- Hydepark: Wzajemna pomoc merytoryczna przy pisaniu opowiadań

Hydepark:

inne

Wzajemna pomoc merytoryczna przy pisaniu opowiadań

Przy tworzeniu historii często bywa tak, że by opowiedzieć coś przekonująco, musimy poszerzać swoją wiedzę. Niejednokrotnie jednak okazuje się, że nie ma gdzie szukać – bo wikipedia nie wystarcza, a nie chcemy ufać anonimowym ludziom z anonimowego forum. Tak się jednak składa, że jest nas tutaj niemało i każdy zna się na czym innym, dlaczego więc nie możemy pomagać sobie wzajemnie?

Jeżeli macie problem z jakimś zagadnieniem – napiszcie tutaj. Może znajdzie się jakiś mechanik/lekarz/geograf/historyk/prawnik/elektryk/fizyk/etc. A może ktoś z nas po prostu – mimo odmiennego wykształcenia i zainteresowań – ma jakieś doświadczenia, które okażą się przydatne?

By jednak zachować ten temat w porządku, chciałbym, by wszelkie dłuższe dyskusje dotyczące określonego zagadnienia albo przenosiły się na drogę prywatną, albo (moim zdaniem lepiej!) byście założyli osobny temat poświęcony danemu zagadnieniu. I tak, jeśli chcecie poszerzyć swoją wiedzę dotyczącą funkcjonowania czarnych dziur i wyjdziecie poza ramy formuły pytanie-odpowiedź, dyskusja się rozwinie – pędźcie założyć osobny temat :)

Komentarze

obserwuj

To znowu ja i mój wpis po gwiazdkę. Przepraszam!

“To learn which questions are unanswerable, and not to answer them: this skill is most needful in times of stress and darkness” ― Ursula K. Le Guin, The Left Hand of Darkness

Dzięki wszystkim. Inne moje źródła stwierdziły, że samo jelito może i wytrzyma, ale miejsca przyrostu do ciała (tzn. odbyt) raczej nie.

A ja myślałem, że Ty te jelita chcesz okręcić na szyi i delikwenta na drzewie powiesić tak bardziej tradycyjnie. :(

Ja to bym wolał ich całkiem nie ruszać, ale kogoś fantazja poniosła. :P Nie, wyciągnięte z brzucha, a delikwent podwieszony pod sufitem “jak kandelabr”. Tak czy inaczej sprawa zamknięta, dzięki wszystkim.

a delikwent podwieszony pod sufitem “jak kandelabr”.

Raczej jak żyrandol, bo kandelabr to świecznik stojący. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja też myślałam, że to o wyrwanych z brzucha jelitach :D

http://altronapoleone.home.blog

Nie wiem jaki ciężar jest w stanie utrzymać jelito, ale należy pamiętać, że po śmierci to właśnie od jelit rozpoczyna się rozkład gnilny, gdyż mechanizmy homeostazy zanikają, przez co biota bakteryjna przestaje być kontrolowana i zaczyna się mnożyć na potęgę. Jelito rozdęte gazami gnilnymi i  naruszone zmianami strukturalnymi będzie mniej wytrzymałe, niż jelito żyjącego człowieka. Tempo postępowania tych zmian zależy od temperatury: w zimnie będą postępować wolno, w upale – bardzo szybko.

Raczej jak żyrandol, bo kandelabr to świecznik stojący. ;)

Nie zwróciłem na to uwagi, ale oczywiście masz rację, muszę zwrócić autorowi uwagę.

Nie wiem jaki ciężar jest w stanie utrzymać jelito, ale należy pamiętać, że po śmierci to właśnie od jelit rozpoczyna się rozkład gnilny

To akurat nie problem, bo facet w trakcie wieszania jeszcze wierzga nogami. 

Milusio ; p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Czasy grubo przed wynalezieniem stetoskopu. Osłuchiwanie bezpośrednie. Żeby “posłuchać” płuc znachor musiałby przytknąć ucho do klatki piersiowej chorego czy raczej do jego pleców?

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Tu i tu.

 

Są też takie ujęcia:

Znalezione obrazy dla zapytania: direct auscultation"

Strasznie chytrą minę ma ten pan dochtór. (Jak to, po czym, Finklo? Po dyplomach! XD)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Cudowne te obrazki :)

http://altronapoleone.home.blog

Te górne zwykle opatrzane podpisem: “Lekarze nigdy nie zapomną Laennecowi jego wynalazku”.

Pytanie do osób znających się na dawnym umundurowaniu:

Czy dziewiętnastowieczne mundury wojskowe (obojętne, jakiego kraju) zapewniały jakąś dodatkową ochronę, czy nie różniły się wiele od zwykłego ubrania?

Dobra, powstrzymam się od uwagi, że XIX wiek to sto lat (albo i 124, jeśli liczyć “długi wiek”) i nie ma czegoś takiego jak “dziewiętnastowieczny mundur” ;) Zasadniczo odpowiedź brzmi: nie różniły się wiele od zwykłego ubrania. Czasem nawet były od niego gorsze. Oczywiście galowe oficerskie były z najlepszych materiałów, ale polowe zwykle z dość przeciętnej jakości sukna. To trochę zależy od czasu i kraju, a także formacji, ale ogólnie tak.

Niemniej – zależy co chcesz osiągnąć.

Np. wysokie czy szerokie nakrycia głowy (bermyce, czaka, czapki ułańskie, hełmy, a nawet bikorny itd.) miały za zadanie chronić głowę przed ciosami szablą. Kirasjerzy mieli metalowe napierśniki. “Ozdoby” (szamerunki) mundurów huzarskich wbrew pozorom też spełniały funkcje ochronne, bo taki haft z metalową nicią trochę  amortyzował zwłaszcza cięcia szablą, ale i miał szanse zatrzymać albo spowolnić kulę. Niemniej np. przed kulą armatnią nie chroniła nawet kirasjerska zbroja. Z kolei plecak, który żołnierz miał na plecach na polu walki, trochę chronił. I tak dalej, zależy czego szukasz.

Podaj szczegóły, czego potrzebujesz, będzie łatwiej.

http://altronapoleone.home.blog

Jak napisałam w temacie do pomocy różnej, obecnie eksperymentuję z dodaniem elementów dziewiętnastowiecznych do świata bogów skandynawskich.  Do opowiadania napisałam takie zdanie:

– W Midgardzie doszło do zdarzenia, które dla dobra Asgardu powinienem zbadać osobiście – mówił Hajmdal, jednocześnie nakładając na mundur lekki pancerz.

Chciałam wiedzieć, czy połączenie mundur + pancerz nie będzie przesadą. 

Pamiętam, że pisałaś o elementach XIX/steampunk, ale to mało, żeby wiedzieć, o co Ci chodziło z tymi mundurami :P

 

No więc tak: pancerz to zasadniczo zbroja, taka chroniąca większość ciała. Nie wiem natomiast, co Twój bohater zakłada... (skądinąd “jednocześnie” jest zbędne, bo używasz imiesłowu współczesnego, który to właśnie sugeruje). Kirasjerzy dziewiętnastowieczni nosili już w zasadzie głównie kirysy w formie napierśnika, ewentualnie też z pełną ochroną pleców (np. skórzaną), ale nie nóg czy rąk, jak różne wcześniejsze formacje. I oczywiście nosiło się to na mundur określonej formacji i pułku.

A zatem – nie będzie przesadą, jeśli to odpowiedni mundur ;)

 

Masz tu pruskiego kirasjera z ok. 1870. To już późny krój munduru, ale masz napierśnik jak malowanie. Śmiem jednakowoż twierdzić, że te z początku wieku wyglądały sensowniej ;)

 

http://altronapoleone.home.blog

Dziękuję, Drakaino. ^^

U mnie jest wymieszanie epok, więc pancerz będzie wyglądał trochę inaczej. Chciałam tylko się upewnić, czy połączenie z mundurem jest możliwe, bo nie byłam pewna.

Ajzan, nie chodzi o to, czy jest możliwe, bo możliwe jest w literaturze wszystko. Chodzi o to, czy to ma sens. Mundur to nie jest kostium balowy, mundur – od kiedy w XVIII wieku pojawił się w nowoczesnej formie (a i wcześniej niekiedy) – jest regulaminowy i przynależy do konkretnej jednostki wojskowej i nie nosi go nikt poza osobami do tego uprawnionymi. Także inne elementy: broń, uzbrojenie, przypisane są do konkretnych formacji itd., a w ich ramach mundur polowy, galowy itepe – zależy od sytuacji. Tego się nie zakłada ot tak, wg widzimisię. Jeśli chcesz, żeby te Twoje realia miały sens, to nikt, nawet Heimdal, nie będzie ot tak po prostu zakładał kirysu na dowolny mundur, dla większego bezpieczeństwa. To nie sytuacja, kiedy cywilom rozdaje się kamizelki kuloodporne itd.

http://altronapoleone.home.blog

Mam pytanie czy jeśli zaczyna się (dopiero zaczyna a nie już trwa jakiś czas) to można rozpoznać twarz zmarłej osoby?  Proszę (jeśli to możliwe) udzielić mi informacji  tak/nie/ zależy od... w wiadomości prywatnej.

Z góry dziękuję za odpowiedź.

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Kuba – ale co się zaczyna?

Po drugie – proponowałbym jednak pisanie odpowiedzi tutaj, niech inni też skorzystają. 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Chodzi zapewne o proces gnilny. Kiedyś o tym czytałem, chyba gdzieś zapisałem link... o tutaj!

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Czy i jakie leki (nie zabiegi) stosowano w dzięwiętnastym wieku, jeśli pacjent żył praktycznie w ciągłym strachu, a do tego miewał tak ostre napady paniki, że na moment tracił kontakt z rzeczywistością?

Obawiam się, że takie same jak w przypadku wszelkich innych problemów natury psychicznej, spektrum było nieduże, głównie opiaty w rodzaju laudanum/morfiny. Oczywiście wiele zależy od tego kiedy konkretnie w XIX wieku, bo akurat w medycynie jest kolosalna różnica między 1810 a 1890, a i dekadami pośrodku... Oraz, akurat psychiatria wyglądała bardzo, bardzo różnie w zależności od kraju.

http://altronapoleone.home.blog

Dziękuję, drakaino.

Akurat potrzebuję tego do świata stylizowanego na XIX wiek, więc konkretów nie potrzebuję. Spróbuję przemycić do tekstu laudanum. ;-)

Ajzan, akurat w XIX wieku, konkrety mogą być ważne, tj. miejsce, czas i płeć. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Strzelam, że miejsce i czas to Asgard, pewnie coś koło V-X wieku :P 

Tak, Arnubisie. ^^ Czas w Misgardzie koło tego, ale sam Asgard stylizuję na erę wiktoriańską, więc nalewka podobna do laudanum, w użyciu przez młdą kobietę, powinna ujść.

“na erę wiktoriańską”... Wrrrr. Co przez to rozumiesz? Wiktoria panowała od 1837 do 1901, to jest kilka epok, jeśli chodzi o politykę, modę, obyczaje, osiągnięcia naukowe i techniczne. W popularnym odbiorze “wiktorianizm” utożsamia się jednakowoż z trzema ostatnimi dekadami XIX wieku, kiedy masz już całkiem sporo możliwości, więc jeśli to masz na myśli, a zwłaszcza końcówkę wieku, to pewnie można znaleźć coś ciekawszego. Niestety akurat na belle epoque znam się stosunkowo słabo.

http://altronapoleone.home.blog

Szukam dobrej duszyczki, która zgłębiła się w temat kart, wykraczając poza granie ze znajomymi dla rozrywki. Potrzebuję nieco informacji o żargonie graczy i może kilku informacji o typowych zagrywkach – gra właściwie nie ma znaczenia. 

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Ja grałem kiedyś w mtg, tam jest fajny żargon. :) A jeśli chodzi o klasyczne gry, to w brydżu np. masz “wist”, “impas”, ”odzywka”, “gra bez atu” itd.

MaSkrol, a obejrzyj sobie “Wielkiego Szu”. Dobry film i przy okazji jakieś odpowiedzi na Twoje pytanie się tam znajdą. Znajdziesz nie tylko odzywki, ale też zachowania graczy i ich motywacje.

"Nic mnie nie zmusi dzisiaj do biegania, mimo wszystko znów zasiadam zaraz do pisania."

Dzięki, Corrinnie, mtg niestety mnie nie urządza, choć gra ciekawa (i droga niestety). Sprawdzę te, co wymieniłeś :)

Edit. Dziękuję, pablo026! Postaram się obejrzeć, akurat motywacje i zachowania niekoniecznie mi się przydadzą do tekstu, który piszę, ale na pewno kiedyś wykorzystam je do czegoś innego :)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

W tysiącu na kartę, której na pewno nie da się przebić i daje pewne punkty graczowi, mówi się “sztych”.

Na bezwartościowe karty, których można się pozbyć bez straty punktów lub z minimalną stratą, mówi się “blotki”.

“Meldunek” to fakt zameldowania posiadania na ręku króla i damy jednego koloru i zagrania jedną z nich w swojej turze, przy ogłoszeniu, że ma się też drugą kartę, zazwyczaj przez określenie wysokości meldunku (każdy kolor ma inną wartość). Ponadto zameldowany kolor staje się “tryumfem”, czyli bije wszystkie karty innego koloru, gdy nie ma się na ręku kart tego koloru, gdyż obowiązkiem jest rzucać karty do koloru.

“Musik” to kilka losowych, zakrytych kart, które osoba, która wylicytowała najwyższy kontrakt punktowy, zabiera dla siebie. Ponadto każdy z graczy cyklicznie “jest na musiku”, czyli musi ugrać minimalny kontrakt, jeśli żaden z innych graczy nie zdecyduje się podbić kontraktu.

Gracze zgłaszający kontrakt, ale i pozostali, po rundzie podliczają punkty i mówią, ile ich “ugrali”.

“Ściskać karty” oznacza  celowo lub niecelowo nie rzucać kart do koloru, celem wytworzenia sztycha i zgarnięcia kolejki dla siebie.

Mój dziadek mawiał o mojej babci, że “gra jak Cajmer”, gdy “nie patrzyła jak karty lecą” i odrzucała potencjalne sztychy. ;D

 

Ach, zagrałbym w tysiąca. XD

Z tego co pamiętam, to Bellatrix szastała mistrzostwa w brydżu, więc pewnie może ci pomóc (sam w brydża nieco grywałem, ale w zasadzie bardziej udawałem, bo kumpel potrzebował pary na zawody xD). 

Cudności scena gry w karty jest w “Tangu” Mrożka, ale to pewnie nie te klimaty XD

http://altronapoleone.home.blog

Przykładowy dialog brydżystów:

– Masz kartę: trzy blotki, czwarty walet, singiel, piąty pusty mariaż bez numerków. Z prawej trefl. Spasowałeś, z lewej kier a twój kontra. Otwierający rio, co robisz?

– Uciekam w dwa trefle z prędkością światła, może nie walną.

– Lewy dwa karo, prawy trzy buły po wahełku i obleciało. Napoczynasz.

– W trefla pewnie się nawijam, to może środkowy pik, na partnera?

– Po piku wyjeżdża taki stolik (...)

Finkla: dobrze zapamiętałaś, to od ‘fish’, w sensie, że rybka do złowienia przez zawodowego “wędkarza” ;)

Jejku dziękuję za taki odzew <3

Obawiam się, że nie ze wszystkiego zdołam skorzystać (to znaczy nie w tym opowiadaniu, ale na pewno przekopiuję wasze komentarze i zostawię na potem).

MrBrightside, o właśnie takie zwroty mi chodziło, może zdołam coś wykorzystać, ale robię to teraz bardzo intuicyjnie i na czuja.

Arnubisie, dzięki za przysłowanie Belli.

Drakaino, dziś wypożyczyłem “Tango”, bo będziemy je niedługo omawiać, to nie mógł być przypadek ;)

Finkolo, dziękuję, już chyba nawet mam jedno określenie, które wykorzystam.

Bellatrix, wow. To mnie przerasta. Oglądałem właśnie filmik o podstawach brydża, żeby mieć pewność, że dobrze użyję ewentualnych zwrotów, ale to jest kosmos. Na szczęście takiego stopnia zaawansowania nie muszę osiągać. Później przysiądę do Twojego przykładu i spróbuję rozłożyć go na części pierwsze.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

MaSkrol: W razie brydżowych wątpliwości, możesz do mnie pisać, przejrzę, przetłumaczę, podpowiem ;)

Dodam jeszcze, że piki, trefle, karo i kier to nazwy, które najprędzej padną w kasynie, na zawodach, na partyjce jakichś “wyższych sfer”, zaś proste ludzie rzadko nazywają tak kolory, natomiast funkcjonują nazwy: czerwień, dzwonek, żołądź, wino. ;)

W razie brydżowych wątpliwości, możesz do mnie pisać, przejrzę, przetłumaczę, podpowiem ;)

Kiedyś bardzo chętnie napiszę, zapewne jeszcze uderzy mnie pomysł, w którym mógłbym to wykorzystać. Teraz... to jest troszkę coś innego. Dziękuję ;)

Dodam jeszcze, że piki, trefle, karo i kier to nazwy, które najprędzej padną w kasynie, na zawodach, na partyjce jakichś “wyższych sfer”, zaś proste ludzie rzadko nazywają tak kolory, natomiast funkcjonują nazwy: czerwień, dzwonek, żołądź, wino. ;)

Wiem, MrBrightside, wiem, ale więcej nie mogę powiedzieć, żeby niczego nie zdradzić, dzięki ;)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

MrBrightside, nie byłabym taka szybka – mnie dziadkowie, którzy z wyższych sfer raczej nie byli, uczyli gier i pasjansów, i nauczyli mnie właśnie, że to kara, trefle, piki i kiery, a dopiero później, pewnie już jako nastolatka, dowiedziałam się, że niektórzy mówią czerwa, wina itp. ;p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Znałam jedną osobę, która używała tych “win i dzwonków” i była z podobnych “sfer”, jak moja rodzina. U mnie, w bardzo karcianej (tysiącowo-belotkowo-kierkowo-brydżowej) od pokoleń mieszczańskiej rodzinie funkcjonowały kara, kiery itd. Choć prababcia, która ponoć w karty grała wyłącznie po niemiecku, być może używała jeszcze innych określeń :D

http://altronapoleone.home.blog

Herc, grin, krojc – czwartego nie pamiętam. laugh

Taka sytuacja:

Młoda kobieta wspierana jest finansowo i materialnie przez tajemniczą osobę, która z pewnych powodów nie może się jej ujawnić. Kontakt między nimi zapewnia pośrednik, który w swoim imieniu dostarcza kobiecie pocztą paczki i wiadomości od dobroczyńcy. Pełni też rolę łącznika w komunikacji między nimi. Haczyk tkwi w tym, że ten pośrednik sam niewiele wie o tym dobroczyńcy, przez co nie może zaspokoić ciekawości kobiety.

Pytanie, jakim konkretnie typem urzędnika musiałby być ten pośrednik, aby pełnić takie usługi? Prawnikiem, a może kimś innym?

Może to jakiś rodzaj konsjerża?

To w tych Twoich okołodziewiętnastowiecznych realiach? Dozorca (konsjerż) jest o tyle niedobry, że jest na miejscu, więc dziewczyna może usiłować podpatrzyć dobroczyńcę. Obstawiałabym jakiegoś posłańca: pocztowego, kolejowego lub po prostu dobrze opłacanego ulicznika.

http://altronapoleone.home.blog

Konsjerż mniej jako dozorca, a jako wyspecjalizowany człowiek do zadań specjalnych. Ale to się  faktycznie chyba upowszechniło w tej formie później.

Notariusz i każdy prawnik będzie raczej coś wiedział o dobroczyńcy. Chyba że ten pozostawił dyspozycje co do jakichś działań – i finanse na ich realizację – anonimowo.

http://altronapoleone.home.blog

Nie wzięłam pod uwagę wariantu, że może dziewczyna mogłaby podpatrzeć spotkanie tych dwoje, głównie dlatego, że siedziba pośrednika znajduje się w dużym mieście, a ona żyje poza granicami, na wsi, wykluczając częste wyjazdy.

Zaś pośrednik mógłby znać podstawowe informacje o swym kliencie, ale zobowiązał się ich nie wyjawiać. Poza tym dobroczyńca, by zachować swoją tożsamość w kompletnej tajemnicy, używałby fałszywych danych osobowych.

Klapaucjuszu, jako żywo nie spotkałam się z innym znaczeniem słowa konsjerż niż dozorca czy odźwierny :O Aż musiałam wyguglać, że we współczesnym plus minus korpojęzyku to ktoś, kto ma też inne zadania XD Oczywiście taki tradycyjny francuski konsjerż czy konsjerżka to coś więcej niż portier czy dozorca współcześnie w Polsce, mam nawet książkę o dziewiętnastowiecznych konsjerżach...

http://altronapoleone.home.blog

Potrzebuję konsultacji biologicznej:

Rośliny w szklarni były niewolnikami. Każda zamknięta w boksie z dwiema rurkami. Jedna prowadziła z powierzchni Marsa, druga do urządzenia rozprowadzającego. (...) Rośliny wykonywały nieustannie morderczą pracę. Zmutowano je w ten sposób, by proces fotosyntezy był nienaturalnie przyspieszony. Przerabiały dwutlenek węgla, którego na Marsie było pod dostatkiem, na tlen. 

Czy to jest w ogóle możliwe/prawdopodobne, czy popełniłam jakiś kardynalny błąd?

Myślę, że trochę na wyrost jest porównanie do niewolnictwa. Rośliny bardzo lubią wysokie stężenie dwutlenku węgla, rosną wtedy bardziej okazalsze. Pamiętam z liceum, że optimum to stężenie nawet o kilka procent wyższe, niż to, co mamy obecnie. Na dowód – dwutlenku było w atmosferze więcej w tych erach bliżej dinozaurów, np. to symulacja wyglądu przodków dzisiejszych skrzypów. :p

Myślę, że zamiast roślin wykorzystałbym do tego zadania sinice – dużo łatwiej zoptymalizować i zautomatyzować hodowlę, do tego można uzyskać wysoką gęstość hodowli przez co znacznie rośnie wydajność. Poza tym jestem w stanie wyobrazić sobie zaprojektowane modyfikacje, które zwiększą wydajność fotosyntezy. Ale nie nazwałbym tego “przyspieszeniem” fotosyntezy, raczej właśnie zwiększeniem wydajności. Jasne, tlen powstawałby szybciej, ale to nie dlatego, że fotosynteza zachodziłaby “szybciej”. 

Dziękuję za odpowiedzi. A coś innego niż sinice, co by było równie wydajne? Bo pojawiły się już w jednym z konkursowych opek.

O, dlatego nie powinno się czytać konkursowych opowiadań przed skończeniem swojego. Powinnaś pisać sama, a nie pod cudze teksty :P A sinice prawdopodobnie odegrają kluczową rolę w podboju kosmosu, nie tylko jako źródło tlenu, ale też ważny element diety (łatwa hodowla i bardzo dużo białka i witamin). Generalnie jednak, jeśli nie chcesz sinic, to wtedy wykorzystałbym jakieś jednokomórkowe glony, może zielenice albo okrzemki?  

Kocham okrzemki, są takie ślicznościowe ^^ Sonato, nie przejmuj się, że jakiś element ktoś inny już wykorzystał – bardzo trudno znaleźć coś, na co nikt przed Tobą nie wpadł.

W kwestii szybkości reakcji – jest coś takiego, i to można zmieniać, manipulując warunkami, ale raczej w probówce – w przypadku reakcji zachodzących w żywych organizmach za łatwo jest ten organizm zabić, choć był podobno taki świr, który kazał swojej żonie odliczać do stu, jak miała gorączkę, i na tej podstawie mierzył szybkość zachodzenia procesów w mózgu zależnie od temperatury.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Niepokoi mnie ta rurka z powierzchni Marsa – czy to nie spowoduje zbytniego mieszania się powietrza w laboratorium z marsjańskim? Ja bym tam zamontowała od groma filtrów. I nie indywidualne rurki, tylko zbiorcze, dla całej szklarni, a potem rozprowadzane po boksach.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za sugestie! Tak to jest, jak mój humanistyczny umysł porywa się na hard sf :c

Nie ma czegoś takiego, jak humanistyczny czy ścisły. Chodzi o to, żeby się naprawdę wmyśleć w problem, poza “ale to by było fajne”.

Przykład problemu czysto humanistycznego (Finklo, będziesz ze mnie dumna, bo odłożyłam to dzieło) w książce, którą ostatnio przeglądałam w księgarni: bohaterka jest córką ubogiej wdowy, której nie stać na kuskus (to się rozgrywa w średniowiecznej Arabii). Ale jej ulubionym zajęciem jest galopowanie konno po wydmach. I tak, ma własnego konia.

Co tu jest nie tak?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Bez przesady z tymi powodami do dumy. IMO, każdy normalny człowiek by odłożył. Pewnie jeszcze konia karmi owsem, bo przecież na wydmach nie ma trawy.

Babska logika rządzi!

Nie doczytałam tak daleko, szczerze mówiąc. Ale zadanie było dla Sonaty, nie podpowiadamy.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Córka arabskiej ubogiej wdowy w średniowieczu galopuje samotnie po wydmach... Hmmm. Tak w ogóle to kiedy nastąpiło wielkie spustynnienie Półwyspu Arabskiego? I w jakim średniowieczu dzieje się to dzieło? Bo jeszcze Rzymianie mówili Arabia Felix na dzisiejszy Jemen i tam było dużo deszczów, sporo zieleni oraz pola uprawne. Oraz bogactwo z okazji handlu przyprawami, no i kuskus był raczej pokarmem ubogich. Czego nie rozumiem?

http://altronapoleone.home.blog

Jeśli dobrze pamiętam, to była raczej Arabia Petrea, ale to nie jest sedno sprawy. Uboga wdowa. Nie stać jej nawet na kuskus. A konia ma?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Petraea była dopiero bogata... Skądinąd bardzo szkoda, że kultura nabatejska nie rozprzestrzeniła się na cały świat arabski, ale to osobna sprawa.

