rzadsza atmosfera powodują rozchwianie temperatur noc-dzień, czy jak w dzień się podnosi, to w nocy też?

Inny będzie skutek rozrzedzenia atmosfery, a inny wzrostu temperatury słońca.

 

@rozrzedzenie atmosfery

Atmosfera pełni kilka funkcji:

  1. Zatrzymuje część ciepła słonecznego odbijającego się od powierzchni ziemi a jednocześnie sama odbija to ciepło . Rozrzedzenie spowoduje, że mniej ciepła zostanie (chłodniej w nocy), ale też więcej ciepła dotrze (cieplej w dzień). Skutkiem będzie klimat o większych wahaniach dobowych temperatur, czyli taki “pustynno-syberyjski” w zależności od szerokości geograficznej.
  1. Jest składową cyklu hydrologicznego Ziemi. Rzadsza atmosfera to mniej wody, mniej deszczu, większe parowanie z oceanów, a docelowo w długim terminie wysuszanie planety.
  1. Chroni przed promieniowaniem kosmicznym. Rzadsza atmosfera – mniejsza ochrona, większa zachorowalność na nowotwory, częstsze uszkodzenia elektroniki.
  1. Reguluje procesy pogodowe na Ziemi. Ciśnienie, wiatry a pośrednio prądy wodne.

Najbardziej skrajne warunki panowałyby w interiorze kontynentów, bo tam wahania dobowe byłyby skrajne. Najdogodniejsze warunki byłyby w strefach nadmorskich, i w strefie równikowej, gdzie jest więcej chmur. Choć  przy dużych zmianach w atmosferze strefa równikowa mogłaby zmienić się drastycznie i spustynnieć. Wówczas strefy umiarkowane byłyby lepsze do życia.

 

@wzrost temperatury słońca

Tutaj efektem byłoby ocieplenie klimatu.

Wzrost temperatury zarówno w dzień jak i w nocy.

 

  1. Topnienie lądolodów i wzrost poziomu morza, na skutek pojawienia się dodatkowej wody w hydrosferze. Przy całkowitym stopnieniu lądolodów szacowany wzrost poziomu morza to 120 m. Nie byłoby to nagły proces, bo w historii Ziemi już takie rzeczy działy się wielokrotnie. Na zakończenie epoki lodowcowej poziom wody wzrósł około 120 m w ciągu kilku tysięcy lat. Czyli mówimy tu o tempie kilku cm na rok. W skali geologicznej super szybko, w skali człowieka prawie nic.
  1. Topnienie lądolodów łączy się również z dość ciekawym paradoksem. Mianowicie, im szybciej topnieją lądolody, tym więcej słodkiej wody dostaje się do oceanu. Słodka woda powoduje redukcje zasolenia wody, przez co w zimie ocean szybciej zamarza. Większa powierzchnia lodu w zimie –> więcej odbitego ciepła słonecznego → ostrzejsze zimy. Tak więc ocieplenie klimatu może spowodować paradoksalnie ostrzejsze zimy. 
  1. Inna ciekawostka to prądy wodne, a w szczególności słynny Prąd Zatokowy, który sprawia, że Europa Zachodnia i Północna (głównie Wyspy Brytyjskie, Norwegia), ma o wiele cieplejszy i łagodniejszy klimat, niż wynikałoby to ich szerokości geograficznej. Zanik Prądu Zatokowego byłby katastrofalny dla tych krajów. Ich klimat byłby taki jak w północnej Kanadzie czy na Kamczatce.

To tak z grubsza na początek ;)

Jest składową cyklu hydrologicznego Ziemi. Rzadsza atmosfera to mniej wody, mniej deszczu, większe parowanie z oceanów, a docelowo w długim terminie wysuszanie planety.

Być może wyjdę na ignoranta, ale co się dzieje z wodą (wodorem, tlenem?)? W nocy zamarza, a w dzień paruje? Przez co zwiększa się wilgotność powietrza? Czy też powietrze jest suche a wodór ulatuje gdzieś w kosmos?

 

chroscisko, wielkie dzięki za te opracowanie. Sporo mi podpowiedziało. :)

@ac

 

Tu dużo zależy od przyczyn “rozrzedzenia atmosfery”. Założyłem najbardziej “naturalną” przyczynę, czyli ucieczkę gazów w kosmos. Skoro więc część atmosfery znika (w tym również para wodna), to jest jej ogólnie mniej, a co za tym idzie pada mniej deszczu.

 

Przez co zwiększa się wilgotność powietrza?

Proponuję zapoznać się z fenomenem “punktu rosy”. Generalnie przy wysokich temperaturach więcej pary wodnej mieści się w powietrzu. Jak nagle spada temperatura, to woda się skrapla. Stąd też, jak wyjmujesz zimne piwo z lodówki, to butelka pokrywa się kropelkami wody. (powietrze wokół butelki jest chłodniejsze, i dlatego para wodna się skrapla na ściankach)

 

ale co się dzieje z wodą (wodorem, tlenem?)?

Para wodna w atmosferze występuje w postaci cząsteczek H2O, nie dochodzi do rozbicia na samodzielne atomy tlenu i wodoru.

 

Czy też powietrze jest suche a wodór ulatuje gdzieś w kosmos?

Wodór jako lekki będzie w wyższych partiach atmosfery, więc teoretycznie byłby pierwszy do ucieczki w kosmos, ale raczej nie wpłynęłoby to bezpośrednio na bilans wodny Ziemi, bo wodór a para wodna to osobne byty.

 

Jeszcze cytat z Wikipedii odnośnie skutków ewolucji Słońca na Ziemię (zważ na czas 5,4 mld lat):

 

“Za około 5,4 mld lat Słońce opuści ciąg główny i zacznie proces przekształcania się w czerwonego olbrzyma… Jeszcze zanim Słońce stanie się olbrzymem, jego jasność się podwoi, wywołując katastrofalne zmiany klimatu Ziemi, obejmujące całkowite wyparowanie oceanów[129][132]… W dłuższej perspektywie woda na Ziemi i większość jej atmosfery zostanie utracona w wyniku ucieczki w przestrzeń kosmiczną, spowodowaną przez zmiany towarzyszące ewolucji Słońca.  W ciągu najbliższego miliarda lat jasność wzrośnie na tyle, że oceany Ziemi wyparują i woda uleci w przestrzeń, czyniąc planetę nieprzyjazną dla wszystkich form życia ziemskiego[132][138].”

 

Ten cytat przedstawia skrajny armagedon, nie mniej daje również pojęcie w którym kierunku zmiany klimatyczne będą szły.

Dzięki! :)

Jak wygląda Słońce widziane z przestrzeni kosmicznej? (z okolic orbity ziemskiej). Czy jest widoczne jako bardzo jasna gwiazda, czy bardziej jako kula ognista? Czy oświetla przestrzeń na tyle by ludzkie oko widziało coś więcej niż mrok? Jak bardzo oświetla?

Wydaje mi się, że jak każda inna gwiazda widoczna choćby i z perspektywy Hubble’a. Ot, świecąca kulka – przynajmniej z perspektywy ludzkiego oka i przyjaznego mu zakresu częstotliwości.

 

Moje pytanie: ktoś dogłębniej (niż z poziomu artykułów popnaukowych) interesował się telomerami? Jak ma się zabawa w przedłużanie młodości, a rosnące ryzyko pojawiania się nowotworów i innych mutujących paskudztw?

Czy oświetla przestrzeń na tyle by ludzkie oko widziało coś więcej niż mrok? Jak bardzo oświetla?

Zdecydowanie nie oświetla, skoro obserwatora nie otacza odpowiedni ośrodek rozpraszający, jak gęsta atmosfera (na Ziemi – w dzień – dookoła świeci przecież atmosfera, co prawda światłem otrzymanym od Słońca). Ewentualnie, gdyby obserwator znajdował się niedaleko płaszczyzny ziemskiej orbity, w pobliżu tejże płaszczyzny i po przyzwyczajeniu wzroku do ciemności mógłby dostrzec delikatną mgiełkę światła zodiakalnego

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Stn, mam pod ręką książkę do genetyki. Mogę podesłać fotki. Natomiast starzenie się to proces bardzo złożony i spotkałem się z teorią, że obecnie długość ludzkiego życia limituje funkcjonalność mitochondriów, którą szacuje się na max 120 lat.

No ja właśnie kojarzę tylko tyle, ile wyczytałem z losowo natrafianych artykułów.

Jeśli znajdziesz chwilkę? Jeśli nie, to mogę poszperać za jakimś otwartym jej źródłem (w necie albo na uczelni) – wtedy tytuł i autora/ów poproszę. ;)

Dzięki za pomoc.

Czy jest na pokładzie może ktoś, kto zna się na plus minus psychologii rozwojowej z nastawieniem na kreatywność? Konkretnie na tym, czy to, jak dziecko (lat ok. 8-10) rysuje, od czegoś zależy? Chodzi mi o technikę, nie treść i o dziecko raczej normalnie się rozwijające. Czy pewne cechy są po prostu charakterystyczne dla tego wieku i można uznać, że zawsze były? Takie rzeczy jak ludziki z kresek, ewentualnie schematyczne kształty, no, takie tam ;)

Chętnie przytulę popularnonaukowy albo i przystępny naukowy tekst na ten temat, a jakby ujmował rzecz historycznie, to już w ogóle byłabym w siódmym niebie, bo mam oczywiście XIX wiek.

Usiłowałam wyguglać rysunki dziecięce z epoki albo wcześniejsze, ale najwyraźniej nikt się tym specjalnie nie zajmował ani nie interesuje, bo przykładów jest na palcach zliczyć i to raczej dzieci znanych osób, najczęściej artystów, więc to trochę zaburza ogólny obraz (tatuś czy mamusia pewnie trochę uczyli, a i talent dziecko odziedziczyć mogło), a ja potrzebuję czegoś bardzo zwyczajnego.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

https://www.ofeminin.pl/dziecko/mam-dziecko/zrozumiec-dzieciece-rysunki/t9jw7gg

 

https://zdrowyprzedszkolak.pl/wychowanie/723/rysunek-dziecka-o-czym-moze-informowac.html

 

http://www.clubmamy.pl/index.php?p=mama_i_dziecko&art=24&article=225

 

Super ogólne, super skrótowe, ale muszę przyznać, że za rozwojówką nie przepadam. I za pracą z dziećmi w tym wieku. Mam nadzieję, że Sirin się pojawi, bo na pewno coś by bardziej sensownego podsunął. 

Dzięki :) Ten drugi link daje jakieś konkrety, jakie są fazy, a to może mi wystarczy, bo to się raczej nie zmieniało w historii. Dawniej jednakowoż dość powszechnie uczono dobrze urodzone dzieci rysować, więc ogólny poziom mógł być wyższy, w zależności od sfery.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Cieszę się, że udało mi się coś podsunąć :)

Mam nadzieję, że Beryl mi wybaczy podwójne postowanie, ale minęły 24h, więc chyba będzie ok.

 

Pytanie mam takie – szukam źródeł, albo chociaż najmniejszych wskazówek jako punkty wyjścia. Czy w okresie (od XI w. do XIII w.), kiedy była nasilona działalność zakonów rycerskich, czy rycerze mogli zmieniać zakon? Np. templariusz zostawał joannitą, albo na odwrót. A trochę ich tam było. Współpraca na pewno istniała, nie tylko z powodu przybywania na tym samym terenie, ale też z racji wspomagania działalności – nawet wiki mi twierdzi, że joannici czy templariusze uczyli lazarytów kunsztu wojennego. Czuję się trochę zagubiona, bo wolałabym mieć w ręku (lub zeskanownaą lub publikację naukową online), która potwierdziłaby mi parę rzeczy. Możliwość zakonu zastanawia mnie od dłuższego czasu. Może ktoś, coś?

