- Opowiadanie: soku1403 - Skala wartości

Skala wartości

Chciałbym podziękować NoWhereManowi, AQQ, Skullowi, Thargone’owi oraz Niebieskiemu Kosmicie za nieocenioną pomoc przy betowaniu. Tekst od czasu pierwszej wersji przeszedł dość poważną metamorfozę. Mam nadzieję, że końcowy efekt jest satysfakcjonujący :)

Życzę przyjemnej lektury. 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Skala wartości

 

 1

 

– Depeche Mode ma siedem milionów polubień na Facebooku. Donald Trump dwadzieścia trzy. David Beckham pięćdziesiąt cztery. Vin Diesel sto, a Cristiano Ronaldo sto dwadzieścia dwa. Bóg ma pięć milionów polubień. Gdyby Black Sabbath miało własny Kościół, to uczęszczałoby do niego więcej osób niż do kościołów chrześcijańskich. Może to porównanie zabrzmi absurdalnie, ale gdy otworzymy oczy, nabierze ono sensu. Świat się zmienia, a my musimy zmieniać się razem z nim. Taka jest kolej rzeczy. Jednego dnia wszyscy cię uwielbiają, uznają za kogoś wyjątkowego. Drugiego natomiast mijasz dziesiątki, setki ludzi, lecz nikt nie zwraca na ciebie uwagi. Dlaczego więc mamy składać cześć bóstwu nieaktualnemu? Patrzcie. – Wyciąga z kieszeni telefon. – Doskonale zdajecie sobie sprawę z tego, jak wiele możliwości zawiera to małe, niepozorne urządzenie. W ciągu kilku sekund możemy dzięki niemu znaleźć jakieś informacje, porozumiewać się ze znajomymi, uzupełniać się kulturowo, poszerzać swoją wiedzę. Co zapewnia nam Bóg? Szczęście? Wmawiają nam, że tylko na czymś tak trwałym jak wiara można zbudować szczęście, ale człowiek nie może oprzeć szczęścia na czymś tak abstrakcyjnym, nierzeczywistym i ulotnym. Szczęście, czyli fizyczne oraz duchowe spełnienie, powinno spoczywać na twardym, stabilnym podłożu. Na ludzkich czynach. W innym razie zaniknie bezpowrotnie.

Chyba dobrze mi poszło.

Trzydzieści par oczu patrzy teraz na Adama Białkowskiego z niedowierzaniem. Ksiądz Robert Marchoń siedzi za biurkiem z otwartymi ustami. Próbuje coś powiedzieć, lecz nie jest w stanie wymówić chociażby słowa. Ciche, wręcz niesłyszalne pomruki to jedyne, na co go w tym momencie stać.

– Ale… ale co to ma wspólnego z Psalmem Dwudziestym Trzecim? – pyta w końcu.

– W psalmie tym podmiot liryczny oddaje swe życie w ręce Boga. W ręce, które prześwitują. Są niematerialne i zwodnicze. "I chociażbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną". Może w czasach powstawania utworu ludziom wydawało się, że taka postawa przyniesie wiele korzyści, ale od tamtej pory minęły stulecia. Nadeszła epoka, w której powinniśmy zadać sobie jedno wiążące pytanie: Czy Bóg nadal jest wszechmocny, czy może człowiek już Go wyprzedził w Jego kwalifikacjach?

Odpowiada mu cisza.

No, niech ktoś coś wreszcie powie.

– Chyba wybrałeś zły moment na takie rozważania – stwierdza ksiądz Marchoń.

Chłopak marszczy brwi. Szanse na wartościową wymianę zdań drastycznie maleją.

– Zły? Chyba po to są lekcje religii, prawda? W celu dyskutowania na rozmaite tematy związane z wiarą.

– Są po to, aby tę wiarę umacniać. – Mężczyzna ociera czoło wewnętrzną częścią dłoni, spoglądając na biurko.

Gdzie twój profesjonalizm, łysa pało? No dalej, mów o Bogu, nawracaj mnie! Dlaczego tylko siedzisz i odpowiadasz lakonicznie?

– Więc mamy ślepo wyznawać określony byt i nie zadawać pytań?

– Zamknij już tę mordę! – warczy Bartek Potrzeba, siedzący w ostatnim rzędzie. Ksiądz Marchoń nie reaguje na jego agresję. Najwidoczniej odczuwa ulgę, że ktoś inny chociaż przez chwilę będzie konfrontować się z Adamem. 

Białkowski uśmiecha się. Przez moment chce bezpośrednio zwrócić się do Bartka, ale zmienia zdanie, patrząc w jego pełne złości oczy. Żadne argumenty go nie przekonają.

A więc czas na małą prowokację.  

– Czy właśnie tak mamy się prezentować? Jak bezrozumne, posłuszne istoty, które wchłaniają wszystko, co się do nich mówi i nawet nie usiłują się zastanowić, czy aby na pewno postępują słusznie?

Bartek wstaje i rzuca się w kierunku Białkowskiego. Zanim do niego dopada, zostaje powstrzymany przez swoich dwóch kolegów. Adam przygląda się temu spokojnie, chociaż osiągnięcie tego efektu kosztuje go dużo siły.

Jeden jego cios wybije mi wszystkie zęby.

Ksiądz Marchoń wreszcie dochodzi do wniosku, że wypadałoby zainterweniować.

– Adam, w tej chwili idź do dyrektora.

– Dlaczego? – Białkowski nie może uwierzyć. Kto stanowił prawdziwe zagrożenie: próbujący przekonać innych do swoich racji nastolatek czy wściekły i pozbawiony zmysłu logicznego myślenia mięśniak? – Nie zrobiłem nic złego.

– Zrobiłeś – oponuje duchowny. – Uraziłeś wszystkich tu obecnych swoimi słowami.

Nie daruję ci tego.

– Od kiedy wyrażanie opinii to zachowanie godne potępienia?

Marchoń unosi pięść, jakby zamierzał opuścić ją z hukiem na biurko.

– Bez dyskusji – burczy.

Adam, skinąwszy głową, wychodzi na korytarz. Wyraz zaskoczenia, niedowierzenia i rozczarowania wciąż nie schodzi z jego twarzy.

 

2

 

Adam nie przepada za dyrektorem Krzysztofem Grabowskim. Nigdy za nim nie przepadał. Odkąd przekroczył próg liceum, nie było chwili, w której Grabowski wydawał się kompetentną osobą na właściwym stanowisku.

Mężczyzna posyła mu pytające spojrzenie. Na jego biurku spoczywa stos dokumentów oraz filiżanka kawy.

– Nie powinieneś być teraz na lekcji?

– Ksiądz Marchoń mnie do pana przysłał – odpowiada Białkowski.

– Z czym?

Wzrusza ramionami.

– Z niczym.

Grabowski chwilę rozmyśla nad słowami Adama. Dopiero po upływie kilku sekund odnajduje ich znaczenie.

– Coś przeskrobałeś?

– Tak twierdzi ksiądz Marchoń.

– To musiałeś sobie nieźle nagrabić. Siadaj, Adam, siadaj. – Upija łyk kawy i oblizuje górną wargę. – No, to co zrobiłeś?

– Poddałem w wątpliwość pozycję Boga.  

Dyrektor znów zastanawia się przez moment. Jego małe świńskie oczka spoglądają na przeciwległą ścianę, jakby zamierzały odszukać na niej prawidłową odpowiedź.

– Pozycję? W sensie istnienie?

Ja pierdolę.

– Nie. Uważam, że prawdopodobieństwo istnienia Boga jest dosyć wysokie. Nie sądzę jednak, by wiara w niego miała nam się przydać do czegokolwiek.

– Rozumiem.

Nie, nie rozumieszSiedzisz tu i się opierdalasz, a gdy ktoś przychodzi do ciebie z jakąś sprawą, to i tak masz to w dupie.

– Chyba lekko przesadziłeś, Adam.

– A mi się wydaje, że ksiądz Marchoń powinien kontynuować dyskusję, a nie przerywać w momencie, w którym zakończyłem swój monolog. Ciekawiło mnie zdanie księdza, a on kazał mi się tu udać, nawet nie próbując wyrazić swojego stanowiska. Do tego kompletnie nie zwrócił uwagi na fakt, że prawie zostałem pobity.

Grabowski ignoruje ostatnią kwestię.

No tak, nic mi się nie stało, więc nie ma problemu.

– Nauczyciele nie muszą odpowiadać na zadane pytania, jeśli uważają je za niezwiązane z tematem lekcji.

– Pytałem go jako księdza, nie nauczyciela.

– Przebywając w placówce edukacyjnej ksiądz Marchoń pełni funkcję nauczyciela. Zresztą, w każdym innym miejscu taka rozmowa to obraza uczuć religijnych. Wiem, jak to jest, Adam: być niepokornym i posiadać własne, nieszablonowe zdanie. W twoim wieku też chciałem, żeby wszyscy zwracali na mnie uwagę. Chciałem zaskakiwać i szokować swoimi wypowiedziami. Na studiach mi to przeszło. Myślę, że u ciebie będzie podobnie. Ale wiesz co? – Pochyla się w kierunku Białkowskiego. Jego lewy łokieć prawie strąca filiżankę z kawą. – Musisz ćwiczyć samokontrolę już teraz. Może nawet uda ci się osiągnąć sukces jeszcze wcześniej.

Adam wyobraża sobie właśnie, jak przeskakuje przez biurko, przewraca Grabowskiego i wbija stalowy długopis w szyję dyrektora tak długo, aż ten przestaje się ruszać. Bardzo kusząca wizja.  

– Czy chciałbyś jeszcze o czymś ze mną porozmawiać? – pyta Grabowski.

– Nie, panie dyrektorze.

– W takim razie wracaj do sali. I pamiętaj: Lepiej nie mówić nic, niż mówić wszystko.

Trzymaj tak dalej, a na pewno za kilkadziesiąt lat twoje złote myśli będą porównywane do słów Horacego i Szekspira.  

Adam wstaje z krzesła i żegna się z dyrektorem, a następnie opuszcza gabinet. Zerka na zegarek. Do końca lekcji zostało dziesięć minut.

Chyba nie będę tam mile widziany – myśli i siada na najbliższej ławce.

 

3

 

Trzask drzwi sygnalizuje matce powrót Adama. Jeszcze pięć lat temu mógł on oznaczać drugą opcję, jednak mężczyzna, który uchodził za przykładnego męża i ojca, pewnego dnia po prostu zniknął.

Magdalena Białkowska wychodzi z kuchni, zatrzymuje się na korytarzu i patrzy na swojego pierworodnego. Jak odkłada plecak, ściąga bluzę i buty, a następnie zbliża się do niej i daje delikatnego całusa w policzek.

– Jak dzisiaj było?

Chłopak wciąga powietrze w nozdrza. Z patelni dochodzi intensywny zapach wołowych kotletów.  

– Jak zwykle – odpowiada. Nie zamierza mówić matce o zajściu na religii. Jest bardzo pobożna. Nie chce urazić jej uczuć.

– Jakieś oceny?

– Nie… a, piątka z tej kartkówki z niemieckiego, co ją w poniedziałek pisaliśmy.

– A mówiłeś, że nic nie umiesz. – Posyła mu delikatnego kuksańca w ramię.

– Nikt nie jest nieomylny – odpowiada z uśmiechem Adam i wchodzi do swojego pokoju.

– Hamburgery dzisiaj robię – mówi takim głosem, jakby przekazywała mu szybką i wielce zaskakującą wiadomość.

– Wyczułem.

– Kupiłam pikle z ogórków. Chcesz kawałek albo dwa?

– No.

– Bez sałaty?

– Bez – potwierdza. Obecność sałaty w burgerze burzy całą kompozycję i przytłacza soczysty smak mięsa swoją bezpłciowością. – Powinnaś już to wiedzieć.

– Wolałam się upewnić – odpowiada matka i wychyla się zza progu, aby sprawdzić stan kotletów. – Masz na jutro dużo nauki?

– Tylko na kartkówkę z matmy.

– Z czego?

Adam czuje się trochę jak na przesłuchaniu.

No tak, jej specjalność.  

– Trygonometria.

– Umiesz to?

– To nie jest takie trudne.

W rzeczywistości chłopak niezbyt dobrze sobie z tym radzi, ale nie chce jej kłopotać.

– Jakby co, to ci pomogę.

Matka Adama zawsze marzyła o zostaniu malarką. O tworzeniu zapierających dech w piersiach krajobrazów i porażających swą oryginalnością dzieł. Gdy jednak rodzice zabronili jej wiązać przyszłość z tak niestabilnym zajęciem, wybrała się na studia politechniczne i już od ponad dwudziestu lat uczyła matematyki w szkole podstawowej.

– Nie trzeba. – Adam zdejmuje koszulkę. – Wyjdź na chwilę, muszę się przebrać.

– Dobrze, ale przyjdź zaraz do kuchni.

– Zjem u siebie.

Matka kręci głową.

– Nie, bo pewnie znowu ubrudzisz klawiaturę keczupem.

Adam wzdycha. Wie, że nie wygra tej bitwy.

– Okej.

Matka puszcza do niego oczko i znika za uchylonymi drzwiami.

 

4

 

Autobus numer dwadzieścia trzy podjeżdża punktualnie o siódmej trzydzieści cztery. Jak zawsze pełny. Starsze osoby siedzą wpatrzone w budzące się za oknem miasto. Młodzież stoi wpatrzona w ekrany telefonów.

Adam kasuje bilet i znajduje kawałek miejsca przy ścianie. Nie zakłada słuchawek. Woli chłonąć dźwięki otoczenia. Zbyt wiele interesujących rozmów ma tu miejsce, by je zignorować.

Po lewej stronie chłopaka przycupnęły dwie staruszki. Białkowski nie cierpi staruszek. Gdziekolwiek się nie pojawią, przynoszą ze sobą głośne rozmowy o niczym i narzekania na bóle w stawach. W takich sytuacjach z chęcią przekłułby sobie bębenki uszne, ale nie zamierza kompletnie rezygnować z obserwacji świata z tak trywialnego powodu.

– Jadzia, gdzie ty jedziesz?

Adam przewraca oczami.

Zaczyna się pierdolenie.

– Na działkę. Muszę sprawdzić wiśnię. Ale w tym roku wiśni to raczej nie będzie.

– A nawet jeśli, to wszystko szpaki pewno zeżrą. Ech – macha ręką – szkoda nerwów.

– A ty gdzie jedziesz, Halina?

– Do sklepu.

– I chce ci się autobusem? – pyta Jadzia tonem graniczącym z krzykiem. Adam zaciska zęby.

– Chcieć, to mi się nie chce, ale ja do Lidla jadę, bo tam są ulubione ciasteczka mojej wnusi. Nigdzie indziej ich nie ma, a dzisiaj przyjeżdża razem z moją córką na weekend.

– A zięć?

– A zięć w pracy musi siedzieć – mówi Halina z widocznymi pretensjami. – Powinien rzucić tę robotę, bo w ogóle nie ma czasu dla Ani i mojej małej Karolinki. Tylko siedzi w tym sądzie i siedzi.

– Ale gdzie ty chcesz, żeby on pracował? Wiesz, ile się w sądach pieniędzy zarabia?

– Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego – cytuje.

Adam wbija paznokcie w dłonie. Autobus zatrzymuje się na kolejnym przystanku i następuje rotacja. Chłopak, na nieszczęście, nie rusza się z miejsca. Jest zbyt tłoczno. 

– No tak, tak, masz rację.

– Tyle że Marek to w ogóle do kościoła nie chodzi.

– Pewno po pracy zmęczony jest.

– Nawet jeśli, to na msze święte chodzić powinien – stwierdza Halina. – A zresztą on to nawet chyba wierzący nie jest.

– Co ty mówisz?! – krzyczy Jadzia.

Głośniej to już się, kurwa, nie da.

– No, i taki facet jest ojcem mojej małej wnusi. Ja nie wiem, czy on jej w głowie nie poprzewraca.

Adam odlicza w myślach sekundy. Ma nadzieję, że to oddali wściekłość.

– A twoja córka wiedziała przed ślubem, że wychodzi za bezbożnika?

– Gdyby wiedziała, to na pewno by z nim ślubu nie brała. To dobra i wierząca dziewczyna.

– To weź z nią porozmawiaj.

– Tak zrobię. Muszę ją przekonać, że ten człowiek jest złym przykładem dla Karolinki. Rozwód nie wchodzi w grę, bo to grzech ciężki – kontynuuje po chwili namysłu. – Więc może uda mi się ją przekonać do separacji. I wtedy on będzie mógł sobie robić, co mu się tam będzie podobać, ale przynajmniej z dala od mojej wnusi.

Adam odwraca głowę w kierunku staruszek.

– Przepraszam, że się wtrącam, ale może by tak panie zostawiły życie tej kobiety w jej rękach?

Dopiero po wymienieniu przez kobiety spojrzeń orientuje się, że nie był to zbyt dobry pomysł.

– A kto ci pozwolił nas podsłuchiwać, gnojku? – oburza się Halina.

– Mówią panie tak głośno, że trudno tego nie słyszeć – odpowiada. W jego głosie nie brzmi chociażby nutka poirytowania.

Zaraz nastąpi oblężenie ze strony tych pojebanych dziwek. I w co ja się wpakowałem?

– Patrz, Jadzia, jaki bezczelny!

Teraz wszyscy pasażerowie obserwują tę wymianę zdań. Adama przytłacza ciężar tylu par oczu, gapiących się na niego z pogardą, zażenowaniem lub zwykłym zainteresowaniem.

Sam się w to wmieszałeś, to teraz jakoś z tego wybrnij.

– Jeśli ktoś kogoś kocha, to nie ma znaczenia, czy ta druga osoba jest wierząca czy nie. Liczy się sam akt miłości.

– Co za bzdury pleciesz! Wy młodzi to macie już tak spaczone umysły tymi komputerami i telefonami, że aż wam się we łbach poprzewracało!

Tylko nie daj się sprowokować.

– Pani córka jest z jej partnerem w związku od co najmniej kilku lat, prawda?

