- Opowiadanie: cobold - Na obraz i podobieństwo

Na obraz i podobieństwo

Moje najlepsze opowiadanie. Zajęło drugie miejsce w konkursie “Fantazmatów” i ukazało się wiosną w pierwszym tomie antologii. Z okazji premiery tomu drugiego, za zgodą Fenrira, publikuję je również tutaj.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Na obraz i podobieństwo

– Profesor Neumann?

– Tak?

– Chciałby pan zobaczyć, jak rodzą się bogowie?

 

***

 

Teraz myślę, że te pierwsze słowa, tak jak pierwsze zdania książki, ukształtowały mnie do końca całej historii. Gdyby nie padły, miałbym dla was zupełnie inną opowieść. Nic na to nie poradzę, tak już jest z mitami.

Wtedy jednak słowa Nguyena nie zrobiły na mnie specjalnego wrażenia. W bogów, przynajmniej w powszechnym tego słowa znaczeniu, nie wierzyłem. Tak jak teraz nie wierzę w człowieka. Przynajmniej w powszechnym tego słowa znaczeniu.

Z drugiej strony, w Chinach byłem pierwszy raz, świeżo po sukcesie mojej ostatniej książki. Po wygłoszeniu zakontraktowanych wykładów cierpiałem na kryzys spełnienia. Nie miałem żadnych planów, miałem za to mnóstwo wolnego czasu, stabilną sytuację finansową i całkowicie rozpieprzone życie osobiste. Potrzebowałem nowego początku.

Tak oto trafiłem do Edenu.

 

***

 

W drodze Nguyen niewiele opowiadał o projekcie, do którego zostałem zaproszony, co nie znaczy, że był złym towarzyszem podróży. Dowiedziałem się od niego na przykład, że chińska wódka nazywa się baijiu i można ją robić z sorga. I że, nieduzi przecież, Chińczycy mają zaskakująco mocne głowy.

– Nie jestem Chińczykiem, tylko Wietnamczykiem – prostował z uporem Nguyen. – Ale wam, Niemcom, to zawsze wszystko jedno.

– Nie jestem Niemcem, tylko Szwajcarem – odpowiadałem, niezbyt chyba wyraźnie.

Zawsze zastanawiało mnie to, że ludzie w różnych zakątkach świata, zupełnie niezależnie od siebie, potrafili opracować tyle metod produkcji alkoholu. W pewnym sensie stanowiło to analogię do tego, czym zajmowałem się zawodowo.

 

***

 

Eden był ośrodkiem hodowli i badań nad szympansami. Taki chiński kaprys – jakby nie mieli wystarczająco dużo swoich zagrożonych gatunków. O przeznaczeniu kompleksu miała informować szczerząca zęby, drewniana figura małpy z koszmaru, ustawiona przy leśnej drodze oraz fantazyjna brama wjazdowa w kształcie gigantycznych, skrzyżowanych bananów. Na to, że nie chodzi wcale o ochronę przyrody, wskazywały z kolei otaczające ośrodek zasieki, liczne punkty kontroli i pozdrawiani przez Nguyena, uzbrojeni żołnierze. Droga prowadziła między wysokimi panelami z pleksiglasu. Przez pokryte wilgocią tworzywo prześwitywały kłęby zieleni.

Dopiero gdy zatrzymaliśmy się przed rozległym, oszklonym pawilonem, poczułem, jak parne było powietrze. Nguyen wyskoczył zza kierownicy jeepa, otworzył mi drzwi i wskazał wejście do budynku.

Wewnątrz panował przyjemny chłód. Było czysto, wręcz sterylnie. Za białym kontuarem siedział kolejny umundurowany strażnik. Spojrzał na nas bez emocji i wrócił do śledzenia obrazu na stojącym przed nim monitorze. Ruszyliśmy przez jasny, pusty hol w kierunku jedynych widocznych drzwi. Mój towarzysz wstukał kod i przeszliśmy do następnego pomieszczenia.

Uderzyła mnie w oczy soczysta zieleń. Całą przeciwległą ścianę pokrywały ogromne monitory. Kilka było wyłączonych, ale większość przedstawiała wnętrze dżungli. I małpy. Skaczące, iskające się, wymachujące łapami. Zachowywały się jak dzieci, choć miały pomarszczone twarze starych ludzi.

Dwa dolne, środkowe ekrany przesłaniał niewyraźny cień. Jego kontury drżały w seledynowej poświacie. Cień odwrócił się i dopiero teraz rozpoznałem w nim człowieka – potężnego mężczyznę, będącego dobrze po pięćdziesiątce, z siwą brodą, twarzą rybaka dalekomorskiego i uśmiechem godnym rekina.

– Witam, profesorze – powiedział miękkim głosem.

Zaskakująco zwinnie jak na kogoś swojej postury zbliżył się, żeby zmiażdżyć moją dłoń.

– Björn Thorvaldsen – przedstawił się.

Aha. Wiking w środku chińskiej dżungli.

Brodacz zrobił kilka kroków do tyłu i zatrzymał się przy monitorach. Nie musiał nic dodawać, domyśliłem się, że jest w tym budynku samcem alfa.

– Wraz ze znanym już panu doktorem Nguyenem i – Thorvaldsen wskazał na niewidoczną wcześniej, stojącą z boku drobną brunetkę – doktor Pentangeli stanowimy radę projektu. Wobec zaistnienia nowych faktów rada uznała, że pana obecność w ośrodku może być… wskazana.

Zmierzył mnie krytycznym wzrokiem i dodał jeszcze:

– Niejednogłośnie.

Wyraz jego twarzy nie pozostawiał złudzeń, kto głosował przeciw.

Schowałem prawą rękę za plecami i kilkakrotnie rozprostowałem palce. Posłałem uśmiech w stronę doktor Pentangeli – trzeba było budować drużynę na wypadek ataku drakkarów. Odpowiedziała przymknięciem powiek.

– Jak panu zapewne wiadomo – kontynuował Thorvaldsen – prowadzimy tutaj długofalowe obserwacje naczelnych. Oto nasza najstarsza para szympansów. – Wyciągnął rękę w kierunku jednego z monitorów. – Adam i Ewa.

– Gratuluję inwencji. – Wskazałem na sąsiedni ekran, który przedstawiał parę awanturujących się między sobą małp. – A to zapewne Kain i Abel?

– Ich już oddaliśmy do ogrodu zoologicznego w New Delhi, ale mamy jeszcze Seta, Henocha, Noego, Rachelę i Sarę.

– Zaprosiliście mnie, żebym pomógł wam dobrać kolejne imiona? – Wciąż próbowałem odzyskać inicjatywę. Ręka nie przestawała boleć.

– Nie, chcieliśmy panu pokazać coś innego.

Thorvaldsen gestem magika włączył kolejny ekran na bocznej ścianie. Na białym tle pojawił się czarny rysunek. Wymalowany grubą, nierówną kreską symbol składał się z pionowej linii zakończonej u góry koślawą pętelką. Całość wyglądała jak wariacja trzylatka na temat litery „P”. Thorvaldsen dotknął panelu sterującego i ukazał się kolejny obrazek. Tym razem kreska była bardziej zdecydowana i rozdwajała się w dolnej części, a w środku pętelki można było dostrzec czarny punkt.

Spojrzałem na otaczających mnie naukowców – z wyjątkiem Nguyena, wyglądali na zupełnie poważnych.

Następne przeźrocze: dołączyły dwa skośne odcinki i całość zaczęła przypominać patykowatego ludzika z wodogłowiem. Na kolejnym obrazku patyczak był wyraźnie wkurzony – wymachiwał trzymanym w ręce oszczepem. I wreszcie ostatnie zdjęcie: dwie stylizowane ludzkie postaci, jedna większa, druga mniejsza, obie z aureolami lub w hełmach, prowadziły między sobą trzecią, małą istotę, pozbawioną owej tajemniczej ozdoby głowy.

Widziałem już takie rysunki u Dogonów albo na płaskowyżu Nazca. A najwięcej w dzieciństwie, w książkach Dänikena.

– Nie jestem specjalistą od sztuki pierwotnej.

– Ale zna się pan na religiach. A niektórzy z nas uważają, że te obrazki przedstawiają bogów – odpowiedział Thorvaldsen.

– Jakich bogów?

– Najwyraźniej ten większy to ja, a ten mniejszy to Nguyen.

Zdezorientowany spojrzałem na świecące ze ściany monitory.

– One?

Okej, nie byłem w czasie podróży tutaj aż tak pijany, żeby nie zastanawiać się, po co badaczom szympansów konieczna obecność religioznawcy. Spodziewałem się krótkiej zabawy, po której wybiję gospodarzom z głowy głupie pomysły. Rysunków, których wypracowanie zajęło naszym przodkom dziesiątki tysięcy lat, nie było w planie.

Szef ośrodka wzniósł ręce w teatralnym geście, przyzywając wyimaginowane audytorium na świadków mojej niekompetencji. Zganił mnie wzrokiem raz jeszcze i przeniósł spojrzenie na doktor Pentangeli. Kobieta odpowiedziała delikatnym skinieniem głowy. Tych dwoje skutecznie zadawało kłam stereotypom dotyczącym temperamentu swoich nacji.

– Nguyen, pokaż naszemu gościowi młodszych krewnych Adama i Ewy – polecił znużonym głosem Thorvaldsen.

Mój kumpel od baijiu włączył kolejny ekran.

– Profesorze, przedstawiam panu Tarzana i Jane.

– Co to jest?! Pieprzony Park Jurajski?

– Plejstocen, profesorze, tylko na ciepło.

Obraz z kamery przedstawiał dwoje ludzi, brudnych, włochatych, nagich i brzydkich. Przypominali Aborygenów. Oboje byli rudowłosi, krępej budowy ciała. Znajdowali się na skraju jakiejś polany, na tle drzew. Brodaty mężczyzna, podpierając się kijem, kucał, nieco odwrócony, więc nie widziałem dokładnie jego twarzy. Kobieta siedziała na piętach i trzymanym w ręce kamieniem tarła po powierzchni leżącego przed nią płaskiego głazu. Na chwilę przerwała i spojrzała prosto w naszą stronę. Kamera zareagowała natychmiastowym zbliżeniem. Błękitne oczy nie pasowały do niskiego czoła, zrośniętych pośrodku brwi, szerokiego nosa i wydatnych warg. Skóra kobiety była bledsza niż jej towarzysza, prawie różowa. Na pełnych piersiach wyraźnie odcinały się duże, brązowe aureole.

– To znaczy, że wy… tu… krzyżujecie ludzi z… – wyjąkałem.

– Björn, on nas chyba uważa za jakichś szalonych naukowców. – Ciepły głos należał do doktor Pentangeli.

– Za dużo pan się naczytał kiepskich książek – skwitował władca Edenu i zrobił kilka kroków, przechodząc na środek pomieszczenia. Uniósł obie ręce. Facet naprawdę mógłby zrobić karierę w wenezuelskim przemyśle filmowym.

 – Profesorze, my tylko ratujemy wymarłe gatunki… – Zawiesił głos, dając mi czas na przyswojenie tej informacji. Jego oczy były oceanami niewinności. – Przyznam, że początkowo myślałem o czymś innym. – Zaczął wyliczać na palcach: – Dodo. Wilk workowaty. Może nawet mamut. Jednak nasi chińscy przyjaciele postawili na neandertalczyka.

– Ale to są ludzie. Nie możecie ich tutaj tak… hodować!

– Uważa pan, że lepiej by się czuli w środku wielkiego miasta? – odpowiedział z dobrotliwym uśmiechem. – W Zurychu albo w Nowym Jorku na Times Square?

– Nie o to chodzi. W ogóle nie powinni być… – Znowu zabrakło mi słów. „Stworzeni” jakoś nie chciało przejść przez gardło.

– A to ciekawe… – Thorvaldsen najwyraźniej dobrze się bawił. – Pana zdaniem jest rzeczą nieetyczną umożliwić istnienie czemuś, co do istnienia jest zdolne?

– Ale co to za życie? Pod ścisłą kontrolą?

– Nie są tego świadomi – przerwał Nguyen.

– I nie mają żadnej przyszłości – kontynuowałem, szukając po omacku argumentów na potwierdzenie tego, co wydawało mi się tak oczywiste. Niestety, byłem specjalistą od religii pierwotnych, nie dysponowałem arsenałem środków przygotowanych na taką okazję przez pokolenia myślicieli i etyków. – Przecież ich jest tylko dwoje, nigdy nie utworzą gatunku!

– Stawia pan gatunek ponad jednostką? Wybornie! Proszę pozwolić, że coś panu pokażę.

Thorvaldsen z uśmiechem na ustach ruszył w moim kierunku, próbując zagarnąć mnie niedźwiedzią łapą. Odsunąłem się, rzucając spojrzenie Nguyenowi. Mały Wietnamczyk uspokajająco pokiwał głową, wskazując równocześnie na drzwi po lewej stronie sali. Kątem oka dostrzegłem jeszcze ziewającą doktor Pentangeli. Obejrzałem się na podążającego za mną olbrzyma i ruszyłem we wskazanym kierunku, potykając się przy tym na równej posadzce. Dopadł mnie przy samej ścianie. Drzwi otwierały się do środka. Ustawiłem się w złym miejscu i kiedy Thorvaldsen szarpnął je, oberwałem w bark.

– Niech pan uważa, profesorze – powiedział z wyraźną troską.

Przepuścił mnie w drzwiach. Zdecydowanie wolałbym mieć go przed sobą. Ostrożnie przekroczyłem próg.

Pomieszczenie wyglądało jak skrzyżowanie pokoju biurowego z laboratorium. Ściany i podłogę wyłożono białymi kafelkami. Po obu stronach stały rzędy prostych szafek przykrytych wspólnym blatem. W jednym kącie dostrzegłem coś w rodzaju okapu kuchennego, pod nim trochę szklanych naczyń i stojaki z kolorowymi pipetami. Naprzeciwko duża, chromowana szafa – chyba lodówka. Na blacie pliki papierów, dwa laptopy, mikroskop. Thorvaldsen popchnął mnie w jego kierunku.

– Gdzie to jest? – mruczał, odsuwając kubek z resztką kawy na dnie.

Spojrzałem na wiszącą nad blatem korkową tablicę. Między kilkoma wydrukami jakichś tabeli krzywo przyczepiono dziecięcy rysunek. Trzy postaci, chyba rodzina. Kolorowe ślady kredek przypominały obrazki, które oglądałem przed chwilą. Thorvaldsen dalej rozgarniał piętrzące się bezładnie stosy papierów, aż wreszcie wyciągnął spod nich małe, szklane naczynie, jakby popielniczkę z przezroczystym wieczkiem. Podsunął mi ją przed oczy. Na warstwie różowego żelu wykwitały pstrokate kleksy. Wyglądały jak pleśń. Spojrzałem na niego pytająco.

Helacyton gartleri. Szerzej znany jako linia komórkowa HeLa – wyjaśnił. – Pobrany przed kilkudziesięciu laty z ciała chorej na raka Henrietty Lacks i od tej pory bezustannie namnażany w laboratoriach całego świata. Krew z naszej krwi i kość z kości, odrobinę zmodyfikowane przez wirus brodawczaka. Zdaniem niektórych, teraz już osobny gatunek. A z genetycznego punktu widzenia najbliższy żyjący krewny homo sapiens.

 Zajrzałem jeszcze raz do wnętrza naczynia.

– To nie żyje.

– Żyje! Odżywia się, wydala, rozmnaża. Znalazło swoją własną niszę ekologiczną w szalkach Petriego. Można powiedzieć, że weszło w symbiozę z naszym gatunkiem. A przy tym nie ma naturalnych wrogów i jest nieśmiertelne. Czyż to nie kolejny krok na drodze naszej ewolucji?

Pokręciłem głową.

– To nie jest człowiek.

– No właśnie. Tarzan i Jane też nie są ludźmi.

 

***

 

Wieczorem postanowiłem uderzyć w słabsze ogniwo. Mniejsze, choć wyjątkowo odporne na produkty fermentacji sorgo.

– To, co robicie, jest nielegalne!

– No coś ty! Wszystko jest w pełni zgodne z chińskim prawem. Zresztą, uwierz mi, gdyby Thorvaldsen zechciał, mógłby robić nie takie rzeczy. – Nguyen wyraźnie wierzył w boskość swojego szefa. – Ale on się uparł, że kiedyś opublikuje wyniki i bardzo pilnuje, żeby wszystko było w porządku.

– Na przykład?

– Na przykład pomysł z klonowaniem neandertalczyka zakładał kiedyś wykorzystanie komórki jajowej kobiety. Szef przewidział, że etycy mogą z tego robić problem i wymyślił, że weźmie komórkę od samicy szympansa i że to ona będzie surogatką. Tarzan i Jane są urodzeni przez małpy, wychowani przez małpy i żyją jak małpy, więc czym innym mogą być?

– I zgadzasz się, że to takie proste? – zapytałem.

– Jestem weterynarzem. Michael, mówię ci, oni w środku wyglądają zupełnie jak małpy.

– Kroiłeś ich?

– W sumie dlatego tu jesteś – odpowiedział, nalewając mi kolejny kieliszek.

 

***

 

Jak się okazało, kluczowym punktem eksperymentu Thorvaldsena miało być dochowanie się przez parę sklonowanych neandertalczyków zdrowego potomstwa. Tarzan i Jane mieli po szesnaście lat i od dawna już próbowali. Efekt wcale nie musiał być pozytywny. Nguyen wytłumaczył mi, że DNA do ich klonowania pobrano z dwóch ciał zakonserwowanych w tybetańskich lodach. Znaleziska pochodziły z różnych czasów – kobieta była kilkadziesiąt tysięcy lat młodsza. W efekcie para neandertalczyków z Edenu różniła się między sobą bardziej niż współcześni ludzie i twórcy malowideł z Lascaux. W takich sytuacjach pojęcie gatunku traci na jednoznaczności. Ale nic tak nie definiuje wspólnoty jak wspólne dzieci.

Kiedy brzuch Jane zaokrąglił się wyraźnie, Thorvaldsen popadł w euforię. Nguyen chciał zbadać ciężarną, ale szef ośrodka na to nie pozwolił. Jednym z założeń eksperymentu był całkowity brak ingerencji z zewnątrz. Podróż neandertalczyków do człowieczeństwa nie mogła przebiegać na skróty.

Problemy zaczęły się przy porodzie. Czaszka neandertalczyka ma większą objętość niż ta współczesnego człowieka. Biedna Jane męczyła się przez kilka godzin, a Thorvaldsen ponoć zdemolował całą salę z monitorami. Nguyen opowiadał, że w pewnym momencie musiał wezwać strażników, ale ci tylko zajrzeli do środka i wycofali się na widok świętej furii. W końcu szef projektu skapitulował. On i Nguyen przebrali się w specjalne kombinezony mające chronić mieszkańców Edenu przed chorobami zakaźnymi i łamiąc wszelkie reguły, weszli do środka.

Thorvaldsen znalezionym kijem odganiał broniącego partnerki Tarzana, a Nguyen podał Jane środki znieczulające. Wspólnie wciągnęli niewielkie ciało do budynku. Dawka leku najwidoczniej była zbyt duża, bo akcja porodowa zupełnie ustała. Zdecydowali się na cesarskie cięcie.

Dziecko urodziło się żywe. Zmarło po dwóch godzinach. Jane nigdy go nie widziała.

Właśnie wtedy, trzy tygodnie temu, zaczęła tworzyć obrazki.

 

***

 

Nastał poranek, dzień drugi. Obudziły mnie światło, uczucie niesmaku i pragnienie. Zwlokłem się z twardej kozetki i poczłapałem w kierunku wyjścia z pokoju. Otworzyłem drzwi. Tuż za nimi stał Thorvaldsen. W jednej ręce trzymał szklankę wody, w drugiej plik papierów. Patrzył na mnie tym swoim wzrokiem rozczarowanego ojca.

– Ile to już trwa? – zapytałem.

– Ponad siedemnaście lat. – Dobrze wiedział, co miałem na myśli.

– I nikt o tym nie słyszał? Nie było żadnych przecieków? Sami się nie chwaliliście?

– To dobre miejsce. Mamy czas i możemy wszystko zrobić porządnie. Nie musimy się martwić o finanse, nasi chińscy partnerzy zapewniają nam w tej sferze komfort – tłumaczył spokojnie. – Z nikim też się nie ścigamy. Na zachodzie biurokracja i wymogi bioetyczne skutecznie hamują rozwój nauki.

Spojrzał na swoje ręce, jakby się wahał, co jest ważniejsze, a potem wręczył mi szklankę z wodą. Wpuściłem go do środka. Minął mnie szybkim krokiem, podszedł do niskiego stolika i rzucił papiery na blat.

– To są kopie rysunków, gdyby chciał je pan przestudiować.

Stałem z tą szklanką w ręce, ale nie piłem. Patrzyłem na niego uważnie.

– Pan wie, że ja nie wierzę w bogów? – zapytałem.

– Ale wierzy pan w mity. Wszyscy czasem wierzymy. Bo tak jest łatwiej i piękniej. Chciałby pan, żeby Tarzan i Jane byli ludźmi, prawda? Ach, jaka piękna historia, jaka tragedia! – Nakręcał się, gestykulując wolnymi teraz rękami. – Wolny wybór. Każdy widzi po swojemu, każdy tworzy swoją opowieść. Ale to tylko dowodzi tego, że jest pan człowiekiem.

– A pan?

Pochylił się nad stolikiem i przyklepał dłonią przyniesiony przez siebie plik papierów.

– A ja wyznaczyłem sobie cel: przygotować obiektywny raport z wykonania projektu.

 

***

 

Wyszedłem na korytarz i szarpnąłem za klamkę drzwi do pokoju Nguyena. Były zamknięte. Przeszedłem przez salę z monitorami, odwracając od nich wzrok. Trzasnąłem drzwiami wyjściowymi. Strażnik w holu spojrzał na mnie ze znudzeniem i wrócił do swoich zajęć. Wyszedłem na zewnątrz. Lało, jakby cała Ziemia leczyła kaca. Rozejrzałem się, mrużąc oczy. Nigdzie nie dostrzegłem zaparkowanych samochodów.

Nie wierzyłem w bogów. Nie mogłem wierzyć w to, co badałem. Nie byłbym obiektywny. Wyglądało jednak na to, że bogowie uwierzyli we mnie.

Stanąłem na środku podjazdu i spojrzałem w górę. Krople deszczu chłostały moją twarz. Zamknąłem oczy. Zanurzyłem się w pulsującym szumie. Potem otworzyłem usta i piłem wodę prosto z nieba.

Wróciłem do swojego pokoju i nie zdejmując mokrego ubrania, położyłem się do łóżka. Nie byłem zdziwiony, kiedy wieczorem odwiedził mnie Nguyen i powiedział, że ulewa uszkodziła drogę dojazdową i chwilowo jesteśmy uwięzieni w ośrodku.

 

***

 

Thorvaldsen, Nguyen i ta cała Pentangeli przyjęli taktykę trzech chińskich małp. Nie widzieli zła, nie słyszeli zła i niespecjalnie chcieli o nim rozmawiać. W efekcie przypadła mi rola autorytetu etycznego i sumienia Edenu. Wszyscy bogowie świata mogli potwierdzić, że wyjątkowo kiepsko nadawałem się do tej roli.

– To dlatego, że jesteś tu nowy – pocieszał mnie Nguyen. – Zobaczysz, z czasem pozbędziesz się wątpliwości. To zupełnie tak jak z baijiu. Nie próbowałeś jej wcześniej, dlatego tak mocno na ciebie działa.

Miałem nadzieję, że dzięki Thorvaldsenowi znajdę w kompleksie jakąś porządną skandynawską wódkę. Niestety, szef projektu okazał się abstynentem. W tej sytuacji walkę z sumieniem wspomagały lokalne wynalazki, które Nguyen zdobywał od pilnujących ośrodka żołnierzy.

Trzeciej nocy dołączyła do nas doktor Pentangeli. Też miała mocną głowę. Następnego wieczora Nguyen gdzieś się zawieruszył i po kilku kieliszkach wylądowaliśmy z panią doktor w łóżku. Musiało do tego dojść. Naukowiec zawsze jakoś dogada się z naukowcem. Ann była prymatologiem. Też musiałem sprawdzić w Google, co to znaczy. Zapytałem ją o przyczynę takiego wyboru drogi życiowej.

– Słyszałeś o Jane Goodall? – zapytała.

– To jedna z tych słynnych badaczek małp?

– Tak, właśnie ta, która zajmowała się szympansami. Jako pierwsza nadawała im imiona. Wcześniej obserwowane małpy oznaczano numerami.

– Zaimponowała ci tym?

– Wręcz przeciwnie, zirytowała. Widzisz, ona chciała, żebyśmy uznali podmiotowość zwierząt. Ale przez nadawanie im ludzkich imion i doszukiwanie się podobnych do naszych zachowań spowodowała, że mimowolnie porównujemy je z nami. I co teraz widzimy? Niepełnosprawnych, niezgrabne dzieci, pokracznych idiotów. Zamieniła pogardę czy obojętność na litość.

Ann ujawniała, że posiada emocje, tylko kiedy mówiła o szympansach. Choć wolałbym wierzyć, że to dobroczynny wpływ seksu.

– Tutaj małpy też noszą imiona – zauważyłem. – I to nie byle jakie.

– Tak już było, kiedy dołączyłam do zespołu. To decyzja Thorvaldsena. On był tu od początku.

– Trudny facet, nie?

Zmieszała się wyraźnie.

– Nie… Nie.

Wolałem nie drążyć. Nie w tej sytuacji.

– Co sądzisz o tym klonowaniu? – zmieniłem temat.

– Nie znam się na tym. Ja obserwuję reakcje szympansów.

Podniosłem się na łokciu i spojrzałem na nią. Miała ładne, małe piersi. Jej szczupłe ramię pokryte gęsią skórką otaczał tatuaż z wężem.

– Według ciebie Tarzan i Jane zachowują się jak ludzie czy jak małpy? – zapytałem.

– Właśnie o to chodzi, że nie chcę porównywać, wartościować. Każdy gatunek ma swój świat, niepowtarzalny i nie gorszy od innych. Zresztą, tutaj… to trudne.

– Co masz na myśli?

– No wiesz, mała, zamknięta społeczność i te oddziaływania między szympansami a neandertalczykami. To nie jest normalne. Fascynujące, ale… nienormalne.

Jednak ktoś się ze mną zgadzał!

– Na co dzień oba gatunki trzymają się z dala od siebie – kontynuowała Ann – ale czasem kontaktują się między sobą. Neandertalczycy mają swój język. Przychodzą do szympansów, mówią do nich, a one słuchają i czasem odpowiadają. Nie wszystkie gesty i dźwięki rozumiem. Widziałam nawet, jak Tarzan próbował uczyć Seta i Henocha, pokazywał im, jak rzucać kijem, jak łupać kamienie. Jednak bez specjalnego efektu. – Ann zamyśliła się na chwilę. – Jest jeszcze coś… Wiesz, małpy mają bardzo określoną strukturę stada. Tutaj Adam jest przywódcą, ale czuje wyraźny respekt do Tarzana. Nigdy ze sobą nie walczyli, lecz gdy pojawia się Tarzan, Adam wycofuje się i podporządkowuje.

Czułem, że zbliżamy się do czegoś ważnego. Ann ciągnęła dalej:

– To w ogóle mała grupa, nietypowa. Nie ma okazji do walki o samice. Potworzyły się stałe pary: Adam i Ewa, Henoch i Sara. I, co ciekawe, kiedy kopulują, robią to od przodu. To nietypowe dla zwykłych szympansów. Tylko bonobo i ludzie tak robią. I neandertalczycy. Niezwykłe i nienormalne.

Nic z tego, ta kobieta myślała tylko o małpach.

– A właściwie jak to robią zwykłe szympansy? – zapytałem w tej sytuacji.

– Pokażę ci.

 

***

 

Poznaliście już cały panteon. Czas na mit założycielski.

 

***

 

– Mówię ci, to lepsze od telewizji. – Nguyen mógł godzinami wpatrywać się w monitory, jak kot gapiący się na rybki w akwarium. Przerywał tylko wtedy, gdy w sali pojawiał się Thorvaldsen. Wówczas udawał, że przegląda jakieś notatki. – Popatrz, ta mała, Rachela, jest pierwszy raz w ciąży. Kiedyś przystawiała się do Tarzana, rozumiesz, tak po małpiemu. Kiedy zrozumiała, że on interesuje się tylko Jane, odpuściła i zwabiła do siebie Seta. Teraz triumfuje, jej znaczenie w stadzie wzrosło.

Nieduży szympans, sądząc po obwisłych piersiach samica, siedział na niskiej gałęzi. Zajadał trzymane w łapie czerwone jabłko. Faktycznie, jego brzuch wydawał się zaokrąglony. Obok, oparte o pień, leżały dwa większe osobniki. Jeden z nich drzemał, drugi sennie obserwował resztę grupy. Kolejny duży samiec turlał się na plecach po trawie, atakowany gałęzią przez małą małpkę z odstającymi uszami. Sielanka.

Na sąsiednim monitorze samotna Jane nadal pochylała się nad swoim kamieniem.

– Czasem chciałoby się jakoś zaingerować, włożyć kij w mrowisko. – Nguyen mrugnął do mnie skośnym okiem. – Wiesz, podrzucić im książkę, komputer albo karabin i zobaczyć, co z tym zrobią. Ale Thorvaldsen nie pozwala.

– Co to w ogóle jest za gość? Prowadził wcześniej jakieś badania?

– Nie wiem. Kiedy dołączyłem do projektu, on już tu był. Nic nie znajdziesz na jego temat. Myślę, że Thorvaldsen to przybrane nazwisko. Ale to geniusz.

Nadal patrzyłem na Jane.

– Można to jakoś przybliżyć?

Nguyen podszedł do monitora i dotknął dolnego rogu matrycy. Kamera przeleciała przez polanę, zatrzymała się nad kobietą i wykonała zbliżenie jej dłoni. To, co brałem za jakąś pracę – rozcieranie nasion albo czyszczenie kawałka skóry – okazało się zupełnie inną czynnością. Jane, trzymanym w dłoni kawałkiem krzemienia, cierpliwie ryła w płaskim kamieniu obrazek. Ten sam, który widziałem jako ostatni – dwóch kosmitów prowadzących za rękę małą postać.

– Ostatnio powtarza tylko ten motyw. Jakby uznała, że jest najlepszy. Zrobiła już kilka takich kamieni.

– Co się potem z nimi dzieje?

– Zostawia je w różnych miejscach. Te wcześniejsze, które ci pokazywaliśmy, kazała Tarzanowi zanieść szympansom.

Przyjrzałem się rysunkowi raz jeszcze.

– To chyba faktycznie wy, w tych skafandrach. Myślisz, że ten mniejszy ludzik to ona sama?

– Nie, raczej jej dziecko.

Jane nagle przerwała rzeźbienie i, jakby czymś zaniepokojona, spojrzała w prawo. Kamera natychmiast odjechała w górę i do tyłu. W kadrze pojawił się Tarzan. Niósł ze sobą naręcze owoców. Podszedł, stanął przed kobietą i czekał. Ona tylko patrzyła, nie reagowała. Po chwili Tarzan złożył owoce na ziemi, przyklęknął i łagodnie dotknął jej ramienia. Uchyliła się. Spróbował jeszcze raz. Równie delikatnie odsunęła jego rękę.

– Od porodu nie dopuszcza go do siebie. Chłopak jest już nieźle sfrustrowany.

Jane sięgnęła po jedno jabłko i położyła je przed kamieniem. Tarzan spojrzał jeszcze na rysunek, wstał i poszedł do lasu. Kobieta wróciła do swojej pracy. Patrzyłem na jej dłonie, falujące piersi, drobne ramiona wyłaniające się spod rudych włosów.

Nguyen szturchnął mnie łokciem. Tarzan pojawił się na sąsiednim ekranie. Kucnął w rogu i obserwował małpią rodzinę.

 

***

 

Nie wiedziałem, jak odnosić się do Ann przy pozostałych. Sami rozumiecie – mała przestrzeń, sieć zależności, kilkanaście lat wspólnej historii i w to wszystko nagle wrzucony ja, nowy człowiek. Już przecież uwikłany, nie chciałem wikłać się bardziej. Na szczęście ona sama zachowała dyskrecję. Pojawiła się w głównej sali dopiero koło południa. Bez słowa podeszła do bocznego monitora i włączyła przewijanie do tyłu. Małpy na ekranie śmiesznie kolebały się na boki, cofając się w przyśpieszonym tempie. Wyskakiwały nagle w górę, by potem ześlizgnąć się po pniach drzew z powrotem na ziemię. Tarzan kucał z boku, od czasu do czasu nerwowo zmieniając pozycję. Ann kilkakrotnie zatrzymywała nagranie i robiła notatki. Dzień na ekranie stopniowo cofał się do świtu, światło nabierało rumieńców. Nawet w tej piekielnej poświacie Ann wyglądała jak zimny posąg profesjonalizmu. Obraz w końcu poszarzał, kontury się rozmyły, sylwetki małp po raz ostatni wystrzeliły w górę. Uświadomiłem sobie, że przegapiłem zniknięcie Tarzana. Ann zamknęła zeszyt z notatkami, wyłączyła monitor i wyszła z sali, nie patrząc mi w oczy. Tak chyba było najlepiej.

Wróciłem do czasu rzeczywistego. Na środkowym ekranie cała gromada pozostawała na swoim miejscu. Zarośnięty człowiek wciąż kucał w lewym rogu i obserwował małpy. Zupełnie tak jak ja – pomyślałem. Przyjrzałem się jego twarzy. Wyglądał na bardziej dzikiego niż Jane. Przypomniałem sobie, że według Nguyena jego DNA było sporo starsze niż materiał genetyczny partnerki.

Tarzan gwałtownie podniósł się na nogi, chwycił leżący na ziemi kij i uniósł go nad głową. Potrząsnął nim, jakby na próbę, i wydał pojedynczy okrzyk. Najmniejsza małpka uciekła z piskiem i schowała się za plecami dorosłego samca. Neandertalczyk zrobił kilka kroków w jego kierunku. Małpka wyjrzała zza swojej kryjówki, rozejrzała się nerwowo i nieporadnym susem przeskoczyła na siedzącą obok samicę. Objęła ją za szyję, a ta wycofała się powoli, podpierając się jedną z przednich łap, a drugą przytrzymując maleństwo. Tarzan machnął kijem przed nosem siedzącego wciąż w miejscu szympansa. Ten podniósł się powoli, nie spuszczając wzroku z neandertalczyka. Drugi zamach kijem i głośny krzyk wystarczyły, żeby zwierzę podążyło w ślady swojej poprzedniczki. Tarzan odwrócił się, podszedł do ciężarnej samicy i chwycił ją za futro na karku. Skuliła się, przylgnęła do ziemi. W tym momencie na polanę wpadł jeszcze jeden młody samiec. Przyskoczył do Tarzana, odsłonił zęby i począł wymachiwać łapami. Człowiek puścił samicę, chwycił kij w obie ręce, zamachnął się i uderzył nowo przybyłego. Szympans zatoczył się, ale utrzymał na dwóch łapach. Kolejne dwa ciosy sprowadziły go do parteru. Dopiero trzy następne spowodowały, że wycofał się do lasu. Tarzan odwrócił się w stronę kamery. Jego przyrodzenie sterczało sztywno. Samica leżała u jego stóp, skulona i pokorna. Przypomniałem sobie, że miała na imię Rachela, co po hebrajsku znaczy owieczka. Tarzan pochylił się, przytrzymał ją jedną ręką i wziął od tyłu kilkoma mocnymi ruchami bioder.

– Ma pan swoich ludzi! – Usłyszałem za sobą głos Thorvaldsena.

 

***

 

Wieczorem poszedłem do pokoju Ann. Drzwi były zamknięte.

 

***

 

Kiedy rano pojawiłem się w sali, Thorvaldsen obserwował małpy na monitorach. Odchrząknąłem. Podniósł rękę, ale nie odwrócił się. Zaatakowałem:

– To wasza wina! Sami do tego doprowadziliście!

– Myśli pan, że człowieka, prawdziwego człowieka, można do tego doprowadzić? – odpowiedział spokojnie.

Spojrzałem na ekran. Małpy były wyraźnie podniecone, podskakiwały, pohukiwały, wymachiwały łapami. Kompletny chaos, jak przed stworzeniem świata. I wtedy, właśnie wtedy, przyszedł mi do głowy ostateczny argument. Ten, który cały czas miałem na wyciągnięcie ręki. Wbiłem go jak sztylet w plecy tego drania.

– Jeśli chodzi o Tarzana, nie jestem pewien. Ale ona na pewno jest człowiekiem. Przecież wierzy w bogów!

Thorvaldsen odwrócił się i spojrzał na mnie. Uśmiechał się dobrotliwie jak Tryton z Małej syrenki Disneya.

– Skąd pan wie, że ona w coś wierzy? Może tak sobie tylko rysuje. Zupełnie jak pan.

Wytrzymałem jego spojrzenie. Spoważniał. Graliśmy już w otwarte karty.

– Dlaczego zgodził się pan na mój przyjazd? Mógł pan przecież zablokować każdą decyzję rady – zapytałem.

– To doktor Pentangeli była przeciwna. Mówiła, że to kompletny absurd. Nguyenowi było właściwie wszystko jedno, ale on nigdy nie przepuści okazji do dobrej zabawy.

– A pan?

– Powiedziałem już, że moim zadaniem jest przygotowanie obiektywnego raportu. Żaden człowiek nie jest w stanie osiągnąć tego w pojedynkę. A ja nie uważam się za boga.

Odwróciłem się do wyjścia.

– Proszę patrzeć i napisać swój rozdział. – Usłyszałem za plecami.

 

***

 

Dwa dni później Rachela urodziła. Kiedy Tarzan wszedł na polanę, wystarczyło, że podniósł swój kij, a pozostałe małpy wycofały się z respektem poza obręb kadru. Powoli zbliżył się do Racheli, jakby nie chcąc jej wystraszyć. Uchyliła się przed jego wyciągniętą dłonią, obracając się do niego plecami i zasłaniając trzymane w objęciach małpiątko. Zdecydowanie, choć w pewien sposób delikatnie, tak jakby odbierał dziecku zabawkę, chwycił ją za nadgarstki, rozchylił jej ręce i przejął ich zawartość.

Byłem niemal pewien, co się stanie. A właściwie chciałem, żeby tak właśnie było. Przerażało mnie to, co miałem za chwilę zobaczyć na sąsiednim ekranie, ale wiedziałem, że to jedyny sposób, aby moja opowieść miała jakiś sens.

– Wcześniak. Długo nie pożyje – skomentował Nguyen.

Jane czekała na swojej polanie. Tarzan podszedł do niej niepewnie, tak jak wtedy gdy przyniósł owoce. Tym razem przyjęła dar. Przytuliła małpiątko do piersi i uśmiechnęła się. Maluch zawisnął na jej szyi jak włochaty pająk. Tylne łapy z chwytnym paluchem ślizgały się w górę i w dół, zostawiając czerwone pręgi na bezwłosym brzuchu Jane.

Nie mogłem na to patrzeć.

– Nie wiem, kim oni są, ale to nienormalne. Obrzydliwe. Oni nie powinni w ogóle istnieć. Eksperyment trzeba zakończyć, a ich… usunąć.

– Martwi się pan o nich czy o siebie? – zapytał Thorvaldsen.

 

***

 

Spotkałem Ann przy ekranach. Byliśmy sami. Zanim zdążyłem coś powiedzieć, odezwała się pierwsza:

– Zobacz. Wszystko się rozsypało. Adam, przywódca stada, utracił autorytet, dał się przegnać Tarzanowi bez walki. Set, ten młodszy, naturalny następca, został upokorzony na oczach pozostałych. Jest jeszcze Henoch, ale jego tu wtedy nie było, nie rozumie, co się właściwie dzieje. Samice na razie obserwują, choć wyraźnie unikają samców. Coś się musi wydarzyć. To zupełnie nowa sytuacja, wszyscy jeszcze tłumią emocje, ale stado nie może tak funkcjonować. Potrzebna jest tylko iskra…

– A ona? – Wskazałem na Rachelę.

– Ona nikogo nie interesuje. Tak było zawsze. – Odwróciła się w moją stronę. Wyglądała na wzburzoną. – Björn pokazywał ci komórki HeLa? Tamtej dziewczyny… Henrietty, też nikt nie pytał o zgodę na pobranie tego wycinka. A potem nazwali ją najważniejszą kobietą w historii medycyny!

Po raz pierwszy, odkąd się poznaliśmy, okazała ludzkie uczucia. Powinienem wtedy ją przytulić. Zamiast tego zapytałem:

– Powiedziałaś: Björn. Coś was kiedyś łączyło?

– Byliśmy blisko. – Spuściła wzrok. – Ale teraz… został już tylko szacunek.

Spojrzała mi w oczy. Czułem się winny. Byłem gotów zrobić dla niej wszystko.

 

***

 

Jane nie miała pokarmu, a małpiątko było bardzo słabe. Próbowali z Tarzanem karmić je owocami, ale nie przynosiło to efektu. Kudłaty potworek z wzdętym brzuszkiem leżał teraz bez ruchu na kolanach kobiety, a o tym, że jeszcze żyje, świadczyły tylko czarne oczka, których spojrzenie kierował to na jedno, to na drugie z przybranych rodziców.

Widziałem, że małpy gromadziły się wokół polany. Ich pyski, jak maski klaunów, prześwitywały między drzewami. Nie potrafiłem ich rozróżnić. Choć granica lasu nieustannie wibrowała, wybuchając poruszeniem w coraz to innym miejscu, żaden z szympansów nie odważył się wkroczyć na teren neandertalczyków.

Wpatrywałem się w falujące liście, kiedy nagle Tarzan poderwał się z ziemi. Wzniósł ręce nad głowę, potem zasłonił nimi oczy, wreszcie wyciągnął je przed siebie, w stronę lasu i obrócił się wokół własnej osi. Przypomniały mi się pantomimy Thorvaldsena. Tarzan wrócił do Jane i delikatnie dotknął małpiego noworodka. Odskoczył jak poparzony, chwytając się obiema rękami za głowę. Zbliżył się jeszcze raz, ostrożnie uniósł małe ramię małpiątka, puścił je, a to natychmiast opadło. Tarzan rozpoczął obłąkany taniec: skakał w miejscu, rwał włosy z głowy, rzucał się na ziemię. Od czasu do czasu doskakiwał do swojej partnerki i trącał leżące na jej kolanach ciałko.

W odpowiedzi na jego szaleństwa dżungla ożyła. Zniknęły plamy małpich pysków, ale wszystko inne – drzewa, krzaki, wielkie liście – zafalowało gwałtownie, jakby chciało pochłonąć polanę. Jane pochyliła głowę tak, że nie było widać jej twarzy, a rude włosy opadły na kolana, okrywając je jak całunem. Po chwili wstała i ruszyła w stronę zielonej kipieli. Na samej jej granicy przyklęknęła, wyciągnęła ręce przed siebie i delikatnie złożyła ciało małpki na ziemi.

Dżungla zamarła.

 

***

 

Wieczorem poszedłem do Nguyena poprosić o butelkę na wynos. Wróciłem do swojego pokoju, usiadłem na leżance i sięgnąłem po papiery przyniesione kiedyś przez Thorvaldsena. Pod stosem kartek leżała książka. „Ludzie i ich bogowie” – głosił tytuł. Z tylnej okładki uśmiechała się opalona męska twarz. Ciemne okulary nie do końca maskowały worki pod oczami, a spod kapelusza w stylu Indiany Jonesa wystawały szpakowate włosy. Pod spodem w pięciu zdaniach streszczone było moje życie.

Przejrzałem dokładnie wszystkie rysunki, zabrałem baijiu i poszedłem do Ann.

 

***

 

Rano po raz ostatni wkroczyłem do głównej sali, żeby pożegnać się przed odjazdem. Thorvaldsen, Nguyen i Ann stali przed ekranem i obserwowali zgromadzenie mieszkańców Edenu. Małpy wyszły z lasu i dołączyły do Tarzana i Jane, formując półokrąg z przodu sceny, bokiem i nieco tyłem do kamery. Wszyscy – ludzie, zwierzęta i neandertalczycy – tkwili w bezruchu, jakby zatrzymani w stopklatce. Czekali na mnie. Podszedłem do Nguyena. Jedna z małp schyliła się i podniosła coś z ziemi.

Thorvaldsen przesunął się nagle do sąsiedniego monitora, który pokazywał opuszczone przez szympansy miejsce. Dotknął ekranu i kamera zrobiła zbliżenie na kępę krzaków. Między korzeniami leżała dobrze mi znana szklana butelka z chińskim napisem na etykiecie. Stary obrócił się w stronę Nguyena. Mały Wietnamczyk skulił się pod naporem jego spojrzenia.

– To nie ja!

Szukałem wzroku Ann. Jej zimne oczy nie wyrażały zupełnie nic.

Tarzan i Jane stali wyprostowani obok siebie. Wyglądali jak mężczyzna i kobieta z rysunku wysłanego przez Ziemian do obcych cywilizacji. Pierwszy kamień trafił Jane w ramię. Tarzan chciał ją zasłonić, ale ona rozłożyła ręce i wyciągnęła je w kierunku atakujących, jakby gotowa na przyjęcie dalszych ciosów. Następny rzut był niecelny, ale kolejny kamień odbił się już od głowy Tarzana. Mężczyzna zatoczył się. Spod skołtunionych włosów popłynęła krew. To jakby ośmieliło małpy. Następne kamienie poleciały jeden za drugim. Tarzan próbował utrzymać się na nogach, cały czas starając się osłaniać Jane, ale w końcu upadł. Szympansy zrobiły kilka kroków do przodu, więc kolejne rzuty były coraz celniejsze. Jane pochyliła się nad partnerem. Kamienie trafiały ją w głowę. Jeszcze kilka kroków i zgraja małp przesłoniła leżących neandertalczyków. Długie łapy przez chwilę na przemian unosiły się i opadały. Potem zwierzęta cofnęły się.

Na środku polany została tylko jedna z małp. Rozpoznałem Rachelę. Samica podniosła leżący na ziemi kij i dźgnęła nim zakrwawione ciała. Nie poruszyły się. Rachela, trzymając badyl w obu łapach, powoli i niezdarnie wyrysowała jego końcem dwa okręgi. Jeden wokół głowy Jane, drugi wokół głowy Tarzana.

Pozostałe małpy podeszły bliżej i ciasno otoczyły ciała. Dłonie rozwarły się, a ściskane w nich jeszcze przed chwilą kamienie poczęły spadać na ziemię.

 

***

 

Stali tak długo, w milczeniu patrząc na to, co zrobili.

Koniec

Komentarze

Czytałem Fantazmaty jakiś czas temu, pamiętam może z połowę tekstów, natomiast tylko dwa mi się bardzo podobały – “Zachwyt” Guni i właśnie “Na obraz i podobieństwo”.

Jest to opowiadanie, w którym nie ma żadnych fajerwerków, a jednocześnie przez cały czas towarzyszyło mi uczucie bycia świadkiem podniosłych wydarzeń połączone z niepokojem, powiedziałbym, egzystencjalnym. W tym krótkim tekście jest bardzo, bardzo dużo rzeczy – motywy demiurgiczne, religijne, etyczne, też wiarygodna (dla mnie, bo zupełnie nie jestem w temacie) warstwa science. Opowiadanie wydało mi się niezwykle przemyślane i dopracowane w szczegółach (bardzo jest fajnie, kiedy imiona nie są przypadkowe!).

W każdym razie – gratuluję i dorzucam w bonusie linijkę, która najbardziej mi się podobała, i którą pamiętam nawet po kilku miesiącach.

– Skąd pan wie, że ona w coś wierzy? Może tak sobie tylko rysuje. Zupełnie jak pan.

Ja z linijek pamiętałem tylko ostatnią, ale cała moc historii została ze mną do dzisiaj. Pokazałeś, jak można stworzyć SF klasyczne, aktualne i świeże zarazem. Nie sięgnąłeś po koncepcje interesujące przede wszystkim koneserów ani po tematy typowo współczesne, tylko po coś ponadczasowego. To opowiadanie ma ducha Verne’a, ale Twoją dojrzałość. Jakbyś już okrzepł po sukcesie “Lothara” (którego się przecież nie spodziewałeś) i napisał tekst świadomy, inteligentny, a zarazem pozbawiony detronizacyjnego charakteru. Sam mówisz, że powyższe opowiadanie jest Twoim najlepszym. Zdania czytelników mogą być podzielone. Ale “Na obraz i podobieństwo” nie detronizuje “Lothara”, ono po prostu idzie w swoją stronę, podbija inne krainy i tworzy swoje własne królestwo ;)

Na pochwałę zasługuje to, że znalazłeś złoty środek. Nie sądzę, by pojawiały się tu zarzuty o niezrozumiałość. Tutaj czytelnik nie orientuje się, że coś mu umknęło – a na pewno umknie, mnie umknęło. Czytelnik będzie syty i Cobold cały. Albo na odwrót. Bo nawiązań jest jak zwykle pod dostatkiem. 

Można by się tu pewnie czepiać naukowej strony: czy w podobnym projekcie brałoby udział kilku naukowców? Jednak moim zdaniem to opowiadanie jest science w kontekście humanistycznym, nie biologicznym. 

Podoba mi się to, że tym razem wziąłeś na warsztat motywy wszystkim znane – bo kto nie orientuje się w biblijnej historii Stworzenia? Wykonałeś swoją robotę z klasą. A przecież grunt, choć znany, mógł się okazać grząski. 

Przyszło mi do głowy jeszcze nowe skojarzenie. “Piaseczniki” Martina. Tak, to największy komplement. 

No i co tu więcej rzec? Mówiłem Ci już, że opowiadanie wciąż chodzi mi po głowie i że chciałbym napisać coś podobnego (acz po swojemu :P). 

Pozostaje pogratulować i nominować. 

Moje najlepsze opowiadanie.

To może być świetna reklama albo przysłowiowy strzał w kolano, jak zwiastun, który jest lepszy niż film. Ciekawe, jak to będzie.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Bardzo dobre! Nie wiem, czy nie najlepsze w całym zbiorze.

Polecam przeczytać każdemu, bo to SF w postaci, jaką najbardziej lubię. Czyli szczypta nauki, dużo rozmyślań.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Szersza ilustracja faktu, że brak seksu może doprowadzić do zagłady gatunku ;P Biblioteka zdecydowanie się należy, też miałam skojarzenia z “Piasecznikami” (podobny motyw zamknięcia innej formy życia i obserwowania ‘co zrobią’). Ale myślę, że najlepsze opowiadanie jeszcze przed Tobą. O ile do historii “obiektów” z terrarium nie mam zastrzeżeń, ostatnie zdanie jest świetne (podsumowuje historię na obu płaszczyznach naraz), to w relacjach grupy naukowców czegoś mi brakowało. Romans był w 100% do przewidzenia, to, że nie szef projektu głosował “przeciw” też było oczywiste, ale te relacje do niczego nie prowadzą. Plus za Nguyena – pierwsze co pomyślałam, “to przecież imię wietnamskie” i zaraz Nguyen “Niemca” poprawił ;)

Lk – dzięki, fajnie, że wychwyciłeś to zdanie. Nie byłem pewien, czy wystarczająco się rzuca w oczy. Z ukrytym znaczeniem imion staram się nawet czasem walczyć, bo co za dużo to niezdrowo, ale tutaj rzeczywiście prawie każde czemuś służy. Wiecie na przykład, że neandertalczycy wzięli nazwę od doliny Neandertal, która z kolei została nazwana na cześć Joachima Neumanna, XVII-wiecznego pastora i teologa, używającego zgrecyzowanej formy swojego nazwiska? Nazwiska, które niezależnie od formy oznacza Nowego Człowieka.

 

Fun – dzięki stokrotne, brachu! Nie tyle chciałem zdetronizować Lothara, co kontynuować tamten kierunek, tak w charakterze refleksji, jak i w stylu. Dla mnie to jest element takiej szerszej bioetycznej dystopii. A Ty, cokolwiek będziesz pisał, pisz po swojemu.

 

Darcon – to nie miała być reklama. Reklamowałem ten tekst jako “seks, przemoc i alkohol”. Co do jego jakości na tle innych moich opowiadań, napisałem po prostu szczerze, jak teraz czuję.

 

Staruchu – dużo nas łączy ;)

 

Bella – a nie myślisz, że tak się powinno pisać: część rzeczy po drodze czytelnik odgaduje (i to go cieszy), ale na końcu jednak autor układa wszystko po swojemu? Bez tych relacji między naukowcami małpy nie dostałyby swojego owocu z drzewa poznania ;)

 

Bardzo mnie ruszyło. Przede wszystkim bezwzględność naukowców, którym wszystko wolno w imię własnych zasad. Według mnie bezsporną wartością opowiadania jest… uczuciowość pokazana bez efektów specjalnych, bez łzawych kawałków. Ja jakoś nie poczułam tego opowiadania jako alegorii do powstania świata, mimo ewidentnych odniesień. Dla mnie to opowiadanie pokazuje, jak bardzo potrafimy być cyniczni, przekonani o własnej nieomylności i jak umiemy wykorzystywać to, że jesteśmy od kogoś mocniejsi: psychicznie, fizycznie, ze względu na pozycję, czy z jakichkolwiek innych względów.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Coboldzie, ale mnie odgadywanie, że bohaterowie nawiążą romans wcale nie cieszy. Co innego, gdyby romans został nawiązany między “nowym” a szefem :D albo chociaż Nguyenem :P Ale facet z babką… tak to robią neandertalczyki ;)

Dobijam bibliotekę, bo zdecydowanie tekst bardzo dobry. Szerszy komentarz później, bo najpierw muszę posłać do łóżka mojego czterolatka, który uparcie do mnie strzela, a potem zaopiekować się paroma piwami, które od kilku dni marzną w lodówce, biedne. A jak powszechnie wiadomo, piłeś – nie pisz! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Miałem zostawić na jutro, a zacząłem i łyknąłem w przerwie międy dwoma filmami.

Mam dziwną, zadowloną mieszankę wrażeń. Wszystko jest tu przejrzyste, czyste, nie ma miejsca na tajemnicę i różne interpretacje. Fabuła jest wręcz liniowa, a główny bohater prosty – to taki odbicie reszty naukowców w lustrze. Ich uśpione sumienie, jedyny głos pytający “po co to wszystko?”. I ten schemat się tutaj sprawdza, to naprawdę “stare” opowiadanie, stare duchem i stylem. Zaczynając je czytać, miałem wrażenie, że wracam do Clive’a Cusslera i jego odkrywanej Atlantydy, że znów poleciałem na Ganimedesa szukając początków ludzkości. Cofnąłeś mnie o jakieś pietnaście lat wstecz – dzięki za odświeżenie tych wspomnień. Później jednak – w moim odczuciu – opowiadanie zaczęło tracić. Zrobiło się ładną i wyjątkowo ciekawą rozprawką na temat moralności ludzkiej, etyki oraz zasadności niektórych eksperymentów. Okej. Ale – co z tego? Zabrakło mi idei, którą mógłbym teraz w myślach przeżuwać. Podjęte przez Ciebie problemy są ważne, bardzo ważne – jeśli nie najważniejsze w kontekście nadchodzących lat i wynalazków, które majaczą na horyzoncie. Brakowało mi tego, czego w SF szukam, czyli sensu tychże badań. Co miały przynieść, jaki cel na końcu ścieżki chcieli naukowcy osiągnąć, po co to wszystko się w ogóle zaczęło?

W pewien sposób mnie poruszyło, choć raczej pobudziło – bo z jakiegoś powodu na takie zakończenie byłem gotów (bardziej: przeczuwałem je). Nie zawiodłem się, podobało się, ale wiem, że stać Cię na jeszcze coś cięższego, bardziej złożonego, większego, skondensowanego!

 

Biblioteka to minimum, leci więc ode mnie polecanka. Muszę pomyśleć nad nominacją na tekst miesiąca. Skłóciłeś mnie wewnętrznie. ;)

Ciekawy tekst.

Dobra tematyka – podobał mi się pomysł na eksperyment. Zagadnienie badania religijności zwierząt czy neandertalczyków brzmi nieźle. Fajne były te wszystkie rozważania na temat jego etyczności. Interesujące, że narrator na końcu postanawia wszystko zepsuć i zapoczątkować kult cargo. Tak zmarnować kilkanaście lat czyjejś pracy… I nieważne, co o niej sądzimy.

Końcówka wydaje mi się słabsza od reszty. Niezupełnie wynika z tego, co działo się wcześniej. I decyzja narratora nagła, i szympansica rysująca kręgi na ziemi dziwna. Skąd jej to się wzięło?

No, ale ogólnie na plus.

Jednak nie możesz się powstrzymać od używania znanych imion. ;-)

Babska logika rządzi!

Coboldzie, miałam przez Ciebie koszmary! Wprawdzie nie dotyczyły początku świata, a raczej jego końca, ale zdecydowanie to Twoje opowiadanie się do tego przyczyniło. Sądzę, że to komplement dla autora, skoro jego dzieło ma takie reperkusje wink

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Stn – jeśli piszesz, że choć dla Ciebie za mało skomplikowane, to jednak Ci się podobało, to lepiej tego nie mogłem napisać ;) Poważnie: długo myślałem o formie o tego opowiadania, rozważałem jakieś puzzle z notatek, przesłuchanie przed komisją, w końcu uznałem, że jeśli nie chcę, żeby moje refleksje utonęły w formie, to najlepszy będzie klasyk – nowy człowiek w zespole prowadzącym tajemniczy eksperyment. Trochę to tylko podrasowałem tymi nawiązaniami do struktury mitu. Uważam, że tak trzeba pisać – coś nowego, coś starego. I coś pożyczonego – wtedy czytelnik ma największą satysfakcję z lektury.

Bemik – do usług! Jeśli przerażają Cię te same rzeczy, co mnie, to muszę sięgnąć po Twoje “Bestie”.

Finklo – kolejna rzecz, którą sobie ciągle obiecuję, to że nie będę tłumaczył, co autor miał na myśli. Ale dobrze: to jest przede wszystkim opowiadanie o tym, co czyni człowieka człowiekiem. I w tym znaczeniu malowanie aureoli, to kto to robi (za pierwszym i za drugim razem) i w następstwie jakich wydarzeń, jest dla mnie kluczowe. Podobnie jak to, że w przedostatnim zdaniu małpy mają już dłonie, nie łapy.

Co czyni człowieka? Też ciekawy temat. Ale czy w takim razie nie można z tekstu wysnuć wniosku, że śmierć dziecka? Brrr!

Babska logika rządzi!

Nie sama śmierć, tylko refleksja nad nią i próba poradzenia sobie w sposób symboliczny.

Coś może w tym być… Kobiety zazwyczaj są bardziej religijne i trudniej im nie zauważyć, że mają dziecko. ;-)

Babska logika rządzi!

Piękne opowiadanie stawiające trudne pytania i pozostawiające czytelnika z brakiem odpowiedzi – czy raczej tematem do rozmyślań. Duży plus. Trudno jednoznacznie powiedzieć, co stanowi o człowieczeństwie i gdzie przebiega granica, chyba nie ma czegoś takiego “odtąd dotąd”. W sumie to samo dotyczy etyki, ale tutaj mam swoją prywatną definicję na własny użytek: dopóki czuję, że jestem w porządku, jest dobrze. 

Bardzo dobrze napisane, samo się czyta.

Dla mnie jest idealne.

Podobało mi się :)

Właściwie mogę się podpisać pod komentarzem Anet. To doskonały materiał do osobistych rozważań, a w związku z tym, że są one osobiste, to do pewnych kwestii nie będę się odnosić.

Zadajesz trudne pytania. Pytania o granice ingerencji nauki w ciało człowieka, o to, jak daleko można się posunąć bawiąc się genami i jakie mogą być tego konsekwencje, o samo człowieczeństwo. Dostrzegam też nawiązanie do Danikena i pytanie o to, skąd wzięliśmy się my – ludzie. I najważniejsze – czym jest świętość?

Pięknie, wciągająco napisane, pełne smaczków, jak scena z piciem deszczu, która totalnie mnie rozwaliła. Gratuluję, Coboldzie i mam nadzieję, że brązowe będzie tym razem. ;)

 

No i mam coś, czego inni pewnie nie mają. :D

 

 

 

Ale bohomaz…

Nie przesadzaj :)

Sięgaj, Coboldzie, po Bestie – z drżeniem serca będę czekać na opinię.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przeczytałem po raz drugi (bo pierwszy raz w Fantazmatach). Tak jak wtedy – z przyjemnością. 

Nawiązania, zwłaszcza końcówki, do początku Odysei Kosmicznej 2001 wchodzą mi same. Podoba mi się, jak przemawiasz nie słowami, ale obrazami. Jasne, pierwsza rozmowa z Bjornem jest tu wyjątkiem. Potem jednak przekazujesz pałeczkę obrazom z tego specyficznego terrarium, okraszając je komentarzami pod rozwagę ze strony zespołu naukowego.

Konstrukcja fabularna nie jest jakimś wielkim majstersztykiem, ale spełnia podstawowe zadanie przekazania treści. I, zgodnie z Twym komentarzem, o to tutaj chodziło. Akcja płynie i jedynym elementem, do którego bym się przyczepił, to już wspomniany infodump w formie dialogu z Bjornem. W pewnym momencie czułem, że wkładasz mu te wszystkie wyjaśnienia w usta, by za jednym zamachem wykreować tło opowieści i więcej się z tym nie męczyć.

Bohater wyszedł Tobie ciekawie, podobają mi się jego porównania (jak z tymi drakkarami). Jest kąśliwy, ale też nie bierny. Z innych bohaterów wyraźny wyszedł Nguyen, jego zachowanie i rozmowy. Bjorna wybornie kreujesz na silnego osobnika alfa o wyraźnych poglądach i ognistym temperamencie. Ann jest tu najsłabszym ogniwem – charakteryzował ją romans z narratorem oraz bezwzględne poglądy. Przy pozostałych interakcjach bohatera te z nią odebrałem jako średnie, nieinteresujące. Nawet jeśli pod koniec w jakiś sposób przyczyniła się do finalnego czynu.

Podsumowując: mocny, wyraźny koncert fajerwerków. Nie odkrywa Ameryki, ale stawia pytania i pozwala czytelnikowi dojść do swoich wniosków. A to bardzo lubię.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Charaktery postaci są w domyśle dopowiedziane tym, kogo oni udają w tym małym panteonie. Ale zdaję sobie sprawę z tego, że nad relacjami damsko-męskimi w tekstach muszę jeszcze popracować.

 

EDIT: Czy mi się zdaje, czy zostałem adresatem najdłuższego komentarza Anet w historii? ;)

No no… Cobold przechodzi do wysokiej ligi, choć to oczywiście subiektywna ocena. Bardzo dobry tekst, a i znalazłem w nim zdanie perełkę. Brawo!

Dzięki, Blackburn! A któreż to zdanie, jeśli można zapytać?

Długo zastanawiałem się, jak napisać komentarz. Przede wszystkim dlatego, że nie jestem taki pełen zachwytu, jak reszta. Właściwie to Cobold się zaczął i skończył na Oddziale dla opętanych. Szybko wyjaśniam, że ten, który lubię. I to nie jest tak, Krzysztofie, że chcę umniejszyć Twój sukces, bo niewątpliwe umiesz pisać i jak widać umiesz też trafić do czytelników na tym forum, ale niekoniecznie do mnie.

Przechodząc jednak do opinii, to nie sposób nie mieć skojarzeń z Bogami z kosmosu Danikena, zresztą sam robisz ukłon w jego stronę, ale Twoja opowieść nie zaciekawiła mnie. Nie mogę też powiedzieć, że nie jest ciekawa, raczej pozostawiła obojętnym. Z dwóch powodów. “Ludzi” i ludzi.

I tak jak Daniken, nie sili się, abyśmy ich pokochali (przynajmniej tak to odbierałem), mam na myśli dzikusów, tak Ty próbujesz coś wskórać, a to nie wychodzi. Na granicy powagi i klaunady jest łapanie się za głowę Tarzana na widok martwego małpiątka, nawet dziecka, gdyby nim było. To jest niewiarygodne. Od dawien dawna wiele noworodków umierało i bardzo długo człowiek nie przejmował się zbytnio ich losem, a co dopiero pół małpa. Wiarygodna jest scena z Greystoke, gdzie gorylica rzuca na ziemię martwe młode i zabiera żywego noworodka. W to jestem w stanie uwierzyć.

Dalej nie jest lepiej. Małpy, które atakują w odwecie, nie wiem, gwałtu na samicy-małpie-kobiecie? Czy też uprowadzenia młodego-małpki-dziecka? Bo chyba tak szybko nastąpiła u Ciebie ewolucja…

Podobnie ma się sprawa z bohaterami hm… Z naukowcami. Przechodzę obok nich obojętnie, a głównego wręcz omijam. Nie jest on co prawda moim znienawidzonym, wspominanym pod którymś z Twoich poprzednich opowiadań – typem męczennika z grymasem na twarzy (koniecznie po przejściach), ale bliżej mu do niego, niż pozytywnego bohatera, czy w ogóle innego. Reszta nie jest lepsza, nie przejmuję się ich losem, nie wzruszają mnie, ani nie złoszczą, nic nie robią. Są wyraziści – to fakt.

Doceniam dobry warsztat, to słowo drukowane, ale ostatnio umykają mi Twoje pomysły. Nie będę pisał “może następnym razem’”, bo coś mi się wydaje, że w moim guście go już nie będzie.

Pozdrawiam.

 

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Skoro bronię swojego prawa do wyboru własnego ulubionego opowiadania, nie mogę tego odmówić Tobie. Ale uzasadnienie do mnie nie przemawia. Jakbyś tej ewolucji w czasie nie rozciągnął, któraś małpa musi w końcu zejść z drzewa jako pierwsza. A Neumann jest tym samym typem zgorzkniałego, wrzuconego w przerastający jego horyzonty intelektualne i moralne eksperyment facetem, co Olvido z Oddziału. I podobnie jak tam, sugeruję (choć tego nie przesądzam), że jest współodpowiedzialny za radykalne zakończenie tego eksperymentu.

A Neumann jest tym samym typem zgorzkniałego, wrzuconego w przerastający jego horyzonty intelektualne i moralne eksperyment facetem, co Olvido z Oddziału.

Może i typem jest podobnym, z charakteru, ale… Czuję się trochę nieswojo wykazując diametralną różnicę pomiędzy Neumannem, a Olvido Autorowi opowiadań.

To jest Olvido:

Wyprostował się w fotelu, splatając ręce za karkiem. Nogi wyciągnął przed siebie. Końcem buta trącił obudowę STOS-u.

Co zrobił Olvido? Zadziałał. Tak, mentalność miał podobną, ale w odróżnieniu od pana N. wiedział, gdzie jest granica dobra i zła i umiał, odważył się, lub po prostu wiedział – jak trzeba postąpić.

Co zrobił Neumann? Co zrobili pozostali bohaterowie? Czy zareagowali, zrobili coś, cokolwiek? Nic. Są tacy sami na końcu, jak na początku opowiadania. Stawiam więc pytanie, po co w ogóle ten utwór? By pokazać, że na świecie dzieją się, mogą być przeprowadzane, nieudane eksperymenty? Jaką miałem wyciągnąć dla siebie naukę, refleksję? Czy miałem stać i długo milczeć?

Nie Coboldzie, Neumann to nie Olvido.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Czułbym się tym bardziej nieswojo, tłumacząc Czytelnikowi co (prawdopodobnie) zrobił Neumann… Bo jednak moja bajka to niedopowiedzenia.

Krzysztofie,

Stali tak długo, w milczeniu patrząc na to, co zrobili.

Wiesz, że w pierwszej chwili pomyślałem, że to małpy stoją?

Też czuję się nieswojo pisząc Ci kolejny komentarz. Żaden z nich nie ma na celu obniżenia wartości Twojego utworu, tylko wyjaśnić moje refleksje. Myślę jednak, że już wszystko sobie tutaj wyjaśniliśmy.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, chciałem żeby Czytelnik tak pomyślał.

Ojoj, w takim razie jest gorzej, niż myślałem.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ja tam będę bronić ostatniego zdania tego opowiadania – właśnie dlatego jest dobre, że odnosi się równocześnie do małp jak i naukowców. I sugeruje, by czytelnik (o ile nie zrobił tego wcześniej) nałożył sobie zachowania jednych na drugich.

Przede wszystkim bardzo dobrze napisane, przeczytałam bez najmniejszych potknięć. Poza tym intersujący, z pewnością dający do myślenia pomysł. Ludzie, małpy, religia, macierzyństwo, eksperymenty, gdzie się to wszystko zaczyna, a gdzie kończy… Twój tekst nie daje odpowiedzi, a raczej prowokuje do stawiania kolejnych pytań. Tak czy inaczej, mimo że opowiadanie nie rozwiało moich leków egzystencjonalnych, tylko je pogłębiło, bardzo mi się podobało :)

No cóż, przeczytałam bez najmniejszej przykrości, bo opowiadasz zajmującą historię, a choć toczy się ona dość leniwie, dotyczy wydarzeń, wobec których trudno zachować obojętność. I mam tu na myśli sprawy dotyczące tak uczonych, jak i ich podopiecznych.

Kiedy czytałam sceny opisujące poczynania szympansów i neandertalczyków, miałam wrażenie oglądania filmu – obrazy same ukazywały się, jakbym obserwowała wszystko na monitorach. Bardzo fajne wrażenie.

Jedno mnie tylko martwi – nie potrafię zrozumieć, co skłoniło poważnych, jak mniemam, naukowców do dopatrywania się czegoś religijnego w zachowaniu podopiecznych… No i skąd Racheli przyszło do głowy rysowanie okręgów wokół głów Jane i Tarzana…

 

Coboldzie, skoro twierdzisz, że to Twoje najlepsze opowiadanie, z niecierpliwością czekam na kolejne. :)

 

Niósł ze sobą na­rę­cze owo­ców. –> Może wystarczy: Niósł na­rę­cze owo­ców.

No bo czy mógł nieść coś bez siebie, bez własnego w niesieniu udziału?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie sama śmierć (dziecka), tylko refleksja nad nią i próba poradzenia sobie w sposób symboliczny.

W moim odczuciu próba refleksji jest i potrzebna i skazana na porażkę. Rzeczywiście poradzić sobie można w sposób symboliczny odwołując się do wierzeń. Można sobie nie poradzić. Można uciec w smutek, można też przywdziać wytworzyć skorupę.

Nie dziwię się, że pierwotni uciekli w Twoim tekscie do "Bogów", bo to najbardziej komfortowe rozwiązanie. 

Jeżeli refleksja i symboliczne poradzenie sobie ze śmiercią dziecka mogło by stanowić o byciu człowiekiem, to ja się chyba wypieram swojego człowieczeństwa.

O tekście ciężko powiedzieć coś, czego byś o nim nie wiedział, warsztat mi się podoba, historia leniwa ale prowadzi do refleksji, gdzieś na początku miałem skojarzenie z Nowym Wspaniałym(Lepszym?) Światem Huxleya.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Reg – dzięki! Choć muszę przyznać, że zawarta w Twoim komentarzu informacja, iż przystępując do lektury mojego opowiadania, dopuszczasz, że ta lektura będzie dla Ciebie przykrością, wywołuje u mnie niepokój.

Mytrix – nie wyprzesz się, dobrze wiesz. Ale nie chciałbym, żebyś traktował to opowiadanie jako próbę udzielenia prostej odpowiedzi na najtrudniejsze pytania. To raczej dotykanie, odsłanianie, ostrożne i pokorne badanie różnych (nie tylko tego, o którym piszesz) problemów, bez intencji mądrzenia się. W ogóle, po raz kolejny przekonuję się, że próby odautorskiej interpretacji tylko zawężają przekaz tekstu. Bo jeśli coś da się wytłumaczyć w jednym zdaniu, to po co pisać o tym opowiadanie?

coboldzie – Nie wyprę się. Ale też nie umiem wybrać którejś z dróg. Ja to wszystko rozumiem i mój komentarz nie był kąśliwy, to raczej takie luźne rozważanie :-) I nie traktuję tego jako próby udzielenia prostej odpowiedzi. Raczej jako zmuszenie czytelnika do refleksji i to się udało. I jestem z opowiadania kontent. Choć w kwestii ulubionego opka dalej Lothar, a ulubiony bohater to giermek pewnego lekarza.

 

Jezcze tylko zacytuję fragment utworu "44 dni", Luxtorpedy:

 

"Synu mój, ufaj, że właśnie tak ma być.

Lepiej się naucz już teraz jak bez odpowiedzi żyć!"

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Pierwsza połowa jest fantastyczna i ma wszystko, by imponować. Warsztat, postacie, dialogi, niecodzienne wtrącenia, poruszony aspekty moralne, pomysł, zawiązanie intrygi i przedstawienie pomysłu trafiły w punkt i byłem pod wrażeniem.

W drugiej odczułem zarówno spadek formy, jak i napięcia. Motywacja bohaterów chyba do mnie nie przemówiła, a niedopowiedzenie w końcówce przeszło nieco obok mnie. Nie za bardzo też rozumiem, czemu główny bohater był gotów zrobić dla Ann wszystko. Z czego ta gotowość wynikała? Lubię niedopowiedzenia, ale tu chyba nie jestem targetem.

Doceniam poruszone w utworze aspekty, jak i jego wykonanie, ale chyba znajduję się w podobnej sytuacji co Darcon. Czuję się nieco zagubiony w Twojej wizji i tym co chciałeś przekazać.

Mytrix – spoko, to ja nie chciałem, żebyś myślał, że się mądrzę :)

 

Ac – No tak, wiem, nad subtelnościami relacji damsko-męskich muszę jeszcze pracować. Najprostsze wyjaśnienie stosunku bohatera do pani doktor w końcówce opowiadania to wyrzuty sumienia. Alternatywne wymaga odpowiedzi na pytanie: jakie to bóstwa Neumann-religioznawca emuluje sobie w postaciach naukowców?  Albo, w jeszcze innej interpretacji: kim oni naprawdę są?

…zawarta w Twoim komentarzu informacja, iż przystępując do lektury mojego opowiadania, dopuszczasz, że ta lektura będzie dla Ciebie przykrością, wywołuje u mnie niepokój.

Coboldzie, porzuć wszelkie niepokoje! Wszak w komentarzu słowem nie wspomniałam o oczekiwaniach wobec tekstu, jeno o odczuciach towarzyszących mi w trakcie lektury i po niej, a te były naprawdę satysfakcjonujące. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Uff…

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przedmową zawiesiłeś poprzeczkę bardzo wysoko, co miało wpływ na późniejszy odbiór tekstu. Sam początek nie zatrybił, może dlatego, że spodziewałem się czegoś spektakularnego, co zwali mnie z nóg i sponiewiera. Jednak od chwili pojawienia się neandertalczyków byłem już kupiony. Trafiłeś w mój słaby punkt i przestałem się opierać.

 

Co do pozytywów to znalazłem ich wiele:

  1. Język z jednej strony dość prosty bez wodotrysków, a mimo to bogaty, precyzyjny, stosowany z wielkim kunsztem. Zaimponowało mi kilkukrotnie jak wiele treści potrafisz przekazać za pomocą ledwie kilku słów. Co więcej, jeszcze więcej treści czytelnik sobie dopowiada.
  2. Scena miłosna z panią doktor od małp. Bardzo udana. Znowu widać tu oszczędność słów i szczegółów, a jednocześnie bogactwo treści, które można sobie dopowiedzieć.
  3. Zbalansowany sposób dawkowania informacji na temat backgroundu głównego bohatera, kropelka po kropelce.
  4. Myśl przewodnia opowiadania oraz postawiony dylemat etyczny jest dojrzały, niewydumany, łapie za serce i nie pozwala skwitować go wzruszeniem ramion.

Co do zakończenia, to do tej pory sam nie wiem co mam o nim myśleć. Z jednej strony moje oczekiwania były nader rozdmuchane, z drugiej strony jakąś zadumę, żeby nie powiedzieć katharsis, to zakończenie wywołało i na pewno zostanie mi w głowie na dłużej. Jeszcze kilka uwag do tekstu:

 

Też musiałem sprawdzić w Google, co to znaczy.

Dość ryzykowne zdanie. W moim przypadku okazało się strzałem w dziesiątkę. Wywołało uśmiech oraz przybliżyło mnie do bohatera. Natomiast gdyby trafiło na biologa, efekt mógłby być odwrotny. 

 

Neandertalczycy mają swój język. Przychodzą do szympansów, mówią do nich, a one słuchają i czasem odpowiadają.

Wydaje mi się, że w tym przypadku jest tu problem. Kształtowanie się języka to proces długofalowy. Powstaje przez wieki, przekazywany z pokolenia, na pokolenie. Jest mało prawdopodobne, by para neandertali, do tego bez żadnych wzorców od wcześniejszych pokoleń, zdołała stworzyć swój własny język i się nim skutecznie posługiwać.

 

Poznaliście już cały panteon. Czas na mit założycielski.

To zdanie wydaje mi się zbędne.

 

Spojrzała mi w oczy. Czułem się winny. Byłem gotów zrobić dla niej wszystko.

Nie zrozumiałem, dlaczego czuł się winny i, dlaczego gotów był zrobić dla niej wszystko. Kilka wspólnych nocy i emocjonalne wydarzenia to chyba jednak za mało.

 

Po chwili wstała i ruszyła w stronę zielonej kipieli.

Niefortunnie dobrane to słowo. Ta zielona kipiel skojarzyła mi się z egzotycznym jeziorkiem o zielonej wodzie. 

 

Podsumowując – nie zgodzę się z tezą postawioną w przedmowie “Moje najlepsze opowiadanie.”

Uważam, że “Greinholtz” był minimalnie lepszy. Nie mniej “Na obraz i podobieństwo” niewiele mu ustępuje. Moja ocena: 5.6/6. – tak więc zaokrąglam w górę i dodaję piórkową nominację.

Zacznę od tego, że “2001: Odyseja kosmiczna” to od niepamiętnych czasów, kiedy na jakimś protokonwencie siedziałam na ławce i oglądałam to z otwartą buzią, mój ulubiony film, więc oczywiście miałam skojarzenia. Ciekawam, czy Ty też miałeś ten film w pamięci wymyślając tu fabułę :)

 

Poza tym: opowiadanie na pewno świetnie napisane. Przyznam, że miałam czas zabrać się za nie dopiero teraz, więc zmierzenie się z tekstem o tylu nominacjach i zachwytach jest dość trudne, ale rzeczywiście to tekst wysokiej klasy. Niewątpliwie najlepiej napisany z tych Twoich, które czytałam. I na dodatek podobnie jak “Król Rybak” (nie chce mi się za umlautami biegać) trafiał w moje zainteresowania zawodowe i hobbystyczne (Wagner), tak tu jest moja bardzo dawna pasja – antropogeneza. Choć ja raczej przez Leakeyów niż Goodall (za to z Goodall miałam pytanie na egzaminie z antropologii fizycznej…). Ergo uderzasz po raz kolejny w bliskie mi struny.

I jeszcze jedno: to jest chyba pierwszy od bardzo dawna tekst, jaki czytam, w którym scena seksu jest absolutnie uzasadniona i na dodatek opisana kulturalnie i z wdziękiem. Dzięki Ci za to.

 

Czy mam się do czego przyczepić? Troszkę mnie to cargo na końcu rozczarowało, muszę przyznać, ale może to dobre rozwiązanie.

Mam natomiast wątpliwości, czy neandertalczyk miał tak daleki (i wysoki) zasięg jak Tybet – moja wiedza jest jednakowoż sprzed dobrych paru lat, więc może być nieaktualna. Nie jestem też pewna, czy był zdolny do krzyku – do nieartykułowanego może tak, ale raczej nie do mówienia. O ile pamiętam, jednym z powodów braku sukcesu ewolucyjnego tego gatunku były jakieś problemy z głośnią, chyba konkretnie chodziło o brak możliwości rozwinięcia mowy artykułowanej.

Zastanawia mnie też, ale zakładam, że na tym się znasz znacznie lepiej, czy rzeczywiście ta odległość czasowa aż tak wpływa na możliwości rozrodcze? Jeśli to ten sam gatunek, to nie powinno być problemów? Ale tu raczej pytam niż mówię sprawdzam, bo genetyki na żadnych studiach nie miałam.

Czysto fabularnie mam taki problem (czepialstwo), czy profesor Neumann rozpowie teraz na całym świecie o tym laboratorium i zrobi się draka ;) Oni chyba od początku musieli się z czymś takim liczyć, wpuszczając człowieka z zewnątrz?

 

Z technikaliów nie spodobało mi się tylko jedno zdanie:

“Jane, trzymanym w dłoni kawałkiem krzemienia, cierpliwie ryła w płaskim kamieniu obrazek.”

Przeredagowałabym na “Trzymanym w dłoni kawałkiem krzemienia Jane cierpliwie ryła w płaskim kamieniu obrazek.“ albo “Jane cierpliwie ryła w płaskim kamieniu obrazek trzymanym w dłoni kawałkiem krzemienia.”

 

No i skoro sugerujesz, że pani Pentangeli jest Włoszką (kwestia temperamentów), to powinna być Anna, nie Ann.

 

Ale ogólnie bardzo, bardzo na plus. Pięknie napisany poważny dylemat naukowy.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

@drakaina

Zastanawia mnie też, ale zakładam, że na tym się znasz znacznie lepiej, czy rzeczywiście ta odległość czasowa aż tak wpływa na możliwości rozrodcze? Jeśli to ten sam gatunek, to nie powinno być problemów?

Raczej nie powinno być problemu, skoro są już udokumentowane krzyżówki Homo Sapiens z Neandertalczykami.

 

Mam natomiast wątpliwości, czy neandertalczyk miał tak daleki (i wysoki) zasięg jak Tybet

Sprawdziłem z ciekawości. Szkielety znaleziono najdalej w Ałtaju i Uzbekistanie. To jednak SF więc można domniemywać, że w niedalekiej przyszłości ten zasięg mógł się poszerzyć.

Wymarły gatunek, który w przyszłości ma poszerzyć zasięg występowania. Tylko w fantastyce! :-)

Babska logika rządzi!

Tak coś czułem, że mi ktoś skróty myślowe wypomni :)

To jednak SF więc można domniemywać, że w niedalekiej przyszłości ten zasięg mógł się poszerzyć.

No właśnie nie jestem pewna, bo Wyżyna Tybetańska jest położona na wysokości najwyższych szczytów Ałtaju, a mam wrażenie, że to jest po prostu za wysoko na zasiedlenie przez neandertalczyka. O ile pamiętam, zasiedlanie terenów wysokogórskich to dość późna sprawa i taka trochę chybiona przyspieszona “mikroewolucja” dostosowawcza (w sensie, że przystosowanie nie jest całkowite). A że Ałtaj jest położony częściowo na terenie Chin, to wystarczy zmienić Tybet na Ałtaj i po problemie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino,

No właśnie nie jestem pewna, bo Wyżyna Tybetańska jest położona na wysokości najwyższych szczytów Ałtaju, a mam wrażenie, że to jest po prostu za wysoko na zasiedlenie przez neandertalczyka.

Wyżyna Tybetańska jest specyficzna. Mimo że jej wysokość bezwzględna jest porównywalna do Alp czy Ałtaju, to klimat jest nieporównywalnie bardziej przyjazny, ze względu na niewielką wysokość względną. Co więcej, neandertalczyk był lepiej przystosowany do zimna i surowych warunków, niż homo sapiens, więc w tym przypadku wysokość Tybetu mogłaby działać na jego korzyść.

 

A że Ałtaj jest położony częściowo na terenie Chin, to wystarczy zmienić Tybet na Ałtaj i po problemie.

Problem leży gdzie indziej. W opowiadaniu jest napisane, że szczątki znaleziono w lodzie. Ałtaj co prawda ma lodowce, ale są to tylko niewielkie lodowce górskie. My zaś potrzebujemy lodowca dużego, stabilnego, który nie odmarzł przez co najmniej kilkadziesiąt tysięcy lat.

Pod tym względem Tybet i otaczające go wysokie góry dają nieco lepsze perspektywy niż Ałtaj, ale też byłby problem, bo jednak lodowce górskie są mobilne. Dużo lepiej by się sprawdziła wieczna zmarzlina gdzieś na Syberii, ale znowu tam neandertalczyków na razie nie znaleziono. 

No i proszę: zostawić Was na chwilę samych z opowiadaniem i ile merytorycznych komentarzy!

Z zasięgiem występowania mnie macie. Nie wiem, co mnie zaćmiło, kiedy pisałem o tym Tybecie, to nie było nic przemyślanego, tylko jakiś impuls. Ale skoro już tak poszło w druku, to na razie zostawię, tym bardziej, że Ałtaj też ma swoje słabe strony.

Z pozostałymi kwestiami sprawa jest bardziej skomplikowana.

Na początek uwaga ogólna: mamy tu nie tylko humanistę relacjonującego rozmowy z przyrodnikami, ale do tego narrator wielokrotnie podkreśla subiektywizm swojego przekazu, czy wręcz skłonność do symbolicznej interpretacji rzeczywistości. Tak jest w pierwszym akapicie, powtarza się to potem w rozmowach z Thorvaldsenem, aż do zalecenia szefa: „Niech pan napisze swój rozdział”. Swój, czyli właśnie z takiej skrajnie subiektywnej pozycji. Dalszą część opowieści widzimy już z takiej perspektywy. Kiedy Neumann spodziewa się, że Tarzan przyniesie dziecko Jane, pisze, że boi się tego wydarzenia, ale równocześnie wie, że tylko takie rozwiązanie ma sens. Jaki sens? Właśnie symboliczny, bo przecież nie racjonalny. I tak jest do końca, aż do sceny finalnej, widzianej i interpretowanej przez religioznawcę (i to w jakimś momencie kryzysu światopoglądowego), nie przedstawiciela nauk ścisłych. Przy okazji: rytualny mord jako sposób likwidacji napięcia w grupie, a potem ubóstwienie ofiary to jednak moim zdaniem więcej niż kult cargo.

Ale do rzeczy: jestem przekonany, że gdzieś czytałem o tym, że neandertalczycy byli prawdopodobnie zdolni do komunikacji wokalnej. Nie był to oczywiście język w wydaniu Homo sapiens, ale jednak coś bardziej skomplikowanego niż szympansie pohukiwania. „Językiem” nazywa to doktor Pentangeli, tak przecież zakręcona na punkcie akcji afirmacyjnej człowiekowatych (znowu subiektywizm). I ma oczywiście rację Chrościsko, że ten „język” nie jest czymś wrodzonym, tylko wymaga przekazu pokoleniowego (to kolejny aspekt w rozważaniach, czy geny czynią nas ludźmi). „Język” Tarzana i Jane nie jest tutaj reaktywacją „języka” prawdziwych neandertalczyków, tylko systemem komunikacji, wytworzonym przez dwoje darzących się uczuciem, obdarzonych odpowiednio skomplikowanym mózgiem istot.

No i wreszcie kwestia możliwości rozrodczych – nie napisałem, że jest to dla tej pary jakaś zasadnicza, obiektywna  trudność, tylko wyraziłem wątpliwości uczonych co do powodzenia. Czyli raczej niepewność niż niewiara, jeśli chodzi o wynik eksperymentu. Ta niepewność obiektywnie wynika zresztą z istoty samego eksperymentu – skrzyżowanie dwóch sklonowanych osobników o niepewnej jakości materiału genetycznego. Przyznam, że informację o różnicy „wieku” obu neandertalczyków wplotłem głównie po to, żeby zasugerować, że Jane jest bardziej „ludzka” od Tarzana.

A co do inspiracji – przyznam, że w ogóle nie myślałem o „Odysei kosmicznej”. Przyznaję się za to do wpływów „Spadkobierców” Goldinga.

A na wzmiankę o intymnościach rumienię się skromnie, bo ich opisywanie to są trudne rzeczy i wiem, że jeszcze sobie z tym nie radzę  ;)

A na wzmiankę o intymnościach rumienię się skromnie, bo ich opisywanie to są trudne rzeczy i wiem, że jeszcze sobie z tym nie radzę  ;)

– rzekła z pruderią dziewoja, rozsupłując rzemień przy portkach swego oblubieńca.

No właśnie – wróciłem i merytoryczność dyskusji diabli wzięli;)

Próżne i daremne są twe utyskiwania, Coboldzie, nad obyczajami naszemi, wszak wieść gminna niesie, że słowo “bold” w Twym mianie, nieprzypadkowo się tam znalazło.

Szczupły nie jestem.

 

EDIT: Aha, jeszcze sprawa imienia pani doktor. Ann Pentangeli wyobraziłem sobie jako Włoszkę zamerykanizowaną, pewnie dlatego, że jej nazwisko ukradłem z „Ojca Chrzestnego”. A ukradłem, bo ładnie mi się skojarzyło najpierw z aniołem, a potem z pentagramem, co jest jak najbardziej na miejscu.

Nie o fizjonomii tu mowa była, bynajmniej, a o ducha przymiotach. Nadzieję żywię, że nie uraziłem Cię mymi słowy. By zaś dalszych despektów Ci nie czynić, a wątku pustosłowiem nie zaśmiecać, pozwolę sobie w tej kwestii zamilknąć.

Mi się Pentangeli kojarzyła z pentagramem, pentanem, pięć i pętem kiełbasy, ta część o aniołach mi umknęła :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Przy okazji: rytualny mord jako sposób likwidacji napięcia w grupie, a potem ubóstwienie ofiary to jednak moim zdaniem więcej niż kult cargo.

No właśnie. I dla mnie ten mord rytualny by wystarczył, butelka jest niepotrzebna ;) Ale przeczytam jeszcze raz i zastanowię się ponownie.

 

A co do Tybetu (@chroscisko) – klimat klimatem, ale mam wrażenie, że to po prostu za wysoko, a nie mieli dronów, które by im powiedziały: wysoko, wysoko, ale jak fajnie ;)

 

I jeszcze język: oczywiście słusznie traktujesz ten termin szeroko, jako komunikatywny system znaków, aczkolwiek nie jestem przekonana, czy jest to dla przeciętnego czytelnika jasne. Z tą mową neandertalczyka to jest fascynująca sprawa, bo jedna hipoteza mówi, że nie będąc w stanie artykułować mowy, nie rozwijali myślenia abstrakcyjnego myślenia, w związku z czym ponieśli klęskę.

 

A Pentangeli kojarzyła mi się z “pięcioma aniołami” :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A co do Tybetu (@chroscisko) – klimat klimatem, ale mam wrażenie, że to po prostu za wysoko, a nie mieli dronów, które by im powiedziały: wysoko, wysoko, ale jak fajnie ;)

Ta zasada działa w obie strony. Nie mieli też informacji, by tam nie iść, bo jest za wysoko. Szli tam, gdzie były zasoby i przyjazny klimat (lub tam, gdzie nie było Homo sapiens). O ile dostać się na Tybet od Zachodu mogło być zadaniem karkołomnym (wysokie nieprzyjazne góry, Pustynia Gobi), o tyle od strony Chin droga jest szeroka, łatwa i przyjemna. Nawet by nie zauważyli, że tak wysoko wleźli. 

Oczywiście dyskusja nasza jest czysto akademicka, bo ani w Chinach, ani w Tybecie neandertalczyków nie znaleziono. Ale już Homo erectus nie miał problemów, by tam (do Chin) dotrzeć.

Ale przecież do lodu trafiają pojedyncze osobniki. To mógł być ciekawski podróżnik, banita wygnany z grupy za jakieś grzechy, uciekinier przed czymkolwiek, pustelnik szukający mistycznych przeżyć…

Babska logika rządzi!

butelka jest niepotrzebna

biez wodki nie razbieriosz ;)

Bo to alkohol jest tutaj owocem z drzewa poznania, który sprawia, że małpy tracą rajską niewinność i stają się ludźmi. A do tego jako autor chciałem sobie strzelić ze strzelby Czechowa ;)

 

 

A Pentangeli kojarzyła mi się z “pięcioma aniołami”

 

to przykrywka. Demaskuje ją wąż wytatuowany na ramieniu.

Co do tego węża, zastanawiałem się, co dokładnie ma symbolizować.

Czy to wąż w rajskim ogrodzie, kusiciel, czy jakąś cechę charakteru.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

To zerknij jeszcze tu:

– (…) Coś was kiedyś łączyło?

– Byliśmy blisko. – Spuściła wzrok. – Ale teraz… został już tylko szacunek.

 

A któreż to zdanie, jeśli można zapytać?

No może nie jedno zdanie, ale fragment wyjęty z wypowiedzi Ann. Literacko nic specjalnego… ale proste i mądre. ;)

I co teraz widzimy? Niepełnosprawnych, niezgrabne dzieci, pokracznych idiotów. Zamieniła pogardę czy obojętność na litość.

Bo to alkohol jest tutaj owocem z drzewa poznania, który sprawia, że małpy tracą rajską niewinność i stają się ludźmi.

OK, tego z alkoholem nie załapałam…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tu jest o alkoholu:

 

Wieczorem poszedłem do Nguyena poprosić o butelkę na wynos. Wróciłem do swojego pokoju, usiadłem na leżance i sięgnąłem po papiery przyniesione kiedyś przez Thorvaldsena. Pod stosem kartek leżała książka. „Ludzie i ich bogowie” – głosił tytuł. Z tylnej okładki uśmiechała się opalona męska twarz. Ciemne okulary nie do końca maskowały worki pod oczami, a spod kapelusza w stylu Indiany Jonesa wystawały szpakowate włosy. Pod spodem w pięciu zdaniach streszczone było moje życie.

Przejrzałem dokładnie wszystkie rysunki, zabrałem baijiu i poszedłem do Ann.

 

Thorvaldsen przesunął się nagle do sąsiedniego monitora, który pokazywał opuszczone przez szympansy miejsce. Dotknął ekranu i kamera zrobiła zbliżenie na kępę krzaków. Między korzeniami leżała dobrze mi znana szklana butelka z chińskim napisem na etykiecie. Stary obrócił się w stronę Nguyena. Mały Wietnamczyk skulił się pod naporem jego spojrzenia.

– To nie ja!

Szukałem wzroku Ann. Jej zimne oczy nie wyrażały zupełnie nic.

Czyli Neumann dał butelkę Ann (lub niedopili do końca) a Ann małpom. Tak to rozumiem. W dodatku Ann ma tatuaż węża czyli to ona powinna podać jabłko poznania.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Albo Ann skusiła Neumanna, żeby to zrobił. Co kto woli.

Tyle to załapałam ;) Z alkoholem chodziło mi o to, że nie załapałam, że to on sprowokował mord rytualny. To akurat w sumie logiczne i niezłe.

 

Natomiast jeśli Ann jest wężem i ma tatuaż węża (istotnie, tak było, ja chyba tatuaże wypieram ze świadomości), to troszkę ta łopatologia poniżej Coboldowych standardów… Jej zimne oczy by wystarczyły.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dla kogo łopatologia, dla tego łopatologia ;) Wymyśliłem sobie kilka poziomów interpretacji, zależnych od tego, kogo Czytelnik uzna za bogów z pierwszego pytania i ludzi z ostatniego zdania.

I te kilka poziomów jest ok, ja to tak odebrałam: bardzo dobrze, że nie wiadomo, kto podrzucił butelkę. Po czym przypomniano mi węża :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Co tylko poszerza grono podejrzanych. Można się domyślać kto był spiritus movens, ale sam sprawca nie jest określony.

Ann, Neumann skuszony przez Ann, samego Nguyena też wykluczyć nie można.

Wikinga bym wykluczył, chociaż kto wie :D

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Wietnamczyk mówi, że to nie on i ja mu wierzę. ;-)

Babska logika rządzi!

Nguyen wydaje mi się najmniej podejrzany. Jest weterynarzem i co mu tam uczłowieczanie małp ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ale on tu robi za trickstera!

 

– Czasem chciałoby się jakoś zaingerować, włożyć kij w mrowisko. – Nguyen mrugnął do mnie skośnym okiem. – Wiesz, podrzucić im książkę, komputer albo karabin i zobaczyć, co z tym zrobią.

No, fakt. Ale ci, którzy tak mówią, rzadko to robią ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytałem kilka dni temu, Coboldzie, ale jakoś nie było okazji i czasu by napisać komentarz. Teraz wracam i z ulgą przyznaję, że dobrze opowiadanie pamiętam. Bo widzisz… w trakcie czytania pewności wcale nie miałem. Nie potrafiłem się wyzbyć uczucia, że raczysz mnie daniem bardzo smacznym i umiejętnie przyrządzonym, ale… ale… wegetariańskim! A dla Counta brak mięsa to jednak poważna wada.

W Twoim opowiadaniu tym “mięsem” byłoby jakieś przekroczenie granic, wyjście poza relacje międzyludzkie, międzyszympansie i wątek bogowie-ich twory.

Gdy pisałeś o tych tabliczkach, to liczyłem, że ten wątek pójdzie w jakimś niespodziewanym kierunku, że czymś mnie zaskoczysz. A tymczasem okazał się to po prostu symbol wpływu obecności ludzi na istoty, które powołali do życia.

Podobnie zakończenie i refleksja, jaką zafundowałeś czytelnikowi – jest dobra, ale taka soft. Kontemplacyjna. Mawiają, że bóg stworzył potrawy, ale przyprawy pochodzą od szatana. Mnie właśnie tych przypraw trochę zabrakło.

Poza tym, tekst przywoływał raczej pozytywne skojarzenia – od Odysei Kosmicznej, przez Folwark zwierzęcy, po książki Crichtona, najbardziej, naturalnie, Kongo.

Co jednak Crichton robi wybornie, w Twoim tekście mnie nie przekonało. Relacje międzyludzkie.

W sumie… Zdały mi się trochę zbędne. Szczególnie tani romans z Włoszką. Pierwsza rozmowa z Nguyenem miała moc, sama postać Thorvaldsena też fajna, ale w trakcie czytania znacznie ciekawsze zdały mi się sceny z klatki ;)

No i mam pewne wątpliwości odnośnie samej obecności profesora Neumanna. Hmm… Czy ten eksperyment nie był, jakby to ująć… trochę tajny? Czy takie zapraszanie osoby z zewnątrz nie jest dziwne? Bo mnie trochę gryzło, że tak od ręki o wszystkim mu opowiedzieli.

 

Poza tym, uwag raczej nie mam. Opowiadanie z pomysłem, porządnie napisane. Końcówka udana, sprawnie zatrzymałeś kadr, upodabniając bogów do śmiertelników. Tytuł… Jak na Ciebie naprawdę niezły ;)

Czy to najlepsze Twoje opowiadanie? Mam nadzieję, że jednak nie. Albo nie.

Mam wiarę :)

 

Trzym się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki, Count!

Czyli, mówisz, trzeba pisać dalej?

I tak Adam i Ewa zostali wygnani z Edenu. ;)

Czytało się bardzo dobrze i przyjemnie, pomimo jakichś tam pomniejszych zgrzytów, kiedy nie byłem pewien, co chciałeś przekazać.

W zasadzie opowiadanie zasadza się tym, że bohaterowie obserwują człekokształtnych na monitorach, osobiście wolałbym, aby więcej się działo. Chyba mogę zgodzić się z Countem, że jakkolwiek danie bardzo smaczne, to jednak wegetariańskie. :)

Oczywistym jest, że tekst wzbudza skojarzenia, bardzo miłe skądinąd, z Parkiem Jurajskim.

Czy DNA może przetrwać kilkadziesiąt tysięcy lat w zamrożonym ciele? Pytam bardziej z ciekawości, bo nawet jeśli jest to nieścisłość (konieczna), to przecież na podobnej nieścisłości (też koniecznej) oparty był choćby wspomniany Park Jurajski.

Z kolei podobał się romans z Włoszką (ekhm), bo był niejako równoległą relacją do relacji Adama i Ewy. Ewa odmawia Adamowi, Włoszka zamknęła drzwi przed bohaterem.

Trochę nie rozumiem, dlaczego seks międzygatunkowy, którego dopuścił się Tarzan, czy też kradzież dziecka Racheli miałyby świadczyć o braku człowieczeństwa Neandertalczyków. Przecież ludzie też robią takie rzeczy i to nagminnie. No, chyba że rozumiemy tutaj człowieczeństwo jako zdolność do zachowywania pewnego standardu norm moralnych, ale w kontekście tekstu wydaje mi się, że chodziło o biologiczne znaczenie tego terminu.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Brak człowieczeństwa? Myślę, że to taka ironia – ludzie są pierwsi do krytyki i oburzenia, a nie dostrzegają, że niejednokrotnie ich czyny są równie złe, o ile nie gorsze od czynów tych, którymi tak pogardzają…

 

Czyli, mówisz, trzeba pisać dalej?

Życzę Ci, by Fantazja już zawsze była przy Tobie, Coboldzie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

I że, nieduzi przecież, Chińczycy mają zaskakująco mocne głowy.

Azjaci mają przecież obniżoną tolerancję na alkohol. Nie wpadają przez to zbyt często w alkoholizm, ale czyni to ich głowy słabiutkimi.

 

Zmierzył mnie krytycznym wzrokiem i dodał jeszcze:

– Niejednogłośnie.

Wyraz jego twarzy nie pozostawiał złudzeń, kto głosował przeciw.

Informację za wypowiedzią masz, może nie wprost, ale zawsze, podaną w akapicie przed wypowiedzią. Nawet jeśli później domysł okazuje się mijać z prawdą.

 

Będzie miód, ale zacznę od sporej garści dziegciu.

Pierwsza scena. Jest taka książka “Gen atlantydzki” autorstwa niejakiego A.G.Riddle, która jest napisana w bardzo podobny sposób. Dużo opisów co kto robi, po kolei, przemyśleń mało albo wcale, postaci to oczywiście olbrzymi pan i zgrabna, szczupła pani, do tego pełno dialogów silących się na błyskotliwość. “Gen atlantydzki” to książka bardzo zła, ale z jakiegoś powodu również bardzo popularna (co sprawiło, że się okrutnie naciąłem, nabywając ją w zakupowym szale), niemniej jest to popularność, której chyba nie życzyłbym nikomu. Nie wiem, co Cię podkusiło, aby poprowadzić ekspozycję tak postaci, jak i problemu właśnie w taki sposób, ale myślę, że spokojnie poradziłbyś sobie bez tego nadęcia w dialogach, czy, moim zdaniem, bardzo kiepskiej jakości przytyków tamże.

Ale potem to już popłynąłem! Znów odwołam się do książki, bo skojarzenie znów miałem mocne. “Chromosom 6” Robina Cooka porusza bardzo podobną tematykę – człowieczeństwo u małp bonobo. Oba dzieła mają blaski i cienie i wiem, że nie do końca powinienem je porównywać, wszak różnica w długości formy jest znacząca. Tutaj, czytając, musiałem momentami przystawać, by się pozachwycać, bo naprawdę pokończyłeś rozdzialiki mistrzowskimi puentami. Pisać poruszająco o małpach, stawiać przy tym trudne pytania – to trzeba jednak być pewnym swych umiejętności, by zafundować taki popis. Zastanawiam się tylko, czy nie jest za gęsto w tym dość przecież statycznym tekście. Są gwałty, porody, wcześniaki, rytualne tańce, samosąd. W książce Cooka – mimo że trochę zbyt rozwleczonej – scena w której bonobo znajduje zegarek i zakłada go sobie na nadgarstek jest równie wymowna, a jakże prostsza.

No i zakończenie IMO odstaje od wspaniałej reszty. Nie potwierdza, ani nie zaprzecza tezie, że neandertalczyk jest ludzki. W tym konkretnym przypadku pasowałoby mi zdecydowanie na któryś wariant, bo taki przeskok do małp to trochę pójście na łatwiznę.

Jeszcze smaczki! HeLa, Daniken, mylenie Chińczyka z Wietnamczykiem odwrócone na Niemca ze Szwajcarem… I kto wie, ile mi jeszcze umknęło. Klasa! Nie wiem, czy to Twoje najlepsze opowiadanie i czy w plebiscycie powtórzy sukces Lothara, ale mam przeczucie, że się w nim raczej znajdzie. ;)

Trzymaj się!

 

 

Azjaci mają przecież obniżoną tolerancję na alkohol. Nie wpadają przez to zbyt często w alkoholizm, ale czyni to ich głowy słabiutkimi.

Nie wszyscy Azjaci, a tylko niektórzy.

Ci z nieco ciemniejszą karnacją radzą sobie całkiem nieźle.

 

Masz rację, z tym że to dotyczy części populacji, a nie wszystkich Chińczyków.

 

Zdarzało mi się pić z takimi, którzy wspomnianych objawów nie mieli. Choć z przytoczonego przez Ciebie artykułu wynika, że na południu Azji wspomniany gen jest dużo rzadszy, stąd tez i moje obserwacje mogą nie być reprezentatywne dla typowego Chińczyka z północy.

Tak, problem dotyczy wschodniej Azji. Oczywiście nie ma co generalizować, natomiast we fragmencie, do którego się doczepiłem, Cobold posłużył się stereotypem “mocnej głowy Chińczyka”, a w kontekście genetyki i przytoczonych objawów jest to sformułowanie dość niefortunne. ;)

Azjaci mają przecież obniżoną tolerancję na alkohol. Nie wpadają przez to zbyt często w alkoholizm, ale czyni to ich głowy słabiutkimi.

Mały osobisty offtop, pozwolę sobie, bo mnie to zainteresowało. Rodzina mojego taty jest ponoć pochodzenia tatarskiego, ale z czasów Jagiełly, a nie tego głównego siedemnastowiecznego napływu do Rzeczpospolitej. Po tacie w sumie istotnie widać, jakby był wręcz dryfem genetycznym (jak byłam w Tatarstanie na konferencji, to dodatkowo umocniłam się w tym przekonaniu). Mamy oboje trochę cech uważanych w antropologii za azjatyckie, ale o tym alkoholu jakoś nie wiedziałam, a też pasuje… Dzięki więc za info, bo zawsze jakiś mały argumencik na rzecz tego pochodzenia.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, wspomniany gen jest rozpowszechniony najliczniej wśród mieszkańców wschodniej Azji, skąd dość dalego do tatarskich ziem. Nie wyklucza to oczywiście obecności genu na mniejszą skalę w innych populacjach, ale wniosek, że Azjata to abstynent jest chyba na wyrost. Myślę,czy nie edytować mojego pierwszego komentarza.

Mongolia chyba zalicza się do wschodniej Azji? Tatarstan, nie mówiac już o Krymie, to późne dzieje…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Piłam kiedyś kumys z jedną Mongołką. I z Polakiem. Po pierwszej kolejce my – jakbyśmy się jogurtu napili. Chyba kola by na nas mocniej podziałała. A dziewczyna już była wesolutka…

Babska logika rządzi!

Moja przyjaciółka nie jest w stanie uwierzyć (a była świadkiem), że można się upić szklanką sangrii do tego stopnia, że idziesz następnie przez miasto śpiewając arie operowe i żądając pamiątkowego zdjęcia z każdą napotkaną latarnią. Nagrań na szczęście nie ma, ale zdjęcia niestety istnieją ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Kumys chyba jednak słabszy od sangrii. Chociaż przyznaję, że “nasza” dziewczyna nie śpiewała. :-)

Babska logika rządzi!

O, merytoryka siada, czas się odezwać ;)

Z tymi alkoholowymi możliwościami Nguyena to było przede wszystkim tak, że chciałem pokazać:

  1. Neumann pozuje na znawcę ludzkich zachowań, a nic nie wie o życiu. Nie rozróżnia ludzi z Dalekiej Azji, a na podstawie pojedynczej obserwacji wyprowadza daleko idące uogólnienia.
  2. Neumann ma słabą głowę, a Nguyen to zawodnik lepszy niż się na pierwszy rzut oka zdaje.

Ciekawe te uwagi o podobnych motywach w różnych książkach. O “Genie atlantydzkim” nie słyszałem, a “Chromosom 6” widziałem tylko na półce u teściowej, ale podobnie było z “Genesis”, na podobieństwo do której “Lothara” zwróciła mi uwagę Bella. Nabyłem, przeczytałem i znalazłem tam identyczny fragment o ataku na androida i utrąceniu mu głowy! Coś jest z tą świadomością zbiorową na rzeczy.

Wreszcie zabrałam się za lekturę, a tu już dawno tekst w Bibliotece i ma już nominację do najlepszego opowiadania miesiąca.

Bardzo podoba mi się oszczędność opisów – nasuwa mi skojarzenia z twórczością fantastyczną (amerykańską) z lat 70-tych lub 80-tych. Dobrze, że wybrałeś coboldzie formę prostszą. Dzięki temu mogłeś ująć więcej tematów, które są jasne i widoczne. Jak widać, dyskusje w komentarzach trwają w najlepsze ;) Mi się rzuciła w oczy osoba Thorvaldsena, który skojarzył mi się z tym idealnym Aryjczykiem, który miał w rękach stery dziejów. Zresztą masz dużo smaczków w tekście, które uprzyjemniły mi lekturę. Ale czy to wszystko kupuję? Mam dosyć mieszane odczucia i nie poczułam się aż tak poruszona tematyką. A sama lektura naprawdę była przyjemnością, bo każde słowo było na swoim miejscu. Ale czy ideowo? Są ciągle wątpliwości.

A z tym alkoholem – unreliable narrator? Z Twojego wytłumaczenia widać celowość zabiegu ;)

ps. A kim jest stereotypowy Chińczyk? Tam jest tyle grup etnicznych, że trudno się połapać. A sami Tatarzy są niezłą mieszanką. Niektórzy nawet nie muszą mieć dużego wpływu krwi mongolskiej. Lubię bardzo ludność turkijską – tak wymiksowani.

pss. cechy mongoloidalne jak np. “skośna” powieka są o wiele częstsze niż nam się wydaje – w Europie też występuje. Ale, że częściej nasze oczodoły są płytsze, więc opadająca powieka nie nabierze charakterystycznego skośnego kształtu.

A wiesz, że nie znałem tego terminu (unreliable narrator)?

Ale tak, ostatnio coś mnie ciągnie do narracji pierwszoosobowej, nieprzezroczystej, naznaczonej słabościami narratora.

Jest to znak rozpoznawczy Gene'a Wolfe'a i jego serii o Nowym Słońcu :)

Którego ja i Cobold jesteśmy miłośnikami.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Rzekłeś, Marasie :) Choć liczyłem, że skoro wpadłeś, to rzekniesz coś więcej ;)

Ależ oczywiście, Coboldzie. Dawno przeczytane. Lawiruje z czasem, ale zdążę i tutaj przed 5 grudnia ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

A propos. Spójrz na te awatary monochromatyczne. Jak ładnie się komponują.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Oj, bo się Finkla obrazi…

No to wszyscy należymy do grona miłośników twórczości Wolfe’a (ale też czarno-białych awatarów) :)

Czyli Coboldzie, dobrze wiesz kim jest unreliable narrator, tylko nie wiedziałeś, że ma jeszcze swoją nazwę ;) Nawet nie wiem czy jest jakieś polskie tłumaczenie tego określenia.

Oj tam, już nie mam się o co obrażać. Kolory są fajne, zwłaszcza w tęczy, ale przecież nie będę Was zmuszać. A Wolfe’a nie znam.

Babska logika rządzi!

Finklo, jak tak można? Wolfe’a?

Echh, ta młodzież…

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

narrator niewiarygodny po naszemu :)

Kawał świetnego tekstu. Nastrojowy, skłaniający do myślenia, do tego napisany przystępnym językiem, bez zbędnych ozdobników i kombinowania. Aż, żałuję, że zabrałem się do tego opowiadania tak późno, bo już wiem, że zostanie mi w pamięci.

Ciekawie i tajemniczo skonstruowane postaci, szczególnie Thorvaldsen. Widzę, też sporą inspirację Odyseją kosmiczną Kubricka – najbardziej w ostatniej scenie.

 

W kwestii skojarzeń: mnie Thorvaldsen kojarzy się wyłącznie z rzeźbiarzem… I bardzo musiałam opierać się temu skojarzeniu :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A kogo ten rzeźbiarz rzeźbił?

Oj, dużo wymagasz od czytelnika. On się nie ograniczył do jednej rzeźby.

Babska logika rządzi!

No, w Polsce to mamy np. księcia Poniatowskiego pod pałacem prezydenckim oraz Kopernika na Krakowskim Przedmieściu, w Krakau nagrobek W. Potockiego, ale to mniej znane… A poza Polską to ho ho ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Prawidłowy odpowiedź: ludzi i bogów ;)

Przesadzasz. Takie odpowiedzi nic nie mówią. A jedna rzeźba przedstawia Ganimedesa z orłem, więc zwierzęta też. I co, to ma nam się z czymś kojarzyć? Z Neandertalczykami na przykład? Czy Fidiasz rzeźbił coś innego?

Babska logika rządzi!

Masz rację, Finklo, zwierzęta też – pasuje!

Oj, przecież mrugam do Was okiem w emotikonce, oczywiście, że nie planowałem takiego odniesienia. Thorvaldsen miał się kojarzyć z Thorem, jako bogiem i uosobieniem mocy. Ale jeśli kojarzy się z rzeźbiarzem, twórcą to nie widzę w tym żadnego problemu dla tekstu. Dlatego tak sobie cenię to opowiadanie, bo na razie, z której strony bym nie spojrzał, to i tak poszczególne elementy układają się w spójną całość. Czasem tak wychodzi.

Sorki, nie zwróciłam uwagi na to mruganie.

A, z Thorem mi się kojarzył…

Babska logika rządzi!

Byle nie z tym Thorem z filmów o komiksowych superbohaterach ;)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Prawidłowy odpowiedź: ludzi i bogów ;)

Nigdy nie potrafiłam wczuwać się w to, co egzaminator uważał za właściwie sformułowaną odpowiedź… Zawieszałam się totalnie zwłaszcza na “na pewno zna pani odpowiedź”.

 

A merytorycznie: miałam w poprzedniej wypowiedzi dodać, że w Krk jest również kopia Merkurego ;)

 

Ale cieszę się, że moje skojarzenie (uwielbiam neoklasycyzm) nie jest całkiem złe.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Miałem wrócić z porządnym komentarzem, ale zająłem się w międzyczasie milijonem innych rzeczy i jakoś mi umkło. No i na dobrą sprawę komentarz ów jest już zbyteczny, niczego nowego nie dodam do tego, co zostało już napisane. Ale mam zamiar zgłosić tekst do piórka, więc nie wypada tak milczeć :-) 

Zatem – stylistycznie to bardzo spokojnie, zachowawczo, można rzec – bezpiecznie napisane opowiadanie. Bez szaleństw, bez fajerwerków. Mógłbym to uznać za wadę zwłaszcza, że uwielbiam popisy, ale w przypadku tego tekstu ozdobnikowe rozpasanie byłoby nie na miejscu. Bo jest to fantastyka w starym stylu, gdzie liczy się pomysł, gdzie autor prezentuje historię, która ma skłonić czytelnika do zastanowienia się i wyciągnięcia jakichś tam wniosków. Nie ma tu miejsca, a przede wszystkim potrzeby, by stroszyć formalne ogony. 

A do pomysłu i historii zastrzeżeń nie mam. Jasne, można kręcić nosem, marudzić, że szympansy tak by się nie zachowały, że neandertalczyk czegoś tam by nie zrobił, a homo sapiens znowu właśnie by zrobił. W naturalnym środowisku zapewne tak. Ale w sytuacji, gdy cały świat zamyka się w dużym terrarium, a każdy, zamieszkujący je osobnik ma świadomość samotnej niepowtarzalności… No, nie da się tu przyczepić do czegoś. Wszystko wydaje się spójne i logiczne. A sama historia mocna i miejscami nawet wzruszająca. 

Z kolei warstwa, że tak powiem, obyczajowa ni ziębi mnie ni grzeje. Po prostu jakaś tam jest. Powstaje wrażenie, że relacje między naukowcami są zaznaczone tylko po to, żeby odnieść ich jakoś do cech osobowości mniej lub bardziej ułomnych bogów. Ot, ów nibyromans – jest, ale mogłoby go nie być – dla mnie nie ma to większego znaczenia. Nie czuję wagi, istoty tego faktu. 

Co oczywiście nie wpływa specjalnie na jakość tekstu – to znakomity kawał prawdziwej fantastyki. Oby więcej takich! 

Aha, ta klamra – pierwszy dialog / ostatnie zdanie – świetna. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Nominuję to opowiadanie (jakby mój głos na nominację miał jeszcze jakieś znaczenie wobec tylu innych głosów na tak), chociaż czuję pewien niedosyt. Tekst dostarcza mi ku temu kilka argumentów i oceniając go obiektywnie nie sposób podważyć jego piórkowy poziom. Był drukowany, nagradzany, na pewno zasłużenie. Napisany jest bardzo dobrze, na poziomie osiągalnym obecnie na tym portalu jedynie dla wąskiej grupy twórców. Porusza interesujące i poważne kwestie. Odważnie zapuszcza się na tereny zarezerwowane dla humanistycznej science-fiction.

Niedosyt wynika z moich osobistych oczekiwań. Oczekiwań powstałych nie tylko wobec zapowiedzi Autora, że jest to jego najlepsze dzieło (pozostanę przy opinii o wyższości Lothara). Oczekiwania rosły mniej więcej do połowy opowiadania, finał przyniósł co prawda czytelniczą satysfakcję, ale nie taką, jakiej się spodziewałem.

Sytuacja wyjściowa jest dosyć standardowa – mamy tajemniczy eksperyment i bohatera z zewnątrz postawionego wobec dylematów moralnych. Pomysł z neandertalczykami niby prosty, ale trzeba na niego jeszcze wpaść i spożytkować. Gdy zawiązały się wszystkie ważne relacje i fabuła znalazła się w punkcie kluczowym dla przyszłych wydarzeń, wyobrażałem sobie, jakimi to pomysłami, problemami, sytuacjami, uniesieniami potraktuje mnie Cobold w drugiej części tekstu. Wszystko szło w dobrym kierunku, wydarzenia się komplikowały, w powietrzu wisiała tragedia, dramat, ciężkie tematy, odniesienia, symbolika itd. Ale zamiast zapierających dech konfliktów pojawił się wątek zamiany martwego potomka na małpiątko. I okazało się, że Autor zamierza iść zupełnie inną ścieżką, nieco zagmatwaną dla mnie, być może nadal pełną głębokich przemyśleń i nawiązań, ale troszkę mniej mnie poruszających.

Jak już wspominałem, finał, jego wymowa i niedopowiedzenie, jest satysfakcjonujący i dochodzisz do niego swoją własną drogą, a bohater odhacza na swojej "trasie" inne "stacje" niż te oczekiwane przeze mnie. Chociaż nie mam pojęcia, jakich oczekiwałem tak naprawdę. Jeśli wiesz co chcę powiedzieć. To, co przedstawiłeś nadal jest intrygujące, wciąż porusza i wywołuje emocje i zmusza do myślenia. Dlatego nominuję. Ze swoim niedosytem i rozminięciem muszę po prostu się jakoś oswoić.

Jeśli mam wymienić konkretną wady opowiadania, to może pomarudzę nad faktem, że sporo interesujących i ważkich wydarzeń poznajemy tylko z relacji bohatera i nie jesteśmy tego uczestnikiem (np. poród wcześniaka). Druga sprawa to ciut zbyt nachalna symbolika biblijna – zestaw charakterów, imiona, tatuaż itd.. Można subtelniej.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki, chłopaki, za szczere, długie i przemyślane komentarze!

I dzięki za nominacje, bo przecież niezależnie od tego co pisze Maras, dobrze wiecie, jak ważne dla każdego autora jest każde takie docenienie tekstu. A ja wiem, jak czasami brakuje tego jednego TAK-a od dyżurnych.

Muszę się jeszcze odnieść do tej własnej przedmowy – wiem, że bardziej mi ona szkodzi niż pomaga, ale co zrobić, napisałem to zdanie nie jako prowokację, czy, nie daj Boże, przechwałkę, ale dlatego, że po raz pierwszy tak rzeczywiście myślę. A szczerość jestem Wam winien, za Wasze komentarze. Takie opowiadania chciałbym po prostu pisać. I to chciałem zasygnalizować.

I wiem, co chcesz powiedzieć, Marasie, też tak miewam. Z takiego dysonansu poznawczego rodzą się czasem fajne własne pomysły na opowiadania ;)

Opowiadanie czytałam już w Fantazmatach, ale aby móc je lożowo ocenić, przeczytałam jeszcze raz. I przyznam, że po tym, co pamiętałam z książki, byłabym na “nie” (gdyby np. nie starczyło mi czasu na ponowną lekturę). A teraz, przy ponownej lekturze, to muszę się z tym przespać, bo za drugim razem spodobało mi się dużo bardziej ;)

 

Bardzo dobry początek. Lubię takie oszczędne zdania, które chwytają czytelnika. Co stanowi fajną klamrę z dobrym, oszczędnym zdaniem na końcu.

 

“Jest jeszcze Henoch, ale jego tu wtedy nie było, nie rozumie, co się właściwie dzieje. Samice na razie obserwują, ale wyraźnie unikają samców. Coś się musi wydarzyć. To zupełnie nowa sytuacja, wszyscy jeszcze tłumią emocje, ale stado nie może tak funkcjonować.”

 

„Czułem się winny. Byłem gotów zrobić dla niej wszystko.” – Dopiero co się spotkali i raz przespali, a on jest gotów zrobić dla niej wszystko? Niewiarygodne. Poza tym nie ma znaczenia dla fabuły, prawda?

 

Jeszcze kilka kroków i zgraja małp przesłoniła leżących neandertalczyków. Długie łapy jeszcze przez chwilę na przemian unosiły się i opadały.”

 

Generalnie rzecz biorąc podoba mi się pomysł, podoba mi się otwarcie, podoba mi się sposób, w jaki wszystko jest opisane, podobają mi się problemy, jakie poruszasz. To, jak naukowcy beznamiętnie podchodzą do tego, co robią. Trochę dziwi mnie ograniczona liczba personelu przy takim projekcie, ale ani się nie znam, ani nie sądzę, by to akurat miało jakieś wielkie znaczenie, bo nie o tym jest opowiadanie. Zdecydowanie dziwi mnie romansowy (?) wątek, bo ani nic nie wnosi, ani – jak pisałam wyżej – nie ma żadnego znaczenia. Dziwi mnie też samo zakończenie, bo w sumie trochę nie kupuję tego, co narrator robi pod koniec, ani dlaczego Rachela rysuje Tarzanowi i Jane aureole. No ale jeśli coś mi umknęło, to już mój problem, nie?

 

Nie zakładaj nigdy, że dany tekst jest Twoim najlepszym. Nigdy nie wiesz, co jeszcze napiszesz, a każdy czytelnik będzie oceniał po swojemu i pięć zapytanych osób może Ci wskazać pięć różnych tekstów ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki, Jose. Mówisz, że zyskuję przy bliższym poznaniu?

 

Poza tym nie ma znaczenia dla fabuły, prawda?

Moim zdaniem ma, bo pokazuje mechanizm opętania. A tym, co popycha bohatera do działania nie jest pozytywne uczucie, tyko wyrzuty sumienia.

 

Nie zakładaj nigdy, że dany tekst jest Twoim najlepszym

Tłumaczyłem się już tych słów, to nie przechwałka, tylko szczere pokazanie Czytelnikowi, jak ja to czuję. Choć nie miałbym nic przeciwko temu, żebym mógł w przyszłości wycofać się z tej opinii.

Wracam z komentarzem piórkowym.

Ważki temat podjęty w intrygujący sposób. Już pierwszy fragment jest świetnym haczykiem – niby tekst oklepany, a jednak nadal potrafi intrygować i wzbudzać ciekawość. Kolejne obrazy, przedstawiane plastycznie, z komentarzami naukowców kierującymi rozważania na odpowiednie tory. Ja przez cały czas miałem skojarzenia z Odyseją kosmiczną 2001 – zwłaszcza przez bardzo ładną końcówkę.

Rzeczy do dopracowania znasz – pierwsza scena w laboratorium przesycona ekspozycją do granic możliwości, nierówne interakcje bohatera z Ann i kapkę naciągany z nią romans. Ale nie da rady mieć wszystkiego :)

Z czystym sumieniem daję TAKa.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Mogę się na początek pochwalić? Czytałam elegancko na papierze. Co za przyjemność, otworzyć w pociągu książkę i przekładać kartki, śledząc wzrokiem stronę za stroną, zamiast wlepiać oczy w ekran telefonu :) 

Poruszyłeś, Coboldzie, ciekawy temat. I przedstawiłeś go w interesujący sposób. Widzę tu kilka warstw i wiele pytań. Nie tylko o religię i narodziny bogów, o czym piszesz wprost, ale także o to, co czyni człowieka, o jego moralność, poczucie odpowiedzialności za własne czyny. Świetne jest to, że nie dajesz wprost żadnych odpowiedzi, pozostawiając możliwość rozważenia wszystkiego czytelnikowi.  

Niby narrator jest jedynie obserwatorem, niby akcja płynie spokojnie, nie ma jakichś szczególnych porywów, ale nie da od tekstu oderwać. Postaci pozostałych naukowców sprawiły, że się nad nimi zastanawiałam. Najbardziej ludzki wydał mi się Nguyen, nie mogłam długo rozgryźć Bjorna, a Ann wyszła najsłabiej. Już Jane i Rachela były od niej żywsze i bardziej prawdziwe. 

Generalnie – jestem bardzo lekturą usatysfakcjonowana. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ech, po tej dyskusji związanej z wyborem Loży strach pisać komentarze…

Przekonała mnie tematyka. Lubię czytać o (między innymi) zwierzętach, o ich podobieństwie do człowieka i o tym, jak stopniowo oddajemy insygnia pana wszelkiego stworzenia – bo zwierzaki i potrafią kłamać, i żartować, i się bawić, i zabijać, jeśli nie są głodne… Więc pomysł na badanie religijności zwierząt do mnie przemówił.

Byłam ciekawa, co z tego projektu wyniknie, a zatem dobrze mi się czytało.

Postacie dobrze zbudowane. OK, nie wszystkie równie dobrze, ale nie będę marudzić.

Nie przypadła mi do gustu końcówka. I – w końcu naukowiec – bezsensownie niszczący wieloletnie wysiłki całego zespołu, i nagłe nawrócenie małp (bo to jedna traci młode? A póki co religii nie wykształciły) objawiające się do tego na jakiś dziwnie ludzki sposób. Dlaczego akurat aureola? Wydaje mi się, że światło czy świetlistość człowieka to koncept dość abstrakcyjny. Wskrzeszanie zmarłych czy róg obfitości byłyby łatwiejsze do pojęcia.

Z drobnymi wątpliwościami, ale byłam na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Nie mów, że HeLa założyła sobie konto na fejsie! ;-)

Babska logika rządzi!

Nie no, kurde. No Nie. Nie i nie chce być inaczej. Przykro mi.

Ech… Drugi po Szyszkowym pewniak, który przekonał chyba wszystkich, nawet Joseheim, a który mnie nie satysfakcjonuje jednak na tyle, bym z czystym – czy nawet odrobinę zapaćkanym – sumieniem obdarował go Piórkiem.

Przy czym – zaznaczam od razu – nie twierdzę też, że tekst mnie nie satysfakcjonuje zupełnie, bo nie jest to prawda czy nawet wyrób prawdopodobny, bynajmniej.

Ale może najpierw natrę uszu, potem będę głaskał.

Zacznę może od tego, że żeby napisać komentarz sensowny własny, poczułem się zobligowany do lektury komentarzy cudzych – czego staram się unikać jak Mario latających żółwi – albowiem zagubiłem się w tym opowiadaniu i musiałem znaleźć jakąś drogę ewakuacyjną. Albo, ujmując rzecz inaczej, tak bardzo nie zagrały mi własne domysły i interpretacje, że szukałem albo ich potwierdzenia, albo – co, mimo że kosztowałoby mnie uszczerbek na dumie, wolałbym zdecydowanie bardziej – prawdziwej iluminacji.

No cóż, znalazłem potwierdzenie.

Kolejną rzeczą, którą muszę tu nadmienić, jest fakt, że żadne, ale to żadne z wspomnianych w komentarzach dzieł nie skojarzyło mi się z niniejszym opowiadaniem, ponieważ… nie znam ich albo nie pamiętam. Cooka czytywałem dość obszernie, ale prawiek temu i nawet jeśli chapnąłem również “Chromosom”, to jestem wolny od jakichkolwiek wspomnień o nim. Podobnie z Odyseją kosmiczną – kojarzę, że kojarzę, ale nic ponadto.

Tak więc dla mnie to była coboldszczyzna w czystej postaci (nie, żebym się nad tym zastanawiał podczas lektury), co pewnie ma niebagatelny wpływ na ostateczny odbiór tekstu.

 

Szczegółów technicznych bardzo czepiać się nie zamierzam, ale tym mocniej przyczepię się do tych, które pewnej uwagi jednak wymagają (i wybacz, że będę przy tym dublował niektóre spostrzeżenia z poprzednich komentarzy: wiem, że one tam są i wiem, jakiego rodzaju polemikę – uproszczenie – z nimi prowadziłeś, więc nie będę nalegał, żebyś powtarzał się ponownie).

Przede wszystkim zazgrzytał mi tu motyw “języka” neandertalczyków. Złażenie z drzewa złażeniem z drzewa, pohukiwanie pohukiwaniem, ale to wciąż dwie, zupełnie pozbawione jakichkolwiek wzorców prymitywne istoty, które, jak na mój gust, miały bardzo znikomą możliwość wytworzenia choćby podwalin pod jakikolwiek rodzaj komunikacji, a szczególnie tak “zaawansowany”, jak pokazałeś to w opowiadaniu. Pamięć genetyczna? Być może, ale warto by o tym jakoś wspomnieć. Bo “nagi fakt” budzi we mnie zbyt wiele wątpliwości – nie wiem, czy słusznych – by przejść obok niego obojętnie. Pytanie też, czy jeśli między Tarzanem a Jane było te kilkadziesiąt tysięcy lat różnicy genetycznej, to byli do siebie wciąż na tyle podobni, że zdołali nie tylko wytworzyć jakiś wspólny sposób porozumiewania, ale też zwyczajnie zdołali się dopasować jako przedstawiciele jednego gatunku? Analogicznie, czy współczesny człowiek byłby w stanie współżyć z przedstawicielem homo sapiens płci odmiennej, który żył te x-dziesiąt tysięcy lat temu? I nie chodzi mi tu o różnice kulturowe czy społeczne, bo przyjmujemy tutaj, że oboje znaleźli się w warunkach laboratoryjnych, jak T i J, od początku hodowani poza jakimikolwiek wpływami zewnętrznymi. Pytam o różnice w rozwoju, jakieś tam zmiany genetyczne, tego typu sprawy. Czy człowiek współczesny dostrzegłby w człowieku niewspółczesnym przedstawiciela tego samego gatunku (a raczej: czy dostrzegłby w nim równorzędnego partnera do wspólnego życia i przedłużania gatunku)? A w drugą stronę? Homo sapiens sprzed kilku epok świata dostrzegłby w nas taką samą jak on istotę, czy może jednak wyglądałoby to jak w relacjach z Murzynami, którzy – współcześni przecież nam, białym bwana – pierwszych białych ludzi brali za bogów (choć tu dochodzi element kultury, rozwoju, wiedzy, zaawansowania technologicznego i tak dalej).

Uczciwie mówię, że pytam, bo nie wiem. Mam jednak co do tego naprawdę spore wątpliwości. I skuli tych wątpliwości trochę raziła mnie “sielskość” pożycia Tarzana i Jane. Przy czym abstrahuję tu oczywiście od kwestii “dopuszczania” po utracie potomka. A skoro już pobłądziłem w te rejony, to ta sielskość nie zagrała mi też z innego powodu: otóż dziwi mnie, że neandertalczycy, mimo, że zapewne znaleźli się w warunkach bardzo w ich rozumieniu komfortowych, gdzie byli bezpieczni i mieli względnie łatwy dostęp do żywności, tak sobie siedzieli przez te szesnaście lat na dupach i nawet się nie zorientowali, że są w klatce, niechby i ogromnej. Neandertalczycy – choć też nie całkiem i nie do końca – prowadzili koczowniczy tryb życia, więc nawet przy założeniu, że te dwa konkretne okazy nie miały żadnego sensownego powodu, by się przemieszczać po klatce – a uważam to założenie za bardziej niż naciągane – to jednak nie wierzę, że nie eksplorowali większych obszarów w poszukiwaniu nowego, lepszego, ciekawszego, i nie odkryli dawno temu (w trawie) innych śladów obecności człowieka-boga współczesnego, z metalową siatką strojną w drut kolczasty włącznie.

Przy czym rozumiem, że to jest opowieść oparta na takim a nie innym założeniu fabularnym i roztrząsanie tych kwestii mijałoby się tutaj z jasno określonym celem. Niemniej, jak dla mnie, jest to niedopatrzenie, które zasadniczo sabotuje albo przynajmniej powinno sabotować cały tekst – bo co, gdyby T i J odkryli ludzi wcześniej?

Wracając jeszcze do kwestii porozumiewania się – bo lepszej okazji już w tym komentarzu nie będę miał – to gdzieś tam padła teoria, że neandertalczycy przegrali ewolucyjną wojnę, bo nie byli w stanie się skutecznie komunikować (jak nasze wojska we wrześniu 39 r. – co tylko potwierdza zasadność tego przypuszczenia). Ja jednak czytałem o innej, chyba bardziej dla mnie przekonującej (choć o wiele dziwniejszej) teorii, jakoby neandertalczycy zostali wyparci przez naszych i w rezultacie wyginęli, bo… nie potrafili biegać. ^^

Już tłumaczę: otóż gdy skończyła się epoka lodowcowa – niejako naturalne środowisko neandertali – wraz z nią zaczęło brakować wielkich, ciężkich, tłustych, pożywnych i przede wszystkim powolnych zwierząt, które nie zdążyły się przystosować do zmiany klimatu (ewolucja kontra rewolucja), a które stanowiły podstawę diety neandertalczyka. Zamiast nich pojawiły się małe, szybkie, zwinne zwierzątka podobne tym współczesnym, z polowaniem na które nerdy – również stworzenia masywne i silne, ale powolne i niezbyt jednak bystre – nie radziły sobie zbyt dobrze. Za to homo sapiens – pod pewnymi, jak się okazało kluczowymi względami, anatomiczne przeciwieństwo neandertalczyka – i owszem. Nie byliśmy wtedy jeszcze na tyle rozwinięci, by sprawnie korzystać z narzędzi, ale mieliśmy inną, niezawodną broń: własne, doskonale przystosowane do biegania na długich dystansach, spocone ciało.

Mówiąc kolokwialnie, polowaliśmy na zwierzynę poprzez zaganianie ich na śmierć. Jak szybka by nie była taka sarna czy antylopa, mogła biec tylko na określonym dystansie, a potem musiała odpocząć, żeby się nie przegrzać. Z kolei człowiek, który potrafił biec bez przerwy za swoją ofiarą nawet kilka dni, żywiąc się w drodze, a przy tym chroniąc ciało przed przegrzaniem zwyczajnie się pocąc, nie dawał ofierze możliwości odsapnięcia i zwierzę w końcu padało z wycieńczenia.

Brzmi jak wariactwo i jest wariackie, ale… prawdziwe. Do tej pory żyją na Ziemi plemiona, które polują w ten sposób. Na przykład Tarahumara.

Neandertalczycy natomiast, ze swoimi wielkimi, raczej koślawymi, zarośniętymi cielskami na zbyt krótkich odnóżach nie byli w stanie nam dorównać, więc na tym etapie wyścigu ewolucyjnego zostali po prostu zbyt daleko z tyłu.

A król może być tylko jeden.

Ot, taka ciekawostka, zresztą pewnie podana z pewnymi uproszczeniami, a może nawet i przekłamaniami, ale gdyby kogoś temat bardziej zainteresował, to serdecznie polecam książkę “Urodzeni biegacze” Christophera McDougalla.

 

Wracając jednak do opowiadania, to… hmmm, straciłem wątek.^^

Okej, dobra, na chwilę dam spokój nerdom i skupię się na ludziach. Tutaj, generalnie, “Nie ma źle, dobrze wcale”, jak lubi mawiać mój kumpel. Generalnie jest lepiej niż gorzej, bo męska część zespołu wypada naprawdę porządnie – osobliwie Thorvaldsen, zarówno jako naukowiec, człowiek po prostu mądry jak i samiec alfa – i dla mnie przekonująco. Nguyen, taka poczciwa, na swój sposób prosta dusza, też mnie kupił. Włoszka natomiast… z jednej strony, jako postać zbroja we własny charakter, poglądy i tak dalej, potrafi być przekonująca (choć te poglądy takie trochę zbyt… zasadnicze; nie wyobrażam sobie jakiegokolwiek formatu naukowca-biologa mającego takie podejście do swoich bądź co bądź podopiecznych, jakie przedstawia sobą ona, choć z drugiej strony, jak na mój gust, pokazała “ludzką twarz” o wiele wcześniej, niż raczył to zauważyć bohater). Z drugiej strony dołączam do grona nieusatysfakcjonowanych wątkiem romansowym. Tyle że w moim wypadku – mimo że zupełnie nie przekonuje mnie owo sakramentalne “zrobiłbym dla niej wszystko” – nie chodzi nawet o to, że uważam ten romans za niepotrzebny, tylko za fatalnie rozegrany. Ot, siedli, napili się, Wietnamczyk się “przypadkiem” gdzieś stracił, więc hop siup i – Panie wybaczą – dup-dup. Mimo, że wcześniej nie zamienili ze sobą więcej jak dwa zdania na krzyż. I ani temperament dr Pentangeli, ani “musiało do tego dojść” zupełnie mnie nie przekonują jako podstawy takiej relacji. Myślę, że miałbym z tym problem, nawet gdyby tych dwoje zostało uwięzionych w Parku Jurajskim bez szans na ratunek. Nie bez tej “iskry”, która dawałaby podwaliny pod rozwój takiej a nie innej relacji. Chyba, że w ten sposób chciałeś przeciwstawić uczłowieczającym się neandertalczykom – i później małpom – “zezwierzęcenie” człowieka; jego skłonność do bezrefleksyjnego ulegania pierwotnym instynktom. W takiej interpretacji to ma o wiele więcej sensu, ale nadal przedstawione jest nieprzekonująco; zbyt pobieżnie i powierzchownie.

Przy tym będąc, nie mogę nie wspomnieć, że pozostałem też doskonale odporny na zawartą w tekście symbolikę (choć większość wyłapałem mniej lub bardziej świadomie) i fakt – do którego dosyć często nawiązujesz w komentarzach – jakoby opowieść była skażona subiektywizmem spojrzenia narratora. To znaczy zgoda, że jest taka, bo przecież musi, ale podczas interpretacji zdarzeń zupełnie nie zwracałem na to uwagi. Co więcej – zupełnie nie czułem potrzeby, by to robić, co – jak się okazuje – było błędem, ponieważ w tym, zaryzykuję twierdzenie, tkwił klucz do właściwej interpretacji pewnych kwestii.

Pytanie teraz, czy był to błąd mój, czy Twój? Nie ośmielę się orzekać w tej sprawie jednoznacznie (zresztą może się nie da), ale z mojej perspektywy wygląda to tak, że za dużo położyłeś na barki narratorowi przy jednocześnie niedostatecznym wyeksponowaniu tego ciężaru, który dźwiga. Albo inaczej: mam wrażenie że zapomniałeś albo po prostu nie wziąłeś w rachubę tego, że czytelnik będzie jednak patrzył na wszystko przede wszystkim swoimi oczyma, więc jeśli czasem nie plaśniesz mu w twarz z otwartej dłoni, żeby się ogarnął i nie pokażesz mu, na co ma patrzeć, to nie popatrzy.

Okej, zgoda, na wstępie pojawia się pewnego rodzaju wariacja tego plaśnięcia, ale dla mnie to się okazało trochę zbyt mało, bo szybko odpłynąłem w dalszą opowieść, a ten fragment o wpływie pierwszego zdania na całą resztę – pozbawiony w tamtej chwili kontekstu – został gdzieś z tyłu, jako taka bliżej nieokreślona metafora bliżej nieokreślonego czegoś. Gdybyś gdzieś w tekście co jakiś czas nakierowywał moją uwagę na tego typu elementy (ale tak bardziej nachalnie po prostu), może nie miałbym zdziwka, czytając Twoje komentarze.

No, ale dobra, to biorę na klatę. Widocznie bardziej jednak pasuję do tej strony klatki, w której Chińczycy założyli kamery.

 

Zakończenie… Miałem czas się z nim przespać, pospacerować, trochę lepiej się poznaliśmy w łazience, raz nawet nawiedziło mnie… zresztą gdzie mnie ono nie nawiedziło, odkąd zostaliśmy sobie przedstawieni? I choć teraz, gdy nieco się z nim oswoiłem i nie wydaje mi się już tak bardzo… zmarnowane, to jednak jego entuzjastą z pewnością nie zostanę.

W pierwszej chwili odbiłem się od niego jak pewien koleś od przezroczystych szklanych drzwi w pewnej pizzeri lat temu z kilka i może jeszcze ze dwa. Zabawne skojarzenie (i nie, to nie byłem ja).

Tak czy inaczej moje pierwsze wrażenie po przeczytaniu opowiadania można oddać fonetycznie jako WTF? No bo dobra, ktoś podrzucił butelkę (myślę że Michael), ktoś ją znalazł i… i co właściwie? Schlały się te małpy, czy jak? (a może w środku był red bull? ;) Co się właściwie zmieniło, że nagle stały się takie wojownicze, a Tarzan wręcz przeciwnie? Czemu – wbrew swojemu instynktowi – nie walczył albo nie uciekał? Jane to samo albo i gorzej, bo odniosłem – chyba zresztą słuszne nawet – wrażenie, że świadomie nadstawiała drugi policzek? Trauma po utracie w sumie dwójki już niemowląt, jakkolwiek możliwa, w takim wydaniu jest – jak dla mnie – przesadzona. Zresztą to akurat najmniejszy problem, bo generalnie nie mam pojęcia, co się tam właściwie stało. Potem jeszcze małpka rysująca aureolki, co mogłoby wskazywać na przeskok ewolucyjny (oczywiście tuż obok faktu użycia przez stado narzędzi i czegoś w rodzaju świadomości zbiorowej). Okej, czyli że małpy stały się… kimś/czymś więcej (albo mniej, zależy kogo spytać). Tylko jak i dlaczego? Butelka. No dobra, butelka. Tylko co z nią?

I wtedy naszła mnie myśl, że to wszystko taka bardzo obrazowa alegoria zeżarcia (wychlania) Owocu Poznania Dobra i Zła. I to byłoby naprawdę fajne rozwiązanie, gdyby nie fakt, że z porządnego i ciekawie wykoncypowanego (mimo pewnych zgrzytów) science-fiction, w dodatku z rodzaju tych, które naprawdę lubię, przekształciło tekst w niczym nieuzasadnione, więc przez to budzące głęboki dysonans fantasy, czy wręcz mitologię. Nie trafia to do mnie zupełnie i mimo najszczerszych chęci naprawdę nie umiem machnąć na to ręką.

Jestem zmęczony, więc trzeba kończyć, póki jeszcze panuję nad tym, co piszę. Żeby to się jednak mogło udać, muszę wspomnieć o jeszcze jednej bardzo ważnej kwestii: zajebisty ten tekst jest, no. Mimo całego tego marudzenia przyznać muszę – i chętnie to uczynię – że opowiadanie na wielu płaszczyznach z pewnością było warte papieru.

Pisałem, że symbolika, mimo iż dostrzegalna, nie zrobiła na mnie wrażenia, i tego będę się trzymał. Podobało mi się natomiast, jak nią operujesz w niektórych momentach. Nie powiedziałbym, że jest w tym jakaś nachalność czy wręcz łopatologia, choć nie powiem też, że “wręcz przeciwnie”.

Trochę nie grało mi, że przez szesnaście lat nie działo się z “obiektami” pewnie nic wartego opowieści, a jak tylko zjawił się Neumann, wszystko ruszyło niczym lawina, ale nie sposób piętnować tego mianem imperatywu, ponieważ prawda jest taka, że bohater został ściągnięty do ośrodka właśnie dlatego, że z góry posypały się pierwsze kamienie, zwiastując nadejście tej lawiny.

Gorzej na tym tle wypada ta chińska beztroska, i to w całej swej okazałości. Raz, że wpuszczają zupełnie obcego człowieka na teren ściśle tajnej placówki i bez oporów ani żadnego papiurologicznego zabezpieczenia wtajemniczają go w cały projekt, dwa, że przy eksperymencie na taką skalę pracuje tylko trzech naukowców bez – jak się zdaje – żadnego dodatkowego zaplecza (nie licząc znudzonych cyngli) oraz wywodzące się bezpośrednio z dwójeczki trzy, że mimo, iż przodownik pracy miał hopla na punkcie utrzymania absolutnego status quo między badanymi a badaczami, ktoś bez przeszkód wszedł sobie w środku nocy na teren będący pod ścisłą ochroną, spokojnie przemaszerował pewnie ze trzy hektary lasu i hektar pola (bo “obiekty” musiały się zadomowić gdzieś w głębi “dżungli”, sabotował cały eksperyment, wrócił spacerkiem na teren placówki i… zniknął.

Dobra, miałem się już nie czepiać. Z drugiej strony… skoro już na nowo zacząłem, to pozwolę sobie zwrócić uwagę na jeszcze jeden element, który mi nie pasuje niezależnie od tego, jakbym go nie obrócił. Tyle, że nie są to sprawy, w których mam jakiekolwiek sensowne rozeznanie, więc poddaję to pod rozwagę i dyskusję, nie krytykę: otóż wspomniane jest, że Jane nie miała pokarmu, więc nie mogła karmić małpki. Wcześniej jednak pada stwierdzenie, że własne dziecko straciła podczas porodu jakieś dwa, czy trzy tygodnie wcześniej. Do tego trzeba doliczyć kilka dni od przybycia doktora do akcji z wykradaniem bobasa, co daje nam w zaokrągleniu miesiąc. Możliwe, że Jane straciła pokarm w tak krótkim czasie? Jak mówię, nie mam tutaj rozeznania – tyle, że kojarzę, iż pokarm z czasem zanika, jeśli matka nie ma kogo nim karmić (choć to chyba bardziej skomplikowane) – ale na mój rozumek to jednak nastąpiło jakoś tak za szybko.

Dialogi, zwłaszcza pierwsza konfrontacja Michaela z Wielkim, Złym I Brzydkim, bardzo dobre, nawet jeśli trochę zbyt… homeryckie. Bardzo ładnie wprowadzasz za ich pomocą czytelnika w niuanse świata przedstawionego, nie wzbudzając w tymże czytelniku przykrego uczucia, że jest obrzucany infodumpami, a przy tym zupełnie nieźle określasz za ich pomocą charakter i motywacje każdej z postaci. Mnie w każdym razie przekonały te pogaduchy zupełnie.

Literacko też jest wyśmienicie, przy czym prym – przebijając nawet wspomniane dialogi – wiedzie tutaj część opisowa tekstu. A uściślając, relacje z dżungli. Rewelacyjnie zobrazowałeś praktycznie każdą taką scenę. Aż dziw, że gdzieś tam w tle nie słyszałem Krystyny Czubówny.^^

Klimat w klatce też na spory plus. Jest mrocznie, obrzydliwie, dziko, smutno, przerażająco i cholernie prawdziwie (minus zakończenie). Jednak ludzie na tym tle wypadają naprawdę nijako.

 

Żeby nie było, że masz za krótki komentarz, to jeszcze podsumowania słów jakichś kilka: pewnie z odpowiedzi zwrotnej dowiem się, że jestem jeszcze mniej kumaty, niż rechoczą o tym żaby w pobliskim stawie (choć może już pozamarzały, gizdy pierońskie) i połowę najważniejszych wskazówek przegapiłem, a drugiej nie załapałem w ogóle. Natomiast wszystko, co pomiędzy tymi połowami, zrozumiałem opacznie i jednak mam błędne rozeznanie w całym opowiadaniu. Chyba nawet bym się na taki obrót spraw nie obraził, ale w tym momencie jednak nie mogę Ci uczciwie przyTAKnąć. A szkoda, bo naprawdę miło byłoby to zrobić przy tak zacnym opowiadaniu.

 

Peace!

 

P.S.

No, to mnie ociupkę poniosło. Przepraszam.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, tak z ciekawości, ile zajmuje napisanie takiego komentarza? Tak w godzinach? :D

Sprawdziłam, ponad 18k według licznika strona na portalu. :D

Szacun!

 

Ciężko powiedzieć. A w każdym razie nie pamiętam już – nie po prawie dwóch miesiącach – ile zajęło mi napisanie tego konkretnego. Niemniej cały ten flow zwyczajnie ze mnie wypływał, myśl za myślą, wniosek za wnioskiem (mniejsza o to, czy słuszne), więc nie jakoś bardzo długo. I, co ważniejsze, nie na siłę, więc nawet nie zauważyłem, kiedy uciekło.

I nie jest to najdłuższy komentarz, jaki napisałem – tamte musiałem już dzielić na dwa. Choć to akurat bety były, więc połowa tekstu to kopiuj-wklej.

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dziękuję, Cieniu!

 

pewnie z odpowiedzi zwrotnej dowiem się, że jestem jeszcze mniej kumaty, niż rechoczą o tym żaby w pobliskim stawie (choć może już pozamarzały, gizdy pierońskie) i połowę najważniejszych wskazówek przegapiłem, a drugiej nie załapałem w ogóle.

Oj, Cieniu, nie podpuszczaj, bo chyba obaj się zgodzimy, że autor narzekający na czytelnika to wyjątkowo żenująca sprawa. Nawet gdybym myślał, tak jak piszesz, to bym się do tego nie przyznał. Ale nie myślę, bo wygląda na to, że wychwyciłeś, w których miejscach próbowałem upchać jakieś symbole, co więcej, przeczytałeś te symbole zgodnie z moimi intencjami. Tylko, że Ci się one po prostu nie spodobały. Podobnie jest z pomysłem na całość opowiadania. Piszesz:

I to byłoby naprawdę fajne rozwiązanie, gdyby nie fakt, że z porządnego i ciekawie wykoncypowanego (mimo pewnych zgrzytów) science-fiction, w dodatku z rodzaju tych, które naprawdę lubię, przekształciło tekst w niczym nieuzasadnione, więc przez to budzące głęboki dysonans fantasy, czy wręcz mitologię.

A ja celowo, w osobnym akapicie, piszę:

Poznaliście już cały panteon. Czas na mit założycielski.

Tak sobie to umyśliłem, żeby uciec od sztampy modelu opartego na wrzuceniu nowego człowieka do grupy prowadzącej podejrzany eksperyment. Chciałem to napisać jako meta-mit. Ale jak Tobie nie pykło, to nie pykło.

Podyskutowałbym za to o tym „języku” neandertalczyków. Pisałem już, że słowo to miało oznaczać nie mowę w pełnym tego słowa znaczeniu, tylko jakiś system komunikacji głosowej, doskonalszy niż u małp. Zauważ, że o tym „języku” wspomina jedynie dr Pentangeli (i tu faktycznie widzę swój błąd – jako przeciwniczka antropomorfizacji zwierząt nie powinna używać takiego określenia). Ale w scenach z samymi neandertalczykami mamy głównie gesty plus jakieś pohukiwania i okrzyki. Do zaakceptowania? Z drugiej strony wierzę (tak, to dobre słowo) że dwoje człowiekowatych, przebywających ze sobą pośród przedstawicieli innego gatunku (a że mają świadomość swojej odmienności to też kwestia wiary, o tym za chwilę), dzień i noc przez kilkanaście lat, dysponując możliwościami wokalnymi, wypracuje sobie jakiś system porozumiewania.

Zwracasz uwagę na wspomnianą przeze mnie odmienność Tarzana i Jane wynikającą z dzielącej ich przestrzeni czasowej:

Czy człowiek współczesny dostrzegłby w człowieku niewspółczesnym przedstawiciela tego samego gatunku (a raczej: czy dostrzegłby w nim równorzędnego partnera do wspólnego życia i przedłużania gatunku)? A w drugą stronę? Homo sapiens sprzed kilku epok świata dostrzegłby w nas taką samą jak on istotę, czy może jednak wyglądałoby to jak w relacjach z Murzynami, którzy – współcześni przecież nam, białym bwana – pierwszych białych ludzi brali za bogów (choć tu dochodzi element kultury, rozwoju, wiedzy, zaawansowania technologicznego i tak dalej).

No więc w takim eksperymencie myślowym: dwoje niemowlaków – współczesne i z czasów np.  starożytnego Egiptu wychowywanych wspólnie przez małpy, w izolacji od świata zewnętrznego, mnie wychodzi, że wcześniej, czy później dzieciaki odkryją łączność między sobą i różnice z otaczającymi je zwierzętami. Ale zobacz – to wszystko są pytania o istotę człowieczeństwa, o początek i granice naszego gatunku. Można na nie różnie odpowiadać, bo to jednak jest kwestia wyboru kryterium. A w moim przekonaniu ta granica (uwaga idzie bluźnierstwo!) bardziej niż założeniach naukowych, opiera się na kwestiach etycznych, estetycznych, czy nawet, bo ja wiem, dramatycznych?

Chciałby pan, żeby Tarzan i Jane byli ludźmi, prawda? Ach, jaka piękna historia, jaka tragedia! – Nakręcał się, gestykulując wolnymi teraz rękami. – Wolny wybór. Każdy widzi po swojemu, każdy tworzy swoją opowieść. Ale to tylko dowodzi tego, że jest pan człowiekiem.

No więc w tym sporze ja staję bardziej po stronie Neumanna.

Lubię to opowiadanie za pytania, które prowokuje i za brak jednoznacznej odpowiedzi. Od razu się przyznaje, że nie wszystkie kontrowersje zawarłem w nim świadomie, ale tak mi się napisało, że gdzie bym się nie przyczepił, to w moim przekonaniu nie sypie się, tylko odsłania nowe, ciekawe kwestie.

 

PS W kwestii ustania laktacji – to bardzo indywidualne, najczęściej w takiej sytuacji dochodzi do ustania produkcji pokarmu w kilka, kilkanaście dni po nawale. Czasami jednak niewielka laktacja może trwać tygodniami, a nawet miesiącami. Zdarza się również, że silne przeżycie emocjonalne związane z utratą dziecka powoduje całkowity brak wystąpienia pokarmu.

 

Drogi, Cieniu.

Z marszu wiem, że tak długi komentarz będzie negatywny, wie to większość z nas. Nic tak dobrze nie umie robić człowiek, jak narzekać. Statystycznie nie spotkałem się nigdzie i nigdy z tak długim, pozytywnym, pochwalnym komentarzem. A to oznacza, że już na samym początku wywołujesz o autora negatywne odczucia, nastawiasz go nieprzychylnie do swojej opinii. Co wpływa na (nie)właściwe jej zrozumienie. Tym samym, spora część Twojej pracy idzie na marne (Cobolda może to już nie dotyczyć, jest stary i jest lekarzem).

Nie pomagasz też innym, bo niewielu się znajdzie obserwatorów, którzy przeczytają ten komentarz z uwagą i w całości. A szkoda, bo mówiłem Ci już wcześniej, że masz dużo ciekawych i dobrych spostrzeżeń, ale giną one w tym natłoku słów.

Jeśli nie jesteś w stanie zapanować nad ilością znaków, wytłuszczaj chociaż najistotniejsze kwestie. I piszę to zupełnie poważnie. A jeśli uważasz, że wytłuszczanie to pewna forma nietaktu, to używaj kursywy czy zrób cokolwiek innego, by zaznaczyć sedno sprawy.

 

I żaden szacun, bo tylko jeszcze bardziej się nakręcisz.

 

Please!  

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Cobolda może to już nie dotyczyć, jest stary i jest lekarzem

a co takie combo implikuje? Chodzi o gruboskórność, czy ułatwiony dostęp do leków?

Czuję się wywołana do tablicy.

Wiesz, Darconie, ten “szacun” dotyczył zaangażowania Cienia. Doceniam to, że poświęca swój czas na wnikliwą analizę tekstu, jak nikt inny na portalu (może poza małymi wyjątkami). I nie ma znaczenia ile osób przeczyta ten komentarz, bo skierowany jest przede wszystkim do Cobolda.

Dostęp do leków. :) Nie, nie pomyślałem o tym, Coboldzie. Chodzi o specyficzny zawód, codzienny kontakt z drugim człowiekiem w sytuacjach szczególnych, bardzo rzadko zwyczajnych. Z jednej strony wymaga on empatii, z drugiej zaś, ta empatia musi/jest na innym poziomie odczuwania, niż u “zwykłego” człowieka, inaczej trudno byłoby w ogóle pracować. To zaś przekłada się na życie, jak u każdego zresztą. 

Widać to w “lekarskich” komentarzach, jedni podchodzą, jak do zabiegu, rozkładają utwór na czynniki pierwsze, dosłownie słyszę czasem “skalpel poproszę!”. ;) Inni, jak do doktoratu, rozprawy czy też artykułu naukowego. “Nie dotyczy” oznacza w tym miejscu, że lekarz prawie na pewno coś z tego wyciągnie. ;)

AQQ, niepotrzebnie. A Twój komentarz nie wyklucza mojego. Bo “nie ma znaczenia”, dla kogo nie ma? I “przede wszystkim” – nie znaczy tylko.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Coboldzie, przede wszystkim chciałbym Cię przeprosić za to, że nie pochylę się teraz nad Twoim komentarzem uczciwie i na spokojnie (mam nadzieję, że jeszcze się dzisiaj uda), jednocześnie marnując czas na poniższy, paskudnie rozlały offtop.

 

Darconie, z całym szacunkiem, ale ani myślę w jakikolwiek sposób się ograniczać czy zmieniać styl pisania komentarzy, niezależenie od tego, jak bardzo i jak wielu osobom będzie to przeszkadzało.

Czas, który poświęcam na przemyślenia nad tekstemi i pisanie komentarzy zazwyczaj jest moją wyłączną własnością i nie żałuję, że przeznaczam go właśnie na ten cel, nawet jeśli idzie na marne.

Czy kogoś poprzez obszerność swoich opinii nastawiam do nich negatywnie, nie wiem i, prawdę mówiąc, nie wydaje mi się, żeby to była moja sprawa – wszak każdy reaguje na różne bodźce we właściwy sobie sposób i nic na to nie poradzę, nawet gdybym chciał (a nie chciałbym). Moim zadaniem, jako komentującego, jest być przede wszystkim merytorycznym w swoich opiniach – inna rzecz, czy mi wychodzi – a merytorycznego komentarza z dwóch zdań na krzyż się nie skleci. Dlatego ani próbuję to osiągnąć, ani też nie zakładam, że dłuższy wywód z automatu musi oznaczać opinię negatywną. Oczywiście faktem jest, że jeśli ktoś coś uzna za zajebiste, to może to skwitować jednym krótkim “zajebiste” i iść dalej. Ale można też napisać, dlaczego coś jest zajebiste, co szczególnie się podobało, który pomysł chwycił, dlaczego i na jakim poziomie. A to jednak zajmuje trochę miejsca. Mi się, coś tak kojarzę, zdarza marnować znaki również i w takiej intencji.

Generalnie zmierzam do tego, że widząc obszerne, rozbudowane komentarze (w ogólności, nie pod własnymi opowiadaniami – których zresztą i tak tutaj nie przybywa), osobiście nastawiam się raczej na to, że będą przede wszystkim merytoryczne, a nie negatywne. Zakładam też, że inni, przynajmniej niektórzy (a wnosząc po tym, że to moja czwarta kadencja w Loży z Waszego wyboru, i że od… no już prawie siedmiu lat mojej tutaj bytności, jesteś bodaj pierwszą osobą, która ma do mnie autentyczne pretensje o długość komentarzy, może to być nawet znamienita większość tutejszego ludka), podchodzą do tematu podobnie. Całkiem możliwe też, że są i tacy, którzy po prostu lubią sobie popływać w tym moim wodolejstwie. Wykluczysz to? Bo ja nie potrafię.

Czy potrafię natomiast nad tym panować? Powiem krótko: tak, pewnie, jasne, oczywiście, absolutnie, bezwzględnie, bezdyskusyjnie, niepodważalnie, ponad wszelką wątpliwość i bez tejże wątpliwości – nomen omen – cienia.^^ Ale nie chcę, bo tak pisze mi się po prostu dobrze, a moje komentarze, z tego co wiem, zazwyczaj jednak spełniają swoją rolę i każdy wyciąga z nich tyle, ile chce i ile potrzebuje.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Wiesz, Cieniu, wystarczyło napisać, że nie chcesz zmieniać swoich komentarzy bo czujesz się z nimi dobrze, tyle. Ale Ty nawet odpowiedź na zwykłą uwagę obracasz w poem o wolności i obronie słowa.

Darconie, z całym szacunkiem, ale ani myślę w jakikolwiek sposób się ograniczać czy zmieniać styl pisania komentarzy, niezależenie od tego, jak bardzo i jak wielu osobom będzie to przeszkadzało.

Myślałem, że ja tu jestem Dar Kichotem, ale to chyba Ty widzisz na około pierdylion przeciwników i lubisz stawiać się w roli ofiary, czy też obrońcy wiary.

Dlatego mówię Ci – peace. 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

W sumie to trochę zgadzam się z Darconem.

Komentarze są formą komunikowania się, a w komunikowaniu się chodzi nie tylko o to, żeby wyrazić siebie, ale też o to, by dotrzeć do odbiorcy. Moim zdaniem lepiej w komentarzach postawić nacisk na to drugie. Czy nie właściwszym miejscem na wyrażanie siebie są opowiadania? 

A skoro już o opowiadaniach mowa, zajrzyj do wątku z Pojedynkami, Cieniu. Ktoś na Ciebie czeka. 

Nie rozumiem zupełnie tych zarzutów. Komentarze za długie? Wśród wielu komentarzy za krótkich, te cieniowe są naprawdę fajnym feedbackiem dla autora.

Cieniu pisze ciekawe, merytoryczne, analityczne komentarze, dogłębnie wgryzając się w tekst. A przede wszystkim dokładnie i rzetelnie tłumaczy swoją opinię na temat tekstu. To pozytywne, zwłaszcza że Cień siedzi w kieszeni Loży ;). 

Niczego nie zmieniaj, Cieniu. Myślę, że masz na portalu sporo zwolenników swoich komentarzy. 

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Widzisz, Marasie, nie napisałem, że Cień ma coś zmieniać, a już szczególnie siebie.

Czy jednak nie pomógłby większej liczbie osób w ich drodze pisarskiej, gdyby zaznaczył w swoim komentarzu kilka najistotniejszych uwag? Czy proponując to, napadłem na cześć i chwałę Autora?

Chociaż w zasadzie chciałbym aby Cieniu coś zmienił.

Nie no, kurde. No Nie. Nie i nie chce być inaczej. Przykro mi.

Kolejny tekst-wydmuszka, niestety. Bardzo ładnie oprawiony w słowa i bardzo niesatysfakcjonujący, jeśli chodzi o treść.

Czy tak powinny zaczynać się komentarze przewodniczącego Loży pod opowiadaniami piórkowymi? I nie chodzi o to, że tekst musi się podobać, ani nawet o to, że nie może być na NIE, ale o to, że tak zaczyna się komentarz negatywny, który wyraźnie na celu ma pokazanie, co myślę o opowiadaniu, bez względu na to, jakich później użyje się argumentów. I przez to częściowo nie osiąga rezultatu takiego, jak może, czy powinien.

Dlatego, że komentarz na NIE nie jest tożsamy z komentarzem negatywnym, tak samo jak komentarz na TAK z komentarzem pochwalnym, płynącym morzem lukru.

I pytam się, po co to? Po co pisać kontrowersyjne zdania od razu na wstępie? Co się chce nimi osiągnąć? Nie wiem, chociaż wyraźnie Cieniu coś osiągnął, Cobold napisał jeden z najdłuższych komentarzy, a Wybranietz od trzech dni nie odpowiedziała.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, rozumiem Twój punkt widzenia i mam odmienny. Nie rozumiem tylko, dlaczego próbujesz sugerować innemu użytkownikowi, jak długie ma pisać komentarze, co ma w nich wytluszczać, oraz jak mu wolno rozpoczynać komentarz piórkowy. Przecież nie siedzimy w biurze. Ten portal to nasze wspólne dobro, łączy nas podobna pasja. Wyrażamy tutaj siebie, także w komentarzach. Mamy wolność wypowiedzi w granicach dobrego wychowania i kultury. Piszemy jak chcemy i oceniany subiektywnie. Formułujemy myśli po swojemu. Chyba że coś przegapiłem i jest jakiś obowiązujący szablon komentarzy dla lożowników. Mam rozumieć, że nie wolno napisać, żeby jest się na NIE już na wstępie? Że negatywne opinie trzeba owijać w bibułkę i trzymać do ostatniego akapitu komentarza?

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Myślałem, że ja tu jestem Dar Kichotem, ale to chyba Ty widzisz na około pierdylion przeciwników

vs

od… no już prawie siedmiu lat mojej tutaj bytności, jesteś bodaj pierwszą osobą, która ma do mnie autentyczne pretensje o długość komentarzy,

No więc chyba masz rację i faktycznie to ja się tutaj tłukę z wiatrakiem.^^

Ale nie, nie wystarczyło napisać, że nie i wuj. Skoro jednak używanie w dyskusji argumentów jest przez Ciebie źle odbierane, to nie będę swojego stanowiska uzasadniał.

Całej reszty też nie komentuję i nie podejmuję dalszej polemiki, bo zwyczajnie nie widzę w tym sensu. I nie, nadal nie zamierzam nic zmieniać.

Dodam tylko, że Wybranietz ostatni raz logowała się na stronie jeszcze przed tym, jak wrzuciłem komentarze – wiem, bo mam do niej pewien interes i sprawdzałem niedawno.

 

Funie,

Komentarze są formą komunikowania się, a w komunikowaniu się chodzi nie tylko o to, żeby wyrazić siebie, ale też o to, by dotrzeć do odbiorcy.

Pisałem cokolwiek o wyrażaniu siebie? Tyle tego było, że już nie pamiętam^^, ale nie wydaje mi się, żebym używał tego typu zwrotów. Piszę tak jak piszę, bo w ten sposób najłatwiej wyraża mi się myśli, ale na konkretny temat. Zresztą, tak serio, ile w moim komentarzu do tego opowiadania jest dryfu gdzieś obok, a ile odnosi się do samego tekstu?

Pojedynki… No cóż, w pojedynkę, to ja się już i tak sam ze sobą nie ogarniam.

 

Mr.Marasie – bardzo dziękuję. Tak po prostu.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nie ma, Marasie. Masz rację, ale czytanie “nie” cztery razy na pierwsze dziesięć słów, czy też zwrotu już na starcie “tekst wydmuszka” nie podcina Ci skrzydeł? Tak, wiesz, po prostu, po ludzku.

I żeby zamknąć temat z mojej strony, zajrzyj Marasie do mojego opowiadania W oczekiwaniu, nie zmuszam Cię do czytania, ale ma to jakieś znaczenie przy czytaniu najlepszego komentarza, jaki tutaj dostałem. Mam na myśli ten od Małego Słowika. Gość nie napisał (chyba) ani jednego zdania na TAK, wszystko mu się nie podobało, dosłownie wszystko, a ja byłem komentarzem zachwycony, rozłożył mnie nim na łopatki. Czyli można, sam też tak się staram, bo i autor się napracował i trochę ja, chociaż znacznie mniej, i sztuką jest porozumieć się bez ego, bez ja, bez elokwentnych, acz ciętych, uwag. Przyznaję też, że Twoje komentarze uważam, za jedne z najlepiej wyważonych.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nowa Fantastyka