Małe pytanie: na jaką odległość niesie się dźwięk wybuchu, powiedzmy, że niezbyt dużej konwencjonalnej bomby? W terenie otwartym. Mam doświadczenie wyłącznie armat na rekonstrukcjach i nie jest to bardzo daleko, ale może gdzieś da się znaleźć jakieś dokładniejsze dane?

 

PS. Teraz zauważyłam pytanie Deirdriu: nie jestem żywcem specjalistką od średniowiecza, ale że nikt się nie odzywa, choć są tu znacznie mądrzejsi w tym względzie ode mnie, mam wrażenie, że mobilność międzyzakonna byłaby w tym przypadku podobna jak ogólna – a chyba niezbyt dużo jest przypadków zmiany barw? Reguły chyba tego nie wykluczają, ale jak to wygląda od strony formalnej??? Z zakonami rycerskimi możesz mieć jedno: część (wszystkie?) miała członków stricte zakonnych i wojskowych, w tym świeckich (od kiedy? jak zaznaczyłam, to nie moja działka profesjonalna), więc tu mogły być jakieś różnice.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Potrzebuję konsultacji w dziedzinie badania i konserwacji dzieł sztuki – olej na desce, początek XVIw, Włochy. Kilka konkretnych pytań dotyczących warsztatu, żeby nie strzelić głupstwa.

Dziękuję, Drakaino, chodzi mi właśnie o ten aspekt formalny. Nie wątpię, że dochodziło do zmian. A fajnie by było znaleźć jakieś źródło na takie konkretne przypadki. Jak nie, zostaje inspiracja mnisimi zakonami. Mam nadzieję, że czytając parę różnych rzeczy, do czegoś się dokopię. Metoda przypadku nie jest najlepsza, ale ostatnio otwierając losowo książkę od razu znalazłam ile mogłaby wynosić podróż z polskich terenów do Jerozolimy :)

I tak, w zakonach rycerskich były osoby świeckie – nie musiały stosować bardziej rygorystycznych reguł, które obejmowały samych rycerzy. 

Małe pytanie: na jaką odległość niesie się dźwięk wybuchu, powiedzmy, że niezbyt dużej konwencjonalnej bomby? W terenie otwartym. Mam doświadczenie wyłącznie armat na rekonstrukcjach i nie jest to bardzo daleko, ale może gdzieś da się znaleźć jakieś dokładniejsze dane?

Polecam ten artykuł dla przedstawienia skali.  Tutaj jest matma z Physics Stack Exchange. Generalny wniosek – nawet niewielki wybuch produkuje duży hałas.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Okej, czyli coś co spada i niezupełnie wybucha sensu stricto ma prawo być niesłyszane ok. 10 km od miejsca wypadku? Chyba zatrudnię do konkretów tatę fizyka ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

niezupełnie wybucha sensu stricto

Zdefiniuj “niezupełnie”.

Pamiętaj, że np. broń elektromagnetyczna ma wystrzeliwać pociski z taką siłą, że nie potrzebują materiału wybuchowego w głowicy. W pewnym momencie siła uderzenia o glebę może być na tyle wielka, że nie ma znaczenia, czy to bomba czy nie.

W kręgach lubiących twardą militarną SF często cytuje się, że obiekt pędzący 3 km/s przy uderzeniu generuje tyle energii, ile wybuch ważącej tyle samo kostki TNT.

No i trzeba uwzględnić wiatr i pogodę. Jeśli choćby pada i grzmi, to słyszalność “wybuchu” drastycznie spada.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Broń elektromagnetyczna to nie moja bajka, ja sobie siedzę spokojnie w XIX wieku. O XX/XXI i przyszłości nie poważyłabym się pisać, choćby dlatego, że technikalia by mnie przerosły. Może space operę w umownym uniwersum. I tak naprawdę nie mam eksplozji materiału wybuchowego, tylko, powiedzmy, katastrofę lotniczą czegoś, co leci raczej powoli ;) Pogodę niestety mam dobrą, choć mogłabym coś zmienić. Ale za to odległości dość duże.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

I tak naprawdę nie mam eksplozji materiału wybuchowego, tylko, powiedzmy, katastrofę lotniczą czegoś, co leci raczej powoli.

Zdefiniuj “powoli” ;)

Ale jeśli mówimy tu o prędkościach nie większych niż dzisiejsze drogowe, to odgłos uderzenia może nie nieść się aż tak daleko.

Jest też opcja, że świadkowie, nawet jeśli usłyszą, mogą nie zorientować się, o co chodzi. Uderzy taki balon w ziemię, a daleki obserwator, który nie patrzył w jego stronę pomyśli, że gdzieś w sąsiedniej chałupie we wiosce komuś garnki się zwaliły.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Sam zdefiniowałeś powoli ;) I bardzo dziękuję za wyjaśnienia, bo właśnie o to mi chodziło – że jeśli takie uderzenie ma miejsce w miejscu odludnym, to jest szansa, że nikt nie usłyszy. Opko poszło na betę, ale ten problem nadal mnie męczył...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ja jak zwykle z pytaniem medycznym...

 

Potrzebuję drogi od anoreksji do śpiączki, takiej, z której nie wiadomo, czy pacjent się wybudzi. W każdym razie choroba trwa jakieś 3-4 lata, więc wyniszczenie organizmu jest stopniowe. Myślałam o niewydolności wielonarządowej, ale nie wiem, czy to ma ręce i nogi.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Swego czasu cobold bardzo mi pomógł w niezliczonych zagadnieniach śpiączkowych, więc bezczelnie wywołam go do tablicy :)

Dogs,  w tym przypadku pierwsza na myśl nasuwa mi się śpiączka wywołana hipoglikemią.

Ale to jest jednostkowe zdarzenie prowadzące do śpiączki? W sensie, jak długo można mieć hipoglikemię zanim się wpadnie w śpiączkę? Czy to jest po prostu efekt głodzenia i rozregulowania organizmu, który prowadzi do chronicznego niedocukrzenia i wtedy śpiączki?

Głodzenie → rozregulowanie organizmu → chroniczne niedocukrzenie → śpiączka

I to wszystko rozłożone w czasie?  Jeśli tak, to w jakim? I czy to można zauważyć “z boku”, widząc taką osobę od czasu do czasu?

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Hipoglikemia jest stanem ostrym, który manifestuje się szeregiem objawów, które jak najbardziej można zaobserwować. KLIK. Anoreksja jest chorobą przewlekłą i osoba chorująca na nią jest niejako przyzwyczajona do niższych wartości glikemii niż przeciętny zdrowy człowiek i stężenie glukozy, które u przeciętniaka wywołałoby objawy hipoglikemii, u takiej osoby niekoniecznie mogłoby objawić się jakkolwiek. Musiałabyś zastosować jakiś czynnik spustowy, który u zdrowej osoby nie doprowadziłby do hipoglikemii przez istniejące procesy kompensacyjne. Te same procesy u anorektyka mogą okazać się nieefektywne. A zatem dajesz delikwentowi wódkę albo narażasz go na wysiłek fizyczny. Samo głodzenie jako takie hipoglikemii raczej nie wyzwoli – spójrz na więźniów Auschwitz, którzy mimo wygłodzenia jakoś egzystowali.

Do Twojego schematu dopisałbym “zadziałanie czynnika spustowego” przed wystąpieniem śpiączki. Śpiączka wystąpi szybko po zaobserwowaniu objawów. Ile dokładnie – nie wiem, ale byłyby to minuty.

A jakie są szanse na wybudzenie się z takiej śpiączki? Zależałoby mi na tym, żeby bohater miał jakieś szanse (nawet jeśli minimalne) na wybudzenie się. Albo jeśli to niemożliwe, to żeby przynajmniej minęło trochę czasu od zapadnięcia w śpiączkę do śmierci.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Gdy ma objawy hipoglikemii, daje się mu do zjedzenia coś bardzo słodkiego – batonik, colę – i to pomaga, zwykle po max 20 minutach. Jeśli wpadnie w śpiączkę – glukoza dożylnie, ewentualnie domięśniowo glukagon.

Ktoś mnie wołał, czegoś chciał ;)

Napisz coś więcej – jak długo potrzebujesz tej śpiączki, czy osoba chora ma zapewnioną pomoc medyczną, czy zależy Ci aby była rzeczywiście nieświadoma, czy tylko, żeby tak to wyglądało dla osób drugich?

Samego momentu wpadania w śpiączkę nie planowałam szczegółowo opisywać. Scena polega z grubsza na tym, że brat siedzi przy łóżku siostry, która już jest w śpiączce, w szpitalu – więc opiekę medyczną ma zapewnioną. Dziewczyna w momencie krytycznym była albo sama i szybko ktoś ją znalazł albo wśród obcych ludzi (w każdym razie w miarę szybko ktoś wezwał karetkę). W tekście nie rozstrzygam, czy się wybudzi, ale zależało mi na tym, żeby to była ta mniej prawdopodobna opcja.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

To w takim razie śpiączka hipoglikemiczna odpada, bo wątpię, by w szpitalu trzymali pacjentkę w takim stanie celowo. Coboldzie, pałeczka Twoja! ;D

To trochę upraszcza sprawę – dziewczyna w wyniku wyniszczenia łapie zapalenie płuc, trafia do szpitala, jest niewydolna oddechowo, wymaga wentylacji mechanicznej, zostaje wprowadzona w śpiączkę farmakologiczną, leży na OIT, podłączona do respiratora, rokowania są niepomyślne.

Super, pasuje mi ta wersja :-) Bardzo Wam dziękuję za pomoc!

 

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Jak trudno obudzić/dobudzić kogoś, kto zażył środek nasenny (raczej coś szpitalnego, choć apteczne lub ziołowe także)?

Pytanie od totalnego laika – niestety nie znam się na powyższych, nigdy nie używałem.

Nie znam się, więc się wypowiem. ;) A serio to ekspertem nie jestem, ale tak z doświadczenia:

 

czy chodzi Ci o typowe leki nasenne czy uspokajające? “coś szpitalnego” to bardzo szerokie określenie, nie wiem czy masz na myśli tabletkę na receptę czy kroplówkę z relanium, i czy ktoś zażył normalną dawkę czy przedawkował?

Tak czy inaczej przy normalnej dawce można nawet wcale nie zasnąć, jeśli się nie chce, ktoś Cię zagaduje itp. Więc myślę, że tym bardziej z obudzeniem się nie ma problemu.

Czasem bezsenność leczy się też niskimi dawkami neuroleptyków, przy nich jest to samo.

Edit: ziołowe działają jeszcze słabiej, przy czym mam na myśli raczej leki uspokajające niż typowo nasenne, jeśli jest jakaś różnica.

 

Ale myślę, że są tutaj bardziej kompetentne osoby, więc może się wypowiedzą. :)

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Raczej nasenne – chcesz być pewien, że “ofiara” prześpi całą noc. Powiedzmy, że chcę zrobić na pracowniku nocnej zmiany mały koleżeński sabotaż (dodać coś do jedzenia/herbaty?). Ma spać jak suseł. ;)

To już wykracza poza moją wiedzę. Czy leci z nami lekarz? :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

To jest dokładnie tak, jak z zatruciem alkoholem – wszystko zależy od dawki. Przy czym tolerancja zależy od doświadczenia – ktoś, kto nie używał regularnie leków nasiennych może być głęboko senny po kilku tabletkach Oxazepamu czy Lorafenu.

Hmm, mogę mieć pewien problem z podaniem aż kilku tabletek jednocześnie. 

A może tzw. pigułka gwałtu? Gammahydroksymaślan (chyba sodowy, ale to raczej nie ma znaczenia) smakuje ponoć słonawo, ale może w soku pomidorowym albo żurawinowym dałoby się to ukryć? Ale tu też musisz sprawdzić dawki, żeby pacjenta uśpić, nie zabić.

 

ETA: pytanie do naukowców – co Was pchnęło na ścieżkę czynienia wszechświata swoją metresą? Potrzebuję anegdot, nie statystyk. Konkretów. Mam w stosiku do opracowania szalonego naukowca i on już z pół roku czeka :)

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Ja mam sprawę odnośnie pogrzebów – jeżeli okazanie ciała jest w kapliczce, to potem w kościele trumna jest już zamknięta – i pytanie: czy to jest zaśrubowane na amen, czy można jeszcze podejść i uchylić wieka?

I czy praktykuje się jeszcze otwarte trumny na pogrzebach, czy już nie bardzo?

I would prefer not to.

Jak byłam latem na pogrzebie, to trumna była zamknięta. Ale choroba bardzo wyniszczyła nieboszczyka, może dlatego.

Babska logika rządzi!

Nie praktykuje się otwartych, a w prawie jest coś takiego, że raz zamknięta trumna nie może być otwarta, więc nie uchylisz, a przy tym musi być zamknięta na czas transportu. Możesz być przy otwartej w kapliczce/domu pogrzebowym przed pogrzebem.

Ok, dzięki ;)

I would prefer not to.

Czy ktoś – z lekarzy chyba – może mi powiedzieć, jak szybko rozwija się choroba popromienna w przypadku nawdychania się (lub spożycia, ale raczej nawdychania) sporej ilości radu (ewentualnie ile się go trzeba nawdychać, żeby postępowała bardzo szybko)? Wiki mówi mi tylko, że “rad dostający się do organizmu drogą oddechową jest 10 razy bardziej kancerogenny niż spożyty”, co wiele mi w praktyce nie daje :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ostra choroba popromienna to kwestia najczęściej godzin, choć przy odpowiednio dużej dawce możliwa jest nawet natychmiastowa śmierć. Njabardziej spektakularnie przy średnich dawkach przebiega postać jelitowa. Jeśli chodzi akurat o inhalacje i akurat radu nie znam szczegółów, ale znalazłem szczegółowe opracowanie toksykologiczne, które mogę podrzucić na priva.

Będę wdzięczna :) Dla mnie istotne jest tak naprawdę, czy może to być kwestia maksymalnie kilku dni, a ostrych objawów bardzo szybko, więc jest ok.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Louis Slotin, kanadyjski fizyk pracujący przy projekcie Manhatan, otrzymał (za wiki): śmiertelną dawkę szacowaną na 21 Sv promieniowania gamma i neutronowego. Slotin chwilę po zdarzeniu odczuwał kwaśny smak w ustach oraz piekący ból w lewej ręce, spowodowany olbrzymią dawką promieniowania przyjętą w krótkim czasie. Zaraz po opuszczeniu laboratorium zaczął gwałtownie wymiotować; został niezwłocznie przewieziony do szpitala, ale według świadków, od samego początku zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji, i od razu pożegnał się z kolegami. Zmarł w szpitalu 9 dni później.

Warto zaznaczyć, że obecnie dopuszczalna dawka to 0,02 Sv/rok (ICRP). Warto tez zapoznać się z historią Skażenia w Goiânii.

I żeby totalnie uzmysłowić sobie skalę zjawiska: Prace Marii Skłodowskiej-Curie z 1890 roku, ze względu na ich wysoki poziom skażenia radioaktywnego uważa się do dziś za zbyt niebezpieczne, aby ludzie mogli mieć z nimi bezpośredni kontakt. Przechowuje się je w odosobnieniu, w specjalnych pojemnikach pokrytych ołowiem. Naukowcy, którzy chcą skorzystać z oryginalnych manuskryptów polskiej badaczki zobowiązani są zakładać wcześniej odzież ochronną i przestrzegać specjalnych zaleceń dotyczących bezpieczeństwa.

Tak to kiedyś widziałem:

 

Już podpisałam testament i wydałam ostatnie dyspozycje. Rzeczy osobiste i suknie, nawet tą bordową – spalić. Notatki koniecznie zamknąć w ołowianym sejfie, niech nie szkodzą nikomu. Może kiedyś, gdy zwietrzeje mój dotyk, będzie można je bezpiecznie odczytać. Może kiedyś, za tysiąc lat...

Dziękuję :) Tylko że z tego, co już mam z wcześniejszego riserczu u mnie musi być promieniowanie beta, ale to info o MS-C jest bardzo ciekawe i przydatne :) Niesamowita sprawa, skądinąd.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino,

Też pozwolę sobie dodać kilka słów od siebie.

Przede wszystkim sformułowanie “wdychanie radu” jest nieco kontrowersyjne. Bo rad jest metalem i to dość ciężkim, więc jako taki (o ile nie są to jakieś mikro pyłki) nie będzie przechodził do atmosfery. Wdychać natomiast można radon, produkt rozpadu promieniotwórczego radu. Radon również jest radioaktywny, a do tego jest gazem. I to właśnie ten radon jest zwykle odpowiedzialny za wspomniane napromieniowanie płuc. Jest to o tyle paskudne, że radon po rozpadzie promieniotwórczym staje się polonem, czyli znów metalem ciężkim. Więc w tych płucach zostaje, bo trudno go wydychać, i tam dalej się rozpada powodując dalsze szkody.

Kolejna sprawa to promieniowanie beta. Ono nie jest akurat tak bardzo szkodliwe dla zdrowia, jak  promieniowanie alfa. Jest bardziej przenikliwe (beta zasięg kilkunastu cm, alfa kilku mm... dane orientacyjne z pamięci, bo nie chce mi się już szukać) od  alfa, ale za to mniej “energetyczne”.

W Twoim przypadku to nie ma większego znaczenia, bo przy większości naturalnych przemian promieniotwórczych, występuje i jedno i drugie (plus gamma, bardzo przenikliwe, ale najmniej szkodliwe).

Na koniec link, gdybyś potrzebowała konkretów:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Szereg_promieniotw%C3%B3rczy

Sugestia. Nie koncentruj się na samym radzie, a również na produktach jego rozpadu. Większość z nich jest bardzo niestabilna przez co jest również promieniotwórcza.

 

Promieniowanie beta słabo przenika przez cokolwiek, o ile pamiętam (tj. jest pochłaniane i jonizuje materię, ale daleko nie przejdzie) więc raczej oparzenia na powierzchni (z drugiej strony, oparzenia dróg oddechowych to prosta droga na najbliższy cmentarz) – ale wiele materiałów radioaktywnych jest trujących po prostu jako sole metali ciężkich (uran np.).

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

To jest kapitalny temat ze względu na konsekwencje: świadomość wkładania ręki w ogień. Mnie radiacja strasznie fascynuje, bo to można przepięknie wygrać na emocjach. Lubię mit o samosiełach.

 

 

Lubię mit o samosiełach.

Mit?

Teyami, u mnie ;)

Znam ciężar.

Dziękuję wszystkim za pomocne info – na szczęście nie muszę się przejmować terminologią, ponieważ rzecz dzieje się przed opisaniem zjawiska radioaktywności, więc konkretów potrzebuję ja, a nie bohaterowie :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie jest to bardzo duży szczegół, ale – czy zachomikowany w smoczej jamie rycerz ma szansę się rozłożyć do szkieletu? Może tam przebywać dowolnie długo, grota nie jest specjalnie wilgotna (chciałam źródełko na smoczej górze, ale teraz nie jestem tego pewna), zbroja pozostała w jednym kawałku. Nie wiem, czy w związku z procesami zachodzącymi wewnątrz nie powinna trochę skorodować?

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Tarnino, tak ma szansę, będzie to proces naturalny bez względu na warunki panujące w grocie. Zbroja również naturalnie będzie rdzewieć, bo środowisko utleniające. Mówimy o perspektywie kilkudziesięcu lat. W przypadku gdyby szkielet został przykryty namuliskiem, to i przez kilkadziesiąt tysięcy lat się uchowa.

Nie jestem specjalistą od strony science, ale od strony odkryć nieco bardziej ;) Zbroja ma szanse się zachować – sama znasz znacznie lepiej procesy chemiczne – a nawet skorodowana żelazna nadal przypomina nadal zbroję, więc zależy jak bardzo chcesz ją mieć nadającą się do użycia. Poniżej masz żelazną zbroję (okucia złote) z połowy IV w. p.n.e., po takiej konserwacji, jaka jest możliwa, czyli zasadniczo powstrzymaniu dalszych procesów korozyjnych i lekkim liftingu. Ale już inny metal może być całkiem nieźle zachowany nawet po długim przeleżeniu się w ziemi – widziałam na własne oczy przedmioty brązowe wydobywane prosto z wykopu, a brązy wydobywane z morza są często w znakomitym stanie, gładziutkie jak nowe.

Kości w tym konkretnym grobie akurat były ze stosu pogrzebowego, więc niewiele wnoszą do Twojej sprawy, ale długie zachowały się bardzo dobrze. Wszystko razem w grobowcu pod kurhanem ziemnym, więc środowisko mało hermetyczne.

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

O, merci. Zbroja nie musi być do użytku, wystarczy, żeby było widać, że to zbroja. Korozja na sucho zachodzi powoli, a wątpliwości mnie opadły, bo sam zapuszkowany rycerz jest a) w 80% złożony z wody i b) będzie wytwarzał różne produkty rozkładu, które mogłyby tu mieć znaczenie. Ja badałam korozję tylko w laboratorium, za pomocą wody z solą i fenyloftaleiną (standardowy sposób), więc wolałam spytać.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Ona oczywiście była pogięta trochę po znalezieniu, ale tam się częściowo zawalił strop na te wszystkie zabytki, więc i tak zachowały się w doskonałym stanie. No i oczywiście zbroja nie była na kościach, ale leżała z boku jako dar grobowy, więc kwestia rozkładu rycerza też w grę nie wchodzi. Inna sprawa, że za to nie wierzę, żeby tam się woda nie dostawała z zewnątrz: konstrukcja kamienna z marną zaprawą plus kurhan ziemny, niezbyt gruba warstwa tej ziemi. Więc rycerz musiałby mieć tę zbroję z wyjątkowo podłego stopu, żeby mu się całkiem rozleciała tak, że będzie nie do poznania :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję raz jeszcze i padam do stóp :)

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Miło, że mogę być pomocna :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tarnino, jeszcze w ramach ciekawostki (smutnej): rozmawiałem kiedyś ze znajomym, który biega po lasach i łąkach z wykrywaczem metalu. Ten znajomy twierdził, że zabytkowe hełmy z IIWŚ, które mają uszkodzoną (pękniętą, skruszoną) górną część dzwonu, prawdopodobnie leżały w ziemi wraz z właścicielem. Procesy rozkładu powodują takie uszkodzenie hełmu.

Zastrzegam, że nie wiem, czy jest to prawda, a i temat przykry, więc nigdy tej informacji nie weryfikowałem.

 

Hmm. Po pierwsze jeżeli to w Polsce, to Twój znajomy działa nielegalnie i może mu na to zwróć uwagę, bo konsekwencje mogą być wysoce nieprzyjemne. (Nie wypowiadam się o sensowności istniejącego stanu prawnego, ale jest, jaki jest.)

A merytorycznie, nie wydaje mi się to prawdą. Po pierwsze czaszka to bardzo mocna kość, u dorosłego całkowicie zrośnięta, więc nie widzę mechanizmu, który by miał coś takiego powodować – uszkodzenia wywołane procesami gnilnymi powinny być największe tam, gdzie metal (czy cokolwiek innego, co może ulec zniszczeniu) ma największą styczność z tkankami miękkimi i rozkładem. Z wszystkich kości czaszka najrzadziej ulega w ziemi zniszczeniom, niezależnie od czasu przeleżenia się w ziemi, i mózg pewnie wysycha w jej wnętrzu (miałam na studiach anatomię wybiórczą, tylko szkielet, więc nie wiem na pewno), chyba że została rozłupana.

