- Hydepark: Wzajemna pomoc merytoryczna przy pisaniu opowiadań

Hydepark:

inne

Wzajemna pomoc merytoryczna przy pisaniu opowiadań

Przy tworzeniu historii często bywa tak, że by opowiedzieć coś przekonująco, musimy poszerzać swoją wiedzę. Niejednokrotnie jednak okazuje się, że nie ma gdzie szukać – bo wikipedia nie wystarcza, a nie chcemy ufać anonimowym ludziom z anonimowego forum. Tak się jednak składa, że jest nas tutaj niemało i każdy zna się na czym innym, dlaczego więc nie możemy pomagać sobie wzajemnie?

Jeżeli macie problem z jakimś zagadnieniem – napiszcie tutaj. Może znajdzie się jakiś mechanik/lekarz/geograf/historyk/prawnik/elektryk/fizyk/etc. A może ktoś z nas po prostu – mimo odmiennego wykształcenia i zainteresowań – ma jakieś doświadczenia, które okażą się przydatne?

By jednak zachować ten temat w porządku, chciałbym, by wszelkie dłuższe dyskusje dotyczące określonego zagadnienia albo przenosiły się na drogę prywatną, albo (moim zdaniem lepiej!) byście założyli osobny temat poświęcony danemu zagadnieniu. I tak, jeśli chcecie poszerzyć swoją wiedzę dotyczącą funkcjonowania czarnych dziur i wyjdziecie poza ramy formuły pytanie-odpowiedź, dyskusja się rozwinie – pędźcie założyć osobny temat :)

Komentarze

obserwuj

jak głęboko można wbić komuś nóż w bok, żeby go nie zabić

To zależy. Jesteś pisarką, wbij na ile chcesz i uzasadnij, że nie zabiłaś.

Szukaj tu i tu.

 

ETA: Wiem, jak skręcić facetowi nogę – ale zbyt ogólnie. Zasadnicza koncepcja jest taka, że łazi gość po ruinach, nie patrząc pod nogi i pakuje się w dziurę. Potrzebuję:

żeby jego towarzyszka musiała biec po pomoc (tj. żeby sam nie dał rady się powlec)

ale nie musi strasznie boleć (facet będzie tymczasem filozofował)

no, i potem trzeba go będzie jakoś odtaszczyć przez chaszcze (;D) – czy można wykorzystać płaszcze?

Post sponsorowany przez tarninową głupawkę oraz mocne postanowienie, że coś wreszcie napisze, dammit.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tarnino, medykiem nie jetem ale miałam skręconą kostkę, a do tego złamaną kość śródstopia. Kuśtykałam przez trzy dni zanim trafiłam do lekarza, a ostatecznie do gipsu.

Jeśli facet ma być unieruchomiony na jakiś czas, żeby mógł sobie pofilozofować, to myślę, że przydałby mu się jakiś poważniejszy uraz. :D

"Fajne, a nawet jakby nie było fajne to i tak poszedłbym nominować, bo Drakaina powiedziała, że fajne". - MaSkrol

Co do rany kłutej klatki piersiowej – proponuję prawą stronę (co sugerowałoby leworęcznego sprawcę), dobrze powyżej przepony. O ile ostrze nie sięgnie okolic kręgosłupa (gdzie przebiega aorta), to możliwe jest przeżycie. Powstanie odma, ale można żyć z jednym płucem. Dobrze byłoby ostrze usunąć (żeby uniknąć odmy prężnej) i ucisnąć miejsce krwawienia. Ostrze płaskie (raczej nóż niż włócznia), prowadzone w poziomie, ślizgające się po górnej krawędzi żebra (bo naczynia biegną pod żebrem).

 

Jeśli chodzi o skręcenie – są takie z którymi można chodzić i takie (z zerwaniem więzadeł), które to uniemożliwiają (zwłaszcza po trudnym terenie). Moim zdaniem masz tu zupełną dowolność i nie trzeba się wdawać w szczegóły traumatologiczne.

Merci – i tak chciałam jeszcze ten teren utrudnić (no, bo jak tak można, żeby ruiny stały pośrodku płaskiego?)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Kontynuując wątek medyczny, proszę o pomoc lekarzy, tudzież inne osoby obeznane w temacie :)

 

Szukam choroby/urazu/zaburzenia spełniającego poniższe kryteria:

1. Nie jest wykluczona u osób starszych.

3. Kiedy chory leży w szpitalu, może wystąpić nagłe pogorszenie kończące się śmiercią.

4. Dla osoby “z ulicy”, objawy pogorszenia są albo niezauważalne, albo wydają się być niegroźne (będzie okej, jeśli tak jest tylko wtedy, gdy osoba chora śpi).

5. W przypadku wystąpienia ww. pogorszenia konieczna jest szybka pomoc personelu medycznego.

6. W przypadku szybkiej pomocy, pacjent ma duże szanse przeżyć.

7. Osoba chora nie jest pod ciągłą obserwacją (choć to wydaje mi się mało realne zważywszy na powyższe kryteria).

8.Bonus ;) mniej ważne kryterium – ta choroba/uraz/zaburzenie nie należy do dziedziny neurologii lub psychiatrii.

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

to proste – zapalenie płuc

Dzięki, Cobold.

Poczytałem i wymyśliłem to sobie tak:

  1. pacjent leży w szpitalu z zapaleniem płuc
  2. następuje ostra niewydolność oddechowa
  3. pacjent traci przytomność w wyniku niedotlenienia (to akurat pasuje mi do fabuły ;))
  4. żeby mu pomóc konieczna jest szybka intubacja i wentylacja mechaniczna

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

A to ja myślałem inaczej. Zasugerowałem się tym, że bohater to osoba starsza, a całość ma być mało spektakularna.

  1. Pacjent trafia do szpitala z jakiegoś ostrego, ale nie zagrażającego życiu powodu – dajmy na to uraz.
  2. Pacjent grzecznie leży w łóżku, mało się odzywa, mało je, głównie śpi
  3. Okazuje się, że rozwija zapalenie płuc (u starszych właśnie tak przebiega – bez duszności, bez gorączki, bez kaszlu, a z pogorszeniem kontaktu i upośledzeniem funkcjonowania)
  4. Nikt się nie domyśla (ortopedzi raczej nie osłuchują płuc) i stan chorego stopniowo się pogarsza
  5. żeby temu zapobiec, trzeba się domyślić, że tak może wyglądać zapalenie płuc, włączyć antybiotyk, zadbać o nawodnienie chorego

To mało spektakularne, ale bardzo typowe. Jeżeli chcesz omówić jakiś inny scenariusz, zależy Ci na intubacji, albo innym elemencie – zapraszam na priv.

Czy można umieścić w opowiadaniu imię i nazwisko znanej osoby, która jeszcze żyje? Epizodycznie, coś w stylu “na stole leżała książka Andrzeja Sapkowskiego, bohater wziął ją i spalił”.

To pytanie do prawnika. Z mojej strony mogę powiedzieć – ostrożnie.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Ok, czyli lepiej nie. Mam w takim razie jeszcze jedno pytanie, czy można umieścić nazwę znanego ogólnoświatowo konkursu, wydarzenia, np. Światowe Dni Młodzieży, Euro 2016?

Na przytoczonej zasadzie – można. Jeśli akcja dzieje się w realnym świecie, to bohaterowie jak najbardziej mają prawo znać zwłaszcza istniejące dzieła sztuki i ich autorów – to się stosuje dość często, tak jak pojawiające się w literaturze nawiązania do prawdziwej muzyki i wykonawców. Ale faktycznie – ostrożniej trzeba podchodzić do ostrzejszego traktowania – jeśli bohater lubi albo nie lubi książki Sapkowskiego to ok, ale jeśli narrator powie że Sapkowski i jego twórczość jest gówno warta, to już może być nieco za daleko. No i wiadomo, że w ogóle ryzykownie się robi przy czynieniu realnych osób bohaterami.

 

Zależy nie tylko jak znana, ale i z czego. Bo np. w przypadku tzw. “Chytrej baby z Radomia” (z której wszyscy śmieją, a przecież zwyczajnie jak dawali, to wzięła, a sądząc po ubraniu to raczej zasobna nie była) można mówić o sławie, a jednocześnie gdyby ktoś się wziął za procesowanie o wykorzystywanie jej wizerunku, to podejrzewam mogłyby się sypnąć kary – zwłaszcza na podmioty komercyjne, które na wyświetlaniu memów zarabiały (odsłony stron z reklamami).

Osobna sprawa, że w przypadku “książki Iksińskiego” gdyby istniało zastrzeżenie prawne, to pojawiłby się problem z... recenzjami. A jednocześnie ma takowy jakieś życie prywatne, więc sprawa się chyba komplikuje, gdy wchodzimy w coś więcej niż “spalił jego książkę”...?

Jednak w przykładzie z książką mówisz nie o samej postaci, a o publicznie dostępnej pracy tej osoby. Księgarnie mają na półkach, biblioteki mają na półkach, na Allegro i OLX można legalnie sprzedawać używane egzemplarze bez opisowej formy przedstawienia autora...

 

Berylu? Pomożesz?

 

Dawno, dawno temu było coś takiego, jak powieść z kluczem, w której znane osoby portretowano pod zmienionymi nazwiskami i wszelkie podobieństwo było “przypadkowe”. Ale Twój problem, Sonato, pachnie mi raczej kwestiami product placement, a to uważam za nienajlepszy pomysł. Tak czy siak, czekamy na Beryla.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

E, w przypadku książek Sapka i tak już każdy zdążył sobie opinię wyrobić, więc product placement nie wyjdzie ;)

Dziękuję za odpowiedzi. Nie chodzi o książkę Sapkowskiego, to był tylko przykład, żeby nie spojlerować swojego opowiadania. Chodzi mi o to, że w opowiadaniu pojawia się znana osoba, powiedzmy, że na zdjęciu i coś na nim robi, ale nie jest to konkretne istniejące zdjęcie. Bohater opowiadania ma jakąś epizodyczną negatywną myśl o owej fotografii.

A do czego Ci potrzebna ta osoba? Bo jeśli to ma być Archetypowy Celebryta, to zmyśl jakiegoś – problem z głowy.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

No to gdyby w tym kontekście zakazać, to wiele felietonów musiałoby zniknąć ;-)

Osobna kwestia, czy negatywna myśl nie naruszy dóbr osobistych.

To musi być ta konkretna osoba. Dałam taki jej opis, że każdy by się domyślił, że o nią chodzi, ale na becie pojawiła się sugestia, żeby dać prawdziwe nazwisko.

Less is more. Jeśli łatwo się domyślić, może nie trzeba nazwiska.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Chyba, że opis sam w sobie stanowi wartość literacką, bo bywa i tak ;-)

Nie, wtedy też nie trzeba.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Nie ma żadnego powodu, by nie napisać w opowiadaniu wprost o znanej osobie. Opowiadanie nie różni się tu niczym od literatury publicystycznej nie mówiąc o komentarzu na forum w internecie, gdzie przecież nikt nie będzie zastanawiał się, czy może napisać coś o pracy kogoś publicznie rozpoznawalnego. Bohaterowie historii mogą natknąć się na książki Sapkowskiego, komentarz meczowy Szpakowskiego, muzykę Zalewskiego, albo wiec wyborczy Kaczyńskiego. Bohaterowie mogą mieć swoje zdanie o każdym z nich i ich pracy (choćby negatywne). Nie ma tutaj naprawdę żadnego powodu do obaw. Jeśli ktoś znany pojawi się na nieistniejącym w rzeczywistości zdjęciu, to o ile na tym zdjęciu nie będzie niczego, co można uznać za obraźliwe (i czegoś, co jest niezgodne z jego wizerunkiem), też nie będzie to problem. Jeśli piszesz o celebrycie, który robi sobie setki zdjęć z fanami, to np. jeden z bohaterów Twojej powieści może mieć z nim zdjęcie. Nie naruszysz w ten sposób niczyich dóbr osobistych.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

“Nie ma żadnego powodu, by nie napisać w opowiadaniu wprost o znanej osobie.” – zawsze? W sensie wspomniany przeze mnie przykład “Chytrej Baby” też by podpadł, gdyby ktoś znalazł jej nazwisko (analogicznie do niezakrycia jej twarzy na memach)? Bo to jest właśnie chyba granica między osobą znaną “bo uczyniono ją znaną”, a osobą publiczną. Chociaż w sumie to, co wspomniałeś o zgodności wizerunku rozwiązuje tu sprawę.

W prawie autorskim jest coś takiego, jak osoba “powszechnie znana”, które wizerunek można publikować, mówiąc skrótowo, jeśli pozostaje w związku z prowadzoną przez nią działalnością. Pani znana jako chytra baba to ofiara internautów i nie chciała stać się rozpoznawalna, jest osobą prywatną. Przy czym wizerunek to nie imię i nazwisko. Jeśli imię i nazwisko udostępnione są publicznie za zgodą ich posiadacza, to nie ma problemu z ich dalszą publikacją np. w opowiadaniu.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Czyli wątpliwości rozwiane. Dziękuję!

Mam podobny dylemat: w opowiadaniu chciałbym wykorzystać znane postaci, ale...

Poza stroną prawną warto się zastanowić, czy dorabianie mordy żyjącej osobie jest zgodne z naszą moralnością. Czy chcielibyśmy tak zostać potraktowani? Jasne, literatura polega na przetwarzaniu rzeczywistości, należy oddzielić osobę żyjącą od postaci literackiej, tylko nie każdy czytelnik to potrafi. Wg mnie należy uważać, żeby nie zrobić komuś krzywdy. Oczywiście, siła oddziaływania opowiadania na forum jest malutka, ale w przypadku znanych autorów i ich powieści to oddziaływanie jest przepotężne. Do dziś przecież za sprawą Dumasa trwa czarna legenda kardynała Richelieu, chociaż historycy mają na jego temat inną opinię.

Z drugiej strony nie można zaprzestać pisać/czytać powieści historyczne, autorzy mają prawo przetwarzać rzeczywistość do swoich potrzeb, tym różni się beletrystyka od podręczników historii. Mój stary, który przeczytał chyba wszystkie znane powieści historyczne, często powtarza: ładne to, ale niezgodne z prawdą. Ja odpowiadam: a musi być zgodne? Przecież to fikcja. Stary kontruje: jasne, tylko potem te głupoty ludzie powtarzają, zamiast zajrzeć do źródeł. I tak jest zawsze po każdej przeczytanej książce historycznej, zwłaszcza tych nowszych.   

Gdzie jest więc granica przetworzenia postaci realnej? Dlaczego łatwiej łykamy fikcyjne historyjki o nieżyjących już bohaterach? Czy jest to nam niezbędne w opowieści, czy jednak chcemy się trochę powozić na znanym nazwisku? Tak mnie to trochę zastanawia.     

 

Znaleziony przez Beryla, przepisany przeze mnie cytat. Jacek Piekara, “Jak ja was [...] nienawidzę”, zbiór Niech żyje Polska Hurra! II tom, Fabryka Słów, Lublin 2006, strony 389-390.

Ostrzeżenie: cytat zawiera słowa niecenzuralne.

 

“– Jak ja was, kurwy, nienawidzę i jak ja wami, kurwy, gardzę. Jak ja się za was, kurwy, wstydzę, gdy za granicę czasem zajrzę – śpiewałem razem z Pawłem Kukizem.

Występ przerwał mi taksówkarz. Otworzyłem oczy i zdjąłem z uszu słuchawki.

– Ale głos to pan masz akurat do baletu – powiedział nawet bez złośliwości.

Westchnąłem teatralnie. Głośno i przejmująco.

– Wie pan, nie matura, lecz chęć szczera...

– Ech, panie... Co pan mylisz, że ja co? Gomułkę przeżyłem, Gierka przeżyłem, Jaruzela przeżyłem, to i tego chuja przeżyję.

– A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści... – zaśpiewałem pełnym głosem, gdyż widziałem, że spotkałem swojaka.

– Chuja tam będą wisieć – burknął zgorzkniałym tonem. – Sprzedały Polskę, różowe hieny... Michniki i Kuronie w dupę pierdolone...

– Na pohybel im! – zawołałem, bo trzeźwy nie byłem, zresztą gdybym był trzeźwy, zawołałbym to samo.

Przypomniały mi się wersy, które sam wymyśliłem: Urządzimy sobie piknik pod tym drzewem, gdzie zawisł Michnik. I drugą: Teraz łezkę małą uroń, na tym dębie wisi Kuroń. Ech, marzenia, marzenia... Pełne słodkiej naiwności i dziecięcej łatwowierności w dobro świata, które każe nagradzać ludzi dobrych, a karać ludzi podłych. Zresztą dla Michnika powieszenie byłoby zbyt małą karą za zło, które wyrządził. Trzeba by zaprosić naszych braci mudżahedinów, aby przygotowali specjalnie dla niego “afgański abażur”.”

 

Wnioski wyciągajcie sami ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Algirze – good point. Jeden i drugi. Ale też co innego powieść historyczna, a co innego – fantastyczna. W fantastycznej nazwiska nie są potrzebne, myślę, nigdy. Może, jeśli bohater z naszego świata dopiero ma trafić do fantastycznego... Ale nomina sunt odiosa.

Tylko, że Sonata nie o to pytała – jej bohater może mieć swoje opinie tak samo, jak pierwszy lepszy gostek na ulicy może mieć swoje.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Hmm, Joseheim, bardzo ilustrujący ten wyimek. Nie znałam Jacka Piekary.

Weszłam też na chwilę na jego blog. Smutno:(

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, oczywiście to przypadek skrajny. Ale osoby publiczne są cóż, publiczne. Nie ma żadnych przeszkód, żeby bohater książki czy opowiadania słuchał najnowszego przeboju Zenka Martyniuka, oglądał w kolorowym magazynie czy internecie zdjęcia dziewczyny Eda Sheerana albo wypowiadał się na jakimś forum niepochlebnie o tym czy innym polityku. Zwykłe życiowe sytuacje dotyczące milionów ludzi.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Tak, wiem, Joseheim. Smutno mi, bo jest ich tak wielu. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Albo opisz “prezydent niewielkiego kraju na jakimś tam kontynencie”, “aktualny król list przebojów”, “jurorka jednego z głupszych teleturniejów”...

 

Nienawidzę z całego serce tego typu opisów w książkach. Jak wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że akcja powieści dzieje się w Toruniu AD 2019, to miej ty pisarzu jaja i pisz, że się dzieje w Toruniu AD 2019, a nie się bawisz w zagadki i rebusy, które nie bawią nikogo, kto skończył trzy lata.

 

(I mam tu na myśli sytuację, gdzie autor w wyraźny sposób nawiązuje do kogoś żywego, a nie potrzebuje rekwizytu na jedno zdanie.)

www.facebook.com/mika.modrzynska

A ja mam na myśli coś takiego, co będzie ponadczasowe. Głupich teleturniejów nie zabraknie, więc i za pół wieku da się do kogoś dopasować.

Babska logika rządzi!

Ale z drugiej strony trzeba pokazywać, a nie rzucać grepsy... zadowól tu wszystkich.

 

ETA: O, właśnie – za pół wieku nikt nie będzie pamiętał nazwiska jakiejś dzisiejszej gwiazdki. A opis zostanie.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

W moim opowiadaniu akurat nie potrzebuję tej ponadczasowości, za pół wieku raczej nikt go nie będzie czytał, ale ogólnie to jest ok, jeśli nie chodzi o konkretną osobę.

Za pół wieku żadne z opowiadań na tej stronie nie będzie czytane i samego forum też zapewne nie będzie.

Teleturnieje, jeśli przetrwają, będą wyglądać zupełnie inaczej.

 

Nie ma ponadczasowej literatury. Wszystko się starzeje (i musi!) – bo opisuje rzeczywistość w pewnym momencie. Nie da się napisać dobrej historii, która nie będzie się działa nigdzie albo w nieokreślonym czasie.

 

A przyjmując sytuację, gdzie autor ma na myśli konkretną osobę, tylko wybiera zabawę w kalambury – czytelnik za 50 lat nie miałby pojęcia, o kogo chodzi tak czy inaczej.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Wszystko się starzeje (i musi!) – bo opisuje rzeczywistość w pewnym momencie rzeczywistości. Nie da się napisać dobrej historii, która nie będzie się działa nigdzie albo w nieokreślonym czasie.

Zgadzam się w stu procentach, ale mimo wszystko – literatura to nie Pudelek.

 

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Za pół wieku żadne z opowiadań na tej stronie nie będzie czytane i samego forum też zapewne nie będzie.

To będą smutne czasy!

Po inwazji Reptilian będziemy mieli inne zmartwienia :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Albo Trisolarian.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Zgadzam się w stu procentach, ale mimo wszystko – literatura to nie Pudelek.

Jasne!

 

Myślę, że widzę to inaczej niż wy bo wiem dokładnie, o co chodzi Sonacie – betuję jej opowiadanie i ja właśnie zasugerowałam rozważenie zmiany “dziewczyna znana z tego i tego oraz tego i tego” na nazwisko – i nie dotyczy to wylewania pomyj, a... rety, Sonato, może wrzuciłabyś po prostu fragment? Byłoby im dużo łatwiej wyrazić zdanie, jakby wiedzieli, na jaki temat je wyrażają. Zwłaszcza że imo to żaden spojler, bo wyjaśniasz sytuację bohaterki w pierwszych akapitach.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Nie no, dobra – użyję prawdziwego nazwiska w opowiadaniu, wolałabym jednak nie spojlerować, bo nie wiadomo, czy jakoś jeszcze nie przebuduję tego początku i czy nazwisko nie będzie istotne dla efektu zaskoczenia. Już i tak za dużo powiedziałaś, pewnie się nieco domyślają :D

Myślę, że widzę to inaczej niż wy bo wiem dokładnie, o co chodzi Sonacie – betuję jej opowiadanie i ja właśnie zasugerowałam rozważenie zmiany

I trzeba było tak od razu :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Berylu, a czy istnieją jakiekolwiek przepisy prawne dotyczące wizerunku osób nieżyjących (raczej dość dawno)? Pytam z trzech powodów: 1) z racji wykształcenia/zawodu mam zawsze problem z tym, że im dalej wstecz, tym bardziej ludzie zapominają, że zmarli kilka tysięcy lat temu to też ludzie (np. mało kto ma problem z muzealnymi selfies z mumiami, ba, z wystawianiem tak dawno zmarłych w muzeach!); 2) niedawno na konwencie była bardzo ciekawa dyskusja o tym, jak traktować postacie historyczne/autentyczne (o różnym poziomie bycia znanym i rozpoznawalnym) w literaturze; 3) sama mam dużo historycznych postaci w tym, co piszę; zawsze staram się trzymać biograficznych realiów i charakteru danej osoby, choć czasem za mało wiem*.

 

* W nieopublikowanym jeszcze tekście zmieniłam całkowicie koncepcję jednej postaci, kiedy dowiedziałam się, że o tym panu całkiem dużo wiadomo. W założeniu miał być pobocznym czarnym charakterem, bo znałam go tylko z kontekstu jednej sprawy sądowej, gdzie był wzmiankowany jako wysoki urzędnik. Coś jednak kazało mi poszukać, czy coś więcej o nim nie ma i przekonałam się, że był bardzo porządnym człowiekiem. Stwierdziłam, że pakowanie go w rolę złola byłoby wobec niego nieuczciwe i przypisałam mu całkowicie inną rolę, co skądinąd dało ciekawy dodatkowy wątek i wpłynęło na fabułę.

http://altronapoleone.home.blog

Berylu, podłączę się pod powyższe pytanie nieco je rozszerzając – kto ma prawa autorskie do dzieł audiowizualnych (czasem więc i twarzy, głosów) wygenerowanych przez sieć neuronową lub inny rodzaj skryptów automatycznych?

Zakładam tutaj użycie metody nienadzorowanej, w której “dzieje się samo”, niezależnie od twórcy/użytkownika (ogromnie to uproszając, ale opisy matematyczne nie są tutaj nikomu w zrozumieniu pytania potrzebne).

//edit: link pomocniczy wyjaśniający zagadnienie.

Berylu, a czy istnieją jakiekolwiek przepisy prawne dotyczące wizerunku osób nieżyjących

Pytasz o wizerunek, ale z pytania wynika raczej, że chodzi Ci o cześć/dobre imię zmarłego. Wizerunek w myśl prawa cywilnego to utrwalona podobizna (wygląd) człowieka.

Dobra osobiste przysługują tylko osobom żywym i w związku z tym w doktrynie wykształciła się konstrukcja dobra osobistego nie wyrażonego wprost w kc, nazywanego prawem do kultu pamięci osoby zmarłej. Takie dobro osobiste przysługuje najbliższym zmarłego. W związku z tym na pewno nie będzie miało odniesienia do osób żyjących kilka(naście) pokoleń temu. Co ciekawe, wyjątkiem od tej generalnej zasady są autorskie prawa osobiste – trwają one, pomimo tego, że podmiot praw nie żyje. Ustawa chroni więc więź twórcy z utworem, pomimo, że twórca nie istnieje, a więc ta więź siłą rzeczy również.

Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że specjalnej ochrony ze strony polskiego państwa doczekał się jedynie Fryderyk Chopin, dzięki specjalnej ustawie, w myśl której jego nazwisko i wizerunek są chronione na takich zasadach, jak dobra osobiste.

Jeśli chodzi o wystawy mumii – mamy w kodeksie karnym (art. 262) przestępstwo polegające na znieważeniu zwłok, prochów ludzkich lub miejsca spoczynku. Nie wiem jednak jak na gruncie polskiego prawa spojrzałby na to sąd, biorąc pod uwagę okoliczności, które jednak nie są standardowe ;)

 

kto ma prawa autorskie do dzieł audiowizualnych (czasem więc i twarzy, głosów) wygenerowanych przez sieć neuronową lub inny rodzaj skryptów automatycznych?

Nikt. Przedmiotem prawa autorskiego jest utwór, abyśmy mogli mówić o utworze konieczny jest “przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze”. Autorem musi więc być człowiek. Jeśli dzieło powstaje bez spełnienia przesłanek działalności twórczej i indywidualnego charakteru, to nie podlega on ochronie prawa autorskiego. Jeśli człowiek nie miał żadnej kontroli nad tym, co zostało stworzone, to po prostu nie ma mowy o utworze.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Bardzo dziękuję!

http://altronapoleone.home.blog

Ustawa chroni więc więź twórcy z utworem, pomimo, że twórca nie istnieje

Komentarz ontologiczny: z tym nieistnieniem, to nie taka prosta sprawa (niekoniecznie potrzeba tutaj duszy nieśmiertelnej, wystarczy przyjąć eternalistyczną koncepcję czasu).

