- Opowiadanie: cobold - Na obraz i podobieństwo

Na obraz i podobieństwo

Moje najlepsze opowiadanie. Zajęło drugie miejsce w konkursie “Fantazmatów” i ukazało się wiosną w pierwszym tomie antologii. Z okazji premiery tomu drugiego, za zgodą Fenrira, publikuję je również tutaj.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Na obraz i podobieństwo

– Profesor Neumann?

– Tak?

– Chciałby pan zobaczyć, jak rodzą się bogowie?

 

***

 

Teraz myślę, że te pierwsze słowa, tak jak pierwsze zdania książki, ukształtowały mnie do końca całej historii. Gdyby nie padły, miałbym dla was zupełnie inną opowieść. Nic na to nie poradzę, tak już jest z mitami.

Wtedy jednak słowa Nguyena nie zrobiły na mnie specjalnego wrażenia. W bogów, przynajmniej w powszechnym tego słowa znaczeniu, nie wierzyłem. Tak jak teraz nie wierzę w człowieka. Przynajmniej w powszechnym tego słowa znaczeniu.

Z drugiej strony, w Chinach byłem pierwszy raz, świeżo po sukcesie mojej ostatniej książki. Po wygłoszeniu zakontraktowanych wykładów cierpiałem na kryzys spełnienia. Nie miałem żadnych planów, miałem za to mnóstwo wolnego czasu, stabilną sytuację finansową i całkowicie rozpieprzone życie osobiste. Potrzebowałem nowego początku.

Tak oto trafiłem do Edenu.

 

***

 

W drodze Nguyen niewiele opowiadał o projekcie, do którego zostałem zaproszony, co nie znaczy, że był złym towarzyszem podróży. Dowiedziałem się od niego na przykład, że chińska wódka nazywa się baijiu i można ją robić z sorga. I że, nieduzi przecież, Chińczycy mają zaskakująco mocne głowy.

– Nie jestem Chińczykiem, tylko Wietnamczykiem – prostował z uporem Nguyen. – Ale wam, Niemcom, to zawsze wszystko jedno.

– Nie jestem Niemcem, tylko Szwajcarem – odpowiadałem, niezbyt chyba wyraźnie.

Zawsze zastanawiało mnie to, że ludzie w różnych zakątkach świata, zupełnie niezależnie od siebie, potrafili opracować tyle metod produkcji alkoholu. W pewnym sensie stanowiło to analogię do tego, czym zajmowałem się zawodowo.

 

***

 

Eden był ośrodkiem hodowli i badań nad szympansami. Taki chiński kaprys – jakby nie mieli wystarczająco dużo swoich zagrożonych gatunków. O przeznaczeniu kompleksu miała informować szczerząca zęby, drewniana figura małpy z koszmaru, ustawiona przy leśnej drodze oraz fantazyjna brama wjazdowa w kształcie gigantycznych, skrzyżowanych bananów. Na to, że nie chodzi wcale o ochronę przyrody, wskazywały z kolei otaczające ośrodek zasieki, liczne punkty kontroli i pozdrawiani przez Nguyena, uzbrojeni żołnierze. Droga prowadziła między wysokimi panelami z pleksiglasu. Przez pokryte wilgocią tworzywo prześwitywały kłęby zieleni.

Dopiero gdy zatrzymaliśmy się przed rozległym, oszklonym pawilonem, poczułem, jak parne było powietrze. Nguyen wyskoczył zza kierownicy jeepa, otworzył mi drzwi i wskazał wejście do budynku.

Wewnątrz panował przyjemny chłód. Było czysto, wręcz sterylnie. Za białym kontuarem siedział kolejny umundurowany strażnik. Spojrzał na nas bez emocji i wrócił do śledzenia obrazu na stojącym przed nim monitorze. Ruszyliśmy przez jasny, pusty hol w kierunku jedynych widocznych drzwi. Mój towarzysz wstukał kod i przeszliśmy do następnego pomieszczenia.

Uderzyła mnie w oczy soczysta zieleń. Całą przeciwległą ścianę pokrywały ogromne monitory. Kilka było wyłączonych, ale większość przedstawiała wnętrze dżungli. I małpy. Skaczące, iskające się, wymachujące łapami. Zachowywały się jak dzieci, choć miały pomarszczone twarze starych ludzi.

Dwa dolne, środkowe ekrany przesłaniał niewyraźny cień. Jego kontury drżały w seledynowej poświacie. Cień odwrócił się i dopiero teraz rozpoznałem w nim człowieka – potężnego mężczyznę, będącego dobrze po pięćdziesiątce, z siwą brodą, twarzą rybaka dalekomorskiego i uśmiechem godnym rekina.

– Witam, profesorze – powiedział miękkim głosem.

Zaskakująco zwinnie jak na kogoś swojej postury zbliżył się, żeby zmiażdżyć moją dłoń.

– Björn Thorvaldsen – przedstawił się.

Aha. Wiking w środku chińskiej dżungli.

Brodacz zrobił kilka kroków do tyłu i zatrzymał się przy monitorach. Nie musiał nic dodawać, domyśliłem się, że jest w tym budynku samcem alfa.

– Wraz ze znanym już panu doktorem Nguyenem i – Thorvaldsen wskazał na niewidoczną wcześniej, stojącą z boku drobną brunetkę – doktor Pentangeli stanowimy radę projektu. Wobec zaistnienia nowych faktów rada uznała, że pana obecność w ośrodku może być… wskazana.

Zmierzył mnie krytycznym wzrokiem i dodał jeszcze:

– Niejednogłośnie.

Wyraz jego twarzy nie pozostawiał złudzeń, kto głosował przeciw.

Schowałem prawą rękę za plecami i kilkakrotnie rozprostowałem palce. Posłałem uśmiech w stronę doktor Pentangeli – trzeba było budować drużynę na wypadek ataku drakkarów. Odpowiedziała przymknięciem powiek.

– Jak panu zapewne wiadomo – kontynuował Thorvaldsen – prowadzimy tutaj długofalowe obserwacje naczelnych. Oto nasza najstarsza para szympansów. – Wyciągnął rękę w kierunku jednego z monitorów. – Adam i Ewa.

– Gratuluję inwencji. – Wskazałem na sąsiedni ekran, który przedstawiał parę awanturujących się między sobą małp. – A to zapewne Kain i Abel?

– Ich już oddaliśmy do ogrodu zoologicznego w New Delhi, ale mamy jeszcze Seta, Henocha, Noego, Rachelę i Sarę.

– Zaprosiliście mnie, żebym pomógł wam dobrać kolejne imiona? – Wciąż próbowałem odzyskać inicjatywę. Ręka nie przestawała boleć.

– Nie, chcieliśmy panu pokazać coś innego.

Thorvaldsen gestem magika włączył kolejny ekran na bocznej ścianie. Na białym tle pojawił się czarny rysunek. Wymalowany grubą, nierówną kreską symbol składał się z pionowej linii zakończonej u góry koślawą pętelką. Całość wyglądała jak wariacja trzylatka na temat litery „P”. Thorvaldsen dotknął panelu sterującego i ukazał się kolejny obrazek. Tym razem kreska była bardziej zdecydowana i rozdwajała się w dolnej części, a w środku pętelki można było dostrzec czarny punkt.

Spojrzałem na otaczających mnie naukowców – z wyjątkiem Nguyena, wyglądali na zupełnie poważnych.

Następne przeźrocze: dołączyły dwa skośne odcinki i całość zaczęła przypominać patykowatego ludzika z wodogłowiem. Na kolejnym obrazku patyczak był wyraźnie wkurzony – wymachiwał trzymanym w ręce oszczepem. I wreszcie ostatnie zdjęcie: dwie stylizowane ludzkie postaci, jedna większa, druga mniejsza, obie z aureolami lub w hełmach, prowadziły między sobą trzecią, małą istotę, pozbawioną owej tajemniczej ozdoby głowy.

Widziałem już takie rysunki u Dogonów albo na płaskowyżu Nazca. A najwięcej w dzieciństwie, w książkach Dänikena.

– Nie jestem specjalistą od sztuki pierwotnej.

– Ale zna się pan na religiach. A niektórzy z nas uważają, że te obrazki przedstawiają bogów – odpowiedział Thorvaldsen.

– Jakich bogów?

– Najwyraźniej ten większy to ja, a ten mniejszy to Nguyen.

Zdezorientowany spojrzałem na świecące ze ściany monitory.

– One?

Okej, nie byłem w czasie podróży tutaj aż tak pijany, żeby nie zastanawiać się, po co badaczom szympansów konieczna obecność religioznawcy. Spodziewałem się krótkiej zabawy, po której wybiję gospodarzom z głowy głupie pomysły. Rysunków, których wypracowanie zajęło naszym przodkom dziesiątki tysięcy lat, nie było w planie.

