- Hydepark: Wzajemna pomoc merytoryczna przy pisaniu opowiadań

Hydepark:

inne

Wzajemna pomoc merytoryczna przy pisaniu opowiadań

Przy tworzeniu historii często bywa tak, że by opowiedzieć coś przekonująco, musimy poszerzać swoją wiedzę. Niejednokrotnie jednak okazuje się, że nie ma gdzie szukać – bo wikipedia nie wystarcza, a nie chcemy ufać anonimowym ludziom z anonimowego forum. Tak się jednak składa, że jest nas tutaj niemało i każdy zna się na czym innym, dlaczego więc nie możemy pomagać sobie wzajemnie?

Jeżeli macie problem z jakimś zagadnieniem – napiszcie tutaj. Może znajdzie się jakiś mechanik/lekarz/geograf/historyk/prawnik/elektryk/fizyk/etc. A może ktoś z nas po prostu – mimo odmiennego wykształcenia i zainteresowań – ma jakieś doświadczenia, które okażą się przydatne?

By jednak zachować ten temat w porządku, chciałbym, by wszelkie dłuższe dyskusje dotyczące określonego zagadnienia albo przenosiły się na drogę prywatną, albo (moim zdaniem lepiej!) byście założyli osobny temat poświęcony danemu zagadnieniu. I tak, jeśli chcecie poszerzyć swoją wiedzę dotyczącą funkcjonowania czarnych dziur i wyjdziecie poza ramy formuły pytanie-odpowiedź, dyskusja się rozwinie – pędźcie założyć osobny temat :)

Komentarze

obserwuj

Brightside nieźle kombinuje – jak ostatnio liczyłam, to miałam w życiu jakieś dziesięć rodzajów prac dorywczych :D Niestety z moim antytalentem kulinarnym robiłam najwyżej tościki w kawiarni, więc nie wiem, czy będę w stanie pomóc. W każdym razie na pewno bardziej niż przy pytaniu o uczelnie techniczne :D

 

Wie ktoś może jak nazywa się plastikowa obudowa drzwi samochodowych, ten fragment tuż pod szybą?

I jak nazywa się metalowa końcówka pasa, którą wkłada się w zapięcie?

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

I jak nazywa się metalowa końcówka pasa, którą wkłada się w zapięcie?

Jak dla mnie – klamra.

A te plastiki – to chyba wykładziny drzwi, ale tu głowy nie dam.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Klamra brzmi sensownie. Dzięki!

 

A to coś wyprofilowane i wystające na drzwiach to podłokietnik jest? Bo mam postać, która siedzi na miejscu pasażera i bębni palcami w... No i właśnie nie wiem w co, żeby dobrze brzmiało... Bo samo w drzwi brzmi jakoś niespecjalnie :-(

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Podłokietnik pasi, ale myślałem, że ty pytasz o tę całą połać :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Bo o to pytałam, ale bębnienie palcami w wykładzinę brzmi nieszczególnie, więc się zastanawiam, czy nie zamienić na podłokietnik.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Brzmi zdecydowanie lepiej. I bębni się w niego łatwiej ;).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Moi kochani – czy ktoś tu może strzela (albo przynajmniej raz strzelał) z broni palnej (amunicją ostrą) i byłby w stanie mi powiedzieć, czy przy wystrzale z broni współczesnej czuje się jakiś zapach? Chodzi mi o normalny pistolet – jakiś Colt czy tam inny Glock. Mieszanka zapłonowa powinna czymś pachnieć, smary do broni zapewne też – czy ktoś mógłby mi  przybliżyć, jaka to woń? :D

Raz w życiu na jakimś szczątkowym szkoleniu wojskowym, do tarczy na fachowej strzelnicy (postrzelałabym więcej, nie powiem), ale wrażeń zapachowych niestety nie pamiętam – co może oznaczać, że nic szczególnie w nos się nie rzuca, choć założyłabym, że metal+smar muszą trochę pachnieć. Potem już tylko z muszkietów i tam czuje się zapach bardzo zdecydowanie :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Właśnie wiem, że starsze bronie jadą tym prochem niewąsko, ale nigdy jeszcze nie miałam okazji strzelać i nie wiem, czy współczesne modele też czymś aromatyzują. :) Niby przy wystrzale z lufy wydostają się gazy, pojęcia nie mam, czy są wonne.

Te gazy to chyba głównie dwutlenek węgla i azot, ale spytaj kogoś na strzelnicy, bo ja nie trafiam w chłopa butem i boję się strzelać.

Ma ktoś jakieś pojęcie o duchach/upiorach/widmach/inszych rewenantach w folklorze portugalskim?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Czyżby mała sugestia, o czym piszesz na konkurs Finkli? Sprawdziłam listę książek o folklorze i lokalnych wierzeniach, jakie posiadam na półce i na dysku, ale niestety Portugalii tam nie ma :(

Ale taki tip: jeszcze mi się nie zdarzyło nie znaleźć czegoś fajnego na takie tematy w sieci. W najgorszym razie grozi Ci google translatorowanie z portugalskiego...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Może... szukam, w każdym razie. Zawsze mogę zrobić przekręt i gwizdnąć coś z Baśni kaszubskich.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Kiedy ja byłam w Portugalii, palili tam gigantycznego kozła (plus całe drzewo) na Festa da Cabra e do Canhoto, może poczytaj coś o tym festiwalu, bo był bardzo... hmm, barbarzyński :d

Wiktor – kilka razy strzelałem z pistoletów, ale również nie poczułem w nosie nic wyjątkowego. Jednak nie skupiałem się w ogóle na zapachach, ale na strzelaniu.

Pomóżcie, dobre dusze! :<

 

Potrzebuję staropolskiego powitania, takiego używanego w czasach Kazimierza Wielkiego. “Szczęść Boże” będzie okej? Bo dowiedziałam się, że “Niech będzie pochwalony...” to wymysł dopiero XVII wieku i mój światopogląd runął ;_; 

 

Halp!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

A może wystarczy zwykłe "witaj"?

palili tam gigantycznego kozła (plus całe drzewo) na Festa da Cabra e do Canhoto, może poczytaj coś o tym festiwalu, bo był bardzo... hmm, barbarzyński :d

Argh, w ogóle mi nie pasuje, a takie fajne! Wrr!

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Światowiderze, gawiedź się raczej nie witała słowem "Witaj" :<

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

No to proszę (przepraszam za brzydki link, ale piszę z telefonu): https://histmag.org/Czolem-panie-bracie.-Zasady-staropolskiego-powitania-15985

Podczas powitania wypowiadali oni [chłopi i szlachta] formułę „pomaga Bóg”. W XVIII wieku zwrot ten zastąpiono formą „niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.

Sy, obawiam się, że nie posiadamy materiału, który pozwoliłby ustalić, jak się witała gawiedź za Kazimierza Wielkiego. Na to musi istnieć korpus tekstów, w których dana wypowiedź ma szanse wystąpić. Z XIV w. polskich tekstów jest co kot napłakał w ogóle, a obstawiam, że takich, gdzie cytowane byłyby wypowiedzi gawiedzi (brr, rym) nie ma wcale. Piętnastowieczne też raczej nie pomogą, tak na oko. Jeżeli koniecznie chcesz mieć coś w miarę zbliżonego, poszukaj np. u Reja, w Żywocie człowieka poczciwego na przykład  – sporo później, ale wieś jest dość konserwatywna, jeśli chodzi o obyczaje.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Światowiderze, dzięki za artykuł, ale już go czytałam i nie ma tam nawet słowa o "witaj". A "Pomaga Bóg" było używane, gdy spotkało się kogoś pracującego. Ja potrzebuję zwykłego powitania używanego w gospodzie, na drodze, między mieszkańcami wsi :<

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Dziękuję drakaino, tak myślałam, że będzie ciężko :< Pogrzebię w kronikach z tamtego okresu, i tak jak mówisz, literaturze.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Kroniki były pisane po łacinie, więc wiele Ci to nie pomoże – tłumaczenia już nie są z epoki i może w nich być cokolwiek. No i opisują głównie wydarzenia polityczne, a nie życie codzienne... Najbardziej obstawiałabym Reja, bo nawet na XVI w. ma dość archaiczny język.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Światowiderze, zwracam honor, w “Żywotach...” znalazłam poczciwe “witajże” :D. 

 

Dzięki za pomoc i sugestię, drakaino!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

W sumie późniejsze pamiętniki też możesz spróbować (Pasek powinien być online), bo skoro już wiesz, co byłoby anachronizmem (to niech będzie pochwalony istotnie zatrąca potrydencko), to te mniej rzucające się w oczy zwroty powinny być w miarę ponadczasowe. Nie można dać się zwariować riserczowi ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie można dać się zwariować riserczowi ;)

Otóż to – choćbyś nie wiem, jak się starała, nie odtworzysz dawnego świata w stu procentach, bo to jest zwyczajnie niemożliwe. Wyobraź sobie, że jesteś malarką – choćbyś narysowała kwiatek lepiej, niż w podręczniku botaniki, to i tak nie będzie autentycznym kwiatkiem. Autentyczne kwiatki nie są takie płaskie :) Głowa do góry, sy!

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

I jeszcze jedno: nadmiernie dokładnie odtworzone dawne epoki mogą być nie do przełknięcia dla współczesnego czytelnika. Drastycznym przykładem takiej niekompatybilności jest wiek małżeński.

 

Unikanie anachronizmów, pilnowanie detali, które dają nastrój – jak najbardziej, oczywiście :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Macie rację, dziewczyny, chyba faktycznie za bardzo zaczęłam się wgłębiać w szczegóły szczególiki i zamiast pisać to siedziałam i dumałam ;_; Dzięki! ❤

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

To ma nawet swoją nazwę: research pit :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Pytanie do prawnika/notariusza/ kogoś, kto zna się na rozwodach. Czy taka sytuacja ma rację bytu:

 

Na stole dokumenty, otwarta koperta – polecony. Papiery rozwodowe – propozycja rozstania za obopólną zgodą. Niepodpisane. W kopercie wezwanie na rozprawę w sprawie rozwodu z orzeczeniem o winie – Małgorzaty Koter.

?

 

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Nie znam się na prawie, ale widzę problem logiczny – albo obopólna zgoda, albo ktoś zawinił. Chyba, że chodzi Ci o sytuację, w której jedna strona myślała, że będzie ugoda, a tu nagle dostaje pozew?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

chodzi Ci o sytuację, w której jedna strona myślała, że będzie ugoda, a tu nagle dostaje pozew?

 

Dokładnie o taką sytuację mi chodzi :-)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Może, ugoda mediacyjna jeszcze nie została zawarta.

Ale jaka ugoda? O rozwodzie postanawia sąd okręgowy – w tym również orzeka bądź nie o winie.

Znam tylko pięć liter ;)

Anet, tak, ale przy porozumieniu stron można wcześniej u mediatora spisać treść ugody, sąd wówczas tylko orzeka rozpad pożycia i przyklepuje takie warunki, jakie sobie para ustaliła. To ma na celu skrócenie postępowania sądowego i mniej biurokracji (rozwód w 15 minut na 1 rozprawie).

A, przepraszam, nie zrozumiałam, myślałam, że ugoda ma być zamiast ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Zawsze możesz zgłosić własny komentarz, Dogs, wtedy przybędzie Beryl-prawnik i może odpowie. ];>

Wiktorze, dzięki za pomoc :-)

 

Jasnostrony, akurat o rozwodzie w tekście mam tylko wzmiankę, nie jest to żaden z istotnych wątków, i wyjaśnienia Wiktora mnie w pełni satysfakcjonują, ale radę zachowam na przyszłość. Nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać ~^^~

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Sy,

Kilka propozycji z XV w:

Serdeczne pokłonienie..., panno miła, tobie się kłaniam i na twe zdrowie tym listem pytam

Serdeczne pokłonienie od mego sierce

Daj szczęście, zdrowie, Panie! 

Pozdrowienie tobie

Powitaj

Będzie mnie mir (pax erit mihi)!

 

Skądżeś ty te przykłady wytrzasnął?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

O, proszę, nie miałam pojęcia o takim przedsięwzięciu, choć teoretycznie NCN zobowiązuje do popularyzacji projektów... Niemniej poległam na strukturze i obsłudze tego słownika – Tobie udało się znaleźć sposób wyszukiwania dla konkretnego okresu? I np. źródła, z których dany przykład pochodzi? Bo ja nawet nie zdołałam znaleźć żadnego opisu, jakim korpusem się posługują itd. :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wyszukuję zawsze po hasłach. Źródła są oznaczone kodami, więc nie zawsze można je rozszyfrować, ale czasem podany jest rok kroniki lub nazwa.

Ech, żeby to miało wartość naukową, to te kody powinny być gdzieś rozwinięte w obrębie tego, co jest dostępne online :/

 

Skądinąd “witaj” miałoby wg tego słownika pisownię “vythay” (wymawiało się zapewne mimo wszystko witaj, może bardziej twardo wytaj, o ile cokolwiek pamiętam z gramatyki historycznej), co nieźle pokazuje niebezpieczeństwa kryjące się w nadmiernym trzymaniu się realiów z bardzo dawnych czasów.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Kurcze, nie poddałem się w temacie Retrowizji ;).

Toteż mam do naszych starożytników pytanie o okulary.

Czy mogę użyć słowa “γυαλιά” i czy transkrypcja tego słowa na normalny alfabet brzmi “gyalia”?

Czy zamiennikiem łacińskim tego słowa jest “perspicillum”?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Ja mam pytanie o temat, który Philipa Dicka już dobił, a ja się boję guglać, bo kto wie, co za cholera na mnie spadnie. Wywiad Rzeszy w Portugalii Salazara – na podstawie tego, czego mi się udało dowiedzieć, wiem, że potrzebuję SS, raczej w cywilnych ciuchach, ale co dalej? Żeby facet nie wyglądał za bardzo tak:

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Staruchu, chętnie bym pomogła, ale w takich szczegółach to, obawiam się, jurorka jest autorytetem :(

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, poczekam, może wpadnie. Jak nie, to narażę się na błąd merytoryczny. Bywa!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Pytanie o odpowiednik trochę dziwne. W antycznej Grecji i Rzymie nie znano przecież okularów.

Rozumiem, że akcja Twojego opowiadania toczy się w alternatywnej starożytności. Wobec tego sięgnąłbym do słownika staro-, a nie nowogreckiego (do źródłosłowu greckich okularów):

https://en.wiktionary.org/wiki/%E1%BD%95%CE%B1%CE%BB%CE%BF%CF%82#Ancient_Greek

Tu znajdziesz ὕαλοι (liczba mnoga od kryształ / szkło / kryształowa wypukła soczewka), czyli hüaloi, hualoi, hyaloi lub hialoi.

Ciekawostka spod hasła “perspicillum” (również z Wiki):

Etymology:

Coined by Galileo in Sidereus Nuncius in 1610.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Jerohu, Twoja uwaga jest trochę dziwna :P.

Wszak to rzeczywistość alternatywna. Inna nazwa SF to “speculative fiction”. To sobie pospekulowałem. Pojazdów mechanicznych też nie znano, a wprowadziłem do opowiadania.

I nie chodzi mi o soczewki, tylko właśnie o okulary. Paskudny anachronizm, ale taki jest mi potrzebny. Nie mógłże to Heron wynaleźć okularów?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Zdziwiło mnie, że pytasz starożytników o odpowiedniość słów, które powstały stosunkowo niedawno. Nic nie mam do Twojego fiction.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Tarnino, podejrzewam, że już to zrobiłaś, ale jeśli nie, to może po prostu poszukaj zdjęć Salazara i otaczających go cywili. Na youtubie jest też troszkę nagrań z jego przemówień, może w przebitkach na słuchający tłum (niestety dość niewyraźnych) znajdziesz jakichś kandydatów na agentów? Ewentualnie ubierz ich po prostu w meloniki, będą nakryciem głowy oddawać hołd gustowi wodza narodu portugalskiego :D

Jerohu, ninedin jest filologiem klasycznym, więc po prostu zna łacinę i grekę na różnych etapach ich rozwoju,włącznie z gramatyką historyczną itd... Jest więc największa szansa, że zdoła pomóc poprawnie utworzyć słowo, które jakkolwiek nieistniejące, będzie zgodne z zasadami rządzącymi tymi językami w pożądanym okresie starożytności :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tak, powinienem się zorientować. Zrzućcie to na karb mojego roztrzepania :)

Staruchu, zwyczajnie olej pierwszy akapit w tamtym poście.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Jerohu, spox – jak tylko założę okulary ;P.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Pytanie – własnie uniknąłeś wypadku samochodowego. Widzisz obok siebie roztrzaskany samochód i martwego kierowcę. Pierwsza rzecz którą masz w głowie to... ? 

 Pierwsza rzecz którą masz w głowie to... ? 

Uffff... o ja prdl... Czy to moja wina?

Jeroh ma rację. hyaloi/ hialoi – to by były preferowane polskie transkrypcje – to byłoby najlepsze rozwiązanie. Inną wersją dialektalną, znaczącą to samo, jest hyeloi/ hieloi, jakby miało lepiej brzmieć.

Łacińkie perspicillum też jest OK, używałabym właśnie tej formy, a nie mnogiej perspicilla, ewidentnie ta pojedyncza jest poprawniejsza.

Dzięki, Ninedin :)!

Się zastosuje :D!

 

A co do wypadku – pierwsza myśl to: gdzie są moje okulary? (z własnego doświadczenia)

Na szczęście ofiar wtedy nie było.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

No weź, Firiel, pytając o takie rzeczy, odbierasz sobie najlepszą zabawę! Im bardziej od czapy tym lepiej :D

Firiel – a w jaki sposób/w jakich okolicznościach uniknąłeś? Byłeś kierowcą, pasażerem, pieszym, którego omal nie przejechał samochód (ten, co następnie się rozbił)? Czyja była wina? Myślę, że to wszystko miałoby wpływ, no i wątpię, żeby była jedna odpowiedź na to pytanie. Wątpię też, żeby ktokolwiek, kto nie był w takiej sytuacji, był w stanie powiedzieć cokolwiek rzetelnie...

 

Staruchu – przyznaję się: jak spadłam z konia i solidnie rozwaliłam głowę, to pierwszą myślą było “gdzie są moje okulary”. W sumie zwisały jednym zausznikiem z głowy, ale nikt tego nie zauważył :D

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No nie, to ja miałem wypadek (a jeżdzę zawsze w okularach), i w karetce zorientowałem się, że brak.

Po prostu wstrząs zrzucił mi z głowy, a ja nie zauważyłem.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Świadowiderze, merci, ale mnie chodziło jednak o wywiad niemiecki i jego operacje w Portugalii, nie portugalski. Chyba niejasno sformułowałam wypowiedź – idzie mi o to, żeby bohater miał do czynienia z gościem autentycznie przerażającym, nie z parodią w skórzanym płaszczu. Zwłaszcza, że musi jeszcze rzucić parę grepsów typu “defiant to the end”, ale żeby nie było tak. Pomyślałam, że ktoś może się tym zajmował i mnie nakieruje.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tarnino, a Walter Schellenberg się nada?

W 1940 roku Schellenberg po raz kolejny zdecydował się na przeprowadzenie podobnej operacji, tym razem celem zamachowców miał być książę Windsoru. Uprowadzenie Brytyjczyka z Portugalii nie powiodło się jednak. 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Tarnino, jak się gugla podobne tematy, to wychodzi głównie temat żydowskiego złota i de facto pralni pieniędzy, w której ponoć Portugalia miała mieć duży udział, mimo że formalnie pozostała przez całą wojnę neutralna. Staruch w międzyczasie podrzucił niezły trop, ja myślałam w kierunku dyplomatycznych zabiegów obu stron w kwestii Azorów (jako potencjalnej bazy lotniczej).

 

Znalazłam taką książkę, ale nie wiem, czy choćby we fragmentach jest dostępna w google books:

 

https://link.springer.com/chapter/10.1057%2F9780333985281_16

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

jak się gugla podobne tematy, to wychodzi głównie temat żydowskiego złota i de facto pralni pieniędzy

Właśnie... Trop Starucha mnie też się podoba i będę nim podążać. Dzięki! (Zasłużyłeś na mokrego selera i trzepaczkę do piany ;D)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tarnino, gdybyś była takim dziwakiem jak ja, to znałabyś taką książeczkę z serii “Żółty Tygrys” – “Tron dla faworyta”. I tam właśnie o tym porwaniu mowa.

A swoją drogą, ten Schellenberg to mroczna i ciekawa postać.

Selera nie lubię, za to trzepaczka przyda się zawsze. Bicie piany bywa przydatne ;).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Pytanie – własnie uniknąłeś wypadku samochodowego. Widzisz obok siebie roztrzaskany samochód i martwego kierowcę. Pierwsza rzecz którą masz w głowie to... ? 

“Czizzzz, znowu ruch zablokowany na pół dnia i chłopaki z wu-er-de będą chodzić wkurzeni. :c Ale, hm, chociaż widoczki ładne.”

Pytanie – własnie uniknąłeś wypadku samochodowego. Widzisz obok siebie roztrzaskany samochód i martwego kierowcę. Pierwsza rzecz którą masz w głowie to... ? 

 

Wydaje mi się to punktem startowym do opowiadania i tylko od Ciebie zależy co dalej z tym fantem. Każdy reaguje inaczej na stres. 

Ok, właściwie wasze domysły i odpowiedzi dały mi pełną odpowiedź na nurtujący mnie problem, więc dziękuję bardzo :) 

Ps: Czasami żałuję, że nie można tu dawać “lajków” :D 

Wielu użytkowników tego żałuje, Firiel...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Czy młoda kobieta, o przeciętnej budowie ciała, pod wpływem adrenaliny zdołałaby pozbawić przytomności mężczyznę, uderzając go od tyłu butelką po winie? A jeśli nie, to jaki byłby prawdopodobniejszy scenariusz?

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Bez problemu: przytomności i życia, a na pewno zdrowia, gdyby butelka pozostała pełna. Jest to potwornie niebezpieczne uderzenie, w boksie (ogólnie: w walce), wszelkie uderzenia w tył głowy nazywa się rabbit punch (w google mozna łatwo znaleźć skąd wzięła się ta nazwa). Ciosy w potylicę można zadawać przypadkowo (gdy nie jest się świadomym konsekwencji (np. stres) lub z wyrachowania (znając skutek).

Ogólnie, trzeba mieć świadomość, że takie uderzenia mogą doprowadzić do utraty życia. Więc motywacja/stawka musi być też poważna (wrodzona bezmyślność lub zamroczenie (np alko) to marne usprawiedliwienie przed sądem). 

Odnośnie sceny: odporności na wstrząs mózgu nie można wytrenować. Mocne precyzyjne uderzenie w tył głowy powali każdego: cherubinka i zawodnika sumo. Wydaje mi się, że fizycznie jest to w stanie zrobić każdy, natomiast pozostaje bariera psychiczna, czyli to, co wspomniałem wcześniej: nie każdy jest w stanie przełamać swoje obawy przed zadaniem krzywdy bliźniemu. Dlatego nie wiem, czy kobieta byłaby to w stanie zrobić. Kwestia motywacji.

 

Bardzo dziękuję, Algirze. :-)

Scenę mam już obmyśloną. Potrzebowałam tylko informacji, czy to fizycznie możliwe.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Można zawsze doprawić ciosem w okolicę skroniową, to najcieńsza część na mózgoczaszce i najbardziej wrażliwa na wstrząsy boczne.