– Prawda – przyznaje Halina, chociaż najwidoczniej ma już dość rozmowy z chłopakiem.

– I dopiero teraz przeszkadzają pani religijne poglądy pani zięcia?

Nie uzyskuje odpowiedzi.

– Czy to nie jest przypadkiem kwestia chwili? Czy nie zaczęło to pani przeszkadzać dopiero trzy minuty temu?

– Co ty możesz wiedzieć, gnojku?

Paznokcie przebijają skórę. Po wewnętrznej części dłoni Adama spływają wąskie strużki krwi. Białkowski syczy z bólu.

– Jeśli orientujemy się po tak długim czasie, że coś nam nie odpowiada, to prawdopodobnie oszukujemy samych siebie. – Pieczenie powoli staje się uciążliwe. – Próbujemy sobie wmówić, że dana rzecz nie działa w satysfakcjonujący nas sposób. Tworzymy problemy, których w rzeczywistości nie ma. A najgorsze jest to, że nie tworzymy tych problemów dla siebie, tylko wręczamy je w prezencie innym.

– Ty już się tak nie wymądrzaj! – krzyczy jakiś otyły mężczyzna po czterdziestce, siedzący dwa krzesła dalej. – Taki bystry jesteś, to idź porozmawiać tak ze swoimi kolegami, a nie starsze panie zaczepiasz.

Białkowski zerka na grubasa i przeprowadza w głowie pewną symulację: Czy zdoła zatłuc tłuściocha na śmierć, zanim ten zmiażdży mu kości swoim ogromnym cielskiem?

– Przedstawiam jedynie swój punkt widzenia.

– To przedstawiaj go gdzie indziej, bo nikt nie chce cię słuchać.

– Właśnie – popiera te słowa Jadzia. – Ty się ucz lepiej, żebyś na ludzi wyszedł, bo przed tobą jeszcze ho-ho.

Adam z powrotem opiera się o ścianę i otwiera poranione dłonie. Palce zastygają mu w zgiętej pozycji. Po paru długich sekundach zdrętwienie ustępuje.

Skoro ludzie słyszą tylko to, co chcą usłyszeć, to dlaczego wszechmocny Bóg nie dał nam opcji wyciszania natrętnych osób?

 Nie uzyskuje odpowiedzi.

 

5

 

Piętnastu chłopaków przebiera się w klaustrofobicznej szatni w towarzystwie śmiechów i wręcz uwłaczającej ciasnoty. Smród jak zawsze jest nie do zniesienia. Chłopaki po każdym WF-ie wypełniają pomieszczenie zapachem dezodorantów Adidasa, Pumy i Nike. Taka ich mała tradycja. 

Adam zakłada dżinsy i chowa sportowe spodenki do worka.

– Co tam, Bartek?

Nie musi się nawet odwracać, by pojąć, że ktoś za nim stoi. Aura wściekłości jest zbyt wyczuwalna.

Ale to filmowo wyszło.

Bartosz Zalewski nie pasuje do klasy o profilu humanistycznym. W ogóle nie pasuje do liceum. Przypomina bardziej bezmózgiego barmana, udającego, że słucha strapionych klientów, niż sprytnego i dociekliwego dziennikarza, którym zamierza zostać.

– Przeproś za to, co wczoraj powiedziałeś.

Adam posyła mu przelotne spojrzenie i wodzi wzrokiem po szatni.

– Wszystkim to przeszkadza?

Nikt nie waży się odezwać. Bądź co bądź, Adam to osoba lubiana i szanowana.

Jebane tchórze. Boją się stanąć po którejkolwiek stronie.

– W takim razie chyba mówisz sam za siebie.

Białkowski zarzuca na ramię plecak i rusza do wyjścia. Masywne ramię Bartka uniemożliwia mu przejście. Mógłby pod nim przejść, ale to zajęłoby zbyt wiele czasu.

– Po prostu odwołaj to, co powiedziałeś.

Adam przekręca lekko głowę.

– A co ja takiego powiedziałem?

– Dobrze wiesz, co.

– Tak – przytakuje. – Upewniam się, że ty wiesz.

Bartek otwiera usta, ale nic nie mówi. Dopiero po chwili do jego umysłu dociera jakaś myśl.

– Powiedziałeś, że Bóg nie istnieje.

Ty pusty idioto.

– Na pewno tego nie powiedziałem.

Zalewskiemu najwidoczniej kończą się argumenty, ponieważ wyciąga przed siebie zaciśnięte pięści.

– Gówno prawda. – Spomiędzy jego cienkich i pobielałych warg sączy się ślina. – Wiem, co powiedziałeś i albo to odszczekasz, albo dostaniesz wpierdol.

– W taki sposób chcesz znaleźć konsensus?

– Ja nie chcę niczego znajdować, tylko żebyś odwołał swoje słowa, debilu!

Uśmiech samoistnie wykwita na twarzy Adama. 

– I myślisz, że problem rozwiąże fizyczna przemoc? Sądzisz, że Bóg popiera takie postępowanie?

– Albo odwołujesz swoje słowa, albo się bijemy. – Bartek nadal stoi przy swoim.

Kolejna bezsensowna konwersacja.

– Mówię ci, Bartek, że niczego takiego nie powiedziałem.

– Obraziłeś Boga!

– Wyraziłem swoje zdanie. Chyba zbyt namiętnie słuchasz księdza, a za mało myślisz.

– Dobra, ściągaj ten plecak.

Adam wzrusza ramionami i godzi się na propozycję tępaka. Różnica gabarytowa jest ogromna. Bartek mierzy jakieś dwadzieścia centymetrów więcej, waży około osiemdziesięciu kilogramów i systematycznie ćwiczy na siłowni. Jedno jego uderzenie powinno znokautować Białkowskiego.

– Chciałbym tylko zauważyć, że w tej szatni ledwo się wszyscy mieścimy – mówi Adam – więc bójka tutaj to kiepski pomysł.

Bartek ignoruje to i rozpoczyna ofensywę. Adam wykonuje unik, a pięść mięśniaka prawie trafia w ścianę.

Pora dojebać niedorozwojowi – myśli i uderza Zalewskiego w śledzionę. Dwukrotnie. Bartek próbuje bić na oślep, ale trąca zewnętrzną częścią dłoni Pawła, stojącego najbliżej walczących. Adam kompletnie przejmuje kontrolę nad tym pojedynkiem. Podbródkowy sprawia, że pod agresorem uginają się kolana. Prawy prosty wybija go z równowagi. Lewy sierpowy posyła Bartka w świat snu.

Adam, dysząc z wysiłku, zakłada z powrotem plecak.

– Wy wszyscy jesteście tak samo słabi i bezbronni jak wasz Bóg – charczy. – Jakkolwiek byście się nie starali, jakichkolwiek środków byście nie użyli, aby odnieść zwycięstwo, zgubi was wasze ograniczone spojrzenie na świat.

Zgromadzeni spoglądają teraz w dół. Początkowo Adam myśli, że ze wstydu, lecz po chwili orientuje się, iż po małym palcu prawej dłoni spływa mu krew. Rana po paznokciach najwidoczniej się uwolniła.

– Jesteś, kurwa, tak cienki, że sam siebie kaleczysz – wymrukuje Bartek, który zdążył odzyskać świadomość.

Białkowski kopie go w brzuch.

– To nic nie zmienia – szepcze, pospiesznie opuszczając pomieszczenie.

 

6

 

Po południu autobus nie jest aż tak przepełniony jak rano, więc Adam bez problemu znajduje sobie miejsce do siedzenia. Ten dzień nie należy do najłatwiejszych, ale nic nie wskazuje na to, by miał być jeszcze gorszy. Chłopak opiera głowę i przymyka oczy. Potrzebuje tego. Oczyszczenia, chwili kontemplacji i spokoju, nawet w tak niesprzyjających warunkach.

Autobus rusza, ale Adam nie zwraca na to uwagi. Teraz, wbrew swoim zasadom, nie zwraca uwagi na cokolwiek. Na staruszki gadające o niczym, na młodzież śmiejącą się z byle czego czy na milczących czterdziestolatków, znudzonych własnym żywotem.

Wkrótce jednak jego spokój zostaje zaburzony. Wspaniała, monumentalna budowla stoicyzmu zamienia się w kupę gruzu. Ponowna odbudowa potrwa zbyt długo.

Adam otwiera oczy i patrzy na brodatego starca, który się do niego dosiada. Ma długie, sięgające do ramion włosy. Pod rozpiętą w połowie kolorową bluzą skrywa się pognieciony i usmarowany czymś biały podkoszulek. Podarte dżinsy kontrastują z nienaruszonymi zamszowymi butami. Wszystko to dopełnia intensywna woń alkoholu.

Tylko tego mi brakowało do pełni szczęścia.

Białkowski nie znosi alkoholu. Nieraz mu go proponowano i nieraz widział, jak jego rówieśnicy kosztują zakazanego owocu. Przed lekcjami, po lekcjach, podczas  przerw.

Ojciec także pił, ale tylko w obecności żony i syna, dlatego też nikt oprócz Adama i Magdaleny Białkowskich nie uważał go za skończonego dupka. Umiał tak doskonale zatuszować swoje wady, że aż wreszcie znudziło mu się to ciągłe pasmo sukcesów. Gdy odszedł, fala współczucia zalała chłopaka i jego matkę. A oni czuli jedynie ulgę.

Adam spogląda w okno. Nie ma ochoty patrzeć na tego okropnego człowieka. Chce jak najszybciej wysiąść i zmyć z siebie tę skazę. Piętno, które odcisnęło się na jego duszy.

– Ale dzisiaj ciepło – mówi bezdomny i pociąga nosem. – W takie dni nie powinni wam kazać chodzić do szkoły. Poszlibyście sobie na boisko albo chociaż na tych komputerach byście sobie pograli.

– Niektórzy lubią naukę – podejmuje rozmowę. Nie z uprzejmości, lecz własnej wygody. Gdy pijak mówi, Adam może skupić się na czymś innym niż smrodzie wódki. 

– Tak, dla niektórych jest ona ważniejsza niż cokolwiek innego. Wolą patrzeć racjonalnie i analizować niż zdać się na własne uczucia.

A co ty możesz o tym wiedzieć?

– Moim zdaniem nie ma w tym nic złego. Każda opinia zawiera ziarnko prawdy.

– Ale też każda może skrzywdzić czyjeś uczucia.

Adam ma dziwne wrażenie, że nieznajomy wie ciut za dużo niż powinien.

– Tak, tak też bywa. Tyle że ta krzywda nie wynika z samego kontekstu poglądów, lecz jednowymiarowości myślenia drugiej strony. Gdy ludzie nie widzą niczego poza własnym tokiem myślenia, rozważania z tym sprzeczne są uznawane za absurdalne.

– Niesłusznie?

– To zależy.

Starzec kiwa głową, mrucząc pod nosem coś kompletnie niezrozumiałego.

– A może to ta pierwsza strona powinna się zastanowić, czy jednowymiarowość w niektórych kwestiach jest uzasadniona?

Autobus zatrzymuje się. Nie jest to przystanek, na którym Adam zazwyczaj wysiada, ale w tym momencie to nieistotne.

– Przepraszam, ja już wychodzę.

– Miło się rozmawiało. – Mężczyzna pozwala mu przejść. – Mam nadzieję, że wszyscy chłopcy w twoim wieku są tacy mądrzy.

Adam czym prędzej opuszcza pojazd i smakuje świeżego powietrza. Powoli do niego dochodzi, że osoba, którą tak bardzo gardzi, jako jedyna wydaje się otwarta na jakiekolwiek sugestie.

Tylko dlaczego?

Nie mija minuta, a Białkowski znajduje odpowiedź.

 

7

 

Adam lubi kupne pierogi. To jedna z niewielu mrożonych potraw, które smakują w miarę dobrze. Nie lubi jednak spożywać posiłków, jednocześnie oglądając z matką telewizję. Dla niej istnieją jedynie cztery kanały: TVP1, TVP2, Polsat i TV Trwam. Ten ostatni, zdaniem chłopaka, zbyt często gości na ekranie.

– Jak ci poszła ta kartkówka z chemii? – matka mówi z pełnymi ustami, długo przeżuwając pieroga z mięsem.

– Nie zrobiłem jednego zadania – odpowiada.

– Nie umiałeś czy nie starczyło czasu?

– Mieliśmy ułożyć jakieś dziwne równanie chemiczne. Przeczytałem wczoraj cały temat w podręczniku dwa razy, ale nigdzie tego nie było.

– A reszta?

– Reszta raczej jest dobrze.

– To dobrze. – Matka grzebie widelcem w talerzu. – Słyszałeś, co się ostatnio stało?

Adam wzrusza ramionami.

– Może i słyszałem, ale najpierw muszę wiedzieć, co.

Mówi to ostrzejszym tonem niż zamierzał. Matka jednak najwidoczniej rozumie intencje Adama, gdyż zaczyna opowiadać:

– Pani Cyprzak, wiesz, polonistka z mojej szkoły, ma siedmioletniego syna.

– Aha.

– A jej syn miał guza mózgu. Lekarze twierdzili, że to jest tak zaawansowany stopień, że już nic nie da się zrobić. I wtedy co?

Już wiem, do czego to zmierza.

– Guz nagle zniknął – przypuszcza Adam.

Matka przełyka pieroga.

– No właśnie. Zniknął. Tak po prostu!

– Zdarzają się takie przypadki.

Kręci głową.

– To na pewno nie przypadek, Adam. Pani Cyprzak mówiła mi, że modliła się codziennie pięć razy o to, aby jej synek wyzdrowiał i Bóg wreszcie ją wysłuchał.

Jest w stanie wymyślić tysiąc powodów, według których Bóg nie miał z tym nic wspólnego.

– Mamo, lekarze nie są nieomylni…

– Co ty mówisz, Adaś? Tylko Bóg potrafi dokonywać takich rzeczy.

Chłopak nie kontynuuje dyskusji. Nie chce, aby matka na tym ucierpiała.

– Masz rację, mamo – przyznaje, starając się brzmieć najwiarygodniej jak tylko jest w stanie. – Tylko Bóg potrafi coś takiego.

 

8

 

Wkracza do królestwa elektroniki. Miejsca, w którym ludzie znają pojęcie "postępu technologicznego" i nie boją się go używać.

Adam przechodzi od razu na dział z monitorami. Ma zaoszczędzone dwa tysiące złotych, z kieszonkowego otrzymywanego od matki. Zbierał je prawie dwa lata. 

Ogromne telewizory robią na Adamie wrażenie. On nie może sobie pozwolić na taki luksus. Pensja matki wystarcza na jedzenie i rachunki, ale na niewiele więcej. Trzy niespłacone kredyty dodatkowo wywierają presję na biednej kobiecie. Adam nieraz próbował jej pomóc, dorabiać gdzieś, chociażby na wakacje, jednak ona zawsze powtarzała, że wszystko jest w porządku i że Adam nie powinien tak się tym przejmować.

Białkowski szuka konkretnego modelu. W internecie znalazł idealny, dopasowany do wymiarów jego biurka i z wszystkimi użytecznymi funkcjami.

– W czymś pomóc?

Pracownik sklepu – około trzydziestoletni, z przyczesanymi kruczymi włosami oraz zadbanym zarostem – wyrasta jak spod ziemi.

– Szukam monitora – odpowiada Adam.

– W czymś doradzić?

– Nie, nie. – Adam wyciąga z kieszeni telefon i pokazuje mężczyźnie zdjęcie urządzenia oraz jego specyfikacje.

Brunet drapie się po szyi w zamyśleniu.

– Nie mamy tego modelu w magazynie.

– Na waszej stronie było napisane, że jest dostępny – oponuje Adam.

Dlaczego mam nieodparte wrażenie, że wszyscy usiłują zrobić mnie w chuja?

– Naprawdę? Jestem pewien, że go tutaj nie ma. – Podnosi wskazujący palec. – Ale możemy go zamówić. Co prawda przyjdzie za dwa-trzy dni, ale lepsze to niż nic, prawda? – Uśmiecha się. Adam nie odwzajemnia uśmiechu. – To co, zamawiamy?

Chłopak przytakuje.

– Dobrze. – Mężczyzna milknie na moment i przypatruje się Białkowskiemu z osobliwym błyskiem w oku. Jakby po jego tęczówce przejechało stado ognistych rumaków. – Wybacz ciekawość, ale czy mogę wiedzieć, do czego będziesz go używał?

– Podłączę go do komputera, jeśli o to panu chodzi.

– A telewizja?

– Nie oglądam.

– Słuszna decyzja. Telewizja to przeżytek. Ograniczone możliwości wyboru i wszechobecna nuda. Gdy twoje pokolenie osiągnie wiek starczy, już nikt nie będzie pamiętał, że coś takiego kiedykolwiek istniało. To jedynie kwestia czasu.

– Możliwe – przyznaje Adam.

– Ja kiedyś oglądałem telewizję godzinami. Kanały informacyjne, opery mydlane, talk-show, powtórki filmów sensacyjnych z Brucem Willisem czy Sylvestrem Stallone. Czy robiłem to z własnej woli? Wtedy myślałem, że tak. A potem okazało się, że jest znacznie lepsza opcja. Czego dzisiaj nie można zrobić w Internecie? Możemy rozmawiać ze znajomymi, nawet jeśli są na drugim końcu świata, oglądać filmy i seriale bez limitu i o dowolnej porze, dyskutować na przeróżne sprawy, słuchać ulubionej muzyki, tworzyć coś własnego i dzielić się tym z innymi. Ale to też pewnie minie i zostanie zastąpione czymś znacznie wspanialszym. Czymś, czego teraz nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę.

Adam kiwa głową.

– To świetnie. – Mężczyzna szczerzy lśniąco białe zęby. – Chodź ze mną. Muszę wziąć od ciebie parę danych osobowych, zanim zamówię monitor.

 

9

 

Dźwięk dzwonka wprawia wszystkich w ruch. Jedni wstają i zakładają plecaki, inni idą pod swoją klasę, a jeszcze inni wychodzą z budynku. Adam zawsze obserwuje to z fascynacją. Tyle różnych reakcji i zachowań na jeden odgłos. Sam nie przepada za przerwami. Bo co produktywnego można zrobić w ciągu dziesięciu minut? Zjeść śniadanie? Tak, ale to zajęcie na zaledwie jedną przerwę, a co dalej? Rozmawiać ze znajomymi? Przecież tyle czasu nie zajęłoby nawet wprowadzenie do konwersacji.

Adam ustawia się za dziewczynami, zgodnie z jedną z niewielu funkcjonujących w szkole zasad savoir vivre'u. Jego wzrok natrafia na ostre spojrzenie Bartka. Od czasu bójki w szatni mięśniak nie zbliża się do Białkowskiego.

Chyba wreszcie pojąłeś, gdzie twoje miejsce.

Czekanie trwa zbyt długo. Adam zerka na zegarek. Lekcja powinna się rozpocząć cztery minuty temu.

– Może go nie ma – mówi ktoś przed chłopakiem głosem pełnym nadziei. Ksiądz Robert Marchoń nie jest wymagającym nauczycielem, ale jego zajęcia potrafią zanudzić uczniów do tego stopnia, że niektórzy postanawiają trochę się zdrzemnąć. Dlatego też Adam uważa, że bardzo przysłużył się kolegom, urozmaicając ostatnie zajęcia religii swoim wystąpieniem.

– Nie no, przecież on czasami się spóźnia – odpowiada ktoś inny.

W końcu ksiądz Marchoń się pojawia. Otwiera drzwi do sali i zastyga w miejscu. Gdy Adam przechodzi obok nauczyciela, ten zatrzymuje go.

Proszę, tylko nie praw mi morałów.

– Białkowski, mogę mieć do ciebie prośbę?

– Słucham, proszę księdza.

– Mógłbyś dzisiaj powstrzymać się od kontrowersyjnych komentarzy? – pyta, wywiercając mu spojrzeniem dziurę w czole. – Chciałbym w spokoju poprowadzić lekcję i byłoby miło, gdybyś tym razem nie komplikował.

– Obiecuję, że jeśli nie będzie to konieczne, to będę milczeć jak grób.

Marchonia raczej nie satysfakcjonuje ta odpowiedź, wnioskując z grymasu na jego twarzy, ale na tym rozmowa się kończy.

W klasie Adam uważnie słucha księdza oraz swoich kolegów, udzielających się na forum.

Wszystko, co mówią, wydaje się tak płaskie. Dlaczego nie mogą spojrzeć na dany temat z innej perspektywy? Czy to aż tak, kurwa, trudne?

– A teraz poproszę was, byście dokończyli moje zdanie. – Marchoń zaciera ręce i zaczyna od pierwszego rzędu. – Miłość do… – Wskazuje pierwszą osobę.

– Do rodziny.

– Świetnie. Miłość do… – Kolejna osoba. Bartek.

– Do dziewczyny.

Wybuch śmiechu. Ksiądz uśmiecha się lekko i przechodzi dalej.

– Miłość do…

– … do bliskich.

– … do ukochanej osoby.

– … do przyjaciół.

Wzrok Marchonia pada na Adama, ale szybko ucieka w innym kierunku.

– … do ojczyzny.

– … do pieniędzy.

Znów śmiech. Białkowski przewraca oczami.

– Dobrze. Wymieniliśmy już sobie dużo rzeczy, które można kochać, ale zapomnieliście o czymś bardzo szczególnym. – Marchoń gładzi się po łysej czaszce, jakby chciał zmierzwić niematerialne włosy. – Więc jeszcze raz. Miłość do…

– Do Boga.

Wszystkie głowy zwrócone są teraz w stronę Adama. Ksiądz patrzy na niego z zakłopotaniem. 

Nie wiesz co zrobić, co?  I kto tu jest górą, łysa pało?

– Zgadza się – przytakuje Marchoń. Mija chwila, nim wybudza się z transu i kontynuuje. – Miłość do Boga to podstawowy fundament. Opierają się na nim wszystkie uczucia.

Po twarzy mężczyzny przebiega lekki uśmiech. Adam zna źródło tego rozbawienia.

– Na miłości do Boga opiera się miłość do innych osób, rzeczy, a także złość, żal, smutek, empatia, rozgoryczenie czy radość. Bez miłości do Boga jesteśmy zwykłymi maszynami. Robotami, których zadaniem jest analizowanie, a nie czucie.

Tym razem wszyscy patrzą na Adama nie z zaskoczeniem, lecz rozbawieniem. Rozlegają się szepty. Ksiądz Marchoń zasłania usta wierzchem dłoni.

Białkowski musi przyznać, że tym razem odniósł porażkę. Mimo że z chęcią przeciwstawiłby się Marchoniowi, honor i złożona obietnica mu na to nie pozwalają.

Pozbył się zagrożenia, brawa dla niego! Jeśli wiara ma się opierać na podstępie, to wolę nie mieć z nią nic wspólnego.

 

10 

 

Pani Elżbieta Kobała zasiada za biurkiem i czyta listę obecności znużonym głosem. Powtarzanie tej samej czynności kilka razy dziennie stało się dla niej frustrujące już dwadzieścia lat temu.

– Dobrze. – Wstaje i rozgląda się po sali. – Dzisiaj mieliśmy zająć się charakterystyką Hamleta, tak?

– Tak – odpowiada zgodnie kilkanaście głosów.

– Czy ktoś chciałby zgłosić się do omówienia tej postaci?

Zazwyczaj brakuje ochotników. Zgłasza się jedna lub dwie osoby, a reszta siedzi ze spuszczonymi głowami, modląc się w duchu, by nauczycielka ich nie spytała. Boją się kompromitacji i otrzymania piętna "pośmiewiska".

Nie jestem tchórzem – myśli Adam i podnosi rękę. - Niech o tym wiedzą.

– Adam jest chętny – mówi polonistka z zadowoleniem. – Ktoś jeszcze? W takim razie prosimy cię, Adamie.

Białkowski odchrząkuje i rozpoczyna swój wywód:

– Hamleta poznajemy jako księcia i syna zmarłego króla. Niedługo później okazuje się, że władca został zamordowany. Hamlet poprzysięga więc zemstę. Zamierza zabić Klaudiusza, swojego stryja i sprawcę… ale to już wiemy. Nie będę wam streszczać dramatu Szekspira, choć zakładam, że nie wszyscy zapoznali się z jego treścią.

Szmer rozmówek i chichotów zostaje zagłuszony przez stanowcze syknięcie pani Kobały.

– Hamlet to niepoprawny idealista. Marzy i rozmyśla nad sprawami, które dla ludzi wokół mężczyzny wydają się błahe i niewarte uwagi. Postrzegają go jako pomyleńca i wariata, lecz nie ze słuszności tego stwierdzenia, a własnej ignorancji. Nie próbują nawet zrozumieć bohatera.

(Brzmi dziwnie znajomo)

Świetnie obrazuje to fragment:

 

Ale pękaj, serce moje,

Bo usta milczeć muszą.

 

Hamlet zdaje sobie sprawę z opinii na swój temat. Wie, że słowa nie mają żadnego znaczenia dla tych narcystycznych pokrak. To jedynie pył, który unosi się na wietrze, a następnie znika ponad chmurami. Prawda jest bowiem taka, że największe umysły często wyprzedzają swoją epokę i nie są dostatecznie doceniane. Niestety, ale nawet najmądrzejszy człowiek w historii w pojedynkę nie byłby w stanie zmienić porządku wszechświata i sprawić, że ludzie zaczną widzieć coś więcej niż czubek własnego nosa.

Więc dlaczego tak bardzo się staram?

Przytoczę teraz najsłynniejsze słowa, wywodzące się z tego utworu:

 

Być albo nie być; oto jest pytanie

 

Istnieć i wciąż podejmować walkę z wiatrakami czy poddać się i odejść w zapomnienie?

No właśnie, co wybrać?

 Jak wiemy, Hamlet do końca zaciekle broni swych ideałów i ostatecznie dokonuje zemsty. Pomimo tak ogromnego bólu, wahań oraz rozterek. Zauważmy, że Hamletowi nie sprzyja praktycznie nic oprócz ducha jego zmarłego ojca i wiernego przyjaciela Horatio.

Miał przynajmniej na tyle.

Jego ukochana popada w szaleństwo i umiera, a matka porzuca swe dawne życie poprzez ślub z bratem zmarłego męża. Odcina się od przeszłości i stawia na, jak się okazuje, bardzo niepewną kartę. Hamlet natomiast ginie w żałosny sposób – z ręki równie bezbronnego i niczego nieświadomego Laertesa. To śmierć niegodna tak wspaniałego myśliciela i, wbrew pozorom, człowieka czynu. Realizuje on bowiem przysięgę złożoną ojcu i zabija Klaudiusza. Ale jakim kosztem? Hamlet traci wszystko, co kochał, i to dlatego, że grupa ignorantów nie chciała dopuścić go do głosu. Nie pozwalała jego strapionej duszy uwolnić się od ciężaru. A wystarczyło jedno: Zrozumienie. Cóż, jest to jednak coś, o co trudno nawet w dzisiejszych czasach.

Adam skinieniem głowy sygnalizuje, że zakończył swój monolog. Przypatruje się teraz poszczególnym osobom. Na ich twarzach nie dostrzega wstydu czy poczucia refleksji, tylko pogardę i rozbawienie.

Standard.

– Bardzo dobra wypowiedź – podsumowuje pani Kobała ze wzrokiem wlepionym w przeciwległą ścianę, jakby odtwarzała w myślach słowa Białkowskiego. – Dlaczego częściej się nie zgłaszasz?

– Czekałem na właściwy moment – odpowiada ze smętną miną.

Ale, najwidoczniej, na próżno.

 

11

 

Adam uwielbia majowe popołudnia. Ziemia zrzuca wtedy swoją szarą powłokę i przybiera znacznie przyjemniejszą formę.

Białkowski wychodzi ze szkoły, trzymając na ramieniu bluzę. Jest zbyt ciepło i pięknie, aby torturować ciało dodatkową warstwą materiału. Popierają to stojący przed nim chłopacy, uważnie przypatrujący się Adamowi. Wśród nich nie brakuje także Bartka. Adam domyśla się, co za chwilę nastąpi, ale postanawia nie zwracać uwagi na obserwatorów. Opuszcza szkolny teren i skręca w prawo. Za sobą słyszy niejednostajny tętent podeszew.

Biegnij. Nieważne, że ktoś jutro nazwie cię tchórzem. Po prostu biegnij.

Nie podejmuje ucieczki. Wszystko wokół niego dzieje się tak powoli. Nie zamierza narzucać tempa światu.

Może kontynuować podążanie brukiem, ale wybiera skrót wydeptaną i mało uczęszczaną ścieżką pomiędzy niechlujną kamienicą starego budownictwa a równie ponurymi garażami. Białkowski chce mieć to już za sobą. Nie łudzi się, że Bartek sobie odpuści. Tacy jak on nie odpuszczają.

Idzie ze spokojem. Piach chrzęści pod jego stopami, a w połączeniu z krokami prześladowców tworzy to chaotyczną i niespójną melodię.

No biegnij, do kurwy nędzy!

Adam czuje na ramieniu czyjś potężny chwyt. Nie mija sekunda, a już leży na ziemi, smakując gorzkiego podłoża. Kolejne kopniaki w tułów nie powodują u Białkowskiego żałosnego skowytu i błagań o litość.

Będzie kilka siniaków, ale jakoś to przeboleję.

– Ej, on nawet nie krzyczy – zauważa ktoś.

– Może zemdlał? – mówi ktoś inny.

– Nie zemdlałem – zapewnia Adam, wypluwając małe kamyki, które jakimś cudem przedostały się do jego jamy ustnej.

– Napierdalajcie go, a nie gadajcie – nakazuje Bartek.

Druga seria kopniaków. Białkowski zaciska powieki i przygryza wargi, byleby tylko nie krzyknąć, nie zaskomleć.

Nie będziecie mieli ze mną tak łatwo, głupie cwele.

– On chyba robi nas w chuja!

– Kurwa, taki cwany jesteś? – Bartek pochyla się nad Adamem, wręcz przykładając twarz do jego ucha. – Możesz udawać takiego twardego, ale ja, kurwa, pamiętam, jak sam sobie, kurwa, krzywdę w szatni zrobiłeś.

Rozlegają się śmiechy. Białkowski również się śmieje.

Nie rozumiesz, pusty fiucie? Ja tutaj właśnie wygrywam!

Mięśniak nie wytrzymuje i kopie go w głowę. Oczy Adama zalewa czerń. Słyszy słowa Bartka: "Dobra, spadamy", a następnie pospieszne, z każdą chwilą cichnące kroki.

Mogłeś po prostu zwiać, ale znów postanowiłeś udowodnić komuś swoją rację. I co, udało ci się?

Z tą myślą traci przytomność.

 

12

 

Czerń przesłania mu wszystko dookoła. O ile wokół cokolwiek się znajduje.

Znając szczęście, moja noga na Ziemi już nie stanie.

– Mało prawdopodobne.

Czyjś głos. Tylko czyj? Kto byłby w stanie czytać jego myśli?

Lista jest dość krótka.

– Cóż, przynajmniej tyle. – odpowiada Adam, próbując się poruszyć. Sprawdzić, czy jego ciało funkcjonuje. – Mogę się już przebudzić?

– A coś stoi ci na przeszkodzie?

– A nie?

– Jeśli chcesz, możesz w tym momencie się ocknąć. To zależy tylko i wyłącznie od ciebie.

Adam przez moment faktycznie zamierza to uczynić, ale ostatecznie zmienia zdanie. Tutaj nikt ich nie słyszy, nikt ich nie widzi. Kiedy nadarzy się podobna okazja?

– Okej, to jednak chwilę tu zostanę.

– Dobrze.

Następuje milczenie. Adam zmarszczyłby brwi, ale prawdopodobnie właśnie znajduje się we własnym umyśle, więc coś takiego raczej miałoby małe szanse na powodzenie.

– Chyba nie będziemy tu siedzieć w ciszy?

– A o czym chciałbyś porozmawiać? – pyta głos.

– Tematów jest całkiem sporo. – Chwila namysłu. – O, mam!

– Słucham.

– Dlaczego poświęcasz ten czas akurat mnie?

– Nie tylko tobie. Tysiące innych strapionych dusz rozmawia ze mną w tym momencie.

Adam skinąłby głową.

– No tak, zapomniałem. Chociaż ja bym się strapioną duszą nie nazwał.

– Nie? Bo ja odnoszę wrażenie, że nosisz w sobie ogromny ból.

– Nie narzekam.

– Chciałbym ci tylko przypomnieć, że to ty prosiłeś o rozmowę, więc porzuć ironię i mów szczerze.

– Mam swoje brzemię – przyznaje Adam. – Ale kto go nie ma? Wszyscy musimy mierzyć się z własnymi słabościami.

– Ty jednak przelewasz ten ból w niewłaściwy sposób.

– Bo się od ciebie oddaliłem?

– Bo usiłujesz oddalić ode mnie innych.

– Jako wszechmocny i wszechwiedzący powinieneś wiedzieć, że oczekuję jedynie wysłuchania. A wszyscy, do których się zwracam, i tak zdają się być zamknięci na jakiekolwiek sugestie.

 – O nie, mylisz się. Oni naprawdę ciebie słuchają. Gdyby tego nie robili, nie leżałbyś teraz nieprzytomny na ziemi.

Adam prycha. Całkiem zabawne.

– A to, że twoje intencje zostały odebrane w nieprawidłowy sposób, to już inna sprawa. Sęk w tym, że nie możesz narzucać innym swojego zdania.

– Nie robię tego.

– Ale takie sprawiasz wrażenie. A w obecnej sytuacji to nie stanowi żadnej różnicy.

Zbyt wiele słów i argumentów przelatuje przez głowę Adama, przez co nie potrafi ułożyć sensownej wypowiedzi.

– Ale oni powinni wiedzieć, że już się im nie przydasz!

– Naprawdę uważasz, że jakikolwiek ludzki wymysł może zastąpić wiarę?

– Przerastamy cię. Twoja wszechmocność jednak ma swoje granice. Wkrótce my sami staniemy się bogami. To my stanowimy przyszłość, nie ty. I to w żadnym wypadku nie jest zależne od ciebie.

– Od ciebie tym bardziej – odpowiada głos – więc dlaczego mimo to snujesz wizję futurystycznego świata? Skąd wiesz, że stanę się bezużyteczny, przez co ludzie mnie opuszczą?

– Bo to już się dzieje.

– Jak?

Tyle myśli, tyle myśli!

– Postęp, postęp mknie do przodu, zdajemy sobie z tego sprawę i… i…

– Nic nie wyklucza jednoczesnego istnienia wiary i rozwoju. Wręcz przeciwnie. Na wierze można ten rozwój oprzeć. Mówisz o postępie technologicznym, który wkrótce mnie przerośnie, ale ten postęp trwa od wielu, wielu lat i na każdym z jego etapów byłem obecny. Jak więc coś ma się stać istotniejsze ode mnie, jeśli jestem tego najważniejszą częścią?

Adam walczy z samym sobą. Nie, nie przyzna mu racji, nie przyzna!

– Adamie, porażki są po to, by wyciągać z nich wnioski. Jeśli je zignorujesz, zostaniesz pozbawiony cennej lekcji…

Obudź się, obudź!

Głos cichnie.

 

13

 

Sprawdza w telefonie stan swojej twarzy. Siniak nad prawym okiem prezentuje się całkiem okazale.

Czuje na sobie liczne spojrzenia. Pasażerowie autobusu numer dwadzieścia trzy najwidoczniej nie mają nic ciekawszego do roboty niż podziwianie pobitego szesnastolatka.

Czego ci ludzie ode mnie chcą? Myślą, że jak będą się tak ciągle na mnie gapić, to coś odkryją? Największą tajemnicę świata, jakiś znak od Boga? Znak od Boga… to nie brzmi tak źle. On lubi dawać znaki, a potem już nigdy się nie pojawiać.

Pojazd zatrzymuje się, trzy osoby wysiadają, trzy wsiadają. Wśród tej trójki Adam spostrzega kogoś znajomego.

Brodaty pijak o długich włosach dosiada się do Białkowskiego, tak jak ostatnim razem. Tym razem odór aż tak nie doskwiera. Być może ma to jakiś związek z tym, że chłopaka otacza woń świeżo zaschniętej krwi, a on sam od ponad pół godziny nie zasmakował niczego poza własną posoką.

Pijak patrzy na niego z delikatnym uśmiechem. Chłopak wlepia wzrok w szybę, nerwowo postukując palcami o kolano, ale nie potrafi dłużej udawać, że tego nie dostrzega.

– Jeszcze nie wygrałeś – mówi i ponownie wysiada na niewłaściwym przystanku.

 

14

 

– Jezu, Adaś, co ci się stało?

Te słowa witają go już w progu. Matka podchodzi do niego i przygląda się twarzy chłopaka.

– Pobili mnie.

– Kto? Pewnie gnoje z twojej klasy. – Odwraca się i rusza w kierunku salonu. – Dzwonię na policję.

– Nie, nie dzwoń! – rzuca pospiesznie Adam. – To nie oni!

Matka posyła mu badawcze spojrzenie.

– A kto?

– Nie wiem. Poszedłem dzisiaj skrótem i mnie napadli. Nie wiem, kto to był.

– Okradli cię?

– Zabrali mi kasę.

– A telefon?

– Schowałem go w tylnej kieszeni. Nie zauważyli.

Kobieta nie potrafi ukryć zszokowania. Ostatni raz coś takiego zdarzyło się Adamowi w trzeciej klasie podstawówki, kiedy kolega nieumyślnie wybił mu ząb.

– Na pewno nie wiesz, kim byli?

– Na pewno.

Matka wzdycha i łapie Adama za rękę.

– Chodź do kuchni. Zrobię ci okład z lodu.

 

15

 

Cały dzień opowiada, że został pobity przez nieznanych sprawców. I w pewnym sensie nie kłamie, ponieważ oprócz Bartka z grona napastników nie kojarzy nikogo. Wersja z przewróceniem się na schodach lub temu podobna nie wchodziła w grę.

Stan Adama nie umyka uwadze księdza Marchonia, który spogląda z politowaniem na chłopaka, gdy wszyscy wchodzą do sali.

– A kto cię tak urządził, co, Białkowski? – pyta, uśmiechem sygnalizując niewinne przekomarzanki.

Nie zdziwiłbym się, gdybyś to ty kazał im mnie pobić, łysy skurwielu.

Zajęcia przebiegają jak zwykle. Jedyny odmienny element stanowią spojrzenia, które Bartek co jakiś czas mu posyła. Marchoń albo tego nie widzi, albo tylko udaje.

– Teraz zadam wam pewne pytanie – mówi ksiądz gdzieś w połowie lekcji. – Postarajcie się odpowiedzieć szczerze i uzasadnić swoje zdanie. Co lub kto jest dla was najważniejszy?

Wskazuje pierwszą osobę.

– Bóg, ponieważ otacza mnie opieką.

Drugą…

– Bóg, bo mogę mu wszystko powiedzieć, a on mnie wysłucha.

Trzecią…

– Bóg, bo nigdy mnie nie opuści i wiem, że mogę na nim polegać.

Czwartą…

– Adam?

Białkowski podnosi głowę. Trzydzieści par oczu i tym razem bacznie go obserwuje.

– Co jest dla mnie najważniejsze, tak?

– Tak – potwierdza Marchoń, robiąc wieżyczkę z palców.

I co chcesz tym osiągnąć, co?

– Moja mama – odpowiada bez wahania – ponieważ mogę obdarzyć ją zaufaniem. Nie muszę czekać na jakiś cud, by uzyskać od niej pomoc.

Marchoniowi rzednie mina, ale tylko na moment, gdyż rozbawiony Bartek nie może przepuścić takiej okazji.

– O – zaczyna przeciągle – mały Adaś tak baldzo kocha swojom mame.

Salwa śmiechu wnika w bębenki Adama, wypełnia całą jego głowę. Przygryzienie wargi i przymknięcie oczu nie wystarcza, by zażegnać targającą nim złość.

Teraz już rozumiem osoby przeprowadzające zamachy w szkołach.

– Bardzo dobrze, Adam, bardzo dobrze – mówi Marchoń z uśmiechem głoszącym "2:1 dla mnie".

Białkowski stara się zachować spokój, ale nie wytrzymuje i opuszcza pomieszczenie bez słowa wyjaśnienia.

 

16

 

Od pół godziny Adam leży z głową opartą o jej kolana, ale Magdalena nie jest w stanie powiedzieć mu, żeby wreszcie się otrząsnął.

Lepiej, aby wyrzucił z siebie wszystkie smutki, niż żeby ciążyły mu one na duszy – myśli.

W pewnym momencie chlipanie ustaje. Następuje cisza, podczas której chłopak usiłuje coś z siebie wydusić.

– Mamo?

Kobieta gładzi go po włosach.

– Tak?

– Masz tak czasami, że czujesz, że nikt cię nie akceptuje i nie rozumie?

– Kiedyś tak miałam.

Adam pociąga nosem.

– I co wtedy robiłaś?

– Modliłam się.

– O akceptację?

– Nie – przeczy, kręcąc głową. – Po prostu się modliłam. Bo gdy to robiłam, czułam, że jest ktoś, kto przyjmie moje słowa ze spokojem, cokolwiek powiem.

Adam pociąga nosem.

– I to pomaga?

– Tak, Najważniejsze jest, byś uświadomił sobie, że ludzkie czyny nie są zależne od bożej woli i to nie jego powinieneś winić.

Adam zamyka oczy.

Czy ponowny kontakt jest jeszcze możliwy?

 

17

 

– Przyszedł dzisiaj rano – mówi brunet. – Pójdziesz ze mną po niego na zaplecze?

– Dobrze – zgadza się Adam i podąża za mężczyzną. Staje przed drzwiami i czeka, aż ten wróci. Po chwili pracownik sklepu elektronicznego przychodzi z trzymanym pod pachą pudłem. Stawia je na podłodze i teatralnie zaciera dłonie.

– Oto i on. Fajny, nie?

– No, fajny.

Przez chwilę panuje cisza.

– Szpetne to limo.

– Pamiątka po ostatniej bójce – odpowiada Adam. Brunet uśmiecha się jak do małego dziecka, któremu trzeba wyjaśnić funkcjonowanie najprostszej rzeczy pod słońcem.

– Kogo ty chcesz okłamać?

– Fakt, nie przemyślałem tego.

– I tak masz się z czego cieszyć. Jeszcze parę lat temu skończyłbyś z blizną na pół twarzy, ale teraz staruszek przeważnie wysyła takich debili, którzy nawet nie zdają sobie sprawy ze swojej roli. Na stare lata zrobił się strasznie łagodny. Łagodny i bezsilny.

– Chyba nie tylko on.

Brunet rozkłada szeroko ręce.

– No cóż, może to stanowisko nie jest pracą moich marzeń, ale ja przynajmniej stanąłem po właściwej stronie: postępu. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie wygram z tym procesem. On pędzi zbyt szybko, rozwija się w tak błyskawicznym tempie, że ani się obejrzymy, a świat niedługo nabierze zupełnie innego kształtu. Dzisiaj nie wyobrażasz sobie latających samochodów – pstryka – a jutro już są powszechnym środkiem transportu. Chociaż ja osobiście nie jestem zwolennikiem wizji latających samochodów. To trochę zbyt absurdalne, nie sądzisz?

– Skąd ta pewność, że postęp to właściwa strona?

Brunet marszczy czoło. Adam może z dumą oznajmić, że należy do nielicznego grona osób, które zadziwiły władcę ciemności.

– A z tobą co się stało? Opuściły cię własne przekonania? Miałeś rację: należy zapomnieć o przeszłości i skupić się na teraźniejszości. Wszystkie możliwe sfery z czasem obumierają. Tam na dole wkrótce będą panować kompletne pustki, bo staruszek prawie wszystkich wpuszcza do raju. Wiesz, taki chwyt marketingowy. Mało skuteczny, nawiasem mówiąc.

– Dlaczego to robi?

– Z obawy przed pojawieniem się nowych opcji. Postępuje słusznie, ale tego nie przezwycięży. Ta wasza technologia niedługo wykroczy poza świat materialny i zacznie wpływać na to, co dotychczas stanowiło niezdobytą twierdzę. Stary próbuje wmówić wszystkim dookoła i samemu sobie, że ludzie po prostu zasługują na zbawienie, ale ja tam wiem swoje. On się boi. No bo komu obecnie potrzebne jest zbawienie? Komu potrzebny jest Bóg? Wkrótce sami staniecie się bogami. Każdy będzie swoim prywatnym bóstwem. Dlatego przybrałem ludzką postać. By mieć jeszcze szansę na zaistnienie. Aby o mnie nie zapomniano.

Adam niewiele z tego rozumie. A jeszcze niedawno zgodziłby się ze słowami bruneta, słuchał ich z największą rozkoszą. Teraz czuje jedynie pustkę. Pustkę i zawód.

– Czyli to oznacza, że Bóg porzucił niebiosa?

– On twierdzi co innego. Jest przekonany, że pod ludzką postacią łatwiej mu będzie wniknąć w wasz świat i nawrócić was na właściwą ścieżkę. A moim zdaniem on po prostu tchórzy.

– Tak jak ty – syczy chłopak.

– Ale ja przynajmniej potrafię się do tego przyznać. – Kładzie Białkowskiemu dłoń na ramieniu i patrzy mu głęboko w oczy swymi płomiennymi ślepiami. – Tylko nie mów, że staruszek cię złamał.

Adam milczy, spuszczając głowę.

– A myślałem, że rozumiesz, co się wokół dzieje. Tak nagle, jak grom z jasnego nieba, postanowiłeś przejść na drugą stronę barykady? – Teraz trzyma obie dłonie na ramionach Adama, potrząsając nim gwałtownie. – Czy do ciebie naprawdę, kurwa, nic nie dociera? To wy jesteście przyszłością. Wy możecie trwale zapisać się na kartach historii i na zawsze zostać w pamięci wszechświata. Nie chcesz okryć się wieczną chwałą, otrzymać miana legendy?

– A jeśli się mylisz? – Spogląda mu prosto w oczy spode łba. – Jeśli pozycja Boga wcale nie upadnie, nie zostanie zachwiana?

– Wierzysz w to? – Brunet ściska palcami policzki Adama. – Gdzie się podział dawny Adam? Ten, który kurczowo trzymał się swoich przekonań? Swoich słusznych przekonań?

Białkowski wyrywa się szatanowi.

– Adam, który kurczowo trzymał się swoich przekonań, tak naprawdę nigdy nie istniał – mówi i wzrusza ramionami. – I jakąkolwiek podejmie decyzję, nie będzie ona zależna od ciebie.

Mężczyźnie z trudem przychodzi zachowanie spokojnej twarzy z tańczącym na niej lekkim uśmiechem.

– Dobrze więc. W takim razie weź swój monitor. Będzie ci przypominać o twojej debilnej decyzji. A – dodaje, idąc w kierunku kasy – i jak najszybciej stąd wypierdalaj. Nie chcę cię już nigdy więcej oglądać.  

 

18

 

Czeka na niego. Jak długo tak podróżuje? Zresztą, to bez znaczenia.

Adam przysiada się do pijaka. Odór od razu uderza w jego nozdrza.

– Już wybrałeś – mówi mężczyzna. – Słusznie?

Białkowski nie odpowiada, tylko wyciąga z kieszeni motylkowy nóż i wbija go w brzuch bezdomnego. Ten nie stawia oporu. Nie jest zaskoczony.

– Pomocy! – krzyczy siedząca naprzeciwko kobieta. – Pomocy, morderca!

Adam podtrzymuje głowę pijakowi i ostrożnie kładzie ją na swoich kolanach.

– To nie miejsce dla ciebie – szepcze. – Nie pod taką postacią powinieneś być znany.

Mężczyzna przełyka głośno ślinę. Jego oddech jest ciężki, nie zostało mu wiele życia.

– Bywa czasami i tak, że nawet wszechmocnych dosięga słabość. – Śmieje się charkliwie.

– To prawda – przytakuje Adam, obejmując obiema dłońmi dłoń umierającego. Zastyga w tej pozycji do czasu, aż ten przestaje oddychać.

Chłopak rozgląda się. Starszy mężczyzna powtarza w kółko "O Boże, o Boże". Dziewczyna, na oko dwudziestoletnia, szepcze pod nosem modlitwę. Kierowca opuszcza swoje stanowisko i na widok rzezi wykonuje znak krzyża.

Nagle na zewnątrz coś błyska. Wszyscy na chwilę odwracają wzrok od trupa. I właśnie ta chwila ich łączy. Wszelkie różnice zostają zatarte, a przeszłość jest nic nieznaczącym elementem skomplikowanej układanki. Po upływie kilku milisekund czar pryska.

Adam uśmiecha się.

– Nikt o tobie nie zapomni – szepcze i całuje Boga w czoło.

Koniec

Komentarze

Widzę, że konkurs robi się coraz bardziej poważny. Niepostrzeżenie przeszliśmy od bełkotania Mariolki do filozoficznych rozmów o Bogu a’la Dostojewski (edit: i nie zapominajmy o Szekspirze). Aż się boję, że dojdziemy do Nietzschego, Hegla i Kanta ;P.

Żarty żartami, ale – sam nie wiem, czy mi się podobało. Napisane bardzo ładnie – to plus. Niesamowicie irytujący główny bohater (zadufany jak każdy nastolatek) – to minus. Ciekawe rozważania o Bogu – to plus. Nieprawdopodobne realia (gdzie są te nastolatki gremialnie wierzące w Boga i bijące się do tego w Jego imię) – to minus. Dobrze opisane realia życia uczniowskiego – to plus. Czasem język zbyt sztywny – to minus (ale maleńki, bo ogólnie to ładnie napisane). Brutalne zakończenie (abstrahując od tego, że zdaje mi się, że wiem, co miałoby symbolizować), też mi nie leży. Reasumując – sam nie wiem…

Wchodząc w szczegóły – coś masz nie tak z pisownią po dwukropku. Raz jest wielką, raz małą. I garść uwag:

– “złote myśli będą porównywalne do słów Horacego i Szekspira” – porównywane;

– “Jak odkłada plecak, ściąga bluzę i buty, a następnie zbliża się do niej i daje mu delikatnego całusa w policzek” – chyba “jej”? bo całe zdanie mówi o Adamie?;

– “chęcią przekułby sobie bębenki uszne” – przekłułby;

– “Co ty może wiedzieć, gnojku?” – możesz;

– “pogięty i usmarowany czymś biały podkoszulek” – jak dla mnie to podkoszulek może być wygnieciony albo pognieciony, a nie pogięty :);

– “pił tylko w towarzystwie żony i syna” – jak dla mnie “picie w towarzystwie” znaczy, że rodzina też piła; raczej “w obecności”;

– “Mówi to zbyt ostrym tonem niż zamierzał” – albo “ostrzejszym”, albo bez “niż zamierzał”;

– “Wybacz za ciekawość”;

– “Miał przynajmniej na tyle”;

– “Hamlet natomiast polega w żałosny sposób” – wg mnie “ginie” brzmiałoby tu znacznie lepiej;

– “do nieznacznego grona osób” – nielicznego.

 

Hmmm, mam ambiwalentne odczucia na razie. Ale muszę to opowiadanie przegryźć, może jeszcze do niego wrócę?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dzięki za opinię, Staruchu. Poprawki zostały wprowadzone. Wymieniłeś te minusy, które pojawiły się także na becie. Tak myślałem, że nie wszystkim spodoba się nierzeczywiste przedstawienie świata i postaci. Ale fajnie, że plusów też jest sporo :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

– Nikt nie jest nieomylny. – odpowiada… kropa

 

– Jak ci poszła ta kartkówka z chemii? – matka mówi… chyba wielka litera albo: pyta matka…

 

 …wszystko jest w porządku i że Adam nie powinien… przecinek przed i? ale nie jestem pewien…

 

– Cóż, przynajmniej tyle. – odpowiada Adam… kropa

 

Rzuciłem się, przyznaję, na opka, jak zobaczyłem tematykę. Cieszę się, że ludzie podejmują zagadnienie, zastanawiają się czym to jest, ta wiara, religia, co to nam robi, a ponieważ mielę osobiście te zagadnienia, podszedłem z wielkim zainteresowaniem i apetytem.

Trudny to temat jednocześnie, ale uważam, że całkiem dobrze rozpisałeś. Co prawda, przestraszyłem się pod koniec, że ostatecznie będzie klasyka – Szatan i Bóg (chciałbym kiedyś przeczytać teksty traktujące o religii bez ich udziału – poza tym, że są koncepcją, metaforą), jednak Adam “dał kosza” obu ucieleśnieniom, czyli podjął decyzję, zaryzykował, lubię go. :)

I wspaniała, moim zdaniem, refleksja na koniec – faktycznie nie wiele trzeba, żeby połączyć byty w jedno współistnienie, jeżeli nie mają, te byty, szansy na reakcję z poziomu przekonania czy uwarunkowania, wtedy okazuje się, że do Nieba, Zbawienia jest tylko jeden krok, ale czy koniecznie musimy ten stan tak nazywać…?

Fajnie narysowałeś przejawy religii katolickiej w ludziach – od księdza po “moherki” , mechanizmy, które mówią same za siebie i zadałeś pytania…

Język tekstu daje dużą łatwość w odbiorze, jest płynny i pasuje mi do nastolatka, nawet przypominam sobie te czasy, kiedy zdarzały się momenty, kiedy ja sam, czy też jeden, drugi, trzeci kumpel sililiśmy się na wypowiedzi sugerujące skonsumowaną, znaczną, ilość rozumów. Brzmiało to dziwnie, irytowało, patrzono na nas z pobłażaniem, ale wątpiliśmy, zadawaliśmy pytania – to było najważniejsze i tu u Ciebie się to czuje.

