- Hydepark: Wzajemna pomoc merytoryczna przy pisaniu opowiadań

Hydepark:

inne

Wzajemna pomoc merytoryczna przy pisaniu opowiadań

Przy tworzeniu historii często bywa tak, że by opowiedzieć coś przekonująco, musimy poszerzać swoją wiedzę. Niejednokrotnie jednak okazuje się, że nie ma gdzie szukać – bo wikipedia nie wystarcza, a nie chcemy ufać anonimowym ludziom z anonimowego forum. Tak się jednak składa, że jest nas tutaj niemało i każdy zna się na czym innym, dlaczego więc nie możemy pomagać sobie wzajemnie?

Jeżeli macie problem z jakimś zagadnieniem – napiszcie tutaj. Może znajdzie się jakiś mechanik/lekarz/geograf/historyk/prawnik/elektryk/fizyk/etc. A może ktoś z nas po prostu – mimo odmiennego wykształcenia i zainteresowań – ma jakieś doświadczenia, które okażą się przydatne?

By jednak zachować ten temat w porządku, chciałbym, by wszelkie dłuższe dyskusje dotyczące określonego zagadnienia albo przenosiły się na drogę prywatną, albo (moim zdaniem lepiej!) byście założyli osobny temat poświęcony danemu zagadnieniu. I tak, jeśli chcecie poszerzyć swoją wiedzę dotyczącą funkcjonowania czarnych dziur i wyjdziecie poza ramy formuły pytanie-odpowiedź, dyskusja się rozwinie – pędźcie założyć osobny temat :)

Komentarze

obserwuj

Czy osoby niewidome mogą być wciąż wrażliwe na światło? Pytam, bo mam niewidomego bohatera, który wprawdzie nie widzi samego światła, ale nadal potrafi wyczuć jego intensywność i nie wiem, na ile  jest to możliwe.

Hm. Myślę, że przede wszystkim trzeba odpowiedzieć na pytanie, w jakim gatunku tworzysz. Jeśli piszesz magiczne fantasy, to różne rzeczy tam przejdą.

Jeśli natomiast piszesz bardziej bazując na realizmie, to sprawa jest złożona. :p

Droga od przeniknięcia światła przez rogówkę do zobaczenia tego światła jest długa i może się popsuć w każdym elemencie. Jeśli chodzi o oko, to kluczowym elementem jest siatkówka, która odpowiada za widzenie barwne ale także posiada receptory pozwalające widzieć jej w niemal zupełnej ciemności przynajmniej monochromatyczne kontury. Jeśli oko jest uszkodzone przed siatkówką, tj. nieszczęśnik choruje na zaćmę, na jaskrę, itd, to taka osoba będzie ślepa, ale będzie widziała światło. Jeśli wyłupiesz mu oczy albo uszkodzisz siatkówkę, to nie będzie widział światła, bo pozbawisz go odpowiednio aparatu dostarczającego bodźce do receptora i samego receptora.

Fajnie zaczyna robić się dalej. :3 Droga wzrokowa, jaką neurony tworzą w mózgu, jest całkiem długa i kończy się w korze mózgowej... na potylicy. W każdym miejscu tej drogi może dojść do jej uszkodzenia, co będzie skutkować za każdym razem nieco innym rodzajem ślepoty, bo drogi nerwowe z obu oczu krzyżują się. Trzeba również pamiętać, że oko i siatkówka to tylko narzędzia, a patrzy się właściwie mózgiem – czyli oczy mogą być nawet sprawne, ale jeśli mózg nie potrafi zinterpretować docierających do niego bodźców, osoba i tak będzie ślepa.

Tak, ale Ajzan pyta o jakąś bardziej skomplikowaną kwestię – jeśli zrozumiałem dobrze, to jej bohater ma nie widzieć światła, ale wyczuwać jego intensywność. A tu się pojawia istotny problem, bo widzenie jest sposobem w jaki mózg interpretuje bodźce z receptorów. Więc jeśli bohater ma chociaż trochę sprawne receptory będące w stanie odebrać bodźce o intensywności światła i przekazać je do mózgu, no to ten, bohater będzie te światło widział. Więc ja bym spróbował rozegrać to częściową ślepotą, która ograniczyłaby się do rozróżniania jasno-ciemno i ewentualnie proste kształty, to by było chyba najbardziej zbliżone do efektu jaki chce uzyskać Ajzan. Ale bez jakiegokolwiek widzenia nie da się obejść.

Moim zdaniem nie da się nie widzieć światła a jednocześnie widzieć jego intensywność. Czopki na siatkówce pozwalają widzieć nawet bardzo słabe światło, tym bardziej intensywne światło byłoby zauważalne. Na moje to jest sprawa zero-jedynkowa – widzisz światło albo go nie widzisz.

No ja się w pełni zgadzam. 

Ajzan, sprawdź wyobrażenia surogatowe, może znajdziesz tam coś, co Ci się przyda. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Pisząc poprzedni komentarz, zdawałam sobie sprawę, że rodzaj ślepoty może mieć znaczenie. Opowiadanie, nad którym obecnie pracuję, to fantastyka a niewidomym od urodzenia bohaterem jest młody bóg. Nie planowałam, aby jego ślepota miała jakieś magiczne wyjątki.

Bardzo dziękuję wszystkim za informacje. W tym przypadku chodziło mi o całkowitą utratę wzroku, czyli wyczuwanie światła poza ciepłem nie wchodzi w grę. Na szczęście opowiadanie dopiero zaczęłam, więc nie muszę wiele przerabiać.

Sprawdziłam wyobrażenia surogatowe, Asylum. Mogą się przydać. Dzięki. ^^

Wiesz, w przypadku Hoda wystarczy, żeby nie odróżniał, kto przed nim stoi. Nie nerwuj się ;)

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Czy wie ktoś, co oznacza słowo “superunek”? Jak jeździłam na wieś, to wujkowie mówili tak na coś w lesie/na polu ale nie pamiętam, co to dokładnie było, a w goglach nic za bardzo nie mogę znaleźć na ten temat. 

A jesteś pewna, że to nie idiolekt Twoich wujków?

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Na mój, przepraszam za wyrażenie, rozum – superunek to chyba coś ekstra, coś specjalnego i bardzo super. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tarnino, w googlach mi pokazało, że słowo to pojawia się w nazwach miejscowości, więc coś musiało serio znaczyć :)

Reg, można i tym tropem :D

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

@Sonata – w nazwie jednej miejscowości. Łap linka:

 

Klik!

Known some call is air am

Sonato, na wsi o słabej ziemi mówi się sap.  Ziemia nieurodzajna, gdzie niewiele i słabo rośnie, to ziemia sapowa, sapowata, saperunek. 

Wg mnie Twoi wujkowie własnie to mieli na myśli.

Outta, w linku jest, że używali nazwy od pokoleń, więc to musi być stare słowo, hmmm... 

 

Algir, a no nie wiem, wyraźnie mówili superunek, ale może to jakaś forma tego wyrazu? Btw, saperunek kojarzy mi się z saperem :D Czyli miny, a tam było w pobliżu było pole, na którym właśnie zostały po wojnie miny, ale może już za daleko wybiegam z tą interpretacją :)

wyraźnie mówili superunek, ale może to jakaś forma tego wyrazu?

Możliwe. Niczego takiego nie znalazłam, ale wydaje mi się, że to by się dało przeprowadzić.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Nie byłam orłem z językoznawstwa historycznego na żadnych studiach, a miałam tych kursów sporo, ale imho przejście saperunek w superunek jest bardzo mało prawdopodobne, bo nie kojarzę żadnej reguły, wg której a miałoby szanse przejść w u i na odwrót.

Ponieważ w google to słowo pojawia się tylko w kontekście nazw własnych, może być zniekształceniem nazwy lub słowa obcojęzycznego. Szukałabym więc raczej po analogiach brzmieniowych w języku, z którego mogłoby to słowo pochodzić – a zatem kluczowe jest, gdzie się go używa.

Oczywiście te wyniki google mogą być mylące, ale słowo jest na tyle nietypowe, że jeśli gdzieś występowało jako rzeczownik pospolity, to obstawiałabym, że jego geneza będzie podobna – zniekształcenie słowa obcego lub też ewentualnie z wyższego rejestru.

No i drugie oczywiście: jest też możliwość, że Sonata błędnie zapamiętała z dzieciństwa wymowę (jeśli rodzina wymawiała a jako zbliżone do o, co jest powszechne w dialektach, to nie jest to wykluczone) i wtedy teoria sapa jako marnej ziemi ma ręce i nogi ;)

Niemniej w wynikach google jest też superunek, co jednakowoż komplikuje sprawę...

http://altronapoleone.home.blog

imho przejście saperunek w superunek jest bardzo mało prawdopodobne, bo nie kojarzę żadnej reguły, wg której a miałoby szanse przejść w u i na odwrót.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Drakaino, niby nie mogłoby przejść w “saperunek”, ale wszystko jest możliwe. W każdym razie na pewno nie zapamiętałam błędnie wymowy :) Nie wiem, to musiało być jakieś hermetyczne czy mocno gwarowe słowo, bo sprawdziłam w kilku dobrych słownikach i w żadnym nie ma :C Ale no cóż, nie jest to może jakaś ważna sprawa, po prostu się zastanawiałam, czy by nie użyć tego słowa w opowiadaniu, bo akurat tamtą okolicę, gdzie mieszkali wujkowie, opisuję. Ale jak nie ma go nigdzie i nikt nic nie wie, to trudno, po prostu go nie użyję :)

 

Asylum, wujkowie mieszkali na Mazowszu w okolicach Bug/Narew, to nie było dosłownie nad rzeką,  ale hmmm, może rzeczywiście to ma jakiś związek z tymi sapami?

A gmina Wiązowna, której dotyczy podesłany przeze mnie dokument jest na Mazowszu, pod Warszawą, hmmm...

Known some call is air am

Takie pytanie, raczej do osób z pokolenia Starucha... Albo wielbicieli vintage’u. Ktoś pamięta może, czy na filmach wydawanych na kasetach wideo mogły być (a raczej czy bywały, bo nie chodzi mi o techniczną możliwość, ale historyczną dokładność) napisy?

http://altronapoleone.home.blog

Wypożyczałem pełno filmów na video i w żadnym nie pamiętam napisów.

Też mam takie wrażenie. U nas pewnie był lektor? W moim przypadku to mogą spokojnie być filmy wydawane za granicą, ale nie mam pojęcia, jakie tam były zwyczaje, choć niby też jeszcze sporo na wideo oglądałam :(

http://altronapoleone.home.blog

Były Drakaino. Pamiętam, jak kiedyś wypożyczyłem wszystkie Bondy po kolei, na Goldeneye kończąc, bo to wtedy była nowość. I właśnie Goldeneye oraz któryś ze starszych miały napisy, co było mi nie w smak, ale i tak obejrzałem.

Known some call is air am

O, super, dzięki

http://altronapoleone.home.blog

drakaina, VHS to tylko lektor, żadnych napisów, nigdy. Mistrzowie: Tomasz Knapik, Lucjan Szołajski,  Mirosław Utta i Janusz Kozioł. Nikt więcej się nie liczył. Nigdy nie było napisów, no dobra, czasem niemieckie ;) Marki: Basf, Sony, Konica i kaseta czyszcząca. Tak było.

A TDK to pies?

Przepraszam ;) Stary na saksach nie miał dojścia :D

 

@Algir – nope, pamiętam, że na Bondzie miałem napisy. Byłem wtedy gówniarz, może trzynastoletni, i nie uśmiechało mi się czytanie, ale uwielbiałem Bonda i oglądnąłem.

Known some call is air am

Nie chcę niszczyć twoich wspomnień, ale nie ;) Musiałeś to oglądać na jakiejś kopii z RTL z niemieckimi /włoskimi napisami. Nie wiem, z czego to wynikało, pewnie z ograniczeń technicznych, czyli łatwiej wrzucić lektora, niż tekst na obraz (pamiętajmy, że były to czasy, gdy 640 KB powinno wystarczyć każdemu). Innych przyczyn boję się dopatrywać... Poważnie, obejrzałem setki filmów VHS, zawsze z lektorem, nigdy z napisami.

Czyli niemieckie VHS mogły mieć napisy? Bo w sumie niemieckie najbardziej by mnie satysfakcjonowały :)

http://altronapoleone.home.blog

Możliwości techniczne zdecydowanie były z napisami na VHS, Drakaino. :-) Inna sprawa to „krajowe” obyczaje. Ja czytałam na angielskich napisy francuskie.  W Polsce chyba niewielka część była z napisami (większość z lektorem), może zależało od filmu i dystrybutora/sieci, ale nawet teraz na Allegro można kupić VHSy z polskimi napisami. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Oki, bardzo wam dziękuję :) U mnie to detaliczek, który może nawet nie zmieści się w opowiadaniu, ale chcę wiedzieć, co bohater może mieć na półce...

http://altronapoleone.home.blog

Ech, pamiętam Predatora na VHS kupionego z kartonu od jakiegoś faceta na bazarze :) Ależ to były emocje. 

Były. Pamiętam napisy na “Tango i Cash”, tyle że chyba nie polskie. Pamiętam napisy angielskie i niemieckie, polskich nie bardzo. I to nie były kasety oryginalne, w sensie wydane przez dystrybutora filmu, tylko najczęściej właśnie z bazaru lub takiego “klubu”, gdzie się człowiek nimi z innymi wymieniał. Czyli napisy mogły pochodzić z telewizji, a film został z nimi nagrany.

Nie tylko z bazaru. Zresztą, co  my się będziemy szczypać. Oto przykład:

 

SW z napisami na aledrogo

Known some call is air am

pytanie: wiecie jak się nazywa to miejsce na wozie, na którym siedzi woźnica? czy to w ogóle ma jaką swoją nazwę czy po prostu mówi się siedzisko, albo coś w ten deseń. 

Woźnica siedzi na koźle.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Koleżanki mają rację, ale uprzedzam na zapas – wszystko co dotyczy koni ma swoją nazwę, która ma wyjątki i regionalizmy ;)

Czy może przez przypadek ktoś zna się trochę na hoodoo? Albo nieco ogólniej – folklorze afroamerykańskim? 

Czy w języku polskim istnieje odpowiednik “postmaster general”, czyli poczmistrza odpowiedzialnego za pocztę w całym kraju a nie tylko jednej placówki?

Na pewno nie taki, który by funkcjonował w każdej epoce. Ale dyrektor generalny poczty powinien dać radę. Niemniej dla fantasylandu możesz wymyślić dowolną, byle czytelną nazwę.

http://altronapoleone.home.blog

Myślałam o poczmistrzu naczelnym. Dzięki. ^^

Jeżeli już, to lepiej brzmi naczelny poczmistrz ;)

 

A poza tym, kolejny raz: nie bój się własnej wyobraźni. Nie piszesz prozy historycznej, możesz sobie wymyślać realia. Póki będą czytelne, jest ok.

http://altronapoleone.home.blog

Rzeczywiście. Teraz wiem, czemu miałam skojarzenia z małpami człekokształtnymi. xD

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Nie mogę znaleźć nigdzie sensownego opracowania na ten temat, natykam się ciągle tylko na dyskusje na forach hobbystów, więc może ktoś z Was pomoże.

Jakie prędkości opowiadają poszczególnym typom chodu konia – tym najbardziej podstawowym, czyli stępowi, kłusowi i galopowi? Jak długo koń może utrzymywać każdy z nich bez żadnych przerw? Jaką odległość koń może przebyć w ciągu jednego dnia (zakładając, że nie ma żadnego “sprzętu” poza siodłem i pasażerem sztuk jeden)? 

Wyjaśnienie albo odnośnik do jakiegoś sensownego artykułu/ artykułów pokrywających ten temat będzie na wagę złota.

 

Zostaw ten żyrandol.

Też mam z tym zawsze problem, ale te fora hobbystów nie są takie złe, w Polsce hippika ma się nieźle i ludzie się znają. Mam np. zapisaną taką listę

 

Wartości podane na tej stronie też są chyba w miarę sensowne:

http://horse24.pl/wiedza/ciekawostki/art,71,czy-wiesz-jakie-predkosci-osiaga-kon.html

A tu nawet szczegółowiej:

http://planeta-zwierzat.pl/artykuly/konie/chody/

 

Trzeba tylko pamiętać, że w realu, a więc i literaturze wszystko zależy od terenu, pogody, zmęczenia jeźdźca i zwierzęcia, samego zwierzęcia i jego cech fizycznych, pory dnia, pory roku, umiejętności jeźdźca itd. Moje doświadczenie z dziewiętnastowiecznymi pamiętnikami jest takie, że te prędkości podawane nawet jako średnie są dość zawyżone w stosunku do tego, co ludzie naprawdę konno przejeżdżali. Oczywiście zwykli ludzie, kurierzy to co innego.

http://altronapoleone.home.blog

Super, dziękuję bardzo. :D Postaram się to brać pod uwagę.

Zostaw ten żyrandol.

To nie takie proste. Koń musi być najpierw rozstępowany i przygotowany. Galop nie jest tempem marszowym, jest zbyt męczący i intensywny. Tempem marszowym jest kłus, liczy się ok 40 km / dzień tempa zwykłego, do 50/60 km /dzień marszu forsownego. Ale zależy to też od konia, sprzętu i jeźdźca. Konie kawaleryjskie były przystosowywane do napisanych przeze mnie wartości i na długich trasach mogły maszerować tempem marszowym nawet do kilku/kilkunastu dni, po czym potrzebowały odpoczynku. Sprzęt – koń więcej zniesie pod kulbaką kawaleryjską/rajdową. Jeździec ma raz swoją wytrzymałość, dwa jego umiejętności wpływają na możliwości konia. Osobna sprawa – pasza. Bez paszy energetycznej koń nie zniesie dużego obciążenia. Ale dodam rekord kłusem 24h 1koń/człowiek to ok. 280km. Napisz okoliczności, doradzę lepiej. EDIT: Co do prędkości – podawano mi 60km/h dla galopu koni ras do niego dostosowanych i niewiele niższych wartości k) USA dla kłusaków, ale te konie wytrzymają forsownego marszu (to konie sportowe, długi wysiłek i zła pasza je zabiją). Znaczenie ma też stan psychiczny i zwierzęcia, i jeźdźca. Np. Koń w stadzie więcej zniesie, niż idący sam.

No właśnie, nie mamy kontekstu, więc trudno coś konkretnie powiedzieć. Kto jedzie, gdzie jedzie, jak jedzie?

http://altronapoleone.home.blog

Bo mi też nie o konkretny kontekst chodzi, raczej o rozeznanie się w temacie w ogóle.

Natknęłam się na to, próbując sobie umiejscowić w głowie dwa miasta. Postać miała przejechać rano w około 6 godzin do z jednej do drugiej, a wieczorem, w podobnym czasie, wrócić. Zastanawiałam się, jak daleko mogłyby być od siebie położone i czy w ogóle koń może jechać tyle czasu w ciągu dnia. Zakładając, że teren to równina (aka wzniesienia się zdarzają, ale takie raczej nie za wysokie), trakt jest ubity i często używany. Koń jest dobrze wytrenowany, jeździec wie co robi, nie jest początkujący, i się szczególnie nie spieszy – może wyjechać tak wcześnie jak to konieczne i wracać, nie pędząc.

Niemniej wszystkie Wasze podpowiedzi są bardzo przydatne, bo tak jak mówię, chciałabym na przyszłość też mieć jakiś pogląd w temacie, żeby zacząć to choć odrobinę instynktownie to postrzegać.

Zostaw ten żyrandol.

Dzień marszu dla cywila licz na 30 – 40 km, bliżej pierwszej liczby. Miasta musiałyby być więc w odległości 15 – 20 km, ale założenie 6h drogi w jedną stronę mija się z celem – jeździec musi zawrócić na ogonie, żeby wrócić tego samego dnia, a i nie każdą porą roku to się uda. Jeżeli chodzi o 12h podróży stępokłusem – jest to wykonalne dla odpowiednich konia i jeźdźca, ale dla przeciętnego konia i jeźdźca 6h pracy w siodle to już naprawdę dużo.

Kiedyś istniała instytucja zmieniania koni. Wchodzi w grę?

Babska logika rządzi!

Niezbyt wchodzi, ale i koń, i jeździec mogą być “odpowiedni” – to akurat bardziej prawdopodobne. :D Mówisz, BosmanMat, że tylko 30-40 kilometrów? Wydaje mi się, że tyle to można nawet pieszo przejść w ciągu całego dnia, nie trzeba do tego konia.

Zostaw ten żyrandol.

Dobra, w sumie nie wydaje mi się – wiem, że tyle można zrobić pieszo w ciągu dnia i nie trzeba do tego wybitnych, regularnych ćwiczeń.

Zostaw ten żyrandol.

Oczywiście, ale ile dni z rzędu taki człowiek to wytrzyma? Pytasz o zwykłego człowieka, któremu się nie spieszy i który nie chce forsować delikatnego, ważnego i drogiego zwierzęcia. Musi też uwzględnić dla niego czas na paszenie paszami objętościowy i i energetycznym, odpoczynek po marszu i po jedzeniu, uwzględnić załatwienie spraw, dla których podróżuje itd. To wszystko przy po wolności podróży – stępokłusem równoważnym będzie jechał 20 km 2-3h. Sama podróż w obie strony to 5-6 h, o świcie musi dać zwierzęciu paszę, ok. 30 – 60 min, dać mu odpocząć ok. 1h i nagle dzień robi się krótki.

BM – o ile wiem, na cywila umiarkowanie rozchodzonego, czyli “zwykłego człowieka” liczy się dziś zazwyczaj średnio 25 km na dzień. Oczywiście w dawnych czasach, kiedy jeżdżono konno, więcej też chodzono piechotą, zwłaszcza na wsi – i nie mam na myśli jedynie chłopów, ofkors.

Za tym, ile realnie zajmowały takie przejazdy, mogłabym pogrzebać po źródłach, ale obawiam się, że nie zrobię tego szybko. Chyba że ogarnie mnie potężna prokrastynacja, a bardzo ma od czego :D

http://altronapoleone.home.blog

Jeszcze w kwestii dystansów i potwierdzenia obliczeń BosmanMat – pałęta mi się po głowie, że zazwyczaj (jeśli nie występowały inne czynniki, np uczęszczany szlak handlowy lub polityczne rozgrywki), prawa do organizacji targu nadawano miejscowościom oddalonym od siebie o co najmniej 1/3 dnia drogi (zdaje się – pieszego); bo kupcy i klienci musieli dotrzeć, pohandlować i wrócić. A był to zazwyczaj określony dzień tygodnia, gdy taki targ miał miejsce (stąd m.in. w Polsce zatrzęsienie Śród wszelkich w nazwach miejscowości). Pałęta mi się to po głowie, ale nie mogę sobie przypomnieć, gdzie to usłyszałem/przeczytałem, więc nie gwarantuję prawidłowości informacji (nie mogłem namierzyć potwierdzenia).

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Myślę, że to dało mi pewien pogląd na sprawę. Jeszcze tylko spytam, ile razy dziennie koń musi jeść? Zakładając, że jedzie rzeczywiście te 20 kilometrów rano i kolejne 20 kilometrów wieczorem takim stępo-kłusem.

Zostaw ten żyrandol.

Z tego co pamiętam, co najmniej rano raz, możliwe że jakiś czas po podróży, jak trochę "ostygnie", na pewno na wieczór ponownie. Koniom często zakładano na szyję np. worek z obrokiem/owsem, żeby żarły w trakcie postoju, gdy np. ludzie rozladowywali wóz.

Konie w naturze żrą mało, ale często. Konie pracujące karmi się w ludzkiej niewoli ;-) dwa-trzy razy dziennie pasze bardziej treściwe, a i tak podskubują, co tylko mogą (są roślinożercami, potrzebują liści, traw, kwiatków, owoców). Jak koń zeżre nie to co trzeba nie wtedy kiedy trzeba, to weźmie go wezdmie i koń zejdzie ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie zamieniaj opowiadania w podręcznik hodowcy koni ;) żywienie konia to potwornie skomplikowana i zależna od konia, miejsca i czasu sprawa. Generalnie – rasy prymitywne (Koń huculski, Przewalskiego, konik polski) są bardziej odporne na złą paszę, a przez mniejszy rozmiar (niewiele ponad 400kg) potrzebują jej mniej. Rasy szlachetne (folblut, arab) są ekstremalnie podatne na złą paszę (np. żyto zabija folbluty). Generalia – pasze dzielisz na objętościowe i energetyczne. Pierwsze są niezbędne zawsze, drugie w niedostatkach kaloryczności pasz obj. (np. kiedy koń pracuje pod siodłem, lub w zaprzęgu, pasza obj. jest złej jakości). Nie baw się w wagomiary. Koń powinien mieć paszę energetyczną zadaną 2x dziennie – paszę obj. praktycznie do syta. Nie pozwalamy koniom jeść w marszu – nigdy. Jedzenie, a nawet schylanie się, przy dociągniętym popręgu grozi kolką ("zaparciem") i padnięciem. Koń może jeść w stępie idąc luzem. Koń nie może być poddany zwiększonemu wysiłkowi przed upływem godziny od zadania paszy energetycznej. W podróży jeździec powinien mieć Owsiak (przewiązana w połowie materiałową kiszka, którą prowadzi się pod szyją zwierzęcia i wiąże przed przednim łękiem), siatkę na siano i wiadro. Głównym problemem przy pisaniu o podróży konnej jest przestawienie się z myślenia samochodowe. Myśl o tym, jak o podróży z dzieckiem. Musi zadbać, żeby zjadło, upewnić się, czy da radę, nie dać podjadać i pytać, czy jest głodne, po posiłku odbić,do drogi je naszykować, po drodze dać odpocząć ;)

BTW: chcesz być wiarygodna – dbaj o język. Każda czynność ma swoją, określoną nazwę, każdy pasek, kawałek skóry itd. ma swoją nazwę. Jeżeli Twój bohater znałby je, ty też powinnaś.

I jeszcze jedno: jeśli piszesz o czasach historycznych, to możesz założyć, że ludzie wszystkie te rzeczy, które BM opisał, wiedzieli instynktownie, a raczej z praktyki, mało kto czytał traktaty hippiczne. Ergo, połowa terminologii może się iść bujać. Ponieważ nadal nie wiemy, jakie masz realia, trudno jest mówić o konkretach ;)

http://altronapoleone.home.blog

Verus, najlepiej – napisz i daj do przeczytania koniarzowi, albo pierwej z nim sprawę przedyskutuj-napisz– daj mu do sprawdzenia. Konie są różnych ras, przydatność, przeznaczenie, wytrzymałość jest różna, zmieniała się. Inne było przy koniach bojowych, inne przy pociągowych, inne miał Czyngis Chan. A tak w ogóle się nie przerażaj! xd Koń to cudny i wspaniały towarzysz, silnie udomowiony.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Czy naturalne zbiorniki gorących źródeł mogą istnieć we wnętrzu góry?

Dziękuję Wam wszystkim za rady. :D Rozumiem trochę na czym stoję.

 

Nie zamieniaj opowiadania w podręcznik hodowcy koni ;)

Bez obaw, nie zamierzam. Chcę zdobyć trochę wiedzy, żeby postrzegać sprawę instynktownie i właśnie, żeby nie napisać jakiejś głupoty, że ktoś konia nakarmił, a pięć minut później jechał na nim galopem. Większość tego, co mi mówicie zostanie mi w głowie, a na papierze wylądują raczej drobiazgi.

O język postaram się dbać najlepiej jak umiem. ;)

 

Ponieważ nadal nie wiemy, jakie masz realia, trudno jest mówić o konkretach ;)

Rozumiem jak najbardziej. Nie umiem się jeszcze określić bardziej, niemniej wszystkie Wasze informacje uważam za bardzo ciekawe.  :D

 

Asylum, jak będę mieć okazję, to dam komuś do sprawdzenia, czy nie napisałam bzdur.

Zostaw ten żyrandol.

Ach, Ajzan, jeśli dobrze rozumiem, o co pytasz, to możesz rzucić okiem na amerykański Park Narodowy Hot Springs. :D

Zostaw ten żyrandol.

Chodziło mi o zbiorniki gorących źródeł wewnątrz jaskini górskiej, bo kojarzę tylko takie pod otwartym niebem.

Dziękuję, dogs. ^^

Cześć Wszystkim, wujek google mnie zawiódł, więc zwracam się z prośbą o pomoc tutaj :) Pytanie brzmi: czy ilość materii jest skończona? Tzn. czy ilość materii tworzącej świat może ulegać zmianie?

Ilość materii tworzącej świat – w sensie planetę – jak najbardziej ulec zmianie może (co linkował Morderca). Jeśli ci chodzi o Wszechświat, to już trochę inna sprawa. Generalnie ilość materii może zmienić się, jeśli materia zostanie przekształcona w energię (słynne E=mc^2), ale wypadkowa suma masy i energii pozostaje we Wszechświecie niezmienna. Przynajmniej z tego, co wiemy (ale tutaj otwiera ci się pole do popisu w kwestii sf). 

Dziękuję za odpowiedzi, wydaje mi się, że jednak nie bredzę w opowiadaniu :)

Jestem kompletnie zielony z ekonomi, więc proszę o małą radę.

Czy jeśli możemy ‘magicznie’ rozmnożyć wartościowe materiały (diamenty, złoto itp.) To czy stracą one na wartości i może to doprowadzić do inflacji? Dajmy na to, że ludzie płacą srebrnym i złotymi monetami w królestwie. Jeśli je sobie rozmnożą, to ceny pójdą w górę i zamiast płacić monetę za gazetę, będą musieli dać ich na przykład dziesięć razy tyle?