Kwestię koń vs. kuskus oczywiście dostrzegłam, ale to ponoć miało być zadanie dla Sonaty ;)

http://altronapoleone.home.blog

Nawet w bogatych krajach bywają ubogie wdowy (czyżbyśmy brnęły w offtop? XD)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Ale chyba nawet w bogatych krajach nie ma biednych wdów, których nie stać na tanią żywność, a stać na towary luksusowe? (No chyba że to ten przypadek, co to dziecka nie nakarmi, ale papierosy kupi).

http://altronapoleone.home.blog

Ech. Właśnie o to mi chodziło...

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

A czy w tamtych stronach nie ma jakichś dzikich koni, które można by udomowić? Bo może ten koń nie był “kupny”. Albo rodzina była z początku całkiem zamożna, ale z jakichś przyczyn zubożała, a konik został, bo woleli głodować, niż rozstać się z przyjacielem i/lub symbolem dawnego statusu. Ale ja się nie znam, tak tylko próbuję, jak to ładnie ujęła Tarnina, “wmyśleć się” w problem.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Kupny, niekupny, a jeść coś musi, nie? I podkuć go warto. A w mieście trudno trzymać, a nie zarobi na siebie w wąskich uliczkach, gdzie nie ma ziemi ornej...

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tarnino, chodziło mi o tyle, że po prostu od dawna nie miałam biologii i innych takich, więc porywanie się na hard sf jest dla mnie naprawdę hard! A z tym koniem to też odpowiedziałabym, że  to jest dziwne, że kobiety nie stać na kuskus, a na konia tak

Carissima, po pierwsze – zdrowy rozsądek. Po drugie – wymagania fabuły. I dopiero po trzecie – szczegółowe realia.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tak właśnie robię :)

Udomowienie konia to też koszt, a utrzymanie opisała Tarnina ;)

http://altronapoleone.home.blog

A w mieście trudno trzymać, a nie zarobi na siebie w wąskich uliczkach, gdzie nie ma ziemi ornej...

Nic nie pisałaś o tym, aby akcja tej historii rozgrywała się w mieście.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Zapomniałam blush

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Jeśli człowiek jest przerażony i/lub zdumiony, to jak zachowują się źrenice oczu? Kurczą się, czy rozszerzają?

Strach, mniej zdumienie, rozszerzy źrenice, a także pociągnie za sobą szereg innych reakcji, widocznych w mniejszym lub większym nasileniu.

Dziękuję. ^^ Nie byłam pewna, więc wolałam zapytać.

Jest tu jakiś mediewista? Bo mam parę dość szczegółowych pytań o rycerzy.

 

1. Czy szlachetnie urodzony kandydat na rycerza koniecznie musiał służyć najpierw jako giermek, zanim otrzymał rycerski pas i ostrogi?

2. Kto decydował o tym, u kogo chłopak będzie służył jako giermek? Jego ojciec?

3. Czy aby zostać pasowanym na rycerza, giermek musiał dowieść swojego męstwa w boju? A co jeśli nie miał takiej okazji, bo np. długi czas panował pokój? Jak inaczej mógłby się wykazać, by zostać pasowanym?

4. Czy było możliwe, by giermek nie został pasowany na rycerza, a nawet został odesłany przez pana, któremu służył, bo np. był wyjątkową ofiarą losu, nie potrafił utrzymać się w siodle, mieczem młócił jak cepem?

5. Czy rycerz mający pełnoletniego syna – pasowanego na rycerza lub nie – zwyczajowo wyruszał na wojnę razem z nim, czy obowiązywała jakaś zasada typu: jeden majątek ziemski-jeden rycerz (z pocztem)? Czy rycerz mógł rozkazać synowi zostać na czas wojny w domu, żeby ten np. opiekował się matką, albo dlatego, że bał się o jedynego dziedzica?

 

Realia z grubsza anglosaskie, ale mocno umowne, bajkowe.

 

Przy okazji, byłbym wdzięczny, gdyby ktoś polecił mi jakąś fajną monografię na temat życia codziennego i obyczajowości w średniowieczu. Mam jedną taką cegłę o średniowieczu i renesansie, ale skoncentrowaną głównie na polityce. ;_;

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

O szczegóły rycerskie zahacz w razie czego na privie Światowidera, on chyba zna się na takich klimatach.

 

A jeśli chodzi o życie codzienne i obyczajowość – to kiedy konkretnie? Różnice kulturowe między takim VIII wiekiem a XIII, nie mówiąc już o XV, są kolosalne... Średniowiecze jest tą epoką, na której znam się zdecydowanie najmniej, ale na studiach kolosalne wrażenie zrobiły na mnie “Kultura średniowiecznej Europy” Le Goffa i “Kobieta w czasach katedr” Pernoud, plus oczywiście “Jesień średniowiecza” Huizingi, ale to wszystko raczej Europa kontynentalna, skądinąd znacznie ciekawsza od Anglii – może taka Burgundia schyłku średniowiecza bardziej się nada do bajkowych klimatów niż tłuczona wszędzie do znudzenia Anglia? A jeśli już koniecznie na brytyjsko, to między Wilhelmem Zdobywcą (nie mówiąc już o przed nim) a powiedzmy Henrykiem V też masz mnóstwo zmian obyczajowych i kulturowych.

http://altronapoleone.home.blog

“Życie codzienne w średniowiecznym mieście”, “Życie codzienne w średniowiecznym zamku” i chyba w tej serii są jeszcze inne. Wszytko aktualnie do kupienia.

"Nic mnie nie zmusi dzisiaj do biegania, mimo wszystko znów zasiadam zaraz do pisania."

Moje klimaty to bardziej nowożytność, ale spróbuję przynajmniej częściowo odpowiedzieć:

Ad. 3. Mógł namówić (sprowokować?) swego pana, by wyzwał jakiegoś innego rycerza na pojedynek. Wtedy giermek mógł się jednocześnie pojedynkować z giermkiem przeciwnika (podobna scena jest w "Krzyżakach"). A jeśli Twoje uniwersum będzie silnie podzielone feudalnie, to nie trzeba dużej wojny, by znaleźć okazję do bitki. W XV w. w Brandenburgii doszło np. do "wojny o krowę".

Ad. 4. Na pewno istniało zjawisko "wiecznych" giermków, ale chodziło raczej o kwestie ekonomiczne, a nie umiejętności. Po prostu nie każdy mógł sobie pozwolić na zakup rynsztunku.

Co do reszty się nie wypowiadam, bo, jak pisałem, średniowiecze nie leży w centrum mych zainteresowań. Wspomnę jeszcze tylko, że istnienie jakiegoś rycerskiego kodeksu honorowego niekoniecznie oznaczało jego praktyczną realizację. W Polsce etos rycerski wprowadzał Bolesław Rogatka, który z honorowej walki raczej nie słynął :)

Z tej serii jest jeszcze książka o życiu na wsi.

A jeśli chodzi o życie codzienne i obyczajowość – to kiedy konkretnie? Różnice kulturowe między takim VIII wiekiem a XIII, nie mówiąc już o XV, są kolosalne...

Bez znaczenia. Chętnie poczytam i o wczesnym, i dojrzałym średniowieczu.

 

może taka Burgundia schyłku średniowiecza bardziej się nada do bajkowych klimatów niż tłuczona wszędzie do znudzenia Anglia?

Może i tak, ale to, o co pytam, jest mi potrzebne do utworu inspirowanego baśnią angielską, więc anglosaskie realia wydały mi się najwłaściwsze.

 

“Życie codzienne w średniowiecznym mieście”, “Życie codzienne w średniowiecznym zamku” i chyba w tej serii są jeszcze inne. Wszytko aktualnie do kupienia.

Autor to Francis Gies?

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Sorry, ja zawsze narzekam na angielską dominację w popkulturze, jakby reszta świata nie istniała ;)

http://altronapoleone.home.blog

Czy tramwaje mogą kursować między wielkim miastem a sąsiednią, małą wioską? Mam taką sytuację w swoim świecie i nie wiem, czy zastosować takie rozwiązanie, czy nie udziwniać i po prostu puścić tory kolejowe.

Wydaje mi się to nieekonomiczne, tramwaje wymagają konkretnej infrastruktury (tory, słupy, przewody), raczej puściłabym autobus, a najchętniej pks.

Przynoszę radość :)

W Łodzi mamy kilka linii tramwajowych kursujących do miasteczek w okolicy. Ale to jednak miasteczka. Przy wioskach bardziej prawdopodobny wydaje się busik. Chyba że za wioską jest miasteczko...

Babska logika rządzi!

Chodzi mi o tramwaje starego typu, konne lub parowe w świecie fantastycznym stylizowanym na XIX w.

Sama raz widziałam z okna pociągu, kursujący na terenach wiejskich, dlatego pytam.

Jeśli Ci to pasuje, to wytłumacz to jakoś sensownie, ale faktycznie jeśli miasto jest bardzo duże, a wioska mała, to nie brzmi to dobrze. Chyba że to tradycja albo w wiosce jest coś, do czego chce się jeździć w celach okołoturystycznych i stary tramwaj nadaje klimat? Uzdrowisko, coś warte zwiedzania, dwór, ruiny zamku itp.?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Na Śląsku takie są. Ale dlaczego tramwaje, a nie po prostu kolej? I – joseheim słusznie prawi – żeby ludzie chcieli regularnie dokądś jeździć, tam musi być coś wartego jeżdżenia.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Swego czasu można było jechać tramwajem z Łodzi, przez Zgierz, do Ozorkowa i owszem, były przystanki przy wsiach (Lućmierz, Słowik), czy na skraju lasu.

 

edycja

Sugeruję jeszcze wykorzystanie kolei wąskotorowej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tramwaj jest raczej środkiem komunikacji miejskiej. Owszem, np. w Paryżu funkcjonuje wyłącznie na przedmieściach i to tych uboższych, na dość krótkich trasach, niemniej to wszystko w ramach aglomeracji miejskiej. Za miastem będziesz raczej miała kolej podmiejską. Tramwaj z jakichś powodów musi być nieopłacalny na dużo dłuższych trasach.

http://altronapoleone.home.blog

Jeździłam kiedyś tramwajem do Pabianic (i to była raczej długa trasa). Ale w Łodzi jest tak, że kilka metrów za tabliczką “koniec Łodzi” stoi kolejna, obwieszczająca początek następnego miasta. Bardzo ściśnięta metropolia.

Babska logika rządzi!

Tramwajem jeździło się też do Aleksandrowa i Konstantynowa...

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ale tam już nic mnie nie ciągnęło. :-)

Babska logika rządzi!

Na Śląsku takie są. Ale dlaczego tramwaje

Na Śląsku jest aglomeracja. Ludzie spoza Śląska często mówią, że jadąc między miastami nie do końca orientują się kiedy przekraczają granice między nimi (oczywiście jeszcze zależy między którymi).

 

 

Jestem ciekawa, co takiego Finklę ciągnęło do Pabianic :o A tramwaj 41 Łódź-Pabianice to legenda,  powstaje o nim mnóstwo memów i stron na fejsie, ale teraz już nie jeździ, bo remont. 

Legendy to krążą o śląskim autobusie linii nr 6. Materiał na obyczajówkę, a w przypadku kursów nocnych na postapo. Wycieczką przez wszystko! :D

Jestem ciekawa, co takiego Finklę ciągnęło do Pabianic :o

Grób prababci. Ale jak pokolenie dziadków zaczęło się wykruszać, to na pierwszolistopadowe wycieczki do Pabianic brakło nam czasu. Jeszcze jakieś pytania?

Babska logika rządzi!

Finklo, nie denerwuj się, po prostu Pabianice mają nieco złą sławę i dlatego tak się zastanawiałam tylko :)

Ja się nie denerwuję.

Jaką złą sławę? Zaniedbana prababcia zaczęła straszyć? ;-)

Babska logika rządzi!

Też są różne memy i żarty o Pabianicach, ale i tak najczęściej ich autorami są Pabianiczanie :) No i podobno to "sypialnia Łodzi", tak kiedyś chyba powiedziała M. Gessler, jak tam była z rewolucją :)

Nigdy nie klikałam opowiadań z wątku bibliotecznego do Biblioteki. Czy ktoś może mi powiedzieć, jaka jest procedura/uzus/dobre obyczaje? Ewentualnie skierować do odpowiedniego wątku z informacjami, jeżeli taki jest? Wiem już, że trzeba sprawdzić, czy komentarz spełnia wymagania bycia rzeczowym, a potem? Zalogować się na konto? 

Czy tramwaje mogą kursować między wielkim miastem a sąsiednią, małą wioską? Mam taką sytuację w swoim świecie i nie wiem, czy zastosować takie rozwiązanie, czy nie udziwniać i po prostu puścić tory kolejowe.

 

Azjan, skorzystaj z wyszukiwarki i zrób trochę riserczu. Odpowiedz sobie na następujące pytania:

Po co w ogóle buduje się tramwaje lub kolej? (Podpowiedź: optymalizacja przewozu osób i towarów, sprawdź gdzie i po co powstał pierwszy tramwaj, źródłosłów słowa tram; czy mała wioska w większości pracuje w dużym mieście lub ma coś, co wymaga kilka razy w ciągu dnia komunikacji? – patrz pytania Joseheim)

Jak już budują: to kiedy i dlaczego np. wąskotorową lub zębatą, a kiedy normalną? Czym różni się tramwaj od kolei?

 

Słowem: najpierw pomyśl i przemyśl zależności między ośrodkami ludzkimi, ekonomiczne i społeczne konsekwencje takiego transportu, potem pogłęb wiedzę korzystając z Internetu. Myślę, że wtedy na twoje pytanie będziesz już w stanie sama sobie odpowiedzieć. :-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ninedin -> Beryl :-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ninedin, wbijaj na któryś wątek lożowski.

Babska logika rządzi!

Zbroja w Anglii i Irlandii w czasach elżbietańskich (dokładniej około roku 1600). Była używana, czy już raczej nie?

Filipie, może bardziej precyzyjnie? Bo metalowe elementy uzbrojenia, mające na celu ochronę korpusu, to nosili jeszcze kirasjerzy w XIX wieku...

http://altronapoleone.home.blog

Natknąłem się w Internecie na dowody używania zbroi w celach ochronnych na danym terenie jakoś tak do 1560 roku. W dwóch anglojęzycznych opracowaniach opisujących przełom XVI i XVII wieku natknąłem się na stwierdzenia, że uzbrojenie ochronne wychodziło z użytku. Zastanawiam się, na ile wyszło. Jak było z uzbrojeniem piechoty (półzbroja, kirys, na głowach jakieś moriony?), zbroje nosili tylko pikinierzy, czy muszkieterzy też? Może jednak była to już domena ciężkiej jazdy wywodzącej się z rycerstwa? Najchętniej przygarnąłbym jakąś ikonografię batalistyczną z epoki. Bo na zbroje natrafiałem tylko w portretach, a to jeszcze nie dowodzi, że była używana bojowo. Albo może jakieś spisy arsenałów?

Spóźnone podziękowania za pomoc. ^^ Jednak zrezygnowałam z tramwaju na rzec kolejki wąskotorowej.

Jak było z uzbrojeniem piechoty (półzbroja, kirys, na głowach jakieś moriony?), zbroje nosili tylko pikinierzy, czy muszkieterzy też? Może jednak była to już domena ciężkiej jazdy wywodzącej się z rycerstwa? Najchętniej przygarnąłbym jakąś ikonografię batalistyczną z epoki. Bo na zbroje natrafiałem tylko w portretach, a to jeszcze nie dowodzi, że była używana bojowo. Albo może jakieś spisy arsenałów?

Z ikonografią może nie być łatwo, bo za wiele wtedy Anglicy na lądzie nie wojowali. Znalazłem trochę obrazków z oblężenia Kinsale:

Lord Mountjoy w zbroi

Trochę mały rozmiar ryciny, ale widać zbroje u kawalerii

Irlandzkie znaczki upamiętniające bitwę :)

Po za tym trochę rycin i informacji jest tutaj.

 

Zbroje rzeczywiście wychodziły z użycia, ale to nie znaczy, że ich nie używano ;) Muszkieterzy pancerza nie używali, pikinierzy do poł. XVII w. nosili półpancerze i moriony, są one jednak stopniowo wypierane przez kaftany i kapelusze.

Jeśli chodzi o kawalerię, zbroje (kirysy) mieli, zgodnie z nazwą, kirasjerzy . W przypadku rajtarów i arkebuzerów opancerzenie w wymienionej przez Ciebie epoce było raczej rzadkie, gdyż jazda ta walczyła tylko ogniowo, poprzez karakol. Dopiero baty, jakie dostanie Gustaw Adolf od naszego hetmana Koniecpolskiego skłonią go do użycia tych formacji w bezpośredniej szarży, przez co i zbroje (w formie półpancerzy i hełmów) na jakiś czas wrócą do łask. Stało się tak także w Anglii, gdzie w czasie wojny domowej przełamujące szarże miały duże znaczenie, stąd i używano pancerzy (choćby “Żelaznobocy” Cromwella).

Ogólnie jednak opancerzenia i uzbrojenie, szczególnie w oddziałach najemniczych, w dużej mierze zależały od stanu magazynów, woli dowódcy oddziału (u najemników także podpisanej przez niego umowy z pracodawcą) i osobistej zamożności czy gustu danego żołnierza.

Dzięki wielkie za rozbudowaną odpowiedź. I za tego Mountjoy'a. ;)

Polecam się :)

O, i jeszcze bitwa o Kinsale. Czytasz w moich myślach. :D

Poszukiwana dobra dusza, która cośkolwiek orientuje się w kulturze i historii Tajlandii, była w Tajlandii etc.

Pokojówki we Francji na początku XIX wieku – wszelkie informacje na ten temat poszukuję. Najbardziej chciałbym wiedzieć, czy mieszkały razem z rodziną, u której pracowały, czy raczej przychodziły tam do pracy tak jak dziś :) Z góry dzięki za wszelką pomoc.

A o służbę w jakim domu konkretnie chodzi, Realuc? Jeśli to dom arystokracji, to zatrudniająca rodzina zapewniała pokojówkom kwatery.

Wiem, że chodzi Ci o Francję, zaś o niektóre materiały źródłowe teraz ciężko, ale polecam tę książkę o służących w Anglii tego samego okresu.

Ajzan, tak, chodzi o dom arystokracji. Tak właśnie myślałem, że miały zapewnione kwatery ale chciałem się upewnić. Pogrzebię jeszcze za źródłami, dzięki wielkie! :)

Nie ma za co. ^^

@Drakaina w tym zawodowo siedzi, jakby co. 

 O dziewiętnastowieczną Francję najlepiej zapytać Drakainę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Drakaino, wzywam Cię :D

Realucu, arystokracja zazwyczaj zatrudniała dużo służby i tak, ta służba w większości mieszkała na miejscu. Mogło być trochę różnie w posiadłości wiejskiej (château) i miejskiej (hôtel particulier), takoż w zależności od sytuacji, a i chwilowej zamożności osoby i możliwości finansowych, arystokrata też arystokracie nierówny. Kiedy dokładnie masz akcję i w jakich okolicznościach? Mam książkę o życiu codziennym francuskich służących, ale raczej w połowie wieku i w domach zamożnych, a nie bardzo bogatych.

 

Ajzan, książka, którą polecasz, to sto lat później. Inna epoka.

http://altronapoleone.home.blog

Drakaino, Chamonix, 1808r. ;) I dziękuję Ci bardzo za dotychczasową pomoc!

O, przepraszam. Nie doczytałam. ^^

Och. Och, och, och. Chyba rozumiem :D

 

Niemniej: trudno, pomoc merytoryczna to pomoc merytoryczna. Obszar Chamonix to jest Sabaudia, do Francji przyłączona pod koniec XVIII w. (formalnie w 1796), w 1808 akurat tak (bo tylko do 1814 i dopiero potem znacznie później, od 1860). I w 1808 to jest dziura, gdzie nawet nie ma porządnego hotelu ;)

http://altronapoleone.home.blog

No i tego mi było trzeba, dzięki! Wiedziałem, że nie ukryję do jakiego tekstu chcę wykorzystać te informacje, ale zaryzykowałem :D I w takim wypadku dziękuję Ci podwójnie ;)

W każdym razie siedzib arystokratycznych tam nie ma ;) W sumie nawet w tych modnych miejscowościach położonych na sabaudzkim pogórzu, jak Aix-les-Bains też nie ma, choć tam już jest coś na kształt hoteli czy pensjonatów dla zamożnych gości, a nawet głów koronowanych.

W połowie XVIII w. nieliczni arystokraci na pewno jeździli w okolice Chamonix na wycieczki, bo to mniej więcej wtedy staje się modne, ale diabli ich wiedzą, jak nocowali – pewnie ci naprawdę zdeterminowani po prostu u chłopa... Większość oberży w owym czasie też nie była specjalna, więc wbrew pozorom byli przyzwyczajeni.

http://altronapoleone.home.blog

Drakaino, właśnie zgłębiam "Dzieje alpinizmu" i dowiedziałem się dokładnie tego o czym piszesz, czyli o wycieczkach arystokratów w tamte rejony od połowy XVIII w. i rosnącym zainteresowaniu w temacie tamtejszych gór. Stąd myślałem, że jakaś wypasiona miejscówka tam była albo chociaż jeden z rodów się tam osiedlił. Ale w zasadzie jeśli chodzi o treść opowiadania to jest to tylko dodatek/smaczek, więc umiejscowię służącą w zwykłym domostwie, któremu zwyczajnie ciut lepiej się powodzi. Pomogłaś bardzo, dzięki :)

Wiesz, jeśli sensownie wymyślisz, że jakiś wariat sobie tam zbudował château, to ja nie będę protestować :)

Aha, château to niekoniecznie duży zamek – także po prostu to, co w Anglii by nosiło nazwę manor house.

http://altronapoleone.home.blog

Pytanie do szefów kuchni i innych miłośników gotowania:

Jakie substancje, obecne w kuchni, w zbyt dużym stężeniu lub na surowo będą obrzydliwe w smaku / lekko szkodliwe dla organizmu? Jak będą smakować? Nie chodzi mi o zatrucie na śmierć, tylko na przykład wymioty lub rozwolnienie, ból brzucha itp.

Szczególnie (ale nie tylko) interesują mnie białe proszki – sól i cukier znam, ale zostają różne inne: proszek do pieczenia, soda oczyszczona, kwasek cytrynowy... You name it! ;-)

Babska logika rządzi!

Soda będzie w smaku taka słono-gorzka, w dużych ilościach przeczyści. Mocno. :>

 

Od obżarcia się surową mąką może boleć brzuch.

Ziemniaki na surowo są dla ludzi szkodliwe. Ale jak smakują to Ci nie powiem, nie pamiętam tez co tam konkretnie dzieje się na surowo.

 

Strączki nawet gotowane powinny być wcześniej (przed gotowaniem) odmoczone a po odmoczeniu przepłukane, bo inaczej grożą gazy, ew. bóle brzucha. Nie u wszystkich jest to bardzo wyraźne, bo są różne poziomy wrażliwości, ale jednak strączki z tego słyną. Po gotowaniu też zresztą jeszcze odlać w całości wodę.

 

O, soda nieźle się zapowiada... A ta duża ilość do czyszczenia, to ile? Szczypta, łyżeczka, łyżka, szklanka?

Babska logika rządzi!

Teoretycznie cała paczka gum do żucia (takich tych w saszetce) powinna wystarczyć, żeby człowieka łobesrało. Ale to zależy od masy, stanu żołądka (pusty/niepusty), poziomu kwasoty. Daj kilka solidnych łyżek. :D

Eeee, kilku łych to chyba nikt z własnej woli nie zeżre, skoro to takie świństwo.

Inne rzeczy?

Jak smakują i działają surowe drożdże? Łyżeczka gałki muszkatołowej? Skórka banana?

Ja tego dużo potrzebuję...

Babska logika rządzi!

Narkotycznie, powiedziałabym ;)

Może syrop na kaszel im daj?

Przynoszę radość :)

O, syrop niezły, cynamon faktycznie efektowny...

Jeszcze coś?

Dużo nie sensie ilości hurtowych, tylko liczby dziwacznych substancji...

Babska logika rządzi!

Ja bym załatwiła sprawę syropem.

Przynoszę radość :)

Gałki muszkatołowej nie zjesz za dużo, włączy się większości odruch wymiotny; podobnie z mielonym liściem laurowym. 

 

Rozstrój żołądka i biegunkę bardzo łatwo sobie wyprodukować, przesadzając z kiszonym, zwłaszcza jak się miało przerwę w jedzeniu kiszonek: trochę za dużo kiszonych ogórków, wody z ogórków (!!!), zakwasu z buraków i sprint do toalety gwarantowany. 

 

 

Hmm, nie proszek. są jakieś zgoła niewinne orzeszki, ale nie pamiętam jakie. Szukałam na szybko, Finklo, ale wyniki są niejednoznaczne, więc muszę jutro dopytać u źródła i wtedy zapodam. Przeżyte doświadczalnie. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Słuchajcie, ale mi nie chodzi o to, żeby doprowadzić bohatera do wymiotów albo rozstroju żołądka. Ja zamierzam go zmusić do jedzenia różnych świństw. Nie trujących, ale w złych proporcjach, nieprzetworzonych termicznie albo rozgotowanych... Może być z cynamonowym skutkiem. I chciałabym przy tym wiedzieć, jak te świństwa smakują.

Babska logika rządzi!

Świństwa? 

Spróbuj sama – herbta (czy kawa – co tam pijesz), jednocześnie posłodzona i posolona.