Nie wydaje mi się, żeby tematyka znalazła tu wielu entuzjastów, ale życzę Ci, żeby doświadczeni portalowicze zajrzeli i podzielili się refleksją, przede wszystkim zaś uwagami związanymi z aspektami literackimi tekstu – ja niestety cienki w uszach jestem…

Odbiór mój – bardzo pozytywny i naprawdę doceniam wysiłek w związku z trudnym tematem.

Dzięki za lekturę i powodzenia!

Pozdrawiam! ;)

Interesująca tematyka, tekst może skłaniać do refleksji.

Fabuła na początku trochę mi się ciągnęła. Ot, szkolno-chłopięce życie. Czekałam na tę fantastykę. Dopiero w drugiej połowie się rozkręciło. Finał krwawy, ale może pobudzać do refleksji. W końcu bez Judasza nie byłoby Zbawiciela, prawda?

Bardzo fajnie pograłeś Szekspirem.

Bohater ciekawy. Może trochę irytujący, ale wydawał mi się bardzo dojrzały. Na jego tle ksiądz wypadał miałko. A jako pedagog to już w ogóle dno.

Wykonanie niezłe, chociaż czasem coś mi zgrzytnęło.

Adam skina głową i wychodzi na korytarz.

Nie wydaje mi się, że ten czasownik ma formę teraźniejszą.

Babska logika rządzi!

Może zacznę od tego, że miewam problemy z historiami spisanymi w czasie teraźniejszym. Po pierwsze, kojarzy mi się z modnymi ostatnio romansidłami (no, może nie tak ostatnio, bo to już kilka lat temu zrobiło się popularne). Po drugie, często trudno mi “przestawić się” na taki sposób pisania.

Ale w Twoim opowiadaniu, Soku, tego problemu nie miałam. Narracja dała mi poczucie chwilowości, które, paradoksalnie, pasuje mi do tematu religii. 

Trochę trudno mi uwierzyć w licealistów, którzy tak zaciekle bronią religii, ale z drugiej strony to przecież nie jest opowiadanie na faktach. 

Bardzo podobało mi się natomiast przedstawienie różnych postaw ludzi wierzących. Główny bohater przekonał mnie, trochę jako zbuntowany nastolatek, a trochę jako człowiek w ogóle. 

Zgłaszam do biblioteki.

 

Napisane doskonale. Filozoficznie nie do obrony.

Skoro Bóg jest wszechwiedzący, wszechmocny i wszechwładny a także Nieograniczalny (bo inaczej nie byłby Bogiem), skoro jest Alfą i Omegą, wie wszystko i z góry zna wszystkie nasze decyzje, jako byt wykraczający ponad nasze marniutkie cztery wymiary (w tym czas, co rzecz jasna tym samym nie umniejsza dialektycznie w niczym naszej drobniutkiej acz realnej wolnej woli), to oznacza ni mniej ni więcej, że główny bohater postąpił wyłącznie według Jego woli, realizując Boski zamiar i Boski Plan, a tym samym jego wcześniejsza bogobójcza miotanina przez wiele stron znormalizowanego maszynopisu nie miała najmniejszego sensu i dlatego nie budzi u mnie żadnych emocji – ani pozytywnych, ani negatywnych.

A już włączanie do tego na pełną skalę myśli Nietzschego, którego cała koncepcja Nadczłowieka w praktyce pochodzi li tylko z jego niespełnionego żywota biednego wykorzenionego narodowo kryptohomoseksualisty, jest nieporozumieniem o wymiarze wręcz (dla tego opowiadania rzecz jasna) ontologicznym.

Mała dygresja: w zamierzchłych czasach późnego Średniowiecza ;), w liceum miałem kolegę, który w bardzo podobny sposób filozofował. Mimo gigantycznego potencjału intelektualnego, bezduszny świat go nie zrozumiał i skończył jako redukowany nauczyciel gimnazjalny.

Pozdr.

Rybaku – to tylko jedna z koncepcji. Że jak marionetki wykonujemy tylko Boski plan. Jest i inna – że wolna wola jest naprawdę wolna, a starszy pan tylko się przygląda.

W ogóle koncepcja Stwórcy, nieustannie wpychającego paluchy w swoje stworzenie, jest dyskusyjna.

Ale to dobrze, że opowiadanie Soka (Soku?) powoduje takie rozważania i dyskusje. Kolejny plus!

 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Hi, hi, Staruchu, oświeceniowy deizm w istocie skończył się hekatombą Rewolucji Francuskiej i zszedł był wraz z końcem Kongresu Wiedeńskiego. Obecnie zdaje się, kultywowany jest niemal wyłącznie przez masonerię, z jej koncepcją Wielkiego Architekta.

Powtarzam – tekst filozoficznie (ale i logicznie) nie do obrony, jeśli sam autor zakłada istnienie czynnego Zła. Tym samym zaprzecza przedstawionej tezie bezczynnego Boga.

Dziękuję za uwagę :)

Tematyka na plus, bohater na plus, wykonanie na plus. Chyba złagodziłabym zakończenie, ale… Sama nie wiem, może jednak powinno być wstrząsające. Ogólnie mi się podobało. Skłaniające do refleksji. Jak to jest z tym naszym Bogiem i wolną wolą? Jak dla mnie pytanie bez odpowiedzi, ale lubię teksty prowokujące do takich rozważań.

Powodzenia w konkursie :)

W kwestii warsztatu nie mam się do czego przyczepić. Fabuła jest infantylna do bólu. Nierozumiany, nastoletni outsider, który swoimi błyskotliwymi uwagami i rozważaniami rozkłada na łopatki kolegów i nauczycieli. Na dodatek okazuje się, że ostatnie lata poświęcił, by stać się Brucem Lee i oczywiście pokonuje swojego osiłkowatego oponenta, guru klasy, która jest grupą uczniów z anime. Zwolennicy Boga i religii w ogóle, to (oczywiście) zacofani, złośliwi i agresywni troglodyci. Ta wizja jest eksploatowana w mainstreamie do bólu zębów (patrz Dan Brown). Bóg i Zły nie mają wiele wspólnego z chrześcijaństwem. To raczej ich odpowiedniki popkulturowe w stylu Morgana Freemana i Toma Ellisa. No ale rozumiem, że to Twoja interpretacja, taka jak Ty ją widzisz.

Ogólne wrażenia zostały przygniecione naiwną fabułą i niepoważnymi rozważaniami, ponieważ, poza wątpiącym głównym bohaterem, nie ma nikogo o równych kompetencjach, by skonfrontować poglądy. Nic świeżego z tych rozważań nie wynika. Składam to na karb Twojego wieku. Wierzę, że wrócisz do tematu, a nim to zrobisz, poświęcisz trochę czasu, by poznać argumenty za i przeciw oraz spróbujesz zrozumieć kto, co uważa i dlaczego.

Co do wolnej woli wystarczy kilka minut w internecie, by poznać stanowisko Kościoła i zapoznać się plusami i minusami tego założenia.

Wyszło bardzo negatywnie, ale jestem trochę uczulony na jednostronne rozważania teologiczne, czy socjologiczne. Można to ugryźć z innej strony, nie obszarpanej już tak przez poprzedników z mainstreamu.

Mam nadzieję, że Cię nie zniechęciłem, bo tekst technicznie jest dobry i czujesz głównego bohatera. Liczę na powrót do tematyki w bardziej dojrzałej wersji, która mogłaby sprawić, że faktycznie miałbym się nad czym zastanawiać. :)

Tekst jest z założenia filozoficzno-religijny. Mający aspiracje wejścia w dodatku w ową tematykę z “wysokiego C”. Tu , mam nadzieję, wszyscy się zgadzamy. Mam też nadzieję, że zgadzamy się, że ze względu na taką właśnie tematykę – głównie taką rolę pełni. Materiału do przemyslenia ładnie opakowanego w fantastyczną formę.

Nie może więc być, co więcej – nie ma prawa być aż tak filozoficznie i logicznie kalekim, bo to podważa jego JEDYNY istotny sens. I ową , zaznaczoną powyżej rolę, co wrzuca go w efekcie do kotła pełnego li-tylko quasifilozoficznych pogaduch…

To trochę tak, jakby fizyk przedstawił PT Publiczności jako obiektywną stałą V światła równą 100 tys. km/sekundę i na tej podstawie stworzył jednolitą teorię pola, oczekując uznania jej przez odbiorców.

Tak mi się wydaje, ale to tylko moje zdanie.

Aha, zapomniałam dopisać, że legenda w tekście sprawia wrażenie mało istotnego dodatku. Równie dobrze mógłbyś zamiast niej użyć innego słowa i nic by się nie stało.

Babska logika rządzi!

Czytało się dobrze, zwłaszcza po poprawkach. Ogólnie widzę tutaj pozytywny wpływ betowania na warsztat. Tak trzymać!

Co do samej treści to parę wycinków z betowania:

Wyraźniej widać motywy Adama […]. Dla mnie to odrealnione podejście nie jest aż takie złe, ale na pewno nie podkreśla realizmu dyskusji – raczej rolę Adama jako proroka niechcianej prawdy. W tej konwencji lepiej sprawdzają się też przerysowane postacie jego oponentów.

Bohater zaczyna na swoim stanowisku i niepokonany na nim kończy. […] To olbrzym przemyśleń, tytan intelektu, który nawet jeśli na moment zawiesza poglądu na kołku, to w słusznej sprawie (dla matki). Bez trudu radzi sobie z groteskowymi przeciwnikami: niekompetentnym katechetą, dyrektorem bez polotu i brutalnym kolegą, co to nic nie rozumie z własnych wartości. Nie ma tu miejsca na wątpliwość, narracja przyznaje mu rację od początku do końca. W efekcie nie czułem napięcia – Adam jest skazany na zwycięstwo nad chochołami, bo tak odebrałem przeciwne mu postacie. Stąd fabuła nie ma w sobie wiele dynamizmu, a raczej wykłada mi racje bohatera. Trochę jak dogmaty na katechezie ;)

Z tej powyższej narracji wyrywa się tylko Lucyfer. Nie dlatego, że jego słowa są poruszające, ale przez to, że jest "jakiś". Ma swoje racje, których bez problemu broni przed Adamem. Ma poglądy, ma idee.

Powodzenia w konkursie!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przykro mi to pisać, Soku, ale opowiadanie zupełnie do mnie nie trafiło. Doceniam pomysł i chęć zmierzenia się z problemem, takoż niezły warsztat, ale cóż – kompletnie nie interesują mnie rozważania o wierze i Bogu. Rzecz osadziłeś w środowisku szkolnym, dla Ciebie bardzo naturalnym, a z którym ja od bardzo, bardzo dawna nie mam już żadnej styczności, więc opisani bohaterowie, szczególnie licealiści, wydali mi się dość osobliwi, ale jako że to Twoi rówieśnicy, przypuszczam że wzory miałeś w zasięgu ręki.

No cóż, mam nadzieję, że Twoje kolejne opowiadania dostarczą mi więcej satysfakcji.

 

Pró­bu­je cos po­wie­dzieć… –> Literówka.

 

Adam skina głową i wy­cho­dzi na ko­ry­tarz. –> Można skinąć głową, ale nie można nią skinać.

Proponuję: Adam, skinąwszy głową, wy­cho­dzi na ko­ry­tarz.

 

Jego lewy ło­kieć pra­wie strą­ca kubek z kawą. –> Przed chwilą kawa była w filiżance.

 

– Nikt nie jest nie­omyl­ny. – od­po­wia­da z uśmie­chem Adam… –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

Zdarza się, że źle zapisujesz dialogi.

 

– Ku­pi­łam pi­klo­wa­ne ogór­ki. –> Czy ogórki były na pewno piklowane?

Proponuję: – Ku­pi­łam pi­kle z ogórków. Lub: – Kupiłam marynowane ogórki.

 

Matka Adama za­wsze ma­rzy­ła o zo­sta­niu ma­lar­ką. O two­rze­niu za­pie­ra­ją­cych dech w pier­siach kra­jo­bra­zów i po­ra­ża­ją­cych swą ory­gi­nal­no­ścią dzieł. Gdy jed­nak ro­dzi­ce za­bro­ni­li jej wią­zać przy­szłość z tak nie­sta­bil­nym rze­mio­słem… –> Nie wydaje mi się, aby malarstwo było rzemiosłem.

 

Chło­pa­ki po każ­dym wf-ie wy­peł­nia­ją po­miesz­cze­nie… –> Chło­pa­ki po każ­dym WF-ie wy­peł­nia­ją po­miesz­cze­nie

 

Na sta­rusz­ki gde­ra­ją­ce o ni­czym… –> Chyba miało być: Na staruszki gadające o niczym

Bo nie wydaje mi się, by można gderać o niczym.

 

Ma za­osz­czę­dzo­ne dwa ty­sią­ce zło­tych z kie­szon­ko­wych otrzy­my­wa­nych od matki. –> Ma za­osz­czę­dzo­ne dwa ty­sią­ce zło­tych, z kieszonkowego otrzymywanego od matki.

Kieszonkowe nie ma liczby mnogiej.

 

Mi­łość do Boga to pod­sta­wo­wy fun­da­ment. Opie­ra­ją się na niej wszyst­kie uczu­cia. –> Opie­ra­ją się na nim wszyst­kie uczu­cia.

 

myśli Adam i pod­no­si rękę. - Niech o tym wie­dzą. –> Zamiast dywizu powinna być półpauza.

 

Za­mie­rza zabić Klau­diu­sza – swo­je­go wuja i spraw­cę… –> Za­mie­rza zabić Klau­diu­sza – swo­je­go stryja i spraw­cę…

Klaudiusz był bratem ojca Hamleta.

 

Za­uważ­my, że Ham­le­to­wi nie sprzy­ja prak­tycz­nie nic oprócz ducha swego zmar­łe­go ojca… –> …oprócz ducha jego zmar­łe­go ojca

 

po­mię­dzy nie­chluj­nym bu­dyn­kiem miesz­kal­nym ze sta­re­go bu­dow­nic­twa… –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …po­mię­dzy nie­chluj­ną kamienicą sta­re­go bu­dow­nic­twa

 

Piach chrzę­ści pod jego sto­pa­mi, a w po­łą­cze­niu z kro­ka­mi jego prze­śla­dow­ców… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

kiedy ko­le­ga nie­umyśl­nie wybił mu zęba. –> …kiedy ko­le­ga nie­umyśl­nie wybił mu ząb.

 

sta­ru­szek pra­wie wszyst­kich wpusz­cza do Raju. –> …sta­ru­szek pra­wie wszyst­kich wpusz­cza do raju.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieszy mnie, że tekst Soka spotkał się z całkiem solidnym odzewem. Niezależnie od tego, czy filozofowanie i teologizowanie w nim zawarte jest spójne, czy też opiera się na sprzecznych założeniach, czy jest powiewiem świeżości, czy wyważa otwarte drzwi, skłania do zastanowienia, a to zawsze dobrze. Sam tekst też napisany jest bardzo porządnie.

Oczywiście, zacytuję wycinek z beta komentarzy:

 

W ogóle to doszedłem do wniosku, że zakończenie mi się podoba. No bo tak:

Skoro Jezus musiał umrzeć, żeby stworzyć religię, podtrzymać wiarę, zbliżyć ludzi do Boga, to może teraz, w bardziej pokręconych czasach, sam Bóg musi umrzeć, żeby wspomnienie o nim, jego "legenda" naprawiła ludzi? A Adam był po prostu częścią większego planu? Takim nowoczesnym Chrystusem, też mającym wątpliwości, też nierozumianym (ale szanowanym) też muszącym radzić sobie z prześladowaniem. Tyle, że na końcu musiał zabić (i zapewne ponieść tego konsekwencje), a nie umrzeć.

A może, by przytrzymać ludzi przy sobie, by kontynuować swoją "legendę" Bóg musi umierać wielokrotnie, a takich Adamów i jego "bezdomnych" były, są i będą setki, tysiace? 

Kurde, ale fajną interpretację wykułem! 

Cóż, nie wiem, jak inni będą oceniać oceniać tekst, tempo, autentyczność postaci, czy aby nie jest zbyt przegadany, jak na przekaz, ale…

Tak jak niedawno pod opowiadaniem Suzari, miałem nie poruszać kwestii wieku autora. Bo to w sumie co za różnica. Ale nie wytrzymam – ja w wieku lat kilkunastu byłem totalnym durniem. Gdybym wtedy potrafił napisać taki tekst, jak Twój, to teraz z pewnością całkiem nieźle bym zarabiał, tylko pisząc książki, bywałbym "gwiazdą" przeróżnych spędów, spotkań i konwentów, oraz jako autorytet, wypowiadał się w kwestiach, o których nie miałbym bladego pojęcia… 

 

Minusem opowiadania jest, nazwijmy to, nieprzyjemny rozkrok pomiędzy realnością świata, a "ciągotkami" wydaje stronę symbolicznych znaczeń – ot taki Bartek, jako rzeczywista postać wydaje się mało wiarygodny. Co innego, jeśli popatrzy się na niego pod kątem archetypowego, bezrozumnego prześladowcy. Podobnie z autobusowymi babciami, albo księdzem. A Adam nie ma godnego siebie przeciwnika, bo mimo zdecydowania wygłaszanych poglądów, zmaga się sam że sobą,co uwidacznia przedostatnia i ostatnia scena. Znowu cytat z bety:

 

Okej – dialogi ciągle wyglądają sztywno, ale (to i owo przemyślałem) tylko Adam mówi w sposób nienaturalnie poprawny stylistycznie, jakby każda jego kwestia była wcześniej przygotowanym wystąpieniem. Ale czy to źle? W ten sposób podkreślasz to, że nie jest normalny. Znaczy nie psychol, tylko… hmm… "wybitny" jakoś średnio mi pasuje, lepsze byłoby angielske "outstanding". Nie ma więc sensu przerabiać jego kwestii, zwłaszcza, że to tytaniczna robota.

Scena z Diabłem (ta na końcu) lepsza. Dokładnie widać, że Adam nie był pewny i niezachwiany przez cały czas, a ostateczną decyzję podjął w zasadzie na samym końcu, kto wie, może i nawet pod wpływem impulsu.

