- Opowiadanie: cobold - Madonna z UFO. Palimpsest

Madonna z UFO. Palimpsest

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Madonna z UFO. Palimpsest

Latający spodek wyłonił się z ciemności w czwartek, siedem po wpół do szóstej. Miał niecałe trzy centymetry szerokości, centymetr wysokości i unosił się, lekko przekrzywiony, na prawo od głowy Matki Boskiej. Kolorowe światełka na obwodzie przydawały mu jarmarcznego charakteru. I bez tego był zdecydowanie nie na miejscu i nie o czasie.

Pamiętam, która była godzina, bo zaraz po tym zadzwoniłam do Mantucciego. Nie odbierał. Potraktowałam to jako rozgrzeszenie i delikatnie podważyłam farbę w kolejnym miejscu. Niszczony przez stulecia wilgocią i wahaniami temperatury lakier odpadł jeszcze większym niż poprzednio płatem, odsłaniając oryginalne tło aż do brzegu aureoli. W porównaniu z sąsiednim fragmentem – nic ciekawego.

Profesor oddzwonił, kiedy przymierzałam się do usunięcia kawałka spękanej skorupy przy przeciwległej krawędzi malowidła. Natychmiast zabronił mi dotykać obrazu do swojego przybycia. Do tego czasu zdążyłam jednak odsłonić spory fragment nieba po prawej stronie. Czarna warstwa farby kryjąca pierwotny malunek odpadała bez większego problemu, wyraźnie oddzielając się przy obrysie sylwetki Madonny z Dzieciątkiem. Jak się okazało, właściwym tłem dla ich figur było pokryte chmurami niebo i fragment górzystego krajobrazu. W sumie dość standardowa scenografia, nie licząc ciemnostalowego dysku, unoszącego się obok świętych postaci.

Posłusznie odłożyłam narzędzia, postawiłam obraz na sztaludze i zasiadłam w fotelu naprzeciwko. Czekając na Mantucciego, wpatrywałam się w migdałowe oczy Madonny.

 

* * *

 

– A tak? – zapytała.

Udawałem, że nie słyszę. Miałem dość jej nowych pomysłów: włosy rozpuszczone, upięte, pod welonem, ucho odsłonięte, zakryte, z kolczykiem, lewy półprofil, prawy, w błękicie, zieleniach, różach…

– Mistrzu?!

Dałem się nabrać na to proste pochlebstwo. Wychyliłem się zza deski, żeby zobaczyć rozchyloną krawędź szaty i wystającą spod niej nagą pierś.

Giulia mrugnęła do mnie.

– Może karmiąca? Uberto byłby zachwycony.

Zaczerwieniłem się jak młokos. Wciąż byłem młokosem.

– Pani, książę wyraził się jasno co do swoich oczekiwań. Madonna tuląca Dzieciątko, bez żadnych… udziwnień.

Giulia bez pośpiechu zasłoniła swój dekolt. Zmrużyła migdałowe oczy i wycedziła:

– I pomyśleć, że Uberto mógł sprowadzić Buonarottiego z Rzymu.

Wiedziała, jak zranić moją dumę. Dlatego zareagowałem nieco zbyt obcesowo:

– Ale zdajesz sobie, pani, sprawę z tego, że mistrz Michelangelo nie gustuje w kobiecych wdziękach?

Poniosło mnie. Zamarłem na chwilę, czekając na jej reakcję. Odpowiedziała śmiechem, głośnym, lecz naturalnym, aż przeszły mnie dreszcze. Często zastanawiałem się, o czym książę Uberto rozmawia ze swoją faworytą. Malowałem już w życiu kilka wielkich dam, nie tylko z San Lorenzo, ale żadna nie przypominała Giulii. Kokietowała mnie, nie pozwalając przecież zapomnieć o różniącej nas przepaści pochodzenia i pozycji. Zachowywała się bezpośrednio, niekiedy wręcz prowokacyjnie, ale miałem świadomość, że to tylko rodzaj gry, fanaberii, do której przysługuje jej prawo. Wiedziałem, że w innych okolicznościach, w innym towarzystwie, odsłania swoje prawdziwe oblicze. To, że wobec mnie przyjmuje maskę kobiety próżnej i rozwiązłej, to tylko moja wina. Kimże byłem, by zasłużyć na jej szczerość?

Bo ona była tajemnicą. Istotą z innego świata. Aniołem, który zjawiał się w mojej pracowni.

Co nie przeszkadzało mi wyobrażać też sobie, co książę robi z Giulią, kiedy nie rozmawiają.

– Mogę zobaczyć? – przerwała moje myśli.

Zanim zdążyłem zaprzeczyć, wstała z podestu i ruszyła w stronę sztalugi. Nie wiedziałem, co zamierza zrobić. Odskoczyłem, spłoszony, obawiając się jej bliskości, a zarazem czując, że powinienem przede wszystkim chronić nieukończony obraz. Wyciągnąłem przed siebie rękę z pędzlem w geście obrony. Nie miałem szans. Żadna ze znanych mi kobiet nie dorównywała jej nieziemską urodą.

– Ale… jeszcze… nie jest… – dukałem.

Położyła palec na ustach. Zamilkłem. Odwróciła się w stronę szkicu.

– To ja? – usłyszałem zaskakująco poważny głos.

Miała rację, książę winien był wezwać mistrza Buonarottiego. Milczałem, upokorzony.

– Niezwykłe… – Odwróciła się powoli. Przez chwilę widziałem jej twarz tuż obok oblicza Madonny, głowa dokładnie w tej samej pozie, wielkie oczy, wysokie czoło, drobne usta, wydatne kości policzkowe. – Tak mnie widzisz?

– Tak – odparłem nieśmiało.

– A jeśli się mylisz? Oczy potrafią nas oszukać.

– Nie mylę się – odparłem ze złością. – Mam dobre oczy. Zresztą, to książę oceni.

Patrzyła na mnie z powagą.

– A te po bokach? – zapytała.

– Anioły? – Domyśliłem się co miała na myśli.

– Lepiej je zamaluj. Anioły mogą być niebezpieczne.

Stałem tak, z otwartymi ustami, jak ostatni idiota, patrząc to na nią, to na obraz. Musiałem wyglądać komicznie, bo widziałem jak Giulia walczy ze sobą. W końcu nie wytrzymała i znów prychnęła śmiechem.

– Przecież wiesz, o co chodzi! Ten szaleniec Fra Gaetano głosi na rynku, że miał widzenia niebieskich posłańców i otrzymał od nich misję naprawy San Lorenzo. Ludzie gromadzą się wokół niego, raczej z ciekawości, niż z przekonania, ale Uberto powiedział, że ma dość tego fanatyka i że zadba, aby skończył jak Savonarola. Do tego czasu lepiej jednak unikać aniołów. – Piękna Giulia pogroziła mi palcem.

 

* * *

 

– Anioł, pani koleżanko, po prostu anioł.

Nie znosiłam, kiedy ktoś nazywał mnie „panią koleżanką”. Mantucci doskonale o tym wiedział. Zamiast normalnie ochrzanić za samowolę w konserwacji obrazu, wolał mnie upokorzyć, wykazując moją niekompetencję.

– To przecież nie pierwsza Madonna z UFO w historii sztuki. Koleżanka oczywiście zna obraz Mainardiego z Palazzo Vecchio?

Twoje niedoczekanie, stary pierdoło – pomyślałam. Ale odpowiedziałam z miną pilnej uczennicy:

– Profesor ma na myśli deskę przypisywaną ostatnio warsztatowi Lippiego?

Mantucci skrzywił się i zamlaskał.

– Do Lippiego to jej jeszcze sporo brakuje… Nieważne… Chodzi o to, że piętnastowieczni artyści nie zawsze przedstawiali anioły jako byty antropomorficzne. Czasem w swoich dziełach uciekali się do zaskakująco abstrakcyjnych wyobrażeń, które współcześni nam skandaliści, w swojej ignorancji, odczytują jako coś sensacyjnego. To zresztą ciekawe – dodał. – Gdy dzisiejszy człowiek widzi na niebie coś, czego nie rozumie, to myśli: goście z przyszłości, kosmici, latające spodki. A dla naszych przodków było oczywiste, że to anioły. Każdy dostrzega to, co chce zobaczyć.

– A co to jest naprawdę? – zapytałam.

– To już nie powinno koleżanki interesować. To jest poza zasięgiem metody. Naszym zadaniem, jako naukowców, jest walczyć z podobnymi rewelacjami. Jak w przypadku tamtego osławionego wizerunku z Florencji. – Spojrzał na mnie uważnie i dodał z naciskiem: – Pędzla Mainardiego.

Nie miałam zamiaru się z nim przekomarzać. Wszyscy wiedzieli, że Stary nie jest na bieżąco z najnowszymi ustaleniami w branży. Co więcej, on sam poczytywał to sobie za pewien przywilej – mam swoje lata, swoją pozycję, jestem ponad chwilowymi modami i kłótniami, wiedza, która nie osiągnęła okresu karencji, mnie nie interesuje. Inna sprawa, że wspomniany okres wydłużał mu się z roku na rok. Mantucci jednak operował zupełnie innymi horyzontami czasowymi – od trzydziestu lat piastował na uczelni funkcję kierownika Katedry Badań i Renowacji Sztuki, a swoje drzewo rodowe wywodził od bocznej linii książąt, którzy tę uczelnię w XV wieku założyli. Ja byłam asystentką bez koneksji, przyjechałam na studia z prowincji, a moje nazwisko nie wskazywało na arystokratyczne pochodzenie.

– Oczywiście, profesorze – przytaknęłam. – Moją uwagę zwróciło jednak coś innego. Proszę spojrzeć, to nie jest namalowane.

Mantucci założył okulary i zbliżył nos do malowidła.

– Może lupę? – zapytałam, starając się aby zabrzmiało to możliwie neutralnie. Profesor i tak zerknął na mnie z nienawiścią.

– Rzeczywiście – mruknął. – W przeciwieństwie do tła, nie widać śladów pędzla.

Co by o nim nie powiedzieć, miał dobre oko do technikaliów.

– Jest jakby zagłębione w otaczającej farbie – dodałam. – I wyraźnie metaliczne.

– Jak jakiś stempel – ciągnął Mantucci. – Może ktoś eksperymentował? To w końcu tylko nieukończony szkic na odwrocie innego obrazu. Prawdopodobnie wprawka czeladnika.

– Tak założyliśmy, kiedy profesor odkrył to malowidło…

 Gówno prawda – pomyślałam – sama uparłam się, żeby obejrzeć drugą stronę bocznego ołtarza w tamtym kościółku.

– … ale teraz mam wątpliwości. Niech pan spojrzy na tę twarz. Coś w sobie ma. Coś niezwykłego.

Stary zrobił trzy kroki do tyłu, zdjął okulary, zamrugał, założył drugą parę i pokiwał głową.

– Koleżanko Cieco, musi pani jeszcze sporo się nauczyć, żeby odróżnić dzieło prawdziwego mistrza od malunku początkującego ucznia.

 

* * *

 

– Mistrzu… – Głowę miał opuszczoną, a bosa stopa kręciła kółka w piasku przed progiem. – Jednak nie przyjdę do ciebie na naukę…

– Co się stało, Paolo? Nie chcesz już malować?

– Nie. To znaczy tak… Ojciec nie pozwoli. Mówi, że to grzech… – Podniósł na chwilę umorusaną twarz i pociągnął nosem. – Fra Gaetano kazał na rynku, powiedział, że nie godzi się oddawać czci bałwanom i krowom…

– Krowom?

– Czy cielcom… I czynić sobie obrazy. – Zerknął za moje plecy, do wnętrza pracowni. – Tak że ten, nie mogę. Pójdę na piekarza – westchnął, patrząc na swoje brudne dłonie.

– Może porozmawiam z twoim ojcem? – zapytałem.

Potrzebowałem ucznia.

– Nie, nie. Tak jest dobrze. Nie mogę. Nie powinienem tu w ogóle być. – Odwrócił się powoli.

– Paolo?

Zrobił dwa kroki przed siebie.

– Paolo! – zawołałem. – A ty co myślisz? To grzech malować?

Przyspieszył i zniknął za rogiem budynku.

Wróciłem do pracowni.

– A ty, mistrzu? Myślisz, że to grzech, co tutaj robimy? – zapytała Giulia.

Spojrzałem na obraz. Na jej twarz, twarz Madonny. Anioły już zniknęły, z winy Fra Gaetano.

– Nie mam modela dla Dzieciątka – zmieniłem temat. – Paolo miał przynieść swoją małą siostrzyczkę.

– Nie przejmuj się. – Giulia machnęła ręką. – Namalujesz coś z głowy. Uberto nie zwróci uwagi.

Oczywiście, książę zamówił wizerunek Madonny, nie Dzieciątka.

– Kiedy… – przełknąłem ślinę. – Kiedy książę planuje rozwiązać problem z Fra Gaetano?

Migdałowe oczy zwęziły się na moment, Giulia okryła się ściślej szatą.

– Uberto zajmuje się teraz ważniejszymi sprawami. Sprowadza uczonych do swojego uniwersytetu. Nie ma czasu na takie drobiazgi.

– To nie są drobiazgi! Słyszałaś, pani, o wczorajszych zamieszkach przy Wschodniej Bramie?

– Gwardia rozpędziła grupkę fanatyków…

– Kilkadziesiąt uzbrojonych osób, domagających się obalenia księcia. Udało im się ukryć w okolicznych domach, gwardia nikogo nie ujęła. To zaczyna się robić niebezpieczne.

Spojrzała na mnie, jakby dopiero teraz obudzona ze snu.

– Dla ciebie również, pani – dodałem.

– Daj spokój, mistrzu – zaśmiała się, o drgnienie serca zbyt szybko. Nie był to już ten dumny, książęcy śmiech, który skutecznie budował między nami dystans, tylko jego nerwowa, udawana namiastka. Niekontrolowana, a przez to bardziej ludzka. – Strach cię obleciał, jak tego usmarkanego chłopca?

– Boję się, że teraz samo aresztowanie kaznodziei nie wystarczy. Jego zwolennicy gotowi są przypuścić szturm na pałac. A gdyby coś się stało Fra Gaetano, tłum obwoła go męczennikiem.

Giulia pochyliła głowę jak Madonna z mojego obrazu. Wpatrywała się w trzymany w dłoniach tłumoczek, udający na czas pozowania Dzieciątko. Chciałem podejść, powiedzieć coś stosownego, żeby się nie martwiła, że ją ochronię, uratuję. Nie zdążyłem. Wyprostowała się. Znowu była dumną, kpiącą panią.

– Szkoda czasu – powiedziała. – Maluj, grzeszniku, maluj, póki jeszcze masz odwagę.

 

* * *

 

Mantucci nie zgodził się dać kasy na szczegółowe badania obrazu. Nie miałam pozycji, koneksji, nazwiska, ale miałam telefony do swoich byłych ze studiów.

Pierwszy, Gianluca, wciąż żywił jakieś nadzieje. Gapił się tym wzrokiem kopniętego nagle szczeniaka, który nie wie, co się stało, ale wierzy, że to tylko pomyłka. A minęło już sześć lat, zdążył całkiem nieźle się ustawić w prywatnej firmie. Pod wieloma względami to był niegłupi facet, miał tylko jedną zasadniczą słabość – zakochiwał się bez pamięci. A ja czułam się niekomfortowo jako obiekt kultu.

– Tu masz próbki farby. – Wyjmowałam z torby fiolki wyniesione w tajemnicy z Instytutu. – Te czarne płatki to zewnętrzna warstwa malunku. A tutaj na dnie zeskrobałam trochę takiej srebrnej. I błękitnej, z miejsca obok. Niedużo, ale powinno wystarczyć.

Szczebiotałam jak najęta, żeby wypełnić krępującą ciszę. Nie myślałam, że to spotkanie będzie dla mnie jakimś problemem.

– Możesz mi to… Hej, słyszysz, co mówię?! Możesz mi zbadać skład? A te czarne obejrzeć pod mikroskopem? Dziwne, że to się tak łuszczy.

– Co tam u ciebie, Rosa? – odważył się w końcu zapytać. – Jak sobie radzisz?

– Wiesz, jak to na uczelni. Hierarchia ściśle pionowa. Dobrze zrobiłeś, że poszedłeś na swoje – uśmiechnęłam się niepotrzebnie.

Odgarnął długie włosy za ucho i brnął dalej:

– A prywatnie? Wszystko dobrze?

– Tak, tak – skłamałam, żeby go dalej nie męczyć. Wiedziałam, że tak czy inaczej, zrobi mi te analizy.

Zostawiłam mu numer telefonu do Instytutu, ten sam, z którego dzwoniłam rano, i wyszłam, zanim zaczęło się robić naprawdę nieciekawie.

Dobrze pamiętałam nasze poprzednie spotkanie. „Miłość jest ślepa” – powiedział wtedy. „Bardzo śmieszne” – odparłam.

Z Fabio poszło dużo łatwiej. Byliśmy kwita – załatwił mi pracę na uczelni i pilnował, żebyśmy zbyt często nie wchodzili sobie w drogę. Co nie było łatwe, bo w międzyczasie został zastępcą Mantucciego.

– Rosa Cecio! – przywitał mnie z autentyczną radością, którą zaraz spróbował pokryć cynizmem. – Wpadasz tu zawsze jak kometa! Czyżby szykowały się jakieś nowe ruchy kadrowe?

– Wiedziałbyś o tym pierwszy – odparowałam.

Uściskał mnie serdecznie. Pachniał wciąż tymi samymi perfumami, ale sprawił sobie nowe, jeszcze modniejsze okulary. Przedstawiłam swoją prośbę, nie omieszkawszy zaznaczyć, że Mantucci nie wyraził na nią zgody.

– Na pewno chcesz prześwietlić od tej strony? – upewnił się, obracając w dłoniach przyniesioną przeze mnie deskę. – Przecież tu nie ma nic ciekawego.

Widzę, że stajesz się coraz bardziej podobny do Starego.

– Zaufaj mi. Wiem, co robię – odparłam.

Spojrzał na mnie z uśmiechem, którym uwodził kolejne pokolenia studentek ostatniego roku.

– W to nie wątpię, mała kokietko. Ale co ja z tego będę miał? – zapytał.

Skurczybyk, w ogóle nie siwiał. A może farbował włosy?

– Zrobisz na złość Mantucciemu, nie wystarczy?

– Naprawdę myślisz, że wbijanie szpili stojącemu nad grobem starcowi sprawia mi radość?

Wyraz jego twarzy nie pozostawiał wątpliwości, że tak właśnie było. Mantucci, pomimo wejścia w wiek emerytalny, trzymał się posady rękami i nogami, a senat, pomny zasług jego rodziny, co roku przedłużał mu warunkowo zatrudnienie. Fabio miał poważne szanse osiwieć przed objęciem schedy po starym.

Sięgnęłam po obraz. Cofnął się i schował go za plecami.

– Ale przyjdziesz odebrać te rentgeny osobiście? – zapytał.

Właściwie ze szpakowatymi włosami byłby jeszcze przystojniejszy.

 

* * *

 

Giulia nie pojawiła się następnego dnia w pracowni. Słyszałem dobiegający z ulicy gwar, ale nie wyglądałem przez okno. Oblicze i dłonie Madonny były prawie gotowe, wykorzystywałem wolny czas na kopiowanie postaci Dzieciątka ze starych kartonów. Migdałowe oczy z aprobatą przyglądały się efektom mojej pracy. Dotarło do mnie, że bardziej niż końca wizyt Giulii obawiam się rozstania z obrazem.

Po południu zachmurzyło się i jakby przycichło na zewnątrz. Przerwałem malowanie i wyszedłem, żeby zjeść coś w gospodzie. Za rogiem wpadłem na Paolo.

– Idzie burza, mistrzu! Straszna burza!

– Chyba nie boisz się piorunów?

– Nie rozumiesz, mistrzu. To będzie burza, która oczyści miasto!

Nie wiedzieć czemu, zdenerwowały mnie jego słowa.

– Rozum ci chyba odjęło od słuchania kazań tego fanatyka!

Paolo podłubał w nosie i spojrzał na mnie ze złośliwym uśmiechem.

– A ta ładna pani, co to ją mistrz malował, też była dzisiaj na rynku. Czekała na wielebnego po kazaniu i rozmawiali, a później odeszli razem.

Był naprawdę przerażony, gdy chwyciłem go za ramiona i zażądałem, by powtórzył to, co przed chwilą powiedział, a potem, by wskazał mi drogę do domu tego przeklętego kaznodziei.

– Prze-przecież każdy wie – jąkał się. – Na ko-końcu Via dei Carnefici, w tym małym domku koło Santa Maria degli Angeli. Tam znalazł gościnę na czas pobytu w naszym mieście…

Puściłem chłopca i pobiegłem w kierunku rynku. Minąłem dwie przecznice, zanim nadeszło opamiętanie. To, że Giulia w swojej szlachetnej naiwności próbowała przekonać Fra Gaetano, aby zaprzestał ataków na księcia, było sprawą oczywistą. Jeśli jednak zakonnik odważył się na jawną konfrontację z Uberto, jeżeli zwabił i uwięził jego faworytę, to znaczyło, że San Lorenzo rzeczywiście czeka burza. A sądząc po tym, co w ostatnich dniach słyszałem, wynik tego starcia i przyszłość miasta wcale nie były pewne.

Odwróciłem się. Paolo stał nadal między domami, koło mojej pracowni. Podszedłem do niego, przeprosiłem za wcześniejsze zachowanie i spokojnie przedstawiłem swoją prośbę. Kiwał głową, choć nadal patrzył na mnie jak na szaleńca.

Potem ruszyłem z powrotem. Szedłem moją ulicą, na której bawiłem się jako dziecko, bosymi stopami poznając każdy kamień, i modliłem się, żeby jednak nie było za późno. Szedłem przez moje miasto, między budynkami z cegły ciepłej i rumianej jak wypieczone bochny, mijałem moich sąsiadów i zastanawiałem się, kto z nich stanie po stronie dawnego porządku, a kto dał się oszukać opowieściom przybłędy. Wyszedłem na rynek, zanurzyłem się, może po raz ostatni, w tej czystej przestrzeni, spojrzałem na niebo, wciąż moje, choć zasnute chmurami. Przebiegłem wzrokiem po oknach Palazzo Ducale, z próżną nadzieją, że dojrzę gdzieś ślad obecności Giulii, dowód na bezzasadność moich obaw. A potem wszedłem w gardło Via dei Carnefici, ulicy szerokiej, ale dziś, w tym dziwnym świetle, przypominającej wąwóz.

Granice bruku, ścian domów i nieba zbiegały się w oddali, w liniach perspektywy. Czystą geometrię łamała wieża Santa Maria degli Angeli. Powietrze gęstniało, w miarę jak zbliżałem się do kościoła. Budynek, o którym wspominał Paolo, dawna plebania, później dom gościnny, stał w otoczeniu kilku marnych drzew tuż obok świątyni – zwykły, piętrowy, szary. Podszedłem bliżej. Żadnej straży, otwarte okno, cisza. Zajrzałem do wnętrza – proste sprzęty, resztki posiłku na stole. Dom nie wyglądał na kwaterę przywódcy buntu ani miejsce przetrzymywania cennego więźnia. Nagle cały ten pomysł z ratowaniem Giulii, ratowaniem miasta wydał mi się absurdalny. Zrozumiałem, że poniosła mnie wyobraźnia. Albo nawet gorzej – uczucie? Powiał wiatr. Na górze trzasnęła okiennica. Przez otwartą połowę okna widać było niespokojne światło świecy. Zapragnąłem w końcu zobaczyć z bliska człowieka, który prześladował moje myśli, ujrzeć go teraz, pozbawionego wyznawców, samotnego, zwykłego, bezbronnego. Wspiąłem się na drzewo i wychyliłem w kierunku okna na piętrze.

Fra Gaetano, bardziej zwykły i bezbronny, niż mógłbym to sobie wyobrazić, najwyraźniej obcował z jednym ze swoich aniołów. Anioł był płci żeńskiej i dosiadał, nagusieńki, umęczonego postami ciała świętego męża. Jej długie, jasne włosy kleiły się do spoconych pleców, a jędrne pośladki podskakiwały nad kościstymi biodrami zakonnika wesoło jak chlebowe ciasto mięszone w dzieży. Nigdzie nie widziałem ani śladu skrzydeł, ale Fra Gaetano zdawało się to nie przeszkadzać. Na pierwszym planie palce jego stóp prężyły się w ekstazie.

Byłem młodym malarzem. Znałem większość dziwek w San Lorenzo, ale tej, póki co, nie potrafiłem rozpoznać.

Błysnęło. Kobieta odwróciła głowę w stronę okna. Skuliłem się na gałęzi i zamrugałem, oślepiony. Odgarnęła włosy zasłaniające twarz. Zacząłem krzyczeć, jeszcze zanim wybrzmiało uderzenie gromu. Wrzeszczałem nadal, gdy pierwsze ciężkie krople deszczu opadły na miasto, a na ulicy zaroiło się od ludzi. Przestałem, dopiero gdy do pokoju na piętrze wtargnęli książęcy gwardziści i rozdzielili kochanków.

 

* * *

 

Byłam ciekawa, który z moich chłopaków odezwie się pierwszy.

Telefon w pracy zadzwonił już o ósmej trzydzieści.

– Słucham?

– Mantucci. – W tle słyszałam gwar rozmów i odgłosy samochodów.

– Tak, panie profesorze?

– Koleżanko Cieco, nie będę tolerował podobnej niesubordynacji…

Przełknęłam ślinę. Cholera, Fabio musiał mnie wydać.

– Bardzo się na pani zawiodłem – kontynuował głos w telefonie. – Nie wyobrażam sobie dalszej współpracy. Wyjeżdżam teraz do Rzymu, na konferencję. Będę w instytucie pojutrze. Kiedy wrócę, oczekuję na biurku podpisanej przez panią rezygnacji.

I tyle. Nie zdążyłam nic powiedzieć, zanim się rozłączył.

Cholera, cholera, cholera. Może mu jeszcze przejdzie?

Telefon zadzwonił kolejny raz. Szarpnęłam za słuchawkę.

– Tak, panie profesorze?

– Rosa? To ja, Gianluca…

– Luca, nie teraz… – westchnęłam. – Nie jestem w nastroju.

– Mam te analizy dla ciebie…

Musiał nad tym ślęczeć całą noc. Zawsze mi robił coś takiego – chciał dobrze, a w rezultacie czułam się winna.

– No dobra, tylko szybko, bo czekam na ważny telefon.

– Mógłbym przedzwonić na komórkę…

Tak, akurat. A potem znowu się zaczną te SMS-y.

– Dobra już, dawaj, co tam masz! – przerwałam jego mrzonki.

– To srebrne to czyściuteńki ołów – oznajmił tonem magika prezentującego udaną sztuczkę.

– Ołów? Skąd na obrazie ołów?

– Na przykład z bieli ołowianej. Bo błękitna farba, którą przyniosłaś to ultramaryna pomieszana z bielą.

– Ale jak można ten metal wydobyć z barwnika? – spytałam. – I to precyzyjnie, miejscowo, na powierzchni obrazu?

– Nie wiem. – Zastanowił się przez chwilę. – Trzeba by jakoś zredukować. Ale precyzyjnie? Może laserem. Albo bardzo wysoką temperaturą.

– Laserem, w renesansie? Co ty bredzisz?

– No nie wiem. Ale jeszcze ciekawsze jest to czarne. To nie jest farba.

– Tylko?

– Coś organicznego. Zwęglonego, ale o zachowanej strukturze. Jakby skóra.

– Pergamin? – podpowiedziałam.

– Możliwe. Bardzo delikatny, wyraźnie złożony z trzech różnych warstw.

– Jakiś rodzaj welinu?

– Nie. Nie wiem. Nigdy czegoś takiego nie widziałem… – Chwila zastanowienia i dodał wyraźnie błagalnie: – Przyjdziesz sama zobaczyć?

– Dobra, Luca. Odezwę się, kiedy tylko trochę ogarnę sytuację w pracy.

Siedziałam tak jeszcze pół godziny, wpatrzona w telefon. Mantucciemu nie przechodziło. Zastanawiałam się, czy sama nie powinnam zadzwonić, ale uznałam, że lepiej dać mu jeszcze trochę czasu. W końcu zebrałam siły i poszłam do Fabio, powyrywać mu nogi z dupy.

Siedział w swoim fotelu, z butami na biurku. Podeszwy miał czyste, jakby w ogóle ich nie używał do chodzenia.

– Rosa, Rosa… – Ze smutkiem pokiwał głową. – Zawsze taka sprytna, taka ostrożna. W coś ty się wpakowała, dziewczyno?

– Musiałeś mu wszystko wypaplać? – warknęłam. – Mieliśmy układ!

– Wpadł tutaj rano, kiedy przenosiłem tę twoją deskę do szafy. Wyszarpał mi ją, jakby to była najcenniejsza rzecz w instytucie. Był naprawdę wkurzony. Groził mi zwolnieniem. Uspokoił się, dopiero gdy usłyszał o prześwietleniach. Rzucił okiem na klisze, zabrał je ze sobą i wybiegł bez słowa.

Nie miałam powodu mu nie wierzyć. Teraz, gdy prawie wyleciałam, czemu miałby mnie okłamywać?

– Ja sobie poradzę – dodał. – Mam swój dorobek, poza tym jestem jedynym wychowanym przez niego następcą. Ale ciebie będzie trudno uratować.

– Masz kopie tych rentgenów? – zapytałam.

– Wysłałem ci mailem. Nic tam ciekawego nie widać.

 

* * *

 

Przez zakratowane okienko pod sufitem widziałem cieśli wznoszących podest na rynku. I umorusaną twarz Paolo na pierwszym planie.

– Zdążyłeś zrobić, o co cię prosiłem?

Chłopiec pokiwał głową. Przyjrzałem mu się uważniej, na ile pozwalało padające zza jego pleców światło. Chyba jednak deszcz, jest już duży, nie powinien płakać z byle powodu.

– No to zmykaj, lepiej, żeby cię tu nie widzieli.

Odwrócił się i chciał odejść, ale zawahał się na moment, tak jak wtedy, przed drzwiami pracowni.

– Paolo! – zawołałem.

– Tak, mistrzu?

– To dobra deska. Kiedy ukończysz naukę, możesz namalować swój obraz na jej odwrocie. Powinna zawisnąć w kościele.

Uśmiechnął się, uniósł rękę na pożegnanie i odszedł. Konstrukcja na placu była prawie gotowa.

Usiadłem pod ścianą i rozejrzałem się po celi. Trzeba przyznać, że książę dbał o swoich więźniów – podłoga, lekko tylko wilgotna po burzy, zasłana była czystą słomą, w kącie stał dzban ze świeżą wodą i, przede wszystkim, nie mogłem narzekać na tłok. Byłem sam.

Żołnierze, którzy po mnie przyszli, śmierdzieli jeszcze winem. Najwyraźniej, po stłumieniu nocnych zamieszek, świętowali cały kolejny dzień. Na korytarzu minęliśmy wleczonego przez innych strażników Fra Gaetano – teraz, po przesłuchaniu, wyglądał jak prawdziwy męczennik. Nie sądzę, aby mnie poznał, ale podniósł głowę i wystękał:

– Nierządnica, nierządnica mnie zwiodła! Rzucam klątwę na władcę tego Babilonu i na jego potomków!

Jeden z żołnierzy podstawił mu nogę. Patrzyli ze śmiechem, kiedy upadł na podłogę i nie mógł się podnieść. Podałem mu rękę. Kiedyś, zanim go zobaczyłem, przerażał mnie. Później śmieszył. Teraz, z bliska, wydał mi się zwyczajny.

Podniósł się z trudem.

– Przeklinam ich wszystkich – wyszeptał. – A ciebie i twoje dzieci błogosławię – dodał.

Nie wiedziałem, czy jeszcze kiedyś będę miał syna lub córkę. Książęce lochy nie były miejscem na snucie takich rozważań. Ale byłem ciekaw, czy kiedy się to wszystko skończy, dzieci moje, albo księcia, albo jakieś inne dzieci obwołają tego człowieka świętym.

Książę Uberto Mantucci nie sprawiał wcale wrażenia dotkniętego klątwą. Gdy żołnierze wprowadzili mnie do jego gabinetu odwrócił się od okna i spojrzał na mnie wyłupiastymi oczyma spod gęstych, krzaczastych brwi. Po dłuższej chwili, kiwając smutno głową, odezwał się wreszcie:

– Coś ty narobił, malarzu? Słusznie mówią, że w twoim fachu język jest zbędnym dodatkiem.

– Co się stało z panią Giulią? – zapytałem, chociaż słyszałem już wszystko od żołnierzy.

Książę machnął ręką.

– Siedzi w celi obok tego jurnego mnicha. Na razie musiałem ich rozdzielić, ale jutro spłoną obok siebie na stosie.

Przełknąłem ślinę.

– Nie możesz jej, panie, przebaczyć?

Spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Wpadające przez okno światło dziwnie załamywało się na jego twarzy.

– Ale czemu? Taki był nasz plan. Miała go uwieść, a potem oskarżyć o napaść. Może trochę przesadziła z zaangażowaniem, choć gdyby nie ty, mogła jeszcze z tego wyjść cało.

– Książę o wszystkim wiedział? – zapytałem.

– To był pomysł Giulii – wyjaśnił. – Słusznie zauważyła, że Gaetano nie wystarczy usunąć, ale trzeba też skompromitować.

– Ale przecież książę i ona… Byliście…

Doskoczył do mnie nagle i złapał za kołnierz.

– Posłuchaj, głupcze, żeby utrzymać miasto w ryzach, trzeba zapomnieć o swoich słabościach! – Jego ręce drżały. – Ten kaznodzieja sprawił, że lud zapragnął błękitnej krwi. Nie zadowolą się ofiarą ze swego przywódcy, chcą czegoś więcej. A tylko Giulia nie ma tu nikogo, kto by się za nią wstawił.

Puścił moją koszulę, poklepał mnie po ramionach i wytarł dłonie o spodnie.

– Wiesz, jak ją poznałem? – kontynuował zupełnie innym tonem. – To romantyczna historia, powinna ci się spodobać. Znalazłem ją w lesie, podczas nocnej przejażdżki. Siedziała na polanie, jakby spadła z księżyca. Anioł, nie kobieta, prawda?

Uśmiechał się zupełnie szczerze. Pomyślałem, że książę nie musi się obawiać klątwy, bo już jest szalony.

– A jak twój obraz? – zapytał po chwili.

– Nie zdążyłem go ukończyć.

– Może to i dobrze… Wiesz, posłałem ludzi do twojej pracowni. Najwyraźniej została splądrowana podczas nocnych zamieszek. Nie znaleźli tego wizerunku.

– Szkoda.

– Szkoda. – Patrzył teraz w okno. – Chociaż z drugiej strony… chyba tylko my dwaj w całym mieście mogliśmy zobaczyć w niej Madonnę.

– Zrobiła to z miłości – powiedziałem. Do niego i do siebie.

– O tak, z pewnością. – Książę poważnie pokiwał głową. – W końcu nic innego nie potrafiła.

Nie wytrzymałem, choć wiedziałem, co ryzykuję.

– Nie boisz się, książę, tak ze mną o tym rozmawiać?

Wzruszył tylko ramionami.

– Zostaniesz przecież wygnany – odpowiedział. Po czym dodał, jakby to było coś oczywistego: – A wcześniej każę ci obciąć język.

– Malarz nie potrzebuje języka – odparłem buńczucznie.

Spojrzał na mnie, zmrużył oczy i przechylił głowę.

– Masz rację.

Zadrżałem. Odwrócił się, splótł dłonie za plecami i pomaszerował w głąb komnaty.

– Jestem władcą surowym, ale sprawiedliwym – kontynuował, ciągle obrócony tyłem. – W sumie dobrze mi się przysłużyłeś. Możesz mieć jedną prośbę. W granicach rozsądku – podkreślił.

– Chciałbym zanim… zanim opuszczę miasto jeszcze raz spotkać się z Giulią.

Nie wiem, co z niego był za człowiek, że się na to zgodził.

 

* * *

 

Byłam spalona.

Po raz kolejny przeglądałam pliki od Fabio i klęłam na czym świat stoi. Miałam nosa, prześwietlenia wykazały, że odkryty przeze mnie na obrazie latający spodek nie był jedyny – pod wierzchnią powłoką farby, na lewo od głowy Madonny, unosiło się drugie UFO. Tworzyły razem symetryczną parę, jak dwoje wpatrujących się we mnie oczu. Ale nie to było najbardziej niezwykłe. Głębiej, promienie rentgenowskie ujawniły jeszcze jedną, najstarszą warstwę tła. Zanim na obrazie pojawiły się tajemnicze, lewitujące dyski, ich miejsce na niebie zajmowały dwa anioły. Normalne, bezpłciowe, długowłose, w koszulach po kostki. Moje metaliczne spodki były jak pieczęcie przygniatające te skrzydlate istoty do powierzchni deski.

Jaka historia kryła się za tymi warstwami obrazu? Wyrazem jakiego zwątpienia, a może przeciwnie, religijnego czy artystycznego olśnienia, były te niezwykłe przemalowania? Kim był ich autor, człowiek może niespecjalnego talentu, ale wyraźnie targany emocjami, odrzucający tradycję, rozpaczliwie próbujący utrwalić swoją wizję?

Miałam świadomość, że nigdy nie poznam odpowiedzi. Ale dobrze wiedziałam, że rozważania na podobne tematy mogły stać się kanwą kilku doktoratów i podstawą przynajmniej jednej profesury. A odpowiednio sprzedane mediom, czyniły z odkrywcy obrazu naukowego celebrytę.

Wiedziałam też, czemu Mantucci tak nagle wyjechał wczoraj na konferencję i co zamierzał tam pokazać wszystkim zgromadzonym. I wiedziałam, że mogę się już pakować.