Szef ośrodka wzniósł ręce w teatralnym geście, przyzywając wyimaginowane audytorium na świadków mojej niekompetencji. Zganił mnie wzrokiem raz jeszcze i przeniósł spojrzenie na doktor Pentangeli. Kobieta odpowiedziała delikatnym skinieniem głowy. Tych dwoje skutecznie zadawało kłam stereotypom dotyczącym temperamentu swoich nacji.

– Nguyen, pokaż naszemu gościowi młodszych krewnych Adama i Ewy – polecił znużonym głosem Thorvaldsen.

Mój kumpel od baijiu włączył kolejny ekran.

– Profesorze, przedstawiam panu Tarzana i Jane.

– Co to jest?! Pieprzony Park Jurajski?

– Plejstocen, profesorze, tylko na ciepło.

Obraz z kamery przedstawiał dwoje ludzi, brudnych, włochatych, nagich i brzydkich. Przypominali Aborygenów. Oboje byli rudowłosi, krępej budowy ciała. Znajdowali się na skraju jakiejś polany, na tle drzew. Brodaty mężczyzna, podpierając się kijem, kucał, nieco odwrócony, więc nie widziałem dokładnie jego twarzy. Kobieta siedziała na piętach i trzymanym w ręce kamieniem tarła po powierzchni leżącego przed nią płaskiego głazu. Na chwilę przerwała i spojrzała prosto w naszą stronę. Kamera zareagowała natychmiastowym zbliżeniem. Błękitne oczy nie pasowały do niskiego czoła, zrośniętych pośrodku brwi, szerokiego nosa i wydatnych warg. Skóra kobiety była bledsza niż jej towarzysza, prawie różowa. Na pełnych piersiach wyraźnie odcinały się duże, brązowe aureole.

– To znaczy, że wy… tu… krzyżujecie ludzi z… – wyjąkałem.

– Björn, on nas chyba uważa za jakichś szalonych naukowców. – Ciepły głos należał do doktor Pentangeli.

– Za dużo pan się naczytał kiepskich książek – skwitował władca Edenu i zrobił kilka kroków, przechodząc na środek pomieszczenia. Uniósł obie ręce. Facet naprawdę mógłby zrobić karierę w wenezuelskim przemyśle filmowym.

 – Profesorze, my tylko ratujemy wymarłe gatunki… – Zawiesił głos, dając mi czas na przyswojenie tej informacji. Jego oczy były oceanami niewinności. – Przyznam, że początkowo myślałem o czymś innym. – Zaczął wyliczać na palcach: – Dodo. Wilk workowaty. Może nawet mamut. Jednak nasi chińscy przyjaciele postawili na neandertalczyka.

– Ale to są ludzie. Nie możecie ich tutaj tak… hodować!

– Uważa pan, że lepiej by się czuli w środku wielkiego miasta? – odpowiedział z dobrotliwym uśmiechem. – W Zurychu albo w Nowym Jorku na Times Square?

– Nie o to chodzi. W ogóle nie powinni być… – Znowu zabrakło mi słów. „Stworzeni” jakoś nie chciało przejść przez gardło.

– A to ciekawe… – Thorvaldsen najwyraźniej dobrze się bawił. – Pana zdaniem jest rzeczą nieetyczną umożliwić istnienie czemuś, co do istnienia jest zdolne?

– Ale co to za życie? Pod ścisłą kontrolą?

– Nie są tego świadomi – przerwał Nguyen.

– I nie mają żadnej przyszłości – kontynuowałem, szukając po omacku argumentów na potwierdzenie tego, co wydawało mi się tak oczywiste. Niestety, byłem specjalistą od religii pierwotnych, nie dysponowałem arsenałem środków przygotowanych na taką okazję przez pokolenia myślicieli i etyków. – Przecież ich jest tylko dwoje, nigdy nie utworzą gatunku!

– Stawia pan gatunek ponad jednostką? Wybornie! Proszę pozwolić, że coś panu pokażę.

Thorvaldsen z uśmiechem na ustach ruszył w moim kierunku, próbując zagarnąć mnie niedźwiedzią łapą. Odsunąłem się, rzucając spojrzenie Nguyenowi. Mały Wietnamczyk uspokajająco pokiwał głową, wskazując równocześnie na drzwi po lewej stronie sali. Kątem oka dostrzegłem jeszcze ziewającą doktor Pentangeli. Obejrzałem się na podążającego za mną olbrzyma i ruszyłem we wskazanym kierunku, potykając się przy tym na równej posadzce. Dopadł mnie przy samej ścianie. Drzwi otwierały się do środka. Ustawiłem się w złym miejscu i kiedy Thorvaldsen szarpnął je, oberwałem w bark.

– Niech pan uważa, profesorze – powiedział z wyraźną troską.

Przepuścił mnie w drzwiach. Zdecydowanie wolałbym mieć go przed sobą. Ostrożnie przekroczyłem próg.

Pomieszczenie wyglądało jak skrzyżowanie pokoju biurowego z laboratorium. Ściany i podłogę wyłożono białymi kafelkami. Po obu stronach stały rzędy prostych szafek przykrytych wspólnym blatem. W jednym kącie dostrzegłem coś w rodzaju okapu kuchennego, pod nim trochę szklanych naczyń i stojaki z kolorowymi pipetami. Naprzeciwko duża, chromowana szafa – chyba lodówka. Na blacie pliki papierów, dwa laptopy, mikroskop. Thorvaldsen popchnął mnie w jego kierunku.

– Gdzie to jest? – mruczał, odsuwając kubek z resztką kawy na dnie.

Spojrzałem na wiszącą nad blatem korkową tablicę. Między kilkoma wydrukami jakichś tabeli krzywo przyczepiono dziecięcy rysunek. Trzy postaci, chyba rodzina. Kolorowe ślady kredek przypominały obrazki, które oglądałem przed chwilą. Thorvaldsen dalej rozgarniał piętrzące się bezładnie stosy papierów, aż wreszcie wyciągnął spod nich małe, szklane naczynie, jakby popielniczkę z przezroczystym wieczkiem. Podsunął mi ją przed oczy. Na warstwie różowego żelu wykwitały pstrokate kleksy. Wyglądały jak pleśń. Spojrzałem na niego pytająco.

Helacyton gartleri. Szerzej znany jako linia komórkowa HeLa – wyjaśnił. – Pobrany przed kilkudziesięciu laty z ciała chorej na raka Henrietty Lacks i od tej pory bezustannie namnażany w laboratoriach całego świata. Krew z naszej krwi i kość z kości, odrobinę zmodyfikowane przez wirus brodawczaka. Zdaniem niektórych, teraz już osobny gatunek. A z genetycznego punktu widzenia najbliższy żyjący krewny homo sapiens.

 Zajrzałem jeszcze raz do wnętrza naczynia.

– To nie żyje.

– Żyje! Odżywia się, wydala, rozmnaża. Znalazło swoją własną niszę ekologiczną w szalkach Petriego. Można powiedzieć, że weszło w symbiozę z naszym gatunkiem. A przy tym nie ma naturalnych wrogów i jest nieśmiertelne. Czyż to nie kolejny krok na drodze naszej ewolucji?

Pokręciłem głową.

– To nie jest człowiek.

– No właśnie. Tarzan i Jane też nie są ludźmi.

 

***

 

Wieczorem postanowiłem uderzyć w słabsze ogniwo. Mniejsze, choć wyjątkowo odporne na produkty fermentacji sorgo.

– To, co robicie, jest nielegalne!

– No coś ty! Wszystko jest w pełni zgodne z chińskim prawem. Zresztą, uwierz mi, gdyby Thorvaldsen zechciał, mógłby robić nie takie rzeczy. – Nguyen wyraźnie wierzył w boskość swojego szefa. – Ale on się uparł, że kiedyś opublikuje wyniki i bardzo pilnuje, żeby wszystko było w porządku.

– Na przykład?

– Na przykład pomysł z klonowaniem neandertalczyka zakładał kiedyś wykorzystanie komórki jajowej kobiety. Szef przewidział, że etycy mogą z tego robić problem i wymyślił, że weźmie komórkę od samicy szympansa i że to ona będzie surogatką. Tarzan i Jane są urodzeni przez małpy, wychowani przez małpy i żyją jak małpy, więc czym innym mogą być?

– I zgadzasz się, że to takie proste? – zapytałem.

– Jestem weterynarzem. Michael, mówię ci, oni w środku wyglądają zupełnie jak małpy.

– Kroiłeś ich?

– W sumie dlatego tu jesteś – odpowiedział, nalewając mi kolejny kieliszek.

 

***

 

Jak się okazało, kluczowym punktem eksperymentu Thorvaldsena miało być dochowanie się przez parę sklonowanych neandertalczyków zdrowego potomstwa. Tarzan i Jane mieli po szesnaście lat i od dawna już próbowali. Efekt wcale nie musiał być pozytywny. Nguyen wytłumaczył mi, że DNA do ich klonowania pobrano z dwóch ciał zakonserwowanych w tybetańskich lodach. Znaleziska pochodziły z różnych czasów – kobieta była kilkadziesiąt tysięcy lat młodsza. W efekcie para neandertalczyków z Edenu różniła się między sobą bardziej niż współcześni ludzie i twórcy malowideł z Lascaux. W takich sytuacjach pojęcie gatunku traci na jednoznaczności. Ale nic tak nie definiuje wspólnoty jak wspólne dzieci.

