- Opowiadanie: SzyszkowyDziadek - Dzwoneczek i Klub Solipsystów

Dzwoneczek i Klub Solipsystów

Mam nadzieję, ze nikogo nie zniechęcą tagi “absurd” i “filozofia”. Absurd starałem się trzymać w ryzach, z filozofią też próbowałem nie przeciążyć. Czy wyszło zgodnie z planem? Zachęcam i zapraszam do zapoznania się. :)

 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Dzwoneczek i Klub Solipsystów

1. Arcytrudny problem istnienia krzeseł

 

Pamiętam dzień, w którym położono fundament pod moją przyszłą filozofię życiową. Wszystkie lokalne gazety zachęcały do przybycia do Parku Dyskusji i zobaczenia przemowy niejakiego Filipa Pętelki, zwanego także baronem sceptyków.

Chociaż przybyłem pół godziny przed występem barona, w parku zebrał się już spory tłum. Nie byłem zbyt wysoki. W sumie nic dziwnego, miałem wtedy siedem lat. Musiałem stać na palcach, by widzieć chociaż kapelusz przemawiającego Pętelki. Ach, ale co to za przemowa! Doznałem zaszczytu wysłuchania wielkiej tyrady przeciwko krzesłom. Po takiej kanonadzie argumentów, każdy chyba zwątpiłby w istnienie wszystkich krzeseł świata.

Patrzyłem, jak zahipnotyzowany, w podskakujący kapelusz wielkiego filozofa. Minęła druga godzina wykładu, część widzów znudzona opuszczała park. Trochę mnie to zniesmaczyło. Skoro już zdecydowali się przybyć, powinni być uprzejmi wysłuchać do samego końca. Tłum się przerzedził i dzięki temu mogłem wreszcie dostrzec mówcę w całej okazałości. Niezbyt dużej okazałości.

Baron był bardzo niskim człowiekiem, dlatego, gdy wygłaszał jadowitą przemowę o iluzoryczności wszystkich krzeseł, stał na… krześle.

Quod erat demonstrandum. Wykazaliśmy więc, że wszystkie krzesła są jedynie fikcją. Czy są jakieś pytania?

Zanim zorientowałem się, co robię, moja dłoń wystrzeliła w górę. Była jednak skromnym drzewkiem w tym, jak to się mówi, lesie rąk. Nie tylko ja chciałem zadać pytanie.

– Czy mógłbym dostać pański autograf? – zapytał człowiek w śmiesznych okularach.

– Ależ oczywiście. Tylko po wykładzie – odparł zakłopotany Pętelka.

Serce zaczęło mocniej bić, gdy dostałem mikrofon.

– Zatem… Ja chciałbym…

– Trochę głośniej poproszę, bo nic nie słyszę – powiedział filozof, przez co tylko zwiększył mój lęk.

– No bo…

Gdy usłyszałem zniecierpliwione pomruki widzów, którzy również mieli w zanadrzu pytania, postanowiłem zaryzykować.

– No bo skoro krzesła nie istnieją, to na czym pan stoi?

Czułem, jak moje policzki nabierają koloru zarumienionego raka. Ludzie w parku patrzyli na mnie jak na heretyka.

Przełknąłem ślinę i powtórzyłem pytanie. Tym razem na tyle głośno, że baron musiał usłyszeć.

Pętelka uśmiechnął się, po czym zszedł z meblowego postumentu.

– Ależ, mój drogi, przecież to jest taboret!

Tak, to naprawdę był taboret. Czy naprawdę myślałem, że znajdę lukę w rozumowaniu wielkiego sceptyka?

Zrobiłem z siebie pośmiewisko, niemal zapadłem się pod ziemię. Wtedy spostrzegłem, że zmierza w moją stronę jakaś dziewczynka z wielką kokardą na głowie. Pomyślałem, że może chce mnie pocieszyć. Ale bardzo się pomyliłem.

Nieznajoma wlepiła we mnie swoje niebieskie oczy i świdrowała wzrokiem.

– O co chodzi? – spytałem.

– Odwal się.

– Słucham?

– Odwal się od mojego taty – sprecyzowała dziewczynka i zrobiła naburmuszoną minę.

Dlaczego wspominam coś, co zdarzyło się dwie dekady temu? Dlaczego akurat ta scena wypływa na wierzch, ilekroć zanurzam się w przeszłości? To prawda, że publiczne upokorzenie przez barona skierowało mnie w stronę podważania rzeczywistości i wiele lat później skłoniło do założenia klubu. Ale tamtego dnia w Parku Dyskusji wydarzyło się coś znacznie ważniejszego.

Wtedy po raz pierwszy spotkałem Agatę Pętelkę.

Wtedy po raz pierwszy spotkałem Dzwoneczka.

 

***

 

Klub Solipsystów był bardzo dziwnym miejscem, może nawet bardziej irracjonalnym od położonego dwie przecznice dalej Stowarzyszenia Irracjonalistów. I to z najlepszego możliwego powodu. Z definicji.

Klubowicze zgadzali się, że istnieje tylko pojedynczy podmiot, a cała reszta jest jedynie iluzją. Jednak różnili się w szczegółach, co do natury owej iluzji i, co gorsza, co do samego podmiotu.

Rafał, pełniący rolę skarbnika, uważał, że cały świat jest symulacją. Wygenerowaną przez mózg Rafała.

Andrzej, księgowy klubu, był pewien, że rzeczywistość to niezbyt udany film. Wyreżyserowany przez Andrzeja.

Kalina, wiceprzewodnicząca, twierdziła, że ktoś wyśnił całe uniwersum i pewnego dnia, gdy w końcu się obudzi, wszyscy wyzioniemy ducha. Tym okrutnym śpiochem była, rzecz jasna, Kalina.

I tak dalej, fundamentalnie niezgodni, tak samo, jakby zebrać w jednym miejscu zwolenników geocentryzmu, marsocentryzmu, wenusocentryzmu i kazać im dojść do porozumienia w oparciu o wspólną niechęć do Słońca.

No i jeszcze ja, przewodniczący i założyciel Klubu Solipsystów. Trochę znużony, ale jednak nadal wierzący w ideały stowarzyszenia. Choć ostatnio nie powodziło się najlepiej.

– Spójrz – powiedział Andrzej i wskazał na jakiś rój cyferek na ekranie.

– Fascynujące – odparłem, choć księgi rachunkowe wcale mnie nie intrygowały.

– Źle się dzieje. Nie możemy wziąć udziału w Kongresie Filozofii, bo zwyczajnie nas na to nie stać.

– Dobrze to policzyłeś? – spytałem, ale gdy księgowy spiorunował mnie wzrokiem, wycofałem się. – Musimy wystąpić na Kongresie!

– Cyfry nie kłamią – stwierdził filozoficznie reżyser świata. – Potrzebujemy pieniędzy, ale nowych członków nie przybywa, a obecni ociągają się z płaceniem składek.

– W takim razie jak to jest, że te gnidy z Kółka Nihilistów przenoszą się do nowego biura?! A kanalie z Grupy Symulacjonistów stać na wyloty integracyjne na Księżyc?!

– A jak myślisz?

“Może konkurencja ma lepszych księgowych” – pomyślałem, żywiąc nadzieję, że światowy reżyser nie ma wglądu w moją głowę.

– Nie wiem – przyznałem i podrapałem się po czole.

– Nie słyszałeś? Dostali setki tysięcy od WirtuOzu! Pętelka bawi się na starość w mecenasa filozofii.

– Filip Pętelka? Znam go.

Księgowy zmarszczył czoło.

– Każdy zna Filipa Pętelkę. Ilu jest na świecie miliarderów, potentatów wirtualnej rzeczywistości i kolonizatorów Marsa? Chyba że znasz go osobiście. Jeśli piliście razem wódkę, to przydałoby się, żebyś właśnie do niego zadzwonił.

– Nie, spotkałem go tylko raz.

– I tak do niego zadzwoń.

– Dwadzieścia lat temu.

– Umów się na spotkanie.

 

***

 

Nie chciałem iść na żebry, ale nie widziałem innego wyjścia. Gdybym doprowadził do bankructwa klubu, dwudziestu w pełni sprawnych filozofów wylądowałoby na bruku. I w taki oto sposób, przyszło mi ponownie spotkać się z baronem sceptyków.

– Może wody?

– Tak, poproszę.

Powoli wyżłopałem całą szklankę, grając na czas. Czułem, jak pocę się pod koszulą. Pewnie mniej bym się stresował, gdyby zorganizowali spotkanie w wirtualu, a nie w jednym z ich biur. Schowałbym się za maską awatara. Awatary się nie pocą.

W ciągu dwudziestu lat zdążyłem założyć i doprowadzić do finansowej katastrofy kółko filozoficzne. W tym samym interwale Filip Pętelka zmonopolizował rynek wirtualnych rzeczywistości i został drugim najbogatszym człowiekiem na Ziemi i w jej okolicach. 

Za to nie urósł ani o centymetr. Gdy dostrzegłem, że siedzi na wysokim krześle, przyszło mi do głowy, że mógłbym się zrewanżować za upokorzenie w Parku Dyskusji, jednak wątpiłem, by zapamiętał wynurzenia jakiegoś mamroczącego siedmiolatka. Zresztą obawiałem się, że to rzekome krzesło mogło okazać się fotelem albo innym krzesłopodobnym meblem.

Pętelka siedział razem z kilkunastoma współpracownikami, ale miejsce po prawej pozostało puste.

– Chyba już nie przyjdzie – mruknął Pętelka. – Zatem, dlaczego uważa pan, że firma WirtuOz powinna wesprzeć Klub Solipsystów?

Nie miałem nic przygotowanego, bo od dziecka improwizacja wychodziła mi lepiej niż trzymanie się scenariusza. Ale w tamtej chwili plułem sobie w brodę, że nie spisałem przemówienia.

– Nie wiem, jak firma WirtuOz, ale jestem przekonany, że baron sceptyków powinien wesprzeć nasz klub.

Filip roześmiał się, odsłaniając pożółkłe, miejscami zahaczające o barwę pomarańczy, zęby.

– Już dawno nikt mnie tak nie nazwał. Zastanawiałem się nawet ostatnio, czy nie zrezygnować z tytułu, bo jest zbyt pompatyczny – zrobił krótką pauzę i zakasłał. – Zatem, dlaczego baron sceptyków ma was finansować?

– Czy zastanawiał się pan kiedyś nad tym, jakie życie jest antykopernikańskie? Wszystko kręci się wokół nas. Jesteśmy w centrum własnej świadomości. Weźmy na przykład to słynne “Myślę, więc jestem”.

– Ci z Fanklubu Kartezjusza są następni w kolejce – wtrącił miliarder.

– Wynika z tego tylko, że istnieję ja i nikt więcej. Jedyna świadomość, o której istnieniu możemy być względnie przekonani, to nasza własna! A więc…

Przerwała mi.

– Przepraszam za spóźnienie – wytłumaczyła się kobieta z krótkimi jasnymi włosami i w… żółtej piżamie w małpki.

– Co ty masz na sobie? – zirytował się Pętelka.

– Spokojnie, tato. Dopiero, co wstałam, sam mówiłeś, żebym przestała się spóźniać.

– Ale i tak się spóźniłaś – zauważył baron i wymownie spojrzał na zegar. Dochodziła trzynasta.

– No, ale mniej – odparła i usiadła tuż obok ojca. Poprawiła plakietkę z napisem “Agata Pętelka, wiceprezes zarządu”.

Wtedy po raz drugi spotkałem Dzwoneczka.

Stałem w milczeniu, bo ostatnia myśl zdążyła się ulotnić jak para z czajniczka.

– Ojej, chyba cię zestresowałam. Nie chciałam – przeprosiła Agata i odwróciła wzrok. – Kontynuuj.

– Na czym to ja… A! Postrzegamy świat za pomocą zmysłów. Ale skąd wiemy, że istnieje coś poza naszymi reakcjami?! Że na przykład, krzesło, na którym pan siedzi, nie jest urojeniem.

– Tak – potwierdził ochoczo Filip. Chyba poruszyłem właściwą strunę. – Krzesła to szkodliwy mit.

Uśmiechnąłem się, szło mi znacznie lepiej, niż się spodziewałem.

– Czyim?

– Słucham?

– Czyim urojeniem są krzesła? – powtórzyła głośniej Agata.

– Moim… To znaczy twoim… To znaczy pani urojeniem – poprawiłem się niezgrabnie. Znowu poczułem na sobie strużki potu.

– Cóż… Są zbyt nudne jak na moje urojenia. Uroiłabym sobie je bardziej w stylu rokoko. Czyli wierzysz, że wszystko sobie wymyśliłam? Że cały świat został stworzony przez Agatę Pętelkę? Podoba mi się taka filozofia.

– Zaraz, uważa pan, że cały świat jest mirażem stworzonym przez moją córkę? – Pętelka zmarszczył brwi.

– To nie tak… – Czułem, że mój język jest na granicy splątania. – Wierzę, że wszystko wokół jest moim urojeniem.

– Niby dlaczego mam wierzyć, że wszystko jest pana urojeniem? – oburzył się baron i postukał dłońmi w blat. – Nawet pana nie znam!

– Każdy ma swój własny solipsyzm…

– W porządku. Tylko jak możecie zakładać klub? To tak, jakby stworzyć Klub dla Ludzi Nienawidzących Klubów!

– To taki paradoks.

– Paradoks? Czy może ordynarna sprzeczność?

Zrobiłem się cały czerwony na twarzy. Znowu. Baron ponownie zrugał mnie jak dzieciaka. Rzecz jasna, nie dostaliśmy dofinansowania.

 

2. Teoria Dzwoneczka

 

Patrzyłem w oczy ludzi, których zawiodłem, którzy przeze mnie wylądują na bruku.

– Przykro mi – oznajmiłem klubowiczom. – Klub Solipsystów nie weźmie udziału w tegorocznym kongresie. Nie mamy pieniędzy.

Po sali rozniosły się pomruki zawodu i oburzenia.

– A co z tym miliarderem? – spytała Kalina, śpioch świata.

– Nie zgodził się – odpowiedziałem i zacząłem drapać krawędź stolika, by jakoś uspokoić nerwy.

– Nie przekonałeś go – stwierdziła wiceprzewodnicząca.

– Przepraszam. Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy.

Stałem tam jak jakiś beznadziejny stand-uper, obrzucany zarzutami. Wiedziałem, że nadejdzie chwila, kiedy przestanę być przewodniczącym. Ale wolałbym odejść w lepszym momencie, żeby nikt nie ciskał we mnie pomidorami, gdy schodzę ze sceny.

– Przepraszam – powtórzyłem i gestem starałem się ostudzić zapał klubowiczów. – Jeśli nie ma innego wyjścia, mogę zrezy…

Przerwała mi. Znowu. Przyszła w towarzystwie dwóch ochroniarzy i, jak gdyby nigdy nic, usiadła w ostatnim rzędzie. Tym razem nie była ubrana w jaskrawą piżamę, ale i tak zwracała uwagę. Klubowicze pokazywali ją sobie palcami, niecodziennie spotyka się córkę miliardera. Tylko co robiła na spotkaniu podupadającego kółka filozofów?

– Mogę zrezygnować – dokończyłem przerwane zdanie.

A potem, po krótkiej dyskusji, ustaliliśmy termin wyborów następnego przewodniczącego.

Po jakimś czasie sala niemalże opustoszała, zostaliśmy sami. Ja, ona i jej goryle.

– Co tu robisz? – spytałem.

– Wiesz, kim jestem?

– Oczywiście, jesteś córką Filipa Pętelki.

Nie powinienem był tego mówić, obrzuciła mnie spojrzeniem, jakby pragnęła mojej śmierci lub co najmniej okaleczenia.

– Jestem wieloma rzeczami. Jestem człowiekiem, kobietą, naukowcem, fanką krykieta i amatorką szarlotki. I tak, między innymi, jestem też córką swojego taty.

– Przepraszam, nie chciałem pani urazić.

– Agata – powiedziała i podała mi rękę.

– Bartłomiej.

– Nic się nie stało, to po prostu czuły punkt, na którym na dodatek mam fioła.

– Więc co Klub Solipsystów może dla ciebie zrobić?

– Mam pewną teorię i szukam ludzi, którzy chcieliby mnie posłuchać. Myślę, że może was to zainteresować.

– Wybierałem się właśnie na lunch, ale…

– Możemy pójść razem.

 

***

 

Ostrzegano mnie, słyszałem plotki i szeptane legendy. Wszyscy wiedzieli, że Agata Pętelka jest szalona, że jest niezrównoważona jak waga, której każe się porównać ciężar piórka i cegły.

Wybraliśmy się do jakiejś egzotycznej restauracji, zdecydowanie nie na moją kieszeń, nawet nie na moich kilka kieszeni. Tam opowiedziała o swojej cudacznej teorii filozoficznej, z której prawie nic nie zrozumiałem. Zapamiętałem tylko, że Agata Pętelka była wielką fanką “Piotrusia Pana”.

A potem sprawy potoczyły się szybko. Ignorując ostrzegawcze semafory, spotykałem ją coraz częściej i poznawałem coraz bliżej. Agata wcale nie była szalona, raczej trochę zagubiona. Ale kto nie czułby się skołowany, gdyby na osiemnaste urodziny dostał od starego własną marsjańską kolonię?

Lubiła chodzić na spacery po kafejce wirtualowej. Przechadzać się między ludźmi śpiącymi nierzeczywistym snem. Leżeli w czarnych goglach z laserową obwódką, głowy mieli skierowane na sufit.

– Dlaczego tak lubisz tu przychodzić? – spytałem Agatę, starając się nie potknąć o splątane kable.

– Bo czuję się tu wolna. Jedyna wybudzona wśród śpiących.

– Rozumiem. A nie chciałabyś kiedyś spróbować wirtuala?

– Wiesz, myślałam o tym. Ale nie wiem, jakiego wziąć awatara. Chciałabym się z nim utożsamić.

– Większość wybiera ludzi, którymi chcieliby zostać, personifikację własnych marzeń. Założę się, że ten dzieciak – pokazałem na jakiegoś nastolatka z przetłuszczonymi włosami, który leżał i błogo się uśmiechał. – jest teraz umięśnionym superbohaterem. I tylko on może uratować świat przed zagładą.

– Skąd taki pomysł? – zainteresowała się Agata.

– Cóż… Ja tak kiedyś robiłem. Bawiłem się w wirtualowe ratowanie świata, ale szybko mi się znudziło. Teraz po prostu wgrywam siebie, maszyna skanuje ciało i tworzy awatara-sobowtóra. Wolałbym, żebyś wgrała siebie.

– Siebie? – skrzywiła się Agata. – Nie słuchałeś mnie. Powiedziałam, że szukam awatara, z którym mogłabym się utożsamić.

– Nie do końca rozumiem…

– Mogę ci wytłumaczyć, jak to jest. Co czuję. Słyszałeś jakieś bajki o eliksirze miłości?

– Wypija się taki eliksir i zakochuje w pierwszej widzianej osobie?

– Tak. – Agata pokiwała głową. – Powiedzmy, że ja wolałabym poprosić alchemika o trochę inną substancję. Eliksir akceptacji.

– Ale po co?

– Żeby upijać się nim do lustra.

 

***

 

Zostałem wybrany przewodniczącym klubu. Ponownie. Ale byłem świadomy, że to nie tylko moja zasługa. Filip Pętelka zdecydował się wspomóc nasze stowarzyszenie, uratować przed splajtowaniem. Wiem, że baron sceptyków nie zmienił zdania tak po prostu. Ktoś musiał szepnąć mu to i owo.

Tak wiele jej zawdzięczałem. Tego dnia, kiedy nastroje w Klubie Solipsystów znów się ociepliły, zaprosiłem Agatę do wygłoszenia odczytu, przedstawienia swojej teorii filozoficznej.

Przybyła jakąś godzinę przed planowanym wykładem, przyniosła ze sobą pognieciony, brązowy kuferek.

– I jak? Stresujesz się? – spytałem dziewczynę.

– Troszeczkę.

– Czy mogę jakoś ci pomóc?

– Właściwie, to tak. Powiedz mi, gdzie tutaj mogę się przebrać?

Czekaliśmy. Coraz bardziej niecierpliwie.

W końcu wyszła, podeszła w stronę katedry. Odchrząknęła i poprawiła skrzydełka. Agata Pętelka przebrała się w zieloną sukienkę, a z upiętych w kok włosów sypał się jakiś pyłek. Nerwowo stukała pantofelkami ozdobionymi pomponami. Wyglądała zupełnie jak przerośnięta Dzwoneczek, przynajmniej ta z pierwszej disneyowskiej adaptacji.

– Dziś, na pierwszym w tym roku seminarium Klubu Solipsystów, Agata Pętelka wygłosi odczyt na temat uogólnionej teorii Dzwoneczka – zaanonsowałem.

– Dziękuję za zaproszenie – powiedziała prelegentka we wróżkowym stroju i zaczęła przechadzać się. – Czy czytaliście może “Piotrusia Pana”? To moja ulubiona książka i jest w niej pewien fragment o istnieniu wróżek. A może bardziej o ich nieistnieniu.

Gestykulowała, strzepując coraz więcej pyłku na podłogę. Rafał pokręcił głową z dezaprobatą. Był nie tylko klubowym skarbnikiem, do jego obowiązków należało także sprzątanie.

– Chodziło tam o to, że wróżki umierają, bo dzieci przestały w nie wierzyć. Moja teoria jest tylko skromnym uogólnieniem tego poglądu. Co, jeśli dotyczy to nie tylko wróżek, ale też całej reszty? Co, jeśli rzeczy przestają istnieć, bo nikt już w nie nie wierzy?

– Smoki też? – spytał ktoś z sali.

– Tak.

– A jednorożce?

– Także, ale to nie o to…

– Krasnoludki?

– Także – przyznała Dzwoneczek. – Tylko…

– To jakiś absurd – powiedziała Kalina oschłym tonem. – Twierdzisz, że kiedyś hasały po świecie jednorożce i wróżki, tylko zniknęły, bo nikt już w nie nie wierzy?

– Nie, nie to miałam na myśli. Wcale nie wierzę, że na świecie istniały wróżki. To tylko taki przykład, chodzi mi o to, że wszystko, na przykład to krzesło, może przestać istnieć, gdy straci wierzących w jego realność.

