- Opowiadanie: krar85 - Mars w trzydzieści trzy dni

Mars w trzydzieści trzy dni

Trochę to trwało, ale jest. Tekst na wyzwanie Gekikary (które w sumie zapoczątkował mr.maras). Niby klasycznie, ale nie do końca. Opowieść o śmiałej eskapadzie, ludzkiej determinacji i szukaniu siebie (albo festiwal snobizmu, egoizmu i głupoty, zależy jak patrzeć). Nadzieja, tęsknota i zatracenie zagubione gdzieś w bezmiarze kosmosu. W zamyśle ma to być hard s-f. Zapraszam do lektury i konstruktywnej krytyki. Aha, i proszę zapiąć pasy, bo jest końcówka dwudziestego pierwszego wieku i właśnie lecimy na Marsa!

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Mars w trzydzieści trzy dni

– O czym marzysz? – pyta, spoglądając w pustkę kosmosu.

Według czasu pokładowego jest późny wieczór. Załoga i współpasażerowie albo śpią, albo dryfują gdzieś bezładnie, w zdecydowanie odmiennych stanach świadomości.

– Chcesz odpowiedzi miłej czy szczerej?

– Nie chcę tracić więcej czasu na kłamstwa, Romeo – odpowiada ze smutkiem. – Już zapomniałeś, że umieram?

Nie zapomniałem. Spoglądam w jej pogodną twarz. Ledwo wytrzymuję to spojrzenie, onieśmiela mnie. Nie wiem dokładnie, ile ma lat, lecz z nowotworami walczyła przez siedemnaście. Większość ludzi trzyma się życia do końca. Kolejne operacje, naświetlania, chemioterapie. Ale ona miała dosyć. Jak sama mówi, chce wreszcie odpocząć i zrobić coś dla siebie. Postanowiła więc zostać pierwszą osobą, która umrze na Marsie. Kto bogatemu zabroni? Wie, że leci w jedną stronę. I chyba właśnie dlatego lubię spędzać z nią czas.

– Skoro nie lubisz ułudy, to czemu nazywasz mnie Romeo?

– Bo tak jest romantycznie.

– Marzę o tym, by zobaczyć wreszcie czerwoną planetę.

– Dlaczego?

Droczy się ze mną, lubię to. Mógłbym się w niej zakochać…

– Są dwa rodzaje ludzi: ci, którzy rozumieją to bez tłumaczenia oraz ci, którym się tego nigdy nie wytłumaczy – odpowiadam przewrotnie, wracając do rzeczywistości.

Ale powiedzonko skleciłem. Zawsze chciałem odwiedzić inną planetę, to prawda. Tylko nigdy nie miałem kilkuset milionów, by kupić wycieczkę. A teraz jestem tu w konkretnym celu. Lot na Marsa dostaję w pakiecie.

– A jak już zrealizujesz swoje marzenie? Co potem?

– Potem… Chcę wrócić do domu.

– Dom… Szczęśliwy człowiek, który ma dokąd wracać. Ja nigdy nie miałam domu.

– Mówiłaś, że masz po kilka na każdym kontynencie.

– To tylko nieruchomości. Nikt na mnie nie czeka. Nigdy nikt na mnie nie czekał.

Za to na mnie czekają. Firma, która pokłada we mnie spore nadzieje i pokryła znaczną część kosztów oraz rodzina, której jakoś zapomniałem powiedzieć, że zastawiłem większość majątku, by pokryć resztę. Zdolny konstruktor statków kosmicznych sprzedał wszystko, by odbyć podróż życia. Tak mają mówić o tym w mediach.

– Ma to swoje dobre strony – odpowiadam.

– Zostaniesz? – pyta, przenosząc na mnie spojrzenie niebieskich oczu. Właśnie po raz kolejny się w niej zakochuję. Niedobrze…

– Nie, Julio. Ustaliliśmy zasady, pamiętasz? Jesteśmy przyjaciółmi, to była tylko chwila zapomnienia, mam rodzinę.

– Wiem. I tak bardzo ją kochasz, że postanowiłeś polecieć w kosmos, by spełnić marzenie?

– Tak. Jak wrócę, to odbuduję, co zniszczyłem.

Tylko najpierw muszę uporządkować jedną sprawę.

– Więc dobranoc, kochany.

– Dobranoc.

Spoglądam na nią przelotnie, starając się nie widzieć twarzy. Opuszczam przestronną kabinę premium, o objętości prawie czterech metrów sześciennych i lecę do sąsiedniego modułu, w którym znajduje się moja klitka. Niecałe dwa metry sześcienne względnej prywatności w tym surrealistycznym świecie podróży międzyplanetarnych, aktualnie pozbawionym siły ciążenia. Po drodze mijam Stevena, który półnagi dryfuje w przestrzeni wspólnej modułu klasy ekonomicznej. Jak sam mówi, jego życie to Ameryka, wolny handel i dobra zabawa. Dorobił się na legalizacji miękkich narkotyków. Jego spojrzenie jest aktualnie jakieś mętne.

– Tygrys… Wrrrrr… Powiem ci, bracie, że jak wrócimy, to zabiorę cię na pole golfowe. Mam tam takie fajne tygrysy…

– Idź spać, stary – zbywam go, delikatnie chwytając za ramię. – Rano umówimy się na golfa.

Zaczyna bełkotać coś o tygrysach. Delikatnie umieszczam go w jego klitce, mówię dobranoc, a następnie zamykam drzwi. Robota czeka. Upewniam się dyskretnie, czy pozostali śpią, zakładam skórzaną kurtkę i ruszam. Pokonuję kolejno mesę, moduł odnowy biologicznej oraz przedział doznań wizualnych, by wreszcie dotrzeć do modułu technicznego. Upchnęli tu wszystko, co zbytnio hałasowało: centralny system podtrzymywania życia, oczyszczalnię ścieków i kilka mniejszych agregatów. Zamykam za sobą klapę, a następnie wykonuję cztery obroty korbą. Słyszę, jak stalowe rygle zapierają się o zamki. Po chwili czerwona kontrolka gaśnie, a zapala się ta mniejsza, zielona. Właz został poprawnie zamknięty. Przez niewielki wizjer upewniam się, że w sąsiednim module nikogo nie ma, po czym przystępuję do pracy.

Wyciągam spod kurtki odkurzacz i ostrożnie podłączam do prądu. Na statku nie ma gniazdek czy normalnych odkurzaczy, wszystko musiałem więc zaimprowizować. Podpięcie do instalacji to pierwszy niebezpieczny moment, jeżeli spowoduję zwarcie, to po mnie. Alarm, blokada modułu, potem akcja ratunkowa, a w końcu pytania. Przygotowałem kilka historyjek na taką ewentualność, ale wątpię, czy ktoś uwierzy. Zabiją mnie, jeżeli dowiedzą się, co robię. Wywalą mnie w pustkę. Przynajmniej ja bym tak zrobił na ich miejscu.

Kiedy pompa w odkurzaczu już stabilnie pracuje, pospiesznie składam małą, ręczną wiertarkę i zabieram się do pracy. Bez problemu odnajduję otwór, nad którym pracuję od czterech dni. Jest maleńki, ale doskonale wiem, gdzie go szukać. Zrywam nalepkę maskującą i zaczynam wiercić. Wymaga to użycia obu rąk, więc rurę ssącą przytrzymuję głową, modląc się, aby była wystarczająco blisko. Na Ziemi wióry to nie problem, spadają na podłogę. W nieważkości to poważne zagrożenie. Dryfująca w powietrzu drobina aluminium może spowodować zwarcie albo uniemożliwić szczelne zamknięcie włazu. A to mogłoby zdemaskować moje poczynania.

Z początku idzie szybko, jak zawsze. Materiał został wytrawiony. To drugi najgorszy moment. Serce wali mi jak szalone, jeżeli coś źle wymierzyłem, to w każdej chwili mogę się przebić na wylot. Dekompresja, alarm, blokada modułu…

Po kilku minutach wiercenie staje się coraz lżejsze, a obrotom zaczyna towarzyszyć charakterystyczny pisk. To znak, że wiertło zaczęło się ślizgać i dziś już więcej nie zdziałam. Odłączam zasilanie i chowam sprzęt. Ponownie zaglądam do sąsiedniego modułu, by upewnić się, że nikt z pozostałych pasażerów nie zapragnął w środku nocy tu zawitać. Na koniec sprawdzam jeszcze głębokość specjalną igłą. Już prawie siedem milimetrów, doskonale! Grubość ściany wynosi sześć, ale tam, gdzie wiercę, znajduje się zgrubienie. Po drugiej stronie wykonano bowiem specjalne ucho, które łączy moduł z zewnętrzną konstrukcją statku. To właśnie ucho jest moim celem, to je chcę uszkodzić. Wyciskam do otworu odrobinę środka trawiącego, a następnie wszystko maskuję nalepką. Jutro przyjdę tu ostatni raz, dokończę ten otwór i sprawdzę dwa pozostałe.

– Uda się – mówię sam do siebie. – Musi się udać!

Nie wiem dlaczego, ale zawsze, kiedy w nocy wychodzę z przedziału technicznego przypomina mi się tamten dzień.

 

***

 

Dawno temu na Księżycu…

 

– Kierowniku! – głos z komunikatora odrywa mnie od ekranu. – Przyjdzie pan na odlewnię, bo problem jest.

– Naprawić – odpowiadam z uśmiechem.

– Nie da się.

Co się, kurwa, nie da!

– Pęknięcie, wymiary czy lokalna struktura krystaliczna?

– Wymiary. Wygięło się – mówi niepewnie kontroler. – Jest duża niezgodność.

Naprawdę nie interesuje mnie, co tym razem spieprzyli, ale to moja praca. Jeszcze na Ziemi widziałem to zupełnie inaczej, a każda robota w kosmosie wydawała się spełnieniem marzeń. Nie bez znaczenia były też astronomiczne zarobki. A już praca kierownika w fabryce na Księżycu… Kiedy zadzwonili, zapomniałem języka w gębie i się rozłączyłem.

Ale na szczęście zadzwonili ponownie. Podpisałem umowę i oto jestem: Adam Jung, kierownik działu kontroli jakości w kombinacie metalurgicznym. Zarządzam prawie czterdziestoma wybitnymi specjalistami w fabryce produkującej kilkanaście statków kosmicznych rocznie. Jesteśmy liderem na rynku i wzorem do naśladowania. A jak zapytam, co się konkretnie stało, to słyszę, że „wygięło się” i „się nie da”.

– To weź młotek i odegnij tak, by było dobrze – żartuję.

– Kierowniku, ale to jest…

I nawet nie ma z kim pożartować.

– Zaraz przyjdę, tylko muszę się ubrać. Ustaw w tym czasie maszynę pomiarową i skaner.

Założenie skafandra zajmuje mi kilka minut. Potem jeszcze formalności, śluza i po kwadransie jestem na hali. Dzisiaj kończymy kadłub transportowca. Żadnych śrub czy spawów, rozgrzane komponenty są łączone za pomocą zgrzewania i druku 3D. Nowa, rewolucyjna koncepcja, pozwalająca skrócić czas i obniżyć masę statku. Przynajmniej w teorii, bo choć próżnia i niska grawitacja bardzo pomagają, to w praktyce każdy końcowy wyrób ma pewne defekty. Zazwyczaj są to drobnostki, które nie mają wpływu na funkcjonalność lub są łatwe w naprawie.

– Drukarka musiała złapać laga, albo padło sterowanie nagrzewnicy. Sprawdzamy to – mówi Piotrek, grzebiąc w tablecie. – Co z tym robimy?

Patrzę na wskazany fragment struktury nośnej. Jednocześnie komputer wyświetla mi na siatkówce prawidłowy kształt w czasie rzeczywistym, tak że obrazy nakładają się na siebie. Tu nie trzeba pomiarów. Wgłębienie jest wyraźnie widoczne i przynajmniej kilkukrotnie przekracza dozwolone pole tolerancji. Kurwa! Kucam, by popatrzeć od drugiej strony. Znajduje się tam zaczep, do którego na montażu końcowym podepną okablowanie i magistrale paliwowe. Zaczep również jest poza polem tolerancji. Kadłub nadaje się na złom!

– Da się to naprawić w rozsądnym czasie? – pytam.

– Możemy zadrukować wgłębienie i zrobić nowy uchwyt, ale samo przygotowanie projektu zajmie ze dwa dni, potem jeszcze rekrystalizacja i starzenie.

– Ile to potrwa?

– Przynajmniej dwa tygodnie.

Doskonale! Bo według planu ten kadłub za jedenaście godzin powinien iść na montaż końcowy. A już w myślach przytulałem premię kwartalną, trzeba działać. Spoglądam na Piotrka, kreśląc palcem kształt trójkąta. Chłopak wie, co to znaczy. Wszyscy wiedzą. Uśmiech natychmiast znika z jego twarzy, kiedy posłusznie bierze tablet i wywołuje procedurę dwadzieścia trzy. Test bezpiecznika, odcięcie zasilania systemu dozorującego. Nielegalne, ale momentami niezbędne. Przez kilkadziesiąt sekund jesteśmy sami.

– Nie mamy tyle czasu. Trzeba to nagrzać i dogiąć, albo pospawać. Zgłosiłeś to już w systemie?

– Tak.

– Kurwa! Dawno?

– Osiem minut temu.

– Dobra. Ja to odkręcę i zadzwonię do centrali, a ty zajmij się kadłubem.

Nie wygląda na przekonanego.

– To jest stop odlewniczy, po podgrzaniu i obróbce będzie kruchy… – zaczyna.

Nie pozwalam mu skończyć.

– Posłuchaj, Piotrek. Wiem, co to jest. A także wiem, co będzie z tym dalej. To ma być transportowiec do przewozu znalezisk z księżyców Jowisza. Zrobi dziesięć, może piętnaście kursów, po czym będzie tak napromieniowany, że pójdzie na złom. Nie takie defekty już naprawialiśmy i wszystko działa. Pracujesz tu krócej niż ja i nie wiesz tego, ale firma wydała kupę forsy, zarówno na modele numeryczne, jak i na eksperymenty, które jednoznacznie potwierdziły, że choć nie jest to zgodne z normami, to jest nadal bezpieczne.

Przesadziłem, ale tylko trochę.

– Tak, ale według papierów – pokazuje na tablet – klient oczekuje, że statek będzie zdolny do wykonania tysiąca lotów międzyplanetarnych z przyspieszeniem do…

Wciąż nie wygląda na przekonanego. To może marchewka.

– Piotrek! Klient pewnie skopiował to z poprzedniej umowy i raczej nawet tego nie rozumie. Chłopie, tam wybuchła istna gorączka złota! Pracujemy na trzy zmiany, a firma się rozwija. Nie możemy sobie pozwolić na takie opóźnienia! Przestój nie wchodzi w grę, musimy zrealizować zamówienie do końca kwartału, bo wtedy na wiosnę będą awanse. Ja się jeszcze nie załapię, ale Gary zapewne pójdzie wyżej i zwolni się stanowisko. Nie mogę nic obiecać, ale będę optował za tobą, bo zazwyczaj skupiasz się na szukaniu rozwiązań, a nie na znajdywaniu wymówek.

Poniosło mnie trochę, ale czasem tak trzeba. Milknę i spoglądam mu w oczy. Chłopak nerwowo przełyka ślinę. Myśli. Mamy jeszcze kilkanaście sekund.

– Można to zrobić w kilku krokach – zaczyna niepewnie. – Wgłębienie zalejemy jedynie lutem i wypolerujemy. Z początku nic nie będzie widać.

– Kwestie techniczne to dziś twoja działka. Ja idę walczyć z systemem.

Odwracam się w chwili, kiedy kamery wracają. Robię ledwie krok.

– Kierowniku – waha się. – Czy nie należałoby tego jeszcze z kimś skonsultować?

Idioto, to się już nagrywa!

– Piotrek, będzie dobrze. Dokończ kontrolę, a ja skasuje to błędne zgłoszenie.

Nie odpowiada. Kiwa tylko głową i zaczyna zbierać sprzęt pomiarowy. Jeżeli się pospieszy, to wyrobimy się z zamówieniem. Kiedy tylko wracam do biura, uruchamiam procedurę. Kontakt z konsultantem, potem z działem IT, a następnie odzywa się telefon służbowy. Centrala.

– Wszystko jest w najlepszym porządku panie dyrektorze – mówię, starając się wyglądać na pewnego siebie. – Młody trochę się pospieszył ze zgłoszeniem. To jedynie standardowa naprawa i zdecydowanie nie jest to kwestia bezpieczeństwa.

– Uspokoił mnie pan, bo już myślałem, że znowu pojawiły się problemy. To zamówienie będzie kamieniem milowym w rozwoju naszej firmy, ale jak mawiał nasz założyciel, bezpieczeństwo jest…

Zastanawiam się, czy za każdym razem powtarza te formułki, czy też nagrał je zwyczajnie, a sam dodał tylko kilka słów na początku. On wie, że musi to powiedzieć. Dupochron. Ja wiem, że muszę tego wysłuchać. Kolejny dupochron. Zapis tej rozmowy musimy przechowywać przez dwadzieścia pięć lat. Uroki ISO.

 

***

 

Pracowałem na Księżycu trzy lata i tylko raz tak spartoliłem sprawę. Jest nagranie rozmowy z Piotrkiem oraz kolejnej, z szefem. Wiem o tym, bo kazałem to sprawdzić, kiedy awansowałem. Oni są kryci, ja nie. Z początku niezbyt się tym przejmowałem. Wszak gorsze defekty bywały na transportowcach, a nigdy nic się nie stało. Ale losy tego statku potoczyły się inaczej.

Kilka miesięcy później coś wybuchło na którymś z księżyców, chyba na Europie. Zapotrzebowanie na przewóz znalezisk z okolic Jowisza nagle zniknęło, gdy rząd wprowadził embargo. Statek nigdy nawet nie zbliżył się do gazowego olbrzyma. Już zaczynałem wierzyć, że trafi na złom i sprawa będzie zamknięta, ale wtedy przewoźnik, któremu bankructwo zajrzało w oczy, postanowił nieco zmienić zakres usług. Zamiast przedziałów transportowych, w kadłubie zamontowano moduły dla załogi oraz wyposażono go w napęd termonuklearny nowego typu. „Mars w trzydzieści trzy dni” głosiły hasła reklamowe. Początkowo śmiałem się z tego. Kto zapłaci dwieście milionów za trzy dni na innej planecie? Mina nieco mi zrzedła, kiedy bilety na pierwszy lot rozeszły się natychmiast.

Z rozmyślań wyrywa mnie jakiś ruch. Jestem dopiero w mesie, ale przez niewielkie okienko widzę światło i zamieszanie w sąsiednim module. Ktoś tam żywo gestykuluje. Pomimo zamkniętej śluzy słyszę przytłumione głosy. Czyżby mnie szukali? Biorę trzy oddechy i chwytam korbę. Wszystko milknie. Otwieram klapę i zwyczajnie, z uśmiechem na twarzy wlatuję do środka. Lata pracy z klientem zrobiły swoje.

– Gdzieś ty był? – krzyczy na mój widok Hans, Bawarczyk, dziedzic medialnego imperium i jeden z najmłodszych członków wyprawy.

Jednocześnie z pytaniem uderza we mnie odór fekaliów. Już chyba wiem, co się stało. Steven, jak mogłeś!

– Poleciałem po to – mówiąc, wyciągam spod kurtki zapasowy sprzęt do odsysania wydalin, który zabrałem z łazienki, by zbierać wióry. – Może pomoże.

Przez chwilę spoglądają na mnie w milczeniu. Hans, Car i Alberta. Chwilę ciszy przerywa gulgot Stevena, który dryfuje pod sufitem.

– Tygrysy…

– Jeden, kurwa, pomyślał, zamiast mordę drzeć – mówi ze wzgardą Car.

Niby sensowny z niego gość, ale trochę się go boję. Ma prawie dwa metry wzrostu i bicepsy niewiele mniejsze od łysej głowy. Jak sam mówi, jest panem pól naftowych Kazachstanu i mamy go nazywać Carem. Po pijaku zapowiada otwarcie, że jak wróci z gwiazd, to zamierza się nim ogłosić.

– Ogarnijcie to, Car wraca spać. Pić to trzeba umieć, kapitalisty!

– On jest naćpany, nie pijany – poprawia Hans, kiedy ja zaczynam podłączać odkurzacz do najbliższej skrzynki elektrycznej. – Tak się naćpał, że nie dał rady skorzystać z toalety.

– Szkoda, że się z nami nie podzielił – szepce Alberta, udając oburzenie. Spogląda przy tym wyzywająco na Hansa.

Alberta jest europejską arystokratką, tyle o niej wiem. Choć zbliża się do sześćdziesiątki, to zdecydowanie nie wygląda na swoje lata.

– Przydaj się na coś i pomóż mu, nimfomanko! – rzuca gniewnie Bawarczyk.

Car zaczyna rechotać w swojej klitce. Alberta uśmiecha się prowokacyjnie. Podczas trzeciej nocy na statku Hans i Alberta przeżyli namiętne chwile, podobnie jak Julia i ja. Bawarczyk pragnie o tym zapomnieć, ale ona skutecznie mu to utrudnia.

– Ty też masz dwie ręce, słodziutki – odpowiada spokojnie kobieta.

Zaczynają się kłócić. Milkną dopiero, kiedy pompa zaczyna pracować. Na migi pokazuję, by mnie przepuścili i zajęli się Stevenem. Trzeba go rozebrać i umyć, a ubrania zutylizować. Inaczej nie da rady pozbyć się smrodu. W kosmosie nie można otworzyć okien i przewietrzyć, a system podtrzymywania życia został zaplanowany z myślą o dziesięciu odpowiedzialnych załogantach, a nie srających pod siebie w narkotycznej ekstazie wariatach.

 

***

 

Była czwarta w nocy, kiedy wreszcie położyłem się spać. A teraz jest dziewiąta rano i jestem półprzytomny. Ale kapitan zarządził odprawę, więc zgodnie z warunkami kontraktu muszę się stawić. Jestem przecież członkiem załogi. W pewnym sensie przynajmniej, bowiem formalnie jedynym członkiem załogi jest kapitan, ale że mam pewne doświadczenie w kosmosie, to zostałem wybrany na „zapasowego” oficera. Mam przejąć dowodzenie, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Niezbyt mi się to uśmiecha, ale może pomóc w wykonaniu zadania, a zniżka, jaką zaoferował przewoźnik, była całkiem spora.

– Przypominam, że zostało pięć minut. Czekam już na wszystkich państwa w mesie – odzywa się flegmatyczny głos z interkomu. Kapitan chce brzmieć naturalne i zachować pozory kontroli nad tym, co się tu dzieje.

Przebieram się, zakładam kurtkę i ruszam. Większość jest już na miejscu. Car leniwie żuje suchą kiełbasę. Hans unosi się obok kapitana, starając się mieć wszystkich na oku. Alberta przegląda coś na tablecie, ziewając co chwilę. Dołączyli do nas także pasażerowie klasy premium. Piąty syn króla Arabii, Aabrin jakiś-tam wraz z żoną oraz Seiki Katme, japońska dyktatorka mody i youtuberka. Nigdzie nie widzę Julii i Stevena, pewnie śpią.

– Myślę, że możemy już zacząć – mówi kapitan, kiedy witam się z pozostałymi. – Po pierwsze, chcę pogratulować wszystkim dotarcia już tak daleko na pokładzie statku Sleipnir. Opuściliśmy ziemską orbitę dokładnie trzysta dwadzieścia osiem godzin temu…

Dowódca zaczyna opowiadać o detalach naszego obecnego położenia i procedurze hamowania. Spoglądam po zgromadzonych. Większość słucha z uwagą, ale twarze Bawarczyka i księcia są wyraźnie rozgniewane. Zastanawiam się, który z nich zacznie, kiedy korba na klapie zaczyna się obracać.

– Czołem, marsjańska ekspedycjo! – Przez otwarty już właz wlatuje do mesy Steven. Jest mocno blady, ale w oczach ma psotny błysk, a na twarzy szeroki uśmiech.

Car i Alberta jednocześnie parskają śmiechem.

Kapitan nerwowo przełyka ślinę, kiepsko radzi sobie z zarządzaniem naszą wesołą gromadą w takich sytuacjach. Ale w sumie co może zrobić? Większość pasażerów zarabia dziennie więcej, niż ja czy on przez całe życie i nie są to ludzie przywykli do jakiegokolwiek posłuszeństwa.

– Kundlu zasrany! – rzuca Aabrin, kiedy Amerykanin przelatuje obok niego. Żona księcia pochyla głowę jak zawsze, kiedy jej mąż mówi.

– Panie Sahel-am-barad! Kulturalnie proszę. Sytuacja jest nieco zawiła, ale wierzę, że zdołamy znaleźć rozwiązanie.

Szczerze wątpię, ale może warto spróbować. Po dwóch dniach w kosmosie Steven uznał, że na statku jest zbyt nudno. Sama nieważkość i widoki szybko przestały mu wystarczać. Brakowało mu interakcji z ludźmi, jak sam to określił, a że z początku wszyscy byli lekko zdystansowani, zaproponował imprezę zapoznawczą. Pozornie nic wielkiego, wspólny posiłek i łyczek trunku z zapasów Cara. Zaczęliśmy wszystko przygotowywać, a tymczasem poczciwy Steven dobrał się niepostrzeżenie do systemu wentylacyjnego i napchał tam zielska, a następnie skropił jeszcze wszystko jakimś feromonami. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Zorientowaliśmy się, kiedy byliśmy już na niezłym haju. Działo się. Ja odnalazłem się z Julią, Hans i kapitan rywalizowali o względy Alberty, książę koniecznie chciał umyć plecy naszemu dowódcy. Jedynie Car i Japonka zareagowali inaczej. On z miną idioty wpatrywał się w pustkę za oknem, ona latała po całym statku wyjąc jak wilk.

– Trzeba pana zamknąć i odizolować. Pańska infantylna beztroska mogła nas wszystkich kosztować życie! – Hans surowo spogląda na Stevena. – Musimy też przeszukać pana rzeczy, by się upewnić, że nie ma pan więcej świństw.

– Jestem czysty jak łza – odpowiada Amerykanin, który zdążył już ustawić się do góry nogami, w stosunku do reszty. – Słowo harcerza! A od moich rzeczy proszę się trzymać z daleka, chyba że ktoś chciałby…

Hans eksploduje i rzuca się w stronę Stevena. Car łapie go, a ja wyprowadzam sprawcę zamieszania z mesy. Również jestem na niego zły, wszak prawie trzy godziny sprzątałem wczoraj ten bałagan, ale w sumie to powinienem być wdzięczny. Teraz już nikt nie będzie pytał, jak zobaczy mnie z odkurzaczem.

– Narozrabiałeś trochę i wszyscy musimy ochłonąć – mówię, kiedy jesteśmy już sami. – Zaszyj się tu na parę godzin. Dam znać, jak tamci się uspokoją.

– Mam coś na uspokojenie!

W jego oku pojawia się znajomy błysk.

– Nie!

Steven ustępuje, widząc moją determinację. Ruszam z powrotem do mesy, kiedy słyszę, że klapa z drugiej strony otwiera się. Odwracam głowę.

– Co to za odprawa? – pyta Julia, ziewając. Ma bladą, ale pogodną twarz.

– Nikt nie chce się ze mną bawić – rzuca z wyrzutem Amerykanin, przymykając drzwi.

– Wcześnie wstałaś – odpowiadam.

Leki i stymulanty pozwalają jej normalnie funkcjonować jedynie przez kilka godzin na dobę. Zazwyczaj jest aktywna wieczorem.

– Interkomu nie da się wyłączyć. Co się dzieje?

– Steven znowu wczoraj narozrabiał.

– Nie czuję miłości w powietrzu, kochany. – Marszczy brwi.

– Bo to nie była miłość.

– Na miłość też coś mam – zaczyna Steven, ale nie słucham go.

Spoglądam jej w oczy. Są takie chwile w życiu, kiedy ma się wrażenie, że można otworzyć przed kimś najgłębsze zakamarki duszy. Ja mam tak właśnie teraz. Opanowuję się jednak i gestem wskazuję mesę. W milczeniu lecimy na odprawę.

 

***

 

Reszta dnia upływa całkiem zwyczajnie, jeżeli można tak powiedzieć o czasie spędzanym na statku kosmicznym. Przypomnienie procedur, rutynowa kontrola systemów przed hamowaniem, dla chętnych spacer kosmiczny, dodatkowo płatny, oczywiście. Potem obiad i ostatnie przygotowania do wejścia na orbitę. Ja również odbywam spacer kosmiczny, ale zamiast podziwiać gwiazdy, sprawdzam stan instalacji paliwowej i silnika. W świecie schyłku dwudziestego pierwszego wieku pewne są tylko procedury ISO i grawitacja. Kiedy wracam, reszta pasażerów przebywa w module przeżyć wizualnych.

– Podczas hamowania będziemy wystawieni na działanie przeciążenia dochodzącego do półtorej g przez czas ponad siedemdziesięciu minut – opowiada z przejęciem kapitan. – Podobnie jak w trakcie rozpędzania, należy bezwzględnie dopilnować, aby wszystkie przedmioty pozostały zabezpieczone i przymocowane. Elektronika, przybory do makijażu, jedzenie, ubrania. Kiedy uruchomimy silniki, wszystko zacznie raptem ważyć trochę więcej, niż na Ziemi.

– W którą stronę zaczniemy spadać tym razem? – pyta Seiki, trzymając kamerę w taki sposób, by w kadrze były widoczne twarze zarówno jej, jak i dowódcy.

– W stronę rufy, jak przy rozpędzaniu. Zgodnie z tymi czerwonymi strzałkami naklejonymi na ścianach.

Tak, te czerwone strzałki to też ISO.

– Czy od razu po wejściu na orbitę zrobimy manewr Zubrina? – pyta Car.

Manewr misji Zubrin-1! Moja nadzieja na wybawienie. Dla reszty… nieważne. Nie przeprowadzimy go od razu, bo najpierw tacy jak ja, którzy nie zapłacili pięćdziesięciu milionów za trzy bliskie przeloty ze sporym przyspieszeniem, muszą zejść z pokładu.

– Nie, panie Karnovski – odpowiada kapitan. – Do manewru musimy się przygotować. Po wejściu na orbitę przybijemy do stacji kosmicznej Mars Transit.

– Adam powiedział – mówiąc to, Car wskazuje na mnie – że to nie będzie prawdziwy manewr Zubrina. Czy to prawda?

Ależ ten Rosjanin dociekliwy. Kapitan uśmiecha się, nie za bardzo wiedząc, jak to dyplomatycznie rozegrać.

– Cały manewr misji Zubrin-1 trwał prawie dwa tygodnie – zaczynam, czując się niejako wywołany do tablicy. – Jak zapewne wiecie, zabrakło im paliwa na ostatniej prostej. Dosłownie odrobinę, niecały kilogram. Odkryli to trzydzieści minut przed odpaleniem silników. Wydawało się, że to koniec. Komputer na Ziemi dawał im mniej niż dziesięć procent szans na wejście na orbitę. Już mieli ciągnąć losy, kto wysiada, ale pokładowa SI zaproponowała rozwiązanie. Mars ma dwa księżyce. Małe, ale im brakowało dosłownie setnych części sekundy ciągu. Zamiast próbować wejść na orbitę bezpośrednio, wykorzystali kilkukrotnie asystę grawitacyjną Fobosa i Deimosa, by zwiększyć szanse powodzenia. A my zrobimy coś podobnego. Tylko, że z wykorzystaniem silników, aby było szybciej i ciekawiej. Taka wersja ekstremalna, trzy bliskie przeloty w niecałą godzinę zamiast kilkunastu w dwa tygodnie.

Na twarzach większości zgromadzonych nie widzę zrozumienia, ale Car kiwa głową z zadowoleniem i nie ma kolejnych pytań. To nie ma wiele wspólnego z prawdziwym manewrem misji Zubrin-1, ale tego wprost powiedzieć nie mogę. Dowódca przechodzi do kolejnego punktu. Odnajduję wzrokiem Julię. Siedzi w kącie z kubkiem termicznym i jak zwykle spogląda w pustkę za panoramicznym oknem. Bez słowa przysiadam się do niej.

– Jutro go wreszcie zobaczę – szepcze. – A za dwa dni polecimy na czerwoną planetę.

– Jak zamierzasz to zrobić? – pytam, czując łzy napływające do oczu. – Przecież nie pozwolą ci tam zostać.

Julia nie powiedziała nikomu, co planuje. Najpierw myślałem, że żartuje. Kiedy zrozumiałem, że nie, to o mało co nie zwierzyłem się jej, co tu naprawdę robię.

– Teraz jest tam okres burz pyłowych. Miejsce lądowania turystów jest wysoko, na skraju klifu. Oglądałam to w wirtualu. Kilka kroków, kilkanaście sekund spadania i po sprawie.

Przecieram oczy i biorę dwa głębokie oddechy, a potem chwytam jej dłoń. Nieświadomie, instynktownie.

– Przemyśl to jeszcze. Mówiłaś, że masz w perspektywie jeszcze przynajmniej kilka miesięcy.

Po co jej to mówię? Przecież leci na tego ich Zubrina! Wyrywa się i odwraca głowę.

– Przemyślałam – podnosi głos, słyszą to wszyscy w module.

Nastaje cisza, którą dopiero po kilkunastu sekundach przerywa Alberta.

– Steven, gołąbeczki znowu gruchają. Nie robiłeś aby czegoś z klimatyzacją?

– Tygrysy! – krzyczy Amerykanin, a następnie zaczyna wirować pod sufitem.

Wszyscy wybuchają śmiechem, nawet Hans, Aabrin i jego żona. Czyżby Steven faktycznie znów majstrował przy wentylacji? Ja z Julią również się uśmiechamy, choć przez łzy. Każde ma swoje powody do płaczu.

Po kolacji jeszcze przez chwilę rozmawiamy o niczym, przytulamy się na pożegnanie i rozchodzimy spać. Jest dopiero dziewiętnasta, ale jutro czeka nas bardzo wczesna pobudka. O piątej piętnaście czasu pokładowego powinniśmy zacząć hamowanie.

Wróciwszy do swojej klitki, mam mętlik w głowie. Psycholog ostrzegał, że tak będzie, omawiając ze mną teorię zamachu. Zgodnie z jego radami staram się więc skupić na bieżącym zadaniu, a nie na konsekwencjach całości. Waham się, czy zrobić ostatnią eskapadę do technicznego. Według analiz miał wystarczyć jeden otwór. Ja zdołałem zrobić już dwa, a trzeci jest na wykończeniu. Przyspieszenia poprzeczne w czasie manewru sięgają ponad dwóch g. W ich wyniku osłabione mocowanie powinno natychmiast pęknąć, powodując dehermetyzację przedziału i przerwanie instalacji paliwowej. To wszystko spowoduje, że komputer straci kontrolę nad statkiem. Sleipnir albo rozbije się o któryś z księżyców, albo poleci gdzieś w pas planetoid. Nikt nie będzie szukał wraku. Wina spadnie na producenta przedziałów załogowych. Ich moduły już przecież kilka razy zawiodły, niosąc śmierć. Nikt nawet nie pomyśli, że miałem z tym coś wspólnego. Po wszystkim awansuję na stanowisko partnera, a firma wykupi za bezcen akcje przedsiębiorstwa produkującego moduły.

Czekam, aż odgłosy z innych klitek umilkną, zakładam kurtkę i ruszam. Panującą na statku ciszę mącą tylko dźwięki automatów. Docieram do przedziału technicznego, robię swoje i wracam. Kiedy przelatuję przez mesę, niespodziewanie otwiera się właz od strony kapsuły ewakuacyjnej. Zamieram, widząc jak wyłania się z niego kapitan. W myślach już widzę, jak przyczajony gdzieś z tyłu Car łapie mnie, a następnie razem z dowódcą rozpoczynają przesłuchanie. A potem organizują mi spacer w kosmosie, tym razem bez skafandra. Szybko jednak zauważam, że kapitan jest odwrócony plecami i nieświadom mojej obecności, kieruje się w stronę przedziału mieszkalnego.

– Dobry wieczór – mówię cicho, nie chcąc go wystraszyć.

– O boże! – krzyczy, ale szybko się uspokaja. – Ale mnie pan wystraszył.

– A pan mnie. Nie mogłem zasnąć i potrzebowałem się ruszyć – zaczynam wkręcać.

Dowódca uśmiecha się.

– Ja również słabo sypiam w nocy przed hamowaniem. Niby standardowa procedura, mamy zapas paliwa na korekty, ale i tak sprawdzam wszystko dwa razy.

– I słusznie. Zapewne nie warto powtarzać prawdziwego manewru misji Zubrin-1.

Kapitan wybucha śmiechem. Jest mój. Rozmawiamy przez chwilę o początkach podboju kosmosu, a następnie wracamy do swoich klitek. Zamknąwszy drzwi, ostrożnie rozpakowuję narzędzia. Nie będą mi już potrzebne, podobnie jak odkurzacz. Zabezpieczam wszystko i próbuję zasnąć. Ostatnio bardzo źle sypiam. Ilekroć zamykam oczy, widzę ich twarze. Uśmiechnięte oblicza ludzi, z którymi wyruszyłem w tę podróż. Przed wylotem przeszedłem trening motywacyjny. Wmówiono mi, że każdy z pasażerów to wyzyskiwacz i złodziej, który dorobił się kosztem innych. Ktoś, bez kogo świat będzie lepszy.

Część z pasażerów rzeczywiście robiła straszne rzeczy. Car jest poszukiwany przez Interpol, Hans zorganizował reality show, podczas którego doszło do kanibalizmu. Steven z kolei doprowadził do legalizacji narkotyków i nieźle na tym wyszedł. Aabrinowi zapewne daleko do przykładnego męża, a Alberta sama nie pamięta, ilu miała partnerów. Ale to nie znaczy, że przestają być ludźmi. Żyją, cieszą się, cierpią, mają swoje marzenia. A ja przywiązałem się do nich, pozwoliłem sobie na najgorszą rzecz, jaką może zrobić zamachowiec. Miałem ich nienawidzić, ale nie potrafię. A kapitan, a ta Japonka, a Julia… Ona tylko była żoną miliardera…

Zmęczenie w końcu bierze górę i zasypiam. We śnie marzę, że rozmawiam z Julią i opowiadam jej o wszystkim, a ona akceptuje mnie takim, jakim jestem. A potem kochamy się w jej obszernym apartamencie.

 

***

 

Z majaków wyrwał mnie interkom.

– Hamowanie rozpocznie się za dziewięćdziesiąt minut. Proszę udać się do modułu przeżyć wizualnych.

Wejście na orbitę przebiega bez zakłóceń. Jest podobnie, jak przy starcie: trochę nerwowo, ale nikt nie panikuje. Z tyłu statku pojawia się ciche buczenie, moduł drży przez chwilę, a potem siła ciągu wciska nas w fotele. Nie wiem, jak Julia to znosi. Pasażerowie klasy premium przebywają w kokpicie. Kiedy silniki milkną, możemy wreszcie zobaczyć cel podróży. Mars: niesamowity, straszny i zarazem piękny, dosłownie zapierający dech w piersiach. Słynna czerwona planeta. Wyglądała z orbity dokładnie tak, jak pokazywały ją symulacje.

Kilka minut po zakończeniu hamowania nawiązujemy kontakt z Mars Transit i po niecałej godzinie dokujemy do stacji. Patrzę na czternaście standardowych modułów orbitalnych, zawieszonych w pustce kosmosu. Jeżeli wszystko się powiedzie, to stacja stanie się moim domem na ponad rok.

– Procedura cumowania dobiegła końca – odzywa się interkom. – Można rozpiąć pasy i przygotować się do zejścia na Mars Transit.

Wewnątrz, stacja wygląda bardzo podobnie do Sleipnira, chociaż jest tu nieco więcej miejsca. Jeszcze w przedziale cumowniczym wita nas Mike, przebywający tu od ponad trzech lat astrobiolog. Zaprasza wszystkich na wycieczkę po stacji, podczas gdy kapitan wraz z innym astronautą, Xiangiem, zaczynają przygotowywać statek do manewru.

Okno startowe zaczyna się za dziewiętnaście godzin, wszyscy mają więc aż nadto czasu na podziwianie planety, robienie zdjęć i zadawanie pytań załodze. Tylko ja nie jestem w humorze. Skłamałem, że źle się czuję po hamowaniu i zamknąłem w swojej klitce. Wziąłem tabletki, by zasnąć, ale nie pomogły. Czuję, jak serce bije coraz szybciej, kiedy przez drzwi słyszę ich głosy. Hans już nie jest wściekły na Stevena, Seiki szykuje sprzęt do transmisji na żywo, a Car częstuje wszystkich samogonem.

Są ludźmi, nie potworami, jak próbował wmówić mi psycholog z firmy. Mają swoje za uszami, ale właśnie spełniali marzenie i cieszą się tym. A ja planuję ich zabić. W zasadzie już to zrobiłem, bo wszystko jest gotowe. Moduł tylko czeka, by pęknąć przy tym pieprzonym Zubrinie! Jeszcze mogę to przerwać, przyznać się, uratować ich. Tylko, że wtedy dla mnie nastanie koniec. Łzy cisną mi się do oczu. Drżącą ręką wyciągam kolejne tabletki, te mocniejsze, na czarną godzinę. Połknąwszy dwie, odlatuję w ciemność.

 

***

 

Jestem na Ziemi, przed domem. Toskania wygląda przepięknie w promieniach wiosennego słońca. Ruszam do wejścia, a wtedy drzwi otwierają się i na zewnątrz wychodzą żona i dzieci. To musi być sen! Wszystko niby wygląda normalnie, ale kobieta ma twarz Julii, a chłopcy jej oczy.

– Wróciłeś! – woła, uśmiechając się. Ma też jej głos.

Chłopcy podbiegają i przytulają się. To zdecydowanie sen. Dla synów jestem gadająca głową z ekranu. Często, kiedy wracam do domu po kontrakcie, nie poznają mnie.

– Wróciłem, kochanie – odpowiadam.

Podchodzi i przytula się, chcę ją pocałować, ale wtedy zauważam, że ma coś dziwnego na twarzy. Brokat? Jakby pył i jakieś małe, błyszczące drobiny…

 

***

 

Otwieram oczy. Serce wali mi jak szalone. To sen, to tylko sen…

– Pył aluminiowy i wióry, ciekawe skąd? – słyszę zza drzwi głos Cara.

Zamieram w bezruchu. Pocę się, jednocześnie drżąc z zimna. To nie sen. Wydało się.

– Może Adam coś podpowie, w końcu całe życie siedzi w statkach kosmicznych – odpowiada z przejęciem Hans.

Nie wydało się. Ale coś znaleźli. Przełykam ślinę. Nastaje chwila ciszy, a potem kilka potężnych uderzeń spada na drzwi mojej klitki. Car postanowił zapukać.

– Pobudka, śpiochu! – woła. – Kapitalistyczny statek kosmiczny pilnie wymaga pomocy kapitalistycznego inżyniera. Wstawaj!

Przecieram twarz ubraniem i z najpogodniejszym uśmiechem, na jaki mnie aktualnie stać, otwieram. Sądząc po ich minach, wyglądam okropnie.

– Co zepsuliście? – pytam, ziewając.

– Chory jesteś? – pierwszy odzywa się Hans.

– Nie wiem, to chyba przez hamowanie. Co się stało?

– Imprezę mamy, z okazji wejścia na orbitę – odpowiada Car. – Pijemy sobie, rozumiesz, a tu przylatuje kapitan i mówi, że jest problem z filtrem powietrza. Jakieś paprochy tam znalazł. Wziął pod lupę i co się okazało? Drobiny metalu. Pył i wióry. Niemagnetyczne, więc stwierdził, że to pewnie aluminium. I teraz szuka skąd to.

– Gdzie to znalazł? – pytam już całkiem rozbudzony.

– Na końcu, w technicznym. Siedzą tam teraz z Xiangiem.

Po niecałych dwóch minutach docieramy na miejsce.

– Dobrze się czujesz? – pyta kapitan na mój widok.

– Tak, to od przeciążenia.

Zaczynają mi opowiadać co i gdzie znaleźli. Pokazują mi też wióry. To zapewne moja robota, odkurzacz wszystkiego nie wyłapał. Przekazują mi masę szczegółów, a ja udaję, że słucham z uwagą i masuję skronie. Co jakiś czas zadaję pytanie, a przy okazji rozglądam się po przedziale. Na szczęście dla mnie, agregat wentylacyjny jest daleko od miejsc, gdzie wierciłem i nic nie wskazuje na to, że zostałem zdemaskowany.

– Sprawdziliśmy wszystko, co nam przyszło do głowy. Nie znaleźliśmy nic więcej. Może pan ma pomysł, co to jest i skąd się tu wzięło? – kończy dowódca.

Patrzę na nich, biorę głęboki oddech i zaczynam. Pierwsza zasada pracy z klientem: kłamstwo trzeba zmieszać z prawdą, by je kupili.

– Wygląda jak pozostałości obróbki skrawaniem – odpowiadam. – To pewnie śmieci, które nie zostały usunięte w fabryce.

– Ale ten przedział ma już prawie dziesięć lat. Dlaczego dopiero teraz trafiły do filtrów?

– Bo coś musiało je poruszyć. Kiedy komputer pokazał błąd: przed hamowaniem czy po?

– Po. Przed hamowaniem robiłem pełen test systemów. Wszystko było zielone.

– Czyli hamowanie ściągnęło je tutaj. Więc musiały trafić do atmosfery trochę wcześniej. Czy robiliśmy coś niestandardowego w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin?

Sądząc po minach, nie rozważali takiego scenariusza. Zobaczymy, czy sami na to wpadną, jak ich trochę podprowadzę?

– Mogły zostać skądś wydmuchane – kontynuuję. – Albo wymiecione. Uruchamiał pan jakikolwiek urządzenie, które zazwyczaj nie jest używane?

– Odkurzacz!

– Steven!

Krzyczą jednocześnie Hans i Car. Spoglądam na nich, kiwając głową. Jestem z jednej strony dumny z udanego kłamstwa, ale widząc ich radość, mam też ochotę się rozpłakać.

– Uruchamiałeś to zapasowe ustrojstwo, by posprzątać po tym ćpunie – mówi Bawarczyk.

– Tak. – Kiwam głową. – To by pasowało. Dobre dwie godziny sprzątaliśmy moduł. Te drobiny były pewnie w jakimś zakamarku. Trafiły w powietrze, a po hamowaniu poleciały zgodnie ze strzałkami – mówiąc to wskazuję na markery na ścianie. – I zostały na filtrze.

Uwierzyli. Rozmawiamy jeszcze przez chwilę, wspominając wybryki Stevena. Hans wraca przekazać wieści pozostałym. Car zapowiada, że mnie wyleczy wódką.

– Co powinniśmy z tym zrobić? – pyta dowódca, kiedy Rosjanin ciągnie mnie już w stronę włazu.

– Nic. Nie takie rzeczy w kosmosie latają. Jeżeli nie spowodowały problemu przy hamowaniu, to nie stanowią zagrożenia. Jak wrócimy, to niech pan zleci wymianę wszystkich filtrów.

Tylko, że nie wrócicie.

 

***

 

W imprezie biorą udział wszyscy. Car ze Stevenem zagrozili, że jak ktoś się z nimi nie napije, to się naćpają. Duzi, bogaci chłopcy.

– Firmę mi rozkradają, psubraty, to piję, co mi pozostało! Dwa tygodnie bez pana i już myszy harcują!

– To po co w kosmos poleciałeś? – pyta Rosjanina Alberta.

– Bo wszyscy wielcy ludzie byli wśród gwiazd: Dżyngis-chan, Gagarin, Putin.

Siedzę z nimi kilka minut i uciekam zaraz po pierwszej kolejce, tłumacząc się złym samopoczuciem. Nie mogę patrzeć, jak się bawią. Chce mi się rzygać. Julia odprowadza mnie do kabiny.

– Na pewno wolisz być sam? – pyta.

– Tak, to nic groźnego, muszę dużo pić i spać. Za kilka godzin będę zdrowy.

Nie, nie chcę być sam. A za kilka godzin was już nie będzie.

– W takim razie dobranoc, Romeo – mówi nieco wyzywająco. – Aha, Mike prosił jeszcze, bym ci przypomniała, że za sześć godzin startujemy, więc najpóźniej za pięć musisz się przenieść na stację. Zorganizuję ci kogoś trzeźwego do pomocy.

Kiedy tylko wychodzi z modułu, wymiotuję. Kurwa, co ja robię?! Jeszcze mogę to zatrzymać, jeszcze nie jest za późno… Nie, blokuję te myśli. Tak będzie lepiej, zwłaszcza dla Julii. Tak nie będzie bolało. Sięgam po tabletki, popijam wodą i odlatuję do krainy czarów.

 

***

 

Tym razem śni mi się bezkresna, czerwona pustynia. Idę przez nią w kurzu i pyle. Kilka godzin, dni, może lat. Długo. Panuje tu jakiś surrealistyczny mrok, bo kolory są wyraźne pomimo ciemności. Pustynia znika nagle, a ja czuję, że spadam. Przez chwilę rozkoszuję się tą myślą, potem zaczynam słyszeć głosy. Nie senne mary w głowie, ale takie prawdziwe. Podekscytowane, ludzkie głosy. Otrzeźwienie przychodzi nagle. Otwieram oczy, siedzę w module doznań wizualnych, a przyspieszenie delikatnie wciska mnie w fotel.

– Co jest?! – krzyczę, próbując wstać.

Przywiązali mnie?! Nie, to skafander, jestem też zwyczajnie przypięty pasami.

– No nareszcie – mówi Hans, siedzący po mojej prawej. – Już zaczęliśmy się martwić, że prześpisz całą zabawę.

– Zabawę?

– Lecimy na Zubrina, Romeo – dodaje Julia, siedząca po mojej lewej. – Zapłaciłam za ciebie. Raz się żyje!

Czuję, jak krew odpływa mi z twarzy. Musiała to zauważyć, bo delikatnie marszczy brwi i puszcza moją dłoń.

– Julia… – szepczę. – Musimy iść!

Teraz to ona blednie. Chce jeszcze coś powiedzieć, ale zagłuszył ją dźwięk dławionego silnika. Odruchowo spoglądam na ekran telemetrii. Właśnie kończymy manewr transferowy na orbitę Fobosa, za niecałe cztery minuty silniki ponownie ożyją, by upozorować asystę grawitacyjną i skierować nas w stronę drugiego z księżyców. Wtedy nastąpi koniec. Jak tylko nastaje cisza i wraca nieważkość, zaczynam pospiesznie rozpinać pasy.

– Co ty robisz? To wbrew procedurom! – dziwi się Hans.

Nie odpowiadam.

– Żartujesz chyba! – krzyczy Julia, kiedy wyswobodziwszy się zaczynam rozpinać i ją. Protestuje, ale nie utrudnia mi tego.

– Chodź ze mną! – proszę, kiedy jest już wolna.

– Dokąd?

– Tam! – krzyczę, wskazując na odległego o kilka tysięcy kilometrów Marsa.

Pozostali zaczynają wrzeszczeć i gestykulować. Mam nadzieję, że poprzestaną na słowach. Julia kiwa głową i odbija się od fotela. Po chwili jesteśmy już przy śluzie. Zostały trzy minuty. Alarm uruchamia się natychmiast po otwarciu włazu. Julia chce go odruchowo zamknąć za nami, ale ciągnę ją dalej. Nie mamy czasu. Otwieramy kolejne śluzy i w końcu docieramy do kapsuły ewakuacyjnej. Jeszcze niecałe dwie minuty.

– Adam, co wy robicie? Przerywam start! – Z interkomu słychać zaniepokojony głos kapitana.

Niczego nie przerwiesz.

– A mnie powiesz, co robimy? – pyta Julia, kiedy zielona kontrolka oznajmia, że udało nam się zamknąć właz.

– Wybieramy życie! Zapnij się i dociśnij głowę do fotela, jak na szkoleniu.

Stara się, ale robi to za wolno, nie spędziła kilku lat w kosmosie. Pomagam jej i dopiero kiedy jestem pewien, że siedzi prawidłowo, zajmuję miejsce. Została mniej niż minuta. Uruchamiam telemetrię i inicjuję procedurę ewakuacyjną. SI kapsuły budzi się do życia, by znaleźć jakieś bezpieczne miejsce, skąd będzie nas można uratować. Kolejne alarmy zaczynają wyć, kapitan widać próbował przerwać procedurę.

– Ty naprawdę to zrobiłeś?

Zamieram. Spogląda na mnie z troską.

– Wiedziałaś?! – pytam. Ręce zaczynają mi dygotać.

– Czyżbyś miał problemy z pamięcią, Romeo? Sekret za sekret, zapomniałeś? Byłam pewna, że żartujesz i wymyśliłeś to, by nie wypaść blado. A teraz widzę, że to ja wypadam blado ze swoją decyzją.

To nie był sen, wiedziała. Chcę odpowiedzieć, ale wtedy pojawia się szum, kapsuła zaczyna drżeć, a po chwili przeciążenie wgniata mnie w bok fotela. Czas minął, silniki Sleipnira ruszyły. Nie zapiąłem pasów. Statek przygotowuję się właśnie do przelotu obok Fobosa.

– Adam, co się dzieje?! – Słyszymy jeszcze z interkomu.

Chwilę później udaje mi się dosięgnąć dźwigni bezpieczeństwa. Słychać huk, a potem przyspieszenie zmienia kierunek, kiedy silniki kapsuły ożywają na kilka sekund. Teraz bezwładność ciska mną o podłogę. Słyszę krzyk Julii, ale nie jestem w stanie nic zrobić. Próbuję wstać, ale rezygnuję, czując jak krew odpływa mi z głowy. Nie mogę stracić przytomności. Te kilka sekund zdaje się trwać wieczność, ale w końcu silniki gasną i wraca nieważkość.

Wołam ją, nie odpowiada. Chyba jest nieprzytomna. Z nosa leci jej krew. Dopiero teraz dociera do mnie, że nie opuściłem fotela. Przeciążenie działało wzdłuż kręgosłupa, niedobrze! Sprawdzam oddech i puls. Żyje, oby jedynie zemdlała. Zaraz się nią zajmę, ale najpierw muszę ustalić, dokąd lecimy. Rozkładam klawiaturę i kolejkuję zadania dla SI. Sygnał alarmowy, wizualizacja położenia, czas i szansa dotarcia na Mars Transit, losy Sleipnira. Statek zaprzęga swoje skromne zasoby do pracy. Julia budzi się po kilku minutach. Krwotok z nosa szybko ustaje. Podaję jej apteczkę, by mogła przemyć twarz.

– Wszystko dobrze? – pytam, kiedy jej twarz odzyskuje pogodny wyraz.

– Tak.

– Nie rób tak więcej, już myślałem, że… – milknę, kiedy w jej oczach pojawia się strach. – Co się stało?!

– Nie czuję nóg – odpowiada, udając spokój.

– Nie!

– A co cię to obchodzi, morderco! – wybucha, próbując wyswobodzić się z pasów. – Zabiłeś ich, mnie też chciałeś zabić i już prawie ci się udało! I ujdzie ci to wszystko na sucho. Kurwa! Myślałam, że żartujesz, nawet mi to imponowało, łudziłam się, że kogokolwiek obchodzę!

Zaczyna płakać, pomagam jej się oswobodzić. Odruchowo obmacuje nogi, próbując nimi poruszyć. Bez rezultatu.

– Polecimy na stację – zaczynam, przytulając ją. – Mają lekarza, powinni być w stanie coś zrobić. Możliwe, że to tylko przeciążenie i kręgosłup nie jest uszkodzony.

Kogo ja próbuję oszukać?

– I jeszcze kłamiesz – chce mnie odepchnąć. Dopiero teraz zauważam, jak jest słaba. – Mówiłeś, że mnie tam zabierzesz. Nie chcę zdechnąć na stacji, otoczona przez ludzi, dla których będę jedynie pierdolonym balastem! Chcę do domu! Chcę na Marsa!

Przytulam ją, milknie. Trwamy tak przez chwilę. Gładzę ją po włosach, a następnie obracam się w stronę konsoli. Dodaję nowe zadanie dla SI przeciągam je na pierwszą pozycję.

– Nie okłamałem cię. Lecimy na Marsa.

 

***

 

SI znajduje miejsce, w którym nie będzie w najbliższym czasie burzy pyłowej i po niecałych dwóch godzinach lądujemy na powierzchni czerwonej planety. Tuż przed wejściem w atmosferę wywołuje nas stacja, na której zdążyli już zauważyć, że ze Sleipnirem stało się coś złego. Udajemy, że ich nie słyszymy, kontynuujemy lot i po chwili wchodzimy w atmosferę. Kapsuła została zbudowana z myślą o lądowaniu na Ziemi, więc spadochrony okazują się praktycznie bezużyteczne, ale SI udaje się bezpiecznie wylądować, korzystając z resztek paliwa i pomocy nadmuchiwanych pływaków.

W trakcie lotu Julia nie odzywa się. Obmacuje nogi i próbuje ukryć, że znów krwawi z nosa. Chcę pomóc, ale wymownie daje do zrozumienia, abym zajął się sobą. Ożywia się dopiero po wylądowaniu. Zakładamy hełmy, wyrównujemy ciśnienie, a następnie wydostajemy się na zewnątrz. Choć ciążenie na Marsie jest sporo mniejsze niż na Ziemi, z początku mam problemy z chodzeniem. Kiedy mogę już pewnie stanąć na nogach, podnoszę ją, by zobaczyła, gdzie jesteśmy. Widok zapiera dech w piersiach.

– Dziękuję – mówi, spoglądając na ogromny krater, nieopodal którego stoimy.

– Są tu zapewne bardziej urokliwe miejsca, ale nawigacja nawaliła.

Śmieje się. Z takiego suchara.

– Tu jest tak cholernie dużo miejsca. Dziękuję ci Romeo i przepraszam za to w kabinie. Myślałam, że jestem gotowa, ale na to chyba nie można być gotowym.

– To nie ty powinnaś przepraszać.

– Nie? Przecież mogłam to przerwać, mogłam cię sprawdzić. Nie zrobiłam tego. To przynajmniej współudział.

– Nie! – oburzam się.

– Tak! – odpowiada, a ja widzę, że ponownie płacze. – I nie kłóć się ze mną. Tak jest romantyczniej.

– Tam na statku, dlaczego poszłaś ze mną?

– Bo mnie o to poprosiłeś.

– A dlaczego w ogóle za mnie zapłaciłaś?

– Bo chciałam dać ci jakiś prezent na pożegnanie. Byłam też zwyczajnie ciekawa, jak zareagujesz. A poza tym uznałam, że jeżeli nie blefujesz, to będzie sprawiedliwie. Car też zrezygnował w ostatnim momencie, więc pomyślałam, że to taki znak. Jestem kobietą, zapomniałeś? Miewam kaprysy.

– Co dalej?

– Jak to co? Wezwij pomoc. Ratuj się.

– Nikt tu nie przyleci.

– Przylecą, Car ich zmotywuje.

Opieram ją o skałę, by mogła obserwować krater i ruszam w stronę kapsuły. Posiedzimy tu trochę. Car umie motywować ludzi, ale trzeba się upewnić, że SI włączyła nadajnik.

– Mam jeszcze prośbę – mówi, łapiąc dech.

Odwracam się. Klęczy na skraju urwiska.

– Nie! – krzyczę.

Ruszam w jej stronę, ale gestem każe mi zostać.

– Posłuchaj, mnie już zaraz nie będzie, ale ty możesz jeszcze coś zrobić. Coś dobrego. Cokolwiek, tylko nie stawiaj mi pierdolonego pomnika! Nie oczekuję, że naprawisz świat, ale postaraj się, aby nigdy więcej nikt nie zrobił czegoś takiego. Znasz się na tym, a teraz sam doświadczyłeś, do czego to może prowadzić. Bywaj!

Łzy cisną mi się do oczu, mimowolnie robię krok do przodu. Wtedy ona odpycha się i znika za urwiskiem.

 

***

 

W ciszy wpatruję się w bezmiar kosmosu. Na Mars Transit nie ma panoramicznych okien, a jedynie niewielkie, okrągłe iluminatory. Udało się, przeżyłem. Gdzieś tam, ponad dziewięć milionów kilometrów od nas, jest Sleipnir. Nie rozbił się o żaden z księżyców, pomknął dalej i teraz zmierza w stronę Jowisza. Według analiz za siedem lat zostanie ściągnięty przez grawitację gazowego olbrzyma, by po kilku kolejnych spłonąć w atmosferze. Nikt nigdy nie odkryje mojej zbrodni, jestem czysty. Całe zdarzenie zostało zakwalifikowane jako wypadek, a śledztwo umorzono ze względu na koszty. Firma jest zadowolona i oznajmiła już, że awansowałem na Partnera. Wygrałem.

I co z tego, skoro czuję się nikim. Wychowałem się na s-f, jako dziecko marzyłem o byciu astronautą. Po latach nauki i starań zatrudnili mnie, bym dbał o jakość i bezpieczeństwo lotów kosmicznych, a ja zawaliłem na całej linii i nie potrafiąc tego inaczej zatuszować, z zimną krwią zabiłem siedem osób.

Trójka pasażerów przeżyła dekompresję, do której doszło w wyniku mojego sabotażu. Kapitan, który opuścił kokpit, by nas zatrzymać, zamykał za sobą śluzy. Aabrin, jego żona i Seiki przez siedemnaście godzin łudzili się, że ktoś po nich przyleci. Zamilkli, kiedy dowódca stacji otwarcie przedstawił im sytuację. Nie potrafię wyobrazić sobie, co czuli. Nie wiem też, co zrobili i nie chcę wiedzieć. Ilekroć śnię, podświadomość podsyła mi wizje ich ostatnich chwil. Dobrze, że mam tabletki, bo bym zwariował.

– I przeżyliście to wszystko, by ona tam zginęła? Pod sam koniec poślizgnęła się i spadła z urwiska? – Car bardziej stwierdza, niż pyta. – Bóg to cyniczny skurwiel!

Nie, tym razem to akurat głównie moja robota.

– Tak – odpowiadam. – Próbowałem po nią zejść, ale przylecieli po mnie.

– Podobno chciałeś skoczyć.

– Nie, szukałem drogi na dół.

– Ale tam była ponoć burza pyłowa.

– Tam ciągle jest burza pyłowa.

– Jajogłowi też tak mówili. Nie chcieli po was lecieć, musiałem ich przekonać.

Raczej zastraszyć. Podbite oko, zmiażdżona dłoń i dowódca stacji, który ciągle jeszcze ma opatrunek na głowie. Podobno Car „tylko lekko wytargał go za uszy”. Załoga stacji prawie z nami nie rozmawia, a kiedy Rosjanin leci przez moduły, bez słowa schodzą mu z drogi.

– Przeżyć dekompresję statku, uszkodzenie napędu i awaryjne lądowanie na Marsie tylko po to, by tak zwyczajnie zginąć na planecie. Kurwa!

Rosjanin chce mi pomóc. Nie pierwszy raz siedzimy z butelką, kontemplując bezmiar kosmosu.

– Chcesz jeszcze? – pyta, wskazując na brzydki, plastikowy pojemnik ze słomką. Tu nie ma szkła ani kieliszków. – To już ostatnia. Jak wysuszymy, czekają mnie prawie dwa lata o suchym pysku.

Każdy ma swoje problemy.

– Nie.

– Jak chcesz, będzie więcej dla mnie – uśmiecha się.

– Co zamierzasz? – pytam. W obecnej sytuacji tylko myśli o przyszłości pozwalają mi normalnie funkcjonować.

Krzywi się. Jego życie również wywróciło się do góry nogami.

– Zaczynam od nowa. Połowę mojej firmy już rozkradli, a zanim wrócimy, będę bankrutem i pójdę do więzienia – wzdycha, drapiąc się po łysej głowie. – Wyobraź sobie, że zaproponowali mi tu fuchę, mam pomóc w budowie kolonii na powierzchni.

– Zgodziłeś się?

Mnie też to sugerowali, ale wykręciłem się depresją. Niezbyt pociągała mnie praca fizyczna pod okiem ambitnych snobów z misji międzynarodowej. No i ja mam zajęcie, jestem Partnerem.

– Tak – zaczyna, a ja słyszę w jego głosie zmianę. Na twarzy pojawia się z pozoru delikatny, chytry uśmieszek. Coś planuje. – Jajogłowi budują ten habitat od dwudziestu lat. Brakuje im ikry, tak sobie myślę. Skupiają się na problemach, zamiast szukać rozwiązań, jak ich znam. Chcą, bym pracował fizycznie, ale wydaje mi się, że pomogę im w inny sposób.

No tak… Czym są pola naftowe Kazachstanu, przy obcej planecie. Na Ziemi, jakiś ambitny kierownik cieszy się, że skorzysta z okazji i zdobędzie osiłka do pomocy. Ciekawe jaką będzie miał minę, kiedy Carat Marsjański ogłosi niepodległość?

– A ty co planujesz, Adaś? Zostałeś gwiazdą – pyta, osuszywszy butelkę.

– Raczej wiadomością dnia – odpowiadam nieśmiało.

Ale wystarczyło, by producenci bili się o prawa do ekranizacji. Premiera „Ostatniego lotu Sleipnira” ma się odbyć kilka dni po moim powrocie na ziemię. Fabuła ma tyle wspólnego z rzeczywistością, co manewr, który zniszczył statek z prawdziwym przebiegiem lotu misji Zubrin-1, ale przystałem na to. Bo też coś planuję.

– Zadbam, by się to nie powtórzyło. Zostanę ambasadorem bezpieczeństwa Federalnej Agencji Kosmicznej. Dopilnuję, by wadliwe moduły załogowe oraz inne zaniedbania już nigdy nikogo nie zabiły. Mamy już cały plan rozpisany: fundacja, prelekcje, zmiany w przepisach… Wykorzystamy pieniądze i chwilową popularność, by nagłośnić problem…

– Myślisz, że naprawdę coś zmienisz?

– Tak, wierzę w to.

I mam plan.

– Zakochałeś się w niej, tak naprawdę, co?

Nie odpowiadam.

– Ja też się kiedyś zakochałem – kontynuuje. – Kobiety… Ale zrób swoje, może z całego tego bajzlu wyniknie przynajmniej odrobina dobrego.

– Wyniknie – odpowiadam spokojnie, choć serce wali mi jak szalone.

 

***

 

Wróciłem na ziemię ledwie miesiąc temu i od razu rzuciłem się w wir pracy. Nie widziałem filmu, pokazującego nasze wyimaginowane przygody, ale zainteresowanie jest spore. Producenci nie żałowali pieniędzy na efekty i reklamę, więc kina są pełne. Siedzę w sporej sali, w pierwszym rzędzie. Kolejna z cyklu prelekcja dla pracowników sektora, naukowców i pasjonatów. Na elegancki garnitur narzuciłem skórzaną kurtkę, dokładnie taką samą, jaką nosi główny bohater. Dziwili się, kiedy uparłem się przy tym detalu. Stałem się celebrytą, więc mam prawo mieć kaprysy. Za kilka minut po raz kolejny opowiem o tym, co przeżyłem. Te same kłamstwa co zazwyczaj, ale dziś będzie nieco inaczej.

Witają mnie brawami, kiedy tylko wstaję. Powoli podchodzę do mównicy i wspinam się po schodach. Jeszcze nie skończyłem rehabilitacji, a dwa lata w nieważkości zrobiły swoje. Muszę o tym pamiętać, nie jestem w pełni sił. Spoglądam w ich oczy, większość przyszła w ramach pracy i patrzy na mnie, jak na kosmitę. Oto ten, któremu udało się zostać sławnym i bogatym zszedł na ziemię, by nauczać resztę. Nikogo nie interesuje, co powiem, ale każdy chciałby być na moim miejscu. Sam kiedyś taki byłem: młody i pewny swej nieomylności. To właśnie do nich pragnę dotrzeć.

Prelekcja przebiega normalnie, ja gadam, przełączając slajdy, a oni udają, że słuchają. Jedynie kilka twarzy zdradza oznaki zainteresowania. Kończę i zachęcam do zadawania pytań. Ktoś szczerze mi współczuje, ktoś inny chce, bym doprecyzował kwestie techniczne, ktoś kolejny dziwi się, że tylko ja przeżyłem. Standard, ale zawsze miło słuchać ludzi, do których przemawiają argumenty. To daje nadzieję. Większość jednak marzy już o kawie i ciastku. Czekam jeszcze, rozglądając się po sali.

– Czy film, który nakręcono, pokazuje prawdziwy przebieg wydarzeń na pokładzie? – pyta wysoki, elegancko ubrany trzydziestoparolatek.

Właśnie na takie pytanie czekałem.

– Nie do końca, chłopcze.

– Dlaczego? Skoro tak bardzo zależy panu na poprawie bezpieczeństwa, czy nie warto byłoby pokazać wszystko tak, jak wyglądało? Sam pan mówi, że…

Dzięki ci, młodzieńcze. Bardzo mi pomagasz.

– Film miał jedynie nagłośnić temat – przerywam mu, podnosząc głos – bym mógł się z wami spotkać. Spełnił swoje zadanie. Sama fabuła nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością.

Sądząc po odgłosach, część ludzi odłożyła telefony. Widzę, jak przedstawiciel wytwórni i mój były przełożony wbijają we mnie wzrok. Zyskałem uwagę na chwilę, może dwie. Teraz albo nigdy.

– Film zawiera pewne nieścisłości – kontynuuję. – To nie wadliwy moduł zniszczył Sleipnira, tylko ja, po części na jego polecenie – mówiąc, wskazuję na dyrektora. – Mógłbym wam godzinami opowiadać jak i dlaczego to zrobiłem, ale nie chce mi się, jestem zmęczony.

– Pozwiemy cię, pójdziesz siedzieć! – Mężczyzna wstaje i rusza w moją stronę. Zdecydowanie nie był na to gotowy.

– Wątpię – odpowiadam spokojnie. Przez te wszystkie lata przywykłem do stresu.

Tak jak się spodziewałem, kolejni uczestnicy wyciągają telefony i zaczynają nagrywać. Wiedzą już, że szykuje się coś ciekawego. Szybkim ruchem wyszarpuję spod kurtki ukryty tam przedmiot.

– On ma broń! – wrzeszczy ktoś z sali.

Uśmiecham się, spoglądając w zastygłe w bezruch twarze. Dyrektor również nieruchomieje.

– Chcecie prawdy? Proszę bardzo, opisałem ją i wysłałem do mediów. Jesteście ciekawi, to przeczytajcie sami, a może i o tym zrobią niedługo film. A teraz popatrzcie na mnie, zobaczcie do czego mnie to doprowadziło, jak jedną głupią decyzją przegrałem życie.

Część ludzi ucieka, ale większość tylko patrzy z ciekawością. Wiedzą już zapewne, co chcę zrobić i rozumieją, że nie stanowię zagrożenia. A jak można przegapić coś takiego. Ćwiczyłem ten ruch z tysiąc razy, więc włożenie lufy do ust nie sprawia mi problemu.

Samobójcy trafiają podobno do piekła. Nie dbam już o to, bo wierzę, że prawda wreszcie mnie wyzwoli, a to małe przedstawienie kogokolwiek poruszy i coś zmieni. Mógłbym godzinami opowiadać o lęku i niepewności jutra, które towarzyszyły mi przez lata. O stale reanimowanym małżeństwie i dzieciach, których w zasadzie nie znam. Ale nie zrobię tego, bo to by osłabiło przekaz. Wolę zostawić ich z pytaniem, dlaczego człowiek, który odniósł sukces, zamiast spijać śmietankę, palnął sobie publicznie w głowę. Prawda, do której sami dochodzimy, zostaje w głowie na dłużej.

Czy spadając w otchłań dane mi będzie zobaczyć Julię? Z tą myślą naciskam spust. Wierzę, że tak będzie sprawiedliwie.

Koniec

Komentarze

Hej, Krar!

 

Na początek babolki:

– Myślę, że możemy już zacząć – mówi Kapitan

Cześć z pasażerów rzeczywiście robiła straszne rzeczy.

Część

– Uruchamiałeś to zapasowe ustrojstwo, by posprzątać to tym ćpunie

po

Odruchowo obmacuje nogi, próbując nim poruszyć.

nimi

Ale zrób swój, może z całego tego bajzlu wyniknie przynajmniej odrobina dobrego.

swoje

Widzę, jak przedstawicie wytwórni i mój były przełożony wbijają we mnie wzrok.

przedstawiciele

 

A teraz to co mam do powiedzenia o tekście ;)

 

Jeśli to jest hard SF, to ja… lubię hard SF :D nie znam się na tych podziałach, w ogóle nie znam się na SF. Przyszedłem po historię i dostałem historię, bałem się naukowych teorii przysłaniających właściwą fabułę, a nie było się czego bać.

Właśnie to jest mój problem z SF – kilka razy sparzyłem się już na tym, że ktoś mi wciskał do głowy nieistotne wzory i pojęcia, zamiast zrobić z nich tło historii. Tutaj w ogóle tego nie odczułem.

Bohater nie jest z tych co może budzą jakąś sympatię, bo jednak zabija z wyrachowania, ale jednak targają nim ludzkie odczucia. Jest jednak spójny, logicznie się spina. Może trochę zabrakło mi większego nawiązania do jego ziemskiej rodziny – może taki był zamysł, ale wydaje mi się, że dałoby się go jeszcze lepiej umotywować w sytuacji, gdy nabierał wątpliwości – musiałby to wszystko zrobić, żeby nie zostawić rodziny z długami.

Podoba mi się wizja przyszłości – nie przesadzasz. W jakimś stopniu jestem w stanie uwierzyć, że to co opisałeś ma szansę się wydarzyć.

Fabuła jest spoko, ale może nieco zbyt szybko mówisz co ma się wydarzyć. Potem są jeszcze wątpliwości Adama, no i twist, który bardzo tu pomaga.

Technicznie naprawdę super. Przepłynąłem przez tekst, a babolki, które znalazłem, to coś co chyba zawsze musi się zdarzyć.

Podobało mi się, takie SF mogę czytać. Ja spadam do klikarni ;)

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć Krokus!

 

Dzięki, że wpadłeś z wizytą.

Jeśli to jest hard SF, to ja… lubię hard SF :D nie znam się na tych podziałach

Też nie jestem ekspertem, bazowałem trochę na wiedzy branżowej, trochę na wiki oraz na założeniu, aby świat przyszłości nie był sprzeczny z obecną wiedza naukową. Kiedyś fascynowały mnie loty kosmiczne i coś tam jeszcze pamiętam.

Właśnie to jest mój problem z SF – kilka razy sparzyłem się już na tym, że ktoś mi wciskał do głowy nieistotne wzory i pojęcia, zamiast zrobić z nich tło historii.

To jest pomysł… Napisać niezły, wciągający początek a potem, jak już ślinka cieknie całeczki, tensorki, grafy…devil Nie chciałem pójść w science zbyt mocno, a jedynie pokazać kilka aspektów lotów kosmicznych i dokonać nieznacznej ekstrapolacji naszej rzeczywistości.

Bohater nie jest z tych co może budzą jakąś sympatię, bo jednak zabija z wyrachowania, ale jednak targają nim ludzkie odczucia.

Jakoś lubię takich bohaterów, choć Adam wyszedł mi nieco zbyt “zły”. Chociaż w końcówce przechodzi swego rodzaju przemianę.

Fabuła jest spoko, ale może nieco zbyt szybko mówisz co ma się wydarzyć.

Na becie też mi to mówili (i wychodzi na to, że mieli rację), ale się uparłem, że chcę szybko odsłonić karty i skoncentrować się na perspektywie bohatera. No i końcówka wtedy bardziej się kręci.

Podobało mi się, takie SF mogę czytać. Ja spadam do klikarni ;)

Dzięki wielkie z opinię i za klika. Zaraz poprawię błędy.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Jak zapoczątkował, to przeczyta i skomentuje.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Powitać inicjatora. Serdecznie zapraszam do lektury.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Bardzo dobre opowiadanie – dynamiczne, trzymające w napięciu (mnie trzymało, mimo że od pewnego momentu wiedziałem, dokąd to zmierza). Podobał mi się fragment na Księżycu – racjonalne miejsce na fabrykę statków kosmicznych. Rozterki bohatera sprawnie przeplatałeś ciekawymi wydarzeniami, a finał – właśnie przez owe rozterki – był uzasadniony. Jedynym elementem fabuły, do którego mogę się przyczepić (trochę na siłę) jest skąpa załoga statku i ufność, jaką firma organizująca wycieczki kosmiczne obdarza obcych.

Cześć krar i wybacz, że tak późno. 

Z przyjemnością przeczytałem opowiadanie po raz drugi, bo jest naprawdę bardzo dobre. Sci-fi traktuję w nim bardziej jako scenografię (i też nie potrafię odnieść się do tych elementów, bo żaden ze mnie inżynier czy fizyk) dla opowieści o człowieku i to w stylu Szekspira, bo mamy tutak bohatera iście dramatycznego – a i w końcówce, jak widzę, postawiłeś na motyw tragiczny. 

Pamiętam, jak przy pierwszym czytaniu z wypiekami na twarzy śledziłem fabułę, chcąc dowiedzieć się najpierw co kombinuje nasz bohater, a potem co z tego wyniknie – historia była kompletnie nieprzewidywalna, a przy tym sensowna. To jek największa zaleta. 

Będąc tak spóźnionym, nie powinienem narzekać, ale ponarzekam trochę na zakończenie. I to tylko dlatego, że poprzednie podobało mi się bardziej, a w ogóle to zakończyłbym na rozmowie z Carem. Epilog z samobójstwem… rozumiem czemu służy, ale nie skleił mi się w całość z resztą opowiadania, do tego wypadł trochę – jak dla mnie – wymuszenie. 

Tak czy inaczej tekst bardzo udany. 

 

Nie mogę się doczekać, by zobaczyć, kogo wytypujesz do wyzwania. :P

Bardzo ciekawa historia. Może porównanie z Szekspirem mocno na wyrost, ale jest w porządku. Jest jakiś tragizm (co by nie wybrał, wyjdzie fatalnie), jest wyraźna przemiana bohatera, jest szalone uczucie.

Ładnie wyjaśniasz wydarzenia i pokazujesz zależności przyczynowo-skutkowe. Jak z tym kosmicznym uczuciem; inżynier i śmiertelnie chora milionerka pewnie by się w sobie nie zakochali, ale po chemicznym podkręceniu wszystko staje się możliwe.

Trochę dziwią mnie stosunki na statku – malutka załoga (ci milionerzy żywili się koncentratami z tubek i sami je sobie przynosili z ładowni?) i fraternizacja z pasażerami, którzy mieli za dużo do powiedzenia. OK, są cholernie bogaci. Ale chyba nie doszliby do tego, gdyby byli przekonani, że wszystko potrafią lepiej?

Zostało Ci trochę literówek i innych babolków.

mam w zwyczaju poruszać się po statku i ruszam.

Słabo to wygląda.

Babska logika rządzi!

Cześć!

 

Zoo odwiedzone, dzieci śpią, można wreszcie odpisywać.

 

 

Palaio

 

Bardzo dobre opowiadanie – dynamiczne, trzymające w napięciu (mnie trzymało, mimo że od pewnego momentu wiedziałem, dokąd to zmierza).

Dzięki wielkie za lekturę i za dobre słowo. 

Podobał mi się fragment na Księżycu – racjonalne miejsce na fabrykę statków kosmicznych.

Starałem się zawrzeć nieco życzeniowych, futurologicznych rozważań. Rozum podpowiada mi, że raczej nieprędko wyruszymy z kosmos, ale sugeruje również, że na dłuższa metę budowa statków międzyplanetarnych na ziemi nie ma sensu. Więc jeżeli kiedykolwiek wrócimy, to księżyc wydaje się dobrym miejscem na fabrykę.

Jedynym elementem fabuły, do którego mogę się przyczepić (trochę na siłę) jest skąpa załoga statku i ufność, jaką firma organizująca wycieczki kosmiczne obdarza obcych.

Koszty. Członek załogi nie generuje zysku, a zabiera miejsce. Więc lepiej wziąć człowieka “z branży”, przeszkolić i dać mu zniżkę, wyjdzie taniej.

 

 

Gekikara

 

Cześć krar i wybacz, że tak późno. 

Wybaczam, ale nie zapominam ;-) Jeszcze raz dzięki za całą pomoc na becie.

Z przyjemnością przeczytałem opowiadanie po raz drugi, bo jest naprawdę bardzo dobre.

Dzięki!

Sci-fi traktuję w nim bardziej jako scenografię (i też nie potrafię odnieść się do tych elementów, bo żaden ze mnie inżynier czy fizyk) dla opowieści o człowieku i to w stylu Szekspira, bo mamy tutak bohatera iście dramatycznego – a i w końcówce, jak widzę, postawiłeś na motyw tragiczny.

Długo sie zastanawiałem, co z tym zakończeniem zrobić. Było chyba z 5 czy 6 kolejnych opcji, ale w końcu postawiłem na coś spektakularnego. Początkowo chciałem z tego zrobić przypowieść o bezpieczeństwie, ale mocno wydłużyłoby to tekst i częściowo z tego zrezygnowałem, stawiając na tekst o ludziach.

I to tylko dlatego, że poprzednie podobało mi się bardziej, a w ogóle to zakończyłbym na rozmowie z Carem.

Jak wyżej, rozkminiałem to długo i w końcu postawiłem na “tragedię”. Jak coś, to można nie czytać ostatniej części ;-)

Nie mogę się doczekać, by zobaczyć, kogo wytypujesz do wyzwania. :P

Wrócę do domu, zbiorę myśli i w poniedziałek podam dalej.

 

 

Finkla

 

Bardzo ciekawa historia. Może porównanie z Szekspirem mocno na wyrost, ale jest w porządku. Jest jakiś tragizm (co by nie wybrał, wyjdzie fatalnie), jest wyraźna przemiana bohatera, jest szalone uczucie.

Do Szekspira mi pewnie trochę brakuje, ale niezmiernie się cieszę, że się podobało.

po chemicznym podkręceniu wszystko staje się możliwe.

THC czyni cuda w kwestii kontaktów międzyludzkich.

Trochę dziwią mnie stosunki na statku – malutka załoga (ci milionerzy żywili się koncentratami z tubek i sami je sobie przynosili z ładowni?)

Koszty, w kosmosie każdy kilogram jest na wagę złota.

i fraternizacja z pasażerami, którzy mieli za dużo do powiedzenia. OK, są cholernie bogaci. Ale chyba nie doszliby do tego, gdyby byli przekonani, że wszystko potrafią lepiej?

Imho ludzie, którzy odnieśli duży sukces (w kwestiach statusu, awansu społecznego) maja bardzo duże mniemanie o sobie i nie lubią wykonywać poleceń.

Zostało Ci trochę literówek i innych babolków.

Siadam więc do szukania i poprawiania… a może pamiętasz konkretnie jeszcze jakieś?

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Hej, hej

A je nie powtórzę komentarza z bety, bo na początku był krytyczny, ale po poprawkach i ponownej lekturze jest o wiele lepiej.

Nie nazwałbym tego opowiadania takim typowym hard s-f, ale to nie wada. Mamy tu raczej osadzoną w kosmosie opowieść o wyborze i jego konsekwencjach. Tempo jest spokojne, bohaterowie wyraziści (choć Rusek jako pijak to taki trochę stereotyp), wszystko pędzi do finału, gdzie bohater w końcu spotyka jedyne “sprawiedliwe” zakończenie. Historia bez walk, laserów i potworów, ale wciąga, bo napisałeś ją dobrze i z wyczuciem.

Pozdrawiam i klikam

Imho ludzie, którzy odnieśli duży sukces (w kwestiach statusu, awansu społecznego) maja bardzo duże mniemanie o sobie i nie lubią wykonywać poleceń.

Niby tak, ale nie mogą być idiotami. Jeśli mają ochotę pilotować samolot, to najpierw kupują sobie kurs, a potem samolocik. A nie wchodzą do kabiny pilota i mówią: “Spadaj stąd, teraz ja chcę sobie poprowadzić”.

Na pewno w swoich firmach nie robią wszystkiego sami – od komputerów mają informatyka, od cyferek księgową. Przydzielają im zadania, ale nie powinni wtrącać się w pisanie kodów i raportów.

Literówki i inne drobiazgi:

– Tygrys… Wrrrrr… Powiem Ci, bracie,

O jedną dużą literę za daleko.

zakładam skórzaną kurtkę, w której mam w zwyczaju poruszać się po statku i ruszam.

Zjedzony przecinek – musisz domknąć wtrącenie i furda, że zaraz potem stoi “i”.

Babska logika rządzi!

Cześć, przyszłam ponarzekać. Ale tylko trochę.

Po drodze mijam Steven’a, który półnagi dryfuje w przestrzeni wspólnej modułu klasy ekonomicznej.

Apostrof sio.

 

Posłuchaj Piotrek.

Przecinek.

 

Zorientowaliśmy się, kiedy byliśmy już na niezłym haju. Działo się. Ja odnalazłem się z Julią, Hans i kapitan rywalizowali o względy Alberty, książę koniecznie chciał umyć plecy naszemu dowódcy. Jedynie Car i Japonka zareagowali inaczej. On z miną idioty wpatrywał się w pustkę za oknem, ona latała po całym statku wyjąc jak wilk.

Hardkorowo jak na “zielsko skropione feromonami” ;)

 

Część z pasażerów rzeczywiście robiła straszne rzeczy. Car jest poszukiwany przez Interpol, Hans zorganizował reality show, podczas którego doszło do kanibalizmu. Steven z kolei doprowadził do legalizacji narkotyków i nieźle na tym wyszedł. Aabrinowi zapewne daleko do przykładnego męża, a Alberta sama nie pamięta, ilu miała partnerów.

Bogi brońcie przed babską rozpustą, gorsza ona bowiem niż kanibalizm ;)

 

Z uwag ogólnych i drobnych: rzuciło mi się w oczy, że używasz sporo “tu, ten, tego, to” itp. Warto zwrócić uwagę na ich nadmiar, bo często okazują się niepotrzebne i można urwać parę znaków. A przy okazji tekst jest bez nich, imo, elegantszy.

Ponadto irytował mnie chaos panujący na tym statku. Nie wiem, nie znam się, ale całe życie zakładałam, że w takich miejscach to jednak musztra, ordnung i cała reszta, a tutaj… hulaj dusza, pasażerowie ganiają po statku niepilnowani, każdy robi co chce, żadnych procedur bezpieczeństwa, żadnych zasad…

Jestem humanistycznym misiem o bardzo małym rozumku, któremu umyka wiele kwestii technicznych, ale w przypadku Twojego tekstu nie miałam wrażenia, przesuty nadmiarem technożargonu, co pokazuje, iż nawet humanistyczne misie są w stanie przeczytać go z przyjemnością i zrozumieć ;)

Opowiadanie, ogólnie, podobało mi się. Napisane może i bez fajerwerków, ale sprawnie i wciągająco. W ogóle nie czuć jego objętości, mimo że fabułę prowadzisz spokojnie, bez pośpiechu.

Postacie drugoplanowe wyszły tak sobie – dość słąbo zarysowane, albo wręcz karykaturalne, jak chociażby Steven. Wątku z narkotykami nie kupuję, no bo jednak względy bezpieczeństwa, cholera: jakim cudem można było w ogóle dopuścić do tego, żeby jeden z pasażerów był non stop na haju, a co więcej, zdołał naćpać pozostałych, wpychając zielsko do wentylacji? Unrealistic.

Główny bohater natomiast na plus, ciekawa, niejednoznaczna postać. Może trochę melodramatyczna, ale to odczułam dopiero w końcówce. Przez resztę historii z zainteresowaniem śledziłam jego losy i spostrzeżenia. 

Klikam.

Pozdrówka.

Drogi krarze,

 

po pierwsze muszę wspomnieć kwestię Zubrina. Poradziłem się kolegi fizyka, który zna się trochę na tym, i stwierdził, że może byłoby to możliwe, gdyby wracać z deep space i spalać paliwo w peryselenium. Natomiast trzykrotne powtórzenie manewru tez nie wydawało mu się realistyczne. Natomiast mam wrażenie, że trochę zignorowałeś moje wcześniejsze uwagi, co mnie trochę zaniepokoiło, bo świadome pozostawianie błędów merytorycznych uważam za trochę szkodliwe dla debaty społecznej, w której i tak jest już za dużo mitów na temat fizyki/nauki.

Wiem, że długo już na to narzekam, więc na koniec dodam tylko, że w jury konkursu PFFN jest przynajmniej dwóch fizyków i na Twoim dopracowałbym jednak bardziej ten aspekt i go urealnił, jeśli chcesz na temat Zubrina pisać. Ale wiadomo, zrobisz jak chcesz. Ryzykować też można ;P

 

Czas więc wrócić do pozytywów. Dla samego tekstu oczywiście wspomniane problemy mają mniejsze znaczenie, szczególnie że opowiada on raczej historię kochanków, niż kosmiczną przygodę. Na pewno płynie się przez niego bardzo szybko, jakby to był tekst przynajmniej 2 razy krótszy :) Bohaterowie również wydają się wiarygodni. Zakończenie w obecnej wersji, wbrew mojej wcześniejszej opinii, uważam jednak za lepsze. Można powiedzieć, że główny bohater dostaje to, na co zasłużył i dobrze dopina to jego losy ;) a jednocześnie podtrzymują konwencję nawiązań do Szekspira. No i nadaje opowiadaniu bardziej jednolitej wymowy, tzn. sprawia, że jest to w jasny sposób tekst o błędach i ich konsekwencjach.

Wydaje się, że Julia mogłaby umrzeć trochę wcześniej. Ostatecznie dajesz sobie dodatkowy czas na pożegnanie, ostatnią rozmowę oraz śmierć w swój wymarzony sposób. Wydaje mi się, że jest to zabiegiem trochę teatralnym i w pewnym sensie przypomina mi Pieśń o Rolandzie i jego również przedłużoną, symboliczną śmierć. Śmierć Julii w kosmodromie albo w wyniku uszkodzenia rdzenia kręgowego byłaby bardziej interesująca. Wszak umarłaby z winy bohatera, a nie swojej własnej decyzji, co dodałoby zakończeniu pewnego wymiaru… A tak wręcz przeciwnie – powstaje pytanie z jakiego powodu on na końcu popełnia samobójstwo. Czy płacze po Julii, która sama skoczyła; czy jednak ma wyrzuty sumienia z powodu reszty załogi? Pewnie oba, choć biorąc pod uwagę temat tekstu i rolę, jaką ma w niej miłość…

Ta “miłość” to zresztą ciekawa sprawa i prowadzi do paru bardziej filozoficznych pytań (i, żeby było jasne, to nie jest zarzut). Skoro powstała dzięki narkotykom, to jak prawdziwa ona była? Czy każde uczucie można sztucznie wzbudzić? Nie wiem czy świadomie, ale w pewnym sensie podważasz mimochodem, niby przypadkiem, tą “romantyczność” miłości czy też przeznaczenie.

Wciąż zastanawia mnie kwestia dawkowania napięcia w tekście. Myślałem z początku, że szybkie ujawnienie intencji bohatera mu zaszkodzi, ale chyba nie miałem racji – także dzięki temu, że dzieje się potem dość sporo. Podjąłeś więc chyba dobrą decyzję ;)

Podsumowując: mimo paru mniejszych lub większych zarzutów jest to tekst solidny, a na pewno można go przeczytać z przyjemnością. Na bibliotekę raczej zasługuje, więc gdybym mógł, to bym klikał :)

Kra, kra!

Solidne, całkiem interesujące opowiadanie.

Zaczyna się… dziwnie. Dziwnie, bo tekst rozkręca się długo, ma tam trochę takich momentów, które mogą w teorii na dzień dobry znużyć. A jednak było w nich coś zaskakująco zachęcającego. To wiercenie, później akapity o walce z usterką. Ciągnie się to-to i ciągnie, a jednak jest w tym jakaś fajna przystępność, może nawet próba takiego przybliżenia czytelnika do owych prac, bo one są opisane bardzo przystępnie. Tak że w jakiś sposób można poczuć, jakby się rzeczywiście przy tych pracach/wydarzeniach było.

Słowem, wprowadzenie miało naprawdę dużo argumentów za tym, żeby znudzić, a zrobiło w moim przypadku coś zupełnie odwrotnego. ;-)

Plus dla Ciebie. :)

Skoro już jesteśmy przy wprowadzeniu, to napomknę jeszcze o języku. Jak na science fiction, bardzo przyjemnie przystępny. Jak pisałem, mamy tu jakieś opisy prac, ale są one napisane w sposób na tyle zrozumiały, że stanowią raczej zaletę opowiadania niż “nużący element obowiązkowy”, jak to często bywa w przypadku technobełkotu. Technobełkotu, który z jednej strony musi się pojawić, żeby uwiarygodnić całą historię, a z drugiej częściej jednak raczej męczy niż zachęca do dalszej lektury.

Fajerwerków językowych za bardzo tu nie ma, ale też nie były szczególnie potrzebne. Stawiasz na solidne opowiedzenie historii, a z drugiej strony nie mamy tutaj wędrówek po planecie (czy też badania planety), gdzie wypada się pobawić w malowanie obrazów słowem.

Pomysł na tekst? Uciekasz tutaj od takiej bardziej powszechnej opowieści o badaniu/zasiedlaniu/podbijaniu planet, stawiając raczej na “człowieka”. Bo Twoje opowiadanie to nie tyle kosmos, ile raczej ludzie w kosmosie. I nie jest to w żadnym razie wada, bo kosmos, poza swego rodzaju wartością poznawczą, daje też taką fajną możliwość spojrzenia na człowieka z innej perspektywy. A u Ciebie, jak wspomniałem, tego człowieka (zarówno jako indywidualności, jak i jako małego trybika w mechanizmach, jakimi obecnie świat się rządzi) jest sporo.

Tutaj to wprowadzenie było dla mnie nieco mylące. Bo jednak widząc te wszystkie przystępne opisy prac na początku, spodziewałem się jednak bardziej klasycznego, że tak to ujmę, podejścia do tematu i opowieści bardziej skupionej na szeroko pojętych podróżach w kosmos niż na ludziach jako takich. Nie twierdzę, rzecz jasna, że taki kierunek jest zły. Zwyczajnie zaznaczam, że początek naprowadził mnie jednak na inne skojarzenia, jeśli chodzi o oczekiwany bieg opowieści.

Zaznaczę też jedną, ważną rzecz. Czytałem jako kompletny laik, więc nie mam żadnej możliwości, żeby sprawdzić ten tekst pod kątem wiarygodności – przede wszystkim jeśli chodzi o sam obraz podróży i jej zakończenie. Dlatego wszystko, co znajdziesz w dalszej części komentarza (i w sumie nie tylko) to wyłącznie moje odczucia. I chciałbym, żebyś o tym pamiętał (czytając całą opinię, nie tylko dalszą jej część), bo jest jednak znaczna różnica między:

– taki zestaw dań chciałbym widzieć w tej restauracji

i

– taki zestaw dań będzie dla tej restauracji najlepszy.

To pierwsze, to tylko odczucia i preferencje. To drugie to już konkretna sugestia i ocena. Ja nie czuję się na siłach, żeby cokolwiek sugerować, dlatego spisuję jedynie to, co czułem w czasie lektury. A Twoim zadaniem będzie nie tyle wyciąganie z tych odczuć wniosków, ile potraktowanie ich jako drobnego elementu składającego się na “całościowy odbiór tekstu”. I dopiero z tego “całościowego odbioru” można wyciągać wnioski.

Bohaterowie? Na pewno charakterystyczni. Główny bohater nawet dość złożony. Ani dobry, ani jednoznacznie zły, a raczej taki, którego każdy czytelnik oceni na pewno trochę inaczej. To, co się rzuca w oczy, to dopasowanie tej charakterystyki bohaterów do całej opowieści. Opowieść niejako zwraca w jakiś sposób uwagę na dobrze znane nam problemy świata. Ten motyw zarządzania problemem/usterką, zgodnie z zasadą: solidność jest ważna, dopóki nie wpływa na solidność finansów (piszę oczywiście w dużym uproszczeniu). Później Ci rozpuszczeni w jakiś sposób bogacze i ich zachowanie w czasie podróży, gdzie momentami urastają niemal do pozycji panów (i pań^^) sytuacji.

Wszystko to wpisuje się w jakiś sposób w opowieść o człowieku i świecie, którą niejako poprzez kosmos próbujesz nam tutaj przemycić. Wszystko to jest całkiem fajnie do tej opowieści dopasowane, a zarazem w dużym stopniu zbieżne z rzeczywistością. Jednocześnie trudno nie oprzeć się wrażeniu, że pojawia się jednak jakieś przerysowanie.

Z całej tej opowieści bije jakiś element filmowości. Co widać zwłaszcza przy zakończeniu. Bogacze są bogaczami z całą charakterystyką, z jaką ich się kojarzy. Bohater, pozornie ledwie skromny element całej podróży, dostaje swoją wielką rolę, kiedy może decydować o losie wszystkich podróżnych. Dostaje też swoją wielką, finałową scenę, gdzie poprzez efektowne zakończenie życia może podkreślić pewien przekaz. Rozumiem sam zabieg w całym tekście, on ma tu swoje uzasadnienie, tym nie mniej miałem takie poczucie, że zwłaszcza na końcu poszło to jednak krok za daleko.

To, co budziło lekkie zawahanie, to straszne rozpasanie bogaczy na statku. Jak pisałem, nie jestem znawcą, piszę tylko o swoich odczuciach. Tym nie mniej, miałem poczucie, jakby owo rozpasanie było jednak lekko przesadzone. Ja bez problemu jestem w stanie sobie wyobrazić, że grupa (żeby nie napisać banda) takich “złożonych” osobowości decyduje się na tego typu wyprawę (bo kto, jak nie oni) i że z takim zestawem cech zostają do niej dopuszczeni (bo skoro to lot komercyjny, to jest to niejako wpisane w biznes). A jednak coś się we mnie buntowało, kiedy oni tak swobodnie pozwalali sobie na różne dziwactwa (z narkotyzowaniem się włącznie) bez żadnych problemów i konsekwencji.

Laik wyobraża sobie wyprawę w kosmos jako podniosłą, heroiczną wyprawę śmiałków, którzy musieli przejść szereg testów/badań/wyzwań. I nawet jeśli przyjąć, że w świecie przyszłości do się zmieni (chociaż czy to na pewno jeszcze świat przyszłości?), to szalenie trudno było mi sobie wyobrazić przyzwolenie na takie zupełnie bezkarne rozpasanie, na jakie pozwalają sobie bohaterowie. To w końcu nie kolejny bal w jakiejś willi, tylko kosmos. Nawet, jeśli przyjąć, że tacy bogacze będą niesforni, to czy naprawdę ten lot na Marsa jest tak dziecinnie prostym zadaniem, że można pasażerom pozwalać na niemal wszystko? I czy naprawdę jest możliwie zatarcie jakichkolwiek barier na linii załoga-pasażerowie, gdzie ci pierwsi niejako odpowiadają za tych drugich, a zatem powinni dysponować przynajmniej czymś w rodzaju domniemanego autorytetu?

Jak piszę, nie traktuj tego jako zarzut. Bo ja nie uważam, że to, co zrobiłeś w tym tekście jest błędem. Zwracam tylko Twoją uwagę, że ten element mocno rzucił mi się w oczy, więc jeśli tego typu odczuć będzie więcej, to i siłą rzeczy trzeba to odbierać jako sygnał, że takie elementy wymagają jednak większego uwiarygadniania (bo ja wcale nie zamierzam go tej wiarygodności pozbawiać, chciałbym tylko, żebyś spróbował mnie w tekście do niej przekonać).

Fabuła? Jak pisałem, całkiem solidny kawałek historii. W dodatku ta przystępna forma sprawia, że kompletnie nie czułem tych blisko 60 000 znaków. Naprawdę, jak na science fiction bardzo to-to przystępne. Owszem, po części dlatego, że stworzyłeś sobie tutaj fajne warunki do ominięcia “pełnego technobełkotu”, a i historia stawia raczej na człowieka z kosmosem w tle niż odwrotnie (znów, to nie jest zarzut, tylko próba scharakteryzowania opowiadania; i raz jeszcze podkreślę: scharakteryzowanie na podstawie odczuć z lektury, nie w oparciu o jakąkolwiek fachową wiedzę czy to o science fiction, czy literaturze w ogóle).

Pomysł z nawiązaniem do “Romea i Julii” ciekawy z uwagi na gatunek opowiadania. Jest to dość nietypowa koncepcja i w jakiś sposób zwraca na siebie uwagę. Nie jestem miłośnikiem “Romea i Julii”, więc i trudno mi tu pisać, żebym uważał ten motyw za wartość dodaną tekstu, natomiast to wynika wyłącznie z moich preferencji czytelniczych, więc nie ma zmartwienia.

W ogóle jeśli pisać o wartości dodanej tekstu to napomknę jeszcze tylko, że fajnie podobierałeś poszczególne elementy historii do tego, co chcesz opowiedzieć i co niejako jest w tym tekście priorytetem.

Trochę natomiast (ale naprawdę tylko trochę) miałem wrażenie, jakby zachwiały się ciut proporcje przy gradacji bohaterów. Ten główny, który niejako dostaje tu wspomnianą już wcześnie swoją wielką rolę jednak momentami ginął gdzieś w tle owych bogaczy, który dostali tu naprawdę sporo miejsca. Ponieważ ginął mi bohater, ginął mi też i przy okazji główny jego cel, będący zarazem fundamentem opowiadania. Oczywiście, ginął tylko momentami i bez większej szkody dla odbioru, tym nie mniej po skończeniu lektury chyba nawet lepiej potrafiłbym opisać chociażby “Cara” niż głównego bohatera, a tak być raczej nie powinno.

Przy okazji też miałem poczucie, że tekst mógłby być trochę krótszy. Właśnie dlatego, że momentami mocna ekspozycja “ludzi patologicznie zamożnych” przyćmiewała bohatera, jego problemy i cele.

Dobra, podsumowując. Trochę pomarudziłem, ale to zawsze jest tak, że łatwiej pisać o tych elementach, które nie zagrały niż o tych, które działały, jak trzeba. W przypadku tych pierwszych musisz dokładnie wyłożyć, co nie zagrało, w przypadku tych drugich po prostu chwalisz (co wymaga znacznie mniej znaków), bo nie musisz nic omawiać. W każdym razie, jest to solidny, interesujący tekst napisany w bardzo przystępny sposób, z ciekawym (nie nowym, ale wciąż ciekawym) konceptem postawienia na człowieka i jego złożoność kosztem szerszej prezentacji szeroko pojętego kosmosu. Bohaterowie, choć jakby trochę przerysowani, to jednak w jakiś sposób charakterystyczni, co się ceni. Warstwy technicznej opowiadania nie ocenię, bo brak mi do tego wiedzy.

Słowem, przyjemny kawałek lektury. Zakładałem, że uda mi się go wprowadzić do biblioteki, ale się parę godzin spóźniłem. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Cześć!

 

Golodh

 

Umknął mi jeden z Twoich postów na becie, przepraszam, pośpiech bywa zgubny. Przeczytałem, ale potem skupiłem się na kolejnych postach i zapomniałem się ustosunkować.

Rzecz w tym, że tu nie zadziała w standardowym trybie. Ze względu na bardzo nikły wpływ grawitacji Fobosa i Dejmosa te poprawki musiałyby być naprawdę niewielkie; w ciemno mogę powiedzieć, że poniżej jednego stopnia.

Nikły i na logikę pomijalny, ale tu wchodzi SI. Ja tutaj o Zubrinie napisałem tylko pobieżnie, więcej o tym będzie w tekście na PFFN (który – mam nadzieję – zdążę napisać, jak coś, to wrzucę tutaj, jeżeli nie zdążę, w każdym razie 25 – 26 sierpnia zapraszam do bety). Nie wiem, czy dam rade to policzyć bo mam 3.5 wieczoru, a póki co tekst ma 2k znaków z docelowych 25 – 30k, więc będzie ciasno, a nie chcę pisać na akord, bo to mi nie wychodzi.

Powstaje więc pytanie: jaką to niestabilną orbitę mieli, że potrzebowali wykonać taką małą korektę?

Mieli hiperboliczną nadwyżkę prędkości (dla Marsa) rzędu kilku, może kilkunastu m/s. Asysta pozwoliła wejść na orbitę eliptyczną.

Po czasie mam też wątpliwości co do pierwotnej orbity. Bo rozumiem, że Zubrin chciał zająć stabilną orbitę wokół Marsa. Pytanie więc skąd leciał?

Z ziemi.

Na ogół rozwiązania ruchu w polu grawitacyjnym są zamknięte i stabilne, więc problem musiałby być z jakimś zahaczeniem o atmosferę (?) Marsa albo kolizją.

Teoretycznie tak, ale w praktyce mamy jeszcze atmosferę i inne czynniki. Będzie o tym więcej w kolejnym tekście.

Zdecydowanie numeryczne. Zakładam oczywiście, że SI coś takiego policzy i zoptymalizuje, choć mógłby być z tym w sumie kłopot; wszak i komputery mają swoje ograniczenia mocy obliczeniowej.

Wpływ grawitacji kilku ciał będących w ruchu i znalezienie jakiegoś tam optimum o włos korzystniejszego od hamowania przed wejściem na orbitę. Zakładam, że pod koniec XXI wieku smartfon będzie w stanie to policzyć.

Z chęcią bym zobaczył, gdyby Ci się udało.

Zobaczymy… do 26 sierpnia już blisko.

Oj, sądzę, że coś by się znalazło. Nawet jakieś urządzenia badawcze. Lepiej zostawić je niż człowieka.

Uwaga spolier! Zubrin-1 nie był misją badawczą, a polityczną. Coś jak wyścig na księżyc. Od misji badawczych są automaty: tańsze i bardziej niezawodne.

W sumie teraz zauważyłem, ale trafienie akurat w Jowisza jest bardzo (bardzo) mało prawdopodobne (zakładając, że Sleipnir pomknął ± losowo).

Sleipnir poleciał po hiperboli ( w przybliżeniu ) przecinającej pod bardzo małym kątem orbitę Jowisza (prawie stycznej). Prędzej czy później musiał trafić w obszar zdominowany przez grawitację gazowego olbrzyma.

Kropka na końcu dialogu i “Uśmiecha” z wielkiej litery.

Chyba nie, to “paszczowa” czynność.

Szybka reakcja; imho wszyscy powinni być zszokowani i nikt tak szybko nie powiedziałby czegoś takiego.

Skuteczni CEO i prawnicy słyną z szybkiej riposty. Jest to też prztyczek w noc dla nazbyt kapitalistycznego podejścia do życia ;-)

 

Jeszcze raz dzięki wielkie za całą pomoc na becie!

 

 

 

Zanais

 

Nie nazwałbym tego opowiadania takim typowym hard s-f, ale to nie wada.

Bo to nie maiło być typowe, tylko krakowe ;-) To generalnie “opowieść o ludziach daleko od domu” osadzona w realiach s-f, które nie gwałci jednak jawnie praw fizyki (imho), bez laserów i kosmitów. Postawiłem też trochę na pokazanie strony technicznej lotów kosmicznych.

choć Rusek jako pijak to taki trochę stereotyp

Byłoby zbyt nudno bez niego, a bogaci Rosjanie to “agresywni zwycięzcy”, którzy zazwyczaj lubią pić.

 

Jeszcze raz dzięki wielkie za całą pomoc na becie i za klika!

 

 

 

Finkla

 

Niby tak, ale nie mogą być idiotami. Jeśli mają ochotę pilotować samolot, to najpierw kupują sobie kurs, a potem samolocik.

Tak, ale oni tu niczego nie pilotują, tylko są pasażerami. Płaca DUŻO kasy i chcą zobaczyć inna planetę, a przy okazji chcą się bawić. Co takim zrobisz? Do kąta postawisz? To trochę tak jak bananowa młodzież z prywatnej szkoły na wycieczce: pijana i zadziorna, a nauczyciel jest od tego, by sobie żaden zbytniej krzywdy nie zrobił. Oni nie szukają śmierci, tylko normalnie imprezują, więc zazwyczaj się udaje.

 

Błędy poprawię już jutro, kolektywnie.

 

 

gravel

 

Witam serdecznie kolejną czytelniczkę!

Hardkorowo jak na “zielsko skropione feromonami” ;)

Tam jest obieg zamknięty. Filtry powoli to wyłapują, ale Steven zna się na rzeczy i wiedział czego im trzeba, aby zrobić niezły balet.

Bogi brońcie przed babską rozpustą, gorsza ona bowiem niż kanibalizm ;)

Nie, zwróć uwagę, że tam na początku jest napisane “Część z pasażerów” a gradacja jest malejąca (wg wiedzy bohatera). Alberta jest na końcu. Adam chce myśleć o nich jak o złych, ale ma z tym problem.

Z uwag ogólnych i drobnych: rzuciło mi się w oczy, że używasz sporo “tu, ten, tego, to” itp. Warto zwrócić uwagę na ich nadmiar, bo często okazują się niepotrzebne i można urwać parę znaków. A przy okazji tekst jest bez nich, imo, elegantszy.

Cenna uwaga, dzięki. Zgłębię temat i postaram się wprowadzić w rzycie w kolejnych tekstach.

Ponadto irytował mnie chaos panujący na tym statku. Nie wiem, nie znam się, ale całe życie zakładałam, że w takich miejscach to jednak musztra, ordnung i cała reszta, a tutaj… hulaj dusza

Kto bogatym zabroni? Kapitan jest jeden, a ich kilkoro. Jak napisałem Finkli, to jak wycieczka dzieciaków z prywatnej szkoły.

nie miałam wrażenia, przesuty nadmiarem technożargonu, co pokazuje, iż nawet humanistyczne misie są w stanie przeczytać go z przyjemnością i zrozumieć ;)

Bardzo mnie to cieszy, bo mocno skupiłem się na tym aspekcie. Miał być hard s-f, ale przystępnie dla szerokiego grona odbiorców, postawiłem więc na tekst o ludziach.

Wątku z narkotykami nie kupuję, no bo jednak względy bezpieczeństwa, cholera: jakim cudem można było w ogóle dopuścić do tego, żeby jeden z pasażerów był non stop na haju, a co więcej, zdołał naćpać pozostałych, wpychając zielsko do wentylacji?

A co mu zrobisz, jak go zdyscyplinujesz? To jest też jeden z elementów predykcji na przyszłość. W tej chwili podobno 1% populacji posiada 50% majątku ludzkości. U mnie mamy koniec obecnego wieku i zakładam, że raczej 0.1% posiada majątek 90% ludzkości, i pasażerowie – poza Adamem – należą właśnie do tego 0.1% Robią więc, co chcą. Kto bogatym zabroni ;-)

 

Dzięki za lekturę, komentarz i klika.

 

Pozdrawiam!

 

 

Reszta jutro.

Golodh & CM, przekimam, zbiorę myśli i dam znać.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Co takim zrobisz? Do kąta postawisz?

Zamknę dostęp do wszystkich ważnych urządzeń na statku, tak, żeby odblokowanie wymagało odcisku palca albo innych biometrycznych danych kogoś z załogi. Albo chociaż hasła.

Babska logika rządzi!

Napisze od nowego postu, bo tamten jest już długi.

 

Golodh

 

Primo, wielkie dzięki za całą pomoc na becie oraz za polemikę, która pomaga mi pisać kolejny tekst, bo zgłębiam kolejne tematy.

po pierwsze muszę wspomnieć kwestię Zubrina. Poradziłem się kolegi fizyka, który zna się trochę na tym, i stwierdził, że może byłoby to możliwe, gdyby wracać z deep space i spalać paliwo w peryselenium.

Dzięki, że zwracasz mi na to uwagę, skłoniło mnie to do głębszej analizy tematu. Rozkminiam to i spróbuję policzyć, choć pewnie najpierw napiszę tekst na konkurs (muszę to zrobić tak, by było konkretnie, ale nie detalicznie, it’s a challange). Pamiętaj, że to nie jest tekst o Zubrin-1 i tłumaczenie Adama jest proste (bez detali technicznych). Więcej o tym będzie w tekście na PFFN, choć to też będzie tekst o ludziach, ale z nieco większą ilością technikaliów.

Natomiast mam wrażenie, że trochę zignorowałeś moje wcześniejsze uwagi, co mnie trochę zaniepokoiło, bo świadome pozostawianie błędów merytorycznych uważam za trochę szkodliwe dla debaty społecznej, w której i tak jest już za dużo mitów na temat fizyki/nauki.

Tak jak napisałem wcześniej, zapomniałem odnieść się do Twoich uwag wcześniej, umknęło mi to w natłoku zajęć. Czasu! Ale już nadrobiłem.

Wiem, że długo już na to narzekam, więc na koniec dodam tylko, że w jury konkursu PFFN jest przynajmniej dwóch fizyków i na Twoim dopracowałbym jednak bardziej ten aspekt i go urealnił

Zakładam, że przedstawione wydarzenia nie będą stały w sprzeczności z obecnym stanem wiedzy, ale też nie chcę zbyt mocno wchodzić w technikalia (pracuję w r&d, i na potrzeby pisania nie chcę za dużo liczyć ;-) )

Czas więc wrócić do pozytywów.

Uff… ;-)

Wydaje się, że Julia mogłaby umrzeć trochę wcześniej. Ostatecznie dajesz sobie dodatkowy czas na pożegnanie, ostatnią rozmowę oraz śmierć w swój wymarzony sposób.

Niby tak, ale wtedy zbyt smutne i zbyt „męskie” by to było.

A tak wręcz przeciwnie – powstaje pytanie z jakiego powodu on na końcu popełnia samobójstwo.

Tych powodów jest sporo i nie chce nic narzucać, zostawiam jedynie tropy w tekście.

Ta “miłość” to zresztą ciekawa sprawa i prowadzi do paru bardziej filozoficznych pytań (i, żeby było jasne, to nie jest zarzut).

To nie jest miłość, to jedynie fascynacja, która mogłaby z czasem przerodzić się w miłość. Historia ludzi z innych światów (w pewnym sensie), których okoliczności zbliżyły do siebie. Każde ma swój sekret i planuje coś na boku, każde żyje w sporym stresie i ma nadzieję, że ta wycieczka zmieni ich życie. Impreza też zrobiła swoje, była takim katalizatorem, stymulantem do nawiązywania relacji.

Na bibliotekę raczej zasługuje, więc gdybym mógł, to bym klikał :)

Dzięki wielkie za słowa uznania!

 

Pozdrawiam!

 

CM

 

Odpiszę wieczorem. Myślę, kminię…

 

 

Finkla

 

Zamknę dostęp do wszystkich ważnych urządzeń na statku, tak, żeby odblokowanie wymagało odcisku palca albo innych biometrycznych danych kogoś z załogi. Albo chociaż hasła.

Jak? Na statku wiele rzeczy robi się ręcznie, a wnętrze jest zaprojektowane z myślą, że załoga gra w jednej drużynie. Śluzy otwiera się ręcznie, a elektronika jedynie kontroluje, czy zrobiło się to dobrze. No i kapitan jest sam i musi dbać o zadowolenie pasażerów. Wszak sporo zapłacili.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

A co mu zrobisz, jak go zdyscyplinujesz? To jest też jeden z elementów predykcji na przyszłość. W tej chwili podobno 1% populacji posiada 50% majątku ludzkości. U mnie mamy koniec obecnego wieku i zakładam, że raczej 0.1% posiada majątek 90% ludzkości, i pasażerowie – poza Adamem – należą właśnie do tego 0.1% Robią więc, co chcą. Kto bogatym zabroni ;-)

To jest Twoja wizja, krarze (mam nadzieję, że dobrze odmieniam), więc oczywiście z moimi uwagami zrobisz co chcesz. Ja tylko daję znać, jako czytelnik, że w tym momencie haczyk, na którym zawiesiłam moją niewiarę, po prostu nie wytrzymał. W moim odczuciu sytuacja, w której wypuszczamy w kosmos niekontrolowaną w żaden sposób grupę laików i pozwalamy im robić co chcą, bo są bogaci i kto im zabroni, jest nieco kuriozalna. Zakładam, że nawet Bezosy i Gatesy tego świata też polegają w pewnych kwestiach na doświadczeniu i wykształceniu specjalistów.

Sytuacja z życia wzięta: przyjechała kiedyś do mnie do pracy grupa rosyjskich oligarchów. Same grube ryby, ochroniarze w czarnych okularach, bentleye i rolls royce, itd. Dostaliśmy bardzo, bardzo ścisły prikaz, żeby nie pozwalać im na samowolkę, a znajdowaliśmy się “tylko” w kopalni, na głębokości raptem 250 metrów pod powierzchnią ziemi. Jak by to wyglądało, gdyby przełożyć tę sytuację na pobyt w przestrzeni kosmicznej? Kto weźmie odpowiedzialność, jeśli na statku dojdzie do wypadku? Jeśli kapitan, bo “nie dopilnował”, to jakim cudem w ogóle znajdują się chętni, by objąć tę funkcję? Jeśli pasażerowie, dobra, jestem w stanie zrozumieć, że się nie przejmą, bo najwyżej podkupią kogo trzeba i wymiksują się od konsekwencji, ale przecież, kurczę, mówimy tu o kosmosie. Jeśli coś się spieprzy, to grozi im nie tyle grzywna, co katastrofa, wyssanie w próżnię, powolne dryfowanie przez nieskończoność, dopóki nie skończy się tlen i żarcie. A na pomoc raczej nie ma co liczyć.

Rozumiem, że chciałeś pokazać rozpasanie krezusów końca XXI wieku, ale, jako rzekłam na początku, zawieszenie niewiary w tym momencie nie wytrzymało.

Cześć,

 

generalnie mam bardzo pozytywne wrażenia, historia w kilku miejscach była dla mnie wręcz porywająca. Podróż bohatera była jednocześnie, zbrodnią, karą i pokutą; wspomniano wyżej Szekspira, ja powiedziałbym raczej, że przypomina mi Dostojewskiego.

Zastosowałeś kilka niezłych zagrywek, czym mnie kupiłeś. M. in. tajemnicą na początku historii – bohater wierci, ale nie wiadomo po co, ukrywa się biegając z odkurzaczem. A potem jeszcze podbiłeś stawkę angażując Stevena, którego nieczystości Adam tymże odkurzaczem musiał wciągać. Jest napięcie, które zostaje rozładowane, naprawdę nieźle to wyszło.

Druga sprawa – bohater zakochuje się w Julii, samo w sobie jest to fajny motyw, bo kocha ją i ma ją skazać na śmierć. Ale z drugiej strony Julia jest śmiertelnie chora, więc i tak zginie, co więcej sama pragnie śmierci. Ach te dylematy, naprawdę świetnie to skontruowałeś :)

 

Czy to faktycznie hard s-f? Wg mnie: nie. Co więcej pokusiłbym się o tezę, że patrząc z pewnej perspektywy (np. po zastosowaniu brzytwy Lema) moglibyśmy się wręcz spierać czy to fantastyka. Historia mogłaby opowiadać o podróży samolotem lub pociągiem, czy nawet karawaną wielbłądów; Marsa natomiast można by podmienić na wodospad czy krater wulkanu. Piszę półżartem, nie robię z tego zarzutu, bo też nie jestem fantastycznym aptekarzem.

 

Mimo wszystko, zabrakło mi w Twojej historii nieco więcej fantastycznych opisów. Nie tylko takich hard s-f (w końcu Adam jest inżynierem, mógłby opowiedzieć więcej o nowinkach tech), ale też takich wizualnych, pokzaujących mi świat wokół. Dostrzegam pewną suchość opisów, przykładowy fragment:

 

Wewnątrz, stacja wygląda bardzo podobnie do Sleipnira, chociaż jest tu nieco więcej miejsca. Jeszcze w przedziale cumowniczym wita nas Mike, przebywający tu od ponad trzech lat astrobiolog. Zaprasza wszystkich na wycieczkę po stacji, podczas gdy kapitan wraz z innym astronautą, Xiangiem, zaczynają przygotowywać statek do manewru.

 

Chętnie zabrałbym się z Xiangiem na wycieczkę po stacji i posłuchał dodatkowo o jego biologicznych dokonaniach ;)

 

Uwaga techniczna: dlaczego pierwsza część jest w pierwszej osobie? Czy nie warto byłoby uzgodnić narracji?

 

No i na koniec końcówka – do mnie nie przemówiła. Raczej szedłbym w kierunku Dostojewskiego, może jakaś odnowa moralna, szukanie odkupienia na kosmicznym Sybirze. Strzał w łeb, jakiś taki prostacki się wydaje na poziomie fabularnym, wybacz.

Geki sugerował zakończenie historii z rozmowie z Rosjaninem, ja zastanowiłbym się nawet, żeby zakończyć na scenie przy kraterze z Julią.

Ale tyś autor, tyś zdecydował – tak, jak napisałem na początku, wrażenia ogólne mam bardzo pozytywne. A że jestem marudą, cóż ;)

Czekam jeszcze na komentarz Marasa, który tak złowieszczo się zaanonsował :D

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Krarze, i cóż, poza łapanką, mogę dodać do tak obszernych i fachowych komentarzy? Pozostanę więc przy wyznaniu, że opowiadanie znalazłam jako wielce zajmujące, czytałam je z niegasnącą ciekawością i z przyjemnością dołączam do grupy usatysfakcjonowanych czytelników.

Dobrze się stało, że Maras zapoczątkował sprawę, bo dzięki temu powstają naprawdę zacne opowiadania. ;D

 

po czym przy­stę­pu­je do pracy. → Literówka.

 

drob­nost­ki, które nie maja wpły­wu na funk­cjo­nal­ność… → Literówka.

 

Biorę trzy od­de­chy i chwy­tam za korbę. → Biorę trzy od­de­chy i chwy­tam korbę.

 

Ni­g­dzie nie widzę Juli i Ste­ve­na… → Literówka.

 

Elek­tro­ni­ka, przy­bo­ry do ma­ki­ja­ży… → Literówka.

 

z któ­ry­mi wy­ru­szy­łem w  po­dróż. → …z któ­ry­mi wy­ru­szy­łem w  po­dróż.

 

 A ka­pi­tan, a ta ja­pon­ka, a Julia… → A ka­pi­tan, a ta Ja­pon­ka, a Julia

 

a potem kilka sąż­ni­stych ude­rzeń spada na drzwi mojej klit­ki. → Czy uderzenia na pewno były sążniste?

Proponuję: …a potem kilka mocnych/ silnych/ potężnych ude­rzeń spada na drzwi mojej klit­ki.

Za SJP PWN: sążnisty «o tekście: bardzo długi»

 

Co jakiś czas za­da­ję ja­kieś py­ta­nie… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Co jakiś czas pytam o coś

 

Sa­dząc po mi­nach, nie roz­wa­ża­li ta­kie­go sce­na­riu­sza. → Literówka.

 

mó­wiąc to wska­zu­je na mar­ke­ry na ścia­nie. → Literówka.

 

– A mi po­wiesz, co ro­bi­my? – pyta Julia… → – A mnie po­wiesz, co ro­bi­my? – pyta Julia

 

prze­cią­gam je na pierw­sza po­zy­cję. → Literówka.

 

Mi też to su­ge­ro­wa­li… → Mnie też to su­ge­ro­wa­li…

 

Sie­dzę na spo­rej sali, w pierw­szym rzę­dzie. → Sala jest pomieszczeniem zamkniętym, więc: Sie­dzę w spo­rej sali, w pierw­szym rzę­dzie.

 

Pre­lek­cja prze­bie­ga nor­mal­ni… → Literówka.

 

ro­zu­mie­ją, że nie sta­no­wię za­gra­ża­nia. → Literówka.

 

Z tą myślą po­cią­gam za spust.Z tą myślą po­cią­gam spust.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

CM

 

Solidne, całkiem interesujące opowiadanie.

Zaczyna się… dziwnie. Dziwnie, bo tekst rozkręca się długo, ma tam trochę takich momentów, które mogą w teorii na dzień dobry znużyć.

Bardzo dobrze to ująłeś, bo właśnie taki dziwny początek sobie wymyśliłem: krótka rozmowa zauroczonych, sabotaż a potem scena na księżycu. To miało wzbudzać ciekawość (i chyba działa) Długo biłem się z myślami (i sugestiami betujących) czy ta scena na księżycu nie jest zbyt szybko, ale początkowy pomysł przeważył.

Słowem, wprowadzenie miało naprawdę dużo argumentów za tym, żeby znudzić, a zrobiło w moim przypadku coś zupełnie odwrotnego. ;-)

I to mnie cieszy.

Jak pisałem, mamy tu jakieś opisy prac, ale są one napisane w sposób na tyle zrozumiały, że stanowią raczej zaletę opowiadania niż “nużący element obowiązkowy”, jak to często bywa w przypadku technobełkotu.

Ciesze się, że to doceniłeś, bo mocno się starałem by opisać z jednej strony coś technicznego, z drugiej zrobić to w przystępny sposób (trochę po amerykańsku) a z trzeciej zbytnio nie naginać rzeczywistości i nie fantazjować.

Bo Twoje opowiadanie to nie tyle kosmos, ile raczej ludzie w kosmosie.

Z ust mi to wyjąłeś.

Tutaj to wprowadzenie było dla mnie nieco mylące. Bo jednak widząc te wszystkie przystępne opisy prac na początku, spodziewałem się jednak bardziej klasycznego, że tak to ujmę, podejścia do tematu i opowieści bardziej skupionej na szeroko pojętych podróżach w kosmos niż na ludziach jako takich.

Ależ to jest o podróży w kosmos, ale ciężar opowieści skupia się na bohaterach i ich motywacjach, pragnieniach, uczuciach oraz pewnej bezkarności, która kosmos oferuje.

Wszystko to wpisuje się w jakiś sposób w opowieść o człowieku i świecie, którą niejako poprzez kosmos próbujesz nam tutaj przemycić.

Tak, ale jest całkiem sporo aspektów, które orientują historię na kosmos. Na ziemi wszystko zostawia ślady, istnieją też mechanizmy kontroli. A kosmos jest bardzo duży i drogi w eksploatacji, przez co jednostka pokroju Adama czy Cara może bardzo wiele zdziałać, grając pod siebie. To miał być w zamyśle jeden z elementów hard s-f.

Rozumiem sam zabieg w całym tekście, on ma tu swoje uzasadnienie, tym nie mniej miałem takie poczucie, że zwłaszcza na końcu poszło to jednak krok za daleko.

Zakończenie tego tekstu nie jest łatwą kwestią. Napisałem ich chyba w sumie z siedem i obecne wydaj mi się najlepsze ;-) (nie licząc pierwszego, w którym było sporo infodumpu i technobełkotu)

To, co budziło lekkie zawahanie, to straszne rozpasanie bogaczy na statku.

To jest jeden z elementów predykcji na przyszłość. W 2020 50% kapitału ludzkości posiadał 1% ludzi, ja zakładam, że za ~70 lat 90% kapitału będzie w rękach 0.1% ludzi. Ich zachowanie i bezkarność jest pochodną tego stanu. Początkowo chciałem to bardziej podkreślić, ale tekst i tak był już długi.

A jednak coś się we mnie buntowało, kiedy oni tak swobodnie pozwalali sobie na różne dziwactwa (z narkotyzowaniem się włącznie) bez żadnych problemów i konsekwencji.

Jak wyżej, oraz narkotyki (przynajmniej niektóre) są tu legalne, również dzięki jednemu z pasażerów.

Laik wyobraża sobie wyprawę w kosmos jako podniosłą, heroiczną wyprawę śmiałków, którzy musieli przejść szereg testów/badań/wyzwań. (…) Nawet, jeśli przyjąć, że tacy bogacze będą niesforni, to czy naprawdę ten lot na Marsa jest tak dziecinnie prostym zadaniem, że można pasażerom pozwalać na niemal wszystko?

To właśnie z takim postrzeganiem kosmosu postanowiłem tu zawalczyć. Klimat polityczny ery lotów kosmicznych był taki, że astro/kosmonautów przedstawiano w bardzo cukierkowy sposób, niczym dobrych i mądrych herosów. Ja chciałem pokazać wizję ery lotów komercyjnych, gdzie bogaty klient płaci grubą kasę za wycieczkę i raczej nie zamierza iść do kąta, jak zabaluje. Bezpieczeństwo bazuje na zasadzie samoregulacji – organizator zakłada, że nie będą zbytnio pajacować, bo to w końcu oni ryzykują życiem.

Jak piszę, nie traktuj tego jako zarzut. Bo ja nie uważam, że to, co zrobiłeś w tym tekście jest błędem. Zwracam tylko Twoją uwagę, że ten element mocno rzucił mi się w oczy

I bardzo dobrze, bo to ma być jeden z elementów „hard s-f”, taka predykcja na przyszłość, w którą stronę pójdziemy, jeżeli kiedykolwiek wrócimy w kosmos (na co liczę, ale jednocześnie bardzo w to wątpię)

Trochę natomiast (ale naprawdę tylko trochę) miałem wrażenie, jakby zachwiały się ciut proporcje przy gradacji bohaterów. Ten główny, który niejako dostaje tu wspomnianą już wcześnie swoją wielką rolę jednak momentami ginął gdzieś w tle owych bogaczy, który dostali tu naprawdę sporo miejsca.

To tez trochę celowe, bo Adam jest takim trochę pasażerem „drugiej klasy”. Radzi sobie z tym lepiej niż kapitan, jest wszak ogarnięty i zmotywowany by zrobić swoje. No i wszystko widzimy jego oczami, a tu chciałem wyraźnie pokazać, że on ma problem w ocenie pozostałych. Byłoby mu łatwiej, gdyby byli potworami, a wcale nie są.

Słowem, przyjemny kawałek lektury. Zakładałem, że uda mi się go wprowadzić do biblioteki, ale się parę godzin spóźniłem. ;-)

Dzięki wielkie za słowa uznania, motywują do dalszej walki. Mam nadzieję, że będziesz miał okazję kliknąć jeszcze niejeden mój tekst ;-)

Pozdrawiam!

 

gravel

 

W moim odczuciu sytuacja, w której wypuszczamy w kosmos niekontrolowaną w żaden sposób grupę laików i pozwalamy im robić co chcą, bo są bogaci i kto im zabroni, jest nieco kuriozalna.

To już kwestia zaufania i organizacji. Jak sprawdzisz co zrobią turyści w trakcie loty przed samym lotem? Możesz przeanalizować ich życiorys, zrobić jakieś testy i tyle. To taka trochę jazda po bandzie, ale tak bywa, armator kupił statki, a źródełko wyschło (loty na Jowisza) i trzeba było szukać innego zarobku. Organizator zakłada, że nie będą zbytnio szaleć bo w sumie to oni ryzykują życiem. Taka forma samoregulacji. Jest to też jedne z elementów świata przedstawionego, wizja komercyjnych lotów kosmicznych dla bogatych. Wolny rynek, na którym zadowolenie pasażera jest nieco ważniejsze od bezpieczeństwa (dopóki pasażer płaci z góry, oczywiście)

Sytuacja z życia wzięta (…)

Ok, ale to trochę inna sytuacja imho. Bo mieliście środki do kontroli, a w kosmosie ich nie ma. To też jeden z elementów świata przedstawionego. Jest kapitan, Adam i ośmioro pasażerów, z których część lubi ostry balet. Ich nie ma kto kontrolować, dobrze o tym wiedzą, a ewentualne konsekwencje czekają dopiero na ziemi.

Pozdrawiam!

 

BK

 

generalnie mam bardzo pozytywne wrażenia

Bardzo mnie to cieszy.

Zastosowałeś kilka niezłych zagrywek, czym mnie kupiłeś.

To również bardzo mnie to cieszy i motywuje do dalszej działalności.

Czy to faktycznie hard s-f? Wg mnie: nie. Co więcej pokusiłbym się o tezę, że patrząc z pewnej perspektywy (np. po zastosowaniu brzytwy Lema) moglibyśmy się wręcz spierać czy to fantastyka.

Tu się oczywiście nie zgodzę, ale rozumiem, o co ci chodzi.

Chciałem zrobić coś nieszablonowego, a jednocześnie napisać opko o locie na Marsa, a w tym temacie napisano już dużo. Wziąłem więc na tapetę tematykę komercyjnych lotów kosmicznych, które chciałem pokazać w opowiadaniu o ludziach. Starałem się zawrzeć w tekście sporo pomysłów, jak może to wyglądać i z jakimi wyzwaniami przyjdzie się nam zmierzyć. Wcisnąłem też kilka słów na temat bezpieczeństwa i kontroli jakości. Nie chciałem też zbyt mocno wybiegać w przyszłość, a skupić się na kolejnym kroku: mamy nieco lepszy napęd i latamy komercyjnie na Marsa, bo na ziemi żyją ludzie, którzy są skorzy zapłacić za to gruba kasę. Zauważ, co okazuje się problemem podczas lotu. Czy zawodzi zaawansowana technika, czy maszyny się buntują? Nie, najsłabszym ogniwem zazwyczaj okazują się ludzie. Młody Adam, kierowany ambicją, wypuszcza z fabryki wadliwy kadłub, a następnie przeprowadza sabotaż, by to ukryć. Steven przywozi na pokład prochy, a Car terroryzuje załogę stacji.

Założyłem, że elementem hard s-f jest tu głównie wizja świata oraz koncepcja wyzwań, z jakimi ludzie będą musieli się zmierzyć, jeżeli dojdzie do popularyzacji komercyjnych lotów kosmicznych. Taka wizja przyszłości. To jest opowieść o ludziach w kosmosie i taka trochę przestroga przed tym, co nas tam czeka. Moim zdaniem największym zagrożeniem w kosmosie będą nasze własne demony oraz świadomość tego, że w tak wielkiej przestrzeni bardzo wiele uczynków pozostanie na zawsze ukrytych, bo koszty ewentualnego dochodzenia do prawdy będą zbyt wysokie. Czy jest to hard s-f? Dla mnie tak, ale decyzję pozostawiam czytelnikom.

Mimo wszystko, zabrakło mi w Twojej historii nieco więcej fantastycznych opisów.

Rozumiem, ale tekst nie jest o tym, a i tak jest już długi, więc postanowiłem na tym przyoszczędzić.

Uwaga techniczna: dlaczego pierwsza część jest w pierwszej osobie? Czy nie warto byłoby uzgodnić czasów?

Mógłbyś wskazać konkretnie?

Strzał w łeb, jakiś taki prostacki się wydaje na poziomie fabularnym, wybacz.

To ma być kolejny aspekt tekstu. Adaś po wypadku chce jakoś odkupić winy. Dochodzi do wniosku, że tylko w taki sposób dotrze do ludzi mu podobnych, aby taka akcja już się nie powtórzyła. Nie czuje się na siłach „na spokojnie” przyznać się do prawdy i wybiera samobój.

Geki sugerował zakończenie historii z rozmowie z Rosjaninem, ja zastanowiłbym się nawet, żeby zakończyć na scenie przy kraterze z Julią.

Też się nad tym zastanawiałem, ale wtedy przesłanie byłoby nieco inne, a mi zależało, aby on się przyznał albo zrobił cokolwiek, w taki czy inny sposób.

Czekam jeszcze na komentarz Marasa, który tak złowieszczo się zaanonsował :D

Oj, ja też czekam…

 

Pozdrawiam i dzięki za lekturę!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Umknął mi jeden z Twoich postów na becie, przepraszam, pośpiech bywa zgubny. Przeczytałem, ale potem skupiłem się na kolejnych postach i zapomniałem się ustosunkować.

Zrozumiałe :)

 

Ja tutaj o Zubrinie napisałem tylko pobieżnie, więcej o tym będzie w tekście na PFFN (który – mam nadzieję – zdążę napisać, jak coś, to wrzucę tutaj, jeżeli nie zdążę, w każdym razie 25 – 26 sierpnia zapraszam do bety). Nie wiem, czy dam rade to policzyć bo mam 3.5 wieczoru, a póki co tekst ma 2k znaków z docelowych 25 – 30k, więc będzie ciasno, a nie chcę pisać na akord, bo to mi nie wychodzi.

I to również zrozumiałe. Tekst ma zdecydowany priorytet, wyliczenia to sprawa gdzieś tam drugorzędna… Choć pewnie byłaby ciekawym dodatkiem do tekstu.

Tak jak też wspomniałem po konsultacji trochę bardziej się przekonałem do tego pomysłu i jestem gotów go zaakceptować, choć na początku miałem duże obiekcje. Teraz trochę też kontekst jest bardziej jasny. Jedynie to trzykrotne okrążenie Marsa wciąż brzmi podejrzanie, ale już wierzę, że wiesz co robisz i znajdziesz dobre rozwiązanie :)

 

Sleipnir poleciał po hiperboli ( w przybliżeniu ) przecinającej pod bardzo małym kątem orbitę Jowisza (prawie stycznej). Prędzej czy później musiał trafić w obszar zdominowany przez grawitację gazowego olbrzyma.

Hmm… Na ogół uzyskiwanie prędkości w kosmosie wygląda tak, że jeśli dostajesz w punkcie X przyspieszenie, to jeśli Twój ruch będzie potem niemodyfikowany, to do tego miejsca X wrócisz. Po prostu orbita się wydłuży po drugiej stronie elipsy.

Innymi słowy jeśli Sleipnir dostał kopa przy Marsie i dotarł do Jowisza, to jego orbita będzie elipsą, której peryhelium będzie leżało na orbicie Marsa, a orbitę Jowisza może przecinać raz/dwa w czasie jednego okresu. W Jowisza prędzej czy później pewnie trafi, pytanie w takim wypadku jest po jakim czasie.

Tak czy inaczej: mało prawdopodobne, ale wciąż fizycznie możliwe.

Niby tak, ale wtedy zbyt smutne i zbyt „męskie” by to było.

Ano tak. Ale czy wtedy właśnie nie współgrałoby lepiej z tekstem?

To nie jest miłość, to jedynie fascynacja, która mogłaby z czasem przerodzić się w miłość. Historia ludzi z innych światów (w pewnym sensie), których okoliczności zbliżyły do siebie. Każde ma swój sekret i planuje coś na boku, każde żyje w sporym stresie i ma nadzieję, że ta wycieczka zmieni ich życie. Impreza też zrobiła swoje, była takim katalizatorem, stymulantem do nawiązywania relacji.

Niby nie miłość, a jednak trochę tak w tekście przedstawiona. Nawet te nawiązania do Romeo i Julii na to wskazują.

Ale to fakt, narkotyki były bardziej stymulantem.

 

Dzięki za lekturę i odpowiedź i życzę powodzenia w PFFN i w dalszej karierze literackiej :)

Kra, kra!

@Krarze,

 

<Uwaga techniczna: dlaczego pierwsza część jest w pierwszej osobie? Czy nie warto byłoby uzgodnić czasów?>

Mógłbyś wskazać konkretnie?

 

Cała pierwsza część jest w narracji pierwszoosobowej.

Nie zapomniałem. Spoglądam w jej pogodną twarz. Ledwo wytrzymuję to spojrzenie, onieśmiela mnie. Nie wiem dokładnie, ile ma lat, lecz z nowotworami walczyła przez siedemnaście.

Reszta w trzeciosobowej.

Nie chodziło mi o zgodność czasów, tylko osoby mówiącej (już poprawiam swój komentarz).

 

To jest opowieść o ludziach w kosmosie i taka trochę przestroga przed tym, co nas tam czeka. Moim zdaniem największym zagrożeniem w kosmosie będą nasze własne demony oraz świadomość tego, że w tak wielkiej przestrzeni bardzo wiele uczynków pozostanie na zawsze ukrytych, bo koszty ewentualnego dochodzenia do prawdy będą zbyt wysokie. Czy jest to hard s-f? Dla mnie tak, ale decyzję pozostawiam czytelnikom.

No tak, stworzyłeś taką trochę opowieść uniwersalną bardziej o naturze ludzkiej, kosmos można by pewnie zamienić na wojnę, ocean, wulkan, trzęsienie ziemi, zarazę…

Czytelnicy jak widać wyżej nie mają raczej z tym problemu, więc wydaje się, że jest okej.

 

Rozumiem, ale tekst nie jest o tym, a i tak jest już długi, więc postanowiłem na tym przyoszczędzić.

Eeee, do 80k znaków mógłbyś śmiało dobić ;)

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

reg

 

Oj, czekałem na Twój komentarz (i na łapankę). Byłem niezmiernie ciekaw opinii(oraz jak długa będzie łapanka ;-) )

Pozostanę więc przy wyznaniu, że opowiadanie znalazłam jako wielce zajmujące, czytałam je z niegasnącą ciekawością i z przyjemnością dołączam do grupy usatysfakcjonowanych czytelników.

Bardzo mnie to cieszy, zwłaszcza kiedy Ty to piszesz, bo przeczytałaś już dosyć sporo (nie tylko na portalu, zakładam) i masz dobrą bazę porównawczą. Komentarze zadowolonych czytelników po walce z tekstem to coś, co chyba każdy początkujący twórca lubi (ja przynajmniej lubię i zdecydowanie motywuje mnie to do dalszej walki). Sporo pracowałem nad tym tekstem, ale ciągle jeszcze zastanawiam się, czy pewnych rzeczy nie należało przedstawić nieco inaczej, albo przynajmniej nie zmienić kolejności.

Dzięki wielkie za łapankę, błędy już poprawiłem (chyba powoli staję się nieco uważniejszy, a i beta sporo pomogła)

 

Pozdrawiam!

 

 

 

Golodh

 

Tak jak też wspomniałem po konsultacji trochę bardziej się przekonałem do tego pomysłu i jestem gotów go zaakceptować, choć na początku miałem duże obiekcje.

Ja z kolei z czasem zaczynam nabierać obiekcji, ale póki co staram się o tym nie myśleć i piszę ;-)

Innymi słowy jeśli Sleipnir dostał kopa przy Marsie i dotarł do Jowisza, to jego orbita będzie elipsą, której peryhelium będzie leżało na orbicie Marsa, a orbitę Jowisza może przecinać raz/dwa w czasie jednego okresu.

Nie do końca imho. Mars i Jowisz krążą dookoła słońca z różnymi prędkościami, a samo słońce (daleko, ale 330 000 Mz) swoje robi. Potrzebny model ;-)

Niby nie miłość, a jednak trochę tak w tekście przedstawiona.

To już pozostawiam do interpretacji czytelnika, dla mnie to nie jest miłość (jeszcze), a klasyczne zakochanie/zauroczenie (które może przerodzić się w miłość)

 

Pozdrawiam!

 

 

 

BK

 

Cała pierwsza część jest w narracji pierwszoosobowej. (…) Reszta w trzeciosobowej.

Tak, a jak inaczej miałoby to wyglądać? Generalnie, narracja jest pierwszoosobowa w czasie teraźniejszym, widzimy świat oczami bohatera. Adam opowiada swoją historię, ale kiedy mówi o innych, to w trzeciej osobie. Chyba, że czegoś nie widzę…

No tak, stworzyłeś taką trochę opowieść uniwersalną bardziej o naturze ludzkiej, kosmos można by pewnie zamienić na wojnę, ocean, wulkan, trzęsienie ziemi, zarazę…

Tak i nie. Moim zdaniem poruszona problematyka nie ma aktualnie bezpośredniego odzwierciedlenia na ziemi. Może dalekie podróże w epoce odkryć geograficznych na to pozwalały, ale nie teraz. Bo teraz macki prawa, przepisów i kontroli sięgają wszędzie, otulają całą planetę niemalże (no może poza wulkanami czy Antarktydą faktycznie).

Eeee, do 80k znaków mógłbyś śmiało dobić ;)

No niby tak, ale Żona i tak ukosem patrzyła, a nawet wykorzystywała różne kobiece sposoby, by od komputera odciągnąć. Sam też narzuciłem sobie cel, by zmieścić się w 50k znaków, ale ostatecznie go porzuciłem i skończyłem na 57k. Póki co staram się skupiać na krótszych formach (~25k znaków celuję zazwyczaj, różnie wychodzi…), by warsztat szlifować i zbytnio się nie zżywać z danym tekstem.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Tak, a jak inaczej miałoby to wyglądać? Generalnie, narracja jest pierwszoosobowa w czasie teraźniejszym, widzimy świat oczami bohatera. Adam opowiada swoją historię, ale kiedy mówi o innych, to w trzeciej osobie. Chyba, że czegoś nie widzę…

 

Faktycznie, mi się coś rzuciło na oczy chyba ;)

 

a nawet wykorzystywała różne kobiece sposoby, by od komputera odciągnąć.

laughblush

 

 

Che mi sento di morir

Oj, cze­ka­łem na Twój ko­men­tarz (i na ła­pan­kę).

Jakże miło wiedzieć, że jest się oczekiwaną. :) Na łapankę zawsze możesz liczyć, choć wyłącznie od Ciebie zależy, jak długa będzie, a nie ukrywam, że zawsze chciałabym, aby była jak najkrótsza.

 

…bo prze­czy­ta­łaś już dosyć sporo (nie tylko na por­ta­lu, za­kła­dam) i masz dobrą bazę po­rów­naw­czą.

To nie tak, Krarze. Owszem, przeczytałam sporo opowiadań, ale nie staram się porównywać nowych z przeczytanymi. No, może tylko wtedy, gdy autor wyraźnie zaznacza, że to nawiązanie do wcześniejszego tekstu, albo rodzaj kontynuacji tego, co zostało napisane wcześniej.

 

Sporo pra­co­wa­łem nad tym tek­stem, ale cią­gle jesz­cze za­sta­na­wiam się, czy pew­nych rze­czy nie na­le­ża­ło przed­sta­wić nieco ina­czej, albo przy­naj­mniej nie zmie­nić ko­lej­no­ści.

Zdaje mi się, Krarze, że żaden autor nie jest tak do końca zadowolony z zaprezentowanego dzieła i zawsze będzie chciał coś w nim zmienić/ poprawić/ udoskonalić.  ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze się czytało. Zawsze zadziwia mnie ilość tak długich komentarzy. Czytam dla przyjemności , nie dla wiwisekcji potem. Powodzenia.

Koala75. Sam się szykuję do napisania rozbudowanego komentarza po lekturze powyższego opowiadania i zazwyczaj takie właśnie pozostawiam pod tekstami. Każdy feedback jest cenny, ale sam przyznasz, że na portalu literackim, gdzie uczymy się od siebie nawzajem i szlifujemy warsztat, wiwisekcja tekstu może dać autorowi nieco więcej, niż zdawkowe "dobrze się czytało ".

 

PS. Marka94 ktoś z moderacji mógłby usunąć.

Po przeczytaniu spalić monitor.

BK

 

Takie życie ;-)

 

 

 

reg

 

Na łapankę zawsze możesz liczyć, choć wyłącznie od Ciebie zależy, jak długa będzie, a nie ukrywam, że zawsze chciałabym, aby była jak najkrótsza.

Mam nadzieję, że dojdę kiedyś do takiego poziomu uważności i umiejętności, że łapanki będą krótkie, ale to jeszcze potrwa.

Zdaje mi się, Krarze, że żaden autor nie jest tak do końca zadowolony z zaprezentowanego dzieła i zawsze będzie chciał coś w nim zmienić/ poprawić/ udoskonalić.

A miało być tak pięknie…

 

 

 

Koala75

 

Dzięki wielkie za lekturę.

Zawsze zadziwia mnie ilość tak długich komentarzy.

Jak już mr.maras napisał, merytoryczne komentarze są cenne dla autorów. Zazwyczaj są też długie. Czytając je, można się dowiedzieć, co wyszło a co nie, nad czym warto pracować, etc. A to pozwala się rozwijać.

 

 

 

mr.maras

 

Czekam z niecierpliwością ;-)

 

 

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Mam nadzieję, że dojdę kiedyś do takiego poziomu uważności i umiejętności, że łapanki będą krótkie, ale to jeszcze potrwa.

Może i potrwa, ale z pewnością znacznie krócej niż myślisz. ;)

 

A miało być tak pięknie…

Krarze, nie chciałam Cię zdołować. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, Krarze!

 

Bardzo udane opowiadanie. Spodobała mi się przede wszystkim historia – jest dobrze przemyślana i sprawnie opowiedziana.

Nieco mniej mi podeszli bohaterowie, w szczególności Julia oraz Car (i to jego zawołanie o kapitalistach), choć narrator wyszedł całkiem nieźle.

Napisałeś to wszystko bardzo sprawnie. Ze dwa razy zawiesiłem się nad szykiem wyrazów, ale czytałem z telefonu, więc może miałem mylne wrażenie, że coś tu zgrzyta. ;-)

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w tworzeniu kontynuacji na konkurs (oraz wygranej w tymże)! :-)

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Cześć Filip!

 

Bardzo udane opowiadanie. Spodobała mi się przede wszystkim historia – jest dobrze przemyślana i sprawnie opowiedziana.

Dzięki wielkie za lekturę i komentarz. Bardzo cieszy mnie Twoja opinia ;-)

Nieco mniej mi podeszli bohaterowie, w szczególności Julia oraz Car

Szkoda. Czy mógłbyś jakoś konkretnie napisać, co w nich nie zagrało? Bardzo jestem ciekaw odbioru.

Pozdrawiam i życzę powodzenia w tworzeniu kontynuacji na konkurs

Dzięki! Oj, przyda się, bo zbyt późno się za to wziąłem i jeszcze pomysł na zakończenie mi się rozmył, ale jest jeszcze ponad 35 godzin, więc powinienem dać radę.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Szkoda. Czy mógłbyś jakoś konkretnie napisać, co w nich nie zagrało? Bardzo jestem ciekaw odbioru.

Mówisz, masz. Oto zatem moje luźne, subiektywne przemyślenia. ;-)

 

Co do Cara – przede wszystkim mierziło mnie trochę to jego „kapitalisty”. Brzmiał jak facet wychowany w ZSRR, co mi nie pasowało (niby detal, ale wywołuje negatywny efekt pierwszego wrażenia ;-)). Do tego typowy ruski pijus, mający swoje za uszami, który okazuje się równiachą. Tak go odebrałem i wydał mi się mało pomysłowy (a to dość ważna dla fabuły persona). ;-)

Co do Julii – te nowotwory na początku mają chyba nakierować czytelnika na współczucie, choć postać jest mi kompletnie obojętna. Jest ważna dla bohatera, a jednak, jak dla mnie, trochę za słabo zarysowana, abym jej pokibicował w „straceńczej” misji. ;-)

 

Nie zżyłem się zatem z bohaterami, ale nie zepsuło to frajdy z lektury. 

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Co do Cara – przede wszystkim mierziło mnie trochę to jego „kapitalisty”. Brzmiał jak facet wychowany w ZSRR, co mi nie pasowało

Najbliższa ciału koszula. Zdarzyło mi się już nie raz słyszeć, że Rosjanie żartują w taki sposób. I to tacy, co się grubo po 1989 urodzili. Tam jest cała “kategoria” dowcipów o kapitalistach i zachodzie. Taki mam zwyczajnie obraz Rosjan robiących biznes.

Do tego typowy ruski pijus

On nie jest pijusem, on pije, lub raczej popija. Nie łoi do nieprzytomności, tylko lubi być w stanie lekko wzbudzonym. To spora różnica. W Rosji bardzo wiele osób tak pije, prowadząc przy tym normalne życie (o ile życie w Rosji można nazwać normalnym). Taka kultura.

Tak go odebrałem i wydał mi się mało pomysłowy

Nie chciałem udziwniać kreacji na siłę, a jedynie pokazać kilka pomysłów na krezusów przyszłości.

Jest ważna dla bohatera, a jednak, jak dla mnie, trochę za słabo zarysowana, abym jej pokibicował w „straceńczej” misji.

Po namyśle stwierdzam, że zdecydowanie mocniej mogłem zarysować Julię. Zbytnio się trzymałem początkowego targetu 50k znaków i pokazałem jedynie ich relację, a o niej dowiadujemy się niewiele. Muszę o tym pamiętać na przyszłość.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Bardzo dobry tekst. W porównaniu do „Pod Czarną Skałą”, którą czytałem nie tak dawno, to jest o dwie klasy wyżej.

Co zachwyciło?

Wciągnęło i nawet mimo dość niemrawego początku, to z każdą chwilą wsiąkałem w historię coraz bardziej, a w pewnym momencie uwierzyłem Ci tak, że nawet drobne potknięcia przestały mieć znaczenie.

Dobrze zbalansowałeś wymiar techniczny z wymiarem obyczajowym. Jedno i drugie się uzupełnia i wchodzi na scenę wtedy, kiedy powinno. Spójnie napędza opowieść.

Umiejętnie dozujesz czytelnikowi fakty, pobudzając ciekawość.

W końcówce jest ponadto kilka zgrabnych twistów, których się nie spodziewałem. Dobrze to wszystko wyważyłeś i pozwoliłeś mi zachwycić się lekturą.

 

Zaimponowało mi również to, że znaczną część akcji upchnąłeś w statek kosmiczny, gdzie w czasie podróży, siłą rzeczy, niewiele się dzieje. U Ciebie jednak nie ma tam nudy, ta podróż się nie dłuży. Wykorzystujesz ten czas, by nienachalnie przedstawić drugoplanowych bohaterów, historię bohatera głównego i przybliżyć czytelnikowi szerszy kontekst.

 

To zdecydowanie jedno z lepszych tegorocznych opowiadań na portalu. Brawa dla Marasa, za pomysł wyzwania SF, bo widzę, że z tego wyzwania więcej może być piór niż z niejednego konkursu.

Gdybym miał porównywać Twój tekst z „Planetą Woda” Giekkiego, to uznałbym, że pojedynek bardzo wyrównany, remisowy ze wskazaniem na Ciebie.

 

Na koniec marudztwo:

 

(1)Kurwa, Bywaj

 

Masz na statku międzynarodowe towarzystwo i te „kurwy” tam nie pasują. Kurwy są nasze, polskie, nie rób z nich internacjonalistycznych ladacznic.

 

„Bywaj” znowu jest słowem archaicznym. Nie te rejestry. Skrzypi.

 

(2)– Mógłbym wam godzinami opowiadać jak i dlaczego to zrobiłem, ale nie chce mi się, jestem zmęczony.

 

Tu też skrzypi to „nie chce mi się”. Zorganizował z rozmachem prelekcje, filmy, jeździł po świecie, by osiągnąć ten jeden jedyny cel. I w punkcie kulminacyjnym mówi do audiencji „nie chce mi się”?

To brzmi z jednej strony pogardliwie względem tych, do których mówi, z drugiej trochę dziecinnie. Rejestry zbuntowanego nastolatka.

 

Ocena: 5.4/6

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Nie chce wyjść na attention whore, ale teraz zapraszam, Chro, do mnie, pod tekst na wyzwanie Marasa/Gekiego. Ciekaw jestem Twojego odbioru. A pod Twoim, krar, tekstem też się jeszcze pojawię z komentarzem pobetowym, tylko daj mi trochę czasu, bo dopiero dziś sytuacja życiowa zaczęła mi się normować. Pozdrawiam Q

Known some call is air am

Nie chce wyjść na attention whore, ale teraz zapraszam, Chro, do mnie, pod tekst na wyzwanie Marasa/Gekiego. Ciekaw jestem Twojego odbioru.

Wybacz Outta, ale priorytet mają zobowiązania: opka nominowane + konkursowe z księżniczek. Dopóki nie ogarnę tych dwóch, ciężko będzie znaleźć czas na dodatkowe czytanie.

(ale postaram się pamiętać)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Cześć!

 

Chrościsko

 

Bardzo dobry tekst. W porównaniu do „Pod Czarną Skałą”, którą czytałem nie tak dawno, to jest o dwie klasy wyżej.

Niezmiernie cieszą mnie Twoje słowa, bo wygląda na to, że jest progres. Droga jeszcze długa, ale bardzo mnie cieszy, że widać efekty. Motywacja do dalszej walki została znacząco podbudowana.

Dobrze zbalansowałeś wymiar techniczny z wymiarem obyczajowym. Jedno i drugie się uzupełnia i wchodzi na scenę wtedy, kiedy powinno. Spójnie napędza opowieść.

Było z tym zabawy i jestem bardzo rad, że wyszło. Kombinowałem, jak z jednej strony pokazać nieco technikaliów a z drugiej nie zanudzić i nie utopić w tym czytelnika.

Zaimponowało mi również to, że znaczną część akcji upchnąłeś w statek kosmiczny, gdzie w czasie podróży, siłą rzeczy, niewiele się dzieje.

Kwestia załogi, na tym się działo ;-) 

Gdybym miał porównywać Twój tekst z „Planetą Woda” Giekkiego, to uznałbym, że pojedynek bardzo wyrównany, remisowy ze wskazaniem na Ciebie.

Wielkie dzięki za słowa uznania, motywują. Ocenę pozostawiam czytelnikom i mam szczerą nadzieję, że moje opowiadanie dostarczyło nieco ciekawych wrażeń (a może i trochę wyzwań stojących przed turystyka kosmiczną udało się przemycić)

Również polecam tekst Outty i gorąco zachęcam do przeczytania.

 

Outta

 

A pod Twoim, krar, tekstem też się jeszcze pojawię z komentarzem pobetowym

Czekam z niecierpliwością i życzę rychłego unormowania sytuacji. U mnie dzieciaki trzy dni chodziły do placówek i już jakiegoś mikroba przyniosły, więc zapowiada się zasmarkany (mam nadzieję, że tylko) weekend. 

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Tekst, wg mnie, napisany sprawnie. Ta perypetia przed finałem robi swoje.

Ale, by tak trochę pomarudzić… Otóż wydaje mi się, że pewne rzeczy mogłyby być nieco bardziej wiarygodne – chodzi mi na przykład o to, że w podróży na Marsa uczestniczy tylko jeden etatowy pracownik – wydaje mi się zupełnie nieprawdopodobne coś takiego, w sensie organizacyjnym. Podobnie dziwnie dziurawe procedury, które pozwalają pasażerom wnieść (czy przemycić) na pokład narkotyki oraz znaczne ilości alkoholu. Wątpliwości ‘proceduralne’ budzi też to, że możliwe w ogóle byłoby zafundowanie przez Julię bohaterowi (który właśnie wówczas spał po tabletkach) dodatkowej podróży w przestrzeni kosmicznej i zabranie go na nią bez jego sformalizowanej wiedzy i zgody. Wydaje mi się też (choć ta obiekcja jest jeszcze bardziej subiektywna), że ta przemiana bohatera po śmierci Julii i po powrocie na Ziemię jest psychologicznie dość problematyczna, naiwna (biorąc pod uwagę to, że dopuścił się przedtem zbrodni, wykalkulowanej i przygotowanej na chłodno z pobudek czysto egoistycznych). Nie do końca trafia do mnie zakończenie, wygląda tak ‘melodramatycznie’.

Pozdrawiam!

No, to jest fajne. Nawet znajdująca się nieścisłość fabularna (do obronienia, ale tej obrony w tekście nie ma) nie psuje odbioru. Od razu tę nieścisłość wygarnę, żeby było z głowy. Otóż niby wszystko w tajemnicy, a poleciał za własne, bo nie był kryty, a jednak firma finansowała go, naobiecywała stanowiska (bez pokrycia i choć grała ludzkimi życiami, to umowy na gębę dotrzymała), nawet psychologa owa firma zapewniła, a jednak musiał zastawiać rodzinny majątek. No coś się nie dokleiło, choć na tyle blisko konwencji “akcji”, czy kryminału, że to się dało jeszcze paroma dodatkowymi zdaniami dopiąć, byłoby do odratowania. No i to jest jeden problem, a pojedynczy problem konwencja zniesie, dopiero przy ich nagromadzeniu byłby problem.

No a że konwencja to tutaj nie hard-sf, a sf “filmowe”, to się to jeszcze mieści.

Bo właśnie o filmie pomyślałem w trakcie czytania – jeszcze zanim na końcu padła wzmianka ekranizacji. Bardzo to wszystko dopasowane do konwencji kinowej.

W ogóle takie pomieszanie, tu trochę emocji, tam trochę wątku, może nie kryminalnego, ale w tym kierunku.

Żywe to.

Niby niewiele mówisz o postaciach, a jednak są prawdziwe, pomimo tego, ze zdystansowane od siebie i od czytelników.

Takich opowiadań chciałbym widzieć więcej na portalu – mimo faktu, że ma swoje wady. Bo zwyczajnie mimo wad czyta się dobrze i przyjemnie, a tego oczekuję jako czytelnik.

No i przy okazji – ciągle mnie kojarzą, że ja bym wszystko skracał, a to opowiadanie ma w sam raz długość i wszystko jest tu na miejscu, ze swoim celem. Wiec tu nic o skracaniu mówić nie będę, bo tu by zaszkodziło ;-)

 

"Czyli hamowanie ściągnęło jej tutaj"

-> je

 

"Tylko, że nie wrócicie."

-> tu chyba (?) jednak bez przecinka.

 

"– Choć ze mną!"

-> chodź

 

Swoją drogą nazwisko Cara też robi to za komentarz społeczny.

 

Witam serdecznie kolejnych czytelników!

 

Iwo Bylica

 

Dzięki za lekturę i komentarz

chodzi mi na przykład o to, że w podróży na Marsa uczestniczy tylko jeden etatowy pracownik

Koszty. To nie jest podbój kosmosu finansowany przez państwo, to rynek prywatny. Na statku może lecieć 10 osób, więc jak będzie 2 członków załogi, to wezmą tylko 8 turystów i zarobią przykładowo 200 mln mniej. Tu mamy 1.5 członka załogi, bo Adam też jest częściowo kimś takim i ma z tej okazji taniej.

Zgadzam się, że może się to wydawać trochę wyolbrzymione, ale to w pewnym sensie celowe. Tak jak co jakiś czas wraca temat 1-osobowych załóg w samolotach pasażerskich, tak przy komercyjnych lotach kosmicznych też zapewne się pojawi. W kosmosie każdy kilogram kosztuje.

Podobnie dziwnie dziurawe procedury, które pozwalają pasażerom wnieść (czy przemycić) na pokład narkotyki oraz znaczne ilości alkoholu.

Niewiele wiemy o alkoholu i narkotykach w świecie przedstawionym, ale wiemy przykładowo, że jeden z pasażerów dorobił się na ich legalizacji. Więc pytanie, czy faktycznie coś przemycał? Weź też poprawkę na to, kim są pasażerowie. To krezusi, Car planuje założyć własne państwo. Płacą krocie i chcą się dobrze bawić w drodze. A organizator liczy na to, że nie będą przeginać, bo to w końcu ich życie może na tym ucierpieć.

Wątpliwości ‘proceduralne’ budzi też to, że możliwe w ogóle byłoby zafundowanie przez Julię bohaterowi

Widzę to tak: w podmiotach prywatnych wizja dodatkowego dochodu zazwyczaj spotyka się z akceptacją. No i krezusi niezbyt lubią, jak się im odmawia. Zwróć też uwagę, że kapitan niezbyt dobrze radzi sobie z zarządzaniem.

przemiana bohatera po śmierci Julii i po powrocie na Ziemię jest psychologicznie dość problematyczna, naiwna

To już pozostawiam ocenie czytelnika. Ja widzę to tak: Adam wierzył, że po zniszczeniu statku postawi gruba kreskę i zacznie od nowa. Łudził się, że zapomni. Ale prawie dwa lata siedział na stacji, czekając na powrót. Nie bał się już tego, że się wyda ale nie radził sobie z tym, co zrobił i kim się stał. Sława po powrocie nie pomagała. Samobój to z jednej strony próba zwrócenia uwagi na problem, który “zniszczył” mu życie, poprawy czegoś, a z drugiej forma ucieczki. Chce być wysłuchany, chce ujawnić prawdę, ale nie ma odwagi zrobić tego bezpośrednio.

 

 

 

wilk-zimowy

 

Niezmiernie cieszą mnie kolejni czytelnicy.

Od razu tę nieścisłość wygarnę, żeby było z głowy. Otóż niby wszystko w tajemnicy, a poleciał za własne, bo nie był kryty, a jednak firma finansowała go, naobiecywała stanowiska (bez pokrycia i choć grała ludzkimi życiami, to umowy na gębę dotrzymała)

Szukam tej nieścisłości i jej nie widzę. Możliwe, że chodzi o to, że nie opisałem tego w jednym miejscu i chronologicznie, tylko nieco rozrzuciłem. Ja widzę to tak: Adam wypuścił wadliwy kadłub, o czym firma początkowo nie wiedziała. Potem, kiedy się okazało, że będą tym ludzie latać Adaś zrozumiał, że musi coś zrobić, bo to wyjdzie. Teraz już i Adaś i firma mieli problem, postanowili więc działać. Zdecydowali, że Adaś poleci. Przygotowali go, zorganizowali podpięcie do załogi, przez co miał zniżkę. Firma dołożyła mu do tego lotu (jakiś pracownik roku czy inny konkurs), ale sam musiał partycypować w kosztach na ile to było możliwe. To taka dupokryja dla firmy i sprawdzenie poziomy jego determinacji zarazem. W myśl zasady, jeżeli w coś nie inwestujesz, to w to nie wierzysz. W razie, gdyby się wydało, to firma miałaby też większe szanse wykręcić się, albo przynajmniej doprowadzić do ugody, zwalając większość winy na niego.

i choć grała ludzkimi życiami

Przywykli, każda praca związana z niezawodnością to granie ludzkimi życiami.

to umowy na gębę dotrzymała

A jak inaczej mieli to zrobić, w świadku przestępczym się umów na piśmie chyba nie zawiera? Dowody, świadkowie, ktoś coś znajdzie przypadkiem na śmietniku… Takie sprawy dogaduje się na gębę imho, taki Adaś dla firmy to skarb: zrobi wszystko, tak przynajmniej myśleli, że zrobi i rozwiąże problem; widać psycholog nie rozpoznał, że może uciec w samobój ;-)

No a że konwencja to tutaj nie hard-sf, a sf “filmowe”, to się to jeszcze mieści.

Bo właśnie o filmie pomyślałem w trakcie czytania – jeszcze zanim na końcu padła wzmianka ekranizacji. Bardzo to wszystko dopasowane do konwencji kinowej.

Ja nie wiem, co to w sumie jest. Zbyt mało znam się na podziałach s-f. Z założenia, chciałem napisać tekst o ludziach w kosmosie, o problemach stojących przed komercyjną turystyką kosmiczną oraz o tym, do czego prowadzi nadmiar ambicji u osób mających dbać o bezpieczeństwo. A, i chciałem przemycić nieco wizji bliskiej przyszłości.

W ogóle takie pomieszanie, tu trochę emocji, tam trochę wątku, może nie kryminalnego, ale w tym kierunku.

Żywe to.

Jak wyżej, nie chciałem pisać o kosmitach czy gwiezdnych wojnach, a bardziej pokazać ludzi, czekające ich wyzwania i prognozy na przyszłość. W moim rozumieniu coś takiego podchodzi pod hard s-f, ale jak już napisałem, nie znam się na kategoriach zbyt dobrze, nie czuję tego (jeszcze, mam nadzieję)

Takich opowiadań chciałbym widzieć więcej na portalu

Kolejne osoby “wyzwane”, zaglądaj do wątku ;-)

No i przy okazji – ciągle mnie kojarzą, że ja bym wszystko skracał, a to opowiadanie ma w sam raz długość i wszystko jest tu na miejscu, ze swoim celem.

Hurra, zadowolony czytelnik. Bo becie cały czas się jeszcze zastanawiam, czy to się jednak nie powinno zakończyć skokiem Julii na Marsie, ale postanowiłem to domknąć jeszcze. Policzę głosy (komu pasuje takie, a kto radził skrócić) i wyciągnę naukę na przyszłość.

 

Siadam do poprawiania błędów i idę spać.

 

Jeszcze raz dzięki wielkie za lekturę i pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Potem, kiedy się okazało, że będą tym ludzie latać Adaś zrozumiał, że musi coś zrobić, bo to wyjdzie. Teraz już i Adaś i firma mieli problem, postanowili więc działać

I w którym momencie firma się dowiedziała, bo tego brakuje? Nie od Adasia przecież, bo nie wiedział jaka będzie reakcja, a jednym ze scenariuszy było, ze jemu się oberwie, a błąd będą naprawiać pewniejszymi ludźmi, którzy nie będą np. żądać partnerstwa. Całkiem możliwym scenariuszem byłaby wtedy eliminacja niewygodnego świadka.

A jak inaczej mieli to zrobić, w świadku przestępczym się umów na piśmie chyba nie zawiera?

A kto by ich powstrzymał przed niedotrzymaniem umowy i/lub usunięciem świadka z kolei na tym etapie?

 

 

 

I w którym momencie firma się dowiedziała, bo tego brakuje? Nie od Adasia przecież, bo nie wiedział jaka będzie reakcja, a jednym ze scenariuszy było, ze jemu się oberwie, a błąd będą naprawiać pewniejszymi ludźmi, którzy nie będą np. żądać partnerstwa.

Nie napisałem tego wprost, zostawiając czytelnikowi pewne pole do domysłów. Podobnie zrobiłem z małżeństwem i rodziną Adama, nie przedstawiłem detalicznego obrazu, a rozrzuciłem kilka informacji. Ja widzę to tak: Adaś “wyspowiadał się” firmie, oferując jednocześnie pomoc w zamknięciu sprawy. Dogadali się. A czy ktoś kogoś zastraszał, czy kierownictwo ucieszyło się, że na kolejnego managera będzie hak, tego nie wiemy. Początkowo chciałem pokazać nieco więcej rozgrywek oraz wspinaczkę po szczeblach, ale nie zmieściłbym tego w sensownych ramach i postanowiłem skupić się na czymś innym. Myślisz, że warto dorzucić do tekstu takie doprecyzowanie. Ja, póki co, nie czuję takiej potrzeby ale to ty jesteś zaprawionym czytelnikiem, a ja się uczę ;-)

A kto by ich powstrzymał przed niedotrzymaniem umowy i/lub usunięciem świadka z kolei na tym etapie?

A jakiego lepiej mieć partnera w firmie: czystego jak łza czy skrywającego zbrodnię, na którą mamy dowody? Z pkt. widzenia firmy ta cała akcja to też hak na Adama, aby mieć go w kieszeni. Co mówi przedstawiciel w ostatniej scenie: chce się sądzić. Wierzy, że zwalą całą ewentualną winę na bohatera, a firma pozostanie czysta.

Nie rozwijałem tego wątku, stanowi on tu jedynie tło. Już za dużo by tego było.

 

Pozdrawiam!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć, krar,

jak być może wiadomo, hard sf to kompletnie nie moja bajka i gdyby nie dyżur, nie wiem, czy bym doczytała do końca, bo zacięłam się na naukowej terminologii. No ale czytałam dalej, bo sam początek jest bardzo przyjemny. Bardziej przypominał mi space operę, ale ja tam się nie znam.

Tak czy siak, fabuła mi się spodobała, jest co prawda dosyć prosta, ale dialogi zrobiły tu robotę. Niestety niezbyt trafiła do mnie miłość głównych bohaterów – nie potrafiłam poczuć, że faktycznie jest mocna i “Romeo” tak ciężko zniósłby jej śmierć. Miłość w tym opowiadaniu jest najsłabszym elementem.

Choć jest to wyzwanie, cały tekst jest bardzo “krarowy”. Ja uważam, że to dobrze, bo to znaczy, że trudny gatunek nie sprawił, że się poplątałeś, spociłeś i całkowicie pogubiłeś.

Podsumowując, to porządny tekst, z co prawda prostą fabułą, ale przyjemny do czytania. Podobało mi się! :)

 

 

Grubość ściany wynosi sześć, ale tam, gdzie wiercę[+,] znajduje się zgrubienie. 

 

 

Manewr misji Zubrin-1! Moja nadzieja na wybawienie. Dla reszty… nieważne. Nie przeprowadzimy go od razu, bo najpierw tacy jak ja, którzy nie zapłacili pięćdziesięciu milionów za trzy bliskie przeloty ze sporym przyspieszeniem[+,] muszą zejść z pokładu.

 

 

Po latach nauki i starań zatrudnili mnie, bym dbał o jakość i bezpieczeństwo lotów kosmicznych, a ja zawaliłem na całej linii i nie potrafiąc tego inaczej zatuszować[+,] z zimną krwią zabiłem siedem osób.

 

 

Powodzenia w dalszym pisaniu!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Cześć!

 

gdyby nie dyżur, nie wiem, czy bym doczytała do końca, bo zacięłam się na naukowej terminologii.

Taki urok dyżurowania ;-) Ja bardzo się cieszę, że wpadłaś i przeczytałaś, bo tekst szortem nie jest.

No ale czytałam dalej, bo sam początek jest bardzo przyjemny. Bardziej przypominał mi space operę, ale ja tam się nie znam.

Ja też się nie znam, badam grunt. Chciałem napisać tekst nie stojący w sprzeczności z obecną wiedza naukowa a jednocześnie nie taki zbytnio techniczny, więc elementy space-opery (tak, jak ja to rozumiem) są jak najbardziej obecne.

Tak czy siak, fabuła mi się spodobała, jest co prawda dosyć prosta, ale dialogi zrobiły tu robotę.

Hurrra, coś się udało!

Niestety niezbyt trafiła do mnie miłość głównych bohaterów – nie potrafiłam poczuć, że faktycznie jest mocna i “Romeo” tak ciężko zniósłby jej śmierć.

Bo to nie jest miłość, a zwykła zakochanie. Okoliczności sprawiają, że bohater desperacko potrzebuje rozmowy, bratniej duszy, przyjaciela. Ma dość ukrywania swojego brzemienia. Julia zdradzając swój sekret automatycznie się kimś takim staje, bo potencjalnie nie będzie ofiarą działań Adama. A że jest kobietą, są na dosyć zamkniętej przestrzeni i występuje dodatkowa stymulacja, to zostają również kochankami na jedną noc i tyle. To są tylko emocje i tęsknota za miłością, której im brakuje… Ale to już dłuższy temat. Może kiedyś, jak to rozwinę to będzie o tym więcej.

Choć jest to wyzwanie, cały tekst jest bardzo “krarowy”.

A co to znaczy, że tekst jest “krarowy”?

Podsumowując, to porządny tekst, z co prawda prostą fabułą, ale przyjemny do czytania. Podobało mi się! :)

Polecam się na przyszłość i mam nadzieję, że kolejne fabuły uznasz za mniej banalne.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć!

 

Najbardziej mi się w Twoim opowiadaniu podobało to, że nie była to kolejna historia według schematu: polecieli w kosmos, spotkali obcych, wszyscy zginęli. Ciekawa i smutna jest wizja świata, która opisujesz, bo ludzkość opanowała podróże kosmiczne, ale problemy nadal te same. Błąd w fabryce prowadzi do zamachu na statek kosmiczny i morderstwa, a to nie jest oczywista ścieżka.

Drugą największą zaletą jest główny bohater, naprawdę potrafisz stworzyć postać niejednoznaczną i nadać jej niesamowitą osobowość. W tekście bardzo wyraźnie czuć emocje bohatera i targające nim wątpliwości. Reszta pasażerów to bardzo oryginalna mieszanina. Najpierw pomyślałam sobie, że ich zachowanie jest bez sensu, bo przecież znajdują się na statku kosmicznym, ale potem stwierdziłam, że skoro loty kosmiczne są już bardzo popularne, to może dla nich przypomina to zwykły lot samolotem. Opis odlotu po zielsku nawet mnie rozbawił, choć w pierwotnej wersji chyba była foka zamiast wilka, co dla mnie było bardziej odjechane. Bardzo mi się podobało. 

– I jeszcze kłamiesz[+.] – cChce mnie odepchnąć.

Wróciłem na ziemię ledwie miesiąc temu i od razu rzuciłem się w wir pracy.

Ziemię

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

No nareszcie!

 

Czekałem na Twój komentarz.

Najbardziej mi się w Twoim opowiadaniu podobało to, że nie była to kolejna historia według schematu: polecieli w kosmos, spotkali obcych, wszyscy zginęli.

Właśnie czegoś takiego nie chciałem napisać. Zależało mi, by wykombinować coś z innej bajki.

Ciekawa i smutna jest wizja świata, która opisujesz, bo ludzkość opanowała podróże kosmiczne, ale problemy nadal te same.

Problemy są takie, jak ludzie. Lot w kosmos nie czyni nas lepszymi… chyba (o, mam pomysł na kolejny tekst s-f ;-) )

Najpierw pomyślałam sobie, że ich zachowanie jest bez sensu, bo przecież znajdują się na statku kosmicznym, ale potem stwierdziłam, że skoro loty kosmiczne są już bardzo popularne, to może dla nich przypomina to zwykły lot samolotem.

Bardzo trafne porównanie. O cos takiego właśnie mi chodził, bo to już nie są czasy pionierskie tylko masówka nastawiona na zysk i zadowolenie klienta.

 

I siadam do poprawiania błędów…

 

Dzięki za lekturę i za dobre słowo, oraz za całą pomoc na becie. Bez nie byłoby tego tekstu w takiej postaci. Powodzenia z “księżniczkami” (ja ze swoim tekstem nadal walczę, może, jutro, wreszcie… skończę!)

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

No powiem szczerze, że mnie się ta historia nie klei, zbyt często żądasz ode mnie zawieszenia niewiary.

W pewnym sensie przynajmniej, bowiem formalnie jedynym członkiem załogi jest kapitan, ale że mam pewne doświadczenie w kosmosie, to zostałem wybrany na „zapasowego” oficera.

Jeśli dobrze zrozumiałam on jest inżynierem, nie pilotem. To że potrafi zbudować statek kosmiczny, nie znaczy, że potrafi go pilotować.

Kapitan jako jedyny członek załogi na statku pełnym milionerów?! I ktoś bez doświadczenia jako jego zastępca?! Myślę, że ludzie, nie tylko ci z dużą kasą, mocno sobie cenią własne życie, a to przepis na jego utratę.

 

Ale kapitan zarządził odprawę, więc zgodnie z warunkami kontraktu muszę się stawić.

Odprawa, na którą przychodzą pasażerowie?! I kapitan im tłumaczy o detale ich obecnego położenia i opowiada o procedurze hamowania?! Wyobraź sobie to samo w samolocie. To załoga jest odpowiedzialna za pilotowanie statku, kapitan może coś ogłosić, zażądać konkretnego zachowania, ale – na miły Bóg – nie będzie zwoływał odpraw dla pasażerów.

W ogóle ten twórczy bajzel na pokładzie statku kosmicznego sam w sobie jest czymś trudnym do uwierzenia. Dobra, ktoś mógł przemycić narkotyki, ale czemu nie zostały skonfiskowane? A tak, nie ma żadnej ochrony, każdy robi, co mu się żywnie podoba i może wleźć, gdzie mu się żywnie podoba. Kolejny przepis na katastrofę.

A w ogóle gdzie tam stewardesy i drinki z parasolkami, czyli to, czego oczekuje się po klasie VIP?

 

Kwestia postępowania firmy. A po cholerę oni to robią? Przecież właściciele są kryci, tylko nasz bohater nie jest. Przypuśćmy, że po zmianie przeznaczenia statku, któryś ze współpracowników mocno się przestraszył i poszedł do kierownictwa, ale czemu tego nie ogłosili i nie zrobili z niego kozła ofiarnego. A gdyby go złapano. Nie mogliby się od niego odciąć, bo pokryli część kosztów biletu. W razie śledztwa służby do tego dojdą. To piekielnie ryzykowna strategia. Lepiej go oskarżyć, zedrzeć z niego całą kasę, jaką ma i przeboleć resztę.

I kolejna sprawa: tak go żywego zostawili, nie bali się, że w którymś momencie zacznie gadać. Jeśli już firma zdecydowała się na morderstwo kilku osób, to co stoi na przeszkodzie, aby naszemu bohaterowi przytrafił się jakiś wypadek?

I nie tylko on, pracował z nim cały zespół psychologów, ilu ludzi wie o tej akcji, dlaczego firma wierzy, że te fakty nigdy nie wyjdą na światło dzienne?

Nie było żadnych pytań, dlaczego w tak nieoczekiwany sposób opuścił statek, nikt nie pomyślał, że mogło się to przyczynić do wypadku, nie było żadnego śledztwa. Tym bardziej, że zaraz po wylądowaniu pojawił się jeszcze jeden trup.

Sam bohater też jest dla mnie średnio wiarygodny. On był gotowy zabić ludzi, których znał, z którymi spędził trochę czasu, a w jednym przypadku się nawet zakochał, czy raczej zauroczył. Robi te dziury praktycznie bez żadnych wyrzutów sumienia, nic go nie gryzie, nie zastanawia się, czy warto. Toż to psychopata. Te jego tłumaczenia są psu na budę. Car, o którym tak źle myśli, wcale nie bierze udziału w manewrze.

Generalnie – pomysł fajny, ale IMO wymaga dopracowania, przede wszystkim w zakresie logiki zdarzeń.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć Irka!

 

Dzięki wielkie za lekturę.

No powiem szczerze, że mnie się ta historia nie klei, zbyt często żądasz ode mnie zawieszenia niewiary.

Rozumiem, ale pozwól, że się wytłumaczę:

Jeśli dobrze zrozumiałam on jest inżynierem, nie pilotem. To że potrafi zbudować statek kosmiczny, nie znaczy, że potrafi go pilotować.

W mojej koncepcji w statkach międzyplanetarnych nie ma pilotów, bo nie są do niczego potrzebni; manewrowaniem zajmują się komputery a załoga jedynie audytuje ich działania przed i po. Ludzie zajmują się jedyni interakcją z komputerem, i tym zajmują się Kapitan i Adam, jeżeli zachodzi potrzeba. Statkiem nie na się “kierować” manualnie, bo jest to nieefektywne (w kosmosie każdy kilogram paliwa jest na wagę złota, a ludzka percepcja nie nadaje się do przeprowadzania manewrów transferowych i.t.p., więc i tak musimy na komputerach polegać. To też jeden z elementów hard s-f btw.

Kapitan jako jedyny członek załogi na statku pełnym milionerów?! I ktoś bez doświadczenia jako jego zastępca?! Myślę, że ludzie, nie tylko ci z dużą kasą, mocno sobie cenią własne życie, a to przepis na jego utratę.

Kasa. Kasa. Kasa! Na statku może lecieć dziesięć osób, może początkowo latała 5-osobowa załoga i pięciu pasażerów, ale proces szybko został zoptymalizowany: jak nie było już chętnych na loty za miliard, to obniżyli standard i cenę, by zdobyć klientów. Kapitalizm w kosmosie, kolejny element hard s-f ;-)

Odprawa, na którą przychodzą pasażerowie?! I kapitan im tłumaczy o detale ich obecnego położenia i opowiada o procedurze hamowania?! Wyobraź sobie to samo w samolocie. To załoga jest odpowiedzialna za pilotowanie statku, kapitan może coś ogłosić, zażądać konkretnego zachowania, ale – na miły Bóg – nie będzie zwoływał odpraw dla pasażerów.

Moim zdaniem będzie, bo jadą na tym samy wózku. Oni są owszem pasażerami, ale są też zespołem, załogą statku kosmicznego i chcą przeżyć (takie przynajmniej jest założenie). To nie jest lot samolotem rejsowym, to wyprawa w nieznane dla bogatych.

W ogóle ten twórczy bajzel na pokładzie statku kosmicznego sam w sobie jest czymś trudnym do uwierzenia. Dobra, ktoś mógł przemycić narkotyki, ale czemu nie zostały skonfiskowane? A tak, nie ma żadnej ochrony, każdy robi, co mu się żywnie podoba i może wleźć, gdzie mu się żywnie podoba. Kolejny przepis na katastrofę.

Kto bogatym zabroni, jakim prawem i jak? Kapitalizm ;-) Prywatny statek, organizator zakłada, że nie będą zbytnio przeginać, bo to w końcu oni ryzykują życiem. To nie są pionierskie czasy programu Apollo, to jest przedsięwzięcie, które ma przynieść zysk (czyli dać jak najmniej za jak najwyższą cenę). A do katastrofy, jak widać, dochodzi.

A w ogóle gdzie tam stewardesy i drinki z parasolkami, czyli to, czego oczekuje się po klasie VIP?

Niby tak, ale klasa VIP patrzy tez na pieniądze ;-) Multi-miliarderzy już tam byli, teraz latają tacy multi-milionerzy, dla których nieco spartańskie warunki wystarczą, jeżeli będzie kilkaset milionów taniej.

Kwestia postępowania firmy. A po cholerę oni to robią? Przecież właściciele są kryci, tylko nasz bohater nie jest.

Moja doświadczenie z korporacjami jest takie, że największy sukces odnoszą tam ludzie, którzy gromadzą haki na innych ludzi :-) I to właśnie robi szefostwo. Adam jest mody, zdolny i ambitny. Pewnie, można go poświęcić, ale dla innych młodych, zdolnych i ambitnych jest to sygnał, że ich też poświęcą, więc kapitał ludzki odpłynie i firma w długiej perspektywie straci. Jeżeli chcesz stabilnej struktury i zmotywowanych ludzi, to powyżej pewnego poziomu w piramidzie musisz (niestety) dbać o swoich, inaczej nie przetrwasz. Tak ja to widzę.

I kolejna sprawa: tak go żywego zostawili, nie bali się, że w którymś momencie zacznie gadać. Jeśli już firma zdecydowała się na morderstwo kilku osób, to co stoi na przeszkodzie, aby naszemu bohaterowi przytrafił się jakiś wypadek?

Możliwe, że Adam też tak myślał i również dlatego zrobił to, co zrobił.

I nie tylko on, pracował z nim cały zespół psychologów, ilu ludzi wie o tej akcji, dlaczego firma wierzy, że te fakty nigdy nie wyjdą na światło dzienne?

Może to już nie pierwsza taka akcja, wszak skądś tych psychologów mieli. Eh, te korporacje przyszłości…

Nie było żadnych pytań, dlaczego w tak nieoczekiwany sposób opuścił statek, nikt nie pomyślał, że mogło się to przyczynić do wypadku, nie było żadnego śledztwa. Tym bardziej, że zaraz po wylądowaniu pojawił się jeszcze jeden trup.

Koszty. Śledztwo może być jedynie poszlakowe, statek poleciał w siną dal i nikt nie chce inwestować miliardów w ściągniecie go, by zbadać wrak. Każdy chce, by sprawiedliwości stało się za dość. Problemy zaczynają się podczas rozmowy, kto za to zapłaci.

Toż to psychopata.

Nie, to imho zdolny, ambitny mężczyzna który ma cos do zyskania i cos do stracenia;-) Jak w wojsku, jest plan, jest marchewka, to się plan realizuje, a że to emocjonalne trudne, cóż, takie życie.

Generalnie – pomysł fajny, ale IMO wymaga dopracowania, przede wszystkim w zakresie logiki zdarzeń.

To już pozostawiam czytelnikom. Wielkie dzięki za przeczytanie i wyczerpująca opinię. Mam nadzieję, że choć częściowo odpowiedziałem na Twoje wątpliwości i pozwoli ci to nieco inaczej spojrzeć na tekst i poruszona problematykę. Możliwe, że niektóre kwestie nieco przejaskrawiłem, ale celem tekstu było też pokazanie wyzwań stojących przed turystyką kosmiczną i forma przestrogi przed tym, co do czego może prowadzić.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Krarze, jak już wiesz opowiadanie podobało mi się bardzo, chciałbym częściej na takie trafiać, no – dłuższy komentarz jak to widzę jako czytelnik masz już wcześniej. Teraz jeszcze odnośnie piórkowej. Zastanawiałem się nad takiem, w sumie chyba jeszcze odrobinę się waham. Trochę jednak przeważa odpowiedź na pytanie, jaką bym dał ocenę, gdyby tekst konkurował z opowiadaniami nominowanymi rok czy półtora temu. To oczywiście nie zmienia faktu, że opowiadanie jest bardzo dobre (bo jest, zadowolenie z lektury jak najbardziej, pozostaje kwestia czy skoczyło z “bdb” do “cel”). Możliwe więc, że przeważy u mnie “nie” – ale jednocześnie uważam, że ta nominacja jest bardzo spoko. A że ja ogólnie surowo oceniam w tej kategorii, to mam nadzieję, że gdyby taki werdykt przeważył, nie przejmiesz się tym :) Tak czy inaczej – raz jeszcze dzięki za dobrą lekturę!

W sumie mogłabym się podpisać pod opinią Wilka – to jest naprawdę niezły tekst, świetny zwłaszcza w swojej drugiej części, psychologicznie wiarygodny, fajnie ogrywający pomysły na komercjalizację lotów kosmicznych. Skonstruowany jest dobrze i umiejętnie, twist z tym, że bohater jednak poleci, niby spodziewany a działa bardzo dobrze, całość tekstu wciąga, doskonale się go czyta.

Natomiast mimo że wyjaśniasz szczegółowo, w komentarzu skierowanym do Irki, jakie były Twoje zamierzenia i niejako rozprawiasz się z jej zarzutami, we mnie też pozostało trochę wątpliwości. Bo jako czytelniczka miałam wrażenie, że bardzo dużo z tego, co jest w przedakcji, dzieje się tak, a nie inaczej, bo tak Ci, jako autorowi, pasuje. Że parę razy wybierasz rozwiązanie nieco mniej prawdopodobne (jak to, że firma postanowiła sfingować wypadek, a nie – zrobić kozła ofiarnego z bohatera), bo Ci to narracyjnie potrzebne, i tylko dlatego. No i jasne, takie Twoje prawo jako autora, ale też moje, jako czytelniczki, prawo, to podrapać się po głowie i zastanowić: “Hmmm. Czy to aby na pewno mnie przekonuje?”.

Jesteś u mnie o pół kroku od TAK na piórko. Idę przeczytać całość jeszcze raz, żeby się zdecydować.

Lektura była dla mnie prawdziwym rollercoasterem.

Zaczyna się mdławo: motyw Romea i Julii filozofujących nie wiadomo o czym, okraszony wzmianką o raku wydał mi się nieszczery, pretensjonalny i nieświeży. Nie przepadam przy tym za takimi suchymi dialogami, bez didaskaliów, choć muszę szczerze przyznać, że nie miałem problemu rozpoznaniem, kto w danym momencie mówi. Haczyk złapałem w drugiej scenie, z intrygującą tajemnicą bohatera. Retrospekcja z księżycowej fabryki to chyba najlepszy moment tego opowiadania: dobrze napisany, naturalny i wprowadzający wreszcie oryginalny motyw, na którym zasadza się cała opowieść. Później jakość znowu odrobinę siada, mam zastrzeżenia do psychologii zachowań poszczególnych bohaterów i do ich niepełnego wykorzystania. Sam koniec dość nieunikniony, choć znowu psychologicznie nie wystarczająco podbudowany – tam jest zbyt mało literackiej przestrzeni między winą a karą. Spodziewałem się raczej, że car coś wywącha i bohatera doścignie zewnętrzna sprawiedliwość.

Ale ten zasadniczy pomysł – to jest naprawdę coś!

Aaaa, zmasowany najazd Loży! ;-)

 

Niezmiernie się cieszę, że widzę wasze komentarze pod tekstem i już spieszę z odpowiedzią:

 

wilk-zimowy

 

Zastanawiałem się nad takiem, w sumie chyba jeszcze odrobinę się waham.

Myśl, mędrkuj i zdecyduj zgodnie z sumieniem (no i daj tak, no ;-) ). Dla mnie już sama nominacja i wizyta wiele znaczy, a komentarz pozwala mi przemyśleć temat jeszcze raz, patrzeć z innej strony i być mądrzejszym, tworząc kolejne teksty.

To oczywiście nie zmienia faktu, że opowiadanie jest bardzo dobre (bo jest, zadowolenie z lektury jak najbardziej, pozostaje kwestia czy skoczyło z “bdb” do “cel”). Możliwe więc, że przeważy u mnie “nie” – ale jednocześnie uważam, że ta nominacja jest bardzo spoko.

Dzięki wielkie, motywuje do dalszej walki. Pożyjemy, zobaczymy… Mam w każdym razie nadzieje, że kiedyś uda mi się stworzyć tekst, dla którego będziesz zdecydowanie na tak.

A że ja ogólnie surowo oceniam w tej kategorii, to mam nadzieję, że gdyby taki werdykt przeważył, nie przejmiesz się tym :)

Pewnie się przejmę, ale przeżyję i będę pisał dalej, jak wyżej.

 

 

 

ninedin

 

Dzięki wielkie za przeczytanie i dobre słowo. Pochlebna opinia zawsze wywołuje uśmiech i motywuje do dalszej walki.

Natomiast mimo że wyjaśniasz szczegółowo, w komentarzu skierowanym do Irki, jakie były Twoje zamierzenia i niejako rozprawiasz się z jej zarzutami, we mnie też pozostało trochę wątpliwości…

Może zabrzmi to nieco dziwnie, ale w pewien sposób bardzo mnie to cieszy. Bo to, jak rozumiem, oznacza, że zastanawiałaś się nad hipotetycznym wystąpieniem takiego scenariusza “kiedyś tam w przyszłości”, nad realnością, a to bardzo dobrze. Bo opowiadanie ma – w pewnym sensie – stanowić zabezpieczenie przed podobną sytuacją, być przestrogą pokazującą, dokąd z pozoru błahostka może doprowadzić. Bohaterowie imprezują, ćpają i bywają nieco niesforni, ale to nie to przyprawia ich o zgubę. Robi to Adam, człowiek, który miał dbać o bezpieczeństwo.

Ja osobiście chciałbym, żeby coś takiego nigdy się nie wydarzyło, w tej czy innej formie, ale ludzie są tylko ludźmi i czasem ambicja zwycięża. Możliwe, że pewne rzeczy nieco przejaskrawiłem i zbytnio dopasowałem do fabuły. Ja tak nie uważam, mam wrażenie, że są dopasowane w sam raz, ale nie naciągnięte, ale tu każdy ma prawo do własnego osądu. Po części pokazałem to w ten sposób, by odrzeć loty w kosmos z otoczki zawsze uśmiechniętych astronautów, wielkich kroków i podobnych elementów układanki, które mamy w głowach. Bo ja chcę pokazać kosmos niedalekiej (mam nadzieję) przyszłości, erę komercyjnych lotów kosmicznych, w której wezmą udział nie wyselekcjonowani specjaliści trenujący lata dla jednej misji, a najbogatsi, którzy wolą dyktować zasady niż ich przestrzegać.

Że parę razy wybierasz rozwiązanie nieco mniej prawdopodobne (jak to, że firma postanowiła sfingować wypadek, a nie – zrobić kozła ofiarnego z bohatera)

Tu się będę spierać, ale może to przez to, że trochę w korporacji zdarzyło mi się pracować. Powyżej pewnego poziomu, jak pracownik nawali, to nie tylko on ma problem, ale ma go cała firma, i może warto zakopać problem, niż go upubliczniać. Nie rozwijałem tego, a jak widać warto by to zrobić, choć zdawkowo… do przemyślenia na przyszłość.

Jesteś u mnie o pół kroku od TAK na piórko. Idę przeczytać całość jeszcze raz, żeby się zdecydować.

Na ostrzu noża powiadasz… No to czekam ;-)

 

 

 

cobold

 

Lektura była dla mnie prawdziwym rollercoasterem.

Czyli udał mi się przynajmniej przykuć uwagę, niezmiernie mnie to cieszy.

Zaczyna się mdławo: motyw Romea i Julii filozofujących nie wiadomo o czym

Tak, początek miał wręcz śmierdzieć obyczajówą, by to, co później wybrzmiało

Nie przepadam przy tym za takimi suchymi dialogami, bez didaskaliów

Do zapamiętania na przyszłość, dzięki z opinię

Haczyk złapałem w drugiej scenie, z intrygującą tajemnicą bohatera.

Super, zgodnie z planem…

Retrospekcja z księżycowej fabryki to chyba najlepszy moment tego opowiadania: dobrze napisany, naturalny i wprowadzający wreszcie oryginalny motyw, na którym zasadza się cała opowieść.

Pierwotnie, planowałem od tego zacząć, potem chciałem to dać na końcu, ale sumarycznie pokazałem to ¼. Miło słyszeć, że jakoś wyszło, choć na początku bardziej by przykuwało uwagę.

Później jakość znowu odrobinę siada, mam zastrzeżenia do psychologii zachowań poszczególnych bohaterów i do ich niepełnego wykorzystania.

Zbyt złożona historia by się stała (i pewnie maiłaby 79k znaków i niewielu czytelników), więc skupiłem się na losach Adasia.

Sam koniec dość nieunikniony, choć znowu psychologicznie nie wystarczająco podbudowany – tam jest zbyt mało literackiej przestrzeni między winą a karą.

Napisałbyś coś więcej o tym podbudowaniu, bo nie jestem pewien, o co dokładnie chodzi, to nie moja dziedzina. Zakończenie ma w zamyśle pokazać “kozi róg” w jaki Adaś został zapędzony przez swoje poczynania i wyrzuty sumienia, taka forma przestrogi, tekst i tak jest długi, więc kwestii winy/kary nie chciałem drążyć.

Dzięki wielkie za lekturę i za komentarz. Oj, będzie co robić przy kolejnych tekstach.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Nie chcę się powtarzać po innych komentarzach, więc napiszę raczej krótko: opowiadanie sprawiło mi mega dużo przyjemności :) Fabuła nie była bardzo skomplikowana, bo pewne tropy były oczywiste, ale mimo wszystko zdążyłem zutylizować kilka paznokci. Ciągłe napięcie, bohater prawdziwie tragiczny, konflikt żywcem wyciągnięty z rzeczywistości (a to już końcówka wieku…), no i przede wszystkim bohaterowie, a dokładniej życie, od którego kipią. To nie są kukiełki o kilku niby-ludzkich cechach, tylko krew, kości, problemy, motywacje – to właśnie mnie najbardziej uwiodło.

Gratuluję piórka i pozdrawiam :) 

Zawsze coś da się poprawić

Cześć Kulosław

 

Dzięki za lekturę i za dobre słowo.

Fabuła nie była bardzo skomplikowana, bo pewne tropy były oczywiste, ale mimo wszystko zdążyłem zutylizować kilka paznokci.

Miło mi to słyszeć i mam nadzieję, że paznokcie wybaczą.

To nie są kukiełki o kilku niby-ludzkich cechach, tylko krew, kości, problemy, motywacje – to właśnie mnie najbardziej uwiodło.

Bardzo mnie cieszy, że wykreowane postacie przypadły Ci do gustu. Długo biłem się z myślami, czy postawienie na dramat i motyw tragiczny to dobry pomysł, ale patrząc po opiniach, to całkiem się udało.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Bardzo fajnie napisana i interesująca historia. Pod każdym względem tekst zasługuje na wszystkie wyróżnienia, które otrzymał na portalu. 

Trochę mnie przerażała myśl, jak bardzo musiało śmierdzieć na statku po tym co zrobił naćpany Amerykanin… Tutaj mogłaby pomóc jedynie habituacja na bodźce węchowe.

Z czepialstwa:

Długo się zastanawiałem jak będzie miał zamiar uciec, zdecydowałeś żeby była to kapsuła ratunkowa… Okej, ale czy to by nie było podejrzane, że był akurat obok i tak po prostu się do niej wpakował? 

Czy nie byłoby to zbliżone do sytuacji, gdy jeden koleś wyskakuje z samolotu na spadochronie, po czym maszyna wpada do morza? Nikt nie zastanawiałby się czy jego tłumaczenia w stylu – o Boże, jak to dobrze, że akurat miałem pod ręką spadochron i refleks żeby skoczyć – są nieco… podejrzane? 

Widziałem, że bardzo pracowałeś nad tym, by ten wrak poleciał w nieznanym kierunku, nie ocalał nikt ze świadków itd. ale moja niewiara zaświeciła, może nie czerwoną, ale lekko pomarańczową lampką ostrzegawczą :)

 

Cześć!

 

Bardzo fajnie napisana i interesująca historia.

Bardzo lubię, jak opowiadanie podoba się czytelnikom.

Długo się zastanawiałem jak będzie miał zamiar uciec, zdecydowałeś żeby była to kapsuła ratunkowa… Okej, ale czy to by nie było podejrzane, że był akurat obok i tak po prostu się do niej wpakował?

Nie miał wielkiego wyboru. Pierwotnie Adam planował zejść ze statku wcześniej, aby nie było podejrzeń, ale przegiął z tabletkami i zaspał, a Julia postanowiła zrobić mu prezent.

Widziałem, że bardzo pracowałeś nad tym, by ten wrak poleciał w nieznanym kierunku, nie ocalał nikt ze świadków itd. ale moja niewiara zaświeciła, może nie czerwoną, ale lekko pomarańczową lampką ostrzegawczą :)

Rozumiem, ale mamy tu imho sytuację, że “przeżył” tylko zwycięzca i tylko jego wersja. Podejrzenia pewnie się pojawiły, ale Adam też ucierpiał (musiał prawie dwa lata kiblować na stacji), no i nie miał motywu (zapłacił za to mnóstwo kasy). Dodatkowo, na stacji został Car, który przeżył, i to raczej on – z racji przeszłości – był rozpatrywany jako potencjalny sprawca, który w ostatniej chwili dał nogę. Ale widać dochodzenia poszlakowe do niczego nie doprowadziły, bo w końcu dal mi tam robotę ;-)

 

Wielkie dzięki za lekturę i za podzielenie się swoją opinią.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Jestem, jak obiecałem :)

 

Przeczytałem. Czytałem już na becie, ale trochu pozmieniałeś. I dobrze :)

 

Zacznijmy od tego, że tym razem mogłem skupić się na przyjemności czytania i odbioru, bez nacisku na jakieś babolki, literówki, dziury fabularne, czyli na to, co zwykle przyświeca przy czytaniu tekstu podczas bety. I tak wiele tam nie pomogłem, ale już dobra, przejdźmy do wrażeń z odbioru.

 

Początek serwujesz, jak wstęp do jakiegoś romansidła w esefowym sztafażu. Wiedziałem, że to będzie sf, w dodatku akcentowane pod hard i jakoś tak na samym początku, przy pierwszych zdaniach miałem flashbacki z “Pasażerów”. Na szczęście chwilę później zmieniasz kierunek i zaczyna się dziać. Dzieje się mało konkretnie na początku, ale przez tekst się płynie, nie męczy, a po chwili zaczyna opowiadanie intrygować. W momencie gdy zaczynałem się zastanawiać nad działaniami bohatera, co on robi i dlaczego podrzucasz retrospekcję. Moim zdaniem to cholernie ryzykowny zabieg, trudny do wprowadzenia, często odstający od reszty, sprawiający wrażenie infodumpu, który w mało subtelny sposób ma pokazać motywacje. Ale wyszedłes tutaj obronną ręką, bo ten flashback jest bardzo dobry. Krótko mówiąc: nakręciłeś mi nim apetyt na dalsze śledzenie losów protagonisty.

Podoba mi się, jak wyjaśniasz pewne kwestie i zależności fabularne, uwiarygadniając wydarzenia, pozwalając im wynikać jedno z drugiego. Stawiasz fabularne zasieki, które pozwalają nie tylko poczuć logikę przedstawianych wydarzeń, nie pozwalając się przedrzeć zarzutom o niedokładne przemyślenie fabuły, ale również dają to wrażenie hard. Cały fragment z retrospekcją naszpikowałeś jakimiś technikaliami, co do których ja nie wiem, czy są poprawne, ale je kupuję. Widać tutaj albo risercz, albo wiedzę, albo nawet obydwa :)

Przedstawienie współpasażerów niestety wypada najbladziej. Ten fragment mnie zmęczył. Zwolniłeś tempo, gdzieś zgubiła mi się intryga, zastąpiona przepychankami pomiędzy członkami załogi, ich krótkimi charakterystykami. A – koniec końców – wiekszość z nich dla fabuły nie ma znaczenia, więc trochu mi się tutaj dłużyło. Najgorzej jednak wypada tutaj kapitan. Już zarzucono Ci, że dziwnie to wygląda: statek kosmiczny z jednym profesjonalnym astronautą plus zbieranina milionerów. Ja to bym jeszcze kupił nawet, bo w erze komercyjnych wycieczek na Marsa (nawet za grube hajsy) to jakoś specjalnie źle nie wyglada, ale… jest ale. I wracamy do kapitana – to jest to “ale”. Ta postać jest cholernie płaska, nijaka, w dodatku sprawia wrażenie zagubionego i nie do końca ogarniającego swój statek.

Kolejna rzecz -tym razem taka, która mnie urzekła – to logika wydarzeń związana z wiórami w wentylacji. To jest szczegół, mogłeś to olać i założyć, że odkurzacz zassał wszystko. Ta scena z dociekaniem skąd wióry w zasadzie niczemu nie służy. Ale bez niej opowiadanie straciłoby coś ważnego – to jest taki szczegół fabularny, nie mający znaczenia dla rozwoju wydarzeń, ale bardzo mocno uwiarygadniający Twoja opowieść. Tylko nie wiem po co ta scena ze snem i Toskanią – jest fajna, taka filmowa, ale bez niej tekst niczego by nie stracił.

I teraz kolejny zgrzyt. Po imprezie kończysz z Adamem odlatującym do krainy marzeń sennych, ale takich po mocnych prochach. A potem nagle Adam jest w skafandrze, nie u siebie w kajucie, przypięty pasami do fotela. Julia zapłaciła za niego, i kiedy spał wcisnęli go w kombinezon, przypieli bez jego zgody i wysłali z resztą na tę wycieczkę? W to było mi najciężej uwierzyć podczas czytania. Później dajesz do zrozumienia, że Adam wygadał się o swojej misji Julii, ale tego nie pamięta. Napycha się tymi prochami i traci kontakt z rzeczywistością, to jasne, ale żeby aż tak? żeby się wygadać poznanej kobiecie i żeby dać się zaciągnąć do lecącego ku zagladzie statku? Podejrzewam, że tymi wczesniejszymi wzmiankami o prochach i tym motywem z wypaplaniem wszystkiego Julii, chciałeś uwiarygodnić obecnośc bohatera na statku, tak by mógł się ocknąć i skorzystać z kapsuły wraz z umierającą ukochaną. 

To domknięcie wątku miłosnego, skoro już przy nim jesteśmy, też jest prima sort. Daje jakąś dziwną satysfakcję, że nie porzuciłeś go wraz z Julia, ale dopchnałęś do końca, tak by kobieta mogła zostać pierwszym człowiekiem, który zginął na Marsie. Fajne, satysfakcjonujące. W sumie dopiero przy tym motywie zacząłem lubić bohatera. Trochę późno, zważywszy, że to sama końcówka opowiadania.

Rozmowa z Carem na stacji kosmicznej wyciszyła wczesniejsze wydarzenia, pozwoliła mi odetchnąć, choć uważam, że jest nieco przegadana. Nie byłaby, gdyby to był koniec, rozwiązanie akcji, tylko, że Ty przygotowujesz tutaj grunt pod ostatnią scenę, więc z niecierpliwością czytałem kolejne zdania, by dowiedzieć się wreszcie jak zakończy się historia Adama.

No i sama końcówka. Postawiłeś w niej na jakąś formę sprawiedliwości, odkupienie dla Adama, karę (w domyśle) dla jego mocodawców. To mocno ograny motyw, więc mnie nie zaskoczył, ale uznaję, że pasuje do reszty tektu. Pasuje do postaci główego bohatera, więc się nie czepiam :)

 

Aha, jeszcze to zdanie:

 

Prawda, do której sami dochodzimy, zostaje w głowie na dłużej.

Cholernie mi się podoba :) Już wrzuciłem do skarbnicy cytatów NF ;)

 

Kawał dobrego opowiadania, z kilkoma zastrzeżeniami, jednak nimi się nie przejmuj. Piórko uważam za zasłużone – głównie z powodu technikaliów, szczegółów i tła fabularnego.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

Known some call is air am

Cześć Outta!

 

Oj, czekałem na twój komentarz i się doczekałem.

Moim zdaniem to cholernie ryzykowny zabieg, trudny do wprowadzenia, często odstający od reszty, sprawiający wrażenie infodumpu, który w mało subtelny sposób ma pokazać motywacje.

Byłem bardzo ciekaw, jak to wyjdzie, czy nie odrzuci. Ale haczyk zadziałał i większość chyba przebrnęła.

Widać tutaj albo risercz, albo wiedzę, albo nawet obydwa :)

Trochę pracowałem z kontrolą jakości, ale i trochę googlałem o trendach w optymalizacji produkcji.

To jest szczegół, mogłeś to olać i założyć, że odkurzacz zassał wszystko. Ta scena z dociekaniem skąd wióry w zasadzie niczemu nie służy.

Nie do końca się zgodzę, że niczemu nie służy, bo pokazuje determinację Adami w kontaktach twarzą w twarz, ale zgadzam się, że pasuje jak ulał. No i wnosi nieco przyziemnych problemów w kosmosie :-)

W to było mi najciężej uwierzyć podczas czytania. Później dajesz do zrozumienia, że Adam wygadał się o swojej misji Julii, ale tego nie pamięta. Napycha się tymi prochami i traci kontakt z rzeczywistością, to jasne, ale żeby aż tak?

Odmienny stan świadomości, izolacja, brzemię. Julia podpuściła resztę, by jej pomogli zrobić Adasiowi “kawał” za jej kasę. Kapitan nie miał ochoty interferować.

To domknięcie wątku miłosnego, skoro już przy nim jesteśmy, też jest prima sort.

;-)

Rozmowa z Carem na stacji kosmicznej wyciszyła wczesniejsze wydarzenia, pozwoliła mi odetchnąć, choć uważam, że jest nieco przegadana.

Zakończenie tego tekstu to była droga przez mękę. W końcu piata albo szósta wersja dopiero została. Najpierw to miała być przypowieść, potem zboczyłem w cos innego.

Cholernie mi się podoba :) Już wrzuciłem do skarbnicy cytatów NF ;)

Nie wiem, skąd to jest. Ja znam to z jakiegoś korpo-szkolenia zapewne.

 

Wielkie dzięki za lekturę i za komentarz.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Oj, czekałem na twój komentarz i się doczekałem.

Trochę to zajęło :)

 

Byłem bardzo ciekaw, jak to wyjdzie, czy nie odrzuci. Ale haczyk zadziałał i większość chyba przebrnęła.

Uważam, że nie tylko zadziałał, ale że to jedna z najciekawszych scen w opowiadaniu.

 

Nie do końca się zgodzę, że niczemu nie służy, bo pokazuje determinację Adami w kontaktach twarzą w twarz, ale zgadzam się, że pasuje jak ulał. No i wnosi nieco przyziemnych problemów w kosmosie :-)

Dla mnie to jest to, o czym pisał Maras pod opowiadaniem Gekiego – szczegół, który uwiarygadnia scenerię i opowiadanie. Świetna robota.

 

Odmienny stan świadomości, izolacja, brzemię. Julia podpuściła resztę, by jej pomogli zrobić Adasiowi “kawał” za jej kasę. Kapitan nie miał ochoty interferować.

Szkoda, że nie ma tego w tekście. Zostawiasz tutaj w domysle ten motyw, przez co cierpi wiarygodność, która wcześniej bardzo udatnie budowałeś.

 

Najpierw to miała być przypowieść, potem zboczyłem w cos innego.

Przypowieść? Naaah, nie w tej estetyce, to nie zagrałoby. Dobrze, że zdecydowałes sie skręcić w tym kierunku, w którym nam zaprezentowałes zakończenie.

 

Nie wiem, skąd to jest. Ja znam to z jakiegoś korpo-szkolenia zapewne.

Nieważne skąd, ważne że ładne i nie zdołałem tego wyguglać, więc uznajmy, że jest Twoje :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Szkoda, że nie ma tego w tekście. Zostawiasz tutaj w domysle ten motyw, przez co cierpi wiarygodność, która wcześniej bardzo udatnie budowałeś.

Wiem, ale jedno zdanie, to by było zbyt mało, bo rodziłoby tylko kolejne pytania, trzeba by to rozwinąć imho. Póki co zebrałem już prawie 30 potencjalnych zmian, które jeszcze należałoby dodać, uściślić. Na mikropowieść by się uzbierało i to bez specjalnego wodolejstwa ;-) Na początku zbytnio chciałem to utrzymać w niezbyt długiej formie i przyciąłem pewne rzeczy.

Nieważne skąd, ważne że ładne i nie zdołałem tego wyguglać, więc uznajmy, że jest Twoje :)

Może być, choć pewnie w końcu ktoś sprostuje.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Takie sci-fi to można czytać :)

Podobało mi się i wcale nie dziwi mnie opierzenie – bardzo zasłużone.

 

Na start pochwalę język i to jak napisałeś to opowiadanie. Bo jak mam być szczera, to nie przepadam za tym gatunkiem – zwykle, zbyt wiele kładzie się nacisku na techniczne opisy, wchodzi w jakieś detale, które dla laika są totalnym bełkotem i mnie to po prostu odrzuca. Ty udowodniłeś, że można to napisać w przystępny sposób i dobrze zbalansowałeś też niezbędną ilość informacji (pewnie fani hard sci-fi będą tu narzekać, ale cóż… nie bez powodu ten gatunek już trochę umiera i robi się bardzo niszowy). 

 

Podobała mi się historia i bohater – taki trochę “impostor”, którego pozostali nie są świadomi. Trochę mnie zaskoczyło, że jest w stanie zabić tyle osób, aby ukryć własna fuszerkę, ale po zastanowieniu jestem w stanie to “kupić”. Bohaterów pobocznych było dość sporo, moim zdaniem można by tutaj trochę odchudzić, ale to drobnostka – nie gubiłam się jakoś zbyt mocno. 

 

Momentem, od którego przestało mi się podobać to ostatnia rozmowa Julii i Adama – prośba, aby zadbał o to aby nikogo więcej to nie spotkało. Sama ostatecznie mu wybaczyła to co zrobił i to nie pasuje mi to trochę do jej kreacji (odebrałam ją jako zmęczoną chorobą, ale jednak nieco zblazowaną bogaczkę). Zakończyłabym to na rozmowie z carem, nie przekonało mnie samobójstwo, nie kupiła mnie ta nagła zmiana bohatera, który jakby nie było zabił 6 osób (i nie był to wypadek, a zaplanowana akcja, miał wiele okazji do tego aby się wycofać) i bez słowa zostawił ich na statku, samemu korzystając z kapsuły ratunkowej. 

Niemniej, zdecydowana większość opowiadania mnie wciągnęła i czytałam z przyjemnością (co przy sci-fi nie zawsze się zdarza…). Jeszcze raz gratuluje piórka i czekam na kolejne Twoje teksty :)

 

Cześć Shanti!

 

Wielkie dzięki za przeczytanie i za komentarz!

Bo jak mam być szczera, to nie przepadam za tym gatunkiem – zwykle, zbyt wiele kładzie się nacisku na techniczne opisy, wchodzi w jakieś detale, które dla laika są totalnym bełkotem i mnie to po prostu odrzuca.

Bardzo cieszą mnie twoje słowa, bo chciałem właśnie coś takiego stworzyć: z jednej strony hard, ale przystępne dla każdego, bez nawałnicy technobełkotu czy całek.

Trochę mnie zaskoczyło, że jest w stanie zabić tyle osób, aby ukryć własna fuszerkę

Męskie podejście do świata: ambicja bez skazy, tylko w lustro coraz trudniej spoglądać

Bohaterów pobocznych było dość sporo, moim zdaniem można by tutaj trochę odchudzić, ale to drobnostka – nie gubiłam się jakoś zbyt mocno.

Chciałem pokazać grupę nieco różnorodną oraz różne potrzeby i zachowania. Lecą dla zabawy, prestiżu czy po to, by umrzeć.

Sama ostatecznie mu wybaczyła to co zrobił i to nie pasuje mi to trochę do jej kreacji

Czy ona mu faktycznie wybaczyła? Ja bym się raczej zastanawiał, czy los innych jakoś szczególnie Julię obchodził, czy też raczej byli oni dla niej “współtowarzyszami” w ostatniej drodze. Taki kosmiczny orszak pogrzebowy ;-)

Zakończyłabym to na rozmowie z carem, nie przekonało mnie samobójstwo, nie kupiła mnie ta nagła zmiana bohatera,

Nagła jak nagła, dojrzewał do tego dwa lata ;-) Trochę za słabo pokazałem tą przemianę, to kolejny element, wart rozbudowania (coraz więcej tych punktów zaczepienia, może faktycznie warto zrobić z tego jakąś dłuższa formę)

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Czekałem i czekałem na wynik głosowania nominujących i werdykt Loży, bo jednak będę trochę marudził (ten wstęp jest identyczny w obu tekstach z wyzwania s-f), a bywa i tak, że ktoś początkowo zachwyci się opowiadaniem, ale potem poczyta komentarze krytyczne, zacznie odkrywać i dostrzegać słabizny wskazane przez innych i ostatecznie takie nakierowanie opinii na krytykę i wytykanie błędów kończy się źle dla tekstu w kontekście piórka.

I owszem, zależy mi niezmiennie na tym, żeby piórka dostawały teksty najlepsze z najlepszych (dlatego sam nie nominowałem Twojego i OS opowiadania), ale z drugiej strony wartość obu tekstów podbija w moich oczach i fakt, że są poniekąd i pośrednio odpowiedzią na moje wołanie o sf, a dwa, że wyróżniają się swoją przynależnością gatunkową i konwencją na tle portalowej twórczości i jeśli trafią do antologii piórkowej, to będzie to antologia z przewagą s-f, co mnie uraduje szczególnie. Zatem skoro dostały nominację, są dobrze napisane, mają pomysły i eksplorują rzadko widziane na portalu rejony, pozwoliłem sobie na obserwacje „co będzie dalej” i opóźnienie publikacji moich komentarzy. Nie to żeby były one jakieś opiniotwórcze, ale mogłyby zaszkodzić, nakierować siły kosmosu na Ciemną Stronę, a przecież przy głosowaniu Loży to i pogoda, i samopoczucie lożan, i najmniejszy podmuch wiatru ma znaczenie…

Czy jako czytelnik jestem usatysfakcjonowany Twoim science-fiction? Średniawo. We wstępie zapowiadałeś, że „w zamyśle to ma być hard s-f”, ale to raczej nie jest rasowa hard s-f moim zdaniem. S-f prawdziwa, opiera się na jakiejś hipotezie naukowej, jednocześnie trzymając się stanu aktualnej wiedzy naukowej i technicznej. Hard s-f trzyma się jeszcze bardziej kurczowo tych stanów obecnych i ekstrapoluje dosyć „bezpieczne” pomysły (jak loty kosmiczne czy klonowanie i ich konsekwencje, SI, modyfikacje genetyczne itp.) i ich konsekwencje. Owszem, tak definiując hard s-f, można by od biedy uznać, że wpisujesz się w ramy gatunku, ale to w mojej opinii złudne wrażenie.

W Twojej opowieści science to tylko scenografia i żaden pomysł naukowy nie przenika tekstu na wskroś (lot turystyczny na Marsa w Twoim wydaniu to pretekst do historii o winie i odkupieniu bohatera. Gdyby chodziło o uszkodzenie okrętu podwodnego czy samolotu nie byłoby wielkiej różnicy). Skupiasz się na detalach technicznych (mało naukowych, bardziej technologicznych), ale nie proponujesz żadnego naukowego pomysłu. A przez brak konsekwencji i dbałości o wszystkie detale, także to „hard” oparte na możliwym przecież do wysnucie z obecnego stanu wiedzy i techniki locie na Marsa nie wypełnia definicji gatunku. Science ograniczone właściwie do dekoracji, hard pełne dziur i dziurek.

Ale o co mi właściwie chodzi z tym prawdziwym science-fiction? Pisałem już o tym pod tekstem Gekikary (u niego też stawiałem takie same zarzuty): “Jeśli mi czegoś zabrakło od strony merytorycznej, to może oparcia całej fabuły na jakimś pomyśle naukowym, będącym twórczym rozwinięciem jakiejś ciekawej koncepcji naukowej. Ty raczej korzystasz z otoczki s-f, a nie budujesz na niej sam koncept opowieści (jak to robi np. Chiang rozpatrując np. w „Wydechu” co by było, gdyby rozwinąć i zrealizować literacko świat ściśle oparty na drugiej zasadzie termodynamiki itp.). No ale Chiang to już jest s-f najwyższego levelu i tutaj nie tylko trzeba siedzieć głęboko w temacie, aby swobodnie konstruować własne teorie i realizacje na kanwie istniejących hipotez. A nie robić research dla uwiarygodnienia warstwy naukowej tekstu (jak my, małe żuczki to robimy). Nie mogę więc narzekać i wymagać takich cudów”.

Zatem chodzi mi o to przenikanie science przez samo jądro, przez sam koncept tekstu, przez wszystkie jego płaszczyzny, a nie wyłącznie scenografię, która próbuje być realna od strony naukowej i technicznej (akurat z tym też bym polemizował w przypadku Twojego tekstu, ale o tym później).

Żeby było jaśniej, weźmy mój ulubiony przykład i „Historię twojego życia” (np. w antologii pod tym tytułem) wspomnianego już Chianga – i zobaczmy co on proponuje – odmienne pojmowanie istoty czasu powiązane z językiem, lingwistyką. Chiang sam świetnie tłumaczy jak z pewnych naukowych koncepcji, hipotez (czy nawet teorii) wysnuwa pomysły na opowiadania, na ich fabułę i świat przedstawiony. Ciekawy koncept naukowy jest fundamentem tekstu, jego sensu, przesłania, twistu itd.

Np. James Patrick Kelly w doskonałym „Myśleć jak dinozaury” (NF 5/97 oraz „To, co najlepsze w s-f” tom 1) bierze pomysł na teleportację i konstruuje asembler, oparty na aktualnych hipotezach i ideach takiego urządzenia i buduje dramat wykorzystując jedną z wątpliwości pojawiających się przy ewentualnym jego wykorzystaniu. I mimo, że ma tam nawet kosmitów, to sam koncept opowieści jest przesiąknięty ideą naukową i jej konsekwencjami czyniąc ten tekst świetnym, humanistycznym science-fiction (nie chcę spoilerować, ale także klasyczne „Bezduszne równania” Toma Godwina” [”Droga do s-f”, część 3 tom 1], nieco podobne w zamyśle, również doskonale wpasowują się w podobne ramy gatunkowe).

Drugi z moich ulubionych przykładów – Ted Kosmatka w „Proroczym świetle” („Kroki w nieznane” 2011) za punkt wyjścia bierze prosty naukowy eksperyment (wykręcający mózg) z podwójną szczeliną Thomasa Young’a z zakresu optyki kwantowej. I cóż tam się dzieje w fabule i w przesłaniu tekstu! To jest science-fiction pełną gębą i w pełnej krasie.

Czy to jest jednak hard s-f? Można dyskutować, bo jednak drobne zmiany czy rozwinięcia pierwotnych pomysłów mają miejsce i ktoś mógłby im zarzucić nienaukowość w 100%. Wszak autor tam sobie nieco folguje i twórczo interpretuje, ale przecież wszystko, co dotyczy mechaniki kwantowej przestaje być intuicyjne i pewne ;).

Za przykład hard s-f, żeby nie sięgać po tradycyjnego Egana czy Wattsa, można uznać np. tekst Geoffrey’a Landisa (nie, nie moje ulubione i wielokrotnie polecane „Fale na Morzu Diraca” [“Don Wollheim proponuje 1989”], które też są science, ale raczej nie hard) tylko opowiadanie „Wyprawa do czarnej dziury” (”Wielka księga science-fiction” tom 2), w którym autor próbuje zrealizować i zrelacjonować tytułową wyprawę opierając się o stan aktualnej (w momencie, gdy pisał tekst) wiedzy. Nie jest to może tekst wybitny literacko, ale wszystko w nim podporządkowane jest próbie spełnienia ekstremalnych warunków takiej podróży i opisania zjawisk, jakie dotykają bohatera po przekroczeniu horyzontu zdarzeń.

Z drugiej strony wszystkie wspomniane powyżej opowiadań Landisa teksty (czyli innych autorów), rozwijają naukowe idee, szukają dziur czy konsekwencji w hipotezach lub nawet teoriach jak najbardziej naukowych i dlatego zasługują na miano prawdziwej science-fiction. Science-fiction na wskroś i w głąb, w poprzek i na boki, w której bez science nie byłoby po prostu historii. I nie mam tutaj na myśli słynnej brzytwy Lema.

Zapytasz, dlaczego dałem TAK-a Gekikarze mimo tych samych zarzutów do jego tekstu? Po pierwsze, przy założeniu, że Geki napisał raczej soft s-f, napisał swój tekst ogólnie ciut lepiej, a jego scenografia przekonała mnie znacznie bardziej na poziomie samego jej użycia i sposobu przedstawienia.

Napisałem mu bowiem tak: „Powiem Ci, co mi się najbardziej spodobało w tym tym opowiadaniu – to są detale, fragmenty, w których Gekikara wykazuje się wyobraźnią w opisie scen iście filmowych i bardzo prawdziwych – przede wszystkim techniczne momenty, gdy np. Azjata otwiera luk na dnie wierconego szybu i pokazuje biolożce świecący lód, albo gdy technicy odłączają nieużyteczne już wiertło i spuszają je na dno wcześniej sprawdzając wszystko i posługując się dwoma kluczykami. To są właśnie te drobiazgi, które najlepiej budują klimat i wiarygodność historii”.

No właśnie. Ja nie czułem u Ciebie podobnego tchnięcia wiarygodności, jakie chyba każdy z nas miał, gdy patrzył na załogę i wnętrza „Nostromo” u Scotta, albo kosmicznych marines w drugiej części Obcego. Smary, brudne kombinezony, zużyte sprzęty itd. Gekikara do tego tchnięcia się zbliżył, zaś w Twoim tekście mamy opisane z detalami wiercenie w ścianie statku kosmicznego (finalnie okazuje się, że to aluminium, co mnie zastanowiło wobec wcześniejszego trawienia metalu, wiercenia etapami, ślizgającego się wiertła itd. oraz konstrukcji samego statku kosmicznego…), dziwny manewr na ostatnim kilogramie paliwa i opis fabryki statków kosmicznych na Księżycu, która przypomina fabrykę w Sosnowcu albo Grudziądzu. I u mnie to niestety nie wywołało efektu swojskości oddechu s-f i wiarygodności tylko wręcz przeciwnie.

Tyle o samej koncepcji, przynależności gatunkowej, pomyśle na s-f. Idźmy dalej.

Fabuła jest nawet interesująca, rozbudowana, przeprowadzona konsekwentnie i zgodnie z planem, kompozycyjnie wyważona (może poza samiutkim finałem). W zasadzie w swoich podstawach jest nawet nieco obyczajowa (liczą się bohaterowie, pokusa, grzech, wina, odkupienie), ale nie mogą tego opowiadania zaliczyć do swojej szufladki z s-f humanistyczną (w typie wspomnianych „Myśleć jak dinozaury”, „Fal na Morzu Diraca” lub innego, zawsze przeze mnie przywoływanego w kontekście „jak powinna wyglądać s-f” tekstu, czyli „Śmiercionautów” Kosmatki [”Kroki w nieznane 2009”]).

Jest także ta Twoja fabuła trochę przewidywalna, bo szczerze mówiąc, nie byłem szczególnie zaskoczony finałem, chociaż odbywało się to bardziej na zasadzie, no nie, nie mówcie, że sumienie zwycięży i on sobie palnie w łeb… Na pewno dałeś trochę ckliwych elementów (kiełkujące uczucie do chorej, która postanawia się zabić, dramatyczna śmierć Julii, finałowe samobójstwo). Dałeś też kilka fajnych i jakby filmowych zwrotów akcji (np. Adam przewrotnie budzący się na statku, który leci ku zagładzie), chociaż też nie były one jakieś mega zaskakujące.

Całość napisana jest sprawnie, wartko, płynnie, chociaż zdarzają się tu i tam mielizny i słabizny warsztatowo-językowe i kilka wybiórczych przykładów podaję poniżej. Nie ma nic przeciwko pisaniu przezroczystym językiem, gdy to nie esy-floresy i forma tylko historia jest ważna i ma być przedstawiona jasnym, klarownym stylem, językiem i słownictwem. Wszystkie wspomniane przeze mnie klasyczne opowiadania s-f były napisane w ten sposób. Ważny był pomysł, przekaz, historia, odczucia postaci, a nie literackie i językowe wodotryski. Sięgając po Chianga czy Silverberga chcę dobrej opowieści i pomysłów, a nie Brunona Schulza. I tutaj nie będę się czepiał. Twój tekst się dobrze czyta, widać niezły warsztat, poczytać to kilka razy na głos i doszlifować w redakcji i będzie git.

Bohaterowie… Mam wrażenie, że główny bohater nie zawsze wypowiada się (w myślach) lub główkuje czy zachowuje jak dorosły mężczyzna. Podobne wrażenie mam przy wielu tekstach na portalu pisanych przez naszą młodzież, ale Autor ma 36 lat więc wymagałbym, żeby jego bohaterowie myśleli i zachowywali się bardziej jak dorosłe, wiarygodne postaci z krwi i kości. Mógłbym się też przyczepić do dosyć oklepanej menażerii pasażerów – klasycznych typów staro– i nowo-bogackich, menażerii bardzo standardowej, odpowiadającej naszym ukształtowanym przez popkulturę wyobrażeniom i niestety stereotypowej (duży Rosjanin-przestępca z wódką, rozkapryszony Amerykanin z dragami itd.). 

Ale ok, kupuję to, że chciałeś pokazać przekrój elit finansowych końca XXI wieku. Inna sprawa, że są tak bardzo podobni do swoich współczesnych odpowiedników… Hmm. No właśnie. Wkraczamy na teren, w którym ponarzekam nieco więcej.

Otóż w Twoim świecie brakuje mi jednak konsekwencji i spójnej wizji. Na poziomie światotwórczym, merytorycznym i czasem logicznym…

Robiąc notatki na gorąco podczas lektury, zachodziłem w głowę między innymi (mam świadomość, że może czegoś nie zrozumiałem, coś mi umknęło, albo Ty mi to zaraz klarownie wyjaśnisz) – Dlaczego bohaterowie rzucają tekstami współczesnej gimbazy w stylu „taki suchar”, „słowo harcerza”, rzucają robolskie żarty o wyklepaniu młotkiem? Dlaczego fabryka statków na Księżycu (bohaterowie zachowują się jakby była tam normalna grawitacja) wygląda jakby akcja toczyła się w fabryce aut na Żeraniu, a narrator uskutecznia zupełnie współczesne korpogadki? Dlaczego proces „produkcji” statków kosmicznych wygląda w tych opisach jak produkcja jakichś odlewów żeliwnych (przelutuje się…)? Dlaczego kilkudziesięciosekundowa przerwa w nagraniu w fabryce wygląda jak kilkuminutowa przerwa? Dlaczego skoro są już nawet fabryki statków na Księżycu, lot na Marsa kosztuje aż 200 mln? Dlaczego przy hamowaniu mamy tylko śmieszne 1,5 g? Na czym polega ów manewr Zubrina skoro zabrakło im wtedy ledwie kilograma (?) paliwa do „wejścia na orbitę”, ale spokojnie dolecieli (i „domanewrowali”) do obu (!) księżyców w celu wykorzystania ich jako procy grawitacyjnej? O jaką więc orbitę w ogóle chodziło w tym manewrze? Dlaczego bohaterowie (astronauci, bogacze) mają jakieś cuda w oku do oglądania obrazów a potem korzystają z telefonów i tabletów itp.? Dlaczego finałowa prelekcja w kinie (?) wygląda jak pogawędka Leonardo DiCaprio w „Przetrwać w Nowym Jorku” i dlaczego są tam puszczane slajdy (sic!) pod koniec XXI wieku? I jeszcze, dlaczego jest tam obecny (na pokazie filmu…) sam szef i drugi szef firmy budującej statki, szef wytwórni filmowej itd.? Dlaczego trzeba siedzieć na stacji dwa lata, skoro wycieczki latają tam w 30 dni? Jak i czym załoga stacji kosmicznej zmuszona przez Cara uratowała bohatera z powierzchni (mają jakieś promy? Wypadałoby uprzedzić czytelnika)? Dlaczego Car ma zostać jako członek ekipy budującej habitat na powierzchni? Skoro przylatują transporty z materiałami, latają wycieczki, statki buduje się taśmowo jak na Żeraniu, czemu oni nie wrócili na Ziemię (może Car bał się Interpolu? Ale nikomu to nie przeszkadzało, że jest ścigany przez Interpol, gdy leciał na wycieczkę, dostał się na stację kosmiczną, a teraz ma być jakimś brygadzistą na budowie bazy marsjańskiej??? Bo jest silny?) Czy dla stacji marsjańskiej orbitalnej naprawdę nie ma znaczenia, ile osób jest na jej pokładzie i jak długo (tlen, woda, żywność itd.?)? Dlaczego raz opisujesz te statki, bazy i technologię na poziomie niemal współczesnym, a jednocześnie takie rzeczy jak stan załogi (bazy i statku), bagaże podróżnych, latanie na Jowisza traktujesz niemal jak w space operze? Dlaczego bohater mówi o sobie zdolny konstruktor statków kosmicznych. a potem okazuje się że był kierownikiem nadzoru w fabryce a finalnie kierownikiem działu kontroli jakości w kombinacie metalurgicznym na Księżycu… ? (to wreszcie fabryka statków czy kombinat metalurgiczny?) I jeszcze go traktują potem nie wiadomo dlaczego jak kosmonautę i drugiego (jedynego) oficera na statku kosmicznym???? Jak niby Steven umieścił trawę w wentylacji statku a oni odkryli to dopiero jak byli zjarani? Trawę się pewnie pali w domyśle, więc na statku kosmicznym facet sobie rozpalił zielsko w szybie wentylacyjnym i nic? Zero alarmu itd.?????? Jakim cudem lądownik przeznaczony do lądowania na Ziemi (jeszcze z pływakami, więc pewnie do lądowania na wodzie) wylądował spokojnie na Marsie? Dlaczego mam wrażenie, że sugerujesz, że statki buduje się na Księżycu (zapewne ze względów finansowych i technicznych związanych z grawitacją i atmosfera ziemską), a potem nasz statek leci na Ziemię po pasażerów??? Dlaczego raz piszesz, że bogacze nikogo by nie słuchali, a chwilę wcześniej bohater wydaje im polecenie mycia obsranego współpasażera i oni (ci zblazowani bogacze) to robią??? Jak Steven zabrudził przestrzeń na statku, skoro był ubrany (mają go rozebrać)? Dlaczego Julia krwawi w nieważkości jakby krwawiła przy grawitacji? Czy akurat wybór skoku w przepaść jako formy samobójstwa jest, aby na pewno sensowny na Marsie, gdzie grawitacja wynosi tylko 38% ziemskiej? Dlaczego, gdy Adam z Julią uciekli do kapsuły następują jakieś podobno nieuniknione ale niezrozumiałe manewry, orbity transferowe, symulowanie asysty itd., a ja mam wrażenie, że Autor coś tu mota bez ładu i to się kupy nie trzyma tylko udaje sens? Co ma na myśli kapitan, gdy mówi, że opuścili orbitę ziemską 328 godzin temu? Orbitę Ziemi wokół Słońca? To lecieli wtedy dopiero od ok. 13 dni? Tyle lecieli z orbity Ziemi na orbitę Marsa (tutaj wszystko zależy od położenia planet względem siebie, każda idzie po innej orbicie i może być w diametralnie różnych pozycjach na swojej okołosłonecznej orbicie) ? Czy raczej chodziło o orbitę okołoziemską? Dlaczego opowieść narratora, który opowiada wszystko, łącznie, z tym że się zabija na końcu opowieści, wydaje mi się (jak zawsze) dziwna? Czy on to opowiada zza grobu? Itd. Itp. Pytań miałem więcej, ale ta próbka wystarczy. No i dlaczego bohaterowi się upiekło i wszyscy uwierzyli w jego wersję, skoro zachował się tak podejrzanie, że zwiał kapsułą ze statku, a był nadal kontakt z pasażerami, którzy widzieli jego zachowanie i lecieli na pewną śmierć????

Podsumowując. To jest dobre opowiadania na wielu poziomach. Fajnie, że napisałeś s-f, Krarze. Może bardziej soft s-f i raczej ze science w anturażu, a nie w pomyśle, i gratuluje piórka. Cieszę się, że taki tekst trafi do antologii, bo mało takich na portalu itd. Osobiście jednak, gdybym był w Loży, byłbym na NIE, jak się domyślasz. Ale pewnie Twój kolejny tekst s-f przeczytam z zainteresowaniem, bo na pewno będzie lepszy.

Ok, trochę się rozpisałem, więc ograniczę się do kilku przykładów, gdzie mi coś zazgrzytało. Było tego więcej, ale nie wypisywałem już każdego chrupnięcia i nie robiłem łapanki.

 

– Posłuchaj, mnie już zaraz nie będzie, ale ty możesz jeszcze coś zrobić. Coś dobrego. Cokolwiek, tylko nie stawiaj mi pierdolonego pomnika! Nie oczekuję, że naprawisz świat, ale postaraj się, aby nigdy więcej nikt nie zrobił czegoś takiego. Znasz się na tym, a teraz sam doświadczyłeś, do czego to może prowadzić. Bywaj!

– jest w tekście trochę takich pompatycznych, sztucznych gadek.

 

czerwoną planetę 

– raczej Czerwoną Planetę.

 

– Skoro nie lubisz ułudy, to czemu nazywasz mnie Romeo?

– Bo tak jest romantycznie.

– Marzę o tym, by zobaczyć wreszcie czerwoną planetę.

– Dlaczego?

Droczy się ze mną, lubię to. Mógłbym się w niej zakochać…

– Są dwa rodzaje ludzi: ci, którzy rozumieją to bez tłumaczenia oraz ci, którym się tego nigdy nie wytłumaczy – odpowiadam przewrotnie, wracając do rzeczywistości.

– od razu widać, że dialog jest po to, żeby bohater mógł wypowiedzieć swoją formułkę, która pewnie spodobała się Autorowi. Ale przecież ten dialog się nie klei. On: czemu Romeo, ona: że romantycznie, on: chcę zobaczyć Marsa… Hmm…

 

Ale powiedzonko skleciłem. 

– no właśnie. Samo sformułowanie lekko infantylne, a i pewien samozachwyt nad formułką Autora wylewa się aż na narratora.

 

– Drukarka musiała złapać laga, albo padło sterowanie nagrzewnicy. Sprawdzamy to – mówi Piotrek, grzebiąc w tablecie. – Co z tym robimy?

Nie wygląda na przekonanego.

– To jest stop odlewniczy, po podgrzaniu i obróbce będzie kruchy… – zaczyna.

Nie pozwalam mu skończyć.

– Posłuchaj, Piotrek. Wiem, co to jest. A także wiem, co będzie z tym dalej. To ma być transportowiec do przewozu znalezisk z księżyców Jowisza.

– Tak, ale według papierów – pokazuje na tablet – klient oczekuje, że statek będzie zdolny do wykonania tysiąca lotów międzyplanetarnych z przyspieszeniem do…

Wciąż nie wygląda na przekonanego. To może marchewka.

– Piotrek! Klient pewnie skopiował to z poprzedniej umowy i raczej nawet tego nie rozumie. Chłopie, tam wybuchła istna gorączka złota! Pracujemy na trzy zmiany, a firma się rozwija.

Przestój nie wchodzi w grę, musimy zrealizować zamówienie do końca kwartału, bo wtedy na wiosnę będą awanse. Ja się jeszcze nie załapię, ale Gary zapewne pójdzie wyżej i zwolni się stanowisko. plus premia kwartalna.

– to naprawdę ma być kilkudziesięciosekundowa gadka w “fabryce” księżycowej pod koniec XXI wieku “produkującej” statki kosmiczne niemal “taśmowo”????

 

Można to zrobić w kilku krokach – zaczyna niepewnie. – Wgłębienie zalejemy jedynie lutem i wypolerujemy. Z początku nic nie będzie widać.

– wciąż mówimy o księżycowej fabryce z końca XXI wieku produkującej statki kosmiczne? Ja tego zupełnie nie czuję.

 

Kilka miesięcy później coś wybuchło na którymś z księżyców, chyba na Europie.

Zapotrzebowanie na przewóz znalezisk z okolic Jowisza nagle zniknęło, gdy rząd wprowadził embargo.

– coś na którymś, chyba – nie brzmi to ciekawie w ustach narratora. Zamiast zniknęło dałbym skończyło.

 

Była czwarta w nocy, kiedy wreszcie położyłem się spać. A teraz jest dziewiąta rano i jestem półprzytomny. Ale kapitan zarządził odprawę, więc zgodnie z warunkami kontraktu muszę się stawić. Jestem przecież członkiem załogi. W pewnym sensie przynajmniej, bowiem formalnie jedynym członkiem załogi jest kapitan, ale że mam pewne doświadczenie w kosmosie, to zostałem wybrany na „zapasowego” oficera. Mam przejąć dowodzenie, jeżeli zajdzie taka potrzeba.

– zapasowy oficer astronauta, który ma przejąć dowodzenie i nawigowanie statkiem kosmicznym, bo był kierownikiem nadzoru kontroli jakości w zakładzie metalurgicznym?????

 

Po pierwsze, chcę pogratulować wszystkim dotarcia już tak daleko na pokładzie statku Sleipnir.

– dotarcia już tak daleko? To nie brzmi za dobrze.

 

 

Dowódca zaczyna opowiadać o detalach naszego obecnego położenia i procedurze hamowania.

– o detalach obecnego położenia? Nie zawsze synonim pasuje, tutaj zdecydowanie lepsze byłyby “szczegóły”.

 

Hans eksploduje i rzuca się w stronę Stevena.

– Hans eksploduje z wściekłości? Hans wybucha gniewem? Bo samo eksploduje…

 

Car łapie go, a ja wyprowadzam sprawcę zamieszania z mesy. 

– wypycham?wyprowadzanie w kontekście stanu nieważkości nie brzmi za dobrze.

 

Siedzi w kącie z kubkiem termicznym.

– kubkiem? Prędzej tubką? Albo napisz, że to specjalny kubek do używania w nieważkości.

 

Czy film, który nakręcono, pokazuje prawdziwy przebieg wydarzeń na pokładzie? – pyta wysoki, elegancko ubrany trzydziestoparolatek. 

– ja wiem, że to wypowiedź postaci. ale kto po obejrzeniu filmu powiedziałby: Czy film, który nakręcono… Już prędzej: Czy film, który obejrzeliśmy… albo samo: Czy film, pokazuje…

 

 

 

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

No nareszcie! Czekałem na ten komentarz.

We wstępie zapowiadałeś, że „w zamyśle to ma być hard s-f”, ale to raczej nie jest rasowa hard s-f moim zdaniem.

Zdecydowanie nie jest, bo jest to studium wyzwań stojących przed potencjalnymi kosmicznymi turystami, a nie analiza (lub synteza) zagadnienia naukowego. Taki etap projektu wstępnego dla kolejnego kroku w kosmos.

Gdyby chodziło o uszkodzenie okrętu podwodnego czy samolotu nie byłoby wielkiej różnicy

Na ziemi zostają ślady, a w kosmosie dotarcie do nich jest nieuzasadnione ekonomicznie. Tak było przykładowo z lotami samolotem jeszcze sto lat temu, teraz na ziemi znajdujemy już prawie wszystko.

Skupiasz się na detalach technicznych (mało naukowych, bardziej technologicznych), ale nie proponujesz żadnego naukowego pomysłu.

Kwestie technologiczne też są elementem nauki. A fabryk na księżycu, napędu termonuklearnego czy załogowych lotów na Marsa jeszcze nie robimy. Nie stawiam śmiałych kroków, stawiam na predykcję opartą na metodzie małych kroków.

weźmy mój ulubiony przykład i „Historię twojego życia”

Jeszcze nie znam, ale z chęcią poznam.

bierze pomysł na teleportację i konstruuje asembler

Kwestia percepcji i podejścia do tematu, dla mnie s-f przede wszystkim nie powinno stać w JAWNEJ SPRZECZNOŚCI z obecną wiedzą naukową, więc pozwolę sobie stwierdzić, że smoki, wróżki i elfy są bardziej „hard” niż teleportacja ;-) )Ale to mogę się mylić, mam takie zboczenie zawodowe związane z s-f ;-) )

Całość napisana jest sprawnie, wartko, płynnie, chociaż zdarzają się tu i tam mielizny i słabizny warsztatowo-językowe i kilka wybiórczych przykładów podaję poniżej.

Dzięki wielkie z słowa uznania oraz za wytknięci „słabizn”! Na takie komentarze czekam!

I tutaj nie będę się czepiał. Twój tekst się dobrze czyta, widać niezły warsztat, poczytać to kilka razy na głos i doszlifować w redakcji i będzie git.

;-)

Dlaczego fabryka statków na Księżycu (bohaterowie zachowują się jakby była tam normalna grawitacja) wygląda jakby akcja toczyła się w fabryce aut na Żeraniu, a narrator uskutecznia zupełnie współczesne korpogadki?

Nie pracowałem na Żeraniu, ale pracowałem z ludźmi, którzy tam pracowali i byłem też w kilku fabrykach przemysłu maszynowego. Mówiąc w dużym skrócie: czym się różni „fabryka w Sosnowcu” od zakładu, gdzie składają silniki do odrzutowców czy satelity? Głównie adresem i zarobkami, wiele innych „elementów kultury fabrycznej” jest bardzo podobnych, choć teraz w fabrykach jest znacznie mniej ludzi.

A korpogadki są wieczne, przecież ;-)

Dlaczego skoro są już nawet fabryki statków na Księżycu, lot na Marsa kosztuje aż 200 mln?

Statek pierwotnie miał służyć do innych celów, a skoro przewoźnik znalazł chętnych do lotu za 200 mln to lepiej lecieć i cokolwiek zarobić (zminimalizować straty) niż nie zarobić nic.

Dlaczego przy hamowaniu mamy tylko śmieszne 1,5 g?

Bo jest to łatwiejsze do zniesienia dla ludzi. Oni nie lecą „klasycznym” manewrem transferowym, lecą szybko (15 dni w jedną stronę), mają wydajny napęd który na to pozwala.

Na czym polega ów manewr Zubrina skoro zabrakło im wtedy ledwie kilograma (?) paliwa do „wejścia na orbitę”, ale spokojnie dolecieli (i „domanewrowali”) do obu (!) księżyców w celu wykorzystania ich jako procy grawitacyjnej?

O tym napisałem osobne opowiadanie. Może kiedyś trafi na NF…

Dlaczego finałowa prelekcja w kinie (?) wygląda jak pogawędka Leonardo DiCaprio w „Przetrwać w Nowym Jorku” i dlaczego są tam puszczane slajdy (sic!) pod koniec XXI wieku?

Analiza w toku…

Dlaczego trzeba siedzieć na stacji dwa lata, skoro wycieczki latają tam w 30 dni?

Mars jest dalej, obiega Słońce wolniej niż Ziemia, jak są w fazie, to jest blisko, ale im dalej od okna tym jest dalej. A statki nie latają na Marsa regularnie, latają w trakcie okien.

Dlaczego bohater mówi o sobie zdolny konstruktor statków kosmicznych.

On tak o sobie nie mówi, tak mają o nim pisać ;-)

to wreszcie fabryka statków czy kombinat metalurgiczny?

Kombinat metalurgiczny produkujący również statki kosmiczne, wynika to chyba z całości.

Jak niby Steven umieścił trawę w wentylacji statku a oni odkryli to dopiero jak byli zjarani?

Steven wiedział, jak to zrobić. Przygotował specjalne zioło na nieziemską imprezkę.

Jakim cudem lądownik przeznaczony do lądowania na Ziemi (jeszcze z pływakami, więc pewnie do lądowania na wodzie) wylądował spokojnie na Marsie?

Statek klasy premium, wspomagany SI, miał wystarczający zapas paliwa, by to zrobić. Wszak to końcówka tego wieku.

a potem nasz statek leci na Ziemię po pasażerów???

Kiedy statek leci na Ziemię po pasażerów?

Dlaczego raz piszesz, że bogacze nikogo by nie słuchali, a chwilę wcześniej bohater wydaje im polecenie mycia obsranego współpasażera i oni (ci zblazowani bogacze) to robią???

Nie wiem, czy byłeś kiedyś w małej, słabo wentylowanej przestrzeni wraz ze świeżymi fekaliami. Strasznie to męczy. A bohater owszem, prosi ich o pomoc, ale najgorsze bierze na siebie. A Car i tak idzie spać.

Jak Steven zabrudził przestrzeń na statku, skoro był ubrany (mają go rozebrać)?

Tak.

Dlaczego Julia krwawi w nieważkości jakby krwawiła przy grawitacji?

Punkt, tu zawaliłem, do poprawy.

Czy akurat wybór skoku w przepaść jako formy samobójstwa jest, aby na pewno sensowny na Marsie, gdzie grawitacja wynosi tylko 38% ziemskiej?

A czemu nie? Grawitacja jest mniejsza, tak, ale i urwiska mogą być większe większe. Na Marsie nie ma też atmosfery, która spowalnia skoczka, praktycznie spadek swobodny.

a ja mam wrażenie, że Autor coś tu mota bez ładu i to się kupy nie trzyma tylko udaje sens?

Masz prawo, ja nie mam takiego wrażenia.

Co ma na myśli kapitan, gdy mówi, że opuścili orbitę ziemską 328 godzin temu? Orbitę Ziemi wokół Słońca?

Chodziło o orbitę okołoziemską, do poprawy.

To lecieli wtedy dopiero od ok. 13 dni?

Tak.

Dlaczego opowieść narratora, który opowiada wszystko, łącznie, z tym że się zabija na końcu opowieści, wydaje mi się (jak zawsze) dziwna? Czy on to opowiada zza grobu?

Na to wychodzi.

No i dlaczego bohaterowi się upiekło i wszyscy uwierzyli w jego wersję

Bo przeżył

skoro zachował się tak podejrzanie, że zwiał kapsułą ze statku, a był nadal kontakt z pasażerami, którzy widzieli jego zachowanie i lecieli na pewną śmierć????

Nie było kontaktu, były próby nawiązania łączności skoncentrowane na zrobieniu czegoś dla załogi a nie na szukaniu winnych.

 

Reszta jutro, bo Żona okiem groźnie łypie.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

To ja na szybko i na gorąco odpowiem na dotychczasowe, wybrane odpowiedzi.

 

We wstępie zapowiadałeś, że „w zamyśle to ma być hard s-f”, ale to raczej nie jest rasowa hard s-f moim zdaniem.

Zdecydowanie nie jest, bo jest to studium wyzwań stojących przed potencjalnymi kosmicznymi turystami, a nie analiza (lub synteza) zagadnienia naukowego. Taki etap projektu wstępnego dla kolejnego kroku w kosmos.

 

No ale to nie ja zapowiadałem we wstępie hard s-f :)

 

Gdyby chodziło o uszkodzenie okrętu podwodnego czy samolotu nie byłoby wielkiej różnicy

Na ziemi zostają ślady, a w kosmosie dotarcie do nich jest nieuzasadnione ekonomicznie. Tak było przykładowo z lotami samolotem jeszcze sto lat temu, teraz na ziemi znajdujemy już prawie wszystko.

 

Nie chodzi o taką różnicę. Chodzi o powierzchowność sztafażu s-f dla fabuły.

 

Skupiasz się na detalach technicznych (mało naukowych, bardziej technologicznych), ale nie proponujesz żadnego naukowego pomysłu.

Kwestie technologiczne też są elementem nauki. A fabryk na księżycu, napędu termonuklearnego czy załogowych lotów na Marsa jeszcze nie robimy. Nie stawiam śmiałych kroków, stawiam na predykcję opartą na metodzie małych kroków.

 

Nie wiem jak jaśniej wyjaśnić co oznacza moim zdaniem science w s-f. Pomysł, nie scenografia.

 

 

bierze pomysł na teleportację i konstruuje asembler

Kwestia percepcji i podejścia do tematu, dla mnie s-f przede wszystkim nie powinno stać w JAWNEJ SPRZECZNOŚCI z obecną wiedzą naukową, więc pozwolę sobie stwierdzić, że smoki, wróżki i elfy są bardziej „hard” niż teleportacja ;-) )Ale to mogę się mylić, mam takie zboczenie zawodowe związane z s-f ;-) )

 

- przeczytaj opowiadanie, polecam.

 

 

Dlaczego skoro są już nawet fabryki statków na Księżycu, lot na Marsa kosztuje aż 200 mln?

Statek pierwotnie miał służyć do innych celów, a skoro przewoźnik znalazł chętnych do lotu za 200 mln to lepiej lecieć i cokolwiek zarobić (zminimalizować straty) niż nie zarobić nic.

 

Pisałem o tym na SB. Pasażerowie żeby polecieć na Marsa zapłacili 200 mln. Zakładam że to dużo, bo lecą sami bogacze, a w sumie koszty lotów turystycznych maleją już teraz, turystyka się rozwija, rośnie sektor prywatny, a mamy dopiero 2021 rok. Loty na Marsa zapowiadne są na lata 30-40 mnije więcej. Dlaczego więc tak drogo jest pod koniec XXI wieku, gdy statki sa produkowane taśmowo niemal i lata się na Jowisza?

 

Dlaczego przy hamowaniu mamy tylko śmieszne 1,5 g?

Bo jest to łatwiejsze do zniesienia dla ludzi. Oni nie lecą „klasycznym” manewrem transferowym, lecą szybko (15 dni w jedną stronę), mają wydajny napęd który na to pozwala.

 

Hmm. W 15 dni na Marsa to dosyć szybki napęd mają. Ciążenie przy hamowaniu i przyspieszaniu do takich prędkości nie powinno sięgać zaledwie 1,5 g, a tam mniej więcej 2 g to jest max jaki oni mają (tak wynika z tekstu).

 

Na czym polega ów manewr Zubrina skoro zabrakło im wtedy ledwie kilograma (?) paliwa do „wejścia na orbitę”, ale spokojnie dolecieli (i „domanewrowali”) do obu (!) księżyców w celu wykorzystania ich jako procy grawitacyjnej?

O tym napisałem osobne opowiadanie. Może kiedyś trafi na NF…

 

No ale co mi po tej wiadomości ;)?

 

Dlaczego finałowa prelekcja w kinie (?) wygląda jak pogawędka Leonardo DiCaprio w „Przetrwać w Nowym Jorku” i dlaczego są tam puszczane slajdy (sic!) pod koniec XXI wieku?

Analiza w toku…

 

– Czekam :)

 

Dlaczego trzeba siedzieć na stacji dwa lata, skoro wycieczki latają tam w 30 dni?

Mars jest dalej, obiega Słońce wolniej niż Ziemia, jak są w fazie, to jest blisko, ale im dalej od okna tym jest dalej. A statki nie latają na Marsa regularnie, latają w trakcie okien.

 

No ale budują bazę, jest stacja orbitalna, mają promy, super napęd, coś tam lata cały czas z dostawami, latają nieporównywalnie dalej, bo aż na Jowisza i to się opłaca, więc te dwa lata jakoś mi nie pasują.

 

Dlaczego bohater mówi o sobie zdolny konstruktor statków kosmicznych.

On tak o sobie nie mówi, tak mają o nim pisać ;-)

 

– no ale że zrobili z kierownika fabryki metalurgicznej kogoś, kto ma dowodzić i kierować statkiem kosmicznym z vipami na pokładzie na wypadek gdyby kapitan zaniemógł??? To że on coś robił przy budowie statków czyni z niego astronautę, pilota itd.?

 

to wreszcie fabryka statków czy kombinat metalurgiczny?

Kombinat metalurgiczny produkujący również statki kosmiczne, wynika to chyba z całości.

 

– statek kosmiczny to znacznie więcej niż elementy metalowe.

 

Jak niby Steven umieścił trawę w wentylacji statku a oni odkryli to dopiero jak byli zjarani?

Steven wiedział, jak to zrobić. Przygotował specjalne zioło na nieziemską imprezkę.

 

– dowiaduję się o tym z komentarza. 

 

 

Jakim cudem lądownik przeznaczony do lądowania na Ziemi (jeszcze z pływakami, więc pewnie do lądowania na wodzie) wylądował spokojnie na Marsie?

Statek klasy premium, wspomagany SI, miał wystarczający zapas paliwa, by to zrobić. Wszak to końcówka tego wieku.

 

– klasy premium sklecony z transportowca żeby ratować budżet upadającej firmy, z modułami od producenta, którego moduły juz nie raz zawodziły (tak piszesz)? Nie chodzi zresztą o sam statek, ale o różnice w lądowaniu na Ziemi i na Marsie.

 

 

a potem nasz statek leci na Ziemię po pasażerów???

Kiedy statek leci na Ziemię po pasażerów?

 

No właśnie muszę poszukać miejsca, gdzie odniosłem takie wrażenie, bo jak napisałem odniosłem wrażenie, że gdzieś sugerujesz.

 

 

Jak Steven zabrudził przestrzeń na statku, skoro był ubrany (mają go rozebrać)?

Tak.

 

W sensie przez ubranie to zrobił?

 

Czy akurat wybór skoku w przepaść jako formy samobójstwa jest, aby na pewno sensowny na Marsie, gdzie grawitacja wynosi tylko 38% ziemskiej?

A czemu nie? Grawitacja jest mniejsza, tak, ale i urwiska mogą być większe większe. Na Marsie nie ma też atmosfery, która spowalnia skoczka, praktycznie spadek swobodny.

 

Zastanowiło mnie to. Łatwiej np. zdjąć hełm. 

 

a ja mam wrażenie, że Autor coś tu mota bez ładu i to się kupy nie trzyma tylko udaje sens?

Masz prawo, ja nie mam takiego wrażenia.

 

To jest niestety tak opisane, że nie wiadomo za bardzo co, gdzie, po co i jak się tam odbywa. 

 

 

skoro zachował się tak podejrzanie, że zwiał kapsułą ze statku, a był nadal kontakt z pasażerami, którzy widzieli jego zachowanie i lecieli na pewną śmierć????

Nie było kontaktu, były próby nawiązania łączności skoncentrowane na zrobieniu czegoś dla załogi a nie na szukaniu winnych.

 

Napisałeś, że jeszcze przez 17 godzin się komunikowali ze stacją i zamilkli, gdy dowódca przedstawił im sytuację. Tu nie chodzi o szukanie winnych, facet tuż przez wypadkiem ucieka z pokładu jakby wiedział co się zaraz wydarzy. Nikomu to się nie wydało podejrzane?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ciąg dalszy następuje…

 

To jest dobre opowiadania na wielu poziomach. Fajnie, że napisałeś s-f, Krarze. Może bardziej soft s-f i raczej ze science w anturażu, a nie w pomyśle, i gratuluje piórka.

Dzięki wielkie!

Osobiście jednak, gdybym był w Loży, byłbym na NIE, jak się domyślasz.

Rozumiem i bardzo dziękuję za wyczerpujący, merytoryczny komentarz. Mam nadzieję, że wyniesiona z niego nauka zaprocentuje w kolejnych tekstach.

Ale pewnie Twój kolejny tekst s-f przeczytam z zainteresowaniem, bo na pewno będzie lepszy.

Przypomnę się w lutym, jak będę publikował. To nie będzie do końca hard s-f wg Twojego klucza, ale mam nadzieję, że zainteresuje.

 

 

 

Co do łapanki:

– jest w tekście trochę takich pompatycznych, sztucznych gadek.

Ludzie naprawdę tak gadają w obliczu śmierci (o ile nie umierają ze starości lub nie są na środkach przeciwbólowych).

Ale przecież ten dialog się nie klei. On: czemu Romeo, ona: że romantycznie, on: chcę zobaczyć Marsa… Hmm…

Smalltalk spowodowany wzajemnym oślim zachwytem, nic więcej.

– to naprawdę ma być kilkudziesięciosekundowa gadka w “fabryce” księżycowej pod koniec XXI wieku “produkującej” statki kosmiczne niemal “taśmowo”????

Tak. Tylko trochę to ułagodziłem, jest politycznie poprawnie – bez bluzgów i zbytniej męskiej rubaszności.

– wciąż mówimy o księżycowej fabryce z końca XXI wieku produkującej statki kosmiczne? Ja tego zupełnie nie czuję.

Tak, nie do końca rozumiem o co ci tu chodzi? Że to jest sztuczne w jakiś sposób?

– coś na którymś, chyba – nie brzmi to ciekawie w ustach narratora. Zamiast zniknęło dałbym skończyło.

To tak ma być, wszak to dyskretne nawiązanie do Planety Wody

– zapasowy oficer astronauta, który ma przejąć dowodzenie i nawigowanie statkiem kosmicznym, bo był kierownikiem nadzoru kontroli jakości w zakładzie metalurgicznym?????

Tak. Pracował w kosmosie, więc latał w kosmos, jest bardziej niż inni nawykły do mieszkania w zbiorniku ciśnieniowym i życia w niskiej grawitacji lub bez niej. Był kierownikiem, a więc umie dowodzić. Na bezrybiu i rak ryba. Wybrali tego z załogi, kto się najbardziej nadawał.

– kubkiem? Prędzej tubką? Albo napisz, że to specjalny kubek do używania w nieważkości.

Tu trzeba coś faktycznie pokombinować.

 

 

 

I dogrywki:

Loty na Marsa zapowiadne są na lata 30-40 mnije więcej. Dlaczego więc tak drogo jest pod koniec XXI wieku, gdy statki sa produkowane taśmowo niemal i lata się na Jowisza?

Nie mogę tego na szybko znaleźć, ale w tym przemówieniu: We choose to go to the Moon JFK zapowiadał, że “Amerykanie polecą” na Marsa w latach osiemdziesiątych XX. Nie polecieli, choć po programie Apollo mieli w zasadzie wszystko, przynajmniej z technicznego punktu widzenia. Byłoby to bardzo drogie, załoga leciała by pewnie tylko w jedną stronę, ale było w zasięgu. Brakowało tylko powodu. Mamy 2021 i nadal brakuje powodu. Szczerze kibicuję Muskowi i innym entuzjastom, ale mam wrażenie, że w XXI wieku ludzie nie poleca na Marsa. Do 2050 może “wrócimy” na księżyc, ale raczej będzie to propagandowa misja Chińska niż wyprawa naukowa/badawcza.

W realiach mojego opka statki latają na Jowisza, ale istniej ku temu powód, w realu tego powodu nie ma póki co (jakby był, to w perspektywie kilkunastu lat byłoby to pewnie do łyknięcia, chociaż zapewne całkowicie bezzałogowo)

W 15 dni na Marsa to dosyć szybki napęd mają. Ciążenie przy hamowaniu i przyspieszaniu do takich prędkości nie powinno sięgać zaledwie 1,5 g, a tam mniej więcej 2 g to jest max jaki oni mają (tak wynika z tekstu).

Policzyłem zanim napisałem, trzyma się kupy ;-) Hamowanie/przyspieszanie z dużym przyspieszaniem jest sensowne przy manewrze transferowym. Jeżeli mam – jak tu – napęd o impulsie właściwym powiedzmy 5000 s to niczemu to nie służy, a im mniejsze przyspieszenia tym lżejszy statek można zbudować.

Na czym polega ów manewr Zubrina skoro zabrakło im wtedy ledwie kilograma (?) paliwa do „wejścia na orbitę”, ale spokojnie dolecieli (i „domanewrowali”) do obu (!) księżyców w celu wykorzystania ich jako procy grawitacyjnej?

W tym opowiadaniu jest to ledwie zarysowane, to nie jest tekst o tym.

No ale budują bazę, jest stacja orbitalna, mają promy, super napęd, coś tam lata cały czas z dostawami, latają nieporównywalnie dalej, bo aż na Jowisza i to się opłaca, więc te dwa lata jakoś mi nie pasują.

Ekonomia. Nikt nie wyśle dodatkowego statku po dwie osoby. A statki latają tylko w okolicy okien. Dystans, promieniowanie kosmiczne.

– statek kosmiczny to znacznie więcej niż elementy metalowe.

Tak, ale fabryka, w której pracował bohater akurat to robiła.

Nikomu to się nie wydało podejrzane?

Wydało, było śledztwo (o czym jest wzmianka), ale nic z tego nie wynikło. Mieli tylko poszlaki i brak motywu.

 

Tyle na dziś. Pozdrawiam!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Opowiadanie niewątpliwie ciekawe i dające satysfakcję z lektury, aczkolwiek mające również, moim zdaniem, sporo mankamentów. Podzielam wiele uwag, dotyczących niekonsekwencji fabularnych i światotwórczych, wymienionych przez Marasa, więc nie będę po nim powtarzał.

Zwrócę jedynie uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze, muszę przyznać, że już przy scenie snu nabrałem silnego przekonania, że bohater popełni samobójstwo. Pewną wątpliwość nastręczyła tu jego nagła ochota do działania na rzecz odkupienia win, ale ten wątek nie był na tyle długi, żeby dać efekt, który nazwałbym podwójnym twistem (mam przez to na myśli sytuację, w której, na tym przykładzie, najpierw dajesz w sposób oczywisty znać, że bohater się zabije, potem idziesz bardzo długo w odmiennym kierunku, aż czytelnik zostaje przekonany, że będzie inaczej, i wtedy bohater się rzeczywiście zabija). Dodatkowo, w moim odczuciu sama scena samobójstwa nie wyszła zbyt dobrze. Początkowo po lekturze trudno mi było ubrać ten odczuwany niedostatek w słowa, ale świetnie to zrobił Cobold: Sam koniec dość nieunikniony, choć znowu psychologicznie nie wystarczająco podbudowany – tam jest zbyt mało literackiej przestrzeni między winą a karą.

Z kolei ze wspomnianego katalogu uwag Marasa, chciałbym podkreślić jedną rzecz, na którą on też zwraca uwagę. Mianowicie dziwi mnie mocno, że w końcówce XXI w., gdy odbywają się już cykliczne rejsy wydobywcze w okolice Jowisza, a Księżyc został do jakiegoś stopnia zindustrializowany, na wycieczkę turystyczną na Marsa nadal stać tylko ścisłą czołówkę najbogatszych ludzi na świecie. Przecież już dzisiaj koszty wynoszenia na orbitę Ziemi spadły do tego stopnia, że usługi takie oferują prywatne przedsiębiorstwa (i to nie tylko w USA, ale też we Francji czy Niemczech), a swój program kosmiczny realnie rozwijają państwa pokroju Izraela czy Etiopii. Raczej trudno mi sobie wyobrazić, by w sytuacji, w której nie doszło do jakiejś wielkiej katastrofy, np. wojny w kosmosie (a o niczym takim w tekście nie wspominasz), postęp w ciągu 60-70 lat okazał się aż tak mizerny.

Te problemy nie zmieniają oczywiście faktu, że opowiadanie nadal stanowi bardzo przyjemną lekturę, gdyż stoi za nim niewątpliwie niezły pomysł. Jednak nagromadzenie tych wszystkich nieścisłości niestety trudno ominąć obojętnie.

Cześć!

 

Hurra, setny komentarz! Jeżeli uda nam się kiedyś spotkać, to stawiam piwo (albo wino, herbatę, co tam preferujesz).

Opowiadanie niewątpliwie ciekawe i dające satysfakcję z lektury

Dzięki wielkie, że się cośniecoś podobało.

aczkolwiek mające również, moim zdaniem, sporo mankamentów. Podzielam wiele uwag, dotyczących niekonsekwencji fabularnych i światotwórczych, wymienionych przez Marasa, więc nie będę po nim powtarzał.

Rozumiem, do większości uwag marasa już się jakoś ustosunkowałem, natomiast niekonsekwencji fabularnych nie widzę. Generalnie, w tekście nie tłumaczę wszystkiego jak po sznurku, i jest to poniekąd celowe (objętość plus pole do interpretacji). Chce pokazać pewną wizję czasów, które nas czekają, ale nie pokazuję tu wszystkich aspektów tej rzeczywistości. 

Po pierwsze, muszę przyznać, że już przy scenie snu nabrałem silnego przekonania, że bohater popełni samobójstwo.

To chyba dobrze, bo to miała być subtelna przesłanka w taką stronę, nie szedłem później w podwójny twist, nie taką miałem koncepcję.

Dodatkowo, w moim odczuciu sama scena samobójstwa nie wyszła zbyt dobrze.

Tu masz zdecydowanie rację, to jest do dopracowania. Cobold bardzo celnie to podsumował, bo dużo po drodze zbudowałem, a nie wykorzystałem wszystkich klocków jak należy.

Mianowicie dziwi mnie mocno, że w końcówce XXI w., gdy odbywają się już cykliczne rejsy wydobywcze w okolice Jowisza, a Księżyc został do jakiegoś stopnia zindustrializowany, na wycieczkę turystyczną na Marsa nadal stać tylko ścisłą czołówkę najbogatszych ludzi na świecie.

Odpowiem tak: W 1961 JFK ogłosił, że dotrą na księżyc w przeciągu dekady. I udało się, ludzie wylądowali na księżycu w 1969. Amerykanie zaliczyli wizerunkowy sukces, ponosząc jednocześnie spore koszty, oraz konsekwentnie realizując plan zajeżdżania gospodarki ZSRR. Teraz mamy 2021 rok, 52 lata po pierwszym lądowaniu i co więcej osiągnęliśmy? Stacja kosmiczna, wahadłowce, masa lotów sąd bezzałogowych, z grubsza tyle. Dlaczego tylko (albo aż) tyle? Bo nie ma uzasadnionej potrzeby, aby zrobić więcej. Koszty lotów kosmicznych są drogie i będą takie, technika jak i kultura techniczna musiałaby bardzo pójść do przodu, by to zmienić.

W moim tekście założyłem, że w okresie czasu 2040 – 2060 ludzie odkryli na księżycu Jowisza coś, co uczyniło latanie tam opłacalnym (to jest jednocześnie nawiązanie do innego tekstu, który niedawno czytałeś). Poświęcono więc czas i środki (pewnie z kilka % pkb planety przez jakąś dekadę), by popchnąć do przodu technologię lotów kosmicznych. Zbudowano fabryki na księżycu, zaczęto loty w układzie słonecznym, ale to nie uczyniło tego jednocześnie dostępnym dla każdego. Lot w kosmos, zwłaszcza międzyplanetarny, to nie jest “jak lot samolotem na inny kontynent”, to wymaga bardzo dużo energii i pracy setek osób na ziemi (choć tutaj sytuacja jest już nieco inna, bo organizator lotów raczej minimalizuje straty niż czesze gruby hajs, wszak latanie na Jowisza “wyschło”, ale nadal stara się zarobić jak najwięcej, a skoro są chętni za setki milionów to tyle sobie liczy, jakby nie było, tu pewnie by zszedł z ceny)

postęp w ciągu 60-70 lat okazał się aż tak mizerny.

Z kwestii napędów kosmicznych, magazynowania energii czy innych kluczowych zagadnień nie poczyniliśmy większych postępów przez ostatnie 50 lat. Robimy kolejne małe kroki, mamy nowe koncepcje, ale to co jest aktualnie w zasięgu to optymalizacja istniejących technologii i redukcja kosztów (działania SpaceX chociażby). Nie widać tanich przełomów technologicznych na horyzoncie (tanich w sensie “opłacalnych i uzasadnionych ekonomicznie” w obecnych realiach)

 

Jednak nagromadzenie tych wszystkich nieścisłości niestety trudno ominąć obojętnie.

Ok, ale przykłady poproszę.

 

Pozdrawiam!

 

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Hurra, setny komentarz! Jeżeli uda nam się kiedyś spotkać, to stawiam piwo (albo wino, herbatę, co tam preferujesz).

Będę o tym pamiętać ;)

To chyba dobrze, bo to miała być subtelna przesłanka w taką stronę, nie szedłem później w podwójny twist, nie taką miałem koncepcję.

Ok, tylko, przynajmniej dla mnie, ta przesłanka nie była zbyt subtelna (w tym sensie, że nie pozostawiała wiele wątpliwości). A jednak zasadniczo dobrze jest (a przynajmniej tak mi się wydaje), żeby nie wskazywać czytelnikowi, jakie będzie zakończenie w środku tekstu, bo to stawia pod znakiem zapytania sens dalszej lektury. Oczywiście, można też napisać tekst, którego rdzeniem będzie atmosfera nieuchronnej zagłady, ale tutaj czegoś takiego nie odczułem.

 

Kwestia niedociągnięć fabularnych – dwie rzeczy, które wzbudziły moje wątpliwości:

Pierwsza, to sam plan zamachu. O ile u mnie wątpliwości nie budzi, że korporacja raczej nie decydowałaby się na publiczne poświęcenie głównego bohatera, bo to przecież tak czy owak nadszarpnęłoby jej wiarygodność, o tyle nie do końca mnie przekonuje sama organizacja zamachu. Po pierwsze, czy do tak wrażliwej operacji angażuje się na tyle szerokie grono ludzi, że obejmuje nawet psychologa? Po drugie, czy nie lepiej winowajcę po cichu sprzątnąć, żeby się nie wygadał, a do sabotażu statku wysłać zawodowca, który nie będzie miał rozterek moralnych? Przy czym to akurat tylko moje subiektywne marudzenie, bo przyznam szczerze, że nie mam zielonego pojęcia, jak takie rzeczy załatwiają prywatne korporacje ;)

Natomiast bardziej czepnąłbym się tego, co się dzieje po zamachu. Po pierwsze, pojawia się wzmianka, że w stacji wiedzą, kto przeżył na statku, w jakich częściach statku kto się znajdował itd. Pytanie zatem, skąd o tym było wiadomo? Jeżeli zachowano kontakt ze statkiem, to chyba kapitan powinien był podzielić się swoimi wątpliwościami wobec głównego bohatera, bo na pewno jakichś po całej tej akcji musiał nabrać. Dodatkowo, jeżeli były tak dokładne informacje ze statku, to musieli też wiedzieć na stacji, że nasz bohater zerwał się do kapsuły przed, a nie po wybuchu, a zatem, że wiedział o nim wcześniej. Poza tym brak śledztwa, a nawet jakichkolwiek podejrzeń, wobec gościa, który jako jedyny ocalał i w dodatku później zostawił po sobie jeszcze jednego trupa (”Pośliznęła się? Na pewno pan jej leciutko nie popchnął?”), wydaje mi się mało wiarygodne, niezależnie od Twoich tłumaczeń.

 

Dlaczego tylko (albo aż) tyle? Bo nie ma uzasadnionej potrzeby, aby zrobić więcej.

Zgoda, tyle że teraz ta potrzeba z powrotem się pojawia. Pauza geopolityczna już minęła. Wydaje mi się, że takie kwestie, jak pojawienie się kosmicznych baronów, rozwój broni hipersonicznej, chińskie plany budowy elektrowni kosmicznych, etc., wskazują na to, że nastąpił w tej sferze pewien przełom. Nie znam się na stronie technologicznej, być może okaże się ona nadmierną barierą, ale z drugiej strony potrzeba jest przecież matką wynalazków.

Ale oczywiście, masz prawo do wizji przedstawionej w opowiadaniu, tym bardziej, że Twoje argumenty na jej rzecz także są dość poważne. Myślę, że musimy po prostu poczekać te 60 lat i zobaczyć, kto miał rację ;)

to jest jednocześnie nawiązanie do innego tekstu, który niedawno czytałeś

Być może mam już ostrą sklerozę, ale wydaje mi się, że nic, poza tekstami Gekikary, o okolicach Jowisza ostatnio nie czytałem.

 

Również pozdrawiam!

Ok, tylko, przynajmniej dla mnie, ta przesłanka nie była zbyt subtelna

Nie robiłem sondy, ale póki co jako pierwszy zwróciłeś na to uwagę, więc imho jest to subtelne (albo może inni o tym nie napisali… ?)

O ile u mnie wątpliwości nie budzi, że korporacja raczej nie decydowałaby się na publiczne poświęcenie głównego bohatera, bo to przecież tak czy owak nadszarpnęłoby jej wiarygodność, o tyle nie do końca mnie przekonuje sama organizacja zamachu.

Widać nie było innego sposobu, by zbliżyć się do statku, jak wysłać tam pasażera. A że to bohater piwa naważył to on ryzykował. To jest tez element rozgrywek korporacyjnych – jak chcesz “wskoczyć” powyżej pewnego poziomu, to musisz się nieco ubrudzić dla firmy, trochę jak w grupie przestępczej. Nikt nie lubi takich, na których nie ma haków, wszyscy mają jechać na jednym wózku.

Natomiast bardziej czepnąłbym się tego, co się dzieje po zamachu.

Prawda, tu jest nieco kwestii dyskusyjnych, nad którymi ciągle mędrkuję.

Pytanie zatem, skąd o tym było wiadomo?

Na statku przeżyło tylko kilkoro pasażerów, bez kapitana, nie ogarniali tego, co się stało. Bohater przeprogramował komputer statku, tak aby ułatwić zatarcie śladów, komunikacja była więc utrudniona, statek nie przesyłał części danych. To wszystko jest w tekście pokazane, mam wrażenie.

Poza tym brak śledztwa, a nawet jakichkolwiek podejrzeń, wobec gościa, który jako jedyny ocalał i w dodatku później zostawił po sobie jeszcze jednego trupa

Śledztwo było, o czym jest wzmianka, ale poszlaki to zbyt mało (sądy BARDZO ostrożnie skazują ludzi na podstawie samych poszlak, zazwyczaj nie skazują). Zwłaszcza, kiedy istnieje prostsza hipoteza – moduły załogowe “same” pękały już wcześniej.

Zgoda, tyle że teraz ta potrzeba z powrotem się pojawia.

A jaka?

Wydaje mi się, że takie kwestie, jak pojawienie się kosmicznych baronów, rozwój broni hipersonicznej, chińskie plany budowy elektrowni kosmicznych, etc., wskazują na to, że nastąpił w tej sferze pewien przełom.

Ale to są nieco rozbieżne zbiory imho. W kwestii załogowych lotów w kosmos “największym” osiągnięciem jest Księżyc póki co, a większość tego, co się teraz dziej, to jest bazuje na tamtych technologiach. W kwestii napędu nie mamy NIC nowego, co można by sensownie wykorzystać.

Nie znam się na stronie technologicznej, być może okaże się ona nadmierną barierą

Ja się trochę znam na tym (choć w przemyśle kosmicznym nie pracowałem akurat, tylko w pokrewnych). Tu jest bariera, której sforsoanie nie będzie łatwe ani tanie: albo “wolna” misja, trwająca 2-3 lata, której ludzie pewnie nie przeżyją, albo ogólnoświatowa zgoda na testy napędy atomowego w kosmosie, by polecieć szybciej, na co póki co chyba nie ma co liczyć. Każde z tych rozwiązań wymaga setek (jak nie tysięcy) ton ładunku wyniesionego w kosmos i jest obarczone sporym ryzykiem.

Myślę, że musimy po prostu poczekać te 60 lat i zobaczyć, kto miał rację ;)

Powiem tak (nie wiem, ile masz lat): życzę Ci, byś dożył lądowania ludzi na Marsie; sobie też tego życzę, ale niestety obawiam się, że moje dzieci mogą tego nie dożyć.

 

Pozdrawiam!

 

PS Całkowitym przypadkiem od jakiś 2 tyg. walczę z tekstem s-f o elektrowni w kosmosie. W styczniu powinienem opublikować.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Śledztwo było, o czym jest wzmianka, ale poszlaki to zbyt mało (sądy BARDZO ostrożnie skazują ludzi na podstawie samych poszlak, zazwyczaj nie skazują).

No dobrze, ale tu do procesu nawet nie doszło. Biorąc pod uwagę stan psychiczny bohatera, gdyby go śledczy trochę docisnął, mógłby on sam się do wszystkiego przyznać. A co do skazywania, myślę, że to trochę zależy, w jakim systemie prawnym byłby sądzony (a trudno to ocenić na bazie opowiadania), bo w common law różne cuda się dzieją (patrz choćby sprawa Sally Clark).

A jaka?

Myślę, że jeśli tylu bogaczy inwestuje w przedsięwzięcia, które na razie raczej przynoszą głównie straty, to muszą liczyć na to, że kiedyś im się to zwróci, a więc mają ku temu jakieś przesłanki ;)

Tak, jak już pisałem, myślałbym tu o surowcach, energii i rywalizacji geo-(a także astro-)politycznej. Przy czym, masz rację, że to jeszcze nie implikuje wysyłania w Kosmos ludzi. Ale wydaje mi się, że po pierwsze, im więcej maszyn, tym więcej osób potrzebnych by ich doglądać, po drugie, ruch w tej sferze spowoduje postęp techniczny, który być może poskutkuje również ułatwieniem lotów kosmicznych cielesnym człowiekowatym.

albo ogólnoświatowa zgoda na testy napędy atomowego w kosmosie, by polecieć szybciej, na co póki co chyba nie ma co liczyć.

A z ciekawości, co blokuje taką decyzję? Napęd atomowy w statkach czy okrętach morskich raczej nie budzi kontrowersji (a przynajmniej nie na tyle duże, by przestać go używać). Czy w przypadku statków kosmicznych jest tak znacząco wyższe ryzyko jakiegoś niechcianego wypadku?

Sprawa Sally Clark to mocno inny temat imho, tu nie ma dowodów materialnych, a i przez dwa lata po “wypadku” bohater jest na innej planecie, więc raczej nikt go nie dociśnie (sygnał leci 4 do 12 min., przez stacje pośrednie nawet dłużej)

Myślę, że jeśli tylu bogaczy inwestuje w przedsięwzięcia, które na razie raczej przynoszą głównie straty, to muszą liczyć na to, że kiedyś im się to zwróci, a więc mają ku temu jakieś przesłanki ;)

Każdy ma prawo do własnej oceny. Moim zdaniem faktycznie tak zakładają, ale przede wszystkim zwyczajnie się bawią i pokazują na co ich stać, bo mają. Wszystko inne już robili, a teraz jest “moda” na loty w kosmos (z czego bardzo się cieszę, nawet w Polsce jest już przemysł kosmiczny i całkiem fajne rzeczy robią – i nawet całkiem fajnie zarabiają).

Musk to trochę inna liga, bo on w dużej mierze “prywatyzuje” osiągnięcia amerykańskiego program lotów kosmicznych (zapowiada, że zrobi to, co planuje NASA tylko za znacznie mniejsze pieniądze). No i jeszcze 20 lat temu nie dałoby rady zrobić pionowo lądujących rakiet, ale teraz komputery kierowania lotem już to ogarniają. Musk rozwija napęd na metan, NASA została przy “drogim” wodorowym… Ale to wszystko w najlepszym wypadku 450s impulsu właściwego. Więc szału nie ma ;-)

Tak, jak już pisałem, myślałbym tu o surowcach, energii i rywalizacji geo-(a także astro-)politycznej.

Surowce tak, tylko pytanie które i gdzie. Kiedyś czytałem, że jakby dookoła Marsa krążyły sztaby złota to i tak nie opłacałoby się po nie tam latać. Co jakiś czas odżywa temat Helu3 na księżycu, ale póki co tokamaka jeszcze nie zbudowaliśmy (chociaż może właśnie po to Amerykanie chcą wrócić na Księżyc). W sumie to nie kojarzę żadnych surowców, po które opłaca się latać w kosmos, więc zadam pytanie (tu)

A z ciekawości, co blokuje taką decyzję?

Z tego co pamiętam to chodzi o nieproliferację. Ale nie pamiętam dokładnie gdzie to jest, chodzi w każdym razie o rozmieszczanie urządzeń tego typu w kosmosie. Pod przykrywką testów takiego czegoś łatwo umieścić broń atomową w kosmosie, a atak rozpoczęty bezpośrednio z kosmosu nie daje drugiej stronie czasu na reakcję i równowaga sił jest zaburzona.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Witaj, Krarze!

Opowiadanie zaserwowałeś dość filmowo-mainstreamowe, ale nie jest to zarzut. W swojej kategorii broni się z łatwością. Wartka akcja przykuwała moją uwagę do samego końca, może z niewielkim przestojem w pierwszej połowie tekstu, gdy przedstawiani są kolejni pasażerowie statku. Tak czy inaczej, nie mogłem się oderwać, bardzo dobra robota!

Postać Adama/Romeo wyszła tak cyniczna i bezwzględna, że ach, nic tylko pozazdrościć. Popisy pod postacią manipulacji kolejnymi bohaterami uważam za najjaśniejsze punkty tego opowiadania. Gość ma jakiś ślad sumienia, bo wymiotuje (najpewniej z nerwów), ucieka się do uspokajających medykamentów, niemniej prezentuje się w zasadzie jako antybohater. Nie trafiam często na takie ukazanie głównego bohatera, stąd uznaję to za powiew świeżości. Szkoda, że ta kreacja nie została pociągnięta do samego końca, że w finale to wyrzuty sumienia biorą górę i Adam kończy z pistoletem w ustach. Z jednej strony to jakiś wyraz zadośćuczynienia dla każdego, kto oglądając wyczyny tego pana uważał, że za wyrządzone niegodziwości należy mu się kara. Ja nie należę do tego rodzaju czytelników, kibicowałem, żeby mimo przeciwności wszystko (lub większość) mu się upiekło. :>

Bardzo satysfakcjonująca lektura, proszę pana. Cieszę się, że dane mi było tutaj trafić.

Cześć MrBrightside!

 

Opowiadanie zaserwowałeś dość filmowo-mainstreamowe, ale nie jest to zarzut.

Nie no, nie ma tu mieczy świetlnych, galaktycznych krążowników i pól siłowych. Ja dobrze czuję się w takiej filmowości.

Wartka akcja przykuwała moją uwagę do samego końca, może z niewielkim przestojem w pierwszej połowie tekstu, gdy przedstawiani są kolejni pasażerowie statku.

Nie chciałem robić wartkiej akcji we wprowadzeniu, bo by to zbyt zakręcone imho było. Zatem początki mogą się nieco dłużyć, ale to szybko mija – mam nadzieję.

Tak czy inaczej, nie mogłem się oderwać, bardzo dobra robota!

Bardzo mnie to cieszy.

Postać Adama/Romeo wyszła tak cyniczna i bezwzględna, że ach, nic tylko pozazdrościć. Popisy pod postacią manipulacji kolejnymi bohaterami uważam za najjaśniejsze punkty tego opowiadania.

Kumaty człowiek zorientowany na cel. Tylko czasem ma problem z zagłuszeniem sumienia.

Szkoda, że ta kreacja nie została pociągnięta do samego końca, że w finale to wyrzuty sumienia biorą górę i Adam kończy z pistoletem w ustach.

Tu rozważałem różne opcje, ale postawiłem na człowieka i wiarę w wyzwalająca moc prawdy. Co mu to dało i co z tego wynikło, to już inna kwestia. Nie chciałem pokazać, że zło popłaca, a raczej pokazać, do czego prowadza zaniedbania oraz, że problem “rozwiązany” w taki sposób (zostaje) zazwyczaj z człowiekiem na dłużej (resztę życia), choć są i tacy, którzy jakoś sobie z tym radzą.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Nowa Fantastyka