A tak nawiasem – prawo, moralność i przyzwoitość to różne rzeczy (pogląd przeciwny nazywamy pozytywizmem prawnym lub – w Chinach – poglądami szkoły prawniczej. Takie poglądy są jednak obce cywilizacji łacińskiej, a w chińskiej też nie bardzo pasują).

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Dzięki, myślę, że rozumiem. I tak jestem ciekawy przyszłości, w której twórca algorytmu (ew. jakieś korpo) poczuje się “odpowiedzialnym” za prawa majątkowe wynikłe z twórczości jego dzieła. ;)

Autorem musi więc być człowiek

 

IMHO przy dobrych prawnikach sprawa tego typu mogłaby być naprawdę ciekawa, bo jeszcze trzeba by udowodnić, że faktycznie proces “dział się sobie”, a algorytm nie bł w jakiś sposób ukierowany.

Nie :) Trzeba by udowodnić, że algorytm był kierowany.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

No własnie o tym mówię. A kierowanie mogło nastąpić na poziomie budowy algorytmu pod kątem konkretnego działania, które miało tylko wyglądac na “samo się”. 

Nie, Ty stawiasz sytuację w taki sposób, jakby istniało domniemanie bycia przez dzieło utworem. A takiego domniemania nie ma. To rzekomy autor musiałby udowadniać swój “wysiłek twórczy”, a nie jemu należałoby udowodnić, że go nie było. Nie mówiąc o tym, że generalnie uznaje się, że całkowita losowość rezultatu i własna twórcza działalność się wykluczają. Algorytm musiałby być narzędziem porównywalnym do pędzla albo klawiatury :)

Tak czy inaczej na temat tego, co należy rozumieć jako utwór pisano całe książki albo wielkie rozdziały książek :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Obawiam się, że i tak pójdzie w stronę tego, co sugeruje wilku.

Całkiem niedawno w Google otrzymali patenty w dziedzinie uczenia maszynowego (poddziedzina sztucznej inteligencji). Problemem jest fakt, że opatentowany został pomysł, pewna idea, a nie (jak to się powinno robić) konkretne rozwiązanie (algorytm lub nawet mechanizm). Słownictwo we wniosku było wręcz upokarzające dla czytającego (teksty w stylu patentu na “działanie polegające na podaniu (czemuś) danych w postaci liczbowej i uzyskania wyników pochodzących z przeprowadzonych obliczen)”.  Co najlepsze, wspomniane rozwiązania nawet nie zostały w Google wymyślone (na uczelniach). W dziedzinie SI te mechanizmy przyrównać można do patentu na nóżkę do krzesła (bez sprecyzowania jakiego krzesła ;).

Oczywiście wszystko w imię obrony mniejszych i biedniejszych entuzjastów przed trollami patentowymi. ;)

Jeśli coś zacznie generować zyski, to Google sięgnie po to łapą i powodzenia w walce w sądzie. Ech.

A to ciekawe, bo w zasadzie są na rynku narzędzia/aplikacje, w których SI generuje muzykę i, o ile pamiętam, jeśli chcesz ją wykorzystać komercyjnie musisz kupić licencję na konkretny utwór (albo i nie utwór, z tego co beryl pisze :D). 

Wcale mnie nie dziwi, że twórcy SI żądają zapłaty za wykorzystanie tych utworów ;)

W którą stronę to pójdzie pewnie niebawem zobaczymy – to będzie gorący temat.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Apple próbowało opatentować połączenia stolarskie (do łączenia obudów czy czegoś). A parę lat temu był facet, któremu małpa gwizdnęła aparat i narobiła selfików, a on je potem próbował sprzedać i wyszedł spór o prawo autorskie (w końcu nie on te zdjęcia robił).

Tak, że ten.

A, i Berylu – człowiekiem, czy osobą (fizyczną)?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

A, i Berylu – człowiekiem, czy osobą (fizyczną)?

A jaka – Twoim zdaniem – jest różnica pomiędzy tymi pojęciami?

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

 

Z punktu widzenia filozofii osobą jest agent moralny (definicja kontrowersyjna, ale moim zdaniem zwraca uwagę na to, co trzeba). Czyli kosmita też. Ulubiona_emotka_Baila.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Ale “osoba fizyczna” to pojęcie z języka prawnego, nie filozoficznego.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Prawda. Chciałam ściśle i wyszła głupota.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Berylu, problem w tym, że jeżeli ktoś np. przy pracy graficznej tworzonej komputerowo użyje filtra z funkcją losową, to przeciez nadal jest autorem. A z drugiej strony ktoś może stworzyć algorytm oficjalnie losowy, a realnie mający wprogramowane naśladowanie czegoś (niektóre spamiarki SEO tak działają i element losowy wcale nie powoduje, ze nagle wszystko jest ok).

 

Tak, to są te dylematy, rozziew staje się coraz większy, wilku:) 

Dzisiaj z radością przeczytałam, że kwestia uregulowań GAFA chyba stanie się (chyba) kolejnym priorytetem Unii.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

ktoś np. przy pracy graficznej tworzonej komputerowo użyje filtra z funkcją losową

Skoro użył, i to była jego decyzja, to nie widzę problemu.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

No właśnie, Tarnino, może być tak że niekoniecznie. Grafik, firma, która go zatrudnia, dostawcy, a i jeszcze tzw. “czarna skrzynka” – nie rozumiemy mechanizmu uczenia się SI.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dopóki to jest mechanizm właśnie, możemy dzieło uznać za aleatoryczne (zob. tutaj “Creative Machines”)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tak dopóki mechanizm przewidywany, poznany:)

Fajne, dzięki!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Czyli dzieło starożytnych kosmitów, które jest mechanizmem, nie jest mechanizmem, dopóki tego nie wiemy? Oj, oj :D

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tarnino, problem jest. Bo czym innym jest wylosować coś zupełnie od zera, a czym innym filtr modyfikujący już wykonaną pracę lub jej fragment. A jeszcze czym innym proces udający losowanie od zera, a realnie budujący z gotowych klocków.

Ale mówiłeś o filtrze właśnie – z filtrem problemu nie widzę. Co do losowania – losuje się z jakiejś zadanej puli.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tak tylko wtrącę:

Istnieją tylko funkcje pseudolosowe, nie istnieje rozwiązanie generujące w pełni “losowy” zbiór liczb (stąd używa się również określenia “ziarno” w kontekście tego początkowego stanu maszyny losującej). Zatem nie jest możliwym wylosowania czegoś całkowicie losowego. Samo losowanie określone tez jest zawsze pewnym algorytmem, którego kroki/etapy da się powtórzyć.

Za filtr uznać można również bloczek matematyczny pełniący pewną funkcję (jak filtry w cyfrowym przetwarzaniu sygnałów), przez którą mnożymy dane wejściowe. Mając zbiór określonych funkcji można wygenerować dowolny wynik nawet z jednolitego wektora składającego się z samych jedynek. Realizowany jest splot dwóch funkcji.

Zatem – w kontekście pracy z użyciem narzędzi komputerowych (obliczeniowych) – nie powstanie “nic z niczego i w pełni losowego”.

Obliczeniowych – tak, a co jeśli myślimy o trenowaniu StarAlpha?

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Wszystko trzeba sprowadzić do wektora (lub macierzy) liczb – słowo, muzykę czy dźwięk. Uczenie maszynowe polega na obliczeniach, które wykonać można tylko przy użyciu liczb. To, że późniejsze wektory (wynik) są zmieniane na ruchy na mapie – to wszystko zależy od transformaty. Neurony w sieci sztucznej inteligencji pełnią rolę tych właśnie filtrów, mających w sobie zapisane pewne proste funkcje matematyczne. Sygnał przez nie przechodzi, zostaje przemnozony przez ciało funkcji i leci dalej – nie ma tu żadnej wielkiej filozofii. Ot, mnożenie do potegi potegi potęgi... ;)

Rola człowieka jest w myslic co, przez co pomnożyć i co z tym potem zrobić.

Oki doki, sprawa jasna:)

Szybkość obliczeń podług wzorów i ograniczenia, a co jeśli partnerem jest AI, ciągle mnie to nurtuje. 

W zasadzie to tylko takie gdybanie, acz zachowania prymitywnego nie przewidziano – vide pierwsza Tay, którą po 24h usunięto z sieci. Jednak zgoda, to ludzie, którzy nie przewidzieli, etyka/moralność/a może bardziej wyobraźnia ludzka.

Tak rozumiem, pewnie nie w pełni, bo wtem nie robię, ograniczenia. Blokady to:

1/ Optymalizacja i statystyka

* optymalizacja, a więc i szachy i GO, wpisują się, choć skuteczność wzbudza szacunek.

* rozpoznawanie obrazów to kwestia statystyczna, zgoda.

* algorytmy Amazona i FB, też statystyka.

* całe Big Date i produkcja filmów, muzyki to algorytmizowanie zebranych z dużej próby preferencji i ich analiza. Cały czas pozostajemy w obrębie optymalizacji obecnej klasy doznań, nie ma nic nowego.

2/Ograniczenia numeryczne/obliczeniowe

* nierozstrzygalne.

To takie, dla których istnieje dowód, że klasyczny komputer nie potrafi rozwiązać. Przykład: "Problem równości programów". Nie da się napisać programu P, który mając na wejściu program p1 i program p2, porówna te programy i odpowie tak, gdy działają tak samo.

* częściowo rozstrzygalne

To takie, które w pewnym podzbiorze problemu, komputer potrafi rozwiązać. Przykład: "Problem stopu": Nie da się napisać programu, który mając na wejściu program p1 i słowo wejściowe 'w', odpowie, tak – gdy p1 na słowie się zatrzyma, nie – gdy p1 na słowie się nie zatrzyma.

Częściowa rozstrzygalność bo – gdy p1 na w się zatrzyma to P odpowie 'tak', natomiast P nigdy nie będzie w stanie odpowiedzieć 'nie' jeśli p1 na 'w' nigdy się nie zatrzyma (czyli p1 na 'w' się zapętli)

* trudne

Złożoność obliczeniowa jest wykładnicza np. problem komiwojażera

Oznacza, to, że wraz z rozmiarem wejścia – czas wykonania rośnie bardzo szybko w górę, czyli dla małych danych współczesne komputery mogą sobie poradzić, natomiast szybko pojawia się limit, którego nie przełamią. Te kwantowe (?) cokolwiek o nich nie myśleć, nie wiem, za daleko jestem, na razie to nic, a w każdym razie, nie za wiele.

* łatwe

Złożoność obliczeniowa jest wielomianowa. Np. wyszukanie liczby w nie posortowanym ciągu: 2,7,1,3,9 ... wymaga tylko przejrzenia takiej listy raz (złożoność liniowa [wprost proporcjonalna do rozmiaru wejścia] – o tyle o ile dłuższa lista o tyle więcej porównań trzeba zrobić stąd jest to sprawnie i szybko realizowane)

Większość tego co współczesne komputery potrafią zrobić. Ad 1 i ad 2 – są na to matematyczne dowody

Nie wiadomo czy zachowanie ludzkiego mózgu jest algorytmizowalne, a jeśli tak, to jakiej klasy to problem. A zatem czy jest to w ogóle możliwe (co najmniej klasa 3), a jeśli możliwe to czy technologicznie wykonalne. A mowa tu o sprawności intelektualnej, są jeszcze emocje, rozum, kwestia woli i świadomości.

3/ Ograniczenia technologiczne

W IT i w świecie są znane dwie istotne klasy problemów: 

* Opóźnienie

 Jak najszybciej przejechać z Krakowa do Warszawy (W IT jak najszybciej posortować tekst)?

Takie problemy są trudniejsze, bo szybko wyczerpiemy coraz to droższe środki transportu kończąc na współczesnym myśliwcu i kropka. Bardzo drogo i uderzamy szybko w  technologiczny limit. Czyli z każdym dodatkowym km/h przyspieszenia mamy do czynienia z nieliniowym wzrostem kosztów – raczej co najmniej kwadratowy. Oznacza, to, że to problem skalowalny pionowo – by  było coś szybciej wymaga to szybszej maszyny (w IT: procesor, szybszy dysk, więcej pamięci itd, w świecie: szybszy samolot). 

  Ostatecznie nie da się przekroczyć prędkości światła i sieciowy ping na dystansie 10 000 km trwa 67 milisekund http://royal.pingdom.com/2007/06/01/theoretical-vs-real-world-speed-limit-of-ping/

* przepustowość

 Jak najwięcej przewieźć z Krakowa do Warszawy w jednostce czasu (W IT jak najwięcej wyszukiwań wykonać na sekundę)?

 Takie problemy są łatwiejsze, bo można dostawiać kolejne linie kolejowe a nimi puszczać pociągi towarowe. Czyli relatywnie liniowy (wprost proporcjonalny) wzrost kosztów wraz ze wzrostem przewożonego ładunku. Oznacza to, że to problem skalowalny poziomo (tj.  dostawanie maszyn pozwala na zwiększenie ilości transakcji wykonanych np. na sekundę w IT, a w świecie, to dobudowanie kolejnych pasów jezdni czy torów kolejowych)

Dlaczego o tym wspominam? Dlatego, że tak jak na drogach najszybsze cywilne samochody osiągają może 250-300 km/h, bo powyżej tego jest ekstremalnie drogo (kwadratowy wzrost oporu powietrza, pewnie kwadratowe wydłużanie drogi hamowania co prowadzi do nieliniowego wzrostu kosztów itd.), tak procesory są w stagnacji od co najmniej dekady. Kolejne generacje mają coraz mniejszy przyrost prędkości. To co się poprawia to ich sprawność energetyczna i ilość rdzeni (czyli jakby ilość linii kolejowych a nie prędkość przemieszczania się). Stąd poradzą sobie lepiej z większą przepustowością, ale już niekoniecznie istotnie zmniejszą opóźnienie.

Dlatego ostrożnie z ekstrapolacją technologicznego postępu. Fizyczne ograniczenia mogą równie dobrze spowodować, że żeby symulować pracę mózgu potrzeba byłoby całą planetę zabudować komputerami. 

Postęp się dzieje ale nie demonizuję postępu, jego prędkości, bo są też ograniczenia ludzkie jak np. ludzkie błędy, czy tempo wdrożenia nowego. Z jednej strony Amazon i Google dostawia ciągle serwery do swoich centrów danych – to jest bardzo medialne. Z drugiej strony – w  tej rzekomo bezlitośnie efektywnej i szybko zmieniającej się domenie przeglądarki internetowe na świecie używają  przez 20 lat JavaScriptu, który jako język programowania jest kuriozalnym bublem. W tym samym świecie zmiany w protokołach sieciowych trwają długie lata a świat korporacyjny spokojnie działa też na Windows XP (16 lat – https://www.theguardian.com/technology/2017/jun/14/wannacry-attacks-prompt-microsoft-to-release-updates-for-older-windows-versions). Ilu inżynierów zna się na silniku AI Go, a ile na szachowym Deep Blue? Ile ludzi pracuje nad AI w porównaniu do wszystkich w IT? 

Podsumowując, rozumiem zastrzeżenia, ale i tak się obawiam :DDD Jednak chyba bardziej człowieka, niż AI, bo na jego obraz i podobieństwo – współczesne jest budowana. Nadzieję pokładam w nieprzykładnych wizjonerach, idealistach, ostrożnie korzystających z sieci i... ludzkich:)

 

Edit: Ale żeś mnie sprowokował, nie piszę, lecz się uczę;) Znikam i przestaję dyskutować, bo linijki nie napiszę dzisiaj.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Moje trzy grosze:

 

    Istnieją tylko funkcje pseudolosowe, nie istnieje rozwiązanie generujące w pełni “losowy” zbiór liczb

Otóż to. Co prawda robiono próby z rozpadem beta jako generatorem liczb losowych, ale nie wim, co z tego wyszło.

    Zatem nie jest możliwym wylosowania czegoś całkowicie losowego.

Ale – jak już powiedziałam – ta niemożliwość leży w samej naturze losowania. Nie w technice.

    Zatem – w kontekście pracy z użyciem narzędzi komputerowych (obliczeniowych) – nie powstanie “nic z niczego i w pełni losowego”.

Właśnie.

    to wszystko zależy od transformaty

Patrz też: interpretacja.

    Rola człowieka jest w myslic co, przez co pomnożyć i co z tym potem zrobić.

Ładny bon-mot.

    1/ Optymalizacja i statystyka

Wszystkie Twoje przykłady, Asylum, to algorytmy. Czasem bardzo złożone, ale algorytmy, które same nie wyrosły. Ktoś siadł (albo się położył, niektórym tak się lepiej myśli) i je wymyślił.

    To takie, dla których istnieje dowód, że klasyczny komputer nie potrafi rozwiązać.

Dokładniej – takie, dla których istnieje dowód, że nie dadzą się rozwiązać algorytmem, czyli mechanicznie.

    Nie wiadomo czy zachowanie ludzkiego mózgu jest algorytmizowalne, a jeśli tak, to jakiej klasy to problem.

Nie wiadomo. Ale ja skłaniałabym się ku odpowiedzi "nie". Na niej zrobiłam dyplom, a jeśli się mylę – i tak się nie dowiem :) (Hegel zrobił habilitację na czymś, o czym już wtedy wiedziano, że jest bzdurą)

    Dlatego ostrożnie z ekstrapolacją technologicznego postępu.

A tu masz pełną rację. Zwłaszcza, że zawsze mogą powstać zupełnie nowe wynalazki i przewrócić wszystko do góry nogami (albo i nie). Takie rzeczy po prostu nie są przewidywalne.

Oj, Asylum, a Ty jak zwykle o wszystkim. heart

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Eh, popłynęłam Tarnino heart Zagłębiłam się, skoncentrowałam i ogary poszły w las. Zapomniałam o czasie i wszystkim innym, w ty własnym opowiadaniu, które pewnie już nie powstanie do północy czasu za mało.

I ja skłaniałabym się do odpowiedzi – NIE na algorytmizowanie odnośnie ludzkiego umysłu, chociaż Hegla bym nie demonizowała przy tej okazji. Ostatnio kocham polską prof. Jacyno i jej słucham. Cholernie ożywcze.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

O kutangens, Tarnina się ze mną zgadza.

Wrócę do wątku po weekendzie, trza jechać. Myśli pozbieram i odpisze, bo temat gleboki. ;)

chociaż Hegla bym nie demonizowała przy tej okazji

Ej, tyle w nim demona, co trucizny w zapałce :) (A, że ludzi pokąsał, cóż.)

O kutangens, Tarnina się ze mną zgadza.

Mam nadzieję, że nie wychodzę na co dzień na taką, co się nie zgadza, żeby się nie zgadzać?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Pomóżcie, pomóżcie, dobrzy ludzie! Źli ludzie – też pomóżcie!

Idziemy do lasu i spotykamy tam coś dziwnego, dajmy na to, gadającego lisa ze skrzydłami, który obsługuje koparko-ładowarkę. Nagrywamy film, na którym lis opowiada nam o swoim życiu i pracy na budowie.

 

I teraz pojawia się pytanie: jak możemy udowodnić, że nagranie jest prawdziwe? Czy we współczesnym świecie są w ogóle na to jakieś sposoby?

Albo od innej strony: czy istnieją sposoby weryfikacji autentyczności takiego nagrania? Że np. nie wprowadzono żadnych modyfikacji za pomocą programów graficznych itp.? 

 

Myślałem, że może pomogłoby, gdyby nagrać film na staromodnej kasecie z taśmą, bo wydaje mi się, że taką trudniej spreparować, ale nie wiem, czy mam rację.

Jeśli technologia nie pomoże, to może przychodzą wam do głowy jakieś sposoby “pozatechnologiczne”, a odwołujące się do zwykłej przemyślności, o których nie pomyślałem?

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Jest oprogramowanie/algorytm, czy coś w tym stylu, które pozwala odróżnić deep fake’i od oryginalnych, niemodyfikowanych nagrań.

A false friend and a shadow attend only while the sun shines

Myślałem, że może pomogłoby, gdyby nagrać film na staromodnej kasecie z taśmą, bo wydaje mi się, że taką trudniej spreparować,

Ale przebrać równie łatwo ;)

http://altronapoleone.home.blog

Bravincujsz, te sieci nazywają się fachowo GAN (generative adversarial networks) i tak się właśnie “uczą” – jedna jej część próbuje oszukać druga i tak w kółko ;)

Zawsze zamiast zwykłego filmu możesz zrobić live streama, tam masz trochę większą wiarygodność :D

El Lobo, teraz jeszcze można odróżnić, jednak niedaleki wydaje mi się czas, w którym stanie się to niemożliwe, chociaż prace w tym zakresie również trwają. krótki artykuł.

prawdziwe-klamstwaQ

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dziękuję serdecznie za pomoc. Doczytam się w temacie, choć przyznam, że informacja, że deep fake’i w ogóle da się jakoś odróżnić, to dla mnie już 95% potrzebnej wiedzy. :)

Drakaino – ale masz na myśli przebranie tego lisa w skrzydła itd.? :D

Arnubis – niegłupi pomysł, tylko nie bardzo mi pasuje do fabuły. Ale pomyślę.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

No tak :D

http://altronapoleone.home.blog

To istotna kwestia. Będę musiał jakoś tak to wymyślić, żeby przebieranki nie wchodziły w grę. :D

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Jak napisali rpzedmówcy, oprogramowanie do weryfikacji deepfake’ów istnieje (można tez na stopklatkach zauważyć drobne anomalie), ale w przypadku lisów trzeba by się znać na anatomii lisów.  W dodatku w takim przypadku zapewne ogół powie swoje (no powiedz, ze Ty byś na miejscu ogółu nie powiedział swojego? :D ) i miałby rację, bo twórcy oprogramowania do tworzenia deepfake’ów cały czas pracują.

 

No, tyż prowda. Znaczy w tekście nie ma być lis, tylko totalnie odjechany stwór, a lis był dla przykładu. ;) Ale to tym gorzej ze znajomością anatomii takowego.

Także tak, no muszę nad tym pomyśleć... Ale w sumie piszę fantastykę, to może po prostu w moim świecie wymyślono taki superancki program do wykrywania deep fake’ów ze stuprocentową skutecznością? :D

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

I każdy zwykły kowalski wiedziałby, że to nie do podważenia? :>

Chyba łatwiej byłoby osadzić tekst 100 lat temu.

No, niekoniecznie łatwiej ;)

Kowalski może nie, ale zależy mi głównie na przekonaniu grona specjalistów, więc może? Ale może wymyślę jeszcze coś innego.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Małe pytanko. Orientuje się, czy wśród amerykańskich protestantów funkcjonują jakieś formy grzecznościowe/powitania w stosunku do pastorów? Tak, wiem że tam kościołów różnych są dziesiątki i mogą się różnić, ale szczegóły mnie w tym przypadku nie interesują, wystarczy generic pastor. Coś na zasadzie “szczęść Boże” czy “pochwalony”. 

Podejrzewam, że w powszechnym użyciu niezależnie od wyznania jest zwykłe “reverend” (po polsku: wielebny). Może ci najbardziej odleciani mają coś osobnego :D

 

A na powitanie raczej po prostu “good morning”. W literaturze nie spotkałam się z bardziej wydumanymi formami.

http://altronapoleone.home.blog

Arnubisie, nie kombinowałabym, jeśli wspólnota nie nazbyt zamknięta, bo jeśli tak, wtedy – niestety  – masz rację. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzięki :D Tak też sądziłem. Odgrzebuję stary tekst, żeby go poprawić i dokończyć i uderzyło mnie, że mój bohater mówi tam “pochwalony” do pastora :D Chciałem z miejsca wywalić, ale wolałem się upewnić. 

“Pochwalony” to w ogóle chyba tylko polska specjalność. A z kolei w krajach niemieckojęzycznych nadal często używane jest na co dzień “Grussgott” (nie chce mi się umlauta wklejać), które całkowicie oderwało się od kontekstu religijnego.

http://altronapoleone.home.blog

Kiedyś, ekhm, prostowałam gościa, który w tekście dziejącym się w USA miał imieniny bohaterki...

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Z książek Astrid Lindgren kojarzę, że w Szwecji dzieci zwykły zwracać się do zaprzyjaźnionych dorosłych per “wujku” lub “ciociu”. Czy tak jest naprawdę? A jeśli tak, to czy nie będzie zbytnim naciągnięciem, jeśli zastosuję coś podobnego w opowiadaniu osadzonym w mitologii skandynawskiej?

Ja w dzieciństwie też do wielu przyjaciół rodziców mówiłam “wujku” i “ciociu”, więc nie jest to najwyraźniej zwyczaj wyłącznie skandynawski ;)

http://altronapoleone.home.blog

Ja też tak miałam. Po prostu książki Astrid kojarzę jako źródĺo o tym zwyczaju w tamtych rejonach.

Ostatnio też gdzieś o tym czytałam, że w Szwecji dzieci zwracają się do dorosłych w ten sposób (był to komentarz na Youtube wprawdzie, ale potwierdza to, o czym piszesz ;p).

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ja też o tym słyszałam ;)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

A nie po imieniu? Bo tak robiła Ronja, nawet kiedy zwracała się do rodziców. Lindgren czytałem jeszcze Lottę i oczywiście “Dzieci z Bullerbyn”, ale to było dawno i niewiele pamiętam.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Tylko Ronja blisko do fantasy a Bullerbyn to raczej okruchy życia w prawdziwym świecie i to właśnie stamtąd pamiętam zwracanie się jak do wujostwa.

Znalazłem takie coś (w języku angielskim):

https://www.quora.com/Is-it-common-in-your-country-or-culture-to-address-non-relatives-as-aunt-uncle-grandmother-grandfather-etc-and-in-what-situations

Sweden here:

 

Farbror (father's brother) is used about non-related middle-aged/elderly men, and tant (literally "aunt", but it is not often used in that sense) for women over a certain (never to be explicitly specified) age. I think I have seen also farfar (grandpa) for very old men, but I am not sure I have ever heard it used in real life.