 

I jeszcze:

 

Twoim bohaterom można zarzucić skrajną drewnianość wypowiedzi, ale nawiązanie do Hamleta sugeruje, że pewna teatralność, umowność, pewien brak realizmu w dialogach ma swój sens : bohaterowie nie mają być naturalistyczni i autentyczni, mają przekazywać pewne treści i myśli w możliwie najbardziej przystępny sposób. I to jest okej, tyle, że to ja tak twierdzę. Inni czytelnicy mogą kręcić nosem.

 

Dobra, bo zaraz zacytuję wszystkie swoje wpisy ;-) 

Szybkie podsumowanie – niezależnie od przyjęcia, to porządny, solidny tekst i cholernie duży krok do przodu dla autora. Oby tak dalej, Soku.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dobra, trochę się tych komentarzy nagromadziło.

Finklo, Rosso, Majkubarze, dzięki. Fajnie, że się Wam spodobało :)

Rybaku, nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale nie przedstawiłem moich poglądów w tym opowiadaniu, więc podczas pisania nie traktowałem tego jak rozważań filozoficznych, lecz po prostu dzieło fikcji. Czytelnik nie musi zgadzać się z filozofią przedstawioną w tekście (tak jak i ja), jeśli tak czy inaczej może on skłonić do refkleksji. A wnioskując z pozostałych komentarzy, nawet mi się to udało :) 

Dzięki, Katio. W sumie to nawet nie spodziewałem się, że ktoś uzna zakończenie za zbyt brutalne, ale mam dziwnie wysoki stopień tolerancji na takie rzeczy, więc pewnie dlatego :D 

Ac, szkoda, że Ci się nie podobało, ale mimo wszystko dzięki za opinię. 

NWW, Thargone, dzięki za opinię i świetną betę ;)

Reg, szkoda, że tekst nie przypadł Ci do gustu. Też mam nadzieję, że kolejne dostarczą Ci więcej satysfakcji :D

Poprawki wprowadzę wieczorem. 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Soku, trochę sobie jeszcze myślałam o tym Twoim zakończeniu i jednak nie mam do niego żadnych zastrzeżeń. Jest takie, jakie być powinno :)

Wiesz dobrze, że od samego początku miałam problem z Twoim opowiadaniem. Więc pozwolę sobie przypomnieć kilka komentarzy z bety:

Wybacz, ale cały czas się zastanawiam, kto w Twoim opowiadaniu jest większym debilem. Ksiądz, kumpel-mięśniak, baby w autobusie, czy sam Adam? Rozumiem, że zamierzałeś pokazać kontrast między nim, a resztą bogobojnego świata, ale dochodzę do wniosku, że to właśnie on irytuje mnie chyba najbardziej.

Dialogi wciąż wydają mi się “suche” i momentami nienaturalne. Dodałaby jakieś didaskalia dla wzmocnienia emocji.

Chodzi chyba o to, że akurat do mnie ten tekst nie do końca trafił. Jakoś nie docierały do mnie motywacje bohaterów, ich reakcje i samo zakończenie.

Ale napisane sprawnie i przynajmniej płynnie się czytało. :)

 

Wiesz dobrze, że od samego początku miałam problem z Twoim opowiadaniem.

Wiem, i to głównie dzięki Tobie zrozumiałem, że tekst może się przyjąć z mocno mieszanymi uczuciami :)

Wprowadziłem poprawki, miałem to zrobić wczoraj, ale mi się zapomniało :P

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Główny bohater jest strasznie irytujący, przemądrzały, pozostali bardzo stereotypowi – jak babcie w autobusie, to mohery, jak mięśniak, to głupi. Nie do końca też przekonuje mnie pomysł, że wątek związany z wiarą tak porusza nastolatki i w ogóle wszystkich wokół. Nie sądzę, żeby zbyt wiele osób to naprawdę interesowało. Ksiądz w ogóle wyszedł taki… jednowymiarowy.

Ogólnie udane opowiadanie.

Podobało mi się :)

Nie spodziewałem się, że wyolbrzymienie niektórych kwestii oraz jednowymiarowość postaci pobocznych wszystkim przypadnie do gustu, dlatego nie będę się spierać. Opowiadanie to od początku traktowałem raczej jako eksperyment niż pisanie pod jak najszerszą grupę odbiorców. Tym bardziej cieszę się, że tekst spotkał się ze sporą ilością pozytywnych opinii.

Dzięki, Anet :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Jak dla mnie to jest materiał na rozbudowanego szorta, rozciągnięcie pseudo-fabuły znużyło mnie, poza tym wtręty jak z wypracowania z polskiego są tu niepotrzebne. Może to też kwestia bohaterów – są papierowi, nie ma w nich życia. Trudno przejąć się ich problemami – to są wygłaszacze sentencji, a nie żywi ludzie. Gdyby to skrócić do jednej trzeciej obecnej objętości i nadać temu formę powiastki filozoficznej (ale takiej, gdzie filozofia jest obecna pośrednio, a nie łopatologicznie) – sam pomysł mógłby się obronić.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki za opinię, Drakaino. Szkoda, że tekst nie przypadł Ci do gustu. 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Spoko, na Bibliotekę wystarczyło;)

 

Świetny tekst, Soku, jestem pod wrażeniem.

Już Robot idealny mi się podobał i mówiłem Ci, że idziesz w dobrym kierunku. To dojrzałe, dobrze przemyślane i bardzo dobrze napisane opowiadanie. Nie dłuży się, konsekwentnie prowadzisz czytelnika, który instynktownie czuje, że idzie do celu, ale nie wie jakiego i to jest najlepsze.

Wszystko mi się podobało, wiarygodny bohater, tak samo, jak postacie poboczne. Przemyślenia, pytania i wnioski, bardzo na tak. Wstawka z Hamletem – bomba. Tym razem nie zgadzam się z Finklą, to najlepsza legenda, jaką można było podać w tak niewielkiej dawce. To opowiadanie, które spokojnie może istnieć samodzielnie i jednocześnie dobrze komponuje się w ramach konkursu, gdyż legenda jest nienachalna, ale jakże ważna. Bardzo dobry utwór, idealny do antologii. Wierzę, że Ci się uda. :)

Finał – miodzio, to siedzenie z głową staruszka na kolanach, pogodzenie się i jednocześnie oczekiwanie… Brawo. Z jednej strony szkoda, że betowałeś, nie nominuję takich opowiadań, z drugiej liczę, że betujący trochę Cię nauczyli, a to przecież na plus.

Tylko tak dalej, Soku, tylko tak dalej. Jestem bardzo usatysfakcjonowany lekturą.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

W sumie trochę bałem się Twojego zdania, więc tym bardziej się cieszę, że tekst przypadł Ci do gustu.

wiarygodny bohater, tak samo, jak postacie poboczne

Fajnie, że ktoś jednak docenił postacie. Miałem na nie nieco nietypowy pomysł i zdawałem sobie sprawę z tego, iż nie wszystkim się to spodoba. Już na becie były z tym problemy. Ale nie da się wszystkim dogodzić :D

Z jednej strony szkoda, że betowałeś, nie nominuję takich opowiadań, z drugiej liczę, że betujący trochę Cię nauczyli, a to przecież na plus.

Przed betą tekst naprawdę prezentował się zupełnie inaczej (Thargone napisał po przeczytaniu drugiej wersji, że to inny tekst :D). Pracowałem nad nim po napisaniu jeszcze ponad trzy tygodnie, zanim go opublikowałem i jestem skłonny stwierdzić, że opko aż tak by Ci nie przypadło do gustu w pierwotnej formie :)

Dzięki, Darconie.

EDIT: Mam już gotowe opko, które prawdopodobnie będzie uczestniczyć w Twoim konkursie. Tylko trochę je poprawię i skrócę, bo obecnie przekracza limit. Mam nadzieję, że lubisz surrealizm i lynchowskie klimaty :D

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Bardzo lubię surrealizm. Do tej pory pamiętam zwycięskie opowiadanie Funa z konkursu Płonące Żyrafy. Jednak konkurs Słuchowisko 2018 to inna para kaloszy, opowiadanie powinno być dedykowane szerokiej publiczności (wspomniany w warunkach czynnik komercyjny) i to będzie istotny punkt, choć nie decydujący.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

No dobra, może uda mi się jakieś heroic fantasy w tym czasie napisać :P

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

To nie znaczy, że opowiadanie się nie nadaje. :) Kwestia Twojej oceny, trzeba znaleźć złoty środek. Na przykład obecne kino amerykańskie zbyt mocno zboczyło z drogi sztuki ku drodze komercji. Kolejne pre, sequele i inni superbohaterowie nie wnoszą żadnej świeżości a tylko znużenie. Co nie znaczy, że nie może być już superbohaterów, ale obecni słabo się trawią w postaci odgrzewanych kotletów, czy to filmowych, czy komiksowych.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Uwagi:

 

Muszę nawiązać do komentarzy wyżej (wiecie, jak nudzi mnie moje suche klepanie o kwalifikowaniu i przecinkach) i napisać, że filozoficznie oraz logicznie tekst jak najbardziej się broni. Dorzucam to do uwag technicznych, argumentując to moim zazwyczaj bezużytecznym wykształceniem.

Czy Bóg nadal jest tym wszechmocnym bogiem, ← wywaliłabym powtórzenie “boga” i słowo “tym”: Czy Bóg nadal jest wszechmocny

Kto stanowił prawdziwe zagrożenie: Ppróbujący przekonać innych

i wychyla się zza progu, aby sprawdzić stan kotletów, smażących się właśnie na patelni. ← wiemy już, że one się smażą

Starsze osoby siedzą, wpatrzone w budzące się za oknem miasto. Młodzież stoi, wpatrzona w ekrany telefonów. ← IMO te przecinki nic nie wnoszą, przeczytaj sobie na głos te zdania. Starsze osoby siedzą – nic nam to nie mówi, niczego nie wnosi. Ale że starsze osoby siedzą wpatrzone w coś, to już tak.

Po lewej stronie chłopaka siedzą dwie staruszki. ← wyżej powtórzyłeś dwukrotnie “siedzą”, można tu zamienić na coś innego

bo to grzech ciężki. – Kontynuuje po chwili namysłu. ← mam problem. Jeśli to o grzechu to kontynuacja, to z małej “kontynuuje”. Jeśli chodzi o wypowiedź następującą później, daj może dwukropek po “namysłu”

Albo odwołujesz swoje słowa(+,) albo się bijemy.

Możemy rozmawiać ze znajomymi, nawet jeśli są na drugim końcu świata, oglądać filmy i seriale – takie jakie chcemy, a nie takie, które nam ktoś narzuca – dyskutować na przeróżne sprawy ← to wypowiedź, a w fantazmatowej formatce bardzo nielubianym zabiegiem są zbędne półpauzy w wypowiedziach. 

Zamierza zabić Klaudiusza – swojego stryja i sprawcę… ← tu tak samo j.w.

– Bo się od Cciebie oddaliłem?

Teraz już rozumiem osoby, przeprowadzające zamachy w szkołach.

Wkrótce sami staniecie się bogami – każdy będzie ← półpauza out

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia ;)

 

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Dzięki, Naz. Wprowadziłem poprawki :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Niezłe, wciągające, przemyślane, generalnie wszystko ok. Bardzo fajne scenki (na czasie) z księdzem, dyrektorem, klasą, związane z mordowaniem wszystkich i wszystkiego co nie zgadza się z przemyśleniami Adama, zakończone zabiciem Boga (w sumie jedynego który nawiązał z nim rozmowę i podjął dyskusję). Niech rzuci kamieniem ten który nigdy nie miał takich myśli ;)

Ale…

Jest to kolejne opowiadanie poruszające temat wiary w konkursie, napisane przez młodego człowieka nawiązujące do jego doświadczeń (nie zgadzam się z niektórymi komentującymi że sceny z klasą, dyskusje, są przegadane, pamiętam z dawnych czasów że zdarzały się takie lekcje ;). Zgadzam się że temat jak najbardziej kwalifikuje się do konkursu, ale nie bardzo mi do niego pasuje. Ale to tylko moje wrażenie…

Dzięki, Enderku. Fajnie, że opko przypadło Ci do gustu :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Grubo!

Kilka razy mnie zaskoczyłeś, bo myślałem, że już wiem, w którym kierunku idziesz, a Ty jednak skręcałeś. A ponieważ te alternatywne rozwiązania i afiliacje bohaterów też wyglądały całkiem intrygująco, to znaczy, że pomysł był naprawdę mocny i przemyślany.

Pochwalę warsztat – czytało się płynnie i bez przeszkód, dodatkowo sprzyjały temu krótkie rozdziały. Nie obraź się za odniesienie do Twojego wieku, ale jestem bardzo pozytywnie zaskoczony dojrzałością narracji, nie wyłapałem denerwujących niezgrabności czy kalek językowych. Sama narracja w czasie teraźniejszym z początku drażniła dziwacznością, ale od pewnego momentu zyskała uzasadnienie w tematyce i klimacie opowieści. Podobnie ten motyw z krwią cieknącą z dłoni – w pierwszej chwili wydawał się pełen egzaltacji, później nasunął skojarzenie ze stygmatami. W ogóle mam wrażenie, że świadomie w pewien sposób igrałeś z czytelnikiem, ryzykując pewne nieoczywiste rozwiązania, które znajdowały uzasadnienie dopiero w dalszym rozwoju tekstu.

O ile same kwestie Adama nie budzą moich zastrzeżeń (bo on dziwny jest) to gorzej wypadły teksty innych bohaterów, a najsłabiej, sztampowo i nienaturalnie dialog staruszek. Tu troszkę zapachniało taką prostą walką z moherowym ciemnogrodem, co jest chwytem niegodnym poważnego pisania;) Rozczarowuje też nieco (ale to tylko przez kontrast z o wiele ciekawszym i bardziej skomplikowanym pomysłem na całość opowieści) postać Szatana i jego profesja. Choć już to zdanie o jego oczach naprawdę dobre.

I jeszcze jedno – związek z legendą rzeczywiście, jak dla mnie nieco naciągany. W sumie chyba nawet wyżej oceniam tekst, jako niezależny utwór, niż w kategoriach zmagania konkursowego.

 

 

Dzięki za opinię, Coboldzie. Fajną sobie interpretację zbudowałeś :D Co do zastrzeżeń, to poruszyłeś wytknięte już problemy. No cóż, miałem nadzieję, że stereotypowość postaci pobocznych się przyjmie, chociaż szczerze w to wątpiłem… ale warto było zaryzykować :P

Szkoda, że postać Lucyfera nie przypadła Ci do gustu. Jego profesja taka miała być: niezbyt wysoka i mało prestiżowa, aby podkreślić, że nawet on musi się wspinać, by coś osiągnąć we współczesnym świecie. Ale pewnie to rozumiesz :) A co do związku z legendą, to wszystko na razie zależy od Naz, a później się zobaczy.

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Najpierw chciałbym podziękować Darconowi i Coboldowi, że mnie tutaj sprowadzili. Pewnie zajrzałbym w końcu, sprawdzając Legendy od góry do dołu, ale mogłoby być za późno…

Ale nie jest ;)

Po kolei. Dawno nic mnie tak nie wciągnęło. Nie sądziłem, że łyknę tak długi tekst na jedno posiedzenie. Ale weszło jak dobry kebab po trzech piwach. Warsztatowa elegancja. 

Już początek wywarł na mnie wrażenie, kiedy po długim monologu trzasnąłeś dla kontrastu tym “Chyba dobrze mi poszło”, po czym wszedłeś z narracją w czasie teraźniejszym (miałem uczucie podobne do tego, kiedy w piosence siądzie jakiś dobry riff). Potem trzymasz poziom. I jasne, można by się tu doszukiwać wtórności: outsider, rozważania o Bogu, tendencyjne postaci. Ale mam wrażenie, że każdy schemat odrobinę przełamałeś. Outsider nie jest przecież outsiderem, w klasie go nawet lubią i szanują. Nie jest tchórzem, nie jest kapusiem. Rozważania o Bogu? Ja bardziej odbieram to jako problem z byciem wysłuchanym, problem otwartości. Pewne rzeczy można by doszlifować, by nie trąciły stereotypami, ale to szczegóły.

Przede wszystkim jednak to opowiadanie stoi tym, że nie ma tu wielkich szokujących wydarzeń. Akcja jest wyciszona, obyczajowa – ale nie nudna! Poprowadziłeś ją subtelnie i dojrzale. Elementy fantastyczne wplecione z wyczuciem. Obyczajowo – miodzio. Możliwe, że historia trafia do mnie mocniej także z racji mojego wieku. Ale przede wszystkim doceniam ją dlatego, że nie stoi pomysłem, ale tym, jak ją rozegrałeś. Umiejętność kupienia czytelnika historią bez oryginalnych, walących po oczach motywów – to talent. Takich fantastów nam potrzeba ;)

Nie będę się dłużej rozwodził, idę nominować. 

Świetny, dojrzały tekst. Brawo. 

Najpierw chciałbym podziękować Darconowi i Coboldowi, że mnie tutaj sprowadzili.

Mnie namówił Darcon – cała zasługa po jego stronie.

Najpierw chciałbym podziękować Darconowi i Coboldowi, że mnie tutaj sprowadzili.

Nawet nie wiedziałem, że ktoś poleca moje teksty :D

Dawno nic mnie tak nie wciągnęło.

Mów do mnie jeszcze :P

Fajnie, że aż tak Ci się spodobało. Mam nadzieję, że będziesz kontynuować ten łańcuszek i polecisz opko następnej osobie :D 

Ale weszło jak dobry kebab po trzech piwach.

Dobry kebab wchodzi sam z siebie, taka drobna uwaga. 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Poleciłem Loży.

Do podobnego wiekowo człowieka ciężko mi jest się zwracać w ten sposób, w jaki większość osób pisze na forum, ale w/e. Bez “leniwych poranków” czy innych cudów na kiju, których jest pełno w tym konkursie, normalny, konkretny tekst, jeden z nielicznych “Jestem legendą” przez który nie chodziłem z zażenowania po pokoju i jedyny do tej pory, przez który przebrnąłem do końca na jednym posiedzeniu i w ogóle mogę z czystym sumieniem napisać pozytywny komentarz. Warstwa ideowa jest raczej mało ciekawa dla kogoś, kto siedzi głęboko w temacie, ale sposób, w jaki została przedstawiona, stary, lepiej niż Białas na freestyle’u w 2009 roku. 50 tysięcy znaków przeszło mi jak ~~10, wielki talent, bardzo Ci kibicuję. 

Poleciłem Loży.

Ok :)

Lk, fajnie, że Ci się spodobało i że przeczytałeś za jednym zamachem. Twoje opowiadanie czeka w kolejce, jakby co :D

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Opowiadanie przypominające propagandę. Reprezentant jednej strony wygłasza frazesy, które ostają się tylko dlatego, że druga strona nawet nie próbuje wytykać ich miałkości, tylko bluzga, odwołuje się do uczuć albo pięści. Co samo w sobie nie byłoby głupie, bo tak wygląda 99,9% dyskusji, problem w tym, że opowiadanie próbuje udawać, że te miałkie frazesy faktycznie mają sens. Religia jest bez sensu, bo Black Sabbath ma więcej polubień od Boga na facebooku, albo dlatego, że komórka pozwala łatwo się komunikować? Co to ma wspólnego – nie tylko z Psalmem 23, ale z czymkolwiek? Albo teksty w rodzaju “Szczęście, czyli fizyczne oraz duchowe spełnienie, powinno spoczywać na twardym, stabilnym podłożu. Na ludzkich czynach. W innym razie zaniknie bezpowrotnie”. 

Główny bohater wygląda na inteligentniejszego tylko dzięki ustawieniu oponentów na odpowiednio niskim poziomie. Podobnie jak oni, nie ma nic do powiedzenia, ale w przeciwieństwie do nich swoje “nic” wyraża za pomocą zdań złożonych i bez użycia bluzgów. Choć w sumie nic dziwnego, że bohaterowi udało się zagiąć księdza, bo ciężko dyskutować z bełkotem.

 

Czytelnik nie musi zgadzać się z filozofią przedstawioną w tekście (tak jak i ja), jeśli tak czy inaczej może on skłonić do refkleksji

Hmm, jakiej refleksji? “Zarówno zagorzali katole jak i ich oponenci nie mają żadnych sensownych argumentów, ale ci drudzy potrafią stwarzać pozory wyrafinowania”? Może i w opowiadaniu są zasygnalizowane ciekawe kwestie – problem w tym, że na sygnalizacji się kończy.

 

 

I teksty w rodzaju:

Nie spodziewałem się, że wyolbrzymienie niektórych kwestii oraz jednowymiarowość postaci pobocznych wszystkim przypadnie do gustu, dlatego nie będę się spierać. Opowiadanie to od początku traktowałem raczej jako eksperyment niż pisanie pod jak najszerszą grupę odbiorców.

irytują. Ukazałeś jedną stronę “dyskursu” jako tępych, bezmyślnych i agresywnych prymitywów, którzy panikują, bo ktoś wygłosił mętną sentencję godną Paolo Coelho. Walisz po głowach kilkoma popularnymi kliszami w rodzaju “wierząca, która dziękuję Bogu, zamiast lekarzom i na siłę próbuje dorobić nadnaturalne wyjaśnienie do zwykłego zdarzenia”, “wredne moherowe babcie”, “lekcje religii to powtarzanie formułek, a każda dyskusja jest zagłuszana”. Jeszcze by brakowało, żeby ksiądz się okazał pedofilem, to byłby komplet. Łatwo wygrać dyskusję z samym sobą. To są marne zagrania, a nie kwestia “gustu”. 

 

 

 

Nie zgodzę się z Tobą, Gedeonie. Moim zdaniem wartość tego opowiadania wynika właśnie z faktu, że nie jest tym, o czym piszesz, choć z początku udaje, że będzie. Tu nie ma strony, która ma rację i która wygrywa, a bohater, w rzeczywistości poszukujący “trzeciej drogi” ponosi klęskę najdotkliwszą.

No to widocznie jestem po prostu głupi, bo nie widzę tu żadnej głębi. Prawdopodobnie właśnie tak jest, więc z góry przepraszam za niesprawiedliwą ocenę. Ale dopóki ktoś mi wyjaśni, dlaczego się mylę i o co w ogóle w tym tekście chodziło, będę ją roboczo podtrzymywał.

 

No to tego… jeśli chodziło o to, że żadna ze stron nie ma racji, to niczego nie zmienia – katoli pokazano jako prymitywnych głupków nie potrafiących sformułować żadnych argumentów, antykatola jako filozofującego głupka formułującego bezsensowne argumenty i co z tego miałoby wynikać? W rzeczywistości, obie strony dysponują mnóstwem ciekawych argumentów, co zostało zignorowane. To, że obie strony pokazano niesprawiedliwie, niczego nie ratuje. A “trzecia droga” jest tak mętna, że nie wiadomo skąd się wzięła i o co w niej właściwie chodzi.

wklejam swój komentarz z wątku “polecanki”

Bardzo, bardzo dobra rzecz, w całokształcie, bez wyliczania “plusów i minusów” jak ktoś w komentarzu tego tekstu – irytujący bohater, nierealistyczne wydarzenia (tj. nastolatkowie głęboko wierzący i bijący się w imię Boga) to elementy tej b a ś n i. Coś jak “Drive” i archetyp kowboja, “Lost in translation” i samotność, tak tutaj – “Skala wartości” i, no cóż, ‘nadczłowiek’ na miarę naszych czasów (tj. bardzo marną i żałosną miarę).

 

To nie jest forum młodocianych ateistów, wykop.pl albo racjonalista, w tekstach literackich nie musi być żadnego dyskursu pseudofilozoficznego, bo nie jest on często do niczego potrzebny, swoją drogą śmiesznie wyglądałby w baśniowym opowiadaniu, w którym nastolatek-buntownik-idiota dyskutuje z niedouczonym księdzem. Ba, i jaki w ogóle miałby być poziom, według Ciebie, Gedeon, takiego dyskursu, mieliby rozmawiać o argumentach Plantingi, Williama Jamesa?

“Skala wartości” to tekst o ‘wypijaniu morza’ (Nietzsche, “Wiedza radosna” rozdział 125), i tyle tu jest z filozofii, nie ma żadnych metafizycznych pierdółek lub argumentów odnośnie racjonalności wiary (i bardzo dobrze), a treść rozmów z księdzem, matką albo agresywnym kolegą nie należy do właściwej warstwy ideowej tego opowiadania. Należy do niej sam fakt, że się odbywają, i co z nich wynika w umyśle bohatera.

Opowiadanie przypominające propagandę.

Jeśli w propagandzie jest miejsce na wątpliwości i inne wybory, to masz stuprocentową rację.

Religia jest bez sensu, bo Black Sabbath ma więcej polubień od Boga na facebooku, albo dlatego, że komórka pozwala łatwo się komunikować? Co to ma wspólnego – nie tylko z Psalmem 23, ale z czymkolwiek? Albo teksty w rodzaju “Szczęście, czyli fizyczne oraz duchowe spełnienie, powinno spoczywać na twardym, stabilnym podłożu. Na ludzkich czynach. W innym razie zaniknie bezpowrotnie”. 

Przytaczasz właśnie wypowiedź głównego bohatera. Jak zapewne zauważyłeś, ten tekst to dzieło fikcji i postacie mogą mówić, co im się żywnie podoba, wcale się z tym zgadzać nie musisz. Bohaterowie literaccy mylą się równie często jak autentyczne osoby. Co nie oznacza, że Adam się myli, to już zależy od spojrzenia czytelnika. 

Główny bohater wygląda na inteligentniejszego tylko dzięki ustawieniu oponentów na odpowiednio niskim poziomie. Podobnie jak oni, nie ma nic do powiedzenia, ale w przeciwieństwie do nich swoje “nic” wyraża za pomocą zdań złożonych i bez użycia bluzgów. Choć w sumie nic dziwnego, że bohaterowi udało się zagiąć księdza, bo ciężko dyskutować z bełkotem.

Ten kontrast miał na celu ukazać wewnętrzny problem bohatera i chęć bycia wysłuchanym. 

Hmm, jakiej refleksji? “Zarówno zagorzali katole jak i ich oponenci nie mają żadnych sensownych argumentów, ale ci drudzy potrafią stwarzać pozory wyrafinowania”?

Kilku czytelników uznało tekst za refleksyjny, tym się sugerowałem pisząc ów komentarz. Wchodzisz właśnie w sferę subiektywizmu, nadal próbując być wiarygodnym. Tekst nie musi opierać się na wyrównanej walce przeciwnych stron, by skłaniać do refleksji. 

Ukazałeś jedną stronę “dyskursu” jako tępych, bezmyślnych i agresywnych prymitywów, którzy panikują, bo ktoś wygłosił mętną sentencję godną Paolo Coelho. Walisz po głowach kilkoma popularnymi kliszami w rodzaju “wierząca, która dziękuję Bogu, zamiast lekarzom i na siłę próbuje dorobić nadnaturalne wyjaśnienie do zwykłego zdarzenia”, “wredne moherowe babcie”, “lekcje religii to powtarzanie formułek, a każda dyskusja jest zagłuszana”. Jeszcze by brakowało, żeby ksiądz się okazał pedofilem, to byłby komplet. Łatwo wygrać dyskusję z samym sobą. To są marne zagrania, a nie kwestia “gustu”

Pewnie nie czytałeś wszystkich komentarzy, ale wśród czytelników są zarówno osoby, którym podobało się takie ujęcie postaci pobocznych oraz takie, których to nie przekonało, więc skoro to faktycznie są marne zagrania, to raczej nikt by tego nie kupił. 

No to widocznie jestem po prostu głupi, bo nie widzę tu żadnej głębi.

Rozważ też inną opcję, którą najwidoczniej chcesz usilnie usunąć: to kwestia gustu oraz podejścia do tekstu. 

Nie lubię takich dyskusji, bo najczęściej żadna ze stron nie daje się przekonać albo nie chce zostać przekonana. Chcesz zobaczyć, dlaczego się mylisz, jednocześnie rzucając czymś takim:

katoli pokazano jako prymitywnych głupków nie potrafiących sformułować żadnych argumentów, antykatola jako filozofującego głupka formułującego bezsensowne argumenty

Albo takim:

To, że obie strony pokazano niesprawiedliwie, niczego nie ratuje. A “trzecia droga” jest tak mętna, że nie wiadomo skąd się wzięła i o co w niej właściwie chodzi.

Są to kwestie ultra subiektywne i z tego powodu raczej nikt nie zdoła Cię przekonać. Ja na pewno tego nie zrobię, bo uważam, że tekst powinien bronić się sam. Jeśli opowiadanie Cię nie przekonało, to mi również się nie udało. Ale przyjmij chociaż do świadomości, że kwestie przez Ciebie poruszone są zależne od punktu widzenia czytelnika. 

 

 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Przytaczasz właśnie wypowiedź głównego bohatera. Jak zapewne zauważyłeś, ten tekst to dzieło fikcji i postacie mogą mówić, co im się żywnie podoba, wcale się z tym zgadzać nie musisz. Bohaterowie literaccy mylą się równie często jak autentyczne osoby. Co nie oznacza, że Adam się myli, to już zależy od spojrzenia czytelnika. 

No więc Adam przedstawia swoje “racje”, podczas gdy drugiej stronie tego odmówiono. Nawet zakładając, że tekst nie jest pisany z założeniem, że strona antykatolska ma rację, to jednak pokazano ją jako tę stronę, która ma jakieś przemyślenia, przynajmniej stara się coś wymyślić i to wyartykułować – stronie katolskiej odmówiono nawet tego.

 

Ten kontrast miał na celu ukazać wewnętrzny problem bohatera i chęć bycia wysłuchanym. 

Co miałeś na celu, to Ty wiesz najlepiej, ale niezależnie od tego, co było celem, wygląda to tak, jak wygląda. Jakbym napisał tekst, w którym, dajmy na to, młody białas w miejscu pracy zdominowanym przez czarnoskórych proponuje jakieś innowacje (mądre lub głupie), a tamci je z miejsca odrzucają, bo to lenie i głupki i wyjaśnił “tu nie chodzi o rasizm, tylko o pokazanie, z czym się zmagają osoby idące pod prąd”, to wiele by z tego nie wynikało.

 

Wchodzisz właśnie w sferę subiektywizmu, nadal próbując być wiarygodnym. Tekst nie musi opierać się na wyrównanej walce przeciwnych stron, by skłaniać do refleksji. 

Ale powinien pokazywać jakiekolwiek sensowne argumenty za czymkolwiek. Albo przynajmniej, sensowne wątpliwości.

 

Pewnie nie czytałeś wszystkich komentarzy, ale wśród czytelników są zarówno osoby, którym podobało się takie ujęcie postaci pobocznych oraz takie, których to nie przekonało, więc skoro to faktycznie są marne zagrania, to raczej nikt by tego nie kupił. 

Nie no przepraszam, ale argument w stylu “Innym się podobało”, to jest dopiero marne zagranie…

 

Rozważ też inną opcję, którą najwidoczniej chcesz usilnie usunąć: to kwestia gustu oraz podejścia do tekstu. 

Nie, bo tu nawet nie chodzi o to, że ja się nie zgadzam z przemyśleniami zawartymi w tym tekście, tylko nie dostrzegam tutaj żadnego, choćby potencjalnego, sensu ani głębi. Więc albo tego sensu tu nie ma, albo on jest, ale nie potrafię go dostrzec.

A czy Ty choćby rozważasz możliwość, że Twój tekst jest po prostu kiepski?

 

Nie lubię takich dyskusji, bo najczęściej żadna ze stron nie daje się przekonać albo nie chce zostać przekonana. Chcesz zobaczyć, dlaczego się mylisz, jednocześnie rzucając czymś takim:

Hmm, aby “żadna ze stron nie dała się przekonać albo nie chciała zostać przekonana”, potrzebna jest zła wola obu stron. Więc jeśli Ty złej woli nie wykazujesz, to dyskusja ma sens. A skoro ja sam mówię, że biorę pod uwagę, że mogę się mylić i jestem otwarty na wyjaśnienia, to znaczy, ze tak jest. Tyle, że tych wyjaśnień nie ma – rzucasz tekstami w rodzaju “Nie o tu tu chodzi”, “Innym się podobało”, “To zależy od punktu widzenia” i stwierdzasz, że nie da się mnie przekonać. No, jak się nie spróbuje, to się nie da, pewnie.

 

Jak zapewne zauważyłeś, ten tekst to dzieło fikcji i postacie mogą mówić, co im się żywnie podoba, wcale się z tym zgadzać nie musisz. Bohaterowie literaccy mylą się równie często jak autentyczne osoby.

Ale nie chodzi o to, że Adam mówi, że katole są debilami. Chodzi o to, że tekst pokazuje, że katole są debilami. No chyba, że cała historia rozgrywa się w głowie Adama i wypowiedzi innych postaci, tudzież tekst narratora, to wytwór jego wyobraźni.

To jeden problem. Drugi problem jest taki, że poglądy Adam są zwyczajnym bełkotem. Nie chodzi o to, że się z nimi subiektywnie nie zgadzam, tylko, że obiektywnie są miałkie. Jeden głupek bełkocze, inne głupki zamiast mu to wytknąć, wpadają w panikę i próbują go uciszyć. Jedyna sensowna interpretacja tego tekstu, jaka mi się nasuwa, to “Ludzie generalnie niezależnie od poglądów są głupi, a jeśli im się wydaje, że nie, to głównie dlatego, że akurat druga strona zachowuje się jeszcze bardziej głupio. Jedne głupki ukrywają swoją głupotę pseudofilozoficznym bełkotem bez ładu i składu, inne krzykiem i przemocą.” – ale zakładam, że nie o to chodziło. NO CHYBA, ŻE SIĘ MYLĘ.

 

Chcesz zobaczyć, dlaczego się mylisz, jednocześnie rzucając czymś takim:

No… ale o co chodzi? Jeśli chcę zobaczyć, dlaczego się mylę, to najpierw muszę podać swoje stanowisko w kwestii tekstu, logiczne.

 

Są to kwestie ultra subiektywne i z tego powodu raczej nikt nie zdoła Cię przekonać.

Nijak nie. O ile jeszcze można by się zastanawiać, czy argumenty antykatola są bezsensowne, o tyle to, że katoli pokazałeś jako prymitywów nie potrafiących formułować żadnych argumentów, jest obiektywnym faktem. Bo tak ich przedstawiłeś. Można się zastanawiać nad intencjami, z jakimi to zrobiłeś, ale fakt jest faktem – tak ich przedstawiłeś. Można tez dyskutować na temat tego, czy sposób ich ukazania jest trafny. Ale to, że tak ich pokazałeś jest faktem.

 

Ale przyjmij chociaż do świadomości, że kwestie przez Ciebie poruszone są zależne od punktu widzenia czytelnika. 

 

“AGAGSHAHwjwj ateiści jedzą kupę HSHDJWJE”. Ten tekst ma na celu pokazanie samotności człowieka we współczesnym świecie i pobudzić do refleksji. Nie widzisz tego? Ale przyjmij do wiadomości, że to kwestia subiektywna i zależy od punktu widzenia.

Są kwestie subiektywne i są kwestie obiektywne. Jeśli mówię, że nie zgadzam się z przesłaniem jakiegoś tekstu, albo nie trafia do mnie styl, w jakim jest napisany – to jest subiektywne i zależy od punktu widzenia. Ale jeśli ukazujesz katoli jako debili reagujących na odmienne zdanie bluzgami, biciem, krzykami albo ignorowaniem, to obiektywnym faktem jest, że ukazujesz katoli jako debili. Jeśli miałeś na celu coś innego i nie chciałeś pokazać katoli jako debili, no to zwyczajnie Ci nie wyszło.