– Ale przecież my tutaj, w Klubie Solipsystów, raczej nie wierzymy w jego realność – wtrąciła się znowu Kalina. – Dlaczego więc nie znika?

Dzwoneczek otwierała usta, by odpowiedzieć, ale Kalina pytała dalej.

– No i przecież przed odkryciem Neptuna większość ludzi nie wierzyła w jego istnienie, bo nie miała o nim pojęcia. Czy zatem przed jego odkryciem planeta nie istniała? Czy to ma jakikolwiek sens?

Kobieta w stroju wróżki próbowała ukryć panikę, ale szło jej to beznadziejnie. Trzęsła się, posyłając w powietrze jeszcze więcej pyłu.

– Chodzi o to, że… Ludzie nie wierzyli w Neptuna, bo o nim nie wiedzieli. Nazywam to bierną niewiarą, czynna niewiara jest wyborem. I to o nią mi chodzi…

– Bzdura! – krzyknęła Kalina, która poza solipsyzmem reprezentowała też wojujący ateizm. – Niewiara nie jest działaniem, tylko jego brakiem. Tak samo, jak nieoglądanie telewizji nie jest hobby!

– Nie rozumiesz… Moja teoria to nie tylko teoria…

– To dlaczego tego nie pokażesz, nie znikniesz jakiegoś krzesła potęgą swojego sceptycyzmu?!

– To dopiero wstępna faza badań. Ja…

– Posłuchaj – powiedziała Kalina najbardziej protekcjonalnie jak umiała. – Jesteś jeszcze młodą dziewczyną, może wrócisz tu, gdy nauczysz się wysławiać pełnymi zdaniami. Może twój ojciec zapisze cię na kurs…

– Odwal się od mojego taty.

– Spokojnie, ale nie rozumiem, po co zapraszać tutaj osoby, które potrafią tylko paradować w dziwacznej zielonej mini i których jedynym osiągnięciem jest medal olimpijski w nepotyzmie. Znasz w ogóle to słowo, dziewczyno?

Dzwoneczek chciała coś powiedzieć, ale tylko się jąkała, spojrzała na mnie, licząc na pomoc. Oczy miała zaszklone, na granicy płaczu.

– Kalino, proszę bez wycieczek osobistych – powiedziałem.

– Ale przecież my tylko dyskutujemy – wytłumaczyła solipsystka. – To znaczy ja dyskutuję, a ona ryczy.

Agata zdążyła wybiec, zanim wybuchnęła płaczem. Powinienem iść za nią, ale nie poszedłem. Jako przewodniczący klubu nie mogłem okazywać słabości. Nie tego ode mnie oczekiwali.

Cholernie powinienem za nią pójść.

 

***

 

Wtedy zaczęło się między nami psuć, a im bardziej było popsute, tym jeszcze szybciej się psuło.

Pamiętam, gdy w końcu zdecydowała się na wycieczkę po wirtualu. Wysłała mi zaproszenie do symulowanego świata, nareszcie znalazła awatara, z którym mogła się utożsamić.

Niektórzy potępiali wirtual jako ucieczkę od rzeczywistości, ale ja nie byłem jednym z nich. Choćby dlatego, że nie uznawałem świata za realny. Pracownicy założyli mi specjalne gogle i wpięli w szyję jakąś ogromną tubę. Gdy otworzyłem oczy, nie należały już do mnie, tylko do awatara. Nawet nieźle mnie skopiowało, tylko zostawiło kilka ostrych kantów na krawędziach dłoni. Zmieniłem ustawienia antyaliasingu i pobiegłem w stronę symulowanej dżungli.

Znacznik na podręcznej mapce pokazywał, że właśnie tam znajdował się użytkownik o loginie złożonym ze słowa Tinkerbell i ciągu cyferek.

W sercu dżungli znalazłem potwora. Jak golem pozlepiany z foremnych brył, z których gdzieniegdzie prześwitywały nienaturalnie czarne trójkąty. Nienaturalnie nawet jak na niezbyt wyśrubowane standardy wirtualnej rzeczywistości. Monstrum wyglądało jak człowiek z losowo potasowaną anatomią, z głowy wyrastały ręce, z tułowia uszy. Groteska pełzła do mnie, zostawiając po sobie ślad złożony z martwych wokseli.

A nad wszystkich unosił się świecący nick Dzwoneczka.

– Agata? – spytałem, gdy jakoś otrząsnąłem się z szoku. – Co ci się stało? To jakiś… wirus?

– Nie – odparła, wykorzystując aparat gębowy, którego położenia mogłem się jedynie domyślać. – Mój awatar jest glitchem.

– Ale czemu… Jak…

– Mówiłam ci. W końcu znalazłam awatara, który pokazywałby, jak czuję się na co dzień. Z którym mogłabym się utożsamiać.

To coś nadal posuwało się w moją stronę ruchem zmutowanego ślimaka.

– Pokażę ci coś – powiedziała Dzwoneczek i świat oszalał na swój cyfrowy sposób.

Ziemia mnie pochłonęła, wyleciałem razem z potworem na niemalże pustą przestrzeń, udekorowaną jedynie prostymi bryłami geometrycznymi oraz niezbyt wiarygodną teksturą nieba.

– Co to jest?

– Wypadliśmy poza mapę – wytłumaczyła moja dziwaczna przewodniczka po fałszywym świecie. – Są tu rzeczy, o których się programistom nie śniło. Można tu znaleźć dawne prototypy wirtuala, rzeczy wycięte z finalnej wersji i bugi. Mnóstwo bugów.

Zrobiłem unik, żeby nie zderzyć się z ławicą dzikich sześcianów.

– Dlaczego mnie tu zabrałaś, Agato?

– Czy tu nie jest pięknie?

– Jak ty to robisz? – spytałem, przepływając przez jakąś do połowy wyrenderowaną obręcz.

– A jak myślisz?

– Cóż, twój ojciec zrobił tę grę.

Groteska zawirowała i błysnęła agresją.

– Błąd. Mój ojciec zatrudnił ludzi, którzy zrobili tę grę. A ja mogę robić tutaj, co chcę, bo w niej cheatuję.

I gdy tak unosiłem się z glitchem w otoczeniu komputerowych błędów i cyberprzestrzennych fluktuacji, bardzo zapragnąłem zrozumieć tę kobietę. Ale zwyczajnie nie potrafiłem. Próbowałem zaakceptować jej dziwactwa, ale nie byłbym w stanie, nawet gdyby jakiś alchemik wpompował we mnie litry magicznego eliksiru.

Spotkałem ją jeszcze parę razy po tej i po tamtej stronie wirtualowych gogli.

A potem się rozstaliśmy. Tak po prostu, jak wiele par przed nami. I wiele po nas.

 

3. Broń ontologiczna

 

Gdzieś i kiedyś.

To śmieszne, ale pokryta biokopułami powierzchnia Marsa przypomina mi folię bąbelkową. A to bardzo przyjemne skojarzenie. Nie mogę doczekać się lądowania i poznania kultury i zwyczajów mieszkańców Nibykolonii. Zarządzana z Ziemi przez Agatę Pętelkę, która dostała ją w prezencie urodzinowym od swojego ojca. Słyszałem wiele teorii na temat tej kobiety, ale nie mam pojęcia, jakim sitkiem odsiać prawdę od mitu.

 

***

 

Przed wejściem do budynku stał mim i rozdawał ulotki. Najpierw chciałem go zignorować, ale zauważyłem, że uśmiecha się do ludzi, bezsłownie życząc im miłego dnia. Lubiłem, gdy ktoś życzył mi miłego dnia. Może nawet podświadomie wierzyłem w magiczną moc słów.

Podszedłem do sympatycznego mężczyzny w kostiumie w czarno-czerwone paski i wziąłem ulotkę. Mim uśmiechnął się i pokiwał głową. Wszedłem do siedziby klubu i dopiero przy portierni przyjrzałem się bliżej złożonej na pół karteczce od mima.

Spodziewałem się wielu rzeczy. Na przykład, że to kupon zniżkowy do pizzerii, zaproszenie na otwarcie nowego marketu, zdrapka albo bilet do cyrku. Może jakaś nowa akcja społeczna albo plakat wyborczy. Gdy otwierałem ulotkę, towarzyszyło mi uczucie, że robię coś złego, łamię obietnicę.

Napis w środku głosił: “Ten świat nie jest tak do końca rzeczywisty”.

“Też mi nowina” – pomyślałem.

Wzruszyłem ramionami, wyrzuciłem kartkę do kosza na śmieci i udałem się na spotkanie Klubu Solipsystów.

– Wcześnie przyszedłeś – zauważyła Kalina i podała kubek z kawą.

– Dzięki. – Wypiłem pierwszy łyk cappuccino i od razu zacząłem jaśniej myśleć. – Widziałaś tego mima przed wejściem?

– Tak, minęłam go jak każdego szczyla rozdającego ulotki.

– O, Bartek, świetnie, że przyszedłeś – powitał mnie Rafał. Odkąd zostaliśmy objęci mecenatem Pętelki, klubowicze podchodzili do mnie dużo życzliwiej. – Dostałeś paczkę.

– Od kogo?

– Od swojej byłej. No tej, która przebrała się za Alicję w Krainie Czarów.

Już chciałem go poprawić, ale nie każdy musi odróżniać powieści sprzed trzech wieków. Poza tym moją uwagę całkowicie pochłonęło spore tekturowe pudło.

Dostałem krzesło. Agata Pętelka przesłała mi krzesło. Mebel w stylu rokoko, uginał się na pękatych nogach. Nie wiedziałem, czy to fałszywka, ale nie zdziwiłbym się, gdyby Dzwoneczek kupiła mi prawdziwy antyk. Tylko po co? Po co przesłała zwycza…

Przez moment zdawało mi się, że pod jednym kątem krzesło jakby się… robi coś, na co brakuje słów nawet w opasłych słownikach. Musiało mi się przywidzieć. Nie mając lepszych pomysłów, ordynarnie usiadłem na barokowym meblu. Ale nic się nie stało, nie uruchomiłem żadnego ukrytego mechanizmu tortur.

– Nie rozumiem – mruknąłem.

– Ale co tu rozumieć? – zdziwiła się Kalina. – Ta dziewczyna jest szalona.

– Właśnie to chciałbym zrozumieć.

– Jest jeszcze list – wtrącił się Rafał i podsunął kopertę.

Ale wiadomość okazała się nie mniej enigmatyczna od prezentu.

“A nie mówiłam? Pozdrawiam, Dzwoneczek”

Pod spodem umieściła jeszcze swój wirtualowy login. Nic z tego nie pojąłem. Wtedy krzesło rozpłynęło w powietrzu, zrzucając moje pośladki i całą resztę mojej osoby na podłogę. Wstałem i oddaliłem się od miejsca zniknięcia, jakby było przeklęte.

Po chwili krzesło wróciło na swoje miejsce, ale inne, odmienione. Jakby mgliste, jakby utraciło swoją krzesłową tożsamość. Gapiliśmy się tak na drewniany fantom, którego istnienie zaczęło migotać w nieregularnych odstępach.

– Ja chyba śnię – szepnęła Kalina, nawet nie zwracając uwagi, jak idiotycznie brzmi to w jej wykonaniu.

 

***

 

“Wszystko może być iluzją. Podobno” – przeczytałem kolejną niezdecydowaną wiadomość od mima, który już drugi dzień czatował pod klubem.

– O co ci chodzi? – spytałem, choć nie oczekiwałem odpowiedzi. W końcu jako mim miał prawo zachować milczenie i musiałem to uszanować.

Nieznajomy był za bardzo zajęty badaniem niewidzialnej ściany przed sobą, by zwrócić na mnie uwagę. Nagle zatrzymał się i roześmiał, pokazując coś palcem. Powoli odwróciłem się i zobaczyłem na budynku po przeciwnej stronie ulicy wielki plakat.

“Zdaniem niektórych to wszystko nie jest prawdziwe”

W poczuciu wielkiego zdziwienia i niezrozumienia udałem się do Klubu Solipsystów. Wszyscy pracowali jak w ukropie, drukując ulotki i przygotowując promujące solipsyzm gadżety. Z uśmiechem przyjrzałem się figurce człowieka z kulą ziemską zamiast głowy.

Kongres Filozoficzny zbliżał się wielkimi krokami.

– Wieszają kolejny plakat – zauważył jeden z klubowiczów, którego imienia nie pamiętałem. On z kolei wierzył, że świat jest zrobiony z sera.

– Jaki plakat?

– Tam jest napisane: “Całkiem możliwe, że śnisz”.

Kalina na moment przestała wycinać ulotki, by pokiwać głową.

– Są już w całym mieście – dodał Rafał. – To chyba jakaś nowa akcja reklamowa.

Ruszyłem w stronę okna, żeby przyjrzeć się z bliska. Wtedy potknąłem się o efemerydę krzesła, która musiała zmaterializować się akurat w tym momencie i wyrżnąłem nosem o podłogę.

– Mówiłem, żebyście je gdzieś schowali! – ryknąłem, ozdabiając drewniane panele kilkoma kroplami krwi.

– Ale co to właściwie jest? – spytała Kalina.

– Nie wiem i nie chcę wiedzieć.

– Przysłała kolejny list z loginem – wtrącił skarbnik. – Ona naprawdę chce się z tobą widzieć.

Ale ja się bałem, jakoś nie ciągnęło mnie do kolejnych odwiedzin wirtualowego potwora.

Wtedy na zewnątrz rozległ się hałas, jak ściśnięty w jedną sekundę grzmot burzy. Wszyscy podbiegliśmy do okna i gapiliśmy się w górę, gdzieś pomiędzy chmurami dostrzegaliśmy coś nowego, coś obcego.

Kolejny napis.

“Chyba nie istniejesz” – głosiło zdanie wyryte czarną czcionką na niebie jak tatuaż na skórze świata.

– Co to jest?

– Baner naniebny – wytłumaczył księgowy klubu. – Nie wiem, jak to robią, ale pod każdym kątem wygląda tak samo. Z tego, co słyszałem, jest cholernie drogi. Kojarzę jedną osobę, którą byłoby stać na taką kampanię.

Jakby na potwierdzenie tych słów, chmura przerzedziła się, odsłaniając charakterystyczny łuk loga WirtuOzu.

 

***

 

Gdzieś i kiedyś.

Kolonia pozytywnie mnie zaskakuje, spodziewałem się kolejnego miasta, którego mieszkańcy czczą swojego zarządcę jak idola. Tymczasem ludzie w kolonii Agaty Pętelki wyglądają na wolnych. Życie toczy się powoli wokół hydroponicznej uprawy ziemniaków i fikania imponujących koziołków, korzystając z uroków zmniejszonej grawitacji. Jedyne, na co zwróciłem uwagę, to niektóre nazwy.

Krater Kapitana Haka to przepiękne miejsce.

 

***

 

Najpierw dziwaczne krzesło, które nie do końca było krzesłem, co najwyżej nim bywało, potem kampania reklamowa barona sceptyków. Nie pojmowałem, o co w tym wszystkim chodzi. Ale rzeczy działy się, bezczelnie nie czekając na moje zrozumienie.

Ona musiała wiedzieć.

Zmierzałem w stronę loginu, przedzierałem się przez cyfrową dżunglę, serce biło mi coraz szybciej. A przynajmniej biłoby, gdyby awatar takowe miał. 

Makabryczny twór kołysał się na huśtawce splecionej z lian.

– Czy dostałeś mój prezent? Czy dostałeś quasi-krzesło? – spytała istota zrodzona z nieskończonych pętli i niedomkniętych klamerek.

– Dostałem. Ale co to jest?

– Doświadczalne potwierdzenie teorii Dzwoneczka.

Glitch zamachał nosem na czubku głowy i tuż obok pojawiła się nowa huśtawka z lian. Gestem pokazał, żebym przy nim usiadł.

– Ale przecież ludzie nie przestali wierzyć w krzesła – zauważyłem.

– Ale w to jedno krzesło przestali. Oczywiście nie wszyscy, ale całkiem sporo ludzi. A raczej zaczęło aktywnie w nie nie wierzyć. Czyż nie jest piękne, gdy tak kołysze się na falach bytu?

– Po co właściwie chciałaś się spotkać?

– Bo ja… Zrozum, potrzebuję pomocy – powiedział potwór i wydał dźwięk przypominający łkanie.

Z pewnym oporem objąłem maszkarę. Podałem jej jakiś większy liść na otarcie łez. I wtedy bestia zaczęła się zmieniać, nabierać wielokątów, wygładzać i przestawiać organy na swoje miejsce. Jakby czar więżący księżniczkę w ciele potwora prysnął.

– Pomożesz mi? – spytał awatar wyglądający jak Agata Pętelka. Wgrała siebie. – Pomożesz mi uratować świat?

– W czym mam ci pomóc?

– Ja nie chciałam. Prowadziłam niewinne testy na krzesłach… Mój ojciec zainteresował się badaniami i… 

– Co się stało?

– Mój ojciec chce zniszczyć świat za pomocą broni ontologicznej.

– Co?

– Włamałam się do jego komputera, widziałam plany. Chce przekonać ludzi, że świat jest iluzją, zaczął inwestować w banery i reklamy rozsiewające wątpliwości. Musiałeś je już widzieć. I jeśli mu się to uda, jeśli mnóstwo ludzi zacznie mieć wątpliwości, zgodnie z uogólnioną teorią Dzwoneczka, wszystko zacznie zanikać!

Przez chwilę siedziałem w milczeniu, powoli trawiąc otrzymane informacje. W końcu zadałem pierwsze pytanie, które mi się nasunęło.

– Ale po co? Po co miałby to robić?

– Bo jest baronem sceptyków i chce dowieść, że ma rację? Nie wiem. Może po prostu dlatego, że jest szalony! Musisz mi pomóc. Tylko szybko. Nie mamy za dużo czasu na dostanie się do laboratorium. Trzeba to zrobić, zanim wróci.

– Gdzie on teraz jest?

– Na Marsie. Poleciał debatować z marsjańskim markizem materialistów – powiedziała takim tonem, jakby to się miało rozumieć samo przez się. – Poślę po ciebie szofera.

– Ale gdzie? Dokąd mam lecieć?

– Do głównej siedziby WirtuOzu.

 

***

 

Metaliczna limuzyna unosiła się przed moim domem, oświetlając jezdnię fioletowym światłem. Była pewnie więcej warta niż cały Klub Solipsystów.

Gdy wznosiłem się nad miastem w towarzystwie milczącego szofera, w końcu miałem trochę czasu, by odetchnąć. Posegregować w głowie wszystkie fakty. Nie wiedziałem, czy wierzę w tę całą historię Dzwoneczka. Jeśli to prawda, to w każdej chwili rzeczywistość mogła zacząć migotać jak tamto cudaczne krzesło. Poczułem się nieswojo.

Limuzyna mijała akurat naniebny baner z napisem “To wszystko chyba jest fikcją”.

– Co pan sądzi o tych reklamach? – zagadnąłem szofera.

Mężczyzna w liberii podrapał się po głowie, jedną ręką trzymając kierownicę.

– Ja w ogóle nie lubię reklam, oszpecają miasto. Teraz jeszcze niebo zasyfiają.

– Ale czy pan w to wierzy? Że wszystko może być fikcją?

– Szczerze?

– Tak.

– Gówno mnie to obchodzi.

Ponieważ rozmowa niezbyt nam się kleiła, szofer włączył radio. Z odbiornika popłynął jakiś generyczny pop. Wyglądałem przez okno latającego samochodu, odczuwając coraz silniejszy lęk. Patrzyłem na iglice wieżowców wyłaniające się z chmur jak wisienki na piankowym torcie. Bałem się, że któryś z nich zniknie. Że cokolwiek zniknie.

Wtedy spostrzegłem, że z radia nie leci już muzyka.

– Włącz wizję! – krzyknąłem.

Szofer nacisnął guzik i na szybie pasażera pojawił się ekran, wizja dołączyła do fonii. Patrzyłem i słuchałem jak spetryfikowany. Z jednej strony Dzwoneczek miała rację, coś zniknęło. Ale z drugiej to wszystko nie trzymało się kupy.

Rzeczy znów potoczyły się zbyt szybko, zostawiając moje pojęcie daleko w tyle w tumanach konfuzji.

Jedną czwartą ekranu zajmował pasek z wiadomością:

“Filip Pętelka zniknął”

 

4. Córka swojego ojca

 

Gdzieś i kiedyś.

Widzę, jak dzieciaki atakują jakiegoś chłopca, wyśmiewają go. Rzucają obelgami, które nie są dla mnie jasne. 

Nazywają go “wierzącym”.

 

Gapiłem się tępo w ekran, usiłując nadążyć za dziejącymi się rzeczami.

– Filip Pętelka zniknął – zabrzmiał głos spikera. – Podkreślmy to jeszcze raz, nie zginął, nie umarł, tylko zniknął. Wszystko wydarzyło się w czasie debaty, którą baron sceptyków podjął z marsjańskim markizem materialistów.

Wizja na szybie limuzyny przedstawiała teraz fragment sali wypełnionej po brzegi widownią. Na scenie odbywała się zażarta dyskusja dwóch filozofów.

– Skoro uważasz, że świat nie istnieje, dlaczego tego nie zademonstrujesz?! – spytał wysoki mężczyzna w szkarłatnym surducie. Materialista mówił bardzo głośno, wręcz krzyczał. – Dlaczego po prostu nie znikniesz?!

– Cóż – zaczął spokojnie Filip Pętelka. Pomimo swojego wzrostu, było w nim coś monumentalnego. – Nie rozumiem, dlaczego mam odpowiadać na tak zużyty argument. Ile można tłumaczyć, że radykalny sceptycyzm nie implikuje telekinezy, parapsychiki, czy innych…

I wtedy coś przerwało mu w połowie zdania. Pstryknęło, zafalowało i Filip Pętelka zniknął.

Markizowi materialistów o mało nie spadła z głowy peruka.

– Niesamowite – ponownie odezwał się spiker. – Można oczywiście wątpić, jak wątpić nauczył nas wielki baron sceptyków, w autentyczność nagrania. Ale trudno podważyć świadectwo tysiąca naocznych świadków. Filip Pętelka odszedł tak, jak tego pragnął. Zniknął, wytrącając ostatni argument z ręki swoich przeciwników.