 

Now, these used to be used as a matter of address. They are no more. Instead they are only used indirectly (I guess you could call it), when talking about someone, and I believe even that is getting more rare. I believe Swedish-speakers dropped them from their vocabulary of addresses at about the same time as we stopped using titles in general, opting instead for the familiar pronouns du and ni, respectively, which would have been roughly late 1960's, plus or minus a decade, if memory serves me.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Nie do mojego tekstu, ale zgłupiałam już doszczętnie. Chemicy! Bracia po probówce!

List pisany sokiem cytrynowym. W czasach, joder, Rekonkwisty. (To dawno było.) Niunia zostawia go na słońcu i tekst się wywołuje. Mało tego, potem się okazuje, że ktoś już to odczytał, wywołując ciepłem – i se zniknęło. A w międzyczasie kserował. Takim, wiecie, cosiem, który prześwietla papier.

Ile napojów wysokoprocentowych mam wypić, żeby o tym zapomnieć? Czy to jednak jest możliwe, a mój móżdżek uległ już całkowitemu rozmiękczeniu?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tym razem pytanie na serio, choć może być mętnawe – pomysł nie jest jeszcze w stu procentach wyklarowany (ale się nie poddaję, dammit!)

Szalony naukowiec. Faustowski geniusz. Ale do łamania praw przyrody chcę go doprowadzić za pomocą uczelnianej biurokracji i głupich studentów – wykładowcy, docenci i nauczyciele akademiccy! Jeśli macie jakieś soczyste przykłady jednego lub drugiego, podrzućcie. Pretty please? With a cherry on top?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Ale przykłady łamania praw przyrody?

Mogę podać przykłady załamujących studentów:

  1. Dziewczyna przy tablicy rozwiązuje zadania. Miała dodać 3000X i 4000X. Wynik wyszedł jej w milionach (7 milionów, nie 12)... A ja z tymi ludźmi musiałam wykorzystywać pochodne...
  2. Kolokwium, wzór na elastyczność, a w nim między innymi delta X/delta Y. Student skrócił sobie trójkąciki, skoro były w liczniku i mianowniku.
  3. Podczas kolokwium:

Słaby student: Co to jest per capita?

Ja odmówiłam odpowiedzi.

Bystry student do mnie: Ale mogę mieć jedno ostrzeżenie, prawda?

Ja: Tak.

BS, do kolegi: Na twarz!

Nie zrozumiał, nie wykorzystał...

Babska logika rządzi!

Jeśli chodzi o przykłady głupich studentów, to ten filmik robi furorę wśród moich znajomych. Nie umiem podlinkować z telefonu. :c https://m.demotywatory.pl/4960101#comments

Ale to jest na serio????

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Historia z zajęć, które prowadziła moja mama, laboratorium chemiczne. Student siedzi i nic nie robi. Mama podchodzi i pyta, czy czegoś nie zrozumiał. Student odpowiada, że nie może nic policzyć, bo zapomniał wziąć kalkulator. Mama na to, że przecież to są proste rachunki, więc może w słupkach. “W czym?” – pyta student.

 

Z mojego podwórka to np. studenci bezbłędnie nazywający poszczególne naczynia greckie na obrazku z książki, ale nierozpoznający tych samych kształtów, jeśli pokazałam im pojedyncze obrazki. Albo niebędący w stanie skojarzyć dwóch równoległych porządków:

– Kiedy następuje zasadnicza zmiana w stylistyce rzeźby greckiej?

– Nie wiem.

– A pamięta pan/i, z jakim wydarzeniem się wiąże?

– Z wojnami perskimi.

– No właśnie, następuje ona po wojnach perskich. Kiedy mniej więcej były wojny perskie?

– Na początku V wieku p.n.e.

– No to kiedy następuje ta zmiana?

– Nie wiem.

 

Oraz mój hit, jeszcze egzaminy wstępne, siedzę w komisji z polskiego jako przedstawicielka samorządu. Kandydatka losuje pytanie o “Przedwiośnie” i zaczyna pleść jakieś nieziemskie bzdury. W końcu pytam, w okolicy jakiego wydarzenia zaczyna się “Przedwiośnie”, żeby jakoś umiejscowić to w czasie.

– Odzyskania przez Polskę niepodległości.

[Chodziło mi o rewolucję 1905, ale okej, to też tam jest, a różnica niewielka]

– No więc kiedy to mniej więcej się dzieje?

– W XIX wieku.

[Ups.]

– A pamięta pani konkretną datę tego odzyskania niepodległości?

– 1939.

[Ups. Ups.]

– Niezupełnie. Z jaką wojną...

Tu kandydatka traci cierpliwość, wali pięścią w stół i oskarżycielskim tonem zwraca się do komisji:

– To jest egzamin z polskiego, a nie z historii!

http://altronapoleone.home.blog

 

To ja jeszcze poproszę o biurokrację, jeśli można. (Liczyłam na piechotę logarytmy, więc dowartościowałaś mnie, drakaino :D)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Zaszczytna praca w komisji rekrutacyjnej daje duże pole do popisu. U nas pani z dziekanatu co roku brała L4 z tej okazji, więc cała papierkowa robota spadała na asystentów. Jeśli na przykład trzech takich asystentów po wspólnej imprezie struje się salmonellą, a te tysiące listów z zawiadomieniami i decyzjami ktoś musi wydrukować, podstemplować, podpisać, wpakować do kopert... Chociaż nie wiem, teraz to może jest elektronicznie?

Babska logika rządzi!

A coś bardziej z kategorii “granty/finansowanie/sprawozdawczość”?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Pytaj Dr Akainy. Ona jest na bieżąco. ;-)

Babska logika rządzi!

A od której strony chcesz absurdu? Aplikujących o granty czy też administracji? Bo ja głównie mogę o tej ostatniej. Choć o ekspertach i recenzentach też mam sporo do powiedzenia :/

http://altronapoleone.home.blog

Aplikujących. Moja zasadnicza koncepcja jest taka, że facet w pewnej chwili wykrzykuje: mam dość tych @#$%^& studentów i @#$%^&*!! komitetów! Złamię prawa przyrody! I zobaczą jeszcze, zobaczą, muahahahahahahahahahahahahaha!

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Coś w tym jest. W tym tygodniu pierwszy raz prowadziłem zajęcia dla studentów i już trafiłem na studentkę nie odróżniającą żółtego od czerwonego. 

O grantach/wnioskach/delegacjach też bym miał coś do powiedzenia, ale nie mogę :/ 

U mnie na chemii jeden wykładowca opowiadał anegdotkę o studencie, który zdał analityczną na piątkę, a był daltonistą. Tak, że ten. Ulubiona_emotka_Baila.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Podstawowa sprawa w kwestii aplikacji grantowych: spędzasz kilka dni na wypełnianiu skomplikowanych tabelek z różnymi wyliczeniami. Nawet nie trudnymi, ale skomplikowanymi i upierdliwymi. Masz tabelki w różnych układach (podział kasy na lata, wykonawców, zadania i kto wie, co jeszcze) i w końcu tańczysz z radości, bo wszystkie sumy się zgadzają. Odsyłasz to do administracji uczelnianej, po czym dostajesz zimny prysznic: w tej tabelce nie ma być tych kosztów, tylko inne, koszty pośrednie w wysokości 30% liczy się nie poprzez policzenie, ile to jest 30%, ale poprzez działanie 3xbezpośrednie/7 (nigdzie to nie jest napisane, nadal węszę tu podstęp), nie podałeś kursu euro wg NBP, dlaczego zaokrąglasz sumy, nie możesz kupić tak taniego laptopa, bo dział zamówień się nie zgodzi, nie możesz profesorowi zapłacić tak mało (mimo że prawie nic w projekcie nie robi), a poza tym jedna pani uważa, że umowy powinny być cywilnoprawne z ochroną praw autorskich, bo inaczej ludzie nie podpiszą, a druga, że nie należy pisać o tej ochronie, bo to generuje problemy formalne i trzeba to załatwić inaczej.

 

Wniosek: całą tę tabelkozę powinny pisać panie z administracji, bo wszyscy by na tym lepiej wyszli i mieli mniej pracy.

http://altronapoleone.home.blog

Komisja Wydziałowa ds. Oceny Jakości Kształcenia (nie mylić z Zespołem do spraw Wdrażania Jakości Kształcenia!) i jej trzy-czterogodzinne posiedzenia też są niezłe (uczestniczę, niestety).

Naukowa Autorska Komisja Wydziałowa ds. Oceny Jakości Kształcenia Akademickiego.

Grunt to tradycja. Ciekawe! 

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Tell me more...

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Czy mogę w opowiadaniu nazwać bohaterkę “Ciri” (nie wiem, czy to imię wymyślił Sapkowski, czy istniało już wcześniej, gogl nie pomaga, ale nie o to chodzi) w takim kontekście, że jakaś osoba się nie przedstawiła, ale jest podobna do Ciri z Wiedźmina, więc główny bohater przez całe opowiadanie mówi tak na nią?

A czy pod koniec tekstu prawdziwe imię zostaje ujawnione? Albo może posiada inne, indywidualne cechy, które czynią z niej oryginalną postać?

Teoretycznie w takim kontekście, przynajmniej według mnie, nie ma nic złego, ale trochę by było szkoda, że czytelnik po lekturze będzie pamiętał bohaterkę tylko jako klona postaci z gier i książek.

Chodzi mi o to, że nie lubię umieszczać zwykłych imion w opowiadaniach. W tym, co teraz piszę, akcja się dzieje w świecie realnym, to i imię bohaterki nie może być fantastyczne, ale wpadłam na pomysł z tą Ciri.

To może jakieś rzadkie, niestandardowe imię, zaczerpnięte z innej kultury. Np. rodzice w momencie narodzin dziewczyny przechodzili okres fascynacji innymi krajami albo fikcyjną serią fantasy?

Po prostu Ciri budzi konkretniejsze skojarzenia niż taka Lara. W gimnazjum przeczytałam w jednym pisemku historyjkę właśnie o dziewczynie, którą wszyscy nazywali Larą, bo wyglądała jak Angelina Jolie, grająca główną bohaterkę w filmowym “Tomb Raiderze”.

Hm. No to z Ciri faktycznie lepiej nie.

We “Wrześniu” Pacyńskiego, jeśli dobrze pamiętam, jeden z bohaterów miał ksywę Wiedźmin, inny Frodo. I problemów z tym nie było, tylko wyraźnie trzeba zaznaczyć skąd się to imię wzięło. Inna sprawa, że nie wiem co masz do normalnych imion :D 

W jednej książce Mroza bohater otrzymał ksywkę Zordon (pozdro dla kumatych), z tym, że było podane też jego prawdziwe imię i nazwisko. Było też wyjaśnienie, w jaki sposób ktoś tę ksywkę z nim skojarzył, ale bez podania prawdziwego źródła jej pochodzenia.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Dziękuję za odpowiedzi! Ja tak mam, że zwykłe imiona w opowiadaniach brzmią mi jakoś tak banalnie i dziecinnie :3 Najgorzej polskie, ale też taka np. Rachel... Błee :)

Mam podobnie, Sonato. Nie byłbym w stanie napisać opowiadania o Tomaszach i Krzysztofach. Brr.

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Na potrzeby redagowanego tekstu – czy orientuje się ktoś, czy rzeczywiście da się człowieka powiesić na jego własnym jelicie? To znaczy, czy jelito jest dość wytrzymałe, by utrzymać ciężar ciała?

Sonato, proste rozwiązanie, które pozbywa wątpliwości, a pozostawia skojarzenia: zamiast Ciri możesz napisać Siri. To nordyckie skrócenie imienia Sigrid.

 

None,  nie znam się na wytrzymałości jelit, ale ponieważ nikt się chwilowo nie zgłasza, to żeby wątek nie zginął, spróbuję go pociągnąć w formie spekulacji – to chyba po części zależy od masy ciała człowieka? Dziecko pewnie tak, ale dwumetrowego potężnego chłopa?  No i pewnie jeśli by kilka razy owinąć wokół szyi, to pewność większa. Obstawiam, że jelita muszą być dość wytrzymałe, bo są bardzo obciążonym i ruchliwym organem, no i od zawsze produkowało się z nich przedmioty, które miały z założenia być wytrzymałe, jak prezerwatywy czy struny instrumentów. Niemniej to wszystko nie obciążenia miary dyndającego człowieka...

http://altronapoleone.home.blog

Nie zdziwiłbym się, gdyby na zachodzie Ciri czytano przez “s” ;-) W każdym razie u Wikingów to imię istniało na długo przed stworzeniem iPhonów ;-)

None, podobnie jak Drakaina, nie wiem, lecz przypomniał mi się pewien dramatyczny fragment z „Marzenia Celta” Llosy. Dotyczył on rozważań na temat bata. Pewien monsieur Chico (Belg z pochodzenia) zauważył, że bat wykonany ze skóry hipopotama jest trwalszy i rani boleśniej niż baty z jelit bydlęcych czy zwierzyny płowej. 

Co prawda, nie za wiele to mówi o wytrzymałości samych jelit,  ale pokazuje różne ich zastosowanie. Przy czym w tej książce Llosa sięgnął po prawdziwą fikcję, losy Casementa w Kongo.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, ale gdzie skóra, a gdzie jelita?

http://altronapoleone.home.blog

Jelita są z tkanki mięśniowej gładkiej, szukaj w tę stronę, None. Ja rzeczy medycznych nie sprawdzam, bo zawsze można trafić na traumatyzujące fotki w stylu opryszczka narządów rodnych (proszę, wymażcie mi to z pamięci). Co do bolesności, najbardziej boli lanie rękawiczką ze skóry rekina, bo ma łuski plakoidalne, tj. zębate. Z ręką na sercu.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Drakaino, do tej pory mnie szokuje takie zastosowanie i niejako poszłam za ciosem w domysłach, tzn. jeśli możliwe są powieszenia na paskach (skórzane), a tutaj przeczytałam, że zastępczym materiałem były jelita, to wytrzymałość musiały mieć.  Chociaż podejrzewam, że musiałyby być odpowiednio spreparowane.

Ło matko, o czym ja tu piszę w tym świątecznym czasie:(

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

To znowu ja i mój wpis po gwiazdkę. Przepraszam!

“To learn which questions are unanswerable, and not to answer them: this skill is most needful in times of stress and darkness” ― Ursula K. Le Guin, The Left Hand of Darkness

Dzięki wszystkim. Inne moje źródła stwierdziły, że samo jelito może i wytrzyma, ale miejsca przyrostu do ciała (tzn. odbyt) raczej nie.

A ja myślałem, że Ty te jelita chcesz okręcić na szyi i delikwenta na drzewie powiesić tak bardziej tradycyjnie. :(

Ja to bym wolał ich całkiem nie ruszać, ale kogoś fantazja poniosła. :P Nie, wyciągnięte z brzucha, a delikwent podwieszony pod sufitem “jak kandelabr”. Tak czy inaczej sprawa zamknięta, dzięki wszystkim.

a delikwent podwieszony pod sufitem “jak kandelabr”.

Raczej jak żyrandol, bo kandelabr to świecznik stojący. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja też myślałam, że to o wyrwanych z brzucha jelitach :D

http://altronapoleone.home.blog

Nie wiem jaki ciężar jest w stanie utrzymać jelito, ale należy pamiętać, że po śmierci to właśnie od jelit rozpoczyna się rozkład gnilny, gdyż mechanizmy homeostazy zanikają, przez co biota bakteryjna przestaje być kontrolowana i zaczyna się mnożyć na potęgę. Jelito rozdęte gazami gnilnymi i  naruszone zmianami strukturalnymi będzie mniej wytrzymałe, niż jelito żyjącego człowieka. Tempo postępowania tych zmian zależy od temperatury: w zimnie będą postępować wolno, w upale – bardzo szybko.

Raczej jak żyrandol, bo kandelabr to świecznik stojący. ;)

Nie zwróciłem na to uwagi, ale oczywiście masz rację, muszę zwrócić autorowi uwagę.

Nie wiem jaki ciężar jest w stanie utrzymać jelito, ale należy pamiętać, że po śmierci to właśnie od jelit rozpoczyna się rozkład gnilny

To akurat nie problem, bo facet w trakcie wieszania jeszcze wierzga nogami. 

Milusio ; p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Czasy grubo przed wynalezieniem stetoskopu. Osłuchiwanie bezpośrednie. Żeby “posłuchać” płuc znachor musiałby przytknąć ucho do klatki piersiowej chorego czy raczej do jego pleców?

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Tu i tu.

 

Tak patrzę na załączone obrazki, patrzę i nie wiem, po czym poznać, że to lekarze są... ;-)

Babska logika rządzi!

Są też takie ujęcia:

Znalezione obrazy dla zapytania: direct auscultation"

Strasznie chytrą minę ma ten pan dochtór. (Jak to, po czym, Finklo? Po dyplomach! XD)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Cudowne te obrazki :)

http://altronapoleone.home.blog

Te górne zwykle opatrzane podpisem: “Lekarze nigdy nie zapomną Laennecowi jego wynalazku”.

Pytanie do osób znających się na dawnym umundurowaniu:

Czy dziewiętnastowieczne mundury wojskowe (obojętne, jakiego kraju) zapewniały jakąś dodatkową ochronę, czy nie różniły się wiele od zwykłego ubrania?

Dobra, powstrzymam się od uwagi, że XIX wiek to sto lat (albo i 124, jeśli liczyć “długi wiek”) i nie ma czegoś takiego jak “dziewiętnastowieczny mundur” ;) Zasadniczo odpowiedź brzmi: nie różniły się wiele od zwykłego ubrania. Czasem nawet były od niego gorsze. Oczywiście galowe oficerskie były z najlepszych materiałów, ale polowe zwykle z dość przeciętnej jakości sukna. To trochę zależy od czasu i kraju, a także formacji, ale ogólnie tak.

Niemniej – zależy co chcesz osiągnąć.

Np. wysokie czy szerokie nakrycia głowy (bermyce, czaka, czapki ułańskie, hełmy, a nawet bikorny itd.) miały za zadanie chronić głowę przed ciosami szablą. Kirasjerzy mieli metalowe napierśniki. “Ozdoby” (szamerunki) mundurów huzarskich wbrew pozorom też spełniały funkcje ochronne, bo taki haft z metalową nicią trochę  amortyzował zwłaszcza cięcia szablą, ale i miał szanse zatrzymać albo spowolnić kulę. Niemniej np. przed kulą armatnią nie chroniła nawet kirasjerska zbroja. Z kolei plecak, który żołnierz miał na plecach na polu walki, trochę chronił. I tak dalej, zależy czego szukasz.

Podaj szczegóły, czego potrzebujesz, będzie łatwiej.

http://altronapoleone.home.blog

Jak napisałam w temacie do pomocy różnej, obecnie eksperymentuję z dodaniem elementów dziewiętnastowiecznych do świata bogów skandynawskich.  Do opowiadania napisałam takie zdanie:

– W Midgardzie doszło do zdarzenia, które dla dobra Asgardu powinienem zbadać osobiście – mówił Hajmdal, jednocześnie nakładając na mundur lekki pancerz.

Chciałam wiedzieć, czy połączenie mundur + pancerz nie będzie przesadą. 

Pamiętam, że pisałaś o elementach XIX/steampunk, ale to mało, żeby wiedzieć, o co Ci chodziło z tymi mundurami :P

 

No więc tak: pancerz to zasadniczo zbroja, taka chroniąca większość ciała. Nie wiem natomiast, co Twój bohater zakłada... (skądinąd “jednocześnie” jest zbędne, bo używasz imiesłowu współczesnego, który to właśnie sugeruje). Kirasjerzy dziewiętnastowieczni nosili już w zasadzie głównie kirysy w formie napierśnika, ewentualnie też z pełną ochroną pleców (np. skórzaną), ale nie nóg czy rąk, jak różne wcześniejsze formacje. I oczywiście nosiło się to na mundur określonej formacji i pułku.

A zatem – nie będzie przesadą, jeśli to odpowiedni mundur ;)

 

Masz tu pruskiego kirasjera z ok. 1870. To już późny krój munduru, ale masz napierśnik jak malowanie. Śmiem jednakowoż twierdzić, że te z początku wieku wyglądały sensowniej ;)

 

http://altronapoleone.home.blog

Dziękuję, Drakaino. ^^

U mnie jest wymieszanie epok, więc pancerz będzie wyglądał trochę inaczej. Chciałam tylko się upewnić, czy połączenie z mundurem jest możliwe, bo nie byłam pewna.

Ajzan, nie chodzi o to, czy jest możliwe, bo możliwe jest w literaturze wszystko. Chodzi o to, czy to ma sens. Mundur to nie jest kostium balowy, mundur – od kiedy w XVIII wieku pojawił się w nowoczesnej formie (a i wcześniej niekiedy) – jest regulaminowy i przynależy do konkretnej jednostki wojskowej i nie nosi go nikt poza osobami do tego uprawnionymi. Także inne elementy: broń, uzbrojenie, przypisane są do konkretnych formacji itd., a w ich ramach mundur polowy, galowy itepe – zależy od sytuacji. Tego się nie zakłada ot tak, wg widzimisię. Jeśli chcesz, żeby te Twoje realia miały sens, to nikt, nawet Heimdal, nie będzie ot tak po prostu zakładał kirysu na dowolny mundur, dla większego bezpieczeństwa. To nie sytuacja, kiedy cywilom rozdaje się kamizelki kuloodporne itd.

http://altronapoleone.home.blog

Mam pytanie czy jeśli zaczyna się (dopiero zaczyna a nie już trwa jakiś czas) to można rozpoznać twarz zmarłej osoby?  Proszę (jeśli to możliwe) udzielić mi informacji  tak/nie/ zależy od... w wiadomości prywatnej.

Z góry dziękuję za odpowiedź.

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Kuba – ale co się zaczyna?

Po drugie – proponowałbym jednak pisanie odpowiedzi tutaj, niech inni też skorzystają. 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Chodzi zapewne o proces gnilny. Kiedyś o tym czytałem, chyba gdzieś zapisałem link... o tutaj!

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Czy i jakie leki (nie zabiegi) stosowano w dzięwiętnastym wieku, jeśli pacjent żył praktycznie w ciągłym strachu, a do tego miewał tak ostre napady paniki, że na moment tracił kontakt z rzeczywistością?

Obawiam się, że takie same jak w przypadku wszelkich innych problemów natury psychicznej, spektrum było nieduże, głównie opiaty w rodzaju laudanum/morfiny. Oczywiście wiele zależy od tego kiedy konkretnie w XIX wieku, bo akurat w medycynie jest kolosalna różnica między 1810 a 1890, a i dekadami pośrodku... Oraz, akurat psychiatria wyglądała bardzo, bardzo różnie w zależności od kraju.

http://altronapoleone.home.blog

Dziękuję, drakaino.

Akurat potrzebuję tego do świata stylizowanego na XIX wiek, więc konkretów nie potrzebuję. Spróbuję przemycić do tekstu laudanum. ;-)

Ajzan, akurat w XIX wieku, konkrety mogą być ważne, tj. miejsce, czas i płeć. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Strzelam, że miejsce i czas to Asgard, pewnie coś koło V-X wieku :P 

Tak, Arnubisie. ^^ Czas w Misgardzie koło tego, ale sam Asgard stylizuję na erę wiktoriańską, więc nalewka podobna do laudanum, w użyciu przez młdą kobietę, powinna ujść.

“na erę wiktoriańską”... Wrrrr. Co przez to rozumiesz? Wiktoria panowała od 1837 do 1901, to jest kilka epok, jeśli chodzi o politykę, modę, obyczaje, osiągnięcia naukowe i techniczne. W popularnym odbiorze “wiktorianizm” utożsamia się jednakowoż z trzema ostatnimi dekadami XIX wieku, kiedy masz już całkiem sporo możliwości, więc jeśli to masz na myśli, a zwłaszcza końcówkę wieku, to pewnie można znaleźć coś ciekawszego. Niestety akurat na belle epoque znam się stosunkowo słabo.

http://altronapoleone.home.blog

Szukam dobrej duszyczki, która zgłębiła się w temat kart, wykraczając poza granie ze znajomymi dla rozrywki. Potrzebuję nieco informacji o żargonie graczy i może kilku informacji o typowych zagrywkach – gra właściwie nie ma znaczenia. 

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Ja grałem kiedyś w mtg, tam jest fajny żargon. :) A jeśli chodzi o klasyczne gry, to w brydżu np. masz “wist”, “impas”, ”odzywka”, “gra bez atu” itd.

MaSkrol, a obejrzyj sobie “Wielkiego Szu”. Dobry film i przy okazji jakieś odpowiedzi na Twoje pytanie się tam znajdą. Znajdziesz nie tylko odzywki, ale też zachowania graczy i ich motywacje.

"Nic mnie nie zmusi dzisiaj do biegania, mimo wszystko znów zasiadam zaraz do pisania."

Dzięki, Corrinnie, mtg niestety mnie nie urządza, choć gra ciekawa (i droga niestety). Sprawdzę te, co wymieniłeś :)

Edit. Dziękuję, pablo026! Postaram się obejrzeć, akurat motywacje i zachowania niekoniecznie mi się przydadzą do tekstu, który piszę, ale na pewno kiedyś wykorzystam je do czegoś innego :)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

W tysiącu na kartę, której na pewno nie da się przebić i daje pewne punkty graczowi, mówi się “sztych”.

Na bezwartościowe karty, których można się pozbyć bez straty punktów lub z minimalną stratą, mówi się “blotki”.

“Meldunek” to fakt zameldowania posiadania na ręku króla i damy jednego koloru i zagrania jedną z nich w swojej turze, przy ogłoszeniu, że ma się też drugą kartę, zazwyczaj przez określenie wysokości meldunku (każdy kolor ma inną wartość). Ponadto zameldowany kolor staje się “tryumfem”, czyli bije wszystkie karty innego koloru, gdy nie ma się na ręku kart tego koloru, gdyż obowiązkiem jest rzucać karty do koloru.

“Musik” to kilka losowych, zakrytych kart, które osoba, która wylicytowała najwyższy kontrakt punktowy, zabiera dla siebie. Ponadto każdy z graczy cyklicznie “jest na musiku”, czyli musi ugrać minimalny kontrakt, jeśli żaden z innych graczy nie zdecyduje się podbić kontraktu.

Gracze zgłaszający kontrakt, ale i pozostali, po rundzie podliczają punkty i mówią, ile ich “ugrali”.

“Ściskać karty” oznacza  celowo lub niecelowo nie rzucać kart do koloru, celem wytworzenia sztycha i zgarnięcia kolejki dla siebie.