Robi wrażenie ;)

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Piłam mongolską herbatę – smakuje jak rosół z bawarką, ale jeszcze da się wypić, jeśli człowiekowi zależy. Chciałabym coś bardziej ekstremalnego. Ale nie od razu trującego ze skutkiem śmiertelnym.

Babska logika rządzi!

To jest ten owoc, który strasznie śmierdzi? Ale podobno smakuje całkiem w porządku.

Ale te rzeczy ludzie jedzą i żyją.

Ja chcę czegoś w rodzaju: oczekujesz bułki z masłem, a dostajesz pasztet selerowo-marchwiowy (z nieodpowiednimi przyprawami) posmarowany rozpaćkanym bananem z chrzanem. Posypka z gałki muszkatołowej.

Babska logika rządzi!

Awokado!

Oczekujesz owocu, dostajesz – masło.

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Albo islandzki zgniły rekin, czy też zgniły boczek.

 

NIE DLA WRAŻLIWYCH:

Rekina próbowałam. Kawałek mniejszy niż 1 cm3 włożyłam do ust. Musiałam podjąć bardzo szybką decyzję, czy to wypluć czy przełknąć. Jako że byliśmy na stołówce w pracy, to przełknęłam i popiłam kilkoma szklankami wody.

Pierwszy (i ostatni, na boczek się nie skusiłam) raz w życiu pokarm mi dosłownie zaczął rosnąć w ustach. Jeśli znasz smród psującego się mięsa, to to samo, tyle że z wewnątrz własnej jamy gębowej się czuje.

 

EDYTA: Spodziewałam się ryby, może starawej, ale ryby.

Ale nie chodzi mi o prawdziwe potrawy, które komuś tam smakują. Mongolska herbata jest syficzna, ale ludzie to piją. Nie zaryzykowałabym sała w szokoladzie, chociaż podobno smaczne. O chińskich specjałach nawet nie ma co wspominać...

Chodzi mi o rzeczy, zasadniczo jadalne, podane w ten sposób, że nie nadają się do jedzenia. Bo umiarkowanie szkodzą, smakują naprawdę kiepsko, wywołują mdłości... Jak soda oczyszczona albo łycha cynamonu.

Ktoś wie, jak smakują surowe drożdże i co robią z organizmem? Proszek do pieczenia? Inne kuchenne pomyłki?

Babska logika rządzi!

Yantri, to był smród rozłożonego mocznika na amoniak. Rekiny nie wydalają, tylko ich mocz jest obecny w całym organizmie (jest to adaptacja do życia w słonej wodzie morskiej). Dlatego dziwię się, że ludzie chcą jeść to mięso. 

 

Wiem, miło się dowiedzieć takich rzecz po czasie :P

Deirdriu, dziękuję. smiley Lubię takie ciekawostki. Nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się przydać. Na przykład następnym razem, gdy spotkam tego Islandczyka, który nas tym świństwem uraczył. Może on też nie wie, co uważa za przysmak. devil

Finklo, już wiem, jakie to były pestki, gdyż pestki a nie orzechy. Niestety dla Ciebie nieprzydatne. Chodzi o pestki moreli sprzedawane  w sklepach ze zdrową żywnością w małych torebeczkach. Sprzedawane są jako antyrakowe z uwagi na zawartość amigdaliny (B17, w krajach anglojęzycznych Laetrile). Najwięcej można jej znaleźć w gorzkich migdalach (stąd nazwa amigdalina), a także w gorzkich pestkach moreli, czereśni, jabłek, a także w niektórych roślinach strączkowych. W organizmie amigdalina rozkłada się na kwas pruski (cyjanowodór). Badania laboratoryjne NCI (amerykański Narodowy Instytut Raka) wykazały brak odpowiedzi na leczenie, nawet jeśli podawano dodatkowo enzym wspomagający wydzielanie się cyjanku z letrilu.

Spożywanie powyżej 1-2 pestek dziennie powoduje poważne zagrożenie dla życia. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Co do rekinów – wszystkie zwierzęta wydalają. Rekinom ten mocznik jest potrzebny, żeby osmoza nie zrobiła z nich zupy, zob. tutaj: www.biol.uw.edu.pl › ewolucja › zoologia › ryby skrypt

Co do jedzenia, Finklo – ponoć moja babcia (ta od kowadła) usiłowała kiedyś zjeść na surowo bakłażana (jak jabłko). Bakłażany są gorzkie, po to się je soli i smaży, żeby gorzkie nie były. Ponadto jej kuchnia ogólnie pasuje do Twoich parametrów (uch, wredna dziś jestem, spróbujmy inaczej). Czy mogłabyś ciut dokładniej sprecyzować, czego potrzebujesz?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Surowy bakłażan się świetnie nada.

Potrzebuję rzeczy (wielu), które zasadniczo są jadalne, ale na surowo (albo niepotrzebnie upieczone, w za dużym stężeniu, mi to rybka) nie nadają się do jedzenia, bo są ohydne w smaku (bakłażan), szkodliwe (surowe ziemniaki), powodują rozwolnienie itd. Soda oczyszczona to dobry przykład. Najobrzydliwsze danie, o jakim słyszeliście, to zły przykład.

Babska logika rządzi!

Co znalazłam na poczekaniu (ja, prokrastynuję? Cóż za ohydne oszczerstwo!):

 

  • Czarny bez: owoce nie w pełni dojrzałe zawierają glikozydy cyjanogenne
  • Maniok: w pełni dojrzały też zawiera glikozydy cyjanogenne, trzeba go kilkakrotnie płukać, a woda po płukaniu jest trująca
  • Rabarbar: dużo szczawianów, były zatrucia śmiertelne (https://jamanetwork.com/journals/jama/article-abstract/222117)
  • Ziemniaki, kartofelki, pyry: solanina w surowych, zob: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/23411230
  • Niektóre strączkowe: różnie, jedne mają glikozydy cyjanogenne, inne trujące białka, które trzeba zniszczyć gotowaniem, poszperaj
  • Grzyby: zob. poradnik grzybiarza (niektóre jadalne łatwo pomylić z trującymi)
  • Kiełki: w kulturach, które tradycyjnie jadają kiełki, zawsze się je smaży, bo surowe są pełne bakterii (Salmonella)
  • Nasiona i niedojrzałe owoce liczi: mogą powodować obniżenie poziomu cukru we krwi poniżej bezpiecznego (https://en.wikipedia.org/wiki/Lychee#Poisoning)
  • Warzywa kapustne na surowo i mleko (niekoniecznie razem) mogą powodować wzdęcia i biegunkę (mleko u nietolerujących laktozy – kiedy Wikingowie poczęstowali Indian, zostali za to wysiudani z Ameryki)
  • Oliwki trzeba przefermentować, surowe są twarde i zbyt gorzkie, żeby ktokolwiek zdołał je zjeść
  • Wiele orzechów powoduje reakcje anafilaktyczne (nawet śmiertelne) u uczulonych
  • Ryby drapieżne (np. tuńczyk) mogą zawierać niebezpieczne ilości rtęci i kadmu.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

O, coś z tego wykorzystam. :-)

Babska logika rządzi!

Ktos wie, jak wygladaja wirtualne lekcje? Ile trwaja? Czy to sie odbywa w czasie rzeczywistym?

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irka_Luz Pytasz o lekcje w szkołach, czy może też/lub o ćwiczenia na uczelniach?

W mojej podstawówce to jak dotąd wolna amerykanka. Niby jest plan lekcji, niby uczniowie są zachęcani do tego, żeby utrzymywać szkolny tryb dnia i wstawać jak zwykle, ale wiem, że są tacy, co śpią do drugiej po południu. Być może niektórzy nauczyciele łączą się z uczniami w czasie rzeczywistym na wirtualnych lekcjach, ale większość po prostu wysyła im materiały dydaktyczne i zadania do wykonania w domu, ustalając jakiś termin ich realizacji. Do komunikacji z uczniami i rodzicami wykorzystujemy głównie dziennik elektroniczny i pocztę służbową, opcjonalnie Skype i inne komunikatory oraz aplikacje do wideokonferencji. Ze względu na ochronę danych osobowych odradza nam się korzystanie z Zooma i Discorda, bo pierwszy to podobno malware, a drugi gromadzi dane osobowe. Za obecność na lekcji uznaje się wejście ucznia w kontakt z nami, czyli chociażby odczytanie przez niego naszej wiadomości. Ciągle przypomina nam się o nieobciążaniu uczniów pracą ponad miarę oraz uwzględnianiu zasady bezpiecznego korzystania przez nich z urządzeń umożliwiających komunikację elektroniczną (łączenie kształcenia z użyciem monitorów i bez).

 

Do poczytania – Rozporządzenie MEN z dnia 20 marca 2020r. w sprawie szczególnych rozwiązań w okresie czasowego ograniczenia funkcjonowania jednostek systemu oświaty w związku z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19:

http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU20200000493/O/D20200493.pdf

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

@Finka: 

Nie dość dojrzałe kaki/ persymona powoduje u sporej części populacji natychmiastowe znieczulenie wnętrza ust, absolutnie dziwaczne uczucie. Sprawdziłam na sobie niechcący, niestety. 

 

Z przygód mojej ciotki: podanie rocznemu dziecku owoców posypanych, zamiast cukrem, kwaskiem cytrynowym.   

Ktos wie, jak wygladaja wirtualne lekcje? Ile trwaja? Czy to sie odbywa w czasie rzeczywistym?

 

Różnie i podłużnie, w zależności od podejścia danej szkoły/nauczyciela. Niektórzy robią lekcje online w czasie rzeczywistym, niektórzy nagrywają lekcje i wysyłają uczniom do odtworzenia, inni wysyłają uczniom bardziej (lub mniej) opracowane materiały dydaktyczne w formie pisemnej. Jak wspomniał @Bolly powyżej, wykorzystywane są różne narzędzia/komunikatory/aplikacje. Wszystko zależy od tego co komu przyjdzie do głowy, bo nikt za bardzo nad tym nie panuje.

 

Generalnie chaos. ;)

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Kasjopejatales, chodziło mi o podstawówkę :)

Bolly, Elanar, dziękuję bardzo, o to właśnie mi chodziło. I muszę przyznać, że mnie ten chaos akurat pasuje ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irka_Luz A to w takim razie, nic mi nie wiadomo ;)

Czy w policji jest ktoś wyżej rangą od komendanta?

Kasjopejatales, jeżeli dalej potrzebujesz, mogę dopytać bratanicę, IV klasa podstawówki w małym miasteczku. 

Dzięki, PsychoFish.

Ajzan, jednakowoż, jeśli to do Twojego cyklu, to struktura polskiej policji niekoniecznie ma się jakkolwiek do tego, co byś tam chciała mieć ;)

http://altronapoleone.home.blog

Free-energy-punk open source. Czas ucieka a planeta coraz brudniejsza. Ktoś pomoże?Prawa fizyki stanowią że z każdego ruchu da się pozyskać energię Mamy efekt piezoelektryczny i ruchy browna. Piezonano generator wymaga impulsu startowego i ośrodka o odpowiedniej temperaturze. W generatorze wodnym, impuls uruchamia turbinę popychającą ośrodek na sito piezonano i następnie turbina jest zasilana z sita poprzez układ regulujący. Dobre na napęd do motorówki– standardowo zostawia za sobą oziębiony kilwater, niestandardowo przy doładowaniu nuklearnym, o! To otwiera całkiem nowe możliwości.. w generatorze gazowym działanie śmigła jest analogiczne do działania turbiny w generatorze napędzanym cieczą. Dobre na napęd lekkich samolotów i poruszające się nad równikiem farmy. Dobra, starczy :] Dalej sami sobie kombinujcie. miłej zabawy. może za parę lat doczekam jakichś opek z już nie z epoki pary i silników spalinowych. pozdrawiam, trzymacie poziom. Jakby ktoś miał ochotę wykorzystać ideę działania generatora w swoim opku, to nie mam nic przeciwko– a nawet jestem jak najbardziej za!

Piszę właśnie opowiadanie gdzie po wielkiej globalnej pandemii ktoś wynajduje generator darmowej energii i mam problem ze znajdującymi się na równiku wielkimi farmami żywności. O ile na lądzie można ustabilizować unoszące się w powietrzu platformy za pomocą lin lub słupów. Ostatecznie mogłyby nawet lądować na noc. To mam problem z tymi które miałyby znajdować się nad oceanem. Tam głębokość może dochodzić nawet do kilku kilku kilometrów a nie wiem jak opisać system stabilizacji, no nie wiem, platform. Pewien Szkot, mąż pewnej starej przyjaciółki w tym robi, ale na ich weselu narobiłem takiej popeliny że wstydzę się do nich zwrócić. Zna się może ktoś na tym?

Drakaino, zgadłaś. To do mojego cyklu. Chcę uczynić Tyra odpowiedzialnym za policję w mojej wersji Asgardu, w miarę możliwości bez ograniczenia do jednego obszaru.

Ajzan – to jest Twój fikcyjny świat, więc możesz sobie zrobić hierarchię policji taką, jaka Ci się podoba :) To jest ten sam problem, który był dyskutowany na innym wątku.

Policja ma różną strukturę w różnych krajach. Na tym, jakie uprawnienia i zakres odpowiedzialności mają w naszych czasach poszczególne odmiany włoskiej i francuskiej policji, nie jestem w stanie się wyznać, mimo że spędzam w tych krajach mnóstwo czasu. A to się nijak nie ma do struktury polskiej, którą podrzucił Ci fish, czy do amerykańskiej, brytyjskiej itd.

Na dodatek, o ile się nie pogubiłam, masz tam takie pseudo-dziewiętnastowieczne realia – a wtedy w większości krajów policja jest w powijakach i jej struktura bywa dość płynna.

Naprawdę – odwagi w kreowaniu swojego świata. Powtórzę: nie piszesz historii, możesz mieć własne pomysły.

http://altronapoleone.home.blog

Pomocy merytoryczna z ciekawymi księgozbiorami, help! Potrzebuję dotrzeć do polskiego tłumaczenia haiku Matsuo Basho, chodzi mi tylko o pełnoprawne zacytowanie utworu ze wskazaniem tłumacza – czy ktoś z Was może posiada na półeczce tomik w tłum. Agnieszki Żuławskiej-Umedy? Albo innego tłumacza, bo przekładał Miłosz i jeszcze ktoś; chodzi mi o haiku “Tą drogą” i “Chodź, patrz”. Wersję pani Żuławskiej-Umedy czytałam z biblioteki, teraz znajduję w internetach jakieś haiku, ale nie daję głowy, że to jest dokładnie jej tłumaczenie (są niepodpisane), a nie chcę cytować bubla. Normalnie poszłabym do biblioteki, ale no sami wiecie. :( 

Helpunku.

Tą drogą

Nikt nie idzie

Tego dzisiejszego wieczoru.

 

Basho

 

 

Chodź, patrz

Na prawdziwe kwiaty

Bolesnego świata.

 

Basho

 

Tłumaczenie Miłosza, własnymi łapkami przepisywane

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Gdzieś-kiedyś-jakoś przeczytałem (albo tak mi się wydaje) o rycerzach (biedniejszych), którzy zostali przyjmowani na dwór, żeby pełnić rolę nadwornych błaznów.

Prawda to? Znacie jakieś przykłady?

 

PS. To nie był Dagonet. Nie przepadam za legendami arturiańskimi, więc pamiętam. To było o kimś innym. Może Stańczyku? Cholera wie i nie powie. ;c

Dagonet był błaznem, który został rycerzem, a nie rycerzem, który został błaznem :D

Wiedziałem, że coś pomieszałem. :D

Hejka. Szukam opracowań o podstawach szermierki (raczej historycznej niż sportowej, może być szabla, może być pałasz czy rapier, długi miecz pewnie też przejdzie). Raczej nie szczegółowe traktaty i podręczniki, raczej ogólne podstawy dotyczące postaw, gard, ruchów, ataków, zastaw, takie tam. I w zasadzie to nie dla mnie nawet :P Ma ktoś coś podobnego w zasobach? 

A jak wiadomo, Widary to quality content, stąd źródło musi być solidne. ;)

:)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Gdzieś chyba mam coś o dziewiętnastowiecznej, mogłabym spróbować poszukać.

http://altronapoleone.home.blog

Wygląda solidnie, zobaczymy jaka będzie opinia poszukującego, czy to to czego szuka.  Dzięki :D 

Irka – poszukujący zachwycony, kazał gorąco podziękować :D Drakaino – dzięki za chęci, zobaczymy czy będą potrzebne bardziej szczegółowe informacje. 

Miło, że mogłam pomóc :D

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Czy takie XIX-wieczne śpiochy dla dorosłych, znane np. z westernów miały jakąś swoją potoczną nazwę? Bo “kombinezon” brzmi zbyt technicznie.

Zdaje mi się, że mówiono na to kalesony.

edycja

A tu znajdziesz zacny artykuł, omawiający także wspomniany przez Ciebie kombinezon: https://pl.wikipedia.org/wiki/Kalesony

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pajacyk. :D A serio, po angielsku to podobno union suit i w sumie żadnego sensownego tłumaczenia nie znalazłam.

Za całym szacunkiem – kalesony w Polsce to jednak inny rodzaj ubioru.

Pajacyk owszem, ale w odniesieniu do dzieci.

Zdaje się, Coboldzie, że będziesz musiał improwizować i stworzyć polski odpowiednik :).

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Po angielsku to się nazywa “union suit” (EDIT: jak już napisała ocha), właśnie zapytałam znajome osoby znające się na modzie historycznej, czy jest / jaka jest polska nazwa :)

Ja słyszałam angielską nazwę “longjohns” (ale to może być amerykanizm, chociaż “union suit” nawet brzmi jak coś z hamerykanckiej propagandy, ulubione gacie kapitana Ameryki). U mnie w domu funkcjonuje nazwa “slipokrawat” :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Long johns to kalesony. Union suit to pajacyk. Zarzucam na grupę o ubiorze XVIII i XIX w.

http://altronapoleone.home.blog

Long johns jako kalesony używa się także dzisiaj. Ale, no właśnie, to kalesony. Wpisałam w google cowboy underwear, ale nie wyszlo mi to, czego oczekiwałam. :)

Znajoma rekonstruktorka zaproponowała “męskie niewymowne” – bo raczej nie było polskiego terminu. Jeśli rzecz dzieje się w USA, dałabym jednakowoż union suit, po prostu.

http://altronapoleone.home.blog

Aż się boję zapytać, co Ci wyszło :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Dzięki! Ten uczuć, kiedy WSJP staje się niewystarczający ;)

 

Kasjopejatales, jeżeli dalej potrzebujesz, mogę dopytać bratanicę, IV klasa podstawówki w małym miasteczku. 

ninedin Ja odpowiadałam na pytanie Irka_Luz – mi te informacje niepotrzebne. Ale dzięki za propozycję ;)

OFFTOP Przepraszam, musiałam źle coś przeczytać w tamtej dyskusji :) /OFFTOP

Pytanie z zakresu antyku (więc spoglądam tu szczególnie w stronę Ninedin i Drakainy ;)). Otóż, czy ktoś się może orientuje, w jakich dokładnie dniach (wg naszego kalendarza) odbywały się w Atenach Wielkie Dionizje? Doczytałem na razie, że przypadały na koniec marca, ale zależałoby mi na konkretnych datach dziennych, o ile oczywiście były stałe.

Drugie pytanie, czy bachanalia w Rzymie odbywały się również wg jakiś określonych terminów, a jeśli tak, to czy przypadały w tym samym czasie, co dionizje?

Wielkie Dionizje – 10-16 Elafebolion, pod koniec marca. Nie da się powiedzieć dokladnie, bo źródła nie mówią nam, jak wygląda szczegółowo attycki kalendarz. wiemy, że jest księżycowy, że pierwszy dzień roku to jest pierwszy nów po letnim przesileniu, ale jak dokładnie co do dnia mają się miesiące attyckie do naszych, po ile mają dni itd., po prostu nie  wiadomo.  Elafebolion przypada na kawałek naszego marca i kawalek kwietnia. Zerknę do tekstów naukowych, jakie są propozycje ustalenia dat. 

Kiedy w Rzymie miały miejsce oryginale Bachanialia, te z III wieku p.n.e., których potem zakazano, też  dokładnie nie wiemy. W południowej Italii miały różne daty. W Rzymie po roku 168 p.n.e. świętowano je równocześnie z innych dionizyjskim świętem, zwanym Liberalia, to jest 17 marca. Mogę zrobić listę wszystkich świąt ku czci Bakchusa-Dionizosa w Rzymie :) 

 

 

Nie da się powiedzieć dokladnie, bo źródła nie mówią nam, jak wygląda szczegółowo attycki kalendarz.

A to niedobre źródła :)

 

Nie potrzeba listy, właściwie chciałem dowolnego święta bachusowo-dionizyjskiego z dokładną datą, więc skoro nie da się ustalić tego dla Wielkich Dionizjów, to Liberalia i 17 marca całkowicie mnie satysfakcjonują. Dzięki wielkie!

Wiem, że w XVII wieku wydawano w Anglii gazetę, ale – czy ktoś wie, w jaki sposób ją dystrybuowano? I czy cenowo była przystępna dla zwykłych zjadaczy chleba?

@Drakaina, chodź tu. 

Niezupełnie moja bajka terytorialnie i chronologicznie, w XVII w. to pewnie były jakieś efemerydy, bo newsy rozpowszechniano głównie w nieregularnych drukach, choć rzeczywiście wtedy zaczyna się też historia regularnych serwisów. O cenach nie mam pojecia, ale szybki gugiel pokazuje taki artykuł, który w może jest ściągalny, jeśli jest na Jstorze (jeśli tak, to pewnie to zrobię z własnej ciekawości).

https://www.quora.com/What-did-books-and-newspapers-cost-in-17th-18th-century-western-Europe-and-Britain

 

Niemniej ważniejsza sprawa, na którą uczulam, bo wielu pisarzy wpada w tę pułapkę – stare gazety, nawet do lat 60/70 XIX wieku nie wyglądają jak to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Nie ma wywiadów, rozmów, długich artykułów, reportaży, zazwyczaj nie ma też obrazków (ilustrowane były specjalne czasopisma i to tak od połowy XIX w., oczywiście nie licząc modowych), jest za to mnóstwo przedruków z innych gazet, korespondencji, ogłoszeń i reklam :D

 

Edyta: chwilowo nie ściągnę, bo ujotowy portal dostępu nadal leży.

 

http://altronapoleone.home.blog

Tak, te gazety były ciasno upakowane tekstem, a ostatnie strony (czasem nawet kilka) to były głównie ogłoszenia :) Plus w większości krajów format był malutki.

http://altronapoleone.home.blog

Dziękuję za odpowiedź. Po przejrzeniu tego wszystkiego muszę sobie przemyśleć, czy będę brnąć w taki wątek, bo widzę, że to trochę ryzykowna sprawa. W każdym razie dzięki za pomoc :)

Czy orientuje się może ktoś, jak pod koniec XV w. (zwłaszcza w Europie) wyglądała następująca sprawa: Przypuśćmy, że wojsko/armia przemieszcza się z punktu A (start wyprawy) do punktu B (na konkretne pole bitwy). Kto idzie z nimi? To znaczy, wiem, że dowódcy, konkretne oddziały np. konnica czy piechurzy, ale nie o to chciałam zapytać. A o to, jakie „dodatkowe” osoby ze sobą zabierano. Czy wraz z amią szli np. kowale, rymarze, garbarze (w celu naprawy sprzętu) albo osoby zajmujące się końmi? Zakładam, że tak, ale też trudno znaleźć mi taką informację.

Nie jestem specjalistką od wojskowości średniowiecznej ani wczesnonowożytnej, a na dodatek nawet na specjalistycznych wykładach z historii militarnej nie było o takich drobiazgach (a szkoda), znacznie lepiej znam się na późniejszej, “regularnej”, niemniej zakładałabym, że analogicznie do armii wczesnonowoczesnych duża armia musiała być w dużej mierze samowystarczalna. Mała – niekoniecznie.

Przydałoby się tu nieco więcej danych: jak duża jest ta armia, czyja, jak tworzona. Bo inaczej zorganizowane będzie jakieś tam plus minus pospolite ruszenie, inaczej armia królewska, inaczej oddziały najemników – tu znów po części w zależności od tego, u kogo na służbie.

Zakładałabym, że nawet jeśli nie byłoby w takim wojsku odrębnej funkcji kowala, to wśród żołnierzy znajdzie się paru kowali. Koniem zajmował się zasadniczo sam kawalerzysta lub w przypadku oficera jego ordynans. Z tym że w zależności od tego, kiedy i gdzie dokładnie masz akcję, gdzieś będą zapewne jeszcze przeżytki czasów rycerskich.

Warto też pamiętać, że to nie jest tak, że armie ciągną przez długi czas z całej Europy na z góry, z dużym wyprzedzeniem ustalone pole bitwy ;) Więc w razie czego nie pisałabym, że w kwietniu 1410 ktoś tam jechał z jakiegoś, nie wiem, Magdeburga, pod Grunwald ;)

http://altronapoleone.home.blog

drakaino dzięki za odpowiedź :) 

Wiem, że trochę niejasno zapytałam, ale też w sumie nie wiedziałam jak to ująć. Trudno mi ocenić, czy w 1475r. 40 000 ludzi to była duża armia, czy tak nie bardzo (wydaje się, że całkiem spora). Dokładnie chodzi mi o bitwę, w której brał udział władca Mołdawii Stefan III Wielki. Biorąc pod uwagę twoją odpowiedź, zakładam, że mogli  wziąć ze sobą trochę rzemieślników. I to też nie jest tak, że będę zagłębiała się w szczegóły, a raczej skupię się na czymś, co dobrze znam. Po prostu brakowało mi wiedzy czy dla bohatera, który nie może być żołnierzem, mogłoby się znaleźć miejsce w armii. Stąd moje pytanie. Gdybym nie mogła go w taki sposób tam umieścić, to pewnie zrezygnowałabym z tego pomysłu i posłała go do miasta.

Warto też pamiętać, że to nie jest tak, że armie ciągną przez długi czas z całej Europy na z góry, z dużym wyprzedzeniem ustalone pole bitwy ;) Więc w razie czego nie pisałabym, że w kwietniu 1410 ktoś tam jechał z jakiegoś, nie wiem, Magdeburga, pod Grunwald ;)

A, to tak – miałam raczej potrzebę przedstawienia informacji, że oni się przemieszczają w z góry ustalonym kierunku, a kiedy i gdzie się spotkają to faktycznie może być dziełem przypadku.

Jeżeli armia szła z taborem, to jacyś specjaliści od usług wszelakich zawsze się w nim znajdowali. Jeżeli chodzi o zajmowanie się końmi, to w przypadku szlachty (a to zwykle ona stawała konno), końmi zajmowali się pocztowi albo jacyś pachołkowie. Odnośnie czasów Stefana Wielkiego, to armia króla Olbrachta miała tylu ciurów (czyli właśnie różnego rodzaju służących), co żołnierzy. Z drugiej strony sam Stefan w tej konkretnej kampanii raczej za sobą taboru nie ciągnął, bo raz, że działał na własnym terenie , dwa, jego taktyka miała charakter wojny szarpanej, więc musiał zachować mobilność armii. Do XVIII wieku armie zazwyczaj absolutnie nie były samowystarczalne. Żołnierz musiał wszystko, włącznie z żywnością, zapewnić sobie sam. A jeżeli żołd nie dochodził, to aprowizacja przybierała formę grabieży.

kasjopejatales, polecam dwie książki, obie znajdziesz online w Bibliotekach Cyfrowych:

  1. Historyja jazdy polskiej Górskiego
  2. Siły zbrojne w wołoskiej wojnie Jana Olbrachta Borzemskiego.

Szczególnie polecam Borzemskiego – mała książeczka, ale znajdziesz w niej wszystko, łącznie z ilością kaszy w workach na wozach taborowych. Okres (1497), teren (Mołdawia), władca (SIII) się zgadza. Bardzo dobrze napisana, cudny przykład przedwojennego podejścia do prac historycznych, naprawdę: przyjemnie się czyta.

 

Gdybyś chciała więcej informacji, to polecam również Kronikę z czasów Stefana Wielkiego Górki (znajdziesz to w Archiwum Komisji Historycznej, Seria 2, Tom III – oczywiście również bez problemu dostępne w wersji zdigitalizowanej w dowolnej BC). 

Światowider wielkie dzięki za cenne informacje. Po tym co tu przeczytałam, myślę, że nie będę przesadzała: i albo zdecyduję się zostawić bohatera w mieście, przez które przechodzi ta armia, albo może (gdy więcej poczytam) zostawię go w tej armii, ale uwzględnię wasze uwagi.

Żołnierz musiał wszystko, włącznie z żywnością, zapewnić sobie sam.

A o tym to już zupełnie nie wiedziałam!

 

Algir tobie także, dziękuje za polecenie książek – chętnie na nie zerknę, szczególnie że ta pierwsza zapowiada się ciekawie.

Światowider – przez samowystarczalność rozumiałam raczej możliwość podkucie koni niż tabory jak Fryderyka Wielkiego i wożenie aprowizacji, ale dzięki za info, bo nam niestety życia codziennego to praktycznie nie wykładali i do mojego XIX wieku też szukam szczegółów po książkach i pamiętnikach :(

(Skądinąd miałam nawet pisać: summon Światowider)

 

miałam raczej potrzebę przedstawienia informacji, że oni się przemieszczają w z góry ustalonym kierunku, a kiedy i gdzie się spotkają to faktycznie może być dziełem przypadku

Nie do końca przypadku – pole bitwy rzadko bywało przypadkowe, wybierano je m.in. ze względu na ukształtowanie terenu, pewnego rodzaju punkt krytyczny koncentracji wojsk, konieczność przegonienia wroga z jakiegoś kawałka terenu itp., powody rozegrania bitwy w konkretnym miejscu mogą być różne, niemniej to nie było tak, że na kilka miesięcy wcześniej było oczywiste, że bitwa rozegra się tam, gdzie dzis wiemy, że się rozegrała :)

http://altronapoleone.home.blog

W temacie Księstw Naddunajskich mogę polecić jeszcze dwa zbiory ciekawostek, dotyczących raczej XVII w., ale może znajdziesz coś przydatnego (zresztą cały blog jest godny polecenia). Przepraszam za formę linków, ale piszę z telefonu:

http://kadrinazi.blogspot.com/search/label/hospodarstwo%20mo%C5%82dawskie?m=1

http://kadrinazi.blogspot.com/search/label/hospodarstwo%20wo%C5%82oskie?m=1

Zaczynam powoli podejrzewać, że muszę lekko zmodyfikować tę historię – tylko że pomysł mi się buntuje (normalnie, skubaniutki, za framugę łapie i wyjść za drzwi nie chce!). Z drugiej strony, myślę sobie, że kilku rzemieślników to i bez taboru mogłoby się w armii zaplątać. Ewentualnie mogłabym też przybliżyć bohatera trochę do władcy, przez co jego obecność tam byłaby bardziej uzasadniona, ale tego wolałabym nie robić.

No nic. Jeszcze raz dzięki wszystkim, a na źródła spojrzę w wolnej chwili :)

kilku rzemieślników to i bez taboru mogłoby się w armii zaplątać

Szłabym w to, że jakiś konkretny żołnierz był w cywilu np. kowalem czy synem kowala. Im bardziej “wiejski” zawód, tym bardziej prawdopodobne, że ktoś taki znajdzie się w armii.

http://altronapoleone.home.blog

Oczywiście, też o tym myślałam. Niestety, z dość istotnej przyczyny, mój bohater nie mógłby być żołnierzem. To znaczy zakładam, że by go nie przyjęli (powiedzmy ogólnie, że jest wybrakowany). Dlatego na poważnie myślę o tym, żeby zostawić go (chociażby) w wiosce przez, którą przechodzi wspomniane wojsko.

Jest jeszcze taka możliwość, że jeśli nie musisz go mieć w “strukturach” armii, to on może być jakimś “człowiekiem luźnym”, który za tą armią idzie, choć to bywali raczej obwoźni sprzedawcy płci obojga niż rzemieślnicy, no i w kwestii tego, jak to szczegółowo wyglądało w XV w. nie pomogę.

 

A tak technicznie, to się może przydać na przyszłość:

w wiosce[+,] przez[-,] którą

W takich sytuacjach przecinek idzie przed przyimkiem, z którym związany jest zaimek czy wyrażenie przyimkowe. Nawet jeśli są to konstrukcje złożone w rodzaju “sprawa, z powodu której” czy też inwersje jak “człowiek, głowę którego obiecał mu przynieść nabitą na pikę” :)

http://altronapoleone.home.blog

No właśnie nie wiem, czy koniecznie muszę. Raczej bardzo bym chciała. Ale może wystarczy dać go do jakieś wioski. A co do przecinka – gdy piszę szybko, wiecznie o tym zapominam. Ale postaram się już pamiętać :)

Może to nie do końca pomoc merytoryczna, ale będę wdzięczny, jeśli podzielicie się swoimi ulubionymi scenami przesłuchań z książek lub opowiadań. Najlepiej fantastycznych, ale niekoniecznie :).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Pytanie do zmotoryzowanych starszej daty – czy facet może oprzeć o błotnik UAZa plecy, czy tylko miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę? Zależy mi wyłącznie na tym, żeby się podparł samochodem i żeby to był łazik. Trochę się boję szukać zdjęć, bo z ruskich stron nie wiadomo, co mi do komputera nalezie :D

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tarnino, jak będzie siedział, to plecy oprze ;) A tak poważnie, jeśli samochód nie liftowany jakoś bardzo, to zadka też nie oprze (chyba że niziołek). Uda co najwyżej (i to też zależy od wzrostu). 

Bardzo chce, to może przysiąść i wtedy oprze, na stojąco – nie.

 

Edyta.

To najlepsze zdjęcie, jakie mam pod ręką, bez przeszukiwania płyt. Ten w czerwonej kurtce obok uaza, to jego właściciel – facet takiej normalnej budowy. 

Edyta 2 – coś mi się nie chce fotka wstawić, daję link. Uaza chyba poznasz?

 

Chyba powinnam się najpierw dobrze obudzić, potem czytać i pisać... Nie wiem, czemu przeczytałam zderzak... 

O błotnik oprze cztery litery, musiałby być raczej niski, żeby oprzeć plecy. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dobra, to oprę chłopa o burtę pojazdu i będzie grało. Dzięki!

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Dawno, dawno temu próbowałem się w tym wątku dowiedzieć czegoś na temat prędkości podróżowania wozem i paru innych technicznych aspektów takiej podróży, ale gdy teraz chciałem wrócić do odpowiedzi, które wtedy dostałem, boleśnie przekonałem się, że jakaś żarłoczna bestia pożera tutaj starsze posty. Proszę zatem jakąś dobrą duszę o sprawdzenie, czy to, co sobie zaplanowałem, brzmi sensownie:

 

Realia: umowne, pseudośredniowieczne

Warunki: droga leśna nieutwardzona, miejscami pozostałości bruku z płaskich kamieni

Pora roku: lato (lipiec), pogoda dość upalna, ale bez przesady

 

Mamy trzy wozy kupieckie kryte płótnem, każdy zaprzężony w dwa konie. Podróżujemy od szóstej rano do dziewiątej wieczorem, czyli piętnaście godzin dziennie. Średnio co trzy-cztery godziny robimy popas (na dzień wypadałyby zatem cztery popasy). Wieczorem palimy ognisko, żeby zjeść coś na ciepło, i podtrzymujemy je całą noc dla ochrony przed dzikimi zwierzętami (i nie tylko).

 

Kilka pytań, na które wciąż nie mogę znaleźć odpowiedzi:

1. Ile powinien trwać popas? Pół godziny? Godzinę? Czy popas około południa, w największy upał, powinien być nieco dłuższy?

2. Czy opłaca się rozpalać ognisko także w dzień, podczas południowego bądź popołudniowego popasu? Czy to strata czasu i lepiej zjeść coś na zimno?

3. Jak często powinni się zmieniać wartownicy przy ognisku?

4. Załóżmy, że na szlaku są miejsca specjalnie przygotowane pod popasy – wyrąbane w puszczy niewielkie polanki z kłodami, na których można usiąść, zapasami drzewa na opał, itp. Czy takie miejsca mają jakąś nazwę?

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Bolly, może to nie do końca wpasuje się w dokładne okoliczności, o które pytasz, ale akurat wczoraj robiłam sobie obszerne notatki na temat podróży karawanami, więc może zdołam pomóc.

 

  1. Długość popasu zależy przede wszystkim od: pogody, temperatury i terenu. Co ciekawe, karawany podróżowały w dzień i w nocy, w zależności od tego, jak daleko znajdowało się najbliższe miejsce postojowe (generalna zasada była taka, że na noc zatrzymujemy się tylko w wyznaczonych miejscach). Bywało tak, że przy największych upałach przeczekiwano dzień i wyruszano po zachodzie słońca, ale to rzadkie przypadki.
  1. Raczej strata czasu; ogniska rozpalano na dłuższych postojach. Na popasie można sobie wszamać suszonego owoca itp.
  1. A tutaj odpowiedź z własnych doświadczeń: w poprzedniej pracy miałam tzw. nocne warty. Zwykle dzieliliśmy nockę tak, żeby każdemu przypadł równy kawałek do “przestania”; czyli jeśli było nas na nocnym dyżurze pięcioro, to każdemu przypadała godzina z kawałkiem, ale już na przykład jeśli była tylko dwójka, to warta trwała trzy godziny. System się sprawdzał, każdy trochę nocy przesypiał, trochę przestawał, demokratycznie i sprawiedliwie.
  1. Dom zajezdny, miejsce postojowe, karawanseraj. Myślę, że tu z nazwami możesz poszaleć, wymyślić coś, co będzie pasowało do klimatu świata itd.

Jeśli czytasz po angielsku, to zajrzyj tu: https://en.wikipedia.org/wiki/Camel_train

Dość obszernie opisuje logistykę podróży karawanami, można to spokojnie przełożyć też na bardziej zeuropeizowane realia.

********

To jeszcze taka mała zagwozdka – czy mogę nazwać “luzakiem” dodatkowego konia, który nie jest zaprzęgnięty do wozu, ale jedzie na nim dowódca eskorty, czy jest na to inny termin?

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

O ile pamiętam, luzak to koń “zapasowy”, na którym w tej chwili nikt nie jedzie. Może “wierzchowiec”?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Jak pisze Tarnina – luzaki przy takim wozie byłby co najwyżej przywiązane i szły za nim. To o czym piszesz to zwykły wierzchowiec/rumak/jak zwał dowódcy. 

On w zamyśle miał być zapasowy, na wypadek, gdyby któryś z pociągowych padł, ale dowódca eskorty go niejako zarekwirował na własne potrzeby.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

To jeśli to jest jasne, nie widzę problemu. Albo daj koniowi jakieś imię i po kłopocie.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Czyli mogę o nim pisać jako o “luzaku” albo “zarekwirowanym luzaku”? Imienia raczej nie będę mu wymyślał, ale dzięki za sugestię.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Jest jeszcze maść: siwek, kasztan, bułany...

Babska logika rządzi!

Jeżeli to, że koń był wcześniej luzakiem albo, że dowódca go zarekwirował, jest chociaż w najmniejszym stopniu istotne dla fabuły, to wspomnij o tym. Jeśli nie, a chcesz wspomnieć, że dowódca jedzie na konkretnym koniu, wystarczy opisać go po maści, gabarytach, albo czymś charakterystycznym, np. strzałce na głowie.

"Nic mnie nie zmusi dzisiaj do biegania, mimo wszystko znów zasiadam zaraz do pisania."

Jest jeszcze maść: siwek, kasztan, bułany...

Owszem. Koń będzie kary, charakterystyczny – a do tego charakterny – ale chciałem też wyjaśnić, skąd się wziął. Miał być tylko luzakiem, a posłużył za wierzchowca. Ale z takim wyjaśnieniem nie powinno być chyba wątpliwości?

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

To też zależy od momentu w tekście. Koń szedł jako luzak i nie był planowany na wierzchowca, ale sytuacja wyjątkowa. Więc w tym momencie możesz jak najbardziej napisać, że dowódca wskoczył na luzaka. Tylko mniej więcej w tym momencie on przestaje być luzakiem. Możesz w kilku miejscach wspomnieć potem np o tym charakterze konia, że narowisty i nic dziwnego, że nie był przeznaczony pod wierzch. I jeśli dosiadał go tylko jakąś krótką chwilę, jedną akcję, to może i nie będzie problemu z nazywaniem go dalej luzakiem. Ale jeśli bohater ma jechać na nim pół książki, to zdecydowanie nie będzie to już luzak i nie wypada go tak nazywać. 

A jak podróżował wcześniej dowódca? I czemu przesiadł się na tego konkretnego konia? Skądinąd, jeśli wcześniej nie jechał wierzchem, to karawana mogła po prostu prowadzić jego konia, wtedy to nie będzie luzak tylko koń dowódcy, czasowo idący luźno. Luzak to koń zapasowy, “bez przydziału”.

http://altronapoleone.home.blog

Teraz mi zabiliście ćwieka. Tak to już ze mną jest, cholera, że gubię się w takich szczegółach. Zamysł był taki, że karawana dostała jednego konia ekstra, w razie gdyby z którymś z pociągowych coś się stało, ale dowódca kilkuosobowej najemnej eskorty, sam nieposiadający własnego konia, postanowił, że pojedzie na nim wierzchem na czele karawany. Koń ma zginąć, jeździec cudem przeżyć, a cywilny zwierzchnik najemników zagrozić, że potrąci im to z wypłaty. Choć teraz, kiedy o tym myślę, dochodzę do wniosku, że równie dobrze mogłoby być odwrotnie – koń mógł być od początku przeznaczony na wierzchowca dla dowódcy najemników, jedynie z zastrzeżeniem, że w razie potrzeby zastąpi któregoś z pociągowych.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Bolly, nie znam się zbytnio na koniach, ale myślę, że to nie działa w ten sposób, że: siadasz na konia pociągowego, mówisz: “Koniu, od teraz będziesz koniem bojowym!” Koń kiwa łbem: ok. I jedziecie na bitwę.

I w drugą stronę: koń wierzchowy jest więcej wart od pociągowego, więc nie występują zamiennie. Koń pociągowy ma prosty skrypt: wóz-trawa-pług-trawa... O, siano! Koń bojowy to inna bajka: jest jak polisa ubezpieczeniowa, wykupione dwie opcje: bitwa i siadasz-uciekasz. Jakoś mi się nie spina taka podmiana.

Kwestia nazewnictwa: np. u p.Sienkiewicza luzak to służący obozowy. W sienkiewiczowskiej staropolszczyźnie funkcjonowały nazwy: podjezdek, mierzynek, hetka. Wszystkie dotyczyły koni o słabszych parametrach, czyli: biedota rozbijała się dziesięcioletnimi sprowadzanymi mierzynkami, ci bogatsi zamykali licznik na arabach.

W zależności od przyjętych realiów, ja bym rozgraniczył: koń bojowy, koń pociągowy, konik dla giermka/później służącego, późniejszy koń kawaleryjski, koń wyjściowy (np. gdy jedziemy w gości), koń transportowy, konik przejażdżkowy, koń na dłuższe trasy (sypialny), koń ucieczkowy (pendolino), koń do podrywu, lichy konik do śmigania po wioskach – to nie są łatwe wybory ;)

A tak naprawdę, to sięgnij do Ivanhoe sir Waltera Scotta: w jednej z pierwszych scen jest opisany pochód templariuszy, gdzie rycerze śmigają na osiołkach/lichych konikach, zbroje jadą na wozach, a prawostronne konie bojowe są prowadzone przez pachołków. Zakładam, że sir Walter miał lepsza wiedzę na temat koni niż my ;)  

 

 

Algir ma rację. Na dodatek konie układa się czyli szkoli (a zwłaszcza szkolono, kiedy były głównym środkiem transportu) do różnych zadań. Na koniu pociągowym nauczony jeździec da radę od biedy pojechać, bo zwłaszcza spokojny koń posłucha prostych komend (nie ustnych, ale “cielesnych”). W sumie gorzej może być w drugą stronę – koń nienawykły do 1) pracy zespołowej (jeśli pojazd jest ciągnięty przez kilka koni), 2) do zaprzęgu, może nie chcieć iść. Koń pociągowy to w dodatku zazwyczaj wałach ciężkiej rasy, który będzie mało zwrotny, mało dynamiczny, że również porównam z silnikiem. W sytuacjach wyjątkowych w zasadzie wszystko jest możliwe, niemniej musisz mieć świadomość, że to sytuacje wyjątkowe. Czyli np. jeśli Twoja karawana istotnie prowadzi luźne konie “zapasowe”, pociągowe, to dobry jeździec da radę na takim koniu coś tam bojowego wykonać, ale będzie to tak, jakby zamiast do ferrari wsiadł do poloneza i chciał się ścigać. Dobry kierowca, umiejący operować biegami i obrotami silnika, wyciśnie ze słabszego samochodu więcej niż zły kierowca z mocniejszego, ale wymaga to umiejętności. Z kolei jeśli dowódca najemników wziąłby sobie swojego wierzchowca, to nie będzie zakładał z góry, że ten koń zastąpi pociągowe. Znów: w sytuacji bez innego wyjścia jest to wykonalne, ale profesjonalna karawana czegoś takiego nie zrobi.

http://altronapoleone.home.blog

O, właśnie, jeszcze jedna kwestia: szkolenie. Mój pradziadek, przedwojenny ułan zasławski, opowiadał swoim dzieciom, jak konni szkolili piechotę. Wyglądało to tak: stał sobie oddział piechoty pod bronią, z drugiej strony szedł oddział ułanów w galopie, przed linią piechoty robili zwrot i ich omijali. Efekt był piorunujący: większość piechoty, chociaż świadomej, że to szkolenie, jeszcze przed tym zwrotem szła w rozsypkę. Trzeba było wielu takich lekcji, żeby pokonać strach na widok zbliżającego się oddziału konnych. Druga sprawa: tylko wyszkolone konie były zdolne do takich manewrów (utrzymanie linii, zwrot), w późniejszych czasach mówiło się: ostrzelane. Przykład: husaria zaczynała szarżę w luźnym szyku, tuż przed zetknięciem z wrogiem zbijali się w linię, konie szły strzemię w strzemię, łeb w łeb – dzięki temu uderzali jak wielki młot lub klin, który tratował wszystko. 

W walce konnej liczy się manewrowość, obycie i umiejętności – jeźdźca i konia. W źródłach jest na ten temat trochę informacji: np. decydująca była kwestia, z której strony zajechałeś przeciwnika (inaczej w pościgu, inaczej w walce twarzą w twarz), tzn. kto musiał wychylać się ponad łeb koński albo w którą stronę obracać się w siodle. Doświadczony fighter w pościgu walił szablą/mieczem z góry na odlew, nigdy forhendem (jak pokazują to czasem filmy, np Gladiator, gdzie w pierwszej bitwie Maximus tak ciapie gladiusem – w efekcie miecz zostaje wbity w drzewo (w prawdziwej walce zostałby tam razem z ręką ;)) itd. Dochodziła jeszcze kwestia znajomości swojej maszyny: jaki ma przebieg, jak przyśpiesza, ile pociągnie na jednym worku z owsem, jak dozować tempo jazdy, żeby nie walnęły uszczelki, jaką ma prędkość ucieczki itd. Jak zwykle: temat-rzeka ;)

 

 

Ale dowódca najemników konno tylko bada drogę przed karawaną. Nie jest kawalerzystą.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Strasznie kombinujesz... W świecie z karawanami umiejętność jazdy konnej jest podstawą bytu. A jeśli nawet ci najemnicy są głównie piechurami, to konnym zwiadowcą powinien być najlepszy jeździec spośród nich, a nie dowódca. Dowódca w ogóle nie powinien być zwiadowcą, dowódca jest od tego, żeby zdawać mu raporty ze zwiadu.

http://altronapoleone.home.blog

Bolly, ale od badania drogi są zwiadowcy, jeżeli dowódca chce głębiej spenetrować teren  – wysyła podjazd (mały oddział lub duży (w warunkach wojennych)), a najlepiej kilka podjazdów. I nie działało to tak, że chłopaki przejechali się za zakręt, wracali i meldowali: jest ok. Podjazdy szły głęboko w teren, często wracały po upływie dni (np. miały za zadanie namierzyć podjazdy przeciwnika). Dowódca może osobiście zbadać teren (np. żeby założyć obóz obronny), ale tylko w czystym (sprawdzonym) terenie i w otoczeniu osłony (nie dwóch-trzech ludzi, tylko dużej grupy).

Zobacz, jak Amerykańce podczas IIWW skasowali Yamamoto: koleś wybrał się samolotem na osobiste wizytowanie baz, jego samolot został namierzony (już wcześniej) i zestrzelony. Jego śmierć była potężnym ciosem dla Japonii.  Podobnie z każda wyprawą. Dlatego dowódca nie porusza się sam po obcym, niesprawdzonym terenie.

Algir, mam wrażenie (może mylne), że tu nie mamy do czynienia z dużym zbrojnym oddziałem, tylko niezbyt liczną eskortą, więc grupy zwiadowców czy podjazdy i wielodniowe zwiady to nie ta bajka – za bardzo się nastawiasz na warunki przemieszczania się armii ;)

 

O, znalazłam informację od OP:

 

Mamy trzy wozy kupieckie kryte płótnem, każdy zaprzężony w dwa konie.

http://altronapoleone.home.blog

Dodam, że cała karawana liczy dziewięciu ludzi, w tym sześciu z eskorty – najemników, którzy w czasach pokoju nie mają zajęcia i żeby zarobić na chleb, oferują swoje usługi kupcom podróżującym przez niebezpieczny las.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Czy ktoś zna irlandzki gaelicki? Albo zna kogoś, kto zna? Szczegółów nie podaję, bo zdradziłby sporo z fabuły tworzącego się opowiadania.

Jeżeli nikogo nie znajdziesz (nie kojarzę na portalu, ale nigdy nie wiadomo), sugeruję metodę na wielokrotnie sprawdzanego google translatora. Wprawdzie w tym celu lepiej znać choćby podstawy języka docelowego (konkretnie gramatyki), ale można poeksperymentować i bez tego.

Zasada jest taka: zadajesz gt wypowiedź, najlepiej z angielskiego, który gt ma najlepiej opanowany, po czym tłumaczysz ją zwrotnie na angielski i koniecznie na jakiś inny język. Potem próbujesz jeszcze kilka razy – jeśli znasz inne języki, to najlepiej wielojęzycznie – w obie strony. Jeśli zawsze jest mniej więcej to samo, to znaczy, że trafia dobrze. Można też potłumaczyć osobno wszystkie słówka z tego, co pokazuje, bo to czasem pozwala ustalić, gdzie jest błąd. Upierdliwe i oczywiście ze skomplikowanym tekstem może być problem, ale na prostych działa (sprawdzałam na ledwie znanych językach, dla których jednakowoż znałam gramatyczną bazę języków pokrewnych, choć również dla baskijskiego, którego gramatykę raptem liznęłam, bo potem ukradziono mi kindla z samouczkiem).  I najlepiej wyjściowe pisać jak najprościej.

http://altronapoleone.home.blog

Zakładam, że znajdzie się tu ktoś ogarniającego, z czym się je pracę w policji. Pytanie mam dość ogólne – mianowicie, w jaki sposób zaczyna się badanie samobójstw? I rzeczywiście chodzi mi tylko o sam początek, czyli jakie jednostki przyjeżdżają, jak duże, kto prowadzi takie sprawy, jakie działania się podejmuje w ciągu tej, dajmy na to, pierwszej godziny po zdarzeniu.

Zostaw ten żyrandol.

Ktoś musi to samobójstwo stwierdzić, więc jak znajdują zwłoki, jest patrol (czyli realnie pewnie ze dwie osoby – “pilnują” ciała, czekają na prokuratora) i prokurator. Nie wiem, co dalej.

Chociaż jakiś czas temu byłam na rozpoznaniu ciała, to było jeszcze dwóch śledczych, aczkolwiek nie wiem, jaka jest procedura.

Przynoszę radość :)

Hm, może doprecyzuję: w sytuacji, kiedy dostają zgłoszenie, że ktoś właśnie wypadł z okna, a nie w sytuacji znalezienia zwłok przypadkiem.

Zostaw ten żyrandol.

Kwestia samobójstwa też nie jest jasna od razu: nie wiadomo, czy sam wypadł, czy ktoś go wypchnął, więc podejrzewam, że sam początek wygląda podobnie.

Zgłoszenie → patrol → prokurator.

Wiem na pewno, że od razu zawiadamia się prokuratora i czeka na jego przyjazd.

Przynoszę radość :)

 

Skraj tuniki rycerza na powyższym zdjęciu jest udekorowany charakterystycznymi, przypominającymi krenelaż ząbkami. Czy tak ozdobiona tunika lub sama dekoracja jakoś się nazywa? Po angielsku doszukałem się czegoś takiego, jak crenellated tunic, ale nie wiem, czy właśnie o to chodzi, bo nie wiążą się z tą frazą żadne obrazy w Google Grafice, no i potrzebne mi jednak określenie polskie. Ktoś pomoże?

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Nie wiem, czy nie chodzi ci o tabard – za wiki: krótki kaftan lub płaszcz, bez rękawów lub z krótkimi rękawami, zwykle ozdobiony herbem, noszony na zbroję. O samym wycięciu nic nie wiem.

 

Moje pytanie:

na czym europejczyk żyjący w XVII wieku mógłby skrobać notatki/robić obliczenia? Papier drogi, pergamin nawet droższy, więc ich szkoda, tablice kredowe upowszechniły się  w XIX w.,  woskowe tabliczki dla odmiany to raczej starożytność. 

None  Może jakaś wyprawiona skóra? Gliniane tabliczki? (choć to też starożytnością zalatuje) Czym on pisze te notatki? I gdzie? W drodze? W gabinecie? Jesteś pewien, że papier był tak drogi, że bohatera nie byłoby na niego stać?

W gabinecie. Stać by może go było, ale byłoby to poważne marnotrawstwo. Trochę jakby dzisiaj ktoś pisał listę zakupów na papierze czerpanym.

Wyprawiona skóra to właśnie pergamin. Znalazłem jakieś wzmianki o pisaniu kredą na łupkowych tabliczkach/dachówkach, ale nie wiem, na ile to wiarygodne.

Może papirus? W Europie go wytwarzano. Nie wiem, jak bardzo chcesz się trzymać realiów, ale papier w XVII wieku nie wydaje mi się aż takim luksusem.

None, musieli na czymś pisać i nie były to gliniane tabliczki, przecież zaczyna się nowożytność. Siedemnasty wiek to Pascal, Leibnitz, Hobbes, Bacon, Kartezjusz, Pascal, Spinoza wink

 

Edytka: Zdecydowanie arkusze papieru, w XVII wieku już nawet w Polsce funkcjonowało ze czterdzieści papierni. Zapotrzebowanie na papier było ogromne. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Na papierze. Wtedy już powszechnie używano papieru. Tabliczki łupkowe mogą być, jeśli chcesz czegoś wielokrotnego użytku.

 

PS. Tani papier produkowało się ze szmat, ale nie wiem, od kiedy. Obstawiałabym, że dość wcześnie, bo technologia chyba jest prosta.

http://altronapoleone.home.blog

Jeśli dobrze pamiętam, technologię produkcji papieru przywieźli do Europy Arabowie w XI wieku (może trochę później). W XVII był dość powszechnie dostępny – przecież już, już, a wyjdą pierwsze gazety.

Do obliczeń nadaje się też każda powierzchnia wysypana piaskiem (i patyk). Jeśli ktoś chciał zaoszczędzić, zapisywał każdy skrawek (trochę jak ja, planując teksty XD) wzdłuż, w poprzek i po obu stronach. Ale jeśli faceta stać na gabinet, stać go też na ryzę papieru. Zresztą papier od początku był produkowany właśnie jako materiał piśmienniczy.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Pierwsze “wyroby gazetopodobne” wychodzą już właśnie w XVII w. Ponadto drukowano mnóstwo broszurek, rycin i to często bardzo tanich. Także listy pisano na papierze. Technologia produkcji pergaminu jest znacznie droższa i bardziej pracochłonna, a papirus w Europie rośnie na bardzo ograniczonym terenie i nie nadaje się do produkcji masowej.

http://altronapoleone.home.blog

None, dwa krótkie linki, pierwszy – młyny papiernicze na kontynencie europejskim i w Ameryce; drugi z uwagi na wynalezienie tzw. “Holendra” w 1670 roku, maszyny przyspieszającej produkcję papieru.

*http://historiapapieru.yum.pl/europap.html

*https://sp-art.pl/2016/09/01/papier-historia-swiecie-polsce

 

Poza tym, pamiętaj że tylko do piętnastego wieku były książki rękodzielnicze, potem już druk, bo Gutenberg – to wiek piętnasty (Biblia Gutenberga była drukowana w latach 1452-1455).

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ok, dzięki wszystkim, w takim razie zostaje papier.  Jak widać, czasem człowiek niepotrzebnie kombinuje.

Jak widać, czasem człowiek niepotrzebnie kombinuje.

Czasem tak :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Jak nazwalibyście szatę kapłańską w świecie fantasy? Standardowo długa, z kapturem. Czy habit nie za bardzo kojarzy się z chrześcijaństwem? Przychodzi mi do głowy tylko: tunika, szata, habit, sutanna.

Nie przypominam sobie, aby czytał  jakieś fantasy z kapłanami w habitach, ale może mnie pamięć zawodzi ;)

 

Drugie pytanie. Dziewczyna nosi drewnianą maskę na twarzy prawie cały czas. Czym mogłaby ją podbić, aby zwiększyć komfort? Aksamit? Technologia na poziomie późnego średniowiecza, pieniądz nie gra roli.

ad 1 – Dawniej suknie była także strojem męskim, więc kapłani mogli być ubrani w suknie kapłańskie

ad 2 – Maska mogła być wyścielona milutkim krótkowłosym futerkiem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję regulatorzy

Zapomniałem wspomnieć, że chodzi mi o szaty kapłańskie dla żeńskiego zakonu, więc dla kapłanek. Nie wiem, czy suknia nie będzie się zbytnio kojarzyć na kobiecie ze zwykłą suknią.

Futerko, ok, poszukam jakiś miłych futerek :P 

W kwestii futerka pod maską – będzie ją łaskotało i trudno jej będzie oddychać (tak sądzę) :/

 

Koleżanki podpowiadają len/bawełnę?

Przynoszę radość :)

Zanaisie, wszak o zakonnicach w strojach organizacyjnych mówi się, że noszą suknie zakonne.

Przypuszczam, że w masce dziewczyny jest niewielki otworek/ szpara, ułatwiający jej oddychanie/ mówienie niezależnie od tego, czym wymoszczona będzie maska.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jako że nigdy nie nosiłam drewnianej maski na twarzy, nie upieram się ;)

Przynoszę radość :)

A po prostu długa szata? Chyba nie będziesz co chwilę powtarzał tego słowa, więc nie potrzebujesz wielu synonimów ;)

Co do maski – aksamit jest bardzo starym wynalazkiem, więc może być. Możesz go dodatkowo pokryć jedwabiem – ma ten plus, że jest chłodny i gładki w dotyku. I też jest znany od niepamiętnych czasów. Od futerka ona by się pod tą maską chyba ugotowała, zgadzam się też z kwestią łaskotania. Hełmy i tym podobne wykładano od środka wyprawioną na mniej lub bardziej miękką skórą, w zależności od zamożności posiadacza, więc to też możliwe. Niemniej jeśli to kobieta i do tego bogata, szłabym w luksusowe materiały, nawet jeśli maska nie przylega na całej powierzchni do skóry.

http://altronapoleone.home.blog

Koleżanki podpowiadają len/bawełnę?

Tu nie chodzi o typ włókna, tylko (przede wszystkim) o splot i rodzaj tkaniny. Jakiś aksamit faktycznie mógłby być, chociaż pewnie troszkę by łaskotał. Jedwabne włókno o tyle dobre, że chłodne w dotyku, wzięłabym coś miękkiego, może atłas?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Kurczę, dzięki za odpowiedzi, aż tylu się  nie spodziewałem :)

Myślę, między atłasem i satyną. Jedwab jest nie tylko przyjemny w dotyku, ale też odprowadza ciepło, jak pisała Tarnina.

Jeśli chodzi o nazwy, stosowałabym albo jedwab, albo atłas, słowo satyna jest po polsku późne i mocno popularne dziś.

http://altronapoleone.home.blog

O, to nawet nie wiedziałem. Dzięki, Drakaino :)

Pytanie do Chrościska i innych geologów, ale bez związku ze Staszkiem (he, he, he).

 

Chcę mieć tak:

  • archipelag pochodzenia wulkanicznego (na oceanie, gdzieś w miarę niedaleko może być kontynent, jeszcze nie zdecydowałam)
  • z klimatem śródziemnomorskim (cieplusio)

I potrzebuję potwierdzenia, czy:

  • będzie tam wiało jak wściekłe
  • mogę mieć lasy mgielne?

Bo nie wiem, jak będzie z wodą. Na wulkanach źródełek chyba być nie powinno, więc deszczówka. Może też murki do łapania mgły. Lasy mgielne = chmury, a chmury = deszcz. Ale z drugiej strony grzbietu będzie cień opadowy, czyli sucho, nie? Więc tam las nie urośnie, a co z ludźmi? Będą mieszkać tylko z tej strony wyspy, na której pada? Ale jeśli wieje z obu kierunków, to nie będzie jednej strony mokrej i drugiej suchej, tylko obie mokre.

Argh, ta geografia :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Nie jestem Chrościskiem, ale mam spore pojęcie i mnóstwo materiałów o jednym takim – choć mocno rozsypanym w dalekie odległości – archipelagu, mianowicie Św. Helena – Ascension – Tristan da Cunha. Wiem, że wściekle wieje. Zabudowa tam, gdzie się w ogóle da ze względu na ukształtowanie terenu. Co do wody musiałabym poszukać. Bujna roślinność na przynajmniej części wyspy.

http://altronapoleone.home.blog

Ooo...

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Btw nieoceaniczne to znam z autopsji bardzo dobrze archipelag wysp tyrreńskich, jakby co. Ale zastanawiam się post factum, czy Ty pytasz o archipelag z czynnymi wulkanami, czy niekoniecznie? Choć akurat na Morzu Tyrreńskim są czynne wulkany, z czego Stromboli to wulkan-wyspa.

http://altronapoleone.home.blog

Wulkany nie muszą być czynne, choć mogą. Ale równie dobrze może być kilka czynnych, a kilka wygasłych. Wolałabym jednak takie wyższe, nie typu hawajskiego, więc archipelag z plamą gorąca (która się przesuwa, tworząc nowe wyspy, a zostawiając z tyłu stare) chyba nie pasuje.

Z tego, co wiem, na wyspach wulkanicznych czynnikiem ograniczającym rozwój roślin jest właśnie woda – gleby są dobre, tylko sucho.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Ok, trochę już minęło, więc pewnie już sama poszukałaś, ale oto co udało mi się wygrzebać: zasadniczo to zależy.

 

Zależy, jaka duża wyspa, jaka stara, czy wulkan aktywny, jakie morze dookoła. Ja wiem, pomocne.

Co do wiatrów – wieje wtedy, kiedy pojawia się różnica ciśnień, zwykle na skutek znaczącej różnicy temperatur. Na wyspach zwykle wieje, bo woda i  ląd różnie się nagrzewają. Ale jeśli morze jest bardzo ciepłe (ciepłe prądy, aktywne kominy termiczne), to różnice mogą być mniejsze, szczególnie jeśli mowa o względnie stałym klimacie – bez gorących lat i ostrych zim. To i wtedy wieje mniej.

Lasy mgliste występują między zwrotnikami, wiec klimat śródziemnomorski raczej odpada. Wymagają bardzo specyficznych warunków – bardzo mokro, ciepło i duża różnica wysokości.

Co do wody. Na dużej, starej (znaczy, kilka milionów lat) wyspie bez dużej aktywności wulkanicznej mogą powstać źródła. Martwe rośliny tworzą glebę, gleba z czasem tworzy skały osadowe, które tworzą warstwy wodonośne. W dziurach i zagłębieniach zbierają się jeziorka wody deszczowej. Nawet na mniejszych wyspach z regularnymi opadami (a na wyspach bywają one spore) mogą powstać jeziora i rzeki. 

Cień opadowy – jasne, ale mówimy o jednej górze otoczonej wodą, a nie łańcuchu górskim z morzem po jednej stronie i lądem do drugiej. Chmura może nadejść z dowolnej strony – chyba, że coś innego (inne masy lądu, prądy morskie – będzie sprawiało, że zawsze nadchodzić będzie z tej samej.

 

Kurczę, wszystko zależy :( Ale widziałam fajne zdjęcia Madery i Kanarów, gdzie lasy mgliste są. No, poszperam jeszcze.

Dzięki!

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Lasy mgliste występują między zwrotnikami, wiec klimat śródziemnomorski raczej odpada.

widziałam fajne zdjęcia Madery i Kanarów, gdzie lasy mgliste są

 

Zwłaszcza Madera, ze względu na położenie na Atlantyku, ale i szerokość geogr., ma klimat raczej podzwrotnikowy niż śródziemnomorski (32 równoleżnik), a lasy mgliste potrzebują głównie specyficznych warunków.

Lasy mgliste widziałam w strefie międzyzwrotnikowej, gdzie spędziłam kawałek życia, ale podobne zjawisko kojarzę również ze zdjęć wysp atlantyckich (choć wspomniana Św. Helena jest w strefie zwrotnikowej, o dziwo).

http://altronapoleone.home.blog

Hmm, no, dobra. Na czynności wulkanów za bardzo mi nie zależy, tylko tych lasów szkoda. Może coś tu zmienię...

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tarnino, jak masz pytanie do mnie, to trzeba dać znać, bo ja tu rzadko zaglądam.

 

Wracając do meritum, mapka położenia lasów mgielnych jest tutaj: 

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/2/26/Cloud_forest_world_distribution.jpg

Wybieraj, czego dusza zapragnie.

Jak masz lasy mgliste, to będziesz mieć też mnóstwo wody, bo ilość wody jest pochodną ilości opadów. Więc bez względu na typ podłoża, jak dużo pada, to jest dużo wody.

Czy będą źródełka... jak będzie lita skała wulkaniczna to niewiele, ale zawsze jakiś szczelinowe się może trafić, jak lita skała będzie miała jakąś pokrywę zwietrzelinową, to ta woda chętnie będzie się pod nią gromadzić, i prędzej czy później wypływać na powierzchnię. Mnóstwo możliwości.

 

Co do wiatru, generalnie w strefie międzyzwrotnikowej wieje słabo... chyba że akurat przejdzie huragan albo tajfun. Najmocniej wieje w strefach umiarkowanych i subpolarnych.

 

Co do Madery, o ile nie potrzebujesz lasów mgielnych sensu stricto, a jedynie lasy, gdzie czasem jest mgła, to może się nadawać. Są wiatry, bo jest tam Prąd Zatokowy. Jest bardzo zmienna pogoda. Klimat zbliżony do śródziemnomorskiego, acz chłodniejszy i nieco bardziej wilgotny.

Na Maderze jest słynny ultramaraton. Kilku znajomych tam startowało, i opowiadali, że w trakcie jednego dnia, mieli po jednej strony wyspy Morodor, a po drugiej Śródziemie, i bardzo narzekali ta te nagłe zmiany pogody, w zależności od wysokości oraz położenia na wyspie.

Na Kanarach to nie wiem. Byłem na Lanzarote i się nie nadaje, bo jest za sucho i praktycznie nie ma lasów. Ale te wyspy bardziej na południu już mają inny klimat, więc kto wie.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Hmm. Dzięki. Chyba coś w tym klimacie pozmieniam. Podoba mi się to, co powiedziałeś o Maderze, będę szukać w tym kierunku.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Jak na polski przerobić pojęcia “soft/hard docking” i “spacecraft berthing”? Zastanawiałem się nad miękkim/sztywnym dokowaniem i zaczepieniem – ale zastanawia mnie czy funkcjonuje tutaj jakieś usystematyzowane nazewnictwo. Chyba że klasycznie mamy tutaj Poland cannot into space ;)

Myślę, że twarde/miękkie dokowanie – przez analogię do lądowania. A to drugie to w ogóle nie wiem, o co chodzi. Cumowanie?

Babska logika rządzi!

Cumowanie?

Tak bym to dokładnie przetłumaczył. “Spacecraft berthing" to niesamodzielne zadokowanie statku przy użyciu np. ramienia-robota stacji. “Berthing” w mowie Szekspira znaczy generalnie “cumowanie”.

Tak samo z twardym/miękkim dokowaniem.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Tutaj mamy artykuł posługujący się terminami “miękkie” i “twarde” dokowanie, więc można chyba przyjąć,  że to już utarte zwroty.

Piękne dzięki :) Wychodzi po raz kolejny mój skrzyw w stronę języka Szekspira – poza sporadycznie odwiedzanym Kosmonauta.net praktycznie wszystkie newsy spoza atmosfery śledzę po angielsku...

Jestem świeżo po Stephensonowej książce "7ew" gdzie jest dużo, właśnie cumowania do ISS. Cumowanie więc jest chyba dobrym określeniem.

Known some call is air am

Ponowne dzięki :) Opowiadanko dzisiaj kończy jako pierwszy draft, dam temu poleżeć kilka dni i będę słał na konkurs (PFFN – kończy się w poniedziałek, ale wklejam na wypadek gdyby ktoś miał lepsze tempo od mojego ;) )

I wybaczcie mi tutaj skok z tematu na temat i to jeszcze na głębokie, ryzykowne wody... Ale chciałbym spytać o jakiś przykład powieści fantasy z sensownie napisaną parą lesbijską. Przy czym od razu wyjaśniam, co rozumiem jako “sensownie napisana”; preferowałbym brak/sporadyczność scen łóżkowych i twardej erotyki. Chciałbym raczej zajrzeć w głowę takiej pary i sferę uczuć i więzi je łączących.

Że zaryzykuję – domyślam się, że taka para wiele nie różniłaby się pod tym względem od pary hetero, ale akurat w tym wypadku chciałbym zrobić porządny research, wiedząc że wprowadzając taki wątek do swojego tworu wchodzę na pole minowe przy którym była Jugosławia jest placem zabaw dla dzieci przedszkolnych...

Oprócz jakichś tam motywów we “Friday” Heinleina, nie potrafię sobie niczego innego przypomnieć.

Known some call is air am

“Friday” to przede wszystkim było przedstawienie poliamoryzmu oraz biseksualizmu. Bardzo topornie, ale jednak. 

 

Astraph, przede wszystkim poszukaj literatury oraz filmów z takimi motywami, np. serial “The L Word”, sequelu nie znam, więc nie wiem czy polecać, ale na pewno warto też sprawdzić. Fakt, jest tam sporo erotyki, ale myślę, że pod tym względem nie ma co się ograniczać, bo w końcu wyłuskujesz coś dla siebie. O wiele lepsze niż powieści w tym przypadku, będzie szukanie reportaży etc. 

 

Dzięki za wszystkie wskazówki :) Będę próbował za nimi podążyć, zobaczymy co z tego wyjdzie.

Na pewno coś wyjdzie, w końcu wiele materiałów jest dostępnych :) Warto poszukać wśród wyróżnionych nagrodą literacką Lambda. Pisarką, która od razu mi przychodzi do głowy jest Jeanette Winterson – jej powieści są dostępne po polsku, ale raczej w antykwariatach. Polecam, bo to świetna autorka i jedna z moich ulubionych w ogóle. Identyfikuje się jako lesbijka, a jej powieść “Orange is Not the Only Fruit” ma elementy autobiograficzne. Myślę, że też możesz spokojnie zajrzeć do podręczników seksuologicznych w których pojawia się rozwój psychoseksualny osób nieheteronormatywnych, mamy nawet polski podręcznik “Wprowadzenie do psychologii LGB” (tak, tylko LGB, ponieważ dotyczy osób homoseksualnych i biseksualnych, bez transpłciowości). 

Ok, niezbyt liczę na powodzenie, ale spróbować zawsze warto: czy zna się ktoś/ma materiały na temat demonologii/mitologii łotewskiej? :D 

XD

www.facebook.com/mika.modrzynska

Arnubis, poszukaj:

Sacrum. Obraz i funkcja w społeczeństwie średniowiecznym.

Życie codzienne Prusów i Jacwięgów w wiekach średnich. Ł. Okulicz

Słowianie zachodni. Dzieje, obyczaje, wierzenia W. Bogusławski (jest kilka tomów).

 

Dwie pierwsze pozycje miałem w rękach – szczególnie polecam Życie codzienne Prusów...

Dzięki Algir, poszukam.

No Słowianie mnie w tej sytuacji niezbyt interesują. A szkoda, byłoby dużo łatwiej o źródła. Generalnie z tego co grzebię, to o łotewskiej mitologii jest naprawdę mało źródeł. Próbuję opierać się też na wierzeniach litewskich, które są chyba najbliższe i nieco więcej o nich można znaleźć. Prusowie to już też chyba trochę się różnili, a i o nich mało źródeł. Polecana przez Algira książka niezbyt pomogła. W każdym razie – dzięki, może po to sięgnę.

Może się mylę, ale chyba nie do końca precyzyjnie się wyrażasz – Łotysze to nazwa współczesnego narodu, nie istnieli w czasie, w którym mogli stworzyć własną mitologię (tak samo jak nie bardzo jest mitologia polska, a raczej słowiańska). Nie powinny Cię bardziej interesować więc wierzenia ludu zamieszkującego ziemię Łotwy w średniowieczu – Prusów? EDIT: tzn. jeżeli dobrze zrozumiałem pytanie, bo jeżeli poszukujesz informacji o ludowych wierzeniach Łotyszów, to mea culpea. W każdym razie temat będzie trudny – bo literatura jest w większości w mało przystępnym języku.

Tak, wiem, że Łotysze to współczesny naród. Ale wcale nie pochodzą od Prusów – ci zamieszkiwali raczej teren obecnego Warmińsko-Mazurskiego i okolice. Dalej byli Jaćwingowie, Litwini i w końcu plemiona od których pochodzą współcześni Łotysze – “Współczesny naród łotewski powstał z połączenia ugrofińskiego plemienia Liwów z bałtyckimi plemionami Zemgalów, Zelów, Kurów i Łatgalów“

Tutaj masz mapkę, ładnie pokazującą mniej więcej tereny konkretnych plemion

Tylko że na znalezienie źródeł na temat wierzeń Liwów, Zemgalów, Zelów, Kurów i Łatgalów nie ma żadnych szans, w ogóle źródła historyczne na temat wierzeń ludów bałtyckich są bardzo, bardzo ubogie. Dlatego pozostaje bardziej kwestia grzebania w folklorze łotewskim i ich próbach rekonstrukcji mitologii (często pod wpływem bliskich im pod tym względem Litwinów, o których jest trochę więcej źródeł).

To może poszperaj w wierzeniach ludów ugrofińskich oraz bałtyckich i dokonaj ekstrapolacji?

Legendy bałtyckie: https://www.sacred-texts.com/neu/index.htm#baltic (fińskie są trochę niżej).

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Jak sięgniesz dostatecznie daleko, to wierzenia prusko-bałtyckie będą wspólne (jeszcze dalej będą wspólne ze Słowianami, bo te pnie się stosunkowo “niedawno” rozeszły). Tym Kurom i pozostałym chyba jednak będzie bliżej do Prusów i Jaćwingów, niż do Ugrofinów, ale w zasadzie powinnam się zamknąć, bo archeologia wczesnego średniowiecza była tym jedynym egzaminem, który oblałam i to z przytupem, bo dwa razy :D

http://altronapoleone.home.blog

Słuchajcie, taka sytuacja: ok. 1870, środkowy zachód (dokładniej pogranicze Dakoty i Montany), liche miasteczko jak z westernu. Jakie tam może dominować wyznanie (albo jaki urzęduje pastor) – metodyści, prezbiterianie, baptyści? I czy wzywa się takiego pastora z olejami do umierającego?

No idea, ale protestanci z sakramentów uznają tylko komunię, chrzest i ewentualnie małżeństwo, więc wzywanie z olejami raczej nie jest w zwyczaju.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Właśnie w niektórych odłamach jest, choć jako obrządek, nie sakrament.

O, dzięki! Bardzo bogate dane. Wszystko wskazuje na metodystów.

Tarnina znów nie kuma samochodów. Potrzebna mi awaria taka, żeby:

  • trzeba było stanąć w szczerym polu (no, do wioski jeszcze się dotoczą, nich im będzie)
  • i dalej ni hu-hu nie pojedzie
  • a normalna naprawa byłaby trudna/czasochłonna
  • ale jest jakieś obejście (potrzebuję tego koniecznie, bo jedno z bohaterów ma tutaj udowodnić, że ma jakieś synapsy)

Ma ktoś jakiś pomysł?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

ale jest jakieś obejście (potrzebuję tego koniecznie, bo jedno z bohaterów ma tutaj udowodnić, że ma jakieś synapsy)

 

Obejście czego, konkretnie? Że jednak da się naprawić, czy może da się naprawić, bo bohater potrafi tym synapsami czy czymstam coś zrobić?

Known some call is air am

Obejście w sensie szybsza i prostsza metoda naprawy, niekoniecznie wskazana z punktu widzenia mechaników, ale taka, żeby dojechało. Plan B mam taki, żeby mniemana idiotka okazała inteligencję, znajdując warsztat na wiosce, ale chcę zbadać inne opcje.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Gdyby uszkodzony został alternator, to nie umiałaby ruszyć z powodu rozładowanego akumulatora. Ale żeby ruszyć i dojechać z zepsutym alternatorem musiałaby mieć jakieś źródło zasilania, żeby podładować akumulator i się jakoś dotoczyć do punktu docelowego.

Known some call is air am

Mnie na amen unieruchomiło kiedyś w lesie spalenie (zatarcie) silnika, choć samochód regularnie oddawałam na przeglądy. Objawy: do ostatniej chwili silnik pracował normalnie, coś tam turkotało, ale nie zwracałam uwagi, zwolniłam i postanowiłam, że, gdy dojadę będę musiała znaleźć jakiś warsztat, aby zobaczyli, co się dzieje. Nie dane mi było, bo silnik stracił moc, a spod maski zaczęło dymić. Lekko, coraz bardziej, mocniej. Stanęłam i wyskoczyłam z samochodu. 

Samochód unieruchomiony. Wracałam na lawecie. Naprawa – wymiana silnika. Podejrzenie padło na markowaną od kilku przeglądów wymianę oleju w warsztacie.

 

Mniej spektakularna była na autostradzie. Zepsuł się wskaźnik paliwa, a że kumpel każdy bak wyjeżdżał do końca, to tak się to skończyło. Silnik stracił moc i zgasł z powodu braku benzyny. Skończyło się na spacerze do najbliższej stacji benzynowej, pięć kilometrów, dobrze że tylko tyle. Potem pojechaliśmy dalej. Przedtem trochę wariował wskaźnik paliwa, więc mi mądrala udowadniał, że nie może to być taka prozaiczna przyczyna. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Tarnino, ja proponuję padnięty akumulator. Niby prosta sprawa, a jednak upierdliwa. Akumulatory, jak to wszystkie baterie, po pewnym czasie dokonują żywota. Często bez ostrzeżenia. Ekipa bohaterów wyrusza w trasę i, przypuśćmy, zatrzymuje się gdzieś po drodze, albo kierowca przypadkowo ,,dusi" silnik. W każdym razie samochód gaśnie i już się nie odpala – rozrusznik rzęzi i tyle. Wysyłają posłańca, który wraca z uczynnym tubylcem i odpalają za pomocą kabli od jego wozu. Mogą jechać dalej, ale bardzo możliwe, że ten manewr nie uda się drugim razem, jeśli akumulator faktycznie padł. Trzeba go wymienić, a nie jest powiedziane, że w wioskowym  warsztacie będą mieli akurat odpowiednią baterię. A gdybyś chciała dodatkowo uprzykrzyć im życie, może się okazać, że po wymianie akumulatora problem nie ustępuje -  może się okazać, że to nie bateria, a jakiś kabelek na alternatorze odmówił posłuszeństwa i nie ładuje jak należy – ale jeśli interesują Cię detale, podpytaj kogoś, kto ma większe pojęcie ode mnie. Sam jestem laikiem, podobny problem znam z własnego doświadczenia (potrafię tylko sparafrazować klasyczkę: ,,Kable. Kable były złe”).

Ach, no i jeszcze kwestia tego, że jeden z bohaterów ma tutaj błysnąć na tle innych. Nie wiem, czy zdiagnozowanie problemu (że to elektryka) i pomysł ze ściągnięciem pomocy do odpalenia samochodu czyni go błyskotliwym, ale jeśli nie masz względem niego wysokich wymagań, to może wystarczy :)        

No i wystarczy połączyć padnięty akumulator z wadliwym alternatorem :) Wymiana alternatora to już grubsza sprawa, ale da się jechać do warsztatu, jeśli podładuje się akumulator.

Known some call is air am

Kiedyś zaparkowałem na stacji paliwowej, zrobiłem zakupy, wsiadam do auta, przekręcam kluczyk – kontrolki świecą, ale silnik nie odpala. Co jest? Na tej stacji pracował mój znajomy (fanatyk motoryzacji, najgorzej) – przyszedł, popatrzył i mówi: Pompka paliwowa się zawiesiła. Naprawa była bardzo szybka i efektowna: znajomy podniósł tylne siedzenie (wystarczy złapać za brzeg i pociągnąć w górę) i odsłonił tę całą pompkę (w oplu corsa jest zakryta klapką, którą należy zdjąć/odchylić). Następnie kilka razy stuknął zwykłym kluczem w tę pompkę i powiedział: Spróbuj! Przekręciłem kluczyk i samochód odpalił. Znajomy skomentował: Pompka się zawiesiła i nie dochodziła waha. Parę dni później dla świętego spokoju wymieniłem pompkę w warsztacie naprawczym. Taka to historia.

Też się nie znam na samochodach. Kiedyś czytałam gdzieś, że pękniętą dętkę w rowerze można wypchać sianem i w ten sposób jakoś dotrzeć do domu. Może, gdyby im dwie opony poszły, to coś takiego? Ale nie mam pojęcia, czy to zadziała w samochodowych. Bo jednak grubość opon całkiem inna, ciśnienie też, no i jak oni to koło napompują? Przecież nie nadmuchają ani nie napierdzą... Prędkość też inna, czy to siano by się aby nie zapaliło?

A tak po prawdzie, to nie wiem, czy w rowerze to by zadziałało.

Może ta kobieta, która ma się wykazać, nakleiłaby łatę przy pomocy lakieru do paznokci?

A może coś z wodą w chłodnicy – jeśli zabraknie, a nie ma pod ręką destylowanej, wrzucić tam lód z lodówki turystycznej?

Babska logika rządzi!

Bohaterowie mogą jechać, zatrzymać się i wyłączyć silnik z jakiegoś powodu, a następie przy próbie uruchomienia, świecą się kontrolki ale rozrusznik nie kręci, cisza, więc klapa, nie odpali. Zawieszone szczotki rozrusznika. Jeśli “blondynka” kiedyś widziała jak ktoś stuka młotkiem w rozrusznik i auto odpala, może tym błysnąć. Szczotki są już na tyle wyeksploatowane ( starte i przez to za krótkie),  że nie dochodzą tam gdzie powinny i uderzenie młotkiem w obudowę rozrusznika powoduje że wskakują na odpowiednie miejsce.

"Nic mnie nie zmusi dzisiaj do biegania, mimo wszystko znów zasiadam zaraz do pisania."

Hmm... zasadniczo bohaterowie mają być w miarę dobrzy w samochodach (więc problem wywołany zaniedbaniem odpada), a przypadkowa towarzyszka podróży – zatrzeć różowo-granolowe pierwsze wrażenie. Trochę ;)

    Zepsuł się wskaźnik paliwa, (...) Silnik stracił moc i zgasł z powodu braku benzyny.

W sumie dopiero co tankowali... chociaż mogłabym poprzesuwać chronologię.

    może się okazać, że to nie bateria, a jakiś kabelek na alternatorze odmówił posłuszeństwa i nie ładuje jak należy

To mi się podoba, ale dziewczę nie ma błyskać wiedzą, tylko logicznym myśleniem.

    No i wystarczy połączyć padnięty akumulator z wadliwym alternatorem :) Wymiana alternatora to już grubsza sprawa, ale da się jechać do warsztatu, jeśli podładuje się akumulator.

Oooo...?

    Pompka paliwowa się zawiesiła.

Chyba zbyt techniczne, niestety.

    nakleiłaby łatę przy pomocy lakieru do paznokci?

Nie wiem, czy to wytrzyma (mają dojechać do celu na czas, mogą się spóźnić troszkę, ale oni tam jadą do pracy).

    A może coś z wodą w chłodnicy – jeśli zabraknie, a nie ma pod ręką destylowanej, wrzucić tam lód z lodówki turystycznej?

Chłodnica brzmi dobrze, chociaż lodówki turystycznej nie mają. Panna ma zapas mineralki, ale – kamień. A nie jest to znowu sytuacja, w której unieruchomienie równałoby się śmierci.

Dzięki. Jeszcze pogrzebię za pomysłami, zwłaszcza powiązanymi z akumulatorem.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tarnino, może to Ci się do czegoś przyda: kiedyś bardzo chciałam rozmontować coś poskręcanego dziwnymi śrubkami. Nie proste, nie krzyżakowe, nie imbusowe, tylko takie z dwukropkiem. Oczywiście, nie mam takiego śrubokrętu. Widelec słabo się sprawdzał, bo one były schowane w dołkach. Jak się okazało, doskonale zadziałała wsuwka do włosów. :-)

Tylko nie wiem, czy w samochodzie są gdzieś takie dwukropkowe śrubki.

Babska logika rządzi!

Tarnino, dawno temu w maluchu padł mi właśnie sugerowany przez Outta Sewer alternator. Na tyle wrednie, że raz ładował a raz nie. Coś ze szczotkami to było, może się wytarły do końca. Wracałam z Płocka do Łodzi. Już nie pamiętam, w którym dokładnie miejscu się zorientowałam, że będzie źle (braknie zasilania na iskrę bodajże, ojciec mi wytłumaczył, ale to 20 lat temu było). Dotarłam do Zgierza. Nie wiem, czy to było 30 czy 50 kilometrów na samym akumulatorze lub z lekką pomocą tego wadliwego alternatora.

Cały trick polegał na tym, żeby wiedzieć, co się dzieje i wyłączyć tyle świateł, ile się dało. W nocy. Może to byłoby najprostsze – zero mechaniki, jedynie zgadywanka, co to i logiczne postępowanie. Niech dziewczyna zrezygnuje ze wszystkiego, co prąd żre i się dotoczą do wiochy.

O ile w dzisiejszych samochodach to jeszcze zadziała…

Z mojego nieszczęsnego doświadczenia: padnięty rozrząd (zerwany pasek lub łańcuch, w zależności od modelu silnika). Nie pojedzie. Co więcej – jeśli odruchowo zgasisz, a następnie odpalisz po pierwszych znakach awarii (brzęk pod maską, niewchodzące biegi), to cały silnik się rozleci. Nic się na to łatwo nie da poradzić, ale jest obejście i to relatywnie szybkie i łatwe, aczkolwiek kosztowne: wymiana silnika, np. na używany ze szrota. Jeśli nie zgasisz, jest szansa, że wystarczy wymienić pasek/łańcuch. (Przerabiałam to 2 tys. kilometrów od domu, mogę opowiadać anegdoty o firmie ubezpieczeniowej).

http://altronapoleone.home.blog

@Drakaina – rozrząd to gruba sprawa. Naprawić łatwo się nie da, a może, jak pisałaś, uszkodzic cały silnik. Wymiana silnika to już jest w ogóle kosmos – musisz mieć kanał, narzędzia, podnośnik łańcuchowy itd. To jest poważna awaria. Alternator albo sam akumulator to chyba najprostsze opcje. Pada akumulator, bo alternator nie ładuje, świeci się kontrolka. Ładujesz prostownikiem akumulator u jakiegoś usłużnego autochtona w wiosce (dziewczyna może błysnąć, zagadując lokalsa i uzyskując pomoc) i dajesz radę dojechać do mechanika na diagnozę i wymianę/regenerację.

@Finkla – wsuwki dobrze się sprawdzają przy wypinaniu pinów z kostek samochodowych wiązek elektrycznych :)

Known some call is air am

Czyli stawiamy na elektrykę ze szczególnym uwzględnieniem alternatora. Chyba mam się już o co zaczepić.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Czyli stawiamy na elektrykę ze szczególnym uwzględnieniem alternatora.

Trochę to banalne. Poza tym bez alternatora na nowym akumulatorze samochód sporo ujedzie. Padnięty akumulator nie będzie wyzwaniem.

Szedłbym w komputer. Każdy samochód już takowy ma, a im dalej w przyszłość, tym bardziej zaawansowany. Nawet dobry mechanik samochodowy może nie znać się na elektronice. Więc masz kumatych mechaników, którym się włącza “engine check” potem robi się error i niezbyt sobie z tym radzą. A wtedy wchodzi Twoja blondyna z interfejsem diagnostycznym, wpina się i robi, co chce. 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Musiałaby mieć przy sobie ten interfejs diagnostyczny i złącze dedykowane pod markę samochodu. Jeśli to jej auto, to może mieć, jeśli nie to raczej ciężko. No, chyba że blondynka ma w swojej torebce wszystko :)

Known some call is air am

Musiałaby mieć przy sobie ten interfejs diagnostyczny i złącze dedykowane pod markę samochodu.

Ja wożę u siebie w samochodzie w schowku. A złącza są już teraz w większości uniwersalne.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

jestem w stanie sobie wyobrazić, że niedługo będą aplikacje na telefon, robiące taką diagnostykę i jakieś złącze nano-usb ;)

Ale to nie jest historia o samochodowej superbohaterce, tylko bardziej film drogi XD bez Bogarta, Afryki, krokodyli, romansu i przemytników devil

No, chyba że blondynka ma w swojej torebce wszystko :)

Chciałabym zdementować sąd, że damskie torebki to technologia Władców Czasu XD

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Outta, a jest warunek, że muszą sobie poradzić sami? Bo założyłam, że niekoniecznie, stąd pomysł z rozrządem – auto unieruchomione, ale mechanik poradzi ;)

http://altronapoleone.home.blog

Taa, diagnostyka, wpięcie i apka. ;-) Będzie działało jak wszystko teraz. W prostych i kluczowych sprawach wskaże, w jakim układzie jest problem. I co z tego? Nic, auto unieruchomione i do warsztatu trza zaciągnąć, bo komputer, aby specjaliści pochylili się nad nim bardziej, a oni też mają kłopot, już nie wspominając, że za bardzo polegają na wskazaniach diagnostycznych. Dwa lata bujałam się z włączającym w nocy alarmem. W końcu sama zaślepiłam, za  poradą kumpli,  gumą do żucia, bo już miałam serdecznie dość. I jestem „za” technologią – zawsze, ale beztroska pomysłów skierowanych na łatwo i przyjemnie oraz model biznesowy  zaczyna mnie przerażać, bo nie jest ani łatwiej, ani przyjemniej.

Na każdą umowę uzgadnianą onlinowo, czy telefonicznie (niby krócej) odbieram z pięć rozmów później w idiotycznych porach dnia jeszcze niekiedy muszę napisać pismo i wysłać, tak, pocztą polską. Tracę więcej czasu i powtarzam jak papuga ustalenia. Zaczęłam już sobie wszystko zapisywać, bo o ile swoje ogarniam to rodziny już nie – za dużo szczegółów, danych. Chronię się niemożliwie, przewidując to, co będzie, gdy mnie (odpukać)  zabraknie albo coś wyłączy. Tyle.

Alternator zdaje mi się słabym rozwiązaniem, bo bardzo typowe, ale wszystko zależy od sytuacji i bohaterów. Miałam ostatnio przypadek przekręcenia (nieostrożnego) wajchy z automatu na inny tryb i naturalnie akumulator wyładował  się i nie obyło się bez pomocy w uruchomieniu, a potem musiałam trochę pojeździć, aby go naładować. Teraz trzy razy sprawdzam, czy wszystko ok, zakładając okulary. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Typowość byłaby wadą, gdybym chciała pokazać coś o samochodach, ale chcę pokazać coś o ludziach w określonej sytuacji. Wolałabym tylko tego nie zrobić tak, że się zmotoryzowani załamią :D

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Pilnie potrzebuję pytań (wraz z odpowiedziami), które sprawdzałyby wiedzę fachową delikwenta z zakresu primo – geologii (najlepiej coś, co przyda się na Marsie), sekundo – informatyki.

 

Pytanko mam też do prawników. Rzecz dzieje się w przyszłości. Retrospekcyjne wspomnienia jednego z bohaterów o misji Muska na Marsa mówią o tym, że mu się nie udało. Wolno tak, czy nie wolno?

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

sekundo – informatyki.

Co konkretnie? Bo informatyka jest długa i szeroka: programowanie (w wielu językach), dev ops, adminowanie, data engineerów, programista AI (to się powoli wykształca), tester manualny i tester automatyczny. A to zaledwie rzeczy, które mi przyszły na myśl w pierwszej chwili :)

 

Edytka: ja co podeślij bardziej szczegółowe info na priwa.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Irko, z geologii pomogę, ale przydałby się kontekst, czyli kto pyta, kto odpowiada, jaki mają background. Możesz pisać na prw.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Jeśli NWM nie pomógł z informatyką, to daj znać, może ja będę w stanie. ;)

Zostaw ten żyrandol.

Dzięki serdeczne za odzew :)

Verus, myślę, że to, co podsunął mi NWM wystarczy, ale i tak dziękuję :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Pytanie do lekarzy względnie historyków:

– kiedy pojawiła się kroplówka? A konkretnie: czy podczas IIWŚ już ją znano? Jak to z grubsza wyglądało?

– a jeśli nie znano, to może chociaż umiano stosować transfuzje? (Tu mi się wydaje, że już od dawna, ale ja nie fachowiec.)

Babska logika rządzi!

No popatrz! Jestem taka odmóżdżona, że nie pomyślałam o angielskiej wiki! Dzięki. :-) :-*

Babska logika rządzi!

Przetaczanie krwi to już w “Draculi” było, a to mniej więcej lata 80. XIX wieku.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

U Stokera czy dopiero u Coppoli? Jakby co, to w domu mam parę książek o historii medycyny

http://altronapoleone.home.blog

Dzięki wszystkim, wystarczą mi linki od Tarniny. To tylko zdanie czy dwa, a nie główny temat.

Babska logika rządzi!

U Stokera. Tylko, że Stoker jeszcze nie wiedział, o co chodzi z grupami krwi (odkryte w początkach XX w, to jest na Wikipedii), więc transfuzja u niego powinna się zakończyć śmiercią Miny z powodu konfliktu serologicznego (nie ma szans, żeby czterej przypadkowi faceci mieli tę samą grupę, co ona). Z drugiej strony, ona jest w tej scenie już trochę wampirem... Tak czy owak, do odkrycia grup krwi transfuzje – to była loteria.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Bez przesady, grupy nie muszą być takie same. Na przykład jeżeli ktoś ma AB Rh+, jak ja, wtedy w zasadzie żadna cudza krew mu niestraszna :> To zmienia rachunek szans. 

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Dzięki, bo moja pamięć do szczegółów książek jest tragiczna :D

 

Ja bym założyła, że wampiry mają jak AB Rh+ (również moja grupa), bo inaczej nie mogłyby chyba pić krwi kogokolwiek ;)

http://altronapoleone.home.blog

E, no nie bardzo, wampiry tę krew piją, a nie ją sobie podają w kroplówkach. Zakładając, że wampiry się krwią żywią (a zazwyczaj tak chyba jest), to naturalnie muszą mieć jakieś enzymy trawienne, które sobie na spokojnie poradzą z przeciwciałami obecnymi w krwi. A nawet jeśli nie – no to niestrawione przeszłyby przez układ pokarmowy (bo zazwtczah białka nie są wchłaniane z układu pokarmowego w całości, tylko po trawieniu na aminokwasy, ew. krótkie peptydy), i wyleciałyby bez bezpośredniego kontaktu z krwią wampira, więc nie mogłyby spowodować problemów. Ty też możesz na spokojnie jeść ludzką krew dowolnej grupy i nic ci się nie stanie :D

O. Fajne. I w sumie logiczne :D A nie było jakiejś książki, gdzie wampirom by przetaczano?

http://altronapoleone.home.blog

Cóż, wampiry to są tak eksploatowane na wszelkie sposoby, że pewnie coś by się znalazło, ale mi do głowy nic nie przychodzi. 

Najfajniejsze wampiry są w Ślepowidzeniu :)

Known some call is air am

Mam w opku moment, gdzie bohaterka łowi ryby wędką. Aby scena lepiej wypadła, potrzebuję przykładu niedużej (ale większej od płotki) ryby jeziornej, której złowienie nie stanowiłoby wyzwania dla niedoświadczonego wędkarza. Pomoże ktoś?

śmiercią Miny

Lucy. ;-)

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Cholibka, to Lucy była? A Mina na pewno nie? Tak czy owak, w Anglii grupę AB+ ma 3% populacji, więc marne szanse, marniutkie :)

Ty też możesz na spokojnie jeść ludzką krew dowolnej grupy i nic ci się nie stanie :D

Najwyżej się porzygasz :P

 

Kończąc offtop wampirzy (komu kanapeczkę z czosnkiem, mniaaam?) – Ajzan, potrzebujesz gatunku? Szukałabym w rodzinie karpiowatych, ukleja, karaś, coś takiego, ale nie znam się na rybach. Zdaje się, że (r)rybak ma o tym jakieś pojęcie, nomen omen, ale chyba tu nie zagląda. Spróbuj go pytać na priv.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Ukleja to trochę za mała. Strzelam, że jeziora raczej nasze? Może karaś, młody leszcz, kleń? To też kwestia tego, jak łowi (spławik, spinning itd), od tego zależeć może to co uda się złowić. No ale ja sam w sumie od lat na rybach nie byłem, więc nie będę udawał jakiegoś eksperta, bo nigdy poza podstawy nie wyszedłem. Ale w sumie bym sobie poszedł :D

Bohaterka używa spławika i wędki z kołowrotkiem. Jeśli chodzi o lokalizację, to myślałam o terenach zbliżonych do Skandynawii.  Nie chciałam podawać w poprzednim poście zbyt wielu szczegółów, bo ostatecznie mogę nagiąć trochę realia (ot, gatunek mógł zostać przeniesiony do tego rejonu).

Dziękuję za podpowiedzi.

Potrzebuję informacji dotyczących łodzi motorowych. Tekst dzieje się w przyszłości, coś w rodzaju postapokalipsy, więc bohaterowie raczej nie będą mieli jakiegoś szczególnego modelu, raczej taką “sklejkę” z różnych części. Muszą się w niej zmieścić dwie osoby, więc raczej niewielka, ale dobrze, gdyby znalazło się miejsce na spanie (nie żadna kabina, tylko żeby mogli rozprostować nogi). Mają do przepłynięcia ok.1300 km, raczej spokojna woda, bez fal, z możliwością zatrzymania się po drodze. Przyznam, że jestem w tym temacie kompletnie zielona. Przede wszystkim interesuje mnie prędkość jaką mogą osiągnąć i ile paliwa będą potrzebowali. Jakieś ogólne info za temat łodzi i zwłaszcza silników też. Gdyby ktoś mógł podzielić się wiedzą albo podrzucić linki, gdzie mogę znaleźć te informacje, będę wdzięczna :)

Chmielewska w “Całym zdaniu nieboszczyka” przepływała przez Atlantyk. Samotnie, ale miała wypasiony jacht. Jeśli dobrze pamiętam, potrzebowała 12 wanien paliwa. ;-)

Babska logika rządzi!

Ok, czyli już wiem, że będą musieli wziąć ze sobą dużo paliwa i często się zatrzymywać, żeby je uzupełnić :) 

Tu masz jakiś ranking motorówek. Z wymiarami i osiąganą prędkością (około 75-90 km/h).

Wedle informacji z forum, silnik zaburtowy mocy 100 KM pali 20-30 l paliwa na godzinę pracy.

Nie za bardzo wiem, jak to ująć.

Czy osoby niewidome mogą być wciąż wrażliwe na światło? Pytam, bo mam niewidomego bohatera, który wprawdzie nie widzi samego światła, ale nadal potrafi wyczuć jego intensywność i nie wiem, na ile  jest to możliwe.

Jak mamy zamknięte oczy to czujemy, czy świeci słońce, czy ktoś nam je zasłania, więc nie sądzę, żeby niewidomi mieli inaczej.

Przynoszę radość :)

Kiepsko. Jeśli bohater jest nieco prymitywnym gadem takim jak np. hatteria, to może mieć oko ciemieniowe, którym takie rzeczy mógłby wykrywać. Ale poza tym nie bardzo – skoro ma mieć oczy uszkodzone tak bardzo, że tego światła nie widzi, to nie widzę za bardzo opcji jak inaczej mógłby rejestrować jego natężenie. Co prawda mógłby wciąż wyczuwać ciepło związane czasem z intensywnym światłem, ale to niezbyt  wiarygodny punkt odniesienia. Więc, jeśli nie masz jakichś mocy magicznych, które by się tym zajmowały, to chyba słabo.

 

Edit:

Anet – kiedy mamy zamknięte oczy, to nie czujemy światła, tylko widzimy światło przeświecające przez powieki. Jeśli uszkodzone jest samo oko albo nerw wzrokowy, to nie bardzo widzę opcję takiego odczuwania. Kwestia tego, jak bardzo uszkodzone jest oko, może Ajzan powinna ograniczyć się do częściowej utraty wzroku i pozostawić tylko właśnie rozróżnianie jasno-ciemno.

Jeszcze pytanie czy mówisz o osobie całkowicie niewidomej, czy np. o kimś z dziewięćdziesięcioprocentowym ubytkiem wzroku. Chociaż czy w takim przypadku kolory, czy tylko “z grubsza ciemne plamy” to już musiałby się wypowiedzieć okulista, optyk, lekarz (albo i biolog, Arnubisie?).

 

Czy osoby niewidome mogą być wciąż wrażliwe na światło? Pytam, bo mam niewidomego bohatera, który wprawdzie nie widzi samego światła, ale nadal potrafi wyczuć jego intensywność i nie wiem, na ile  jest to możliwe.

Hm. Myślę, że przede wszystkim trzeba odpowiedzieć na pytanie, w jakim gatunku tworzysz. Jeśli piszesz magiczne fantasy, to różne rzeczy tam przejdą.

Jeśli natomiast piszesz bardziej bazując na realizmie, to sprawa jest złożona. :p

Droga od przeniknięcia światła przez rogówkę do zobaczenia tego światła jest długa i może się popsuć w każdym elemencie. Jeśli chodzi o oko, to kluczowym elementem jest siatkówka, która odpowiada za widzenie barwne ale także posiada receptory pozwalające widzieć jej w niemal zupełnej ciemności przynajmniej monochromatyczne kontury. Jeśli oko jest uszkodzone przed siatkówką, tj. nieszczęśnik choruje na zaćmę, na jaskrę, itd, to taka osoba będzie ślepa, ale będzie widziała światło. Jeśli wyłupiesz mu oczy albo uszkodzisz siatkówkę, to nie będzie widział światła, bo pozbawisz go odpowiednio aparatu dostarczającego bodźce do receptora i samego receptora.

Fajnie zaczyna robić się dalej. :3 Droga wzrokowa, jaką neurony tworzą w mózgu, jest całkiem długa i kończy się w korze mózgowej... na potylicy. W każdym miejscu tej drogi może dojść do jej uszkodzenia, co będzie skutkować za każdym razem nieco innym rodzajem ślepoty, bo drogi nerwowe z obu oczu krzyżują się. Trzeba również pamiętać, że oko i siatkówka to tylko narzędzia, a patrzy się właściwie mózgiem – czyli oczy mogą być nawet sprawne, ale jeśli mózg nie potrafi zinterpretować docierających do niego bodźców, osoba i tak będzie ślepa.

Tak, ale Ajzan pyta o jakąś bardziej skomplikowaną kwestię – jeśli zrozumiałem dobrze, to jej bohater ma nie widzieć światła, ale wyczuwać jego intensywność. A tu się pojawia istotny problem, bo widzenie jest sposobem w jaki mózg interpretuje bodźce z receptorów. Więc jeśli bohater ma chociaż trochę sprawne receptory będące w stanie odebrać bodźce o intensywności światła i przekazać je do mózgu, no to ten, bohater będzie te światło widział. Więc ja bym spróbował rozegrać to częściową ślepotą, która ograniczyłaby się do rozróżniania jasno-ciemno i ewentualnie proste kształty, to by było chyba najbardziej zbliżone do efektu jaki chce uzyskać Ajzan. Ale bez jakiegokolwiek widzenia nie da się obejść.

Moim zdaniem nie da się nie widzieć światła a jednocześnie widzieć jego intensywność. Czopki na siatkówce pozwalają widzieć nawet bardzo słabe światło, tym bardziej intensywne światło byłoby zauważalne. Na moje to jest sprawa zero-jedynkowa – widzisz światło albo go nie widzisz.

No ja się w pełni zgadzam. 

Ajzan, sprawdź wyobrażenia surogatowe, może znajdziesz tam coś, co Ci się przyda. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Pisząc poprzedni komentarz, zdawałam sobie sprawę, że rodzaj ślepoty może mieć znaczenie. Opowiadanie, nad którym obecnie pracuję, to fantastyka a niewidomym od urodzenia bohaterem jest młody bóg. Nie planowałam, aby jego ślepota miała jakieś magiczne wyjątki.

Bardzo dziękuję wszystkim za informacje. W tym przypadku chodziło mi o całkowitą utratę wzroku, czyli wyczuwanie światła poza ciepłem nie wchodzi w grę. Na szczęście opowiadanie dopiero zaczęłam, więc nie muszę wiele przerabiać.

Sprawdziłam wyobrażenia surogatowe, Asylum. Mogą się przydać. Dzięki. ^^

Wiesz, w przypadku Hoda wystarczy, żeby nie odróżniał, kto przed nim stoi. Nie nerwuj się ;)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Czy wie ktoś, co oznacza słowo “superunek”? Jak jeździłam na wieś, to wujkowie mówili tak na coś w lesie/na polu ale nie pamiętam, co to dokładnie było, a w goglach nic za bardzo nie mogę znaleźć na ten temat. 

A jesteś pewna, że to nie idiolekt Twoich wujków?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Na mój, przepraszam za wyrażenie, rozum – superunek to chyba coś ekstra, coś specjalnego i bardzo super. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tarnino, w googlach mi pokazało, że słowo to pojawia się w nazwach miejscowości, więc coś musiało serio znaczyć :)

Reg, można i tym tropem :D

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

@Sonata – w nazwie jednej miejscowości. Łap linka:

 

Klik!

Known some call is air am

Sonato, na wsi o słabej ziemi mówi się sap.  Ziemia nieurodzajna, gdzie niewiele i słabo rośnie, to ziemia sapowa, sapowata, saperunek. 

Wg mnie Twoi wujkowie własnie to mieli na myśli.

Outta, w linku jest, że używali nazwy od pokoleń, więc to musi być stare słowo, hmmm... 

 

Algir, a no nie wiem, wyraźnie mówili superunek, ale może to jakaś forma tego wyrazu? Btw, saperunek kojarzy mi się z saperem :D Czyli miny, a tam było w pobliżu było pole, na którym właśnie zostały po wojnie miny, ale może już za daleko wybiegam z tą interpretacją :)

wyraźnie mówili superunek, ale może to jakaś forma tego wyrazu?

Możliwe. Niczego takiego nie znalazłam, ale wydaje mi się, że to by się dało przeprowadzić.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Nie byłam orłem z językoznawstwa historycznego na żadnych studiach, a miałam tych kursów sporo, ale imho przejście saperunek w superunek jest bardzo mało prawdopodobne, bo nie kojarzę żadnej reguły, wg której a miałoby szanse przejść w u i na odwrót.

Ponieważ w google to słowo pojawia się tylko w kontekście nazw własnych, może być zniekształceniem nazwy lub słowa obcojęzycznego. Szukałabym więc raczej po analogiach brzmieniowych w języku, z którego mogłoby to słowo pochodzić – a zatem kluczowe jest, gdzie się go używa.

Oczywiście te wyniki google mogą być mylące, ale słowo jest na tyle nietypowe, że jeśli gdzieś występowało jako rzeczownik pospolity, to obstawiałabym, że jego geneza będzie podobna – zniekształcenie słowa obcego lub też ewentualnie z wyższego rejestru.

No i drugie oczywiście: jest też możliwość, że Sonata błędnie zapamiętała z dzieciństwa wymowę (jeśli rodzina wymawiała a jako zbliżone do o, co jest powszechne w dialektach, to nie jest to wykluczone) i wtedy teoria sapa jako marnej ziemi ma ręce i nogi ;)

Niemniej w wynikach google jest też superunek, co jednakowoż komplikuje sprawę...

http://altronapoleone.home.blog

Sonato, tu jest krótko o sapach i szczerkach. Czy myślisz o okolicach Bugu?

http://www.antoniuk.com.pl/gleby-piaszczyste/

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

imho przejście saperunek w superunek jest bardzo mało prawdopodobne, bo nie kojarzę żadnej reguły, wg której a miałoby szanse przejść w u i na odwrót.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Drakaino, niby nie mogłoby przejść w “saperunek”, ale wszystko jest możliwe. W każdym razie na pewno nie zapamiętałam błędnie wymowy :) Nie wiem, to musiało być jakieś hermetyczne czy mocno gwarowe słowo, bo sprawdziłam w kilku dobrych słownikach i w żadnym nie ma :C Ale no cóż, nie jest to może jakaś ważna sprawa, po prostu się zastanawiałam, czy by nie użyć tego słowa w opowiadaniu, bo akurat tamtą okolicę, gdzie mieszkali wujkowie, opisuję. Ale jak nie ma go nigdzie i nikt nic nie wie, to trudno, po prostu go nie użyję :)

 

Asylum, wujkowie mieszkali na Mazowszu w okolicach Bug/Narew, to nie było dosłownie nad rzeką,  ale hmmm, może rzeczywiście to ma jakiś związek z tymi sapami?

A gmina Wiązowna, której dotyczy podesłany przeze mnie dokument jest na Mazowszu, pod Warszawą, hmmm...

Known some call is air am

Takie pytanie, raczej do osób z pokolenia Starucha... Albo wielbicieli vintage’u. Ktoś pamięta może, czy na filmach wydawanych na kasetach wideo mogły być (a raczej czy bywały, bo nie chodzi mi o techniczną możliwość, ale historyczną dokładność) napisy?

http://altronapoleone.home.blog

Wypożyczałem pełno filmów na video i w żadnym nie pamiętam napisów.

Też mam takie wrażenie. U nas pewnie był lektor? W moim przypadku to mogą spokojnie być filmy wydawane za granicą, ale nie mam pojęcia, jakie tam były zwyczaje, choć niby też jeszcze sporo na wideo oglądałam :(

http://altronapoleone.home.blog

Były Drakaino. Pamiętam, jak kiedyś wypożyczyłem wszystkie Bondy po kolei, na Goldeneye kończąc, bo to wtedy była nowość. I właśnie Goldeneye oraz któryś ze starszych miały napisy, co było mi nie w smak, ale i tak obejrzałem.

Known some call is air am

O, super, dzięki

http://altronapoleone.home.blog

drakaina, VHS to tylko lektor, żadnych napisów, nigdy. Mistrzowie: Tomasz Knapik, Lucjan Szołajski,  Mirosław Utta i Janusz Kozioł. Nikt więcej się nie liczył. Nigdy nie było napisów, no dobra, czasem niemieckie ;) Marki: Basf, Sony, Konica i kaseta czyszcząca. Tak było.

A TDK to pies?

Przepraszam ;) Stary na saksach nie miał dojścia :D

 

@Algir – nope, pamiętam, że na Bondzie miałem napisy. Byłem wtedy gówniarz, może trzynastoletni, i nie uśmiechało mi się czytanie, ale uwielbiałem Bonda i oglądnąłem.

Known some call is air am

Nie chcę niszczyć twoich wspomnień, ale nie ;) Musiałeś to oglądać na jakiejś kopii z RTL z niemieckimi /włoskimi napisami. Nie wiem, z czego to wynikało, pewnie z ograniczeń technicznych, czyli łatwiej wrzucić lektora, niż tekst na obraz (pamiętajmy, że były to czasy, gdy 640 KB powinno wystarczyć każdemu). Innych przyczyn boję się dopatrywać... Poważnie, obejrzałem setki filmów VHS, zawsze z lektorem, nigdy z napisami.

Czyli niemieckie VHS mogły mieć napisy? Bo w sumie niemieckie najbardziej by mnie satysfakcjonowały :)

http://altronapoleone.home.blog

Możliwości techniczne zdecydowanie były z napisami na VHS, Drakaino. :-) Inna sprawa to „krajowe” obyczaje. Ja czytałam na angielskich napisy francuskie.  W Polsce chyba niewielka część była z napisami (większość z lektorem), może zależało od filmu i dystrybutora/sieci, ale nawet teraz na Allegro można kupić VHSy z polskimi napisami. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Oki, bardzo wam dziękuję :) U mnie to detaliczek, który może nawet nie zmieści się w opowiadaniu, ale chcę wiedzieć, co bohater może mieć na półce...

http://altronapoleone.home.blog

Ech, pamiętam Predatora na VHS kupionego z kartonu od jakiegoś faceta na bazarze :) Ależ to były emocje. 

Były. Pamiętam napisy na “Tango i Cash”, tyle że chyba nie polskie. Pamiętam napisy angielskie i niemieckie, polskich nie bardzo. I to nie były kasety oryginalne, w sensie wydane przez dystrybutora filmu, tylko najczęściej właśnie z bazaru lub takiego “klubu”, gdzie się człowiek nimi z innymi wymieniał. Czyli napisy mogły pochodzić z telewizji, a film został z nimi nagrany.

Nie tylko z bazaru. Zresztą, co  my się będziemy szczypać. Oto przykład:

 

SW z napisami na aledrogo

Known some call is air am

pytanie: wiecie jak się nazywa to miejsce na wozie, na którym siedzi woźnica? czy to w ogóle ma jaką swoją nazwę czy po prostu mówi się siedzisko, albo coś w ten deseń. 

Woźnica siedzi na koźle.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I zawsze na nim siedział.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Koleżanki mają rację, ale uprzedzam na zapas – wszystko co dotyczy koni ma swoją nazwę, która ma wyjątki i regionalizmy ;)

Czy może przez przypadek ktoś zna się trochę na hoodoo? Albo nieco ogólniej – folklorze afroamerykańskim? 

Czy w języku polskim istnieje odpowiednik “postmaster general”, czyli poczmistrza odpowiedzialnego za pocztę w całym kraju a nie tylko jednej placówki?

Na pewno nie taki, który by funkcjonował w każdej epoce. Ale dyrektor generalny poczty powinien dać radę. Niemniej dla fantasylandu możesz wymyślić dowolną, byle czytelną nazwę.

http://altronapoleone.home.blog

Myślałam o poczmistrzu naczelnym. Dzięki. ^^

Jeżeli już, to lepiej brzmi naczelny poczmistrz ;)

 

A poza tym, kolejny raz: nie bój się własnej wyobraźni. Nie piszesz prozy historycznej, możesz sobie wymyślać realia. Póki będą czytelne, jest ok.

http://altronapoleone.home.blog

Rzeczywiście. Teraz wiem, czemu miałam skojarzenia z małpami człekokształtnymi. xD

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Nie mogę znaleźć nigdzie sensownego opracowania na ten temat, natykam się ciągle tylko na dyskusje na forach hobbystów, więc może ktoś z Was pomoże.

Jakie prędkości opowiadają poszczególnym typom chodu konia – tym najbardziej podstawowym, czyli stępowi, kłusowi i galopowi? Jak długo koń może utrzymywać każdy z nich bez żadnych przerw? Jaką odległość koń może przebyć w ciągu jednego dnia (zakładając, że nie ma żadnego “sprzętu” poza siodłem i pasażerem sztuk jeden)? 

Wyjaśnienie albo odnośnik do jakiegoś sensownego artykułu/ artykułów pokrywających ten temat będzie na wagę złota.

 

Zostaw ten żyrandol.

Też mam z tym zawsze problem, ale te fora hobbystów nie są takie złe, w Polsce hippika ma się nieźle i ludzie się znają. Mam np. zapisaną taką listę

 

Wartości podane na tej stronie też są chyba w miarę sensowne:

http://horse24.pl/wiedza/ciekawostki/art,71,czy-wiesz-jakie-predkosci-osiaga-kon.html

A tu nawet szczegółowiej:

http://planeta-zwierzat.pl/artykuly/konie/chody/

 

Trzeba tylko pamiętać, że w realu, a więc i literaturze wszystko zależy od terenu, pogody, zmęczenia jeźdźca i zwierzęcia, samego zwierzęcia i jego cech fizycznych, pory dnia, pory roku, umiejętności jeźdźca itd. Moje doświadczenie z dziewiętnastowiecznymi pamiętnikami jest takie, że te prędkości podawane nawet jako średnie są dość zawyżone w stosunku do tego, co ludzie naprawdę konno przejeżdżali. Oczywiście zwykli ludzie, kurierzy to co innego.

http://altronapoleone.home.blog

Super, dziękuję bardzo. :D Postaram się to brać pod uwagę.

Zostaw ten żyrandol.

To nie takie proste. Koń musi być najpierw rozstępowany i przygotowany. Galop nie jest tempem marszowym, jest zbyt męczący i intensywny. Tempem marszowym jest kłus, liczy się ok 40 km / dzień tempa zwykłego, do 50/60 km /dzień marszu forsownego. Ale zależy to też od konia, sprzętu i jeźdźca. Konie kawaleryjskie były przystosowywane do napisanych przeze mnie wartości i na długich trasach mogły maszerować tempem marszowym nawet do kilku/kilkunastu dni, po czym potrzebowały odpoczynku. Sprzęt – koń więcej zniesie pod kulbaką kawaleryjską/rajdową. Jeździec ma raz swoją wytrzymałość, dwa jego umiejętności wpływają na możliwości konia. Osobna sprawa – pasza. Bez paszy energetycznej koń nie zniesie dużego obciążenia. Ale dodam rekord kłusem 24h 1koń/człowiek to ok. 280km. Napisz okoliczności, doradzę lepiej. EDIT: Co do prędkości – podawano mi 60km/h dla galopu koni ras do niego dostosowanych i niewiele niższych wartości k) USA dla kłusaków, ale te konie wytrzymają forsownego marszu (to konie sportowe, długi wysiłek i zła pasza je zabiją). Znaczenie ma też stan psychiczny i zwierzęcia, i jeźdźca. Np. Koń w stadzie więcej zniesie, niż idący sam.

No właśnie, nie mamy kontekstu, więc trudno coś konkretnie powiedzieć. Kto jedzie, gdzie jedzie, jak jedzie?

http://altronapoleone.home.blog

Bo mi też nie o konkretny kontekst chodzi, raczej o rozeznanie się w temacie w ogóle.

Natknęłam się na to, próbując sobie umiejscowić w głowie dwa miasta. Postać miała przejechać rano w około 6 godzin do z jednej do drugiej, a wieczorem, w podobnym czasie, wrócić. Zastanawiałam się, jak daleko mogłyby być od siebie położone i czy w ogóle koń może jechać tyle czasu w ciągu dnia. Zakładając, że teren to równina (aka wzniesienia się zdarzają, ale takie raczej nie za wysokie), trakt jest ubity i często używany. Koń jest dobrze wytrenowany, jeździec wie co robi, nie jest początkujący, i się szczególnie nie spieszy – może wyjechać tak wcześnie jak to konieczne i wracać, nie pędząc.

Niemniej wszystkie Wasze podpowiedzi są bardzo przydatne, bo tak jak mówię, chciałabym na przyszłość też mieć jakiś pogląd w temacie, żeby zacząć to choć odrobinę instynktownie to postrzegać.

Zostaw ten żyrandol.

Dzień marszu dla cywila licz na 30 – 40 km, bliżej pierwszej liczby. Miasta musiałyby być więc w odległości 15 – 20 km, ale założenie 6h drogi w jedną stronę mija się z celem – jeździec musi zawrócić na ogonie, żeby wrócić tego samego dnia, a i nie każdą porą roku to się uda. Jeżeli chodzi o 12h podróży stępokłusem – jest to wykonalne dla odpowiednich konia i jeźdźca, ale dla przeciętnego konia i jeźdźca 6h pracy w siodle to już naprawdę dużo.

Kiedyś istniała instytucja zmieniania koni. Wchodzi w grę?

Babska logika rządzi!

Niezbyt wchodzi, ale i koń, i jeździec mogą być “odpowiedni” – to akurat bardziej prawdopodobne. :D Mówisz, BosmanMat, że tylko 30-40 kilometrów? Wydaje mi się, że tyle to można nawet pieszo przejść w ciągu całego dnia, nie trzeba do tego konia.

Zostaw ten żyrandol.

Dobra, w sumie nie wydaje mi się – wiem, że tyle można zrobić pieszo w ciągu dnia i nie trzeba do tego wybitnych, regularnych ćwiczeń.

Zostaw ten żyrandol.

Oczywiście, ale ile dni z rzędu taki człowiek to wytrzyma? Pytasz o zwykłego człowieka, któremu się nie spieszy i który nie chce forsować delikatnego, ważnego i drogiego zwierzęcia. Musi też uwzględnić dla niego czas na paszenie paszami objętościowy i i energetycznym, odpoczynek po marszu i po jedzeniu, uwzględnić załatwienie spraw, dla których podróżuje itd. To wszystko przy po wolności podróży – stępokłusem równoważnym będzie jechał 20 km 2-3h. Sama podróż w obie strony to 5-6 h, o świcie musi dać zwierzęciu paszę, ok. 30 – 60 min, dać mu odpocząć ok. 1h i nagle dzień robi się krótki.

BM – o ile wiem, na cywila umiarkowanie rozchodzonego, czyli “zwykłego człowieka” liczy się dziś zazwyczaj średnio 25 km na dzień. Oczywiście w dawnych czasach, kiedy jeżdżono konno, więcej też chodzono piechotą, zwłaszcza na wsi – i nie mam na myśli jedynie chłopów, ofkors.

Za tym, ile realnie zajmowały takie przejazdy, mogłabym pogrzebać po źródłach, ale obawiam się, że nie zrobię tego szybko. Chyba że ogarnie mnie potężna prokrastynacja, a bardzo ma od czego :D

http://altronapoleone.home.blog

Jeszcze w kwestii dystansów i potwierdzenia obliczeń BosmanMat – pałęta mi się po głowie, że zazwyczaj (jeśli nie występowały inne czynniki, np uczęszczany szlak handlowy lub polityczne rozgrywki), prawa do organizacji targu nadawano miejscowościom oddalonym od siebie o co najmniej 1/3 dnia drogi (zdaje się – pieszego); bo kupcy i klienci musieli dotrzeć, pohandlować i wrócić. A był to zazwyczaj określony dzień tygodnia, gdy taki targ miał miejsce (stąd m.in. w Polsce zatrzęsienie Śród wszelkich w nazwach miejscowości). Pałęta mi się to po głowie, ale nie mogę sobie przypomnieć, gdzie to usłyszałem/przeczytałem, więc nie gwarantuję prawidłowości informacji (nie mogłem namierzyć potwierdzenia).

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Myślę, że to dało mi pewien pogląd na sprawę. Jeszcze tylko spytam, ile razy dziennie koń musi jeść? Zakładając, że jedzie rzeczywiście te 20 kilometrów rano i kolejne 20 kilometrów wieczorem takim stępo-kłusem.

Zostaw ten żyrandol.

Z tego co pamiętam, co najmniej rano raz, możliwe że jakiś czas po podróży, jak trochę "ostygnie", na pewno na wieczór ponownie. Koniom często zakładano na szyję np. worek z obrokiem/owsem, żeby żarły w trakcie postoju, gdy np. ludzie rozladowywali wóz.

Konie w naturze żrą mało, ale często. Konie pracujące karmi się w ludzkiej niewoli ;-) dwa-trzy razy dziennie pasze bardziej treściwe, a i tak podskubują, co tylko mogą (są roślinożercami, potrzebują liści, traw, kwiatków, owoców). Jak koń zeżre nie to co trzeba nie wtedy kiedy trzeba, to weźmie go wezdmie i koń zejdzie ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie zamieniaj opowiadania w podręcznik hodowcy koni ;) żywienie konia to potwornie skomplikowana i zależna od konia, miejsca i czasu sprawa. Generalnie – rasy prymitywne (Koń huculski, Przewalskiego, konik polski) są bardziej odporne na złą paszę, a przez mniejszy rozmiar (niewiele ponad 400kg) potrzebują jej mniej. Rasy szlachetne (folblut, arab) są ekstremalnie podatne na złą paszę (np. żyto zabija folbluty). Generalia – pasze dzielisz na objętościowe i energetyczne. Pierwsze są niezbędne zawsze, drugie w niedostatkach kaloryczności pasz obj. (np. kiedy koń pracuje pod siodłem, lub w zaprzęgu, pasza obj. jest złej jakości). Nie baw się w wagomiary. Koń powinien mieć paszę energetyczną zadaną 2x dziennie – paszę obj. praktycznie do syta. Nie pozwalamy koniom jeść w marszu – nigdy. Jedzenie, a nawet schylanie się, przy dociągniętym popręgu grozi kolką ("zaparciem") i padnięciem. Koń może jeść w stępie idąc luzem. Koń nie może być poddany zwiększonemu wysiłkowi przed upływem godziny od zadania paszy energetycznej. W podróży jeździec powinien mieć Owsiak (przewiązana w połowie materiałową kiszka, którą prowadzi się pod szyją zwierzęcia i wiąże przed przednim łękiem), siatkę na siano i wiadro. Głównym problemem przy pisaniu o podróży konnej jest przestawienie się z myślenia samochodowe. Myśl o tym, jak o podróży z dzieckiem. Musi zadbać, żeby zjadło, upewnić się, czy da radę, nie dać podjadać i pytać, czy jest głodne, po posiłku odbić,do drogi je naszykować, po drodze dać odpocząć ;)

BTW: chcesz być wiarygodna – dbaj o język. Każda czynność ma swoją, określoną nazwę, każdy pasek, kawałek skóry itd. ma swoją nazwę. Jeżeli Twój bohater znałby je, ty też powinnaś.

I jeszcze jedno: jeśli piszesz o czasach historycznych, to możesz założyć, że ludzie wszystkie te rzeczy, które BM opisał, wiedzieli instynktownie, a raczej z praktyki, mało kto czytał traktaty hippiczne. Ergo, połowa terminologii może się iść bujać. Ponieważ nadal nie wiemy, jakie masz realia, trudno jest mówić o konkretach ;)

http://altronapoleone.home.blog

Verus, najlepiej – napisz i daj do przeczytania koniarzowi, albo pierwej z nim sprawę przedyskutuj-napisz– daj mu do sprawdzenia. Konie są różnych ras, przydatność, przeznaczenie, wytrzymałość jest różna, zmieniała się. Inne było przy koniach bojowych, inne przy pociągowych, inne miał Czyngis Chan. A tak w ogóle się nie przerażaj! xd Koń to cudny i wspaniały towarzysz, silnie udomowiony.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Czy naturalne zbiorniki gorących źródeł mogą istnieć we wnętrzu góry?

Dziękuję Wam wszystkim za rady. :D Rozumiem trochę na czym stoję.

 

Nie zamieniaj opowiadania w podręcznik hodowcy koni ;)

Bez obaw, nie zamierzam. Chcę zdobyć trochę wiedzy, żeby postrzegać sprawę instynktownie i właśnie, żeby nie napisać jakiejś głupoty, że ktoś konia nakarmił, a pięć minut później jechał na nim galopem. Większość tego, co mi mówicie zostanie mi w głowie, a na papierze wylądują raczej drobiazgi.

O język postaram się dbać najlepiej jak umiem. ;)

 

Ponieważ nadal nie wiemy, jakie masz realia, trudno jest mówić o konkretach ;)

Rozumiem jak najbardziej. Nie umiem się jeszcze określić bardziej, niemniej wszystkie Wasze informacje uważam za bardzo ciekawe.  :D

 

Asylum, jak będę mieć okazję, to dam komuś do sprawdzenia, czy nie napisałam bzdur.

Zostaw ten żyrandol.

Ach, Ajzan, jeśli dobrze rozumiem, o co pytasz, to możesz rzucić okiem na amerykański Park Narodowy Hot Springs. :D

Zostaw ten żyrandol.

Chodziło mi o zbiorniki gorących źródeł wewnątrz jaskini górskiej, bo kojarzę tylko takie pod otwartym niebem.

Dziękuję, dogs. ^^

Cześć Wszystkim, wujek google mnie zawiódł, więc zwracam się z prośbą o pomoc tutaj :) Pytanie brzmi: czy ilość materii jest skończona? Tzn. czy ilość materii tworzącej świat może ulegać zmianie?

Ilość materii tworzącej świat – w sensie planetę – jak najbardziej ulec zmianie może (co linkował Morderca). Jeśli ci chodzi o Wszechświat, to już trochę inna sprawa. Generalnie ilość materii może zmienić się, jeśli materia zostanie przekształcona w energię (słynne E=mc^2), ale wypadkowa suma masy i energii pozostaje we Wszechświecie niezmienna. Przynajmniej z tego, co wiemy (ale tutaj otwiera ci się pole do popisu w kwestii sf). 

Dziękuję za odpowiedzi, wydaje mi się, że jednak nie bredzę w opowiadaniu :)

Jestem kompletnie zielony z ekonomi, więc proszę o małą radę.

Czy jeśli możemy ‘magicznie’ rozmnożyć wartościowe materiały (diamenty, złoto itp.) To czy stracą one na wartości i może to doprowadzić do inflacji? Dajmy na to, że ludzie płacą srebrnym i złotymi monetami w królestwie. Jeśli je sobie rozmnożą, to ceny pójdą w górę i zamiast płacić monetę za gazetę, będą musieli dać ich na przykład dziesięć razy tyle?

Jak już wspomniałem, w ogóle się na tym nie znam.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

https://www.nbportal.pl/wiedza/artykuly/historia-mysli-ekonomicznej/historia_inflacji_cz1 A TL;DR – tak, jest dokładnie tak, jak napisałeś. :D

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Dzięki, czyli Kacze Opowieści przydały mi się bardziej niż szkoła.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Danielu – tak. Jeśli ilość kruszcu w gospodarce wzrosła, a ilość towarów (chleb, konie, bilety na igrzyska...) pozostała bez zmian, to kupujący będą między sobą konkurować/licytować się, aż ogólny poziom cen pójdzie w górę.

Na przykład w Europie była niezła inflacja po odkryciu Ameryk i przywiezieniu stamtąd złota. Wzbogacili się ci, którzy wprowadzali cenne metale do gospodarki. Kosztem wszystkich pozostałych.

Babska logika rządzi!

Finklo, dziękuję za wyjaśnienie ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Luźny pomysł wywołał pytanie z dziedziny astrofizyki:

jak mógłby wyglądać podwójny układ dwóch planet, obu w strefie Złotowłosej, bo chcę na obu mieć życie (i żeby się żarło ;) – miałby kto jakieś przystępne źródła? Będą się działy jakieś dziwne rzeczy w ruchu orbitalnym? Zsynchronizują się? Co z zaćmieniami?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Zacznijmy od tego, że podwójny układ planetarny to wielka rzadkość (i nadużycie definicji planety, która z założenia powinna panować grawitacyjnie nad obszarem swojej orbity). Synchronizacja ruchu orbitalnego jest absolutnie niezbędna, bez niej jeden lub obydwa obiekty odlecą w losowych kierunkach na przestrzeni pokolenia. To, że można zmusić coś do działania w modelu matematycznym, nie oznacza zresztą, że chaotyczna natura będzie to często wytwarzała. Zobaczmy jednak, na co możemy liczyć.

 

WARIANT 1 (najbardziej prawdopodobny i średnio atrakcyjny): orbita wzajemna. Planety krążą wokół swojej gwiazdy we wspólnym uścisku. Bardzo elegancki przykład mamy pod ręką: jest to układ Ziemia – Księżyc. Występują zaćmienia drugiego obiektu (często), a także zaćmienia gwiazdy (rzadko). Jeżeli różnica mas pomiędzy obiektami jest duża, mniejszy pozostaje zwrócony stale tą samą stroną ku większemu. Przy około dziesięciokrotnej (lub mniejszej) różnicy mas obydwie planety są zwrócone ku sobie stale tą samą stroną.

 

WARIANT 2 (średnio prawdopodobny i najmniej atrakcyjny): orbita Tadpole’a w oparciu o punkty libracyjne Lagrange’a L4 i L5. W skali życia rozsądnej istoty inteligentnej działa dla obiektów o dowolnych masach, w skali geologicznej wymaga dużej (ponoć około 25-krotnej lub większej) dysproporcji mas. Mniejszy obiekt postępuje przed lub za większym z przesunięciem 60 stopni łuku orbity. Nie ma mowy o żadnych zaćmieniach. Większa planeta widziana z mniejszej wygląda bardziej atrakcyjnie niż Wenus z Ziemi, ale bardzo daleko od majestatu Księżyca, czyli ma swoje miejsce w mitologii i nawigacji morskiej, o wczesnym kontakcie cywilizacji można zaś zapomnieć.

 

WARIANT 3 (najmniej prawdopodobny i najbardziej atrakcyjny): orbita podkowiasta. Jedna z dwóch planet krąży w nieznacznie mniejszej odległości od gwiazdy niż druga, więc wykazuje się szybszym ruchem kątowym. Przez większość cyklu orbitalnego planety pozostają względem siebie w przeciwfazie, widoczne bardzo słabo lub wcale. Kiedy jednak w końcu zbliżą się do siebie na łuku, interakcja grawitacyjna ściąga i przyspiesza odleglejszą, a odciąga i spowalnia bliższą, zamieniają się więc rolami i tańczą lambadę od nowa. W przypadku planet o podobnej masie przy maksymalnym zbliżeniu powinniśmy osiągnąć rozmiar zbliżony do Księżyca w pełni, więc dla planety wyrzucanej na dalszy łuk może w bonusie nastąpić zaćmienie. Można także założyć, że zbliżenie następuje mniej więcej raz na pokolenie.

Jeżeli jedna planeta jest znacznie mniejsza od drugiej, dzieją się dodatkowe dziwne rzeczy. Cykl skraca się, ale różnica pomiędzy położeniem dwóch orbit tej mniejszej znacząco rośnie, co powoduje, że wystąpiłyby na niej wahania klimatu w zakresie od ciężkich do ekstremalnych. W braku nachylenia orbitalnego: na przemian kilka lub kilkanaście ziemskich lat przyjaznej późnej wiosny lub lata i tyle samo przykrej zimy. Przy nachyleniu orbitalnym podobnym do ziemskiego: najpierw skwarne lata nie do wytrzymania i łagodne lub nieistniejące zimy, potem chłodne i deszczowe lub nieistniejące lata i zimy bardzo trudne lub niemożliwe do przetrwania – i tak w kółko. Ciągłe koczownictwo o charakterze biegunowo-równikowym bardzo prawdopodobne.

 

WARIANT 4 (niemożliwy i stosunkowo atrakcyjny): dwie planety w całkowitej przeciwfazie, czyli Anty-Ziemia. Obalenie przypuszczenia o istnieniu czegoś takiego wymagało wieków rozwoju astronomii, bo bezpośrednia obserwacja jest bezużyteczna. Obecnie jednak wiadomo, że takie planety nie mogłyby utrzymać stabilności orbity w skali geologicznej. Wspominam mimo wszystko o tym wariancie, bo kojarzy mi się mgliście, że bywał już wykorzystywany w literaturze fantastycznej.

 

Rozpisałem się trochę bardziej, niż zamierzałem. Może się przyda?

Świetnie to napisałeś, Ślimaku! Kilka słów uzupełnienia jeszcze ode mnie.

 

Definicja planety jest stworzona wyłącznie w oparciu o nasz Układ Słoneczny i już teraz widać, że jest bardzo kiepska, kiedy próbujemy sklasyfikować obiekty pozasłoneczne, więc nie ma się co czepiać :)

 

WARIANT 1: Drugi przykład to układ Pluton-Charon, gdzie stosunek mas jest dużo mniejszy, i oba obiekty są zwrócone do siebie stale tymi samymi stronami. Widać więc, że to rzeczywiście dość popularna sytuacja. (Warto tu wspomnieć, że i układ Ziemia-Księżyc dąży do takiego stanu, tzn. obrót Ziemi stopniowo zwalnia, aż wyrówna się z obiegiem Księżyca, ale dużo wcześniej Słońce się wypali).

 

WARIANT 2: w naszym Układzie występuje z licznymi asteroidami, tzw. trojańskimi, mnóstwo takich asteroid mają planety ciężkie (głównie Jowisz), planety skaliste – bardzo niewiele. Prawdopodobnie im cięższy obiekt miałby być “trojański”, tym mniejsza szansa, że tam się utrzyma.

 

WARIANT 3: o ile wiem, w naszym układzie jest tylko jeden taki przykład: dwa malutkie księżyce Saturna, Janus i Epimeteus. Trudno mi powiedzieć, czy byłoby to możliwe z cięższymi obiektami, ale to rzeczywiście najbardziej atrakcyjna opcja :)

 

WARIANT 4 niemożliwy do pojawienia się w warunkach naturalnych, ale gdyby obie planety miały jakieś silniki planetarne, mogłyby przy stosunkowo niewielkich nakładach energii utrzymywać się w takim położeniu. Tylko po co? ;)

 

Pozdrawiam!

Precz z sygnaturkami.

    WARIANT 1 (...) Przy około dziesięciokrotnej (lub mniejszej) różnicy mas obydwie planety są zwrócone ku sobie stale tą samą stroną.

Chciałam niedużą różnicę mas, więc wygląda na to, że planety będą do siebie zawsze buźką. Hmm. To ma potencjał...

WARIANT 3 (...) W przypadku planet o podobnej masie przy maksymalnym zbliżeniu powinniśmy osiągnąć rozmiar zbliżony do Księżyca w pełni, więc dla planety wyrzucanej na dalszy łuk może w bonusie nastąpić zaćmienie. Można także założyć, że zbliżenie następuje mniej więcej raz na pokolenie.

Ooo, to też ma potencjał. I jak teraz wybrać :D

    Jeżeli jedna planeta jest znacznie mniejsza od drugiej, dzieją się dodatkowe dziwne rzeczy. Cykl skraca się, ale różnica pomiędzy położeniem dwóch orbit tej mniejszej znacząco rośnie, co powoduje, że wystąpiłyby na niej wahania klimatu w zakresie od ciężkich do ekstremalnych. W braku nachylenia orbitalnego: na przemian kilka lub kilkanaście ziemskich lat przyjaznej późnej wiosny lub lata i tyle samo przykrej zimy. Przy nachyleniu orbitalnym podobnym do ziemskiego: najpierw skwarne lata nie do wytrzymania i łagodne lub nieistniejące zimy, potem chłodne i deszczowe lub nieistniejące lata i zimy bardzo trudne lub niemożliwe do przetrwania – i tak w kółko. Ciągłe koczownictwo o charakterze biegunowo-równikowym bardzo prawdopodobne.

Helikonia? :D

    Rozpisałem się trochę bardziej, niż zamierzałem. Może się przyda?

Jeśli nie mnie, to komu innemu. Tak czy owak:

    Definicja planety jest stworzona wyłącznie w oparciu o nasz Układ Słoneczny i już teraz widać, że jest bardzo kiepska, kiedy próbujemy sklasyfikować obiekty pozasłoneczne, więc nie ma się co czepiać :)

Łoj tam :)

    WARIANT 4 niemożliwy do pojawienia się w warunkach naturalnych, ale gdyby obie planety miały jakieś silniki planetarne, mogłyby przy stosunkowo niewielkich nakładach energii utrzymywać się w takim położeniu. Tylko po co? ;)

Nie ten poziom techniki, ale wrzucam do akt na przyszłość :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Niebieski, Ślimaku, jestem pod wrażeniem Waszych wyjaśnień. Kopiuję je  do pliku i zostawiam sobie na przyszłość :)

 

@Tarnina

Helikonia? :D

Dokładnie. Miałem to samo skojarzenie :)

Known some call is air am

Dodam jeszcze, że warto zajrzeć na https://planetplanet.net/, autor tej strony obmyśla różne wysoce oryginalne (ale spójne teoretycznie) układy planetarne i zastanawia się, jak mogłoby na nich wyglądać życie. Obfite źródło inspiracji.

Ło matko! Ślimaku, czy Ty się znasz na wszystkim? Od pisowni, przez wiersze, do fizyki :O

Może ujmijmy rzecz w ten sposób: znam się dobrze na niektórych gałęziach matematyki...

nieźle na szachach, algorytmice, językoznawstwie (polskim) i większości aspektów wiedzy o górach...

co do reszty dziedzin, staram się być solidnym dyletantem.

 

Wychodzi różnie: wydaje mi się na przykład, że pamiętam to i owo z geomorfologii, a potem przychodzi niezastąpiona Reg i pyta, skąd wytrzasnąłem te ostańce na szczycie góry. Jestem pewien, że profesjonalny fizyk wypatrzyłby też mniejsze lub większe luki i błędy w tym wywodzie o planetach.

 

A co do Helikonii: tam jest dużo dłuższy “wielki rok” i prostsze wytłumaczenie astronomiczne – układ podwójny gwiazd, planeta orbituje wokół mniejszego składnika, który orbituje wokół większego składnika po silnie ekscentrycznej orbicie, wszystko się elegancko zgadza.

Są bowiem dwa podstawowe mechanizmy powstawania pór roku: oparty o nachylenie osi (dominujący na Ziemi, pora roku zależna od półkuli planety) i oparty o ekscentryczność orbity (dominujący na Helikonii, pora roku niezależna od półkuli planety). Można sobie wyobrazić też rzadsze, bardziej egzotyczne mechanizmy, na przykład na planecie obiegającej gwiazdę pulsującą. A jeżeli planeta jest dobrze kopnięta w cykle Milankovicia, to już może się zdarzyć prawie wszystko (u nas są stosunkowo słabe, a i tak nie zdziwię się, jeżeli zdołają zorganizować epokę lodowcową wbrew globalnemu ociepleniu). Słabym punktem projektu Helikonii był raczej ten wirusowy symbiont z cyklicznymi zachorowaniami. Bardzo wątpię, aby taka sytuacja mogła być długofalowo stabilna na gruncie zasad epidemiologii.

Ad WARIANT 1.

Jeszcze jeden przykład:

https://en.wikipedia.org/wiki/Rocheworld

:>

Przypadek naprawdę frapujący, choć budzący wątpliwości. Planety znajdują się wewnątrz granicy Roche’a dla płynów, to jest w obszarze, gdzie globy ciekłe i gazowe rozpadają się wskutek sił pływowych, a te bardziej swojskie, skaliste – z trudem utrzymują spójność (też do pewnej granicy). Oznacza to co najmniej szaloną aktywność geologiczną na obu ciałach. A także niestabilne atmosfery, które prawdopodobnie szybko wyciekłyby w kosmos.

Ad WARIANT 2 i 3.

Ślimaku, świetny pomysł, żeby rozpatrzyć te przypadki – przyłączam się do chóru wielbicieli Twojego komentarza :)

Uwagi:

Ta dysproporcja, o której wspomniałeś, dotyczy stosunku mas głównej (dla nas: gwiazda) i drugiej (dla nas: pierwsza planeta). Stosunek powinien wynosić więcej niż 25 zarówno dla orbit kijankowych (WARIANT 2), jak i podkowiastych (WARIANT 3, mniej stabilny). Warunek ten nie mówi nic o stosunku mas obiektów współorbitujących (dla nas: dwie planety).

Jako drugiego współorbitanta mechanicy nieba rozważają najczęściej obiekty o masach znikomych.  Szczęśliwie ruch takich “kosmicznych śmieci” jak asteroidy można łatwo (stosunkowo) obliczać w ramach OGRANICZONEGO zagadnienia trzech ciał. Nieszczęśliwie dla nas asteroida to nie planeta.

więc dla planety wyrzucanej na dalszy łuk może w bonusie nastąpić zaćmienie

No nie. Planety nie będą sobie przesłaniać gwiazdy centralnej:

https://en.wikipedia.org/wiki/Epimetheus_(moon)#/media/File:Animation_of_Epimetheus_orbit_-_Rotating_reference_frame.gif

A teraz dobra wiadomość. Symulacje numeryczne dobrze radzą sobie z zagadnieniem trzech ciał również w wersji ogólniejszej. Obecny stan wiedzy jest taki, że dwie planety o podobnej masie może połączyć stabilny podkowiasty romans:

https://iopscience.iop.org/article/10.1086/341173/fulltext/

Więc jednak! Nie tylko miniksiężyce pod okiem giganta.

Na końcu artykułu autorzy nawet szkicują możliwy scenariusz powstania rzeczonej konfiguracji. 

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

    Dodam jeszcze, że warto zajrzeć na https://planetplanet.net/, autor tej strony obmyśla różne wysoce oryginalne (ale spójne teoretycznie) układy planetarne i zastanawia się, jak mogłoby na nich wyglądać życie. Obfite źródło inspiracji.

Ooo, dobre!

    Obecny stan wiedzy jest taki, że dwie planety o podobnej masie może połączyć stabilny podkowiasty romans: https://iopscience.iop.org/article/10.1086/341173/fulltext/

Mrr heart

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Kufa, a jak one bedo do sie caly czas buźkami, to wyobraźcie sobie konsekwencje: Czy te buźkowe strony są cieplejsze? No bo przeciez wciąż odbijane światło, jak lusterko do lusterka (zalezy jeszcze od atmosfery, powierzchni itepe) – a jesli tak, to co się dzieje na granicy i poza granicą, na niebuźkowych stronach takich planet?

 

Można poszaleć ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Hmka. 

Ślimaku – super, Jerohu – też! xd

Z  tym długi romansem i różnorodnością pewnie  studziłabym nastroje. ^^

Poza granicą i na niej jest... to, co tylko sobie wymyślisz, PF. ;-) Taaa, perpetuum mobile, i może jeszcze cząstki są zwrócone ku sobie. I dobrze i źle by było. Na szczęście jest to bardziej skomplikowane, więc nijak się nie przejmuję, że sklasyfikowane, odfajkowane i mamy rybkę na haczyku. :DDD

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Czy te buźkowe strony są cieplejsze? No bo przeciez wciąż odbijane światło, jak lusterko do lusterka

No, tak, tylko czy by sobie nawzajem nie zasłaniały światła gwiazdy? Bo ciepło tak, odbiją (chyba?), a światło... chyba też, ale mniej. Musze to sobie narysować...

jesli tak, to co się dzieje na granicy i poza granicą, na niebuźkowych stronach takich planet?

To akurat wiem, między ciepłym i zimnym mocno wieje i łeb urywa XD Tylko, czy tam by było ciepłe i zimne, hmm.

Asylum, nie wiem, co powiedziałaś, więc oto gif:

heart

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

No bo przeciez wciąż odbijane światło, jak lusterko do lusterka

 

Wpływ takiego efektu byłby minimalny i kompletnie pomijalny. Planeta to nie lusterko :) Oczywiście albedo może mieć wysokie, kiedy np. jest cała z lodu. Ale nawet taka planeta odbija światło we wszystkich kierunkach jednakowo i tylko znikoma część tego światła docierałaby do drugiej planety, nie powodując jej znaczącego ogrzania.

Dużo śmieszniej się robi, kiedy planeta jest w ten sposób związana z gwiazdą...

Precz z sygnaturkami.

Wpływ takiego efektu byłby minimalny i kompletnie pomijalny.

No, tak, ale co z zasłanianiem? Narysowałam, i wygląda na to, że zasłaniałyby się w jednym układzie:

 

Czyli – regularne zaćmienia? Coś głupieję ostatnio...

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

:D

 

Tak, zasłaniałyby się, ale to nie wyglądałoby tak jak narysowałaś :P

 

Po pierwsze – obie orbity muszą być eliptyczne względem środka masy.

 

Środek masy porusza się po orbicie eliptycznej wokół gwiazdy, a gwiazda jest wielokrotnie większa niż planety, więc cień jednej planety nie zasłania drugiej w całości, jeśli obie są tej samej wielkości.

 

Wreszcie – o ile orbity planet wokół środka masy nie leżą idealnie w tej samej płaszczyźnie, co orbita środka masy wokół gwiazdy (a szansa na to jest bliska zeru), zaćmienia będą rzadkie. Tak jak i z Ziemią i Księżycem (to oczywiście zależy od wielkości planet, ich odległości od siebie i nachylenia orbit; zaćmienia tym rzadsze, im większe nachylenie, większa odległość i mniejsze planety).

Precz z sygnaturkami.

Tak, zasłaniałyby się, ale to nie wyglądałoby tak jak narysowałaś :P

Ja umiem tylko w Paintcie XD i tylko kółka XD

Gwiazda jest tam gdzieś z prawej.

Środek masy porusza się po orbicie eliptycznej wokół gwiazdy, a gwiazda jest wielokrotnie większa niż planety, więc cień jednej planety nie zasłania drugiej w całości, jeśli obie są tej samej wielkości.

OK, czyli ten cień planety to taki stożek jakby? Kiedyś widziałam taką ilustrację.

o ile orbity planet wokół środka masy nie leżą idealnie w tej samej płaszczyźnie, co orbita środka masy wokół gwiazdy (a szansa na to jest bliska zeru)

Zaraz, ale planety powstają z dysku materii wokół gwiazdy, nie? I te okruszki w tym dysku nie krążą po tej samej płaszczyźnie?

Poczułam się dwuwymiarowa...

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tarnino, orbita Księżyca jest trochę przechylona względem płaszczyzny ekliptyki i z tego powodu nie mamy zaćmienia co miesiąc.

Babska logika rządzi!

Hmm, no, o tym nie pomyślałam... Jestem Płaszczakiem blush

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Pytanie może zabrzmi nieco dziwnie, ale czy podczas picia herbaty w eleganckim towarzystwie wypada/należy trzymać w drugiej dłoni spodeczek, czy to sprawa indywidualna?

Do ust należy podnosić tylko filiżankę, jeśli natomiast pijemy herbatę przy niskim stoliku to podnosimy zarówno filiżankę, jak i spodek.

Źródło.

Dziękuję, None. Coś mi tam dzwoniło, ale nie byłam pewna.

Potrzebuję dobrej duszy, która orientuje się w łucznictwie antycznym i średniowiecznym. Znajdę taką? :D

A mnie przydałaby się wiedza o dojrzewaniu zboża – czy jest etap, na którym (przyszłe) ziarna zawierają cukry stosunkowo proste i są dość słodkie? Jeśli tak, to w jakim zbożu jest tego najwięcej – kukurydza czy coś innego?

Babska logika rządzi!

Zwróć się do botanika, ale nie wydaje mi się – wielocukry w ziarnach pełnią funkcję zapasową, są, by tak rzec, skompresowane. Dekompresja następuje, kiedy cukry proste stają się potrzebne, czyli kiedy zaczyna się rozwijać zarodek (słodowanie ziarna).

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

@Wiktor Orłowski – mam w rodzinie pasjonatów-rekonstruktorów <czasy przedchrześcijańskie>, w tym jedną łuczniczkę. Mogę zapytać. 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

No tak, skrobia jest na zapas. Ale czy roślina wytwarza od razu skrobię, czy zaczyna od cukrów prostych i to trwa dłuższą chwilę, zanim wszystko pójdzie w cukry złożone?

Babska logika rządzi!

Hmm. W zasadzie skrobię trudno transportować, a poza tym fotosynteza wytwarza tylko cukry proste... ale synteza wielocukrów, o ile dobrze pamiętam, wygląda tak, że do łańcucha są przyłączane kolejne reszty. Czyli one mogą być dostarczane stopniowo.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Po szybkim riserczu – w trakcie fotosyntezy powstaje (w olbrzymim uproszczeniu) sacharoza, która ewentualnie może zostać przekształcona do skrobi. Łyko (roślinny tkanka transportowa) może transportować tak glukozę, sacharozę i skrobię. Ale z tego co czytałem, najczęściej jest to sacharoza, która trafia do tkanek nie prowadzących fotosyntezy, gdzie jest zużywana lub magazynowana. W ziarnach będzie więc trochę sacharozy, ale będzie ona na bieżąco przetwarzana na skrobię. Młodziutkie, ledwie zawiązane ziarna być może (strzał w ciemno) będą słodkawe, ale potem skrobia będzie przewżać.

Z innej beczki – amylaza ślinowa rozkłada skrobię. Jeżeli przerzuć ziarno przez dłuższy czas, zacznie smakować słodko.  

Dzięki, None. :-)

Młodziutkie będą słodkawe? Rewelacja, o to chodziło.

Ktoś może wie, kiedy ziarna są młodziutkie? Zakładając, że żniwa są w sierpniu? Czerwiec?

Babska logika rządzi!

Dawno, dawno temu, kiedy jeździłam na kolonie do Inowłodza, podczas wycieczek po okolicy zrywałam kłosy żyta i wydłubywałam dość jeszcze miękkie ziarenka. A działo się to w ostatnim tygodniu czerwca i pierwszej połowie lipca. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A jak smakowały? Były słodkawe?

Babska logika rządzi!

Smakowały dobrze, lekko słodkawo, jeśli mnie pamięć nie myli, bo to było blisko sześćdziesiąt lat temu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki. I spóźnione “smacznego”. ;-)

Babska logika rządzi!

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka