- Opowiadanie: Łosiot - Sto dni

Sto dni

Sie­man­ko. Jak zwy­kle z pewną taką nie­śmia­ło­ścią, za­pra­szam śmiał­ków do lek­tu­ry naj­dłuż­sze­go opo­wia­da­nia, jakie kie­dy­kol­wiek na­pi­sa­łem. 
Bar­dzo dzię­ku­ję pro­fe­sor Bel­la­trix za pomoc przy tym tek­ście.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Sto dni

 

– Zo­staw, nie od­sła­niaj – mam­ro­cze Beti za­spa­nym, stłu­mio­nym przez po­dusz­kę gło­sem. 

Zde­cy­do­wa­nym ru­chem po­cią­gam łań­cu­szek ro­le­ty, po­żół­kła kur­ty­na pod­no­si się i wpusz­cza do po­ko­ju mętne świa­tło. Pa­trzę na sto­ją­ce jak nie­ru­cho­my tłum wy­bla­kłe bloki, a te od­wza­jem­nia­ją się ty­sią­cem pu­stych spoj­rzeń. 

– Wsta­waj – rzu­cam. – Idzie­my po pro­wiant.

– No weź, pójdź sam, choć raz. A potem zrób mi śnia­da­nie do łóżka, po­pro­szę tosty, do tego sok po­ma­rań­czo­wy. – Beti wy­sy­ła mi spo­śród wy­gnie­cio­nej po­ście­li koci uśmiech.

Mam dość tego co­ty­go­dnio­we­go te­atrzy­ku.

– Bar­dzo śmiesz­ne, na­praw­dę. Chcesz swój przy­dział, masz być na miej­scu, do­brze o tym wiesz. Zbie­raj się.

Wzdy­cha zre­zy­gno­wa­na, ale siada na łóżku. Nawet teraz, gdy chwi­la­mi mamy sie­bie dość, nie mogę ode­rwać wzro­ku od jej ledwo za­kry­tych ko­szul­ką ud. Beti nawet nie ma za­mia­ru się prze­bie­rać, za­kła­da wy­dep­ta­ne kap­cie z brud­no­ró­żo­we­go two­rzy­wa, wsta­je i pa­trzy przez okno z nie­sma­kiem.

– A wiesz, że za tymi blo­ka­mi jest las? Pój­dziesz kie­dyś ze mną, co, Nick?

– Las? Chyba ko­lej­nych blo­ków. 

– Praw­dzi­wy, zie­lo­ny las, głup­ku – mówi dziew­czy­na i wy­cho­dzi z miesz­ka­nia. 

 

Razem z in­ny­mi ludź­mi z bloku, trzy­ma­jąc w rę­kach pla­sti­ko­we torby, cze­ka­my stło­cze­ni na klat­ce scho­do­wej, rojąc się na kilku pię­trach jak sze­lesz­czą­ce owady. Co kilka se­kund ro­bi­my je­den-dwa krocz­ki w dół, scho­dek po schod­ku, pię­tro po pię­trze, by w końcu do­trzeć na par­ter, gdzie zor­ga­ni­zo­wa­na jest Stre­fa Za­opa­trze­nia. 

Be­to­no­wa pod­ło­ga jest tu po­cię­ta kre­cha­mi żół­to-czar­nej taśmy. Dzie­siąt­ki pla­ka­tów in­for­ma­cyj­nych krzy­czą na nas gru­by­mi li­te­ra­mi, że mamy się usta­wiać jeden za dru­gim, co pół metra, zgod­nie z tym, jak na­ka­zu­ją linie na pod­ło­dze, że mamy słu­chać funk­cjo­na­riu­szy i za­cho­wy­wać spo­kój, że jest zakaz wyj­ścia z bu­dyn­ku, bo to stan wy­jąt­ko­wy. 

Gdy już wcho­dzi­my do Stre­fy, wszyst­ko za­czy­na się dziać bar­dzo szyb­ko. Sta­je­my, jeden za dru­gim, z przy­go­to­wa­ny­mi tor­ba­mi. Po dru­giej stro­nie żół­to-czar­nych linii gwar­dzi­sta po­na­gla nas tym cha­rak­te­ry­stycz­nym dla wszyst­kich po­li­cjan­tów, ochro­nia­rzy, straż­ni­ków, cel­ni­ków i in­nych mun­du­ro­wych mach­nię­ciem ręki. “Prze­cho­dzić, prze­cho­dzić” – sły­chać z gło­śni­ków za­mon­to­wa­nych na her­me­tycz­nych heł­mach żoł­nie­rzy. Idzie­my więc, krok po kroku, byle nie za bli­sko sie­bie, byle nie za da­le­ko, bo wtedy ruchy rąk stają się gwał­tow­ne, po­le­ce­nia gło­śniej­sze, a głosy groź­nie za­chryp­nię­te.

– Stop! Cze­kaj! Krok w przód! Krok w tył! Prze­chodź! – Pa­da­ją wark­nię­cia i szczek­nię­cia. Za­trzy­mu­je­my się więc, sto­imy, ro­bi­my małe krocz­ki, wszyst­ko pod dyk­tan­do gwar­dzi­stów ob­ser­wu­ją­cych nas zza po­li­wę­gla­no­wych za­słon czar­nych ka­sków. 

Moja kolej; staję na środ­ku wy­kle­jo­ne­go taśmą kwa­dra­tu, do torby wrzu­ca­ją mi przy­dział je­dze­nia – parę pu­szek, mleko w prosz­ku, zupki bły­ska­wicz­ne, ma­ka­ron; ko­sme­ty­ki – żel do mycia i pastę do zębów; do tego kawa, cze­ko­la­da, bu­tel­ka wódki i pa­pie­ro­sy, pacz­ka pre­zer­wa­tyw. 

– Ja­kieś leki? Podaj numer iden­ty­fi­ka­cyj­ny – war­czy sto­ją­cy przede mną ol­brzym w kom­bi­ne­zo­nie z ciem­ne­go two­rzy­wa. Wszy­scy żoł­nie­rze są w tych kom­bi­ne­zo­nach ogrom­ni, po­tęż­ni, prze­ra­ża­ją­cy. Ci, któ­rzy nie zaj­mu­ją się za­peł­nia­niem na­szych sia­tek za­pa­sa­mi na cały ty­dzień, po pro­stu stoją ze strzel­ba­mi nie­dba­le wy­ce­lo­wa­ny­mi w sufit. 

– Nie, bez leków – od­po­wia­dam. 

Dwa metry za mną, w swoim kwa­dra­cie z taśmy Beti pró­bu­je za­ga­dać żoł­nie­rzy, uśmie­cha się i ge­sty­ku­lu­je, jed­nak ci prze­ga­nia­ją ją krzy­cząc, żeby nie prze­szka­dza­ła; ruchy ich odzia­nych w cięż­kie rę­ka­wi­ce rąk znów robią się krót­sze i ostrzej­sze. Opusz­cza­my Stre­fę Za­opa­trze­nia; stre­fę krzy­ków i po­ga­nia­nia, stre­fę uno­szą­ce­go się w po­wie­trzu stra­chu. 

 

Do­cho­dzi­my z Beti do wind, któ­ry­mi miesz­kań­cy po otrzy­ma­niu swo­ich racji wjeż­dża­ją na wyż­sze pię­tra. Roz­po­czy­na się ko­lej­ny etap ry­tu­ału, jaki od­gry­wa­my tu wszy­scy co ty­dzień od ponad trzech mie­się­cy. 

Bo mamy tutaj, w bloku, drugą Stre­fę. To Stre­fa Gro­ma­dze­nia Za­pa­sów na Czar­ną Go­dzi­nę, jak twier­dzą jej za­ło­ży­cie­le. 

– Dzień dobry – sapie Siwy, za­stę­pu­jąc nam drogę. Jego umię­śnio­ne, wy­ta­tu­owa­ne ręce pod­su­wa­ją w na­szym kie­run­ku sze­ro­ko roz­war­tą pasz­czę wiel­kie­go wora okle­jo­ne­go pod­pro­wa­dzo­ny­mi skądś rzą­do­wy­mi na­lep­ka­mi: “ZA­OPA­TRZE­NIE”, “OBO­WIĄ­ZU­JE BEZ­WZGLĘD­NE PO­SŁU­SZEŃ­STWO WOBEC FUNK­CJO­NA­RIU­SZY”, “ZA­GRO­ŻE­NIE BIO­LO­GICZ­NE”. “KWA­RAN­TAN­NA”. 

– Zgod­nie z usta­le­nia­mi ko­mi­sji miesz­kań­ców, zbie­ra­my część pro­wian­tu na czar­ną go­dzi­nę. Bądź­my przy­go­to­wa­ni na naj­gor­sze, praw­da? – mówi któ­ryś z po­zo­sta­łych chło­pa­ków. Nie mają broni i pan­ce­rzy, nie muszą. Wrzu­ca­my do worka część za­pa­su pa­pie­ro­sów, jedną z bu­te­lek wódki i kon­ser­wę.

– Pro­szę za­no­to­wać: Beti i Wtycz­ka, pię­tro czter­na­ste, skład­ka uisz­czo­na – ko­men­de­ru­je Siwy, choć żaden z jego kum­pli nie ma przy sobie nic do pi­sa­nia. Mię­śniak przy­glą­da mi się uważ­nie. Wiem co bę­dzie dalej, prze­ra­bia­li­śmy to już. Się­gam do kie­sze­ni, co nie umyka by­strym, świń­skim oczkom. 

– Jak tam na­sze­mu VIP-owi pa­su­ją wa­run­ki w na­szych skrom­nych pro­gach?

Znów ten sam żart, po raz któ­ryś już. Mam ocho­tę po­wie­dzieć tym gnoj­kom, że to wcale nie jest śmiesz­ne, że mo­gli­by się bar­dziej po­sta­rać, bo się po­wta­rza­ją. Za­miast tego, wy­cią­gam z kie­sze­ni ta­blicz­kę cze­ko­la­dy. 

– Pro­szę prze­ka­zać sza­now­ne­mu ko­mi­te­to­wi… – za­czy­nam swoją for­muł­kę. 

– Ko­mi­sji! – po­pra­wia mnie Siwy.

– Tak… Jasne, ko­mi­sji, wła­śnie. No więc pro­szę prze­ka­zać ode mnie ser­decz­ne po­dzię­ko­wa­nia – mówię i wrzu­cam do worka ta­blicz­kę cze­ko­la­dy. 

– I to ja ro­zu­miem, nie, chło­pa­ki? – Siwy kle­pie mnie po ple­cach, a potem, jakże zna­jo­mym mach­nię­ciem ręki, kie­ru­je nas w stro­nę windy. – Dzię­ku­je­my i ży­czy­my mi­łe­go dnia, prze­cho­dzić, prze­cho­dzić! 

Wcho­dzi­my do windy i w mil­cze­niu su­nie­my na górę. Okrop­nie długo trwa ta jazda starą, wy­słu­żo­ną pusz­ką. Za­trzy­mu­je­my się na kilku po­zio­mach, ko­lej­ni pa­sa­że­ro­wie wy­sia­da­ją bez słowa. 

Ostat­nie pię­tra po­ko­nu­je­my we troje, bo je­dzie z nami któ­ryś z tych prysz­cza­tych gów­nia­rzy. Sku­ba­niec szcze­rzy się od ucha do ucha, ga­piąc bez krę­pa­cji na nogi Beti i ry­su­ją­ce się pod jej ko­szul­ką sutki. W pew­nym mo­men­cie dys­kret­nie ce­lu­je w Beti obiek­ty­wem te­le­fo­nu, jed­nak ta opie­prza go z góry na dół i każe mu scho­wać sobie ten te­le­fon w dupę, bo na pewno mu się to spodo­ba, bo jest zbo­czeń­cem. Młody czer­wie­nie­je na twa­rzy i mam­ro­cze coś o tym, że wy­cią­gnął te­le­fon, bo tylko chciał coś spraw­dzić. 

Na na­szym pię­trze na­ty­ka­my się na grupę są­sia­dów. To ko­lej­ny zwy­czaj po­wta­rza­ny tu co po­nie­dzia­łek. 

– Dzień dobry, dzień dobry, czy są już wszy­scy? – krzy­czy ra­do­śnie jeden z na­sto­lat­ków sta­jąc na pal­cach i roz­glą­da­jąc się wokół, jakby pró­bo­wał po­li­czyć ze­bra­nych. 

– To wszy­scy, wje­cha­łem z ostat­ni­mi! – Szcze­rzy się do nas gów­niarz z windy.

Cała sy­tu­acja przy­po­mi­na tro­chę scen­kę z miej­skie­go dep­ta­ku, na któ­rym mło­dzi ar­ty­ści urzą­dza­ją wy­stęp: grup­kę na­sto­lat­ków ota­cza szczel­nym krę­giem nie­wiel­ki tłu­mek, wśród któ­re­go uwija się młoda dziew­czy­na z torbą i zbie­ra opła­ty za wy­stęp. 

– Śmia­ło, pro­szę bar­dzo, nasi przy­ja­cie­le spod dwu­nast­ki, pro­si­my o wpła­tę abo­na­men­tu na media, cze­ka­my tylko na was – na­wo­łu­je naj­bar­dziej wy­szcze­ka­ny z całej pacz­ki, wy­glą­da­ją­cy na ja­kieś pięt­na­ście lat, chło­pak z tle­nio­ną czu­pry­ną. 

Wy­cią­gam z siat­ki jedną z kon­serw, jed­nak wcina się prysz­cza­ty szczyl z windy.

– Na dole dali jedną cze­ko­la­dę, to na pewno mają jesz­cze jedną! – rzuca pa­trząc na Beti zło­śli­wie. 

– Cze­ko­la­da, tak, no bra­ku­je nam aku­rat jed­nej ta­blicz­ki – przy­zna­je tle­nio­ny blon­das.

– Nie mamy, od­da­li­śmy na dole, do re­zer­wy – tłu­ma­czę.

– Jasne. Ale Beti ma pew­nie jesz­cze drugą, co? Beti? – pyta gów­niarz z windy, krzy­wiąc twarz w sztucz­nym uśmie­chu. 

Wtedy na ko­ry­ta­rzu robi się bar­dzo cicho. Milk­ną są­siedz­kie roz­mo­wy i szu­ra­nie stóp po wy­po­le­ro­wa­nym przez lata be­to­nie. Roz­glą­dam się za­sko­czo­ny, pró­bu­jąc zna­leźć przy­czy­nę. Spoj­rze­nia wszyst­kich wę­dru­ją od Beti, do py­ska­te­go malca i z po­wro­tem. Mło­de­mu rzed­nie mina. 

– Nie roz­pę­dzaj się tak, bo po­wiem two­jej ma­mu­si – mówi w końcu Beti z uśmie­chem, który nie do­cie­ra do jej oczu. 

Chło­pak zu­peł­nie traci rezon – z nie­wy­raź­ną miną robi parę kro­ków w tył i znika wśród ze­bra­nych tu ludzi.

 

– No do­brze, to my bar­dzo dzię­ku­je­my za wpła­ty i za­pra­sza­my na ser­wis in­for­ma­cyj­ny – prze­ry­wa mil­cze­nie na­sto­la­tek z bia­ły­mi wło­sa­mi. 

Na śro­dek holu wkra­cza Gruba, która chyba ma wśród tych mło­dych naj­więk­szy po­słuch. Nie­zgrab­na na­sto­lat­ka poci się i do­sta­je za­dysz­ki po wy­po­wie­dze­niu le­d­wie jed­ne­go zda­nia. Pa­trzy w ta­blet i za­czy­na czy­tać.

Do­wia­du­je­my się od niej, że na świe­cie w wy­ni­ku epi­de­mii za­cho­ro­wa­ło już mi­liard sie­dem­set mi­lio­nów ludzi, ale tak na­praw­dę to tylko sza­cun­ki, bo nie da się tego wszyst­kie­go po­li­czyć. Że praw­do­po­dob­nie zmar­ło już ponad pięć­set mi­lio­nów. Że śmierć jest wszę­dzie do­oko­ła, a je­dy­ne, co mo­że­my zro­bić, to ukryć się przed nią i cze­kać, aż sobie pój­dzie albo nas znaj­dzie. Że le­ka­rze wal­czą, na­ukow­cy pra­cu­ją, rządy robią co mogą, oby­wa­te­le współ­pra­cu­ją… 

 

Od­pły­wam.

 

Nie mogę tego słu­chać. 

Co się stało ze mną, tak bar­dzo przej­mu­ją­cym się jesz­cze jakiś czas temu każdą ko­lej­ną in­for­ma­cją o po­stę­pach epi­de­mii? Przed trze­ma mie­sią­ca­mi, jesz­cze zanim tu tra­fi­łem, to wszyst­ko do­pie­ro się za­czy­na­ło. Pa­mię­tam ten nie­śmia­ły z po­cząt­ku i tro­chę wsty­dli­wy lęk przed nowym, zu­peł­nie nie­zna­nym za­gro­że­niem. Gdzieś da­le­ko, na innym kon­ty­nen­cie, w innym kraju. U nich, nie u nas. 

Ale strach rósł sobie po­wo­li, oplótł nas sie­cią cien­kich, bia­łych ko­rzon­ków, by w końcu roz­kwit­nąć buj­nie i gwał­tow­nie wraz z pierw­szy­mi do­nie­sie­nia­mi o po­je­dyn­czych przy­pad­kach, set­kach, ty­sią­cach, dzie­siąt­kach ty­się­cy ofiar. Bli­sko, coraz bli­żej.

Nie ma we mnie już tego nie­po­ko­ju, który kazał mi wciąż spraw­dzać i eks­cy­to­wać się new­sa­mi o śmier­ci, nawet jeśli nigdy jej nie zo­ba­czy­łem na wła­sne oczy. 

Teraz nadal jej nie widzę. Nie mogę nawet spraw­dzić naj­now­szych wia­do­mo­ści. Moje łącze nie jest w sta­nie zna­leźć sieci, prze­szka­dza mi tylko swoim mil­cze­niem, tym cią­głym bra­kiem sy­gna­łu, jest jak dziu­ra w zębie, którą wciąż spraw­dzam ję­zy­kiem. 

Teraz o śmier­ci do­wia­du­ję się od garst­ki gów­nia­rzy z bloku, któ­rzy twier­dzą, że mają jesz­cze do­stęp do netu, bo Gruba jest ge­niu­szem i zna się na elek­tro­ni­ce. 

Wciąż pin­gu­ję sieć. I wciąż od­po­wia­da mi cisza.

 

***

Miesz­ka­nie Beti jest ma­leń­kie nawet jak na ka­wa­ler­kę; mniej­sze niż sam tylko mój pokój w domu ro­dzi­ców pod Ko­pu­łą. Dziew­czy­na ma tu sto­lik, dwa pla­sti­ko­we krze­sła, aneks ku­chen­ny i ła­zien­kę wiel­ko­ści schow­ka na mio­tły. Śpimy na roz­ło­żo­nej wer­sal­ce, któ­rej nie chce nam się już skła­dać.

Na ścia­nie przy łóżku wisi wy­bla­kła fo­to­ta­pe­ta. Na zdję­ciu jest gęsty, świer­ko­wy las z prze­zie­ra­ją­cy­mi przez ga­łę­zie pro­mie­nia­mi słoń­ca. To je­dy­na rzecz, którą można tu uznać za ozdo­bę.

Beti cza­sem snuje opo­wieść o lesie. Z po­cząt­ku wy­wo­ły­wa­ło to mój po­błaż­li­wy uśmiech, jed­nak teraz mam tej pa­pla­ni­ny tro­chę dość. Nie chcąc robić jej przy­kro­ści, nie oka­zu­ję tego po sobie.

Im głę­biej, tym las jest bar­dziej ciem­ny i cichy. W dole, wą­ski­mi ścież­ka­mi wy­dep­ta­ny­mi w gru­bym igli­wiu, prze­my­ka­ją jego miesz­kań­cy. Beti nie wie, kim są, mówi tylko o ich cie­niach, szep­tach i ledwo sły­szal­nych kro­kach. Cza­sem, kiedy jest upa­lo­na, w jej hi­sto­ryj­kach po­ja­wia­ją się ta­jem­ni­cze po­sta­cie, a wła­ści­wie jedna.

– To Pani lasu, jest bar­dzo po­tęż­na – opo­wia­da Beti nie­obec­nym gło­sem, prze­cią­ga­jąc sy­la­by. – Źli lu­dzie za­bra­li jej kró­le­stwo, ale Wład­czy­ni wróci sil­niej­sza, od­zy­ska wła­dzę nad nimi wszyst­ki­mi i świer­ko­wy las znów bę­dzie szu­miał.

Oczy­wi­ście, nigdy nie dane mi było po­znać tej hi­sto­rii do końca. Beti zo­sta­wia ją za­wsze roz­grze­ba­ną i za­sy­pia, zanim zdoła po­spla­tać ze sobą wszyst­kie wątki. 

Nie mogła wi­dzieć nigdy lasu, tak jak nigdy nie wi­dzia­łem go na wła­sne oczy ja. Bo nasz świat to bloki i ko­pu­ły. Nasz świat to ja­ło­we pu­sty­nie pełne mar­twych drzew i su­chych kości, upały, smród wy­sy­pisk, smród wdy­cha­ne­go po­wie­trza. 

 

Naj­waż­niej­sze w klit­ce Beti jest okno. Leżę na wznak, pa­trzę na ten wiel­ki kwa­drat. Naj­czę­ściej niebo jest brud­no­sza­re, jakby za­snu­te dymem. Cza­sem jest sta­lo­wo­sza­re, puste i po­zba­wio­ne tre­ści, ale cza­sem wy­peł­nio­ne ciem­nym, głę­bo­kim gra­na­tem i choć nie widać gwiazd wiem, że gapię się pro­sto w ko­smos. 

Ale kiedy niebo za oknem jest błę­kit­ne i prze­cha­dza­ją się po nim le­ni­wie stada chmur, mówię o tym Beti. Dziew­czy­na przy­su­wa się do mnie, le­ży­my razem i pa­trzy­my na nie­koń­czą­cy się marsz. Przez te parę chwil, gdy ko­lej­ne ob­ło­ki po­ja­wia­ją się z jed­nej stro­ny okna, by zaraz znik­nąć z dru­giej, pró­bu­je­my na­zy­wać ich kształ­ty i opi­su­je­my je sobie. I naj­czę­ściej oka­zu­je się, że każde z nas widzi za oknem coś in­ne­go. To nasza je­dy­na roz­ryw­ka, je­dy­ne za­ję­cie od ty­go­dni.

 

– Wo­lał­byś być gdzie in­dziej, praw­da? – pyta Beti, pa­trząc w okno.

– A ty nie? – od­po­wia­dam po dłuż­szej chwi­li, kilku mi­nu­tach, a może go­dzi­nie? Kiedy pa­trzy­my przez okno, czas jest płyn­ny i leje się przez palce, mo­men­ta­mi klei się, krzep­nie, wręcz za­sty­ga. 

– Ja, odkąd tu je­stem, za­wsze wo­la­łam być gdzie in­dziej. – Beti po­ło­ży­ła się na boku i pod­par­ła głowę ręką, wbi­ja­jąc we mnie spoj­rze­nie. – Przy­kro mi, że tu ze mną utkwi­łeś, Nick, na­praw­dę. Tu nigdy nie było do­brze, tylko że ja przy­wy­kłam, bo je­stem tu już bar­dzo, bar­dzo długo.

Mil­czę. Pod spoj­rze­niem tych lo­do­wo­błę­kit­nych oczu wszyst­ko, co chciał­bym po­wie­dzieć roz­sy­pu­je się w proch. 

– Pędzą, jakby przed czymś ucie­ka­ły, co? – mówię w końcu, od­wró­ciw­szy wzrok kie­run­ku prze­pły­wa­ją­cych przez kwa­dra­to­wy kadr chmur.

 

***

 

Na ten zimny błę­kit na­tkną­łem się trzy mie­sią­ce temu w jed­nym z me­ga­klu­bów na obrze­żach Ko­pu­ły. W wirze pul­su­ją­cej mu­zy­ki, pół­na­gich ciał, tań­czą­cych świa­teł i cieni, w tym pod­krę­co­nym kok­sem sza­leń­stwie jak z pusz­czo­ne­go w przy­spie­szo­nym tem­pie filmu, nagle zwol­ni­łem. Ścią­gnę­ła mnie jed­nym spoj­rze­niem i za­bra­ła ze sobą. 

Chyba wszy­scy wtedy tak mieli: po­czu­cie, że za­ra­za jest bar­dzo bli­sko i całe to roz­pę­ta­ne na świe­cie pie­kło po­ja­wi się lada chwi­la i u nas. Je­dy­ne co nam zo­sta­ło, to wy­ba­wić się ile wle­zie.

Wy­star­czy­ło, że z Beti spoj­rze­li­śmy sobie w oczy i wie­dzie­li­śmy od razu, że tę noc spę­dzi­my razem, odu­rze­ni tań­cem, mu­zy­ką, nar­ko­ty­ka­mi i sobą na­wza­jem. Nawet nie pa­mię­tam, jak i dla­cze­go tra­fi­li­śmy aku­rat do niej, na blo­ko­wi­sko – miej­sce, które nor­mal­nie omi­jał­bym z da­le­ka, bo kto by się pchał w to gi­gan­tycz­ne, be­to­no­we dzia­do­stwo pełne bie­do­ty na za­sił­ku? 

Obu­dzi­li­śmy się u niej na wer­sal­ce, w odra­pa­nym miesz­ka­niu i na­tych­miast za­pra­gną­łem stam­tąd uciec. Po­że­gna­łem się jakoś nie­zdar­nie i wy­sze­dłem, zbyt gło­śno trza­ska­jąc drzwia­mi. Po­czła­pa­łem do windy. 

Coś się zmie­ni­ło. Bez ostrze­że­nia, jakby ktoś użył ja­kie­goś przy­ci­sku, w mojej gło­wie po­ja­wił się kosz­mar­ny szum. Był jak pod­krę­co­na na mak­sy­mal­ną gło­śność, prze­ni­ka­ją­ca kości cisza. Prze­ra­żo­ny, przy­spie­szy­łem kroku. Byle do­stać się do domu, pod Ko­pu­łę. 

W win­dzie zo­ba­czy­łem wzory. Na ścia­nach, su­fi­cie, wy­bla­kłym i spę­ka­nym lu­strze, nawet na pod­ło­dze, jeden na dru­gim, po­ukła­da­ne war­stwa­mi, tkwi­ły na­ba­zgra­ne gru­bym ma­za­kiem blo­ker­skie sym­bo­le, na­pi­sy i ry­sun­ki. Znaki za­czę­ły drżeć, wić się i po­wo­li prze­miesz­czać, pró­bo­wa­łem nawet chwy­cić nie­któ­re z nich w dłoń, by przyj­rzeć im się z bli­ska. Szum za­czął prze­cho­dzić w gwizd, a potem prze­raź­li­wy pisk. Spró­bo­wa­łem we­zwać pomoc, wy­słać ko­mu­ni­kat do ro­dzi­ców… Nic. Pa­mię­tam to zimno, świa­do­mość roz­kwi­ta­ją­cą gdzieś w środ­ku jak lo­do­wy krysz­tał.

Ping – cisza. Ping – pust­ka. Pierw­szy raz w życiu stra­ci­łem kon­takt z sie­cią. 

A potem za­pa­dłem się w ciszę i ciem­ność. 

 

***

 

W bloku na­zy­wa­ją mnie Wtycz­ką. Pierw­sze sko­ja­rze­nie jest oczy­wi­ste: to z po­wo­du ko­nek­to­rów. Mam je na dło­niach, na gło­wie i karku; me­ta­lo­we płyt­ki przy­ku­wa­ją uwagę i są po­wo­da­mi wciąż tych sa­mych żar­tów o tym, gdzie jesz­cze je mam i co można do nich pod­łą­czyć. 

Ale ten pseu­do­nim ma jesz­cze jedno, głęb­sze zna­cze­nie: ten, co po­ja­wił się w tym samym dniu, co żoł­nie­rze i żół­to-czar­na taśma, wsta­wio­ny tu przez nich w mo­men­cie roz­po­czę­cia blo­ka­dy. Przy mnie cich­ną roz­mo­wy, pa­da­ją krzy­we spoj­rze­nia. Je­stem obcy, je­stem Wtycz­ką. 

 

– Nie wiem, po chuj tu je­steś w ogóle i co kom­bi­nu­jesz – mówi Siwy przy­pie­ra­jąc mnie do ścia­ny. Znaj­du­ję się w po­trza­sku jego przy­pa­ko­wa­nych ra­mion. Czuję za­pach gan­dzi i al­ko­ho­lu, okrop­na jest ta jego bli­skość, do­sko­na­le wi­docz­ne pory skóry na nosie, osad na zę­bach, cie­pło jego od­de­chu na mojej twa­rzy. 

– Nie lu­bi­my was tu, na blo­kach, po­wi­nie­nem cię stąd wy­ko­pać na zbity pysk. 

– Siwy, daj spo­kój, ni­g­dzie ni­ko­go nie wy­ko­piesz. – Beti nawet nie pod­no­si głosu. Kła­dzie nie­wiel­ką dłoń na bar­czy­stym ra­mie­niu męż­czy­zny i spo­koj­nie od­su­wa go ode mnie. 

– Masz szczę­ście, ro­bo­cie, że tra­fi­łeś na Beti, je­steś pod jej ochro­ną. – Ni­czym lufa pi­sto­le­tu pa­luch Si­we­go wy­ce­lo­wa­ny jest pro­sto w moją głowę. – Le­piej jej nie krzywdź, czy coś, bo za­je­bię cię go­ły­mi rę­ka­mi – do­da­je. 

Boję się Si­we­go i in­nych. Są agre­syw­ni i gwał­tow­ni. Jak ze sobą roz­ma­wia­ją, to za­wsze tak, jakby mieli się zaraz pobić. Wy­zy­wa­ją się, po­py­cha­ją, mar­ku­ją ciosy, na­cie­ra­ją na sie­bie jak ko­gu­ty, ale nigdy nie prze­kra­cza­ją ja­kiejś nie­wi­docz­nej gra­ni­cy, za którą wszyst­ko by­ło­by już na serio. Trzy­ma­ją się razem i nigdy nie wi­dzia­łem, żeby do­szło mię­dzy nimi do cze­goś wię­cej niż tych cią­głych prze­py­cha­nek i wy­zwisk. Nigdy nie wi­dzia­łem też, żeby ci bru­ta­le choć raz po­trak­to­wa­li źle Beti, mimo że nie stro­nią od prze­mo­cy w sto­sun­ku do po­zo­sta­łych miesz­kań­ców. 

– Chodź­my na dach, Nick. – Beti pa­trzy na mnie we­so­ło, jakby nic się nie stało. 

 

Wy­bie­ra­my się tam za­wsze wie­czo­rem, bo w ciągu dnia jest zbyt go­rą­co. Gdy zmierz­cha, roz­grza­ny słoń­cem beton za­czy­na od­da­wać cie­pło noc­ne­mu po­wie­trzu i robi się wtedy nawet przy­jem­nie. Rzad­ko tam cho­dzę, mimo na­le­gań Beti wolę zo­sta­wać w domu. 

Nie, nie w domu – w jej miesz­ka­niu. 

Na dachu zbie­ra się wie­czo­ra­mi mnó­stwo osób, nie chcę tych spoj­rzeń i roz­mów, z któ­rych w każ­dej chwi­li może wy­nik­nąć coś nie­przy­jem­ne­go. Czę­sto od­ma­wiam, wtedy dziew­czy­na po pro­stu wzru­sza ra­mio­na­mi i idzie tam sama.

 

***

 

Wokół nas, jak usta­wie­ni w sze­re­gu na bacz­ność ogrom­ni żoł­nie­rze, po ho­ry­zont ster­czą kan­cia­ste wie­żow­ce. Na da­chach widać setki ludz­kich syl­we­tek, czar­nych na tle roz­pa­lo­ne­go na po­ma­rań­czo­wo przez za­cho­dzą­ce słoń­ce nieba. Nasz dach jest jak ogrom­ny, wię­zien­ny spa­cer­niak na któ­rym lu­dzie ćwi­czą, bie­ga­ją, pró­bu­ją grać w piłkę, bawią się z dzieć­mi. Zbie­ra­ją się w mniej­szych grup­kach i roz­ma­wia­ją, albo od­cho­dzą tro­chę na bok i stoją sami, ple­ca­mi do wszyst­kich, za­pa­trze­ni w szczer­ba­ty ho­ry­zont, za któ­rym wła­śnie chowa się słoń­ce.

Nad pla­cem uno­szą się kłęby dymu i cięż­kie, ba­so­we brzmie­nia. Pa­nu­ją­ce tu przez cały dzień cisza i spo­kój eks­plo­du­ją na­gro­ma­dzo­ną przez go­dzi­ny bez­czyn­no­ści ener­gią.

Beti tań­czy, a ja nie mogę ode­rwać od niej wzro­ku. Wokół niej są inni, tak jak ona mio­ta­ją się w ryt­micz­nych kon­wul­sjach, od­pły­wa­ją gdzieś da­le­ko, nie­sie­ni dud­nią­cym ryt­mem pro­stej mu­zy­ki, do­cie­ra­ją­cej w nich do miejsc, któ­rych nie znam, miejsc, któ­rych chyba nie mam. 

Chcę tylko pa­trzeć na Beti. Tań­czy, pali skrę­ta, prze­ka­zu­je go dalej. Ota­cza ją burza wło­sów i nie­bie­ska­wy dym. Znika, prze­sło­nię­ta roz­ma­za­ny­mi w tańcu po­sta­cia­mi; mru­gam przez chwi­lę. Błą­dzę wzro­kiem. Jest! Ma za­mknię­te oczy i ko­ły­sze się w rytm mu­zy­ki.

– Tej, Wtycz­ka, chodź, zapal z nami! – woła Siwy. – No, chodź! 

Pod­cho­dzę, palę z nimi ogrom­ne­go, prze­ka­zy­wa­ne­go zgod­nie w ru­chem wska­zó­wek ze­ga­ra blan­ta. Wiem, że nie za­dzia­ła na mnie tak, jak na nich.

– Chce­cie nas wszyst­kich za­je­bać, co? – mówi jeden z chło­pa­ków z pacz­ki Si­we­go. 

Siwy za­cią­ga się skrę­tem, wy­pusz­cza nosem hek­to­li­try dymu, na­cią­ga kap­tur czar­nej bluzy i za­czy­na po­dry­gi­wać w rytm mu­zy­ki. 

– Nic ci nie zro­bi­my, Wtycz­ka, nie pękaj – cią­gnie chło­pak. – Ale po­wiedz, jak ty to wszyst­ko wi­dzisz, co? Tę epi­de­mię? 

Chcę mu od­po­wie­dzieć, ale wy­raź­nie nie jest za­in­te­re­so­wa­ny tym, co mam do po­wie­dze­nia, roz­krę­ca się.

– Macie nas pew­nie za głup­ków, ale my swoje wiemy! – Kum­pel Si­we­go stuk­nął się wy­mow­nie pal­cem w czoło. – Umie­my my­śleć, wiesz? Cią­gle to po­tra­fi­my!

– Co wie­cie? – pytam w końcu. 

– Co wiemy? Wszyst­ko! To wszyst­ko ro­bo­ta rządu! Cała ta za­ra­za jest wła­śnie po to. Je­ste­śmy wam nie­po­trzeb­ni, je­ste­śmy cię­ża­rem! 

– Hej, to nie­praw­da, ja… – Pró­bu­ję mu prze­rwać, bo wiem dokąd zmie­rza, ale chło­pak mnie nie słu­cha, musi to z sie­bie wy­rzu­cić. 

– Wy­my­śli­li­ście tę cho­ro­bę, po­je­by! Za­mknę­li­ście nas i tylko cze­ka­cie, jakby tu nas za­pier­do­lić! – Chło­pak rusza na mnie z unie­sio­ny­mi pię­ścia­mi. 

Cofam się, prze­ra­żo­ny, ale ten zbli­ża się i bie­rze za­mach. Wiem, że dwa kroki za mną koń­czy się dach, a za­czy­na prze­paść. Za­czy­nam szyb­ko szu­kać drogi uciecz­ki, byle zejść mu z drogi i nie dać się ze­pchnąć. Na szczę­ście na szyi chło­pa­ka po­ja­wia się po­tęż­ne, wy­ta­tu­owa­ne ramię Si­we­go.

– Stary, weź się, kurwa, uspo­kój, dobra? – mówi Siwy i od­cią­ga go gdzieś w tłum. 

Znów ją widzę. Idzie w moją stro­nę zwin­nie wy­mi­ja­jąc tań­czą­cych. Przez chwi­lę myślę, że pa­trzy na mnie, jed­nak jej spoj­rze­nie gna za moje plecy. Beti unosi rękę i po­ka­zu­je coś z tyłu. 

– Zgasł! – Jej krzyk prze­bi­ja się przez mu­zy­kę, a lu­dzie, jeden po dru­gim, prze­sta­ją tań­czyć. 

Z rów­ne­go sze­re­gu peł­nych życia blo­ków – ko­lumn mru­ga­ją­cych świa­teł­ka­mi mi­lio­na okien – jeden zgasł wła­śnie jak wy­pa­lo­na ża­rów­ka w łań­cu­chu cho­in­ko­wych lam­pek. Łań­cu­chu, który i tak jest już tro­chę wy­bra­ko­wa­ny. 

– Boże! – Sły­chać krzyk. 

– To już siód­my! – do­da­je inny głos.

– To dzie­więt­nast­ka, znamy tam typów. – Niski głos Si­we­go uci­sza po­zo­sta­łe. 

Siwy staje bli­sko kra­wę­dzi dachu, od­pa­la racę. Chło­pa­ki od­da­ją cześć zga­słej dzie­więt­na­st­ce w mil­cze­niu, ale z tłumu ze­bra­nych na dachu miesz­kań­ców sły­chać prze­kleń­stwa, cza­sem płacz. Tuż obok mnie stoi Beti. Widzę tylko jej pro­fil pod­świe­tlo­ny bla­skiem ja­rzą­cej się flary; wy­glą­da, jakby się uśmie­cha­ła.

Dziew­czy­na od­wra­ca się w moją stro­nę i de­li­kat­nie cią­gnie za rękę. Jest ciem­no i nie­wie­le widać, ale wciąż mam wra­że­nie, że po jej twa­rzy błąka się uśmiech.

– Chodź­my stąd, Nick, szyb­ko – szep­cze.

Zer­kam jesz­cze na opa­da­ją­ce w dół ja­skra­wo­ró­żo­we iskry racy. Je­ste­śmy zbyt wy­so­ko, żeby jej ostre świa­tło padło na znaj­du­ją­ce się na dole woj­sko­we trans­por­te­ry i na­mio­ty, wiem jed­nak, że wciąż tam są. 

– Nick – Szept Beti i mocny uścisk jej dłoni wy­ry­wa­ją mnie z za­my­śle­nia. – Chodź, teraz.

Gdy od­cho­dzi­my, Siwy rzuca do­ga­sa­ją­cą racę w zie­ją­cą u jego stóp prze­paść. 

– To na pewno epi­de­mia, jest już na blo­ko­wi­sku – rzuca ktoś. 

– Ja wam mówię, nie ma żad­nej epi­de­mii! Chcą nas wszyst­kich za­je­bać, blok po bloku! 

***

 

Ledwo na­dą­żam za Beti, która szyb­kim kro­kiem kie­ru­je się do miesz­ka­nia. Ko­ry­tarz słabo oświe­tla kilka umo­co­wa­nych w dru­cia­nych osło­nach ża­ró­wek, w dzie­siąt­kach ma­łych świa­tów za drzwia­mi tętni życie – sły­chać roz­mo­wy, krzy­ki i śmie­chy, a przez szpa­ry wy­do­by­wa się cie­płe świa­tło. 

– Boję się. – Dziew­czy­na od­zy­wa się do­pie­ro po wej­ściu do na­szej klit­ki i za­mknię­ciu za sobą drzwi na za­suw­kę. 

– Wszy­scy się boimy – od­po­wia­dam. – To jest coraz bli­żej – mówię wska­zu­jąc ręką za okno.

– Nie tego. Ale oni tam, na górze, w końcu coś ci zro­bią. Kie­dyś coś w nich pęk­nie i ich nie po­wstrzy­mam. 

– To strach, Beti. Wokół umie­ra­ją lu­dzie, wła­śnie byli świad­ka­mi… Prze­cież wy­marł cały blok.

– Nie wiesz tego. Taki mądry, su­per­mózg, roz­ma­wia z kom­pu­te­ra­mi, a głupi.

– Wiem, że co­dzien­nie umie­ra­ją mi­lio­ny i że w ko­lej­nych blo­kach gasną świa­tła. Nie trze­ba być ge­niu­szem, żeby to ze sobą po­łą­czyć. 

– Do­sta­jesz strzęp­ki in­for­ma­cji od tych gnoj­ków, prze­cież oni pew­nie więk­szość z tego wy­my­śla­ją! – Beti pod­no­si głos i za­czy­na ener­gicz­nie ge­sty­ku­lo­wać. – Nic nie wiesz, Nick! 

– Beti, to epi­de­mia, pan­de­mia, a tuż obok umie­ra­ją lu­dzie, blok po bloku, ty­siąc po ty­siącu, a ja nie wiem, czego tu nie ro­zu­miesz?

– Kar­misz się cy­fer­ka­mi, bo ina­czej nie umiesz. A to tylko cy­fer­ki! Nie wi­dzia­łeś ni­ko­go z tych two­ich mi­lio­nów zmar­łych. Gruba i spół­ka po­da­ją ci licz­by, a ty w nie wie­rzysz. Licz­by nie kła­mią, tak? A jeśli kła­mią ci, co po­da­ją licz­by?

Sia­dam na łóżku, spusz­czam głowę i cho­wam twarz w dło­niach. 

– To w co mam wie­rzyć, co? – pytam przy­tłu­mio­nym gło­sem. – Prze­cież jest ja­kieś jedno wy­tłu­ma­cze­nie. 

– Jedno, Nick? – Beti prych­nę­ła po­gar­dli­wie. Dziew­czy­na staje przede mną, pa­znok­cie jej brud­nych od tańca na dachu stóp są po­ma­lo­wa­ne ró­żo­wym la­kie­rem. – By­ło­by ła­twiej, co nie?

Czuję jej dło­nie. Do­ty­ka zim­nych łączy wy­ra­sta­ją­cych ze skóry na mojej gło­wie ni­czym me­ta­lo­we wyspy. 

– Wiesz, że tam, za blo­ka­mi, jest las? Świer­ko­wy, jak ten tutaj, na ścia­nie. – Głos Beti jest już cichy i spo­koj­ny, jakby roz­ma­rzo­ny. 

– Ko­cha­nie, tak, mó­wi­łaś, ale prze­cież tam nic nie ma!

– Nie je­stem Grubą, nie mam dla cie­bie cy­fe­rek – mówi klę­ka­jąc przede mną, by spoj­rzeć mi w oczy. – Tam jest pięk­ny, zie­lo­ny i pach­ną­cy las. Wie­rzysz mi?

– Beti…

– Wie­rzysz?

– Tak.

– A uwie­rzył­byś, gdy­bym ci po­wie­dzia­ła, że to co się dzie­je, ta epi­de­mia, to taki me­cha­nizm obron­ny? Na­tu­ra się broni, ko­cha­ny. Broni się przed ludź­mi, Wład­czy­ni wzywa do sie­bie… 

Wi­dząc moja minę, Beti urywa w pół zda­nia, ża­łu­jąc chyba, że w ogóle je za­czę­ła.

 

***

 

W dzień Beti czę­sto prze­sy­pia dłu­gie, le­pią­ce się od upału go­dzi­ny, zo­sta­wia­jąc mnie sa­me­mu sobie. 

Cza­sa­mi wy­my­kam się po cichu z jej miesz­ka­nia i szwen­dam po bloku. Z re­gu­ły nikt nie ma ocho­ty na roz­mo­wę z Wtycz­ką, więc przez ni­ko­go nie na­ga­by­wa­ny snuję się ko­ry­ta­rza­mi, prze­my­kam klat­ka­mi scho­do­wy­mi, wy­glą­dam przez nigdy nie myte okna. Pa­trzę na roz­sta­wio­ne mię­dzy bu­dyn­ka­mi osie­dla wozy bo­jo­we, ba­ry­ka­dy z brzyd­kich, pla­sti­ko­wych kloc­ków, prze­cha­dza­ją­cych się znu­dzo­nym kro­kiem żoł­nie­rzy wy­glą­da­ją­cych z tej per­spek­ty­wy jak po­sta­cie ze sta­rej gry kom­pu­te­ro­wej. 

W bocz­nej klat­ce scho­do­wej unosi się smród. W całym odra­pa­nym gi­gan­cie z be­to­nu pa­nu­je za­duch i mie­szan­ka woni go­to­wa­nych ka­la­fio­rów z za­pa­chem sta­rych pa­pie­ro­sów, ale tu kró­lu­je smród zgni­li­zny. Do­bie­ga z za­kry­tych bla­sza­ny­mi po­kry­wa­mi pasz­czy zsypu na śmie­ci. Taka obrzy­dli­wa jama w ścia­nie znaj­du­je się na każ­dym pół­pię­trze i naj­czę­ściej to wła­śnie w oko­li­cach któ­rejś z nich można naj­ła­twiej spo­tkać za­miesz­ku­ją­cą blok mło­dzież. 

Gów­nia­rze­ria jara tu pa­pie­ro­sy i ziel­sko, po­pi­ja zdo­bycz­ną wódkę i spę­dza całe go­dzi­ny gra­jąc na smart­fo­nach w gry. Gruba zmo­dy­fi­ko­wa­ła im opro­gra­mo­wa­nie tak, że dzia­ła­ją mimo braku sieci. Jest tak dobra, że umie skon­fi­gu­ro­wać im pry­mi­tyw­ną sieć lo­kal­ną i umoż­li­wić za­ba­wę w try­bie multi. 

Gdy­bym miał ak­tyw­ne łącze, za­ba­wa tym pro­stym i sta­rym kodem by­ła­by czymś try­wial­nym. Ale ręcz­na dłu­ba­ni­na bez słow­ni­ków i in­struk­cji by­ła­by trud­na. Wciąż się za­sta­na­wiam, jak to moż­li­we, że radzi sobie z tym prysz­cza­ta gru­ba­ska z pre­ka­riac­kie­go osie­dla. 

Kró­le­stwo Gru­bej znaj­du­je się na jed­nym z pół­pię­ter. Dziew­czy­na sie­dzi na pa­ra­pe­cie wiel­kie­go okna, któ­re­go szyba po­kry­ta jest gęstą sie­cią cha­otycz­nych ba­zgro­łów zro­bio­nych mar­ke­rem. Przy­po­mi­na mi się ów po­ra­nek sprzed ty­go­dni i za­słab­nię­cie w win­dzie. Wspo­mnie­nie jest tak silne, że aż wstrzy­mu­ję od­dech i cze­kam na po­wrót upior­ne­go szumu.

– O, siema Wtycz­ka. – Gruba wy­plą­tu­je się z kłę­bo­wi­ska kabli i nie­zgrab­nie ze­ska­ku­je z pa­ra­pe­tu. W ręku trzy­ma an­tycz­ny ta­blet, z któ­rym chyba nigdy się nie roz­sta­je.

– Cześć – od­po­wia­dam i za­trzy­mu­ję się w po­ło­wie scho­dów.

– No co? Chodź, nie zjemy cię – mówi Gruba, a kilku szczy­li wy­bu­cha śmie­chem. 

– Wpier­do­li­ła­byś go z ko­stecz­ka­mi, nie, Gruba? – mówi jeden z nich. Salwa śmie­chu nie­sie się po klat­ce scho­do­wej. 

– Weź się, pało. – Dziew­czy­na karci go wzro­kiem i po chwi­li durny re­chot cich­nie.

– No, chodź. – Gruba pa­trzy na mnie wy­cze­ku­ją­co. Od­wra­cam się, chcę odejść. Nu­dzą­ce się szczy­le po­tra­fią być nie­zno­śne i agre­syw­ne. 

– Cze­kaj, po­cze­kaj chwi­lę, chcę po­ga­dać! 

Dziew­czy­na idzie za mną po scho­dach, przy jej tuszy to spory wy­si­łek. Po­ma­ga sobie pod­cią­ga­jąc się ręką po po­rę­czy. 

– Po­ga­da­my? – pyta lekko za­sa­pa­na.

– Zo­staw mnie, nic od was nie chcę, prze­cho­dzi­łem tylko – od­pie­ram. 

– Roz­ma­wiasz z ma­szy­na­mi, praw­da? 

Po­zo­sta­wiam jej py­ta­nie bez od­po­wie­dzi. 

– Ja też – cią­gnie Gruba. – Ja też, ale tylko tro­chę, nie tak jak ty – do­da­je, zer­ka­jąc zna­czą­co na moje ko­nek­to­ry. 

– Ty? Roz­ma­wiasz? – Nie chcia­łem, żeby w moim gło­sie za­brzmia­ło po­wąt­pie­wa­nie, ale chyba nie do końca mi się udało. 

– A co kurwa, nie mogę? Bo co, bo nie uro­dzi­łam się gdzieś tam u was w cen­trum i nie zro­bi­li ze mnie dzi­wa­dła z gniaz­dem na kable w dupie? – Gruba za­trzy­mu­je się, za­dzie­ra głowę i pa­trzy mi w oczy; zer­kam szyb­ko gdzieś w bok. 

– Prze­pra­szam, nie wiem, nie chcia­łem cię ura­zić. Nie są­dzi­łem, że po­tra­fisz…

– Bo nie po­tra­fię! – Gruba roz­glą­da się po pu­stym ko­ry­ta­rzu, upew­nia­jąc się, że nikt jej nie sły­szał. – Nie tak jak wy, w każ­dym razie. Po pro­stu umiem, no wiesz, robić różne rze­czy z kodem, je­stem w tym nie­zła. 

– No, na pewno je­steś dobra. – Chcę ją jakoś udo­bru­chać.

– Daj spo­kój z ta­ki­mi tek­sta­mi, no pro­szę cię – ucina Gruba.

Cho­dzi­my po ko­ry­ta­rzu tam i z po­wro­tem, widać, że dziew­czy­nę to męczy, bo co jakiś czas za­trzy­mu­je­my się, żeby od­sap­nąć. 

– Chcia­ła­bym, no wiesz, tak jak wy. Nor­mal­nie się z nimi łą­czyć, ro­zu­mieć je. Ba­bra­nie się w ko­dzie jest, no wiesz.

– Nie wiem. Nie pra­cu­ję z kodem. Pra­cu­ję z ma­szy­na­mi, one są mą­drzej­sze ode mnie, grze­ba­nie im w ko­dzie by­ło­by bez sensu. 

– Na­uczył­byś mnie cze­goś? Jak to jest? Jak się roz­ma­wia? – Gruba wbija we mnie spoj­rze­nie i czeka. 

Mil­czę przez chwi­lę, ana­li­zu­jąc sce­na­riu­sze. Wa­riant po wa­rian­cie, moż­li­wość po moż­li­wo­ści, kon­se­kwen­cje, efek­ty, ry­zy­ka. 

– Opo­wiem ci, ale muszę coś wie­dzieć.

– Dawaj. 

– Masz do­stęp do sieci? – pytam dziew­czy­nę, jed­nak w od­po­wie­dzi do­sta­ję tylko po­gar­dli­we prych­nię­cie. – Masz?

– No ra­czej, co to za py­ta­nie w ogóle? – od­po­wia­da Gruba po na­my­śle. Za­ję­ło jej to uła­mek se­kun­dy, jed­nak nie dało się tego nie za­uwa­żyć. 

– Bo ja nie mam. Nic nie pin­gu­je. Moim zda­niem sieć jest wy­łą­czo­na. Stąd to py­ta­nie. 

Na­sto­lat­ka od­wra­ca wzrok. 

– Opo­wiem ci, jak się roz­ma­wia. Ale mu­sisz po­wie­dzieć praw­dę. Czy na pewno masz do­stęp do sieci? – po­na­wiam py­ta­nie. 

– Na pewno mam do­stęp do sieci, Wtycz­ko!

Gruba pró­bu­je uśmie­chać się drwią­co, jed­nak efekt tego jest mi­zer­ny, pa­trzę na nie­zdar­ny gry­mas i lekko przy­gry­zio­ną wargę. Pa­trzy mi w oczy, za­czy­na bar­dzo czę­sto mru­gać.

– Muszę się pod­łą­czyć, choć na chwi­lę. Muszę we­zwać pomoc, co chcesz w za­mian? – Pytam, choć czuję, że gów­nia­ra kła­mie. 

– Masz na imię Nick, praw­da? – mówi Gruba, a na jej pu­cu­ło­wa­tej twa­rzy po­ja­wia się ru­mie­niec. 

Kiwam głową.

– Nick, to nie takie pro­ste. – Spoj­rze­nie dziew­czy­ny ucie­ka gdzieś w bok, potem szuka cze­goś w górze. 

– Gruba, po­wiem wszyst­kim. 

– No co ty, weź, co po­wiesz?

– Że kła­miesz. Że wcale nie masz netu. 

– Phi! – Gruba wy­krzy­wia po­gar­dli­wie dolną wargę. – Nikt ci nie uwie­rzy, Wtycz­ko, mo­żesz sobie gadać. 

– To po­wiem Beti. A ona powie innym.

– Czego chcesz? – Gruba pyta po­nu­ro po na­my­śle. 

– Uciec stąd – od­po­wia­dam i po­zwa­lam, by za­sty­gły czas znów ru­szył swoim bie­giem.

Gruba kiwa głową, nie wy­glą­da na za­sko­czo­ną. 

 

***

 

Sto­imy na dachu, oto­cze­ni be­to­no­wy­mi mo­lo­cha­mi. Wy­ra­sta­ją z czar­nej ot­chła­ni w dole i ukła­da­ją w schod­ko­wa­ty wzór, za któ­rym scho­wa­ło się wła­śnie słoń­ce. 

Po po­ma­rań­czo­wym nie­bie śmi­ga­ją ja­skół­ki opy­cha­ją­ce się owa­da­mi. Ich pisk i gwał­tow­ne ewo­lu­cje po­zwa­la­ją na chwi­lę za­po­mnieć o prze­śla­du­ją­cych nas ko­ma­rach. Chma­ry tego ro­bac­twa po­ja­wi­ły się nie­daw­no, a wraz z nimi po­lu­ją­ce na nie ptaki. To dla nas wy­jąt­ko­wy widok i, mimo tego, że je­ste­śmy póź­niej cali po­ką­sa­ni, wie­czo­ra­mi wy­cho­dzi­my na ze­wnątrz po pro­stu po­pa­trzeć.

– Je­ste­śmy ostat­ni – mówi jeden z chło­pa­ków wska­zu­jąc na czar­ne mo­no­li­ty blo­ko­wi­ska – Wszy­scy umar­li.

– Nie pier­dol – od­po­wia­da Siwy. 

Stoi naj­bli­żej kra­wę­dzi i pa­trzy w dół, za­cią­ga­jąc się jo­in­tem. 

– Za­cznij wresz­cie my­śleć. Wszyst­kich blo­ków, w dzień i w nocy, pil­nu­ją woj­sko­wi. Kto by pil­no­wał tru­pów, co? – Siwy wy­dmu­chu­je kłąb dymu pro­sto w ota­cza­ją­cą nas chma­rę ko­ma­rów. 

– To niby co się stało? – jego roz­mów­ca nie daje za wy­gra­ną. – Wiesz, ilu ludzi już do­pa­dła ta za­ra­za? Trzy mi­liar­dy. Trzy mi­liar­dy tru­pów! Nie mają co z nimi zro­bić, ot co. Zo­sta­wi­li nas, cze­ka­ją aż wy­zdy­cha­my.

– Trzy mi­liar­dy? Głupi gów­niarz. – Siwy od­wra­ca się, za ple­ca­mi ma czar­ną prze­paść. – Skąd wiesz, nic nam nie mówią, wi­dzia­łeś choć jed­ne­go mar­twe­go?

– To czemu nie ma ni­ko­go na da­chach?

– Bo, kurwa, tu się nie da wy­trzy­mać przez te je­ba­ne ko­ma­ry! 

 

***

 

Ob­ser­wu­je­my z Beti owady, bo zro­bi­ło się ich ostat­nio całe mnó­stwo. Ocię­ża­łe chrząsz­cze, muchy, o ko­ma­rach nie wspo­mi­na­jąc. Całe to ro­bac­two od­bi­ja się o nie­zro­zu­mia­łą dla niego ba­rie­rę szyby na­sze­go okna, jakby za wszel­ką cenę chcia­ło wtar­gnąć do środ­ka. Owady roz­pę­dza­ją się, z pa­skud­nym chrzę­stem chi­ty­ny ude­rza­ją w szybę, od­bi­ja­ją od niej, chwi­lę póź­niej ude­rza­ją znowu. Gdy Beti do­ty­ka pal­cem szyby po na­szej stro­nie, z dru­giej gro­ma­dzą się w tym miej­scu in­sek­ty, jakby ko­niu­szek jej palca przy­cią­gał je jak ma­gnes.

Oglą­da­my to bez­sen­sow­ne przed­sta­wie­nie przez dłu­gie go­dzi­ny. Cza­sem któ­reś z tych nie­szczę­śnie głu­pich stwo­rzeń roz­pę­dza się tak, że ude­rze­nie w szybę jest zbyt mocne. Owad spada gdzieś w dół i wię­cej się nie po­ja­wia, a na szy­bie zo­sta­je mokry ślad.

 

W bloku po­ja­wi­ły się też ka­ra­lu­chy. Są wszę­dzie – wy­ła­żą ze szpar, bie­ga­ją po pod­ło­dze, wspi­na­ją się na meble i bez­czel­nie mkną po ku­chen­nym bla­cie. Widać je na ko­ry­ta­rzach, klat­ce scho­do­wej i w win­dzie. Tę­pi­my je bez li­to­ści wszyst­kim, co jest pod ręką, ale to nic nie daje, bo wciąż po­ja­wia­ją się ko­lej­ne, jakby ktoś je gdzieś pro­du­ko­wał i wy­sy­łał do nas z misją osta­tecz­ne­go obrzy­dze­nia nam miesz­ka­nia w tym be­to­no­wym pudle. Jakby nie wy­star­czył fakt, że od bli­sko stu dni nie mo­że­my wy­ściu­bić stąd nosa. Któ­ryś z miesz­kań­ców ponoć po­pro­sił woj­sko o do­star­cze­nie środ­ków owa­do­bój­czych, ale na razie naj­sku­tecz­niej­szą bro­nią na te pa­sku­dy są kap­cie. 

Wie­czo­rem Beti bacz­nie się cze­muś przy­glą­da. 

– Nick, chodź, szyb­ko, zo­bacz – mówi pod­eks­cy­to­wa­na. 

Na bla­cie nie­wiel­kie­go stołu utkwi­ło kilka ka­ra­lu­chów. Nie ucie­ka­ją na nasz widok, po­ru­sza­ją się po­wo­li, a nie­któ­re z nich w ogóle. Ko­lej­ne wspi­na­ją się po no­gach stołu z owa­dzią de­ter­mi­na­cją, jakaś siła pcha je wyżej i wyżej, a gdy udaje im się wleźć na blat, zwal­nia­ją, jakby chcia­ły za­czerp­nąć tchu po wy­czer­pu­ją­cej wspi­nacz­ce. 

– No, ka­ra­lu­chy. – Wzru­szam ra­mio­na­mi i zer­kam py­ta­ją­co na dziew­czy­nę. W od­po­wie­dzi Beti wska­zu­je pal­cem na grup­kę nie­ru­cho­mych in­sek­tów sku­pio­nych na środ­ku stołu. 

– Zo­bacz, to się dzie­je. – Fa­scy­na­cja w gło­sie Beti nie ustę­pu­je. 

Owady zbiły się w cia­sną gro­mad­kę i za­sty­gły w dzi­wacz­nych po­zach, jakby ktoś nagle je wy­łą­czył. Do­łą­cza­ją do nich ko­lej­ne, pró­bu­ją jesz­cze wspi­nać się na tru­chła po­bra­tym­ców i nie­ru­cho­mie­ją.

Z ci­chym trza­skiem pę­ka­ją górne czę­ści ich pan­ce­rzy­ków. Z tak po­wsta­łych szcze­lin wy­ra­sta­ją dzi­wacz­ne twory. Ra­chi­tycz­ne, pa­lu­cho­wa­te wy­rost­ki pro­stu­ją się i pną na wy­so­kość nawet kilku cen­ty­me­trów. W bla­dym świe­tle ku­chen­nej lampy wy­da­je mi się, że unosi się z nich dym, de­li­kat­ny i ledwo wi­docz­ny, jak z wy­ga­szo­nej za­pał­ki.

W po­wie­trzu czuć za­pach ple­śni. Za­czy­nam kasz­leć. Roz­glą­da­my się po miesz­ka­niu: ka­ra­lu­chy wspi­na­ją się na szaf­ki w anek­sie ku­chen­nym, na lo­dów­kę, włażą na krze­sła, a nawet ścia­ny. Wcho­dzą jak naj­wy­żej mogą, a potem za­sty­ga­ją bez ruchu. Dzie­siąt­ki i setki umie­ra­ją­cych na na­szych oczach owa­dów, dzie­siąt­ki i setki obrzy­dli­wych, chrzęsz­czą­cych trza­śnięć pę­ka­ją­cej chi­ty­ny. 

 

Wy­cho­dzi­my z miesz­ka­nia, na ko­ry­ta­rzu spo­ty­ka­my prze­ra­żo­nych są­sia­dów; wstrzą­sa­ni kon­wul­syj­nym kasz­lem pró­bu­ją jakoś pomóc swoim ła­pią­cym z tru­dem od­dech dzie­ciom. Na całej dłu­go­ści ko­ry­ta­rza z hu­kiem otwie­ra­ją się drzwi, za­ta­cza­jąc się i kasz­ląc wy­pa­da­ją przez nie ko­lej­ni miesz­kań­cy. 

Coś pali mnie w płu­cach, chcę się tego po­zbyć, więc opie­ram się o ścia­nę i rzężę, krztu­szę się, pró­bu­ję wy­mio­to­wać. Ciem­nie­je mi przed oczy­ma, ob­ra­cam się więc wokół wła­snej osi z wy­cią­gnię­ty­mi do przo­du rę­ka­mi.

– Beti – W końcu udaje mi się wy­du­sić z sie­bie jedno, je­dy­ne słowo. Pró­bu­ję ją jesz­cze wołać, jed­nak czuję, jakby za­sy­py­wał mnie od środ­ka suchy piach, który za­ty­ka mi gar­dło i usta. Padam na ko­la­na z wy­cią­gnię­ty­mi w przód ra­mio­na­mi, szu­kam jej po omac­ku, w końcu leżę na chłod­nym be­to­nie po­sadz­ki dłu­gie­go ko­ry­ta­rza. Wokół sły­chać krzy­ki, płacz dzie­ci i ka­szel, suche, kon­wul­syj­ne rzę­że­nie od­bi­ja­ją­ce się echem od ścian.

Beti sie­dzi na pod­ło­dze, a ja opie­ram głowę na jej udach. Czuję jej cie­płe dło­nie na gład­kiej skó­rze i chłod­nym me­ta­lu, po­ma­ga­ją mi uspo­ko­ić od­dech i sza­le­ją­ce płuca. 

 

***

 

Po­mo­gła mi wtedy. Trzy mie­sią­ce temu zna­leź­li mnie w win­dzie, w ka­łu­ży wy­mio­cin i mo­krych od moczu spodniach i zu­peł­nie nie wie­dzie­li, co ze mną zro­bić. W bloku pa­no­wa­ła pa­ni­ka. Na osie­dlu po­ja­wi­li się wła­śnie żoł­nie­rze z żół­to-czar­ną taśmą i me­ga­fo­na­mi, przez które ka­te­go­rycz­nie ka­za­li wszyst­kim zo­stać w domu. 

Beti wzię­ła mnie do sie­bie i po­ło­ży­ła na swo­jej wer­sal­ce. Kar­mi­ła mnie, myła, mó­wi­ła do mnie i cze­ka­ła. Nie wi­dzia­łem, jak gwar­dzi­ści w kilka go­dzin za­bez­pie­czy­li za­miesz­ka­łe przez ty­sią­ce ludzi osie­dle przy wspar­ciu ar­ma­tek wod­nych, gu­mo­wych kul i kolb wiel­kich strzelb. Nie sły­sza­łem ryku me­ga­fo­nów, strza­łów, syren, krzy­ków i od­bi­ja­ją­cych się echem na be­to­no­wych skwe­rach blo­ko­wisk cięż­kich kro­ków. O tym, jak bru­tal­nie i bez­względ­nie wła­dza na­ło­ży­ła na osie­dle blo­ka­dę, do­wie­dzia­łem się z opo­wie­ści Beti. 

Choć wiem, że były, nie mam kon­kret­nych wspo­mnień jej głosu, któ­rym pró­bo­wa­ła uspo­ko­ić moje ataki drga­wek, nie pa­mię­tam jej cie­płych dłoni głasz­czą­cych mnie po gło­wie, de­li­kat­nie prze­su­wa­ją­cych opusz­ki pal­ców po chłod­nych płyt­kach ko­nek­to­rów. Gdy w końcu otwo­rzy­łem oczy, za­py­ta­łem ją, która jest go­dzi­na. 

 

***

 

Na ko­ry­ta­rzu robi się coraz ci­szej. Ataki kasz­lu mi­ja­ją tak nagle, jak się po­ja­wi­ły, a miesz­kań­cy, jak gdyby nigdy nic, wsta­ją z pod­ło­gi, bez jed­ne­go słowa wcho­dzą z po­wro­tem do swych miesz­kań i za­my­ka­ją za sobą drzwi. Zo­sta­ję na ko­ry­ta­rzu sam. 

Od­dy­cham jesz­cze z tru­dem, jed­nak w tej chwi­li nie daje mi spo­ko­ju coś zu­peł­nie in­ne­go. Jak, po tym co się wła­śnie stało, mogli tak po pro­stu wstać i pójść do domu? Jesz­cze przed chwi­lą wszy­scy wy­plu­wa­li­śmy płuca i by­li­śmy o jeden od­dech od śmier­ci. 

Widzę, jak i Beti znika za drzwia­mi, roz­trzę­sio­ny ru­szam za nią. 

– Jutro idzie­my do lasu, ko­cha­ny. – Beti pa­trzy na mnie z uśmie­chem. – Jutro wszy­scy stąd odej­dzie­my. 

Chcę coś po­wie­dzieć, jed­nak jej spoj­rze­nie od­bie­ra mi mowę. W jej oczach, za­miast chłod­ne­go błę­ki­tu, pa­nu­je ciem­ność ogrom­nych jak czar­ne księ­ży­ce źre­nic. 

 

Wie­czo­rem Beti nie chce iść na dach. Przy zga­szo­nym świe­tle le­ży­my tylko i ga­pi­my się w roz­gwież­dżo­ne niebo w kwa­dra­cie na­sze­go okna. Kilka razy pró­bu­ję pod­jąć roz­mo­wę na temat dzi­siej­szych wy­da­rzeń, wy­py­tać ją, co myśli o ka­ra­lu­chach i tym ataku kasz­lu, jed­nak dziew­czy­na zbywa mnie bez­ład­ną, rwaną pa­pla­ni­ną o ju­trzej­szej wy­ciecz­ce do lasu. 

Mam wra­że­nie, że le­żą­ca obok mnie, wpa­trzo­na w gwiaz­dy Beti prze­ży­wa odlot jak po moc­nych pro­chach. Gdy za­sy­piam, kieł­ku­je we mnie strach. Wła­śnie do­tar­ła do nas epi­de­mia.

Potem śni mi się las. 

Ktoś na mnie pa­trzy, jest tu, bar­dzo mocno cze­goś ode mnie chce. Roz­glą­dam się, wokół: jeden obok dru­gie­go, tło­czą się wy­so­kie na setki me­trów świer­ki kry­ją­ce w sobie cięż­ki, dusz­ny mrok. W czer­ni mię­dzy nie­ru­cho­my­mi ga­łę­zia­mi ma­ja­czy biel na­gich, ludz­kich ciał. Są ich setki, może ty­sią­ce. Sie­dzą w kucki na gru­bych ko­na­rach i pa­trzą na mnie, a jedno z nich ma ja­sno­błę­kit­ne oczy. Ty­sią­ce dłoni sięga ku mnie, do­ty­ka­ją, gła­dzą, ich palce przy­pra­wia­ją skórę o przy­jem­ne mro­wie­nie. Z po­cząt­ku de­li­kat­nie, a potem coraz moc­niej i gwał­tow­niej, za­czy­na­ją do­ty­kać ko­nek­to­rów. Mam wra­że­nie, że chce je ze mnie wy­rwać, po­zbyć się ich, a wtedy wszyst­ko ginie w bia­łym roz­bły­sku pa­lą­ce­go bólu. 

Budzę się w zu­peł­nych ciem­no­ściach, z po­wi­do­ka­mi bia­łej eks­plo­zji w polu wi­dze­nia i echa­mi bólu w miej­scach, gdzie nie­na­tu­ral­nie teraz roz­grza­ny metal łączy wy­ra­sta mi ze skóry głowy i rąk. Obok, z na wpół przy­mknię­ty­mi ocza­mi, śpi Beti. Naj­ci­szej jak po­tra­fię, wy­my­kam się z łóżka.

 

***

 

W bloku jest wy­jąt­ko­wo cicho. Z re­gu­ły to wła­śnie w nocy jest tu naj­więk­szy ruch i gwar, lecz teraz jest ina­czej. Chyba wszy­scy po­cho­wa­li się w swo­ich miesz­ka­niach, wąt­pię, aby kto­kol­wiek był na dachu, bo ro­bac­two jest ostat­nio nie­zno­śne i prze­ję­ło tamto miej­sce dla sie­bie.

Są tam, wiem to.

Gdy idę, przez szpa­ry w drzwiach do­bie­ga­ją mnie strzęp­ki ci­chych roz­mów, skrzy­pie­nie mebli, cza­sem dźwięk kro­ków. 

Są cicho, jak nigdy, ale wiem, że tam sie­dzą. 

Sta­ram się po­ru­szać bez­gło­śnie, tylko, że po ciem­nym ko­ry­ta­rzu wciąż nie­sie się echo moich kro­ków. Wstrzy­mu­ję od­dech, bo wy­da­je mi się w tej chwi­li gło­śny jak krzyk. Oba­wiam się, że w każ­dej chwi­li któ­reś z drzwi – pew­nie te, które wła­śnie mijam – otwo­rzą się z hu­kiem, wy­pusz­cza­jąc na mnie po­dejrz­li­we spoj­rze­nia miesz­kań­ców i nie­wy­god­ne py­ta­nia, na które nie wie­dział­bym jak od­po­wie­dzieć.

Na ko­ry­ta­rzu nie świe­ci się ani jedna ża­rów­ka, a zza żad­nych z dzie­sią­tek drzwi nie wpada tu nawet odro­bi­na świa­tła. Z po­cząt­ku nie zwra­cam na to uwagi, jed­nak gdy do­cie­ra do mnie, że we wszyst­kich ko­lej­nych mi­ja­nych prze­ze mnie miesz­ka­niach pa­nu­je ciem­ność, ob­le­wa mnie fala go­rą­ca. 

Są tam, w środ­ku. 

Nie włą­czy­li dziś świa­teł, tylko sie­dzą i na coś cze­ka­ją. 

 

Zga­sła ostat­nia z lam­pek w łań­cu­chu.

 

Do­cie­ram do scho­dów. Z tru­dem po­wstrzy­mu­ję się, żeby nie ba­cząc na to, co się dzie­je, po pro­stu jak naj­szyb­ciej zbiec w dół. Scho­dzę cicho i po­wo­li, mi­ja­jąc ko­lej­ne opa­no­wa­ne przez ciem­ność i szep­ty pię­tra. 

Nigdy ni­ko­mu nie pi­sną­łem nawet słów­kiem, że Gruba nie ma do­stę­pu do sieci i po­da­wa­ne przez nią in­for­ma­cje są wy­ssa­ne z palca. Wy­glą­da na to, że gów­nia­ra także wy­wią­za­ła się ze swo­jej czę­ści umowy.

Do klapy bu­cha­ją­ce­go smro­dem zgni­li­zny zsypu na śmie­ci przy­wią­za­na jest za­im­pro­wi­zo­wa­na ze sple­cio­nych kabli lina. Drżą­cy­mi rę­ka­mi naj­pierw spraw­dzam szarp­nię­ciem jej mo­co­wa­nie, a potem łapię mocno i gra­mo­lę się do otwo­ru. 

Zanim za­mknę za sobą sta­lo­wą klapę, omia­tam jesz­cze spoj­rze­niem klat­kę scho­do­wą. Wy­da­je mi się, że zza okna do­cho­dzą ja­kieś bły­ski, na kilka krót­kich chwil siat­ka wy­pi­sa­nych na szy­bie mar­ke­rem liter i ry­sun­ków staje się wy­raź­niej­sza.

Mam wra­że­nie, że sły­szę dźwięk otwie­ra­nych drzwi i kroki gdzieś na górze. Głu­che trza­śnię­cie drzwia­mi, ciche głosy, tupot nóg gdzieś wyżej, na scho­dach.

Nie dbam już o nic, chcę tylko uciec. Za­my­kam z hu­kiem po­kry­wę i ru­szam w dół czar­ne­go, cuch­ną­ce­go szybu. Opusz­cza­jąc się przez trze­wia bloku, w któ­rym spę­dzi­łem ostat­nie sto dni, roz­pie­ram się łok­cia­mi i ko­la­na­mi, trzy­ma­jąc kur­czo­wo liny. Pot za­le­wa mi oczy, ręce słab­ną. W wą­skiej rurze zsypu jest po­twor­nie dusz­no i ciem­no. Mam do po­ko­na­nia dwa pię­tra i nie znaj­du­ję się ra­czej zbyt wy­so­ko w mo­men­cie, kiedy tracę siły i, obi­ja­jąc się o ścia­ny szybu, spa­dam, by na dole runąć do peł­ne­go gni­ją­cych od­pad­ków ogrom­ne­go kon­te­ne­ra na śmie­ci. 

Lot trwa chwi­lę za­le­d­wie, a lą­do­wa­nie, choć nie­przy­jem­ne, nie jest zbyt bo­le­sne, szyb­ko więc zbie­ram się w sobie i ze­ska­ku­ję na ledwo wi­docz­ną po­sadz­kę. W ciem­no­ściach za­uwa­żam ja­śniej­szy pro­sto­kąt wyj­ścia. Do­bie­ga­ją stam­tąd wy­raź­ne roz­bły­ski i dźwię­ki ka­no­na­dy. Na­tych­miast ru­szam w tam­tym kie­run­ku.

Zo­ba­czyw­szy, co się dzie­je na osie­dlu, staję jak wryty i roz­glą­dam się bez­rad­nie. Z ciem­nych na tle ja­śnie­ją­ce­go nieba blo­ków, ni­czym czar­na magma, po­wo­li wy­le­wa­ją się lu­dzie. Wśród krzy­ków straż­ni­ków, ryku syren i wark­nięć me­ga­fo­nów, a w końcu i dźwię­ków wy­strza­łów z broni pal­nej, gęste jak smoła po­to­ki miesz­kań­ców osie­dla prze­bi­ja­ją się przez żół­to-czar­ną taśmę Stref Za­opa­trze­nia i ba­ry­ka­dy. W miej­scach, gdzie ludz­ka fala na­po­tka­ła opór, leżą po­twor­nie znie­kształ­co­ne ciała żoł­nie­rzy, któ­rym tłum wy­ła­my­wał koń­czy­ny, miaż­dżył klat­ki pier­sio­we i roz­bi­jał głowy o beton.

– Wtycz­ka! Gdzie ty byłeś, w dupie? Jezu, jak ty ca­pisz! – Głos Si­we­go wy­trą­ca mnie z odrę­twie­nia jak ude­rze­nie bicza. 

Od­wra­cam się, sta­now­czo za późno. Są tuż za mną. Uśmiech­nię­ty od ucha do ucha, zzia­ja­ny i umo­ru­sa­ny krwią Siwy i jego pacz­ka, są­sie­dzi, dzie­cia­ki. Ko­lej­ni wy­sy­pu­ją się z ozna­ko­wa­nych wiel­ki­mi li­te­ra­mi wyjść z kla­tek scho­do­wych. Szu­kam wzro­kiem Beti, i tra­fiam na błę­kit jej spoj­rze­nia. 

– Idzie­my do lasu, Nick – mówi dziew­czy­na, po jej twa­rzy błąka się smut­ny uśmiech. 

– Chodź z nami, Wtycz­ko! – woła któ­ryś z chło­pa­ków.

– Tylko się naj­pierw umyj! – Sło­wom Si­we­go to­wa­rzy­szy salwa śmie­chu. 

– Nie cze­kaj­cie na nas – rzuca Beti. – Do­go­nię was za chwi­lę. 

 

Beti pa­trzy mi w oczy i gła­dzi dło­nią po twa­rzy, opusz­ka­mi pal­ców mu­ska­jąc ko­nek­to­ry. 

– Ucie­kłeś ode mnie, ko­cha­ny. Nie pój­dziesz ze mną, praw­da?

– Beti, za­ata­ko­wa­li­ście woj­sko, co z wami! – krzy­czę bar­dzo gło­śno i po­ka­zu­ję oskar­ży­ciel­sko na opły­wa­ją­cy nas jak małą wy­sep­kę tłum.

– Od­cho­dzi­my, Nick, wra­cam do lasu.

– O czym ty mó­wisz?

– Mó­wi­łam ci, to me­cha­nizm obron­ny! – krzy­czy Beti ra­do­snym tonem.

Tłum gęst­nie­je, to do­szli do nas miesz­kań­cy blo­ków z bar­dziej od­le­głych czę­ści osie­dla. Stru­mie­nie ma­sze­ru­ją­cych zlały się teraz w jedną, rwącą rzekę, która na­par­ła na nas z wiel­ką mocą. Ludz­ka fala pcha nas przez osie­dle, gdzieś w stro­nę ze­wnętrz­ne­go pier­ście­nia blo­ków. Co rusz je­ste­śmy po­trą­ca­ni i po­py­cha­ni, a w końcu stru­mień ludzi wpada mię­dzy nas.

– Beti! – krzy­czę. – Zwa­rio­wa­li­ście wszy­scy przez ka­ra­lu­chy! Wra­caj do mnie!

– Nick, ko­cha­ny, to nie my zwa­rio­wa­li­śmy. Chodź – Dziew­czy­na coś jesz­cze mówi, ale już tego nie sły­szę. Znika, po­rwa­na przez tłum.

Chcę ją zna­leźć, wska­ku­ję na prze­wró­co­ny frag­ment ba­ry­ka­dy z na­pi­sem KWA­RAN­TAN­NA. Wokół wciąż prze­le­wa­ją się lu­dzie, wszy­scy zmie­rza­ją w tę samą stro­nę. Nie­da­le­ko, na skra­ju osie­dla, tam gdzie koń­czą się bloki, teraz czar­ne i wy­pro­sto­wa­ne jak wy­cią­gnię­te w niebo mar­twe palce, ro­śnie las.

– Beti!

 

Wraz z na­dej­ściem świtu osie­dle pu­sto­sze­je. Da­le­ko, gdzieś na dru­gim jego końcu sły­chać już sy­re­ny, a w górze śmi­ga­ją drony, pew­nie nie­dłu­go znów bę­dzie tu woj­sko. 

Gdy do­ty­ka­ją mnie pierw­sze pro­mie­nie po­ran­ne­go słoń­ca, da­le­ko z przo­du lśni Ko­pu­ła, dach mo­je­go świa­ta. Oglą­dam się po raz ostat­ni, widzę jak znad czub­ków ogrom­nych świer­ków pod­no­si się mgła. 

Las kryje w sobie mrok. Gdzieś tam, na prze­bi­ja­ją­ce się przez gąszcz ga­łę­zi pro­mie­nie wsta­ją­ce­go słoń­ca, pa­trzą nie­bie­skie oczy, któ­rych nigdy nie za­po­mnę. 

Koniec

Komentarze

Postapo aktualizowane motywami pandemii. OK, to jest jakiś pomysł.

Fajnie się przygotowali do wymarszu. Pytanie, jak przetrwały bez żarcia te bloki, które zgasły jako pierwsze. Co żołnierze wiedzieli o zgaśnięciach? Przed kim właściwie ta konspiracja?

Wyłączona sieć. Czy można ją tak po prostu wyłączyć jak światło? Niektóre rzeczy tak, ale ludzie to bestie społeczne i cwane. Bloki mogą się porozumiewać na wizji alfabetem Morse’a. Jeśli padną im baterie w latarkach, to jakoś inaczej – jasne i ciemne ręczniki, szereg ludzi kucających i wyprostowanych… Mają w domach radia, może nawet Cb-radia, walkie-talkie… To nie są technologie zbyt skomplikowane, żeby mógł je ogarnąć amator fascynat.

Ten świat można jeszcze rozwijać a rozwijać, komplikować fabułę.

Czyta się ciekawie.

Babska logika rządzi!

Hejo Finklo, toć to węglem naszkicowane wszystko, jak u Wiktora Zina :P

Cieszy, że czyta się ciekawie, bo się martwiłem, że jest nudne. 

Łosiot, nie było nudne:-)

Byłam bardzo ciekawa jaką wizję nam zaprezentujesz i nie rozczarowałam się. Widzę tutaj ogromną alienację i zagubienie bohatera i za to dałabym największy plus. Zakładał, że Beti będzie znajomością na tylko na jedną noc, a został zmuszony związać się z nią na dłużej. Moim zdaniem nie czuje z nią więzi, raczej jest jej po prostu wdzięczny za ochronę. Nie nazywa jej mieszkania domem i nie wierzy w las. Ucieka, ale bez niej.

Dlatego zakończenie trochę mi nie pasuje. Nie tego się spodziewałam, ale cieszę się, że las ocalał, jako ten lepszy świat. Symbol nadziei i wolności. No i podsumowanie Beti, że Nick wierzy w statystyki, coś abstrakcyjnego, wymyślonego, zamiast rozejrzeć się dookoła i realnie ocenić sytuację.

Podoba mi się także sposób w jaki opisujesz żołnierzy.

Wszyscy żołnierze są w tych kombinezonach ogromni, potężni, przerażający.

w sensie, że w tych kombinezonach są potężni i przerażający, bez nich tacy by nie byli. W tym rzecz!

 

polecam do biblioteki, pozdrawiam

Życie w czasie pandemii nie jest łatwe i Tobie udało się to pokazać. I choć w pierwszej chwili, próbowałam porównywać okoliczności, w jakich przyszło mi żyć (w bloku), z izolacją mieszkańców bloku opisanego w opowiadaniu, to dochodzę do wniosku, że obu sytuacji chyba porównywać nie można, bo choć ja ze swoich okiem widzę inne bloki, to patrzę też na wielką, soczystą zieleń.

Zastanawia mnie panoszenie się nastoletniej młodzieży i terroryzowanie przez nią dorosłych mieszkańców – czy ta, jak ich nazwałeś, gówniarzeria nie miała rodziców? Dlaczego wszyscy czuli przed nimi strach i pozwalali się terroryzować? Czy to tylko obawa przed siłą mięśni młodych byczków dowodzących grupą i chęć wysłuchiwania komunikatów Grubej? Rozumiem jedynie, że bać się ich mógł, pochodzący z innego środowiska i przypadkiem związany z Beti, Nick/ Wtyczka, bo trafił do nieznanego sobie środowiska i znalazł się w sytuacji podwójnie dla niego niekorzystnej, ale dlaczego podporządkowała się im reszta mieszkańców bloku?

Nie bardzo też wiem, o co chodzi z karaluchami, ale – mimo że nie wiem, dlaczego nagle się wyroiły i zachowywały tak dziwnie – muszę przyznać, że scena z nimi wypadła naprawdę nieźle.

Wykonanie mogłoby być lepsze, ale mam nadzieję, Łosiocie, że poprawisz usterki i będę mogła zgłosić Sto dni do Biblioteki.

 

po­żół­kła kur­ty­na pod­no­si się i wpusz­cza do po­ko­ju mętny blask. ―> Blask jest z definicji mocny i jaskrawy, więc nie może być mętny.

Proponuję: …po­żół­kła kur­ty­na pod­no­si się i wpusz­cza do po­ko­ju mętne światło.

 

Zer­kam za okno na sto­ją­ce… ―> Zer­kam przez okno na sto­ją­ce

By zerknąć za okno, należy je otworzyć i wychylić się zeń.

 

rojąc się się na kilku pię­trach jak sze­lesz­czą­ce owady. ―> Dwa grzybki w barszczyku.

 

ol­brzym w kom­bi­ne­zo­nie z ciem­ne­go two­rzy­wa. Wszy­scy żoł­nie­rze są w tych kom­bi­ne­zo­nach ogrom­ni… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

stoją ze strzel­ba­mi nie­dba­le wy­ce­lo­wa­ny­mi w sufit. ―> Strzelba, o ile mi wiadomo, to broń myśliwska – czy żołnierze na pewno mają strzelby?

 

sapie Siwy, za­stę­pu­jąc nam drogę. Jego umię­śnio­ne, wy­ta­tu­owa­ne ręce pod­su­wa­ją nam sze­ro­ko… ―> Czy drugi zaimek jest konieczny?

 

ga­piąc bez ogró­dek na nogi Beti i ry­su­ją­ce się pod jej ko­szul­ką sutki. ―> Można coś komuś powiedzieć bez ogródek, ale nie wydaje mi się, aby bez ogródek można było patrzeć.

Zbędny zaimek.

Proponuję: …ga­piąc bez skrępowania/ bezczelnie/ obcesowo na nogi Beti i ry­su­ją­ce się pod ko­szul­ką sutki.

 

U nich, nie u nas. . ―> Jedna kropka wystarczy.

 

smród wdy­cha­ne­go po­wie­trza, . ―> Co tu robi przecinek przed kropką?

 

Je­stem obcy, je­stem ich Wtycz­ką. ―> Raczej: Je­stem obcy, je­stem dla nich Wtycz­ką.

 

– Macie nas pew­nie za głup­ków, ale my swoje wiemy! – kum­pel Si­we­go… ―> – Macie nas pew­nie za głup­ków, ale my swoje wiemy! – Kum­pel Si­we­go

Tu znajdziesz wskazówki, jak poprawnie zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

Chło­pak rusza na mnie z unie­sio­ny­mi pię­ścia­mi. Cofam się, prze­ra­żo­ny, ale ten rusza w moją stro­nę i bie­rze za­mach. ―> Powtórzenie.

Może w drugim zdaniu: Cofam się, prze­ra­żo­ny, ale ten zbliża się i bie­rze za­mach.

 

Widzę tylko pro­fil jej twa­rzy… ―> Masło maślane – profil to twarz widziana z boku

Wystarczy: Widzę tylko jej pro­fil…

 

– To czemu nie ma ni­ko­go na da­chach?. ―> Po pytajniku nie stawia się kropki.

 

jakby za wszel­ką cenę chcia­ło wtar­gnąc do środ­ka. ―> Literówka.

 

Owad spada gdzieś w dół i wię­cej się nie po­ja­wia… ―> Masło maślane – nie można spadać w górę.

Wystarczy: Owad spada gdzieś i wię­cej się nie po­ja­wia

 

wy­ła­żą spod mebli, bie­ga­ją po pod­ło­dze, wspi­na­ją się na meble… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Może: …wy­ła­żą spod mebli, bie­ga­ją po pod­ło­dze, wspi­na­ją się na sprzęty

 

pa­lu­cho­wa­te wy­rost­ki pro­stu­ją się i pną w górę na wy­so­kość nawet kilku cen­ty­me­trów. ―> Nie można piąć się w dół. A skoro w górę, to jasne, że na pewną wysokość.

Proponuję: …pa­lu­cho­wa­te wy­rost­ki pro­stu­ją się i pną na wy­so­kość nawet kilku cen­ty­me­trów.

 

że unosi się z nich dym, de­li­kat­ny i ledwo wi­docz­ny, jak z wy­ga­szo­nej za­pał­ki.

W po­wie­trzu unosi się za­pach ple­śni. ―> Powtórzenie.

Może w drugim zdaniu: W po­wie­trzu czuć za­pach ple­śni.

 

więc opie­ram się ścia­nę i rzężę… ―> Pewnie miało być: …więc opie­ram się o ścia­nę i rzężę

 

po­ja­wi­li się wła­śnie żoł­nie­rze z żółto czar­ną taśmą… ―> …po­ja­wi­li się wła­śnie żoł­nie­rze z żółto-czar­ną taśmą

 

Beti wzię­ła mnie do sie­bie i po­ło­ży­ła na swo­jej wer­sal­ce. ―> Drugi zaimek zbędny – skoro wzięła go do siebie, to raczej nie położyła na cudzej wersalce.

 

za­czy­na­ją do­ty­kać ko­nek­to­rów. Mam wra­że­nie, że chcę je ze mnie wy­rwać… ―> Literówka.

 

a zza drzwi żad­nych z dzie­sią­tek drzwi nie wpada tu nawet odro­bi­na świa­tła. ―> Chyba miało być: …a zza drzwi żad­nych z dzie­sią­tek mieszkań, nie wpada tu nawet odro­bi­na świa­tła.

 

i ru­szam w dół czar­ne­go, cuch­ną­ce­go szybu. Opusz­cza­jąc się w dół przez trze­wia bloku… ―> Nie brzmi to najlepiej, ponadto nie można opuścić się w górę.

Proponuje w drugim zdaniu: Opusz­cza­jąc się przez trze­wia bloku

 

ogrom­ne­go kon­te­ne­ra na śmie­ci. Lot trwa chwi­lę za­le­d­wie, a lą­do­wa­nie, choć nie­przy­jem­ne, nie jest zbyt bo­le­sne, szyb­ko więc zbie­ram się w sobie i wy­ska­ku­ję z kon­te­ne­ra… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …ogrom­ne­go kon­te­ne­ra na śmie­ci. Lot trwa chwi­lę za­le­d­wie, a lą­do­wa­nie, choć nie­przy­jem­ne, nie jest zbyt bo­le­sne, szyb­ko więc zbie­ram się w sobie i wy­ska­ku­ję z niego

 

Do­bie­ga­ją stam­tąd wy­raź­ne roz­bły­sków i dźwię­ki ka­no­na­dy. ―> Do­bie­ga­ją stam­tąd wy­raź­ne roz­bły­ski i dźwię­ki ka­no­na­dy.

 

Beti pa­trzy mi w oczy i gła­dzi mnie dło­nią… ―> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Chcę zna­leźć, wska­ku­ję na prze­wró­co­ny frag­ment ba­ry­ka­dy z na­pi­sem KWA­RAN­TAN­NA. ―> Co chce znaleźć?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Olciatko

Bardzo Ci dziekuję. Wychodzi na to, że bohater się spina, bo jakoś tak, mniej wiecej tak, jak piszesz, chciałem gościa pokazać. 

Mam ciągoty, żeby pisać tak, żeby czytelnik miał pole do interpretacji, za każdym razem powtarzam sobie, że to ostatni raz, a potem znowu robię to samo. Stąd pewnie nie wszystko jest tu klarowne i zgrzyty pod koniec. 

 

regulatorzy

Dzięki, Łapankowa Mistrzyni. Bardzo się cieszę, że zajrzałaś. 

(Prawie) wszystko grzecznie poprawiam, poniżej trochę wyjaśnień:

 

1. Sprawa kluczowa, czyli karaluchy. Zwracano mi wcześniej uwagę, że to raczej nie ma szans “wejść” czytelnikom. Słusznie zwracano. Nakierowałem jak umiałem najlepiej na maczużnika – grzyba, który przejmuje kontrolę nad systemami nerwowymi owadów (a może i nie tylko ich?). 

 

2. Strzelby – IMO tu pasują, tu mowa o strzelbach gładkolufowych, standard w siłach zajmujących się kontrolą tłumu. 

 

3. Powtórzenie, o które pytasz (kombinezon) – zostaje, jakoś tam mi tu “leży”.

 

4. Aha. Pytałaś o zachowanie młodych “terrorystów”. Widzę to tak: Siwy i spółka to bandyci. Osiedlowi, dziarscy chłopcy, w którymi nie warto zadzierać. Nie sieją terroru, aż tak źle nie jest. Po prostu mają tu mocną pozycję i to wykorzystują. Myślę, że Siwy to hegemon, który już wcześniej miał w bloku i na osiedlu sporo do powiedzenia. A “gówniarzeria”, to grupka młodych, skupionych wokół Grubej, która jest sprytna i próbuje się dorobić udając, że ma dostęp do informacji.

 

Łosiocie, pięknie dziękuję za wyjaśnienia.

 

Otworzyłeś mi oczy na maczużnika – nie miałam pojęcia o jego istnieniu, a co dopiero mówić o „wpływie” na owady. W tej sytuacji zachowanie karaluchów jest zrozumiałe, choć jakże szokujące, zwłaszcza po obejrzeniu filmiku.

Na broni zupełnie się nie znam, więc przyjmuję do wiadomości, że żołnierze mogli mieć strzelby.

Powtórzenia celowe. OK.

Dziękuję też za przybliżenie pozycji Siwego i grupy małolatów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo ciekawe postapo. Chyba najbardziej w Twoim tekście urzekł mnie ten motyw lasu jako takiej utopii i wizji nadziei na lepsze jutro. Albo w sumie jakieś jutro w ogóle. Przeniesienie osiedlowych cwaniaków i innych subkultur z blokowiska w ten antyutopijny świat dodało temu wszystkiemu jeszcze więcej smaczku. A na dodatek te opisy karaluchów – jako ktoś, kto zmagał się z nimi w klimacie, gdzie rosną wielkie jak szyszki, jestem pod wrażeniem.wink

Podsumowując, aż sobie z tego wszystkiego kliknę.

Ja powiem tyle – czytałam i szczerze powyższe opowiadanie polecam. Dobrze wpisuje się w dzisiejsze czasy (i nie tylko ze względu na pandemię) a i ciekawych interpretacji można się doszukać, jak kto lubi:)

oidrin

Ogromnie mi miło, że zajrzałaś i postanowiłaś to przeczytać. A jeszcze milej, że wygląda na to, że odebrałaś tekst zgodnie ze stojącą za nim intencją (lub jedną z ważniejszych intencji). 

Ja bym się tu wzbraniał przed postapo, do tej pory myślałem o tym opowiadaniu jako o umocowanym w dystopijnym świecie, w którym dostęp do technologii jest kluczem do pozycji społecznej. Ale, że świat jest zdegradowny (środowisko) i nieprzyjemny do zamieszkiwania dla zdecydowanej większości, to właściwie, dlaczego nie postapo?Dzięki serdeczne.

 

Bellatrix

Już sobie to opowiadanie przewałkowaliśmy wspólnie, pozostaje mi tylko podziękować raz jeszcze za pomoc, szczególnie w pchnięciu go w bardziej konkretnym kierunku. 

Ewentualnie – zerknij jeszcze na zakończenie, bo zmieniłem/dopracowałem je tuż przed publikacją. 

 

No.

Jak na “Jak słońce” narzekałem, bo “Jak słońce” było poprawne, ale średnie, tak tu będę chwalić. Bo “Sto dni” to w moim odbiorze wreszcie coś dobrego wśród ogólnego zmęczenia materiału, jakie widać u nas wszystkich na forum w ostatnich miesiącach.

Nie przeszkadza mi przy tym, ze to już nie pierwszy tekst o uwięzieniu w wieżowcu, jaki czytałem ostatnio (w szczegółach jest o czymś innym). Motyw reakcji obronnej przyrody też znany, a mimo to lubię ten motyw przerabiać i czytelniczo i twórczo, więc też pasuje (aż mi się przypomniał taki stary, trzyodcinkowy kryminał z właśnie takim wątkiem pobocznym).

Z technikaliów:

 

" Czasami wymykam się po"

" W bloku jest wyjątkowo cicho"

Nadmiarowe spacje przed akapitem.

 

"Kto by pilnował trupów pilnują"

To chyba nie tyle powtórzenie, co brak czegoś w zdaniu, ale nie wiem. Do przeredagowania.

 

"– To czemu nie ma nikogo na dachach?

– Bo, kurwa, tu się nie da wytrzymać przez te jebane komary! "

A to bardzo fajna wymiana myśli. Choć tez nasuwa się pytanie: komary na dachu, w ogóle na wyższych piętrach? Dolatywały i nikt się nie dziwił?

 

Zdziwiło też to, że przez większość opowiadania z perspektywy tego bloku nie widać lasu, a w finale już owszem, nawet z placu przed blokiem. To wymaga drobnych zmian (nawet nie aż tak dużych, jeśli zasłoni się tym, jak bardzo główny bohater siedzi w swoim świecie gadania z maszynami, ale jednak coś by trzeba było tu dopracować).

Całość płynna jak diabli, czyta się szybko, choć akcja powolna. I to jest sztuka – opisać coś rozleniwionego w sposób niepowodujący spowolnienia czytelnika.

 

Karaluchy są dla mnie raczej jasne, zachowanie młodzieży też (ale z tą młodzieżą to może poniekąd dlatego, ze wychowałem się na takim osiedlu, na jakim się wychowałem). Wyłączenie sieci? Tak, jest możliwe technicznie.

 

Widzę w tym opowiadaniu dużo, naprawdę dużo rzeczy, które dałoby się rozwijać, opisać głębiej, bardziej i opowiadanie sporo by na tym zyskiwało. Jednocześnie nawet i tak, jak jest, daje ono sporo. I mam w związku z tym dylemat – bo z jednej strony wydaje się okołopiórzaste, rozważam nominację. Z drugiej strony własnie to, że można było o wiele bardziej, kieruje trochę w stronę nie. Myślę. Rozważam. Póki co wariant na tak ma się odrobinę mocniej. Choć kilka drobiazgów logicznych trochę tu zgrzyta.

Może poprawisz, może przekonasz, a może samemu przeważę swoją opinie w którąś stronę. Ale z czytania jestem zadowolony.

 

"to nie my zwariowaliśmy"

A to świetnie wybrzmiewa.

 

Aż sobie włączę muzykę Dead Can Dance.

 

PS. Gdzie oni mieli to wyjście z zsypu, że bohater chciał uciec tędy, zamiast głównym wejściem? Zwykle wejście do zsypu jest bardzo blisko wejścia do klatki schodowej. To jeden z tych drobiazgów logicznych.

 

PS2. Bardzo sprytne autorsko, uderzające czytelniczo i wymowne cywilizacyjnie, że wszczepy odcinają od korzeni jestestwa (a z innej perspektywy “chronią przed chorobą”).

 

wilku, widzę Twój komentarz i bardzo Ci za niego dziękuję. Odpowiem wieczorkiem, bo nie chcę po łebkach i w pośpiechu. 

W kwestii wyjścia ze zsypu, to mi nic nie zgrzytnęło, ale pewnie kwestia osobistych doświadczeń. Mieszkałam większość życia w takim bloku, że wejście na klatkę schodową było trochę wysunięte do przodu i podniesione o pół piętra (+schody i podjazd). Wejście do zsypu było na poziomie ‘0’ i troszkę ‘cofnięte’ w stosunku do głównego wejścia, a między wejściem do zsypu a głównym wejściem była wnęka, w której się zostawiało ‘gabaryty’ nie mieszczące się w zsypie. Jakby ktoś chciał wychodzić zsypem, to łatwo mógłby w tej wnęce się ukryć, a ze skrajnej klatki w sprzyjającym momencie zwiać, podczas gdy wejście do budynku byłoby obstawione.

W kwestii wyjścia ze zsypu, to mi nic nie zgrzytnęło, ale pewnie kwestia osobistych doświadczeń

Bellatrix, czy Ty widzisz co napisałaś? ;-)

 

Ale co do meritum – tak, wejścia do zsypu są często lekko cofnięte, ale to nadal parę metrów, można się przyczaić, ale próbując wyjść i tak będzie się widzianym, jeśli patrole pilnują bloku. A jeśli pilnują, to zapewne nie tylko wejścia na klatkę, bo inaczej ludzie wychodziliby z okien na parterze i pierwszym piętrze (też poniekąd można czekać w takim miejscu na dogodny moment).

Niestety tak wygląda pisanie komentarzy z wiercącym się niemowlęciem na rękach ;) Ja tekst odebrałam tak, że pilnują po prostu wejścia – no bo po co ktoś miałby uciekać z własnego mieszkania, wiedząc w dodatku, że nie wejdzie głównym wejściem. Skok z okna – możliwy, ale po co i jak wrócić?

A czemu miałby nie wracać głównym wejściem? Jeśli budynki było izolowane, przez wiele dni, to raczej była poprawka na to – chyba, że dodatkowo otoczono całe osiedle.

Jestem, wilku :)

Bardzo fajnie, że wpadłeś z komentarzem, w dodatku pozytywnym. Technikalia – dziękuję za wyłapanie, poprawki zrobię zaraz. 

 

Las jakimś drobnym zabiegiem odsunę nieco dalej. Bo masz rację, to się nie do końca przestrzennie spina – blok, w którym dzieje się akcja wyobrażałem sobie gdzieś w centrum osiedla-molochu. Na pewno nie na jego skraju. Inna sprawa, że celowo trochę rozmyłem to, czy ten las w ogóle wcześniej tam był i kiedy się pojawił. Na ile jest zmaterializowanym wytworem sennych marzeń Beti, a na ile realnym lasem? Nie szukajmy odpowiedzi, ale pytać możemy :)

 

Komary na dachu. To jest taki szczególik niby, ale sam się nad tym zastanawiałem i nawet zrobiłem mały riserczyk w internecie. Trafiłem na kilka dyskusji na ten temat (kontekst: ludzie kupujący mieszkania w blokach pytają o to , czy na xx piętrze gryzą komary). Znalazłem kilka wypowiedzi, że odwiedziny komara zdarzyły się komuś na 15 piętrze, a nawet jeszcze wyżej, bo 28. Oczywiście, można to wytłumaczyć tym, że te bestie podróżują przez szyby wentylacyjne i tak dalej. No, uznałem, że trochę tu naciągnę.

Co do zdziwienia faktem pojawienia się komarów na dachu– raczej nie miałoby to miejsca. Owady pojawiły się nagle, wcześniej ich nie było. Ci ludzie słabo się znają na przyrodzie, bo przyroda ledwo zipie. 

 

Piszesz: Widzę w tym opowiadaniu dużo, naprawdę dużo rzeczy, które dałoby się rozwijać, opisać głębiej, bardziej i opowiadanie sporo by na tym zyskiwało.

Finkla wyraziła podobną opinię i na pewno coś w tym jest. Po iluś tam próbach wyważenia poziomu szczegółowości i głębokości opisów świata przedstawionego, postawiłem na dość konsekwentne trzymanie się dokładności na poziomie szkicu. Pisałem Finkli o Wiktorze Zinie i szkicach węglem. Miało być zabawnie, ale sporo w tym prawdy. Chciałem tu zbudować lekko senny, rozmazany klimat(przesadziłbym pisząc “oniryczny”), to jedno. 

Dwa– ja ten tekst pisałem bardzo długo w okresie, kiedy żyćko nie było mi łatwym. Nigdy bym tego nie dowiózł, gdybym zaczął pogłębiać wątki. A właśnie dowiezienie opowiadania do końca i publikacja tutaj była mi bardzo potrzebna :)

 

A, jeszcze ten zsyp. Też kwestia dokładności szkicu węglem, choć nie ukrywam, przemyślałem to sobie. Zsypy na śmieci to relikt wielkiej płyty. Moje opowiadanko dzieje się w dość nieodległej przyszłości i wymyśliłem sobie, że te paskudne bloki mogą być wytworem ciut nowocześniejszej myśli architektonicznej, w której ktoś pomyślał, że jakby zsypy odsunąć gdzieś w boczne rejony budynku (któryś z bocznych/skrajnych pionów) ze względu na smród, to nie byłyby takim głupim pomysłem. (Spakujmy prekariat do wielkich bloków, ale chociaż niech im tam nie śmierdzi)

 

Bardzo się cieszę, wilku, że Ci ten tekst podszedł. Teraz oczywiście sobie poudaję, że mi na piórku nie zależy (zależy, jak zawsze), ale przede wszystkim mam wielką radochę z tego, że mi tu wszedł przekaz i dorze Ci się mnie czyta. 

 

Odnośnie muzyki jeszcze – jeśli gdzieś Ci się skojarzyło z DCD, to strasznie fajnie!

Ja z kolei, pisząc to opowiadanko, zainspirowałem się mocno the Blaze.

Polecam, jeśli znajdziesz chwilę, sprawdzić teledyski, bo są dość mocne (zgarnęły trochę nagród), mimo, że to proste jest bardzo na poziomie muzyki i obrazu. Ciekawe, czy to zauważalne (ta moja inspiracja). 

1

2

3

I na koniec, obiecaj że chociaż zerkniesz tu, nawet, jeśli to nie są Twoje klimaty muzyczne, to po prostu popacz chwilę.

 

dzięki! 

 

 

 

Komary – tak, zdarzają się nawet wyżej, ale w porównaniu z niższymi pietrami są rzadkością. Zgaduję w ciemno, że pewnie w dużej mierze na zasadzie "naniesienia" ze sobą na odzieży. Też pośredniego – sąsiad mógł sobie nanieść. Na piętrach typu 10-15 mogły się trafić jako "pasażerowie" na ptakach itd. Tylko właśnie – ile ich. Mam natomiast wątpliwości z dostaniem się ich "od gruntu przez wentylację", musiałby się wypowiedzieć ktoś od biologii (Arnubis?), ale wydaje mi się, ze o ile karaluchy sobie dotra, to z robactwem gorzej. Mogę się jednak mylić. Niemniej tu drugorzędne jest czy mogły być – to może być efekt uboczny tego, co się dzieje, ważniejsza własnie reakcja. Bo nawet jeśli przyroda ledwo zipie – ci ludzie mają obok las. Choć to akurat bronisz oddzielnie.

 

A z tym lasem, tu da się sporo pokombinować. Na przykład jeśli optyka sprawia, ze coś jest niewyraźne z dowolnego powodu i dopiero z czasem dociera co to. Ludzie mają niesamowitą zdolność"patrzenia, a niewidzenia", zwłaszcza jeśli coś wypierają.

 

"ktoś pomyślał, że jakby zsypy odsunąć gdzieś w boczne rejony budynku (któryś z bocznych/skrajnych pionów) ze względu na smród, to nie byłyby takim głupim pomysłem"

Ło panie. Pan naprawdę nie pamięta jak różnie bywa z zsypami ;)

 

"Odnośnie muzyki jeszcze – jeśli gdzieś Ci się skojarzyło z DCD, to strasznie fajnie!"

W jednym z utworów DCD pada nawet w tekście zdanie "opowiedz mi o Lesie, który nie jest już Twoim domem".

 

Gusta muzyczne to ja mam szerokie, ale wybredne. To z linków mi nie podchodzi.

 

U moich rodziców trzmiel podobno codziennie przylatuje do doniczki na balkonie. Piąte piętro.

Babska logika rządzi!

No piąte, a na przykład dziesiąte to już różnica ;-)

Ale i trzmiel sporo cięższy od komara. Pszczoły w poziomie mogą lecieć wiele kilometrów (nie pamiętam dokładnie ile) do źródła dobrego żarcia. To w pionie pewnie też. A jeśli jeszcze komary nie bardzo mają wybór, bo ludzie albo zamknięci w kombinezonach, albo na dachach, a ze zwierzętami krucho…

Babska logika rządzi!

Wciągający klimat opowieści. Odebrałam to opowiadanie jako wielowarstwowe. Na pograniczu trochę snu i jawy. Zwykle, gdy czytam, staram się zawiesić własne pytania, by prowadziła mnie wyobraźnia piszącego. Tu mi się to udało.

Smutne, że nie jest to opowieść wyłącznie wyssana z palca. Jednak daje nadzieję, że istnieje nowa możliwość. Rzeczywistość, w której znowu się wszyscy odnajdziemy.

Nasuwa się też pytanie: czym jest w tej nowej rzeczywistości wolność? Może właśnie jest to jakiś las.

Pozdrawiam

Nigdy się nie poddawać

Heloł Zielonko, bardzo dziękuję za odwiedziny i komentarz. A propos wolności, to w czasie tzw lockdownu na wiosnę, na jakiś czas zabroniono wstępu do lasu, dla mnie to był cios w wolność właśnie i byłem oburzony. A potem zacząłem chodzić do lasu wieczorem :)

Przy czym – choć nie to było intencją zakazujących – wyszło z teog coś dobrego, bo w tym czasie w niemal całej Polsce był bardzo wysoki poziom zagrożenia pozarowego w lasach. Gdyby poszły tłumy, to znając niefrasobliwość ludzi…

Co racja, to racja. W ogóle, lasowi zrobił ten zakaz bardzo dobrze :)

Taaa. Jak krótko po zdjęciu zakazu jechałam rowerem przez park, to zobaczyłam (specjalnie się nie rozglądając) trzy różne gatunki ptaków, w tym jeden czy dwa, których wcześniej w parku nie widziałam. Miały zwierzaczki labę… A w ogrodzie botanicznym (chyba ciągle ograniczone godziny otwarcia) widziałam zająca i bażanta.

Babska logika rządzi!

Ja parę razy nie wytrzymałem i zrobiłem nielegalną przebieżkę wieczorową porą. Podczas jednej z nich natknąłem się jenota. Chyba. To znaczy na pewno się natknąłem na jakieś zwierzę i chyba był to jenot.

Bardzo, ale to BARDZO dobre! Ja bym to widział nie tylko z piórkiem, ale i w NF. A rzadka tu taka ocena u mnie, jak wiesz. Pozdr. Edytka, żeby wymogom piórkowym stało się zadość: Kreujesz bardzo dobrze klimat. To tu rzadkość. Dzieje się przy tym akurat tyle, ile trzeba. Opko jest dość długie, a mimo to interesujące, chce się wiedzieć, co dalej. Niedookreśloność i brak łopatologii – to też spory plus. Może i są jakieś dropy, ale przyznam, że nie chciało mi się ich szukać, wolałem czytać. Bohaterowie przekonujący, pełnokrwiści. Słowem: dobry pomysł, bdobre wykonanie, moim zdaniem – najlepsze Twoje opko które tu czytałem dotychczas. A za dwa dni ponowię nominację do piórka.

Zwrócić piórko Sowom i Skowronkom z Keplera!

Oj, rybaku, ależ miło! Dzięki serdeczne, że zechciałeś przeczytać, a taka opinia od Ciebie – miodzio! Bardzo się cieszę, że Ci się spodobało, no chłopie no jaki czad :)

zapraszam śmiałków do lektury najdłuższego opowiadania, jakie kiedykolwiek napisałem. 

 

No to ja mam nadzieję, że kiedyś napiszesz coś baaardzo długiego, bo po tym, co przeczytałam, chcę więcej. 

Teraz kilka suchych uwag: 

Czytało się płynnie, bez potknięć.

Historia jest ciekawa.

Niezłe światotwórstwo.

Pandemia przedstawiona w bardzo fajny sposób, z perspektywy małej, zamkniętej społeczności i to jest też fajne w Twoim wydaniu. 

Bohaterowie barwni, trochę dziwni, zwłaszcza Gruba i Beti. 

Zakończnie mnie osobiście zaskoczyło, ale to może nawet dobrze, że postawiłeś na nieoczywiste rozwiązanie. 

 

A teraz poleje się miodek ;)

 

Bardzo spodobał mi się pomysł z gasnącymi łańcuchowo blokami. Rewelacyjnie przedstawiłeś wygaszenie dziewiętnastki i reakcje ludzi na dachu.

Detale, takie jak odrapana tapeta, obłoczki na niebie, owady, wnętrze mieszkania Beti– przedstawione są obrazowo i tworzą klimat. Czułam się, jakbym tam była. 

 

Łosiocie, jestem tym opowiadaniem w pełni usatysfakcjonowana. :)

Chyba chciałam coś jeszcze napisać, ale mózg mi się już o tej porze wyczerpał. xD 

 

 

 

Saro, cały Twój komentarz to miodek! Dzięki za poświęcenie mi czytelniczego czasu, serdeczności :)

Dobre opko. Misie! :-)

Po pierwsze gratuluję długości, bo niełatwe utrzymanie uwagi przy tej liczbie znaków i opowiadasz po prostu, konstruując bohatera i sytuację, nie sięgając po dziwne słowa, zawikłaną i zaplątaną fabułę, epatowanie emocjami wprost. 

Co szczególnie przypadło mi do gustu. Podobało mi się zderzenie prekariatu z mieszkańcem Kopuły, który przypadkowo znalazł się w miejscu nie swoim. Relacjonuje on swoją „przygodę” (zakończenie zostawiasz otwarte), styka się z nieznanym, próbuje do niego zaadoptować, powoli zaczyna podzielać obsesje i marzenia bohaterów, choć kurczowo trzyma się swojej normalności. Który ze światów jest prawdziwy, ktory normalny, w domyśle lepszy? W tle mamy pandemię: zjawisko naturalne bądź nie, robactwo prawdziwe czy modyfikowane, prawo egzekwowane przez żołnierzy – chronią i pilnują, niby humanitarnie dostarczając racji żywnościowych (w końcu mieszkańcy bloków też są w pewnym stopniu ludźmi.

Słowem, w tym momencie to dla mnie ciekawe i najlepsze Twoje opowiadanie przez IMHO bardziej świadome kreowanie materii literkowej. Na plus: dialogi, postaci drugoplanowe i całe sceny zapisane od początku do końca.

Gratki i nominuję, niestety, żal, że tym miesiącu mam urlop i nie będzie to głos dyżurnej, choć może to i dobrze, bo większość zgłaszanych przeze mnie opowiadań przepada dość spektakularnie. 

 

Odniosę się też do komentarzy i wątku z robactwem, czy może czy nie występować na wysokich piętrach? Pewnie powinien się tu wypowiedzieć Arnubis, który może zasięgnąć języka u…

Jak ja o tym myślę? Mieszkałam kiedyś bardzo wysoko (XII), ale w pewnym blokowisku, żadna tam enklawa, były tam też zsypy – robactwo lęgło się jak na drożdżach. Wieczna walka i zalepianie wszystkich możliwych dziur. Czasem zdawało mi się, że potrafią przecisnąć się przez stolarkę okienną, więc i ją szczelnie zaklejałam. Zsypy były na końcu korytarza, a nie koło klatek, taka osobna rura z klapą. Jak słyszałam, w niektórych blokach społeczności je zaspawały.

 

Z kolei komary to organizmy dużo starsze od człowieka, występowały już w okresie jurajskim, cirka about 210 mln. lat, gdy człowiek to zaledwie około 400 – 450 tys. lat. W związku z tym widzimy, jak wiele przetrwały, jak szybko potrafiły się zmieniać, adaptować do środowiska, tym bardziej, że łakomym z nich kąskek dla innych (ryby, ważki, itd.). Zastanawiałam się też nad bioróżnorodnością i zagospodarowywaniem wolnych ekologicznych nisz, a takie w świecie opisywanym są bezsprzeczne. 

Wreszcie, można popatrzeć na zjawisko plagi komarów i robactwa jako czyszczenie świata przez ludzi z Kopuły, albo w wersji łagodniejszej na coś, co wymknęło im się spod kontroli.

Pozdrowienia, i ja chodzę do lasu. :-)

Za dwa dni zgłoszę. :-)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie lubię postapo, dystopii, a za wulgaryzmy w literaturze paliłbym na stosie. Dałeś mi tyle powodów do zrzędzenia, że nic, tylko rozjechać po całości. :D

A tak poważnie. Nie jestem wielkim fanem postapo czy dystopii, nie dlatego nawet, że ich nie lubię, zwyczajnie czasem ciężko mi się w tym odnaleźć. Albo nie zawsze wiem, gdzie szukać frajdy w takich tekstach. Za wulgaryzmy, jak pisałem, paliłbym na stosie. Generalnie mam zasadę, że po trzecim wulgaryzmie porzucam lekturę i to niezależnie od jakości opowiadanie, więc jedyny powód, dla którego nie porzuciłem lektury jest taki, że chciałem Ci zostawić jakąś opinię.

Po co o tym wszystkim piszę? Nie po to, żeby krytykować. Zostawiam Ci charakterystykę czytelnika żebyś wiedział, od jakich szczegółów zależy czasem jego postawa. Wulgaryzmów nie nazwę wadą tego opowiadania, bo wiem, że jesteś w stanie nie tylko je uzasadnić, ale też wybronić. Dlatego ta część to tak naprawdę forma materiału poglądowego/ciekawostki, że nawet dobre opowiadanie może czasem odrzucić czytelnika w oparciu o jego pogląd na literaturę czy preferencje czytelnicze.

Teraz jednak zapominamy o preferencjach i kaprysach CM-a i skupiamy się na opowiadaniu. Bo to nie będzie żadna opinia w stylu: to nie w moim guście, to mi nie leży, a to nie interesuje. Dostaniesz w pełni uczciwy komentarz skupiający się wyłącznie na opowiadaniu.

Opowiadanie specyficzne. Dajesz tu sto i jeden powodów, by się czepiać, a jednocześnie… żaden z tych powodów jakoś nie potrafi obrzydzić lektury. ;)

Można marudzić, że bohater nieco zbyt lekko zarysowany (momentami, jeśli chodzi o znajomość bohatera nieco brakowało informacji, widziałem go trochę jak przez mgłę), że świat można by rozwinąć, że jakoś wiele się nie dzieje. Można…

A jednak opowiadanie interesuje. Jakoś zatrzymuje przy sobie czytelnika i nie chce puścić. Dlaczego? Cholera je wie. ;-)

Ani ten świat nazbyt efektowny, ani zbyt wiele się w zasadzie nie dzieje (gdybym miał napisać jakiś sensowny plan wydarzeń, to pewnie miałbym z tym problem). Mimo to wciągasz się w tekst, wciągasz się w świat…

To dobre opowiadanie. I pewnie, ponieważ w pełni uczciwie nazywam je dobrym, powinienem teraz dla równowagi wymienić jego zalety. Powinienem obszernie wyjaśnić dlaczego rzeczywiście jest dobre. A może i bardzo dobre. Powinienem więc, ale tego nie zrobię. Z dwóch powodów.

Żebyś mnie dobrze zrozumiał, to pierwszy wyjaśnię na przykładzie. Wyobraź sobie tekst, który Cię zainteresował. Wciągnął. Czy Ty się w trakcie lektury zastanawiasz, dlaczego właściwie Cię wciągnął? Cóż takiego sprawiło, że biegniesz przez kolejne akapity z zainteresowaniem, ciekawy tego, co zdarzy się dalej?

Czy może zwyczajnie skupiasz się na frajdzie z lektury? Cieszysz się tym, że tekst interesuje, zagłębiasz się w niego i pozwalasz, by Autor prowadził Cię dalej. Bez zadawania pytań, czym konkretnie Cię kupił.

Widzisz, u mnie działa ten drugi schemat. Myślę, że u większości działa. Jeśli tekst mnie zainteresuje, to naprawdę guzik mnie obchodzi, z jakiego konkretnie powodu. Zatapiam się w lekturze i cieszę każdym akapitem, licząc, że ta frajda zostanie przy mnie do ostatniej kropki, a Autor zrobi wszystko, by mi tego nie odebrać. Tyle. Po ostatniej kropce nie interesuje mnie, co mi się konkretnie podobało, tylko czy tekst jako całość mi się podobał. Bo tego właśnie od niego oczekiwałem przystępując do lektury.

Myślę, że wielu z nas ma tak samo, a tekst pod kątem zalet analizujemy wyłącznie po to, by dać autorowi jakiś szerszy obraz. Bo czytelnik, jak sądzę, zwykle widzi głównie wady. Zalet nie widać. Zalety wciągają w tekst. ;-)

To jest więc pierwszy powód. CM chciał spędzić fajnie czas i spędził. I tak samo, jak nie rozważam przy ciekawej książce, co mnie interesowało. Tak, jak nie czuję potrzeby, by analizować element po elemencie, co konkretnie zadziałało i dlaczego, tak nie czuję tej potrzeby i tutaj.

Dla Ciebie najważniejszą informacją jest, że czytelnik czytał z zainteresowaniem. Że mu się podobało.

Wspomniałem jeszcze o drugim powodzie. Drugi powód to konwencja. A może konstrukcja opowiadania? W każdym razie są takie teksty, gdzie o jakości opowiadania wcale nie świadczy liczba zalet, jakie wymieni czytelnik, ale właśnie jego zadowolenie (i brak potrzeby marudzenia).

To jest właśnie tekst tego typu. Zwróć uwagę, że on nie jest szczególnie efektowny. Nie ma tu bogatego światotwórstwa, efektownych, refleksyjnych zdań, szalonych zwrotów akcji. A nie ma, bo to takie opowiadanie, gdzie Autor przy lekturze ma nie przeszkadzać. Gdzie ma go nie być widać. Dlatego pisałem, że wartością tekstu jest to, że czytelnik nie ma ochoty marudzić. Że nic go przy lekturze nadmiernie nie zatrzymywało (jasne, można tam mnożyć mniejsze lub większe pytania czy wątpliwości, ale ja jestem typem czytelnika, który raczej daje się prowadzić autorowi za rękę – kupuję świat takim, jakim go przedstawia).

Twoja rola przy tym tekście jest trochę niewdzięczna. Musiałeś wykonać sporo pracy (dla czytelnika raczej niedostrzegalnej) przy “budowie tego świata”, pomyśle na to, co ma się w nim dziać, jak ma wyglądać i funkcjonować, żeby wszystko, pisząc kolokwialnie, “trzymało się kupy”. Czytelnik tego nie widzi. Czytelnik przychodzi na gotowe. Później musisz jeszcze wykombinować, jak tę poskładaną z mozołem całość przedstawić czytelnikowi, by ten chciał się nią zainteresować. A gdy to wszystko wymyślisz, dalej musisz schować się w cień. Unikać purpury, nadmiernej efektowności. Pozwolić się bronić temu, co wypracowałeś.

Czy to pozwala rzucać na prawo i lewo pochwałami? No nie. Ale czytelniczo daje satysfakcję i to jest rzeczywistą miarą jakości tego opowiadania. Kiedy przyjrzeć się bliżej, widać te drobiazgi, pozornie niewidoczne, które dodają wartości. Choćby Siwy i grupa ludzi wokół niego. Niebezpieczni? Jasne. Ale, jak to fajnie podkreśliłeś, nigdy nie przekraczający pewnych granic. Zdawać by się mogło, że to nieistotny drobiazg. Ale jednak takie drobiazgi są ważne. Bo dzięki nim ci bohaterowi są prawdziwi, a nie sztampowo czarni lub biali, żeby łatwo (i pewnie przez to nieskutecznie) wymusić pewne reakcje czytelnicze.

Dobra kończę, bo i tak mi się z tego zrobił elaborat. Komentarz może być chaotyczny, trochę nie wszystko potrafiłem opisać tak, jak chciałem. Powtórzę więc to, co najważniejsze. To nie jest efektowne opowiadanie, ale bardzo dobre. A bardzo dobre właśnie dlatego, że pomimo braku efektowności (a przy tym określonej długości) potrafiło wciągnąć i nie puściło aż do końca.

Tyle.

Pozdrowił i poszedł.

P.S. Jeżeli po pierwszych zdaniach obawiałeś się krytycznego komentarza to… zrobiłem to specjalnie. XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Asylum, CM, dzięki Wam bardzo, dziś jestem w terenie i nie mam opcji odpisać dłużej, wrócę do Was jutro :)

Asylum

Bardzo dziękuje za docenienie tego opowiadania. Nie przyznam głośno, że jest z moich najlepsze, bo pozostałym tekstom mogłoby się zrobić przykro ;)

W kwestii komarów na którymś tam piętrze, to zapewne powinienem bardziej dbać o realizm, tym bardziej, że nie piszę jakichś odjechanych tekstów fantastycznych, tylko coś a’la close aim sci-fi.

Coś tam posprawdzałem na temat komarów w necie. Znalazłem same ogólniki i trudne do zweryfikowania historyjki, ale uznałem, że warto poświęcić precyzję na rzecz fajnego dialogu na dachu. Bardzo się cieszę, że to opowiadanie budzi takie pozytywne reakcje, w tym i Twoją. 

 

CM

Tak, na początku powiało klasycznym,najwyżej średnio zadowolonym z lektury Ceemem ;)

Właściwie, to trudno mi się ustosunkować do tego, co napisałeś. No bo – wiadomo, miło. Właściwie, to nawet bardzo miło. Kiedyś Ci się odgrażałem chyba, że w końcu napiszę coś, co Ci się spodoba. Jeśli w końcu sie udało, no to naprawdę jestem z siebie dumny. 

Opowiadanie nie jest efektowne, tak. Nie miałem tu parcia na fajerwerki, a nawet koncerty fajerwerków :)

To znaczy starałem się, żeby było efektowne “wizualnie”, czyli sugestywne, ale to tyle. 

Bohater jest trochę przezroczysty, się zgodzę. Pewnie to, dlaczego tak jest, mógłbym trochę pouzasadniać (facet jest introwertykiem ze swiata pod Kopułą i rozmawia z maszynami), ale rozumiem, że to sie może rzucać w oczy jako pewna wada. 

Dzięki CM, po raz kolejny, za bardzo cenny i głęboki komentarz. Bardzom kontent, że dobrze Ci się czytało mój tekst.

 

serdeczności dla Państwa

 

 

Za wulgaryzmy, jak pisałem, paliłbym na stosie

Podajcie, k#$%^, pochodnię!

Dla mnie z komarami jest, Łosiocie, bardzo ok :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Powiem tak: nie lubię postapo, ale to mi się naprawdę bardzo podobało! Nieprzyjemna sceneria, na pozór zwyczajne i wstrętne rzeczy u Ciebie zamieniają się w dramaturgiczną scenografię: karaluchy, blokowiska, owady, mundury i mój ukochany zsyp, którym Nick ucieka z bloku!

Moją uwagę zwrócił brak oczywistości podejścia bohaterów do zaistniałej sytuacji, różne frakcje, bo mamy i Wtyczkę, i bandę Siwego oraz Beti, która zdaje się być kompletnie odjechana. Wspaniale pokazujesz niuanse między nimi.

Podczas lektury, zastanawiałam się, kto jest najbliżej prawdy? Czy ta Gruba kłamie (swoją drogą świetna postać)? Jak to faktycznie jest z tą pandemią? Co zrobiły ludziom te robale? Czyli poruszasz moje zwoje czytelnicze, fajnie.

Smutno mi, że Nick z Beti nie łączą się w miłosnym, szczęśliwym uścisku. Najwyraźniej za duża różnica poglądów ;). Pięknie opisujesz uczucia między nimi.

Dzięki za tę historię! :)

Nie umiem jeszcze odpowiadać na tak pozytywne recenzje moich opowiadań, więc walnę jakąś głupotę/suchara. 

Cytryno, bardzo Ci dziękuję za ten słodki komentarz.

 

Nie, no bez przesady. Serdecznie dzięki za przeczytanie tego kawału testu. Bardzo mnie cieszy, że napisałaś:

Podczas lektury, zastanawiałam się, kto jest najbliżej prawdy? Czy ta Gruba kłamie (swoją drogą świetna postać)? Jak to faktycznie jest z tą pandemią? Co zrobiły ludziom te robale? Czyli poruszasz moje zwoje czytelnicze, fajnie.

To jest ciekawe zjawisko, jak to do pisania tekstów SCI-FI/fantasyka (nie wiem właściwie, co ja napisałem) inspiruje rzeczywistość. Bo mam taką obserwację, że bardzo wiele osób się już pogubiło, poglądy na trwającą epidemię i kryzys COVID-19 są często skrajnie różne i “prawd” jest wiele. 

 

Dziękuję za odwiedziny i podrawiam serdecznie. 

 

 

Pierwsze skojarzenie – “Zielona pożywka”. Potem pojawia się motyw pandemii, mocno pijący do rzeczywistości. Potem wtyki, Kopuła…

To mi się w tekście podoba. Co chwila dorzucasz kolejny element do układanki, ale podczas czytania nie czuć, że czegoś wcześniej brakowało. Nie zostaję też wytrącony z budowania klimatu. To powolne budowanie świata wychodzi bardzo sprawnie.

Kolejna rzecz to klimat. Czuć tu wspomnianą “Zieloną pożywkę”, ale miałem też ciągi do “Ostatniego brzegu”. Oczekiwanie na moment zgaśnięcia bloku i na to, co on przyniesie. Rozwiązanie nie zawodzi, choć brakowało mi jakiegoś przytupu – ta napaść na żołnierzy wyszła dosyć spokojnie.

Główny bohater jest ciekawy, okrągły. Jednak reszta, poczynając od Beti, trochę mi się zlewali. Wydali się dosyć monotematyczni – o ile w postaciach tła to nie przeszkadza, to dziewczyna narratora zaczęła w pewnym momencie wkurzać tymi aluzjami do lasu. Jasne, to ważne od strony przemyśleń i ogólnego wydźwięku tekstu, ale zabrakło jakiś dodatkowych szlifów; czegoś, co jeszcze by ją charakteryzowało.

Podsumowując: sam koncert fajerwerków naprawdę dobry, głównie przez klimat oraz budowanie szerszego świata. Gratki ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NWM, super, że wpadłeś, poczytałeś i skomentowałeś. 

Zielona Pożywka, to mój taki wyrzut sumienia. Wiem co to, wiem o czym, wiem, że powinienem zobaczyć, a wciąż jeszcze tego nie obejrzałem. 

Odnośnie jednowymiarowości Beti i tego wątku z lasem. Oczywiście, ta jej paplanina ma swój cel i znużony jest nią nawet sam bohater, ale ja też miałem taką myśl (niedawno, jak po pary dniach wrociłem do tego tekstu żeby sobie go jeszcze poukładać w głowie), że jednak może być tych nawiązań zbyt wiele. To ciekawa uwaga, zgodna z tym, co mi podpowiada intuicja.

Pozostali bohaterowie – jest ich mało, zostali wyrysowani z szarego tłumu i pewnie każdego można by dopracować, choć uważam/wydaje mi się, że są dość krwiści (mam na myśli Siwego i Grubą). Zresztą, jak już tu komentowano – wszystko można by tu dopracować i pogłębić. 

Bardzo Ci dziękuję za ten komentarz, bo raz, że oczywiście strasznie fajnie zobaczyć kolejną pozytywną recenzję swojej pracy, a dwa – pomagasz mi ten mój własny tekst przetrawić i zobaczyć, co wyszło, a co nie. 

pozdrowionka,

Uosiot

 

 

Obiecane trzysta.

Ochy:

Bardzo sprawnie wykonane. Lekko prowadzisz czytelnika, za rączkę, ale nie ciągniesz za mocno. Tak w sam raz, z wyczuciem. 45k znaków i weszło gładko.

Zanim przejdę do echów, nurtujące mnie momenty.

 

Wtedy na korytarzu robi się bardzo cicho. Milkną sąsiedzkie rozmowy i szuranie stóp po wypolerowanym przez lata betonie. Rozglądam się zaskoczony, próbując znaleźć przyczynę. Spojrzenia wszystkich wędrują od Beti, do pyskatego malca i z powrotem. Młodemu rzednie mina. 

– Nie rozpędzaj się tak, bo powiem twojej mamusi – mówi w końcu Beti z uśmiechem, który nie dociera do jej oczu. 

Chłopak zupełnie traci rezon – z niewyraźną miną robi parę kroków w tył i znika wśród zebranych tu ludzi.

Co się stało, że ludzie ucichli? Słowa Betti padły dopiero, kiedy zrobiło się cicho? Czy to dlatego, że cieszyła się posłuchem? Jeśli tak, to do tej pory w tekście nic na to nie wskazuje. 

W windzie zobaczyłem wzory. Na ścianach, suficie, wyblakłym i spękanym lustrze, nawet na podłodze, jeden na drugim, poukładane warstwami, tkwiły nabazgrane grubym mazakiem blokerskie symbole, napisy i rysunki. Znaki zaczęły drżeć, wić się i powoli przemieszczać, próbowałem nawet chwycić niektóre z nich w dłoń, by przyjrzeć im się z bliska. Szum zaczął przechodzić w gwizd, a potem przeraźliwy pisk. Spróbowałem wezwać pomoc, wysłać komunikat do rodziców… Nic. Pamiętam to zimno, świadomość rozkwitającą gdzieś w środku jak lodowy kryształ.

Ping – cisza. Ping – pustka. Pierwszy raz w życiu straciłem kontakt z siecią. 

A potem zapadłem się w ciszę i ciemność. 

Miałem nadzieję, że dowiem się czegoś więcej o tych wzorach, albo przynajmniej dlaczego stracił przytomność

 

Nasz dach jest jak ogromny, więzienny spacerniak na którym ludzie ćwiczą,

Przecinek czasem nie powinien przeskoczyć dwa słówka dalej?

 

Komary na piątym piętrze już nie działają. Testowane.

No i nie bardzo też wierzę w muchy na zewnątrz na tej wysokości. Bo wysoko mieszkają?

 

Czasem któreś z tych nieszczęśnie głupich stworzeń rozpędza się tak, że uderzenie w szybę jest zbyt mocne. Owad spada gdzieś w dół i więcej się nie pojawia, a na szybie zostaje mokry ślad.

Wydaje mi się to mało prawdopodobne.

 

panuje ciemność ogromnych jak czarne księżyce źrenic. 

Hmm, ogromny czarny księżyc? W nowiu? Czy jakoś inaczej?

Mam wrażenie, że chce je ze mnie wyrwać

Chcą?

 

No to czas na ech… bo najgorszą z przysług jest pogłaskanie autora po konektorkach.:-)

W mojej ocenie, jako czytelnika, widzę tu trochę luk. Po pierwsze, skoro bloki gasły (dlaczego gasły nie wiem do tej pory), to ludzie, którzy tam mieszkali nie wychodzili po żywność? Bo mieszkali tam, na końcu wyszli.

Po drugie te owady na znacznej wysokości mnie nie przekonują. Problem w tym, że gdyby je zlikwidować, to sypnąłby się koncept.

Z tym lasem na skraju osiedla, którego nie widać z dachu wieżowca, to jednak zgrzyta.

 

Wszystkie “zarzuty” nie zmieniają faktu, że warto sięgnąć po to opowiadanie.

Elo, dzięki! Odpisze w niedzielę wieczorem, ok? Bo tu dużo do pogadania mamy, a ja jestem w lesie i tym razem nie wziąłem laptopa :)

Nie pali się. Wypoczywaj.

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Czytałem ze sporym zainteresowaniem. Trochę postapo, trochę dystopii, trochę nawiązań do aktualnej sytuacji. Wprowadzasz czytelnika w Twój tajemniczy świat z odpowiednim tempem, według mnie wyjaśniasz dokładnie tyle ile trzeba. Historia głównych bohaterów może nie jest sama w sobie szczególnie zajmująca (a przynajmniej dla mnie nie była), ale pozwala opisać życie na osiedlu ze wszystkimi smaczkami.

Technicznie jest bardzo dobrze, podoba mi się Twój styl – jestem pod wrażeniem, że czas teraźniejszy w tekście o tej długości nie zdążył mnie znużyć.

Mam jedynie zastrzeżenia do zakończenia. No cóż… według mnie wyszło trochę nijakie, oczekiwałem czegoś mocniejszego. Może niekoniecznie wyjaśnień, ale jakiś efekt „wow” pod koniec na pewno sprawiłby, że tekst mógłbym zapamiętać na dłużej.

Ale poza tym jest naprawdę dobrze – kawał przyjemnej lektury.

 

Aha, i jeszcze jedno – spodobał mi się fragment z karaluchami. Od razu nasuwają się skojarzenia z grzybem Ophiocordyceps unilateralis :)

 

PS. Przepraszam, jeśli powtarzam się po innych, ale dość późno tu trafiłem i nie chciało mi się przeglądać komentarzy, bo jest ich całkiem sporo ;)

Anet – senk ju!

 

Perrux – bardzo dziękuję za tę recenzję. Właściwie, to ewentualne powtórzenia wątków z innych komentarzy mają bardzo dużą wartość, bo zaczyna się wyłaniać jakiś obraz odbioru tekstu na większej próbie czytelników i jeśli są wspólne mianowniki – trza na nie zwracać szczególną uwagę. 

 

ManeTekelFares – bardzo miło, że się załapałem na Twój 300 komentarz. Najchętniej wziąłbym z niego tylko “że warto sięgnąć po to opowiadanie.” :P

No, ale wiadomix, poniżej jadę z wyjaśnieniami. Zanim do nich przejdziemy, ogólny komentarz ode mnie jest taki, że w tym opowiadanku przyjąłem bardzo ciasny kadr postrzegania świata przez bohatera. Chodzi mi o to, że gość, jako obcy/Wtyczka w środowisku blokersów jest świadkiem różnych zachowań, co nie oznacza, że jest w stanie je zrozumieć. W ogóle staram się tak pisać – trzymać się zasady (wielu twierdzi, że przereklamowanej) show, don’t tell, co ma swoje minusy, gdy nie robi się tego perfekcyjnie, jak ci, no – dobrzy pisarze :)

Czasem więc będzie w tym tekście tak, że pewne wydarzenia są symptomami czegoś, czego bohater nie rozumie, a nawet nie zauważa. I zapewne, nieszczęsny czytelnik czasem też. 

 

Piszesz, odnosnie fragmentu, w którym ludzie zamilkli, gdy jeden z młodziaków “zadarł” z Beti:

Co się stało, że ludzie ucichli? Słowa Betti padły dopiero, kiedy zrobiło się cicho? Czy to dlatego, że cieszyła się posłuchem? Jeśli tak, to do tej pory w tekście nic na to nie wskazuje. 

 

Beti ma specyficzną pozycję w bloku. Widać to w scenie z Siwym, który nie robi Wtyczce krzywdy, gdy Beti interweniuje. Co więcej, nawet Wtyczkę ochrania, ale też grozi mu łomotem, gdyby ten Beti chciał skrzywdzić. Jest też scena, w której Gruba – w odpowiedzi na groźbę, że Wtyczka powie Beti o tym, że nie ma dostępu do sieci – zaczyna z Wtyczką współpracować i pomaga mu w ucieczce. Dlaczego tak jest? Nick może się tylko domyślać. Może Beti ma jakąś relację z Siwym – blokowym watażką? A może odgrywa jakąś poważniejszą rolę w całej tej sytuacji z lasem i grzybem, który wpływa na ludzką psychikę i powoduje eksodus z blokowiska? Może jest Panią lasu z bujd, które naopowiadała Nickowi? A może, po prostu, jest lubiana i zachowanie pyskatego gnojka wywołało konsternację? Nie podsuwam odpowiedzi, ale chciałbym, żebyś przyjął, że majaczą gdzieś tam, w tle. 

 

Wzory w windzie. Sam miałem wątpliwość, czy to zostawić. To zwykły ozdobnik. Miała być fajna scenka ze starą, zamazaną flamastrami windą. Właśnie wyłączona zostaje sieć. Dla Nicka to potężny cios. Skupia się na tych znaczkach, bo akurat ma je w pobliżu, próbuje się ogarnąć, ale ponieważ jest mocno zależny od technologii, zupełnie się sypie. Sieć jest dla niego bardzo ważna. Gość traci przytomność, bo traci kontakt z siecią, wydaje mi się, że to akurat tu wybrzmiewa wyraźnie. Ale te wzorki mogą odwracać uwagę, zapewne niepotrzebnie. 

 

Co do komarów i much, ale i tych robali rozpadających się na szybie – zgadzam się, można tu dyskutować o wysokości występowania owadów i siły ich uderzania w szybę. Potraktujmy to jako wątek, który sobie wymyśliłem mając świadomość, że nie każdemu się sklei. Mnie się klei. 

 

Hmm, ogromny czarny księżyc? W nowiu? Czy jakoś inaczej? – sorry, nie rozumiem jaka tu jest kontrowersja? Okrągłe, ciemne źrenice. Jak księżyce, tylko że czarne, bo autor wymyślił takie porównanie do czegoś, co nie istnieje. Czy o to chodzi?

 

Dlaczego bloki gasły? – Bo stało się w nich to samo, co w “naszym” bloku. Atakował je karaluszkowy grzybek. Ludzie siedzieli w ciemności i czekali na “akcję” wyjścia do lasu. Nigdzie nie jest powiedziane, że nie chodzili w tym czasie po prowiant. Zresztą, nigdzie nie jest powiedziane ile ten proces trwał, osiedle mogło zostać zarażone w tydzień. 

 

Las – namawiam do przyjęcia stanowiska, w którym jest również opcją to, że tego lasu wcześniej faktycznie tam nie było, (paplała o nim tylko Beti) i pojawił się, wraz z falą robactwa. Albo do tego, że to było naprawdę duże osiedle dośc wysokich bloków i horyzont stanowią dachy innych budynków. 

 

Dzięki za ten rzeczowy komentarz i pokazanie niejasności w tekście. Mam nadzieję, że część z nich jakoś tam wyjaśniłem. Pozdrawiam i dziękuję!

 

Bardzo dobry tekst. Podoba mi się stricte językowo. Styl, w jakim prowadzisz narrację, też do mnie przemawia – w moim odczuciu wydarzenia toczą się w odpowiednim tempie.

Życie mieszkańców bloku jest nie tylko pełne napięcia, ale i dojmująco nudne. Przepełnia ich agresja i frustracja. Często imprezują, żyją atmosferą tańca na Titanicu. Dla mnie jest to wiarygodny obraz.

Podoba mi się wymowna scena na dachu, kiedy Siwy tłumaczy brak ludzi na dachach – piękna, desperacka racjonalizacja, której można się było po nim spodziewać.

Geneza ,,epidemii” interesująca.

Pozdrawiam.

Hej adam_c4, dzięki serdeczne za poświęcenie czasu na lekturę. Bardzo mnie cieszy Twoja pozytywna recenzja. Kurcze, no nie wiem, jak odpowiadać na takie pozytywne komentarze, brzmi jak z generatora komentarzy, ale serio, miło mi bardzo :)

Pamiętam nasze pierwsze spotkanie, Łosiocie, pod twoim opowiadaniem Gdańsk 76. Pamiętam jak żywo, jak płynną lekturę przerywało mi potykanie się na błędach, a łapanka, którą na tym opowiadaniu (12k, niemal szort!) uczyniłam, była chyba najdłuższą w moim życiu. Czemu o tym wspominam? Zaraz, momencik, komentarz na kanapkę wymaga najpierw odrobiny cukru.

 

Opowiadanie jest napisane w przyjemny, gawędziarski sposób. Mimo dużego rozmiaru udało ci się uniknąć dłużyzn; choć niewiele się dzieje, opowiadasz o tym bez nudy i zastoju. Duszną i ciężką atmosferę budujesz obrazami, przedmiotami, ciekawymi porównaniami. Czytając, współodczuwałam zmęczenie i zobojętnienie Nicka – kawał dobrej roboty.

 

Bohaterowie nie są jakoś szczególnie pogłębieni psychologicznie, ale dałeś im wystarczająco charakteru, bym odróżniała ich między sobą. Zastanawiam się, czemu Nick nazywa się Nick, ale reszta imion (Beti a nie żadna Betty, Siwy) brzmi polsko – gdzie w końcu rozgrywa się akcja? Szkoda mi trochę, że jedynym bohaterem, którego myśli poznajemy, jest Nick, bo nie wydaje się być zbyt ciekawym bohaterem, może dlatego, że niewiele o nim ostatecznie wiemy – bardziej zaintrygowała mnie żyjąca fantazją Beti, oszustka Gruba czy nawet lokalny mafiozo Siwy. Nick… Nick po prostu jest. Dopóki w ostatniej scenie nie zaczyna nagle wzdychać do Beti, czego za bardzo nie rozumiem. Ale to maleńki zarzut. Ogólnie mówiąc, twoje opowiadanie zaludniają ciekawe charaktery, których nietypowy moment życia podgląda się z zaciekawieniem.

 

Wielki plus za walor edukacyjny – obejrzałam ten filmik o maczużnikach i już wiem, komu wyślę rachunek za terapię po nadchodzących koszmarach sennych. Bardzo fajna scena z karaluchami.

 

No to teraz mniej miła część komentarza.

 

Nie wiem, czy zaglądałeś pod lipcowe opowiadanie Katii, gdzie mój dość skąpy komentarz spotkał się z krytyką, ale po raz kolejny zostanę panem marudą, niszczycielem dobrej zabawy i powtórzę – w mojej opinii poprawność językowa jest absolutnym minimum na liscie wymagań, które musi spełnić piórkowe opowiadanie. Nigdy nie dam TAK-a opowiadaniu, które nie odznacza się poprawnością językową, bo takie opowiadanie nie powinno reprezentować portalu.

 

Nie wiem, jaka zbiorowa pomroczność ostatnio opada na znanych i cenionych autorów z forum – czy spragnieni sławy wrzucają opowiadania bez ponownego przeczytania, czy mają o sobie zbyt dobre mniemanie, by korzystać z bety? Bo nie wiem jak inaczej wyjaśnić nawał błędów interpunkcyjnych, których zasady są ci doskonale znane (a wiem, że są, bo stosujesz je w innych miejscach w tym samym opowiadaniu) – błedy typu przecinek przed wołaczem, zapis dialogów, brak przecinka między orzeczeniami.

 

Czy możliwe jest, że autor nie zauważa własnych błędów? Być może do pewnego stopnia, ale po odleżeniu tekstu i ponownym, uważnym czytaniu powinien wyłapać 95% z nich (źródło: jestem autorką). A więc skąd to? Pośpiech? Lekceważenie? Przekonanie o własnej jakości? To nie są pytania retoryczne – widzę to zjawisko nie pierwszy raz i jestem ciekawa jego źródła.

 

 

Większość opowiadania czytałam na telefonie, więc łapanka wyjątkowo krótka, ale było tego sporo (choć nie aż tyle, co w Gdańsku).

 

Weź się, pało – dziewczyna karci go wzrokiem i po chwili durny rechot cichnie.

 

– No chodź – Gruba patrzy na mnie wyczekująco.

 

dodaje zerkając

 

Opowiem ci jak się rozmawia

 

Pójdziesz kiedyś ze mną, co Nick?

 

Wiesz ile ludzi już dopadła ta zaraza?

 

– Beti – W końcu udaje mi się wydusić z siebie jedno, jedyne słowo.

 

Odwracam się, stanowczo za późno.

 

Chodź z nami Wtyczko

 

 

Nie ma co czekać na cudze łapanki. To naszą, autorów, robotą jest zadbanie o poprawność publikowanego opowiadania. Każdy autor ma swój mózg i świadomie decyduje się wstawić na forum “półprodukt”, czyli niedoszlifowany tekst.

 

Nie podoba mi się też, że staję przed takimi dylematami ;) Prywatnie mogę czytać opowiadania z niewielkimi błędami, nie szkodzi, ale poprawność językowa jest dla mnie bardzo ważnym kryterium piórkowym, bo jedynym zmierzalnym. Oj, chyba znowu się powtarzam.

 

Nie wiem jeszcze, jak zagłosuję, bo prócz zastrzeżeń językowych, opowiadanie nie zerwało mi majtek z nóg i nie sprawiło, żeby szczęka wpadła mi do piwnicy sąsiadów. To jest ładne, przyjemne opowiadanie, którego lektura sprawia przyjemność, ale brak w nim głębszego, uniwersalnego przesłania czy jakiejś refleksji, która zostałaby ze mną na dłużej.

 

Zajrzę tu jeszcze na pewno przed ostatecznym głosowaniem i zobaczę, ile mi z tego opowiadania zostało w głowie, a na razie mam nadzieję, że uszanujecie moje zdanie i nie zaczniecie go atakować ;)

 

Disclaimery: Na potrzeby tego komentarza wyłączyłam część mózgu odpowiedzialną za sarkazm i mam nadzieję, że byłam wystarczająco grzeczna. Łosiotku, nie żegnaj się z życiem, nie żegnaj się z forum i nie usuwaj tego opowiadania, bo cię znajdę i spuszczę ci lanie.

 

Buziaczki.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Hej kam, dobrze, że przyszłaś, dzięki. Cóż Ci rzec? Mam się tłumaczyć z błędów interpunkcyjnych?Robię ich multum, poprawiam, nie wszystko wyłapuję, mimo szczerych chęci. Czy wrzucam półprodukt, licząc na to, że ktoś mi poprawi byki? Że lekceważę? No coś Ty!

Robię, po prostu, jak umiem. Interpunkcja intuicyjnie, na słuch, na oddech. Spieszę się, czytam pierdylion razy, nie mogę się doczekać publikacji, czytam jeszcze, publikuję. O betę mi prosić głupio, bo to czyjś czas. Sam mam go niewiele, to cenny zasób. 

 

Odnośnie samego opowiadania, odkładając na chwilę błędy interpunkcyjne na bok, to ono chyba faktycznie nie jest z rodzaju tych zrywających gacie, nie miałem tutaj takich intencji. Ja sobie tu pływam wokół własnych odczuć i obserwacji dotyczących tego, co pandemia i jej otoczka robią ludziom w głowach (w tym mojej). Marzę tu o lesie, nienawidzę blokowisk, choć potrafią na swój sposób być piękne, nudzę się, spotykam ze sobą ludzi z różnych światów zastanawiam się, czy się w sobie zakochali, czy nie? Zapewne zamulam :)

 

Nick… Nick po prostu jest.

Tak. Nawet imię Nick, brzmi jak nick, jak ksywka. Jak login. 

Ludzie z bloków mają charaktery. Nickowi, gościowi spenetrowanemu przez technologię zdecydowanie go brakuje. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że nabrał nieco więcej tożsamości podczas pobytu w bloku, bo przynajmniej stał się facetem Beti/Wtyczką.

 

Ja sobie jeszcze to opko przejrzę pod kątem interpunkcji. Może minęło już wystarczająco dużo czasu i będę bardziej spostrzegawczy?

 

Dzięki bardzo kam, bardzo see cenię Twoje komentarze i krytykę. Obrażanie się nie wchodzi w grę, zapraszam Cię zawsze serdecznie do moich opowiadań. I dzięki za wyłączenie sarkazmu, to miłe. Wystarczy mi ból czoła po facepalmach, jakie zaliczyłem po zobaczeniu tych błędów. 

 

Pozdrowionka, 

Napisać ciekawe opowiadanie o kwarantannie jest raczej dość trudno. A to czytałam z zainteresowaniem i dozą niepokoju, który utrzymał się do samego końca. Atmosfera jest gęsta, można w niej niemal powiesić siekierę, i udaje Ci się ją pokazywać w każdym momencie opowiadania. Fajny klimat, bardzo aktualny w tych czasach. :D

Zostaw ten żyrandol.

Verus, bardzo dziękuję za wizyte. Cieszy mnie, że wspominasz o towarzyszacym Ci podczas lektury niepokoju i dusznej atmosferze, albowiem zależało mi na stworzeniu takowych. Fajnie, że zechciałaś poświęcić czas na mój tekst, pozdro :)

Sama nie wiem, co powiedzieć. Generalnie rzecz biorąc podoba mi się sposób, w jaki piszesz, prowadzisz narrację. Tworzysz klimat, a to najważniejsze – po prostu chce się czytać. Postać głównego bohatera wprawdzie prawie nie ma dla mnie twarzy, jest jakby pretekstem, ale za to pozostałe są stworzone fajnie przy użyciu niewielu słów (zwłaszcza Beti). No i wszystko jest super, poza rozwiązaniem, które mnie kompletnie nie satysfakcjonuje. O ile bardzo mi się podoba sam zamysł i atmosfera panująca w bloku, opisy zachowań ludzi i tak dalej, o tyle po prostu nie kupuję tego “wielkiego powrotu do natury”. Oczywiście to mój problem, a nie Twój. Zwyczajnie liczyłam na coś… bardziej dramatycznego? Psychologicznego? Trudno powiedzieć, sama nie wiem. Nie zmienia to jednak faktu, że dostarczyłeś mi przyjemnej lektury, dziękuję ;)

 

 

„– A wiesz, że za tymi blokami jest las? Pójdziesz kiedyś ze mną, co[+,] Nick?”

 

„Ci, którzy nie zajmują się zapełnianiem naszych siatek zapasami na cały tydzień, po prostu stoją ze strzelbami niedbale wycelowanymi w sufit.”

Nie znam się na militariach, ale… żołnierze ze strzelbami?

 

„– I to ja rozumiem, nie[+,] chłopaki?”

 

„– Pędzą, jakby przed czymś uciekały, co? – mówię w końcu, odwróciwszy wzrok kierunku przepływających przez kwadratowy kadr chmur.” Brakuje „w”. W kierunku.

 

„– Masz szczęście[+,] robocie, że trafiłeś na Beti, jesteś pod jej ochroną.”

 

„Nigdy nie widziałem też, żeby ci brutale choć raz potraktowali źle Beti[+,] mimo[-,] że nie stronią od przemocy w stosunku do pozostałych mieszkańców.”

 

„Na szczęście[-,] na szyi chłopaka pojawia się potężne…”

 

„Przez chwilę myślę, że patrzy na mnie, jednak jej spojrzenie mija mnie, gna za plecy. Beti unosi rękę i pokazuje coś za mną.”

 

„– To już siódmy! – Dodaje inny głos.” – dodaje małą literą.

 

„– To dziewiętnastka, znamy tam typów[+.] – Niski głos Siwego ucisza pozostałe.”

 

„– Nick[+.] – Szept Beti i mocny uścisk jej dłoni wyrywają mnie z zamyślenia.”

 

„– Boję się[+.][-d+D]ziewczyna odzywa się dopiero po wejściu do naszej klitki i zamknięciu za sobą drzwi na zasuwkę.”

 

„W dzień[-,] Beti często przesypia długie, lepiące się od upału godziny…”

 

„…mieszanka woni gotowanych kalafiorów z zapachem starych papierosów, ale tu króluje paskudny zapach zgnilizny.”

 

„– O, siema Wtyczka[+.] – Gruba wyplątuje się z kłębowiska kabli…”

 

„– Wpierdoliłabyś go z kosteczkami, nie[+,] Gruba?”

Generalnie trochę za dużo tej „Grubej” w całym dialogu.

 

„– Weź się, pało[+.][-d+D]ziewczyna karci go wzrokiem i po chwili durny rechot cichnie.”

 

„– No chodź[+.] – Gruba patrzy na mnie wyczekująco.”

 

„– Opowiem ci, ale muszę coś wiedzieć.

– Dawaj. 

– Masz dostęp do sieci? – pytam dziewczynę, ale w odpowiedzi dostaję tylko pogardliwe prychnięcie.

– Masz?”

Drugie „Masz” powinno być przyłączone do kwestii dialogowej powyżej, mówi je ten sam bohater, który odzywał się przed chwilą.

 

„– Zobacz, to się dzieje[+.] – Fascynacja w głosie Beti nie ustępuje.”

 

„– Jutro idziemy do lasu, kochany[+.] – Beti patrzy na mnie z uśmiechem.”

 

„Są cicho, jak nigdy, ale wiem, że tam siedzą. 

Staram się poruszać bezgłośnie, ale po ciemnym korytarzu wciąż niesie się echo moich kroków.”

 

„pewnie[-,] te, które właśnie mijam”

 

„Lot trwa chwilę zaledwie, a lądowanie, choć nieprzyjemne, nie jest zbyt bolesne, szybko więc zbieram się w sobie i wyskakuję z niego na ledwo widoczną posadzkę.” – Z niego? Brak dookreślenia podmiotu.

 

„– Chodź z nami[+,] Wtyczko – woła któryś z chłopaków.” – Jak woła, to brakuje wykrzyknika.

 

„– Beti, zaatakowaliście wojsko, co z wami? – krzyczę bardzo głośno” – jw., skoro krzyczy, to gdzie wykrzyknik?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

hej joseheim, to ja dziękuję za to, że poświęciłaś swój czas na mój tekst i miły komentarz. No i, kurczę, mimo wszystko, ciesze się, że dostarczyłem Ci przyjemnej lektury!

No walę te byki, jak mi się tu słusznie wytyka, trza nad tym popracować, dzięki za łapankę, działam.

Co do zakończenia – powiem szczerze – napisane zostało z szczerze i serducha, jestem z nim OK. Ale kumam, że mogło nie wejść, jasne. 

 

Do Twojej łapanki jedno małe ale:

– strzelby są tu moim zdaniem wponio, to takie automatyczne shotgun-y, a nie dubeltówki, czy inne myśliwskie flinty.

 

…resztę grzecznie poprawiam. Dzięki serdeczne za odwiedziny. 

Łosiot,

Mam nadzieję, że część z nich jakoś tam wyjaśniłem.

Tak. Dzięki.

Hej, jeśli chodzi o te strzelby, to powiedziałam, że się nie znam, po prostu strzelba kojarzy mi się z polowaniem albo Dzikim Zachodem i tyle ;p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Podchodziłam do tego tekstu chyba z pięć razy i przyznam, że jakkolwiek udało mi się dotrzeć do końca, to ja się od niego odbijam.

Na plus: jest solidnie, porządnie napisany, ma klimat, ma pomysł na świat.

Na minus są rzeczy znacznie bardziej subiektywne: to jest typ świata, bohaterów i fabuły, który znajduje się dość na drugim biegunie od tego, co lubię czytać. I w sumie w związku z tym opowiadanie mi się dłużyło, może gdyby było znacznie krótsze, to bym je łatwiej łyknęła?

Z głównym bohaterem mam ten problem, że on się snuje i jest mało interesujący, pozostali są napisani lepiej, ale z kolei żadne z nich nie wzbudziło mojej sympatii (albo choćby i antypatii) na tyle, żebym przejęła się ich losami. Z kolei ta opozycja życia w bloku, kopule, kwarantannie i ucieczki do natury – dość banalna.

Słowem: jest nieźle w sensie tego, jak to jest napisane, ale zabrakło mi tu fabularnego bądź emocjonalnego pazura. I nie chodzi o to, żeby tu się wspiąć na łzawe czy też ponure wyżyny, nie, ale o to, żeby bohaterowie byli bardziej żywi, mniej typowi.

Uważam, że to jest najdojrzalszy literacko z Twoich dotychczasowych tekstów, ma lepiej poprowadzoną fabułę itp., ale jednak w kwestii piórka będę na NIE.

http://altronapoleone.home.blog

Cześć Drakaino. Dzięki, że znalazłaś czas na lekturę i zaopiniowanie tekstu.

Oczywiście szkoda, że odbiłaś się od tego opowiadania. I smuteczek, że NIE.

Największy jednak smuteczek, że dopatrzyłaś się tu banału. 

 

Pozdro :)

 Nie, no, nie aż tak źle :) Masz trochę fajnych kawałków i – jak pisałam – nastrój itede. Tylko rozwiązanie jednak nieco mnie rozczarowało, bo jest mało zaskakujące, mało oryginalne. Osobiście bardzo kocham las i rozumiem tę ucieczkę, niemniej ta opozycja wyszła literacko trochę blado. Albo bladorunnerowo ;)

http://altronapoleone.home.blog

albo bladawcowato ;)

Byłem, przeczytałem, chylę czoła! Napisano tu już wiele, więc nie będę się powtarzał, złożę tylko gratulacje, bo tekst jest znakomity tak w wymiarze pomysłu jak wykonania; mam nadzieję, że piórko weźmie bez problemu.

Jeden tylko drobiazg: gość powinien mieć ksywkę “gniazdko”, nie “wtyczka” :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

O! Właśnie jestem po lekturze Twojej Chmury! Bardzo się cieszę, że spodobał Ci się mój tekst, dzięki że zajrzałeś. Z gniazdkiem/wtyczką – pewnie tak, pamiętam nawet, że się nad tym zastanawiałem i stwierdziłem, że to niuans i nie będę wchodził w to, kto co komu w co wtykał, żeby się podłączyć ;)

A Wtyczka pasuje lepiej kontekstowo.

Serdeczności i dziękuję :)

Wtyczka ma posmak szpiega, a gniazdko – raczej pozytywny; ptaszki, dom…

Babska logika rządzi!

Takąż właśnie wtyczką o posmaku szpiega, jest Wtyczka :)

No cóż czasy mamy takie, że normą jest łączenie wtyczki z wtyczką, gniazdka z gniazdkiem… poza tym przez tę cyfrową rewolucję namnożyło się tych złączy od cholery, pewnie ponad pięćdziesiąt… a życie usiłuje za tym nadążyć :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Łosiocie, melduję, że kot o imieniu Zołza jednym skokiem na klawiaturę skasował mi długi i wyczerpujący komentarz dla Ciebie i że w związku z tym jeszcze tu wrócę, żeby powiedzieć trochę więcej niż “podobało mi się”. Bo podobało się dość zdecydowanie. 

Ha! Ninedin, w całej tej dramatycznej sytuacji jest co najmniej jedna rzecz bardzo pozytywna: świetnie sie złożyło, że trafiło akurat na mnie. Być może inni użytkownicy uznaliby historię z kotem za mało wiarygodną, ale nie ja. W pełni Cię rozumiem, a to za sprawą traumy z czasów studenckich. Wiele lat temu miałem psa o mocno zwichrowanej psychice (przygarnięta sznaucerka po przejściach). I ten pies NAPRAWDĘ zjadł mi indeks w czasie sesji. I musiałem na każdym egzaminie tłumaczyć psorom, że pies zjadł mi indeks. Wyobrażasz sobie ich reakcje. Do tej pory pamiętam te sceptyczne uśmieszki, podejrzliwe spojrzenia znad okularów i mruknięcia pod nosem: “jassne, na pewno”. 

Proszę podrapać Zołzę za uszkiem ode mnie.

Widzę tutaj bardzo filmową historię. Jednak nie na amerykańską superprodukcję, tylko niezależny, niskobudżetowy i klimatyczny film (np. węgierski albo niemiecki ;)), z tak zwanego pogranicza s-f, za którego dystrybucję w Polsce odpowiada Gutek Film. Nie całkiem zrozumiałą, alegoryczną, lekko zakręconą, popkulturową, w sumie ambitną (ale bez przesady), z nienachalnym i nieoczywistym wątkiem miłosnym. Taką do przedyskutowania w gronie studenciaków znających “Moon” , “Melancholię”, “Odwróconych zakochanych” i na przykład “Sygnał”.

W zasadzie nie ma w powyższej fabule za wiele nowego. Tworzysz swoją wizję, korzystając z elementów, które skądś już znam, łącznie z tym finałowym, ale też ukrytym w tle przez cały czas przesłaniem/ostrzeżeniem przed naturą, która reaguje i reguluje (znanym chociażby z filmu „Zdarzenie” Shyamalana), odmienia świat oraz ludzi w odruchu samoobrony.

Mam przy tym również odległe i nieokreślone skojarzenia z „Leopardami i czaplami” Cerlega (jedno z najlepszych opowiadań na portalu w 2017 roku), trochę przez taką ponurą futurystyczną atmosferę zamknięcia, obrazków z życia odizolowanej społeczności, wydzielania dóbr (tam obozy, tutaj otoczone kordonem osiedle) i chyba poniekąd przez postać kobiecą – dostrzegam pewne nieuchwytne podobieństwo obu tych kreacji.

Przy okazji Twojego „Gdańska 76” pisałem: „Okazuje się, Łosiocie, że masz warsztat wystarczający, żeby napisać wciągające opowiadanie, które naprawdę dobrze się czyta. Ale przede wszystkim masz fajny zmysł, wyczucie, ucho, oko czy nosa do prostego, naturalnego, konkretnego i życiowego opisywania detali, świata, przemyśleń, działań, sytuacji. Szlifuj zatem technikę, rękę do narracji masz już naprawdę niezłą".

No i wciąż podtrzymuję, to co wtedy napisałem – poznajemy Twoje kolejne wciągające opowiadanie, które dobrze się czyta, zmysł pozostał (świetnie widać to w najlepszej w tekście, bardzo fajnie/naturalnie napisanej scenie na dachu – świetnym opisie reakcji na wygaszenie sąsiedniego bloku; ale też w opisach prostych relacji „wewnątrzbblokowych” itp.), dobra ręka do narracji wciąż jest, a do tego wyraźnie poprawiłeś technikę (chociaż zauważam, że opowiadanie napisałeś bardzo prostym językiem).

Sama fabuła to poniekąd miks wielu popkulturowych elementów: obyczajowych, metafizycznych, socjologicznych. Miszmasz scenek z życia lokalnej, zhierarchizowanej społeczności na tle dziwnego romansu z przymusu, zewnętrznego i niewyjaśnionego do końca zagrożenia, niejasnych działań władzy, tajemniczych zjawisk, podskórnej „rewolucji ekologicznej”, być może wywołanej i kierowanej przez samą naturę za pomocą zmieniających myślenie i zachowanie toksyn/grzybów/czegoś tam.

Wbrew pozorom fantastyki jest tutaj raczej niewiele. Można tekst potraktować jako szerszą alegorię pewnych zjawisk i zagrożeń, można też jako metaforę obecnej sytuacji, albo sumę naszych strachów (rządy coś knują, epidemii nie ma, jest maskaradą będącą pretekstem do ograniczenia naszych swobód; biologicznym narzędziem do podporządkowania sobie społeczeństwa lub ograniczenia populacji; czymś naprawdę pochodzącym od natury, ale wywołanym przez niszczycielską działalność i obecność człowieka, która broni się lub fiksuje (działające na wyobraźnię opisy zachowania robaków, które w sumie mają nie do końca jasne powiązania z całą resztą wydarzeń, poza wprowadzeniem elementu niesamowitości i odwołania się do efektownego i makabrycznego działania prezentowanego na video grzyba lub… wręcz przeciwnie – są podpowiedzią i wyjaśnieniem tego co się dzieje z ludźmi poddanymi toksynie, co nie prowadzi do zbyt optymistycznych perspektyw dla wzywolonych ludzi zmierzających do lasu i stawia na głowie całe przesłanie opowiadania, wprowadzając tylnymi drzwiami prawdziwą makarbę poza kadrem kamery).

Oczywiście, można ponarzekać. Na przykład na swoisty dysonans pomiędzy bardzo współczesnymi realiami blokowiska (tak je odebrałem podczas lektury), tabletów, dresiarzy itd. a sugerowanym tylko kilkoma motywami czasem wydarzeń – światem przyszłości, który podobno istnieje gdzieś obok (kopuły, wtyczki i rozmawianie z maszynami) a jakby nie przystaje do opisanych na pierwszym planie realiów i pachnie anachronizmem.

Można ponarzekać na dosyć słaby w wymowie wydźwięk scen i wydarzeń finałowych. Albo na kilka niedopowiedzeń, porzuconych wątków czy niejasności logicznych (naprawdę pomoc "Grubej od sieci" to sznur zawieszony w zsypie?)

Tekst jednak klimatem i obrazami stoi, kreacją nieoczywistych postaci, do tego umiejętnie budzi nieuchwytny niepokój i niesie niegłupie przesłanie. I pomimo pewnych niedoskonałości daje satysfakcję, wzbudza uznanie dla efektu osiągniętego przy tak skromnym budżecie, pozostawia w głowie kilka mocnych ujęć, tworzy pewną więź z bohaterami, a nawet pobudza do myślenia po seansie, w drodze do wypożyczalni, do której odnosimy kasetę Gutka.

Po bardzo ciężkiej rozkminie i długim namyśle jestem na TAK.

Po przeczytaniu spalić monitor.

mr.marasie, bardzo Ci jestem wdzięczny za ten komentarz. Tak, jest mi oczywiście niezwykle miło, że znalazłeś się w gronie czytelników, którzy są usatysfakcjonowani lekturą. Tak, bardzo (BARDZO!) mnie cieszą Twoje interpretacje i tropy, którymi w ich ramach poszedłeś, trafione to wszystko jak w mordę strzelił mocnym prostym. 

Ale jest tu jeszcze ogromna dla autora wartość – to realne wsparcie w pozycjonowaniu tekstu. Niby nic, haha, Gutek i parę filmów, ale ja od razu złapałem te współrzędne. Dla mnie takie osadzenie opowiadania wśród, za przeproszeniem, benchmarków, jest bardzo cenne i pomocne i bardzo Ci za to dziękuję. 

 

Miniwyjaśnienia:

Odnośnie “pomocy” Grubej, to miało być tak, ze owszem, polegało to na dostarczeniu liny, ale też w ogóle na wymyśleniu i wskazaniu drogi ucieczki. 

Ciekawe, co piszesz o dysonansie między życiem na blokowisku vs tym “lepszym” światem, pewnie trzeba by tu coś jeszcze dorysować. Tu zamysł miałem taki, że ci nieszczęśni mieszkańcy bloków, prekariusze, to ludzie zbędni, zmarginalizowani. Są poza głównym nurtem technologii, żyją trochę w rezerwacie, stąd pewne zacofanie (na przykład: Gruba umie tylko kodować, co jest anachroniczne, bardzo chciałaby “rozmawiać” z maszynami, czyli robić coś, co nazwę na potrzeby chwili “postkodowaniem”, czymś znacznie bardziej zaawansowanym).

Dzięki mr.marasie, już po raz kolejny, za cenną recenzję. Cieszę się bardzo, że moje opowiadanie przetrwało test Twojej czytelniczej przenikliwości.

 

Cieszę się, Łosiocie, że mój komentarz uważasz za wartościowy. I że wyczuwasz dokładnie, co miałem na myśli z tym Gutkiem.

Ten dysonans jednak widzę. Imo jakby zbyt współcześnie jest na blokowisku wobec tych kopuł itd.

No a po Grubej spodziewałem się jednak bardziej jakieś "hakerskiej" pomocy, a nie sznura w zsypie. I nie było tam okien w korytarzu na 1 p. lub parterze?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Tarnina skolejkowała “Sto dni”

 

Mocno wahałem się przy piórkowym głosie na ten tekst. Gdy zacząłem go czytać, to pierwszy odruch nie był zbyt pozytywny – “o matko, tekst o epidemii i strasznym lockdownie, jakbym nie miał tego na co dzień dookoła, to jeszcze czytać o tym muszę, meh”. Jasne, nie ma co skreślać opowiadania przez coś takiego, ale już od początku podchodziłem przez to ostrożnie. Szczęśliwie jednak kupiłeś mnie przedstawieniem blokowego społeczeństwa i panujących w nich nastrojów. Scena z blokersami na dachu oddającymi hołd ziomeczkom z bloku obok była naprawdę superowa. Do tego wszystko napisane naprawdę przyjemnym językiem. Generalnie w tym momencie byłem już kupiony i raczej coraz bardziej skłaniałem się w stronę TAKa. Ale potem przyszedł kolejny negatywny cios, kiedy uświadomiłem sobie, że całość zmierza do rozwiązania “ludzkość niszczy ziemię, epidemia to odpowiedź natury chcącej poradzić sobie z ludźmi”. No kurczę. Banał straszny, wyświechtany i wałkowany na milion sposobów. Jakże ja nie lubię tego motywu, no rozczarowałeś mnie tym rozwiązaniem bardzo. Jasne, próbowałeś to trochę wzbogacić metafizycznymi gadkami Beti o lesie, ale niezbyt mnie to kupowało.

A potem trochę podratowałeś się wykorzystując grzyby kontrolujące owady-zombie. To w ogóle jest strasznie ciekawa sprawa i cieszę się, że pojawiła się u ciebie w tekście. I kiedy się pojawiły i zaczęły zarażać mieszkańców bloku to autentycznie się zajarałem. Zajarałem się myślą, że idziesz w stronę naprawdę odjechanego finału, który ten wyświechtany banał z zemstą natury pokaże w sposób kopiący tyłki. Generalnie byłem przekonany, że chcesz rozegrać to w następujący sposób: zarażeni ludzie będą zachowywali się analogicznie do zarażonych owadów. Grzyb wyprowadzi ich z bloków i pójdą do lasu – do tego momentu mniej więcej się zgadzało. Byłem jednak przekonany, że pójdziesz z tymi grzybami znacznie dalej i w rezultacie tak jak ostatecznie grzyb wyrasta z głowy owada, tak tutaj las powstanie z grzybni wyrastającej z ciał zarażonych ludzi, tworząc piękny, makabryczny, widmowy las grzybów. No i niestety byłem autentycznie rozczarowany, że tego ostatniego kroku nie zrobiłeś. Wiem, że nie wypada oceniać tekstu na podstawie tego, czego w nim nie ma, a ja bym chciał, żeby było… ale nie potrafię poradzić nic na to, że się rozczarowałem.

Nie wszystko też mi dobrze wybrzmiało w tym opowiadaniu. Przez to, że całość dzieje się w zamkniętym blokowisku, a nawet bloku, niezbyt czuć tu twoją kreację świata przedstawionego. W sensie – niezbyt widać to, że to w zasadzie chyba jakiś cyberpunkowy świat z miastami pod kopułami dla elit, wszczepami kontrolującymi maszyny i zapewniającymi stały dostęp do sieci i tak dalej. Przez to, że od początku odciąłeś bohaterów od tego świata, tych technologii, nie bardzo je widać w opowiadaniu. A przez to nie do końca rozbrzmiewa dla mnie starcie natura vs technologia. Zamiast starcia natury z tym cyberpunkowym światem przyszłości mamy starcie natury z betonową, szarą dżunglą blokowiska. I tak naprawdę te cyberpunkowe elementy mógłbyś wyciąć bez żadnej straty dla tekstu.

No cóż, pozostaje kwestia oceny. Po kilku dniach wróciłem do opowiadania i ostatecznie zagłosowałem jednak na TAK. Przeważyła jednak kreacja blokowiska.

Hej Arnubisie, po pierwsze, dzięki serdeczne za komentarz i ciekawą recenzję z cennymi odczuciami czytelniczymi. Trochę na szybko i wybiórczo się odniosę:

1. nie chciałem, żebyś jako czytelnik uznał, że scenariusz z “zemstą natury” jest jedynym, wiodącym wytłumaczeniem. No dobra – wiodący to on może być, bo rzuca się najbardziej w oczy. Ale być może, gdybyś zadał sobie pytanie kogo i dlaczego ta epidemia nie objęła i zastanowił się “qui bono” w całej tej sytuacji, dopuściłbyś jeszcze inne opcje jako równo prawdopodobne?

Mam uczulenie na słowo “banał”, nawet, jeśli słusznie mi się je dokleja do tego opowiadania :) 

Ale to naprawdę nie jest opowiadanie o zemście matki natury, choć jest to jeden z wariantów interpretacyjnych. To już bardziej jest o zagubieniu wynikającym z braku możliwości dojścia do prawdy, tak bym chyba to określił. 

 

2. nie pociągnąłem wątku tego, co się stało w lesie, tak. Niech działa wyobraźnia czytelnika, niech podsuwa mu pytania i odpowiedzi, tak se wykoncypowałem. 

(Ja tu poległem na założeniu, że ten maczużnik to wątek powszechnie znany. Za tym szło kolejne założenie – że czytelnik, znając losy mrówek zaatakowanych przez to świństwo, pomyśli, co trzeba. Wydaje mi się to obiektywnie sknocone, choć nie jest to chyba aż tak ważne)

 

3. Bardzo się cieszę, ze cała reszta Ci się spodobała aż tak, żeby dać TAK! (Jakoś mi umknęło, że jesteś w Loży, więc bardzo mi miło)

 

serdeczności 

 

Łosiot

 

Czyli sugerujesz, że ludzie zaatakowani przez maczużnika, blok za blokiem uciekają do lasu i tam wzbogacają humus?

Babska logika rządzi!

To możliwe, ale niech czytelnik decyduje. No bo, może żyli długo i szczęśliwie?

Co prawda pandemii mam po dziurki w nosie. Wykończy mnie, zanim zobaczę chorego na covid na własne śliczne niebieskie oczęta. Ale lubię czytać pandemiczne teksty. Nie wiem, czy to objaw masochizmu, czy też mam jakieś socjologiczne zacięcie ;) w każdym razie nie wzdrygam się i nie mruczę pod nosem: znowu ta pandemia ;)

I podobało mi się to Twoje opko. Co prawda przeniosłeś akcję w odległą przyszłość, ale ani przez moment nie miałam wątpliwości, że piszesz o naszej pandemii. I to nie jest zarzut. Udało Ci się w tym cyberpunkowym świecie pokazać pełne spektrum społecznych reakcji na dzisiejszą sytuację. I – żeby była jasność – to jest komplement.

Ludzie mają dość, czują się niedoinformowani, okłamywani, przestają wierzyć komukolwiek. Rodzą się teorie spiskowe, że to rządy same wywołały to cholerstwo. Niektórzy krzyczą o zemście natury, inni o wpływie technologii. O opisywanym przez Ciebie grzybku nigdy wcześniej nie słyszałam (swoją drogą fascynujące cholerstwo), więc w pierwszym momencie myślałam, że to jakieś maszyny. Tym bardziej, że piszesz o zniknięciu internetu, a Nick w którymś momencie mówi, że komputery są mądrzejsze od niego. Pomyślałam, że to one stoją za karaluchami. Z kolei rozważania Beti wiodły ku zemście natury. I w sumie mi się to niedopowiedzenie podobało i jakoś mi tak pozostało nawet po tym, jak zawarłam znajomość z Twoimi grzybkami. I tu przy okazji, jeśli mogę coś doradzić, wrzuć linka do filmiku z grzybkiem do przedmowy, z zaznaczeniem, żeby spojrzeć po przeczytaniu, bo ja na niego trafiłam zupełnie przypadkiem, skrolując komentarze.

Bardzo klimatycznie oddałeś życie w bloku. Spojrzenie ze strony kogoś obcego, niepasującego do tego środowiska było świetnym rozwiązaniem. Jednocześnie pokazuje też, że czym innym jest kwarantanna w blokowisku, a czym innym w nieco lepszych warunkach. U Ciebie jest to kopuła, a współcześnie domek jednorodzinny z ogródkiem ;)

Do tego postacie, które tchną autentyzmem. Fajnie opisałeś tych cwaniaczków, rządzących blokiem. Natomiast tu mi trochę zabrakło tych normalnych mieszkańców. Zwykłych ludzi, którzy mają jakąś tam nisko płatną robotę i zwyczajnie starają się przeżyć, bez jointów i chuliganki. Albo pijaczków, którzy przegrali życie, staruszków na emeryturze, maltretowanych żon, zaniebanych maluchów, albo przeciwnie maluchów, dla których rodzice zrobiliby wszystko. To jest blok młodej chuliganerii, a w rzeczywistości tak to nie wygląda.

Czytałam jednak z przyjemnością. Masz umiejętność budowania klimatu, której Ci piekielnie zazdroszczę, dlatego Twoje opka to czytelnicza uczta. Muszę jednak przyznać, że zakończenie tej uczty mocno mnie rozczarowało. Wydawało mi się nieco oderwane od rzeczywistości. To Beti miała lekkiego bzika na punkcie lasu i natury. Nie widziałam tego u innych. Jednocześnie nie odebrałam Beti jako osoby, która ma mocny wpływ ma przekonania reszty. Tak, bronią jej, oszczędzają Nicka, bo jest z nią, ale mnie ona wydawało się raczej maskotką, kimś do kogo inni mają słobość, ale też nie traktują poważnie. I nagle wszyscy wybierają jej opcję. Nie pasuje mi to. I tu już nie chodzi o moje preferencje, ale nie pasuje mi to fabularnie. Jakbym nagle na końcu znalazła się w innym świecie.

Przechodząc do rzeczy, czytałam Twoje opko kilka razy i długo nie mogłam się zdecydować, jak zagłosować. W końcu zdecydowałam, że jednak na NIE. To jest dobry tekst, ale IMO jednak nie piórkowy.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, już się martwiłem, że mi tu nie przyjdziesz i nie skomentujesz. Fajnie, że dotarłaś :)

No co, no super, że Ci się spodobało! Widzę, że ogólnie rzecz biorąc, coraz lepiej trafiam w czytelników z przekazem (różnie to już bywało). 

Bardzo fajna i chyba trafna jest ta Twoja uwaga o braku dodatkowych postaci, robotę odwalają tu tylko te kluczowe, a reszta do magma. (Mental note taken) ;)

Beti ogólnie odczytałaś w fajny i ciekawy sposób, ale dałbym tu małą gwiazdkę*

* To ten paskudny grzyb spowodował, że ludzie poszli w las, nie ona. 

 

W końcu zdecydowałam, że jednak na NIE. To jest dobry tekst, ale IMO jednak nie piórkowy. – na to nie mam kontrargumentu :(

 

Serdeczności Irko, bardzo dużo miłych rzeczy mi napisałaś w tym komentarzu i bardzo Ci za to dziękuję :)

To ten paskudny grzyb spowodował, że ludzie poszli w las, nie ona.

Tak, to wszystko pasuje, ale pod warunkiem, że ktoś zna grzybka. A ja na niego trafiłam dopiero po drugim czytaniu opka, kiedy już mi się to inaczej w głowie ułożyło. Po prostu za bardzo ufasz w to, że czytelnik grzyba zna, a ma prawo nie znać. Bez Twojego komentarza i Twoich wyjaśnień na temat grzyba to zakończenie nie wynika z fabuły. I o to chodzi, dlatego tak się zastanawiałam nad decyzją i dlatego w końcu zadecydowałam tak a nie inaczej.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Zakończenie nie wynika z fabuły? Czyli, według Ciebie, nie widać tu ciągu przyczynowo-skutkowego między inwazją karaluchów rozsiewajacych “coś”, a poźniejszym “wygaszeniem” ostatniego z bloków i exodusem do lasu? 

Nie wskazuje na to chronologia wydarzeń, albo ta wypowiedź Nicka: 

“– Beti! – krzyczę. – Zwariowaliście wszyscy przez karaluchy! Wracaj do mnie!”? 

 

To zonk, faktycznie.

Hmmm. A dlaczego bohater jest odporny?

Babska logika rządzi!

To jest, Finklo, jedno z kluczowych pytań, pytanie o różnice między nim, a resztą bohaterów z blokowiska. 

Hej,

 

dotarłem tutaj i ja. Ciekawa historia, rozebrana już na czynniki pierwsze przez innych.

Mi się podoba, głównie z powodu języka i ciekawie ukazanego świata przedstawionego , to naprawdę dobre opowiadanie :)

 

Maurdzenie jest tutaj zwyczajem, więc i ja dodam swoje trzy grosze. Mam trochę niedosyt fabularny, widzę sporo znaków zapytania. Dlaczego bohater nie został opanowany przez zarazę? Nasuwa się wyjaśnienie związane z jego wtyczkami oraz zdolnością do komunikacji z siecią. Jaka była rola Beti? Ona jeszcze przed zarazą śniła o lesie i widziała go poza blokowiskiem, więc wydaje się taką pacjentką zero dla tego bloku, lub może kimś w rodzaju wiedźmy, w interpretacji pseudo magicznej. Myślę, że można by te wątki rozwinąć. zepialstwo wyłazi, wybacz ;)

 

No i jeszcze wypisałem kilka ulubionych zwrotów:

Zdecydowanym ruchem pociągam łańcuszek rolety, pożółkła kurtyna podnosi się i wpuszcza do pokoju mętne światło. Patrzę na stojące jak nieruchomy tłum wyblakłe bloki, a te odwzajemniają się tysiącem pustych spojrzeń.

Ale to jest, nie bójmy się tego słowa, zajebiste :)

 

jednak ta opieprza go z góry na dół i każe mu schować sobie ten telefon w dupę, bo na pewno mu się to spodoba, bo jest zboczeńcem.

Złoto :)

 

Zbierają się w mniejszych grupkach i rozmawiają, albo odchodzą trochę na bok i stoją sami, plecami do wszystkich, zapatrzeni w szczerbaty horyzont, za którym właśnie chowa się słońce.

Szczerbaty horyzont <3

 

Martwe liście i brudna ziemia

Hejo, strasznie fajnie, że w końcu wpadłeś :) To fajny uczuć, jak po prepiórkowym stresie i postpiórkowej euforii mija czas i wpada ktoś z komentarzem. 

Dzięki za wyróżnienie fragmentów, które Ci podeszły. Teraz, jak po czasie na nie patrzę – to faktycznie są fajne :P

Co do fabuły i wątków do pociągnięcia, to masz stoprocęt racji (podobnie stwierdziła m.in. Finkla). Chciałbym to rozbudować i połączyć z innymi grasującymi mi w głowie pomysłami, powstaje nawet Specjalny Plan. 

Dziękuję bardzo za lekturę i komcia, poprawiłeś mi humor, bo wróciłem właśnie z politycznego spaceru, który był przygnębiający ze względu na niską frekwencję i przywiędły klimat (należało się tego spodziewać, wiem). 

Miło mi, że choć trochę poprawiłem humor :)

 

Wlasnie jeszcze raz przeczytałem te fragmenty i nadal jestem pod wrażeniem. Naprawdę są świetne :)

Czekam zatem teraz na realizację Specjalnego Planu.

Martwe liście i brudna ziemia

Gdy tylko wziąłem się za czytanie, od razu przypomniałem sobie, co mnie odrzuciło już na samym początku.

Patrzę na stojące jak nieruchomy tłum wyblakłe bloki, a te odwzajemniają się tysiącem pustych spojrzeń. 

Czyli zdanie klucz, kopiuj wklej z 90% literatury związanej z postapo. To znaczy bohaterzy są już po kataklizmie, najczęściej jakiś czas, tak jak teraz u Ciebie, kiedy to wpadają w ten stan odrętwienia i egzystencjalnych przemyśleń. Sam widzę katastrofę i czas po niej inaczej. Każdy dzień będzie walką o przetrwanie, a każdy miesiąc trudniejszy od poprzedniego i nie wydaje mi się, aby ludzie mieli czas na takie przemyślenia. To przemyślenia człowieka myślącego, ale z perspektywy fotela, który tym samym odcięty jest od całej fizyczności i cielesności post apokaliptycznej. To jednak subiektywna opinia i można sobie na ten temat gdybać. Jednak inne rzeczy nie podlegają już takiej subiektywności tylko są albo nieprzemyślane, albo nieuzasadnione. Postaram się krótko:

– zachowanie żołnierzy, których wyraźnie pomyliłeś z kapo z czasów wojny; znam żołnierzy, mam byłych w rodzinie, i nawet takich, którzy jeździli na misje, i nie wyobrażam sobie takiego zachowania z ich strony. Twoja przyszłość jest niedaleka, więc nie spodziewam się w wojsku jakiś wielkich zmian na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Od lat mamy też armię zawodową, i tak jest w wielu krajach. Stąd pomysł na robienie z patriotów – agresorów, jest dla mnie niezrozumiały i nieuzasadniony. Twoje postacie są rodem z gier RPG. Pomijam już dostarczanie paczek z papierosami i alkoholem w czasach takiej pandemii.

– młodzież, która wiedzie prym podczas apokalipsy, przewodzi stadu. I znowu, skąd taki pomysł? Moje obserwacje są inne. Młodzi ludzie z pokolenia na pokolenie stają się coraz później samodzielni, dojrzewają coraz później, mieszkają z rodzicami coraz dłużej. W ogóle biorą odpowiedzialność za swoje życie będąc znacznie starszymi, niż kiedyś. Dosłownie kilka miesięcy temu można było przeczytać o wyroku sądowym z Włoch, gdzie 35 letnia córka podała ojca do sądu, że przestał płacić jej kieszonkowe, a ona na pół etatu nie jest w stanie sama się utrzymać. I wygrała sprawę, sąd nakazał wypłacić ojcu zaległe trzy letnie kieszonkowe. To może wydawać się śmieszne, ale jest faktem i przykładem powyższej tezy. Wyprowadziłem się z domu w wieku 20 lat, zdziwiłbyś się, nawet na tym forum, ilu dwudziesto i trzydziestoparolatków nadal mieszka teraz ze swoimi rodzicami. A u Ciebie rządzą.

– archaiczny język, którym rozmawia młodzież. To Twój i mój język, jak byliśmy młodzi. To my mówiliśmy “no, weź”, teraz gówniarzeria tak nie mówi, wrzuca mnóstwo angielsko brzmiących powiedzonek, przekręconych słów, zwrotów zaczerpniętych z gier, a u Ciebie ani słowa. A to dlatego, że masz już 40 lat i tak jak ja, nie nadążasz za wszystkim. Stąd trzeba uważać, za co się zabierasz.

– Beti, czyli bohaterka z dupy. W żadnym miejscu nie uzasadniasz nawet jednym zdaniem, dlaczego rówieśnicy się jej boją/czy też szanują, i to tak mocno, że może chodzić prawie z gołym tyłkiem i sterczącymi sutkami po korytarzach. Może przez to, że została wybrana? I widzi panią lasu. Nastolatka, która trzy miesiące wcześniej widziała las na smartfonie. Bo dlaczego właśnie akurat ona, a nie ktoś inny, to przecież wszyscy wiemy, prawda? Widzę to trochę inaczej, w takim środowisku, w czasie takiej pandemii i w takiej izolacji, to, jak to powiedziała Andżelika w Psach, spóźniłeś się o kilkadziesiąt desek. Ok, w takim czasie może o kilka, a nie kilkadziesiąt. Ale, że wszyscy szanują Andżelikę/Beti? No nie.

Pomysł obrony przez naturę jakiś jest, ok, tylko też bez głębszej analizy, katalizatorów, nadciągających zjawisk.

Widzę w tym opowiadaniu tego samego bohatera, co w Twoich poprzednich post apo, Jeździec CzwartyNowe Zlodowacenie mają takich samych, tylko środowisko inne. A te środowisko post apokaliptyczne jest niedopracowane i nieuzasadnione. Wymyślone, ale nie podparte konkretnymi wątkami przyczynowo – skutkowymi. Mówiłem to już raz, powtarzam i teraz. Post apo nie jest dla Ciebie, ale patrząc na powyższe piórko, pewnie mi nie uwierzysz.

Zamów książkę Naz, Trupokupcy, a będziesz mógł poczytać porządnie skrojone post apo.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Hej Dc, dzięki za recenzję.

Mam wrażenie, że bardzo się różnimy na poziomie oczekiwań od tego, co czytamy i czy się to zgadza z naszym postrzeganiem świata.

To Ty, jako czytelnik zdecydowałeś, że to jest opowiadanie postapo i że nie wpisuje Ci się ono w Twoje rozumienie tej konwencji. Nie mam na to odpowiedzi.

Nie mam odpowiedzi na to, że ci się nie zgadzają zachowania żołnierzy/policjantów. Dobra, mam.

Ja mam zupełnie inne obserwacje (na przykład ze Stanów lub Azji), gdzie policja jest bardzo przemocowa. Nasza też tak potrafi, jak jej pozwolić. I myślę, że każda inna. Tu warto sobie przypomnieć eksperyment stanfordzki. 

Fajnie, że znasz żołnierzy i są Twojej rodzinie fajnie, że zachowaliby się inaczej, bardzo to dobrze o nich świadczy. 

 

Nie mam też odpowiedzi na Twoją uwagę o języku młodzieży. Albo – mam :)

Bo znów – mam inne doświadczenia. Pracuję z młodymi ludźmi i mam kontakt z młodzieżą. Mój wniosek jest taki, że nie zrozumiałbym ich języka pisanego, to fakt. W mowie – różnice są kosmetyczne, chyba, że przechodzą na hermetyczne rozmowy między sobą. Ze starszym pokoleniem rozmowa wygląda “normalnie”, potrafią się przełączać. Owszem, tu nie ma stylizacji na wydumany język prekariackiej młodzieży bliskiej przyszłości. I owszem, nie ma tu wielu innych rzeczy, które mogłyby się tu pojawić, co zresztą zauważyli czytelnicy. 

Co do samodzielności i przedsiębiorczości młodych ludzi – mam totalnie inne zdanie, niż Twoje. Fundamentalnie wręcz. 

Beti jest bohaterką “z dupy”. Dobre, myślę, że trochę tak jest. 

Za zaproszenie do lektury dobrze skrojonego postapo Naz mogę tylko podziękować, czytam tego sporo i lubię tę konwencję.

Dzięki Darconie za cenne, krytyczne spojrzenie. 

A z Piórka owszem, jestem dumny jak paw :)

 

Wiem, Łosocie, że mój komentarz był zbyt szorstki. Ale wiesz, że emocjonalnie podchodzę do literatury i oceniam ją, dany utwór. I tak. Czasami krytycznie.

I masz rację, to o postrzeganie świata chodzi, i stąd moje wnioski o pisaniu lub nie pisaniu post apo. Odbieram Cię jako dobrego i pogodnego człowieka, i takie też są Twoje teksty. A apokalipsa taka nie będzie. Bo gdy mówimy o 1,7 mld zachorować i 500 mln zgonów – to jest apokalipsa.

Żeby wytłumaczyć się ze swojej irytacji przytoczę Ci fakty. Oglądałem kilka dni temu dokument o niebieskiej linii, a dokładnie o wzroście interwencji w obecnym czasie. W październiku zanotowano 68 telefonów od dzieci w sytuacji bezpośredniego zagrożenia. Co się wcześniej nie zdarzało. Były wypowiedzi i analizy psychologów, o sytuacji, przymusowej izolacji, stresie itd. I zauważ, że to przemoc względem własnych dzieci. Niestety nie zapamiętałem tytułu, żeby go teraz przytoczyć. A co my obecnie mamy? 25 tysięcy zachorowań i kilkaset tysięcy na kwarantannie? Tak, na świecie jest tego więcej, ale jak to się ma do Twojego 1,7 mld i 500 mln zgonów? I izolacji przez trzy miesiące?

I naprawdę uważasz, że ultras Siwy, zabrałby Beti jedynie czekoladę?

A obserwacje policji w Stanach i Azji masz własne, czy z telewizji?

O tym mówię, Łosocie, o braku researchu, o braku głębszego zastanowienia się i pisania według własnego, dobrego, pogodnego, Łosociowego, postrzegania świata.

I nie bierz tego do siebie. Ja bardzo bym chciał, żeby świat składał się tylko z takich ludzi jak Ty.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

:) 

Darconie, zostawiając już trochę na boku to moje opowiadanie (na pewno masz sporo racji, szczególnie tam, gdzie piszesz o mnie ;), wkleję coś a propos tego, co napisałeś, fragment szerszego materiału, któy przed sekundą dostałem to od przyjaciela, który żyje w UK:

 

 1 in 10 mental health patients has been waiting 6 months for help (source: Royal College of Psychiatrists)

The number of people drinking at ‘high risk levels’ has doubled since February – now 8.5 million (source: Royal College of Psychiatrists)

Off-licence alcohol sales are up 24.2% with beer sales up 66% (source: Kantar)

48% of UK respondents increased alcohol consumption and 54% increased drinking frequency (source: Institute of Alcohol Studies/Global Drug Survey Special Edition)

Just over 1 in 10 of over 70,000 surveyed had suicidal thoughts or thoughts of self-harm during the first week of lockdown (source: Samaritans)

Calls to domestic abuse helplines have surged (source: Refuge – For Women & Children Against Violence)

 

Aha – obserwacje policji w US i Azji – własne. Długo siedziałem w US i w Pakistanie. 

A jak własne to powiedz mi, czy rzeczywiście oceniasz je jako brutalne, w kraju, gdzie jest powszechny dostęp do broni? Bo patrząc w drugą stronę, to strzelanin, w których cywile wybijają cywilów jest też dosyć dużo. Czy to nie ze względu na częste sięganie po broń policja równie często używa siły? Czy może uważasz, że mają problem z oceną sytuacji? Bo takie są moje spostrzeżenia (problemy w ocenie sytuacji), ale niestety tylko z dokumentów, nie z własnego doświadczenia.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nawet nie chodzi o to, że policja strzela do ludzi. W Nowym Jorku jest na przykład tak, że z policją się absolutnie nie dyskutuje, schodzi z drogi, unika, nie patrzy w oczy i tak dalej. Goście są uzbrojeni po zęby i obwieszeni sprzętem, to z reguły wielcy, mało sympatyczni dranie którym niewiele trzeba, żeby cię rzucili na maskę, skuli, zabrali na komisariat i narobili problemów. Polityka zero tolerance Julianiego obniżyła przestępczość w mieście, ale w zamian za to mieszkańcy dostali policję, której się po prostu boją. Nie zastrzelą, ale porażą prądem, pociągną po nogach pałką, wykręcą ręce, upokorzą. Do tego dochodzi tło w postaci ciągłych afer na tle rasowym i korupcyjnym we władzach policji. Kilka razy byłem legitymowany przez NYPD, za każdym razem czułem się zagrożony. 

W Pakistanie to jeszcze inna bajka. Tamtejszą policją pamiętam jako opryszków z kałasznikowami i babmusowymi kijami, którymi lali ludzi po plecach za krzywe spojrzenie. Traktowali ludzi z pogardą i wyższoscią, jak psy. To było wyjątkowo obrzydliwe. 

Tak, o poczuciu zagrożenia słyszałem od znajomych, chociaż nie z US. Takie zachowanie nie dotyczy chyba tylko Stanów. Kraje muzułmańskie w ogóle wywołują u mnie poczucie zagrożenia.

Spojrzałem jeszcze raz na opko i widzę teraz, że wymieniasz zarówno policjantów jak i żołnierzy. Według mnie to jednak dwa różne środowiska, praktycznie w każdym rozwiniętym kraju. Ze wskazaniem na znacznie większą dyscyplinę, lepsze predyspozycje, a co za tym idzie – mentalność i zachowanie tych drugich. Ale podkreślam, mam na myśli kraje wysokorozwinięte i zawodową armię.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Jest w tej historii coś co mi się podobało. Myślę, że przede wszystkim chodzi o wrażenie jakiejś melancholii połączone z poczuciem nadciągającej zagłady (a może ona już nadeszła?). Wrażenie wyobcowania głównego bohatera i zagubienia, klimat blokowiska ze wszystkimi drobnymi i całkiem poważnymi zagrożeniami.

Czytało mi się płynnie mimo całkiem niemałej długości. W sumie tekst posklejany trochę ze znanych kawałków, ale coś w sobie ma.

Przyjemna lektura. 

Witaj, Łosiocie.

Jest coś subtelnego, nie do końca uchwytnego – czego w każdym razie nie potrafię nazwać – w Twojej pisaninie, co wciąga i nie puszcza do samego końca, każąc czytać jeszcze jeden fragment, jeszcze jeden akapit. Nawet, gdy z jakiegoś powodu trzeba to czytanie przerwać. Może to kwestia prostej, przystępnej narracji, może to kwestia zdań-komentarzy, które nienachalnie pojawiają się tu i ówdzie i bardzo celnie punktują rzeczywistość. Cokolwiek to jest, uważam, że to wspaniała własność i życzę Ci, żebyś ją pielęgnował, bo przyniesie Ci tylko więcej sukcesów. :)

Co do historii: jest duszno i ciasno, przy tym interesująco, jest też brudno, może nawet trochę za bardzo, jakbyś odhaczał kolejne elementy konieczne do wykreowania dystopii. Ale wszystko z umiarem, nie poczułem przesytu. Bardzo fajne wykreowałeś postaci. Główny bohater z rodzaju “przepraszam, że żyję”, ale kupiłem go takiego. Jego bierność została umocowana w historii i świecie. Beti nosi cechy dziwnej, niezrozumiałej femme fatale, którą bohater jest zafascynowany, a mnie, jako czytelnika, irytuje ona swoim sposobem bycia. Jest to nieco przełamane jej fiksacją na punkcie lasu, stąd odbieram ją raczej neutralnie.

Opowieść pompujesz, niczym balonik, wolno i konsekwentnie. Finał natomiast wypadł dość nijako. Jakbyś po prostu spuścił z balonika powietrze, zamiast na sam koniec jeszcze docisnąć i doprowadzić do eksplozji. Fajny motyw z grzybami i owadami (choć mam wrażenie, że pojawia się ostatnio dosyć często; ze słynniejszych przykładów choćby “The last of us”), fajne zedytowanie rzeczywistości o raptem kilka detali, które sprawiają, że czuć ten futuryzm, a nie że to po prostu współcześni ludzie ze wszczepami, fajny las zarodników (jak mniemam). Tylko ten finał… Jak Wtyczka był niezdolny do podjęcia akcji przez całe opowiadanie, tak w finale taki pozostał. Cóż, przynajmniej byłeś konsekwentny. ;)

tl;dr: bardzo przyjemna lektura, ale zakończenie mnie nie usatysfakcjonowało.

Ciekawe opowiadanie. Bardzo wciągnęło. Ale chyba to, co mnie najbardziej urzekło, to język tego tekstu – świetnie umiesz się nim posługiwać, niektóre zdania chwyciły mnie mocno za serce. Tworzysz bajkowe, metaforyczne opisy w opowiadaniu wcale nie takim bajkowym. 

Przesłanie tego opowiadania jest bardzo aktualne, mam wrażenie nawet, że dziś jest jeszcze bardziej aktualne niż te kilka miesięcy temu. Jest gdzieś w nas ten lęk przed czasami, w których żyjemy i umiejętnie na nim zagrałeś.

Co do fabuły, hmm, zdawało mi się, że wątek z układem Grubej i głównego bohatera był niepotrzebny. Zarysowałeś niezwykle barwną i charakterystyczną postać nastolatki, która wszystkich okłamuje. I to jest okej (to znaczy, nie okłamywanie, tylko wiesz :D). Ale ten wątek układu z nią wydał mi się jakby niedokończony. Bohater prowadzi z nią dość długi dialog, który zdawał mi się znaczący, tylko po to, by na koniec mógł uciec zsypem do kosza, gdzie później i tak wszyscy wyszli z bloku. Gdzieś w zakończeniu czekałam, aż znowu pojawi się postać Grubej i się nie doczekałam. 

Niedopowiedziane zakończenie za to mi się spodobało, zostawia duże pole do refleksji nie tylko na temat opowiadania, ale ogólnie świata, w którym żyjemy. Motyw lasu i marzeń o nim w świecie pozbawionym praktycznie zieleni, a później jego magiczne pojawienie się, uważam za intrygujący. 

Wstawaj – rzucam. – Idziemy po prowiant.

 

Już jestem zaintrygowany.

 

Na środek holu wkracza Gruba, która chyba ma wśród tych młodych największy posłuch. Niezgrabna nastolatka poci się i dostaje zadyszki po wypowiedzeniu ledwie jednego zdania.

 

Ciekawy wybór przywódcy… ale co kto lubi…

 

Gruba jest geniuszem i zna się na elektronice. 

 

…no chyba, że tak.

 

Z równego szeregu pełnych życia bloków – kolumn mrugających światełkami miliona okien – jeden zgasł właśnie jak wypalona żarówka w łańcuchu choinkowych lampek. Łańcuchu, który i tak jest już trochę wybrakowany. 

 

Jeśli wcześniej byłem „tylko” zaintrygowany, teraz jestem już kompletnie wciągnięty. <wsuwa popcorn>

 

Wtyczka! Gdzie ty byłeś, w dupie? Jezu, jak ty capisz!

 

Ja wiem, że to prymitywne. Ja wiem, że nie powinno mnie śmieszyć.

Ale mimo to…

XDDD

 

patrzą niebieskie oczy, których nigdy nie zapomnę. 

 

halo, to już koniec?

 

Na początku myślałem, że to opowiadanie jest długie.

Teraz widzę, że się myliłem. Jest krótkie, stanowczo za krótkie, bo to nie tyle opowiadanie, co streszczenie powieści. Czytałeś może FUTU.RE?

Zbyt wiele wątków zostało otwartych i nie rozwiniętych. Mam tak wiele pytań, na które nie dostałem odpowiedzi…

 

Poza tym, oczywiście, napisane jest solidnie i wciągająco. No właśnie. Zostałem tak głęboko wciągnięty, że teraz z trudem wygrzebuję się z powrotem, bo nie pokazałeś mi, gdzie jest wyjście :(

 

Pozdrawiam.

Precz z sygnaturkami.

Edwardzie, MrB, Sonato i Kosmito, bardzo Was przepraszam, że tak zostawiłem Wasze komentarze bez odzewu. Właśnie zakończyłem letarg, opuściłem zimowe leże łosiotów, już jestem :)

Bardzo Wam dziękuję za recenzje. “Sto Dni” wyszło, jak wyszło (jest tu trochę dziur), mam ogromną ochotę te historię rozwinąć i nawet mam na to koncept, będzie sie działo. 

Musiałem zrobić małe śledztwo, żeby złapać skąd tu po tylu miesiącach taki ruch! Niezła akcja, pękam z dumy, ale też lece czytać i głosować.

Cześć, Łosiot,

niezłe światotwórstwo, naprawdę niezłe. No ale ja uwielbiam postapo, więc o to zadowolenie nie było tak trudno ;) Ale opowiadanie serio dobre, masz wprawę w posługiwaniu się językiem i w tym tekście szczególnie robisz z tego użytek. Przedstawiłeś świat z duszącą wręcz atmosferą, przez większość czasu czułam niepokój. Zakończenie też, o dziwo, mnie usatysfakcjonowało, bo trudno jest stworzyć dobre niedopowiedziane zakończenie, dzięki któremu czytelnicy dojdą do właściwych refleksji.

Powodzenia w dalszym pisaniu! :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Dobrze zbudowany klimat, sugestywna estetyka slumsu brudnego, nieciekawego, ale bardzo swojskiego (och te blokowiska i blokersi, och te dresy w latach dziewięćdziesiątych ;-) ), nawiązanie do pandemicznego krajobrazu za oknem i ciekawy twist z robaczkami. Czytało mi się płynnie, byłem ciekaw: dokąd to wszystko zmierza, co tu się odjaniepawli? I co? I ten, no, nico. Poszli sobie po prostu, a Wtyczka został.

 

Przyznam szczerze, że nie zrozumiałem co i po co rozpylały karaluchy bez doczytania komentarzy. A jak juz doczytałem, to potrafię nazwać, co mnie w opowiadaniu uciekło i czego mi brakuje: zamknięcia, mocniejszego splecenia wątku lasu, blokowisk i grzybka. No i cudowna odpornośc Wtyczki…

 

Tego ostatniego splotu, węzełka kończącego ten brudnoszary, betonowy kilim mi zabrakło. Bo obrazowo i klimatycznie mi się.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Cześć, Łosiocie, dawno u Ciebie nie byłam. ;)

No cóż, tematycznie i gatunkowo tekst bez wątpienia na czasie. Czytało się bardzo dobrze, narracja wypadła naturalnie, nienachalnie i cały czas trzymała odpowiednie tempo. Twoje ujęcie dystopii skupia się raczej na codzienności niż na efektownym światotwórstwie, ale w tym też jest metoda – obserwowanie postaci w zwyczajnych sytuacjach daje nam bardziej namacalny wgląd w świat przedstawiony i buduje immersję, pozwalając odczuć tę monotonię i dyskomfort towarzyszące życiu bohaterów. Właściwie nawet dobrze, że światotwórstwo pozostało tak bardziej zasygnalizowane w tle, bo jednak mamy tu elementy w miarę rozpoznawalne w ramach gatunku, a prawdziwą siłą tekstu są konkrety i detale. W pamięć zapadają gasnące “lampki choinkowe” blokowiska i karaluchy.

Ogólnie satysfakcjonująca lektura. Jeśli artystycznie zamierzasz dalej iść w tym kierunku, to na pewno chętnie zajrzę, bo świetnie Ci leży ta konwencja.

Powodzenia w plebiscycie!

Dziękuję Lano, Fiszu i black_cape za lekturę i komentarze. Świetna sprawa być wylistowanym w tym plebiscycie, bo oto nedeszła, za przeproszeniem, druga fala czytelników. 

Z drugiej strony – jakiś taki mam dyskomfort przy powrotach do tekstów z przeszłości – męczą mi bułę myśli, że mogłem napisać inaczej, lepiej, jaśniej i tak dalej. Teraz pewnie mógłbym – ale wtedy, gdy pisałem, to nie mogłem, bo bym napisał, no nie? ;)

 

I to jest dobry temat na tekst… ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Hej, Łosiot

Przez tekst mknąłem gładko, kolejne rozdziały opisałeś zajmująco, nastrój odciętego blokowiska udał Ci się zdecydowanie. I tak mknąłem, i mknąłem i nagle koniec. Przyznam, że o ile podróż była ciekawa, to port docelowy mnie nie zachwycił (albo spodziewałem się czegoś innego).

Co by nie pisać, to opisy i wewnętrzne przeżycia bohaterów masz świetne, bardzo plastyczne, widać wprawę. Podobał mi się taki cyberpunkowo-blokerski klimat. Ciekawa mieszanka i ładnie wyszła.

Pozdrawiam i powodzenia :)

To opowiadanie u mnie na mocnym czwartym miejscu.

Bardzo podobał mi się początek – oryginalne nawiązanie do pandemii, z wykorzystaniem perspektywy tzw. sceptyków, uczciwym, bo nie ośmieszającym, ale pokazującym socjoekonomiczne podłoże tych zachowań. Bardzo to dobrze przy tym napisane, soczyście, dynamicznie, z bezpośrednim, a czytelnym zanurzeniem w świat, z wykorzystaniem dorobku postapo, ale w sposób nie sprawiający wrażenia kalki, tylko inteligentnego nawiązania.

Gorzej wypadła końcówka – w moim odczuciu nie rozegrany do końca duet Gruba-Wtyczka (co on jej dał, co ona mu za to dała) i nieczytelny motyw neuropasożytów, nie pozwalający wystarczająco wybrzmieć finałowi.

Zanais i coboldzie, zaraz tę końcówkę opowiadania po prostu skasuję, bo sam już nie mogę na nią patrzeć ;)

Dzięki za odwiedziny, Wasze uwagi biorę i zapamiętuję. 

Dołujące. Jak większość postapo. Taka moda? Nie da się optymisty ?

Dołujące. Jak większość postapo. Taka moda? Nie da się optymisty ?

Na tym polega postapokaliptyczność… chociaż…?

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Post bardzo nękalny.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Panimał, czy mam dalej wrzucać gify?

Łapankę tę poświęcam marasowi.

W jakim języku czyta Myszka Miki, skoro tytuł jest na ostatniej stronie okładki?

Babska logika rządzi!

W języku krwiiii!

Łapankę tę poświęcam marasowi.

To tym językiem pisze się książki? ;-)

Babska logika rządzi!

Niom ^^

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Przecież Łosiot nie logował się od 24go maja, jak ma niby zobaczyć te ponaglenia? :p

Maila też nie odbiera. Mieszkasz koło niego? To ducnij jakimś kijkiem, co? Mogą być grabie ;)

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Nowa Fantastyka