Mój dziadek mawiał o mojej babci, że “gra jak Cajmer”, gdy “nie patrzyła jak karty lecą” i odrzucała potencjalne sztychy. ;D

 

Ach, zagrałbym w tysiąca. XD

Z tego co pamiętam, to Bellatrix szastała mistrzostwa w brydżu, więc pewnie może ci pomóc (sam w brydża nieco grywałem, ale w zasadzie bardziej udawałem, bo kumpel potrzebował pary na zawody xD). 

Cudności scena gry w karty jest w “Tangu” Mrożka, ale to pewnie nie te klimaty XD

http://altronapoleone.home.blog

“(Trzymaj karty) przy orderach” – nie pokazuj kart innym.

“Napadaj” – wychodź/wistuj.

“Nie obsrywać” – tak mówił mój dziadek, kiedy ktoś zapomniał dorzucić wpisowe do puli.

W brydżu cała licytacja i bogata otoczka.

W pokerze “grać/sit tight” – grać bardzo asekuracyjnie. “Fisze” – nowi gracze, których łatwo oskubać z kasy. Ale nie jestem pewna, czy dobrze to zapamiętałam.

Babska logika rządzi!

Przykładowy dialog brydżystów:

– Masz kartę: trzy blotki, czwarty walet, singiel, piąty pusty mariaż bez numerków. Z prawej trefl. Spasowałeś, z lewej kier a twój kontra. Otwierający rio, co robisz?

– Uciekam w dwa trefle z prędkością światła, może nie walną.

– Lewy dwa karo, prawy trzy buły po wahełku i obleciało. Napoczynasz.

– W trefla pewnie się nawijam, to może środkowy pik, na partnera?

– Po piku wyjeżdża taki stolik (...)

Finkla: dobrze zapamiętałaś, to od ‘fish’, w sensie, że rybka do złowienia przez zawodowego “wędkarza” ;)

Jejku dziękuję za taki odzew <3

Obawiam się, że nie ze wszystkiego zdołam skorzystać (to znaczy nie w tym opowiadaniu, ale na pewno przekopiuję wasze komentarze i zostawię na potem).

MrBrightside, o właśnie takie zwroty mi chodziło, może zdołam coś wykorzystać, ale robię to teraz bardzo intuicyjnie i na czuja.

Arnubisie, dzięki za przysłowanie Belli.

Drakaino, dziś wypożyczyłem “Tango”, bo będziemy je niedługo omawiać, to nie mógł być przypadek ;)

Finkolo, dziękuję, już chyba nawet mam jedno określenie, które wykorzystam.

Bellatrix, wow. To mnie przerasta. Oglądałem właśnie filmik o podstawach brydża, żeby mieć pewność, że dobrze użyję ewentualnych zwrotów, ale to jest kosmos. Na szczęście takiego stopnia zaawansowania nie muszę osiągać. Później przysiądę do Twojego przykładu i spróbuję rozłożyć go na części pierwsze.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

MaSkrol: W razie brydżowych wątpliwości, możesz do mnie pisać, przejrzę, przetłumaczę, podpowiem ;)

Dodam jeszcze, że piki, trefle, karo i kier to nazwy, które najprędzej padną w kasynie, na zawodach, na partyjce jakichś “wyższych sfer”, zaś proste ludzie rzadko nazywają tak kolory, natomiast funkcjonują nazwy: czerwień, dzwonek, żołądź, wino. ;)

W razie brydżowych wątpliwości, możesz do mnie pisać, przejrzę, przetłumaczę, podpowiem ;)

Kiedyś bardzo chętnie napiszę, zapewne jeszcze uderzy mnie pomysł, w którym mógłbym to wykorzystać. Teraz... to jest troszkę coś innego. Dziękuję ;)

Dodam jeszcze, że piki, trefle, karo i kier to nazwy, które najprędzej padną w kasynie, na zawodach, na partyjce jakichś “wyższych sfer”, zaś proste ludzie rzadko nazywają tak kolory, natomiast funkcjonują nazwy: czerwień, dzwonek, żołądź, wino. ;)

Wiem, MrBrightside, wiem, ale więcej nie mogę powiedzieć, żeby niczego nie zdradzić, dzięki ;)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

MrBrightside, nie byłabym taka szybka – mnie dziadkowie, którzy z wyższych sfer raczej nie byli, uczyli gier i pasjansów, i nauczyli mnie właśnie, że to kara, trefle, piki i kiery, a dopiero później, pewnie już jako nastolatka, dowiedziałam się, że niektórzy mówią czerwa, wina itp. ;p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jeszcze są wierszyki, powiedzonka... Gra w piki daje wyniki. Kto gra w karo, wygra zaro/za rok. Karta nie świnia, po stole nie chodzi (gdy ktoś chce cofnąć ruch). Karty nie kalendarz (gdy ktoś chce przejrzeć stosik). Ślepy w karty nie gra (gdy ktoś czegoś nie zauważy).

Babska logika rządzi!

Znałam jedną osobę, która używała tych “win i dzwonków” i była z podobnych “sfer”, jak moja rodzina. U mnie, w bardzo karcianej (tysiącowo-belotkowo-kierkowo-brydżowej) od pokoleń mieszczańskiej rodzinie funkcjonowały kara, kiery itd. Choć prababcia, która ponoć w karty grała wyłącznie po niemiecku, być może używała jeszcze innych określeń :D

http://altronapoleone.home.blog

Herc, grin, krojc – czwartego nie pamiętam. laugh

Taka sytuacja:

Młoda kobieta wspierana jest finansowo i materialnie przez tajemniczą osobę, która z pewnych powodów nie może się jej ujawnić. Kontakt między nimi zapewnia pośrednik, który w swoim imieniu dostarcza kobiecie pocztą paczki i wiadomości od dobroczyńcy. Pełni też rolę łącznika w komunikacji między nimi. Haczyk tkwi w tym, że ten pośrednik sam niewiele wie o tym dobroczyńcy, przez co nie może zaspokoić ciekawości kobiety.

Pytanie, jakim konkretnie typem urzędnika musiałby być ten pośrednik, aby pełnić takie usługi? Prawnikiem, a może kimś innym?

Może to jakiś rodzaj konsjerża?

To w tych Twoich okołodziewiętnastowiecznych realiach? Dozorca (konsjerż) jest o tyle niedobry, że jest na miejscu, więc dziewczyna może usiłować podpatrzyć dobroczyńcę. Obstawiałabym jakiegoś posłańca: pocztowego, kolejowego lub po prostu dobrze opłacanego ulicznika.

http://altronapoleone.home.blog

Konsjerż mniej jako dozorca, a jako wyspecjalizowany człowiek do zadań specjalnych. Ale to się  faktycznie chyba upowszechniło w tej formie później.

Może jakiś notariusz?

Babska logika rządzi!

Notariusz i każdy prawnik będzie raczej coś wiedział o dobroczyńcy. Chyba że ten pozostawił dyspozycje co do jakichś działań – i finanse na ich realizację – anonimowo.

http://altronapoleone.home.blog

Nie wzięłam pod uwagę wariantu, że może dziewczyna mogłaby podpatrzeć spotkanie tych dwoje, głównie dlatego, że siedziba pośrednika znajduje się w dużym mieście, a ona żyje poza granicami, na wsi, wykluczając częste wyjazdy.

Zaś pośrednik mógłby znać podstawowe informacje o swym kliencie, ale zobowiązał się ich nie wyjawiać. Poza tym dobroczyńca, by zachować swoją tożsamość w kompletnej tajemnicy, używałby fałszywych danych osobowych.

Klapaucjuszu, jako żywo nie spotkałam się z innym znaczeniem słowa konsjerż niż dozorca czy odźwierny :O Aż musiałam wyguglać, że we współczesnym plus minus korpojęzyku to ktoś, kto ma też inne zadania XD Oczywiście taki tradycyjny francuski konsjerż czy konsjerżka to coś więcej niż portier czy dozorca współcześnie w Polsce, mam nawet książkę o dziewiętnastowiecznych konsjerżach...

http://altronapoleone.home.blog

Potrzebuję konsultacji biologicznej:

Rośliny w szklarni były niewolnikami. Każda zamknięta w boksie z dwiema rurkami. Jedna prowadziła z powierzchni Marsa, druga do urządzenia rozprowadzającego. (...) Rośliny wykonywały nieustannie morderczą pracę. Zmutowano je w ten sposób, by proces fotosyntezy był nienaturalnie przyspieszony. Przerabiały dwutlenek węgla, którego na Marsie było pod dostatkiem, na tlen. 

Czy to jest w ogóle możliwe/prawdopodobne, czy popełniłam jakiś kardynalny błąd?

Myślę, że trochę na wyrost jest porównanie do niewolnictwa. Rośliny bardzo lubią wysokie stężenie dwutlenku węgla, rosną wtedy bardziej okazalsze. Pamiętam z liceum, że optimum to stężenie nawet o kilka procent wyższe, niż to, co mamy obecnie. Na dowód – dwutlenku było w atmosferze więcej w tych erach bliżej dinozaurów, np. to symulacja wyglądu przodków dzisiejszych skrzypów. :p

Myślę, że zamiast roślin wykorzystałbym do tego zadania sinice – dużo łatwiej zoptymalizować i zautomatyzować hodowlę, do tego można uzyskać wysoką gęstość hodowli przez co znacznie rośnie wydajność. Poza tym jestem w stanie wyobrazić sobie zaprojektowane modyfikacje, które zwiększą wydajność fotosyntezy. Ale nie nazwałbym tego “przyspieszeniem” fotosyntezy, raczej właśnie zwiększeniem wydajności. Jasne, tlen powstawałby szybciej, ale to nie dlatego, że fotosynteza zachodziłaby “szybciej”. 

Dziękuję za odpowiedzi. A coś innego niż sinice, co by było równie wydajne? Bo pojawiły się już w jednym z konkursowych opek.

O, dlatego nie powinno się czytać konkursowych opowiadań przed skończeniem swojego. Powinnaś pisać sama, a nie pod cudze teksty :P A sinice prawdopodobnie odegrają kluczową rolę w podboju kosmosu, nie tylko jako źródło tlenu, ale też ważny element diety (łatwa hodowla i bardzo dużo białka i witamin). Generalnie jednak, jeśli nie chcesz sinic, to wtedy wykorzystałbym jakieś jednokomórkowe glony, może zielenice albo okrzemki?  

Kocham okrzemki, są takie ślicznościowe ^^ Sonato, nie przejmuj się, że jakiś element ktoś inny już wykorzystał – bardzo trudno znaleźć coś, na co nikt przed Tobą nie wpadł.

W kwestii szybkości reakcji – jest coś takiego, i to można zmieniać, manipulując warunkami, ale raczej w probówce – w przypadku reakcji zachodzących w żywych organizmach za łatwo jest ten organizm zabić, choć był podobno taki świr, który kazał swojej żonie odliczać do stu, jak miała gorączkę, i na tej podstawie mierzył szybkość zachodzenia procesów w mózgu zależnie od temperatury.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Niepokoi mnie ta rurka z powierzchni Marsa – czy to nie spowoduje zbytniego mieszania się powietrza w laboratorium z marsjańskim? Ja bym tam zamontowała od groma filtrów. I nie indywidualne rurki, tylko zbiorcze, dla całej szklarni, a potem rozprowadzane po boksach.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za sugestie! Tak to jest, jak mój humanistyczny umysł porywa się na hard sf :c

Nie ma czegoś takiego, jak humanistyczny czy ścisły. Chodzi o to, żeby się naprawdę wmyśleć w problem, poza “ale to by było fajne”.

Przykład problemu czysto humanistycznego (Finklo, będziesz ze mnie dumna, bo odłożyłam to dzieło) w książce, którą ostatnio przeglądałam w księgarni: bohaterka jest córką ubogiej wdowy, której nie stać na kuskus (to się rozgrywa w średniowiecznej Arabii). Ale jej ulubionym zajęciem jest galopowanie konno po wydmach. I tak, ma własnego konia.

Co tu jest nie tak?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Bez przesady z tymi powodami do dumy. IMO, każdy normalny człowiek by odłożył. Pewnie jeszcze konia karmi owsem, bo przecież na wydmach nie ma trawy.

Babska logika rządzi!

Nie doczytałam tak daleko, szczerze mówiąc. Ale zadanie było dla Sonaty, nie podpowiadamy.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Córka arabskiej ubogiej wdowy w średniowieczu galopuje samotnie po wydmach... Hmmm. Tak w ogóle to kiedy nastąpiło wielkie spustynnienie Półwyspu Arabskiego? I w jakim średniowieczu dzieje się to dzieło? Bo jeszcze Rzymianie mówili Arabia Felix na dzisiejszy Jemen i tam było dużo deszczów, sporo zieleni oraz pola uprawne. Oraz bogactwo z okazji handlu przyprawami, no i kuskus był raczej pokarmem ubogich. Czego nie rozumiem?

http://altronapoleone.home.blog

Jeśli dobrze pamiętam, to była raczej Arabia Petrea, ale to nie jest sedno sprawy. Uboga wdowa. Nie stać jej nawet na kuskus. A konia ma?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Petraea była dopiero bogata... Skądinąd bardzo szkoda, że kultura nabatejska nie rozprzestrzeniła się na cały świat arabski, ale to osobna sprawa.

Kwestię koń vs. kuskus oczywiście dostrzegłam, ale to ponoć miało być zadanie dla Sonaty ;)

http://altronapoleone.home.blog

Nawet w bogatych krajach bywają ubogie wdowy (czyżbyśmy brnęły w offtop? XD)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Ale chyba nawet w bogatych krajach nie ma biednych wdów, których nie stać na tanią żywność, a stać na towary luksusowe? (No chyba że to ten przypadek, co to dziecka nie nakarmi, ale papierosy kupi).

http://altronapoleone.home.blog

Ech. Właśnie o to mi chodziło...

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

A czy w tamtych stronach nie ma jakichś dzikich koni, które można by udomowić? Bo może ten koń nie był “kupny”. Albo rodzina była z początku całkiem zamożna, ale z jakichś przyczyn zubożała, a konik został, bo woleli głodować, niż rozstać się z przyjacielem i/lub symbolem dawnego statusu. Ale ja się nie znam, tak tylko próbuję, jak to ładnie ujęła Tarnina, “wmyśleć się” w problem.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Kupny, niekupny, a jeść coś musi, nie? I podkuć go warto. A w mieście trudno trzymać, a nie zarobi na siebie w wąskich uliczkach, gdzie nie ma ziemi ornej...

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tarnino, chodziło mi o tyle, że po prostu od dawna nie miałam biologii i innych takich, więc porywanie się na hard sf jest dla mnie naprawdę hard! A z tym koniem to też odpowiedziałabym, że  to jest dziwne, że kobiety nie stać na kuskus, a na konia tak

Carissima, po pierwsze – zdrowy rozsądek. Po drugie – wymagania fabuły. I dopiero po trzecie – szczegółowe realia.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tak właśnie robię :)

Udomowienie konia to też koszt, a utrzymanie opisała Tarnina ;)

http://altronapoleone.home.blog

A w mieście trudno trzymać, a nie zarobi na siebie w wąskich uliczkach, gdzie nie ma ziemi ornej...

Nic nie pisałaś o tym, aby akcja tej historii rozgrywała się w mieście.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Zapomniałam blush

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Jeśli człowiek jest przerażony i/lub zdumiony, to jak zachowują się źrenice oczu? Kurczą się, czy rozszerzają?

Strach, mniej zdumienie, rozszerzy źrenice, a także pociągnie za sobą szereg innych reakcji, widocznych w mniejszym lub większym nasileniu.

Dziękuję. ^^ Nie byłam pewna, więc wolałam zapytać.

Jest tu jakiś mediewista? Bo mam parę dość szczegółowych pytań o rycerzy.

 

1. Czy szlachetnie urodzony kandydat na rycerza koniecznie musiał służyć najpierw jako giermek, zanim otrzymał rycerski pas i ostrogi?

2. Kto decydował o tym, u kogo chłopak będzie służył jako giermek? Jego ojciec?

3. Czy aby zostać pasowanym na rycerza, giermek musiał dowieść swojego męstwa w boju? A co jeśli nie miał takiej okazji, bo np. długi czas panował pokój? Jak inaczej mógłby się wykazać, by zostać pasowanym?

4. Czy było możliwe, by giermek nie został pasowany na rycerza, a nawet został odesłany przez pana, któremu służył, bo np. był wyjątkową ofiarą losu, nie potrafił utrzymać się w siodle, mieczem młócił jak cepem?

5. Czy rycerz mający pełnoletniego syna – pasowanego na rycerza lub nie – zwyczajowo wyruszał na wojnę razem z nim, czy obowiązywała jakaś zasada typu: jeden majątek ziemski-jeden rycerz (z pocztem)? Czy rycerz mógł rozkazać synowi zostać na czas wojny w domu, żeby ten np. opiekował się matką, albo dlatego, że bał się o jedynego dziedzica?

 

Realia z grubsza anglosaskie, ale mocno umowne, bajkowe.

 

Przy okazji, byłbym wdzięczny, gdyby ktoś polecił mi jakąś fajną monografię na temat życia codziennego i obyczajowości w średniowieczu. Mam jedną taką cegłę o średniowieczu i renesansie, ale skoncentrowaną głównie na polityce. ;_;

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

O szczegóły rycerskie zahacz w razie czego na privie Światowidera, on chyba zna się na takich klimatach.

 

A jeśli chodzi o życie codzienne i obyczajowość – to kiedy konkretnie? Różnice kulturowe między takim VIII wiekiem a XIII, nie mówiąc już o XV, są kolosalne... Średniowiecze jest tą epoką, na której znam się zdecydowanie najmniej, ale na studiach kolosalne wrażenie zrobiły na mnie “Kultura średniowiecznej Europy” Le Goffa i “Kobieta w czasach katedr” Pernoud, plus oczywiście “Jesień średniowiecza” Huizingi, ale to wszystko raczej Europa kontynentalna, skądinąd znacznie ciekawsza od Anglii – może taka Burgundia schyłku średniowiecza bardziej się nada do bajkowych klimatów niż tłuczona wszędzie do znudzenia Anglia? A jeśli już koniecznie na brytyjsko, to między Wilhelmem Zdobywcą (nie mówiąc już o przed nim) a powiedzmy Henrykiem V też masz mnóstwo zmian obyczajowych i kulturowych.

http://altronapoleone.home.blog

“Życie codzienne w średniowiecznym mieście”, “Życie codzienne w średniowiecznym zamku” i chyba w tej serii są jeszcze inne. Wszytko aktualnie do kupienia.

"Nic mnie nie zmusi dzisiaj do biegania, mimo wszystko znów zasiadam zaraz do pisania."

Moje klimaty to bardziej nowożytność, ale spróbuję przynajmniej częściowo odpowiedzieć:

Ad. 3. Mógł namówić (sprowokować?) swego pana, by wyzwał jakiegoś innego rycerza na pojedynek. Wtedy giermek mógł się jednocześnie pojedynkować z giermkiem przeciwnika (podobna scena jest w "Krzyżakach"). A jeśli Twoje uniwersum będzie silnie podzielone feudalnie, to nie trzeba dużej wojny, by znaleźć okazję do bitki. W XV w. w Brandenburgii doszło np. do "wojny o krowę".

Ad. 4. Na pewno istniało zjawisko "wiecznych" giermków, ale chodziło raczej o kwestie ekonomiczne, a nie umiejętności. Po prostu nie każdy mógł sobie pozwolić na zakup rynsztunku.

Co do reszty się nie wypowiadam, bo, jak pisałem, średniowiecze nie leży w centrum mych zainteresowań. Wspomnę jeszcze tylko, że istnienie jakiegoś rycerskiego kodeksu honorowego niekoniecznie oznaczało jego praktyczną realizację. W Polsce etos rycerski wprowadzał Bolesław Rogatka, który z honorowej walki raczej nie słynął :)

Z tej serii jest jeszcze książka o życiu na wsi.

A jeśli chodzi o życie codzienne i obyczajowość – to kiedy konkretnie? Różnice kulturowe między takim VIII wiekiem a XIII, nie mówiąc już o XV, są kolosalne...

Bez znaczenia. Chętnie poczytam i o wczesnym, i dojrzałym średniowieczu.

 

może taka Burgundia schyłku średniowiecza bardziej się nada do bajkowych klimatów niż tłuczona wszędzie do znudzenia Anglia?

Może i tak, ale to, o co pytam, jest mi potrzebne do utworu inspirowanego baśnią angielską, więc anglosaskie realia wydały mi się najwłaściwsze.

 

“Życie codzienne w średniowiecznym mieście”, “Życie codzienne w średniowiecznym zamku” i chyba w tej serii są jeszcze inne. Wszytko aktualnie do kupienia.

Autor to Francis Gies?

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Sorry, ja zawsze narzekam na angielską dominację w popkulturze, jakby reszta świata nie istniała ;)

http://altronapoleone.home.blog

Czy tramwaje mogą kursować między wielkim miastem a sąsiednią, małą wioską? Mam taką sytuację w swoim świecie i nie wiem, czy zastosować takie rozwiązanie, czy nie udziwniać i po prostu puścić tory kolejowe.

Wydaje mi się to nieekonomiczne, tramwaje wymagają konkretnej infrastruktury (tory, słupy, przewody), raczej puściłabym autobus, a najchętniej pks.

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

W Łodzi mamy kilka linii tramwajowych kursujących do miasteczek w okolicy. Ale to jednak miasteczka. Przy wioskach bardziej prawdopodobny wydaje się busik. Chyba że za wioską jest miasteczko...

Babska logika rządzi!

Chodzi mi o tramwaje starego typu, konne lub parowe w świecie fantastycznym stylizowanym na XIX w.

Sama raz widziałam z okna pociągu, kursujący na terenach wiejskich, dlatego pytam.

Jeśli Ci to pasuje, to wytłumacz to jakoś sensownie, ale faktycznie jeśli miasto jest bardzo duże, a wioska mała, to nie brzmi to dobrze. Chyba że to tradycja albo w wiosce jest coś, do czego chce się jeździć w celach okołoturystycznych i stary tramwaj nadaje klimat? Uzdrowisko, coś warte zwiedzania, dwór, ruiny zamku itp.?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Na Śląsku takie są. Ale dlaczego tramwaje, a nie po prostu kolej? I – joseheim słusznie prawi – żeby ludzie chcieli regularnie dokądś jeździć, tam musi być coś wartego jeżdżenia.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Swego czasu można było jechać tramwajem z Łodzi, przez Zgierz, do Ozorkowa i owszem, były przystanki przy wsiach (Lućmierz, Słowik), czy na skraju lasu.

 

edycja

Sugeruję jeszcze wykorzystanie kolei wąskotorowej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tramwaj jest raczej środkiem komunikacji miejskiej. Owszem, np. w Paryżu funkcjonuje wyłącznie na przedmieściach i to tych uboższych, na dość krótkich trasach, niemniej to wszystko w ramach aglomeracji miejskiej. Za miastem będziesz raczej miała kolej podmiejską. Tramwaj z jakichś powodów musi być nieopłacalny na dużo dłuższych trasach.

http://altronapoleone.home.blog

Jeździłam kiedyś tramwajem do Pabianic (i to była raczej długa trasa). Ale w Łodzi jest tak, że kilka metrów za tabliczką “koniec Łodzi” stoi kolejna, obwieszczająca początek następnego miasta. Bardzo ściśnięta metropolia.

Babska logika rządzi!

Tramwajem jeździło się też do Aleksandrowa i Konstantynowa...

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ale tam już nic mnie nie ciągnęło. :-)

Babska logika rządzi!

Na Śląsku takie są. Ale dlaczego tramwaje

Na Śląsku jest aglomeracja. Ludzie spoza Śląska często mówią, że jadąc między miastami nie do końca orientują się kiedy przekraczają granice między nimi (oczywiście jeszcze zależy między którymi).

 

 

Jestem ciekawa, co takiego Finklę ciągnęło do Pabianic :o A tramwaj 41 Łódź-Pabianice to legenda,  powstaje o nim mnóstwo memów i stron na fejsie, ale teraz już nie jeździ, bo remont. 

Legendy to krążą o śląskim autobusie linii nr 6. Materiał na obyczajówkę, a w przypadku kursów nocnych na postapo. Wycieczką przez wszystko! :D

Jestem ciekawa, co takiego Finklę ciągnęło do Pabianic :o

Grób prababci. Ale jak pokolenie dziadków zaczęło się wykruszać, to na pierwszolistopadowe wycieczki do Pabianic brakło nam czasu. Jeszcze jakieś pytania?

Babska logika rządzi!

Finklo, nie denerwuj się, po prostu Pabianice mają nieco złą sławę i dlatego tak się zastanawiałam tylko :)

Ja się nie denerwuję.

Jaką złą sławę? Zaniedbana prababcia zaczęła straszyć? ;-)

Babska logika rządzi!

Też są różne memy i żarty o Pabianicach, ale i tak najczęściej ich autorami są Pabianiczanie :) No i podobno to "sypialnia Łodzi", tak kiedyś chyba powiedziała M. Gessler, jak tam była z rewolucją :)

Nigdy nie klikałam opowiadań z wątku bibliotecznego do Biblioteki. Czy ktoś może mi powiedzieć, jaka jest procedura/uzus/dobre obyczaje? Ewentualnie skierować do odpowiedniego wątku z informacjami, jeżeli taki jest? Wiem już, że trzeba sprawdzić, czy komentarz spełnia wymagania bycia rzeczowym, a potem? Zalogować się na konto? 

Czy tramwaje mogą kursować między wielkim miastem a sąsiednią, małą wioską? Mam taką sytuację w swoim świecie i nie wiem, czy zastosować takie rozwiązanie, czy nie udziwniać i po prostu puścić tory kolejowe.

 

Azjan, skorzystaj z wyszukiwarki i zrób trochę riserczu. Odpowiedz sobie na następujące pytania:

Po co w ogóle buduje się tramwaje lub kolej? (Podpowiedź: optymalizacja przewozu osób i towarów, sprawdź gdzie i po co powstał pierwszy tramwaj, źródłosłów słowa tram; czy mała wioska w większości pracuje w dużym mieście lub ma coś, co wymaga kilka razy w ciągu dnia komunikacji? – patrz pytania Joseheim)

Jak już budują: to kiedy i dlaczego np. wąskotorową lub zębatą, a kiedy normalną? Czym różni się tramwaj od kolei?