Odpowiedzi szukałabym raczej w konstrukcji samych hełmów: większość we wszystkich epokach miała tak czy inaczej wzmacnianą samą górę dzwonu, żeby chronić przed ciosami z góry. Na pewno taką konstrukcję mają jeszcze hełmy używane powszechnie w I wojnie światowej, na drugowojennych się nie znam. W każdym razie to wzmacnianie oznacza, że do górnej części dzwonu coś się dospawuje itd., co z jednej strony zwiększa osłonę, ale z drugiej osłabia w przypadku korozji. Albo są to uszkodzenia całkowicie przypadkowe... No i, sorry, ale mało prawdopodobne, żeby po niecałych stu latach z właściciela nic nie zostało. Może to wyrzucone hełmy :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

uszkodzenia wywołane procesami gnilnymi powinny być największe tam, gdzie metal (czy cokolwiek innego, co może ulec zniszczeniu) ma największą styczność z tkankami miękkimi i rozkładem.

O tym właśnie myślałam – gdzieś w okolicach brzucha korozja powinna być najdalej posunięta.

do górnej części dzwonu coś się dospawuje itd., co z jednej strony zwiększa osłonę, ale z drugiej osłabia w przypadku korozji.

Tzw. korozja szczelinowa. Tlen nie dochodzi do środka tej wąskiej szparki, powstaje różnica stężeń i ogniwo zyskuje na sile elektrochemicznej. Dokładniej musiałabym poszperać, ale gdyby to kogoś interesowało, katedry korozji udostępniają w Sieci skrypty.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Szczerze? NIkt przy czytaniu amatorskich opowiadań w sieci nie zwraca uwagi na to, czy dana część  ciała rzeczywiście ma taki, a nie inny okres rozkładu. No może z wyjątkiem kilku medycznych świrków, ale o ich uwagę raczej ciężko. W dzisiejszych czasach w ogóle ciężko o czyjąkolwiek uwagę. 

amatorskich opowiadań w sieci

Jeśli Drakaina jest amatorką, to np. ja jestem chyba gdzieś między ćmą a kuną XD

 

a, edit, to do pytania Tarniny – ale i tak, o szczegóły warto dbać zawsze!!!

Nie znam żadnej Krystyny Drakainy ani tym bardziej Drakainy Ziutkowskiej, niemniej sprawdzę.

 

Jasna sprawa ze szczegółami, gorzej jeśli jest się jedyną osobą, która wie, ile informacji umieściło się w tekście. I to jeszcze swoim!

WojciechuL. Rozpoczynanie aktywności w portalu społecznościowym od traktowania wszystkich z góry i ich de facto obrażania to nie jest dobry pomysł. Przeczytaj, o czym jest ten wątek, poczytaj, jak rozwijają się dyskusje obok kwestii opowiadań, a jak sobie dobrze przemyślisz, o czym była rozmowa, to dopiero wtedy się wypowiadaj. I pamiętaj, że my wszyscy tu jesteśmy żywymi ludźmi, więc obrażasz konkretne osoby, a nie rzucasz słowa w pustkę.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nikogo nie traktuję z góry, po prostu przedstawiam swój punkt widzenia. Tym bardziej, nikogo nie obrażam. Żartuję sobie po prostu z czyjejś pozycji w wąskim gronie, a nie z tej osoby. Wyczuwam jednak irytację, że nie rozpoznałem od razu Pani z imienia i nazwiska. 

Mylisz się. Gdybym chciała być natychmiast rozpoznawana, używałabym imienia i nazwiska, są tu i tacy. Natomiast ton Twojego komentarza o “amatorskich” opowiadaniach w ogólności (na tym portalu sporo użytkowników to ludzie publikujący i nagradzani!), o czytelnikach (”nikt nie zwraca uwagi...” – zdziwiłbyś się, na co ludzie na tym portalu zwracają uwagę; między innymi dzięki temu nie jest amatorski), a wreszcie głupie żarty ad personam – to wszystko nie robi dobrego wrażenia. To, jak traktujesz np. Reg pod swoim tekstem, też nie wystawia Ci szczególnie dobrej wizytówki. Gdzie indziej na szczęście wypowiadasz się bardziej kulturalnie. Punkt widzenia można przedstawić tak, żeby nikogo nie obrażać przy okazji, prawda? A Ty jedną wypowiedzią obraziłeś właściwie wszystkich użytkowników traktujących poważnie pisanie i redagowanie swoich tekstów na tym portalu.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No, ale nie jesteś, piszesz anonimowo i masz pretensję, że nie rozpoznałem Cię po nicku na forum internetowym, który został wspomniany w przypadkowej rozmowie, niezwiązanej z Tobą.

Jak to “ton”? Przecież prowadzimy rozmowę przez Internet, tu nie ma żadnego tonu, ekspresji czy zachowania. Amatorskie, a i owszem! Przecież poprawianie sobie nawzajem tekstów nie można nazwać w żaden sposób profesjonalnym, tym bardziej jeśli zamiast imion i nazwisk, a tym samym osób masz wymyślony ksywki i przydomki. Przykro mi, ale jeśli ktoś nie jest w stanie wylegitymować się wiedzą oraz statusem w świecie, w którym możesz być kim chcesz, bijąc pianę na portalach społecznościowych, to rady od Ciebie będą zawsze brane przez palce. Dlatego proszę o schowanie swojego ego i nie rozszerzanie banieczki, w której się żyje na cały świat. Zwłaszcza w tak buńczuczny i bezczelny sposób, który robi z Ciebie ofiarę, mimo iż znalazłaś się w rozmowie przypadkowo, bo nie pisałem ani do Ciebie, ani o Tobie. 

Wojciechu, proszę cię uprzejmie opuść ten temat, bo twoje rozbuchane ego zaśmieca cholernie wartościowy wątek, z którego reszta użytkowników chciałaby korzystać zgodnie z jego przeznaczeniem. Idź sobie rzucać zarzuty, spierać się z ludźmi i zderzać z rzeczywistością gdzieś indziej. Bardzo proszę.

Niestety jestem okołomedycznym świrem i na rozkład z pewnością uwagę zwrócę – Tarnino, delikwent zeszkieletuje się, o ile jaskinia nie będzie zbyt sucha i o ile nic to nie wyjadło. Szczury są bardzo zdeterminowane, jeżeli chodzi o jedzenie, a ich zęby przy odrobinie pracy spiłują metal. Ponadto jaskinia to dobre miejsce dla niedźwiedzia, a ulubionym przysmakiem niedźwiedzia jest sezonowana padlina. Nie miałby chyba większego problemu z rozgięciem blach. Jeżeli jaskinia będzie zbyt wilgotna, to może zajść przeobrażenie saponifikacyjne.

W takich okolicznościach oczywiście kości zostaną, ale ciut sponiewierane. A nawet jeśli nic go nie zeżre, to nie przejmuj się, płyny dekompozycyjne sobie wyciekną przez złączenia blachy.

Proszę o prowadzenie rozmów w sposób kulturalny. Nie uważam, by została w tym wątku przekroczona granica, która upoważniałaby mnie do interwencji “moderatorskiej”, ale robi się niemiło. Trzymajcie się również tematu wątku. Wycieczki osobiste zdecydowanie od niego odbiegają.

Wiktor Orłowski – a Tobie przypominam, że istnieje możliwość edycji komentarzy i warto z niej skorzystać, zamiast dodawać jeden pod drugim :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

A faktycznie, przepraszam! Poprawię się.

Merci, Wiktorze, ale w jaskini jest już duży drapieżnik ;)

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Potrzeba mi kogoś z doświadczeniem i wiedzą w lingwistyce kognitywistycznej albo samej kognitywistyce. Są chętni?

Pisz do Skonecznego!

@stn, lingwistyka kognitywistyczna – niekoniecznie; taka zwyczajna kognitywistyka – może tak.

Aż się podłącze pod wątek – czy sa jakieś polskojęzyczne materiały o kogniwistyce w kontekście spektrum autyzmu?

Dzięki Cobi, napiszę mu – i Tobie, Asylum – na PW.

To do autyzmu też się podłączę, ale w trochę inny sposób – czy ktoś z Was ma jakieś prywatne doświadczenia z kontaktu z dzieckiem autystycznym? Wszędzie znajduję kryteria diagnostyczne i skąpe opisy objawów, a potrzebuję czegoś bardziej personalnego.

Ja kiedyś przez trzy tygodnie pracowałam z dziesięciolatkiem z autyzmem. Nie wiem, czy o to wam chodzi, ale mogę spróbować pomóc (tu albo na PW).

O to mi chodzi, napiszę do Ciebie zaraz.

Wiktor, zaraz odpiszę na wcześniejsze PW.

 

Żongler, Wiktorowi na pewno pomożesz, ja jednak szukam właśnie czegoś bardziej od strony kogniwistyki :) 

Jeśli chodzi o dzieci autystyczne i ze spektrum, chętnie pomogę.

Mam podrożników w realiach średniowiecznych, bez magii, czym mogą sobie oświetlić drogę w jaskini?

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Łuczywem, ewentualnie jakąś lampką oliwną.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Łuczywem, kagankiem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A świece mogliby ze sobą nosić?

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Zależy. Jeśli jacyś uczeni, to może. Żołnierze (za wyjątkiem pisarzy wojskowych) – raczje nie.

Ale świece się nie bardzo sprawdzają w jaskiniach – woda + przeciągi.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Mogli, ale świece chyba były wtedy dość drogie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Moim zdaniem, tylko łuczywo, szmata wokół drzewca zamotana i nasączona. 

tylko nie mam czym nasączyć...

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Może tłuszczem zwierzęcym.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oliwa???

no tak, tylko cały czas problem z pozyskaniem owej substancji, nie była to zaplanowana wycieczka w ciemność, nie mam oliwy. i tak kombinuję jak koń pod górkę CO mogą mieć przy sobie.

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Nie ma jakiegoś obżartucha? Takiego co oliwę do sałatek wozi ;)?

Albo pięknisia, co namaszcza swe boskie ciało co wieczór :)?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

w tych warunkach by wymiękł XD ten drugi znaczy :D

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Tłuszcz zwierzęcy???

Wzdrygam się lecz podpowiadam.

Może mieli ze sobą chleb ze smalcem? :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A ta jaskinia to często używana? Może znajdą jakieś “zwiedzaniowe pomoce” z poprzedniej wycieczki? Albo jakieś porzucone bagaże? A w nich nawet... kaganek ;)? 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

oświaty :D Niestety, są tam piersi i pewnie ostatni.

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Coś przecież ze sobą mieć muszą, jeśli na wyprawę się udali i zdecydowali się wejść do jaskini. Nie pozbawiaj ich wszystkiego, może zaopatrz w coś?:)

Jaskinie z piersiami?! ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ale komplikujesz, Cet . No to teraz musisz mieć nadzieję, że wśród wycieczkowiczów znajdzie się średniowieczny McGyver, który z kostura, onucy, rzemyka i tłustych włosów sprokuruje pochodnię ;).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

kąpali się, nie mają tłustych włosów XDDDD

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Niektórzy się nacierali oliwą, maczali w niej pieczywo, namiętnie używali w kuchni... Mogli mieć przy sobie, zwłaszcza jeśli udawali się w dzicz, gdzie nie ma dobrodziejstw cywilizacji.

 

Edytka: A nie, sorki, myślałam, że to starożytność.

Babska logika rządzi!

