- Hydepark: Wzajemna pomoc merytoryczna przy pisaniu opowiadań

Hydepark:

inne

Wzajemna pomoc merytoryczna przy pisaniu opowiadań

Przy tworzeniu historii często bywa tak, że by opowiedzieć coś przekonująco, musimy poszerzać swoją wiedzę. Niejednokrotnie jednak okazuje się, że nie ma gdzie szukać – bo wikipedia nie wystarcza, a nie chcemy ufać anonimowym ludziom z anonimowego forum. Tak się jednak składa, że jest nas tutaj niemało i każdy zna się na czym innym, dlaczego więc nie możemy pomagać sobie wzajemnie?

Jeżeli macie problem z jakimś zagadnieniem – napiszcie tutaj. Może znajdzie się jakiś mechanik/lekarz/geograf/historyk/prawnik/elektryk/fizyk/etc. A może ktoś z nas po prostu – mimo odmiennego wykształcenia i zainteresowań – ma jakieś doświadczenia, które okażą się przydatne?

By jednak zachować ten temat w porządku, chciałbym, by wszelkie dłuższe dyskusje dotyczące określonego zagadnienia albo przenosiły się na drogę prywatną, albo (moim zdaniem lepiej!) byście założyli osobny temat poświęcony danemu zagadnieniu. I tak, jeśli chcecie poszerzyć swoją wiedzę dotyczącą funkcjonowania czarnych dziur i wyjdziecie poza ramy formuły pytanie-odpowiedź, dyskusja się rozwinie – pędźcie założyć osobny temat :)

Komentarze

obserwuj

Narkotycznie, powiedziałabym ;)

Może syrop na kaszel im daj?

Przynoszę radość :)

Ja bym załatwiła sprawę syropem.

Przynoszę radość :)

Gałki muszkatołowej nie zjesz za dużo, włączy się większości odruch wymiotny; podobnie z mielonym liściem laurowym. 

 

Rozstrój żołądka i biegunkę bardzo łatwo sobie wyprodukować, przesadzając z kiszonym, zwłaszcza jak się miało przerwę w jedzeniu kiszonek: trochę za dużo kiszonych ogórków, wody z ogórków (!!!), zakwasu z buraków i sprint do toalety gwarantowany. 

 

 

Hmm, nie proszek. są jakieś zgoła niewinne orzeszki, ale nie pamiętam jakie. Szukałam na szybko, Finklo, ale wyniki są niejednoznaczne, więc muszę jutro dopytać u źródła i wtedy zapodam. Przeżyte doświadczalnie. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Świństwa? 

Spróbuj sama – herbta (czy kawa – co tam pijesz), jednocześnie posłodzona i posolona.

Robi wrażenie ;)

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Awokado!

Oczekujesz owocu, dostajesz – masło.

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Albo islandzki zgniły rekin, czy też zgniły boczek.

 

NIE DLA WRAŻLIWYCH:

Rekina próbowałam. Kawałek mniejszy niż 1 cm3 włożyłam do ust. Musiałam podjąć bardzo szybką decyzję, czy to wypluć czy przełknąć. Jako że byliśmy na stołówce w pracy, to przełknęłam i popiłam kilkoma szklankami wody.

Pierwszy (i ostatni, na boczek się nie skusiłam) raz w życiu pokarm mi dosłownie zaczął rosnąć w ustach. Jeśli znasz smród psującego się mięsa, to to samo, tyle że z wewnątrz własnej jamy gębowej się czuje.

 

EDYTA: Spodziewałam się ryby, może starawej, ale ryby.

Yantri, to był smród rozłożonego mocznika na amoniak. Rekiny nie wydalają, tylko ich mocz jest obecny w całym organizmie (jest to adaptacja do życia w słonej wodzie morskiej). Dlatego dziwię się, że ludzie chcą jeść to mięso. 

 

Wiem, miło się dowiedzieć takich rzecz po czasie :P

Deirdriu, dziękuję. smiley Lubię takie ciekawostki. Nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się przydać. Na przykład następnym razem, gdy spotkam tego Islandczyka, który nas tym świństwem uraczył. Może on też nie wie, co uważa za przysmak. devil

Finklo, już wiem, jakie to były pestki, gdyż pestki a nie orzechy. Niestety dla Ciebie nieprzydatne. Chodzi o pestki moreli sprzedawane  w sklepach ze zdrową żywnością w małych torebeczkach. Sprzedawane są jako antyrakowe z uwagi na zawartość amigdaliny (B17, w krajach anglojęzycznych Laetrile). Najwięcej można jej znaleźć w gorzkich migdalach (stąd nazwa amigdalina), a także w gorzkich pestkach moreli, czereśni, jabłek, a także w niektórych roślinach strączkowych. W organizmie amigdalina rozkłada się na kwas pruski (cyjanowodór). Badania laboratoryjne NCI (amerykański Narodowy Instytut Raka) wykazały brak odpowiedzi na leczenie, nawet jeśli podawano dodatkowo enzym wspomagający wydzielanie się cyjanku z letrilu.

Spożywanie powyżej 1-2 pestek dziennie powoduje poważne zagrożenie dla życia. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Co do rekinów – wszystkie zwierzęta wydalają. Rekinom ten mocznik jest potrzebny, żeby osmoza nie zrobiła z nich zupy, zob. tutaj: www.biol.uw.edu.pl › ewolucja › zoologia › ryby skrypt

Co do jedzenia, Finklo – ponoć moja babcia (ta od kowadła) usiłowała kiedyś zjeść na surowo bakłażana (jak jabłko). Bakłażany są gorzkie, po to się je soli i smaży, żeby gorzkie nie były. Ponadto jej kuchnia ogólnie pasuje do Twoich parametrów (uch, wredna dziś jestem, spróbujmy inaczej). Czy mogłabyś ciut dokładniej sprecyzować, czego potrzebujesz?

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Co znalazłam na poczekaniu (ja, prokrastynuję? Cóż za ohydne oszczerstwo!):

 

  • Czarny bez: owoce nie w pełni dojrzałe zawierają glikozydy cyjanogenne
  • Maniok: w pełni dojrzały też zawiera glikozydy cyjanogenne, trzeba go kilkakrotnie płukać, a woda po płukaniu jest trująca
  • Rabarbar: dużo szczawianów, były zatrucia śmiertelne (https://jamanetwork.com/journals/jama/article-abstract/222117)
  • Ziemniaki, kartofelki, pyry: solanina w surowych, zob: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/23411230
  • Niektóre strączkowe: różnie, jedne mają glikozydy cyjanogenne, inne trujące białka, które trzeba zniszczyć gotowaniem, poszperaj
  • Grzyby: zob. poradnik grzybiarza (niektóre jadalne łatwo pomylić z trującymi)
  • Kiełki: w kulturach, które tradycyjnie jadają kiełki, zawsze się je smaży, bo surowe są pełne bakterii (Salmonella)
  • Nasiona i niedojrzałe owoce liczi: mogą powodować obniżenie poziomu cukru we krwi poniżej bezpiecznego (https://en.wikipedia.org/wiki/Lychee#Poisoning)
  • Warzywa kapustne na surowo i mleko (niekoniecznie razem) mogą powodować wzdęcia i biegunkę (mleko u nietolerujących laktozy – kiedy Wikingowie poczęstowali Indian, zostali za to wysiudani z Ameryki)
  • Oliwki trzeba przefermentować, surowe są twarde i zbyt gorzkie, żeby ktokolwiek zdołał je zjeść
  • Wiele orzechów powoduje reakcje anafilaktyczne (nawet śmiertelne) u uczulonych
  • Ryby drapieżne (np. tuńczyk) mogą zawierać niebezpieczne ilości rtęci i kadmu.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Ktos wie, jak wygladaja wirtualne lekcje? Ile trwaja? Czy to sie odbywa w czasie rzeczywistym?

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irka_Luz Pytasz o lekcje w szkołach, czy może też/lub o ćwiczenia na uczelniach?

W mojej podstawówce to jak dotąd wolna amerykanka. Niby jest plan lekcji, niby uczniowie są zachęcani do tego, żeby utrzymywać szkolny tryb dnia i wstawać jak zwykle, ale wiem, że są tacy, co śpią do drugiej po południu. Być może niektórzy nauczyciele łączą się z uczniami w czasie rzeczywistym na wirtualnych lekcjach, ale większość po prostu wysyła im materiały dydaktyczne i zadania do wykonania w domu, ustalając jakiś termin ich realizacji. Do komunikacji z uczniami i rodzicami wykorzystujemy głównie dziennik elektroniczny i pocztę służbową, opcjonalnie Skype i inne komunikatory oraz aplikacje do wideokonferencji. Ze względu na ochronę danych osobowych odradza nam się korzystanie z Zooma i Discorda, bo pierwszy to podobno malware, a drugi gromadzi dane osobowe. Za obecność na lekcji uznaje się wejście ucznia w kontakt z nami, czyli chociażby odczytanie przez niego naszej wiadomości. Ciągle przypomina nam się o nieobciążaniu uczniów pracą ponad miarę oraz uwzględnianiu zasady bezpiecznego korzystania przez nich z urządzeń umożliwiających komunikację elektroniczną (łączenie kształcenia z użyciem monitorów i bez).

 

Do poczytania – Rozporządzenie MEN z dnia 20 marca 2020r. w sprawie szczególnych rozwiązań w okresie czasowego ograniczenia funkcjonowania jednostek systemu oświaty w związku z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19:

http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU20200000493/O/D20200493.pdf

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

@Finka: 

Nie dość dojrzałe kaki/ persymona powoduje u sporej części populacji natychmiastowe znieczulenie wnętrza ust, absolutnie dziwaczne uczucie. Sprawdziłam na sobie niechcący, niestety. 

 

Z przygód mojej ciotki: podanie rocznemu dziecku owoców posypanych, zamiast cukrem, kwaskiem cytrynowym.   

Ktos wie, jak wygladaja wirtualne lekcje? Ile trwaja? Czy to sie odbywa w czasie rzeczywistym?

 

Różnie i podłużnie, w zależności od podejścia danej szkoły/nauczyciela. Niektórzy robią lekcje online w czasie rzeczywistym, niektórzy nagrywają lekcje i wysyłają uczniom do odtworzenia, inni wysyłają uczniom bardziej (lub mniej) opracowane materiały dydaktyczne w formie pisemnej. Jak wspomniał @Bolly powyżej, wykorzystywane są różne narzędzia/komunikatory/aplikacje. Wszystko zależy od tego co komu przyjdzie do głowy, bo nikt za bardzo nad tym nie panuje.

 

Generalnie chaos. ;)

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Kasjopejatales, chodziło mi o podstawówkę :)

Bolly, Elanar, dziękuję bardzo, o to właśnie mi chodziło. I muszę przyznać, że mnie ten chaos akurat pasuje ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irka_Luz A to w takim razie, nic mi nie wiadomo ;)

Czy w policji jest ktoś wyżej rangą od komendanta?

Kasjopejatales, jeżeli dalej potrzebujesz, mogę dopytać bratanicę, IV klasa podstawówki w małym miasteczku. 

Dzięki, PsychoFish.

Ajzan, jednakowoż, jeśli to do Twojego cyklu, to struktura polskiej policji niekoniecznie ma się jakkolwiek do tego, co byś tam chciała mieć ;)

http://altronapoleone.home.blog

Free-energy-punk open source. Czas ucieka a planeta coraz brudniejsza. Ktoś pomoże?Prawa fizyki stanowią że z każdego ruchu da się pozyskać energię Mamy efekt piezoelektryczny i ruchy browna. Piezonano generator wymaga impulsu startowego i ośrodka o odpowiedniej temperaturze. W generatorze wodnym, impuls uruchamia turbinę popychającą ośrodek na sito piezonano i następnie turbina jest zasilana z sita poprzez układ regulujący. Dobre na napęd do motorówki– standardowo zostawia za sobą oziębiony kilwater, niestandardowo przy doładowaniu nuklearnym, o! To otwiera całkiem nowe możliwości.. w generatorze gazowym działanie śmigła jest analogiczne do działania turbiny w generatorze napędzanym cieczą. Dobre na napęd lekkich samolotów i poruszające się nad równikiem farmy. Dobra, starczy :] Dalej sami sobie kombinujcie. miłej zabawy. może za parę lat doczekam jakichś opek z już nie z epoki pary i silników spalinowych. pozdrawiam, trzymacie poziom. Jakby ktoś miał ochotę wykorzystać ideę działania generatora w swoim opku, to nie mam nic przeciwko– a nawet jestem jak najbardziej za!

Piszę właśnie opowiadanie gdzie po wielkiej globalnej pandemii ktoś wynajduje generator darmowej energii i mam problem ze znajdującymi się na równiku wielkimi farmami żywności. O ile na lądzie można ustabilizować unoszące się w powietrzu platformy za pomocą lin lub słupów. Ostatecznie mogłyby nawet lądować na noc. To mam problem z tymi które miałyby znajdować się nad oceanem. Tam głębokość może dochodzić nawet do kilku kilku kilometrów a nie wiem jak opisać system stabilizacji, no nie wiem, platform. Pewien Szkot, mąż pewnej starej przyjaciółki w tym robi, ale na ich weselu narobiłem takiej popeliny że wstydzę się do nich zwrócić. Zna się może ktoś na tym?

Drakaino, zgadłaś. To do mojego cyklu. Chcę uczynić Tyra odpowiedzialnym za policję w mojej wersji Asgardu, w miarę możliwości bez ograniczenia do jednego obszaru.

Ajzan – to jest Twój fikcyjny świat, więc możesz sobie zrobić hierarchię policji taką, jaka Ci się podoba :) To jest ten sam problem, który był dyskutowany na innym wątku.

Policja ma różną strukturę w różnych krajach. Na tym, jakie uprawnienia i zakres odpowiedzialności mają w naszych czasach poszczególne odmiany włoskiej i francuskiej policji, nie jestem w stanie się wyznać, mimo że spędzam w tych krajach mnóstwo czasu. A to się nijak nie ma do struktury polskiej, którą podrzucił Ci fish, czy do amerykańskiej, brytyjskiej itd.

Na dodatek, o ile się nie pogubiłam, masz tam takie pseudo-dziewiętnastowieczne realia – a wtedy w większości krajów policja jest w powijakach i jej struktura bywa dość płynna.

Naprawdę – odwagi w kreowaniu swojego świata. Powtórzę: nie piszesz historii, możesz mieć własne pomysły.

http://altronapoleone.home.blog

Pomocy merytoryczna z ciekawymi księgozbiorami, help! Potrzebuję dotrzeć do polskiego tłumaczenia haiku Matsuo Basho, chodzi mi tylko o pełnoprawne zacytowanie utworu ze wskazaniem tłumacza – czy ktoś z Was może posiada na półeczce tomik w tłum. Agnieszki Żuławskiej-Umedy? Albo innego tłumacza, bo przekładał Miłosz i jeszcze ktoś; chodzi mi o haiku “Tą drogą” i “Chodź, patrz”. Wersję pani Żuławskiej-Umedy czytałam z biblioteki, teraz znajduję w internetach jakieś haiku, ale nie daję głowy, że to jest dokładnie jej tłumaczenie (są niepodpisane), a nie chcę cytować bubla. Normalnie poszłabym do biblioteki, ale no sami wiecie. :( 

Helpunku.

Tą drogą

Nikt nie idzie

Tego dzisiejszego wieczoru.

 

Basho

 

 

Chodź, patrz

Na prawdziwe kwiaty

Bolesnego świata.

 

Basho

 

Tłumaczenie Miłosza, własnymi łapkami przepisywane

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Gdzieś-kiedyś-jakoś przeczytałem (albo tak mi się wydaje) o rycerzach (biedniejszych), którzy zostali przyjmowani na dwór, żeby pełnić rolę nadwornych błaznów.

Prawda to? Znacie jakieś przykłady?

 

PS. To nie był Dagonet. Nie przepadam za legendami arturiańskimi, więc pamiętam. To było o kimś innym. Może Stańczyku? Cholera wie i nie powie. ;c

Dagonet był błaznem, który został rycerzem, a nie rycerzem, który został błaznem :D

Wiedziałem, że coś pomieszałem. :D

Hejka. Szukam opracowań o podstawach szermierki (raczej historycznej niż sportowej, może być szabla, może być pałasz czy rapier, długi miecz pewnie też przejdzie). Raczej nie szczegółowe traktaty i podręczniki, raczej ogólne podstawy dotyczące postaw, gard, ruchów, ataków, zastaw, takie tam. I w zasadzie to nie dla mnie nawet :P Ma ktoś coś podobnego w zasobach? 

A jak wiadomo, Widary to quality content, stąd źródło musi być solidne. ;)

:)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Gdzieś chyba mam coś o dziewiętnastowiecznej, mogłabym spróbować poszukać.

http://altronapoleone.home.blog

Wygląda solidnie, zobaczymy jaka będzie opinia poszukującego, czy to to czego szuka.  Dzięki :D 

Irka – poszukujący zachwycony, kazał gorąco podziękować :D Drakaino – dzięki za chęci, zobaczymy czy będą potrzebne bardziej szczegółowe informacje. 

Miło, że mogłam pomóc :D

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Czy takie XIX-wieczne śpiochy dla dorosłych, znane np. z westernów miały jakąś swoją potoczną nazwę? Bo “kombinezon” brzmi zbyt technicznie.

Zdaje mi się, że mówiono na to kalesony.

edycja

A tu znajdziesz zacny artykuł, omawiający także wspomniany przez Ciebie kombinezon: https://pl.wikipedia.org/wiki/Kalesony

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pajacyk. :D A serio, po angielsku to podobno union suit i w sumie żadnego sensownego tłumaczenia nie znalazłam.

Za całym szacunkiem – kalesony w Polsce to jednak inny rodzaj ubioru.

Pajacyk owszem, ale w odniesieniu do dzieci.

Zdaje się, Coboldzie, że będziesz musiał improwizować i stworzyć polski odpowiednik :).

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Po angielsku to się nazywa “union suit” (EDIT: jak już napisała ocha), właśnie zapytałam znajome osoby znające się na modzie historycznej, czy jest / jaka jest polska nazwa :)

Ja słyszałam angielską nazwę “longjohns” (ale to może być amerykanizm, chociaż “union suit” nawet brzmi jak coś z hamerykanckiej propagandy, ulubione gacie kapitana Ameryki). U mnie w domu funkcjonuje nazwa “slipokrawat” :)

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Long johns to kalesony. Union suit to pajacyk. Zarzucam na grupę o ubiorze XVIII i XIX w.

http://altronapoleone.home.blog

Long johns jako kalesony używa się także dzisiaj. Ale, no właśnie, to kalesony. Wpisałam w google cowboy underwear, ale nie wyszlo mi to, czego oczekiwałam. :)

Znajoma rekonstruktorka zaproponowała “męskie niewymowne” – bo raczej nie było polskiego terminu. Jeśli rzecz dzieje się w USA, dałabym jednakowoż union suit, po prostu.

http://altronapoleone.home.blog

Aż się boję zapytać, co Ci wyszło :)

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Dzięki! Ten uczuć, kiedy WSJP staje się niewystarczający ;)

 

Kasjopejatales, jeżeli dalej potrzebujesz, mogę dopytać bratanicę, IV klasa podstawówki w małym miasteczku. 

ninedin Ja odpowiadałam na pytanie Irka_Luz – mi te informacje niepotrzebne. Ale dzięki za propozycję ;)

OFFTOP Przepraszam, musiałam źle coś przeczytać w tamtej dyskusji :) /OFFTOP

Pytanie z zakresu antyku (więc spoglądam tu szczególnie w stronę Ninedin i Drakainy ;)). Otóż, czy ktoś się może orientuje, w jakich dokładnie dniach (wg naszego kalendarza) odbywały się w Atenach Wielkie Dionizje? Doczytałem na razie, że przypadały na koniec marca, ale zależałoby mi na konkretnych datach dziennych, o ile oczywiście były stałe.

Drugie pytanie, czy bachanalia w Rzymie odbywały się również wg jakiś określonych terminów, a jeśli tak, to czy przypadały w tym samym czasie, co dionizje?

Wielkie Dionizje – 10-16 Elafebolion, pod koniec marca. Nie da się powiedzieć dokladnie, bo źródła nie mówią nam, jak wygląda szczegółowo attycki kalendarz. wiemy, że jest księżycowy, że pierwszy dzień roku to jest pierwszy nów po letnim przesileniu, ale jak dokładnie co do dnia mają się miesiące attyckie do naszych, po ile mają dni itd., po prostu nie  wiadomo.  Elafebolion przypada na kawałek naszego marca i kawalek kwietnia. Zerknę do tekstów naukowych, jakie są propozycje ustalenia dat. 

Kiedy w Rzymie miały miejsce oryginale Bachanialia, te z III wieku p.n.e., których potem zakazano, też  dokładnie nie wiemy. W południowej Italii miały różne daty. W Rzymie po roku 168 p.n.e. świętowano je równocześnie z innych dionizyjskim świętem, zwanym Liberalia, to jest 17 marca. Mogę zrobić listę wszystkich świąt ku czci Bakchusa-Dionizosa w Rzymie :) 

 

 

Nie da się powiedzieć dokladnie, bo źródła nie mówią nam, jak wygląda szczegółowo attycki kalendarz.

A to niedobre źródła :)

 

Nie potrzeba listy, właściwie chciałem dowolnego święta bachusowo-dionizyjskiego z dokładną datą, więc skoro nie da się ustalić tego dla Wielkich Dionizjów, to Liberalia i 17 marca całkowicie mnie satysfakcjonują. Dzięki wielkie!

Wiem, że w XVII wieku wydawano w Anglii gazetę, ale – czy ktoś wie, w jaki sposób ją dystrybuowano? I czy cenowo była przystępna dla zwykłych zjadaczy chleba?

@Drakaina, chodź tu. 

Niezupełnie moja bajka terytorialnie i chronologicznie, w XVII w. to pewnie były jakieś efemerydy, bo newsy rozpowszechniano głównie w nieregularnych drukach, choć rzeczywiście wtedy zaczyna się też historia regularnych serwisów. O cenach nie mam pojecia, ale szybki gugiel pokazuje taki artykuł, który w może jest ściągalny, jeśli jest na Jstorze (jeśli tak, to pewnie to zrobię z własnej ciekawości).

https://www.quora.com/What-did-books-and-newspapers-cost-in-17th-18th-century-western-Europe-and-Britain

 

Niemniej ważniejsza sprawa, na którą uczulam, bo wielu pisarzy wpada w tę pułapkę – stare gazety, nawet do lat 60/70 XIX wieku nie wyglądają jak to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Nie ma wywiadów, rozmów, długich artykułów, reportaży, zazwyczaj nie ma też obrazków (ilustrowane były specjalne czasopisma i to tak od połowy XIX w., oczywiście nie licząc modowych), jest za to mnóstwo przedruków z innych gazet, korespondencji, ogłoszeń i reklam :D

 

Edyta: chwilowo nie ściągnę, bo ujotowy portal dostępu nadal leży.

 

http://altronapoleone.home.blog

Tak, te gazety były ciasno upakowane tekstem, a ostatnie strony (czasem nawet kilka) to były głównie ogłoszenia :) Plus w większości krajów format był malutki.

http://altronapoleone.home.blog

Dziękuję za odpowiedź. Po przejrzeniu tego wszystkiego muszę sobie przemyśleć, czy będę brnąć w taki wątek, bo widzę, że to trochę ryzykowna sprawa. W każdym razie dzięki za pomoc :)

Czy orientuje się może ktoś, jak pod koniec XV w. (zwłaszcza w Europie) wyglądała następująca sprawa: Przypuśćmy, że wojsko/armia przemieszcza się z punktu A (start wyprawy) do punktu B (na konkretne pole bitwy). Kto idzie z nimi? To znaczy, wiem, że dowódcy, konkretne oddziały np. konnica czy piechurzy, ale nie o to chciałam zapytać. A o to, jakie „dodatkowe” osoby ze sobą zabierano. Czy wraz z amią szli np. kowale, rymarze, garbarze (w celu naprawy sprzętu) albo osoby zajmujące się końmi? Zakładam, że tak, ale też trudno znaleźć mi taką informację.

Nie jestem specjalistką od wojskowości średniowiecznej ani wczesnonowożytnej, a na dodatek nawet na specjalistycznych wykładach z historii militarnej nie było o takich drobiazgach (a szkoda), znacznie lepiej znam się na późniejszej, “regularnej”, niemniej zakładałabym, że analogicznie do armii wczesnonowoczesnych duża armia musiała być w dużej mierze samowystarczalna. Mała – niekoniecznie.

Przydałoby się tu nieco więcej danych: jak duża jest ta armia, czyja, jak tworzona. Bo inaczej zorganizowane będzie jakieś tam plus minus pospolite ruszenie, inaczej armia królewska, inaczej oddziały najemników – tu znów po części w zależności od tego, u kogo na służbie.

Zakładałabym, że nawet jeśli nie byłoby w takim wojsku odrębnej funkcji kowala, to wśród żołnierzy znajdzie się paru kowali. Koniem zajmował się zasadniczo sam kawalerzysta lub w przypadku oficera jego ordynans. Z tym że w zależności od tego, kiedy i gdzie dokładnie masz akcję, gdzieś będą zapewne jeszcze przeżytki czasów rycerskich.

Warto też pamiętać, że to nie jest tak, że armie ciągną przez długi czas z całej Europy na z góry, z dużym wyprzedzeniem ustalone pole bitwy ;) Więc w razie czego nie pisałabym, że w kwietniu 1410 ktoś tam jechał z jakiegoś, nie wiem, Magdeburga, pod Grunwald ;)

http://altronapoleone.home.blog

drakaino dzięki za odpowiedź :) 

Wiem, że trochę niejasno zapytałam, ale też w sumie nie wiedziałam jak to ująć. Trudno mi ocenić, czy w 1475r. 40 000 ludzi to była duża armia, czy tak nie bardzo (wydaje się, że całkiem spora). Dokładnie chodzi mi o bitwę, w której brał udział władca Mołdawii Stefan III Wielki. Biorąc pod uwagę twoją odpowiedź, zakładam, że mogli  wziąć ze sobą trochę rzemieślników. I to też nie jest tak, że będę zagłębiała się w szczegóły, a raczej skupię się na czymś, co dobrze znam. Po prostu brakowało mi wiedzy czy dla bohatera, który nie może być żołnierzem, mogłoby się znaleźć miejsce w armii. Stąd moje pytanie. Gdybym nie mogła go w taki sposób tam umieścić, to pewnie zrezygnowałabym z tego pomysłu i posłała go do miasta.

Warto też pamiętać, że to nie jest tak, że armie ciągną przez długi czas z całej Europy na z góry, z dużym wyprzedzeniem ustalone pole bitwy ;) Więc w razie czego nie pisałabym, że w kwietniu 1410 ktoś tam jechał z jakiegoś, nie wiem, Magdeburga, pod Grunwald ;)

A, to tak – miałam raczej potrzebę przedstawienia informacji, że oni się przemieszczają w z góry ustalonym kierunku, a kiedy i gdzie się spotkają to faktycznie może być dziełem przypadku.

Jeżeli armia szła z taborem, to jacyś specjaliści od usług wszelakich zawsze się w nim znajdowali. Jeżeli chodzi o zajmowanie się końmi, to w przypadku szlachty (a to zwykle ona stawała konno), końmi zajmowali się pocztowi albo jacyś pachołkowie. Odnośnie czasów Stefana Wielkiego, to armia króla Olbrachta miała tylu ciurów (czyli właśnie różnego rodzaju służących), co żołnierzy. Z drugiej strony sam Stefan w tej konkretnej kampanii raczej za sobą taboru nie ciągnął, bo raz, że działał na własnym terenie , dwa, jego taktyka miała charakter wojny szarpanej, więc musiał zachować mobilność armii. Do XVIII wieku armie zazwyczaj absolutnie nie były samowystarczalne. Żołnierz musiał wszystko, włącznie z żywnością, zapewnić sobie sam. A jeżeli żołd nie dochodził, to aprowizacja przybierała formę grabieży.

kasjopejatales, polecam dwie książki, obie znajdziesz online w Bibliotekach Cyfrowych:

  1. Historyja jazdy polskiej Górskiego
  2. Siły zbrojne w wołoskiej wojnie Jana Olbrachta Borzemskiego.

Szczególnie polecam Borzemskiego – mała książeczka, ale znajdziesz w niej wszystko, łącznie z ilością kaszy w workach na wozach taborowych. Okres (1497), teren (Mołdawia), władca (SIII) się zgadza. Bardzo dobrze napisana, cudny przykład przedwojennego podejścia do prac historycznych, naprawdę: przyjemnie się czyta.

 

Gdybyś chciała więcej informacji, to polecam również Kronikę z czasów Stefana Wielkiego Górki (znajdziesz to w Archiwum Komisji Historycznej, Seria 2, Tom III – oczywiście również bez problemu dostępne w wersji zdigitalizowanej w dowolnej BC). 

Światowider wielkie dzięki za cenne informacje. Po tym co tu przeczytałam, myślę, że nie będę przesadzała: i albo zdecyduję się zostawić bohatera w mieście, przez które przechodzi ta armia, albo może (gdy więcej poczytam) zostawię go w tej armii, ale uwzględnię wasze uwagi.

Żołnierz musiał wszystko, włącznie z żywnością, zapewnić sobie sam.

A o tym to już zupełnie nie wiedziałam!

 

Algir tobie także, dziękuje za polecenie książek – chętnie na nie zerknę, szczególnie że ta pierwsza zapowiada się ciekawie.

Światowider – przez samowystarczalność rozumiałam raczej możliwość podkucie koni niż tabory jak Fryderyka Wielkiego i wożenie aprowizacji, ale dzięki za info, bo nam niestety życia codziennego to praktycznie nie wykładali i do mojego XIX wieku też szukam szczegółów po książkach i pamiętnikach :(

(Skądinąd miałam nawet pisać: summon Światowider)

 

miałam raczej potrzebę przedstawienia informacji, że oni się przemieszczają w z góry ustalonym kierunku, a kiedy i gdzie się spotkają to faktycznie może być dziełem przypadku

Nie do końca przypadku – pole bitwy rzadko bywało przypadkowe, wybierano je m.in. ze względu na ukształtowanie terenu, pewnego rodzaju punkt krytyczny koncentracji wojsk, konieczność przegonienia wroga z jakiegoś kawałka terenu itp., powody rozegrania bitwy w konkretnym miejscu mogą być różne, niemniej to nie było tak, że na kilka miesięcy wcześniej było oczywiste, że bitwa rozegra się tam, gdzie dzis wiemy, że się rozegrała :)

http://altronapoleone.home.blog

W temacie Księstw Naddunajskich mogę polecić jeszcze dwa zbiory ciekawostek, dotyczących raczej XVII w., ale może znajdziesz coś przydatnego (zresztą cały blog jest godny polecenia). Przepraszam za formę linków, ale piszę z telefonu:

http://kadrinazi.blogspot.com/search/label/hospodarstwo%20mo%C5%82dawskie?m=1

http://kadrinazi.blogspot.com/search/label/hospodarstwo%20wo%C5%82oskie?m=1

Zaczynam powoli podejrzewać, że muszę lekko zmodyfikować tę historię – tylko że pomysł mi się buntuje (normalnie, skubaniutki, za framugę łapie i wyjść za drzwi nie chce!). Z drugiej strony, myślę sobie, że kilku rzemieślników to i bez taboru mogłoby się w armii zaplątać. Ewentualnie mogłabym też przybliżyć bohatera trochę do władcy, przez co jego obecność tam byłaby bardziej uzasadniona, ale tego wolałabym nie robić.

No nic. Jeszcze raz dzięki wszystkim, a na źródła spojrzę w wolnej chwili :)

kilku rzemieślników to i bez taboru mogłoby się w armii zaplątać

Szłabym w to, że jakiś konkretny żołnierz był w cywilu np. kowalem czy synem kowala. Im bardziej “wiejski” zawód, tym bardziej prawdopodobne, że ktoś taki znajdzie się w armii.

http://altronapoleone.home.blog

Oczywiście, też o tym myślałam. Niestety, z dość istotnej przyczyny, mój bohater nie mógłby być żołnierzem. To znaczy zakładam, że by go nie przyjęli (powiedzmy ogólnie, że jest wybrakowany). Dlatego na poważnie myślę o tym, żeby zostawić go (chociażby) w wiosce przez, którą przechodzi wspomniane wojsko.

Jest jeszcze taka możliwość, że jeśli nie musisz go mieć w “strukturach” armii, to on może być jakimś “człowiekiem luźnym”, który za tą armią idzie, choć to bywali raczej obwoźni sprzedawcy płci obojga niż rzemieślnicy, no i w kwestii tego, jak to szczegółowo wyglądało w XV w. nie pomogę.

 

A tak technicznie, to się może przydać na przyszłość:

w wiosce[+,] przez[-,] którą

W takich sytuacjach przecinek idzie przed przyimkiem, z którym związany jest zaimek czy wyrażenie przyimkowe. Nawet jeśli są to konstrukcje złożone w rodzaju “sprawa, z powodu której” czy też inwersje jak “człowiek, głowę którego obiecał mu przynieść nabitą na pikę” :)

http://altronapoleone.home.blog

No właśnie nie wiem, czy koniecznie muszę. Raczej bardzo bym chciała. Ale może wystarczy dać go do jakieś wioski. A co do przecinka – gdy piszę szybko, wiecznie o tym zapominam. Ale postaram się już pamiętać :)

Może to nie do końca pomoc merytoryczna, ale będę wdzięczny, jeśli podzielicie się swoimi ulubionymi scenami przesłuchań z książek lub opowiadań. Najlepiej fantastycznych, ale niekoniecznie :).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Pytanie do zmotoryzowanych starszej daty – czy facet może oprzeć o błotnik UAZa plecy, czy tylko miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę? Zależy mi wyłącznie na tym, żeby się podparł samochodem i żeby to był łazik. Trochę się boję szukać zdjęć, bo z ruskich stron nie wiadomo, co mi do komputera nalezie :D

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Tarnino, jak będzie siedział, to plecy oprze ;) A tak poważnie, jeśli samochód nie liftowany jakoś bardzo, to zadka też nie oprze (chyba że niziołek). Uda co najwyżej (i to też zależy od wzrostu). 

Bardzo chce, to może przysiąść i wtedy oprze, na stojąco – nie.

 

Edyta.

To najlepsze zdjęcie, jakie mam pod ręką, bez przeszukiwania płyt. Ten w czerwonej kurtce obok uaza, to jego właściciel – facet takiej normalnej budowy. 

Edyta 2 – coś mi się nie chce fotka wstawić, daję link. Uaza chyba poznasz?

 

Chyba powinnam się najpierw dobrze obudzić, potem czytać i pisać... Nie wiem, czemu przeczytałam zderzak... 

O błotnik oprze cztery litery, musiałby być raczej niski, żeby oprzeć plecy. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dobra, to oprę chłopa o burtę pojazdu i będzie grało. Dzięki!

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Dawno, dawno temu próbowałem się w tym wątku dowiedzieć czegoś na temat prędkości podróżowania wozem i paru innych technicznych aspektów takiej podróży, ale gdy teraz chciałem wrócić do odpowiedzi, które wtedy dostałem, boleśnie przekonałem się, że jakaś żarłoczna bestia pożera tutaj starsze posty. Proszę zatem jakąś dobrą duszę o sprawdzenie, czy to, co sobie zaplanowałem, brzmi sensownie:

 

Realia: umowne, pseudośredniowieczne

Warunki: droga leśna nieutwardzona, miejscami pozostałości bruku z płaskich kamieni

Pora roku: lato (lipiec), pogoda dość upalna, ale bez przesady

 

Mamy trzy wozy kupieckie kryte płótnem, każdy zaprzężony w dwa konie. Podróżujemy od szóstej rano do dziewiątej wieczorem, czyli piętnaście godzin dziennie. Średnio co trzy-cztery godziny robimy popas (na dzień wypadałyby zatem cztery popasy). Wieczorem palimy ognisko, żeby zjeść coś na ciepło, i podtrzymujemy je całą noc dla ochrony przed dzikimi zwierzętami (i nie tylko).

 

Kilka pytań, na które wciąż nie mogę znaleźć odpowiedzi:

1. Ile powinien trwać popas? Pół godziny? Godzinę? Czy popas około południa, w największy upał, powinien być nieco dłuższy?

2. Czy opłaca się rozpalać ognisko także w dzień, podczas południowego bądź popołudniowego popasu? Czy to strata czasu i lepiej zjeść coś na zimno?

3. Jak często powinni się zmieniać wartownicy przy ognisku?

4. Załóżmy, że na szlaku są miejsca specjalnie przygotowane pod popasy – wyrąbane w puszczy niewielkie polanki z kłodami, na których można usiąść, zapasami drzewa na opał, itp. Czy takie miejsca mają jakąś nazwę?

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Bolly, może to nie do końca wpasuje się w dokładne okoliczności, o które pytasz, ale akurat wczoraj robiłam sobie obszerne notatki na temat podróży karawanami, więc może zdołam pomóc.

 

  1. Długość popasu zależy przede wszystkim od: pogody, temperatury i terenu. Co ciekawe, karawany podróżowały w dzień i w nocy, w zależności od tego, jak daleko znajdowało się najbliższe miejsce postojowe (generalna zasada była taka, że na noc zatrzymujemy się tylko w wyznaczonych miejscach). Bywało tak, że przy największych upałach przeczekiwano dzień i wyruszano po zachodzie słońca, ale to rzadkie przypadki.
  1. Raczej strata czasu; ogniska rozpalano na dłuższych postojach. Na popasie można sobie wszamać suszonego owoca itp.
  1. A tutaj odpowiedź z własnych doświadczeń: w poprzedniej pracy miałam tzw. nocne warty. Zwykle dzieliliśmy nockę tak, żeby każdemu przypadł równy kawałek do “przestania”; czyli jeśli było nas na nocnym dyżurze pięcioro, to każdemu przypadała godzina z kawałkiem, ale już na przykład jeśli była tylko dwójka, to warta trwała trzy godziny. System się sprawdzał, każdy trochę nocy przesypiał, trochę przestawał, demokratycznie i sprawiedliwie.
  1. Dom zajezdny, miejsce postojowe, karawanseraj. Myślę, że tu z nazwami możesz poszaleć, wymyślić coś, co będzie pasowało do klimatu świata itd.

Jeśli czytasz po angielsku, to zajrzyj tu: https://en.wikipedia.org/wiki/Camel_train

Dość obszernie opisuje logistykę podróży karawanami, można to spokojnie przełożyć też na bardziej zeuropeizowane realia.

To jeszcze taka mała zagwozdka – czy mogę nazwać “luzakiem” dodatkowego konia, który nie jest zaprzęgnięty do wozu, ale jedzie na nim dowódca eskorty, czy jest na to inny termin?

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

O ile pamiętam, luzak to koń “zapasowy”, na którym w tej chwili nikt nie jedzie. Może “wierzchowiec”?

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Jak pisze Tarnina – luzaki przy takim wozie byłby co najwyżej przywiązane i szły za nim. To o czym piszesz to zwykły wierzchowiec/rumak/jak zwał dowódcy. 

On w zamyśle miał być zapasowy, na wypadek, gdyby któryś z pociągowych padł, ale dowódca eskorty go niejako zarekwirował na własne potrzeby.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

To jeśli to jest jasne, nie widzę problemu. Albo daj koniowi jakieś imię i po kłopocie.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Czyli mogę o nim pisać jako o “luzaku” albo “zarekwirowanym luzaku”? Imienia raczej nie będę mu wymyślał, ale dzięki za sugestię.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Jest jeszcze maść: siwek, kasztan, bułany...

Babska logika rządzi!

Jeżeli to, że koń był wcześniej luzakiem albo, że dowódca go zarekwirował, jest chociaż w najmniejszym stopniu istotne dla fabuły, to wspomnij o tym. Jeśli nie, a chcesz wspomnieć, że dowódca jedzie na konkretnym koniu, wystarczy opisać go po maści, gabarytach, albo czymś charakterystycznym, np. strzałce na głowie.

"Nic mnie nie zmusi dzisiaj do biegania, mimo wszystko znów zasiadam zaraz do pisania."

Jest jeszcze maść: siwek, kasztan, bułany...

Owszem. Koń będzie kary, charakterystyczny – a do tego charakterny – ale chciałem też wyjaśnić, skąd się wziął. Miał być tylko luzakiem, a posłużył za wierzchowca. Ale z takim wyjaśnieniem nie powinno być chyba wątpliwości?

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

To też zależy od momentu w tekście. Koń szedł jako luzak i nie był planowany na wierzchowca, ale sytuacja wyjątkowa. Więc w tym momencie możesz jak najbardziej napisać, że dowódca wskoczył na luzaka. Tylko mniej więcej w tym momencie on przestaje być luzakiem. Możesz w kilku miejscach wspomnieć potem np o tym charakterze konia, że narowisty i nic dziwnego, że nie był przeznaczony pod wierzch. I jeśli dosiadał go tylko jakąś krótką chwilę, jedną akcję, to może i nie będzie problemu z nazywaniem go dalej luzakiem. Ale jeśli bohater ma jechać na nim pół książki, to zdecydowanie nie będzie to już luzak i nie wypada go tak nazywać. 

A jak podróżował wcześniej dowódca? I czemu przesiadł się na tego konkretnego konia? Skądinąd, jeśli wcześniej nie jechał wierzchem, to karawana mogła po prostu prowadzić jego konia, wtedy to nie będzie luzak tylko koń dowódcy, czasowo idący luźno. Luzak to koń zapasowy, “bez przydziału”.

http://altronapoleone.home.blog

Teraz mi zabiliście ćwieka. Tak to już ze mną jest, cholera, że gubię się w takich szczegółach. Zamysł był taki, że karawana dostała jednego konia ekstra, w razie gdyby z którymś z pociągowych coś się stało, ale dowódca kilkuosobowej najemnej eskorty, sam nieposiadający własnego konia, postanowił, że pojedzie na nim wierzchem na czele karawany. Koń ma zginąć, jeździec cudem przeżyć, a cywilny zwierzchnik najemników zagrozić, że potrąci im to z wypłaty. Choć teraz, kiedy o tym myślę, dochodzę do wniosku, że równie dobrze mogłoby być odwrotnie – koń mógł być od początku przeznaczony na wierzchowca dla dowódcy najemników, jedynie z zastrzeżeniem, że w razie potrzeby zastąpi któregoś z pociągowych.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Bolly, nie znam się zbytnio na koniach, ale myślę, że to nie działa w ten sposób, że: siadasz na konia pociągowego, mówisz: “Koniu, od teraz będziesz koniem bojowym!” Koń kiwa łbem: ok. I jedziecie na bitwę.

I w drugą stronę: koń wierzchowy jest więcej wart od pociągowego, więc nie występują zamiennie. Koń pociągowy ma prosty skrypt: wóz-trawa-pług-trawa... O, siano! Koń bojowy to inna bajka: jest jak polisa ubezpieczeniowa, wykupione dwie opcje: bitwa i siadasz-uciekasz. Jakoś mi się nie spina taka podmiana.

Kwestia nazewnictwa: np. u p.Sienkiewicza luzak to służący obozowy. W sienkiewiczowskiej staropolszczyźnie funkcjonowały nazwy: podjezdek, mierzynek, hetka. Wszystkie dotyczyły koni o słabszych parametrach, czyli: biedota rozbijała się dziesięcioletnimi sprowadzanymi mierzynkami, ci bogatsi zamykali licznik na arabach.

W zależności od przyjętych realiów, ja bym rozgraniczył: koń bojowy, koń pociągowy, konik dla giermka/później służącego, późniejszy koń kawaleryjski, koń wyjściowy (np. gdy jedziemy w gości), koń transportowy, konik przejażdżkowy, koń na dłuższe trasy (sypialny), koń ucieczkowy (pendolino), koń do podrywu, lichy konik do śmigania po wioskach – to nie są łatwe wybory ;)

A tak naprawdę, to sięgnij do Ivanhoe sir Waltera Scotta: w jednej z pierwszych scen jest opisany pochód templariuszy, gdzie rycerze śmigają na osiołkach/lichych konikach, zbroje jadą na wozach, a prawostronne konie bojowe są prowadzone przez pachołków. Zakładam, że sir Walter miał lepsza wiedzę na temat koni niż my ;)  

 

 

Algir ma rację. Na dodatek konie układa się czyli szkoli (a zwłaszcza szkolono, kiedy były głównym środkiem transportu) do różnych zadań. Na koniu pociągowym nauczony jeździec da radę od biedy pojechać, bo zwłaszcza spokojny koń posłucha prostych komend (nie ustnych, ale “cielesnych”). W sumie gorzej może być w drugą stronę – koń nienawykły do 1) pracy zespołowej (jeśli pojazd jest ciągnięty przez kilka koni), 2) do zaprzęgu, może nie chcieć iść. Koń pociągowy to w dodatku zazwyczaj wałach ciężkiej rasy, który będzie mało zwrotny, mało dynamiczny, że również porównam z silnikiem. W sytuacjach wyjątkowych w zasadzie wszystko jest możliwe, niemniej musisz mieć świadomość, że to sytuacje wyjątkowe. Czyli np. jeśli Twoja karawana istotnie prowadzi luźne konie “zapasowe”, pociągowe, to dobry jeździec da radę na takim koniu coś tam bojowego wykonać, ale będzie to tak, jakby zamiast do ferrari wsiadł do poloneza i chciał się ścigać. Dobry kierowca, umiejący operować biegami i obrotami silnika, wyciśnie ze słabszego samochodu więcej niż zły kierowca z mocniejszego, ale wymaga to umiejętności. Z kolei jeśli dowódca najemników wziąłby sobie swojego wierzchowca, to nie będzie zakładał z góry, że ten koń zastąpi pociągowe. Znów: w sytuacji bez innego wyjścia jest to wykonalne, ale profesjonalna karawana czegoś takiego nie zrobi.

http://altronapoleone.home.blog

O, właśnie, jeszcze jedna kwestia: szkolenie. Mój pradziadek, przedwojenny ułan zasławski, opowiadał swoim dzieciom, jak konni szkolili piechotę. Wyglądało to tak: stał sobie oddział piechoty pod bronią, z drugiej strony szedł oddział ułanów w galopie, przed linią piechoty robili zwrot i ich omijali. Efekt był piorunujący: większość piechoty, chociaż świadomej, że to szkolenie, jeszcze przed tym zwrotem szła w rozsypkę. Trzeba było wielu takich lekcji, żeby pokonać strach na widok zbliżającego się oddziału konnych. Druga sprawa: tylko wyszkolone konie były zdolne do takich manewrów (utrzymanie linii, zwrot), w późniejszych czasach mówiło się: ostrzelane. Przykład: husaria zaczynała szarżę w luźnym szyku, tuż przed zetknięciem z wrogiem zbijali się w linię, konie szły strzemię w strzemię, łeb w łeb – dzięki temu uderzali jak wielki młot lub klin, który tratował wszystko. 

W walce konnej liczy się manewrowość, obycie i umiejętności – jeźdźca i konia. W źródłach jest na ten temat trochę informacji: np. decydująca była kwestia, z której strony zajechałeś przeciwnika (inaczej w pościgu, inaczej w walce twarzą w twarz), tzn. kto musiał wychylać się ponad łeb koński albo w którą stronę obracać się w siodle. Doświadczony fighter w pościgu walił szablą/mieczem z góry na odlew, nigdy forhendem (jak pokazują to czasem filmy, np Gladiator, gdzie w pierwszej bitwie Maximus tak ciapie gladiusem – w efekcie miecz zostaje wbity w drzewo (w prawdziwej walce zostałby tam razem z ręką ;)) itd. Dochodziła jeszcze kwestia znajomości swojej maszyny: jaki ma przebieg, jak przyśpiesza, ile pociągnie na jednym worku z owsem, jak dozować tempo jazdy, żeby nie walnęły uszczelki, jaką ma prędkość ucieczki itd. Jak zwykle: temat-rzeka ;)

 

 

Ale dowódca najemników konno tylko bada drogę przed karawaną. Nie jest kawalerzystą.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Strasznie kombinujesz... W świecie z karawanami umiejętność jazdy konnej jest podstawą bytu. A jeśli nawet ci najemnicy są głównie piechurami, to konnym zwiadowcą powinien być najlepszy jeździec spośród nich, a nie dowódca. Dowódca w ogóle nie powinien być zwiadowcą, dowódca jest od tego, żeby zdawać mu raporty ze zwiadu.

http://altronapoleone.home.blog

Bolly, ale od badania drogi są zwiadowcy, jeżeli dowódca chce głębiej spenetrować teren  – wysyła podjazd (mały oddział lub duży (w warunkach wojennych)), a najlepiej kilka podjazdów. I nie działało to tak, że chłopaki przejechali się za zakręt, wracali i meldowali: jest ok. Podjazdy szły głęboko w teren, często wracały po upływie dni (np. miały za zadanie namierzyć podjazdy przeciwnika). Dowódca może osobiście zbadać teren (np. żeby założyć obóz obronny), ale tylko w czystym (sprawdzonym) terenie i w otoczeniu osłony (nie dwóch-trzech ludzi, tylko dużej grupy).

Zobacz, jak Amerykańce podczas IIWW skasowali Yamamoto: koleś wybrał się samolotem na osobiste wizytowanie baz, jego samolot został namierzony (już wcześniej) i zestrzelony. Jego śmierć była potężnym ciosem dla Japonii.  Podobnie z każda wyprawą. Dlatego dowódca nie porusza się sam po obcym, niesprawdzonym terenie.

Algir, mam wrażenie (może mylne), że tu nie mamy do czynienia z dużym zbrojnym oddziałem, tylko niezbyt liczną eskortą, więc grupy zwiadowców czy podjazdy i wielodniowe zwiady to nie ta bajka – za bardzo się nastawiasz na warunki przemieszczania się armii ;)

 

O, znalazłam informację od OP:

 

Mamy trzy wozy kupieckie kryte płótnem, każdy zaprzężony w dwa konie.

http://altronapoleone.home.blog

Dodam, że cała karawana liczy dziewięciu ludzi, w tym sześciu z eskorty – najemników, którzy w czasach pokoju nie mają zajęcia i żeby zarobić na chleb, oferują swoje usługi kupcom podróżującym przez niebezpieczny las.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Czy ktoś zna irlandzki gaelicki? Albo zna kogoś, kto zna? Szczegółów nie podaję, bo zdradziłby sporo z fabuły tworzącego się opowiadania.

Jeżeli nikogo nie znajdziesz (nie kojarzę na portalu, ale nigdy nie wiadomo), sugeruję metodę na wielokrotnie sprawdzanego google translatora. Wprawdzie w tym celu lepiej znać choćby podstawy języka docelowego (konkretnie gramatyki), ale można poeksperymentować i bez tego.

Zasada jest taka: zadajesz gt wypowiedź, najlepiej z angielskiego, który gt ma najlepiej opanowany, po czym tłumaczysz ją zwrotnie na angielski i koniecznie na jakiś inny język. Potem próbujesz jeszcze kilka razy – jeśli znasz inne języki, to najlepiej wielojęzycznie – w obie strony. Jeśli zawsze jest mniej więcej to samo, to znaczy, że trafia dobrze. Można też potłumaczyć osobno wszystkie słówka z tego, co pokazuje, bo to czasem pozwala ustalić, gdzie jest błąd. Upierdliwe i oczywiście ze skomplikowanym tekstem może być problem, ale na prostych działa (sprawdzałam na ledwie znanych językach, dla których jednakowoż znałam gramatyczną bazę języków pokrewnych, choć również dla baskijskiego, którego gramatykę raptem liznęłam, bo potem ukradziono mi kindla z samouczkiem).  I najlepiej wyjściowe pisać jak najprościej.

http://altronapoleone.home.blog

Zakładam, że znajdzie się tu ktoś ogarniającego, z czym się je pracę w policji. Pytanie mam dość ogólne – mianowicie, w jaki sposób zaczyna się badanie samobójstw? I rzeczywiście chodzi mi tylko o sam początek, czyli jakie jednostki przyjeżdżają, jak duże, kto prowadzi takie sprawy, jakie działania się podejmuje w ciągu tej, dajmy na to, pierwszej godziny po zdarzeniu.

Zostaw ten żyrandol.

Ktoś musi to samobójstwo stwierdzić, więc jak znajdują zwłoki, jest patrol (czyli realnie pewnie ze dwie osoby – “pilnują” ciała, czekają na prokuratora) i prokurator. Nie wiem, co dalej.

Chociaż jakiś czas temu byłam na rozpoznaniu ciała, to było jeszcze dwóch śledczych, aczkolwiek nie wiem, jaka jest procedura.

Przynoszę radość :)

Hm, może doprecyzuję: w sytuacji, kiedy dostają zgłoszenie, że ktoś właśnie wypadł z okna, a nie w sytuacji znalezienia zwłok przypadkiem.

Zostaw ten żyrandol.

Kwestia samobójstwa też nie jest jasna od razu: nie wiadomo, czy sam wypadł, czy ktoś go wypchnął, więc podejrzewam, że sam początek wygląda podobnie.

Zgłoszenie → patrol → prokurator.

Wiem na pewno, że od razu zawiadamia się prokuratora i czeka na jego przyjazd.

Przynoszę radość :)

 

Skraj tuniki rycerza na powyższym zdjęciu jest udekorowany charakterystycznymi, przypominającymi krenelaż ząbkami. Czy tak ozdobiona tunika lub sama dekoracja jakoś się nazywa? Po angielsku doszukałem się czegoś takiego, jak crenellated tunic, ale nie wiem, czy właśnie o to chodzi, bo nie wiążą się z tą frazą żadne obrazy w Google Grafice, no i potrzebne mi jednak określenie polskie. Ktoś pomoże?

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Nie wiem, czy nie chodzi ci o tabard – za wiki: krótki kaftan lub płaszcz, bez rękawów lub z krótkimi rękawami, zwykle ozdobiony herbem, noszony na zbroję. O samym wycięciu nic nie wiem.

 

Moje pytanie:

na czym europejczyk żyjący w XVII wieku mógłby skrobać notatki/robić obliczenia? Papier drogi, pergamin nawet droższy, więc ich szkoda, tablice kredowe upowszechniły się  w XIX w.,  woskowe tabliczki dla odmiany to raczej starożytność. 

None  Może jakaś wyprawiona skóra? Gliniane tabliczki? (choć to też starożytnością zalatuje) Czym on pisze te notatki? I gdzie? W drodze? W gabinecie? Jesteś pewien, że papier był tak drogi, że bohatera nie byłoby na niego stać?

W gabinecie. Stać by może go było, ale byłoby to poważne marnotrawstwo. Trochę jakby dzisiaj ktoś pisał listę zakupów na papierze czerpanym.

Wyprawiona skóra to właśnie pergamin. Znalazłem jakieś wzmianki o pisaniu kredą na łupkowych tabliczkach/dachówkach, ale nie wiem, na ile to wiarygodne.

Może papirus? W Europie go wytwarzano. Nie wiem, jak bardzo chcesz się trzymać realiów, ale papier w XVII wieku nie wydaje mi się aż takim luksusem.

None, musieli na czymś pisać i nie były to gliniane tabliczki, przecież zaczyna się nowożytność. Siedemnasty wiek to Pascal, Leibnitz, Hobbes, Bacon, Kartezjusz, Pascal, Spinoza wink

 

Edytka: Zdecydowanie arkusze papieru, w XVII wieku już nawet w Polsce funkcjonowało ze czterdzieści papierni. Zapotrzebowanie na papier było ogromne. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Na papierze. Wtedy już powszechnie używano papieru. Tabliczki łupkowe mogą być, jeśli chcesz czegoś wielokrotnego użytku.

 

PS. Tani papier produkowało się ze szmat, ale nie wiem, od kiedy. Obstawiałabym, że dość wcześnie, bo technologia chyba jest prosta.

http://altronapoleone.home.blog

Jeśli dobrze pamiętam, technologię produkcji papieru przywieźli do Europy Arabowie w XI wieku (może trochę później). W XVII był dość powszechnie dostępny – przecież już, już, a wyjdą pierwsze gazety.

Do obliczeń nadaje się też każda powierzchnia wysypana piaskiem (i patyk). Jeśli ktoś chciał zaoszczędzić, zapisywał każdy skrawek (trochę jak ja, planując teksty XD) wzdłuż, w poprzek i po obu stronach. Ale jeśli faceta stać na gabinet, stać go też na ryzę papieru. Zresztą papier od początku był produkowany właśnie jako materiał piśmienniczy.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Pierwsze “wyroby gazetopodobne” wychodzą już właśnie w XVII w. Ponadto drukowano mnóstwo broszurek, rycin i to często bardzo tanich. Także listy pisano na papierze. Technologia produkcji pergaminu jest znacznie droższa i bardziej pracochłonna, a papirus w Europie rośnie na bardzo ograniczonym terenie i nie nadaje się do produkcji masowej.

http://altronapoleone.home.blog

None, dwa krótkie linki, pierwszy – młyny papiernicze na kontynencie europejskim i w Ameryce; drugi z uwagi na wynalezienie tzw. “Holendra” w 1670 roku, maszyny przyspieszającej produkcję papieru.

*http://historiapapieru.yum.pl/europap.html

*https://sp-art.pl/2016/09/01/papier-historia-swiecie-polsce

 

Poza tym, pamiętaj że tylko do piętnastego wieku były książki rękodzielnicze, potem już druk, bo Gutenberg – to wiek piętnasty (Biblia Gutenberga była drukowana w latach 1452-1455).

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ok, dzięki wszystkim, w takim razie zostaje papier.  Jak widać, czasem człowiek niepotrzebnie kombinuje.

Jak widać, czasem człowiek niepotrzebnie kombinuje.

Czasem tak :)

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Jak nazwalibyście szatę kapłańską w świecie fantasy? Standardowo długa, z kapturem. Czy habit nie za bardzo kojarzy się z chrześcijaństwem? Przychodzi mi do głowy tylko: tunika, szata, habit, sutanna.

Nie przypominam sobie, aby czytał  jakieś fantasy z kapłanami w habitach, ale może mnie pamięć zawodzi ;)

 

Drugie pytanie. Dziewczyna nosi drewnianą maskę na twarzy prawie cały czas. Czym mogłaby ją podbić, aby zwiększyć komfort? Aksamit? Technologia na poziomie późnego średniowiecza, pieniądz nie gra roli.

ad 1 – Dawniej suknie była także strojem męskim, więc kapłani mogli być ubrani w suknie kapłańskie

ad 2 – Maska mogła być wyścielona milutkim krótkowłosym futerkiem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję regulatorzy

Zapomniałem wspomnieć, że chodzi mi o szaty kapłańskie dla żeńskiego zakonu, więc dla kapłanek. Nie wiem, czy suknia nie będzie się zbytnio kojarzyć na kobiecie ze zwykłą suknią.

Futerko, ok, poszukam jakiś miłych futerek :P 

W kwestii futerka pod maską – będzie ją łaskotało i trudno jej będzie oddychać (tak sądzę) :/

 

Koleżanki podpowiadają len/bawełnę?

Przynoszę radość :)

Zanaisie, wszak o zakonnicach w strojach organizacyjnych mówi się, że noszą suknie zakonne.

Przypuszczam, że w masce dziewczyny jest niewielki otworek/ szpara, ułatwiający jej oddychanie/ mówienie niezależnie od tego, czym wymoszczona będzie maska.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jako że nigdy nie nosiłam drewnianej maski na twarzy, nie upieram się ;)

Przynoszę radość :)

A po prostu długa szata? Chyba nie będziesz co chwilę powtarzał tego słowa, więc nie potrzebujesz wielu synonimów ;)

Co do maski – aksamit jest bardzo starym wynalazkiem, więc może być. Możesz go dodatkowo pokryć jedwabiem – ma ten plus, że jest chłodny i gładki w dotyku. I też jest znany od niepamiętnych czasów. Od futerka ona by się pod tą maską chyba ugotowała, zgadzam się też z kwestią łaskotania. Hełmy i tym podobne wykładano od środka wyprawioną na mniej lub bardziej miękką skórą, w zależności od zamożności posiadacza, więc to też możliwe. Niemniej jeśli to kobieta i do tego bogata, szłabym w luksusowe materiały, nawet jeśli maska nie przylega na całej powierzchni do skóry.

http://altronapoleone.home.blog

Koleżanki podpowiadają len/bawełnę?

Tu nie chodzi o typ włókna, tylko (przede wszystkim) o splot i rodzaj tkaniny. Jakiś aksamit faktycznie mógłby być, chociaż pewnie troszkę by łaskotał. Jedwabne włókno o tyle dobre, że chłodne w dotyku, wzięłabym coś miękkiego, może atłas?

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Kurczę, dzięki za odpowiedzi, aż tylu się  nie spodziewałem :)

Myślę, między atłasem i satyną. Jedwab jest nie tylko przyjemny w dotyku, ale też odprowadza ciepło, jak pisała Tarnina.

Jeśli chodzi o nazwy, stosowałabym albo jedwab, albo atłas, słowo satyna jest po polsku późne i mocno popularne dziś.

http://altronapoleone.home.blog

O, to nawet nie wiedziałem. Dzięki, Drakaino :)

Pytanie do Chrościska i innych geologów, ale bez związku ze Staszkiem (he, he, he).

 

Chcę mieć tak:

  • archipelag pochodzenia wulkanicznego (na oceanie, gdzieś w miarę niedaleko może być kontynent, jeszcze nie zdecydowałam)
  • z klimatem śródziemnomorskim (cieplusio)

I potrzebuję potwierdzenia, czy:

  • będzie tam wiało jak wściekłe
  • mogę mieć lasy mgielne?

Bo nie wiem, jak będzie z wodą. Na wulkanach źródełek chyba być nie powinno, więc deszczówka. Może też murki do łapania mgły. Lasy mgielne = chmury, a chmury = deszcz. Ale z drugiej strony grzbietu będzie cień opadowy, czyli sucho, nie? Więc tam las nie urośnie, a co z ludźmi? Będą mieszkać tylko z tej strony wyspy, na której pada? Ale jeśli wieje z obu kierunków, to nie będzie jednej strony mokrej i drugiej suchej, tylko obie mokre.

Argh, ta geografia :)

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Nie jestem Chrościskiem, ale mam spore pojęcie i mnóstwo materiałów o jednym takim – choć mocno rozsypanym w dalekie odległości – archipelagu, mianowicie Św. Helena – Ascension – Tristan da Cunha. Wiem, że wściekle wieje. Zabudowa tam, gdzie się w ogóle da ze względu na ukształtowanie terenu. Co do wody musiałabym poszukać. Bujna roślinność na przynajmniej części wyspy.

http://altronapoleone.home.blog

Ooo...

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Btw nieoceaniczne to znam z autopsji bardzo dobrze archipelag wysp tyrreńskich, jakby co. Ale zastanawiam się post factum, czy Ty pytasz o archipelag z czynnymi wulkanami, czy niekoniecznie? Choć akurat na Morzu Tyrreńskim są czynne wulkany, z czego Stromboli to wulkan-wyspa.

http://altronapoleone.home.blog

Wulkany nie muszą być czynne, choć mogą. Ale równie dobrze może być kilka czynnych, a kilka wygasłych. Wolałabym jednak takie wyższe, nie typu hawajskiego, więc archipelag z plamą gorąca (która się przesuwa, tworząc nowe wyspy, a zostawiając z tyłu stare) chyba nie pasuje.

Z tego, co wiem, na wyspach wulkanicznych czynnikiem ograniczającym rozwój roślin jest właśnie woda – gleby są dobre, tylko sucho.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Ok, trochę już minęło, więc pewnie już sama poszukałaś, ale oto co udało mi się wygrzebać: zasadniczo to zależy.

 

Zależy, jaka duża wyspa, jaka stara, czy wulkan aktywny, jakie morze dookoła. Ja wiem, pomocne.

Co do wiatrów – wieje wtedy, kiedy pojawia się różnica ciśnień, zwykle na skutek znaczącej różnicy temperatur. Na wyspach zwykle wieje, bo woda i  ląd różnie się nagrzewają. Ale jeśli morze jest bardzo ciepłe (ciepłe prądy, aktywne kominy termiczne), to różnice mogą być mniejsze, szczególnie jeśli mowa o względnie stałym klimacie – bez gorących lat i ostrych zim. To i wtedy wieje mniej.

Lasy mgliste występują między zwrotnikami, wiec klimat śródziemnomorski raczej odpada. Wymagają bardzo specyficznych warunków – bardzo mokro, ciepło i duża różnica wysokości.

Co do wody. Na dużej, starej (znaczy, kilka milionów lat) wyspie bez dużej aktywności wulkanicznej mogą powstać źródła. Martwe rośliny tworzą glebę, gleba z czasem tworzy skały osadowe, które tworzą warstwy wodonośne. W dziurach i zagłębieniach zbierają się jeziorka wody deszczowej. Nawet na mniejszych wyspach z regularnymi opadami (a na wyspach bywają one spore) mogą powstać jeziora i rzeki. 

Cień opadowy – jasne, ale mówimy o jednej górze otoczonej wodą, a nie łańcuchu górskim z morzem po jednej stronie i lądem do drugiej. Chmura może nadejść z dowolnej strony – chyba, że coś innego (inne masy lądu, prądy morskie – będzie sprawiało, że zawsze nadchodzić będzie z tej samej.

 

Kurczę, wszystko zależy :( Ale widziałam fajne zdjęcia Madery i Kanarów, gdzie lasy mgliste są. No, poszperam jeszcze.

Dzięki!

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Lasy mgliste występują między zwrotnikami, wiec klimat śródziemnomorski raczej odpada.

widziałam fajne zdjęcia Madery i Kanarów, gdzie lasy mgliste są

 

Zwłaszcza Madera, ze względu na położenie na Atlantyku, ale i szerokość geogr., ma klimat raczej podzwrotnikowy niż śródziemnomorski (32 równoleżnik), a lasy mgliste potrzebują głównie specyficznych warunków.

Lasy mgliste widziałam w strefie międzyzwrotnikowej, gdzie spędziłam kawałek życia, ale podobne zjawisko kojarzę również ze zdjęć wysp atlantyckich (choć wspomniana Św. Helena jest w strefie zwrotnikowej, o dziwo).

http://altronapoleone.home.blog

Hmm, no, dobra. Na czynności wulkanów za bardzo mi nie zależy, tylko tych lasów szkoda. Może coś tu zmienię...

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Tarnino, jak masz pytanie do mnie, to trzeba dać znać, bo ja tu rzadko zaglądam.

 

Wracając do meritum, mapka położenia lasów mgielnych jest tutaj: 

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/2/26/Cloud_forest_world_distribution.jpg

Wybieraj, czego dusza zapragnie.

Jak masz lasy mgliste, to będziesz mieć też mnóstwo wody, bo ilość wody jest pochodną ilości opadów. Więc bez względu na typ podłoża, jak dużo pada, to jest dużo wody.

Czy będą źródełka... jak będzie lita skała wulkaniczna to niewiele, ale zawsze jakiś szczelinowe się może trafić, jak lita skała będzie miała jakąś pokrywę zwietrzelinową, to ta woda chętnie będzie się pod nią gromadzić, i prędzej czy później wypływać na powierzchnię. Mnóstwo możliwości.

 

Co do wiatru, generalnie w strefie międzyzwrotnikowej wieje słabo... chyba że akurat przejdzie huragan albo tajfun. Najmocniej wieje w strefach umiarkowanych i subpolarnych.

 

Co do Madery, o ile nie potrzebujesz lasów mgielnych sensu stricto, a jedynie lasy, gdzie czasem jest mgła, to może się nadawać. Są wiatry, bo jest tam Prąd Zatokowy. Jest bardzo zmienna pogoda. Klimat zbliżony do śródziemnomorskiego, acz chłodniejszy i nieco bardziej wilgotny.

Na Maderze jest słynny ultramaraton. Kilku znajomych tam startowało, i opowiadali, że w trakcie jednego dnia, mieli po jednej strony wyspy Morodor, a po drugiej Śródziemie, i bardzo narzekali ta te nagłe zmiany pogody, w zależności od wysokości oraz położenia na wyspie.

Na Kanarach to nie wiem. Byłem na Lanzarote i się nie nadaje, bo jest za sucho i praktycznie nie ma lasów. Ale te wyspy bardziej na południu już mają inny klimat, więc kto wie.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Hmm. Dzięki. Chyba coś w tym klimacie pozmieniam. Podoba mi się to, co powiedziałeś o Maderze, będę szukać w tym kierunku.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Jak na polski przerobić pojęcia “soft/hard docking” i “spacecraft berthing”? Zastanawiałem się nad miękkim/sztywnym dokowaniem i zaczepieniem – ale zastanawia mnie czy funkcjonuje tutaj jakieś usystematyzowane nazewnictwo. Chyba że klasycznie mamy tutaj Poland cannot into space ;)

Myślę, że twarde/miękkie dokowanie – przez analogię do lądowania. A to drugie to w ogóle nie wiem, o co chodzi. Cumowanie?

Babska logika rządzi!

Cumowanie?

Tak bym to dokładnie przetłumaczył. “Spacecraft berthing" to niesamodzielne zadokowanie statku przy użyciu np. ramienia-robota stacji. “Berthing” w mowie Szekspira znaczy generalnie “cumowanie”.

Tak samo z twardym/miękkim dokowaniem.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Tutaj mamy artykuł posługujący się terminami “miękkie” i “twarde” dokowanie, więc można chyba przyjąć,  że to już utarte zwroty.

Piękne dzięki :) Wychodzi po raz kolejny mój skrzyw w stronę języka Szekspira – poza sporadycznie odwiedzanym Kosmonauta.net praktycznie wszystkie newsy spoza atmosfery śledzę po angielsku...

Jestem świeżo po Stephensonowej książce "7ew" gdzie jest dużo, właśnie cumowania do ISS. Cumowanie więc jest chyba dobrym określeniem.

Known some call is air am

Ponowne dzięki :) Opowiadanko dzisiaj kończy jako pierwszy draft, dam temu poleżeć kilka dni i będę słał na konkurs (PFFN – kończy się w poniedziałek, ale wklejam na wypadek gdyby ktoś miał lepsze tempo od mojego ;) )

I wybaczcie mi tutaj skok z tematu na temat i to jeszcze na głębokie, ryzykowne wody... Ale chciałbym spytać o jakiś przykład powieści fantasy z sensownie napisaną parą lesbijską. Przy czym od razu wyjaśniam, co rozumiem jako “sensownie napisana”; preferowałbym brak/sporadyczność scen łóżkowych i twardej erotyki. Chciałbym raczej zajrzeć w głowę takiej pary i sferę uczuć i więzi je łączących.

Że zaryzykuję – domyślam się, że taka para wiele nie różniłaby się pod tym względem od pary hetero, ale akurat w tym wypadku chciałbym zrobić porządny research, wiedząc że wprowadzając taki wątek do swojego tworu wchodzę na pole minowe przy którym była Jugosławia jest placem zabaw dla dzieci przedszkolnych...

Oprócz jakichś tam motywów we “Friday” Heinleina, nie potrafię sobie niczego innego przypomnieć.

Known some call is air am

“Friday” to przede wszystkim było przedstawienie poliamoryzmu oraz biseksualizmu. Bardzo topornie, ale jednak. 

 

Astraph, przede wszystkim poszukaj literatury oraz filmów z takimi motywami, np. serial “The L Word”, sequelu nie znam, więc nie wiem czy polecać, ale na pewno warto też sprawdzić. Fakt, jest tam sporo erotyki, ale myślę, że pod tym względem nie ma co się ograniczać, bo w końcu wyłuskujesz coś dla siebie. O wiele lepsze niż powieści w tym przypadku, będzie szukanie reportaży etc. 

 

Dzięki za wszystkie wskazówki :) Będę próbował za nimi podążyć, zobaczymy co z tego wyjdzie.

Na pewno coś wyjdzie, w końcu wiele materiałów jest dostępnych :) Warto poszukać wśród wyróżnionych nagrodą literacką Lambda. Pisarką, która od razu mi przychodzi do głowy jest Jeanette Winterson – jej powieści są dostępne po polsku, ale raczej w antykwariatach. Polecam, bo to świetna autorka i jedna z moich ulubionych w ogóle. Identyfikuje się jako lesbijka, a jej powieść “Orange is Not the Only Fruit” ma elementy autobiograficzne. Myślę, że też możesz spokojnie zajrzeć do podręczników seksuologicznych w których pojawia się rozwój psychoseksualny osób nieheteronormatywnych, mamy nawet polski podręcznik “Wprowadzenie do psychologii LGB” (tak, tylko LGB, ponieważ dotyczy osób homoseksualnych i biseksualnych, bez transpłciowości). 

Ok, niezbyt liczę na powodzenie, ale spróbować zawsze warto: czy zna się ktoś/ma materiały na temat demonologii/mitologii łotewskiej? :D 

XD

www.facebook.com/mika.modrzynska

Arnubis, poszukaj:

Sacrum. Obraz i funkcja w społeczeństwie średniowiecznym.

Życie codzienne Prusów i Jacwięgów w wiekach średnich. Ł. Okulicz

Słowianie zachodni. Dzieje, obyczaje, wierzenia W. Bogusławski (jest kilka tomów).

 

Dwie pierwsze pozycje miałem w rękach – szczególnie polecam Życie codzienne Prusów...

Dzięki Algir, poszukam.

No Słowianie mnie w tej sytuacji niezbyt interesują. A szkoda, byłoby dużo łatwiej o źródła. Generalnie z tego co grzebię, to o łotewskiej mitologii jest naprawdę mało źródeł. Próbuję opierać się też na wierzeniach litewskich, które są chyba najbliższe i nieco więcej o nich można znaleźć. Prusowie to już też chyba trochę się różnili, a i o nich mało źródeł. Polecana przez Algira książka niezbyt pomogła. W każdym razie – dzięki, może po to sięgnę.

Może się mylę, ale chyba nie do końca precyzyjnie się wyrażasz – Łotysze to nazwa współczesnego narodu, nie istnieli w czasie, w którym mogli stworzyć własną mitologię (tak samo jak nie bardzo jest mitologia polska, a raczej słowiańska). Nie powinny Cię bardziej interesować więc wierzenia ludu zamieszkującego ziemię Łotwy w średniowieczu – Prusów? EDIT: tzn. jeżeli dobrze zrozumiałem pytanie, bo jeżeli poszukujesz informacji o ludowych wierzeniach Łotyszów, to mea culpea. W każdym razie temat będzie trudny – bo literatura jest w większości w mało przystępnym języku.

Tak, wiem, że Łotysze to współczesny naród. Ale wcale nie pochodzą od Prusów – ci zamieszkiwali raczej teren obecnego Warmińsko-Mazurskiego i okolice. Dalej byli Jaćwingowie, Litwini i w końcu plemiona od których pochodzą współcześni Łotysze – “Współczesny naród łotewski powstał z połączenia ugrofińskiego plemienia Liwów z bałtyckimi plemionami Zemgalów, Zelów, Kurów i Łatgalów“

Tutaj masz mapkę, ładnie pokazującą mniej więcej tereny konkretnych plemion

Tylko że na znalezienie źródeł na temat wierzeń Liwów, Zemgalów, Zelów, Kurów i Łatgalów nie ma żadnych szans, w ogóle źródła historyczne na temat wierzeń ludów bałtyckich są bardzo, bardzo ubogie. Dlatego pozostaje bardziej kwestia grzebania w folklorze łotewskim i ich próbach rekonstrukcji mitologii (często pod wpływem bliskich im pod tym względem Litwinów, o których jest trochę więcej źródeł).

Jak sięgniesz dostatecznie daleko, to wierzenia prusko-bałtyckie będą wspólne (jeszcze dalej będą wspólne ze Słowianami, bo te pnie się stosunkowo “niedawno” rozeszły). Tym Kurom i pozostałym chyba jednak będzie bliżej do Prusów i Jaćwingów, niż do Ugrofinów, ale w zasadzie powinnam się zamknąć, bo archeologia wczesnego średniowiecza była tym jedynym egzaminem, który oblałam i to z przytupem, bo dwa razy :D

http://altronapoleone.home.blog

Słuchajcie, taka sytuacja: ok. 1870, środkowy zachód (dokładniej pogranicze Dakoty i Montany), liche miasteczko jak z westernu. Jakie tam może dominować wyznanie (albo jaki urzęduje pastor) – metodyści, prezbiterianie, baptyści? I czy wzywa się takiego pastora z olejami do umierającego?

No idea, ale protestanci z sakramentów uznają tylko komunię, chrzest i ewentualnie małżeństwo, więc wzywanie z olejami raczej nie jest w zwyczaju.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Właśnie w niektórych odłamach jest, choć jako obrządek, nie sakrament.

O, dzięki! Bardzo bogate dane. Wszystko wskazuje na metodystów.

Tarnina znów nie kuma samochodów. Potrzebna mi awaria taka, żeby:

  • trzeba było stanąć w szczerym polu (no, do wioski jeszcze się dotoczą, nich im będzie)
  • i dalej ni hu-hu nie pojedzie
  • a normalna naprawa byłaby trudna/czasochłonna
  • ale jest jakieś obejście (potrzebuję tego koniecznie, bo jedno z bohaterów ma tutaj udowodnić, że ma jakieś synapsy)

Ma ktoś jakiś pomysł?

Łapankę tę poświęcam marasowi.

ale jest jakieś obejście (potrzebuję tego koniecznie, bo jedno z bohaterów ma tutaj udowodnić, że ma jakieś synapsy)

 

Obejście czego, konkretnie? Że jednak da się naprawić, czy może da się naprawić, bo bohater potrafi tym synapsami czy czymstam coś zrobić?

Known some call is air am

Obejście w sensie szybsza i prostsza metoda naprawy, niekoniecznie wskazana z punktu widzenia mechaników, ale taka, żeby dojechało. Plan B mam taki, żeby mniemana idiotka okazała inteligencję, znajdując warsztat na wiosce, ale chcę zbadać inne opcje.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Gdyby uszkodzony został alternator, to nie umiałaby ruszyć z powodu rozładowanego akumulatora. Ale żeby ruszyć i dojechać z zepsutym alternatorem musiałaby mieć jakieś źródło zasilania, żeby podładować akumulator i się jakoś dotoczyć do punktu docelowego.

Known some call is air am

Mnie na amen unieruchomiło kiedyś w lesie spalenie (zatarcie) silnika, choć samochód regularnie oddawałam na przeglądy. Objawy: do ostatniej chwili silnik pracował normalnie, coś tam turkotało, ale nie zwracałam uwagi, zwolniłam i postanowiłam, że, gdy dojadę będę musiała znaleźć jakiś warsztat, aby zobaczyli, co się dzieje. Nie dane mi było, bo silnik stracił moc, a spod maski zaczęło dymić. Lekko, coraz bardziej, mocniej. Stanęłam i wyskoczyłam z samochodu. 

Samochód unieruchomiony. Wracałam na lawecie. Naprawa – wymiana silnika. Podejrzenie padło na markowaną od kilku przeglądów wymianę oleju w warsztacie.

 

Mniej spektakularna była na autostradzie. Zepsuł się wskaźnik paliwa, a że kumpel każdy bak wyjeżdżał do końca, to tak się to skończyło. Silnik stracił moc i zgasł z powodu braku benzyny. Skończyło się na spacerze do najbliższej stacji benzynowej, pięć kilometrów, dobrze że tylko tyle. Potem pojechaliśmy dalej. Przedtem trochę wariował wskaźnik paliwa, więc mi mądrala udowadniał, że nie może to być taka prozaiczna przyczyna. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Tarnino, ja proponuję padnięty akumulator. Niby prosta sprawa, a jednak upierdliwa. Akumulatory, jak to wszystkie baterie, po pewnym czasie dokonują żywota. Często bez ostrzeżenia. Ekipa bohaterów wyrusza w trasę i, przypuśćmy, zatrzymuje się gdzieś po drodze, albo kierowca przypadkowo ,,dusi" silnik. W każdym razie samochód gaśnie i już się nie odpala – rozrusznik rzęzi i tyle. Wysyłają posłańca, który wraca z uczynnym tubylcem i odpalają za pomocą kabli od jego wozu. Mogą jechać dalej, ale bardzo możliwe, że ten manewr nie uda się drugim razem, jeśli akumulator faktycznie padł. Trzeba go wymienić, a nie jest powiedziane, że w wioskowym  warsztacie będą mieli akurat odpowiednią baterię. A gdybyś chciała dodatkowo uprzykrzyć im życie, może się okazać, że po wymianie akumulatora problem nie ustępuje -  może się okazać, że to nie bateria, a jakiś kabelek na alternatorze odmówił posłuszeństwa i nie ładuje jak należy – ale jeśli interesują Cię detale, podpytaj kogoś, kto ma większe pojęcie ode mnie. Sam jestem laikiem, podobny problem znam z własnego doświadczenia (potrafię tylko sparafrazować klasyczkę: ,,Kable. Kable były złe”).

Ach, no i jeszcze kwestia tego, że jeden z bohaterów ma tutaj błysnąć na tle innych. Nie wiem, czy zdiagnozowanie problemu (że to elektryka) i pomysł ze ściągnięciem pomocy do odpalenia samochodu czyni go błyskotliwym, ale jeśli nie masz względem niego wysokich wymagań, to może wystarczy :)        

No i wystarczy połączyć padnięty akumulator z wadliwym alternatorem :) Wymiana alternatora to już grubsza sprawa, ale da się jechać do warsztatu, jeśli podładuje się akumulator.

Known some call is air am

Kiedyś zaparkowałem na stacji paliwowej, zrobiłem zakupy, wsiadam do auta, przekręcam kluczyk – kontrolki świecą, ale silnik nie odpala. Co jest? Na tej stacji pracował mój znajomy (fanatyk motoryzacji, najgorzej) – przyszedł, popatrzył i mówi: Pompka paliwowa się zawiesiła. Naprawa była bardzo szybka i efektowna: znajomy podniósł tylne siedzenie (wystarczy złapać za brzeg i pociągnąć w górę) i odsłonił tę całą pompkę (w oplu corsa jest zakryta klapką, którą należy zdjąć/odchylić). Następnie kilka razy stuknął zwykłym kluczem w tę pompkę i powiedział: Spróbuj! Przekręciłem kluczyk i samochód odpalił. Znajomy skomentował: Pompka się zawiesiła i nie dochodziła waha. Parę dni później dla świętego spokoju wymieniłem pompkę w warsztacie naprawczym. Taka to historia.

Też się nie znam na samochodach. Kiedyś czytałam gdzieś, że pękniętą dętkę w rowerze można wypchać sianem i w ten sposób jakoś dotrzeć do domu. Może, gdyby im dwie opony poszły, to coś takiego? Ale nie mam pojęcia, czy to zadziała w samochodowych. Bo jednak grubość opon całkiem inna, ciśnienie też, no i jak oni to koło napompują? Przecież nie nadmuchają ani nie napierdzą... Prędkość też inna, czy to siano by się aby nie zapaliło?

A tak po prawdzie, to nie wiem, czy w rowerze to by zadziałało.

Może ta kobieta, która ma się wykazać, nakleiłaby łatę przy pomocy lakieru do paznokci?

A może coś z wodą w chłodnicy – jeśli zabraknie, a nie ma pod ręką destylowanej, wrzucić tam lód z lodówki turystycznej?

Babska logika rządzi!

Bohaterowie mogą jechać, zatrzymać się i wyłączyć silnik z jakiegoś powodu, a następie przy próbie uruchomienia, świecą się kontrolki ale rozrusznik nie kręci, cisza, więc klapa, nie odpali. Zawieszone szczotki rozrusznika. Jeśli “blondynka” kiedyś widziała jak ktoś stuka młotkiem w rozrusznik i auto odpala, może tym błysnąć. Szczotki są już na tyle wyeksploatowane ( starte i przez to za krótkie),  że nie dochodzą tam gdzie powinny i uderzenie młotkiem w obudowę rozrusznika powoduje że wskakują na odpowiednie miejsce.

"Nic mnie nie zmusi dzisiaj do biegania, mimo wszystko znów zasiadam zaraz do pisania."

Hmm... zasadniczo bohaterowie mają być w miarę dobrzy w samochodach (więc problem wywołany zaniedbaniem odpada), a przypadkowa towarzyszka podróży – zatrzeć różowo-granolowe pierwsze wrażenie. Trochę ;)

    Zepsuł się wskaźnik paliwa, (...) Silnik stracił moc i zgasł z powodu braku benzyny.

W sumie dopiero co tankowali... chociaż mogłabym poprzesuwać chronologię.

    może się okazać, że to nie bateria, a jakiś kabelek na alternatorze odmówił posłuszeństwa i nie ładuje jak należy

To mi się podoba, ale dziewczę nie ma błyskać wiedzą, tylko logicznym myśleniem.

    No i wystarczy połączyć padnięty akumulator z wadliwym alternatorem :) Wymiana alternatora to już grubsza sprawa, ale da się jechać do warsztatu, jeśli podładuje się akumulator.

Oooo...?

    Pompka paliwowa się zawiesiła.

Chyba zbyt techniczne, niestety.

    nakleiłaby łatę przy pomocy lakieru do paznokci?

Nie wiem, czy to wytrzyma (mają dojechać do celu na czas, mogą się spóźnić troszkę, ale oni tam jadą do pracy).

    A może coś z wodą w chłodnicy – jeśli zabraknie, a nie ma pod ręką destylowanej, wrzucić tam lód z lodówki turystycznej?

Chłodnica brzmi dobrze, chociaż lodówki turystycznej nie mają. Panna ma zapas mineralki, ale – kamień. A nie jest to znowu sytuacja, w której unieruchomienie równałoby się śmierci.

Dzięki. Jeszcze pogrzebię za pomysłami, zwłaszcza powiązanymi z akumulatorem.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Tarnino, może to Ci się do czegoś przyda: kiedyś bardzo chciałam rozmontować coś poskręcanego dziwnymi śrubkami. Nie proste, nie krzyżakowe, nie imbusowe, tylko takie z dwukropkiem. Oczywiście, nie mam takiego śrubokrętu. Widelec słabo się sprawdzał, bo one były schowane w dołkach. Jak się okazało, doskonale zadziałała wsuwka do włosów. :-)

Tylko nie wiem, czy w samochodzie są gdzieś takie dwukropkowe śrubki.

Babska logika rządzi!

Tarnino, dawno temu w maluchu padł mi właśnie sugerowany przez Outta Sewer alternator. Na tyle wrednie, że raz ładował a raz nie. Coś ze szczotkami to było, może się wytarły do końca. Wracałam z Płocka do Łodzi. Już nie pamiętam, w którym dokładnie miejscu się zorientowałam, że będzie źle (braknie zasilania na iskrę bodajże, ojciec mi wytłumaczył, ale to 20 lat temu było). Dotarłam do Zgierza. Nie wiem, czy to było 30 czy 50 kilometrów na samym akumulatorze lub z lekką pomocą tego wadliwego alternatora.

Cały trick polegał na tym, żeby wiedzieć, co się dzieje i wyłączyć tyle świateł, ile się dało. W nocy. Może to byłoby najprostsze – zero mechaniki, jedynie zgadywanka, co to i logiczne postępowanie. Niech dziewczyna zrezygnuje ze wszystkiego, co prąd żre i się dotoczą do wiochy.

O ile w dzisiejszych samochodach to jeszcze zadziała…

Z mojego nieszczęsnego doświadczenia: padnięty rozrząd (zerwany pasek lub łańcuch, w zależności od modelu silnika). Nie pojedzie. Co więcej – jeśli odruchowo zgasisz, a następnie odpalisz po pierwszych znakach awarii (brzęk pod maską, niewchodzące biegi), to cały silnik się rozleci. Nic się na to łatwo nie da poradzić, ale jest obejście i to relatywnie szybkie i łatwe, aczkolwiek kosztowne: wymiana silnika, np. na używany ze szrota. Jeśli nie zgasisz, jest szansa, że wystarczy wymienić pasek/łańcuch. (Przerabiałam to 2 tys. kilometrów od domu, mogę opowiadać anegdoty o firmie ubezpieczeniowej).

http://altronapoleone.home.blog

@Drakaina – rozrząd to gruba sprawa. Naprawić łatwo się nie da, a może, jak pisałaś, uszkodzic cały silnik. Wymiana silnika to już jest w ogóle kosmos – musisz mieć kanał, narzędzia, podnośnik łańcuchowy itd. To jest poważna awaria. Alternator albo sam akumulator to chyba najprostsze opcje. Pada akumulator, bo alternator nie ładuje, świeci się kontrolka. Ładujesz prostownikiem akumulator u jakiegoś usłużnego autochtona w wiosce (dziewczyna może błysnąć, zagadując lokalsa i uzyskując pomoc) i dajesz radę dojechać do mechanika na diagnozę i wymianę/regenerację.

@Finkla – wsuwki dobrze się sprawdzają przy wypinaniu pinów z kostek samochodowych wiązek elektrycznych :)

Known some call is air am

Czyli stawiamy na elektrykę ze szczególnym uwzględnieniem alternatora. Chyba mam się już o co zaczepić.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Czyli stawiamy na elektrykę ze szczególnym uwzględnieniem alternatora.

Trochę to banalne. Poza tym bez alternatora na nowym akumulatorze samochód sporo ujedzie. Padnięty akumulator nie będzie wyzwaniem.

Szedłbym w komputer. Każdy samochód już takowy ma, a im dalej w przyszłość, tym bardziej zaawansowany. Nawet dobry mechanik samochodowy może nie znać się na elektronice. Więc masz kumatych mechaników, którym się włącza “engine check” potem robi się error i niezbyt sobie z tym radzą. A wtedy wchodzi Twoja blondyna z interfejsem diagnostycznym, wpina się i robi, co chce. 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Musiałaby mieć przy sobie ten interfejs diagnostyczny i złącze dedykowane pod markę samochodu. Jeśli to jej auto, to może mieć, jeśli nie to raczej ciężko. No, chyba że blondynka ma w swojej torebce wszystko :)

Known some call is air am

Musiałaby mieć przy sobie ten interfejs diagnostyczny i złącze dedykowane pod markę samochodu.

Ja wożę u siebie w samochodzie w schowku. A złącza są już teraz w większości uniwersalne.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

jestem w stanie sobie wyobrazić, że niedługo będą aplikacje na telefon, robiące taką diagnostykę i jakieś złącze nano-usb ;)

Ale to nie jest historia o samochodowej superbohaterce, tylko bardziej film drogi XD bez Bogarta, Afryki, krokodyli, romansu i przemytników devil

No, chyba że blondynka ma w swojej torebce wszystko :)

Chciałabym zdementować sąd, że damskie torebki to technologia Władców Czasu XD

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Outta, a jest warunek, że muszą sobie poradzić sami? Bo założyłam, że niekoniecznie, stąd pomysł z rozrządem – auto unieruchomione, ale mechanik poradzi ;)

http://altronapoleone.home.blog

Taa, diagnostyka, wpięcie i apka. ;-) Będzie działało jak wszystko teraz. W prostych i kluczowych sprawach wskaże, w jakim układzie jest problem. I co z tego? Nic, auto unieruchomione i do warsztatu trza zaciągnąć, bo komputer, aby specjaliści pochylili się nad nim bardziej, a oni też mają kłopot, już nie wspominając, że za bardzo polegają na wskazaniach diagnostycznych. Dwa lata bujałam się z włączającym w nocy alarmem. W końcu sama zaślepiłam, za  poradą kumpli,  gumą do żucia, bo już miałam serdecznie dość. I jestem „za” technologią – zawsze, ale beztroska pomysłów skierowanych na łatwo i przyjemnie oraz model biznesowy  zaczyna mnie przerażać, bo nie jest ani łatwiej, ani przyjemniej.

Na każdą umowę uzgadnianą onlinowo, czy telefonicznie (niby krócej) odbieram z pięć rozmów później w idiotycznych porach dnia jeszcze niekiedy muszę napisać pismo i wysłać, tak, pocztą polską. Tracę więcej czasu i powtarzam jak papuga ustalenia. Zaczęłam już sobie wszystko zapisywać, bo o ile swoje ogarniam to rodziny już nie – za dużo szczegółów, danych. Chronię się niemożliwie, przewidując to, co będzie, gdy mnie (odpukać)  zabraknie albo coś wyłączy. Tyle.

Alternator zdaje mi się słabym rozwiązaniem, bo bardzo typowe, ale wszystko zależy od sytuacji i bohaterów. Miałam ostatnio przypadek przekręcenia (nieostrożnego) wajchy z automatu na inny tryb i naturalnie akumulator wyładował  się i nie obyło się bez pomocy w uruchomieniu, a potem musiałam trochę pojeździć, aby go naładować. Teraz trzy razy sprawdzam, czy wszystko ok, zakładając okulary. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Typowość byłaby wadą, gdybym chciała pokazać coś o samochodach, ale chcę pokazać coś o ludziach w określonej sytuacji. Wolałabym tylko tego nie zrobić tak, że się zmotoryzowani załamią :D

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Pilnie potrzebuję pytań (wraz z odpowiedziami), które sprawdzałyby wiedzę fachową delikwenta z zakresu primo – geologii (najlepiej coś, co przyda się na Marsie), sekundo – informatyki.

 

Pytanko mam też do prawników. Rzecz dzieje się w przyszłości. Retrospekcyjne wspomnienia jednego z bohaterów o misji Muska na Marsa mówią o tym, że mu się nie udało. Wolno tak, czy nie wolno?

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

sekundo – informatyki.

Co konkretnie? Bo informatyka jest długa i szeroka: programowanie (w wielu językach), dev ops, adminowanie, data engineerów, programista AI (to się powoli wykształca), tester manualny i tester automatyczny. A to zaledwie rzeczy, które mi przyszły na myśl w pierwszej chwili :)

 

Edytka: ja co podeślij bardziej szczegółowe info na priwa.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Irko, z geologii pomogę, ale przydałby się kontekst, czyli kto pyta, kto odpowiada, jaki mają background. Możesz pisać na prw.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Jeśli NWM nie pomógł z informatyką, to daj znać, może ja będę w stanie. ;)

Zostaw ten żyrandol.

Dzięki serdeczne za odzew :)

Verus, myślę, że to, co podsunął mi NWM wystarczy, ale i tak dziękuję :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Pytanie do lekarzy względnie historyków:

– kiedy pojawiła się kroplówka? A konkretnie: czy podczas IIWŚ już ją znano? Jak to z grubsza wyglądało?

– a jeśli nie znano, to może chociaż umiano stosować transfuzje? (Tu mi się wydaje, że już od dawna, ale ja nie fachowiec.)

Babska logika rządzi!

No popatrz! Jestem taka odmóżdżona, że nie pomyślałam o angielskiej wiki! Dzięki. :-) :-*

Babska logika rządzi!

Przetaczanie krwi to już w “Draculi” było, a to mniej więcej lata 80. XIX wieku.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

U Stokera czy dopiero u Coppoli? Jakby co, to w domu mam parę książek o historii medycyny

http://altronapoleone.home.blog

Dzięki wszystkim, wystarczą mi linki od Tarniny. To tylko zdanie czy dwa, a nie główny temat.

Babska logika rządzi!

U Stokera. Tylko, że Stoker jeszcze nie wiedział, o co chodzi z grupami krwi (odkryte w początkach XX w, to jest na Wikipedii), więc transfuzja u niego powinna się zakończyć śmiercią Miny z powodu konfliktu serologicznego (nie ma szans, żeby czterej przypadkowi faceci mieli tę samą grupę, co ona). Z drugiej strony, ona jest w tej scenie już trochę wampirem... Tak czy owak, do odkrycia grup krwi transfuzje – to była loteria.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Bez przesady, grupy nie muszą być takie same. Na przykład jeżeli ktoś ma AB Rh+, jak ja, wtedy w zasadzie żadna cudza krew mu niestraszna :> To zmienia rachunek szans. 

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Dzięki, bo moja pamięć do szczegółów książek jest tragiczna :D

 

Ja bym założyła, że wampiry mają jak AB Rh+ (również moja grupa), bo inaczej nie mogłyby chyba pić krwi kogokolwiek ;)

http://altronapoleone.home.blog

E, no nie bardzo, wampiry tę krew piją, a nie ją sobie podają w kroplówkach. Zakładając, że wampiry się krwią żywią (a zazwyczaj tak chyba jest), to naturalnie muszą mieć jakieś enzymy trawienne, które sobie na spokojnie poradzą z przeciwciałami obecnymi w krwi. A nawet jeśli nie – no to niestrawione przeszłyby przez układ pokarmowy (bo zazwtczah białka nie są wchłaniane z układu pokarmowego w całości, tylko po trawieniu na aminokwasy, ew. krótkie peptydy), i wyleciałyby bez bezpośredniego kontaktu z krwią wampira, więc nie mogłyby spowodować problemów. Ty też możesz na spokojnie jeść ludzką krew dowolnej grupy i nic ci się nie stanie :D

O. Fajne. I w sumie logiczne :D A nie było jakiejś książki, gdzie wampirom by przetaczano?

http://altronapoleone.home.blog

Cóż, wampiry to są tak eksploatowane na wszelkie sposoby, że pewnie coś by się znalazło, ale mi do głowy nic nie przychodzi. 

Najfajniejsze wampiry są w Ślepowidzeniu :)

Known some call is air am

Mam w opku moment, gdzie bohaterka łowi ryby wędką. Aby scena lepiej wypadła, potrzebuję przykładu niedużej (ale większej od płotki) ryby jeziornej, której złowienie nie stanowiłoby wyzwania dla niedoświadczonego wędkarza. Pomoże ktoś?

śmiercią Miny

Lucy. ;-)

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Cholibka, to Lucy była? A Mina na pewno nie? Tak czy owak, w Anglii grupę AB+ ma 3% populacji, więc marne szanse, marniutkie :)

Ty też możesz na spokojnie jeść ludzką krew dowolnej grupy i nic ci się nie stanie :D

Najwyżej się porzygasz :P

 

Kończąc offtop wampirzy (komu kanapeczkę z czosnkiem, mniaaam?) – Ajzan, potrzebujesz gatunku? Szukałabym w rodzinie karpiowatych, ukleja, karaś, coś takiego, ale nie znam się na rybach. Zdaje się, że (r)rybak ma o tym jakieś pojęcie, nomen omen, ale chyba tu nie zagląda. Spróbuj go pytać na priv.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Ukleja to trochę za mała. Strzelam, że jeziora raczej nasze? Może karaś, młody leszcz, kleń? To też kwestia tego, jak łowi (spławik, spinning itd), od tego zależeć może to co uda się złowić. No ale ja sam w sumie od lat na rybach nie byłem, więc nie będę udawał jakiegoś eksperta, bo nigdy poza podstawy nie wyszedłem. Ale w sumie bym sobie poszedł :D

Bohaterka używa spławika i wędki z kołowrotkiem. Jeśli chodzi o lokalizację, to myślałam o terenach zbliżonych do Skandynawii.  Nie chciałam podawać w poprzednim poście zbyt wielu szczegółów, bo ostatecznie mogę nagiąć trochę realia (ot, gatunek mógł zostać przeniesiony do tego rejonu).

Dziękuję za podpowiedzi.

Potrzebuję informacji dotyczących łodzi motorowych. Tekst dzieje się w przyszłości, coś w rodzaju postapokalipsy, więc bohaterowie raczej nie będą mieli jakiegoś szczególnego modelu, raczej taką “sklejkę” z różnych części. Muszą się w niej zmieścić dwie osoby, więc raczej niewielka, ale dobrze, gdyby znalazło się miejsce na spanie (nie żadna kabina, tylko żeby mogli rozprostować nogi). Mają do przepłynięcia ok.1300 km, raczej spokojna woda, bez fal, z możliwością zatrzymania się po drodze. Przyznam, że jestem w tym temacie kompletnie zielona. Przede wszystkim interesuje mnie prędkość jaką mogą osiągnąć i ile paliwa będą potrzebowali. Jakieś ogólne info za temat łodzi i zwłaszcza silników też. Gdyby ktoś mógł podzielić się wiedzą albo podrzucić linki, gdzie mogę znaleźć te informacje, będę wdzięczna :)

Chmielewska w “Całym zdaniu nieboszczyka” przepływała przez Atlantyk. Samotnie, ale miała wypasiony jacht. Jeśli dobrze pamiętam, potrzebowała 12 wanien paliwa. ;-)

Babska logika rządzi!

Ok, czyli już wiem, że będą musieli wziąć ze sobą dużo paliwa i często się zatrzymywać, żeby je uzupełnić :) 

Tu masz jakiś ranking motorówek. Z wymiarami i osiąganą prędkością (około 75-90 km/h).

Wedle informacji z forum, silnik zaburtowy mocy 100 KM pali 20-30 l paliwa na godzinę pracy.

Nie za bardzo wiem, jak to ująć.

Czy osoby niewidome mogą być wciąż wrażliwe na światło? Pytam, bo mam niewidomego bohatera, który wprawdzie nie widzi samego światła, ale nadal potrafi wyczuć jego intensywność i nie wiem, na ile  jest to możliwe.

Jak mamy zamknięte oczy to czujemy, czy świeci słońce, czy ktoś nam je zasłania, więc nie sądzę, żeby niewidomi mieli inaczej.

Przynoszę radość :)

Kiepsko. Jeśli bohater jest nieco prymitywnym gadem takim jak np. hatteria, to może mieć oko ciemieniowe, którym takie rzeczy mógłby wykrywać. Ale poza tym nie bardzo – skoro ma mieć oczy uszkodzone tak bardzo, że tego światła nie widzi, to nie widzę za bardzo opcji jak inaczej mógłby rejestrować jego natężenie. Co prawda mógłby wciąż wyczuwać ciepło związane czasem z intensywnym światłem, ale to niezbyt  wiarygodny punkt odniesienia. Więc, jeśli nie masz jakichś mocy magicznych, które by się tym zajmowały, to chyba słabo.

 

Edit:

Anet – kiedy mamy zamknięte oczy, to nie czujemy światła, tylko widzimy światło przeświecające przez powieki. Jeśli uszkodzone jest samo oko albo nerw wzrokowy, to nie bardzo widzę opcję takiego odczuwania. Kwestia tego, jak bardzo uszkodzone jest oko, może Ajzan powinna ograniczyć się do częściowej utraty wzroku i pozostawić tylko właśnie rozróżnianie jasno-ciemno.

Jeszcze pytanie czy mówisz o osobie całkowicie niewidomej, czy np. o kimś z dziewięćdziesięcioprocentowym ubytkiem wzroku. Chociaż czy w takim przypadku kolory, czy tylko “z grubsza ciemne plamy” to już musiałby się wypowiedzieć okulista, optyk, lekarz (albo i biolog, Arnubisie?).

 

Czy osoby niewidome mogą być wciąż wrażliwe na światło? Pytam, bo mam niewidomego bohatera, który wprawdzie nie widzi samego światła, ale nadal potrafi wyczuć jego intensywność i nie wiem, na ile  jest to możliwe.

Hm. Myślę, że przede wszystkim trzeba odpowiedzieć na pytanie, w jakim gatunku tworzysz. Jeśli piszesz magiczne fantasy, to różne rzeczy tam przejdą.

Jeśli natomiast piszesz bardziej bazując na realizmie, to sprawa jest złożona. :p

Droga od przeniknięcia światła przez rogówkę do zobaczenia tego światła jest długa i może się popsuć w każdym elemencie. Jeśli chodzi o oko, to kluczowym elementem jest siatkówka, która odpowiada za widzenie barwne ale także posiada receptory pozwalające widzieć jej w niemal zupełnej ciemności przynajmniej monochromatyczne kontury. Jeśli oko jest uszkodzone przed siatkówką, tj. nieszczęśnik choruje na zaćmę, na jaskrę, itd, to taka osoba będzie ślepa, ale będzie widziała światło. Jeśli wyłupiesz mu oczy albo uszkodzisz siatkówkę, to nie będzie widział światła, bo pozbawisz go odpowiednio aparatu dostarczającego bodźce do receptora i samego receptora.

Fajnie zaczyna robić się dalej. :3 Droga wzrokowa, jaką neurony tworzą w mózgu, jest całkiem długa i kończy się w korze mózgowej... na potylicy. W każdym miejscu tej drogi może dojść do jej uszkodzenia, co będzie skutkować za każdym razem nieco innym rodzajem ślepoty, bo drogi nerwowe z obu oczu krzyżują się. Trzeba również pamiętać, że oko i siatkówka to tylko narzędzia, a patrzy się właściwie mózgiem – czyli oczy mogą być nawet sprawne, ale jeśli mózg nie potrafi zinterpretować docierających do niego bodźców, osoba i tak będzie ślepa.

Tak, ale Ajzan pyta o jakąś bardziej skomplikowaną kwestię – jeśli zrozumiałem dobrze, to jej bohater ma nie widzieć światła, ale wyczuwać jego intensywność. A tu się pojawia istotny problem, bo widzenie jest sposobem w jaki mózg interpretuje bodźce z receptorów. Więc jeśli bohater ma chociaż trochę sprawne receptory będące w stanie odebrać bodźce o intensywności światła i przekazać je do mózgu, no to ten, bohater będzie te światło widział. Więc ja bym spróbował rozegrać to częściową ślepotą, która ograniczyłaby się do rozróżniania jasno-ciemno i ewentualnie proste kształty, to by było chyba najbardziej zbliżone do efektu jaki chce uzyskać Ajzan. Ale bez jakiegokolwiek widzenia nie da się obejść.

Moim zdaniem nie da się nie widzieć światła a jednocześnie widzieć jego intensywność. Czopki na siatkówce pozwalają widzieć nawet bardzo słabe światło, tym bardziej intensywne światło byłoby zauważalne. Na moje to jest sprawa zero-jedynkowa – widzisz światło albo go nie widzisz.

No ja się w pełni zgadzam. 

Ajzan, sprawdź wyobrażenia surogatowe, może znajdziesz tam coś, co Ci się przyda. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Pisząc poprzedni komentarz, zdawałam sobie sprawę, że rodzaj ślepoty może mieć znaczenie. Opowiadanie, nad którym obecnie pracuję, to fantastyka a niewidomym od urodzenia bohaterem jest młody bóg. Nie planowałam, aby jego ślepota miała jakieś magiczne wyjątki.

Bardzo dziękuję wszystkim za informacje. W tym przypadku chodziło mi o całkowitą utratę wzroku, czyli wyczuwanie światła poza ciepłem nie wchodzi w grę. Na szczęście opowiadanie dopiero zaczęłam, więc nie muszę wiele przerabiać.

Sprawdziłam wyobrażenia surogatowe, Asylum. Mogą się przydać. Dzięki. ^^

Wiesz, w przypadku Hoda wystarczy, żeby nie odróżniał, kto przed nim stoi. Nie nerwuj się ;)

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Czy wie ktoś, co oznacza słowo “superunek”? Jak jeździłam na wieś, to wujkowie mówili tak na coś w lesie/na polu ale nie pamiętam, co to dokładnie było, a w goglach nic za bardzo nie mogę znaleźć na ten temat. 

A jesteś pewna, że to nie idiolekt Twoich wujków?

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Na mój, przepraszam za wyrażenie, rozum – superunek to chyba coś ekstra, coś specjalnego i bardzo super. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tarnino, w googlach mi pokazało, że słowo to pojawia się w nazwach miejscowości, więc coś musiało serio znaczyć :)

Reg, można i tym tropem :D

Łapankę tę poświęcam marasowi.

@Sonata – w nazwie jednej miejscowości. Łap linka:

 

Klik!

Known some call is air am

Sonato, na wsi o słabej ziemi mówi się sap.  Ziemia nieurodzajna, gdzie niewiele i słabo rośnie, to ziemia sapowa, sapowata, saperunek. 

Wg mnie Twoi wujkowie własnie to mieli na myśli.

Outta, w linku jest, że używali nazwy od pokoleń, więc to musi być stare słowo, hmmm... 

 

Algir, a no nie wiem, wyraźnie mówili superunek, ale może to jakaś forma tego wyrazu? Btw, saperunek kojarzy mi się z saperem :D Czyli miny, a tam było w pobliżu było pole, na którym właśnie zostały po wojnie miny, ale może już za daleko wybiegam z tą interpretacją :)

wyraźnie mówili superunek, ale może to jakaś forma tego wyrazu?

Możliwe. Niczego takiego nie znalazłam, ale wydaje mi się, że to by się dało przeprowadzić.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Nie byłam orłem z językoznawstwa historycznego na żadnych studiach, a miałam tych kursów sporo, ale imho przejście saperunek w superunek jest bardzo mało prawdopodobne, bo nie kojarzę żadnej reguły, wg której a miałoby szanse przejść w u i na odwrót.

Ponieważ w google to słowo pojawia się tylko w kontekście nazw własnych, może być zniekształceniem nazwy lub słowa obcojęzycznego. Szukałabym więc raczej po analogiach brzmieniowych w języku, z którego mogłoby to słowo pochodzić – a zatem kluczowe jest, gdzie się go używa.

Oczywiście te wyniki google mogą być mylące, ale słowo jest na tyle nietypowe, że jeśli gdzieś występowało jako rzeczownik pospolity, to obstawiałabym, że jego geneza będzie podobna – zniekształcenie słowa obcego lub też ewentualnie z wyższego rejestru.

No i drugie oczywiście: jest też możliwość, że Sonata błędnie zapamiętała z dzieciństwa wymowę (jeśli rodzina wymawiała a jako zbliżone do o, co jest powszechne w dialektach, to nie jest to wykluczone) i wtedy teoria sapa jako marnej ziemi ma ręce i nogi ;)

Niemniej w wynikach google jest też superunek, co jednakowoż komplikuje sprawę...

http://altronapoleone.home.blog

Sonato, tu jest krótko o sapach i szczerkach. Czy myślisz o okolicach Bugu?

http://www.antoniuk.com.pl/gleby-piaszczyste/

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

imho przejście saperunek w superunek jest bardzo mało prawdopodobne, bo nie kojarzę żadnej reguły, wg której a miałoby szanse przejść w u i na odwrót.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Drakaino, niby nie mogłoby przejść w “saperunek”, ale wszystko jest możliwe. W każdym razie na pewno nie zapamiętałam błędnie wymowy :) Nie wiem, to musiało być jakieś hermetyczne czy mocno gwarowe słowo, bo sprawdziłam w kilku dobrych słownikach i w żadnym nie ma :C Ale no cóż, nie jest to może jakaś ważna sprawa, po prostu się zastanawiałam, czy by nie użyć tego słowa w opowiadaniu, bo akurat tamtą okolicę, gdzie mieszkali wujkowie, opisuję. Ale jak nie ma go nigdzie i nikt nic nie wie, to trudno, po prostu go nie użyję :)

 

Asylum, wujkowie mieszkali na Mazowszu w okolicach Bug/Narew, to nie było dosłownie nad rzeką,  ale hmmm, może rzeczywiście to ma jakiś związek z tymi sapami?

A gmina Wiązowna, której dotyczy podesłany przeze mnie dokument jest na Mazowszu, pod Warszawą, hmmm...

Known some call is air am

Takie pytanie, raczej do osób z pokolenia Starucha... Albo wielbicieli vintage’u. Ktoś pamięta może, czy na filmach wydawanych na kasetach wideo mogły być (a raczej czy bywały, bo nie chodzi mi o techniczną możliwość, ale historyczną dokładność) napisy?

http://altronapoleone.home.blog

Wypożyczałem pełno filmów na video i w żadnym nie pamiętam napisów.

Też mam takie wrażenie. U nas pewnie był lektor? W moim przypadku to mogą spokojnie być filmy wydawane za granicą, ale nie mam pojęcia, jakie tam były zwyczaje, choć niby też jeszcze sporo na wideo oglądałam :(

http://altronapoleone.home.blog

Były Drakaino. Pamiętam, jak kiedyś wypożyczyłem wszystkie Bondy po kolei, na Goldeneye kończąc, bo to wtedy była nowość. I właśnie Goldeneye oraz któryś ze starszych miały napisy, co było mi nie w smak, ale i tak obejrzałem.

Known some call is air am

O, super, dzięki

http://altronapoleone.home.blog

drakaina, VHS to tylko lektor, żadnych napisów, nigdy. Mistrzowie: Tomasz Knapik, Lucjan Szołajski,  Mirosław Utta i Janusz Kozioł. Nikt więcej się nie liczył. Nigdy nie było napisów, no dobra, czasem niemieckie ;) Marki: Basf, Sony, Konica i kaseta czyszcząca. Tak było.

A TDK to pies?

Przepraszam ;) Stary na saksach nie miał dojścia :D

 

@Algir – nope, pamiętam, że na Bondzie miałem napisy. Byłem wtedy gówniarz, może trzynastoletni, i nie uśmiechało mi się czytanie, ale uwielbiałem Bonda i oglądnąłem.

Known some call is air am

Nie chcę niszczyć twoich wspomnień, ale nie ;) Musiałeś to oglądać na jakiejś kopii z RTL z niemieckimi /włoskimi napisami. Nie wiem, z czego to wynikało, pewnie z ograniczeń technicznych, czyli łatwiej wrzucić lektora, niż tekst na obraz (pamiętajmy, że były to czasy, gdy 640 KB powinno wystarczyć każdemu). Innych przyczyn boję się dopatrywać... Poważnie, obejrzałem setki filmów VHS, zawsze z lektorem, nigdy z napisami.

Czyli niemieckie VHS mogły mieć napisy? Bo w sumie niemieckie najbardziej by mnie satysfakcjonowały :)

http://altronapoleone.home.blog

Możliwości techniczne zdecydowanie były z napisami na VHS, Drakaino. :-) Inna sprawa to „krajowe” obyczaje. Ja czytałam na angielskich napisy francuskie.  W Polsce chyba niewielka część była z napisami (większość z lektorem), może zależało od filmu i dystrybutora/sieci, ale nawet teraz na Allegro można kupić VHSy z polskimi napisami. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Oki, bardzo wam dziękuję :) U mnie to detaliczek, który może nawet nie zmieści się w opowiadaniu, ale chcę wiedzieć, co bohater może mieć na półce...

http://altronapoleone.home.blog

Ech, pamiętam Predatora na VHS kupionego z kartonu od jakiegoś faceta na bazarze :) Ależ to były emocje. 

Były. Pamiętam napisy na “Tango i Cash”, tyle że chyba nie polskie. Pamiętam napisy angielskie i niemieckie, polskich nie bardzo. I to nie były kasety oryginalne, w sensie wydane przez dystrybutora filmu, tylko najczęściej właśnie z bazaru lub takiego “klubu”, gdzie się człowiek nimi z innymi wymieniał. Czyli napisy mogły pochodzić z telewizji, a film został z nimi nagrany.

Nie tylko z bazaru. Zresztą, co  my się będziemy szczypać. Oto przykład:

 

SW z napisami na aledrogo

Known some call is air am

pytanie: wiecie jak się nazywa to miejsce na wozie, na którym siedzi woźnica? czy to w ogóle ma jaką swoją nazwę czy po prostu mówi się siedzisko, albo coś w ten deseń. 

Woźnica siedzi na koźle.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Koleżanki mają rację, ale uprzedzam na zapas – wszystko co dotyczy koni ma swoją nazwę, która ma wyjątki i regionalizmy ;)

Czy może przez przypadek ktoś zna się trochę na hoodoo? Albo nieco ogólniej – folklorze afroamerykańskim? 

Czy w języku polskim istnieje odpowiednik “postmaster general”, czyli poczmistrza odpowiedzialnego za pocztę w całym kraju a nie tylko jednej placówki?

Na pewno nie taki, który by funkcjonował w każdej epoce. Ale dyrektor generalny poczty powinien dać radę. Niemniej dla fantasylandu możesz wymyślić dowolną, byle czytelną nazwę.

http://altronapoleone.home.blog

Myślałam o poczmistrzu naczelnym. Dzięki. ^^

Jeżeli już, to lepiej brzmi naczelny poczmistrz ;)

 

A poza tym, kolejny raz: nie bój się własnej wyobraźni. Nie piszesz prozy historycznej, możesz sobie wymyślać realia. Póki będą czytelne, jest ok.

http://altronapoleone.home.blog

Rzeczywiście. Teraz wiem, czemu miałam skojarzenia z małpami człekokształtnymi. xD

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Nie mogę znaleźć nigdzie sensownego opracowania na ten temat, natykam się ciągle tylko na dyskusje na forach hobbystów, więc może ktoś z Was pomoże.

Jakie prędkości opowiadają poszczególnym typom chodu konia – tym najbardziej podstawowym, czyli stępowi, kłusowi i galopowi? Jak długo koń może utrzymywać każdy z nich bez żadnych przerw? Jaką odległość koń może przebyć w ciągu jednego dnia (zakładając, że nie ma żadnego “sprzętu” poza siodłem i pasażerem sztuk jeden)? 

Wyjaśnienie albo odnośnik do jakiegoś sensownego artykułu/ artykułów pokrywających ten temat będzie na wagę złota.

 

Zostaw ten żyrandol.

Też mam z tym zawsze problem, ale te fora hobbystów nie są takie złe, w Polsce hippika ma się nieźle i ludzie się znają. Mam np. zapisaną taką listę

 

Wartości podane na tej stronie też są chyba w miarę sensowne:

http://horse24.pl/wiedza/ciekawostki/art,71,czy-wiesz-jakie-predkosci-osiaga-kon.html

A tu nawet szczegółowiej:

http://planeta-zwierzat.pl/artykuly/konie/chody/

 

Trzeba tylko pamiętać, że w realu, a więc i literaturze wszystko zależy od terenu, pogody, zmęczenia jeźdźca i zwierzęcia, samego zwierzęcia i jego cech fizycznych, pory dnia, pory roku, umiejętności jeźdźca itd. Moje doświadczenie z dziewiętnastowiecznymi pamiętnikami jest takie, że te prędkości podawane nawet jako średnie są dość zawyżone w stosunku do tego, co ludzie naprawdę konno przejeżdżali. Oczywiście zwykli ludzie, kurierzy to co innego.

http://altronapoleone.home.blog

Super, dziękuję bardzo. :D Postaram się to brać pod uwagę.

Zostaw ten żyrandol.

To nie takie proste. Koń musi być najpierw rozstępowany i przygotowany. Galop nie jest tempem marszowym, jest zbyt męczący i intensywny. Tempem marszowym jest kłus, liczy się ok 40 km / dzień tempa zwykłego, do 50/60 km /dzień marszu forsownego. Ale zależy to też od konia, sprzętu i jeźdźca. Konie kawaleryjskie były przystosowywane do napisanych przeze mnie wartości i na długich trasach mogły maszerować tempem marszowym nawet do kilku/kilkunastu dni, po czym potrzebowały odpoczynku. Sprzęt – koń więcej zniesie pod kulbaką kawaleryjską/rajdową. Jeździec ma raz swoją wytrzymałość, dwa jego umiejętności wpływają na możliwości konia. Osobna sprawa – pasza. Bez paszy energetycznej koń nie zniesie dużego obciążenia. Ale dodam rekord kłusem 24h 1koń/człowiek to ok. 280km. Napisz okoliczności, doradzę lepiej. EDIT: Co do prędkości – podawano mi 60km/h dla galopu koni ras do niego dostosowanych i niewiele niższych wartości k) USA dla kłusaków, ale te konie wytrzymają forsownego marszu (to konie sportowe, długi wysiłek i zła pasza je zabiją). Znaczenie ma też stan psychiczny i zwierzęcia, i jeźdźca. Np. Koń w stadzie więcej zniesie, niż idący sam.

No właśnie, nie mamy kontekstu, więc trudno coś konkretnie powiedzieć. Kto jedzie, gdzie jedzie, jak jedzie?

http://altronapoleone.home.blog

Bo mi też nie o konkretny kontekst chodzi, raczej o rozeznanie się w temacie w ogóle.

Natknęłam się na to, próbując sobie umiejscowić w głowie dwa miasta. Postać miała przejechać rano w około 6 godzin do z jednej do drugiej, a wieczorem, w podobnym czasie, wrócić. Zastanawiałam się, jak daleko mogłyby być od siebie położone i czy w ogóle koń może jechać tyle czasu w ciągu dnia. Zakładając, że teren to równina (aka wzniesienia się zdarzają, ale takie raczej nie za wysokie), trakt jest ubity i często używany. Koń jest dobrze wytrenowany, jeździec wie co robi, nie jest początkujący, i się szczególnie nie spieszy – może wyjechać tak wcześnie jak to konieczne i wracać, nie pędząc.

Niemniej wszystkie Wasze podpowiedzi są bardzo przydatne, bo tak jak mówię, chciałabym na przyszłość też mieć jakiś pogląd w temacie, żeby zacząć to choć odrobinę instynktownie to postrzegać.

Zostaw ten żyrandol.

Dzień marszu dla cywila licz na 30 – 40 km, bliżej pierwszej liczby. Miasta musiałyby być więc w odległości 15 – 20 km, ale założenie 6h drogi w jedną stronę mija się z celem – jeździec musi zawrócić na ogonie, żeby wrócić tego samego dnia, a i nie każdą porą roku to się uda. Jeżeli chodzi o 12h podróży stępokłusem – jest to wykonalne dla odpowiednich konia i jeźdźca, ale dla przeciętnego konia i jeźdźca 6h pracy w siodle to już naprawdę dużo.

Kiedyś istniała instytucja zmieniania koni. Wchodzi w grę?

Babska logika rządzi!

Niezbyt wchodzi, ale i koń, i jeździec mogą być “odpowiedni” – to akurat bardziej prawdopodobne. :D Mówisz, BosmanMat, że tylko 30-40 kilometrów? Wydaje mi się, że tyle to można nawet pieszo przejść w ciągu całego dnia, nie trzeba do tego konia.

Zostaw ten żyrandol.

Dobra, w sumie nie wydaje mi się – wiem, że tyle można zrobić pieszo w ciągu dnia i nie trzeba do tego wybitnych, regularnych ćwiczeń.

Zostaw ten żyrandol.

Oczywiście, ale ile dni z rzędu taki człowiek to wytrzyma? Pytasz o zwykłego człowieka, któremu się nie spieszy i który nie chce forsować delikatnego, ważnego i drogiego zwierzęcia. Musi też uwzględnić dla niego czas na paszenie paszami objętościowy i i energetycznym, odpoczynek po marszu i po jedzeniu, uwzględnić załatwienie spraw, dla których podróżuje itd. To wszystko przy po wolności podróży – stępokłusem równoważnym będzie jechał 20 km 2-3h. Sama podróż w obie strony to 5-6 h, o świcie musi dać zwierzęciu paszę, ok. 30 – 60 min, dać mu odpocząć ok. 1h i nagle dzień robi się krótki.

BM – o ile wiem, na cywila umiarkowanie rozchodzonego, czyli “zwykłego człowieka” liczy się dziś zazwyczaj średnio 25 km na dzień. Oczywiście w dawnych czasach, kiedy jeżdżono konno, więcej też chodzono piechotą, zwłaszcza na wsi – i nie mam na myśli jedynie chłopów, ofkors.

Za tym, ile realnie zajmowały takie przejazdy, mogłabym pogrzebać po źródłach, ale obawiam się, że nie zrobię tego szybko. Chyba że ogarnie mnie potężna prokrastynacja, a bardzo ma od czego :D

http://altronapoleone.home.blog

Jeszcze w kwestii dystansów i potwierdzenia obliczeń BosmanMat – pałęta mi się po głowie, że zazwyczaj (jeśli nie występowały inne czynniki, np uczęszczany szlak handlowy lub polityczne rozgrywki), prawa do organizacji targu nadawano miejscowościom oddalonym od siebie o co najmniej 1/3 dnia drogi (zdaje się – pieszego); bo kupcy i klienci musieli dotrzeć, pohandlować i wrócić. A był to zazwyczaj określony dzień tygodnia, gdy taki targ miał miejsce (stąd m.in. w Polsce zatrzęsienie Śród wszelkich w nazwach miejscowości). Pałęta mi się to po głowie, ale nie mogę sobie przypomnieć, gdzie to usłyszałem/przeczytałem, więc nie gwarantuję prawidłowości informacji (nie mogłem namierzyć potwierdzenia).

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Myślę, że to dało mi pewien pogląd na sprawę. Jeszcze tylko spytam, ile razy dziennie koń musi jeść? Zakładając, że jedzie rzeczywiście te 20 kilometrów rano i kolejne 20 kilometrów wieczorem takim stępo-kłusem.

Zostaw ten żyrandol.

Z tego co pamiętam, co najmniej rano raz, możliwe że jakiś czas po podróży, jak trochę "ostygnie", na pewno na wieczór ponownie. Koniom często zakładano na szyję np. worek z obrokiem/owsem, żeby żarły w trakcie postoju, gdy np. ludzie rozladowywali wóz.

Konie w naturze żrą mało, ale często. Konie pracujące karmi się w ludzkiej niewoli ;-) dwa-trzy razy dziennie pasze bardziej treściwe, a i tak podskubują, co tylko mogą (są roślinożercami, potrzebują liści, traw, kwiatków, owoców). Jak koń zeżre nie to co trzeba nie wtedy kiedy trzeba, to weźmie go wezdmie i koń zejdzie ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie zamieniaj opowiadania w podręcznik hodowcy koni ;) żywienie konia to potwornie skomplikowana i zależna od konia, miejsca i czasu sprawa. Generalnie – rasy prymitywne (Koń huculski, Przewalskiego, konik polski) są bardziej odporne na złą paszę, a przez mniejszy rozmiar (niewiele ponad 400kg) potrzebują jej mniej. Rasy szlachetne (folblut, arab) są ekstremalnie podatne na złą paszę (np. żyto zabija folbluty). Generalia – pasze dzielisz na objętościowe i energetyczne. Pierwsze są niezbędne zawsze, drugie w niedostatkach kaloryczności pasz obj. (np. kiedy koń pracuje pod siodłem, lub w zaprzęgu, pasza obj. jest złej jakości). Nie baw się w wagomiary. Koń powinien mieć paszę energetyczną zadaną 2x dziennie – paszę obj. praktycznie do syta. Nie pozwalamy koniom jeść w marszu – nigdy. Jedzenie, a nawet schylanie się, przy dociągniętym popręgu grozi kolką ("zaparciem") i padnięciem. Koń może jeść w stępie idąc luzem. Koń nie może być poddany zwiększonemu wysiłkowi przed upływem godziny od zadania paszy energetycznej. W podróży jeździec powinien mieć Owsiak (przewiązana w połowie materiałową kiszka, którą prowadzi się pod szyją zwierzęcia i wiąże przed przednim łękiem), siatkę na siano i wiadro. Głównym problemem przy pisaniu o podróży konnej jest przestawienie się z myślenia samochodowe. Myśl o tym, jak o podróży z dzieckiem. Musi zadbać, żeby zjadło, upewnić się, czy da radę, nie dać podjadać i pytać, czy jest głodne, po posiłku odbić,do drogi je naszykować, po drodze dać odpocząć ;)

BTW: chcesz być wiarygodna – dbaj o język. Każda czynność ma swoją, określoną nazwę, każdy pasek, kawałek skóry itd. ma swoją nazwę. Jeżeli Twój bohater znałby je, ty też powinnaś.

I jeszcze jedno: jeśli piszesz o czasach historycznych, to możesz założyć, że ludzie wszystkie te rzeczy, które BM opisał, wiedzieli instynktownie, a raczej z praktyki, mało kto czytał traktaty hippiczne. Ergo, połowa terminologii może się iść bujać. Ponieważ nadal nie wiemy, jakie masz realia, trudno jest mówić o konkretach ;)

http://altronapoleone.home.blog

Verus, najlepiej – napisz i daj do przeczytania koniarzowi, albo pierwej z nim sprawę przedyskutuj-napisz– daj mu do sprawdzenia. Konie są różnych ras, przydatność, przeznaczenie, wytrzymałość jest różna, zmieniała się. Inne było przy koniach bojowych, inne przy pociągowych, inne miał Czyngis Chan. A tak w ogóle się nie przerażaj! xd Koń to cudny i wspaniały towarzysz, silnie udomowiony.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Czy naturalne zbiorniki gorących źródeł mogą istnieć we wnętrzu góry?

Dziękuję Wam wszystkim za rady. :D Rozumiem trochę na czym stoję.

 

Nie zamieniaj opowiadania w podręcznik hodowcy koni ;)

Bez obaw, nie zamierzam. Chcę zdobyć trochę wiedzy, żeby postrzegać sprawę instynktownie i właśnie, żeby nie napisać jakiejś głupoty, że ktoś konia nakarmił, a pięć minut później jechał na nim galopem. Większość tego, co mi mówicie zostanie mi w głowie, a na papierze wylądują raczej drobiazgi.

O język postaram się dbać najlepiej jak umiem. ;)

 

Ponieważ nadal nie wiemy, jakie masz realia, trudno jest mówić o konkretach ;)

Rozumiem jak najbardziej. Nie umiem się jeszcze określić bardziej, niemniej wszystkie Wasze informacje uważam za bardzo ciekawe.  :D

 

Asylum, jak będę mieć okazję, to dam komuś do sprawdzenia, czy nie napisałam bzdur.

Zostaw ten żyrandol.

Ach, Ajzan, jeśli dobrze rozumiem, o co pytasz, to możesz rzucić okiem na amerykański Park Narodowy Hot Springs. :D

Zostaw ten żyrandol.

Chodziło mi o zbiorniki gorących źródeł wewnątrz jaskini górskiej, bo kojarzę tylko takie pod otwartym niebem.

Dziękuję, dogs. ^^

Cześć Wszystkim, wujek google mnie zawiódł, więc zwracam się z prośbą o pomoc tutaj :) Pytanie brzmi: czy ilość materii jest skończona? Tzn. czy ilość materii tworzącej świat może ulegać zmianie?

Ilość materii tworzącej świat – w sensie planetę – jak najbardziej ulec zmianie może (co linkował Morderca). Jeśli ci chodzi o Wszechświat, to już trochę inna sprawa. Generalnie ilość materii może zmienić się, jeśli materia zostanie przekształcona w energię (słynne E=mc^2), ale wypadkowa suma masy i energii pozostaje we Wszechświecie niezmienna. Przynajmniej z tego, co wiemy (ale tutaj otwiera ci się pole do popisu w kwestii sf). 

Dziękuję za odpowiedzi, wydaje mi się, że jednak nie bredzę w opowiadaniu :)

Jestem kompletnie zielony z ekonomi, więc proszę o małą radę.

Czy jeśli możemy ‘magicznie’ rozmnożyć wartościowe materiały (diamenty, złoto itp.) To czy stracą one na wartości i może to doprowadzić do inflacji? Dajmy na to, że ludzie płacą srebrnym i złotymi monetami w królestwie. Jeśli je sobie rozmnożą, to ceny pójdą w górę i zamiast płacić monetę za gazetę, będą musieli dać ich na przykład dziesięć razy tyle?

Jak już wspomniałem, w ogóle się na tym nie znam.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

https://www.nbportal.pl/wiedza/artykuly/historia-mysli-ekonomicznej/historia_inflacji_cz1 A TL;DR – tak, jest dokładnie tak, jak napisałeś. :D

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Dzięki, czyli Kacze Opowieści przydały mi się bardziej niż szkoła.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Danielu – tak. Jeśli ilość kruszcu w gospodarce wzrosła, a ilość towarów (chleb, konie, bilety na igrzyska...) pozostała bez zmian, to kupujący będą między sobą konkurować/licytować się, aż ogólny poziom cen pójdzie w górę.

Na przykład w Europie była niezła inflacja po odkryciu Ameryk i przywiezieniu stamtąd złota. Wzbogacili się ci, którzy wprowadzali cenne metale do gospodarki. Kosztem wszystkich pozostałych.

Babska logika rządzi!

Finklo, dziękuję za wyjaśnienie ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Luźny pomysł wywołał pytanie z dziedziny astrofizyki:

jak mógłby wyglądać podwójny układ dwóch planet, obu w strefie Złotowłosej, bo chcę na obu mieć życie (i żeby się żarło ;) – miałby kto jakieś przystępne źródła? Będą się działy jakieś dziwne rzeczy w ruchu orbitalnym? Zsynchronizują się? Co z zaćmieniami?

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Zacznijmy od tego, że podwójny układ planetarny to wielka rzadkość (i nadużycie definicji planety, która z założenia powinna panować grawitacyjnie nad obszarem swojej orbity). Synchronizacja ruchu orbitalnego jest absolutnie niezbędna, bez niej jeden lub obydwa obiekty odlecą w losowych kierunkach na przestrzeni pokolenia. To, że można zmusić coś do działania w modelu matematycznym, nie oznacza zresztą, że chaotyczna natura będzie to często wytwarzała. Zobaczmy jednak, na co możemy liczyć.

 

WARIANT 1 (najbardziej prawdopodobny i średnio atrakcyjny): orbita wzajemna. Planety krążą wokół swojej gwiazdy we wspólnym uścisku. Bardzo elegancki przykład mamy pod ręką: jest to układ Ziemia – Księżyc. Występują zaćmienia drugiego obiektu (często), a także zaćmienia gwiazdy (rzadko). Jeżeli różnica mas pomiędzy obiektami jest duża, mniejszy pozostaje zwrócony stale tą samą stroną ku większemu. Przy około dziesięciokrotnej (lub mniejszej) różnicy mas obydwie planety są zwrócone ku sobie stale tą samą stroną.

 

WARIANT 2 (średnio prawdopodobny i najmniej atrakcyjny): orbita Tadpole’a w oparciu o punkty libracyjne Lagrange’a L4 i L5. W skali życia rozsądnej istoty inteligentnej działa dla obiektów o dowolnych masach, w skali geologicznej wymaga dużej (ponoć około 25-krotnej lub większej) dysproporcji mas. Mniejszy obiekt postępuje przed lub za większym z przesunięciem 60 stopni łuku orbity. Nie ma mowy o żadnych zaćmieniach. Większa planeta widziana z mniejszej wygląda bardziej atrakcyjnie niż Wenus z Ziemi, ale bardzo daleko od majestatu Księżyca, czyli ma swoje miejsce w mitologii i nawigacji morskiej, o wczesnym kontakcie cywilizacji można zaś zapomnieć.

 

WARIANT 3 (najmniej prawdopodobny i najbardziej atrakcyjny): orbita podkowiasta. Jedna z dwóch planet krąży w nieznacznie mniejszej odległości od gwiazdy niż druga, więc wykazuje się szybszym ruchem kątowym. Przez większość cyklu orbitalnego planety pozostają względem siebie w przeciwfazie, widoczne bardzo słabo lub wcale. Kiedy jednak w końcu zbliżą się do siebie na łuku, interakcja grawitacyjna ściąga i przyspiesza odleglejszą, a odciąga i spowalnia bliższą, zamieniają się więc rolami i tańczą lambadę od nowa. W przypadku planet o podobnej masie przy maksymalnym zbliżeniu powinniśmy osiągnąć rozmiar zbliżony do Księżyca w pełni, więc dla planety wyrzucanej na dalszy łuk może w bonusie nastąpić zaćmienie. Można także założyć, że zbliżenie następuje mniej więcej raz na pokolenie.

Jeżeli jedna planeta jest znacznie mniejsza od drugiej, dzieją się dodatkowe dziwne rzeczy. Cykl skraca się, ale różnica pomiędzy położeniem dwóch orbit tej mniejszej znacząco rośnie, co powoduje, że wystąpiłyby na niej wahania klimatu w zakresie od ciężkich do ekstremalnych. W braku nachylenia orbitalnego: na przemian kilka lub kilkanaście ziemskich lat przyjaznej późnej wiosny lub lata i tyle samo przykrej zimy. Przy nachyleniu orbitalnym podobnym do ziemskiego: najpierw skwarne lata nie do wytrzymania i łagodne lub nieistniejące zimy, potem chłodne i deszczowe lub nieistniejące lata i zimy bardzo trudne lub niemożliwe do przetrwania – i tak w kółko. Ciągłe koczownictwo o charakterze biegunowo-równikowym bardzo prawdopodobne.

 

WARIANT 4 (niemożliwy i stosunkowo atrakcyjny): dwie planety w całkowitej przeciwfazie, czyli Anty-Ziemia. Obalenie przypuszczenia o istnieniu czegoś takiego wymagało wieków rozwoju astronomii, bo bezpośrednia obserwacja jest bezużyteczna. Obecnie jednak wiadomo, że takie planety nie mogłyby utrzymać stabilności orbity w skali geologicznej. Wspominam mimo wszystko o tym wariancie, bo kojarzy mi się mgliście, że bywał już wykorzystywany w literaturze fantastycznej.

 

Rozpisałem się trochę bardziej, niż zamierzałem. Może się przyda?

Świetnie to napisałeś, Ślimaku! Kilka słów uzupełnienia jeszcze ode mnie.

 

Definicja planety jest stworzona wyłącznie w oparciu o nasz Układ Słoneczny i już teraz widać, że jest bardzo kiepska, kiedy próbujemy sklasyfikować obiekty pozasłoneczne, więc nie ma się co czepiać :)

 

WARIANT 1: Drugi przykład to układ Pluton-Charon, gdzie stosunek mas jest dużo mniejszy, i oba obiekty są zwrócone do siebie stale tymi samymi stronami. Widać więc, że to rzeczywiście dość popularna sytuacja. (Warto tu wspomnieć, że i układ Ziemia-Księżyc dąży do takiego stanu, tzn. obrót Ziemi stopniowo zwalnia, aż wyrówna się z obiegiem Księżyca, ale dużo wcześniej Słońce się wypali).

 

WARIANT 2: w naszym Układzie występuje z licznymi asteroidami, tzw. trojańskimi, mnóstwo takich asteroid mają planety ciężkie (głównie Jowisz), planety skaliste – bardzo niewiele. Prawdopodobnie im cięższy obiekt miałby być “trojański”, tym mniejsza szansa, że tam się utrzyma.

 

WARIANT 3: o ile wiem, w naszym układzie jest tylko jeden taki przykład: dwa malutkie księżyce Saturna, Janus i Epimeteus. Trudno mi powiedzieć, czy byłoby to możliwe z cięższymi obiektami, ale to rzeczywiście najbardziej atrakcyjna opcja :)

 

WARIANT 4 niemożliwy do pojawienia się w warunkach naturalnych, ale gdyby obie planety miały jakieś silniki planetarne, mogłyby przy stosunkowo niewielkich nakładach energii utrzymywać się w takim położeniu. Tylko po co? ;)

 

Pozdrawiam!

Precz z sygnaturkami.

    WARIANT 1 (...) Przy około dziesięciokrotnej (lub mniejszej) różnicy mas obydwie planety są zwrócone ku sobie stale tą samą stroną.

Chciałam niedużą różnicę mas, więc wygląda na to, że planety będą do siebie zawsze buźką. Hmm. To ma potencjał...

WARIANT 3 (...) W przypadku planet o podobnej masie przy maksymalnym zbliżeniu powinniśmy osiągnąć rozmiar zbliżony do Księżyca w pełni, więc dla planety wyrzucanej na dalszy łuk może w bonusie nastąpić zaćmienie. Można także założyć, że zbliżenie następuje mniej więcej raz na pokolenie.

Ooo, to też ma potencjał. I jak teraz wybrać :D

    Jeżeli jedna planeta jest znacznie mniejsza od drugiej, dzieją się dodatkowe dziwne rzeczy. Cykl skraca się, ale różnica pomiędzy położeniem dwóch orbit tej mniejszej znacząco rośnie, co powoduje, że wystąpiłyby na niej wahania klimatu w zakresie od ciężkich do ekstremalnych. W braku nachylenia orbitalnego: na przemian kilka lub kilkanaście ziemskich lat przyjaznej późnej wiosny lub lata i tyle samo przykrej zimy. Przy nachyleniu orbitalnym podobnym do ziemskiego: najpierw skwarne lata nie do wytrzymania i łagodne lub nieistniejące zimy, potem chłodne i deszczowe lub nieistniejące lata i zimy bardzo trudne lub niemożliwe do przetrwania – i tak w kółko. Ciągłe koczownictwo o charakterze biegunowo-równikowym bardzo prawdopodobne.

Helikonia? :D

    Rozpisałem się trochę bardziej, niż zamierzałem. Może się przyda?

Jeśli nie mnie, to komu innemu. Tak czy owak:

    Definicja planety jest stworzona wyłącznie w oparciu o nasz Układ Słoneczny i już teraz widać, że jest bardzo kiepska, kiedy próbujemy sklasyfikować obiekty pozasłoneczne, więc nie ma się co czepiać :)

Łoj tam :)

    WARIANT 4 niemożliwy do pojawienia się w warunkach naturalnych, ale gdyby obie planety miały jakieś silniki planetarne, mogłyby przy stosunkowo niewielkich nakładach energii utrzymywać się w takim położeniu. Tylko po co? ;)

Nie ten poziom techniki, ale wrzucam do akt na przyszłość :)

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Niebieski, Ślimaku, jestem pod wrażeniem Waszych wyjaśnień. Kopiuję je  do pliku i zostawiam sobie na przyszłość :)

 

@Tarnina

Helikonia? :D

Dokładnie. Miałem to samo skojarzenie :)

Known some call is air am

Dodam jeszcze, że warto zajrzeć na https://planetplanet.net/, autor tej strony obmyśla różne wysoce oryginalne (ale spójne teoretycznie) układy planetarne i zastanawia się, jak mogłoby na nich wyglądać życie. Obfite źródło inspiracji.

Ło matko! Ślimaku, czy Ty się znasz na wszystkim? Od pisowni, przez wiersze, do fizyki :O

Może ujmijmy rzecz w ten sposób: znam się dobrze na niektórych gałęziach matematyki...

nieźle na szachach, algorytmice, językoznawstwie (polskim) i większości aspektów wiedzy o górach...

co do reszty dziedzin, staram się być solidnym dyletantem.

 

Wychodzi różnie: wydaje mi się na przykład, że pamiętam to i owo z geomorfologii, a potem przychodzi niezastąpiona Reg i pyta, skąd wytrzasnąłem te ostańce na szczycie góry. Jestem pewien, że profesjonalny fizyk wypatrzyłby też mniejsze lub większe luki i błędy w tym wywodzie o planetach.

 

A co do Helikonii: tam jest dużo dłuższy “wielki rok” i prostsze wytłumaczenie astronomiczne – układ podwójny gwiazd, planeta orbituje wokół mniejszego składnika, który orbituje wokół większego składnika po silnie ekscentrycznej orbicie, wszystko się elegancko zgadza.

Są bowiem dwa podstawowe mechanizmy powstawania pór roku: oparty o nachylenie osi (dominujący na Ziemi, pora roku zależna od półkuli planety) i oparty o ekscentryczność orbity (dominujący na Helikonii, pora roku niezależna od półkuli planety). Można sobie wyobrazić też rzadsze, bardziej egzotyczne mechanizmy, na przykład na planecie obiegającej gwiazdę pulsującą. A jeżeli planeta jest dobrze kopnięta w cykle Milankovicia, to już może się zdarzyć prawie wszystko (u nas są stosunkowo słabe, a i tak nie zdziwię się, jeżeli zdołają zorganizować epokę lodowcową wbrew globalnemu ociepleniu). Słabym punktem projektu Helikonii był raczej ten wirusowy symbiont z cyklicznymi zachorowaniami. Bardzo wątpię, aby taka sytuacja mogła być długofalowo stabilna na gruncie zasad epidemiologii.

Ad WARIANT 1.

Jeszcze jeden przykład:

https://en.wikipedia.org/wiki/Rocheworld

:>

Przypadek naprawdę frapujący, choć budzący wątpliwości. Planety znajdują się wewnątrz granicy Roche’a dla płynów, to jest w obszarze, gdzie globy ciekłe i gazowe rozpadają się wskutek sił pływowych, a te bardziej swojskie, skaliste – z trudem utrzymują spójność (też do pewnej granicy). Oznacza to co najmniej szaloną aktywność geologiczną na obu ciałach. A także niestabilne atmosfery, które prawdopodobnie szybko wyciekłyby w kosmos.

Ad WARIANT 2 i 3.

Ślimaku, świetny pomysł, żeby rozpatrzyć te przypadki – przyłączam się do chóru wielbicieli Twojego komentarza :)

Uwagi:

Ta dysproporcja, o której wspomniałeś, dotyczy stosunku mas głównej (dla nas: gwiazda) i drugiej (dla nas: pierwsza planeta). Stosunek powinien wynosić więcej niż 25 zarówno dla orbit kijankowych (WARIANT 2), jak i podkowiastych (WARIANT 3, mniej stabilny). Warunek ten nie mówi nic o stosunku mas obiektów współorbitujących (dla nas: dwie planety).

Jako drugiego współorbitanta mechanicy nieba rozważają najczęściej obiekty o masach znikomych.  Szczęśliwie ruch takich “kosmicznych śmieci” jak asteroidy można łatwo (stosunkowo) obliczać w ramach OGRANICZONEGO zagadnienia trzech ciał. Nieszczęśliwie dla nas asteroida to nie planeta.

więc dla planety wyrzucanej na dalszy łuk może w bonusie nastąpić zaćmienie

No nie. Planety nie będą sobie przesłaniać gwiazdy centralnej:

https://en.wikipedia.org/wiki/Epimetheus_(moon)#/media/File:Animation_of_Epimetheus_orbit_-_Rotating_reference_frame.gif

A teraz dobra wiadomość. Symulacje numeryczne dobrze radzą sobie z zagadnieniem trzech ciał również w wersji ogólniejszej. Obecny stan wiedzy jest taki, że dwie planety o podobnej masie może połączyć stabilny podkowiasty romans:

https://iopscience.iop.org/article/10.1086/341173/fulltext/

Więc jednak! Nie tylko miniksiężyce pod okiem giganta.

Na końcu artykułu autorzy nawet szkicują możliwy scenariusz powstania rzeczonej konfiguracji. 

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

    Dodam jeszcze, że warto zajrzeć na https://planetplanet.net/, autor tej strony obmyśla różne wysoce oryginalne (ale spójne teoretycznie) układy planetarne i zastanawia się, jak mogłoby na nich wyglądać życie. Obfite źródło inspiracji.

Ooo, dobre!

    Obecny stan wiedzy jest taki, że dwie planety o podobnej masie może połączyć stabilny podkowiasty romans: https://iopscience.iop.org/article/10.1086/341173/fulltext/

Mrr heart

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Kufa, a jak one bedo do sie caly czas buźkami, to wyobraźcie sobie konsekwencje: Czy te buźkowe strony są cieplejsze? No bo przeciez wciąż odbijane światło, jak lusterko do lusterka (zalezy jeszcze od atmosfery, powierzchni itepe) – a jesli tak, to co się dzieje na granicy i poza granicą, na niebuźkowych stronach takich planet?

 

Można poszaleć ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Hmka. 

Ślimaku – super, Jerohu – też! xd

Z  tym długi romansem i różnorodnością pewnie  studziłabym nastroje. ^^

Poza granicą i na niej jest... to, co tylko sobie wymyślisz, PF. ;-) Taaa, perpetuum mobile, i może jeszcze cząstki są zwrócone ku sobie. I dobrze i źle by było. Na szczęście jest to bardziej skomplikowane, więc nijak się nie przejmuję, że sklasyfikowane, odfajkowane i mamy rybkę na haczyku. :DDD

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Czy te buźkowe strony są cieplejsze? No bo przeciez wciąż odbijane światło, jak lusterko do lusterka

No, tak, tylko czy by sobie nawzajem nie zasłaniały światła gwiazdy? Bo ciepło tak, odbiją (chyba?), a światło... chyba też, ale mniej. Musze to sobie narysować...

jesli tak, to co się dzieje na granicy i poza granicą, na niebuźkowych stronach takich planet?

To akurat wiem, między ciepłym i zimnym mocno wieje i łeb urywa XD Tylko, czy tam by było ciepłe i zimne, hmm.

Asylum, nie wiem, co powiedziałaś, więc oto gif:

heart

Łapankę tę poświęcam marasowi.

No bo przeciez wciąż odbijane światło, jak lusterko do lusterka

 

Wpływ takiego efektu byłby minimalny i kompletnie pomijalny. Planeta to nie lusterko :) Oczywiście albedo może mieć wysokie, kiedy np. jest cała z lodu. Ale nawet taka planeta odbija światło we wszystkich kierunkach jednakowo i tylko znikoma część tego światła docierałaby do drugiej planety, nie powodując jej znaczącego ogrzania.

Dużo śmieszniej się robi, kiedy planeta jest w ten sposób związana z gwiazdą...

Precz z sygnaturkami.

Wpływ takiego efektu byłby minimalny i kompletnie pomijalny.

No, tak, ale co z zasłanianiem? Narysowałam, i wygląda na to, że zasłaniałyby się w jednym układzie:

 

Czyli – regularne zaćmienia? Coś głupieję ostatnio...

Łapankę tę poświęcam marasowi.

:D

 

Tak, zasłaniałyby się, ale to nie wyglądałoby tak jak narysowałaś :P

 

Po pierwsze – obie orbity muszą być eliptyczne względem środka masy.

 

Środek masy porusza się po orbicie eliptycznej wokół gwiazdy, a gwiazda jest wielokrotnie większa niż planety, więc cień jednej planety nie zasłania drugiej w całości, jeśli obie są tej samej wielkości.

 

Wreszcie – o ile orbity planet wokół środka masy nie leżą idealnie w tej samej płaszczyźnie, co orbita środka masy wokół gwiazdy (a szansa na to jest bliska zeru), zaćmienia będą rzadkie. Tak jak i z Ziemią i Księżycem (to oczywiście zależy od wielkości planet, ich odległości od siebie i nachylenia orbit; zaćmienia tym rzadsze, im większe nachylenie, większa odległość i mniejsze planety).

Precz z sygnaturkami.

Tak, zasłaniałyby się, ale to nie wyglądałoby tak jak narysowałaś :P

Ja umiem tylko w Paintcie XD i tylko kółka XD

Gwiazda jest tam gdzieś z prawej.

Środek masy porusza się po orbicie eliptycznej wokół gwiazdy, a gwiazda jest wielokrotnie większa niż planety, więc cień jednej planety nie zasłania drugiej w całości, jeśli obie są tej samej wielkości.

OK, czyli ten cień planety to taki stożek jakby? Kiedyś widziałam taką ilustrację.

o ile orbity planet wokół środka masy nie leżą idealnie w tej samej płaszczyźnie, co orbita środka masy wokół gwiazdy (a szansa na to jest bliska zeru)

Zaraz, ale planety powstają z dysku materii wokół gwiazdy, nie? I te okruszki w tym dysku nie krążą po tej samej płaszczyźnie?

Poczułam się dwuwymiarowa...

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Tarnino, orbita Księżyca jest trochę przechylona względem płaszczyzny ekliptyki i z tego powodu nie mamy zaćmienia co miesiąc.

Babska logika rządzi!

Hmm, no, o tym nie pomyślałam... Jestem Płaszczakiem blush

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Pytanie może zabrzmi nieco dziwnie, ale czy podczas picia herbaty w eleganckim towarzystwie wypada/należy trzymać w drugiej dłoni spodeczek, czy to sprawa indywidualna?

Do ust należy podnosić tylko filiżankę, jeśli natomiast pijemy herbatę przy niskim stoliku to podnosimy zarówno filiżankę, jak i spodek.

Źródło.

Dziękuję, None. Coś mi tam dzwoniło, ale nie byłam pewna.

Potrzebuję dobrej duszy, która orientuje się w łucznictwie antycznym i średniowiecznym. Znajdę taką? :D

A mnie przydałaby się wiedza o dojrzewaniu zboża – czy jest etap, na którym (przyszłe) ziarna zawierają cukry stosunkowo proste i są dość słodkie? Jeśli tak, to w jakim zbożu jest tego najwięcej – kukurydza czy coś innego?

Babska logika rządzi!

Zwróć się do botanika, ale nie wydaje mi się – wielocukry w ziarnach pełnią funkcję zapasową, są, by tak rzec, skompresowane. Dekompresja następuje, kiedy cukry proste stają się potrzebne, czyli kiedy zaczyna się rozwijać zarodek (słodowanie ziarna).

Łapankę tę poświęcam marasowi.

@Wiktor Orłowski – mam w rodzinie pasjonatów-rekonstruktorów <czasy przedchrześcijańskie>, w tym jedną łuczniczkę. Mogę zapytać. 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

No tak, skrobia jest na zapas. Ale czy roślina wytwarza od razu skrobię, czy zaczyna od cukrów prostych i to trwa dłuższą chwilę, zanim wszystko pójdzie w cukry złożone?

Babska logika rządzi!

Hmm. W zasadzie skrobię trudno transportować, a poza tym fotosynteza wytwarza tylko cukry proste... ale synteza wielocukrów, o ile dobrze pamiętam, wygląda tak, że do łańcucha są przyłączane kolejne reszty. Czyli one mogą być dostarczane stopniowo.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Po szybkim riserczu – w trakcie fotosyntezy powstaje (w olbrzymim uproszczeniu) sacharoza, która ewentualnie może zostać przekształcona do skrobi. Łyko (roślinny tkanka transportowa) może transportować tak glukozę, sacharozę i skrobię. Ale z tego co czytałem, najczęściej jest to sacharoza, która trafia do tkanek nie prowadzących fotosyntezy, gdzie jest zużywana lub magazynowana. W ziarnach będzie więc trochę sacharozy, ale będzie ona na bieżąco przetwarzana na skrobię. Młodziutkie, ledwie zawiązane ziarna być może (strzał w ciemno) będą słodkawe, ale potem skrobia będzie przewżać.

Z innej beczki – amylaza ślinowa rozkłada skrobię. Jeżeli przerzuć ziarno przez dłuższy czas, zacznie smakować słodko.  

Dzięki, None. :-)

Młodziutkie będą słodkawe? Rewelacja, o to chodziło.

Ktoś może wie, kiedy ziarna są młodziutkie? Zakładając, że żniwa są w sierpniu? Czerwiec?

Babska logika rządzi!

Dawno, dawno temu, kiedy jeździłam na kolonie do Inowłodza, podczas wycieczek po okolicy zrywałam kłosy żyta i wydłubywałam dość jeszcze miękkie ziarenka. A działo się to w ostatnim tygodniu czerwca i pierwszej połowie lipca. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A jak smakowały? Były słodkawe?

Babska logika rządzi!

Smakowały dobrze, lekko słodkawo, jeśli mnie pamięć nie myli, bo to było blisko sześćdziesiąt lat temu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki. I spóźnione “smacznego”. ;-)

Babska logika rządzi!

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Morderco, dzięki, odezwę się w piątek!

Poolicja! Potrzebuję kogoś, kto wie, jak traktować aresztanta (aresztant jest elementem fantastycznym).  Pretty please?

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Tarnino, wystarczy że wyjdziesz na ulicę z błyskawicą i transparentem ***** ***. Informacje z pierwszej ręki gwarantowane.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Nie bić, nie wyzywać i patrzeć, gdzie ma ręce. 

A tak konkretnie, to o co chodzi?

Morderco, ha, ha.

A tak konkretnie, to o co chodzi?

Eeee... spoilers! Bo aresztant jest elementem fantastycznym. Możemy się przenieść na priv?

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Mam samochód jadący z prędkością ~70km/h. Jeśli kierowca nagle zahamuje, to czy jest możliwe uszkodzenie hamulca i dalsza jazda bez zatrzymania? Prędkość może być wyższa, marka samochodu nieważna. Potrzebuję sytuacji, gdy kierowca chce się zatrzymać, ale nie może.

Musiałoby się zadziać kilka rzeczy naraz: 1. Samochód z automatyczną skrzynią biegów. 2. Zablokowanie linki gazu (niekoniecznie na max). 3. Rozerwanie przewódów hamulcowych 4. Uszkodzenie stacyjki. Zwarcie uniemożliwiające wyłącznie zapłonu. Był nawet taki film amerykancki, ale nie pamiętam tytułu . Kilka osób uwięzionych w aucie z w/w usterkami.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Ok, czyli praktycznie niemożliwe. Dzięki :)

A nie mogą mu się po prostu hamulce zepsuć bez tego hamowania? Mi się kiedyś zepsuł ręczny i samochód zjechał kilka metrów w dół, na szczęście się zatrzymał bez szkód, a mógł wyjechać tyłem i bez kierowcy na autostradę ;) A zwykłe hamulce też się psują.

http://altronapoleone.home.blog

Nie, nie. To miała być scena akcji, więc i prędkość duża. Przerobię scenę ;)

Eee tam, jechałam kiedyś z górki, rozpędziłam się i chciałam zahamować, ale hamulce nie działały. Jeśli masz pęknięty przewód hamulcowy, to płyn wycieka powoli, możesz się nie zorientować. Jeśli jedziesz z górki, może się okazać, że jest go po prostu za mało i... jedziesz. Dla porządku: to był maluch :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Potwierdzam. Jak byłam bardzo mała i nie pamiętam, Tato miał podobną sytuację, którą znam z opowieści rodziców – zorientował się w bardzo podobny sposób, jak Irka, na szczęście na dość pustej ulicy, więc wyhamował na prostej, silnikiem, na dodatek, jak się okazało, dwa kroki od warsztatu XD

http://altronapoleone.home.blog

Musiałoby się zadziać kilka rzeczy naraz: 1. Samochód z automatyczną skrzynią biegów. 2. Zablokowanie linki gazu (niekoniecznie na max). 3. Rozerwanie przewódów hamulcowych 4. Uszkodzenie stacyjki. Zwarcie uniemożliwiające wyłącznie zapłonu. Był nawet taki film amerykancki, ale nie pamiętam tytułu . Kilka osób uwięzionych w aucie z w/w usterkami.

Przy czym spełnienie wszystkich tych warunków jest konieczne jedynie, jeżeli chcesz całkowicie uniemożliwić zatrzymanie auta w kontrolowany sposób (kolejno, poprzez hamowanie silnikiem, puszczenie gazu i utratę pędu, zahamowanie, wyłączenie silnika). Jeżeli wystarczy ci brak możliwości gwałtownego hamowania, opisane przez przedmówców uszkodzenie przewodów paliwowych wyłączy z gry hamulce, co wymusi konieczność hamowania powolniejszymi, mniej wydajnymi metodami. Przy czym samochody mają na desce kontrolkę ostrzegającą przed niskim poziomem płynu hamulcowego.

Cześć

 

Mój bohater chce nielegalnie zamknąć aplikację. Zamierza do tego wykorzystać dawno zapomnianą sztukę komend tekstowych. Czy taka komenda będzie miała sens:

SUBRUTINE Nazwa_aplikacji END, TIME=0 – chodzi o natychmiastowe zamknięcie programu. Takie zupełne, nagłe odcięcie. 

 

Proszę się nie śmiać, ale programowania próbowali nauczyć mnie na FORTRANIE 77 i... nie nauczyli ;]. 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

W Linuksie to bardziej

kill-9 [nazwa aplikacji]

Dawno nie programowałam i nic już nie pamiętam, ale wyłączanie aplikacji w kodzie źródłowym nie wydaje mi się sensownym pomysłem. Najlepiej wywołaj PsychoFisha, on jest miejscowym ekspertem.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Tarnina ma (prawie) rację – dla systemów Linux kill -9 zadziała, ale za tym musi iść numer identyfikacyjny procesu (PID), a nie nazwa aplikacji. Numer taki ma zazwyczaj 4-6 cyfr i można go pozyskać wpisując w linię komend polecenie ps aux | grep <nazwa aplikacji>. Wyświetli to listę procesów, które będą zawierać tę nazwę i prawdopodobnie bohater będzie musiał użyć komendy kill -9 na nich wszystkich (jeżeli będzie więcej niż jeden – ale to się nie zdarza często).

Jeśli sprawa dotyczy Windowsa, to None podał dobry link.

Zostaw ten żyrandol.

Przy czym wszystko to para w gwizdek, jeżeli nie jesteś właścicielem procesu, który chciałbyś wyeliminować. Nie zamkniesz tak prostymi metodami z konta pracownika lub gościa aplikacji postawionej przez myślącego administratora systemu, a z taką sytuacją kojarzy mi się określenie “nielegalnie”.

Jeżeli natomiast przyjąć, że mamy już dostęp do konta administratora... przy niektórych wersjach Linuxa polecenie “kill -9 -1” (zabij wszystko natychmiast) potrafi zrobić taką sieczkę, że z niezapisanych danych nie zostanie kamień na kamieniu. Chociaż w zasadzie nie powinno do tego dochodzić, słyszałem, że w pechowych przypadkach różnie bywa też z odzyskaniem zapisanych czy nawet możliwością ponownego uruchomienia systemu.

Zawsze można wyrwać wtyczkę. Ulubiona_emotka_Baila.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Sytuacja typowo cyberpunkowa – facet ma wszczep w mózgu, który przy wykonywaniu jakiejś czynności zaczyna wyświetlać komunikaty, próbując go powstrzymać. Bohater zna jakiś “myk”, którym nielegalnie wyłącza sobie to oprogramowanie w głowie, przynajmniej na jakiś czas. 

Chodzi mi o to, żeby ten “myk” miał chociaż pozory logiczności – np. będzie  przypominał komendę linuxowską, pascalową, czy tam innego pytona [nie znam się ;P] . Nie musi być idealnie taki, jak w rzeczywistości. Wystarczy mi, że jak opko przeczyta informatyk, to nie skrzywi się z obrzydzeniem nad moją ignorancją ;]. 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

A może lepiej, żeby zdobył jakieś urządzenie/soft czasowo zagłuszające/blokujące/zmuszające ten wszczep do resetu, a jego ponowne uruchomienie/czas do osiągniecia funkcjonalności czy jak to zwał, będzie trwać X czasu. Taki luźny pomysł.

Ewentualnie jakiś blocker neuroprzekaźnikowy w spostaci biochemu, tabletki/injekcja preparatu. Chociaż musiałbyś pomyśleć jak by to miało działać i o skutkach ubocznych.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Niech stanie (stacje przekaźnikowe itp.) tam gdzie jest duże napięcie elektromagnetyczne. Niebezpieczne, ale logiczne.

Bylem psychologiczną osobliwością chwytającą fotony szczęścia, by na zawsze uwięzić je w grawitacyjnym więzieniu pułapki mojej depresji.

Mytrix – niezłe ;]. Mógłby np. mieć wgraną jakiś podprogram, uruchamiany komendą tekstową. Tylko, że teraz muszę wymyśleć taką komendę :]. Nie jest to jakiś super istotny wątek w fabule, ale chciałbym żeby wyglądało wiarygodnie. Od biedy mogę po prostu napisać, że wydał komendę tekstową, której nikt już od dawna nie stosował i nie wiedział, że coś takiego w ogóle istnieje (bohater interesuje się historią zamierzchłą tj XX wiekiem). 

 

Zalth – tak, ale motyw porażenia elektrycznego wykorzystuję do pozbawienia bohatera przytomności, więc potrzebuję tu czego innego. 

 

Dzięki za pomoc

Pozdrawiam

M. 

 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Czy w carskiej Rosji  w drugiej połowie XIX w. grywało się w pokera? Wiem, że w brydża na pewno, ale co do pokera właśnie nie mam pewności.

Kiedy konkretnie? 1860 a  1890 to zasadnicza różnica.

Wielka popularność pokera w USA to końcówka wieku, choć był znany wcześniej. W Rosji hazard był w XIX w. bardzo popularny (zob. “Dama pikowa” Puszkina czy “Gracz” Dostojewskiego), więc nawet jeśli nie znajdziesz danych co do konkretnie pokera, to albo możesz go zastąpić czymś, w co na pewno grano, albo wprowadzić, jeśli chronologicznie nie będzie całkiem od czapy.

Skądinąd w szybkim guglu wyszło mi, że w XIX w. w angielskim istnieje pojęcie “Russian poker” jako odrębnego rodzaju gry, możesz poszukać dalej, czy jest coś na ten temat

https://www.lexico.com/en/definition/russian_poker

 

Ogólnie amerykański poker wyewoluował z innych gier, więc możesz pokombinować. W tym, co mam pod ręką o grach w XIX w. w Europie konkretów o Rosji nie znalazłam.

http://altronapoleone.home.blog

Dziękuję.

mcraptorking, w książce Jurija Łotmana Rosja i znaki jest cały rozdział poświęcony grom karcianym w XIX-wiecznej Rosji (raczej w pierwszej połowie wieku, ale o drugiej też coś jest wspomniane). Wśród wymienianych tam niemalże 30 gier pokera nie ma (przynajmniej pod tą nazwą).

O, to bardzo ciekawe. Dzięki.

Poradzi ktoś gdzie znaleźć średniowieczne rodzaje sklepów ? (nazwy np średniowieczna perfumiarnia itd itd, tylko co najmniej kilkanaście) ? Szukam w googlach, ale ciągle wyszukiwarka mi pokazuje nie to co trzeba (za długa fraza)  :(

Będę bardzo wdzięczny za pomoc :((

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Nie wiem, czy to można nazwać sklepami, w większości były to warsztaty połączone ze sklepami:

Każdy warsztat był zasadniczo także kramem wyposażonym w poziome okiennice otwierające się do góry i do dołu. Górną w pozycji otwartej podtrzymywały dwa słupki, tworząc swego rodzaju daszek nad wejściem, z kolei dolna opierała się na dwóch krótkich nóżkach i służyła jako lada. Na noc okiennice zamykano i ryglowano od środka. W warsztacie pracowali zazwyczaj mistrz, jego terminator, jeden czy dwóch męskich krewnych lub żona. (życie w średniowiecznym mieście, F.Giesa)

Czyli najlepiej szukać nazw gilidii.

Poniżej spis rzmiosł z Paryża z 1292 r. (za: życie w średniowiecznym mieście, F.Giesa):

Wśród nich główną rolę pełnili: szewcy (366), kuśnierze (214), służące (199), krawcy (197), balwierze (151), złotnicy (131), szynkarze (130), sprzedawcy starych ubrań (121), cukiernicy (106), murarze (104), cieśle (95), tkacze (86), mydlarze (71), kupcy bławatni (70), bednarze (70), piekarze (62), nosiwody (58), producenci pochew na miecze (58), sprzedawcy win (56), kapelusznicy (54), siodlarze (51), osoby zajmujące się ubojem drobiu (51) i wytwarzające sakiewki (45), praczki (43), handlarze oliwą (43), tragarze (42), rzeźnicy (42), sprzedawcy ryb (41) i piwa (37), wytwórcy sprzączek (36), sztukatorzy (36), kupcy korzenni (35), kowale (34), malarze (33), lekarze (29), dekarze (28), ślusarze (27), łaziebni (26), powroźnicy (26), oberżyści (24), garbarze (24), kopiści (24), rzeźbiarze (24), wytwórcy dywanów (24) i uprzęży (24), bielarze (23), handlarze sianem (22), producenci noży (22), rękawicznicy (21), sprzedawcy drewna (21) i snycerze (21).

 

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dziękuję za odpowiedź :D chętnie skorzystam 

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Ale pamiętam, że była jakaś fajna nazwa na perfumiarnię i alchemika może z nowożytności, już nie pamiętam, no nic, dzięki

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Wydaje mi się, że perfumy poszły się paść razem z Imperium Rzymskim, coś tam powstawało w klasztorach, ale na większą skalę to chyba dopiero pod koniec średniowiecza.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Wiem, wiem, po prostu była jakaś taka nazwa, na którą kiedyś natrafiłem i pasowała, ale zapomniałem.

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Jak już pisałam na SB, towary kupowało się głównie u rzemieślników. Natomiast zajrzałam do zdjęć z muzeum perfumiarstwa w Grasse i niestety zgodnie z przewidywaniem olałam wszystko przed XVIII w. (miałam mało czasu do zamknięcia, inaczej pewnie bym przynajmniej poglądowo coś tam cyknęła).

Perfumy nie poszły się jednakowoż całkiem paść, choć ich popularność zmalała, zwłaszcza na zachodzie, bo w Bizancjum ponoć przemysł perfumeryjny miał się całkiem dobrze, podobnie na Bliskim Wschodzie. Znalazłam informację, że na zachód perfumy przenikają z powrotem ok. XII w. Warto jednak pamiętać, że tak do XVIII w. funkcja perfum jest nieco inna niż współcześnie.

Natomiast co do sprzedawców, obstawiałabym, że głównie handlowali perfumami balwierze/cyrulicy, którzy łączyli funkcje medyczno-higieniczno-kosmetyczno-fryzjerskie. Oraz oczywiście uliczni sprzedawcy – to jest też forma handlu bardzo popularna aż do XVIII wieku, obecna jeszcze w XIX, choć w tym okresie już powoli zanika. Tacy sprzedawcy mieli czasem rodzaj przenośnego kramu, zawieszonego na szyi. Sklepy takie, jakie znamy, to dość późny wynalazek, właściwie dopiero doby industrialnej. [zob. komentarz dalej o targach, bo to ważna część wczesnego handlu]

http://altronapoleone.home.blog

Tak, oczywiście, Grecy w sumie też – w portykach na agorach były sklepiki i tawerny, a w Pompejach odkryto sklepy o podobnej konstrukcji, jak sobie potrafimy wyobrazić. Niemniej od strony działania i logistyki to była trochę inna organizacja niż dziś, zazwyczaj mocno bezpośrednio powiązana albo z wytwórczością, albo z kupiectwem, z konkretnym warsztatem czy kupcem. Raczej nie było “sklepów ogólnych”, gdzie kupiłoby się i żywność i narzędzia. W średniowieczu popularne były raczej kramy (zapomniałam o tym powyżej), które też były zazwyczaj dość monotematyczne, ale za to grupowane w jednym miejscu – na rynku czy targu – dawały pozór “magazynu” czy “supermarketu”. Warto też pamiętać, że w średniowieczu, a i w nowożytności, części rzeczy nie kupiło się łatwo poza dniami targowymi właśnie. A niektórych nawet poza konkretną datą w roku, kiedy odbywały się jarmarki, czyli targi doroczne (czasem cokwartalne itp., ale rzadkie).

http://altronapoleone.home.blog

Nie, to mniej więcej wiedziałam. Pewnie, że Wokulski nie może sprzedawać trzewików, perfum i kawy, nie mając licznych dostawców i organizacji, która właściwie nie da się poskładać bez wielu rzeczy, których w Średniowieczu zwyczajnie nie było, a i starożytni Rzymianie, choć zmyślni, chyba na nie nie wpadli.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Nie, to mniej więcej wiedziałam.

Ale to bardziej do Iluvathara, który szuka informacji ;)

 

Co do Wokulskiego: on już działa w całkowicie innych warunkach, bliższych naszym. W drugiej połowie XIX w. pojawiają się już pierwsze wielkie magazyny czy “składy towarów różnych”, a prowadzący je ludzie mają całą rzeszę dostawców z różnych branż. Rzymianie pewnie byliby w stanie to ogarnąć, bo transport mieli całkiem niezły. Grecka agora była też czymś pośrednim między targiem a centrum handlowym, bo właśnie były małe sklepiki skupione na sporej powierzchni. Średniowiecze, zwłaszcza wczesne, to  skąpe szlaki handlowe i stosunkowo nikła sieć komunikacyjna.

http://altronapoleone.home.blog

Niom :) mózg mi skwierczy heart

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Warto jeszcze dodać, że do XVII/XVIII w. rzemieślnikom i kupcom nie wypadało stosować reklamy (włącznie z widoczną z ulicy wystawą towarów). To raczej też nie sprzyjało nadawaniu nazw sklepom, bo ważna była renoma konkretnego mistrza/majstra, a nie oderwana od osoby marka wytwórni czy sklepu.

Z tą reklamą to chyba różnie bywało, bo pamiętam z jakichś archiwaliów bardzo stare “reklamy”, no i były szyldy, ale to akurat pewnie były obyczaje bardzo lokalne i wysoce zmienne. Natomiast jeszcze bardzo długo, do całkiem niedawna, sklepy/warsztaty nazywały się po prostu “Szewc Nowak” czy “Kowalstwo Kowalski” ;) Marki w nowoczesnym rozumieniu pojawiają się chyba dopiero w XIX w. – i charakterystycznie nadal są związane z nazwiskiem założyciela. O Louisie Vuittonie i początkach tej marki pisałam kiedyś na zlinkowanym w podpisie blogu pod hasłem “Pakowacz Jej Cesarskiej Mości”, a sama w Krakowie, jeśli podam nazwisko panieńskie Mamy, wciąż jestem rozpoznawalna jako przynależna rodzinnie do jednej z największych lokalnie firm optycznych (nie żebym w praktyce wiele z tego miała, firmę przejęła młodsza linia). Nazwy oderwane od nazwiska to ewidentnie jeszcze późniejszy wymysł.

http://altronapoleone.home.blog

Aptekarz kupował w składach, ale i produkował farby (miał terpentynę, pokost), z wosku i łoju wytwarzał świece. Sprzedawał artykuły biurowe, np. pergamin, papier, ozdobny sznurek, lak, karty do gry, kolorowe inkausty czyli atramenty. W aptekach nabywano kosmetyki (monopol na nie do XVIII w.), np. obmywacze (lotion), perfumy i płyny do farbowania włosów, proszek do zębów (z pumeksem) i szczoteczki do zębów [2].

 

Podkreślenie moje.

Źródło.

“w surowcach leczniczych szukał czynnika „quinta essentia” (ciało czynne).”

Eee, nie? Piąty żywioł to eter :) Poza tym fajny artykuł.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

A “piąta esencja” to nie było samo gęste, ekstrakt ekstraktów?

Babska logika rządzi!

Nie, “essentia” to tutaj żywioł. W sensie, jeden z pierwiastków tworzących świat (w lengłydżu “element”).

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Kurczę, potrzebuję jeszcze drugiej informacji. Od kilku dni tego szukam, ale znów Google męczy mnie wyszukując osobno każde słowo z mojej, długiej frazy :

 

“Ile dziennie (ew miesięcznie) żywości i jakiej, zjadali mieszkańcy średniowiecznego miasta”

 

Chodzi mi tutaj o takie z około tysiącem mieszkańców, będę bardzo wdzięczny za pomoc, bo długo się z tym już męczę :( chciałem opisać zakup dostawy do głodującego miasta i nie wiem ile tego żarcia musi być :(

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Zasadniczo ludzie zawsze jedli średnio tyle samo, z zastrzeżeniem oczywiście, że czasami im żarcia brakowało ;) Ale zapotrzebowanie energetyczne itd. nie jest zależne od epoki. Oczywiście na to, co jedli i ile, wpływały warunki społeczne, więc nader często nie dojadano. Niemniej jeśli chcesz kupować dostawę do głodującego miasta (hmm, nie bardzo to widzę, ale może doprecyzujesz, skąd ma być ta dostawa, dlaczego miasto głoduje i różne takie, bo widzę tu niebezpieczeństwo anachronizmu), to dla swojego średniowiecza potrzebujesz tyle samo żywności co dla każdych innych czasów w sensie czysto ilościowym, jeśli chcesz ludzi naprawdę nakarmić.

Zapewne w jakimś specjalistycznym artykule znalazłbyś szczegółowe informacje o tym, co zjadano i w jakich ilościach, niestety popularne książki w rodzaju “życie codzienne” rzadko podają takie konkrety.

http://altronapoleone.home.blog

Miasto głoduje bo trwa 5 miesięczna zima, a dostawa jest z oddalonego o 4 dni drogi (6-8 zimą) miasta. :)

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Przede wszystkim musisz sobie odpowiedzieć na pytanie, jakim cudem, skoro w jednym mieście zima doprowadziła do tragicznej sytuacji głodu, w innym mieście, nie aż tak odległym, więc zapewne położonym w podobnej strefie klimatycznej, mają tak ogromne nadwyżki żywności, że wyżywią siebie i jeszcze drugie miasto. Miasta w ogóle nie były wytwórcami żywności, więc przy ostrej zimie mała szansa, że po sąsiedzku będą mieli jak pomóc.

I jeszcze kolejne pytanie: jak podczas tej zimy (skoro zimą 6-8 dni) to dostarczyć. Przecież to jest ogromne przedsięwzięcie logistyczne, a średniowiecze to nie jest epoka szczególnie dobrze rozwiniętego transportu.

http://altronapoleone.home.blog

Ci z miasta B mieli o wiele większy spichrz, poza tym wokół tego drugiego miasta są rozległe obszary wiejskie.

Master of masters : J.R.R.Tolkien

A po co mieli taki ogromny spichlerz? Żywność się psuje, więc raczej nie trzymano jej w wielkich nadmiarach, zdolnych wyżywić drugie miasto. Pachnie to narrative device, ostrzegam.

http://altronapoleone.home.blog

Żyją z handlu, poza tym … jakby to ująć … spichrz jest na górze pośrodku przełęczy (mróz) i chodzi mi tu głównie o przechowywanie zbóż, kaszy i suszonego mięsa oraz przetworów i win.

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Oesu. Nie wyobrażam sobie funkcjonowania tej społeczności XD

 

Spichrz na górze oznacza ogromny wysiłek z zanoszeniem tam i znoszeniem żywności. Na to, żeby mróz utrzymywał się na jakimś szczycie przez cały rok, ten szczyt musiałby być bardzo wysoko, być w zasadzie pokryty wiecznym śniegiem i być w zasadzie niedostępny dla ludzi na tym poziomie cywilizacyjnym. Nie przypadkiem pierwsze wejście na Mont Blanc to końcowka XVIII w., a to jest wg skali alpinistycznych łatwy szczyt. Nieopłacalne, niepraktyczne. Nawet nie bardzo opłacalne dla skrajnie ekstensywnej gospodarki, gdzie większość pracy wykonują niewolnicy. W dodatku zboże i jego przetwory, jak kasza – w niezabezpieczonym mroźnym środowisku zawilgną i nie będą się do niczego nadawały.

Dopóki nie mówimy o strefie zwrotnikowej, to w dawnych czasach składowano lód (z zimy albo przynoszony z lodowców) w piwniczkach. Oczywiście to była głównie domena ludzi zamożnych, ale takie lodownie potrafiły być ogromne i nieźle funkcjonujące. Jeśli wytworzyło się dostatecznie zimne środowisko, to potem ten lód długo się utrzymywał sam z siebie poniekąd. Takie prawie perpetuum mobile lodowe. Na lato wystarczało. Czysto teoretycznie miasto mogłoby w coś takiego zainwestować, ale tu się pojawia pytanie o ustrój panujący w Twoim świecie. Czy miasto (miasto-państwo?) pełni w nim kluczową rolę, bo to by było dość nietypowe, choć owszem, nawet pomijając greckie poleis, już u progu nowożytności mamy takie organizmy państwowe, w Italii nawet w średniowieczu mamy de facto system księstw i republik opartych na dużym mieście. Ale one zazwyczaj były ze sobą w stanie jeśli nie wojny, to niechęci i cenne zapasy raczej by trzymały dla siebie. Pamiętaj, że to czasy, kiedy nie wynaleziono jeszcze akcji humanitarnych i większość ludzi pomyślałaby “w X umierają z głodu? szkoda ich, ale dobrze, że nie u nas”.

Skądinąd “góra na środku przełęczy”? Znaczy jest przełęcz między dwiema górami czy pasmami górskimi, a na środku tej przełęczy jeszcze jedna góra? ;) To trochę dziwaczne ukształtowanie terenu.

Ogólnie: nie kupuję tego.

http://altronapoleone.home.blog

Iluvatharze, zamiast kombinować z olbrzymimi spichrzami pośrodku przełęczy, zrób może tak, że zapasy w tym głodującym mieście były źle zabezpieczone i wyżarły je jakieś gryzonie czy inne miejscowe szkodniki, którym zima też ostro dała się we znaki.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Bolly, dzięki za głos rozsądku, ale mam wrażenie, że spichrz w dziwnym miejscu to w tym dobrze zabezpieczonym mieście XD

http://altronapoleone.home.blog

No ja wiem, i tym właśnie sposobem uniknęlibyśmy takiego rozwiązania. Oba miasta miały jednakowe, całkiem zwyczajne, nie-górskie spichlerze, w których znajdowało się dość żywności na tak długą zimę, nawet z nadwyżką, ale w jednym szczury czy inne wygłodniałe szkodniki wlazły przez dziurę w ścianie/podłodze i wszystko wyżarły. Albo zepsuła się, bo była źle przechowywana, albo jacyś złodzieje rozkradli, whatever.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

A, to tak :)

http://altronapoleone.home.blog

Dobra … inaczej, Spichrz jest przez większość roku w zasięgu mrozu, nie cały, ale magazynuje się tam tylko żywność przeznaczoną na handel. Mogę ten spichrz trochę przemieścić ale chodziło o handel przez przełęcz, wiem że jak na średniowiecze to ciężko to sobie wyobrazić, ale to jest takie … low fantasy, więc skalę i na niektóre rozwiązania można przymknąć oko.

 

Ja szukam tylko ile żywności potrzebowałoby 1000 ludzi na dzień i sobie poradzę :D

 

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Przy 150% widać wszystko. Oczywiście : zielony – najniższy, żółty – wyższy, pomarańczowy – jeszcze wyższy i czerwony – jeszcze wyższy teren. Róż to już trzy-pięciokilometrowe góry.

 

“Góra na środku przełęczy” odnosi się do tego kawałka, na którym stoi Donjon, nie wiedziałem jak to inaczej nazwać.

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Bolly

 

W pierwszym mieście żywności brakło z powodu przedłużającej się, pięciomiesięcznej zimy (gryzoni też) :)

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Sytuacja typowo cyberpunkowa – facet ma wszczep w mózgu, który przy wykonywaniu jakiejś czynności zaczyna wyświetlać komunikaty, próbując go powstrzymać. Bohater zna jakiś “myk”, którym nielegalnie wyłącza sobie to oprogramowanie w głowie, przynajmniej na jakiś czas. 

@MordercaBezSerca

 

Trochę spóźnionym, ale chciałem dorzucić do Mytrixowych pomysłów (blokada sygnałów odcięłaby całe konkretne urządzenie bo – z moją ograniczoną wiedzą o biologii i neurlogii – zakładam, że sprzet albo jest “wpięty w nerwy” albo połączony z konkretnymi obszarami w mózgu)

→ czy istnieje jakikolwiek port serwisowy, gniazdo, coś podskórnego – wyobrażałbym sobie, że musi, bo serwisować te wszczepy przecież trzeba; generalna tendencja jest taka, że robi się sprzet programowalny, tzn. mozna zawsze firmware jakoś podmienić, tak jak się podmienia soft w samochodach, by wycisnąć więcej z silnika – architektura podobna, dużo mniejszych jednostek odpowiedzialnych za konkretne zadania; spięte w sieci; wszczepy podobnie; coś może je koordynować, więc pewnie jest jakiś “master” – główny neuroprocesor, jakieś gniazda na podłączenie sprzętów i wówczas a) albo podmianka oprogramowania u “ripperdoca”/hakiera na takie, które daje “konsolę” – możliwość wydawania zaawansowanych komend sterujących sprzetem (coś na zasadzie komputera serwisowego łączonego do gniazda w aucie) b) coś, co odetnie wszczep na stałe/tymczasowo blokując jakiś obszar mózgu, jakiś środek farmakologiczny lub chemiczny, tak jak Mytrix podpowiadał (efekty uboczne byłyby ciekawe)

Taki port serwisowy może być fizyczny, może być radiowy czy nawet optyczny, generalnie zawsze jakaś ścieżka podmiany “firmware” jest.

Zawsze tez wbudowuje się możliwość resetu danego urządzenia w jakiś określony sposób, takiego “twardego” – może jest to sekwencja gestów, wizualizacji lub słów, z którymi coś jest związane w pracy mózgu i systemu nerwowego w obszarze, w którym podłączony jest wszczep (to już w kategorii bardziej fiction)

Względnie stare, dobre odcięcie zasilania. PRawdopodobnie fizyczne i bardzo bolesne dla nosiciela wszczepu, ale najpewniej wykonalne nawet w warunkach polowych (zależy też dokłądnie o jakim wszczepie myślisz)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Iluvathar, czy to jest coś w rodzaju Minas Tirith 2.0? Ale kombinujesz. No i jeśli zanim zaczniesz pisać, musisz sobie rysować mapki w Paintcie, to daleko nie zajedziesz. Przepraszam, ale rzygać mi się chce, gdy widzę, jak kolejny, być może całkiem utalentowany autor marnuje się, próbując naśladować Tolkiena, który może i dobry był w zabawę w wymyślanie światów, ale w moim odczuciu pisarzem był słabym.

 

W pierwszym mieście żywności brakło z powodu przedłużającej się, pięciomiesięcznej zimy (gryzoni też) :)

Umiem czytać. Podobnie jak drakaina uważam po prostu, że to mało sensowne.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Bolly

 

Hola, hola ...

 

Mówiąc szczerze nie inspirowałem się Minas Tirith, miasto zaczęło je przypominać dopiero, kiedy kombinowałem jak umieścić jego część jeszcze na przełęczy. I nie marnuję się próbując naśladować Tolkiena, w tej książce, którą teraz piszę tylko to miasto jest trochę podobne, tak czy owak za Minas Tirith nie było przełęczy i nie było to miasto państwo o handlowym znaczeniu.

 

Poza tym, czy każde miasto o kilku kolistych murach musi być od razu zrzynaniem ? Czy Tolkien ma na to monopol ? Wiem, jak to wygląda, ale naprawdę, mogę ci przysiąc, że się nim nie inspirowałem, nie w tym przypadku. W środku zaś mieszkają ludzie z francuskim akcentem :) (ciekawostka)

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Nie było przełęczy, ale była droga wiodąca do grobowców królów Gondoru. Były też linie murów opasujące kolejne poziomy wznoszące się coraz wyżej na zboczu góry, i właśnie one nasunęły mi skojarzenie z Minas Tirith, a w połączeniu z twoim nickiem inspiracja wydała mi się oczywista.

 

PS. Może nie marnujesz się, naśladując Tolkiena, ale na pewno marnujesz się, pisząc o miastach-państwach o handlowym znaczeniu podejmujących akcje humanitarne. Weź może opowiedz jakąś historię w skali mikro, koncentrującą się wokół ciekawego bohatera, to nie będziesz musiał zaprzątać sobie głowy problemami w stylu pojemności tysiąca mieszczańskich żołądków.

 

PPS. Książek się nie pisze. Powieści się pisze. Książka to jest oprawiony papier, na którym wydrukowano powieść.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Bolly

 

Drogę wiodącą do grobowców królów trudno nazwać szeroką przełęczą biegnącą na wylot przez pasmo górskie i nie miałem na myśli akcji humanitarnej tylko zakup żywności. Napisałem “książka” ze względu na objętość tego dzieła, tak się zwykle robi, więc prosiłbym abyś nie czepiał się każdego mojego słowa. Nikt tu nie chce cię atakować.

 

“Weź może opowiedz jakąś historię w skali mikro, koncentrującą się wokół ciekawego bohatera, to nie będziesz musiał zaprzątać sobie głowy problemami w stylu pojemności tysiąca mieszczańskich żołądków.”

 

Nie zarzucaj mi, że w moim dziele nie ma ciekawego bohatera, bo tego nie masz prawa wiedzieć, nigdzie nie opublikowałem tej powieści.

 

Co do nicku się zgadza, bo fantasy Tolkiena jest moim ulubionym, ale jeśli wystarczy, że linie murów wspinają się na zbocze góry … a da się inaczej ? Jeśli miasto jest na zboczu to muszą się wspinać po owym zboczu. Zresztą czy widziałeś przed Minas Tirith jezioro z tamą ?

 

Rysunek był zaś robiony na szybko i miał być tylko czytelny, a zrobiłem go w CorelDraw i uwaga – po opisaniu miasta tekstowo.

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Napisałem “książka” ze względu na objętość tego dzieła, tak się zwykle robi

Co nie znaczy, że to poprawne.

 

Nie zarzucaj mi, że w moim dziele nie ma ciekawego bohatera, bo tego nie masz prawa wiedzieć, nigdzie nie opublikowałem tej powieści.

Pożyjemy, zobaczymy.

 

Rysunek był zaś robiony na szybko i miał być tylko czytelny, a zrobiłem go w CorelDraw i uwaga – po opisaniu miasta tekstowo.

W czym zrobiłeś, w tym zrobiłeś. Bardziej martwi mnie wątpliwa praktyczność całej tej lokacji – miastu wciśniętemu pomiędzy wysokie góry zagrażają lawiny, wiosenne powodzie (które zapewne przyczyniły się do powstania tego jeziora), nie mówiąc już o zimnie. A że tą przełęczą biegnie ważny szlak kupiecki? Nie trzeba siedzieć na samej przełęczy, żeby ją skutecznie kontrolować. Na miejscu założyciela tego miasta rozejrzałbym się za dogodniejszą lokalizacją w pobliżu.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Cóż, mam inne zdanie, bo dzięki tej lokalizacji przez przełęcz nie przedostanie się nikt niepowołany, wiem o zagrożeniach lawinowych i powodziach, ale uznałem że w fantasy (wiem, że to nie jest wytłumaczenie na wszystko, ale wyjaśnia lekkie podkręcanie atrakcyjności wizualnej lokacji) mogę na to przymknąć oko, nie na wszystko oczywiście.

Proszę tylko jeszcze, abyś nie atakował kogoś tylko dlatego, że lubi twórczość Tolkiena, podczas gdy ty jej nie znosisz, choć jak już mówiłem poza paroma podobieństwami do Minas Tirith (myślę że to jakaś jedna trzecia elementów tego miasta jest podobna) ta powieść nie ma z Tolkienem niemal nic wspólnego.

(Istnienie elfów też bowiem nie powoduje, iż jest to ewidentna zrzynka).

Życzę miłego dnia i udanych opowiadań :)

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Iluvathar, wchodzisz w niebezpieczny dla autora etap. Piszę to bez szydery, ogólnie: ludzie na forum chcą pomóc, nie przeszkadzać :D

Algir ?

 

Ja tylko próbuję się wybronić. Smuci mnie, że każde miasto na zboczu gór od razu uznaje się za Tolkienowskie, nawet nie próbując doszukać się różnic. Po za tym ja nic nie pisałem o “rzyganiu” na widok czegoś co przypomina nieco twórczość tego autora.

 

I gdzie u Bolly’iego widzisz pomoc ?

 

Dopiero w trzecim komentarzu napisał coś konstruktywnego :

“Bardziej martwi mnie wątpliwa praktyczność całej tej lokacji – miastu wciśniętemu pomiędzy wysokie góry zagrażają lawiny, wiosenne powodzie (które zapewne przyczyniły się do powstania tego jeziora), nie mówiąc już o zimnie. A że tą przełęczą biegnie ważny szlak kupiecki? Nie trzeba siedzieć na samej przełęczy, żeby ją skutecznie kontrolować. Na miejscu założyciela tego miasta rozejrzałbym się za dogodniejszą lokalizacją w pobliżu.”

O taką pomoc mi chodziło. Wcześniej był tylko atak.

 

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Iluvathar, rób jak chcesz ;) Zdradzę Ci sekret: nie ma potrzeby, żeby bronić własnego tekstu.

 

Wcześniej dostałeś olbrzymią pomoc: wyraźną informację, że dla większości czytelników liczą się bohaterowie i opowiadana historia, nie sztafaż.

 

To wszystko poszło w złym kierunku: pytałeś o rzeczy praktyczne, na marginesie dostałeś bardzo ważne info dodatkowe, co z tym zrobisz – Twoja sprawa ;)

“Ile dziennie (ew miesięcznie) żywości i jakiej, zjadali mieszkańcy średniowiecznego miasta”

 

Nie wiem ;) Ale może tak:

przyjmijmy, że przeciętny człowiek zjada dziennie 2000 kcal (wliczając zarówno mężczyzn, jak i kobiety i dzieci). Pomnożyć to przez 1000 – mamy 2 000 000 kcal dziennie. Stąd już łatwo przeliczyć to na konkretne jedzenie, korzystając z kalkulatorów dietetycznych :)

2 mln kcal to będzie łącznie np:

kasza jaglana – 400 kg

uda z kurczaka – 200 kg

smalec – 48 kg

 

Oczywiście mówimy o mieście, które ma tyle jedzenia, ile potrzebuje. Część pewnie się marnuje, więc można by trochę dodać. Z tym że raczej nie potrzebujesz wyliczeń super dokładnych, a tylko orientacyjnych.

Wiadomo, że te ilości się zmienią, jeśli np. w mieście będą głównie mężczyźni pracujący fizycznie/trenujący walkę itd. No ale to wiadomo.

 

Czy to miasto kojarzy się z Minas Tirith? Tak. Czy skojarzyłoby mi się, gdyby nie Twój nick? Trudno powiedzieć (a Tolkiena znam i uwielbiam, szacunek forever). Czy mi to przeszkadza? Jeśli reszta powieści będzie dobra, to nie.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Edit:

ja bym olał to, że lawiny, że powodzie itd. Jeśli pomysł na miasto jest fajny, efektowny i w miarę z sensem, to jest to ważniejsze niż super poprawność. Przynajmniej ja tak uważam. Jeśli opowieść mnie wciągnie, to nie zastanawiam się nad takimi drobiazgami (jeśli mnie nie wciągnie to tym bardziej się nie zastanawiam).

A najgorsza zbrodnia, jaką możesz popełnić, to wrzucenie do powieści infodumpa informującego o tym, dlaczego miastu zagrażają lawiny. Albo dlaczego nie zagrażają. No chyba, ze jakieś jedno zdanie, żeby się ktoś nie przyczepił. Na pewno możesz coś wymyślić, żeby to było wiarygodne, jakieś czary albo co ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

El Lobo Muymalo

 

Bardzo ci dziękuję, jestem wdzięczny ! Nie miałem czasu aby się do tego przysiąść.

 

 

Algir

 

“Wcześniej dostałeś olbrzymią pomoc: wyraźną informację, że dla większości czytelników liczą się bohaterowie i opowiadana historia, nie sztafaż.”

 

To, że dla czytelników liczą się bohaterowie i historia (które u mnie są) Nie można nazwać pomocą, zwłaszcza, że o taką nie prosiłem i jest to oczywiste. Pytałem tylko o żywność, bo to mi było potrzebne do realistyczniejszej otoczki powieści low fantasy. Mogę cię jednak uspokoić, że miasto to nie pełni u mnie absolutnie roli wiodącej i tylko przewija się w tle (jedna, może dwie wizyty głównego bohatera).

Nic nie poradzę na to, że uwielbiam góry i lubię umieszczać miasta na ich zboczach lub szczytach wzgórz, uważam tylko że to krzywdzące aby każde z takich miast nazywać kopią Minas Tirith. Starałem się jak mogłem aby poza okrągłymi tarasami, których jest defacto trzy, nic więcej nie przypominało stolicy Gondoru :)  Po prostu zaszło nieporozumienie.

 

Do nikogo nie mam urazy i serdecznie pozdrawiam :)

Master of masters : J.R.R.Tolkien

El Lobo Muymalo

 

Dzięki za miłe słowa, mam podobne podejście, choć u mnie najpierw jest realizm, a jak już nie da się go utrzymać to dopiero wtedy dodaje nieco magii :)

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Jeśli w świecie fantasy masz spójny system magiczny, to tejże magii zastosowanie jest właśnie realizmem :).

Żebyś mnie dobrze zrozumiał – nie polecam dodawania magii od czapy, że ogólnie w uniwersum jej nie ma, ale pojawia się nagle, kiedy chcesz uzasadnić brak lawin :D

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Tak się zastanawiam, czy las nie powinien stanowić swoistego falochronu przeciw lawinom.

Babska logika rządzi!

Finkla

 

Owszem, choć tutaj (między domami a górą) raczej by się nie zmieściły. No, ale większość miasta chroni przed lawinami mur. Chyba przedłużę go też pomiędzy kręgami tak aby od strony gór był :

rów i mur oddzielające domy od ośnieżonych skał :)

 

El Lobo Muymalo

 

Oczywiście, że rozumiem :) U mnie magia jest subtelna i nikła. Wspieranie morale siłą woli, wzmaganie strachu u wroga, zaklęte bronie nie świecą się i nie palą tylko są po prostu trochę ostrzejsze i rzadziej się łamią/tępią … etc. Medytacja uspokajająca w jakimś stopniu pogodę jest tutaj więc na miejscu :)

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Zresztą brak lawin można też wyjaśnić prądami suchego powietrza (nie ma czapy śnieżnej, nie ma lawiny), prawda ?

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Ale to by chyba musiało ładnie tym wiatrem napitalać, żeby nie powstała czapa śnieżna?

Ale nie znam się, niech się wypowie kto mądrzejszy.

Albo napisz, że krasnoludy zrobiły w górach centralne ogrzewanie xD

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Na przykład port Narwik w Norwegii. to chyba położony najbliżej bieguna północnego w miarę duży port. Nie zamarza jednak nigdy ponieważ są tam ciepłe prądy morskie. :) Zresztą wiatr może być słaby, ale ciepły, no nie wiem w ciągu dnia lub dwóch to rozwiążę :D

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Miasto może być położone pośrodku przełęczy, żeby kontrolować handel i pobierać cło od przebywających góry kupców (zakładając że po obu stronach pasma górskiego znajdują się kolejne miasta). Nie widzę nic złego w rysowaniu mapek w paincie. W momencie gdy w jednym mieście zabrakło żywności, w drugim natychmiast znaleźliby się zachęceni łatwym zarobkiem ludzie, którzy zaczęliby sprzedawać tam własne jedzenie po zawyżonej cenie. Skoro miasto głoduje od kilku miesięcy, widocznie do tego nie doszło – powinieneś jakoś to uzasadnić, np. lawiny zasypały przełęcze i kupcy nie mogli się do niego dostać. Albo władza drugiego miasta zakazała eksportu żywności, by wywrzeć na nich presję (np. żeby wynegocjować zmniejszenie ceł albo inne polityczne ustępstwa). Człowiek potrzebuje przyjmować do siebie około 2000 kalorii. Należy wyliczyć, ile gramów czy kilogramów zboża/mięsa/czegokolwiek innego przekłada się na 2000 kcal, a potem pomnożyć przez ludność. Zdesperowani pewnie zadowolą się 1700 kcal dziennie, ale ekspertem nie jestem. Spichlerz na szczycie góry to prawdopodobnie zły pomysł. Ale co z tego? Czasem ludzie popełniają błędy. Można wytłumaczyć, że gdy miasto powstawało, panujący w nim szlachcic kazał umieścić magazyny w tym a nie innym miejscu, bo zwyczajnie takie miał widzimisię, a błędu nikt mu nie wytykał, w końcu przecież nie mieli jeszcze inżynierów/architektów, bo mówimy o wczesnych początkach miasta, właściwie wioski. Chciał dobrze, tylko nie wyszło. Potem zbudowanej już infrastruktury nie opłacało się zmieniać. Lawinami bym się nie przejmował. Jeśli są, to ludzie się w ten czy inny sposób przyzwyczaili. Jeśli nie, to nie ma problemu. Co do składowania jedzenia i jego formie, w internecie znajduje się parę artykułów, np.:

 

https://historiamniejznanaizapomniana.wordpress.com/2015/08/14/jak-nasi-przodkowie-dawniej-przechowywali-zywnosc/

 

https://fanbojizycie.wordpress.com/2014/05/09/o-jedzeniu-w-sredniowieczu-cz-1/

 

Iluvatharze, piszesz kilkakrotnie, że chciałeś informacji, ile jedzą średniowieczni mieszczanie, bo chcesz realizmu. A następnie wymyślasz okoliczności, które kłócą się z jakimkolwiek realizmem. (I nie chodzi o to, czy jest magia, czy nie, bo, jak ktoś już słusznie zauważył, magia jest elementem fantasy).

No więc przyjmij do wiadomości, że dla realizmu w literaturze jest mało istotne, czy w swoim fantasylandzie dokładnie opiszesz cegłę, z jakiej zbudowano domy i oprzesz technologię jej wytwarzania na specjalistycznych pracach naukowych dotyczących wytwórstwa cegieł w danej epoce. To jest co najwyżej wartość dodana, coś, za co kumaty w temacie recenzent może pochwalić risercz i dbałość o szczegóły.

Znacznie ważniejsze jest wczucie się w mentalność epoki i unikanie anachronizmów związanych z narzucaniem naszych standardów dawnym czasom, nawet jeżeli to tylko stylizowana na nie fantasy. W tej chwili mam zresztą wrażenie déjà-vu, ponieważ dopiero co na grupie Polska Fantastyka na fb tłumaczyłam innemu aspirującemu pisarzowi, że pomysł, żeby w neolitycznym społeczeństwie wybuchła egalitarystyczna rewolucja jest, delikatnie mówiąc, od czapy. Tak samo z tą pomocą humanitarną.

Tu na dodatek wpadasz w pułapkę, o której wspominałam, mianowicie tzw. narrative device. Czyli takich rozwiązań światotwórczych lub fabularnych, które służą wyłącznie temu, żeby autor mógł bez przeszkód zrealizować swoje pomysły. Furda, czy to ma sens, ważne, żeby skoro wymyśliłem, że bohater coś zrobi, zrobił to, choćby i z pogwałceniem realizmu. Jak dla mnie tym właśnie jest ten ogromny spichrz. Nie widzę powodu, dla którego jakiekolwiek miasto w warunkach ustrojowo-gospodarczych, jakie musisz mieć przyjmując taki wzorzec historyczny, miałoby przechowywać gigantyczne nadmiary żywności. Nawet jeśli produkują nadwyżki, to je sprzedadzą. W warunkach, gdzie przechowywanie jest trudne, a zysk łatwy do uzyskania, nie będzie się ryzykować, że ta nadwyżka się zepsuje i nie będzie do niczego nadawała. Wymyślenie spichrza (gdzie? początkowo była góra z mrozem, teraz jest donżon – tak się to po polsku pisze – na środku  przełęczy...) jest więc właśnie narrative device – wymyśliłeś sobie, że jedno miasto ma pomóc drugiemu, więc wymyślasz rozwiązanie od czapy, byle dało się przeprowadzić tę akcję humanitarną.

Realistycznie to ludzie w tym głodującym mieście będą jedli wszystko, co się choćby śladowo nadaje do zjedzenia, a wierz mi, że jeszcze w XIX wieku na pewno jedzono (np. na biednych wsiach na przednówku albo i w oblężonych miastach): świece łojowe, wyroby skórzane, absolutnie wszystkie odpady kuchenne – obierki, najgorsze podroby. Będą łapać szczury i jeść szczury albo i myszy czy gołębie. Zjedzą psy, koty i konie, i cokolwiek innego będą mieli w mieście. W ostateczności uciekną się do kanibalizmu i będą się pożywiać świeżymi trupami. Będą gotować rosół na wygotowanych kilka razy kościach, będą wysysać z nich szpik. To jest realizm takiej sytuacji, a nie tadam, akurat po sąsiedzku jest miasto, które gromadzi drugie tyle zapasów, ile samo potrzebuje, w lodówce na szczycie góry, i akurat może nam te zapasy wysłać.

Podsumowując: wybrałeś na czynnik zwiększający realizm najmniej istotny element. Mało kto zwróci uwagę na to, ile w twoim mieście ludzie zjedzą rzepy, a ile kiełbasy, dopóki nie wyżywisz bez magii całego miasta jedną rzepą i jedną kiełbasą. Natomiast wielu krytycznie (w sensie: z pomyślunkiem, niekoniecznie z uprzedzeniem) podchodzących do lektury czytelników będzie miało wątpliwości, czy takie rozwiązanie, jakie sobie wymyśliłeś, ma sens, bo zbyt wiele czynników tu kuleje.

http://altronapoleone.home.blog

A jeśli przechowują większe zapasy na wypadek oblężenia?

I Iluvathar chyba pisał o handlu, a nie pomocy humanitarnej.

Babska logika rządzi!

Dla mnie to nadal bardzo naciągane. Oblężenia zazwyczaj nie następują nagle, a jak już nastąpią, to przede wszystkim zaczyna się racjonowanie żywności, bo, jak pisałam wyżej, możliwości składowania są ograniczone. Jak rozumiem, to miasto jest przedstawicielem rozwiniętej jak na ten świat cywilizacji, więc raczej ma też siatkę szpiegów i wywiadowców i będzie wiedziało, że jakiś poważny nieprzyjaciel szykuje się do ataku czyli prawdopodobnie i oblężenia. W takiej sytuacji zacznie póki co możliwie cichaczem gromadzić dodatkowe zapasy (cichaczem, żeby nieprzyjaciel się nie zorientował, a i właśni mieszkańcy nie wpadli w panikę), a będzie też musiało przynajmniej częściowo wyżywić ludzi z wiosek.

Na dodatek nie mieliśmy zagrożenia oblężeniem w warunkach wyjściowych, a jeśli czują się zagrożeni oblężeniem, to znaczy, że w okolicy są siły zdolne im zagrozić na poważnie. Tak nawiasem mówiąc, wg mapy wróg może podejść z dwóch stron; jeśli istotnie boją się, że na przedpolu rozegra im się jakaś Bitwa Pięciu Armii (aczkolwiek ja nie miałam skojarzenia z Minas Tirith, m.in. dlatego że z mapy założyłam, że miasto siedzi na przełęczy, a nie na zboczu wysokich gór), to wioski powinni mieć po obu stronach tej przełęczy ;) Chyba że od północy jednak jest góra, ale wtedy nie mamy przełęczy ;)

Tak jeszcze na marginesie – doczytałam sobie na samej górze, że to głodujące miasto ma mieć tysiąc mieszkańców – to nawet na średniowiecze dziura, która ma niewielkie szanse na miejską lokację. Kraków przedlokacyjny miał 2000 mieszkańców, zaraz po lokacji liczebność wzrosła o 10 tys., potem aż do XIX w. w zasadzie co najwyżej się podwoiła (bo to fluktuowało).

A zapomniałam jeszcze w wyliczance, co można było zjeść w razie głodu, dodać korę drzew i wydłubywane spod śniegu korzenie, rośliny itd. Oraz owady, wiele owadów to wysokobiałkowa dieta, aczkolwiek tu wiele zależy od strefy klimatycznej i tego, czy to winter has come to coś nietypowego, czy też takie zimy są na porządku dziennym. Od tego ostatniego w ogóle bardzo dużo zależy.

http://altronapoleone.home.blog

Drakaina

 

“Tu na dodatek wpadasz w pułapkę, o której wspominałam, mianowicie tzw. narrative device. Czyli takich rozwiązań światotwórczych lub fabularnych, które służą wyłącznie temu, żeby autor mógł bez przeszkód zrealizować swoje pomysły. Furda, czy to ma sens, ważne, żeby skoro wymyśliłem, że bohater coś zrobi, zrobił to, choćby i z pogwałceniem realizmu. Jak dla mnie tym właśnie jest ten ogromny spichrz. Nie widzę powodu, dla którego jakiekolwiek miasto w warunkach ustrojowo-gospodarczych, jakie musisz mieć przyjmując taki wzorzec historyczny, miałoby przechowywać gigantyczne nadmiary żywności. Nawet jeśli produkują nadwyżki, to je sprzedadzą. W warunkach, gdzie przechowywanie jest trudne, a zysk łatwy do uzyskania, nie będzie się ryzykować, że ta nadwyżka się zepsuje i nie będzie do niczego nadawała. Wymyślenie spichrza (gdzie? początkowo była góra z mrozem, teraz jest donżon – tak się to po polsku pisze – na środku  przełęczy...) jest więc właśnie narrative device – wymyśliłeś sobie, że jedno miasto ma pomóc drugiemu, więc wymyślasz rozwiązanie od czapy, byle dało się przeprowadzić tę akcję humanitarną.”

 

To czy duży spichrz ma sens to już mój problem, nie to było tematem dyskusji, ale jak już mówiłem chodzi o handel ! Kurczę, przecież pisałem wyraźnie, nie chcę tu nikogo atakować. Miasto powstało jako blokada przełęczy i najważniejszy ośrodek handlowy w okolicy. Wybacz, ale nie wierzę, że wielki spichrz jest czymś aż tak absurdalnie oburzającym i rozwścieczającym twój umysł.

 

W tym pierwszym mieście jak już musisz wiedzieć też jest przełęcz, lecz o wiele wyżej i została zasypana, szkodniki dały się we znaki, ale przede wszystkim zima, która trwa 5 miesięcy. (nie chciałem zdradzać za wiele, zresztą miałem tylko jedno pytanie, więc to nie miało znaczenia)

A … zapomniałem dodać. To głodujące miasto jest już po oblężeniu (miesięcznym).

 

To co będą jeść akurat jestem w stanie się domyślić. Historia to był mój ulubiony przedmiot więc znam realia, naprawdę nie mogę ich trochę nagiąć ?

 

P.S. Jeśli po prostu jesteś na mnie zła za niedawną dyskusję na SB, to wiedz, że przeprosiłem już za to czat i żałuję, iż napisałem tam o paru teoriach spiskowych, w dodatku zbyt ostro. Tak czy owak obiecałem, że już nie będę pisać takich rzeczy.

 

Finkla

 

Też nie rozumiem co się tu dzieje :/

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Iluvatharze, ponieważ jak już ktoś stwierdził, stoisz na pozycji autora, który wie lepiej, to cała dyskusja w zasadzie nie ma sensu, zwłaszcza pytasz o mało ważny szczegół, a nie zauważasz większych problemów (takie źdźbło versus belka ;)). Jeśli masz dla nich wytłumaczenie – nie przejmuj się spojlerami, na tym portalu akurat jest dość mały odsetek docelowego czytelnika low fantasy, a na dodatek do czasu, kiedy to skończysz i wydasz (zakładając, że tak się stanie) docelowy czytelnik, który chciałby przeczytać całość, zdąży te szczegóły zapomnieć, jako że nasze życie nie obraca się wokół szczegółów pisanej przez ciebie powieści (tak, z tą książką też ktoś miał rację: książka to przedmiot, powieść – obszerne dzieło literackie; to trochę tak jak litera i głoska, znak wizualny i jego wartość dźwiękowa, czy cyfra i liczba – to wszystko różne pojęcia; książką jest też zbiór opowiadań, rozprawa naukowa czy tomik poezji).

Wielki spichrz nie “rozwściecza mojego umysłu”, cokolwiek by to miało znaczyć. Po prostu mając jakieś tam wyjściowe dane na temat świata i sytuacji uważam to, co sobie wymyśliłeś, za naciągane, ale to w końcu twój tekst i to ciebie czytelnicy będą w razie czego krytykować, więc skoro uważasz, że jedynym problemem realizmu w tym świecie jest ile ludzie zjadają, to proszę bardzo, droga wolna, pisz po swojemu. Tylko potem nie płacz, jeśli czytelnicy będą się czepiać. I pamiętaj, że wydany tekst zostaje z czytelnikiem sam, autor nie może go już bronić w komentarzach.

 

Realia możesz naginać, bo opisywanie dawnych czasów z zachowaniem absolutnie wszelkich szczegółów byłoby dla współczesnego czytelnika niestrawne, a świat niewiarygodny. Np. w połowie XIX w. i nieco później mężczyźni powszechnie nosili gorsety, żeby kształtować sylwetkę – kto by dziś to łyknął na poważnie i w dużych ilościach w powieści, zwłaszcza dla działającego bohatera? Niemniej naginanie musi się również tłumaczyć po pierwsze w obrębie świata przedstawionego, a powinieneś unikać infodumpów czyli tłumaczenia, dlaczego świat działa jak działa – powinieneś to pokazać, a nie opisać.  Po drugie w obrębie rozsądku i sensu praktycznego, oraz bez rażących anachronizmów. Chcesz mieć wielki spichrz – wymyśl takie powody, w które czytelnik naprawdę uwierzy (autorska deklaracja nie wystarczy), wrzuć je subtelnie w tekst, nie jako infodump, i możesz mieć nawet całe miasto spichrzy. Na razie jest to narrative device, bo chcesz, żeby to miasto uratowało to drugie miasto (skądinąd w tym ze spichrzem nie ma pięciomiesięcznej zimy?) i po to jest ci ten spichrz. Czytelnik takie rzeczy wyłapuje, naprawdę.

Natomiast na dodatek zaczynam mieć wątpliwości, czy wiesz, czym jest przełęcz ;) Albo też wyrażasz się kulawo, bo przełęcz to nie coś co “ma” miasto, co najwyżej miasta są budowane na przełęczach.

 

W zasadzie już bez odbioru, bo patrz sam początek.

 

PS. Sugestię, że wyżywam się za jakąś dyskusję na SB mogłabym uznać za obraźliwą, ale postaram się tego nie zrobić. Natomiast mam ciężkiego fioła na punkcie historii alternatywnych i wykorzystania historii w fantastyce – tylko tyle i aż tyle. I po prostu staram się ludziom – także na konwentach – tłumaczyć, jak unikać podstawowych błędów w kreowaniu historycznych uniwersów, gdzie leżą pułapki.

 

 

http://altronapoleone.home.blog

Drakaina

 

Czyli temat zamknięty, przepraszam jeśli cię jakoś uraziłem tym “wyżywaniem”, ale przez chwilę takie odniosłem wrażenie, skoro jednak twierdzisz, że go nie było to spoko, mój błąd.  Mówiąc o mieście, które ma przełęcz po prostu się spieszyłem z pisaniem i dlatego nie doprecyzowałem, nie zabijaj mnie za to.

 

Pozdrawiam serdecznie

Master of masters : J.R.R.Tolkien

PS 2. [dopisywałam tam, ale zdążyłeś odpisać] Ponieważ lubię zabawy w althistorie i altświaty, a chwilowo czekam na telefon z serwisu samochodowego, wymyśliłam w miarę trzymający się kupy scenariusz, w którym istnieje miasto, które nie dość, że kontroluje główny szlak handlowy, to na dodatek posiada ogromne spichrze (powinno jeszcze mieć wyspecjalizowanych magów, którzy chronią te zapasy). Otóż wyobraźmy sobie, że to miasto znajduje się w jedynym miejscu w dużej okolicy, gdzie właściwie nie ma katastrof naturalnych: przedłużających się zim, powodzi, zaraz, oblężeń (jest na tyle potężne, że nikt mu nie podskoczy), nadmiernie rozmnażających się gryzoni (to może właśnie kontrolować magią). Powody – do wymyślenia w obrębie fantasy z magią, zwłaszcza gdyby to miasto miało na nią monopol, a naturalne ukształtowanie terenu też można wykorzystać. Takie miasto w pewnym sensie żeruje na nieszczęściach spotykających sąsiadów, winduje ceny żywności – choć w granicach rozsądku: nie może sąsiadów całkiem wykończyć, bo i jego interes na tym padnie – i uzależnia inne miasta od siebie, wyrastając na lokalnego hegemona. Wiedząc, że w każdym roku zdarzy się co najmniej jedna katastrofa gdzieś w okolicy, takie miasto czy państewko może żyć z gromadzenia zapasów na sprzedaż innym. I może je spotkać katastrofa gospodarcza, jeśli będzie rok albo i dwa bez katastrof gdzie indziej ;)

http://altronapoleone.home.blog

Chciałbym zaznaczyć, że takie miasto, jak narysowane na mapce, będzie kojarzyło się z Tolkienem z samej popularności Minas Tirith. Nieważne, czy się nim inspirowałeś, czy nie – czytelnik tego nie wie. Mnie się od razu skojarzyło i gwarantuję, że wielu pomyśli podobnie. Tak samo elfy – nie wiem, jak je opisałeś, ale jeśli przypominają tolkienowskie, to będziesz kolejna cegiełka to “zrzynki”. Taki jest problem z fantasy, że siedzisz zawsze w cieniu Tolkiena albo teraz Martina z Grą i musisz uważać, aby ten cień nie przysłonił cię całego.

Jeśli dostarczenie żywności nie jest tak bardzo ważne dla powieści, to nie opisuj, ile jej jest. Niech wozów będziesz kilkadziesiąt i tyle. Każdy już sobie wyobrazi resztę.

Zanais

 

Święta racja przyjacielu

 

Drakaina

 

Dziękuję za ciekawy komentarz

 

Do wszystkich

 

Myślę, że możemy już zamknąć temat i zająć się czymś nowym (jak tylko się pojawi)

 

 :)

Master of masters : J.R.R.Tolkien

I gdzie u Bolly’iego widzisz pomoc ?

 

Dopiero w trzecim komentarzu napisał coś konstruktywnego :

A nie przegapiłeś przypadkiem mojego pierwszego posta, w którym w związku z uzasadnionymi zarzutami postawionymi przez drakainę radziłem Ci, żebyś przestał kombinować i podrzuciłem pomysł ze szczurami? Może później byłem nieco za ostry, za co przepraszam, ale z tym atakowaniem przesadzasz.

 

Pytałem tylko o żywność, bo to mi było potrzebne do realistyczniejszej otoczki powieści low fantasy.

Tak właściwie, to ja nie rozumiem, po co Ci konkretne wartości liczbowe. Chyba nie zamierzasz wymieniać w powieści, że miasto A wysłało do miasta B X kilogramów pszenicy, Y kilogramów kaszy itd.? Ja na pewno nie chciałbym czegoś takiego czytać. Uważam, że w fantasy lepiej unikać podawania konkretnych miar i wag, ale w miarę w możności posługiwać się ogólnikami (“z miasta A przywieziono dość żywności, by widmo śmierci głodowej przynajmniej na razie przestało zaglądać mieszkańcom B w oczy“) albo obrazowym porównaniem (“z miasta A przywieziono tyle worków z pszenicą, że ułożona z nich sterta zdawała się wygłodniałym mieszkańcom B piętrzyć aż pod niebiosa”).

 

Realistycznie to ludzie w tym głodującym mieście będą jedli wszystko, co się choćby śladowo nadaje do zjedzenia, a wierz mi, że jeszcze w XIX wieku na pewno jedzono (np. na biednych wsiach na przednówku albo i w oblężonych miastach): świece łojowe, wyroby skórzane, absolutnie wszystkie odpady kuchenne – obierki, najgorsze podroby. Będą łapać szczury i jeść szczury albo i myszy czy gołębie. Zjedzą psy, koty i konie, i cokolwiek innego będą mieli w mieście.

Słyszałem, że podczas oblężenia Paryża przez Prusaków w 1871r. mieszkańcy zjedli nawet słonia z zoo.

 

Kraków przedlokacyjny miał 2000 mieszkańców, zaraz po lokacji liczebność wzrosła o 10 tys., potem aż do XIX w. w zasadzie co najwyżej się podwoiła (bo to fluktuowało).

Serio? Czytam sobie właśnie “Kopię i warkocze” Stefana Majchrowskiego, gdzie akcja toczy się za panowania Aleksandra Jagiellończyka, i gdy bohater, młody szlachcic, wjeżdża do stołecznego Krakowa, dowiaduje się, że mieszka tam aż osiemdziesiąt tysięcy ludzi. Może chodziło o osiem, a nie osiemdziesiąt tysięcy, ale dam głowę, że stało tam jak byk “óśm dziesiąt/dziesiątek”.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Bolly

 

Nic się nie stało, po prostu zaszło nieporozumienie, nie prosiłem o rady do powodów głodu, bo są one już u mnie w powieści gotowe i nie chciałem o nich za bardzo rozmawiać. Myślę, że wszyscy tu trochę przesadziliśmy :D

 

Chciałem w przybliżeniu podać wagę tego żarcia, aby była negocjacja na temat ceny z handlarzem, dlatego wolałem mieć tą ilość jedzenia. Co do słonia to nie wiem, bo u mnie już korę i robaki jedzą :)

 

Ale naprawdę, nie piszmy już o tym, niech inni też skorzystają z forum :)

 

Pozdrawiam :)

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Mamy tu kogoś, kto zna się na energetyce? 

Konkretne pytanie – czy zdarza się, że linie wysokiego napięcia są ciągnięte pod ziemią?

Mój tata elektryk mówi :

 

Zdarza się, ale jak są pod ziemią to nie są to linie, tylko kable (Linie, te na powierzchni mają gołe druty).

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Ok, pytanie dodatkowe. Jeżeli te kable już są pod ziemią, to są jakoś dodatkowo zabezpieczone przed uszkodzeniem?

No oczywiście, że tak, ale to zależy ile ten kto to zamówił zapłaci, tzn na pewno są w gumie, do tego można dorzucić … wiesz co to są peszle ? Z plastiku albo z metalu.

 

Master of masters : J.R.R.Tolkien

No i właściwie to wystarczy, chyba że to na dnie oceanu jest to wtedy wszystko jest grubsze, albo jest kilka dodatkowych warstw. Ewentualnie w tunelu serwisowym.

 

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Takie mam pytanie: czy istnieje przeciwwskazanie do występowania na terenie tego samego pasma górskiego granitu i diamentów? Czyli prościej: czy w górach z granitowymi skałami może być, teoretycznie, kopalnia diamentów? Gugluję i nie widzę przeciwwskazań, ale jesli ktoś coś wie, to bardzo proszę o info. :)

Ja też nie widzę, diamenty są w skałach wylewnych (takich przyjaznych i miłych XD), ale spytaj jeszcze Chrościska na priv, bo on rzadko tu bywa, a jest miejscowym specem od geologii, grafii i innych geoów ;)

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Nie jestem geolog, a górnik. Z tego, co mnie uczono, to wyróżniamy dwa rodzaje złóż diamentów: pierwotne i wtórne.

 

Te pierwsze to głównie kominy kimberlitowe i inne formacje powstałe w skutek działalności wulkanicznej. 

Złoża wtórne to zwykle osady (np. złoża aluwialne), powstałe na skutek działalności rzek, lodowców, mórz itp. Diamenty są przez nie wypłukane ze złóż pierwotnych, przetransportowane i zdeponowane w innym miejscu – u podnóża góry, lub na dnie koryta rzeki. 

 

W obu mogą współistnieć granity i diamenty, oraz inne skały wulkaniczne – kimberlit, gabro, sjenit, bazalt. We wtórnych także młodsze wapienie, piaskowce i inne skały osadowe. Diamenty i tak będą dużo starsze niż otaczające skały, bo powstają bardzo głęboko, w wysokiej temperaturze i ciśnieniu. 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Ok, pytanie dodatkowe. Jeżeli te kable już są pod ziemią, to są jakoś dodatkowo zabezpieczone przed uszkodzeniem?

 

None – hasło dla Ciebie: przewód oponowy. Wstukaj w google i wszystko będzie jasne :D. 

 

Jak się kładzie kabel w terenie zabudowanym bezpośrednio w ziemi, to zakopuje się nad nim (ok. 0,5 -1 m) żółtą taśmę ostrzegawczą. Dawniej ( lata `50 – `80) układało się listewki drewniane. Chodziło o to, że w wypadku, gdy ktoś tam kopał, to najpierw wyciągnie taśmę i się zorientuje, że coś tam jest, zanim koparką przetnie kabel. Ta sama procedura dla  rur gazowych. 

 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Dzięki, Tarnino i Morderco. :) O tych rodzajach złóż oraz wieku diamentów sobie już właśnie poczytałam. Tylko nie znalazłam żadnych gór z granitowymi skałami, w których akurat byłaby kopalnia diamentów, stąd pytanie, czy może jest jakiś myk, który z jakiegoś powodu wykluczałby ich współistnienie. Dzięki wielkie jeszcze raz.

Jak się kładzie kabel w terenie zabudowanym bezpośrednio w ziemi, to zakopuje się nad nim żółtą taśmę ostrzegawczą. Dawniej układało się listewki drewniane. Chodziło o to, że w wypadku, gdy ktoś tam kopał, to najpierw wyciągnie taśmę i się zorientuje, że coś tam jest

Jedne z pierwszych zajęć z metodyki archeologii – rola dżdżownic, kretów i innych ryjących w zaburzaniu stratygrafii. Skoro potrafią nieźle namieszać w warstwach przyrastających przez setki lat, to ciekawe jak to jest z tymi taśmami i listewkami?

 

http://altronapoleone.home.blog

Anegdota rodzinna: jeden ze spokrewnionych ze mną inżynierów nadzorował kiedyś prace ziemne i facet z koparką przeciął coś tak jakoś, że buchnął ogień (nie pamiętam). I przyleciał z krzykiem: – Panie kierowniku! Karlino!

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Wszystko zależy od dokładności tej stratygrafii :]. W warstwach o grubości kilku centymetrów to krety mogą pewnie namieszać, ale grubego kabla raczej nie ruszą na 1,5-3m głębokości. 

Te taśmy to dobry pomysł i pewnie uratowały wiele skór. Jak koparka w środku miasta wyciągnie takie cuś:

https://ekotelhurtownia.pl/produkt/tasma-ostrzegawcza-uwaga-kabel-telekomunikacyjny.html?gclid=Cj0KCQjw8vqGBhC_ARIsADMSd1C0aNRRJZqE8NpdQq7uSVW6i5Y9YQFjDyG1H9n01NIYl2SSKJAA7FAaAnzaEALw_wcB

 

to wiesz, że coś się dzieje :D. Wtedy trzeba się podpiąć emiterem impulsów do najbliższej skrzyneczki i przeskanować wykop. Najgorzej, jak się trafi na światłowód. Większość skanerów go nie czyta.  

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

W sumie zamarzająca woda też potrafi wypychać kamienie i skorupy na powierzchnię. Nie słyszałam o zwierzątkach, które budowałyby coś z kamieni, ale skoro przekopują ziemię? A w archeologii chodzi chyba o głębokość, na której się znajdują małe, lekkie, łatwe do przesunięcia rzeczy (ruin kaplicy pielgrzymiej krety nie przesuną)? I to z dużą dokładnością, bo jak szybko się odkładają te warstwy?

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Zdziwilibyście się, jak dużo potrafią poprzesuwać. Budynku, oczywiście, nie, ale już przerzucić artefakt o kilka warstw kulturowych to jak najbardziej ;) Plus oczywiście dochodzi orka i tym podobne cuda – pierwsza rzecz, na jaką natknęliśmy się z moim rokiem na praktykach roku zerowego, to była neolityczna czaszka tuż pod warstwą orną...

A taśma i listewki to nie kaplica pielgrzymia, stąd moje wątpliwości, czy to zostanie w miejscu, choć oczywiście na przesunięcie też zapewne trzeba czasu, bo trochę poryć muszą.

http://altronapoleone.home.blog

Ocha

 

Tylko nie znalazłam żadnych gór z granitowymi skałami, w których akurat byłaby kopalnia diamentów, stąd pytanie, czy może jest jakiś myk, który z jakiegoś powodu wykluczałby ich współistnienie.

Silwuple madam :D – kopalnia w Sierra Leone. Granity w nadkładzie nad kominem kimberlitowym z intruzjami diamentów: 

https://www.globalminingreview.com/mining/08032018/meya-mining-diamond-mining-can-be-good-for-local-communities/

 

Drakaino, Tarnino – do tego jeszcze ruchy osuwiskowe makro i mikro, warstwy wodonośne, osiadanie budynków i moje ulubione good vibrations od dróg i linii kolejowych. Wszystko się miesza :D. 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Choć to pewnie niczego nie zmienia, ja tylko dodam, że wspomniana przez MbSa taśma ostrzegawcza czesto ma fabrycznie wgrzaną stalową linkę albo ameliniowy pas szerokości jednego centymetra.

Known some call is air am

O, dzięki, MBS! Zaraz sobie poczytam.

ameliniowy pas

 

Aspirujących archeologów zapraszam do ogródka – można wykopać autentyczną zabytkową maszynę do wyrobu kiełbasy (spod całej masy jeżyn) XD

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Mam jeszcze jedno pytanie: takie zdjęcia na nagrobkach, na porcelanowej bazie, jakich pełno na cmentarzach – czy one mają jakąś swoją nazwę? Jeśli tak, to jaką?

Hejka, postanowiłem spróbować ;) Poszukuję materiałów, jakiejś lektury o prototypach sterowców, może ktoś miał kiedyś z czymś takim do czynienia? Chodzi mi zwłaszcza o wynalazki Henriego Julesa Giffarda z lat 50-tych XIX wieku. Chętnie przygarnę każdy strzępek informacji, odwdzięczę się boskimi błogosławieństwami!

AmonRa, to był po prostu balon z wodorem i 3-łopatowym wiatraczkiem napędzanym prymitywnym silnikiem parowym. Chyba wszystkie istotne parametry są tu: http://scihi.org/henri-giffard-giffard-dirigible/ . Jakbyś miał jakieś konkretne pytania z lotnictwa/latania to mogę być w stanie pomóc, bo zaliczyłem egzamin teoretyczny ULC na licencję SPL i coś tam jeszcze pamiętam.

Łukasz Zaroda

@ocha

Google twierdzi, że to zdjęcia nagrobkowe na porcelanie. Czyli bez zaskoczeń.

O Giffardzie mam to i owo, ale niestety w najbliższym czasie nie poszperam po materiałach. W necie powinno na ten temat być całkiem sporo.

http://altronapoleone.home.blog

None, no właśnie google uparcie mówi mi to samo, a mój mózg uparcie podpowiada, że jakąś nazwę to to ma. :D Zaczynam już jednak wątpić, że ma rację. Mój mózg znaczy się.

Medalion... Kurczę, może o to chodziło... Dzięki!

Lukenie, dzięki :D Tekścik wygląda raczej na notkę biograficzną, ale może będę w stanie wyczytać w nim potrzebne informacje. Jeśli nie będę w stanie samodzielnie wykoncypować tego, co mam do wykoncypowania, na dniach wyślę Ci wiadomość prywatną. Znalazłem też jakieś niezbyt obszerne informacje na polskich stronach.

Drakaino, dzięki ;) Ufam, że zgromadzony dotychczas materiał wystarczy!

Pozdro!

Halo, halo, czy mamy biologa lub pasjonata ryb na sali? Wymodziło mi się taki motyw z akwarium pełnym najdroższych ryb świata, ale znajdowałby się tam też miecznik. Z tego co widzę, mógłby to być problem, bo one są dość szybkie, co w takich warunkach jest niebezpieczne dla reszty mieszkańców akwarium... Szukam i  szukam, ale póki co mam sprzeczne informacje.

Ludzie kochane, zachciało mi się staropolszczyzny (może nie dosłownie), ale zabrakło mi słowa. Chodzi o określenie jednocześnie ubioru, biżuterii, czyli stopnia zamożności. Wydaje mi się, że to słowo zaczynało się na “k”, ale wiecie jak z tym “wydaje mi się” jest. Ktoś coś? Proooszę!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ludzie kochane, zachciało mi się staropolszczyzny (może nie dosłownie), ale zabrakło mi słowa. Chodzi o określenie jednocześnie ubioru, biżuterii, czyli stopnia zamożności. Wydaje mi się, że to słowo zaczynało się na “k”, ale wiecie jak z tym “wydaje mi się” jest. Ktoś coś? Proooszę!

Karmazyn? (określenie koloru ubioru i osób, które go nosiły, czyli senatorów)

Nie do końca pasuje, ale może burżuj.

“Karmazyn” brzmi nieźle i jest na “k”. Co do ryb: tu https://akwarium.gdynia.pl/zapytaj-akwaryste/ i tu https://biology.ug.edu.pl/ możesz znaleźć kogoś, kto będzie coś wiedział. Albo pomęcz Arnubisa, który akurat innymi żyjątkami się zajmuje, ale będąc z gdańskiej biologii, na pewno zna akwarystów.

heart

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Dzięki, Tarnino. heart

Wiecie, spodziewałam się właśnie, że to moje słowo na “k” ma się nijak do rzeczywistości.

Chodziło mi o toaletę. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bamik, teraz rozumiem, że mogło Ci chodzić po głowie słowo na „k” – kibel. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jako matematyczny pustak potrzebuje informacji, choć nie wiem, czy zdołam wytłumaczyć, o co mi chodzi. Otóż:

Jeśli dane zjawisko osiąga tylko maksymalną lub minimalną wartość, to można to zjawisko określić jako zasadę wariacyjną?

Taka sytuacja:

Późny dziewiętnasty wiek. Są sobie młodzi narzeczeni. On jest pomniejszym arystokratą o dobrej reputacji, ona ma identyczną siostrę-bliźniaczkę. Na dużym przyjęciu narzeczony upija się do tego stopnia, że bierze bliźniaczkę za swoją narzeczoną, chociaż siostry mają tego wieczoru zupełnie różne stroje i fryzury.  Na tyle ostentacyjnie próbuje flirtować z tą siostrą, że scenę widzą wszyscy zebrani na sali. Narzeczona jest tak bardzo oburzona tym incydentem, że na miejscu i przy świadkach zrywa zaręczyny.

Pytanie:

Jak bardzo po czymś takim reputacja arystokraty byłaby zniszczona i czy kilkadziesiąt lat później mógłby prowadzić spokojne życie towarzyskie w tym samym rejonie?

 

Potrzebne mi do backstory jednego bohatera – tego arystokraty.

Jeśli dane zjawisko osiąga tylko maksymalną lub minimalną wartość, to można to zjawisko określić jako zasadę wariacyjną?

Nie. Wikipedia przyjacielem niewiedzących: https://pl.wikipedia.org/wiki/Zasada_wariacyjna

Zjawiska nie mają “wartości”. I nie są “zasadami”. To, co Ty, drogi Zanaisie, masz na myśli, to niewiadomoco, skontaminowane wartością logiczną (boolean), która może być 1 albo 0. Nie jestem specem od teorii pomiaru, ale co wiem, to powiem:

Pomiar polega na porównaniu tego, co mierzysz, ze wzorcem (bezpośredni, jest też pomiar pośredni, ale to możemy teraz pominąć). Typowym pomiarem jest mierzenie długości – wzorzec to linijka. I teraz tak: mierzyć możesz wielkości ciągłe (długość), ale nie dyskretne (np. liczność) – liczność możesz tylko policzyć (jedno ziarenko maku... dwa ziarenka maku... ). Wynikiem pomiaru wielkości ciągłej jest jakaś wartość liczbowa, mianowana (317 centymetrów). Telewizyjna maniera podawania w prognozie pogody, że “termometry osiągną wysokie wartości” jest idiotyczna. Mogą mieć najwyżej wysoką wartość pieniężną.

Co do wariacji i reszty pojęć statystycznych – robiłam ten kurs dziesięć lat temu i nic nie pamiętam. Pytaj Szaloną Rybę i Szyszkowego, bo oni w tym robią.

Too long, didn’t read: nie.

 

Ajzan, przypuszczam, że bardzo, ale spróbuj priva do drakainy, ona ostatnio jest trochę nie bardzo i może tu nie zaglądać.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Dzięki, Tarnino. Rzuciłem jak ślepy kulą i trafiłem w trybuny, ale “kto pyta, nie błądzi”. :D

Jak mawiała prababunia, jak nie będziesz pytał, to nie będziesz wiedział XD

Łapankę tę poświęcam marasowi.

A dziadek wiedział, nie powiedział ...

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Mam małe pytanko :

“siedemdziesięciostopniowy upał” – jak to poprawnie napisać ?

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Iluvatharze, dobrze napisałeś.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, czyli “kilkunastopoziomowa ulica” też jest poprawnie ? :)

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Tak. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oui, magnifique !

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Dziękuję, Tarnino. Do backstory tego arystokraty dodałam jeszcze, że po tym incydencie wyjechał na wiele lat, by zwiedzić świat, ale musiał wrócić w rodzinne strony, by przejąć tytuł po tragicznie zmarłym bracie oraz jego obowiązki.

@Ajzan

Nie jestem ekspertem od epoki, więc dziel moją pisaninę przez dwa. Ale to zależy od mnóstwa rzeczy.

Jaka jest pozycja rodziny w okolicy. Kto z obecnych na przyjęciu jeszcze żyje/mieszka w okolicy. Jakie inne skandale miały miejsce w pobliżu. Jak bardzo purytańska jest dana okolica.

Jeżeli szlachcic jest lubiany, to z czasem rzecz stanie się bardziej pikantną anegdotą, jakiej nie opowiada się w towarzystwie. Jeżeli ktoś będzie chciał jątrzyć, to może mu to wypominać do grobowej deski. Jeżeli zdradzona panna jest z wpływowej rodziny, to urażeni krewni mogą mu zatruć życie. Jeżeli rodzina zdradzonej panny sama jest niepopularna w okolicy, to raczej nie. Inaczej będzie na angielskiej prowincji, inaczej na francuskim południu, a inaczej w Prusach. Jeżeli dorobił się zagranicą majątku, być może stał się interesującym ekscentrykiem. A może to na nowo wybudzi skandal.

I tak dalej i tak dalej. Jeśli chcesz, żeby ludzie zapomnieli, to czemu nie. Chcesz, żeby pamiętali? Da się zrobić. Najpewniejszy scenariusz jest taki, że kilka “świętobliwych” osób będzie wciąż mu to wypominać, a co zrobi reszta, zależy od tego, jak bardzo wpływowi są ci pierwsi.

 

Ajzan, po raz kolejny powtarzam Ci, że nie piszesz opowiadań historycznych, więc nie musisz obsesyjnie dostosowywać swojego świata do realiów, zwłaszcza że nie opierasz się nawet na konkretnym kraju, tylko robisz sobie taki własny fanfikowy XIX wiek. To jest Twój świat, Twoje realia, możesz w nich założyć własne zasady – jeśli one będą w tekstach czytelne i sensowne, to okej.

Co zresztą znaczy “późny wiek XIX”? Jak już zauważył None, wiele zależy np. od tego, gdzie. I od układów towarzyskich. Gdzie ma mu to zaszkodzić? Jeśli jest złotym młodzieńcem, lubianym w towarzystwie, to wśród jego znajomych niewiele mu zaszkodzi. W realiach mniej więcej purytańskich to i tak panna będzie miała problemy z reputacją, a nie facet. Facet bardzo rzadko miał poważne problemy z takiego powodu.

http://altronapoleone.home.blog

Dziękuję None i Drakaino. Tak  czułam, że facet nie będzie miał z tym większych problemów, ale wolałam się upewnić.

Co do realiów, to akcję tego projektu chcę jednak osadzić w naszym świecie. Już zrobiłam sobie ułatwienie w tym, że większa część akcji będzie miała miejsce na fikcyjnej wyspie.

 Cześć, mam pytanko, może ktoś będzie wiedział. Czy jeżeli dana osoba przebywa przez jakiś czas w płonącym pomieszczeniu, ale nie dotyka samego ognia, na jej ciele pojawiają się jakieś obrażenia? Zapewne sporo tu zależy od czasu, ale zastanawiam się głównie nad tym, czy w takim przypadku ślady pojawią się równomiernie na całej skórze czy tylko w wybranych miejscach, i jak dokładnie będą wyglądały – jakieś zaczerwienienia, coś jak przy zwykłym oparzeniu I stopnia? Mocniejszego grillowania bohatera raczej nie biorę pod uwagę, ale pomyślałam, że samo zatrucie dymem to może być za mało.

Wydaje mi się, że samo przybywanie w płonącym pomieszczeniu i wdychanie  rozgrzanego  powietrza, może doprowadzić do poparzenia dróg oddechowych.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W zasadzie każdy scenariusz jest możliwy. Zależy co się pali, jak blisko ognia podejdzie bohater, jak dużo czasu spędzi w płonącym budynku itd.

Powietrze w płonącym budynku nagrzewa się do bardzo wysokich temperatur. Na tyle dużych, żeby całkiem dosłownie upiec człowieka, nawet jeżeli nie “dotknie” ognia, jeżeli tylko spędzi tam dość czasu. Ale jeżeli szybko się ewakuuje, może skończyć się na lekkich oparzeniach najbardziej narażonych cześci skóry (twarz, ramiona, nogi – zależy od ubioru, sposobu poruszania się, charakteru pożaru).

Chcesz, żeby był delikatnie osmalony? Może być. Chcesz, żeby był poparzony? Też może. Może być nawet “przypieczony” tzn. mieć częściowo zwęgloną skórę. Każdy z tych scenariuszy jest możliwy, zależnie od innych czynników.

Generalnie to “długie przebywanie w płonącym pomieszczeniu” to tylko na filmach. Oczywiście zależy od pomieszczenia, ale dla takiego typowego pokoju w bloku, temperatura rośnie naprawdę gwałtownie i podobno czas, po którym zaczynają się poparzenia to kilka minut. Opieram się na eksperymencie, który kiedyś oglądałem w sieci. Może znajdziesz. Ja szukałem i znalazłem coś innego, dużo słabsze: https://www.youtube.com/watch?v=piofZLySsNc

Dłuższe “przebywanie w płonącym pomieszczeniu” jest raczej mało możliwe. 

Z prostej przyczyny – ogień potrzebuje mnóstwa tlenu i musiałby być stały nadmuch, żeby dało się tak dłużej przeżyć.

Natomiast dłuższe przebywanie w wysokiej temperaturze (jeśli na przykład pożar szaleje za ścianą), może grozić “ugotowaniem” organów wewnętrznych. Znany mi jest taki przypadek śmiertelny (konkretnie – dwa, bo to dwóch nie całkiem mądrych zgotowało sobie – nomen omen – taką śmierć).

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Dzięki serdeczne za wszystkie odpowiedzi :)

 

Vargu, widziałam kiedyś inny filmik tego typu, ale dzięki za podesłanie, warto było sobie odświeżyć. Właśnie o kilku minutach myślałam, nie o dłuższym czasie, chociaż po tym nagraniu widzę, że trzeba celować bardziej w dolne niż w górne “kilka”.

 

None, co tu dużo mówić – opcja, żeby zrobić tak, jak akurat mi pasuje, mi się podoba :D

Nowa Fantastyka