 

Słowem: najpierw pomyśl i przemyśl zależności między ośrodkami ludzkimi, ekonomiczne i społeczne konsekwencje takiego transportu, potem pogłęb wiedzę korzystając z Internetu. Myślę, że wtedy na twoje pytanie będziesz już w stanie sama sobie odpowiedzieć. :-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ninedin -> Beryl :-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ninedin, wbijaj na któryś wątek lożowski.

Babska logika rządzi!

Zbroja w Anglii i Irlandii w czasach elżbietańskich (dokładniej około roku 1600). Była używana, czy już raczej nie?

Filipie, może bardziej precyzyjnie? Bo metalowe elementy uzbrojenia, mające na celu ochronę korpusu, to nosili jeszcze kirasjerzy w XIX wieku...

http://altronapoleone.home.blog

Natknąłem się w Internecie na dowody używania zbroi w celach ochronnych na danym terenie jakoś tak do 1560 roku. W dwóch anglojęzycznych opracowaniach opisujących przełom XVI i XVII wieku natknąłem się na stwierdzenia, że uzbrojenie ochronne wychodziło z użytku. Zastanawiam się, na ile wyszło. Jak było z uzbrojeniem piechoty (półzbroja, kirys, na głowach jakieś moriony?), zbroje nosili tylko pikinierzy, czy muszkieterzy też? Może jednak była to już domena ciężkiej jazdy wywodzącej się z rycerstwa? Najchętniej przygarnąłbym jakąś ikonografię batalistyczną z epoki. Bo na zbroje natrafiałem tylko w portretach, a to jeszcze nie dowodzi, że była używana bojowo. Albo może jakieś spisy arsenałów?

Spóźnone podziękowania za pomoc. ^^ Jednak zrezygnowałam z tramwaju na rzec kolejki wąskotorowej.

Jak było z uzbrojeniem piechoty (półzbroja, kirys, na głowach jakieś moriony?), zbroje nosili tylko pikinierzy, czy muszkieterzy też? Może jednak była to już domena ciężkiej jazdy wywodzącej się z rycerstwa? Najchętniej przygarnąłbym jakąś ikonografię batalistyczną z epoki. Bo na zbroje natrafiałem tylko w portretach, a to jeszcze nie dowodzi, że była używana bojowo. Albo może jakieś spisy arsenałów?

Z ikonografią może nie być łatwo, bo za wiele wtedy Anglicy na lądzie nie wojowali. Znalazłem trochę obrazków z oblężenia Kinsale:

Lord Mountjoy w zbroi

Trochę mały rozmiar ryciny, ale widać zbroje u kawalerii

Irlandzkie znaczki upamiętniające bitwę :)

Po za tym trochę rycin i informacji jest tutaj.

 

Zbroje rzeczywiście wychodziły z użycia, ale to nie znaczy, że ich nie używano ;) Muszkieterzy pancerza nie używali, pikinierzy do poł. XVII w. nosili półpancerze i moriony, są one jednak stopniowo wypierane przez kaftany i kapelusze.

Jeśli chodzi o kawalerię, zbroje (kirysy) mieli, zgodnie z nazwą, kirasjerzy . W przypadku rajtarów i arkebuzerów opancerzenie w wymienionej przez Ciebie epoce było raczej rzadkie, gdyż jazda ta walczyła tylko ogniowo, poprzez karakol. Dopiero baty, jakie dostanie Gustaw Adolf od naszego hetmana Koniecpolskiego skłonią go do użycia tych formacji w bezpośredniej szarży, przez co i zbroje (w formie półpancerzy i hełmów) na jakiś czas wrócą do łask. Stało się tak także w Anglii, gdzie w czasie wojny domowej przełamujące szarże miały duże znaczenie, stąd i używano pancerzy (choćby “Żelaznobocy” Cromwella).

Ogólnie jednak opancerzenia i uzbrojenie, szczególnie w oddziałach najemniczych, w dużej mierze zależały od stanu magazynów, woli dowódcy oddziału (u najemników także podpisanej przez niego umowy z pracodawcą) i osobistej zamożności czy gustu danego żołnierza.

Dzięki wielkie za rozbudowaną odpowiedź. I za tego Mountjoy'a. ;)

Polecam się :)

O, i jeszcze bitwa o Kinsale. Czytasz w moich myślach. :D

Poszukiwana dobra dusza, która cośkolwiek orientuje się w kulturze i historii Tajlandii, była w Tajlandii etc.

Pokojówki we Francji na początku XIX wieku – wszelkie informacje na ten temat poszukuję. Najbardziej chciałbym wiedzieć, czy mieszkały razem z rodziną, u której pracowały, czy raczej przychodziły tam do pracy tak jak dziś :) Z góry dzięki za wszelką pomoc.

A o służbę w jakim domu konkretnie chodzi, Realuc? Jeśli to dom arystokracji, to zatrudniająca rodzina zapewniała pokojówkom kwatery.

Wiem, że chodzi Ci o Francję, zaś o niektóre materiały źródłowe teraz ciężko, ale polecam tę książkę o służących w Anglii tego samego okresu.

Ajzan, tak, chodzi o dom arystokracji. Tak właśnie myślałem, że miały zapewnione kwatery ale chciałem się upewnić. Pogrzebię jeszcze za źródłami, dzięki wielkie! :)

Nie ma za co. ^^

@Drakaina w tym zawodowo siedzi, jakby co. 

 O dziewiętnastowieczną Francję najlepiej zapytać Drakainę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Drakaino, wzywam Cię :D

Realucu, arystokracja zazwyczaj zatrudniała dużo służby i tak, ta służba w większości mieszkała na miejscu. Mogło być trochę różnie w posiadłości wiejskiej (château) i miejskiej (hôtel particulier), takoż w zależności od sytuacji, a i chwilowej zamożności osoby i możliwości finansowych, arystokrata też arystokracie nierówny. Kiedy dokładnie masz akcję i w jakich okolicznościach? Mam książkę o życiu codziennym francuskich służących, ale raczej w połowie wieku i w domach zamożnych, a nie bardzo bogatych.

 

Ajzan, książka, którą polecasz, to sto lat później. Inna epoka.

http://altronapoleone.home.blog

Drakaino, Chamonix, 1808r. ;) I dziękuję Ci bardzo za dotychczasową pomoc!

O, przepraszam. Nie doczytałam. ^^

Och. Och, och, och. Chyba rozumiem :D

 

Niemniej: trudno, pomoc merytoryczna to pomoc merytoryczna. Obszar Chamonix to jest Sabaudia, do Francji przyłączona pod koniec XVIII w. (formalnie w 1796), w 1808 akurat tak (bo tylko do 1814 i dopiero potem znacznie później, od 1860). I w 1808 to jest dziura, gdzie nawet nie ma porządnego hotelu ;)

http://altronapoleone.home.blog

No i tego mi było trzeba, dzięki! Wiedziałem, że nie ukryję do jakiego tekstu chcę wykorzystać te informacje, ale zaryzykowałem :D I w takim wypadku dziękuję Ci podwójnie ;)

W każdym razie siedzib arystokratycznych tam nie ma ;) W sumie nawet w tych modnych miejscowościach położonych na sabaudzkim pogórzu, jak Aix-les-Bains też nie ma, choć tam już jest coś na kształt hoteli czy pensjonatów dla zamożnych gości, a nawet głów koronowanych.

W połowie XVIII w. nieliczni arystokraci na pewno jeździli w okolice Chamonix na wycieczki, bo to mniej więcej wtedy staje się modne, ale diabli ich wiedzą, jak nocowali – pewnie ci naprawdę zdeterminowani po prostu u chłopa... Większość oberży w owym czasie też nie była specjalna, więc wbrew pozorom byli przyzwyczajeni.

http://altronapoleone.home.blog

Drakaino, właśnie zgłębiam "Dzieje alpinizmu" i dowiedziałem się dokładnie tego o czym piszesz, czyli o wycieczkach arystokratów w tamte rejony od połowy XVIII w. i rosnącym zainteresowaniu w temacie tamtejszych gór. Stąd myślałem, że jakaś wypasiona miejscówka tam była albo chociaż jeden z rodów się tam osiedlił. Ale w zasadzie jeśli chodzi o treść opowiadania to jest to tylko dodatek/smaczek, więc umiejscowię służącą w zwykłym domostwie, któremu zwyczajnie ciut lepiej się powodzi. Pomogłaś bardzo, dzięki :)

Wiesz, jeśli sensownie wymyślisz, że jakiś wariat sobie tam zbudował château, to ja nie będę protestować :)

Aha, château to niekoniecznie duży zamek – także po prostu to, co w Anglii by nosiło nazwę manor house.

http://altronapoleone.home.blog

Pytanie do szefów kuchni i innych miłośników gotowania:

Jakie substancje, obecne w kuchni, w zbyt dużym stężeniu lub na surowo będą obrzydliwe w smaku / lekko szkodliwe dla organizmu? Jak będą smakować? Nie chodzi mi o zatrucie na śmierć, tylko na przykład wymioty lub rozwolnienie, ból brzucha itp.

Szczególnie (ale nie tylko) interesują mnie białe proszki – sól i cukier znam, ale zostają różne inne: proszek do pieczenia, soda oczyszczona, kwasek cytrynowy... You name it! ;-)

Babska logika rządzi!

Soda będzie w smaku taka słono-gorzka, w dużych ilościach przeczyści. Mocno. :>

 

Od obżarcia się surową mąką może boleć brzuch.

Ziemniaki na surowo są dla ludzi szkodliwe. Ale jak smakują to Ci nie powiem, nie pamiętam tez co tam konkretnie dzieje się na surowo.

 

Strączki nawet gotowane powinny być wcześniej (przed gotowaniem) odmoczone a po odmoczeniu przepłukane, bo inaczej grożą gazy, ew. bóle brzucha. Nie u wszystkich jest to bardzo wyraźne, bo są różne poziomy wrażliwości, ale jednak strączki z tego słyną. Po gotowaniu też zresztą jeszcze odlać w całości wodę.

 

O, soda nieźle się zapowiada... A ta duża ilość do czyszczenia, to ile? Szczypta, łyżeczka, łyżka, szklanka?

Babska logika rządzi!

Teoretycznie cała paczka gum do żucia (takich tych w saszetce) powinna wystarczyć, żeby człowieka łobesrało. Ale to zależy od masy, stanu żołądka (pusty/niepusty), poziomu kwasoty. Daj kilka solidnych łyżek. :D

Eeee, kilku łych to chyba nikt z własnej woli nie zeżre, skoro to takie świństwo.

Inne rzeczy?

Jak smakują i działają surowe drożdże? Łyżeczka gałki muszkatołowej? Skórka banana?

Ja tego dużo potrzebuję...

Babska logika rządzi!

Narkotycznie, powiedziałabym ;)

Może syrop na kaszel im daj?

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

O, syrop niezły, cynamon faktycznie efektowny...

Jeszcze coś?

Dużo nie sensie ilości hurtowych, tylko liczby dziwacznych substancji...

Babska logika rządzi!

Ja bym załatwiła sprawę syropem.

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Gałki muszkatołowej nie zjesz za dużo, włączy się większości odruch wymiotny; podobnie z mielonym liściem laurowym. 

 

Rozstrój żołądka i biegunkę bardzo łatwo sobie wyprodukować, przesadzając z kiszonym, zwłaszcza jak się miało przerwę w jedzeniu kiszonek: trochę za dużo kiszonych ogórków, wody z ogórków (!!!), zakwasu z buraków i sprint do toalety gwarantowany. 

 

 

Hmm, nie proszek. są jakieś zgoła niewinne orzeszki, ale nie pamiętam jakie. Szukałam na szybko, Finklo, ale wyniki są niejednoznaczne, więc muszę jutro dopytać u źródła i wtedy zapodam. Przeżyte doświadczalnie. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Słuchajcie, ale mi nie chodzi o to, żeby doprowadzić bohatera do wymiotów albo rozstroju żołądka. Ja zamierzam go zmusić do jedzenia różnych świństw. Nie trujących, ale w złych proporcjach, nieprzetworzonych termicznie albo rozgotowanych... Może być z cynamonowym skutkiem. I chciałabym przy tym wiedzieć, jak te świństwa smakują.

Babska logika rządzi!

Świństwa? 

Spróbuj sama – herbta (czy kawa – co tam pijesz), jednocześnie posłodzona i posolona.

Robi wrażenie ;)

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Piłam mongolską herbatę – smakuje jak rosół z bawarką, ale jeszcze da się wypić, jeśli człowiekowi zależy. Chciałabym coś bardziej ekstremalnego. Ale nie od razu trującego ze skutkiem śmiertelnym.

Babska logika rządzi!

To jest ten owoc, który strasznie śmierdzi? Ale podobno smakuje całkiem w porządku.

Ale te rzeczy ludzie jedzą i żyją.

Ja chcę czegoś w rodzaju: oczekujesz bułki z masłem, a dostajesz pasztet selerowo-marchwiowy (z nieodpowiednimi przyprawami) posmarowany rozpaćkanym bananem z chrzanem. Posypka z gałki muszkatołowej.

Babska logika rządzi!

Awokado!

Oczekujesz owocu, dostajesz – masło.

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Albo islandzki zgniły rekin, czy też zgniły boczek.

 

NIE DLA WRAŻLIWYCH:

Rekina próbowałam. Kawałek mniejszy niż 1 cm3 włożyłam do ust. Musiałam podjąć bardzo szybką decyzję, czy to wypluć czy przełknąć. Jako że byliśmy na stołówce w pracy, to przełknęłam i popiłam kilkoma szklankami wody.

Pierwszy (i ostatni, na boczek się nie skusiłam) raz w życiu pokarm mi dosłownie zaczął rosnąć w ustach. Jeśli znasz smród psującego się mięsa, to to samo, tyle że z wewnątrz własnej jamy gębowej się czuje.

 

EDYTA: Spodziewałam się ryby, może starawej, ale ryby.

Ale nie chodzi mi o prawdziwe potrawy, które komuś tam smakują. Mongolska herbata jest syficzna, ale ludzie to piją. Nie zaryzykowałabym sała w szokoladzie, chociaż podobno smaczne. O chińskich specjałach nawet nie ma co wspominać...

Chodzi mi o rzeczy, zasadniczo jadalne, podane w ten sposób, że nie nadają się do jedzenia. Bo umiarkowanie szkodzą, smakują naprawdę kiepsko, wywołują mdłości... Jak soda oczyszczona albo łycha cynamonu.

Ktoś wie, jak smakują surowe drożdże i co robią z organizmem? Proszek do pieczenia? Inne kuchenne pomyłki?

Babska logika rządzi!

Yantri, to był smród rozłożonego mocznika na amoniak. Rekiny nie wydalają, tylko ich mocz jest obecny w całym organizmie (jest to adaptacja do życia w słonej wodzie morskiej). Dlatego dziwię się, że ludzie chcą jeść to mięso. 

 

Wiem, miło się dowiedzieć takich rzecz po czasie :P

Deirdriu, dziękuję. smiley Lubię takie ciekawostki. Nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się przydać. Na przykład następnym razem, gdy spotkam tego Islandczyka, który nas tym świństwem uraczył. Może on też nie wie, co uważa za przysmak. devil

Finklo, już wiem, jakie to były pestki, gdyż pestki a nie orzechy. Niestety dla Ciebie nieprzydatne. Chodzi o pestki moreli sprzedawane  w sklepach ze zdrową żywnością w małych torebeczkach. Sprzedawane są jako antyrakowe z uwagi na zawartość amigdaliny (B17, w krajach anglojęzycznych Laetrile). Najwięcej można jej znaleźć w gorzkich migdalach (stąd nazwa amigdalina), a także w gorzkich pestkach moreli, czereśni, jabłek, a także w niektórych roślinach strączkowych. W organizmie amigdalina rozkłada się na kwas pruski (cyjanowodór). Badania laboratoryjne NCI (amerykański Narodowy Instytut Raka) wykazały brak odpowiedzi na leczenie, nawet jeśli podawano dodatkowo enzym wspomagający wydzielanie się cyjanku z letrilu.

Spożywanie powyżej 1-2 pestek dziennie powoduje poważne zagrożenie dla życia. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Co do rekinów – wszystkie zwierzęta wydalają. Rekinom ten mocznik jest potrzebny, żeby osmoza nie zrobiła z nich zupy, zob. tutaj: www.biol.uw.edu.pl › ewolucja › zoologia › ryby skrypt

Co do jedzenia, Finklo – ponoć moja babcia (ta od kowadła) usiłowała kiedyś zjeść na surowo bakłażana (jak jabłko). Bakłażany są gorzkie, po to się je soli i smaży, żeby gorzkie nie były. Ponadto jej kuchnia ogólnie pasuje do Twoich parametrów (uch, wredna dziś jestem, spróbujmy inaczej). Czy mogłabyś ciut dokładniej sprecyzować, czego potrzebujesz?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Surowy bakłażan się świetnie nada.

Potrzebuję rzeczy (wielu), które zasadniczo są jadalne, ale na surowo (albo niepotrzebnie upieczone, w za dużym stężeniu, mi to rybka) nie nadają się do jedzenia, bo są ohydne w smaku (bakłażan), szkodliwe (surowe ziemniaki), powodują rozwolnienie itd. Soda oczyszczona to dobry przykład. Najobrzydliwsze danie, o jakim słyszeliście, to zły przykład.

Babska logika rządzi!

Co znalazłam na poczekaniu (ja, prokrastynuję? Cóż za ohydne oszczerstwo!):

 

  • Czarny bez: owoce nie w pełni dojrzałe zawierają glikozydy cyjanogenne
  • Maniok: w pełni dojrzały też zawiera glikozydy cyjanogenne, trzeba go kilkakrotnie płukać, a woda po płukaniu jest trująca
  • Rabarbar: dużo szczawianów, były zatrucia śmiertelne (https://jamanetwork.com/journals/jama/article-abstract/222117)
  • Ziemniaki, kartofelki, pyry: solanina w surowych, zob: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/23411230
  • Niektóre strączkowe: różnie, jedne mają glikozydy cyjanogenne, inne trujące białka, które trzeba zniszczyć gotowaniem, poszperaj
  • Grzyby: zob. poradnik grzybiarza (niektóre jadalne łatwo pomylić z trującymi)
  • Kiełki: w kulturach, które tradycyjnie jadają kiełki, zawsze się je smaży, bo surowe są pełne bakterii (Salmonella)
  • Nasiona i niedojrzałe owoce liczi: mogą powodować obniżenie poziomu cukru we krwi poniżej bezpiecznego (https://en.wikipedia.org/wiki/Lychee#Poisoning)
  • Warzywa kapustne na surowo i mleko (niekoniecznie razem) mogą powodować wzdęcia i biegunkę (mleko u nietolerujących laktozy – kiedy Wikingowie poczęstowali Indian, zostali za to wysiudani z Ameryki)
  • Oliwki trzeba przefermentować, surowe są twarde i zbyt gorzkie, żeby ktokolwiek zdołał je zjeść
  • Wiele orzechów powoduje reakcje anafilaktyczne (nawet śmiertelne) u uczulonych
  • Ryby drapieżne (np. tuńczyk) mogą zawierać niebezpieczne ilości rtęci i kadmu.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

O, coś z tego wykorzystam. :-)

Babska logika rządzi!

Ktos wie, jak wygladaja wirtualne lekcje? Ile trwaja? Czy to sie odbywa w czasie rzeczywistym?

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irka_Luz Pytasz o lekcje w szkołach, czy może też/lub o ćwiczenia na uczelniach?

W mojej podstawówce to jak dotąd wolna amerykanka. Niby jest plan lekcji, niby uczniowie są zachęcani do tego, żeby utrzymywać szkolny tryb dnia i wstawać jak zwykle, ale wiem, że są tacy, co śpią do drugiej po południu. Być może niektórzy nauczyciele łączą się z uczniami w czasie rzeczywistym na wirtualnych lekcjach, ale większość po prostu wysyła im materiały dydaktyczne i zadania do wykonania w domu, ustalając jakiś termin ich realizacji. Do komunikacji z uczniami i rodzicami wykorzystujemy głównie dziennik elektroniczny i pocztę służbową, opcjonalnie Skype i inne komunikatory oraz aplikacje do wideokonferencji. Ze względu na ochronę danych osobowych odradza nam się korzystanie z Zooma i Discorda, bo pierwszy to podobno malware, a drugi gromadzi dane osobowe. Za obecność na lekcji uznaje się wejście ucznia w kontakt z nami, czyli chociażby odczytanie przez niego naszej wiadomości. Ciągle przypomina nam się o nieobciążaniu uczniów pracą ponad miarę oraz uwzględnianiu zasady bezpiecznego korzystania przez nich z urządzeń umożliwiających komunikację elektroniczną (łączenie kształcenia z użyciem monitorów i bez).

 

Do poczytania – Rozporządzenie MEN z dnia 20 marca 2020r. w sprawie szczególnych rozwiązań w okresie czasowego ograniczenia funkcjonowania jednostek systemu oświaty w związku z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19:

http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU20200000493/O/D20200493.pdf

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

@Finka: 

Nie dość dojrzałe kaki/ persymona powoduje u sporej części populacji natychmiastowe znieczulenie wnętrza ust, absolutnie dziwaczne uczucie. Sprawdziłam na sobie niechcący, niestety. 

 

Z przygód mojej ciotki: podanie rocznemu dziecku owoców posypanych, zamiast cukrem, kwaskiem cytrynowym.   

Ktos wie, jak wygladaja wirtualne lekcje? Ile trwaja? Czy to sie odbywa w czasie rzeczywistym?

 

Różnie i podłużnie, w zależności od podejścia danej szkoły/nauczyciela. Niektórzy robią lekcje online w czasie rzeczywistym, niektórzy nagrywają lekcje i wysyłają uczniom do odtworzenia, inni wysyłają uczniom bardziej (lub mniej) opracowane materiały dydaktyczne w formie pisemnej. Jak wspomniał @Bolly powyżej, wykorzystywane są różne narzędzia/komunikatory/aplikacje. Wszystko zależy od tego co komu przyjdzie do głowy, bo nikt za bardzo nad tym nie panuje.

 

Generalnie chaos. ;)

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Kasjopejatales, chodziło mi o podstawówkę :)

Bolly, Elanar, dziękuję bardzo, o to właśnie mi chodziło. I muszę przyznać, że mnie ten chaos akurat pasuje ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irka_Luz A to w takim razie, nic mi nie wiadomo ;)

Czy w policji jest ktoś wyżej rangą od komendanta?

Kasjopejatales, jeżeli dalej potrzebujesz, mogę dopytać bratanicę, IV klasa podstawówki w małym miasteczku. 

Dzięki, PsychoFish.

Ajzan, jednakowoż, jeśli to do Twojego cyklu, to struktura polskiej policji niekoniecznie ma się jakkolwiek do tego, co byś tam chciała mieć ;)

http://altronapoleone.home.blog

Free-energy-punk open source. Czas ucieka a planeta coraz brudniejsza. Ktoś pomoże?Prawa fizyki stanowią że z każdego ruchu da się pozyskać energię Mamy efekt piezoelektryczny i ruchy browna. Piezonano generator wymaga impulsu startowego i ośrodka o odpowiedniej temperaturze. W generatorze wodnym, impuls uruchamia turbinę popychającą ośrodek na sito piezonano i następnie turbina jest zasilana z sita poprzez układ regulujący. Dobre na napęd do motorówki– standardowo zostawia za sobą oziębiony kilwater, niestandardowo przy doładowaniu nuklearnym, o! To otwiera całkiem nowe możliwości.. w generatorze gazowym działanie śmigła jest analogiczne do działania turbiny w generatorze napędzanym cieczą. Dobre na napęd lekkich samolotów i poruszające się nad równikiem farmy. Dobra, starczy :] Dalej sami sobie kombinujcie. miłej zabawy. może za parę lat doczekam jakichś opek z już nie z epoki pary i silników spalinowych. pozdrawiam, trzymacie poziom. Jakby ktoś miał ochotę wykorzystać ideę działania generatora w swoim opku, to nie mam nic przeciwko– a nawet jestem jak najbardziej za!

Piszę właśnie opowiadanie gdzie po wielkiej globalnej pandemii ktoś wynajduje generator darmowej energii i mam problem ze znajdującymi się na równiku wielkimi farmami żywności. O ile na lądzie można ustabilizować unoszące się w powietrzu platformy za pomocą lin lub słupów. Ostatecznie mogłyby nawet lądować na noc. To mam problem z tymi które miałyby znajdować się nad oceanem. Tam głębokość może dochodzić nawet do kilku kilku kilometrów a nie wiem jak opisać system stabilizacji, no nie wiem, platform. Pewien Szkot, mąż pewnej starej przyjaciółki w tym robi, ale na ich weselu narobiłem takiej popeliny że wstydzę się do nich zwrócić. Zna się może ktoś na tym?

Drakaino, zgadłaś. To do mojego cyklu. Chcę uczynić Tyra odpowiedzialnym za policję w mojej wersji Asgardu, w miarę możliwości bez ograniczenia do jednego obszaru.

Ajzan – to jest Twój fikcyjny świat, więc możesz sobie zrobić hierarchię policji taką, jaka Ci się podoba :) To jest ten sam problem, który był dyskutowany na innym wątku.

Policja ma różną strukturę w różnych krajach. Na tym, jakie uprawnienia i zakres odpowiedzialności mają w naszych czasach poszczególne odmiany włoskiej i francuskiej policji, nie jestem w stanie się wyznać, mimo że spędzam w tych krajach mnóstwo czasu. A to się nijak nie ma do struktury polskiej, którą podrzucił Ci fish, czy do amerykańskiej, brytyjskiej itd.

Na dodatek, o ile się nie pogubiłam, masz tam takie pseudo-dziewiętnastowieczne realia – a wtedy w większości krajów policja jest w powijakach i jej struktura bywa dość płynna.

Naprawdę – odwagi w kreowaniu swojego świata. Powtórzę: nie piszesz historii, możesz mieć własne pomysły.

http://altronapoleone.home.blog

Pomocy merytoryczna z ciekawymi księgozbiorami, help! Potrzebuję dotrzeć do polskiego tłumaczenia haiku Matsuo Basho, chodzi mi tylko o pełnoprawne zacytowanie utworu ze wskazaniem tłumacza – czy ktoś z Was może posiada na półeczce tomik w tłum. Agnieszki Żuławskiej-Umedy? Albo innego tłumacza, bo przekładał Miłosz i jeszcze ktoś; chodzi mi o haiku “Tą drogą” i “Chodź, patrz”. Wersję pani Żuławskiej-Umedy czytałam z biblioteki, teraz znajduję w internetach jakieś haiku, ale nie daję głowy, że to jest dokładnie jej tłumaczenie (są niepodpisane), a nie chcę cytować bubla. Normalnie poszłabym do biblioteki, ale no sami wiecie. :( 

Helpunku.

Tą drogą

Nikt nie idzie

Tego dzisiejszego wieczoru.

 

Basho

 

 

Chodź, patrz

Na prawdziwe kwiaty

Bolesnego świata.

 

Basho

 

Tłumaczenie Miłosza, własnymi łapkami przepisywane

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Gdzieś-kiedyś-jakoś przeczytałem (albo tak mi się wydaje) o rycerzach (biedniejszych), którzy zostali przyjmowani na dwór, żeby pełnić rolę nadwornych błaznów.

Prawda to? Znacie jakieś przykłady?

 

PS. To nie był Dagonet. Nie przepadam za legendami arturiańskimi, więc pamiętam. To było o kimś innym. Może Stańczyku? Cholera wie i nie powie. ;c

Dagonet był błaznem, który został rycerzem, a nie rycerzem, który został błaznem :D

Wiedziałem, że coś pomieszałem. :D

Hejka. Szukam opracowań o podstawach szermierki (raczej historycznej niż sportowej, może być szabla, może być pałasz czy rapier, długi miecz pewnie też przejdzie). Raczej nie szczegółowe traktaty i podręczniki, raczej ogólne podstawy dotyczące postaw, gard, ruchów, ataków, zastaw, takie tam. I w zasadzie to nie dla mnie nawet :P Ma ktoś coś podobnego w zasobach? 

A jak wiadomo, Widary to quality content, stąd źródło musi być solidne. ;)

:)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Gdzieś chyba mam coś o dziewiętnastowiecznej, mogłabym spróbować poszukać.

http://altronapoleone.home.blog

Wygląda solidnie, zobaczymy jaka będzie opinia poszukującego, czy to to czego szuka.  Dzięki :D 

Irka – poszukujący zachwycony, kazał gorąco podziękować :D Drakaino – dzięki za chęci, zobaczymy czy będą potrzebne bardziej szczegółowe informacje. 

Miło, że mogłam pomóc :D

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Czy takie XIX-wieczne śpiochy dla dorosłych, znane np. z westernów miały jakąś swoją potoczną nazwę? Bo “kombinezon” brzmi zbyt technicznie.

Zdaje mi się, że mówiono na to kalesony.

edycja

A tu znajdziesz zacny artykuł, omawiający także wspomniany przez Ciebie kombinezon: https://pl.wikipedia.org/wiki/Kalesony

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pajacyk. :D A serio, po angielsku to podobno union suit i w sumie żadnego sensownego tłumaczenia nie znalazłam.

Za całym szacunkiem – kalesony w Polsce to jednak inny rodzaj ubioru.

Pajacyk owszem, ale w odniesieniu do dzieci.

Zdaje się, Coboldzie, że będziesz musiał improwizować i stworzyć polski odpowiednik :).

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Po angielsku to się nazywa “union suit” (EDIT: jak już napisała ocha), właśnie zapytałam znajome osoby znające się na modzie historycznej, czy jest / jaka jest polska nazwa :)

Ja słyszałam angielską nazwę “longjohns” (ale to może być amerykanizm, chociaż “union suit” nawet brzmi jak coś z hamerykanckiej propagandy, ulubione gacie kapitana Ameryki). U mnie w domu funkcjonuje nazwa “slipokrawat” :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Long johns to kalesony. Union suit to pajacyk. Zarzucam na grupę o ubiorze XVIII i XIX w.

http://altronapoleone.home.blog

Long johns jako kalesony używa się także dzisiaj. Ale, no właśnie, to kalesony. Wpisałam w google cowboy underwear, ale nie wyszlo mi to, czego oczekiwałam. :)

Znajoma rekonstruktorka zaproponowała “męskie niewymowne” – bo raczej nie było polskiego terminu. Jeśli rzecz dzieje się w USA, dałabym jednakowoż union suit, po prostu.

http://altronapoleone.home.blog

Aż się boję zapytać, co Ci wyszło :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Dzięki! Ten uczuć, kiedy WSJP staje się niewystarczający ;)

 

Kasjopejatales, jeżeli dalej potrzebujesz, mogę dopytać bratanicę, IV klasa podstawówki w małym miasteczku. 

ninedin Ja odpowiadałam na pytanie Irka_Luz – mi te informacje niepotrzebne. Ale dzięki za propozycję ;)

OFFTOP Przepraszam, musiałam źle coś przeczytać w tamtej dyskusji :) /OFFTOP

Pytanie z zakresu antyku (więc spoglądam tu szczególnie w stronę Ninedin i Drakainy ;)). Otóż, czy ktoś się może orientuje, w jakich dokładnie dniach (wg naszego kalendarza) odbywały się w Atenach Wielkie Dionizje? Doczytałem na razie, że przypadały na koniec marca, ale zależałoby mi na konkretnych datach dziennych, o ile oczywiście były stałe.

Drugie pytanie, czy bachanalia w Rzymie odbywały się również wg jakiś określonych terminów, a jeśli tak, to czy przypadały w tym samym czasie, co dionizje?

Wielkie Dionizje – 10-16 Elafebolion, pod koniec marca. Nie da się powiedzieć dokladnie, bo źródła nie mówią nam, jak wygląda szczegółowo attycki kalendarz. wiemy, że jest księżycowy, że pierwszy dzień roku to jest pierwszy nów po letnim przesileniu, ale jak dokładnie co do dnia mają się miesiące attyckie do naszych, po ile mają dni itd., po prostu nie  wiadomo.  Elafebolion przypada na kawałek naszego marca i kawalek kwietnia. Zerknę do tekstów naukowych, jakie są propozycje ustalenia dat. 

Kiedy w Rzymie miały miejsce oryginale Bachanialia, te z III wieku p.n.e., których potem zakazano, też  dokładnie nie wiemy. W południowej Italii miały różne daty. W Rzymie po roku 168 p.n.e. świętowano je równocześnie z innych dionizyjskim świętem, zwanym Liberalia, to jest 17 marca. Mogę zrobić listę wszystkich świąt ku czci Bakchusa-Dionizosa w Rzymie :) 

 

 

Nie da się powiedzieć dokladnie, bo źródła nie mówią nam, jak wygląda szczegółowo attycki kalendarz.

A to niedobre źródła :)

 

Nie potrzeba listy, właściwie chciałem dowolnego święta bachusowo-dionizyjskiego z dokładną datą, więc skoro nie da się ustalić tego dla Wielkich Dionizjów, to Liberalia i 17 marca całkowicie mnie satysfakcjonują. Dzięki wielkie!

Wiem, że w XVII wieku wydawano w Anglii gazetę, ale – czy ktoś wie, w jaki sposób ją dystrybuowano? I czy cenowo była przystępna dla zwykłych zjadaczy chleba?

@Drakaina, chodź tu. 

Niezupełnie moja bajka terytorialnie i chronologicznie, w XVII w. to pewnie były jakieś efemerydy, bo newsy rozpowszechniano głównie w nieregularnych drukach, choć rzeczywiście wtedy zaczyna się też historia regularnych serwisów. O cenach nie mam pojecia, ale szybki gugiel pokazuje taki artykuł, który w może jest ściągalny, jeśli jest na Jstorze (jeśli tak, to pewnie to zrobię z własnej ciekawości).

https://www.quora.com/What-did-books-and-newspapers-cost-in-17th-18th-century-western-Europe-and-Britain

 

Niemniej ważniejsza sprawa, na którą uczulam, bo wielu pisarzy wpada w tę pułapkę – stare gazety, nawet do lat 60/70 XIX wieku nie wyglądają jak to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Nie ma wywiadów, rozmów, długich artykułów, reportaży, zazwyczaj nie ma też obrazków (ilustrowane były specjalne czasopisma i to tak od połowy XIX w., oczywiście nie licząc modowych), jest za to mnóstwo przedruków z innych gazet, korespondencji, ogłoszeń i reklam :D

 

Edyta: chwilowo nie ściągnę, bo ujotowy portal dostępu nadal leży.

 

http://altronapoleone.home.blog

Tak, te gazety były ciasno upakowane tekstem, a ostatnie strony (czasem nawet kilka) to były głównie ogłoszenia :) Plus w większości krajów format był malutki.

http://altronapoleone.home.blog

Dziękuję za odpowiedź. Po przejrzeniu tego wszystkiego muszę sobie przemyśleć, czy będę brnąć w taki wątek, bo widzę, że to trochę ryzykowna sprawa. W każdym razie dzięki za pomoc :)

Czy orientuje się może ktoś, jak pod koniec XV w. (zwłaszcza w Europie) wyglądała następująca sprawa: Przypuśćmy, że wojsko/armia przemieszcza się z punktu A (start wyprawy) do punktu B (na konkretne pole bitwy). Kto idzie z nimi? To znaczy, wiem, że dowódcy, konkretne oddziały np. konnica czy piechurzy, ale nie o to chciałam zapytać. A o to, jakie „dodatkowe” osoby ze sobą zabierano. Czy wraz z amią szli np. kowale, rymarze, garbarze (w celu naprawy sprzętu) albo osoby zajmujące się końmi? Zakładam, że tak, ale też trudno znaleźć mi taką informację.

Nie jestem specjalistką od wojskowości średniowiecznej ani wczesnonowożytnej, a na dodatek nawet na specjalistycznych wykładach z historii militarnej nie było o takich drobiazgach (a szkoda), znacznie lepiej znam się na późniejszej, “regularnej”, niemniej zakładałabym, że analogicznie do armii wczesnonowoczesnych duża armia musiała być w dużej mierze samowystarczalna. Mała – niekoniecznie.

Przydałoby się tu nieco więcej danych: jak duża jest ta armia, czyja, jak tworzona. Bo inaczej zorganizowane będzie jakieś tam plus minus pospolite ruszenie, inaczej armia królewska, inaczej oddziały najemników – tu znów po części w zależności od tego, u kogo na służbie.

Zakładałabym, że nawet jeśli nie byłoby w takim wojsku odrębnej funkcji kowala, to wśród żołnierzy znajdzie się paru kowali. Koniem zajmował się zasadniczo sam kawalerzysta lub w przypadku oficera jego ordynans. Z tym że w zależności od tego, kiedy i gdzie dokładnie masz akcję, gdzieś będą zapewne jeszcze przeżytki czasów rycerskich.

Warto też pamiętać, że to nie jest tak, że armie ciągną przez długi czas z całej Europy na z góry, z dużym wyprzedzeniem ustalone pole bitwy ;) Więc w razie czego nie pisałabym, że w kwietniu 1410 ktoś tam jechał z jakiegoś, nie wiem, Magdeburga, pod Grunwald ;)

http://altronapoleone.home.blog

drakaino dzięki za odpowiedź :) 

Wiem, że trochę niejasno zapytałam, ale też w sumie nie wiedziałam jak to ująć. Trudno mi ocenić, czy w 1475r. 40 000 ludzi to była duża armia, czy tak nie bardzo (wydaje się, że całkiem spora). Dokładnie chodzi mi o bitwę, w której brał udział władca Mołdawii Stefan III Wielki. Biorąc pod uwagę twoją odpowiedź, zakładam, że mogli  wziąć ze sobą trochę rzemieślników. I to też nie jest tak, że będę zagłębiała się w szczegóły, a raczej skupię się na czymś, co dobrze znam. Po prostu brakowało mi wiedzy czy dla bohatera, który nie może być żołnierzem, mogłoby się znaleźć miejsce w armii. Stąd moje pytanie. Gdybym nie mogła go w taki sposób tam umieścić, to pewnie zrezygnowałabym z tego pomysłu i posłała go do miasta.

Warto też pamiętać, że to nie jest tak, że armie ciągną przez długi czas z całej Europy na z góry, z dużym wyprzedzeniem ustalone pole bitwy ;) Więc w razie czego nie pisałabym, że w kwietniu 1410 ktoś tam jechał z jakiegoś, nie wiem, Magdeburga, pod Grunwald ;)

A, to tak – miałam raczej potrzebę przedstawienia informacji, że oni się przemieszczają w z góry ustalonym kierunku, a kiedy i gdzie się spotkają to faktycznie może być dziełem przypadku.

Jeżeli armia szła z taborem, to jacyś specjaliści od usług wszelakich zawsze się w nim znajdowali. Jeżeli chodzi o zajmowanie się końmi, to w przypadku szlachty (a to zwykle ona stawała konno), końmi zajmowali się pocztowi albo jacyś pachołkowie. Odnośnie czasów Stefana Wielkiego, to armia króla Olbrachta miała tylu ciurów (czyli właśnie różnego rodzaju służących), co żołnierzy. Z drugiej strony sam Stefan w tej konkretnej kampanii raczej za sobą taboru nie ciągnął, bo raz, że działał na własnym terenie , dwa, jego taktyka miała charakter wojny szarpanej, więc musiał zachować mobilność armii. Do XVIII wieku armie zazwyczaj absolutnie nie były samowystarczalne. Żołnierz musiał wszystko, włącznie z żywnością, zapewnić sobie sam. A jeżeli żołd nie dochodził, to aprowizacja przybierała formę grabieży.

kasjopejatales, polecam dwie książki, obie znajdziesz online w Bibliotekach Cyfrowych:

  1. Historyja jazdy polskiej Górskiego
  2. Siły zbrojne w wołoskiej wojnie Jana Olbrachta Borzemskiego.

Szczególnie polecam Borzemskiego – mała książeczka, ale znajdziesz w niej wszystko, łącznie z ilością kaszy w workach na wozach taborowych. Okres (1497), teren (Mołdawia), władca (SIII) się zgadza. Bardzo dobrze napisana, cudny przykład przedwojennego podejścia do prac historycznych, naprawdę: przyjemnie się czyta.

 

Gdybyś chciała więcej informacji, to polecam również Kronikę z czasów Stefana Wielkiego Górki (znajdziesz to w Archiwum Komisji Historycznej, Seria 2, Tom III – oczywiście również bez problemu dostępne w wersji zdigitalizowanej w dowolnej BC). 

Światowider wielkie dzięki za cenne informacje. Po tym co tu przeczytałam, myślę, że nie będę przesadzała: i albo zdecyduję się zostawić bohatera w mieście, przez które przechodzi ta armia, albo może (gdy więcej poczytam) zostawię go w tej armii, ale uwzględnię wasze uwagi.

Żołnierz musiał wszystko, włącznie z żywnością, zapewnić sobie sam.

A o tym to już zupełnie nie wiedziałam!

 

Algir tobie także, dziękuje za polecenie książek – chętnie na nie zerknę, szczególnie że ta pierwsza zapowiada się ciekawie.

Światowider – przez samowystarczalność rozumiałam raczej możliwość podkucie koni niż tabory jak Fryderyka Wielkiego i wożenie aprowizacji, ale dzięki za info, bo nam niestety życia codziennego to praktycznie nie wykładali i do mojego XIX wieku też szukam szczegółów po książkach i pamiętnikach :(

(Skądinąd miałam nawet pisać: summon Światowider)

 

miałam raczej potrzebę przedstawienia informacji, że oni się przemieszczają w z góry ustalonym kierunku, a kiedy i gdzie się spotkają to faktycznie może być dziełem przypadku

Nie do końca przypadku – pole bitwy rzadko bywało przypadkowe, wybierano je m.in. ze względu na ukształtowanie terenu, pewnego rodzaju punkt krytyczny koncentracji wojsk, konieczność przegonienia wroga z jakiegoś kawałka terenu itp., powody rozegrania bitwy w konkretnym miejscu mogą być różne, niemniej to nie było tak, że na kilka miesięcy wcześniej było oczywiste, że bitwa rozegra się tam, gdzie dzis wiemy, że się rozegrała :)

http://altronapoleone.home.blog

W temacie Księstw Naddunajskich mogę polecić jeszcze dwa zbiory ciekawostek, dotyczących raczej XVII w., ale może znajdziesz coś przydatnego (zresztą cały blog jest godny polecenia). Przepraszam za formę linków, ale piszę z telefonu:

http://kadrinazi.blogspot.com/search/label/hospodarstwo%20mo%C5%82dawskie?m=1

http://kadrinazi.blogspot.com/search/label/hospodarstwo%20wo%C5%82oskie?m=1

Zaczynam powoli podejrzewać, że muszę lekko zmodyfikować tę historię – tylko że pomysł mi się buntuje (normalnie, skubaniutki, za framugę łapie i wyjść za drzwi nie chce!). Z drugiej strony, myślę sobie, że kilku rzemieślników to i bez taboru mogłoby się w armii zaplątać. Ewentualnie mogłabym też przybliżyć bohatera trochę do władcy, przez co jego obecność tam byłaby bardziej uzasadniona, ale tego wolałabym nie robić.

No nic. Jeszcze raz dzięki wszystkim, a na źródła spojrzę w wolnej chwili :)

kilku rzemieślników to i bez taboru mogłoby się w armii zaplątać

Szłabym w to, że jakiś konkretny żołnierz był w cywilu np. kowalem czy synem kowala. Im bardziej “wiejski” zawód, tym bardziej prawdopodobne, że ktoś taki znajdzie się w armii.

http://altronapoleone.home.blog

Oczywiście, też o tym myślałam. Niestety, z dość istotnej przyczyny, mój bohater nie mógłby być żołnierzem. To znaczy zakładam, że by go nie przyjęli (powiedzmy ogólnie, że jest wybrakowany). Dlatego na poważnie myślę o tym, żeby zostawić go (chociażby) w wiosce przez, którą przechodzi wspomniane wojsko.

Jest jeszcze taka możliwość, że jeśli nie musisz go mieć w “strukturach” armii, to on może być jakimś “człowiekiem luźnym”, który za tą armią idzie, choć to bywali raczej obwoźni sprzedawcy płci obojga niż rzemieślnicy, no i w kwestii tego, jak to szczegółowo wyglądało w XV w. nie pomogę.

 

A tak technicznie, to się może przydać na przyszłość:

w wiosce[+,] przez[-,] którą

W takich sytuacjach przecinek idzie przed przyimkiem, z którym związany jest zaimek czy wyrażenie przyimkowe. Nawet jeśli są to konstrukcje złożone w rodzaju “sprawa, z powodu której” czy też inwersje jak “człowiek, głowę którego obiecał mu przynieść nabitą na pikę” :)

http://altronapoleone.home.blog

No właśnie nie wiem, czy koniecznie muszę. Raczej bardzo bym chciała. Ale może wystarczy dać go do jakieś wioski. A co do przecinka – gdy piszę szybko, wiecznie o tym zapominam. Ale postaram się już pamiętać :)

Może to nie do końca pomoc merytoryczna, ale będę wdzięczny, jeśli podzielicie się swoimi ulubionymi scenami przesłuchań z książek lub opowiadań. Najlepiej fantastycznych, ale niekoniecznie :).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Pytanie do zmotoryzowanych starszej daty – czy facet może oprzeć o błotnik UAZa plecy, czy tylko miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę? Zależy mi wyłącznie na tym, żeby się podparł samochodem i żeby to był łazik. Trochę się boję szukać zdjęć, bo z ruskich stron nie wiadomo, co mi do komputera nalezie :D

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tarnino, jak będzie siedział, to plecy oprze ;) A tak poważnie, jeśli samochód nie liftowany jakoś bardzo, to zadka też nie oprze (chyba że niziołek). Uda co najwyżej (i to też zależy od wzrostu). 

Bardzo chce, to może przysiąść i wtedy oprze, na stojąco – nie.

 

Edyta.

To najlepsze zdjęcie, jakie mam pod ręką, bez przeszukiwania płyt. Ten w czerwonej kurtce obok uaza, to jego właściciel – facet takiej normalnej budowy. 

Edyta 2 – coś mi się nie chce fotka wstawić, daję link. Uaza chyba poznasz?

 

Chyba powinnam się najpierw dobrze obudzić, potem czytać i pisać... Nie wiem, czemu przeczytałam zderzak... 

O błotnik oprze cztery litery, musiałby być raczej niski, żeby oprzeć plecy. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dobra, to oprę chłopa o burtę pojazdu i będzie grało. Dzięki!

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Dawno, dawno temu próbowałem się w tym wątku dowiedzieć czegoś na temat prędkości podróżowania wozem i paru innych technicznych aspektów takiej podróży, ale gdy teraz chciałem wrócić do odpowiedzi, które wtedy dostałem, boleśnie przekonałem się, że jakaś żarłoczna bestia pożera tutaj starsze posty. Proszę zatem jakąś dobrą duszę o sprawdzenie, czy to, co sobie zaplanowałem, brzmi sensownie:

 

Realia: umowne, pseudośredniowieczne

Warunki: droga leśna nieutwardzona, miejscami pozostałości bruku z płaskich kamieni

Pora roku: lato (lipiec), pogoda dość upalna, ale bez przesady

 

Mamy trzy wozy kupieckie kryte płótnem, każdy zaprzężony w dwa konie. Podróżujemy od szóstej rano do dziewiątej wieczorem, czyli piętnaście godzin dziennie. Średnio co trzy-cztery godziny robimy popas (na dzień wypadałyby zatem cztery popasy). Wieczorem palimy ognisko, żeby zjeść coś na ciepło, i podtrzymujemy je całą noc dla ochrony przed dzikimi zwierzętami (i nie tylko).

 

Kilka pytań, na które wciąż nie mogę znaleźć odpowiedzi:

1. Ile powinien trwać popas? Pół godziny? Godzinę? Czy popas około południa, w największy upał, powinien być nieco dłuższy?

2. Czy opłaca się rozpalać ognisko także w dzień, podczas południowego bądź popołudniowego popasu? Czy to strata czasu i lepiej zjeść coś na zimno?

3. Jak często powinni się zmieniać wartownicy przy ognisku?

4. Załóżmy, że na szlaku są miejsca specjalnie przygotowane pod popasy – wyrąbane w puszczy niewielkie polanki z kłodami, na których można usiąść, zapasami drzewa na opał, itp. Czy takie miejsca mają jakąś nazwę?

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Bolly, może to nie do końca wpasuje się w dokładne okoliczności, o które pytasz, ale akurat wczoraj robiłam sobie obszerne notatki na temat podróży karawanami, więc może zdołam pomóc.

 

  1. Długość popasu zależy przede wszystkim od: pogody, temperatury i terenu. Co ciekawe, karawany podróżowały w dzień i w nocy, w zależności od tego, jak daleko znajdowało się najbliższe miejsce postojowe (generalna zasada była taka, że na noc zatrzymujemy się tylko w wyznaczonych miejscach). Bywało tak, że przy największych upałach przeczekiwano dzień i wyruszano po zachodzie słońca, ale to rzadkie przypadki.
  1. Raczej strata czasu; ogniska rozpalano na dłuższych postojach. Na popasie można sobie wszamać suszonego owoca itp.
  1. A tutaj odpowiedź z własnych doświadczeń: w poprzedniej pracy miałam tzw. nocne warty. Zwykle dzieliliśmy nockę tak, żeby każdemu przypadł równy kawałek do “przestania”; czyli jeśli było nas na nocnym dyżurze pięcioro, to każdemu przypadała godzina z kawałkiem, ale już na przykład jeśli była tylko dwójka, to warta trwała trzy godziny. System się sprawdzał, każdy trochę nocy przesypiał, trochę przestawał, demokratycznie i sprawiedliwie.
  1. Dom zajezdny, miejsce postojowe, karawanseraj. Myślę, że tu z nazwami możesz poszaleć, wymyślić coś, co będzie pasowało do klimatu świata itd.

Jeśli czytasz po angielsku, to zajrzyj tu: https://en.wikipedia.org/wiki/Camel_train

Dość obszernie opisuje logistykę podróży karawanami, można to spokojnie przełożyć też na bardziej zeuropeizowane realia.

***** ***

To jeszcze taka mała zagwozdka – czy mogę nazwać “luzakiem” dodatkowego konia, który nie jest zaprzęgnięty do wozu, ale jedzie na nim dowódca eskorty, czy jest na to inny termin?

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

O ile pamiętam, luzak to koń “zapasowy”, na którym w tej chwili nikt nie jedzie. Może “wierzchowiec”?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Jak pisze Tarnina – luzaki przy takim wozie byłby co najwyżej przywiązane i szły za nim. To o czym piszesz to zwykły wierzchowiec/rumak/jak zwał dowódcy. 

On w zamyśle miał być zapasowy, na wypadek, gdyby któryś z pociągowych padł, ale dowódca eskorty go niejako zarekwirował na własne potrzeby.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

To jeśli to jest jasne, nie widzę problemu. Albo daj koniowi jakieś imię i po kłopocie.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Czyli mogę o nim pisać jako o “luzaku” albo “zarekwirowanym luzaku”? Imienia raczej nie będę mu wymyślał, ale dzięki za sugestię.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Jest jeszcze maść: siwek, kasztan, bułany...

Babska logika rządzi!

Jeżeli to, że koń był wcześniej luzakiem albo, że dowódca go zarekwirował, jest chociaż w najmniejszym stopniu istotne dla fabuły, to wspomnij o tym. Jeśli nie, a chcesz wspomnieć, że dowódca jedzie na konkretnym koniu, wystarczy opisać go po maści, gabarytach, albo czymś charakterystycznym, np. strzałce na głowie.

"Nic mnie nie zmusi dzisiaj do biegania, mimo wszystko znów zasiadam zaraz do pisania."

Jest jeszcze maść: siwek, kasztan, bułany...

Owszem. Koń będzie kary, charakterystyczny – a do tego charakterny – ale chciałem też wyjaśnić, skąd się wziął. Miał być tylko luzakiem, a posłużył za wierzchowca. Ale z takim wyjaśnieniem nie powinno być chyba wątpliwości?