Miałam niezwykły skarb na wyciągnięcie ręki i nie zdołałam po niego sięgnąć. Zawsze potrafiłam okręcać sobie facetów wokół małego palca, a nie poradziłam sobie z tym starym dziadem. Zamiast go podejść, wziąć pod włos, zawrzeć spółkę, zachciało mi się samotnej szarży. I wszystko przegrałam.

Byłam spalona.

Odsunęłam się od ekranu komputera. Przez chwilę widziałam swoje szare odbicie w szkle monitora. Dwa latające dyski rzutowały się na wysokości moich oczu, nadając twarzy przerażający wygląd. Zamknęłam plik ze zdjęciem i wyłączyłam system. Zaczęłam wyciągać rzeczy z szuflad do przyniesionego pudła.

Zadzwonił telefon. Pewnie mój ostatni w tej pracy.

– Rosa? Nie przyszłaś…

To tylko ten nudziarz, Gianluca.

– Jesteś tam? – upewnił się. – Myślałem o tej zwęglonej skórze z twojego obrazu. Przeglądałem atlasy anatomiczne w internecie i chyba wiem, co to jest.

– Co?

– Spalona powieka!

Poczułam nagle groteskowość całej sytuacji. Wolną ręką zgarnęłam papiery z biurka do kosza.

– Wiesz co, Luca? Dam ci telefon do mojego szefa, on z przyjemnością wysłucha twoich teorii!

Odłożyłam słuchawkę i spojrzałam jeszcze raz na ekran. Odbijał tylko moją rozgniewaną twarz.

Dźwignęłam pudło z gratami, nogą pchnęłam otwartą szufladę.

– Ej, dokąd się wybierasz?

W pierwszej chwili pomyślałam, że głos dobiega od strony komputera. Odłożyłam karton na biurko. Przede mną stał Fabio i szczerzył zęby, równie białe jak jego wełniany golf. Musiał czaić się przed drzwiami i czekać, aż skończę rozmawiać. Innymi słowy – podsłuchiwał.

– Idę poszukać pracy, w której będę mogła komuś zaufać – odparłam.

– Czekaj, czekaj. Nie słyszałaś najnowszych wieści?

– To ty tutaj jesteś od roznoszenia plotek.

Musiał mieć w zanadrzu coś naprawdę mocnego, skoro pofatygował się do mnie osobiście.

– Mantucciego wsadzili do czubków. W Rzymie.

Zrozumiałam, skąd ten drapieżny uśmiech.

– Wtargnął na mównicę po zakończonej sesji, z tą twoją czarną deską i pustymi kliszami rentgenowskimi i zaczął opowiadać jakieś herezje o aniołach i latających spodkach. Rozumiesz, pełna sala, goście z zagranicy, minister, a on jeździ wskaźnikiem laserowym po slajdzie, na którym nic nie ma i z przejęciem relacjonuje jakieś swoje omamy! – Fabio rozkoszował się wizją, która stanowiła spełnienie jego najskrytszych marzeń. – Już się z tego nie wykręci!

Stałam jak wmurowana. Nic z tego nie rozumiałam, poza tym że po raz kolejny w życiu uśmiechnęło się do mnie szczęście. Fabio chyba źle zrozumiał moją reakcję, bo podszedł i położył mi rękę na ramieniu.

– On musiał kiedyś zwariować. – Jego głos był pełen udawanego współczucia, ale oczy błyszczały satysfakcją. – Od czasów księcia Uberto Szalonego wszyscy członkowie rodziny Mantucci mieli nierówno pod sufitem. Wiesz, ten chów wsobny u arystokratów…

Odpowiedziałam uśmiechem, co potraktował jako wspólnictwo w podziale łupów.

– I co powiesz na rolę faworyty nowego szefa katedry? – spróbował chwycić mnie w pasie.

Ze śmiechem wyśliznęłam się z jego objęć.

– Kobiety w naszej rodzinie zawsze jakoś same sobie radziły!

Ale mrugnęłam przy tym do niego. Bo, jak powtarzała mama, w świecie, w którym los i sprawiedliwość są ślepe, miłość nie musi być taka sama.

 

* * *

 

Najpierw obcięli mi język. Potem, gdy już nie mogłem odwołać swoich butnych słów, o tym czego nie potrzebuje malarz, wypalili mi oczy.

Rzucili mnie jak szmatę w kąt lochu, a pusta głowa pulsowała czarnym ogniem.

Leżałem tam i czekałem, łykając gęstą krew. Choć było już po wszystkim, wciąż widziałem końce rozżarzonych prętów, dwa piętna gorejące w całkowitej ciemności. Mrugały wszystkimi barwami tęczy, jak oczy aniołów zazdrosnych o to, co zobaczyłem. Czas jednak płynął nadal. Stopniowo, choć nie wiem, jak długo to trwało, ich ognie wygasały, stygły, krzepły, a między nimi, gdzieś w środku czaszki, zaczęła rysować się znajoma sylwetka. Pochylona głowa, wysokie czoło, aureola, wszystko takie, jak namalowałem. Wilgotne kamienie chłodziły moje ciało, a obraz nabierał mocy i ostrości. Pieściłem go swoją ciemnością, okrywałem jej kolejnymi warstwami, chroniłem przed tymi zimnymi oczyma, które chciały go zabrać, aż zatopiłem na wieki w czarnej, zwęglonej skorupie.

Ukryłem ją tylko dla siebie. I dla księcia.

Tylko my dwaj w całym mieście mogliśmy zobaczyć w niej Madonnę.

Miałem nadzieję, że ten wizerunek będzie go prześladował co najmniej do końca życia.

Gdy przyszli znowu, mój obraz był już skończony. Dźwignęli mnie pod pachy i powlekli korytarzem.

– Macie czas do świtu! Potem wypieprzasz z miasta! – warknął jeden z gwardzistów. Pomimo skrzepów krwi w gardle i w nosie, wyczuwałem smród sfermentowanego wina.

Wepchnęli mnie przez wąskie przejście. Upadłem.

– Gdybyś nie dawał rady bez języka, zapukaj. Pomożemy! – zarechotał drugi strażnik.

Drzwi z tyłu zatrzasnęły się. Leżałem, drżąc z zimna, w ciemności, ciszy i bólu, ale całym ciałem czułem jej obecność.

Przyszła sama, tak po prostu, o nic nie pytając.

Nie mogłem mówić, nie widziałem. Został nam tylko dotyk. I jej szept. Tej ostatniej nocy znaleźliśmy też czas, by opowiedziała o sobie. Ja tylko kiwałem głową. Nie płakała, tuląc się do mojego kalekiego ciała. Miałem gorączkę, a jej naga, gładka skóra była przyjemnie chłodna. Nazywała mnie Cieco – swoim ślepcem.

Powinienem ją pocieszać, a to ona mnie pocieszyła. Nie wspominała o tym, co stanie się jutro. Raz tylko powiedziała:

– Cieco, Cieco, jaka szkoda, że byliśmy z innych światów.

Obcięli jej włosy, były teraz krótkie jak moje.

Tej nocy nie była już Madonną. Była prawdziwą kobietą. Moja Madonna, ukryta, bezpieczna, leżała gdzieś na strychu w domu Paolo.

 

Gdy się obudziłem, byłem w celi sam, bez ubrania. Giulia zniknęła. W kącie znalazłem zwinięte w kłębek jej suknie. Okryłem się nimi przed porannym chłodem. Gwardziści, którzy wtargnęli do środka, zorientowali się w sytuacji, dopiero gdy opuściłem szaty i odsłoniłem swoją nagość. Przeklinali tylko przez chwilę, szukając między sobą winnego. Potem poszli po rozum do głowy – ubrali mnie w suknie Giulii, napchali siana do gorsetu, związali ręce i nałożyli na głowę worek. Wiedzieli, że nie będę krzyczeć. Wyprowadzili mnie po schodach na górę, na rynek, na podest, między wzburzone tłumy. Nie potrzebowałem oczu, żeby wiedzieć dokąd zmierzamy. Szedłem nad nimi wszystkimi, a oni zadzierali głowy i widzieli tylko to, co chcieli zobaczyć.

Koniec

Komentarze

Pierwszy. :) Później zrobię edytkę. Zawsze chciałem być pierwszy, ale mi się nie udawało.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Jak zwykle czarujesz słowem, Coboldzie!

Nie ma się do czego przyczepić :P.

Nie wszystko co prawda zrozumiałem – Giulia była czymś w rodzaju “progresorki”, bo po co wtrącałaby się w ziemską politykę? “Zwykli” obcy raczej obserwowaliby, niż ingerowali. Tak mi się zdaje przynajmniej.

Nie zrozumiałem też, jak Rosa może się nazywać Cieco, skoro malarz umarł bezpotomnie (chyba)?

A wydało mi się, że opisałeś ładną klamerkę: Uberto Szalony-profesor Mantucci oraz malarz-badaczka. Tylko to ostatnie pokrewieństwo mi się nie domyka.

W każdym razie – wszelkie moje czytelnicze zawahania składam na karb zgrzybiałości i nieszczęsnego czytania z monitora.

 

A ogólnie – piękne!!!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Czyta się, znaczy nieźle napisane, historia może być, tylko jakby tego UFO mało. Brzytwę jakby zastosować to nawet niewiele do zeskrobania by było ;)

Staruchu – dobrze kombinujesz.

Najważniejsze, żeby matka przeżyła.

Czyli sugerujesz, że człowiek, któremu właśnie odcięli język i wypalili oczy, jest jeszcze zdolny do, hm, przekazania materiału genetycznego? Tutaj wolałbym, żebyś pokazał to bardziej “kawa na ławę”, bo ja to raczej małolotny jestem ;).

No i rodzi to kolejne pytania o Giulię i jej rolę w naszym świecie.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

On natchniony i młody był, Staruchu. A ona kosmicznie atrakcyjna.

Chociaż, testów na ojcostwo w jej przypadku bym nie ryzykował.

laughyes

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

A przy tym nazwisko pasuje do wszystkich potencjalnych tatusiów.

Przewrotny i perfidny jesteś , Coboldzie ;).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Styl bardzo ładny, lektura przyjemna, mimo że malarza losy tragiczne. Oryginale podejście do ufo, choć mocno zbija czytelnika z tropu – bo jak to, ufo? No tak, nawet pod koniec zidentyfikowane. 

Ale powiązanie malarza z… to tak ukryłeś, że nich Cię. Nie dziwię się, że Mantucci zwariował. :)

 

 

ed:

– Na pewno chcesz prześwietlić od tej strony? – upewnił się, obracając w dłoniach przyniesioną przez mnie deskę. – Przecież tu nie ma nic ciekawego.

 

 

Coboldzie, jestem bezbronny wobec Twojego pisania. Pal licho historię (ciekawą i dobrze opowiedzianą), pal licho drugie dno (drzewo genealogiczne współczesnej bohaterki pal), pal na stosie malarza przebranego za kobietę. A pal co chcesz, bo sama warstwa językowa jest świetna. Opisy, dialogi, didascalia itd. itd. Można by czytać dla samego przyjemnego czytania i zastanawiać się, czemu moje dialogi i didascalia ograniczają się do kilku utartych zwrotów a nie do całej gamy doznań prezentowanej przez coboldzie pióro.

No. Co tu dużo mówić. Nie mam się gdzie przyczepić. Podobało się. A czytałem z zamiarem przyczepienia się do czegoś. No i, psia mać, nie znalazłem. Niczego.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Coboldzie, niezwykle malowniczo opisałeś wydarzenia sprzed wieków, a przeplótłszy je z historią dziejąca się współcześnie stworzyłeś opowieść szalenie zajmującą, wręcz, moim zdaniem,  fascynującą. A ponieważ w obu rzeczywistościach działy się sprawy tyczące, jak się okazało, życia i śmierci, tudzież bycia i niebycia zawodowego, co czasem wychodzi na to samo, zdołałeś utrzymać napięcie, które towarzyszyło mi aż do ostatniego słowa i kropki po nim następującej.

Nie dziwota, Coboldzie, że zainspirował Cię wskazany obraz, bo UFO na nim jest jak żywe i chyba tylko ślepy tego nie dostrzeże, a Ty zgrzeszyłbyś, gdybyś tej okoliczności nie wykorzystał.

Bardzo podoba mi się też podjęcie motywu rzucenia klątwy przez Fra Gaetano, skazanego na stos, bo mając w pamięci słowa, które ze stosu wypowiedział Jakuba de Molay, wiem że mają one niezwykłą moc sprawczą.

Cóż jeszcze mogłabym dodać… Chyba tylko to, że lektura opowiadania, które nie rozprasza mnie usterkami, jest prawdziwą przyjemnością. ;D

 

– … ale teraz mam wąt­pli­wo­ści. –> Zbędna spacja po wielokropku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dobry tekst. Zgrabnie posplatana historia. Podoba mi się, w jaki sposób najpierw zarysowałeś, a potem stopniowo odsłaniałeś powiązania.

Też miałam wątpliwości co do dzieci spłodzonych przez narratora. No i jemu coś błogosławieństwo farta nie przyniosło…

Jednak masz słabość do znanych nazwisk. ;-)

Babska logika rządzi!

Dzięki!

Blackburn – bałem się o to ufo, bo choć inspiracja była taka jak napisałem, potem opowiadanie poszło swoją drogą.

Mytriksie – jeżeli to może Ci jakoś pomóc, ja to robię tak: w jeden dzień piszę suche dialogi, a w kolejny wyobrażam sobie do nich scenę jak w filmie i opisuję to co widzę.

Reg – poddaję się. Ja już wyszukuję w Wordzie zabłąkanych spacji przed kropkami, ale na te po wielokropku jeszcze nie wpadłem!

Finkla – fajnie, że zgrabnie, bo to miało być między innymi ćwiczenie z przeplatanej narracji.

#coboldoweporady dzięki, skorzystam, wypróbuję.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Jesteś tam? – upewnił się. – Myślałem o tej zwęglonej skórze z twojego obrazu. Przeglądałem atlasy anatomiczne w internecie i chyba wiem, co to jest.

– Co?

– Spalona powieka!

Czy to można rozpoznać na podstawie atlasów anatomicznych w internecie?

I skąd się tam ta skóra wzięła?

I would prefer not to.

Wybranietz, wszyscy chcieli o to zapytać, ale każdy się bał, że czegoś nie zrozumiał.

 

Ma to pewnie związek z wypaleniem oczu malarza.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Ostatniego dnia Paolo przyniósł mistrzowi obraz i facet coś po omacku kombinował…

Babska logika rządzi!

Czy to można rozpoznać na podstawie atlasów anatomicznych w internecie?

"Rozpoznać" to nie jest dobre słowo, ale przeglądając takie atlasy można wpaść na dziwne pomysły…

 

I skąd się tam ta skóra wzięła?

Ale że akurat Ty, Wybranietz, zadajesz takie pytanie?

Nie wiem czy odpowiedź: “została utkana z rojeń okaleczonego artysty” jest satysfakcjonująca, ale zwracam uwagę na tag “Inne” przy opowiadaniu.

 

Zdaje się, że skóra na powiekach jest wyjątkowo cienka, więc jakoś tam rozpoznawalna. Ale że po spaleniu też…

Babska logika rządzi!

Ostatniego dnia Paolo przyniósł mistrzowi obraz i facet coś po omacku kombinował…

No nie – obraz schowano wcześniej, facet po omacku to kombinował już inne rzeczy ;>

 

Ale że akurat Ty, Wybranietz, zadajesz takie pytanie?

przepraszam ;_;

mało bystra jestem.

 

 

I would prefer not to.

Fakt, że to jest niewyraźnie napisane, można różnie interpretować:

Pochylona głowa, wysokie czoło, aureola, wszystko takie, jak namalowałem. Wilgotne kamienie chłodziły moje ciało, a obraz nabierał mocy i ostrości. Pieściłem go swoją ciemnością, okrywałem jej kolejnymi warstwami, chroniłem przed tymi zimnymi oczyma, które chciały go zabrać, aż zatopiłem na wieki w czarnej, zwęglonej skorupie.

Babska logika rządzi!

Zdaje się, że skóra na powiekach jest wyjątkowo cienka, więc jakoś tam rozpoznawalna.

to też, ale chodziło mi głównie o tę cechę:

Bardzo delikatny, wyraźnie złożony z trzech różnych warstw.

Klik teraz, komentarz po pracy.

Po przeczytaniu spalić monitor.

w stronę sztalugi

Sztalug (to są te sztalugi).

 nie zawsze przedstawiali anioły jako byty antropomorficzne

Dygresja – bo anioły nie są antropomorficzne. Panienka ze skrzydełkami to tylko symbol.

 przekomarzać

Przekomarzanie jest nie na serio, zawadza o flirt – chyba nie o to Ci chodzi. Użerać?

 ten wspomniany okres

Nadmiar. Albo ten, albo wspomniany.

 udawany odpowiednik

Chyba raczej imitacja, albo namiastka, niż odpowiednik.

 Pachniał wciąż tymi samymi perfumami

Facet bardziej wodą kolońską, ale chyba próbujesz go pokazać jako "metro", więc może być.

 Albo bardzo wysoką temperaturą.

To chyba nie wystarczy, przydałby się jakiś reduktor, żeby dodać elektronów. (Ha, ha, tajemnica!)

 Uspokoił się, dopiero gdy

Uspokoił się dopiero, gdy.

 spodek nie był osamotniony

Byłby osamotniony tylko, gdyby ten drugi sobie poleciał. Nie był samotny, albo jedyny.

 Tworzyły razem symetryczną parę

Nie mogły tworzyć pary osobno.

 rzutowały się na wysokości moich oczu

No, nie wiem.

 gdzie się wybierasz?

Dokąd.

 poza tym że

Poza tym, że.

 Od czasów księcia Uberto Szalonego

Called it!

widzieli tylko to, co chcieli zobaczyć.

I mocny akcent na koniec.

 

Ładne, spójne – wątki zgrabnie się łączą, paralele elegancko wychodzą na jaw. Nastrojowe.

 Chociaż, testów na ojcostwo w jej przypadku bym nie ryzykował.

Niekoniecznie musi to być jego potomstwo, w końcu Giulia spała jeszcze z co najmniej dwoma facetami…

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

O, na tym filmiku to ja, wykapany!

 

Dzięki za łapankę, zgadzam się w ok 50% ;)

 

co do sztalug – http://www.wsjp.pl/index.php?id_hasla=72132&ind=0&w_szukaj=sztaluga

 

nie zgodzę się także w kwestii zmiany przecinka w połączeniu wyrazowym “poza tym że” –

można tak:

Nic z tego nie rozumiałam, poza tym że

i można tak:

Nic z tego nie rozumiałam poza tym, że

a zależy to od ulokowania przerwy oddechowej i akcentu logicznego.

 

Podobnie jest z “dopiero gdy”.

co do sztalug – http://www.wsjp.pl/index.php?id_hasla=72132&ind=0&w_szukaj=sztaluga

… alealeale… zawsze było pluralis tantum! Dziwny jest ten świat.

 

W kwestii przecinków – no, właśnie, od akcentu logicznego:

Nic z tego nie rozumiałam, poza tym że

jakoś dziwnie oddziela rozumienie od tego, co rozumiane – ale może to moja idiosynkrazja?

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Czy jest na sali Reg?

Tak?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No wiesz, przecinki…

W przecinkach nie czuję się na tyle silna, by wyrokować, ale jeśli chodzi o te, które nie podobają się Tarninie, to nie wydaje mi się, Coboldzie, abyś popełnił błąd.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Potrzebny jest przecinkowy guru, mieszkający na szczycie wysokiej góry. Co pakujemy?

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Jeśli wyprawa na szczyt wysokiej góry zapewni mi wreszcie przecinkowe oświecenie, to idę!

Obie wersje poprawne, więc postawienie akcentu zostawiłbym autorowi. Najwyżej później będzie dyskutował z redaktorem/korektorem ;)

A przy okazji:

Jak się okazało(+,) właściwym tłem dla ich figur było pokryte chmurami niebo i fragment górzystego krajobrazu.

 

Skoro już jestem, to zostawię pełną opinię. 

Znów jakieś podejście do tematów symetrii, dualizmu. Podobało mi się, ale nie zachwyciło. 

Mam problem z Twoimi początkami – mało mnie chwytają. Tutaj dodatkowo zwróciłem uwagę, na co innego: w pierwszym fragmencie rozumiem, co się dzieje, ale mam duże trudności, by wyobrazić sobie wszystko, co opisujesz. A w opowiadaniu o obrazie aż chciałoby się, by autor malował w głowie czytelnika. 

Pierwszy przeskok akcji zaskoczył, ale ostatecznie można się było w tych dwóch fabularnych torach odnaleźć. Wykorzystałeś parę fajnych sztuczek przy takiej narracji (”byłam spalona”, migdałowe oczy itd.). No i właściwie to przeplatanie wyszło Ci tu najlepiej. Sam jednak nazwałeś to “ćwiczeniem”, co w pewien sposób pokrywa się z moimi odczuciami – kiedy dotarłem do ostatniej linijki, byłem zdziwiony, że to już. Historia się skończyła, a ja zostałem z taką dziwną pustką w głowie. Potem w pustce uformowało się coś na kształt pytania “i co z tego?”. Cofnąłem się, połączyłem parę faktów, dostrzegłem powiązania, ale dalej nie czułem, że coś z tego wynika. Mam wrażenie, że przeczytałem wydmuszkę. 

To bardzo subiektywne odczucie. Nie chcę tutaj wysuwać herezji, że każde opowiadanie powinno coś przekazywać, mieć przesłanie, myśl przewodnią, ideę, morał, jak zwał, tak zwał. Ale śmiało zaryzykuję tezę, że opowiadanie nie powinno zostawiać z tak dużym niedosytem. 

Inny, poważniejszy zarzut: czy “Madonna z UFO” przetrwałaby brzytwę Lema? Wiesz, że ja nie z tych, którzy potrzebują solidnie zakorzenionej, zrozumiałej fantastyki. Ale tutaj ten element fantastyczny gdzieś mi umykał. Więcej go zresztą było pod koniec, przez co zdał się niemal doklejony na siłę. Nawet jeśli fantastyka brzytwie by się oparła, nie pomoże to faktowi, że element fantastyczny mnie tutaj nie rusza. 

Postaci wyszły w porządku, choć szału nie ma. Zainteresowałem się ich losem, trochę nawet polubiłem, ale nie zapadną mi w głowę na dłużej. 

Fajny jest tytuł, fajny pomysł na nietypowe UFO, fajnie się czyta – niestety, to za mało na piórko. 

Doceniam jednak przejrzystość tego opowiadania. Jest zrozumiałe nawet dla malarskiego laika. Trochę przypomina tym teksty Wybranietz, w których wykorzystywała jakąś dziedzinę nauki. 

Myślę, że przydał Ci się ten eksperyment, wyjście ze strefy komfortu. Zanim wrócisz “do siebie”, weź coś z tych nowych rejonów. 

Przywołajcie Piotra Tomilicza, o przecinku rozsądzi. Ale dawno go nie widziałem na portalu. A tak to pozostaje napisać do poradni językowej :D

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Opowiadanie dobrze się czyta. Mnie osobiście najbardziej ujął realistyczny opis środowiska naukowców. Tekst wzbudza emocje i ma ciekawą konstrukcję. Podobała mi się narracja rozbita na dwie osoby i splecenie dwóch epok w całość. Duży plus za sposób opisu badań nad obrazem, zrozumiały dla czytelnika.

Cobold ma taki styl, że ukrywa szczególiki w tekście, niczym malarz w obrazie. Po przeczytaniu pojawia się w pierwszej chwili: ale o co chodzi? Chwilka przyjrzenia się, może powrócenia do niektórych fragmentów i wszystko się układa. Przy takim podejściu niestety istnieje ryzyko, że mimo wszystko coś umknie czytelnikowi – gdy nie widzi komentarzy w wydaniu papierowym. 

 

Edek: o masz, poprawiłem 

I tu się rodzi zasadnicze pytanie: czy to styl, czy już denerwująca maniera?

W każdym bądź razie, rok 2019 przeznaczam na zmianę tej konwencji.

To styl. To dobry styl. Nie trać go. Niektórzy próbują, próbują i ciągle im nie wychodzi.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Językowo to ja się chyba szybko nie zmienię, chodzi bardziej o strukturę – te puzzle, rebusy i przede wszystkim symetria – tego na razie wystarczy. Chciałbym teraz pójść w stronę opowieści jednowątkowych, z narastaniem klimatu, bardziej sensualnych niż intelektualnych.

A w tym opowiadaniu walczyłem, jak mogłem, żeby Czytelnik nie musiał korzystać z Google. Przecież kusiło, żeby rzecz się działa we Florencji, za czasów Savonaroli i Lorenzo Il Magnifico. Ale zagryzłem zęby i wymyśliłem fikcyjne miasto. Na razie nikt nie narzeka.

Głowę miał opuszczoną, a bosa stopa kręciła kółka w piasku przed progiem.

Ja wiem, że tutaj zwyczajnie się czepiam i błąd jest po mojej stronie, bo nie czytam uważnie, ale przez chwilę miałem problem z ustaleniem płci. Może jednak bosą stopą kręcił?

kopniętego nagle szczeniaka, który nie wie, co się stało, ale wierzy, że to tylko pomyłka.

Pękasz me serce!

 

Uf, no ładnie, nawet bardzo, ale zdecydowanie nie wszystko zrozumiałem. Podobało mi się jak przeplatałeś narracje, postaci i ich relacje też wyszły intrygująco. Fabuła i intryga przedstawiona ciekawie, ale, jak wspomniałem, zbyt dużo dla mnie niedopowiedzeń.

Robi wrażenie. Bardzo ładne zdanie na zakończenie.

Tylko nie wiem, co to za UFO na obrazie. Kto i po co je tam umieścił, jaki laser, jakie powieki. Zbyt enigmatycznie. Czy ktoś też ma takie problemy, czy tylko ja niekumaty?

Mi też się podobało, zwłaszcza zakończenie.

Bardzo ciekawie napisane, czyta się płynnie, choć czasem trzeba się trochę zastanowić i pomyśleć. Językowo i stylowo jest wręcz wspaniale, widać talent i lata praktyki.

Pozdrawiam i powodzenia w przyszłości!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Dzięki!

 

Tylko nie wiem, co to za UFO na obrazie. Kto i po co je tam umieścił, jaki laser, jakie powieki.

Ale gdybym wszystko racjonalnie wytłumaczył, to by już nie była fantastyka ;) Przynajmniej nie ten typ fantastyki, na którym opowiadanie się opiera.

 

widać (…) lata praktyki

Już to kiedyś pisałem, ale powtórzę – nie licząc jednego opowiadania w wieku 13 lat, to 2 lata na portalu ;)

 

Interesujący tekst, podobnie jak jego inspiracja. Dlatego doklikałem za dnia, a teraz piszę komentarz.

Bardzo podoba mi się pomysł dwóch linii fabularnych, idących równolegle i korespondujących w stosunku do siebie losami bohaterów. Bonusem jest, że niejako od innej osoby odpowiadającej – ja to interpretuję jako pewien odpowiednik losów danej postaci. Ale jak to u Ciebie, interpretacja jest zapewne zależna od czytelnika.

Duży plus też za pisanie o trudnych sprawach malarskich w taki sposób, że nie potrzeba sztucznych infodumpów czy zbyt złożonych rozmów, które mają naświetlić konieczną sytuację czytelnikowi.

Jeśli chodzi o minus – zbyt mocno naświetliłeś tajemnicę obrazu we fragmentach współczesnych. Czy może raczej zagrała tu niekorzystnie kombinacja tematu konkursu (skoro UFO, to i bardziej się na nie patrzy) z mocnym położeniem akcentu na tajemnicę płótna. Bo teoretycznie deska spełniła swoje zadanie – popchnęła młodą panią naukowiec do przodu, grzebiąc karierę starego profesora. Jednak na tyle długo trzymałeś na niej reflektor, do tego dodałeś kolejne elementy do zagadki (farby, ich skład, wypalone miejsce), że ów planowany wystrzał dla niektórych może być za słaby.

Stąd też i zakończenie, choć dobre, zostawiło u mnie uczucie pewnego zawodu. Bo na pierwszej warstwie, takiej na pierwszy rzut oka, niewiele wnosi (gdzie choćby w dwóch poprzednich tekstach był tam pokazany satysfakcjonujący koniec głównego wątku), bo de facto nie dotyczy obrazu. Dopiero drugi i kolejny rzut dają większe uczucie kompletności dzieła :)

Poza tym jednak jest tutaj porządny koncert fajerwerków o przemyślanej konstrukcji, poukrywanych znaczeniach. Wart Biblioteki.

A w tym opowiadaniu walczyłem, jak mogłem, żeby Czytelnik nie musiał korzystać z Google. Przecież kusiło, żeby rzecz się działa we Florencji, za czasów Savonaroli i Lorenzo Il Magnifico.

Z tym pierwszym się definitywnie udało, ale aż jestem ciekaw, co byś wrzucił, gdyby było we Florencji :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki NWM,

rozumiem, o co Ci chodzi. Założyłem sobie (z czystej przekory), że w tym opowiadaniu odwrócę klasyczny układ, i że rozwiązanie tajemnicy będzie irracjonalne, a fałszywe tropy będą udawać coś o naukowej podstawie. Sam się zastanawiałem, czy aby nie przelicytowałem (zwłaszcza biorąc pod uwagę oczekiwania Czytelników, przy takim temacie konkursu), ale że polubiłem bohaterów i pomysł na narrację, to dociągnąłem tekst do końca.

Od czego zacząć? 

Uwielbiam wszelkie artystyczne klimaty i sięgnąłeś po obrazy z latającymi spodkami. Szalenie się ucieszyłam, bo bardzo podoba mi się ten zagadkowy motyw. 

Masz już wypracowany sposób pisania i za każdym razem czytam niczym zaczarowana, bo nawet jeśli subiektywnie coś mi nie odpowiada, to i tak jestem zaintrygowana. A tutaj świetne klamry, a że uwielbiam płynne granice między fantastyką, a bardziej realistycznym pisarstwem, więc jest to dla mnie bardzo duży plus. 

Nawet nie będę szła do wątku z nominacjami, bo opowiadanie już nominowane, więc mój głos i tak nic nie znaczy. Ale gdyby znaczył – poszłabym.

To jest przepiękne opowiadanie. Wszystko mi się w nim podobało. Język, historia, pomysł, klątwa, powieki… No, może Rosa mogłaby nie być aż tak okrutna dla Luki. ;)

Jestem pod ogromnym wrażeniem. Owszem, mało UFO w tym UFO, ale gdyby nie to, że w ogóle miało być UFO to bym uznała, że go tu w ogóle nie ma. I właściwie wolę udawać, że go tu nie ma, bo według mnie UFO tak naprawdę sprawia wrażenie wciśniętego na siłę, no bo UFO… 

Dziękuję, Drogie Panie.

No tak już jest z tymi Ufami, że się potem okazują czymś innym ;)

A nominacje od użytkowników zawsze były dla mnie ważne, każda kolejna pokazuje, że się naprawdę podobało, a gdy jest ich wyjątkowo dużo to stanowią jakiś sygnał dla wahających się członków Loży.

Podobało mi się połączenie obu rzeczywistości obrazem, chociaż trochę mniej satysfakcjonują mnie te wszystkie przejścia i slajdowa struktura opowiadanie. Przyznam też, że pojawienie się dwóch kolejnych bohaterów (byłych bohaterki) mnie chwilowo zmyliło – myślę, że opowiadanie obyłoby się bez tego rozmnożenia. Było parę momentów, kiedy się zatrzymałam: wyniesione fiolki (właściwie ukradzione), pobłażliwość księcia (plus debilizm strażników), a przy spalonej powiece porządnie zastanawiałam się nad życiem. No i fakt, UFO to tutaj przez sitko…

 

Tyle z narzekania, bo reszta to plusy. Opowiadanie wygodnie siedzi w swoich czasach, czuć klimat. Jest niekoniecznie mój, ale to już mniej ważne. Podoba mi się niezmiernie, że Ślepy nie jest superbohaterem, który koniec końców zwycięża. Zdecydowanie zakończenie jest moim ulubionym elementem tekstu – jestem pewna, że najmocniej zapamiętam końcową przebierankę, makabra pełną gębą. Normalnie przeziewałabym opowiadanie o perypetiach renesansowego malarza oraz obyczajówce z babskiego pamiętnika, ale widać wystarczy doprawić historię odrobiną UFO :>

Ja tylko w ramach obrony walorów intelektualnych strażników – przecież wspominałem dwukrotnie, że byli na mocnym kacu ;)

Ale że książę pobłażliwy?

Kac nie kac, widmo księcia palącego na stosie za niedopilnowanie obowiązków powinno ich otrzeźwieć. No i nie wierzę, że taka poważna kryminalistka strzeżona tylko przez dzbany z winem :d

 

No, ja jako taki książę nigdy bym nie wpuściła potencjalnej marionetki do knującej baby (baby, zaznaczam, baby). Coś w stylu stereotypowych monologów bardzo złych czarnych postaci: “pozwolę ci posłuchać, bo i tak wkrótce zginiesz”; ale nie jest to wada utworu, tylko wada aktualnie rządzącej głowy. Się doigrał.

@Żonglerze, Ty byś nie wpuściła, a Inni??? Fajnie, że wierzysz w swoją moc, ponieważ ja w nią nie wierzę, przynajmniej w takim stopniu. Wino, dzbany to symbole – czego(?) jak nie zaślubin (przynajmniej w w naszym kręgu kulturowym).

Baby, baba – walczę przeciwko płci. Płeć to rodzaj stereotypu, chociaż różnice są lecz nie na tym poziomie. Na tym, jesteśmy po prostu ludźmi

Asylum, chyba odbierasz mój komentarz zbyt poważnie…

Nie wiem, jak mam odbierać? Czytam wprost. 

Jednakże masz rację, że przy pisaniu łatwo o nieporozumienie. Zdarza się to non stop. Jak pisać, aby moje myśli, intencje były odebrane. 100% nie zdarzy się nigdy, gdyż niemożliwe. Mniej może. Pytam się i czekam responsu (anglicyzm – wiem).

Mówiłam, że odebrałam wyżej wymienione rzeczy jako zgrzyty, które nieco zmniejszyły moją przyjemność czytania. Jakiekolwiek były intencje autora i czy jest możliwe rozwikłanie zagwozdek metodą “szukaj w opowiadaniu” lub “komentarza odautorskiego”, to ja osobiście zwracam na te problemy uwagę, żeby zostawić coboldowi informację zwrotną.

Każdy komentarz jest istotny, zgadzam się!

Pisze się dla Innych, jednakże widzę różnicę w podążaniu za nurtem i byciem “za” i “przeciw”.  

Przyjmuję wszystko na poważnie – może to bez sensu i głupio robię. Mierzę się z odbieraniem na dwóch poziomach: ja jako czytelnik (co mnie porusza, nudzi itp) oraz co można byłoby zrobić inaczej, ku zwiększeniu mojej satysfakcji, fun’u  z czytania. 

 

Asylum – obawiam się, że dzban w naszej kulturze już nie jest symbolem zaślubin. Przynajmniej nie od ubiegłego roku ;)

 

Żongler – Księcia wyobrażałem sobie, jako “chaotycznego złego”, który gdzieś dorwał i przeczytał Machiavellego. Z jednej strony nie widzi w swoich działaniach nic osobistego, dla niego jest ważne, żeby bilans na końcu się zgadzał, z drugiej aranżowanie dodatkowych interakcji między ofiarami wciąż daje mu sadystyczną satysfakcję.

Generalnie rzecz biorąc, lubię takie zabiegi, gdy autor przedstawia dwa różne światy/rzeczywistości, które jakoś się ze sobą łączą. Tyle że, o ile niektóre elementy uważam za bardzo udane, niektóre inne są moim zdaniem mocno naciągane. Tak jakbyś chciał na siłę połączyć jak najwięcej i w niektórych przypadkach wyszło świetnie, a w innych nie.

Czego na przykład nie kupuję: tych powiek na obrazie, tego, że malarz “malował” zdalnie, tej próby połączenia współczesnej bohaterki z malarzem (Cieco), tego, że Uberto tak ochoczo opowiedział jakiemuś malarzynie wszystkie swoje plany. I co, w sumie malarz został skazany tylko dlatego, że zobaczył coś z drzewa? Wydawało mi się, ze właśnie o to chodzi, by “romans” księdza wyszedł na jaw, więc świadek nie ma znaczenia, a wręcz jest pomocny…

 

Łapanka:

“Skurczybyk, w ogóle nie siwiał. A może farbował włosy?” – Skoro to są myśli bohaterki, to raczej powinny być w formie teraźniejszej, “w ogóle nie siwieje”.

 

“Nagle cały ten pomysł z ratowaniem Giulii, ratowania miasta wydał mi się absurdalny.” – Z ratowaniem i ratowania zgrzyta, oba ratowania powinny być raczej w jednej formie

 

“Przestałem[-,] dopiero gdy do pokoju na piętrze wtargnęli książęcy gwardziści i rozdzielili kochanków.”

 

“Uspokoił się[-,] dopiero gdy usłyszał o prześwietleniach.”

 

“Głębiej, promienie rentgenowskie ujawniły jeszcze jedną, najstarszą warstwę tła.” – Tu mam wątpliwości co do przecinka po “głębiej”…

 

“Zanim na obrazie pojawiły się tajemnicze, lewitujące dyski[+,] ich miejsce na niebie zajmowały dwa anioły.”

 

“Ale mrugnęłam przy tym do niego. Bo, jak powtarzała mama, w świecie, w którym los i sprawiedliwość są ślepe, miłość nie musi być taka sama.”

Tego nie rozumiem. Z kontekstu wynika, że ona go w żadnym razie nie kochała, czyli jedynie zostawia sobie furtkę na flirt, by być w dobrych układach z przyszłym przełożonym. O miłości nie może tu być mowy.

 

Nawiasem mówiąc bohaterka jest zadziwiająco wyrachowana, jeśli chodzi o to wykorzystywanie facetów. Nie mówię, że nie ma takich kobiet, bo pewnie jest ich mnóstwo, ale wpływa to na mój sposób postrzegania Rosy – nie budzi ona mojej sympatii, niestety. Właściwie mogę posunąć się do stwierdzenia, że nie kibicowałam jej w starciu z profesorem, nie zależało mi na tym, by rozgryzła zagadkę i wygrała. Jemu też nie kibicowałam, ale to daje dwoje bohaterów, którzy byli mi obojętni. Najwięcej ciepłych uczuć w sumie wzbudził we mnie naiwny, romantyczny, idealistyczny malarz.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki, Jose, za uwagi.

nie kupuję: tych powiek na obrazie, tego, że malarz “malował” zdalnie

no, to się po prostu kupuje, albo nie. Na portalu fantastycznym ludzie kupują takie rzeczy.

 

tej próby połączenia współczesnej bohaterki z malarzem (Cieco),

bardziej chciałem ją połączyć z Giulią

 

tego, że Uberto tak ochoczo opowiedział jakiemuś malarzynie wszystkie swoje plany.

tu się zgadzam, że to słabszy moment. Z drugiej strony ma całkiem zacną tradycję w literaturze ;)

 

I ogólnie, jeśli chodzi chodzi o charakter bohaterki (czy właściwie obu bohaterek) – ona wcale nie miała być sympatyczna. To zła kobieta jest. Tak zła, że obawiałem się oskarżeń o mizoginię. Co więcej, zastanawiałem się, skąd mi się taka bohaterka wzięła i uznałem, że to wpływ ostatniej lektury – “Upiornej opowieści” Strauba. Giulia i Rosa to wyrachowane kobiety, radzące sobie w świecie rządzonym przez mężczyzn. I one naprawdę rozumieją miłość, tak jak napisałem. Tu nie ma sprzeczności.

 

PS Przecinków przed “dopiero gdy” broniłbym.

 

EDIT:

nie budzi ona mojej sympatii, niestety. Właściwie mogę posunąć się do stwierdzenia, że nie kibicowałam jej w starciu z profesorem, nie zależało mi na tym, by rozgryzła zagadkę i wygrała. Jemu też nie kibicowałam, ale to daje dwoje bohaterów, którzy byli mi obojętni.

Jeśli rzeczywiście obojętni, to przegrałem. Nie mieli być sympatyczni, ale mieli budzić emocje – niechęć, wstręt, albo choćby uznanie dla przebiegłości.

 

 

Uberto chyba nie musiał się powstrzymywać przed wyznaniami, zwłaszcza że malarz miał za chwilę stracić język, oczy i zostać wygnany. 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sadystyczne typy z książek tak robią.

I jeszcze czerpią z tego sadysfakcję! ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Miały być złe? Nie zrobiły na mnie takiego wrażenia…

Babska logika rządzi!

Ależ, Finklo! One kupczą swoimi wdziękami…

Hmmm.

Giulia. Nie wiem właściwie, co ona robi w tym renesansie. Kojarzy mi się z agentką na obcym terytorium. Realizuje jakąś misję, a potem znika. Technicznie – nie pobiera żadnej opłaty ani od Uberta, ani od mnicha – wynosi się nawet bez więziennego stroju.

Gdyby Bond uwodził sekretarkę rosyjskiego generała w celu sfotografowania dokumentów, które ona przepisuje, nie powiedziałbyś, że kupczy swoimi wdziękami, prawda? Mężczyzna w takiej sytuacji wykorzystuje swój urok. ;-)

 

A ta współczesna nie sypia z kolegami – wykorzystuje ich, świadoma, że oni robią sobie nadzieje. Ale i nic wyraźnie nie obiecuje. Nie zachowuje się szlachetnie, jednak kupczeniem wdziękami bym tego nie nazwała.

Profesor jest znacznie gorszy – kradnie odkrycie asystentki, blokuje jej badania, a potem jeszcze próbuje wywalić z roboty.

Babska logika rządzi!

Jose, dlaczego bez przecinków przed "dopiero gdy"?

Giulia. Nie wiem właściwie, co ona robi w tym renesansie. Kojarzy mi się z agentką na obcym terytorium. Realizuje jakąś misję, a potem znika. Technicznie – nie pobiera żadnej opłaty ani od Uberta, ani od mnicha – wynosi się nawet bez więziennego stroju.

Nie myślałem o tym jako o misji. Giulia to po prostu dziewczyna, która urwała się z księżyca. Albo skądś tam. Opłaty żadnej nie pobierała (no może od księcia), ale wszystkich zauroczonych nią ślepców doprowadziła do upadku.

Podobnie jak Finkla – nie przypuszczałabym, że kobiety w Twoim opowiadaniu mają być złe. Dlatego napisałam, że Rosa mogłaby nie być aż tak okrutna dla biednego Luki, bo trochę mi to zazgrzytało. Przesadziła. Są normalne, nie są aniołami. 

Kupczą wdziękami… E, no bez jaj.

Przyjdzie Naz i rozsądzi, co jest etyczne.

Ale przyznacie chyba, że w ostatniej akcji Giulia przesadziła?

Nie upieram się przy misji. Może to turystka, przyleciała się zabawić, to się bawi. Ale nie kupczy. Pewnie książę jej parę klejnotów dał, ale koniec końców ich ze sobą nie zabrała (nie wiem, czy w ogóle mogła).

A że doprowadza do upadku… To się nazywa femme fatale, a nie zła kobieta. ;-)

I żadnego z tych facetów nie gwałci, pchają się z własnej woli. Ona nie ślubowała wierności prawowitej małżonce, nie wygłaszała kazań na temat cudzołóstwa, nie służyła władcy, którego kobietę uwodzi…

Edytka: Znaczy co, powinna uczciwie dać się zabić? Czy wiedziała, że malarz zostanie stracony zamiast niej? Jeśli tak, to powinna najpierw odesłać go do jego celi, dopiero potem znikać.

Babska logika rządzi!

O, femme fatale mi się podoba. To dobrze, że jednak nie jestem seksistą.

 

Heh. Nie wchodzę zwykle w dyskusje tego typu, ale w sumie to ciekawe, że piszemy o zachowaniu Rosy czy Giulii, a nikt nie zwraca uwagi na to, że Fabio, jak wynika z kontekstu, od lat wykorzystuje kolejne studentki, mimo że jest już w wieku sugerującym, że powinien zacząć siwieć ;)

 

Ja wiem, że na portalu fantastycznym ludzie przyjmują różne rzeczy i nie mam nic przeciwko wątkom fantastycznym, po prostu ten jakoś mnie nie przekonał, wydał mi się dziwny i – wiem, wiem, to fantastyka – niewytłumaczalny. Masz świat w którym wszystkie postacie, dobre czy złe, są “normalne”, a tu nagle malarz po wyłupieniu oczu nabył mocy pozwalających mu wpłynąć na deskę schowaną przez jego niedoszłego ucznia na strychu… No nie wiem, kupuję hobbita wrzucającego Jedyny Pierścień do Góry Przeznaczenia, a tu nie jestem przekonana i już. Po prostu kompletnie mi to nie pasuje do reszty przedstawionej przez Ciebie wizji.

 

Jeśli chodzi o przecinki przed “dopiero gdy” to mam takie odczucia – rozumiem, że są potrzebne, gdy całe zdanie złożone jest długie, a “dopiero gdy” oddziela zdanie podrzędne. Ale w obu przypadkach tutaj “dopiero gdy” pojawia się na samym początku zdania. Przeczytajcie je sobie na głos z mini pauzą w miejscu, w którym stoi przecinek. Brzmi to źle. Moim zdaniem ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ostatnia akcja Giulii była sytuacją ekstremalną i nikomu, kto w takiej nie był oceniać. A seksista – nie mam pojęcia, czy nim jesteś. Jeżeli – to mniej z tego tekstu to wynika niż ze słów, że Twoje bohaterki kupczą wdziękami, podczas gdy – jak napisała Finkla – w analogicznej sytuacji faceci wykorzystaliby swój urok. :)

Ale jednak te zdania są złożone – przed “dopiero gdy” stoi jakiś czasownik. Długość nie ma znaczenia. ;-)

Zastanawiałabym się tylko, czy przecinek powinien stać przed “gdy”, czy przed całością.

Babska logika rządzi!

To na pewno nie, przecinek stoi przed całym złożeniem.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

No i masz, cały czas się martwię, czy Czytelniczki nie będą mi miały za złe, że przedstawiłem bohaterki w nie do końca korzystnym świetle, a tu się okazuje, że jestem przeczulony i dopiero moje niezgrabne tłumaczenia ściągają mi na głowę gniew Drogich Pań ;)

No pewnie, że to samce są w tym opowiadaniu tyranami (książę, profesor, pewnie też Fabio), ale są też nieszczęsnymi fajtłapami (malarz, Luca). Niezależnie od tego wszyscy pozostają ślepcami, manipulowanymi przez te… femme, dla mężczyzn równie tajemnicze i niepojęte jak UFO.

 

Na marginesie: wdzięk vs urok – to rozróżnienie przerasta mój poziom subtelności.

Niezależnie od tego wszyscy pozostają ślepcami, manipulowanymi przez te… femme, dla mężczyzn równie tajemnicze i niepojęte jak UFO.

To mnie dopiero wkurza. Powiem Ci coś w tajemnicy. Kobiety są ludźmi. Myślą jak ludzie. Zachowują się jak ludzie. Nie ma w nich nic anielskiego, demonicznego lub ufolskiego. A przynajmniej nie bardziej niż w mężczyznach. Jak się tę prostą prawdę przyswoi, okażą się całkiem normalne i życie będzie łatwiejsze.

:)

Ale kończę już ten temat. Idę lepić pierogi i prowadzić ze znajomymi irytującą dyskusję o polityce.

 

EDIT: 

Na marginesie: wdzięk vs urok – to rozróżnienie przerasta mój poziom subtelności

Ale to nie o to chodzi. Po prostu użyłeś stwierdzenia “kupczyć wdziękami” jako dowodu na to, że te Twoje bohaterki są takie strasznie, strasznie, ale to strasznie złe.

Ależ, Ocho, są brzydsze określenia, niż “kupczenie wdziękami”. I czy ja gdzieś użyłem określenia “strasznie, strasznie, ale to strasznie”? I żeby mi się tak dostawało, w obronie mojej własnej bohaterki?

Chociaż, jak tak patrzę na ten krwawy topór na Twoim awatarze to myślę, że już lepiej zamilknę. Bo pogrążam się coraz bardziej…

[offtop mode on]

Myślą jak ludzie. Zachowują się jak ludzie.

Patrząc na to, co dzieje się w dowolnym sklepie przed Świętami, pozwolę się nie zgodzić ze zdaniem przedmówczyni :P

[offtop mode off]

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Muszę powiedzieć, że trochę sam sobie podstawiłeś nogę. Tuż po lekturze byłem zachwycony. Ujęła mnie estetyka, a fabuła wydawała się w porządku. Ale im dłużej analizuję tekst, tym więcej znajduję rzeczy, które mi się nie podobają. A akurat do powtórnej analizy to opowiadanie zachęca jak mało które.

Z całą pewnością jest to piękny tekst. Dosłownie – warstwa estetyczna więcej niż zadowalająca. Dzięki temu lektura byłą prawdziwą przyjemnością.

W warstwie fabularnej… Tu niestety jest pies pogrzebany. Z początku nic mnie nie uwierało. Przeczytałem, pokiwałem z uznaniem głową i chciałem chwalić. Dwie ładnie posplatane historie, powiązane na nieoczywiste sposoby, trochę zaskoczenia na koniec, ładnie ładnie…

A potem zacząłem się zastanawiać i czar jakby prysł. 

Przede wszystkim trochę zbyt dużo tu tajemnic. Mamy obraz, który powstał nie do końca wiadomo jak, szlachciankę, która jest nie do końca wiadomo kim, szaleństwo profesora, temat UFO, który nie do końca chce się wpasować w tę opowieść… Dużo pytań, mało odpowiedzi. A sposób pisania początkowych fragmentów (analiza obrazu) sugeruje, że powinniśmy odpowiedzi oczekiwać. Że w finale będzie jakieś wielkie objawienie – albo przynajmniej wielkie zaskoczenie. A tym czasem… Linia współczesna doczekała się bardzo “miękkiego” finału, który nic nie wyjaśnia. Jednocześnie wstawiłeś twist do linii przeszłej, w której nie był on w zasadzie niezbędny – nic w tamtej historii ni sugerowało, że losy malarza są w jakikolwiek sposób istotne dla tej historii. Jest to też twist, który nic nie wnosi do opowieści – nie stawia jej wydarzeń w innym świetle, nie rozwiązuje żadnej zagadki, jeżeli już, to dodaje do puli więcej pytań. Choć więc w pierwszym momencie byłem zaskoczony, po chwili zastanowienia przyszło rozczarowanie.

Mam też wątpliwości co do linii współczesnej. O czym ona w zasadzie jest? Co miało być na pierwszym planie? Raczej nie fabuła, bo ta jest pretekstowa. Wiec co? Bohaterka? Jest dobrze napisana, jej kreacja zasługuje na pochwałę, ale nie przechodzi żadnej przemiany, nie ma w niej nic oryginalnego, zaskakującego. Cała linia teraźniejsza sprawia po zastanowieniu wrażenie zestawu faktów, które czytelnik może powiązać w ten czy inny sposób z wydarzeniami z przeszłości. Można by ją wyciąć z tekstu, nie zmieniając niemal wcale drugiej połowy i niewiele by to zmieniło, poza tym, że pozbylibyśmy się sporej części bezzasadnej tajemniczości. 

Linia przeszła jest zdecydowanie bardziej przejrzysta, mamy tu sensownie skonstruowaną fabułę, mamy nawet nieoczekiwany finał. Tu w zasadzie nie mam uwag. Może z wyjątkiem drobnych faktu, że nie jestem pewien, czy sypianie z kobietą skompromitowałoby Gaetano w oczach fanatycznie oddanych wiernych. Ale to drobiazg.

 

Podsumowując – tekst świetny na pierwszy rzut oka, na drugi już tylko dobry. Niewątpliwie zasługuje na pochwałę, jednak jest kilka elementów, które mogłyby być lepsze – i takich, które poprawiłyby jakość opowiadania, gdyby je usunąć. No i raz jeszcze wielkie brawa za estetykę.

No widzisz, None, to są pułapki pisania na zadany temat.

Nie chcę powiedzieć, że ufo było tutaj przyszywane, bo jednak od florenckiego obrazu wziął się pomysł na opowiadanie, ale przyznaję, że w miarę pisania ten motyw zaczynał mnie uwierać, tak logicznie, jak i estetycznie. Gdzieś tam wyobrażałem sobie interwencje ufo-aniołów pośród płonących stosów, ale nie trzymało się to kupy. I poszedłem w metaforykę, zrobiłem to najlepiej, jak umiałem, ale rozumiem, że zawiązanie akcji może budzić w czytelniku inne oczekiwania co do finału. Mogę się bronić, że o to właśnie chodzi, że na tym właśnie polega ufo – jest naprawdę czym innym niż się spodziewamy, czy chcemy, by było. Ale jeśli czytelnik tego nie czuje, to jest to nieudana hipermetafora.

Co do zakończenia obu wątków: dla mnie kumulacją miało być odsłonięcie pokrewieństwa obu bohaterek i ukazanie podobieństwa ich charakterów – temu służy “miękkie” zakończenie jednej historii i “ostry” twist w drugiej.

Przyznam, że miałem chwile zwątpienia, w czasie pisania tego opowiadania i pociągnąłem je do końca z uwagi na bohaterów (którzy wydali mi się ciekawi w swojej nieidealności) i dla satysfakcji, którą dawało mi wykorzystanie takiej metody narracji (podwójna pierwszoosobowa męska i damska, splatanie wątków i przede wszystkim ta przeciwbieżność odsłaniania warstw obrazu i pokazywania historii). Fabuła była tutaj drugoplanowa – nie wstydzę się jej, ale też nie jestem do końca zadowolony.

I na koniec – fajnie, None, że jesteś i piszesz takie komentarze. Liczę, że zostaniesz na dłużej :)

Co do zakończenia obu wątków: dla mnie kumulacją miało być odsłonięcie pokrewieństwa obu bohaterek i ukazanie podobieństwa ich charakterów – temu służy “miękkie” zakończenie jednej historii i “ostry” twist w drugiej.

Jest to niewątpliwie element istotny – ale też chyba (sądząc po komentarzach powyżej jak i moich własnych odczuciach) niedostatecznie wyeksponowany. Nie rzuca się w oczy, powiedziałbym wręcz, że łatwo go przegapić. Szczególnie, że nie jest to rozwiązanie zagadki, która w trakcie lektury wydaje się kluczowa. 

Przyznam, że miałem chwile zwątpienia, w czasie pisania tego opowiadania i pociągnąłem je do końca z uwagi na bohaterów (którzy wydali mi się ciekawi w swojej nieidealności)

Kreacja bohaterów jest w porządku. Ich charakterystyki są spójne i wiarygodne, bardzo dobrze domalowujesz emocje (tu szczególnie dobrze udały się różne odcienie miłości). 

 dla satysfakcji, którą dawało mi wykorzystanie takiej metody narracji (podwójna pierwszoosobowa męska i damska, splatanie wątków i przede wszystkim ta przeciwbieżność odsłaniania warstw obrazu i pokazywania historii). Fabuła była tutaj drugoplanowa – nie wstydzę się jej, ale też nie jestem do końca zadowolony.

Aspekty techniczne również wyszły całkiem nieźle. Dwie posplatane historie, nawiązania do aspektów wizualnych, nieoczywiste powiązania – to wszystko ci się udało.

Fabuła rzeczywiście nie powala. Jednak to, czego naprawdę brakuje mi w tym tekście, to jakaś wspólna oś. Pisałem już o tym w komentarzach pod tekstem Mytrixa, jeżeli znajdziesz chwilę, rzuć okiem. 

W skrócie – każdym tekście literackim powinno być coś, co spaja cały tekst. Może to być opowieść (fabuła), bohater lub świat (lub dowolny jego element). Ty, podobnie jak Mytrix, stanąłeś trochę w rozkroku – trudno powiedzieć, czy pierwsze skrzypce miał grać obraz (świat) czy duet bohaterów. Jeżeli dodać do tego, że początek sugeruje, iż kluczowa będzie fabuła, tekst traci na przejrzystości. 

Inaczej mówiąc – pojedyncze elementy techniczne wykonałeś super. Zawodzi skala makro – ogólna struktura opowiadania. Nie znaczy to, że tekst jest zły – ale mam wrażenie (a twój komentarz zdaje się to potwierdzać), że jego zamysł ewoluował w trakcie pisania, ale nie dokonałeś poprawek tego, co napisałeś wcześniej.

I na koniec – fajnie, None, że jesteś i piszesz takie komentarze. Liczę, że zostaniesz na dłużej :)

Co za przyjazna społeczność, marudzisz, a ci się jeszcze cieszą. ;)

Z pewnością będę zaglądał. Przy czym, jak zapewne widać, z braku czasu atakuję raczej wybiórczo. 

Przeczytałam parę dni temu i wciąż jestem zachwycona. Bardzo piękny tekst, magiczny, tajemniczy, obrazowy. Nie przeczytałam, tylko przepłynęłam przez słowa, a to wszystko z pewnością dzięki doskonałemu stylowi i językowym możliwościom autora. Jak zwykle u Cobolda jestem bardzo usatysfakcjonowana lekturą. Dodatkowy plus za oryginalne podejście do konkursu. Jak najbardziej popieram nominację do piórka :)

Mam ostatnio szczęście, czytam same dobre teksty, ba, muszę powiedzieć, że to dla mnie Twoje najlepsze opowiadanie. Z ciekawości, przed napisaniem własnej opinii, przewinąłem kilka komentarzy. I kiedyś nawet zazdrośnie patrzyłem na liczne naukowe wywody, z pełną analizą zdań, składni, części mowy i wielu innych aspektów, i owszem, one są bardzo potrzebne, choć osobiście uważam, że nie zawsze, a coraz mniej komuś, kto pisać umie.

Sam chciałbym napisać tylko jedno słowo – piękne, ale chcę nominować, więc niestety muszę uzasadnić, a to już trzecie opowiadanie z ostatnich, które czytałem, gdzie nie mam uwag. Dobrze, że chociaż Mytrix napisał podobnie.

Stworzyłeś pięknych bohaterów, osadziłeś ich w pięknej scenerii i pięknej opowieści. Jeśli można w jakikolwiek sposób sklasyfikować uczucia, tak właśnie wygląda definicja nostalgii. Ta nieśpieszna historia cieszy oko każdą kolejną odsłoną, bawi, wzrusza, może nie jakoś głęboko, ale tak, jak powinna wzruszać nostalgia i tęsknota.

Panujesz na piórem, panujesz nad opowieścią, dokładając różne smaczki, gdzie mi najbardziej podobają się te obyczajowe (ale to nie nowina). Zdania takie jak:

Bo ona była tajemnicą. Istotą z innego świata. Aniołem, który zjawiał się w mojej pracowni.

Co nie przeszkadzało mi wyobrażać też sobie, co książę robi z Giulią, kiedy nie rozmawiają.

To jest właśnie zabawa słowem, sceną, chwilą, emocją.

Właściwie ze szpakowatymi włosami byłby jeszcze przystojniejszy.

We właściwym miejscu, o właściwym czasie, dopełniająca kropka nad “i”. Czy mogłoby nie być tego zdania? Oczywiście, że nie. :)

Jednak najlepsi są bohaterowie, i tego wręcz zazdroszczę, zbudować tak naturalnych i autentycznych, to trzeba mieć rękę. Każdy z nich zapada w pamięć, oczywiście najbardziej Mistrz i Giulia, ale nawet profesor Mantucci wzbudza uśmiech na twarzy.

Dwa wątki, tak różne, ale z wiodącym i łączącym je motywem są jak dzień i noc, inne, ale naturalnie następujące po sobie. Cóż dodać, pięknie, panie Krzysztofie, pięknie.

Pozdrawiam.

 

Popatrz, a już nabierałem przekonania, że przestanę Cię czytać, po Twoim ostatnim opowiadaniu. Bosz, i jeszcze dostałeś za nie piórko! Odebrałbym komisyjnie, albo wręcz siłowo, gdybym tylko mógł. ;)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

muszę powiedzieć, że to dla mnie Twoje najlepsze opowiadanie

to co, cofasz, że skończyłem się na “Oddziale”? ;)

 

są jak dzień i noc

a wiesz, że kombinowałem z taką formą graficzną, żeby rozdziały rensesansowe były w negatywie (białe litery na czarnym tle)? Ale w portalowym edytorze to by i tak nie wyszło, musiałbym podpiąć pdf.

Wracasz Ty powoli do hrabiowskich łask literackich, Coboldzie ;)

 

Czytałeś Arturo Pereza-Reverte? To Twoje zamiłowanie do sztuki i historii z nim mi się właśnie kojarzy i podobnie jak w przypadku tego gościa, chyba jeszcze lepiej wypadałbyś w długich formach.

Bo jednak początek Madonny zdaje mi się dość ciężki. Dużo tam nazw własnych i nazwisk, folkloru, a na dokładkę przeplatana narracja. Trzeba czytać w skupieniu, ale później za tę uwagę nagradzasz czytelnika. Robi się coraz ciekawiej, aż do satysfakcjonującego końca.

Zastanawiam się, czy nie byłoby dobrze tam na początku zasygnalizować miejsce i czas akcji poszczególnych wątków – to mogłoby uporządkować fabułę, która… no właśnie. Jest nierówna.

Bo w wątku malarza i ufoludki przedstawiłeś bogaty worldbuilding i niezbyt odkrywczą, ale wiarygodną intrygę, tymczasem u Rosy było po prostu krótkie “dochodzenie”, które wyjaśniły dwa telefony.

Koniec końców, czytelnik dowiaduje się wszystkiego. Ile wie Rosa? Pewnie ma więcej pytań niż odpowiedzi, ale nie to jest oczywiście ważne…

Zastanawiam się jednak, czy nie lepiej byłoby, jakbyś większy nacisk położył na teraźniejszość – w aktualnej formie trochę palisz tajemnicę. W końcu czytelnik widzi konotację między obrazem z teraźniejszości, a tym z przeszłości. A UFO tak czy inaczej pozostaje niewiadomą. Swoją drogą, kto przyleciał tym drugim spodkiem? ^^

W kwestii tych wewnątrzopowiadaniowych rozwiązań oczywiście należy wziąć poprawkę na limit znaków. Dużo zmieściłeś w niewielkiej objętości, a na dodatek uniknąłeś wrażenia “pośpiechu”. Tempo było dobre i konsekwentne.

Sami bohaterowie udani, szczególnie paniusie. Podobnie warsztat. A tytuł… jest spojlerem ;p No ale, jak na Ciebie, całkiem dobry.

 

Trzym się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki, Count!

Szkoda, że powoli. Wprawdzie już nie pamiętam, czym sobie u Ciebie nagrabiłem, ale przyznaję, że pisząc końcową makabrę, myślałem o Twoich opowiadaniach.

Co do tytułu, spojleru i narracji: tytuł początkowo brzmiał po prostu “Palimpsest” i chciałem, żeby to czytelnik odkrywał stopniowo kolejne warstwy opowieści, jak warstwy obrazu, stąd też początek miał być trudny, niejasny i bez podpowiedzi z datowaniem. Wzięło się to ze starej dyskusji z Funem, o specyficznych formach narracji, odpowiadających treści. Pierwotnie miałem zresztą dwóch narratorów męskich (bo to dla mnie naturalny sposób pisania), a zdecydowałem się wprowadzić narratora żeńskiego po to, żeby wykorzystując możliwości gramatyczne polszczyzny, ułatwić czytelnikowi rozróżnienie między wątkami. Z odkrycia tego triku jestem zadowolony.

A jeśli chodzi o A. Perez-Reverte coś może być na rzeczy. Nie, żeby świadomie, ale…

to co, cofasz, że skończyłem się na “Oddziale”? ;)

To bardziej skomplikowane. I tak i nie. Te opowiadanie jest inne, wyraźnie znalazłeś swój nurt i dobrze się w nim czujesz. I doceniam to, i mnie w końcu przypadły do gustu te historyczne nawiązania, budowanie opowieści na faktycznych podwalinach. Tylko to nie jest SF, Oddział był, i pewnie mógłbyś napisać coś podobnego, kwestia tylko, czy chcesz.

Tu dotknąłeś emocji, chociaż to nie jest Twoja najmocniejsza strona, widać to wyraźnie po opowiadaniu Na obraz i podobieństwo, w którym poległeś na tym gruncie. Emocje, natura ludzka i zwierzęca leżą i kwiczą w utworze, a piórko? Cóż, to też skomplikowana sprawa. Jeśli jednak popatrzysz na portal, spróbujesz go sklasyfikować, wrzucić w jakieś ramy, szybko przekonasz się, że główny nurt, który się z tego wszystkiego wyłania, to nauka. Wszelka – informatyka, programowanie, studia nauk ścisłych, medycyna, adiunkci, prawnicy itd. Nauce, niestety, nie po drodze jest z emocjami, nauka nie rozumie emocji, dlatego też tak często na obyczajówkę zatyka się tu nos i odchodzi niezadowolonym.

Cierpię z tego powodu, cierpię, że piórka dostają takie opowiadanie jak Dzwoneczek i Klub Solipsystów, którego połowa czytelników nie zrozumiała, ale także tutaj pokutuje stare przyzwyczajenie – jeśli czegoś nie rozumiemy, znaczy, że jest mądre. I owszem, jeśli mówimy o publikacjach naukowych, można tak to określić, ogólnie, ale w beletrystyce? To bełkot. To nieumiejętność podzielenia się z czytelnikiem swoją mądrością. I nie obawiam się, że Dziadek obrazi się, napisał inne, fantastyczne opowiadanie i wie, że mam dla niego szacunek. Piszę to raczej dla innych. A inni, Ci co na niego głosowali, nie kupiliby Dzwoneczków w księgarni. Robią tym samym krzywdę mniej doświadczonym użytkownikom tego portalu.

Kończąc jednak tą dygresję i wracając do Twojego pisania, Coboldzie, zauważyłem, że masz ciasny umysł, zresztą, tak samo jak ja. A oczy otworzyło mi opowiadanie pewnego szesnastolatka – na tle którego widzę Twoją ułomność emocjonalną i moją ułomność naukową. Pokutuje tu wiele czynników, a na pewno jednym z nich jest rozpoczęcie pisania w zbyt późnym wieku. Nasze doświadczenie życiowe, nasze przywary są tak silne, że nie potrafimy ich przeskoczyć, chociaż Tobie i tak udaje się to znacznie lepiej, niż mnie. Jest dla mnie wielką zagadką, dlaczego tak dobrze czując emocje, nie potrafię zbudować wiarygodnych pierwszoplanowych bohaterów. Wracając jednak do wymienionego opowiadania Shawarkera100 chciałbym powiedzieć jedno, nie ma w nim żadnych granic, a to jest właśnie fantastyka. I to jest opowiadanie piórkowe, choć pewnie nie będzie, a dlaczego? Bo tu trzeba dać się poznać, pisać pod innymi, by Twój nick był rozpoznawalny. Jeśli nie będziesz odpowiadał na komentarze, nie będzie miał piórka, nigdy. Ktoś powie, że to nieprawda, przecież jakiś czas temu przyszedł na portal Mr.Maras i od razu dostał piórko. A ja mówię, Mr.Maras napisał pod swoim opowiadaniem siedemdziesiąt dwa komentarze! W wielu z nich pisał ciekawe i mądre rzeczy, dał się szybko poznać, jako wartościowa osoba, komunikował się z innymi, słuchał i to w części wpłynęło na piórko. To także rzecz, z której powodu cierpię, że literatura nie stanowi 100% piórka, a najlepiej świadczą o tym piórka dla Dzwoneczków i Małp.

Dzieje się szeroka dyskusja na temat piórek, sam Cetnar przekazał dwa słowa, ale ja myślę, że nie ma co wymagać zbyt dużo od wydawcy, z całym szacunkiem dla człowieka, pan Prószyński to sześćdziesięciopięcioletni fizyk z wykształcenia, nie rewolucjonista. Na rewolucję jest już za późno, nie w tym składzie. Gdybym mógł jednak szepnąć słówko Cetnarowi, powiedziałbym mu o jego gonitwie w piętkę, spróbował wyciągnąć go z ram ikony, jaką mimowolnie się stał, by on wyciągnął Nową Fantastykę z tej sztywności, pompatyczności i powagi tak dużej, jak tylko może być powaga w opowiadaniach publikowanych na łamach gazety. Skierował bym jego wzrok na takiego Shawarkera100 i jego ostatnie opowiadanie, jakże doskonałe w swojej niedoskonałości, świeże i przede wszystkim bez granic. Szepnąłbym słówko o niejakim Mytrixie i jego [Miejscu na twoją reklamę], cyberpunkowi bez zadęcia, neonowo emocjonalnego i fantastycznie szybkiego świata. Podsunął opowiadanie Zaltha Kilka rzeczy do zrobienia, z rewelacyjną wizją, poukładanymi układankami i przede wszystkim, dającymi się lubić bohaterami. Dorzuciłbym słowo o STNie i jego zjawiskowym Ostinato, i kazał siedzieć mu tak długo na dupie, aż napisze całe opowiadanie godne początku Ostinato, które następnie zostałoby ogłoszone zjawiskowym. Na końcu kazałbym wydrukować Szepty Pielgrzymów, gdzie SF jest opisane tak, jak powinno. Gdzie mądre rzeczy ujęto prostymi słowami, zrozumiałymi dla każdego, a to wielka sztuka. Dodałbym Issandera i Arecibo, gdzie autor w kilku słowach upchnął fantastyczne SF i emocje, coś, co wydaje się, że rzadko chodzi w parze.

Te opowiadania to właśnie nowy nurt fantastyki. Popuściłbym pasa, rozluźnił krawat pod szyją, i ściągnął marynarkę z pisma. Ludzie nie szukają już doskonałości, bo jej nie ma, lub jest inna dla każdego. Chwyciłbym za pasję, prawdę i światy bez granic.

Żałuję, że wśród wymienionych opowiadań, nie wymieniłem żadnego napisanego przez kobietę, ale NF to gazeta męska i nie ma się czym martwić, ja założyłbym Nową Fantastykę Female. I tam drukowałbym Rossę, Rosebellę, Ochę, Joseheim.

Mój cały wywód zmierza zaś do tego, by uczulić Ciebie i to co przekazujesz potomnym, by sztywno nie trzymali się rodziców, NF i portalu. To nie jest wyznacznik, na pewno nie jedyny, tak samo, jak klasyka. Niech potomni czytają powyższych, a także równolatków, chociażby Soku1403 i jego Skalę wartości oraz Robota idealnego, równie niedoskonałe, ale równie dobre. A przede wszystkim, niech nadal uważnie obserwują świat dookoła, jak widać dobrze im to wychodzi.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie podpisał bym się pod Twoją wypowiedzią z jednym wyjątkiem ;) chciałbyś kobiety do osobnego getta wygonić? Nieładnie, niepoprawnie politycznie i nawet … niegrzecznie. Panie też potrafią błysnąć cudownym tekstem, a jak by pisały pod pseudonimem to i nieraz ciężko było by określić czy tekst pisał mężczyzna czy kobieta ;))) 

PS.: Tak właściwie to dalej mam dylemat czy Wiktor jest facetem jak w nicku czy kobietą jak w opisie, bo na przykład te pająki ;)))

Ja tylko zaznaczę, że jest mi bardzo miło. Dziękuję ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Absolutnie nie, Enderku. :)

NF to gazeta męska i nie ma się czym martwić

Chciałbym kobiety wyróżnić, bo są niepowtarzalne, tak samo, jak ich pisanie. Zapewniam Cię, że dopisek Female działałby jak magnez, i ten magnez kupowaliby mężczyźni. :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, dzięki za długą i szczerą wypowiedź.

Ale ja nie traktuję tego aż tak poważnie. Myślę sobie po prostu, że ludzie mają różne gusta, a nawet różne nastroje chwili, tak jak ja mam czasem ochotę napisać SF, czasem horror, a czasem coś z realizmu magicznego. Czasem jest w tym więcej emocji, czasem domorosłej filozofii, ale to wszystko są kawałki mnie. Nigdy nie udaję, choć czasem z ciekawości próbuję czegoś innego. Raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem. “Na obraz” pozostaje moim ulubionym opowiadaniem, byłem tam szczery, ale “Madonnę” też polubiłem na tyle, żeby Wam ją pokazać. Nigdy nie pisałem pod niczyje gusta, tylko pod swoje. Cieszę się, że poszczególne opowiadania podobają się różnym osobom, nie mam powodu podejrzewać w reakcjach czytelników żadnego fałszu.

O wiele trudniej jest mi zrozumieć negatywne komentarze pod opowiadaniem Kuby, ale już zrozumiałem, że jestem w jego przypadku mniej obiektywny niż w stosunku do samego siebie. Dlatego: Dziekuję!

Ale ja nie traktuję tego aż tak poważnie.

Tak, wiem, zauważyłem już kiedyś. Mam dzisiaj taki sumaryczny nastrój. :) Poza tym pisałem dosyć ogólnikowo. No dobra, zdarzyło się coś personalnego, ale to bardziej jako zarzewie, niż coś, czym trzeba się przejmować. Jakby to powiedział Fun, mocny punkt na początek. ;)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Hmm… Policzyłeś moje komentarze pod "Trzeba czekać”, Darconie? Lol. Wiesz, staram się odpowiadać na komentarze pod swoimi tekstami, bo to chyba kwestia kultury i wychowania. Czy to miało wpływ na przyznanie piórka? A nie zastanawiałem się nad tym. Pewnie, gdybym olał komentatorów lub był niemiły, przestaliby czytać i może by nie nominowali. Ogólnie doszukiwanie się jakiegoś czynnika dodatkowego (TWA, lizanie dupy komentującym itd.) przy komentowaniu czyjegoś piórka uważam za nieco zabawne, ale niesympatyczne. Ktoś zgłosił, ktoś zagłosował. Naprawdę uważasz, że decydującą rolę przy przyznaniu piórka odegrało "bycie sympatyczną osobą, która odpowiadała na komentarze"?

Akurat ten tekst zajął drugie miejsce w ogólnopolskim konkursie i przyjął go do Fahrenheita ŚP. Tomasz Pacyński, tam miał swoją premierę. Nie jest to może w Twoich oczach tekst godny piórka, ja widzę jego wady, ale widocznie komuś się spodobał. Bo przecież wiadomo, że o gustach się nie dyskutuje.

Ogólnie mam wrażenie, że nie dostrzegasz sedna tego problemu – sporej grupie czytelników podoba się co innego niż Tobie. To naturalne i oczywiste. Naginanie innych do swojego gustu "siłą", wytykając przy tym słabizny, podważając wartość tekstów, których wyróżnianie Tobie nie pasuje, jest trochę słabe.

Mnie się "Klub…" podobał (nie tylko mnie, jak widać po wynikach konkursu). Głosowałem. Podobał mi się na wielu płaszczyznach "Na obraz…" Głosowałem. I przestań mi proszę pośrednio wmawiać, że głosowałem z jakichś wydumanych przez Ciebie powodów.

 

Ps. Wybacz, Coboldzie. Z normalnym komentarzem wciąż tutaj zmierzam.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ależ Marasie, gdzie ja pisałem o lizaniu dupy, czy o TWA? Gdzie też napisałem, że Twoje opowiadanie było słabe? Czy tutaj?

W wielu z nich pisał ciekawe i mądre rzeczy, dał się szybko poznać, jako wartościowa osoba, komunikował się z innymi, słuchał i to w części wpłynęło na piórko.

Nie wkładaj w moje usta czegoś, czego nie powiedziałem. Widzisz w mych słowach zupełnie coś innego.

Mogę pisać własne opinie, Marasie, a w moim komentarzu nie pojawia się ani razu słowo “słabe” i nie negowałem piórka dla Twojego opowiadania, a jedynie chciałem pokazać jeden z motywów przyznawania nominacji i piórek.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Wow, aleś wysmażył perorę, Darconie :O

Częściowo się z nią zgadzam (szczególnie odnośnie tego luzowania krawatów w NF), jednak nie uważam, by część autorów (tych starszych) nie potrafiła pisać o emocjach przez zbyt ograniczone prozą życia, wieloletnie doświadczenia…

Skoro już jesteśmy pod tekstem Cobolda, to wystarczy choćby spojrzeć na jego Fischerkoniga, w którym w dużej mierze skupił się na nastroju i baśniowości. A to cechy romantyka, które pośrednio świadczą o emocjach.

A że nie pisze o przyjaźni/miłości, nie pisze obyczajówek? Jego wybór, może akurat nie ma na to ochoty. Albo go to nudzi. Albo rzeczywiście wychodzi mu to gorzej, co jednak nie zmienia faktu, że za daleko zabrnąłeś we wnioskach.

O Shawarkarze coś głośno się zrobiło, więc też tam zajrzę, choć nieco później. I wtedy też się ustosunkuję.

Zresztą, emocjonalne teksty też dostają piórka. Chociażby tekst FoloinStephanusa, Werweny, czy moje, przesadne w formie, Papierowe Serca. Ale może zrzucisz to na karb “sympatyczności” autora :/

 

Coboldzie – nagrabiłeś sobie tymi Brajankami, krowami i trójgłowymi smokami. Po Oddziale i Lotharze myślałem sobie: “zbłądził nasz nieszczęsny Cobold! Zgubił się w meandrach literatury, niebożę!” i już chciałem odpalić znicza, ale Fun mnie uspokoił słowy: “on tak tylko na portal, w ramach ćwiczeń i dla dobrej zabawy”, no i na szczęście miał rację ;D

Taaak, końcową scenę kupuję, choć lekko mnie tknęło, że o tym wypalaniu oczu i ucinaniu języka tak po prostu oznajmiłeś (show me ^^). Nieźle Ci idzie, ale jeszcze wiele musisz się nauczyć, młody padawanie! ;p

Co do przeplatania narracji żeńsko– i męskoosobowej – rzeczywiście, fajnie wyszło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Councie, liczyłem, że chociaż Ty załapiesz przytaczaną przeze mnie “ciasnotę” w odpowiednie granice. Przecież nie miałem na myśli zwykłych ludzi i ułomności umysłu z medycznego punktu widzenia, bosz, ludzie, właśnie o tym pisałem. Otwórzcie szerzej własne umysły.

Dam Ci przykład, Shawarker ma w swojej opowieści bohatera, niejakiego Rufliego, którego ja, a czuję, że też Cobi, uważam, wróć, uważałem za coś trywialnego w fantastyce, coś co było i każdy może, prostotę, której daleko do Świętego Graala, a ta rzekoma prostota wyszła zajebiście. Tu widzę własne ograniczenia umysłu, prostota zbyt często kojarzy mi się (chyba) z prostactwem, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Młodzi niczego się nie wstydzą, wszystkiego spróbują, co niekoniecznie zrobię już ja, czy Ty, nieprawdaż, Councie?

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

A to muszę Was ostrzec chłopaki, że lubię sobie zmieniać klimaty i szukać nowych przestrzeni. Teraz siedzę nad moim najbardziej, jak dotąd, zmysłowym tekstem – opowiadaniem grozy inspirowanym “Piknikiem pod wiszącą skałą” i “Fortepianem”. Ciekaw jestem, czy spodoba się Darconowi. A zaraz potem wracam do dystopijnego SF. A w międzyczasie wrzucę tu jeszcze zwycięski tekst z silmarisowego konkursu, kompozycyjnie zbliżony do “Madonny”.

I podsumuję powyższą dyskusję – widzę “Madonnę”, myślę “gzyms”. Przeczytałem powyższe opowiadanie, tak jak kilka przez Was wspomnianych i nie umiem złożyć solidnego komentarza. Bo kłuje mnie trochę ucieczka “w eksperymentowałem sobie i będę eksperymentował”. To samo było zarzutem wobec mojego tekstu, w którym próbowałem przekroczyć pewne granice. Stąpam po kruchej linii odczytania tego komentarza jako wyrzuty “ad personam”, ale zauważyłem smutną zależność, że wobec niektórych tekstów nie wypada się przyznać, że nie rozumie się tła i nawiązań. To opowieści związane z historią i kulturą. Fizyka, chemia oraz inne nauki ścisłe uznawane są za hermetyczne, ale “humanistyczne” dostają natychmiastowy immunitet. Pierwsze są wrzucane do szufladki “twarde” i “nie rozumiem – yolo, mam w dupie", drugie przetrwają na zasadzie “super nawiązania, dzięki Tobie trochę się nauczyłem/nauczyłam".

Piszesz świetnie, coboldzie. Ale ten Twój “słoń i gzyms” mnie wyjątkowo zirytował. Wiem, że formą mojego opowiadania nikogo nie rozpiesciłem. Jestem amatorem i wolno mi się tak “zabawiać”. Jednak zakończę pytaniem – dlaczego punkt libracyjny i podstawowa wiedza o grawitacji jest faux pas, ale (prawie) nikomu nieznany obraz już przez ludzi pożądany?

Stn, to chyba niezupełnie tak. Uważam, że fizykę znam o wiele lepiej niż historię, w której ledwie się orientuję. Raczej mogę sobie przypomnieć sobie więcej wzorów z fizyki niż dat. Wiem, co to jest punkt libracyjny, chociaż bardziej nawykłam do nazwy “punkt Lagrange’a”. Ale Twoich tekstów często nie rozumiem.

Babska logika rządzi!

Owszem, spodziewałem się wspomnień o formę i próbowałem od niej uciec komentarzem. Stylu cobolda nie umiem doścignąć. ;)

Ale.

Ale drażnią mnie komentarze “nie wszystko zrozumieliśmy, ale piękne!”. Denerwuje mnie lekkość, z jaką większość potrafi przeczytać historię wybranego dzieła i doszukiwać się dualizmów i nawiązań, ale próba zrobienia tego samego dla zagadnień fizycznych… powoduje spuszczenie akapitu w kiblu niechęci.

Tak właściwie, to mnie też irytują reakcje “nic nie skumałem, więc to bardzo głęboki i mądry utwór”.

Ale będę się upierać, że fizyka wcale nie jest flekowana na starcie. Sama w jednym humorystycznym utworku opisałam piekło fizyka. OK, tam też były komentarze, że ludzie nie wszystko zrozumieli. :-/ Ale odnoszę wrażenie, że ogólnie wiedzieli, o co chodzi, tylko niektórych żarcików nie łapali.

Babska logika rządzi!

Tym gorzej, kiedy takie teksty puszczane są w ścieku. Jako dyżurny poleciłem jeden tekst, bo chciałem autorce dodać (wymuszonych, ale zawsze) komentarzy od loży. Poleciał ściekiem, bo odruchowa awersja do “tego nie rozumiem” wygrała. Podobnie poczułem się przy moich tekstach. Tym bardziej słyszycie więc trzask moich pękających pleców pod tym opowiadaniem. Cobold wyrobił sobie markę i mam wrażenie, że taka “sława" jest teraz dla niego krzywdząca. Dostał pochlebstwa za eksperymenty, za “nie łapię co chciałeś do końca przekazać, ale zrobiłeś to pięknie!” i obligatoryjne nominacje, bo przecież cobold. Naprawdę wystarczy świetny styl, by tak dobrze sprzedać coś, na co sam autor (między wersami) narzeka?

stn, czyżbyś wspomniał mnie? Tamten tekst akurat do prostych przykazań nie należał (nie w sensie “och, jestem taka niezrozumiana przez świat! D:”, lecz zwyczajnie, tekst był porządnie pokręcony), w dodatku nie wiązał się ze znajomością żadnej wiedzy, ani ścisłej, ani humanistycznej. Komu się podobało, ten to wyraził (wciąż pamiętam sławnie długi komentarz Anet), komu nie, ten konstruktywnie skrytykował. O to przecież chodzi. Przyjemność poszukiwania interpretacji jest związana z gustem – temat się podoba: chce się szukać szczegółów i je łączyć, temat nie trafia w preferencje czytelnika: trafia w niebyt. Nie mam do tego pretensji, myślę, że wszyscy postępujemy mniej lub bardziej w ten sam sposób. Po co zmagać się z tekstem, który nam się nie podoba? To nie przymus szkolnej lektury, na szczęście.

Stn, przede wszystkim, jeżeli mój komentarz o gzymsie dotknął Cię tak mocno, to dzisiejszy dzień jest chyba najlepszy do tego, żebym powiedział: przepraszam bardzo. Posłużyłem się wtedy funkcjonującym na portalu memem nie po to, żeby zrobić Ci przykrość, tylko, żeby w skrótowy sposób określić moje odczucia w stosunku do zastosowanego przez Ciebie środka wyrazu. Zrobiłem to jak widać nieskutecznie, tym bardziej przepraszam.

I masz rację: nie wiem o to punkt libracyjny. Podobnie jak trzy miesiące temu nie znałem wspominanego przez Ciebie obrazu. Nie jestem fizykiem, nie jestem też humanistą, tyko przyrodnikiem. Ale tak, jak nie sądzę żeby znajomość terminów naukowych była niezbędna do lektury Twojego opowiadania, tak samo nie uważam, żeby znajomość florenckiego obrazu była konieczna do zrozumienia mojego tekstu. Przywołałem go w przedmowie jako ciekawostkę, wskazującą na okoliczności powstania opowiadania, ale w moim tekście pojawia się inny obraz, opisany przeze mnie w sposób, jak mi się wydaje, wystarczający do zrozumienia fabuły. Celowo zresztą, nauczony doświadczeniami z Fischerkoniga,  umieściłem akcję w fikcyjnym mieście, pośród fikcyjnych bohaterów.

Moje uwagi dotyczące Twoich opowiadań nigdy nie odnosiły się do ich tematyki, a jedynie do spraw czysto literackich. Co więcej, sama tematyka była tym, co mnie przyciągało, kłopoty miałem z doborem przez Ciebie słów, budową zdań, sposobem narracji, kompozycją. Jak pokazują komentarze innych Czytelników, zwłaszcza w ostatnich dniach, są odbiorcy, którzy doceniają Twoją twórczość również na tej płaszczyźnie. I przyznam, że mnie te komentarze ucieszyły. To tylko dowodzi tego, o czym pisałem wcześniej w tym wątku – różne są gusta. I dobrze.

Szczęśliwego Nowego Roku!

Teraz będzie, że przyszedłem tu żale wylewac, tfu. Akurat gzyms mnie ominął (jest gdzieś wyjaśnienie tego mema?). Chodzi mi bardziej o to, że jeśli nazywasz to eksperymentem, to ja zapytam – gdzie Cię zabolało? Którą granicę przekroczyłeś, z jakim przyzwyczajeniem walczyłeś? Zmiana realiów lub “gatunku”, czy bardziej doboru rekwizytów to mało. Dla Ciebie to za mało. Umiesz pisać pięknie, dobrze to wiesz. Ale mam wrażenie, że dla samego siebie zostajesz zbyt zachowawczy wtedy, kiedy nazywasz coś podjętym przez Ciebie ryzykiem. Dlaczego też zirytowało mnie natychmiastowe zanegowanie tekstu Żonglerki przez całą Lożę. Bo Wy, bo Ty, coboldzie, siedzicie na aksamitnych poduszkach. Brakuje mi w Tobie gramu szaleństwa, chęci ryzyka. Ot, napiszesz opowiadanie, będzie miało śliczną formę i zrozumiałą fabułę. I dostanie kupę nominacji, co utwierdzi Cię w przekonaniu, że więcej się starać nie musisz. Dlatego i ja będę życzył Ci chęci balansowania na linie i chęci, by czasem sobie nos rozkwasić. Byś kiedyś, może, pojechał czymś równie pokręconym a'la Żonglerka i odpalił prawdziwą petardę. Bo powyższy tekst jest dobry, ale typowo Twój. Coś jakby Ci forma w pisarskim piecu hutniczym ostygła.

Nie bądź taki grzeczny, nie zawsze musisz, walnij czasem cojones na stół. ;)

Ale czekaj, czekaj, bo się pogubiłem – o którym eksperymencie, i o którym tekście Żongler rozmawiamy? Co do gzymsu, wpisz sobie w Google "Laktoza trailer". I nie gniewaj się, grzeczność to też moja cecha zawodowa.

Łzy Skarabeusza (nie umiem linkować na telefonie). Temat eksperymentowamia zacząłeś Ty (głównie przez próbę pisania w różnych gatunkach), w odpowiedziach na komentarze.

Nie gniewam się, ale z drugiej strony wiem, że proktologiem nie jesteś. Więcej żaru, mniej formaliny. :)

Ale skąd w ogóle pomysł, że eksperymentowanie musi boleć? Boleć, nie bolało, ale mierziło, że po raz pierwszy od dość dawna piszę coś pozbawionego głębszego przesłania, taką bardziej przygodówkę. Ale chciałem spróbować. Kompensowałem to sobie ćwiczeniami z formy. Każdy toczy takie bitwy, na jakie go stać.

A jeśli chodzi o opowiadanie Żongler, napisałem w komentarzu uczciwie, co mi się podobało, a co nie. Za decyzje innych członków Loży nie odpowiadam. Ale nie rozumiem jednego – wybór Loży należy do użytkowników, a zatem jej gust jest emanacją gustu wszystkich tutaj obecnych. Głosując na mnie, wiedziałeś jakie są moje dotychczasowe decyzje, nie oczekujesz chyba, że nagle zmienię swoje postrzeganie tego, czym jest dobre opowiadanie. Nawet, gdybym potrafił, nie byłoby to chyba uczciwe wobec głosujących na mnie.

A przychylając się do Twojego ostatniego życzenia – nie zauważyłem aby poduszki w Loży były szczególnie wygodne, ale ja, wbrew pozorom, mam raczej twardą dupę.

Jak nie zabolało, to albo jesteś masochistą ;), albo pojechałeś po mniejszej linii oporu. Nie chcę brzmieć jakby mi się tekst nie podobał, ale umiesz więcej. Jeśli łapałeś tu oddech, albo napisałeś coś “w przerwie na kawę" to jak najbardziej okej. Tylko dlaczego przystępną formą da się wytłumaczyć wszystkie niedociągnięcia i wynieść opowiadanie na nieboskłon? Szkoda mi, że dyżurni nie mogą dawać nie – bo ewentualne piórko pod tym tekstem Cię skrzywdzi. Nie rozumiem no, nie rozumiem takiego odbioru tekstu, pod którym sam cobold psioczy na siebie.

Akurat tekst Żongler chciałem potraktować dwojako – jako prywatną nagrodę dla niej za zawiłość tekstu… i lekką pokutę dla kilku lożowników. Może i masz poślady twarde jak stal, ale celowałem też w inne. ;)

I dałem Ci swój miecz, bo lubię niejednorodność. Umiesz pisać, umiesz komentować i bierzesz na warsztat sprawy, o których nie mam pojęcia, że istnieją. Chcę słyszeć głosy, które brzmią z zupełnie dla mnie obcego punktu widzenia. Ale – jak mówiłem – mam duży problem konkretnie z tym opowiadaniem.

No dobra, wyzwanie przyjęte. Jakieś bliższe wskazówki (bo rozumiem, że nie chodzi po prostu o nieprzystępność)?

A z piórkiem, i bez Twoich ujemnych punktów, będzie ciężko ;)

Ale o czym Wy w ogóle piszecie? O tym tekście Cobolda, który jest nad komentarzami, czy jakimś innym? Bo się pogubiłam… Aha, i raczej po linii mniejszego oporu, jak już coś. ;)

Zrób woltę i zaskocz portal czymś bez historii. Chciałbym zobaczyć, gdzie dojdziesz, idąc na ślepo. ;)

Zdanie dyżurnego (jeszcze na urlopie) nie ma żadnego znaczenia. Psioczyłem sobie zupełnie prywatnie.

 

W większości o tym. No mi się inwersja wkradła, poprawię jak się do kompa dokleję, mam za grube palce na edycję z telefonu. ;)

To jak już tutaj sobie piszemy takie nasze kategoryczne opinie, to ja osobiście uważam, że to opowiadanie jest świetne, gdybym była w loży to dostałoby ode mnie wielkie TAK, no i kompletnie nie rozumiem, czego można w nim nie rozumieć. Jest jasne jak słońce. :)

To tak dla równowagi. Pozdrawiam.

Ocha – w przyszłym roku masz mój głos. Ktoś będzie musiał mnie zastąpić w Loży ;)

Stn – i to jest konkret. A ja, tak jak mówiłem, będę chciał się zająć dla odmiany przyszłością.

Tylko uważaj na fizykę kwantową – wielu nadużywa jej jako deus ex machina na wszelkie nieścisłości fabuły.

Tak myślę, że ciekawostką i sporym wyzwaniem dla uczestników byłby konkurs, w którym losuje się pomysły wymyślone przez innych (coś jak PJO, ale zamiast słowa – zdanie bądź cały zarys). Aaale bym się na kimś wyżył. ;)

Możesz zorganizować taki konkurs. Będzie śmiesznie. :-)

Babska logika rządzi!

W tym kwartale kiepsko. :(

A nawet nazwa by była – Kargulki. Tak po złości somsiadom, tfu.

Przeczytane :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Super pomysł na konkurs! Służę odjechanymi chorobami. :D

A z komentarzem co do opowiadania wrócę później. Pardon, Coboldzie. Po prostu bardzo spodobał mi się pomysł STN. :)

Następny kwartał czeka, stn, bo pomysł bardzo zacny! ;D

Akurat wpadniesz po punkach ;>

I would prefer not to.

Fajne :)

@ Anet – co fajne? Komentarz, czy opka;)

 

 

Opowiadanie ;)

Doskonałe opowiadanie. Absolutnie.

Tutaj mógłbym zakończyć moją wypowiedź, gdyż trudno mi klecić zdania, gdy jestem po prostu zachwycony. Niemniej zrobię, co w mojej mocy.

Wątek obyczajowy jest rewelacyjny, a same postaci świetne. Nie ograniczają się do wypowiedzenia jakiejś kwestii i spełnienia roli, lecz każdą odebrałem jako starannie nakreśloną i przemyślaną. Nawet, jeśli robiła coś zaskakującego i coś, czego bym nie pochwalił, potrafiłem zrozumieć, czym się motywowała. Gdy pewna osoba mnie dziś spytała, co czytam, a ja zacząłem jej opowiadać z grubsza tylko o wątku współczesnym, przerwała mi i powiedziała, że więcej nie chce wiedzieć, bo chce to sama przeczytać. To chyba jeden z komplementów ostatecznych dla pisarza, Coboldzie. ;) Brawo!

Dwie płaszczyzny czasowe nie pozwalały się nudzić, ładnie powiązałeś wszystko paralelami. Renesansowe Włochy to okres, do którego mam słabość. Wszystko zdaje się zmierzać dość jednoznacznie do końca, aż następuje finał, który nie daje po prostu odpowiedzi na pytania, ale każe pomyśleć i wysnuć własne wnioski. Uważam takie zagranie za przejaw absolutnej pisarskiej dojrzałości, podziwiam i cieszę się, że dzielisz się tu z nami swoją twórczością. Bo, przynajmniej mnie, świetnie się to czyta. Jako czystą rozrywkę, a nie lożowy obowiązek.

Potknąłem się tylko na jednym fragmencie:

Podszedłem do niego, przeprosiłem za wcześniejsze zachowanie i spokojnie przedstawiłem swoją prośbę. Kiwał głową, choć nadal patrzył na mnie jak na szaleńca.

Potem ruszyłem z powrotem. Szedłem moją ulicą, na której bawiłem się jako dziecko, bosymi stopami poznając każdy kamień, i modliłem się, żeby jednak nie było za późno. Szedłem przez moje miasto, między budynkami z cegły ciepłej i rumianej jak wypieczone bochny, mijałem moich sąsiadów i zastanawiałem się, kto z nich stanie po stronie dawnego porządku, a kto dał się oszukać opowieściom przybłędy. Wyszedłem na rynek, zanurzyłem się, może po raz ostatni, w tej czystej przestrzeni, spojrzałem na niebo, wciąż moje, choć zasnute chmurami. Przebiegłem wzrokiem po oknach Palazzo Ducale, z próżną nadzieją, że dojrzę gdzieś ślad obecności Giulii, dowód na bezzasadność moich obaw. A potem wszedłem w gardło Via dei Carnefici, ulicy szerokiej, ale dziś, w tym dziwnym świetle, przypominającej wąwóz.

Za dużo tego chodzenia. Dwa “szedłem” w otwierających akapit zdaniach to, zdaje się, celowe powtórzenie, ale w okolicy jest zbyt gęsto od tego czasownika i fragment wypada chropowato.

 

Słowem podsumowania powiem, że Madonna jest jednym z najlepszych opowiadań 2018-go, jakie tutaj czytałem. Zostawiłem ją sobie w grudniu na koniec i nie zawiodłem się! Podoba mi się chyba nawet bardziej niż Lothar, stąd mam nadzieję na pomyślny wynik głosowania tak piórkowego, jak i później plebiscytowego.

Trzymaj się!

A toś mnie zaskoczył, Bright! Dzięki!

To ja już może zostawię Czytelnikom decydowanie o tym, które z moich opowiadań jest najlepsze…

 

Gdy pewna osoba mnie dziś spytała

znam tę osobę? ;)

Mieliście okazję się spotkać i nawet wymienić kilka zdań. ;)

I powtórzymy to w sobotę?

Sytuacja jest dynamiczna. :p

Przejrzałem jeszcze komentarze i rzucił mi się w oczy ten wpis:

Chciałbym teraz pójść w stronę opowieści jednowątkowych, z narastaniem klimatu, bardziej sensualnych niż intelektualnych.

Dlatego chciałbym tylko dodać, że trzymam kciuki za taką próbę bardzo, bardzo!

Wracam z komentarzem piórkowym.

Językowo – bardzo dobry tekst. Jak zawsze też ukrywasz wiele znaczeń w tekście, tak samo sytuacje można interpretować na wiele sposobów.

Muszę też powiedzieć, że współczesny wątek osobisty w tym tekście wypadł naprawdę dobrze. Odpowiednio dobrze nakreśliłeś samą bohaterkę, jak i otaczających ją mężczyzn. To jak poruszają się w zaistniałych sytuacjach, jak podejmuje decyzję – moim zdaniem wyszło bardzo realistycznie.

Tak więc finalnie jestem na TAK. Kolejne Twoje dobrze przemyślane dzieło, co widać i w wykonaniu i w treści.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przeczytałam jakiś czas temu, ale dopiero teraz wracam. Mam chyba podobnie jak Mytrix, bo największą przyjemność sprawia mi przede wszystkim czytanie postawionych przez Ciebie literek. A stawiasz je dobrze, cholernie dobrze! Tworzysz wciągające historie, potrafisz zaczarować czytelnika, a zostawiając mnóstwo niedopowiedzeń, dajesz pole do popisu dla jego wyobraźni.

Wszystko inne zostało już tu chyba powiedziane, ja dodam jeszcze od siebie, że dzięki lekturze Twojego opowiadania, upewniłam się, iż wszystkie dziwne baby zostały wcześniej podrzucone do lasu przez kosmitów. ;P

Zgrabna przeplatanka Ci wyszła. Lubię różnicowanie tekstu A-B-A-B, więc miałeś plusa już na starcie.

Od początku dobrze zahaczyłeś ofia czytelnika, a potem, bez nadmiernego szarpania wędką, wiodłeś w upatrzonym kierunku. Nie ma to jak tajemnica, którą koniecznie trzeba zbadać, na dzień dobry.

Jak na Ciebie, to w miarę prosta (w sensie: niemetaforyczna) fabuła. Dla mnie to zaleta. Czytam, ciekawa, jak się skończy dany wątek, a nie muszę kombinować, czy tam gdzieś jest trzecie dno i co poeta chciał przez to powiedzieć. Miło, że ograniczyłeś do zwyczajnych paralel między trójcami bohaterów i czasami.

Te dzieci niemal prawiczka trochę mnie zaskoczyły, ale OK, mogło być, jak piszesz.

Jestem na TAK, czyli. Ale pewnie już wiesz.

Babska logika rządzi!

Przeczytane.

Te dzieci niemal prawiczka trochę mnie zaskoczyły,

“niemal prawiczek” – hmmm…

Byłem młodym malarzem. Znałem większość dziwek w San Lorenzo

A, na te znajomości nie zwróciłam uwagi, bardziej skoncentrowałam się na reakcji, kiedy modelka zaczęła mu się rozbierać. Ale widocznie poszło o to, że to dziewczyna samego szefa, a nie o kawałek cycka.

Babska logika rządzi!

I znów Cobold, i znów tekst-dylemat. Z jednej strony kusi mnie, by głośno przyklasnąć, ukłonić się, i bez zbytniego mędrkowania ofiarować Madonnie swój miecz, bo na wiele sposobów naprawdę jest to świetny tekst (truizm). Z drugiej jednak strony wciąż nie jest to to, co być powinno, czego by się naprawdę chciało, i co – jestem pewien – być by mogło.

Dlaczego?

Jakkolwiek po lekturze nie czułem tego rozsadzającego bólu dupy, z jakim zostawiłeś mnie ostatnim razem, w pewnym osobliwym skansenie, a zamiast tego mam sporą satysfakcję z naprawdę dobrze i naprawdziej ładnie napisanej, a przy tym ciekawej, świetnie trzymającej klimat opowieści, nie mogę uczciwie powiedzieć, że jestem lekturą w pełni usatysfakcjonowany. Bo fabuła.

Generalizując, mam wrażenie, że w sumie wiem, co chciałeś opowiedzieć, choć tak naprawdę nie do końca Ci to wyszło.

Co na pewno, to nie kupuję tego „karania” malarza za to, co zobaczył i jak na to zareagował. Rozumiem, że w żadnym wypadku nie wyglądała ta scena jak „napaść” mnicha na Giulię, co popsuło plany księcia pana, ale, mimo wszystko, bohater nie zasłużył na swój los. Nie widzę tu żadnego uzasadnienia dla takiego rozwoju wydarzeń, przy czym próba ukazania Mantucciego jako szaleńca też wypada, jak dla mnie, nieprzekonująco. Powiedziałbym raczej, że to zupełne sensowny władyka. I nie pomogło nawet wskazanie palcem: „O, patrz, tu widać, jaki z niego czubek!”.

A skoro już przy tym jesteśmy, to błogosławieństwo mnicha, choć w momencie swojego zaistnienia wydaje się ważne, w ostatecznym rozrachunku dla bohatera okazuje się nie mieć żadnego znaczenia. Również jego prapraktośtam, Rosa – bo tak chyba należy ją interpretować (przynajmniej się chłop doczekał potom… oh, wait ;) – jakoś specjalnie na nim nie użyła, gdy tymczasem klątwa Matnuccich działała, jak się okazuje, bez zarzutu. Ot, taka pierdołka, ale jednak mi się to gryzło trochę.

Z poważniejszych: Jak się tak zastanowić, to nie łapię, skąd wzięły się na obrazie te anioły, statki i tak dalej. Z jednej strony trzeba by tu chyba doszukiwać się dosłowności w scenie „wypalania” obrazu (w sensie, że malował go myślami nie tyle w głowie, co dosłownie, na odległość, na desce ukrytej gdzieś tam przez Paola), za czym zdaje się przemawiać fragment o wypalonych powiekach. Z drugiej strony to jednak trochę naciągana teoria, bo cała tamta scena wygląda głównie na majaki na wpół obłąkanego nieszczęśnika, który ucieka przed bólem i ostatecznym szaleństwem do swojej „strefy bezpieczeństwa”; do tego, co naprawdę kochał i co było dla niego ważne. Generalnie wszystko to nie chce mi się złożyć w żadną specjalnie logiczną całość. I nadal nie widzę tu miejsca ani czasu na statki kosmiczne.

Umyka mi też sens działania samej Giulii. Wszystko to wygląda, jakby się po prostu dobrze bawiła, uwodząc po kolei wszystkich tych jurnych Włochów, mniej lub bardziej dosłownie niszcząc im życie. Inną ewentualnością jest pragnienie posiadania potomstwa z protagonistą, ale to zupełnie bez sensu, nawet jak na standardy kogoś zupełnie oderwanego od naszej rzeczywistości.

Część opowiadania poświęcona Rosie, jako uzupełnienie kronik renesansowych spisuje się zupełnie fajnie; szczególnie podoba mi się klamra z tym, że tylko ona i profesor – potomkowie tych, którzy „jako jedyni byli w stanie ujrzeć w Giulli Madonnę” – dostrzegali prawdziwe „oblicze” tej dechy nieszczęsnej. Świetny koncept. Niemniej jako historia niezależna (przy czym, oczywiście, jestem świadom, że w takiej formie ona w naturze nie występuje) nie robi na mnie większego wrażenia.

Oczywiście między chwilą przeczytania opowiadania a momentem napisania (a ściślej: dokończenia) komentarza, minęła cała nieskończoność pomniejszych zbiorów nieskończoności, więc część rzeczy mi tu pewnie umknęła, część zdążyła się zapomnieć, a cześć z perspektywy czasu straciła na znaczeniu, więc już do tego nie wracam. Tak czy inaczej teraz, patrząc na tekst z nieco innej już perspektywy, i mogąc bardziej skupić się na emocjach, które we mnie nadal wywołuje, niż na świeżych przemyśleniach, oceniam go jednak inaczej – choć niekoniecznie uczciwiej – niż oceniałem na początku. Mam nań bardziej ugruntowane spojrzenie.

I podoba mi się to, co widzę.

Co prawda nadal uważam, że momentami wszystko to jest po prostu przekombinowane i niejasne, jednak nie wywołuje to we mnie nawet w części tak silnego wewnętrznego sprzeciwu jak „Na obraz i podobieństwo” – co wynika z tego, że, jak już mówiłem, jestem w stanie dopowiedzieć sobie prawie wszystko to, co nie do końca wynika mi z treści – zachowując przy tym tę samą, niepośledniej próby pisarską jakość i zostawiając z poczuciem głębokiej satysfakcji i przyjemności z lektury.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

I tym razem dziękuję, Cieniu!

Choć biorąc pod uwagę całość komentarza, jakoś nie bardzo trafia do mnie ten ostatni akapit. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że w obu przypadkach wahałeś się tak pół na pół, aż w końcu raz wahnąłeś się w jedną stronę, a później, dla równowagi, w drugą ;)

Wahałem się tylko w jednym przypadku. Zgadnij, w którym…

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Bawisz się, Coboldzie. Powoli i nieubłaganie dla innych adeptów pióra, wspinasz się na wyższy poziom literackiego rzemiosła i mam tylko nadzieję, że pewnego dnia nie znikniesz z portalu, nie transferujesz się do lepszej ligi, stwierdzając, że w naszej niczego już się nie nauczysz i nie masz z kim grać.

Ale na szczęście jeszcze na ten arcymistrzowski poziom nie wyskoczyłeś. Niemal za każdym razem, po lekturze coboldowych perełek czegoś mi brakuje, jakiś mały element zazgrzyta, robotę profesjonalisty zakłóci jakaś drobna słabość. Najbliżej opowiadania stawianego obok tych amerykanckich, książkowych, pisanych przez znanych i cenionych autorów, był jednak "Lothar". Na każdej płaszczyźnie: fabuły, idei, wykonania.

Tym razem napiszę od razu: w "Madonnie" powietrze spuściła informacja o zamknięciu profesora w wariatkowie po jego wystąpieniu w Rzymie. Jakieś to prostackie i naiwne fabularnie mi się zdało. Nieprzystające do tematu i reszty tekstu.

To znaczy, takie rozwiązanie jest całkowicie uzasadnione fabularnie i dobrze wpina się w splątane losy czwórki bohaterów. A jednak wyjąłeś je moim zdaniem z kapelusza, a nie z rękawa. Jeśli wiesz, co próbuję powiedzieć. Pojawiło się bez odpowiedniej introdukcji i zostało przedstawione w bardzo słaby sposób. Aż przetarłem oczy, zaskoczony taką mielizną literacką w opowiadaniu, które czytałem z przyjemnością.

I może nie uwierzysz, ale ta właśnie rysa spowodowała, że "Madonny" nie nominowałem.

Wracając do tekstu. To, że potrafisz posługiwać się swobodnie elementami literackiego warsztatu z poziomu "ekspert" pokazują już pierwsze dwa zdania. To, jak zabawiłeś się stwierdzeniem "wyłoniło z ciemności", to jak poprowadziłeś to zdaniem do ostatnich słów: obok głowy Matki Boskiej. Mała gierka z czytelnikami, przykuwający uwagę początek, sprytna i pełna gracji zmiana perspektywy. Świetna robota.

Takich elementów, motywów i chwytów, jak zwykle znajduję w Twoim opowiadaniu sporo. Chociażby dwutorowa narracja w dwóch płaszczyznach czasowych i prowadzona z kobiecej i męskiej perspektywy. Piszesz, że chciałeś sobie poćwiczyć ten typ narracji i myślę, że ćwiczenie można uznać za udane.

Sama fabuła. Tradycyjnie doceniam pomysł i umiejętność wyszukiwania i wykorzystywania oryginalnych i bogatych kulturowo inspiracji. Już one same dodają Twoim tekstom szlachetności i głębi.

Część zwrotów akcji przewidziałem, przyznaję, że w pewnej chwili straciłem pewność, o którym obrazie piszesz, a zakończenie zdawało się jakby urwane, niepełne. Jednak po czasie stwierdziłem, że niczego mu nie brakuje.

A UFO? Czy Giulia była tylko nieziemsko piękna, czy też jej pochodzenie było nieziemskie? Nie wiem. Jeśli nie, to oznaczałoby, że fantastyki w tym tekście zabrakło. Ale nie przeszkadza mi to zupełnie i takie traktowanie tematu konkursu doceniam, dla mnie ilość sugestii i zawoalowanych aluzji jest wystarczająca, i domyślna fantastyka w zupełności mi wystarcza tym razem.

Aha. Jeszcze dwa spostrzeżenia. Świetna jest, wpisująca się w literackie tradycje opowieści o dorastaniu młodego mężczyzny, którego wyobrażenia i wzniosłe uczucie sprowadzone są na ziemię i zbrukane poprzez widok obiektu uwielbienia in flagranti, scena, gdy Paolo podgląda Giulię siedząc na drzewie. Cała wymowa tej sceny – kto i z kim to robi, jak, gdzie, co widzi i przeżywa bohater – świetnie się zabawiłeś, Coboldzie.

I druga rzecz. Podczas lektury "Madonny" spowijał mnie klimat znacznie bliższy "Imieniu róży" niż "Kodu da Vinci…" – i to jest dla mnie kolejny wyznacznik jakości tekstu.

Przy okazji. Widzę, że obrałeś ciekawą taktykę. Jeszcze niedawno świeciło u Cobolda jedno srebrne piórko. Cierpliwie publikowałeś swoje teksty gdzie indziej, zgarniały wyróżnienia, znałeś ich wartość. I zaatakowałeś nimi portal. A teraz pewnie zaliczysz zasłużoną i rzadko spotykaną serię piórkową. Gratuluję.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Przeczytane:) Bardzo mi się podobało. Nawet trochę się emocjonalnie wciągnąłem, a to u mnie rzadkość;)

Dzięki, Marasie, czekałem na ten z dawna obiecany komentarz.

Dałeś mi do myślenia z tym zakończeniem wątku profesora. Coś jest na rzeczy, chyba faktycznie na moment poluzowałem czujność i wkradł się banał.

Widzę, że obrałeś ciekawą taktykę.

A to już Twoja robota – sprowokowałeś mnie tą tezą o trzech piórkach, które dopiero dają prestiż.

A teraz pewnie zaliczysz zasłużoną i rzadko spotykaną serię piórkową.

Ale, żeby plan się powiódł, potrzebuję jeszcze m.in. Twojej pomocy. Kolejne opowiadanie samo się nie przeczyta ;)

 

Dwojga imion, Marcinie Maksymilianie, i Tobie dziękuję za miłe słowa!

Niedługo tam dotrę, Coboldzie. Jeszcze Finkla i Mytrix zalegają poważnie u mnie. Jakby co to przed 5 lutego wyrobię.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Cześć, coboldzie!

 

Z przyjemnością przeczytałam twoje opowiadanie :). Pod względem stylistycznym nie ma się do czego przyczepić. Sprawnie prowadzisz narrację dwutorową, co wcale nie jest proste, także czapki z głów. Świat przedstawiony jest świetny. W trakcie lektury widziałam przed oczami coś na kształt renesansowej Florencji, miodzio! Bohaterowie z krwi i kości, naprawdę ci się udali. Zasmucił mnie dramatyczny koniec malarza, ale jednocześnie zaskoczył. Ta Giulia to niezłe ziółko :3. Fantastyka w Madonnie jest ulotna jak piórko, ale ja tak akurat lubię :).

Cóż, żeby tak nie słodzić ciągle, to powiem, że dla mnie, jako zwykłego czytelnika-szaraczka nie wszystko było zrozumiałe, dopóki nie przeczytałam kilku komentarzy wyjaśniających pod opowiadaniem. Przede wszystkim zastanowiła mnie spalona powieka i klątwa Mantucciego. Nie do końca jasne jest dla mnie nadal zamalowanie aniołów i umieszczenie w tych miejscach spodków UFO. Oprócz tego lasery, ołów, ultramaryna…

Niektóre rzeczy wychwyciłam sama, inne z komentarzy (z głośnym pacnięciem się w czoło: “faktycznie!”), a jeszcze inne (no chociażby te lasery, ołów i ultramaryna), zostają dla mnie zagadką :). 

Tak czy siak, przyjemność z lektury miałam przeogromną :).

 

Pozdrawiam!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Nowa Fantastyka