Kiedy brzuch Jane zaokrąglił się wyraźnie, Thorvaldsen popadł w euforię. Nguyen chciał zbadać ciężarną, ale szef ośrodka na to nie pozwolił. Jednym z założeń eksperymentu był całkowity brak ingerencji z zewnątrz. Podróż neandertalczyków do człowieczeństwa nie mogła przebiegać na skróty.

Problemy zaczęły się przy porodzie. Czaszka neandertalczyka ma większą objętość niż ta współczesnego człowieka. Biedna Jane męczyła się przez kilka godzin, a Thorvaldsen ponoć zdemolował całą salę z monitorami. Nguyen opowiadał, że w pewnym momencie musiał wezwać strażników, ale ci tylko zajrzeli do środka i wycofali się na widok świętej furii. W końcu szef projektu skapitulował. On i Nguyen przebrali się w specjalne kombinezony mające chronić mieszkańców Edenu przed chorobami zakaźnymi i łamiąc wszelkie reguły, weszli do środka.

Thorvaldsen znalezionym kijem odganiał broniącego partnerki Tarzana, a Nguyen podał Jane środki znieczulające. Wspólnie wciągnęli niewielkie ciało do budynku. Dawka leku najwidoczniej była zbyt duża, bo akcja porodowa zupełnie ustała. Zdecydowali się na cesarskie cięcie.

Dziecko urodziło się żywe. Zmarło po dwóch godzinach. Jane nigdy go nie widziała.

Właśnie wtedy, trzy tygodnie temu, zaczęła tworzyć obrazki.

 

***

 

Nastał poranek, dzień drugi. Obudziły mnie światło, uczucie niesmaku i pragnienie. Zwlokłem się z twardej kozetki i poczłapałem w kierunku wyjścia z pokoju. Otworzyłem drzwi. Tuż za nimi stał Thorvaldsen. W jednej ręce trzymał szklankę wody, w drugiej plik papierów. Patrzył na mnie tym swoim wzrokiem rozczarowanego ojca.

– Ile to już trwa? – zapytałem.

– Ponad siedemnaście lat. – Dobrze wiedział, co miałem na myśli.

– I nikt o tym nie słyszał? Nie było żadnych przecieków? Sami się nie chwaliliście?

– To dobre miejsce. Mamy czas i możemy wszystko zrobić porządnie. Nie musimy się martwić o finanse, nasi chińscy partnerzy zapewniają nam w tej sferze komfort – tłumaczył spokojnie. – Z nikim też się nie ścigamy. Na zachodzie biurokracja i wymogi bioetyczne skutecznie hamują rozwój nauki.

Spojrzał na swoje ręce, jakby się wahał, co jest ważniejsze, a potem wręczył mi szklankę z wodą. Wpuściłem go do środka. Minął mnie szybkim krokiem, podszedł do niskiego stolika i rzucił papiery na blat.

– To są kopie rysunków, gdyby chciał je pan przestudiować.

Stałem z tą szklanką w ręce, ale nie piłem. Patrzyłem na niego uważnie.

– Pan wie, że ja nie wierzę w bogów? – zapytałem.

– Ale wierzy pan w mity. Wszyscy czasem wierzymy. Bo tak jest łatwiej i piękniej. Chciałby pan, żeby Tarzan i Jane byli ludźmi, prawda? Ach, jaka piękna historia, jaka tragedia! – Nakręcał się, gestykulując wolnymi teraz rękami. – Wolny wybór. Każdy widzi po swojemu, każdy tworzy swoją opowieść. Ale to tylko dowodzi tego, że jest pan człowiekiem.

– A pan?

Pochylił się nad stolikiem i przyklepał dłonią przyniesiony przez siebie plik papierów.

– A ja wyznaczyłem sobie cel: przygotować obiektywny raport z wykonania projektu.

 

***

 

Wyszedłem na korytarz i szarpnąłem za klamkę drzwi do pokoju Nguyena. Były zamknięte. Przeszedłem przez salę z monitorami, odwracając od nich wzrok. Trzasnąłem drzwiami wyjściowymi. Strażnik w holu spojrzał na mnie ze znudzeniem i wrócił do swoich zajęć. Wyszedłem na zewnątrz. Lało, jakby cała Ziemia leczyła kaca. Rozejrzałem się, mrużąc oczy. Nigdzie nie dostrzegłem zaparkowanych samochodów.

Nie wierzyłem w bogów. Nie mogłem wierzyć w to, co badałem. Nie byłbym obiektywny. Wyglądało jednak na to, że bogowie uwierzyli we mnie.

Stanąłem na środku podjazdu i spojrzałem w górę. Krople deszczu chłostały moją twarz. Zamknąłem oczy. Zanurzyłem się w pulsującym szumie. Potem otworzyłem usta i piłem wodę prosto z nieba.

Wróciłem do swojego pokoju i nie zdejmując mokrego ubrania, położyłem się do łóżka. Nie byłem zdziwiony, kiedy wieczorem odwiedził mnie Nguyen i powiedział, że ulewa uszkodziła drogę dojazdową i chwilowo jesteśmy uwięzieni w ośrodku.

 

***

 

Thorvaldsen, Nguyen i ta cała Pentangeli przyjęli taktykę trzech chińskich małp. Nie widzieli zła, nie słyszeli zła i niespecjalnie chcieli o nim rozmawiać. W efekcie przypadła mi rola autorytetu etycznego i sumienia Edenu. Wszyscy bogowie świata mogli potwierdzić, że wyjątkowo kiepsko nadawałem się do tej roli.

– To dlatego, że jesteś tu nowy – pocieszał mnie Nguyen. – Zobaczysz, z czasem pozbędziesz się wątpliwości. To zupełnie tak jak z baijiu. Nie próbowałeś jej wcześniej, dlatego tak mocno na ciebie działa.

Miałem nadzieję, że dzięki Thorvaldsenowi znajdę w kompleksie jakąś porządną skandynawską wódkę. Niestety, szef projektu okazał się abstynentem. W tej sytuacji walkę z sumieniem wspomagały lokalne wynalazki, które Nguyen zdobywał od pilnujących ośrodka żołnierzy.

Trzeciej nocy dołączyła do nas doktor Pentangeli. Też miała mocną głowę. Następnego wieczora Nguyen gdzieś się zawieruszył i po kilku kieliszkach wylądowaliśmy z panią doktor w łóżku. Musiało do tego dojść. Naukowiec zawsze jakoś dogada się z naukowcem. Ann była prymatologiem. Też musiałem sprawdzić w Google, co to znaczy. Zapytałem ją o przyczynę takiego wyboru drogi życiowej.

– Słyszałeś o Jane Goodall? – zapytała.

– To jedna z tych słynnych badaczek małp?

– Tak, właśnie ta, która zajmowała się szympansami. Jako pierwsza nadawała im imiona. Wcześniej obserwowane małpy oznaczano numerami.

– Zaimponowała ci tym?

– Wręcz przeciwnie, zirytowała. Widzisz, ona chciała, żebyśmy uznali podmiotowość zwierząt. Ale przez nadawanie im ludzkich imion i doszukiwanie się podobnych do naszych zachowań spowodowała, że mimowolnie porównujemy je z nami. I co teraz widzimy? Niepełnosprawnych, niezgrabne dzieci, pokracznych idiotów. Zamieniła pogardę czy obojętność na litość.

Ann ujawniała, że posiada emocje, tylko kiedy mówiła o szympansach. Choć wolałbym wierzyć, że to dobroczynny wpływ seksu.

– Tutaj małpy też noszą imiona – zauważyłem. – I to nie byle jakie.

– Tak już było, kiedy dołączyłam do zespołu. To decyzja Thorvaldsena. On był tu od początku.

– Trudny facet, nie?

Zmieszała się wyraźnie.

– Nie… Nie.

Wolałem nie drążyć. Nie w tej sytuacji.

– Co sądzisz o tym klonowaniu? – zmieniłem temat.

– Nie znam się na tym. Ja obserwuję reakcje szympansów.

Podniosłem się na łokciu i spojrzałem na nią. Miała ładne, małe piersi. Jej szczupłe ramię pokryte gęsią skórką otaczał tatuaż z wężem.

– Według ciebie Tarzan i Jane zachowują się jak ludzie czy jak małpy? – zapytałem.

– Właśnie o to chodzi, że nie chcę porównywać, wartościować. Każdy gatunek ma swój świat, niepowtarzalny i nie gorszy od innych. Zresztą, tutaj… to trudne.

– Co masz na myśli?

– No wiesz, mała, zamknięta społeczność i te oddziaływania między szympansami a neandertalczykami. To nie jest normalne. Fascynujące, ale… nienormalne.

Jednak ktoś się ze mną zgadzał!