Jak już wspomniałem, w ogóle się na tym nie znam.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

https://www.nbportal.pl/wiedza/artykuly/historia-mysli-ekonomicznej/historia_inflacji_cz1 A TL;DR – tak, jest dokładnie tak, jak napisałeś. :D

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Dzięki, czyli Kacze Opowieści przydały mi się bardziej niż szkoła.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Danielu – tak. Jeśli ilość kruszcu w gospodarce wzrosła, a ilość towarów (chleb, konie, bilety na igrzyska...) pozostała bez zmian, to kupujący będą między sobą konkurować/licytować się, aż ogólny poziom cen pójdzie w górę.

Na przykład w Europie była niezła inflacja po odkryciu Ameryk i przywiezieniu stamtąd złota. Wzbogacili się ci, którzy wprowadzali cenne metale do gospodarki. Kosztem wszystkich pozostałych.

Babska logika rządzi!

Finklo, dziękuję za wyjaśnienie ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Luźny pomysł wywołał pytanie z dziedziny astrofizyki:

jak mógłby wyglądać podwójny układ dwóch planet, obu w strefie Złotowłosej, bo chcę na obu mieć życie (i żeby się żarło ;) – miałby kto jakieś przystępne źródła? Będą się działy jakieś dziwne rzeczy w ruchu orbitalnym? Zsynchronizują się? Co z zaćmieniami?

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Zacznijmy od tego, że podwójny układ planetarny to wielka rzadkość (i nadużycie definicji planety, która z założenia powinna panować grawitacyjnie nad obszarem swojej orbity). Synchronizacja ruchu orbitalnego jest absolutnie niezbędna, bez niej jeden lub obydwa obiekty odlecą w losowych kierunkach na przestrzeni pokolenia. To, że można zmusić coś do działania w modelu matematycznym, nie oznacza zresztą, że chaotyczna natura będzie to często wytwarzała. Zobaczmy jednak, na co możemy liczyć.

 

WARIANT 1 (najbardziej prawdopodobny i średnio atrakcyjny): orbita wzajemna. Planety krążą wokół swojej gwiazdy we wspólnym uścisku. Bardzo elegancki przykład mamy pod ręką: jest to układ Ziemia – Księżyc. Występują zaćmienia drugiego obiektu (często), a także zaćmienia gwiazdy (rzadko). Jeżeli różnica mas pomiędzy obiektami jest duża, mniejszy pozostaje zwrócony stale tą samą stroną ku większemu. Przy około dziesięciokrotnej (lub mniejszej) różnicy mas obydwie planety są zwrócone ku sobie stale tą samą stroną.

 

WARIANT 2 (średnio prawdopodobny i najmniej atrakcyjny): orbita Tadpole’a w oparciu o punkty libracyjne Lagrange’a L4 i L5. W skali życia rozsądnej istoty inteligentnej działa dla obiektów o dowolnych masach, w skali geologicznej wymaga dużej (ponoć około 25-krotnej lub większej) dysproporcji mas. Mniejszy obiekt postępuje przed lub za większym z przesunięciem 60 stopni łuku orbity. Nie ma mowy o żadnych zaćmieniach. Większa planeta widziana z mniejszej wygląda bardziej atrakcyjnie niż Wenus z Ziemi, ale bardzo daleko od majestatu Księżyca, czyli ma swoje miejsce w mitologii i nawigacji morskiej, o wczesnym kontakcie cywilizacji można zaś zapomnieć.

 

WARIANT 3 (najmniej prawdopodobny i najbardziej atrakcyjny): orbita podkowiasta. Jedna z dwóch planet krąży w nieznacznie mniejszej odległości od gwiazdy niż druga, więc wykazuje się szybszym ruchem kątowym. Przez większość cyklu orbitalnego planety pozostają względem siebie w przeciwfazie, widoczne bardzo słabo lub wcale. Kiedy jednak w końcu zbliżą się do siebie na łuku, interakcja grawitacyjna ściąga i przyspiesza odleglejszą, a odciąga i spowalnia bliższą, zamieniają się więc rolami i tańczą lambadę od nowa. W przypadku planet o podobnej masie przy maksymalnym zbliżeniu powinniśmy osiągnąć rozmiar zbliżony do Księżyca w pełni, więc dla planety wyrzucanej na dalszy łuk może w bonusie nastąpić zaćmienie. Można także założyć, że zbliżenie następuje mniej więcej raz na pokolenie.

Jeżeli jedna planeta jest znacznie mniejsza od drugiej, dzieją się dodatkowe dziwne rzeczy. Cykl skraca się, ale różnica pomiędzy położeniem dwóch orbit tej mniejszej znacząco rośnie, co powoduje, że wystąpiłyby na niej wahania klimatu w zakresie od ciężkich do ekstremalnych. W braku nachylenia orbitalnego: na przemian kilka lub kilkanaście ziemskich lat przyjaznej późnej wiosny lub lata i tyle samo przykrej zimy. Przy nachyleniu orbitalnym podobnym do ziemskiego: najpierw skwarne lata nie do wytrzymania i łagodne lub nieistniejące zimy, potem chłodne i deszczowe lub nieistniejące lata i zimy bardzo trudne lub niemożliwe do przetrwania – i tak w kółko. Ciągłe koczownictwo o charakterze biegunowo-równikowym bardzo prawdopodobne.

 

WARIANT 4 (niemożliwy i stosunkowo atrakcyjny): dwie planety w całkowitej przeciwfazie, czyli Anty-Ziemia. Obalenie przypuszczenia o istnieniu czegoś takiego wymagało wieków rozwoju astronomii, bo bezpośrednia obserwacja jest bezużyteczna. Obecnie jednak wiadomo, że takie planety nie mogłyby utrzymać stabilności orbity w skali geologicznej. Wspominam mimo wszystko o tym wariancie, bo kojarzy mi się mgliście, że bywał już wykorzystywany w literaturze fantastycznej.

 

Rozpisałem się trochę bardziej, niż zamierzałem. Może się przyda?

Świetnie to napisałeś, Ślimaku! Kilka słów uzupełnienia jeszcze ode mnie.

 

Definicja planety jest stworzona wyłącznie w oparciu o nasz Układ Słoneczny i już teraz widać, że jest bardzo kiepska, kiedy próbujemy sklasyfikować obiekty pozasłoneczne, więc nie ma się co czepiać :)

 

WARIANT 1: Drugi przykład to układ Pluton-Charon, gdzie stosunek mas jest dużo mniejszy, i oba obiekty są zwrócone do siebie stale tymi samymi stronami. Widać więc, że to rzeczywiście dość popularna sytuacja. (Warto tu wspomnieć, że i układ Ziemia-Księżyc dąży do takiego stanu, tzn. obrót Ziemi stopniowo zwalnia, aż wyrówna się z obiegiem Księżyca, ale dużo wcześniej Słońce się wypali).

 

WARIANT 2: w naszym Układzie występuje z licznymi asteroidami, tzw. trojańskimi, mnóstwo takich asteroid mają planety ciężkie (głównie Jowisz), planety skaliste – bardzo niewiele. Prawdopodobnie im cięższy obiekt miałby być “trojański”, tym mniejsza szansa, że tam się utrzyma.

 

WARIANT 3: o ile wiem, w naszym układzie jest tylko jeden taki przykład: dwa malutkie księżyce Saturna, Janus i Epimeteus. Trudno mi powiedzieć, czy byłoby to możliwe z cięższymi obiektami, ale to rzeczywiście najbardziej atrakcyjna opcja :)

 

WARIANT 4 niemożliwy do pojawienia się w warunkach naturalnych, ale gdyby obie planety miały jakieś silniki planetarne, mogłyby przy stosunkowo niewielkich nakładach energii utrzymywać się w takim położeniu. Tylko po co? ;)

 

Pozdrawiam!

Precz z sygnaturkami.

    WARIANT 1 (...) Przy około dziesięciokrotnej (lub mniejszej) różnicy mas obydwie planety są zwrócone ku sobie stale tą samą stroną.

Chciałam niedużą różnicę mas, więc wygląda na to, że planety będą do siebie zawsze buźką. Hmm. To ma potencjał...

WARIANT 3 (...) W przypadku planet o podobnej masie przy maksymalnym zbliżeniu powinniśmy osiągnąć rozmiar zbliżony do Księżyca w pełni, więc dla planety wyrzucanej na dalszy łuk może w bonusie nastąpić zaćmienie. Można także założyć, że zbliżenie następuje mniej więcej raz na pokolenie.

Ooo, to też ma potencjał. I jak teraz wybrać :D

    Jeżeli jedna planeta jest znacznie mniejsza od drugiej, dzieją się dodatkowe dziwne rzeczy. Cykl skraca się, ale różnica pomiędzy położeniem dwóch orbit tej mniejszej znacząco rośnie, co powoduje, że wystąpiłyby na niej wahania klimatu w zakresie od ciężkich do ekstremalnych. W braku nachylenia orbitalnego: na przemian kilka lub kilkanaście ziemskich lat przyjaznej późnej wiosny lub lata i tyle samo przykrej zimy. Przy nachyleniu orbitalnym podobnym do ziemskiego: najpierw skwarne lata nie do wytrzymania i łagodne lub nieistniejące zimy, potem chłodne i deszczowe lub nieistniejące lata i zimy bardzo trudne lub niemożliwe do przetrwania – i tak w kółko. Ciągłe koczownictwo o charakterze biegunowo-równikowym bardzo prawdopodobne.

Helikonia? :D

    Rozpisałem się trochę bardziej, niż zamierzałem. Może się przyda?

Jeśli nie mnie, to komu innemu. Tak czy owak:

    Definicja planety jest stworzona wyłącznie w oparciu o nasz Układ Słoneczny i już teraz widać, że jest bardzo kiepska, kiedy próbujemy sklasyfikować obiekty pozasłoneczne, więc nie ma się co czepiać :)

Łoj tam :)

    WARIANT 4 niemożliwy do pojawienia się w warunkach naturalnych, ale gdyby obie planety miały jakieś silniki planetarne, mogłyby przy stosunkowo niewielkich nakładach energii utrzymywać się w takim położeniu. Tylko po co? ;)

Nie ten poziom techniki, ale wrzucam do akt na przyszłość :)

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Niebieski, Ślimaku, jestem pod wrażeniem Waszych wyjaśnień. Kopiuję je  do pliku i zostawiam sobie na przyszłość :)

 

@Tarnina

Helikonia? :D

Dokładnie. Miałem to samo skojarzenie :)

Known some call is air am

Dodam jeszcze, że warto zajrzeć na https://planetplanet.net/, autor tej strony obmyśla różne wysoce oryginalne (ale spójne teoretycznie) układy planetarne i zastanawia się, jak mogłoby na nich wyglądać życie. Obfite źródło inspiracji.

Ło matko! Ślimaku, czy Ty się znasz na wszystkim? Od pisowni, przez wiersze, do fizyki :O

Może ujmijmy rzecz w ten sposób: znam się dobrze na niektórych gałęziach matematyki...

nieźle na szachach, algorytmice, językoznawstwie (polskim) i większości aspektów wiedzy o górach...

co do reszty dziedzin, staram się być solidnym dyletantem.

 

Wychodzi różnie: wydaje mi się na przykład, że pamiętam to i owo z geomorfologii, a potem przychodzi niezastąpiona Reg i pyta, skąd wytrzasnąłem te ostańce na szczycie góry. Jestem pewien, że profesjonalny fizyk wypatrzyłby też mniejsze lub większe luki i błędy w tym wywodzie o planetach.

 

A co do Helikonii: tam jest dużo dłuższy “wielki rok” i prostsze wytłumaczenie astronomiczne – układ podwójny gwiazd, planeta orbituje wokół mniejszego składnika, który orbituje wokół większego składnika po silnie ekscentrycznej orbicie, wszystko się elegancko zgadza.

Są bowiem dwa podstawowe mechanizmy powstawania pór roku: oparty o nachylenie osi (dominujący na Ziemi, pora roku zależna od półkuli planety) i oparty o ekscentryczność orbity (dominujący na Helikonii, pora roku niezależna od półkuli planety). Można sobie wyobrazić też rzadsze, bardziej egzotyczne mechanizmy, na przykład na planecie obiegającej gwiazdę pulsującą. A jeżeli planeta jest dobrze kopnięta w cykle Milankovicia, to już może się zdarzyć prawie wszystko (u nas są stosunkowo słabe, a i tak nie zdziwię się, jeżeli zdołają zorganizować epokę lodowcową wbrew globalnemu ociepleniu). Słabym punktem projektu Helikonii był raczej ten wirusowy symbiont z cyklicznymi zachorowaniami. Bardzo wątpię, aby taka sytuacja mogła być długofalowo stabilna na gruncie zasad epidemiologii.

Ad WARIANT 1.

Jeszcze jeden przykład:

https://en.wikipedia.org/wiki/Rocheworld

:>

Przypadek naprawdę frapujący, choć budzący wątpliwości. Planety znajdują się wewnątrz granicy Roche’a dla płynów, to jest w obszarze, gdzie globy ciekłe i gazowe rozpadają się wskutek sił pływowych, a te bardziej swojskie, skaliste – z trudem utrzymują spójność (też do pewnej granicy). Oznacza to co najmniej szaloną aktywność geologiczną na obu ciałach. A także niestabilne atmosfery, które prawdopodobnie szybko wyciekłyby w kosmos.

Ad WARIANT 2 i 3.

Ślimaku, świetny pomysł, żeby rozpatrzyć te przypadki – przyłączam się do chóru wielbicieli Twojego komentarza :)

Uwagi:

Ta dysproporcja, o której wspomniałeś, dotyczy stosunku mas głównej (dla nas: gwiazda) i drugiej (dla nas: pierwsza planeta). Stosunek powinien wynosić więcej niż 25 zarówno dla orbit kijankowych (WARIANT 2), jak i podkowiastych (WARIANT 3, mniej stabilny). Warunek ten nie mówi nic o stosunku mas obiektów współorbitujących (dla nas: dwie planety).

Jako drugiego współorbitanta mechanicy nieba rozważają najczęściej obiekty o masach znikomych.  Szczęśliwie ruch takich “kosmicznych śmieci” jak asteroidy można łatwo (stosunkowo) obliczać w ramach OGRANICZONEGO zagadnienia trzech ciał. Nieszczęśliwie dla nas asteroida to nie planeta.

więc dla planety wyrzucanej na dalszy łuk może w bonusie nastąpić zaćmienie

No nie. Planety nie będą sobie przesłaniać gwiazdy centralnej:

https://en.wikipedia.org/wiki/Epimetheus_(moon)#/media/File:Animation_of_Epimetheus_orbit_-_Rotating_reference_frame.gif

A teraz dobra wiadomość. Symulacje numeryczne dobrze radzą sobie z zagadnieniem trzech ciał również w wersji ogólniejszej. Obecny stan wiedzy jest taki, że dwie planety o podobnej masie może połączyć stabilny podkowiasty romans:

https://iopscience.iop.org/article/10.1086/341173/fulltext/

Więc jednak! Nie tylko miniksiężyce pod okiem giganta.

Na końcu artykułu autorzy nawet szkicują możliwy scenariusz powstania rzeczonej konfiguracji. 

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

    Dodam jeszcze, że warto zajrzeć na https://planetplanet.net/, autor tej strony obmyśla różne wysoce oryginalne (ale spójne teoretycznie) układy planetarne i zastanawia się, jak mogłoby na nich wyglądać życie. Obfite źródło inspiracji.

Ooo, dobre!

    Obecny stan wiedzy jest taki, że dwie planety o podobnej masie może połączyć stabilny podkowiasty romans: https://iopscience.iop.org/article/10.1086/341173/fulltext/

Mrr heart

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Kufa, a jak one bedo do sie caly czas buźkami, to wyobraźcie sobie konsekwencje: Czy te buźkowe strony są cieplejsze? No bo przeciez wciąż odbijane światło, jak lusterko do lusterka (zalezy jeszcze od atmosfery, powierzchni itepe) – a jesli tak, to co się dzieje na granicy i poza granicą, na niebuźkowych stronach takich planet?

 

Można poszaleć ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Hmka. 

Ślimaku – super, Jerohu – też! xd

Z  tym długi romansem i różnorodnością pewnie  studziłabym nastroje. ^^

Poza granicą i na niej jest... to, co tylko sobie wymyślisz, PF. ;-) Taaa, perpetuum mobile, i może jeszcze cząstki są zwrócone ku sobie. I dobrze i źle by było. Na szczęście jest to bardziej skomplikowane, więc nijak się nie przejmuję, że sklasyfikowane, odfajkowane i mamy rybkę na haczyku. :DDD

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Czy te buźkowe strony są cieplejsze? No bo przeciez wciąż odbijane światło, jak lusterko do lusterka

No, tak, tylko czy by sobie nawzajem nie zasłaniały światła gwiazdy? Bo ciepło tak, odbiją (chyba?), a światło... chyba też, ale mniej. Musze to sobie narysować...

jesli tak, to co się dzieje na granicy i poza granicą, na niebuźkowych stronach takich planet?

To akurat wiem, między ciepłym i zimnym mocno wieje i łeb urywa XD Tylko, czy tam by było ciepłe i zimne, hmm.

Asylum, nie wiem, co powiedziałaś, więc oto gif:

heart

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

No bo przeciez wciąż odbijane światło, jak lusterko do lusterka

 

Wpływ takiego efektu byłby minimalny i kompletnie pomijalny. Planeta to nie lusterko :) Oczywiście albedo może mieć wysokie, kiedy np. jest cała z lodu. Ale nawet taka planeta odbija światło we wszystkich kierunkach jednakowo i tylko znikoma część tego światła docierałaby do drugiej planety, nie powodując jej znaczącego ogrzania.

Dużo śmieszniej się robi, kiedy planeta jest w ten sposób związana z gwiazdą...

Precz z sygnaturkami.

Wpływ takiego efektu byłby minimalny i kompletnie pomijalny.

No, tak, ale co z zasłanianiem? Narysowałam, i wygląda na to, że zasłaniałyby się w jednym układzie:

 

Czyli – regularne zaćmienia? Coś głupieję ostatnio...

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

:D

 

Tak, zasłaniałyby się, ale to nie wyglądałoby tak jak narysowałaś :P

 

Po pierwsze – obie orbity muszą być eliptyczne względem środka masy.

 

Środek masy porusza się po orbicie eliptycznej wokół gwiazdy, a gwiazda jest wielokrotnie większa niż planety, więc cień jednej planety nie zasłania drugiej w całości, jeśli obie są tej samej wielkości.

 

Wreszcie – o ile orbity planet wokół środka masy nie leżą idealnie w tej samej płaszczyźnie, co orbita środka masy wokół gwiazdy (a szansa na to jest bliska zeru), zaćmienia będą rzadkie. Tak jak i z Ziemią i Księżycem (to oczywiście zależy od wielkości planet, ich odległości od siebie i nachylenia orbit; zaćmienia tym rzadsze, im większe nachylenie, większa odległość i mniejsze planety).

Precz z sygnaturkami.

Tak, zasłaniałyby się, ale to nie wyglądałoby tak jak narysowałaś :P

Ja umiem tylko w Paintcie XD i tylko kółka XD

Gwiazda jest tam gdzieś z prawej.

Środek masy porusza się po orbicie eliptycznej wokół gwiazdy, a gwiazda jest wielokrotnie większa niż planety, więc cień jednej planety nie zasłania drugiej w całości, jeśli obie są tej samej wielkości.

OK, czyli ten cień planety to taki stożek jakby? Kiedyś widziałam taką ilustrację.

o ile orbity planet wokół środka masy nie leżą idealnie w tej samej płaszczyźnie, co orbita środka masy wokół gwiazdy (a szansa na to jest bliska zeru)

Zaraz, ale planety powstają z dysku materii wokół gwiazdy, nie? I te okruszki w tym dysku nie krążą po tej samej płaszczyźnie?

Poczułam się dwuwymiarowa...

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Tarnino, orbita Księżyca jest trochę przechylona względem płaszczyzny ekliptyki i z tego powodu nie mamy zaćmienia co miesiąc.

Babska logika rządzi!

Hmm, no, o tym nie pomyślałam... Jestem Płaszczakiem blush

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Pytanie może zabrzmi nieco dziwnie, ale czy podczas picia herbaty w eleganckim towarzystwie wypada/należy trzymać w drugiej dłoni spodeczek, czy to sprawa indywidualna?

Do ust należy podnosić tylko filiżankę, jeśli natomiast pijemy herbatę przy niskim stoliku to podnosimy zarówno filiżankę, jak i spodek.

Źródło.

Dziękuję, None. Coś mi tam dzwoniło, ale nie byłam pewna.

Potrzebuję dobrej duszy, która orientuje się w łucznictwie antycznym i średniowiecznym. Znajdę taką? :D

A mnie przydałaby się wiedza o dojrzewaniu zboża – czy jest etap, na którym (przyszłe) ziarna zawierają cukry stosunkowo proste i są dość słodkie? Jeśli tak, to w jakim zbożu jest tego najwięcej – kukurydza czy coś innego?

Babska logika rządzi!

Zwróć się do botanika, ale nie wydaje mi się – wielocukry w ziarnach pełnią funkcję zapasową, są, by tak rzec, skompresowane. Dekompresja następuje, kiedy cukry proste stają się potrzebne, czyli kiedy zaczyna się rozwijać zarodek (słodowanie ziarna).

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

@Wiktor Orłowski – mam w rodzinie pasjonatów-rekonstruktorów <czasy przedchrześcijańskie>, w tym jedną łuczniczkę. Mogę zapytać. 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

No tak, skrobia jest na zapas. Ale czy roślina wytwarza od razu skrobię, czy zaczyna od cukrów prostych i to trwa dłuższą chwilę, zanim wszystko pójdzie w cukry złożone?

Babska logika rządzi!

Hmm. W zasadzie skrobię trudno transportować, a poza tym fotosynteza wytwarza tylko cukry proste... ale synteza wielocukrów, o ile dobrze pamiętam, wygląda tak, że do łańcucha są przyłączane kolejne reszty. Czyli one mogą być dostarczane stopniowo.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Po szybkim riserczu – w trakcie fotosyntezy powstaje (w olbrzymim uproszczeniu) sacharoza, która ewentualnie może zostać przekształcona do skrobi. Łyko (roślinny tkanka transportowa) może transportować tak glukozę, sacharozę i skrobię. Ale z tego co czytałem, najczęściej jest to sacharoza, która trafia do tkanek nie prowadzących fotosyntezy, gdzie jest zużywana lub magazynowana. W ziarnach będzie więc trochę sacharozy, ale będzie ona na bieżąco przetwarzana na skrobię. Młodziutkie, ledwie zawiązane ziarna być może (strzał w ciemno) będą słodkawe, ale potem skrobia będzie przewżać.

Z innej beczki – amylaza ślinowa rozkłada skrobię. Jeżeli przerzuć ziarno przez dłuższy czas, zacznie smakować słodko.  

Dzięki, None. :-)

Młodziutkie będą słodkawe? Rewelacja, o to chodziło.

Ktoś może wie, kiedy ziarna są młodziutkie? Zakładając, że żniwa są w sierpniu? Czerwiec?

Babska logika rządzi!

Dawno, dawno temu, kiedy jeździłam na kolonie do Inowłodza, podczas wycieczek po okolicy zrywałam kłosy żyta i wydłubywałam dość jeszcze miękkie ziarenka. A działo się to w ostatnim tygodniu czerwca i pierwszej połowie lipca. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A jak smakowały? Były słodkawe?

Babska logika rządzi!

Smakowały dobrze, lekko słodkawo, jeśli mnie pamięć nie myli, bo to było blisko sześćdziesiąt lat temu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki. I spóźnione “smacznego”. ;-)

Babska logika rządzi!

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Morderco, dzięki, odezwę się w piątek!

Poolicja! Potrzebuję kogoś, kto wie, jak traktować aresztanta (aresztant jest elementem fantastycznym).  Pretty please?

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Tarnino, wystarczy że wyjdziesz na ulicę z błyskawicą i transparentem ***** ***. Informacje z pierwszej ręki gwarantowane.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Nie bić, nie wyzywać i patrzeć, gdzie ma ręce. 

A tak konkretnie, to o co chodzi?

Morderco, ha, ha.

A tak konkretnie, to o co chodzi?

Eeee... spoilers! Bo aresztant jest elementem fantastycznym. Możemy się przenieść na priv?

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Mam samochód jadący z prędkością ~70km/h. Jeśli kierowca nagle zahamuje, to czy jest możliwe uszkodzenie hamulca i dalsza jazda bez zatrzymania? Prędkość może być wyższa, marka samochodu nieważna. Potrzebuję sytuacji, gdy kierowca chce się zatrzymać, ale nie może.

Musiałoby się zadziać kilka rzeczy naraz: 1. Samochód z automatyczną skrzynią biegów. 2. Zablokowanie linki gazu (niekoniecznie na max). 3. Rozerwanie przewódów hamulcowych 4. Uszkodzenie stacyjki. Zwarcie uniemożliwiające wyłącznie zapłonu. Był nawet taki film amerykancki, ale nie pamiętam tytułu . Kilka osób uwięzionych w aucie z w/w usterkami.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Ok, czyli praktycznie niemożliwe. Dzięki :)

A nie mogą mu się po prostu hamulce zepsuć bez tego hamowania? Mi się kiedyś zepsuł ręczny i samochód zjechał kilka metrów w dół, na szczęście się zatrzymał bez szkód, a mógł wyjechać tyłem i bez kierowcy na autostradę ;) A zwykłe hamulce też się psują.

http://altronapoleone.home.blog

Nie, nie. To miała być scena akcji, więc i prędkość duża. Przerobię scenę ;)

Eee tam, jechałam kiedyś z górki, rozpędziłam się i chciałam zahamować, ale hamulce nie działały. Jeśli masz pęknięty przewód hamulcowy, to płyn wycieka powoli, możesz się nie zorientować. Jeśli jedziesz z górki, może się okazać, że jest go po prostu za mało i... jedziesz. Dla porządku: to był maluch :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Potwierdzam. Jak byłam bardzo mała i nie pamiętam, Tato miał podobną sytuację, którą znam z opowieści rodziców – zorientował się w bardzo podobny sposób, jak Irka, na szczęście na dość pustej ulicy, więc wyhamował na prostej, silnikiem, na dodatek, jak się okazało, dwa kroki od warsztatu XD

http://altronapoleone.home.blog

Musiałoby się zadziać kilka rzeczy naraz: 1. Samochód z automatyczną skrzynią biegów. 2. Zablokowanie linki gazu (niekoniecznie na max). 3. Rozerwanie przewódów hamulcowych 4. Uszkodzenie stacyjki. Zwarcie uniemożliwiające wyłącznie zapłonu. Był nawet taki film amerykancki, ale nie pamiętam tytułu . Kilka osób uwięzionych w aucie z w/w usterkami.

Przy czym spełnienie wszystkich tych warunków jest konieczne jedynie, jeżeli chcesz całkowicie uniemożliwić zatrzymanie auta w kontrolowany sposób (kolejno, poprzez hamowanie silnikiem, puszczenie gazu i utratę pędu, zahamowanie, wyłączenie silnika). Jeżeli wystarczy ci brak możliwości gwałtownego hamowania, opisane przez przedmówców uszkodzenie przewodów paliwowych wyłączy z gry hamulce, co wymusi konieczność hamowania powolniejszymi, mniej wydajnymi metodami. Przy czym samochody mają na desce kontrolkę ostrzegającą przed niskim poziomem płynu hamulcowego.

Cześć

 

Mój bohater chce nielegalnie zamknąć aplikację. Zamierza do tego wykorzystać dawno zapomnianą sztukę komend tekstowych. Czy taka komenda będzie miała sens:

SUBRUTINE Nazwa_aplikacji END, TIME=0 – chodzi o natychmiastowe zamknięcie programu. Takie zupełne, nagłe odcięcie. 

 

Proszę się nie śmiać, ale programowania próbowali nauczyć mnie na FORTRANIE 77 i... nie nauczyli ;]. 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

W Linuksie to bardziej

kill-9 [nazwa aplikacji]

Dawno nie programowałam i nic już nie pamiętam, ale wyłączanie aplikacji w kodzie źródłowym nie wydaje mi się sensownym pomysłem. Najlepiej wywołaj PsychoFisha, on jest miejscowym ekspertem.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Tarnina ma (prawie) rację – dla systemów Linux kill -9 zadziała, ale za tym musi iść numer identyfikacyjny procesu (PID), a nie nazwa aplikacji. Numer taki ma zazwyczaj 4-6 cyfr i można go pozyskać wpisując w linię komend polecenie ps aux | grep <nazwa aplikacji>. Wyświetli to listę procesów, które będą zawierać tę nazwę i prawdopodobnie bohater będzie musiał użyć komendy kill -9 na nich wszystkich (jeżeli będzie więcej niż jeden – ale to się nie zdarza często).

Jeśli sprawa dotyczy Windowsa, to None podał dobry link.

Zostaw ten żyrandol.

Przy czym wszystko to para w gwizdek, jeżeli nie jesteś właścicielem procesu, który chciałbyś wyeliminować. Nie zamkniesz tak prostymi metodami z konta pracownika lub gościa aplikacji postawionej przez myślącego administratora systemu, a z taką sytuacją kojarzy mi się określenie “nielegalnie”.

Jeżeli natomiast przyjąć, że mamy już dostęp do konta administratora... przy niektórych wersjach Linuxa polecenie “kill -9 -1” (zabij wszystko natychmiast) potrafi zrobić taką sieczkę, że z niezapisanych danych nie zostanie kamień na kamieniu. Chociaż w zasadzie nie powinno do tego dochodzić, słyszałem, że w pechowych przypadkach różnie bywa też z odzyskaniem zapisanych czy nawet możliwością ponownego uruchomienia systemu.

Zawsze można wyrwać wtyczkę. Ulubiona_emotka_Baila.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Sytuacja typowo cyberpunkowa – facet ma wszczep w mózgu, który przy wykonywaniu jakiejś czynności zaczyna wyświetlać komunikaty, próbując go powstrzymać. Bohater zna jakiś “myk”, którym nielegalnie wyłącza sobie to oprogramowanie w głowie, przynajmniej na jakiś czas. 

Chodzi mi o to, żeby ten “myk” miał chociaż pozory logiczności – np. będzie  przypominał komendę linuxowską, pascalową, czy tam innego pytona [nie znam się ;P] . Nie musi być idealnie taki, jak w rzeczywistości. Wystarczy mi, że jak opko przeczyta informatyk, to nie skrzywi się z obrzydzeniem nad moją ignorancją ;]. 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

A może lepiej, żeby zdobył jakieś urządzenie/soft czasowo zagłuszające/blokujące/zmuszające ten wszczep do resetu, a jego ponowne uruchomienie/czas do osiągniecia funkcjonalności czy jak to zwał, będzie trwać X czasu. Taki luźny pomysł.

Ewentualnie jakiś blocker neuroprzekaźnikowy w spostaci biochemu, tabletki/injekcja preparatu. Chociaż musiałbyś pomyśleć jak by to miało działać i o skutkach ubocznych.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Niech stanie (stacje przekaźnikowe itp.) tam gdzie jest duże napięcie elektromagnetyczne. Niebezpieczne, ale logiczne.

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

Mytrix – niezłe ;]. Mógłby np. mieć wgraną jakiś podprogram, uruchamiany komendą tekstową. Tylko, że teraz muszę wymyśleć taką komendę :]. Nie jest to jakiś super istotny wątek w fabule, ale chciałbym żeby wyglądało wiarygodnie. Od biedy mogę po prostu napisać, że wydał komendę tekstową, której nikt już od dawna nie stosował i nie wiedział, że coś takiego w ogóle istnieje (bohater interesuje się historią zamierzchłą tj XX wiekiem). 

 

Zalth – tak, ale motyw porażenia elektrycznego wykorzystuję do pozbawienia bohatera przytomności, więc potrzebuję tu czego innego. 

 

Dzięki za pomoc

Pozdrawiam

M. 

 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Czy w carskiej Rosji  w drugiej połowie XIX w. grywało się w pokera? Wiem, że w brydża na pewno, ale co do pokera właśnie nie mam pewności.

Kiedy konkretnie? 1860 a  1890 to zasadnicza różnica.

Wielka popularność pokera w USA to końcówka wieku, choć był znany wcześniej. W Rosji hazard był w XIX w. bardzo popularny (zob. “Dama pikowa” Puszkina czy “Gracz” Dostojewskiego), więc nawet jeśli nie znajdziesz danych co do konkretnie pokera, to albo możesz go zastąpić czymś, w co na pewno grano, albo wprowadzić, jeśli chronologicznie nie będzie całkiem od czapy.

Skądinąd w szybkim guglu wyszło mi, że w XIX w. w angielskim istnieje pojęcie “Russian poker” jako odrębnego rodzaju gry, możesz poszukać dalej, czy jest coś na ten temat

https://www.lexico.com/en/definition/russian_poker

 

Ogólnie amerykański poker wyewoluował z innych gier, więc możesz pokombinować. W tym, co mam pod ręką o grach w XIX w. w Europie konkretów o Rosji nie znalazłam.

http://altronapoleone.home.blog

Dziękuję.

mcraptorking, w książce Jurija Łotmana Rosja i znaki jest cały rozdział poświęcony grom karcianym w XIX-wiecznej Rosji (raczej w pierwszej połowie wieku, ale o drugiej też coś jest wspomniane). Wśród wymienianych tam niemalże 30 gier pokera nie ma (przynajmniej pod tą nazwą).

O, to bardzo ciekawe. Dzięki.

Poradzi ktoś gdzie znaleźć średniowieczne rodzaje sklepów ? (nazwy np średniowieczna perfumiarnia itd itd, tylko co najmniej kilkanaście) ? Szukam w googlach, ale ciągle wyszukiwarka mi pokazuje nie to co trzeba (za długa fraza)  :(

Będę bardzo wdzięczny za pomoc :((

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Nie wiem, czy to można nazwać sklepami, w większości były to warsztaty połączone ze sklepami:

Każdy warsztat był zasadniczo także kramem wyposażonym w poziome okiennice otwierające się do góry i do dołu. Górną w pozycji otwartej podtrzymywały dwa słupki, tworząc swego rodzaju daszek nad wejściem, z kolei dolna opierała się na dwóch krótkich nóżkach i służyła jako lada. Na noc okiennice zamykano i ryglowano od środka. W warsztacie pracowali zazwyczaj mistrz, jego terminator, jeden czy dwóch męskich krewnych lub żona. (życie w średniowiecznym mieście, F.Giesa)

Czyli najlepiej szukać nazw gilidii.

Poniżej spis rzmiosł z Paryża z 1292 r. (za: życie w średniowiecznym mieście, F.Giesa):

Wśród nich główną rolę pełnili: szewcy (366), kuśnierze (214), służące (199), krawcy (197), balwierze (151), złotnicy (131), szynkarze (130), sprzedawcy starych ubrań (121), cukiernicy (106), murarze (104), cieśle (95), tkacze (86), mydlarze (71), kupcy bławatni (70), bednarze (70), piekarze (62), nosiwody (58), producenci pochew na miecze (58), sprzedawcy win (56), kapelusznicy (54), siodlarze (51), osoby zajmujące się ubojem drobiu (51) i wytwarzające sakiewki (45), praczki (43), handlarze oliwą (43), tragarze (42), rzeźnicy (42), sprzedawcy ryb (41) i piwa (37), wytwórcy sprzączek (36), sztukatorzy (36), kupcy korzenni (35), kowale (34), malarze (33), lekarze (29), dekarze (28), ślusarze (27), łaziebni (26), powroźnicy (26), oberżyści (24), garbarze (24), kopiści (24), rzeźbiarze (24), wytwórcy dywanów (24) i uprzęży (24), bielarze (23), handlarze sianem (22), producenci noży (22), rękawicznicy (21), sprzedawcy drewna (21) i snycerze (21).

 

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dziękuję za odpowiedź :D chętnie skorzystam 

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Ale pamiętam, że była jakaś fajna nazwa na perfumiarnię i alchemika może z nowożytności, już nie pamiętam, no nic, dzięki

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Wydaje mi się, że perfumy poszły się paść razem z Imperium Rzymskim, coś tam powstawało w klasztorach, ale na większą skalę to chyba dopiero pod koniec średniowiecza.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Wiem, wiem, po prostu była jakaś taka nazwa, na którą kiedyś natrafiłem i pasowała, ale zapomniałem.

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Jak już pisałam na SB, towary kupowało się głównie u rzemieślników. Natomiast zajrzałam do zdjęć z muzeum perfumiarstwa w Grasse i niestety zgodnie z przewidywaniem olałam wszystko przed XVIII w. (miałam mało czasu do zamknięcia, inaczej pewnie bym przynajmniej poglądowo coś tam cyknęła).

Perfumy nie poszły się jednakowoż całkiem paść, choć ich popularność zmalała, zwłaszcza na zachodzie, bo w Bizancjum ponoć przemysł perfumeryjny miał się całkiem dobrze, podobnie na Bliskim Wschodzie. Znalazłam informację, że na zachód perfumy przenikają z powrotem ok. XII w. Warto jednak pamiętać, że tak do XVIII w. funkcja perfum jest nieco inna niż współcześnie.

Natomiast co do sprzedawców, obstawiałabym, że głównie handlowali perfumami balwierze/cyrulicy, którzy łączyli funkcje medyczno-higieniczno-kosmetyczno-fryzjerskie. Oraz oczywiście uliczni sprzedawcy – to jest też forma handlu bardzo popularna aż do XVIII wieku, obecna jeszcze w XIX, choć w tym okresie już powoli zanika. Tacy sprzedawcy mieli czasem rodzaj przenośnego kramu, zawieszonego na szyi. Sklepy takie, jakie znamy, to dość późny wynalazek, właściwie dopiero doby industrialnej. [zob. komentarz dalej o targach, bo to ważna część wczesnego handlu]

http://altronapoleone.home.blog

Tak, oczywiście, Grecy w sumie też – w portykach na agorach były sklepiki i tawerny, a w Pompejach odkryto sklepy o podobnej konstrukcji, jak sobie potrafimy wyobrazić. Niemniej od strony działania i logistyki to była trochę inna organizacja niż dziś, zazwyczaj mocno bezpośrednio powiązana albo z wytwórczością, albo z kupiectwem, z konkretnym warsztatem czy kupcem. Raczej nie było “sklepów ogólnych”, gdzie kupiłoby się i żywność i narzędzia. W średniowieczu popularne były raczej kramy (zapomniałam o tym powyżej), które też były zazwyczaj dość monotematyczne, ale za to grupowane w jednym miejscu – na rynku czy targu – dawały pozór “magazynu” czy “supermarketu”. Warto też pamiętać, że w średniowieczu, a i w nowożytności, części rzeczy nie kupiło się łatwo poza dniami targowymi właśnie. A niektórych nawet poza konkretną datą w roku, kiedy odbywały się jarmarki, czyli targi doroczne (czasem cokwartalne itp., ale rzadkie).

http://altronapoleone.home.blog

Nie, to mniej więcej wiedziałam. Pewnie, że Wokulski nie może sprzedawać trzewików, perfum i kawy, nie mając licznych dostawców i organizacji, która właściwie nie da się poskładać bez wielu rzeczy, których w Średniowieczu zwyczajnie nie było, a i starożytni Rzymianie, choć zmyślni, chyba na nie nie wpadli.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Nie, to mniej więcej wiedziałam.

Ale to bardziej do Iluvathara, który szuka informacji ;)

 

Co do Wokulskiego: on już działa w całkowicie innych warunkach, bliższych naszym. W drugiej połowie XIX w. pojawiają się już pierwsze wielkie magazyny czy “składy towarów różnych”, a prowadzący je ludzie mają całą rzeszę dostawców z różnych branż. Rzymianie pewnie byliby w stanie to ogarnąć, bo transport mieli całkiem niezły. Grecka agora była też czymś pośrednim między targiem a centrum handlowym, bo właśnie były małe sklepiki skupione na sporej powierzchni. Średniowiecze, zwłaszcza wczesne, to  skąpe szlaki handlowe i stosunkowo nikła sieć komunikacyjna.

http://altronapoleone.home.blog

Niom :) mózg mi skwierczy heart

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Warto jeszcze dodać, że do XVII/XVIII w. rzemieślnikom i kupcom nie wypadało stosować reklamy (włącznie z widoczną z ulicy wystawą towarów). To raczej też nie sprzyjało nadawaniu nazw sklepom, bo ważna była renoma konkretnego mistrza/majstra, a nie oderwana od osoby marka wytwórni czy sklepu.

Z tą reklamą to chyba różnie bywało, bo pamiętam z jakichś archiwaliów bardzo stare “reklamy”, no i były szyldy, ale to akurat pewnie były obyczaje bardzo lokalne i wysoce zmienne. Natomiast jeszcze bardzo długo, do całkiem niedawna, sklepy/warsztaty nazywały się po prostu “Szewc Nowak” czy “Kowalstwo Kowalski” ;) Marki w nowoczesnym rozumieniu pojawiają się chyba dopiero w XIX w. – i charakterystycznie nadal są związane z nazwiskiem założyciela. O Louisie Vuittonie i początkach tej marki pisałam kiedyś na zlinkowanym w podpisie blogu pod hasłem “Pakowacz Jej Cesarskiej Mości”, a sama w Krakowie, jeśli podam nazwisko panieńskie Mamy, wciąż jestem rozpoznawalna jako przynależna rodzinnie do jednej z największych lokalnie firm optycznych (nie żebym w praktyce wiele z tego miała, firmę przejęła młodsza linia). Nazwy oderwane od nazwiska to ewidentnie jeszcze późniejszy wymysł.

http://altronapoleone.home.blog

Aptekarz kupował w składach, ale i produkował farby (miał terpentynę, pokost), z wosku i łoju wytwarzał świece. Sprzedawał artykuły biurowe, np. pergamin, papier, ozdobny sznurek, lak, karty do gry, kolorowe inkausty czyli atramenty. W aptekach nabywano kosmetyki (monopol na nie do XVIII w.), np. obmywacze (lotion), perfumy i płyny do farbowania włosów, proszek do zębów (z pumeksem) i szczoteczki do zębów [2].

 

Podkreślenie moje.

Źródło.

“w surowcach leczniczych szukał czynnika „quinta essentia” (ciało czynne).”

Eee, nie? Piąty żywioł to eter :) Poza tym fajny artykuł.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

A “piąta esencja” to nie było samo gęste, ekstrakt ekstraktów?

Babska logika rządzi!

Nie, “essentia” to tutaj żywioł. W sensie, jeden z pierwiastków tworzących świat (w lengłydżu “element”).

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Kurczę, potrzebuję jeszcze drugiej informacji. Od kilku dni tego szukam, ale znów Google męczy mnie wyszukując osobno każde słowo z mojej, długiej frazy :

 

“Ile dziennie (ew miesięcznie) żywości i jakiej, zjadali mieszkańcy średniowiecznego miasta”

 

Chodzi mi tutaj o takie z około tysiącem mieszkańców, będę bardzo wdzięczny za pomoc, bo długo się z tym już męczę :( chciałem opisać zakup dostawy do głodującego miasta i nie wiem ile tego żarcia musi być :(

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Zasadniczo ludzie zawsze jedli średnio tyle samo, z zastrzeżeniem oczywiście, że czasami im żarcia brakowało ;) Ale zapotrzebowanie energetyczne itd. nie jest zależne od epoki. Oczywiście na to, co jedli i ile, wpływały warunki społeczne, więc nader często nie dojadano. Niemniej jeśli chcesz kupować dostawę do głodującego miasta (hmm, nie bardzo to widzę, ale może doprecyzujesz, skąd ma być ta dostawa, dlaczego miasto głoduje i różne takie, bo widzę tu niebezpieczeństwo anachronizmu), to dla swojego średniowiecza potrzebujesz tyle samo żywności co dla każdych innych czasów w sensie czysto ilościowym, jeśli chcesz ludzi naprawdę nakarmić.

Zapewne w jakimś specjalistycznym artykule znalazłbyś szczegółowe informacje o tym, co zjadano i w jakich ilościach, niestety popularne książki w rodzaju “życie codzienne” rzadko podają takie konkrety.

http://altronapoleone.home.blog

Miasto głoduje bo trwa 5 miesięczna zima, a dostawa jest z oddalonego o 4 dni drogi (6-8 zimą) miasta. :)

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Przede wszystkim musisz sobie odpowiedzieć na pytanie, jakim cudem, skoro w jednym mieście zima doprowadziła do tragicznej sytuacji głodu, w innym mieście, nie aż tak odległym, więc zapewne położonym w podobnej strefie klimatycznej, mają tak ogromne nadwyżki żywności, że wyżywią siebie i jeszcze drugie miasto. Miasta w ogóle nie były wytwórcami żywności, więc przy ostrej zimie mała szansa, że po sąsiedzku będą mieli jak pomóc.

I jeszcze kolejne pytanie: jak podczas tej zimy (skoro zimą 6-8 dni) to dostarczyć. Przecież to jest ogromne przedsięwzięcie logistyczne, a średniowiecze to nie jest epoka szczególnie dobrze rozwiniętego transportu.

http://altronapoleone.home.blog

Ci z miasta B mieli o wiele większy spichrz, poza tym wokół tego drugiego miasta są rozległe obszary wiejskie.

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

A po co mieli taki ogromny spichlerz? Żywność się psuje, więc raczej nie trzymano jej w wielkich nadmiarach, zdolnych wyżywić drugie miasto. Pachnie to narrative device, ostrzegam.

http://altronapoleone.home.blog

Żyją z handlu, poza tym … jakby to ująć … spichrz jest na górze pośrodku przełęczy (mróz) i chodzi mi tu głównie o przechowywanie zbóż, kaszy i suszonego mięsa oraz przetworów i win.

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Oesu. Nie wyobrażam sobie funkcjonowania tej społeczności XD

 

Spichrz na górze oznacza ogromny wysiłek z zanoszeniem tam i znoszeniem żywności. Na to, żeby mróz utrzymywał się na jakimś szczycie przez cały rok, ten szczyt musiałby być bardzo wysoko, być w zasadzie pokryty wiecznym śniegiem i być w zasadzie niedostępny dla ludzi na tym poziomie cywilizacyjnym. Nie przypadkiem pierwsze wejście na Mont Blanc to końcowka XVIII w., a to jest wg skali alpinistycznych łatwy szczyt. Nieopłacalne, niepraktyczne. Nawet nie bardzo opłacalne dla skrajnie ekstensywnej gospodarki, gdzie większość pracy wykonują niewolnicy. W dodatku zboże i jego przetwory, jak kasza – w niezabezpieczonym mroźnym środowisku zawilgną i nie będą się do niczego nadawały.

Dopóki nie mówimy o strefie zwrotnikowej, to w dawnych czasach składowano lód (z zimy albo przynoszony z lodowców) w piwniczkach. Oczywiście to była głównie domena ludzi zamożnych, ale takie lodownie potrafiły być ogromne i nieźle funkcjonujące. Jeśli wytworzyło się dostatecznie zimne środowisko, to potem ten lód długo się utrzymywał sam z siebie poniekąd. Takie prawie perpetuum mobile lodowe. Na lato wystarczało. Czysto teoretycznie miasto mogłoby w coś takiego zainwestować, ale tu się pojawia pytanie o ustrój panujący w Twoim świecie. Czy miasto (miasto-państwo?) pełni w nim kluczową rolę, bo to by było dość nietypowe, choć owszem, nawet pomijając greckie poleis, już u progu nowożytności mamy takie organizmy państwowe, w Italii nawet w średniowieczu mamy de facto system księstw i republik opartych na dużym mieście. Ale one zazwyczaj były ze sobą w stanie jeśli nie wojny, to niechęci i cenne zapasy raczej by trzymały dla siebie. Pamiętaj, że to czasy, kiedy nie wynaleziono jeszcze akcji humanitarnych i większość ludzi pomyślałaby “w X umierają z głodu? szkoda ich, ale dobrze, że nie u nas”.

Skądinąd “góra na środku przełęczy”? Znaczy jest przełęcz między dwiema górami czy pasmami górskimi, a na środku tej przełęczy jeszcze jedna góra? ;) To trochę dziwaczne ukształtowanie terenu.

Ogólnie: nie kupuję tego.

http://altronapoleone.home.blog

Iluvatharze, zamiast kombinować z olbrzymimi spichrzami pośrodku przełęczy, zrób może tak, że zapasy w tym głodującym mieście były źle zabezpieczone i wyżarły je jakieś gryzonie czy inne miejscowe szkodniki, którym zima też ostro dała się we znaki.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Bolly, dzięki za głos rozsądku, ale mam wrażenie, że spichrz w dziwnym miejscu to w tym dobrze zabezpieczonym mieście XD

http://altronapoleone.home.blog

No ja wiem, i tym właśnie sposobem uniknęlibyśmy takiego rozwiązania. Oba miasta miały jednakowe, całkiem zwyczajne, nie-górskie spichlerze, w których znajdowało się dość żywności na tak długą zimę, nawet z nadwyżką, ale w jednym szczury czy inne wygłodniałe szkodniki wlazły przez dziurę w ścianie/podłodze i wszystko wyżarły. Albo zepsuła się, bo była źle przechowywana, albo jacyś złodzieje rozkradli, whatever.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

A, to tak :)

http://altronapoleone.home.blog

Dobra … inaczej, Spichrz jest przez większość roku w zasięgu mrozu, nie cały, ale magazynuje się tam tylko żywność przeznaczoną na handel. Mogę ten spichrz trochę przemieścić ale chodziło o handel przez przełęcz, wiem że jak na średniowiecze to ciężko to sobie wyobrazić, ale to jest takie … low fantasy, więc skalę i na niektóre rozwiązania można przymknąć oko.

 

Ja szukam tylko ile żywności potrzebowałoby 1000 ludzi na dzień i sobie poradzę :D

 

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Przy 150% widać wszystko. Oczywiście : zielony – najniższy, żółty – wyższy, pomarańczowy – jeszcze wyższy i czerwony – jeszcze wyższy teren. Róż to już trzy-pięciokilometrowe góry.

 

“Góra na środku przełęczy” odnosi się do tego kawałka, na którym stoi Donjon, nie wiedziałem jak to inaczej nazwać.

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Bolly

 

W pierwszym mieście żywności brakło z powodu przedłużającej się, pięciomiesięcznej zimy (gryzoni też) :)

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Sytuacja typowo cyberpunkowa – facet ma wszczep w mózgu, który przy wykonywaniu jakiejś czynności zaczyna wyświetlać komunikaty, próbując go powstrzymać. Bohater zna jakiś “myk”, którym nielegalnie wyłącza sobie to oprogramowanie w głowie, przynajmniej na jakiś czas. 

@MordercaBezSerca

 

Trochę spóźnionym, ale chciałem dorzucić do Mytrixowych pomysłów (blokada sygnałów odcięłaby całe konkretne urządzenie bo – z moją ograniczoną wiedzą o biologii i neurlogii – zakładam, że sprzet albo jest “wpięty w nerwy” albo połączony z konkretnymi obszarami w mózgu)

→ czy istnieje jakikolwiek port serwisowy, gniazdo, coś podskórnego – wyobrażałbym sobie, że musi, bo serwisować te wszczepy przecież trzeba; generalna tendencja jest taka, że robi się sprzet programowalny, tzn. mozna zawsze firmware jakoś podmienić, tak jak się podmienia soft w samochodach, by wycisnąć więcej z silnika – architektura podobna, dużo mniejszych jednostek odpowiedzialnych za konkretne zadania; spięte w sieci; wszczepy podobnie; coś może je koordynować, więc pewnie jest jakiś “master” – główny neuroprocesor, jakieś gniazda na podłączenie sprzętów i wówczas a) albo podmianka oprogramowania u “ripperdoca”/hakiera na takie, które daje “konsolę” – możliwość wydawania zaawansowanych komend sterujących sprzetem (coś na zasadzie komputera serwisowego łączonego do gniazda w aucie) b) coś, co odetnie wszczep na stałe/tymczasowo blokując jakiś obszar mózgu, jakiś środek farmakologiczny lub chemiczny, tak jak Mytrix podpowiadał (efekty uboczne byłyby ciekawe)

Taki port serwisowy może być fizyczny, może być radiowy czy nawet optyczny, generalnie zawsze jakaś ścieżka podmiany “firmware” jest.

Zawsze tez wbudowuje się możliwość resetu danego urządzenia w jakiś określony sposób, takiego “twardego” – może jest to sekwencja gestów, wizualizacji lub słów, z którymi coś jest związane w pracy mózgu i systemu nerwowego w obszarze, w którym podłączony jest wszczep (to już w kategorii bardziej fiction)

Względnie stare, dobre odcięcie zasilania. PRawdopodobnie fizyczne i bardzo bolesne dla nosiciela wszczepu, ale najpewniej wykonalne nawet w warunkach polowych (zależy też dokłądnie o jakim wszczepie myślisz)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Iluvathar, czy to jest coś w rodzaju Minas Tirith 2.0? Ale kombinujesz. No i jeśli zanim zaczniesz pisać, musisz sobie rysować mapki w Paintcie, to daleko nie zajedziesz. Przepraszam, ale rzygać mi się chce, gdy widzę, jak kolejny, być może całkiem utalentowany autor marnuje się, próbując naśladować Tolkiena, który może i dobry był w zabawę w wymyślanie światów, ale w moim odczuciu pisarzem był słabym.

 

W pierwszym mieście żywności brakło z powodu przedłużającej się, pięciomiesięcznej zimy (gryzoni też) :)

Umiem czytać. Podobnie jak drakaina uważam po prostu, że to mało sensowne.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Bolly

 

Hola, hola ...

 

Mówiąc szczerze nie inspirowałem się Minas Tirith, miasto zaczęło je przypominać dopiero, kiedy kombinowałem jak umieścić jego część jeszcze na przełęczy. I nie marnuję się próbując naśladować Tolkiena, w tej książce, którą teraz piszę tylko to miasto jest trochę podobne, tak czy owak za Minas Tirith nie było przełęczy i nie było to miasto państwo o handlowym znaczeniu.

 

Poza tym, czy każde miasto o kilku kolistych murach musi być od razu zrzynaniem ? Czy Tolkien ma na to monopol ? Wiem, jak to wygląda, ale naprawdę, mogę ci przysiąc, że się nim nie inspirowałem, nie w tym przypadku. W środku zaś mieszkają ludzie z francuskim akcentem :) (ciekawostka)

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Nie było przełęczy, ale była droga wiodąca do grobowców królów Gondoru. Były też linie murów opasujące kolejne poziomy wznoszące się coraz wyżej na zboczu góry, i właśnie one nasunęły mi skojarzenie z Minas Tirith, a w połączeniu z twoim nickiem inspiracja wydała mi się oczywista.

 

PS. Może nie marnujesz się, naśladując Tolkiena, ale na pewno marnujesz się, pisząc o miastach-państwach o handlowym znaczeniu podejmujących akcje humanitarne. Weź może opowiedz jakąś historię w skali mikro, koncentrującą się wokół ciekawego bohatera, to nie będziesz musiał zaprzątać sobie głowy problemami w stylu pojemności tysiąca mieszczańskich żołądków.

 

PPS. Książek się nie pisze. Powieści się pisze. Książka to jest oprawiony papier, na którym wydrukowano powieść.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Bolly

 

Drogę wiodącą do grobowców królów trudno nazwać szeroką przełęczą biegnącą na wylot przez pasmo górskie i nie miałem na myśli akcji humanitarnej tylko zakup żywności. Napisałem “książka” ze względu na objętość tego dzieła, tak się zwykle robi, więc prosiłbym abyś nie czepiał się każdego mojego słowa. Nikt tu nie chce cię atakować.

 

“Weź może opowiedz jakąś historię w skali mikro, koncentrującą się wokół ciekawego bohatera, to nie będziesz musiał zaprzątać sobie głowy problemami w stylu pojemności tysiąca mieszczańskich żołądków.”

 

Nie zarzucaj mi, że w moim dziele nie ma ciekawego bohatera, bo tego nie masz prawa wiedzieć, nigdzie nie opublikowałem tej powieści.

 

Co do nicku się zgadza, bo fantasy Tolkiena jest moim ulubionym, ale jeśli wystarczy, że linie murów wspinają się na zbocze góry … a da się inaczej ? Jeśli miasto jest na zboczu to muszą się wspinać po owym zboczu. Zresztą czy widziałeś przed Minas Tirith jezioro z tamą ?

 

Rysunek był zaś robiony na szybko i miał być tylko czytelny, a zrobiłem go w CorelDraw i uwaga – po opisaniu miasta tekstowo.

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Napisałem “książka” ze względu na objętość tego dzieła, tak się zwykle robi

Co nie znaczy, że to poprawne.

 

Nie zarzucaj mi, że w moim dziele nie ma ciekawego bohatera, bo tego nie masz prawa wiedzieć, nigdzie nie opublikowałem tej powieści.

Pożyjemy, zobaczymy.

 

Rysunek był zaś robiony na szybko i miał być tylko czytelny, a zrobiłem go w CorelDraw i uwaga – po opisaniu miasta tekstowo.

W czym zrobiłeś, w tym zrobiłeś. Bardziej martwi mnie wątpliwa praktyczność całej tej lokacji – miastu wciśniętemu pomiędzy wysokie góry zagrażają lawiny, wiosenne powodzie (które zapewne przyczyniły się do powstania tego jeziora), nie mówiąc już o zimnie. A że tą przełęczą biegnie ważny szlak kupiecki? Nie trzeba siedzieć na samej przełęczy, żeby ją skutecznie kontrolować. Na miejscu założyciela tego miasta rozejrzałbym się za dogodniejszą lokalizacją w pobliżu.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Cóż, mam inne zdanie, bo dzięki tej lokalizacji przez przełęcz nie przedostanie się nikt niepowołany, wiem o zagrożeniach lawinowych i powodziach, ale uznałem że w fantasy (wiem, że to nie jest wytłumaczenie na wszystko, ale wyjaśnia lekkie podkręcanie atrakcyjności wizualnej lokacji) mogę na to przymknąć oko, nie na wszystko oczywiście.

Proszę tylko jeszcze, abyś nie atakował kogoś tylko dlatego, że lubi twórczość Tolkiena, podczas gdy ty jej nie znosisz, choć jak już mówiłem poza paroma podobieństwami do Minas Tirith (myślę że to jakaś jedna trzecia elementów tego miasta jest podobna) ta powieść nie ma z Tolkienem niemal nic wspólnego.

(Istnienie elfów też bowiem nie powoduje, iż jest to ewidentna zrzynka).

Życzę miłego dnia i udanych opowiadań :)

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Iluvathar, wchodzisz w niebezpieczny dla autora etap. Piszę to bez szydery, ogólnie: ludzie na forum chcą pomóc, nie przeszkadzać :D

Algir ?

 

Ja tylko próbuję się wybronić. Smuci mnie, że każde miasto na zboczu gór od razu uznaje się za Tolkienowskie, nawet nie próbując doszukać się różnic. Po za tym ja nic nie pisałem o “rzyganiu” na widok czegoś co przypomina nieco twórczość tego autora.

 

I gdzie u Bolly’iego widzisz pomoc ?

 

Dopiero w trzecim komentarzu napisał coś konstruktywnego :

“Bardziej martwi mnie wątpliwa praktyczność całej tej lokacji – miastu wciśniętemu pomiędzy wysokie góry zagrażają lawiny, wiosenne powodzie (które zapewne przyczyniły się do powstania tego jeziora), nie mówiąc już o zimnie. A że tą przełęczą biegnie ważny szlak kupiecki? Nie trzeba siedzieć na samej przełęczy, żeby ją skutecznie kontrolować. Na miejscu założyciela tego miasta rozejrzałbym się za dogodniejszą lokalizacją w pobliżu.”

O taką pomoc mi chodziło. Wcześniej był tylko atak.

 

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Iluvathar, rób jak chcesz ;) Zdradzę Ci sekret: nie ma potrzeby, żeby bronić własnego tekstu.

 

Wcześniej dostałeś olbrzymią pomoc: wyraźną informację, że dla większości czytelników liczą się bohaterowie i opowiadana historia, nie sztafaż.

 

To wszystko poszło w złym kierunku: pytałeś o rzeczy praktyczne, na marginesie dostałeś bardzo ważne info dodatkowe, co z tym zrobisz – Twoja sprawa ;)

“Ile dziennie (ew miesięcznie) żywości i jakiej, zjadali mieszkańcy średniowiecznego miasta”

 

Nie wiem ;) Ale może tak:

przyjmijmy, że przeciętny człowiek zjada dziennie 2000 kcal (wliczając zarówno mężczyzn, jak i kobiety i dzieci). Pomnożyć to przez 1000 – mamy 2 000 000 kcal dziennie. Stąd już łatwo przeliczyć to na konkretne jedzenie, korzystając z kalkulatorów dietetycznych :)

2 mln kcal to będzie łącznie np:

kasza jaglana – 400 kg

uda z kurczaka – 200 kg

smalec – 48 kg

 

Oczywiście mówimy o mieście, które ma tyle jedzenia, ile potrzebuje. Część pewnie się marnuje, więc można by trochę dodać. Z tym że raczej nie potrzebujesz wyliczeń super dokładnych, a tylko orientacyjnych.

Wiadomo, że te ilości się zmienią, jeśli np. w mieście będą głównie mężczyźni pracujący fizycznie/trenujący walkę itd. No ale to wiadomo.

 

Czy to miasto kojarzy się z Minas Tirith? Tak. Czy skojarzyłoby mi się, gdyby nie Twój nick? Trudno powiedzieć (a Tolkiena znam i uwielbiam, szacunek forever). Czy mi to przeszkadza? Jeśli reszta powieści będzie dobra, to nie.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Edit:

ja bym olał to, że lawiny, że powodzie itd. Jeśli pomysł na miasto jest fajny, efektowny i w miarę z sensem, to jest to ważniejsze niż super poprawność. Przynajmniej ja tak uważam. Jeśli opowieść mnie wciągnie, to nie zastanawiam się nad takimi drobiazgami (jeśli mnie nie wciągnie to tym bardziej się nie zastanawiam).

A najgorsza zbrodnia, jaką możesz popełnić, to wrzucenie do powieści infodumpa informującego o tym, dlaczego miastu zagrażają lawiny. Albo dlaczego nie zagrażają. No chyba, ze jakieś jedno zdanie, żeby się ktoś nie przyczepił. Na pewno możesz coś wymyślić, żeby to było wiarygodne, jakieś czary albo co ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

El Lobo Muymalo

 

Bardzo ci dziękuję, jestem wdzięczny ! Nie miałem czasu aby się do tego przysiąść.

 

 

Algir

 

“Wcześniej dostałeś olbrzymią pomoc: wyraźną informację, że dla większości czytelników liczą się bohaterowie i opowiadana historia, nie sztafaż.”

 

To, że dla czytelników liczą się bohaterowie i historia (które u mnie są) Nie można nazwać pomocą, zwłaszcza, że o taką nie prosiłem i jest to oczywiste. Pytałem tylko o żywność, bo to mi było potrzebne do realistyczniejszej otoczki powieści low fantasy. Mogę cię jednak uspokoić, że miasto to nie pełni u mnie absolutnie roli wiodącej i tylko przewija się w tle (jedna, może dwie wizyty głównego bohatera).

Nic nie poradzę na to, że uwielbiam góry i lubię umieszczać miasta na ich zboczach lub szczytach wzgórz, uważam tylko że to krzywdzące aby każde z takich miast nazywać kopią Minas Tirith. Starałem się jak mogłem aby poza okrągłymi tarasami, których jest defacto trzy, nic więcej nie przypominało stolicy Gondoru :)  Po prostu zaszło nieporozumienie.

 

Do nikogo nie mam urazy i serdecznie pozdrawiam :)

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

El Lobo Muymalo

 

Dzięki za miłe słowa, mam podobne podejście, choć u mnie najpierw jest realizm, a jak już nie da się go utrzymać to dopiero wtedy dodaje nieco magii :)

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Jeśli w świecie fantasy masz spójny system magiczny, to tejże magii zastosowanie jest właśnie realizmem :).

Żebyś mnie dobrze zrozumiał – nie polecam dodawania magii od czapy, że ogólnie w uniwersum jej nie ma, ale pojawia się nagle, kiedy chcesz uzasadnić brak lawin :D

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Tak się zastanawiam, czy las nie powinien stanowić swoistego falochronu przeciw lawinom.

Babska logika rządzi!

Finkla

 

Owszem, choć tutaj (między domami a górą) raczej by się nie zmieściły. No, ale większość miasta chroni przed lawinami mur. Chyba przedłużę go też pomiędzy kręgami tak aby od strony gór był :

rów i mur oddzielające domy od ośnieżonych skał :)

 

El Lobo Muymalo

 

Oczywiście, że rozumiem :) U mnie magia jest subtelna i nikła. Wspieranie morale siłą woli, wzmaganie strachu u wroga, zaklęte bronie nie świecą się i nie palą tylko są po prostu trochę ostrzejsze i rzadziej się łamią/tępią … etc. Medytacja uspokajająca w jakimś stopniu pogodę jest tutaj więc na miejscu :)

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Zresztą brak lawin można też wyjaśnić prądami suchego powietrza (nie ma czapy śnieżnej, nie ma lawiny), prawda ?

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Ale to by chyba musiało ładnie tym wiatrem napitalać, żeby nie powstała czapa śnieżna?

Ale nie znam się, niech się wypowie kto mądrzejszy.

Albo napisz, że krasnoludy zrobiły w górach centralne ogrzewanie xD

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Na przykład port Narwik w Norwegii. to chyba położony najbliżej bieguna północnego w miarę duży port. Nie zamarza jednak nigdy ponieważ są tam ciepłe prądy morskie. :) Zresztą wiatr może być słaby, ale ciepły, no nie wiem w ciągu dnia lub dwóch to rozwiążę :D

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Miasto może być położone pośrodku przełęczy, żeby kontrolować handel i pobierać cło od przebywających góry kupców (zakładając że po obu stronach pasma górskiego znajdują się kolejne miasta). Nie widzę nic złego w rysowaniu mapek w paincie. W momencie gdy w jednym mieście zabrakło żywności, w drugim natychmiast znaleźliby się zachęceni łatwym zarobkiem ludzie, którzy zaczęliby sprzedawać tam własne jedzenie po zawyżonej cenie. Skoro miasto głoduje od kilku miesięcy, widocznie do tego nie doszło – powinieneś jakoś to uzasadnić, np. lawiny zasypały przełęcze i kupcy nie mogli się do niego dostać. Albo władza drugiego miasta zakazała eksportu żywności, by wywrzeć na nich presję (np. żeby wynegocjować zmniejszenie ceł albo inne polityczne ustępstwa). Człowiek potrzebuje przyjmować do siebie około 2000 kalorii. Należy wyliczyć, ile gramów czy kilogramów zboża/mięsa/czegokolwiek innego przekłada się na 2000 kcal, a potem pomnożyć przez ludność. Zdesperowani pewnie zadowolą się 1700 kcal dziennie, ale ekspertem nie jestem. Spichlerz na szczycie góry to prawdopodobnie zły pomysł. Ale co z tego? Czasem ludzie popełniają błędy. Można wytłumaczyć, że gdy miasto powstawało, panujący w nim szlachcic kazał umieścić magazyny w tym a nie innym miejscu, bo zwyczajnie takie miał widzimisię, a błędu nikt mu nie wytykał, w końcu przecież nie mieli jeszcze inżynierów/architektów, bo mówimy o wczesnych początkach miasta, właściwie wioski. Chciał dobrze, tylko nie wyszło. Potem zbudowanej już infrastruktury nie opłacało się zmieniać. Lawinami bym się nie przejmował. Jeśli są, to ludzie się w ten czy inny sposób przyzwyczaili. Jeśli nie, to nie ma problemu. Co do składowania jedzenia i jego formie, w internecie znajduje się parę artykułów, np.:

 

https://historiamniejznanaizapomniana.wordpress.com/2015/08/14/jak-nasi-przodkowie-dawniej-przechowywali-zywnosc/

 

https://fanbojizycie.wordpress.com/2014/05/09/o-jedzeniu-w-sredniowieczu-cz-1/

 

Iluvatharze, piszesz kilkakrotnie, że chciałeś informacji, ile jedzą średniowieczni mieszczanie, bo chcesz realizmu. A następnie wymyślasz okoliczności, które kłócą się z jakimkolwiek realizmem. (I nie chodzi o to, czy jest magia, czy nie, bo, jak ktoś już słusznie zauważył, magia jest elementem fantasy).

No więc przyjmij do wiadomości, że dla realizmu w literaturze jest mało istotne, czy w swoim fantasylandzie dokładnie opiszesz cegłę, z jakiej zbudowano domy i oprzesz technologię jej wytwarzania na specjalistycznych pracach naukowych dotyczących wytwórstwa cegieł w danej epoce. To jest co najwyżej wartość dodana, coś, za co kumaty w temacie recenzent może pochwalić risercz i dbałość o szczegóły.

Znacznie ważniejsze jest wczucie się w mentalność epoki i unikanie anachronizmów związanych z narzucaniem naszych standardów dawnym czasom, nawet jeżeli to tylko stylizowana na nie fantasy. W tej chwili mam zresztą wrażenie déjà-vu, ponieważ dopiero co na grupie Polska Fantastyka na fb tłumaczyłam innemu aspirującemu pisarzowi, że pomysł, żeby w neolitycznym społeczeństwie wybuchła egalitarystyczna rewolucja jest, delikatnie mówiąc, od czapy. Tak samo z tą pomocą humanitarną.

Tu na dodatek wpadasz w pułapkę, o której wspominałam, mianowicie tzw. narrative device. Czyli takich rozwiązań światotwórczych lub fabularnych, które służą wyłącznie temu, żeby autor mógł bez przeszkód zrealizować swoje pomysły. Furda, czy to ma sens, ważne, żeby skoro wymyśliłem, że bohater coś zrobi, zrobił to, choćby i z pogwałceniem realizmu. Jak dla mnie tym właśnie jest ten ogromny spichrz. Nie widzę powodu, dla którego jakiekolwiek miasto w warunkach ustrojowo-gospodarczych, jakie musisz mieć przyjmując taki wzorzec historyczny, miałoby przechowywać gigantyczne nadmiary żywności. Nawet jeśli produkują nadwyżki, to je sprzedadzą. W warunkach, gdzie przechowywanie jest trudne, a zysk łatwy do uzyskania, nie będzie się ryzykować, że ta nadwyżka się zepsuje i nie będzie do niczego nadawała. Wymyślenie spichrza (gdzie? początkowo była góra z mrozem, teraz jest donżon – tak się to po polsku pisze – na środku  przełęczy...) jest więc właśnie narrative device – wymyśliłeś sobie, że jedno miasto ma pomóc drugiemu, więc wymyślasz rozwiązanie od czapy, byle dało się przeprowadzić tę akcję humanitarną.

Realistycznie to ludzie w tym głodującym mieście będą jedli wszystko, co się choćby śladowo nadaje do zjedzenia, a wierz mi, że jeszcze w XIX wieku na pewno jedzono (np. na biednych wsiach na przednówku albo i w oblężonych miastach): świece łojowe, wyroby skórzane, absolutnie wszystkie odpady kuchenne – obierki, najgorsze podroby. Będą łapać szczury i jeść szczury albo i myszy czy gołębie. Zjedzą psy, koty i konie, i cokolwiek innego będą mieli w mieście. W ostateczności uciekną się do kanibalizmu i będą się pożywiać świeżymi trupami. Będą gotować rosół na wygotowanych kilka razy kościach, będą wysysać z nich szpik. To jest realizm takiej sytuacji, a nie tadam, akurat po sąsiedzku jest miasto, które gromadzi drugie tyle zapasów, ile samo potrzebuje, w lodówce na szczycie góry, i akurat może nam te zapasy wysłać.

Podsumowując: wybrałeś na czynnik zwiększający realizm najmniej istotny element. Mało kto zwróci uwagę na to, ile w twoim mieście ludzie zjedzą rzepy, a ile kiełbasy, dopóki nie wyżywisz bez magii całego miasta jedną rzepą i jedną kiełbasą. Natomiast wielu krytycznie (w sensie: z pomyślunkiem, niekoniecznie z uprzedzeniem) podchodzących do lektury czytelników będzie miało wątpliwości, czy takie rozwiązanie, jakie sobie wymyśliłeś, ma sens, bo zbyt wiele czynników tu kuleje.

http://altronapoleone.home.blog

A jeśli przechowują większe zapasy na wypadek oblężenia?

I Iluvathar chyba pisał o handlu, a nie pomocy humanitarnej.

Babska logika rządzi!

Dla mnie to nadal bardzo naciągane. Oblężenia zazwyczaj nie następują nagle, a jak już nastąpią, to przede wszystkim zaczyna się racjonowanie żywności, bo, jak pisałam wyżej, możliwości składowania są ograniczone. Jak rozumiem, to miasto jest przedstawicielem rozwiniętej jak na ten świat cywilizacji, więc raczej ma też siatkę szpiegów i wywiadowców i będzie wiedziało, że jakiś poważny nieprzyjaciel szykuje się do ataku czyli prawdopodobnie i oblężenia. W takiej sytuacji zacznie póki co możliwie cichaczem gromadzić dodatkowe zapasy (cichaczem, żeby nieprzyjaciel się nie zorientował, a i właśni mieszkańcy nie wpadli w panikę), a będzie też musiało przynajmniej częściowo wyżywić ludzi z wiosek.

Na dodatek nie mieliśmy zagrożenia oblężeniem w warunkach wyjściowych, a jeśli czują się zagrożeni oblężeniem, to znaczy, że w okolicy są siły zdolne im zagrozić na poważnie. Tak nawiasem mówiąc, wg mapy wróg może podejść z dwóch stron; jeśli istotnie boją się, że na przedpolu rozegra im się jakaś Bitwa Pięciu Armii (aczkolwiek ja nie miałam skojarzenia z Minas Tirith, m.in. dlatego że z mapy założyłam, że miasto siedzi na przełęczy, a nie na zboczu wysokich gór), to wioski powinni mieć po obu stronach tej przełęczy ;) Chyba że od północy jednak jest góra, ale wtedy nie mamy przełęczy ;)

Tak jeszcze na marginesie – doczytałam sobie na samej górze, że to głodujące miasto ma mieć tysiąc mieszkańców – to nawet na średniowiecze dziura, która ma niewielkie szanse na miejską lokację. Kraków przedlokacyjny miał 2000 mieszkańców, zaraz po lokacji liczebność wzrosła o 10 tys., potem aż do XIX w. w zasadzie co najwyżej się podwoiła (bo to fluktuowało).

A zapomniałam jeszcze w wyliczance, co można było zjeść w razie głodu, dodać korę drzew i wydłubywane spod śniegu korzenie, rośliny itd. Oraz owady, wiele owadów to wysokobiałkowa dieta, aczkolwiek tu wiele zależy od strefy klimatycznej i tego, czy to winter has come to coś nietypowego, czy też takie zimy są na porządku dziennym. Od tego ostatniego w ogóle bardzo dużo zależy.

http://altronapoleone.home.blog

Drakaina

 

“Tu na dodatek wpadasz w pułapkę, o której wspominałam, mianowicie tzw. narrative device. Czyli takich rozwiązań światotwórczych lub fabularnych, które służą wyłącznie temu, żeby autor mógł bez przeszkód zrealizować swoje pomysły. Furda, czy to ma sens, ważne, żeby skoro wymyśliłem, że bohater coś zrobi, zrobił to, choćby i z pogwałceniem realizmu. Jak dla mnie tym właśnie jest ten ogromny spichrz. Nie widzę powodu, dla którego jakiekolwiek miasto w warunkach ustrojowo-gospodarczych, jakie musisz mieć przyjmując taki wzorzec historyczny, miałoby przechowywać gigantyczne nadmiary żywności. Nawet jeśli produkują nadwyżki, to je sprzedadzą. W warunkach, gdzie przechowywanie jest trudne, a zysk łatwy do uzyskania, nie będzie się ryzykować, że ta nadwyżka się zepsuje i nie będzie do niczego nadawała. Wymyślenie spichrza (gdzie? początkowo była góra z mrozem, teraz jest donżon – tak się to po polsku pisze – na środku  przełęczy...) jest więc właśnie narrative device – wymyśliłeś sobie, że jedno miasto ma pomóc drugiemu, więc wymyślasz rozwiązanie od czapy, byle dało się przeprowadzić tę akcję humanitarną.”

 

To czy duży spichrz ma sens to już mój problem, nie to było tematem dyskusji, ale jak już mówiłem chodzi o handel ! Kurczę, przecież pisałem wyraźnie, nie chcę tu nikogo atakować. Miasto powstało jako blokada przełęczy i najważniejszy ośrodek handlowy w okolicy. Wybacz, ale nie wierzę, że wielki spichrz jest czymś aż tak absurdalnie oburzającym i rozwścieczającym twój umysł.

 

W tym pierwszym mieście jak już musisz wiedzieć też jest przełęcz, lecz o wiele wyżej i została zasypana, szkodniki dały się we znaki, ale przede wszystkim zima, która trwa 5 miesięcy. (nie chciałem zdradzać za wiele, zresztą miałem tylko jedno pytanie, więc to nie miało znaczenia)

A … zapomniałem dodać. To głodujące miasto jest już po oblężeniu (miesięcznym).

 

To co będą jeść akurat jestem w stanie się domyślić. Historia to był mój ulubiony przedmiot więc znam realia, naprawdę nie mogę ich trochę nagiąć ?

 

P.S. Jeśli po prostu jesteś na mnie zła za niedawną dyskusję na SB, to wiedz, że przeprosiłem już za to czat i żałuję, iż napisałem tam o paru teoriach spiskowych, w dodatku zbyt ostro. Tak czy owak obiecałem, że już nie będę pisać takich rzeczy.

 

Finkla

 

Też nie rozumiem co się tu dzieje :/

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Iluvatharze, ponieważ jak już ktoś stwierdził, stoisz na pozycji autora, który wie lepiej, to cała dyskusja w zasadzie nie ma sensu, zwłaszcza pytasz o mało ważny szczegół, a nie zauważasz większych problemów (takie źdźbło versus belka ;)). Jeśli masz dla nich wytłumaczenie – nie przejmuj się spojlerami, na tym portalu akurat jest dość mały odsetek docelowego czytelnika low fantasy, a na dodatek do czasu, kiedy to skończysz i wydasz (zakładając, że tak się stanie) docelowy czytelnik, który chciałby przeczytać całość, zdąży te szczegóły zapomnieć, jako że nasze życie nie obraca się wokół szczegółów pisanej przez ciebie powieści (tak, z tą książką też ktoś miał rację: książka to przedmiot, powieść – obszerne dzieło literackie; to trochę tak jak litera i głoska, znak wizualny i jego wartość dźwiękowa, czy cyfra i liczba – to wszystko różne pojęcia; książką jest też zbiór opowiadań, rozprawa naukowa czy tomik poezji).

Wielki spichrz nie “rozwściecza mojego umysłu”, cokolwiek by to miało znaczyć. Po prostu mając jakieś tam wyjściowe dane na temat świata i sytuacji uważam to, co sobie wymyśliłeś, za naciągane, ale to w końcu twój tekst i to ciebie czytelnicy będą w razie czego krytykować, więc skoro uważasz, że jedynym problemem realizmu w tym świecie jest ile ludzie zjadają, to proszę bardzo, droga wolna, pisz po swojemu. Tylko potem nie płacz, jeśli czytelnicy będą się czepiać. I pamiętaj, że wydany tekst zostaje z czytelnikiem sam, autor nie może go już bronić w komentarzach.

 

Realia możesz naginać, bo opisywanie dawnych czasów z zachowaniem absolutnie wszelkich szczegółów byłoby dla współczesnego czytelnika niestrawne, a świat niewiarygodny. Np. w połowie XIX w. i nieco później mężczyźni powszechnie nosili gorsety, żeby kształtować sylwetkę – kto by dziś to łyknął na poważnie i w dużych ilościach w powieści, zwłaszcza dla działającego bohatera? Niemniej naginanie musi się również tłumaczyć po pierwsze w obrębie świata przedstawionego, a powinieneś unikać infodumpów czyli tłumaczenia, dlaczego świat działa jak działa – powinieneś to pokazać, a nie opisać.  Po drugie w obrębie rozsądku i sensu praktycznego, oraz bez rażących anachronizmów. Chcesz mieć wielki spichrz – wymyśl takie powody, w które czytelnik naprawdę uwierzy (autorska deklaracja nie wystarczy), wrzuć je subtelnie w tekst, nie jako infodump, i możesz mieć nawet całe miasto spichrzy. Na razie jest to narrative device, bo chcesz, żeby to miasto uratowało to drugie miasto (skądinąd w tym ze spichrzem nie ma pięciomiesięcznej zimy?) i po to jest ci ten spichrz. Czytelnik takie rzeczy wyłapuje, naprawdę.

Natomiast na dodatek zaczynam mieć wątpliwości, czy wiesz, czym jest przełęcz ;) Albo też wyrażasz się kulawo, bo przełęcz to nie coś co “ma” miasto, co najwyżej miasta są budowane na przełęczach.

 

W zasadzie już bez odbioru, bo patrz sam początek.

 

PS. Sugestię, że wyżywam się za jakąś dyskusję na SB mogłabym uznać za obraźliwą, ale postaram się tego nie zrobić. Natomiast mam ciężkiego fioła na punkcie historii alternatywnych i wykorzystania historii w fantastyce – tylko tyle i aż tyle. I po prostu staram się ludziom – także na konwentach – tłumaczyć, jak unikać podstawowych błędów w kreowaniu historycznych uniwersów, gdzie leżą pułapki.

 

 

http://altronapoleone.home.blog

Drakaina

 

Czyli temat zamknięty, przepraszam jeśli cię jakoś uraziłem tym “wyżywaniem”, ale przez chwilę takie odniosłem wrażenie, skoro jednak twierdzisz, że go nie było to spoko, mój błąd.  Mówiąc o mieście, które ma przełęcz po prostu się spieszyłem z pisaniem i dlatego nie doprecyzowałem, nie zabijaj mnie za to.

 

Pozdrawiam serdecznie

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

PS 2. [dopisywałam tam, ale zdążyłeś odpisać] Ponieważ lubię zabawy w althistorie i altświaty, a chwilowo czekam na telefon z serwisu samochodowego, wymyśliłam w miarę trzymający się kupy scenariusz, w którym istnieje miasto, które nie dość, że kontroluje główny szlak handlowy, to na dodatek posiada ogromne spichrze (powinno jeszcze mieć wyspecjalizowanych magów, którzy chronią te zapasy). Otóż wyobraźmy sobie, że to miasto znajduje się w jedynym miejscu w dużej okolicy, gdzie właściwie nie ma katastrof naturalnych: przedłużających się zim, powodzi, zaraz, oblężeń (jest na tyle potężne, że nikt mu nie podskoczy), nadmiernie rozmnażających się gryzoni (to może właśnie kontrolować magią). Powody – do wymyślenia w obrębie fantasy z magią, zwłaszcza gdyby to miasto miało na nią monopol, a naturalne ukształtowanie terenu też można wykorzystać. Takie miasto w pewnym sensie żeruje na nieszczęściach spotykających sąsiadów, winduje ceny żywności – choć w granicach rozsądku: nie może sąsiadów całkiem wykończyć, bo i jego interes na tym padnie – i uzależnia inne miasta od siebie, wyrastając na lokalnego hegemona. Wiedząc, że w każdym roku zdarzy się co najmniej jedna katastrofa gdzieś w okolicy, takie miasto czy państewko może żyć z gromadzenia zapasów na sprzedaż innym. I może je spotkać katastrofa gospodarcza, jeśli będzie rok albo i dwa bez katastrof gdzie indziej ;)

http://altronapoleone.home.blog

Chciałbym zaznaczyć, że takie miasto, jak narysowane na mapce, będzie kojarzyło się z Tolkienem z samej popularności Minas Tirith. Nieważne, czy się nim inspirowałeś, czy nie – czytelnik tego nie wie. Mnie się od razu skojarzyło i gwarantuję, że wielu pomyśli podobnie. Tak samo elfy – nie wiem, jak je opisałeś, ale jeśli przypominają tolkienowskie, to będziesz kolejna cegiełka to “zrzynki”. Taki jest problem z fantasy, że siedzisz zawsze w cieniu Tolkiena albo teraz Martina z Grą i musisz uważać, aby ten cień nie przysłonił cię całego.

Jeśli dostarczenie żywności nie jest tak bardzo ważne dla powieści, to nie opisuj, ile jej jest. Niech wozów będziesz kilkadziesiąt i tyle. Każdy już sobie wyobrazi resztę.

Zanais

 

Święta racja przyjacielu

 

Drakaina

 

Dziękuję za ciekawy komentarz

 

Do wszystkich

 

Myślę, że możemy już zamknąć temat i zająć się czymś nowym (jak tylko się pojawi)

 

 :)

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

I gdzie u Bolly’iego widzisz pomoc ?

 

Dopiero w trzecim komentarzu napisał coś konstruktywnego :

A nie przegapiłeś przypadkiem mojego pierwszego posta, w którym w związku z uzasadnionymi zarzutami postawionymi przez drakainę radziłem Ci, żebyś przestał kombinować i podrzuciłem pomysł ze szczurami? Może później byłem nieco za ostry, za co przepraszam, ale z tym atakowaniem przesadzasz.

 

Pytałem tylko o żywność, bo to mi było potrzebne do realistyczniejszej otoczki powieści low fantasy.

Tak właściwie, to ja nie rozumiem, po co Ci konkretne wartości liczbowe. Chyba nie zamierzasz wymieniać w powieści, że miasto A wysłało do miasta B X kilogramów pszenicy, Y kilogramów kaszy itd.? Ja na pewno nie chciałbym czegoś takiego czytać. Uważam, że w fantasy lepiej unikać podawania konkretnych miar i wag, ale w miarę w możności posługiwać się ogólnikami (“z miasta A przywieziono dość żywności, by widmo śmierci głodowej przynajmniej na razie przestało zaglądać mieszkańcom B w oczy“) albo obrazowym porównaniem (“z miasta A przywieziono tyle worków z pszenicą, że ułożona z nich sterta zdawała się wygłodniałym mieszkańcom B piętrzyć aż pod niebiosa”).

 

Realistycznie to ludzie w tym głodującym mieście będą jedli wszystko, co się choćby śladowo nadaje do zjedzenia, a wierz mi, że jeszcze w XIX wieku na pewno jedzono (np. na biednych wsiach na przednówku albo i w oblężonych miastach): świece łojowe, wyroby skórzane, absolutnie wszystkie odpady kuchenne – obierki, najgorsze podroby. Będą łapać szczury i jeść szczury albo i myszy czy gołębie. Zjedzą psy, koty i konie, i cokolwiek innego będą mieli w mieście.

Słyszałem, że podczas oblężenia Paryża przez Prusaków w 1871r. mieszkańcy zjedli nawet słonia z zoo.

 

Kraków przedlokacyjny miał 2000 mieszkańców, zaraz po lokacji liczebność wzrosła o 10 tys., potem aż do XIX w. w zasadzie co najwyżej się podwoiła (bo to fluktuowało).

Serio? Czytam sobie właśnie “Kopię i warkocze” Stefana Majchrowskiego, gdzie akcja toczy się za panowania Aleksandra Jagiellończyka, i gdy bohater, młody szlachcic, wjeżdża do stołecznego Krakowa, dowiaduje się, że mieszka tam aż osiemdziesiąt tysięcy ludzi. Może chodziło o osiem, a nie osiemdziesiąt tysięcy, ale dam głowę, że stało tam jak byk “óśm dziesiąt/dziesiątek”.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Bolly

 

Nic się nie stało, po prostu zaszło nieporozumienie, nie prosiłem o rady do powodów głodu, bo są one już u mnie w powieści gotowe i nie chciałem o nich za bardzo rozmawiać. Myślę, że wszyscy tu trochę przesadziliśmy :D

 

Chciałem w przybliżeniu podać wagę tego żarcia, aby była negocjacja na temat ceny z handlarzem, dlatego wolałem mieć tą ilość jedzenia. Co do słonia to nie wiem, bo u mnie już korę i robaki jedzą :)

 

Ale naprawdę, nie piszmy już o tym, niech inni też skorzystają z forum :)

 

Pozdrawiam :)

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Mamy tu kogoś, kto zna się na energetyce? 

Konkretne pytanie – czy zdarza się, że linie wysokiego napięcia są ciągnięte pod ziemią?

Mój tata elektryk mówi :

 

Zdarza się, ale jak są pod ziemią to nie są to linie, tylko kable (Linie, te na powierzchni mają gołe druty).

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Ok, pytanie dodatkowe. Jeżeli te kable już są pod ziemią, to są jakoś dodatkowo zabezpieczone przed uszkodzeniem?

No oczywiście, że tak, ale to zależy ile ten kto to zamówił zapłaci, tzn na pewno są w gumie, do tego można dorzucić … wiesz co to są peszle ? Z plastiku albo z metalu.

 

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

No i właściwie to wystarczy, chyba że to na dnie oceanu jest to wtedy wszystko jest grubsze, albo jest kilka dodatkowych warstw. Ewentualnie w tunelu serwisowym.

 

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Takie mam pytanie: czy istnieje przeciwwskazanie do występowania na terenie tego samego pasma górskiego granitu i diamentów? Czyli prościej: czy w górach z granitowymi skałami może być, teoretycznie, kopalnia diamentów? Gugluję i nie widzę przeciwwskazań, ale jesli ktoś coś wie, to bardzo proszę o info. :)

Ja też nie widzę, diamenty są w skałach wylewnych (takich przyjaznych i miłych XD), ale spytaj jeszcze Chrościska na priv, bo on rzadko tu bywa, a jest miejscowym specem od geologii, grafii i innych geoów ;)

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Nie jestem geolog, a górnik. Z tego, co mnie uczono, to wyróżniamy dwa rodzaje złóż diamentów: pierwotne i wtórne.

 

Te pierwsze to głównie kominy kimberlitowe i inne formacje powstałe w skutek działalności wulkanicznej. 

Złoża wtórne to zwykle osady (np. złoża aluwialne), powstałe na skutek działalności rzek, lodowców, mórz itp. Diamenty są przez nie wypłukane ze złóż pierwotnych, przetransportowane i zdeponowane w innym miejscu – u podnóża góry, lub na dnie koryta rzeki. 

 

W obu mogą współistnieć granity i diamenty, oraz inne skały wulkaniczne – kimberlit, gabro, sjenit, bazalt. We wtórnych także młodsze wapienie, piaskowce i inne skały osadowe. Diamenty i tak będą dużo starsze niż otaczające skały, bo powstają bardzo głęboko, w wysokiej temperaturze i ciśnieniu. 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Ok, pytanie dodatkowe. Jeżeli te kable już są pod ziemią, to są jakoś dodatkowo zabezpieczone przed uszkodzeniem?

 

None – hasło dla Ciebie: przewód oponowy. Wstukaj w google i wszystko będzie jasne :D. 

 

Jak się kładzie kabel w terenie zabudowanym bezpośrednio w ziemi, to zakopuje się nad nim (ok. 0,5 -1 m) żółtą taśmę ostrzegawczą. Dawniej ( lata `50 – `80) układało się listewki drewniane. Chodziło o to, że w wypadku, gdy ktoś tam kopał, to najpierw wyciągnie taśmę i się zorientuje, że coś tam jest, zanim koparką przetnie kabel. Ta sama procedura dla  rur gazowych. 

 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Dzięki, Tarnino i Morderco. :) O tych rodzajach złóż oraz wieku diamentów sobie już właśnie poczytałam. Tylko nie znalazłam żadnych gór z granitowymi skałami, w których akurat byłaby kopalnia diamentów, stąd pytanie, czy może jest jakiś myk, który z jakiegoś powodu wykluczałby ich współistnienie. Dzięki wielkie jeszcze raz.

Jak się kładzie kabel w terenie zabudowanym bezpośrednio w ziemi, to zakopuje się nad nim żółtą taśmę ostrzegawczą. Dawniej układało się listewki drewniane. Chodziło o to, że w wypadku, gdy ktoś tam kopał, to najpierw wyciągnie taśmę i się zorientuje, że coś tam jest

Jedne z pierwszych zajęć z metodyki archeologii – rola dżdżownic, kretów i innych ryjących w zaburzaniu stratygrafii. Skoro potrafią nieźle namieszać w warstwach przyrastających przez setki lat, to ciekawe jak to jest z tymi taśmami i listewkami?

 

http://altronapoleone.home.blog

Anegdota rodzinna: jeden ze spokrewnionych ze mną inżynierów nadzorował kiedyś prace ziemne i facet z koparką przeciął coś tak jakoś, że buchnął ogień (nie pamiętam). I przyleciał z krzykiem: – Panie kierowniku! Karlino!

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Wszystko zależy od dokładności tej stratygrafii :]. W warstwach o grubości kilku centymetrów to krety mogą pewnie namieszać, ale grubego kabla raczej nie ruszą na 1,5-3m głębokości. 

Te taśmy to dobry pomysł i pewnie uratowały wiele skór. Jak koparka w środku miasta wyciągnie takie cuś:

https://ekotelhurtownia.pl/produkt/tasma-ostrzegawcza-uwaga-kabel-telekomunikacyjny.html?gclid=Cj0KCQjw8vqGBhC_ARIsADMSd1C0aNRRJZqE8NpdQq7uSVW6i5Y9YQFjDyG1H9n01NIYl2SSKJAA7FAaAnzaEALw_wcB

 

to wiesz, że coś się dzieje :D. Wtedy trzeba się podpiąć emiterem impulsów do najbliższej skrzyneczki i przeskanować wykop. Najgorzej, jak się trafi na światłowód. Większość skanerów go nie czyta.  

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

W sumie zamarzająca woda też potrafi wypychać kamienie i skorupy na powierzchnię. Nie słyszałam o zwierzątkach, które budowałyby coś z kamieni, ale skoro przekopują ziemię? A w archeologii chodzi chyba o głębokość, na której się znajdują małe, lekkie, łatwe do przesunięcia rzeczy (ruin kaplicy pielgrzymiej krety nie przesuną)? I to z dużą dokładnością, bo jak szybko się odkładają te warstwy?

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Zdziwilibyście się, jak dużo potrafią poprzesuwać. Budynku, oczywiście, nie, ale już przerzucić artefakt o kilka warstw kulturowych to jak najbardziej ;) Plus oczywiście dochodzi orka i tym podobne cuda – pierwsza rzecz, na jaką natknęliśmy się z moim rokiem na praktykach roku zerowego, to była neolityczna czaszka tuż pod warstwą orną...

A taśma i listewki to nie kaplica pielgrzymia, stąd moje wątpliwości, czy to zostanie w miejscu, choć oczywiście na przesunięcie też zapewne trzeba czasu, bo trochę poryć muszą.

http://altronapoleone.home.blog

Ocha

 

Tylko nie znalazłam żadnych gór z granitowymi skałami, w których akurat byłaby kopalnia diamentów, stąd pytanie, czy może jest jakiś myk, który z jakiegoś powodu wykluczałby ich współistnienie.

Silwuple madam :D – kopalnia w Sierra Leone. Granity w nadkładzie nad kominem kimberlitowym z intruzjami diamentów: 

https://www.globalminingreview.com/mining/08032018/meya-mining-diamond-mining-can-be-good-for-local-communities/

 

Drakaino, Tarnino – do tego jeszcze ruchy osuwiskowe makro i mikro, warstwy wodonośne, osiadanie budynków i moje ulubione good vibrations od dróg i linii kolejowych. Wszystko się miesza :D. 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Choć to pewnie niczego nie zmienia, ja tylko dodam, że wspomniana przez MbSa taśma ostrzegawcza czesto ma fabrycznie wgrzaną stalową linkę albo ameliniowy pas szerokości jednego centymetra.

Known some call is air am

O, dzięki, MBS! Zaraz sobie poczytam.

ameliniowy pas

 

Aspirujących archeologów zapraszam do ogródka – można wykopać autentyczną zabytkową maszynę do wyrobu kiełbasy (spod całej masy jeżyn) XD

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Mam jeszcze jedno pytanie: takie zdjęcia na nagrobkach, na porcelanowej bazie, jakich pełno na cmentarzach – czy one mają jakąś swoją nazwę? Jeśli tak, to jaką?

Hejka, postanowiłem spróbować ;) Poszukuję materiałów, jakiejś lektury o prototypach sterowców, może ktoś miał kiedyś z czymś takim do czynienia? Chodzi mi zwłaszcza o wynalazki Henriego Julesa Giffarda z lat 50-tych XIX wieku. Chętnie przygarnę każdy strzępek informacji, odwdzięczę się boskimi błogosławieństwami!

AmonRa, to był po prostu balon z wodorem i 3-łopatowym wiatraczkiem napędzanym prymitywnym silnikiem parowym. Chyba wszystkie istotne parametry są tu: http://scihi.org/henri-giffard-giffard-dirigible/ . Jakbyś miał jakieś konkretne pytania z lotnictwa/latania to mogę być w stanie pomóc, bo zaliczyłem egzamin teoretyczny ULC na licencję SPL i coś tam jeszcze pamiętam.

Łukasz

@ocha

Google twierdzi, że to zdjęcia nagrobkowe na porcelanie. Czyli bez zaskoczeń.

O Giffardzie mam to i owo, ale niestety w najbliższym czasie nie poszperam po materiałach. W necie powinno na ten temat być całkiem sporo.

http://altronapoleone.home.blog

None, no właśnie google uparcie mówi mi to samo, a mój mózg uparcie podpowiada, że jakąś nazwę to to ma. :D Zaczynam już jednak wątpić, że ma rację. Mój mózg znaczy się.

Medalion... Kurczę, może o to chodziło... Dzięki!

Lukenie, dzięki :D Tekścik wygląda raczej na notkę biograficzną, ale może będę w stanie wyczytać w nim potrzebne informacje. Jeśli nie będę w stanie samodzielnie wykoncypować tego, co mam do wykoncypowania, na dniach wyślę Ci wiadomość prywatną. Znalazłem też jakieś niezbyt obszerne informacje na polskich stronach.

Drakaino, dzięki ;) Ufam, że zgromadzony dotychczas materiał wystarczy!

Pozdro!

Halo, halo, czy mamy biologa lub pasjonata ryb na sali? Wymodziło mi się taki motyw z akwarium pełnym najdroższych ryb świata, ale znajdowałby się tam też miecznik. Z tego co widzę, mógłby to być problem, bo one są dość szybkie, co w takich warunkach jest niebezpieczne dla reszty mieszkańców akwarium... Szukam i  szukam, ale póki co mam sprzeczne informacje.

Ludzie kochane, zachciało mi się staropolszczyzny (może nie dosłownie), ale zabrakło mi słowa. Chodzi o określenie jednocześnie ubioru, biżuterii, czyli stopnia zamożności. Wydaje mi się, że to słowo zaczynało się na “k”, ale wiecie jak z tym “wydaje mi się” jest. Ktoś coś? Proooszę!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ludzie kochane, zachciało mi się staropolszczyzny (może nie dosłownie), ale zabrakło mi słowa. Chodzi o określenie jednocześnie ubioru, biżuterii, czyli stopnia zamożności. Wydaje mi się, że to słowo zaczynało się na “k”, ale wiecie jak z tym “wydaje mi się” jest. Ktoś coś? Proooszę!

Karmazyn? (określenie koloru ubioru i osób, które go nosiły, czyli senatorów)

Nie do końca pasuje, ale może burżuj.

“Karmazyn” brzmi nieźle i jest na “k”. Co do ryb: tu https://akwarium.gdynia.pl/zapytaj-akwaryste/ i tu https://biology.ug.edu.pl/ możesz znaleźć kogoś, kto będzie coś wiedział. Albo pomęcz Arnubisa, który akurat innymi żyjątkami się zajmuje, ale będąc z gdańskiej biologii, na pewno zna akwarystów.

heart

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Dzięki, Tarnino. heart

Wiecie, spodziewałam się właśnie, że to moje słowo na “k” ma się nijak do rzeczywistości.

Chodziło mi o toaletę. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bamik, teraz rozumiem, że mogło Ci chodzić po głowie słowo na „k” – kibel. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jako matematyczny pustak potrzebuje informacji, choć nie wiem, czy zdołam wytłumaczyć, o co mi chodzi. Otóż:

Jeśli dane zjawisko osiąga tylko maksymalną lub minimalną wartość, to można to zjawisko określić jako zasadę wariacyjną?

Taka sytuacja:

Późny dziewiętnasty wiek. Są sobie młodzi narzeczeni. On jest pomniejszym arystokratą o dobrej reputacji, ona ma identyczną siostrę-bliźniaczkę. Na dużym przyjęciu narzeczony upija się do tego stopnia, że bierze bliźniaczkę za swoją narzeczoną, chociaż siostry mają tego wieczoru zupełnie różne stroje i fryzury.  Na tyle ostentacyjnie próbuje flirtować z tą siostrą, że scenę widzą wszyscy zebrani na sali. Narzeczona jest tak bardzo oburzona tym incydentem, że na miejscu i przy świadkach zrywa zaręczyny.

Pytanie:

Jak bardzo po czymś takim reputacja arystokraty byłaby zniszczona i czy kilkadziesiąt lat później mógłby prowadzić spokojne życie towarzyskie w tym samym rejonie?

 

Potrzebne mi do backstory jednego bohatera – tego arystokraty.

Jeśli dane zjawisko osiąga tylko maksymalną lub minimalną wartość, to można to zjawisko określić jako zasadę wariacyjną?

Nie. Wikipedia przyjacielem niewiedzących: https://pl.wikipedia.org/wiki/Zasada_wariacyjna

Zjawiska nie mają “wartości”. I nie są “zasadami”. To, co Ty, drogi Zanaisie, masz na myśli, to niewiadomoco, skontaminowane wartością logiczną (boolean), która może być 1 albo 0. Nie jestem specem od teorii pomiaru, ale co wiem, to powiem:

Pomiar polega na porównaniu tego, co mierzysz, ze wzorcem (bezpośredni, jest też pomiar pośredni, ale to możemy teraz pominąć). Typowym pomiarem jest mierzenie długości – wzorzec to linijka. I teraz tak: mierzyć możesz wielkości ciągłe (długość), ale nie dyskretne (np. liczność) – liczność możesz tylko policzyć (jedno ziarenko maku... dwa ziarenka maku... ). Wynikiem pomiaru wielkości ciągłej jest jakaś wartość liczbowa, mianowana (317 centymetrów). Telewizyjna maniera podawania w prognozie pogody, że “termometry osiągną wysokie wartości” jest idiotyczna. Mogą mieć najwyżej wysoką wartość pieniężną.

Co do wariacji i reszty pojęć statystycznych – robiłam ten kurs dziesięć lat temu i nic nie pamiętam. Pytaj Szaloną Rybę i Szyszkowego, bo oni w tym robią.

Too long, didn’t read: nie.

 

Ajzan, przypuszczam, że bardzo, ale spróbuj priva do drakainy, ona ostatnio jest trochę nie bardzo i może tu nie zaglądać.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Dzięki, Tarnino. Rzuciłem jak ślepy kulą i trafiłem w trybuny, ale “kto pyta, nie błądzi”. :D

Jak mawiała prababunia, jak nie będziesz pytał, to nie będziesz wiedział XD

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

A dziadek wiedział, nie powiedział ...

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Mam małe pytanko :

“siedemdziesięciostopniowy upał” – jak to poprawnie napisać ?

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Iluvatharze, dobrze napisałeś.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, czyli “kilkunastopoziomowa ulica” też jest poprawnie ? :)

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Tak. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oui, magnifique !

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Dziękuję, Tarnino. Do backstory tego arystokraty dodałam jeszcze, że po tym incydencie wyjechał na wiele lat, by zwiedzić świat, ale musiał wrócić w rodzinne strony, by przejąć tytuł po tragicznie zmarłym bracie oraz jego obowiązki.

@Ajzan

Nie jestem ekspertem od epoki, więc dziel moją pisaninę przez dwa. Ale to zależy od mnóstwa rzeczy.

Jaka jest pozycja rodziny w okolicy. Kto z obecnych na przyjęciu jeszcze żyje/mieszka w okolicy. Jakie inne skandale miały miejsce w pobliżu. Jak bardzo purytańska jest dana okolica.

Jeżeli szlachcic jest lubiany, to z czasem rzecz stanie się bardziej pikantną anegdotą, jakiej nie opowiada się w towarzystwie. Jeżeli ktoś będzie chciał jątrzyć, to może mu to wypominać do grobowej deski. Jeżeli zdradzona panna jest z wpływowej rodziny, to urażeni krewni mogą mu zatruć życie. Jeżeli rodzina zdradzonej panny sama jest niepopularna w okolicy, to raczej nie. Inaczej będzie na angielskiej prowincji, inaczej na francuskim południu, a inaczej w Prusach. Jeżeli dorobił się zagranicą majątku, być może stał się interesującym ekscentrykiem. A może to na nowo wybudzi skandal.

I tak dalej i tak dalej. Jeśli chcesz, żeby ludzie zapomnieli, to czemu nie. Chcesz, żeby pamiętali? Da się zrobić. Najpewniejszy scenariusz jest taki, że kilka “świętobliwych” osób będzie wciąż mu to wypominać, a co zrobi reszta, zależy od tego, jak bardzo wpływowi są ci pierwsi.

 

Ajzan, po raz kolejny powtarzam Ci, że nie piszesz opowiadań historycznych, więc nie musisz obsesyjnie dostosowywać swojego świata do realiów, zwłaszcza że nie opierasz się nawet na konkretnym kraju, tylko robisz sobie taki własny fanfikowy XIX wiek. To jest Twój świat, Twoje realia, możesz w nich założyć własne zasady – jeśli one będą w tekstach czytelne i sensowne, to okej.

Co zresztą znaczy “późny wiek XIX”? Jak już zauważył None, wiele zależy np. od tego, gdzie. I od układów towarzyskich. Gdzie ma mu to zaszkodzić? Jeśli jest złotym młodzieńcem, lubianym w towarzystwie, to wśród jego znajomych niewiele mu zaszkodzi. W realiach mniej więcej purytańskich to i tak panna będzie miała problemy z reputacją, a nie facet. Facet bardzo rzadko miał poważne problemy z takiego powodu.

http://altronapoleone.home.blog

Dziękuję None i Drakaino. Tak  czułam, że facet nie będzie miał z tym większych problemów, ale wolałam się upewnić.

Co do realiów, to akcję tego projektu chcę jednak osadzić w naszym świecie. Już zrobiłam sobie ułatwienie w tym, że większa część akcji będzie miała miejsce na fikcyjnej wyspie.

 Cześć, mam pytanko, może ktoś będzie wiedział. Czy jeżeli dana osoba przebywa przez jakiś czas w płonącym pomieszczeniu, ale nie dotyka samego ognia, na jej ciele pojawiają się jakieś obrażenia? Zapewne sporo tu zależy od czasu, ale zastanawiam się głównie nad tym, czy w takim przypadku ślady pojawią się równomiernie na całej skórze czy tylko w wybranych miejscach, i jak dokładnie będą wyglądały – jakieś zaczerwienienia, coś jak przy zwykłym oparzeniu I stopnia? Mocniejszego grillowania bohatera raczej nie biorę pod uwagę, ale pomyślałam, że samo zatrucie dymem to może być za mało.

Wydaje mi się, że samo przybywanie w płonącym pomieszczeniu i wdychanie  rozgrzanego  powietrza, może doprowadzić do poparzenia dróg oddechowych.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W zasadzie każdy scenariusz jest możliwy. Zależy co się pali, jak blisko ognia podejdzie bohater, jak dużo czasu spędzi w płonącym budynku itd.

Powietrze w płonącym budynku nagrzewa się do bardzo wysokich temperatur. Na tyle dużych, żeby całkiem dosłownie upiec człowieka, nawet jeżeli nie “dotknie” ognia, jeżeli tylko spędzi tam dość czasu. Ale jeżeli szybko się ewakuuje, może skończyć się na lekkich oparzeniach najbardziej narażonych cześci skóry (twarz, ramiona, nogi – zależy od ubioru, sposobu poruszania się, charakteru pożaru).

Chcesz, żeby był delikatnie osmalony? Może być. Chcesz, żeby był poparzony? Też może. Może być nawet “przypieczony” tzn. mieć częściowo zwęgloną skórę. Każdy z tych scenariuszy jest możliwy, zależnie od innych czynników.

Generalnie to “długie przebywanie w płonącym pomieszczeniu” to tylko na filmach. Oczywiście zależy od pomieszczenia, ale dla takiego typowego pokoju w bloku, temperatura rośnie naprawdę gwałtownie i podobno czas, po którym zaczynają się poparzenia to kilka minut. Opieram się na eksperymencie, który kiedyś oglądałem w sieci. Może znajdziesz. Ja szukałem i znalazłem coś innego, dużo słabsze: https://www.youtube.com/watch?v=piofZLySsNc

Dłuższe “przebywanie w płonącym pomieszczeniu” jest raczej mało możliwe. 

Z prostej przyczyny – ogień potrzebuje mnóstwa tlenu i musiałby być stały nadmuch, żeby dało się tak dłużej przeżyć.

Natomiast dłuższe przebywanie w wysokiej temperaturze (jeśli na przykład pożar szaleje za ścianą), może grozić “ugotowaniem” organów wewnętrznych. Znany mi jest taki przypadek śmiertelny (konkretnie – dwa, bo to dwóch nie całkiem mądrych zgotowało sobie – nomen omen – taką śmierć).

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Dzięki serdeczne za wszystkie odpowiedzi :)

 

Vargu, widziałam kiedyś inny filmik tego typu, ale dzięki za podesłanie, warto było sobie odświeżyć. Właśnie o kilku minutach myślałam, nie o dłuższym czasie, chociaż po tym nagraniu widzę, że trzeba celować bardziej w dolne niż w górne “kilka”.

 

None, co tu dużo mówić – opcja, żeby zrobić tak, jak akurat mi pasuje, mi się podoba :D

Ludzkości, czy da się we współczesnym świecie (realistycznym) zaekranować pomieszczenie lub część budynku tak, żeby nie było tam zasięgu telefonicznego i internetowego, który jest w większości budowli?

A jeśli jest to możliwe, to czy w takim pomieszczeniu wyciągnięcie ręki z telefonem daleko za okno ma szanse złapać choćby kawałek sygnału?

http://altronapoleone.home.blog

Przy czym okna i inne szczeliny osłabiają klatkę Faradaya, więc jeżeli takie pomieszczenia ma okna, to być może nie trzeba nawet się wychylać, żeby złapać zasięg, wystarczy stanąć blisko.  No chyba, że okno też jest jakoś sprytnie zabezpieczone. 

To nie jest “strój królewski”, ale regularny mundur pułkownika konkretnego pułku, w który ubrany jest książę, nie król. W tym przypadku jest to Rifle Brigade, którą w czasie, kiedy namalowano ten portret, dowodził formalnie książę Albert. Zasadniczo mundury są jednym z podstawowych ubiorów członków rodzin panujących, ponieważ zazwyczaj mają oni jakiś rodzaj zwierzchnictwa nad armią albo jej częścią. Mundury jednakowoż to wynalazek dość późny, jakby co.

http://altronapoleone.home.blog

Dziękuję. ^^

Wiecie może, jak fachowo (albo może prawidłowo) nazywa się palowanie krów? Bo ja znam tylko taką nazwę, a w internecie jakoś nie mogę znaleźć innego określenia. A palowanie brzmi imho nieco osobliwie. Potrzebuję tego to fantasy w pseudoprzedindustrialnych realiach.

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

A może palikowanie krów, jeśli masz na myśli czynność zapobiegającą rozłażeniu się krów poza wyznaczone pastwisko.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Proponowałbym przyłańcuchowanie, bo mocniejsze i szczególnie  wzbogacone o dodatkowe znaczenia.

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

krar85, bo to się właśnie tak nazywa: palowanie. Dla laików: jest to sprawdzony system (krowa-łańcuch-pal), gdzie krowa porusza się ruchem kołowym po orbicie pala, której średnicę wyznacza długość łańcucha. Inne nazwy procesu (n.p. dokowanie krowy, cumowanie krowy) jakoś się nie przyjęły ;) 

U mnie na wsi mówiło się na to pętanie krowy albo konia. "Idź mię tam gadzinę spętaj bliży, bo w szkodę wlizie"!

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

“Palowanie krów”? Geeez, brzmi jak coś, co w głównym wydaniu Wiadomości mogliby prezentować Błaszczak i Kamiński.

Known some call is air am

W słownikach, o ile dobrze widzę, nie występuje, może to być jakieś lokalne określenie. Postronny użytkownik języka ma duże szanse na skojarzenie z pałowaniem lub nabiciem na pal. Krowę można na przykład uwiązać (do palika, jeżeli chcesz być precyzyjny).

Ślimak ma rację, ja też pamiętam jak za bajtla się krowy do palika wiązało na dziadkowym gospodarstwie. Na Śląsku na łańcuch, którym ta krowa jest uwiązywana, godomy krowiok :)

Known some call is air am

U nas chyba jeszcze gorzej, mówiło się na to “przybić krowę” (też to robiłam jako małolata).

A dlaczego tego nie opiszesz? Przywiązywanie krowy (do słupka)?

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Bo ja chcę inną czynności porównać do pakowania krowy. Dzięki wielkie, coś zklecę i do końca października opublikuję.

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Pakowanie krowy brzmi jeszcze gorzej od palowania :D

Known some call is air am

U nas (mazowieckie) krowę się palowało i przepalowywało. A to coś było przerośniętą szpilką, jak od namiotu. Czy ktoś widział drewniany palik (słupek) w tym zastosowaniu?

@Ślimak Zagłady

do tego był łańcuch, żadnego wiązania.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

No to można krowę uwiązać. Na łańcuchu. Ja wiem, że nielogiczne. Ale spotykane. Ulubiona_emotka_Baila.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Jeśli dorosłej osobie zostanie wbita głęboko w nadgarstek ostra igła grubości powiedzmy, że drutu do dziergania, to o jak poważnym można mówić i po jakim czasie zacną być odczuwalne tego skutki, jeśli nie zostanie udzielona od razu pierwsza pomoc? Czy będzie to równie poważne, jeśli igła nie uszkodzi tętnicy?

Ajzan, a w jaką część ciała ma być wbita ta igła?

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

W nadgarstek. Poprawiłam. Musiałam pominąć wcześniej albo usunęłam niechcący przy edycji komentarza.

A ten drut to tkwi w ranie, czy został wyciągnięty? Bo w takim przypadku nie zaleca się wyciągania przedmiotu, właśnie ze względu na krwotok. Z takiej rany po drucie to myślę, że to jest kwestia godzin.  Bardziej precyzyjnie można określić objawy po objętości utraconej krwi, bo po utracie 1,5 litra krwi oddech przyspiesza i następuje osłabienie, przy dwóch 2 to już dezorientacja i zawroty głowy, a stąd już blisko do utraty przytomności. 

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

W sytuacji, o której myślę, igła została usunięta tuż po przekłuciu, żeby krew spłynęła na rytualny krąg.

Czyli jeśli napiszę, że tuż po zakończeniu tego rytuału krwotok został zatamowany gazą ciasno owiniętą na szybko bandażem, to będzie OK?

Jeżeli igła nie uszkodzi dużych naczyń, nerwów, ścięgien, torebek stawowych, nie złamie się w ranie, nie będzie skażona – uraz nie okaże się zbyt poważny. Zresztą nawet w przypadku uszkodzenia tętnicy krwotok nie powinien być bardzo trudny do opanowania uciskiem, uszkodzenia od igły są punktowe, skrzep powstaje łatwo. Pozostałe wymienione uszkodzenia mogą okazać się długofalowo bardziej niebezpieczne, ponieważ przy dużym pechu zagrażają ruchomości kończyny dystalnie od miejsca zranienia (porażenie nerwu, naderwanie ścięgna, zapalenie tarciowe stawu). Tak czy inaczej, należy odwiedzić lekarza, aby ocenił zakres urazu. Jeżeli szybki kontakt z lekarzem (powiedzmy: w ciągu pół godziny) jest niemożliwy, igłę bym jednak wyjął, bo ze względu na ostry koniec powodowałaby dalsze obrażenia, poza tym umiarkowany upływ krwi wypłukuje zanieczyszczenia i zmniejsza ryzyko infekcji. Tyle od solidnego laika – niech lepiej jakiś lekarz potwierdzi lub skoryguje.

Alicello, Ślimaku, dziękuję. ^^

Już wiem, jak to rozegrać w opowiadaniu.

Jeśli dorosłej osobie zostanie wbita głęboko w nadgarstek ostra igła grubości powiedzmy, że drutu do dziergania...

Ajzan, do robótek ręcznych używam drutów o różnej grubości – od 2 do 6 mm.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, chodziło mi o grubszego od igły do strzykawki a druty do robótek ręcznych były pierwszym, co mi przyszło do głowy. ;-)

https://konturek.pl/rodzaje-drutow/ – rozmiary masz na samym dole. Też pomyślałam, że druty nadają się do celów ofensywnych :)

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

W sytuacji, o której myślę, igła została usunięta tuż po przekłuciu, żeby krew spłynęła na rytualny krąg.

Jeżeli dźgali tak, by rana krwawiła, to pewnie celowali w naczynia krwionośne – szczególnie, jeżeli krwi potrzeba było dużo. W takim wypadku ogólnie lepiej sprawdziłby się nóż.

Nadgarstek to delikatne miejsce, gdzie spotyka się dużo delikatnych elementów. Ślimak ma rację – można tam uszkodzić mnóstwo ważnych rzeczy, w tym taki sposób, że ręka na stałe zostanie częściowo niewładna. Albo nie, jeżeli akurat nie trafią.

Jeżeli chodzi tylko o krew, a nie musi to być koniecznie nadgarstek, ale zależy ci na tej ogólnej okolicy, polecam kłąb kciuka (ta górka z mięśni między kciukiem a nadgarstkiem). Między kościami kciuka a kościami palca wskazującego (i odpowiadającymi im ścięgnami) nie tam nic bardzo ważnego, a uszkodzony mięsień będzie mocno krwawił. Przy czym ofiara może mieć potem problem z ruchomością kciuka.

Dziękuję, None, ale zostanę przy nadgarstku. Bardziej mi pasuje.

Potrzebuję lekarza laugh

Fragment książki (nie mojej): kobieta uległa wypadkowi samochodowemu.

“Nastąpiło krwawienie z dróg rodnych. Wykonaliśmy badanie USG, ale nie było oznak ciąży. Uznaliśmy to więc za zbieg okoliczności i miesiączkę, ale… w tak wczesnym etapie ciąży mogło dojść do poronienia zupełnego. Organizm się oczyści. “

 

Teraz pytanie: czy to możliwe, żeby lekarz nie odróżnił miesiączki od poronienia? 

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

To zależy. Macica jest powiększona od pierwszych tygodni ciąży i jest to wyczuwalne w badaniu fizykalnym. Ginekolog bez problemu to wybada, ale lekarz niebadający ma codzień macic może to przeoczyć.

Dzięki, MrB. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzień dobry, wie może ktoś przypadkiem, jak szybko bije serce żaby? Chodzi mi o orientacyjną wartość; zakładam, że może się ona różnić w zależności od gatunku i (pewnie) miejsca występowania. Mi bardziej chodzi o nasz klimat, teren zalesiony w pobliżu jest jezioro, staw lub strumień. Internet pokazuje mi wszystko tylko nie tego płaza :/

Ślimak Zagłady – wdzięcznam za pomoc i podesłany link :) Zabieram się za czytanie!

Czy ktoś się orientuje, co “tradycyjnie” robiło się w trakcie oblężenia ze zwłokami? Bo tradycyjne miejsca pochówku raczej nie znajdowały się w obrębie murów. 

To zależy od wielkości twierdzy/miasta oraz rozmiarów strat. Jeżeli była możliwość, grzebano zabitych w wyznaczonym miejscu wewnątrz murów. Częstą praktyką było też zawieranie krótkich rozejmów w celu pogrzebania zmarłych, wtedy odbywało się to poza murami. Generalnie chodziło o to, żeby trupy nie wylądowały w ujęciu wody.

Do przełomu XVII/XVIII w. ogromna większość cmentarzy to były cmentarze przykościelne i jak najbardziej w obrębie murów miejskich. Na dobre cmentarze wyprowadzono poza mury miejskie dopiero w XIX wieku (po czym rozrastające się miasta zaczęły je i tak zagarniać w swój obręb, więc ta zamiejskość jest nadal widoczna głównie w niedużych miastach), zaczęto też wtedy likwidować stare przykościelne. Na Kontynencie, bo w Anglii nie. I w różnych miejscach też to różnie bywało, na wsiach polskich cmentarze nadal są przy kościołach i kontynuują te wcześniejsze.

Ale mowa o ufortyfikowanych miastach, jak rozumiem. Czyli do pojemności cmentarzy będziesz mial zwykłe pochówki na cmentarzach. Przez większość oblężenia masz relatywnie niewielkie straty wśród załogi, więc przyrost zgonów, bez zarazy czy głodu oczywiście czy innych dodatkowych czynników, nie będzie znaczący i jeśli miasto ma cmentarz(e) obliczony na jego potrzeby, to da radę. Oczywiście przedłużające się oblężenie, a także inne czynniki (np. użyta broń, nie mam pojęcia, jakie masz realia) mogą to zmienić. Od realiów dużo zależy, bo inaczej wygląda oblężenie Konstantynopola w 1453 roku, a inaczej Paryża w 1870/71.

http://altronapoleone.home.blog

A czy palenie zwłok mogłoby być zastosowane w takiej sytuacji?

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Pewnie wszystko zależy od umotywowania. Jakby to było jakieś miasto postawione na skalistym gruncie, gdzie możliwość powiększania cmentarzy małym kosztem byłaby ograniczona, to wówczas dość ekonomiczne rozwiązanie.

A czy palenie zwłok mogłoby być zastosowane w takiej sytuacji?

Znów: zależy od realiów. Np. kościół katolicki nie dopuszczał bardzo długo kremacji, teraz też jest jej nieprzychylny, więc można sobie wyobrazić społeczność, dla której to będzie duże tabu. I pytanie, jak bardzo musiałaby być zdesperowana, żeby to tabu złamać. W ekstremalnych warunkach: na pewno. A z kolei może być społeczność, dla której to nie problem i od razu wpadnie na takie rozwiązanie. Ale zasadniczo w Europie postarożytnej nawet po wielkich bitwach nie palono zwłok, mimo że byłoby to ekonomiczne pod każdym względem, tak mocne było tabu.

http://altronapoleone.home.blog

Zawsze można też zastosować taktykę obrońców Kremla i nadmiarowe zwłoki zjeść ;P

Realia fantasylandowe, luźno bazowane na starożytnej Mezopotamii. Pochówek na większą skalę nie wchodzi w grę bo akcja osadzona w twierdzy wybudowanej na skale. Oblężenie z tych obfitujących w zwłoki, bo przeciwnikowi zależy na czasie, szturmuje dość intensywnie.

A nie można w takim razie zrzucać ich z tej skały?

Przynoszę radość :)

Jakbym była złośliwa, to bym powiedziała, że nie istnieje monolit “starożytna Mezopotamia”, bo na przestrzeni ponad dwóch tysięcy lat, licząc tylko do inwazji medo-perskiej, tam są po kolei bardzo różne kultury, choć w przeważającej większości semickie. Niemniej jeśli tylko luźno bazowane, to spokojnie możesz takiej kulturze dać pochówki ciałopalne i po problemie. Warto jednak w razie czego zaznaczyć, że to jest zwyczajne w tej społeczności, chyba że wręcz przeciwnie, chcesz, żeby w ekstremalnej sytuacji łamali tabu.

http://altronapoleone.home.blog

Jakbym była złośliwa, to bym powiedziała, że nie istnieje monolit “starożytna Mezopotamia”

Wiem, wiem. Ale bazowanie jest bardzo luźne, bez odniesień do konkretnych kultur. Ok, dzięki wszystkim za odpowiedzi.

Hmm. Intensywny szturm na twierdzę na skale w realiach starożytnych... Aleksander Wielki sobie poradził, ale zasadniczo to wówczas był poważny problem. Oczywiście zakładając, że skała wysoka ;)

http://altronapoleone.home.blog

Hmm. Intensywny szturm na twierdzę na skale w realiach starożytnych... Aleksander Wielki sobie poradził, ale zasadniczo to wówczas był poważny problem. Oczywiście zakładając, że skała wysoka ;)

Twierdza jest przy okazji świątynią (a w zasadzie to świątynia jest przy okazji twierdzą), więc pod mur prowadzi śliczna, szeroka droga. Załoga mało liczna, atakujący w ogromnej liczbie i z małym szacunkiem dla własnych żołnierzy. A drabiny już chyba znali. ;) Także myślę, że jakoś to przejdzie.

Istniały nawet machiny oblężnicze, ale one się na niewiele zdają w przypadku budowli na wysokich skałach. Ale to wszystko mi się średnio składa w sensowną całość: ufortyfikowana świątynia na skale  i szeroka piękna droga? Jak ona idzie? Którędy? Jeśli jest miejsce na szeroką drogę, to jak wygląda ta skała? Coś jak Meteory czy zwykła góra? I jakie fortyfikacje?

Drabiny na wspięcie się na skałę nie wystarczą, a co to za twierdza, którą można zdobyć za pomocą samych drabin? Paru dobrych łuczników, prosta machina miotająca kamienie i szturmujący powinni być bez szans. Jeśli jest jedna droga, a z pozostałych stron przepaść, to ta droga powinna być bardzo mocno strzeżona i w zasadzie niewielka załoga może to utrzymywać do wyczerpania zapasów. I tak dalej.

http://altronapoleone.home.blog

 

 

Mam pytania o takie piezoelektryczny generator prądu – czy dobrze rozumiem, że aby wytworzyć tego typu prąd, trzeba ścisnąć np. kryształu kwarcu z obu stron? Czy możliwe jest wytworzenie takiego prądu przez chodzenie? 

Zjawisko Seebecka (np. w termoparze) pozwala na wytworzenie prądu korzystając bezpośrednio z różnicy temperatur.

Efektywność tego jest niewielka, stosowane głównie w precyzyjnym sprzęcie pomiarowym.

Nie jest możliwe wytworzenie energii przez jednorodne oziębienie układu (z II zasady termodynamiki).

Uprzejmie proszę o nie wyrzucanie kota na mróz, żeby zaprzeczyć w/w zasadzie ;-)

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Chodziło mi o prąd z powodu wibracji, nie temperatury :)

Tak, Zanais. Nacisk mechaniczny powoduje wytworzenie energii elektrycznej w piezoelektryku. Stworzenie z tego generatora to może zbyt duży temat, aczkolwiek zjawisko występuje i tak właśnie działa. :D Kiedyś słyszałem o koncepcji chodników miejskich, które pod spodem miałyby takie układy prądotwórcze, ale chyba pomysł upadł.

Aaaaaa:-)

To się da! Za kryształem piezoelektrycznym ustawiasz mostek Grätza i masz. Bo sam kryształ przy chodzeniu będzie Ci (najprawdopodomniej) generował prąd zmienny.

Piszę najprawdopodobniej, bo to trochę zależy od rozwiązania mechanicznego, jak będziesz przenosił obciążenie na kryształ.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

@drakaina

Na skale – znaczy, fundamentem jest skała. Twierdza nie stoi na ostańcu skalnym ani tym bardziej na górze. Dostęp do murów może będzie utrudniony, może nie,  zobaczymy.

Droga jest, bo to ważne miejsce kultu. I przede wszystkim miejsce kultu, a twierdza niejako przy okazji – ta fikcyjna kultura wszystkie świątynie buduje w “militarystycznym” stylu. Ale to twierdza głównie z nazwy, nikt nie planował naprawdę się w niej bronić przed atakiem. Dlatego nie ma łuczników (tu jeszcze pomyślę), machin obronnych, obsada jest nieliczna i słabo wyszkolona.

Jeśli jest jedna droga, a z pozostałych stron przepaść, to ta droga powinna być bardzo mocno strzeżona i w zasadzie niewielka załoga może to utrzymywać do wyczerpania zapasów.

No taki jest plan. :P Przynajmniej plan obrońców.

Czyli teoretycznie (mówimy o sf) można stworzyć generatory piezoelektryczne, które generują energię przy każdym kroku?

Myślę, że tak.

Droga jest, bo to ważne miejsce kultu. I przede wszystkim miejsce kultu, a twierdza niejako przy okazji – ta fikcyjna kultura wszystkie świątynie buduje w “militarystycznym” stylu.

A jeśli to świątynia, to nie ma tam jakichś krypt, w których można chować zmarłych?

Czyli teoretycznie (mówimy o sf) można stworzyć generatory piezoelektryczne, które generują energię przy każdym kroku?

Powinno się dać, chociaż to niekoniecznie będzie opłacalne i wygodne. Wikipedia ma linki do różnych wariatów: https://en.wikipedia.org/wiki/Energy_harvesting#Piezoelectric

Co do ściskania – jak mawiał mój wykładowca fizyki, nie ma znaczenia, czy tramwaj jedzie po szynach, czy szyny po tramwaju XD jeśli coś przyciskasz do podłoża, to podłoże będzie na to działało siłą równą co do wielkości i przeciwnie skierowaną. Więc tutaj problemu nie będzie.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

A jeśli to świątynia, to nie ma tam jakichś krypt, w których można chować zmarłych?

Jakby chcieć, to mogą w sumie być, kto mi zabroni. Dzięki za pomysł.

Jak nazywa się miejsce, gdzie archeolog składa do kupy skorupy naczyń itp.? Czy to będzie ogólne laboratorium albo gabinet, czy ma bardziej specjalną nazwę?

Babska logika rządzi!

Nie ma specjalnej nazwy ani nawet specjalnego miejsca. Sporo naczyń wykleja się jeszcze w terenie (i tu pełna dowolność od pod gołym niebem, przez namiot, po pokój hotelowy), żeby było wiadomo, co się wykopało. Część potem w muzeum czy innej instytucji, gdzie są przechowywane artefakty. Czasem jest to specjalna pracownia i specjaliści, czasem po prostu pracownicy muzeum albo i praktykanci ;) Duże muzea mają oczywiście specjalistyczne pracownie i laboratoria, ale w laboratorium to raczej badasz skład gliny, żeby ustalić, skąd naczynie pochodzi itd.

http://altronapoleone.home.blog

Dzięki. :-)

Czyli jeśli jakiś archeolog chce na spokojnie, po powrocie do macierzy, posklejać starą wazę, to pewnie zrobi to w gabinecie?

Babska logika rządzi!

A nie możesz dać po prostu “pracowni”? 

O! Też dobrze. Dzięki.

Babska logika rządzi!

Pracownia to już odrębny byt. Gdzie i kiedy pracuje Twój archeolog?

http://altronapoleone.home.blog

Już opublikowane, z pracownią.

Mój archeolog ma najbardziej wypasione wyposażenie, jakie można sobie wymarzyć. Początek XX wieku, ale nie muszę się kurczowo trzymać dat.

Babska logika rządzi!

Czy ktoś może wie, gdze urzęduje dyrektor ds. eksploracji załogowej i robotycznej ESA? W Paryżu, czy w Kolonii?

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Czy system GPS mógłby działać w postapo? Znaczy bez obsługi naziemnej. Satelity zostają, ale co i kto musi zostać na Ziemii, aby GPS działał? A jeśli działałby, to jak długo? Dziękuję.

Ok, poczytałem. W skrócie – nie podziała xD

Irko, cholera wie, gdzie siedzi obecny dyrektor  z ESA ds. interesujących Ciebie, David Parker. Stawiałabym jednak na Paryż, jako msce docelowe i centralę. Kolonia jest raczej dla ekipy wsparcia medycznego. Próbowałam dojść po miejscu obecnej rekrutacji, ale lipa – znaczy się nie udało, ale możesz umieścić go gdzie bądź – zależy jak się umówili.

Zanais, zależy jakie postapo, musisz coś przyjąć, znaczy co działa, przekazuje i pi razy drzwi – czym. Na jakimś obszarze pewnie możliwe.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Z tym GPSem sam miałem problem tydzień temu, pisząc moje postapo. I wyszło mi, że nie zadziała.

Known some call is air am

GPS w postapo: moim zdaniem (patrząc na zadania wykonywane na bieżąco przez stacje naziemne) to nie będzie działać. Tolerancja pomiaru zacznie rosnąć, ale nie mam wyczucia czy przestanie być użyteczny po tygodniu, czy po miesiącu.

Jak chcesz wiedzieć na której jesteś półkuli, to pewnie trochę dłużej.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Cześć.

Jeśli w wielkiej posiadłości arystokraty znajduje się ogromna biblioteka, to kto się nią zajmuje? Bibliotekarz?

A w jakim sensie zajmuje? Bo odkurzać będzie zwykła pokojówka, ale wypożyczać na rewers i prowadzić katalog to już albo bibliotekarz (jeśli jest tego na pełen etat), albo jakiś sekretarz czy asystent.

Babska logika rządzi!

Zdrastwujtie

 

Potrzebuję pomocy z rozprawką … muszę znaleźć jak najwięcej nazw tytułów władców, chodzi mi o nazwy takie jak : Król, Monarcha, Suweren, Cesarz etc, ale także takie jak : Archont, Egzarcha etc, najlepiej takie nietypowe jak te dwa ostatnie. W internecie szukam już od kilku dni, ale wyszukiwarka wyświetla cały czas nie to co trzeba :(

 

Obywatele i obywatelki, pomożecie ?

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Hegemon (król po grecku) i nomarcha może być do kolekcji? Czy ten ostatni, to za nisko?

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Nie wiem, ale chętnie skorzystam :D  Dzięki za pomoc  Ale mówiąc bardziej precyzyjnie, chodzi mi raczej o takie tytuły, że w rozmowie mówi się  np : “Wielki Egzarcho … “ Bo raczej nie mówi się : “mości Hegemonie” :D

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

W “Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa jest słynne zdanie:

“Do procuratora rzymskiego zwracać się: hegemon. Innych słów nie mówić.”

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Niestety, nie znam :) Ale przydałyby mi się też takie tytuły jak władcy religijni i naukowi (nadal władający całym krajem), ciężko takie rzeczy znaleźć, zawsze mam z tym problemy :/

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Cesarz etiopski to nygus.

Zdaje się, że członka triumwiratu można było tytułować triumwirem. Z duumwiratem podobnie.

Faraona nazywano między innymi “bogiem na ziemi”. Cesarza chińskiego “synem nieba/niebios”.

Satrapa? Basileus?

Papież w sumie też jest głową państwa...

Edytka: Jeszcze ajatollah mi się przypomniał. I pasza, basza, padyszach, emir, kalif, sułtan, chan, shogun...

Car i keiser są dość oczywiste, ale może nie przyszły Ci do głowy.

Babska logika rządzi!

Zdaje się, że członka triumwiratu można było tytułować triumwirem.

Nie wiem, czy tytułować, to nazwa członka triumwiratu po prostu, ale czy tytuł?

 

Teokrata. Władyka. Radża i maharadża (żeńskie odpowiedniki: rani, maharani). Dyktator. Tyran. Generalissimus. Wicekról. Arcyksiążę. Kalif. Malik. Kedyw. Emir. Szach i padyszach. Satrapa. Kagan. Chan. Et caetera. Tu masz wg. regionu (po angielsku, ale łatwo przełożyć). A władca naukowy to Klaus Wulwenbach XD

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

W Polsce jest jeszcze karakan XD

Known some call is air am

Outta, hahaha xD

Tarnina

 

Rozumiem xd, ale próbuję znaleźć, albo wymyślić słowo, które będzie łączyć cechy naukowca i władcy :D albo przywódcy religijnego i władcy i ogólnie ciekawych słów w miejsce władca, ale raczej bez nazw wschodnich :>

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Tetrarcha w przypadku czterech władców.

Tarnina wspomniała szacha (odpowiednik króla), więc wypada dodać szachinszacha (króla królów).

Ajatollah to nie tytuł głowy państwa (choć tak się u nas potocznie mówi), tylko coś pomiędzy biskupem, a profesorem. Ajatollahów jest w Iranie wielu, ale tylko jeden z nich nosi tytuł Najwyższego Przywódcy.

Godfryd de Bouillon zamiast króla jerozolimskiego przyjął tytuł Obrońcy Grobu Świętego.

Beniowski nosił tytuł ampansakaby (cesarza) Madagaskaru.

Ciekawa może być jeszcze tytulatura Cromwella: Z łaski Boga i Republiki Jego Wysokość Lord Protektor.

Szerokie jest spektrum tytulatury wodzowskiej: oczywiście führer, duce, caudillo (Hiszpania),  conducător (Rumunia), Taoiseach (Irlandia)...

 

Tak na pierwszy rzut tyle przyszło mi do głowy, może jeszcze coś wymyślę.

Będę bardzo wdzięczny Światowidzie … ekhem … Światowiderze

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Technarcha :D

Known some call is air am

Mikado zasiadał na Chryzantemowym Tronie, a to chyba znaczy po prostu Syn Nieba :-)

Pierwszym tytułem Szacha Iranu było Światło Ariów (bo Iran).

Jeśli chodzi o formy grzecznościowe (powiedzmy) w carskiej Rosji, polecam Tabelę rang, gdzie co prawda nie ma Wasze Imperatorskoje Wieliczestwo, ale są te poniżej arcyksiążęcych.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

     słowo, które będzie łączyć cechy naukowca i władcy :D albo przywódcy religijnego i władcy i ogólnie ciekawych słów w miejsce władca, ale raczej bez nazw wschodnich :>

Tall order :P A słowo nie może mieć cech władcy :P

    Technarcha :D

Ty się nie chichraj, to pasuje do zadanych parametrów! Idealnie!

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Ojciec Dyrektor?

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

@Tarnina – podkradzione z Jodorovsky'ego :)

Known some call is air am

Iluvatharze, kto Cię pokarał taką rozprawką?

 

Bo. Archont to nie władca, ale jeden z urzędników. Teoretycznie wysoką władzę w Atenach miał archon basileus, ale tam nie było jedynowładztwa i nie był on królem mimo przydomka “basileus”.

 

Radku, Grecy mieli multum słów na oznaczenie kogoś, kogo można nazwać “królem” czy “księciem”, ich znaczenia zmieniały się w czasie, ale akurat hegemon nie jest jednym z nich. Hegemon to dowódca wojskowy.

Natomiast “król” (w przybliżeniu, w sensie plus minus jedynowładca czyli monarcha) to anaks, basileus, despotes, tyrannos. Dwa ostatnie pierwotnie nie miały znaczenia pejoratywnego, natomiast basileus oznaczał raczej przywódcę plemiennego. U Homera Agamemnon jest anaks andron – władca, przywódca ludzi (mężów), ale basileus to prawie każdy z greckich przywódców.

[Sorry, mam o tym cały rozdział w doktoracie ;)]

 

A chyba nie pojawił się tu szach (albo przegapiłam), czyli kszatrijah po persku.

 

Satrapa to zarządca prowincji (w Persji), podobnie jak nomarcha (w Egipcie).

 

Na czele państwa stawali też konsulowie, prezydenci itp., ale to zasadniczo stanowiska obieralne w ustroju republikańskim.

 

Aha, w rzymskiej tetrarchii (ustrój od Dioklecjana, IV w. n.e.) tytułami władców był cezar i august.

http://altronapoleone.home.blog

próbuję znaleźć, albo wymyślić słowo, które będzie łączyć cechy naukowca i władcy :D

Rektor, dziekan, prodziekan. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ale mówiąc bardziej precyzyjnie, chodzi mi raczej o takie tytuły, że w rozmowie mówi się np.: “Wielki Egzarcho…”

Ekscelencja, eminencja, magnificencja (trochę idąc tropem Asylum). Przy czym uprzedzam, że nazwanie w jakimś tekście władcy “magnificencją” spotka się z zarzutami o poplątanie terminologii (chyba gdyby jego związki z nauką, również symboliczne – legitymizujące władzę, były bardzo wyraźne), bo to jest tytuł grzecznościowy przysługujący rektorowi uczelni.

Skoro jednak próbujesz “znaleźć albo wymyślić słowo, które będzie łączyć cechy naukowca i władcy”, magnificencja może być najlepszym, co dostaniesz, bo mądrość na ogół przeszkadza w zdobywaniu władzy (efekt Dunninga-Krugera) i odpowiednia terminologia nie miała szans się wykształcić. Jeżeli stworzyłbyś w opowiadaniu postać władcy, który ma tytuł profesorski i nie przeszkadza mu, gdy podwładni zwracają się do niego “(panie) profesorze”, powiedziałoby to od razu bardzo dużo o jego charakterze, ale rozumiem, że nie do tego zmierzasz.

 

Dla ścisłości: “ekscelencja” zwracamy się najczęściej do ambasadora, “eminencja” do dostojnika kościelnego. Żadne z tych słów nie jest typowo używane w odniesieniu do władcy. Tutaj Radek słusznie podsunął Wasze Wieliczestwo. Zresztą pełna tytulatura grzecznościowa monarchów bywała bardzo długa i osobliwa, na przykład Franciszka Józefa (między innymi bodajże “miłościwie pełen apostolskiej chwały”). Przy okazji warto obejrzeć sławetny List kozaków zaporoskich do sułtana.

Jeszcze zapomnieliśmy o “wasza świątobliwość”, używane do papieża i w literaturze (np. u Prusa) do faraona.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Wyliczanie zwrotów w rodzaju “wasze wieliczestwo” nie ma sensu, bo to są po prostu w różnych językach zwroty do władcy: Wasza Królewska/Cesarska/Książęca Mość, Votre Majesté, Your [Royal/Imperial] Majesty, Eure Majestät, choć nie jestem pewna, czy w rosyjskim nie używa się tego величество również niekiedy na “Wysokość” (czyli tytuł wybranych członków rodziny, niepanujących). Aczkolwiek jest też высочество.

Ale jeśli wyliczać to, to dlaczego nie w innych językach? Chyba tylko dlatego, że inaczej brzmi, bo w zachodnich językach jest zawsze jakiś wariant majestatu.

 

Aha, arcyksiążę to jest tytuł austriacki, habsburski, w Rosji byli wielcy książęta. Niedokładnie tak samo były te tytuły rozdzielane, nieco inne zasady, choć co do rangi – podobna. Ale w nomenklaturze polskiej stosuje się arcyksiążę na austriackie Erzherzog, a wielki książę na członków rodziny carskiej.

 

Prusem bym się nie przejmowała ;)

 

Jak dla mnie tu w ogóle jest pomieszanie pojęć i chciałabym wiedzieć, o jaki typ władzy naprawdę chodzi.

http://altronapoleone.home.blog

Światło wyróżnia mędrców i władców.

Nazwij tego kogoś Najświatlejszy, albo Najświetlistszy.

Możesz coś zrobić z łacińskim lux czy greckim fos, też daje spore możliwości.

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Drakaino

 

Oczywiście, że archont to nie król, ale po prostu szukam nazw władców i ludzi sprawujących władzę (najlepiej nad całym państwem, ale niekoniecznie, bo chcę się też pobawić w słowotwórstwo i lekkie naginanie definicji. A rozprawkę piszę na konkurs do mojej dawnej uczelni :)

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Technokrator :-)

Wczoraj mi przyszła do głowy taka nazwa i nie chce puścić.

 

@drakaina:

Przyznam się, że wrażenie (niesłuszne), że hegemon może znaczyć król wzięło się z Eaters of the Dead, Michaela Crichtona. Po sprawdzeniu, raczej chodziło o jarla, więc bardziej pasuje Twoje “dowódca wojskowy”, albo po prostu wódz.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Dzięki za pomoc, teraz jeszcze tylko potrzebuję do opowiadania podobnych nazw (też do zwrotów bezpośrednich np: “Mój radco”), ale tym razem chciałbym wymyśleć nazwę dla wielkiej rady rządzącej pewnym narodem i państwem, którzy są bardzo religijnymi naukowcami, zarządzającymi tymże państwem :<  Tutaj już raczej będę się bawił w słowotwórstwo, tak aby dało się to słowo odmieniać :D

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Radku, to nie jest moje, ale greckie “dowódca wojskowy”. Hegemon to w starożytnej Grecji dowódca wojskowy i hegemonia grecka (Aten, Sparty, Teb, Macedonii) tym właśnie była – przywództwem militarnym bardziej niż politycznym w świecie helleńskim. Również zresztą rzymskie, łacińskie “imperium” to władza wojskowa.

Michael Crichton nie jest w tej kwestii autorytetem ;)

http://altronapoleone.home.blog

Grecja to dziedzina Drakainy :D (pacz zdj. profilowe)

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Zdjęcie profilowe to akurat Francja łamana przez Italię wenecko-rzymską, choć niewątpliwie pod wpływem greckim ;)

http://altronapoleone.home.blog

Już dawno miałem spytać, czy to wzorowane na Paulinie Borghese.

Nie wzorowane, to jest zdjęcie tej rzeźby (no, fragmentu) XD Tej oryginalnej, z Galleria Borghese, ale nie moje, tam na co dzień nie ma czarnego tła, tylko mnóstwo innych szpejów dzieł sztuki

http://altronapoleone.home.blog

Takie nieskazitelne ujęcie, że miałem to za grafikę komputerową opartą na rzeźbie (oczywiście w miniaturce trudno ocenić detale). W każdym razie bardzo ładna fotografia.

W jakim wieku zazwyczaj były debiutantki gotowe zawrzeć związek małżeński?

Ajzan, po raz n+1. Piszesz fantasy, a nie powieść historyczną. Nie musisz mieć wszystkiego zgodnie z faktami, możesz sobie wyznaczyć dowolne reguły społeczne, jedynie luźno oparte na realiach.