Czy wie ktoś, jak nazywa się taka osoba, która stoi przy wejściu w restauracji, wpuszcza gości i usadza ich przy stoliku? Zajmuje się tym kelnerka, czy ma to specjalną nazwę?

Maitre d'hotel.

 

Pytałeś o tego gościa, który w ekskluzywnych restauracjach z filmów ma swoje miejsce (pulpit) przy wejściu na salę? W zwykłych chyba taką rolę pełni kelner (wita gości, wskazuje stolik i do tego stolika prowadzi).

Czy ja wiem czy tylko w ekskluzywnych? W Pizza Hut takiego widziałem... ;)

Nazwa całkiem egzotyczna. Dzięki!

W polskim chyba funkcjonuje określenie “kierownik sali”.

Babska logika rządzi!

W przypadku tej egzotycznej nazwy sjp pwn wskazuje poprawną pisownię francuską jako wymaganą: maître d'hôtel

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

W niektórych klubach takiego kogoś nazwaliby selekcjonerem, ale w przypadku PiuzzaHut to pewnie właśnie kelner. Kiedyś, dawno, tak było w niektórych Dominium Pizza i tam robili to własnie kelnerzy.

Wyznaczony kelner, szef sali lub praktykant – nazwę stanowiska (możliwego) spróbuję ściągnąć. I nie mówimy o hotelach i ekskluzywnych restauracjach (chociaż i tam się juz zmienia).

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hej, czy jest tu ktoś, kto zna się trochę na prawie pracy. Moje pytanie brzmi, czy firma może zwolnić kogoś, kto przebywa na długim, kilkumiesięcznym zwolnieniu lekarskim?

Może Beryl zajrzy. Ale to akurat powinno być łatwe do wyguglania.

 

Mnie się coś kojarzy z rozstania z poprzednią pracą, ale nie chcę się wyrywać, bo mogę mieć niepełne i nieaktualne dane.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki, coś tam wyguglałam, ale nie jestem pewna, czy dobrze to rozumiem.

Zasadniczo pracodawca nie może wręczyć wypowiedzenia, gdy pracownik jest na zwolnieniu, ale z drugiej strony może rozwiązać umowę bez zachowania okresu wypowiedzenia, jeśli niezdolność do pracy trwa zbyt długo. Pewnie jest sporo zmiennych (rodzaj umowy, ile ktoś pracował).

Po określonym czasie kieruje pracownika do orzecznictwa i wtedy wiadomo – czy ktoś jest zdolny do pracy czy nie.

Ale najlepiej sprawdzić u źródła (czyli w kodeksie pracy) ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Dziękuję, Anet.

Irka_Luz, w takiej sytuacji może.

 

Kodeks pracy:

Art. 41.  Pracodawca nie może wypowiedzieć umowy o pracę w czasie urlopu pracownika, a także w czasie innej usprawiedliwionej nieobecności pracownika w pracy, jeżeli nie upłynął jeszcze okres uprawniający do rozwiązania umowy o pracę bez wypowiedzenia.

 

Art. 53. § 1.  Pracodawca może rozwiązać umowę o pracę bez wypowiedzenia:

1) jeżeli niezdolność pracownika do pracy wskutek choroby trwa:  

a)  dłużej niż 3 miesiące – gdy pracownik był zatrudniony u danego pracodawcy krócej niż 6 miesięcy,

b)  dłużej niż łączny okres pobierania z tego tytułu wynagrodzenia i zasiłku oraz pobierania świadczenia rehabilitacyjnego przez pierwsze 3 miesiące – gdy pracownik był zatrudniony u danego pracodawcy co najmniej 6 miesięcy lub jeżeli niezdolność do pracy została spowodowana wypadkiem przy pracy albo chorobą zawodową, 

2) w razie usprawiedliwionej nieobecności pracownika w pracy z innych przyczyn niż wymienione w pkt 1, trwającej dłużej niż 1 miesiąc.  

(...)

§ 3. Rozwiązanie umowy o pracę bez wypowiedzenia nie może nastąpić po stawieniu się pracownika do pracy w związku z ustaniem przyczyny nieobecności.

(...)

§ 5.  Pracodawca powinien w miarę możliwości ponownie zatrudnić pracownika, który w okresie 6 miesięcy od rozwiązania umowy o pracę bez wypowiedzenia, z przyczyn wymienionych w § 1 i 2, zgłosi swój powrót do pracy niezwłocznie po ustaniu tych przyczyn.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Artykułu 53, punktu 1 b po prostu nie rozumiem, ale w gruncie rzeczy moja bohaterka mogła pracować w tej firmie krócej niż pół roku, a firma jednak odwlekała jej zwolnienie. Myślę, że to mi załatwia sprawę. Dzięki, Beryl!

Czy ktoś mógłby przetłumaczyć “Gęsi kapitolińskie” na łacinę?

I żeby nie było że idę na łatwiznę, to oświadczam że spędziłem ponad dwie godziny w googlach polskich i angielskich z zerowym rezultatem.

Google Translate obsługuje łaciński, ale oczywiście może się machnąć przy tłumaczeniu, wiec do weryfikacji to co w nim wyskoczy. Aczkolwiek tłumaczenie  z translatora wydaje się pokrywać ze słowami, jakie pojawiają się w łacińskiej Wikipedii.

Google translate dramatycznie nie radzi sobie z łaciną! Już w jednym opowiadaniu widziałam z tym kłopoty.

 

Na moje wyczucie “anseres Capitolini” powinno być poprawne

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Czyli dokładnie to, co podpowiedziało Google Translate :-) 

U mnie nie, u mnie podpowiedziało “Capitolio anseres”...

 

Edit: i to zarówno z polskiego, jak i angielskiego oraz francuskiego :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki wszystkim za pomoc.

Wikipedia łacińska nie zadziałała.

Tłumaczenie z polskiego  na łacinę → google → włoski → Łacina

i wyszło:

Oche del Campidoglio(it) = Capitolio anseres 

Czyli to co  drakainie za drugim podejściem.

Dzięki :)

 

Nie za drugim, za pierwszym wypróbowaniem GT – celem potwierdzenia tezy, że nie daje rady z łaciną. To jest błędne, nie używaj tego.

 

Edit: natomiast guglanie podpowiada mi, że taka fraza nie była w użyciu w łacinie. To tak na marginesie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Czyli wniosek, ze nawet jak jednej osobie podpowie jak trzeba, to i tak może kolejnym kilku wrzucić inaczej. Wniosek – nadmierne zaufanie do botów nigdy nie jest dobre :) 

Jak już dawno stwierdził Fox Mulder – TrustNo1!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

ThargNo1!

Wiecie, że w tanich księgarniach mają (miewają?) podręczniki do łaciny? Na bardzo podstawowym poziomie, ale są. Przynajmniej w gdańskiej, w warszawskiej nie wiem, bo nie szukałam :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Czy jest na sali psycholog?

Ciekawa jestem, skąd się bierze zjawisko uwielbiania dla idola. W sensie, że ktoś zaczyna się interesować gwiazdorem/aktorem itp., kimś, kogo w ogóle nie zna, nigdy go nie spotka, ale śledzi jego losy, czyta wywiady, wzdycha do zdjęć. Nie dotyczy to przecież tylko nastolatek, które piszczą na koncertach boysbandów. Po co mózg to człowiekowi robi? ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Szukanie wzorców.

W sumie dużo ciekawsze jest pytanie odnośnie hobby, zwłaszcza nietypowego. Bo kolekcjonerstwo to już jakby inna para kaloszy, niż obserwowanie innych jednostek.

Szukanie wzorców? No tak, ale jak sobie nastolatek znajdzie np. piłkarza, który jest cool i młody chce być jak on, to jedno. Ja mam raczej na myśli sytuację w której ludzie autentycznie potrafią się zakochać w kimś, kogo znają tylko z ekranu/zdjęć z internetu/czasopisma.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ja mam raczej na myśli sytuację w której ludzie autentycznie potrafią się zakochać w kimś, kogo znają tylko z ekranu/zdjęć z internetu/czasopisma.

No skoro już ten wzorzec znajdzie... który jest ideałem, to podążając zasadami doboru naturalnego, taka osoba będzie automatycznie “pierwszym, najlepszym wyborem”... szczególnie w przypadku młodego organizmu, który nie kieruje się logiką ani realizmem takiego wyboru.

Jose, uderz do Deirdriu

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jeszcze czy dotyczy to postaci fikcyjnej (np. postaci granej przez aktora) czy np. aktora jako rzeczywistego człowieka. W obu przypadkach nie dochodzi do spotkania ;)

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Joseheim, zajrzyj tam:

 

https://kobieta.onet.pl/zdrowie/psychologia/opetani-przez-celebrytow/j8jkc

Nieco offtop z powrotem tematu sprzed kilku komentarzy.

 

@Tarnina: Wiecie, że w tanich księgarniach mają (miewają?) podręczniki do łaciny?

 

A wiecie, że ja jestem współautorką jednego? I mam jeszcze trochę egzemplarzy autorskich? I jakby kto chciał/potrzebował, to mogę podarować? Tak tylko mówię, gdyby ktoś np. postanowił pisać coś w uniwersum inspirowanym Rzymem i miało mu być potrzebne do opanowania języka  :D

Ninedin – ustawiam się w kolejce :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

W moich było mniej obrazków :D

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

No to jestem wzywana do tablicy ;)

 

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, Jose. Jak zresztą ze wszystkim w psychologii – “ale” wyskakuje za każdym razem. Moim zdaniem taka platoniczna miłość i oddanie bierze się z paru czynników. Najsilniejszy może być związany z sytuacją własną – jakąś niezaspokojoną potrzebą, np. bezpieczeństwa czy troski. Dlaczego w wieku nastoletnim lubi się konkretne zespoły muzyczne etc.? Jeżeli np. w domu czy w grupie rówieśniczej nie jesteśmy akceptowani, no to idol nas nie odrzuci. Dochodzi do utożsamienia się z osobą idola (np. podobne przeżycia, ale też często pada w wywiadach gwiazd z Hollywood, że na jakimś etapie życia też nie byli akceptowani). Z powodu braku osobistego kontaktu przerzuca się swoje niezaspokojone potrzeby i uznaje za już rozwiązany problem. Drugi czynnik to grupowy – przynależność do grupy fanów. Znowu – jeśli na jakimś etapie życia jest człowiek odrzucony, to poprzez uwielbienie do idola znajduje wspólny język z inną grupą. Podobne zainteresowania mocno łączą, a to chyba już każdy wie. 

No cóż, w tym zjawisku dochodzi do dużego idealizowania i często bezkrytycznego myślenia. I nie dotyczy to tylko idolów – taka sama zasada dotyczy grup wyznaniowych (tak, ktoś będzie mnie zaraz bił po głowie?) czy nawet przywiązanie do różnych teorii. To takie same mechanizmy, ale mogą dotyczyć spełniania różnych potrzeb.

Deirdriu <3 Dziękuję. Z grubsza czaję. A jeszcze co, jeśli chodzi o osobę dorosłą, a nie nastolatka? Podobne mechanizmy? W sensie głównie niezaspokojone potrzeby i możliwość idealizowania osoby, której nie znamy, wymyślenia sobie czegoś, co nam pasuje? (Pytam, bo tu raczej odpada przynależność do grupy fanów).

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Faktem jest, iż w tego typu historiach jest bardzo dużo swobody i praktycznie każdy motyw będzie dobry. Niezaspokojone potrzeby jak i idealizacja pasują także do dorosłej osoby. Tylko trzeba pamiętać, że to sztywność w myśleniu i może się równać różnym, niedojrzałym zachowaniom (tzn. coś społecznie nieadekwatnego dla np. osoby trzydziestoletniej czy czterdziestoletniej) niekoniecznie związanym z byciem fanem. Musisz przedstawić całe spektrum zachowań i będzie ok. 

Podpisuję się pod komentarzem Irki oraz Deirdriu. Ponadto taka relacja jest (oprócz braku odrzucenia prze idola) wyjątkowo korzystna, bo nie trzeba w nią “inwestować”. Czasu, zasobów, pieniędzy, rezygnować z jakichś własnych przyjemności i udogodnień, nie trzeba robić ustępstw dla drugiej osoby. Taki “związek” sprawdza się szczególnie w przypadku introwertyków, ludzi nieśmiałych i wycofanych społecznie (co nie znaczy, że wyłącznie ;P).

Poza tym warto zwrócić uwagę czy obiektem zainteresowań jest osoba płci przeciwnej czy tej samej. Jeśli przeciwnej, to podstawą fascynacji mogą być cechy, które człowiek uważa za szczególnie pociągające, czyli właśnie takie idealne. Takie, których wokół “nie uświadczysz”. A to, dlaczego uważa takie cechy za superowe, to już inna para kaloszy, trza by pogrzebać w przeszłości danej osoby ;)

A jeśli obiektem zainteresowania jest osoba tej samej płci (w przypadku, kiedy “wzdychającym” jest ktoś heteroseksualny), to najczęściej taka fascynacja jest elementem budowania samooceny. Tzn. “chcę być taka jak ona, bo jest silna, niezależna, oo, może wszystko, itd”. W dużym uproszczeniu. Może być też formą kompensacji, czyli idol jakby “uzupełnia” cechy, których dana osoba nie posiada, a chciałaby mieć.

Ja bym jeszcze dołożyła do  tego efekt ekspozycji – jeśli mamy często kontakt z jakimś bodźcem (czyli na przykład z aktorem), to zaczyna on się nam coraz bardziej podobać. Więc szukamy kontaktu jeszcze raz, lubimy jeszcze bardziej, itd.

Znający język angielski mogą sobie poczytać też tutaj:

Celebrity Worship Syndrome

Parasocial interaction

Behind Faves: Why We Grow Emotionally Attached to Celebrities

Dzię-ku-ję!!!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Uch, offtop (moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina)

Taki “związek” sprawdza się szczególnie w przypadku introwertyków, ludzi nieśmiałych i wycofanych społecznie

Na pewno introwertycy mają większą skłonność do instrumentalizowania ludzi? Coś mi tu nie pasuje... :(

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tarnino, słusznie zwróciłaś uwagę na to zdanie :) Dość niejasno wspomniałam o tym w moim poprzednim poście. W psychologii jako nauce naprawdę nie mamy jasnych określeń – jest definicja introwertyka w testach osobowościowych, ale mamy też potoczne rozumienie. Jak dla mnie, to wszystko mocno się rozmywa, więc w pracy (a w komentarzach niekoniecznie) ciągle pilnuję precyzji wypowiadanych słów, żeby nie było, że ja rozumiem inaczej niż np. klient lub pacjent, czy nawet w luźnej rozmowie. Iluzja wzięła bardziej na warsztat podejście z psychologii społecznej (ale granice są naprawdę płynne), a ja chciałam sobie i wszystkim oszczędzić wycieczek “klinicznych” i dokopywania się jaki np. rys osobowości zaburzonej pasowałby do opisu.

I Tarnino – na pewno instrumentalizowania? Piszesz to w takim kontekście jakbyś pisała o rysie antyspołecznym (socjopata, psychopata używając innych terminów). Tutaj dochodzi do zaspakajania potrzeby poprzez fikcję. Tak w każdym razie zrozumiałam podejście Jose. Iluzja uderzyła trochę szerzej zahaczając o stereotyp... no właśnie, też mi się trochę skojarzył z rysem antyspołecznym.

O psychologio, zbyt szerokie te granice i za dużo gdybania ;)

 

ps. Nie uważam, że to offtop. Myślę, że dla Ciebie Jose takie dodatkowe rozkminki się przydadzą do opisania ciekawej postaci :D

Uch! dalej offtop.

Na pewno introwertycy mają większą skłonność do instrumentalizowania ludzi? Coś mi tu nie pasuje... :(

Słuszna intuicja Tarnino! :) – nie ma absolutnie żadnego związku pomiędzy introwersją (czy inaczej rzecz nazywając – jej poziomem badanym, szacowanym przez testy, kwestionariusze), a “instrumentalizowaniem” ludzi.

Jeśli już, to ekstrawersja może być  (i jest, lecz nie wprost) pozytywnie skorelowana z podejściem, zachowaniami, które moglibyśmy  tak nazwać.  Z grubsza na ten wymiar osobowości (jeśli przyjmiemy, za dobrze przybliżający rzeczywistość, model cech osobowości/wymiarów) dzieli populację na osoby preferujące podejście “in” – koncentracja  na procesach wewnętrznych i “out” – zewnętrznych. O pierwszych można – w uproszczeniu – powiedzieć, że przepuszczają rzeczywistość przez siebie (myślenie, odczucia itd), o drugich zaś, że rozgrywają życie w działaniu.

Jednakże warto pamiętać, że to tylko rodzaj preferencji (taka prawa ręka dla praworęcznych) i do niej  należałoby dołączyć pozostałe wymiary (w zależności od teorii). Teorie cech bardzo słabo, jeśli w ogóle, opisują mechanizm, proces.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Przez waszą dyskusję przypomniało mi się, jak z kolegami robiliśmy Test Myers-Briggs dla określenia “rodzaju osobowości”. Śmieszna zabawa.

Myślę, że te raptem 3 posty rozwijające temat to niespecjalnie offtop :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Pilnie czytam i zapamiętuję ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Tarnino – nie chodziło mi o “instrumentalizowanie”, tylko o nawiązanie takiej pozornej relacji. Co już potem zdążyły wyjaśnić Deirdriu i Asylum :) Dlatego wspomniałam tez o nieśmiałości. Co nie oznacza, że TYLKO takie osoby mogą się zainteresować i zafascynować sławnymi aktorami/piosenkarzami itd. Albo że jest to jakaś “nieprawidłowość”.

Deirdriu słusznie prawi, że w psychologii jest tyle “ALE”, tyle czynników, że tak naprawdę każdy przypadek należałoby rozpatrywać indywidualnie.

[offtop on]

W psychologii jako nauce naprawdę nie mamy jasnych określeń

w psychologii jest tyle “ALE”, tyle czynników, że tak naprawdę każdy przypadek należałoby rozpatrywać indywidualnie

Czy wobec tego można psychologię określać jako naukę?

[offtop mode off]

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Artykuł wklejony przez Irkę całkiem interesujący. Zastanawia mnie tylko ten fragment: 

 

Jeszcze inni wskazują, że wielbimy celebrytów, bo... po prostu musimy coś wielbić. A gdy religia staje się coraz mniej istotną częścią życia społecznego, to ta naturalna skłonność przenosi się gdzie indziej. Odkryto na przykład, ze CWS częściej pojawia się u osób, które nie czują silnej przynależności do sformalizowanych kultów religijnych.

 

Ja tam nie muszę nic wielbić, w ogóle nie czuję przynależności do kultów (no, poza Cthulhu, pozdro, mordeczko), i nie czuję też żadnej potrzeby kompensowania sobie tego wyimaginowaną więzią z celebrytami, którzy też interesują mnie w stopniu minimalnym. Oczywiście nie zamierzam ekstrapolować swojej sytuacji na całość osób “nie czujących przynależności do kultów”, tym niemniej ten aspekt wspomnianych badań wydaje mi się mało zgodny ze zdrowym rozsądkiem.

 

EDYTA:

@Staruch

Tak, psychologię można uznać za naukę pod warunkiem przyjęcia pewnych rygorystycznych czegosiów (uciekło mi słowo). Niestety panoszy się też dużo pseudopsychologii :/ . Na pewno nie wszystko co jest przedstawiane jako psychologia jest psychologią w sensie naukowym.

EDZIA 2:

Polecam dwie części książki Witkowskiego – “Zakazana psychologia”, fascynująca lektura.

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Czy wobec tego można psychologię określać jako naukę?

Cóż za interesująca kwestia!

 

Którą można dokładnie omówić w innym wątku – zachęcam do jego założenia :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

No, to już ostatni offtopowy post ode mnie, żeby doprecyzować :)

Instrumentalizowanie z punktu widzenia filozofa to niekoniecznie zaraz bycie psychopatą. Czytałyście Lewisa "Till We Have Faces"? Orual, spisując pod koniec życia swoją historię (spoiler!) uświadamia sobie, że naprawdę nie kochała nikogo. Była zazdrosna, bo inni mieli własne cele, nie związane z Orual i tym, czego ona dla nich chciała. Cierpiała, bo ich traciła – ale naprawdę tylko sobie wmawiała, że ich "ma". Nikogo nie można mieć, po prostu w przypadku "celebrytów" łatwiej się oszukiwać. Chyba.

    tak naprawdę każdy przypadek należałoby rozpatrywać indywidualnie.

Zgadzam się.

 

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Cóż za interesująca kwestia!

Którą można dokładnie omówić w innym wątku

 

Cały wątek na pytanie retoryczne dotyczące zbioru tautologii? ;-)

(dobra, już mnie tu nie ma ;-) )

To jeszcze ja, ostatni offtopowy komentarz wrzucę. Znowu przez robotę mnie coś ominęło:( 

Zresztą będzie i o Tobie – Berylu, więc napiszę i zniknę.

MBTI – klasyczny kwestionariusz (jungowski). Ciekawe, czy robiłeś po polsku, czy po angielsku? Jest dość dobrze znormalizowany i chyba już dobrze przetłumaczony, nie śledzę tego. Pytanie, co było dalej – po tym zrobieniu go… Konstrukty jungowskie nie są proste, czy mętne? – no nie do końca, jakiś tam ogląd swoich preferencji mogą dawać, ale to trzeba porządnie przegadać, gdyż skróty są niezrozumiałe i zaiste śmieszne. Właściwie na MBTI oparte są wszystkie wymiarowe teorie osobowości, które krążą w biznesie, a z kolei na Cattell’u kwestionariusze cech słynna wielka piątka i jej rozszerzenia. Hi, hi, zaryzykowałabym, jaki masz kod, choć w kwestii dwóch liter brakuje mi danych, więc bój się:DDD

 

Czy psychologia jest nauką? Częściowo tak. Pytanie, jak zdefiniowalibyśmy naukę? Socjologia dla mnie też nie jest nauką, podobnie jak ekonomia, a fizyka teoretyczna? Czy psychologia jest sztuką? I znowu odpowiedź – częściowo jest.

 

Z indywidualnymi przypadkami – zawahałabym się. Coś jednak więcej wiemy niż pięćdziesiąt, sto lat temu, aczkolwiek – pełna zgoda – człowiek to nie diagnoza, etykietka podług kolejnej edycji amerykańskiej DSM, czy jej europejskiej odmiany.

 

Nie przeceniałabym wewnętrznych mechanizmów i zachodzących procesów, gdyż w warstwie zachowania (nasi idole, o których rozmawiamy) silnie się adaptujemy do warunków, środowiska, mód (słowem kultura, Zeitgeist),  chociaż odpowiedź na pytanie – „po co to robimy?”, może wciąż pozostawać ta sama. 