– Na co dzień oba gatunki trzymają się z dala od siebie – kontynuowała Ann – ale czasem kontaktują się między sobą. Neandertalczycy mają swój język. Przychodzą do szympansów, mówią do nich, a one słuchają i czasem odpowiadają. Nie wszystkie gesty i dźwięki rozumiem. Widziałam nawet, jak Tarzan próbował uczyć Seta i Henocha, pokazywał im, jak rzucać kijem, jak łupać kamienie. Jednak bez specjalnego efektu. – Ann zamyśliła się na chwilę. – Jest jeszcze coś… Wiesz, małpy mają bardzo określoną strukturę stada. Tutaj Adam jest przywódcą, ale czuje wyraźny respekt do Tarzana. Nigdy ze sobą nie walczyli, lecz gdy pojawia się Tarzan, Adam wycofuje się i podporządkowuje.

Czułem, że zbliżamy się do czegoś ważnego. Ann ciągnęła dalej:

– To w ogóle mała grupa, nietypowa. Nie ma okazji do walki o samice. Potworzyły się stałe pary: Adam i Ewa, Henoch i Sara. I, co ciekawe, kiedy kopulują, robią to od przodu. To nietypowe dla zwykłych szympansów. Tylko bonobo i ludzie tak robią. I neandertalczycy. Niezwykłe i nienormalne.

Nic z tego, ta kobieta myślała tylko o małpach.

– A właściwie jak to robią zwykłe szympansy? – zapytałem w tej sytuacji.

– Pokażę ci.

 

***

 

Poznaliście już cały panteon. Czas na mit założycielski.

 

***

 

– Mówię ci, to lepsze od telewizji. – Nguyen mógł godzinami wpatrywać się w monitory, jak kot gapiący się na rybki w akwarium. Przerywał tylko wtedy, gdy w sali pojawiał się Thorvaldsen. Wówczas udawał, że przegląda jakieś notatki. – Popatrz, ta mała, Rachela, jest pierwszy raz w ciąży. Kiedyś przystawiała się do Tarzana, rozumiesz, tak po małpiemu. Kiedy zrozumiała, że on interesuje się tylko Jane, odpuściła i zwabiła do siebie Seta. Teraz triumfuje, jej znaczenie w stadzie wzrosło.

Nieduży szympans, sądząc po obwisłych piersiach samica, siedział na niskiej gałęzi. Zajadał trzymane w łapie czerwone jabłko. Faktycznie, jego brzuch wydawał się zaokrąglony. Obok, oparte o pień, leżały dwa większe osobniki. Jeden z nich drzemał, drugi sennie obserwował resztę grupy. Kolejny duży samiec turlał się na plecach po trawie, atakowany gałęzią przez małą małpkę z odstającymi uszami. Sielanka.

Na sąsiednim monitorze samotna Jane nadal pochylała się nad swoim kamieniem.

– Czasem chciałoby się jakoś zaingerować, włożyć kij w mrowisko. – Nguyen mrugnął do mnie skośnym okiem. – Wiesz, podrzucić im książkę, komputer albo karabin i zobaczyć, co z tym zrobią. Ale Thorvaldsen nie pozwala.

– Co to w ogóle jest za gość? Prowadził wcześniej jakieś badania?

– Nie wiem. Kiedy dołączyłem do projektu, on już tu był. Nic nie znajdziesz na jego temat. Myślę, że Thorvaldsen to przybrane nazwisko. Ale to geniusz.

Nadal patrzyłem na Jane.

– Można to jakoś przybliżyć?

Nguyen podszedł do monitora i dotknął dolnego rogu matrycy. Kamera przeleciała przez polanę, zatrzymała się nad kobietą i wykonała zbliżenie jej dłoni. To, co brałem za jakąś pracę – rozcieranie nasion albo czyszczenie kawałka skóry – okazało się zupełnie inną czynnością. Jane, trzymanym w dłoni kawałkiem krzemienia, cierpliwie ryła w płaskim kamieniu obrazek. Ten sam, który widziałem jako ostatni – dwóch kosmitów prowadzących za rękę małą postać.

– Ostatnio powtarza tylko ten motyw. Jakby uznała, że jest najlepszy. Zrobiła już kilka takich kamieni.

– Co się potem z nimi dzieje?

– Zostawia je w różnych miejscach. Te wcześniejsze, które ci pokazywaliśmy, kazała Tarzanowi zanieść szympansom.

Przyjrzałem się rysunkowi raz jeszcze.

– To chyba faktycznie wy, w tych skafandrach. Myślisz, że ten mniejszy ludzik to ona sama?

– Nie, raczej jej dziecko.

Jane nagle przerwała rzeźbienie i, jakby czymś zaniepokojona, spojrzała w prawo. Kamera natychmiast odjechała w górę i do tyłu. W kadrze pojawił się Tarzan. Niósł ze sobą naręcze owoców. Podszedł, stanął przed kobietą i czekał. Ona tylko patrzyła, nie reagowała. Po chwili Tarzan złożył owoce na ziemi, przyklęknął i łagodnie dotknął jej ramienia. Uchyliła się. Spróbował jeszcze raz. Równie delikatnie odsunęła jego rękę.

– Od porodu nie dopuszcza go do siebie. Chłopak jest już nieźle sfrustrowany.

Jane sięgnęła po jedno jabłko i położyła je przed kamieniem. Tarzan spojrzał jeszcze na rysunek, wstał i poszedł do lasu. Kobieta wróciła do swojej pracy. Patrzyłem na jej dłonie, falujące piersi, drobne ramiona wyłaniające się spod rudych włosów.

Nguyen szturchnął mnie łokciem. Tarzan pojawił się na sąsiednim ekranie. Kucnął w rogu i obserwował małpią rodzinę.

 

***

 

Nie wiedziałem, jak odnosić się do Ann przy pozostałych. Sami rozumiecie – mała przestrzeń, sieć zależności, kilkanaście lat wspólnej historii i w to wszystko nagle wrzucony ja, nowy człowiek. Już przecież uwikłany, nie chciałem wikłać się bardziej. Na szczęście ona sama zachowała dyskrecję. Pojawiła się w głównej sali dopiero koło południa. Bez słowa podeszła do bocznego monitora i włączyła przewijanie do tyłu. Małpy na ekranie śmiesznie kolebały się na boki, cofając się w przyśpieszonym tempie. Wyskakiwały nagle w górę, by potem ześlizgnąć się po pniach drzew z powrotem na ziemię. Tarzan kucał z boku, od czasu do czasu nerwowo zmieniając pozycję. Ann kilkakrotnie zatrzymywała nagranie i robiła notatki. Dzień na ekranie stopniowo cofał się do świtu, światło nabierało rumieńców. Nawet w tej piekielnej poświacie Ann wyglądała jak zimny posąg profesjonalizmu. Obraz w końcu poszarzał, kontury się rozmyły, sylwetki małp po raz ostatni wystrzeliły w górę. Uświadomiłem sobie, że przegapiłem zniknięcie Tarzana. Ann zamknęła zeszyt z notatkami, wyłączyła monitor i wyszła z sali, nie patrząc mi w oczy. Tak chyba było najlepiej.

Wróciłem do czasu rzeczywistego. Na środkowym ekranie cała gromada pozostawała na swoim miejscu. Zarośnięty człowiek wciąż kucał w lewym rogu i obserwował małpy. Zupełnie tak jak ja – pomyślałem. Przyjrzałem się jego twarzy. Wyglądał na bardziej dzikiego niż Jane. Przypomniałem sobie, że według Nguyena jego DNA było sporo starsze niż materiał genetyczny partnerki.

Tarzan gwałtownie podniósł się na nogi, chwycił leżący na ziemi kij i uniósł go nad głową. Potrząsnął nim, jakby na próbę, i wydał pojedynczy okrzyk. Najmniejsza małpka uciekła z piskiem i schowała się za plecami dorosłego samca. Neandertalczyk zrobił kilka kroków w jego kierunku. Małpka wyjrzała zza swojej kryjówki, rozejrzała się nerwowo i nieporadnym susem przeskoczyła na siedzącą obok samicę. Objęła ją za szyję, a ta wycofała się powoli, podpierając się jedną z przednich łap, a drugą przytrzymując maleństwo. Tarzan machnął kijem przed nosem siedzącego wciąż w miejscu szympansa. Ten podniósł się powoli, nie spuszczając wzroku z neandertalczyka. Drugi zamach kijem i głośny krzyk wystarczyły, żeby zwierzę podążyło w ślady swojej poprzedniczki. Tarzan odwrócił się, podszedł do ciężarnej samicy i chwycił ją za futro na karku. Skuliła się, przylgnęła do ziemi. W tym momencie na polanę wpadł jeszcze jeden młody samiec. Przyskoczył do Tarzana, odsłonił zęby i począł wymachiwać łapami. Człowiek puścił samicę, chwycił kij w obie ręce, zamachnął się i uderzył nowo przybyłego. Szympans zatoczył się, ale utrzymał na dwóch łapach. Kolejne dwa ciosy sprowadziły go do parteru. Dopiero trzy następne spowodowały, że wycofał się do lasu. Tarzan odwrócił się w stronę kamery. Jego przyrodzenie sterczało sztywno. Samica leżała u jego stóp, skulona i pokorna. Przypomniałem sobie, że miała na imię Rachela, co po hebrajsku znaczy owieczka. Tarzan pochylił się, przytrzymał ją jedną ręką i wziął od tyłu kilkoma mocnymi ruchami bioder.

– Ma pan swoich ludzi! – Usłyszałem za sobą głos Thorvaldsena.

 

***

 

Wieczorem poszedłem do pokoju Ann. Drzwi były zamknięte.

 

***

 

Kiedy rano pojawiłem się w sali, Thorvaldsen obserwował małpy na monitorach. Odchrząknąłem. Podniósł rękę, ale nie odwrócił się. Zaatakowałem:

– To wasza wina! Sami do tego doprowadziliście!

– Myśli pan, że człowieka, prawdziwego człowieka, można do tego doprowadzić? – odpowiedział spokojnie.

Spojrzałem na ekran. Małpy były wyraźnie podniecone, podskakiwały, pohukiwały, wymachiwały łapami. Kompletny chaos, jak przed stworzeniem świata. I wtedy, właśnie wtedy, przyszedł mi do głowy ostateczny argument. Ten, który cały czas miałem na wyciągnięcie ręki. Wbiłem go jak sztylet w plecy tego drania.

– Jeśli chodzi o Tarzana, nie jestem pewien. Ale ona na pewno jest człowiekiem. Przecież wierzy w bogów!

Thorvaldsen odwrócił się i spojrzał na mnie. Uśmiechał się dobrotliwie jak Tryton z Małej syrenki Disneya.

– Skąd pan wie, że ona w coś wierzy? Może tak sobie tylko rysuje. Zupełnie jak pan.

Wytrzymałem jego spojrzenie. Spoważniał. Graliśmy już w otwarte karty.

– Dlaczego zgodził się pan na mój przyjazd? Mógł pan przecież zablokować każdą decyzję rady – zapytałem.

– To doktor Pentangeli była przeciwna. Mówiła, że to kompletny absurd. Nguyenowi było właściwie wszystko jedno, ale on nigdy nie przepuści okazji do dobrej zabawy.

– A pan?

– Powiedziałem już, że moim zadaniem jest przygotowanie obiektywnego raportu. Żaden człowiek nie jest w stanie osiągnąć tego w pojedynkę. A ja nie uważam się za boga.

Odwróciłem się do wyjścia.

– Proszę patrzeć i napisać swój rozdział. – Usłyszałem za plecami.

 

***

 

Dwa dni później Rachela urodziła. Kiedy Tarzan wszedł na polanę, wystarczyło, że podniósł swój kij, a pozostałe małpy wycofały się z respektem poza obręb kadru. Powoli zbliżył się do Racheli, jakby nie chcąc jej wystraszyć. Uchyliła się przed jego wyciągniętą dłonią, obracając się do niego plecami i zasłaniając trzymane w objęciach małpiątko. Zdecydowanie, choć w pewien sposób delikatnie, tak jakby odbierał dziecku zabawkę, chwycił ją za nadgarstki, rozchylił jej ręce i przejął ich zawartość.

Byłem niemal pewien, co się stanie. A właściwie chciałem, żeby tak właśnie było. Przerażało mnie to, co miałem za chwilę zobaczyć na sąsiednim ekranie, ale wiedziałem, że to jedyny sposób, aby moja opowieść miała jakiś sens.

– Wcześniak. Długo nie pożyje – skomentował Nguyen.

Jane czekała na swojej polanie. Tarzan podszedł do niej niepewnie, tak jak wtedy gdy przyniósł owoce. Tym razem przyjęła dar. Przytuliła małpiątko do piersi i uśmiechnęła się. Maluch zawisnął na jej szyi jak włochaty pająk. Tylne łapy z chwytnym paluchem ślizgały się w górę i w dół, zostawiając czerwone pręgi na bezwłosym brzuchu Jane.

Nie mogłem na to patrzeć.

– Nie wiem, kim oni są, ale to nienormalne. Obrzydliwe. Oni nie powinni w ogóle istnieć. Eksperyment trzeba zakończyć, a ich… usunąć.

– Martwi się pan o nich czy o siebie? – zapytał Thorvaldsen.

 

***

 

Spotkałem Ann przy ekranach. Byliśmy sami. Zanim zdążyłem coś powiedzieć, odezwała się pierwsza:

– Zobacz. Wszystko się rozsypało. Adam, przywódca stada, utracił autorytet, dał się przegnać Tarzanowi bez walki. Set, ten młodszy, naturalny następca, został upokorzony na oczach pozostałych. Jest jeszcze Henoch, ale jego tu wtedy nie było, nie rozumie, co się właściwie dzieje. Samice na razie obserwują, ale wyraźnie unikają samców. Coś się musi wydarzyć. To zupełnie nowa sytuacja, wszyscy jeszcze tłumią emocje, ale stado nie może tak funkcjonować. Potrzebna jest tylko iskra…

– A ona? – Wskazałem na Rachelę.

– Ona nikogo nie interesuje. Tak było zawsze. – Odwróciła się w moją stronę. Wyglądała na wzburzoną. – Björn pokazywał ci komórki HeLa? Tamtej dziewczyny… Henrietty, też nikt nie pytał o zgodę na pobranie tego wycinka. A potem nazwali ją najważniejszą kobietą w historii medycyny!

Po raz pierwszy, odkąd się poznaliśmy, okazała ludzkie uczucia. Powinienem wtedy ją przytulić. Zamiast tego zapytałem:

– Powiedziałaś: Björn. Coś was kiedyś łączyło?

– Byliśmy blisko. – Spuściła wzrok. – Ale teraz… został już tylko szacunek.

Spojrzała mi w oczy. Czułem się winny. Byłem gotów zrobić dla niej wszystko.

 

***

 

Jane nie miała pokarmu, a małpiątko było bardzo słabe. Próbowali z Tarzanem karmić je owocami, ale nie przynosiło to efektu. Kudłaty potworek z wzdętym brzuszkiem leżał teraz bez ruchu na kolanach kobiety, a o tym, że jeszcze żyje, świadczyły tylko czarne oczka, których spojrzenie kierował to na jedno, to na drugie z przybranych rodziców.

Widziałem, że małpy gromadziły się wokół polany. Ich pyski, jak maski klaunów, prześwitywały między drzewami. Nie potrafiłem ich rozróżnić. Choć granica lasu nieustannie wibrowała, wybuchając poruszeniem w coraz to innym miejscu, żaden z szympansów nie odważył się wkroczyć na teren neandertalczyków.

Wpatrywałem się w falujące liście, kiedy nagle Tarzan poderwał się z ziemi. Wzniósł ręce nad głowę, potem zasłonił nimi oczy, wreszcie wyciągnął je przed siebie, w stronę lasu i obrócił się wokół własnej osi. Przypomniały mi się pantomimy Thorvaldsena. Tarzan wrócił do Jane i delikatnie dotknął małpiego noworodka. Odskoczył jak poparzony, chwytając się obiema rękami za głowę. Zbliżył się jeszcze raz, ostrożnie uniósł małe ramię małpiątka, puścił je, a to natychmiast opadło. Tarzan rozpoczął obłąkany taniec: skakał w miejscu, rwał włosy z głowy, rzucał się na ziemię. Od czasu do czasu doskakiwał do swojej partnerki i trącał leżące na jej kolanach ciałko.

W odpowiedzi na jego szaleństwa dżungla ożyła. Zniknęły plamy małpich pysków, ale wszystko inne – drzewa, krzaki, wielkie liście – zafalowało gwałtownie, jakby chciało pochłonąć polanę. Jane pochyliła głowę tak, że nie było widać jej twarzy, a rude włosy opadły na kolana, okrywając je jak całunem. Po chwili wstała i ruszyła w stronę zielonej kipieli. Na samej jej granicy przyklęknęła, wyciągnęła ręce przed siebie i delikatnie złożyła ciało małpki na ziemi.

Dżungla zamarła.

 

***

 

Wieczorem poszedłem do Nguyena poprosić o butelkę na wynos. Wróciłem do swojego pokoju, usiadłem na leżance i sięgnąłem po papiery przyniesione kiedyś przez Thorvaldsena. Pod stosem kartek leżała książka. „Ludzie i ich bogowie” – głosił tytuł. Z tylnej okładki uśmiechała się opalona męska twarz. Ciemne okulary nie do końca maskowały worki pod oczami, a spod kapelusza w stylu Indiany Jonesa wystawały szpakowate włosy. Pod spodem w pięciu zdaniach streszczone było moje życie.

Przejrzałem dokładnie wszystkie rysunki, zabrałem baijiu i poszedłem do Ann.

 

***

 

Rano po raz ostatni wkroczyłem do głównej sali, żeby pożegnać się przed odjazdem. Thorvaldsen, Nguyen i Ann stali przed ekranem i obserwowali zgromadzenie mieszkańców Edenu. Małpy wyszły z lasu i dołączyły do Tarzana i Jane, formując półokrąg z przodu sceny, bokiem i nieco tyłem do kamery. Wszyscy – ludzie, zwierzęta i neandertalczycy – tkwili w bezruchu, jakby zatrzymani w stopklatce. Czekali na mnie. Podszedłem do Nguyena. Jedna z małp schyliła się i podniosła coś z ziemi.

Thorvaldsen przesunął się nagle do sąsiedniego monitora, który pokazywał opuszczone przez szympansy miejsce. Dotknął ekranu i kamera zrobiła zbliżenie na kępę krzaków. Między korzeniami leżała dobrze mi znana szklana butelka z chińskim napisem na etykiecie. Stary obrócił się w stronę Nguyena. Mały Wietnamczyk skulił się pod naporem jego spojrzenia.

– To nie ja!

Szukałem wzroku Ann. Jej zimne oczy nie wyrażały zupełnie nic.

Tarzan i Jane stali wyprostowani obok siebie. Wyglądali jak mężczyzna i kobieta z rysunku wysłanego przez Ziemian do obcych cywilizacji. Pierwszy kamień trafił Jane w ramię. Tarzan chciał ją zasłonić, ale ona rozłożyła ręce i wyciągnęła je w kierunku atakujących, jakby gotowa na przyjęcie dalszych ciosów. Następny rzut był niecelny, ale kolejny kamień odbił się już od głowy Tarzana. Mężczyzna zatoczył się. Spod skołtunionych włosów popłynęła krew. To jakby ośmieliło małpy. Następne kamienie poleciały jeden za drugim. Tarzan próbował utrzymać się na nogach, cały czas starając się osłaniać Jane, ale w końcu upadł. Szympansy zrobiły kilka kroków do przodu, więc kolejne rzuty były coraz celniejsze. Jane pochyliła się nad partnerem. Kamienie trafiały ją w głowę. Jeszcze kilka kroków i zgraja małp przesłoniła leżących neandertalczyków. Długie łapy jeszcze przez chwilę na przemian unosiły się i opadały. Potem zwierzęta cofnęły się.

Na środku polany została tylko jedna z małp. Rozpoznałem Rachelę. Samica podniosła leżący na ziemi kij i dźgnęła nim zakrwawione ciała. Nie poruszyły się. Rachela, trzymając badyl w obu łapach, powoli i niezdarnie wyrysowała jego końcem dwa okręgi. Jeden wokół głowy Jane, drugi wokół głowy Tarzana.

Pozostałe małpy podeszły bliżej i ciasno otoczyły ciała. Dłonie rozwarły się, a ściskane w nich jeszcze przed chwilą kamienie poczęły spadać na ziemię.

 

***

 

Stali tak długo, w milczeniu patrząc na to, co zrobili.

Koniec

Komentarze

Czytałem Fantazmaty jakiś czas temu, pamiętam może z połowę tekstów, natomiast tylko dwa mi się bardzo podobały – “Zachwyt” Guni i właśnie “Na obraz i podobieństwo”.

Jest to opowiadanie, w którym nie ma żadnych fajerwerków, a jednocześnie przez cały czas towarzyszyło mi uczucie bycia świadkiem podniosłych wydarzeń połączone z niepokojem, powiedziałbym, egzystencjalnym. W tym krótkim tekście jest bardzo, bardzo dużo rzeczy – motywy demiurgiczne, religijne, etyczne, też wiarygodna (dla mnie, bo zupełnie nie jestem w temacie) warstwa science. Opowiadanie wydało mi się niezwykle przemyślane i dopracowane w szczegółach (bardzo jest fajnie, kiedy imiona nie są przypadkowe!).

W każdym razie – gratuluję i dorzucam w bonusie linijkę, która najbardziej mi się podobała, i którą pamiętam nawet po kilku miesiącach.

– Skąd pan wie, że ona w coś wierzy? Może tak sobie tylko rysuje. Zupełnie jak pan.

Ja z linijek pamiętałem tylko ostatnią, ale cała moc historii została ze mną do dzisiaj. Pokazałeś, jak można stworzyć SF klasyczne, aktualne i świeże zarazem. Nie sięgnąłeś po koncepcje interesujące przede wszystkim koneserów ani po tematy typowo współczesne, tylko po coś ponadczasowego. To opowiadanie ma ducha Verne’a, ale Twoją dojrzałość. Jakbyś już okrzepł po sukcesie “Lothara” (którego się przecież nie spodziewałeś) i napisał tekst świadomy, inteligentny, a zarazem pozbawiony detronizacyjnego charakteru. Sam mówisz, że powyższe opowiadanie jest Twoim najlepszym. Zdania czytelników mogą być podzielone. Ale “Na obraz i podobieństwo” nie detronizuje “Lothara”, ono po prostu idzie w swoją stronę, podbija inne krainy i tworzy swoje własne królestwo ;)

Na pochwałę zasługuje to, że znalazłeś złoty środek. Nie sądzę, by pojawiały się tu zarzuty o niezrozumiałość. Tutaj czytelnik nie orientuje się, że coś mu umknęło – a na pewno umknie, mnie umknęło. Czytelnik będzie syty i Cobold cały. Albo na odwrót. Bo nawiązań jest jak zwykle pod dostatkiem. 

Można by się tu pewnie czepiać naukowej strony: czy w podobnym projekcie brałoby udział kilku naukowców? Jednak moim zdaniem to opowiadanie jest science w kontekście humanistycznym, nie biologicznym. 

Podoba mi się to, że tym razem wziąłeś na warsztat motywy wszystkim znane – bo kto nie orientuje się w biblijnej historii Stworzenia? Wykonałeś swoją robotę z klasą. A przecież grunt, choć znany, mógł się okazać grząski. 

Przyszło mi do głowy jeszcze nowe skojarzenie. “Piaseczniki” Martina. Tak, to największy komplement. 

No i co tu więcej rzec? Mówiłem Ci już, że opowiadanie wciąż chodzi mi po głowie i że chciałbym napisać coś podobnego (acz po swojemu :P). 

Pozostaje pogratulować i nominować. 

Moje najlepsze opowiadanie.

To może być świetna reklama albo przysłowiowy strzał w kolano, jak zwiastun, który jest lepszy niż film. Ciekawe, jak to będzie.

Bardzo dobre! Nie wiem, czy nie najlepsze w całym zbiorze.

Polecam przeczytać każdemu, bo to SF w postaci, jaką najbardziej lubię. Czyli szczypta nauki, dużo rozmyślań.

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Szersza ilustracja faktu, że brak seksu może doprowadzić do zagłady gatunku ;P Biblioteka zdecydowanie się należy, też miałam skojarzenia z “Piasecznikami” (podobny motyw zamknięcia innej formy życia i obserwowania ‘co zrobią’). Ale myślę, że najlepsze opowiadanie jeszcze przed Tobą. O ile do historii “obiektów” z terrarium nie mam zastrzeżeń, ostatnie zdanie jest świetne (podsumowuje historię na obu płaszczyznach naraz), to w relacjach grupy naukowców czegoś mi brakowało. Romans był w 100% do przewidzenia, to, że nie szef projektu głosował “przeciw” też było oczywiste, ale te relacje do niczego nie prowadzą. Plus za Nguyena – pierwsze co pomyślałam, “to przecież imię wietnamskie” i zaraz Nguyen “Niemca” poprawił ;)

Lk – dzięki, fajnie, że wychwyciłeś to zdanie. Nie byłem pewien, czy wystarczająco się rzuca w oczy. Z ukrytym znaczeniem imion staram się nawet czasem walczyć, bo co za dużo to niezdrowo, ale tutaj rzeczywiście prawie każde czemuś służy. Wiecie na przykład, że neandertalczycy wzięli nazwę od doliny Neandertal, która z kolei została nazwana na cześć Joachima Neumanna, XVII-wiecznego pastora i teologa, używającego zgrecyzowanej formy swojego nazwiska? Nazwiska, które niezależnie od formy oznacza Nowego Człowieka.

 

Fun – dzięki stokrotne, brachu! Nie tyle chciałem zdetronizować Lothara, co kontynuować tamten kierunek, tak w charakterze refleksji, jak i w stylu. Dla mnie to jest element takiej szerszej bioetycznej dystopii. A Ty, cokolwiek będziesz pisał, pisz po swojemu.

 

Darcon – to nie miała być reklama. Reklamowałem ten tekst jako “seks, przemoc i alkohol”. Co do jego jakości na tle innych moich opowiadań, napisałem po prostu szczerze, jak teraz czuję.

 

Staruchu – dużo nas łączy ;)

 

Bella – a nie myślisz, że tak się powinno pisać: część rzeczy po drodze czytelnik odgaduje (i to go cieszy), ale na końcu jednak autor układa wszystko po swojemu? Bez tych relacji między naukowcami małpy nie dostałyby swojego owocu z drzewa poznania ;)

 

Bardzo mnie ruszyło. Przede wszystkim bezwzględność naukowców, którym wszystko wolno w imię własnych zasad. Według mnie bezsporną wartością opowiadania jest… uczuciowość pokazana bez efektów specjalnych, bez łzawych kawałków. Ja jakoś nie poczułam tego opowiadania jako alegorii do powstania świata, mimo ewidentnych odniesień. Dla mnie to opowiadanie pokazuje, jak bardzo potrafimy być cyniczni, przekonani o własnej nieomylności i jak umiemy wykorzystywać to, że jesteśmy od kogoś mocniejsi: psychicznie, fizycznie, ze względu na pozycję, czy z jakichkolwiek innych względów.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Coboldzie, ale mnie odgadywanie, że bohaterowie nawiążą romans wcale nie cieszy. Co innego, gdyby romans został nawiązany między “nowym” a szefem :D albo chociaż Nguyenem :P Ale facet z babką… tak to robią neandertalczyki ;)

Dobijam bibliotekę, bo zdecydowanie tekst bardzo dobry. Szerszy komentarz później, bo najpierw muszę posłać do łóżka mojego czterolatka, który uparcie do mnie strzela, a potem zaopiekować się paroma piwami, które od kilku dni marzną w lodówce, biedne. A jak powszechnie wiadomo, piłeś – nie pisz! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Miałem zostawić na jutro, a zacząłem i łyknąłem w przerwie międy dwoma filmami.

Mam dziwną, zadowloną mieszankę wrażeń. Wszystko jest tu przejrzyste, czyste, nie ma miejsca na tajemnicę i różne interpretacje. Fabuła jest wręcz liniowa, a główny bohater prosty – to taki odbicie reszty naukowców w lustrze. Ich uśpione sumienie, jedyny głos pytający “po co to wszystko?”. I ten schemat się tutaj sprawdza, to naprawdę “stare” opowiadanie, stare duchem i stylem. Zaczynając je czytać, miałem wrażenie, że wracam do Clive’a Cusslera i jego odkrywanej Atlantydy, że znów poleciałem na Ganimedesa szukając początków ludzkości. Cofnąłeś mnie o jakieś pietnaście lat wstecz – dzięki za odświeżenie tych wspomnień. Później jednak – w moim odczuciu – opowiadanie zaczęło tracić. Zrobiło się ładną i wyjątkowo ciekawą rozprawką na temat moralności ludzkiej, etyki oraz zasadności niektórych eksperymentów. Okej. Ale – co z tego? Zabrakło mi idei, którą mógłbym teraz w myślach przeżuwać. Podjęte przez Ciebie problemy są ważne, bardzo ważne – jeśli nie najważniejsze w kontekście nadchodzących lat i wynalazków, które majaczą na horyzoncie. Brakowało mi tego, czego w SF szukam, czyli sensu tychże badań. Co miały przynieść, jaki cel na końcu ścieżki chcieli naukowcy osiągnąć, po co to wszystko się w ogóle zaczęło?

W pewien sposób mnie poruszyło, choć raczej pobudziło – bo z jakiegoś powodu na takie zakończenie byłem gotów (bardziej: przeczuwałem je). Nie zawiodłem się, podobało się, ale wiem, że stać Cię na jeszcze coś cięższego, bardziej złożonego, większego, skondensowanego!

 

Biblioteka to minimum, leci więc ode mnie polecanka. Muszę pomyśleć nad nominacją na tekst miesiąca. Skłóciłeś mnie wewnętrznie. ;)

Ciekawy tekst.

Dobra tematyka – podobał mi się pomysł na eksperyment. Zagadnienie badania religijności zwierząt czy neandertalczyków brzmi nieźle. Fajne były te wszystkie rozważania na temat jego etyczności. Interesujące, że narrator na końcu postanawia wszystko zepsuć i zapoczątkować kult cargo. Tak zmarnować kilkanaście lat czyjejś pracy… I nieważne, co o niej sądzimy.

Końcówka wydaje mi się słabsza od reszty. Niezupełnie wynika z tego, co działo się wcześniej. I decyzja narratora nagła, i szympansica rysująca kręgi na ziemi dziwna. Skąd jej to się wzięło?

No, ale ogólnie na plus.

Jednak nie możesz się powstrzymać od używania znanych imion. ;-)

Babska logika rządzi!

Coboldzie, miałam przez Ciebie koszmary! Wprawdzie nie dotyczyły początku świata, a raczej jego końca, ale zdecydowanie to Twoje opowiadanie się do tego przyczyniło. Sądzę, że to komplement dla autora, skoro jego dzieło ma takie reperkusje wink

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Stn – jeśli piszesz, że choć dla Ciebie za mało skomplikowane, to jednak Ci się podobało, to lepiej tego nie mogłem napisać ;) Poważnie: długo myślałem o formie o tego opowiadania, rozważałem jakieś puzzle z notatek, przesłuchanie przed komisją, w końcu uznałem, że jeśli nie chcę, żeby moje refleksje utonęły w formie, to najlepszy będzie klasyk – nowy człowiek w zespole prowadzącym tajemniczy eksperyment. Trochę to tylko podrasowałem tymi nawiązaniami do struktury mitu. Uważam, że tak trzeba pisać – coś nowego, coś starego. I coś pożyczonego – wtedy czytelnik ma największą satysfakcję z lektury.

Bemik – do usług! Jeśli przerażają Cię te same rzeczy, co mnie, to muszę sięgnąć po Twoje “Bestie”.

Finklo – kolejna rzecz, którą sobie ciągle obiecuję, to że nie będę tłumaczył, co autor miał na myśli. Ale dobrze: to jest przede wszystkim opowiadanie o tym, co czyni człowieka człowiekiem. I w tym znaczeniu malowanie aureoli, to kto to robi (za pierwszym i za drugim razem) i w następstwie jakich wydarzeń, jest dla mnie kluczowe. Podobnie jak to, że w przedostatnim zdaniu małpy mają już dłonie, nie łapy.

Co czyni człowieka? Też ciekawy temat. Ale czy w takim razie nie można z tekstu wysnuć wniosku, że śmierć dziecka? Brrr!

Babska logika rządzi!

Nie sama śmierć, tylko refleksja nad nią i próba poradzenia sobie w sposób symboliczny.

Coś może w tym być… Kobiety zazwyczaj są bardziej religijne i trudniej im nie zauważyć, że mają dziecko. ;-)

Babska logika rządzi!

Piękne opowiadanie stawiające trudne pytania i pozostawiające czytelnika z brakiem odpowiedzi – czy raczej tematem do rozmyślań. Duży plus. Trudno jednoznacznie powiedzieć, co stanowi o człowieczeństwie i gdzie przebiega granica, chyba nie ma czegoś takiego “odtąd dotąd”. W sumie to samo dotyczy etyki, ale tutaj mam swoją prywatną definicję na własny użytek: dopóki czuję, że jestem w porządku, jest dobrze. 

Bardzo dobrze napisane, samo się czyta.

Dla mnie jest idealne.

Podobało mi się :)

Właściwie mogę się podpisać pod komentarzem Anet. To doskonały materiał do osobistych rozważań, a w związku z tym, że są one osobiste, to do pewnych kwestii nie będę się odnosić.

Zadajesz trudne pytania. Pytania o granice ingerencji nauki w ciało człowieka, o to, jak daleko można się posunąć bawiąc się genami i jakie mogą być tego konsekwencje, o samo człowieczeństwo. Dostrzegam też nawiązanie do Danikena i pytanie o to, skąd wzięliśmy się my – ludzie. I najważniejsze – czym jest świętość?

Pięknie, wciągająco napisane, pełne smaczków, jak scena z piciem deszczu, która totalnie mnie rozwaliła. Gratuluję, Coboldzie i mam nadzieję, że brązowe będzie tym razem. ;)

 

No i mam coś, czego inni pewnie nie mają. :D

 

 

 

Ale bohomaz…

Nie przesadzaj :)

Sięgaj, Coboldzie, po Bestie – z drżeniem serca będę czekać na opinię.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przeczytałem po raz drugi (bo pierwszy raz w Fantazmatach). Tak jak wtedy – z przyjemnością. 

Nawiązania, zwłaszcza końcówki, do początku Odysei Kosmicznej 2001 wchodzą mi same. Podoba mi się, jak przemawiasz nie słowami, ale obrazami. Jasne, pierwsza rozmowa z Bjornem jest tu wyjątkiem. Potem jednak przekazujesz pałeczkę obrazom z tego specyficznego terrarium, okraszając je komentarzami pod rozwagę ze strony zespołu naukowego.

Konstrukcja fabularna nie jest jakimś wielkim majstersztykiem, ale spełnia podstawowe zadanie przekazania treści. I, zgodnie z Twym komentarzem, o to tutaj chodziło. Akcja płynie i jedynym elementem, do którego bym się przyczepił, to już wspomniany infodump w formie dialogu z Bjornem. W pewnym momencie czułem, że wkładasz mu te wszystkie wyjaśnienia w usta, by za jednym zamachem wykreować tło opowieści i więcej się z tym nie męczyć.

Bohater wyszedł Tobie ciekawie, podobają mi się jego porównania (jak z tymi drakkarami). Jest kąśliwy, ale też nie bierny. Z innych bohaterów wyraźny wyszedł Nguyen, jego zachowanie i rozmowy. Bjorna wybornie kreujesz na silnego osobnika alfa o wyraźnych poglądach i ognistym temperamencie. Ann jest tu najsłabszym ogniwem – charakteryzował ją romans z narratorem oraz bezwzględne poglądy. Przy pozostałych interakcjach bohatera te z nią odebrałem jako średnie, nieinteresujące. Nawet jeśli pod koniec w jakiś sposób przyczyniła się do finalnego czynu.

Podsumowując: mocny, wyraźny koncert fajerwerków. Nie odkrywa Ameryki, ale stawia pytania i pozwala czytelnikowi dojść do swoich wniosków. A to bardzo lubię.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Charaktery postaci są w domyśle dopowiedziane tym, kogo oni udają w tym małym panteonie. Ale zdaję sobie sprawę z tego, że nad relacjami damsko-męskimi w tekstach muszę jeszcze popracować.

 

EDIT: Czy mi się zdaje, czy zostałem adresatem najdłuższego komentarza Anet w historii? ;)

No no… Cobold przechodzi do wysokiej ligi, choć to oczywiście subiektywna ocena. Bardzo dobry tekst, a i znalazłem w nim zdanie perełkę. Brawo!

Dzięki, Blackburn! A któreż to zdanie, jeśli można zapytać?

Długo zastanawiałem się, jak napisać komentarz. Przede wszystkim dlatego, że nie jestem taki pełen zachwytu, jak reszta. Właściwie to Cobold się zaczął i skończył na Oddziale dla opętanych. Szybko wyjaśniam, że ten, który lubię. I to nie jest tak, Krzysztofie, że chcę umniejszyć Twój sukces, bo niewątpliwe umiesz pisać i jak widać umiesz też trafić do czytelników na tym forum, ale niekoniecznie do mnie.

Przechodząc jednak do opinii, to nie sposób nie mieć skojarzeń z Bogami z kosmosu Danikena, zresztą sam robisz ukłon w jego stronę, ale Twoja opowieść nie zaciekawiła mnie. Nie mogę też powiedzieć, że nie jest ciekawa, raczej pozostawiła obojętnym. Z dwóch powodów. “Ludzi” i ludzi.

I tak jak Daniken, nie sili się, abyśmy ich pokochali (przynajmniej tak to odbierałem), mam na myśli dzikusów, tak Ty próbujesz coś wskórać, a to nie wychodzi. Na granicy powagi i klaunady jest łapanie się za głowę Tarzana na widok martwego małpiątka, nawet dziecka, gdyby nim było. To jest niewiarygodne. Od dawien dawna wiele noworodków umierało i bardzo długo człowiek nie przejmował się zbytnio ich losem, a co dopiero pół małpa. Wiarygodna jest scena z Greystoke, gdzie gorylica rzuca na ziemię martwe młode i zabiera żywego noworodka. W to jestem w stanie uwierzyć.

Dalej nie jest lepiej. Małpy, które atakują w odwecie, nie wiem, gwałtu na samicy-małpie-kobiecie? Czy też uprowadzenia młodego-małpki-dziecka? Bo chyba tak szybko nastąpiła u Ciebie ewolucja…

Podobnie ma się sprawa z bohaterami hm… Z naukowcami. Przechodzę obok nich obojętnie, a głównego wręcz omijam. Nie jest on co prawda moim znienawidzonym, wspominanym pod którymś z Twoich poprzednich opowiadań – typem męczennika z grymasem na twarzy (koniecznie po przejściach), ale bliżej mu do niego, niż pozytywnego bohatera, czy w ogóle innego. Reszta nie jest lepsza, nie przejmuję się ich losem, nie wzruszają mnie, ani nie złoszczą, nic nie robią. Są wyraziści – to fakt.

Doceniam dobry warsztat, to słowo drukowane, ale ostatnio umykają mi Twoje pomysły. Nie będę pisał “może następnym razem’”, bo coś mi się wydaje, że w moim guście go już nie będzie.

Pozdrawiam.

 

 

Skoro bronię swojego prawa do wyboru własnego ulubionego opowiadania, nie mogę tego odmówić Tobie. Ale uzasadnienie do mnie nie przemawia. Jakbyś tej ewolucji w czasie nie rozciągnął, któraś małpa musi w końcu zejść z drzewa jako pierwsza. A Neumann jest tym samym typem zgorzkniałego, wrzuconego w przerastający jego horyzonty intelektualne i moralne eksperyment facetem, co Olvido z Oddziału. I podobnie jak tam, sugeruję (choć tego nie przesądzam), że jest współodpowiedzialny za radykalne zakończenie tego eksperymentu.

A Neumann jest tym samym typem zgorzkniałego, wrzuconego w przerastający jego horyzonty intelektualne i moralne eksperyment facetem, co Olvido z Oddziału.

Może i typem jest podobnym, z charakteru, ale… Czuję się trochę nieswojo wykazując diametralną różnicę pomiędzy Neumannem, a Olvido Autorowi opowiadań.

To jest Olvido:

Wyprostował się w fotelu, splatając ręce za karkiem. Nogi wyciągnął przed siebie. Końcem buta trącił obudowę STOS-u.

Co zrobił Olvido? Zadziałał. Tak, mentalność miał podobną, ale w odróżnieniu od pana N. wiedział, gdzie jest granica dobra i zła i umiał, odważył się, lub po prostu wiedział – jak trzeba postąpić.

Co zrobił Neumann? Co zrobili pozostali bohaterowie? Czy zareagowali, zrobili coś, cokolwiek? Nic. Są tacy sami na końcu, jak na początku opowiadania. Stawiam więc pytanie, po co w ogóle ten utwór? By pokazać, że na świecie dzieją się, mogą być przeprowadzane, nieudane eksperymenty? Jaką miałem wyciągnąć dla siebie naukę, refleksję? Czy miałem stać i długo milczeć?

Nie Coboldzie, Neumann to nie Olvido.

Czułbym się tym bardziej nieswojo, tłumacząc Czytelnikowi co (prawdopodobnie) zrobił Neumann… Bo jednak moja bajka to niedopowiedzenia.

Krzysztofie,

Stali tak długo, w milczeniu patrząc na to, co zrobili.

Wiesz, że w pierwszej chwili pomyślałem, że to małpy stoją?

Też czuję się nieswojo pisząc Ci kolejny komentarz. Żaden z nich nie ma na celu obniżenia wartości Twojego utworu, tylko wyjaśnić moje refleksje. Myślę jednak, że już wszystko sobie tutaj wyjaśniliśmy.

 

Darconie, chciałem żeby Czytelnik tak pomyślał.

Ojoj, w takim razie jest gorzej, niż myślałem.

Ja tam będę bronić ostatniego zdania tego opowiadania – właśnie dlatego jest dobre, że odnosi się równocześnie do małp jak i naukowców. I sugeruje, by czytelnik (o ile nie zrobił tego wcześniej) nałożył sobie zachowania jednych na drugich.

Przede wszystkim bardzo dobrze napisane, przeczytałam bez najmniejszych potknięć. Poza tym intersujący, z pewnością dający do myślenia pomysł. Ludzie, małpy, religia, macierzyństwo, eksperymenty, gdzie się to wszystko zaczyna, a gdzie kończy… Twój tekst nie daje odpowiedzi, a raczej prowokuje do stawiania kolejnych pytań. Tak czy inaczej, mimo że opowiadanie nie rozwiało moich leków egzystencjonalnych, tylko je pogłębiło, bardzo mi się podobało :)

No cóż, przeczytałam bez najmniejszej przykrości, bo opowiadasz zajmującą historię, a choć toczy się ona dość leniwie, dotyczy wydarzeń, wobec których trudno zachować obojętność. I mam tu na myśli sprawy dotyczące tak uczonych, jak i ich podopiecznych.

Kiedy czytałam sceny opisujące poczynania szympansów i neandertalczyków, miałam wrażenie oglądania filmu – obrazy same ukazywały się, jakbym obserwowała wszystko na monitorach. Bardzo fajne wrażenie.

Jedno mnie tylko martwi – nie potrafię zrozumieć, co skłoniło poważnych, jak mniemam, naukowców do dopatrywania się czegoś religijnego w zachowaniu podopiecznych… No i skąd Racheli przyszło do głowy rysowanie okręgów wokół głów Jane i Tarzana…

 

Coboldzie, skoro twierdzisz, że to Twoje najlepsze opowiadanie, z niecierpliwością czekam na kolejne. :)

 

Niósł ze sobą na­rę­cze owo­ców. –> Może wystarczy: Niósł na­rę­cze owo­ców.

No bo czy mógł nieść coś bez siebie, bez własnego w niesieniu udziału?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka