- Hydepark: Wzajemna pomoc merytoryczna przy pisaniu opowiadań

Hydepark:

inne

Wzajemna pomoc merytoryczna przy pisaniu opowiadań

Przy tworzeniu historii często bywa tak, że by opowiedzieć coś przekonująco, musimy poszerzać swoją wiedzę. Niejednokrotnie jednak okazuje się, że nie ma gdzie szukać – bo wikipedia nie wystarcza, a nie chcemy ufać anonimowym ludziom z anonimowego forum. Tak się jednak składa, że jest nas tutaj niemało i każdy zna się na czym innym, dlaczego więc nie możemy pomagać sobie wzajemnie?

Jeżeli macie problem z jakimś zagadnieniem – napiszcie tutaj. Może znajdzie się jakiś mechanik/lekarz/geograf/historyk/prawnik/elektryk/fizyk/etc. A może ktoś z nas po prostu – mimo odmiennego wykształcenia i zainteresowań – ma jakieś doświadczenia, które okażą się przydatne?

By jednak zachować ten temat w porządku, chciałbym, by wszelkie dłuższe dyskusje dotyczące określonego zagadnienia albo przenosiły się na drogę prywatną, albo (moim zdaniem lepiej!) byście założyli osobny temat poświęcony danemu zagadnieniu. I tak, jeśli chcecie poszerzyć swoją wiedzę dotyczącą funkcjonowania czarnych dziur i wyjdziecie poza ramy formuły pytanie-odpowiedź, dyskusja się rozwinie – pędźcie założyć osobny temat :)

Komentarze

obserwuj

E, nie demonizowałabym tego, że w dawnych czasach nic tylko rabowano i rabowano ;) W końcu różni wielmoże nosili klejnoty i złoto, i drogie futra i różne inne, a jakoś przeżywali. Zresztą można sobie zadać pytanie, ile było tego złota w takim nosie? Czy był to lity kawałek, ukształtowany w cały nos – to byłoby chyba ciężkie jak z kamienia. Czy np. drewniany szkielet obłożony tylko złotą blachą. Albo w ogóle nos ukształtowany ze złota, ale pusty w środku. Łatwiej ukraść pierścień albo bransoletę, chyba że koleś zdejmował nos do snu ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Och, guglnęłam sobie w końcu gold prosthetic nose i wyszło mi, że praktyka metalowych nosów musiała być całkiem powszechna, choć znowu mamy czasy późniejsze, ale za to faceta znanego i potwierdzonego. Ale już nos na zdjęciu czyjś inny.

 

https://en.wikipedia.org/wiki/Tycho_Brahe#/media/File:Artificial_nose,_17th-18th_century._(9663809400).jpg

 

A tu jeszcze artykulik z portretem ze złotym nosem:

 

https://io9.gizmodo.com/5696469/the-crazy-life-and-crazier-death-of-tycho-brahe-historys-strangest-astronomer

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Masz rację trzeba przełamywać stereotypy. Wolność dla ludzi ze złotymi nosami i wszelkimi klejnotami.

Dobra, mam w głowie już zatwierdzone, że nos będzie złoty, najpewniej drewno obłożone złotą blachą, bo wiadomo, waga.

Nie zdawałam sobie sprawy, że niejaki Brahe miał złoty nos! Nie rozumiem siebie dlaczego tego nie wyguglowałam od razu (nie Brahe, a nos).... aha, no tak, ciągle pływam wśród kolejnych lektur do researchu z dziesięciu tysięcy innych detali.

Łatwiej ukraść pierścień albo bransoletę, chyba że koleś zdejmował nos do snu ;)

W tym momencie roześmiałam się, bo wyobraziłam sobie taką szkatułkę ze sztucznymi nosami i sobie wybierasz, który będzie na kolejny dzień :D

To byłoby cudowne w humoresce fantasy

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A żeby było trudniej, fantasy z Tycho Brahe w roli głównej, bo przecież tak “od czapy” fantasy nie można pisać. Research kilkumiesięczny musi być ;)

 

Drakaino i Reg, serdecznie dziękuję za wsparcie :)

Tycho Brahe nie miał złotego nosa a mosiężny, a przynajmniej z takim go pochowano (może naprawdę miał szkatułkę z odświętnymi nosami na specjalne okazje? :D) Co nie zmienia faktu, że jest świetnym bohaterem na jakiś fajny tekst.

Kwestia okołomedyczna: mamy trupa, który przeleżał się w śniegu. I raport z oględzin. Czy lekarz – uwaga, chodzi (oczywiście ;)) o połowę XIX w. i ówczesny stan wiedzy – może uznać, że właśnie dlatego nie ma krwi na ubraniu, pomimo istnienia rany? Lekarz nie jest asem medycyny, zaznaczmy, nie musi rozumować poprawnie. W sumie poprawna wersja też mi się może przydać, jeśli zdecyduję się na weryfikację tej opinii w fabule ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tanatologia jest dość starą i raczej niezmienną gałęzią medycyny sądowej, stąd stan wiedzy, jeśli chodzi o obrażenia makroskopowe, mógł być podobny do dzisiejszego. Nie bardzo rozumiem sytuację, w której stawiasz swoje postaci, Drakaino. Ogólnie zimno obkurcza naczynia, więc jeśli rana powstała po śmierci, to krwawienie mogło być niewielkie albo nie być go wcale, jeśli rana była płytka. Jeśli rana była przyczyną zgonu, to zdecydowanie by krwawiła w momencie zgonu, przed nim i chwilę po, więc śnieg nie ma tu nic do rzeczy. Gdybym widział ranę, a nie widział na ubraniu krwi (ani rozcięcia, dziury po pocisku), pomyślałbym, czy może nie przebrano z jakiegoś powodu ciała już po śmierci.

Tak jak mówi MrBrightside – jeśli nie ma krwi na ubraniu, to albo ciało przebrano po śmierci, albo ranę zadano już po śmierci człowieka. Nie bardzo wiem jaką rolę tutaj ma odgrywać leżenie na śniegu. Jasne, takie cało, nawet dobrze zachowane przez mróz, wyglądałoby zupełnie inaczej niż świeże, ale ślady krwi na ubraniu spokojnie powinny się zachować.

Jasna Strono, chyba rzeczywiście nie przedstawiłam tego jasno. Jest tak, że rana jest ofkors upozorowana i nie krwawiła, ale chciałabym (bardzo), żeby lekarz mógł uznać, że rana była śmiertelna, a brak krwi spowodowało zimno. Niemniej, jeśli nawet patałach z niezbyt jeszcze rozwiniętego kraju, nie mógł być aż tak niemądry, to oczywiście skapituluję i wymyślę coś innego. Na przykład chociażby niedbałość.

Arnubisie, leżenie na śniegu nie ma tak naprawdę żadnego znaczenia, potrzebna mi jest błędna interpretacja, ale taka, która nie przeczy całkowicie temu, co lekarz wówczas mógł sobie pomyśleć. Inaczej, jak wspomniałam, będę musiała z lekarza zrobić osobnika, któremu nic się nie chce i pracuje byle jak.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No cóż, XIX wiek to już czasy medycyny sądowej, protokołów ze znalezienia zwłok i pierwszych, niedokładnych jeszcze prób określania czasu zgonu. W tym wieku narodziła się już nawet entomologia sądowa, określająca czas zgonu na podstawie kolonizujących zwłoki owadów i ich stadiów rozwojowych. Tak więc nie wydaje mi się, żeby lekarz, który nawet jeśli nie jest geniuszem, to jakieś studia kończył, mógł popełnić tak kardynalny błąd. Ale takie tłumaczenie o mrozie i braku krwi mogłyby kupić postronne osoby, gdyby usłyszały je z ust lekarza. Może dałoby się to załatwić w jakiś sposób, że np. lekarz po prostu wziął łapówkę? Albo to pijak i partacz, który nawet nie próbuje się przykładać, bo się spieszy do kieliszka?

A może coś od strony sprawcy zabójstwa? Nie mógł pobrudzić ubrania krwią jakiegoś zwierzątka?

Babska logika rządzi!

Jasne, że mógł, to by w zasadzie było najlogiczniejsze, jeśli chciał upozorować morderstwo i miał okazję to zrobić.

 

Jeśli chodzi o miejsca zbrodni i czas określania zgonu to właśnie jestem po lekturze odpowiedniego rozdziału w książce o przestępczości i jej zwalczaniu w Genewie w II połowie XVIII wieku i jestem pod wrażeniem...

Finklo, on mógł pobrudzić krwią nawet denata, to akurat nie problem ;) Tylko oryginalnie chciałam na odwrót: nie ma żadnych śladów, ale wszyscy na początku to przegapili – niemniej to najwyraźniej nie przejdzie (takie właśnie zaczęłam mieć podejrzenia w pewnym momencie, niestety...), bo oficjalnie koleś zginął od rany kłutej serca.

Upozorowany jest pojedynek.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

PS. A czy ewentualnie przynajmniej diagnoza (niepoprawna – ze stanu ciała), że zmarł z wychłodzenia po otrzymaniu rany, która nie musiała być śmiertelna, ma sens? Zmienia mi to opis obrażeń, ale pasuje pod innym względem ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Na pewno nie w przypadku rany kłutej serca :D Ale ogólnie, jeśli rana nie uszkodziła wyraźnie jakichś ważnych narządów a na miejscu zbrodni nie ma bardzo dużo krwi (która by świadczyła, że ranny się wykrwawił) to wydaje mi się, że ewentualnie lekarz mógłby się chyba pokusić o takie wnioski.

Dużo zależy od tego, czy ma miejsce sekcja zwłok, czy nie – jeśli ma, sprawa jest oczywista. Myślę, że pomysł niezagrażająca życiu rana + wychłodzenie jest rozsądna, tylko i rana powinna być przemyślana. Myślę, że nawet skończony konował widząc dziurę w okolicy serca nie uznałby beztrosko, że delikwenta zabił mróz. Do tego rana śmiertelna będzie obficie krwawić, bo utrata krwi może doprowadzić do zgonu szybciej niż niewydolność narządowa, więc brak krwi na ubraniu, przy założeniu, że nikt ciała nie przebrał, nie ma sensu.

OK, to w takim razie poproszę szanownych panów o wskazanie miejsca, w którym powinna być rana...

 

 

– chwilowo po szybkich modyfikacjach fabularnych (i tak jeszcze muszę to przemyśleć) ideałem byłoby, żeby dla laika była to rana “w serce”. a dla lekarza – zdecydowanie nie śmiertelna... Sekcja zwłok powinna być, bo już takie czasy, krojono prawie każdego za wyjątkiem oczywistych sytuacji.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Eh, ciężka sprawa. Jeśli pojedynek i rana kłuta, to domyślam się, że zadana jakiegoś rodzaju szpadą. Rany kłute są paskudne, w piersi nawet jeśli pchnięcie nie trafiłoby bezpośrednio w serce, to duże szanse na rozwalenie jakiegoś ważnego naczynia, praktycznie pewne też przebicie płuca, ogólnie ciężka sprawa. Dużo trudniej chyba byłoby tam zadać cios który były niegroźny, niż taki śmiertelny :D Jeśli o to chodzi, to wydaje mi się, że bezpieczniejsze byłyby rany kłute w okolicy brzucha. Też mocno niebezpieczne, ale mimo wszystko mogące lepiej rokować, albo przynajmniej nie zabić tak szybko (i dać czas wychłodzeniu).

Dzięki :) Chwilowo jestem na etapie modyfikacji fabularnych, które pozwolą na uniknięcie babrania się w ranach oraz zabicia zawieszenia niewiary... Tu chodzi o ściemę, więc głównym problemem jest to, żeby ludzkość się oryginalnie nabrała na ten pojedynek. Zwłaszcza na ówczesnej zapadłej prowincji królestwa Piemontu i Sardynii...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jeśli jedynym problemem jest nabranie ludności, że trup jest ofiarą pojedynku, to można to spróbować rozwiązać w ten sposób, że ciało przekłuto szpadą godząc w serce i pochlapano wszystko krwią. Na pierwszy rzut oka ludzie, którzy znajdą ciało powinni spokojnie się na to nabrać, z kolei podczas sekcji zwłok lekarze będą mieli szanse odkryć, jak było naprawdę, zwłaszcza jeśli między śmiercią a przebiciem minie trochę czasu. No i jeśli w ciele zachowały się jakieś ślady prawdziwej przyczyny zgonu to też by im bardzo pomogło.

zwłaszcza jeśli między śmiercią a przebiciem minie trochę czasu

Tak, rozważałam pośmiertną ranę w sercu, a np. wcześniej otrucie faceta – zwłaszcza że toksykologia już też raczkuje, więc można nawet pokusić się o jakieś sprawdzanie, a przynajmniej hipotezy

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

To chyba brzmi jak najlepszy pomysł.

No to jeszcze jedno, pewnie do wyguglania, ale niestety perfumy mają tak wysokie pozycjonowanie, że na razie mi się nie udało :/ Czy opium, takie jak palono w XIX w., ma jakiś charakterystyczny zapach? Fajka powinna mieć, ewentualnie być może perfumowano? Szukam dalej, ale na wszelki wypadek zarzucam i tu.

 

Edytka: znalazłam, że w palarniach prawdopodobnie unosił się specyficznie pachnący dym, ale w zasadzie chodzi mi o to, czy opium stosowane do celów lekarskich pachnie podobnie?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A myślałaś może nad raną w okolicy wątroby? O ile mi wiadomo krew po trafieniu pociskiem w ten organ jest bardzo ciemna. Wtedy teoria o braku krwi by pasowała, bo ktoś by mógł uznać, że wchłonęła ona w czarny strój i tam wyschła. Ubranie oczywiście nie wzbudziłoby większych podejrzeń ze względu na przebywanie w śniegu mogłoby do pewnego stopnia nasiąknąć wodą.

Za to przy trafieniu w wątrobę praktycznie zawsze zdarza się plucie równie czarną krwią. Zaznaczam, że tak działa to w przypadku postrzału w wątrobę, ale  nie widzę powodu dlaczego by nie miało działać przy przebiciu jej na wylot. Brak zaschniętej krwi w przełyku jednoznacznie by wskazało, że rana została zadana pośmiertnie. Niestety nie pamiętam nazw, ale wiem, że są pewne trucizny, które zabarwiają krew dokonując jednocześnie zniszczenia wątroby (tak samo jak są takie wywołujące krwotok wewnętrzny – tutaj symulowanie pchnięcia w brzuch bardziej byłoby zasadne).

Co do opium, to mogę pomóc tylko tym, że na ogół takie rzeczy się bardzo mało zmieniają, a substancje do celów medycznych na ogół różnią się tym, że są przebadane. Jeśli jeszcze nie znalazłaś i nie masz pomysłu jak szukać, to może warto poszukać list krajów trzeciego świata z największa produkcją opium i przekopywać reportaże stamtąd. Największa szansa na najmniej nowoczesną formę produkcji lub właśnie takie mało fachowe spostrzeżenia jak opisanie zapachu.

O, dzięki za podpowiedź opiumową, a co do rany, to ona niestety musi być w serce, ale na przyszłość zapamiętam interesujące informacje, bo mogą się jeszcze kiedyś przydać.

Chwilowo jestem na etapie rozpoznawania w połowie XIX w. zatrucia arszenikiem, ale o tym jest trochę więcej, ze względu na Napoleona :D

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Z tego co wiem, to w medycynie najpopularniejszą formą podawania opium było laudanum, czyli nalewka opiumowa. A ona, z racji składu (sherry, szafran, cynamon, goździki), raczej miała głównie zapach mieszaniny przypraw.

I dobrze, wręcz DOSKONALE :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie znalazłam tego tematu wyżej, więc zarzucam pytanie o BROŃ CZARNOPROCHOWĄ. Im wcześniejszą tym lepszą, czyli raczej użycie lontów niż współczesne gangi raperów. Ktoś, coś?

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Najwcześniejsza to będą różne rusznice, samopały, hakownice i inne dziwactwa, odpalane lontem od strony lufy. Tyle, że celność to to miało mierną.

Polecam filmiki rekonstruktorów na youtube. Nie wiem o czym piszesz i czego konkretnie potrzebujesz, ale są nawet fajne eksperymenty z przebijania różnych rodzajów opancerzenia. Przy okazji widać, jak to wygląda na żywo, huk, dym, sposób ładowania, komendy itd.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

O, jest to jakiś start, zapomniałam że na YouTube są filmiki o wszystkim...

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Nie znalazłem wyczerpującej odpowiedzi na pytanie, więc mam nadzieję, że ktoś mnie poratuje.

Jakie konsekwencje dla klimatu i życia miałoby: rozrzedzenie atmosfery lub podniesienie się temperatury Słońca? Mam na myśli: jak bardzo temperatura musi się podnieść, by utrudnić człowiekowi życie w ciągu dnia? Czy np. większa temperatura Słońca lub rzadsza atmosfera powodują rozchwianie temperatur noc-dzień, czy jak w dzień się podnosi, to w nocy też?

Co się stanie z florą, wodą, gdzie ludność może emigrować itp.

Będę wdzięczny za odpowiedzi, wskazówki, lub źródła (np. artykuły), gdzie mógłbym szukać podobnych informacji. Próbowałem google niestety większość to fatalistyczne wieszczenia końca świata i globcio, globcio i globcio i złe korporacje, greenpeace itp.

Ac, polecam Ci przeczytać książkę “World-Building” Stephena L. Gilleta. Ja ją mam na Kindle’u, w języku angielskim. Autor z tego co wyczytałem jest z wykształcenia geologiem i posiada sporą wiedzę astronomiczną. Facet w swojej książce nie ucieka od fizyki, stara się w miarę prosto tłumaczyć m.in. proces powstawania planety oraz nie raz ocenia pod względem wiarygodności naukowej pomysły pisarzy s-f, głównie starej daty. Konsultował się z nim swego czasu Poul Anderson. 

Co do zaś zadanego pytania, to najbardziej katastrofalne mogłoby być podniesienie się temperatury Słońca. Wraz ze wzrostem temperatury, rośnie też i jasność, a więc i ilość energii, jaką gwiazda wysyła w przestrzeń. Nasza planeta mogłaby zacząć się gotować. Przesunęłoby to też “pas życia”, czyli rejon w układzie, gdzie panują optymalne warunki dla życiodajnych planet. Mogłaby wzrosnąć np. fotodysocjacja, która powodowałaby stopniową ucieczkę atmosfery w kosmos. Albo doszłoby do “uciekającego efektu cieplarnianego” (runaway greenhouse effect) i wraz z paroma innymi efektami Ziemia mogłaby się zmienić w drugą Wenus.

Inna kwestia, choć bardzo długofalowa, to fakt, że jaśniejsze gwiazdy szybciej zużywają swe paliwo, co skraca ich żywotność.

Jeszcze inna rzecz, że jasność (a przez to temperatura) jest ściśle powiązana z masą gwiazdy.

Co do samego podniesienia temperatury – raczej podniosłoby to temperaturę tak w nocy jak i za dnia, choć to zależy też od innych czynników, jak np. zachmurzenia (patrz to, co masz na pustyni). Ludzie już zaczynają marudzić przy 30 stopniach Celcjusza, a teraz pomyśl, że w Japonii miałeś niedawno ponad 40. Podejrzewam, że przy 70 będzie już naprawdę niewesoło. Co do rozwiązań, to pewnie ludzie musieliby zacząć migrować, by pozostać po stronie mniej naświetlanej przez Słońce. Acz klimat to skomplikowana sprawa zależna też od wiatrów, oceanów i innych czynników. Rusz jeden element, a wszystko może się posypać jak domino.

Co do rozrzedzenia atmosfery (czyli jak rozumiem zmniejszenia ilości wszystkich gazów), to tutaj rzuciłbym okiem na sytuację w górnych partiach atmosfery. Mniej gazów to mniejsze ciśnienie, a to oznacza np. inną temperaturę wrzenia wody. Zmianie uległyby procesy biochemiczne, a choćby takie latanie mogłoby być niemożliwe (zbyt mała siła areodynamiczna). Generalnie byłaby to totalna katastrofa, bo ludzie i zwierzęta są przystosowane do takich warunków, jakie teraz mamy.

Chyba, że przez “rozrzedzenie” rozumiesz zmianę stosunku gazów (zamianę tlenu na więcej azotu albo na coś jeszcze innego). To na pewno spowodowałoby “uduszenie” wielu form życia, ale bakterie oraz inne mikroorganizmy mogłyby mieć szansę. Musiałbyś spytać się jakiegoś biologa czy chemika, co konkretnie by miało szansę przeżyć albo w którą stronę poszłaby ewolucja.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Żonglerko, NWM, dziękuję za źródła na pewno skorzystam.

Bardzo doceniam wypracowanie, NWM. :) Domyślałem się niezliczonych zależności i efektów domina i choć sporo mi rozjaśniłeś, to w mojej głowie pojawiło się chyba tylko więcej pytań. :D Nie pozostaje mi nic innego jak zgłębić źródła. Dzięki!

@ac 

Mogę dodać od siebie trzy grosze, ale potrzebuję troszkę konkretniejszych informacji:

  1. Jak bardzo ta temperatura słońca miałaby się zwiększyć?
  2. O zmianach w jakim horyzoncie czasowym mówimy?
  3. Co masz na myśli przez “rozrzedzenie” atmosfery? Ucieczka części gazów w kosmos?
  4. Czy interesuje Cię jakiś konkretny rejon geograficzny Ziemi, czy zmiany globalne? 

Jakie konsekwencje dla klimatu i życia miałoby: rozrzedzenie atmosfery lub podniesienie się temperatury Słońca? Mam na myśli: jak bardzo temperatura musi się podnieść, by utrudnić człowiekowi życie w ciągu dnia? Czy np. większa temperatura Słońca lub rzadsza atmosfera powodują rozchwianie temperatur noc-dzień, czy jak w dzień się podnosi, to w nocy też?

Inny będzie skutek rozrzedzenia atmosfery, a inny wzrostu temperatury słońca.

 

@rozrzedzenie atmosfery

Atmosfera pełni kilka funkcji:

  1. Zatrzymuje część ciepła słonecznego odbijającego się od powierzchni ziemi a jednocześnie sama odbija to ciepło . Rozrzedzenie spowoduje, że mniej ciepła zostanie (chłodniej w nocy), ale też więcej ciepła dotrze (cieplej w dzień). Skutkiem będzie klimat o większych wahaniach dobowych temperatur, czyli taki “pustynno-syberyjski” w zależności od szerokości geograficznej.
  1. Jest składową cyklu hydrologicznego Ziemi. Rzadsza atmosfera to mniej wody, mniej deszczu, większe parowanie z oceanów, a docelowo w długim terminie wysuszanie planety.
  1. Chroni przed promieniowaniem kosmicznym. Rzadsza atmosfera – mniejsza ochrona, większa zachorowalność na nowotwory, częstsze uszkodzenia elektroniki.
  1. Reguluje procesy pogodowe na Ziemi. Ciśnienie, wiatry a pośrednio prądy wodne.

Najbardziej skrajne warunki panowałyby w interiorze kontynentów, bo tam wahania dobowe byłyby skrajne. Najdogodniejsze warunki byłyby w strefach nadmorskich, i w strefie równikowej, gdzie jest więcej chmur. Choć  przy dużych zmianach w atmosferze strefa równikowa mogłaby zmienić się drastycznie i spustynnieć. Wówczas strefy umiarkowane byłyby lepsze do życia.

 

@wzrost temperatury słońca

Tutaj efektem byłoby ocieplenie klimatu.

Wzrost temperatury zarówno w dzień jak i w nocy.

 

  1. Topnienie lądolodów i wzrost poziomu morza, na skutek pojawienia się dodatkowej wody w hydrosferze. Przy całkowitym stopnieniu lądolodów szacowany wzrost poziomu morza to 120 m. Nie byłoby to nagły proces, bo w historii Ziemi już takie rzeczy działy się wielokrotnie. Na zakończenie epoki lodowcowej poziom wody wzrósł około 120 m w ciągu kilku tysięcy lat. Czyli mówimy tu o tempie kilku cm na rok. W skali geologicznej super szybko, w skali człowieka prawie nic.
  1. Topnienie lądolodów łączy się również z dość ciekawym paradoksem. Mianowicie, im szybciej topnieją lądolody, tym więcej słodkiej wody dostaje się do oceanu. Słodka woda powoduje redukcje zasolenia wody, przez co w zimie ocean szybciej zamarza. Większa powierzchnia lodu w zimie –> więcej odbitego ciepła słonecznego → ostrzejsze zimy. Tak więc ocieplenie klimatu może spowodować paradoksalnie ostrzejsze zimy. 
  1. Inna ciekawostka to prądy wodne, a w szczególności słynny Prąd Zatokowy, który sprawia, że Europa Zachodnia i Północna (głównie Wyspy Brytyjskie, Norwegia), ma o wiele cieplejszy i łagodniejszy klimat, niż wynikałoby to ich szerokości geograficznej. Zanik Prądu Zatokowego byłby katastrofalny dla tych krajów. Ich klimat byłby taki jak w północnej Kanadzie czy na Kamczatce.

To tak z grubsza na początek ;)

Jest składową cyklu hydrologicznego Ziemi. Rzadsza atmosfera to mniej wody, mniej deszczu, większe parowanie z oceanów, a docelowo w długim terminie wysuszanie planety.

Być może wyjdę na ignoranta, ale co się dzieje z wodą (wodorem, tlenem?)? W nocy zamarza, a w dzień paruje? Przez co zwiększa się wilgotność powietrza? Czy też powietrze jest suche a wodór ulatuje gdzieś w kosmos?

 

chroscisko, wielkie dzięki za te opracowanie. Sporo mi podpowiedziało. :)

@ac

 

Tu dużo zależy od przyczyn “rozrzedzenia atmosfery”. Założyłem najbardziej “naturalną” przyczynę, czyli ucieczkę gazów w kosmos. Skoro więc część atmosfery znika (w tym również para wodna), to jest jej ogólnie mniej, a co za tym idzie pada mniej deszczu.

 

Przez co zwiększa się wilgotność powietrza?

Proponuję zapoznać się z fenomenem “punktu rosy”. Generalnie przy wysokich temperaturach więcej pary wodnej mieści się w powietrzu. Jak nagle spada temperatura, to woda się skrapla. Stąd też, jak wyjmujesz zimne piwo z lodówki, to butelka pokrywa się kropelkami wody. (powietrze wokół butelki jest chłodniejsze, i dlatego para wodna się skrapla na ściankach)

 

ale co się dzieje z wodą (wodorem, tlenem?)?

Para wodna w atmosferze występuje w postaci cząsteczek H2O, nie dochodzi do rozbicia na samodzielne atomy tlenu i wodoru.

 

Czy też powietrze jest suche a wodór ulatuje gdzieś w kosmos?

Wodór jako lekki będzie w wyższych partiach atmosfery, więc teoretycznie byłby pierwszy do ucieczki w kosmos, ale raczej nie wpłynęłoby to bezpośrednio na bilans wodny Ziemi, bo wodór a para wodna to osobne byty.

 

Jeszcze cytat z Wikipedii odnośnie skutków ewolucji Słońca na Ziemię (zważ na czas 5,4 mld lat):

 

“Za około 5,4 mld lat Słońce opuści ciąg główny i zacznie proces przekształcania się w czerwonego olbrzyma… Jeszcze zanim Słońce stanie się olbrzymem, jego jasność się podwoi, wywołując katastrofalne zmiany klimatu Ziemi, obejmujące całkowite wyparowanie oceanów[129][132]… W dłuższej perspektywie woda na Ziemi i większość jej atmosfery zostanie utracona w wyniku ucieczki w przestrzeń kosmiczną, spowodowaną przez zmiany towarzyszące ewolucji Słońca.  W ciągu najbliższego miliarda lat jasność wzrośnie na tyle, że oceany Ziemi wyparują i woda uleci w przestrzeń, czyniąc planetę nieprzyjazną dla wszystkich form życia ziemskiego[132][138].”

 

Ten cytat przedstawia skrajny armagedon, nie mniej daje również pojęcie w którym kierunku zmiany klimatyczne będą szły.

Dzięki! :)

Jak wygląda Słońce widziane z przestrzeni kosmicznej? (z okolic orbity ziemskiej). Czy jest widoczne jako bardzo jasna gwiazda, czy bardziej jako kula ognista? Czy oświetla przestrzeń na tyle by ludzkie oko widziało coś więcej niż mrok? Jak bardzo oświetla?

Wydaje mi się, że jak każda inna gwiazda widoczna choćby i z perspektywy Hubble’a. Ot, świecąca kulka – przynajmniej z perspektywy ludzkiego oka i przyjaznego mu zakresu częstotliwości.

 

Moje pytanie: ktoś dogłębniej (niż z poziomu artykułów popnaukowych) interesował się telomerami? Jak ma się zabawa w przedłużanie młodości, a rosnące ryzyko pojawiania się nowotworów i innych mutujących paskudztw?

Czy oświetla przestrzeń na tyle by ludzkie oko widziało coś więcej niż mrok? Jak bardzo oświetla?

Zdecydowanie nie oświetla, skoro obserwatora nie otacza odpowiedni ośrodek rozpraszający, jak gęsta atmosfera (na Ziemi – w dzień – dookoła świeci przecież atmosfera, co prawda światłem otrzymanym od Słońca). Ewentualnie, gdyby obserwator znajdował się niedaleko płaszczyzny ziemskiej orbity, w pobliżu tejże płaszczyzny i po przyzwyczajeniu wzroku do ciemności mógłby dostrzec delikatną mgiełkę światła zodiakalnego

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Stn, mam pod ręką książkę do genetyki. Mogę podesłać fotki. Natomiast starzenie się to proces bardzo złożony i spotkałem się z teorią, że obecnie długość ludzkiego życia limituje funkcjonalność mitochondriów, którą szacuje się na max 120 lat.

No ja właśnie kojarzę tylko tyle, ile wyczytałem z losowo natrafianych artykułów.

Jeśli znajdziesz chwilkę? Jeśli nie, to mogę poszperać za jakimś otwartym jej źródłem (w necie albo na uczelni) – wtedy tytuł i autora/ów poproszę. ;)

Dzięki za pomoc.

Czy jest na pokładzie może ktoś, kto zna się na plus minus psychologii rozwojowej z nastawieniem na kreatywność? Konkretnie na tym, czy to, jak dziecko (lat ok. 8-10) rysuje, od czegoś zależy? Chodzi mi o technikę, nie treść i o dziecko raczej normalnie się rozwijające. Czy pewne cechy są po prostu charakterystyczne dla tego wieku i można uznać, że zawsze były? Takie rzeczy jak ludziki z kresek, ewentualnie schematyczne kształty, no, takie tam ;)

Chętnie przytulę popularnonaukowy albo i przystępny naukowy tekst na ten temat, a jakby ujmował rzecz historycznie, to już w ogóle byłabym w siódmym niebie, bo mam oczywiście XIX wiek.

Usiłowałam wyguglać rysunki dziecięce z epoki albo wcześniejsze, ale najwyraźniej nikt się tym specjalnie nie zajmował ani nie interesuje, bo przykładów jest na palcach zliczyć i to raczej dzieci znanych osób, najczęściej artystów, więc to trochę zaburza ogólny obraz (tatuś czy mamusia pewnie trochę uczyli, a i talent dziecko odziedziczyć mogło), a ja potrzebuję czegoś bardzo zwyczajnego.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

https://www.ofeminin.pl/dziecko/mam-dziecko/zrozumiec-dzieciece-rysunki/t9jw7gg

 

https://zdrowyprzedszkolak.pl/wychowanie/723/rysunek-dziecka-o-czym-moze-informowac.html

 

http://www.clubmamy.pl/index.php?p=mama_i_dziecko&art=24&article=225

 

Super ogólne, super skrótowe, ale muszę przyznać, że za rozwojówką nie przepadam. I za pracą z dziećmi w tym wieku. Mam nadzieję, że Sirin się pojawi, bo na pewno coś by bardziej sensownego podsunął. 

Dzięki :) Ten drugi link daje jakieś konkrety, jakie są fazy, a to może mi wystarczy, bo to się raczej nie zmieniało w historii. Dawniej jednakowoż dość powszechnie uczono dobrze urodzone dzieci rysować, więc ogólny poziom mógł być wyższy, w zależności od sfery.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Cieszę się, że udało mi się coś podsunąć :)

Mam nadzieję, że Beryl mi wybaczy podwójne postowanie, ale minęły 24h, więc chyba będzie ok.

 

Pytanie mam takie – szukam źródeł, albo chociaż najmniejszych wskazówek jako punkty wyjścia. Czy w okresie (od XI w. do XIII w.), kiedy była nasilona działalność zakonów rycerskich, czy rycerze mogli zmieniać zakon? Np. templariusz zostawał joannitą, albo na odwrót. A trochę ich tam było. Współpraca na pewno istniała, nie tylko z powodu przybywania na tym samym terenie, ale też z racji wspomagania działalności – nawet wiki mi twierdzi, że joannici czy templariusze uczyli lazarytów kunsztu wojennego. Czuję się trochę zagubiona, bo wolałabym mieć w ręku (lub zeskanownaą lub publikację naukową online), która potwierdziłaby mi parę rzeczy. Możliwość zakonu zastanawia mnie od dłuższego czasu. Może ktoś, coś?

Małe pytanie: na jaką odległość niesie się dźwięk wybuchu, powiedzmy, że niezbyt dużej konwencjonalnej bomby? W terenie otwartym. Mam doświadczenie wyłącznie armat na rekonstrukcjach i nie jest to bardzo daleko, ale może gdzieś da się znaleźć jakieś dokładniejsze dane?

 

PS. Teraz zauważyłam pytanie Deirdriu: nie jestem żywcem specjalistką od średniowiecza, ale że nikt się nie odzywa, choć są tu znacznie mądrzejsi w tym względzie ode mnie, mam wrażenie, że mobilność międzyzakonna byłaby w tym przypadku podobna jak ogólna – a chyba niezbyt dużo jest przypadków zmiany barw? Reguły chyba tego nie wykluczają, ale jak to wygląda od strony formalnej??? Z zakonami rycerskimi możesz mieć jedno: część (wszystkie?) miała członków stricte zakonnych i wojskowych, w tym świeckich (od kiedy? jak zaznaczyłam, to nie moja działka profesjonalna), więc tu mogły być jakieś różnice.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Potrzebuję konsultacji w dziedzinie badania i konserwacji dzieł sztuki – olej na desce, początek XVIw, Włochy. Kilka konkretnych pytań dotyczących warsztatu, żeby nie strzelić głupstwa.

Dziękuję, Drakaino, chodzi mi właśnie o ten aspekt formalny. Nie wątpię, że dochodziło do zmian. A fajnie by było znaleźć jakieś źródło na takie konkretne przypadki. Jak nie, zostaje inspiracja mnisimi zakonami. Mam nadzieję, że czytając parę różnych rzeczy, do czegoś się dokopię. Metoda przypadku nie jest najlepsza, ale ostatnio otwierając losowo książkę od razu znalazłam ile mogłaby wynosić podróż z polskich terenów do Jerozolimy :)

I tak, w zakonach rycerskich były osoby świeckie – nie musiały stosować bardziej rygorystycznych reguł, które obejmowały samych rycerzy. 

Małe pytanie: na jaką odległość niesie się dźwięk wybuchu, powiedzmy, że niezbyt dużej konwencjonalnej bomby? W terenie otwartym. Mam doświadczenie wyłącznie armat na rekonstrukcjach i nie jest to bardzo daleko, ale może gdzieś da się znaleźć jakieś dokładniejsze dane?

Polecam ten artykuł dla przedstawienia skali.  Tutaj jest matma z Physics Stack Exchange. Generalny wniosek – nawet niewielki wybuch produkuje duży hałas.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Okej, czyli coś co spada i niezupełnie wybucha sensu stricto ma prawo być niesłyszane ok. 10 km od miejsca wypadku? Chyba zatrudnię do konkretów tatę fizyka ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

niezupełnie wybucha sensu stricto

Zdefiniuj “niezupełnie”.

Pamiętaj, że np. broń elektromagnetyczna ma wystrzeliwać pociski z taką siłą, że nie potrzebują materiału wybuchowego w głowicy. W pewnym momencie siła uderzenia o glebę może być na tyle wielka, że nie ma znaczenia, czy to bomba czy nie.

W kręgach lubiących twardą militarną SF często cytuje się, że obiekt pędzący 3 km/s przy uderzeniu generuje tyle energii, ile wybuch ważącej tyle samo kostki TNT.

No i trzeba uwzględnić wiatr i pogodę. Jeśli choćby pada i grzmi, to słyszalność “wybuchu” drastycznie spada.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Broń elektromagnetyczna to nie moja bajka, ja sobie siedzę spokojnie w XIX wieku. O XX/XXI i przyszłości nie poważyłabym się pisać, choćby dlatego, że technikalia by mnie przerosły. Może space operę w umownym uniwersum. I tak naprawdę nie mam eksplozji materiału wybuchowego, tylko, powiedzmy, katastrofę lotniczą czegoś, co leci raczej powoli ;) Pogodę niestety mam dobrą, choć mogłabym coś zmienić. Ale za to odległości dość duże.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

I tak naprawdę nie mam eksplozji materiału wybuchowego, tylko, powiedzmy, katastrofę lotniczą czegoś, co leci raczej powoli.

Zdefiniuj “powoli” ;)

Ale jeśli mówimy tu o prędkościach nie większych niż dzisiejsze drogowe, to odgłos uderzenia może nie nieść się aż tak daleko.

Jest też opcja, że świadkowie, nawet jeśli usłyszą, mogą nie zorientować się, o co chodzi. Uderzy taki balon w ziemię, a daleki obserwator, który nie patrzył w jego stronę pomyśli, że gdzieś w sąsiedniej chałupie we wiosce komuś garnki się zwaliły.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Sam zdefiniowałeś powoli ;) I bardzo dziękuję za wyjaśnienia, bo właśnie o to mi chodziło – że jeśli takie uderzenie ma miejsce w miejscu odludnym, to jest szansa, że nikt nie usłyszy. Opko poszło na betę, ale ten problem nadal mnie męczył...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ja jak zwykle z pytaniem medycznym...

 

Potrzebuję drogi od anoreksji do śpiączki, takiej, z której nie wiadomo, czy pacjent się wybudzi. W każdym razie choroba trwa jakieś 3-4 lata, więc wyniszczenie organizmu jest stopniowe. Myślałam o niewydolności wielonarządowej, ale nie wiem, czy to ma ręce i nogi.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Swego czasu cobold bardzo mi pomógł w niezliczonych zagadnieniach śpiączkowych, więc bezczelnie wywołam go do tablicy :)

Dogs,  w tym przypadku pierwsza na myśl nasuwa mi się śpiączka wywołana hipoglikemią.

Ale to jest jednostkowe zdarzenie prowadzące do śpiączki? W sensie, jak długo można mieć hipoglikemię zanim się wpadnie w śpiączkę? Czy to jest po prostu efekt głodzenia i rozregulowania organizmu, który prowadzi do chronicznego niedocukrzenia i wtedy śpiączki?

Głodzenie → rozregulowanie organizmu → chroniczne niedocukrzenie → śpiączka

I to wszystko rozłożone w czasie?  Jeśli tak, to w jakim? I czy to można zauważyć “z boku”, widząc taką osobę od czasu do czasu?

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Hipoglikemia jest stanem ostrym, który manifestuje się szeregiem objawów, które jak najbardziej można zaobserwować. KLIK. Anoreksja jest chorobą przewlekłą i osoba chorująca na nią jest niejako przyzwyczajona do niższych wartości glikemii niż przeciętny zdrowy człowiek i stężenie glukozy, które u przeciętniaka wywołałoby objawy hipoglikemii, u takiej osoby niekoniecznie mogłoby objawić się jakkolwiek. Musiałabyś zastosować jakiś czynnik spustowy, który u zdrowej osoby nie doprowadziłby do hipoglikemii przez istniejące procesy kompensacyjne. Te same procesy u anorektyka mogą okazać się nieefektywne. A zatem dajesz delikwentowi wódkę albo narażasz go na wysiłek fizyczny. Samo głodzenie jako takie hipoglikemii raczej nie wyzwoli – spójrz na więźniów Auschwitz, którzy mimo wygłodzenia jakoś egzystowali.

Do Twojego schematu dopisałbym “zadziałanie czynnika spustowego” przed wystąpieniem śpiączki. Śpiączka wystąpi szybko po zaobserwowaniu objawów. Ile dokładnie – nie wiem, ale byłyby to minuty.

A jakie są szanse na wybudzenie się z takiej śpiączki? Zależałoby mi na tym, żeby bohater miał jakieś szanse (nawet jeśli minimalne) na wybudzenie się. Albo jeśli to niemożliwe, to żeby przynajmniej minęło trochę czasu od zapadnięcia w śpiączkę do śmierci.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Gdy ma objawy hipoglikemii, daje się mu do zjedzenia coś bardzo słodkiego – batonik, colę – i to pomaga, zwykle po max 20 minutach. Jeśli wpadnie w śpiączkę – glukoza dożylnie, ewentualnie domięśniowo glukagon.

Ktoś mnie wołał, czegoś chciał ;)

Napisz coś więcej – jak długo potrzebujesz tej śpiączki, czy osoba chora ma zapewnioną pomoc medyczną, czy zależy Ci aby była rzeczywiście nieświadoma, czy tylko, żeby tak to wyglądało dla osób drugich?

Samego momentu wpadania w śpiączkę nie planowałam szczegółowo opisywać. Scena polega z grubsza na tym, że brat siedzi przy łóżku siostry, która już jest w śpiączce, w szpitalu – więc opiekę medyczną ma zapewnioną. Dziewczyna w momencie krytycznym była albo sama i szybko ktoś ją znalazł albo wśród obcych ludzi (w każdym razie w miarę szybko ktoś wezwał karetkę). W tekście nie rozstrzygam, czy się wybudzi, ale zależało mi na tym, żeby to była ta mniej prawdopodobna opcja.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

To w takim razie śpiączka hipoglikemiczna odpada, bo wątpię, by w szpitalu trzymali pacjentkę w takim stanie celowo. Coboldzie, pałeczka Twoja! ;D

To trochę upraszcza sprawę – dziewczyna w wyniku wyniszczenia łapie zapalenie płuc, trafia do szpitala, jest niewydolna oddechowo, wymaga wentylacji mechanicznej, zostaje wprowadzona w śpiączkę farmakologiczną, leży na OIT, podłączona do respiratora, rokowania są niepomyślne.

Super, pasuje mi ta wersja :-) Bardzo Wam dziękuję za pomoc!

 

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Jak trudno obudzić/dobudzić kogoś, kto zażył środek nasenny (raczej coś szpitalnego, choć apteczne lub ziołowe także)?

Pytanie od totalnego laika – niestety nie znam się na powyższych, nigdy nie używałem.

Nie znam się, więc się wypowiem. ;) A serio to ekspertem nie jestem, ale tak z doświadczenia:

 

czy chodzi Ci o typowe leki nasenne czy uspokajające? “coś szpitalnego” to bardzo szerokie określenie, nie wiem czy masz na myśli tabletkę na receptę czy kroplówkę z relanium, i czy ktoś zażył normalną dawkę czy przedawkował?

Tak czy inaczej przy normalnej dawce można nawet wcale nie zasnąć, jeśli się nie chce, ktoś Cię zagaduje itp. Więc myślę, że tym bardziej z obudzeniem się nie ma problemu.

Czasem bezsenność leczy się też niskimi dawkami neuroleptyków, przy nich jest to samo.

Edit: ziołowe działają jeszcze słabiej, przy czym mam na myśli raczej leki uspokajające niż typowo nasenne, jeśli jest jakaś różnica.

 

Ale myślę, że są tutaj bardziej kompetentne osoby, więc może się wypowiedzą. :)

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Raczej nasenne – chcesz być pewien, że “ofiara” prześpi całą noc. Powiedzmy, że chcę zrobić na pracowniku nocnej zmiany mały koleżeński sabotaż (dodać coś do jedzenia/herbaty?). Ma spać jak suseł. ;)

To już wykracza poza moją wiedzę. Czy leci z nami lekarz? :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

To jest dokładnie tak, jak z zatruciem alkoholem – wszystko zależy od dawki. Przy czym tolerancja zależy od doświadczenia – ktoś, kto nie używał regularnie leków nasiennych może być głęboko senny po kilku tabletkach Oxazepamu czy Lorafenu.

Hmm, mogę mieć pewien problem z podaniem aż kilku tabletek jednocześnie. 

A może tzw. pigułka gwałtu? Gammahydroksymaślan (chyba sodowy, ale to raczej nie ma znaczenia) smakuje ponoć słonawo, ale może w soku pomidorowym albo żurawinowym dałoby się to ukryć? Ale tu też musisz sprawdzić dawki, żeby pacjenta uśpić, nie zabić.

 

ETA: pytanie do naukowców – co Was pchnęło na ścieżkę czynienia wszechświata swoją metresą? Potrzebuję anegdot, nie statystyk. Konkretów. Mam w stosiku do opracowania szalonego naukowca i on już z pół roku czeka :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Ja mam sprawę odnośnie pogrzebów – jeżeli okazanie ciała jest w kapliczce, to potem w kościele trumna jest już zamknięta – i pytanie: czy to jest zaśrubowane na amen, czy można jeszcze podejść i uchylić wieka?

I czy praktykuje się jeszcze otwarte trumny na pogrzebach, czy już nie bardzo?

I would prefer not to.

Jak byłam latem na pogrzebie, to trumna była zamknięta. Ale choroba bardzo wyniszczyła nieboszczyka, może dlatego.

Babska logika rządzi!

Nie praktykuje się otwartych, a w prawie jest coś takiego, że raz zamknięta trumna nie może być otwarta, więc nie uchylisz, a przy tym musi być zamknięta na czas transportu. Możesz być przy otwartej w kapliczce/domu pogrzebowym przed pogrzebem.

Ok, dzięki ;)

I would prefer not to.

Czy ktoś – z lekarzy chyba – może mi powiedzieć, jak szybko rozwija się choroba popromienna w przypadku nawdychania się (lub spożycia, ale raczej nawdychania) sporej ilości radu (ewentualnie ile się go trzeba nawdychać, żeby postępowała bardzo szybko)? Wiki mówi mi tylko, że “rad dostający się do organizmu drogą oddechową jest 10 razy bardziej kancerogenny niż spożyty”, co wiele mi w praktyce nie daje :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ostra choroba popromienna to kwestia najczęściej godzin, choć przy odpowiednio dużej dawce możliwa jest nawet natychmiastowa śmierć. Njabardziej spektakularnie przy średnich dawkach przebiega postać jelitowa. Jeśli chodzi akurat o inhalacje i akurat radu nie znam szczegółów, ale znalazłem szczegółowe opracowanie toksykologiczne, które mogę podrzucić na priva.

Będę wdzięczna :) Dla mnie istotne jest tak naprawdę, czy może to być kwestia maksymalnie kilku dni, a ostrych objawów bardzo szybko, więc jest ok.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Louis Slotin, kanadyjski fizyk pracujący przy projekcie Manhatan, otrzymał (za wiki): śmiertelną dawkę szacowaną na 21 Sv promieniowania gamma i neutronowego. Slotin chwilę po zdarzeniu odczuwał kwaśny smak w ustach oraz piekący ból w lewej ręce, spowodowany olbrzymią dawką promieniowania przyjętą w krótkim czasie. Zaraz po opuszczeniu laboratorium zaczął gwałtownie wymiotować; został niezwłocznie przewieziony do szpitala, ale według świadków, od samego początku zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji, i od razu pożegnał się z kolegami. Zmarł w szpitalu 9 dni później.

Warto zaznaczyć, że obecnie dopuszczalna dawka to 0,02 Sv/rok (ICRP). Warto tez zapoznać się z historią Skażenia w Goiânii.

I żeby totalnie uzmysłowić sobie skalę zjawiska: Prace Marii Skłodowskiej-Curie z 1890 roku, ze względu na ich wysoki poziom skażenia radioaktywnego uważa się do dziś za zbyt niebezpieczne, aby ludzie mogli mieć z nimi bezpośredni kontakt. Przechowuje się je w odosobnieniu, w specjalnych pojemnikach pokrytych ołowiem. Naukowcy, którzy chcą skorzystać z oryginalnych manuskryptów polskiej badaczki zobowiązani są zakładać wcześniej odzież ochronną i przestrzegać specjalnych zaleceń dotyczących bezpieczeństwa.

Tak to kiedyś widziałem:

 

Już podpisałam testament i wydałam ostatnie dyspozycje. Rzeczy osobiste i suknie, nawet tą bordową – spalić. Notatki koniecznie zamknąć w ołowianym sejfie, niech nie szkodzą nikomu. Może kiedyś, gdy zwietrzeje mój dotyk, będzie można je bezpiecznie odczytać. Może kiedyś, za tysiąc lat...

Dziękuję :) Tylko że z tego, co już mam z wcześniejszego riserczu u mnie musi być promieniowanie beta, ale to info o MS-C jest bardzo ciekawe i przydatne :) Niesamowita sprawa, skądinąd.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino,

Też pozwolę sobie dodać kilka słów od siebie.

Przede wszystkim sformułowanie “wdychanie radu” jest nieco kontrowersyjne. Bo rad jest metalem i to dość ciężkim, więc jako taki (o ile nie są to jakieś mikro pyłki) nie będzie przechodził do atmosfery. Wdychać natomiast można radon, produkt rozpadu promieniotwórczego radu. Radon również jest radioaktywny, a do tego jest gazem. I to właśnie ten radon jest zwykle odpowiedzialny za wspomniane napromieniowanie płuc. Jest to o tyle paskudne, że radon po rozpadzie promieniotwórczym staje się polonem, czyli znów metalem ciężkim. Więc w tych płucach zostaje, bo trudno go wydychać, i tam dalej się rozpada powodując dalsze szkody.

Kolejna sprawa to promieniowanie beta. Ono nie jest akurat tak bardzo szkodliwe dla zdrowia, jak  promieniowanie alfa. Jest bardziej przenikliwe (beta zasięg kilkunastu cm, alfa kilku mm... dane orientacyjne z pamięci, bo nie chce mi się już szukać) od  alfa, ale za to mniej “energetyczne”.

W Twoim przypadku to nie ma większego znaczenia, bo przy większości naturalnych przemian promieniotwórczych, występuje i jedno i drugie (plus gamma, bardzo przenikliwe, ale najmniej szkodliwe).

Na koniec link, gdybyś potrzebowała konkretów:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Szereg_promieniotw%C3%B3rczy

Sugestia. Nie koncentruj się na samym radzie, a również na produktach jego rozpadu. Większość z nich jest bardzo niestabilna przez co jest również promieniotwórcza.

 

Promieniowanie beta słabo przenika przez cokolwiek, o ile pamiętam (tj. jest pochłaniane i jonizuje materię, ale daleko nie przejdzie) więc raczej oparzenia na powierzchni (z drugiej strony, oparzenia dróg oddechowych to prosta droga na najbliższy cmentarz) – ale wiele materiałów radioaktywnych jest trujących po prostu jako sole metali ciężkich (uran np.).

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

To jest kapitalny temat ze względu na konsekwencje: świadomość wkładania ręki w ogień. Mnie radiacja strasznie fascynuje, bo to można przepięknie wygrać na emocjach. Lubię mit o samosiełach.

 

 

Lubię mit o samosiełach.

Mit?

Teyami, u mnie ;)

Znam ciężar.

Dziękuję wszystkim za pomocne info – na szczęście nie muszę się przejmować terminologią, ponieważ rzecz dzieje się przed opisaniem zjawiska radioaktywności, więc konkretów potrzebuję ja, a nie bohaterowie :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie jest to bardzo duży szczegół, ale – czy zachomikowany w smoczej jamie rycerz ma szansę się rozłożyć do szkieletu? Może tam przebywać dowolnie długo, grota nie jest specjalnie wilgotna (chciałam źródełko na smoczej górze, ale teraz nie jestem tego pewna), zbroja pozostała w jednym kawałku. Nie wiem, czy w związku z procesami zachodzącymi wewnątrz nie powinna trochę skorodować?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tarnino, tak ma szansę, będzie to proces naturalny bez względu na warunki panujące w grocie. Zbroja również naturalnie będzie rdzewieć, bo środowisko utleniające. Mówimy o perspektywie kilkudziesięcu lat. W przypadku gdyby szkielet został przykryty namuliskiem, to i przez kilkadziesiąt tysięcy lat się uchowa.

Nie jestem specjalistą od strony science, ale od strony odkryć nieco bardziej ;) Zbroja ma szanse się zachować – sama znasz znacznie lepiej procesy chemiczne – a nawet skorodowana żelazna nadal przypomina nadal zbroję, więc zależy jak bardzo chcesz ją mieć nadającą się do użycia. Poniżej masz żelazną zbroję (okucia złote) z połowy IV w. p.n.e., po takiej konserwacji, jaka jest możliwa, czyli zasadniczo powstrzymaniu dalszych procesów korozyjnych i lekkim liftingu. Ale już inny metal może być całkiem nieźle zachowany nawet po długim przeleżeniu się w ziemi – widziałam na własne oczy przedmioty brązowe wydobywane prosto z wykopu, a brązy wydobywane z morza są często w znakomitym stanie, gładziutkie jak nowe.

Kości w tym konkretnym grobie akurat były ze stosu pogrzebowego, więc niewiele wnoszą do Twojej sprawy, ale długie zachowały się bardzo dobrze. Wszystko razem w grobowcu pod kurhanem ziemnym, więc środowisko mało hermetyczne.

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

O, merci. Zbroja nie musi być do użytku, wystarczy, żeby było widać, że to zbroja. Korozja na sucho zachodzi powoli, a wątpliwości mnie opadły, bo sam zapuszkowany rycerz jest a) w 80% złożony z wody i b) będzie wytwarzał różne produkty rozkładu, które mogłyby tu mieć znaczenie. Ja badałam korozję tylko w laboratorium, za pomocą wody z solą i fenyloftaleiną (standardowy sposób), więc wolałam spytać.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Ona oczywiście była pogięta trochę po znalezieniu, ale tam się częściowo zawalił strop na te wszystkie zabytki, więc i tak zachowały się w doskonałym stanie. No i oczywiście zbroja nie była na kościach, ale leżała z boku jako dar grobowy, więc kwestia rozkładu rycerza też w grę nie wchodzi. Inna sprawa, że za to nie wierzę, żeby tam się woda nie dostawała z zewnątrz: konstrukcja kamienna z marną zaprawą plus kurhan ziemny, niezbyt gruba warstwa tej ziemi. Więc rycerz musiałby mieć tę zbroję z wyjątkowo podłego stopu, żeby mu się całkiem rozleciała tak, że będzie nie do poznania :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję raz jeszcze i padam do stóp :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Miło, że mogę być pomocna :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tarnino, jeszcze w ramach ciekawostki (smutnej): rozmawiałem kiedyś ze znajomym, który biega po lasach i łąkach z wykrywaczem metalu. Ten znajomy twierdził, że zabytkowe hełmy z IIWŚ, które mają uszkodzoną (pękniętą, skruszoną) górną część dzwonu, prawdopodobnie leżały w ziemi wraz z właścicielem. Procesy rozkładu powodują takie uszkodzenie hełmu.

Zastrzegam, że nie wiem, czy jest to prawda, a i temat przykry, więc nigdy tej informacji nie weryfikowałem.

 

Hmm. Po pierwsze jeżeli to w Polsce, to Twój znajomy działa nielegalnie i może mu na to zwróć uwagę, bo konsekwencje mogą być wysoce nieprzyjemne. (Nie wypowiadam się o sensowności istniejącego stanu prawnego, ale jest, jaki jest.)

A merytorycznie, nie wydaje mi się to prawdą. Po pierwsze czaszka to bardzo mocna kość, u dorosłego całkowicie zrośnięta, więc nie widzę mechanizmu, który by miał coś takiego powodować – uszkodzenia wywołane procesami gnilnymi powinny być największe tam, gdzie metal (czy cokolwiek innego, co może ulec zniszczeniu) ma największą styczność z tkankami miękkimi i rozkładem. Z wszystkich kości czaszka najrzadziej ulega w ziemi zniszczeniom, niezależnie od czasu przeleżenia się w ziemi, i mózg pewnie wysycha w jej wnętrzu (miałam na studiach anatomię wybiórczą, tylko szkielet, więc nie wiem na pewno), chyba że została rozłupana.

Odpowiedzi szukałabym raczej w konstrukcji samych hełmów: większość we wszystkich epokach miała tak czy inaczej wzmacnianą samą górę dzwonu, żeby chronić przed ciosami z góry. Na pewno taką konstrukcję mają jeszcze hełmy używane powszechnie w I wojnie światowej, na drugowojennych się nie znam. W każdym razie to wzmacnianie oznacza, że do górnej części dzwonu coś się dospawuje itd., co z jednej strony zwiększa osłonę, ale z drugiej osłabia w przypadku korozji. Albo są to uszkodzenia całkowicie przypadkowe... No i, sorry, ale mało prawdopodobne, żeby po niecałych stu latach z właściciela nic nie zostało. Może to wyrzucone hełmy :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

uszkodzenia wywołane procesami gnilnymi powinny być największe tam, gdzie metal (czy cokolwiek innego, co może ulec zniszczeniu) ma największą styczność z tkankami miękkimi i rozkładem.

O tym właśnie myślałam – gdzieś w okolicach brzucha korozja powinna być najdalej posunięta.

do górnej części dzwonu coś się dospawuje itd., co z jednej strony zwiększa osłonę, ale z drugiej osłabia w przypadku korozji.

Tzw. korozja szczelinowa. Tlen nie dochodzi do środka tej wąskiej szparki, powstaje różnica stężeń i ogniwo zyskuje na sile elektrochemicznej. Dokładniej musiałabym poszperać, ale gdyby to kogoś interesowało, katedry korozji udostępniają w Sieci skrypty.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Szczerze? NIkt przy czytaniu amatorskich opowiadań w sieci nie zwraca uwagi na to, czy dana część  ciała rzeczywiście ma taki, a nie inny okres rozkładu. No może z wyjątkiem kilku medycznych świrków, ale o ich uwagę raczej ciężko. W dzisiejszych czasach w ogóle ciężko o czyjąkolwiek uwagę. 

amatorskich opowiadań w sieci

Jeśli Drakaina jest amatorką, to np. ja jestem chyba gdzieś między ćmą a kuną XD

 

a, edit, to do pytania Tarniny – ale i tak, o szczegóły warto dbać zawsze!!!

Nie znam żadnej Krystyny Drakainy ani tym bardziej Drakainy Ziutkowskiej, niemniej sprawdzę.

 

Jasna sprawa ze szczegółami, gorzej jeśli jest się jedyną osobą, która wie, ile informacji umieściło się w tekście. I to jeszcze swoim!

WojciechuL. Rozpoczynanie aktywności w portalu społecznościowym od traktowania wszystkich z góry i ich de facto obrażania to nie jest dobry pomysł. Przeczytaj, o czym jest ten wątek, poczytaj, jak rozwijają się dyskusje obok kwestii opowiadań, a jak sobie dobrze przemyślisz, o czym była rozmowa, to dopiero wtedy się wypowiadaj. I pamiętaj, że my wszyscy tu jesteśmy żywymi ludźmi, więc obrażasz konkretne osoby, a nie rzucasz słowa w pustkę.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nikogo nie traktuję z góry, po prostu przedstawiam swój punkt widzenia. Tym bardziej, nikogo nie obrażam. Żartuję sobie po prostu z czyjejś pozycji w wąskim gronie, a nie z tej osoby. Wyczuwam jednak irytację, że nie rozpoznałem od razu Pani z imienia i nazwiska. 

Mylisz się. Gdybym chciała być natychmiast rozpoznawana, używałabym imienia i nazwiska, są tu i tacy. Natomiast ton Twojego komentarza o “amatorskich” opowiadaniach w ogólności (na tym portalu sporo użytkowników to ludzie publikujący i nagradzani!), o czytelnikach (”nikt nie zwraca uwagi...” – zdziwiłbyś się, na co ludzie na tym portalu zwracają uwagę; między innymi dzięki temu nie jest amatorski), a wreszcie głupie żarty ad personam – to wszystko nie robi dobrego wrażenia. To, jak traktujesz np. Reg pod swoim tekstem, też nie wystawia Ci szczególnie dobrej wizytówki. Gdzie indziej na szczęście wypowiadasz się bardziej kulturalnie. Punkt widzenia można przedstawić tak, żeby nikogo nie obrażać przy okazji, prawda? A Ty jedną wypowiedzią obraziłeś właściwie wszystkich użytkowników traktujących poważnie pisanie i redagowanie swoich tekstów na tym portalu.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No, ale nie jesteś, piszesz anonimowo i masz pretensję, że nie rozpoznałem Cię po nicku na forum internetowym, który został wspomniany w przypadkowej rozmowie, niezwiązanej z Tobą.

Jak to “ton”? Przecież prowadzimy rozmowę przez Internet, tu nie ma żadnego tonu, ekspresji czy zachowania. Amatorskie, a i owszem! Przecież poprawianie sobie nawzajem tekstów nie można nazwać w żaden sposób profesjonalnym, tym bardziej jeśli zamiast imion i nazwisk, a tym samym osób masz wymyślony ksywki i przydomki. Przykro mi, ale jeśli ktoś nie jest w stanie wylegitymować się wiedzą oraz statusem w świecie, w którym możesz być kim chcesz, bijąc pianę na portalach społecznościowych, to rady od Ciebie będą zawsze brane przez palce. Dlatego proszę o schowanie swojego ego i nie rozszerzanie banieczki, w której się żyje na cały świat. Zwłaszcza w tak buńczuczny i bezczelny sposób, który robi z Ciebie ofiarę, mimo iż znalazłaś się w rozmowie przypadkowo, bo nie pisałem ani do Ciebie, ani o Tobie. 

Wojciechu, proszę cię uprzejmie opuść ten temat, bo twoje rozbuchane ego zaśmieca cholernie wartościowy wątek, z którego reszta użytkowników chciałaby korzystać zgodnie z jego przeznaczeniem. Idź sobie rzucać zarzuty, spierać się z ludźmi i zderzać z rzeczywistością gdzieś indziej. Bardzo proszę.

Niestety jestem okołomedycznym świrem i na rozkład z pewnością uwagę zwrócę – Tarnino, delikwent zeszkieletuje się, o ile jaskinia nie będzie zbyt sucha i o ile nic to nie wyjadło. Szczury są bardzo zdeterminowane, jeżeli chodzi o jedzenie, a ich zęby przy odrobinie pracy spiłują metal. Ponadto jaskinia to dobre miejsce dla niedźwiedzia, a ulubionym przysmakiem niedźwiedzia jest sezonowana padlina. Nie miałby chyba większego problemu z rozgięciem blach. Jeżeli jaskinia będzie zbyt wilgotna, to może zajść przeobrażenie saponifikacyjne.

W takich okolicznościach oczywiście kości zostaną, ale ciut sponiewierane. A nawet jeśli nic go nie zeżre, to nie przejmuj się, płyny dekompozycyjne sobie wyciekną przez złączenia blachy.

Proszę o prowadzenie rozmów w sposób kulturalny. Nie uważam, by została w tym wątku przekroczona granica, która upoważniałaby mnie do interwencji “moderatorskiej”, ale robi się niemiło. Trzymajcie się również tematu wątku. Wycieczki osobiste zdecydowanie od niego odbiegają.

Wiktor Orłowski – a Tobie przypominam, że istnieje możliwość edycji komentarzy i warto z niej skorzystać, zamiast dodawać jeden pod drugim :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

A faktycznie, przepraszam! Poprawię się.

Merci, Wiktorze, ale w jaskini jest już duży drapieżnik ;)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Potrzeba mi kogoś z doświadczeniem i wiedzą w lingwistyce kognitywistycznej albo samej kognitywistyce. Są chętni?

Pisz do Skonecznego!

@stn, lingwistyka kognitywistyczna – niekoniecznie; taka zwyczajna kognitywistyka – może tak.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Aż się podłącze pod wątek – czy sa jakieś polskojęzyczne materiały o kogniwistyce w kontekście spektrum autyzmu?

Dzięki Cobi, napiszę mu – i Tobie, Asylum – na PW.

To do autyzmu też się podłączę, ale w trochę inny sposób – czy ktoś z Was ma jakieś prywatne doświadczenia z kontaktu z dzieckiem autystycznym? Wszędzie znajduję kryteria diagnostyczne i skąpe opisy objawów, a potrzebuję czegoś bardziej personalnego.

Ja kiedyś przez trzy tygodnie pracowałam z dziesięciolatkiem z autyzmem. Nie wiem, czy o to wam chodzi, ale mogę spróbować pomóc (tu albo na PW).

O to mi chodzi, napiszę do Ciebie zaraz.

Wiktor, zaraz odpiszę na wcześniejsze PW.

 

Żongler, Wiktorowi na pewno pomożesz, ja jednak szukam właśnie czegoś bardziej od strony kogniwistyki :) 

Jeśli chodzi o dzieci autystyczne i ze spektrum, chętnie pomogę.

Mam podrożników w realiach średniowiecznych, bez magii, czym mogą sobie oświetlić drogę w jaskini?

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Łuczywem, ewentualnie jakąś lampką oliwną.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Łuczywem, kagankiem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A świece mogliby ze sobą nosić?

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Zależy. Jeśli jacyś uczeni, to może. Żołnierze (za wyjątkiem pisarzy wojskowych) – raczje nie.

Ale świece się nie bardzo sprawdzają w jaskiniach – woda + przeciągi.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Mogli, ale świece chyba były wtedy dość drogie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Moim zdaniem, tylko łuczywo, szmata wokół drzewca zamotana i nasączona. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

tylko nie mam czym nasączyć...

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Może tłuszczem zwierzęcym.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oliwa???

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

no tak, tylko cały czas problem z pozyskaniem owej substancji, nie była to zaplanowana wycieczka w ciemność, nie mam oliwy. i tak kombinuję jak koń pod górkę CO mogą mieć przy sobie.

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Nie ma jakiegoś obżartucha? Takiego co oliwę do sałatek wozi ;)?

Albo pięknisia, co namaszcza swe boskie ciało co wieczór :)?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

w tych warunkach by wymiękł XD ten drugi znaczy :D

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Tłuszcz zwierzęcy???

Wzdrygam się lecz podpowiadam.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Może mieli ze sobą chleb ze smalcem? :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A ta jaskinia to często używana? Może znajdą jakieś “zwiedzaniowe pomoce” z poprzedniej wycieczki? Albo jakieś porzucone bagaże? A w nich nawet... kaganek ;)? 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

oświaty :D Niestety, są tam piersi i pewnie ostatni.

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Coś przecież ze sobą mieć muszą, jeśli na wyprawę się udali i zdecydowali się wejść do jaskini. Nie pozbawiaj ich wszystkiego, może zaopatrz w coś?:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Jaskinie z piersiami?! ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ale komplikujesz, Cet . No to teraz musisz mieć nadzieję, że wśród wycieczkowiczów znajdzie się średniowieczny McGyver, który z kostura, onucy, rzemyka i tłustych włosów sprokuruje pochodnię ;).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

kąpali się, nie mają tłustych włosów XDDDD

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Niektórzy się nacierali oliwą, maczali w niej pieczywo, namiętnie używali w kuchni... Mogli mieć przy sobie, zwłaszcza jeśli udawali się w dzicz, gdzie nie ma dobrodziejstw cywilizacji.

 

Edytka: A nie, sorki, myślałam, że to starożytność.

Babska logika rządzi!

Mówiłem, że komplikujesz. To przynajmniej jakiegoś tłuściocha, którego mogą poświęcić?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Świece z łoju nie były drogie i raczej łatwe w wykonaniu, więc sądzę, że w średniowieczu je znano, choć ja oczywiście znam je głównie z kontekstów dziewiętnastowiecznych.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Pochodnia to kijek okręcony szmatą nasączaną jakimś łatwopalnym dziadostwem, np. naftą lub smołą. Czytacz z zacięciem do eksperymentów może sobie sam zrobić pochodnię i wtedy Ci wytknie, że taka mała pochodnia pali się zaledwie kilkanaście minut, więc w jaskini się nie sprawdzi. Z drugiej strony ludzie w zamierzchłych czasach pewnie mieli patenty, które przedłużały życie takiej pochodni i potrafili ją zrobić z byle czego (jak w minecrafcie: z patyka i węgla). Napisz po prostu, że wyciągnęli pochodnie i zapalili, albo: Poczekali chwilę, aż ich oczy przyzwyczają się do braku światła...

Chyba padnie na kolonię "świecących robaczków". Wujek Google mówi: Są to poczwarki muchówki Arachnocampa luminosa z rodziny grzybiarkowatych.

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Historyk na nocnym dyżurze. Co powiesz na to? https://en.m.wikipedia.org/wiki/Rushlight Więcej info tu: https://valleyadvocate.com/2011/12/16/the-not-so-dark-age-light-in-14th-century-britain/ Takie coś mogliby chyba ze sobą mieć?

Jeżeli w okolicy rosły odpowiednie rośliny, a to zależy od tego, gdzie dzieje się opowiadanie ;) Pytanie, czy z innych da się coś podobnego robić, bo sądząc z opisu chodzi o właściwości rdzenia. Mam wrażenie, że łój zwierzęcy, z którego świece robiono, jest jednak bardziej powszechny.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

W sumie znaczenie ma też zamożność bohaterów. Rushlights (tłumaczone jako świece z knotem z sitowia?) były bardzo tanie i powszechnie używane, ale tak jak pisze drakaina to zależy od szerokości geograficznej. Niemniej jeśli już miałabym dawać klasyczne świece, to chyba zdecydowałabym się na tańszy i ogólnie dostępny wosk pszczeli. Ten artykuł też fajnie mówi o praktycznym zastosowaniu: http://www.hollowtop.com/spt_html/lighting.htm

Wosk tańszy od łoju? No nie wiem.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Minuskuło, wosk pszczeli nie był nigdy tańszy od łoju zwierzęcego, a z jego dostępnością też bym dyskutowała, a świece woskowe w wielu epokach były luksusem. Lampki na tani i dostępny olej były tańsze (bo wielokrotnego użytku) niż woskowe świece!

 

PS. Świece stearynowe wymyślono w XIX w. jako zamiennik: tańsze od woskowych, a lepsze od “zwykłych” łojowych.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mea culpa, wciągnęłam się w historię oświetlenia i w którymś artykule naczytałam się o wosku pszczelim, a mój naładowany sernikiem umysł źle połączył kropki. Na usprawiedliwienie powiem, że nie jestem mediewistką ;) Co do lampek – zgodzę się. Tylko Ceterari szukała chyba czegoś "jednoskładnikowego". Plus oliwa do lampek była raczej słabo dostępna poza południem Europy. Wtedy właśnie wchodził w średniowieczu w grę łój.

Ja też nie jestem mediewistką, brr... (Twój awatar jednakowoż jest średniowieczny :P)

 

A merytorycznie: w lampkach używano nie tylko oliwy – w lampce możesz mieć dowolny tłuszcz.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wydaje mi się, że w tamtych czasach ogólnie dostępny był olej lniany, ale chyba wykorzystywano też inne nasiona.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W Biblii jest nawet przypowieść o kobietach, co to część z nich miała oliwę do lamp, a część nie. Jeśli coś takiego pojawia się w ewangeliach, to i w średniowieczu oliwa pewnie nie była problemem.

Wilku, w starożytnym obszarze śródziemnomorskim oliwa była w użytku codziennym (tak jak jest dzisiaj), aczkolwiek była cenna – nie przypadkiem Atena wygrała z Posejdonem rywalizację o opiekę nad Atenami dzięki oliwce, nie przypadkiem wielka amfora oliwy była nagrodą w igrzyskach panatenajskich. Później oliwkę oczywiście nadal uprawiano, ale na północy Europy olej z oliwek był importowany, więc luksusowy, a na co dzień używano innych. Nie wiem zresztą, jaki był zasięg tego konkretnego importu w średniowiecznej Europie. Niemniej na sporych obszarach raczej byłaby problemem :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Olej i oliwa to dwa różne tłuszcze. Oliwę otrzymujemy z oliwek, a te nie wszędzie rosną.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I tu się pojawia pytanie pod tytułem “jaka jest specyfika świata”.

Zerknęłam do początku i Cet napisała “nie mam oliwy”, co zasadniczo załatwia tę konkretną sprawę.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Fakt, moja nieuwaga. 

Chciałam napisać komentarz odnośnie dostępności oliwy, ale drakaina wyczerpała temat. A niemerytorycznie jeszcze: średniowiecze po prostu lubię – stąd awatar, ale serce oddane mam starożytności ;)

Co prawda nie do do końca do opowiadania, ale jesteście bardzo wszechstronni i mamy silną ekipę medyczną:

– Skąd wziąć medyczne opracowanie o zespole Aspergera?

– I coś konkrentnego o diagnozowaniu dzieci z zaburzeniami psycho-spolecznymi?

Szukam fachowej literatury/ źródeł w Internecie opracowań itp.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Potrzebuję konkretów o życiu miłosnym Galileusza. Wiem o niejakiej Marinie, ale same (trudne do zweryfikowania) pierdoły w internetach znajduję. Mamy specjalistę na sali?

Freddie Mercury coś tam o nim śpiewał, stn :D

 

wiem, offtop, odprowadzę się do wyjścia.

Za wcześnie :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No trudno, będzie “na oko” napisane . ;)

Życie miłosne Galileusza – bogate, trójka nieślubnych dzieci, słynął ze stawiania kłopotliwych pytań swoim wykładowcom.

Niewiele wiem. Przypomniały mi się dwie książki: D.Sobela “Córka Galileusza. Rzecz o nauce, wierze i miłości” oraz J.Kierula “Galileusz”.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Stnie, a ile wiadomości ci potrzeba?

Nowe stulecie przyniosło Galileuszowi nowe powikłania. Podczas jednej z wielu rozkosznych nocy spędzonych w weneckim pałacu Sagreda poznał jasnowłosą piękność pochodzącą z uliczek na tyłach San Sofia, niejaką Marinę Gambę. Miała ledwie dwadzieścia jeden lat, a więc o czternaście lat mniej od niego, lecz w uczuciach była równie niestała jak Galileusz niedoświadczony. (...)Miała reputację osoby facile costume, lekkich obyczajów. Marina Gamba i impulsywny uczony natychmiast poczuli do siebie pociąg. Połaczyła ich żarliwa namiętność, która miała przetrwać dziesięć lat.

Źródło: “Galileusz”, James Reston Jr,. Prószyński i S-ka, 1998

Mam grzebać dalej, czy jedna kobieta ci wystarczy?

 

BTW – z tej książki dowiedziałem się, że na podstawie “Boskiej Komedii” Dantego Galileusz obliczył wzrost Lucyfera. Tak że z tymi “racjonalnymi” uczonymi trza uważać :) (patrz Newton).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Hmm, raczej coś podstawowego – czym zajmował się poza nauką. Tyle co znalazłeś Staruchu – zupełnie wystarczy. Zależy mi właśnie na ich pierwszym spotkaniu. ;)

Dzięki też dla Asylum, przejrzę oba wskazane przez Was źródła.

A Żonglerka mi odświeżyła fazę na Queenów. ;)

Poza nauką – zajmował się rodziną. Opiekował się licznym rodzeństwem. Miał cholernie wybujałą ambicję. Od kobiet zdaje się nie stronił:

W mieście na wodzie mógł bez przeszkód zaspokajać swój apetyt na jadło i białogłowy (...).

To było wcześniej, niż spotkał Gambę.

Jego ojciec był muzykiem, chciał Galileusza wykierować na handlarza wełną, by w końcu skierować go na uniwersytet, by GG został medykiem. Resztę już chyba 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

To się niezły fircyk mi z niego robi. Nie spodziewałem się, bo wszędzie (gdzie zaglądałem) skupiają się tylko na jego konflikcie z kościołem i nieformalnym związku z Mariną. Same ochłapy.

Dzięki! Teraz już wiem, że ten ancymon idealnie mi pasuje do fabuły. ;)

Jak pamiętam z lektury (a niewiele pamiętam, bo to było daaawno temu) Galileusz to po prostu zwykły człowiek Renesansu – “nic co ludzkie...”.

A ten konflikt z Kościołem to raczej propaganda rozdmuchała, bo to był konflikt ambicjonalny: kto ma większego ;)?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Kochani, potrzebuję jakiegoś potężnego demona, prawdziwego badassa z mitologii innej niż chrześcijańska. Nic, na co trafiłam, do mnie nie przemawia. Może ktoś z Was coś mi podrzuci? ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Czy Molocha uznajesz za chrześcijańskiego?

Babska logika rządzi!

To nie jest odpowiedź na Twoje pytanie, ale jako ciekawostka: demony i upadłe anioły w mitologii hebrajskiej początkowo były zupełnie osobnymi bytami.

No i własnie: jak bardzo inne mitologie, bo wierzenia tamtego regionu mocno się przenikały (zdarzały się postacie wspólne dla mitologii hebrajskiej, arabskiej, babilońskiej i jeszcze paru innych). Plus pytanie na ile można rozszerzyć definicję demona oraz czy musi być jednoznacznie “zły”.

No tak, nie doprecyzowalam. Chodzi mi również o wyłączenie hebrajskch, kabalistycznych itp. bytów. W miarę możliwości chciałabym uderzyć w coś mniej znanego.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Mam wrażenie, że o mitologii oryginalnie hebrajskiej wiemy bardzo mało, bo większość tekstów biblijnych to przetworzone i nierzadko wywrócone na nice pod względem ideowym dzieła innych kultur, w tym znaaaacznie wcześniejszych niż pojawienie się Hebrajczyków gdziekolwiek w uchwytny sposób.

 

Ale może poszukasz albo w mitach mezopotamskich właśnie, choć większość kultur Mezopotamii to różnego rodzaju semici, którzy właśnie na biblijne wyobrażenia wywarli spory wpływ. Ale były wydawane jakieś mitologie sumeryjskie z tych niesemickich, choć i je w zasadzie znamy prawie wyłącznie z przekazów późniejszych.

Są też potężne demony, z tego co wiem, w mitologii indyjskiej i powinny być też w perskiej (Arymana trudno nazwać demonem, alas) – to wprawdzie tradycja indoeuropejska, ale za to mniej ograna i znana niż biblijna. No i oczywiście Daleki Wschód, ale tu niestety nie znam się już całkowicie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Z hebrajskich tez część jest mniej znana. Ale do rzeczy. Rozumiem, że np. poszczególne ifryty tez odpadają? Może coś z azteckiego panteonu? Tylko tu się pojawia problem czego szukasz, czy np. bogowie z innych panteonów też mogą być.

Drakaino, o hebrajskiej wbrew pozorom co-nieco wiadomo. Chociażby to, że przed monoteizmem było dwubóstwo (czego zresztą jest ślad nawet w pismach kanonicznych – kult cielca), a przed dwubóstwem politeizm.

Ale to dotyczy wierzeń a nie mitologii. Jak cienka jest ta ostatnia, pokazują “Mity hebrajskie” Gravesa.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A wierzenia w czym mają oparcie? Postacie z wierzeń są częścią czego? No ale to już offtop.

W sumie Jormungand niby ze znanej mitologii (nordyckiej), a jednak stosunkowo mało znany. Tyle ze nie wiem czy będzie pasować do pomysłu, bo to jednak zupełnie inna kategoria.

<OT> Imho raczej mitologia jest rozszerzeniem wierzeń, budowaniem wokół nich narracji, a nie na odwrót, ale nie jestem religioznawcą, więc nie mam na to żadnych mądrych teorii ;) Niemniej najpierw wierzysz w to, że piorunami rzuca jakaś siła nadprzyrodzona, a potem zaczynasz o niej wymyślać historyjki. </OT>

 

Jormungand nie bardzo kojarzy mi się z demonem, w ogóle w nordyckiej mitologii nie bardzo są demony sensu stricto. Bo bogowie to nie demony, potwory to nie demony. Demony to... demony ;)

 

A, mogłabyś jeszcze poszukać u Etrusków lub innych Italików, oni lubowali się w demonicznych istotach. W małej czarnej serii mitologicznej sprzed lat jest mitologia starożytnej Italii, o ile się nie mylę.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

<OT> A nie sądzisz, ze najpierw doszukiwano się istnienia sił wyższych, a dopiero potem pojawiali się ich wyznawcy? ;) A samo takie założenie istnienia jest rodzajem mitu :) </OT>

 

A co do kojarzeń z demonami – właśnie dlatego pytałem o doprecyzowanie. Bo to słowo można rozumieć na bardzo wiele różnych sposobów. Przykład pewnego rzymskiego bożka światła, którego przerobiono na księcia piekieł.

W każdym razie wydaje mi się, że gdyby poszukać po ifrytach, to byłby dobry trop – nawet jeśli ifryty to jeszcze inne byty niż demony.

 

Ifryty też byłyby dobre, użyłam slowa demon raczej pomocniczo. Dzięki, jutro poszukam w konkretnych źródłach :)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

<OT>

A nie sądzisz, ze najpierw doszukiwano się istnienia sił wyższych, a dopiero potem pojawiali się ich wyznawcy? ;)

To nadal jeszcze nie mitologia. Mitologia to narracje wokół sił wyższych. Oraz na poziomie naprawdę pierwotnym, kiedy to wszystko się kształtowało, “istnienie” chyba jednak praktycznie łączyło się z “kultem” (dopiero potem kult zorganizowany, system wierzeń, mit w formie podstawowej, a na koniec “literacka” mitologia (ta ostatnia teoria to konkretnie N. Frye)). To akurat gdzieś tam mi się błąka z archeo i elementów antropologii kulturowej/etnologii, którą miałam nawet kilka razy w różnych wcieleniach ;)

</OT>

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki Wam, dobrzy ludzie, już sobie upatrzyłam okropnego złego, którego potrzebowałam ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

<OT>Każde dopowiedzenie jest jakąś tam formą narracji. Natomiast "istnienie" nie musi łączyć się z kultem – przykład deizmu.</OT>

<OT> No ale deizm to jest bardzo późny (nowożytny) wynalazek, filozoficzny, refleksyjny, świadomy i przemyślany. Nawet jeśli masz jego zalążki gdzieś w filozofii antycznej, to to już też jest późne i przetrawione. A zarówno wierzenia jak i pierwotne mity kształtują się na zupełnie innym, irracjonalnym poziomie, w czasach prehistorycznych, przed wynalezieniem pisma.

I nie, nie każde dopowiedzenie jest narracją. Stwierdzenie, że istnieje bóg piorunów – zasadniczo obecne w całej wspólnocie indoeuropejskiej – nie implikuje koniecznie opowieści o pochodzeniu, przygodach albo czynach Zeusa czy Thora, czyli mitologii. Nawet sama genealogia bogów i hierarchia innych bytów nadprzyrodzonych oraz sama refleksja o ich naturze to nadal system wierzeń (choć genealogię akurat łatwo przekształcić w narracyjny mit), a nie mitologia. Można uznać, że to kwestia definicji, ale tak to jednak funkcjonuje. </OT>

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

<OT>Nazwa deizm jest późna, ale nawet niektóre formy animalizmu jak najbardziej są zgodne z deizmem. Z dopowiedzeniem miałem na myśli nie tyle stwierdzenie "istnieje", co dopisanie  czegokolwiek. Wiesz, ze zaraz przyjdzie Beryl i nas stąd wyrzuci? ;)</OT>

Ale zdajecie sobie sprawę, że zrobienie sobie <OT> w komentarzu nie sprawia magicznie, że wasze posty przestają być widoczne? :) Proszę o zaprzestanie <OT>, nie chcę usuwać komentarzy.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

#AMówiłem ;-)

Pytanko mam. Czy ktos mógłby mi wyjaśnić w prostych słowach, na jakiej zasadzie mogłyby działać osłony energtetyczne, takie co chronią statki kosmiczne przed ostrzałem innych statków? W jaki sposób ta energia osłon neutralizuje energię laserów, czy czym tam się strzela w statki? Czy taka osłona wchłania w siebie energię wiązki, jesli tak, to co się z nią dzieje? No bo gdzieś musi się podziać. Czy może to działa na zasadzie odpychania, jak w przypadku pól magnetycznych? Zwykle tez ostrzał pozbawia osłonę części mocy –  na jakiej zasadzie? Podejrzewam też, że tarcza, która chroni rzed wiązkami energetycznymi, niekoniecznie musi być skuteczna w przypadku pocisków bardziej materialnych, jak torpedy itp? Znaczy mogłyby zneutralizować energię wybuchu, ale czy nie przepuściłyby samego pocisku? A w warunkach atmosferycznych, na powierzchni planety, czy taka osłona mogłaby przechwytywać wrogą wiązkę energii i np wciągnąć w ziemię, jak odgromnik piorun? I czy dałoby się żywa istote wyposażyć w taką osłonę?

Nie wiem, czy ja w ogóle pisze z sensem :P

 

Wilczyco, chwytaj bardzo pouczający artykuł na ten temat na Atomic Rocket:

http://www.projectrho.com/public_html/rocket/spacewardefense.php#id--Force_Fields 

 

Ze swej strony, jako osoby projektującej do własnej historii takie bariery ochronne – pomyśl nad tym, jakie ma mieć możliwości i ograniczenia. Pola ochronne to tak mocne “niemożliwium”, że podobnie jak w przypadku FTLa lepiej pomyśleć, co mają/nie mają robić w fabule/uniwersum i potem do tego dostosować rozwiązania naukowe i hipotetyczne. Inaczej za łatwo wylądować z rozwiązaniem takim jak “pola stazy” w prozie Larrego Nivena, gdzie autor co i rusz musiał zadawać sobie pytanie czy dany problem nie da się rozwiązać za pomocą tej technologii. Albo wymyślić tak bezsensowne rozwiązanie, że nie wiadomo czemu ktoś z niego korzysta.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję za linki, nie bardzo wiedziałam gdzie zacząć szukać, a o Wikipedii nie pomyślałam. 

 

NoWhereMan – Jakoś tak na mój babski rozum, to energetyczna bariera ochronna mogłaby chronić jedynie przed wiązkami energii, pocisk bazujący na enerii kinetycznej (czyli kawał żelastwa nadlatujący z dużą predkością) powinien ją przebić. Druga rzecz, która zaprząta mój umysł, to czy bariera energetyczna, która wyłapuje wraże wiązki, może się nimi ładować? Pewnie byłoby to zbytnim naciąganiem faktów...  

O proszę, czytam sobie artykuły z linków i okazuje się, że ktoś juz wpadł na ten pomysł, by ładować pole siłowe wyłapywaną energią. 

Myślałam, że może to ma jakąś chociaż mglistą podbudowę teoretyczną, ale widzę, że tutaj nie ma zasad, co sobie wymyślę, to będzie. 

Dziękuję :)

Na pociski bazujące na energii kinetycznej przymierza się tarcze reaktywną, która działać ma na zasadzie kontry nadlatującego pocisku przez kontrolowany wybuch na powierzchni naszego pojazdu. Z tego co pamiętam, to czołgi taka mają – ale działa to jednorazowo.

Trwają prace nad ulepszeniem tego do stworzenia pewnego pola wokół pojazdu i utworzenia chwilowej tarczy (która działać będzie tylko przez chwilę uderzenia pocisku) z (i tu są różne podejscia) – fali elektromagnetycznej, fali powstałej z wybuchu jakiegoś materialu. Nie mam pojęcia jak miałoby to zadziałać w przypadku broni naddźwiękowej (kwestia opóźnienia w systemie  informatycznym pojazdu – potrzeba chwili, zanim system ogarnie, że leci na niego rakieta z rdzeniem z demokracji).

Z telefonu nie mam jak linkować. :(

Stnie, Wilk-zimowy podlinkował już coś o tym brytyjskim systemie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

A widzisz, na telefonie byłem i nie zauważyłem, mea culpa.

 

Moja kolej – cios nożem w wątrobę. Wiem, że wszystko zależy od sytuacji, ale w mojej ofiara otrzyma bardzo podstawową opiekę (szmatę do przyciśnięcia rany) i ma przeżyć jeszcze kilka do kilkunastu godzin.

Co robić, żeby się (ofiara) od razu nie wykrwawiła? Czy z taką raną jest się w stanie iść – jak długo? W jaki sposób uszkodzenie wątroby może wpływać na metabolizm organizmu w perspektywie tych kilku godzin?

Trudna sytuacja. Obawiam się, że z raną wątroby to delikwent kilku-kilkunastu godzin Ci nie przetrzyma. Jeżeli będzie szedł, tłocznia mięśniowa działająca na naczynia wykrwawi go jeszcze szybciej. Jeżeli nie jest Ci to niezbędne dla logiki fabuły, sugerowałabym zwykłą kosę w żebra z pominięciem wątroby – przy ranie kłutej podżebrza opatrzonej kawałkiem szmaty i tak niebawem umrze. ;)

No ważne dla mnie jest, żeby nie umarł zbyt szybko. Dzięki za pomoc, skorzystam z sugestii. ;)

Czy ktoś tu zna się na modzie renesansowej/nowożytnej? Chciałabym wiedzieć, czy nakrycie głowy, takie jak to, mogę nazywać czapką lub beretem, czy też miało inną, charakterystyczną nazwę?

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Przypomnij mi się jutro na privie, najlepiej koło północy, to zerknę do paru historii mody, które mam w domu, może będzie w tej, która jest po polsku, a jakby co, to może obcojęzyczne terminy coś pomogą.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Czy mogę kogoś pomolestować na temat ran ciętych, plam opadowych, ogólnie sekcji zwłok, także w kontekście historycznym?

Śmiało.

Napisz mi na priv. Edit. To ja też zapytam – poszukuję infornacji na temat Egiptu w okresie ptolemejskim, ktoś może mi coś polecić?

Ja mogę o Egipcie ptolemejskim, naukowo się m. in. tym zajmuję – głównie literaturą itd. Pisz na priv, co potrzebujesz.  Drakaina jest specjalistką od sztuki epoki, tak BTW.

Konkretnie: byłam w okresie archeo, ale sporo o tym akurat wiem. I o propagandzie królewskiej, bo właściwie to się tym zajmowałam...

 

Od razu mogę polecić książki Adama Łukaszewicza – to wybitny znawca, archeolog-papirolog, a zarazem pisze sporo popularnonaukowych dla ludzi. To się nazywa “Egipt Greków i Rzymian” i chyba po prostu “Kleopatra”. Po polsku jest też Świderkówna “Życie codzienne w Egipcie greckich papirusów” – jeśli dobrze odczytuję, bo ta seria stoi na najwyższej półce, a ja mam za słabe okulary :/

 

A ninedin jest skarbnicą wiedzy

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

O, to, to, “Życie codzienne” brzmi jak coś, czego potrzebuję. Jesteście niezastąpione, dzięki! W razie czego będę Was męczyć. :)

O, kurcze, nawet nie wiedziałem, że Świderkówna tyle fajnych książek napisała :-O.

Ze swojej strony, totalnego amatora i laika, polecam dwie książki tej Pani: “Hellenika” i “Hellada królów”. W obu coś na temat Ptolemeuszy jest. A poza tym – jak to się świetnie czyta :D!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Drakaina: jutro, czyli dziś w nocy? Tak czy siak, dam znać.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Ajzan – robiłam kiedyś renesansowy risercz modowy do opowiadania i nie kojarzę innej nazwy. Jak dla mnie to jest płaski, rozcinany beret z piórkiem. Typowe nakrycie głowy Jaskra ;)

Minuskuło, sprawdziłam w historii mody i najczęściej w odniesieniu do XVI w. piszą “płaski kapelusz”, ale beret też się raz pojawił, więc powinien być bezbolesny.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Połowa XIX wieku, prowincja francuska. Czy przedstawiciel burżuazji może przeprowadzić remont chałupy z powodu zakładania kanalizacji? A jeśli nie, to z jakiego – oświetlenie gazowe, bieżąca woda, centralne ogrzewanie?

Babska logika rządzi!

Może korniki?

Po przeczytaniu spalić monitor.

No nie, potrzebuję dziur w ścianach kamienicy. Korniki mają nieodpowiednią dietę.

Babska logika rządzi!

Ta chałupa na prowincji mnie zmyliła ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Może grzyb, pleśń, wykwity? Jeśli dziury to konstrukcja – rysy, pęknięcia spowodowane błędem w fazie budowania lub potem użytkowania – przeróbki.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie, potrzebuję hałasujących robotników i dziur w ścianach. Na wylot. Kamienica raczej stara, nie stoi od pięciu lat, żeby się nagle wady objawiły.

Babska logika rządzi!

Centralne ogrzewanie raczej później. U Christie Anglicy zakładają w latach 20-tych.

Oświetlenie gazowe, jak mętnie pamiętam, było tak jasne, że się go w domach nie montowało (problem był też z dostawą gazu).

Zostaje woda lub kanalizacja, ale tu trzeba pogrzebać. Na razie tyle!

 

EDIT: Tu jest trochę, ale mało – https://www.maxfliz.pl/blog-o-wnetrzach/historia-kapieli-czyli-z-wanna-przez-stulecia,326 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Hmmm. Fogg w “80 dniach dookoła świata” chyba miał gazowe – była scenka, jak ochrzania służącego, który zapomniał zgasić lampę przed wyjazdem. Ale nie pamiętam, czy to było w książce, czy w filmiku dla dzieci.

Babska logika rządzi!

A kominy Ci nie wystarczą? Dymi się, sadze się pojawiają?

 

EDIT: To było w książce zdaje się, ale Verne pisał SF ;).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dzięki za linka, zaraz obczaję.

Kominy nie wystarczą. Mam Wam pół opowiadania streścić? Potrzebuję hałasu i dziur w ścianach. Na wylot, świeżych.

Babska logika rządzi!

Tu jest o lampach – https://pl.wikipedia.org/wiki/Lampa_gazowa 

A dwór wielki? Bo niektórzy mieli jakieś instalacje do dzwonienia na służbę. Ale jak to wyglądało?

 

EDIT: Wymyśl jakiś skarb pradziadka, zamurowany w ścianie. Wszyscy będą rozwalać :P

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Najlepiej by mi pasowała kanalizacja – ma najwięcej sensu fabularnie. Ale jeśli to odpadnie, będę szukać innych powodów do psucia ścian. Nie dwór, kamienica. Stara, bogata, na starówce, może nawet przy rynku głównym.

Babska logika rządzi!

Może szkielet zamurowany – duchy? Co do konstrukcji to szwankowała, gdyż zależy kto budował, na czym oszczędzał oraz jakie ściany rozwalali kolejni użytkownicy, aby przestrzeń dostosować do swoich potrzeb.  Kamienice to nie katedry.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Minuskuło, drakaino, bardzo dziękuję za wasze informacje. Sama, jak szukałam, też znalazłam określanie tego typu nakryć głowy beretami, więc tędy pójdę.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Czy przedstawiciel burżuazji może przeprowadzić remont chałupy z powodu zakładania kanalizacji?

Zakładam, że chałupa jest metaforyczna ;)

 

Kanalizacja pojawia się w części projektów hausmannowskich (dokładnie połowa XIX w.), ale one póki co nie wychodzą poza Paryż. Jeśli nie potrzebujesz tego na zaraz, mogę sprawdzić, co o tym mam – ale problem w tym, że raczej nie w żadnej książce, ale na zdjęciach z wystawy tak specjalistycznie architektonicznej, że nie kupiłam katalogu za prawie 50 euro.

 

Stukanie itd. możesz mieć przy absolutnie dowolnym remoncie... Przy kamienicy zbudowanej tanim kosztem możesz mieć ściany na tyle cienkie, że się przebiją łatwo. Były miejsca w Europie, gdzie zdarzały się kamienice budowane tak, że miały wspólne elementy konstrukcyjne, a nie dwie ściany obok, więc można w tym kierunku pokombinować.

 

Ale właśnie doczytałam, że “stara, bogata, na starówce, może nawet przy rynku głównym”, więc może być problem, bo to raczej nie te sfery. Choć jeśli bardzo stara, to kto wie, ćmi mi się coś takiego z wykładu o średniowieczu.

 

Jakby co, pisz na priva.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki, Drakaino. Jeśli kanalizacja pojawia się w połowie XIX wieku, to luz. Najwyżej przesunę odrobinę czas akcji. Nie zależy mi na nim tak precyzyjnie. Zrobi sobie facet kanalizację. W końcu, co mu szkodzi dowiedzieć się o paryskich nowinkach technicznych.

A w ogóle to mam niecny plan, żeby się pouśmiechać do Ciebie o betę, jak już napiszę. :-)

Babska logika rządzi!

Ale na prowincji nie bardzo. Nawet nie wiem, jak było z realizacją tych paryskich projektów, bo nie zajmowałam się tym bliżej. To nie jest takie proste, bo przecież do kanalizacji potrzebna jest szersza infrastruktura – skąd ma brać tę wodę, gdzie ją odprowadzać? Do wolnostojącego domu na wsi, to jeszcze wyobrażam sobie poprowadzenie tak, jak się i teraz prowadzi (choć nie wiem, co z ciśnieniem?), ale w tkance miejskiej? W Paryżu przebudowa Hausmanna oznaczała kolosalne wyburzenia i zmiany całej miejskiej infrastruktury.

 

A co do bety – spox, na merytoryczne chętnie zerknę.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

“Powszechnie uważano Tempoval za włoską stolicę sztuk zegarmistrzowskich” – czy pisząc z perspektywy renesansu mogę użyć w takim kontekście słowa “włoski”, zważywszy na podział terenów Włoch w tamtym okresie na mniejsze republiki, księstwa itp.?

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Skoro nawet Kochanowski tak pisał, to chyba można?

DRUGIE TEMUŻ.

 

 Hiszpany, Włochy i Niemce zwiedziwszy,

Królowi swemu cnotliwie służywszy,

Umarłeś Kryski i leżysz w tym grobie;

Mnieś wielki smutek zostawił po sobie.

A iż płacz prózny i żałość w tej mierze,

Tem więtszą i płacz i żałość moc bierze.

Widzę, że jednak zostałaś przy zegarmistrzach?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Ajzan, mam wątpliwości. Dopóki będziesz te Włochy traktowała jako krainę, a nie organizm państwowy, ujdzie, choć Italia lepsza.

Ten Kochanowski nie jest dobrym przykładem: to jest dziwna konstrukcja, bo on ewidentnie używa nazw nacji w miejsce państw czy obszarów geograficznych. Najbardziej na to wskazują “Hiszpany”, ale reszta też. Może to być spowodowane właśnie rozdrobnieniami: i Italii, i Niemiec – żeby ująć wszystko całościowo, zastosował taki myk. Ergo wcale nie ma tu określenia “Włochy” tak jak my go używamy. Bo zasadniczo masz rację: politycznie nazwy Włochy powinno się używać dopiero od zjednoczenia, a od której daty konkretnie, to już przedmiot debat, nie na ten wątek ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję. Chyba jednak zastosuję Italię, bo to o krainę mi chodziło, nie państwo. Poza tym i tak planowałam używać niespolszczonych nazw włoskich (Medici zamiast Medyceuszy itp.). Zostałam też przy zegarmistrzach, bo mi pasują, a skoro i tak Retrowizje dotyczą alternatywnej historii, to ten zawód mógł rozszeżyć zakres działalności.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Czy ktoś orientuje się może w temacie niewolnictwa w Holenderskich Indiach Wschodnich? W internecie pełno jest informacji o handlu niewolnikami miedzy Afryką a Amerykami, ale nie mogę nic znaleźć o sytuacji na wschodzie. Domyślam się, że do roboty przy uprawie przypraw korzennych zagoniono lokalsów, ale czy mówimy o klasycznym niewolnictwie spod znaku bata i kajdan czy raczej wyzysku słabo opłaconych, ale teoretycznie wolnych robotników?

A jakie czasy konkretnie Cię interesują?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

XVII wiek, ewentualnie początek XVIII. Czasy kiedy okolicą zarządzała Holenderska Kompania Wschodnioindyjska.

Spróbuj poszukać w publikacjach wymienionych po prostu tutaj, jest szansa, że któreś będą w googlebooks choćby we fragmentach: https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_works_about_the_Dutch_East_India_Company

 

Najwięcej jest oczywiście o Afryce Pd.

 

Zapytanie wujka google o East India Company slavery wyrzuca np. coś takiego:

https://www.ascleiden.nl/content/webdossiers/dutch-involvement-transatlantic-slave-trade-and-abolition

 

Jeśli nie przeraża Cię dalsze grzebanie, to tu są różne linki, może też do bibliografii: http://www.tanap.net/

 

Rijksmuseum miewa fajne kontekstowe informacje z bibliografią o dziełach sztuki, ale musiałbyś tam znaleźć coś, co jest na temat, a to może być trudne.

 

U Conrada pewnie coś jest w ramach wspomnień dawniejszych czasów, bo on tam dużo pływał, ale to też chyba skórka nie warta wyprawki, choć lektura sama w sobie zacna.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Poszperałem. Gdyby ktoś jeszcze był tematem zainteresowany:

Holenderska Kompania Wschodnioindyjska korzystała zarówno z pracowników zrekrutowanych w Europie (marynarze i żołnierze), jak i ściągniętych z Afryki i Azji – przy czym ci ostatni bywali zarówno wolnymi ludźmi jak i niewolnikami. Przy czym napotkałem też tezę, że nawet teoretycznie wolni pracownicy, kiedy już raz trafili do kolonii, raczej nie mieli szansy na to, by kiedyś wrócić do domu. 

Zdarzało im się też kupować przyprawy, których nie uprawiali samodzielnie, przy czym wcześniej wymuszali na władcach danego obszaru, by ci handlowali tylko z Kompanią (zapewniali sobie monopol).

Archeolog poszukiwany na gwałt, zwłaszcza orientujący się w pradziejach.

Napisz może do Ceterari.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Proszę o źródła opisujące relacje ówcześnie żyjących ludzi na pierwsze loty montgolfierą. Interesują mnie szczególnie opinie konserwatywnych członków społeczeństwa.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevazie, wydanych pamiętników osiemnastowiecznych jest sporo, na pewno coś się znajdzie, zapewne w różnych językach, co więcej. Ale nie wygląda na to, żeby ktokolwiek wydał antologię reakcji na pierwsze loty, więc po prostu trzeba przeszukać to, co będzie dostępne w google books, na gallice czy w innych repozytoriach... Większość zeskanowanych starych książek jest przeszukiwalna. Poszukałabym też jakiejś książki naukowej o pierwszych lotach, nie wierzę, żeby nie istniała, tam powinny być źródła oraz zapewne cytaty.

 

Ot, choćby taki staroć (zawartości nie sprawdzałam): https://archive.org/details/histoiredesballo01tiss/page/n10

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Czy jest na sali ktoś, kto zna się na służbie więzienniczej, w zasadzie głównie areszcie, w Polsce?

Areszcie czy dołku? Bo to nie to samo.

Tak jak pisałam – przede wszystkim na areszcie, choć będę wdzięczna za jakąkolwiek pomoc.

Potrzebuję kogoś, kto pracował/pracuje jako student w McDonald’sie, Subwayu czy innym lokalu szybkiej obsługi ego typu. Ktoś coś? ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ok, nikt się nie chce przyznać do pracy w barze szybkiej obsługi, trudno. Ale może znajdzie się ktoś, kto ma za sobą studia na politechnice i zechciałby mi odpowiedzieć na kilka pytań dotyczących organizacji uczelni technicznej?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jose, z tym barem to uderz może do Teyami. Gdzie ona nie pracowała. :D

Nie byłam specjalnie zorganizowaną studentką, ale może coś będę wiedziała.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Ja pracowałam w barze z jedzeniem w kinie, ale nie wiem, czy to się liczy :P

Ooo, fajnie. Jak tylko się zastanowię, czego potrzebuję, na pewno do Was napiszę, z góry dziękuję ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Uczelnia techniczna, może też mogłabym pomóc, napisz:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Brightside nieźle kombinuje – jak ostatnio liczyłam, to miałam w życiu jakieś dziesięć rodzajów prac dorywczych :D Niestety z moim antytalentem kulinarnym robiłam najwyżej tościki w kawiarni, więc nie wiem, czy będę w stanie pomóc. W każdym razie na pewno bardziej niż przy pytaniu o uczelnie techniczne :D

 

Wie ktoś może jak nazywa się plastikowa obudowa drzwi samochodowych, ten fragment tuż pod szybą?

I jak nazywa się metalowa końcówka pasa, którą wkłada się w zapięcie?

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

I jak nazywa się metalowa końcówka pasa, którą wkłada się w zapięcie?

Jak dla mnie – klamra.

A te plastiki – to chyba wykładziny drzwi, ale tu głowy nie dam.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Klamra brzmi sensownie. Dzięki!

 

A to coś wyprofilowane i wystające na drzwiach to podłokietnik jest? Bo mam postać, która siedzi na miejscu pasażera i bębni palcami w... No i właśnie nie wiem w co, żeby dobrze brzmiało... Bo samo w drzwi brzmi jakoś niespecjalnie :-(

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Podłokietnik pasi, ale myślałem, że ty pytasz o tę całą połać :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Bo o to pytałam, ale bębnienie palcami w wykładzinę brzmi nieszczególnie, więc się zastanawiam, czy nie zamienić na podłokietnik.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Brzmi zdecydowanie lepiej. I bębni się w niego łatwiej ;).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Moi kochani – czy ktoś tu może strzela (albo przynajmniej raz strzelał) z broni palnej (amunicją ostrą) i byłby w stanie mi powiedzieć, czy przy wystrzale z broni współczesnej czuje się jakiś zapach? Chodzi mi o normalny pistolet – jakiś Colt czy tam inny Glock. Mieszanka zapłonowa powinna czymś pachnieć, smary do broni zapewne też – czy ktoś mógłby mi  przybliżyć, jaka to woń? :D

Raz w życiu na jakimś szczątkowym szkoleniu wojskowym, do tarczy na fachowej strzelnicy (postrzelałabym więcej, nie powiem), ale wrażeń zapachowych niestety nie pamiętam – co może oznaczać, że nic szczególnie w nos się nie rzuca, choć założyłabym, że metal+smar muszą trochę pachnieć. Potem już tylko z muszkietów i tam czuje się zapach bardzo zdecydowanie :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Właśnie wiem, że starsze bronie jadą tym prochem niewąsko, ale nigdy jeszcze nie miałam okazji strzelać i nie wiem, czy współczesne modele też czymś aromatyzują. :) Niby przy wystrzale z lufy wydostają się gazy, pojęcia nie mam, czy są wonne.

Te gazy to chyba głównie dwutlenek węgla i azot, ale spytaj kogoś na strzelnicy, bo ja nie trafiam w chłopa butem i boję się strzelać.

Ma ktoś jakieś pojęcie o duchach/upiorach/widmach/inszych rewenantach w folklorze portugalskim?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Czyżby mała sugestia, o czym piszesz na konkurs Finkli? Sprawdziłam listę książek o folklorze i lokalnych wierzeniach, jakie posiadam na półce i na dysku, ale niestety Portugalii tam nie ma :(

Ale taki tip: jeszcze mi się nie zdarzyło nie znaleźć czegoś fajnego na takie tematy w sieci. W najgorszym razie grozi Ci google translatorowanie z portugalskiego...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Może... szukam, w każdym razie. Zawsze mogę zrobić przekręt i gwizdnąć coś z Baśni kaszubskich.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Kiedy ja byłam w Portugalii, palili tam gigantycznego kozła (plus całe drzewo) na Festa da Cabra e do Canhoto, może poczytaj coś o tym festiwalu, bo był bardzo... hmm, barbarzyński :d

Wiktor – kilka razy strzelałem z pistoletów, ale również nie poczułem w nosie nic wyjątkowego. Jednak nie skupiałem się w ogóle na zapachach, ale na strzelaniu.

Pomóżcie, dobre dusze! :<

 

Potrzebuję staropolskiego powitania, takiego używanego w czasach Kazimierza Wielkiego. “Szczęść Boże” będzie okej? Bo dowiedziałam się, że “Niech będzie pochwalony...” to wymysł dopiero XVII wieku i mój światopogląd runął ;_; 

 

Halp!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

A może wystarczy zwykłe "witaj"?

palili tam gigantycznego kozła (plus całe drzewo) na Festa da Cabra e do Canhoto, może poczytaj coś o tym festiwalu, bo był bardzo... hmm, barbarzyński :d

Argh, w ogóle mi nie pasuje, a takie fajne! Wrr!

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Światowiderze, gawiedź się raczej nie witała słowem "Witaj" :<

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

No to proszę (przepraszam za brzydki link, ale piszę z telefonu): https://histmag.org/Czolem-panie-bracie.-Zasady-staropolskiego-powitania-15985

Podczas powitania wypowiadali oni [chłopi i szlachta] formułę „pomaga Bóg”. W XVIII wieku zwrot ten zastąpiono formą „niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.

Sy, obawiam się, że nie posiadamy materiału, który pozwoliłby ustalić, jak się witała gawiedź za Kazimierza Wielkiego. Na to musi istnieć korpus tekstów, w których dana wypowiedź ma szanse wystąpić. Z XIV w. polskich tekstów jest co kot napłakał w ogóle, a obstawiam, że takich, gdzie cytowane byłyby wypowiedzi gawiedzi (brr, rym) nie ma wcale. Piętnastowieczne też raczej nie pomogą, tak na oko. Jeżeli koniecznie chcesz mieć coś w miarę zbliżonego, poszukaj np. u Reja, w Żywocie człowieka poczciwego na przykład  – sporo później, ale wieś jest dość konserwatywna, jeśli chodzi o obyczaje.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Światowiderze, dzięki za artykuł, ale już go czytałam i nie ma tam nawet słowa o "witaj". A "Pomaga Bóg" było używane, gdy spotkało się kogoś pracującego. Ja potrzebuję zwykłego powitania używanego w gospodzie, na drodze, między mieszkańcami wsi :<

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Dziękuję drakaino, tak myślałam, że będzie ciężko :< Pogrzebię w kronikach z tamtego okresu, i tak jak mówisz, literaturze.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Kroniki były pisane po łacinie, więc wiele Ci to nie pomoże – tłumaczenia już nie są z epoki i może w nich być cokolwiek. No i opisują głównie wydarzenia polityczne, a nie życie codzienne... Najbardziej obstawiałabym Reja, bo nawet na XVI w. ma dość archaiczny język.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Światowiderze, zwracam honor, w “Żywotach...” znalazłam poczciwe “witajże” :D. 

 

Dzięki za pomoc i sugestię, drakaino!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

W sumie późniejsze pamiętniki też możesz spróbować (Pasek powinien być online), bo skoro już wiesz, co byłoby anachronizmem (to niech będzie pochwalony istotnie zatrąca potrydencko), to te mniej rzucające się w oczy zwroty powinny być w miarę ponadczasowe. Nie można dać się zwariować riserczowi ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie można dać się zwariować riserczowi ;)

Otóż to – choćbyś nie wiem, jak się starała, nie odtworzysz dawnego świata w stu procentach, bo to jest zwyczajnie niemożliwe. Wyobraź sobie, że jesteś malarką – choćbyś narysowała kwiatek lepiej, niż w podręczniku botaniki, to i tak nie będzie autentycznym kwiatkiem. Autentyczne kwiatki nie są takie płaskie :) Głowa do góry, sy!

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

I jeszcze jedno: nadmiernie dokładnie odtworzone dawne epoki mogą być nie do przełknięcia dla współczesnego czytelnika. Drastycznym przykładem takiej niekompatybilności jest wiek małżeński.

 

Unikanie anachronizmów, pilnowanie detali, które dają nastrój – jak najbardziej, oczywiście :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Macie rację, dziewczyny, chyba faktycznie za bardzo zaczęłam się wgłębiać w szczegóły szczególiki i zamiast pisać to siedziałam i dumałam ;_; Dzięki! ❤

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

To ma nawet swoją nazwę: research pit :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Pytanie do prawnika/notariusza/ kogoś, kto zna się na rozwodach. Czy taka sytuacja ma rację bytu:

 

Na stole dokumenty, otwarta koperta – polecony. Papiery rozwodowe – propozycja rozstania za obopólną zgodą. Niepodpisane. W kopercie wezwanie na rozprawę w sprawie rozwodu z orzeczeniem o winie – Małgorzaty Koter.

?

 

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Nie znam się na prawie, ale widzę problem logiczny – albo obopólna zgoda, albo ktoś zawinił. Chyba, że chodzi Ci o sytuację, w której jedna strona myślała, że będzie ugoda, a tu nagle dostaje pozew?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

chodzi Ci o sytuację, w której jedna strona myślała, że będzie ugoda, a tu nagle dostaje pozew?

 

Dokładnie o taką sytuację mi chodzi :-)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Może, ugoda mediacyjna jeszcze nie została zawarta.

Ale jaka ugoda? O rozwodzie postanawia sąd okręgowy – w tym również orzeka bądź nie o winie.

Anet, tak, ale przy porozumieniu stron można wcześniej u mediatora spisać treść ugody, sąd wówczas tylko orzeka rozpad pożycia i przyklepuje takie warunki, jakie sobie para ustaliła. To ma na celu skrócenie postępowania sądowego i mniej biurokracji (rozwód w 15 minut na 1 rozprawie).

A, przepraszam, nie zrozumiałam, myślałam, że ugoda ma być zamiast ;)

Zawsze możesz zgłosić własny komentarz, Dogs, wtedy przybędzie Beryl-prawnik i może odpowie. ];>

Wiktorze, dzięki za pomoc :-)

 

Jasnostrony, akurat o rozwodzie w tekście mam tylko wzmiankę, nie jest to żaden z istotnych wątków, i wyjaśnienia Wiktora mnie w pełni satysfakcjonują, ale radę zachowam na przyszłość. Nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać ~^^~

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Sy,

Kilka propozycji z XV w:

Serdeczne pokłonienie..., panno miła, tobie się kłaniam i na twe zdrowie tym listem pytam

Serdeczne pokłonienie od mego sierce

Daj szczęście, zdrowie, Panie! 

Pozdrowienie tobie

Powitaj

Będzie mnie mir (pax erit mihi)!

 

Skądżeś ty te przykłady wytrzasnął?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

O, proszę, nie miałam pojęcia o takim przedsięwzięciu, choć teoretycznie NCN zobowiązuje do popularyzacji projektów... Niemniej poległam na strukturze i obsłudze tego słownika – Tobie udało się znaleźć sposób wyszukiwania dla konkretnego okresu? I np. źródła, z których dany przykład pochodzi? Bo ja nawet nie zdołałam znaleźć żadnego opisu, jakim korpusem się posługują itd. :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wyszukuję zawsze po hasłach. Źródła są oznaczone kodami, więc nie zawsze można je rozszyfrować, ale czasem podany jest rok kroniki lub nazwa.

Ech, żeby to miało wartość naukową, to te kody powinny być gdzieś rozwinięte w obrębie tego, co jest dostępne online :/

 

Skądinąd “witaj” miałoby wg tego słownika pisownię “vythay” (wymawiało się zapewne mimo wszystko witaj, może bardziej twardo wytaj, o ile cokolwiek pamiętam z gramatyki historycznej), co nieźle pokazuje niebezpieczeństwa kryjące się w nadmiernym trzymaniu się realiów z bardzo dawnych czasów.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Kurcze, nie poddałem się w temacie Retrowizji ;).

Toteż mam do naszych starożytników pytanie o okulary.

Czy mogę użyć słowa “γυαλιά” i czy transkrypcja tego słowa na normalny alfabet brzmi “gyalia”?

Czy zamiennikiem łacińskim tego słowa jest “perspicillum”?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Ja mam pytanie o temat, który Philipa Dicka już dobił, a ja się boję guglać, bo kto wie, co za cholera na mnie spadnie. Wywiad Rzeszy w Portugalii Salazara – na podstawie tego, czego mi się udało dowiedzieć, wiem, że potrzebuję SS, raczej w cywilnych ciuchach, ale co dalej? Żeby facet nie wyglądał za bardzo tak:

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Staruchu, chętnie bym pomogła, ale w takich szczegółach to, obawiam się, jurorka jest autorytetem :(

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, poczekam, może wpadnie. Jak nie, to narażę się na błąd merytoryczny. Bywa!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Pytanie o odpowiednik trochę dziwne. W antycznej Grecji i Rzymie nie znano przecież okularów.

Rozumiem, że akcja Twojego opowiadania toczy się w alternatywnej starożytności. Wobec tego sięgnąłbym do słownika staro-, a nie nowogreckiego (do źródłosłowu greckich okularów):

https://en.wiktionary.org/wiki/%E1%BD%95%CE%B1%CE%BB%CE%BF%CF%82#Ancient_Greek

Tu znajdziesz ὕαλοι (liczba mnoga od kryształ / szkło / kryształowa wypukła soczewka), czyli hüaloi, hualoi, hyaloi lub hialoi.

Ciekawostka spod hasła “perspicillum” (również z Wiki):

Etymology:

Coined by Galileo in Sidereus Nuncius in 1610.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Jerohu, Twoja uwaga jest trochę dziwna :P.

Wszak to rzeczywistość alternatywna. Inna nazwa SF to “speculative fiction”. To sobie pospekulowałem. Pojazdów mechanicznych też nie znano, a wprowadziłem do opowiadania.

I nie chodzi mi o soczewki, tylko właśnie o okulary. Paskudny anachronizm, ale taki jest mi potrzebny. Nie mógłże to Heron wynaleźć okularów?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Zdziwiło mnie, że pytasz starożytników o odpowiedniość słów, które powstały stosunkowo niedawno. Nic nie mam do Twojego fiction.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Tarnino, podejrzewam, że już to zrobiłaś, ale jeśli nie, to może po prostu poszukaj zdjęć Salazara i otaczających go cywili. Na youtubie jest też troszkę nagrań z jego przemówień, może w przebitkach na słuchający tłum (niestety dość niewyraźnych) znajdziesz jakichś kandydatów na agentów? Ewentualnie ubierz ich po prostu w meloniki, będą nakryciem głowy oddawać hołd gustowi wodza narodu portugalskiego :D

Jerohu, ninedin jest filologiem klasycznym, więc po prostu zna łacinę i grekę na różnych etapach ich rozwoju,włącznie z gramatyką historyczną itd... Jest więc największa szansa, że zdoła pomóc poprawnie utworzyć słowo, które jakkolwiek nieistniejące, będzie zgodne z zasadami rządzącymi tymi językami w pożądanym okresie starożytności :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tak, powinienem się zorientować. Zrzućcie to na karb mojego roztrzepania :)

Staruchu, zwyczajnie olej pierwszy akapit w tamtym poście.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Jerohu, spox – jak tylko założę okulary ;P.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Pytanie – własnie uniknąłeś wypadku samochodowego. Widzisz obok siebie roztrzaskany samochód i martwego kierowcę. Pierwsza rzecz którą masz w głowie to... ? 

 Pierwsza rzecz którą masz w głowie to... ? 

Uffff... o ja prdl... Czy to moja wina?

Jeroh ma rację. hyaloi/ hialoi – to by były preferowane polskie transkrypcje – to byłoby najlepsze rozwiązanie. Inną wersją dialektalną, znaczącą to samo, jest hyeloi/ hieloi, jakby miało lepiej brzmieć.

Łacińkie perspicillum też jest OK, używałabym właśnie tej formy, a nie mnogiej perspicilla, ewidentnie ta pojedyncza jest poprawniejsza.

Dzięki, Ninedin :)!

Się zastosuje :D!

 

A co do wypadku – pierwsza myśl to: gdzie są moje okulary? (z własnego doświadczenia)

Na szczęście ofiar wtedy nie było.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

No weź, Firiel, pytając o takie rzeczy, odbierasz sobie najlepszą zabawę! Im bardziej od czapy tym lepiej :D

Firiel – a w jaki sposób/w jakich okolicznościach uniknąłeś? Byłeś kierowcą, pasażerem, pieszym, którego omal nie przejechał samochód (ten, co następnie się rozbił)? Czyja była wina? Myślę, że to wszystko miałoby wpływ, no i wątpię, żeby była jedna odpowiedź na to pytanie. Wątpię też, żeby ktokolwiek, kto nie był w takiej sytuacji, był w stanie powiedzieć cokolwiek rzetelnie...

 

Staruchu – przyznaję się: jak spadłam z konia i solidnie rozwaliłam głowę, to pierwszą myślą było “gdzie są moje okulary”. W sumie zwisały jednym zausznikiem z głowy, ale nikt tego nie zauważył :D

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No nie, to ja miałem wypadek (a jeżdzę zawsze w okularach), i w karetce zorientowałem się, że brak.

Po prostu wstrząs zrzucił mi z głowy, a ja nie zauważyłem.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Świadowiderze, merci, ale mnie chodziło jednak o wywiad niemiecki i jego operacje w Portugalii, nie portugalski. Chyba niejasno sformułowałam wypowiedź – idzie mi o to, żeby bohater miał do czynienia z gościem autentycznie przerażającym, nie z parodią w skórzanym płaszczu. Zwłaszcza, że musi jeszcze rzucić parę grepsów typu “defiant to the end”, ale żeby nie było tak. Pomyślałam, że ktoś może się tym zajmował i mnie nakieruje.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tarnino, a Walter Schellenberg się nada?

W 1940 roku Schellenberg po raz kolejny zdecydował się na przeprowadzenie podobnej operacji, tym razem celem zamachowców miał być książę Windsoru. Uprowadzenie Brytyjczyka z Portugalii nie powiodło się jednak. 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Tarnino, jak się gugla podobne tematy, to wychodzi głównie temat żydowskiego złota i de facto pralni pieniędzy, w której ponoć Portugalia miała mieć duży udział, mimo że formalnie pozostała przez całą wojnę neutralna. Staruch w międzyczasie podrzucił niezły trop, ja myślałam w kierunku dyplomatycznych zabiegów obu stron w kwestii Azorów (jako potencjalnej bazy lotniczej).

 

Znalazłam taką książkę, ale nie wiem, czy choćby we fragmentach jest dostępna w google books:

 

https://link.springer.com/chapter/10.1057%2F9780333985281_16

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

jak się gugla podobne tematy, to wychodzi głównie temat żydowskiego złota i de facto pralni pieniędzy

Właśnie... Trop Starucha mnie też się podoba i będę nim podążać. Dzięki! (Zasłużyłeś na mokrego selera i trzepaczkę do piany ;D)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tarnino, gdybyś była takim dziwakiem jak ja, to znałabyś taką książeczkę z serii “Żółty Tygrys” – “Tron dla faworyta”. I tam właśnie o tym porwaniu mowa.

A swoją drogą, ten Schellenberg to mroczna i ciekawa postać.

Selera nie lubię, za to trzepaczka przyda się zawsze. Bicie piany bywa przydatne ;).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Pytanie – własnie uniknąłeś wypadku samochodowego. Widzisz obok siebie roztrzaskany samochód i martwego kierowcę. Pierwsza rzecz którą masz w głowie to... ? 

“Czizzzz, znowu ruch zablokowany na pół dnia i chłopaki z wu-er-de będą chodzić wkurzeni. :c Ale, hm, chociaż widoczki ładne.”

Pytanie – własnie uniknąłeś wypadku samochodowego. Widzisz obok siebie roztrzaskany samochód i martwego kierowcę. Pierwsza rzecz którą masz w głowie to... ? 

 

Wydaje mi się to punktem startowym do opowiadania i tylko od Ciebie zależy co dalej z tym fantem. Każdy reaguje inaczej na stres. 

Ok, właściwie wasze domysły i odpowiedzi dały mi pełną odpowiedź na nurtujący mnie problem, więc dziękuję bardzo :) 

Ps: Czasami żałuję, że nie można tu dawać “lajków” :D 

Wielu użytkowników tego żałuje, Firiel...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Czy młoda kobieta, o przeciętnej budowie ciała, pod wpływem adrenaliny zdołałaby pozbawić przytomności mężczyznę, uderzając go od tyłu butelką po winie? A jeśli nie, to jaki byłby prawdopodobniejszy scenariusz?

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Bez problemu: przytomności i życia, a na pewno zdrowia, gdyby butelka pozostała pełna. Jest to potwornie niebezpieczne uderzenie, w boksie (ogólnie: w walce), wszelkie uderzenia w tył głowy nazywa się rabbit punch (w google mozna łatwo znaleźć skąd wzięła się ta nazwa). Ciosy w potylicę można zadawać przypadkowo (gdy nie jest się świadomym konsekwencji (np. stres) lub z wyrachowania (znając skutek).

Ogólnie, trzeba mieć świadomość, że takie uderzenia mogą doprowadzić do utraty życia. Więc motywacja/stawka musi być też poważna (wrodzona bezmyślność lub zamroczenie (np alko) to marne usprawiedliwienie przed sądem). 

Odnośnie sceny: odporności na wstrząs mózgu nie można wytrenować. Mocne precyzyjne uderzenie w tył głowy powali każdego: cherubinka i zawodnika sumo. Wydaje mi się, że fizycznie jest to w stanie zrobić każdy, natomiast pozostaje bariera psychiczna, czyli to, co wspomniałem wcześniej: nie każdy jest w stanie przełamać swoje obawy przed zadaniem krzywdy bliźniemu. Dlatego nie wiem, czy kobieta byłaby to w stanie zrobić. Kwestia motywacji.

 

Bardzo dziękuję, Algirze. :-)

Scenę mam już obmyśloną. Potrzebowałam tylko informacji, czy to fizycznie możliwe.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Można zawsze doprawić ciosem w okolicę skroniową, to najcieńsza część na mózgoczaszce i najbardziej wrażliwa na wstrząsy boczne.

Czy wie ktoś, jak nazywa się taka osoba, która stoi przy wejściu w restauracji, wpuszcza gości i usadza ich przy stoliku? Zajmuje się tym kelnerka, czy ma to specjalną nazwę?

Maitre d'hotel.

 

Pytałeś o tego gościa, który w ekskluzywnych restauracjach z filmów ma swoje miejsce (pulpit) przy wejściu na salę? W zwykłych chyba taką rolę pełni kelner (wita gości, wskazuje stolik i do tego stolika prowadzi).

Czy ja wiem czy tylko w ekskluzywnych? W Pizza Hut takiego widziałem... ;)

Nazwa całkiem egzotyczna. Dzięki!

W polskim chyba funkcjonuje określenie “kierownik sali”.

Babska logika rządzi!

W przypadku tej egzotycznej nazwy sjp pwn wskazuje poprawną pisownię francuską jako wymaganą: maître d'hôtel

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

W niektórych klubach takiego kogoś nazwaliby selekcjonerem, ale w przypadku PiuzzaHut to pewnie właśnie kelner. Kiedyś, dawno, tak było w niektórych Dominium Pizza i tam robili to własnie kelnerzy.

Wyznaczony kelner, szef sali lub praktykant – nazwę stanowiska (możliwego) spróbuję ściągnąć. I nie mówimy o hotelach i ekskluzywnych restauracjach (chociaż i tam się juz zmienia).

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hej, czy jest tu ktoś, kto zna się trochę na prawie pracy. Moje pytanie brzmi, czy firma może zwolnić kogoś, kto przebywa na długim, kilkumiesięcznym zwolnieniu lekarskim?

Może Beryl zajrzy. Ale to akurat powinno być łatwe do wyguglania.

 

Mnie się coś kojarzy z rozstania z poprzednią pracą, ale nie chcę się wyrywać, bo mogę mieć niepełne i nieaktualne dane.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki, coś tam wyguglałam, ale nie jestem pewna, czy dobrze to rozumiem.

Zasadniczo pracodawca nie może wręczyć wypowiedzenia, gdy pracownik jest na zwolnieniu, ale z drugiej strony może rozwiązać umowę bez zachowania okresu wypowiedzenia, jeśli niezdolność do pracy trwa zbyt długo. Pewnie jest sporo zmiennych (rodzaj umowy, ile ktoś pracował).

Po określonym czasie kieruje pracownika do orzecznictwa i wtedy wiadomo – czy ktoś jest zdolny do pracy czy nie.

Ale najlepiej sprawdzić u źródła (czyli w kodeksie pracy) ;)

Dziękuję, Anet.

Irka_Luz, w takiej sytuacji może.

 

Kodeks pracy:

Art. 41.  Pracodawca nie może wypowiedzieć umowy o pracę w czasie urlopu pracownika, a także w czasie innej usprawiedliwionej nieobecności pracownika w pracy, jeżeli nie upłynął jeszcze okres uprawniający do rozwiązania umowy o pracę bez wypowiedzenia.

 

Art. 53. § 1.  Pracodawca może rozwiązać umowę o pracę bez wypowiedzenia:

1) jeżeli niezdolność pracownika do pracy wskutek choroby trwa:  

a)  dłużej niż 3 miesiące – gdy pracownik był zatrudniony u danego pracodawcy krócej niż 6 miesięcy,

b)  dłużej niż łączny okres pobierania z tego tytułu wynagrodzenia i zasiłku oraz pobierania świadczenia rehabilitacyjnego przez pierwsze 3 miesiące – gdy pracownik był zatrudniony u danego pracodawcy co najmniej 6 miesięcy lub jeżeli niezdolność do pracy została spowodowana wypadkiem przy pracy albo chorobą zawodową, 

2) w razie usprawiedliwionej nieobecności pracownika w pracy z innych przyczyn niż wymienione w pkt 1, trwającej dłużej niż 1 miesiąc.  

(...)

§ 3. Rozwiązanie umowy o pracę bez wypowiedzenia nie może nastąpić po stawieniu się pracownika do pracy w związku z ustaniem przyczyny nieobecności.

(...)

§ 5.  Pracodawca powinien w miarę możliwości ponownie zatrudnić pracownika, który w okresie 6 miesięcy od rozwiązania umowy o pracę bez wypowiedzenia, z przyczyn wymienionych w § 1 i 2, zgłosi swój powrót do pracy niezwłocznie po ustaniu tych przyczyn.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Artykułu 53, punktu 1 b po prostu nie rozumiem, ale w gruncie rzeczy moja bohaterka mogła pracować w tej firmie krócej niż pół roku, a firma jednak odwlekała jej zwolnienie. Myślę, że to mi załatwia sprawę. Dzięki, Beryl!

Czy ktoś mógłby przetłumaczyć “Gęsi kapitolińskie” na łacinę?

I żeby nie było że idę na łatwiznę, to oświadczam że spędziłem ponad dwie godziny w googlach polskich i angielskich z zerowym rezultatem.

Google Translate obsługuje łaciński, ale oczywiście może się machnąć przy tłumaczeniu, wiec do weryfikacji to co w nim wyskoczy. Aczkolwiek tłumaczenie  z translatora wydaje się pokrywać ze słowami, jakie pojawiają się w łacińskiej Wikipedii.

Google translate dramatycznie nie radzi sobie z łaciną! Już w jednym opowiadaniu widziałam z tym kłopoty.

 

Na moje wyczucie “anseres Capitolini” powinno być poprawne

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Czyli dokładnie to, co podpowiedziało Google Translate :-) 

U mnie nie, u mnie podpowiedziało “Capitolio anseres”...

 

Edit: i to zarówno z polskiego, jak i angielskiego oraz francuskiego :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki wszystkim za pomoc.

Wikipedia łacińska nie zadziałała.

Tłumaczenie z polskiego  na łacinę → google → włoski → Łacina

i wyszło:

Oche del Campidoglio(it) = Capitolio anseres 

Czyli to co  drakainie za drugim podejściem.

Dzięki :)

 

Nie za drugim, za pierwszym wypróbowaniem GT – celem potwierdzenia tezy, że nie daje rady z łaciną. To jest błędne, nie używaj tego.

 

Edit: natomiast guglanie podpowiada mi, że taka fraza nie była w użyciu w łacinie. To tak na marginesie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Czyli wniosek, ze nawet jak jednej osobie podpowie jak trzeba, to i tak może kolejnym kilku wrzucić inaczej. Wniosek – nadmierne zaufanie do botów nigdy nie jest dobre :) 

Jak już dawno stwierdził Fox Mulder – TrustNo1!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

ThargNo1!

Wiecie, że w tanich księgarniach mają (miewają?) podręczniki do łaciny? Na bardzo podstawowym poziomie, ale są. Przynajmniej w gdańskiej, w warszawskiej nie wiem, bo nie szukałam :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Czy jest na sali psycholog?

Ciekawa jestem, skąd się bierze zjawisko uwielbiania dla idola. W sensie, że ktoś zaczyna się interesować gwiazdorem/aktorem itp., kimś, kogo w ogóle nie zna, nigdy go nie spotka, ale śledzi jego losy, czyta wywiady, wzdycha do zdjęć. Nie dotyczy to przecież tylko nastolatek, które piszczą na koncertach boysbandów. Po co mózg to człowiekowi robi? ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Szukanie wzorców.

W sumie dużo ciekawsze jest pytanie odnośnie hobby, zwłaszcza nietypowego. Bo kolekcjonerstwo to już jakby inna para kaloszy, niż obserwowanie innych jednostek.

Szukanie wzorców? No tak, ale jak sobie nastolatek znajdzie np. piłkarza, który jest cool i młody chce być jak on, to jedno. Ja mam raczej na myśli sytuację w której ludzie autentycznie potrafią się zakochać w kimś, kogo znają tylko z ekranu/zdjęć z internetu/czasopisma.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ja mam raczej na myśli sytuację w której ludzie autentycznie potrafią się zakochać w kimś, kogo znają tylko z ekranu/zdjęć z internetu/czasopisma.

No skoro już ten wzorzec znajdzie... który jest ideałem, to podążając zasadami doboru naturalnego, taka osoba będzie automatycznie “pierwszym, najlepszym wyborem”... szczególnie w przypadku młodego organizmu, który nie kieruje się logiką ani realizmem takiego wyboru.

Jose, uderz do Deirdriu

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jeszcze czy dotyczy to postaci fikcyjnej (np. postaci granej przez aktora) czy np. aktora jako rzeczywistego człowieka. W obu przypadkach nie dochodzi do spotkania ;)

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Joseheim, zajrzyj tam:

 

https://kobieta.onet.pl/zdrowie/psychologia/opetani-przez-celebrytow/j8jkc

Nieco offtop z powrotem tematu sprzed kilku komentarzy.

 

@Tarnina: Wiecie, że w tanich księgarniach mają (miewają?) podręczniki do łaciny?

 

A wiecie, że ja jestem współautorką jednego? I mam jeszcze trochę egzemplarzy autorskich? I jakby kto chciał/potrzebował, to mogę podarować? Tak tylko mówię, gdyby ktoś np. postanowił pisać coś w uniwersum inspirowanym Rzymem i miało mu być potrzebne do opanowania języka  :D

Ninedin – ustawiam się w kolejce :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

W moich było mniej obrazków :D

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

No to jestem wzywana do tablicy ;)

 

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, Jose. Jak zresztą ze wszystkim w psychologii – “ale” wyskakuje za każdym razem. Moim zdaniem taka platoniczna miłość i oddanie bierze się z paru czynników. Najsilniejszy może być związany z sytuacją własną – jakąś niezaspokojoną potrzebą, np. bezpieczeństwa czy troski. Dlaczego w wieku nastoletnim lubi się konkretne zespoły muzyczne etc.? Jeżeli np. w domu czy w grupie rówieśniczej nie jesteśmy akceptowani, no to idol nas nie odrzuci. Dochodzi do utożsamienia się z osobą idola (np. podobne przeżycia, ale też często pada w wywiadach gwiazd z Hollywood, że na jakimś etapie życia też nie byli akceptowani). Z powodu braku osobistego kontaktu przerzuca się swoje niezaspokojone potrzeby i uznaje za już rozwiązany problem. Drugi czynnik to grupowy – przynależność do grupy fanów. Znowu – jeśli na jakimś etapie życia jest człowiek odrzucony, to poprzez uwielbienie do idola znajduje wspólny język z inną grupą. Podobne zainteresowania mocno łączą, a to chyba już każdy wie. 

No cóż, w tym zjawisku dochodzi do dużego idealizowania i często bezkrytycznego myślenia. I nie dotyczy to tylko idolów – taka sama zasada dotyczy grup wyznaniowych (tak, ktoś będzie mnie zaraz bił po głowie?) czy nawet przywiązanie do różnych teorii. To takie same mechanizmy, ale mogą dotyczyć spełniania różnych potrzeb.

Deirdriu <3 Dziękuję. Z grubsza czaję. A jeszcze co, jeśli chodzi o osobę dorosłą, a nie nastolatka? Podobne mechanizmy? W sensie głównie niezaspokojone potrzeby i możliwość idealizowania osoby, której nie znamy, wymyślenia sobie czegoś, co nam pasuje? (Pytam, bo tu raczej odpada przynależność do grupy fanów).

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Faktem jest, iż w tego typu historiach jest bardzo dużo swobody i praktycznie każdy motyw będzie dobry. Niezaspokojone potrzeby jak i idealizacja pasują także do dorosłej osoby. Tylko trzeba pamiętać, że to sztywność w myśleniu i może się równać różnym, niedojrzałym zachowaniom (tzn. coś społecznie nieadekwatnego dla np. osoby trzydziestoletniej czy czterdziestoletniej) niekoniecznie związanym z byciem fanem. Musisz przedstawić całe spektrum zachowań i będzie ok. 

Podpisuję się pod komentarzem Irki oraz Deirdriu. Ponadto taka relacja jest (oprócz braku odrzucenia prze idola) wyjątkowo korzystna, bo nie trzeba w nią “inwestować”. Czasu, zasobów, pieniędzy, rezygnować z jakichś własnych przyjemności i udogodnień, nie trzeba robić ustępstw dla drugiej osoby. Taki “związek” sprawdza się szczególnie w przypadku introwertyków, ludzi nieśmiałych i wycofanych społecznie (co nie znaczy, że wyłącznie ;P).

Poza tym warto zwrócić uwagę czy obiektem zainteresowań jest osoba płci przeciwnej czy tej samej. Jeśli przeciwnej, to podstawą fascynacji mogą być cechy, które człowiek uważa za szczególnie pociągające, czyli właśnie takie idealne. Takie, których wokół “nie uświadczysz”. A to, dlaczego uważa takie cechy za superowe, to już inna para kaloszy, trza by pogrzebać w przeszłości danej osoby ;)

A jeśli obiektem zainteresowania jest osoba tej samej płci (w przypadku, kiedy “wzdychającym” jest ktoś heteroseksualny), to najczęściej taka fascynacja jest elementem budowania samooceny. Tzn. “chcę być taka jak ona, bo jest silna, niezależna, oo, może wszystko, itd”. W dużym uproszczeniu. Może być też formą kompensacji, czyli idol jakby “uzupełnia” cechy, których dana osoba nie posiada, a chciałaby mieć.

Ja bym jeszcze dołożyła do  tego efekt ekspozycji – jeśli mamy często kontakt z jakimś bodźcem (czyli na przykład z aktorem), to zaczyna on się nam coraz bardziej podobać. Więc szukamy kontaktu jeszcze raz, lubimy jeszcze bardziej, itd.

Znający język angielski mogą sobie poczytać też tutaj:

Celebrity Worship Syndrome

Parasocial interaction

Behind Faves: Why We Grow Emotionally Attached to Celebrities

Dzię-ku-ję!!!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Uch, offtop (moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina)

Taki “związek” sprawdza się szczególnie w przypadku introwertyków, ludzi nieśmiałych i wycofanych społecznie

Na pewno introwertycy mają większą skłonność do instrumentalizowania ludzi? Coś mi tu nie pasuje... :(

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tarnino, słusznie zwróciłaś uwagę na to zdanie :) Dość niejasno wspomniałam o tym w moim poprzednim poście. W psychologii jako nauce naprawdę nie mamy jasnych określeń – jest definicja introwertyka w testach osobowościowych, ale mamy też potoczne rozumienie. Jak dla mnie, to wszystko mocno się rozmywa, więc w pracy (a w komentarzach niekoniecznie) ciągle pilnuję precyzji wypowiadanych słów, żeby nie było, że ja rozumiem inaczej niż np. klient lub pacjent, czy nawet w luźnej rozmowie. Iluzja wzięła bardziej na warsztat podejście z psychologii społecznej (ale granice są naprawdę płynne), a ja chciałam sobie i wszystkim oszczędzić wycieczek “klinicznych” i dokopywania się jaki np. rys osobowości zaburzonej pasowałby do opisu.

I Tarnino – na pewno instrumentalizowania? Piszesz to w takim kontekście jakbyś pisała o rysie antyspołecznym (socjopata, psychopata używając innych terminów). Tutaj dochodzi do zaspakajania potrzeby poprzez fikcję. Tak w każdym razie zrozumiałam podejście Jose. Iluzja uderzyła trochę szerzej zahaczając o stereotyp... no właśnie, też mi się trochę skojarzył z rysem antyspołecznym.

O psychologio, zbyt szerokie te granice i za dużo gdybania ;)

 

ps. Nie uważam, że to offtop. Myślę, że dla Ciebie Jose takie dodatkowe rozkminki się przydadzą do opisania ciekawej postaci :D

Uch! dalej offtop.

Na pewno introwertycy mają większą skłonność do instrumentalizowania ludzi? Coś mi tu nie pasuje... :(

Słuszna intuicja Tarnino! :) – nie ma absolutnie żadnego związku pomiędzy introwersją (czy inaczej rzecz nazywając – jej poziomem badanym, szacowanym przez testy, kwestionariusze), a “instrumentalizowaniem” ludzi.

Jeśli już, to ekstrawersja może być  (i jest, lecz nie wprost) pozytywnie skorelowana z podejściem, zachowaniami, które moglibyśmy  tak nazwać.  Z grubsza na ten wymiar osobowości (jeśli przyjmiemy, za dobrze przybliżający rzeczywistość, model cech osobowości/wymiarów) dzieli populację na osoby preferujące podejście “in” – koncentracja  na procesach wewnętrznych i “out” – zewnętrznych. O pierwszych można – w uproszczeniu – powiedzieć, że przepuszczają rzeczywistość przez siebie (myślenie, odczucia itd), o drugich zaś, że rozgrywają życie w działaniu.

Jednakże warto pamiętać, że to tylko rodzaj preferencji (taka prawa ręka dla praworęcznych) i do niej  należałoby dołączyć pozostałe wymiary (w zależności od teorii). Teorie cech bardzo słabo, jeśli w ogóle, opisują mechanizm, proces.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Przez waszą dyskusję przypomniało mi się, jak z kolegami robiliśmy Test Myers-Briggs dla określenia “rodzaju osobowości”. Śmieszna zabawa.

Myślę, że te raptem 3 posty rozwijające temat to niespecjalnie offtop :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Pilnie czytam i zapamiętuję ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Tarnino – nie chodziło mi o “instrumentalizowanie”, tylko o nawiązanie takiej pozornej relacji. Co już potem zdążyły wyjaśnić Deirdriu i Asylum :) Dlatego wspomniałam tez o nieśmiałości. Co nie oznacza, że TYLKO takie osoby mogą się zainteresować i zafascynować sławnymi aktorami/piosenkarzami itd. Albo że jest to jakaś “nieprawidłowość”.

Deirdriu słusznie prawi, że w psychologii jest tyle “ALE”, tyle czynników, że tak naprawdę każdy przypadek należałoby rozpatrywać indywidualnie.

[offtop on]

W psychologii jako nauce naprawdę nie mamy jasnych określeń

w psychologii jest tyle “ALE”, tyle czynników, że tak naprawdę każdy przypadek należałoby rozpatrywać indywidualnie

Czy wobec tego można psychologię określać jako naukę?

[offtop mode off]

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Artykuł wklejony przez Irkę całkiem interesujący. Zastanawia mnie tylko ten fragment: 

 

Jeszcze inni wskazują, że wielbimy celebrytów, bo... po prostu musimy coś wielbić. A gdy religia staje się coraz mniej istotną częścią życia społecznego, to ta naturalna skłonność przenosi się gdzie indziej. Odkryto na przykład, ze CWS częściej pojawia się u osób, które nie czują silnej przynależności do sformalizowanych kultów religijnych.

 

Ja tam nie muszę nic wielbić, w ogóle nie czuję przynależności do kultów (no, poza Cthulhu, pozdro, mordeczko), i nie czuję też żadnej potrzeby kompensowania sobie tego wyimaginowaną więzią z celebrytami, którzy też interesują mnie w stopniu minimalnym. Oczywiście nie zamierzam ekstrapolować swojej sytuacji na całość osób “nie czujących przynależności do kultów”, tym niemniej ten aspekt wspomnianych badań wydaje mi się mało zgodny ze zdrowym rozsądkiem.

 

EDYTA:

@Staruch

Tak, psychologię można uznać za naukę pod warunkiem przyjęcia pewnych rygorystycznych czegosiów (uciekło mi słowo). Niestety panoszy się też dużo pseudopsychologii :/ . Na pewno nie wszystko co jest przedstawiane jako psychologia jest psychologią w sensie naukowym.

EDZIA 2:

Polecam dwie części książki Witkowskiego – “Zakazana psychologia”, fascynująca lektura.

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Czy wobec tego można psychologię określać jako naukę?

Cóż za interesująca kwestia!

 

Którą można dokładnie omówić w innym wątku – zachęcam do jego założenia :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

No, to już ostatni offtopowy post ode mnie, żeby doprecyzować :)

Instrumentalizowanie z punktu widzenia filozofa to niekoniecznie zaraz bycie psychopatą. Czytałyście Lewisa "Till We Have Faces"? Orual, spisując pod koniec życia swoją historię (spoiler!) uświadamia sobie, że naprawdę nie kochała nikogo. Była zazdrosna, bo inni mieli własne cele, nie związane z Orual i tym, czego ona dla nich chciała. Cierpiała, bo ich traciła – ale naprawdę tylko sobie wmawiała, że ich "ma". Nikogo nie można mieć, po prostu w przypadku "celebrytów" łatwiej się oszukiwać. Chyba.

    tak naprawdę każdy przypadek należałoby rozpatrywać indywidualnie.

Zgadzam się.

 

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Cóż za interesująca kwestia!

Którą można dokładnie omówić w innym wątku

 

Cały wątek na pytanie retoryczne dotyczące zbioru tautologii? ;-)

(dobra, już mnie tu nie ma ;-) )

To jeszcze ja, ostatni offtopowy komentarz wrzucę. Znowu przez robotę mnie coś ominęło:( 

Zresztą będzie i o Tobie – Berylu, więc napiszę i zniknę.

MBTI – klasyczny kwestionariusz (jungowski). Ciekawe, czy robiłeś po polsku, czy po angielsku? Jest dość dobrze znormalizowany i chyba już dobrze przetłumaczony, nie śledzę tego. Pytanie, co było dalej – po tym zrobieniu go… Konstrukty jungowskie nie są proste, czy mętne? – no nie do końca, jakiś tam ogląd swoich preferencji mogą dawać, ale to trzeba porządnie przegadać, gdyż skróty są niezrozumiałe i zaiste śmieszne. Właściwie na MBTI oparte są wszystkie wymiarowe teorie osobowości, które krążą w biznesie, a z kolei na Cattell’u kwestionariusze cech słynna wielka piątka i jej rozszerzenia. Hi, hi, zaryzykowałabym, jaki masz kod, choć w kwestii dwóch liter brakuje mi danych, więc bój się:DDD

 

Czy psychologia jest nauką? Częściowo tak. Pytanie, jak zdefiniowalibyśmy naukę? Socjologia dla mnie też nie jest nauką, podobnie jak ekonomia, a fizyka teoretyczna? Czy psychologia jest sztuką? I znowu odpowiedź – częściowo jest.

 

Z indywidualnymi przypadkami – zawahałabym się. Coś jednak więcej wiemy niż pięćdziesiąt, sto lat temu, aczkolwiek – pełna zgoda – człowiek to nie diagnoza, etykietka podług kolejnej edycji amerykańskiej DSM, czy jej europejskiej odmiany.

 

Nie przeceniałabym wewnętrznych mechanizmów i zachodzących procesów, gdyż w warstwie zachowania (nasi idole, o których rozmawiamy) silnie się adaptujemy do warunków, środowiska, mód (słowem kultura, Zeitgeist),  chociaż odpowiedź na pytanie – „po co to robimy?”, może wciąż pozostawać ta sama. 

 

@ Tarnino, miałam już się z Tobą nie zgadzać:) – obiecałam sobie, lecz „psiakrew” nie mogę, ale wiedz że na głowie stanę jak jogini, aby zrobić to następnym razem. „Instrumentalizowanie” to sposób, metoda na coś – masz rację, a co się za tym kryje? Różne rzeczy mogą, i psychopatia i jej brak, jak piszesz. Co więcej, powody/przyczyny nie zawsze muszą być „naganne” (zresztą nigdy nie są, gdyż cierpienie niezależnie od oceny nim pozostaje i jak to oszacować – nawet neuronauce nie uda się udzielić odpowiedzi na to pytanie), na przykład „odhumanizowana” obsługa dużej liczby osób na lotniskach, meczach, instytucjach, gdy liczy się czas i sprawność. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No, to jeszcze tak ze dwadzieścia osób doda swój “ostatni offtopowy komentarz” i będzie spokój :)

 

Ale skoro jesteśmy przy teście MBTI i mamy tutaj psychologów – czy jeśli chciałbym napisać opowiadanie ze sztampowym założeniem, że w niedalekiej przyszłości ludzie są szufladkowani na podstawie swoich osobowości i w ten sposób rozdzielani do konkretnych zadań, to czy ten test (czy tam jakieś jego wariacie) mógłby się sprawdzić, czy istnieją jakieś bardziej skomplikowane metody, które miałyby większa szanse na bycie zastosowanymi w praktyce? Wydaje się, że 16 typów to trochę mało.

 

Hi, hi, zaryzykowałabym, jaki masz kod, choć w kwestii dwóch liter brakuje mi danych, więc bój się:DDD

Ryzykuj, przecież nic się nie stanie, jak nie trafisz, a ja się nie obrażę przecież :)

Test robiłem po angielsku. Strony nie mogę teraz znaleźć, a chętnie dla zabawy zrobiłbym jeszcze raz.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

No cóż. Ten test jest dotknięty grzechem pierworodnym wywodzenia się z psychoanalizy. Czyli po prostu jest “psychozabawą”.

Przykładowo: “The test-retest reliability of the MBTI tends to be low. Large numbers of people (between 39% and 76% of respondents) obtain different type classifications when retaking the indicator after only five weeks.”

Jeden z problemów ze współczesną psychologią polega na tym, że przesadnie bazuje na niektórych niechlubnych tradycjach. A trupy wciąż nie przestają wypadać z szafy ¯\_(ツ)_/¯

 

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Ano, będzie spokój... wtedy. Czuję się w pełni rozgrzeszona, kiedy napisałeś.

Hi, hi, hi – po polsku to podobno trzeba na trzy. Niezrozumiałe, żeby było nieparzyście, czy co? 

 

16 – mało – czy ja wiem? Statystycznie, przecież by wyszło, bo w gruncie rzeczy chodzi o masę krytyczną, czyż nie? Nawet pokusiłabym się o zmniejszenie tej liczby, dwa–trzy wybrane, kluczowe wymiary/cechy (przełożone na zachowania) wyraźnie preferowane przez otoczenie. W zasadzie większy kłopot postrzegam w zbudowaniu jednoznacznego, konsekwentnego środowiska, preferującego określone sposoby działania, bycia, reagowania. Behawioryzm taki bardziej nowoczesny się kłania.

Tak, w pewnym stopniu to jest/wydaje mi się takie łatwe (niestety), dlatego błogosławię chaos i kakofonię głosów. 

Oj, jeśli robiliście dla zabawy to mogła być skrócona wersja. Zapytam, tak od niechcenia, a jaki poniosłeś koszt?:DDD Bez przegadania z kimś mądrym w “tym” (o co chodzi), wyniki są bez znaczenia. Przepraszam, że tak piszę, ale nawet uproszczony MBTI w postaci  Insigts (brakuje w nim jednej literki) takim się staje. “Strzelać” z kodem nie będę, poczekam jeden rok – stracę twarz i kolejny rok poświęcę na jej odzyskanie. Daję sobie dwa lata. Lubię przyszłość mieć zaplanowaną:DDD

 

Edit: I tak, i nie Bailoucie :D Wszak inspiruje wciąż i wciąż, zapładnia, czyż nie jest to oznaką życia, że polemiki nie ustają, ileż to lat już minęło? a każden musi się opowiedzieć za lub przeciwko.  Powiesz/napiszesz „Widzimy w nim to co chcemy” i to też będzie prawdą:)

Kiedy popatrzysz na inne testy i kwestionariusze – cóż zobaczysz? Jaką rzetelność, trafność, jaką wielkość i różnorodność próby? Test to tylko test. Co przesiewa? – ograniczenie narzędzia. Pytanie w czyich jest rękach. Dla Winnicota testem było zachowanie matki. 

OMG, popadam w “filozofowanie” niedaleko leżące od paplania. Może kiedyś, “przy ognisku”  i piwie – bo bez tego nie rozbieriosz – rozstrzygniemy tę kwestię B. Pozdrowienia:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No cóż. Ten test jest dotknięty grzechem pierworodnym wywodzenia się z psychoanalizy. Czyli po prostu jest “psychozabawą”.

Pamiętam taki “test”, który kiedyś pojawił się w internecie. Odpowiadałeś na dosłownie kilka pytań w rodzaju “jak mieszasz herbatę” (czy tam “w którą stronę”) i potem wychodził Ci opis Twojej osobowości. Był on mało konkretny, ale można było z niego odczytać mniej więcej tyle że jesteś zajebisty. Potem padało pytanie czy się zgadzasz i oczywiście większość osób klikało, że tak. Ja oczywiście ze swoim wielkim intelektem przeczułem podstęp ;-)

 

Oj, jeśli robiliście dla zabawy to mogła być skrócona wersja. Zapytam, tak od niechcenia, a jaki poniosłeś koszt?:DDD Bez przegadania z kimś mądrym w “tym” (o co chodzi), wyniki są bez znaczenia.

Dla zabawy, ale pytań było ze sto. Każdy robił u siebie w domu, to nie tak, że na jakimś spotkaniu zabraliśmy się za robienie testu w internecie :P Ale o co chodzi z “kosztem”, to nie wiem. Do psychologa z tym oczywiście nie szedłem. Po co?

 

W ramach ciekawostki zrobiliśmy sobie teraz z Jose polską wersję testu (na stronie 16personalities.com) i wyszło mi dokładnie to samo, co te parę lat temu. Zresztą, Jose trafiła w mój typ, nie znając wyników :)

 

Ale wracając do mojego pytania – w takim razie jakie metody na zakwalifikowanie ludzi na podstawie osobowości mogą wchodzić w grę? Jest coś, co można wykorzystać, czy musiałbym wymyślić sobie jakiś nieistniejący test bez związku z czymkolwiek, co zna obecna psychologia?

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Ja na tym poletku siedzę tylko z wykształcenia i hobbystycznie. Niech praktycy rzucą Ci jakimiś testami, to luknę na jakich podstawach są oparte i się wypowiem czy się do czegoś nadają ;)

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Wydaje mi się, że żeby taka klasyfikacja miała sens, to nie może być test poprzez samookreślenie.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Jose musiała trafić – nie ma bata:DDD, toć przecież chyba troszkę Ciebie zna. Pytanie, czy Ty znasz siebie?:))) Pewnie tak...

Koszt – kwestionariusz licencjonowany z interpretacją, inaczej to “psychozabawa”. Po co? Konstrukty jungowskie są z lekka – powiedziałabym – sophisticated (przepraszam, ale nie umiem na to znaleźć polskiego słowa, choć je znam). 

Podeszłabym do tego systemowo:

* wymiar z MBTI, lub 16czynników i nie rozdrabniałabym się na drobne tj. wybrałabym jeden lub dwa  (góra trzy) najbardziej różnicujące, silne działające na wyobraźnię i przekładające się rezultaty, tak wprost, zależnie od celu (Twojego i świata)

* mroczność – to “magiczny” test Szondiego, który we wprawnych rękach zadziwiał mnie kiedyś swoją predykcją (naturalnie indywidualną, nie statystyczną – w znaczeniu powszechnie używany i zobiektywizowane narzędzie różnicujące – lecz byłam wtedy zakochaną studentką)

* wymyślić można, jak najbardziej, lecz potrzebne jest kryterium/a różnicujące. To ciekawe – może jakieś próby, czyli eksperyment na żywych.

Nie masz pojęcia, jak byłabym ciekawa wyników aktualnie prowadzonego eksperymentu systemowej oceny obywateli Sesame Credit  wdrożonemu przez chiński rząd, chociaż jednocześnie płaczę, że “show must go on”. Na razie to zabawa w żołnierzyki, gdyż przystąpienie do systemu jest dobrowolne. Kiedy jednak w 2020 stanie się obligatoryjne, nisko notowani obywatele zaczną to odczuwać we wszystkich dziedzinach życia. 

 

Edit: Berylu, wszystkie testy są “samoopisowe”. Samookreślenie:( – to jest ich wadą, zawsze to Twoje wyobrażenie o sobie samym, trzeba je skonfrontować z realnością:(

Jednak, jednak, żeby nie było tak pesymistycznie i łatwo do zanegowania, pytania są dobierane/wybierane/wchodzą do kwestionariusza, jeśli są dyskryminujące/istotne/znaczące. Koreluje się je z innymi kwestionariuszami lub eksperymentami, czy danymi pochodzącymi z innych źródeł . Neuronauka – raczkowanie, a i chyba jeszcze nawet nie to, i chyba nie będzie, gdyż miliardy połączeń na synapsach. Dla mnie najciekawsze jest hamowanie i potencjał do przekraczania progu – fascynujące. Identyfikowalne są tylko, na razie, zaktywizowane obszary.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

@Berylu

Przyszło mi do głowy, że przecież to proste i niejako odwrotne – to właśnie samoopis może i musi  być kluczem podziału, a nie żadna “prawda, gówno prawda i tylko prawda” (Tischner i w związku z tym nie przeklinam, parafraza, lecz nie sprawdziłam, czy nie przekręciłam cośkolwiek). Każda zaplanowana (zamierzona) stratyfikacja społeczna premiuje określone postawy i jeśli, na którymkolwiek etapie będą testy to, jeśli tylko mamy dostępną taką możliwość i moc to “idziemy w to”, bo po co iść pod prąd, bo nie wiemy, że można inaczej, bo otrzymujemy za to “głaski”, bo tak po prostu jest i próbujemy się odnaleźć, jak najlepiej potrafimy “tu i teraz”, w kontekście.

Znikam i dobranocka:)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

    Jest coś, co można wykorzystać, czy musiałbym wymyślić sobie jakiś nieistniejący test bez związku z czymkolwiek, co zna obecna psychologia?

Berylu, widziałam kiedyś w księgarni powieść, w której był taki system klasowy oparty na idei czterech temperamentów (i po paru stronach stwierdziłam, że jest głupia) – zdaje się, że dzieci były klasyfikowane jakoś wcześnie, bo na pewno wychowywano je potem osobno (książka zaczyna się scenką w szkole, w której dziateczki się dowiadują, że ich temperament jest najlepsiejszy – widzisz, dlaczego uznałam to dzieło za głupie).

Mamy przesłanki empiryczne, że temperament (w sensie poziom reaktywności i trwałość reakcji) jest wrodzony – ale to nic pewnego. Tak czy owak, temperamenty, pojmowane klasycznie, nie znoszą wolności woli – melancholik ma skłonności do knucia zemsty, ale może postanowić, że będzie przebaczał dla zbawienia swojej duszy. Dlatego, jeśli się na to zdecydujesz, może będziesz musiał coś zrobić z wolnością woli (nie mylić z wolnością czynu, którą system totalitarny tłamsi ze swojej natury). Nie jestem filozofem polityki, ale na pewno o wolności pisał Isaiah Berlin, gdyby Ci to było potrzebne.

    eksperymentu systemowej oceny obywateli Sesame Credit

To nie jest ocena trwałej osobowości, tylko tego, jak prawowiernie obywatel postępuje. Śmiem twierdzić, że temperament jako taki g...uzik władze obchodzi, liczy się to, żeby masy pracujące miast i wsi pracowały na te władze ku chwale socjalistycznej ojczyzny, ta-est!

    sophisticated

Carissima: wysublimowane, wyszukane, wymodzone :)

    Każda zaplanowana (zamierzona) stratyfikacja społeczna premiuje określone postawy

O, to-to.

     nawet neuronauce nie uda się udzielić odpowiedzi na to pytanie

Don't be too proud of this technological terror you've constructed :D – ale jeśli chcemy gawędzić o filozofii dialogu, to może założę temat? Berylu?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Berylu, widziałam kiedyś w księgarni powieść, w której był taki system klasowy oparty na idei czterech temperamentów

Pewnie chodzi o książki Veroniki Roth. Cztery filmy na podstawie tego natrzaskali. Nawet zacząłem oglądać pierwszy (”Niezgodna”), ale średnie to było. Sam pomysł dziwaczny, a sposób organizacji tego w społeczeństwie jeszcze bardziej to wrażenie pogłębia.

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

W “Niezgodnej” teoretycznie jest wytłumaczone (w trzeciej części) dlaczego to jest tak, a nie inaczej, i po wytłumaczeniu wygląda sensowniej, ale tylko trochę i ten sztuczny podział na początku zgrzyta jak paznokcie po tablicy. (Na marginesie, tam jest pięć frakcji, a nie cztery, i podana przez Tarninę scena początkowa się nie zgadza, więc chyba jednak chodziło o coś innego, ale to zrozumiałe, że więcej osób wpadło na takie pomysły).

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Niekoniecznie, sama wiesz jaka jest, nomen omen, zgodność między książkami a ich adaptacjami.

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Nie, to zdecydowanie było co innego – w “Niezgodnej”, jak twierdzi TvTropes, podział był oparty na wyznawanych przez frakcje wartościach.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Bailout, ale ja książkę też czytałam (nie żebym dumna z tego była ;p).

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Berylu, na Twoim miejscu pokusiłabym się o bardziej o jakieś formy testu poznawczego. Teraz myślę tylko o przesiewowych dla chorób otępiennych, więc Ci się nie przyda. Ale taki Wechsler na inteligencję – IQ. W sumie sam ten test spełnia Twoje wymagania. Zamiast testów osobowościowych do fikcji można stworzyć coś takiego związanego z reakcjami na pewne bodźce itd. Żeby po tym badacze twierdzili do jakiej grupy ktoś przynależy. 

Konkretny test? Po co? Regularnie może się korzysta z MMPI, ale każdy znany test osobowości na “coś” nie będzie “wrażliwy” (np. na cechy psychpatyczne, które wg DSM-V nazywamy “antyspołeczne”, a co nam da ICD-11?). A że praktykuję psychoterapię raczej wolę narzędzia praktyczne oraz klasyfikacje DSM lub ICD (pomagają).

Hmm, przy klasyfikacji według inteligencji wyjdzie raczej coś na kształt “Nowego wspaniałego świata” – zresztą i tak trzeba będzie zrobić ileś tych grup (jeśli dobrze zrozumiałam, co beryl chce napisać). Tu masz kilka wersji typologii osobowości (jest też wzmianka o “Niezgodnej”, ot, tak, żeby była pełna informacja).

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Mamy na sali jakiegoś żołnierza? Albo ktoś pod ręką trzyma takowego?

Wiktorio, sama nie jestem, ale znam kilku i mogę ich coś podpytać. Czego Ci potrzeba? 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Podejdę na PW, bo to grubsza sprawa będzie.

Czy ktoś zna jakieś męskie bóstwo, które było powiązane z kotami? Wszystko jedno z jakiej mitologii.

Majowie mieli Boga Jaguara,  nazywanego też z jakiegoś powodu Bogiem L. Poza nim był jeszcze Ek Balam Chac, przedstawiany jako czarny jaguar. Nada się? 

Za bardzo się będzie z Balaamem kojarzył, a demona to akurat nie chcę.

Dziękuję, to niezła stronka.

Coś pasującego powinno być też w mitologii Indii. Na pewno jest Narasimha – avatar Wisznu, w połowie lew. Do tego znalazłem info o czczonym przez niektórych mieszkańców Indii bogu-tygrysie o imieniu Bagheshur.  Poszukać też można w mitologii afrykańskiej. W Nubii czczono Apedemaka, boga wojowników z głową lwa. Ogólnie poprzeglądaj te strony świata, które mają wielkie drapieżne koty :D 

znalazłem info o czczonym przez niektórych mieszkańców Indii bogu-tygrysie o imieniu Bagheshur

O, to od niego pewnie Bagheera w “Księdze dżungli”, choć ona była panterą...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Kurcze, będę się musiała wziąć za czytanie mitologii. Właśnie odkrywam, jak niewiele wiem o wierzeniach spoza Europy.

Irko, kurcze, coś mi się kojarzą jacyś bogowie przyjmujący postać kota (obu Ameryk), bóg łowca i bóg burz oraz jakichś celtycki, chyba opiekun pochówków i pogrzebów i czegoś tam jeszcze. Niestety googluję i znaleźć nie mogę.

W Egipcie kota  łączono też z bogiem Ra.

A w ogóle to ciekawe, okazuje się, że koty zazwyczaj łączono z postacią bogini, i to ww wszystkich kulturach.

Znalazłam dla Ciebie, jednego, takiego króla kotów z Białorusi:), nie bóg lecz demon, za to pyszny:D

https://historiamniejznanaizapomniana.wordpress.com/2016/01/11/wargin-slowianski-demoniczny-krol-kotow/

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

W Egipcie to Bastet – bogini między innymi kotów, przedstawiana jako kot lub z głową kota.

No i – do pewnego stopnia – Sfinks.

Babska logika rządzi!

Asylum

A w ogóle to ciekawe, okazuje się, że koty zazwyczaj łączono z postacią bogini, i to ww wszystkich kulturach.

No i właśnie to jest problem, kobiecych bóstw znalazłam od groma, problem mam z męskimi. Wargin jest na pewno do wykorzystania przy innej okazji, ale do tego, co teraz piszę nie pasuje.

 

Finkla, Bastet znam i wykorzystam, ale potrzebuję jeszcze męskiego pierwiastka.

 

Będzie Ramzes, w końcu każdy faraon był przy okazji bogiem. ;)

Jak siedzisz już w egipcie, to jest jeszcze Maahes, kolejny lwiogłowy bóg wojny, właśnie z egiptu pochodzący, zresztą wspominany przeze mnie Apedemaka był z nim mylony/łączony. Maahes miał być synem Bastet, więc tym bardziej ci się łączy wszystko :) 

Hmm, spojrzałam w internet, brzmi nieźle. Muszę się zastanowić. Jakbyś mi mógł jeszcze powiedzieć, jak się to imię wymawia... :)

Arnubisie, czy “lew” należy do rodziny kotowatych?, no ale jeśli łączy się z Bastet to może jak Edyp:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Oczywiście, że lew należy do kotowatych. Czemu miałoby być inaczej? Ale z wymową nie pomogę, nie mam zielonego pojęcia, musisz pokopać.

Pokrewną temu tematowi ciekawostką jest to, ze w mitologii Bałtów głównym przeciwnikiem ichniejsze odpowiednika Perkuna był... kot :)

Dodatkowo w mitologii nordyckiej jest ciekawy motyw związany z Thorem i pewnym kotem: http://www.islandia.org.pl/bogowie.html

 

Damnatio memoriae albo zakaz używania dotychczasowego imienia/tytułu – znacie jakieś przypadki użycia poza Cesarstwem Rzymskim lub ZSRR?

PS. Ewaporacja z 1984 też nie.

Zdaje mi się, że w Rumunii też praktykowano usuwanie już niewygodnych ludzi ze zdjęć, wydań gazet itp. Ale może to ściemy były...

Babska logika rządzi!

Herostrates (ale się nie udało ;)).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Prekursorem był Egipt z wygładzaniem wizerunków Echnatona. Już u zarania cywilizacji wycinano niekompatybilnych.

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Dzięki, dzięki! Poczytam, posprawdzam.

A były przypadki zakazu używania jakiegoś imienia, ewentualnie wspominania o kimś (pomijając przypadki obrazy religijnej)?

Teraz kojarzy mi się, że można to związać z prawem do zapomnienia. Był jakiś świrus, który prawnie zażądał, by o nim nie wspominano, czy pierwszy na to wpadłem? :D

W czasie konfederacji barskiej program frakcji saskiej urządzenia Rzplitej po zwycięstwie zakładał zniszczenie wszystkich portretów, popiersi, a także książek z dedykacjami poświęconymi Stanisławowi Augustowi. Bliżsi krewni króla Ciołka mieli zostać wygnani, dalsi zaś zmuszeni do zmiany nazwiska Poniatowski.

Stn, z mojej działki – jak w 1814 Ludwik XVIII dorwał się do władzy, to zajmował się głównie wymazywaniem wszelkich symboli cesarstwa i zastępowaniem ich burbońskimi liliami itp. A już całkowicie a mojej bardzo szczegółowej obecnie naukowej działki: kiedy jedyny legalny syn Napoleona został wywieziony do Austrii do dziadka ze strony matki (cesarza Austrii), to w oficjalnych dokumentach pomijano całkowicie istnienie ojca i biedak był jedynie “synem arcyksiężniczki”. Nawet w nekrologach tak było. Co akurat jest dość ironiczne, bo akurat cesarz Franciszek miał ciężkiego fioła na punkcie tradycyjnie pojmowanej moralności...

To jest praktyka stara jak świat i chyba nigdy nie odejdzie w niepamięć.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Pytanko mam, Ludwika XVI zgilotynowano na Placu Zgody, to wiem. Ale obok posągu którego miasta? Bo w internecie znalazłam raz Rouen, a raz Brest.

Irko, sprawdzę, czy jest coś na ten temat w książkowej biografii L16 i aktach procesu (z tym, że mogę to zrobić pewnie najwcześniej w środę wieczorem), ale nie wiem, czy jest to jakkolwiek z pewnością wiadome. No i plac nazywał się wtedy placem Rewolucji (od sierpnia 1792 do października 1795). A gilotynę wielokrotnie przestawiano, więc wszelkie dane mogą być nierzetelne. Możesz ewentualnie podać mi na priv źródła, z których te informacje zaczerpnęłaś – może będę w stanie ocenić, które jest bardziej wiarygodne.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Okej, dzięki Światku i drakaino.

Mam mnóstwo materiału o zmuszeniu do zapomnienia. A teraz – czy były przypadki, że ktoś o to dobrowolnie poprosił lub zażądał? Jakas choroba psychiczna z tym związana?

Zawsze można podciągnąć szpiegowsko-hakerskie motywy z usuwaniem wszelkich informacji o kimś, żeby mu wyczyścić konto i dać nową tożsamość. Chyba dosyć popularne, było chociażby w Batmanach od Nolana (Catwoman). Tylko wiadomo, fizycznych dowodów to nie obejmuje.

Nie lubimy się z kliszami.

Mam już pomysł, ale sprawdzam, czy coś podobnego się już nie wydarzyło. ;)

W pewnym sensie chyba programy ochrony świadków się na to łapią. Albo inne pozorowania własnej śmierci.

Babska logika rządzi!

Stn, ludzie z zespołem stresu pourazowego bardzo chętnie zapomnieliby przeżycia, które tę chorobę spowodowały. Kiedyś czytałam artykuł o tym, że Amerykanie odkryli jakiś środek, wymazujący pamięć. Problem w tym, że tego typu doświadczenia na ludziech są nieetyczne i żaden naukowiec przy zdrowych zmysłach się czegoś takiego nie podejmie, nawet jeśli ktoś będzie go o to błagał. Poza tym przypuszczam, że nie da się precyzyjnie wyciąć tylko tych niechcianych wspomnień.

Stn’ie, bardzo Ciebie proszę, z chorobą psychiczną nie łącz. Normalsi są też wariatami, nie potrzeba choroby psychicznej, wystarczy silny motyw. Wielu ukrywało swoje nazwiska, a zwłaszcza naziści. 

W zasadzie to pytanie, czy ktoś (społeczność) chce wymazać czyjeś nazwisko, czy on sam. W pierwszym przypadku może to być okresowe, czyli kwestia czasu, obowiązującej “kultury”, mody, trendu i jak by to nazwać inaczej. W drugi, powody nurzają się w jednostce i jej motywacjach, celach, mniej lub bardziej błędnym postrzeganiu itd.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Stnie, to nie jest kwestia zapomnienia przez wszystkich, ale był proces o “zapomnienie” przez wyszukiwarki. Obecnie jets to nawet element prawny. Można sobie wyobrazić sytuację, gdy ktos realizuje to prawo w głównych wyszukiwarkach, serwisach, usługach, a  po kilku latach zderza się z jakimś demokratycznym odpowiednikiem social credits.

Finkla, właśnie – pozorowanie. Szukałem czegoś jak mentalna eutanazja, walka w sądzie o zapomnieniu dotychczasowej tożsamości, coś jak zmiana imienia i całkowity reset. Program ochrony świadków, ale w formie prywatnej, bez państwa. W sumie to ciężko mi to nazwać.

Irka – tak, były nawet jakieś eksperymenty z bombardowaniem któregoś z fragmentu mózgu laserem albo polem magnetycznym (musiałbym poszukać za papierem, nie mam teraz technicznych możliwości). U myszy, ale ponoć działało.

Asylum, nie zamierzam tego łączyć. Chodziło mi raczej o próbę uściślenia powodu do takich żądań. Chęć bycia zapomnianym leży w dziedzinie desperacji albo szaleństwa. Obie są w pewnym stopniu dewiacją. ;)

Wilku, i wtedy zadaję swoje pytanie. Czy był ktoś, kto próbował prawnie wyczyścić swoja historię w systemie? Modną jest teraz postawa, którą negujesz dotychczasowe nazwy i zasady – głównie dlatego, że możesz poczuć się “uciśniony”. Czy był przypadek, w którym osoba postanowiła wyczyścić swoją dotychczasową tożsamość (również pod względem prawnym) i zacząć jako “ktoś zupełnie nowy”?

Coś na zasadzie – pierdolę, od dziś jestem Majką Szyszkowską, tamta persona przestała mnie opisywać, nie utożsamiam się, walczę w sądzie o swoją “konstytucyjną” albo “boską” wolność do samostanowienia (kwestia osobistych wierzeń i preferencji). Negowane sa już płcie, orientacje seksualne, cholera wie co jeszcze. Dlaczego nie persona jako całość?

Jakkolwiek głupio to brzmi, czuję że takie akcje zaczną być już niedługo głośne, a ja mam wobec takich pomysł na tekst. Dlatego szukam wszelkich wzmianek, choćby luźnych powiązań.

 

STN,

 

"Czy był ktoś, kto próbował prawnie wyczyścić swoja historię w systemie?"

https://www.spidersweb.pl/2019/01/prawo-do-bycia-zapomnianym-holenderska-lekarka.html

"Od czasu, gdy w 2014 r. weszło w życie prawo do bycia zapomnianym, skorzystały z niego ponad 3 mln osób."

 

Osobną sprawą jest to, cyz faktycznie jest to realizowane (ukrycie a skasowanie danych), a jeśli tak, to czy faktycznie  w pełni (backupy) i na ile to w ogóle wykonalne (mirrory, strony archiwizujące).

 

Przykładowo kiedyś jeden z popularnych w Polsce portali społecznościowych nawet gdy "kasował" niektóre, to po jakimś czasie okazywało się, ze jedynie je archiwizuje.

 

Z Kolei w Google zdarzały się takie sytuacje:

https://www.wnp.pl/wiadomosci/prawo-do-bycia-zapomnianym-google-przywraca-niektore-usuniete-linki,229637.html

 

Z innej beczki: były przypadki eksperymentów z nie tyle kasownaia tożsamości, co życia poza systemem:

https://www.ekonsument.pl/a66564_zyc_bez_pieniedzy_przez_rok_ciekawy_eksperyment_marka_boyle%E2%80%99a.html

A są też osoby, które nie tyle kasują tożsamość, co tworza persony.

 

 

    po ukończeniu studiów zapewne skończyłbym zarabiając dobre pieniądze na przekonywaniu hinduskich farmerów do przejścia na uprawy GMO(…)    

Przeciwko temu są argumenty stricte ekonomiczne, nie tylko ekologiczne... Tak czy siak, facet niczego nie skasował, tylko się wypiął na system.

A są też osoby, które nie tyle kasują tożsamość, co tworza persony.

Masz na myśli kradzież tożsamości kogoś, kto umarł młodo i nie będzie protestował, czy tworzenie od zera?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

No toć napisałem, że nie tyle kasowanie, co wyjście poza system :-)

 

Co do pytania – nie, chodzi o kreowanie person od zera.

Czy ktoś przerabiał zalanie przez sąsiada z góry i załatwianie odszkodowania – z wizytami rzeczoznawcy, ekipą remontową i innymi takimi?

I would prefer not to.

Jeśli nikt się nie zgłosi, to ja mogę odrobinę pomóc “na sucho”, jeśli chodzi o formalności (znam takie sprawy od strony zarządcy nieruchomości).

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Wie ktoś może jak się nazywa ten budynek, w którym na dzikim zachodzie trzyma się więźniów, są cele, itd? Niby można by napisać po prostu więzienie, ale to chyba nie do końca to, więzienie jest raczej duże, a mi chodzi o wersję mini w małym westernowym miasteczku. 

Kiedyś zalałem sąsiada z dołu (jak się potem okazało, poprzedni właściciele mieszkania przed wyprowadzką wymontowali drobny element z odpływu z prysznica – zresztą to nie jedyna ich ”życzliwość”). Ale tam akurat szkody były niewielkie, więc zwyczajnie się dogadało.

Wydaje m się, że chodzi ci o zwykły posterunek szeryfa? 

O właśnie posterunek. Dzięki!

W zasadzie w USA funkcjonowała chyba nazwa “sheriff's office”, więc bardziej biuro szeryfa, ale wydaje mi się, że posterunek brzmi lepiej, nie tracąc przy tym adekwatności. 

W filmach chyba częściej pojawiało się biuro szeryfa niż posterunek. 

Dlatego w ramach uczciwości podałem obie wersje :D 

Ale to są dwie różne rzeczy, bo policyjny system w USA jest cholernie skomplikowany. I posterunek jest zwykłej policji, a szeryf to szeryf. Różna geneza, różna jurysdykcja, różny teren działań itede, włącznie z tym, że policja jest zawodowa, a szeryf wciąż w większości hrabstw chyba wybieralny (nawet jeśli ma to znaczenie symboliczne).

 

Ale w westernie to zasadniczo jest biuro szeryfa i areszt przy biurze szeryfa.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zdaję sobie sprawę, dlatego nic o policji nie pisałem, tylko o posterunku szeryfa. Plus dzisiejszy system policyjny nie ma takiego dużego znaczenia, bo pytanie dotyczyło dzikiego zachodu. A dokładne tłumaczenia nazw tego typu nie zawsze jest dobrym pomysłem, bo skończymy np. z biurem pocztowym. Obstaję przy wersji, że posterunek szeryfa brzmi zdecydowanie lepiej, ale fakt faktem, że biuro szeryfa jest zdecydowanie bardziej rozpowszechnioną wersją. 

Mnie bardziej się podoba “biuro szeryfa” – “posterunek szeryfa” brzmi dziwnie.

Dla mnie posterunek szeryfa jest zupełnie niedobry, nie spotkałam się z nim nigdy i brzmi właśnie jak przykrawanie współczesnych realiów do dzikiego zachodu...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bo “biuro szeryfa” jest oczywiste – wszyscy wiedzą, że siedzi tam szeryf, jest biurko, broń, areszt. Gdy słyszę “posterunek szeryfa” zatrzymuję się i zaczynam zastanawiać, co to takiego, czym się różni (bo musi to być coś innego, skoro nie nazywa się “biurem”). A wszystko, co mnie zatrzyma przy czytaniu, jest złe.

Anet – w punkt :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wykłócać się nie zamierzam :D Ba, jakbym western pisał (a w sumie od jakiegoś czasu mam ochotę) to też bym pewnie biura użył, chociaż mniej mi się podoba :D

Czy ktoś miał kiedyś szytą niewielką rankę na twarzy?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Miałem szytą całkiem sporą, przez cały nos. Ale miałem wtedy z rok czy dwa, więc nie bardzo pamiętam xD 

Ja miałam niewielką na łuku brwiowym.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Arnubisie, ale ślady na awatarze ciągle widać. ;-)

Babska logika rządzi!

Cieszcie się, że jest maska, a nie to co pod nią :D 

Szyłem na 2 roku studiów facetowi czoło. XD

A sam miałem szytą brew po tym, jak ugryzł mnie tam pies. :p

Wbrew?

Pies?

Ja na nosie, w miejscu gdzie styka się z czołem, wpadłam na kant toaletki, pięć szwów, lecz pozostała  tylko kreska;)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ja tam kiedy uczyłem się chodzić zleciałem w chodziku po schodach (starszy brat zapomniał zamknąć furtkę co schody chroniła). Cóż, niezbyt mi ta nauka chodzenia szła xD Za to bliźniakowi pies sąsiadów prawie wyłupił oko pazurem. Przynajmniej łatwo było dzieci odróżnić, blizny na różnych częściach twarzy xD

Masz bliźniaka, Arnubisie? :D

 

Dobra, jak tylu tu specjalistów, to ja tylko krótkie pytanie chciałam rzucić: planuję uszczęśliwić bohatera ze dwoma szwami na ustach po uderzeniu. Czytałam w różnych miejscach i wyczytałam, że szwy powinny zostać zdjęte po dziesięciu dniach, ALE jakoś nikt się nie podzielił informacją, czy to przeszkadza/swędzi/wkurza? Będzie ślad na 100%, czy jeśli ładnie się zrośnie, to niekoniecznie?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Przeszkadza/swędzi/wkurza. Co prawda jak mówiłem, brzdąc był ze mnie straszny i całej historii nie pamiętam, ale z tego co słyszałem od rodziny, przeszkadzało/swędziało/wkurzało mnie mocno. Na tyle mocno, że jak w szpitalu mieli mi szwy ściągać i lekarz na chwilę wyszedł z sali zostawiając mnie samego, to mały Arnubis przystąpił do dzieła samodzielnie i ponoć nawet dał radę szew czy dwa sobie zdjąć. Tak przynajmniej mi mówiono, nie wiem ile w tym prawdy xD W ogóle historia mocno abstrakcyjna, bo mam sporego farta że się na tych schodach nie zabiłem :D 

 

Ano mam bliźniaka. Ale dwujajowego, więc z tym rozróżnianiem dzieci po bliznach to był tylko żarcik :D

Na ustach? To trochę bardziej skomplikowane. Ja na łuku brwiowym mam praktycznie niewidoczny ślad – jak dobrze popatrzeć, to po prostu jest przerwa w brwi. Ale usta to po pierwsze bardzo mobilna część twarzy, po drugie trudniej się będzie goiło, po trzecie chyba sakramencko boli... I wątpię, żeby się ładnie zrosło. I tak, swędzi i wkurza niemiłosiernie, ostatnio przeszłam przez klamry pooperacyjne – teoretycznie wbrew pozorom mniej dokuczliwe i chciałam się drapać non stop.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Liczę się z tym, że chłopak będzie raczej małomówny przez jakiś czas ; p Co poradzicie, czasem trzeba bohatera pognębić.

Rozumiem zatem, że wyjęcie szwów to będzie ogromna ulga?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Mój syn jakiś miesiąc temu miał szyty łeb (łuk brwiowy), przecięte wszystkie warstwy skóry, więc rana mała, ale dość głęboka. Lekarka powiedziała, że – mimo wszystkich fajnych specyfików – blizna na pewno zostanie. Nic go nie swędziało, gdy miał szwy. Kompletny brak upierdliwości.

EDIT: Ja miałam szwy na brzuchu, po laparoskopii, też mnie nie swędziały, w ogóle ich nie czułam. Ale nie wiem, czy to można porównywać.

Wychodzę z założenia, że usta są delikatne, czasem niewiele trzeba, by je uszkodzić. Ale kupa ludzi ma szycia wewnątrz ust po różnych zabiegach i żyją, normalnie jedzą itp., a jakoś nie wyczytałam nigdzie, by straszliwie cierpieli z tego powodu. Więc mam nadzieję, że dwa szwy z wierzchu, na górnej wardze, na ranie, która nie jest na wylot, nie będą jakimś drastycznym problemem...

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Swędzenie szwów pewnie zależy od materiału, z którego się je wykonuje (MrBrightside cytat: brak). Te nowoczesne, “wciagające się” czy biodegradowalne (zapomniałem nazwy) mogą nie swędzieć, bo się z tkanką integrują. A te wykonane z ciał obcych (nici, klamry) mogą swędzieć jak jasna cholera.

Tak mi się przynajmniej wydaje.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Tylko tych rozpuszczających się zdaje się nie stosuje się na zewnątrz.

Rozpuszczające miałam w środku, na zewnątrz klamry. Klamry swędzą. Ale ja alergik jestem, więc wprawdzie pewnie jakiś tytan albo stal chirurgiczna, ale swędziały.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Na brodzie miałam, strasznie swędzi i przeszkadza, więc na ustach pewnie trzy razy bardziej.

Dzięki wszystkim za informacje :)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Na zewnątrz też stosuje się rozpuszczające szwy, żona miała

To ja może podsumuję: może swędzieć albo nie, może przeszkadzać albo nie, może być blizna albo nie ;))))

Dzięki, Anet, właśnie tego potrzebowałam ;D

 

I jeszcze – mogą być rozpuszczalne albo nie! ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Mamy tu jakiegoś pasjonata okresu IIWŚ? Mam wątpliwości, czy przy akcji w roku 1944 używać polskich nazw miejscowości z Dolnego Śląska (głównie Wrocław, Wałbrzych, Bolesławiec, Zgorzelec i mniejsze pipidówy mniej więcej w tych okolicach dzisiejszego przygranicza) czy może lepiej niemieckie?

Zanim się takowy, pasjonat znaczy, odezwie, pozwolę sobie na drobną sugestię, opartą na stosowanym przed i podczas wojny nazewnictwie miejscowości., leżących poza granicami Polski sprzed 1939 roku. Taka ciekawostka, można powiedzieć. Przykład: Allenstein to dzisiejszy Olsztyn. Na polskich mapach operacyjnych umieszczano albo polską nazwę, albo pruską, albo obie, a wtedy, niejednolicie, którąś w nawiasie. Mapy RKKA, potem Armii Czerwonej, opisywały miejscowości w języku, obowiązującym na danym obszarze przed wojną, więc Olsztyn był dla nich wyłącznie Allensteinem. Tak więc, wracając do przykładu z polskich map, miałbyś wybór. Wrocław mógłby bywać Breslau’em, w zależności, kto z kim i o czym rozmawia / pisze.

A to jest jakiś rzeczony pasjonat znany z imienia i nazwiska? Chętnie przytuliłabym na krótką rozmowę, gdyby to nie był problem (Ciebie, Adamie, też, z identycznym warunkiem). :>

Waldemarze, Dolny Śląsk przez ponad czterysta lat był niemiecki (tu zobacz – http://www.historycy.org/index.php?showtopic=58173 ).

Wobec tego używanie polskich nazw miejscowości miałbym za ahistoryczne.

 

EDIT: Inna rzecz, czy chcesz wiarygodności historycznej, czy rozpoznawalności. Bo o ile Breslau rozpozna większość, to już Bunzlau – jednostki. Możesz zawsze zastosować wybieg z mapami, sugerowany przez AdamaKB, albo wprowadzić jakiegoś zasiedziałego polskiego autochtona, który będzie znał polskie nazwy. Choć nie wydaje mi się, aby po tylu latach polskie nazewnictwo było jakoś powszechnie używane.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dziadku, właśnie o to mi chodzi. ;) Bohaterami są Niemcy, więc też nie sądzę, żeby w toku narracji naturalne było przywoływanie nazewnictwa polskiego. Ale wplecenie jakoś drogą okrężną wytłumaczenia, co jest czym, to dobra podpowiedź, dzięki!

Ja bym dawała niemieckie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Waldenburg!

Arnubisie, jeśli zajrzysz, to proszę rozstrzygnij sprawę – czy gąsienica może być dżdżownicą. Interesują mnie szczególnie przypadki, kiedy można nazwę zastosować zamiennie. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie może – gąsienica to stadium larwalne niektórych owadów, a dżdżownica to pierścienice, a nie stawonogi – zupełnie inna grupa organizmów.

Tak jak pisze Wiktor, nie ma takiej opcji. Skąd w ogóle taki pomysł? Nie ma takich przypadków, w których te nazwy można stosować zamiennie, to zupełnie inne, dość odlegle spokrewnione typy bezkręgowców. 

Wielka szkoda,  że nie można  zamiennie nawet w jednym maluchnym przypadeczku. :(

Trudno się mówi:D

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nowa Fantastyka