Mówiłem, że komplikujesz. To przynajmniej jakiegoś tłuściocha, którego mogą poświęcić?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Świece z łoju nie były drogie i raczej łatwe w wykonaniu, więc sądzę, że w średniowieczu je znano, choć ja oczywiście znam je głównie z kontekstów dziewiętnastowiecznych.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Pochodnia to kijek okręcony szmatą nasączaną jakimś łatwopalnym dziadostwem, np. naftą lub smołą. Czytacz z zacięciem do eksperymentów może sobie sam zrobić pochodnię i wtedy Ci wytknie, że taka mała pochodnia pali się zaledwie kilkanaście minut, więc w jaskini się nie sprawdzi. Z drugiej strony ludzie w zamierzchłych czasach pewnie mieli patenty, które przedłużały życie takiej pochodni i potrafili ją zrobić z byle czego (jak w minecrafcie: z patyka i węgla). Napisz po prostu, że wyciągnęli pochodnie i zapalili, albo: Poczekali chwilę, aż ich oczy przyzwyczają się do braku światła...

Chyba padnie na kolonię "świecących robaczków". Wujek Google mówi: Są to poczwarki muchówki Arachnocampa luminosa z rodziny grzybiarkowatych.

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Historyk na nocnym dyżurze. Co powiesz na to? https://en.m.wikipedia.org/wiki/Rushlight Więcej info tu: https://valleyadvocate.com/2011/12/16/the-not-so-dark-age-light-in-14th-century-britain/ Takie coś mogliby chyba ze sobą mieć?

Jeżeli w okolicy rosły odpowiednie rośliny, a to zależy od tego, gdzie dzieje się opowiadanie ;) Pytanie, czy z innych da się coś podobnego robić, bo sądząc z opisu chodzi o właściwości rdzenia. Mam wrażenie, że łój zwierzęcy, z którego świece robiono, jest jednak bardziej powszechny.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

W sumie znaczenie ma też zamożność bohaterów. Rushlights (tłumaczone jako świece z knotem z sitowia?) były bardzo tanie i powszechnie używane, ale tak jak pisze drakaina to zależy od szerokości geograficznej. Niemniej jeśli już miałabym dawać klasyczne świece, to chyba zdecydowałabym się na tańszy i ogólnie dostępny wosk pszczeli. Ten artykuł też fajnie mówi o praktycznym zastosowaniu: http://www.hollowtop.com/spt_html/lighting.htm

Wosk tańszy od łoju? No nie wiem.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Minuskuło, wosk pszczeli nie był nigdy tańszy od łoju zwierzęcego, a z jego dostępnością też bym dyskutowała, a świece woskowe w wielu epokach były luksusem. Lampki na tani i dostępny olej były tańsze (bo wielokrotnego użytku) niż woskowe świece!

 

PS. Świece stearynowe wymyślono w XIX w. jako zamiennik: tańsze od woskowych, a lepsze od “zwykłych” łojowych.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mea culpa, wciągnęłam się w historię oświetlenia i w którymś artykule naczytałam się o wosku pszczelim, a mój naładowany sernikiem umysł źle połączył kropki. Na usprawiedliwienie powiem, że nie jestem mediewistką ;) Co do lampek – zgodzę się. Tylko Ceterari szukała chyba czegoś "jednoskładnikowego". Plus oliwa do lampek była raczej słabo dostępna poza południem Europy. Wtedy właśnie wchodził w średniowieczu w grę łój.

Ja też nie jestem mediewistką, brr... (Twój awatar jednakowoż jest średniowieczny :P)

 

A merytorycznie: w lampkach używano nie tylko oliwy – w lampce możesz mieć dowolny tłuszcz.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wydaje mi się, że w tamtych czasach ogólnie dostępny był olej lniany, ale chyba wykorzystywano też inne nasiona.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W Biblii jest nawet przypowieść o kobietach, co to część z nich miała oliwę do lamp, a część nie. Jeśli coś takiego pojawia się w ewangeliach, to i w średniowieczu oliwa pewnie nie była problemem.

Wilku, w starożytnym obszarze śródziemnomorskim oliwa była w użytku codziennym (tak jak jest dzisiaj), aczkolwiek była cenna – nie przypadkiem Atena wygrała z Posejdonem rywalizację o opiekę nad Atenami dzięki oliwce, nie przypadkiem wielka amfora oliwy była nagrodą w igrzyskach panatenajskich. Później oliwkę oczywiście nadal uprawiano, ale na północy Europy olej z oliwek był importowany, więc luksusowy, a na co dzień używano innych. Nie wiem zresztą, jaki był zasięg tego konkretnego importu w średniowiecznej Europie. Niemniej na sporych obszarach raczej byłaby problemem :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Olej i oliwa to dwa różne tłuszcze. Oliwę otrzymujemy z oliwek, a te nie wszędzie rosną.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I tu się pojawia pytanie pod tytułem “jaka jest specyfika świata”.

Zerknęłam do początku i Cet napisała “nie mam oliwy”, co zasadniczo załatwia tę konkretną sprawę.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Fakt, moja nieuwaga. 

Chciałam napisać komentarz odnośnie dostępności oliwy, ale drakaina wyczerpała temat. A niemerytorycznie jeszcze: średniowiecze po prostu lubię – stąd awatar, ale serce oddane mam starożytności ;)

Co prawda nie do do końca do opowiadania, ale jesteście bardzo wszechstronni i mamy silną ekipę medyczną:

– Skąd wziąć medyczne opracowanie o zespole Aspergera?

– I coś konkrentnego o diagnozowaniu dzieci z zaburzeniami psycho-spolecznymi?

Szukam fachowej literatury/ źródeł w Internecie opracowań itp.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Potrzebuję konkretów o życiu miłosnym Galileusza. Wiem o niejakiej Marinie, ale same (trudne do zweryfikowania) pierdoły w internetach znajduję. Mamy specjalistę na sali?

Freddie Mercury coś tam o nim śpiewał, stn :D

 

wiem, offtop, odprowadzę się do wyjścia.

Za wcześnie :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No trudno, będzie “na oko” napisane . ;)

Życie miłosne Galileusza – bogate, trójka nieślubnych dzieci, słynął ze stawiania kłopotliwych pytań swoim wykładowcom.

Niewiele wiem. Przypomniały mi się dwie książki: D.Sobela “Córka Galileusza. Rzecz o nauce, wierze i miłości” oraz J.Kierula “Galileusz”.

Stnie, a ile wiadomości ci potrzeba?

Nowe stulecie przyniosło Galileuszowi nowe powikłania. Podczas jednej z wielu rozkosznych nocy spędzonych w weneckim pałacu Sagreda poznał jasnowłosą piękność pochodzącą z uliczek na tyłach San Sofia, niejaką Marinę Gambę. Miała ledwie dwadzieścia jeden lat, a więc o czternaście lat mniej od niego, lecz w uczuciach była równie niestała jak Galileusz niedoświadczony. (...)Miała reputację osoby facile costume, lekkich obyczajów. Marina Gamba i impulsywny uczony natychmiast poczuli do siebie pociąg. Połaczyła ich żarliwa namiętność, która miała przetrwać dziesięć lat.

Źródło: “Galileusz”, James Reston Jr,. Prószyński i S-ka, 1998

Mam grzebać dalej, czy jedna kobieta ci wystarczy?

 

BTW – z tej książki dowiedziałem się, że na podstawie “Boskiej Komedii” Dantego Galileusz obliczył wzrost Lucyfera. Tak że z tymi “racjonalnymi” uczonymi trza uważać :) (patrz Newton).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Hmm, raczej coś podstawowego – czym zajmował się poza nauką. Tyle co znalazłeś Staruchu – zupełnie wystarczy. Zależy mi właśnie na ich pierwszym spotkaniu. ;)

Dzięki też dla Asylum, przejrzę oba wskazane przez Was źródła.

A Żonglerka mi odświeżyła fazę na Queenów. ;)

Poza nauką – zajmował się rodziną. Opiekował się licznym rodzeństwem. Miał cholernie wybujałą ambicję. Od kobiet zdaje się nie stronił:

W mieście na wodzie mógł bez przeszkód zaspokajać swój apetyt na jadło i białogłowy (...).

To było wcześniej, niż spotkał Gambę.

Jego ojciec był muzykiem, chciał Galileusza wykierować na handlarza wełną, by w końcu skierować go na uniwersytet, by GG został medykiem. Resztę już chyba 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

To się niezły fircyk mi z niego robi. Nie spodziewałem się, bo wszędzie (gdzie zaglądałem) skupiają się tylko na jego konflikcie z kościołem i nieformalnym związku z Mariną. Same ochłapy.

Dzięki! Teraz już wiem, że ten ancymon idealnie mi pasuje do fabuły. ;)

Jak pamiętam z lektury (a niewiele pamiętam, bo to było daaawno temu) Galileusz to po prostu zwykły człowiek Renesansu – “nic co ludzkie...”.

A ten konflikt z Kościołem to raczej propaganda rozdmuchała, bo to był konflikt ambicjonalny: kto ma większego ;)?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Kochani, potrzebuję jakiegoś potężnego demona, prawdziwego badassa z mitologii innej niż chrześcijańska. Nic, na co trafiłam, do mnie nie przemawia. Może ktoś z Was coś mi podrzuci? ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Czy Molocha uznajesz za chrześcijańskiego?

Babska logika rządzi!

To nie jest odpowiedź na Twoje pytanie, ale jako ciekawostka: demony i upadłe anioły w mitologii hebrajskiej początkowo były zupełnie osobnymi bytami.

No i własnie: jak bardzo inne mitologie, bo wierzenia tamtego regionu mocno się przenikały (zdarzały się postacie wspólne dla mitologii hebrajskiej, arabskiej, babilońskiej i jeszcze paru innych). Plus pytanie na ile można rozszerzyć definicję demona oraz czy musi być jednoznacznie “zły”.

No tak, nie doprecyzowalam. Chodzi mi również o wyłączenie hebrajskch, kabalistycznych itp. bytów. W miarę możliwości chciałabym uderzyć w coś mniej znanego.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Mam wrażenie, że o mitologii oryginalnie hebrajskiej wiemy bardzo mało, bo większość tekstów biblijnych to przetworzone i nierzadko wywrócone na nice pod względem ideowym dzieła innych kultur, w tym znaaaacznie wcześniejszych niż pojawienie się Hebrajczyków gdziekolwiek w uchwytny sposób.

 

Ale może poszukasz albo w mitach mezopotamskich właśnie, choć większość kultur Mezopotamii to różnego rodzaju semici, którzy właśnie na biblijne wyobrażenia wywarli spory wpływ. Ale były wydawane jakieś mitologie sumeryjskie z tych niesemickich, choć i je w zasadzie znamy prawie wyłącznie z przekazów późniejszych.

Są też potężne demony, z tego co wiem, w mitologii indyjskiej i powinny być też w perskiej (Arymana trudno nazwać demonem, alas) – to wprawdzie tradycja indoeuropejska, ale za to mniej ograna i znana niż biblijna. No i oczywiście Daleki Wschód, ale tu niestety nie znam się już całkowicie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Z hebrajskich tez część jest mniej znana. Ale do rzeczy. Rozumiem, że np. poszczególne ifryty tez odpadają? Może coś z azteckiego panteonu? Tylko tu się pojawia problem czego szukasz, czy np. bogowie z innych panteonów też mogą być.

Drakaino, o hebrajskiej wbrew pozorom co-nieco wiadomo. Chociażby to, że przed monoteizmem było dwubóstwo (czego zresztą jest ślad nawet w pismach kanonicznych – kult cielca), a przed dwubóstwem politeizm.

Ale to dotyczy wierzeń a nie mitologii. Jak cienka jest ta ostatnia, pokazują “Mity hebrajskie” Gravesa.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A wierzenia w czym mają oparcie? Postacie z wierzeń są częścią czego? No ale to już offtop.

W sumie Jormungand niby ze znanej mitologii (nordyckiej), a jednak stosunkowo mało znany. Tyle ze nie wiem czy będzie pasować do pomysłu, bo to jednak zupełnie inna kategoria.

<OT> Imho raczej mitologia jest rozszerzeniem wierzeń, budowaniem wokół nich narracji, a nie na odwrót, ale nie jestem religioznawcą, więc nie mam na to żadnych mądrych teorii ;) Niemniej najpierw wierzysz w to, że piorunami rzuca jakaś siła nadprzyrodzona, a potem zaczynasz o niej wymyślać historyjki. </OT>

 

Jormungand nie bardzo kojarzy mi się z demonem, w ogóle w nordyckiej mitologii nie bardzo są demony sensu stricto. Bo bogowie to nie demony, potwory to nie demony. Demony to... demony ;)

 

A, mogłabyś jeszcze poszukać u Etrusków lub innych Italików, oni lubowali się w demonicznych istotach. W małej czarnej serii mitologicznej sprzed lat jest mitologia starożytnej Italii, o ile się nie mylę.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

<OT> A nie sądzisz, ze najpierw doszukiwano się istnienia sił wyższych, a dopiero potem pojawiali się ich wyznawcy? ;) A samo takie założenie istnienia jest rodzajem mitu :) </OT>

 

A co do kojarzeń z demonami – właśnie dlatego pytałem o doprecyzowanie. Bo to słowo można rozumieć na bardzo wiele różnych sposobów. Przykład pewnego rzymskiego bożka światła, którego przerobiono na księcia piekieł.

W każdym razie wydaje mi się, że gdyby poszukać po ifrytach, to byłby dobry trop – nawet jeśli ifryty to jeszcze inne byty niż demony.

 

Ifryty też byłyby dobre, użyłam slowa demon raczej pomocniczo. Dzięki, jutro poszukam w konkretnych źródłach :)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

<OT>

A nie sądzisz, ze najpierw doszukiwano się istnienia sił wyższych, a dopiero potem pojawiali się ich wyznawcy? ;)

To nadal jeszcze nie mitologia. Mitologia to narracje wokół sił wyższych. Oraz na poziomie naprawdę pierwotnym, kiedy to wszystko się kształtowało, “istnienie” chyba jednak praktycznie łączyło się z “kultem” (dopiero potem kult zorganizowany, system wierzeń, mit w formie podstawowej, a na koniec “literacka” mitologia (ta ostatnia teoria to konkretnie N. Frye)). To akurat gdzieś tam mi się błąka z archeo i elementów antropologii kulturowej/etnologii, którą miałam nawet kilka razy w różnych wcieleniach ;)

</OT>

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki Wam, dobrzy ludzie, już sobie upatrzyłam okropnego złego, którego potrzebowałam ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

<OT>Każde dopowiedzenie jest jakąś tam formą narracji. Natomiast "istnienie" nie musi łączyć się z kultem – przykład deizmu.</OT>

<OT> No ale deizm to jest bardzo późny (nowożytny) wynalazek, filozoficzny, refleksyjny, świadomy i przemyślany. Nawet jeśli masz jego zalążki gdzieś w filozofii antycznej, to to już też jest późne i przetrawione. A zarówno wierzenia jak i pierwotne mity kształtują się na zupełnie innym, irracjonalnym poziomie, w czasach prehistorycznych, przed wynalezieniem pisma.

I nie, nie każde dopowiedzenie jest narracją. Stwierdzenie, że istnieje bóg piorunów – zasadniczo obecne w całej wspólnocie indoeuropejskiej – nie implikuje koniecznie opowieści o pochodzeniu, przygodach albo czynach Zeusa czy Thora, czyli mitologii. Nawet sama genealogia bogów i hierarchia innych bytów nadprzyrodzonych oraz sama refleksja o ich naturze to nadal system wierzeń (choć genealogię akurat łatwo przekształcić w narracyjny mit), a nie mitologia. Można uznać, że to kwestia definicji, ale tak to jednak funkcjonuje. </OT>

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

<OT>Nazwa deizm jest późna, ale nawet niektóre formy animalizmu jak najbardziej są zgodne z deizmem. Z dopowiedzeniem miałem na myśli nie tyle stwierdzenie "istnieje", co dopisanie  czegokolwiek. Wiesz, ze zaraz przyjdzie Beryl i nas stąd wyrzuci? ;)</OT>

Ale zdajecie sobie sprawę, że zrobienie sobie <OT> w komentarzu nie sprawia magicznie, że wasze posty przestają być widoczne? :) Proszę o zaprzestanie <OT>, nie chcę usuwać komentarzy.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

#AMówiłem ;-)

Pytanko mam. Czy ktos mógłby mi wyjaśnić w prostych słowach, na jakiej zasadzie mogłyby działać osłony energtetyczne, takie co chronią statki kosmiczne przed ostrzałem innych statków? W jaki sposób ta energia osłon neutralizuje energię laserów, czy czym tam się strzela w statki? Czy taka osłona wchłania w siebie energię wiązki, jesli tak, to co się z nią dzieje? No bo gdzieś musi się podziać. Czy może to działa na zasadzie odpychania, jak w przypadku pól magnetycznych? Zwykle tez ostrzał pozbawia osłonę części mocy –  na jakiej zasadzie? Podejrzewam też, że tarcza, która chroni rzed wiązkami energetycznymi, niekoniecznie musi być skuteczna w przypadku pocisków bardziej materialnych, jak torpedy itp? Znaczy mogłyby zneutralizować energię wybuchu, ale czy nie przepuściłyby samego pocisku? A w warunkach atmosferycznych, na powierzchni planety, czy taka osłona mogłaby przechwytywać wrogą wiązkę energii i np wciągnąć w ziemię, jak odgromnik piorun? I czy dałoby się żywa istote wyposażyć w taką osłonę?

Nie wiem, czy ja w ogóle pisze z sensem :P

 

Wilczyco, chwytaj bardzo pouczający artykuł na ten temat na Atomic Rocket:

http://www.projectrho.com/public_html/rocket/spacewardefense.php#id--Force_Fields 

 

Ze swej strony, jako osoby projektującej do własnej historii takie bariery ochronne – pomyśl nad tym, jakie ma mieć możliwości i ograniczenia. Pola ochronne to tak mocne “niemożliwium”, że podobnie jak w przypadku FTLa lepiej pomyśleć, co mają/nie mają robić w fabule/uniwersum i potem do tego dostosować rozwiązania naukowe i hipotetyczne. Inaczej za łatwo wylądować z rozwiązaniem takim jak “pola stazy” w prozie Larrego Nivena, gdzie autor co i rusz musiał zadawać sobie pytanie czy dany problem nie da się rozwiązać za pomocą tej technologii. Albo wymyślić tak bezsensowne rozwiązanie, że nie wiadomo czemu ktoś z niego korzysta.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję za linki, nie bardzo wiedziałam gdzie zacząć szukać, a o Wikipedii nie pomyślałam. 

 

NoWhereMan – Jakoś tak na mój babski rozum, to energetyczna bariera ochronna mogłaby chronić jedynie przed wiązkami energii, pocisk bazujący na enerii kinetycznej (czyli kawał żelastwa nadlatujący z dużą predkością) powinien ją przebić. Druga rzecz, która zaprząta mój umysł, to czy bariera energetyczna, która wyłapuje wraże wiązki, może się nimi ładować? Pewnie byłoby to zbytnim naciąganiem faktów...  

O proszę, czytam sobie artykuły z linków i okazuje się, że ktoś juz wpadł na ten pomysł, by ładować pole siłowe wyłapywaną energią. 

Myślałam, że może to ma jakąś chociaż mglistą podbudowę teoretyczną, ale widzę, że tutaj nie ma zasad, co sobie wymyślę, to będzie. 

Dziękuję :)

Na pociski bazujące na energii kinetycznej przymierza się tarcze reaktywną, która działać ma na zasadzie kontry nadlatującego pocisku przez kontrolowany wybuch na powierzchni naszego pojazdu. Z tego co pamiętam, to czołgi taka mają – ale działa to jednorazowo.

Trwają prace nad ulepszeniem tego do stworzenia pewnego pola wokół pojazdu i utworzenia chwilowej tarczy (która działać będzie tylko przez chwilę uderzenia pocisku) z (i tu są różne podejscia) – fali elektromagnetycznej, fali powstałej z wybuchu jakiegoś materialu. Nie mam pojęcia jak miałoby to zadziałać w przypadku broni naddźwiękowej (kwestia opóźnienia w systemie  informatycznym pojazdu – potrzeba chwili, zanim system ogarnie, że leci na niego rakieta z rdzeniem z demokracji).

Z telefonu nie mam jak linkować. :(

Stnie, Wilk-zimowy podlinkował już coś o tym brytyjskim systemie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

A widzisz, na telefonie byłem i nie zauważyłem, mea culpa.

 

Moja kolej – cios nożem w wątrobę. Wiem, że wszystko zależy od sytuacji, ale w mojej ofiara otrzyma bardzo podstawową opiekę (szmatę do przyciśnięcia rany) i ma przeżyć jeszcze kilka do kilkunastu godzin.

Co robić, żeby się (ofiara) od razu nie wykrwawiła? Czy z taką raną jest się w stanie iść – jak długo? W jaki sposób uszkodzenie wątroby może wpływać na metabolizm organizmu w perspektywie tych kilku godzin?

Trudna sytuacja. Obawiam się, że z raną wątroby to delikwent kilku-kilkunastu godzin Ci nie przetrzyma. Jeżeli będzie szedł, tłocznia mięśniowa działająca na naczynia wykrwawi go jeszcze szybciej. Jeżeli nie jest Ci to niezbędne dla logiki fabuły, sugerowałabym zwykłą kosę w żebra z pominięciem wątroby – przy ranie kłutej podżebrza opatrzonej kawałkiem szmaty i tak niebawem umrze. ;)

No ważne dla mnie jest, żeby nie umarł zbyt szybko. Dzięki za pomoc, skorzystam z sugestii. ;)

Czy ktoś tu zna się na modzie renesansowej/nowożytnej? Chciałabym wiedzieć, czy nakrycie głowy, takie jak to, mogę nazywać czapką lub beretem, czy też miało inną, charakterystyczną nazwę?

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Przypomnij mi się jutro na privie, najlepiej koło północy, to zerknę do paru historii mody, które mam w domu, może będzie w tej, która jest po polsku, a jakby co, to może obcojęzyczne terminy coś pomogą.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Czy mogę kogoś pomolestować na temat ran ciętych, plam opadowych, ogólnie sekcji zwłok, także w kontekście historycznym?

Śmiało.

Napisz mi na priv. Edit. To ja też zapytam – poszukuję infornacji na temat Egiptu w okresie ptolemejskim, ktoś może mi coś polecić?

Ja mogę o Egipcie ptolemejskim, naukowo się m. in. tym zajmuję – głównie literaturą itd. Pisz na priv, co potrzebujesz.  Drakaina jest specjalistką od sztuki epoki, tak BTW.

Konkretnie: byłam w okresie archeo, ale sporo o tym akurat wiem. I o propagandzie królewskiej, bo właściwie to się tym zajmowałam...

 

Od razu mogę polecić książki Adama Łukaszewicza – to wybitny znawca, archeolog-papirolog, a zarazem pisze sporo popularnonaukowych dla ludzi. To się nazywa “Egipt Greków i Rzymian” i chyba po prostu “Kleopatra”. Po polsku jest też Świderkówna “Życie codzienne w Egipcie greckich papirusów” – jeśli dobrze odczytuję, bo ta seria stoi na najwyższej półce, a ja mam za słabe okulary :/

 

A ninedin jest skarbnicą wiedzy

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

O, to, to, “Życie codzienne” brzmi jak coś, czego potrzebuję. Jesteście niezastąpione, dzięki! W razie czego będę Was męczyć. :)

O, kurcze, nawet nie wiedziałem, że Świderkówna tyle fajnych książek napisała :-O.

Ze swojej strony, totalnego amatora i laika, polecam dwie książki tej Pani: “Hellenika” i “Hellada królów”. W obu coś na temat Ptolemeuszy jest. A poza tym – jak to się świetnie czyta :D!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Drakaina: jutro, czyli dziś w nocy? Tak czy siak, dam znać.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Ajzan – robiłam kiedyś renesansowy risercz modowy do opowiadania i nie kojarzę innej nazwy. Jak dla mnie to jest płaski, rozcinany beret z piórkiem. Typowe nakrycie głowy Jaskra ;)

Minuskuło, sprawdziłam w historii mody i najczęściej w odniesieniu do XVI w. piszą “płaski kapelusz”, ale beret też się raz pojawił, więc powinien być bezbolesny.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Połowa XIX wieku, prowincja francuska. Czy przedstawiciel burżuazji może przeprowadzić remont chałupy z powodu zakładania kanalizacji? A jeśli nie, to z jakiego – oświetlenie gazowe, bieżąca woda, centralne ogrzewanie?

Babska logika rządzi!

Może korniki?

Po przeczytaniu spalić monitor.

No nie, potrzebuję dziur w ścianach kamienicy. Korniki mają nieodpowiednią dietę.

Babska logika rządzi!

Ta chałupa na prowincji mnie zmyliła ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Może grzyb, pleśń, wykwity? Jeśli dziury to konstrukcja – rysy, pęknięcia spowodowane błędem w fazie budowania lub potem użytkowania – przeróbki.

Nie, potrzebuję hałasujących robotników i dziur w ścianach. Na wylot. Kamienica raczej stara, nie stoi od pięciu lat, żeby się nagle wady objawiły.

Babska logika rządzi!

Centralne ogrzewanie raczej później. U Christie Anglicy zakładają w latach 20-tych.

Oświetlenie gazowe, jak mętnie pamiętam, było tak jasne, że się go w domach nie montowało (problem był też z dostawą gazu).

Zostaje woda lub kanalizacja, ale tu trzeba pogrzebać. Na razie tyle!

 

EDIT: Tu jest trochę, ale mało – https://www.maxfliz.pl/blog-o-wnetrzach/historia-kapieli-czyli-z-wanna-przez-stulecia,326 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Hmmm. Fogg w “80 dniach dookoła świata” chyba miał gazowe – była scenka, jak ochrzania służącego, który zapomniał zgasić lampę przed wyjazdem. Ale nie pamiętam, czy to było w książce, czy w filmiku dla dzieci.

Babska logika rządzi!

A kominy Ci nie wystarczą? Dymi się, sadze się pojawiają?

 

EDIT: To było w książce zdaje się, ale Verne pisał SF ;).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dzięki za linka, zaraz obczaję.

Kominy nie wystarczą. Mam Wam pół opowiadania streścić? Potrzebuję hałasu i dziur w ścianach. Na wylot, świeżych.

Babska logika rządzi!

Tu jest o lampach – https://pl.wikipedia.org/wiki/Lampa_gazowa 

A dwór wielki? Bo niektórzy mieli jakieś instalacje do dzwonienia na służbę. Ale jak to wyglądało?

 

EDIT: Wymyśl jakiś skarb pradziadka, zamurowany w ścianie. Wszyscy będą rozwalać :P

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Najlepiej by mi pasowała kanalizacja – ma najwięcej sensu fabularnie. Ale jeśli to odpadnie, będę szukać innych powodów do psucia ścian. Nie dwór, kamienica. Stara, bogata, na starówce, może nawet przy rynku głównym.

Babska logika rządzi!

Może szkielet zamurowany – duchy? Co do konstrukcji to szwankowała, gdyż zależy kto budował, na czym oszczędzał oraz jakie ściany rozwalali kolejni użytkownicy, aby przestrzeń dostosować do swoich potrzeb.  Kamienice to nie katedry.

Minuskuło, drakaino, bardzo dziękuję za wasze informacje. Sama, jak szukałam, też znalazłam określanie tego typu nakryć głowy beretami, więc tędy pójdę.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Czy przedstawiciel burżuazji może przeprowadzić remont chałupy z powodu zakładania kanalizacji?

Zakładam, że chałupa jest metaforyczna ;)

 

Kanalizacja pojawia się w części projektów hausmannowskich (dokładnie połowa XIX w.), ale one póki co nie wychodzą poza Paryż. Jeśli nie potrzebujesz tego na zaraz, mogę sprawdzić, co o tym mam – ale problem w tym, że raczej nie w żadnej książce, ale na zdjęciach z wystawy tak specjalistycznie architektonicznej, że nie kupiłam katalogu za prawie 50 euro.

 

Stukanie itd. możesz mieć przy absolutnie dowolnym remoncie... Przy kamienicy zbudowanej tanim kosztem możesz mieć ściany na tyle cienkie, że się przebiją łatwo. Były miejsca w Europie, gdzie zdarzały się kamienice budowane tak, że miały wspólne elementy konstrukcyjne, a nie dwie ściany obok, więc można w tym kierunku pokombinować.

 

Ale właśnie doczytałam, że “stara, bogata, na starówce, może nawet przy rynku głównym”, więc może być problem, bo to raczej nie te sfery. Choć jeśli bardzo stara, to kto wie, ćmi mi się coś takiego z wykładu o średniowieczu.

 

Jakby co, pisz na priva.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki, Drakaino. Jeśli kanalizacja pojawia się w połowie XIX wieku, to luz. Najwyżej przesunę odrobinę czas akcji. Nie zależy mi na nim tak precyzyjnie. Zrobi sobie facet kanalizację. W końcu, co mu szkodzi dowiedzieć się o paryskich nowinkach technicznych.

A w ogóle to mam niecny plan, żeby się pouśmiechać do Ciebie o betę, jak już napiszę. :-)

Babska logika rządzi!

Ale na prowincji nie bardzo. Nawet nie wiem, jak było z realizacją tych paryskich projektów, bo nie zajmowałam się tym bliżej. To nie jest takie proste, bo przecież do kanalizacji potrzebna jest szersza infrastruktura – skąd ma brać tę wodę, gdzie ją odprowadzać? Do wolnostojącego domu na wsi, to jeszcze wyobrażam sobie poprowadzenie tak, jak się i teraz prowadzi (choć nie wiem, co z ciśnieniem?), ale w tkance miejskiej? W Paryżu przebudowa Hausmanna oznaczała kolosalne wyburzenia i zmiany całej miejskiej infrastruktury.

 

A co do bety – spox, na merytoryczne chętnie zerknę.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

“Powszechnie uważano Tempoval za włoską stolicę sztuk zegarmistrzowskich” – czy pisząc z perspektywy renesansu mogę użyć w takim kontekście słowa “włoski”, zważywszy na podział terenów Włoch w tamtym okresie na mniejsze republiki, księstwa itp.?

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Skoro nawet Kochanowski tak pisał, to chyba można?

DRUGIE TEMUŻ.

 

 Hiszpany, Włochy i Niemce zwiedziwszy,

Królowi swemu cnotliwie służywszy,

Umarłeś Kryski i leżysz w tym grobie;

Mnieś wielki smutek zostawił po sobie.

A iż płacz prózny i żałość w tej mierze,

Tem więtszą i płacz i żałość moc bierze.

Widzę, że jednak zostałaś przy zegarmistrzach?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Ajzan, mam wątpliwości. Dopóki będziesz te Włochy traktowała jako krainę, a nie organizm państwowy, ujdzie, choć Italia lepsza.

Ten Kochanowski nie jest dobrym przykładem: to jest dziwna konstrukcja, bo on ewidentnie używa nazw nacji w miejsce państw czy obszarów geograficznych. Najbardziej na to wskazują “Hiszpany”, ale reszta też. Może to być spowodowane właśnie rozdrobnieniami: i Italii, i Niemiec – żeby ująć wszystko całościowo, zastosował taki myk. Ergo wcale nie ma tu określenia “Włochy” tak jak my go używamy. Bo zasadniczo masz rację: politycznie nazwy Włochy powinno się używać dopiero od zjednoczenia, a od której daty konkretnie, to już przedmiot debat, nie na ten wątek ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję. Chyba jednak zastosuję Italię, bo to o krainę mi chodziło, nie państwo. Poza tym i tak planowałam używać niespolszczonych nazw włoskich (Medici zamiast Medyceuszy itp.). Zostałam też przy zegarmistrzach, bo mi pasują, a skoro i tak Retrowizje dotyczą alternatywnej historii, to ten zawód mógł rozszeżyć zakres działalności.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Czy ktoś orientuje się może w temacie niewolnictwa w Holenderskich Indiach Wschodnich? W internecie pełno jest informacji o handlu niewolnikami miedzy Afryką a Amerykami, ale nie mogę nic znaleźć o sytuacji na wschodzie. Domyślam się, że do roboty przy uprawie przypraw korzennych zagoniono lokalsów, ale czy mówimy o klasycznym niewolnictwie spod znaku bata i kajdan czy raczej wyzysku słabo opłaconych, ale teoretycznie wolnych robotników?

A jakie czasy konkretnie Cię interesują?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

XVII wiek, ewentualnie początek XVIII. Czasy kiedy okolicą zarządzała Holenderska Kompania Wschodnioindyjska.

Spróbuj poszukać w publikacjach wymienionych po prostu tutaj, jest szansa, że któreś będą w googlebooks choćby we fragmentach: https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_works_about_the_Dutch_East_India_Company

 

Najwięcej jest oczywiście o Afryce Pd.

 

Zapytanie wujka google o East India Company slavery wyrzuca np. coś takiego:

https://www.ascleiden.nl/content/webdossiers/dutch-involvement-transatlantic-slave-trade-and-abolition

 

Jeśli nie przeraża Cię dalsze grzebanie, to tu są różne linki, może też do bibliografii: http://www.tanap.net/

 

Rijksmuseum miewa fajne kontekstowe informacje z bibliografią o dziełach sztuki, ale musiałbyś tam znaleźć coś, co jest na temat, a to może być trudne.

 

U Conrada pewnie coś jest w ramach wspomnień dawniejszych czasów, bo on tam dużo pływał, ale to też chyba skórka nie warta wyprawki, choć lektura sama w sobie zacna.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Poszperałem. Gdyby ktoś jeszcze był tematem zainteresowany:

Holenderska Kompania Wschodnioindyjska korzystała zarówno z pracowników zrekrutowanych w Europie (marynarze i żołnierze), jak i ściągniętych z Afryki i Azji – przy czym ci ostatni bywali zarówno wolnymi ludźmi jak i niewolnikami. Przy czym napotkałem też tezę, że nawet teoretycznie wolni pracownicy, kiedy już raz trafili do kolonii, raczej nie mieli szansy na to, by kiedyś wrócić do domu. 

Zdarzało im się też kupować przyprawy, których nie uprawiali samodzielnie, przy czym wcześniej wymuszali na władcach danego obszaru, by ci handlowali tylko z Kompanią (zapewniali sobie monopol).

Archeolog poszukiwany na gwałt, zwłaszcza orientujący się w pradziejach.

Napisz może do Ceterari.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Proszę o źródła opisujące relacje ówcześnie żyjących ludzi na pierwsze loty montgolfierą. Interesują mnie szczególnie opinie konserwatywnych członków społeczeństwa.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevazie, wydanych pamiętników osiemnastowiecznych jest sporo, na pewno coś się znajdzie, zapewne w różnych językach, co więcej. Ale nie wygląda na to, żeby ktokolwiek wydał antologię reakcji na pierwsze loty, więc po prostu trzeba przeszukać to, co będzie dostępne w google books, na gallice czy w innych repozytoriach... Większość zeskanowanych starych książek jest przeszukiwalna. Poszukałabym też jakiejś książki naukowej o pierwszych lotach, nie wierzę, żeby nie istniała, tam powinny być źródła oraz zapewne cytaty.

 

Ot, choćby taki staroć (zawartości nie sprawdzałam): https://archive.org/details/histoiredesballo01tiss/page/n10

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Czy jest na sali ktoś, kto zna się na służbie więzienniczej, w zasadzie głównie areszcie, w Polsce?

Areszcie czy dołku? Bo to nie to samo.

Tak jak pisałam – przede wszystkim na areszcie, choć będę wdzięczna za jakąkolwiek pomoc.

Potrzebuję kogoś, kto pracował/pracuje jako student w McDonald’sie, Subwayu czy innym lokalu szybkiej obsługi ego typu. Ktoś coś? ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ok, nikt się nie chce przyznać do pracy w barze szybkiej obsługi, trudno. Ale może znajdzie się ktoś, kto ma za sobą studia na politechnice i zechciałby mi odpowiedzieć na kilka pytań dotyczących organizacji uczelni technicznej?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jose, z tym barem to uderz może do Teyami. Gdzie ona nie pracowała. :D

Nie byłam specjalnie zorganizowaną studentką, ale może coś będę wiedziała.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Ja pracowałam w barze z jedzeniem w kinie, ale nie wiem, czy to się liczy :P

Ooo, fajnie. Jak tylko się zastanowię, czego potrzebuję, na pewno do Was napiszę, z góry dziękuję ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Uczelnia techniczna, może też mogłabym pomóc, napisz:)

Brightside nieźle kombinuje – jak ostatnio liczyłam, to miałam w życiu jakieś dziesięć rodzajów prac dorywczych :D Niestety z moim antytalentem kulinarnym robiłam najwyżej tościki w kawiarni, więc nie wiem, czy będę w stanie pomóc. W każdym razie na pewno bardziej niż przy pytaniu o uczelnie techniczne :D

 

Wie ktoś może jak nazywa się plastikowa obudowa drzwi samochodowych, ten fragment tuż pod szybą?

I jak nazywa się metalowa końcówka pasa, którą wkłada się w zapięcie?

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

I jak nazywa się metalowa końcówka pasa, którą wkłada się w zapięcie?

Jak dla mnie – klamra.

A te plastiki – to chyba wykładziny drzwi, ale tu głowy nie dam.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Klamra brzmi sensownie. Dzięki!

 

A to coś wyprofilowane i wystające na drzwiach to podłokietnik jest? Bo mam postać, która siedzi na miejscu pasażera i bębni palcami w... No i właśnie nie wiem w co, żeby dobrze brzmiało... Bo samo w drzwi brzmi jakoś niespecjalnie :-(

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Podłokietnik pasi, ale myślałem, że ty pytasz o tę całą połać :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Bo o to pytałam, ale bębnienie palcami w wykładzinę brzmi nieszczególnie, więc się zastanawiam, czy nie zamienić na podłokietnik.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Brzmi zdecydowanie lepiej. I bębni się w niego łatwiej ;).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Moi kochani – czy ktoś tu może strzela (albo przynajmniej raz strzelał) z broni palnej (amunicją ostrą) i byłby w stanie mi powiedzieć, czy przy wystrzale z broni współczesnej czuje się jakiś zapach? Chodzi mi o normalny pistolet – jakiś Colt czy tam inny Glock. Mieszanka zapłonowa powinna czymś pachnieć, smary do broni zapewne też – czy ktoś mógłby mi  przybliżyć, jaka to woń? :D

Raz w życiu na jakimś szczątkowym szkoleniu wojskowym, do tarczy na fachowej strzelnicy (postrzelałabym więcej, nie powiem), ale wrażeń zapachowych niestety nie pamiętam – co może oznaczać, że nic szczególnie w nos się nie rzuca, choć założyłabym, że metal+smar muszą trochę pachnieć. Potem już tylko z muszkietów i tam czuje się zapach bardzo zdecydowanie :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Właśnie wiem, że starsze bronie jadą tym prochem niewąsko, ale nigdy jeszcze nie miałam okazji strzelać i nie wiem, czy współczesne modele też czymś aromatyzują. :) Niby przy wystrzale z lufy wydostają się gazy, pojęcia nie mam, czy są wonne.

Te gazy to chyba głównie dwutlenek węgla i azot, ale spytaj kogoś na strzelnicy, bo ja nie trafiam w chłopa butem i boję się strzelać.

Ma ktoś jakieś pojęcie o duchach/upiorach/widmach/inszych rewenantach w folklorze portugalskim?

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Czyżby mała sugestia, o czym piszesz na konkurs Finkli? Sprawdziłam listę książek o folklorze i lokalnych wierzeniach, jakie posiadam na półce i na dysku, ale niestety Portugalii tam nie ma :(

Ale taki tip: jeszcze mi się nie zdarzyło nie znaleźć czegoś fajnego na takie tematy w sieci. W najgorszym razie grozi Ci google translatorowanie z portugalskiego...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Może... szukam, w każdym razie. Zawsze mogę zrobić przekręt i gwizdnąć coś z Baśni kaszubskich.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Kiedy ja byłam w Portugalii, palili tam gigantycznego kozła (plus całe drzewo) na Festa da Cabra e do Canhoto, może poczytaj coś o tym festiwalu, bo był bardzo... hmm, barbarzyński :d

Wiktor – kilka razy strzelałem z pistoletów, ale również nie poczułem w nosie nic wyjątkowego. Jednak nie skupiałem się w ogóle na zapachach, ale na strzelaniu.

Pomóżcie, dobre dusze! :<

 

Potrzebuję staropolskiego powitania, takiego używanego w czasach Kazimierza Wielkiego. “Szczęść Boże” będzie okej? Bo dowiedziałam się, że “Niech będzie pochwalony...” to wymysł dopiero XVII wieku i mój światopogląd runął ;_; 

 

Halp!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

A może wystarczy zwykłe "witaj"?

palili tam gigantycznego kozła (plus całe drzewo) na Festa da Cabra e do Canhoto, może poczytaj coś o tym festiwalu, bo był bardzo... hmm, barbarzyński :d

Argh, w ogóle mi nie pasuje, a takie fajne! Wrr!

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Światowiderze, gawiedź się raczej nie witała słowem "Witaj" :<

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

No to proszę (przepraszam za brzydki link, ale piszę z telefonu): https://histmag.org/Czolem-panie-bracie.-Zasady-staropolskiego-powitania-15985

Podczas powitania wypowiadali oni [chłopi i szlachta] formułę „pomaga Bóg”. W XVIII wieku zwrot ten zastąpiono formą „niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.

Sy, obawiam się, że nie posiadamy materiału, który pozwoliłby ustalić, jak się witała gawiedź za Kazimierza Wielkiego. Na to musi istnieć korpus tekstów, w których dana wypowiedź ma szanse wystąpić. Z XIV w. polskich tekstów jest co kot napłakał w ogóle, a obstawiam, że takich, gdzie cytowane byłyby wypowiedzi gawiedzi (brr, rym) nie ma wcale. Piętnastowieczne też raczej nie pomogą, tak na oko. Jeżeli koniecznie chcesz mieć coś w miarę zbliżonego, poszukaj np. u Reja, w Żywocie człowieka poczciwego na przykład  – sporo później, ale wieś jest dość konserwatywna, jeśli chodzi o obyczaje.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Światowiderze, dzięki za artykuł, ale już go czytałam i nie ma tam nawet słowa o "witaj". A "Pomaga Bóg" było używane, gdy spotkało się kogoś pracującego. Ja potrzebuję zwykłego powitania używanego w gospodzie, na drodze, między mieszkańcami wsi :<

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Dziękuję drakaino, tak myślałam, że będzie ciężko :< Pogrzebię w kronikach z tamtego okresu, i tak jak mówisz, literaturze.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Kroniki były pisane po łacinie, więc wiele Ci to nie pomoże – tłumaczenia już nie są z epoki i może w nich być cokolwiek. No i opisują głównie wydarzenia polityczne, a nie życie codzienne... Najbardziej obstawiałabym Reja, bo nawet na XVI w. ma dość archaiczny język.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Światowiderze, zwracam honor, w “Żywotach...” znalazłam poczciwe “witajże” :D. 

 

Dzięki za pomoc i sugestię, drakaino!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

W sumie późniejsze pamiętniki też możesz spróbować (Pasek powinien być online), bo skoro już wiesz, co byłoby anachronizmem (to niech będzie pochwalony istotnie zatrąca potrydencko), to te mniej rzucające się w oczy zwroty powinny być w miarę ponadczasowe. Nie można dać się zwariować riserczowi ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie można dać się zwariować riserczowi ;)

Otóż to – choćbyś nie wiem, jak się starała, nie odtworzysz dawnego świata w stu procentach, bo to jest zwyczajnie niemożliwe. Wyobraź sobie, że jesteś malarką – choćbyś narysowała kwiatek lepiej, niż w podręczniku botaniki, to i tak nie będzie autentycznym kwiatkiem. Autentyczne kwiatki nie są takie płaskie :) Głowa do góry, sy!

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

I jeszcze jedno: nadmiernie dokładnie odtworzone dawne epoki mogą być nie do przełknięcia dla współczesnego czytelnika. Drastycznym przykładem takiej niekompatybilności jest wiek małżeński.

 

Unikanie anachronizmów, pilnowanie detali, które dają nastrój – jak najbardziej, oczywiście :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Macie rację, dziewczyny, chyba faktycznie za bardzo zaczęłam się wgłębiać w szczegóły szczególiki i zamiast pisać to siedziałam i dumałam ;_; Dzięki! ❤

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

To ma nawet swoją nazwę: research pit :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Pytanie do prawnika/notariusza/ kogoś, kto zna się na rozwodach. Czy taka sytuacja ma rację bytu:

 

Na stole dokumenty, otwarta koperta – polecony. Papiery rozwodowe – propozycja rozstania za obopólną zgodą. Niepodpisane. W kopercie wezwanie na rozprawę w sprawie rozwodu z orzeczeniem o winie – Małgorzaty Koter.

?

 

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Nie znam się na prawie, ale widzę problem logiczny – albo obopólna zgoda, albo ktoś zawinił. Chyba, że chodzi Ci o sytuację, w której jedna strona myślała, że będzie ugoda, a tu nagle dostaje pozew?

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

chodzi Ci o sytuację, w której jedna strona myślała, że będzie ugoda, a tu nagle dostaje pozew?

 

Dokładnie o taką sytuację mi chodzi :-)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Może, ugoda mediacyjna jeszcze nie została zawarta.

Ale jaka ugoda? O rozwodzie postanawia sąd okręgowy – w tym również orzeka bądź nie o winie.

Anet, tak, ale przy porozumieniu stron można wcześniej u mediatora spisać treść ugody, sąd wówczas tylko orzeka rozpad pożycia i przyklepuje takie warunki, jakie sobie para ustaliła. To ma na celu skrócenie postępowania sądowego i mniej biurokracji (rozwód w 15 minut na 1 rozprawie).

A, przepraszam, nie zrozumiałam, myślałam, że ugoda ma być zamiast ;)

Zawsze możesz zgłosić własny komentarz, Dogs, wtedy przybędzie Beryl-prawnik i może odpowie. ];>

Nowa Fantastyka