 

@ Tarnino, miałam już się z Tobą nie zgadzać:) – obiecałam sobie, lecz „psiakrew” nie mogę, ale wiedz że na głowie stanę jak jogini, aby zrobić to następnym razem. „Instrumentalizowanie” to sposób, metoda na coś – masz rację, a co się za tym kryje? Różne rzeczy mogą, i psychopatia i jej brak, jak piszesz. Co więcej, powody/przyczyny nie zawsze muszą być „naganne” (zresztą nigdy nie są, gdyż cierpienie niezależnie od oceny nim pozostaje i jak to oszacować – nawet neuronauce nie uda się udzielić odpowiedzi na to pytanie), na przykład „odhumanizowana” obsługa dużej liczby osób na lotniskach, meczach, instytucjach, gdy liczy się czas i sprawność. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No, to jeszcze tak ze dwadzieścia osób doda swój “ostatni offtopowy komentarz” i będzie spokój :)

 

Ale skoro jesteśmy przy teście MBTI i mamy tutaj psychologów – czy jeśli chciałbym napisać opowiadanie ze sztampowym założeniem, że w niedalekiej przyszłości ludzie są szufladkowani na podstawie swoich osobowości i w ten sposób rozdzielani do konkretnych zadań, to czy ten test (czy tam jakieś jego wariacie) mógłby się sprawdzić, czy istnieją jakieś bardziej skomplikowane metody, które miałyby większa szanse na bycie zastosowanymi w praktyce? Wydaje się, że 16 typów to trochę mało.

 

Hi, hi, zaryzykowałabym, jaki masz kod, choć w kwestii dwóch liter brakuje mi danych, więc bój się:DDD

Ryzykuj, przecież nic się nie stanie, jak nie trafisz, a ja się nie obrażę przecież :)

Test robiłem po angielsku. Strony nie mogę teraz znaleźć, a chętnie dla zabawy zrobiłbym jeszcze raz.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

No cóż. Ten test jest dotknięty grzechem pierworodnym wywodzenia się z psychoanalizy. Czyli po prostu jest “psychozabawą”.

Przykładowo: “The test-retest reliability of the MBTI tends to be low. Large numbers of people (between 39% and 76% of respondents) obtain different type classifications when retaking the indicator after only five weeks.”

Jeden z problemów ze współczesną psychologią polega na tym, że przesadnie bazuje na niektórych niechlubnych tradycjach. A trupy wciąż nie przestają wypadać z szafy ¯\_(ツ)_/¯

 

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Ano, będzie spokój... wtedy. Czuję się w pełni rozgrzeszona, kiedy napisałeś.

Hi, hi, hi – po polsku to podobno trzeba na trzy. Niezrozumiałe, żeby było nieparzyście, czy co? 

 

16 – mało – czy ja wiem? Statystycznie, przecież by wyszło, bo w gruncie rzeczy chodzi o masę krytyczną, czyż nie? Nawet pokusiłabym się o zmniejszenie tej liczby, dwa–trzy wybrane, kluczowe wymiary/cechy (przełożone na zachowania) wyraźnie preferowane przez otoczenie. W zasadzie większy kłopot postrzegam w zbudowaniu jednoznacznego, konsekwentnego środowiska, preferującego określone sposoby działania, bycia, reagowania. Behawioryzm taki bardziej nowoczesny się kłania.

Tak, w pewnym stopniu to jest/wydaje mi się takie łatwe (niestety), dlatego błogosławię chaos i kakofonię głosów. 

Oj, jeśli robiliście dla zabawy to mogła być skrócona wersja. Zapytam, tak od niechcenia, a jaki poniosłeś koszt?:DDD Bez przegadania z kimś mądrym w “tym” (o co chodzi), wyniki są bez znaczenia. Przepraszam, że tak piszę, ale nawet uproszczony MBTI w postaci  Insigts (brakuje w nim jednej literki) takim się staje. “Strzelać” z kodem nie będę, poczekam jeden rok – stracę twarz i kolejny rok poświęcę na jej odzyskanie. Daję sobie dwa lata. Lubię przyszłość mieć zaplanowaną:DDD

 

Edit: I tak, i nie Bailoucie :D Wszak inspiruje wciąż i wciąż, zapładnia, czyż nie jest to oznaką życia, że polemiki nie ustają, ileż to lat już minęło? a każden musi się opowiedzieć za lub przeciwko.  Powiesz/napiszesz „Widzimy w nim to co chcemy” i to też będzie prawdą:)

Kiedy popatrzysz na inne testy i kwestionariusze – cóż zobaczysz? Jaką rzetelność, trafność, jaką wielkość i różnorodność próby? Test to tylko test. Co przesiewa? – ograniczenie narzędzia. Pytanie w czyich jest rękach. Dla Winnicota testem było zachowanie matki. 

OMG, popadam w “filozofowanie” niedaleko leżące od paplania. Może kiedyś, “przy ognisku”  i piwie – bo bez tego nie rozbieriosz – rozstrzygniemy tę kwestię B. Pozdrowienia:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No cóż. Ten test jest dotknięty grzechem pierworodnym wywodzenia się z psychoanalizy. Czyli po prostu jest “psychozabawą”.

Pamiętam taki “test”, który kiedyś pojawił się w internecie. Odpowiadałeś na dosłownie kilka pytań w rodzaju “jak mieszasz herbatę” (czy tam “w którą stronę”) i potem wychodził Ci opis Twojej osobowości. Był on mało konkretny, ale można było z niego odczytać mniej więcej tyle że jesteś zajebisty. Potem padało pytanie czy się zgadzasz i oczywiście większość osób klikało, że tak. Ja oczywiście ze swoim wielkim intelektem przeczułem podstęp ;-)

 

Oj, jeśli robiliście dla zabawy to mogła być skrócona wersja. Zapytam, tak od niechcenia, a jaki poniosłeś koszt?:DDD Bez przegadania z kimś mądrym w “tym” (o co chodzi), wyniki są bez znaczenia.

Dla zabawy, ale pytań było ze sto. Każdy robił u siebie w domu, to nie tak, że na jakimś spotkaniu zabraliśmy się za robienie testu w internecie :P Ale o co chodzi z “kosztem”, to nie wiem. Do psychologa z tym oczywiście nie szedłem. Po co?

 

W ramach ciekawostki zrobiliśmy sobie teraz z Jose polską wersję testu (na stronie 16personalities.com) i wyszło mi dokładnie to samo, co te parę lat temu. Zresztą, Jose trafiła w mój typ, nie znając wyników :)

 

Ale wracając do mojego pytania – w takim razie jakie metody na zakwalifikowanie ludzi na podstawie osobowości mogą wchodzić w grę? Jest coś, co można wykorzystać, czy musiałbym wymyślić sobie jakiś nieistniejący test bez związku z czymkolwiek, co zna obecna psychologia?

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Ja na tym poletku siedzę tylko z wykształcenia i hobbystycznie. Niech praktycy rzucą Ci jakimiś testami, to luknę na jakich podstawach są oparte i się wypowiem czy się do czegoś nadają ;)

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Wydaje mi się, że żeby taka klasyfikacja miała sens, to nie może być test poprzez samookreślenie.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Jose musiała trafić – nie ma bata:DDD, toć przecież chyba troszkę Ciebie zna. Pytanie, czy Ty znasz siebie?:))) Pewnie tak...

Koszt – kwestionariusz licencjonowany z interpretacją, inaczej to “psychozabawa”. Po co? Konstrukty jungowskie są z lekka – powiedziałabym – sophisticated (przepraszam, ale nie umiem na to znaleźć polskiego słowa, choć je znam). 

Podeszłabym do tego systemowo:

* wymiar z MBTI, lub 16czynników i nie rozdrabniałabym się na drobne tj. wybrałabym jeden lub dwa  (góra trzy) najbardziej różnicujące, silne działające na wyobraźnię i przekładające się rezultaty, tak wprost, zależnie od celu (Twojego i świata)

* mroczność – to “magiczny” test Szondiego, który we wprawnych rękach zadziwiał mnie kiedyś swoją predykcją (naturalnie indywidualną, nie statystyczną – w znaczeniu powszechnie używany i zobiektywizowane narzędzie różnicujące – lecz byłam wtedy zakochaną studentką)

* wymyślić można, jak najbardziej, lecz potrzebne jest kryterium/a różnicujące. To ciekawe – może jakieś próby, czyli eksperyment na żywych.

Nie masz pojęcia, jak byłabym ciekawa wyników aktualnie prowadzonego eksperymentu systemowej oceny obywateli Sesame Credit  wdrożonemu przez chiński rząd, chociaż jednocześnie płaczę, że “show must go on”. Na razie to zabawa w żołnierzyki, gdyż przystąpienie do systemu jest dobrowolne. Kiedy jednak w 2020 stanie się obligatoryjne, nisko notowani obywatele zaczną to odczuwać we wszystkich dziedzinach życia. 

 

Edit: Berylu, wszystkie testy są “samoopisowe”. Samookreślenie:( – to jest ich wadą, zawsze to Twoje wyobrażenie o sobie samym, trzeba je skonfrontować z realnością:(

Jednak, jednak, żeby nie było tak pesymistycznie i łatwo do zanegowania, pytania są dobierane/wybierane/wchodzą do kwestionariusza, jeśli są dyskryminujące/istotne/znaczące. Koreluje się je z innymi kwestionariuszami lub eksperymentami, czy danymi pochodzącymi z innych źródeł . Neuronauka – raczkowanie, a i chyba jeszcze nawet nie to, i chyba nie będzie, gdyż miliardy połączeń na synapsach. Dla mnie najciekawsze jest hamowanie i potencjał do przekraczania progu – fascynujące. Identyfikowalne są tylko, na razie, zaktywizowane obszary.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

@Berylu

Przyszło mi do głowy, że przecież to proste i niejako odwrotne – to właśnie samoopis może i musi  być kluczem podziału, a nie żadna “prawda, gówno prawda i tylko prawda” (Tischner i w związku z tym nie przeklinam, parafraza, lecz nie sprawdziłam, czy nie przekręciłam cośkolwiek). Każda zaplanowana (zamierzona) stratyfikacja społeczna premiuje określone postawy i jeśli, na którymkolwiek etapie będą testy to, jeśli tylko mamy dostępną taką możliwość i moc to “idziemy w to”, bo po co iść pod prąd, bo nie wiemy, że można inaczej, bo otrzymujemy za to “głaski”, bo tak po prostu jest i próbujemy się odnaleźć, jak najlepiej potrafimy “tu i teraz”, w kontekście.

Znikam i dobranocka:)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

    Jest coś, co można wykorzystać, czy musiałbym wymyślić sobie jakiś nieistniejący test bez związku z czymkolwiek, co zna obecna psychologia?

Berylu, widziałam kiedyś w księgarni powieść, w której był taki system klasowy oparty na idei czterech temperamentów (i po paru stronach stwierdziłam, że jest głupia) – zdaje się, że dzieci były klasyfikowane jakoś wcześnie, bo na pewno wychowywano je potem osobno (książka zaczyna się scenką w szkole, w której dziateczki się dowiadują, że ich temperament jest najlepsiejszy – widzisz, dlaczego uznałam to dzieło za głupie).

Mamy przesłanki empiryczne, że temperament (w sensie poziom reaktywności i trwałość reakcji) jest wrodzony – ale to nic pewnego. Tak czy owak, temperamenty, pojmowane klasycznie, nie znoszą wolności woli – melancholik ma skłonności do knucia zemsty, ale może postanowić, że będzie przebaczał dla zbawienia swojej duszy. Dlatego, jeśli się na to zdecydujesz, może będziesz musiał coś zrobić z wolnością woli (nie mylić z wolnością czynu, którą system totalitarny tłamsi ze swojej natury). Nie jestem filozofem polityki, ale na pewno o wolności pisał Isaiah Berlin, gdyby Ci to było potrzebne.

    eksperymentu systemowej oceny obywateli Sesame Credit

To nie jest ocena trwałej osobowości, tylko tego, jak prawowiernie obywatel postępuje. Śmiem twierdzić, że temperament jako taki g...uzik władze obchodzi, liczy się to, żeby masy pracujące miast i wsi pracowały na te władze ku chwale socjalistycznej ojczyzny, ta-est!

    sophisticated

Carissima: wysublimowane, wyszukane, wymodzone :)

    Każda zaplanowana (zamierzona) stratyfikacja społeczna premiuje określone postawy

O, to-to.

     nawet neuronauce nie uda się udzielić odpowiedzi na to pytanie

Don't be too proud of this technological terror you've constructed :D – ale jeśli chcemy gawędzić o filozofii dialogu, to może założę temat? Berylu?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Berylu, widziałam kiedyś w księgarni powieść, w której był taki system klasowy oparty na idei czterech temperamentów

Pewnie chodzi o książki Veroniki Roth. Cztery filmy na podstawie tego natrzaskali. Nawet zacząłem oglądać pierwszy (”Niezgodna”), ale średnie to było. Sam pomysł dziwaczny, a sposób organizacji tego w społeczeństwie jeszcze bardziej to wrażenie pogłębia.

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

W “Niezgodnej” teoretycznie jest wytłumaczone (w trzeciej części) dlaczego to jest tak, a nie inaczej, i po wytłumaczeniu wygląda sensowniej, ale tylko trochę i ten sztuczny podział na początku zgrzyta jak paznokcie po tablicy. (Na marginesie, tam jest pięć frakcji, a nie cztery, i podana przez Tarninę scena początkowa się nie zgadza, więc chyba jednak chodziło o coś innego, ale to zrozumiałe, że więcej osób wpadło na takie pomysły).

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Niekoniecznie, sama wiesz jaka jest, nomen omen, zgodność między książkami a ich adaptacjami.

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Nie, to zdecydowanie było co innego – w “Niezgodnej”, jak twierdzi TvTropes, podział był oparty na wyznawanych przez frakcje wartościach.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Bailout, ale ja książkę też czytałam (nie żebym dumna z tego była ;p).

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Berylu, na Twoim miejscu pokusiłabym się o bardziej o jakieś formy testu poznawczego. Teraz myślę tylko o przesiewowych dla chorób otępiennych, więc Ci się nie przyda. Ale taki Wechsler na inteligencję – IQ. W sumie sam ten test spełnia Twoje wymagania. Zamiast testów osobowościowych do fikcji można stworzyć coś takiego związanego z reakcjami na pewne bodźce itd. Żeby po tym badacze twierdzili do jakiej grupy ktoś przynależy. 

Konkretny test? Po co? Regularnie może się korzysta z MMPI, ale każdy znany test osobowości na “coś” nie będzie “wrażliwy” (np. na cechy psychpatyczne, które wg DSM-V nazywamy “antyspołeczne”, a co nam da ICD-11?). A że praktykuję psychoterapię raczej wolę narzędzia praktyczne oraz klasyfikacje DSM lub ICD (pomagają).

Hmm, przy klasyfikacji według inteligencji wyjdzie raczej coś na kształt “Nowego wspaniałego świata” – zresztą i tak trzeba będzie zrobić ileś tych grup (jeśli dobrze zrozumiałam, co beryl chce napisać). Tu masz kilka wersji typologii osobowości (jest też wzmianka o “Niezgodnej”, ot, tak, żeby była pełna informacja).

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Mamy na sali jakiegoś żołnierza? Albo ktoś pod ręką trzyma takowego?

Wiktorio, sama nie jestem, ale znam kilku i mogę ich coś podpytać. Czego Ci potrzeba? 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Podejdę na PW, bo to grubsza sprawa będzie.

Czy ktoś zna jakieś męskie bóstwo, które było powiązane z kotami? Wszystko jedno z jakiej mitologii.

Majowie mieli Boga Jaguara,  nazywanego też z jakiegoś powodu Bogiem L. Poza nim był jeszcze Ek Balam Chac, przedstawiany jako czarny jaguar. Nada się? 

Za bardzo się będzie z Balaamem kojarzył, a demona to akurat nie chcę.

Dziękuję, to niezła stronka.

Coś pasującego powinno być też w mitologii Indii. Na pewno jest Narasimha – avatar Wisznu, w połowie lew. Do tego znalazłem info o czczonym przez niektórych mieszkańców Indii bogu-tygrysie o imieniu Bagheshur.  Poszukać też można w mitologii afrykańskiej. W Nubii czczono Apedemaka, boga wojowników z głową lwa. Ogólnie poprzeglądaj te strony świata, które mają wielkie drapieżne koty :D 

znalazłem info o czczonym przez niektórych mieszkańców Indii bogu-tygrysie o imieniu Bagheshur

O, to od niego pewnie Bagheera w “Księdze dżungli”, choć ona była panterą...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Kurcze, będę się musiała wziąć za czytanie mitologii. Właśnie odkrywam, jak niewiele wiem o wierzeniach spoza Europy.

Irko, kurcze, coś mi się kojarzą jacyś bogowie przyjmujący postać kota (obu Ameryk), bóg łowca i bóg burz oraz jakichś celtycki, chyba opiekun pochówków i pogrzebów i czegoś tam jeszcze. Niestety googluję i znaleźć nie mogę.

W Egipcie kota  łączono też z bogiem Ra.

A w ogóle to ciekawe, okazuje się, że koty zazwyczaj łączono z postacią bogini, i to ww wszystkich kulturach.

Znalazłam dla Ciebie, jednego, takiego króla kotów z Białorusi:), nie bóg lecz demon, za to pyszny:D

https://historiamniejznanaizapomniana.wordpress.com/2016/01/11/wargin-slowianski-demoniczny-krol-kotow/

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

W Egipcie to Bastet – bogini między innymi kotów, przedstawiana jako kot lub z głową kota.

No i – do pewnego stopnia – Sfinks.

Babska logika rządzi!

Asylum

A w ogóle to ciekawe, okazuje się, że koty zazwyczaj łączono z postacią bogini, i to ww wszystkich kulturach.

No i właśnie to jest problem, kobiecych bóstw znalazłam od groma, problem mam z męskimi. Wargin jest na pewno do wykorzystania przy innej okazji, ale do tego, co teraz piszę nie pasuje.

 

Finkla, Bastet znam i wykorzystam, ale potrzebuję jeszcze męskiego pierwiastka.

 

Będzie Ramzes, w końcu każdy faraon był przy okazji bogiem. ;)

Jak siedzisz już w egipcie, to jest jeszcze Maahes, kolejny lwiogłowy bóg wojny, właśnie z egiptu pochodzący, zresztą wspominany przeze mnie Apedemaka był z nim mylony/łączony. Maahes miał być synem Bastet, więc tym bardziej ci się łączy wszystko :) 

Hmm, spojrzałam w internet, brzmi nieźle. Muszę się zastanowić. Jakbyś mi mógł jeszcze powiedzieć, jak się to imię wymawia... :)

Arnubisie, czy “lew” należy do rodziny kotowatych?, no ale jeśli łączy się z Bastet to może jak Edyp:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Oczywiście, że lew należy do kotowatych. Czemu miałoby być inaczej? Ale z wymową nie pomogę, nie mam zielonego pojęcia, musisz pokopać.

Pokrewną temu tematowi ciekawostką jest to, ze w mitologii Bałtów głównym przeciwnikiem ichniejsze odpowiednika Perkuna był... kot :)

Dodatkowo w mitologii nordyckiej jest ciekawy motyw związany z Thorem i pewnym kotem: http://www.islandia.org.pl/bogowie.html

 

Damnatio memoriae albo zakaz używania dotychczasowego imienia/tytułu – znacie jakieś przypadki użycia poza Cesarstwem Rzymskim lub ZSRR?

PS. Ewaporacja z 1984 też nie.

Zdaje mi się, że w Rumunii też praktykowano usuwanie już niewygodnych ludzi ze zdjęć, wydań gazet itp. Ale może to ściemy były...

Babska logika rządzi!

Herostrates (ale się nie udało ;)).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Prekursorem był Egipt z wygładzaniem wizerunków Echnatona. Już u zarania cywilizacji wycinano niekompatybilnych.

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Dzięki, dzięki! Poczytam, posprawdzam.

A były przypadki zakazu używania jakiegoś imienia, ewentualnie wspominania o kimś (pomijając przypadki obrazy religijnej)?

Teraz kojarzy mi się, że można to związać z prawem do zapomnienia. Był jakiś świrus, który prawnie zażądał, by o nim nie wspominano, czy pierwszy na to wpadłem? :D

W czasie konfederacji barskiej program frakcji saskiej urządzenia Rzplitej po zwycięstwie zakładał zniszczenie wszystkich portretów, popiersi, a także książek z dedykacjami poświęconymi Stanisławowi Augustowi. Bliżsi krewni króla Ciołka mieli zostać wygnani, dalsi zaś zmuszeni do zmiany nazwiska Poniatowski.

Stn, z mojej działki – jak w 1814 Ludwik XVIII dorwał się do władzy, to zajmował się głównie wymazywaniem wszelkich symboli cesarstwa i zastępowaniem ich burbońskimi liliami itp. A już całkowicie a mojej bardzo szczegółowej obecnie naukowej działki: kiedy jedyny legalny syn Napoleona został wywieziony do Austrii do dziadka ze strony matki (cesarza Austrii), to w oficjalnych dokumentach pomijano całkowicie istnienie ojca i biedak był jedynie “synem arcyksiężniczki”. Nawet w nekrologach tak było. Co akurat jest dość ironiczne, bo akurat cesarz Franciszek miał ciężkiego fioła na punkcie tradycyjnie pojmowanej moralności...

To jest praktyka stara jak świat i chyba nigdy nie odejdzie w niepamięć.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Pytanko mam, Ludwika XVI zgilotynowano na Placu Zgody, to wiem. Ale obok posągu którego miasta? Bo w internecie znalazłam raz Rouen, a raz Brest.

Irko, sprawdzę, czy jest coś na ten temat w książkowej biografii L16 i aktach procesu (z tym, że mogę to zrobić pewnie najwcześniej w środę wieczorem), ale nie wiem, czy jest to jakkolwiek z pewnością wiadome. No i plac nazywał się wtedy placem Rewolucji (od sierpnia 1792 do października 1795). A gilotynę wielokrotnie przestawiano, więc wszelkie dane mogą być nierzetelne. Możesz ewentualnie podać mi na priv źródła, z których te informacje zaczerpnęłaś – może będę w stanie ocenić, które jest bardziej wiarygodne.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Okej, dzięki Światku i drakaino.

Mam mnóstwo materiału o zmuszeniu do zapomnienia. A teraz – czy były przypadki, że ktoś o to dobrowolnie poprosił lub zażądał? Jakas choroba psychiczna z tym związana?

Zawsze można podciągnąć szpiegowsko-hakerskie motywy z usuwaniem wszelkich informacji o kimś, żeby mu wyczyścić konto i dać nową tożsamość. Chyba dosyć popularne, było chociażby w Batmanach od Nolana (Catwoman). Tylko wiadomo, fizycznych dowodów to nie obejmuje.

Nie lubimy się z kliszami.

Mam już pomysł, ale sprawdzam, czy coś podobnego się już nie wydarzyło. ;)

W pewnym sensie chyba programy ochrony świadków się na to łapią. Albo inne pozorowania własnej śmierci.

Babska logika rządzi!

Stn, ludzie z zespołem stresu pourazowego bardzo chętnie zapomnieliby przeżycia, które tę chorobę spowodowały. Kiedyś czytałam artykuł o tym, że Amerykanie odkryli jakiś środek, wymazujący pamięć. Problem w tym, że tego typu doświadczenia na ludziech są nieetyczne i żaden naukowiec przy zdrowych zmysłach się czegoś takiego nie podejmie, nawet jeśli ktoś będzie go o to błagał. Poza tym przypuszczam, że nie da się precyzyjnie wyciąć tylko tych niechcianych wspomnień.

Stn’ie, bardzo Ciebie proszę, z chorobą psychiczną nie łącz. Normalsi są też wariatami, nie potrzeba choroby psychicznej, wystarczy silny motyw. Wielu ukrywało swoje nazwiska, a zwłaszcza naziści. 