Na ekranie przewijała się teraz biografia barona, ale zanim program się skończył, szofer wyłączył urządzenie, które raczej z tradycyjnych powodów nazywano radiem.

– Dlaczego wyłączyłeś?

– Dolecieliśmy – powiedział szofer. Nie wyglądał na specjalnie przejętego zniknięciem swojego szefa.

Ekran na szybie rozwiał się, odsłaniając olbrzymi budynek WirtuOzu. Na dachu i z boków wieżowca wychodziły srebrne półokręgi, z końca których odginały się kolejne. Cała siedziba była porośnięta fraktalnym, rogatym bluszczem. Wspomnienie po epoce, kiedy w architekturze główną inspirację stanowiły bardziej egzotyczne działy matematyki.

 

***

 

Agata poszybowała mi na spotkanie. Miała na sobie biały fartuch, a zza pleców wyrastała para wróżkowych skrzydeł, z których zamiast pyłku wylatywał dym. Skrzydła nie poruszały się, nie one stanowiły napęd urządzenia. Jakoś nie zrobiło na mnie wrażenia, że stać ją na stylizowany jet pack.

– Musimy się pospieszyć – powiedziała po zgrabnym lądowaniu.

– Słyszałem o twoim ojcu, o co tu…

Zamiast odpowiedzieć, tylko mnie ponagliła.

Biegiem mijaliśmy korytarze WirtuOzu, nie miałem nawet czasu się niczemu przyjrzeć. Dzwoneczek milczała, zajęta machaniem przepustką przed czytnikami magnetycznymi. W końcu wsiedliśmy do windy.

Laboratorium znajdowało się dziesięć pięter pod ziemią. Gdy dotarliśmy na miejsce, Dzwoneczek w końcu zwolniła tempo i zrzuciła ciężki plecak z silnikiem odrzutowym, wyrywając sobie skrzydełka. Szliśmy wąskim korytarzem, po drodze widziałem kilka szkiców wirtualowego sprzętu, ale im dalej, tym tematyka plakatów ulegała zmianie. Widziałem fotografie marsjańskiej kolonii, jakieś rysunki Piotrusia Pana, zdjęcia z filmowych adaptacji. Gdzieś pomiędzy przemknął mi plakat z blondynką w kozakach i cytatem: “Nancy Sinatra nigdy nie będzie takim facetem jak jej ojciec”.

Za szklaną ścianą zobaczyłem jakąś ponurą parodię sklepu z meblami. Migały, rozpływały się w powietrzu, drgały, czasami przypominały wirtualowego glitcha.

– Quasi-krzesła w różnym stopniu rozkładu – wytłumaczyła Agata, jakby była przewodniczką po muzeum osobliwości.

Za następną szybą ujrzałem grupę naukowców w kitlach zajętą bazgraniem równań na każdym skrawku tablicy.

– A to mój zespół ontologów doświadczalnych – powiedziała Dzwoneczek i pomachała swoim pracownikom.

Jeden z badaczy wyszedł się przywitać, całe ubranie miał upaćkane kredą.

– Możecie mi wytłumaczyć, co się stało? – spytała Agata.

– Przepraszam, to była pomyłka…

– Spokojnie, pytam raczej z ciekawości. Dlaczego tak mocno oberwał?

– Nie uwzględniliśmy jednej rzeczy. Poprzednie obiekty, wszystkie testowe krzesła, znajdowały się tutaj. Na Ziemi. A on był za blisko epicentrum, musiał dostać olbrzymią dawkę promieniowania wątpliwości.

– Zaraz… – wtrąciłem się. – Czy wy rozmawiacie o…

– W takim razie – mówiła Agata do naukowca, zupełnie mnie ignorując – poprawcie model.

– Tak jest. – Ontolog przytaknął i wrócił do pokoju z tablicą.

– Możesz mi wytłumaczyć, o co tu chodzi?! – krzyknąłem, chcąc, żeby w końcu zwróciła na mnie uwagę.

– Nie – odparła Dzwoneczek. – Jeszcze nie. Chodźmy dalej.

 

***

 

Gdzieś i kiedyś.

Już rozumiem. Religia Nibykolonii jest wiarą na wspak. Mieszkańcy licytują się, kto jest gorliwiej niewierzący. Choć starają się unikać tego tematu przed obcym, w końcu wygadują się, że oczekują jakiegoś wielkiego święta. Nazywają je Dniem Legendy.

Może w końcu dowiem się, o jaką niewiarę tu chodzi. I przede wszystkim w co oni tak naprawdę nie wierzą.

 

***

 

– A tutaj mam centrum monitoringu – wyjaśniła Dzwoneczek.

Na ekranach ujrzałem widok z wcześniej mijanych pokoi laboratorium. Ludzie i przedmioty mieli naniesione etykiety z jakimś procentowym wskaźnikiem. W pokoju z naukowcami wszyscy otrzymali sto procent, w pomieszczeniu z monitoringiem wszystkie ekrany, Dzwoneczek i ja także dostały najwyższą notę. Tylko jedno miejsce się wyróżniało. Ponura parodia sklepu z meblami.

Wartości skakały po całym przedziale. Na dziewięćdziesięcioprocentowych krzesłach można by nawet chwilę posiedzieć. Te z siedemdziesięcioma procentami migotały i rozlewały się w przestrzeni. Te poniżej połowy przypominały nieprzyjemne światło stroboskopu. Były też meble ze wskaźnikiem poniżej dziesięciu procent, które ledwo dało się dostrzec. I wreszcie zera. Etykietki wisiały w powietrzu jak cienie po krzesłach, które dawno minęły.

– Widok z kamer bytu – wytłumaczyła Agata, nadal wczuwając się w przewodniczkę.

– O co w tym wszystkim chodzi?! Najpierw mówisz mi, że twój ojciec chce zniszczyć świat, a potem on nagle znika.

Agata zaczęła się trząść, aż w końcu wybuchnęła śmiechem.

– Naprawdę w to uwierzyłeś? Że świat jest w niebezpieczeństwie i tylko ty możesz go uratować? Masz ego wielkości Krateru Kapitana Haka.

– Widziałem te banery siejące wątpliwość. Mówiłaś, że zgodnie z teorią Dzwoneczka, to może zniszczyć świat!

– Mogę ci wytłumaczyć, dlaczego taka głupia akcja reklamowa nie może wytworzyć promieniowania wątpliwości, ale potrzebowałabym do tego ze dwóch tablic. To może w skrócie. Po pierwsze, czy taka akcja w ogóle jest skuteczna? Większość ludzi ma gdzieś, czy rzeczywistość jest rzeczywista. Bo co to kogo obchodzi? Co to zmienia? Nawet jeśli te banery i cała kampania kogoś przekonają, to nie ma szans na przekroczenie wartości krytycznej. Reklama nie jest najlepszym pomysłem, ja wykorzystałam tradycję i religię. Ponadto dochodzi jeszcze kwestia stężenia niewiary. A może bardziej gęstości zaludnienia.

 

***

 

Gdzieś i kiedyś.

Kopuła Dzwoneczka teoretycznie może pomieścić pięćdziesiąt tysięcy ludzi, a i tak jest tłoczno. Stoję razem z tłumem i czekam, aż ekrany zajaśnieją i rozpoczną się obchody Dnia Legendy. Niektórzy zgromadzeni już nie mogą się doczekać. Przechwalają się, jak bardzo nie wierzą w istnienie pewnego krzesła. W rozmowach przewija się też temat zniknięcia Filipa Pętelki. Ale mówią o miliarderze, jakby on nie tyle zniknął, co nigdy nie istniał. Jakby był jedynie mitem.

Wielkie telebimy zapalają się i na szkle pojawia się Agata Pętelka w stroju wróżki. Opowiada o dzisiejszej legendzie. Człowieku, który nigdy nie istniał, przedstawia antyżyciorys i mówi, czego i kiedy nigdy nie zrobił.

Tłum szaleje, poddaje się sakramentowi niewiary.

 

***

 

– To czym są tamte banery? Po co Pętelka w nie zainwestował?

– Tym, czym się wydają. Zwykłą reklamą – powiedziała Dzwoneczek i spojrzała na zegarek. – Wszystko, co zrobił mój ojciec było reklamą. Całe jego życie. I znaczna część mojego.

– To nie chciał zniszczyć świata? – upewniłem się. Zrobiło mi się trochę smutno, że nie zostanę bohaterem.

– Oczywiście, że nie. Po co miałby to robić? Nawet mi nie uwierzył, gdy przyszłam opowiedzieć mu o swoich badaniach, o teorii Dzwoneczka. To było jakiś czas po tym, jak pozwoliłeś mnie upokorzyć w Klubie…

– Ale…

– Nie przerywaj mi – wysyczała Dzwoneczek i znów sprawdziła, która godzina. – Chciałam, żeby ktoś mnie wysłuchał i w ostateczności poszłam do ojca. Powiedziałam mu, że można sprawić, że rzeczy znikną, że może doświadczalnie udowodnić swój sceptycyzm! Myślałam, że mnie pochwali, ale on tylko się zaśmiał. Nie uwierzył. A potem klepnął oparcie krzesła jak jedną ze swoich kochanek i krzyknął “To krzesło istnieje, patrz, jakie stabilne!”. W końcu przyznał mi się, że cała postać barona sceptyków jest oparta na kłamstwie. Jest zwykłym oszustwem! Filip Pętelka nigdy nie wątpił w istnienie krzeseł ani czegokolwiek innego! To była tylko akcja marketingowa. Musiał jakoś rozpowszechnić wirtualną rzeczywistość. Ale niektórzy się wahali, twierdzili, że to eskapizm, ucieczka przed realnym światem. Jak ich przekonać? Wmówić im, że rzeczywistość nie jest rzeczywista. Wirtual nie może być ucieczką, gdy przechodzi się od fałszywego świata do innego fałszywego świata! Wszystkie jego debaty, poglądy, mecenat filozoficzny. Wszystko to jedna wielka sztuczka marketingowa! A ja mu wierzyłam, byłam jego filozoficzną cheerleaderką, ciągał mnie po debatach, odkąd skończyłam siedem lat!

– Czy ty go…

– Tak, zabiłam swojego ojca. Wcale nie chciałam, żeby zupełnie zniknął. Naukowcy się pomylili, sam słyszałeś. Ale on mnie oszukał i wykorzystał. Pod tym względem jesteście do siebie podobni.

– Nie rozumiem…

– Nie? – zdziwiła się Agata. – Myślałam, że chociaż mnie przeprosisz. Naprawdę jesteś dupkiem! Rzuciłeś mnie w wirtualu, bo byłeś aż takim tchórzem. Już wolałabym, żebyś wysłał staromodnego SMS-a. Naprawdę masz mnie za idiotkę? Zaczęliśmy się spotykać, bo Klub Solipsystów potrzebował donacji mojego ojca. Skamlałeś o to jak jakiś kundel na każdej randce. Żebym namówiła starego. A kiedy już to załatwiłam, odwróciłeś się ode mnie! Wykorzystałeś i porzuciłeś!

– To nie tak… Próbowałem, ale byłaś… trudna. Zrozum, ciągle pytałaś, czy mi na tobie zależy, czy cię akceptuję, jakby moje słowa i deklaracje miały krótki termin ważności! Czy naprawdę myślisz, że to odpowiedni moment i miejsce na takie rozmowy? To osobiste…

– Do cholery! – ryknęła Dzwoneczek i uderzyła pięścią wierzch jednego z monitorów. Nie dała po sobie poznać, że ją zabolało. – Kto, jak kto, ale przewodniczący Klubu Solipsystów powinien wiedzieć, że nie ma rzeczy, które nie byłyby osobiste!!!

Przełknąłem ślinę i odsunąłem się od Agaty. Bałem się jej.

– Dlaczego mi to wszystko mówisz? Dlaczego tutaj?

– Bo czekam, aż minie siedem minut.

Przekrzywiłem głowę, jakby miało mi to pomóc w zrozumieniu.

– Siedem minut – powtórzyła Agata, widząc mój tępy wyraz twarzy. – Tyle obecnie czasu światło leci od czerwonego kamyka do niebieskiej kulki. Tak, też mnie zaskoczyło, że promieniowanie wątpliwości musi trzymać się tego limitu. Że fale ontologiczne poruszają się z prędkością światła. Zabawne, jakby to jednak fizyka była bardziej fundamentalna od filozofii. Nie czujesz się może trochę… niewyraźnie?

Spojrzałem na swoje dłonie, ale wszystko wyglądało normalnie. Zgiąłem palce, nic się nie stało.

– Zimno – podpowiedziała Dzwoneczek.

Podniosłem głowę w stronę monitorów.

– Cieplej.

Kątem oka już to widziałem, nie mogłem dłużej uciekać wzrokiem.

– Gorąco.

Na monitorze zobaczyłem Dzwoneczka i pomieszczenie oblepione etykietkami z oznaczeniem “100%”, tylko jeden obiekt w pokoju się wyróżniał.

Ja.

“99,8%” – oznajmiał wiszący nade mną napis.

 

5. Epsilon

 

Gdzieś i kiedyś.

Unoszą ręce, krzyczą. Najgłośniej bawią się dzieci. Te urodzone na Marsie są najbardziej łatwoniewierne.

– Bartłomiej Komosa nigdy nie istniał!

– Bartłomiej Komosa nigdy nie założył Klubu Solipsystów!

– Bartłomiej Komosa nigdy nie wykorzystał i nie oszukał Agaty Pętelki, żeby wyciągnąć pieniądze od jej ojca!

– Bartłomiej Komosa jest legendą!

– Nie wierzę w Bartłomieja Komosę!

Obracam się zdezorientowany. Pytam jakiegoś skaczącego chłopca, kim jest Bartłomiej Komosa.

– Chyba raczej kim nie jest?! – odpowiada.

W końcu magia tłumu działa i na mnie.

– Bartłomiej Komosa to mit! – krzyczę razem ze świętującymi kolonistami.

 

***

 

Pierwsze objawy odczułem po utracie jednej setnej istnienia. Moje ręce zaczęły się rozpływać na krawędziach. Usłyszałem w głowie dziwny szum. Ponownie spojrzałem na ekran.

“95,3%”

– Co ze mną zrobiłaś?! – krzyknąłem, ledwo poznałem własny głos. Był taki cichy, jakby rozszarpany.

– Potrzebuję ochotnika, żeby zdał mi relację, jak tam jest. Jak to jest zanikać. Wykorzystuję cię, tak, jak ty wykorzystałeś mnie.

“89,7%”

– Nie wykorzystałem cię! Próbowałem i po prostu nam nie wyszło! Zdarza się.

– Jesteś pewien? – spytała Dzwoneczek, obserwowała mnie wzrokiem, jakim laborant patrzy na myszkę w labiryncie. – Jesteś pewien, że nie zacząłeś się ze mną spotykać ze względu na mojego ojca?

Nie odpowiedziałem. Dlatego, że na moment wszystko wokół pociemniało, zmysły uległy nagłej deprywacji, jakby ktoś szarpnął i wyrwał kabelki percepcji. Potem znowu wróciłem na miejsce.

Nie odpowiedziałem też dlatego, że nie byłem. Nie byłem pewien. Spanikowałem, mogli wywalić mnie z Klubu Solipsystów. Potrzebowałem pomocy Pętelki, nie miałem innego wyjścia. Ale nie udawałem, że mi na niej zależy, że chcę ją zrozumieć. Naprawdę próbowałem ją zaakceptować.

– Rzuciłem cię, bo byłaś wariatką! – krzyknąłem skrzeczącą karykaturą głosu.

– Nie powinieneś tego mówić – odparła Dzwoneczek.

– Bo masz jedenaście zer na koncie?

– Nie, bo to po prostu bardzo niemiłe.

 

***

 

Gdzieś i kiedyś.

Każda religia rodzi herezje. Słyszę szepty, widzę ukryte gesty. Nie jest trudno dotrzeć na spotkanie buntowników. Nie podoba im się Dzień Legendy. Mają jakąś szaloną teorię.

Mówią, że Nibykolonia jest rodzajem broni. Nie wierzę w to.

Pokazują mi datę i godzinę święta i porównują z momentem zniknięcia barona sceptyków. Twierdzą, że to nie może być przypadek. Że to kolonia go zabiła.

Zaczynam się zastanawiać. Zwłaszcza, że kolejny Dzień Legendy ma się odbyć następnego sola.

 

***

 

“74,5%”

Próbowałem iść, ale miałem wrażenie, jakbym istniał poklatkowo. Upadłem na rozmyte kolana. Na czworakach. Jak zwierzę albo krzesło. Quasi-krzesło.

“74,5%”

Zatrzymał się. Licznik stanął. A ja nadal migotałem, musiałem na nowo nauczyć się raczkować.

– Pewnie dzisiejsza dawka się skończyła – zauważyła Agata. – Kolejny Dzień Legendy odbędzie się następnego sola.

– Co to jest… – Zanik zmysłów przerwał mi w pół zdania.

– Doba na Marsie.

Chciałem spytać o “Dzień Legendy”, ale nie miałem już okazji wyjaśnić nieporozumienia.

Poszła sobie. Zostawiła mnie z trzema czwartymi bytu. Próbowałem iść, ale to nadal bardziej przypominało człapanie. Jednak szło mi coraz lepiej. Z przerażeniem odkryłem, że zacząłem przyzwyczajać się do ułamkowego stanu istnienia.

Przyczłapałem na korytarz. Podbiegłem do pokoju z ontologami. Akurat zbierali się do wyjścia, najpierw udawali, że mnie nie widzą. A potem szczekali na mnie, śmiali się. Nie byłem już dla nich człowiekiem. Zbili mi głowę chyba jakimś antycznym logarytmicznym suwakiem.

Naukowcy poszli w stronę wind, otworzyli drzwi kluczem magnetycznym, chciałem wcisnąć się pod ich nogami, ale znów urwał mi się film.

Musiałem znaleźć inne wyjście. Gdy przebiegałem obok pokoju z quasi-krzesłami, poczułem z nimi jakąś dziwną więź. Bliskość. Spojrzałem w pusty róg pokoju, który na widoku z kamery był oznaczony etykietkami “0%”. Krzesła, które umarły. Pierwsze ofiary broni ontologicznej. Znów coś poczułem. Zazdrość. Jeśli nie będzie innego wyjścia, tak właśnie skończę. Umrę w niebycie. Mogło być gorzej.

Pognałem dalej, spróbowałem chodzić. Szło mi coraz lepiej, choć czasami się potykałem. Minąłem między innymi kuchnię i łazienkę. Po którymś zakręcie zobaczyłem nadzieję.

W jednym z pomieszczeń znajdował się zestaw wirtualowy.

Jakoś doszedłem do urządzenia i z niemałym trudem założyłem gogle. Od razu zauważyłem, że sprzęt nie jest podłączony do sieci. Nie mogłem wezwać pomocy. Uruchomiłem symulację w trybie offline, odruchowo wybrałem awatara-imitację.

“Skan ciała nieudany”

W sumie, nic dziwnego. Moje ciało rozmywało się w przestrzeni, mrugało zbyt szybko, by skaner mógł je uchwycić.

Wybrałem losowego awatara i powędrowałem do cyfrowego świata. Udało się! Stałem na jakiejś plaży, podszedłem do morza, żeby zobaczyć swoje odbicie. Wirtual wylosował mi awatara o postaci zwykłego człowieka. Szarego, podobnego zupełnie do nikogo, który umknąłby uwadze w większości tłumów.

Ale istniał. Na swój nierzeczywisty, cyfrowy sposób. Jednak nie ułamkowy! Obracałem w głowie pytanie, czy cały wróbel wirtuala nie jest jednak lepszy od trzech czwartych gołębia rzeczywistości. Może to jest wyjście. Może przyjdzie mi uciec do wirtuala, zostać dezerterem rze…

Wylogowało mnie.

Płakałem.

 

***

 

Gdzieś i kiedyś.

Jestem marsjańskim heretykiem. Kiedy większość mieszkańców oddaje się transowi niewiary pod Kopułą Dzwoneczka, tupiąc w rytm wątpliwości, my planujemy bunt. Chcemy włamać się do systemu i wyświetlić na telebimach w Kopule prawdę o kolonii.

W razie, gdyby coś poszło nie tak, czyścimy lufy blasterów.

 

***

 

Dzwoneczek wróciła następnego dnia i wypytywała mnie o wrażenia. Z braku lepszego zajęcia poddałem się i udzieliłem wywiadu. A ona w zamian opowiedziała mi o swojej kolonii i jej dziwaczniej religii na wspak. Znowu starałem się zrozumieć tę kobietę.

– Naprawdę jesteś solipsystą? – spytała nagle, gdy już spisała objawy zanikania. – Pytam, bo nigdy nie opowiadałeś szczegółów o swojej filozofii.

– Wiesz, że spotkaliśmy się dwadzieścia lat temu? – powiedziałem, już trochę oswojony ze swoim zniekształconym głosem. Chciałem z nią porozmawiać. By nie czuć się taki samotny.

– Naprawdę? – Agata uniosła brwi.

– W Parku Dyskusji na spotkaniu z baronem sceptyków. Wtedy zacząłem interesować się solipsyzmem. I chyba nawet w to wierzyłem. Sama powiedziałaś, że mam przerośnięte ego. Ale klub miał być bardziej rodzajem żartu, fascynował mnie paradoks leżący u podstaw Klubu Solipsystów. Czyli chyba nie.

Zamroczyło mnie.

– Nie jestem solipsystą – dokończyłem, gdy wróciłem do istnienia. – Czyli w pewnym sensie naprawdę przypominam twojego ojca.

Dzwoneczek wybuchnęła śmiechem, nie znalazłem w nim żadnej fałszywej nuty. Potem śmiałem się razem z nią. Może gdybyśmy spotkali się w innych okolicznościach, wszystko potoczyłoby się inaczej. Wkrótce spochmurniałem.

“63,2%”

Znowu blackout, oderwanie od zmysłów.

Wróciłem.

“42,7%”

Byłem już mniej niż półczłowiekiem, ale poczułem ulgę, że jestem już bliżej mety niż startu. Z zazdrością spojrzałem na monitor z widokiem na pokój z krzesłami i stłoczone w rogu zera. Tak bardzo pragnąłem do nich dołączyć. Lepiej zniknąć niż znikać.

Ale wtedy Dzwoneczek postanowiła zdeptać i tę nadzieję.

– Wiesz, czego się dzisiaj dowiedziałam? Że mój ojciec jeszcze żyje. Troszeczkę. Tak tyci tyci. Nie zniknął na dobre, objawia się bardzo rzadko w miejscu, gdzie debatował z markizem. Niektórzy mają go za ducha. Wypytałam ontologów i wszystko się zgadza. Broń ontologiczna nie wyparuje niczego do samego końca.

“31,1%”

Rozedrganym i rozmytym palcem pokazałem jej zera na ekranie.

– To kwestia dokładności komputera – wytłumaczyła Agata. – Epsilona. Teraz pokazuje tylko do jednego miejsca po przecinku. Zaraz to przestawię.

– Widzisz? – Dzwoneczek wskazała na rzekomo nieistniejące krzesła. – Ledwo zipią, ale są na poziomie ćwierci promila.

Zamiast zer etykietki pokazywały teraz “0,024%”. Te krzesła nigdy nie odeszły. I mnie pewnie też czeka wieczne znikanie.

– Kto wie? Może dałam ci nieśmiertelność? – powiedziała Dzwoneczek i zachichotała.

Ale ja się nie śmiałem. Chyba już nawet nie byłbym w stanie.

“23,012%”

 

***

 

Gdzieś i kiedyś.

Coś poszło nie tak. Straż kolonii nas namierzyła, ale się spóźnili. W czasie, gdy powietrze sieką blasterowe promienie, ludzie pod Kopułą Dzwoneczka przerywają swój taniec. Widzą na ekranie dowody zbrodni Agaty Pętelki. I znowu zaczynają wierzyć. A ci, którzy zniknęli, powracają do życia cali, zdrowi i pachnący.

I wszyscy żyją długo i szczęśliwie, a ja nadal strzelam z blasterów, w końcu jestem najlepszym kosmicznym kowbojem w tej części galaktyki. Tyle, że…

Tyle, że wcale nie. Bo tak naprawdę, to…

Nigdzie i nigdy.

 

***

 

Jestem quasi-człowiekiem, pseudooddycham, semi-myślę, niby-żyję. Przedrostki przyklejają się do mnie jak spragnione pijawki. Pojawiam się na świecie tylko w krótkich mgnieniach. Mógłbym zostać duchem, ale urywki są zbyt krótkie, by zatrząść łańcuchami. Nie zerkam już nawet na swój procent istnienia. To znaczy promil.

Agata nadal nie przerywa badań, choć trudno mi już zdawać relację. Chce popróbować z tabliczką Ouija.

W dłuższych przerwach, pogrążony w zupełnych ciemnościach, ogołocony ze zmysłów, jestem sam ze swoimi myślami. Wspominam, jak do tego doszło. Ale ostatnio coraz częściej wspomnienia mieszają mi się z marzeniami.

Bo nie przestałem marzyć. Liczyć na cud, rozwiązanie spadające z nieba. Ostatnio wyobrażam sobie historię kosmicznego kowboja, który wznieca bunt i razem z grupą heretyków niszczy broń ontologiczną. Wiem, że to naiwne, ale gdy tak dryfuję sam w mroku, lubię tworzyć historie, światy. Może zostanę solipsystą?

Ale jestem świadomy, że mój zbawca nigdzie i nigdy nie istniał. I właśnie dzięki temu mogę się z nim utożsamić.

Z dokładnością do zasranego epsilona.

Koniec

Komentarze

Zwykle, gdy widzę taką ilość znaków, przechodzę dalej. Rzadko nawet czytam pierwszy akapit. I to chyba największy komplement z mojej strony – przeczytałem do końca. Chociaż, czekaj, to źle zabrzmiało…

Wciągnąłem się. Dawkowałeś absurd, wymyśliłeś niesamowitą historię, ciekawych bohaterów i okrasiłeś to wszystko filozofią, czyli czymś co niewiele osób rozumie, w tym ja. Ale podałeś to w bardzo strawnej formie. Mam problem ze zrozumieniem końcówki, ale jak znajdę czas, przeczytam jeszcze raz i może wtedy wszystko zaskoczy.

Gdzieś wpadły mi w oczy dwa albo trzy błędy – literówki.

Na tę chwilę to opowiadanie to mój konkursowy faworyt.

Ślę pozdrowienia!

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Dzięki, Skull, za wizytę. :)

Cieszę się, że tekst się spodobał. Lubię pisać w stylu takiego ujarzmionego absurdu. Ja też niespecjalnie rozumiem filozofię, a jak widziałem jakieś urywki z Heideggera, to włosy jeżyły mi się na głowie. Ale jakoś tak ciągnie mnie do wplatania takiej pop-filozofii z perspektywy amatora. :)

Co do zakończenia, to jeszcze pomyślę, czy można je jakoś wyklarować.

Również pozdrawiam.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Sprawnie, ciekawie napisane. Natomiast tematyka… Kwestia gustu – jedni będą zachwyceni (jak Skull), dla innych będzie to trochę sztuka dla sztuki (jak dla mnie).

 

Do paru sformułowań przyczepiłbym się:

– “w wielkiej kokardzie na głowie” – chyba “z kokardą”?;

– “kobieta w krótkich jasnych włosach” – tu też raczej “z krótkimi włosami”;

– “A potem sprawy potoczyły szybko.” – zabrakło “się”;

– “Życie toczy się powoli na hydroponicznej uprawie ziemniaków i fikaniu” – raczej “wokół uprawy i fikania”;

– “leci od czerwonej kamyka” – tu “czerwonego”.

Trochę mi też zgrzytnęły “pożółkłe zęby” w kolorze pomarańczy. Pomarańcza jest… pomarańczowa?

W każdym razie – interesujące i warte przeczytania!

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Dzięki. Sztuka dla sztuki? Ale skoro kwestia gustu, to nie będę dyskutować. :)

Dzięki też za poprawki, choć nie ze wszystkimi się zgadzam. Fajnie, że warto było przeczytać. Niedługo zawitam do Twojego tekstu. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

To nie poprawki, jeno sugestie :). Z poprawkami zaczekaj na Regulatorzy.

 

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Jak zwał, tak zwał. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Uwagi techniczne:

Chyba, że 

gdyby zorganizowali spotkanie w wirtualu(+,) a nie w jednym z ich biur.

najbogatszym człowiekiem na Ziemi i (+w jej) okolicach. 

Za to nie urósł ani nao centymetr.

Więc, co Klub Solipsystów

bo nikt w już w nie nie wierzy?

Ale przecież, my tutaj(+,) w Klubie Solipsystów,

nawet, gdyby jakiś alchemik

łuk logoa WirtuOzu

Myślałeam, że mnie pochwali

Myślałeam, że chociaż mnie przeprosisz.

odwróciłeś się do ode mnie!

Spojrzałem na swoje dłonie, ale wszystko wyglądało normalnie.

quasikrzesło ← zasady pisowni

 

Opinia dotycząca fabuły po głosowaniu.

Życzę powodzenia! :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Jak zwykle – pojechałeś po bandzie. Ciężki tekst, to nie jest jedno z czytadełek, przez które się przelatuje na pełnej prędkości. Czyżby ukłon w stronę Naz? ;-) Ale możesz się przejechać na ufilozoficznieniu większości jurków.

Bohaterowie mocno niebanalni, jak to u Ciebie. Spodobali mi się, to mocna strona tekstu.

Za to z fabułą gorzej. Pod tym względem opowiadanie mnie nie wciągnęło. Romans i ratowanie świata – dwa straszliwie wyeksploatowane elementy. No, przynajmniej podajesz nietuzinkowe warianty, więc nie jest źle.

Legenda trochę doczepiona na gumę do żucia. Ale teksty wymogi spełnia.

Kilka potknięć warsztatowych – literówki, czasem coś zgrzytnie w konstrukcji zdania.

a im bardziej było popsute, tym jeszcze szybciej się psuło.

IMO, coś się posypało albo przeholowałeś z “jeszcze szybciej”.

Babska logika rządzi!

Naz, dzięki za wizytę. Ale mi to quasi-krzesło z łącznikiem brzydko wygląda, ale cóż… na zasady nie ma rady. Z tą zabawą przedrostkami trochę się inspirowałem matematyką i gdzieś widziałem zapis quasinorma i quasimartyngał, ale może źle zapamiętałem. To w takim razie czekam do zakończenia konkursu na opinię o fabule (i pewnie wytknięcie błędów merytorycznych ;))

Finklo, ano lubię pojechać po bandzie. Tylko mam nadzieję, ze po a nie poza bandą i nie wypadłem z toru zrozumienia. Tekst nie miał być ciężki, wątki filozoficzne miały stanowić trochę ekscentryczną dekorację.

Czyżby ukłon w stronę Naz? ;-)

Nawet test Bechdel ten tekst przechodzi. ;) Ale nie, nie pisałem tego tekstu pod nikogo, pomysł miałem już dawno, chyba nawet po przeczytaniu Piotrusia Pana lata temu. I po mojemu pasuje do hasła konkursowego idealnie. Bohater staje się marsjańską legendą (w znaczeniu mitu, fikcji, czegoś zmyślonego) i to jest kulminacyjna scena, do której wszystko prowadzi i od której wszystko odłazi. Przynajmniej, tak to sobie w głowie ułożyłem. ;)

Cieszę się, że bohaterowie wyszli niebanalni. Szkoda, że nie wciągnęło. Motywy romansu i ratowania świata wyeksploatowane, ale nie wiem, czy można napisać coś bez zużytych części. W końcu wątek romansu pojawia się chyba w co trzecim filmie i 90% piosenek. ;)

Zdanie z psuciem mi pasuje, chodziło o to, że się psuje wykładniczo, tylko bardziej poetycko to chciałem opisać. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Mi się podobało.

I nie mam na co pomarudzić nawet.

Ujął mnie już ten nagłówek/śródtytuł: "1. Arcytrudny problem istnienia krzeseł"

Czytało się gładziutko, gładziuteńko :-)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Dzięki Mytriksie. ;) Fajnie, że gładko się czytało. Dzięki za piątkę (choć przez moment mignęła mi tam inna ocena ;)).

Dziękuję też wszystkim klikającym.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Nie czuję tu żadnej bandy. Ciężki? To po prostu bardzo dobry tekst SF, o niezmiernie ciekawej tematyce i świetnym wykonaniu. Naprawdę nie zdziwiłbym się widząc go w jakimś numerze NF.

Nie mam tez zarzutów co do fabuły. Może bazuje na ogranych motywach, ale przedstawionych w przystępny i zaciekawiający sposób. Historia płynie wynikowo i naturalnie. Bohaterowie żyją własnym życiem. Absurd jest, ale nie rozpasany. Inaczej bym nie doczytał. Bogaty język, przystępny rym i melodia zdań, wyborne didaskalia.

Klikam z przyjemnością i nominuję.

Gratuluję, doskonała robota.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Szyszkowy, sam wiesz jak to z tym miganiem się bywa, czy to krzeseł, czy ludzi…

To co Ci mignęło, to była quasiocena.

Teraz masz ode mnie wystawioną QuasiSzóstkę, jej bytność wynosi 83,(3)%

Sporo zależy od Twojej niewiary, jak będziesz mocno w nią wierzyć, to kto wie, co się stanie?

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Inteligentne.

A nawet mądre.

Nareszcie coś dla dorosłych!

Gratulacje!:D

 

p.s. żeby nie przesłodzić – końcówka dość, hmmm wycofana. Zmęczenie Twórcy?

Bibliotekę, Dziadku, już Ci kliknąłem, a teraz czas zrobić coś więcej.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Zalthcie, dzięki, no takie komentarze to ja lubię. Jak to mówią, zrobiłeś mi dzień. ;) Zastanawiałem się nad tym, czy tekstu nie podpiąć pod S-F, ale główny motyw promieniowania wątpliwości trochę za bardzo trąca metafizyką. Dlatego wybrałem najlepsiejszą kategorię “inne”. Cieszy mnie, że fabuła się spodobała, bo na fabule mi zazwyczaj najbardziej zależy. Dzięki za klika i przede wszystkim za nominację!

Mytriksie, dobrze mi się zdawało. Ojej, no przy 83,(3)% można już przybliżyć w górę. ;) Zrobię ołtarzyk efemerycznej szóstce i będę skakać wokół niego jak w noc Kupały.

Rybaku, dzięki. Tekst dla dorosłych i chłopców, którzy nigdy nie dorastają. Zakończenie było zaplanowane z góry. Ale wiem, że takie wyjaśnienie fragmentów kursywą może zostać odebrane jako trochę… asekuranckie.

Cieniu Burzy, tak myślałem, że ktoś kliknął z przyczajki. Widzę w ostatnio komentowanych, że napisałeś post w tym temacie ze świetnym zrymowanym tytule, (w którym miga mi żółta gwiazdka i nie mogę jej usunąć). Także mam pewne podejrzenia, co to “czegoś więcej”. Dzięki!

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Szyszkowy Dziadku, jak zwykle, nie zawodzisz.

Cała historia, jak na Twoje dzieło przystało, jest porządnie wymyślona, należycie przyprawiona stosowną dawką humoru, miejscami zagadkowa, odpowiednio absurdalna, a wątki filozoficzne, którymi zazwyczaj nie zachwycam się, tutaj znalazły się świetnie, ba, wręcz ubarwiły opowieść. Szalenie satysfakcjonująca lektura. ;D

 

a obec­ni ocią­ga­ją się w pła­ce­niu skła­dek. –> Raczej: …a obec­ni ocią­ga­ją się z pła­ce­niem skła­dek.

 

Filip ro­ze­śmiał się, od­sła­nia­jąc po­żół­kłe, nie­kie­dy za­ha­cza­ją­ce o barwę po­ma­rań­czy, zęby. –> Czy to znaczy, że zęby Filipa czasami pomarańczowiały, a potem znów były pożółkłe?

 

zde­cy­do­wa­nie nie na moją kie­szeń, nawet nie na moje kilka kie­sze­ni. –> …nawet nie na moich kilka kie­sze­ni.

 

Prze­cha­dzać się wśród ale­jek zło­żo­nych z ludzi śpią­cych nie­rze­czy­wi­stym snem. –> Można przechadzać się alejkami, ale na czym polega spacer wśród alejek? Na ich omijaniu? Bo przecież spacerując wśród drzew, nie chodzimy po drzewach.

 

ze zwią­za­nych w kok wło­sów sypał się jakiś pyłek. –> …z upiętych w kok wło­sów sypał się jakiś pyłek.

 

Ner­wo­wo stu­ka­ła pan­to­fel­ka­mi ozdo­bio­ny­mi w pom­po­ny. –> Ner­wo­wo stu­ka­ła pan­to­fel­ka­mi ozdo­bio­ny­mi pom­po­nami/ zdobnymi w pompony.

 

Agata Pę­tel­ka wy­gło­si od­czyt na temat uogól­nio­nej teo­rii Dzwo­necz­ka – za­ana­non­so­wa­łem. –> …teo­rii Dzwo­necz­ka – za­anon­so­wa­łem.

 

po­wie­dzia­ła pre­le­gent­ka i za­czę­ła prze­cha­dzać się we wróż­ko­wym stro­ju. –> Można przechadzać się pomieszczeniu, ale w stroju?

Proponuję: …po­wie­dzia­ła pre­le­gent­ka we wróż­ko­wym stro­ju i za­czę­ła prze­cha­dzać się.

 

Wzią­łem pierw­szy łyk cap­puc­ci­no… –> Raczej: Wypiłem pierw­szy łyk cap­puc­ci­no

 

Nie wie­dzia­łem, czy wie­rzę Dzwo­necz­ko­wi w tę całą hi­sto­rię. –> Można wierzyć w coś, albo wierzyć komuś. Nie wydaje mi się, aby można wierzyć komuś w coś.

Proponuję: Nie wie­dzia­łem, czy wie­rzę w tę całą historię Dzwo­necz­ka.

 

Wy­zy­wa­ją obe­lga­mi, które nie są dla mnie jasne. –> Masło maślane. Gdyby nie używali obelg, nie byłoby wyzywania.

 

Ga­pi­łem się tępo w ekran, sta­ra­jąc się na­dą­żyć za dzie­ją­cy­mi się rze­cza­mi. –> Siękoza.

Proponuję: Patrzyłem tępo w ekran, usiłując na­dą­żyć za dzie­ją­cy­mi się rze­cza­mi/ wydarzeniami.

 

Znik­nął, wy­trą­ca­jąc ostat­ni ar­gu­ment z ręki jego prze­ciw­ni­ków. –> Znik­nął, wy­trą­ca­jąc ostat­ni ar­gu­ment z ręki swoich prze­ciw­ni­ków.

 

Nawet jeśli te ba­ne­ry i cała kam­pa­nia kogoś prze­ko­na… –> Piszesz o banerach i kampanii, więc: Nawet jeśli te ba­ne­ry i cała kam­pa­nia kogoś prze­ko­nają

 

można spra­wić, ze rze­czy znik­ną… –> Literówka.

 

Byłem już mniej niż pół-czło­wie­kiem… –> Byłem już mniej niż półczło­wie­kiem

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie tekst wydał się lekki i przyjemny (nie licząc potknięć językowych, których jest sporo); temat mi się podobał, chyba najbardziej motyw kłótni solipsystów o to, kto istnieje w czym umyśle.

Jeden tekst mi zapadł w pamięci razem z kontekstem przemowy Pętelki:

“– Ależ, mój drogi, przecież to jest taboret!” ; D – istna scenka Monty Python’a ; D

Gdyby nie niezręczności językowe, byłoby zupełnie dobre. Nie będę ich wypisywał, bo nie wiem jak wiele bytu w sobie zawierają ; D

 

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Reg, szalenie cieszę się, że tekst się spodobał, a mieszanka absurdu, humoru i filozofii miała odpowiednie proporcje. ;) I dzięki za wskazanie kolejnych chwastów językowych do wypielenia.

Marlowie, dzięki za wizytę. Pierwsza scenkę z taboretem napisałem chyba jakieś dwa lata temu jako odrębnego szorta, ale nigdzie go nie wrzuciłem. No i pomyślałem, że taki żart idealnie pasuje na początek. ;)

No tak, językowo trochę potknięć było. Tekst jest najdłuższym, jaki kiedykolwiek napisałem. I pewnie przy takich dystansach, powinienem pozwolić mu dłużej leżakować albo może spróbować z betalistą. Do przemyślenia na przyszłość.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Fajne, podobało mi się :)

Też tak myślę, że gdybyś zostawił ten tekst na trochę i go przejrzał, to sam byś zobaczył trochę tych byków. Ale tak jest ten świat pobudowany i ja na byki mocno nie narzekam, bo historia jest w porządku. A byki każdemu się zdarzają, a przecież reg czuwa i zawsze na wszystko rzuci światło.

Żart świetny. Aż mam w głowie tę scenkę, jak Pętelka z niejakim oburzeniem wskazuje na taboret po wykładzie udowadniającym iluzoryczność krzeseł. Specyficzny humor, trafił w mój gust.

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

No to super. Dzięki, Anet. :)

Marlowie, tekst przeglądałem wielokrotnie, ale jednak przy czytaniu swoich wypocin jestem ślepy jak kret. Na trochę też go odłożyłem, ale teraz widzę, że na zbyt krótko. ;) Reg zawsze czujna, ale lepiej oszczędzić bogini pracy. ;) Też jestem zadowolony z pierwszej sceny opowiadania. Lubię specyficzny humor.

 

Tak w ogóle to bardzo cieszę się z nominacji. Ostatnio byłem nominowany ponad dwa lata temu i prawie zapomniałem, jak to jest. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Ja raczej rzadko czytam tagi, więc mnie nie zniechęciły (dopiero teraz zerknęłam na wstęp) Nie zwróciłam również uwagi na ilość znaków, i w sumie zdziwiłam się, że czytam i czytam, a u końca nie widać. Nie, żebym się męczyła, czytając, bo tekst jest świetnie napisany i właściwie płynie się przez niego. Historia mnie porwała i wciągnęła, choć muszę przyznać, że filozofia, to nie moja bajka. U Ciebie na szczęście podana była w lekkostrawny sposób. Poza tym absurd zaprawiony odrobiną humoru, świetna fabuła i ciekawe postacie, dają podstawy do tego, że niedługo tam na górze, obok tagu – Jestem legendą znajdzie się takie ładne piórko, czego Ci życzę drogi Dziadku. :)

Cieszę się, Dziadku, że się przydałam i życzę powodzenia w konkursie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

AQQ (super nick na marginesie ;)), dzięki za wizytę. Przedmowę dodałem, bo wiem, że niektórzy czytelnicy nie przepadają za absurdem. Fajnie, że wciągnęło i filozofię uznałaś za zaserwowaną lekkostrawnie. Co do piórka się zobaczy, sama nominacja bardzo mnie cieszy, bo pewnie więcej osób zajrzy do tekstu. ;)

Dzięki, Reg. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Trudno ocenić coś, co “nie zagrało” tak do końca. I w tej kwestii podpisał bym się pod stwierdzeniem Starucha: 

“Kwestia gustu – jedni będą zachwyceni (jak Skull), dla innych będzie to trochę sztuka dla sztuki (jak dla mnie).”​

I dla mnie. Warsztatowo sprawnie napisane, filozoficzne wątki nie utrudniają przekazu, pomysł może się podobać, ale niestety nie moja bajka.

Cóż, trudno. Ale dzięki za komentarz. Takie opinie też są ważne. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Zazdroszczę tym wszystkim, którzy uznali opowiadanie za łatwe, a poruszone problemy za zrozumiałe, i nawet nie o liczbę i rangę stawianych pytań tu chodzi, raczej o to, że nim wszystko sobie poukładałem, pytania zniknęły, a w ich miejsce pojawiły się inne. 

Problem, dlaczego istnieje raczej coś niż nic, jest nienowy. Idea, że świadomość określa byt, także jest znana. Tyle, że w opowiadaniu wyjaśnienia zmieniały się w sposób dla mnie nieprzewidywalny.

Najpierw było, że rzeczywistość zależy od wiary w nią. Potem, że wiarę da się kształtować za pomocą reklamy, a później, że istnienie zależy od jakichś tajemniczych promieni wątpliwości.

Mogę od biedy zrozumieć, że na potrzeby opisywanej historii świat zniknie, gdy przestanie się w niego wierzyć. OK. Tylko że jeśli świata nie będzie, nie pojawi się znowu, gdyż nie będzie nikogo, kto gotów jest go na nowo wymyślić.

Kolejny problem wiąże się z możliwością kreacji samego siebie bez pomocy z zewnątrz. Jeśli bowiem dochodzi do kreacji przy współuczestnictwie zewnętrznych mocy, wówczas to, co powstanie, będzie takie jak widzimisię samego kreatora. Agata Pętelka doprowadzając do zniknięcia i ponownie kreując z nicości bohatera, powodowałaby, że coraz mniej byłoby w nim samym jego samego, a coraz więcej jej wiary w to, jaki on był lub być powinien.

No i jeszcze kolejny problem: czy można zwątpić w swoje istnienie, nie wątpiąc w nie. Bohater wiedział, że istnieje, a jednak był bezbronny wobec sił, wymazujących go z tego świata. 

W ten sposób uwiązłem w tekście, niby w labiryncie, gdzie każda z dróg jest ślepa.

Rozjaśniło mi się nieco, gdy uznałem, że promienie wątpliwości to nic innego jak magiczna różdżka służąca do anihilacji. Magiczna różdżka wiele wyjaśnia i powoduje, że logika nie ma tu już zastosowania i jakiekolwiek tłumaczenia są rażąco nie na miejscu. Tylko co wówczas zostaje z opowiadania? To mianowicie, że nie można zadzierać z kobietą, bo gdy poczuje się urażona, gotowa wygumkować człowieka z tego świata. Ale na ile jest to fantastyka… każdy już niech sam odpowie :D

 

Hm, napisałem ten komentarz, przypatrzyłem mu się i teraz myślę, że to wszystko wygląda na czepialstwo. Skoro się już jednak upisałem, to niech zostanie. Ale nie przejmuj się nim Szyszkowy Dziadku. 

Serdeczności!

Dzięki, Corneliusie, za obszerny komentarz i nie uważam go za czepialstwo. Zadajesz ciekawe pytania. Do kilku kwestii się odniosę.

że wiarę da się kształtować za pomocą reklamy

 Mogę od biedy zrozumieć, że na potrzeby opisywanej historii świat zniknie, gdy przestanie się w niego wierzyć. OK. Tylko że jeśli świata nie będzie, nie pojawi się znowu, gdyż nie będzie nikogo, kto gotów jest go na nowo wymyślić.

Tyle, że zarówno nieskuteczność reklamy jako źródła wiary jak i to, że motyw ze zniknięciem świata jest przegięty zostają wyjaśnione w momencie, gdy Agata ujawnia bohaterowi swój blef. Cała historia z możliwym końcem świata jest zmyślona przez Agatę by zwabić głównego bohatera. Twoje wątpliwości, co do tego rodzaju Apokalipsy są całkiem sensowne, ale bohater się nad tym nie zastanawia, bo tak bardzo marzy o uratowaniu świata.

Agata Pętelka doprowadzając do zniknięcia i ponownie kreując z nicości bohatera, powodowałaby, że coraz mniej byłoby w nim samym jego samego, a coraz więcej jej wiary w to, jaki on był lub być powinien.

Ale Agata nie kreowała bohatera z powrotem własną wiarą. Jego istnienie migotało. Oczywiście, można się zastanawiać, gdzie była przechowywana informacja o bohaterze, gdy go nie było. Co z kolei może sugerować, że nicość w tekście może nie być do końca nicością (tak, jak na przykład idealna próżnia nie istnieje, bo zawsze są kwantowe fluktuacje).

czy można zwątpić w swoje istnienie, nie wątpiąc w nie. Bohater wiedział, że istnieje, a jednak był bezbronny wobec sił, wymazujących go z tego świata. 

Tyle, że w tekście jest asymetria, pokazane jest niszczenie niewiarą, ale czy można stwarzać wiarą? (Tak jak w Piotrusiu Panie wiara dzieci uleczyła Dzwoneczka). No i jeszcze kwestia, że na siłę promieni ma wpływ liczba ludzi i “gęstość zaludnienia”, więc czy nawet jeden bohater pewny swojego bytu na 100% mógłby się wybronić?

Rozjaśniło mi się nieco, gdy uznałem, że promienie wątpliwości to nic innego jak magiczna różdżka służąca do anihilacji.

Pewnie do “magicznej różdżki” to się sprowadza. Ale osobiście nie widzę w tym niczego złego. :) Choć nie zgadzam się, że jej działanie jest nielogiczne. Zależało mi, by było spójne.

Oczywiście, że przez tekst przewijają się srogie filozoficzne pytanka bez odpowiedzi. Ale wydaje mi się, że na pytania z ontologii raczej nie da się odpowiedzieć jednoznacznie.

Dzięki za podzielenie się fascynującymi uwagami. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dzięki za wyjaśnienia. To wszystko takie nie na moją głowę. Wyobrażam sobie tylko, że napisanie tego opowiadania wymagało sporo pracy i na pewno jest dużo bardziej przemyślane, niż mi się wydaje. 

Dobrej nocy, Szyszkowy Dziadku. Niech Ci się wiedzie w konkursie:)

Dzięki, Corneliusie. ;) Dobrej nocy.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Och, świetny tekst. Szczególnie spodobało mi się uchwycenie solipsystów w kontekście społecznym. Nie będę powtarzać pochwał za przedpiścami, ale wiedz, że pozazdrościłam Ci umiejętności zręcznego posługiwania się humorem, absurdem i ironią. Opko czytało się samo.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Dzięki, Fleur. Fajnie, że pomysł na Klub Solipsystów się spodobał. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dobra, póki mam chwilę i ogarniam jeszcze temat (procenty istnienia, chciał nie chciał, spadają człowiekowi i bez marsjańskiej Antywiary), spróbuję uzasadnić moją dla Dzwoneczka nominację: zajebiste to było.

 

Peace!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

P.S.

Dobra, żeby się nie czepiali, żeby był dobry przykład i żeby w ogóle było fajnie, to dodam jeszcze – choć pewnie mało oryginalnie – że generalnie uwielbiam pisarstwo w stylu, jaki uprawiasz. Jest, przede wszystkim, inteligentnie – i to nawet nie na poziomie fabuły, co po prostu “Tańca ze słowami” – i takoż ładnie oraz zabawnie po prostu, co, w konsekwencji, daje nam niezwykle lekką i przyjemną w odbiorze lekturę. Niemal klasyczne odzwierciedlenie mojej ulubionej czytelniczej mantry: Od dobrej historii wolę dobrze opowiedzianą historię. Niemal, bo po raz, że Ty swoją historię opowiedziałeś lepiej niż dobrze, a dwa, że sama opowieść też się broni (zresztą bez tego nominacji by nie było, ponieważ jako czytelnik mam wymagania na poziomie raczej wysokim /taką przynajmniej żywię nadzieję/, ale jako Lożanin – prawie jak Marsjanin, co w sumie czasem wydaje się skojarzeniem poniekąd zasadnym, ale mniejsza – jestem po prostu upierdliwym skunksem).

Dobra, mógłbym się przyczepić – i chyba właśnie się czepiam – niedociągnięć natury wykonawczej; wiesz te wszystkie językowe wpadki i nierówności, coś tam gdzieś źle zaprzecinkowane, niektóre zdania trochę kulawe i takie tam, ale nie przeszkadzało mi to w lekturze na tyle, by… no, by przeszkadzało generalnie, a poza tym jestem przekonany, że z regularną boską pomocą albo już pozbyłeś się większości z tych niedociągnięć, albo wkrótce to zrobisz – taki mamy system, Bogini zapłać.

Mógłbym się też przyczepić… huhuhu… Dobra, inaczej: jeśli chodzi o fabułę, to stężenie absurdu blokuje mi możliwość czepiania się praktycznie czegokolwiek. I to jest fajne, bo nawet pewne dziury, jeśli już by się ich faktycznie z premedytacją doszukiwać, raczej tylko podkreślają radosny absurd całości (nie doszukuj się tu wydźwięku pejoratywnego, bynajmniej – zdrowemu, warczącemu absurdowi mówimy stanowcze: czemu nie?). Bo główna oś fabularna jest, jak dla mnie, jednym wielkim absurdem ubranym w ładnie skrojoną filozofię (choć, Bogiem a prawdą, równie mocno skłaniam się ku poglądowi, że jest doskonale odwrotnie: że mamy tu do czynienia z filozofią ubraną w garniak absurdu. Jakkolwiek by na to nie spojrzeć jednak, to ani opowiadaniu, ani tym bardziej mi, nie czyni ta różnica, jak się zdaje, żadnej różnicy, co z kolei czyni ją, tę różnicę w sensie, różnicą na poziomie czysto semantycznym).

No więc absurd i filozofia, tak. Pewnie zabrzmi to paradoksalnie, ale o ile Teorię Dzwoneczka na swój sposób mógłbym uznać – i może nawet uznaję – za sensowną, jako swoistą potęgę podświadomości o przeciwnym ukierunkowaniu sił sprawczych po prostu, to solipsyzm jest dla mnie co najwyżej materiałem do żartów na poziomie tych z Twojego Klubu – w sumie zabawnych, ale niewiele ponad to. Generalnie jednak cały ten ścierający się ze sobą koncept nihisityczno-egoistyczny (bo chyba można pokusić się o takie uproszczenie?), jest fajną bazą wyjściową i tłem dla całej właściwej historii.

Z tą jednak już ciut gorzej, a to głównie za sprawą bohatera, któren wyszedł Ci trochę nijaki. Taki gizdek-pizdek, za przeproszeniem, który sam od siebie nie ma tak naprawdę nic ciekawego w tej opowieści do dodania i spełnia się wyłącznie jako narrator z dobrą nawijką.

Zupełnie inaczej wypada tutaj Dzwoneczek, która faktycznie wychodzi na stukniętą, socjopatyczną… no cóż, już bez gizdka. Są to jednak tak skrajnie przeciwne osobowości, że ich relacje w ogóle nie wydają mi się prawdopodobne. Albo inaczej: Agata może i faktycznie potrzebowała kogoś takiego jak Bartłomiej; gościa, który umie słuchać, bo sam nie ma jakoś specjalnie dużo do powiedzenia, i którym, generalnie, można pomiotnąć od czasu do czasu, ale jego relacja z ich relacji zupełnie mnie nie przekonuje. To wszystko, ich związek i rozstanie, przeszły jakoś zupełnie bokiem i, prawdę mówiąc, póki nie nazwałeś rzeczy po imieniu, nawet nie przyszło mi na myśl, że to “już”, a tym bardziej, że to “już po”. Widziałem tę historię raczej jako niezdarne podchody z budzącym jednak nadzieję potencjałem na coś w stylu porąbanej, ale unikatowej miłości. Tymczasem wszystko skończyło się, nim właściwie w ogóle się zaczęło. A potem była już tylko okrutna za tę nijakość zemsta.

A, no i szkoda, że nie dałeś gdzieś tam po drodze z plaskacza Kalinie, bo należało jej się za Dzwoneczka (w sumie w tej scenie z Bartłomieja najbardziej wyszedł ten gizdek-pizdek) jak, nie przymierzając, smoku dziewica (Jezu, nie znoszę takich ludzi, więc mam żal, że się nad nią popastwiłeś trochę).

Generalnie jednak legenda Bartka, mimo, że oparta na srogiej dawce absurdu i cokolwiek przy tym chwiejna momentami, suma sumarum, wypada przyjemnie i na tyle spójnie (bez jakichś naprawdę rażących nielogiczności) że nie niweczy ogromu dobrego wrażenia całości. Pozornie może i nie jest to jakieś bardzo wielkie osiągnięcie, ale ja to widzę tak: mam świetną opowiedzianą historię z dającą się kupić fabułą i bohaterem, który trochę do niej nie dorasta, ale który… no, facet istnieje na promila część którąś tam po przecinku, więc może też nie ma co wymagać od niego zbyt wiele, nie?

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki, Cieniu, za komentarz zarówno ten krótki i ten bardziej lewiatanowy. ;) Bardzo się cieszę, że tekst się tak spodobał i sprostał marsjansko-lożańskim wymaganiom. Nie wiem, co tu w sumie dodać, bo ze wskazanymi słabościami tekstu się zgadzam. Byków tu trochę narobiłem, ale dzięki Reg (i wcześniej Naz i Staruchowi) powinno już być odchwaszczone.

Co do tego, że bohater wyszedł nijaki i ciapowaty, to no… nie da się ukryć. A w kontraście do Dzwoneczka to już w ogóle. Jego relacja z relacji jest trochę skrótowa, bo Bartłomiej pewne rzeczy zatajał we wspomnieniach, żeby wypaść w lepszym świetle (nie opisuje rozstania w wirtualu ani skamlenia o wstawienie się u ojca). A co Dzwoneczek w nim widziała? Cóż, może tak bardzo potrzebowała walidacji, akceptacji, itp., że miała obniżone standardy. Nie wiem. :P

To dobrze, że Kalina wyszła antypatyczna, też jej nie lubię. Jakoś nie było okazji, by ją ukarać. ;)

Także, jeszcze raz wielkie dzięki za opinię i nominację. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Zwabiły mnie błyski burzy i rzadko mi zauważalna podjarka Cienia.

 

Nie mój typ absurdu. Ja wolę taki bardziej rubaszny, bezwstydny, czasem po prostu głupi. 

Ten mi zaserwowany jest jak klej, którym próbujesz sklecić trochę techniki i baśń. Akceptuję to, ale nie umiem tego porządnie przegryźć i się w tej wizji rozsmakować. Po prostu – VR i część "science" jest u Ciebie przystawką, a ja wolę, kiedy jest daniem głównym. ;)

 I jest to zarzut zupełnie nijaki – bo wynikający z moich preferencji czytelnika.

A filozofia, w sensie myślenia nad myśleniem, przypomina mi jałowy proces obliczeniowy, zapuszczony na mózgu, który w niekończącej się pętli rekurencyjnej mieli kolejno wyciągane wnioski, prowadząc w rejony tak abstrakcyjne… że (dla mnie) po prostu nieatrakcyjne.

 

Wrócmy do tekstu.

Sugestii, że procent bytu Bartka może być jedynie jego wrażeniem zmysłowym mi nie podsunąłeś. Ba, dodałeś nawet, że go z wirtualnej rzeczywistości wylogowało. A zatem, z ciekawości – jak oddycha, trawi i myśli trzy czwarte człowieka? Jak widzi mniej niż jego połowa? A jeśli "odbycenie" jednak dotyczy tylko zmysłów – dlaczego jest świadom ich wszystkich do niezerowego końca?

I jestem smutny, że wirtual posłużył Ci tylko jako tło. A jego nierealność potraktowałeś trochę powierzchownie (w kontekście problematyki, którą w tekście podjąłeś).

 

Są tu rzeczy, o których się programistom nie śniło. Można tu znaleźć dawne prototypy wirtuala, rzeczy wycięte z finalnej wersji i bugi. Mnóstwo bugów.

Akurat tutaj palnąłeś. A właściwie to Dzwoneczek.

W kwestii bugów – w każdej szanującej się aktualizacji są nowe babole. Ba, w szanujących się opisach aktualizacji znajduje się zapis "dodano nowe bugi, by móc naprawić je później"!

 

A ja mogę robić tutaj, co chcę, bo ją zhakowałam.

Wiem, że pasowało Ci do zdania, ale duże nope. Hacking tyczy się zabezpieczeń systemów teleinformatycznych, nie korzystania z baboli w grach. Wiem, że to pierdoła, ale nie lubię mieszania tych pojęć.

 

Napisałeś to dobrze, nie umiem odmówić Twojemu konstruktowi bycia atrakcyjnym i przekonywującym. Nie odchodzę więc niezadowolony. Ale czy mi się podobało?

To jak z tym krzesłem.

I tak, i nie.

Dzięki za wizytę, Stn. Tak, tekst jest trochę mieszanką różnych konwencji i wątki s-f wykorzystałem trochę jako drugi plan.

Nie mój typ absurdu. Ja wolę taki bardziej rubaszny, bezwstydny, czasem po prostu głupi

No to się różnimy. :P Rubaszny humor to wręcz antypody w stosunku do mojego. ;)

 Sugestii, że procent bytu Bartka może być jedynie jego wrażeniem zmysłowym mi nie podsunąłeś. Ba, dodałeś nawet, że go z wirtualnej rzeczywistości wylogowało.

Tak się zastanawiałem, czy ktoś zwróci na to uwagę. To, że znikanie działa głównie na zmysły, a nie (a może słabiej, wolniej?) na świadomość chciałem zasugerować w ostatnim fragmencie, gdy bohater tonie w deprywacji, a mimo to, może sobie wspominać, marzyć i rozkminiać. Dlaczego go wylogowało? Dobre pytanie, może wirtual przenosi świadomość w cyfrowy świat, ale połączenie wymaga jakiegoś stopnia stabilności ciała. Wszystko pewnie zależy, jaki dualizm ciało/umysł przyjąć, a sama koncepcja antywiary wymaga takiego podziału na poziomie może nawet metafizycznym.

A zatem, z ciekawości – jak oddycha, trawi i myśli trzy czwarte człowieka? Jak widzi mniej niż jego połowa?

No kwestia fizjologii quasi-człowieka to trudna sprawa. Zastanawiałem się nad takim rozsmarowaniem, czyli, że jedna setna człowieka musi jeść sto razy mniej i przy przy odpowiedniej asymptotyce znikania, mogłoby mu starczyć na wieczność. Taka tam spekulacja. ;)

 Akurat tutaj palnąłeś. A właściwie to Dzwoneczek.

Ale w czym palnąłem/palnęła? Że przy wychodzeniu poza mapę gry znajduje się cuda na kiju i bugi? Dzwoneczek nie twierdzi, że programiści nie widzieli nigdy bugów, tylko trochę parafrazuje cytat o filozofach.

Wiem, że pasowało Ci do zdania, ale duże nope. Hacking tyczy się zabezpieczeń systemów teleinformatycznych, nie korzystania z baboli w grach. Wiem, że to pierdoła, ale nie lubię mieszania tych pojęć.

 Technicznie masz rację. Ale czy określenie “haker” jako oszust w grach mmo naprawdę jest tak naciągane, jako bądź co bądź działanie wymagające obchodzenia zabezpieczeń gry? Hmm… może i jest. Zastanowię się, czy nie zamienić hakowania na cheatowanie, bo jednak bardziej pasuje.

Dzięki za podzielenie się uwagami i uznanie tekstu za atrakcyjny i przekonujący. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

No właśnie na tej procentowej degradacji bytu trochę się zaciąłem. Idea ciekawa, ale stanąłem jedną nogą w realu, drugą na ścieżce z napisem metafizyka – i nie byłem pewien, którą mnie prowadzisz. To mój jedyny "prawdziwy" problem z tekstem – ja się nie mogę zdecydować, a Ty mi jednoznacznie właściwej ścieżki też nie wskazujesz.

Palnęła przy tej parafrazie. Jestem pewien, że to programiści narobili bugów, których Dzwoneczkowi się nawet nie śniło. W sumie, to ciekawe zagadnienie jest – iść do wirtualnego burdel-baru i się zaciąć na amen. Albo… stanąć w kałuży i nie móc wyciągnąć z niej nogi. Albo… zgubić kończynę (bo przestała się renderować). Przekichane.

No, Dzwoneczek to cziterka! ;)

No tak, właściwej drogi tu nie ma, bo tekst trochę stoi w rozkroku pomiędzy nauką (fale ontologiczne, itp.) a metafizyką/spekulacją filozoficzną (inspiracja Piotrusiem Panem) i pewnie nie każdy to kupi. Sama koncepcja solipsyzmu wokół której tekst sobie tańcuje już mi podchodzi pod metafizykę, gdzie to umysł lepi ciało a nie na odwrót.

Mnie tam pasuje ta parafraza. ;) Tak, napotykanie na bugi może być ciekawym doświadczeniem. ;) Kręcili kiedyś ekranizację Assasins Creeda, mogli tam wykorzystać takie motywy.

Z tym czitowaniem to się zgadzam i to zmienię. Dzwoneczka powinni zbanować. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Świetne, wciągające opowiadanie. Pomysł bardzo oryginalny i przede wszystkim niebanalny. Historia też opowiedziana w przemyślany sposób – na początku wolniejsza, później już całkiem dynamiczna akcja. Przyznam, że Twój świat (interesujące kluby, baron sceptyków, problem krzeseł, posiadająca moc niewiara, czy wreszcie broń ontologiczna) zwyczajnie mnie urzekł. Między innymi dlatego, że po złączeniu tych wszystkich osobliwości jest nie tylko spójny, ale i różni się mocno od tych popularnych, typowych. Pomysł jest fajnym połączeniem absurdu, filozofii, sf i humoru.

Chyba trafiłeś w mój gust, bo nie jestem w stanie do niczego się przyczepić.

Wykonanie też na wysokim poziomie. Mam wrażenie, że trochę przesadzasz z przecinkami – stawiasz je wszędzie tam, gdzie stać mogą, ale nie są konieczne. Zbyt dużo rzeczy traktujesz jako wtrącenia. Ale to szczegół; w tekście znalazło się naprawdę sporo smaczków i ciekawych zdań. Na przykład ładny początek ostatniego akapitu:

„Jestem quasi-człowiekiem, pseudooddycham, semi-myślę, niby-żyję. Przedrostki przyklejają się do mnie jak spragnione pijawki.”

Jeśli jest coś takiego jak „gratulacje z góry”, to… gratuluję piórka z góry ;) Naprawdę zdziwiłbym się, gdyby loża nie doceniła tekstu.

Dzięki, Perruksie, za komentarz i nominację. :)

Fajnie, że spodobały się elementy opowiadania, na których mi zależało. Czyli kompozycja, spójność świata i ogarnięty absurd. Z, przecinkami, pewnie, bywam, nadgorliwy. ;)

Z piórkiem się zobaczy, sam jestem ciekaw, jak loża oceni tekst.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Interesująco napisałeś o rzeczach, które dla mnie, prostego inżyniera, zwykle odpychają. Może i umknęły mi jakieś aluzje filozoficzne, ale to co przedstawiłeś, miało swój urok. Szczególnie spodobała mi się Agata – ujęło mnie ukazanie jej szaleństwa i pokręconej logiki.

Sam bohater to trochę ciepłe kluchy, ale końcowe wyznanie połączone z wiedzą z fragmentów pisanych kursywą poprawiło dla mnie jego odbiór. W ogóle te wstawki są na wielki plus – ładnie zgrały się z końcówką i podbiły mi satysfakcję z przeczytanego tekstu.

Trochę bałem się z początku tagu “absurd”, ale to jest to ten jego rodzaj, który jest celnie używany w treści, a nie miota się na wszystkie strony, chcąc znaleźć pomysł na siebie.

Technicznie całość napisana wciągającym językiem.

Innymi słowy – przepiękny koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Cieszę się, że filozoficzno-absurdalny koncert fajerwerków się spodobał. Bohater wypada blado w porównaniu do Agaty, ale dobrze, że zakończenie go trochę zrehabilitowało. ;) Trochę kombinowałem z tym zakończeniem, bo bardzo chciałem sobie poprzeplatać Ziemię z wstawkami z Marsa, ale też nie doklejać ich bez uzasadnienia. Fajnie, że to wyszło. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Cholernie dobre opowiadanie. W każdym calu. Moim zdaniem – poziom tekstów drukowanych w NF. I, jak do tej pory, najlepsze opowiadanie w konkursie. 

Nie będę pisał o tym co nie przypadło mi do gustu, bo nie ma takiej rzeczy. 

O tym co mi się podobało też nie – bo podobało mi się wszystko: temat, styl, humor, bohaterowie. 

 

Dzięki za świetny tekst, doskonale się bawiłem. 

 

PS. Występ Dzwoneczka przed Klubem mocno przypominał mi debiuty świeżynek na portalu ;). 

Oj, chyba aż tak nowych nie flekujemy?

Babska logika rządzi!

Fajnie, że wpadłeś, Łukaszu. I, że całokształt się tak bardzo się spodobał. :)

PS. Występ Dzwoneczka przed Klubem mocno przypominał mi debiuty świeżynek na portalu ;). 

 Ciekawe skojarzenie :D. Chyba tak źle nie jest, gdyby zdarzyła się tu jakaś Kalina, chyba dostałaby srogiego bana. ;)

 

A tak na marginesie, gdyby ktoś się zastanawiał, jaką egzotyczną matematyką był inspirowany budynek WirtuOzu, to taka ciekawostka:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Rogata_sfera_Alexandera

 

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Ten tekst najbardziej przypadł mi do gustu z dotychczasowych propozycji konkursowych. Dopracowany w każdym calu. 

 

– Mogę ci wytłumaczyć, jak to jest. Co czuję. Słyszałeś jakieś bajki o eliksirze miłości?

– Wypija się taki eliksir i zakochuje w pierwszej widzianej osobie?

– Tak. – Agata pokiwała głową. – Powiedzmy, że ja wolałabym poprosić alchemika o trochę inną substancję. Eliksir akceptacji.

– Ale po co?

– Żeby upijać się nim do lustra.

Genialny fragment.

 

Podobał mi się też motyw kosmicznego kowboja, który okazał się próbą przeciwstawienia filozofii solistycznej Dzwoneczkowi. Okazało się jednak, że wiara jednego człowieka nie może pokonać niewiary całej społeczności. Piękna puenta :)

Dziękuję, Wilczyco. Bardzo podoba mi się Twoja interpretacja zakończenia. :) Z fragmentu o eliksirze akceptacji również jestem zadowolony, świetnie, że zwróciłaś na niego uwagę.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Bardzo dobry tekst. Nie bardzo mam się do czego przyczepić.

Tytuł jest w porządku, choć przy całym tym absurdzie mógłbyś wyjechać z czymś na miarę “Flaminga”. Opowiadanie wciąga od pierwszych zdań i raczej trzyma do końca (to “raczej” wynika pewnie z mojej dekoncentracji). Kwestie filozoficzne wyłożone bardzo przystępnie, bo sięgałeś głównie po te znane motywy, “myślę, więc jestem” itp. – chyba że coś przeoczyłem. Uzyskałeś równowagę między filozoficzną, cięższą treścią a absurdalną, lżejszą formą. Takie opowiadania to czysta przyjemność. 

Mógłbym jeszcze próbować rozkładać to na czynniki pierwsze, bo wiadomo, jedne rzeczy podobały się bardziej, inne mniej, ale to chyba bezcelowe. Podkreślę jeszcze raz, że moim zdaniem najmocniejsze jest tutaj osiągnięcie złotego środka: przez tekst się płynie, jednak na pewno nie nazwałbym tego “sztuką dla sztuki”, przeciwnie – paradoksalnie absurdalna historia niesie ze sobą ciekawą, głębszą treść. 

Dzięki, Funie. :)

Z tytułem pewnie mógłbym bardziej zakręcić i może tytuł pierwszego rozdziału bardziej przykuwa uwagę od tego głównego. Ale w sumie za bardzo z nim nie kombinowałem, bo pasował mi do treści. Sięgałem po znane motywy, no bo jestem trochę za cienki w uszach na ogarnięcie czegoś bardziej egzotycznego. No i sam ogarniam filozofię tylko na poziomie “popularnonaukowym” i to też nie do końca.

Świetnie, że udało się osiągnąć złoty środek. Bo też takie teksty najbardziej lubię pisać, lekkie na ciężkie tematy.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Opowiadanie pełne uroku i przyjemnego klimatu. Największym problemem miałem z tym, aby się na chwilę od niego oderwać. :) Czytając o podejrzeniach, czy niewiara Kolonii może zakończyć istnienie świata w głowie miałem już wizję kontrataku, w którym wielka akcja ma na celu nawrócenie (odwrócenie?) na niewiarę w Kolonię. I kto tu kogo pierwszy zmiecie swoją niewiarą i czy wątpliwość bierze jeńców. :) Dużo przyjemności z czytania! Od dziś będę się baczniej przyglądał krzesłom.

Dzięki, ac. Bardzo ciekawa wizja wojny na antywiarę. Na krzesła zawsze trzeba uważać. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Przypomniała mi się scenka z urodzin chrześniaka: dzwonek do drzwi. Ciotka się poderwała, ale doszła do wniosku, że niech jubilat wita gości. Tylko że wujek zdążył jej usłużnie odsunąć krzesełko, coby ułatwić wstanie zza stołu… Jednak wiara ma moc! ;-)

Babska logika rządzi!

Ciekawe, jak to się skończyło. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

A jak mogło się skończyć? Ciocia klapnęła na ziemię. Ale nic jej się nie stało.

Babska logika rządzi!

Bardziej interesujące jest, jaki los spotkał wujka ;)

Otóż to. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Też nic mu się nie stało. W końcu chciał dobrze…

I nadal są małżeństwem.

Babska logika rządzi!

Przyznam szczerze, że do tekstu zajrzałem, bo dyżur. Inaczej pewnie bym ominął, ostatnio mam wrażenie, że moja lokalna bańka czasoprzestrzenna mocno się skurczyła i z czytaniem długich tekstów bardzo mi pod górkę… 

Ale zajrzałem i zdecydowanie nie żałuję. Cóż mogę napisać, by nie powtarzać wszystkiego po milionach poprzedników – świetny balans powagi i humoru, doprawiony absurdem, takim nienachalnym, który nie zrywa więzadeł wewnętrznej logiki. Chylę czoła przed zdolnością opowiadania o rzeczach skomplikowanych i dość, w gruncie rzeczy, poważnych w lekki, przystępny i nieco ironiczny sposób. Do tego bardzo dobry język i niebanalny pomysł – wyszedł naprawdę znakomity tekst.

Na takie zawsze znajdzie się miejsce w mojej stale kurczącej się sferze czasowej.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dzięki za wizytę i komentarz. :) Cieszę się, że tekst się spodobał i udało się zrównoważyć powagę z humorem i że absurd nie szumiał za mocno. I oby Twoja sfera czasowa przestała się kurczyć. Trzeba pomajstrować przy stałej kosmologicznej. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Przebrnąłem. Przez tekst, a potem przez komentarze. Z tych drugich wyłuskałem mnóstwo epitetów – wciągające, niebanalne, inteligentne, zabawne, przystępne, gładkie. Nikt się jednak nie pokusił o jakąś interpretację tego dziwnego opowiadania. I tu w moim prostym umyśle rodzi się konfuzja – czy ci wszyscy zachwyceni czytelnicy są zachwyceni, bo widzą, że to tekst spisany warsztatem naprawdę wysokiej próby, ale traktujący o takich rzeczach, że w sumie nie wiadomo co powiedzieć, więc wypada tylko pochwalić? A może jestem po prostu totalnym, ograniczonym ignorantem i co ja w ogóle robię na tym forum i w tej loży? Wszystko to dobre pytania.

W tym morzu znaków zalśniło mi parę jasnych punktów. Przede wszystkim neurotyczna postać Agatki mnie kupiła. Nawet jeśli nie do końca pojąłem, co ona właściwie chciała osiągnąć w końcówce. Po wielu akapitach sceptycyzmu dotknęło mnie poczucie zachwytu, że połączyłeś solipsyzm z wirtualną rzeczywistością i nadałeś tej idei wręcz namacalny kształt. Ale czar szybko prysł, bo znowu opowiadanie zdominowały znikające krzesła, a ich symbolika pozostała dla mnie ulotna.

Doczytałem do końca i tak stwierdzam, że jak nie ogarniałem filozofii przedtem, tak dalej nie ogarniam. Jeśli chodzi o stronę techniczną, to jestem zachwycony, bo zdania klecisz takie, że nic tylko przysiąść i się pozachwycać. Fabularnie? Dość że temat (dla mnie przynajmniej) egzotyczny, to jeszcze okraszony absurdem. Odniosłem przez to wrażenie, że przez cały tekst bohaterowie nie mają żadnego celu. Dzieją się dziwne rzeczy, tworzą jakąś sekwencję, ale jakbym miał opowiedzieć o czym to było, to w bólach.

I zgodzę się z głosami wyżej, że to opowiadanie ma poziom drukowanej NF. Tylko trzeba sobie samemu szczerze ocenić, czy to na pewno zaleta.

traktujący o takich rzeczach, że w sumie nie wiadomo co powiedzieć, więc wypada tylko pochwalić?

Nie chciałem się rozpisywać, ale miałem już kiedyś rozkminy na temat solipsyzmu, zanim wiedziałem, że tak to się nazywa (właściwie o nazwie przypomniała mi dopiero treść opowiadania, i kto tu jest teraz ignorantem :P). 

U Szyszkowego świetny jest sam pomysł na Klub Solipsystów. To tak paradoksalne jak zespół indywidualistów. Z samego założenia bije absurd i komizm. Ale dla mnie w solipsyzmie najciekawsze jest to, że dla każdego człowieka (albo tylko dla mnie :D) jego świat jest sumą tego, co ten człowiek postrzega. Nie da się udowodnić, że istnieje coś, czego nie postrzegamy. Bo jakbyśmy próbowali po to coś sięgnąć, zaczęlibyśmy to postrzegać… Tylko jakie to ma znaczenie dla zwykłego człowieka? Skoro ja widzę, że świat istnieje, to świat istnieje. A czy jest iluzją, czy prawdą? Iluzja i prawda to pojęcia, którym my sami nadajemy znaczenia. Natomiast nieistnienie wykracza poza nasze pojmowanie. Próba ogarnięcia umysłem nieistnienia prowadzi do paradoksu – jeśli pomyślimy, że coś nie istnieje, to sama idea tej rzeczy zaistnieje w naszej głowie. Podobnie jest u Szyszkowego. 

Zaraz tam nie istnieje – jest w stanie nieoznaczonym.

Akt myślenia na jeden temat wpływa na całość układu (myślącego) tak, że część informacji opisującej drugi temat jest tracona – tracimy jego “nieistnienie”, a on staje się nam tematem znanym i przemyślonym.

“Szyszkowy Dziadek” też dla mnie nie istniał, dopóki po raz pierwszy nie przeczytałem jego loginu. :D

W tekście najbardziej spodobały mi się dwie rzeczy (mimo, że sam solipsyzm czy inny immaterializm, to poglądy, na które mocno kręcę nosem) – fakt, że choć tekst opiera się na komicznym absurdzie (albo absurdalnym komiźmie) niemal jak u Monty Pythona, to wszystko przepięknie trzyma się kupy i jest zrozumiałe. Moje zachwyty nie polegają więc na "nie wiem o co chodzi, ale to wszystko jest takie mądre, że muszę pochwalić".

Oraz drugie – zgrabne uniknięcie paradoksu niebytu, a raczej niemożności wyobrażenia sobie stanu nieistnienia. Tutaj nie ma "niebytu", jest tylko dążenie do niebytu, tak jak dążenie do nieskończoności. Fajne.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Filozofia nie kręci mnie w ogóle, nie mam o tym pojęcia, ale tekst wyjaśniał wszystko na tyle przystępnie, że nie miałam problemu ze zrozumieniem podstaw ideowych solipsyzmu i pozostałych filozofii wyznawanych przez postacie z opowieści oraz jak to się ma do losów bohaterów. 

Dzięki, Jasnastrono, za obszerny komentarz i nieowijanie kota bawełną. ;) Nie sądzę, by czytelnicy, którzy pochwalili tekst, zrobili to, bo tak wypada (nie podejrzewam nikogo o taki masochizm, raczej nie męczyliby się z takim długim tekstem). Zwłaszcza, że nie ukrywam, że nie traktuję tego opowiadania jako czegoś ambitnego, głębszego czy tonącego w symbolice. Z mojego punktu widzenia, to bardziej szalona historia zahaczająca o filozoficzne tematy, które mnie po prostu interesują. I też pierwsza scena przypominająca absurdalny skecz miała ustalić zasady gry, bo ten tekst nigdy nie miał udawać czegoś, czym nie jest. W tym tekście nie ma jakiejś jednej wielkiej ukrytej myśli przewodniej, raczej kilka pomniejszych tu i tam. Podobają mi się interpretacje Funa, Thargone'a i Wilczycy.

Znikające krzesła nie mają żadnej symboliki. Pewnie poziom absurdu może niektórych zrazić i zdaję sobie z tego sprawę. Ale też główny pomysł wymaga dość sporego zawieszenia niewiary i nie wiem, czy bez tej otoczki dałoby się to kupić lub sprzedać. ;)

Czy bohaterowie do niczego nie dążą? Ogólnie głównym motywem działania Agaty miała być naukowa ciekawość a pobocznym zemsta na ludziach, którzy ją oszukali. A u bohatera przewijający się w kilku miejscach motyw marzenia o ratowaniu świata.

 

I zgodzę się z głosami wyżej, że to opowiadanie ma poziom drukowanej NF. Tylko trzeba sobie samemu szczerze ocenić, czy to na pewno zaleta.

Shots fired. :)

Dobrze, że chociaż strona techniczna się spodobała. :)

 

Funie, też sobie lubiłem rozkminiać solipsyzm. Choć jak wszystkie tego typu skrajne teorie są raczej nie do udowodnienia, podobnie jak wyobrażenia o światach idealnie równoległych czy świata jako idealnej symulacji. Dzięki za rozwinięcie komentarza

 

Próba ogarnięcia umysłem nieistnienia prowadzi do paradoksu – jeśli pomyślimy, że coś nie istnieje, to sama idea tej rzeczy zaistnieje w naszej głowie. Podobnie jest u Szyszkowego.

 

Dlatego jara mnie na przykład (choć zupełnie nie przekonuje…) dowód św. Anzelma na istnienie Boga. Podobne klimaty.

 

Oraz drugie – zgrabne uniknięcie paradoksu niebytu, a raczej niemożności wyobrażenia sobie stanu nieistnienia. Tutaj nie ma "niebytu", jest tylko dążenie do niebytu, tak jak dążenie do nieskończoności. Fajne.

No i pewnie nie za bardzo mogłem uśmiercić czy zniknąć pierwszoosobowego narratora. Dzięki, Thargone, za rozwinięcie komentarza. ;) 

 

Dzięki, Wilczyco. Tak właśnie sobie umyśliłem. By przystępnie przedstawić rzeczy, które mogą wydawać się nieprzystępne. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dzięki wszystkim za wyjaśnienia – jest jaśniej. :)

Szyszkowy, nie chcę żebyś odebrał mnie źle, jakbym deprecjonował twój tekst czy temat, który podjąłeś. Mój problem leży najprawdopodobniej w kwestii gustu; szukam opowiadań w których myśli i idee służą przedstawieniu postaci i ich historii, zaś mam wrażenie, że u Ciebie ta proporcja została odwrócona. Gdybyś zamiast solipsyzmu wybrał programistykę czy budowanie silników, mój zachwyt byłby pewnie równie umiarkowany co obecnie.

 

Znikające krzesła nie mają żadnej symboliki. Pewnie poziom absurdu może niektórych zrazić i zdaję sobie z tego sprawę. Ale też główny pomysł wymaga dość sporego zawieszenia niewiary i nie wiem, czy bez tej otoczki dałoby się to kupić lub sprzedać. ;)

To akurat niepokojące, bo te cholerne krzesła przez dosłownie cały tekst się przewijają, więc oczekiwałbym, że coś się jednak za nimi kryje. Nie jest metodą zwalać wszystko na konwencję absurdu – jeśli element jest zbędny i nic nie znaczący, to po co go trzymać?

Mnie się wydaje, że nie jest to element zupelnie zbędny. Ojciec Agaty zbudował swój wizerunek na niewierze w krzesła. Podobnie jak można obecnie wykreować się na eksperta twierdzac, że Ziemia jest płaska, a kto twierdzi inaczej jest pod wpływem amerykańskiej propagandy. Agata udowodniła, że teoria ojca, którą wymyślił tyljo w celach marketingowych, jest realna i dlatego "zniknęła" krzesła. Było to jej symboluczne zwycięstwo nad ojcem, który ją oszukiwał

Krzesła nie są niezbędne dla fabuły, ale wzbogacają całość, IMO. Jak rekwizyty w teatrze – bez ślubnego portretu na ścianie trudniej byłoby wczuć się w drobnomieszczańską rodzinę.

Babska logika rządzi!

Finklo, jasne, nie ma nic złego w ozdabianiu scen rekwizytami. Ale kiedy motyw powiela się w co drugiej z nich, oczekujesz, że to ma jakieś znaczenie, bo inaczej po co narrator zwracałby na to uwagę? Kupuję wyjaśnienie Wilczycy, brzmi rozsądnie. Tylko jak to teraz skonfrontować z opinią autora, który twierdzi, że znaczenia nie ma? Gdzie zaczyna się nadinterpretacja?

Spoko, Jasnastrono, rozumiem Twój punkt widzenia. Żadnego deprecjonowania nie dostrzegłem. ;) No ja mam trochę na odwrót i pewnie dlatego nie przepadam za historiami z morałem. Co do krzeseł, to podoba mi się interpretacja Wilczycy, ale odpowiedź Finkli jest bardziej kanoniczna. I zgodna z tym, co miałem na myśli. ;) Krzesła to po prostu powracający motyw. Gdybym zmieniał ten rekwizyt co scenę na coś innego, pewnie paradoksalnie zrobiłoby się jeszcze bardziej absurdalnie. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Cóż, nie jestem mocna w absurdach, mój mózg we wszystkim doszukuje się sensu. U Szyszkowego tak wszystko elegancko mi się złożyło w logiczną całość, nawet wbrew intencji autora :D

Ojej, Wilczyco, mam nadzieję, że ta informacja nie popsuła Ci opinii o tekście. :)

Ale kiedy motyw powiela się w co drugiej z nich, oczekujesz, że to ma jakieś znaczenie, bo inaczej po co narrator zwracałby na to uwagę?

Z kilku powodów. Po pierwsze, bo lubię, gdy motywy w opowiadaniu się powtarzają. To takie… ładne. Po drugie, lubię nawiązywać do pierwszej sceny opowiadania, lubię klamerki. Też, bo są… ładne. Po trzecie, bo powtarzanie się elementów daje poczucie swojskości i pozwala łatwiej ogarnąć absurd. Po czwarte, żeby w kulminacyjnej scenie opowiadania, gdy bohater chodzi na czworakach, porównać go do krzesła.

Czyli z powodów bardziej estetycznych niż symbolicznych. I nie chcę niczego zwalać na konwencję absurdu, bo też nie lubię, gdy absurd przypomina nieznośny biały szum. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Jako, że tekst wciąż nie ulotnił się z głowy, piętno odcisnąwszy, to przywracam tę pierwotną ocenę (niewiele znaczącą, ale fajnie wyglądającą) – szóstkę :)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

No to lubię. Porządna szóstka, a nie jakaś tam quasi-szóstka o popieprzonym statusie ontologicznym. ;) Fajnie, że tekst się jeszcze nie ulotnił.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Tak jak mówisz, nie inaczej.

To jest porządna, twardo po ziemi stąpająca szóstka :)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Cóż, flaming to to nie jest…

Ale nie to jest najgorsze, najgorsze jest to, że w 100% zgadzam się z… Jasną Stroną. Tak, powiedziałem to, choć mówiłem, że nigdy nie powiem. Na całe szczęście świat się nie zatrzymał.

Ubolewam nad krzesłami z… dobra, nie będę kończył. Myślałem, że jednak puenta do tego nawiąże. Jakiś zastój świata, siedzenie w miejscu, strach przed wstaniem, nie wiem, że będzie coś. Nie jest to sztuka dla sztuki, ale dla mnie, to taka współczesna sztuka. Czyli wzruszam ramionami. Do tego tytuł mnie wkurza, ale ściągnęła mnie nominacja, więc przeczytałem i spoko, wpisałem sobie ich wszystkich na specjalną listę.

Pozdrawiam serdecznie.

Cóż, flaming jest tylko jeden. ;) Ciekawe, bo wydawało mi się, że ten tekst jest podobny do Flaminga. Tam też pojawiał się solipsyzm, choć nie był nazwany po imieniu… Dzięki, Darconie, za wizytę i podzielenie się opinią.

Nie wiem, dlaczego puenta miałaby nawiązywać do krzeseł. Bardziej zależało mi na tym, żeby zakończenie domykało wszystkie wątki niż uciekało w krzesłową symbolikę. Sztuka współczesna? Ojej, celowałem raczej w coś innego. Ten tekst miał być przede wszystkim rozrywkowy.

Również pozdrawiam.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Ze wszystkich nadesłanych na konkurs opowiadań, które zdążyłem dotychczas przeczytać, to spodobało mi się najbardziej. Jak na razie jesteś moim faworytem w konkursie :)

Opowiadanie jest genialne. Fabuła jest cudowna, oryginalna i robiąca ogromne wrażenie. Całość jest bardzo inteligentna. Kiedyś sam zastanawiałem się nad solipsyzmem, a Ty przedstawiłeś to w świetny sposób. Wątki filozoficzne w tym opowiadaniu są naprawdę świetne. Wykreowany przez Ciebie świat jest ciekawy, chociaż wirtual akurat nie jest czymś innowacyjnym w gatunku sf.

Tekst został świetnie napisany i nie odczułem dużej liczby znaków. Zręcznie poprowadziłeś akcję i nie pozwoliłeś usnąć nawet na chwilę.

Pozdrawiam!

 

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Dzięki za wizytę i dzięki za nominację. Świetnie, że tekst aż tak się spodobał. Miło, ze uznajesz go za dotychczasowego faworyta, zwłaszcza, że konkurencja już jest silna. :)

Pozdrawiam z Pabianic (to znaczy duchem, ale niedługo także ciałem tam będę) :)

 

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Ooo,  wreszcie jakiś sąsiad na portalu :D 

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Jeszcze SHADZIOWATY jest z Pabianic. Także miasto iście fantastyczne. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Oj tam, oj tam. Łódź nie jest gorsza! Lożowska! ;-)

Babska logika rządzi!

No to w takim razie województwo iście fantastyczne. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Zgoda. :-)

Babska logika rządzi!

Niestety, w ogóle nie potrafię pisać komentarzy :(

Przeczytałam z ogromnym zainteresowaniem i uważam tekst za rewelacyjny. Bardzo lubię rozważania filozoficzne w opowiadaniach, a Tobie udało się dodatkowo ująć je w interesującą i oryginalną akcję, opisaną sprawnym językiem. Poza tym mam też słabość do absurdu i tego też mi tutaj nie zabrakło… Motyw krzeseł – ​super. I ubrania dzwoneczka, piżamy w żyrafy i buty z pomponami. Jestem bardzo zadowolona z lektury. I jak najbardziej swoim drobnym głosikiem popieram nominację do piórka :)

Dzięki, Katio. :)

Znam ten ból z pisaniem komentarzy, zawsze mi takie lakoniczne wychodzą. Jak widzę, jakie rozbudowane i wnikliwe niektórzy tu piszą to aż zazdroszczę. Fajnie, że zarówno absurd jak i filozofia przypadły do gustu. Dzięki za nominację.

Piżama chyba była w małpki. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Przepraszam, rzeczywiście w małpki… Nie wiem, czemu, ale wyobraziłam sobie żyrafy… Może przez to, że była żółta :):):)

półokręgi, z końca których odginały się kolejne

półokręgi (nawet te niefraktalne) nie mają końców, co najwyżej brzegi.

 

Ale poza tym jest moc!

Nie dziwię się Cieniowi, że mu się podobało, bo coś mi to opowiadanie przypomina. Może przez tego barona?

Lubię takie klimaty nonszalanckiego porąbania, odmienne stany rzeczywistości z drugim dnem.

Wplótłbym fragmenty kursywą już trochę wcześniej, bo pojawiają się nagle dopiero w trzecim rozdziale. Chciałem też ponarzekać, że z narratora żaden solipsysta, ale ostatni akapit ratuje ten koncept.

Dzięki, Coboldzie, za komentarz i szóstkę. :) Nonszalanckie porąbanie… ładnie to ująłeś. Z tym półokręgiem to się nie zgodzę. Półokrąg to wygięty odcinek i skoro odcinek ma końce, to półokrąg też. No i każdy kij ma dwa końce. Taki wygięty w podkowę też. A brzeg półokręgu to technicznie cały półokrąg, czyli nie to, co miałem na myśli.

Zastanawiałem się nad tym wpleceniem fragmentów wcześniej, ale chciałem utrzymać dwa pierwsze rozdziały jako wstępne i trochę spokojniejsze. No i jeszcze nie przypadkiem pierwszy fragment kursywą zaczyna się tuż pod tytułem podrozdziału “Broń ontologiczna”…

Ciekaw jestem, o jakie skojarzenie z baronem chodzi, nic mi nie przychodzi do głowy.

Fajnie, że jest moc. Niech Moc będzie z Tobą. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Szyszaku, mylisz półokrąg z krzywą (łukiem) – ten pierwszy jest zamknięty.

Za wikipedią:

Półokrąg – łuk okręgu wyznaczony przez kąt środkowy o mierze 180°. Końce półokręgu leżą więc na jednej średnicy.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Zamawiam wielkie pudełko z popcornem! Wszystko jedno, czy będzie otwarte, czy zamknięte… ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo, ale jak będzie otwarte, to się popcorn wysypie. ;)

 

Nawet gdyby uznać wiki za nierzetelną, to inne źródła (jak WolframAlpha) też twierdzą, że półokrąg to połowa okręgu (kto by pomyślał ;)). Czyli łuk bez średnicy. Połowa brzegu koła a nie brzeg połowy koła.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Mimo to nie chcę opowiadać się po którejś stronie. Rozstrzygajcie sami. :-)

Babska logika rządzi!

Ano, zapomniałem, że chodzi o uciętą “obręcz”. Szyszka ma rację.

“– W takim razie[-,] jak to jest, że te gnidy…”

 

“– Siebie? – Skrzywiła się Agata.” – Raczej: Agata skrzywiła się, ewentualnie w tym szyku, który jest, ale “skrzywiła” małą literą.

 

“– No i przecież przed odkryciem Neptuna[-,] większość ludzi nie wierzyła w jego istnienie, bo nie miała o nim pojęcia. Czy zatem przed jego odkryciem[-,] planeta nie istniała?”

 

“– Bzdura! – krzyknęła Kalina, która poza solipsyzmem[-,] reprezentowała też wojujący ateizm.”

 

“Tymczasem[-,] ludzie w kolonii Agaty Pętelki wyglądają na wolnych.”

 

“Z jednej strony[-,] Dzwoneczek miała rację, coś zniknęło. Ale z drugiej[-,] to wszystko nie trzymało się kupy.”

 

“…ale im dalej, tym tematyka plakatów ulegała zmianie…” – Co to znaczy “tym ulegała zmianie”? Czegoś tu brakuje. Np. słowa “bardziej”.

 

“W pokoju z naukowcami[-,] wszyscy otrzymali sto procent, w pomieszczeniu z monitoringiem[-,] wszystkie ekrany, Dzwoneczek i ja także dostały najwyższą notę.”

 

“Te z siedemdziesięcioma procentami migotały i rozlewały [+się] w przestrzeni.”

 

 

Sama nie wiem, co myśleć o Twoim opowiadaniu. Całkiem podoba mi się pomysł na niewiarę, ale jak dla mnie całość jest opakowana w zbyt dużą liczbę słów w stosunku do niesionej treści. Dzwoneczek ponadto budzi moją antypatię, a i główny bohater jakoś nie bardzo daje się lubić. Także przeczytałam z pewnym zainteresowaniem, ale nie zostałam kupiona. Widocznie mam za mało matematyczno-filozoficzną duszę ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Te nieszczęsne nadgorliwe przecinki…

Szkoda, że nie udało się kupić. Dzięki za opinię. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Bo ja marudna z natury jestem. Pomysł wydaje mi się przedni, więc jakby co myślę, że możesz być zadowolony z jego oryginalności ;) Tyle że opakowanie jakoś do mnie nie trafiło – niby wszystko napisane poprawnie, bo przecież zdania składać umiesz, tyle że mimo wszystko troszkę się męczyłam, czytałam na raty. Może to kwestia wybranej konwencji, która jak najbardziej pasuje do tematyki. Tak tylko mówię, próbuję się jakoś wytłumaczyć ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bo ja marudna z natury jestem.

Jose-“Jestem na NIE”-heim. ;) 

W porządku, nie ma się z czego tłumaczyć. Pierwszy komentarz był raczej klarowny. Pomysł dobry, ale opakowanie nie trafiło. Bywa i tak. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Muszę powiedzieć, że opowiadanie zrobiło na mnie wrażenie. Jest tu absurd kalibru jaki lubię najbardziej. Akcja jest przedstawiana powoli, czytelnik się w niej nie gubi, a zarazem nie ma wrażenie przegadania. Mimo ilości znaków bardzo gładko przeszedłem przez treść. Podobało mi się, że sama lektura napisana lekkim piórem, to dobór słów brzmiał inteligentnie bez nadmiernego nadęcia.

Twist z reklamami i filozofią zrobił wrażenie.

Dowcip z taboretem na początku zapamiętam na długo.

Zakończenia i utworu nie poddam intepretacji.

Oceniam jako “Poważny konkurent do wysokiego miejsca”, powodzenia!

Tymczasowy lakoński król

Dzięki. Fajnie, że tekst się spodobał i absurd przypadł do gustu. A i taboret zapadł w pamięć. Sam jestem ciekaw, jak tekst poradzi sobie w konkursie. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Komentarzy dużo, więc przejrzałam tylko kilka pierwszych. W ogóle nie odebrałam Twojego opowiadania jako ciężki tekst, właściwie przeczytałam go na pełnej prędkości. Dopiero komentarze uświadomiły mi, że to SF – sama jakoś ten fakt zignorowałam, a to akurat u mnie komplement.

Właściwie to napisałeś dość długie opowiadanie oparte na jednym mocnym pomyśle. Dość efektownym, można by wręcz powiedzieć – efekciarskim. Takie pomysły zazwyczaj sprawdzają się w szortach. Jednak udało Ci się do niego doczepić na tyle ciekawych bohaterów i fabułę, że powstało po prostu ciekawe opowiadanie. Czytałam je dla samej przyjemności obcowania z Twoimi poczuciem humoru, wyobraźnią, dla przyjemności podążania za Twoim sposobem myślenia. Brawo, bardzo mi się podobało.

Jedno tylko mnie zastanawia, ale może po prostu tego nie zrozumiałam – czy Pętelka powinien był zniknąć tak nagle?

Dzięki, Ocho, za komentarz i poparcie nominacji.

Zniknięcie Pętelki jest wyjaśnione w scenie, gdy Dzwoneczek rozmawia z ontologiem:

– Spokojnie, pytam raczej z ciekawości. Dlaczego tak mocno oberwał?

– Nie uwzględniliśmy jednej rzeczy. Poprzednie obiekty, wszystkie testowe krzesła, znajdowały się tutaj. Na Ziemi. A on był za blisko epicentrum, musiał dostać olbrzymią dawkę promieniowania wątpliwości.

Czyli baron w momencie ataku był na Marsie, znacznie bliżej kolonii niż inne ofiary. Dlatego dostał tak dużą dawkę.

 

To dobrze, że nie odebrałaś tekstu jako ciężki, bo nie miał być ciężki. W zasadzie to nawet nie wiem, czy miał być SF. Taka trochę hybryda wyszła. ;) Ja w ogóle lubię takie efekciarsko-jaskrawo-kiczowate klimaty. Fajnie, że mój pokręcony sposób sposób myślenia wyszedł ciekawie. :) 

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Ech, no widzisz. Powinnam była najpierw ponownie poszukać wyjaśnienia, a dopiero potem ewentualnie głupio pytać. ;) Wszystko jasne.

Ale nie ma głupich pytań. :) W tym fragmencie nie było bezpośrednio powiedziane, o kim mowa i można było to przegapić.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Ależ przyjemnie było przeczytać po dłuższym czasie Twój kolejny dłuższy tekst. Jak zwykle się nie zawiodłem. Już pierwsza scena z krzesłem bardzo dobra. Postać Dzwoneczka mnie urzekła, filozofia nie przytłoczyła, a sama fabuła bardzo wciągnęła. Warte nominacji.

Trochę czasu minęło, odkąd wrzucałem tu coś dłuższego niż szort. Konkurs mnie zmobilizował. ;) Dzięki za komentarz i nominację.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Tekst na poziomie drukowalnym. I to z Dzwoneczkiem w uchu. Fabuła prosta, ale podana w wyrafinowanym sosie. Kolejny w ostatnim czasie tekst erudycyjny na portalu, pisany przez osobę o niebanalnych horyzontach i przenikliwym spojrzeniu, która obdarzona jest nie tylko lekkim piórem, ale potrafi pisać swobodnie na poziomie merytorycznym i językowym nieosiągalnym dla wielu z nas. Perspektywa, narracja, warsztat, język, dialogi, kompozycja, humor i idee – wszystko robi wrażenie i ładnie się splata w dobrze napisanej historii.

Sama fabuła nie jest zbyt skomplikowana, ale poza historią opartą na kilku znanych motywach mamy cały oryginalny sztafaż filozoficzny, do tego niby-stylizację na literaturę z przełomu dwóch minionych wieków, wzbogaconą o elementy science-fiction typu kolonizacja Marsa, rzeczywistość wirtualna. Odważna i ciekawa mieszanka. Do tego kotła wrzuceni są jeszcze ciekawi bohaterowie obsadzeni w klasycznych rolach, ale w niebagatelnych wcieleniach (Dzwoneczek)

Samo zakończenie jakby ucina historię. Jako osobny pomysł (znikanie bohatera z rzeczywistości) świetne, jako finał historii niesatysfakcjonujące mnie w pełni. Znika Pętelka, tracimy z oczu Klub, zemsta Dzwoneczka też jakby niepełna, a bohater pozostaje bierny do końca. Historia nie dostarcza zadowalającego podsumowania, nie osiąga puenty. Rozmywa się niczym Bartłomiej. Ale to tylko moje wrażenia, które nie wpływają na ogólną ocenę.

Takie inteligentne opowiadania lubię, podoba mi się odwaga w sięganiu po tematy nowe i niewyeksploatowane, podoba mi się także jakość wykonania. Stąd nominacja.

Legenda… Legendy w tym wszystkim bardzo mało i rzeczywiście jakby doklejona do opowieści. Ale na szczęście nie ja decyduję w tym konkursie o zawartości legendy w legendzie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bardzo dobre opowiadanie, przeczytałem za jednym posiedzeniem. Fabuła ciekawa i choć mam wrażenie, że o podobnym “nieistnieniu” gdzieś kiedyś już czytałem, to szczegółów za cholerę nie pomnę. Czyli – wyszło również oryginalnie.

Dobrze prowadzona akcja – jest hak na początku (bardzo ciekawi mnie ta teoria nieistnienia krzeseł ;) ), jest fajne, niespieszne zawiązanie intrygi i kulminacja. Zakończenie udane, choć w pewnej mierze miałem nadzieję na coś więcej… Być może w sedno trafił tu Maras. Ten Klub Solipsystów, koniec końców, nie miał wiele do powiedzenia, stanowił bardziej pretekst do poznania się Bartka z Dzwoneczkiem.

Z drugiej strony, Count generalnie nie lubi happy endów, więc niewykluczone, że jak dla mnie, zakończyłeś w najlepszy możliwy sposób.

Bohaterowie – sprawnie wykreowani. Co prawda Bartka mam za cipkę i nie mógłbym powiedzieć, że go polubiłem (najpierw ta akcja z Dzwoneczkiem, później jego żenująca bierność, gdy zaczął zanikać…), ale przecież najważniejsze, by postać budziła emocję. Dziewczyna znacznie fajniejsza <3 Jej ojcu też udało Ci się nadać charakterystyczny rys osobowościowy.

Immersja na bardzo wysokim poziomie.

Warsztat – klasa. Poza tym nad wyraz starannie to napisałeś, żadne błędy w oczy mi się nie rzuciły.

 

No dobra, wystarczy tego dobrego.

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Bardzo dziękuję, Panie Marasie i Hrabio, za obszerne komentarze. Do pochwał w sumie trudno się odnieść (poza dygnięciem ;)), do uwag też trudno. Bo że bohater wyszedł dosyć bierny się zgadzam. W sumie dopiero jego kowbojskie alter-ego bierze sprawy w swoje ręce, ale wtedy już jest za późno. I w wyobraźni każdy może kozaczyć. :) Z zakończeniem trochę kombinowałem i pewnie można było to zgrabniej spuentować, bardziej domknąć wątek Klubu.

Legendę starałem się wpleść w kluczowym momencie, rdzeniu opowiadania, więc nie pojawia się przez większość tekstu (chyba, że pomniejsze wzmianki o plotkach i mitach dotyczących Agaty i jej ojca). Zobaczymy, jak podejdą do tego jurorzy. ;) 

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dawno nic mnie na tym forum tak nie zachwyciło <3 Chyba to bardzo moje klimaty, filozofowanie, ale bez głębokiego przesłania i myślowych zagadek, plus mnóstwo nawiązań do popkultury. A może chwyciła mnie emocjonalna strona? Lubię historie, w których relacje między bohaterami są dynamiczne – choć tu Bartłomiej wydaje się tłem dla barwnej postaci dziewczyny.

Dzwoneczek to ciekawa postać. Sama konkluzja, że za skomplikowaną, fascynującą osobowością, którą chce się z całych sił zrozumieć (i rozwiązać jak zagadkę), kryje się niewiele oprócz kompleksów i traumy z dzieciństwa, nie jest może specjalnie oryginalna, ale tutaj została podana lekko i przyjemnie. Choć wykreowałeś Dzwoneczka w mało sympatyczny sposób, współczułam jej. A ja bardzo lubię bohaterów, którzy wywołują we mnie silniejsze uczucia.

Absurd, żarty, pokręcone metafory i krzesła w roli rekwizytów i przenośni – to wszystko stworzyło śliczne opakowanie dla historii o ludziach takich jak my. Trzymam kciuki, by to opowiadanie dostało piórko, Dziadku :) 

Dzięki, Kam. Cieszę się, że spodobała się warstwa ludzko-emocjonalna opowiadania. Zwłaszcza, że nie czuję się jeszcze pewnie w pisaniu rzeczy bardziej obyczajowych. Chociaż Dzwoneczek odgrywa w tej historii rolę głównego złoczyńcy/szalonego naukowca, chciałem jakoś umotywować jej decyzje. To dobrze, że wzbudza emocje. Może być i współczucie, bo Agata też nie ma lekko w tej historii. :)

Jeszcze raz dziękuję wszystkim nominującym.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Ścisła czołówka :).Tylko końcówka lekko rozjechana, jak dla mnie. Za to dowcipne.

 

Dzięki za ponowne odwiedziny, Rybaku. Cóż… nie miałem pomysłu na lepsze zakończenie. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Wracam z komentarzem piórkowym.

Dobry humor, interesująca treść, motyw bomby ontologicznej, dobre wyważenie absurdu, który został ze mną na dłużej – już to sporo czyni dla tekstu, by być piórkowym. Ale najlepiej ujęła mnie relacja Agaty i bohatera. Scena, gdzie otwarcie przyznaje, że powinien za nią iść, wypadła świetnie. Tak więc suma summarum jestem na TAK. Dobry tekst, wyważony, nie za trudny, ale też nietrywialny.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

To świetnie. Dzięki za poparcie piórka, NWM. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Widać, że to Twój tekst. Nie zdołałbyś się wyprzeć tego absurdalnego dziecka. ;-)

Wycisnąłeś ciekawe rzeczy z solipsyzmu. Problem krzeseł jest tak dziwny, że aż śmieszny. A jak się go jeszcze zredukuje do absurdu…

Dobrze zbudowani, nietuzinkowi bohaterowie, którym nie brakuje znaków szczególnych. Nawet jakąś historię mają za sobą.

Na temat fabuły już marudziłam i nic tu nie dodam.

Jednak plusy przeważyły i jestem na TAK.

Babska logika rządzi!

Przyznaję, że pierwsza część, aż do momentu wizyty Bartłomieja w laboratorium, zdążyła mnie znudzić. Nic się nie działo szczególnego, rozpisałeś się absurdalnie i filozoficznie – czyli dwa wybitnie nie moje elementy. Zastanawiałam się nawet nad przerwaniem lektury i powrotem później, w ciągu dnia. Jednak od laboratorium już nie mogłam się oderwać od tekstu. Im bardziej znikał Bartłomiej, tym bardziej rosło moje zainteresowanie. 

Zakończenie i kosmiczny kowboj, to całe zapętlenie z wiarą i niewiarą oraz powiązanym z nimi istnieniem lub nieistnieniem zrobiło na mnie duże wrażenie. Świetna lektura, warta wyróżnienia. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Widać, że to Twój tekst. Nie zdołałbyś się wyprzeć tego absurdalnego dziecka. ;-)

Ano, nie da się ukryć. :D

 Fajnie, Finklo, że plusy przeważyły i obyło się bez Winnetou.

Śniąco, tak coś kojarzyłem, że nie bardzo lubisz absurd. Ale dobrze, że wątek znikania i kosmicznego kowboja zrehabilitowały tekst.

Dziękuję szanownym lożankom za nocne komentarze. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Tym razem tak, ale mam jeszcze dwóch Apaczów do wysłania. :-(

Babska logika rządzi!

Ależ wodzu, co wódz!

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

No, ja przepraszam bardzo…

Babska logika rządzi!

Przerąbane, Dziadku, pisać o wrażeniach gdzieś w ogonie tak, żeby nie powtarzać za szanownym koleżeństwem. Dlatego tylko to, co najważniejsze…

Zastanawiam się, czy zdążyłem zrobić trzy wdechy i wydechy, czytając do dechy. Wciągające, złapało za nos i wytargało po ekranie na maksimum ciekawości. Byłem w szoku, jak zerknąłem na liczbę znaków…

Doskonały balans – absurd, filozofia, treść. Nie poczułem przegięcia w żadna stronę (mimo, że lubię, ale rozumiem powściągliwość, wyszła na dobre tekstowi).

Bardzo ciekawy pomysł, kłaniam się, bo o prostym myśleniu nie świadczy, lecz ma swoje wymagania.

Ale… Żeś ty go ocalił… Miałem nadzieję na zadzior koncepcyjny, choć klei się tekst do końca. Taka moja fanaberia, która nie zmienia mojego bardzo pozytywnego odbioru opka.

Wznoszę Szyszkę Chmielu, Dziadku, za dobrą robotę i życzę powodzenia w konkursie!

Dzięki za lekturę, pozdrawiam!

 

 

Dziękuję, Majkubarze. Komentujących było sporo, ale nigdy za wiele. Cieszę się, że tekst wciągnął i wytargał. Również pozdrawiam. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Gratulacje :) Bardzo ciekawe, niebanalne, filozoficzne, sporo nitek do złapania i pociągnięcia w wiry interpretacji i nadinterpretacji :) Legenda jest, a i fabuła jak najbardziej fabularna :) No i mam tutaj swoją małą “uogólnioną teorię banałów”: banał zostaje zastąpiony antybanałem, jeśli spełnia warunek nierozpoznawalności swej istoty w 99.09 % :P ;))) … eeee, chyba coś poszło nie tak… ale chciałam dobrze :) Pozdrawiam.

Dzięki, Blue_Ice. Dobrze, że widać i legendę i fabułę. W interpretację i nadinterpretację można się bawić, ile dusza zapragnie. Ale i nie trzeba, bo starałem się nie zostawiać jakoś dużo niedowiedzeń. :) Jeszcze nie do końca ogarniam Twoją teorię banałów. W sensie, że wystarczy choćby procent niebanalności, by banał nie był banałem, że coś może być albo banałem w 100% albo nie być nim wcale? Gubię się trochę, ale rozkmina ciekawa. ;)

Dzięki za piątkę.

 

Za czwórkę od tajemniczej czytelniczki również dziękuję, choć bardzo nie lubię czwórek. Najgorsza ocena, prawie jak najgorsze miejsce w sporcie. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Lekkie i zabawne, ale z twistem, że chodzi o coś więcej. Przeczytałam jako jeden z pierwszych tekstów w tym dziale, zanim zaczęłam komentować, ale rzeczywiście (po przeczytaniu i obkomentowaniu sporej liczby innych oraz powtórnej lekturze) zdecydowanie – zarówno pod względem stylu, pomysłu i twistu – górna półka, choć przez moją nabytą w dzieciństwie niechęć do filozofii en masse niekoniecznie moje ulubione. Nie sądziłam, że z solipsyzmu cokolwiek da się sensownego i niebanalnego wycisnąć, a tu proszę. Właściwie jedyne, co mi tu momentami zgrzyta, to te wrzuty kursywą – wiem, że potrzebne, wiem, że pada w nich słowo klucz legenda ;), ale dla mnie w odbiorze czytelniczym jakoś nie zawsze kompatybilne z resztą. Może gdyby nie pojawiały się tak nagle mniej więcej w połowie tekstu, odebrałabym je w większym stopniu jako niezbędną i integralną jego część. (Jeśli to sekretny i głęboki zamysł autorski, to widocznie nie odgadłam.)

Ale zdecydowany plus za to, że przeczytałam aż dwa razy tekst o ontologii ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki, Drakaino, za nawet podwójną lekturę i komentarz. Z solipsyzmu starałem się wycisnąć co się da ciekawego. Fajnie, że pomimo niechęci do filozofii odebrałaś tekst jako lekki. Z pojawieniem się wstawek kursywą akurat w trzeciej części miałem taki zamysł (raczej niezbyt sekretny i głęboki :)), żeby w rozdziale “Broń ontologiczna” pojawiła się po raz pierwszy zarówno fałszywa broń (reklamy), jak i prawdziwa (kolonia). Ale z tym nagłym pojawieniem się wrzutek może coś być na rzeczy, bo Cobold też zwrócił na to uwagę.

Tak, dzięki tym fragmentom mogłem też bezpośrednio wykrzyczeć temat konkursu. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

pomimo niechęci do filozofii

Jak się w dzieciństwie człowiek wynudzi jak mops na konferencjach filozoficznych, bo rodzicowi, który w sumie nie jest filozofem, zachciało się pozajmować trochę filozofią nauki, a organizatorzy nie mają pomysłu, co zrobić z progeniturą uczestników, a następnie zdaje się egzamin z filozofii o jeden raz za dużo nie dlatego, że się oblało, tylko dlatego, że tak wyszło z zawiłej ścieżki edukacyjnej, a na dodatek potem przez czas jakiś się pracuje wśród wyznawców Heideggera, Lacana, Derridy i innych takich w dowolnym wymieszaniu, to można albo zostać filozofem, albo znienawidzić filozofię – mnie się przytrafiło/ja wybrałam to drugie…

 

A bardziej merytorycznie – wyjaśnienie w kwestii reklamy, broni ontologicznej itede przyjmuję, ale najwyraźniej nie do końca jest to czytelne w tekście. Ale to drobiazg.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No to współczuję traumatycznych przeżyć. Ja akurat nigdy nie miałem kontaktu z bardziej akademicką filozofią, a do postmodernizmu mnie nie ciągnie, odkąd poczytałem o sprawie Sokala. Może też bym się nabawił uczulenia przy większej ekspozycji. Kto wie. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

@SzyszkowyDziadek – ja żartowałam z tą teorią, to był taki podśmiech z filozofii (którą skądinąd bardzo lubię!) :P ;))) …ale, skoro już… – nie, nie o to mi chodziło. Raczej o to, że coś, co nim jest tylko w nikłym ułamku procenta, nie jest nim wcale, a za nikły ułamek procenta banału w tekście uważam właśnie sam temat czy motyw, bo to realizacja – moim zdaniem tylko i wyłącznie – jest ważna. Natomiast za spory procent banału w tekście uważam dla odmiany wtrącone tu i ówdzie truizmy typu, no nie wiem, “życie jest ciężkie”. U Ciebie tego absolutnie nie ma, ale innym się zdarza. I na to mam chyba największą alergię. Dlatego nie czytuję Coelho, który uparł się na “filozofię” tudzież “psychologię” :P (tzn. sorry, przeczytałam jedną jego rzecz, która mi się w miarę podobała, ale była akurat dość nietypowa w jego dorobku). W sumie, skoro Ciebie zaciekawiło, mogę na serio opracować tę teorię, może i by się przydała ;) Tyle, że zrobię to zupełnie nieprofesjonalnie :) Albo możemy ogólno-portalowo ją opracować, o! :) ;)

Pozdrawiam :)

A, już łapię. Trochę na odwrót kombinowałem, dzięki za wyklarowanie. Pewnie i można napisać ciekawy tekst z przemyconym przesłaniem “życie jest ciężkie”, itp., ale gdy opowiadanie wygląda jak golem zlepiony z komunałów to faktycznie niezbyt ciekawe. Z Coelho kiedyś tylko zacząłem czytać Alchemika, ale to było dawno i już nic z tego nie pamiętam. Teorię zawsze możesz rozwinąć, a najlepiej odziać w fabułę i zaprezentować w jakimś tekście. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

No, z przemyconym przesłaniem to jak najbardziej :D

Racja, odziewajmy zatem w najlepsze (wieloznaczeniowo) ;) :)

 

Moim zdaniem tekst jest odpowiednio zbalansowany: ani za lekki, ani za ciężki. Podchodzisz poważnie do tematu, ale nie zanudzasz nijakością, lecz przedstawiasz historię w interesujący sposób. Sam pomysł spodobał mi się, motyw znikających krzeseł chyba jeszcze bardziej, chociaż ukazanie problemu na tak prostym przykładzie kojarzy mi się trochę z kiczem i jakąś taką ckliwością. Nie wiem, czy wiesz, o co mi chodzi :P

Filozofii jest tu wystarczająco, a absurdu za wiele nie spostrzegłem. Liczyłem na bardziej abstrakcyjne obrazy, więc może troszeczkę czuję się rozczarowany, ale w ostatecznym rozrachunku nie zaburzyło to lektury. A tekst czyta się naprawdę płynnie, bez większych przeszkód. Zdecydowanie zasłużone piórko :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Dzięki, Soku. Fajnie, że motyw znikających krzeseł się spodobał, nawet jeśli wyszedł trochę kiczowato. Proste przykłady są najlepsze. ;)

Może następnym razem napiszę coś bardziej abstrakcyjnego. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Wyśmienicie się czytało. I naprawdę, nie rozumiem skąd przekonanie, że jak filozoficzne, to ciężkie? W ogóle też nie pojmuję postrzegania filozofii jako czegoś hermetycznego – a Twój tekst Dziadku jest tego dowodem. Uwielbiam przerabianie konceptów filozoficznych na historie. Nie ma lepszego sposobu, aby je zrozumieć ;)

Nic więcej chyba nie dodam, oprócz tego, że jestem naprawdę zadowolona po lekturze. 

No to się cieszę, Deirdriu. :) Tak, filozofia zdecydowanie nie musi być hermetyczna. Dzięki.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Przeczytałam całość, a przy tylu opowiadaniach to jest coś.

Od razu wyznam tutaj, że bardzo lubię solipsyzm i nawet wspomniałam o nim w jednym ze swoich opowiadań. Nie jestem solipsystką, ale podoba mi się sama idea. Nie myślałam, że kiedykolwiek przeczytam tutaj o tym poglądzie opowiadanie, bo nie jest to zbyt rozpowszechniona filozofia.

Nie chciałabym zagłębiać się tutaj w fabułę, bo nie mam drygu do dyskusji o filozofii. Ponadto, nie ona trzymała mnie do końca, a raczej twój styl i umiejętność opisywania. Czytało się lekko i przyjemnie. No może jakby fabuła była troszkę mniej absurdalna… Przynajmniej widać, że miałeś pomysł i wszystko jest ze sobą spójne.

Obiektywnie więc twój tekst jest bardzo dobry. Niestety subiektywnie już tylko dobry. Po prostu to nie mój typ opowiadań.

Możliwe, że zawiniło piórko. Zawsze stawiam wtedy zbyt wysokie oczekiwania, oczekuję nie wiadomo czego. A opko jest świetne, tylko po prostu raczej nie wywołało u mnie większych emocji.

Mimo to na pewno znajdziesz się w czołówce, więc powodzenia, Dziadku! (albo Szyszko, jak chcesz :P)

"Określać znaczy ograniczać" ~Lord Henryk Wotton, Portret Doriana Graya

Dzięki, Lano. Też nie jestem solipsystą, ale zgadzam się, że sama idea jest ciekawa. Z tym absurdem w opowiadaniu różnie bywa. Niektórzy widzą tu go bardzo dużo, a inni czytelnicy już mniej. Fajnie, że tekst oceniasz jako “tylko dobry”, zwłaszcza przy oczekiwaniach wywindowanych przez piórko. ;) A jak poradzi sobie w konkursie, się okaże. Z głosowaniem w konkursie może być trudniej niż z głosowaniem loży, bo dochodzi silna i liczna konkurencja. :) Muszę w końcu nadrobić, bo do każdego planuję zajrzeć.

Może być Dziadek, może być Szyszka, nawet Szydzia ujdzie. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Mam problem z długimi tekstami zbudowanymi na absurdzie. Bo jeżeli jako czytelnik mam być zainteresowany przez dłuższy czas, to samo stałe stężenie absurdu nie wystarczy, ponieważ po jakimś czasie się na nie uodparniam. Albo więc trzeba pisać teksty krótki, z dobrymi puentami, które ładnie i zaskakująco spinają założenie historii, albo podbijać stawkę. I tego drugiego mi tu zabrakło – bo chyba lepiej w takich historiach bawić się w stopniowe spadanie w króliczą norę, potęgowanie absurdu krok po kroku, tak że bohater i czytelnik są coraz bardziej zakręceni.

Świetnie zrobiła to w tekście o konferencji w “Opowiadaniach bizarnych” Olga Tokarczuk – polecam.

Świetnie robił to i Lem w “Kongresie futurologicznym”, zwiększając prędkość nieprawdopodobieństwa krok po kroku, tak że na koniec wirowaliśmy już szalenie razem z nim.

Zabrakło mi więc tu zmiany tempa, zbytnia jednostajność była, a w efekcie znudzenie i pod koniec wyglądanie finału.

Problemem jest tu tez chyba brak zakotwiczenia w czymś realnym. Bo tu od początku wszystko rozchodzi się o cele absurdalne, o istnienie/nie istnienie krzesła, o klub. Tymczasem Tokarczuk oparła całość na prostej fabule chęci dotarcia na konferencję, u Lema zaś mieliśmy zamach terrorystyczny i ucieczkę. A więc przydałoby się pod te nieprawdopodobieństwa wylać fundament rzeczywistości.

Dzięki, Malakhu, za redaktorski komentarz. Szkoda, że się nie spodobało. Polecanych tekstów nie czytałem, zapoznam się, jeśli nadarzy się okazja, żeby podejrzeć, jak inni dawkują absurd. 

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Przyznaję się, że przeczytałem Twoje opowiadanie już dawno, przeszło miesiąc temu i zapomniałem skomentować. Jednak okazuje się, że cały czas tekst jest świeży w mojej pamięci, co poczytuję za ogromną zaletę :).

Spodobał mi się dowcip i absurd, jak również odrobina filozofii w przystępnej formie.

Jeden z końcowych akapitów wpadł mi szczególnie w oko. Brzmi świetnie.

Jestem quasi-człowiekiem, pseudooddycham, semi-myślę, niby-żyję. Przedrostki przyklejają się do mnie jak spragnione pijawki. Pojawiam się na świecie tylko w krótkich mgnieniach. Mógłbym zostać duchem, ale urywki są zbyt krótkie, by zatrząść łańcuchami. Nie zerkam już nawet na swój procent istnienia. To znaczy promil.

To świetnie, że tekst zapadł w pamięć i nie ulotnił się po miesiącu. Dzięki za komentarz i wskazanie ulubionego fragmentu. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Przedrostki przyklejają się do mnie jak spragnione pijawki.

 

Super zdanie.

 

Tytuł mnie zaciekawił a potem było już tylko lepiej. Dobrze napisane, czytało się płynnie, a pomysł nie mógł mnie nie kupić ;) Fajnie rozgrywasz powtarzający się motyw krzeseł.

 

Fabuła niby nieszczególna – niezbyt rozgarnięty bohater, nieudany związek i wyrafinowana zemsta niezrównoważonej dziewczyny – milionerki (to by pasowało do Bonda, tylko Agata musiałaby jeszcze chcieć władzy nad światem :P). Bardzo mi się podobał kontrast między teoretyczną filozofią a momentem, kiedy jej treści zostaną “wcielone w życie”. Agata Pętelka jako osoba od dzieciństwa karmiona ideami ojca ma pełne prawo w nie wierzyć, tymczasem moment, w którym udaje jej się udowodnić prawdziwość swojej teorii jest dla panów filozofów albo śmieszny, albo przerażający. Rzeczywiście okazuje się, że wszystko to było jedynie fasadą, sposobem na życie, albo właśnie reklamą. Tymczasem znalazł się ktoś kto, nomen omen, uwierzył. Można by się uśmiechnąć, że filozofia bywa niebezpieczna gdyby nie fakt, że pomyślane jako marketing i populizm idee naprawdę potrafią wymknąć się spod kontroli. 

 

Najbardziej urzekło mnie, że bohater na końcu rzeczywiście zostaje solipsystą. 

 

Gdybym miała się do czegoś przyczepić to do tego, że wirtual jest raczej ozdobnikiem. Niby bardzo pasuje do całości pomysłu, a jednak niespecjalnie go wykorzystujesz (choć motyw przemieszczenia się w “krainę bugów” bardzo fajny). I jak już ktoś pisał trudno mi było zauważyć, kiedy Agata była z Bartłomiejem. Myślałam, że to raczej takie pierwsze przymiarki, przyjaźń dryfująca w stronę czegoś więcej. 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Dzięki za komentarz, Mirabell. Fragment o przedrostkach i pijawkach spodobał się już kliku czytelnikom. :) Bardzo dobrze odczytałaś motywy działania Agaty. No, gdy okazało się, że ma rację, wszyscy mieli się z pyszna. Z tym opisem związku Agaty i Bartka nie do końca mi wyszło. Wirtual w zasadzie miał być ozdobnikiem, tak jak te krzesła. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

To ja raz jeszcze, po przerwie. Czytając to opowiadanie czułam się, nie przymierzając zbyt dokładnie, jak ryba w wodzie. I takie wrażenie zapamiętałam. Takie opowiadania lubię. Połknęłam z radością i szerokim uśmiechem na twarzy, a mój organizm dostał porządną dawkę endorfin :) Zawiera elementy, które bardzo wysoko sobie cenię w literaturze: wybitna kreatywność, oryginalność, ciekawy język, komunikatywność, poruszanie tematów, które bardzo lubię, chociażby tych filozoficznych. Jest o czym pomyśleć, pokojarzyć, a to według mnie ogromny plus. Odrobina poczucia humoru, fabuła może nie rodem z filmu akcji (nie cierpię filmów akcji!), ale za to opierająca się schematom i, jak dla mnie, zadowalająca. Jedne elementy opowiadania mi się podobały bardziej, inne mniej (mniej – np. te wtrącenia o planecie) ale nic mnie nie zraziło, mój uśmiech nie zbladł. A taki uśmiech, który nie wynika z tego, że ktoś sypie dowcipnymi, sztucznie elokwentnymi dialogami, ale wynikający z radości czytania jest, uważam, bardzo cennym rodzajem uśmiechu. Cieszę się, że istnieją takie teksty :)

 

Dzięki za głos i jego piękne uzasadnienie. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Wracam po głosowaniu.

Dałem 4 punkty za bardzo oryginalną opowieść, za autentycznie śmieszny humor, błyskotliwość dialogów i kozacki temat przewodni, który zwyczajnie mnie zaintrygował. Oraz za działo ontologiczne. Przede wszystkim za działo ontologiczne.

W mojej opinii najlepszy tekst konkursu. Z przyjemnością dołożę swoje pięć punktów. Podsumowując:

 

– Oryginalny pomysł, który zaciekawił mnie od samego początku (zasadzie już od tytułu pierwszego rozdziału). Zupełnie sensowne połączenie absurdu, filozofii, sf i humoru? Jak widać – da się.

– Masa mniejszych osobliwości, które tworzą spójny i interesujący, a jednocześnie dość mocno absurdalny świat. I właśnie użycie absurdu w takim stopniu, by nie zniszczył zupełnie logiki, przypadło mi do gustu. Nie każdy autor sobie z tym radzi.

– Niebanalni bohaterowie. Praktycznie każdy ma w sobie coś charakterystycznego (i często coś nietypowego).

– Styl przekonał mnie chyba najbardziej spośród konkursowych tekstów. Bardzo charakterystyczny i pełny pomysłowych sformułowań. A jednocześnie nie przekombinowany, dzięki czemu czyta się szybko.

– Stężenie motywu konkursowego może nie jest powalające, ale zarówno element „jestem”, jak i „legendą” jest według mnie wystarczająco widoczny.

Bardzo dziękuję za głosy i uzasadnienia. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Nie kupiłeś mnie tym tekstem.

Zastanawiałam się, dlaczego, i doszłam do wniosku, że po prostu taka lektura po dziesięciu latach studiów filozoficznych wywołała we mnie wzruszenie ramion. Oczekiwałam wow, bo powziąłeś się ambitnych zadań, z rozmachem i finezją, z bardzo dobrym językiem, a dostałam IMO rozmydlony i w pewnym sensie porzucony koniec. Zgadzam się z Szanownym Redaktorem, że nie podbijałeś stawki – może zabrakło pomysłu, może zdolności, może wiedzy, a może to tylko moje odczucie. Filozofowie są tak absurdalnymi, a jednocześnie prostoliniowymi, analitycznymi myślicielami, że ten, bądź co bądź, bajkowy i nieco tkliwy w swej bajkowości tekst, z filozoficzną otoczką, oraz kreacje bohaterów sprawiły, że opko gdzieś zjadało poważne tematy, a wątki fantastycznonaukowe były dla mnie nieco wtórne. Nie kupiło mnie takie przedstawienie solipsyzmu. Po części kupił mnie świat przedstawiony. Znikanie nie wzbudziło we mnie emocji. Właściwie najbardziej podobała mi się jedna trzecia opowiadania, potem pojawiło się… już wiem, to, co zostało w pewnym momencie wycięte z filozofii – błądzenie, lawirowanie. Przeklinali za chaos treści i formy Nietzschego, tyle że Nietzsche nawiązywał do apollinijskiej i dionizyjskiej mocy, do ich tańca z ariadyczną strukturą – do impulsywności greckiej filozofii natury, a tutaj… odnalazłam samą strukturę, obudowaną pewną wiedzą i wizją, ale nieusystematyzowaną i w moim odczuciu niedoprowadzoną do błyskotliwej puenty. Ludzie piszą, że lubią lub nie taką filozofię, a ja mam ochotę zapytać: ale gdzie ona jest? Mniej lub bardziej poszarpane fragmenty nie złożyły mi się ani w ideę, ani w finał opowieści.

“Tekst nie miał być ciężki, wątki filozoficzne miały stanowić trochę ekscentryczną dekorację” – robienie z filozofii ekscentrycznej dekoracji, nie polecam :P Filozofia tak naprawdę jest prosta i myśl przewodnią opowiadania do niej porównam: myśl przewodnia nawet najbardziej skomplikowanego tekstu powinna wchodzić w umysł gładko jak nóż. Według mnie. 

No i to potraktowanie po łebkach wirtualu… To moja osobista bolączka :P

Ale gratuluję zwycięstwa.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dzięki za komentarz. Dobrze, że obszerny. Szkoda, że krytyczny. Cóż, chyba mi się poszczęściło z tym, że konkurs rozstrzygnął głos ludu. :)

robienie z filozofii ekscentrycznej dekoracji, nie polecam :P

Ale czemu? W tym tekście dekorację stanowią też na przykład latające samochody. To nie znaczy, ze znaczy, że spłycam arcyciekawy temat latających samochodów. :P Albo inaczej, często wykorzystuję jako dekorację motywy matematyczne. Co nie kłóci się z tym, że uważam matematykę za prostą i analityczną.

 Filozofia tak naprawdę jest prosta i myśl przewodnią opowiadania do niej porównam: myśl przewodnia nawet najbardziej skomplikowanego tekstu powinna wchodzić w umysł gładko jak nóż. Według mnie. 

Jasne, że zasadniczo przy każdej myśli, nie tylko przewodniej, lepiej, żeby była klarowna niż mętna. Ale nie jestem pewien, czy tekst w zamierzeniu rozrywkowy i po części humorystyczny musi taką myśl przewodnią posiadać.

Uwagi o wtórności wątków s-f czy rozmyciu zakończenia rozumiem. Mogłem to zrobić lepiej.

Szkoda, że nie kupiłaś tekstu. Ale tak czy siak, dziękuję za organizację świetnego konkursu, który zmotywował mnie do jego napisania. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Nowa Fantastyka