- Opowiadanie: Zanais - Detektyw Lowin: Złamanego serca igłą nie zszyjesz

Detektyw Lowin: Złamanego serca igłą nie zszyjesz

Wiel­kie po­dzię­ko­wa­nia dla be­tu­ją­cych: Ko­ime­oda, Śli­mak Za­gła­dy i Sa­gitt, któ­rzy do­pro­wa­dzi­li Lo­wi­na do stanu czy­tal­no­ści.

Tekst sta­no­wi pre­qu­el do “De­tek­tyw Lowin kon­tra Front Wy­zwo­le­nia Bobra”, ale sta­no­wi sa­mo­dziel­ne opo­wia­da­nie i zna­jo­mość “Fron­tu” nie jest wy­ma­ga­na.

Uwaga! Opo­wia­da­nie nie za­wie­ra głęb­szych tre­ści – przed lek­tu­rą pro­szę wyjąć kij z od­wło­ka :)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Detektyw Lowin: Złamanego serca igłą nie zszyjesz

 

– Panie Lowin, pocz­ta!

Otwo­rzy­łem oko. Nic. Ciem­ność cał­ko­wi­ta. Pod brodą czu­łem twar­dy blat swo­je­go biur­ka, w noz­drza biła woń za­wil­go­co­nej su­te­re­ny i nad­ple­śnia­łe­go tynku. Moja su­te­re­na i mój tynk. Czyli nie za­sną­łem w barze. To już coś. Roz­sta­nie z ry­jów­ką Ofe­lią ją­trzy­ło jak świe­ża rana. Ostat­nio zbyt wiele nocy spę­dzi­łem na przy­tu­la­niu bu­tel­ki, ale kiep­ski był z niej opa­tru­nek.

W każ­dym razie, co tu w nocy robi gołąb z pocz­tą?

– Frank… Czemu nie śpisz? – wy­mam­la­łem. W pysku czu­łem po­smak sta­rej pa­dli­ny. W pra­wej łapie trzy­ma­łem coś szkla­ne­go. Za­kład, że flasz­kę?

Usły­sza­łem ruch skrzy­dła. Frank pod­niósł fe­do­rę sprzed moich oczu.

– Jasny szlag! – krzyk­ną­łem. Ostre świa­tło z po­je­dyn­cze­go okna roz­po­czę­ło trium­fal­ny marsz po moich ga­łach.

– Już dzie­wią­ta, panie Lowin – za­gru­chał Frank. Za­czął grze­bać w tor­bie z li­sta­mi, ko­ły­sząc przy tym sza­rym łbem. – Dzień dobry.

Burk­ną­łem coś w od­po­wie­dzi. Tak więc dzień dobry. To ja – pry­wat­ny de­tek­tyw Dżast Lowin. Ro­puch z py­skiem obi­tym przez zły świat i dłu­gim ję­zy­kiem wy­strzę­pio­nym li­tra­mi ko­rze­niów­ki. Ostat­ni spra­wie­dli­wy w Nowym Le­śni­czo­wie, mie­ście, gdzie każde zwie­rzę z drże­niem serca pa­trzy w ciem­ność za­uł­ka, a pod ele­ganc­ki­mi gar­ni­tu­ra­mi spo­czy­wa­ją proce o za­trwa­ża­ją­cych ka­li­brach. Gdzie ko­bie­ty wy­glą­da­ją ni­czym ma­rze­nie, ale rów­nie chęt­nie, jak po­ca­łun­kiem, po­czę­stu­ją cię nożem – w plecy. To nie miej­sce dla sła­be­uszy.

– Jak tu wsze­dłeś? – za­py­ta­łem.

– Zamek nie dzia­ła. Na­ci­sną­łem klam­kę.

– Mo­głeś za­pu­kać.

– Pu­ka­łem. Nawet dwa razy. Pro­szę, to wszyst­kie. – Rzu­cił na biur­ko garść ko­pert, po czym ru­szył do wyj­ścia, za­trzy­mał się w drzwiach i od­wró­cił dziób. – Radzę wsko­czyć do wanny. Strasz­nie od pana czuć.

– Ja nie śmier­dzę! – od­krzyk­ną­łem, ale pie­rza­sty dow­cip­niś już znik­nął na scho­dach. – Ja pach­nę mę­sko­ścią.

Przej­rza­łem listy. Ra­chu­nek… ra­chu­nek… po­na­gle­nie, i tak dalej, i tak dalej. I nie­spo­dzian­ka: wia­do­mość z In­sek­tów­ki. Jakaś mo­dlisz­ka o imie­niu Preja bła­ga­ła o pomoc i ­pro­po­no­wa­ła spo­tka­nie dziś w samo po­łu­dnie. Pła­ci­ła czte­ry kost­ki miodu za dzień plus wy­dat­ki, z pre­mią pięć­dzie­się­ciu ko­stek za roz­wią­za­nie spra­wy. Nie­źle jak na ro­ba­la.

Nie lubię In­sek­tów­ki, wolę trzy­mać się wła­sne­go po­dwór­ka, ale moje pole ma­new­ru zwę­zi­ło się bar­dziej niż źre­ni­ca wście­kłe­go kota. Kwoty na ra­chun­kach za­czę­ły osią­gać zło­wro­gie war­to­ści. Poza tym ro­bo­ta od­cią­gnie moje myśli od Ofe­lii.

Po­trze­bo­wa­łem śnia­da­nia.

Jed­nym hau­stem po­chło­ną­łem reszt­ki wczo­raj­szej ko­rze­niów­ki, potem wy­ją­łem pacz­kę igieł mo­drze­wia na­dzie­wa­nych pa­pro­cią: „Bez­ro­bot­ne”. Śmier­dzą, jakby drą­ży­ły je stare jeże, które nie myją łap po wyj­ściu z la­try­ny. Marka dla spłu­ka­nych. Od­pa­li­łem igłę i za­cią­gną­łem się cuch­ną­cym dymem.

W po­rząd­ku. Śnia­da­nie za mną.

Prze­my­łem się. W końcu klient to klient. Czas ru­szać: ka­pe­lusz na łeb, list mo­dlisz­ki do kie­sze­ni, proca i ka­my­ki do dru­giej.

Na ze­wnątrz zmru­ży­łem oczy od słoń­ca. Za­chę­co­ne cie­płem, pary zwie­rza­ków wy­peł­ni­ły ulice. Bez­tro­skie pyski, przy­gła­dzo­ne fu­ter­ka, śle­pia z mi­ło­ścią wpa­trzo­ne w part­ne­rów… Ech, znów po­trze­bo­wa­łem drin­ka.

Wy­ją­łem rower ze schow­ka. Do In­sek­tów­ki było ja­kieś pół go­dzi­ny pe­da­ło­wa­nia. Czemu rower, spy­ta­cie?

Czy ja wy­glą­dam, jakby mnie było stać na cho­ler­ny au­to­mo­bil?

 

***

 

In­sek­tów­ka.

Kilka mil kwa­dra­to­wych przy­cze­pio­nych do No­we­go Le­śni­czo­wa jak mech do ka­mie­nia. Plą­ta­ni­na odra­pa­nych czyn­szó­wek, krzy­wych domów, za­dy­mio­nych barów, fa­bryk i kasyn, hut i ma­ga­zy­nów. Wszyst­ko za­miesz­ka­ne przez owady. Sta­no­wią dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent tu­byl­ców. Za­miast skoń­czyć w py­skach zwie­rza­ków (w tym i w moim), ku­pi­li albo za­słu­ży­li sobie na wizy do tej bez­piecz­nej kra­iny. Póki są przy­dat­ni lub wy­star­cza­ją­co bo­ga­ci, rząd po­zwa­la im tu miesz­kać. W prze­ciw­nym razie tra­fia­ją z po­wro­tem do Dzi­czy, a stam­tąd krót­ka droga, by wy­lą­do­wać na ta­le­rzu.

Nie tak ró­żo­wo, co?

Wcią­gną­łem tro­chę po­traw­ki z wo­do­ro­stów od ulicz­ne­go han­dla­rza, słu­cha­jąc wrzesz­czą­cej na skrzy­żo­wa­niu jętki. Na obu stro­nach ciała za­wie­si­ła sobie płach­tę kar­to­nu z nie­czy­tel­nym na­pi­sem i krzy­czała ochry­ple:

– Ko­niec jest bli­ski! Na­wróć­cie się! Nad­cią­ga ko­niec!

W tym słoń­cu je­dy­ne, co się koń­czy­ło, to mój dobry humor. Po­trze­bo­wa­łem drin­ka.

Z tru­dem, ale zna­la­złem dom mo­dlisz­ki, choć ra­czej po­wi­nienem rzec: po­sia­dłość. Roz­la­zła, wiel­ka po­sia­dłość, gó­ru­ją­ca nad bu­dyn­kami po za­chod­niej stro­nie. I była – co stwier­dzi­łem, gdy pod­je­cha­łem bli­żej – jesz­cze nie­do­koń­czo­na. Na naj­wyż­szym pię­trze żebra belek pięły się ku niebu, a do jed­ne­go boku przy­twier­dzo­no rusz­to­wa­nia.

Łań­cu­chem przy­pią­łem gru­cho­ta do lampy ulicz­nej obok oso­bli­we­go bu­dyn­ku w orien­tal­nym stylu. Ależ zimno w tym cie­niu! Słoń­ce tu zu­peł­nie nie do­cie­ra­ło, za­sło­nię­te przez dom mo­dlisz­ki, z któ­rym dziw­na bu­dow­la pra­wie się sty­ka­ła. Zaj­rza­łem z cie­ka­wo­ści do środ­ka. Mimo przed­po­łu­dnia ży­ran­dol był za­pa­lo­ny, a pod ścia­na­mi stały włą­czo­ne lamp­ki biur­ko­we. Po­środ­ku, na wy­ło­żo­nej ma­te­ra­ca­mi pod­ło­dze, dwa in­sek­ty ru­sza­ły się ospa­le, z tru­dem na­śla­du­jąc ruchy dłu­giej dżdżow­ni­cy.

Od­wró­ci­łem się na od­głos wście­kłe­go syku. Wy­ro­śnię­ty szer­szeń wy­szedł z do­mo­stwa mo­dlisz­ki i szedł pro­sto w moją stro­nę. Ubra­ny w białą pi­ża­mę prze­wią­za­ną czar­nym pasem bur­czał coś pod nosem, do­pó­ki mnie nie za­uwa­żył.

– Chce się pan za­pi­sać? Przyj­mu­je­my każ­de­go.

Jedno oko miał prze­wią­za­ne opa­ską. Biały pirat? Duch cy­klo­pa? Chyba prze­spa­łem Hal­lo­we­en.

– Nie­spe­cjal­nie – od­par­łem. Z wa­ria­ta­mi, szcze­gól­nie tak wiel­ki­mi, le­piej nie za­dzie­rać.

– Pro­szę spoj­rzeć na dżdżow­ni­cę: Ariel, chlu­ba dojo. Bez od­nó­ży, a jakie ruchy, jaka gra­cja. Sztu­ki walki są świet­ną…

– Dzię­ki, ale to nie dla mnie.

Moją ulu­bio­ną gim­na­sty­ką było pod­no­sze­nie peł­nej szklan­ki do pyska.

– Oczy­wi­ście. Nikt już nie chce – od­burk­nął szer­szeń, po czym wszedł do środ­ka.

Dzi­wa­ków nie bra­ku­je.

Po­drep­taw­szy na ganek wiel­kie­go domu, ob­cią­gną­łem pro­cho­wiec. Trze­ba było wło­żyć świe­ży ka­pe­lusz. Unio­słem łapę, aby za­pu­kać, gdy drzwi otwar­ły się i sta­nął w nich ol­brzy­mi chrząszcz w gar­ni­tu­rze.

– Czym was tu kar­mią? – za­py­ta­łem sze­ro­ką klat­kę pier­sio­wą, po czym unio­słem wzrok. Wiel­ki Skrze­ku! Koleś się­gał gór­nej fu­try­ny cał­kiem nie­ma­łych drzwi. Spo­koj­nie, Lowin. Duże in­sek­ty w du­żych do­mach. Cał­kiem lo­gicz­ne. Może sobie coś re­kom­pen­su­ją? Czar­ny łeb z ele­ganc­ko przy­cię­tą rudą grzyw­ką opu­ścił się po­wo­li w moją stro­nę.

– Prze­pra­szam – burk­nął, ode­pchnął mnie na bok jak źdźbło trawy i wy­ma­sze­ro­wał sztyw­nym kro­kiem. Pew­nie, drą­ga­lu. Rzu­caj bied­nym Lo­wi­nem, ty prze­ro­śnię­ta kupo chi­ty­ny! Ależ się zde­ner­wo­wa­łem! Chcia­łem coś od­krzyk­nąć, lecz mu­sia­łem uspo­ko­ić na­dę­te pod­gar­dle, które nie mogło znieść ta­kiej znie­wa­gi i gro­zi­ło ro­ze­rwa­niem pro­chow­ca.

– Pan Lowin?

Była zie­lo­na, ale no­si­ła się na czar­no. Wy­so­ka i chuda jak mój port­fel. Suk­nia aż do ziemi, spod lekko prze­krzy­wio­ne­go be­re­tu o­pa­da­ła fala czar­nych wło­sów. Na czole lśni­ła czer­wo­na krop­ka. W po­rząd­ku. Wi­dy­wa­łem już różne rze­czy. To praw­dzi­wy dzień cu­da­ków.

Pró­bo­wa­łem we­pchnąć cho­ler­ne pod­gar­dle z po­wro­tem na miej­sce. Co za bez­czel­ny na­rząd! Wdech, wy­dech. No, w końcu. Do­tkną­łem ronda ka­pe­lu­sza.

– We wła­snej oso­bie. Pani Preja? Nie na­rze­ka pani na brak gości.

– Och, pan Go­liat to stary zna­jo­my. Pro­wa­dzi po­bli­skie ka­sy­no. Cza­sem… nie­waż­ne, za­pra­szam, panie Lowin.

Hol przy­po­mi­nał wej­ście do in­ne­go świa­ta. Przez nie­licz­ne okna wpa­da­ły smugi świa­tła, a na me­blach pło­nę­ły świecz­ki. Cie­nie przy­bie­ra­ły naj­roz­ma­it­sze kształ­ty.

– Pro­szę wy­ba­czyć, panie Lowin. Czę­sto ga­śnie prąd. Ro­bot­ni­ce robią, co mogą, ale na razie je­ste­śmy ska­za­ni na sta­ro­świec­kie me­to­dy.

Uzna­łem, że cały dom wy­glą­da na sta­ro­świec­ki. Ścia­ny ob­wie­szo­no ob­ra­za­mi i rzeź­ba­mi o te­ma­ty­ce re­li­gij­nej. Roz­po­zna­łem tylko na­ro­dzi­ny Je­żu­sa w Be­etle­jem i wy­gna­nie kotów z Kar­to­nu. Re­li­gia nie jest dla mnie. Za czę­sto spo­ty­kam po­ku­sy.

Ekipa mró­wek w ro­bo­czych stro­jach przy­bie­gła nie wia­do­mo skąd. Wszyst­kie bez wy­jąt­ku kop­ci­ły igły. Ani grama ma­ki­ja­żu, spod cza­pek z dasz­ka­mi wy­sta­wa­ły czuł­ki.

– Sze­fo­wo, prądu nie ma – za­pisz­cza­ła jedna ro­bot­ni­ca.

– Wy­pa­dek z ka­bla­mi, rwa mać. Aż mi żu­wacz­ki po­pa­rzy­ło – do­da­ła druga, wy­dmu­chu­jąc kłęby cuch­ną­ce­go dymu. Nie tylko ja pa­li­łem bez­ro­bot­ne, choć to aku­rat żaden powód do dumy.

– Są­siad z dojo nas od­wie­dził – wspo­mnia­ła Preja – i skar­żył się, że cegły spa­dły mu na dach. Przy­po­mi­nam też o za­ka­zie…

– Wy­pa­dek przy za­chod­niej ścia­nie!

– Awa­ria! Awa­ria!

Mrów­ki od­bie­gły z krzy­kiem jak spło­szo­ne myszy.

– …pa­le­nia – do­koń­czy­ła Preja, pa­trząc na opa­da­ją­cy kurz.

– Są­siad? – spy­ta­łem.

– Pan Au-Au. Duży szer­szeń, może pan go minął. Roz­bu­do­wa domu bar­dzo go draż­ni.

Au-Au. Dzi­wak w bia­łym far­tu­chu. Wy­glą­dał na imi­gran­ta z Asji.

Go­spo­dy­ni za­pro­wa­dzi­ła mnie na pię­tro i wpu­ści­ła do roz­le­głe­go ga­bi­ne­tu. Wy­raź­nie czu­łem tu męską rękę. Pod­czas gdy Preja na­le­wa­ła drin­ki, przyj­rza­łem się sto­ją­cym na ma­ho­nio­wym biur­ku ram­kom ze zdję­cia­mi. Na jed­nym la­lu­sio­wa­ty mo­dli­szek z po­stę­pu­ją­cą ły­si­ną obej­mo­wał uśmiech­nię­tą Preję odzia­ną w ko­stium ką­pie­lo­wy, na innym ofia­ro­wy­wał jej błysz­czą­cy pier­ścio­nek.

– Widzę, że mąż stra­cił dla pani głowę.

– Zo­sta­łam unie­win­nio­na!

– Mówię o zdję­ciach.

– Och. – Po­czer­wie­nia­ła na zie­lo­nym ob­li­czu, co za­owo­co­wa­ło prze­dziw­ną żół­cią. – Tak. John był cu­dow­nym mężem, ale… – Cień iry­ta­cji prze­mknął po jej ob­li­czu. – Cza­sem pod­cho­dził do mnie ze złej stro­ny. Mimo wszyst­ko ko­cha­li­śmy się na zabój. Przy­wiózł mnie z Hin­dii do La­sme­ry­ki i za­ła­twił wizę. Kupił ten ka­wa­łek ma­łe­go parku i roz­po­czął bu­do­wę domu, a potem… no, cóż. Wie pan, mam z nim troje wspa­nia­łych mo­dli­szą­tek. Przy­po­mi­na­ją mi go każ­de­go dnia.

– Przejdź­my do rze­czy… – wes­tchną­łem. Wy­słu­cha­łem już w życiu swo­jej por­cji zwie­rzeń i łza­wych wspo­mi­nek.

– Zanim za­cznie­my, pro­szę pana o ab­so­lut­ną dys­kre­cję.

– Dys­kre­cja to moje dru­gie imię – od­par­łem z cał­ko­wi­tą po­wa­gą, przyj­mu­jąc ofe­ro­wa­ne­go przez Preję drin­ka. Klient trak­to­wa­ny z sza­cun­kiem mniej się awan­tu­ru­je.

– Panie Lowin… skra­dzio­no mi wizę.

Pra­wie za­gwiz­da­łem.

– Nie muszę panu mówić, co to ozna­cza. Od dwóch dni żyję w stra­chu. Jeśli Wy­dział Oby­wa­tel­ski się dowie, bę­dzie­my zmu­sze­ni opu­ścić In­sek­tów­kę, a w Dzi­czy… nie dam rady obro­nić sie­bie i dzie­ci.

Za­pa­li­łem igłę, zanim przy­po­mnia­łem sobie, że nie prze­pa­da­ła za pa­le­niem. Nic nie po­wie­dzia­ła. Była prze­ra­żo­na i zde­spe­ro­wa­na. W Dzi­czy z dzieć­mi, które od uro­dze­nia żyły w mie­ście? Nie­cie­ka­wa per­spek­ty­wa.

– Czemu nie szu­ka­ła pani po­mo­cy u tu­tej­szych?

– Nie wiem, komu ufać. Zaj­mo­wa­łam się domem i dzieć­mi. Mąż nas za­bez­pie­czył, ale nic po­nad­to. Nie mogę ry­zy­ko­wać, że wy­ga­dam się nie­wła­ści­we­mu in­sek­to­wi. Nigdy bym sobie tego nie da­ro­wa­ła.

– Pew­nie tak. – Opar­łem się o blat biur­ka. – Mam jedno py­ta­nie, pani Prejo. Skąd pani znała mój adres?

– Dzię­ki mnie.

Pod­sko­czy­łem, aż czu­bek ka­pe­lu­sza za­ry­so­wał sufit. Gdy­bym stał po­środ­ku ga­bi­ne­tu, Preja mia­ła­by nie­zwy­kle ory­gi­nal­ną ozdo­bę ży­ran­do­la. Mów­cie mi „Lowin Że­la­zne Nerwy”. Po­śmiej­my się wszy­scy.

Wy­lą­do­wa­łem z gra­cją i przyj­rza­łem się no­we­mu go­ścio­wi, który wszedł przez bocz­ne drzwi.

Było na co po­pa­trzeć.

Nie prze­pa­dam za je­ża­mi, ale chyba zmie­nię zda­nie, bo naj­lep­szy ar­gu­ment mia­łem wła­śnie przed sobą. Ktoś w nie­bio­sach się po­sta­rał i wy­szła mu ślicz­not­ka o prze­pysz­nych pro­por­cjach – miała wszyst­ko na swoim miej­scu i w ape­tycz­nej po­sta­ci, tu pła­skie, tam okrą­głe. Lśnią­ce igły za­wią­za­ła w dłu­gie war­ko­cze, które spły­wa­ły jej aż do ko­stek. No­si­ła oku­lar­ki w okrą­głych opra­wach, białą bluz­kę, czar­ną spód­ni­cę do ko­la­n i szpil­ki na za­dzi­wia­ją­co wy­so­kim ob­ca­sie. Ele­ganc­ko, pro­fe­sjo­nal­nie, lo­do­wa­to. Jej strój krzy­czał, że in­te­re­sy to tylko in­te­re­sy, ale w śle­piach miała fi­glar­ne ogni­ki. A może to od­bi­ja­ły się ża­rów­ki?

– Panie Lowin? – s­py­ta­ła Preja.

Je­ży­ca wes­tchnę­ła.

– Och, pan Lowin oce­nia mnie okiem za­wo­dow­ca.

Aua! Ta drwi­na w gło­sie za­bo­la­ła.

Nie­zna­jo­ma po­de­szła i wy­su­nę­ła do mnie łapę. Pach­nia­ła de­li­kat­ny­mi per­fu­ma­mi. Miło i z klasą.

– Pe­ne­lo­pa Sharp. Pro­szę mi mówić Penny.

Mu­sną­łem nad­gar­stek py­skiem.

– I jest pani…?

– De­tek­ty­wem jak pan.

O, jesz­cze czego! Wy­glą­da­ła bar­dziej na bi­blio­te­kar­kę za dnia, a pło­mien­ną ku­si­ciel­kę w nocy.

– Nie sądzę, aby­śmy się spo­tka­li – po­wie­dzia­łem.

– Pro­wa­dzę biuro prze­czni­cę od pań­skie­go. Agen­cja „Na czub­ku kolca”. Nie­raz wi­dzia­łam, jak pan wraca do sie­bie w sta­nie, który trud­no na­zwać ele­ganc­kim.

Mia­łem na tyle przy­zwo­ito­ści, by udać za­wsty­dzo­ne­go.

– Nie przy­po­mi­nam sobie, abym wi­dział pani biuro.

– Dziw­ne, że w ogóle zdo­łał pan do­czła­pać do domu. 

– Kwe­stia wpra­wy.

– Naj­wy­raź­niej. Sły­sza­łam, że po­tra­fi się pan od­na­leźć w każ­dej sy­tu­acji.

– Kto tak twier­dzi?

– Zwie­rza­ki ga­da­ją…

– Mam na­dzie­ję, że same dobre rze­czy.

– A są ja­kieś złe, o któ­rych po­win­nam wie­dzieć?

– Być może. Więc pani za­wdzię­czam moją wi­zy­tę tutaj?

– Pani Preja zna­la­zła moje ogło­sze­nie w ga­ze­cie, a ja po­sta­no­wi­łam wziąć spra­wę. Nie­ste­ty, to moje pierw­sze śledz­two w In­sek­tów­ce, więc po­trze­bo­wa­łam part­ne­ra i kon­sul­tan­ta. Dla pana praca z in­sek­ta­mi to po­dob­no nie pierw­szy­zna.

Tak na­praw­dę pro­wa­dzi­łem tylko kilka spraw na gra­ni­cy In­sek­tów­ki z Nowym Le­śni­czo­wem, ale uzna­łem, że nie ma sensu za­głę­biać się w szcze­gó­ły. Tym bar­dziej, gdy te szcze­gó­ły mogą po­zba­wić mnie ro­bo­ty.

Preja za­kasz­la­ła.

– Prze­pra­szam, ale mój pro­blem…

Ach, tak. Jesz­cze ona tu była.

– Pro­szę po­wie­dzieć, jak za­gi­nę­ła wiza – rze­kła Pe­ne­lo­pa.

– To moja wina. Trzy­ma­łam ją w to­reb­ce i za­miast scho­wać od razu po przyj­ściu, no cóż… po­ło­ży­łam to­reb­kę na stole i po­szłam spraw­dzić, co u dzie­ci. Wró­ci­łam po kilku mi­nu­tach, na­praw­dę. To­reb­ka le­ża­ła jak wcze­śniej, ale już bez wizy.

– Kto prze­by­wa w domu? – za­py­ta­łem. Mo­głem być kon­sul­tan­tem, jeśli do­brze pła­ci­li, lecz nie za­mie­rza­łem po­zwo­lić, aby panna Sharp spiła całą śmie­tan­kę za roz­wią­za­nie spra­wy.

– Mrów­ki pan już po­znał. Słu­żą­ca Sze­pi­pi bawi się teraz z dzieć­mi. Lokaj John, nie­ste­ty, dziś ma wolne, i ku­char­ka Do­ro­thy.

– Po­dej­rze­wa pani kogoś?

– W związ­ku z wizą? Każ­de­go.

– Za­cznie­my od prze­słu­chań. Pro­szę dać nam pokój.

 

***

 

Usie­dli­śmy z Penny po jed­nej stro­nie stołu. Pierw­sza mrów­ka miała wejść lada chwi­la.

– Pro­szę pa­mię­tać – za­czą­łem – że to spe­cy­ficz­ne in­sek­ty. Trze­ba przy nich bar­dzo uwa­żać. Wy­star­czy jedno złe słowo i pufff! – Roz­ło­ży­łem łapy. – Może ja się tym zajmę?

Pe­ne­lo­pa od­po­wie­dzia­ła półuśmiesz­kiem, a na­stęp­nie za­pa­li­ła igłę.

– Po­ra­dzę sobie, panie Lowin – oznaj­mi­ła, pusz­cza­jąc kółko z dymu. – Pan niech się skupi na do­radz­twie.

Bbbr­grr bbbr­grrr do­radz­two-szmac­two…

– Kim jest Ofe­lia? – spy­ta­ła znie­nac­ka.

– Skąd…?

– Prze­cho­dząc koło mo­je­go biura, nie­raz wy­krzy­ki­wał pan jej imię, a cza­sem mam­ro­tał i za­le­wał się łzami. Była dziew­czy­na? Zła­ma­ła panu serce?

Za­tka­ło mnie. Wi­dzisz, Dżast? Jed­nak ist­nie­je powód, aby prze­stać pić. Ro­bisz z sie­bie dur­nia przed całym mia­stem. 

Od od­po­wie­dzi ura­to­wa­ła mnie kom­pa­nia mró­wek. Z hu­kiem otwo­rzy­ły drzwi i, dy­miąc bez­ro­bot­ny­mi, wma­sze­ro­wa­ły w po­wo­dzi kle­ko­czą­cych żu­wa­czek.

– No co tam?

– Co to za cyrk? Ro­bo­ta czeka!

– Są ja­kieś prze­ką­ski?

– Te, la­lu­nia, skąd te ciu­chy?

Z mrów­ka­mi tak wła­śnie jest. 

– Miały wcho­dzić po­je­dyn­czo… – mruk­ną­łem pod nosem.

Z dru­giej stro­ny nie ma tego złego, co by na dobre nie wy­szło. Roz­cią­gną­łem się na krze­śle, ob­ser­wu­jąc z za­do­wo­le­niem wyraz pyszcz­ka osłu­pia­łej Pe­ne­lo­py. Może teraz prze­sta­nie za­da­wać wścib­skie py­ta­nia i od­gry­wać pannę „wszyst­ko­wie­dzą­cą”.

Mrów­ki nie prze­sta­wa­ły krą­żyć po po­ko­ju, traj­ko­tać i dymić. Roz­wrzesz­cza­na lo­ko­mo­ty­wa in­sek­tów z nad­po­bu­dli­wo­ścią.

– Spo­koj­nie, dro­gie panie. – Penny szyb­ko od­zy­ska­ła rezon. – Pra­cu­je­my dla pani Prei i zaj­mu­je­my się spra­wą kra­dzie­ży…

Kra­dzież. Bar­dzo złe słowo dla mró­wek, uwa­ża­ją­cych prawo wła­sno­ści za świę­te. Wszyst­ko dla prze­trwa­nia bied­nych komun, w któ­rych miesz­ka­ły. Mrów­ka mrów­ki nie okrad­nie, za to czę­sto same pa­da­ły ofia­rą ban­dzio­rów. Nie grze­szy­ły mą­dro­ścią, więc tym trud­niej przy­cho­dziła im obro­na przed oszu­sta­mi i wła­my­wa­cza­mi.

Po­wi­nie­nem jakoś za­re­ago­wać, ale skoro Penny na­le­ga, abym tylko do­ra­dzał…

– Zło­dzie­je?! – ode­zwa­ła się jedna z mró­wek. – Tu, w domu? Lucy pil­nu­je to­re­bek, praw­da?

– Pew­nie! – po­wie­dzia­ła inna. – Prze­cież po­wie­dzia­łam, że przy­pil­nu­ję, więc wszyst­kie torby są ze mną bez­piecz­ne.

– Za­aaraz. – Niż­sza od po­zo­sta­łych mrów­ka wzię­ła się pod boki. – Skoro je­steś tutaj, to nie ma cię przy to­reb­kach!

No, no, praw­dzi­wy ge­niusz.

Za­pa­dła ner­wo­wa cisza. Pra­wie sły­sza­łem, jak mózgi mró­wek pa­ru­ją z prze­grza­nia. Trzy… dwa…

– Dro­gie panie. – Pe­ne­lo­pa unio­sła po­jed­naw­czo łapy. – Z pew­no­ścią…

Jeden.

Mrów­ki wrza­snę­ły jak na ko­men­dę. Za­czę­ły bie­gać, wpa­dać na sie­bie i prze­wra­cać się na­wza­jem. Co spryt­niej­sze do­pa­dły drzwi, ale pcha­jąc się, za­blo­ko­wa­ły je wła­sny­mi cia­ła­mi. Roz­le­gły się wią­zan­ki prze­kleństw godne naj­bar­dziej par­cha­tych szczu­rów por­to­wych. W końcu wyj­ście zo­sta­ło otwar­te i ro­bot­ni­ce wy­bie­gły, wciąż krzy­cząc i la­men­tu­jąc nad za­gro­żo­ny­mi to­reb­ka­mi.

W po­ko­ju zo­stał obłok cuch­ną­ce­go dymu z igieł.

Spo­dzie­wa­łem się, że Pe­ne­lo­pa bę­dzie mi su­szyć łeb za ten in­cy­dent i mia­łem już przy­go­to­wa­ne słowa prze­pro­sin. O dziwo, je­ży­ca wy­buch­nę­ła takim śmie­chem, że ze ślepi po­cie­kły łzy.

Otwo­rzy­ła to­reb­kę. Zer­k­ną­łem ukrad­kiem do środ­ka, do­strze­ga­jąc sporo ma­łych ka­wał­ków ba­weł­ny.

– Strasz­nie dużo chu­s­te­czek – za­uwa­ży­łem.

Spo­waż­nia­ła.

– Nie tylko pan do­znał nie­daw­no mi­ło­sne­go za­wo­du. Za­pła­ka­łam sobie całe futro. – Pod­nio­sła pysz­czek i po­pa­trzy­ła na mnie z uśmie­chem, który od­mro­ził­by ma­mu­ta. – I wtedy mówię: „Dość tego, dziew­czy­no! Świat jest pełen męż­czyzn”. Praw­da, panie Lowin? Zgo­dzi się pan, że zła­ma­ne serce trze­ba… po­cie­szyć?

In­tu­icja pod­po­wie­dzia­ła mi, że to py­ta­nie jest rów­nie bez­piecz­ne, jak „Ko­cha­nie, przy­ty­łam?” albo „Po­do­ba ci się tamta wie­wiór­ka?”. Nie ufa­łem swo­jej gębie, że powie, co trze­ba. Za do­brze się znam.

– Po­ga­daj­my z mrów­ka­mi – stwier­dzi­łem i wsta­łem czym prę­dzej.

– Uważa pan, że jest sens?

– Nie ukra­dły wizy, ale mogą coś wie­dzieć. Każ­de­go warto prze­słu­chać, panno Penny.

 

***

 

Spę­dzi­li­śmy parę go­dzin, uspo­ka­ja­jąc mrów­ki i pró­bu­jąc de­li­kat­nie wy­do­być z nich ja­kie­kol­wiek przy­dat­ne in­for­ma­cje, ale na próż­no.

Zre­zy­gno­wa­ni wró­ci­li­śmy do po­ko­ju i cze­ka­li­śmy na ko­lej­ne­go po­dej­rza­ne­go.

Psz­czo­ła w czar­no-bia­łym stro­ju po­ko­jów­ki wma­sze­ro­wa­ła sztyw­no do środ­ka.

– Pani… Sze­pi­pi? – spy­ta­ła Penny.

Słu­żą­ca sta­nę­ła na bacz­ność i splo­tła koń­ców­ki od­nó­ży za ple­ca­mi.

– Ja Sze­pi­pi!

Mó­wi­ła z tra­gicz­nym ak­cen­tem. Imi­grant­ka.

– Cie­ka­we imię – za­uwa­ży­łem.

– Imię Gra­ży­na, sześć­set pięć­dzie­sią­ta piąta oby­wa­tel­ka ko­lo­nii Wo­sko­wi­ce Ślą­skie, gmina Kłacz­ko­wo. Pani Preja nie mówić Gra­ży­na. Pani Preja mówić: „Sze­pi­pi”!

Nic dziw­ne­go. Mało kto po­tra­fił­by wy­mó­wić te nazwy.

– Gie­zro­pej­ka? Zza oce­anu?

– Tak jest! Z Psz­czol­ski!

– Nie trze­ba tak krzy­czeć – wtrą­ci­łem, po czym na­chy­li­łem się do Penny. – Li­zną­łem tro­chę psz­czol­skie­go. Spró­bu­ję zy­skać jej za­ufa­nie.

Za­py­ta­łem, czy wie coś o kra­dzie­ży wizy.

Sze­pi­pi wbiła we mnie śle­pia i unio­sła czuł­ki z obu­rze­niem.

– Moja matka nie zając! Moja matka Le­oka­dia Żą­dliwsz­czy­k, po trut­niu Wrzo­sow­czysz­czy­kie­wiczu.

– Nie wiem, co pan lizał, panie Lowin, ale to nie był psz­czol­ski – szep­nę­ła Penny, chi­cho­cząc.

Życie jeden, Lowin zero.

– Ja winna – burk­nę­ła Gra­ży­na. – Ja ukraść wiza.

– Co ta­kie­go? – za­py­ta­li­śmy z Penny jed­no­cze­śnie.

Gdzie gra wstęp­na z od­czy­ty­wa­niem zna­ków ciała, za­ba­wa w do­bre­go i złego glinę, po­wol­ne do­cho­dze­nie do praw­dy, mę­cze­nie po­dej­rza­ne­go, aż za­cznie sapać i ję­czeć, w końcu sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cy finał, okra­szo­ny krzy­ka­mi i przy­zna­niem się, by już po wszyst­kim za­pa­lić za­słu­żo­ną igłę?

– Ja szan­ta… szan­ta­żo­wa­na. Po­czwa­rek po­rwa­ny. Wiza za po­czwar­ka.

– Kto panią szan­ta­żu­je?

– Ja nie wie­dzieć. Roz­ma­wiać przez te­le­fon. Spo­tka­nie dziś o zmro­ku. Tył ka­sy­na. Pani Preja za­dzwo­nić de­tek­ty­wy i ja mieć plan. Ja oddać wiza, kiedy po­czwa­rek bez­piecz­ny. – Klęk­nę­ła. – Ja bła­gać! Pany de­tek­ty­wy, wy ra­to­wać po­czwar­ka!

– Oczy­wi­ście, pani Gra­ży­no! – za­pew­ni­ła Penny. – Pan Lowin i ja ura­tu­je­my pani dziec­ko.

Aku­rat pod­no­si­łem zadek, aby za­de­nun­cjo­wać Prei zło­dziej­kę i za­in­ka­so­wać na­gro­dę…

– Mhm – przy­tak­ną­łem en­tu­zja­stycz­nie. – Aż pędzę. Może zwró­ci nam pani wizę i wtedy…

– Wiza za po­czwar­ka!

– Ale…

– Wiza za po­czwar­ka!

Za­zgrzy­tał­bym zę­ba­mi, gdy­bym je miał.

– Pój­dzie pani na miej­sce spo­tka­nia – po­wie­dzia­ła Pe­ne­lo­pa. – Bez wizy. Pro­szę za­ga­dać szan­ta­ży­stę. Ja i pan Lowin bę­dzie­my ubez­pie­czać panią z ukry­cia. W od­po­wied­nim mo­men­cie schwy­ta­my zło­czyń­cę i zmu­si­my do uwol­nie­nia po­czwar­ka. Wtedy odda pani wizę.

– Tak jest! Zgoda! – od­rze­kła psz­czo­ła i wy­szła.

To nie był zły plan. Wy­glą­da­ło na to, że panna Sharp nie była tylko ślicz­not­ką, któ­rej za­ma­rzy­ły się nie­bez­piecz­ne przy­go­dy zwią­za­ne z pracą de­tek­ty­wa.

 

***

 

Za­chód słoń­ca bar­wił po­strzę­pio­ne ob­ło­ki kar­ma­zynem. Wie­czór roz­le­wał się ni­czym smoła i czu­łem w trze­wiach ten nie­okre­ślo­ny, mrocz­ny zwia­stun nad­cho­dzą­cej nocy.

A może po pro­stu byłem głod­ny?

Cze­ka­li­śmy w ja­gu­arze Pe­ne­lo­py na za­cie­nio­nej ulicz­ce przy klu­bie blu­eso­wym „Błę­kit­na Małża”. Tak, panna Penny po­sia­da­ła wy­so­ce kom­for­to­wy au­to­mo­bil marki Ja­gu­ar. Tak, za­zdrość wy­peł­nia­ła mnie jak prze­stra­szo­ny śli­mak musz­lę. Ta­pi­cer­ka pach­nia­ła no­wo­ścią, za­wie­sze­nie ko­ły­sa­ło ła­god­niej niż łapy matki, plecy od­po­czy­wa­ły w wy­god­nym fo­te­lu. Sie­dzi­sko Penny wzmoc­nio­no stalą. Z igła­mi jeża nie ma żar­tów.

– Do­sta­łam to cacko po moim eks, gdy tra­fił za krat­ki.

Nie­źle. Mnie po roz­sta­niu z Ofe­lią zo­sta­ło kilka ra­do­snych wspo­mnień i dziu­ra w sercu głęboka jak Wiel­ki Ka­nio­n. 

– Yhy – mruk­ną­łem, pa­trząc na Gra­ży­nę. Stała w płasz­czu po dru­giej stro­nie ulicy przy mru­ga­ją­cej lam­pie ulicz­nej, bacz­nie ob­ser­wu­jąc ciem­nie­ją­cy za­ułek.

– Na­zy­wał się Izaak. Nada­wa­li­śmy na tych sa­mych fa­lach przez dłuż­szy czas. Pew­ne­go dnia zna­la­złam w jego tor­bie susz z ja­błecz­ni­ka. Roz­pro­wa­dzał go po całej dziel­ni­cy. Wszy­scy wie­dzie­li, że to diler, prócz mnie. To praw­da, co mówią… – za­wie­si­ła głos, pew­nie by spraw­dzić, czy słu­cham.

Słu­cha­łem.

– Co mówią?

– Że mi­łość za­śle­pia. – Zdję­ła oku­la­ry i unio­sła brew. Nie­zła sztucz­ka. – Przejdź­my na ty, Lo­wi­nie – za­mru­cza­ła.

Nagle po­czu­łem prze­moż­ną chęć roz­pro­sto­wa­nia nóg.

– Dla­cze­go drzwi są za­mknię­te? – spy­ta­łem, szar­piąc klam­kę.

– Och, Dżast. Niech cię przy­tu­lę.

Kątem oka zo­ba­czy­łem coś w za­uł­ku. Wy­su­ną­łem bły­ska­wicz­nie łapę i po­wstrzy­ma­łem bło­na­mi pę­dzą­cy w moją stro­nę pysz­czek.

– Nie gryzę, Dżast… – wy­mam­ro­ta­ła Penny zza moich pal­ców.

– Cśśś. Gra­ży­na z kimś roz­ma­wia.

Psz­czo­ła kłó­ci­ła się z osobą skry­tą za ścia­ną bu­dyn­ku. Wy­wi­ja­ła wście­kle od­nó­ża­mi.

– Idzie­my! – po­wie­dzia­łem. Penny otwo­rzy­ła drzwi i po­bie­gli­śmy co tchu. Gra­ży­na znik­nę­ła, choć wciąż sły­sza­łem jej krzy­ki. Coś o po­czwar­ku. Nagle wy­le­cia­ła z za­uł­ka i padła nie­ru­cho­mo na bruku.

– Zo­stań przy niej! – krzyk­nę­ła Penny, wbie­ga­jąc w ulicz­kę. Jasne, prze­cież byłem tylko kon­sul­tan­tem.

Psz­czo­ła otwo­rzy­ła oczy. Z boku głowy wid­nia­ła po­zio­ma rana jak po ude­rze­niu ka­mie­niem. Ale kto wi­dział pła­skie ka­my­ki do procy?

– Ka­sy­no… po­czwar­ki… – szep­nę­ła Gra­ży­na. 

– Kto to był? Kogo pani wi­dzia­ła?

– Naga kura… naga kura…

– Nie czas na fan­ta­zje! Kim był szan­ta­ży­sta?

– Świa­tło… – wy­krztu­si­ła na ko­niec i ze­mdla­ła.

Penny wró­ci­ła z mar­sem na pysku.

– Uciekł. Szyb­ki jak ważka. Co z nią?

– Żyje, ale bę­dzie miała so­lid­ne­go guza.

Prze­ka­za­łem Penny słowa psz­czo­ły. Spę­dzi­li­śmy parę minut na roz­wa­ża­niu, co robić dalej. W tym cza­sie szu­ka­łem w za­uł­ku ka­mie­nia, który zadał tak oso­bli­wą ranę, ale nic nie zna­la­złem. Ta­jem­ni­cza spra­wa.

– Z jej słów ro­zu­miem je­dy­nie „ka­sy­no” – uzna­ła Penny. – Do­my­ślam się, że cho­dzi o to naj­bliż­sze.

– Wła­ści­ciel od­wie­dzał Preję. Duży chrząszcz imie­niem Go­liat. – Po­ki­wa­łem głową. – Może miał z nią jakiś za­targ.

Penny spoj­rza­ła na ze­ga­rek.

– Szan­ta­ży­sta nie do­stał wizy, ale jeśli uzna, że Preja jej nie ma, po­wia­do­mi Wy­dział Oby­wa­tel­ski. Przyj­mą zgło­sze­nie i od­wie­dzą ją ran­kiem. Mamy mało czasu.

– Co z Gra­ży­ną?

– Po­ło­ży­my ją w sa­mo­cho­dzie. Doj­dzie do sie­bie, ale nie wiem, kiedy. Mu­si­my dzia­łać.

Penny po­sta­no­wi­ła wło­żyć na sie­bie bar­dziej sto­sow­ną kre­ację. Skry­ła się za sa­mo­cho­dem, wy­ję­ła z ba­gaż­ni­ka su­kien­kę i za­czę­ła się prze­bie­rać. Niech to skrzek kop­nie! Uda­wa­łem, że nie pod­glą­dam, a ona, że nie zerka, czy przy­pad­kiem nie pa­trzę. Pra­wie nas śle­pia roz­bo­la­ły od tego uda­wa­nia. Mia­łem czas, by prze­my­śleć za­lo­ty Penny. Igrasz­ki z jeżem to za­ba­wa fa­jer­wer­ka­mi w skła­dzie siana. Jeden nie­for­tun­ny ruch i koń­czysz na szpi­tal­nym stole, oto­czo­ny roz­chi­cho­ta­ny­mi pie­lę­gniar­ka­mi wyj­mu­ją­cy­mi igły z pew­nych new­ral­gicz­nych czę­ści ciała. Można do­znać trau­my na samą myśl. Poza tym nie mia­łem ocho­ty ła­do­wać się w ro­mans tak krót­ko po po­przed­nim. Zbyt wiele emo­cji. Za­pa­li­łem bez­ro­bot­ne­go i wy­peł­ni­łem płuca dymem. Po­trze­bo­wa­łem mi­zia­nia po karku, cie­płej sier­ści do wtu­le­nia pyska i fi­glar­ne­go ogon­ka do ca­ło­wa­nia. Igły? Dzię­ki, po­sto­ję. Cza­sem trze­ba pod­cią­gnąć spodnie, po­pa­trzeć w gwiaz­dy i za­cho­wać się jak przy­sta­ło na fa­ce­ta z za­sa­da­mi. Penny nie była dla mnie.

Ale po­pa­trzeć mo­głem. 

 

***

 

Do ka­sy­na „Pełna Micha” we­szli­śmy od­pro­wa­dza­ni zdu­mio­nym wzro­kiem ochro­nia­rza, u któ­re­go zda­łem broń. W środ­ku roiło się od in­sek­tów po­chy­lo­nych nad sto­ła­mi: gar­ni­tu­ry i wie­czo­ro­we suk­nie na chi­ty­nie, czuł­ki drga­ją­ce wśród le­ni­wych ob­ło­ków dymu z igieł. Rzu­ca­no na nas prze­lot­ne, gniew­ne spoj­rze­nia. Nic dziw­ne­go. Na moim ta­le­rzu nie­raz lą­do­wa­li ich po­bra­tym­cy. Do licha, czemu nie je­stem ja­ro­szem? Trawa z pew­no­ścią nie pa­trzy z nie­na­wi­ścią na krowę.

– Winda. – Ski­ną­łem głową w kie­run­ku drzwi pil­no­wa­nych przez dwa umię­śnio­ne żuki gnoj­owe. – Mu­si­my się tam do­stać. Daj mi chwi­lę, coś wy­my­ślę.

– Ja nie po­trze­bu­ję chwi­li, Lo­win­ku – rze­kła Penny. Klep­nę­ła mnie w zadek, aż za­bul­go­ta­łem, i po­de­szła roz­ko­ły­sa­nym kro­kiem do żuków. Za­mie­ni­ła z nimi parę słów i, o dziwo, od­bie­gły w pod­sko­kach. Penny mru­gnę­ła do mnie za­pra­sza­ją­co.

– Nie­zła ro­bo­ta – przy­zna­łem, gdy je­cha­li­śmy windą w dół. – Co im po­wie­dzia­łaś?

– Że to­a­le­ta wy­bi­ła – na­chy­li­ła się do mnie – i jest bar­dzo, ale to bar­dzo wil­got­no i brud­no – do­da­ła szep­tem.

Któ­rę­dy ucie­ka się z windy?

Na szczę­ście, po­dróż nie trwa­ła długo. Zna­leź­li­śmy się wśród ciem­nych bok­sów, po­roz­dzie­la­nych ni­ski­mi ścian­ka­mi. Przy sto­li­kach sie­dzia­ły małe żuki w oku­lar­kach, sku­lo­ne nad kost­ka­mi miodu i li­czy­dła­mi, skrzęt­nie za­pi­su­jące ra­chun­ki. Nawet na nas nie spoj­rza­ły.

Od­na­leź­li­śmy drzwi do ga­bi­ne­tu szefa.

– Go­to­wa? – szep­ną­łem. Nie mie­li­śmy broni, a Go­liat wy­glą­dał na nie­złe­go si­ła­cza. Za­po­wia­da­ła się trud­na prze­pra­wa.

– Za­wsze – od­po­wie­dzia­ła Penny, się­ga­jąc pod su­kien­kę. Zza pod­wiąz­ki wy­ję­ła ma­leń­ką procę i kamyk. Może nie taka z niej da­mul­ka, jak są­dzi­łem.

We­szli­śmy do prze­stron­ne­go po­miesz­cze­nia. Wśród roz­rzu­co­nych po pod­ło­dze dzie­cię­cych za­ba­wek bro­dzi­ły trzy po­czwar­ki. Po­środ­ku klę­czał ma­syw­ny chrząszcz, który ran­kiem ode­pchnął mnie na ganku. Teraz w jed­nym od­nó­żu trzy­mał grze­chot­kę, dru­gim ko­ły­sał ro­ze­śmia­ną po­czwar­kę i wy­glą­dał na nie­zmier­nie zdzi­wio­ne­go.

– Zo­staw dzie­cia­ka! – wrza­snę­ła Penny, ce­lu­jąc z na­pię­tej procy. – Albo na­stęp­ne, co za­grze­cho­cze, to twój łeb!

No, no.

– De­tek­tyw Lowin i de­tek­tyw Sharp – po­wie­dzia­łem. – Gra skoń­czo­na, panie Go­liat. Uwol­ni pan dzie­ci albo po­ża­łu­je.

Po­czwar­ki rzu­ci­ły się do chrząsz­cza i ob­ję­ły go mocno. Co się dzie­je?

– Zio­staw­cie wuj­cia!

Sy­tu­acja roz­wi­nęła się w nie­ocze­ki­wa­nym kie­run­ku. W tym mo­men­cie przez drzwi wkro­czy­ła banda żuków w uni­for­mach ochro­nia­rzy. Go­liat po­wstrzy­mał ich unie­sie­niem od­nó­ża (tego z grze­chot­ką).

– Nic się nie dzie­je. Panno Sharp, panie Lowin. Po­roz­ma­wiaj­my na osob­no­ści.

 

***

 

– John, mąż pani Prei, był moim do­brym zna­jo­mym – po­wie­dział Go­liat, wrę­cza­jąc nam drin­ki. – Zro­bi­li­śmy razem kilka na­praw­dę uda­nych in­te­re­sów. Panią Gra­ży­nę rów­nież znam od dawna, więc gdy przed­wczo­raj dys­kret­nie po­pro­si­ła mnie o pomoc, obie­ca­łem, że zajmę się jej dzieć­mi. Wpa­dła w ja­kieś kło­po­ty i bała się o ich bez­pie­czeń­stwo. Krzyw­dzić ma­lusz­ki… – Po­krę­cił głową. – Ka­ry­god­ne.

Sie­dzie­li­śmy w małym ga­bi­ne­cie. Pró­bo­wa­łem po­ukła­dać w gło­wie fakty, sko­ja­rzyć po­szla­ki. Wy­da­wa­ło mi się, że bra­ku­je już tylko jed­ne­go ele­men­tu, aby otrą­bić roz­wią­za­nie spra­wy. Byłem bli­sko, a jed­nak tak da­le­ko.

Penny za­bra­ła głos:

– Pan wy­ba­czy. My­śle­li­śmy, że stoi pan za upro­wa­dze­niem jej po­czwar­ka.

– W życiu. Pro­wa­dzę le­gal­ne ka­sy­no i mam firmę trans­por­to­wą. Choć mo­że­cie pań­stwo w to wąt­pić, nie je­stem gang­ste­rem.

– Ale czemu pan w ogóle od­wie­dzał panią Preję? – spy­ta­łem.

– Od czasu śmier­ci Johna do­glą­dam, jak sobie radzi. Je­stem to mu wi­nien. Poza tym pró­bu­ję na­mó­wić ją do sprze­da­ży. Oba­wiam się, że tak duży dom przy­spo­rzy pani Prei wielu pro­ble­mów, i to nie tylko z utrzy­ma­niem. Na przy­kład, pan Na­ka­mu­ra jest wście­kły z po­wo­du roz­bu­do­wy…

– Kto?! – wrza­sną­łem.

– Pan Au-Au Na­ka­mu­ra – po­wtó­rzył zdzi­wio­ny chrząszcz. – Wła­ści­ciel dojo.

Ele­men­ty ukła­dan­ki wsko­czy­ły na miej­sce. Mia­łem spraw­cę i motyw.

– Naga kura – szep­nę­ła Penny. – Na­ka­mu­ra. Ale dla­cze­go?

Do­pi­łem drin­ka i wsta­łem.

– Zimno. Ciem­no. Brak świa­tła. O tym mó­wi­ła Gra­ży­na. Z każ­dym do­bu­do­wa­nym pię­trem dom Prei rzuca coraz głęb­szy cień na dojo Na­ka­mu­ry. Wi­dzia­łem tam in­sek­ty, które le­d­wie się ru­sza­ły. Żaden owad nie bę­dzie ćwi­czył w ta­kich wa­run­kach. Nie wiem, co chce zro­bić z domem po wy­gna­niu mo­dlisz­ki, ale po­zby­cie się jej po­wstrzy­ma rozbu­do­wę. Wsta­waj, Penny! Po­czwa­rek jest w dojo!

 

***

 

Świa­tła ja­gu­ara roz­szar­py­wa­ły tłu­sty mrok mia­sta.

Penny je­cha­ła jak sza­lo­na, Gra­ży­na le­ża­ła nie­przy­tom­na na tyl­nym sie­dze­niu, ja spraw­dza­łem procę. Wo­lał­bym unik­nąć ka­ta­stro­fy w po­sta­ci pęk­nię­tej gumy. Takie dro­bia­zgi mogą za­cią­żyć strasz­li­wy­mi na­stęp­stwa­mi. Nie roz­ma­wia­li­śmy. Nad­szedł czas dzia­ła­nia. Tę spra­wę za­koń­czy­my sami dzi­siej­szej nocy.

Drzwi do dojo były otwar­te. Wpa­ro­wa­li­śmy z na­pię­tą bro­nią. Ostre świa­tło z lam­pek na pod­ło­dze aż kłuło w śle­pia. Po­bli­ska elek­trow­nia pew­nie za­cie­ra łapki. Au-Au i Ariel stali na macie, żywo dys­ku­tu­jąc. Z przy­jem­no­ścią wdep­ną­łem im w słowo:

– Od­nó­ża do góry, Na­ka­mu­ra! I ty też, Ariel!

Za­pa­dła nie­zręcz­na cisza. Od­chrząk­ną­łem.

– Albo po pro­stu się nie ru­szaj… Wy­puść po­czwar­ka, Na­ka­mu­ra. Mam cię na musz­ce. Ta proca to Snail&We­asel. Uwierz mi, nawet chi­ty­na jej nie­strasz­na.

– Gdzie z bu­cio­ra­mi na matę? – pi­snę­ła dżdżow­ni­ca.

– To naj­mniej­szy z wa­szych pro­ble­mów – od­par­łem.

Szer­szeń przy­su­nął sobie krze­sło i usiadł spo­koj­nie, za­ło­żyw­szy od­nó­że na od­nó­że.

– Pro­szę, pro­szę. Pan pod­glą­dacz i jego ma­skot­ka.

– Nie je­stem ma­skot­ką, dra­niu! – krzyk­nę­ła obu­rzo­na Penny. – Wiemy, że po­rwa­łeś po­czwar­ka psz­czo­ły. Nie uj­dzie ci to pła­zem!

Żar­tow­ni­sia. Na­ka­mu­ra zmru­żył oko i za­ma­chał wście­kle czuł­ka­mi. 

– Po­świę­ci­łem naj­lep­sze lata życia na to dojo. Teraz pra­wie ban­kru­tu­ję przez ra­chun­ki za prąd, a chęt­ni na tre­ning znik­nę­li jak li­ściec w lesie. Dość tego! Nie pójdę z tor­ba­mi przez trzpio­to­wa­tą mo­dlisz­kę ani parę głu­pich in­sek­to­żer­ców. Ariel! Zrób sobie spa­ring.

Dżdżow­ni­ca wy­pro­sto­wa­ła się i ru­szy­ła w naszą stro­nę.

Wy­ce­lo­wa­łem za­ła­do­wa­ną procę w jej kie­run­ku.

– Stój, Ariel! Tu nie cho­dzi o cie­bie!

Nie za­trzy­ma­ła się.

– Stój, bo strze­lam!

Su­nę­ła z za­cię­tą miną. Dobra, co się będę ogra­ni­czał?

Strze­li­łem, po czym roz­dzia­wi­łem pysk. Ariel z ła­two­ścią unik­nę­ła ka­my­ka. Prze­ła­do­wa­łem i wy­pu­ści­łem na­stęp­ny po­cisk, ale znów spu­dło­wa­łem.

– Ożeż w trąb­kę ko­ma­ra…

Na­ka­mu­ra za­kle­ko­tał żu­wacz­ka­mi w zło­wiesz­czym chi­cho­cie.

– Wasza broń to wasza sła­bość. Praw­dzi­wa siła kryje się we­wnątrz!

– Bie­rzesz te fra­ze­sy z ka­len­da­rza z prze­pi­sa­mi?!

Penny strze­li­ła ze swo­jej procy z po­dob­nym re­zul­ta­tem.

– Mó­wi­łeś, że in­sek­ty ru­sza­ją się tu nie­mra­wo – burk­nę­ła.

– To dżdżow­ni­ca, Penny. Czego się spo­dzie­wa­łaś? Że bez sło­necz­ka zapad­nie w le­targ? Za­ła­twi­my ją tra­dy­cyj­nie. – Zdją­łem pro­cho­wiec, pod­wi­ną­łem rę­ka­wy i zwró­ci­łem się do Ariel. – Przy­kro mi, pa­nien­ko…

– Kto po­wie­dział, że je­stem pa­nien­ką?

– W po­rząd­ku, koleś!

– Kto po­wie­dział, że je­stem fa­ce­tem?

Za­bra­kło mi po­my­słu na bły­sko­tli­wą od­po­wiedź.

– Dobra, Ariel. Ostrze­gam, że je­stem brą­zo­wym me­da­li­stą uni­wer­sy­tec­kiej olim­pia­dy bok­ser­skiej, a panna Penny jest pra­wie tak samo uta­len­to­wa­na.

Przy­naj­mniej taką mia­łem na­dzie­ję.

– Dżast, skar­bie – po­wie­dzia­ła Penny. – Idę się prze­brać. Ten strój nie na­da­je się do walki. Dasz sobie radę.

– To cho­ler­nie wiel­ki robal, Penny – szep­ną­łem. – Zrzu­ć buty i ro­ze­rwij tro­chę suk­nię.

– Chyba żar­tu­jesz! Tutaj? Przy nich? Zresz­tą kosz­to­wa­ła for­tu­nę. Nie bę­dzie mnie tylko przez chwi­lę. Po­ra­dzisz sobie.

I wy­bie­gła.

W po­rząd­ku. Bi­ja­ty­ka to dla mnie nie pierw­szy­zna i żaden prze­ro­śnię­ty sznu­rek gle­bo­gry­zo­wy mnie nie prze­stra­szy. Prze­cież nawet nie ma od­nó­ży. Za­ci­sną­łem pię­ści i unio­słem gardę. 

– Pokaż mu wszyst­kie style, Ariel! – za­wo­łał Na­ka­mu­ra.

Dżdżow­ni­ca po­chy­li­ła się i krzyk­nę­ła:

– Dżdżu-dżit­su!

Sra­ty-ta­ty! Wy­pro­wa­dzi­łem lewy pro­sty, tra­fi­łem pust­kę, za to ogon Ariel owi­nął się wokół mojej łapy, po­cią­gnął i nagle po­le­cia­łem z wrza­skiem na matę. Fi­zycz­nie za bar­dzo nie bo­la­ło, ale duma wyła z roz­pa­czy…

Pod­nio­słem się, gotów do dru­giej rundy.

– Już ja ci po­ka­żę!

– Kret Maga! – od­parł robak.

Że co? To tytuł ja­kieś książ­ki dla mło­dzie­ży?

Ogon grzmot­nął pro­sto w moje klej­no­ty ro­do­we. Na po­licz­ki cho­micz­ki! Co za ból! Wy­wa­li­łem gały, pod­gar­dle uro­sło jak balon, ko­la­na zgię­ły się i upa­dłem. Do­sły­sza­łem roz­ba­wio­ny głos Na­ka­mu­ry:

– Kret za­wsze ata­ku­je od dołu, panie Lowin!

Za­ssa­łem po­wie­trze. Dżast Lowin nie prze­gra z po­wo­du tak ha­nieb­ne­go ciosu! Cięż­ko dy­sząc, wsta­łem i za­krę­ci­łem pię­ścia­mi.

– Ko­niec żar­tów – za­pisz­cza­łem. – Nie okażę li­to­ści.

– Kar­pło­eira! – od­par­ła dżdżow­ni­ca.

Na­ka­mu­ra za­czął wy­bi­jać ryt­micz­nie takt od­nó­ża­mi, a Ariel wy­wi­ja­ła ciel­skiem raz w jedną, raz w drugą stro­nę, jed­no­cze­śnie wy­ba­łu­sza­jąc oczy i otwie­ra­jąc sze­ro­ko pysk, jak… ryba?

– Co to? – wark­ną­łem. – Pan­to­mi­ma? 

Jed­nak nie. Ogon nad­le­ciał znie­nac­ka i zmiótł mnie jak tor­na­do. Pla­sną­łem w ścia­nę. Nie­ste­ty, nikt jej nie wy­ło­żył ma­te­ra­ca­mi.

– Penny… – wy­chry­pia­łem, zsu­wa­jąc się po­wo­li. – Penny! Robal mnie bije!

– Już je­stem!

Obej­rza­łem się. Uśmiech­nię­ta Penny w czar­nym body z fal­ban­ką dum­nie pre­zen­to­wa­ła swoje wdzię­ki, pod­pie­ra­jąc ła­pa­mi bio­dra. Igły roz­pu­ści­ła swo­bod­nie, opa­da­ły przez kark aż po pięty. Szpi­lek nie zdję­ła.

– I co? Klasa, praw­da? – spy­ta­ła.

– Po co ci te buty? – od­par­łem, może tro­chę za ostro. Ja tu zbie­ram nowe bli­zny, a ta się wy­stro­iła jak na pokaz mody.

– To wszyst­ko, co masz mi do po­wie­dze­nia, Lowin? – wark­nę­ła.

Dżdżow­ni­ca za­mach­nęła się do ciosu.

– Penny, uwa­żaj!

Robal wy­sko­czy­ł w po­wie­trze. Ogon le­ciał jak ja­strząb po przy­ła­pa­niu żony na ogrze­wa­niu cu­dzych jajek, ude­rze­nie zwia­sto­wa­ło zła­ma­nie je­ży­cy wpół.

W mgnie­niu śle­pia, Penny sku­li­ła się i od­wró­ci­ła. Z ohyd­nym pla­śnię­ciem ogon Ariel nabił się na jej igły. Penny wy­ko­rzy­sta­ła impet ude­rze­nia i zakrę­ci­ła się na szpi­lecz­kach ni­czym lisia ba­let­ni­ca, z gra­cją i wpra­wą. Mio­ta­na w kółko przy­gwoż­dżo­na dżdżow­ni­ca krzy­cza­ła, ja re­cho­ta­łem, Na­ka­mu­ra chwy­cił się za łeb i wstał z krze­sła. Penny zro­bi­ła parę ta­necz­nych kro­ków i nagle, po ko­lej­nym okrą­że­niu, łeb Ariel wkom­po­no­wał się w ścia­nę z trza­skiem ła­ma­ne­go drew­na. Panna Sharp łap­ka­mi ze­pchnę­ła ogon ro­ba­ka z igieł, po czym ski­nę­ła głową na szer­sze­nia.

– Nie­źle jak na ma­skot­kę, praw­da?

Za­czę­li­śmy iść razem w kie­run­ku Na­ka­mu­ry.

– Byłaś nie­sa­mo­wi­ta – przy­zna­łem.

– Wiem – od­par­ła i szła dalej w mil­cze­niu.

A gdzie „ty rów­nież”? Życie dwa. Lowin zero.

– Wy­puść po­czwar­ka, dra­niu! – wark­ną­łem. – Albo skoń­czysz jak Ariel!

Na­ka­mu­ra po­chy­lił głowę i za­mknął oko.

– Pan nie ro­zu­mie, panie Lowin. Po­ko­na­li­ście dżdżow­ni­cę. Ale ja je­stem mi­strzem Dzik Ku­na-do!

Zno­kau­to­wał Penny dwoma – a przy­naj­mniej tyle zdo­ła­łem do­strzec – cio­sa­mi, śmi­gnął w moją stro­nę od­wło­kiem z bar­dzo nie­przy­jem­nie wy­glą­da­ją­cym żą­dłem, jed­no­cze­śnie ko­piąc wy­so­ko i skła­da­jąc od­nó­ża do ko­lej­ne­go ataku. Unik­ną­łem użą­dle­nia, do­sta­łem w szczę­kę, wy­wi­ną­łem ko­zioł­ka i wy­lą­do­wa­łem obok nie­przy­tom­nej Penny. To nie był mój naj­lep­szy dzień.

Na­ka­mu­ra zła­pał moje koń­czy­ny od­nó­ża­mi i po­chy­lił nade mną swoją wred­ną jed­no­oką mordę.

– Wy­pru­ję panu flaki – po­wie­dział z takim spo­ko­jem, jakby za­ma­wiał drin­ka w barze.

Przy­zna­ję, chyba prze­ce­ni­łem swoje umie­jęt­no­ści, ale po­zo­stał mi ostat­ni as w rę­ka­wie. Wy­glą­da­ło na to, że koleś nie wal­czył jesz­cze z ro­pu­chem.

– Obej­rzyj je sobie z bli­ska – burk­ną­łem.

A potem wy­strze­li­łem ję­zy­kiem w jego oko, wy­rwa­łem je i po­łkną­łem. Co za krzyk! Co za pisk! Pu­ścił mnie, za­to­czył się i za­czął na oślep bić po­wie­trze. Pod­nio­słem tyłek z maty.

Notka do sie­bie. Nie sta­wać do walki z szer­sze­nia­mi, nawet śle­py­mi. Nie moja liga. Dla­te­go po pro­stu wzią­łem krze­sło i rąb­ną­łem go w łeb. Po­pra­wi­łem tak jesz­cze ze trzy­dzie­ści razy.

Sami ro­zu­mie­cie. Dla pew­no­ści. 

 

***

 

Wy­stra­szo­ne­go po­czwar­ka od­na­la­złem na za­ple­czu.

Za­bra­łem go do domu Prei, póź­niej to samo zro­bi­łem z Gra­ży­ną i Penny. Na szczę­ście ulica świe­ci­ła pust­ka­mi. Ro­puch nio­są­cy śpią­cą je­ży­cę w bie­liź­nie mógł­by wzbu­dzać po­dej­rze­nia.

Dzię­ki za­bie­gom Prei (ka­dzi­deł­ka, dużo lodu i sporo mo­dlitw) obie po­szko­do­wa­ne od­zy­ska­ły przy­tom­ność. We­zwa­łem po­li­cję do­pie­ro, gdy Gra­ży­na od­da­ła wizę. Oka­za­ło się, że scho­wa­ła ją w do­nicz­ce w po­ko­ju dzie­ci.

Ach, te ko­bie­ty! Czu­ło­ściom i łzom nie było końca. Gra­ży­na na prze­mian dzię­ko­wa­ła, prze­pra­sza­ła i ca­ło­wa­ła po­czwar­ka, Preja jej wspa­nia­ło­myśl­nie wy­ba­czy­ła i nie mogła na­chwa­lić się Pe­ne­lo­py, która z kolei pro­mie­nia­ła ra­do­ścią z roz­wią­za­nej spra­wy. Ja tym­cza­sem sta­łem z sier­żan­tem ważką i opo­wia­da­łem krót­ko i zwięź­le (uczcie się, panie) o całej sy­tu­acji. Więk­szość splen­do­ru spa­dła na Penny – w końcu byłem tylko kon­sul­tan­tem. Nie na­rze­ka­łem. Po za­in­ka­so­wa­niu ko­stek miodu po­że­gna­łem się i wy­sze­dłem.

 

***

 

Do­go­ni­ła mnie, za­le­d­wie zdą­ży­łem skrę­ci­ć za róg.

– Dżast!

Stała w bla­sku la­tar­ni ulicz­nej. Para ze stu­dzie­nek ka­na­li­za­cyj­nych pły­nęła wokół niej bia­łą chmu­rą.

– Penny.

Stu­kot szpi­lek prze­to­czył się ulicą. Po­de­szła po­wo­li, z ła­pa­mi w kie­sze­niach płasz­cza i tym nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem na pyszcz­ku, który wi­dy­wa­łem tylko u ko­biet.

– Od­cho­dzisz – szep­nę­ła. Sta­li­śmy bli­sko sie­bie, aż czu­łem sub­tel­ny za­pach jej per­fum.

– Spra­wa roz­wią­za­na, Penny. Do­brzy bo­ha­te­ro­wie prze­ży­li, choć nie­któ­rzy są tro­chę po­obi­ja­ni, źli mieli nieco mniej szczę­ścia. W kie­sze­ni mam miód. Ta hi­sto­ria się koń­czy.

– Nie po­dzię­ko­wa­łam ci za ura­to­wa­nie życia.

– Dro­biazg.

– Szyb­ko się ru­szasz jak na ro­pu­cha.

– Mia­łem ża­bie­go ojca.

– Nie mó­wi­łeś mi o tym.

– Może ci opo­wiem… kie­dyś.

– Kie­dyś… – Wes­tchnę­ła. – Brzmi tak bar­dzo od­le­gle.

Za­pa­dła cisza.

– Mo­gli­by­śmy… – za­czę­ła Penny.

– Sza, ślicz­not­ko. Nasze zła­ma­ne serca są jak puz­zle z róż­nych ukła­da­nek. Nie łącz ich na siłę. – Do­tkną­łem ronda ka­pe­lu­sza. – Bywaj, Penny.

Do­sta­łem z li­ścia. Echo z chi­cho­tem ucie­kło ulicą. Mój bied­ny pysk za­pro­te­sto­wał prze­ciw ta­kie­mu trak­to­wa­niu. Penny syk­nę­ła i przez chwi­lę bałem się, że skoń­czę z pa­ro­ma igła­mi w zadku. A potem chwy­ci­ła mnie za kark i po­ca­ło­wa­ła. Długo, mokro, na­mięt­nie.

– Wi­dzisz, co tra­cisz? – spy­ta­ła z pół­przy­mknię­ty­mi śle­pia­mi.

Niech to szlag! Ku­si­ło mnie. Od­je­chać z nią ja­gu­arem w kie­run­ku za­cho­dzą­ce­go słoń­ca i spę­dzić naj­bliż­sze dni na… po­cie­sza­niu.

– Wiesz, że nic by z tego nie wy­szło, Penny. Spójrz na mnie, spójrz na sie­bie. Na­le­ży­my do róż­nych świa­tów. Ja nawet nie lubię ja­błek. Oszczędź swo­je­mu sercu po­now­ne­go roz­cza­ro­wa­nia, daj mu się za­le­czyć. 

To była dobra prze­mo­wa. Roz­sąd­na, rze­czo­wa, lo­gicz­na.

W na­gro­dę znów za­ro­bi­łem z li­ścia, aż pysk mi za­fa­lo­wał. Czy wszy­scy mo­gli­by prze­stać mnie bić? Po­pra­wi­łem fe­do­rę. Na chwiej­nych no­gach, z pa­lą­cym po­licz­kiem ru­szy­łem w stro­nę ro­we­ru. Tak po­win­no być. Odejść, nie pod­dać się pu­stej po­trze­bie bli­sko­ści, za­ci­snąć pysk, zgar­bić się i znik­nąć w sze­lesz­czą­cej po­rzu­co­ny­mi ga­ze­ta­mi ciem­nej nocy…

Niech to szlag!

Za­trzy­ma­łem się.

– Dżast? – W gło­sie Penny wy­czu­łem na­dzie­ję.

– Nic, nic – od­po­wie­dzia­łem, pa­trząc na reszt­ki łań­cu­cha. – Buch­nę­li mi rower.

 

Koniec

Komentarze

Coś Ty narobił! Zmuszać mnie biednego do przeczytania takiego długiego tekstu, jak sam mam swój po raz trzeci napisać od nowa?!

Zimne draństwo!!

 

آقای لووین ، اداره پست!

"Wyjąłem z kieszeni bezrobotnego. Odpaliłem, zaciągnąłem się ostrym dymem o posmaku latryny."

"Śmierdzą, jakby drążyły je stare jeże, które nie myją łap po wyjściu z latryny"

widzę, że nuta zapachowa "Bezrobotnych" jest zadziwiająco utrwalona, jak na towar ponoć z niskiej półki czy też "właściwie najgorszej – marki" – sądzę, że coś Waćpan kręcisz, że to taka niewyszukana rozrywka dla mas. Pewnie ktoś wysoce postawiony po prostu lubi zapach latryny.

 

– Koniec jest bliski! Nawróćcie się! Nadciąga koniec!

Moje własne opowiadanie na ten sam konkurs zawiera bardzo podobne stwierdzenia. Przypadek? Hmmmm… W sumie to ono się nawet zaczyna od końca, ale nim zrobię n-tą wersję, z której będę mógł być zadowolony, to pewnie nic z tego nie pozostanie ;-)

Rzucaj biednym Lowinem, ty przerośnięta kupo chityny! Ależ się zdenerwowałem!

ozpoznałem tylko narodziny Jeżusa w Beetlejem i wygnanie kotów z Kartonu(…)

(…)Wyglądał na imigranta z Asji(…)

(…)Klient traktowany z szacunkiem jest mniej awanturujący się(…)

Prawie zagwizdałem.

A ja po tej serii prawie się uśmiechnąłem – to jak na mnie bardzo dużo (wrodzony realizm czyni mnie niezwykłym ponurakiem)

 

Sceny z imigrantką z Pszczolski przypomniały mi Franciszka Dolasa, czy to zamierzone, czy mój mózg znów na manowcach? ;-)

 

Wolałbym uniknąć katastrofy w postaci pękniętej gumy. Takie drobiazgi mogą zaciążyć straszliwymi następstwami.

Podoba mi się jak grasz słowami, jak choćby w powyższym fragmencie.

Moje ulubione to nazwy sztuk walki :)

 

– Wasza broń to wasza słabość. Prawdziwa siła kryje się wewnątrz!

Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że to cytat z Remo – nieuzbrojonego i niebezpiecznego?

nawet jeśli nie, to fajny ukłon w kierunku tego typu filmów :)

 

Grasz tu naprawdę na wielu poziomach, puszczasz co chwilę oko do czytelnika i czasem już nie wiem czy to Żegnaj Laleczko, Casablanca czy Kingsajz… Ale zakończenie – a właściwie zakończenie zakończenia – ostatnie zdanie – jak dla mnie wymiata.

 

Łapanki nie robię, bo przyjdą lepsi, co to lubią i dobrze robią, mi nawet jak coś zgrzytało to nie na tyle, by mnie zatrzymać na dłużej i przerwać lekturę.

entropia nigdy nie maleje

Bardzo karykaturalne przedstawienie w innym świecie przygód samotnego detektywa Marlowe’a z opowiadań Chandlera, ale niespecjalnie interesujące albo też ciekawe… Nie porwało mnie. Sporo opisów, tak jak u mistrza czarnego kryminału, jednakże zdecydowanie zbyt dużo.

Ciekawe jest co innego: nadal ten tekst jest poprawiany albo redagowany w sposób, barbarzyńsko określany na tym portalu jako “betowanie”? No bo widzę ten sam tytuł w innej zakładce. Nie za dużo grzybków w jeden barszcz?

Pozdrówka.

Hej, Jimie!

 

Dzięki za lekturę i szybki komentarz, szczególnie że oderwał Cię od Twojego tekstu. Dobrze, że termin daleko.

Coś Ty narobił! Zmuszać mnie biednego do przeczytania takiego długiego tekstu, jak sam mam swój po raz trzeci napisać od nowa?!

Gdzie ja zmuszam? ;) Ty pisz, pisz, bo trzeci raz na nowo? Co tam się dzieje?

Pewnie ktoś wysoce postawiony po prostu lubi zapach latryny.

Mam takie wrażenie, jak idę ulicą przy każdym palaczu…

 

Moje własne opowiadanie na ten sam konkurs zawiera bardzo podobne stwierdzenia. Przypadek? Hmmmm…

Gwarantuję, że nie dokonałem telepatycznej kradzieży!

A ja po tej serii prawie się uśmiechnąłem – to jak na mnie bardzo dużo (wrodzony realizm czyni mnie niezwykłym ponurakiem)

Przyjmuję to za sukces :)

Sceny z imigrantką z Pszczolski przypomniały mi Franciszka Dolasa, czy to zamierzone, czy mój mózg znów na manowcach? ;-)

Nie reguluj mózgu. Działa poprawnie. Co prawda wspomnienie Dolasa pojawiło się już po napisaniu sceny, ale podobieństwo niewątpliwie jest.

Podoba mi się jak grasz słowami, jak choćby w powyższym fragmencie.

Moje ulubione to nazwy sztuk walki :)

Dziękuję, mam nadzieję, że wszyscy je skojarzą.

 

– Wasza broń to wasza słabość. Prawdziwa siła kryje się wewnątrz!

Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że to cytat z Remo – nieuzbrojonego i niebezpiecznego?

nawet jeśli nie, to fajny ukłon w kierunku tego typu filmów :)

Tego nie wiedziałem. Czysty przypadek, ha!

Grasz tu naprawdę na wielu poziomach, puszczasz co chwilę oko do czytelnika i czasem już nie wiem czy to Żegnaj Laleczko, Casablanca czy Kingsajz… Ale zakończenie – a właściwie zakończenie zakończenia – ostatnie zdanie – jak dla mnie wymiata.

Bardziej te dwa pierwsze, ale inspiracji było wiele. Dziękuję za lekturę i życzę powodzenia z własnym tekstem. Odwiedzę go z pewnością :)

Pozdrawiam!

 

 

Hej, RogerRedeye!

Miło mi, że wpadłeś i przeczytałeś.

Bardzo karykaturalne przedstawienie w innym świecie przygód samotnego detektywa Marlowe’a z opowiadań Chandlera, ale niespecjalnie interesujące albo też ciekawe… Nie porwało mnie. Sporo opisów, tak jak u mistrza czarnego kryminału, jednakże zdecydowanie zbyt dużo.

Nie ma sprawy, nie wszystko musi się podobać. Może po prostu to nie Twój gatunek :)

Ciekawe jest co innego: nadal ten tekst jest poprawiany albo redagowany w sposób, barbarzyńsko określany na tym portalu jako “betowanie”?

Odnoszę niejasne, mgliste wrażenie, że masz jakiś problem z betowaniem. Przeszkadza Ci, że ktoś otrzyma rady dotyczące pisania? Myślałem, że po to jesteśmy na tym portalu – aby się uczyć. Każda beta eliminuje część błędów z kolejnych opowiadań. To źle?

Nie za dużo grzybków w jeden barszcz?

Nie :) Grzybki są dobre.

Dzięki za lekturę i komentarz.

Pozdrawiam!

Trochę powtórzę się jeśli o komentarz z bety.

A więc (tutaj zacząłem ubolewać, że zabrakło mi kiedyś czasu na przeczytanie pierwszego Lowina, a potem zapomniałem) wybornie się bawiłem przy Twoim tekście.

Generalnie na wielki plus jest humor , ucieczka kotów z Kartonu, miniaturowy świat z dżu-dżitsu i całą masą naprawdę fajnie przedstawionych stworzeń. Nie był to też tekst łatwy, bo mózg pracował na wyższych obrotach, by sobie to na bieżąco przeskalowywać i sklejać do kupy ale uważam to za plus. Podoba mi się przedstawienie postaci Lowina i jego stosunku do świata.

Może dobrym wyznacznikiem będzie to, że Twój tekst po przeczytaniu zapamiętam na długo, a to nie jest moja najpopularniejsza kategoria jeśli chodzi o teksty z portalu. Właśnie przez oryginalność.

 

Jedyną rzeczą, którą sam bym zmienił gdybym pisał ten tekst, to ograniczenie jego długości bez wycinania treści. Ale szanuję wolę autora co do jego kształtu. :)

 

No i daję klika do biblioteki!

 

Rogerze, mam nieodparte wrażenie, że prowadzisz swoistą walkę o wolność od bet, do czego też nawiązywał Zanais. Możesz próbować dalej, lecz obawiam się, że jest to walka z wiatrakami, bo większość portalowiczów jest pozytywnie nastawiona do „barbarzyńskiego” betowania.

Co do tego samego tytułu w dwóch zakładkach to nie jest nic nowego, że tekst z bety przy publikacji trafia jako nowy, by widniał jako „czysty” pod względem komentarzy. Przez wielu jest to polecane i praktykowane. 

Redagowanie i korekta tekstu danego autora jest zjawiskiem powszechnym i znanym, traktowanym przez przeróżne redakcje jako aksjomat. Nic nadzwyczajnego. Jednakowoż określenie tej czynności jako “betę” albo “betowanie” brzmi tak idiotycznie, że głowa mała…

Czasami zastanawiam się, kto na tym portalu wymyślił ten językowy idiotyzm alias badziewie…

Pozdrówka.

Jestem z tych, którym się ta nazwa podoba. Krótka, chwytliwa i ma swoje miejsce w łańcuchu tworzenia tekstu. Cóż rzec.

 

Hmm… coś mi się stało z obrazkiem, chyba. To jeszcze raz:

 

https://chihironotsen.tumblr.com/post/132118860247/i-made-some-princess-mononoke-wallpapers-for

Panie Jeżu, jakie to dobre! Przyznam, że nie miałam okazji przeczytać „Frontu”, ale pędzę, lecę, żeby nadrobić.

Rozpoznałem tylko narodziny Jeżusa w Beetlejem i wygnanie kotów z Kartonu.

Mogłabym wymieniać perełki, ale żeby nie przepisać całego tekstu, zatrzymam się przy jednej, bo w tym miejscu poziom absurdu i humoru wywalił moją skalę w kosmos :D Cudowne, genialne! Dla takich tekstów warto być na portalu.

Jako że nie mogę jeszcze dawać klików do biblioteki, przesyłam serduszko heart

 

Pozdrawiam!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Zabawne :) Co jest ważne, bo nie miałeś już, jak przy poprzednim tekście, przewagi zaskoczenia gatunkiem i stylistyką. Wtedy nie wiedziałam, czego się spodziewać, teraz już tak, a dalej bawiłam się naprawdę dobrze. Z oczywistych względów poprzednia część zrobiła na mnie większe wrażenie, tu jako czytelniczka wolałabym też pewnie mniej tych bardzo prostych powiązań z naszym światem, ale, że powtórzę, tekst jest sympatyczny, udany i nawet nie zauważyłam, kiedy skończyłam – czyli wciągnął.

@Nati-13-98

 

Bardzo mi miło :) Serduszko przyjmuję, religijnie nie szedłem za daleko, żeby przypadkiem ktoś się nie obruszył, ale to zdanie aż się prosiło, żeby wstawić.

Mam nadzieję, że Front również Ci się spodoba.

 

@Ninedin

Dziękuję za wizytę, komentarz i kliczka!

Jak to napisała Koimeoda podczas bety – „Najtrudniej wydać drugą książkę”. Przewaga zniknęła, zaskoczenie minęło, ale bohater okazał się na tyle ciekawy, że nie chciałem go porzucać. Jeśli miałaś trochę zabawy z tym opowiadaniem, to znaczy, że jeszcze da się coś z Lowina wycisnąć :)

Pozdrawiam serdecznie!

Zanaisie, jako osoba wierząca i z dużym dystansem stwierdzam, że humor religijny idealnie wyważony. Mocniejszy też by był do przyjęcia, ale może faktycznie nie dla wszystkich ;)

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Cześć, Zanais!

Spodobało mi się :) Lekko napisana historia dotycząca zagadki kryminalnej, okraszona nienachalnym poczuciem humoru. Kilka razy zdarzyło mi się zaśmiać, jak na przykład tutaj:

 

– Widzę, że mąż stracił dla pani głowę.

– Zostałam uniewinniona!

– Mówię o zdjęciach.

Fajne nawiązanie do Jak rozpętałem II wojnę światową. Bardzo przyzwoite, przynajmniej moim zdaniem, wykonanie. Mimo długości tekstu, nie miałem większych trudności z przebrnięciem przez opko.

Pozostaje mi tylko zabrać się w końcu za Front Wyzwolenia Bobra :P

Pozdrawiam,

Amon

– Obejrzyj je sobie z bliska – burknąłem.

A potem wystrzeliłem językiem w jego oko, wyrwałem je i połknąłem. Co za krzyk! Co za pisk! Puścił mnie, zatoczył się i zaczął na oślep bić powietrze. Podniosłem tyłek z maty.

Tu przed oczami miałem scenę z Kill Bill 2 gdzie Beatrix walczyła z Elle xD

 

Końcówka dołująca, Lowin nie ma chwili wytchnienia i wszystko jest przeciwko niemu.

 

Moim zdaniem opowiadanie jest równie dobre, co pierwsze. Fabuła wciąga. Warsztat masz super, tak samo jak wyobraźnię i zdolność kreacji świata. Jak patrze na swoje najnowsze opowiadanie i Twoje, to aż mi wstyd ;)

Fajnie wstawiasz humor, nienachalnie, ale czasem potrafisz na serio rozbawić, jak z:

Rozpoznałem tylko narodziny Jeżusa w Beetlejem i wygnanie kotów z Kartonu.

Oraz ze stylami walki.

Tak jak napisałem w poprzednim opowiadaniu, pachnie tutaj Zwierzogrodem, ale lepszym, przesiąkniętym zapachem igieł, bardziej dojrzałym i Twoim.

Podobała mi się też kreacja Penny, to bardzo na plus.

Idę z tym do biblioteki, a kto wiem, może i do drugiego piórka. Mam tylko nadzieję, że to nie koniec Lowina na tym portalu :)

Pozdrawiam!

 

 

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

@Sarawinter i @CM

Witam Jury. Żegnam Jury :)

 

@AmonRa

Dzięki za ślad w postaci komentarza :) Szczególnie mnie cieszy, że tekst mimo 40k znaków czyta się dość szybko i nie nuży. Co do nawiązań do Jak wywołałem… to zaczynam podejrzewać, że wszystko niedługo co napisałem, okaże się nawiązaniem do czegoś, ale co tam… pszczoła z Pszczolski była zbyt kusząca. 

Pozostaje mi tylko zabrać się w końcu za Front Wyzwolenia Bobra :P

Zapraszam :)

 

@DanielKurowski1

Tu przed oczami miałem scenę z Kill Bill 2 gdzie Beatrix walczyła z Elle xD

Nawiązania xD Lowin w uczciwym starciu z orientalnym mistrzem sztuk walki nie miał szans, musiał ratować się fortelem.

Końcówka dołująca, Lowin nie ma chwili wytchnienia i wszystko jest przeciwko niemu.

Przecież to „noir happy end”! Melodramat! Casablanca!

Moim zdaniem opowiadanie jest równie dobre, co pierwsze. Fabuła wciąga. Warsztat masz super, tak samo jak wyobraźnię i zdolność kreacji świata.

Dziękuję bardzo :)

Jak patrze na swoje najnowsze opowiadanie i Twoje, to aż mi wstyd ;)

Nie no, bez przesady. Autor często powie, że jego dzieło jest słabe, ale bez przesady. Ja też patrzę na inne opowiadania na portalu i mówię “wow”, ale trzeba pisać swoje i tyle.

Podobała mi się też kreacja Penny, to bardzo na plus.

Cieszę się, że wyszła przekonująco.

Idę z tym do biblioteki, a kto wiem, może i do drugiego piórka. Mam tylko nadzieję, że to nie koniec Lowina na tym portalu :)

Dzięki za kliczka :) Myślę, że ropuch ludziom się znudzi, ale na drugie opowiadanie jeszcze zasługiwał ;)

Pozdrawiam!

 

 

Hej, Zanaisie!

Przyjemna kontynuacja przygód Lowina. Nie było już efektu zaskoczenia, co nie zmienia faktu, że opowiadanie broni się nie tylko jako prequel, ale i jako osobna całość. Zdecydowanie potrafisz pisać lekko i z humorem, a to połączenie świata zwierząt i stylistyki noir wypada ciekawie, prowadzisz je tak, że nie mam poczucia wtórności z poprzednim tekstem. 

Słowem, przyjemna lektura. Nie klikam, bo chyba masz komplet w komentarzach.

Pozdrawiam

Hej, Zanais!

Pozwól, że najpierw Ci zrobię łapankę (z przerwami na ochy, achy i inne takie), a potem się będę rozpływać :)

 

Rozstanie z ryjówką Ofelią jątrzyło jak świeża rana.

Najpierw pomyślałam: “O nie! Jak to: znowu!?”, ale potem oprzytomniałam xD

 

– Frank… Czemu nie śpisz? – wymamlałem. W pysku krążył posmak starej padliny.

To “mamlanie” mi się podoba. “Krążący posmak” już niekoniecznie.

 

Usłyszałem ruch skrzydłem.

W tym wypadku chyba będzie: usłyszałem – co? → ruch – czego? → skrzydła. Gdyby wykonał ruch, to wtedy – czym? → skrzydłem.

 

Gdzie kobiety wyglądają niczym marzenie, ale równie chętnie, jak pocałunkiem, poczęstują cię nożem w plecy.

“Poczęstują nożem w plecy”, tak? Czegoś mi brakło, może znaku przestankowego – widzi mi się, że elegancko po nożu wyglądałaby półpauza.

 

Kwoty na rachunkach zaczęły osiągać złowrogie wartości.

Te “złowrogie” trochę mnie zatrzymały, ale w sumie się nie upieram, że są niepoprawne.

 

Jednym haustem zająłem się resztkami wczorajszej korzeniówki…

To “zajęcie się jednym haustem” brzmi trochę niezręcznie.

 

Czas ruszać: kapelusz na łeb, list od modliszki do kieszeni, proca i kamyki do drugiej.

“Od modliszki do kieszeni” to dość osobliwa droga dla listu. Zrezygnowałabym z tego “od”.

 

Zamiast skończyć w pyskach zwierzaków (w tym i (w) moim), kupili albo zasłużyli sobie na wizy do tej bezpiecznej krainy. Póki są przydatni lub wystarczająco bogaci, rząd pozwala im tu mieszkać. W przeciwnym razie trafiają z powrotem do Dziczy, a stamtąd krótka droga, by skończyć na talerzu.

“Skończyć w tym i moim pysku” – wynika imo z kontekstu. Pasowałoby mi tam “w tym i w moim”.

A, no i powtórzonko.

 

Przypiąłem gruchota łańcuchem do lampy ulicznej obok osobliwego budynku w orientalnym stylu.

A tu bym “łańcuch” przeniosła na początek, bo zgrzyta mi ten szyk jakoś…

 

Suknia aż do ziemi, spod lekko przekrzywionego beretu wypadała fala czarnych włosów.

Tu mi się gryzie ta “wypadająca fala”. W przypadku włosów – tak mi się przynajmniej kojarzy – fala raczej opada (coby nie wyłysieć od razu xD).

 

Próbowałem wepchnąć cholerne podgardle z powrotem na miejsce. Co za bezczelny narząd!

Nie jestem przekonana, czy podgardle – choćby takie nadymające się i żyjące własnym życiem – można nazwać narządem ;)

 

Rozpoznałem tylko narodziny Jeżusa w Beetlejem i wygnanie kotów z Kartonu.

Jeżuś malusieńki :3 Musiałam xD

 

– …palenia – dokończyła Preja w stronę opadającego kurzu.

“Dokończyła w stronę”? No nie. “W stronę” to można np. rzucić.

 

Wyraźnie czułem tu męską rękę. Na mahoniowym biurku stały ramki ze zdjęciami, którym przyjrzałem się w czasie, gdy Preja nalewała drinki. Na jednym lalusiowaty modliszek z postępującą łysiną obejmował uśmiechniętą Preję odzianą w kostium kąpielowy, na innym ofiarowywał jej błyszczący pierścionek.

Na jednym drinku? Sugerowałabym przestawić szyk: “Podczas gdy Preja nalewała drinki, ja przyjrzałem się…” itd.

 

– Widzę, że mąż stracił dla pani głowę.

– Zostałam uniewinniona!

No cudne xD

 

Klient traktowany z szacunkiem jest mniej awanturujący się.

Błagam. Mniejawanturującysię to strasznie naciągany przymiotnik. Nie lepiej “mniej się awanturuje”?

 

Podskoczyłem, aż czubek kapelusza zarysował sufit.

“Zarysował sufit”, bez “o”. Choć bardziej by mi tu pasowało coś w stylu “aż czubkiem kapelusza zaryłem w sufit”.

 

Nosiła okularki w okrągłych oprawach, białą bluzkę, czarną spódnicę po kolana i szpilki z zadziwiająco wysokim obcasem.

Troszkę mi zgrzyta, że “okularki”, ale w “oprawach” – ale tego się usilnie czepiać nie będę. Natomiast wolałabym spódnicę “do kolan”, a szpilki “na (…) obcasie”.

 

– Detektywem(,) jak pan.

Przecinek się zgubił.

 

Tak naprawdę prowadziłem tylko kilka spraw na granicy Insektówki z Nowym Leśniczowem, ale uznałem, że nie ma sensu wnikać w szczegóły. Szczególnie gdy te szczegóły mogą pozbawić mnie roboty.

Wydaje mi się, że “wnikać w szczegóły” mógłby raczej ktoś, kto ich nie zna – jeśli Lowin je zna, raczej nie powinien się “zagłębiać”.

Zakładam, że powtórzenie jest celowe, ale to “szczególnie” mnie jednak uwiera.

 

Mogłem być konsultantem, jeśli dobrze płacili, ale nie zamierzałem pozwolić, aby panna Sharp zebrała całą śmietankę za rozwiązanie sprawy.

Śmietankę się “spija”.

 

W końcu wyjście zostało otwarte i robotnice wybiegły co do jednej, wciąż krzycząc i lamentując nad zagrożonymi torebkami.

To “co do jednej” mi tam zgrzyta. Najchętniej bym wycięła :P

 

Otworzyła torebkę. Zerknąłem ukradkiem do środka. Niemal cały wypełniały małe kawałki bawełny.

Trochę mi zgrzyta tutaj konstrukcja. Nie wiem, być może nieco lepiej by było, gdyby te dwa zdania połączyć jakimś myślnikiem w jedno…

 

Co prawda, może po prostu byłem głodny.

A tu mi czegoś brakuje. Zwykle chyba pisze się coś w stylu np. “co prawda (…) ale” – i tu mi tego “ale” brakuje. Wydaje mi się, że dobrzy wyglądałoby zamiast tego “A może po prostu…”.

 

Czekaliśmy w jaguarze Penelopy na zacienionej uliczce przy klubie bluesowym „Błękitna Małża”. Tak, panna Penny posiadała wysoce komfortowy automobil marki Jaguar.

Mnie po rozstaniu z Ofelią zostało kilka radosnych wspomnień i dziura w sercu o głębokości Wielkiego Kanionu.

Tu mi się tak narzuciło – absolutnie nie jest to zarzut, jednak… Jesteś bardzo konsekwentny, jeśli chodzi o światotwórstwo – a tu nagle nazwy z naszego świata. Ok, jaguar jak najbardziej pasuje – ale Wielki Kanion trochę zazgrzytał.

O, a jeszcze przy okazji – małż (mianownik), nie małża (dopełniacz/biernik) ;)

 

Grażyna zniknęła, choć wciąż słyszałem jej krzyki. Coś o poczwarku. Nagle wyleciała z zaułka i padła nieruchomo na bruku.

– Zostań przy niej! – krzyknęła Penny, niknąc w uliczce.

Znów powtórzenie.

 

Udawałem, (że nie podglądam), a ona, że o tym nie wie.

Czyli ona udawała, że nie wie o tym, że on udaje, że nie podgląda? Bo tak wynika z kontekstu. Chyba coś tu nie do końca wyszło.

 

Skinąłem głową w kierunku drzwi pilnowanych przez dwa umięśnione żuki gnojne.

Żuki gnojowe, nie gnojne ;)

 

Którędy ucieka się z windy?

Jak to: którędy!? Wszyscy wiedzą, że w suficie windy jest taka klapa, przez którą się wyłazi – co, Lowin filmów nie ogląda? :P

 

Zza podwiązki wyjęła maleńką procę i kamyk.

Szalenie zafascynowało mnie w tym miejscu, jak rzeczony kamyk zdołał utrzymać się za podwiązką. Bo proca – to jeszcze rozumiem, ale kamyk? Ciekawe :)

 

– Ziostawcie wujcia, niegrzecze!

Urocze, ale imo trochę niekonsekwentne. Jeśli zaczynasz od “zio” – to reszta “stawcie” wydaje mi się trochę za twarda jak na seplenienie. I jeszcze te “niegrzecze” (czyli niegrzeczne “ludzie”, dobrym tropem idę?) – no za twardo i tyle.

 

Dom Prei, z każdym dobudowanym piętrem, coraz bardziej zasłania słońce dojo Nakamury.

Rozumiem, że w zamyśle miało być: zasłania słońce – czemu? → (temu) dojo – ale trochę to ciężko przeczytać. W pierwszej chwili samo się narzuca, że nie “czemu?”, ale: czego? → (tego) dojo. Zostawiam do przemyślenia.

 

Penny jechała jak szalona, Grażyna leżała nieprzytomna na tylnym siedzeniu, ja sprawdzałem procę. Wolałbym uniknąć katastrofy w postaci pękniętej gumy. Takie drobiazgi mogą zaciążyć straszliwymi następstwami. Nie rozmawialiśmy. Nadszedł czas działania. Tę sprawę zakończymy sami dzisiejszej nocy.

Drzwi do dojo były otwarte. Wparowaliśmy z napiętymi procami.

Powtórzenie, znowu.

Ale tekst o pękniętej gumie i katastrofalnych następstwach – coś pięknego xD

 

Z przyjemnością wdepnąłem im w słowo…

Fajne :D

– Odnóża do góry, Nakamura! I ty też, Ariel!

Zapadła niezręczna cisza. Odchrząknąłem.

– Albo po prostu się nie ruszaj…

A to jeszcze lepsze, uśmiałam się :D

 

– Gdzie z buciorami na matę? – pisnęła dżdżownica.

– To najmniejszy z waszych problemów – odparłem.

Szerszeń przysunął sobie krzesło i usiadł spokojnie, założywszy odnóże na odnóże.

Tu się zaczęłam zastanawiać, skąd na macie krzesło? Ale to taka luźna dywagacja.

 

– Przykro mi, panienko…

– Kto powiedział, że jestem panienką?

– W porządku, koleś!

– Kto powiedział, że jestem facetem?

No to już jest po prostu tak doskonałe, że słów brak! :D

 

Odbębniłem już w życiu swoją porcję bijatyk i żaden przerośnięty sznurek glebogryzowy mnie nie przestraszy.

“Odbębnił porcję bijatyk”? Gryzie mi się to.

 

A teraz, uwaga, zaczynamy festiwal narzekania na dżdżownice xD

Wyprowadziłem lewy prosty, trafiłem pustkę, za to ogon Ariel owinął się wokół mojej łapy, pociągnął i nagle poleciałem z wrzaskiem na matę.

Ariel wywijała cielskiem raz w jedną, raz w drugą stronę, jednocześnie wybałuszając oczy i otwierając szeroko pysk, jak… ryba?

Penny zrobiła parę tanecznych kroków i nagle, po kolejnym okrążeniu, łeb Ariel wkomponował się w ścianę z trzaskiem łamanego drewna.

Ja rozumiem antropomorfizację itd., ale dżdżownica nie bardzo ma takie twory, jak ogon, oczy, pysk czy głowa. Dżdżownica jest dżdżownicą! Jakkolwiek nie czepiam się dla wprowadzenia istotnych zmian – jedynie dla zasady ;)

Insekt mnie bije!

No nie. Insekt to stawonóg. Pierścienica nie jest stawonogiem, nawet potocznie.

Robal zamachnął się do ciosu.

Robakiem też nie jest – fachowo robaki dzielą się na płaskie i obłe, a pierścienice nie zaliczają się ani do jednych, ani do drugich – niemniej tutaj potocznie już może być “robalem”, znów się czepiam dla zasady ;)

 

– Kret zawsze atakuje od spodu, panie Lowin!

Bardziej by mi pasowało “od dołu” – spód to (za SJP PWN) “dolna lub odwrotna strona czegoś”.

 

Uśmiechnięta Penny w czarnym body z falbanką dumnie prezentowała swoje wdzięki, podpierając się łapami na biodrach. Igły rozpuściła swobodnie, zlatywały przez kark aż po pięty.

“Podpierać się” to można np. na przedramionach. Gdyby “podpierała łapami biodra”, miałoby to większy sens.

Z kolei igły lepiej chyba, gdyby “opadały”.

 

Z ohydnym plaśnięciem ogon Ariel wbił się w jej igły.

Sądzę, że raczej “nabił się na jej igły” (na temat ogona powtarzać się nie będę).

 

Znokautował Penny dwoma – a przynajmniej tyle zdołałem dostrzec – ciosami, śmignął we mnie odwłokiem z bardzo nieprzyjemnie wyglądającym żądłem, jednocześnie kopiąc wysoko i składając odnóża do kolejnego ataku. Uniknąłem użądlenia, dostałem w szczękę, wywinąłem koziołka i wylądowałem obok nieprzytomnej Penny. To nie był mój najlepszy dzień.

Nakamura złapał moje kończyny odnóżami i pochylił nade mną swoją wredną jednooką mordę.

“Śmignąć w coś/kogoś odwłokiem” brzmi trochę niezręcznie. Może “śmignąć w stronę…”?

 

Dym ze studzienek kanalizacyjnych płynął wokół niej białymi oparami.

A co też tam dymiło w tych studzienkach? A może jednak parowało?

 

Należymy do różnych światów. Ja nawet nie lubię jabłek.

Uch, krzywdzący stereotyp. Tak, wiem, że to bajka i nie, nie mam kija w odwłoku (swoją drogą, już tym wstępem wprawiłeś mnie w dobry nastrój), ale uprzejmie zwracam uwagę – dla zasady, ponownie – że jeże są typowo owadożerne i też nie lubią jabłek. Może czasem (rzadko) jakieś spady wsuwają, jak są na podorędziu (kto je tam wie), ale na pewno nie noszą ich na grzbietach, nabitych na igły.

 

– Nic, nic – odpowiedziałem, patrząc na resztki łańcucha. – Buchnęli mi rower.

Doskonała puenta! Znów się uśmiałam :)

 

Dobra, co złego to ja, ale dosyć marudzenia. Do tego zwierzęcoukierunkowanego obliguje mnie wrodzone zwierzoświrstwo i wykształcenie zootechniczne – więc wybacz, nie zawsze jest konieczne, ale bym sobie nie odpuściła xD Do tego drugiego zasię – pedantyzm językowy, i tu mam nadzieję, że wszyscy na tym w miarę możliwości skorzystają.

Tak czy inaczej, pomijając wszystko to, czego się uczepiłam jak rzep – naprawdę świetnie się bawiłam, po raz kolejny! Nie będę się powtarzać, bo w komentarzu pod pierwszym Lowinem powiedziałam wszystko, co było do powiedzenia na temat warsztatu, światotwórstwa, gatunku, postaci, humoru… No wszystko. Cudnie. Przyjmij hołdy przy lecącym w tle openingu ze starej dobrej Brygady RR (wybacz, ale nie zaśpiewam przy ludziach), bo od pierwszego zetknięcia z Panem Ropuchem widzę Twój świat w takim rysunkowym stylu i już nic na to nie poradzę xD

Okej, kończę tę epopeję, zostawię miejsce innym komentującym xD

Tak na zaś – polecam się :D I pozdrawiam!

Spodziewaj się niespodziewanego

Iiiii znów do roboty xD

 

Cześć, NaNa!

Pierwsze co mi przyszło do głowy po zobaczeniu Twojego posta to radość, że miałem betę, bo inaczej nie starczyłoby Ci limitu znaków, aby wypisać błędy.

Ewidentne błędy poprawię, ale też odniosę się do niektórych uwag:

 

Mnie po rozstaniu z Ofelią zostało kilka radosnych wspomnień i dziura w sercu o głębokości Wielkiego Kanionu.

Tu mi się tak narzuciło – absolutnie nie jest to zarzut, jednak… Jesteś bardzo konsekwentny, jeśli chodzi o światotwórstwo – a tu nagle nazwy z naszego świata. Ok, jaguar jak najbardziej pasuje – ale Wielki Kanion trochę zazgrzytał.

Hm. To Lasmeryka, (United States of Woodmerica?), w końcu tam się działy filmy noir. O ile nazwy krajów i kontynentów pozmieniałem, to uznałem, że pewne punkty geograficzne mogłyby istnieć i nazywać się tak samo również w świecie zwierzątek. No i Wielki Kanion każdy zna, a przykładowo Głęboką Muszelkę czy Rów Jamochłoński chyba musiałbym tłumaczyć :P

 

Którędy ucieka się z windy?

Jak to: którędy!? Wszyscy wiedzą, że w suficie windy jest taka klapa, przez którą się wyłazi – co, Lowin filmów nie ogląda? :P

To mogła być za mała klapka, poza tym Lowin niekoniecznie w tej chwili jasno myślał ;)

Zza podwiązki wyjęła maleńką procę i kamyk.

Szalenie zafascynowało mnie w tym miejscu, jak rzeczony kamyk zdołał utrzymać się za podwiązką. Bo proca – to jeszcze rozumiem, ale kamyk? Ciekawe :)

Dżentelmeni nie rozmawiają o takich sprawach, a Penny nie chciała wyjawić. Ale podwiązki zawsze można dostosować do rodzaju broni :P

 

– Gdzie z buciorami na matę? – pisnęła dżdżownica.

– To najmniejszy z waszych problemów – odparłem.

Szerszeń przysunął sobie krzesło i usiadł spokojnie, założywszy odnóże na odnóże.

Tu się zaczęłam zastanawiać, skąd na macie krzesło? Ale to taka luźna dywagacja.

Krzesło stało za matą, ale uznałem w swej amatorskiej pisarskiej ignorancji, że nie trzeba tego tłumaczyć i nie jest to ważne dla akcji.

 

Ja rozumiem antropomorfizację itd., ale dżdżownica nie bardzo ma takie twory, jak ogon, oczy, pysk czy głowa. Dżdżownica jest dżdżownicą! Jakkolwiek nie czepiam się dla wprowadzenia istotnych zmian – jedynie dla zasady ;)

Ja się zgadzam! Naprawdę szukałem innego kandydata do walki, ale dżdżownica walcząca dżdżu-dżitsu nie chciała mi wyjść z głowy. Dla dobra scen akcji musiałem zmienić jej anatomię, bo “odpowiedział Ariel otworem gębowym, po czym zamachnął się końcówką ciała” jakoś mi nie brzmiało za dobrze.

 

Insekt mnie bije!

No nie. Insekt to stawonóg. Pierścienica nie jest stawonogiem, nawet potocznie.

Robakiem też nie jest – fachowo robaki dzielą się na płaskie i obłe, a pierścienice nie zaliczają się ani do jednych, ani do drugich – niemniej tutaj potocznie już może być “robalem”, znów się czepiam dla zasady ;)

Zwalę to na braki w wykształceniu Lowina. Taka jest moja wersja i takiej się będę trzymał :P

 

Uch, krzywdzący stereotyp. Tak, wiem, że to bajka i nie, nie mam kija w odwłoku (swoją drogą, już tym wstępem wprawiłeś mnie w dobry nastrój), ale uprzejmie zwracam uwagę – dla zasady, ponownie – że jeże są typowo owadożerne i też nie lubią jabłek. Może czasem (rzadko) jakieś spady wsuwają, jak są na podorędziu (kto je tam wie), ale na pewno nie noszą ich na grzbietach, nabitych na igły.

To wiedziałem, ale znów, przyznaję, nagiąłem trochę dla elementów humorystycznych tak jak wcześniej i we Froncie Wyzwolenia we wzmiankach o jeżach wciągających susz jabłecznika.

 

Dobra, co złego to ja, ale dosyć marudzenia. Do tego zwierzęcoukierunkowanego obliguje mnie wrodzone zwierzoświrstwo i wykształcenie zootechniczne – więc wybacz, nie zawsze jest konieczne, ale bym sobie nie odpuściła xD

Research do opowiadania zawsze ma ten problem, że znajdzie się ktoś, kto wie lepiej xD Odpada mi sci-fi (bo na technologii się nie znam, a z fizyki miałem ledwo dostateczny), a teraz jeszcze do Lowina będę się bał podejść :P

 

Tak czy inaczej, pomijając wszystko to, czego się uczepiłam jak rzep – naprawdę świetnie się bawiłam, po raz kolejny! Nie będę się powtarzać, bo w komentarzu pod pierwszym Lowinem powiedziałam wszystko, co było do powiedzenia na temat warsztatu, światotwórstwa, gatunku, postaci, humoru… No wszystko. Cudnie.

Dziękuję, dziękuję :) Skoro przy tylu błędach nadal miałaś satysfakcję z czytania to się cieszę. Trudno dogodzić po raz drugi wymagającym czytelnikom, więc miałem obawy, czy bez otoczki nowości Lowin da radę. 

 

Przyjmij hołdy przy lecącym w tle openingu ze starej dobrej Brygady RR (wybacz, ale nie zaśpiewam przy ludziach)

Ah, te czasy dobranocek z Brygadą RR xD

Tak na zaś – polecam się :D I pozdrawiam!

Do bety? xD Nie no, chyba już starczy Lowina, bo tu zaraz mi antologia wyjdzie.

Dziękuję Ci za poświęcony na łapankę czas i „epopejski” komentarz ;)

Pozdrawiam!

Hej, Oidiin!

Dziękuję za odwiedziny i komentarz :) Miło mi słyszeć, że nie było wtórności i lektura okazała się przyjemna. 

Słowem, przyjemna lektura. Nie klikam, bo chyba masz komplet w komentarzach.

Chyba nie mam, ale mam nadzieję, że się uzbiera :P

Pozdrawiam :)

Z trudem, ale znalazłem dom modliszki, choć raczej powinien rzec: posiadłość.

powinienem

Na jednym lalusiowaty modliszek z postępującą łysiną obejmował uśmiechniętą Preję odzianą w kostium kąpielowy

Przyznam, że ciężko mi wyobrazić sobie modliszkę w stroju kąpielowym :D

 

Opowiadanie podobało mi się nawet bardziej niż “Bóbr”. Częściowo pewnie dlatego, że zżyłem się już w jakimś stopniu z bohaterem i chętnie poczytałbym o jego dalszych przygodach. Poza tym jednak zarówno narracja, jak i żarty jakoś bardziej do mnie tym razem trafiały. Na szczególne uznanie zasługuje tutaj kreacja mrówek i pszczoły, no i nazwy sztuk walki :D

Sama walka też bardzo mi się podobała. O ile spodziewałem się, że jeżyca użyje swoich kolców, to zwrot akcji ze strzelającym językiem był dla mnie zaskakujący.

Jednym słowem, czekam na kolejne przygody detektywa ropucha :)

Cześć.

 

Na wstępie kilka drobnostek, które wypatrzyłem.

 

 

Usłyszałem ruch skrzydłem.

Hmm. A nie ruch skrzydła?

 

 

Zachód słońca barwił postrzępione obłoki karmazynem. Wieczór rozlewał się niczym smoła i czułem w trzewiach ten nieokreślony, mroczny zwiastun nadchodzącej nocy.

Co prawda, może po prostu byłem głodny.

Jeśli “Co prawda”, to później już raczej nie “chyba”.

Jedno z drugim jakby koliduje.

 

 

– Od czasu śmierci Johna doglądam, jak sobie radzi. Jestem to mu winien. Poza tym próbuję namówić ją do sprzedaży. Obawiam się, że tak duży dom przysporzy pani Prei wielu problemów, i to nie tylko z utrzymaniem. Na przykład, pan Nakamura jest wściekły z powodu rozbudowy…

– Kto?! – wrzasnąłem.

Skąd ten wrzask? Rozmowa toczy się normalne, a ten świrus, Lowin, nagle drze podgardle, jakby jakiś nienormalny był :P

 

I………

I, do diabła, tyle!

40 tyś. znaków, a to za cholerę nie ma się do czego przywalić!

Niebywałe!

Wiesz, jak czytałem Twojego wcześniejszego Lowina, to byłem zbyt mało kumaty (przez te 3 miesiące dużo się tu nauczyłem), aby zrozumieć, jak dobrze jest to napisane.

Jestem pod wrażeniem.

I – niechże będzie to mój pierwszy klik (równe 3 miesiące :)) dziś.

Bo zasłużone, jak mało co. To jedno z najlepszych opowiadań, jakie tu czytałem.

 

 

Masz świetnie poczucie humoru – i doskonale je pokazujesz, np:

– Widzę, że mąż stracił dla pani głowę.

– Zostałam uniewinniona!

– Mówię o zdjęciach.

– Och. – Poczerwieniała na zielonym obliczu, co zaowocowało przedziwną żółcią. – Tak. John był cudownym mężem, ale… – Cień irytacji przemknął po jej obliczu. – Czasem podchodził do mnie ze złej strony. Mimo wszystko kochaliśmy się na zabój.

 

Za to osobisty plus – (i w ogóle za sztuki walki). Mój avatar to ja – podczas pokazu capoeiry dla dzieciaków jakiś czas temu ;)

 

– Karpłoeira! – odparła dżdżownica.

 

Wiesz, czego mi zabrakło? Tylko umiejętnie wkomponowanego tego:

 

-"Chciałbym żyć w kraju, w którym będzie można zjeść wydrę i nie zatruć się".

 

Czy jak to tam było :D

:D

 

 

PS.

Nie jestem tylko pewien, jak odnieść temat do Tajemnic Światów.

Wykreowany świat jest wspaniały, ale mam wrażenie, że mało w nim tajemnic – lub też wszystkie zostały rozwiązane ;) Na szczęście nie moją rolą jest ocenianie tego.

Cześć. Na początek powiem, że jestem jednym z nielicznych jak widzę, którzy nie czytali twoich wcześniejszych opowiadań. Zatem wystartowałem z pozycji czytelnika niewiedzącego co ma przed sobą.

Muszę powiedzieć, że na początku byłem sceptyczny, bo karykatury w literaturze nigdy nie lubiłem. I tak naprawdę mógłbym podsumować swój komentarz pierwszą częścią poprzedniego zdania.

Ponieważ przez cały tekst nieustannie przekonywałeś mnie do swojego stylu. I wiesz co? Udało ci się.

Wciągnąłem się, śmiałem się, bohaterów polubiłem.

Podoba mi się jak po trochu wprowadzasz realia rzeczywistości do swojego wyimaginowanego świata(np. stalowa tapicerka), mieszasz je i na koniec przyprawiasz absurdem(proca itp.), który choć z początku mi przeszkadzał, to w pewnym momencie nabrał sensu(możliwe, że po prostu wolno kumam).

Zastanawiam się tylko, czy wpisuje się to w temat konkursu. “Tajemnice światów” , w sensie liczba mnoga, więc rozumiem to jako wiele światów w jednym opowiadaniu. Spytaćby czy zwyczajnie “inny świat” się kwalifikuje.

O ile nazwy krajów i kontynentów pozmieniałem, to uznałem, że pewne punkty geograficzne mogłyby istnieć i nazywać się tak samo również w świecie zwierzątek. No i Wielki Kanion każdy zna, a przykładowo Głęboką Muszelkę czy Rów Jamochłoński chyba musiałbym tłumaczyć :P

Rów Jamochłoński mi się szalenie podoba xD Ale rozumiem Twój punkt widzenia.

 

Krzesło stało za matą, ale uznałem w swej amatorskiej pisarskiej ignorancji, że nie trzeba tego tłumaczyć i nie jest to ważne dla akcji.

No nie trzeba i nie jest – ale, jak mówiłam, to luźna dywagacja. Umysł czasem zbacza z prostej ścieżki i trafia w dziwne rejony xD

 

Ja się zgadzam! Naprawdę szukałem innego kandydata do walki, ale dżdżownica walcząca dżdżu-dżitsu nie chciała mi wyjść z głowy. Dla dobra scen akcji musiałem zmienić jej anatomię, bo “odpowiedział Ariel otworem gębowym, po czym zamachnął się końcówką ciała” jakoś mi nie brzmiało za dobrze.

Racja, strasznie sztywne by to było, zupełnie nie jak dżdżownica…

 

To wiedziałem, ale znów, przyznaję, nagiąłem trochę dla elementów humorystycznych tak jak wcześniej i we Froncie Wyzwolenia we wzmiankach o jeżach wciągających susz jabłecznika.

No tak, jakoś ten susz mi umknął… Albo spodobał mi się koncepcja i wyparłam ze świadomości, że to wciąż stereotyp jeż + jabłko xD

 

Research do opowiadania zawsze ma ten problem, że znajdzie się ktoś, kto wie lepiej xD Odpada mi sci-fi (bo na technologii się nie znam, a z fizyki miałem ledwo dostateczny), a teraz jeszcze do Lowina będę się bał podejść :P

Ależ Lowin jest w gruncie rzeczy nieszkodliwy! Noo, niby wyrywa oczy i potrafi zatłuc krzesłem, ale jednak… Bez przesady :P

Zresztą ja też, dużo warczę, ale nie gryzę… Prawie xD

 

Dziękuję, dziękuję :) Skoro przy tylu błędach nadal miałaś satysfakcję z czytania to się cieszę. Trudno dogodzić po raz drugi wymagającym czytelnikom, więc miałem obawy, czy bez otoczki nowości Lowin da radę. 

Proszę, proszę :) To nie były w sumie jakieś bardzo rażące błędy, po prostu ja się lubię czepiać :P Ale tak, Lowin zdecydowanie daje radę :)

 

Do bety? xD Nie no, chyba już starczy Lowina, bo tu zaraz mi antologia wyjdzie.

Akurat to było do z góry przewidzianego “Dziękuję Ci za poświęcony na łapankę czas” – bo my tu na portalu jesteśmy jacyś dziwni i jak nas biczują, to przeważnie jeszcze za to dziękujemy, jak masochiści jacyś… :P

Ale do bety w sumie też – i uwierz, że wtedy moje komentarze są jeszcze dłuższe (i jeszcze gorsze) xD

A antologią z Lowinem, jak sądzę, nikt by nie pogardził, o ile trzymałaby obecny poziom :D

Spodziewaj się niespodziewanego

Hej, Światowiderze!

Opowiadanie podobało mi się nawet bardziej niż “Bóbr”. Częściowo pewnie dlatego, że zżyłem się już w jakimś stopniu z bohaterem i chętnie poczytałbym o jego dalszych przygodach.

Nie kuście mnie :P

Przyznam, że ciężko mi wyobrazić sobie modliszkę w stroju kąpielowym :D

Paaanie! Ta figura, ta zieleń komponująca się z barwą wodorostów, te długie odnóża. Można stracić głowę!

Poza tym jednak zarówno narracja, jak i żarty jakoś bardziej do mnie tym razem trafiały.

Tego nie potrafię wytłumaczyć, ale nie narzekam ;)

Jednym słowem, czekam na kolejne przygody detektywa ropucha :)

Może, może…

Dzięki za wizytę :)

 

 

 

Cześć, Silvanie!

I………

I, do diabła, tyle!

40 tyś. znaków, a to za cholerę nie ma się do czego przywalić!

Niebywałe!

Oj, nie tylko tyle, co pokazała NaNa komentarzem wyżej.

Jestem pod wrażeniem.

I – niechże będzie to mój pierwszy klik (równe 3 miesiące :)) dziś.

Dziękuję :)

Bo zasłużone, jak mało co. To jedno z najlepszych opowiadań, jakie tu czytałem.

Poczytaj piórkowe, to zobaczysz dobre opowiadania :P

Za to osobisty plus – (i w ogóle za sztuki walki). Mój avatar to ja – podczas pokazu capoeiry dla dzieciaków jakiś czas temu ;)

Gratulacje! Zawsze podziwiałem tych, co potrafią capoeirę. Ja najbliżej takiego salta byłem, spadając z łóżka.

 

Nie jestem tylko pewien, jak odnieść temat do Tajemnic Światów.

Wykreowany świat jest wspaniały, ale mam wrażenie, że mało w nim tajemnic – lub też wszystkie zostały rozwiązane ;) Na szczęście nie moją rolą jest ocenianie tego.

Tajemnicę wziąłem jako Insektówkę i zagadkę kryminalną. Jak nie wyjdzie, to nie wyjdzie :)

Dzięki za wizytę :)

 

 

Hej, Konrad1399!

Na początek powiem, że jestem jednym z nielicznych jak widzę, którzy nie czytali twoich wcześniejszych opowiadań.

Wiele ich nie było i chyba tylko poprzednie przygody Lowina zyskały większy rozgłos.

Ponieważ przez cały tekst nieustannie przekonywałeś mnie do swojego stylu. I wiesz co? Udało ci się.

Wciągnąłem się, śmiałem się, bohaterów polubiłem.

Bardzo miło mi to czytać :) 

Podoba mi się jak po trochu wprowadzasz realia rzeczywistości do swojego wyimaginowanego świata(np. stalowa tapicerka), mieszasz je i na koniec przyprawiasz absurdem(proca itp.), który choć z początku mi przeszkadzał, to w pewnym momencie nabrał sensu(możliwe, że po prostu wolno kumam).

Staram się wyobrazić, jak poszczególne cechy zwierzątek mogłyby wpływać na świat, a jednocześnie zachować równowagę pomiędzy akcją a realizmem. Dlatego niektóre sprawy jak romans międzygatunkowy, czy modliszka nalewająca drinki za pomocą ostrzy lepiej przemilczeć, ale gdzie mogę, tam próbuję dawać jakieś ciekawostki ;) Co do proc, to wizja humorystycznych postaci zasuwających przez miasto z rewolwerami jakoś do mnie nie przemawiała. Poza tym to proca Snail&Weasel, to ma kopa!

Zastanawiam się tylko, czy wpisuje się to w temat konkursu. “Tajemnice światów” , w sensie liczba mnoga, więc rozumiem to jako wiele światów w jednym opowiadaniu. Spytaćby czy zwyczajnie “inny świat” się kwalifikuje.

Zrozumiałem jako tajemnicę jakiegoś świata w sensie pojedynczego, ale to już zostawmy jury ;)

Dzięki za wizytę i pozdrawiam!

 

 

Nie kuście mnie :P

 

A czemu nie? Ja bym poczytał jeszcze :)

Kiedy pierwszy tom opowiadań o Lowinie? 

 

Propozycje tytułów kolejnych tomów opowiadań:

Ostatnie zlecenie

Proca przeznaczenia

Krew Pająków

Czas podagry

Chrzęst ogona

Pani Jesiona

Wieża kukułki

Sezon na kurz…

 

entropia nigdy nie maleje

Osz, kurczę, coś matematyka mi nie wyszła w takim razie. XD No, to dorzucę coś od siebiewink

Hej :)

Równie dobre co pierwsza część przygód Llowina, albo nawet i lepsze. Bardzo spodobał mi się świat, wszystkie te nazwy i takie szczegóły jak stalowa tapicerka, to świetnie wpasowuje się do opowiadania. Nazwy sztuk walki są świetne, pszczoła z Pszczolski też, i jeszcze to zakończenie z rowerem… Ech, gdybym miała tak wymieniać, to pewnie streściłabym całe opowiadanie :D

Fabuła też przypadła mi do gustu, niby taka parodia, a zaciekawiło i momentami zaskoczyła. Chociaż po tym, jak podczas spotkania Grażyny z szantażystą Penny zaczęła się zalecać do Llowina, myślałam, że ona tak odwraca uwagę i tak naprawdę jest w to zamieszana xD

Podsumowując, wyszło świetnie.

Pozdrawiam :)

 

Przyjemne opowiadanie, rozrywkowe, wciągające. Jak już pisałam pod pierwszym Lowinem, nie przepadam za kryminałami, ale ten tutaj czytało mi się bardzo dobrze. Nieraz się zaśmiałam, a przy “nagiej kurze” dosłownie padłam :D Świetnie wykreowani bohaterowie, widać też naprawdę dobrze przemyślany świat przedstawiony ze wszystkimi jego zwierzęcymi smaczkami. Wszystko jest niby proste i na pozór bez znaczenia, a jednak widać, że niemal wszystkie elementy, jak np. zabawna narracja, zwierzęce atrybuty i nawiązania są doskonale dobrane i są jak mini puzzle olbrzymiej, wielobarwnej układanki, którą jednak da się ułożyć w satysfakcjonującą całość.

Tutaj już chyba nie można mieć zastrzeżeń co do fantastyki, bo zrobiła swoje – bez niej na przykład Lowin w potrzasku nie mógłby pokonać szerszenia.

Fabuła nieco zbyt prosta – trochę miałam wrażenie, że bohaterowie idą jak po sznurku do rozwiązania sprawy – ale opowiadanie ma tak dużo innych mocnych stron, jak świat, bohaterowie i język, że to nie razi prawie wcale. 

Jest to z pewnością tekst, który spokojnie mógłby być w druku. Jeśli napiszesz kolejne części Lowina, z pewnością je przeczytam.

Cześć, Oluto!

Dziękuję za tak pochlebny komentarz :)

Chociaż po tym, jak podczas spotkania Grażyny z szantażystą Penny zaczęła się zalecać do Llowina, myślałam, że ona tak odwraca uwagę i tak naprawdę jest w to zamieszana xD

Podwójna agentka, tak? ;) To nie na ten limit znaków :)

Pozdrawiam!

 

Hej, Sonato!

Przyjemne opowiadanie, rozrywkowe, wciągające. Jak już pisałam pod pierwszym Lowinem, nie przepadam za kryminałami, ale ten tutaj czytało mi się bardzo dobrze.

To najlepsza rekomendacja :)

Nieraz się zaśmiałam, a przy “nagiej kurze” dosłownie padłam :D

Chodzi o wyjaśnienie, czy o odpowiedź Lowina do poturbowanej Grażyny? Pytam z pisarskiej ciekawości ;)

Świetnie wykreowani bohaterowie, widać też naprawdę dobrze przemyślany świat przedstawiony ze wszystkimi jego zwierzęcymi smaczkami.

Cieszę się, że podobał Ci się świat. Staram się głównie w opowiadaniach mieć ciekawych bohaterów, bo w wymyślaniu światów jestem miernota, więc miło mi, że tutaj jakoś wyszedł.

Tutaj już chyba nie można mieć zastrzeżeń co do fantastyki, bo zrobiła swoje – bez niej na przykład Lowin w potrzasku nie mógłby pokonać szerszenia.

Ależ Lowin wykorzystał tylko swój ropuszy język! Chociaż może i jest tu więcej dziwnego niż we Froncie – wielka dżdżownica walcząca karpłoeirą… ;)

Fabuła nieco zbyt prosta – trochę miałam wrażenie, że bohaterowie idą jak po sznurku do rozwiązania sprawy – ale opowiadanie ma tak dużo innych mocnych stron, jak świat, bohaterowie i język, że to nie razi prawie wcale. 

Rozumiem doskonale. Też bym chciał skomplikować, ale ja mało opowiadam, a więcej staram się pokazywać, co, niestety, wydłuża tekst. Jak się podszkolę, to może będę umieć lepiej kondensować tekst.

Jest to z pewnością tekst, który spokojnie mógłby być w druku. Jeśli napiszesz kolejne części Lowina, z pewnością je przeczytam.

Uch, wydrukowany Lowin… marzenie xD

Dziękuję za komentarz i wizytę :)

Pozdrawiam

Jako główny betujący od języka powinienem chyba odnieść się, choćby pobieżnie, do cennej łapanki NaNy

W tym wypadku chyba będzie: usłyszałem – co? → ruch – czego? → skrzydła. Gdyby wykonał ruch, to wtedy – czym? → skrzydłem.

Na ogół dostrzegam “ruch ręką”, a nie “ruch ręki”. Nie jestem przekonany, czy słyszenie zamiast dostrzegania coś tu zmienia.

Te “złowrogie” trochę mnie zatrzymały, ale w sumie się nie upieram, że są niepoprawne.

To ja zaproponowałem “złowrogie” w miejsce “nienawistnych”. W istocie nie jest to idealny przymiotnik, ale najlepszy bliskoznaczny, jaki udało mi się znaleźć.

Tu mi się gryzie ta “wypadająca fala”.

Mnie też. Nie powinienem był tego przeoczyć.

Nie jestem przekonana, czy podgardle – choćby takie nadymające się i żyjące własnym życiem – można nazwać narządem

Jest to zespół tkanek o określonej budowie i funkcjach (nadymanie się), więc chyba powinno się bronić. Poza tym zdanie “Co za bezczelna część ciała!”, które nawet zamierzałem zaproponować, brzmiałoby jednak dużo gorzej.

“Zarysował sufit”, bez “o”.

Istotnie, należało na to zwrócić uwagę podczas bety.

Natomiast wolałabym spódnicę “do kolan”

Tuwim najwyraźniej o tym nie wiedział, pisząc w “Kwiatach polskich”: bo kiedyś mu na Starym Mieście tramwaj ściął nogę po kolano (…).

Przecinek się zgubił.

Niekoniecznie. Takie zdania często występują bez przecinka w dobrej literaturze. O ile mi wiadomo, żadna zasada nie wymaga oddzielania przecinkiem spójnika porównawczego, chyba że rozdzielane przezeń części zdania mają odrębne orzeczenia. Umknąłem jak niepyszny. Będę inżynierem (socjalistą, eunuchem itp.) jak mój ojciec. Detektywem jak pan.

O, a jeszcze przy okazji – małż (mianownik), nie małża (dopełniacz/biernik)

To przecież nie błąd językowy (byłby nazbyt oczywisty), tylko cecha świata przedstawionego. Jeżeli ropuchę-faceta nazywamy ropuchem, to małża-kobietę… wiadomo.

Żuki gnojowe, nie gnojne

Trudno zaprzeczyć. Tutaj chyba nie zareagowałem przez odruchowe skojarzenie z ulicą Gnojną.

W pierwszej chwili samo się narzuca, że nie “czemu?”, ale: czego? → (tego) dojo. Zostawiam do przemyślenia.

Było już przemyśliwane, ale wszystkie konstrukcje wykluczające tę wątpliwość okazały się zbyt rozbudowane i niezręczne. Może masz jakiś dobry pomysł?

Wiele innych zastrzeżeń, które wymieniłaś, nie stanowi w ścisłym sensie błędów językowych, przepuściłem je jako chropowatość stylu komponującą się niejako z chropowatością opowiedzianej historii i samego Lowina. Myślę, że autorowi należy pozostawić decyzję, czy i w jakim zakresie pragnie je wygładzić. Tak czy inaczej, ja także bardzo dziękuję za przejrzenie tekstu i weryfikację moich starań – znakomicie się tym zajęłaś!

 

Wenę na komentowanie treści chyba trochę wyczerpałem podczas bety, trudno mi już powiedzieć coś innowacyjnego. Pierwotnie tekst zdawał mi się nieco słabszy od Frontu Wyzwolenia Bobra, po dokładniejszej lekturze to wrażenie jednak ustąpiło. Podobnie jak inni komentujący, uważam, że to uniwersum ma wielki potencjał i żal byłoby porzucać je w tym miejscu.

Przeczytałem przed chwilą pierwszy tekst, podobał mi się bardzo, więc cieszę się, że mam tu instant follow-up ;) Nadal jest bardzo zabawnie i zajmująco. Tak, jak część komentujących wyżej mam nadzieję na kontynuację!

Mam tylko jedną uwagę.

Wie pan, mam z nim troje wspaniałych modliszątek. Przypominają mi go każdego dnia.

Hodowałem kiedyś modliszki, w oothekach większości gatunków jest po kilkaset jaj. Część pożera się nawzajem (to też pewne uproszczenie, ale nie chcę rozwijać) kiedy tylko się wyklują, potem też nie jest łatwo, ale w standardowych warunkach trzy nimfy to trochę mało. Bo, jak rozumiem, modliszątka są dość młode ;) Bardziej prawdopodobne byłoby tak z kilkadziesiąt, licząc, że są na jakimś stopniu rozwoju. Mam nadzieję, że nie odbierzesz tego jako czepianie ;)

Cześć Ślimaku. Jak się tak zastanowię, to nie można usłyszeć ruchu. Ruch można zobaczyć / dostrzec. Można uslyszeć towarzyszący ruchowi świst. Świst skrzydła (ale nie skr,ydłem). Chyba coś w ten deseń.

Chodzi o wyjaśnienie, czy o odpowiedź Lowina do poturbowanej Grażyny? Pytam z pisarskiej ciekawości ;)

To drugie :)

– Naga kura… naga kura…

– Nie czas na fantazje! Kim był szantażysta?

To jest złoto! :D

ja mało opowiadam, a więcej staram się pokazywać,

Jest to bardzo dobry nawyk.

Uch, wydrukowany Lowin… marzenie xD

Przecież będzie ten Lowin na eklektyczny w Fantastycznych Piórach 2020, o ile się nie mylę :)

Cześć, Silvanie. Mówisz, że jeżeli świst jest jak grzmot, to ruch jest jak błyskawica, nie zaś piorun? Mnie się zawsze zdawało, że ruch (rozumiany nawet obrzydliwie fizycznie, jako zmiana położenia w czasie) obejmuje sobą wszystkie aspekty zjawiska przemieszczania się, nie tylko te wizualne. Nie upieram się jednak, może wiele osób rzeczywiście postrzega to inaczej i dlatego im zgrzyta to zdanie. Dobrze zredagowany tekst powinien bronić się sam, bez mnogich przypisów dowodzących formalnej poprawności, więc może to w istocie niedopatrzenie.

Uważaj, wchodzisz na grząski grunt elektryki :D Nie no. Zmierzam raczej do tego, co sam napisaleś. Ten teks jest bardzo dobrze napisany i nie wątpię, że zrobiliscie kawał świetnej roboty. Wiele uwag, ktore wypisuje pod tekstami, to moje subiektywne opinie, za pomocą ktorych sam się uczę. Tak więc dzięki za wyjaśnienie swojego poglądu :)

Bardzo sympatyczny tekst. Nie chcę porównywać z poprzednim – oba dobre, trudno mi wskazać lepszy.

Też się uśmiechałam przy tych momentach, które inni już wskazali: nazwy walki, małżeństwo modliszki, naga kura…

Zastanawiam się, jak wygląda ten jaguar w świecie zwierząt. Oczywiście, poza tym, że ma stalową tapicerkę. ;-)

Chyba szkoda, że limit nie pozwolił Ci zaszaleć ze śledztwem, coś skomplikować…

No i taki noir to ja lubię!

Babska logika rządzi!

Hej, Ślimaku!

Nie ma co sobie wyrzucać przegapionych błędów. I tak mi niesamowicie pomogłeś. W kolejce do przeczytania jest Tarnina i Regulatorzy, więc jeszcze coś znajdą ;)

Myślę, że autorowi należy pozostawić decyzję, czy i w jakim zakresie pragnie je wygładzić.

Dlatego część spraw zostawiłem :)

Dzięki za czujne odniesienie się do uwag!

 

Cześć, Morteciuszu

Przeczytałem przed chwilą pierwszy tekst, podobał mi się bardzo, więc cieszę się, że mam tu instant follow-up ;) Nadal jest bardzo zabawnie i zajmująco. Tak, jak część komentujących wyżej mam nadzieję na kontynuację!

Kontynuacja jest rozważana :)

Mam tylko jedną uwagę.

Wie pan, mam z nim troje wspaniałych modliszątek. Przypominają mi go każdego dnia.

Hodowałem kiedyś modliszki, w oothekach większości gatunków jest po kilkaset jaj. Część pożera się nawzajem (to też pewne uproszczenie, ale nie chcę rozwijać) kiedy tylko się wyklują, potem też nie jest łatwo, ale w standardowych warunkach trzy nimfy to trochę mało. Bo, jak rozumiem, modliszątka są dość młode ;) Bardziej prawdopodobne byłoby tak z kilkadziesiąt, licząc, że są na jakimś stopniu rozwoju. Mam nadzieję, że nie odbierzesz tego jako czepianie ;)

Absolutnie nie odbieram tego jako czepianie. Dobrze wiedzieć. Jednak nie zmieniłbym nic, ponieważ, tak jak tłumaczyłem trochę wyżej, utrzymać równowagę między realizmem a odpowiednio wartką akcją i spójnością świata. Tak samo, jak wspomniane modliszki, pszczela robotnica z dziećmi to również naginanie faktów, ale stworzenie w miarę funkcjonującego społeczeństwa wymaga pewnych zmian rzeczywistości. Nie twierdzę, że pewnych spraw nie mogłem obmyślić lepiej (Ba! Na pewno mogłem), ale mam nadzieję, że tekst się broni taki jaki jest.

Dzięki za wizytę i pozdrawiam!

 

@Sonato

 

ja mało opowiadam, a więcej staram się pokazywać,

Jest to bardzo dobry nawyk.

Dopóki nie okazuje się, że ledwo mieścisz się w limitach ;)

Uch, wydrukowany Lowin… marzenie xD

Przecież będzie ten Lowin na eklektyczny w Fantastycznych Piórach 2020, o ile się nie mylę :)

Zapomniałem :P Miałem na myśli druk w NF.

 

Hej, Finklo!

Bardzo sympatyczny tekst. Nie chcę porównywać z poprzednim – oba dobre, trudno mi wskazać lepszy.

To mnie bardzo cieszy. Drugi tekst miał trudniej zaskarbić sobie publiczność.

Zastanawiam się, jak wygląda ten jaguar w świecie zwierząt. Oczywiście, poza tym, że ma stalową tapicerkę. ;-)

Jak porządny luksusowy automobil! Choć przyznam, że jaguar jadący jaguarem byłby trochę dziwny…

Chyba szkoda, że limit nie pozwolił Ci zaszaleć ze śledztwem, coś skomplikować…

Trochę na pewno, ale z drugiej strony potem nagle 100k znaków i nikt nie czyta :P

No i taki noir to ja lubię!

No i ja się z tego cieszę :)

Dziękuję za komentarz, lekturę i kliczka!

 

 

 

Jak porządny luksusowy automobil!

A bidne zwierzątka jeżdżą sarenkami i cytrynkami? ;-)

Babska logika rządzi!

Choć przyznam, że jaguar jadący jaguarem byłby trochę dziwny…

Mniej więcej tak samo, jak Mercedes (francuskie imię żeńskie) jadąca mercedesem lub Mietek Szkoda jadący skodą. Można się przyzwyczaić.

Nie ma co sobie wyrzucać przegapionych błędów.

Nie wyrzucam sobie, tylko zapamiętuję na przyszłość, co mam skłonność przeoczać. Do własnej twórczości też się przyda taka wiedza.

 

EDYCJA: i jeszcze – byłbym zapomniał – nie wiem, czy sens mojego poprzedniego komentarza był pod tym względem czytelny, ale przynajmniej dla mnie “spódnica po kolana” brzmiała w tamtym zdaniu dużo lepiej niż “do kolan”. Oczywiście, to także Twoja decyzja.

Pozdrawiam,

Ślimak

Jak porządny luksusowy automobil!

A bidne zwierzątka jeżdżą sarenkami i cytrynkami? ;-)

Wskakuj do cytryny, Lowin! Dogonimy tę sarenkę!

 

 

Nie wyrzucam sobie, tylko zapamiętuję na przyszłość, co mam skłonność przeoczać. Do własnej twórczości też się przyda taka wiedza.

Zgadzam się. Mnie też czeka dużo zapamiętywania, ale warto.

Dzięki za odpowiedź, @Zanais!

Przeczytałem przed chwilą pierwszy tekst, podobał mi się bardzo, więc cieszę się, że mam tu instant follow-up ;) Nadal jest bardzo zabawnie i zajmująco. Tak, jak część komentujących wyżej mam nadzieję na kontynuację!

Kontynuacja jest rozważana :)

Najlepiej ;)

Mam tylko jedną uwagę.

Wie pan, mam z nim troje wspaniałych modliszątek. Przypominają mi go każdego dnia.

Hodowałem kiedyś modliszki, w oothekach większości gatunków jest po kilkaset jaj. Część pożera się nawzajem (to też pewne uproszczenie, ale nie chcę rozwijać) kiedy tylko się wyklują, potem też nie jest łatwo, ale w standardowych warunkach trzy nimfy to trochę mało. Bo, jak rozumiem, modliszątka są dość młode ;) Bardziej prawdopodobne byłoby tak z kilkadziesiąt, licząc, że są na jakimś stopniu rozwoju. Mam nadzieję, że nie odbierzesz tego jako czepianie ;)

Absolutnie nie odbieram tego jako czepianie. Dobrze wiedzieć. Jednak nie zmieniłbym nic, ponieważ, tak jak tłumaczyłem trochę wyżej, utrzymać równowagę między realizmem a odpowiednio wartką akcją i spójnością świata. Tak samo, jak wspomniane modliszki, pszczela robotnica z dziećmi to również naginanie faktów, ale stworzenie w miarę funkcjonującego społeczeństwa wymaga pewnych zmian rzeczywistości. Nie twierdzę, że pewnych spraw nie mogłem obmyślić lepiej (Ba! Na pewno mogłem), ale mam nadzieję, że tekst się broni taki jaki jest.

Dzięki za wizytę i pozdrawiam!

Zrozumiała sprawa. Wszystko jest jasne. Również pozdrawiam ;)

A to opowiadanie misię! :-) Jest śledztwo, jest groźny przestępca i para detektywów, a żartów w sam raz. Miałam czas, aby się uśmiechać. xd

 

Napisane też dobrze, choć ze mnie ślepy kret. Poza tym lubię kwietne łąki, gustuję w fedorach i ropuchach, niekoniecznie w tej kolejności. ;-)

Gratulanki, winszowanki. 

 

Nie będę sobie żałowała i zgłoszę do piórka, bo bibliotekę masz już z naddatkiem. :-)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hej, Asylum!

A specjalnie obniżyłem tempo żartów z nadzieją, że nie będzie ich za mało. Na szczęście, raczej wyszło w porządku.

Napisane też dobrze, choć ze mnie ślepy kret.

Witaj w klubie xD

Nie będę sobie żałowała i zgłoszę do piórka, bo bibliotekę masz już z naddatkiem. :-)

Dziękuję :)

Pozdrawiam serdecznie

 

Wskakuj do cytryny, Lowin! Dogonimy tę sarenkę!

Nie, nie, nie. To nie ta cytryna, tylko ten cytrynek. Trzymajmy się zwierząt.

Babska logika rządzi!

mail Panie Lowin, poczta! mail

 

Dzień dobry Panie Lowin,

 

Mam nadzieję, że mój list znajduje Pana w zdrowiu, nikt Panu pyska nie okłada oraz tuszę, że udało się odzyskać rower. Może jeszcze jedna, dwie akcje i w końcu będzie Pan mógł nabyć automobil? Jak nie od razu jaguara, to może jakaś cliówkę albo punto chociaż? Trzymam kciuki. 

Jako wierna fanka czekałam na dalsze Pana przygody. I nie zawiodłam się.

Choć na początku nie lada mnie Pan wystraszył! Jak to rozstanie z Ofelią?! Na szczęście okazało się to wspomnieniami, skokiem wstecz w stosunku do przygód, które tak pokochałam. Ulga! 

Złapał Pan moją uwagę gdy tylko pojawiło się tajemnicze zadanie z Insektówki. “Co tym razem?” – zastanawiałam się. “Insekty? Nowa dzielnica Nowego Leśniczowa? Kto ma problem? Czy Lowin będzie działał sam czy i tym razem pojawi się pomocna łapa?”. Tyle pytań.

Och, jak podobały mi się te wszystkie insekty, ich wygląd, ich zwyczaje! Jak zwykle świetna, bardzo barwna i obrazowa relacja z akcji, Panie Lowin, gratuluję! Dzięki temu czułam się jakbym sama musiała rozwikłać zagadkę zaginionej wizy. Śmiałam się przy licznych żartach (że Pan tak umie, tu akcja, tu zagadka, tu napięcie, a tu jeszcze znajduje Pan miejsce na sypanie żartami z rękawa!), wstrzymywałam oddech w momentach napięcia i kibicowałam bardzo podczas walki. Aleście im pokazali, Pan i Penny! Ave Wy! 

Chociaż sama Penny… Niby piękna i zdolna, ale nie do końca mi się podoba (choć może to wynika z mojej fanowskiej zazdrości, co Pan myśli… Panie Lowin? Czy rozważa Pan zatrudnianie fanek na stanowiska asystentek w akcjach?). Choć myślę, że głównie za nieprzychylność wobec Penny mogę winić moje przywiązanie do romantycznej wizji, w której jest Pan z Panią Ofelią. Jak dla mnie jesteście dla siebie stworzeni i będę Was zawsze razem szipować

Bardzo dziękuję za tę przygodę, jak zwykle, bawiłam się świetnie! Proszę odetchnąć, należy się Panu chwila wytchnienia, ale nie za długo! Fedora i proca to jak płaszcz i szpada, nie mogą leżeć bezczynnie! 

Czekam.

 

Wierna i oddana fanka. 

 

PS: Może następnym razem coś u Mięczaków? Proszę spojrzeć na wikipedię, u nas jest naprawdę bardzo fantastyczne towarzystwo! Bruzdobrzuchy, głowonogi, jednotarczowce, łódkonogi, małże, no i ślimaki, o czym, nieśmiało wychylając się z mojej muszli, przypomnę. 

 

PS2: Muszę wywołać FanWars! 

 

Neeeh, @NaNa! Cóż to za czepialstwo (mówisz, że dla zasady ale w “Imię Zasad” to “Psy”, a nie Lowinek!) biednego Ariela/Arielkę? Ale dajesz 6 gwiazdek, więc Ci wybaczone ;)

 

Moja reakcja na te słowa:

A teraz, uwaga, zaczynamy festiwal narzekania na dżdżownice xD

 

Była tylko taka: 

 

 

I taka: https://www.youtube.com/watch?v=asm4vLRV_zU W 18.55 biedna Magda żali się, że jej nikt nie lubi :(

 

Uch, krzywdzący stereotyp. Tak, wiem, że to bajka i nie, nie mam kija w odwłoku (swoją drogą, już tym wstępem wprawiłeś mnie w dobry nastrój), ale uprzejmie zwracam uwagę – dla zasady, ponownie – że jeże są typowo owadożerne i też nie lubią jabłek. Może czasem (rzadko) jakieś spady wsuwają, jak są na podorędziu (kto je tam wie), ale na pewno nie noszą ich na grzbietach, nabitych na igły.

Wiesz, aż zapytałam znajomych jeży. Mówiły, że prawda, nie przepadają za jabłkami, ale nie uważają ów stereotypu za zbyt krzywdzący, mają inne problemy na kolcach. Chociaż pewnie znajdą się jakieś bardziej przewrażliwione, ale większość mówi, że spoko. 

 

Szalenie zafascynowało mnie w tym miejscu, jak rzeczony kamyk zdołał utrzymać się za podwiązką. Bo proca – to jeszcze rozumiem, ale kamyk? Ciekawe :)

Nie próbowałaś nigdy? ;D To zapraszam na następny Zjazd Fanek Lowina, będziemy robić cosplay Penny. 

 

Dziękuję wszystkim, jak zwykle cała przyjemność po mojej stronie! :)

Naprawdę dobre opowiadanie, Zanais! Nie czytałem o wcześniejszych przygodach detektywa Lowina, ale bez problemu odnalazłem się w tym świecie.

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to styl – nie dość, że opowiadanie przyjemnie się czyta, to humor wpleciony jest na tyle dobrze, że wywołuje wrażenie nienachalnego, zamiast krzyczeć “ej słyszysz, teraz masz się śmiać, wiesz?”. No, takie żarty również się zdarzają, ale przez większość czasu przyjemnie się to czyta.

Z fabułą jest już nieco gorzej – składa się ona z paru kryminalnych sztamp, bohaterów, którym wszystko się udaje i naiwnych sytuacji, jednak nie przeszkadzało mi to, aż tak z uwagi na humorystyczny aspekt tekstu.

Ciekawy setting, chociaż wykorzystany nieco oszczędnie, bo wszystko jest jak w naszym świecie, jedynie zamiast ludzkich bohaterów mamy zwierzęta (głównie owady), które symbolizują pewne kulturowe stereotypy. Mi to nie przeszkadzało, setting i “world bulding” jest dla mnie jedną z mniej ważnych rzeczy w beletrystyce, ale nawet ja poczułem trochę zmarnowanie potencjału, bo to jednak tekst na konkurs o “tajemnicach światów”.

Podsumowując: opko polecam, ale nie bez zastrzeżeń.

Pozdrawiam

'Cause nothin' lasts forever even cold november rain

Hej, Simeone

Cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci (z problemami, ale jednak) do gustu.

Co do humoru to kwestia odbioru żartów jest bardzo indywidualna, więc trudno mi się odnieść, które były nachalne/nienachalne. Staram się korzystać z sytuacji w fabule, nie podporządkowywać sceny pod próbę ustawienia żartu.

Fabułę będę trochę bronił (jak to autor) – to noir. Mało elegancki, mało subtelny, szorstki, męski noir. To potrawka ze sztampy podlana melodramatem i z domieszką patosu. Natomiast co do bohaterów, którym wszystko się udaje… Lowin rzucany na ściany, kradzież roweru, Penny, która nie zdobywa Lowina… uważam, że wiele im się nie udaje. Poza tym to nadal tekst lekki i humorystyczny – trochę dziwnie byłoby, gdyby szerszeń ich zmasakrował.

Setting to również noir, krzywe odbicie naszego świata. Stereotypy wpisują się w konwencję, ale jeśli bierzesz pod uwagę konkursowy tag, to ok, mogę się zgodzić. Każdy interpretuje inaczej hasło tajemnice, ja wziąłem je jako zagadkę kryminalną. Niech jury oceni :)

Dzięki za wizytę i opinię

Pozdrawiam serdecznie

Droga Koimeodo,

Zdziwiłem się, otrzymując Twój list, ale tak miło, jak przy otwarciu lodówki i odnalezieniu zapomnianego purée z muchy. Twoja troska o mój rower przyprawia mnie o szybsze bicia serca (aż muszę zapalić). Niestety, rower przepadł, ale biada złodziejowi, ponieważ na takim gruchocie daleko nie zajedzie (a niech sobie odnóża połamie, robal zakichany!). Automobil musi na razie poczekać. Rachunki zażądały pierwszeństwa, a to podłe, szczwane bestie.

Ofelia nie zając, nie ucieknie. Lodówki na plecach nie wyniesie (tak, wiem, jestem okropny, ale dlatego, że założyłem sobie aparat telefoniczny w biurze i linia pęka od głupich telefonów). A potrzebowałem opowiedzieć o swoich przygodach. Rozwiązałem wiele spraw i przeżyłem niejeden krótki romans. Po drodze spotkałem całą gamę okropnych drani i zjawiskowych kobiet. Temat rzeka.

Insektówka! Brrr! Obym tam rzadko zaglądał. Najlepszy robal to ten na talerzu. Samą walkę wspominam z mieszanymi uczuciami. Dobrze się skończyła, ale siniaki nie schodziły jeszcze tydzień. A Penny? To nie było ostatnie spotkanie z panną Sharp!

Przyznaję, tak cichaczem pisząc, że mam obawy do zdrowia psychicznego panny Sharp. Jak to mówią, od zdesperowanej jeżycy gorszy jest tylko ślimak w obuwniczym… czy jakoś tak…

Dziękuję za ten przepyszny liścik. Powieszę go na ścianie, tuż obok dyplomu od komendanta policji w Wysokodrzewie (sprawa Stukającego Mordercy).

 

PS Mięczaki, eh? Jeśli los rzuci mnie do ich rezerwatu, to z pewnością o tym napiszę!

 

PS Fanka jako asystentka? Hm, hm… pomyślimy.

 

Pozdrawiam cieplutko!

mail

 

Bardzo dziękuję za odpowiedź na mój list, niezmiernie mi miło, że sztuka epistolografii jeszcze całkiem nie przepadła.

W telegraficznym skrócie odpowiadam: 

Ofelia nie zając, nie ucieknie.

Czy to zapowiedź nowego, międzygatunkowego romansu :>? 

 

Lodówki na plecach nie wyniesie

A kto wniesie, Panie Lowin, kto wniesie… Może Penny. Igły mogłyby pomóc.

No i po cóż Ofelia miałaby to robić kiedy, w brzuchu może wynieść zawartość kilku lodówek? :P 

 

Jak to mówią, od zdesperowanej jeżycy gorszy jest tylko ślimak w obuwniczym… czy jakoś tak…

Mimo moich uwag do Pani Sharp, mam nadzieję, że wkrótce znajdzie szczęście, a Pan wreszcie da spokój ślimaczkom! :D Coś nasz gatunek nie cieszy się Pana sympatią ;) 

 

Pozdrawiam, smacznego purée! 

Ofelia nie zając, nie ucieknie.

Czy to zapowiedź nowego, międzygatunkowego romansu :>? 

Jak już to z królikiem (króliczycą?)

Lodówki na plecach nie wyniesie

A kto wniesie, Panie Lowin, kto wniesie… Może Penny. Igły mogłyby pomóc.

No i po cóż Ofelia miałaby to robić kiedy, w brzuchu może wynieść zawartość kilku lodówek? :P 

Gdzież tam Penny?! Tylko zarysuje igłami!

Ech, Ofelia i jej apetyt…

 Coś nasz gatunek nie cieszy się Pana sympatią ;) 

To temat na inną historię. Ale zaprzeczam, bardzo lubię ślimaki – nawet gotowanym nie pogardzę.

Pozdrawiam, smacznego purée! 

Kłaniam się do błon pławnych.

 

Dla mnie bomba! Czarny kryminał wśród owadów.

Cały ten świat z konfliktami, pragnieniami i nałogami. bardzo mi się podobał.

Pięknie bawisz się językiem.

 

Hej, Ambush

Pięknie dziękuję za lekturę i komentarz :)

Pozdrawiam

„Frank podniósł fedorę znad moich oczu.” – Znad? Czyli fedora była nad oczami, a nie na nich? Nie zasłaniała ich, hę?

 

„Rozpoznałem tylko narodziny Jeżusa w Beetlejem i wygnanie kotów z Kartonu.”

Ahahah, wygnanie kotów z Kartonu mnie kupiło.

 

„– Widzę, że mąż stracił dla pani głowę.

– Zostałam uniewinniona!”

XD

 

„Torebka leżała jak wcześniej, ale już bez wizy.

– Kto przebywa w domu? – zapytałem. Mogłem być konsultantem, jeśli dobrze płacili, ale nie zamierzałem pozwolić, aby panna Sharp spiła całą śmietankę za rozwiązanie sprawy.

– Mrówki pan już poznał. Służąca Szepipi bawi się teraz z dziećmi. Lokaj John, ale dziś ma wolne, i kucharka Dorothy.”

 

„– Tak jest! Z Pszczolski!”

<3

 

„pozioma rana jak po uderzeniu kamienia.” – kamieniem

 

„Wyszliśmy do ciemnych biur.” – Dziwne to zdanie. Bezpośrednio do biur? W liczbie mnogiej? Do kilku naraz? Za duży skrót myślowy.

 

„Z każdym dobudowanym pietrem dom Prei…” – piętrem.

 

„– Przykro mi, panienko…

– Kto powiedział, że jestem panienką?

– W porządku, koleś!

– Kto powiedział, że jestem facetem?”

Ahahahahahaha!

 

„Na policzki chomiczki!”

<3

 

„– Kret zawsze atakuje od dołu, panie Lowin!”

Same perełki ;)))

 

„opowiadałem krótko i zwięźle (uczcie się, panie)”

;p

 

„…i tym nieodgadnionym wyrazem na pyszczku, który widywałem tylko u kobiet.”

<3

 

Bardziej konstruktywny komentarz zostawię później, jak się namyślę.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jest fajnie :) Nie wszystkie żarty do mnie trafiły, ale sporo przypadło mi do gustu na przykład poniższe:

 

Ogon leciał jak jastrząb po przyłapaniu żony na ogrzewaniu cudzych jajek,

– Wiesz, że nic by z tego nie wyszło, Penny. Spójrz na mnie, spójrz na siebie. Należymy do różnych światów. Ja nawet nie lubię jabłek. Oszczędź swojemu sercu ponownego rozczarowania, daj mu się zaleczyć. 

To moja pierwsza styczność z Lowinem i podobnie jak ktoś wyżej mam odczucie, że:

Nie był to też tekst łatwy, bo mózg pracował na wyższych obrotach, by sobie to na bieżąco przeskalowywać i sklejać do kupy

Potrzebowałem chwilę, żeby przestawić się na konwencję tekstu, ale bardzo lubię takie śmieszkowanie i zabawy konwencją. Pomysł wydaje mi się oryginalny, noir lubię, czytało się całkiem lekko. Prostotę intrygi można by uznać za minus, ale limit znaków i konwencja to dobre alibi. Czytając słyszałem w głowie szybki jazzik i zapomniałem o mojej tymczasowej nienawiści do kota, który obudził mnie o 8:30 po imprezie. Potraktuj to jako duży komplement :D

 

Momentami potrzebowałem chwili by zastanowić się, jak wyglądają poszczególne zwierzaki. To znaczy, czy ich fizjonomia jest zmieniona i w jak znaczącym stopniu. Jakbym miał na coś jeszcze pomarudzić to na fragment:

 Od czasu śmierci Johna doglądam, jak sobie radzi. Jestem to mu winien. Poza tym próbuję namówić ją do sprzedaży. Obawiam się, że tak duży dom przysporzy pani Prei wielu problemów, i to nie tylko z utrzymaniem. Na przykład, pan Nakamura jest wściekły z powodu rozbudowy…

– Kto?! – wrzasnąłem.

– Pan Au-Au Nakamura – powtórzył zdziwiony chrząszcz. – Właściciel dojo.

Natomiast generalnie czytało mi się fajnie, to była dobra zabawa. Trzymam kciuki za więcej tekstów z uniwersum :) Kwestie tego, czy opo pasuje do tematyki konkursu zostawiam mądrzejszym od siebie.

PS. Bardzo fajna zabawa z nazwami. Podobnie jak z żartami – nie wszystkie mi siadły, ale holistycznie uważam to za fajny zabieg, “podoba mnie sie to”.

No wiec tak. Podobało się. Fajnie napisane, sprawnie, akcja leci, czyta się błyskawicznie. Zdecydowanie dużo plusów. Przyjemna lektura i oby wyszedł z tego cykl :-)

Widać tez ewolucję względem De­tek­tywa Lowina kon­tra Froncie Wy­zwo­le­nia Bobra (achże, czy ja w ogóle dobrze to odmieniam, gdy tytuł jest całością?). Humoru nieco mniej niż tam (co nie jest zarzutem, w obrębie tamtego opowiadania humor był równy i w obrębie tego tu również jest równy, nie musi być pomiędzy osobnymi tekstami względem siebie nawzajem, bo są w pełni samodzielne i mogą funkcjonować “same z siebie”).

Za to w powstałą przestrzeń wkrada się nieco skierowania treści bardziej ku dorosłym odbiorcom (wcześniej było uniwersalne wiekowo). I nie mówię tu o aluzjach disneyowskich, bo one świetnie wpasowane. Raczej tym, że niektóre elementy brutalne są naprawdę brutalne, zdecydowanie bardziej nadające się dla dorosłego sięgającego po “kolorowy świat, który ma mroczną stronę” – i pod tym względem opowiadanie świetnie się sprawdza, nieco modyfikuje pierwotną niszę, ale tworzy miejsce pod kolejne odcinki.

Swoją drogą wspominałeś ostatnio, ze w konstruowaniu pierwszej części zerkałeś jak wszystko komponuje się w książkach o detektywie Garretcie. No i nie wiem czy to też efekt tego zerkania, czy już “tak wyszło”, ale i tam w kolejnych częściach było trochę mniej humoru niż w pierwszej części (choć nadal wiele), za to wkradały się co jakiś czas elementy “bardziej brutalne i mroczne” (niby ledwo widoczne, niby w trakcie lektury łatwe do przeoczenia, a jak się po fakcie przypomina, to choćby jak gangi finalnie załatwiały swoje porachunki).

No ale dobra, wracajmy tu i teraz. Sama ewolucja jest ok. Natomiast czego mi brakło. W pierwszej części akcja była na tyle wartka, że prosta fabuła była zaletą, a nie wadą. Tutaj wartkość jest mniejsza, wiec pod koniec ma się wrażenie, że to “zwykła kreskówka”, podczas gdy pierwsza część była “bardzo dobrą kreskówką”. Nadal w statusie “chcę kolejnych odcinków”, ale o ile przy pierwszej zastanawiałem się “jak bardzo” mi się podoba, to tu jest zwykłe “się podoba”. No, w sensie, ze pierwsza część była wypełniona po brzegi, a tutaj zostało w środku odrobinę pustej przestrzeni, którą można było zabudować. Na piórko za mało, ale do następnych odcinków kibicuję i wypatruję. Za to zastanawiam się gdzie tu tajemnice światów (no, niby świat insektów, ale to naciągane), ale to już nie moje zmartwienie, bo pozakonkursowo to nie wpływa na czytanie :) 

Dialog z modliszką niezły :) Zresztą nie tylko on, gry słowne tu są naprawdę fajne, a i opisy zachowań postaci naprawdę aż się proszą o wersję animowaną – widać, że potrafisz konsekwentnie trzymać konwencję. Tym bardziej kolejne odcinki wskazane :-)

 

Z technikaliów:

 

"dziura w sercu o głębokości Wielkiego Kanionu"

Serce o głębokości Wielkiego Kanionu?

 

" – Zostaw dzieciaka!"

" – Widzisz, co tracisz?"

Nadmiarowe spacje z przodu.

 

Z jednej strony ciekawa wizja świata zwierzaków, zabawna gra słów i sporo pracy nad opisami, zarówno postaci jak i miejsc – to na plus.

Minus – historia dość przewidywalna, sztampowa, przydługa, i od początku wiadomo jak się skończy. Przy opisie bohaterów gryzły mi się proporcje między zwierzakami, że o relacjach międzyludzkich (ups…) między zwierzęcych nie wspomnę… z akcentem na bliższe relacje ;-) Nie bardzo rozumiem, jak te same “bezrobotne” mogą być palone przez mrówki jak i żabę, znów proporcje. Aha, proca nie może mieć kalibru, kaliber, ewentualnie, mogą mieć kamienie. No i walutę też bym przemyślał, może jakąś bardziej uniwersalną. Nie wszystkie zwierzęta są zainteresowane miodem, niezależnie od konsystencji.

Ogólnie zabawna historia, szybko się czytało, a czasem i uśmiechnęło, szczególnie przy stylach walki;-)

Cześć, Joseheim

Z niecierpliwością czekam na dłuższy komentarz :) Za łapankę dziękuję, poprawiłem. Miło mi, że znalazłaś perełki, to zdanie: 

„Rozpoznałem tylko narodziny Jeżusa w Beetlejem i wygnanie kotów z Kartonu.”

chyba opatentuję :P

Pozdrawiam!

 

Hej, Piotr. W. K.

Jest fajnie :) Nie wszystkie żarty do mnie trafiły,

Jak kiedyś powstanie tekst gdzie wszystkie żarty trafią wszystkim to świat wybuchnie ;) Dobrze, by choć część się udała.

To moja pierwsza styczność z Lowinem i podobnie jak ktoś wyżej mam odczucie, że:

Nie był to też tekst łatwy, bo mózg pracował na wyższych obrotach, by sobie to na bieżąco przeskalowywać i sklejać do kupy

Potrzebowałem chwilę, żeby przestawić się na konwencję tekstu, ale bardzo lubię takie śmieszkowanie i zabawy konwencją

Rozumiem, sam mam tak z wieloma tekstami. Cieszę się, że nie odebrało Ci to przyjemności z lektury :)

Prostotę intrygi można by uznać za minus, ale limit znaków i konwencja to dobre alibi.

Za dużo show, za mało tell. Wiem, pracuję nad tym.

Czytając słyszałem w głowie szybki jazzik i zapomniałem o mojej tymczasowej nienawiści do kota, który obudził mnie o 8:30 po imprezie. Potraktuj to jako duży komplement :D

Traktuję jako komplement! Wybacz kotu :P

Natomiast generalnie czytało mi się fajnie, to była dobra zabawa. Trzymam kciuki za więcej tekstów z uniwersum :)

Dzięki za wizytę i komentarz :)

Pozdrawiam serdecznie!

 

 

Hej, Wilku-zimowy!

Gdy zobaczyłem, że jest Twój komentarz, to od razu pomyślałem: “Nie będzie dobrze”. :P

Widać tez ewolucję względem Detektywa Lowina kontra Froncie Wyzwolenia Bobra (achże, czy ja w ogóle dobrze to odmieniam, gdy tytuł jest całością?). Humoru nieco mniej niż tam

Co do odmiany, to nie wiem, trzeba pytać nasze lingwistki portalowe. Ewolucja? Hm, zależy pod jakim kątem, humoru z pewnością jest mniej. Na szukałem na siłę dowcipów we fragmentach, które wydawały mi się neutralne, ale jak pokazał FWB – lepiej nie kondensować mocno humoru, bo niektórym zagrozi niestrawność.

Za to w powstałą przestrzeń wkrada się nieco skierowania treści bardziej ku dorosłym odbiorcom (wcześniej było uniwersalne wiekowo). I nie mówię tu o aluzjach disneyowskich, bo one świetnie wpasowane. Raczej tym, że niektóre elementy brutalne są naprawdę brutalne, zdecydowanie bardziej nadające się dla dorosłego sięgającego po “kolorowy świat, który ma mroczną stronę” – i pod tym względem opowiadanie świetnie się sprawdza, nieco modyfikuje pierwotną niszę, ale tworzy miejsce pod kolejne odcinki.

 

Swoją drogą wspominałeś ostatnio, ze w konstruowaniu pierwszej części zerkałeś jak wszystko komponuje się w książkach o detektywie Garretcie. No i nie wiem czy to też efekt tego zerkania, czy już “tak wyszło”, ale i tam w kolejnych częściach było trochę mniej humoru niż w pierwszej części (choć nadal wiele), za to wkradały się co jakiś czas elementy “bardziej brutalne i mroczne” (niby ledwo widoczne, niby w trakcie lektury łatwe do przeoczenia, a jak się po fakcie przypomina, to choćby jak gangi finalnie załatwiały swoje porachunki).

Zgadzam się. “Stare cynowe smutki” były praktycznie pozbawione humoru, “Gorące żelazne noce” opierały się na brutalnych morderstwach. Osobiście wolę te części, gdzie humoru jest więcej, ale to kwestia gustu.

Nie szukałem na siłę zamiany Lowina w “bajkę dla dorosłych”, natomiast pewne kwestie wymagały wyjaśnienia. Wspomniane we FWB zjadanie ślimaczków i przycięty komar kłóciły się z rozwiązywaniem spraw z udziałem robaczków. Ale to w końcu Ameryka – dzielnice etniczne, getta, nieufność do imigrantów, wyzysk i tak dalej. Insektówka, gdzie zasłużeni lub bogaci mogą żyć w spokoju, wpasowywała się w sam raz.

Zakończenie walki z szerszeniem i nadzianie dżdżownicy, porywanie dzieci, śmierć męża modliszki – tyle brutalniejszych momentów, wynikających jednak z fabuły.

No ale dobra, wracajmy tu i teraz. Sama ewolucja jest ok. Natomiast czego mi brakło. W pierwszej części akcja była na tyle wartka, że prosta fabuła była zaletą, a nie wadą. Tutaj wartkość jest mniejsza, wiec pod koniec ma się wrażenie, że to “zwykła kreskówka”, podczas gdy pierwsza część była “bardzo dobrą kreskówką”. Nadal w statusie “chcę kolejnych odcinków”, ale o ile przy pierwszej zastanawiałem się “jak bardzo” mi się podoba, to tu jest zwykłe “się podoba”. No, w sensie, ze pierwsza część była wypełniona po brzegi, a tutaj zostało w środku odrobinę pustej przestrzeni, którą można było zabudować.

Tutaj poszedłem bardziej w kryminał i rozbudowę świata, a mniej w humor za humorem. Kurczę, w ogóle nie wiedziałem, jak to opowiadanie zostanie przyjęte – druga część to trudna sprawa. Wygładzona betą, ale cykle mają ten problem, że kolejne części rzadko kiedy zaskakują. Stabilne “się podoba” i tak mnie cieszy :)

Dziękuję za rozbudowany komentarz Wilku i pozdrawiam!

 

Hej, Adler

Witam chyba po raz pierwszy :)

Z jednej strony ciekawa wizja świata zwierzaków, zabawna gra słów i sporo pracy nad opisami, zarówno postaci jak i miejsc – to na plus.

Minus – historia dość przewidywalna, sztampowa, przydługa, i od początku wiadomo jak się skończy.

Coś na tak, coś na nie – rozumiem. Odniosę się tylko do zakończenia fabuły. Kiedy piszę tekst humorystyczny, to będzie miał happy end, na rewelacje w tym aspekcie nie ma co liczyć ;) Ale do romansu z jeżycą nie doszło…

Przy opisie bohaterów gryzły mi się proporcje między zwierzakami, że o relacjach międzyludzkich (ups…) między zwierzęcych nie wspomnę… z akcentem na bliższe relacje ;-) Nie bardzo rozumiem, jak te same “bezrobotne” mogą być palone przez mrówki jak i żabę, znów proporcje. Aha, proca nie może mieć kalibru, kaliber, ewentualnie, mogą mieć kamienie. No i walutę też bym przemyślał, może jakąś bardziej uniwersalną. Nie wszystkie zwierzęta są zainteresowane miodem, niezależnie od konsystencji.

Ok, uwaga, wchodzimy na grząski grunt. ;)

W Gwiezdnych Wojnach słychać lasery w kosmosie, Kermit i Świnka Piggy mają romans, w Zwierzogrodzie proporcje do idealnych też nie należą, tak samo w setkach innych bajek.

Uznałem (i to wybór, za który ponoszę wszelką odpowiedzialność), że albo siedzę w kręgu zwierzątek podobnej wielkości do ropuchy, albo daję realizmowi dwadzieścia złotych i niech sobie idzie do kina, byle nie przeszkadzał. Dlatego pszczoła ma dzieci, ropuch romanse z przedstawicielkami odmiennych gatunków, a szerszeń nokautuje jeża :P

Ogólnie zabawna historia, szybko się czytało, a czasem i uśmiechnęło, szczególnie przy stylach walki;-)

Dzięki wielkie; miło mi, że wpadłeś i trochę się uśmiechnąłeś!

Pozdrawiam

 

 

 

Witam ponownie. 

Rozumiem happy end przy historiach humorystycznych, ale mi bardziej chodziło o samą zagadkę kryminalną, jak również zakończenie powtarzane w wielu kryminałach – coś do siebie czują, ale muszą się rozstać dlatego, że… no właśnie – dlaczego?? tu akurat konflikt międzygatunkowy. OK. przyjąłem;-)

Grząski grunt ;-) Tak, odgłos laserów i wybuchy w kosmosie, że o kolorach silników nie wspomnę ;-) Przyznasz jednak, że lekko zachwiane proporcje pomiędzy, na przykład, Judy Hops a jej szefem Bogo, który jest Bawołem nie są aż tak znaczące, jak pomiędzy żabą i mrówką:-))

Moje uwagi nie mają jednak wpływu na atrakcyjność opowiadania ;-)

Pozdrawiam serdecznie.

Mrówki wyobrażałem tu sobie jako niskie, jeśli nie wynika z tekstu, mogę to jedno słowo dodać :P

Z insektami ogólnie jest problem, bo mało który jest duży – już w poprzednim opowiadaniu bobry nie wyglądały na duże w stosunku do Lowina.

Rozumiem happy end przy historiach humorystycznych, ale mi bardziej chodziło o samą zagadkę kryminalną, jak również zakończenie powtarzane w wielu kryminałach – coś do siebie czują, ale muszą się rozstać dlatego, że… no właśnie – dlaczego??

Noir, noir, noir. Wiem, że takie zakończenia były (zresztą, których nie było?) Chodzi o klimat. No i to prequel, wybranką Lowina jest Ofelia, więc małżeństwo z jeżycą odpada.

Moje uwagi nie mają jednak wpływu na atrakcyjność opowiadania ;-)

Wszystkie uwagi są cenne :)

Pozdrawiam

Co do odmiany, to nie wiem, trzeba pytać nasze lingwistki portalowe.

Słabo się nadaję na lingwistkę portalową, ale chętnie pomogę. “Kontra” zachowuje się zupełnie jak “przeciw”, tylko że wiąże następującą po niej składniowo część zdania w mianowniku zamiast w celowniku. Napisalibyśmy “Widać też ewolucję względem Detektywa Lowina przeciw Frontowi Wyzwolenia Bobra”, więc tak samo “Widać też ewolucję względem Detektywa Lowina kontra Front Wyzwolenia Bobra”.

No i walutę też bym przemyślał, może jakąś bardziej uniwersalną. Nie wszystkie zwierzęta są zainteresowane miodem, niezależnie od konsystencji.

Również nie wszyscy ludzie (przynajmniej w moich stronach znacząca mniejszość) są zainteresowani pieniędzmi w sensie spożywczym. Świat z tego opowiadania jest już na tyle zaawansowany społecznie i gospodarczo, że z pewnością doszedł do abstrakcyjnych środków zamiennych. W tym przypadku jedyne niebezpieczeństwo wiąże się chyba z możliwością, że (patologicznie łakomy) niedźwiedź napadnie na bank i skonsumuje rezerwy walutowe.

coś do siebie czują, ale muszą się rozstać dlatego, że… no właśnie – dlaczego??

Ze stosunków międzyludzkich (tutaj: międzyzwierzęcych) jestem raczej ostatnia noga, ale zdawało mi się jasne: Lowin z jednej strony wciąż myśli o powrocie do Ofelii i nie chce jej niejako zdradzać, z drugiej strony obawia się kolejnego rozczarowania, a wszystko, co rzeczywiście mówi w opowiadaniu, to preteksty i wymówki. Czyż nie?

 

Wiem, że takie rzeczy zazwyczaj objaśnia autor, ale trochę się zżyłem z tym opowiadaniem podczas betowania; nie sądzę, aby uwagi okazały się poważnie chybione.

Dzięki, Ślimaku, za czuwanie!

Słabo się nadaję na lingwistkę portalową, ale chętnie pomogę.

xD

Również nie wszyscy ludzie (przynajmniej w moich stronach znacząca mniejszość) są zainteresowani pieniędzmi w sensie spożywczym. Świat z tego opowiadania jest już na tyle zaawansowany społecznie i gospodarczo, że z pewnością doszedł do abstrakcyjnych środków zamiennych. W tym przypadku jedyne niebezpieczeństwo wiąże się chyba z możliwością, że (patologicznie łakomy) niedźwiedź napadnie na bank i skonsumuje rezerwy walutowe.

Otóż to. Co do niedźwiedzi, “przejadać oszczędności” nabiera nowego znaczenia…

 

Co do braku romansu z Penny. Myślałem, że Lowin wystarczająco wyjaśnia przed wizytą w kasynie swoje obiekcje co do romansu z jeżycą. To niebezpieczna, ostra, pełna plastrów i bandaży przygoda, na którą biedak nie jest gotowy.

 Wiem, że takie rzeczy zazwyczaj objaśnia autor, ale trochę się zżyłem z tym opowiadaniem podczas betowania; nie sądzę, aby uwagi okazały się poważnie chybione.

Wyjaśniłeś doskonale, drogi Ślimaku!

 

Zanaisie, miałam poważne obawy, że kolejne zadanie Lowina będzie naśladowaniem tego, o czym już czytałam w pierwszym opowiadaniu, a tu takie miłe zaskoczenie! Choć wiadomo, że Lowin nie zmienił zawodu i nadal jest detektywem, to ta historia, poza postacią głównego bohatera, jest absolutnie świeża i ukazuje całkiem inny wycinek świata i zamieszkujących go zwierzątek. Humor, już tradycyjnie, przedniej jakości, wykonanie zacne, więc lektura okazała się szalenie satysfakcjonująca. ;D

 

spy­ta­łem, szar­piąc za klam­kę. ―> …spy­ta­łem, szar­piąc klam­kę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, Regulatorzy

Twoja wizyta to jak oczekiwanie na wynik egzaminu :P

Zanaisie, miałam poważne obawy, że kolejne zadanie Lowina będzie naśladowaniem tego, o czym już czytałam w pierwszym opowiadaniu, a tu takie miłe zaskoczenie!

Również miałem takie obawy, czy nie wyjdzie odgrzewany kotlet. Na szczęście świat zwierząt okazał się pełen istot, które aż się prosiły o umieszczenie w opowiadaniu. Cieszę się, że mile się zaskoczyłaś :)

Humor, już tradycyjnie, przedniej jakości, wykonanie zacne, więc lektura okazała się szalenie satysfakcjonująca. ;D

Dziękuję bardzo :) Taki komentarz to dla mnie najlepsza motywacja.

spytałem, szarpiąc za klamkę. ―> …spytałem, szarpiąc klamkę.

Poprawione. To chyba najkrótsza łapanka, którą od Ciebie dostałem (aż sobie przypomniałem pierwsze opowiadanie tutaj – tam to był kosmos błędów ;p ). Oczywiście, to główna zasługa moich betujących, ale mam nadzieję, że będzie coraz lepiej.

Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za wizytę

 

Twoja wi­zy­ta to jak ocze­ki­wa­nie na wynik eg­za­mi­nu :P

Zanaisie, nie przypuszczam, że martwiłeś się o wynik egzaminu, bo przecież miałeś pełną świadomość, że się do niego świetnie przygotowałeś.

A ponieważ czujesz się zmotywowany, pozostaję z nadzieją, że opisanie kolejnych spraw detektywa Lowina jest kwestią czasu.

I dodam jeszcze, że im krótsza jest łapanka, tym większa przyjemności z lektury. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorko, łapanka o tej długości jest chyba największym komplementem dla moich starań przy betowaniu, jakiego mógłbym oczekiwać! Bardzo dziękujemy!

Ślimak nawet podczas bety wspominał, że Regulatorka coś znajdzie, ale takiej ilości się nie spodziewał :)

A ponieważ czujesz się zmotywowany, pozostaję z nadzieją, że opisanie kolejnych spraw detektywa Lowina jest kwestią czasu.

Im dalej, tym trudniej :) 

Ślimaku, jako betujący spisaliście się wszyscy – i Ty, i Koimeoda, i Sagitt. Tak trzymać! :)

 

Zanaisie, zdaję sobie sprawę, że kolejna cześć to większe wyzwanie, a jednocześnie obawa, czy rzecz nie okaże się wspomnianym przez Ciebie odgrzanym kotletem. Dlatego najlepiej będzie, jeśli sam ze sobą uzgodnisz, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym cyklem. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sześćdziesiąty dziewiąty komentarz pod tym opowiadaniem. Nie mogłem sobie odmówić – ponownej – przyjemności. Gratki dla autora jak i dla betujących – naprawdę dobra robota.

Niech na dowód starczy, że sam cytuję Lowina i Lowin stał się “zwierzątkiem portalowym” (choć sam by się obraził o takie określenie i wyciągnąłby konsekwencje, czytaj: procę)

entropia nigdy nie maleje

Boskie. Aż zatęskniłem do czarno-białego Bogarta. :-)

W między czasie zajrzę do kolejnego Lowina.

Hej, Jimie

Dziękuję, dziękuję. Dla mnie “Portalowe zwierzątko” brzmi całkiem fajnie, ale Lowin coś gada, że już ma Cię na oku…

 

Cześć, ManeTekelFares

Dzięki :) Na Youtube jest dużo Bogarta, sam czasem zerkam :)

Zapraszam do Frontu Wyzwolenia!

To tak… Ogólnie czytało mi się to lepiej niż “Wyzwolenie Bobra”. Zarówno lepiej wczułem się w klimat i historię, jak i humor bardziej przypadł mi do gustu – o ile tam było go gęsto, to konkretnych “żartów” zapamiętałem niewiele, a tutaj sądzę, że będzie zdecydowanie więcej ;) Jedynym zgrzytem jest sama intryga, która momentami wypada groteskowo (łatwość, z jaką Grażyna przyznała się do winy; motyw Nakamury, który porywa dziecko, bo niszczą go rachunki za prąd xP ). Jest to też oczywiście element komiczny i nie wiem czy specjalnie zastosowany, ale mimo wszystko mi nie pasował do tekstu.

Mimo to podobało mi się bardziej niż “Wyzwolenie”, i to mimo przewagi zaskoczenia w tym pierwszym. Jeśli zamierzasz kontynuować (a spróbuj nie, to fandom Cię zje :P ) to na pewno otwiera nowe możliwości i pobudza apetyt. Z chęcią zobaczyłbym następne części, jak i również bardziej ambitne próby w twoim wykonaniu (pewnie w najbliższym czasie zajrzę w jakieś twoje starsze opowiadania i czegoś poszukam, więc jeśli któreś byś polecił, to też byłbym zobowiązany :) ). No i oczywiście pamiętaj, że teraz oczekiwania wobec Lowina będą rosły ;P

Poza tym, odnosząc się do wcześniejszych komentarzy, zostawienie Penny w moim odczuciu wyszło całkiem naturalnie.

Jak dla mnie – lepsze niż “Bobry”. Czyli jesteś na krzywej wznoszącej. Noirowe tropy dobrze ograne, znowu mamy femme fatale, ale w innej roli, świat się rozrasta – mam szczerą nadzieję, że wystarczy Ci pomysłów na jeszcze kilka odcinków.

Humor bardzo różny: od świetnego (jętka głosząca koniec świata), przez niezły (wspomnienia modliszki o mężu), po taki sobie (parafraza sceny z “Jak rozpętałem II wojnę światową”). Fabuła pełni rolę drugorzędną wobec zabawy konwencją i to wcale nie jest złe (choć mogłoby być lepsze). Finał uroczy :)

Niezależnie od nominacji – kolejne przygody ropucha będą czytane.

Cześć, Golodh

Cieszę się, że czytało się dobrze (że nawet lepiej niż Front, to się zdziwiłem, ale nie narzekam).

Co do intrygi to tylko wyjaśnię te dwa podniesione przez Ciebie punkty – Grażyna specjalnie się przyznała, bo jej celem jest uratowanie poczwarka. Chciała, aby Preja wezwała pomoc, którą zamierzała wykorzystać do złapania porywacza w zamian za oddanie wizy. Natomiast Nakamura zamierzał zmusić porwaniem Grażynę do wykradzenia wizy, co spowodowałoby wizytę Wydziału Obywatelskiego (który zrobiłby całą “brudną” robotę za niego) i wygnanie Prei. Grażynę później by zastraszył albo zamordował.

Jeśli zamierzasz kontynuować (a spróbuj nie, to fandom Cię zje :P ) to na pewno otwiera nowe możliwości i pobudza apetyt.

Uprzejmie prosi się fandom o zrozumienie, że cykl opowiadań o tym samym bohaterze to wyższa szkoła jazdy, na którą nie jestem gotowy ;)

Z chęcią zobaczyłbym następne części, jak i również bardziej ambitne próby w twoim wykonaniu (pewnie w najbliższym czasie zajrzę w jakieś twoje starsze opowiadania i czegoś poszukam, więc jeśli któreś byś polecił, to też byłbym zobowiązany :) )

Ehm, miło mi, że zamierzasz spojrzeć na inne moje opowiadania, ale przyznam, że dużo tego nie ma. Pomijając Lowina, mam jeszcze dwa opowiadania o niezbyt rozgarniętej kurierce (Przygody Cess) i w sumie tyle; reszta nie trafiła do biblioteki:

– Miłość Syreny to retelling Małej Syrenki w klimacie dark fantasy

– Nigdy nie wierz słowu pijaka – to długi dark fantasy o porywaczu zwłok

No i oczywiście pamiętaj, że teraz oczekiwania wobec Lowina będą rosły ;P

No właśnie i tu jest problem ;)

Dzięki, że wpadłeś i zostawiłeś komentarz.

Pozdrawiam

 

 

Hej, Cobold

Jak dla mnie – lepsze niż “Bobry”. Czyli jesteś na krzywej wznoszącej.

Dziękuję :) Choć im wyżej wzlecisz, tym mocniej spadniesz…

mam szczerą nadzieję, że wystarczy Ci pomysłów na jeszcze kilka odcinków.

Presja rośnie! 

Co do humoru, pozwól, że się nie wypowiem, bo do każdego trafia co innego, ale fajnie, że najgorzej było “średnio”. Wiem, że fabuła mogłaby być trochę lepsza, mam nadzieję rozwijać się z każdym opowiadaniem.

Finał uroczy :)

Miał być smutny i melodramatyczny! ;)

Dziękuję za lekturę i do zobaczenia przy następnym Lowinie :)

 

 

 

Dalej jest lekkość, pozytywny ton. Wciąż wywołujesz uśmiech. Nadal trzymasz klimat noir kryminału. Ciągle, mimo zwichrowanych proporcji (czytałam komentarze ;)), zwierzaki są zwierzakami nie tylko z nazwy, ale zachowują swoje zwierzęce cechy.

Mam wrażenie, że językowo poczynasz sobie śmielej niż w poprzednim Lowinie. Perełki wypisała już Jose, więc nie będę powtarzać.

Zastanawiam się, który z Lowinów podoba mi się bardziej i szczerze mówiąc nie potrafię odpowiedzieć. Jednak ta historia wydaje mi się jakaś taka pisarsko dojrzalsza, jakby Piórko dodało Ci skrzydeł ;)

Jeśli o mnie chodzi, możesz zaliczyć następne :) Znaczy na TAK jestem :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej, Irka_Luz!

Dalej jest lekkość, pozytywny ton. Wciąż wywołujesz uśmiech. Nadal trzymasz klimat noir kryminału. Ciągle, mimo zwichrowanych proporcji (czytałam komentarze ;)), zwierzaki są zwierzakami nie tylko z nazwy, ale zachowują swoje zwierzęce cechy.

Dziękuję. Tekst był pisany z obawą, czy dorówna wcześniejszemu i tak samo wzbudził pewne zastrzeżenia co do realizmu. Proporcje ograniczają, a skoro to jednak wymyślony świat to niech będzie jak jest :)

Mam wrażenie, że językowo poczynasz sobie śmielej niż w poprzednim Lowinie. Perełki wypisała już Jose, więc nie będę powtarzać.

Nowy teren, czyli insekty, to nowe możliwości. Z jednej strony wiedziałem już, że mój typ humoru ma odbiorców, z drugiej bałem się powtarzalności ;)

Zastanawiam się, który z Lowinów podoba mi się bardziej i szczerze mówiąc nie potrafię odpowiedzieć. Jednak ta historia wydaje mi się jakaś taka pisarsko dojrzalsza, jakby Piórko dodało Ci skrzydeł ;)

Na pewno mi ich nie podcięło :P Z poprzedniego Lowina wyniosłem głównie dwie lekcje:

  1. Mniej dowcipów.
  2. Więcej fabuły.

Na szczęście, zwierzaki jeszcze raz okazały się wdzięcznym tematem. 

Jeśli o mnie chodzi, możesz zaliczyć następne :) Znaczy na TAK jestem :)

Dziękuję bardzo :)

Dawno się tak nie ubawiłem :D Idealne proporcje wartkiej akcji i ciętych żartów. Zmyślnie skonstruowane postacie, wręcz zmuszające do uśmiechu, jeszcze przed swoją pierwszą wypowiedzianą kwestią. Fajna konstrukcja świata. Chapeau bas za połączenie komedii, noir i antropomorficznych zwierząt.

Czekam na więcej i pozdrawiam :)

Sympatyczne, poprawiające humor :). Nadal pamiętam pierwszą część. Umiejętnie wplatasz cechy gatunkowe czy nasze wyobrażenia o zwierzętach. Fajny pomysł z drugą panią detektyw, a i sama postać udana. Jedno tylko mi nie podchodziło (i nie rozumiem jej), że Penny tak się kleiła do bohatera. Co innego poflirtować troszkę, a co innego tak nachalnie.

 

Powodzenia w konkursie :)

Monique.M

Może bardzo zdesperowana była ;-) Albo bardzo chciała się zemścić na byłym ;-)

entropia nigdy nie maleje

Może :). Ale dla mnie jakby szacunku do siebie nie miała, a tak to fajna, inteligentna i dowcipna postać, którą bardzo polubiłam:)

Hej, PanieDomingo

Dzięki za wizytę i komentarz. Miło mi, że się podobało :)

Pozdrawiam serdecznie

 

Hej, Monique.M

Dziękuję, fajnie, że druga część też przypadła Ci do gustu :)

Co do Penny: jak sama twierdzi, po rozstaniu potrzebowała pocieszenia. Zdarza się, że wolność nieco uderza do głowy i po związku wpada się w wir zabawy. To tyle smutnej nieoficjalnej wersji.

Oficjalna jest taka, że urok osobisty Lowina zwalił ją z łap.

A taka mniej oficjalna brzmi następująco: chciałem odwrócić role łamacza damskich serc i uległej niewiasty ;)

Sam polubiłem Penny – dobrze uzupełniała Lowina. W końcu starcie z dżdżownicą i szerszeniem wygrali wspólnymi siłami. 

Pozdrawiam

Zobaczyłam detektywa Lowina i nie mogłam się powstrzymać. To inny tekst poprzedniego, nieco mniej mroczny, za to z chyba większą liczbą humorystycznych komentarzy. Jestem fanką tego:

Uznałem, że cały dom wygląda na staroświecki. Ściany obwieszono obrazami i rzeźbami o tematyce religijnej. Rozpoznałem tylko narodziny Jeżusa w Beetlejem i wygnanie kotów z Kartonu. Religia nie jest dla mnie. Za często spotykam pokusy.

Poza tym warsztatowo również bardzo dobrze, fajny, noirowy kryminał, w którym trzymasz porządne tempo i nie dajesz się nudzić. ;) Odwrócenie ról Lowina i Penny też udane.

Zostaw ten żyrandol.

Hej, Verus

Zobaczyłam detektywa Lowina i nie mogłam się powstrzymać.

Lowinowi bardzo milo, że nie oparłaś się jego zwierzęcemu magnetyzmowi!

 

Tekst jest trochę “mroczniejszy”, ale mam nadzieję, że nie za bardzo.

Dzięki za wizytę i cieszę się, że tekst przypadł Ci do gustu :)

Pozdrawiam

W końcu dotarłam, choć potrzebowałam morza czasu na to ;)

Mam mieszane uczucia. Pierwsza odsłona przygód dzielnego detektywa tak mi się podobała, że przy drugiej oczekiwałam miliona fajerwerków, a dostałam tylko pół miliona (;p), więc poczułam lekki zawód. Na wiele sposobów pierwsze opowiadanie podobało mi się bardziej – bo było nowe, świeże, lekkie i pełne wisienek i rodzynków. W drugim czytelnik już wie, czego się spodziewać, i choć świetnie utrzymujesz noirowy klimat, to nie do końca jest to samo ;) Oczywiście jednak tekst jest po prostu dobry sam w sobie. I dlatego właśnie mam mieszane uczucia.

Waham się między stwierdzeniem, że jest dobrze, a stwierdzeniem, że główna siła Twojego tekstu leży w formie, a nie w treści. Że więcej jest tu tych smaczków, zabawy słowem i konwencją, niż pomysłu na fabułę. I między innymi dlatego tak długo wahałam się z oceną i skomentowaniem tego opowiadania. Po namyśle jednak stwierdzam – a co tam. Nie ma co szukać dziury w całym. Pierwsza odsłona przypadła mi do gustu bardziej, ale to nie znaczy, że druga jest zła. Bo nie jest. A ja jestem na TAK.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Widzę, że sporo osób przybywa i komentuje już ze znajomością poprzednich przygód Lowina, a ja akurat zaczynam właśnie w tym miejscu i dlatego też doświadczyłam w pełni tej świeżości materiału. Bardzo przyjemnie się czytało! Czasami przy zbyt dużej ilości błyskotliwych, dwocipnych zdań następujących jedno po drugim, mam wrażenie takiej “błyskotliwości na siłę” (zwłaszcza w swoich tekstach!), ale u Ciebie w ogóle tego nie czułam, zamiast tego czytałam z uśmiechem na twarzy :) Chyba już wiem, po co sięgnąć, gdy będę miała gorszy dzień, żeby poprawić sobie humor ;)

Hej, Joseheim,

już myślałem, że o mnie zapomniałaś!

Pierwsza odsłona przygód dzielnego detektywa tak mi się podobała, że przy drugiej oczekiwałam miliona fajerwerków, a dostałam tylko pół miliona (;p), więc poczułam lekki zawód.

Zaraz, zaraz. Sequele przebijające część pierwszą to wyjątki! Zostałem obarczony nierealnymi oczekiwaniami! Strach pisać część trzecią, chociaż ćwierć miliona fajerwerków też brzmi dobrze ;)

Na wiele sposobów pierwsze opowiadanie podobało mi się bardziej – bo było nowe, świeże, lekkie i pełne wisienek i rodzynków. W drugim czytelnik już wie, czego się spodziewać, i choć świetnie utrzymujesz noirowy klimat, to nie do końca jest to samo ;)

Tak to jest z cyklami… <smętnie zwiesza głowę>

Waham się między stwierdzeniem, że jest dobrze, a stwierdzeniem, że główna siła Twojego tekstu leży w formie, a nie w treści. Że więcej jest tu tych smaczków, zabawy słowem i konwencją, niż pomysłu na fabułę.

Masz rację, w Lowinie jakoś bardziej przemawia do mnie cała otoczka niż skomplikowana fabuła. Pisarz kryminałów ze mnie nie będzie, ale też sądzę, że w tych 30-40k znaków mogłem pójść albo w fabułę, albo w humor i postacie. Niektóre sytuacje prosiły się o żarty, a wszystko zabiera kolejne znaki.

Po namyśle jednak stwierdzam – a co tam. Nie ma co szukać dziury w całym. Pierwsza odsłona przypadła mi do gustu bardziej, ale to nie znaczy, że druga jest zła. Bo nie jest. A ja jestem na TAK.

Twój komentarz nastawiał mnie raczej na NIE, a tu taka niespodzianka :P Dziękuję i cieszę się, że pół miliona fajerwerków nadal jest dobre :)

Pozdrawiam serdecznie

 

 

Hej, adanbareth,

Dziękuję za wizytę i miłe słowa. Jeśli Ci się spodobało to zapraszam do pierwszych przygód Lowina “Detektyw Lowin kontra Front Wyzwolenia Bobra”. Co do “błyskotliwości na siłę” to w Twoim tekście na Tajemnice Światów tego nie odczułem :)

Pozdrawiam

 

 

Myślę (jakby mnie kto pytal o zdanie), że gdyby przygod Lowina bylo milion, lub chociaż pol miliona, to moze rzeczywiście czlek poczulby przesyt i stwierdzil, ze to jedno i to samo. Ze sobie pozwole na cytat: nawet najpiekniejszy sen, jesli trwa ciagle i nie chce sie skonczyc, zamienia sie w koszmar. Ponieważ Lowina jest nie milion, a dwa (;)), to ciężko, aby moglo sie nie podobać i odrzucać :) Zanaisie, kiedy coś o Lowinie i pajęczakach, jakas Sheelopa, czy coś? ;)

I żeby było jasne, czekam na kolejne części! (No pressure).

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo dobry tekst, ale, by najtrudniejsze mieć za sobą, w moim osobistym odbiorze – niepiórkowy.

Bardzo chcę kolejnych Lowinów, bardzo bym czytała autorski zbiór z Lowinami, bardzo czekam na następny odcinek.

Ale o ile pierwsze opko było piórkowe głównie dzięki świeżości i zaskoczeniu, tu już jest pewna formuła – publikowalna, papierowa bym rzekła, ale efekt wow już nie tego kalibru.

Oraz: jak dla mnie minimalnie przeszarżowałeś tu z chandleryzmem, choć oczywiście ogólnie dodaje to smaku. Ale może o jedną ciętą ripostę za dużo?

Co powiedziawszy, powtarzam to, co już napisałam: czekam z radością na dalsze części, pozostając wierną czytelniczką.

 

Była zielona, ale nosiła się na czarno.

Moje ulubione zdanie tego odcinka heart

http://altronapoleone.home.blog

Cześć, Drakaino

Cóż mogę powiedzieć. Cieszę się, że jesteś zadowolona z lektury i trochę żal, że nie wystarczajaco ;)

W sprawie kolejnych Lowinów zaczynam wątpić, czy jest sens. Jesteś już kolejną osobą, która siłę poprzedniego Lowina widzi głównie w zaskoczeniu formą i konwencją, więc cykl sam z siebie nie może już tego osiągnąć. Trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny :)

Dziękuję za odwiedziny i pozdrawiam!

Jesteś już kolejną osobą, która siłę poprzedniego Lowina widzi głównie w zaskoczeniu formą i konwencją, więc cykl sam z siebie nie może już tego osiągnąć. Trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny :)

Och, nie…

 

Nie, to nie tak. Ten Lowin jest nadal świetny, niemniej tamten był bardziej piórkowy. Trudno powiedzieć, na czym to polega, ale nie był piórkowy tylko z powodu zaskoczenia konwencją. Po prostu był. Z piórkowymi tekstami i seriami jest problem, bo są wysokie oczekiwania. Ale brak piórka nie przekreśla tekstu, a tym bardziej serii. Ja akurat mam dwa piórka za opowiadania z serii, ale to raczej przypadek, bo to inny typ serii. I nie mam za pierwsze opublikowane w tej serii. Natomiast często tak jest, że pierwsze użycie pewnej konwencji jest najlepsze, bo i dla autora najświeższe. Pisząc pierwszego Lowina, jak mniemam, z niczym się nie “ścigałeś”, nie widziałeś przed sobą progu do przeskoczenia, nie rywalizowałeś z samym sobą. Dlatego wyszło na super ekstra. Ale to naprawdę nie znaczy, że jest źle i że seria się przeżyła.

Wręcz przeciwnie, powtórzę: chętnie bym przeczytała wydany oficjalnie zbiór Lowinów. Kupiłabym. Rozkoszowałabym się. Na pewno miałabym w takim zbiorze teksty ulubione i mniej ulubione. Może nawet trafiłby się taki, który subiektywnie uznałabym za słabszy. Czy to przekreśla ideę takiego zbioru? Nie!!!

 

PS. Planowałam odpisanie natychmiast, jak tylko przeczytałam koment, ale akurat wtedy padł portal XD

http://altronapoleone.home.blog

Ja mam tak, że – jak ten tekst mi się podobał – tak piórkowo będę na NIE. To nie znaczy, że go nie doceniam, bo mi się podobał, czytałam go z przyjemnością, uważam, że nadal spójnie i pomysłowo ogrywasz konwencje czarnego kryminału i sprytnie a umiejętnie łączysz go ze zwierzęcą konwencją. Natomiast mam wrażenie, że ten tekst – dobry, udany, pomysłowy, sprawnie napisany – jest chwilami nieco przedobrzony i dociążony “fajnością” trochę za bardzo (patrz quasi-polskie motywy, na przykład). Powiedzmy to tak: jeśli w skali szkolnej piórko to 6,0, to twój tekst jest na 5,5.

Dziś poznałem Lowina po raz pierwszy i podobało mi się to opowiadanie. Przemyślane i pełne humoru. Dzięki za miłe chwile spędzone na czytaniu.

Wpa­dam w końcu z piór­ko­wym ko­men­ta­rzem. I, żeby zbyt­nio nie prze­dłu­żać, po­wiem wprost, że je­stem na NIE. 

Głów­ną wadą tego opo­wia­da­nia jest za­pew­ne to, że to dru­gie opo­wia­da­nie z cyklu. To zna­czy – “Front” chwy­tał czy­tel­ni­ka świe­żym, lek­kim po­dej­ściem i zgrab­nym mik­sem kry­mi­na­łu noir i świa­ta zwie­rzę­cej drob­ni­cy. I nie­ste­ty, zna­jąc wcze­śniej­szą część, ten ele­ment świe­żo­ści nie gra już tak jak wcze­śniej. Nie zro­zum mnie źle, cią­gle spraw­nie ogry­wasz te kli­sze i czyta się z przy­jem­no­ścią. Ale o ile pierw­szy tekst mógł oprzeć się na samym kon­cep­cie na świat, to na dłuż­szą metę po­trze­ba cze­goś wię­cej, so­lid­ne­go mię­ska, które kon­cep­tem bę­dziesz tylko do­pra­wiał. A nie­ste­ty tutaj nic ta­kie­go nie ma. Jest wię­cej tego sa­me­go, ale tylko wię­cej tego sa­me­go, nic ponad to. A jeśli wy­kre­śli­my ten ele­ment od­świe­ża­ją­ce­go po­dej­ścia, to po­zo­sta­je nam tylko przy­jem­ne czy­ta­deł­ko. I bar­dzo do­brze, bo ja przy­jem­ne czy­ta­deł­ka lubię. Ale na piór­ko to zde­cy­do­wa­nie za mało. 

Wiem też, że przy tak ab­sur­dal­nym świe­cie przed­sta­wio­nym nie bar­dzo jest sens szu­kać w nim lo­gi­ki, ale jed­nak tro­chę mam pro­blem z wizją świa­ta, w któ­rym z jed­nej stro­ny la­ta­ją in­te­li­gent­ne, owa­do­żer­ne ro­pu­chy, jeże i ry­jów­ki, a z dru­giej rów­nie sper­so­ni­fi­ko­wa­ne owady, sta­no­wią­ce ich po­ży­wie­nie. Po pro­stu na­tu­ral­nie two­rzy to taki dy­so­nans, że wizja two­je­go świa­ta sypie się w szwach. No chyba, że zro­bisz z tego an­ty­uto­pię eks­plo­ru­ją­cą te wątki. Ko­lej­ny raz w ko­men­ta­rzu pod Lo­wi­nem skie­ru­ję cię do ko­mik­sów z serii Black­sad, jeśli ich nie znasz – tam też masz zwie­rzę­cy kry­mi­nał noir, cho­ciaż na po­waż­nie (za to jak pięk­nie na­ry­so­wa­ny!) Ale tam hi­sto­rie to nie tylko tło dla po­ka­za­nia ko­lej­nych za­baw­nych po­my­słów, tam są po­ru­sza­ne na­praw­dę po­waż­ne te­ma­ty i nie spo­sób od­mó­wić im tre­ści.

W każ­dym razie, wra­ca­jąc jesz­cze do tego dy­so­nan­su u cie­bie: z jed­nej stro­ny wiem, żeby tej lo­gi­ki się nie do­szu­ki­wać. Z dru­giej stro­ny za­bra­kło mi moc­niej­sze­go po­cią­gnię­cia bio­lo­gicz­nych cech two­ich zwie­rzę­cych bo­ha­te­rów. To zna­czy – masz scenę walki dżdżow­ni­cy-nin­ja i je­ży­cy, ele­ganc­kiej de­tek­tyw. No i bio­rąc pod uwagę, że dżdżow­ni­ce sta­no­wią przy­smak i ważny ele­ment diety jeży, roz­cza­ro­wa­łem się, że tego nie wy­ko­rzy­sta­łeś, a je­ży­ca osta­tecz­nie jej nie ze­żar­ła.

Humor w tej czę­ści jakoś mniej mi pod­pa­so­wał. Po­przed­nia miała przede wszyst­kim sym­pa­tycz­ny język i tyle. Tutaj z jed­nej stro­ny po­wta­rzasz tro­chę tek­stów z po­przed­niej czę­ści, z dru­giej rzu­casz żar­ta­mi jak dla mnie mocno wy­mu­szo­ny­mi. Wiem, że to wszyst­ko kwe­stia gustu, ale jak dla mnie te nazwy stylów walki czy Pszczolska były raczej drętwe i na siłę. Moim zdaniem przeszarżowałeś i zgubiłeś wcześniejszy lekki, nienachalny humor.

Pod­su­mo­wu­jąc – przy­jem­ne i lek­kie, ale tylko tyle. I wiem, że tylko tyle chcia­łeś osią­gnąć, bo gdzieś o tym pi­sa­łeś. Ale jeśli miał­bym czy­tać dalej o Lo­wi­nie (a w za­sa­dzie bym chciał), to chciał­bym od niego cze­goś wię­cej. Ja­kiejś tre­ści poza samą za­ba­wą po­my­słem.

Hej, Natrof

Dzięki za wizytę i cieszę się, że się spodobało :)

 

Cześć, Ninedin

Twoja ocena to i tak dużo, jak dla tego tekstu. Dziękuję za wizytę i cieszę się, że nie żałujesz lektury.

Pozdrawiam serdecznie

 

Hej, Arnubisie

Dzięki za rozbudowany komentarz, który choć bolesny, dał mi wiele do myślenia i ogólnie bardzo pomógł pod kątem pisania. Właściwie wraz z pozostałymi komentarzami pod tym i poprzednim Lowinem uświadomił mi parę rzeczy.

Po pierwsze, nie ma co się bawić cykle z tymi samymi bohaterami. Przynajmniej tu na portalu. Tak miałem z Cess, tak jest i z Lowinem. Może to wyższa sztuka, którą z pewnością nie opanowałem, żeby utrzymać podobną formę, może kiedyś się znów spróbuję.

Po drugie, nic dziwnego, że pisanie humorystycznych tekstów jest zawsze określane jako “dla zaawansowanych”. Już przeczytałem, że w pierwszym humoru było za dużo, nie był subtelny, w drugim, że za mało i też niskich lotów. Poczucie humoru mam jedno, więc go raczej nie zgubiłem, najwyżej nie trafiłem żartami. W każdym razie ja i humor w przyszłych opowiadaniach się rozstajemy:

 

 

Co do braku głębszych treści – pełna zgoda. Jeszcze nie potrafię zmieścić w 40k znaków pełnej fabuły, żartów, rozmów i otoczki problemów np. socjologicznych. Mea culpa. Trzeba się uczyć i wypełniać opowiadanie mięsem. Zrozumiano.

Tak więc dziękuję za pokazanie odpowiedniego kierunku rozwoju.

Lowinowi dajmy literacko umrzeć :)

Pozdrawiam serdecznie

 

Lowinowi dajmy literacko umrzeć :)

Zanaisie, nie rób drama queen, pliiiiiz! Nie mirmiłuj, jeśli wolisz!!!!

 

Pomyśl, ilu opowiadaniom Sapkowskiego (tak, celowo mierzę tak wysoko) – które są przecież jego największym osiągnięciem – dałbyś piórko? Tu w prawej szpalcie masz kolejność ich ukazywania się w czasopismach. No więc lecąc po kolei ja bym głosowała na TAK na pewno “Wiedźmina” (za świeżość i efekt wow pierwszego razu), a potem dopiero po kolei na “Mniejsze zło” i “Kwestię ceny”. Z późniejszych rozważyłabym “Kraniec świata”. I tyle. Pozostałe nie są “piórkowe”. Czy to znaczy, że są to złe teksty, których Sapkowski nie powinien był pisać, a tym bardziej publikować? Absolutnie nie! Po prostu w obrębie twórczości autora nie są to rzeczy aż tak dobre jak inne. Jak napisała ninedin – to jest różnica między 6 a 5+, a nie jedna przypadkowa szóstka u trójkowego ucznia. No i nominacja to już jest sporo, naprawdę, mimo że jej nie widać w profilu. Natomiast nominacja oznacza, że dostaje się trochę więcej solidnie uzasadnionych komentarzy – uzasadniających “nie”.

Jak może zauważyłeś, Arnubis też prosi o więcej Lowina. Bo to się świetnie czyta, poza tym naszkicowałeś detektywowi historię, więc szkoda byłoby jej nie opowiedzieć. Oczywiście, nie opowiesz jej, jeśli będziesz czuł presję piórka i dorównania pierwszemu odcinkowi.

A poza tym powiem tak: skoro wykreowałeś rozpoznawalnego bohatera i ludzie chcą go więcej, to znaczy, że stworzyłeś markę, a to jest spore osiągnięcię.

Podam Ci jeszcze dwa portalowe przykłady: jeden podobny do Twojego, ale niestety nieweryfikowalny, bo rrybaka z nami nie ma. On dostał równie entuzjastyczne piórko za rewelacyjny, skądinąd też lekko pastiszowy tekst na “Sowy i skowronki”. Potem pisał dalsze Nawigatory i to wszystko były solidne, nominowalne teksty, ale nie pamiętam, czy któryś jeszcze dostał piórko. A jednak były to opowiadania, po które bardzo chętnie sięgałam, bo właśnie gwarantowały mi solidną markę i dobrą lekturę. Jak Lowin. I bardzo żałuję, że ich nie ma na portalu.

Drugi przykład to ja sama. Nominacyjna weteranka ;) Z sześciu opowiadań z konkretnego cyklu dwa dostały piórka, w tym wcale nie pierwsze. Z uniwersum – trzecie. Ale z tego uniwersum jest na portalu opowiadań kilkanaście, a symboliczne seppuku popełniłam z powodu tego, że chcesz nie pisać więcej Lowina, a nie dlatego, że niektóre opowiadania, które sama szczególnie lubię, nie zyskały uznania w oczach Loży.

Podsumowując: Mirmiłku, nie desperuj ;)

 

http://altronapoleone.home.blog

Drakaino

Parsknąłem na obrazek z Mirmiłem :D

Zanaisie, nie rób drama queen, pliiiiiz! Nie mirmiłuj, jeśli wolisz!!!!

Heeej, próbowałem tego uniknąć!

Ja rozumiem, naprawdę. Pierwszy Lowin dostał piórko za świeży pomysł – w porządku. Drugi już nie ma tego atutu – ok. Tylko żaden kolejny również nie będzie miał. I tu ma Arnubis ma rację. Czegoś brakuje. Bo po wyjęciu humoru, który i tak nie wszystkim pasuje, co zostaje? Trywialna fabuła i setting, który już nie ciekawi. Następny Lowin dostałby następną zagadkę kryminalną, rzuciłby następną porcję żarcików i tyle. Pewnie, jest możliwość, aby tam wprowadzić jakiś głębszy obraz konfliktów społecznych czy problemów z imigrantami itp. ale, kurczę, powiem szczerze, że nie potrafię napisać takiej satyry :P

Dlatego tak, widzę, czemu pierwszy Lowin zyskał, ile zyskał. Bardzo dziękuję za wszystkie wyróżnienia. Po prostu przy moim obecnym poziomie warsztatu i umiejętności nie czuję szans wybicia przyszłych Lowinów ponad poziom tego, co tu zaprezentowałem :)

Dziękuję Ci za długą odpowiedź :)

Nie! Nie przestawaj! Mi się bardzo podobało (no, poza tym, że kibicowałam Penny, a ten Lowin taki nieczuły ;-; ) i ja bym Ci piórko dała :) Fakt, nie czytałam poprzedniego (i z kilku powodów na razie tego nie zrobię), niemniej następnego przeczytam na pewno.

A jak nie będzie następnego, to się obrażę. :P

Zanaisie, ja nie wymagam głębszych konfliktów społecznych. Jeśli Ty byś miał taką potrzebę – proszę bardzo. Aczkolwiek imho Sapkowski na tym się wyłożył. Za dużo konfliktów społecznych w rozrywkowej fantastyce szkodzi. A co jest złego w rozrywkowej fantastyce?

Mnie się Lowin podoba taki, jaki jest. I niech taki zostanie. Naprawdę 5+ to taka tragedia po jednym celującym?

Powtarzam: mirmiłujesz.

http://altronapoleone.home.blog

Zanaisie, te pięć TAKów powinno Ci wyraźnie dać do zrozumienia, że na bezterminowy urlop Lowina jeszcze za wcześnie :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej, Bellatrix

Cieszę się, że przypadło Ci do gustu. Gdyby Lowin i Penny zostali parą to tytuł byłby trochę nie tak ;)

Jak kiedyś będziesz mogła to zapraszam do poprzedniego Lowina.

Pozdrawiam serdecznie

Jak obiecasz, że co najmniej przemyślisz ten urlop Lowina, to napiszę Ci na priv. czemu na razie z poprzednim czekam. A powód pewnie Ci się spodoba i zrozumiesz ;)

 

PS. No i zaraz tam parą… ale trochę pomiziać się mogli ;)

Nie mirmułuj, kontynuuj. Też polubiłam ropucha,  a to dowód. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Bóstwo portalu przywraca Lowina portalowiczom

 

http://altronapoleone.home.blog

Kapitalny!, Drakaino! :D

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Haaaa :D

Drakaino, obrazek świetny! Nie wiem, które granice internetu odwiedziłaś, ale było warto.

 

Dobra, już bez mirmiłowania. Cieszy mnie szeroki odzew publiki i chęć ujrzenia kolejnego Lowina. Nie udało się zdobyć piórka, ale zyskałem ogólny wgląd w problemy Lowina i na przyszłość będę starał się ich uniknąć.

Natomiast Lowin na portalu już się RACZEJ nie pojawi z prostego powodu – chcę go dać gdzieś dalej. Marzy mi się zbiór opowiadań wysłany do jakiegoś wydawnictwa albo nawet opowiadanie posłane do NF czy Białego Kruka. Może się uda, może nie, ale chcę spróbować napisać coś bez narzuconej fabuły czy limitu znaków. A nuż się uda…

Tak więc dziękuję za miłe słowa i mam nadzieję przedstawić Lowina kolejnej publiczności :)

 

Ale wiesz, że w Fantazmatach możesz dać teksty, które były na portalu? A droga do publikacji długa, więc szybko tego nie zobaczymy :( W Esensji też biorą recykling z portalu i innych netowych miejsc, pod warunkiem zdjęcia z oryginalnego miejsca. Tu praktykujemy zazwyczaj taką metodę, że zostawia się mały fragment, zajawkę, i link do antologii czy zinu.

W Białym Kruku był niedawno nabór o fantastycznych zwierzętach, ale już się skończył…

 

A obrazek znalazłam po prostu wyszukując Wind in the Willows Toad. Oryginalny kontekst jest oczywiście inny, ale spasowało ikonograficznie ;)

http://altronapoleone.home.blog

Zanaisie, tylko daję znać, że pamiętam o komentarzu dla Ciebie. Pozytywnym ze wszech miar i TAKtownym. Ale uzbrój się nieco w cierpliwość.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Spokojnie, Chrościsko :) Już po ptakach, ale każdy komentarz (nawet tylko krytyczny) dużo dla mnie znaczy, więc będę czekał :)

Zanaisie, to daj znać, jak Ci się uda wydać. Chętnie kupię :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Wątpię, żeby do tego doszło, ale zamierzam próbować ;)

Zanaisie, przepraszam, że tak późno, ale ten kwiecień był dla mnie nieco szalony. Opowiadanie przeczytałem jakiś czas temu. Byłem na TAK i to był dość mocny TAK

Świetny styl, humor i co najważniejsze nie ma nudy. Bardzo dobrze wyczuwasz, kiedy należy podkręcić akcję, kiedy dać twist, a kiedy można sobie pozwolić na nieco śmiechu. To naprawdę niełatwa rzecz, a u Ciebie zdaje się to wszystko wychodzić naturalne.

Bardzo dobre scenki damsko-męskie.

 

Słabych stron nie dostrzegłem. No może poza jedną. Przedmowa.

 

Uwaga! Opowiadanie nie zawiera głębszych treści – przed lekturą proszę wyjąć kij z odwłoka :)

To naprawdę zbędne. Bo nie dość, że zalatuje asekuracją, to jeszcze nosi przesłanki manipulacji czytelnikiem. Bo sugerujesz między wierszami, że jak kogoś Twój tekst nie ubawi, to ma kij w odwłoku.

 

Dodam na koniec, że nie miałem jeszcze okazji przeczytać wcześniejszego opowiadania z tego uniwersum, więc nie wiem, w jakim stopniu to opowiadanie jest unikalne samo w sobie, a w jakim bazuje na tekście poprzednim.

 

Moja ocena:

Ocena: 5.3/6

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Cześć, Chrościsko

Pięknie dziękuję :) Szczególnie cieszy uznanie dla scenek damsko-męskich, bo to zawsze trudny temat.

Co do przedmowy, masz rację – faktycznie, wyszło dość asekuracyjnie. Na pewno wezmę sobie do serca :)

Dziękuję za TAK i zapraszam w wolnym czasie do poprzedniego Lowina.

Pozdrawiam serdecznie

Cześć, Zanaisie. No, doczłapałam się w końcu :)

Aż trochę boję się to pisać, widząc, co tu się działo w komentarzach, ale przyznam, że po lekturze miałam trochę mieszane odczucia. Nie zrozum mnie źle – to solidny tekst, portalowy pewniak, więc zasiadałam do niego wiedząc, że dobrze spędzę przy Twoim opowiadaniu czas. I tak było. Przy tekstach takiej długości tu, na NF, zdarza mi się tracić zacięcie do czytania jednym cięgiem, a tutaj nawet nie zauważyłam, jak już się skończyło. Piszesz lekko i wciągająco, gładko. To się chwali. Przedstawiony świat również utrzymuje poziom poprzednika i, jak na dobrego następcę przystało, rozwija go o nowe elementy. Dostajemy więc dzielnicę owadów i sztuki walki, wzbogacone o odpowiednie nazewnictwo (Dzik Kuna-do to mój zdecydowany faworyt).

Natomiast muszę przyznać, że jednak przy pierwszym Lowinie bawiłam się lepiej. Tutaj trochę raziły mnie odwołania do Indii, Polski, ogółem wyraźnie mocniejsze nawiązania do naszego świata, nieco chyba też rozmył się klimat noir. Scena z pszczołą Grażyną – to właściwie powtórzenie dowcipu z “Jak rozpętałem drugą wojnę światową”, co tam bawiło, a tutaj można co najwyżej się uśmiechnąć z myślą “O, wiem, do czego to nawiązuje”. Więc humor w moim odczuciu wypadł tu bladziej, ale było pole, na którym prequel mógł błysnąć: fabuła. Ta jednak jest bardzo standardowa, jakiejś wielkiej zagadki nie ma, postaci też jest na tyle mało, że prawdziwy sprawca nie jest żadnym zaskoczeniem (no bo wiadomo, że to musi być ktoś, kogo czytelnik poznał wcześniej). Średnio przekonały mnie też zaloty jeżycy. Takie to z pogranicza molestowania, szczerze mówiąc.

Natomiast całokształt mi się podobał. Lubię ten dystans Lowina do samego siebie, to, że mu nie całkiem wszystko wychodzi, że miewa pecha, ale też – że znajdujesz w tym wszystkim umiar.

A zakończenie to wisienka na torcie ;)

Hej, Silvo

Dziękuję za miły komentarz, bo nie dość, że długi to jeszcze “zarzuty” są nie tak poważne ;)

Zauważę tylko, że w pierwszym Lowinie też byli Polacy – szczurzy imigranci, choć nie wnikałem tam za bardzo w ich pochodzenie. Humoru również tam było więcej, ale też pojawiły się zarzuty, że za dużo, więc tutaj trochę odpuściłem. Szukanie złotego środka co do humoru to trudna sprawa, a ja humorystycznych tekstów za wiele nie napisałem (Cess, Lowin i jedno opowiadanie o armii owiec walczących z wilkiem, ale tego wolę nie publikować ;p ).

Na pewno nie podoba mi się, jak tutaj wyszła fabuła i zgadzam się, że mogło być lepiej. Wychodzą mi za długie rozmowy i znaki uciekają. Ponadto, planując kolejnego Lowina zauważam, że problem jest u niego z fantastyką. O ile pierwszy był świeży, to dalej zostaje “tylko” kryminał ze zwierzątkami. A trochę dziwnie byłoby tu wprowadzić magię i bóstwa. Na specyficznych charakterystykach zwierzątek można ujechać tylko do pewnego momentu. Dlatego cieszę się, że Lowin zdobył, co zdobył i niech już idzie na emeryturę :)

Miło mi, że nadal dobrze się przy nim bawiłaś i pozdrawiam :)

Zanaisie, a właśnie, w pierwszym Lowinie te odniesienia aż tak nie rzucały się w oczy, więc i nie miałam na co narzekać ;) Swoją drogą zapomniałam wspomnieć w komentarzu – czy ta “Błękitna Małża” to też celowe odniesienie? ;)

Nie zaprzeczę :)

Dobre opowiadanie, ciekawe, z niezłym światem i poukładaną fabułą. Bohaterowie są z krwi i kości, widać, że nie istnieją tylko na potrzeby opowiadania, jakieś życie tam istnieje i toczy się, mimo że go nie śledzimy.

Było zabawnie, momentami aż za bardzo i chodzi mi tu o tę scenę w dojo. Akcja kryminału na moment zamieniła się w absurdalną komedyjkę, nie wiem czy przez dialogi, czy przez dziwnie porozciągane opisy. Poszła się przebrać do samochodu… jako żart fajne, jako część kryminału niezbyt, więc masz mieszane uczucia, co do tego fragmentu.

Wiem, że to nie pierwsze opowiadanie z detektywem Lowinem, nie wiem, co było w poprzednim niestety, ale spokojnie można czytać te bez tej wiedzy. Generalnie podobało mi się :D

I bardzo ładnie budowałeś emocje, przeżycia głównego bohatera i radzenie sobie z nimi. :)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Zacznijmy od Bacha gatunku.

Twój tekst zaliczyłbym do grupy fantastycznych kryminałów humorystycznych. Jest to grupa tak nieliczna, a gatunek tak mało eksploatowany, że oczywiście przy odpowiedniej jakości tekstu musi działać na korzyść autora. I działa.

Zaletą jest w tym przypadku nie tyle sam fakt porwania się na ów mało eksploatowany gatunek, ale to, jak płynnie i swobodnie łączą się ze sobą te trzy elementy: humor, kryminał i fantastyka. Wszystkie puzzle zdają się do siebie pasować, jeden element znakomicie uzupełnia się z drugim i w efekcie dostajemy niezwykle lekką, barwną opowieść.

Na pewno połączenie tych trzech ogniw i wymieszanie ich cech w taki sposób, by na końcu przedstawić dość świeży, atrakcyjny czytelniczo gatunek, uważam za jedną z największych zalet „Detektywa Lowina…”.

Humor…

Humor jest w zasadzie fundamentem tego opowiadania, który nie tylko dźwiga na swych barkach całą historię, ale również konkretne czytelnicze oczekiwania i nadzieje związane z opowiadaniem. Z tego też względu ów wątek powinien dostać najwięcej miejsca w moim komentarzu. Zanim jednak bezpośrednio o nim, poświęcę jeszcze parę zdań na temat pośrednio z humorem związany, a zatem… długość opowiadania.

Wydawać by się mogło, że to dwie zupełnie różne sprawy. Co ma humor do długości tekstu? Ano okazuje się, że jednak coś tam ma. I to wcale nie tak mało, jak się na pierwszy rzut oka wydaje.

Humor z początku zdaje się korzystać z pewnej przewagi (a może bonusu?), jaki zapewnia mu jego charakter. Mianowicie tekst lekki, jeśli go tylko przyzwoicie napisać, czyta się szybko. Humor przy odpowiedniej długości tekstu chyba trudniej czytelnika zmęczyć niż w przypadku poważniejszej historia, zaś lektura wiąże się (dzięki wspomnianej lekkości) z nieco mniejszym wysiłkiem.

Istnieje jednak pewna granica, przy której wspomniany bonus zanika, a sam humor – początkowy sprzymierzeniec – staje się coraz cięższy. Coraz więcej trzeba wkładać wysiłku, by humor wciąż był zaletą tekstu. Początkowa świeżość komizmu powoli powszednieje, a nie można bez końca szukać nowych zwrotów i dodatkowych elementów, które mogłyby stanowić kolejne powiewy świeżości.

Decyzję o tym, by w przypadku stricte humorystycznego tekstu (to ważne, bo moim zdaniem istnieje spora różnica między stricte humorystycznym opowiadaniem, a historią z domieszką humoru i jestem zwolennikiem tego, by te dwa gatunki rozróżniać) porwać się blisko 40 000 znaków uważam za bardzo odważną. I można było mieć pewne obawy, czy ten wspomniany ciężar humoru nie okaże się zbyt wielki.

Ty poradziłeś sobie dobrze. Po części dzięki pewnej różnorodności, jeśli chodzi o tempo opowiadania (spokojne wprowadzenie, niespieszna część oparta na przesłuchaniach i przyspieszenie w drugiej, gdzie bohaterowie rzucają się w wir działań), po części dzięki rozsądnemu wykorzystaniu wprowadzonych bohaterów (masz ich tu kilku i właściwie każdy dostaje tu swoje pięć minut, a zarazem nie wrzucasz tych postaci na „hurra” i łatwo się połapać, kto jest kim). Tekst czyta się szybko od początku do samego końca i nawet, jeśli ma on swoje przywary (Tak, tak! Pojawi się i rubryka „czepy”), to akurat na długość absolutnie nie można narzekać. Nawet na moment nie pojawiło się u mnie znużenie, czy też tęskne wypatrywanie ostatniej kropki.

No, ale miało być o humorze.

Humor, jak wspomniałem, jest kapitalnie ważnym elementem opowiadania, który w dużej mierze determinuje odbiór całej historii. W przypadku tekstów stricte humorystycznych fabuła i jej złożoność są jakby ciut mniej ważne (ale właśnie tylko ciut) niż w innych gatunkach, za to wobec humoru ma się konkretne oczekiwania.

Humor Ci tego opowiadania broni jak może. Obok omawianej wcześniej świeżości gatunkowej chyba najbardziej. To nie jest z pewnością humor „wykwintny”, nie jest też refleksyjny, szczególnie głęboki ani mocno metaforyczny. Przy czym żadna z tych uwag nie jest w żadnym razie zarzutem. Przeciwnie. Chcę podkreślić, że najważniejsze jest, by typ humoru był dopasowany do typu historii, a przy okazji, żeby był odpowiednio zróżnicowany.

U Ciebie ten humor doskonale współgra z bohaterami i historią. Widać tu dużą swobodę, znać, że dobrze czujesz się w tej konwencji. Spora część żartobliwych wstawek wydaje się być znana i przerabiana po wielokroć: nawiązania do relacji damsko-męskich, codziennej życiowej młócki ze wszystkimi jej odcieniami. Wszystko to znamy, nic nas szczególnie odkrywczością nie zaskoczy. A jednocześnie humor ów jest tu wprowadzany z niesamowitą swobodą. Żadnego balansowania na granicy rechotu, żadnej usilności, szorstkości, która z założeniu ma podkręcić żartobliwość tekstu, a bardzo często przypomina tylko jakiś akt desperacji, czyniący opowiadanie co najwyżej rubasznym.

Często wydaje się, że pisanie humoru polega na wymyślaniu śmiesznych rzeczy. Nie zawsze i nie do końca. Humor polega przede wszystkim na tym, by pisać w sposób zabawny. By umieć przedstawić dowolne zdarzenie ze swadą i humorem (przy czym owo zdarzenie wcale zabawne być nie musi), a jednocześnie, poprzez różne zabiegi, utrzymać ten żartobliwy wydźwięk tekstu na całej jego przestrzeni.

W takich przypadkach decydującym czynnikiem jest właśnie różnorodność. U Ciebie jest ona spora. To nie tylko najpopularniejszy motyw, czyli budowa humoru poprzez dialogi, ale również odpowiednie użycie ironii, „słowna elastyczność”, zabawa słowem, wprowadzanie metafor (nie mylić, z metaforycznością humoru ;)) i porównań.

Jednocześnie, tak jak prezentacja humoru w Lowinie jest bardzo zróżnicowana, tak już jego typ, niestety, jednorodny. Konsekwentnie trzymasz się dość swojskiego humoru, co z jednej strony dobrze pasuje do historii, z drugiej jednak – bardzo ją ogranicza. Nie pozwala wyjść poza ramy zabawnej opowieści. Brakuje tu jakichś drobnych przełamań, jeśli chodzi o typ humoru. Poszukanie głębszych spostrzeżeń, odrobiny refleksyjności, może przemycenia poprzez humor krzty powagi, wprowadzenia motywu „zamierającego uśmiechu”. Czy to jest opowiadaniu niezbędne? Nie. Pewno, że nie. Czy jednak wprowadzenie owych „dodatków” podniosłoby wartość Lowina? O, zdecydowanie!

Mamy więc zróżnicowaną formę prezentacji humoru, jednorodny jego typ, zostaje nam więc ostatni aspekt – typowość (a może lepiej napisać „schematyczność”?). Typowość jest cechą nie tylko samego humoru, ale i całego tekstu. No i, skoro już żeśmy odeszli od tej fali peanów, to może teraz dla równowagi trochę pomarudzę. Typowość humoru polega w tym przypadku na tym, że bierzesz na tapetę motywy i sytuacje doskonale znane, przerabiane wielokrotnie i nieraz do znudzenia. Efekt jest taki, że z jednej strony zdradzasz tu swoje możliwości do prezentacji humoru w sposób zróżnicowany, z drugiej sam przyćmiewasz to wszystko wspomnianą typowością tak wstawek humorystycznych, jak i całej historii. Potrafisz świetnie i różnorodnie bawić się słowem, z drugiej jednak strony większość humorystycznych wstawek można z góry przewidzieć. Kwestia tylko, jak zostaną podane.

Pół biedy, gdyby owa typowość dotyczyła jedynie humoru. Ale podobny zarzut można postawić właściwie większości elementów opowiadania.

Fabuła? Przecież ona jest bardzo dobrze dobrana do konwencji. Można coś opowiedzieć, wciągnąć czytelnika w lekturę, zróżnicować tempo opowiadania, utrzymać zainteresowanie czytających od pierwszych zdań aż po ostatnią kropkę, zbudować przyjemny humor i zachować go na przestrzeni całego tekstu. Nic, tylko chwalić, prawda? Jednocześnie z tej fabuły, podobnie jak z całego tekstu, wyziera typowość, przewidywalność i schematyczność, które dla odbioru są już w pewnym momencie po prostu męczące (żeby nie napisać: zabójcze).

Najlepiej widać to przy okazji sceny walki, w dojo u Nakamury, którą można przewidzieć od początku do samego końca. Wcześniejsze typowość i schematyczność, które rozłażą się po tekście, z góry sugerują, że:

– Lowin dumnie stanie do walki

– zbierze upokarzający oklep

– do akcji wkroczy Penny, która zawstydzi Lowina swoją zaradnością i walecznością

– na końcu Lowin odzyska część dumy, sięgając go jakiś cios rodem z ulicy.

I cóż mi z tego, że ta scena jest świetnie napisana? Jak w pełni cieszyć się lekturą, kiedy dobre kilka tysięcy znaków można z góry przewidzieć?

Bohaterowie? Ten sam problem. Zwróć uwagę, ile pracy tu włożyłeś. Wprowadzasz bohaterów stopniowo, tak, że żaden nie powinien się czytelnikowi mylić. Każdego w jakieś mierze kojarzymy. Każdy jest odpowiednio scharakteryzowany, w dodatku w lekki, szalenie przyjemny sposób, co ułatwia wprowadzanie kolejnych humorystycznych akcentów. Każdy, o czym pisałem już wcześniej, dostaje tu swoje pięć minut, co bardzo pomaga utrzymać zainteresowanie czytelnika. Co jednak najbardziej zapada w pamięć? Schematyczność, w niektórych przypadkach nawet do bólu.

Najlepiej widać to na przykładzie samego Lowina. Koniecznie biedny, koniecznie z flaszką. Tu aż się prosi o jakieś przełamanie. To nie musi być nic wielkiego. Czasem naprawdę wystarczy drobiazg. Drakaina u swojego bohatera (bodajże Vidocq) zamieniła flaszkę na zamiłowanie do ciastek. Nic wielkiego, a postać od razu ciekawsza. Tutaj tego brakuje.

Schematyczność czy sztampowość same w sobie nie są złe. Natomiast tutaj nie widać do końca, by było to celowo przerysowane opowiadanie, którego celem jest zabawa sztampą, a trochę i kpienie ze sztampy. Jest to raczej tekst, który niejako celowo i konsekwentnie używa sztampy i typowości do budowy humoru. Pomysł sam w sobie niegłupi. Natomiast to może dobrze działać jako element dodatkowy, humorystyczny smaczek, który zaprezentujemy na przestrzeni kilku akapitów. Jako motyw główny, na którym oparty jest humor w całym opowiadaniu (w dodatku o długości blisko 40 000 znaków), w pewnym momencie bardziej już szkodzi niż pomaga. Ten tekst przypomina mi trochę klasową, utalentowaną drużynę, która uparła się, by grać na 1:0.

Kończąc o bohaterach, nadmienię jeszcze, że momentami stają się już jednak zbyt podobni do ludzi, co odbiera trochę blasku „Lowinowemu światowi”, który, co należy podkreślić, stanowi oczywiście wartość dodaną opowiadania i tyle, jak sądzę, na ten temat wystarczy.

W podsumowaniu podkreślę to, co podkreślić absolutnie powinienem: jest to bardzo dobry, lekki, interesujący tekst ze świetnej jakości humorem, który dostarcza masę frajdy od pierwszej do ostatniej kropki. Zaznaczam to jasno i wyraźnie, bo zwyczajnie się to Tobie należy.

Jednocześnie zabrakło tu takiej próby… podwyższenia wyniku, poprzez poszukanie przełamań omawianej wcześniej schematyczności. Jakbyś sam ciut zdeprecjonował część wysiłku i umiejętności, które w to opowiadanie włożyłeś. Pisząc opinię wymieniam sporo zalet, jednak część z nich udało się wydobyć dzięki rozłożeniu tekstu na poszczególne elementy. „Z wierchu”, przynajmniej niektóre, mogą być niedostrzegalne, co z kolei mogłoby sprowadzić „Detektywa Lowina…” do poziomu zabawnej schematycznej historyjki z ciekawym światem. To trochę mniej, niż można tu znaleźć. I przede wszystkim mniej, niż masz już dzisiaj czytelnikowi do zaoferowania.

Podziękował za udział w konkursie.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Hej, CMie!

Przede wszystkim dziękuję za wyróżnienie i za konkurs :)

Rozpisałeś się z godnym podziwu rozmachem, wybacz więc, że odpowiem nieco krócej.

Humor to chyba najbardziej trudna do napisania sprawa prócz seksu – polaryzuje odbiorców i jednocześnie, jeśli stanowi podstawę opowiadania i nie podpada pod gust czytelnika, skreśla tekst na miejscu. Zgadzam się, że humor był przewidywalny, nie dałem tych rodzajów żartów, które wymieniasz i tak, tekst mógłby równie dobrze pójść w stronę satyry – pewnie nawet by na tym zyskał. Cenna lekcja na przyszłość.

Co do bohaterów, to, dziękując za uwagi, zostanę przy swoim. To nie miał być tekst “rozwijający” bohatera (szczególnie że to prequel), wprowadzający nowe cechy, motywy i cele. Lowin był postacią z cyklu, a te nie zawsze są bohaterami dynamicznymi. Jest statyczny – ma kapelusz, prochowiec, nadużywa alkoholu i patrzy cynicznie na świat. Można się czepiać kreacji bohatera jako takiej, ale od czasu poprzedniego opowiadania w niczym się nie zmienił i negowanie go jest jednocześnie krytyką Lowina z Frontu Wyzwolenia Bobra. Ma te same wady i zalety. Czy mogłem opisać innego Lowina, którego wydarzenia w prequelu uczyniły takim, jaki jest we Froncie? Mogłem. Zamiar był inny, niekoniecznie trafny.

Dziękuję Ci za komentarz o fabule, bo to pouczające fragment. Wyjaśniłeś dobrze, to co, moim zdaniem, najbardziej zawiodło, czyli fabuła. Same postacie i humor nie udźwigną opowiadania, jeśli będzie po prostu nieciekawe. Wrócę do jednego z moich poprzednich komentarzy, że Lowin sam z siebie powinien być jednostrzałowcem. Prócz świata zwierzątek, nie ma tam fantastyki i być nie może, chyba że świat nagle przestanie przypominać Amerykę lat czterdziestych ubiegłego wieku. Magia, UFO i tego typu rzeczy, zamieniłyby to raczej w groteskę. Dlatego cykl Lowina został zakończony, bo nie ma nic więcej do pokazania.

Dzięki jeszcze raz za długi komentarz i wiedz, że dużo z niego wyniosłem.

Pozdrawiam serdecznie

Ode mnie krócej, bo Wam już się na pewno na te jego komentarze odpowiadać nie chce, a gdzie na jeszcze jeden taki. xD wink

 

 

Witam w konkursie słynnego już detektywa. Nie ukrywam, że miałeś trochę pod górkę i sam ustawiłeś sobie poprzeczkę poprzednim opowiadaniem o przygodach ropucha.

To jadę po kolei:

Fabuła:

Lepi się. Od początku do końca konsekwentnie prowadzisz fabułę. Jedno wydarzenie wynika z drugiego, nawet jeśli zaskakujesz czytelnika nieoczekiwanymi zwrotami akcji, to wszystko ma sens. Ciąg przyczynowos-kutkowy zachowany. Nie ma więc sensu więcej się na ten temat rozpisywać. Jest ok.

Bohaterowie:

Postaci wykreowane są dobrze. Niektórzy już znali Lowina, i albo się go lubi, albo nie. „Facet” ma charakterek, nie da się ukryć, ale doskonałym bohaterem nie jest. Chociaż jest żabolem, to bardzo ludzkim. Zresztą tak jak pozostała śmietanka towarzyska.

Przeniosłeś ludzkie zachowania na zwierzaki. I hmm… nie jest to ani złe, ani dobre, kwestia gustu. To Twoje opowiadanie to jest taka trochę metafora. Ale do tego przejdę później.

Klimat:

Tu nie oczekiwałam zbyt wiele. Opowiadanie stoi humorem, dialogami i postaciami. Klimat mamy sielski, leśny, lekki. Taki akurat do tego opowiadania.

Język i styl:

Napisane sprawnie, lekko. Czytało się dobrze. Nie mam nic do dodania.

Podsumowując:

Mam niedosyt. Dlaczego? Ponieważ brakuje mi tu kreatywności. Mam wrażenie, że po prostu wykorzystałeś zwierzaki z lasu i już. Gdzie wyobraźnia, pytam? To element, którego mi brakowało.

 

Pozwolę sobie napisać coś jeszcze już pozakonkursowo: Nie uśmiercaj Lowina! To jest fajna postać, fajny świat, który już ma fanów. Dlaczego chcesz się poddać? Ja bym widziała przygody Lewina w druku – w odcinkach, a wiesz, nawet mam przemyślenia, że on by zadziałał w kreskówce dla dorosłych. Coś w stylu Ricka i Morty’ego itp. Jeśli chcesz opowiedzieć kolejne przygodny detektywa, zrób to! Ale… faktycznie, musisz w każdym opowiadaniu zawrzeć jakiś element świeżości. Masz stałego bohatera – Lowina i mieszkańców lasu w sumie też można za takich uznać, ale po nich się niczego szczególnego już raczej czytelnik nie spodziewa, jednak nadal możesz nas zaskoczyć. Dodanie świeżego elementu do każdego kolejnego opowiadania z uniwersum może być trudne i wymaga nie lada wyobraźni i kreatywności, a myślę, że tego Ci nie brakuje. Spróbuj więc może za każdym razem dodać jakąś nową postać, niekoniecznie zwierzęcą, zrób coś np. z krajobrazem, naturą, porą roku. Niech w tym świecie pojawi się jakiś nowy gracz, złoczyńca, a może nawet konkurencja Lowina. Albo niech on sam wpadnie w poważne kłopoty. :O Możliwości jest sporo. Ja w Ciebie wierzę, Zanaisie i nie poddawaj się. Jeśli czujesz to uniwersum i widzisz, że wielu ludziom lektura Lowina sprawia przyjemność, to weź już tego ropucha zmartchwywstań. ;)

 

Znaleziona żaba-samuraj. Może zainspiruje. ;)

 

Dzięki za udział w konkursie!

 

źródło obrazka

 

Hej, SaroWinter

Dobry komentarz zawsze miło poczytać. Do opisu i analizy opowiadania nie bardzo mam się co odnosić (bo już przewałkowano je wiele razy), ale zgadzam się z tą wiwisekcją żaby ;)

Dziękuję za konkurs :)

 

A co do drugiej części komentarza…

 

Problemem Lowina (którego wcześniej nie dostrzegałem) jest fakt, że to tylko kryminał, a ja ani nie czytam kryminałów, ani nie oglądam, więc nie mam pojęcia, jak miałbym utrzymać tu “świeżość”. Można zgodnie z Twoimi wskazówkami osadzić akcję w zimie, przenieść na dno morza, do podwodnego miasta itp. ale nie oszukujmy się – tutaj dałem dzielnicę insektów i wyszło, jak wyszło. U Dresdena czy Garretta, obecność magii oraz miliona dziwnych stworzeń, klątw, czarów czy bogów dawała o wiele większe pole do popisu.

Proszę już Lowina nie trącać patykiem ;)

 

Dobry “Lowin”, dobry :) . Więcej Lowina ! :)

Lowin nie żyje :) Ale póki żył był niezły ;p

Dzięki za komentarz :)

Nowa Fantastyka