W zasadzie to pytanie, czy ktoś (społeczność) chce wymazać czyjeś nazwisko, czy on sam. W pierwszym przypadku może to być okresowe, czyli kwestia czasu, obowiązującej “kultury”, mody, trendu i jak by to nazwać inaczej. W drugi, powody nurzają się w jednostce i jej motywacjach, celach, mniej lub bardziej błędnym postrzeganiu itd.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Stnie, to nie jest kwestia zapomnienia przez wszystkich, ale był proces o “zapomnienie” przez wyszukiwarki. Obecnie jets to nawet element prawny. Można sobie wyobrazić sytuację, gdy ktos realizuje to prawo w głównych wyszukiwarkach, serwisach, usługach, a  po kilku latach zderza się z jakimś demokratycznym odpowiednikiem social credits.

Finkla, właśnie – pozorowanie. Szukałem czegoś jak mentalna eutanazja, walka w sądzie o zapomnieniu dotychczasowej tożsamości, coś jak zmiana imienia i całkowity reset. Program ochrony świadków, ale w formie prywatnej, bez państwa. W sumie to ciężko mi to nazwać.

Irka – tak, były nawet jakieś eksperymenty z bombardowaniem któregoś z fragmentu mózgu laserem albo polem magnetycznym (musiałbym poszukać za papierem, nie mam teraz technicznych możliwości). U myszy, ale ponoć działało.

Asylum, nie zamierzam tego łączyć. Chodziło mi raczej o próbę uściślenia powodu do takich żądań. Chęć bycia zapomnianym leży w dziedzinie desperacji albo szaleństwa. Obie są w pewnym stopniu dewiacją. ;)

Wilku, i wtedy zadaję swoje pytanie. Czy był ktoś, kto próbował prawnie wyczyścić swoja historię w systemie? Modną jest teraz postawa, którą negujesz dotychczasowe nazwy i zasady – głównie dlatego, że możesz poczuć się “uciśniony”. Czy był przypadek, w którym osoba postanowiła wyczyścić swoją dotychczasową tożsamość (również pod względem prawnym) i zacząć jako “ktoś zupełnie nowy”?

Coś na zasadzie – pierdolę, od dziś jestem Majką Szyszkowską, tamta persona przestała mnie opisywać, nie utożsamiam się, walczę w sądzie o swoją “konstytucyjną” albo “boską” wolność do samostanowienia (kwestia osobistych wierzeń i preferencji). Negowane sa już płcie, orientacje seksualne, cholera wie co jeszcze. Dlaczego nie persona jako całość?

Jakkolwiek głupio to brzmi, czuję że takie akcje zaczną być już niedługo głośne, a ja mam wobec takich pomysł na tekst. Dlatego szukam wszelkich wzmianek, choćby luźnych powiązań.

 

STN,

 

"Czy był ktoś, kto próbował prawnie wyczyścić swoja historię w systemie?"

https://www.spidersweb.pl/2019/01/prawo-do-bycia-zapomnianym-holenderska-lekarka.html

"Od czasu, gdy w 2014 r. weszło w życie prawo do bycia zapomnianym, skorzystały z niego ponad 3 mln osób."

 

Osobną sprawą jest to, cyz faktycznie jest to realizowane (ukrycie a skasowanie danych), a jeśli tak, to czy faktycznie  w pełni (backupy) i na ile to w ogóle wykonalne (mirrory, strony archiwizujące).

 

Przykładowo kiedyś jeden z popularnych w Polsce portali społecznościowych nawet gdy "kasował" niektóre, to po jakimś czasie okazywało się, ze jedynie je archiwizuje.

 

Z Kolei w Google zdarzały się takie sytuacje:

https://www.wnp.pl/wiadomosci/prawo-do-bycia-zapomnianym-google-przywraca-niektore-usuniete-linki,229637.html

 

Z innej beczki: były przypadki eksperymentów z nie tyle kasownaia tożsamości, co życia poza systemem:

https://www.ekonsument.pl/a66564_zyc_bez_pieniedzy_przez_rok_ciekawy_eksperyment_marka_boyle%E2%80%99a.html

A są też osoby, które nie tyle kasują tożsamość, co tworza persony.

 

 

    po ukończeniu studiów zapewne skończyłbym zarabiając dobre pieniądze na przekonywaniu hinduskich farmerów do przejścia na uprawy GMO(…)    

Przeciwko temu są argumenty stricte ekonomiczne, nie tylko ekologiczne... Tak czy siak, facet niczego nie skasował, tylko się wypiął na system.

A są też osoby, które nie tyle kasują tożsamość, co tworza persony.

Masz na myśli kradzież tożsamości kogoś, kto umarł młodo i nie będzie protestował, czy tworzenie od zera?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

No toć napisałem, że nie tyle kasowanie, co wyjście poza system :-)

 

Co do pytania – nie, chodzi o kreowanie person od zera.

Czy ktoś przerabiał zalanie przez sąsiada z góry i załatwianie odszkodowania – z wizytami rzeczoznawcy, ekipą remontową i innymi takimi?

I would prefer not to.

Jeśli nikt się nie zgłosi, to ja mogę odrobinę pomóc “na sucho”, jeśli chodzi o formalności (znam takie sprawy od strony zarządcy nieruchomości).

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Wie ktoś może jak się nazywa ten budynek, w którym na dzikim zachodzie trzyma się więźniów, są cele, itd? Niby można by napisać po prostu więzienie, ale to chyba nie do końca to, więzienie jest raczej duże, a mi chodzi o wersję mini w małym westernowym miasteczku. 

Kiedyś zalałem sąsiada z dołu (jak się potem okazało, poprzedni właściciele mieszkania przed wyprowadzką wymontowali drobny element z odpływu z prysznica – zresztą to nie jedyna ich ”życzliwość”). Ale tam akurat szkody były niewielkie, więc zwyczajnie się dogadało.

Wydaje m się, że chodzi ci o zwykły posterunek szeryfa? 

O właśnie posterunek. Dzięki!

W zasadzie w USA funkcjonowała chyba nazwa “sheriff's office”, więc bardziej biuro szeryfa, ale wydaje mi się, że posterunek brzmi lepiej, nie tracąc przy tym adekwatności. 

W filmach chyba częściej pojawiało się biuro szeryfa niż posterunek. 

Dlatego w ramach uczciwości podałem obie wersje :D 

Ale to są dwie różne rzeczy, bo policyjny system w USA jest cholernie skomplikowany. I posterunek jest zwykłej policji, a szeryf to szeryf. Różna geneza, różna jurysdykcja, różny teren działań itede, włącznie z tym, że policja jest zawodowa, a szeryf wciąż w większości hrabstw chyba wybieralny (nawet jeśli ma to znaczenie symboliczne).

 

Ale w westernie to zasadniczo jest biuro szeryfa i areszt przy biurze szeryfa.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zdaję sobie sprawę, dlatego nic o policji nie pisałem, tylko o posterunku szeryfa. Plus dzisiejszy system policyjny nie ma takiego dużego znaczenia, bo pytanie dotyczyło dzikiego zachodu. A dokładne tłumaczenia nazw tego typu nie zawsze jest dobrym pomysłem, bo skończymy np. z biurem pocztowym. Obstaję przy wersji, że posterunek szeryfa brzmi zdecydowanie lepiej, ale fakt faktem, że biuro szeryfa jest zdecydowanie bardziej rozpowszechnioną wersją. 

Mnie bardziej się podoba “biuro szeryfa” – “posterunek szeryfa” brzmi dziwnie.

Znam tylko pięć liter ;)

Dla mnie posterunek szeryfa jest zupełnie niedobry, nie spotkałam się z nim nigdy i brzmi właśnie jak przykrawanie współczesnych realiów do dzikiego zachodu...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bo “biuro szeryfa” jest oczywiste – wszyscy wiedzą, że siedzi tam szeryf, jest biurko, broń, areszt. Gdy słyszę “posterunek szeryfa” zatrzymuję się i zaczynam zastanawiać, co to takiego, czym się różni (bo musi to być coś innego, skoro nie nazywa się “biurem”). A wszystko, co mnie zatrzyma przy czytaniu, jest złe.

Znam tylko pięć liter ;)

Anet – w punkt :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wykłócać się nie zamierzam :D Ba, jakbym western pisał (a w sumie od jakiegoś czasu mam ochotę) to też bym pewnie biura użył, chociaż mniej mi się podoba :D

Czy ktoś miał kiedyś szytą niewielką rankę na twarzy?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Miałem szytą całkiem sporą, przez cały nos. Ale miałem wtedy z rok czy dwa, więc nie bardzo pamiętam xD 

Ja miałam niewielką na łuku brwiowym.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Arnubisie, ale ślady na awatarze ciągle widać. ;-)

Babska logika rządzi!

Cieszcie się, że jest maska, a nie to co pod nią :D 

Szyłem na 2 roku studiów facetowi czoło. XD

A sam miałem szytą brew po tym, jak ugryzł mnie tam pies. :p

Wbrew?

Pies?

Ja na nosie, w miejscu gdzie styka się z czołem, wpadłam na kant toaletki, pięć szwów, lecz pozostała  tylko kreska;)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ja tam kiedy uczyłem się chodzić zleciałem w chodziku po schodach (starszy brat zapomniał zamknąć furtkę co schody chroniła). Cóż, niezbyt mi ta nauka chodzenia szła xD Za to bliźniakowi pies sąsiadów prawie wyłupił oko pazurem. Przynajmniej łatwo było dzieci odróżnić, blizny na różnych częściach twarzy xD

Masz bliźniaka, Arnubisie? :D

 

Dobra, jak tylu tu specjalistów, to ja tylko krótkie pytanie chciałam rzucić: planuję uszczęśliwić bohatera ze dwoma szwami na ustach po uderzeniu. Czytałam w różnych miejscach i wyczytałam, że szwy powinny zostać zdjęte po dziesięciu dniach, ALE jakoś nikt się nie podzielił informacją, czy to przeszkadza/swędzi/wkurza? Będzie ślad na 100%, czy jeśli ładnie się zrośnie, to niekoniecznie?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Przeszkadza/swędzi/wkurza. Co prawda jak mówiłem, brzdąc był ze mnie straszny i całej historii nie pamiętam, ale z tego co słyszałem od rodziny, przeszkadzało/swędziało/wkurzało mnie mocno. Na tyle mocno, że jak w szpitalu mieli mi szwy ściągać i lekarz na chwilę wyszedł z sali zostawiając mnie samego, to mały Arnubis przystąpił do dzieła samodzielnie i ponoć nawet dał radę szew czy dwa sobie zdjąć. Tak przynajmniej mi mówiono, nie wiem ile w tym prawdy xD W ogóle historia mocno abstrakcyjna, bo mam sporego farta że się na tych schodach nie zabiłem :D 

 

Ano mam bliźniaka. Ale dwujajowego, więc z tym rozróżnianiem dzieci po bliznach to był tylko żarcik :D

Na ustach? To trochę bardziej skomplikowane. Ja na łuku brwiowym mam praktycznie niewidoczny ślad – jak dobrze popatrzeć, to po prostu jest przerwa w brwi. Ale usta to po pierwsze bardzo mobilna część twarzy, po drugie trudniej się będzie goiło, po trzecie chyba sakramencko boli... I wątpię, żeby się ładnie zrosło. I tak, swędzi i wkurza niemiłosiernie, ostatnio przeszłam przez klamry pooperacyjne – teoretycznie wbrew pozorom mniej dokuczliwe i chciałam się drapać non stop.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Liczę się z tym, że chłopak będzie raczej małomówny przez jakiś czas ; p Co poradzicie, czasem trzeba bohatera pognębić.

Rozumiem zatem, że wyjęcie szwów to będzie ogromna ulga?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Mój syn jakiś miesiąc temu miał szyty łeb (łuk brwiowy), przecięte wszystkie warstwy skóry, więc rana mała, ale dość głęboka. Lekarka powiedziała, że – mimo wszystkich fajnych specyfików – blizna na pewno zostanie. Nic go nie swędziało, gdy miał szwy. Kompletny brak upierdliwości.

EDIT: Ja miałam szwy na brzuchu, po laparoskopii, też mnie nie swędziały, w ogóle ich nie czułam. Ale nie wiem, czy to można porównywać.

Wychodzę z założenia, że usta są delikatne, czasem niewiele trzeba, by je uszkodzić. Ale kupa ludzi ma szycia wewnątrz ust po różnych zabiegach i żyją, normalnie jedzą itp., a jakoś nie wyczytałam nigdzie, by straszliwie cierpieli z tego powodu. Więc mam nadzieję, że dwa szwy z wierzchu, na górnej wardze, na ranie, która nie jest na wylot, nie będą jakimś drastycznym problemem...

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Swędzenie szwów pewnie zależy od materiału, z którego się je wykonuje (MrBrightside cytat: brak). Te nowoczesne, “wciagające się” czy biodegradowalne (zapomniałem nazwy) mogą nie swędzieć, bo się z tkanką integrują. A te wykonane z ciał obcych (nici, klamry) mogą swędzieć jak jasna cholera.

Tak mi się przynajmniej wydaje.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Tylko tych rozpuszczających się zdaje się nie stosuje się na zewnątrz.

Rozpuszczające miałam w środku, na zewnątrz klamry. Klamry swędzą. Ale ja alergik jestem, więc wprawdzie pewnie jakiś tytan albo stal chirurgiczna, ale swędziały.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Na brodzie miałam, strasznie swędzi i przeszkadza, więc na ustach pewnie trzy razy bardziej.

Dzięki wszystkim za informacje :)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Na zewnątrz też stosuje się rozpuszczające szwy, żona miała

To ja może podsumuję: może swędzieć albo nie, może przeszkadzać albo nie, może być blizna albo nie ;))))

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki, Anet, właśnie tego potrzebowałam ;D

 

I jeszcze – mogą być rozpuszczalne albo nie! ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Mamy tu jakiegoś pasjonata okresu IIWŚ? Mam wątpliwości, czy przy akcji w roku 1944 używać polskich nazw miejscowości z Dolnego Śląska (głównie Wrocław, Wałbrzych, Bolesławiec, Zgorzelec i mniejsze pipidówy mniej więcej w tych okolicach dzisiejszego przygranicza) czy może lepiej niemieckie?

Zanim się takowy, pasjonat znaczy, odezwie, pozwolę sobie na drobną sugestię, opartą na stosowanym przed i podczas wojny nazewnictwie miejscowości., leżących poza granicami Polski sprzed 1939 roku. Taka ciekawostka, można powiedzieć. Przykład: Allenstein to dzisiejszy Olsztyn. Na polskich mapach operacyjnych umieszczano albo polską nazwę, albo pruską, albo obie, a wtedy, niejednolicie, którąś w nawiasie. Mapy RKKA, potem Armii Czerwonej, opisywały miejscowości w języku, obowiązującym na danym obszarze przed wojną, więc Olsztyn był dla nich wyłącznie Allensteinem. Tak więc, wracając do przykładu z polskich map, miałbyś wybór. Wrocław mógłby bywać Breslau’em, w zależności, kto z kim i o czym rozmawia / pisze.

A to jest jakiś rzeczony pasjonat znany z imienia i nazwiska? Chętnie przytuliłabym na krótką rozmowę, gdyby to nie był problem (Ciebie, Adamie, też, z identycznym warunkiem). :>

Waldemarze, Dolny Śląsk przez ponad czterysta lat był niemiecki (tu zobacz – http://www.historycy.org/index.php?showtopic=58173 ).

Wobec tego używanie polskich nazw miejscowości miałbym za ahistoryczne.

 

EDIT: Inna rzecz, czy chcesz wiarygodności historycznej, czy rozpoznawalności. Bo o ile Breslau rozpozna większość, to już Bunzlau – jednostki. Możesz zawsze zastosować wybieg z mapami, sugerowany przez AdamaKB, albo wprowadzić jakiegoś zasiedziałego polskiego autochtona, który będzie znał polskie nazwy. Choć nie wydaje mi się, aby po tylu latach polskie nazewnictwo było jakoś powszechnie używane.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dziadku, właśnie o to mi chodzi. ;) Bohaterami są Niemcy, więc też nie sądzę, żeby w toku narracji naturalne było przywoływanie nazewnictwa polskiego. Ale wplecenie jakoś drogą okrężną wytłumaczenia, co jest czym, to dobra podpowiedź, dzięki!

Ja bym dawała niemieckie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Waldenburg!

Arnubisie, jeśli zajrzysz, to proszę rozstrzygnij sprawę – czy gąsienica może być dżdżownicą. Interesują mnie szczególnie przypadki, kiedy można nazwę zastosować zamiennie. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie może – gąsienica to stadium larwalne niektórych owadów, a dżdżownica to pierścienice, a nie stawonogi – zupełnie inna grupa organizmów.

Tak jak pisze Wiktor, nie ma takiej opcji. Skąd w ogóle taki pomysł? Nie ma takich przypadków, w których te nazwy można stosować zamiennie, to zupełnie inne, dość odlegle spokrewnione typy bezkręgowców. 

Wielka szkoda,  że nie można  zamiennie nawet w jednym maluchnym przypadeczku. :(

Trudno się mówi:D

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ma ktoś/zna ktoś jakieś niezłe opracowanie irlandzkich mitów? Skupiające się głównie na fairy, najlepiej z licznymi przykładami podań dotyczących konkretnych istot, a nie tylko wymieniające nazwy. W zasadzie interesują mnie głównie clurichauny i leprechauny. 

Tutaj jest tego tyle, że uszami wyłazi :D (nawet ćwierci jeszcze nie przeczytałam).

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Dzięki, idę się zakopać w researchu :D 

Ludzie, pomóżcie, bo ja się chyba nie nadaję na złodzieja. Co można ukraść w galerii handlowej? Chodzi mi o drobne przedmioty, które nie są w gablotkach, ani nie są jakoś przytwierdzone do półek. I nie mogą to być ciuchy. Do najbliższej galerii mam prawie godzinę autem i nie mam czasu sprawdzać osobiście, a “drobne elektroniczne gadżety” brzmią mi jakoś mdło. ;)

Biżuteria, okulary – w sieciówkach.

Chyba że chodzi ci o jakiś konkretny typ sklepu?

Duża galeria handlowa, gdzie jest chleb, mydło i powidło. Na dodatek mój złodziej nie ma żadnej torby czy siatki. O biżuterii myślałam, ale takie precjozja to są chyba tylko w szklanych gablotkach, podobnie jak zegarki. Telefony są chyba jakoś do półek przyczepione. Chodzi mi o coś małego, co się zmieści do kieszeni, wszystko jedno, jakiego przeznaczenia, bo on i tak nie wie, co kradnie.

Możesz mieć tanią biżuterię w sieciówkach w rodzaju Bijou Brigitte czy jakieś inne, co tam teraz jest na polskim rynku ;) W niektórych galeriach są też sklepy z mniej lub bardziej tanim sprzętem domowym, tam też drobiazgi się trafiają. Jeśli Twój złodziej po prostu jest kleptomanem, a nie poluje na cenne rzeczy, to pokusa ukradzenia – nie wiem, tealighta czy jakiegoś durnego bibelociku może być nie do odparcia ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Biżuterii w sieciówkach odzieżowych nie trzyma się w gablotach, tylko na stojakach. Jeśli życzysz sobie więcej informacji, mam koleżankę – niemal profesjonalnego złodzieja drobizny z H&M-u. Wpadła w swojej wieloletniej karierze tylko raz.

Drakaina dobrze mówi.

A w Galerii, do której wpadam, jest też Pepco, tam to już w ogóle wszystko się znajdzie.

Perfumy. Nie za duże, mogą być sporo warte i łatwo sprzedać, nie trzeba bawić się w paserów czy lombardy. 

Tam zaraz kleptoman, zwyczajnie bóg. :) Ale o sieciówkach z biżuterią nie pomyślałam, masz rację. Dziękuję.

Arnubisie, legend czy wierzeń? Jeżeli wierzen, to Peter Benneford Ellis – jeden z tych autorów, którzy opisując Celtów (nie tylko irlandzkich) wziął poprawkę na to, że na źródła rzymskie trzeba brać poprawkę ze względu na walki pomiędzy Rzymianami a Celtami.

Może masło, jajko, awokado, przecież nie do resprzedaży potrzebne?

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Może co droższe przyprawy? Szafran, te rzeczy...

Babska logika rządzi!

O, jak pisałam poprzednią odpowiedź to widziałam tylko komentarz drakainy i na niego odpowiedziałam, a teraz nagle się jeszcze dwa inne pojawiły. Chyba jakiś duszek tu miesza.

 

Kam, mnie głównie chodzi o to, co można ukraść. I jakoś tak, myśląc o biżuterii zawsze miałam przed oczami sklepy jubilerskie. Oczywiście, obie z drakainą macie rację. Zastanawiam się tylko, czy facet kradłby błyskotki.

 

Arnubisie, perfumy to też jakiś pomysł, choć ten mój złodziej kradnie li i tylko dla czystej przyjemności.

 

A czy noże, scyzoryki, tudzież scyzoryki z mnóstwem dodatkowych opcji, czyli coś dla faceta, też mogą być dostępne na jakiś stojaczkach?

E tam, biżuteria, scyzoryk lepszy, a może kolczyki? W niektórych sklepach wiszą na stojakach, ot tak i kuszą.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

O znowu! Finkla, Wilku, Asylum, przed chwilą was nie widziałam.

 

Finkla, szafran mi się podoba. :)

Wilku, mój złodziej się bawi i nie ma takiego parcia na szkło. ;)

Asylum, jedzenia by nie kradł. Kolczyki też babskie.

Z kolczykami się przeciwię, są też męskie;) :D

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Tak, ale mój złodziej ostatnio był na ziemi ponad dwieście lat temu, a wtedy faceci się nie kolczykowali. A może...?

E, też się kolczykowali, niektórzy:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Irko, wręcz przeciwnie. Sporo mężczyzn akurat 200 lat temu (i wcześniej też) się kolczykowało, z tym że dominującą formą były złote kółka różnych rozmiarów. I nie było to, co więcej, ograniczone społecznie ani charakterystyczne dla piratów – zdarzało się od prostych żołnierzy po władców (widziałam na jednej wystawie np. kolczyk pierwszego króla Bawarii – a został on królem w roku 1806 czyli trochę ponad 200 lat temu ;) Powody natomiast mogły być różne – np. dla żołnierzy był to stosunkowo bezpieczny sposób noszenia przy sobie złota...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Z jakimiś nożami/scyzorykami to też różnie. Takie bardziej surviwalowo-militarne to chyba w gablotkach często stoją (z tego co rzucałem okiem, do samych sklepów nie zachodziłem). Ale w różnych Pepco i innych AGD może na spokojnie nałapać jakichś noży kuchennych :D 

 

Wilku – bardziej interesują mnie jakieś legendy czy podania dotyczące fairy niż religia jako taka. Taka naprawdę chyba bardziej folklor ludowy niż ogólne wierzenia. Ale chętnie zobaczę co tam uda się znaleźć u Ellisa. 

Hm, chyba warto, bo niektóre elementy można fajnie połączyć, żeby potem nie tylko nawiązac opowiadaniem do jakiejś legendy, ale też przedstawić sposób, w jaki niektóre sprawy były postrzegane. Bo np. w jakiejś legendzie może być, że heros przez trzy dni nie jadł i pościł, ale dopiero kontekst kulturowy daje wgląd w to, czym dla Celtów były takie głodówki. Takich elementów jest sporo i potrafią mocno zmieniać punkt widzenia.

 

Arnubisie, a baśnie irlandzkie? Ponoć starannie przetłumaczone są przez I.Chmielewską. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Baśnie nadadzą się jak najbardziej, dzięki :D Wilku, to co piszesz to wszystko najświętsza prawda i chętnie się za to zabiorę, tylko akurat nie do końca mi potrzebne do tego, co teraz planuję. To nawet opowiadanie nie będzie :D No i, jak pisałem, tak naprawdę to potrzebne mi głównie wszelkie wzmianki i podania o leprechaunach i clurichaunach, ewentualnie innych fairy. 

Eee... Sądziłem, ze bardziej w kierunku Dzieci Dany. No to zdecydowanie Ellis na inną okazję :) 

Nie, już prędzej w stylu mojej własnej “Farsy” xD Ale też zupełnie inny format i rozmach całości. Prosta opowiastka, po prostu chcę ja zrobić porządnie, a nie na podstawie ogółów z wikipedii :D 

Czy ktoś się orientuje, czy w więzieniu można mieć książki? (Wydaje mi się, że tak, ale nie znam się zupełnie...)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Też mi się wydaje, że można. Archer nawet w więzieniu pisał. ;-)

Coś mi się obiło o uszy o bibliotekach więziennych.

Babska logika rządzi!

Pisze się podanie do dyrektora i jeśli jest się “grzecznym”, dostaje się do celi fanty – tak to z grubsza działa ze wszystkim, nie tylko z książkami. W podstawowej wyprawce więźnia raczej książek nie ma.

Biblioteki więzienne to jedno, ale chodzi o to, czy można mieć w celi swoje własne (kilka sztuk).

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Aha, czyli można. Super :-)

Dzięki, Jasnostrony!

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Śledzik:)

Szybkie pytanko medyczne. Ile mniej więce goić się będzie łydka dźgnięta włócznią? Rana oczyszczoną i zaszta, regularnie wymieniane opatrunki i ogólnie troskliwą opieka, chociaż bez wspolczesnej medycyny.

Na pytanie nie odpowiem, ale wspomnę, z e brakło w nim istotnych zmiennych: co zostało uszkodzone? Z której strony? 

I masz na myśli łydkę (ta miękka część z tyłu) czy goleń?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tak jak napisałem – łydkę, więc dźgnięty był od tyłu, uszkodzony mięsień, wszystkie ścięgna ok. No i kwestia ile by mu zajęło samo gojenie pełne, a ile do tego żeby po prostu w miarę dobrze chodził, ale bez pełnej regenereacji jeszcze (że wiadomo, może doskwierać przy wysiłku). 

Mięsień brzuchaty łydki? Niech się medycy wypowiedzą, lecz to drobna rana i chodzić może. Jeśli ścięgna – to masz przechlapane, długa rehabilitacja i dochodzenie do sprawności, a zawsze kolano/kostka będzie mniej sprawne. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie no, uderzając z przodu pod pewnym kątem można przejechać bokiem i w efekcie tego trafić właśnie mięsień. A swoją drogą zdaje się wiek tez może być zmienną w tempie gojenia. A czy będzie dobrze chodzić... Kurde, z poważnymi kontuzjami jest tak, że one potrafią w bardzo niespodziewanych momentach się odnowić, nawet po latach i to czasem całkiem niespodziewanie, przy ruchach, które teoretycznie obciążają inne mięśnie – np. takie, które wcześniej, w trakcie rekonwalescencji były przeciążane, kompensując braki wywołane obrażeniami.

A że pewnie pytasz w kontekście Gladiatorów, to jeszcze dodam ze sportowego punktu widzenia. U osób aktywnych jak jest problem z nogą  (kolano, kostka, czwórki, cokolwiek), to czasem zanim dojdzie do zaleczenia, pojawiają się drobniejsze bo drobniejsze, ale kontuzje na drugiej nodze. Z prostej przyczyny: jak się próbuje utrzymać choć częściowo tryb treningowy, nawet przy zachowaniu ostrożności nieraz dla odciążenia jednej nogi przeciąży się drugą.

Tego nie wiem Wilku, albowiem z autopsji narciarskiej piszę, i ścięgna są nie do odzyskania (100%), a reszta tak.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

To było w odpowiedzi na komentarz Arnubisa o kierunku uderzenia :) 

Bohater młody i silny, więc z tym problemu nie ma. Do tego w czasie leczenia raczej nie nadwyrężał żadnej z nóg. Tak więc teoretycznie wszystkie warunki jak najlepsze do leczenia. Kwestia tylko ile mniej więcej powinno zająć :D

A widzisz – idziemy dalej – nie nadwyrężał, ale czy robił ćwiczenia rehabnilitacyjne? :D 

W zasadzie miał taką możliwość. Miał masę wolnego czasu i służącego do wyłączbej dyspozycji, więc jakieś próby mogły być. Ale nic skomplikowanego, nie ten poziom wiedzy medycznej.

Wybacz, Arnubisie, mogłam Ci od razu napisać to wraz z uwagą, a wczoraj przegapiłam ten wątek – jeśli chodzi o gojenie ran, to jest bardzo osobnicza kwestia, na którą składa się mnóstwo elementów – niedobory, choroby, odpowiednie zaopatrzenie rany. Średnio po zabiegach operacyjnych rany goją się zewnętrznie dość szybko (może 2-3tyg) tylko blizna początkowo może być słaba. No i w kwestii mięśni ważna jest rehabilitacja właśnie. Bez niej okres całkowitej rekonwalescencji może trwać miesiącami, a nawet dłużej. Dla przykładu mięśnie brzucha po operacji potrzebują ok.3 miesięcy by wytrzymywac standardowe napięcia przy codziennych czynnościach, ale już 6 miesięcy aby spokojnie wrócić do stanu sprzed zabiegu (dźwigać, etc). Zbyt wczesne forsowanie doprowadzi do przepukliny. W każdym razie przy ranach ciętych, itp nie znajdziesz w książkach ile standardowo się goją:) Ale to taki mój akademicki poziom wiedzy. Może ktoś ma większe doświadczenie :P

No tak, to twoje uwagi mi wątpliwości narobiły. Ale i tak tekst już poleciał w pierwotnej wersji, jeśli chodzi o ten aspekt. A twój post tylko mnie utwierdza w tym, że miałem rację i rana spokojnie mogła wciąż doskwierać bohaterowi :D 

O, doskwierać to wręcz musiała. Łydka pracuje w wielu momentach, a skoro chodzi o Gladiatorów, to przecież mowa nie tylko o sile mięśnia, ale tez o innych jego parametrach. Nawet po zaleczeniu przy mocnym wypadzie szermierczym takie miejsce będzie w gorszej sytuacji niż na przed kontuzją.

BTW, w sportach walki bywa tak, że jeśli rozniesie się informacja, że któryś zawodnik miał kontuzję nogi, to potem na kolejnych walkach można zauważyć, że część przeciwników stara się dużo mocniej atakować tę właśnie nogę.

Przy prawidłowym leczeniu taki uraz goi się min. 3 tygodnie + usprawnianie. 

Jednak w opisanym przypadku, raczej by się bohaterowi pogarszało, niż goiło, bo ran w tym miejscu się nie zaszywa – tym bardziej, jeśli  są głębokie. :)

Po pierwsze: zaszycie rany wytwarza warunki beztlenowe w tkankach, co uwielbiają bakterie, a leczący (i leczeni) już mniej, nawet jeśli są uzbrojeni w antybiotyki (a w czasach Gladiatorów ich oczywiście nie znano); po drugie: rana się sama ładnie oczyszcza wypływającą krwią – również z tejże krwi – dzięki czemu nie powstaje krwiak. Zaszyta rana i powstały krwiak, na dodatek u sportowca – z dużym prawdopodobieństwem doprowadzą do ostrego zespołu ciasnoty przedziałów międzypowięziowych i w efekcie trwałego upośledzenia tej kończyny. 

 

Czy istnieje (a raczej, czy została udokumentowana) wada genetyczna, albo coś podobnego, sprawiająca, że źrenice człowieka pozostają tej samej wielkości niezależnie od poziomu światła?

Mam bohaterkę o dużych źrenicach, wynikających z bycia w połowie człowiekiem, w połowie syreną,  która ten fakt ukrywa przed światem, i potrzebuję “racjonalnego” wyjaśnienia dla mas.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Obustronne rozszerzenie źrenic mogą spowodować

         > narkotyki – ametamina, kokaina czy LSD

> leki, np atropina (kto kiedykolwiek był u okulisty dobierać okulary, ten wie o co chodzi)

> zespół serotoninowy

> złośliwy zespół neuroleptyczny

   Dwa ostatnie wiążą się z zaburzeniami pracy neuroprzekaźników w mózgu i rozszerzenie źrenic nastąpi tam obustronnie, ale z szeregiem mnóstwa innych objawów. O szczegóły odsyłam. :p

Inne przyczyny prowadzą do jednostronnego rozszerzenia źrenic w większości przypadków, ale kogóż jeśli nie fantastę powinna ponieść fantazja, by zastosować te przypadki do obu oczu? ^^

– uszkodzenie nerwów prowadzących impulsy wywołujący odruch zwężenia źrenicy (uraz, zapalenia, infekcje, choroby, np stwardnienie rozsiane, czynniki toksyczne, np zatrucie metanolem)

– guzy mózgu – choć tu raczej trudno by jeden guz wpływał na obie źrenice, zaś dwa guzy w miejscach wpływających akurat na źrenice to cóż, ktoś musiałby mieć dużego pecha.

– znalazłem jeszcze coś takiego jak pupillotonia

 

Mam nadzieję, że coś sobie wybierzesz. ;D

Rozszerzenie źrenic może też powodować chyba wysoki poziom oksytocyny, tylko że stała nadprodukcja oksytocyny to pewnie by dość mocno zaburzała pracę całego organizmu, nie tylko źrenic.

Poza uszkodzeniami nerwów, o których pisał MrB, może być też uszkodzenie mięśni które odpowiadają za rozszerzanie i zwężanie źrenic. Czyli ewentualnie jakaś wada genetyczna upośledzająca działanie mięśnia zwieracza źrenicy mogłaby tak działać. Tylko nie bardzo jestem pewny, czy takie schorzenie gdzieś opisano (musiałoby być bardzo rzadkie i specyficzne, żeby upośledzić ten jeden mięsień, a nie wszystkie mięśnie w ciele). 

Względnie stale wysoki poziom oksytocyny mają kobiety karmiące piersią. Czy takie panie mają stale rozszerzone źrenice? Nie zauważyłem. :p

Ale w sumie do półsyreny to pasuje.

Znalazłem wzmianki o tym powiązaniu, może musi być znacznie wyższy poziom? (ulubiona emotka Baila)

Swoją drogą udało mi się też znaleźć wzmianki które mogłyby jakoś przypasować congenital mydriasis (wrodzone mydrasis?) / familial iridoplegia (rodzinna iridopelgia). Ciężko coś więcej o tych schorzeniach wygrzebać, bo są bardzo rzadkie i są problemy z diagnozą. Ale udało mi się trochę znaleźć o congenital mydrasis i wszystko powinno pasować. Choroba bardzo rzadka, genetyczna, objawy takie jak chcesz, w dodatku występująca niemal wyłącznie u kobiet (opisane 2 przypadki u mężczyzn).  Nawet nie wiem czy samą mutację odpowiadającą za to zidentyfikowano. Jeśli chcesz więcej poczytać: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC5123175/ zerknij zwłaszcza do dyskusji, tam masz trochę o samej chorobie i linki do artykułów gdzie pierwszy raz ją opisano. 

 

Potrzebuję królika doświadczalnego (a właściwie dwóch lub trzech), do sprawdzenia czy przy moim zapisie melodii w tekście, będzie wiadomo, o jaki utwór chodzi.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Piszę się:) ale mogę nie znać i... co wtedy?

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Raczej znasz ;-) Dzięki wielkie. Już wysyłam zapr.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Ja też mogę

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tylko, że to do tekstu na mitologie :-(

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Zgłaszam się :) (chociaż z podobnymi obawami co Asylum...)

Dzięki wielkie :-) Wysyłam zaproszenie :-)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Mamy tu jakiegoś psychiatrę/psychoterapeutę, ewentualnie psychologa lub kogoś, kto się zna? Potrzebuję kogoś do skonsultowania kilku scen z udziałem psychiatry (jakieś 7 tys. znaków) i będę ogromnie wdzięczna za podzielenie się wiedzą :-)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Ok, dawaj, z chęcią się przyjrzę, chociaż nie wiem, czy podołam! Jednak w tych kwestiach DD, mogę być ciutkę bezwzględna i nie na wszystkim się znam:(

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Co to znaczy bezwględna? ;D Wysyłam zapr. Dzięki!

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Eh, to znaczy nie zgadzam się na kompromisy, tj. uparta jestem;)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dogs – napisz do Deirdriu, ona jest i się zna, ale ostatnio rzadko tu zagląda.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki, drakaino, za info :-) Przyda się.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Zdrowy mężczyzna w dobrej kondycji. Zostaje wyeksponowany na działanie siarkowodoru występującego w powietrzu w wysokiej koncentracji (powiedzmy 500 ppm) przez okres kilku minut.

Na skutek zatrucia traci przytomność, ale nie umiera.

 

Pytania:

Po jakim czasie może odzyskać przytomność, zakładając, że toksyczny czynnik się ulotnił całkowicie?

Czy jest w stanie odzyskać przytomność bez pomocy osób trzecich?

Po jakim czasie dojdzie do siebie?

Jakie będzie miał dolegliwości po przebudzeniu?

 

Ktoś, coś? Najlepiej medyk, bardzo proszę.

Zerknij sobie tu

 

Dzięki Bella... choć to już czytałem :)

Dolegliwości są tam opisane :)

Tak, z tych poważniejszych to obrzęk płuc i zaburzenia neurobehawioralne, ale kluczowe pytanie jest czy jest w stanie sam odzyskać przytomność. I czy taki obrzęk płuc jest w stanie mu samoistnie przejść i po jakim czasie.

Pogrzebałem i wyszło mi, że siarkowodór upośledza zdolność utylizacji tlenu w komórkach, dlatego podstawą leczenia jest przerwanie narażenia zatrutego na H2S i tlenoterapia, najlepiej tlenem 100%. Nie ma specyficznej odtrutki – trzeba próbować wyprzeć siarkowodór z organizmu tlenem i kontrolować funkcje życiowe pacjenta. Stąd też wątpię, by Twój bohater dał radę sam to ogarnąć. Jeśli nikt porządnie nie przewietrzy pomieszczenia, to raczej się nie obudzi.

Kiedy dojdzie do siebie? Nie mam pojęcia.

Dolegliwości po przebudzeniu to pewnie łagodniejsze objawy zatrucia, w zależności od skuteczności stosowanego leczenia.

 

Zatrucia siarkowodorem jeszcze w życiu nie widziałem, ale widziałem parę tygodni temu zatrucie tlenkiem węgla i po podaniu tlenu objawy cofnęły się w znacznej części bardzo szybko.

Dziękuję bardzo, MrBrightside.

 

Nie ma możliwości podania tlenu, ale też nie ma potrzeby przewietrzenia pomieszczenia, bo do zatrucia doszło na otwartej przestrzeni. Może za to zerwać się silny wiatr.

Czy coś by zmieniło, gdyby zamiast siarkowodoru doszło do zatrucia metanem?

 

Mechanizm prowadzący do niedotlenienia byłby trochę inny, ale leczenie raczej takie samo.

Moim zdaniem, jeśli ktoś doprowadza się do takiego stanu, że traci przytomność, to nie spodziewałbym się cudów bez pomocy osób trzecich. Utrata przytomności świadczy o poważnym niedotlenieniu mózgu, a niedotleniony mózg bardzo łatwo nieodwracalnie uszkodzić. Scenariusz, że ktoś mdleje od zatrucia którymś z tych gazów, a po jakimś czasie wstaje i idzie dalej, moim zdaniem jest bardzo, bardzo mało prawdopodobny.

Dzięki wielkie. A gdyby utrata przytomności nastąpiła na skutek uderzenia w głowę lub podtopienia, to jest możliwe odzyskanie przytomności?

Uderzenie w głowę jak najbardziej – w mechanizmie wstrząśnienia mózgu. Na podtopieniach się w ogóle nie znam. :p

Super. To już wszystko wiem :)

To już wszystko wiem :)

A Sokrates na to: niemożliwe ;)

 

[wybaczcie offtop, nie mogłam]

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tarnina -> Ale fajna stronka! *.*

Intoksykacja siarkowodorem to rzeczywiście z reguły bardzo ciężkie zatrucie, co wynika po części z typowych okoliczności – źródłem H2S jest najczęściej szambo, a zatruty przebywa w środku lub tam wpada po utracie przytomności, co pociąga za sobą kontynuację narażenia. Można sobie jednak wyobrazić sytuację, gdy ktoś zagląda do podobnego pojemnika, inhaluje siarkowodór, odchodzi na kilka kroków, pada z powodu utraty przytomności, a po kilku-kilkunastu minutach, przebywając w czystej atmosferze odzyskuje przytomność, wciąż wykazując jej ilościowe zaburzenia. Dla siarkowodoru zakres stężeń pomiędzy tymi wywołującymi utratę przytomności a tymi prowadzącymi do nieodwracalnych zmian na poziomie komórkowym (H2S to bloker szlaku oddechowego na poziomie oksydazy cytochromowej) jest wąski, ale przy przerwaniu narażenia powyższa sytuacja jest teoretycznie możliwa.

Metan zasadniczo nie jest trucizną, jego działanie polega na wypieraniu tlenu z mieszaniny oddechowej.

Najbardziej mi się podoba to że wszystkie sugerowane przez Was scenariusze bardzo odbiejają od sytuacji, którą oposuję ;) Dzięki wielkie za wszystkie uwagi.

Wiesz, nie wiemy, co opisujesz. Z tego, co nam dałeś, równie dobrze może chodzić o podróżnika w czasie, któremu dinozaur puścił bąka prosto w nos :D

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Wciąż daleko, ale za to z jakim rozmachem ;)

Siarkowodór, metan, otwarta przestrzeń...

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Czy monochromatyzm (dokładniej monochromację) można wywołać sztucznie czasowo? Np. poprzez założenie jakichś specjalnych soczewek lub zaaplikowanie substancji (krople lub coś zażywane doustnie)?

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

@śniąca nie, ale gdyby prześledzić cały proces widzenia koloru, jest kilka miejsc gdzie można zastosować wymyśloną, ale realistyczną technologię. Począwszy od soczewki z filtrem, poprzez krople działające jak filtr, na wymyślone przeze mnie w tej chwili białko podawane w iniekcji dogałkowej, które wiąże się z odpowiednim czopkiem lub pręcikiem i czasowo wyłącza go dopóki nie zostanie zmetabolizowane:)

Ale nie trać nadziei, ktoś może wie więcej.

 

Edit: zwróć uwagę na drmatyczność iniekcji dogałkowej :D

Bronchospazm, dzięki :) Prawda, ta dramatyczność jest wspaniała i aż mnie w oku zakłuło, gdy tylko przeczytałam ;) Jednak potrzebuję czegoś mniej inwazyjnego. Soczewka lub krople by były właśnie tym, co by mi pasowało. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

[uwaga, gdybam]

Hm, może to nie pełny monochromatyzm, ale skoro w niektórych okularach soczewki mocno utrudniają rozróżnianie niektórych barw, a istnieją soczewki kontaktowe koloryzujące... W dodatku można to połączyć z tym, że sporo ludzi generalnie rozróżniając barwy w testach, ma to rozróżnianie na różnym poziomie. Teraz można jeszcze pokombinować w stronę dopasowania filtra pod kątem takiej lekkiej, na co dzień pomijalnej, wady wzroku.

[/koniec gdybania]

Koleżanka kupiła tacie daltoniście okulary do widzenia kolorów, z którymi pełno jest filmów na yt. Straszna ściema, w ogóle nie działały. :p

Albo działały tylko w ramach daltonizmu, a nie wszystkich kolorów? ;)

Reklamowane były jako okulary dla daltonistów i wg relacji kolezanki padre widział w nich tak jak i bez nich. A rodzina się zjechała, imprezę zorganizowali... ;D

Taaa, jak sobie poczytałam o daltonizmie, to okazało się, że w sumie nie ma czegoś takiego, tylko kilka rodzajów upośledzenia widzenia kolorów. Doczytałam też, że niektóre leki i substancje chemiczne mają działanie uboczne upośledzające postrzeganie, ale nie było tam szczegółów jakie i jak to działa. A ja jestem wredna i chciałam zaaplikować bohaterce coś, co zadziała natychmiast i da się jej podać bez jej wiedzy, podstępnie. No ale też musi to przestać po określonym czasie działać. I dobrze by było, gdyby to było jak najbardziej zbliżone do współczesnej wiedzy / technologii w tym temacie. 

No nic, nie pali mi się z tym, jeszcze poczekam i może dalej będę szperać.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Wracając do wątku z okularami, ale nie “internetowymi z Allegro” ;-) Np. w szkłach dymnych kolory widać inaczej. Niektóre rodzaje szkieł (np. żółte) lepiej sprawdzają się przy zamgleniu itp. To cały czas błądzenie wokół tematu, ale kierunek jest.

Może lepiej do tego podejść z innej strony i zastosować jakiś halucynogen?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Też o tym myślałam, ale ma kilka minusów. Po pierwsze potrzebuję pełny monochromatyzm i widzenie w odcieniach szarości, a znalezione informacje o halucynogenach pasują raczej do przesuwania spektrum w konkretnych kierunkach barw. Po drugie nie chcę żadnych innych zaburzeń ani zwidów. Dlatego wciąż szukam bardziej konkretnych wskazówek. 

I z tego wszystkie coraz bardziej przychylam się do soczewek z filtrami.

Wielkie dzięki za pomysły i dyskusję :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Podstępnie i bez wiedzy bohaterki chcesz jej założyć soczewki na oczy? :D 

Owszem. Zastanawiałam się nad dwiema opcjami – jak jest nieprzytomna (chyba wykonalne) i druga, gdy świadomie zakłada podane soczewki, ale nie zna ich prawdziwego przeznaczenia, jest po prostu wprowadzona celowo w błąd. I w miarę rozwoju pomysłu, coraz bardziej skłaniam się ku drugiej opcji. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jeśli sama zakłada soczewki i nie zna ich prawdziwego przeznaczenia, to chyba szybko zauważy, że to właśnie soczewki spowodowały monochromatyzm? Tak mniej więcej po założeniu pierwszej soczewki?

To jest właśnie coś nad czym muszę jeszcze pomyśleć. Plus wiem, że to co tu piszę brzmi może dziwnie, ale też nie chcę zdradzać wszystkich okoliczności, ale możecie mi wierzyć, że generalnie się to klei. Muszę tylko dopracować szczegóły.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przy nieprzytomnosci trudniej, bo przecież gałka oczna ucieka w tył. Ale może być pod wpływem jakiegoś środka w momencie zakładania. Natomiast jeśli to bliskie SF, to można jeszcze pokombinować z “inteligentnymi soczewkami”, które funkcje włączają później.

 

bo przecież gałka oczna ucieka w tył

O, zapomniałam o tym. Dzięki, Wilku, za naprostowanie. 

Jakby to było SF, to bym nie pytała o stan aktualny, tylko sobie “wynalazła” coś, co by mi pasowało ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ale że jak i gdzie ucieka? :o

A nie ucieka? Nie róbcie mi wody z mózgu... Na filmach pokazują, jak oczko się wykręca i tylko białko widać... To jak jest faktycznie? 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jeżeli mówimy o nieprzytomnych, to np. śmierć mózgu stwierdza się z wykorzystaniem braku bądź obecności kilku odruchów ocznych – a jak by się je miało zbadać, gdyby oko “uciekło w tył”? :p

 

Natomiast na filmach defibrylują też asystolię...

Naocznie zauważyłam kilkakrotnie u osoby, której zdarza się zasypiać  pół zdania, że istotnie tuż przed takim zaśnięciem wykonuje ruch gałkami ocznymi, jakby bardzo mocno i nagle patrzyła do góry i ma się wrażenie, że widać tylko “białko” – tak, na oko sprawia to wrażenie, że gałka się obraca i “ucieka”. Może stąd takie popkulturowe wyobrażenie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Kurczę, macie rację. To w sumie też widziałam, tylko w jakimś amoku zapomniałam i nie skojarzyłam. Zdecydowanie obecne temperatury nie sprzyjają pracy mojego mózgu...

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

To w sumie nawet na sobie można zaobserwowac jeśli komuś zdarzyło się kiedyś mieć  duże braki w ś ie, a z jakiegoś powodu starało się utrzymac przytomność. Może kwestia własnie tego, co powoduje "wyłączenie”.

Dobra, MrB – Ty jesteś  tu ekspertem – to jak w końcu jest z tym uciekaniem, snem, przytomnością, przyczyną nieprzytomności, a “ucieczką” do góry? 

Nie jestem neurologiem ani anestezjologiem, ale nie zawsze oczy uciekają do góry i raczej nie na stałe – głównie na filmach. U znieczulonych do operacji na pewno nie. U leżących nieprzytomnych również nie. U śpiących też nie. Ułożenie gałek w dużej mierze zależy od funkcjonowania mózgu i nerwów czaszkowych.

@śniąca, a co jesliby jej kto podmienił nocą soczewki w pudełku? 

Wilku, miałem w podstawówce lekcje z księdzem, który jak grał na gitarze, to mu tak tylko twardówki było widać, przez to “uciekanie”. :p

Oczy dorosłego podczas snu przez większość czasu pozostają nieruchome i nie wykręcają się nie wiadomo jak, a z pewnością nie ponad fizjologiczny zakres ruchu, jaki jesteś w stanie wykonać będąc przytomnym. Podczas snu istnieje faza szybkich ruchów oczu (REM, od Rapid Eye Movement) – nie wiadomo, czemu tak się dzieje; widziałem hipotezę, że być może oczy nadążają za projekcjami snu wytwarzanymi przez mózg – bo właśnie w fazie REM śnimy. Przez resztę czasu śpimy snem głębszym, NREM. I im młodszy delikwent, tym więcej w jego śnie snu REM.

Jeśli chodzi o osoby nieprzytomne – w śpiączce, w znieczuleniu podczas operacji, itd. – to z tego co widziałem, ich oczy nie są wykręcone w żaden sposób. Z resztą nie widzę żadnego uzasadnienia dla takiego filmowego ruchu w praktyce. Po co organizm miałby to robić? Sama gałka oczna jest kontrolowana przez aż sześć mięśni, które nie pozwalają na zbytnią ekstrawagancję w ruchach. Efekt znany z filmów to złudzenie wynikające z jednoczesnego ruchu gałki ku górze i przymknięcia powieki. Zupełnie jak ten ksiądz z mojej szkoły. ;)

Z resztą nie widzę żadnego uzasadnienia dla takiego filmowego ruchu w praktyce

Jak to, nie widzisz? Wygląda mhrocznie :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

No, chyba tylko tyle. Tak samo jak na monitorze pojawia się pozioma kreska, a salę przeszywa jednostajny pisk, to zaraz ładują łyżki i strzelają wyładowanie. Dramatycznie? Dramatycznie. A jest to także dramatyczny błąd w sztuce, za który można iść siedzieć. XD

Podczas snu istnieje faza szybkich ruchów oczu (REM, od Rapid Eye Movement) – nie wiadomo, czemu tak się dzieje; widziałem hipotezę, że być może oczy nadążają za projekcjami snu wytwarzanymi przez mózg – bo właśnie w fazie REM śnimy.

Wydaje mi się, że tę hipotezę już też obalono – faza REM występuje też u osób niewidomych od dziecka, u których marzenia senne są pozbawiona bodźców wizualnych. 

Dziękuję wszystkim bardzo :) Dyskusja otworzyła mi oczy (hahaha!), dzięki czemu mogłam odrzucać po kolei głupie pomysły i wyklarowała się optymalna opcja. Mam nadzieję, że reszta pójdzie równie sprawnie i kiedyś się teksem pochwalę. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Kochani, jak mężczyzna z całej siły w złości uderzy pięścią w ścianę, to jaką krzywdę sobie może wyrządzić?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Zależy od ściany. Przebić (karton gips), pokaleczyć knykcie (tynk gipsowy np.) albo i połamać kości (beton).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Odpowiada mi wersja środkowa, dzięki!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Zależy też od tego, czy wcześniej coś (i co) ćwiczył. Te słynne “łamanie desek” z kung-fu i karate jest zwykle robione z taką siłą, że osobie niećwiczącej powinno złamać kość. U ćwiczących nie łamie – i to nie tylko z powodu techniki. Chodzi też o to, że częste “obijanie” powoduje gęstnienie kości. Z drugiej strony osoba niewprawna może np. doznać urazu nadgarstka w wyniku tego, że nie będzie linii prostej pomiędzy kostkami-nadgarstkiem-łokciem (a to częsty błąd). Może obtłuc palce, jeśli będą trafiać wcześniej, niż kostki. Może zetrzeć skórę na kostkach (choć to raczej po kilku, kilkunastu uderzeniach, ale jak zauwazył Staruch, zależy od ściany). 

 

Ta, obijanie sprawia, że kości gęstnieją, a od bawienia się ogniem się sika w nocy. :p

Brightside :D

 

Nie potrzebuję ciężkich urazów, potrzebuję tylko, żeby bolało i żeby ślad został na jakiś czas. Pomyślałam, że zapytam, żeby nie przegapić czegoś ważnego ;) Obiekt sztuk walki nie ćwiczył.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

MrBrightside, dobra, nieszczęsny skrót myślowy, bo gęstość jako taka faktycznie bez zmian. Nie znam medycznej nazwy zjawiska, ale jako że Twoja dziedzina, to może podpowiesz nazwę fachową :)  Chodzi o ten proces, który np. przy częstym ćwiczeniu pompek na kostkach i uderzaniu pięściami w twardą powierzchnię, prowadzi do zgrubiania kostek.

A niezależnie od kostek, chodzi też o to, co się dzieje z istotą gąbczastą. 

 

National Geographic kiedyś robiło dokument na temat sztuk walki, poruszający m.in. właśnie ten wątek. “Fight science”, w wersji polskiej “Anatomia sztuk walki”. Skądinąd bardzo wciągający materiał.

O, dobra, mam: https://pl.wikipedia.org/wiki/Prawo_Delpecha-Wolffa

To jak z tym jest, MrB: prawo Delpecha-Wolffa działa czy nie działa? Bo w sumie np. astronauci cierpią na zmniejszanie gęstości kości chyba właśnie z powodu braku oddziaływania obciążeń, więc w drugą stronę tez powinno to działać.

Działa, choć może nadmiar żargonu trochę przysłonił w tym artykule sens. Kości to tkanka, w której bez ustanku zachodzą procesy tworzenia i niszczenia kości, które u zdrowej osoby są w równowadze. Aby tworzenie mogło zachodzić, potrzebne jest obciążenie w postaci pracy mięśniowej (nie jakieś nie wiadomo jakie ćwiczenia, tylko chodzenie, podnoszenie, itd.) i przede wszystkim grawitacja. Z powodu braku jednego albo drugiego u osób unieruchomionych lub u astronautów zaczyna przeważać proces niszczenia kości i dochodzi do osteoporozy.

Szczerze mówiąc, nie przypominam sobie żadnej choroby, która przebiegałaby z dominacją kościotworzenia (oprócz może trochę, trochę tej). Na pewno w interesie organizmu nie jest utwardzać kość, nawet jeśli tylko odczynowo, zamiast dążyć do równowagi. Czy jakieś miejscowe zgrubienia np. paliczków występują u ludzi trenujących sztuki walki? Nie wiem, być może, gdy wytworzą się blizny kostne po jakichś mikrozłamaniach. To już pytanie do fizjoterapeuty albo ortopedy. :p

No, akurat określenie “zwyrodnienie” kilka razy słyszałem w kontekście zgrubień na kostkach.

Natomiast jeśli chodzi o to łamanie desek, to już w grę wchodzi fizyka – bez zgrubień podobno (przynajmniej tak wynikało z tego dokumentu NG) takie łamania, jakie odbywają się na zawodach, kończyłyby się złamaniami. Technika techniką, ale siła uderzenia jest też oddawana.

Raczej zgrubienia przypisywałbym rozrostowi tkanek miękkich. Organizm trzyma kości w ryzach, bo to ważne ogniwo gospodarki wapniowej.

Ale jeśli dokopiesz się gdzieś kiedyś do tego materiału, o którym mówisz, to chętnie rzucę okiem.

Wilku – edycja :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

A czy zawodnicy muay thai nie wzmacniają kości kończn dolnych, poprzed wielokrotne, kontrolowane uderzenia? Obciążenie wzmacnia strukturę kości, po złamaniach też zostaje zgrubienie – na pewno do wykrycia gołym okiem na kości, a w przypadku niektórych też palpacyjnie.

Tym bardziej, że część uderzeń robią bez ochraniaczy. Podobnie w karate (obok uderzeń i ćwiczeń  typu pompki skakane na kościach, w grę wchodzą też bloki).

Jako osoba trenująca muay thai melduję, że od obijania piszczeli rzeczywiście kość się wzmacnia.

O! Teraz chciałbym dopytać – czym to wzmocnienie się objawia? Uderzenie o sile, która kiedyś złamała Ci kość, po treningu robi się niegroźne?

Trenuję bardziej dla przyjemności niż wyczynowo, więc kości na szczęście jeszcze nigdy przy tym nie złamałem ;) Ale generalnie objawia się to tym, że zderzenie z czymś mniej boli lub nawet w ogóle. Dzięki temu blokowanie kopnięcia właśnie piszczelem ma w ogóle sens, bo na początku było to dość bolesne. Dlatego wolę robić uniki :P

Ja mam nader nikłe doświadczenie, ale o ile na początku ćwiczeń z kung fu miałam całe posiniaczone ręce, to relatywnie szybko przestały one reagować na uderzenia o podobnej sile i siniaki przestały się pojawiać. Znaczy to nijak się ma do kości, ale jednak ciało się “uczy” w jakiś sposób, poddawane bodźcom tego samego rodzaju...

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Subiektywne odczucie to nie dowód. Natomiast cały czas wraca wspomniane prawo Delpecha-Wolffa – mikrourazy to też urazy, na tym polega trening. Do tego dochodzi jeszcze to, ze regularne trenowanie zmniejsza ryzyko problemów z kośćmi wraz z postępującym wiekiem, więc po raz kolejny jest jakiś wpływ (ale to akurat może być równie dobrze kwestia mięśni – chociaż jedno drugiemu nie przeczy).

Ale odkładając subiektywne odczucia – w wyniku treningu uderza się mocniej. Walcząc z kimś wytrenowanym otrzymuje się mocniejsze ciosy. Mięśnie stabilizują, ale część  energii i tak dociera do kości. I tu już w grę wchodzi adaptacja.

Ale znów, żeby obiektywnie dać argument na drugą stronę: osoby wytrenowane wiedza tez, jak się poruszać, żeby jednak przyjmować mniejsza siłę uderzenia, niż przy biernym jego przyjęciu (jak się stoi, kiedy wypuszcza powietrze do końca, jak pracować mięśniami itp.). To też czyni różnicę.

 

Edit: Światłowiderze, mniejszy ból, to raczej adaptacja na poziomie tolerancji, układ nerwowy też się “uczy” ;) Ale tak, blokowanie piszczelem nie miałoby sensu, gdy nie dochodziło do wzmocnienia, bo na pewnym poziomie uderzenie wytrenowanego atakującego byłoby zbyt mocne. Z drugiej strony kopiący tez miałby problem przy zbyt mocnym uderzeniu, gdyby jego kości się nie wzmacniały.

Erm, myślałam, że uderzenie w kość boli, bo okostna jest gęsto unerwiona.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Nie no, ból nie ma nic do rzeczy w temacie tego, czy tworzą się nowe struktury wapniowe.

Hm, czy jest na sali doktor Cobold i mógłby dorzucić  coś w temacie?

Miałam w dzieciństwie radziecką hulajnogę i regularnie rozwalałam sobie na niej kostkę (do krwi). Owszem, po jakimś czasie przywykłam, ale...

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

I tu się pojawia kwestia kontrolowanego ćwiczenia. Bo co innego regularnie obtrzaskać z całej siły, a co innego mikrourazy.

Czy w którymś języku występuje odpowiednik francuskiego Jean-Baptiste?

Giovanni Battista po włosku na pewno w użyciu. Po hiszpańsku Juan Baptista też jest spotykane.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Potrzebuję konsultacji z człowieczkiem władającym językiem japońskim – w sprawie kilku kanji (chcę się upewnić, czy wybrałam właściwe do kontekstu).

Pytanie do dawców krwi lub medyków. 

Jak długo trwa napełnienie jednego woreczka krwią? Dokładniej potrzebuję wiedzieć, ile zajmie spuszczenie z bohaterki dwóch litrów, żeby dobrze rozplanować czas innych działań w tle. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

10-15 min w krwiodawstwie. Porcja ma 450ml.

Dzięki, przeliczę sobie. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przy czym nie pobiera się więcej niż ten jeden woreczek, w przyadku kobiet, częściej niż raz na 3 miesiące. Jak z niej spuścisz na raz 2 litry i zostawisz bez uzupełnienia straty, to najpewniej umrze. :p

Jeśli bohaterka jest świadoma, to będzie się bała – pierwszy woreczek może napełniać się szybciej z uwagi na początkowo wysokie ciśnienie. Raptowna utrata 1 litra krwi to zagrożenie życia. Jeśli jest duża i wysportowana, to może mieć w ciele więcej krwi niż przeciętnie, ale i tak zgodzę się z MrB, że przy 2 litrach powinna być martwa. :D

Jako ktoś, kto nigdy nie rozpalał nawet ogniska, chciałbym się upewnić co do jednej rzeczy. Gdybym potrzebował wznieść wielki stos pogrzebowy – albo i kilka – na leśnej polanie i musiał jakoś ten stos zabezpieczyć, żeby nie wywołać przypadkiem pożaru, to czy wystarczyłoby usypać dookoła wał z ziemi? Zacząłem już pisać o kamiennym kręgu, ale przyszło mi na myśl, że wał byłby prostszym rozwiązaniem, no i nie musiałbym się martwić o dostępność kamieni. Jeżeli mam rację, to jak wysoki powinien być ten wał, żeby mieć pewność, że ogień się nie rozprzestrzeni?

Ja wiem tylko teoretycznie, ale może się przyda. Ogień potrzebuje paliwa – musisz wyrwać całą trawę dookoła i trzymać się z dala od suchych gałązek i żywicy (co w lesie iglastym może być trudne). Tu napisali, że musisz oczyścić co najmniej pas szerokości 15 stóp (~5 metrów). Wał chyba nie jest potrzebny  – nie jestem pewna, czy nie ograniczyłby dopływu powietrza (co może być niebezpieczne, przy niepełnym spalaniu powstaje czad).

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Bolly, jak wielki ten stos, jaka pogoda, jak duża polana i co na niej rośnie. IMHO, nie trzeba sypać wałów ani układać kamieni. Jak nie ma suszy, to wystarczy zerwać darń do gołego piachu wokół stosu i powinno wystarczyć.

Taki stos musi być duży, żeby uzyskać odpowiednią temperaturę,  palić się długo i musi się porządnie hajcować, żeby spłonęło na nim ciało. O ile żaden wał nie jest potrzebny, bo wystarczy pilnować żeby po ściółce nie poszło, to z takiego paleniska kiedy płonie, unoszą się iskry, szczególnie kiedy się np. zapada. Zwiane przez wiatr mogą spokojnie podpalić las dookoła.

Podobno liściasty las słabo się pali. Co innego iglasty – olejki w powietrzu tylko czekają na iskry.

Babska logika rządzi!

Polana raczej niewielka, las liściasty lub mieszany. Dzień chłodny, jesienny, lekki wiaterek. Stos lub stosy na tyle duże, by można było spalić na nich truchła dwunastu olbrzymów, z których każdy liczy sobie co najmniej trzy metry wysokości, a niektórzy mają w dodatku sporo tłuszczyku. A spalić ich bezwzględnie trzeba – w celach, powiedzmy, sanitarno-epidemiologicznych.

W praktyce chodzi mi o opisanie tego, co mogłoby pozostać po takiej operacji na polanie po jakichś ośmiu-dziesięciu latach. Mam scenę, w której bohater spaceruje po opasanej kamiennym murkiem/wałem ziemnym połaci spalonej, wyjałowionej ziemi (wyjałowionej na skutek działania trucizny zawartej we krwi olbrzymów, a nie samego całopalenia, bo to powinno przecież raczej użyźnić glebę) i przygląda się rozrzuconym tu i ówdzie fragmentom kości.

 

Przy okazji tego fragmentu mam jeszcze jedną drobną zagwozdkę. Po jakim czasie zaczyna gnić strzecha, a po jakim czasie będzie już całkowicie przegniła? Po ośmiu-dziesięciu latach bez jakiejkolwiek konserwacji powinno w ogóle coś pozostać z takiego poszycia? Znalazłem tylko wzmiankę, że słoma gnije “szybko”, szybciej niż trzcina, ale nie wiem, jak interpretować to “szybko”. Jest mi obojętne, czy strzecha będzie wykonana ze słomy czy trzciny.

aki stos musi być duży, żeby uzyskać odpowiednią temperaturę,  palić się długo i musi się porządnie hajcować, żeby spłonęło na nim ciało.

Nie musi, zależy, jakiego sobie życzymy stopnia przepalenia stosu. Tkanki miękkie spalają się w temperaturze ok. 600-800*C, stos palnego materiału wystarczy (gdzieś poniżej wysokości człowieka – badał to prof. Piontek, nie pamiętam szczegółów, mogę poszukać). Skład ciała może podnieść temperaturę, bo np. grubas z dużym zapasem tłuszczu będzie się hajcował bardziej. Zostaną kawałki kości – osmalone lub kalcynowane – ale to nie jest błąd, w pochówkach ciałopalnych tak to właśnie wyglądało, że wygrzebujemy kawałki kości, czasem nawet dość spore.

O to właśnie mi chodziło. Stos o wysokości 1,5-2 metrów na leśnej polanie z płomieniami wyższymi o jakieś 1-2 metry to nie ognisko, które można tak sobie opanować.

O strzesze trzcinowej:

Trwałość strzechy szacuje się na od 50 do 100 lat, można powiedzieć, że zwykle jest to około 70 lat. Tak wieloletni żywot jest możliwy dzięki specjalnemu składnikowi woskowemu, który mieści się w dolnej części łodygi trzciny.

Tekst o dachach budowanych współcześnie, ale jako zgrubne wytyczne myślę się nada.

O strzesze słomianej

Przy dobrej jakości słomy oraz starannym wykonaniu odpowiednią metodą, dach słomiany miał przetrwać nawet 40 lat.

Jeden i drugi okres trwałości przewiduje okresową konserwację.

Przy czym nie pobiera się więcej niż ten jeden woreczek, w przyadku kobiet, częściej niż raz na 3 miesiące. Jak z niej spuścisz na raz 2 litry i zostawisz bez uzupełnienia straty, to najpewniej umrze. :p

Ma być około 2 litrów, to muszę sobie jeszcze doprecyzować, ale właśnie o to chodzi, że dziewczyna ma się znaleźć na granicy. To nie będzie dobrowolne oddanie krwi... 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

W praktyce chodzi mi o opisanie tego, co mogłoby pozostać po takiej operacji na polanie po jakichś ośmiu-dziesięciu latach. Mam scenę, w której bohater spaceruje po opasanej kamiennym murkiem/wałem ziemnym połaci spalonej, wyjałowionej ziemi (wyjałowionej na skutek działania trucizny zawartej we krwi olbrzymów, a nie samego całopalenia, bo to powinno przecież raczej użyźnić glebę) i przygląda się rozrzuconym tu i ówdzie fragmentom kości.

10 lat to dużo. Jeżeli było to jednorazowe ciałopalenie, to polana mogłaby już zarosnąć drzewami. Brzozy czy olchy po kilku latach miałyby po kilka metrów.

Stosy, które opisujesz musiałyby być raczej wielkie i jak słusznie zauważył Pablo, na ogół byłoby gorąco, iskry itp. Dodatkowo jesień więc mnóstwo liści. Jak deszczowy dzień i wilgoć, to pół biedy, jeżeli ale złota polska jesień, to las mógłby się zająć.

Współcześnie podczas wyrębów drwale często rozpalają ogniska w środku lasu i nawet niespecjalnie ich pilnują. Zwykle nic się nie dzieje, z zastrzeżeniem, że nie jest sucho i nie ma zagrożenia pożarowego.

Sugeruję nieco większą polanę, na której wcześniej wypasano kozy albo inne owce, wtedy las byłby na tyle daleko, że śmiało można by palić olbrzymów. Później polana mogłaby zarosnąć. Nie potrzeba by wówczas żadnych wałów. A budowanie wałów tylko po to, by spalić kilka trucheł, wydaje się troszkę na wyrost.

Dzięki za przypomnienie o tym, że polany zarastają, bo jakoś nie uwzględniłem tego w swoich rachubach. Ale i ładnych parę drzew trzeba by wyciąć, żeby zbudować stosy.

Czy pnie okolicznych drzew po tylu latach mogłyby wciąż być poczerniałe od dymu i sadzy?

 

Jeden i drugi okres trwałości przewiduje okresową konserwację.

No właśnie, a jak by to wyglądało bez konserwacji – gdy chałupa od jakichś dziesięciu lat stoi opuszczona? Chyba można założyć, że strzecha będzie w wielu miejscach gniła?

czy pnie okolicznych drzew po tylu latach mogłyby wciąż być poczerniałe od dymu i sadzy?

Jeżeli zostały mocno nadpalone, to tak. Jeżeli tylko osmolone, to mogłyby później uschnąć i spróchnieć lub pokryć się mchem/porostami.

Chyba można założyć, że strzecha będzie w wielu miejscach gniła?

Zależnie od warunków atmosferycznych, ale w typowym klimacie umiarkowanym (okresowe deszcze i śniegi, wiatry, które mogą naruszyć strukturę itd) w przypadku słomy jest to wysoce prawdopodobne, szczególnie jeżeli dach porośnie wpierw mchem. Trzcina podobno sama z się potrafi stać długo, konserwuje się ją aby raz na 5 lat, więc po 10 raczej nie powinno być poważniejszych uszczerbków. 

Tak czy inaczej zmiennych jest na tyle dużo, że masz sporo swobody, ale całkowitej ruiny raczej oczekiwać nie należy.

Tak czy inaczej zmiennych jest na tyle dużo, że masz sporo swobody, ale całkowitej ruiny raczej oczekiwać nie należy.

To dobrze.

 

A jeszcze co tych stosów, to czy po tylu latach powinno coś po nich pozostać? Jakieś na wpół spalone belki, kawałki drewna?

Na pewno pozostanie to co zostalo zwęglone. Niedopalone kawałki drewna mogą zostać, choć raczej już dobrze spróchnieją i obrosną chaszczami.

Podziękował.

Drodzy przyrodnicy – czy jest szansa, żeby coś radioaktywnego świeciło, występując w naturze? (I czy w ogóle świecenie radioaktywności nie jest mitem?) Może bardzo lekko świecić, nie musi być jak reflektor, ale tak żeby to było zauważalne? Jeśli nie, to przeżyję, miał to być tylko ozdobnik.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

czy w ogóle świecenie radioaktywności nie jest mitem?

Trochę tak. Ale radioaktywność może pobudzać coś innego do świecenia (let me hit my books...)

 

ETA:  Zajrzawszy do "Chemii nieorganicznej" Trzebiatowskiego.

 

Zasadniczo pierwiastki promieniotwórcze emitują jądra helu (cząstki alfa), elektrony/pozytony (beta) i fotony o małej długości fali, niewidoczne dla oka (gamma). Nie światło. Ale wszystkie te cząstki mogą wywołać reakcję chemiczną, i to ta reakcja może świecić. Tak nawiasem, promieniowanie rentgenowskie odkryto, kiedy bryłka radioaktywnej substancji znalazła się w jednej szufladzie z kliszami fotograficznymi i zaświetliła je – reakcje fotochemiczne zachodzą, kiedy fotony mają energię powyżej pewnego progu.

 

Siarczki metali alkalicznych (wapń, stront, bar) i siarczek cynku, domieszkowane siarczkami metali ciężkich (bizmut, miedź, antymon, tal, mangan) fosforyzują – pochłaniają promieniowanie wysokoenergetyczne, czyli krótkofalowe (tj. cząstki gamma), a potem przez jakiś czas wypromieniowują takie mniej energetyczne, o krótszych falach, np. światło. Właśnie siarczku cynku z domieszką czegoś radioaktywnego używano w farbach świecących – to radioaktywne dostarczało energii, a siarczek świecił. Jeśli poruszasz się w technice dziewiętnastowiecznej, to powinna być dostępna substancja.

 

ETA: Then again... (ale to też świecą pobudzone cząstki, nie sam materiał radioaktywny).

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

W tej farbie jest właśnie siarczek cynku z domieszkami i rad, który go pobudza do świecenia. Natomiast jeśli chodzi o występowanie w naturze – rad jest rzadki. W ogóle pierwiastki radioaktywne są rzadkie. Minerały promieniotwórcze występują w dużym rozproszeniu – Skłodowska musiała przerobić parę ton blendy uranowej.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

W takim razie w naturze chyba najlepiej świecą świetliki. Ale dla fantasty to żaden problem, żeby wylać tu i ówdzie trochę radowej farby:)

Mordercze świetliki z innej planety? XD

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Wystarczą swojskie, podkarpacko-małopolskie. Czerwcami dają po gałach lumenami.

Ewentualnie promieniowanie Czernakowa może być źródłem światła wywołanego radioaktywnością.  W uproszczeni polega to na tym, że kiedy wysokoenergetyczne promieniowanie przechodzi przez ośrodek o dużej gęstości optycznej, ów ośrodek wydaje się świecić niebieskawym światłem. Ale to wymagałoby np. zbiornika wody, w którym zanurzone jest coś intensywnie radioaktywnego. 

W takiej postaci, w jakiej występują w naturze, izotopy świecić raczej nie będą, bo zwyczajnie są zbyt bardzo rozproszone. W miejscach, gdzie występują w dostatecznej koncentracji, by faktycznie świecić, promieniowanie tła prawdopodobnie zacznie robić się niezdrowe.

Dzięki za sugestie, ale jak pisałam – potrzebuję czegoś w naturze, nieprzetworzonego przez człowieka, a więc cyferblaty i farby odpadają (już się o nich dziś naczytałam...). Interesuje mnie wyłącznie coś takiego, że powiedzmy mamy jakąś rudę czy co tam, i tam świeci. Po prawdzie w grę wchodzi wyłącznie uran – czy on w jakichkolwiek okolicznościach ma prawo świecić, choćby bardzo słabo. Ale jak nie ma prawa świecić, przeżyję, to dla efektu ;) Po prostu bohaterowie mieliby od razu zagwozdkę.

 

W miejscach, gdzie występują w dostatecznej koncentracji, by faktycznie świecić, promieniowanie tła prawdopodobnie zacznie robić się niezdrowe.

O, o, o – czegoś takiego właśnie konkretnie mi potrzeba! Więcej szczegółów? W kontekście rud uranu na przykład?

 

<kot ze Shreka>

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Niestety, o ile wiem, uran nie świeci w żadnej formie występującej w naturze, dopiero po wzbogaceniu może zacząć emitować promieniowanie Czernakowa (jak to się dzieje w reaktorach). 

:( Trudno, obejdzie się bez efektów specjalnych. Ważniejsze jest dla mnie niezdrowe promieniowanie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie wiem, czy i tu nie będę musiał cię rozczarować. W miejscu gdzie stwierdzono jeden z najwyższych poziomów naturalnego promieniowania tła nie wykryto zwiększonej zachorowalności na nowotwory, nie mówiąc już o przypadkach choroby popromiennej.  Więc nie wiem, czy sam ruda uranu będzie dość radioaktywna, by zaszkodzić, o ile ktoś nie siedzi w kopalni przez dłuższy czas.

drakaino, a może fosfor biały? Jednak musiałabyś sprecyzować warunki, w jakich się znajduje. Pod wodą fosfor jest niegroźny, ale przy dostępie dużej ilości tlenu spala się gwałtownie wydzielając trujący gaz. 

Akurat teraz jestem na pseudowakacjach ;) W środę wracam do domu, więc jeszcze mogę dorwać kilka podręczników, których się nie pozbyłam. 

Tzn. akurat fosfor biały nie jest radioaktywny, ale dla efektu, jeśli Ci to nie przeszkadza, mógłby się nadać. Niektórzy porównują jego świecenie właśnie do świetlików. :)

Tylko że fosfor naturalnie występuje niemal wyłącznie w postaci soli, nie czystego pierwiastka.Bo gdyby występował w formie czystej, to dawno by się już spalił.

Wydaje mi się, że nie potrzeba świecenia, żeby zwrócić uwagę bohaterów... Minerały zawierające uran potrafią przyjmować bardzo ciekawe kolory.

 

Spora część z nich jest żółta, np. furkalit (występuje w Saksonii):

 http://webmineral.com/data/Phurcalite.shtml#.XSMViOszZhE (na dole strony jest także tabelka z równoważnikiem dawki promieniowania jonizującego pochłoniętego przez organizm w przypadku trzymania próbki minerału od danej wielkości w ręce przez godzinę, więc można orientacyjnie wyznaczyć sobie, jak szkodliwy byłoby przebywanie w obecności tegoż minerału)

 

Jest też zielonożółty uranocyrcyt (również Saksonia):

http://www.webmineral.com/data/Uranocircite.shtml#.XSMZ5eszZhE

 

W 1852 roku we Francji został odkryty żółciutki autunit:

http://webmineral.com/data/Autunite.shtml#.XSMaxuszZhE

 

No i zielony torbernit, który znajdziemy między innymi w Czechach czy u nas, na Dolnym Śląsku:

http://webmineral.com/data/Torbernite.shtml#.XSMbYOszZhF

 

Co więcej, wszystkie te minerały są bardzo miękkie (mniej niż 3 w skali Mohsa), więc wszystkie z nich bardzo łatwo dadzą się zarysować nożem lub podobnym ostrym narzędziem, a te, które mają twardość w granicach 2 – nawet paznokciem. To może być kolejna cecha charakterystyczna.

 

Tutaj można znaleźć dość intuicyjną tabelkę obrazującą równoważniki dawki promieniowania jonizującego pochłoniętego przez organizm, żeby skorelować ją z poprzednimi danymi, trzeba tylko przeliczyć remy na siwerty (1 Rem = 0,01 Sv):

 

https://www.naturesrainbows.com/single-post/2016/12/17/How-Hot-Are-Your-Rocks-Radioactivity-in-Uranyl-Activated-Fluorescent-Minerals

 

Przykładowo trzymanie kilogramowego furkalitu w ręce przez dziesięć minut to trochę większa pochłonięta dawka niż w przypadku tomografii głowy. Jak wspominał już None, w kopalni uranu trudno byłoby dostać choroby popromiennej (w starych kopalniach np. w Kowarach organizowane są wycieczki, gdzie zwiedzający nie mają żadnej ochrony przed promieniowaniem, bo po prostu jest zbyt niskie, żeby się tym przejmować).

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

    Tylko że fosfor naturalnie występuje niemal wyłącznie w postaci soli, nie czystego pierwiastka.Bo gdyby występował w formie czystej, to dawno by się już spalił.

Słuchać tego pana, on myśli logicznie (i nawet materialnie poprawnie). No, i fosfor radioaktywny nie jest, zaś jego otrzymywanie dosyć, ekhm, olet. Co nie powstrzymywało alchemików, ale do rzeczy.

Jeżeli potrzebujesz dużej radioaktywności, zerknij tu: https://en.wikipedia.org/wiki/Natural_nuclear_fission_reactor

A minerały są fajne, tylko przeciętny śmiertelnik nie zwraca na nie uwagi (ale jeśli piszesz o nieprzeciętnych śmiertelnikach...). Poza tym – one nie leżą sobie tak pod nogami, jak w filmach, tylko tkwią w skałach. I, zwłaszcza te rzadkie, nie tak znowu często. W czasie szkolnej wycieczki w góry powiedzieli nam, żebyśmy szukali ametystów – jedna dziewczyna miała fart i znalazła, ale to naprawdę był fuks. Im kryształ ma być większy i ładniejszy, tym trudniej taki znaleźć.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

None – właśnie ma siedzieć dłużej. To już mi tato fizyk wyjaśnił jakiś czas temu, ale ostatnio z powodów losowych rzadziej bywam u rodziców, więc nie mam jak porządnie dopytać :D

 

Saro – dziękuję, może się przydać do innego tekstu, nawet bardzo :) Ale teraz niestety potrzebuję radioaktywności.

 

Wicked – Wielkie Dzięki! Potrzebuję konkretnie czeskiego uranu, już nawet namierzyłam konkretne pasujące mi miejsce :) I zakładam uwięzienie w kopalni na jakiś czas przy wydobywaniu rudy uranu, więc w takim przypadku – stężenia w powietrzu – chyba choroba popromienna jest możliwa?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Niemożliwa. Ale można wyleczyć gruźlicę.

W kopalni prędzej pylica płuc :P Ale w rozpadzie uranu powstaje radon, który może się do płuc dostać. Nie wiem, czy w dostatecznej ilości.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

O ile nie zamkniesz ich tam na kilka lat, to raczej wątpliwe. Krótkotrwałe wystawienie na niezbyt wysokie dawki radonu (gazu, produktu rozpadu uranu, najbardziej szkodliwego w takich kopalniach) jest ponoć korzystne dla zdrowia. W kopalni w Kowarach przez kilkanaście lat funkcjonowało inhalatorium, które miało pomagać m.in. przy astmie. Turnusy trwały po 2 tygodnie. Nie mam pojęcia na ile prawdziwe jest pozytywne działanie radonu, ale przy tak krótkim wystawieniu na radon raczej nie było negatywnych skutków (takie inhalatoria nie tylko w Polsce były). Inna sprawa przy długotrwałym narażeniu – faktycznie były jakieś zamieszania jeśli chodzi o personel inhalatorium, sanepid ich za to ścigał i w ogóle. Tak samo wśród wcześniej pracujących tam górników ponoć miały pojawiać się problemy (wśród relacji nawet wypadające zęby i włosy czy schodząca z rąk skóra) i wysoka zachorowalność na raka płuc. Ale tam odchodziły takie rzeczy jak przerzucanie rudy gołymi rękami czy picie kopalnianej wody. Georgius Agricola ponoć już w XVI wieku pisał o trującym powietrzu powstającym podczas wydobywania kruszców. 

O, to mi bardzo pasuje, bo sytuacja ma być właśnie taka, że górnicy pracujący w takiej kopalni od kilku lat zostają tam zasypani i wtedy nawdychają się powietrza ze sporym stężeniem radonu, jak się okazuje, skoro dopływ czystego z zewnątrz zostanie odcięty. I oni właśnie przerzucali rudę gołymi rękami przez te kilka lat (chyba nie posądzacie mnie o pisanie opowiadania dziejącego się w sterylnym i świadomym zagrożeń XXI wieku?), czyli wyjściowo mają już sporo paskudztwa w organizmie. Tego Agricoli muszę poszukać, bo bardzo się może przydać :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Z tego co wiem, to ten Agricoli chyba nawet w Czechach siedział, więc wszystko powinno ci się ładnie zazębić :D 

Tak, to Niemiec był, ale jednak kilkaset lat przed moim opowiadaniem ;) Choć może wykorzystam ten jego traktat, jeśli go znajdę, jako coś, co zna ktoś z bohaterów :) Dzięki!

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

zostają tam zasypani i wtedy nawdychają się powietrza

Jeśli mają wdychać powietrze z radonem, to dostęp do świeżego powietrza musi być odcięty. A skoro jest odcięty, to znając gabaryty ówczesnych wyrobisk, długo sobie nie pooddychają (im ich więcej, tym krócej).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Kilku ginie od razu pod zawaliskiem :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

W Kowarach leczono gruźlicę. Cudowne sztolnie, polecam każdemu.

Chcę się wybrać.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mam wrażenie, że ci zasypani górnicy będą mieli ważniejsze problemy niż promieniowanie. Brak żywności, wody, powietrza, luźne skały... Wszystko to zabije ich szybciej niż uran. Żeby nie wspomnieć o urazach fizycznych i psychicznych (ciemność, ciasnota, poczucie beznadziei...), marnych warunkach sanitarnych, rozmaitych chorobach wreszcie. 

Zgoda, ale oni są niestety tylko literackim mięsem armatnim i początkiem intrygi, a chodzi o to, że ci, którzy ich znajdą, mają zobaczyć coś nietypowego, a nie po prostu zasypanych górników. Czyli potrzebuję czegoś, czego człowiek prawie dwieście lat temu się przestraszy. (Jeszcze trochę i zespojluję całe opowiadanie).

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zakładając nawet, że umrą od choroby popromiennej, czy to będzie wyglądało aż tak nietypowo? O poparzeniach mimo wszystko nie może być mowy. A objawy nie są aż tak znowu cudaczne, może być trudno rozróżnić je od chorób zakaźnych i awitaminoz.

To może niech się nie rozkładają. Załóżmy, że promieniowanie było tak silne, że bakterie zdechły i górnicy strupieszeli. Albo strupieszeli i pokryli się turkusowym lub seledynowym grzybkiem, który tylko w środowisku promieniowania może wyrosnąć.

Albo po prostu wytworzył się mikroklimat, który przetworzył jakoś kadawery, bez wpływu promieniowania.

Dzięki za podpowiedzi :) Opowiadanie w sumie trochę ewoluuje, więc spora szansa, że te alternatywne pomysły się przydadzą. Z początku planowałam je na technofobie retro (bez nadziei na sukces w konkursie, raczej dla zabawy), ale może sobie zwekslować w dość dowolną stronę. Byle było w nim trochę o promieniotwórczości, bo ona omal nie została odkryta kilkadziesiąt lat przed odkryciem :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Takie tam drobne pytanko na temat wystaw malarskich w galeriach. Moja aktualna wiedza opiera się na filmach i jednym wyjściu na wystawę nowych obrazów (chyba uznanej) malarki. A moje zapytanie odnosi się do debiutanckich wystaw. Czy częściej prace młodych artystów są wystawiane zbiorczo i w jaki sposób może mieć indywidualną prezentację? I czy coś takiego może zostać kupione, bez względu na możliwości malarza. Każda informacja jest cenna, bo chcę trochę pobawić się takim wątkiem. Edit: straszę powtórzeniami. Tak się kończy moje pisanie z telefonu.

Częściej są wystawy zbiorcze – swego czasu istniał dobry zwyczaj wystaw dyplomowych absolwentów kolejnych roczników, nie wiem, jak to działa teraz, w dobie komercjalizacji wszystkiego... Indywidualne prezentacje najczęściej w zaprzyjaźnionej galeryjce, czasem w kawiarniach artystycznych i tym podobnych instytucjach (znajoma artystka miała w kwiaciarni z ambicjami), zazwyczaj po prywatnej znajomości. Sporo młodych idzie teraz w różnego rodzaju instalacje i inne tam performansy, żeby stosunkowo tanim kosztem zwrócić na siebie uwagę. Jeśli ktoś np. miał już na studiach jakieś nagrody, zwłaszcza zagraniczne, to szanse na wystawę wzrastają. Niemniej i tak chyba częściej są to wystawy zbiorowe kilku “obiecujących artystów”.

 

I czy coś takiego może zostać kupione, bez względu na możliwości malarza.

Nie bardzo rozumiem te “możliwości malarza”? Na wystawach organizowanych przez ASP można było zazwyczaj nawiązać kontakt z artystą, ale, co dziwne, nie zawsze chcieli sprzedawać. Czasem możliwość zakupu jest poniekąd wpisana w wystawę (wtedy zazwyczaj masz z góry podane ceny) – z tym że dzieło zostaje na ekspozycji do końca wystawy.

 

A tak poza tym, fajnie, że znów coś piszesz i w ogóle się pojawiłaś :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Z tym zakupem to mi chodziło o wykupienie np. galerii na wystawienie swoich obrazów. Nie pomyślałam o kawiarniach – sympatyczne i może inspirujące.

Nie wiem, czy istnieją w pełni komercyjne galerie, gdzie można pójść i po prostu kupić sobie przestrzeń wystawienniczą – pewnie tak, ale to chyba byłoby postrzegane podobnie jak vanity wśród piszących. Bo przyjęcie prac przez galerię jest swego rodzaju nobilitacją. A takie “zapłaciłem sobie za wystawienie prac” to jak zapłata za “wydanie książki”.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zgodzę się z drakainą – częściej zbiorcze. Warszawska ASP prowadzi nawet cykl imprez, na której studenci i absolwenci (tylko tej uczelni) mogą bezpośrednio sprzedawać swoje prace. Nie jestem pewna, czy można wykupić galerię, by sprzedawać swoje obrazy. Raczej wątpię, nie słyszałam o takim przypadku.

Z tego co wiem, indywidualne wystawy debiutantów są możliwe, jeśli taki artysta może poszczycić się już jakimiś wygranymi w konkursach itp. i poleci go ktoś znany i szanowany w towarzystwie. 

Ostatnio jednak zauważyłam, że jest grupa artystów promujących się w mediach społecznościowych i tam też zdobywają popularność, a skoro są już znani, galerie chętniej otwierają im drzwi. W Internecie praktycznie każdy może sprzedać “dzieło sztuki” bez względu na swoje możliwości malarza, a dzięki popularności właśnie :/

Pytanie może trochę dziwne, ale czy w dziewiętnastowiecznej Anglii istniał jakiś odgórny porządek kolejności opuszczania kościoła przez wiernych po zakończeniu zwykłej mszy, czy raczej wszystko odbywało się naturalnie, tylko arystokracje należało przepuścić, kiedy szła akurat ku wyjściu?

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Wiesz, nie do każdego kościoła co niedzielę chodziła jakakolwiek arystokracja, więc to zależy od miejsca i konkretnych ludzi ;) Wysoka arystokracja raczej miała kaplicę w pałacu i kapelana, a nie chodziła do wiejskiego kościółka, choć już “landed gentry” tak. Podejrzewam, że jeśli dziedzic przyjechał do kościoła, to go jakoś tam traktowano, ale to nie był zazwyczaj książę, markiz czy choćby hrabia.

W kwestiach szczegółów poszperałabym po książkach sióstr Bronte dla realiów wiejskich i Dickensa dla miejskich.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki. Chyba będę musiała odświeżyć sobie również "Małego Lorda", bo tam również był rozdział o wizycie w kościele.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Możesz jeszcze, jak sądzę, mieć okazje szczególne, kiedy jakiś wysoki arystokrata (albo raczej jakaś dama) w ramach dobroczynności odwiedza swoje włości i bierze udział w nabożeństwie gdzieś na wsi – wtedy to pewnie było wielkie święto i taką osobę celebrowano.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

W moim opku chodzi raczej o rodzinę zwykłego hrabiego-pana na wiejskich włościach, który nie ma prywatnej kaplicy, wobec tego co niedziela jadą na mszę do największego w okolicy kościoła.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Taka drobnostka.

 

Realia pseudośredniowieczne. Dwie wioski, żyjące sobie w sielankowej anarchii, dzieli jakaś godzina drogi przez las. Czy jest możliwe, żeby mieszkańcy obydwu wiosek nie znali się za dobrze? W sensie, raz na ruski rok ktoś z jednej zjawia się w drugiej, żeby coś tam sprzedać, kupić lub wymienić, ale nie ma aż takiej zażyłości, żeby jedni wiedzieli o drugich ze szczegółami, kto jest kim, kto z kim kręci, komu się urodziło dziecko, kto się zesrał, a komu się Matka Boska objawiła.

Nie znam się, ale nie wydaje mi się – targi, jarmarki, wspólne pasanie świń w połowie drogi, mieszane małżeństwa, w ostateczności dziady proszalne przekazujące informacje. Czy każda wioska ma własny kościół, własnego kowala, własnego młynarza, własną zielarkę, własne wszystko?

Chyba że między wioskami jest poważna bariera.

Babska logika rządzi!

Ajzan, w Anglii hrabia (earl) to dość wysoka pozycja, a nie pan na wiejskich włościach. Myślę, że chodzi Ci w sumie o gentry.

Tu jest to nieźle wyjaśnione: https://en.wikipedia.org/wiki/British_nobility

 

 

Bolly – wszystko zależy od tego, co sobie wymyślisz jako realia fantasylandu. W realnych realiach wioski oddzielone od siebie o godzinę drogi (jak? pieszo? konno? w jakim terenie?) raczej będą się dość dobrze znały, chyba że jest jakiś powód, żeby nie. Z drugiej strony jeszcze w nowożytności zdarzały się wioski bardzo izolowane, np. na terenach górskich, gdzie w ogóle zaludnienie było małe. Skądinąd wielkość tych wiosek i ich samowystarczalność też będzie nie bez znaczenia

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Podobno wynalazek roweru znacząco zwiększył różnorodność genetyczną H. sapiens (bo można było pojechać dwie wioski dalej na podryw)...

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Ale to późny wynalazek :D Wcześniej jednakowoż jeżdżono na osłach i mułach

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ale rower nie zrzuci Cię sam do rowu (pamiętajcie, drogie dzieci, nie wsiadamy na rower po flaszce :D ). I ładniej pachnie.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Kupiec wysyła karawanę  wozów z towarami do innego miasta. Jak nazwać człowieka, który ten transport nadzoruje? Agent kupiecki? Pełnomocnik?

 

Karawanę eskortuje grupa najemników. Kto w takim razie powinien, na chłopski rozum, dowodzić całą tą ekspedycją i podejmować najważniejsze decyzje, np. w sprawie zmiany trasy czy w kwestiach dotyczących bezpieczeństwa? Ów agent, czy przywódca najemników?

Bolly, może po prostu nadzorca? Jeśli chodzi o drugie pytanie, to wydaje mi się, że pierwsza opcja jest lepsza.

Po mojemu agent jest w porządku, ale on ma co robić jako logistyk i niekoniecznie musi się znać na dowodzeniu najemnikami, którzy zresztą mogą być wynajęci od razu jako oddział z dowódcą.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

IMO, decydujący głos przy wyborze trasy powinien należeć do tego agenta – on zna również potencjalne zyski, jeśli towar zostanie dowieziony szybciej, może je porównać z ryzykiem na krótszej drodze.

Babska logika rządzi!

Jak dla mnie słowo agent nie pasuje, jeśli tekst jest o realiach średniowiecznych.

“Agent” jest wzięte z łacińskiego “agere”, ale starszą polską formą byłoby “ajent”, jeśli się nie mylę.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

No to już ajent by bardziej pasował.

Nadzorca, zarządca, agent, ajent, wszystko to powinno pasować. Może ewentualnie pełnomocnik? No i nie ma wątpliwości, że to nie najemnicy powinni dowodzić karawaną, oni są od wypełniania rozkazów. Jak najbardziej dowódca najemników może sugerować zmianę trasy, może kłócić się z zarządcą, ale to nie on podejmuje decyzję. 

Decydujący głos to powinien zalezeć od umowy/okoliczności. Co innego wynajem najemników na “zwykłych” szlakach, a co innego, gdy najemnicy pełnią przy okazji rolę przewodników

Bolly, dla szukanej przez ciebie profesji, w różnych czasach i na różnych kontynentach, bywały nazwy: agent, ajent, czasem barysznik lub mekler (machler lub po prostu: makler) lecz mi najbardziej pasuje: faktor. Dwa przydatne linki:

https://rejestr.pfrn.pl/porada,227,malo-znana-historia-posrednictwa

http://www.taraka.pl/philippe_dollinger_dzieje_hanzy

 

Warto też poszukać informacji o Gasparze da Gama i Amerigo Vespuccim (który był agentem bankowym Medyceuszy).  Odnośnie zarządzania: wg mnie np. w wyprawach morskich to kapitan (lub dowódca wyprawy kilku statków) miał władzę absolutną. Jasne, agenci kupieccy naciskali (często, z racji doświadczenia bywali bardzo pomocni, jak wspomniany Gaspar), ale do kapitana należała ostateczna decyzja.  

“Faktor” kojarzy mi się raczej z czyimś “osiadłym” przedstawicielem handlowym, kimś, kto zarządza zamiejscową placówką handlową, a nie z kimś, kto nadzoruje transport towarów, ale pewnie się mylę.

 

Będę miał mały spór pomiędzy ajentem a dowódcą eskorty odnośnie pewnej decyzji dotyczącej bezpieczeństwa karawany, ale dowódca najemników ustąpi.

 

Dzięki za linki, Algir, na pewno przydadzą mi się przy pisaniu jeszcze innego tekstu.

Ajent i faktor kojarzą się z kimś, kto gdzieś na miejscu pilnuje interesów firmy. Nawet jeśli na jakimś etapie dziejów było inaczej, to akurat uważam za wyjątek od reguły używania słów w ich pierwotnym znaczeniu – jeśli utarło się nowe i jest ono mocno osadzone w języku. Agencja czy ajencja nie kojarzy nam się już z podróżami, ale biurem.

 

Może po prostu pełnomocnik?

 

O logistyce powinien decydować on, a o bezpieczeństwie dowódca najemników lub w ogóle miejscowy przewodnik, jeśli jest. I w sytuacjach niepewnych panowie powinni robić naradę.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Pełnomocnik byłby okej, i pewnie parę razy go użyję, ale będzie źle wyglądał w jednym zdaniu ze swoimi “pomocnikami”. Jeszcze tylko “nocnika” brakuje. :/

Zawszeć mogą być pachołcy :P

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Bolly, w takich sytuacjach pomocny może się okazać słownik synonimów: https://www.synonimy.pl/

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Korzystam na co dzień z kilku słowników synonimów – oprócz tego jeszcze z synonim.net – choć w tym konkretnym przypadku okazały się nieprzydatne. Przypominam, że pytanie dotyczyło tego, jak prawidłowo nazwać człowieka, który zajmuje się przewozem towarów dla kupca lub organizacji kupieckiej.

Hm, dzisiaj nazywamy to spedycją, a osobę prawną bądź fizyczną – spedytorem. Też pomyślę Bolly.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Można też ominąć kombinowanie i napisać “zaufany sługa”.

Zastanowię się jeszcze nad tym. Roboczo mam “ajenta” na przemian z “pełnomocnikiem”.

 

Skoro już przy transporcie dóbr jesteśmy – poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale złożona z konnych wozów karawana kupiecka wędrująca przez odludne i niekoniecznie bezpieczne tereny musiała chyba mieć jakiegoś luzaka, na wypadek gdyby któryś z koni ciągnących wozy padł, złamał nogę albo został w inny sposób “wyłączony z akcji”? Jeśli mam rację, to ile takich zapasowych koni powinno być?

Nie przypuszczam, żeby była jakaś norma. Zależy ile pieniędzy organizator postanowił wyłożyć na tego typu środki ostrożności, jak bardzo ryzykowna jest trasa, ile “koni roboczych” liczy karawana i tak dalej. Powinieneś mieć tu raczej swobodę.

Zgadzam się z None

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bolly, odpowiedź na Twoje pytanie zależy od wielu czynników: odległości do pokonania, terenu,  warunków pogodowych, zasobów uczestników wyprawy i przede wszystkim: rozwoju cywilizacyjnego społeczności. Wg mnie spokojnie każdy zbrojny może, a nawet powinien na wyprawę zabrać zapasowego konia (tak jak żołnierz obrony terytorialnej zapasowe baterie do latarki). To zależy też od stopnia utajnienia wyprawy. Wg mnie jednak jest trudno zorganizować dużą wyprawę w tajemnicy.

Pokombinujmy: jestem agentem bogatego kupca w mieście na obcym terenie. W imieniu tego kupca mam dostarczyć towary do innego miasta oddalonego o 300km (A co!). Realia: jakieś pseudośredniowiecze. Warunki pogodowe: lato, skwar. Warunki terenowe: przeprawa przez las, rwącą rzekę, pustynię, na końcu góry. Warunki polityczne: niebezpiecznie (w górach bandy, na pustynie koczownicy, w tle jakaś wojna). Środki: słabo, bo kupiec-szef to sknera.

Co robię? Na początku liczę kasę: muszę wynająć wozy (w górach tragarzy), przewodników (zwiadowców), ochronę, zorganizować przeprawę (znaleźć bezpieczny bród) zapewnić kasę na jedzenie i noclegi. Podróż zajmie 15-25 dni (przy założeniu tempa jazdy konnej (w trudnym terenie) ok 20-25 km dziennie). Wychodzi, że zabraknie mi kasy. Jestem agentem kupca, więc mam trochę znajomości: dogaduję się z kilkoma innymi kupcami, razem będzie taniej. Robimy zrzutę. 

Dzięki wspólnym znajomościom udaje nam się uzyskać wsparcie lokalnego władcy (któremu zależy na handlu i dochodom z podatków): dostajemy doświadczonego dowódcę i 10 zbrojnych (każdy na koniu bojowym, z luzakiem i z podjezdkiem + ich wozy taborowe). Władca stawia warunek: jego człowiek jest dowódcą wyprawy. Dołącza do nas lokalny guru religijny ze swoimi służącymi, pachołkami, taborem itd.  Każdy z kupców (lub ich agentów) zabiera ze sobą paru pachołków/ochroniarzy, towary na wozach, braci, kuzyniaków, żony, itd. Na wszelki wypadek zatrudniamy jeszcze kilku najemników jako ochronę, bierzemy też ze sobą kowala, stolarza, kołodzieja, konowała i kucharza.

Ustalamy termin i ruszamy. Przodem puszczamy zwiadowców, potem reszta: straż przednia, grupa dowódcy, ważni uczestnicy wyprawy, kupcy (w kolejności od najważniejszych), potem tabory i luzaki, straż tylna, znów zwiadowcy osłaniający tyły. Za tym wszystkim samowolnie ciągną na czym mogą podrzędni handlarze, biedni podróżni, pielgrzymi i damy lekkich obyczajów. Po drodze dołączają kolejni podróżni (wiadomo: podróż w kupie jest bezpieczniejsza). Kolumna podróżnych robi się długa jak przeciętny cykl fantasy.

A przecież zaledwie tylko opuściliśmy bramy miasta ;)

 

Warto poczytać o współczesnych wyprawach konnych, np tu:

https://www.januszgalka.com/2017/01/29/wyprawa-konna-andy-nieznane/

http://podroze.se.pl/swiat/azja/kirgistan/kirgistan-w-siodle-i-na-oklep-konna-wyprawa-przez-gory-w-sercu-azji/5480/

Tu trochę o tempie podróżowania:

http://www.historycy.org/index.php?showtopic=61754&st=0

 

  

 

 

Dzięki, Algir, za tak obszerną analizę i linki.

 

U mnie to nie będzie aż tak skomplikowane. Mam trzy wozy, którymi trzeba przewieźć towary przez las, taki umiarkowanie niebezpieczny, bo spotkać w nim można zbójów i dzikie zwierzęta, a jeśli się będzie miało wyjątkowego pecha – ogromne pająki i parę innych nieprzyjemnych stworów. Wyprawa ma potrwać około dziesięciu dni w jedną stronę. W skład karawany wchodzi ajent z dwoma pomocnikami, pełniącymi też rolę woźniców, oraz eskorta w postaci sześciu pieszych zbrojnych, po dwóch na wóz. Mam nadzieję, że od tak nakreślonej sytuacji nie pęknie u nikogo hak do zawieszania niewiary. Nie pomyślałem wprawdzie o tym, że co najmniej jeden jeździec powinien stanowić straż przednią, ale trochę obdarłoby mi to z dramatyzmu parę scen.

Kurczę, po przeczytaniu Algira i Ciebie ten ajent brzmi mi gorzej niż agent. Ajent kojarzy mi się z ajencją pocztową czy dawniej bankową. I jest staroświecki, ale nie średniowiecznie. Agent współcześnie brzmi bardziej uniwersalnie, takie mam wrażenie. I bardziej ruchomo, bo np. agenci ubezpieczeniowi itd.

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Powróciłem zatem do agenta.

 

Jeszcze tylko jedna drobnostka: jak często karawana powinna robić postój? Raz dziennie – około południa albo zaraz po południu – wystarczy? A potem już tylko na noc?

To pewnie po części zależy od ładunku i terenu, a także od pośpiechu.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bolly, zależy też od pogody, znaczy upału, drogi, czy górska – trudna, oraz do kiedy jasno. Popasy zwykle co cztery, pięć godzin. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Przepraszam, że spamuję, ale dawno nie byłem taki produktywny pisarsko i moje zapotrzebowanie na konsultacje wzrasta.

 

Niech mi jakiś matematyk porządnie objaśni, najlepiej w prostych słowach, jak to jest z tym złudzeniem gracza. Ja to niby rozumiem, ale nie rozumiem. Nie ogarniam przede wszystkim różnicy między prawdopodobieństwem warunkowym i probabilistycznym. Prawdopodobieństwo wyrzucenia np. dwudziesty raz z rzędu orła czy reszki nie zależy od tego, co wyrzuciliśmy poprzednio – zgoda, to logiczne, ale równocześnie przecież wyrzucenie takiej serii jest bardzo, bardzo mało prawdopodobne – jak 2 do potęgi 20 bodajże.

 

Mam w jednym ze swoich tekstów scenę, w której pewna postać prawie czterdzieści razy z rzędu wygrywa w papier, kamień, nożyce (gdzie mamy nie dwa, jak przy rzucie monetą, a trzy możliwe wyniki – wygrana, przegrana lub remis, więc prawdopodobieństwo serii identycznych wyników powinno być jeszcze mniejsze). Czy drugi z graczy ma w takim wypadku prawo podejrzewać, że delikwent oszukuje albo posiada jakieś “paranienormalne” moce?

To nie kwestia matematyki, a psychologii. Ludzie mają głęboko zakorzenione przekonanie, że świat jest “uczciwy”, zrównoważony, co opada, musi się wznieść i tak dalej.

Prawdopodobieństwo wyrzucenia np. dwudziesty raz z rzędu orła czy reszki nie zależy od tego, co wyrzuciliśmy poprzednio – zgoda, to logiczne,

Nie logiczne, ale empirycznie stwierdzone ;) Złudzenie gracza polega właśnie na takim rozumowaniu: przegrałem już trzy rozdania, więc teraz na pewno wygram. Teraz moja kolej. Przecież:

wyrzucenie takiej serii jest bardzo, bardzo mało prawdopodobne – jak 2 do potęgi 20 bodajże.

Ano, owszem. Jest mało prawdopodobne – ale nie jest niemożliwe (ludzie czasem jednak wygrywają w Totka, choć jest to mniej prawdopodobne, niż oberwanie piorunem).

 

Teraz kamień-papier-nożyce. Myślę, że drugi z graczy ma prawo coś podejrzewać, o ile tamten nie zna jego i jego strategii, ale k-p-n to nie jest gra losowa! Nie będę Ci tu rysowała macierzy wypłat (ledwo to pamiętam i nie mam możliwości technicznych), ale w tej konkretnej grze ruch się wybiera, nie losuje. Można przyjąć strategię. Jeżeli np. grasz z kimś, kto zawsze wybiera kamień – strategia jest trywialna (zawsze nożyce). I, skoro gracz wybiera ruch, robi to na podstawie jakichś swoich sądów, tu nie ma przypadku. Tylko czysta teoria gier, jak w dylemacie więźnia. Tu masz niezły kurs tejże dla początkujących.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Druga postać może np. podejrzewać, że zdradza się jakimś gestem.

Albo, że ma lustro za plecami.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

To nie kwestia matematyki, a psychologii.

Ale mnie interesuje akurat czysto matematyczny aspekt całej sprawy.

 

Nie logiczne, ale empirycznie stwierdzone ;)

Ale jak się nad tym zastanowić, to logiczne też.

 

Jeżeli np. grasz z kimś, kto zawsze wybiera kamień – strategia jest trywialna (zawsze nożyce).

Jeśli się chce przegrać, to owszem. ;)

 

Wracając do meritum – co z tą moją sceną? Bo to ma być taki hint, że postać jest jasnowidzem. Scena jest krótka i mogę ją wyciąć bez większej szkody dla całości, ale jeszcze się waham.

Prawdopodobieństwo wyrzucenia np. dwudziesty raz z rzędu orła czy reszki nie zależy od tego, co wyrzuciliśmy poprzednio – zgoda, to logiczne, ale równocześnie przecież wyrzucenie takiej serii jest bardzo, bardzo mało prawdopodobne – jak 2 do potęgi 20 bodajże.

Teortycznie logiczne, ale moneta nie “pamięta” poprzednich rzutów. Co do prawdopodobieństwa – każdy rzut ma szansę ½ na konkretny wynik. Więc kiedy rzucisz więc wyrzucenie 20 resztek z rzędu faktycznie jest mało prawdopodobne (1/2^20) ale w momencie, kiedy pierwszy raz wyrzucisz reszkę,  zostało ci tylko 19 rzutów, więc prawdopodobieństwo wzrasta (1/2^19). Kiedy 19 razy z rzędu wyrzucisz reszkę, dwudziesty rzut znowu ma szansę 1/2^1 czyli po prostu 1/2). 

Stąd złudzenie – graczowi wydaje się, że im dłużej trwa seria, tym mniejsza szansa, że kolejny rzut będzie taki sam, gdy w rzeczywistości szansa zostaje taka sama dla każdego kolejnego rzutu.

 

Co do gry w k-p-n – ciągłe wygrywanie może być jakąś wskazówką, ale nie wiem, czy nie lepiej wybrać czegoś faktycznie losowego, jak rzuty kostką, gra w karty itd.

Ale mnie interesuje akurat czysto matematyczny aspekt całej sprawy.

… ale pytałeś o złudzenie. W ogóle weszliśmy tu w teorię gier, która siedzi między matematyką, a psychologią. I nie, nie ma nic “nielogicznego” w monecie, która pamięta, jak została wyrzucona poprzednio, po prostu nie ma takich monet. O ile wiemy.

w rzeczywistości szansa zostaje taka sama dla każdego kolejnego rzutu

O, to, to. Wśród erpegowców istnieje taka (całkiem magiczna) praktyka “wyrzucania jedynek”: bierzesz paczkę nowych kości ze sklepu i rzucasz wszystkimi. Odkładasz te, na których wypadły jedynki, resztę rzucasz znowu. I tak dalej, i tak dalej, aż zostanie ta jedna kość, na której jedynka nie wypadła. Tę chowasz starannie do woreczka i wyjmujesz na sesji, kiedy bardzo potrzebujesz wyrzucić jedynkę. To właśnie złudzenie gracza w praktyce. Człowiek źle sobie radzi z prawdziwą losowością, chce, żeby świat był przewidywalny.

Jeśli się chce przegrać, to owszem. ;)

Ech. Właśnie o to mi chodziło. Uprośćmy zagadnienie. Wyobraź sobie, że grasz z komputerem. Komputer za każdym razem pokazuje to samo. Jak możesz wygrać?

Żywy i rozumny gracz natomiast komplikuje sprawę, bo może grać według swojego widzimisię.

Bo to ma być taki hint, że postać jest jasnowidzem.

Może uda Ci się znaleźć “Watchmaker from the Filigree Street”, gdzie jeden z głównych bohaterów jest jasnowidzem – zerknij sobie, jak to jest tam zrobione. Pan Mori “pamięta” przyszłość, ale tylko pod warunkiem, że ona jest zdeterminowana (zdarzenia losowe i ludzkie niezdecydowanie wprowadzają element niepewności). I tak: w pokera wygrywa zawsze. W tryktraka – zwykle. W kości – równie często, jak wszyscy. Im bardziej gra polega na umiejętnościach, tym lepszy w niej jest. Jeżeli wszystkie możliwe ruchy są równie prawdopodobne, Mori nie potrafi wybrać właściwego. Podobnie rozwiązał to Philip Dick w “Tytańskich graczach” i chyba jeszcze gdzieś.

Przewidywanie wyniku k-p-n mnie osobiście nasunęłoby na myśl raczej telepatę, niż jasnowidza – mamy tu wybór bardzo prosty i zupełnie dowolny, nie do przewidzenia na podstawie czegokolwiek innego, niż myśli wybierającego (chyba, że się go dobrze zna).

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

po prostu nie ma takich monet. O ile wiemy.

Ale założę się, że są programy, bo algorytm takiej monety czy kostki powinien być tak banalny, że nawet ja bym go była kiedyś napisała, w tych zamierzchłych czasach, kiedy chodziłam na zajęcia z zaawansowanej informatyki dla humanistów :D

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Taki program, to i ja mogłabym napisać, z jedną ręką za plecami :D Ale w tzw. realu takich monet nie ma.

To, że coś nie istnieje, nie czyni tego nielogicznym. Dowodem jednorożce, błędni rycerze i wierność małżeńska Bertranda Russella :D

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Okej, to, co napisaliście, zwłaszcza ta uwaga Tarniny o telepatii vs. jasnowidzeniu, przekonało mnie do wycięcia tej sceny.

Ale mnie interesuje akurat czysto matematyczny aspekt całej sprawy.

Matematycznie jeśli np. ktoś rzuca kostką i ciągle uzyskuje ten sam wynik, to dla obserwatora tworzy się pewien dylemat:

– Jeśli to czysty przypadek, to długoterminowo i tak rozkład liczb powinien się wyrównać.

– Ale istnieje też możliwość, że istnieje obciążenie kostki i wtedy sprawa wygląda inaczej.

 

Albo cała scena rozgrywa się w wirtualnej rzeczywistości i kostka niczego nie losuje, jeju. Obciążenie jest zjawiskiem fizycznym. “Podpiekanie” kostek jest procesem fizycznym (ogrzewa się kostkę leżącą tak, jak ma wypaść, żeby się nadtopiła i zrobiła cięższa u spodu – to bardzo brzydko i nie będę świeciła oczami, jeśli zrobicie tak w Vegas). Jeśli kostka jest oszukana w jakikolwiek sposób, to rozkład prawdopodobieństwa nie będzie równy, ale jak się wykrzywi – to już sprawa konkretnego przypadku.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

No o tym mówię. To jak z totolotkiem. W którymś państwie europejskim była kiedyś afera z podejrzeniem innej wagi niektórych kul. Kule wymieniono, ale co ciekawe nie ujawniono, czy przy okazji sprawdzano ich wagę. A bywa jeszcze weselej.

po prostu nie ma takich monet. O ile wiemy.

Ale założę się, że są programy, bo algorytm takiej monety czy kostki powinien być tak banalny, że nawet ja bym go była kiedyś napisała, w tych zamierzchłych czasach, kiedy chodziłam na zajęcia z zaawansowanej informatyki dla humanistów :D

Z ciekawostek – w World of Warcraft w pewnym momencie wprowadzili faktycznie działający paradoks gracza – jeśli misja wymaga od ciebie zdobycie jakichś przedmiotów wypadających z konkretnego przeciwnika z małym prawdopodobieństwem, to za każdego zabitego przeciwnika, który ci tego przedmiotu nie wyrzucił prawdopodobieństwo znalezienia przedmiotu następnym razem minimalnie rośnie. 

Współczesne religie mają powszechnie rozpoznawane symbole – krzyż, półksiężyc, gwiazdę Dawida. Orientuje się ktoś, czy dawne, politeistyczne religie miały coś zbliżonego? Dla kultu poszczególnych bogów lub całego panteonu?

Poszczególni bogowie miewali swoje atrybuty, ale cały panteon? Nie słyszałam, chyba nie było takiej potrzeby.

Babska logika rządzi!

A czy owe atrybuty były wykorzystywane w zdobnictwie? Mówiąc wprost – czy wchodząc do takiej dawnej świątyni (zrujnowanej) można by łatwo odgadnąć, jakiemu bogu oddawano w niej cześć po symbolach? (Nie chodzi mi o rzeźby czy malowidła przedstawiające dane bóstwo, ale właśnie symbole w rodzaju krzyża, swastyki, oka Horusa czy innych rąk boga).

Spytaj Ninedin, to jej specjalność.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Od tego to akurat ja też jestem specjalistką z racji ukończenia archeologii ze specjalizacją klasyczną ;) O atrybutach napisałam nawet doktorat...

 

I tak, oczywiście, że bóstwa i herosi mieli rozpoznawalne atrybuty, tyle że w sztuce starożytnej nie aż tak często były one ukazywane w oderwaniu od postaci. Ale nie jest to niemożliwe, wszystko zależy od bóstwa i od miejsca oraz okresu, z którego pochodzi świątynia (starożytność to kilka tysięcy lat, a nie wszędzie było jak w Egipcie czy Mezopotamii, że pewne formy trwały niezmienione albo bardzo mało zmienione). W każdej z kultur starożytnych masz też okres anikoniczny, kiedy nie ma przedstawień antropomorfizowanych, ale wtedy z kolei słabo znamy imiona bóstw. Choć np. wiadomo, że Apollo i Dionizos mieli “wizerunki” w postaci słupów czy kamieni. To było znane jeszcze w hellenizmie, ale chyba też nie o to Ci chodzi. Niemniej część atrybutów czy symboli może być oderwana i rozpoznawalna. Bardziej w Egipcie niż gdziekolwiek indziej ze śródziemnomorskiej starożytności. Krzyże i swastyki to symbole solarne, bardzo ogólne, tak nawiasem mówiąc.

 

Daj mi konkret, None, to będzie łatwiej stwierdzić, czy to możliwe.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nowa Fantastyka