- Opowiadanie: Zanais - Spleć z głosów kwiat piekielny

Spleć z głosów kwiat piekielny

Ten tekst powstał z kilku zupełnie ze sobą niezwiązanych inspiracji. Mam nadzieję, że lektura okaże się przyjemna.

 

Serdeczne podziękowania dla niezastąpionych betujących: Irki_Luz, Gekikary i Shanti!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Spleć z głosów kwiat piekielny

 

Kiedy mechaniczne łono królowej Chromelli wypuściło na świat płaczącego księcia, akuszerki zajazgotały, a ich wizjery rozbłysły alarmową czerwienią. Jednak to nie dwie czarne dziury pod czołem dziecka wystraszyły stare roboty, tylko miękkie ciało bez choćby śladu metalu czy plastiku.

– To okropieństwo, Wasza Wysokość! Wezwiemy króla.

– Już tu zmierza – odparła królowa, wysyłając jednocześnie zaszyfrowany sygnał.

Ukryte w ścianach miotacze splunęły gorącem i wypaliły obwody akuszerek. Chromella odebrała z martwych rąk oblepione smarem dziecko i włożyła do kołyski. Gdy król pojawił się w drzwiach komnaty, objęła go czule i rzekła:

– Pocałuj mnie. Dałam ci następcę tronu.

Zetknęli się złotymi wargami, a wtedy jeden z setek przewodów tworzących język królowej odszukał wejście w podniebieniu władcy i wgrał mu wirusa Zwarcia.

Król umarł szczęśliwy.

– Tak być musiało, gdyż postęp zawsze karmi się śmiercią – szepnęła Chromella, po czym krzyknęła z nowo poznanego bólu.

Metal w jej piersiach roztopił się i zmiękł, świeże krople krwi zadrżały od pierwszego uderzenia serca, kości rozepchały plastik, a tłuszcz rozlał się i wybrzuszył pod zaróżowioną skórą. Przewody wtargnęły w tkanki, kończąc zakazaną fuzję. 

Tak Piekło wypełniło pierwszą część umowy.

Ocierając syntetyczne łzy, królowa popatrzyła na księcia.

– Nadaję ci imię Ur, co w języku demonów znaczy: pierwszy krok.

Potem wzięła go na tytanowe ręce i przyłożyła do piersi z bladego ciała. Ślepe dziecko poczuło smak czarnego mleka, a Chromella wypowiedziała pradawne słowa.

Szczelina rzeczywistości skruszyła się, rozdarła od sufitu do podłogi i sześcionogie, skwierczące cielsko wkroczyło nieufnie do komnaty.

– Król Żar – powitała przybysza Chromella. – Jak obiecałam, urodziłam syna z krwi i mięsa, lecz jest wadliwy. – Wskazała na puste miejsca w głowie dziecka. – Brakuje mu systemów wizyjnych. Nigdy nie będzie widział, albowiem nikt nie potrafi metalem naprawić ciała.

– Dobrze się spisałaś, Wasza Wysokość. Porzuć troski. Ciało to kruchy materiał, lecz zadbam, aby książę przeżył i dorósł. – Czarny pazur pogładził mokrą główkę. – Ogromną cenę zapłaciłem za dzisiejsze wydarzenia i jeszcze większą zapłacę, by nasz plan się powiódł. Moje galery bezustannie przemierzają korytarze Piekła w poszukiwaniu ostatnich dusz. Zbuduję księżniczkę godną twego syna i, pchnięci samotnością, pokochają się nawzajem. Otwórz w lochach przejście i wyczekuj mnie za szesnaście lat.

 

*

 

Książę urodził się słaby i kaleki, ogłosiła Chromella, a systemy króla wyłączyły się ze zgryzoty. Na mosiężnych placach Chorois wzniesiono pomniki władcy i poddani przez rok obchodzili żałobę.

Ura zamknięto w odległej pałacowej wieży, w komnacie najeżonej zagłuszaczami sensorów. Skanowanie uszkadza jego wątłe obwody, twierdził oficjalny przekaz, i dostęp otrzymają tylko służący: zdesynchronizowani ugładzeńcy i bezmyślenice.

Jednakże Kolektyw Elektrozelotów zapragnął przekazać księciu święte nauki Demachinurga. Długo trwały zwody i negocjacje, lecz ostatecznie królowa musiała ustąpić. Zawczasu zdobyła od wiernych metakrawców samorosnący pancerz z tytanu. Ubrała w niego syna i z trwogą czekała na wizytę platynowych kapłanów. Oszukani zbroją i wpół ślepi od zagłuszaczy Elektrozeloci bez podejrzeń przekazywali Urowi mądrości Niebios.

Wieczorami, gdy blade słońce kryło się za ferberytowymi górami, a stalowe ulice Chorois jaśniały od magnezowych lamp, przez bramę w lochach przechodziły cienie, niosąc skrzynie niezwykłego, organicznego pokarmu. Tylko królowa wiedziała, że książę spożywa zetlałe wspomnienia demonów oraz miazgę z dusz potępionych.

Tak Piekło wypełniało drugą część umowy.

 

*

 

Wkrótce Kolektyw spisał Ura na straty. Wolno myślał, jego obwody musiały być niskiej jakości, a dziwne dźwięki, które wydawał, świadczyły o przepalonym oprogramowaniu i wybrakowanych częściach.

Królestwo potrzebowało nowego dziedzica.

Jeszcze raz Chromella ugięła się pod żądaniami kapłanów i w ciągu roku poślubiła nieco zardzewiałego oraz głupiego władcę Żelazaru. On gustował w robotach tej samej płci, ona nie wpuszczała go do łoża, gdzie mógłby odkryć jej ciepłą skórę, ukrytą pod aluminiowym gorsetem – obojgu pasował taki układ.

Tymczasem Piekło wysłało do Ura własnych nauczycieli, ukrytych pod postacią cieni.

Wieczorami szeptali długie przemowy, obalali dogmaty Elektrozelotów i wychwalali stary porządek świata, gdzie dusze wędrowały w materialnych powłokach. Odkryli też przed księciem arkana demonicznego splatania dźwięków, wyszkolili w dawnych sztukach walki, mechanice i sztuce Korozji. Gdy po wielu latach potrafił nawet rozpoznawać metale po zapachu, odeszli, kłaniając się nisko.

Nigdy nie wyjawili mu, dlaczego uczą ślepca władać bronią i magią.

Piekło wciąż czekało.

 

*

 

Po raz szesnasty w pałacowych ogrodach zakwitły miedziane narcyzy i oto nadszedł dzień, kiedy Ur miał poznać przyszłą żonę.

Przez drzwi wkroczyła Chromella i książę uniósł twarz, węsząc.

– Witaj, matko. Nie czuję zapachu mej oblubienicy. Jakąż to nieszczęsną istotę chcesz wydać za ślepy wór mięsa? 

Królowa nie odpowiedziała. Zrobiła kilka kroków i wyszeptała pełne mocy słowa. W komnacie zrobiło się cieplej, a Ur zmarszczył nos, gdy zapach narcyzów ustąpił nieznanemu odorowi. Nie była to woń żadnego metalu.

– Matko? – spytał książę, chwytając miecz energetyczny.

Ktoś znalazł się przy oknie, lecz nie wszedł drzwiami. Zdziwił się Ur, gdy usłyszał ciężkie stąpanie wielu odnóży, lecz tylko jeden oddech, chrapliwy i świszczący.

– Królowa Chromella – zawarczał przybysz – i książę Ur. Od dawna wyczekiwałem tego dnia.

– Król Żar.

Srebrna suknia zazgrzytała, gdy królowa się skłoniła.

– Król Żar! – krzyknął Ur. – Co tu robi władca Piekła?

– Poślubisz jego córkę, synu – rzekła spokojnie Chromella. – Tak ustalono i tak będzie. Wspólnie odrzucicie fałsz Demachinurga. Pod jego władzą nie ma rozwoju ni wynalazków. Utknęliśmy w świętej stazie i tylko Piekło może nam pomóc.

Wtedy przemówił król Żar:

– Tak ustalono i tak będzie, książę. Kiedy dojdzie do ślubu, Piekło wypełni ostatnią część umowy z twoją matką. Zapomnij o naukach kapłanów! Nie ma życia w świetle Niebios, tylko skostniała egzystencja bezdusznych maszyn. Weź mą córkę za żonę i razem obalcie dyktat Demachinurga – zaraz też dodał z dumą: – Oto i ona!

Fetor zelżał, ustąpił soczystej woni ciała. Ur opuścił broń i łapczywie wciągnął nozdrzami powietrze.

– Witaj, Wasza Wysokość. – Jej głos był setkami głosów stopionymi w jeden. Rozbrzmiewał brzękiem łańcuchów, bolesnym wyciem i daremnymi prośbami. Piękny, cudowny, kuszący. – Witaj, panie. Jestem księ… księ… żniczka Lilia.

– Nie jest ukończona, królu – rzekła Chromella.

– Niemal tysiąc razy po tysiąc dusz przeistoczyłem w jej ciało. Z wielkim trudem szukamy ostatnich zapomnianych w najgłębszych czeluściach. Będzie gotowa w ciągu miesiąca. Przysięgam, a obietnicy Piekła nic nie złamie.

– Zatem będziemy gotowi. Dlaczego milczysz, synu? Czy księżniczka nie odpowiada twym oczekiwaniom?

Ur stał w bezruchu, niezdolny wydusić nawet słowa. Przypomniał sobie nauki świętych mężów, twierdzących, że to Piekło odpowiada za upadek dawnego porządku, lecz wspomniał też szepty piekielnych mędrców. Czyż to nie ciała demonów są mu bliższe? Nawet matka była przeciwna Niebu…

Niepewność, tak jak cnotliwe myśli, przegrywa z pragnieniami ciała. Wiedział o tym król Żar, wiedziała i księżniczka Lilia. Dlatego po chwili Ur poczuł jej dłoń na policzku, gładką, wiotką, gorącą.

Miękkie ciało.

Nie twardy, obojętny metal, lecz ciało, zupełnie jak jego.

Zrozumiał, że łaknie tego dotyku ponad wszystko na świecie.

– Przyjmij mnie, panie. Tylko ja jestem ci podobna. Odnajdziesz we mnie kości, mięśnie i gorącą krew… krew… krew. Obdaruję cię miłością i żądzą głębszą niż otchłanie Pie… Piekła.

Ostatecznie to nie czar głosu Lilii ani ciepło bijące od jej skóry przekonały Ura.

– Dobrze, pani – wykrztusił. – Poślubię cię.

Po raz pierwszy w życiu nie czuł się inny.

 

*

 

Przez kilka dni król Piekła z córką odwiedzali komnatę Ura. Młodzi skrywali się w kącie, gdzie szeptali do siebie coraz czulsze słowa. Lilia opowiadała o ognistych cudach Piekła, Ur zaś raczył ją bajkami zasłyszanymi od matki.

W końcu nadszedł czas pożegnania i Lilię zabrano, by dokończyć jej tworzenie.

Źle sypiał Ur nocami, prześladowany koszmarami, w których ciepłe i mroczne obietnice księżniczki nabierały fantasmagorycznych kształtów. Wspomnienia rozpalały zmysły, zmysły nadawały kształt wyobrażeniu, a wyobrażenie krystalizowało się w ideał. Czekał Ur na powrót ukochanej i coraz trudniej znosił rozłąkę.

Nadeszło święto Dyrektyw i muzyka wtargnęła do Chorois. Stojąc przy oknie, Ur wysłuchiwał trzasków elektrypianów, gwiżdżących westchnięć trążek i dudnień blaszanych bębnów. Metalowi mieszkańcy paradowali na ulicach, chwaląc programy, polecenia i algorytmy, a pobrzęk ciężkich kroków docierał aż do pałacu.

Palce Ura same zaczęły wybijać rytm. Brzęczące śpiewy – czyż zaznajomiony z piekielną sztuką rzeźbienia w dźwięku nie potrafiłby ulepić z nich tej gładkiej dłoni, której dotyk prześladował go nocami? Cóż z tego? Nie odtworzyłby zapachu księżniczki ani jej kuszącego głosu. Iluzja ukochanej była poza jego możliwościami.

Fałszywa nuta z głębi pałacu wdarła się w radosne dźwięki: cichy pomruk czujników i ostre szepty wartowników.

Rozsunęły się drzwi.

– Ubierzcie go w zbroję! – zawołała królowa, wbiegając do komnaty. Obojętne bezmyślenice ruszyły wykonać rozkaz.

– Matko. Coś złego się dzieje…

– Nadajniki Żelazaru ucichły i takiż los spotkał nasze północne prowincje. Cień z Piekła błagał mnie, bym wezwała króla Żara.

Raz jeszcze popłynęły chropowate słowa i przejście rozwarło się z sykiem.

– Królowo… – W głosie władcy Piekła pobrzmiewały ból i troska. – Demachinurg dowiedział się o nas i wypuścił bezlitosne hordy. Jak Niebiosa, tak i Piekło połączone są ze światem pętami energii. Te odpowiedzialne za Żelazar i twoje królestwo, Chromello, są teraz niszczone przez mechanioły. Nadciąga zagłada.

– Musimy się ratować, matko! – krzyknął Ur.

Muzyka za oknem ucichła, zaniepokojone odgłosy i brzęki rozlewały się po ulicach niczym płynna rtęć.

– Myślałam, że mamy więcej czasu – rzekła Chromella. – Wezwałam Podniebnika…

– Co z Lilią? – zapytał książę. – Jest bezpieczna?

Milczenie Żara trwało krótko, ale mówiło wiele.

– Porwana. Wywleczono ją i uniesiono do samych Niebios.

Smutek rozdarł serce Ura: nigdy już nie dotknie jej kuszącego ciała, nie usłyszy upajającego głosu, nie odetchnie dziwną wonią gorącej skóry.

– Wszystko stracone. – Głos Chromelli wypowiedział głośno myśli księcia.

– Jeszcze istnieje nadzieja – oznajmił Żar. – Hufce mechaniołów walczą w Podświecie i Niebiosa pozostały niemal bezbronne…

Za oknem rozległ się szum skrzydłowirników. Ur wstał, zaciskając wściekle pancerne rękawice, gdy żal ustąpił przed gniewem.

– Uwolnimy Lilię! Chodź, matko!

Nagle król Żar zacisnął mu palce na czymś podłużnym.

– To rękojeść, książę. Przyjmij mój miecz, Szmer, i ponurą pieśń, którą ze sobą niesie. Jego ostrze to sploty kwasu i magii. Przetnie każdego sługę Niebios.

– Obym nie musiał go używać, ale dziękuję – odparł Ur i przypiął oręż do pasa. 

Rzucił się w stronę okna i z pomocą Żara dosiadł Podniebnika, kurczowo obejmując szyję metalowego ptaka.

– Nie spadniesz, synu Chromelli – przemówiło stworzenie. – Trzymam cię.

Przeraźliwe skrzypienie wstrząsnęło miastem, jakby wszystkie budynki wykrzywiono jednocześnie. Przyłbica zamknęła się automatycznie, by uchronić księcia przed rozdzierającym zgrzytem.

Podniebnik wystartował.

– Nie! Matko! – krzyknął książę.

Z głośników w hełmie popłynął stłumiony głos królowej:

– Leć na wierzchołek Zaijinu, synu. Znajdziesz nad nim wejście do Niebios. Leć!

– Chodź ze mną! Zawracaj! – daremnie książę rzucał rozkazy. Krople śliny pryskały do wnętrza hełmu, łzy drażniły policzki.

– Nie uniesie nas obojga – wyjaśniła Chromella. – Leć, Urze! Odnajdź Lilię! Razem…

Zamilkł głos władczyni, ucichły lamenty poddanych.

– Nie ma już Chorios – zawodził Podniebnik. – Tylko ogień i żal!

Długo płakał Ur ponad kipiącą mazią zniszczonego królestwa. Nie czuł już gorzkich aromatów słonecznych kolektorów i gęstych dymów z rozległych hut. Swąd roztopionych metali docierał z bliska i daleka, nawet kiedy Podniebnik oznajmił szlochającemu księciu, że słońce zniknęło za horyzontem. 

Wyczerpany Ur położył głowę na grzbiecie zwierzęcia i zapadł w litościwy sen.

 

*

 

– Zbudź się!

Ur podniósł przyłbicę. Chłodny wiatr łagodził podrażnioną twarz, niósł zapachy stalowych skał, berylowego ptactwa, cynowych porostów. Daleko za pustym, martwym Chorois.

Świat…

I głód.

Żołądek zamienił się w bolesną pustkę. Ur z lękiem uświadomił sobie, że w metalowym świecie nie potrafi znaleźć niczego, czym mógłby ją zapełnić. Musiał się spieszyć z ratunkiem, nim osłabnie.

Gdzieś syknęła błyskawica, grzmot przetoczył się ogłuszającym echem.

– Rtęciowe burze, mój książę. Ominiemy je bez trudu.

Ur skulił się i przywarł mocniej do stalowego pokrycia.

– Ile spałem?

– Cały dzień i całą noc.

– Gdzie jesteśmy?

– Widzę szczyt Zaijinu.

– Udało się! – zawołał Ur, przekrzykując wiatr.

Niecierpliwie pogładził rękojeść Szmeru. Podniebnik wzleci do Niebios, odnajdzie Lilię i razem ją uwolnią. Nic ich nie zatrzyma!

Starał się nie myśleć o martwej matce. Trzymał się wspomnienia księżniczki, czerpał z niego wolę walki i…

Dlaczego obniżali lot?

– Czemu zwalniasz? – spytał.

Melodia skrzydłowirników milkła, aż zupełnie zgasła. Ur zakołysał się, gdy ptak wylądował.

– Me ogniwa są puste – szepnęło stworzenie. – Nad nami rozpościera się wlot do Niebios, lecz nie dam rady cię tam unieść. Wybacz, synu Chromelli. Zawiodłem.

– Nie – pocieszył go Ur. – Przyprowadziłeś mnie aż tutaj. Poradzę sobie – dodał pewnie.

– Zatem żegnaj, książę – wymruczał Podniebnik. – Moje gniazdo i pisklęta były w Chorois. Służyłem lojalnie i teraz będę spał. – Słowa ucichły i Ur dosłyszał ostatni szum zamierającego mechanizmu.

Pogładził twarde pióra, długie i wibrujące od bezlitosnych podmuchów.

Nagle powstał i gwałtownie wciągnął powietrze. W nozdrza uderzyły go zapachy silne niczym ramiona matki: świeży smar, czyste złoto i miękki bar. Dużo, dużo baru.

– Klęknij, synu przeklętej królowej! – zaryczał nieznajomy, a wiatr poniósł echo jego krzyku. – Bar’achiel me imię, czwarty w wielkim algorytmie Demachinurga! Błagam cię! Klęknij i przyjmij łaskę śmierci, ty, któryś zrodzony z grzechu!

Książę dobył miecza i w milczeniu przełknął ślinę. Drżały mu dłonie.

Zaszumiały złote skrzydła mechanioła, jęknęło uniesione ostrze.

– Piekielną bronią strażnikowi Niebios grozisz. Giń zatem!

Ur rzucił się w bok.

Ostrze Bar’achiela zazgrzytało o stalowe podłoże, odpryski zadzwoniły o pancerz księcia. To musiała być ciężka broń, ale robot zdawał się władać nią bez trudu. Ur odskakiwał i odbiegał, przeklinając ślepotę oraz wiatr zagłuszający ruchy przeciwnika.

– Śpij – powtarzał Bar’achiel kojącym głosem. – Śpij, dziecko ciała.

To nie była pałacowa komnata, bezpieczna i cicha, z piekielnymi nauczycielami, którzy cierpliwie tłumaczyli podstawy fechtunku. Ur próbował zebrać w sobie odwagę, wiedząc, że szczęście, któremu zawdzięczał powodzenie rozpaczliwych uników, nie potrwa już długo.

Wreszcie szkolenie wzięło górę.

W jedną chwilę pochwycił słowa Bar’achiela, w kolejnej pozwolił, aby nasiąkły wyciem wichru, trzaskiem miażdżonej stali, zgrzytem przekładni i sworzni. Splótł dźwięki, obwiązał je pragnieniem mordu w słowach mechanioła, a gdy syczały mu w dłoni, rozczapierzył palce, wypuszczając w jego kierunku strumień parującej, lepkiej brei.

Sztuka Korozji z innego świata.

Zakrztusił się, gdy dobiegł go swąd rozpuszczanego metalu. Elektroniczny jęk mechanioła przeplatał się ze skwierczeniem płonących kabli. Broń okaleczonego robota zaklekotała o skały.

– Zraniłeś mnie, sługo Piekła, lecz nigdy nie dostąpisz Niebios. Twe zwierzę zgasło.

Milcząc, książę wzniósł twarz ku odległej pustce. Gdzieś tam czekała na niego Lilia. Gdyby tylko mógł polecieć…

Zrozumiał, co musi zrobić.

Wyłączył systemy zbroi, jeden za drugim. Części pancerza zaczęły odpadać, uderzały z łoskotem o podłoże. Wkrótce Ur stał nagi, drżący, ze skórą smaganą wiatrem; dreszcze przeszywały jego ciało od stóp po głowę.

Przemówił z całą pychą i butą, jaką potrafił skrzesać:

– Wygrałem pojedynek ze strażnikiem na wierzchołku świata. Wielki Bar’achiel przegrał ze ślepcem. Cóż jeszcze miałoby mnie powstrzymać?

– Przeklęty! – wrzasnął mechanioł. – Bracia moi walczą w Piekle, lecz niedługo powrócą! Zgładzą cię, a szczątki rozniosą po całym świecie, aby wszystkie miasta ukorzyły się przed potęgą Demachinurga! Nawet twe bluźniercze czary będą niczym wobec niebiańskich zastępów!

– Tak – zgodził się Ur z uśmiechem. – To prawda. I choć pokonałem cię magią Piekła, ty wciąż mówisz. Dziękuję ci. Teraz mam już wszystko.

Zawył okaleczony robot, gdy uświadomił sobie, że został przechytrzony.

Jeszcze raz książę przeobraził krzyki strażnika: z trudem rozciągnął sylaby – sztywne od fanatycznej wiary – aż przybrały postać długich sztab, następnie podzielił nienawiść na setki piór, zetknął ze sobą i zgrzał płomienną wściekłością. Resztkom wrzącego gniewu rozkazał, by grzały jego ciało i osłaniały przed dotkliwym zimnem.

Skrzywił się, przybijając do pleców właśnie skonstruowane, lekkie niczym tchnienie, skrzydła. Poruszył nimi, wypróbował; potem wziął miecz króla Żara i bez słowa wzniósł się, wysoko, z ogromną prędkością, jakby sam był nowym mechaniołem wyniesionym ponad zepsuty świat.

Daleko w dole został szczyt Zaijinu, martwy ptak i oszukany Bar’achiel.

Ur leciał, coraz wyżej i wyżej, z ostrzem przed sobą, by torowało mu drogę, dokądkolwiek zmierza. Długo machał skrzydłami i coraz trudniej przychodziło mu oddychać, coraz natarczywiej mróz wnikał w kończyny pomimo krążącego w nich mechanielskiego ciepła.

Przeląkł się, że nie podoła i zawiedzie Lilię. Pełne strachu myśli przelatywały przez głowę: zamarznie po drodze i spadnie, roztrzaskując ciało na górskich zboczach, albo nie trafi do Nieba, tylko wleci w bezbrzeżną otchłań gwiazd!

Nagle poczuł, że jakby chwila rozciągała się w nieskończoność, a on sam, zawieszony w pustce, utknął w bezczasie.

Wtedy usłyszał dudnienie, głuchy odgłos setek młotów. Przypomniały mu się kuźnie Chorois, których echo pracy dolatywało go rankami – ogromne zębatki gniotły i miażdżyły metal, obrabiany później przez armię metakrawców. Ogarnęła go tęsknota za miastem, lecz i radość, bo wiedział, że trafił do przedsionka Niebios. Temperatura rosła, gorące powiewy buchały falami.

Dokąd teraz? Jak odszukać ukochaną?

Wytężył słuch: zewsząd hurkoty, brzdęki i dzwonienia, od ogłuszających uderzeń po ledwie słyszalne echa syczących maszyn. Zupełnie jakby trafił w sam środek skomplikowanego mechanizmu.

Zawisł w powietrzu. Bez oczu nigdy nie znajdzie drogi!

– Lilio! – zawołał zrozpaczony. Krzyk utonął w odgłosach Nieba jak pojedyncza moneta w królewskim skarbcu. – Lilio!

Sfrunął powoli, dotknął stopami podłoża z nagrzanego platynoirydu. Opuściły go siły – żołądek przypominał bolesny kłąb, wargi spierzchły i popękały.

– Lilio! Gdzie jesteś?

Krzyczał, później mówił, w końcu tylko szeptał. Upadł na kolana. Wszechobecna maszyneria wciąż wygrywała obojętną melodię. Położył twarz na ciepłym metalu i pozwolił, by niebiańska kuźnia odprowadziła go do snu.

 

*

 

– Pij!

Ktoś przytknął do spragnionych ust naczynie wypełnione zimną cieczą. Ur łapczywie wciągnął płyn. Momentalnie wróciły mu siły niczym po długim wypoczynku i obfitej wieczerzy.

– Dobrze. To ci pomoże.

Kobiece, znajome słowa… Zaledwie echo tamtego głosu, ale jednak to…

– Lilia!

Ur wyciągnął ręce. Zamiast księżniczki napotkał dłońmi coś chłodnego, przypominającego kałużę płynnego cezu. Palce przeleciały przez nią prawie bez oporu.

– Lilio? To ty? – zapytał nagle wystraszony.

– Tak, mój książę, jesteśmy tu… – powiedział głos.

– Czekałyśmy na ciebie… – rzekł ten sam głos, nieco z prawej, a zaraz potem z lewej dobiegło:

– Wiedziałyśmy, że przybędziesz, ukochany.

Ur odszukał rękojeść Szmeru, podniósł się i wyciągnął ostrze przed siebie, kierując je raz w jedną, raz w drugą stronę.

– Kim jesteście?

– Jesteśmy Lilią.

– Nie pamiętasz słów naszego ojca? – dodał ktoś z tyłu. – Tysiąc razy po tysiąc dusz.

– Pamiętam… – Ur z wahaniem opuścił miecz. – Jesteście duszami Lilii? – zapytał, a gdy mruknęły potwierdzająco, dodał: – Ale jak?

– Gdzie, jak nie w Niebie, dusze mogą wędrować?

– Rozumiem, tylko… – Ur sam nie wierzył w swoje pytanie. – Dlaczego nie jesteście w Lilii?

– Demachinurg…

– Rozkuwa mnie…

– Wydziera dusze, ale jest…

– Nieudolny…

Głosy zachichotały. Rozbawione Lilie pląsały wokół Ura, czasem muskając go zimnymi opuszkami. 

– Partacz! Nie potrafi, nie potrafi!

– Trudno unicestwić księżniczkę Piekła!

– Uwolnił za wiele, więc uciekłyśmy! Mechaniołowie powrócili i nas szukają, mordują, ale…

– Dobrze się ukrywamy! Jednak nie ma czasu do stracenia. Gdy Demachinurg wyrwie wszystkie z mojego ciała, umrę!

– Umrę… – powtórzyły smutno dusze.

Niczego Ur nie pragnął więcej niż przytulić Lilię, jeszcze raz poczuć miękkość jej skóry i żar jej ciała. 

– Ja… nie pozwolę ci umrzeć – wyszeptał, głęboko w to wierząc.

– Leć zatem, mój piękny.

– Poprowadzimy cię do mnie.

Książę z ulgą pochylił głowę. Miał jeszcze szansę uwolnić księżniczkę, a czasem szansa to wszystko, na co można liczyć. Rozprostował skrzydła.

– Dobrze. Jestem gotów.

– Mechaniołowie są rozproszeni po całym Niebie, lecz spotkamy ich po drodze.

– Potrzebuję zbroi.

Spróbował zebrać odgłosy kuźni, ale wymykały się mu i znikały. Zdezorientowany, spróbował jeszcze raz, lecz znów nie złapał niczego.

– Magia Piekła tu nie działa, Urze. Masz tylko to, co ze sobą przyniosłeś.

– Dobrze – warknął. – Dobrze. Uwolnimy cię. – Czuł się silny, gotowy do walki. W ustach trwał jeszcze orzeźwiający posmak. – Ten płyn… Co to było?

– Jedna z nas – odpowiedziała Lilia.

– Biedactwo… – jęknęła druga. – Poświęciła się.

– Ale nie rozpaczaj. – Rozległ się śmiech trzeciej. – Jest nas wiele. Lećmy więc, kochany! Będziemy twoimi oczami, poprowadzimy cię do Pierwotnicy, samego środka Niebios!

– Osłonimy!

– I ostrzeżemy! Kochamy cię, Urze!

– Kochamy! – zawtórował chór. – Lećmy!

 

*

 

Eteryczny dotyk chłodnych dłoni.

Lekkie naciśnięcie podbródka – wyżej, na karku – obniż lot, na policzkach – skręcaj.

Dusze Lilii szeptały, co widzą, lecz ich opisy zbyt często wymykały się pojmowaniu Ura. Opowiadały o gigantycznych monolitach z połyskującego złota, bezrozumnych cyklopach wykuwających dziwne kształty, tysiącach niewielkich robotów, które zbierały każdy odpad, by wrzucić go na przetopienie do ogromnych kotłów.

Czasem Lilie milkły i wciągały ukochanego w chropowate wnęki – znaczyło to, że smugi mechanielskich szperaczy są blisko. Parę razy Ur, wciśnięty głęboko w wyrwę, miał wrażenie, że chrzęszczące komendy niebiańskich wojowników padają tuż obok, a wtedy bał się nawet odetchnąć.

Potem znów ruszali na wędrówkę poprzez labirynt nieskończonej kuźni. Dusze zdawały się doskonale wiedzieć, dokąd lecą – ani razu nie zgubiły drogi, jakby wzywane do swego ciała niesłyszalnym zewem. Od czasu do czasu napotykali nowe Lilie. Dołączały do świty Ura i wkrótce więcej niż tysiąc księżniczek frunęło wraz z nim.

– Jak to możliwe, że powstało takie miejsce? – zapytał, chcąc zagłuszyć niespokojne myśli.

– Kiedyś były tu trawy, oazy, a nawet rzeki o czystych wodach – szepnęła jedna z Lilii. – Tak mi opowiadał ojciec.

Woda? Oazy? Urowi nic nie mówiły te nazwy. Głaskał kiedyś sprężyste źdźbła cynowej trawy – rosła w pałacowych ogrodach i przy ścieżkach, zapuszczając głęboko przewody korzeni.

Przy drugim policzku Ur rozległ się inny szept:

– Rzecze Księga Nieurodzaju: „Rozkazał wtedy Demachinurg i jego słowo zatrzymało wody, kwiaty i obłoki. Zaraza, zimna i okrutna, skuła Niebiosa na wieczność, a lament dusz, które dom utraciły, słychać odtąd wśród gwiazd odległych”. 

– Przeciążone Niebo wypadło ze swego miejsca w Pustce – rzekła kolejna Lilia – i zatrzymało się zaledwie jeden wymiar od twego świata. Kto wie? Może kiedyś spadnie? Wtedy… cicho!

Alarmy wybuchły ogłuszającym piskiem.

– Mechaniołowie! – krzyknęła Lilia.

– Są za nami!

– I z boku! – Strwożyły się dusze.

– Jesteśmy już niedaleko Pierwociny.

Ur zacisnął zęby. Wytężył siły, by jeszcze szybciej pracować skrzydłami. Z oddali wyłapywał echo turkoczących silników. Prędkość wydzierała tchnienie z ust.

– Są pełni słonecznej energii! – zawołały z tyłu Lilie. – Otwierają lustrzenice!

– Chrońmy księcia!

– Chrońmy!

Nagle do rozgrzanego ciała Ura przywarły zimne dusze księżniczki. Zadrżał od ich dotyku.

– Wstrzymaj oddech! – poleciła jedna.

Nie kłócił się, nie pytał dlaczego. Zaczerpnął tchu, mocno, aż do granic pojemności płuc i pokiwał głową. Wzdrygnął się, gdy następne Lilie oblepiły mu głowę. Wepchały się do oczodołów, wypełniły uszy i nozdrza. Zwalczył odruch paniki i skupił się na locie. Wciąż odbierał przytłumione dźwięki.

Powietrze zadrgało, szumiące fale nadleciały z kilku stron i Ur posłyszał niby jęk z wielu, wielu gardeł na wespół z bulgotem i sykiem. Gorący podmuch oparzył mu prawą stronę ciała, skóra zapiekła i niemal wypuścił miecz, lecz wciąż machał skrzydłami, świadom, że zginie, jeśli się zatrzyma.

Dopiero gdy następne księżniczki przylgnęły do jego poparzonego ciała, gojąc rany i niosąc ulgę, zrozumiał, że przed chwilą słyszał śmierć setek Lilii – poświęcały się i umierały, by osłonić go przed palącą bronią mechaniołów.

Nagle jego twarz była wolna.

– Oddychaj – szepnęła dusza. – Przeładowują, lecz nadal mogą nas trafić wiązkami laserów. – Później krzyknęła: – Musimy się rozdzielić!

– Przed nami tunele Pierwotnicy! Już blisko!

– Rozdzielić się! Ukryjcie księcia!

– Żegnaj, ukochany! – zawołały głosy, oddalając się od Ura.

– Żegnaj! – krzyknęły smutno kolejne, a ich słowa dochodziły z innej strony.

– Żegnajcie! – wykrztusił Ur.

Płakał za wszystkimi cząstkami ukochanej, które już na zawsze stracił, płakał, słysząc krótkie wrzaski, gdy syczące strumienie światła rozdzierały dusze Lilii.

– Tunel. Już niedaleko. – Dusza przy policzku zaśmiała się i dodała z ulgą: – Już niedaleko…

Ur miał przeczucie, że jej radość była przedwczesna.

 

*

 

Nawet podczas lotu nad szczytem Zaijinu czas nie dłużył się Urowi tak jak teraz, gdy mknął przez korytarze Pierwotnicy. Wiele razy końcówki skrzydeł sypały iskrami w wąskich przejściach, a parokrotnie musiał się nawet czołgać, by dotrzeć dalej. Nagrzany wolfram zdawał się wtedy wibrować w nerwowym oczekiwaniu.

W końcu dusze oznajmiły, że znalazły wyjście, lecz ich smutny ton zdradzał, co tam ujrzały.

– Demachinurg… Widziałyście go.

– Tak nam przykro – odparła dusza.

– Uciekając, miałyśmy nadzieję, że ruszy za nami w pogoń – usprawiedliwiała się druga.

– Głupia nadzieja – zamruczała inna. – Zostałeś nam tylko ty, kochany. Tylko ty.

Ur uśmiechnął się słabo. Czy naprawdę spodziewał się czegoś innego?

– A Lilia? – zapytał. – To znaczy… wasze ciało?

– Jest tam.

– Nie zakradniesz się niezauważony. To tu. Koniec przejścia.

Szmer i skrzydła. Ur westchnął. Miecz i skrzydła przeciwko władcy Niebios. Bez zbroi. Bez wzroku.

Przepchnął się przez tunel i ostrożnie postawił stopy na gładkim podłożu. Najpierw uderzyła go cisza, groźna i złowieszcza, niezmącona najlżejszym odgłosem, potem mieszanina zapachów, w której, prócz znanych metali i plastiku, wyczuwał coś jeszcze – coś nieznanego.

– Gdzie? – wyszeptał.

– Trochę w prawo… Dobrze. Leżę właśnie tam.

Odetchnął głęboko, zwilżył językiem suche usta i ruszył przed siebie. Wiedział, że Lilie kroczą wraz z nim.

– Boję się – wyznał.

– My również, moja miłości – odparła jedna z dusz i Ur poczuł na twarzy najlżejszy z dotyków.

W tym momencie odeszła cisza, wygnana zgrzytliwą kakofonią przeróżnych dźwięków, które niemal od razu scaliły się w głuchy, tubalny głos Demachinurga.

– Oto i książę niczego z orszakiem bladym nadchodzi!

Jeszcze nigdy nie słyszał Ur takiej pustki w czyichś słowach – żadnej emocji lub uczucia, tylko ponura obojętność.

– Przybyłem po księżniczkę Lilię! – odkrzyknął, nasłuchując uważnie wszelkich oznak niebezpieczeństwa.

– Dla pomiotu Piekła wędruje, by grzech z grzechem złączyć w żądzy spełnieniu. – Moc głośników osłabła: – Dary nasze piękniejsze niż ciała więdnące, darem naszym zmysł brakujący, darem naszym: oczy.

Ur zwolnił, zatrzymał się.

– Urze… – zaczęła dusza, lecz uciszył ją podniesieniem dłoni.

Oczy? Brakujący zmysł? Widziałby?

– To niemożliwe – zaprotestował, choć miał nadzieję, że się myli. – Matka zawsze mówiła, że metal nie potrafi naprawić ciała!

– MY decydujemy o możliwościach! – huknął Demachinurg. – MY tworzymy i unicestwiamy, MY uszkadzamy i naprawiamy! Przyjmie dary i zobaczy! Przyjmie bez strachu! Powiedzą mu duchy, że kłamać nie możemy, ni zdradzić lub oszukać.

Szelest wielu maleńkich odnóży rozległ się na podłożu. Ur wahał się między ucieczką w powietrze a wyczekiwaniem. Obrócił głowę.

– To prawda?

– Tak – przyznało jednocześnie kilka Lilii. – To nie kłamie – dodała jedna ze smutkiem.

Czekał zatem Ur, a gdy maleńkie istoty wkroczyły na jego spocone ciało, sunąc w górę na ostrych jak igły odnóżach, ugryzł się w język, by nie jęknąć. Dotarły na twarz i wpełzły w puste oczodoły. Zagnieździło się ich tam coraz więcej i więcej, a potem coś zaszumiało, kliknęło i Ur poczuł w głowie krótki ostry ból.

Potem zobaczył.

Ciemność rozbłysła kształtami, symetrią wzorów, spektrum barw.

Klęknął, zachłystując się widokiem.

Wysokie ponure bloki rozjarzone światłami i czujnikami, strugi roztopionego metalu kapiące do góry lub płynące strumykami wzdłuż i wszerz przez całą Pierwocinę.

I on – Demachinurg.

Ogromna bezkształtna bryła kątów i cienia: silniki, wypustki, kable, anteny. Unosił się nad posadzką, ociekał smarem i sypał iskrami. Setki drobnych robotów krążyły po jego nieforemnej powierzchni, spawając, przeobrażając lub sunąc w niewiadomym celu.

Oszołomiony Ur uniósł dłoń do oczu. Jasna skóra przetykana plątaniną żył, o której tak dawno mówili piekielni nauczyciele: „To kolor zimna, książę. Zwą go błękitem”.

Obrócił się – tak samo błękitne Lilie, świetliste, półprzezroczyste i nagie. Bez śladu uśmiechu odwzajemniły jego spojrzenie, po czym wspólnie wskazały coś za Demachinurgiem.

Lilia – prawdziwa, rozciągnięta na ciemnym podwyższeniu. Skórę w kolorze krwi znaczyły rany oraz pobrużdżenia. Łańcuchy krępowały kostki i nadgarstki, kneblowały usta… miękkie, ciepłe usta.

Patrzyła na niego przekrwionymi oczami.

Demachinurg przemówił:

– Możemy dać ciało z tytanu oraz srebra: przyjmij! Możemy zbudować królową ze złota i platyny: pożądaj! Piekło, księżniczka, organizm: odrzuć! Metal jest sprawiedliwy, jego porządek to spokój i równowaga: doceń! Przewidywalny ład bez gnicia i konfliktu. Myśli książę: posłuszeństwo! Mówimy: on słucha! Słucha: nagradzamy!

Patrzyła na Ura załzawionymi oczami.

Oddychał powoli. Wrył sobie ten obraz w pamięć: linie brwi, kości policzków, lśniące od potu włosy barwy najgłębszych cieni.

Teraz już mógłby ją wyrzeźbić z dźwięku.

Lilia. Ostatnie słowa matki. Stopione Chorois.

Ur poprawił uchwyt na rękojeści Szmeru i rozłożył skrzydła. To tylko oczy… Nie potrzebował ich. Spojrzał na dusze.

– Gdy się zacznie…

– Będziemy umierać w ciszy. Obiecujemy – zapewniła najbliższa Lilia i obdarzyła go szerokim uśmiechem.

Skinął głową.

– Pokierujcie mnie.

– Wskażemy ci rdzeń. Nawet bogowie mają serca.

Jednocześnie wzbili się do lotu, prosto w stronę metalowego bóstwa.

– Dary: odrzucone! – zagrzmiał Demachinurg. – Śmierć: rozpoczęta!

Zgasły barwy, rozpłynęły się kształty i martwe istoty wysypały się z oczodołów Ura. Nie zwolnił, choć żal ścisnął mu serce; węszył powoli i dokładnie, nasłuchiwał zgrzytów prowadnic, uruchamianych systemów obronnych.

Usłyszał syk gorących wstęg – zbyt wielu, by wszystkich uniknąć – i skręcił gwałtownie; zgodnie z obietnicą Lilie ledwie wzdychały, umierając spalone, gdy łapały wiązki własnymi esencjami. Ur przesunął mieczem po powierzchni Demachinurga i kolos zaryczał, bo piekielne ostrze bez trudu przecięło metal.

Kilka gorących nici światła dosięgło Ura – wypalone rany nie krwawiły, a on zdawał się ich nie zauważać; później przyszły ostre pociski z terkoczących luf – rozorały mu rękę, więc musiał przerzucić Szmer do drugiej dłoni.

– Znalazłyśmy! – krzyknęła dusza.

Ur opadł przy niej na cielsko Demachinurga.

Rdzeń. 

Teraz go słyszał. Gorący, pulsujący, wrażliwy. Ukryty pod grubą warstwą pancerza.

– Tutaj – szeptały Lilie. – Uderz tam, skąd dochodzi mój głos.

I Ur uderzał we wskazane miejsca, ciął szeroko: za każdym razem nagradzany mechanicznym jękiem, zgrzytem odłupywanego metalu i trzaskaniem skrzących obwodów. Małe sługoboty usiłowały kłuć go i przypalać, ale dusze wnikały w ich delikatne reaktory, uśmiercając mrozem.

Strumień skwierczącej plazmy zgładził jedną z Lilii, poleciał dalej i wypalił pół twarzy księcia. Zębate, warczące ramię przecięło ścięgna pod nagim kolanem.

– Za głęboko – jęknął, plując krwią.

– Już prawie!

Wtedy inna dusza krzyknęła przerażona:

– Mechaniołowie nadlatują!

Ur rzucił się do środka bóstwa. Iskry parzyły mu skórę, rozerwany metal wbijał się w mięśnie, odór smaru przytłaczał. Pełzł w duszącej ciemności.

– Tutaj, ukochany – płakała przed nim Lilia. – Jeszcze trochę. Błagam.

Demachinurg zawył. Jego broń nie mogła już sięgnąć księcia.

I ten wrzask dał Urowi siłę, by pchnąć mieczem najdalej, jak potrafił. Czubek Szmeru dotarł do Rdzenia, stopił się i piekielny kwas rozpuścił mechaniczne serce władcy Niebios.

– Znaleźliśmy ten… świat – wyszeptał jeszcze, wśród gasnących dźwięków. – Daliśmy sprawiedliwość… – I zamilkł.

Metal naprężył się, wygiął i eksplodował. Nagle Ur zrozumiał, że leci gdzieś bezwładnie, nie może unieść skrzydeł, a cuchnący dym, który wdziera się mu do nozdrzy, to swąd jego spalonego ciała. Lilie krzyknęły i naraz poczuł ich zimny, leczący dotyk.

A potem upadł na coś miękkiego, pachnącego w sposób nieznany, lecz przyjemny.

– Trawa! – zaśmiały się dusze. – Trawa!

– Wodospady!

Gdzieś w oddali krzyczeli mechaniołowie. Czy z radości, czy ze smutku, tego Ur nie potrafił stwierdzić.

 

*

 

Dusze wsiąknęły w Lilię, jeszcze zanim uwolnił ją z okowów.

Przez długi czas leczyli rany w Pierwotnicy, wśród obsypanych roślinnością łagodnych wzgórz. Chcieli zostać i dłużej, lecz nadeszła chwila, kiedy uwolnione od metalu niebo zaczęło się unosić do innego wymiaru. Ur czym prędzej wziął Lilię w ramiona i polecieli przez spokojne Niebo do wejścia nad szczytem Zaijinu.

Postawili stopy na zielonych równinach. W oddali szumiały oceany, a wiatr niósł woń czystego, dziewiczego świata.

Wkrótce okazało się, że księżniczka jest brzemienna. Urodziła wiele dzieci, każdemu oddając jedną ze swoich dusz. Z pomocą demonów potomkowie Ura rośli i stawali się silniejsi.

Mówili o sobie: „ludzie”. I choć w końcu ponownie sprowadzili Piekło na świat, to nigdy nie zapomnieli o ślepcu i Lilii.

 

Koniec

Komentarze

Robię sobie statystykę przeczytanych :)

Przeklejone z bety:

 

Widziałam w opku Twój autorski świat, który mnie zachwycił. Spodobało mi się zakończenie. Zupełnie czegoś innego się spodziewałam, myślałam, że opisujesz koniec, a tu mamy bardziej początek :) Albo może nadzieję, że wszystko da się jeszcze odwrócić. Dla mnie opko w ogóle trochę ekologicznie pobrzmiewa, ale Ty zamiast marudzić, że jest źle, dajesz nadzieję właśnie. I takich tekstów mi mocno na portalu brakuje.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Trudno mi komentować to opowiadanie, choć wcale nie dlatego, że miałem szansę pod nim pomarudzić na becie (a dlaczego, to zaraz do tego przejdę). Niektórzy mają dar pisania obszernych i wyczerpujących komentarzy, na które ten tekst bez wątpienia zasługuje, jednak dla mnie te parę słów to będzie szczyt recenzenckiej wylewności, tym bardziej, że jest tu najmniej tego, czym pisać najłatwiej – czyli powodów do narzekań. 

 

Opowiadanie jest napisane kwiecistym, ale nie przesadnym, stylem z pewną dawką patosu, który w pełni tu pasuje. Wszak fabuła dotyczy spraw ostatecznych, z bosko+apokaliptycznymi wstawkami, a wszystko to jest ubrane w formę na poły legendy, na poły bohaterskiego etosu. Tala opowieść sama w sobie nie jest czymś oryginalnym, ale tutaj wyciągasz asa z rękawa w postaci znakomitego swiatotworstwa. 

 

Można dojrzeć w tym opowiadaniu jakieś naleciałości Bajek Robotów, jednak mnie, w koncepcji, w pomyśle i w formie pachnie ono Stworami Światła i Ciemności. I już tym zostałem kupiony, bo jeśli o mnie chodzi, to lepiej nie mogłeś trafić. Ten świat intryguje, wciąga, oczarowuje i przee wszystkim wiele wybacza, bo nie sposób złapać cię na jakimś poważnym braku logiki, a drobnostek nie warto wspominać. 

 

Jasne, jest kilka potencjalnych punktów, gdzie ktoś może uprzeć się i punktować domniemane niedoróbki. Można narzekać na słabo ukazany charakter głównych bohaterów – ale przecież pamiętać trzeba, że oni, nawet jeśli zbudowani z ciała, bardziej podobni byli maszynom zaprogramowanym na konkretny cel. Można napisać słowo albo dwa o dziwnym zaskoczeniu Ura, który jakby nic nie wiedział o planie matki. Można kręcić nosem na to, że raz pokazujesz go jako bezradnego w ślepocie, a innym razem jako Daredevila na sterydach. Można wskazywać, że w całym oryginalnym, niesztampowym i nietypowym tekście, końcówka pojedynku jakby siadła, jest dość prosta i trochę na skróty. 

 

Można… ale po co? Walory tego tekstu przyćmiewają wszelkie drobiazgi, z którymi musiałeś walczyć, by zmieścić się w limicie 35tys znaków. Nie zmienia to też faktu, że jest to ścisła czołówka moich ulubionych opowiadań na portalu* i zaraz po komentarzu pospieszę do odpowiedniego wątku. 

 

*co wcale dobrze mu nie wróży, po pozostałe dwa ulubione piórek nie dostały

 

 Ps: weź normalnie publikuj z bety opowiadanie, bo tam pisałem komentarz a tu jakieś nowe powstało. 

Ładna baśń z dość wysokim progiem wejścia.

Co mi się podobało: na pewno świat, ciekawie skonstruowany (hehe) i przedstawiony. Na początek sporo obcych terminów i nazw własnych, wśród których łatwo się zagubić, na szczęście wszystko się układa w całość wraz z rozwojem opowieści. Historia nie nuży, ponieważ uwagę czytelnika przyciągasz detalami świata, ale pod tą barwną scenografią – można wręcz rzec, że koncertem fajerwerków światotwórczych – skryłeś opowieść prostą, wręcz ograną: jest i miłość od pierwszego “wejrzenia”, i damsel in distress, i bohaterski książę, który samojeden wyrusza, by księżniczkę z opresji wyzwolić i losy świata odmienić. Fabularnie zatem opowiadanie nie wybija się zatem ponad to, co już znamy i czytaliśmy pierdyliard razy.

Bohaterowie też przypominają trochę robociki, poruszające się po koleinach wyrytych przez tysiące poprzednich wcieleń znanych z setek innych baśni. Niczym nie zaskakują, nie ma też co liczyć na to, że okażą sparklącą osobowość (że tak sobie pozwolę zaneologizmować), która zjedna sobie czytelnicze serca. Po prostu są, mają robotę do wykonania i ją wykonują. Ja należę do tych czytelników, którzy lubią pełnokrwiste postaci, lubię się zagłębić w ich psyche, widzieć ich oczami. Tutaj, jak to zwykle bywa w baśniach, obserwujemy wydarzenia jakby trochę z boku, spoza głowy bohaterów, trzymając dystans. To się odbija czkawką w zakończeniu, ponieważ nie wzbudziło we mnie emocji, które powinno.

Ale dobra, nie czepiam się już. Takie są właśnie przywary baśniowej konwencji, a widać, że Ty miałeś inne priorytety: ukazanie świata i jego mecha-magicznej specyfiki. I to wyszło bardzo fajnie.

Wykonanie bardzo porządne, w konkretnym, wyrazistym stylu podlanym nieco patosem, który jednak pasuje do obranej formy. Czytałam bez potknięć i, prawdę mówiąc, aż własnym oczom nie dowierzam, że nie znalazłam żadnej rzeczy, której mogłabym się czepnąć, chociaż zwykle trafiam na przynajmniej drobne zgrzyty. Także pochwalam, pochwalam, piórem władać umiesz ;)

Koniec końców: podobało mi się, głównie ze względu na świat, w którym przyjemnie było się zagłębić i chłonąć wszystkie smaczki. Jeśli kiedyś wrócisz do tego uniwersum, chętnie przeczytam kolejną opowieść. Może tym razem wyzwoloną ze sztywnych okowów konkursowego limitu i kajdan baśniowości, która również wymusza pewne “limity”.

Nie daj się zwieść marudnemu tonowi, klika i tak ode mnie masz, po prostu znacznie łatwiej jest narzekać, niż chwalić ;)

Hej, IrkoGeki

Dzięki jeszcze raz za nieocenioną pomoc na becie. Musiałem ścisnąć opowiadanie jeszcze bardziej, ale nabrało logiki (nie wspominając o błędach) :)

 Ps: weź normalnie publikuj z bety opowiadanie, bo tam pisałem komentarz a tu jakieś nowe powstało. 

Dzięki temu piszesz wylewne komentarze :P

*co wcale dobrze mu nie wróży, po pozostałe dwa ulubione piórek nie dostały

Kiedyś się (chyba) uda!

 

Hej, Gravel

Fabularnie zatem opowiadanie nie wybija się zatem ponad to, co już znamy i czytaliśmy pierdyliard razy.

W końcu to baśń :)

Bohaterowie też przypominają trochę robociki, poruszające się po koleinach wyrytych przez tysiące poprzednich wcieleń znanych z setek innych baśni. Niczym nie zaskakują, nie ma też co liczyć na to, że okażą sparklącą osobowość (że tak sobie pozwolę zaneologizmować), która zjedna sobie czytelnicze serca. Po prostu są, mają robotę do wykonania i ją wykonują. Ja należę do tych czytelników, którzy lubią pełnokrwiste postaci, lubię się zagłębić w ich psyche, widzieć ich oczami. Tutaj, jak to zwykle bywa w baśniach, obserwujemy wydarzenia jakby trochę z boku, spoza głowy bohaterów, trzymając dystans. To się odbija czkawką w zakończeniu, ponieważ nie wzbudziło we mnie emocji, które powinno.

Bohaterowie to robociki nawet bardziej. Ich czyny i wybory są w dużej mierze “zaprogramowane” spiskiem Żara i Chromelli. Oczywiście, rozumiem zarzut i wcale przed nim nie uciekam. To, jak sama słusznie przyznajesz, konwencja baśni wraz z zaletami i wadami. Też lubię Postacie przez duże P (jak na przykład Lowin), ale tutaj postanowiłem spróbować się z innym stylem, którego jeszcze nie próbowałem.

Nie udziwniałem hasła przewodniego “księżniczek” i mam księżniczkę, a nawet księżniczki. Bohater jest ślepcem, co wymuszało zupełnie inny styl pisania – przyznam, że dla mnie męczący.

Ale dobra, nie czepiam się już. Takie są właśnie przywary baśniowej konwencji, a widać, że Ty miałeś inne priorytety: ukazanie świata i jego mecha-magicznej specyfiki. I to wyszło bardzo fajnie.

Otóż to. Limity bolą, ale wraz z pomocą betujacych starałem się dać tyle życia bohaterom, ile dałem radę.

Wykonanie bardzo porządne, w konkretnym, wyrazistym stylu podlanym nieco patosem, który jednak pasuje do obranej formy.

Patos został i tak ukrócony ;)

Czytałam bez potknięć i, prawdę mówiąc, aż własnym oczom nie dowierzam, że nie znalazłam żadnej rzeczy, której mogłabym się czepnąć, chociaż zwykle trafiam na przynajmniej drobne zgrzyty. Także pochwalam, pochwalam, piórem władać umiesz ;)

Dzięki, choć gdyby nie beta to coś byś znalazła :P

Koniec końców: podobało mi się, głównie ze względu na świat, w którym przyjemnie było się zagłębić i chłonąć wszystkie smaczki. Jeśli kiedyś wrócisz do tego uniwersum, chętnie przeczytam kolejną opowieść. Może tym razem wyzwoloną ze sztywnych okowów konkursowego limitu i kajdan baśniowości, która również wymusza pewne “limity”.

Nie daj się zwieść marudnemu tonowi, klika i tak ode mnie masz, po prostu znacznie łatwiej jest narzekać, niż chwalić ;)

Dzięki za lekturę i klika :) Do świata chciałbym powrócić, tylko go sobie tak na koniec nieco zniszczyłem. Zostałyby prequele…

Pozdrawiam serdecznie!

 

 

Dzięki za lekturę i klika :) Do świata chciałbym powrócić, tylko go sobie tak na koniec nieco zniszczyłem. Zostałyby prequele…

Na prequel masz świetny materiał, bo przecież jakoś ta inwazja maszyn na niebo musiała przebiegać. 

A i na seqiel niezgorszy, bo przecież historia kołem się toczy. 

Albo nawet ma prequel i seqiel w jednym – to by było coś. 

Nooo.

No, ciężko to będzie, IMHO, przebić w księżniczkowym konkursie.

Jestem poważnie i serio zachwycona. Nie tylko światotwórstwem, choć ono jest tu szalenie mocną stroną. Natomiast mnie kupiłeś tym, jak wziąłeś styl i klimat wyjściowo gdzieś, jak wspomniano wcześniej, z “Bajek robotów” i poszedłeś w opowieść/przypowieść o nieco innym charakterze, mniej pastiszowym, mocniejszym emocjonalnie. Znakomicie wyważyłeś tu między lekkim pastiszem a powagą, dodałeś świeżości ogranemu motywowi wojny ciała z maszyną i pięknie zrealizowałeś konkursowy temat.

Hej, hej, Ninedin

Bardzo dziękuję. Te “Nooo” na początku zabrzmiało groźnie ;)

Ależ miły komentarz! Tak, przyznam, że czytałem Bajki Robotów, gdy myślałem nad konkursem – to była jedna z inspiracji. Do tego jedna postać z opowiadania Gekiego i ostatnia historia z animacji Heavy Metal z 1981. A potem już się zmieszało w głowie.

No, ciężko to będzie, IMHO, przebić w księżniczkowym konkursie.

Jeszcze dużo czasu, myślę, że jeszcze dobre teksty wlecą. Ten konkurs nie jest tak prosty, jak się wydawał.

Znakomicie wyważyłeś tu między lekkim pastiszem a powagą

Cieszę się, że tak sądzisz, ponieważ to cienka granica.

Dziękuję za klika i pozdrawiam!

 

Przeczytam, ale zanim przeczytam szybka uwaga/pytanie: tytuł mi brzmi Baczyńskim śpiewanym przez Demarczyk (Wiersze wojenne) i nie wiem, czy to moja paranoja, czy celowe?

http://altronapoleone.home.blog

Baczyńskim śpiewanym przez Demarczyk (Wiersze wojenne)

Obawiam się, że nie znam. Całą winę ponosi moje wymyślanie tytułu na godzinę przed publikacją.

Dzikie połączenie Lema z angel fantasy w baśniowej panierce. Ale jakimś cudem dało radę. Piękne neologizmy. Demachinurg rządzi.

Widać, że walka z limitem była zacięta. I udało Ci się utrzymać po dobrej stronie granicy.

Podczas lektury miałam wrażenie, że na konkurs synestezyjny tekst również by się świetnie nadawał – interesujący pomysł na piekielną magię.

Sama fabuła w treści bardzo sztampowa, ale ubrana w oryginalne fatałaszki.

Chociaż można zinterpretować i tak: ratuje chłopina księżniczkę, ratuje, męczy się, ryzykuje życiem, wzrok traci, a tu się okazuje, że ona była w ciąży. ;-)

Babska logika rządzi!

Chociaż można zinterpretować i tak: ratuje chłopina księżniczkę, ratuje, męczy się, ryzykuje życiem, wzrok traci, a tu się okazuje, że ona była w ciąży. ;-)

Finkla, oni po prostu tak czule sobie te słówka szeptali w trakcie tych kilku dni, gdy się spotkali. :P

Hej, Finklo

Ale mnie Loża odwiedza licznie ;)

Dzikie połączenie Lema z angel fantasy w baśniowej panierce. Ale jakimś cudem dało radę

Jak anioły to i cud się znalazł ;)

Piękne neologizmy. Demachinurg rządzi.

Dziękuję. Nad nazwą Demachinurga się namęczyłem.

Widać, że walka z limitem była zacięta. I udało Ci się utrzymać po dobrej stronie granicy.

Gdyby nie limit byłoby z 50k znaków, bo pomysłów było znacznie więcej, dlatego może i dobrze…

Podczas lektury miałam wrażenie, że na konkurs synestezyjny tekst również by się świetnie nadawał – interesujący pomysł na piekielną magię.

Przegapiłem syntezyjny, ale zgadzam się, że by się nadawało. Niestety, nie miałem drugiego pomysłu na “księżniczki”. Czasem głowa pusta.

Chociaż można zinterpretować i tak: ratuje chłopina księżniczkę, ratuje, męczy się, ryzykuje życiem, wzrok traci, a tu się okazuje, że ona była w ciąży. ;-)

Finkla, oni po prostu tak czule sobie te słówka szeptali w trakcie tych kilku dni, gdy się widzieli. :P

Nie wchodzę w tę dyskusję :P Ale ponieważ spotykali się wcześniej tylko w jednej komnacie, gdzie byli służący i rodzice, to naprawdę potrzebowaliby magii, aby coś tam “zmajstrować” ;)

Dziękuję pięknie za klika i cieszę się, że przypadło do gustu :)

Pozdrawiam!

Ale ponieważ spotykali się wcześniej tylko w jednej komnacie, gdzie byli służący i rodzice, to naprawdę potrzebowaliby magii, aby coś tam “zmajstrować” ;)

No, w niewoli łatwiej. Nie bez kozery prawie każdy bohater Sienkiewicza strasznie desperuje, kiedy mu narzeczoną porwie ktoś znaczny.

Babska logika rządzi!

Bardzo dobra rzecz. Przyznam, że z początku byłem dość sceptyczny, ale potem wrzuciłem te ponad 30k znaków “jednym haustem”. Co oznacza jasno, że przynudzania nie było :)

Oprócz wymienionych inspiracji, widziałbym w tym też trochę “Diablo III”, ale może to przypadek.

Tak czy owak – tekst zdecydowanie zasłużył na błyskawicznie otrzymaną “bibliotekę” :) 

 

@Finkla: Chodzi o te sprawy, o których zwykle głośno nie mówimy, a dzieją się przy blasku Sienkiewiczowskiego Księżyca w nowiu? ;)

A to już musisz pytać Kmicica, Zbyszka z Bogdańca, Marka Winicjusza, Skrzetuskiego itd., o co się tak martwią. ;-)

Babska logika rządzi!

Hej, silver_advent

Przyznam, że z początku byłem dość sceptyczny

Szczerze mówiąc, też byłem na początku sceptyczny do tego pomysłu.

Oprócz wymienionych inspiracji, widziałbym w tym też trochę “Diablo III”, ale może to przypadek.

Miałem przyjemność z jedynką i dwójką, ale trójką już nie. Gwarantuję, że to przypadek :)

Tak czy owak – tekst zdecydowanie zasłużył na błyskawicznie otrzymaną “bibliotekę” :) 

Dzięki, sam się dziwię, że tak szybko :)

 

Finklo

Myślę, że Ur mógł być spokojny – niekompatybilność gatunków. W każdym razie moje myśli nie szły w tym kierunku, a na koniec wspominam, że wypoczywali długo… Są różne formy wypoczynku ;)

Po raz kolejny ująłeś mnie swoją opowieścią, co zdaje się tym ciekawsze, że bardzo to odbiega stylem i sensem od Twoich poprzednich tekstów. Jest jednak pewne głębokie podobieństwo – nie starasz się tworzyć nowych linii fabularnych, lecz mistrzowsko wykorzystujesz stare klisze, przypominając ich głębię, wszywając nowe interpretacje i znaczenia.

Zatchnąłem się zatem Twoim mitem założycielskim nie dla jego komplikacji (koncepcyjnie jest raczej prosty i znany), lecz dla adekwatności, jaką nadajesz mu wobec współczesnych zagadnień, a także wdzięku i swobody, z jaką ukazujesz ten świat. Jest to mit uaktualniony w sam raz dla cywilizacji, która wkracza w erę cyborgów – można się jeszcze zastanawiać, czy to my jesteśmy potomkami ślepca i Lilii, którzy ponownie sprowadzamy piekło na świat i próbujesz nas przed tym przestrzec, czy raczej cała opowieść jest o pojedynczych ludziach, którzy będą po nas odbudowywać cywilizację, gdy zmechanizujemy sobie Niebo i zaniechamy prawdziwego życia osiągając rzekomą doskonałość.

Przed lekturą komentarzy skłaniałem się wyraźnie ku pierwszej koncepcji, teraz już nie mam pewności. Błysnęła mi przy tym przewrotna myśl: Homer, archetypowy ślepiec, jako zaczątek cywilizacji, może pierwszy człowiek, który potrafił przejść od abstrakcji do konkretu i utrwalić swoją wyobraźnię w żyjącej opowieści – i tysiąc razy tysiąc dusz Lilii jako ludzie powtarzający jego słowa, aż mogły zostać spisane. Wiem jednak, że nie to miałeś na myśli, więc przejdę już do możliwie zwięzłej opinii na temat symboliki głównych postaci.

Ur. Rozumiem, czemu zechciałeś uczynić go niewidomym – w ten sposób od początku był lepiej predestynowany do kontaktów ze światem aniołów i demonów, wymykanie się poznaniu zmysłowemu (czyli najczęściej wzrokowi) nie było dlań tak wielką przeszkodą. Jednocześnie na ogół (może z paroma potknięciami) nie traktujesz go w narracji jak kaleki, lecz jak człowieka, który wie, czego chce, i jest przygotowany, aby to osiągnąć. A to już dużo. Scena, w której – przecież z żalem – godzi się na porzucenie matki, aby ratować ukochaną, jest najstarszą, najbardziej prymitywną metaforą przejścia w dorosłość; taką, przed użyciem której sam na pewno bym się ciężko zawahał, ale spod Twojego pióra jakoś nie razi. Wydaje mi się, że nader zręcznie poradziłeś sobie z narracją opartą o dźwięk, dotyk i zapach: czyta się bardzo płynnie, wszystko jest zrozumiałe mimo pewnego dogłębnego odbierania przez czytelnika tej wszechogarniającej ciemności. I wierzę, choć doświadczeń w tym względzie mam niewiele, że postrzeganie świata przez niewidomego tak, jak to opisujesz, jest przynajmniej częściowo wiarygodne. Choć co do jednego muszę wyrazić zastrzeżenia – gdyby nagle odzyskał wzrok, z początku nie rozumiałby absolutnie nic, poraziłaby go wizualna kakofonia, byłby wręcz mniej sprawny niż wcześniej: nauka poprawnej interpretacji bodźców wzrokowych zajmuje w takim przypadku miesiące. Usprawiedliwia to jednak konwencja tekstu.

Lilia. Gdy spotykamy ją po raz pierwszy, jest bezbrzeżnie przerażająca – setki tysięcy na pół złamanych, cierpiących, nie do końca zgranych ze sobą dusz. Jeszcze chwila i mamy zgodny, czuły chór; a opisujesz go tak dobrze, że nazbyt łatwo zapomnieć o tym pierwszym wrażeniu! Istotnie, ciarki przechodzą gdzieniegdzie, gdy w krótkich przebłyskach uświadamiamy sobie, z czym mamy do czynienia – z milionem oddanym jednej idei, mówiącym jednym głosem i masowo oddającym za nią życie. Kiedy jednak pamiętamy, że te dusze mogły pragnąć i być dumne z wzięcia udziału w projekcie “Lilia”, z jedynej szansy na wydostanie się z Piekła, znów postrzegamy to nieco inaczej. Potem już obligatoryjna scena damsel-in-distress, która nie razi (przynajmniej mnie…), nie podnieca (przynajmniej mnie…) i tylko uderza trafnością przedstawienia (przynajmniej mnie… – ileż tu subiektywizmu!). Chociaż przy “skórze w kolorze krwi” mocno się zawahałem. Podsumowując – czy nie przestrzelę zbyt ostro, jeżeli powiem, że związek Ura z Lilią stanowi metaforę szczęśliwej koegzystencji pomiędzy społeczeństwami o obyczajowości indywidualistycznej i wspólnotowej (czy wręcz konfucjańskiej)? Co do Lilii, jest jeszcze jeden drobiazg, w moim odczuciu zauważalny zgrzyt – czy może tylko niezrozumienie?

W ustach trwał jeszcze orzeźwiający posmak. – Ten płyn… Co to było?

– Jedna z nas – odpowiedziała Lilia.

– Biedactwo… – jęknęła druga. – Poświęciła się.

Im dłużej rozmyślam nad metaforycznym znaczeniem tej sceny, tym bardziej dochodzę do wniosku, że prawdopodobnie nie chcę go poznać.

A przy okazji specjalne wyrazy uznania za Demachinurga! Pobrzmiewa w tym imieniu wszystko, co trzeba (i deus ex machina, i demiurg, i chirurg), a osobowość jest cudownie chłodna. Nasuwa mi się nieodparte skojarzenie z Bogiem według Wielkiej Improwizacji: Jeśli miłość jest na co w świecie Twym potrzebną / I nie jest tylko Twoją omyłką liczebną

 

Dużej łapanki błędów nie będzie, bo widzę, że betujący już rzetelnie przeczyścili. Poza tym tekst ma tak sutą materię, że czyta się niczym dużo więcej niż te 35 tysięcy znaków – byłoby to bardzo czasochłonne. Parę rzeczy postaram się jednak wyłowić, a zacznę oczywiście smaczkiem, który Ci już wytknięto, chociaż jakby nie od strony językowej:

Wkrótce okazało się, że księżniczka była brzemienna.

Spektakularnie i z paskudnym efektem pomieszałeś następstwo czasów. Jestem prawie pewien, że chciałeś napisać jest brzemienna – obserwacja jednoczesna ze zdarzeniem, czy raczej następująca po jego rozpoczęciu w najkrótszym możliwym terminie. Jeżeli piszesz była brzemienna, to przesuwasz w tył (względem okazało się) o kolejny punkt odniesienia, przez co rzeczywiście wychodzi, że została zapłodniona w niewoli. Na obronę betujących – też nie mam stuprocentowej pewności, że potrafiłbym to wychwycić przy korekcie tekstu, to jednak nieco inne nastawienie. Teraz już drobiazgi…

Jednak to nie dwie czarne dziury pod czołem dziecka wystraszyły stare roboty tylko miękkie ciało bez choćby śladu metalu czy plastiku.

Przecinek przed “tylko”, wprowadzasz przeciwstawienie.

Otwórz w lochach przetokę i wyczekuj mnie za szesnaście lat.

Nie przekonuje mnie w tym kontekście słowo przetoka, nacechowane przede wszystkim medycznie. Chyba gdyby te lochy miały jakieś cechy żywego ciała, ale nic na to nie wskazuje.

Tylko królowa wiedziała, że książę spożywa zetlałe wspomnienia demonów oraz miazgi z dusz potępionych.

Chodzi o wspomnienia miazgi? A może spożywa jakieś liczne miazgi? Bardziej logiczna wydawałaby mi się forma oraz miazgę z dusz

Pod jego władzą nie ma rozwoju, ni wynalazków.

Przecinek nieuzasadniony.

przeklinając ślepotę, oraz wiatr, zagłuszający ruchy przeciwnika.

Pierwszy przecinek zupełnie bez powodu, drugi formalnie poprawny, ale raczej niewskazany (o ile się nie mylę, wprowadzasz tutaj wątek wiatru, nie zaś doprecyzowujesz znany już wiatr i tłumaczysz, czemu go teraz przeklina).

kierując je raz w jedną raz w drugą stronę.

A tutaj bym postawił przecinek, bo trzeba.

 

To będzie wszystko, zaznaczając wprawdzie, że przegląd był rzeczywiście bardzo pobieżny. A jak podsumować całość? Najlepiej tak: myślę, że zostanie ze mną wizja Twoich przesyconych znaczeniami bohaterów, którzy ryzykują i poświęcają się, aby obalić bezduszne, algorytmiczne Niebo – które wprawdzie ceniłbym za jego bezpieczeństwo i przewidywalność. Myślę, że mimo krótkiej formy rozegrałeś ten wątek lepiej, aniżeli to bywało na przykład w Mrocznych materiach. Myślę wreszcie, że nie zaryzykuję zbyt wiele, jeżeli właśnie tutaj zadebiutuję w dziedzinie nominacji do piórek.

Dziękuję za lekturę i pozdrawiam!

Cześć, Ślimaku Zagłady!

Cieszę się, że znów do mnie zajrzałeś, a jeszcze bardziej, że wyszedłeś ukontentowany opowiadaniem. Dzięki za piękny komentarz (wymagał podwójnego przeczytania) ;)

Tekst odbiega od moich poprzednich – to racja. Znów chciałem poeksperymentować i, jak zwykle, obawiałem się rezultatu. Co do fabuły, też pełna zgoda – niestety, nie idzie mi najlepiej wymyślanie twistów.

można się jeszcze zastanawiać, czy to my jesteśmy potomkami ślepca i Lilii, którzy ponownie sprowadzamy piekło na świat i próbujesz nas przed tym przestrzec, czy raczej cała opowieść jest o pojedynczych ludziach, którzy będą po nas odbudowywać cywilizację, gdy zmechanizujemy sobie Niebo i zaniechamy prawdziwego życia osiągając rzekomą doskonałość

Szczerze, podczas pisania miałem raczej inne myśli, choć bardziej przystające Twojej pierwszej teorii. Bez wątpienia świat się robi coraz bardziej metalowy i zrobotyzowany, ale sądzę, że zawsze będzie ktoś, kto się zbuntuje, wyjdzie poza Sieć, zniknie z radarów. Jednym z tytułów, który chciałem użyć był “Bunt ciała i ognia”. Z drugiej strony, o ile zawsze znajdą się jacyś bohaterowie, to i tak na końcu znów sprowadzimy “Piekło” na siebie. Z deszczu pod rynnę, a potem jeszcze raz poczekamy na bohaterów.

Ur został niewidomy z dwóch powodów: pierwszy prozaiczny – chciałem poćwiczyć pisanie takiego bohatera. To było bardziej wyzwanie dla samego siebie. Drugi – już związany z fabułą. Ur miał nie oceniać nikogo po wyglądzie, co, jak słusznie zauważyłeś, w kontaktach z taką gamą postaci było pomocne. Poza tym brak wzroku potęgował jego samotność, a to ona pchała go do wszystkiego. Został zrodzony w konkretnym celu, trzymany w samotności, uczony, by zabić mechaniołów i Demachinurga. Ur to więzień: dostaje jedzenie, bo sam w metalowym świecie nie przeżyje, zostaje zamknięty i bez wzroku nie wydostanie się na zewnątrz, obsługują go ogłupiałe roboty, a matka zaplanowała dla niego już ożenek i dalsze losy. I nawet gdy Chorois ginie Ur dalej jest więźniem. Musi lecieć do Nieba, inaczej umrze z głodu, musi znaleźć jedyną przyjazną mu istotę, czyli Lilię, a żeby ją uwolnić, musi zabić Demachinurga. Dokładając miłość (również zaaranżowaną przez Chromellę i Żara) mamy pułapkę idealną.

Ur jest zaprogramowanym robotem – tylko z ciała.

Cieszę się, że Lilia Ci się spodobała. Była najtrudniejszą postacią, bo zwykła “dama w opałach” byłaby trochę (albo bardziej) nudna. Pomysł z duszami pojawił się później, ale idealnie przypasował – miałem Lilię bez Lilii. Poza tym wizja jedynego człowieka, nagiego, z piekielnym mieczem i skrzydłami, za to bez oczu, lecącego na czele tysiąca dusz ukochanej, by zabić boga, była (subiektywnie dla mnie) świetna i chciałem ją opisać.

Lilia to ostatnia szansa Piekła – dusze nie chcą się wydostać z Piekła. Ich już niema. Zostały przeobrażone przez Żara na Lilię, której jedynym zadaniem jest kochać Ura, dać początek nowej rasie i znów zapełnić Piekło. To również maszyna z ciała, tak jak Ur, pozbawiona wolnej woli. Zrobi wszystko, aby Ur przeżył i by ją pokochał.

Skóra koloru krwi, chaos barw i kształtów po wzroku – tak, konwencja. Chciałem pokazać, że Lilia jest inna, ale nie ma to znaczenia dla Ura. I chciałem też, aby był jeden etap kuszenia Ura, tym razem odwrotny, bo przez bóstwo, nie demona.

Scena z wypiciem Lilii była podyktowana (o dziwo) realizmem, ale wkomponowała się ładnie w tekst. Ur był spragniony i osłabiony. Jak mógłby walczyć w takim stanie? Ale ponieważ zjadał już dusze, a Lilia zrobi wszystko, aby przeżył, taka scena łączy się z resztą tekstu. Ten tekst – jak i wiele w podobnej konwencji – wręcz wymusza zawieszenie niewiary, ale probowałem trzymać się realizmu, gdzie mogłem.

Demachinurg – O, dzięki, że znalazłem tam chirurga i Ci pasował! Demachinurg mi się nie podobał, z kolei Demachinurg brzmiał trochę jak “chirurg”, ale potem uznałem, że chirurg kojarzy się z ruchami skalpela, precyzyjnymi, mechanicznymi, tnącymi ciało. I bardzo pasuje.

Dziękuję Ci za łapankę, tak teraz brzemienna już jest ok :P 

Myślę wreszcie, że nie zaryzykuję zbyt wiele, jeżeli właśnie tutaj zadebiutuję w dziedzinie nominacji do piórek.

Dziękuję Ci bardzo i za nominację i przede wszystkim za lekturę oraz rozbudowany komentarz :)

Pozdrawiam serdecznie!

Dobry wieczór!

 

Powtórzę się z tym co pisałam na becie: świat mnie zachwycił. Masz talent to brania starych schematów, rozkładania ich na czynniki pierwsze i tworzenie czegoś zupełnie nowego. Chętnie wróciłabym do tego świata, bo naprawdę ma w sobie to coś :)

 

Dalej jest nieco patetycznie, ale w znośny sposób (no i może pasuje do tego świata i stąd mój cały zachwyt, mimo że na to bardzo narzekałam). Nie za bardzo mam się jeszcze do czego przyczepić: kupiłeś mnie światotwórstwem, mogłabym ponarzekać na bohaterów, że za mało tacy i tacy, albo brakło mi tego i tego, ale im dłużej myślę o opowiadaniu (a minęło kilka dni), tym bardziej mam poczucie, że wycisnąłeś z tego limitu naprawdę wszystko co mogłeś.

 

Z wielką przyjemnością nominuję (to moja pierwsza nominacja, więc czekam na jakieś fanfary w tle :D ) i trzymam kciuki!

Hej, Shanti

Dzięki za betę i za narzekania o patos. Dobra krytyka zawsze w cenie ;)

Zdaję sobie sprawę z braków w opowiadaniu, ale, właśnie, limity. Zawsze przy kreacji nowego świata i bohaterów mam chęć rozwijać i rozwijać. Może to i lepiej, że trzeba się zmieścić w jakichś ramach, bo potem się słyszy: “przegadane” ;)

Dzięki za nominację :P

<Fanfary>

I pozdrawiam!

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Witam, Alicello!

Rad jestem, że pokonałaś w końcu długi korytarz :P

Cześć!

 

Polecali i mieli rację. Zanais, wakacje chyba Ci służą ;-)

Przepiękna bajka (choć może to bardziej mit), jedno z najlepszych opowiadań, jakie przeczytałem na portalu. Z pozoru “zwyczajna” historia o stworzeniu świata, okraszona (niestety, nieco wypaczoną imho) symboliką chrześcijańską i osadzona w cudownym, fantastycznym, przemyślanym, kolorowym, metalowym, inspirującym (kolejne 57 przymiotników o zabarwieniu pozytywnym) świecie. Kino drogi w odcieniach metalurgii i material science.

Zdawkowo pokazani, choć cudownie fantastyczni bohaterowie, ślepy Ur pragnący Lilii, której nie dane mu było poznać. To nie zarzut, bo barwne opisy świata, który zwiedza ślepiec byłyby nieco groteskowe. Matka spiskująca z królem piekieł, mechaniczny Leviatan aspirujący do roli Boga, mechaniołowie.

Świat przecudny, taki prosty i niesamowity, używając niewielu słów doskonale go przedstawiasz. Dla takich perełek lubię czytać fantastykę. Poezja! Miodzik!

Bardzo przypadł mi do gustu motyw z podarowaniem księciu oczu, szczerze mnie to zaskoczyło i bardzo się spodobało. W końcówce nie złapałem co stało się z niebem i skąd raptem wzięła się ta cała trawa. Ale w sumie bohater nie ma oczu, więc jest to spójne i zaprzęga głowę do kombinowania.

Z rzeczy edycyjnych:

Barwa utwardzanej stali, książę. Zwą ją błękitem

O co chodzi z błękitnym kolorem utwardzonej stali?

Postawili stopy na zielonym równinach. → Postawili stopy na zielonych równinach.

Tyle. 3 P dla Ciebie: Pozdrawiam, Powodzenia w konkursie i Polecam do biblioteki (a nie, to już jest w bibliotece, to zgłaszam do piórka ;-) )

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Zanaisie, stworzyłeś niezwykły świat, wypełniłeś go nietuzinkowymi postaciami i takimiż zdarzeniami, a do opisania wszystkiego wymyśliłeś słowa, które nadały opowieści szczególnego charakteru i znaczenia. Historia Ura i Lilii zaciekawiła od początku i w stanie urzeczenia czytałam baśń aż do ostatniej kropki.

Dodam jeszcze, że lektura była tym przyjemniejsza, że opowiadanie jest napisane bardzo porządnie i nie musiałam zawracać sobie głowy łapankowaniem. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, Krar85!

Czyli reklama się srawdziła ;) Jakie tam wakacje, od dziecka nie ma wakacji :P

Przepiękna bajka (choć może to bardziej mit), jedno z najlepszych opowiadań, jakie przeczytałem na portalu.

Dziękuję :) Baśń, bajka, mit… sam nie wiem, gdzie to włożyć.

Z pozoru “zwyczajna” historia o stworzeniu świata, okraszona (niestety, nieco wypaczoną imho) symboliką chrześcijańską i osadzona w cudownym, fantastycznym, przemyślanym, kolorowym, metalowym, inspirującym (kolejne 57 przymiotników o zabarwieniu pozytywnym) świecie. Kino drogi w odcieniach metalurgii i material science.

Od razu zaznaczę, że prócz mechaniołów, Piekła i Nieba, żadnych symboli chrześcijańskich świadomie nie umieszczałem, choć Ur i Lila później zaczęli przypominać Adama i Ewę.

Dzięki za miłe słowa (na 62 przymiotniki) o świecie :) Ale kolorowy?

Zdawkowo pokazani, choć cudownie fantastyczni bohaterowie, ślepy Ur pragnący Lilii, której nie dane mu było poznać. To nie zarzut, bo barwne opisy świata, który zwiedza ślepiec byłyby nieco groteskowe. Matka spiskująca z królem piekieł, mechaniczny Leviatan aspirujący do roli Boga, mechaniołowie.

Limity i konwencja. Jak na baśń myślę, że ci bohaterowie wystarczają. Świata musiała zostać oparty o słowa innych postaci, dźwięki i zapachy. No i brak wzroku pozwolił uniknąć wielu opisów.

Świat przecudny, taki prosty i niesamowity, używając niewielu słów doskonale go przedstawiasz. Dla takich perełek lubię czytać fantastykę. Poezja! Miodzik!

Dzięki. Tylko nie zagłębiajmy się za bardzo w logikę i realizm ;)

Bardzo przypadł mi do gustu motyw z podarowaniem księciu oczu, szczerze mnie to zaskoczyło i bardzo się spodobało. W końcówce nie złapałem co stało się z niebem i skąd raptem wzięła się ta cała trawa. Ale w sumie bohater nie ma oczu, więc jest to spójne i zaprzęga głowę do kombinowania

 

Hm. Niebo zmieniło się z powrotem w takie, jakie było przed nadejściem Demachinurga. Tak samo świat, co pozwoliło nowej rasie – ludziom – narodzić się i żyć.

Barwa utwardzanej stali, książę. Zwą ją błękitem

O co chodzi z błękitnym kolorem utwardzonej stali?

Podgrzewanie stali powoduje przybieranie przez nią różnych kolorów – w tym błękitnego. Nauczyciele dawali mu analogie, tak jak opisuje się kolory osobom niewidomym. Mówi się na przykład, że niebieski to kolor zimna, wody, smutku. Uznałem, że nauczyciele będą opowiadać mu o kolorach, używając też metali, które go otaczały.

Tyle. 3 P dla Ciebie: Pozdrawiam, Powodzenia w konkursie i Polecam do biblioteki (a nie, to już jest w bibliotece, to zgłaszam do piórka ;-) )

Dziękuję za 3P :)

Pozdrawiam

 

Hej, Regulatorzy!

Cieszę się, że mogłem uraczyć Cię dobrą historią. Przyznam, że podczas tworzenia często miałem ochotę ją porzucić i teraz cieszę się, że jakoś “wymęczyłem” ten tekst :P

Dodam jeszcze, że lektura była tym przyjemniejsza, że opowiadanie jest napisane bardzo porządnie i nie musiałam zawracać sobie głowy łapankowaniem. ;D

Opłacił się kolektywny wysiłek z betującymi. Osiągnięcie opowiadania bez Twoich poprawek wielce cieszy :D

Pozdrawiam serdecznie

 

Przyznam, że podczas tworzenia często miałem ochotę ją porzucić i teraz cieszę się, że jakoś “wymęczyłem” ten tekst :P

Zawsze byłam zdania, że w im większych mękach tworzy autor, tym bardziej satysfakcjonujące dzieło otrzymuje czytelnik. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zawsze byłam zdania, że w im większych mękach tworzy autor, tym bardziej satysfakcjonujące dzieło otrzymuje czytelnik. ;D

To może być prawda, ale słabo brzmi jako reklama pisarstwa :P

Dobremu pisarstwu żadna reklama chyba nie jest potrzebna, a złemu nie zaszkodzi, bo i tak będzie kwitła radosna twórczość trącąca grafomanią. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W takim razie postaram się męczyć z każdym tekstem jeszcze bardziej ;)

Życzę wytrwałości. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jakie tam wakacje, od dziecka nie ma wakacji :P

Niby tak, ale wakacje z dzieckiem są zdecydowanie lepsze od braku wakacji ;-)

Od razu zaznaczę, że prócz mechaniołów, Piekła i Nieba, żadnych symboli chrześcijańskich świadomie nie umieszczałem, choć Ur i Lila później zaczęli przypominać Adama i Ewę.

Była jeszcze księga nieurodzaju, w której Demachinurg przedstawiany jest jako siła stwórcza. Jest Niebo w roli aparatu opresyjnego i Piekło z nim po cichu wojujące. Takie odwrócenie. Trochę skojarzeń apokaliptycznych też mi się rzuciło, ale Apokalipasa jest tak wypchana treścią i symboliką, że można się jej wszędzie doszukiwać. Miasto Ur występuje w symbolice starotestamentowej. Lilia to jeden z symboli kultu Maryjnego. Nie wiem, co było celowe, a co nie, ale jest tego całkiem sporo imho.

Limity i konwencja. Jak na baśń myślę, że ci bohaterowie wystarczają.

Wiem i rozumiem, ale historia tak mi się spodobała, że z chęcią bardziej bym się w nią zagłębił ;-)

Podgrzewanie stali powoduje przybieranie przez nią różnych kolorów – w tym błękitnego.

Nigdy nie słyszałem, żeby stal stawała się niebieska czy błękitna. Od brązu, przez czerwień i żółć aż do “słońca”. Przy starzeniu czy odpuszczaniu faktycznie pojawiają się naloty: http://forumkowalskie.pl/viewtopic.php?t=999 i w pewnych temperaturach są one podobno niebieskie, ale to naloty, a z tego co pamiętam, to ich kolory są dosyć subtelne, znacznie bardziej niż intensywne kolory samej stali. Dla mnie naloty były szare albo bure, ale może zwyczajnie nie widzę kolorów ;-) No i odpuszczanie to zmiękczanie stali, a nie utwardzanie.

 

Dobra, bo się rozpisałem. Świetny tekst, tak tylko pomarudziłem na różne swoje koniki. Ale uważam, że przy tak dobrym i udanym tekście warto.

 

Pozdrawiam ponownie i idę męczyć swoje księżniczki.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Hej

Była jeszcze księga nieurodzaju, w której Demachinurg przedstawiany jest jako siła stwórcza. Jest Niebo w roli aparatu opresyjnego i Piekło z nim po cichu wojujące. Takie odwrócenie. Trochę skojarzeń apokaliptycznych też mi się rzuciło, ale Apokalipasa jest tak wypchana treścią i symboliką, że można się jej wszędzie doszukiwać. Miasto Ur występuje w symbolice starotestamentowej. Lilia to jeden z symboli kultu Maryjnego. Nie wiem, co było celowe, a co nie, ale jest tego całkiem sporo imho.

No może trochę się tego nazbierało :P Ur to, owszem, sumeryjskie miasto, ale u mnie powstał ze skrócenia dłuższego imienia. Nie dość, że pasowało, to jeszcze zaoszczędziłem masę znaków. Cięcia, aby zmieścić się w limicie, były naprawdę ostre.

Nigdy nie słyszałem, żeby stal stawała się niebieska czy błękitna. Od brązu, przez czerwień i żółć aż do “słońca”. Przy starzeniu czy odpuszczaniu faktycznie pojawiają się naloty: http://forumkowalskie.pl/viewtopic.php?t=999 i w pewnych temperaturach są one podobno niebieskie, ale to naloty, a z tego co pamiętam, to ich kolory są dosyć subtelne, znacznie bardziej niż intensywne kolory samej stali. Dla mnie naloty były szare albo bure, ale może zwyczajnie nie widzę kolorów ;-) No i odpuszczanie to zmiękczanie stali, a nie utwardzanie.

Widziałem tę stronę, ale korzystałem z innych źródeł. Jakieś tlenki się wytwarzają na powierzchni stali i mogą przybierać rozmaite barwy. https://en.wikipedia.org/wiki/Tempering_(metallurgy)

Obrazek na dole po prawej.

Może angielski mnie zawiódł. To nie problem, już zmieniłem.

Limity i konwencja. Jak na baśń myślę, że ci bohaterowie wystarczają.

Wiem i rozumiem, ale historia tak mi się spodobała, że z chęcią bardziej bym się w nią zagłębił ;-)

Mam pecha do kontynuacji :P

Pozdrawiam i walcz z księżniczkami! Na pewno odwiedzę.

 

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej, Krokusie

Dzięki za kwiatki.

Cześć Zanais!

Opowiadanie ma swoje mocne strony, np. neologizmy, logikę wydarzeń i jakieś zacięcie rodem z Lema, ale jest nierówne. Czasami gubi się harmonia pomiędzy językiem a treścią i natłok tychże neologizmów, nazw własnych i kuriozów przesłania same postacie i to, co się z nimi dzieje. Tekst się robi wtedy ciężki. Do tej pory nie wiem, jak naprawdę wyglądała walka księcia z mechaniołem i jak go pokonał (czytałam kilka razy ten fragment), a więc jak dla mnie wydarzenie rozpływa się w “fajności” języka.

Co do układu: nic nie zapowiada inwazji, (która bądź co bądź fabularnie jest istotna, bo pociąga za sobą dalszą akcję, ale to okazuje się potem), ponieważ początek jest o czymś innym (narodzenie następcy tronu etc.) Lepiej by się czytało, gdyby koniec miał swoje aluzje w początku.

Pozdrawiam!

Hej, chalbarczyk

Hm, nie sądzę, że neologizmów było aż tyle – Bajki Robotów albo pierwsze lepsze opowiadanie Dukaja ma ich znacznie więcej. Tutaj umieściłem mniej niż dziesięć, na dodatek są dość proste i łączą się z tekstem.

Walka z mechaniołem jest opisana, jak większość opowiadania, z perspektywy niewidomego. Mogłem kreować świat tylko za pomocą słuchu i zapachu ;) Walka wygląda tak, ze Ur unika ciosów, używa magii i rani Bar’achiela. Ani na becie, ani w poprzednich komentarzach nikt nie zgłaszał, że jest nieczytelna, więc trudno mi się odnieść. Na pewno trudno opisać walkę bez wzroku, więc nie ukrywam, że może dałoby się zrobić to lepiej, ale cóż, trzeba próbować.

Inwazję nic nie musi zapowiadać, ponieważ foreshadowing nie jest wymogiem dla każdego tekstu. Atak aniołów mógł nastąpić z powodu wykrycia Ura, stworzenia Lilii albo z zupełnie innej przyczyny, której bohaterowie nie mają szansy znać. Tak czy inaczej, inwazja to tło.

Dzięki za lekturę i komentarz :)

Neologizmy i stylizowane nazwy własne – może nie ma ich tak dużo różnych – ale są cały czas. I trudno na nie nie zwrócić uwagi :)

Czy inwazję i konflikt musi coś zapowiadać? Zapewne nie. Ale nie ma znaczenia, co bohaterowie wiedzą i jaki motyw przyświeca napadającym. Ale lepiej mi się czyta tekst, w którym wydarzenia nie pojawiają się znikąd i mają jakieś umocowanie w tym, co czytelnik już wie.

 

Walka Ura – no to muszę przyznać, że kompletnie się pogubiłam.

 

Powodzenia w konkursie!

Odczekałam sobie całkiem długo od lektury – głównie żeby móc od razu wrzucić komentarz piórkowy, czyli czekałam, aż nominacja znajdzie się w odpowiednim wątku.

 

Bo od razu na początek powiem, że będę na TAK, mimo że lista zastrzeżeń istnieje. I to będę na TAK za formę, co mi się rzadko zdarza, ale ten tekst w dużej mierze formą stoi. Narracją, stylizacją i światotwórstwem.

Odczekałam też, żeby przekonać się, czy jednak przewidywalność fabuły i w zasadzie nieistnienie bohaterów jednak mnie nie zniechęcą – ale nie. To nie przeszkadza. Udało Ci się coś, co jest dużą sztuką: napisać tekst w zasadzie banalny w sensie “to wszystko już było” w sposób taki, że nieoryginalność fabuły i bohaterów nie przeszkadza. Może wręcz pomaga, bo nie odrywa od rozkoszowania się tym, jak to opowiadasz i jak plastycznie pokazujesz świat.

Nie żeby było idealnie: pod koniec robi się trochę pospiesznie, jakby sam autor nieco znudził się delektowaniem światem i narracją i przyspieszył, tu bym widziała trochę pracy, jeśli opko dostanie się do antologii. Samo zakończenie: niby bajkowe, ale czegoś mi w nim brakuje, takiego wyjścia w “co dalej”. Trochę wyjaśnień wewnętrznej logiki też nie zaszkodzi, choć kilka dni po lekturze nie pamiętam tych dziur logicznych, które mnie na bieżąco lekko irytowały, a to właśnie między innymi decyduje o TAK-u: pozostają we mnie wrażenia pozytywne, czyli negatywy nie są zbyt istotne.

Jest tu kilka bardzo pięknych scen, jak choćby ta z zasypiającym czy też umierającym ptakiem-maszyną. Zupełnie inna niż w “Terminusie” Lema, a mimo to jakoś tamtą przypominająca. Oczywiście inspiracja “Bajkami robotów” widoczna, ale masz własny język i własny styl, to nie jest nawet pastisz.

 

Odnośnie imienia, bo jest o tym wyżej dyskusja: dla mnie ono się kojarzyło z niemieckim przedrostkiem “Ur” czyli pierwotny, pierwszy, najdawniejszy itd. i to mi akurat bardzo pasowało, ale chyba nie to stało u podstaw tego imienia. Niemniej nieźle spasowało, nawet jeśli nie było autorską intencją.

 

Mała garstka babolków:

 

ciepło bijące z jej skóry przekonały Ura

ciepło bijące od skóry?

 

Żal ścisnął mu serce, lecz nie zwolnił, węszył powoli i dokładnie, nasłuchiwał zgrzytów prowadnic, uruchamianych systemów obronnych.

 Żal nie zwolnił, węszył i nasłuchiwał?

 

Dusze wsiąknęły w Lilię

Mam wrażenie, że to niepoprawna forma czasownika.

 

http://altronapoleone.home.blog

Jestem urzeczony klimatem. Mnie się całość bardzo podobała. Były delikatne zgrzyty (najbardziej przeszkadzał mi zbyt mocny patos), ale nie zepsuły mi zabawy z czytania. Zdecydowanie potrafisz wykreować ciekawy świat. No i oczywiście świetne zakończenie ;)

Hej, Drakaino

Bo od razu na początek powiem, że będę na TAK, mimo że lista zastrzeżeń istnieje.

To ja od razu serdecznie podziękuję :) Obecność zastrzeżeń rozumiem, zresztą, cóż to za TAK bez zastrzeżeń. Z tą wtórnością fabuły to chyba już u mnie typowe. Nic oryginalnego mi do głowy nie przychodzi pod kątem fabuły. Może kiedyś…

Może wręcz pomaga, bo nie odrywa od rozkoszowania się tym, jak to opowiadasz i jak plastycznie pokazujesz świat.

Dziękuję, szczególnie za to “plastycznie”. Zastanawiałem się często, czy opisy wrażeń z samych węchu i słuchu mogą oddać świat tak, jak chciałem go pokazać.

pod koniec robi się trochę pospiesznie, jakby sam autor nieco znudził się delektowaniem światem i narracją i przyspieszył, tu bym widziała trochę pracy, jeśli opko dostanie się do antologii.

Z końcówką nie przeczę, sam nie jestem z niej do końca zadowolony. Jeśli dostanie się do antologii, to z przyjemnością rozbuduję. Tylko zaznaczę, że autor absolutnie nie znudził się delektowaniem świata, wręcz przeciwnie. Niestety, autorowi skończyły się znaki i musiał mocno ciąć.

Samo zakończenie: niby bajkowe, ale czegoś mi w nim brakuje, takiego wyjścia w “co dalej”.

Nie do końca widzę tę “bajkowość”. Na samym końcu raczej jest antybajkowo. Chyba że mówimy o losie Ura i Lilii. No cóż, musiało im się udać, aby powstali ludzie, a o to mi chodziło od początku.

Trochę wyjaśnień wewnętrznej logiki też nie zaszkodzi, choć kilka dni po lekturze nie pamiętam tych dziur logicznych, które mnie na bieżąco lekko irytowały, a to właśnie między innymi decyduje o TAK-u: pozostają we mnie wrażenia pozytywne, czyli negatywy nie są zbyt istotne.

Na pewno są! Namęczyłem się, ale taki świat pewnie ocieka problemami, które trudno wytłumaczyć ze względu na limit. Ale skoro nie przysłoniły tych “dobrych” stron, to może da radę je przełknąć :)

Jest tu kilka bardzo pięknych scen, jak choćby ta z zasypiającym czy też umierającym ptakiem-maszyną. Zupełnie inna niż w “Terminusie” Lema, a mimo to jakoś tamtą przypominająca. Oczywiście inspiracja “Bajkami robotów” widoczna, ale masz własny język i własny styl, to nie jest nawet pastisz.

Styl Lema to styl Lema, mogę co najwyżej mieć naleciałości ;)

Odnośnie imienia, bo jest o tym wyżej dyskusja: dla mnie ono się kojarzyło z niemieckim przedrostkiem “Ur” czyli pierwotny, pierwszy, najdawniejszy itd. i to mi akurat bardzo pasowało, ale chyba nie to stało u podstaw tego imienia. Niemniej nieźle spasowało, nawet jeśli nie było autorską intencją.

O, a to ciekawa informacja. Niemiecki nie jest moją mocną stroną, ale czasem przypadek pomaga.

Łapankę, oczywiście, poprawiam.

Pozdrawiam serdecznie!

 

 

Hej, Morteciuszu

Dzięki za odwiedziny i cieszę się, że lektura przypadła do gustu.

Z patosem – jak zauważyłem na becie – sprawa jest równie zagmatwana co z humorem. Każdy ma na niego własną tolerancję i nastawienie. Na pocieszenie powiem, że został poważnie stonowany od wersji pierwotnej :P

Pozdrawiam

Oj, konkursowa poprzeczka wylądowała właśnie bardzo wysoko. :D Świetny tekst, który kupił mnie klimatem, a utrzymał opowieścią i światotwórstwem. Wizja metalowego świata i człowieka, który musi w nim przeżyć bez klosza nad głową, jaki do tej pory gwarantowała mu matka jest intrygująca. A tu robisz więcej – sprawiasz, że on wygrywa z tym światem. I że trawa wydaje się czymś niezwykłym.

Akcja jest wartka, jedyne spowolnienie dostrzegłam przy przedzieraniu się przez niebo i jego korytarze, choć i ono było dość dynamiczne. Bohaterowie są dobrze zbudowani, bardzo mi się podoba sposób w jaki mówi Demachinurg. Ciężko mi, tak naprawdę, cokolwiek temu tekstowi zarzucić.

Zostaw ten żyrandol.

Hej, Verus

Konkursy to subiektywne stworzonka i czasem wysoka poprzeczka okazuje się dość niska ;p

Świetny tekst, który kupił mnie klimatem, a utrzymał opowieścią i światotwórstwem.

Dzięki :) Cieszę się, że opowieść nie okazał się zbyt “wtórna”.

Akcja jest wartka, jedyne spowolnienie dostrzegłam przy przedzieraniu się przez niebo i jego korytarze, choć i ono było dość dynamiczne.

Ur nie może znaleźć sam Lilii = Niebo musi być duże. Poza tym to Niebo, a nie jakaś wioska :P

Bohaterowie są dobrze zbudowani, bardzo mi się podoba sposób w jaki mówi Demachinurg.

O, miło mi, że zwróciłaś uwagę na Demachinurga. Dostał trochę “obcości” w glosie, aby jeszcze bardziej zrobić go czymś dalekim od spraw zwykłych stworzeń.

Ciężko mi, tak naprawdę, cokolwiek temu tekstowi zarzucić.

Dziękuję, również za głos na piórko :)

Pozdrawiam

 

Cześć, Zanaisie!

Opowiadanie przeczytałam już wczoraj i cóż… Nadal je pamiętam. ;) Co więcej, trochę się zaraz powtórzę, bo podobną opinię pisałam nie tak całkiem dawno u Gekikary pod jego “Planetą Wodą”, ale ponieważ to są dwa odrębne gatunki, to myślę, że wybaczycie mi to powtórzenie.

 

Z pewnością jest to jedno z najciekawszych opowiadań, jakie przeczytałam na portalu i znajdzie się dla niego miejsce w moim top 5. ;)

 

Nie mam się do czego przyczepić, więc żeby dołożyć swoją cegiełkę w puszystym piórkowym wątku, krótko pochwalę.

Fabuła ma sens i ładnie ją poprowadziłeś.

Bohaterów też dobrze zbudowałeś. Oni są bardzo wyraźni w tej swojej subtelności, bo nie mogę powiedzieć, że przedstawiłeś ich w pełnych barwach, ale ich gestami i czynami nam ich pokazałeś. Nie ma zbędnych infodumpów. Nawet ci, którzy pojawiają się tylko na chwilę są jacyś i są potrzebni.

Klimat nie jest gęsty, ale odpowiedni.

Światotwórstwo… Oj, robisz konkurencję mojej wyobraźni. :p Ja już raz swoją wyobraźnię spuściłam ze smyczy, ale nie udało mi się idealnie spiąć tego świata. A Tobie się udało. Więc brawo!

I ten tytuł! Piękny! <3

Dawaj nam więcej takich tekstów!

 

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Cześć, SaraWinter!

Bardzo mi miło, że tak Ci się spodobało :)

Chciałem rozbudować wszystko o wiele mocniej, ale limity trzymały mnie krótko… Spotkanie z cyberwilkiem, kradzież głosów robocich sierot, metalowa puszcza – może kiedyś ;)

Światotwórstwo… Oj, robisz konkurencję mojej wyobraźni. :p Ja już raz swoją wyobraźnię spuściłam ze smyczy, ale nie udało mi się idealnie spiąć tego świata. A Tobie się udało. Więc brawo!

Myślę, że parę większych lub mniejszych dziur by się znalazło. Lubię realizm, ale czasem trzeba odpuścić. To świat grubymi nićmi szyty, ważne, aby nie spruły się podczas czytania ;)

I ten tytuł! Piękny! <3

Dziękuję, wymyślony na ostatnią chwilę. Do tego dziwnego tekstu nic mi nie pasowało :)

Dawaj nam więcej takich tekstów!

Chciałbym, ale nie umiem ;p

 

Dziękuję za komentarz i głos piórkowy

Pozdrawiam :)

Hej, Amonie!

Pa, Amonie! :)

Hej!

 

Niesamowite słowotwórstwo i światotwórstwo. Z początku miałem lekki problem, aby wejść w ten klimat, a zrozumienie pewnych zależności nadeszło z drugim czytaniem, jednak warto dać się porwać opowieści. Tekst jest na pewno przemyślany i nietuzinkowy. Napisany znakomicie. 

Zakończenie przypasowało mi najmniej (że tak naprawdę czytaliśmy o „genezie ludzkości”). Nie zepsuło to jednak świetnego wrażenia. ;-)

 

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Hej, FilipWij

Klimat z początku może być trudny, fakt, ale cieszę się, że jakoś w niego “wszedłeś”. 

Zakończenie nie nazwałbym “genezą ludzkości”, raczej powrotem do starego cyklu :) Póki nie psuje świetnego wrażenia to jest dobrze ;)

Dzięki za odwiedziny i pozdrawiam! 

Bardzo wizjonerskie opowiadanie.

Sporo tu nomen omen splotłeś rzeczy i zrobiłeś to w sposób bardzo udany. Dużo tu sprytnego i przemyślanego światotwórstwa, a te z pozoru niepasujące elementy wypadają w Twoim połączeniu bardzo dobrze. Podoba mi się odwrócenie (przynajmniej z punktu widzenia bohatera) roli piekła i nieba. To intrygująca podróż.

Ciekawi są bohaterowie i para “zakochanych” choć moim zdaniem księżniczka Lilia kradnie show. I to w momencie początkowym gdy się jąka i później gdy wspomaga ślepego królewicza, gdy jest wieloosobowa i gdy zmienia się w różne postacie.

Gdybym miał się do czegoś przyczepić to gdzieś te walki mi się trochę (i o dziwo) dłużyły. A druga sprawa to zakończenie które zdało się zbyt uproszczone, ale może takie właśnie powinno być biorąc pod uwagę format.

Podsumowując bardzo dobre opowiadanie! Gratuluję!

PS. Gdzieś po drodze przypomniał mi się film Hellboy: Złota armia ale to dalekie porównanie.

 

Zdziwił się Ur, gdy usłyszał ciężkie stąpanie wielu odnóży

A nie lepiej

Ur zdziwił się, gdy usłyszał ciężkie stąpanie wielu odnóży

 

Źle sypiał Ur nocami,

A nie lepiej

Ur źle sypiał nocami,

 

ale robot zdawał się władać nią bez trudu

Może lepiej

ale robot władał nią bez trudu

Hej, Edwardzie!

Bardzo wizjonerskie opowiadanie.

Sporo tu nomen omen splotłeś rzeczy i zrobiłeś to w sposób bardzo udany. Dużo tu sprytnego i przemyślanego światotwórstwa, a te z pozoru niepasujące elementy wypadają w Twoim połączeniu bardzo dobrze. Podoba mi się odwrócenie (przynajmniej z punktu widzenia bohatera) roli piekła i nieba. To intrygująca podróż.

Dziękuję. Cała ambaras w tym, żeby się te elementy trzymały i nie rozlazły. A piekło z niebem coś u mnie za często ostatnio występują, ale pomysł był za ciekawy…

Ciekawi są bohaterowie i para “zakochanych” choć moim zdaniem księżniczka Lilia kradnie show. I to w momencie początkowym gdy się jąka i później gdy wspomaga ślepego królewicza, gdy jest wieloosobowa i gdy zmienia się w różne postacie.

To dość powszechne, że postać drugoplanowa kradnie show i, właściwie, się nie dziwię. Mimo ślepoty Ur jest zwyczajnie zwyczajny w porównaniu do Lilii – piekielnego konstruktu rozbitego na wiele dusz.

Gdybym miał się do czegoś przyczepić to gdzieś te walki mi się trochę (i o dziwo) dłużyły. A druga sprawa to zakończenie które zdało się zbyt uproszczone, ale może takie właśnie powinno być biorąc pod uwagę format.

Wcześniej słyszałem, że były za krótkie, więc zdam się na zwyczajowe “wszystkim nie dogodzisz” :)

Zakończenie to kwestia limitu, wykorzystałem każdy znak, który mogłem.

 PS. Gdzieś po drodze przypomniał mi się film Hellboy: Złota armia ale to dalekie porównanie.

Widziałem, lubię, ale nie przeszedł mi przez myśl podczas pisania.

Co do łapanki… Szyk jest specjalnie taki. To naleciałość z dawnych bajek i baśni, pisanych w ten sposób. Naczytałem się tego stylu i uznałem, że taki tu pasuje. Dlatego na razie tak zostanie :)

Dzięki za wizytę i lekturę!

Zanaisie, mam wrażenie, że drugi raz rozbiłeś bank – pierwszym Lovinem, a teraz tym tekstem. Komentującym się podoba – i słusznie! – a nominacje piórkowe od użytkowników zbiera jak szalony. Przyszłam tu tylko powiedzieć, że bardzo mnie to cieszy :)

Zanaisie, mam wrażenie, że drugi raz rozbiłeś bank – pierwszym Lovinem, a teraz tym tekstem. Komentującym się podoba – i słusznie! – a nominacje piórkowe od użytkowników zbiera jak szalony. Przyszłam tu tylko powiedzieć, że bardzo mnie to cieszy :)

Dziękuję, Ninedin :) Na razie dobrze idzie, ale zobaczymy w głosowaniu piórkowym. Loża może mieć inne opinie :P

Ciężki tekst lekkim piórem pisany – tak można tę opowieść określić jednym zdaniem. I nie jest to zarzut, bynajmniej. Bo robisz to świadomie, z premedytacją, z wykorzystaniem każdej cząstki talentu, jaką masz.

Świat tworzysz z brawurą, Twoja fantazja zdaje się nie mieć barier, akcję pchasz z prędkością rozpędzonego na autostradzie ferrari. A przy tej szybkości wręcz nie sposób połapać się w zawiłościach otaczającego świata. Jednak ferrari wciąż gna do przodu, powietrze rozwiewa włosy, a Ty pasażerowi serwujesz wciąż więcej i więcej.

Zdolnyś, Zanaisie, chyba obecnie najzdolniejszy na portalu, i to czuć, zwłaszcza w tekście takim jak ten. Obawiam się, że wkrótce, może być Ci u nas za ciasno.

Wracając do “Piekielnego Kwiatu” to jest opowieść kompletna. Ma wszystko, co mieć powinna od strony konstrukcyjnej, fabularnej, jak i stylistycznej. I owszem, momentami czyta się to ciężko, bo wartką akcją nie dajesz czytelnikowi wytchnienia, a liczba detali, nazw, domysłów i niedopowiedzeń wymaga dużej koncentracji. Nie byłem w stanie preczytać tego na jeden raz, musiałem przerwać i odpocząć, by w pełni ogarnąć tę historię.

Nie powiem, że jestem fanem takiego pisania, ale też nie sposób nie docenić kunsztu. Bo rozmach i wykonanie, z jakim to zrobiłeś, imponuje.

Z oceną piórkową zjawię się później, pewnie już po wynikach konkursu, coby jurorom zbyt wiele nie sugerować.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Hej, Chrościsko!

Cieszę się, że zajrzałeś :)

 Spodziewałem się głównie problemów z odbiorem tekstu ze względu na brak opisów wizualnych. Miano “ciężkich” zarezerwowałbym dla tekstów z wyzwania marasa, ale pewnie się mylę, bo gravel też zwracała uwagę na tę “ciężkość”.

Świat tworzysz z brawurą, Twoja fantazja zdaje się nie mieć barier, akcję pchasz z prędkością rozpędzonego na autostradzie Ferrari. A przy tej szybkości wręcz nie sposób połapać się w zawiłościach otaczającego świata. Jednak Ferrari wciąż gna do przodu, powietrze rozwiewa włosy, a Ty pasażerowi serwujesz wciąż więcej i więcej.

Mam problem z pisaniem historii bez standardowego początku, rozwinięcia i zakończenia. Czasem opowiadania to dosłownie sceny z jakimś tłem, a u mnie limit ściska i nie ma zbytnio czasu na opisy. Zresztą widziałeś u Krwawego, co się dzieje, gdy nie mam limitu ;) To, niestety, powoduje, że akcja pędzi.

Zdolnyś, Zanaisie, chyba obecnie najzdolniejszy na portalu, i to czuć, zwłaszcza w tekście takim jak ten. Obawiam się, że wkrótce, może być Ci u nas za ciasno.

Ech, bardzo dziękuję, ale przede mną są Lożanie, Gekikara, Katia, Bellatrix i pewnie jeszcze paru by się znalazło :P

Nie byłem w stanie preczytać tego na jeden raz, musiałem przerwać i odpocząć, by w pełni ogarnąć tę historię.

Rozumiem, mogę tylko usprawiedliwić się, że nowy świat jest trudny zarówno dla czytelnika, bo musi wejść, jak i dla autora, bo tę wizję “sprzedać”. Bez neologizmów klimat by nieco tracił, ale i tak chciałbym mieć jeszcze z 10k znaków więcej, aby wygładzić niektóre fragmenty i ustabilizować tempo.

Nie powiem, że jestem fanem takiego pisania, ale też nie sposób nie docenić kunsztu. Bo rozmach i wykonanie, z jakim to zrobiłeś, imponuje.

Dziękuję, szczególnie za docenienie tekstu, który subiektywnie nie wpada w preferencje. Tak, jak kiedyś rozmawiałem z mr.marasem – nie lubię high fantasy, ale widzę mistrzostwo Tolkiena. Zresztą autorowi (mnie na pewno) trudno przychodzi ocenić własne dzieło. Odbiór tego opowiadania jest dla mnie zaskoczeniem :)

Z oceną piórkową zjawię się później, pewnie już po wynikach konkursu, coby jurorom zbyt wiele nie sugerować.

W takim razie dzięki za ten komentarz i do zobaczenia później :)

 

ale przede mną są Lożanie

Już nie przesadzaj. Lożanie to mają talent głównie do marudztwa i szukania dziury w całym. ;)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Opowiadanie z perspektywy osoby niewidomej to ciekawy zabieg. Przed lekturą powiedziałbym, że stawia to pewne ograniczenia, ale w twoim opowiadaniu niczego nie zabrakło. Powiedziałbym nawet, że daje to większe pole do interpretacji całego świata, który kreujesz. A jest on naprawdę interesujący. 

 

Podoba mi się również klimat, który kreujesz. Przypomina nieco Bajki Robotów, ale niektóre detale przywodziły mi na myśl połączenie DIablo i Planescape: Torment – odwieczna walka aniołów i demonów, a do tego świat bezdusznych maszyn, duch (dusza) ukochanej prowadząca bohatera do celu i tym podobne drobne detale. 

Cześć!

Od razu zaznaczę, że czeka Cię trochę dziwny komentarz. Za to przynajmniej nie za długi. ;-)

Jeżeli marudzę, to zwykle staram się obszernie wytłumaczyć, co mi w tekście przeszkadzało, bo tylko wtedy autor czy autorka mają szansę się zastanowić, na ile jest sens wyciągać z tego wnioski.

Ostatnio (albo zazwyczaj^^) trochę marudziłem (choć Twój tekst tak czy inaczej oceniam dobrze), więc teraz wypadałoby być konsekwentnym i tak samo wylewnie chwalić. Napisałeś przecież bardzo dobre opowiadanie.

Wypadałoby, ale… tego nie zrobię. ^^

I już tłumaczę dlaczego.

Jeżeli coś nam w tekście przeszkadza, to siłą rzeczy dużo łatwiej przychodzi nam to nazwać i wymienić w komentarzu. Bo nas to irytowało, wytrącało z lektury, psuło przyjemność z czytania danej historii i tak dalej. Z kolei, gdy coś nam się podoba, to zwyczajnie płyniemy z lekturą. Jeśli trafisz na dobrą książkę czy opowiadanie, to czy przystajesz przy każdej scenie czy rozdziale, żeby się zastanowić, co tak konkretnie sprawiło, że dany tekst robi na Tobie wrażenie? Ja zwykle w ogóle o tym nie myślę, bo chcę się zwyczajnie cieszyć lekturą. Na portalu jest niestety z tym trudniej, bo jeśli coś działa dobrze, to również wypada to odpowiednio wyjaśnić, żeby autor miał świadomość, co konkretnie jest mocną stroną danego tekstu i dlaczego.

Do czego zmierzam. Pisałem już parę razy taki komentarz i za każdym razem czułem się trochę nieswojo, bo wartość merytoryczna takiej opinii jest żadna. Tym nie mniej…

Napisałeś świetne opowiadanie, Zanaisie. Nie będę Ci pisał, że absolutnie wszystko przypadło mi do gustu, bo to nie prawda. Nie będę Ci pisał, że nie znalazłbym żadnych uwag krytycznych, bo coś bym znalazł na pewno. Ale jednocześnie chcę Ci przyznać, że naprawdę (zwłaszcza jak na portal, gdzie przecież piszemy raczej amatorsko) poziom Twojego opowiadania jest wysoki. I przyznam Ci szczerze: nie chcę grzebać w tym tekście, rozkładać go na czynniki pierwsze, szukać, co konkretnie zrobiło na mnie wrażenie. Chcę pamiętać samo wrażenie, jakie zrobiła na mnie lektura. Jeżeli trafisz na wyjątkowo dobre danie, to cieszysz się jego smakiem. Nie prowadzisz dokładnych analiz, w jaki konkretnie sposób powstało, tylko chcesz mieć w pamięci pewien niepowtarzalny smak. I tak samo jest trochę z tym opowiadaniem. Chcę zachować pewne wrażenie, jakie robi ten tekst. I nie chcę go sobie psuć żadnymi rozważaniami, analizami, roztrząsaniem tego, co w tym opowiadaniu wpływa na jego końcowy odbiór.

Mam to szczęście, że wpadam tu jako czytelnik. Nie jako Loża, ani jako jury, którzy będą musieli podjąć próbę rzetelnej oceny tego tekstu z uwzględnieniem wszystkich elementów, które się na to składają. Ja, akurat przy tym tekście, chcę się po prostu dobrze bawić. Dlatego, chociaż merytorycznie nie wyciągniesz z tego komentarza nic, to chcę, żebyś wiedział, że taka opinia to paradoksalnie największe docenienie opowiadania, jakie mogę tu, na portalu, piszącym zaoferować.

A te przeciągnięte wyjaśnienia potraktuj jako formę rekompensaty za brak merytorycznej opinii. ;)

Jakościowo naprawdę świetny tekst. :)

Dobra, jednak wyszedł dość długi komentarz. Trudno, musisz się przemęczyć. Dobra informacja jest taka, że właśnie dotarłeś do końca. :D

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Hej, Fladrifie

Pisanie o niewidomym bohaterze naprawdę dobrze ćwiczy opisy za pomocą węchu i słuchu. Polecam. Cieszę się, że dobrze wyszło i zgodzę się, że to pozwala zasmakować świata z inny, równie ciekawy (a może ciekawszy) sposób.

Bajki Robotów były jedną z inspiracji, w przeciwieństwie do gier ;) Torment grałem, ale przyznam, że już nie pamiętam, o czym był.

Dzięki za odwiedziny!

 

Cześć, CMie

Nie ukrywam, że kiedy zobaczyłem Twój komentarz, to spodziewałem się merytorycznej analizy z zaletami i wadami. Przecież nie można napisać tak długiego komentarza i praktycznie nie wspomnieć o opowiadaniu…

A jednak można… :D

Zazdroszczę Ci tych komentarzy, bo sam z trudem piszę długie zdania, a co dopiero takie opinie. 

Na pewno opowiadanie nie jest idealne, bo żadne nie jest, i sam nie jestem do końca zadowolony z pewnych zdań/zdarzeń. O wiem, co chcę napisać, to nie potrafię przeobrazić tych myśli w słowa. Zostaje mi liczyć na odbiór całości i miło mi, że danie mimo kilku niedogotowanych warzywek, posmakowało Ci tak bardzo.

Loża, jak to Loża, już tu zrobi wiwisekcję i rozłoży wszystko na czynniki pierwsze. Tak, jak wspominał Chrościsko, to zadanie Loży – znajdowanie dziury w całym :P

Dzięki wielkie za ciekawy komentarz i życzę Ci, żebyś często trafiał na teksty, przy których się po prostu dobrze bawisz :)

PS Odpisywanie na komentarze też łatwe nie jest, bo chciałbym każdemu czytelnikowi napisać coś unikatowego, a jednak nie bardzo jest jak ;)

Jaki komentarz, taki odzew. ;-)

Babska logika rządzi!

Bardzo, bardzo dobry tekst! Dużo lepszy od pierwszego Lowina, choć już od drugiego Lowina, Tess, i rozgrywki pomiędzy Szatanem i Synem – raczej nie, znaczy ten sam poziom w określonych kategoriach. :-) Bardzo mi się. ^^

Wszystko już napisano, więc rozwodzić się nie zamierzam. Co mnie kupiło: narracja dopasowana do opowieści i fabuła! Nie ma dłużyzn, przegadania, zbędnych słów. Piękne światotworzenie. Na mnie największe wrażenie zrobiły: pomysł połączenia piekła z niebem, pozbawienie bohatera wszystkich atutów, tysiące dusz składających się na „księżniczkę” i decydująca rozgrywka.

 

Gdybym miała osobiście pomarudzić, pewnie chodziłoby o zakończenie i nawet nie o to, że jest takie, bo inne być nie mogło przy tym limicie i innych uwarunkowaniach. Cykl sam się narzucał. Sama nie wiem? Chyba przemyślałabym ostatnią część tj.  co ma w niej być, a co niekoniecznie, znaczy które zdania usunąć, aby nie zakończyć definitywnie, czyli uciąć tę historię lecz zostawić przestrzeń.

 

Naturalnie i ja zgłaszam do piórka. :-) Wiem, że masz już wystarczającą liczbę zgłoszeń i nominację, niemniej trudno mi odmówić sobie tej przyjemności. xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

@Finklo

Jakoś łatwiej się odpowiada na krytykę niż pochwały (nie żebym zachęcał) ;)

 

Hej, Asylum

Dużo lepszy od pierwszego Lowina, choć już od drugiego Lowina, Tess, i rozgrywki pomiędzy Szatanem i Synem

To już kwestia opinii i metody porównawczej – pierwszy Lowin zdobył Pióro. Reszta wymienionych – nie ;).

Mnie cieszy, że się spodobał. Nigdy nie wiem, co przypadnie czytelnikom do gustu.

I to była Cess, nie Tess :P

Nie ma dłużyzn, przegadania, zbędnych słów.

Ja je teraz widze, ale niech będzie, że nie ma :P

Bohater bez atutów? Coś mu tam zostało, na przykład magia Piekła ;) Ale na pewno sam by sobie nie poradził. Księżniczka i książę uratowali się nawzajem.

Cieszę się, że ostateczna rozgrywa Ci się spodobała, ponieważ tez uległa presji limitu i było trochę kombinowania.

 

Zakończenie, no cóż, czasem trudniej zacząć niż skończyć i chciałbym tam jeszcze zmieścić uwolnienie i rozmowę z Lilią. Niestety, limit. Cykl – chodzi o powtarzalność wydarzeń, czy kolejne opowiadanie w tym świecie? Na pewno zakończenie będzie poprawiane, jeśli uda się otrzymać piórko.

Naturalnie i ja zgłaszam do piórka. :-) Wiem, że masz już wystarczającą liczbę zgłoszeń i nominację, niemniej trudno mi odmówić sobie tej przyjemności. xd

A dziękuję :P Proszę sobie nie odmawiać przyjemności!

Dzięki za odwiedziny i pozdrawiam

 

Jak widzisz, sobie nie odmówiłam. ^^

To „T” mi się podmieniło przy zamieszczaniu, sprawdziłam w pliku. Ostatnio najczęściej piszę na dokumencie u siebie, gdyż treści dematerializują się na forum. ;-) Widzisz do litery n, która notorycznie zastępuje s w „się”, doszła t. Niedobrze, sytuacja rozwojowa. :P Ani chybi spiseq. ;-) 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ale nawet blisko siebie te litery nie są :O Może i spiseq ;)

Co na plus, to z pewnością światotwórstwo w klimacie wczesnego Uznańskiego, kiedy ten autor bawił się w kreatywność (niestety odszedł już od tego). Jest i sporo symboliki i sprawny język. I nawet sprytnie wyszło na końcu, że coś, co początkowo wydawało się dziełem człowieka, ostatecznie wyszło na przybyszy z innego miejsca (a i sugestia jest tam, ze część ludzkości gdzieś mogła się uchować).

Sama historia nie wciągnęła mnie, choć doceniam powtykane symboliki i sygnał, ze ten świat jest szerszy, niż pokazano w tej historii. Swoją drogą trochę uśmiechnęło odległe skojarzenie finału z Generałem Daimosem. Nie pytaj, dlaczego tak się pokojarzyło, bo w sumie sam nie wiem ;)

Ale “ślepiec i Lilia” to już też prawie biblijnie. Celowo?

 

Kwestia odoru piekieł a zapachu metali – to cienie go nie uczyły i “swojskiego” z ich punktu widzenia zapachów?

 

" Ur skulił się i przywarł mocniej do stalowego pokrycia."

" Zamilkł głos władczyni, ucichły lamenty poddanych."

" Krzyczał, później mówił"

" Ur opadł przy niej"

" Mówili o sobie: „ludzie”"

– nadmiarowe spacje na początku akapitów.

 

"Wciąż zmuszał skrzydła do wysiłku"

Toć one mechaniczne. Co najwyżej baterie mogły się wyczerpać.

 

Hej, hej, Wilku

Twoja opinia to przeważnie wizyta u dentysty bez znieczulenia, ale tym razem nie było tak źle :P

Co na plus, to z pewnością światotwórstwo w klimacie wczesnego Uznańskiego, kiedy ten autor bawił się w kreatywność (niestety odszedł już od tego).

Znam go tylko z wcześniejszych dzieł i nawet lubię, więc miło mi.

I nawet sprytnie wyszło na końcu, że coś, co początkowo wydawało się dziełem człowieka, ostatecznie wyszło na przybyszy z innego miejsca (a i sugestia jest tam, ze część ludzkości gdzieś mogła się uchować).

Nie chciałem zmechanizować Boga ani tworzyć pozostałość po ludziach, choć takie koncepcja też przeszły przez myśl. Demachinurg miał być jak najbardziej “obcy”.

Sama historia nie wciągnęła mnie, choć doceniam powtykane symboliki i sygnał, ze ten świat jest szerszy, niż pokazano w tej historii.

Jak kiedyś moja historia Cię wciągnie, to uznam za sukces ;) Świat szerszy jest, tylko nie na ten limit.

Swoją drogą trochę uśmiechnęło odległe skojarzenie finału z Generałem Daimosem.

Oglądałem, go tak dawno temu, że szczerze mówiąc, pamiętam tylko wielkie roboty.

Ale “ślepiec i Lilia” to już też prawie biblijnie. Celowo?

Owszem :) Coś ostatnio biblijne elementy często mi do opowiadań wchodzą.

Kwestia odoru piekieł a zapachu metali – to cienie go nie uczyły i “swojskiego” z ich punktu widzenia zapachów?

To nie był smród Piekła, ile samego Żara. No a zapachu Króla Piekła go nie uczyli ;)

 

Spację nadmiarowe poprawione. Skrzydła również. Dzięki za czujne oko.

No i dziękuję za kolejną wizytę Wilku :P

Mam nadzieję, że do zobaczenia.

Wpadłem skuszony licznymi nominacjami do piórka. Niestety, dawno się tak nie rozczarowałem.

Przyznaję, po części to wina moich wygórowanych oczekiwań. Po części faktu, że ten tekst dokumentnie nie wpasowuje się w moje gusta – jego główną siłą napędową jest stylistyka zbliżona do “Bajek robotów”, jego forma – mnie zaś zawsze bardziej interesowała treść. 

Gdyby jednak chodziło tylko o to, wzruszyłbym ramionami i pewnie nawet nie silił się na komentarz. Ot, ładnie napisane, ale odtwórcze. 

Ale zdzierżyć nie mogę tego, jak bardzo ten tekst nie sprawdza się jako baśń.

Wiem, że wielu moich przedpiśców ma odmienne zdanie, wiele razy ktoś stwierdzał, że opowiadanie "ładnie wpisuje się w konwencję baśni”. Niestety, nie mogę się z tym zgodzić. Zanim jednak uzasadnię swój opór, krótki wstęp.

Baśnie od dawien dawna były w zasadzie narzędziami, które dorośli wykorzystywali, by nauczyć dzieci określonych postaw.

W społecznościach plemiennych (i wywodzących się z nich społecznościach wiejskich) popularne były baśnie gloryfikujące konformizm. “Rób, co ci każą i przestrzegaj zasad, albo spotka cię kara”. Czerwony Kapturek wbrew zakazowi schodzi ze ścieżki i rozmawia z obcym, za co zostaje pożarty. Koziołki nierozsądnie otwierają drzwi wilkowi i zostają pożarte. Chłopiec, który wołał “wilk”, woła “wilk” i… cóż, też zostaje pożarty. 

W szeroko rozumianej kaście “wojowników” popularne były inne historie. “Barbarzyńskie” historie o herosie, który sprzeciwia się komuś potężniejszemu (często władającemu magią), ale dzięki odwadze i honorowi lub sprytowi i pomysłowości jest w stanie go pokonać. Alladyn pokonuje wezyra. Jaś zrzuca olbrzyma z jego siedziby na chmurze. Kot w butach zabija olbrzyma-czarnoksiężnika. 

Baśń, którą tu snujesz jest w ogólnym zarysie “barbarzyńska”. Ma wszystkie podstawowe cechy tego modelu – młodego, wyjątkowego protagonistę, który dzięki swojej sile i odwadze pokonuje wszelkie przeciwności, by zgładzić niezwyciężonego wroga. 

Problem w tym, że ów młodzieniec w zasadzie przez cały czas pozbawiony jest inicjatywy. Jedynie dwa momenty w całym tekście można uznać za pasujące do konwencji. Pojedynek z Bar’achielem i odrzucenie podarunku Demachinurga. W pierwszej bohater wykazuje się sprytem i odwagą, pokonuje wroga i osiąga samodzielnie cel. W drugiej sam, z własnej woli odrzuca dar, by pozostać wiernym ukochanej. Te dwa momenty grają w “barbarzyńskiej” konwencji. Reszta niestety nie pasuje już tak dobrze. Ur nie odrzuca autorytetu Demachinurga. Jeżeli już, robi to jego matka, a sam młodzieniec zostaje po prostu wychowany przez odmienny autorytet – za którego rozkazami następnie ślepo podąża. Nie jest barbarzyńskim śmiałkiem rzucającym wyzwanie bogu, a posłusznym synem i zdolnym uczniem, który robi to, do czego został wychowany. Nawet kiedy jego dom zostaje zniszczony i wyrywa się w końcu spod rozkazów matki i Piekła, niemal od razu zaczyna nim kierować Lilia, która wskazuje mu drogę, broni go, a nawet prowadzi jego rękę do finalnego ciosu. Bohater jest tu przez niemal cały czas bezwolna marionetką. Odebrałeś mu niemal całą siłę sprawczą, stał się niewiele więcej niż ręką dzierżącą miecz – tak, że na dobrą sprawę mogłaby to być czyjakolwiek ręka.

Napisałeś “barbarzyńską” baśń z “plemiennym” bohaterem. Tekst, w którym sposób prowadzenia fabuły i tematyka owej fabuły stoją w jawnej sprzeczności. Dlatego właśnie piszę, że opowiadanie nie wpisuje się w konwencję baśni – wykorzystałeś bowiem elementy nie jednej, a dwóch konwencji, które nijak nie chcą się ze sobą łączyć. 

Hej, None

Cóż, jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu dogodził.

Dzięki za informacje o baśniach. Powiem szczerze, że takimi podziałami i charakterystyką gatunków się nigdy nie interesowałem i jeśli problem dotyczy tagu baśń, to biorę winę na siebie.

Natomiast skoro jak sam twierdzisz zawsze bardziej interesowała Cię treść, to nie bardzo rozumiem zarzutów o bohatera. Bo główny zarzut z tego, co rozumiem to pasywny bohater. I w porządku to zarzut, który jest często całkiem na miejscu. Tylko ja nie piszę pod dyktando baśni, zgodnie z jakimś wzorem czy schematem – biorę wszystkie tego wady i zalety na siebie.

Mam bohatera niewidomego, co przynajmniej częściowo wyklucza go z wielu działań, mam bohatera gnanego przez czas (bo nie przeżyje bez pomocy innych w nieprzyjaznym świecie) i takiego, który ma zdefiniowany cel (pomścić matkę, uwolnić ukochaną).

Ur nie odrzuca autorytetu Demachinurga. Jeżeli już, robi to jego matka, a sam młodzieniec zostaje po prostu wychowany przez odmienny autorytet – za którego rozkazami następnie ślepo podąża.

Chwile wcześniej piszesz, że odrzuca dar Demachinurga. Czy to właśnie nie jest odrzucenie autorytetu?

Czy oczekujesz od dziecka wychowanego w określonym celu odrzucenia tego “przeznaczenia”? Mogę zmieniać światy, tworzyć dziwne istoty i tak dalej, ale staram się (nie twierdzę, że zawsze z dobrym skutkiem) aby postacie zachowały się odpowiednio do wewnętrznej spójności.

Ur odrzuca nauki Niebios i postanawia poślubić Lilię. Ur decyduje się ruszyć jej na ratunek. Pokonuje mechanioła i oszukuje go, by wzlecieć do Niebios. Potem odrzuca dar i zabija Demachinurga.

A że Lilia mu pomaga? Czemu miałby odrzucić jej pomoc? Przecież bez niej nie pomści matki, straci ukochaną i sam umrze.

Mówimy o niewidomej, organicznej istocie w sztucznym świecie, która nie opuszczała komnaty przez całe życie.

Czy można powiedzieć, że jest narzędziem Żara i matki? Można. Czy to kłóci się z pojęciem baśni? Posłucham się mądrzejszego, czyli się kłóci, tylko co z tego? Nigdy świadomie nie podporządkowywałem bohaterów określonym konwencjom. Ur robi to, co uważa za słuszne i tyle. Potrzebuje pomocy, bo ma swoje braki, dostaje ją od księżniczki, która ma swoje braki i razem pokonują wroga. To wynika z treści, to wynika z postaci.

Powtórzę – nie zaprzeczam, że łamię zasady baśni. Ale inicjatywę Ur posiada, na tyle jak dalece pozwala mu to, kim jest i gdzie.

W każdym razie dzięki za lekturę i ciekawe informacje o baśniach. Zawsze jakaś nauka :)

Pozdrawiam

 

 

Twoja opinia to przeważnie wizyta u dentysty bez znieczulenia

Bez przesady, ja po prostu staram się rzucać różne spostrzeżenia, na plus i na minus i czasem własne (nad)interpretacje ;-)

Znam go tylko z wcześniejszych dzieł i nawet lubię, więc miło mi.

Ja wręcz uwielbiam (późniejsze wręcz przeciwnie, ale wcześniejsze bardzo).

Jak kiedyś moja historia Cię wciągnie, to uznam za sukces ;)

A czytałeś może “Do zobaczenia za cztery minuty”? ;P Albo “Detektywa Lowina” (brak taka nie oznacza negacji tekstu, czy odmawiania mu bardzodobrości, jeśli tam przywoływałem Garreta, to widać ceniłem tekst)? 

Świat szerszy jest, tylko nie na ten limit

A wiesz, nie zawsze trzeba pokazać wszystko. Czasem “zaplecze” robi swoje, jeśli da się odczuć, że ono istnieje. A tu się da.

Oglądałem, go tak dawno temu, że szczerze mówiąc, pamiętam tylko wielkie roboty.

Obcy mieli formę aniołów.

 

A czytałeś może “Do zobaczenia za cztery minuty”? ;P Albo “Detektywa Lowina” (brak taka nie oznacza negacji tekstu, czy odmawiania mu bardzodobrości, jeśli tam przywoływałem Garreta, to widać ceniłem tekst)? 

Cały czas zapominam o tym szorcie :P

A wiesz, nie zawsze trzeba pokazać wszystko. Czasem “zaplecze” robi swoje, jeśli da się odczuć, że ono istnieje. A tu się da.

Aż kusi coś z nim zrobić. Pewnie wyjdzie jak tu u mnie z kontynuacjami, ale kusi…

Oglądałem, go tak dawno temu, że szczerze mówiąc, pamiętam tylko wielkie roboty.

Obcy mieli formę aniołów.

Może jakieś podświadome wspomnienie z dzieciństwa… xD

Cały czas zapominam o tym szorcie :P

Lowin szortem? Co będzie długą formą? ;P

 

Nie chcę Was męczyć długim tekstem :P Opowiadanie na 80k z Lowinem wyczerpałoby mój humor :p

Dzięki za informacje o baśniach. Powiem szczerze, że takimi podziałami i charakterystyką gatunków się nigdy nie interesowałem i jeśli problem dotyczy tagu baśń, to biorę winę na siebie.

Tagów przed lekturą nie czytałem, więc nie o tag tu chodzi. Rzecz w konwencji. Ale dojdziemy do tego.

Czy oczekujesz od dziecka wychowanego w określonym celu odrzucenia tego “przeznaczenia”? Mogę zmieniać światy, tworzyć dziwne istoty i tak dalej, ale staram się (nie twierdzę, że zawsze z dobrym skutkiem) aby postacie zachowały się odpowiednio do wewnętrznej spójności.

Wybacz, ale to jest logika kołowa. Twój bohater jest niewidomy, gnany przez czas i wychowany w taki nie inny sposób nie dlatego, że gwiazdy tak chciały, a dlatego, że takim go stworzyłeś. Więc kiedy piszę, że bohater słabo pasuje do tej konkretnej opowieści, stwierdzenie, że nie pasuje, bo w ten sposób jest spójnie nic nie rozwiązuje – byłoby też spójnie, gdybyś inaczej wykreował bohatera.

Do tematu niepełnosprawności bohatera jeszcze wrócę.

Chwile wcześniej piszesz, że odrzuca dar Demachinurga. Czy to właśnie nie jest odrzucenie autorytetu?

Odrzuca jego dar dopiero w finale. Nie wyruszył na swoją wyprawę, by sprzeciwić się autorytetowi, a z powodu posłuszeństwa wobec autorytetu.

Nigdy świadomie nie podporządkowywałem bohaterów określonym konwencjom. Ur robi to, co uważa za słuszne i tyle. Potrzebuje pomocy, bo ma swoje braki, dostaje ją od księżniczki, która ma swoje braki i razem pokonują wroga. To wynika z treści, to wynika z postaci.

Powtórzę – nie zaprzeczam, że łamię zasady baśni. Ale inicjatywę Ur posiada, na tyle jak dalece pozwala mu to, kim jest i gdzie.

Raz (i dwa) jeszcze – logika kołowa. Twój bohater jest, jaki jest, bo takim go wykreowałeś.

Nigdy świadomie nie podporządkowywałem bohaterów określonym konwencjom.

Nie wiem, czy uważasz, że to dobrze. Ale to niedobrze. Wracamy do tematu konwencji.

To opowiadanie od początku aż krzyczy “baśń”. Używasz odpowiedniego języka, typowych rekwizytów, postaci należących do typowych archetypów. Fabułą też jest bardzo klasyczna, niemal wzorcowo baśniowa. Dlatego piszę, że nie rzecz w tagu. Ten tekst pod każdym względem jest baśnią. Nie pasuje tylko ten jeden element – bohater.

Dlaczego trzymanie się określonej konwencji jest ważne? To bardzo szeroki temat, ale tak w skrócie – uniwersum każdego dzieła fikcyjnego (nie tylko fantastycznego) jest w pewien sposób “zniekształcone”. Są w nim możliwe rzeczy, które nie dzieją się w naszym świecie, a nie są możliwe takie, które znamy. Konwencja sygnalizuje czytelnikowi, z jakiego rodzaju “zniekształceniem” ma do czynienia.

Przykładowo – wyobraźmy sobie, że bohater wyskakuje przez zamknięte okno na pierwszym piętrze i ląduje na trawniku. W prawdziwym życiu, jeżeli w ogóle zdoła przebić okno (nowoczesne okna są raczej trwałe), pokaleczy się, poobija, może skręci kostkę. Rozsądek nakazuje, by odbiorca takiego właśnie scenariusza oczekiwał. Ale konwencja może to zmienić. Jeżeli ta scena pojawiłaby się w filmie sensacyjnym, to bohater pewnie zrobi przewrotkę, otrzepie się ze szkła i pobiegnie dalej. W komedii zapewne upadnie na płask, poleży chwilę, po czym wstanie i pójdzie. W horrorze być może złamie nogę. W thrillerze zapewne zachowa się “realistycznie”. Te różne, wykluczające się scenariusze mogą istnieć w różnych gatunkach i nie budzić większych kontrowersji właśnie dzięki różnicom w konwencji. Nie mówimy, że komedia jest “nierealistyczna”, bo bohaterowi nic się nie stało – takie są po prostu realia tego gatunku. Konwencja mówi nam, czego oczekiwać od tekstu.

Dlatego trzymanie się konwencji, w tym dopasowanie do niej bohatera, jest ważne. Pozwala na stworzenie spójnej opowieści. Sprawia, że czytelnik “wie”, w jakim jest uniwersum, co “może” się zdarzyć.

Oczywiście możemy wyjść poza ramy konwencji. Ba, czasami jest to niezbędne. Ale powinno się to robić w sposób zamierzony i celowy (znaczy, w określonym celu). Parodie funkcjonują na zasadzie łamania konwencji parodiowanego dzieła. Wiele wspaniałych utworów literackich powstało poprzez ukazanie ograniczeń lub niemych założeń zawartych w gatunku, właśnie poprzez zignorowanie konwencji. Ale u ciebie taka sytuacja nie ma miejsca. Stworzyłeś bardzo klasyczną, niemal wzorcowo “barbarzyńską” fabułę, która nic nie zyskuje na braku inicjatywy bohatera. Nie staje się od tego nawet bardziej oryginalna czy zaskakująca – wydarzenia toczą się tym samym, utartym torem, co w innych baśniach tej konwencji, tyle tylko, że musisz popychać je do przodu sztucznymi metodami.

Kontrast stanowi pojedynek z Bar’achielem. Mamy tu typowe bohaterstwo. Ur mierzy się z wrogiem i jednocześnie własnymi słabościami (w tym niepełnosprawnością) – i zwycięża. Nie dzięki zewnętrznej pomocy, nie dzięki cudowi, ale własnej odwadze, własnemu sprytowi. To bardzo porządna scena. Gdyby bohater przez cały czas był równie “zaradny”, nie miałbym do tego opowiadania większych uwag. Pokazujesz go tu jako prawdziwego barbarzyńskiego herosa, świetnie pasującego do opowieści. Straszna szkoda, że w przez resztę tekstu jest tak pasywny.

Jeszcze raz chciałbym podkreślić – problemem nie jest fakt, że Ur to źle napisana postać. Tak nie jest, to przyzwoicie wykreowany bohater. Ale nie pasuje do tej konkretnej opowieści. Problemu nie stanowi jego niepełnosprawność, a brak inicjatywy, brak własnej woli, samodzielności.

Żeby lepiej to zobrazować, pozwolę sobie na niezbyt eleganckie porównanie.

To opowiadanie przypomina trochę erotyka, w którym rolę główna gra impotent. Jasne, na pewno istnieje powód, dla którego ten pan ma problem z erekcją. To nie jego wina. Być może jest świetnie napisaną, złożoną postacią. I pewnie, że możemy sztucznie popchnąć akcję do przodu, wykorzystując postać kobiecą. To wszystko prawda. Ale to zwyczajnie nie będzie dobry erotyk – bo czytelnik w danej konwencji oczekuje czegoś innego. Oczekuje faceta ze wzwodem, zapewne malowniczo opisanym.

A “barbarzyńskiej” baśni oczekuje bohatera aktywnego, biorącego swój los we własne ręce.

Ur to przyzwoicie napisana postać. Ale nie pasuje do tego opowiadania.

Twój bohater jest niewidomy, gnany przez czas i wychowany w taki nie inny sposób nie dlatego, że gwiazdy tak chciały, a dlatego, że takim go stworzyłeś.

Tak.

Nie wyruszył na swoją wyprawę, by sprzeciwić się autorytetowi, a z powodu posłuszeństwa wobec autorytetu.

Z powodu posłuszeństwa wobec którego autorytetu? Matki? Porwano mu ukochaną, więc rusza, by ją ocalić. Gdzie tu podporządkowanie się autorytetowi?

Raz (i dwa) jeszcze – logika kołowa. Twój bohater jest, jaki jest, bo takim go wykreowałeś.

Takim go wykreowałem i wtedy już postępuje zgodnie z tym, kim jest. Jeśli wykreowałem detektywa jako cynika, to będzie się zachowywał jak cynik. Logika kołowa jest uzasadniona, bo postać, która łamie własne cechy ustalone podczas tworzenia, nie wypada przekonująco. 

 

Przykro mi, None, ale się nie zgodzę i to z dwoma sprawami. Po pierwsze, nadal nie uważam, aby bohater był pozbawiony inicjatywy. Chodzi o ucieczkę z Chorois? Wielu bohaterów literackich tak zaczyna podróż – od katastrofy, najazdu czy wypadku. Potem mamy pojedynek z Bar’achielem i jest ok. Potem pomoc od Lilii, czyli znalezienie sojusznika. Normalna sprawa. Później lot do Pierwotnicy, gdzie Lilie pomagają Urowi. Co tam miałoby być? Że Ur sam zabija kilku mechaniołów? No raczej nie. I na koniec walka, gdzie Ur i Lilie razem pokonują wroga.

W którym momencie on nie ma inicjatywy? Chodzi o sam motyw ruszenia na Niebo? Porwanie. Nie autorytet, nie bunt, czy decyzja matki/Żara, tylko ratunek dla księżniczki.

Druga sprawa to konwencja. Tak, łamię konwencję i nie robię parodii. Jak sam twierdzisz:

Dlatego trzymanie się konwencji, w tym dopasowanie do niej bohatera, jest ważne. Pozwala na stworzenie spójnej opowieści. Sprawia, że czytelnik “wie”, w jakim jest uniwersum, co “może” się zdarzyć.

Nie mam tu Myszki Miki fechtującej mieczem świetlnym. Mam bohatera, którego zrobiłem takiego, jakiego zrobiłem i chyba tu jest problem, że uczyniłem go niepełnosprawnym, co “zmusza” niejako inne postaci, aby mu pomogły. Tak, i uważam to za dobry pomysł.

Problemu nie stanowi jego niepełnosprawność, a brak inicjatywy, brak własnej woli, samodzielności.

Ale to się łączy. Samodzielność niewidomego jest ograniczona. Dla dobra dyskusji załóżmy, że widzi i że ma tę inicjatywę. Co miałoby się zmienić? Nadal jest jedynym człowiekiem w świecie robotów. Nadal potrzebuje pomocy Piekła, aby zdobyć broń i zdolności. Nadal potrzebowałby pomocy Lilii z pokarmem. Powiedz mi, w którym dokładnie momencie widzisz jego brak własnej woli? Byłoby inaczej, gdyby Ur był robotem i sprzeciwiał się Demachinurgowi, którego uwielbiałaby jego matka. Ale to już inna opowieść.

To opowiadanie przypomina trochę erotyka, w którym rolę główna gra impotent. Jasne, na pewno istnieje powód, dla którego ten pan ma problem z erekcją. To nie jego wina. Być może jest świetnie napisaną, złożoną postacią. I pewnie, że możemy sztucznie popchnąć akcję do przodu, wykorzystując postać kobiecą. To wszystko prawda. Ale to zwyczajnie nie będzie dobry erotyk – bo czytelnik w danej konwencji oczekuje czegoś innego. Oczekuje faceta ze wzwodem, zapewne malowniczo opisanym.

Dobre :P Ale mam wrażenie, że oczekiwałbyś faceta, który “zawsze może” i “staje” na wysokości zadania. Dla mnie takie postacie są nudne…

Z powodu posłuszeństwa wobec którego autorytetu? Matki? Porwano mu ukochaną, więc rusza, by ją ocalić. Gdzie tu podporządkowanie się autorytetowi?

Pozwolę sobie odpowiedzieć cytatem:

– Leć na wierzchołek Zaijinu, synu. Znajdziesz nad nim wejście do Niebios. Leć!

– Chodź ze mną! Zawracaj! – daremnie książę rzucał rozkazy. Krople śliny pryskały do wnętrza hełmu, łzy drażniły policzki.

– Nie uniesie nas oboje – wyjaśniła Chromella. – Leć, Urze! Odnajdź Lilię! Razem…

Ur nie leci, bo postanowił ocalić ukochaną. Leci, bo matka mu karze. Jasne, pewnie chce ocalić ukochaną. Ale jednak sposób, w jaki opisałeś te wydarzenia sprawia, że inicjatywa jest po stronie matki, nie Ura, to ona mówi mu, co ma zrobić.

Takim go wykreowałem i wtedy już postępuje zgodnie z tym, kim jest. Jeśli wykreowałem detektywa jako cynika, to będzie się zachowywał jak cynik. Logika kołowa jest uzasadniona, bo postać, która łamie własne cechy ustalone podczas tworzenia, nie wypada przekonująco. 

Owszem. Ale kreując go takim, jakim go wykreowałeś, sprawiłeś, że jest niedopasowany do opowieści. To wciąż błąd. Tyle że nie na etapie opisywania osobowości, a na etapie jej tworzenia.

Po pierwsze, nadal nie uważam, aby bohater był pozbawiony inicjatywy. Chodzi o ucieczkę z Chorois? Wielu bohaterów literackich tak zaczyna podróż – od katastrofy, najazdu czy wypadku. Potem mamy pojedynek z Bar’achielem i jest ok. Potem pomoc od Lilii, czyli znalezienie sojusznika. Normalna sprawa. Później lot do Pierwotnicy, gdzie Lilie pomagają Urowi. Co tam miałoby być? Że Ur sam zabija kilku mechaniołów? No raczej nie. I na koniec walka, gdzie Ur i Lilie razem pokonują wroga.

Powiedz mi, w którym dokładnie momencie widzisz jego brak własnej woli?

Nie chodzi o pokarm, o miecz, o edukację. Chodzi o brak inicjatywy, brak chęci działania. Ur działa tylko, kiedy ktoś mu każe lub powiedzie, co ma zrobić lub ktoś zmusi go do reakcji. Bardzo rzadko robi coś sam, bez popchnięcia cudzą ręką. Nie podejmuje decyzji. Jest bierny. Tym jest brak inicjatywy.

Mam bohatera, którego zrobiłem takiego, jakiego zrobiłem i chyba tu jest problem, że uczyniłem go niepełnosprawnym, co “zmusza” niejako inne postaci, aby mu pomogły.

Tu się nie zgodzę. Niepełnosprawny bohater mógłby bardzo dobrze radzić sobie sam. Radzi sobie sam w scenie pojedynku. W kulturze wiele jest tekstów o niepełnosprawnych bohaterach, którzy doskonale radzą sobie sami.

Jeżeli chciałeś zrobić coś kontrkulturowego, pójść pod prąd i uczynić bohatera zależnym od innych, to wybrałeś do tego naprawdę kiepską konwencję. Bo tutaj opowieść zwyczajnie na tym nie zyskuje – traci na tym dramatyzm, ucieka gdzieś ładunek emocjonalny, a w zamian nie dostajemy nic, co by nam to wynagrodziło.

Ale mam wrażenie, że oczekiwałbyś faceta, który “zawsze może” i “staje” na wysokości zadania. Dla mnie takie postacie są nudne…

Żeby odejść już od tej metafory, zanim zrobi się dziwnie, oczekiwałbym bohatera aktywnego, decydującego o własnym losie – nie w pełni, być może, ale w większym stopniu niż Ur. Takiego, który korzysta z pomocy przyjaciół i sojuszników, ale nie jest od nich całkowicie zależny. Zdolnego pokonywać trudności sam – jeżeli nie zawsze, to choć w większości wypadków. Słowem, niech nie będzie tylko dłonią trzymającą miecz, którą ktoś inny prowadzi do celu.

 

Cóż, powiedziałem, co miałem. Masz mocno określoną opinię o tym tekście i nie widzę większych szans, bym zdołał cię przekonać, że podczas jego kreowania (nie pisania – na etapie projektowym) dokonałeś wyborów, które w mojej opinii są dalekie od optymalnych.

Żeby jednak jedną sprawę postawić jasno – nie uważam, żeby to było złe opowiadanie. Jak pisałem w pierwszym poście, odtwórcze, ale ładnie napisane. A nawet bardzo ładnie. Całkiem prawdopodobne, że dość ładnie na piórko. Rozpisałem się nie dlatego, że strasznie mi zależy, żeby wykazać, że to marny tekst. Po prostu popełniłeś (dla uniknięcia kontrowersji – w mojej opinii) strasznie interesujący błąd. Rzadko spotykany w tak czystej, wręcz wzorcowej formie. Stąd moje sążniste komentarze – mam hopla na punkcie analizy struktury tekstu i miałem ochotę na ten temat pogadać.

Wszystkiego dobrego i powodzenia w głosowaniu.

Ur nie leci, bo postanowił ocalić ukochaną. Leci, bo matka mu karze. Jasne, pewnie chce ocalić ukochaną. Ale jednak sposób, w jaki opisałeś te wydarzenia sprawia, że inicjatywa jest po stronie matki, nie Ura, to ona mówi mu, co ma zrobić.

No, nie bardzo. Matka mu zdradza, jak ma się dostać do Nieba. Bohater zyskuje informacje potrzebne do osiągnięcia celu – zwyczajna sprawa. Dalsza części wypowiedzi matki wynika z jej postaci – ona chce obalić Demachinurga, bo to jedyna szansa, aby jej syn przeżył w metalowym świecie.

Chodzi o brak inicjatywy, brak chęci działania. Ur działa tylko, kiedy ktoś mu każe lub powiedzie, co ma zrobić lub ktoś zmusi go do reakcji.

Nie przekonamy się :) Dla mnie on reaguje adekwatnie do sytuacji, ale rozumiem, że problem widzisz na etapie tworzenia postaci. Nazywasz to błędem. To bardzo ciekawe określenie, bo dla mnie błędem to absolutnie nie jest. Może błądzę, bo nie znam zasad konwencji, ale szczerze mówiąc – dobrze mi z tym. Dzięki temu mogę napisać coś bez patrzenia na granice, wymagania, reguły. Mam prawo stworzyć postać taką, jaką chcę, i tak zrobiłem. Wystawiam się na krytykę, do której każdy ma oczywiście prawo.

Żeby odejść już od tej metafory, zanim zrobi się dziwnie, oczekiwałbym bohatera aktywnego, decydującego o własnym losie – nie w pełni, być może, ale w większym stopniu niż Ur. Takiego, który korzysta z pomocy przyjaciół i sojuszników, ale nie jest od nich całkowicie zależny. Zdolnego pokonywać trudności sam – jeżeli nie zawsze, to choć w większości wypadków. Słowem, niech nie będzie tylko dłonią trzymającą miecz, którą ktoś inny prowadzi do celu.

Oczekiwałbyś pojedynku z zachowaniem honoru, sekundantów, równych szans itd. Ja wolę takie, gdzie jeden rzuci piachem, wcześniej otruje drugiego lub kopnie w krocze. Kwestia gustu. Bohater ma wykorzystać każdy atut, każdą pomoc. Radzi sobie sam, kiedy trzeba, korzysta z każdej pomocy, kiedy może. Żadnej ideologii – walka o życie i ukochaną wszelkimi sposobami.

Masz mocno określoną opinię o tym tekście i nie widzę większych szans, bym zdołał cię przekonać, że podczas jego kreowania (nie pisania – na etapie projektowym) dokonałeś wyborów, które w mojej opinii są dalekie od optymalnych.

Tak, ale bardzo mi miło, że zwróciłeś mi na to uwagę.

Rozpisałem się nie dlatego, że strasznie mi zależy, żeby wykazać, że to marny tekst. Po prostu popełniłeś (dla uniknięcia kontrowersji – w mojej opinii) strasznie interesujący błąd. Rzadko spotykany w tak czystej, wręcz wzorcowej formie. Stąd moje sążniste komentarze – mam hopla na punkcie analizy struktury tekstu i miałem ochotę na ten temat pogadać.

Nie no, rozumiem xD Nie mam czasu analizować struktury i poznawać różne prawidła. Piszę rzadko i od niedawna. Mam ciekawy (według mnie) pomysł to siadam i piszę. Czasem się uda, czasem nie.

To była dobra dyskusja.

Dzięki i pozdrawiam :)

Hej,

 

czytałem już z parę tygodni temu i liczyłem, że coś mi się wyklaruje na temat opowiadania, ale wciąż mam mieszane uczucia.

Ogólnie czytało się nieźle, płynnie i w ogóle. Skojarzenia z Bajkami Robotów też mi się nasunęły, chociaż bardziej przez sam fakt, że napisałeś dosłownie baśń w świecie robotów niż przez bezpośrednie skojarzenie z Lemem :P Pomysł na świat miałeś bardzo fajny, to znaczy cały pomysł ze złym, mechanicznym Niebem i “cielesnym” Piekłem. Sama mitologia zresztą również jest super, począwszy od króla Żara, przez Bar’achiela, po samego Demachirurga. I styl, moim zdaniem, dobrze dobrałeś do tekstu.

To co jest powodem moich wątpliwości to warstwa fabularna. Historia wydaje mi się trochę wtórna w stosunku do mitologii, pokusy Demachirurga z jakiegoś powodu nie wybrzmiały mi tak bardzo (tu, przyznaję, nie wiem czemu. Ta ślepota wydała mi się nienazbyt zaznaczona, choć z drugiej strony często ją podkreślałeś). I sam ostateczny pojedynek był trochę nie-aż-tak-epicki, jak mógłby być.

Także ten, bardzo fajny tekst, ale w mojej prywatnej liście Najulubieńszych Tekstów Zanaisa przegrywa z pewną żabą…

 

Hej, Gologh

Lepszy późny komentarz niż żaden ;)

Ponieważ na zarzuty łatwiej odpowiedzieć, to za komplementy ślę podziękowania, a teraz do sedna:

Historia wydaje mi się trochę wtórna w stosunku do mitologii,

Fabuły są moją piętą achillesową, więc nie ukrywam, że tak jest.

pokusy Demachirurga z jakiegoś powodu nie wybrzmiały mi tak bardzo (tu, przyznaję, nie wiem czemu. Ta ślepota wydała mi się nienazbyt zaznaczona, choć z drugiej strony często ją podkreślałeś)

W sumie też nie wiem, czemu ;P Pokusa była jedna, bo właściwie tylko jedną rzeczą mógł księcia skusić – właśnie oczami. Ślepota nie mogła stanowić zbyt wielkiego ograniczenia dla Ura, bo nie nadawałby się na bohatera (choć może i nie powinien).

I sam ostateczny pojedynek był trochę nie-aż-tak-epicki, jak mógłby być.

W zamierzeniu był epicki. A potem przyszedł Pan Limit i powiedział “nie, nie, nie”.

 

Także ten, bardzo fajny tekst, ale w mojej prywatnej liście Najulubieńszych Tekstów Zanaisa przegrywa z pewną żabą…

Ach, dosięgnąć ideału :P

 

 

Dzięki za komentarz i pozdrawiam :)

Witaj, Zanaisie!

Przyznam, że dotąd nie miałem dużej styczności z Twoją twórczością. Przeczytałem któregoś detektywa Lowina i tyle. Z “Detektywa” pamiętam nienachalną lekkość tekstu i humor bardzo w moim guście. Zatem zaczynając lekturę “Spleć…”, myślałem, że mniej więcej wiem, czego mogę się spodziewać.

Jakże się myliłem. ;)

Dajesz się poznać jako wszechstronny autor, gdyż tutaj eksplorujesz zupełnie inne literackie rejony. Od razu powiem, że czytało mi się dość ciężko; trudno mi było wejść w tę opowieść. Nie jestem fanem ani historii powielających dobrze znane schematy, ani postaci jak z szablonu – jednak w końcu, w końcu poczułem przyjemność płynącą z tej lektury. Dostrzegłem siłę tego tekstu w dekonstruowaniu różnych elementów i ten proces uznaję za bardzo zajmujący. Bo mamy dziecko-odmieńca, dlatego że jest na wskroś ludzki, mamy piekło, ale zimne i niebo – gorące. Spodziewałem się, że ułomny książę będzie wymagał ratowania przez wybrankę, ale tutaj odstępstwem od nowej normy stał się powrót do normy – starej. Być może nieporadnie ubieram w słowa to, co chcę przekazać, ale puenta, do której zmierzam, jest taka, że światotwórstwo w tym opowiadaniu odbieram jako absolutnie zjawiskowe, z całym inwentarzem, od języka po neologizmy. To klejnot, który zdecydowałeś się eksponować, stosując pretekstową fabułę i nie nadając postaciom zbyt wiele blasku – i uważam, że to dobra decyzja.

Spektakularne są sceny śmierci mechanicznego ptaka i kolejna, walki z mechaniołem. Warto odnotować sprawny opis świata z pominięciem obrazów. Nie zrozumiałem natomiast, dlaczego Demachinurg (nota bene rewelacyjna nazwa!) podarował Urowi wzrok. Dzieje się to nagle, jakby w tym miejscu pasowało tę wizję wprowadzić, ale zabrakło pomysłu jak to zrobić. Być może Demachinurg próbował przekabacić Ura na swoją stronę, ale tę scenę uważam za odstającą od reszty tekstu.

No i co, bardzo porządne jest to opowiadanie, Zanaisie. Zupełnie nie moje klimaty, wielu nawiązań pewnie nie rozpoznałem. Myślałem przez chwilę, że to może wizja świata pod rządami AI, całkiem dosłowny obraz przyszłości, ale ostatni akapit rozwiewa tę teorię. Przejrzałem komentarze i naprawdę fajne jest to, że każdy czytelnik zdaje się wynosić z tego tekstu coś dla siebie i jest to wartość. “Spleć z głosów kwiat piekielny” wygląda mi na opowiadanie, które śmiało mogłoby pojawić się w drukowanej NF. Musisz jednak sam ocenić, czy jest to komplement.

 

pzdr

Hej, MrBrightside!

Miło mi, że na początek udało mi się wywołać zaskoczenie ;)

Na razie próbuję różnych konwencji i stylów. Na hard sf nie mam umiejętności, a takie à la “Bajki robotów” pozwalają nieco nagiąć wymagania.

Dziękuję za uznanie dla światotwórstwa. Wiem, że postacie są takie, jakie są, ale kiedy czytałem pewne opowiadania w tym stylu (głównie stare), to bohaterowie tam też nie grzeszyli rozwiniętą psychologią. Ponadto wiem, że będę się powtarzał, ale limit trochę (ha!) przeszkodził w rozwinięciu niektórych wątków.

Ratowanie księżniczki nie chciałem zrobić typowym “dama w opałach”. Ratują się nawzajem – bez jej dusz, by sobie nie poradził.

Demachinurg podarowuje oczy Urowi, bo w końcu to “dobre” bóstwo, przynajmniej w swoim mniemaniu. Przekonane o własnej nieomylności i wyższości, uznające metal za nadrzędny w stosunku do ciała i kompletnie pozbawione zrozumienia dla uczuć człowieka. Pewnie, mógłby od razu strzelać laserami, ale chciałem pokazać tę inność i obcość. takie ostatnie kuszenie Ura. Poza tym pogłębiało to zarówno postać Ura, jak i Demachinurga.

Mnie też dziwi, że czytelnicy widzą tu aż tyle interpretacji, ale oczywiście również cieszy.

A słowa o tekście na miarę drukowanego biorę za komplement :P

dziękuję bardzo za wizytę i duży komentarz.

Pozdrawiam!

Wspaniałe opowiadanie! Jest dość długie, ale przepłynąłem przez nie szybko i z przyjemnością :) Początek, zakończenie, środek – wszystko na wysokim poziomie. Gratuluję wyobraźni i warsztatu. Mega!

Hej, Corrinn

Dziękuję, cieszę się, że nie napotkałeś żadnych dłużyzn :)

Pozdrawiam

Cześć,

Komentarz ten został napisany jeszcze przed wstawieniem komentarza z jurorskim obrazkiem, zatem do tego momentu w tekście mogły zajść zmiany, których już nie śledziłem.

Pierwsze co mi przychodzi do głowy, to tworzenie. Dużo tu stworzyłeś: świat, wyrazy, mit, bohaterów – długo by wymieniać. Jednak patrzenie na to opko tylko przez pryzmat tego słowa byłoby krzywdzące. Ale może po kolei, jak na jurkowy komentarz przystało.

Kreacja świata jest świetna. Poczułem ten świat, jest bardzo klimatycznie. Mógłbym się jedynie przyczepić do tego, że gdzieś mi mignęły, według mnie, niepasujące lasery. Ale to tylko jedno słowo. Najbardziej jednak ujmuje zwrócenie się do fundamentów fantastyki – mitu. Klimat, który stworzyłeś świetnie się komponuje z taką koncepcją. Myślę że niektórych może zrazić patos i język dialogów, ale dla mnie były dobrane z dużym wyczuciem.

Fabuła, jakby na nią nie spojrzeć nie jest skomplikowana, ale przemyślana. Przez cały tekst czuć, że idziemy do przodu. Początek zaciekawia i buduje fundamenty, po czym płynnie przechodzi do właściwej akcji. Przyczepię się do momentu gdzie Lilia wraca do Piekła, by dokończyć jej tworzenie. Trochę to wyszło jakbyś musiał ich na chwilę rozdzielić, żeby mogli ją porwać. Jest uzasadnienie w tekście, ale jest to dla mnie pretekstowe.

Wątek konkursowy jest jak najbardziej spełniony. Nawet bym powiedział, że ratowali się nawzajem, choć wiele dusz zginęło. Można też wysnuć kilka innych interpretacji, może o ratowanym świecie, ale tu już nie będę fantazjował.

Technicznie nie mam nic do zarzucenia. W zasadzie nic mnie nie wybiło przy czytaniu, do tego trzymasz się zamysłu od początku do końca. Poszybowałeś pod górny, powiększony limit, ale nie czuć tego. Nie wątpię, że z niektórych rzeczy wyciągnąłbyś dodatkowych kilka tysięcy znaków, a jednak to co dostaliśmy jest naprawdę smaczne.

Dużo można pisać o tym tekście. Myślę, że każdy znajdzie tu coś dla siebie, ale też każdy wyciągnie nieco inne wnioski. W ogóle ta historia jest o stworzeniu ludzi, ale może też być o ich przywróceniu do żywych. Stawiasz dobro przeciw złu, ale jednocześnie pytasz kto jest kim, gdzie jest prawda, a gdzie kłamstwo. To sztuka napisać tekst tak bardzo wielowymiarowy. Bardzo lubię taką literaturę.

Przepraszam: Literaturę.

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć Zanais! Bardzo Ci dziękuję za udział w konkursie.

 

Opowiadanie stoi kreacją świata i niestety dla mnie było tu zbyt wiele niespójności, abym mogła się w to wczuć. Pierwszy zgrzyt logiczny miałam już na samym początku – miotacze ognia zabijają akuszerki, ale książę wychodzi z tego cało, a przecież jest delikatniejszy. Odniosłam wrażenie, że cały świat przedstawiony to tylko wydmuszka, że jest oparty jedynie na słowotwórstwie, nie ma żadnej logiki i nie istnieją rządzące nim prawa. Pojawiają się mechanioły, ale nadal to są anioły tylko takie z przedrostkiem.

Fabuła niestety jest oparta o odwieczną walkę nieba i piekła, tylko że w otoczce z metalu, więc ani razu nie poczułam ciekawości, co będzie dalej. W kreacji bohaterów nie zdołałam się doszukać osobowości ani żadnej motywacji, przez co nie mogłam się zainteresować ich losem. Odniosłam wrażenie, że Ur wszystko robi przypadkiem, a jego zwycięstwo nie wynikało z umiejętności. Lilia jest jeszcze bardziej bezbarwna, a cały wątek romansowy mnie nie przekonuje.

Technicznie jest dobrze, choć moim zdaniem tworzenie z prawie każdego zdania nowego akapitu to trochę przesada. Opowiadanie ma specyficzną stylizację, która dla mnie była po prostu męcząca. Temat konkursowy uważam za zrealizowany.

 

Wyróżnienie Alicelli

Słowotwórstwo jest bardzo pomysłowe. Podobał mi się też motyw przekuwania dusz. Zdecydowanie podziwiam Twoją wyobraźnię.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Hej, Krokusie

Dzięki za konkurs i komentarz.

Miło mi, że przypadło do gustu :) Lasery, niestety, są specjalnie i zostaną w tym świecie, bo nie chciałbym tworzyć nowych słów na znane sprawy, za to zgodzę się trochę z porwaniem Lilii. Zdecydowanie potrzebowałem, aby nie byli przez pewien czas razem, ale jej powrót do Piekła wyniknął naprawdę z niedokończonego wykucia z dusz – chciałem pokazać jej “obcość”. A potem jedno prowadzi do drugiego i wszystko zaczyna się nagle układać.

Dziękuję i pozdrawiam!

 

Hej, Alicello

Dziękuję za konkurs, bo zmotywował, aby stworzyć to opowiadanie. Myślę, że na starcie byłem przegrany przez nie wbicie się w Twój gust, no ale takie są konkursy :)

Natomiast trochę się będę bronił ;)

Niespójności w świecie na pewno są, jak w każdym świecie, który został dość drastycznie zmieniony/wykreowany, więc pełna zgoda – trzeba trochę zawieszenia niewiary. Natomiast zgrzyt logiczny z początku, niestety, nie jest zgrzytem: wspomnę o EMP, która jest u nas w rzeczywistości, a tutaj przecież jest cywilizacja może nie bardziej zaawansowana w każdej dziedzinie, ale broń precyzyjna nie jest tak wielkim problemem. Wiele broni potrafi precyzyjnie unieszkodliwić cel. Przecież nie napisałem, że gorąc stopił roboty, tylko zniszczył ich obwody. Królowa nie zaryzykowałaby ataku, gdyby nie była pewna, że jest bezpieczny dla księcia.

Odniosłam wrażenie, że cały świat przedstawiony to tylko wydmuszka, że jest oparty jedynie na słowotwórstwie, nie ma żadnej logiki i nie istnieją rządzące nim prawa

Hm, no trochę to krzywdzące założenie, ale masz do niego pełne prawo. Tu znów kłania się konwencja, no i limit. Nie przedstawię nowego świata, historii oraz bohaterów w tak krótkim tekście.

ądzące nim prawa. Pojawiają się mechanioły, ale nadal to są anioły tylko takie z przedrostkiem.

Fabuła niestety jest oparta o odwieczną walkę nieba i piekła, tylko że w otoczce z metalu, więc ani razu nie poczułam ciekawości, co będzie dalej.

Ok, lubię ten motyw, więc moja wina :P

W kreacji bohaterów nie zdołałam się doszukać osobowości ani żadnej motywacji, przez co nie mogłam się zainteresować ich losem. Odniosłam wrażenie, że Ur wszystko robi przypadkiem, a jego zwycięstwo nie wynikało z umiejętności. Lilia jest jeszcze bardziej bezbarwna, a cały wątek romansowy mnie nie przekonuje.

Aż nie wiem, co napisać :P Pal licho z Urem, ale Lilia bezbarwna? Nie zapominajmy, że jest prawie maszyną, stworzoną w określonym celu.

Technicznie jest dobrze, choć moim zdaniem tworzenie z prawie każdego zdania nowego akapitu to trochę przesada. Opowiadanie ma specyficzną stylizację, która dla mnie była po prostu męcząca

O, właśnie. Specyficzna stylizacja i konwencja. Doskonale rozumiem, mnie też męczą pewne teksty lub sposoby ich zapisu. Akurat do tego opowiadania potrzebowałem takiego, no i styl niełatwo zmienić.

Słowotwórstwo jest bardzo pomysłowe. Podobał mi się też motyw przekuwania dusz. Zdecydowanie podziwiam Twoją wyobraźnię.

Trzykrotnie dziękuję :)

I po raz czwarty za komentarz.

Pozdrawiam

 

Zanaisie, zdecydowanie był to dla mnie najtrudniejszy komentarz do napisania w konkursie i wierz mi, że byłoby dużo łatwiej, gdyby to opowiadanie mi się podobało, ale niestety tak nie jest. Nie należę jednak do osób, które boją się powiedzieć własne zadanie czy sugerują się opinią innych.

Myślę, że na starcie byłem przegrany przez nie wbicie się w Twój gust, no ale takie są konkursy :)

Nie tylko konkursy, Zanaisie, ale wszystko na tym Portalu zależy od gustu i tak to już jest, że jedni się czymś zachwycają, a innym się nie spodoba. Konkurs wygrały teksty, które spodobały się wszystkim jurorom, a gusta mamy bardzo różne, więc to był niezły wyczyn.

A jeśli czujesz się pokrzywdzony, to odwet możesz wziąć na mnie podczas Tytulików.

Natomiast zgrzyt logiczny z początku, niestety, nie jest zgrzytem: wspomnę o EMP, która jest u nas w rzeczywistości, a tutaj przecież jest cywilizacja może nie bardziej zaawansowana w każdej dziedzinie, ale broń precyzyjna nie jest tak wielkim problemem. Wiele broni potrafi precyzyjnie unieszkodliwić cel. Przecież nie napisałem, że gorąc stopił roboty, tylko zniszczył ich obwody. Królowa nie zaryzykowałaby ataku, gdyby nie była pewna, że jest bezpieczny dla księcia.

Napisałeś, że “Ukryte w ścianach miotacze splunęły gorącem i wypaliły obwody akuszerek”, dla mnie to nie oznacza precyzyjnej broni, a już na pewno nie EMP. A tłumaczenie nieprecyzyjnego opisu tym, że postać by tak nie postąpiła, mnie nie przekonuje.

Hm, no trochę to krzywdzące założenie, ale masz do niego pełne prawo. Tu znów kłania się konwencja, no i limit. Nie przedstawię nowego świata, historii oraz bohaterów w tak krótkim tekście.

Przykro mi, jeśli czujesz, że to określenie jest krzywdzące, ale ja żadnych zasad funkcjonowania tego świata nie dostrzegłam. I nie chodzi mi o całą historię świata tylko logikę jego działania.

Ok, lubię ten motyw, więc moja wina :P

Na pewno nie można tu mówić o winie. Ja po prostu wolę nieco ciekawsze pomysły na fabułę niż walka aniołów z demonami. I szczerze mówiąc, napisałam o tej swojej preferencji, żeby złagodzić komentarz.

Aż nie wiem, co napisać :P Pal licho z Urem, ale Lilia bezbarwna? Nie zapominajmy, że jest prawie maszyną, stworzoną w określonym celu.

Owszem jest maszyną, tworem, i to wszystko co mogę o niej powiedzieć.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Zanaisie, zdecydowanie był to dla mnie najtrudniejszy komentarz do napisania w konkursie i wierz mi, że byłoby dużo łatwiej, gdyby to opowiadanie mi się podobało, ale niestety tak nie jest. Nie należę jednak do osób, które boją się powiedzieć własne zadanie czy sugerują się opinią innych.

I bardzo dobrze. Nie ma co słodzić bez potrzeby.

A jeśli czujesz się pokrzywdzony, to odwet możesz wziąć na mnie podczas Tytulików

O, nie, nie. Tego mi proszę nie sugerować. Absolutnie nie czuję się pokrzywdzony i to z dwóch powodów:

– wielu osobom tekst się podoba

– mam tradycję słabego wypadania w konkursach ;)

A na Tytuliki się nie martw. Nie chowam żadnych uraz tajnych czy jawnych. Postaram się ocenić sprawiedliwie, już mnie Irka przypilnuje!

Napisałeś, że “Ukryte w ścianach miotacze splunęły gorącem i wypaliły obwody akuszerek”, dla mnie to nie oznacza precyzyjnej broni, a już na pewno nie EMP.

Wypaliły obwody – nie wypaliły całych akuszerek. Nie przekonamy się.

Przykro mi, jeśli czujesz, że to określenie jest krzywdzące, ale ja żadnych zasad funkcjonowania tego świata nie dostrzegłam. I nie chodzi mi o całą historię świata tylko logikę jego działania.

W takim razie, o jakie zasady chodzi? Jakie zasady chciałabyś poznać? Pytam poważnie, bo to cenna informacja.

Ja po prostu wolę nieco ciekawsze pomysły na fabułę niż walka aniołów z demonami.

Nie ma problemu, rozumiem. Znany jestem ze sztampowych fabuł.

 

Powtórzę, że nie czuję się pokrzywdzony. Ty możesz przedstawić zarzuty, ja mogę się z nimi mniej lub bardziej zgodzić. Żalu nie mam. Naprawdę.

 

 

Wypaliły obwody – nie wypaliły całych akuszerek. Nie przekonamy się.

A, niech i tak będzie. Jakby się wszyscy zgadali, to by nudno było. I ja rozumiem, co chciałeś przekazać, tylko jakby to chociaż lasery były…

W takim razie, o jakie zasady chodzi? Jakie zasady chciałabyś poznać? Pytam poważnie, bo to cenna informacja.

No nie wiem, czy taka cenna, ale jeśli naprawdę jesteś ciekaw, to wyłapię te momenty i dam Ci znać, ale to już nie dzisiaj. 

 

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

 Zanaisie, stworzyłeś opowieść kompletną. Twoja baśń zawiera wszystko, czego oczekuję od historii tego typu: dobre wyważenie patosu, monumentalne wręcz światotwórstwo, prostą, acz okraszoną licznymi smaczkami historię, imponujący twist na końcu i nienaganne wykonanie. Zwykle preferuję opowiadania, gdzie bohaterów można naprawdę poczuć i doświadczyć, o bardziej wyrazistej konstrukcji psychicznej, ale po co czepiać się braku tego elementu u Ciebie, skoro lektura dostarczyła tak dużo satysfakcji?

Bardzo przypadła mi do gustu Twoja interpretacja hasła konkursowego. Chociaż główną rolę spełnia tutaj stworzony przez Ciebie świat i budujesz go z wielkim rozmachem, nie czułem się przytłoczony ciężarem wszystkich wprowadzanych elementów. Najbardziej ze wszystkiego spodobało mi się chyba zakończenie, i to wcale nie dlatego, że w końcu mogłem przestać czytać – było po prostu piękne, zaskakujące i rzekłbym nawet, że inspirujące ;)

Brawo. Lektura dostarczyła mi bardzo wiele przyjemności. Nie wszystkie konkursowe teksty śledziłem z zainteresowaniem, ale Twoja praca stanowczo się do tego zbioru nie zalicza.

Dzień dobry,

 

tekst absolutnie mnie porwał. Aż brak mi słów, żeby wyrazić jak dobra jest ta historia. Splatasz dziesiątki wątków w niesamowity fabularny kosz, ten kosz podwieszasz pod kolorowy balon uszyty z neologizmów i słowotwórstwa, a całość napędzana jest ogniem idei – miłością, walką piekłem z niebem, prymatem ciała (i ducha) nad metalową maszyną (i bezduszną nauką). Wartości, które prezentujesz są odwrócone, jak już było wspomniane wyżej w komentarzach, piekło jest “dobre” a niebo i jego mechaniczny bóg wraz z aniołami to kaci świata, który oblekli w bezduszną stal. Rodzą się pytania o postęp i jego koszt, o kruchość ciała w obliczu bezdusznych maszyn, ale również o duchowość i jej siłę, bo przecież dusze przyjmują na siebie najokrutniejsze ciosy mechanicznych oponentów i mimo wszystko chronią swojego ukochanego Ura.

 

Jednoczesnie móglbym powtórzyć komentarz Gekikary, to nie jest historia doskonała, są szczegóły, o których pewnie nie warto szczegółowo wspominać, ale krótko napiszę – bo może coś z tego wykorzystasz. Wydaje mi się, że historii zaszkodził limit, być może warto byłoby się zastanowić nastepnym razem nad złamaniem go, żeby wszystkie elementy historii odpowiednio wybrzmiały. To o czym również myślałem, to pooprowadzenie narracji z perspektywy Ura, wtedy można by “wytłumaczyć” szybkość akcji czy też brak wyjaśnień, związanych z siłami rządzącymi światem przedstawionym, ułomnością ludzkiego bohatera.

 

Czy bohater nie spina się z baśniową konwencją, jak sugerują niektórzy? Być może. Aczkolwiek w naszym postrukturalnym świecie sztywne trzymanie się konwencji nie jest wymagane, a może być wręcz szkodliwe. Budowanie bohatera w sposób klasycznie baśniowy, np. jako najmłodszego, słabego fizycznie lecz zaradnego syna królowej Chromelli, w moim przekonaniu totalnie spłyciłoby tekst. Uważam, że własnie o to chodzi, że Ur ma być inny, ukrywany, pielęgnowany jak najwartościowszy skarb. To koresponduje z resztą historii i tak, IMHO, jest dobrze, czy wręcz bardzo dobrze.

Zaskoczyło mnie również stwierdzenie w komentarzach, że mamy do czynienia raczej ze słowotwórstwem, a nie ze światotwórstwem. Aż musiałem się upewnić, że czytam komentarze pod właściwym opowiadaniem. To dla mnie małe bluźnierstwo ;) (Edit).

 

W głosowaniu piórkowym: TAK.

 

Edit: jeszcze kilka żartobliwych uwag, które wypisałem sobie na boku:

 

Nagle król Żar zacisnął mu palce na czymś podłużnym.

– To rękojeść, książę. Przyjmij mój miecz,

Troszkę smiechłem, co najmniej dwuznaczne ;)

 

Chłodny wiatr łagodził podrażnioną twarz, niósł zapachy stalowych skał, berylowego ptactwa, cynowych porostów.

Beryla Ty zostaw w spokoju!

 

Pozdrawiam serdecznie!

Che mi sento di morir

Hej, BasementKey

Kurczę, dziękuje za tak przychylny komentarz. Ucieszył mnie Twój punkt widzenia na niektóre sprawy związane z tym opowiadaniem, bo to znaczy, że nie jestem sam w tych opiniach :P

Oczywiście, to racja, że historia nie jest doskonała. Pierwszy raz pisałem taką konwencję, pierwszy raz pisałem z perspektywy ślepego bohatera i sam nie wiedziałem, jak to wyjdzie. Limit na pewno nie pomógł, ale po prostu pisałem tekst na konkurs, w którym jak zwykle mi nie poszło, ale co tam. W każdym razie historia rosła i rosła, więc na koniec musiałem trochę ciąć.

Czy bohater nie spina się z baśniową konwencją, jak sugerują niektórzy? Być może. Aczkolwiek w naszym postrukturalnym świecie sztywne trzymanie się konwencji nie jest wymagane, a może być wręcz szkodliwe. Budowanie bohatera w sposób klasycznie baśniowy, np. jako najmłodszego, słabego fizycznie lecz zaradnego syna królowej Chromelli, w moim przekonaniu totalnie spłyciłoby tekst. Uważam, że własnie o to chodzi, że Ur ma być inny, ukrywany, pielęgnowany jak najwartościowszy skarb. To koresponduje z resztą historii i tak, IMHO, jest dobrze, czy wręcz bardzo dobrze.

Właśnie to mnie bardzo cieszy. Nie znam się na wymogach i ramach konwencji. Kiedy wpadam na jakąś ciekawą, według mnie, historię to ją piszę. Jeśli łamię przy tym jakąś zasadę, to niechcący. Syn królowej, który ma “zbawić” świat i jest głównym elementem wielkiego spisku, musiał być trzymany pod strażą i jego decyzje musiały być kontrolowane, aby jak najmniej pozostawić przypadkowi. Tak samo z Lilią. Dopiero po śmierci matki Ur może podejmować własne decyzje, ale nawet wtedy pragnienie zemsty i miłości decyduje o jego krokach. Sam jest robotem, które tak pragnie zniszczyć. I to wynika z historii oraz z charakterów postaci drugoplanowych – Żara i Chromelli. Uznałem, że tak by się zachowali, więc dlaczego to zmieniać?

Zaskoczyło mnie również stwierdzenie w komentarzach, że mamy do czynienia raczej ze słowotwórstwem, a nie ze światotwórstwem. Aż musiałem się upewnić, że czytam komentarze pod właściwym opowiadaniem. Bluźnierstwo ;)

Co ja mogę powiedzieć? Każdy ma prawo do własnego zdania. W każdym razie zaręczam, ze staram się tworzyć światy na czymś więcej niż nazwy :P

Dziękuję bardzo za TAKa i do zobaczenia :)

Pozdrawiam

 

Zaskoczyło mnie również stwierdzenie w komentarzach, że mamy do czynienia raczej ze słowotwórstwem, a nie ze światotwórstwem. Aż musiałem się upewnić, że czytam komentarze pod właściwym opowiadaniem. Bluźnierstwo ;)

BasementKey, może i dla Ciebie to jest bluźnierstwo, ale właśnie takie było moje wrażenie po lekturze. Pewnie byłoby inne, gdyby zainteresowała mnie fabuła, a tak to skupiłam się na opisie świata i pewnie wyłapałam więcej niejasności niż inni. Po lekturze nie wiem, co w tym świecie jest możliwe, a co nie, stąd takie wrażenie i masz prawo mieć zupełnie inne zdanie. Co dokładnie wpłynęło na taki mój odbiór tekstu napisałam Zanaisowi już na priv. Nie ma takiego opowiadania, które by się wszystkim spodobało.

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Oczywiście, masz prawo do innego zdania, wydaje mi się, że ktoś jeszcze podniósł ten argument, więc w tym zdaniu nie jesteś odosobniona. A „bluźnierstwo” dookresliłem, tym słowem chciałem najbardziej podkreślić, że tego rodzaju opinia kłóci się z moimi wartościami.

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Początek zapowiada wariacje na temat lemowskiego bladawca, szybko jednak opowieść zyskuje inny celestialno-infernalny i demiurgiczny wymiar (nota bene: zdanie o niebie, które zatrzymało się o ledwie jeden wymiar od świata bohaterów jest jednym z najlepszych w tekście). Świetne to zderzenie dwóch porządków, świetne też słowotwórstwo i oparcie tekstu na rytmie pojawiania się kolejnych metali. Te oryginalne motywy sprawnie nanizałeś na zupełnie klasyczną oś questu (jest nawet śmierć wiernego wierzchowca!) tworząc bardzo udane połączenie wg mojej ulubionej zasady: coś nowego, coś starego, coś pożyczonego.

Grzech odnajduję jeden, ale za to poważny – za późno wprowadzasz kluczową dla księcia umiejętność posługiwania się dźwiękiem (ja wiem, że ona tam przemyka w naukach nauczycieli ale niknie za umiejętnościami olfaktorycznymi Ura).

Grzech to, jak rzekłem, kompozycyjnie poważny, ale całość warta jest mszy.

Hej, Coboldzie!

Dziękuję bardzo. Oś questu kojarzy mi się z grą komputerową, więc mam nadzieję, że nikt nie odniósł takiego wrażenia ;) 

Radę o kompozycji zapamiętam – może trzeba było jednak pozwolić, aby książę podczas Święta Dyrektyw stworzył choć część księżniczki. To by zwiastowało wykorzystanie jego umiejętności podczas przyszłych zdarzeń.

Pozdrawiam serdecznie!

Czytam, Zanais, marudzenia pod Twoim, naprawdę odmiennym tekstem z interesującym przebiegiem zdarzeń w opku i dumam, o co chodzi? Zwyczajnie chcę zrozumieć odmienne zdania, trochę biłam się z myślami, czy napisać, lecz ciekawość zwyciężyła i mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu.

Od razu zaznaczam, że nie chcę kruszyć kopi, lecz dowiedzieć się, co myślicie/odpowiecie, jeśli naturalnie znajdziecie na to czas.

 

None, z argumentem dotyczącym bezwolności bohatera, choć może bardziej zmuszonym do działania przez sytuację i odkrywającym swoje możliwości, nie zgadzam się. To znaczy tak, bohater jest bezwolny, niosą go zdarzenia, a nie własna inicjatywa. To prawda, lecz czy uważasz że musimy kreować sprawczych bohaterów?

Dlaczego świat opisywany w powieściach ma być niepodobny do życia, bliższy grom. W życiu hołdujemy jakimś wizjom wpajanym nam przez rodziców, bliskiemu nam otoczeniu i tym, co sami z prawidłowości świata wyczytamy, czyli raczej jesteśmy stosunkowo słabo "uzbrojeni" na nieprzewidziane sytuacje i kataklizmy. Uczymy się w trakcie dorastania i potem lub nie. Inaczej niźli w grach, w których mamy w zasięgu ręki skatalogowe moce i możemy po nie sięgnąć w każdej chwili, jeśli są gotowe do użycia w dość algorytmicznych i przecież zgoła nieryzykownych okolicznościach.

Zgadzam się z tym, że akcję często uruchamia bohater, czy to przez swoją głupotę, nieporadność, cechy charakteru i potem musi sobie z tym radzić i posprzątać po sobie, przy okazji osiągając własny główny cel, bądź motywowany zleconym zadaniem, pojmując jego wagę, próbuje mu sprostać (wygląda na to, że mieliśmy właśnie z tym do czynienia). 

Są jednak i inni bohaterowie, których niejako stwarzają okoliczności i się w nich odnajdują bądź nie (czynnik czasu, liczbę porażek pomińmy). Niejako odkrywają swoje "siły" po drodze, w akcji. Może zdarzyć się tak, że przyswoją misję, uwewnętrznią ją. Zrozumieją swoje przeznaczenie, niekiedy lekko przeformułowując.

Czy musi być widoczny ten moment przeobrażenia cudzego marzenia w moje? Przemiana. Nie wiem. U Tolkiena jest nim chyba moment, gdy Frodo zdecydował się na opuszczenie drużyny. W opowiadaniach najczęściej zmianę optyki widzę blisko lub już w zakończeniu.

 

Coboldzie, gdy składam nominuję staram się potem śledzić losy opka, więc czytam komentarze pod nimi. Niezbyt rozumiem się na rzeczach celestialno-infernalnych, dobrze że z demiurgami jestem jako tako obyta. Znaczy celestialną musiałam sprawdzić. ;-)

Trochę rozumiem Twoje zastrzeżenie o dysponowaniu mocą głosu przez Ura, że aż tak silna i wprowadzona na ostatnią minutę. Trochę jednak nie. Spróbuję przedstawić Ci swój punkt widzenia.

Zważ na obecność trzech zmysłów przewijających się tekście od samego początku: słuch, dotyk, węch, a najsilniejszym z nich jest dźwięk, nie węch. Przymiotników z węchem nie ma, z dotykiem maleńko, za to zatrzęsienie tych, dotyczących dźwięków z tła. Głos był silnie obecny od samego początku. Umiejętność "rzeźbienia w dźwięku" poznajemy tuż po pierwszej wizycie króla Piekieł z księżniczką, potem podczas powtórnej wizyty, już bez córki i na skraju zniszczenia świata, Ur otrzymuje od niego miecz, który "ponurą pieśń niósł". Magia w pełni związana z dźwiękiem w pełni ujawnia się około połowy opowiadania (zerknęłam przed chwilą):

"W jedną chwilę pochwycił słowa Bar’achiela, w kolejnej pozwolił, aby nasiąkły wyciem wichru, trzaskiem miażdżonej stali, zgrzytem przekładni i sworzni. Splótł dźwięki, obwiązał je pragnieniem mordu w słowach mechanioła, a gdy syczały mu w dłoni, rozczapierzył palce, wypuszczając w jego kierunku strumień parującej, lepkiej brei.

Sztuka Korozji z innego świata."

Historia jest wysycona węchem w niewielkim stopniu, w trochę większym dotykiem, króluje dźwięk,  nawet Lile szepcą, kontaktują się przez ten kanał. Może co najwyżej siła rażenia dźwiękiem pozostaje tajemnicą dla czytelnika, co odbieram jako rodzaj twistu. Ileż tu słów związanych ze słuchem plus brak wzroku Ura.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nowa Fantastyka