A wiek, o który pytasz, zależy od kraju, czasu, czasem też od pozycji rodziny czy środowiska, z którego wywodziła się panna. Jeśli rodzinie bardzo zależało na wystawieniu córki na małżeński rynek, to mogła ją usiłować wcisnąć na ważny prestiżowy bal dla dorosłych dość wcześnie, ale to “wcześnie” też jest zróżnicowane. Nie ma odgórnie ustalonego wieku. A bale debiutantek jako osobna instytucja to natomiast wymysł dość późny i tu już rodziny je organizujące mogły się umawiać co do wieku. Brytyjskie debiutantki na dworze to też dość osobna instytucja. Nie ma jednej określonej reguły.

http://altronapoleone.home.blog

No dokładnie, fantastyka = Twoje prawa. W starożytnym Egipcie wydawane za mąż były dwunasto-trzynastolatki, więc to jedynie kwestia, jakimi prawami będzie rządzić się dana kultura.

Rozumiem, że fantastyka rządzi się swoimi prawami i widzimisię autora. W świecie, do którego potrzebuję obecnie tej informacji, nie ma absolutnie żadnych istot ludzkich, tylko żyjące nieco dłużej elfy.  Bez wchodzenia zbytnio w detale elfiej biologii próbuję zasugerować w tekście wiek jednej postaci, bez podawania konkretnych liczb. Brak ludzi w tym świecie wyklucza też opisy w stylu “w przeliczeniu na wiek ludzki, miała lat szesnaście”.

Jeśli nie masz ludzi, to kulturę możesz stworzyć, jaka Ci się podoba. Ważne, aby było konsekwentnie i w miarę logicznie w obrębie danego świata.

Kultura nie jest problemem, tylko opisanie pewnych szczegółów bez czynnika ludzkiego dla porównania i ilustracji.

A to jest zawsze problem, bo myślę, że zawsze obca rasa jest filtrowana przez nasze poglądy na zwyczaje, konwenanse itp. Jednak w tym też tkwi urok innych ras.

Dłuższego niż ludzkie życia elfów nie nazwałabym częścią kultury.

W takich przypadkach chyba pozostaje napisać po prostu „młody, stary, w średnim wieku” z elfiej perspektywy. Skoro żyją dłużej, to szesnastoletnia elfka mogłaby być „bardzo młoda”. Ewentualnie można też pokombinować coś w stylu „Przeżyła zaledwie szesnaście faz księżyca/czegokolwiek” i liczyć na to że czytelnik domyśli się że chodzi o lata. Właściwie to nie tak trudno się domyśleć.

Ajzan, wybacz, ale w takim razie Twoje pytanie jest trochę w próżnię. Skoro nie przeliczasz, nie masz ludzi, tylko elfy, to po co przelicznik z ludzkiego świata?

 

Dłuższego niż ludzkie życia elfów nie nazwałabym częścią kultury.

Częścią kultury w rozumieniu “nadbudowy” nie, ale długość życia – jako jeden z warunków społecznych – wpływa na tworzenie i przeżywanie kultury. Np. dziewiętnastowieczny rozwój powieści prozą łączy się m.in. z tym, że ludzie, do których ta literatura jest kierowana, a więc głównie klasa średnia, mają coraz więcej wolnego czasu, co z kolei jest związane zarówno z industrializacją jak i wydłużeniem życia w tej sferze. [Aha, oraz Sagitt ewidentnie użył słowa “kultura” tak, jak się go nazywa m.in. w archeologii, a nie na określenie wytworów rtystycznych. I wtedy warunki społeczne jak najbardziej są częścią].

 

Kultura nie jest problemem, tylko opisanie pewnych szczegółów bez czynnika ludzkiego dla porównania i ilustracji.

Na tym polega dobra literatura fantastyczna (i zresztą nie tylko), żeby słowami opisać coś bez porównania i ilustracji – i bez infodumpu. Wszystko się da umieścić w sprawnie napisanej narracji, naprawdę wszystko. I w większości przypadków wystarcza odpowiednio rzucona mimochodem uwaga, żeby pokazać całe tło, które chce się pokazać.

 

W starożytnym Egipcie wydawane za mąż były dwunasto-trzynastolatki, więc to jedynie kwestia, jakimi prawami będzie rządzić się dana kultura.

Akurat wczesny wiek małżeński we wczesnych kulturach i jeszcze w średniowieczu związany jest z prostym przełożeniem – dziewczyna dojrzała płciowo znaczy zdolna do małżeństwa (= rodzenia dzieci). W tym przypadku natura i kultura rozchodziły się dość długo.

http://altronapoleone.home.blog

W takich przypadkach chyba pozostaje napisać po prostu „młody, stary, w średnim wieku” z elfiej perspektywy.

No. I nie ma problemu.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Czy w warunkach średniowieczno-renesansowych dałoby się jakoś zastąpić utracone palce dłoni łucznika, by był w stanie dalej posługiwać się łukiem? Jakieś cwane ruchome protezy z drewna lub metalu, podobne do tych, jakie miał ekscentryczny wynalazca z animowanego “Avatara”? Ktoś słyszał o takich przypadkach?

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

O ile wiem, palce łucznika powinny być wysoce sprawne, więc wątpię, bo dopiero od niedawna powstają protezy, które mają duże możliwości ruchowe, a tu dochodzi jeszcze np. kwestia wyczucia naciągnięcia cięciwy i różne takie. Pewnie, że to nie pianista, ale jednak wydaje mi się, że na duży sukces nie ma co liczyć. Dla XIX wieku znam jakieś konkrety protez, mam zdjęcia muzealne, ale to raczej nogi. Wcześniej – chyba musisz użyć fantastyki. Aha, animowanego “Avatara” nie znam, więc nie wiem, o czym mówisz.

http://altronapoleone.home.blog

Czy w warunkach średniowieczno-renesansowych dało się jakoś zastąpić utracone palce dłoni łucznika, by był w stanie dalej posługiwać się łukiem? Jakieś cwane ruchome protezy z drewna lub metalu, podobne do tych, jakie miał ekscentryczny wynalazca z animowanego “Avatara”? Ktoś słyszał o takich przypadkach?

Raczej nie, dlatego w czasie wojny stuletniej wziętym do niewoli jeńcom angielskim Francuzi obcinali wskazujący i środkowy palec.

Czyli nie dałoby się. To dobrze. Tzn. dobrze dla mojej fabuły.

 

drakaina, mówię o tym panu:

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Teoretycznie mógłby odwrócić chwyt (trzymać łęczysko okaleczoną dłonią, być może z pomocą jakiejś prymitywnej protezy, naciągać cięciwę tą sprawną). Powrót do względnej biegłości wymagałby wiele pracy, ale nie byłby nierealny. Obił mi się też o uszy japoński łucznik, który po podcięciu więzadeł w ręce nauczył się naciągać łuk brodą, ale to już był przypadek jedyny w swoim rodzaju – i zresztą nie mam pewności, czy nie legenda.

Ja tak bardziej teoretycznie, bo nie jestem ekspertem od tego rodzaju broni, ale trochę miałem do czynienia z łukami. 

Kluczową kwestią będzie siła naciągu i typ łuku. Klasyczny łuk [niebloczkowy] naprawdę ciężko naciągnąć i utrzymać wystarczająco długo żeby oddać celny strzał. Obrazowo można to przedstawić jako podnoszenie ciężaru na trzech palcach. Małe łuki do polowań na drobne zwierzaki i ptactwo miały około 15 funtów, czyli niecałe 7 kg, więc bajlando, ni ma problima. Przecież podnieść czteropak wody niemoralnej na trzech palcach to nie problem, nie? Łuk bojowy to nawet 70-100 funtów. Rekord współczesnej repliki długiego łuku angielskiego to 200 funtów. Trzeba mieć dobrze wyrobioną łapę, żeby z takiego strzelić. 

Wspomniana przez Ślimaka oburęczność wcale nie jest taka niezwykła. W treningach strzeleckich czasem zmienia się ręce, zwłaszcza u młodych zawodników, żeby równomiernie ćwiczyć postawę. Oczywiście każdy strzela lepiej na tzw. dominującą stronę, ale oddanie strzału mniej więcej w kierunku celu jest możliwe praktycznie bez treningu. 

Jeśli chodzi o same palce, to na dłoń trzymającą strzałę zakłada się tzw. skórkę, czyli ochraniacz poprawiający dodatkowo chwyt na brzechwie strzały. Czy można ją jakoś zmechanizować? Nie widzę problemu, zwłaszcza w erze renesansu. To mogło by działać na zasadzie spustu zapadkowego, uruchamianego mocną sprężyną. Zwalniaczem można by operować np. kciukiem. Całość musiałaby być dość duża, i wykorzystywać całe przedramię i łokieć jako punkt podparcia, ale wg mnie technicznie wykonalne. Takie drewniane paluszki, jakie ma pan na ilustracji chyba za delikatne do prawdziwej roboty ;]. 

 

pozdro

M.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Ciekawe, Morderco, choć mam wrażenie, że Bolly pytał o to, czy takie coś istniało, a nie czy jest możliwe ;) A tak na marginesie przyszedł mi do głowy jeszcze jeden aspekt, “ekonomiczny” czy też “praktyczny”: takim łucznikiem musiałby być ktoś niewiarygodnie ważny, żeby dla niego produkować taką protezę (sama w sobie istotnie możliwa, znano przecież metalowe rękawice z ruchomymi dość skomplikowanymi przegubami, a w nowożytności rozwój nauki pozwoliłby na wymyślenie jakiegoś rodzaju dźwigni do obsługi), bo “szeregowego” łucznika raczej zastąpiono by innym.  No i jeszcze kwestia taka, że w tej nowożytności, która byłaby zdolna wyprodukować know-how i co za tym idzie, protezę, łuki akurat odchodzą do lamusa...

http://altronapoleone.home.blog

To ja może obrazek:

współczesny spust do łuku do 90 funtów, czyli do 40kg naciągu

 

Nie sądzę, żeby to było niewykonalne dla średniowiecznego rzemieślnika, który potrafił robić spusty kusz. Widzę inny problem. Łucznik w formacji był w stanie szyć 10-12 strzał na minutę z celowaniem, czego raczej się nie da osiągnąć z takim ustrojstwem.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Wykonalne pewnie było, tylko ktoś musiałby na to wpaść ;)

Mnóstwo wynalazków nie wymagało wielkich odkryć naukowych jako warunków wyjściowych, a jednak ich długo nie wynajdowano.

http://altronapoleone.home.blog

Okej, to mi w zupełności wystarczy.

 

Mam jeszcze jedno pytanie, tym razem do znawców obuwia. Czy tego typu buty, jak u postaci na ilustracji poniżej, mają jakąś nazwę? Nie chcę ciągle pisać “buty” ani szczegółowo ich opisywać. To chyba nie są trzewiki, bo te muszą być sznurowane. A może nie muszą?

 

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

A to nie ciżmy? Chociaż może nie, bo ciżemki miały wydłużone bardzo noski.

Ja kiedyś miałam tego typu (zamszowe) – mówiliśmy na to robinhoodki, ale nie wiem, czy to ogólnie przyjęta nazwa, czy tylko taka wymyślona na domowe potrzeby.

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

To jest takie ciżmowate, owszem, a rysunek tak uproszczony (i nawet nie stał koło “z epoki”), że kształtem nosków bym się nie przejmowała. Plus pewnie ewoluowały w czasie, jak każda moda.

http://altronapoleone.home.blog

A może stwórz własną nazwę i walnij opis w którymś miejscu – “elfie (czy jakieś tam inne; imperialne, wiedźmie, nowobramskie...) ciżmy, bez wydłużonych czubków, bez szwów, za to z wywiniętymi cholewami, z miękkiej skóry, lekkie, ciepłe, nieprzemakalne i niezastąpione w długiej podróży”?

Babska logika rządzi!

skórznie, skórzenki, skórnie, staropolska i gwarowa nazwa długich butów z cholewami;

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

bemik, drakaina – jak kiedyś w opowiadaniu nazwałem coś takiego ciżmami, to ktoś z czytelników się o to przyczepił i zmieniłem “ciżmy” na “trzewiki”.

 

Finkla – zależy mi właśnie na tym, żeby się niepotrzebnie nie rozwodzić nad wyglądam tych butów, a zarazem dać pojęcie, o jaki rodzaj obuwia mi chodzi.

 

regulatorzy – a skórznie to nie miały przypadkiem dłuższej cholewki i nie służyły typowo do jazdy konnej?

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Podałam definicję z encyklopedii PWN. Żywych skórzni nigdy nie widziałam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Żywych skórzni nigdy nie widziałam.

To prawie jak pomysł na konkurs albo wyzwanie fantastyczne XD

http://altronapoleone.home.blog

Prawie, Drakaino. To prawie robi wielką różnicę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czy w czasach Wikingów istniało coś w rodzaju plecaków, czy wyłącznie worki podróżne?

Mnie się wydaje, że ludzie zawsze zarzucali sobie różne rzeczy na plecy, bo tak łatwiej nieść. Więc jakoś musieli je mocować, a przymocowany worek na plecach = plecak.

To znaczy: nie wiem.

Przynoszę radość :)

Obstawiałabym raczej np. torby zarzucane na ramię w ten sposób, że taśma przechodzi ukośnie przez pierś, bo to jest prostsze do wykonania, a efekt w sensie rozłożenia ciężaru/zmęczenia daje podobny. Tornistry, będące przodkami plecaków sensu stricto wymyślono dla regularnych wojsk, i pojawiają się w XVII w. Ale z drugiej strony dość wcześnie transport, zwłaszcza wiejski, po części odbywał się na rodzajach stelaży noszonych na plecach, do których montowano różnego rodzaju “pojemniki” (kosze itp.) – jeszcze w XX wieku noszono tak np. węgiel. Coś w tym rodzaju miał też prawdopodobnie na plecach Ötzi.

http://altronapoleone.home.blog

Pytanie z kategorii prawo: w opowiadaniu mam taką sytuację, że “coś się dzieje” i osoba wynajmująca mieszkanie pyta się właściciela, czy mógłby podać kontakt do poprzednich właścicieli. Mam wobec tego pytanie, czy czy może on powołać się na na przykład RODO i nie podać żadnego kontaktu? Bardzo zależy mi dla dobra fabuły, by miał wiarygodną wymówkę by tego  nie zrobić wink

 

Pytanie drugie z kategorii: co wypada, a co nie: czy waszym zdaniem w obecnej chwili dokładanie do opowiadania motywu obecnej wojny jest “na miejscu”? Dobrze by mi pasowała do fabuły jako pewne tło, ale nie jestem pewna, czy to by było odpowiednie. Mam trochę problem z orientowaniem się “co wypada, a co nie”, dlatego wolę się zapytać.

Co do pierwszego, to jasne, powołanie się na niechęć do naruszania prywatności osób trzecich jest wiarygodna.

Co do drugiego – wypada, nie wypada, nie byłabyś pierwszą, która wykorzystała motyw obecnej wojny, więc ja bym się na Twoim miejscu nie krygował.

Known some call is air am

Pierwsze ok, drugie – nie wiem, co masz na myśli. Wojnę możesz dołożyć tak czy tak, ale dlaczego koniecznie obecną i nie przeniesiesz – nie wiem, co więcej, mnie to dziwi. Sformułuj wnioski odnośnie czegokolwiek i poleć w dal. 

A tak w ogóle to teoretyzowanie i krygowanie. Napisz, przeczytam od początku do końca! :) Wiedz jednak, że moją opinia niewiele znaczy. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

ale dlaczego koniecznie obecną i nie przeniesiesz – nie wiem, co więcej, mnie to dziwi

Potrzebuję opowiadania które dzieje się w obecnych czasach i w Polsce, dlatego nie mam jak przenieść np. do czasów 2 wojny światowej. Nie posiadam też kompletnie dobrej wiedzy na temat tamtego okresu, mogłabym pokopać wiele rzeczy. Nie pisałam od dawna i potrzebuję zacząć od czegoś prostszego.

Napisz, przeczytam od początku do końca! :)

Jasne, jak tylko pierwsze prace zakończę to zaproszę do bety :)

1) To imho podpada bardziej pod dobre obyczaje niż prawo, niezależnie od RODO. Po prostu nie powinno się podawać czyichś numerów telefonów czy prywatnych maili bez zgody tej osoby. Oczywiście, jeśli kogoś dobrze znamy i wiemy, że nie ma nic przeciwko, jest okej. Jeżeli sytuacja jest dramatyczna i rzeczywiście tylko były właściciel może pomóc, to pewnie można to uznać za wyższą konieczność, aczkolwiek na miejscu takiej osoby to ja bym najpierw próbowała zadzwonić i dopiero następnie przekazała telefon tej osobie, która chce rozmawiać. Albo podała jej dane. Znów: poziom dramatyzmu sytuacji. Np. w sytuacji zagrożenia życia masz wręcz obowiązek złamać takie zasady oraz RODO, bo życie jest wartością nadrzędną i jeśli tego nie zrobisz, możesz mieć prawne problemy z nieudzieleniem pomocy. Aczkolwiek potrzeba niezłej ekwilibrystyki wyobraźni, żeby połączyć zagrożenie życia z koniecznością wzywania byłego właściciela ;)

Oczywiście jeśli założenie fabularne jest takie, że ktoś za nic w świecie nie chce tych danych podać, to może się zasłaniać RODO, pytanie tylko, czy druga strona połknie haczyk. Nie wiem zresztą, czy akurat to pod RODO podpada, RODO jest trochę czym innym niż się popularnie sądzi, ale że nie jestem prawnikiem, tylko małym żuczkiem po obowiązkowym kursie RODO, to się teraz zamknę.

 

2) Wszystko zależy od tego, do czego ten motyw wykorzystasz. Każdą tragedię można i wolno (w sensie etycznym) wykorzystać literacko, pytanie tylko, czy zrobi się to z wyczuciem, współczuciem dla ofiar, czy np. w celach wyłącznie sensacyjnych i komercyjnych. Czym innym są obozowe opowiadania Tadeusza Borowskiego, a czym innym produkowane obecnie masowo powieścidła o kolejnych “osobach/zawodach z Auschwitz”, które imho przekraczają tę cienką granicę przyzwoitości, bo chodzi o sprzedanie chwytliwego tematu. Podobnie imho przekroczył ją Marek Krajewski w “Festung Breslau”, ale to nie znaczy, że nawet w komercyjnej powieści temat obozów nie może się w ogóle pojawić.

Możesz zresztą cofnąć się w czasie nie aż tak daleko i wykorzystać wojnę na Bałkanach 1992-95, to już nie są realia bardzo odległe, choć smartfonów ofkors nie było i Ciebie na świecie jeszcze też nie ;) Odrobina riserczu i dasz radę, na portalu jest mnóstwo osób, które te lata pamiętają.

http://altronapoleone.home.blog

Cześć, mam pytanie co do poprawności zapisu marek i modeli samochodów.

 

O ile wiem, że przy ogólnym określeniu w stylu “wsiadł do swojego audi” poprawna jest mała litera.

 

Przy wskazywaniu modelu – np. Opel Insignia – ponoć poprawny jest zapis wielką literą.

 

Jednak co w wypadku, gdy mamy zdrobnienie z następczym wskazaniem modelu? Np. chevy (zdrobnienie od chevroleta) Bel Air. Czy tutaj chevy winien być zapisany wielką, czy małą literą? A co z bel air?

 

W swoim opku wybrałem opcję Chevy Bel Air.

 

Z góry dzięki za odpowiedź :)

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Dzięki, reg, internetowy research zwiódł mnie na manowce :)

 

Czy podobnie jest z bronią? Tzn. bohater dzierży np. colta detective special, czy Colta Detective Special?

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Tak, Fmsduvalu, nazwy broni też piszemy małymi literami  – bohater dzierży colta detective special, ale bohater dzierży rewolwer Colt Detective Special.

Rzecz dotyczy też wszelkich innych wyrobów przemysłowych.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wielkie dzięki! Tak to jest, jak się pisze tylko starodawne fantasy, gdzie nikt o markach ani modelach nie słyszał :)

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Bardzo proszę. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czy sala tronowa w pałacu królewskim może być otwarta i dostępna dla dworzan, kiedy władca akurat nie siedzi na tronie?

Mam taki fragment:

 

“Sala tronowa była miejscem szczególnym z wielu powodów. Tylko król miał do niej klucz i mógł decydować o jej dostępności. Z tego powodu audiencje, narady i uroczyste biesiady nabierały wyjątkowej wagi, jeśli miały się odbyć tutaj, a nie gdzie indziej w pałacu.”

 

Wiem, że piszę fantastykę i w związku z tym mam wolną rękę, ale mam też wątpliwości co do tego, czy nie podkreślam tutaj oczywistej oczywistości.

Hmmm. Czy to oznacza, że król stoi w drzwiach i czeka, aż sprzątaczki skończą jeździć na ścierach po posadzce?

Babska logika rządzi!

Jak pisałam wyżej, to fantasy, więc zawsze mogę wspomnieć o magii utrzymującej to miejsce w czystości. ;-)

Chyba nawet w warunkach fantastyki się nie broni. Finkla słusznie zauważyła dlaczego, ale czystość to jedno. Audiencje przecież trzeba przygotować, narady zdarzają się na różną ilość osób. Król by musiał przyjść dużo wcześniej żeby wpuścić służących odpowiadających za zorganizowanie tego wszystkiego, a później zamknąć po wszystkich. Nie brzmi sensownie.

"Nic mnie nie zmusi dzisiaj do biegania, mimo wszystko znów zasiadam zaraz do pisania."

Dziękuję. Zastanowię się jeszcze nad tym.

Królowie nie mają kluczy do sali tronowej. Królowie w ogóle nie bardzo mają klucze, jeśli już do czegoś, to do pokoju schadzek. Królowie do obsługi pałacu mają cały sztab dworzan. Na dodatek żadna, ale to żadna etykieta nie dopuściłaby, żeby król otwierał sobie sam drzwi w sytuacji ceremonialnej (w prywatnej też to różnie bywało, zazwyczaj lokaj, gwardzista albo inna osoba otwierała przed królem wszystkie drzwi, włącznie z sypialnią własną czy królowej), a wejście do sali tronowej to sytuacja ceremonialna par excellence.

Tu akurat fantastyka fantastyką, ale w obrębie stworzonego świata musisz wymyślić naprawdę sensowny powód, żeby było tak, jak piszesz, bo inaczej to wygląda dość groteskowo. W fantastyce możesz cokolwiek, tak, zawsze to powtarzam, więc złapałaś mnie na własnych radach ;) Ale wewnętrznie musi się to kupy trzymać. A niestety zasady działania dworów królewskich są dość sformalizowane i zawsze były, więc przynajmniej wewnętrznie musi to być spójne i jeśli król otwiera sam salę tronową, to musi to mieć zahaczenie w czymś wewnątrz świata. Oraz obawiam się, że musisz to nienachalnie wyjaśnić czytelnikowi.

Aha, sale tronowe zasadniczo są dostępne dla obsługi pałacu znacznie bardziej wtedy, kiedy król nie siedzi na tronie. Kiedy siedzi, to w jego obecności mogą być tylko osoby uprawnione, w tym oczywiście zaproszone albo też wpuszczone z okazji powszechnej audiencji.

Oczywiście możesz wymyślić kulturę, w której sala tronowa jest sanctum sanctorum z wszelkimi konsekwencjami, ale to musi być opisane w tekście.

http://altronapoleone.home.blog

Hej,

 

mam tekst, w którym pojawiają się badania archeologiczne i nie chcę się potknąć na głupocie. Moje wątpliwości:

 

– czy wykopaliska w północno-wschodniej części Rub-al-Khali mają sens w kontekście poszukiwania XVI-wiecznych osad?

– czy karawanseraje mogły być częścią większego skupiska/osady, czy pełniły raczej funkcje przystankowe (przespać się/schronić w nocy i jechać dalej)?

Hej, musiałam sobie zajrzeć do internetów, ponieważ archeologia półwyspu arabskiego nie stanowi elementu zwykłego curriculum na studiach w Polsce; Jordania – tak, ale półwysep nie. Z tego, co wyczytałam, osadnictwo na tej pustyni zanika mniej więcej w I w. p.n.e., potem już nie ma stałych osad, a nawet wypady na pustynię nie są częste. Miasto Iram miało istnieć do mniej więcej III/II w. p.n.e., już ponoć dla Klaudiusza Ptolemeusza jest legendą.

Czy akurat w pn-wsch części to wymagałoby poszukania specjalistycznych publikacji, ale to, co jest dostępne na wyciągnięcie ręki wskazuje, że tam od schyłku okresu hellenistycznego nie było żadnych osad, a szesnastowiecznych tym bardziej ;) Chyba że chodzi o XVI w. p.n.e., bo osadnictwo tam zaczyna się ok. 3000 p.n.e. ;)

Czy były tam karawanseraje, nie znalazłam (nie mam czasu szukać bardzo głęboko, niestety, ale możesz spróbować znaleźć jakieś publikacje), ale ponoć nawet Beduini nie bardzo się tam zapuszczali. Co do samych karawanserajów wygląda na to, że bywało na odwrót: nie były oryginalnie częścią osad, natomiast wokół nich mogły powstawać takie quasi-osady, w sensie budowli niezwiązanych bezpośrednio z ich funkcją “zajazdów”, np. budowle religijne.

http://altronapoleone.home.blog

Dzięki drakaina

 

tak mi to właśnie zgrzytało, ale potrzebowałam do tekstu ton piasku w jakiejś nieoklepanej lokalizacji? Masz pomysł, gdzie mogłabym to przenieść – na jakich pustyniach mogły występować osady w XVI wieku? 

 

PS. za dzieciaka marzyłam o archeologii ^^ zazdroszczę kierunku, chociaż podejrzewam, że moje wyobrażenie pracy archeologa mija się z prawdą

Ja również dziękuję, drakaino. ^^

W mojej historii jest pewien powód, czemu sala tronowa musi być zamknięta. Powiedzmy, że dosłowne siedzenie na tronie daje coś więcej niż symboliczną oznakę władzę władzy, przez co potrzebna jest cała masa zabezpieczeń, żeby nikt niepożądany się nie połasił.

podejrzewam, że moje wyobrażenie pracy archeologa mija się z prawdą

Zasadniczo pewnie tak ;) Ja nie pracuję w zawodzie, pracowałam krótko, ale za to w fajnym miejscu, bo na Cyprze.

Ale stara miłość nie rdzewieje, całkiem przypadkiem oba moje opka w NF mają w dalekim tle archeologię, a w sumie cały pierwszy tom naszej z ninedin serii powieści dla młodzieży, “Mysia Wieża”, opiera się w dużej mierze na wyobrażeniach vs. realiach pracy archeologa...

 

A co do pustyń i XVI wieku... To musi być XVI wiek? Przypomniało mi się, że było coś z XVI w. i archeologią na Wcieleniu (miałam nawet to brać) i bingo, to Ty, czyli musi. Obawiam się, że może być problem, bo większość spustynniałych terenów spustynniała już w starożytności albo pod jej koniec, jak północne wybrzeże Afryki, więc nie bardzo potem budowano na tych terenach. Poszperałabym za czymś właśnie w tym rejonie, bo tam mimo wszystko jest ciągłość kulturowa, więc na północnym pograniczu Sahary są szanse. Może w Jemenie, ale o tym mam słabe pojęcie. W Afganistanie masz zestepowienie, to z kolei nie to samo, no i też jakoś tak V-VII w., o ile pamiętam, może trochę później.

Aha, na tych wszystkich terenach to nie bardzo “wsie”, nie wiem, jak mocno jurki są przywiązane do tego szczegółu. Choć gdyby mnie ktoś pytał o to, jak sformułować bardziej ogólnie temat archeologiczny, to byłabym za osadą, bo to dość pojemny termin ;)

http://altronapoleone.home.blog

Mongolia to w dużej części pustynia i zamieszkała była od dawna. Może to się nada? Tam są różne bogactwa naturalne pod spodem, może jakaś stara osada, gdzie wydobywano trochę złota albo czegoś tam?

Babska logika rządzi!

Oprócz północnej Sahary możesz też poszukać na pustyniach irańskich, do tego Lewant, Irak, rejon Zatoki Perskiej.

drakaina

Ale stara miłość nie rdzewieje, całkiem przypadkiem oba moje opka w NF mają w dalekim tle archeologię, a w sumie cały pierwszy tom naszej z ninedin serii powieści dla młodzieży, “Mysia Wieża”, opiera się w dużej mierze na wyobrażeniach vs. realiach pracy archeologa...

Wpisuję na listę do przeczytania, bo jak już dorwałam ten temat, to wkręcił ponownie.

 

drakaina, Finkla, gravel

 

dzięki za podpowiedzi, wiem już gdzie szukać, jak się nie uda to zmienię koncepcję, a w napisana część też się nie zmarnuje, ale będzie wymagać trochę korekty. Let’s see co ukierunkowany research przyniesie :) 

 

 

Gravel, ale na tych pustyniach nie będzie śladów osadnictwa z XVI w., bo one wcześniej już były pustyniami, a na pustyni nie ma po co budować osad. Zasadniczo ślady osadnicze na pustyni to pozostałości po kulturach, które tam były zanim nastąpiło spustynnienie. Ostatnia wielka faza pustynnienia terenów wcześniej gęsto zaludnionych to jest schyłek starożytności, poza tym wspomniane wcześniej stepowienie plus minus obecnego Afganistanu czyli starożytnej Baktrii.

Czysto teoretycznie można by poszukać informacji osadach np. berberyjskich z okresu złotej ery handlu niewolnikami, ale z kolei one nie bardzo na terenach z wielką ilością piachu, którego potrzebuje OldGuard. Obawiam się, że szesnastowiecznej osady pod wielkimi zwałami piachu nie uświadczysz.

Może najprędzej gdzieś w Iranie, ale też nie na tych najbardziej pustynnych terenach.

Mogą być pozostałości po karawanserajach, ich główny rozwój to od starożytności po średniowiecze, ale późniejsze nie są całkiem niemożliwe.

http://altronapoleone.home.blog

Tym razem pytanie. Mam w domu kilka książek o truciznach w dawnych czasach, ale one raczej traktują o ludziach, którzy się truciem parali “zawodowo” albo hobbystycznie, więc stosowali środki specjalistyczne. A potrzebuję czegoś, co mógłby mieć na podorędziu człowiek, który, powiedzmy, w nagłym przypływie werteryzmu postanawia się zabić, ale wybiera truciznę. Jeśli nie znajdę niczego sensownego, to będzie próbował czegoś innego, ale najbardziej by mi pasowała trucizna. Realia: dworek, początek XIX wieku, mieszkańcy bez morderczych skłonności. Aha, w najbliższym zasięgu lekarz, więc teoretycznie osoba mogłaby mu coś podkraść, tylko pytanie, co mógłby mieć pod ręką. Laudanum?

http://altronapoleone.home.blog

A nie miewali wtedy trutek na szczury czy inne insekty?

Babska logika rządzi!

Też się nad tym zastanawiam, ale to jeden z takich szczegółów, których nie sposób znaleźć we wszystkich możliwych publikacjach typu “Życie codzienne w...” :(

PS. Na szczury głównie stosowano koty.

http://altronapoleone.home.blog

Jakieś zwyczajne roślinki; wilcze jagody, cis itp.?

Babska logika rządzi!

Rzeczywiście ciekawe pytanie. Historia medycyny mnie interesuje, miałem od razu pewne przypuszczenia, poszerzyłem wiedzę. Najstarsze dane, jakie udało mi się znaleźć, dotyczą późnego XIX wieku, a w większym stopniu okresu międzywojennego. Myślę, że można ostrożnie ekstrapolować na początek XIX wieku, w tamtych czasach dostępność środków chemicznych nie zmieniała się zbyt szybko. Informacje w ogóle skąpe, temat słabo opracowany, chyba rzadko kiedy komuś zależało na popularyzacji metod zatruć.

Wygląda zatem na to, że dominowały środki chemiczne, których dziś nie kojarzylibyśmy z aktami samobójczymi, mianowicie żrące. Powinny być dostępne w takim dworku ze względu na rozmaite inne zastosowania. I ludzie truli się esencją octową, kwasem solnym lub karbolowym, ługiem... – śmierć dramatyczna i niezmiernie bolesna, niepodobna do współczesnych konotacji kulturowych zażycia trucizny. Chyba lepiej wręczyć bohaterowi opowiadania sztylet.

Od lat 30. XIX wieku dostępny staje się biały fosfor (w główkach zapałek) i zapewne szybko (w każdym razie przed końcem stulecia) urasta do rangi podstawowej metody, ale – jak rozumiem – akcję zamierzasz osadzić nieco wcześniej.

Warto wziąć pod uwagę sublimat, czyli chlorek rtęci (II). W latach międzywojennych miał niemały udział w ogólnej proporcji, a na początku XIX wieku był już dobrze znany (i jego toksyczne własności też). Nie umiem jednak powiedzieć, czy bywał wówczas stosowany na ziemiach polskich jako zwyczajny środek czyszczący, czy tylko w charakterze (marnego) lekarstwa na kiłę.

Nie natknąłem się na opis samobójstwa przy użyciu wilczej jagody (belladonny), ale co do zasady jest możliwe już przy niewielkim przedawkowaniu i przywodzi chyba bardziej poetyczne skojarzenia niż poprzednie warianty. Bohater literacki mógłby samodzielnie zebrać w lesie albo zakupić w aptece, najpewniej w postaci roztworu w opium jako ówczesny lek nasenny. I rzeczywiście trafiłem na wzmiankę, że samo opium (laudanum) w dużych dawkach około połowy XIX wieku bywało wykorzystywane do pozbawienia się życia, niekiedy skutecznie.

Co do zbierania w lesie, akurat w kontekście Polski nie można też wykluczyć, że delikwent nazbierałby sobie umyślnie trujących grzybów (muchomorów sromotnikowych, wiosennych lub jadowitych). (Wojski, jak wiemy, zbierał muchomory).

Strychniny w postaci roślinnej używano ponoć od XVII wieku w trutkach... na psy, koty i ptaki. W postaci czystej wyizolowana w roku 1818, ale rzeczywistą popularność zdobyła dopiero pod koniec stulecia (jeżeli nie rozpoznajesz cytatu Jezus Maria, arcyksiążę otruł się strychniną, to najpewniej korzystałem z niewiarygodnych źródeł). Wątpię w dostępność w omawianym polskim dworku.

Cis jest także względnie możliwy. W Nowych Atenach można przeczytać, że jest tak zabójczy, iż nawet leżenie w jego cieniu sprowadza śmierć. Przeczył temu Krzysztof Kluk (Dykcyonarz roślinny), twierdząc, że bądź co bądź trzeba go jednak spożyć (nie trzeba – w roku 2010 opisano przypadek drwala, który zatruł się nieumyślnie, wdychając pył drzewny przy ścinaniu cisa). W każdym razie gospodarz, na którego gruntach występuje cis, wiedziałby doskonale o jego toksyczności – jeżeli nie z literatury, to z powodu padnięć wszelkiej żywiny. Trzeba jednak pamiętać, że cis jest bardzo rzadkim drzewem i raczej nie wyrośnie na zamówienie akurat tam, gdzie ktoś miałby ochotę go skubnąć: wziąłbym to za drobne deus ex machina.

Myśląc o innych możliwościach, sprawdziłem jeszcze metanol (spirytus drzewny), ale wygląda na to, że na początku XIX wieku nie umiano go przewidywalnie wytwarzać ani też nie zdawano sobie sprawy ze związanych z nim niebezpieczeństw. Chyba na razie wystarczy.

 

Na koniec chciałbym zaznaczyć, że zatrucia wszystkimi wymienionymi substancjami są obecnie wykrywalne w organizmach żywych i martwych, a w przypadku odpowiednio wczesnego wykrycia często wyleczalne. Absolutnie nie odpowiadam za skutki wykorzystania zgromadzonych informacji na kimkolwiek innym niż XIX-wieczny bohater literacki.

A jak wtedy było z alergiami i tym podobnymi reakcjami? Może mógłby zjeść w dużej ilości coś, czego nie powinien?

Wydawało mi się, że jasno wyłożyłam, o co chodzi, ale...

Ajzan – nie chodzi o przypadkowe zatrucie, tylko świadomą próbę samobójczą ;) Oraz to nie element zagadki, więc nie chodzi o coś trudno wykrywalnego.

Ślimaku, dziękuję za wykład, na pewno mi się przyda do jakichś innych tekstów, ale tu muszą być spełnione konkretne warunki fabularne, do których niestety większość z tego nie pasuje. Bo:

– osoba jest niekumata z chemii i tym podobnych nauk, więc nie będzie kombinować z chlorkami i  tak dalej ;)

– osoba działa w afekcie, więc musi porwać coś, co jest pod ręką, w domu (odpada zbieranie grzybów czy cisu, nawet jeśli byłby w ogrodzie, belladonnę rozważałam, ale czy mieliby zapas w domu?) i wedle przekonań epoki móc spowodować w miarę szybką śmierć – dlatego mi przyszło do głowy laudanum, które może mieć znajdujący się w domu lekarz, a w którego zabójcze możliwości wierzono

– o strychninie myślałam, właśnie z okazji arcyksięcia, bo by mi bardzo objawy z tej okazji znane, pasowały, ale jak sobie o niej poczytałam, to chyba mało prawdopodobne, żeby była w zubożałym dworze

– pistolet jest ostatecznością, sztylet odpada, zbyt teatralne ;)

– rok jest 1807, więc wszystko później znane odpada

 

Ergo zapewne pozostanę przy laudanum, skoro i Ty uważasz to za opcję prawdopodobną.

http://altronapoleone.home.blog

Wiesz, nie musisz być magistrem chemii, żeby zastosować monotlenek diwodoru :) Związkami rtęci formowano filc na kapelusze (szalony kapelusznik!), były też stosowane w medycynie.

Szybka kwerenda (wszystkie ciekawsze organiczne trucizny wydzielono, niestety, w wieku chemii, czyli XIX, nawet aspirynę):

amigdalina: glikozyd cyjanogenny zawarty z pestkach owoców z rodziny różowatych (w gorzkich migdałach, pestkach brzoskwini). Wydzielona dopiero w 1830, ale migdałów można się najeść – powstaje cyjanowodór

cykuta była znana od starożytności, ale kto by to w domu trzymał?

pomyślałam o gazie miejskim, ale epoka ciut za wczesna

związki arsenu były stosowane w medycynie i kosmetyce, także jako pigment (ale to dopiero 1814), choć głównie do pozbywania się zbędnych krewnych

strychninę stosowano jako trutkę na szkodniki, ale też jako środek pobudzający – może celowe przedawkowanie? w ogóle, jeśli samobójca działa w afekcie i jest w domu, stawiałabym na przedawkowanie leków – jeśli ma pod ręką laudanum (opiaty), to czemu nie. Opiaty dobrze się przedawkowuje po dziś dzień: https://www.who.int/news-room/fact-sheets/detail/opioid-overdose

Więc w sumie, jeśli nie chcesz się grzebać w historii farmakologii, to chyba laudanum będzie najlepsze.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Miło mi, że nazywasz to “wykładem”! Miałem wrażenie, że napisałem mocno chaotyczny zbiór przypadkowych uwag. W szczegółach natomiast...

Oczywiście, nie problem pozostać przy laudanum. Braku realizmu nikt raczej nie zarzuci. Jeżeli zależy Ci na dramatyzmie, może być mało spektakularne: delikwent traci przytomność i w zależności od dawki, osobniczej odporności i paru innych rzeczy albo zapada w coraz głębszą śpiączkę i umiera, albo odsypia parę dni. I potem jeżeli ma szczęście, to tylko jeszcze przez tydzień męczy się z przykrą obstrukcją, a jeżeli nie, to wystąpią jakieś skutki niedotlenienia centralnego układu nerwowego.

Nie przekreślałbym tak od razu sublimatu. Nie muszę wiedzieć, że chemicznie jest to chlorek rtęci na drugim stopniu utlenienia, aby się go nałykać i umrzeć. Współcześnie też ludzie rzadko znają postać chemiczną i mechanizm działania lekarstw, którymi się trują (o Fortuna, velut luna…). A skoro w domu znajduje się lekarz, łatwo mógłby mieć sublimat w zapasach, gdy używano go wówczas do prób leczenia syfilisu.

W sprawie strychniny – chyba kiedyś tłumaczyłaś, że pisarz ma dużą władzę nad światem przedstawianym i może naginać prawdopodobieństwo, jeżeli go zupełnie nie odrzuca. Zgadzam się, że mało prawdopodobne, ale możliwe. Gdybyś stwierdziła, że kupił od żydowskiego handlarza obwoźnego trutkę na szpaki i sam ją skonsumował w afekcie, a potem opisała objawy zatrucia strychniną, z pewnością byłbym gotów zawiesić niewiarę. Nawiasem mówiąc, chyba najlepszy opis literacki takiego zatrucia przypominam sobie chwilowo ze Stu lat samotności.

Miłej środy życzę!

nie musisz być magistrem chemii, żeby zastosować monotlenek diwodoru

Na to nie, ale powiedz to płaskoziemcom, a zwłaszcza przeciwnikom GMO ;)

 

Ślimaku, proszę trochę więcej o sublimacie!

 

Nie chcę natomiast podawać zbyt wielu szczegółów tego, co się stanie po zażyciu trucizny albo jej nie zażyciu ;) bo spoilers, dlatego fabularnie pozostaję enigmatyczna.

 

PS. Pisarz ma władzę nad światem, ale w tym akurat tekście anachronizmy są mocno niepożądane.

http://altronapoleone.home.blog

Nie muszę wiedzieć, że chemicznie jest to chlorek rtęci na drugim stopniu utlenienia, aby się go nałykać i umrzeć. Współcześnie też ludzie rzadko znają postać chemiczną i mechanizm działania lekarstw, którymi się trują (o Fortuna, velut luna…).

O, to, to. Zbuduj mi, kochana, samochód. Prawo jazdy masz :)

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Tarnino, ale to nie ja napisałam!

http://altronapoleone.home.blog

Ślimaku, proszę trochę więcej o sublimacie!

A co byś właściwie chciała wiedzieć? Biały, bezwonny proszek, skłonny do formowania kryształów. Na początku XIX wieku używany, jak mówiłem, w próbach terapii kiły; możliwe, że również jako środek odkażający w niskich stężeniach, ale nie jestem pewien, czy akurat na naszych terenach. W każdym razie mieszkający w dworku lekarz powinien go mieć w zapasach, a jego toksyczność nie budziła wątpliwości.

W szklance wody można go rozpuścić 15–20 g, czyli kilkukrotną dawkę śmiertelną. Do typowych objawów zatrucia zaliczymy intensywny ślinotok (podobno pacjent spokojnie może się mierzyć w tym względzie z wściekłym psem), bardzo silne bóle brzucha, krwawą biegunkę i przyspieszoną akcję serca. Jeżeli delikwent nie umrze w pierwszej dobie od krwotoku z przewodu pokarmowego (mało przewidywalne, może zależeć od organizmu równie jak od dawki), występuje skąpomocz przechodzący w bezmocz i zejście śmiertelne w drugim tygodniu wśród objawów ogólnego zatrucia organizmu. Gdy dawka była mniejsza lub pacjent wyjątkowo odporny, niekiedy przeżyje, zwykle z trwale uszkodzonymi nerkami.

Dodatkowe informacje, jak zawsze, w https://pl.wikipedia.org/wiki/Chlorek_rt%C4%99ci(II), w wersji anglojęzycznej oraz w wymienionych tam przypisach. Wbrew temu, co podaje polskojęzyczna Wikipedia, w przypadku przeżycia nie spodziewałbym się jednak uszkodzeń układu nerwowego (ewentualnie wtórnie do dysfunkcji innych narządów), ponieważ sole rtęci bardzo słabo penetrują barierę krew-mózg. Możesz też poczytać https://ppm.edu.pl/docstore/download/UMWaab35697225b4c0085662bc21d2ddce5/Czajkowska+Anna.pdf?entityType=phd, choć praca wydaje mi się wadliwa pod tym względem, że prawie nie konfrontuje przedstawianych informacji historycznych z osiągnięciami współczesnej medycyny.

okej, głównie skąd wziąć, ale jeśli lekarz może mieć, to spoko. Lekarz kształcony w Prusach, więc “naszość” gra małą rolę ;)

Dzięki!

http://altronapoleone.home.blog

Tarnino, ale to nie ja napisałam!

Ale to ze Ślimakiem się zgadzam wink

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Czy ktoś byłby w stanie dopasować polskie tłumaczenie dla słowa reeve? (chodzi o takiego jakby... burmistrza (?) w anglosaskiej Brytanii). Byłbym bardzo wdzięczny <3

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

A czemu nie może być zwykły burmistrz?

Babska logika rządzi!

No właśnie brzmi dla mnie zbyt nowocześnie jak na nazwę stanowiska w 793 n.e.

 

Jedyne tłumaczenie, jakie znalazłem, to: urzędnik królewski w hrabstwie w średniowiecznej Anglii, co średnio ułatwia sprawę. :P

 

Burmistrza sam sobie dobrałem, bo całkiem pasował. Może wojewoda? Ale też nie jestem jakoś przekonany.

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Nie mam pojęcia, jak wyglądały wtedy struktury państwa na terenie Anglii. Jeśli plemienne, to ujdzie wódz albo inny starszy. Ale raczej po Rzymianach odziedziczyli coś więcej. Szeryfów chyba jeszcze nie było.

Edytka: A namiestnik to chyba zbyt wysoko.

Babska logika rządzi!

Niestety, szeryfowie pojawili się dopiero sto lat później, jako ewolucja reeve’a.

Mieli już królestwa, a podział wyglądał następująco

 

To może rządca?

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

A ten bailiff, który stoi przy reevie Ci nie leży? Ja wiem, że kojarzy się sądowo, ale jakbyś przy pierwszym pojawieniu streścił funkcje...

Rządca mnie by w oczy nie kłuł, ale pewna nie jestem.

Babska logika rządzi!

A ten bailiff, który stoi przy reevie Ci nie leży

Zastanawiałem się nad nim chwilę, i właśnie bailiff tłumaczy się między innymi do rządcy, co całkiem pasuje. Jest jedynie wspomniany w dialogu, ale po kontekście można raczej wywnioskować o co chodzi.

 

Dobra, pozostanę na razie przy rządcy/bailiffie. Jeśli jeszcze coś się pojawi, to najwyżej dalej przedyskutujemy.

Dziękuję za konsultacje, Finklo!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Rządca brzmi najsensowniej. Wojewoda to dużo wyższy urząd, na dodatek specyficznie polska nazwa, nie pasuje. Namiestnik to duuuużo za wysoko.

http://altronapoleone.home.blog

Dziękuję, drakaino ^^ 

W takim razie niech będzie rządca Caerleonu. 

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Drodzy, czym w settingu fanatasy charakteryzowano by twarz wysoko postawionego  mężczyzny na czas uroczystości? Zapewne analogiem historycznym jest wysokie średniowiecze.  Olejki, makijaż, talk? Z góry dziękuję!

https://krotkahistoriaobyczajow.blog

Na pewno strzyżenie brody i fryzury (bo to też wpływa na twarz). Starannie przygotowane owłosienie robiło wrażenie na reszcie.

Niektórzy stosowali też kosmetyki na gęstnienie włosów, a jeszcze inni próbowali zakrywać w jakiś sposób siwe owłosienie.

 

Często mężczyźni stosowali też kosmetyki, które z reguły przypisujemy kobietom, jak biel ołowiową (white lead ore), którą mieszano często z octem.

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

white lead ore

Why the English name? Ulubiona_emotka_Baila.

 

Nie używałabym octu jako lepiszcza, ani właściwie w ogóle – co on miałby dać? Puder z bieli ołowianej, owszem, czytałam coś kiedyś o kremach z owczego tłuszczu i mleka wapiennego, ale to były chyba Chiny.

https://www.academia.edu/15874215/Lead_white_from_Venice_a_whiter_shade_of_pale o bieli ołowianej

http://www.chemia.uni.lodz.pl/acch/prezentacje/historia_piekna_prezentacja.pdf tu więcej rzeczy ogólnych, jak działanie mydła, parę wzorów chemicznych

https://la.wikisource.org/wiki/Medicamina_Faciei_Femineae Owidiusz był w Średniowieczu znany, więc możesz z niego czerpać

 

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Why the English name?

Łatwiej szukać źródeł w języku angielskim!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Barbarianie, Tarnino, dziękuję!

https://krotkahistoriaobyczajow.blog

A tak w ogóle, to do czego Ci to potrzebne? Bo jeśli chcesz tylko przepuścić dandysa przez scenę, to skład jego pudru nie ma wielkiego znaczenia. Co innego, jeśli potrzebujesz zatrucia ołowiem...

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Z tym Owidiuszem i jego znajomością to różnie bywało. Głównie Metamorfozy i to w wersjach poprawianych ;)

http://altronapoleone.home.blog

Znowu z pytaniem.

 

Przeczytałam kilka popularnych artykułów o pierwszych przenośnych latarkach, ale w żadnym z nich nie znalazłam informacji, wydawałoby się, podstawowej. Mianowicie: jaka była żywotność wczesnych baterii (mogą być tak do lat dwudziestych XX wieku, nie muszą być te najpierwsze z samiutkiego końca XIX wieku) i czy dało się je przechowywać, żeby wymieniać?

 

Pytanie drugie, powiązane i w zasadzie ważniejsze: czy jest szansa, żeby do tych lat dwudziestych wynaleziono latarki typu dynamo? Chodzi o możliwość ładowania bez podpinania do sieci elektrycznej. I może to być na wyrost, w sensie: nie było, ale dało się wynaleźć i wdrożyć.

http://altronapoleone.home.blog

A tak w ogóle, to do czego Ci to potrzebne? Bo jeśli chcesz tylko przepuścić dandysa przez scenę, to skład jego pudru nie ma wielkiego znaczenia. Co innego, jeśli potrzebujesz zatrucia ołowiem...

Prostego opisu, czemu ktoś kogoś w pierwszej chwili na przyjęciu nie poznał :) Nic wyrafinowanego, bielenie wystarczy. Plus Twoje linki ciekawe same w sobie, dzięki!

https://krotkahistoriaobyczajow.blog

Pytanie drugie, powiązane i w zasadzie ważniejsze: czy jest szansa, żeby do tych lat dwudziestych wynaleziono latarki typu dynamo? Chodzi o możliwość ładowania bez podpinania do sieci elektrycznej. I może to być na wyrost, w sensie: nie było, ale dało się wynaleźć i wdrożyć.

Prądnice wynaleziono w latach 30 XIX wieku, choć nie wiem, czy od razu takie małe. Ale one są skalowalne.

Jak wpiszesz w Gugle "crank-powered flashlight", to wychodzą głównie porady, jaką kupić, ale tu masz parę gazetek z lat 30 XX wieku o takich właśnie latarkach (choć Wikipedia powiada, że były na wyposażeniu niemieckiej armii już za I wojny):

ze sprężynką (jak zegarek, nakręcasz sprężynkę, ona napędza prądniczkę): https://books.google.pl/books?id=zSkDAAAAMBAJ&pg=RA1-PA74&redir_esc=y#v=onepage&q&f=false

ta to właściwie zapalniczka, bez prądu: https://books.google.pl/books?id=NSEDAAAAMBAJ&pg=PA119&redir_esc=y#v=onepage&q&f=false

Wniosek patentowy z końca XIX wieku (latarka na baterie):

https://patents.google.com/patent/US617592A/en

Silniki i prądnice XIX wieku: http://www.sparkmuseum.com/MOTORS.HTM

 

I żeby Cię zasypać w research pit ^^

opis ogniwa Leclanchego, po francusku, więc nic nie rozumiem: https://books.google.pl/books?id=e6lQAAAAYAAJ&pg=RA7-PA33&redir_esc=y#v=onepage&q&f=false

 

W latach 80 XIX wieku na tej podstawie zbudowano klasyczne "suche" baterie, ale nie działały one zbyt długo. Baterie alkaliczne (trwalsze) powstały trochę później – mają inną reakcję na katodzie. W każdym razie suche baterie polegają na tym, że elektrolit jest w takim glutku, który się nie wylewa i urządzenie można nosić, potrząsać, etc – nadają się do latarek i można je nosić w kieszeni.

Czyli tak:

    jaka była żywotność wczesnych baterii

Niezbyt długa, ale dokładnie nie wiem. Poszukaj jeszcze.

    czy dało się je przechowywać, żeby wymieniać?

Tak, ale pamiętaj, że nawet niepodłączone baterie się zużywają – jak poleżą rok (mówimy o tych wczesnych, im nowsze, tym trwalsze), mogą się do niczego nie nadawać.

    czy jest szansa, żeby do tych lat dwudziestych wynaleziono latarki typu dynamo?

Prawdopodobnie już istniały. W latach trzydziestych już na pewno.

    Plus Twoje linki ciekawe same w sobie, dzięki!

heart

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Dzięki Tarnino, przyłączam się do tego, że Twoje linki ciekawe same w sobie ;)

 

Potrzebuję lat dwudziestych, ale ponieważ technologia może być cutting edge i jeszcze powszechnie niestosowana, to trzydzieste ujdą. Tato, chemiko-fizyk, też poparł ideę dynama jako możliwą. I dla mnie nawet lepszą.

A skądinąd zdążyłam doczytać, że ten pan ze zdjęcia wynalazł na początku wieku sporo rzeczy, które by się dla mnie nadały, ale one nie weszły do użytku, więc w takim cutting edge w fantastyce mogą sobie zaistnieć.

Oczywiście cały ten risercz pit to dla jednego gadżetu, który wystąpi pokątnie.

http://altronapoleone.home.blog

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Kurczę, potrzebuję dowiedzieć się jak nazywają się te dwa kształty i jak je opisać, ma ktoś pomysł ?

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Ogólnie to chodzi mi o takie budynki, ale nie wiem za bardzo jak zacząć xd

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Ja bym to nazwała, że jeden w kształcie litery L, a drugi – pi.

Edytka: względnie kanciastej podkowy.

Babska logika rządzi!

Może być budynek na planie litery L i drugi na planie litery C.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Budynek na planie kwadratu bez jednego boku?

Łukasz

Może być budynek na planie litery L i drugi na planie litery C.

Tak najlepiej nazwać. Tylko to nie do końca będzie ścisłe, bo U (C) i L mają nierówne boki.

 

Budynek na planie kwadratu bez jednego boku?

To nie jest ścisłe. ;) Bo na planie kwadratu, to będzie odczytane, że jest pełen w środku.

 

 

Można napisać: na planie litery L (U), o równych bokach. I dodać – o przekroju trapezoidalnym.

Ogólnie, forma przypomina mastabę.

A ja się zapytam, po co czytelnikowi informacja na temat dokładnego kształtu budynku? Ma to jakieś znaczenie fabularne? Budynki wezmą udział w jakimś wielkim Tetrisie?

Łukasz

Finkla, Luken, Kronos.maximus

 

Przepraszam najmocniej … zapomniałem napisać. Chciałem opisać te budynki i ich kształt, nie porównując ich do liter, ponieważ w tym świecie jest inny alfabet. Wiem, taki tetris, nie ma to znaczenia fabularnego, ale zawsze lubię takie rzeczy uściślać :)

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

No to zostaje kanciasta podkowa i... Hmmm. Pół kwadratu? Zawias otwartych drzwi? Trójkąt prostokątny bez najdłuższego boku? Półotwarta księga postawiona pionowo? Dwie złączone kostki domina? Zależy, kto mówi i w jakim świecie żyje.

Babska logika rządzi!

No właśnie, też mi tylko ta podkowa przychodzi do głowy :D    Ogólnie to mam w głowie miasto składające się z takich “mastabowych” i piramidalnych (schodkowych) budynków, które wystają z wody

i są połączone mostami i groblami (ulice) na wzór Azteków.

 

Na razie napisałem tak, ale raczej to zmienię :

 

 „Kuźnia” była budynkiem składającym się z dwóch skrzydeł o długości około pięćdziesięciu metrów, stykających się pod kątem prostym. Budowla ta, mając nieco pochyłe ściany, stała na kwadratowej mastabie, nurzającej się w wodzie.”

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

No to pisz mastabowe i piramidalne ;) To są prawidłowe terminy

http://altronapoleone.home.blog

Te dwa rysunki, które zrobiłeś, wyjaśniają lepiej niż sto słów. :) To, że budynki łącza się ze sobą pod kątem prostym nie znaczy, że ich rzut tworzy literę L. Może tworzyć np. T. Wszystko zależy od tego jak dokładnie chcesz żeby czytelnik sobie to wyobraził. 

Jeżeli budynek jest na planie kwadratu, ale z dziedzińcem wewnętrznym, można powiedzieć że jest to budynek w formie atrium. Czyli np. kształt U można opisać jako forma atrium, otwarta z jednej strony. Albo: dziedziniec otoczony z trzech stron formami o przekroju trapezu, (albo przypominającymi mastaby itp. ). Ale nie wiem czy to literacko dobrze brzmi…

No nic, tak czy owak dzięki za pomoc, jakoś to załatwię ;)

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

Moje pierwsze skojarzenie ze szkicowym rysunkiem (kreski) było kątownik i ceownik. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hehe, Asylum, nie wiedziałem, że jesteś budowlańcem ;)

Known some call is air am

Miałam nim być, ale tak się nie stało.  xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Moje pierwsze skojarzenie ze szkicowym rysunkiem (kreski) było kątownik i ceownik. ;-)

Dokładnie! Tylko, że “ceownik” pochodzi od litery C, więc w świecie Iluvathara mogliby nie pojąć. crying

Kątownik, lepiej. Albo winkel. ;)

Cześć

Nieśmiało zaproponuję :

– L – budynek dwuskrzydłowy/dwusegmentowy 

– C – budynek trzyskrzydłowy/trzysegmentowy  

 

Resztę można załatwić opisem – jak względem siebie usytuowano skrzydła/segmenty, coś o dziedzińcu/półdziedzińcu, ew. wspomnianym wyżej atrium.  

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Iluvatharze, a w zasadzie brakuje nam podstawowej informacji: jakie są realia tekstu, bo od tego sporo zależy.

http://altronapoleone.home.blog

Właśnie. Do czego Ci to potrzebne? Opisujesz miasto dla zbudowania atmosfery, puszczasz pościg między tymi budynkami?

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Może też mieć rozmowę architektów i wtedy zarówno mastaby jak i ceowniki mają sens.

http://altronapoleone.home.blog

Chciałem tylko dokładnie opisać budynek z perspektywy osoby patrzącej od przodu, żadnej filozofii :) Może i jest to niekonieczne, ale nie mogę się powstrzymać.

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

A realia? Czas, miejsce?

http://altronapoleone.home.blog

Miasto jest na skraju dżungli namorzynowej, czasy a la starożytne :>

Master of masters : John Ronald Reuel Tolkien

To szłabym w najprostsze opisy, jakie się da, bez terminologii, bez porównań, bez wydziwiania.

http://altronapoleone.home.blog

Nowa Fantastyka