- Opowiadanie: Zanais - Spleć z głosów kwiat piekielny

Spleć z głosów kwiat piekielny

Ten tekst powstał z kilku zupełnie ze sobą niezwiązanych inspiracji. Mam nadzieję, że lektura okaże się przyjemna.

 

Serdeczne podziękowania dla niezastąpionych betujących: Irki_Luz, Gekikary i Shanti!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Spleć z głosów kwiat piekielny

 

Kiedy mechaniczne łono królowej Chromelli wypuściło na świat płaczącego księcia, akuszerki zajazgotały, a ich wizjery rozbłysły alarmową czerwienią. Jednak to nie dwie czarne dziury pod czołem dziecka wystraszyły stare roboty, tylko miękkie ciało bez choćby śladu metalu czy plastiku.

– To okropieństwo, Wasza Wysokość! Wezwiemy króla.

– Już tu zmierza – odparła królowa, wysyłając jednocześnie zaszyfrowany sygnał.

Ukryte w ścianach miotacze splunęły gorącem i wypaliły obwody akuszerek. Chromella odebrała z martwych rąk oblepione smarem dziecko i włożyła do kołyski. Gdy król pojawił się w drzwiach komnaty, objęła go czule i rzekła:

– Pocałuj mnie. Dałam ci następcę tronu.

Zetknęli się złotymi wargami, a wtedy jeden z setek przewodów tworzących język królowej odszukał wejście w podniebieniu władcy i wgrał mu wirusa Zwarcia.

Król umarł szczęśliwy.

– Tak być musiało, gdyż postęp zawsze karmi się śmiercią – szepnęła Chromella, po czym krzyknęła z nowo poznanego bólu.

Metal w jej piersiach roztopił się i zmiękł, świeże krople krwi zadrżały od pierwszego uderzenia serca, kości rozepchały plastik, a tłuszcz rozlał się i wybrzuszył pod zaróżowioną skórą. Przewody wtargnęły w tkanki, kończąc zakazaną fuzję. 

Tak Piekło wypełniło pierwszą część umowy.

Ocierając syntetyczne łzy, królowa popatrzyła na księcia.

– Nadaję ci imię Ur, co w języku demonów znaczy: pierwszy krok.

Potem wzięła go na tytanowe ręce i przyłożyła do piersi z bladego ciała. Ślepe dziecko poczuło smak czarnego mleka, a Chromella wypowiedziała pradawne słowa.

Szczelina rzeczywistości skruszyła się, rozdarła od sufitu do podłogi i sześcionogie, skwierczące cielsko wkroczyło nieufnie do komnaty.

– Król Żar – powitała przybysza Chromella. – Jak obiecałam, urodziłam syna z krwi i mięsa, lecz jest wadliwy. – Wskazała na puste miejsca w głowie dziecka. – Brakuje mu systemów wizyjnych. Nigdy nie będzie widział, albowiem nikt nie potrafi metalem naprawić ciała.

– Dobrze się spisałaś, Wasza Wysokość. Porzuć troski. Ciało to kruchy materiał, lecz zadbam, aby książę przeżył i dorósł. – Czarny pazur pogładził mokrą główkę. – Ogromną cenę zapłaciłem za dzisiejsze wydarzenia i jeszcze większą zapłacę, by nasz plan się powiódł. Moje galery bezustannie przemierzają korytarze Piekła w poszukiwaniu ostatnich dusz. Zbuduję księżniczkę godną twego syna i, pchnięci samotnością, pokochają się nawzajem. Otwórz w lochach przejście i wyczekuj mnie za szesnaście lat.

 

*

 

Książę urodził się słaby i kaleki, ogłosiła Chromella, a systemy króla wyłączyły się ze zgryzoty. Na mosiężnych placach Chorois wzniesiono pomniki władcy i poddani przez rok obchodzili żałobę.

Ura zamknięto w odległej pałacowej wieży, w komnacie najeżonej zagłuszaczami sensorów. Skanowanie uszkadza jego wątłe obwody, twierdził oficjalny przekaz, i dostęp otrzymają tylko służący: zdesynchronizowani ugładzeńcy i bezmyślenice.

Jednakże Kolektyw Elektrozelotów zapragnął przekazać księciu święte nauki Demachinurga. Długo trwały zwody i negocjacje, lecz ostatecznie królowa musiała ustąpić. Zawczasu zdobyła od wiernych metakrawców samorosnący pancerz z tytanu. Ubrała w niego syna i z trwogą czekała na wizytę platynowych kapłanów. Oszukani zbroją i wpół ślepi od zagłuszaczy Elektrozeloci bez podejrzeń przekazywali Urowi mądrości Niebios.

Wieczorami, gdy blade słońce kryło się za ferberytowymi górami, a stalowe ulice Chorois jaśniały od magnezowych lamp, przez bramę w lochach przechodziły cienie, niosąc skrzynie niezwykłego, organicznego pokarmu. Tylko królowa wiedziała, że książę spożywa zetlałe wspomnienia demonów oraz miazgę z dusz potępionych.

Tak Piekło wypełniało drugą część umowy.

 

*

 

Wkrótce Kolektyw spisał Ura na straty. Wolno myślał, jego obwody musiały być niskiej jakości, a dziwne dźwięki, które wydawał, świadczyły o przepalonym oprogramowaniu i wybrakowanych częściach.

Królestwo potrzebowało nowego dziedzica.

Jeszcze raz Chromella ugięła się pod żądaniami kapłanów i w ciągu roku poślubiła nieco zardzewiałego oraz głupiego władcę Żelazaru. On gustował w robotach tej samej płci, ona nie wpuszczała go do łoża, gdzie mógłby odkryć jej ciepłą skórę, ukrytą pod aluminiowym gorsetem – obojgu pasował taki układ.

Tymczasem Piekło wysłało do Ura własnych nauczycieli, ukrytych pod postacią cieni.

Wieczorami szeptali długie przemowy, obalali dogmaty Elektrozelotów i wychwalali stary porządek świata, gdzie dusze wędrowały w materialnych powłokach. Odkryli też przed księciem arkana demonicznego splatania dźwięków, wyszkolili w dawnych sztukach walki, mechanice i sztuce Korozji. Gdy po wielu latach potrafił nawet rozpoznawać metale po zapachu, odeszli, kłaniając się nisko.

Nigdy nie wyjawili mu, dlaczego uczą ślepca władać bronią i magią.

Piekło wciąż czekało.

 

*

 

Po raz szesnasty w pałacowych ogrodach zakwitły miedziane narcyzy i oto nadszedł dzień, kiedy Ur miał poznać przyszłą żonę.

Przez drzwi wkroczyła Chromella i książę uniósł twarz, węsząc.

– Witaj, matko. Nie czuję zapachu mej oblubienicy. Jakąż to nieszczęsną istotę chcesz wydać za ślepy wór mięsa? 

Królowa nie odpowiedziała. Zrobiła kilka kroków i wyszeptała pełne mocy słowa. W komnacie zrobiło się cieplej, a Ur zmarszczył nos, gdy zapach narcyzów ustąpił nieznanemu odorowi. Nie była to woń żadnego metalu.

– Matko? – spytał książę, chwytając miecz energetyczny.

Ktoś znalazł się przy oknie, lecz nie wszedł drzwiami. Zdziwił się Ur, gdy usłyszał ciężkie stąpanie wielu odnóży, lecz tylko jeden oddech, chrapliwy i świszczący.

– Królowa Chromella – zawarczał przybysz – i książę Ur. Od dawna wyczekiwałem tego dnia.

– Król Żar.

Srebrna suknia zazgrzytała, gdy królowa się skłoniła.

– Król Żar! – krzyknął Ur. – Co tu robi władca Piekła?

– Poślubisz jego córkę, synu – rzekła spokojnie Chromella. – Tak ustalono i tak będzie. Wspólnie odrzucicie fałsz Demachinurga. Pod jego władzą nie ma rozwoju ni wynalazków. Utknęliśmy w świętej stazie i tylko Piekło może nam pomóc.

Wtedy przemówił król Żar:

– Tak ustalono i tak będzie, książę. Kiedy dojdzie do ślubu, Piekło wypełni ostatnią część umowy z twoją matką. Zapomnij o naukach kapłanów! Nie ma życia w świetle Niebios, tylko skostniała egzystencja bezdusznych maszyn. Weź mą córkę za żonę i razem obalcie dyktat Demachinurga – powiedział Żar i dodał z dumą: – Oto i ona!

Fetor zelżał, ustąpił soczystej woni ciała. Ur opuścił broń i łapczywie wciągnął nozdrzami powietrze.

– Witaj, Wasza Wysokość. – Jej głos był setkami głosów stopionymi w jeden. Rozbrzmiewał brzękiem łańcuchów, bolesnym wyciem i daremnymi prośbami. Piękny, cudowny, kuszący. – Witaj, panie. Jestem księ… księ… żniczka Lilia.

– Nie jest ukończona, królu – rzekła Chromella.

– Niemal tysiąc razy po tysiąc dusz przeistoczyłem w jej ciało. Z wielkim trudem szukamy ostatnich zapomnianych w najgłębszych czeluściach. Będzie gotowa w ciągu miesiąca. Przysięgam, a obietnicy Piekła nic nie złamie.

– Zatem będziemy gotowi. Dlaczego milczysz, synu? Czy księżniczka nie odpowiada twym oczekiwaniom?

Ur stał w bezruchu, niezdolny wydusić nawet słowa. Przypomniał sobie nauki świętych mężów, twierdzących, że to Piekło odpowiada za upadek dawnego porządku, lecz wspomniał też szepty piekielnych mędrców. Czyż to nie ciała demonów są mu bliższe? Nawet matka była przeciwna Niebu…

Niepewność, tak jak cnotliwe myśli, przegrywa z pragnieniami ciała. Wiedział o tym król Żar, wiedziała i księżniczka Lilia. Dlatego po chwili Ur poczuł jej dłoń na policzku, gładką, wiotką, gorącą.

Miękkie ciało.

Nie twardy, obojętny metal, lecz ciało, zupełnie jak jego.

Zrozumiał, że łaknie tego dotyku ponad wszystko na świecie.

– Przyjmij mnie, panie. Tylko ja jestem ci podobna. Odnajdziesz we mnie kości, mięśnie i gorącą krew… krew… krew. Obdaruję cię miłością i żądzą głębszą niż otchłanie Pie… Piekła.

Ostatecznie to nie czar głosu Lilii ani ciepło bijące od jej skóry przekonały Ura.

– Dobrze, pani – wykrztusił. – Poślubię cię.

Po raz pierwszy w życiu nie czuł się inny.

 

*

 

Przez kilka dni król Piekła z córką odwiedzali komnatę Ura. Młodzi skrywali się w kącie, gdzie szeptali do siebie coraz czulsze słowa. Lilia opowiadała o ognistych cudach Piekła, Ur zaś raczył ją bajkami zasłyszanymi od matki.

W końcu nadszedł czas pożegnania i Lilię zabrano, by dokończyć jej tworzenie.

Źle sypiał Ur nocami, prześladowany koszmarami, w których ciepłe i mroczne obietnice księżniczki nabierały fantasmagorycznych kształtów. Wspomnienia rozpalały zmysły, zmysły nadawały kształt wyobrażeniu, a wyobrażenie krystalizowało się w ideał. Czekał Ur na powrót ukochanej i coraz trudniej znosił rozłąkę.

Nadeszło święto Dyrektyw i muzyka wtargnęła do Chorois. Stojąc przy oknie, Ur wysłuchiwał trzasków elektrypianów, gwiżdżących westchnięć trążek i dudnień blaszanych bębnów. Metalowi mieszkańcy paradowali na ulicach, chwaląc programy, polecenia i algorytmy, a pobrzęk ciężkich kroków docierał aż do pałacu.

Palce Ura same zaczęły wybijać rytm. Brzęczące śpiewy – czyż zaznajomiony z piekielną sztuką rzeźbienia w dźwięku nie potrafiłby ulepić z nich tej gładkiej dłoni, której dotyk prześladował go nocami? Cóż z tego? Nie odtworzyłby zapachu księżniczki ani jej kuszącego głosu. Iluzja ukochanej była poza jego możliwościami.

Fałszywa nuta z głębi pałacu wdarła się w radosne dźwięki: cichy pomruk czujników i ostre szepty wartowników.

Rozsunęły się drzwi.

– Ubierzcie go w zbroję! – zawołała królowa, wbiegając do komnaty. Obojętne bezmyślenice ruszyły wykonać rozkaz.

– Matko. Coś złego się dzieje…

– Nadajniki Żelazaru ucichły i takiż los spotkał nasze północne prowincje. Cień z Piekła błagał mnie, bym wezwała króla Żara.

Raz jeszcze popłynęły chropowate słowa i przejście rozwarło się z sykiem.

– Królowo… – W głosie władcy Piekła pobrzmiewały ból i troska. – Demachinurg dowiedział się o nas i wypuścił bezlitosne hordy. Jak Niebiosa, tak i Piekło połączone są ze światem pętami energii. Te odpowiedzialne za Żelazar i twoje królestwo, Chromello, są teraz niszczone przez mechanioły. Nadciąga zagłada.

– Musimy się ratować, matko! – krzyknął Ur.

Muzyka za oknem ucichła, zaniepokojone odgłosy i brzęki rozlewały się po ulicach niczym płynna rtęć.

– Myślałam, że mamy więcej czasu – rzekła Chromella. – Wezwałam Podniebnika…

– Co z Lilią? – zapytał książę. – Jest bezpieczna?

Milczenie Żara trwało krótko, ale mówiło wiele.

– Porwana. Wywleczono ją i uniesiono do samych Niebios.

Smutek rozdarł serce Ura: nigdy już nie dotknie jej kuszącego ciała, nie usłyszy upajającego głosu, nie odetchnie dziwną wonią gorącej skóry.

– Wszystko stracone. – Głos Chromelli wypowiedział głośno myśli księcia.

– Jeszcze istnieje nadzieja – oznajmił Żar. – Hufce mechaniołów walczą w Podświecie i Niebiosa pozostały niemal bezbronne…

Za oknem rozległ się szum skrzydłowirników. Ur wstał, zaciskając wściekle pancerne rękawice, gdy żal ustąpił przed gniewem.

– Uwolnimy Lilię! Chodź, matko!

Nagle król Żar zacisnął mu palce na czymś podłużnym.

– To rękojeść, książę. Przyjmij mój miecz, Szmer, i ponurą pieśń, którą ze sobą niesie. Jego ostrze to sploty kwasu i magii. Przetnie każdego sługę Niebios.

– Obym nie musiał go używać, ale dziękuję – odparł Ur i przypiął oręż do pasa. 

Rzucił się w stronę okna i z pomocą Żara dosiadł Podniebnika, kurczowo obejmując szyję metalowego ptaka.

– Nie spadniesz, synu Chromelli – przemówiło stworzenie. – Trzymam cię.

Przeraźliwe skrzypienie wstrząsnęło miastem, jakby wszystkie budynki wykrzywiono jednocześnie. Przyłbica zamknęła się automatycznie, by uchronić księcia przed rozdzierającym zgrzytem.

Podniebnik wystartował.

– Nie! Matko! – krzyknął książę.

Z głośników w hełmie popłynął stłumiony głos królowej:

– Leć na wierzchołek Zaijinu, synu. Znajdziesz nad nim wejście do Niebios. Leć!

– Chodź ze mną! Zawracaj! – daremnie książę rzucał rozkazy. Krople śliny pryskały do wnętrza hełmu, łzy drażniły policzki.

– Nie uniesie nas oboje – wyjaśniła Chromella. – Leć, Urze! Odnajdź Lilię! Razem…

 Zamilkł głos władczyni, ucichły lamenty poddanych.

– Nie ma już Chorios – zawodził Podniebnik. – Tylko ogień i żal!

Długo płakał Ur ponad kipiącą mazią zniszczonego królestwa. Nie czuł już gorzkich aromatów słonecznych kolektorów i gęstych dymów z rozległych hut. Swąd roztopionych metali docierał z bliska i daleka, nawet kiedy Podniebnik oznajmił szlochającemu księciu, że słońce zniknęło za horyzontem. 

Wyczerpany Ur położył głowę na grzbiecie zwierzęcia i zapadł w litościwy sen.

 

*

 

– Zbudź się!

Ur podniósł przyłbicę. Chłodny wiatr łagodził podrażnioną twarz, niósł zapachy stalowych skał, berylowego ptactwa, cynowych porostów. Daleko za pustym, martwym Chorois.

Świat…

I głód.

Żołądek zamienił się w bolesną pustkę. Ur z lękiem uświadomił sobie, że w metalowym świecie nie potrafi znaleźć niczego, czym mógłby ją zapełnić. Musiał się spieszyć z ratunkiem, nim osłabnie.

Gdzieś syknęła błyskawica, grzmot przetoczył się ogłuszającym echem.

– Rtęciowe burze, mój książę. Ominiemy je bez trudu.

 Ur skulił się i przywarł mocniej do stalowego pokrycia.

– Ile spałem?

– Cały dzień i całą noc.

– Gdzie jesteśmy?

– Widzę szczyt Zaijinu.

– Udało się! – zawołał Ur, przekrzykując wiatr.

Niecierpliwie pogładził rękojeść Szmeru. Podniebnik wzleci do Niebios, odnajdzie Lilię i razem ją uwolnią. Nic ich nie zatrzyma!

Starał się nie myśleć o martwej matce. Trzymał się wspomnienia księżniczki, czerpał z niego wolę walki i…

Dlaczego obniżali lot?

– Czemu zwalniasz? – spytał.

Melodia skrzydłowirników milkła, aż zupełnie zgasła. Ur zakołysał się, gdy ptak wylądował.

– Me ogniwa są puste – szepnęło stworzenie. – Nad nami rozpościera się wlot do Niebios, lecz nie dam rady cię tam unieść. Wybacz, synu Chromelli. Zawiodłem.

– Nie – pocieszył go Ur. – Przyprowadziłeś mnie aż tutaj. Poradzę sobie – dodał pewnie.

– Zatem żegnaj, książę – wymruczał Podniebnik. – Moje gniazdo i pisklęta były w Chorois. Służyłem lojalnie i teraz będę spał. – Słowa ucichły i Ur dosłyszał ostatni szum zamierającego mechanizmu.

Pogładził twarde pióra, długie i wibrujące od bezlitosnych podmuchów.

Nagle powstał i gwałtownie wciągnął powietrze. W nozdrza uderzyły go zapachy silne niczym ramiona matki: świeży smar, czyste złoto i miękki bar. Dużo, dużo baru.

– Klęknij, synu przeklętej królowej! – zaryczał nieznajomy, a wiatr poniósł echo jego krzyku. – Bar’achiel me imię, czwarty w wielkim algorytmie Demachinurga! Błagam cię! Klęknij i przyjmij łaskę śmierci, ty, któryś zrodzony z grzechu!

Książę dobył miecza i w milczeniu przełknął ślinę. Drżały mu dłonie.

Zaszumiały złote skrzydła mechanioła, jęknęło uniesione ostrze.

– Piekielną bronią strażnikowi Niebios grozisz. Giń zatem!

Ur rzucił się w bok.

Ostrze Bar’achiela zazgrzytało o stalowe podłoże, odpryski zadzwoniły o pancerz księcia. To musiała być ciężka broń, ale robot zdawał się władać nią bez trudu. Ur odskakiwał i odbiegał, przeklinając ślepotę oraz wiatr zagłuszający ruchy przeciwnika.

– Śpij – powtarzał Bar’achiel kojącym głosem. – Śpij, dziecko ciała.

To nie była pałacowa komnata, bezpieczna i cicha, z piekielnymi nauczycielami, którzy cierpliwie tłumaczyli podstawy fechtunku. Ur próbował zebrać w sobie odwagę, wiedząc, że szczęście, któremu zawdzięczał powodzenie rozpaczliwych uników, nie potrwa już długo.

Wreszcie szkolenie wzięło górę.

W jedną chwilę pochwycił słowa Bar’achiela, w kolejnej pozwolił, aby nasiąkły wyciem wichru, trzaskiem miażdżonej stali, zgrzytem przekładni i sworzni. Splótł dźwięki, obwiązał je pragnieniem mordu w słowach mechanioła, a gdy syczały mu w dłoni, rozczapierzył palce, wypuszczając w jego kierunku strumień parującej, lepkiej brei.

Sztuka Korozji z innego świata.

Zakrztusił się, gdy dobiegł go swąd rozpuszczanego metalu. Elektroniczny jęk mechanioła przeplatał się ze skwierczeniem płonących kabli. Broń okaleczonego robota zaklekotała o skały.

– Zraniłeś mnie, sługo Piekła, lecz nigdy nie dostąpisz Niebios. Twe zwierzę zgasło.

Milcząc, książę wzniósł twarz ku odległej pustce. Gdzieś tam czekała na niego Lilia. Gdyby tylko mógł polecieć…

Zrozumiał, co musi zrobić.

Wyłączył systemy zbroi, jeden za drugim. Części pancerza zaczęły odpadać, uderzały z łoskotem o podłoże. Wkrótce Ur stał nagi, drżący, ze skórą smaganą wiatrem; dreszcze przeszywały jego ciało od stóp po głowę.

Przemówił z całą pychą i butą, jaką potrafił skrzesać:

– Wygrałem pojedynek ze strażnikiem na wierzchołku świata. Wielki Bar’achiel przegrał ze ślepcem. Cóż jeszcze miałoby mnie powstrzymać?

– Przeklęty! – wrzasnął mechanioł. – Bracia moi walczą w Piekle, lecz niedługo powrócą! Zgładzą cię, a szczątki rozniosą po całym świecie, aby wszystkie miasta ukorzyły się przed potęgą Demachinurga! Nawet twe bluźniercze czary będą niczym wobec niebiańskich zastępów!

– Tak – zgodził się Ur z uśmiechem. – To prawda. I choć pokonałem cię magią Piekła, ty wciąż mówisz. Dziękuję ci. Teraz mam już wszystko.

Zawył okaleczony robot, gdy uświadomił sobie, że został przechytrzony.

Jeszcze raz książę przeobraził krzyki strażnika: z trudem rozciągnął sylaby – sztywne od fanatycznej wiary – aż przybrały postać długich sztab, następnie podzielił nienawiść na setki piór, zetknął ze sobą i zgrzał płomienną wściekłością. Resztkom wrzącego gniewu rozkazał, by grzały jego ciało i osłaniały przed dotkliwym zimnem.

Skrzywił się, przybijając do pleców właśnie skonstruowane, lekkie niczym tchnienie, skrzydła. Poruszył nimi, wypróbował; potem wziął miecz króla Żara i bez słowa wzniósł się, wysoko, z ogromną prędkością, jakby sam był nowym mechaniołem wyniesionym ponad zepsuty świat.

Daleko w dole został szczyt Zaijinu, martwy ptak i oszukany Bar’achiel.

Ur leciał, coraz wyżej i wyżej, z ostrzem przed sobą, by torowało mu drogę, dokądkolwiek zmierza. Długo machał skrzydłami i coraz trudniej przychodziło mu oddychać, coraz natarczywiej mróz wnikał w kończyny pomimo krążącego w nich mechanielskiego ciepła.

Przeląkł się, że nie podoła i zawiedzie Lilię. Pełne strachu myśli przelatywały przez głowę: zamarznie po drodze i spadnie, roztrzaskując ciało na górskich zboczach, albo nie trafi do Nieba, tylko wleci w bezbrzeżną otchłań gwiazd!

Wciąż zmuszał skrzydła do wysiłku. Nagle poczuł, że jakby chwila rozciągała się w nieskończoność, a on sam, zawieszony w pustce, utknął w bezczasie.

Wtedy usłyszał dudnienie, głuchy odgłos setek młotów. Przypomniały mu się kuźnie Chorois, których echo pracy dolatywało go rankami – ogromne zębatki gniotły i miażdżyły metal, obrabiany później przez armię metakrawców. Ogarnęła go tęsknota za miastem, lecz i radość, bo wiedział, że trafił do przedsionka Niebios. Temperatura rosła, gorące powiewy buchały falami.

Dokąd teraz? Jak odszukać ukochaną?

Wytężył słuch: zewsząd hurkoty, brzdęki i dzwonienia, od ogłuszających uderzeń po ledwie słyszalne echa syczących maszyn. Zupełnie jakby trafił w sam środek skomplikowanego mechanizmu.

Zawisł w powietrzu. Bez oczu nigdy nie znajdzie drogi!

– Lilio! – zawołał zrozpaczony. Krzyk utonął w odgłosach Nieba jak pojedyncza moneta w królewskim skarbcu. – Lilio!

Sfrunął powoli, dotknął stopami podłoża z nagrzanego platynoirydu. Opuściły go siły – żołądek przypominał bolesny kłąb, spierzchnięte wargi błagały o łyk wody.

– Lilio! Gdzie jesteś?

 Krzyczał, później mówił, w końcu tylko szeptał. Upadł na kolana. Wszechobecna maszyneria wciąż wygrywała obojętną melodię. Położył twarz na ciepłym metalu i pozwolił, by niebiańska kuźnia odprowadziła go do snu.

 

*

 

– Pij!

Ktoś przytknął do spragnionych ust naczynie wypełnione zimną cieczą. Ur łapczywie wciągnął płyn. Momentalnie wróciły mu siły niczym po długim wypoczynku i obfitej wieczerzy.

– Dobrze. To ci pomoże.

Kobiece, znajome słowa… Zaledwie echo tamtego głosu, ale jednak to…

– Lilia!

Ur wyciągnął ręce. Zamiast księżniczki napotkał dłońmi coś chłodnego, przypominającego kałużę płynnego cezu. Palce przeleciały przez nią prawie bez oporu.

– Lilio? To ty? – zapytał nagle wystraszony.

– Tak, mój książę, jesteśmy tu… – powiedział głos.

– Czekałyśmy na ciebie… – rzekł ten sam głos, nieco z prawej, a zaraz potem z lewej dobiegło:

– Wiedziałyśmy, że przybędziesz, ukochany.

Ur odszukał rękojeść Szmeru, podniósł się i wyciągnął ostrze przed siebie, kierując je raz w jedną, raz w drugą stronę.

– Kim jesteście?

– Jesteśmy Lilią.

– Nie pamiętasz słów naszego ojca? – dodał ktoś z tyłu. – Tysiąc razy po tysiąc dusz.

– Pamiętam… – Ur z wahaniem opuścił miecz. – Jesteście duszami Lilii? – zapytał, a gdy mruknęły potwierdzająco, dodał: – Ale jak?

– Gdzie, jak nie w Niebie, dusze mogą wędrować?

– Rozumiem, tylko… – Ur sam nie wierzył w swoje pytanie. – Dlaczego nie jesteście w Lilii?

– Demachinurg…

– Rozkuwa mnie…

– Wydziera dusze, ale jest…

– Nieudolny…

Głosy zachichotały. Rozbawione Lilie pląsały wokół Ura, czasem muskając go zimnymi opuszkami. 

– Partacz! Nie potrafi, nie potrafi!

– Trudno unicestwić księżniczkę Piekła!

– Uwolnił za wiele, więc uciekłyśmy! Mechaniołowie powrócili i nas szukają, mordują, ale…

– Dobrze się ukrywamy! Jednak nie ma czasu do stracenia. Gdy Demachinurg wyrwie wszystkie z mojego ciała, umrę!

– Umrę… – powtórzyły smutno dusze.

Niczego Ur nie pragnął więcej niż przytulić Lilię, jeszcze raz poczuć miękkość jej skóry i żar jej ciała. 

– Ja… nie pozwolę ci umrzeć – wyszeptał, głęboko w to wierząc.

– Leć zatem, mój piękny.

– Poprowadzimy cię do mnie.

Książę z ulgą pochylił głowę. Miał jeszcze szansę uwolnić księżniczkę, a czasem szansa to wszystko, na co można liczyć. Rozprostował skrzydła.

– Dobrze. Jestem gotów.

– Mechaniołowie są rozproszeni po całym Niebie, lecz spotkamy ich po drodze.

– Potrzebuję zbroi.

Spróbował zebrać odgłosy kuźni, ale wymykały się mu i znikały. Zdezorientowany, spróbował jeszcze raz, lecz znów nie złapał niczego.

– Magia Piekła tu nie działa, Urze. Masz tylko to, co ze sobą przyniosłeś.

– Dobrze – warknął. – Dobrze. Uwolnimy cię. – Czuł się silny, gotowy do walki. W ustach trwał jeszcze orzeźwiający posmak. – Ten płyn… Co to było?

– Jedna z nas – odpowiedziała Lilia.

– Biedactwo… – jęknęła druga. – Poświęciła się.

– Ale nie rozpaczaj. – Rozległ się śmiech trzeciej. – Jest nas wiele. Lećmy więc, kochany! Będziemy twoimi oczami, poprowadzimy cię do Pierwotnicy, samego środka Niebios!

– Osłonimy!

– I ostrzeżemy! Kochamy cię, Urze!

– Kochamy! – zawtórował chór. – Lećmy!

 

*

 

Eteryczny dotyk chłodnych dłoni.

Lekkie naciśnięcie podbródka – wyżej, na karku – obniż lot, na policzkach – skręcaj.

Dusze Lilii szeptały, co widzą, lecz ich opisy zbyt często wymykały się pojmowaniu Ura. Opowiadały o gigantycznych monolitach z połyskującego złota, bezrozumnych cyklopach wykuwających dziwne kształty, tysiącach niewielkich robotów, które zbierały każdy odpad, by wrzucić go na przetopienie do ogromnych kotłów.

Czasem Lilie milkły i wciągały ukochanego w chropowate wnęki – znaczyło to, że smugi mechanielskich szperaczy są blisko. Parę razy Ur, wciśnięty głęboko w wyrwę, miał wrażenie, że chrzęszczące komendy niebiańskich wojowników padają tuż obok, a wtedy bał się nawet odetchnąć.

Potem znów ruszali na wędrówkę poprzez labirynt nieskończonej kuźni. Dusze zdawały się doskonale wiedzieć, dokąd lecą – ani razu nie zgubiły drogi, jakby wzywane do swego ciała niesłyszalnym zewem. Od czasu do czasu napotykali nowe Lilie. Dołączały do świty Ura i wkrótce więcej niż tysiąc księżniczek frunęło wraz z nim.

– Jak to możliwe, że powstało takie miejsce? – zapytał, chcąc zagłuszyć niespokojne myśli.

– Kiedyś były tu trawy, oazy, a nawet rzeki o czystych wodach – szepnęła jedna z Lilii. – Tak mi opowiadał ojciec.

Woda? Oazy? Urowi nic nie mówiły te nazwy. Głaskał kiedyś sprężyste źdźbła cynowej trawy – rosła w pałacowych ogrodach i przy ścieżkach, zapuszczając głęboko przewody korzeni.

Przy drugim policzku Ur rozległ się inny szept:

– Rzecze Księga Nieurodzaju: „Rozkazał wtedy Demachinurg i jego słowo zatrzymało wody, kwiaty i obłoki. Zaraza, zimna i okrutna, skuła Niebiosa na wieczność, a lament dusz, które dom utraciły, słychać odtąd wśród gwiazd odległych”. 

– Przeciążone Niebo wypadło ze swego miejsca w Pustce – rzekła kolejna Lilia – i zatrzymało się zaledwie jeden wymiar od twego świata. Kto wie? Może kiedyś spadnie? Wtedy… cicho!

Alarmy wybuchły ogłuszającym piskiem.

– Mechaniołowie! – krzyknęła Lilia.

– Są za nami!

– I z boku! – Strwożyły się dusze.

– Jesteśmy już niedaleko Pierwociny.

Ur zacisnął zęby. Wytężył siły, by jeszcze szybciej pracować skrzydłami. Z oddali wyłapywał echo turkoczących silników. Prędkość wydzierała tchnienie z ust.

– Są pełni słonecznej energii! – zawołały z tyłu Lilie. – Otwierają lustrzenice!

– Chrońmy księcia!

– Chrońmy!

Nagle do rozgrzanego ciała Ura przywarły zimne dusze księżniczki. Zadrżał od ich dotyku.

– Wstrzymaj oddech! – poleciła jedna.

Nie kłócił się, nie pytał dlaczego. Zaczerpnął tchu, mocno, aż do granic pojemności płuc i pokiwał głową. Wzdrygnął się, gdy następne Lilie oblepiły mu głowę. Wepchały się do oczodołów, wypełniły uszy i nozdrza. Zwalczył odruch paniki i skupił się na locie. Wciąż odbierał przytłumione dźwięki.

Powietrze zadrgało, szumiące fale nadleciały z kilku stron i Ur posłyszał niby jęk z wielu, wielu gardeł na wespół z bulgotem i sykiem. Gorący podmuch oparzył mu prawą stronę ciała, skóra zapiekła i niemal wypuścił miecz, lecz wciąż machał skrzydłami, świadom, że zginie, jeśli się zatrzyma.

Dopiero gdy następne księżniczki przylgnęły do jego poparzonego ciała, gojąc rany i niosąc ulgę, zrozumiał, że przed chwilą słyszał śmierć setek Lilii – poświęcały się i umierały, by osłonić go przed palącą bronią mechaniołów.

Nagle jego twarz była wolna.

– Oddychaj – szepnęła dusza. – Przeładowują, lecz nadal mogą nas trafić wiązkami laserów. – Później krzyknęła: – Musimy się rozdzielić!

– Przed nami tunele Pierwotnicy! Już blisko!

– Rozdzielić się! Ukryjcie księcia!

– Żegnaj, ukochany! – zawołały głosy, oddalając się od Ura.

– Żegnaj! – krzyknęły smutno kolejne, a ich słowa dochodziły z innej strony.

– Żegnajcie! – wykrztusił Ur.

Płakał za wszystkimi cząstkami ukochanej, które już na zawsze stracił, płakał, słysząc krótkie wrzaski, gdy syczące strumienie światła rozdzierały dusze Lilii.

– Tunel. Już niedaleko. – Dusza przy policzku zaśmiała się i dodała z ulgą: – Już niedaleko…

Ur miał przeczucie, że jej radość była przedwczesna.

 

*

 

Nawet podczas lotu nad szczytem Zaijinu czas nie dłużył się Urowi tak jak teraz, gdy mknął przez korytarze Pierwotnicy. Wiele razy końcówki skrzydeł sypały iskrami w wąskich przejściach, a parokrotnie musiał się nawet czołgać, by dotrzeć dalej. Nagrzany wolfram zdawał się wtedy wibrować w nerwowym oczekiwaniu.

W końcu dusze oznajmiły, że znalazły wyjście, lecz ich smutny ton zdradzał, co tam ujrzały.

– Demachinurg… Widziałyście go.

– Tak nam przykro – odparła dusza.

– Uciekając, miałyśmy nadzieję, że ruszy za nami w pogoń – usprawiedliwiała się druga.

– Głupia nadzieja – zamruczała inna. – Zostałeś nam tylko ty, kochany. Tylko ty.

Ur uśmiechnął się słabo. Czy naprawdę spodziewał się czegoś innego?

– A Lilia? – zapytał. – To znaczy… wasze ciało?

– Jest tam.

– Nie zakradniesz się niezauważony. To tu. Koniec przejścia.

Szmer i skrzydła. Ur westchnął. Miecz i skrzydła przeciwko władcy Niebios. Bez zbroi. Bez wzroku.

Przepchnął się przez tunel i ostrożnie postawił stopy na gładkim podłożu. Najpierw uderzyła go cisza, groźna i złowieszcza, niezmącona najlżejszym odgłosem, potem mieszanina zapachów, w której, prócz znanych metali i plastiku, wyczuwał coś jeszcze – coś nieznanego.

– Gdzie? – wyszeptał.

– Trochę w prawo… Dobrze. Leżę właśnie tam.

Odetchnął głęboko, zwilżył językiem suche usta i ruszył przed siebie. Wiedział, że Lilie kroczą wraz z nim.

– Boję się – wyznał.

– My również, moja miłości – odparła jedna z dusz i Ur poczuł na twarzy najlżejszy z dotyków.

W tym momencie odeszła cisza, wygnana zgrzytliwą kakofonią przeróżnych dźwięków, które niemal od razu scaliły się w głuchy, tubalny głos Demachinurga.

– Oto i książę niczego z orszakiem bladym nadchodzi!

Jeszcze nigdy nie słyszał Ur takiej pustki w czyichś słowach – żadnej emocji lub uczucia, tylko ponura obojętność.

– Przybyłem po księżniczkę Lilię! – odkrzyknął, nasłuchując uważnie wszelkich oznak niebezpieczeństwa.

– Dla pomiotu Piekła wędruje, by grzech z grzechem złączyć w żądzy spełnieniu. – Moc głośników osłabła: – Dary nasze piękniejsze niż ciała więdnące, darem naszym zmysł brakujący, darem naszym: oczy.

Ur zwolnił, zatrzymał się.

– Urze… – zaczęła dusza, lecz uciszył ją podniesieniem dłoni.

Oczy? Brakujący zmysł? Widziałby?

– To niemożliwe – zaprotestował, choć miał nadzieję, że się myli. – Matka zawsze mówiła, że metal nie potrafi naprawić ciała!

– MY decydujemy o możliwościach! – huknął Demachinurg. – MY tworzymy i unicestwiamy, MY uszkadzamy i naprawiamy! Przyjmie dary i zobaczy! Przyjmie bez strachu! Powiedzą mu duchy, że kłamać nie możemy, ni zdradzić lub oszukać.

Szelest wielu maleńkich odnóży rozległ się na podłożu. Ur wahał się między ucieczką w powietrze a wyczekiwaniem. Obrócił głowę.

– To prawda?

– Tak – przyznało jednocześnie kilka Lilii. – To nie kłamie – dodała jedna ze smutkiem.

Czekał zatem Ur, a gdy maleńkie istoty wkroczyły na jego spocone ciało, sunąc w górę na ostrych jak igły odnóżach, ugryzł się w język, by nie jęknąć. Dotarły na twarz i wpełzły w puste oczodoły. Zagnieździło się ich tam coraz więcej i więcej, a potem coś zaszumiało, kliknęło i Ur poczuł w głowie krótki ostry ból.

Potem zobaczył.

Ciemność rozbłysła kształtami, symetrią wzorów, spektrum barw.

Klęknął, zachłystując się widokiem.

Wysokie ponure bloki rozjarzone światłami i czujnikami, strugi roztopionego metalu kapiące do góry lub płynące strumykami wzdłuż i wszerz przez całą Pierwocinę.

I on – Demachinurg.

Ogromna bezkształtna bryła kątów i cienia: silniki, wypustki, kable, anteny. Unosił się nad posadzką, ociekał smarem i sypał iskrami. Setki drobnych robotów krążyły po jego nieforemnej powierzchni, spawając, przeobrażając lub sunąc w niewiadomym celu.

Oszołomiony Ur uniósł dłoń do oczu. Jasna skóra przetykana plątaniną żył, o której tak dawno mówili piekielni nauczyciele: „To kolor zimna, książę. Zwą go błękitem”.

Obrócił się – tak samo błękitne Lilie, świetliste, półprzezroczyste i nagie. Bez śladu uśmiechu odwzajemniły jego spojrzenie, po czym wspólnie wskazały coś za Demachinurgiem.

Lilia – prawdziwa, rozciągnięta na ciemnym podwyższeniu. Skórę w kolorze krwi znaczyły rany oraz pobrużdżenia. Łańcuchy krępowały kostki i nadgarstki, kneblowały usta… miękkie, ciepłe usta.

Patrzyła na niego przekrwionymi oczami.

Demachinurg przemówił:

– Możemy dać ciało z tytanu oraz srebra: przyjmij! Możemy zbudować królową ze złota i platyny: pożądaj! Piekło, księżniczka, organizm: odrzuć! Metal jest sprawiedliwy, jego porządek to spokój i równowaga: doceń! Przewidywalny ład bez gnicia i konfliktu. Myśli książę: posłuszeństwo! Mówimy: on słucha! Słucha: nagradzamy!

Patrzyła na Ura załzawionymi oczami.

Oddychał powoli. Wrył sobie ten obraz w pamięć: linie brwi, kości policzków, lśniące od potu włosy barwy najgłębszych cieni.

Teraz już mógłby ją wyrzeźbić z dźwięku.

Lilia. Ostatnie słowa matki. Stopione Chorois.

Ur poprawił uchwyt na rękojeści Szmeru i rozłożył skrzydła. To tylko oczy… Nie potrzebował ich. Spojrzał na dusze.

– Gdy się zacznie…

– Będziemy umierać w ciszy. Obiecujemy – zapewniła najbliższa Lilia i obdarzyła go szerokim uśmiechem.

Skinął głową.

– Pokierujcie mnie.

– Wskażemy ci rdzeń. Nawet bogowie mają serca.

Jednocześnie wzbili się do lotu, prosto w stronę metalowego bóstwa.

– Dary: odrzucone! – zagrzmiał Demachinurg. – Śmierć: rozpoczęta!

Zgasły barwy, rozpłynęły się kształty i martwe istoty wysypały się z oczodołów Ura. Nie zwolnił, choć żal ścisnął mu serce; węszył powoli i dokładnie, nasłuchiwał zgrzytów prowadnic, uruchamianych systemów obronnych.

Usłyszał syk gorących wstęg – zbyt wielu, by wszystkich uniknąć – i skręcił gwałtownie; zgodnie z obietnicą Lilie ledwie wzdychały, umierając spalone, gdy łapały wiązki własnymi esencjami. Ur przesunął mieczem po powierzchni Demachinurga i kolos zaryczał, bo piekielne ostrze bez trudu przecięło metal.

Kilka gorących nici światła dosięgło Ura – wypalone rany nie krwawiły, a on zdawał się ich nie zauważać; później przyszły ostre pociski z terkoczących luf – rozorały mu rękę, więc musiał przerzucić Szmer do drugiej dłoni.

– Znalazłyśmy! – krzyknęła dusza.

 Ur opadł przy niej na cielsko Demachinurga.

Rdzeń. 

Teraz go słyszał. Gorący, pulsujący, wrażliwy. Ukryty pod grubą warstwą pancerza.

– Tutaj – szeptały Lilie. – Uderz tam, skąd dochodzi mój głos.

I Ur uderzał we wskazane miejsca, ciął szeroko: za każdym razem nagradzany mechanicznym jękiem, zgrzytem odłupywanego metalu i trzaskaniem skrzących obwodów. Małe sługoboty usiłowały kłuć go i przypalać, ale dusze wnikały w ich delikatne reaktory, uśmiercając mrozem.

Strumień skwierczącej plazmy zgładził jedną z Lilii, poleciał dalej i wypalił pół twarzy księcia. Zębate, warczące ramię przecięło ścięgna pod nagim kolanem.

– Za głęboko – jęknął, plując krwią.

– Już prawie!

Wtedy inna dusza krzyknęła przerażona:

– Mechaniołowie nadlatują!

Ur rzucił się do środka bóstwa. Iskry parzyły mu skórę, rozerwany metal wbijał się w mięśnie, odór smaru przytłaczał. Pełzł w duszącej ciemności.

– Tutaj, ukochany – płakała przed nim Lilia. – Jeszcze trochę. Błagam.

Demachinurg zawył. Jego broń nie mogła już sięgnąć księcia.

I ten wrzask dał Urowi siłę, by pchnąć mieczem najdalej, jak potrafił. Czubek Szmeru dotarł do Rdzenia, stopił się i piekielny kwas rozpuścił mechaniczne serce władcy Niebios.

– Znaleźliśmy ten… świat – wyszeptał jeszcze, wśród gasnących dźwięków. – Daliśmy sprawiedliwość… – I zamilkł.

Metal naprężył się, wygiął i eksplodował. Nagle Ur zrozumiał, że leci gdzieś bezwładnie, nie może unieść skrzydeł, a cuchnący dym, który wdziera się mu do nozdrzy, to swąd jego spalonego ciała. Lilie krzyknęły i naraz poczuł ich zimny, leczący dotyk.

A potem upadł na coś miękkiego, pachnącego w sposób nieznany, lecz przyjemny.

– Trawa! – zaśmiały się dusze. – Trawa!

– Wodospady!

Gdzieś w oddali krzyczeli mechaniołowie. Czy z radości, czy ze smutku, tego Ur nie potrafił stwierdzić.

 

*

 

Dusze wsiąknęły w Lilię, jeszcze zanim uwolnił ją z okowów.

Przez długi czas leczyli rany w Pierwotnicy, wśród obsypanych roślinnością łagodnych wzgórz. Chcieli zostać i dłużej, lecz nadeszła chwila, kiedy uwolnione od metalu niebo zaczęło się unosić do innego wymiaru. Ur czym prędzej wziął Lilię w ramiona i polecieli przez spokojne Niebo do wejścia nad szczytem Zaijinu.

Postawili stopy na zielonych równinach. W oddali szumiały oceany, a wiatr niósł woń czystego, dziewiczego świata.

Wkrótce okazało się, że księżniczka jest brzemienna. Urodziła wiele dzieci, każdemu oddając jedną ze swoich dusz. Z pomocą demonów potomkowie Ura rośli i stawali się silniejsi.

 Mówili o sobie: „ludzie”. I choć w końcu ponownie sprowadzili Piekło na świat, to nigdy nie zapomnieli o ślepcu i Lilii.

 

Koniec

Komentarze

Robię sobie statystykę przeczytanych :)

Przeklejone z bety:

 

Widziałam w opku Twój autorski świat, który mnie zachwycił. Spodobało mi się zakończenie. Zupełnie czegoś innego się spodziewałam, myślałam, że opisujesz koniec, a tu mamy bardziej początek :) Albo może nadzieję, że wszystko da się jeszcze odwrócić. Dla mnie opko w ogóle trochę ekologicznie pobrzmiewa, ale Ty zamiast marudzić, że jest źle, dajesz nadzieję właśnie. I takich tekstów mi mocno na portalu brakuje.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Trudno mi komentować to opowiadanie, choć wcale nie dlatego, że miałem szansę pod nim pomarudzić na becie (a dlaczego, to zaraz do tego przejdę). Niektórzy mają dar pisania obszernych i wyczerpujących komentarzy, na które ten tekst bez wątpienia zasługuje, jednak dla mnie te parę słów to będzie szczyt recenzenckiej wylewności, tym bardziej, że jest tu najmniej tego, czym pisać najłatwiej – czyli powodów do narzekań. 

 

Opowiadanie jest napisane kwiecistym, ale nie przesadnym, stylem z pewną dawką patosu, który w pełni tu pasuje. Wszak fabuła dotyczy spraw ostatecznych, z bosko+apokaliptycznymi wstawkami, a wszystko to jest ubrane w formę na poły legendy, na poły bohaterskiego etosu. Tala opowieść sama w sobie nie jest czymś oryginalnym, ale tutaj wyciągasz asa z rękawa w postaci znakomitego swiatotworstwa. 

 

Można dojrzeć w tym opowiadaniu jakieś naleciałości Bajek Robotów, jednak mnie, w koncepcji, w pomyśle i w formie pachnie ono Stworami Światła i Ciemności. I już tym zostałem kupiony, bo jeśli o mnie chodzi, to lepiej nie mogłeś trafić. Ten świat intryguje, wciąga, oczarowuje i przee wszystkim wiele wybacza, bo nie sposób złapać cię na jakimś poważnym braku logiki, a drobnostek nie warto wspominać. 

 

Jasne, jest kilka potencjalnych punktów, gdzie ktoś może uprzeć się i punktować domniemane niedoróbki. Można narzekać na słabo ukazany charakter głównych bohaterów – ale przecież pamiętać trzeba, że oni, nawet jeśli zbudowani z ciała, bardziej podobni byli maszynom zaprogramowanym na konkretny cel. Można napisać słowo albo dwa o dziwnym zaskoczeniu Ura, który jakby nic nie wiedział o planie matki. Można kręcić nosem na to, że raz pokazujesz go jako bezradnego w ślepocie, a innym razem jako Daredevila na sterydach. Można wskazywać, że w całym oryginalnym, niesztampowym i nietypowym tekście, końcówka pojedynku jakby siadła, jest dość prosta i trochę na skróty. 

 

Można… ale po co? Walory tego tekstu przyćmiewają wszelkie drobiazgi, z którymi musiałeś walczyć, by zmieścić się w limicie 35tys znaków. Nie zmienia to też faktu, że jest to ścisła czołówka moich ulubionych opowiadań na portalu* i zaraz po komentarzu pospieszę do odpowiedniego wątku. 

 

*co wcale dobrze mu nie wróży, po pozostałe dwa ulubione piórek nie dostały

 

 Ps: weź normalnie publikuj z bety opowiadanie, bo tam pisałem komentarz a tu jakieś nowe powstało. 

Ładna baśń z dość wysokim progiem wejścia.

Co mi się podobało: na pewno świat, ciekawie skonstruowany (hehe) i przedstawiony. Na początek sporo obcych terminów i nazw własnych, wśród których łatwo się zagubić, na szczęście wszystko się układa w całość wraz z rozwojem opowieści. Historia nie nuży, ponieważ uwagę czytelnika przyciągasz detalami świata, ale pod tą barwną scenografią – można wręcz rzec, że koncertem fajerwerków światotwórczych – skryłeś opowieść prostą, wręcz ograną: jest i miłość od pierwszego “wejrzenia”, i damsel in distress, i bohaterski książę, który samojeden wyrusza, by księżniczkę z opresji wyzwolić i losy świata odmienić. Fabularnie zatem opowiadanie nie wybija się zatem ponad to, co już znamy i czytaliśmy pierdyliard razy.

Bohaterowie też przypominają trochę robociki, poruszające się po koleinach wyrytych przez tysiące poprzednich wcieleń znanych z setek innych baśni. Niczym nie zaskakują, nie ma też co liczyć na to, że okażą sparklącą osobowość (że tak sobie pozwolę zaneologizmować), która zjedna sobie czytelnicze serca. Po prostu są, mają robotę do wykonania i ją wykonują. Ja należę do tych czytelników, którzy lubią pełnokrwiste postaci, lubię się zagłębić w ich psyche, widzieć ich oczami. Tutaj, jak to zwykle bywa w baśniach, obserwujemy wydarzenia jakby trochę z boku, spoza głowy bohaterów, trzymając dystans. To się odbija czkawką w zakończeniu, ponieważ nie wzbudziło we mnie emocji, które powinno.

Ale dobra, nie czepiam się już. Takie są właśnie przywary baśniowej konwencji, a widać, że Ty miałeś inne priorytety: ukazanie świata i jego mecha-magicznej specyfiki. I to wyszło bardzo fajnie.

Wykonanie bardzo porządne, w konkretnym, wyrazistym stylu podlanym nieco patosem, który jednak pasuje do obranej formy. Czytałam bez potknięć i, prawdę mówiąc, aż własnym oczom nie dowierzam, że nie znalazłam żadnej rzeczy, której mogłabym się czepnąć, chociaż zwykle trafiam na przynajmniej drobne zgrzyty. Także pochwalam, pochwalam, piórem władać umiesz ;)

Koniec końców: podobało mi się, głównie ze względu na świat, w którym przyjemnie było się zagłębić i chłonąć wszystkie smaczki. Jeśli kiedyś wrócisz do tego uniwersum, chętnie przeczytam kolejną opowieść. Może tym razem wyzwoloną ze sztywnych okowów konkursowego limitu i kajdan baśniowości, która również wymusza pewne “limity”.

Nie daj się zwieść marudnemu tonowi, klika i tak ode mnie masz, po prostu znacznie łatwiej jest narzekać, niż chwalić ;)

Hej, IrkoGeki

Dzięki jeszcze raz za nieocenioną pomoc na becie. Musiałem ścisnąć opowiadanie jeszcze bardziej, ale nabrało logiki (nie wspominając o błędach) :)

 Ps: weź normalnie publikuj z bety opowiadanie, bo tam pisałem komentarz a tu jakieś nowe powstało. 

Dzięki temu piszesz wylewne komentarze :P

*co wcale dobrze mu nie wróży, po pozostałe dwa ulubione piórek nie dostały

Kiedyś się (chyba) uda!

 

Hej, Gravel

Fabularnie zatem opowiadanie nie wybija się zatem ponad to, co już znamy i czytaliśmy pierdyliard razy.

W końcu to baśń :)

Bohaterowie też przypominają trochę robociki, poruszające się po koleinach wyrytych przez tysiące poprzednich wcieleń znanych z setek innych baśni. Niczym nie zaskakują, nie ma też co liczyć na to, że okażą sparklącą osobowość (że tak sobie pozwolę zaneologizmować), która zjedna sobie czytelnicze serca. Po prostu są, mają robotę do wykonania i ją wykonują. Ja należę do tych czytelników, którzy lubią pełnokrwiste postaci, lubię się zagłębić w ich psyche, widzieć ich oczami. Tutaj, jak to zwykle bywa w baśniach, obserwujemy wydarzenia jakby trochę z boku, spoza głowy bohaterów, trzymając dystans. To się odbija czkawką w zakończeniu, ponieważ nie wzbudziło we mnie emocji, które powinno.

Bohaterowie to robociki nawet bardziej. Ich czyny i wybory są w dużej mierze “zaprogramowane” spiskiem Żara i Chromelli. Oczywiście, rozumiem zarzut i wcale przed nim nie uciekam. To, jak sama słusznie przyznajesz, konwencja baśni wraz z zaletami i wadami. Też lubię Postacie przez duże P (jak na przykład Lowin), ale tutaj postanowiłem spróbować się z innym stylem, którego jeszcze nie próbowałem.

Nie udziwniałem hasła przewodniego “księżniczek” i mam księżniczkę, a nawet księżniczki. Bohater jest ślepcem, co wymuszało zupełnie inny styl pisania – przyznam, że dla mnie męczący.

Ale dobra, nie czepiam się już. Takie są właśnie przywary baśniowej konwencji, a widać, że Ty miałeś inne priorytety: ukazanie świata i jego mecha-magicznej specyfiki. I to wyszło bardzo fajnie.

Otóż to. Limity bolą, ale wraz z pomocą betujacych starałem się dać tyle życia bohaterom, ile dałem radę.

Wykonanie bardzo porządne, w konkretnym, wyrazistym stylu podlanym nieco patosem, który jednak pasuje do obranej formy.

Patos został i tak ukrócony ;)

Czytałam bez potknięć i, prawdę mówiąc, aż własnym oczom nie dowierzam, że nie znalazłam żadnej rzeczy, której mogłabym się czepnąć, chociaż zwykle trafiam na przynajmniej drobne zgrzyty. Także pochwalam, pochwalam, piórem władać umiesz ;)

Dzięki, choć gdyby nie beta to coś byś znalazła :P

Koniec końców: podobało mi się, głównie ze względu na świat, w którym przyjemnie było się zagłębić i chłonąć wszystkie smaczki. Jeśli kiedyś wrócisz do tego uniwersum, chętnie przeczytam kolejną opowieść. Może tym razem wyzwoloną ze sztywnych okowów konkursowego limitu i kajdan baśniowości, która również wymusza pewne “limity”.

Nie daj się zwieść marudnemu tonowi, klika i tak ode mnie masz, po prostu znacznie łatwiej jest narzekać, niż chwalić ;)

Dzięki za lekturę i klika :) Do świata chciałbym powrócić, tylko go sobie tak na koniec nieco zniszczyłem. Zostałyby prequele…

Pozdrawiam serdecznie!

 

 

Dzięki za lekturę i klika :) Do świata chciałbym powrócić, tylko go sobie tak na koniec nieco zniszczyłem. Zostałyby prequele…

Na prequel masz świetny materiał, bo przecież jakoś ta inwazja maszyn na niebo musiała przebiegać. 

A i na seqiel niezgorszy, bo przecież historia kołem się toczy. 

Albo nawet ma prequel i seqiel w jednym – to by było coś. 

Nooo.

No, ciężko to będzie, IMHO, przebić w księżniczkowym konkursie.

Jestem poważnie i serio zachwycona. Nie tylko światotwórstwem, choć ono jest tu szalenie mocną stroną. Natomiast mnie kupiłeś tym, jak wziąłeś styl i klimat wyjściowo gdzieś, jak wspomniano wcześniej, z “Bajek robotów” i poszedłeś w opowieść/przypowieść o nieco innym charakterze, mniej pastiszowym, mocniejszym emocjonalnie. Znakomicie wyważyłeś tu między lekkim pastiszem a powagą, dodałeś świeżości ogranemu motywowi wojny ciała z maszyną i pięknie zrealizowałeś konkursowy temat.

Hej, hej, Ninedin

Bardzo dziękuję. Te “Nooo” na początku zabrzmiało groźnie ;)

Ależ miły komentarz! Tak, przyznam, że czytałem Bajki Robotów, gdy myślałem nad konkursem – to była jedna z inspiracji. Do tego jedna postać z opowiadania Gekiego i ostatnia historia z animacji Heavy Metal z 1981. A potem już się zmieszało w głowie.

No, ciężko to będzie, IMHO, przebić w księżniczkowym konkursie.

Jeszcze dużo czasu, myślę, że jeszcze dobre teksty wlecą. Ten konkurs nie jest tak prosty, jak się wydawał.

Znakomicie wyważyłeś tu między lekkim pastiszem a powagą

Cieszę się, że tak sądzisz, ponieważ to cienka granica.

Dziękuję za klika i pozdrawiam!

 

Przeczytam, ale zanim przeczytam szybka uwaga/pytanie: tytuł mi brzmi Baczyńskim śpiewanym przez Demarczyk (Wiersze wojenne) i nie wiem, czy to moja paranoja, czy celowe?

http://altronapoleone.home.blog

Baczyńskim śpiewanym przez Demarczyk (Wiersze wojenne)

Obawiam się, że nie znam. Całą winę ponosi moje wymyślanie tytułu na godzinę przed publikacją.

Dzikie połączenie Lema z angel fantasy w baśniowej panierce. Ale jakimś cudem dało radę. Piękne neologizmy. Demachinurg rządzi.

Widać, że walka z limitem była zacięta. I udało Ci się utrzymać po dobrej stronie granicy.

Podczas lektury miałam wrażenie, że na konkurs synestezyjny tekst również by się świetnie nadawał – interesujący pomysł na piekielną magię.

Sama fabuła w treści bardzo sztampowa, ale ubrana w oryginalne fatałaszki.

Chociaż można zinterpretować i tak: ratuje chłopina księżniczkę, ratuje, męczy się, ryzykuje życiem, wzrok traci, a tu się okazuje, że ona była w ciąży. ;-)

Babska logika rządzi!

Chociaż można zinterpretować i tak: ratuje chłopina księżniczkę, ratuje, męczy się, ryzykuje życiem, wzrok traci, a tu się okazuje, że ona była w ciąży. ;-)

Finkla, oni po prostu tak czule sobie te słówka szeptali w trakcie tych kilku dni, gdy się spotkali. :P

Hej, Finklo

Ale mnie Loża odwiedza licznie ;)

Dzikie połączenie Lema z angel fantasy w baśniowej panierce. Ale jakimś cudem dało radę

Jak anioły to i cud się znalazł ;)

Piękne neologizmy. Demachinurg rządzi.

Dziękuję. Nad nazwą Demachinurga się namęczyłem.

Widać, że walka z limitem była zacięta. I udało Ci się utrzymać po dobrej stronie granicy.

Gdyby nie limit byłoby z 50k znaków, bo pomysłów było znacznie więcej, dlatego może i dobrze…

Podczas lektury miałam wrażenie, że na konkurs synestezyjny tekst również by się świetnie nadawał – interesujący pomysł na piekielną magię.

Przegapiłem syntezyjny, ale zgadzam się, że by się nadawało. Niestety, nie miałem drugiego pomysłu na “księżniczki”. Czasem głowa pusta.

Chociaż można zinterpretować i tak: ratuje chłopina księżniczkę, ratuje, męczy się, ryzykuje życiem, wzrok traci, a tu się okazuje, że ona była w ciąży. ;-)

Finkla, oni po prostu tak czule sobie te słówka szeptali w trakcie tych kilku dni, gdy się widzieli. :P

Nie wchodzę w tę dyskusję :P Ale ponieważ spotykali się wcześniej tylko w jednej komnacie, gdzie byli służący i rodzice, to naprawdę potrzebowaliby magii, aby coś tam “zmajstrować” ;)

Dziękuję pięknie za klika i cieszę się, że przypadło do gustu :)

Pozdrawiam!

Ale ponieważ spotykali się wcześniej tylko w jednej komnacie, gdzie byli służący i rodzice, to naprawdę potrzebowaliby magii, aby coś tam “zmajstrować” ;)

No, w niewoli łatwiej. Nie bez kozery prawie każdy bohater Sienkiewicza strasznie desperuje, kiedy mu narzeczoną porwie ktoś znaczny.

Babska logika rządzi!

Bardzo dobra rzecz. Przyznam, że z początku byłem dość sceptyczny, ale potem wrzuciłem te ponad 30k znaków “jednym haustem”. Co oznacza jasno, że przynudzania nie było :)

Oprócz wymienionych inspiracji, widziałbym w tym też trochę “Diablo III”, ale może to przypadek.

Tak czy owak – tekst zdecydowanie zasłużył na błyskawicznie otrzymaną “bibliotekę” :) 

 

@Finkla: Chodzi o te sprawy, o których zwykle głośno nie mówimy, a dzieją się przy blasku Sienkiewiczowskiego Księżyca w nowiu? ;)

A to już musisz pytać Kmicica, Zbyszka z Bogdańca, Marka Winicjusza, Skrzetuskiego itd., o co się tak martwią. ;-)

Babska logika rządzi!

Hej, silver_advent

Przyznam, że z początku byłem dość sceptyczny

Szczerze mówiąc, też byłem na początku sceptyczny do tego pomysłu.

Oprócz wymienionych inspiracji, widziałbym w tym też trochę “Diablo III”, ale może to przypadek.

Miałem przyjemność z jedynką i dwójką, ale trójką już nie. Gwarantuję, że to przypadek :)

Tak czy owak – tekst zdecydowanie zasłużył na błyskawicznie otrzymaną “bibliotekę” :) 

Dzięki, sam się dziwię, że tak szybko :)

 

Finklo

Myślę, że Ur mógł być spokojny – niekompatybilność gatunków. W każdym razie moje myśli nie szły w tym kierunku, a na koniec wspominam, że wypoczywali długo… Są różne formy wypoczynku ;)

Po raz kolejny ująłeś mnie swoją opowieścią, co zdaje się tym ciekawsze, że bardzo to odbiega stylem i sensem od Twoich poprzednich tekstów. Jest jednak pewne głębokie podobieństwo – nie starasz się tworzyć nowych linii fabularnych, lecz mistrzowsko wykorzystujesz stare klisze, przypominając ich głębię, wszywając nowe interpretacje i znaczenia.

Zatchnąłem się zatem Twoim mitem założycielskim nie dla jego komplikacji (koncepcyjnie jest raczej prosty i znany), lecz dla adekwatności, jaką nadajesz mu wobec współczesnych zagadnień, a także wdzięku i swobody, z jaką ukazujesz ten świat. Jest to mit uaktualniony w sam raz dla cywilizacji, która wkracza w erę cyborgów – można się jeszcze zastanawiać, czy to my jesteśmy potomkami ślepca i Lilii, którzy ponownie sprowadzamy piekło na świat i próbujesz nas przed tym przestrzec, czy raczej cała opowieść jest o pojedynczych ludziach, którzy będą po nas odbudowywać cywilizację, gdy zmechanizujemy sobie Niebo i zaniechamy prawdziwego życia osiągając rzekomą doskonałość.

Przed lekturą komentarzy skłaniałem się wyraźnie ku pierwszej koncepcji, teraz już nie mam pewności. Błysnęła mi przy tym przewrotna myśl: Homer, archetypowy ślepiec, jako zaczątek cywilizacji, może pierwszy człowiek, który potrafił przejść od abstrakcji do konkretu i utrwalić swoją wyobraźnię w żyjącej opowieści – i tysiąc razy tysiąc dusz Lilii jako ludzie powtarzający jego słowa, aż mogły zostać spisane. Wiem jednak, że nie to miałeś na myśli, więc przejdę już do możliwie zwięzłej opinii na temat symboliki głównych postaci.

Ur. Rozumiem, czemu zechciałeś uczynić go niewidomym – w ten sposób od początku był lepiej predestynowany do kontaktów ze światem aniołów i demonów, wymykanie się poznaniu zmysłowemu (czyli najczęściej wzrokowi) nie było dlań tak wielką przeszkodą. Jednocześnie na ogół (może z paroma potknięciami) nie traktujesz go w narracji jak kaleki, lecz jak człowieka, który wie, czego chce, i jest przygotowany, aby to osiągnąć. A to już dużo. Scena, w której – przecież z żalem – godzi się na porzucenie matki, aby ratować ukochaną, jest najstarszą, najbardziej prymitywną metaforą przejścia w dorosłość; taką, przed użyciem której sam na pewno bym się ciężko zawahał, ale spod Twojego pióra jakoś nie razi. Wydaje mi się, że nader zręcznie poradziłeś sobie z narracją opartą o dźwięk, dotyk i zapach: czyta się bardzo płynnie, wszystko jest zrozumiałe mimo pewnego dogłębnego odbierania przez czytelnika tej wszechogarniającej ciemności. I wierzę, choć doświadczeń w tym względzie mam niewiele, że postrzeganie świata przez niewidomego tak, jak to opisujesz, jest przynajmniej częściowo wiarygodne. Choć co do jednego muszę wyrazić zastrzeżenia – gdyby nagle odzyskał wzrok, z początku nie rozumiałby absolutnie nic, poraziłaby go wizualna kakofonia, byłby wręcz mniej sprawny niż wcześniej: nauka poprawnej interpretacji bodźców wzrokowych zajmuje w takim przypadku miesiące. Usprawiedliwia to jednak konwencja tekstu.

Lilia. Gdy spotykamy ją po raz pierwszy, jest bezbrzeżnie przerażająca – setki tysięcy na pół złamanych, cierpiących, nie do końca zgranych ze sobą dusz. Jeszcze chwila i mamy zgodny, czuły chór; a opisujesz go tak dobrze, że nazbyt łatwo zapomnieć o tym pierwszym wrażeniu! Istotnie, ciarki przechodzą gdzieniegdzie, gdy w krótkich przebłyskach uświadamiamy sobie, z czym mamy do czynienia – z milionem oddanym jednej idei, mówiącym jednym głosem i masowo oddającym za nią życie. Kiedy jednak pamiętamy, że te dusze mogły pragnąć i być dumne z wzięcia udziału w projekcie “Lilia”, z jedynej szansy na wydostanie się z Piekła, znów postrzegamy to nieco inaczej. Potem już obligatoryjna scena damsel-in-distress, która nie razi (przynajmniej mnie…), nie podnieca (przynajmniej mnie…) i tylko uderza trafnością przedstawienia (przynajmniej mnie… – ileż tu subiektywizmu!). Chociaż przy “skórze w kolorze krwi” mocno się zawahałem. Podsumowując – czy nie przestrzelę zbyt ostro, jeżeli powiem, że związek Ura z Lilią stanowi metaforę szczęśliwej koegzystencji pomiędzy społeczeństwami o obyczajowości indywidualistycznej i wspólnotowej (czy wręcz konfucjańskiej)? Co do Lilii, jest jeszcze jeden drobiazg, w moim odczuciu zauważalny zgrzyt – czy może tylko niezrozumienie?

W ustach trwał jeszcze orzeźwiający posmak. – Ten płyn… Co to było?

– Jedna z nas – odpowiedziała Lilia.

– Biedactwo… – jęknęła druga. – Poświęciła się.

Im dłużej rozmyślam nad metaforycznym znaczeniem tej sceny, tym bardziej dochodzę do wniosku, że prawdopodobnie nie chcę go poznać.

A przy okazji specjalne wyrazy uznania za Demachinurga! Pobrzmiewa w tym imieniu wszystko, co trzeba (i deus ex machina, i demiurg, i chirurg), a osobowość jest cudownie chłodna. Nasuwa mi się nieodparte skojarzenie z Bogiem według Wielkiej Improwizacji: Jeśli miłość jest na co w świecie Twym potrzebną / I nie jest tylko Twoją omyłką liczebną

 

Dużej łapanki błędów nie będzie, bo widzę, że betujący już rzetelnie przeczyścili. Poza tym tekst ma tak sutą materię, że czyta się niczym dużo więcej niż te 35 tysięcy znaków – byłoby to bardzo czasochłonne. Parę rzeczy postaram się jednak wyłowić, a zacznę oczywiście smaczkiem, który Ci już wytknięto, chociaż jakby nie od strony językowej:

Wkrótce okazało się, że księżniczka była brzemienna.

Spektakularnie i z paskudnym efektem pomieszałeś następstwo czasów. Jestem prawie pewien, że chciałeś napisać jest brzemienna – obserwacja jednoczesna ze zdarzeniem, czy raczej następująca po jego rozpoczęciu w najkrótszym możliwym terminie. Jeżeli piszesz była brzemienna, to przesuwasz w tył (względem okazało się) o kolejny punkt odniesienia, przez co rzeczywiście wychodzi, że została zapłodniona w niewoli. Na obronę betujących – też nie mam stuprocentowej pewności, że potrafiłbym to wychwycić przy korekcie tekstu, to jednak nieco inne nastawienie. Teraz już drobiazgi…

Jednak to nie dwie czarne dziury pod czołem dziecka wystraszyły stare roboty tylko miękkie ciało bez choćby śladu metalu czy plastiku.

Przecinek przed “tylko”, wprowadzasz przeciwstawienie.

Otwórz w lochach przetokę i wyczekuj mnie za szesnaście lat.

Nie przekonuje mnie w tym kontekście słowo przetoka, nacechowane przede wszystkim medycznie. Chyba gdyby te lochy miały jakieś cechy żywego ciała, ale nic na to nie wskazuje.

Tylko królowa wiedziała, że książę spożywa zetlałe wspomnienia demonów oraz miazgi z dusz potępionych.

Chodzi o wspomnienia miazgi? A może spożywa jakieś liczne miazgi? Bardziej logiczna wydawałaby mi się forma oraz miazgę z dusz

Pod jego władzą nie ma rozwoju, ni wynalazków.

Przecinek nieuzasadniony.

przeklinając ślepotę, oraz wiatr, zagłuszający ruchy przeciwnika.

Pierwszy przecinek zupełnie bez powodu, drugi formalnie poprawny, ale raczej niewskazany (o ile się nie mylę, wprowadzasz tutaj wątek wiatru, nie zaś doprecyzowujesz znany już wiatr i tłumaczysz, czemu go teraz przeklina).

kierując je raz w jedną raz w drugą stronę.

A tutaj bym postawił przecinek, bo trzeba.

 

To będzie wszystko, zaznaczając wprawdzie, że przegląd był rzeczywiście bardzo pobieżny. A jak podsumować całość? Najlepiej tak: myślę, że zostanie ze mną wizja Twoich przesyconych znaczeniami bohaterów, którzy ryzykują i poświęcają się, aby obalić bezduszne, algorytmiczne Niebo – które wprawdzie ceniłbym za jego bezpieczeństwo i przewidywalność. Myślę, że mimo krótkiej formy rozegrałeś ten wątek lepiej, aniżeli to bywało na przykład w Mrocznych materiach. Myślę wreszcie, że nie zaryzykuję zbyt wiele, jeżeli właśnie tutaj zadebiutuję w dziedzinie nominacji do piórek.

Dziękuję za lekturę i pozdrawiam!

Cześć, Ślimaku Zagłady!

Cieszę się, że znów do mnie zajrzałeś, a jeszcze bardziej, że wyszedłeś ukontentowany opowiadaniem. Dzięki za piękny komentarz (wymagał podwójnego przeczytania) ;)

Tekst odbiega od moich poprzednich – to racja. Znów chciałem poeksperymentować i, jak zwykle, obawiałem się rezultatu. Co do fabuły, też pełna zgoda – niestety, nie idzie mi najlepiej wymyślanie twistów.

można się jeszcze zastanawiać, czy to my jesteśmy potomkami ślepca i Lilii, którzy ponownie sprowadzamy piekło na świat i próbujesz nas przed tym przestrzec, czy raczej cała opowieść jest o pojedynczych ludziach, którzy będą po nas odbudowywać cywilizację, gdy zmechanizujemy sobie Niebo i zaniechamy prawdziwego życia osiągając rzekomą doskonałość

Szczerze, podczas pisania miałem raczej inne myśli, choć bardziej przystające Twojej pierwszej teorii. Bez wątpienia świat się robi coraz bardziej metalowy i zrobotyzowany, ale sądzę, że zawsze będzie ktoś, kto się zbuntuje, wyjdzie poza Sieć, zniknie z radarów. Jednym z tytułów, który chciałem użyć był “Bunt ciała i ognia”. Z drugiej strony, o ile zawsze znajdą się jacyś bohaterowie, to i tak na końcu znów sprowadzimy “Piekło” na siebie. Z deszczu pod rynnę, a potem jeszcze raz poczekamy na bohaterów.

Ur został niewidomy z dwóch powodów: pierwszy prozaiczny – chciałem poćwiczyć pisanie takiego bohatera. To było bardziej wyzwanie dla samego siebie. Drugi – już związany z fabułą. Ur miał nie oceniać nikogo po wyglądzie, co, jak słusznie zauważyłeś, w kontaktach z taką gamą postaci było pomocne. Poza tym brak wzroku potęgował jego samotność, a to ona pchała go do wszystkiego. Został zrodzony w konkretnym celu, trzymany w samotności, uczony, by zabić mechaniołów i Demachinurga. Ur to więzień: dostaje jedzenie, bo sam w metalowym świecie nie przeżyje, zostaje zamknięty i bez wzroku nie wydostanie się na zewnątrz, obsługują go ogłupiałe roboty, a matka zaplanowała dla niego już ożenek i dalsze losy. I nawet gdy Chorois ginie Ur dalej jest więźniem. Musi lecieć do Nieba, inaczej umrze z głodu, musi znaleźć jedyną przyjazną mu istotę, czyli Lilię, a żeby ją uwolnić, musi zabić Demachinurga. Dokładając miłość (również zaaranżowaną przez Chromellę i Żara) mamy pułapkę idealną.

Ur jest zaprogramowanym robotem – tylko z ciała.

Cieszę się, że Lilia Ci się spodobała. Była najtrudniejszą postacią, bo zwykła “dama w opałach” byłaby trochę (albo bardziej) nudna. Pomysł z duszami pojawił się później, ale idealnie przypasował – miałem Lilię bez Lilii. Poza tym wizja jedynego człowieka, nagiego, z piekielnym mieczem i skrzydłami, za to bez oczu, lecącego na czele tysiąca dusz ukochanej, by zabić boga, była (subiektywnie dla mnie) świetna i chciałem ją opisać.

Lilia to ostatnia szansa Piekła – dusze nie chcą się wydostać z Piekła. Ich już niema. Zostały przeobrażone przez Żara na Lilię, której jedynym zadaniem jest kochać Ura, dać początek nowej rasie i znów zapełnić Piekło. To również maszyna z ciała, tak jak Ur, pozbawiona wolnej woli. Zrobi wszystko, aby Ur przeżył i by ją pokochał.

Skóra koloru krwi, chaos barw i kształtów po wzroku – tak, konwencja. Chciałem pokazać, że Lilia jest inna, ale nie ma to znaczenia dla Ura. I chciałem też, aby był jeden etap kuszenia Ura, tym razem odwrotny, bo przez bóstwo, nie demona.

Scena z wypiciem Lilii była podyktowana (o dziwo) realizmem, ale wkomponowała się ładnie w tekst. Ur był spragniony i osłabiony. Jak mógłby walczyć w takim stanie? Ale ponieważ zjadał już dusze, a Lilia zrobi wszystko, aby przeżył, taka scena łączy się z resztą tekstu. Ten tekst – jak i wiele w podobnej konwencji – wręcz wymusza zawieszenie niewiary, ale probowałem trzymać się realizmu, gdzie mogłem.

Demachinurg – O, dzięki, że znalazłem tam chirurga i Ci pasował! Demachinurg mi się nie podobał, z kolei Demachinurg brzmiał trochę jak “chirurg”, ale potem uznałem, że chirurg kojarzy się z ruchami skalpela, precyzyjnymi, mechanicznymi, tnącymi ciało. I bardzo pasuje.

Dziękuję Ci za łapankę, tak teraz brzemienna już jest ok :P 

Myślę wreszcie, że nie zaryzykuję zbyt wiele, jeżeli właśnie tutaj zadebiutuję w dziedzinie nominacji do piórek.

Dziękuję Ci bardzo i za nominację i przede wszystkim za lekturę oraz rozbudowany komentarz :)

Pozdrawiam serdecznie!

Dobry wieczór!

 

Powtórzę się z tym co pisałam na becie: świat mnie zachwycił. Masz talent to brania starych schematów, rozkładania ich na czynniki pierwsze i tworzenie czegoś zupełnie nowego. Chętnie wróciłabym do tego świata, bo naprawdę ma w sobie to coś :)

 

Dalej jest nieco patetycznie, ale w znośny sposób (no i może pasuje do tego świata i stąd mój cały zachwyt, mimo że na to bardzo narzekałam). Nie za bardzo mam się jeszcze do czego przyczepić: kupiłeś mnie światotwórstwem, mogłabym ponarzekać na bohaterów, że za mało tacy i tacy, albo brakło mi tego i tego, ale im dłużej myślę o opowiadaniu (a minęło kilka dni), tym bardziej mam poczucie, że wycisnąłeś z tego limitu naprawdę wszystko co mogłeś.

 

Z wielką przyjemnością nominuję (to moja pierwsza nominacja, więc czekam na jakieś fanfary w tle :D ) i trzymam kciuki!

Hej, Shanti

Dzięki za betę i za narzekania o patos. Dobra krytyka zawsze w cenie ;)

Zdaję sobie sprawę z braków w opowiadaniu, ale, właśnie, limity. Zawsze przy kreacji nowego świata i bohaterów mam chęć rozwijać i rozwijać. Może to i lepiej, że trzeba się zmieścić w jakichś ramach, bo potem się słyszy: “przegadane” ;)

Dzięki za nominację :P

<Fanfary>

I pozdrawiam!

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Witam, Alicello!

Rad jestem, że pokonałaś w końcu długi korytarz :P

Cześć!

 

Polecali i mieli rację. Zanais, wakacje chyba Ci służą ;-)

Przepiękna bajka (choć może to bardziej mit), jedno z najlepszych opowiadań, jakie przeczytałem na portalu. Z pozoru “zwyczajna” historia o stworzeniu świata, okraszona (niestety, nieco wypaczoną imho) symboliką chrześcijańską i osadzona w cudownym, fantastycznym, przemyślanym, kolorowym, metalowym, inspirującym (kolejne 57 przymiotników o zabarwieniu pozytywnym) świecie. Kino drogi w odcieniach metalurgii i material science.

Zdawkowo pokazani, choć cudownie fantastyczni bohaterowie, ślepy Ur pragnący Lilii, której nie dane mu było poznać. To nie zarzut, bo barwne opisy świata, który zwiedza ślepiec byłyby nieco groteskowe. Matka spiskująca z królem piekieł, mechaniczny Leviatan aspirujący do roli Boga, mechaniołowie.

Świat przecudny, taki prosty i niesamowity, używając niewielu słów doskonale go przedstawiasz. Dla takich perełek lubię czytać fantastykę. Poezja! Miodzik!

Bardzo przypadł mi do gustu motyw z podarowaniem księciu oczu, szczerze mnie to zaskoczyło i bardzo się spodobało. W końcówce nie złapałem co stało się z niebem i skąd raptem wzięła się ta cała trawa. Ale w sumie bohater nie ma oczu, więc jest to spójne i zaprzęga głowę do kombinowania.

Z rzeczy edycyjnych:

Barwa utwardzanej stali, książę. Zwą ją błękitem

O co chodzi z błękitnym kolorem utwardzonej stali?

Postawili stopy na zielonym równinach. → Postawili stopy na zielonych równinach.

Tyle. 3 P dla Ciebie: Pozdrawiam, Powodzenia w konkursie i Polecam do biblioteki (a nie, to już jest w bibliotece, to zgłaszam do piórka ;-) )

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Zanaisie, stworzyłeś niezwykły świat, wypełniłeś go nietuzinkowymi postaciami i takimiż zdarzeniami, a do opisania wszystkiego wymyśliłeś słowa, które nadały opowieści szczególnego charakteru i znaczenia. Historia Ura i Lilii zaciekawiła od początku i w stanie urzeczenia czytałam baśń aż do ostatniej kropki.

Dodam jeszcze, że lektura była tym przyjemniejsza, że opowiadanie jest napisane bardzo porządnie i nie musiałam zawracać sobie głowy łapankowaniem. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, Krar85!

Czyli reklama się srawdziła ;) Jakie tam wakacje, od dziecka nie ma wakacji :P

Przepiękna bajka (choć może to bardziej mit), jedno z najlepszych opowiadań, jakie przeczytałem na portalu.

Dziękuję :) Baśń, bajka, mit… sam nie wiem, gdzie to włożyć.

Z pozoru “zwyczajna” historia o stworzeniu świata, okraszona (niestety, nieco wypaczoną imho) symboliką chrześcijańską i osadzona w cudownym, fantastycznym, przemyślanym, kolorowym, metalowym, inspirującym (kolejne 57 przymiotników o zabarwieniu pozytywnym) świecie. Kino drogi w odcieniach metalurgii i material science.

Od razu zaznaczę, że prócz mechaniołów, Piekła i Nieba, żadnych symboli chrześcijańskich świadomie nie umieszczałem, choć Ur i Lila później zaczęli przypominać Adama i Ewę.

Dzięki za miłe słowa (na 62 przymiotniki) o świecie :) Ale kolorowy?

Zdawkowo pokazani, choć cudownie fantastyczni bohaterowie, ślepy Ur pragnący Lilii, której nie dane mu było poznać. To nie zarzut, bo barwne opisy świata, który zwiedza ślepiec byłyby nieco groteskowe. Matka spiskująca z królem piekieł, mechaniczny Leviatan aspirujący do roli Boga, mechaniołowie.

Limity i konwencja. Jak na baśń myślę, że ci bohaterowie wystarczają. Świata musiała zostać oparty o słowa innych postaci, dźwięki i zapachy. No i brak wzroku pozwolił uniknąć wielu opisów.

Świat przecudny, taki prosty i niesamowity, używając niewielu słów doskonale go przedstawiasz. Dla takich perełek lubię czytać fantastykę. Poezja! Miodzik!

Dzięki. Tylko nie zagłębiajmy się za bardzo w logikę i realizm ;)

Bardzo przypadł mi do gustu motyw z podarowaniem księciu oczu, szczerze mnie to zaskoczyło i bardzo się spodobało. W końcówce nie złapałem co stało się z niebem i skąd raptem wzięła się ta cała trawa. Ale w sumie bohater nie ma oczu, więc jest to spójne i zaprzęga głowę do kombinowania

 

Hm. Niebo zmieniło się z powrotem w takie, jakie było przed nadejściem Demachinurga. Tak samo świat, co pozwoliło nowej rasie – ludziom – narodzić się i żyć.

Barwa utwardzanej stali, książę. Zwą ją błękitem

O co chodzi z błękitnym kolorem utwardzonej stali?

Podgrzewanie stali powoduje przybieranie przez nią różnych kolorów – w tym błękitnego. Nauczyciele dawali mu analogie, tak jak opisuje się kolory osobom niewidomym. Mówi się na przykład, że niebieski to kolor zimna, wody, smutku. Uznałem, że nauczyciele będą opowiadać mu o kolorach, używając też metali, które go otaczały.

Tyle. 3 P dla Ciebie: Pozdrawiam, Powodzenia w konkursie i Polecam do biblioteki (a nie, to już jest w bibliotece, to zgłaszam do piórka ;-) )

Dziękuję za 3P :)

Pozdrawiam

 

Hej, Regulatorzy!

Cieszę się, że mogłem uraczyć Cię dobrą historią. Przyznam, że podczas tworzenia często miałem ochotę ją porzucić i teraz cieszę się, że jakoś “wymęczyłem” ten tekst :P

Dodam jeszcze, że lektura była tym przyjemniejsza, że opowiadanie jest napisane bardzo porządnie i nie musiałam zawracać sobie głowy łapankowaniem. ;D

Opłacił się kolektywny wysiłek z betującymi. Osiągnięcie opowiadania bez Twoich poprawek wielce cieszy :D

Pozdrawiam serdecznie

 

Przyznam, że podczas tworzenia często miałem ochotę ją porzucić i teraz cieszę się, że jakoś “wymęczyłem” ten tekst :P

Zawsze byłam zdania, że w im większych mękach tworzy autor, tym bardziej satysfakcjonujące dzieło otrzymuje czytelnik. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zawsze byłam zdania, że w im większych mękach tworzy autor, tym bardziej satysfakcjonujące dzieło otrzymuje czytelnik. ;D

To może być prawda, ale słabo brzmi jako reklama pisarstwa :P

Dobremu pisarstwu żadna reklama chyba nie jest potrzebna, a złemu nie zaszkodzi, bo i tak będzie kwitła radosna twórczość trącąca grafomanią. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W takim razie postaram się męczyć z każdym tekstem jeszcze bardziej ;)

Życzę wytrwałości. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jakie tam wakacje, od dziecka nie ma wakacji :P

Niby tak, ale wakacje z dzieckiem są zdecydowanie lepsze od braku wakacji ;-)

Od razu zaznaczę, że prócz mechaniołów, Piekła i Nieba, żadnych symboli chrześcijańskich świadomie nie umieszczałem, choć Ur i Lila później zaczęli przypominać Adama i Ewę.

Była jeszcze księga nieurodzaju, w której Demachinurg przedstawiany jest jako siła stwórcza. Jest Niebo w roli aparatu opresyjnego i Piekło z nim po cichu wojujące. Takie odwrócenie. Trochę skojarzeń apokaliptycznych też mi się rzuciło, ale Apokalipasa jest tak wypchana treścią i symboliką, że można się jej wszędzie doszukiwać. Miasto Ur występuje w symbolice starotestamentowej. Lilia to jeden z symboli kultu Maryjnego. Nie wiem, co było celowe, a co nie, ale jest tego całkiem sporo imho.

Limity i konwencja. Jak na baśń myślę, że ci bohaterowie wystarczają.

Wiem i rozumiem, ale historia tak mi się spodobała, że z chęcią bardziej bym się w nią zagłębił ;-)

Podgrzewanie stali powoduje przybieranie przez nią różnych kolorów – w tym błękitnego.

Nigdy nie słyszałem, żeby stal stawała się niebieska czy błękitna. Od brązu, przez czerwień i żółć aż do “słońca”. Przy starzeniu czy odpuszczaniu faktycznie pojawiają się naloty: http://forumkowalskie.pl/viewtopic.php?t=999 i w pewnych temperaturach są one podobno niebieskie, ale to naloty, a z tego co pamiętam, to ich kolory są dosyć subtelne, znacznie bardziej niż intensywne kolory samej stali. Dla mnie naloty były szare albo bure, ale może zwyczajnie nie widzę kolorów ;-) No i odpuszczanie to zmiękczanie stali, a nie utwardzanie.

 

Dobra, bo się rozpisałem. Świetny tekst, tak tylko pomarudziłem na różne swoje koniki. Ale uważam, że przy tak dobrym i udanym tekście warto.

 

Pozdrawiam ponownie i idę męczyć swoje księżniczki.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Hej

Była jeszcze księga nieurodzaju, w której Demachinurg przedstawiany jest jako siła stwórcza. Jest Niebo w roli aparatu opresyjnego i Piekło z nim po cichu wojujące. Takie odwrócenie. Trochę skojarzeń apokaliptycznych też mi się rzuciło, ale Apokalipasa jest tak wypchana treścią i symboliką, że można się jej wszędzie doszukiwać. Miasto Ur występuje w symbolice starotestamentowej. Lilia to jeden z symboli kultu Maryjnego. Nie wiem, co było celowe, a co nie, ale jest tego całkiem sporo imho.

No może trochę się tego nazbierało :P Ur to, owszem, sumeryjskie miasto, ale u mnie powstał ze skrócenia dłuższego imienia. Nie dość, że pasowało, to jeszcze zaoszczędziłem masę znaków. Cięcia, aby zmieścić się w limicie, były naprawdę ostre.

Nigdy nie słyszałem, żeby stal stawała się niebieska czy błękitna. Od brązu, przez czerwień i żółć aż do “słońca”. Przy starzeniu czy odpuszczaniu faktycznie pojawiają się naloty: http://forumkowalskie.pl/viewtopic.php?t=999 i w pewnych temperaturach są one podobno niebieskie, ale to naloty, a z tego co pamiętam, to ich kolory są dosyć subtelne, znacznie bardziej niż intensywne kolory samej stali. Dla mnie naloty były szare albo bure, ale może zwyczajnie nie widzę kolorów ;-) No i odpuszczanie to zmiękczanie stali, a nie utwardzanie.

Widziałem tę stronę, ale korzystałem z innych źródeł. Jakieś tlenki się wytwarzają na powierzchni stali i mogą przybierać rozmaite barwy. https://en.wikipedia.org/wiki/Tempering_(metallurgy)

Obrazek na dole po prawej.

Może angielski mnie zawiódł. To nie problem, już zmieniłem.

Limity i konwencja. Jak na baśń myślę, że ci bohaterowie wystarczają.

Wiem i rozumiem, ale historia tak mi się spodobała, że z chęcią bardziej bym się w nią zagłębił ;-)

Mam pecha do kontynuacji :P

Pozdrawiam i walcz z księżniczkami! Na pewno odwiedzę.

 

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej, Krokusie

Dzięki za kwiatki.

Cześć Zanais!

Opowiadanie ma swoje mocne strony, np. neologizmy, logikę wydarzeń i jakieś zacięcie rodem z Lema, ale jest nierówne. Czasami gubi się harmonia pomiędzy językiem a treścią i natłok tychże neologizmów, nazw własnych i kuriozów przesłania same postacie i to, co się z nimi dzieje. Tekst się robi wtedy ciężki. Do tej pory nie wiem, jak naprawdę wyglądała walka księcia z mechaniołem i jak go pokonał (czytałam kilka razy ten fragment), a więc jak dla mnie wydarzenie rozpływa się w “fajności” języka.

Co do układu: nic nie zapowiada inwazji, (która bądź co bądź fabularnie jest istotna, bo pociąga za sobą dalszą akcję, ale to okazuje się potem), ponieważ początek jest o czymś innym (narodzenie następcy tronu etc.) Lepiej by się czytało, gdyby koniec miał swoje aluzje w początku.

Pozdrawiam!

Hej, chalbarczyk

Hm, nie sądzę, że neologizmów było aż tyle – Bajki Robotów albo pierwsze lepsze opowiadanie Dukaja ma ich znacznie więcej. Tutaj umieściłem mniej niż dziesięć, na dodatek są dość proste i łączą się z tekstem.

Walka z mechaniołem jest opisana, jak większość opowiadania, z perspektywy niewidomego. Mogłem kreować świat tylko za pomocą słuchu i zapachu ;) Walka wygląda tak, ze Ur unika ciosów, używa magii i rani Bar’achiela. Ani na becie, ani w poprzednich komentarzach nikt nie zgłaszał, że jest nieczytelna, więc trudno mi się odnieść. Na pewno trudno opisać walkę bez wzroku, więc nie ukrywam, że może dałoby się zrobić to lepiej, ale cóż, trzeba próbować.

Inwazję nic nie musi zapowiadać, ponieważ foreshadowing nie jest wymogiem dla każdego tekstu. Atak aniołów mógł nastąpić z powodu wykrycia Ura, stworzenia Lilii albo z zupełnie innej przyczyny, której bohaterowie nie mają szansy znać. Tak czy inaczej, inwazja to tło.

Dzięki za lekturę i komentarz :)

Neologizmy i stylizowane nazwy własne – może nie ma ich tak dużo różnych – ale są cały czas. I trudno na nie nie zwrócić uwagi :)

Czy inwazję i konflikt musi coś zapowiadać? Zapewne nie. Ale nie ma znaczenia, co bohaterowie wiedzą i jaki motyw przyświeca napadającym. Ale lepiej mi się czyta tekst, w którym wydarzenia nie pojawiają się znikąd i mają jakieś umocowanie w tym, co czytelnik już wie.

 

Walka Ura – no to muszę przyznać, że kompletnie się pogubiłam.

 

Powodzenia w konkursie!

Odczekałam sobie całkiem długo od lektury – głównie żeby móc od razu wrzucić komentarz piórkowy, czyli czekałam, aż nominacja znajdzie się w odpowiednim wątku.

 

Bo od razu na początek powiem, że będę na TAK, mimo że lista zastrzeżeń istnieje. I to będę na TAK za formę, co mi się rzadko zdarza, ale ten tekst w dużej mierze formą stoi. Narracją, stylizacją i światotwórstwem.

Odczekałam też, żeby przekonać się, czy jednak przewidywalność fabuły i w zasadzie nieistnienie bohaterów jednak mnie nie zniechęcą – ale nie. To nie przeszkadza. Udało Ci się coś, co jest dużą sztuką: napisać tekst w zasadzie banalny w sensie “to wszystko już było” w sposób taki, że nieoryginalność fabuły i bohaterów nie przeszkadza. Może wręcz pomaga, bo nie odrywa od rozkoszowania się tym, jak to opowiadasz i jak plastycznie pokazujesz świat.

Nie żeby było idealnie: pod koniec robi się trochę pospiesznie, jakby sam autor nieco znudził się delektowaniem światem i narracją i przyspieszył, tu bym widziała trochę pracy, jeśli opko dostanie się do antologii. Samo zakończenie: niby bajkowe, ale czegoś mi w nim brakuje, takiego wyjścia w “co dalej”. Trochę wyjaśnień wewnętrznej logiki też nie zaszkodzi, choć kilka dni po lekturze nie pamiętam tych dziur logicznych, które mnie na bieżąco lekko irytowały, a to właśnie między innymi decyduje o TAK-u: pozostają we mnie wrażenia pozytywne, czyli negatywy nie są zbyt istotne.

Jest tu kilka bardzo pięknych scen, jak choćby ta z zasypiającym czy też umierającym ptakiem-maszyną. Zupełnie inna niż w “Terminusie” Lema, a mimo to jakoś tamtą przypominająca. Oczywiście inspiracja “Bajkami robotów” widoczna, ale masz własny język i własny styl, to nie jest nawet pastisz.

 

Odnośnie imienia, bo jest o tym wyżej dyskusja: dla mnie ono się kojarzyło z niemieckim przedrostkiem “Ur” czyli pierwotny, pierwszy, najdawniejszy itd. i to mi akurat bardzo pasowało, ale chyba nie to stało u podstaw tego imienia. Niemniej nieźle spasowało, nawet jeśli nie było autorską intencją.

 

Mała garstka babolków:

 

ciepło bijące z jej skóry przekonały Ura

ciepło bijące od skóry?

 

Żal ścisnął mu serce, lecz nie zwolnił, węszył powoli i dokładnie, nasłuchiwał zgrzytów prowadnic, uruchamianych systemów obronnych.

 Żal nie zwolnił, węszył i nasłuchiwał?

 

Dusze wsiąknęły w Lilię

Mam wrażenie, że to niepoprawna forma czasownika.

 

http://altronapoleone.home.blog

Jestem urzeczony klimatem. Mnie się całość bardzo podobała. Były delikatne zgrzyty (najbardziej przeszkadzał mi zbyt mocny patos), ale nie zepsuły mi zabawy z czytania. Zdecydowanie potrafisz wykreować ciekawy świat. No i oczywiście świetne zakończenie ;)

Hej, Drakaino

Bo od razu na początek powiem, że będę na TAK, mimo że lista zastrzeżeń istnieje.

To ja od razu serdecznie podziękuję :) Obecność zastrzeżeń rozumiem, zresztą, cóż to za TAK bez zastrzeżeń. Z tą wtórnością fabuły to chyba już u mnie typowe. Nic oryginalnego mi do głowy nie przychodzi pod kątem fabuły. Może kiedyś…

Może wręcz pomaga, bo nie odrywa od rozkoszowania się tym, jak to opowiadasz i jak plastycznie pokazujesz świat.

Dziękuję, szczególnie za to “plastycznie”. Zastanawiałem się często, czy opisy wrażeń z samych węchu i słuchu mogą oddać świat tak, jak chciałem go pokazać.

pod koniec robi się trochę pospiesznie, jakby sam autor nieco znudził się delektowaniem światem i narracją i przyspieszył, tu bym widziała trochę pracy, jeśli opko dostanie się do antologii.

Z końcówką nie przeczę, sam nie jestem z niej do końca zadowolony. Jeśli dostanie się do antologii, to z przyjemnością rozbuduję. Tylko zaznaczę, że autor absolutnie nie znudził się delektowaniem świata, wręcz przeciwnie. Niestety, autorowi skończyły się znaki i musiał mocno ciąć.

Samo zakończenie: niby bajkowe, ale czegoś mi w nim brakuje, takiego wyjścia w “co dalej”.

Nie do końca widzę tę “bajkowość”. Na samym końcu raczej jest antybajkowo. Chyba że mówimy o losie Ura i Lilii. No cóż, musiało im się udać, aby powstali ludzie, a o to mi chodziło od początku.

Trochę wyjaśnień wewnętrznej logiki też nie zaszkodzi, choć kilka dni po lekturze nie pamiętam tych dziur logicznych, które mnie na bieżąco lekko irytowały, a to właśnie między innymi decyduje o TAK-u: pozostają we mnie wrażenia pozytywne, czyli negatywy nie są zbyt istotne.

Na pewno są! Namęczyłem się, ale taki świat pewnie ocieka problemami, które trudno wytłumaczyć ze względu na limit. Ale skoro nie przysłoniły tych “dobrych” stron, to może da radę je przełknąć :)

Jest tu kilka bardzo pięknych scen, jak choćby ta z zasypiającym czy też umierającym ptakiem-maszyną. Zupełnie inna niż w “Terminusie” Lema, a mimo to jakoś tamtą przypominająca. Oczywiście inspiracja “Bajkami robotów” widoczna, ale masz własny język i własny styl, to nie jest nawet pastisz.

Styl Lema to styl Lema, mogę co najwyżej mieć naleciałości ;)

Odnośnie imienia, bo jest o tym wyżej dyskusja: dla mnie ono się kojarzyło z niemieckim przedrostkiem “Ur” czyli pierwotny, pierwszy, najdawniejszy itd. i to mi akurat bardzo pasowało, ale chyba nie to stało u podstaw tego imienia. Niemniej nieźle spasowało, nawet jeśli nie było autorską intencją.

O, a to ciekawa informacja. Niemiecki nie jest moją mocną stroną, ale czasem przypadek pomaga.

Łapankę, oczywiście, poprawiam.

Pozdrawiam serdecznie!

 

 

Hej, Morteciuszu

Dzięki za odwiedziny i cieszę się, że lektura przypadła do gustu.

Z patosem – jak zauważyłem na becie – sprawa jest równie zagmatwana co z humorem. Każdy ma na niego własną tolerancję i nastawienie. Na pocieszenie powiem, że został poważnie stonowany od wersji pierwotnej :P

Pozdrawiam

Oj, konkursowa poprzeczka wylądowała właśnie bardzo wysoko. :D Świetny tekst, który kupił mnie klimatem, a utrzymał opowieścią i światotwórstwem. Wizja metalowego świata i człowieka, który musi w nim przeżyć bez klosza nad głową, jaki do tej pory gwarantowała mu matka jest intrygująca. A tu robisz więcej – sprawiasz, że on wygrywa z tym światem. I że trawa wydaje się czymś niezwykłym.

Akcja jest wartka, jedyne spowolnienie dostrzegłam przy przedzieraniu się przez niebo i jego korytarze, choć i ono było dość dynamiczne. Bohaterowie są dobrze zbudowani, bardzo mi się podoba sposób w jaki mówi Demachinurg. Ciężko mi, tak naprawdę, cokolwiek temu tekstowi zarzucić.

Zostaw ten żyrandol.

Hej, Verus

Konkursy to subiektywne stworzonka i czasem wysoka poprzeczka okazuje się dość niska ;p

Świetny tekst, który kupił mnie klimatem, a utrzymał opowieścią i światotwórstwem.

Dzięki :) Cieszę się, że opowieść nie okazał się zbyt “wtórna”.

Akcja jest wartka, jedyne spowolnienie dostrzegłam przy przedzieraniu się przez niebo i jego korytarze, choć i ono było dość dynamiczne.

Ur nie może znaleźć sam Lilii = Niebo musi być duże. Poza tym to Niebo, a nie jakaś wioska :P

Bohaterowie są dobrze zbudowani, bardzo mi się podoba sposób w jaki mówi Demachinurg.

O, miło mi, że zwróciłaś uwagę na Demachinurga. Dostał trochę “obcości” w glosie, aby jeszcze bardziej zrobić go czymś dalekim od spraw zwykłych stworzeń.

Ciężko mi, tak naprawdę, cokolwiek temu tekstowi zarzucić.

Dziękuję, również za głos na piórko :)

Pozdrawiam

 

Nowa Fantastyka