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

To też zależy od momentu w tekście. Koń szedł jako luzak i nie był planowany na wierzchowca, ale sytuacja wyjątkowa. Więc w tym momencie możesz jak najbardziej napisać, że dowódca wskoczył na luzaka. Tylko mniej więcej w tym momencie on przestaje być luzakiem. Możesz w kilku miejscach wspomnieć potem np o tym charakterze konia, że narowisty i nic dziwnego, że nie był przeznaczony pod wierzch. I jeśli dosiadał go tylko jakąś krótką chwilę, jedną akcję, to może i nie będzie problemu z nazywaniem go dalej luzakiem. Ale jeśli bohater ma jechać na nim pół książki, to zdecydowanie nie będzie to już luzak i nie wypada go tak nazywać. 

A jak podróżował wcześniej dowódca? I czemu przesiadł się na tego konkretnego konia? Skądinąd, jeśli wcześniej nie jechał wierzchem, to karawana mogła po prostu prowadzić jego konia, wtedy to nie będzie luzak tylko koń dowódcy, czasowo idący luźno. Luzak to koń zapasowy, “bez przydziału”.

http://altronapoleone.home.blog

Teraz mi zabiliście ćwieka. Tak to już ze mną jest, cholera, że gubię się w takich szczegółach. Zamysł był taki, że karawana dostała jednego konia ekstra, w razie gdyby z którymś z pociągowych coś się stało, ale dowódca kilkuosobowej najemnej eskorty, sam nieposiadający własnego konia, postanowił, że pojedzie na nim wierzchem na czele karawany. Koń ma zginąć, jeździec cudem przeżyć, a cywilny zwierzchnik najemników zagrozić, że potrąci im to z wypłaty. Choć teraz, kiedy o tym myślę, dochodzę do wniosku, że równie dobrze mogłoby być odwrotnie – koń mógł być od początku przeznaczony na wierzchowca dla dowódcy najemników, jedynie z zastrzeżeniem, że w razie potrzeby zastąpi któregoś z pociągowych.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Bolly, nie znam się zbytnio na koniach, ale myślę, że to nie działa w ten sposób, że: siadasz na konia pociągowego, mówisz: “Koniu, od teraz będziesz koniem bojowym!” Koń kiwa łbem: ok. I jedziecie na bitwę.

I w drugą stronę: koń wierzchowy jest więcej wart od pociągowego, więc nie występują zamiennie. Koń pociągowy ma prosty skrypt: wóz-trawa-pług-trawa... O, siano! Koń bojowy to inna bajka: jest jak polisa ubezpieczeniowa, wykupione dwie opcje: bitwa i siadasz-uciekasz. Jakoś mi się nie spina taka podmiana.

Kwestia nazewnictwa: np. u p.Sienkiewicza luzak to służący obozowy. W sienkiewiczowskiej staropolszczyźnie funkcjonowały nazwy: podjezdek, mierzynek, hetka. Wszystkie dotyczyły koni o słabszych parametrach, czyli: biedota rozbijała się dziesięcioletnimi sprowadzanymi mierzynkami, ci bogatsi zamykali licznik na arabach.

W zależności od przyjętych realiów, ja bym rozgraniczył: koń bojowy, koń pociągowy, konik dla giermka/później służącego, późniejszy koń kawaleryjski, koń wyjściowy (np. gdy jedziemy w gości), koń transportowy, konik przejażdżkowy, koń na dłuższe trasy (sypialny), koń ucieczkowy (pendolino), koń do podrywu, lichy konik do śmigania po wioskach – to nie są łatwe wybory ;)

A tak naprawdę, to sięgnij do Ivanhoe sir Waltera Scotta: w jednej z pierwszych scen jest opisany pochód templariuszy, gdzie rycerze śmigają na osiołkach/lichych konikach, zbroje jadą na wozach, a prawostronne konie bojowe są prowadzone przez pachołków. Zakładam, że sir Walter miał lepsza wiedzę na temat koni niż my ;)  

 

 

Algir ma rację. Na dodatek konie układa się czyli szkoli (a zwłaszcza szkolono, kiedy były głównym środkiem transportu) do różnych zadań. Na koniu pociągowym nauczony jeździec da radę od biedy pojechać, bo zwłaszcza spokojny koń posłucha prostych komend (nie ustnych, ale “cielesnych”). W sumie gorzej może być w drugą stronę – koń nienawykły do 1) pracy zespołowej (jeśli pojazd jest ciągnięty przez kilka koni), 2) do zaprzęgu, może nie chcieć iść. Koń pociągowy to w dodatku zazwyczaj wałach ciężkiej rasy, który będzie mało zwrotny, mało dynamiczny, że również porównam z silnikiem. W sytuacjach wyjątkowych w zasadzie wszystko jest możliwe, niemniej musisz mieć świadomość, że to sytuacje wyjątkowe. Czyli np. jeśli Twoja karawana istotnie prowadzi luźne konie “zapasowe”, pociągowe, to dobry jeździec da radę na takim koniu coś tam bojowego wykonać, ale będzie to tak, jakby zamiast do ferrari wsiadł do poloneza i chciał się ścigać. Dobry kierowca, umiejący operować biegami i obrotami silnika, wyciśnie ze słabszego samochodu więcej niż zły kierowca z mocniejszego, ale wymaga to umiejętności. Z kolei jeśli dowódca najemników wziąłby sobie swojego wierzchowca, to nie będzie zakładał z góry, że ten koń zastąpi pociągowe. Znów: w sytuacji bez innego wyjścia jest to wykonalne, ale profesjonalna karawana czegoś takiego nie zrobi.

http://altronapoleone.home.blog

O, właśnie, jeszcze jedna kwestia: szkolenie. Mój pradziadek, przedwojenny ułan zasławski, opowiadał swoim dzieciom, jak konni szkolili piechotę. Wyglądało to tak: stał sobie oddział piechoty pod bronią, z drugiej strony szedł oddział ułanów w galopie, przed linią piechoty robili zwrot i ich omijali. Efekt był piorunujący: większość piechoty, chociaż świadomej, że to szkolenie, jeszcze przed tym zwrotem szła w rozsypkę. Trzeba było wielu takich lekcji, żeby pokonać strach na widok zbliżającego się oddziału konnych. Druga sprawa: tylko wyszkolone konie były zdolne do takich manewrów (utrzymanie linii, zwrot), w późniejszych czasach mówiło się: ostrzelane. Przykład: husaria zaczynała szarżę w luźnym szyku, tuż przed zetknięciem z wrogiem zbijali się w linię, konie szły strzemię w strzemię, łeb w łeb – dzięki temu uderzali jak wielki młot lub klin, który tratował wszystko. 

W walce konnej liczy się manewrowość, obycie i umiejętności – jeźdźca i konia. W źródłach jest na ten temat trochę informacji: np. decydująca była kwestia, z której strony zajechałeś przeciwnika (inaczej w pościgu, inaczej w walce twarzą w twarz), tzn. kto musiał wychylać się ponad łeb koński albo w którą stronę obracać się w siodle. Doświadczony fighter w pościgu walił szablą/mieczem z góry na odlew, nigdy forhendem (jak pokazują to czasem filmy, np Gladiator, gdzie w pierwszej bitwie Maximus tak ciapie gladiusem – w efekcie miecz zostaje wbity w drzewo (w prawdziwej walce zostałby tam razem z ręką ;)) itd. Dochodziła jeszcze kwestia znajomości swojej maszyny: jaki ma przebieg, jak przyśpiesza, ile pociągnie na jednym worku z owsem, jak dozować tempo jazdy, żeby nie walnęły uszczelki, jaką ma prędkość ucieczki itd. Jak zwykle: temat-rzeka ;)

 

 

Ale dowódca najemników konno tylko bada drogę przed karawaną. Nie jest kawalerzystą.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Strasznie kombinujesz... W świecie z karawanami umiejętność jazdy konnej jest podstawą bytu. A jeśli nawet ci najemnicy są głównie piechurami, to konnym zwiadowcą powinien być najlepszy jeździec spośród nich, a nie dowódca. Dowódca w ogóle nie powinien być zwiadowcą, dowódca jest od tego, żeby zdawać mu raporty ze zwiadu.

http://altronapoleone.home.blog

Bolly, ale od badania drogi są zwiadowcy, jeżeli dowódca chce głębiej spenetrować teren  – wysyła podjazd (mały oddział lub duży (w warunkach wojennych)), a najlepiej kilka podjazdów. I nie działało to tak, że chłopaki przejechali się za zakręt, wracali i meldowali: jest ok. Podjazdy szły głęboko w teren, często wracały po upływie dni (np. miały za zadanie namierzyć podjazdy przeciwnika). Dowódca może osobiście zbadać teren (np. żeby założyć obóz obronny), ale tylko w czystym (sprawdzonym) terenie i w otoczeniu osłony (nie dwóch-trzech ludzi, tylko dużej grupy).

Zobacz, jak Amerykańce podczas IIWW skasowali Yamamoto: koleś wybrał się samolotem na osobiste wizytowanie baz, jego samolot został namierzony (już wcześniej) i zestrzelony. Jego śmierć była potężnym ciosem dla Japonii.  Podobnie z każda wyprawą. Dlatego dowódca nie porusza się sam po obcym, niesprawdzonym terenie.

Algir, mam wrażenie (może mylne), że tu nie mamy do czynienia z dużym zbrojnym oddziałem, tylko niezbyt liczną eskortą, więc grupy zwiadowców czy podjazdy i wielodniowe zwiady to nie ta bajka – za bardzo się nastawiasz na warunki przemieszczania się armii ;)

 

O, znalazłam informację od OP:

 

Mamy trzy wozy kupieckie kryte płótnem, każdy zaprzężony w dwa konie.

http://altronapoleone.home.blog

Dodam, że cała karawana liczy dziewięciu ludzi, w tym sześciu z eskorty – najemników, którzy w czasach pokoju nie mają zajęcia i żeby zarobić na chleb, oferują swoje usługi kupcom podróżującym przez niebezpieczny las.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Czy ktoś zna irlandzki gaelicki? Albo zna kogoś, kto zna? Szczegółów nie podaję, bo zdradziłby sporo z fabuły tworzącego się opowiadania.

Jeżeli nikogo nie znajdziesz (nie kojarzę na portalu, ale nigdy nie wiadomo), sugeruję metodę na wielokrotnie sprawdzanego google translatora. Wprawdzie w tym celu lepiej znać choćby podstawy języka docelowego (konkretnie gramatyki), ale można poeksperymentować i bez tego.

Zasada jest taka: zadajesz gt wypowiedź, najlepiej z angielskiego, który gt ma najlepiej opanowany, po czym tłumaczysz ją zwrotnie na angielski i koniecznie na jakiś inny język. Potem próbujesz jeszcze kilka razy – jeśli znasz inne języki, to najlepiej wielojęzycznie – w obie strony. Jeśli zawsze jest mniej więcej to samo, to znaczy, że trafia dobrze. Można też potłumaczyć osobno wszystkie słówka z tego, co pokazuje, bo to czasem pozwala ustalić, gdzie jest błąd. Upierdliwe i oczywiście ze skomplikowanym tekstem może być problem, ale na prostych działa (sprawdzałam na ledwie znanych językach, dla których jednakowoż znałam gramatyczną bazę języków pokrewnych, choć również dla baskijskiego, którego gramatykę raptem liznęłam, bo potem ukradziono mi kindla z samouczkiem).  I najlepiej wyjściowe pisać jak najprościej.

http://altronapoleone.home.blog

Zakładam, że znajdzie się tu ktoś ogarniającego, z czym się je pracę w policji. Pytanie mam dość ogólne – mianowicie, w jaki sposób zaczyna się badanie samobójstw? I rzeczywiście chodzi mi tylko o sam początek, czyli jakie jednostki przyjeżdżają, jak duże, kto prowadzi takie sprawy, jakie działania się podejmuje w ciągu tej, dajmy na to, pierwszej godziny po zdarzeniu.

Zostaw ten żyrandol.

Ktoś musi to samobójstwo stwierdzić, więc jak znajdują zwłoki, jest patrol (czyli realnie pewnie ze dwie osoby – “pilnują” ciała, czekają na prokuratora) i prokurator. Nie wiem, co dalej.

Chociaż jakiś czas temu byłam na rozpoznaniu ciała, to było jeszcze dwóch śledczych, aczkolwiek nie wiem, jaka jest procedura.

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Hm, może doprecyzuję: w sytuacji, kiedy dostają zgłoszenie, że ktoś właśnie wypadł z okna, a nie w sytuacji znalezienia zwłok przypadkiem.

Zostaw ten żyrandol.

Kwestia samobójstwa też nie jest jasna od razu: nie wiadomo, czy sam wypadł, czy ktoś go wypchnął, więc podejrzewam, że sam początek wygląda podobnie.

Zgłoszenie → patrol → prokurator.

Wiem na pewno, że od razu zawiadamia się prokuratora i czeka na jego przyjazd.

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

 

Skraj tuniki rycerza na powyższym zdjęciu jest udekorowany charakterystycznymi, przypominającymi krenelaż ząbkami. Czy tak ozdobiona tunika lub sama dekoracja jakoś się nazywa? Po angielsku doszukałem się czegoś takiego, jak crenellated tunic, ale nie wiem, czy właśnie o to chodzi, bo nie wiążą się z tą frazą żadne obrazy w Google Grafice, no i potrzebne mi jednak określenie polskie. Ktoś pomoże?

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Nie wiem, czy nie chodzi ci o tabard – za wiki: krótki kaftan lub płaszcz, bez rękawów lub z krótkimi rękawami, zwykle ozdobiony herbem, noszony na zbroję. O samym wycięciu nic nie wiem.

 

Moje pytanie:

na czym europejczyk żyjący w XVII wieku mógłby skrobać notatki/robić obliczenia? Papier drogi, pergamin nawet droższy, więc ich szkoda, tablice kredowe upowszechniły się  w XIX w.,  woskowe tabliczki dla odmiany to raczej starożytność. 

None  Może jakaś wyprawiona skóra? Gliniane tabliczki? (choć to też starożytnością zalatuje) Czym on pisze te notatki? I gdzie? W drodze? W gabinecie? Jesteś pewien, że papier był tak drogi, że bohatera nie byłoby na niego stać?

W gabinecie. Stać by może go było, ale byłoby to poważne marnotrawstwo. Trochę jakby dzisiaj ktoś pisał listę zakupów na papierze czerpanym.

Wyprawiona skóra to właśnie pergamin. Znalazłem jakieś wzmianki o pisaniu kredą na łupkowych tabliczkach/dachówkach, ale nie wiem, na ile to wiarygodne.

Może papirus? W Europie go wytwarzano. Nie wiem, jak bardzo chcesz się trzymać realiów, ale papier w XVII wieku nie wydaje mi się aż takim luksusem.

None, musieli na czymś pisać i nie były to gliniane tabliczki, przecież zaczyna się nowożytność. Siedemnasty wiek to Pascal, Leibnitz, Hobbes, Bacon, Kartezjusz, Pascal, Spinoza wink

 

Edytka: Zdecydowanie arkusze papieru, w XVII wieku już nawet w Polsce funkcjonowało ze czterdzieści papierni. Zapotrzebowanie na papier było ogromne. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Na papierze. Wtedy już powszechnie używano papieru. Tabliczki łupkowe mogą być, jeśli chcesz czegoś wielokrotnego użytku.

 

PS. Tani papier produkowało się ze szmat, ale nie wiem, od kiedy. Obstawiałabym, że dość wcześnie, bo technologia chyba jest prosta.

http://altronapoleone.home.blog

Jeśli dobrze pamiętam, technologię produkcji papieru przywieźli do Europy Arabowie w XI wieku (może trochę później). W XVII był dość powszechnie dostępny – przecież już, już, a wyjdą pierwsze gazety.

Do obliczeń nadaje się też każda powierzchnia wysypana piaskiem (i patyk). Jeśli ktoś chciał zaoszczędzić, zapisywał każdy skrawek (trochę jak ja, planując teksty XD) wzdłuż, w poprzek i po obu stronach. Ale jeśli faceta stać na gabinet, stać go też na ryzę papieru. Zresztą papier od początku był produkowany właśnie jako materiał piśmienniczy.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Pierwsze “wyroby gazetopodobne” wychodzą już właśnie w XVII w. Ponadto drukowano mnóstwo broszurek, rycin i to często bardzo tanich. Także listy pisano na papierze. Technologia produkcji pergaminu jest znacznie droższa i bardziej pracochłonna, a papirus w Europie rośnie na bardzo ograniczonym terenie i nie nadaje się do produkcji masowej.

http://altronapoleone.home.blog

None, dwa krótkie linki, pierwszy – młyny papiernicze na kontynencie europejskim i w Ameryce; drugi z uwagi na wynalezienie tzw. “Holendra” w 1670 roku, maszyny przyspieszającej produkcję papieru.

*http://historiapapieru.yum.pl/europap.html

*https://sp-art.pl/2016/09/01/papier-historia-swiecie-polsce

 

Poza tym, pamiętaj że tylko do piętnastego wieku były książki rękodzielnicze, potem już druk, bo Gutenberg – to wiek piętnasty (Biblia Gutenberga była drukowana w latach 1452-1455).

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ok, dzięki wszystkim, w takim razie zostaje papier.  Jak widać, czasem człowiek niepotrzebnie kombinuje.

Jak widać, czasem człowiek niepotrzebnie kombinuje.

Czasem tak :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Jak nazwalibyście szatę kapłańską w świecie fantasy? Standardowo długa, z kapturem. Czy habit nie za bardzo kojarzy się z chrześcijaństwem? Przychodzi mi do głowy tylko: tunika, szata, habit, sutanna.

Nie przypominam sobie, aby czytał  jakieś fantasy z kapłanami w habitach, ale może mnie pamięć zawodzi ;)

 

Drugie pytanie. Dziewczyna nosi drewnianą maskę na twarzy prawie cały czas. Czym mogłaby ją podbić, aby zwiększyć komfort? Aksamit? Technologia na poziomie późnego średniowiecza, pieniądz nie gra roli.

ad 1 – Dawniej suknie była także strojem męskim, więc kapłani mogli być ubrani w suknie kapłańskie

ad 2 – Maska mogła być wyścielona milutkim krótkowłosym futerkiem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję regulatorzy

Zapomniałem wspomnieć, że chodzi mi o szaty kapłańskie dla żeńskiego zakonu, więc dla kapłanek. Nie wiem, czy suknia nie będzie się zbytnio kojarzyć na kobiecie ze zwykłą suknią.

Futerko, ok, poszukam jakiś miłych futerek :P 

W kwestii futerka pod maską – będzie ją łaskotało i trudno jej będzie oddychać (tak sądzę) :/

 

Koleżanki podpowiadają len/bawełnę?

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Zanaisie, wszak o zakonnicach w strojach organizacyjnych mówi się, że noszą suknie zakonne.

Przypuszczam, że w masce dziewczyny jest niewielki otworek/ szpara, ułatwiający jej oddychanie/ mówienie niezależnie od tego, czym wymoszczona będzie maska.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jako że nigdy nie nosiłam drewnianej maski na twarzy, nie upieram się ;)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

A po prostu długa szata? Chyba nie będziesz co chwilę powtarzał tego słowa, więc nie potrzebujesz wielu synonimów ;)

Co do maski – aksamit jest bardzo starym wynalazkiem, więc może być. Możesz go dodatkowo pokryć jedwabiem – ma ten plus, że jest chłodny i gładki w dotyku. I też jest znany od niepamiętnych czasów. Od futerka ona by się pod tą maską chyba ugotowała, zgadzam się też z kwestią łaskotania. Hełmy i tym podobne wykładano od środka wyprawioną na mniej lub bardziej miękką skórą, w zależności od zamożności posiadacza, więc to też możliwe. Niemniej jeśli to kobieta i do tego bogata, szłabym w luksusowe materiały, nawet jeśli maska nie przylega na całej powierzchni do skóry.

http://altronapoleone.home.blog

Koleżanki podpowiadają len/bawełnę?

Tu nie chodzi o typ włókna, tylko (przede wszystkim) o splot i rodzaj tkaniny. Jakiś aksamit faktycznie mógłby być, chociaż pewnie troszkę by łaskotał. Jedwabne włókno o tyle dobre, że chłodne w dotyku, wzięłabym coś miękkiego, może atłas?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Kurczę, dzięki za odpowiedzi, aż tylu się  nie spodziewałem :)

Myślę, między atłasem i satyną. Jedwab jest nie tylko przyjemny w dotyku, ale też odprowadza ciepło, jak pisała Tarnina.

Jeśli chodzi o nazwy, stosowałabym albo jedwab, albo atłas, słowo satyna jest po polsku późne i mocno popularne dziś.

http://altronapoleone.home.blog

O, to nawet nie wiedziałem. Dzięki, Drakaino :)

Pytanie do Chrościska i innych geologów, ale bez związku ze Staszkiem (he, he, he).

 

Chcę mieć tak:

  • archipelag pochodzenia wulkanicznego (na oceanie, gdzieś w miarę niedaleko może być kontynent, jeszcze nie zdecydowałam)
  • z klimatem śródziemnomorskim (cieplusio)

I potrzebuję potwierdzenia, czy:

  • będzie tam wiało jak wściekłe
  • mogę mieć lasy mgielne?

Bo nie wiem, jak będzie z wodą. Na wulkanach źródełek chyba być nie powinno, więc deszczówka. Może też murki do łapania mgły. Lasy mgielne = chmury, a chmury = deszcz. Ale z drugiej strony grzbietu będzie cień opadowy, czyli sucho, nie? Więc tam las nie urośnie, a co z ludźmi? Będą mieszkać tylko z tej strony wyspy, na której pada? Ale jeśli wieje z obu kierunków, to nie będzie jednej strony mokrej i drugiej suchej, tylko obie mokre.

Argh, ta geografia :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Nie jestem Chrościskiem, ale mam spore pojęcie i mnóstwo materiałów o jednym takim – choć mocno rozsypanym w dalekie odległości – archipelagu, mianowicie Św. Helena – Ascension – Tristan da Cunha. Wiem, że wściekle wieje. Zabudowa tam, gdzie się w ogóle da ze względu na ukształtowanie terenu. Co do wody musiałabym poszukać. Bujna roślinność na przynajmniej części wyspy.

http://altronapoleone.home.blog

Ooo...

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Btw nieoceaniczne to znam z autopsji bardzo dobrze archipelag wysp tyrreńskich, jakby co. Ale zastanawiam się post factum, czy Ty pytasz o archipelag z czynnymi wulkanami, czy niekoniecznie? Choć akurat na Morzu Tyrreńskim są czynne wulkany, z czego Stromboli to wulkan-wyspa.

http://altronapoleone.home.blog

Wulkany nie muszą być czynne, choć mogą. Ale równie dobrze może być kilka czynnych, a kilka wygasłych. Wolałabym jednak takie wyższe, nie typu hawajskiego, więc archipelag z plamą gorąca (która się przesuwa, tworząc nowe wyspy, a zostawiając z tyłu stare) chyba nie pasuje.

Z tego, co wiem, na wyspach wulkanicznych czynnikiem ograniczającym rozwój roślin jest właśnie woda – gleby są dobre, tylko sucho.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Ok, trochę już minęło, więc pewnie już sama poszukałaś, ale oto co udało mi się wygrzebać: zasadniczo to zależy.

 

Zależy, jaka duża wyspa, jaka stara, czy wulkan aktywny, jakie morze dookoła. Ja wiem, pomocne.

Co do wiatrów – wieje wtedy, kiedy pojawia się różnica ciśnień, zwykle na skutek znaczącej różnicy temperatur. Na wyspach zwykle wieje, bo woda i  ląd różnie się nagrzewają. Ale jeśli morze jest bardzo ciepłe (ciepłe prądy, aktywne kominy termiczne), to różnice mogą być mniejsze, szczególnie jeśli mowa o względnie stałym klimacie – bez gorących lat i ostrych zim. To i wtedy wieje mniej.

Lasy mgliste występują między zwrotnikami, wiec klimat śródziemnomorski raczej odpada. Wymagają bardzo specyficznych warunków – bardzo mokro, ciepło i duża różnica wysokości.

Co do wody. Na dużej, starej (znaczy, kilka milionów lat) wyspie bez dużej aktywności wulkanicznej mogą powstać źródła. Martwe rośliny tworzą glebę, gleba z czasem tworzy skały osadowe, które tworzą warstwy wodonośne. W dziurach i zagłębieniach zbierają się jeziorka wody deszczowej. Nawet na mniejszych wyspach z regularnymi opadami (a na wyspach bywają one spore) mogą powstać jeziora i rzeki. 

Cień opadowy – jasne, ale mówimy o jednej górze otoczonej wodą, a nie łańcuchu górskim z morzem po jednej stronie i lądem do drugiej. Chmura może nadejść z dowolnej strony – chyba, że coś innego (inne masy lądu, prądy morskie – będzie sprawiało, że zawsze nadchodzić będzie z tej samej.

 

Kurczę, wszystko zależy :( Ale widziałam fajne zdjęcia Madery i Kanarów, gdzie lasy mgliste są. No, poszperam jeszcze.

Dzięki!

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Lasy mgliste występują między zwrotnikami, wiec klimat śródziemnomorski raczej odpada.

widziałam fajne zdjęcia Madery i Kanarów, gdzie lasy mgliste są

 

Zwłaszcza Madera, ze względu na położenie na Atlantyku, ale i szerokość geogr., ma klimat raczej podzwrotnikowy niż śródziemnomorski (32 równoleżnik), a lasy mgliste potrzebują głównie specyficznych warunków.

Lasy mgliste widziałam w strefie międzyzwrotnikowej, gdzie spędziłam kawałek życia, ale podobne zjawisko kojarzę również ze zdjęć wysp atlantyckich (choć wspomniana Św. Helena jest w strefie zwrotnikowej, o dziwo).

http://altronapoleone.home.blog

Hmm, no, dobra. Na czynności wulkanów za bardzo mi nie zależy, tylko tych lasów szkoda. Może coś tu zmienię...

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tarnino, jak masz pytanie do mnie, to trzeba dać znać, bo ja tu rzadko zaglądam.

 

Wracając do meritum, mapka położenia lasów mgielnych jest tutaj: 

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/2/26/Cloud_forest_world_distribution.jpg

Wybieraj, czego dusza zapragnie.

Jak masz lasy mgliste, to będziesz mieć też mnóstwo wody, bo ilość wody jest pochodną ilości opadów. Więc bez względu na typ podłoża, jak dużo pada, to jest dużo wody.

