- Hydepark: Wzajemna pomoc różna przy pisaniu opowiadań

Hydepark:

inne

Wzajemna pomoc różna przy pisaniu opowiadań

Istnieje już temat dla pomocy merytorycznej i researchu oraz pomocy językowej, ale co, kiedy są pytania i wątpliwości niepasujące do żadnego z tych dwóch tematów? Właśnie im dedykuję ten wątek.

Macie jakieś pomysły, co do których nie jesteście pewni i wolicie wiedzieć, czy warto się za nie brać, jeszcze przed pisaniem? – to przykład jednego z takich pytań.

Komentarze

obserwuj

Przepraszam za tak krotki wstęp powyżej – nigdy nie byłam w ich pisaniu dobra.

 

By jakoś rozwinąć ten wątek, zadam pierwsze pytanie:

Planuję napisać cykl opowiadań – pierwsze już napisałam i za jakiś czas zamierzam wziąć się za następne. Przyszedł mi do głowy pomysł, by właśnie w tym drugim wyjawić, że jeden z głównych bohaterów pierwszego jest w fantastyczną istotą, elfem konkretnie.  Czy tego typu rewelacja nie powinna zostać podana tak późno? Dla pierwszego opowiadania fantastyczne pochodzenie tego bohatera nie jest potrzebne.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

A czy ta informacja jest istotna dla fabuły drugiego opowiadania? Bo jeśli nie, to może poczekać.

 

Edit: Ewentualnie można wspomnieć bez rozwijania tematu, żeby nie wyskakiwać z tym później jak Filip z konopi.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Opowiadanie to krótka, skondensowana forma: nie ma zbytnio miejsca na backstory dla każdej postaci albo opisywanie wszystkich niuansów świata. Rzeczy zbędne dla aktualnej fabuły należy pominąć. Dlatego nie ma potrzeby, żeby zagłębiać się w szczegóły, pod warunkiem jednak, że zachowa się żelazną dyscyplinę, tzn. przystojny blondyn z pierwszego tekstu nie może w kolejnym zmienić się w atrakcyjną brunetkę. Dlatego warto sygnalizować niektóre sprawy (np. zaznaczyć że Twój elf to elf, ale bez szczegółów), a jego historię rozwinąć w kolejnym tekście (jeżeli oczywiście pełni w nim ważną rolę). 

Takie szczegóły traktuj jako furtki do kolejnych historii. Jeżeli w pierwszym tekście zarzucisz haczyk (w postaci szczegółu dotyczącego jednej z postaci), a w kolejnych będziesz rozwijać żyłkę i umiejętnie kręcić kołowrotkiem, to z pewnością wzbudzisz zainteresowanie czytacza. Nie warto od razu wykładać wszystkich kart, niech czytacz sam sobie poskłada całość z poszczególnych opowiadań – wtedy będzie dumny ze swoich zdolności czytania ze zrozumieniem i z autora, który poważnie traktuje swoich czytelników.

 

Często bywa tak, że nie planujemy pisania cyklu, tylko po napisaniu jednego tekstu jego bohaterowie/świat/możliwości tak nam się spodobają, że piszemy opowiadanie drugie, trzecie, czwarte... Tak jakoś samo wychodzi ;)

 

Wtedy zupełnie naturalnie rozwijamy świat i bohaterów, dodajemy nowe elementy, łączymy wątki i poszczególne historyjki. Wracamy do wcześniejszych tekstów, które przerabiamy/skracamy/pompujemy, żeby nadać wszystkim podobna objętość (To ważne! Teksty muszą mieć zbliżoną długość, żeby potem ładnie prezentować się w gotowej powieści. Bo to więcej niż pewne: po napisaniu dwóch-trzech opowiadań każdy pomyśli: jeszcze tylko kilka i będę miał/miała wymarzoną...). Korzystamy z wcześniej zostawionych furtek i zawzięcie kręcimy kołowrotkiem, żeby wyciągnąć z głębiny bohaterów drugoplanowych. Fajna zabawa ;) Polecam serdecznie.

 

 

A, to zależy. Czym się w Twoim świecie charakteryzują elfy? Czy ma to sens, żeby elf próbował uchodzić za nie-elfa? Przepraszam za dobór przykładów, ale:

  • w Inverloch Lei’ella ukrywa te mangowate uszy ze względu na dyskryminację (jest samotną elfką mieszkającą w miasteczku ludzi)
  • Cherry z RPG World nie ukrywa się specjalnie, ale uciekła z domu i nie ma zamiaru wracać (a jest, oczywiście, księżniczką, więc ma powód przypuszczać, że jej szukają)

Jeżeli w pierwszym opowiadaniu nie będzie żadnych wskazówek co do pochodzenia bohatera, to nagła rewelacja może przeszkadzać – ale nie muszą to być wskazówki wprost. Opracuj sobie najpierw, jakie te elfy są, a potem możesz wspomnieć, tak mimochodem, kilka elfich cech u Twojego bohatera. W ten sposób czytelnik będzie wiedział, że on jest jakiś inny, może nawet się domyśli (jeśli to odpowiednio rozegrasz), i ucieszy się, kiedy potwierdzisz jego przypuszczenia.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Wszystko zależy od budowy świata przedstawionego. Jeśli piszesz np. jakieś urban fantasy, w którym magiczne istoty żyją ukrywając się wśród zwykłych ludzi, mocno się od nich nie różniąc na pierwszy rzut oka, to wtedy taka rewelacja nie sprawiałaby problemu. Jeśli piszesz bardziej klasyczne fantasy, to o ile bohater nie ukrywa swojego pochodzenia celowo, to drugie opowiadanie to nieco za późno na taką informację, przydałoby się wspomnieć o tym wcześniej. Nie trzeba mocno się na tym skupiać, ale jedno rzucone wcześniej zdanie sprawi, że czytelnik nie będzie zdezorientowany.

Bardzo dziękuję za wszystkie rady. :-)

Przymierzam się do poprawiania pierwszego opowiadania i zamierzałam dorzucić wstawki, jak zasugerował Algir, na wzór tego, co zrobiła pewna mangaczka – przez niemal całą serię zarzucała drobnymi wskazówkami, które łatwo można było przeoczyć, a nawet uznać w niektórych przypadkach za niedopatrzenia, by ostatecznie zaserwować plot twist wywracający wszystko do góry nogami.

U mnie z kolei to nie jest tak, że ten Elf działa w ukryciu. Otoczenie dobrze wie, kim jest, tylko czytelnik jeszcze na tym etapie nie musi. Myślałam w pierwszym opowiadaniu dodać wzmianki sugerujące, że ten Elf ma bardzo czuły słuch. W następnym tekście w zasadzie czytelnikowi nie będzie potrzebna do szczęścia informacja o elfim pochodzeniu, więc może tylko wspomnę, że wygląda jak dziewczyna udająca faceta. :-)

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

zarzucała drobnymi wskazówkami, które łatwo można było przeoczyć, a nawet uznać w niektórych przypadkach za niedopatrzenia

O, i to bardzo dobry pomysł.

W następnym tekście w zasadzie czytelnikowi nie będzie potrzebna do szczęścia informacja o elfim pochodzeniu

W zasadzie, to czytelnikowi nawet książka nie jest potrzebna :) Jasne, dobrze jest być oszczędnym, ale bez przesady.

 

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

zarzucała drobnymi wskazówkami, które łatwo można było przeoczyć, a nawet uznać w niektórych przypadkach za niedopatrzenia

O, i to bardzo dobry pomysł. O, i to bar­dzo dobry po­mysł

O, i to bardzo dobry pomysł.

O, i to bardzo dobry pomysł.
Nie wiem, czy uznać to za niepowodzenie jej planu, czy też nie, ale fandom na długo przed tym plot twistem właściwie rozgryzł całą zagadkę, ale to było po tym jak zarzuciła wskazówką, którą trudno było inaczej zinterpretować.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Fandom z definicji jest obsesyjny. No, i w natłoku wysnuwanych przez niego teorii zawsze się znajdzie jakaś prawdziwa, albo bliska prawdy, więc nie przejmowałabym się tym specjalnie, zwłaszcza, dopóki nie mam fandomu :P

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Moim zdaniem jeśli w pierwszym opowiadaniu dasz wyraźne ślady i podpowiedzi, które następnie dadzą się zinterpretować jako sugerujące elfią naturę, to czytelnicy Ci to wybaczą. Jeśli nic w pierwszym tego sugerować nie będzie, to gorzej, bo wyjdzie deusexmachinowo. Oczywiście takie sugestie mogą być całkiem nieczytelne w pierwszym opowiadaniu, ale czytelnik powinien móc je rozszyfrować, czytając drugie.

Innym problemem jest publikowanie. Jeśli chcesz opowiadania umieszczać w jednym miejscu (to forum, własny tomik), to nie ma większego problemu, gorzej, jeśli publikacja miałaby np. być rozrzucona po różnych miejscach, bo wtedy czytelnicy drugiego niekoniecznie będą mieli możliwość sięgnięcia po pierwsze.

 

A tak poza tym łączę się z Tobą w bólu, bo sama mam problem z kolejnymi opowiadaniami z jednego cyklu, z czego jedno (z tych dziejących się po kilku innych) pójdzie niedługo do druku w antologii, no i powinnam tam mieć jednego bohatera. Problem w tym, że jego umieszczenie byłoby kosmicznym spojlerem do innego tekstu, a nieumieszczenie nielogiczne...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ten projekt, jeśli pociągnę go dalej poza tylko jedno opowiadanie,  będzie właściwie czymś pomiędzy takim zbiorem a powieścią – coś na kształt książek o dzieciach z Bullerbyn i Madice Astrid Lingren, gdzie każde opowiadanie, czy też rozdział, będzie osobną historią, które jednak razem będą miały jakąś ciągłość w czasie i rozwoju bohaterów.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Odkopuję swój własny temat.

 

W planach mam rozszerzenie jednego z moich opowiadań, “Melodyjki”,  do rozmiarów powieści. Coś pozmieniać, trochę dodać. Aby urozmaicić tekst, do głównej obsady myślę dodać nową postać – wysoko postawionego członka lokalnej jednostki policyjnej, siejącej postrach wśród obywateli. Nęci mnie poprowadzenie wątku antagonisty, który z czasem przechodzi do roli antybohatera i buntuje się przeciw systemowi, któremu niedawno służył, za co płaci wysoką cenę.

Tylko jak takie coś przeprowadzić wiarygodnie? Rozwiązania, które mi przychodzą do głowy, albo wydają mi się sprzeczne z realiami (skrupuły u przywódcy brutalnej organizacji), albo za bardzo po nich widać, że chcę iść na łatwiznę (regularny, nieuświadomiony wpływ hipnozy ze strony właściwego antagonisty opowieści).

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Jestem za rozwinięciem w powieść, bo opowiadanie mi się podobało, głosowałam na nie w Legendzie, więc cieszę się, że do niego wracasz.

Niemniej mam wrażenie, że akurat “wątek antagonisty, który z czasem przechodzi do roli antybohatera i buntuje się przeciw systemowi, któremu niedawno służył, za co płaci wysoką cenę” jest jednym z najbardziej ogranych w literaturze, zwłaszcza antyutopijnej i zwłaszcza w wersji skrupułów u przywódcy albo choćby członka brutalnej organizacji, ale nie tylko. Ergo albo będziesz miała na niego rewelacyjny pomysł, albo lepiej byłoby go zasadniczo zmodyfikować, pozmieniać coś w częściach składowych, żeby dać temu rys oryginalności. Masz już fajnego bohatera głównego, fajnego szczura i fajny nastrój, więc miej też fajnego antagonistę ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bunt bohatera łatwo uzasadnić – wystarczy go pominąć przy awansie albo w jakiś inny sposób lekko skrzywdzić. Odmówić ręki córki czy coś... A jak się poczuje oszukany i niekochany, to już wszystko może zrobić.

Babska logika rządzi!

Tak, taka osobista vendetta to lepsze niż standardowe wyrzuty sumienia/skrupuły.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Opowiadania nie znam, ale również wydaje mi się, że pomysł Finkli jest dobry.

Ewentualnie wariacja na ten temat: buntuje się dla osiągnięcia własnych korzyści, odwraca od swoich sojuszników w pogoni za jeszcze większą nagrodą. Taki ktoś raczej nie ma problemów ani z nadmiernym przywiązaniem do swoich wcześniejszych towarzyszy, ani z podejmowaniem dużego ryzyka.

Jeśli ma on w jakiś sposób pomagać innym bohaterom, to po prostu dlatego, że na pewnym etapie ich cele są zbieżne.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Z tymi skrupułami to chyba przesadziłam, ale w momencie pisania poprzedniego komentarza żadne inne słowo nie przychodziło mi do głowy. Teraz widzę tę postać jako kogoś dostrzegającego wady systemu,  który pomaga utrzymać, ma sprzeczne opinie o nim, z czego z biegiem opowieści zdaje sobie coraz bardziej sprawę i powoli zaczyna się wymykać spod kontroli władzy.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Ale to właśnie jest ten najbardziej oklepany motyw – że przedstawiciel złego systemu zaczyna mieć wątpliwości (czy skrupuły, czy cokolwiek), niezależnie od tego, czy dozna jednorazowego oświecenia, czy też rozciągniesz to w czasie. Finkla słusznie prawi, że prywatny powód odwrócenia się od mocodawców daje ciekawsze fabularne możliwości, nawet jeśli ten koleś na końcu zrozumie, że system jest zły ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zobaczę, czy w tym temacie uda mi się coś wymyślić.

Za nim na dobre wezmę się za ten projekt, to trochę czasu minie, bo na razie mam na warsztacie opko konkursowe i rozszerzanie do rozmiarów nowelki innego opowiadania.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Pomyślałam, czy by nie uczynić tej postaci osobą niesłyszącą, która za pomocą magicznego przedmiotu ukrywa swoją niepełnosprawność (oraz ten magiczny przedmiot) przed wszystkimi, aby wrogowie nie mogli tego wykorzystać.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Czy znacie jakiś sprytny sposób na opisanie adrenaliny w uniwersum quasi-średniowiecznym?

Ekscytacja zbliżającą się walką? 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Berserkowy szał wojenny.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Podniecenie? Wewnętrzny ognień?

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Walka zwykle kojarzy się z ekscytacją/strachem. Może lepiej iść w przeciwną stronę? Na przykładzie bitwy pod Visby (1361r.), gdzie zawodowcy z Danii nie czuli raczej wielkiej ekscytacji w starciu z gotlandzkimi chłopami. Ot, kolejna robota do wykonania. Może bardziej skupienie, nastawienie, przygotowanie sprzętu, zadbanie o odpoczynek, nie wiem: zapas marchewek w kieszeniach, żeby sobie podgryzać w czasie walki (żelów energetycznych jeszcze nie znali).

 

A jeśli koniecznie ma być adrenalina, to klimaty berserkerskie jak najbardziej. Odwołanie do jakiegoś rodzaju fanatyzmu lub uczuć zbliżonych też zazwyczaj działa.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wszystko zależy, co chcesz osiągnąć. Możesz jeszcze pokazać wpływ adrenaliny na człowieka – jak podnosi ogromny ciężar itd.

Babska logika rządzi!

No i w sumie zależy też, o kim mowa. Czy masz coś w rodzaju (na miarę epoki i świata) regularnego wojska, na które podziała też metaforyczna marchewka, czyli pokażcie, jacy jesteście wspaniali, czy też z jakimś pospolitym ruszeniem...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję Wam za tyle sugestii. :)

Wybaczcie, bo trochę nieprecyzyjnie się wyraziłem. Chodziło mi o wpływ adrenaliny na organizm, np. odczuwanie bólu od ran, a mowa o kimś, kto zajmuje się walką na co dzień, przy czym to starcie, które go czeka, jest wyjątkowo trudne i  nieprzewidywalne, i niesie ze sobą ogromny ładunek emocjonalny. Chyba zdecyduję się na “podniecenie zbliżającą się walką i zagrożeniem”. 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Z innej beczki, bardziej “różnej” niż merytorycznej.

 

Jak zapatrujecie się na kwestię “zbiegów okoliczności” w opowiadaniach? Z jednej strony jest to niewątpliwie narrative device i ułatwianie sobie życia przez autora. Ale z drugiej strony czy naprawdę jest sens jak w awangardowym filmie albo w erpegu posyłać bohaterów w pięć miejsc, gdzie nic nie znajdą, a potem i tak na koniec w to miejsce, gdzie znajduje się rozwiązanie?

A konkretnie: są dwa wątki, pozornie niezwiązane, i okazuje się, że jednak coś je łączy, coś tak po prawdzie kluczowego. I to coś znajduje się tam, gdzie początkowo w sposób niezwiązany z niczym bohater się wybierał. Bardzo naciągane czy tylko trochę?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jak zapatrujecie się na kwestię “zbiegów okoliczności” w opowiadaniach?

Le cauchemar!

 

Jeśli prowadzisz dwa wątki równolegle, to wręcz intuicyjnie czytelnik wyczuwa, że coś te wątki w końcu połączy. Tu już pole autora do popisu, czy owe połączenie będzie rozczarowaniem, czy przeciwnie, wzbudzi zachwyt. Wiele głupotek da się ubrać tak, żeby mało kto kręcił nosem, natomiast takie wyciągnięcie kluczowej postaci czy itemu z tyłka w kulminacyjnym momencie, no to nie, tak się nie robi. :p

Jeśli zbiegi nie są przesadne, to mogą być.

Posłać bohaterów w puste miejsca można, żeby nikt się nie czepiał, że idą jak po sznurku.

Dwa, na pozór odległe, wątki. Tu jest ryzyko. Czytałam kiedyś kryminał,  w którym akcja przeskakiwała między sceną zbrodni i śledztwem a szpitalem psychiatrycznym. No, ciekawe, gdzie też może kryć się morderca...

Babska logika rządzi!

Dzięki za szybka reakcję :) Nie chcę dawać dokładniejszych danych co do konkretnego problemu, bo byłby to spojler, ale najwyraźniej moja intuicja pokrywa się tym razem z lożową, więc muszę coś pokombinować. Mimo że opowiadanie chyba tu nie wyląduje, bo zwłaszcza jeśli będę kombinować, pewnie zrobi się z niego mikropowieść na 130k :P

 

No, ciekawe, gdzie też może kryć się morderca...

Opisany przypadek to cudowny materiał na red herringa, ale rozumiem, że morderca jednak krył się w psychiatryku... :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

I tak, i nie. W szpitalu była prawa ręka, mózg siedział gdzie indziej, więc autor coś tam sobie zostawił na finisz, ale i tak uważam, że za dużo kart pokazał przedwcześnie i popsuł mi zabawę.

Babska logika rządzi!

Nic nie pobije polskiego kryminału bardzo poczytnej ponoć autorki, którego rozwiązanie zgadłam na stronie nr 60 (z 576, sprawdziłam właśnie na LC), nie domyślając się tylko paru szczegółów motywacji mordercy, wepchniętych tam zresztą deusexmachinowo i na siłę, niemal dla wierszówki.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie wiem jak rozgryźć bardzo ogólny problem. Otóż chodzi o stylizację językową. W moim przypadku chodzi o klimaty pełnego średniowiecza. Z jednej strony stylizacja mnie fascynuje, a  z drugiej, no nie wiem, jeszcze więcej roboty po prostu. I jak za to się zabrać? Nie jest to jakiś palący problem i nadal nie wiem czy wykorzystam, ale może ktoś chociaż podzieli się wiedzą i jak można próbować coś takiego pisać. Mój mały rozumek podpowiada wykorzystanie tekstów z epoki albo nasiąknąć późniejszymi dokonaniami literackimi, np. “Dekameron”. Nie piszę składnie, bo ciągle mi to łazi po głowie i nie mogę dojść do ładu o co mi samej chodzi, oprócz tego, że spróbowałabym czegoś takiego.

Hmmm. Może zacznij delikatnie – w pierwszym tekście stylizuj wypowiedzi jednego staruszka, w drugim wszystkich bohaterów...

“Dekameron” to chyba niezły pomysł, ale licz się z tym, że pełna stylizacja średniowieczna będzie dla odbiorcy niezrozumiała – “Day ut ia pobrusa”...

Babska logika rządzi!

Akurat czytam Gołubiewa – stylizacja pełną gębą, własciwie gość własny język wymyślił. Czasy Bolesława Chrobrego. Zerknij.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

A i tak nie wiem czym by była pełna stylizacja średniowieczna ;) A trochę mnie przeraża np. inspiracja Kossak – Szczucką. Na “Dekameron” dopiero teraz wpadłam i wydaje się całkiem sensownym rozwiązaniem, ale trzeba trochę nasiąknąć tym klimatem. Zobaczymy czy więcej głosów się pojawi.

 

Edytka:

 

Dziękuję Staruchu! To może być ciekawe :)

Masz próbkę:

Co ci to dam? Abo zbroję, abo konia?...abo miecz? Między smardy cię pchną, co z pałkami na wici się schodzą. Umuś zbył się, mołwię, umuś się zbył!

W ogóle słownictwo ciekawe (i chyba trafne historycznie): ksiądz – książę, księżyc – syn księcia, ząbrz – żubr itd itp. Znaczenia niektórych słów jeszcze nie rozgryzłem :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Deirdriu, mam wrażenie, że dobrym przykładem czytelnej stylizacji może być twórczość Marty Krajewskiej – krajemar. Zajrzyj do jej opowiadań: Zapach jej czerwony, Ostatnia myśl, Smętek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ze stylizacją jest taki problem, że o ile niektóre słowa są dziś zrozumiałe (brzmią podobnie, można wywnioskować z kontekstu), inne mogą czytelnikowi nic nie powiedzieć, a jeśli jest ich zbyt dużo, może nie chcieć mu (czyli mnie) się sprawdzać, co oznaczają.  

Czyli ja bym była za stylizacją umiarkowaną ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Akurat czytam Gołubiewa – stylizacja pełną gębą, własciwie gość własny język wymyślił.

Nie właściwie, tylko wymyślił ;) Gołubiew starał się zrekonstruować ówczesny język, ze względu jednak na kompletny brak źródeł (prócz “daj ać ja pobruszę” ;)) opierał się na gwarach ludowych i późniejszym staropolskim i wszystko to zgrabnie połączył.

 

Ja, jeśli potrzebuję stylizacji, pisanie przeplatam z czytaniem tekstów z epoki lub dobrze stylizowanych i jakoś ten język zaczyna się sam przyjmować, przynajmniej jeśli chodzi o staropolski. Z językiem średniowiecznym jest ten problem, że mało z niego zostało i trzeba się opierać na cudzych i własnych domysłach, jak Gołubiew.

Dekameron był tłumaczony przez Edwarda Boyé w dwudziestoleciu międzywojennym. To był wybitny tłumacz, ale jednak to nie tekst z epoki (choć Boccaccio, podobnie jak Petrarka, to jeszcze późne średniowiecze), choć może to i lepiej dla stylizacji niż Rej z Kochanowskim, o tekstach średniowiecznych polskich już nie wspominając :)

 

Jako i Anet jestem za bardzo umiarkowaną stylizacją – raczej tworzeniem świata poprzez przedmioty, staroświeckie nazwy przedmiotów, ubrań, zawodów itd., także sposób narracji, a mniej przez wypowiedzi postaci.

 

Sama oczywiście głównie czytam teksty z epoki, ale XIX czy nawet XVIII w. to troszkę inna bajka.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję za wszelkie rady! Jestem na początku drogi i z czasem ocenię co się sprawdzi najlepiej. Pytam się o stylizację, ale mam fragmenty bardziej “oszczędne” i tak jak u Drakainy zależy mi na detalach. Będę musiała wypośrodkować. O ile w ogóle zdecyduję się na taką zabawę z tekstem – pisanie o epoce tak odległej i próba przedstawienia ludzi z mentalnością tamtych czasów, a nie interpretacją późniejszą, sama w sobie jest wyzwaniem.

Co spod pióra wyjdzie, to wyjdzie :)

Ze stylizacją trzeba bardzo uważać, ponieważ łatwo sprawić, że tekst stanie się niezrozumiały. Warto się też zastanowić, do czego ta stylizacja jest nam potrzebna.

Współcześni autorzy bardzo osobliwie rozumieją stylizację: zmieniają szyk wyrazów; upychają masę słów i zwrotów, które już dawno wypadły ze słownika; wstawiają śmieszne brzmiące imiona i nazwy.

Coś pominąłem? To chyba już wszystkie strzały w kołczanach współczesnych stylistów. Szkoda, że żadna nie trafia w tarczę.

Koniecznie trzeba je połamać:

Zmiana szyku wyrazów – zastosowana raz może być efektownym ozdobnikiem, stosowana ciągle jest świadectwem braku umiejętności autora i prymitywności warsztatowej. Wstyd!

Słowa, zwroty z Encyklopedii staropolskiej – pomocne/niezbędne przy tworzeniu sztafażu, ale tylko wtedy, gdy są stosowane z umiarem. Czas nie stoi w miejscu, zmienia się język, okoliczności i odbiorcy – współczesna narracja jest zupełnie inna od tej z przełomu wieków. Należy pamiętać, że piszemy dla współczesnego odbiorcy.

Śmiesznie brzmiące imiona i nazwy – z tym już rozprawił się AS i nie ma sensu do tego wracać.

 

Podsumowując: ostrożnie ze stylizacją! Ba, z próbami stylizacji. Można takie teksty pisać w ramach ćwiczeń, ale trzeba uważać, żeby ta cała stylizacja nie stała się manierą. Trzeba też pamiętać, że zwykle mylimy stylizację z narracją sprzed 100 lat – dlatego nieświadomi autorzy zapamiętale tworzą konstrukcje gramatyczne podpatrzone u autorów z XIX/XX w. i nazywają to stylizacją na średniowiecze ;)

 

Dla dodania otuchy: zerknijcie do Hilary Mantel i jej cyklów historycznych. Wg mnie to wzorcowy przykład powieści historycznej, która zawiera: delikatną stylizację, nowoczesną konstrukcję, zrozumienie mentalności i kontekstu historycznego, w którym osadzono bohaterów, mistrzowski warsztat.

 

 

     

Och, Mantel heart

 

Dobrześ to ujął, Algirze. Btw szyk przestawny czasem skutkuje nie archaizacją, a mistrzem Yodą ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję Algirze za wkład. I dobrze, że przypomniałeś mi o Mantel – około dwa lata temu przeczytałam “W komnatach Wolf Hall”. Wybitna powieść i niesamowity styl, ale niestety, miałam do czynienia tylko z tłumaczeniem. Jednak o taki właśnie efekt mi chodzi. Chociaż po moich kolejnych próbkach okazuje się, że proste, oszczędne zdania są bardziej efektywne. Niestety, próbki jeszcze za małe, żeby podzielić się z Wami.

 

Trzeba też pamiętać, że zwykle mylimy stylizację z narracją sprzed 100 lat – dlatego nieświadomi autorzy zapamiętale tworzą konstrukcje gramatyczne podpatrzone u autorów z XIX/XX w. i nazywają to stylizacją na średniowiecze ;)

Też i tak można ;) I ogólnie ciekawy problem przedstawiłeś. Warto bym sobie odpowiedziała na pytanie czym jest stylizacja i jaką funkcje ma spełniać oraz kiedy ma się pojawić (o ile pojawi się).

 

Śmiesznie brzmiące imiona i nazwy – z tym już rozprawił się AS i nie ma sensu do tego wracać.

Mam wrażenie, że gdzieś pominęłam ten wątek, ale to już moja ciekawość. Ale problem mi nie grozi, ponieważ opisuję postacie historyczne. No chyba, że dla kogoś imię Fulko jest zabawne ;)

Yup. Moje nazwisko ponoć pochodzi od jakiegoś Fulka :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dla “egzotyki” zawsze można przerobić na Foulques, Folco albo Folc. Tylko wtedy musiałabym wszystkich konsekwentnie tak przerobić: Baldwin – Baudouin, Almaryk – Amaury, Renald – Renaud itd. Jakby mi nie brakowało problemów z zapisem arabskich i tureckich imion...

O właśnie. A jeśli chodzi o fantasylandy oparte na naszym świecie i co w takim wypadku robić z imionami, to najlepiej czytać dużo Kaya :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

O matko, jak ja Kaya dawno nie czytałam :)

Ja tam nie wiem, co Wy chcecie od np. imion królów merowińskich – Grimoald, Siegebert, Chloderyk czy Chilperyk. A Faramund to w ogóle czadowe imię. Rzeczywistość jak zwykle przegoniła wszystkie fantasylandy razem wzięte. Adbodfleda czy Teudelinda jeśli chodzi o reprezentację pań :D

Od wczoraj chodzi za mną pewien pomysł, który jak na razie wyewoluował w coś takiego:

Potężny władca wampirów po setkach lat udatnego panowania zaczyna popadać w stan ciężkiej melancholii i zaczyna mieć dość dość swego dotychczasowego ‘życia’. Wiedząc, że nie jest w stanie zmienić zmienić swego losu oraz chcąc odejść na własnych warunkach i to nie byle jak, postanawia... nasłać na siebie łowcę wampirów, którego drogę do jego siedziby bacznie by obserwował, od czasu do czasu wystawiając go na próby, by sprawdzić, czy jest godny spotkania z samym władcą ciemności.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

A o co chcesz spytać?

Babska logika rządzi!

Nie zdążyłam o to spytać, ale czy to nie brzmi zbyt ogranie?

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Wampiry od paru lat są passe, więc na start musisz wymyślić bohatera, który będzie na bieżąco z trendami sezonu 2019*. Szkielet fabuły bardzo ok, każda próba odwrócenie schematu  jest zawsze na propsie ;)

 

Trendy sezonu 2019: na świecie to genderowe space opery i cyberpunk, natomiast w naszym zaścianku wszystko wskazuje (tzn. zapowiedzi wydawców), że będzie to powrót do dziadowskiego fantasy. Polscy pisarze to taki internet explorer wśród przeglądarek (Kim jesteście? Odpowiedź po godzinie: Przeglądarkami!) – po co iść z nowymi kierunkami, po co się rozwijać, jak można jeszcze parę lat dorzynać postapo i płodzić durne fantasy...

Wezwanie zabójcy dla siebie wydaje mi się mało ograne. Gdybyś tak jeszcze doplątała do tego inne wątki... Kto dziedziczy po władcy wampirów?

Babska logika rządzi!

Brzmi ciekawie, Ajzan ;)

 

Anyway, nie widzę nic dziadowskiego w fantasy.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Netflixowa Castlevania jest ostatnio popularna, więc z tymi trendami to bym uważała. Jeśli chodzi o wątki społeczne, to na topie, owszem, jest łamanie genderowego i seksualnego tabu. Może jak jakoś połączę to ze swoiskimi chłopami-wąpierzami, to będzie OK. A z sukcesją to jeszcze nie wiem, ale podoba mi się pozostawienie sprawy otwartej.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Anyway, nie widzę nic dziadowskiego w fantasy.

Może Jakub Wędrowycz?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

No chyba że tak ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

To sobie u mnie nagrabiłeś, Algirze. Poza tym piszesz farmazony. Mieszkam w UK, odwiedzam księgarnie i możesz mi wierzyć, fantasy ma się znakomicie. A biorąc pod uwagę nadchodzące seriale (finał GoT, LOTR, Wiedźmin), zapowiada się niezła koniunktura. Martin rozwija uniwersum, mamy powrót do świata HP itd.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Hmm, argument o farmazonach jest argumentem ostatecznym, więc nie ma sensu tego kontynuować (zwłaszcza w tym wątku).

Dziękuję za porady. Kto wie, może jednak coś z tym zrobię... kiedyś, bo pomysłów i planów mam sporo. Poza tym z opisanym wyżej konceptem mam jeszcze jeden problem . Nie ma co ukrywać, że cała intryga Władcy Wampirów to bardzo skomplikowany plan samobójstwa, a o takich tematach trzeba tworzyć z dużą ostrożnością. Nie pomogłam sobie w tym, bo zdążyłam naszkicować postać Łowcy, którego Władca wybrał na wykonawcę tego zlecenia: to człowiek dotknięty przez nieuleczalną, śmiertelną chorobę, świadom tego, że jego dni są policzone,ale nie wie, kiedy nadejdzie koniec, przez co popadł w stan podobny do sytuacji wampira-zleceniodawcy, w czym bynajmniej nie pomaga częste, zawodowe obcowanie z nieumarłymi.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Może ta choroba jest związana właśnie z nieumarłymi? W sensie, że “zaraził się” czymś, choroba zawodowa? I też chce odejść na własnych warunkach, z fajerwerkami? ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Akurat Łowca nie przykładałby uwagi do tego  jak odejdzie, tak dla kontrastu z podejściem Władcy Wampirów:  wie,  że kiedyś umrze i jest na to gotowy.  Dlatego popadł też w stan stagnacji i niechęci do nowych wrażeń. Dopiero Tajemniczy Zleceniodawca użyje argumentu, że jeśli Łowcy się powiedzie, odejdzie pokonawszy przepotężnego wampira, a nie kolejnego nieumarłego chłopa.

Jeśli chodzi o samą chorobę, to myślałam o czymś podobnym: “potrzebuję” choroby, która będzie powoli niszczyła Łowcę, ale do końca pozostawi go na nogach.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Marskość wątroby.

Znam tylko pięć liter ;)

Może być. Mogę wykorzystać objawy marskości, bez nazywania przyczyny wprost – na wszelki wypadek wolę tego nie robić.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Podobne opko (w bardzo ogólnych założeniach: doświadczony łowca vs cel) jest w nowych Fantazmatach (Pieśń o łowcy): https://fantazmaty.pl/projekty/fantazmaty-tom-ii/

I odpuść wampiry, bo to identyczna padaka jak fantasy  <chowa się>

 

 

Algirze, nie można rzucać takich opinii i <się chować>, a potem na pierwszy protest odpowiadać, że “coś tam to argument ostateczny, więc nie ma o czym dyskutować” ; / Jasne, Mr. Maras sam się podłożył, ale fakt pozostaje faktem. Może założymy nowy wątek w HP? ;) Bo ja chętnie podyskutuję.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ja przy wampirach zostanę, bo z tym watkiem i elementami wokół niego zawsze można pokombinować. Dziękuję za polecankę. Edyta: Nie to korektę w telefonie...

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Joseheim, ja również – z wielką przyjemnością ;)

 

Może założymy nowy wątek w HP? ;) Bo ja chętnie podyskutuję.

Zakładaj. Ja też chętnie podyskutuję :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No to chodźcie ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ad wyimki z czatów i inne takie:

 

Bohaterka co jakiś czas surfuje przez internety i to co w nich wyczyta jest ważne. 

 

Pytanie:

Czy lepiej streścić to co dziewczę wyczytało w narracji/przedstawić to jako jej przemyślenia (głosy mówią o tym i o tym, drogi pamiętniczku, zastanówmy się, co ja o tym myślę) czy zacytować te forumowe wypowiedzi? 

Jak cytować, to jak?

Założyć, że ludzie się ucywilizowali i nie piszą ‘lol, iksde’? Z drugiej strony potrzebuję jednak tłumu z widłami...

Czy iść jednak  w realne gównoburze, tylko je skrócić i do tego dodać wnioski bohaterki?

 

Bo przyznam, że streszczanie tego, co przeczytała wydaje mi się słabym pomysłem, ale taki realistyczny internet-talk jest nie do zniesienia na dłuższą metę. 

I would prefer not to.

Sądzę, że trudno tu będzie znaleźć złoty środek. Pewnie najlepiej będzie zrobić trochę tak, a trochę tak – trochę cytatów, a trochę podsumowań już w głowie bohaterki. Wiem, to żadna pomoc, ale wszystko zależy od tego, czego ona szuka i na ile to może być ciekawe dla czytelnika, a na ile to będzie łopatologia.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ja bym dała początek dosłownie, a jak się zaczynają gównoburze, to już tylko streszczenie. A potem już tylko, że po lekturze w głowie mieszały się jej “te potrzebne rzeczy” z ujadaniem trolli i emotami wszelkich maści.

Babska logika rządzi!

Ja bym jej dała czytać – potem w pewnym sensie to porządkować, komentować, streszczać, co było dalej, potem znów cytat z istotnym fragmentem i tak dalej. Przeplatać dwa typy narracji.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ech, w Ciemno, prawie noc Bator to fragmenty z trollami kartkowałam...

 

Hm, może zjadliwe będzie: normalny post – refleksja – odświeżenie i początki trollowania →  czas spać.

I would prefer not to.

Pocieszam Cię, że ja przez Bator w ogóle nie przebrnęłam. Akurat wtedy na dodatek w ramach fuchy dla kumpla redagowałam jakieś wypociny Kalicińskiej i po prawdzie lepiej mi się to czytało...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wybranietz, ciekawy problem. Zastanawiałem się, jak wyglądałby zapis z chatu z np. piętrowym cytowaniem. Jak wyglądałoby to na papierze. No bo trzeba jakość oznaczyć komentarze (user, treść). Może rozwiązaniem będzie zastosowanie kursywy dla komentarzy?

 

Jeżeli między takie czytane komentarze chcesz wrzucić myśli bohaterki, to jeżeli użyjesz “” to w końcu zacznie się to mieszać z tymi komentarzami. Zostaje mowa pozornie zależna, niby ok, ale wtedy musisz ujednolicić resztę tekstu. Jeżeli w trakcie czytania wpadnie jeszcze jakiś dialog, to zrobi się straszne zamieszanie na stronie. Napisz kiedyś, jak z tego wybrnąłeś ;)

Gatunek to horror/weird fiction.

 

Bohaterem mojego opowiadania jest mężczyzna, który ogląda niepokojące obrazy namalowane przez dziadków swojego przyjaciela (stara rezydencja przerobiona na muzeum + jest w niej sam, gdyż czeka na obiecaną dostawę nowego dzieła) – nie będę zdradzać całej fabuły, choć *bohater ginie w niewyjaśnionych okolicznościach*

Następnego dnia organizowana jest wystawa owych przerażających dzieł oraz prezentacja nowego obrazu, który doszedł wczoraj.

 

Moje pytanie brzmi:

Czy wątek głównego bohatera mogę pisać w pierwszej osobie – jego przeżycia, opinie o obrazach i niezdrowa ciekawość, która pozbawia go życia – a epilog w trzeciej osobie? (opis wystawy i prezentacja obrazu)

 

No i czy warto w ogóle kontynuować taki pomysł.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Jeśli “widok” pierwszoosobowy zajmie znaczną część opowiadania w porównaniu z trzecioosobowym epilogiem, to będzie OK. Gorzej, jeśli proporcje będą bliżej wyrównanych. powiedzmy 5 do 4.

Z narrację pierwszoosobową jest ten problem, że pewnych rzeczy nie można opisać, chyba że narrator opowiada o wydarzeniach, które już miały miejsce, jak na przykład w opowiadaniach Edgara Allana Poe albo opowiadania o Sherlocku Holmesie – w takim przypadku bohater-narrator mógł przypuszczalnie uzupełnić braki. Pamiętam analizę potterowskiego opka, którego autorka w samym środku całości przestawiła się na moment z pierwszo – na trzecioosobową narrację, bo odczuwała silną potrzebę, by opisać główną bohaterkę śpiącą w łóżku. Tu wypadło to źle, ale w Twoim przypadku może się udać, bo to sama końcówka, epilog a nie ostatni rozdział.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

90 procent opowiadania byłoby w narracji pierwszoosobowej. Epilog byłby jedynie kilku akapitowym zakończeniem. Jednak jeśli może wyjść źle, postaram się  napisać całość w trzeciej osobie.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Jeśli czujesz, że do tekstu bardziej pasowałaby pierwszoosobowa narracja, to lepiej najpierw ją wypróbuj, a potem zmierz się z epilogiem. Sama noszę się z podobnym pomysłem, tylko że u mnie główną część stanowiłaby treść czyjegoś pamiętnika, “epilog” zaś dołączona do niego notatka.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

A sam pomysł jest w porządku? Tytuł to Dzieło umysłu.

Klaustrofobiczna i stara rezydencja przypominająca labirynt. Niepokojące i przerażające obrazy symbolizujące ludzki umysł – jego ciemne strony. Przedstawienie czym jest strach, dlaczego ludzie się boją i dlaczego sami takie coś tworzą – nie monstra i potwory, tylko ludzie, o ludziach, dla ludzi. Motywem przewodnim jest cytat: ‘Bo ludzki umysł jest najciemniejszym z miejsc’

Ma to sens? I czy nie ma niczego podobnego w literaturze.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

No właśnie – częstym schematem, gdy narrator pierwszoosobowy umiera, jest epilog w postaci policyjnej notatki albo artykułu z gazety. Przykład pierwszy z brzegu

 

Twój pomysł jest zbyt mglisty, by dało się go ocenić ;) Pisz, a jak napiszesz, to wrzucaj, ocenimy gotowy produkt – inaczej się nie da.

Tu już ciężko mi powiedzieć, bo to zależy od wielu czynników. Motywy niepokojących (bo nie nawiedzonych) domów i mrocznych stron umysłów nie są nowe, co jednak nie znaczy że nie można dopisać jeszcze czegoś w tym temacie..

Spróbuj, zawsze warto. 

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

W sumie wystawa może być po prostu opisana w gazecie/internecie.  Wielkie dzięki!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

I czy nie ma niczego podobnego w literaturze.

Zależy, o czym myślisz, kiedy piszesz umysł, ale zaczynając od Dostojewskiego, Schopenhauera, Philippa Mainländera, szamana Freuda, tak zwanych dekadentów, przez gości w rodzaju Petera Wessela Zapffe czy Thomasa Ligottiego, kończąc na Bergmanie czy von Trierze – wielu było ludzi, którzy nie uważali ludzkiego umysłu (bardzo często w ogóle człowieka albo nawet całego świata) za jasne miejsce.

 

Od siebie dodam, że nawet opowiadanie z rzekomo najsłabszym i najbardziej wtórnym pomysłem może być opowiadaniem wybitnym, o ile zostanie wybitnie napisane. Twój pomysł jest całkiem ciekawy, jednak radziłbym się skupić na tym:

→ Co konkretnie będziesz rozumiał przez ciemne strony umysłu?

Co będzie na tych obrazach?

→ Jaki efekt emocjonalny chcesz osiągnąć? (to najważniejsze przy narracji pierwszoosobowej).

Tak jak już zostało wspomniane – notka z gazety czy coś podobnego to bardzo popularny zabieg, ale nie sprawi to automatycznie, że tekst straci na wartości.

Poza tym z własnego doświadczenia wiem, że opowiadanie komuś całego pomysłu nijak się zazwyczaj ma do właściwego opowiadania. Piszesz o “niepokojących, przerażających dziełach” i “klaustrofobicznej rezydencji” – zapewne tak to sobie wyobrażasz w głowie, ale czy tak wyjdzie w tekście? Czy czytelnik będzie miał podobne odczucia? To już zależy od jakości opowiadania, a nie od pomysłu!

→ Co konkretnie będziesz rozumiał przez ciemne strony umysłu?

Chodzi mi tutaj o to, że nawet człowiek, który jest powszechnie uznany za prawego i porządnego może skrywać mroczne sekrety – chęć mordu, sprawienia komuś cierpienia, dewiacje seksualne i tym podobne. Chcę też pokazać, że wszystkie potworności pochodzą z ludzkiego umysłu, a nie od sił nadprzyrodzonych (groza/horror w postaci filmów, malunków czy książek.

 

→ Co będzie na tych obrazach?

Kolorystyka będzie utrzymana w czerwieni i czerni *spoiler*(obrazy malowane są krwią ludzi, których mroczne myśli uwieczniono na danym malunku) Groteskowe sceny jak dziecko zabijające jakieś zwierze, albo człowiek, którego mięśnie są nienaturalnie rozerwane i tworzą karuzelę, na której huśtają się trupy dzieci – ofiar tego mężczyzny. Coś w tym rodzaju.

 

→ Jaki efekt emocjonalny chcesz osiągnąć?

Opisy muszę utrzymać w takiej formie, by budziły niepokój i przerażenia. Sam bohater będzie przerażony i będzie uważał, że to dzieło chorego umysłu, choć sam będzie czuł niezdrową fascynację do obrazów – tu dam wspomnienie, jak kilka lat temu był świadkiem makabrycznego wypadku tramwajowego i sam odczuwał wtedy niezdrową fascynację.

 

Co do tej starej rezydencji, to może wyjść tandetnie, jednak mogę to zamienić na nowoczesną galerię sztuki, byleby utrzymać klaustrofobiczny i niepokojący klimat. Wszystko postaram się opisać jak najlepiej.

 

 

I czy nie ma niczego podobnego w literaturze.

Zależy, o czym myślisz,

Chodziło mi o sam motyw horroru i obrazów: ‘Ręka mistrza’ Kinga czy ‘Model Pickmana’ H.P Lovecrafta

Teraz mam również cel, by nie śpieszyć się z publikacją, tylko szlifować jak najdłużej, żeby opowiadanie było dobre, bo sam wiem po Błogosławionych, że dodałem je trochę za wcześnie.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

sam motyw horroru i obrazów

Cóż, jeśli chodzi o sam horror i obrazy to motyw jest raczej dość popularny, nie trzeba daleko szukać – “Portret owalny” Poe, “Żółty znak” Chambersa... Natomiast np. u Ligottiego w tekście “Cień, ciemność” jest mowa o rzeźbach, podobnie jak u Damiana Zdanowicza w tekście “Szept”.

Ale tak jak napisałem, to nie ma aż takiego znaczenia – jeśli tekst będzie dobry, to będzie dobry. Fabuły jakiejś skomplikowanej nie planujesz, masz już założenia w głowie, więc proponuję po prostu odpalić nieprzyjemną muzyczkę i zacząć pisać XD

Mroczne myśli i takież żądze oraz uczynki portretowanych – “Portret Doriana Graya”…

 

nawet człowiek, który jest powszechnie uznany za prawego i porządnego może skrywać mroczne sekrety

To bardzo oklepany motyw, więc musisz mieć na niego rewelacyjny pomysł... Zwłaszcza że ostatnio było pod tym względem serialowo-pastiszowe arcydzieło czyli “Hannibal”. Czerpiące garściami z mnóstwa poprzedników. Radziłabym najpierw zapoznać się z przynajmniej częścią tytułów, które tu padły w kontekście świeżości pomysłu, a dopiero potem tenże dopracowywać, żeby nie okazało się, że wyważasz otwarte drzwi. Sorry, ale podstawą dobrego pisania jest bardzo dużo czytania, zwłaszcza klasyki. Taka karma albo, jak kto woli, taki klimat.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wydaje mi się, że każdy pomysł można zrealizować dobrze albo źle – napisz tak, żebym się bała tych obrazów i będzie dobrze.

Znam tylko pięć liter ;)

Jeśli chodzi o “horror i obrazy” to nie można zapominać o absolutnej klasyce grozy – “Porter Doriana Graya” Oscara Wilde. 

Dziękuję za rady i wszelką pomoc. Na pewno najpierw przeczytam klasyczne historie, by bardziej wpasować się w klimat i uniknąć powtórzeń fabularnych. Teraz wiem, że muszę jak najbardziej zgłębić temat przed napisaniem opowiadania.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Uwaga: Czytanie Portretu Doriana Greya może się skończyć totalną blokadą twórczą, gdy dotrze do ciebie, że jesteś lata świetlne od dobrego pisania.

A może to tylko ja tak miałam, hmm.

Nie mogę przenieść opowiadania z betalisty do poczekalni. Przy edycji zmieniłam kopię roboczą na publikację i wcisnęłam “nie” w opcji betalisty.

Coś robię źle, czy musi upłynąć trochę czasu, zanim tekst pojawi się w poczekalni?

Chodzi o Uczennicę jasnowidza?

Edit: jesli tak to jest w Poczekalni, tylko że pewnie dodało się z datą, kiedy wrzuciłaś je na betę i nie pojawia sie na początku listy.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Zapewne musiałaś je opublikować chociaż na chwilę, potem znowu schowałaś, ale teraz pokazuje się ze starą datą i inaczej nie będzie.

Babska logika rządzi!

Finkla, właśnie tak się stało. Opublikowałam na chwilę przez pomyłkę, zanim trafiło na betalistę. Szkoda, bo pewnie nie będzie komentarzy.

Jeśli jeszcze nikt go nie zdążył skomentować, to możesz go usunąć i wstawić ponownie.

Babska logika rządzi!

Miałam to samo z moim opowiadaniem na Legendę. Tak długo siedziało na betaliście, że kiedy wstawiłam je do poczekalni, było bardzo daleko na liście. Mi również zaproponowano wtedy, żeby wstawić ponownie tekst. To dobre rozwiązanie.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Dzięki Finkla, Ajzan. Właśnie tak zrobiłam. Ech, trochę techniki i człowiek się gubi.

To nie kwestia długości pobytu na betaliście, tylko daty pierwszej publikacji. Wiecie, nie ma drugiej szansy, żeby zrobić pierwsze wrażenie. ;-)

Babska logika rządzi!

Chciałem się zapytać, co zrobić, gdy nie ma się weny. Kiedy siadem i patrzę na ekran, od razu odechciewa mi się pisać, nie wiem od czego zacząć, a potem mam myśl, że i tak wyjdzie źle, więc kończę i myślę sobie, że zacznę jutro. I tak bywa kilka dni pod rząd.

W głowie mam wszystko ułożone, ale schody się zaczynają jak przychodzi co do czego.

Czasem też kiedy wracam do niedokończonej pracy i ją czytam, czuję zażenowanie lub żal, że to wygląda źle i nie ma klimatu lub nie zaciekawia.

Są jakieś sposoby by z tym walczyć? Czy tylko po prostu zacisnąć zęby i pisać?

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Zawodowy pisarz musi zacisnąć zęby i pisać, ale amator ma ten luksus, że nie musi. Pisanie na siłę rzadko daje dobre efekty, chyba że jest to tylko kwestia pierwszych minut/zdań, a potem się rozkręca.

 

A najlepiej wykorzystać czas bez weny na czytanie klasyki i/lub research.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Proponuję się porządnie zmęczyć przed pisaniem albo pisać w bardzo późnych godzinach nocnych, żeby nie mieć siły na myślenie i wątpliwości.

Oprócz tego istnieją wspomagacze, ale to niezdrowe i nie namawiam!

Dzięki za odpowiedzi!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Jeśli bohater mojego opowiadania jest niewidomy, to czy powinnam napisać to bezpośrednio w tekście, czy lepiej sprawić, by czytelnik sam się domyślił z opisów (np. kiedy narracja prowadzona jest z jego perspektywy, to kładziony jest nacisk na efekty dźwiękowe a nie obrazy)?  Szczerze powiedziawszy, to zawsze korci mnie ta druga opcja, jeśli dla fabuły nie jest konieczne w danym momencie bezpośrednie odniesienie się do ślepoty konkretnej postaci.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Druga opcja wydaje się ciekawsza. Ale jeśli masz wątpliwości, to może najpierw pozostawiaj wskazówki, a dużo później napisz to otwartym tekstem.

Babska logika rządzi!

Coś takiego już mniej więcej spróbowałam, ale ciągle mam opory przed napisaniem otwarcie “X jest ślepy”.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Zgadzam się z Finklą, że fajniej, jak takie rzeczy wynikają z tekstu, a nie z podanej na tacy informacji. Jestem przekonana, że da się to tak napisać, by dla czytelnika było jasne, że bohater jest niewidomy.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

No to nie pisz otwarcie “X jest ślepy”. Nie znam tekstu, może ktoś wspomni o lekarzu/ magiku, który być może pozwoliłby na odzyskanie wzroku? Albo jakiś wróg nazwie bohatera kaleką i zakałą plemienia? Ktoś opowiada o wypadku sprzed lat, w wyniku którego doszło do oślepienia albo o przepowiedni mówiącej o dziecku, które urodziło się ślepe...

Babska logika rządzi!

Wydaje mi się, że wystarczające powinno być wspomnienie parę razy, że bohater nosi opaskę a oczach w połączeniu z wykluczeniem z opisów wrażeń wzrokowych.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Zdecydowanie wystarczy, a wręcz nie przesadzaj z tą liczbą powtórzeń, bo czytelnik może zostać uznany za idiotę (przecież już wiem, że on ma opaskę!!! ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jeśli bohater mojego opowiadania jest niewidomy, to czy powinnam napisać to bezpośrednio w tekście, czy lepiej sprawić, by czytelnik sam się domyślił z opisów

Imho zależy to od tego, jaką rolę ma grać ta ślepota i kiedy zarówno inni bohaterowie (jeśli ten jest główny), jak i czytelnik mają się o niej dowiedzieć (co nie musi być w tym samym czasie). Oczywiście jeśli to główny bohater, to lepiej dać czytelnikowi się domyślać, ale też nie za długo, jeżeli to nie główny twist tekstu :P

 

Edit: jeżeli dajesz taki gadżet jak opaska, to raz powinno wystarczyć, chyba że sama opaska będzie grała rolę. No i to może być zmyłka, bo nie zawsze opaska oznacza ślepotę.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Potrzebna mi męska opinia (najlepiej kilka). Sytuacja wspomnieniowa; czy facet mógłby pomyśleć coś takiego:

 

Brakuje mi gościnnej miękkości twoich piersi. Zachęcającej do pozostania w naszym świecie, którego granice wyznaczały twoje ramiona.

?

 

(Tak, wiem, że jest powtórzony zaimek)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Zależy od faceta, ale na moje to uberromantyk musiałby być.

http://fantazmaty.pl

Sytuacja jest dość specyficzna – nie chodzi o realną kobietę “tu i teraz” tylko o kogoś, z kimś kiedyś był i już być nie może (i raczej już nigdy nie będzie) – czyli idealizuje i to mocno, bo sytuacja, w której obecnie się znajduje jest niewesoła. Ale właśnie nie wiem, czy to nie przegięcie.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Precyzowanie, że komuś brak miękkości piersi, a nie kobiety jako osoby, trąca traktowaniem jej przedmiotowo. Skoro mówisz, że kontekst jest dramatyczny, pokusiłbym się o więcej subtelności, a mniej perwersji. :p

Oj tam, oj tam, MrB. Czepiasz się ;).

Pasuje jak najbardziej. Szczgólnie, jeśli to sytuacja młokos – doświadczona dama.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

O, nie wiedziałam, że to perwesyjne ;-) I nie napisałam, że tylko tego mu brakuje :P Po prostu wydawało  mi się, że doznania zmysłowe są dobrymi kotwicami wspomnień :-) No i bohater nie musi być poprawny politycznie.

Staruchu, akurat dużej różnicy wieku nie brałam pod uwagę, ale jest to miłość z przeszłości bohatera, do której wraca myślami, trochę na zasadzie kontrastu z rzeczywistością, w której się obecnie znajduje i z której nie widzi wyjścia.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Ekhem, ja bym zrobiła sondę w kwestii tego, co kobieta pomyślałaby o eksie, który jej sadzi takie tekściory :P

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Podejrzewam, że nie byłaby zachwycona :P

Ale bohater nie dzieli się swoimi przemyśleniami z nikim. Mówi do niej, ale nieobecnej – czyli w sumie do siebie, dobrze wiedząc, że ona nigdy tego nie usłyszy ;-)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Słowo “gościnnej” brzmi tutaj dla mnie sztucznie. A z zaimków zrezygnowałbym z “naszym”.

W sumie racja, i tak powtarza info z zachęcającej. Z zaimków tekst będę jeszcze czyścić i pewnie koniec końców i tak któryś wywalę, ale na razie “nasze” mi pasuje ;-) Dzięki!

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

dogsdumpling

Teoria mówi: nie! Bo faceci to tylko ostre kształty, proste zdania, skupieni są na dzianiu się, a nie emocjach, a w kwestii uczuć mają IQ równe połowie wagi swojego ciała wyrażonej w centymetrach.

Życie natomiast wskazuje, że całą tę teorię można wyrzucić do kosza, gdy spotka się właściwą kobietę ;)

Spokojnie mógłbym tak powiedzieć.

Heh, z tymi teoriami damsko-męskimi to mam wrażenie, że częściej sprawdzają się właśnie w teorii. A praktyka i indywidualni ludzie to nieco inna bajka ;-)

Dzięki za odpowiedź!

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Jestem na etapie obmyślania pomysłów na Retrowizje i pomyślałam, czy nie stworzyć swego rodzaju tryptyku z dwoma innymi konkursowymi opowiadaniami, które już opublikowałam. Tamte dwa mają wspólny element pod postacią niepełnosprawnego dziecka w roli głównego bohatera. Jedno jest nieme, drugie ślepe, a trzecie, które wystąpi w opku na Retrowizje, byłoby głuche.

Ponieważ na warsztat wzięłam clockpunk, to przyszło mi do głowy, by ten bohater z nieustalonego jeszcze powodu nie mógł niczego usłyszeć, za wyjątkiem tykania zegarów. Kuszący pomysł, ale nie wiem, czy uczciwy. ze tak to ujmę, względem pozostałej dwójki. Tamte dzieci nie miały podobnych wyjątków od niepełnosprawności.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

A jak brzmi pytanie?

Babska logika rządzi!

Czy powinnam dawać temu bohaterowi podobny wyjątek, by nie słyszał niczego poza zegarami?

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Ty wiesz lepiej. Lepiej znasz swoich bohaterów, fabułę...

Może wystarczy, jeśli bohater będzie opuszkami wyczuwał tykanie zegarka na ręce?

Babska logika rządzi!

To dopiero przyszło mi do głowy, więc coś pewnie jeszcze wymyślę.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Tylko w clockpunku nie widzę tych zegarków na rękę

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ja też, ale zawsze można naciągnąć realia tak,  żeby odpowiednio małe mechanizmy mogły być możliwe. Poza tym, nie musza być koniecznie na rękę, a kieszonkowe.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Potrzebuję pomocy, bo mój mózg już paruje i odmówił współpracy. Poza tym zafiksował się na jednym słowie i nie umiem wymyślić nic innego.

 

Co mam: oddział piechurów, którzy w pewnym momencie zdobywają środki transportu. Ale te środki transportu są żywymi organizmami, przy czym nie ma jazdy wierzchem (jak na koniu/słoniu/wielbłądzie/strusiu i czym tam jeszcze). Ludzie wchodzą do wnętrza i siedzą w środku, jak w samochodzie i tak jadą. Ludzie mówią na te stworzenia “pojazdy”.

Jak mogę to ogólnie nazwać? Oddział pieszy przeistoczył się w jaki? Nie wchodzi w grę nazwa od nazwy gatunku stworzeń (jak konnica od koni). Utknęłam na “zmotoryzowany”,  ze względu na konotacje z pojazdami i skłonnością ludzi (moich ludzi) do upraszczania i skrótów myślowych, ale nie jestem pewna, czy tak będzie dobrze i czytelnie.  

Podpowiedzcie coś, proszę, bo zwariuję...

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Może po prostu mobilny?

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Mobilny?

Hmm, w sumie... Wstawię mobilny i zobaczymy, jak to będzie wyglądało. 

Dzięki, dziewczyny. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zanimalizowany ;)

 

Piechota niestety bywa zmotoryzowana lub zmechanizowana, a kawaleria spieszona :/ Czyli najlepiej wymyśl fajny neologizm. Bo wojsko poruszające się na własnych nogach też jest mobilne, więc moim skromnym to nie załatwia sprawy.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No właśnie... Chyba to odłożę, bo gorączka nie pomaga w jasnym myśleniu. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ja też mam pytanie, w nawiązaniu do Retrowizji. Na warsztat wzięłam mechanizmy zegarowe i świat, gdzie są one tak powszechne, jak elektryczność i Internet w naszych czasach. Czy dobrym pomysłem jest, abym specjalistów od naprawiania takich mechanizmów nazwała po prostu zegarmistrzami? Podoba mi się taka koncepcja, ale...

Zegarmistrz to z definicji specjalista od zegarów.

Czy istnieje już określenie na kogoś, kto naprawia mechanizmy oparte na trybach, wahadłach, sprężynach i tym podobnych?

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Taki ktoś to chyba mechanik.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Też pomyślałam o mechaniku, ale to słowo nie takiego brzmienia jak zegarmistrz. A i mechanik kojarzy się bardziej z samochodami.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Jeśli opowiadanie dzieje się w czasach średniowiecza/nowożytnych, to chyba wystarczy po prostu mistrz albo majster. Mechanik w takim wypadku brzmiałby nieco anachronicznie.

A może neologizm: mechamistrz?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

A czym są te mechanizmy zegarowe, bo rozumiem, że nie zegarami ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie wiem, czy podobne pytanie gdzieś nie padło, ale... jak zastąpić słowo “agent”, by nie raziło w realiach, hm, quasi-nowożytnych? Taki ktoś do zadań specjalnych na wrogim terenie. Ten “agent” sam mi się nasuwa i nijak nie umiem go sensownie ominąć ;/ A szpieg nie oddaje mi do końca sensu.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

“Agent” pochodzi z łacińskiego agere, “działać”, i mnie na przykład w tym kontekście specjalnie nie razi. Ale faktycznie może się komuś skojarzyć z Jamesem Bondem... Może spróbuj dać jakieś omówienie? Albo po prostu “człowiek Xa w Hawanie”?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Człowiek do zadań specjalnych. :)

Specjalny wysłannik

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Emisariusz czasem mogłoby pasować.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Hm... emisariusz jest zbyt polityczny, agenta jednak chcę uniknąć, omówienia chyba szczególnego dawać nie będę, bo z kontekstu samo wynika, kim są bohaterowie... pewnie stanie na takim właśnie “specjalnym wysłanniku”. Dzięki Wam ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

SJP PWN emisariusz «tajny wysłannik polityczny»

 

Ale zgoda, brzmi to staroświecko i/lub bardzo formalnie, więc będzie się rzucało w oczy, a rozumiem, że tego chcesz uniknąć.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Moi wysłannicy nie są polityczni, bo tu nie chodzi o infiltrowanie wrogich państw ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Z czego wynika, że miałaś nosa z tym agentem, bo on się ewidentnie głównie tak kojarzy ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ostatnio zastanawiam się, w jaki sposób pisać teksty, żeby były bardziej skomplikowane.

Zwiększyć liczbę wątków? Zostawić więcej niedopowiedzeń? Rozbudowywać bohaterów?

Będę wdzięczna za rady.

 

Kombinacja tych trzech ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Trzecia wydaje mi się najlepsza na początek.

Zbyt dużo wątków może doprowadzić do poplątania i niemożności dobrego rozwinięcia każdego z nich. Niepowodzenia zaś są o tyle kłopotliwe, ze celowe pominięcie pewnych szczegółów może zostać odebrane jako zwykła niedoróbka.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

W ostatnim tekście próbowałam pokazać bohatera złego, a jednocześnie samotnego i  w pewnym sensie tragicznego. Wiem, wiem, pewnie stereotyp. Jednak bohater po raz kolejny wyszedł chyba zbyt prosty.

ANDO, trudno się nauczyć tego, o czym piszesz. Oczywiście trzeba próbować, ale wydaje mi się, że najlepszą drogą jest czytanie jak największej liczby książek (np. sprawdzonych klasyków) i zastanawianie się: Dlaczego ta książka mi się podoba?  Dlaczego tak lubię tego bohatera? Co sprawiło, że fabuła mnie wciągnęła? Czasem warto coś spróbować rozłożyć na czynniki pierwsze ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Zgadzam się, trudno się nauczyć takiej rzeczy. Dobry pomysł z tą analizą powieści. Do tej pory skupiałam się na poradnikach. Przeczytałam sporo, ale kiedy wciąga fabuła, człowiek się nie zastanawia, jak to zostało zrobione.

Poradniki to ZUO.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

W ostatnim tekście próbowałam pokazać bohatera złego, a jednocześnie samotnego i  w pewnym sensie tragicznego. Wiem, wiem, pewnie stereotyp. Jednak bohater po raz kolejny wyszedł chyba zbyt prosty.

Może powinnaś zrezygnować z określania bohaterów jako dobrych lub złych, bo, o ile nie piszesz jakiejś baśni czy bajki, to prawdziwe życie ma zwyczaj toczyć się poza dobrem i złem :-)Znalezione obrazy dla zapytania nietzsche

Gdyby to opowiadanie, o którym, jak mniemam, piszesz (Kotołak?) było w większym jeszcze stopniu baśniowe, to uproszczenie postaci byłoby łatwiej strawne. Ale możesz też szukać rozwiązań gdzie indziej. Napisałam Ci tam, że gdyby bohater ratował ojca Meli, a nie samą Melę, może byłoby nieco mniej oczywiste – także wybór dla bohatera, bo dziecko to zawsze stosunkowo łatwa decyzja. A skoro wybór trudniejszy, to i postać automatycznie robi się bardziej skomplikowana. Dojście przez bohatera do tego, że ojciec jest dziewczynce niezbędnie potrzebny, byłoby równie wzruszające, a mniej przewidywalne. Co więcej, gdyby np. pozwolił niedźwiedziołakowi go pożreć, bo nie chciał się angażować, a potem zobaczył rozpacz Meli, to dopiero dramat.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

drakaina, dziękuję za obrazowe wyjaśnienie, zrozumiałam i postaram się zastosować te wskazówki w kolejnym tekście. Na zmiany w opowiadaniu o kotołaku już chyba za późno.

Pisałam o ostatnim opowiadaniu i o wcześniejszym (”Ile człowieka w sowie?”).

A tak poza tym, to Jose ma świętą rację – czytanie i zastanawianie się, co mi się podoba w tym, co czytam (albo co się nie podoba) to najlepsza metoda. I w sumie trochę już idziesz tą ścieżką, komentując opowiadania, bo wtedy musisz się zastanowić, dlaczego coś Cię ujęło, a coś innego pozostawiło obojętną czy też wręcz zdenerwowało. Czasem analiza cudzych błędów lub tego, co się nie podoba, nawet więcej daje, bo zazwyczaj poświęcamy jej nieco więcej uwagi.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Czy pisanie opowiadania w stylu Ognia i Krwi Martina – czyli ala notka historyczna o życiu jakiejś osoby ma tu sens? 

Chciałem opisać tak życie jednej z postaci z mojego świata fantasy. Byłoby pisane z perspektywy trzech osób, które miały z nią najbliższą styczność. Opisałbym jej życie i drogę do szaleństwa – nie byłoby nudne, bo mam na nią ciekawe pomysły.

Mógłbym też napisać je normalnie, ale chciałem się zapytać, czy takie coś miałoby sens, bo mam już jedną trzecią napisane.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Nie wiem, co rozumiesz przez “notkę historyczną”, bo dla mnie to się kojarzy z “hasłem w encyklopedii”, a potem opisujesz coś zupełnie innego ;)

 

Całkowicie teoretycznie uważam, że narracja, w której osoby znające bohatera dają obraz jego samego i jego życia, jest znacznie ciekawsza niż zwykła linearna opowieść – ale niewątpliwie technicznie i fabularnie trudniejsza. Nie możesz dać w czymś takim tylko suchej relacji, bo to raczej będzie nudne, nawet jeśli życiorys ciekawy. I raczej nie relacja po relacji – zdynamizuj to, przeplataj punkty widzenia, daj czytelnikowi się zastanawiać nad motywacjami bohatera, nie podpowiadaj od razu rozwiązań. Imho takie coś ma szanse.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wiem, że może źle to nazwałem, ale nie wiedziałem jak to powiedzieć.

Relacja wydarzeń będzie, ale chciałbym ukazać własne emocje i odczucia tych trzech postaci, które opisują jego życie.

Ogólnie postacią będzie młody cesarza, który na skutek poparzenia (niemal umiera) doznaje traumy i za wszelką cenę chce być nieśmiertelnym.

I będą tu trzy relacje: zwykłego kronikarza, który mieszkał w pałacu i opisywał życie tej dynastii; kapłana, czarnoksiężnika, nekromanty, który uczy cesarza różnych sztuk i pomaga mu w jego brutalnych rytuałach, i on sam prowadzi notatki z postępów i rosnącego szaleństwa (do którego sam go wpycha); oraz relacja siostry-żony owego cesarza, która opowiada o jego życiu prywatnym (ten wątek kazirodczy nie jest bardzo erotyczno/romantyczny jak Jamie czy Cersei albo jak Cezar i Lukrecja, sam cesarz wierzy, że siostry dadzą mu potomków, którzy są obiecani w proroctwie – on sam nie darzy ich żadnym uczuciem, no może oprócz jednej, którą tylko lubi).

Oczywiście nie chcę, by cesarz był zbyt edgy emo, no ale trochę mrocznie musi być. 

W każdym razie te 3 wątki będą przeplatane – w zależności, na jakim etapie życia będę. No i każda perspektywa musi być wyjątkowa, oryginalna.

Opowiadanie na razie nie ma jakiegoś super morału czy przesłania, chcę jedynie poćwiczyć i pokazać świat i postacie. No i może ciekawą fabułę.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Sama napisałam kiedyś fragment jednego z moich opek w podobnym stylu, czyli czegoś w rodzaju rozdziału z książki popularno-historycznej (gdzie 1 rozdział = jedna biografia).

Sam pomysł z całą pewnością ciekawy, ale jak napisała drakaina, trudny, bo trzeba zaciekawić czytelnika stosując nietypową dla gatunku formę.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

W takim razie trzymam kciuki.

 

Ale przyznam, że na Cezarze i Lukrecji przez moment się zawiesiłam, zanim wymyśliłam, że chodzi Ci o Borgiów :P (a nie Tarkwiniusza, Lukrecję itd., bo samo Cezar jednakowoż odnosi raczej do Rzymu...)

 

Rozważyłabym też poczytanie dużo fantasy poza Martinem jako różnych inspiracji, bo nie na Martinie świat fantastyczny się kończy...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Oprócz Martina czytam Le Guin, Tolkiena, Rogera Zelaznego, Sullivana, Roberta Jordana, Sandersona, Sapkowskiego i spróbuję kiedyś wrócić do Grzędowicza.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Uff ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

DanielKurowski1, przy okazji pisania opowiadaniawymyśliłeś sobie fajne ćwiczenie warsztatowe. Ze szkicu historii wynika, że wybrana forma będzie najodpowiedniejsza (daje duże pole do popisu, bohaterowie widzą subiektywnie, mogą np. okłamywać czytelnika). Spróbuj namierzyć w swojej historii punkty kulminacyjne i przedstaw je z różnych punktów widzenia; zróżnicuj bohaterów, daj im jakieś pasje/namiętności; spróbuj oszukać czytelnika ;) Baw się dobrze przy pisaniu ;)

 

Polecam Rashōmon Kurosawy – to film-matka takiej narracji ;)

Dzięki, postaram się obejrzeć. 

Każda narracja ma mieć osobistą perspektywę – kronikarz pisze obiektywne doznania – jego stanowisko jest takie, że cesarza jest chorym, szalonym zwyrodnialcem. Kapłan zaś twierdzi, ze cesarz jest niezwykle mądry, obdarzony darem i potęgą, siostra-żona zaś opowiada, że jej brat jest zagubiony i pokrzywdzony, ale mimo wszystko chce dobrze dla rodziny.

Czytelnik sam zdecyduje która wersja jest bardziej wiarygodna.

Chciałem jeszcze we wstępie opowiadania pokrótce wyjaśnić dlaczego ta dynastia zasiada na tronie i jak to się stało, że ktoś uważany za szaleńca został cesarzem.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Algir – dzięki za przypomnienie. Cały czas usiłowałam dojść do tego “pacjenta X”, więc w sumie nie pisałam nic o tradycji takiej opowieści, i to chyba jest to, czego moja pamięć szukała – w każdym razie w powszechnym odbiorze. Bo gdzieś tam w literaturze wczesno modernistycznej się plączą jakieś próby, ale to zbyt niszowe ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Pierwsze były chyba dziewiętnastowieczne powieści epistolarne, ale pewności nie mam (znając życie, było coś wcześniej). W klimatach wiktoriańskich cudnie utrzymuje się nowoczesna powieść E.Catton: Wszystko co lśni. Doskonała zabawa formą.

 

Ogólnie, lubię filmowe narracje (z całym ich bagażem uproszczeń i kreacji bohaterów), dlatego przy zabawie w pisanie często polecam dobre filmy. Dziś oglądałem w kinie Faworytę – znakomite aktorstwo, przeciętny scenariusz, ale całość fajnie pokazuje, jak można prostymi środkami zbudować kapitalną opowieść. 

Powieści epistolarne są wcześniejsze (najsłynniejsza osiemnastowieczna to “Niebezpieczne związki”), ale to nie dokładnie to samo, bo nie bardzo chodzi tam o naświetlanie jednej historii z kilku punktów widzenia, choć w tych co lepszych konstrukcyjnie niewątpliwie coś takiego się rodzi. W “Rashomonie” jednak głównym celem jest pokazanie tego, że każda opowieść jest inna, a prawda leży daleko ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jest taka powieść, która dzieli czytających na entuzjastów i przeciwników, a wpisuje się idealnie, Danielu, w Twój sposób myślenia o napisaniu opowiadania. Chodzi mi o Kwartet aleksandryjski, Durella. Każdy z czterech tomów wnosi inny punkt widzenia. Autor próbował dowieść, że nie istnieje obiektywna rzeczywistość.

Jest taka piękna myśl Stendhala, że “powieść jest jak lustro, które przechadza się po gościńcu”.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Czy rozpoczęcie opowiadania od krótkiego (na 3 akapity) wprowadzenia w formie prologu z perspektywy bezosobowego narratora wszechwiedzącego,  wyjaśniającego panujące w historii realia, to dobry pomysł, czy jednak lepiej wpleść te informacje w samą fabułę?  Głównym bohaterem mojego opowiadania i najważniejszym POVem jest osoba, która sama z siebie nie mogłaby wiedzieć tych rzeczy. Dopiero później w fabule pojawia się ktoś, z którego perspektywy można podać taki infodump.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Ja bym wolała dostać te informacje naturalnie – czyli wplecione w fabułę. I tak raczej nie zapamiętam  wszystkich informacji z trzech pierwszych akapitów, ale to, że był infodump, tak ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Hmm. Nie mogłaby znać realiów swojego świata? Dlaczego? Jeśli chcesz swojego bohatera przerzucić ze znanego mu środowiska w jakieś zupełnie inne, to chyba nawet lepiej będzie, żeby się z początku potykał, robił głupoty i zadawał pytania, na które miejscowi będą kiwać głowami z politowaniem. Czyli moja rada brzmi – wpleć.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tym bohaterem jest dziecko, które raczej nie zna historii świata.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Zły pomysł, wpleć infodump jak najnaturalniej. Prologi przedstawiające historię czy mitologię są często uważane wręcz za obciachowe

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

OK. Coś wymyślę.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Krótko rzecz ujmując: Chcę napisać opowiadanie i myślałam, czy by nie spróbować sił z narracją trzecioosobową w czasie teraźniejszym (”Idzie, idzie i dojść nie może.”). Mogę liczyć na jakieś wskazówki?

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Nie rób tego xD Ale tak na poważniej – trzecioosobowa narracja w czasie teraźniejszym to jeden z najmniej tolerowanych przeze mnie rodzajów narracji. W czasie teraźniejszym działa już lepiej narracja pierwszoosobowa, za którą generalnie nie przepadam. Ba, nawet drugoosobowa czasem zadziała, jeśli odpowiednio wykorzystana. Ale trzecioosobowej w takiej formie bardzo nie trawię. Gdybym zobaczył takie opowiadanie, to gdybym nie musiał, to raczej bym go nie czytał. 

Bez obaw. Zamieram wykorzystać taka narrację w fanfiku, którego tutaj raczej nie opublikuję. Ja też preferuję trzecioosobową w czasie przeszłym, ale chciałam poeksperymentować.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

E tam, dla mnie może być.

Znam tylko pięć liter ;)

Też nie lubię czasu teraźniejszego. Używam go jedynie wymiennie z przeszłym, kiedy chcę bardzo mocno podkreślić różnicę punktów widzenia – nie tylko, że zmienia się osoba, której oczami patrzymy, ale też w pewnym sensie waga i doraźność wydarzeń. (I, Arnubisie, o ile pamiętam, podobał Ci się mój ostatni z tym eksperyment :))

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A ja uwielbiam czytać w tej narracji. Nadaje tekstowi dynamiki i sprawia, że czuję się jakbym była bliżej narratora. 

Ajzan, wybór formy narracji to jedna z najważniejszych decyzji podjętych przed rozpoczęciem pisania tekstu – oczywiście, tylko dla autorów, którzy się nad tym zastanawiają (duża grupa działa na zasadzie: siadam i piszę). Trzeba ją (narrację) traktować jak narzędzie: wybierzesz nieodpowiednią – wyjdzie paździerz; trafisz – zyskasz uznanie tłumów.

Ogólnie, w trakcie czytania sprawy warsztatowe schodzą na drugi plan – jeżeli czytacz płynie przez tekst, to znaczy, że narracja współgra z historią. Polecam Teda Chianga – ten autor w swoich opowiadaniach stosuje różne formy narracji i zwykle trafia, czyli odpowiednio dobiera formę do treści.  Gdy słyszę, że ktoś nienawidzi narracji drugoosobowej, to polecam Historię mojego życia T. Chianga – opowiadanie wybitne. Gdy ktoś mówi, że w dłuższej formie użycie czasu teraźniejszego powoduje u czytelnika drgawki, odsyłam do Wolf Hall H.Mantell – Bookera wszechczasów. 

Podsumowując: tylko od Ciebie zależy, jaką narracje wybierzesz. Trafisz – będzie dobrze; spudłujesz – będziesz miała cenną lekcję (dodatkowo: lekcję, którą trzeba przerobić osobiście; opieranie się na opiniach innych ludzi niewiele wniesie do Twojego warsztatu; po prostu: trzeba spróbować).

Żeby było łatwiej:  zastanów się, jaka będzie Twoja historia. Czy będzie skondensowana na dwóch-trzech scenach, bardzo dynamicznych, dziejących się w krótkim okresie czasu? Czy zrezygnujesz z oddechu i dygresji na rzecz szybszej akcji? Czy pasuje Ci szybsze tempo opowieści? Czy chcesz maksymalnie zbliżyć czytacza do bohaterów, chcesz, żeby przeżywali historię tu i teraz?  Wtedy narracja w czasie teraźniejszym powinna być ok. 

Warto to rozważyć przed rozpoczęciem pisania. Przerabianie narracji w napisanym tekście to mordercze zajęcie, ale też cenna lekcja ;) Jeżeli w tekście ma być dużo opisów, światotworzenia, retrospekcji, rozkmin wewnętrznych bohaterów, to być może narracja w czasie teraźniejszym nie jest odpowiednia.

Z drugiej strony możesz podejść do tego w ten sposób: światły krytyk mówi: Ajzan, nie dasz rady napisać tego tekstu w narracji w czasie teraźniejszym. Ajzan: Ja nie dam rady? To potrzymaj mi piwo i patrz!

Bardzo dziękuję, Algirze, za cenne rady. Opowiadanie nie będzie długie – trzy części max – a fabularnie nie rozwleczone w czasie. Nie chcę porywać się z motyką na słońce. Jak myślę nad poszczególnymi scenami, to jakoś łatwiej mi przychodzi opisywanie ich w czasie teraźniejszym.

Zobaczę, co z tego wyjdzie, ale piwa nie dam do potrzymania, bo nie piję. ;-)

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Tak się zastanawiam, czy nie rozpoczynać każdego (dość długiego) rozdziału od cytatu z fikcyjnej książki, tak jak to było w sadze o Wiedźminie.  W ten sposób mogłabym rozbudować świat opowieści, bez konieczności wpychania na siłę pewnych szczegółów do samej fabuły. Czy to dobry pomysł?

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Zależy od książki i cytatu :D W każdym razie – nie jest to zły pomysł. O ile rozdziały nie będą bardzo krótkie, tak że co chwilę będziemy mieli cytat, albo cytaty nie będą bardzo długie, to wszystko powinno być ok. Tylko cytaty i sama książka faktycznie powinny być istotne i jakoś się do tych rozdziałów odnosić (tylko bez spoilerów :D). 

Właśnie dlatego przymierzam się do dłuższych rozdziałów, aby cytaty nie zajmowały procentowo tak dużo miejsca. I cytaty w jakiś sposób będą rzecz jasna powiązane. Jeden z nich mam zamiar poświęcić zagadnieniu, czemu piszę o Krasnoludach z dużej litery (bo w tym świecie Krasnolud to taka sama rasa człowieka jak Murzyn czy Azjata).

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Jest to dość często stosowany zabieg.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo lubię, gdy na początku rozdziałów pojawiają się fragmenty fikcyjnych książek, ale nie ukrywam, że zdarza mi się je przewijać przy czytaniu ;) Zwykle dzieje się tak w sytuacjach, gdy te fragmenty stanowią proste infodumpy, są przydługie, ciężko napisane i przeintelektualizowane, przez co odrywają mnie od głównego tekstu. To chyba największe skały o które może rozbić się nasz okręt.

Z drugiej strony, jeżeli nie spróbujesz, nie będziesz wiedziała. Wiem, powtarzam do do znudzenia ;) Ale taka jest prawda: oczywiście, nie ma sensu próbować wyważać otwartych drzwi, ale wiele rzeczy trzeba jednak przepracować samodzielnie.

W sytuacji idealnej (dla mnie) takie fragmenty powinny być krótkie, zwięźle napisane (drabble?), zawierać puentę lub ciekawy twist, mogą stanowić element gry z czytelnikiem (na zasadzie: masz podpowiedzi – kombinuj) lub stanowić odrębną historię osadzoną w opisywanym świecie.

Chciałbym też, żeby we właściwym tekście znalazły się nawiązania do tych fragmentów/tytułów, żeby bohaterowie rozmawiali o tych książkach, żeby coś z tego zabiegu po prostu wynikało. No, to tyle :D  

Bardzo zdecydowanie, jeśli chcesz coś takiego stosować, to musi być intrygujące. Nie infodump. Jeśli chcesz tam przekazać informacje, to zrób to tak, żeby czytelnikowi już w trakcie pisania głównego tekstu szczęka opadała na zasadzie “aha, więc to o to chodziło w tym wstępie!” Infodum, dowolnie podany, zniechęca.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Prośbę mam i pytanko. :)

Prośba: Czy ktoś mógłby mi przetłumaczyć na francuski zdanie “Mamusiu, ten pan był goły”. (Drakaino jesteś tu może?)

Pytanko: jak powiedziałby “na miłość boską!” starożytny Grek?

 

Dziękuję wszystkim za porady. Właśnie zabrałam się za pisanie pierwszego takiego wstępnego cytatu i również potrzebuję drobnej pomocy językowej.  Jak w łacinie naukowej powinno brzmieć określenie “człowiek czerwony” (w sensie Krasnolud)?

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Irko, mówisz – masz: Maman, cet homme était nu

 

A o Greka to do ninedin – ale ona tu rzadko bywa, więc pewnie sama się nie zgłosi, ale jutro dopytam, jeśli nie zapomnę

 

Ajzan – nie rozumiem, “człowiek czerwony w sensie krasnolud” ;) Jeśli “naukowo” czyli jak w systematyce biologicznej, to Homo ruber, ale za nic nie wiem, co to ma wspólnego z krasnoludami, bo krasnolud to jakoś inaczej

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Może człowieczek: Homunculus ruber? Chyba, że Twoje krasnale są biologicznie uwarunkowane na komunizm ;)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tak, gdyby chodziło o to, że mały czerwony człowieczek, to propozycja Tarniny jest bardzo fajna.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ale jeśli ma być podgatunkiem człowieka, to jednak musi być Homo.

W sumie zależy, jak bardzo naukowe to ma być ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ale podgatunek człowieka raczej nie byłby rozmiarów ogrodowych. Zresztą, podgatunki mają nazwy trójczłonowe: Homo sapiens podgatunkus ;) Wszystko zależy od tego, czy to ma być taki krasnal:

 

czy taki:

 

czy może taki:

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Fakt, mój błąd, z rozpędu napisałem o podgatunku człowieka, a przecież chodziło mi o gatunek :D No i wiesz, Homo floresiensis miał około metra wzrostu. 

Geneza “moich” Krasnoludów wygląda tak, że pradawni ludzie przenieśli się do górskich jaskiń, gdzie założyli swe osady. Drogą ewolucji przystosowali się do ekstremalnych warunków, cze efektem jest bujne owłosienie głowy, w tym pełnoprawne brody u kobiet, krępa budowa ciała (przeciętny wzrost waha się między 1,20 a 1,50 m.), a na skutek skrajnych temperatur skóra przybrała czerwonawy (krasny) odcień, czy to od mrozu, czy pracy w kuźniach.

Tak to z grubsza wygląda. Pozostaje mi tylko połączyć to jakoś z angielskim “dwarf”. I chyba dobrze by było, gdyby Krasnoludy nie zaliczały się do sapiens. Wydaje mi się, że wtedy logiczniej by miała się kwestia średniej długości życia w granicach 150. lat.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Jak nie będą się zaliczały do sapiens, to nie wykształcą żadnej cywilizacji. No i nie wiem, jak z tym owłosieniem, bo na to ich drogi z kromaniończykiem, a i neandertalczykiem, a i wcześniejszymi hominidami musiałyby się rozejść bardzo dawno – na tyle, żeby owłosienie twarzy nie wiązało się z męsko-kobiecą gospodarką hormonalną,  a co za tym idzie, kwestią rozrodczości, ale było cechą przystosowawczą. Od pracy w kuźni skóra będzie czerwona osobniczo, nie gatunkowo, natomiast w kwestii przystosowania do mrozu, to trzeba by zerknąć na Eskimosów. Owszem, górskie ludy w Ameryce południowej i w Tybecie mają specyficzny odcień skóry, ale o ile dobrze pamiętam (Wiktoria jest pewnie bardziej na bieżąco) jest to raczej znak niedostosowania z powodu krótkiego (jak na ewolucję) życia w takich warunkach.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Czyli pytanie brzmi – jak bardzo pradawni? Z tego, co wiem (nie jestem ekspertem), włosy na większej części ludzia zrobiły się delikatne, cienkie i słabo izolujące dość dawno temu, w skali ewolucyjnej.

Jak nie będą się zaliczały do sapiens, to nie wykształcą żadnej cywilizacji.

Good un.

Nazwy gatunkowe powtarzają się (jest Cannabis sativa i Allium sativa, i cała masa innych “sativa”, bo to znaczy po prostu “siewny” i odnosi się chyba po prostu do roślin uprawnych) – możesz sobie wymyślić nazwę rodzajową i dokleić do niej “sapiens” (”rozumny”).

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Ale sativa czy inne officinalis, trifolia i takie tam, to chyba właśnie podgatunki, a pierwszy człon to gatunek? Nie wiem, biologiem nie jestem.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie, to nie podgatunki, tylko nazwy gatunkowe. Na przykładzie Cannabis sativa: Cannabis to nazwa rodzaju, Cannabis sativa to nazwa gatunku. Jeśli chcesz konkretny podgatunek podać, to wtedy masz np. Cannabis sativa subsp. indica ewentualnie samo Cannabis sativa indica

Tak, właśnie.

A, jeszcze z tą ewolucją – “na skutek skrajnych temperatur skóra przybrała czerwonawy odcień” zalatuje Lamarckiem. W świecie fantasy nie jest to problem, o ile tylko pasuje do całości, ale w naszym świecie to tak nie działa. Mutacje są mniej więcej losowe i dobór odsiewa te, które w konkretnym środowisku szkodzą, nie wybiera te najlepsze.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Na upartego, jeśli skały były czerwone, to może na zasadzie mimikry...

Babska logika rządzi!

To nie zmienia ogólnego mechanizmu.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Arnubisie, dziękuję :) Wprawdzie lata temu byłam na wakacjach z koleżanką, która wkuwała systematykę, ale najwyraźniej nic się przez osmozę nie załapało ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, dziękuję bardzo. Przetłumaczyłam przez ponsa, ale tak, jak myślałam, tłumaczenie internetowe jest psu na budę.

Powinnam wcześniej wspomnieć, że ze wszystkich wymienionych cech Krasnoludów nie jest efektem ewolucji.tylko efektem działania skrajnych temperatur., który najbardziej rzucał się w oczy. W bardziej umiarkowanych warunkach ich skóra jest jasna.

Przy Krasnoludach jako rasie ludzkiej zostanę, ale w tekście stopień pokrewieństwa pozostawię niejasny. Przekonały mnie do tego Twoje komentarze. Drakaino. Nie był to z resztą nigdy tak istotny wątek, Po prostu chciałam ugryźć ten motyw od trochę innej strony, bez udziału wyolbrzymionego systemu magicznego lub mitologii odpowiedzialnej za każdy element świata, łącznie z początkiem wszystkiego.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Irka – google translator daje nie najgorzej radę angielski-francuski. Wiem, bo czasem jak nie mogę czegoś napisać w wordzie z akcentami i resztą diakrytyki, to robię w ten sposób i korekt nie jest potem dużo.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ja kopiuję z Free Dictionary (translatory są złe).

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Mnie się nie chce słowo po słowie kopiować, jak piszę np. długiego maila.  Do większości ludzi piszę bez diakrytyki, ale czasem nie wypada...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

W jaki sposób można ciekawie po pokazać steampunk w klimatach XIX-wiecznej wsi angielskiej? Jedyne pomysły, jakie mi przychodzą do głowy to bardziej zaawansowane maszyny rolnicze na większych polach, lotnisko dla sterowców. konie mechaniczne dosłownie i coś na podstawie prac Różalskiego.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Hmm. A co jeszcze byś chciała? Może jakieś fajniejsze sprzęty domowe i gospodarskie? I nowe sposoby spędzania czasu, zwolnionego dzięki tym sprzętom? Spróbuj myśleć na bardziej “babską” skalę – co by się przydało w domu i zagrodzie.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Młyn napędzany silnikiem parowym, podobnie młóckarnie i tak dalej. Jak masz steampunk bardziej fantastyczno-magiczny z robotami na parę i tak dalej, to możesz zrobić nawet mechatroniczne strachy na wróble :D Tak naprawdę to poprzeglądaj sobie różne maszyny rolnicze i masz gotowce :D 

Otóż to. Ale artykuły gospodarstwa domowego też mogą być – wyobraź sobie steampunkową maszynkę do lodów. Lepsze oświetlenie. Maszyny do szycia. Pralki. Froterki. Mechanicznego pająka, który myje okna. A stare dewotki mogą narzekać, jaka ta dzisiejsza młodzież leniwa, jak niczego sama nie potrafi zrobić, jak jej głupoty do głów przychodzą, bo nie ma to, jak ciężka praca na kształtowanie charakteru.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Oprócz słabej pomysłowości ww kwestii maszyn, to powstrzymuje mnie jeszcze kwestia,że przeciętny chłop raczej nie miałby dostępu do większości tych cudownych wynalazków, co najwyżej paru mocno zużytych maszyn rolniczych. Chociaż w sumie, to byłoby ciekawe: pokazać różnice w zamożności mieszkańców wsi (od chłopów po lokalnego arystokratę) na podstawie dostępu do nowoczesnych technologii.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

@Ajzan, a może pomyśleć inaczej, czyli zacząć nie od steampunku, lecz węzła dramatycznego, czegoś co ciekawi, ludzkiego i wtedy dopiero wymyślać steam?

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

@Asylum,  pomysł na fabułę (już zaczętą) już mam, potrzebuję jeszcze tylko czegoś ciekawego do rozbudowy świata.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Ha, to wspaniale, a co postaci używają na codzień, co im pomaga, przeszkadza, zagradza.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ajzan, kiedyś oglądałem na Discovery  program o angielskiej wsi w czasach II WŚ – sytuacja idealnie pasująca do Twojej historii: nocne zaciemnianie okien (żeby uniknąć nalotów), wprowadzenie norm produkcyjnych i związane z tym wymagań jakościowo-ilościowe produkcji rolnej, napływ pracowników sezonowych (mieszkających w pokojach wynajmowanych w domach prywatnych) oraz szybki rozwój techniki, polegający na ciągłym konstruowaniu i dostarczaniu na wieś coraz nowszych maszyn rolniczych: młockarnie, dojarnie mleka, traktory, żniwiarki, kosiarki, pastuchy elektryczne, opryskiwacze, sadzarki, siewniki do zboża, nowoczesne systemy nawadniania, maszyny do melioracji, maszyny do budowy dróg dojazdowych itd. Do tego rozbudowany system kontroli: cały zespół ludzi odpowiedzialnych za zwiększanie produkcji rolnej, systemu dystrybucji, przechowywania i konserwowania żywności. Słowem: wojna jest motorem rozwoju ;)

I kontrolerzy, chodzący od gospodarstwa do gospodarstwa i sprawdzający, czy nowe metody produkcji (tysiące stron przepisów/poradników/ulotek) są wprowadzane w życie. Temat-rzeka.  

Klimaty wojenne nie bardzo mnie ciągną, ale dziękuję za info, Algirze. Lista maszyn może być pomocna.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Maszyny rolnicze. Zwłaszcza że projekty istniały.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

przeciętny chłop raczej nie miałby dostępu do większości tych cudownych wynalazków, co najwyżej paru mocno zużytych maszyn rolniczych

Ha, niekoniecznie. To ma być Old Merry England, twierdza niepokonana od czasów Wilhelma Zdobywcy, nie nasz postaw czerwonego sukna, który może sobie złupić, jak mu się podoba, byle chmyz z armijką umiejącą tylko gwałcić kury i kraść kobiety. Ale serio – brak wojen w międzyczasie wzmacnia konserwatyzm, ale i zamiłowanie do spokoju i wygody, a także bardzo dodatnio wpływa na majętność przeciętnego mieszkańca, Henia VIII i jego parcelizację pomijając.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Rzeczywiście, chyba przesadziłam, Tarnino, ale nadal wydaje mi się, że w przeciętnym, niezamożnym gospodarstwie, poza maszynami rolniczymi, nowinek technicznych raczej nie będzie wiele, jeśli nie z powodu majętności rodziny, to wspomnianych już tradycyjnych wartości i przyzwyczajeń. I mean, po co komu maszyna do mycia okien, jak ścierka, wiadro i woda w studni? Takie coś, to może sobie hrabia mieć.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Chyba że zrobisz  z tego przedmiot powszechnego użytku, nie wiem, jak mikser albo coś. Coś, co wszyscy mają, a kto nie ma, to nie dlatego, że to dobro luksusowe, tylko nie chce albo nie potrzebuje.

Znam tylko pięć liter ;)

Hrabia ma służbę – jego nie obchodzi sprzęt AGD, chyba, że można się nim popisać, czyli faktycznie maszyna do mycia okien raczej dla niego. Ale na przykład pompa? Wyobraź sobie (to nie jest mój przykład, ja go tylko przytaczam), że codziennie musisz biegać do źródła po wodę. Kto będzie Twojemu chłopu suszył głowę o wodociąg – pan feudalny, czy Ty?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

To o maszynce do okien pisałam w dużym uproszczeniu, z perspektywy starszego mieszkańca wsi. To oczywiste, że służba odpowiedzialna byłaby za obsługę.

Pamiętam też z lektury o służbie w angielskich domach na przełomie wieków, że nowinki techniczne, takie jak odkurzacze lub pralki, znacząco wpłynęły na zmniejszenie zapotrzebowania na pomoc domową.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

O, oczywiście. Właśnie o to chodzi. Gdyby nie wodociąg, musiałybyśmy biegać do źródła – to zajmuje czas. Pranie – teraz wrzucasz do pralki i zajmujesz się redakcją opowiadania, a kiedyś trzeba było się cały dzień męczyć. I tak dalej, i tym podobne. Mała zmiana w technice może pociągać bardzo duże skutki społeczne. Dużo zależy właśnie od kosztu tych nowinek – jeśli będzie na nie stać tylko hrabiego, będą kwestią mody, ale jeżeli każdy będzie mógł to sobie kupić... Ale chyba nie chcesz iść w fantastykę socjologiczną. Tak czy siak – jeżeli chcesz tylko dekoracji, to one mogą sobie być ekstrawaganckie, w granicach rozsądku.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Ajzan, pamiętaj tylko, że wieś angielska, nawet w XIX w. to nie jest wieś polska (pouwłaszczeniowa). Tam jest zupełnie inna struktura własności ziemi, to wszystko inaczej funkcjonuje. Nie jestem ekspertem od Anglii, ale radziłabym coś doczytać o tym, jak tam funkcjonowały indywidualne gospodarstwa i kto decydował o takich sprawach jak zakup maszyn – bo mam wrażenie, że ziemia była dzierżawiona od landlords, wykonawcami robót rolnych byli jeszcze niższego stopnia robotnicy rolni, więc to równie dobrze landlord mógł decydować, jak będzie pracował jego farmer, a ten z kolei zmuszać robotników rolnych do wykonywania poleceń z góry

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Też coś na ten temat kojarzę, drakaino.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Chodzi o to, że być może nie trzeba się przejmować finansami samego gospodarstwa – landlord kupi maszyny i każe farmerom ich używać.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

akurat pracuję nad opkiem, które pierwotnie było na Mitologie, ale pomysł mi się rozrósł i odpuściłam.

Na warsztacie mam zarówno Lokiego jak i Sygin oraz rozterki, jak przedstawić ich małżeństwo jako funkcjonalne, nie robiąc przy tym z męża ciepłej kluchy. Z Sygin mam trochę łatwiej, bo w materiałach źródłowych niewiele o niej jest i pełni funkcję raczej trzecioplanową (była nawet w Marvelu, ale chyba zaginęła gdzieś po drodze), więc jest sporo pustych stron do zapisania.  Problem mam z Lokim, bo nie mogę raczej zrobić z niego Gomeza Addamsa, ale nie chcę też Jokera. Jednym z moich ulubionych pomysłów jest niemożność mówienia Sigyn kłamstw (z pewną sugestią, ze to może być sprawka Odyna), ale czy to nie będzie wbrew powszechnie przyjętemu charakterowi boga-oszusta?

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Moim zdaniem to właśnie fajne podejście, jeśli bóg kłamstwa nie może skłamać żonie ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Loki w mitologii nordyckiej nie jest postacią całkiem jednoznaczną, jego obraz różni się z podania na podanie, więc czemu nie.

 

Co do samego pomysłu, sporo zależy od tonu, w jaki chcesz uderzyć. Ale brzmi nieźle. Ewentualną alternatywą jest Loki, który nie chce okłamywać swojej żony (bo obiecał, bo ją kocha, cokolwiek). Daje to szansę na eksplorację wątku zmagania się z własną naturą. Ale jak mówię – zależy od docelowego tonu.

Mam za sobą trochę książek o mitologii nordyckiej. O ile pamiętam, to Gaiman w swojej wersji zaznaczył, że podania są rozbieżne, czego dowodzi właśnie Loki. Mimo to jednak istnieją pewne ogólne założenia, bardziej przychylne  wizji Lokiego jako czarnego charakteru.

Problem z pozytywnym przedstawieniem małżeństwa Lokiego i Sygin tkwi również w tym, że Loki nie był wierny – przecież bardziej znane są jego potworne dzieci ze związków z olbrzymką i koniem niż ślubni synowie. Oczywiście można to załagodzić zgodą na otwarty związek i podkreśleniem, że zwyczaje podejście do pewnych spraw przez Asów jest inne niż u ludzi, ale i tak niektórzy mogą dopatrzyć się w tym usprawiedliwiania patologii i syndromu sztokholmskiego u Sygin.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Moim zdaniem to właśnie fajne podejście, jeśli bóg kłamstwa nie może skłamać żonie ;)

No, takie rozkosznie ironiczne.

zaznaczył, że podania są rozbieżne

No, właśnie. Nie ma czegoś takiego, jak spójna mitologia – każdy mit ma gazylion wersji, zwykle ze sobą niezgodnych. Nawet Tolkien nie dał rady, a on był jednym człowiekiem. Interpretuj śmiało.

i tak niektórzy mogą dopatrzyć się w tym usprawiedliwiania patologii i syndromu sztokholmskiego u Sygin.

Na pewno niektórzy się dopatrzą, niezależnie od tego, czego tam nie umieścisz. Spokojnie. A nawiasem – baby Wikingów (Celtów też) były całkiem niezależne. Miały np. prawo do rozwodu. Może pogrzeb na Sacred Texts?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Z tego, co zauważyłam, zwykle w zespolonej mitologii Nordyckiej stawia się na powolne psucie stosunków między Asami i Wanami a Lokim, gdzie ten trzeci jest takim trochę outsiderem.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Niewiernością bym się nie przejmowała. Jest przereklamowana jako koncept kulturowy ;) Herosi i bogowie tak mają z natury i w zasadzie masz tylko jedną wściekle zazdrosną żonę w mitologii, Herę, a ona ma swoje powody poza po prostu niewiernością męża. Z kolei Frigga bardziej broni ogólnej idei małżeństwa niż wścieka się na Odyna.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ja właśnie ‘mojej’ Sygin dałam silnie poczucie obowiązku małżeńskiego (bezsprzeczna wierność, miłość i dbanie o domowe ognisko), które jednak nie kolidują z naturą Lokiego, bo jak sama  twierdzi, wiedziała, kogo bierze za męża.

Przy Sigyn próbuję się też zmierzyć z ideą przymusowego małżeństwa, które nie jest przedstawione jako złe jako idea a z samej bogini (?) nie robić męczennicy.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

ideą przymusowego małżeństwa, które nie jest przedstawione jako złe jako idea

Nie jestem specem, ale do Wikingów nie bardzo mi to pasuje. W ogóle ludy z okolic chłodniejszych miały bardziej wyemancypowane kobiety, tak mi się zdaje.

W każdym razie w cywilizacji łacińskiej konieczna jest zgoda obojga zainteresowanych (pomijamy osiąganie tej zgody szantażem, bo to się dzieje za kulisami), między innymi właśnie dlatego, że kobieta nie jest przedmiotem, który się kupuje, ale osobą i stroną w umowie małżeńskiej.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Dzięki za info, Tarnino.  Przyda się, kiedy dotrę do wspomnień początków małżeństwa, bo na razie jest w niej tylko Odyn mówiący Sygin, że zostanie żoną Lokiego.

EDIT: Literówka.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Z ciekawości zajrzałam na Tumblr jak wygląda sytuacja Sigyn. Nie jest tak źle, choć głównie występuje jako OCka do shipowania z filmowym Lokim. Co ciekawe, w komiksach Marvela też występowała, ale rzadko a obecnie to chyba nie jest spotykana.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Nowa Fantastyka