Czy będą źródełka... jak będzie lita skała wulkaniczna to niewiele, ale zawsze jakiś szczelinowe się może trafić, jak lita skała będzie miała jakąś pokrywę zwietrzelinową, to ta woda chętnie będzie się pod nią gromadzić, i prędzej czy później wypływać na powierzchnię. Mnóstwo możliwości.

 

Co do wiatru, generalnie w strefie międzyzwrotnikowej wieje słabo... chyba że akurat przejdzie huragan albo tajfun. Najmocniej wieje w strefach umiarkowanych i subpolarnych.

 

Co do Madery, o ile nie potrzebujesz lasów mgielnych sensu stricto, a jedynie lasy, gdzie czasem jest mgła, to może się nadawać. Są wiatry, bo jest tam Prąd Zatokowy. Jest bardzo zmienna pogoda. Klimat zbliżony do śródziemnomorskiego, acz chłodniejszy i nieco bardziej wilgotny.

Na Maderze jest słynny ultramaraton. Kilku znajomych tam startowało, i opowiadali, że w trakcie jednego dnia, mieli po jednej strony wyspy Morodor, a po drugiej Śródziemie, i bardzo narzekali ta te nagłe zmiany pogody, w zależności od wysokości oraz położenia na wyspie.

Na Kanarach to nie wiem. Byłem na Lanzarote i się nie nadaje, bo jest za sucho i praktycznie nie ma lasów. Ale te wyspy bardziej na południu już mają inny klimat, więc kto wie.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Hmm. Dzięki. Chyba coś w tym klimacie pozmieniam. Podoba mi się to, co powiedziałeś o Maderze, będę szukać w tym kierunku.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Jak na polski przerobić pojęcia “soft/hard docking” i “spacecraft berthing”? Zastanawiałem się nad miękkim/sztywnym dokowaniem i zaczepieniem – ale zastanawia mnie czy funkcjonuje tutaj jakieś usystematyzowane nazewnictwo. Chyba że klasycznie mamy tutaj Poland cannot into space ;)

Myślę, że twarde/miękkie dokowanie – przez analogię do lądowania. A to drugie to w ogóle nie wiem, o co chodzi. Cumowanie?

Babska logika rządzi!

Cumowanie?

Tak bym to dokładnie przetłumaczył. “Spacecraft berthing" to niesamodzielne zadokowanie statku przy użyciu np. ramienia-robota stacji. “Berthing” w mowie Szekspira znaczy generalnie “cumowanie”.

Tak samo z twardym/miękkim dokowaniem.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Tutaj mamy artykuł posługujący się terminami “miękkie” i “twarde” dokowanie, więc można chyba przyjąć,  że to już utarte zwroty.

Piękne dzięki :) Wychodzi po raz kolejny mój skrzyw w stronę języka Szekspira – poza sporadycznie odwiedzanym Kosmonauta.net praktycznie wszystkie newsy spoza atmosfery śledzę po angielsku...

Jestem świeżo po Stephensonowej książce "7ew" gdzie jest dużo, właśnie cumowania do ISS. Cumowanie więc jest chyba dobrym określeniem.

Known some call is air am

Ponowne dzięki :) Opowiadanko dzisiaj kończy jako pierwszy draft, dam temu poleżeć kilka dni i będę słał na konkurs (PFFN – kończy się w poniedziałek, ale wklejam na wypadek gdyby ktoś miał lepsze tempo od mojego ;) )

I wybaczcie mi tutaj skok z tematu na temat i to jeszcze na głębokie, ryzykowne wody... Ale chciałbym spytać o jakiś przykład powieści fantasy z sensownie napisaną parą lesbijską. Przy czym od razu wyjaśniam, co rozumiem jako “sensownie napisana”; preferowałbym brak/sporadyczność scen łóżkowych i twardej erotyki. Chciałbym raczej zajrzeć w głowę takiej pary i sferę uczuć i więzi je łączących.

Że zaryzykuję – domyślam się, że taka para wiele nie różniłaby się pod tym względem od pary hetero, ale akurat w tym wypadku chciałbym zrobić porządny research, wiedząc że wprowadzając taki wątek do swojego tworu wchodzę na pole minowe przy którym była Jugosławia jest placem zabaw dla dzieci przedszkolnych...

Oprócz jakichś tam motywów we “Friday” Heinleina, nie potrafię sobie niczego innego przypomnieć.

Known some call is air am

“Friday” to przede wszystkim było przedstawienie poliamoryzmu oraz biseksualizmu. Bardzo topornie, ale jednak. 

 

Astraph, przede wszystkim poszukaj literatury oraz filmów z takimi motywami, np. serial “The L Word”, sequelu nie znam, więc nie wiem czy polecać, ale na pewno warto też sprawdzić. Fakt, jest tam sporo erotyki, ale myślę, że pod tym względem nie ma co się ograniczać, bo w końcu wyłuskujesz coś dla siebie. O wiele lepsze niż powieści w tym przypadku, będzie szukanie reportaży etc. 

 

Dzięki za wszystkie wskazówki :) Będę próbował za nimi podążyć, zobaczymy co z tego wyjdzie.

Na pewno coś wyjdzie, w końcu wiele materiałów jest dostępnych :) Warto poszukać wśród wyróżnionych nagrodą literacką Lambda. Pisarką, która od razu mi przychodzi do głowy jest Jeanette Winterson – jej powieści są dostępne po polsku, ale raczej w antykwariatach. Polecam, bo to świetna autorka i jedna z moich ulubionych w ogóle. Identyfikuje się jako lesbijka, a jej powieść “Orange is Not the Only Fruit” ma elementy autobiograficzne. Myślę, że też możesz spokojnie zajrzeć do podręczników seksuologicznych w których pojawia się rozwój psychoseksualny osób nieheteronormatywnych, mamy nawet polski podręcznik “Wprowadzenie do psychologii LGB” (tak, tylko LGB, ponieważ dotyczy osób homoseksualnych i biseksualnych, bez transpłciowości). 

Ok, niezbyt liczę na powodzenie, ale spróbować zawsze warto: czy zna się ktoś/ma materiały na temat demonologii/mitologii łotewskiej? :D 

XD

www.facebook.com/mika.modrzynska

Arnubis, poszukaj:

Sacrum. Obraz i funkcja w społeczeństwie średniowiecznym.

Życie codzienne Prusów i Jacwięgów w wiekach średnich. Ł. Okulicz

Słowianie zachodni. Dzieje, obyczaje, wierzenia W. Bogusławski (jest kilka tomów).

 

Dwie pierwsze pozycje miałem w rękach – szczególnie polecam Życie codzienne Prusów...

Dzięki Algir, poszukam.

No Słowianie mnie w tej sytuacji niezbyt interesują. A szkoda, byłoby dużo łatwiej o źródła. Generalnie z tego co grzebię, to o łotewskiej mitologii jest naprawdę mało źródeł. Próbuję opierać się też na wierzeniach litewskich, które są chyba najbliższe i nieco więcej o nich można znaleźć. Prusowie to już też chyba trochę się różnili, a i o nich mało źródeł. Polecana przez Algira książka niezbyt pomogła. W każdym razie – dzięki, może po to sięgnę.

Może się mylę, ale chyba nie do końca precyzyjnie się wyrażasz – Łotysze to nazwa współczesnego narodu, nie istnieli w czasie, w którym mogli stworzyć własną mitologię (tak samo jak nie bardzo jest mitologia polska, a raczej słowiańska). Nie powinny Cię bardziej interesować więc wierzenia ludu zamieszkującego ziemię Łotwy w średniowieczu – Prusów? EDIT: tzn. jeżeli dobrze zrozumiałem pytanie, bo jeżeli poszukujesz informacji o ludowych wierzeniach Łotyszów, to mea culpea. W każdym razie temat będzie trudny – bo literatura jest w większości w mało przystępnym języku.

Tak, wiem, że Łotysze to współczesny naród. Ale wcale nie pochodzą od Prusów – ci zamieszkiwali raczej teren obecnego Warmińsko-Mazurskiego i okolice. Dalej byli Jaćwingowie, Litwini i w końcu plemiona od których pochodzą współcześni Łotysze – “Współczesny naród łotewski powstał z połączenia ugrofińskiego plemienia Liwów z bałtyckimi plemionami Zemgalów, Zelów, Kurów i Łatgalów“

Tutaj masz mapkę, ładnie pokazującą mniej więcej tereny konkretnych plemion

Tylko że na znalezienie źródeł na temat wierzeń Liwów, Zemgalów, Zelów, Kurów i Łatgalów nie ma żadnych szans, w ogóle źródła historyczne na temat wierzeń ludów bałtyckich są bardzo, bardzo ubogie. Dlatego pozostaje bardziej kwestia grzebania w folklorze łotewskim i ich próbach rekonstrukcji mitologii (często pod wpływem bliskich im pod tym względem Litwinów, o których jest trochę więcej źródeł).

To może poszperaj w wierzeniach ludów ugrofińskich oraz bałtyckich i dokonaj ekstrapolacji?

Legendy bałtyckie: https://www.sacred-texts.com/neu/index.htm#baltic (fińskie są trochę niżej).

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Jak sięgniesz dostatecznie daleko, to wierzenia prusko-bałtyckie będą wspólne (jeszcze dalej będą wspólne ze Słowianami, bo te pnie się stosunkowo “niedawno” rozeszły). Tym Kurom i pozostałym chyba jednak będzie bliżej do Prusów i Jaćwingów, niż do Ugrofinów, ale w zasadzie powinnam się zamknąć, bo archeologia wczesnego średniowiecza była tym jedynym egzaminem, który oblałam i to z przytupem, bo dwa razy :D

http://altronapoleone.home.blog

Słuchajcie, taka sytuacja: ok. 1870, środkowy zachód (dokładniej pogranicze Dakoty i Montany), liche miasteczko jak z westernu. Jakie tam może dominować wyznanie (albo jaki urzęduje pastor) – metodyści, prezbiterianie, baptyści? I czy wzywa się takiego pastora z olejami do umierającego?

No idea, ale protestanci z sakramentów uznają tylko komunię, chrzest i ewentualnie małżeństwo, więc wzywanie z olejami raczej nie jest w zwyczaju.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Właśnie w niektórych odłamach jest, choć jako obrządek, nie sakrament.

O, dzięki! Bardzo bogate dane. Wszystko wskazuje na metodystów.

Tarnina znów nie kuma samochodów. Potrzebna mi awaria taka, żeby:

  • trzeba było stanąć w szczerym polu (no, do wioski jeszcze się dotoczą, nich im będzie)
  • i dalej ni hu-hu nie pojedzie
  • a normalna naprawa byłaby trudna/czasochłonna
  • ale jest jakieś obejście (potrzebuję tego koniecznie, bo jedno z bohaterów ma tutaj udowodnić, że ma jakieś synapsy)

Ma ktoś jakiś pomysł?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

ale jest jakieś obejście (potrzebuję tego koniecznie, bo jedno z bohaterów ma tutaj udowodnić, że ma jakieś synapsy)

 

Obejście czego, konkretnie? Że jednak da się naprawić, czy może da się naprawić, bo bohater potrafi tym synapsami czy czymstam coś zrobić?

Known some call is air am

Obejście w sensie szybsza i prostsza metoda naprawy, niekoniecznie wskazana z punktu widzenia mechaników, ale taka, żeby dojechało. Plan B mam taki, żeby mniemana idiotka okazała inteligencję, znajdując warsztat na wiosce, ale chcę zbadać inne opcje.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Gdyby uszkodzony został alternator, to nie umiałaby ruszyć z powodu rozładowanego akumulatora. Ale żeby ruszyć i dojechać z zepsutym alternatorem musiałaby mieć jakieś źródło zasilania, żeby podładować akumulator i się jakoś dotoczyć do punktu docelowego.

Known some call is air am

Mnie na amen unieruchomiło kiedyś w lesie spalenie (zatarcie) silnika, choć samochód regularnie oddawałam na przeglądy. Objawy: do ostatniej chwili silnik pracował normalnie, coś tam turkotało, ale nie zwracałam uwagi, zwolniłam i postanowiłam, że, gdy dojadę będę musiała znaleźć jakiś warsztat, aby zobaczyli, co się dzieje. Nie dane mi było, bo silnik stracił moc, a spod maski zaczęło dymić. Lekko, coraz bardziej, mocniej. Stanęłam i wyskoczyłam z samochodu. 

Samochód unieruchomiony. Wracałam na lawecie. Naprawa – wymiana silnika. Podejrzenie padło na markowaną od kilku przeglądów wymianę oleju w warsztacie.

 

Mniej spektakularna była na autostradzie. Zepsuł się wskaźnik paliwa, a że kumpel każdy bak wyjeżdżał do końca, to tak się to skończyło. Silnik stracił moc i zgasł z powodu braku benzyny. Skończyło się na spacerze do najbliższej stacji benzynowej, pięć kilometrów, dobrze że tylko tyle. Potem pojechaliśmy dalej. Przedtem trochę wariował wskaźnik paliwa, więc mi mądrala udowadniał, że nie może to być taka prozaiczna przyczyna. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Tarnino, ja proponuję padnięty akumulator. Niby prosta sprawa, a jednak upierdliwa. Akumulatory, jak to wszystkie baterie, po pewnym czasie dokonują żywota. Często bez ostrzeżenia. Ekipa bohaterów wyrusza w trasę i, przypuśćmy, zatrzymuje się gdzieś po drodze, albo kierowca przypadkowo ,,dusi" silnik. W każdym razie samochód gaśnie i już się nie odpala – rozrusznik rzęzi i tyle. Wysyłają posłańca, który wraca z uczynnym tubylcem i odpalają za pomocą kabli od jego wozu. Mogą jechać dalej, ale bardzo możliwe, że ten manewr nie uda się drugim razem, jeśli akumulator faktycznie padł. Trzeba go wymienić, a nie jest powiedziane, że w wioskowym  warsztacie będą mieli akurat odpowiednią baterię. A gdybyś chciała dodatkowo uprzykrzyć im życie, może się okazać, że po wymianie akumulatora problem nie ustępuje -  może się okazać, że to nie bateria, a jakiś kabelek na alternatorze odmówił posłuszeństwa i nie ładuje jak należy – ale jeśli interesują Cię detale, podpytaj kogoś, kto ma większe pojęcie ode mnie. Sam jestem laikiem, podobny problem znam z własnego doświadczenia (potrafię tylko sparafrazować klasyczkę: ,,Kable. Kable były złe”).

Ach, no i jeszcze kwestia tego, że jeden z bohaterów ma tutaj błysnąć na tle innych. Nie wiem, czy zdiagnozowanie problemu (że to elektryka) i pomysł ze ściągnięciem pomocy do odpalenia samochodu czyni go błyskotliwym, ale jeśli nie masz względem niego wysokich wymagań, to może wystarczy :)        

No i wystarczy połączyć padnięty akumulator z wadliwym alternatorem :) Wymiana alternatora to już grubsza sprawa, ale da się jechać do warsztatu, jeśli podładuje się akumulator.

Known some call is air am

Kiedyś zaparkowałem na stacji paliwowej, zrobiłem zakupy, wsiadam do auta, przekręcam kluczyk – kontrolki świecą, ale silnik nie odpala. Co jest? Na tej stacji pracował mój znajomy (fanatyk motoryzacji, najgorzej) – przyszedł, popatrzył i mówi: Pompka paliwowa się zawiesiła. Naprawa była bardzo szybka i efektowna: znajomy podniósł tylne siedzenie (wystarczy złapać za brzeg i pociągnąć w górę) i odsłonił tę całą pompkę (w oplu corsa jest zakryta klapką, którą należy zdjąć/odchylić). Następnie kilka razy stuknął zwykłym kluczem w tę pompkę i powiedział: Spróbuj! Przekręciłem kluczyk i samochód odpalił. Znajomy skomentował: Pompka się zawiesiła i nie dochodziła waha. Parę dni później dla świętego spokoju wymieniłem pompkę w warsztacie naprawczym. Taka to historia.

Też się nie znam na samochodach. Kiedyś czytałam gdzieś, że pękniętą dętkę w rowerze można wypchać sianem i w ten sposób jakoś dotrzeć do domu. Może, gdyby im dwie opony poszły, to coś takiego? Ale nie mam pojęcia, czy to zadziała w samochodowych. Bo jednak grubość opon całkiem inna, ciśnienie też, no i jak oni to koło napompują? Przecież nie nadmuchają ani nie napierdzą... Prędkość też inna, czy to siano by się aby nie zapaliło?

A tak po prawdzie, to nie wiem, czy w rowerze to by zadziałało.

Może ta kobieta, która ma się wykazać, nakleiłaby łatę przy pomocy lakieru do paznokci?

A może coś z wodą w chłodnicy – jeśli zabraknie, a nie ma pod ręką destylowanej, wrzucić tam lód z lodówki turystycznej?

Babska logika rządzi!

Bohaterowie mogą jechać, zatrzymać się i wyłączyć silnik z jakiegoś powodu, a następie przy próbie uruchomienia, świecą się kontrolki ale rozrusznik nie kręci, cisza, więc klapa, nie odpali. Zawieszone szczotki rozrusznika. Jeśli “blondynka” kiedyś widziała jak ktoś stuka młotkiem w rozrusznik i auto odpala, może tym błysnąć. Szczotki są już na tyle wyeksploatowane ( starte i przez to za krótkie),  że nie dochodzą tam gdzie powinny i uderzenie młotkiem w obudowę rozrusznika powoduje że wskakują na odpowiednie miejsce.

"Nic mnie nie zmusi dzisiaj do biegania, mimo wszystko znów zasiadam zaraz do pisania."

Hmm... zasadniczo bohaterowie mają być w miarę dobrzy w samochodach (więc problem wywołany zaniedbaniem odpada), a przypadkowa towarzyszka podróży – zatrzeć różowo-granolowe pierwsze wrażenie. Trochę ;)

    Zepsuł się wskaźnik paliwa, (...) Silnik stracił moc i zgasł z powodu braku benzyny.

W sumie dopiero co tankowali... chociaż mogłabym poprzesuwać chronologię.

    może się okazać, że to nie bateria, a jakiś kabelek na alternatorze odmówił posłuszeństwa i nie ładuje jak należy

To mi się podoba, ale dziewczę nie ma błyskać wiedzą, tylko logicznym myśleniem.

    No i wystarczy połączyć padnięty akumulator z wadliwym alternatorem :) Wymiana alternatora to już grubsza sprawa, ale da się jechać do warsztatu, jeśli podładuje się akumulator.

Oooo...?

    Pompka paliwowa się zawiesiła.

Chyba zbyt techniczne, niestety.

    nakleiłaby łatę przy pomocy lakieru do paznokci?

Nie wiem, czy to wytrzyma (mają dojechać do celu na czas, mogą się spóźnić troszkę, ale oni tam jadą do pracy).

    A może coś z wodą w chłodnicy – jeśli zabraknie, a nie ma pod ręką destylowanej, wrzucić tam lód z lodówki turystycznej?

Chłodnica brzmi dobrze, chociaż lodówki turystycznej nie mają. Panna ma zapas mineralki, ale – kamień. A nie jest to znowu sytuacja, w której unieruchomienie równałoby się śmierci.

Dzięki. Jeszcze pogrzebię za pomysłami, zwłaszcza powiązanymi z akumulatorem.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tarnino, może to Ci się do czegoś przyda: kiedyś bardzo chciałam rozmontować coś poskręcanego dziwnymi śrubkami. Nie proste, nie krzyżakowe, nie imbusowe, tylko takie z dwukropkiem. Oczywiście, nie mam takiego śrubokrętu. Widelec słabo się sprawdzał, bo one były schowane w dołkach. Jak się okazało, doskonale zadziałała wsuwka do włosów. :-)

Tylko nie wiem, czy w samochodzie są gdzieś takie dwukropkowe śrubki.

Babska logika rządzi!

Tarnino, dawno temu w maluchu padł mi właśnie sugerowany przez Outta Sewer alternator. Na tyle wrednie, że raz ładował a raz nie. Coś ze szczotkami to było, może się wytarły do końca. Wracałam z Płocka do Łodzi. Już nie pamiętam, w którym dokładnie miejscu się zorientowałam, że będzie źle (braknie zasilania na iskrę bodajże, ojciec mi wytłumaczył, ale to 20 lat temu było). Dotarłam do Zgierza. Nie wiem, czy to było 30 czy 50 kilometrów na samym akumulatorze lub z lekką pomocą tego wadliwego alternatora.

Cały trick polegał na tym, żeby wiedzieć, co się dzieje i wyłączyć tyle świateł, ile się dało. W nocy. Może to byłoby najprostsze – zero mechaniki, jedynie zgadywanka, co to i logiczne postępowanie. Niech dziewczyna zrezygnuje ze wszystkiego, co prąd żre i się dotoczą do wiochy.

O ile w dzisiejszych samochodach to jeszcze zadziała…

Z mojego nieszczęsnego doświadczenia: padnięty rozrząd (zerwany pasek lub łańcuch, w zależności od modelu silnika). Nie pojedzie. Co więcej – jeśli odruchowo zgasisz, a następnie odpalisz po pierwszych znakach awarii (brzęk pod maską, niewchodzące biegi), to cały silnik się rozleci. Nic się na to łatwo nie da poradzić, ale jest obejście i to relatywnie szybkie i łatwe, aczkolwiek kosztowne: wymiana silnika, np. na używany ze szrota. Jeśli nie zgasisz, jest szansa, że wystarczy wymienić pasek/łańcuch. (Przerabiałam to 2 tys. kilometrów od domu, mogę opowiadać anegdoty o firmie ubezpieczeniowej).

http://altronapoleone.home.blog

@Drakaina – rozrząd to gruba sprawa. Naprawić łatwo się nie da, a może, jak pisałaś, uszkodzic cały silnik. Wymiana silnika to już jest w ogóle kosmos – musisz mieć kanał, narzędzia, podnośnik łańcuchowy itd. To jest poważna awaria. Alternator albo sam akumulator to chyba najprostsze opcje. Pada akumulator, bo alternator nie ładuje, świeci się kontrolka. Ładujesz prostownikiem akumulator u jakiegoś usłużnego autochtona w wiosce (dziewczyna może błysnąć, zagadując lokalsa i uzyskując pomoc) i dajesz radę dojechać do mechanika na diagnozę i wymianę/regenerację.

@Finkla – wsuwki dobrze się sprawdzają przy wypinaniu pinów z kostek samochodowych wiązek elektrycznych :)

Known some call is air am

Czyli stawiamy na elektrykę ze szczególnym uwzględnieniem alternatora. Chyba mam się już o co zaczepić.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Czyli stawiamy na elektrykę ze szczególnym uwzględnieniem alternatora.

Trochę to banalne. Poza tym bez alternatora na nowym akumulatorze samochód sporo ujedzie. Padnięty akumulator nie będzie wyzwaniem.

Szedłbym w komputer. Każdy samochód już takowy ma, a im dalej w przyszłość, tym bardziej zaawansowany. Nawet dobry mechanik samochodowy może nie znać się na elektronice. Więc masz kumatych mechaników, którym się włącza “engine check” potem robi się error i niezbyt sobie z tym radzą. A wtedy wchodzi Twoja blondyna z interfejsem diagnostycznym, wpina się i robi, co chce. 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Musiałaby mieć przy sobie ten interfejs diagnostyczny i złącze dedykowane pod markę samochodu. Jeśli to jej auto, to może mieć, jeśli nie to raczej ciężko. No, chyba że blondynka ma w swojej torebce wszystko :)

Known some call is air am

Musiałaby mieć przy sobie ten interfejs diagnostyczny i złącze dedykowane pod markę samochodu.

Ja wożę u siebie w samochodzie w schowku. A złącza są już teraz w większości uniwersalne.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

jestem w stanie sobie wyobrazić, że niedługo będą aplikacje na telefon, robiące taką diagnostykę i jakieś złącze nano-usb ;)

Ale to nie jest historia o samochodowej superbohaterce, tylko bardziej film drogi XD bez Bogarta, Afryki, krokodyli, romansu i przemytników devil

No, chyba że blondynka ma w swojej torebce wszystko :)

Chciałabym zdementować sąd, że damskie torebki to technologia Władców Czasu XD

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Outta, a jest warunek, że muszą sobie poradzić sami? Bo założyłam, że niekoniecznie, stąd pomysł z rozrządem – auto unieruchomione, ale mechanik poradzi ;)

http://altronapoleone.home.blog

Taa, diagnostyka, wpięcie i apka. ;-) Będzie działało jak wszystko teraz. W prostych i kluczowych sprawach wskaże, w jakim układzie jest problem. I co z tego? Nic, auto unieruchomione i do warsztatu trza zaciągnąć, bo komputer, aby specjaliści pochylili się nad nim bardziej, a oni też mają kłopot, już nie wspominając, że za bardzo polegają na wskazaniach diagnostycznych. Dwa lata bujałam się z włączającym w nocy alarmem. W końcu sama zaślepiłam, za  poradą kumpli,  gumą do żucia, bo już miałam serdecznie dość. I jestem „za” technologią – zawsze, ale beztroska pomysłów skierowanych na łatwo i przyjemnie oraz model biznesowy  zaczyna mnie przerażać, bo nie jest ani łatwiej, ani przyjemniej.

Na każdą umowę uzgadnianą onlinowo, czy telefonicznie (niby krócej) odbieram z pięć rozmów później w idiotycznych porach dnia jeszcze niekiedy muszę napisać pismo i wysłać, tak, pocztą polską. Tracę więcej czasu i powtarzam jak papuga ustalenia. Zaczęłam już sobie wszystko zapisywać, bo o ile swoje ogarniam to rodziny już nie – za dużo szczegółów, danych. Chronię się niemożliwie, przewidując to, co będzie, gdy mnie (odpukać)  zabraknie albo coś wyłączy. Tyle.

Alternator zdaje mi się słabym rozwiązaniem, bo bardzo typowe, ale wszystko zależy od sytuacji i bohaterów. Miałam ostatnio przypadek przekręcenia (nieostrożnego) wajchy z automatu na inny tryb i naturalnie akumulator wyładował  się i nie obyło się bez pomocy w uruchomieniu, a potem musiałam trochę pojeździć, aby go naładować. Teraz trzy razy sprawdzam, czy wszystko ok, zakładając okulary. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Typowość byłaby wadą, gdybym chciała pokazać coś o samochodach, ale chcę pokazać coś o ludziach w określonej sytuacji. Wolałabym tylko tego nie zrobić tak, że się zmotoryzowani załamią :D

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Nowa Fantastyka