 

 

 

 

 

 

 

 

Przede wszystkim muszę pochwalić warsztat i sprytne podzielenie tekstu na mniejsze części. Czytało mi się bardzo szybko. Co jakiś czas popuszczałeś sobie wodzy i z tekstu straszyło jakieś przesadzone, powiedziałbym szkolne wyrażenie (np. nie było sensu torturować ciała dodatkową warstwą materiału).

Opowiadanie obyczajówką stoi i wydaje mi się, że mogłoby mu tylko wyjść na dobre, gdyby tej obyczajówki konsekwentnie trzymało się do końca. Szczerze mówiąc, znalazłyby się argumenty, które popierałyby tezę, że tak faktycznie jest. Element fantastyczny, kryjący się pod postaciami boga i szatana jest dość ulotny, może nawet za bardzo.

Główny bohater mnie nie irytował. Odebrałem Adama jako szalenie inteligentnego, chociaż mającego problemy z agresją chłopaka. Irytowali mnie jednak wszyscy dookoła niego. Ludzie z kręgów znajomości Adama to chodzące stereotypy o bardzo określonych poglądach i nie potrafiłbym wskazać bohatera, z którym chłopak mógłby nawiązać dyskusję na temat trapiących go kwestii. Być może on też to zauważył i być może dlatego odnalazł boga w osobie pijaka i diabła w osobie sprzedawcy. Tylko że przyjmując takie założenie, fantastyka kompletnie znika z tego opowiadania.

Przejrzałem komentarze i jest coś w tym, co mówi Cobold – że dzieciak próbuje odnaleźć trzecią drogę, nie wybierać między czarnym a białym, lecz ponosi klęskę. Tylko że, jak dla mnie, bitwa którą toczy, to bitwa samego ze sobą. To monolog.

Ciekawy jest fragment rozpoczynający tekst, jak i ten o Hamlecie. Natomiast scena bójki w szatni to kompletny odlot i może to tu powinienem doszukiwać się tej nieszczęsnej fantastyki, wszak Dawid bez trudu pokonał Goliata.

Jakoś tak bez refleksji zostawiło mnie to opowiadanie – puenta nie wybrzmiała jak należy. Ale też trzeba zauważyć, że podobnie jak Reg, czytanie rozpraw o wierze nie sprawia mi zbytniej przyjemności.

Odebrałem Adama jako szalenie inteligentnego

Jak się objawia ta szalona inteligencja? Albo inteligencja w ogóle? Chyba na zasadzie “wśród upośledzonych, zwykły głupiec jest geniuszem”. Tyle, że dosyć ładnie się wysławia, ale to forma bez treści.

Notabene, gdyby opowiadaniu nadać odrobinę obyczajowego realizmu, to chłop by od kolegów nie oberwał za “powiedziałeś o Boga nie ma”, tylko właśnie za ładne wysławianie się i okazywanie aktywności na lekcji, niezależnie od tego, jakie konkretnie poglądy by wygłosił (to jest, gdyby wygłosił jakieś konkretne poglądy, zamiast oderwanych od siebie coelhizmów). Młodzież szkolna w roli krzyżowców tępiących bluźnierstwa to akurat jak najbardziej element fantastyczny.

 

A czy Ty choćby rozważasz możliwość, że Twój tekst jest po prostu kiepski?

Aż za często :)

Nie no przepraszam, ale argument w stylu “Innym się podobało”, to jest dopiero marne zagranie…

To nie jest argument, lecz raczej odpowiedź na tezę, której nie do końca rozumiem.

O ile jeszcze można by się zastanawiać, czy argumenty antykatola są bezsensowne, o tyle to, że katoli pokazałeś jako prymitywów nie potrafiących formułować żadnych argumentów, jest obiektywnym faktem.

Z tym wyrywkiem to mnie poniosło. Chodziło mi właśnie o kwestię bezsensowoności wypowiedzi bohatera. Ukazanie wierzących jako “prymitywów” faktycznie jest faktem, ale miało być one uzasadnione wewnętrzną sytuacją bohatera i podkreślenia szukania przez niego właściwej drogi, które to szukanie otoczenie stara mu się utrudnić. Jeśli mi się nie udało, trudno. 

Ten tekst ma na celu pokazanie samotności człowieka we współczesnym świecie i pobudzić do refleksji. Nie widzisz tego? Ale przyjmij do wiadomości, że to kwestia subiektywna i zależy od punktu widzenia.

Chodziło mi raczej o nieuzasadnione stwierdzenia typu “tekst jest bez sensu”, “bohater jest głupi”. Mówisz, że chcesz się przekonać i chcesz usłyszeć argumenty, ale Ty w sumie też żadnych nie przedstawiłeś. 

MrBrightside, dzięki, że wpadłeś. Fajnie, że warsztat uważasz za dobry. Na te “szkolne wyrażenia” będę musiał uważać :) Szkoda, że postacie i historia Cię nie przekonały. Być może faktycznie stereotypowość bohaterów nie jest dobrym zabiegiem, sam miałem wątpliwości pisząc opowiadanie. Bójka jest umyślnie wyolbrzymiona (widziałem parę bójek, żadne tak nie wyglądały :D), ale najwidoczniej nie spełniła swojego zadania. 

 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Gedeonie, elokwencja też jest oznaką inteligencji.

Jeśli w propagandzie jest miejsce na wątpliwości i inne wybory

Propaganda ma przekonywać. Jeśli grupa docelowa lubi wątpliwości i wybory, to dobra (w sensie skuteczna) propaganda skierowana do tej grupy będzie podkreślała możliwość wyboru i posługiwała się subtelnymi środkami, ponieważ jest to grupa szczególnie trudno podatna na sztuczki socjotechniczne.

 

Ukazanie wierzących jako “prymitywów” faktycznie jest faktem, ale miało być one uzasadnione wewnętrzną sytuacją bohatera i podkreślenia szukania przez niego właściwej drogi,

To może trzeba to było pokazać z wewnętrznego punktu bohatera, a nie z pozycji niby obiektywnego  narratora? Gdyby punkt widzenia był bardzo mocno zaznaczony, że jest to ogląd świata Adama, że to on projektuje na to, co widzi i jak to widzi, swoje lęki, niepewności, poszukiwania – na pewno opowiadanie by zyskało, a stereotypowość i papierowość postaci byłaby uzasadniona.

 

Mam tak jak Reg i Mr.Brightside, że nie przepadam za rozprawami o wierze i to zapewne jest głównym problemem, ale też mnie akurat forma nie porwała, ale o tym już chyba pisałam, więc nie będę się powtarzać.

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Chodziło mi raczej o nieuzasadnione stwierdzenia typu “tekst jest bez sensu”, “bohater jest głupi”. Mówisz, że chcesz się przekonać i chcesz usłyszeć argumenty, ale Ty w sumie też żadnych nie przedstawiłeś. 

Przedstawiłem.

Pokazanie katoli jako debili. Chyba zauważyłeś ten argument, skoro się do niego ustosunkowałeś, prawda? ;) I to jest wada niezależnie od przesłania. Nawet jeśli nie chodzi tutaj o negatywne pokazanie konkretnej grupy (co nie zmienia faktu, że wygląda to jak antykatolska propaganda i nie, to że nie taka była intencja tego nie zmienia), tylko o problemy z byciem wysłuchanym to i tak pokazanie każdego, kto ma inne zdanie oprócz bohatera (i samo pokazanie, że wszyscy mają inne zdanie niż bohater) jest pisaniem pod tezę.

Stanowisko Adama też niezbyt ciekawe. Wątpliwości na temat Boga, bo Black Sabbath ma więcej polubień? To jest tzw. “gimboateizm”, nie “szalona inteligencja”. Kwestia rozwoju technologii już byłaby ciekawsza, to jest faktycznie pole do popisu, jakiś transhumanizm itd. Ale jest zaledwie zasygnalizowana i sprowadzona do absurdalnego przykładu z komórką.

 Nie wiadomo o co chodzi z “trzecią drogą”. Dlaczego zabicie wcielenia Boga miałoby być trzecią drogą wobec ślepej wiary i odrzucenia Boga jako przestarzałego? Co w ogóle ta trzecia droga miałaby symbolizować? Na logikę, to jest raczej “druga droga”.

 

Wydaje mi się, że te kwestie zasygnalizowałem, może za mało dobitnie (oprócz pierwszej, bo tu konsekwentnie pisałem, o co chodzi).

 

@ MrBrightside

Gedeonie, elokwencja też jest oznaką inteligencji.

Jeśli chodzi o zgrabne wyrażanie swoich myśli, to tak. Jeśli o umiejętność wygłaszania hasełek bez treści, niespecjalnie.

 

@ drakaina

Mam tak jak Reg i Mr.Brightside, że nie przepadam za rozprawami o wierze i to zapewne jest głównym problemem, ale też mnie akurat forma nie porwała, ale o tym już chyba pisałam, więc nie będę się powtarzać.

A ja przepadam. Ale tekst sprawia tak wydmuszkowe wrażenie, że ciężko rozprawiać.

Natomiast scena bójki w szatni to kompletny odlot i może to tu powinienem doszukiwać się tej nieszczęsnej fantastyki, wszak Dawid bez trudu pokonał Goliata.

MrB, nie trzeba tak daleko szukać, ja miałem skojarzenie z “Grą Endera” ;)

 

Abstrahując od oceny intencji autora i tego czy opowiadanie je odzwierciedla (skoro Soku chce by broniło się samo, bez odautorskiego komentarza) chciałbym tylko zauważyć, że obiektywna prezentacja pełnego spektrum poglądów i zachowań społeczeństwa nie jest zadaniem literatury pięknej. I, że wyjąwszy teksty kierowane do najmniej wyrobionych czytelników, nie ma obowiązku aby główny bohater był ucieleśnieniem cnót i odbiciem poglądów autora.

Napiszę tu jeszcze raz coś, za co już mi się na portalu oberwało – strasznie wkurza mnie bohater “Buszującego w zbożu”. Co nie zmienia faktu, że sama książka jest dla mnie bardzo ważna, a w pewnym momencie mojego rozwoju emocjonalnego stanowiła podłoże do bardzo istotnych refleksji. A opowiadanie Soka jest (przy zachowaniu wszelkich proporcji) tekstem zrodzonym z tej samej potrzeby.

 

 

chciałbym tylko zauważyć, że obiektywna prezentacja pełnego spektrum poglądów i zachowań społeczeństwa nie jest zadaniem literatury pięknej

Ale jeśli autor chce ukazać jakieś realne emocje, podjąć jakieś tematy osadzone w rzeczywistości, jak tutaj “chęć bycia wysłuchanym” – warto, żeby postacie nie były jednowymiarowymi kliszami rodem z propagitek.

 

I, że wyjąwszy teksty kierowane do najmniej wyrobionych czytelników, nie ma obowiązku aby główny bohater był ucieleśnieniem cnót i odbiciem poglądów autora.

Ale dla mnie głównym problemem jest nie tyle treść poglądów bohatera, co właściwie brak tej treści.

 

Napiszę tu jeszcze raz coś, za co już mi się na portalu oberwało – strasznie wkurza mnie bohater “Buszującego w zbożu”. Co nie zmienia faktu, że sama książka jest dla mnie bardzo ważna, a w pewnym momencie mojego rozwoju emocjonalnego stanowiła podłoże do bardzo istotnych refleksji. A opowiadanie Soka jest (przy zachowaniu wszelkich proporcji) tekstem zrodzonym z tej samej potrzeby.

No więc wspomniałem – jeśli potraktować tekst jako studium głupoty, a Adama jako przykład jednej z postaci głupoty, może trochę mniej oczywistej, to spoko.

 

@Gedeon – to, że przepadasz, widać z komentarzy.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

I dobrze :)

Myślę o tym, co nas różni w odbiorze tego tekstu i przyszedł mi do głowy mały eksperyment myślowy – jak sądzicie, czy opowiadanie budziłoby takie same zastrzeżenia, gdyby narracja była pierwszoosobowa?

@cobold – Jak napisałam powyżej – wystarczyłaby z punktu widzenia bohatera, pierwszoosobowa jest łatwiejsza w wykonaniu, więc niech będzie. Byleby to on był “narratorem”, oglądaczem świata, niezależnie od formy gramatycznej. Moim zdaniem tak byłoby absolutnie lepiej, skoro wedle autorskiego wyznania ogląd świata i sposób jego przedstawienia jest warunkowany przez to, jak to widzi bohater.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jak się objawia ta szalona inteligencja?

IMO – zadawaniem pytań i kwestionowaniem gotowych odpowiedzi podsuwanych przez otoczenie.

Babska logika rządzi!

Nie podoba mi się Twój napastliwy ton, Gedeonie. I nie ma znaczenia, jakimi pobudkami się kierujesz. Możliwe, że szukasz w opowiadaniu czegoś, czego w nim nie ma. Utwór nie musi Ci się podobać, zresztą jasno wyraziłeś swoje zdanie, KILKUKROTNIE. Każdy już poznał Twój punkt widzenia, jeśli miałbyś wątpliwości.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

@ Finkla

IMO – zadawaniem pytań i kwestionowaniem gotowych odpowiedzi podsuwanych przez otoczenie.

Tyle, że kiedy otoczenie jest tak oczywiście, groteskowo głupie jak w tym opowiadaniu, to i kwestionowanie jego poglądów nie jest żadnym osiągnięciem. Jeśli to ma być opowiadanie o problemach ze zrozumieniem i “pójściem pod prąd”, to i tak to przerysowanie się nie sprawdza, bo w realu rzadko kiedy jest taka sytuacja, kiedy absolutnie nikt z otoczenia nie podziela zdania “indywidualisty” i każdy na jego poglądy reaguje agresją/zakrzykiwaniem. Jeśli chodzi o pokazanie życiowego problemu, to jest to sprowadzone do takiej skrajności, że w znacznej mierze od życia oderwane.

 

@ Darcon

Możliwe, że szukasz w opowiadaniu czegoś, czego w nim nie ma.

A możliwe, możliwe.

Jeszcze pytanie, na ile otoczenie faktycznie jest głupie, a na ile takim je postrzega nastolatek. Podobno Churchill (ale głowy nie dam, możliwe, że to ktoś inny był) powiedział kiedyś coś mniej więcej takiego: “Kiedy miałem szesnaście lat, moi rodzice byli strasznymi głupcami. Kiedy miałem dwadzieścia jeden lat, nie mogłem wyjść z podziwu, ile nauczyli się przez ostatnie pięć lat”. :-)

Babska logika rządzi!

W tym konkretnym opowiadaniu problemem jest to, że narracja wskazuje na “obiektywny” obraz rzeczywistości, a gdyby wskazywała na postrzeganie nastolatka, to by było wszystko w porządku…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ja tylko wtrącę, że na etapie betowania miałam podobne odczucia jak Gedeon. Dopiero teraz widzę, po sugestii Drakainy, że faktycznie narracja pierwszoosobowa byłaby bardziej odpowiednia.

Wracam z komentarzem piórkowym.

Powtórzę jedną rzecz – efekt betowania pod względem warsztatu jest tu rewelacyjny. Wyciągasz bardzo trafne wnioski i poprawiłeś tekst w wielu miejscach.

Jednak dla mnie problemem jest brak napięcia, konfliktu przez większość tekstu. Tak jak napisałem – Adam góruje nad swoimi przeciwnikami-chochołami. Jego postać przedstawiasz ciekawie, ma realne problemy ludzi w jego wieku (i na które raczej katecheci i wspólnoty wierzących mają gotowe odpowiedzi), ale stawiasz go tak wysoko ponad wrogami, że nie czuć zagrożenia dla jego ideologii. Jak to zauważył Jasna Strona: “to monolog”. Wygłaszany przez większość tekstu, więc tak w połowie zacząłem tracić zainteresowanie.

I wtedy wkracza Szatan (cały na czarno, hehehe). To postać z poglądami, która staje naprzeciw Adama i wpływa na jego decyzje, prowadząc do ostatniej, bardzo dobrej sceny. Kto wie, może nawet celowo go zwiódł, by zabił niewinnego bezdomnego – nie na darmo zwą go “ojcem kłamstwa”. Tutaj poczułem konflikt, ten element, kiedy bohater musi przyjrzeć się swoim poglądom w świetle argumentów przeciwników. Niestety, dopiero na koniec tekstu.

Stąd ostatecznie jestem na NIE. Idziesz warsztatowo w dobrym kierunku i treściowo podnosisz ciekawe kwestie :)

 

Z innej beczki:

To może trzeba to było pokazać z wewnętrznego punktu bohatera, a nie z pozycji niby obiektywnego  narratora?

Mówiąc za siebie – ja nawet trzecioosobowego bohatera nie traktuję jako “wszechwiedzącego” :) Spowodowane jest to duża ilością powieści, gdzie narratorzy mówią pewnie wiele rzeczy niezgodnych ze stanem nauki czy jakiekolwiek logiki :) Z tego powodu jedyna różnica dla mnie między trzecio– a pierwszoosobowym narratorem byłoby wczucie się w postać. Poglądy w obu przypadkach potraktowałbym tak samo :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Just for the record, NoWhereManie, to właśnie miałam na myśli: albo narratora pierwszoosobowego (łatwiejsze), albo, trzecioosobowego z punktu widzenia, czyli subiektywnego, niewiarygodnego, w zasadzie tożsamego z bohaterem, którego oczami oglądamy rzeczywistość, a nie tzw. narratora wszechwiedzącego. Ta narracja z punktu widzenia postaci to mój absolutnie ulubiony format, ale trudny, bo trzeba się bardziej pilnować niż w pierwszoosobowej.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki, NWM, za ponowną opinię. Szkoda, że jesteś na “nie”. 

Być może faktycznie powinienem użyć narracji pierwszoosobowej, żeby podkreślić subiektywny wydźwięk tej narracji. 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Ja bym tu został przy narracji trzecioosobowej, “spersonalizowanej”. Przy wyrazistych bohaterach czasem lepiej zachować minimalny dystans, ukazać też inną perspektywę. Na pewno trudno to wyważyć. Narracja pierwszoosobowa ma wiele pułapek i kusi prostotą rozwiązań. Przykładowo: daje pole do większej ilości rozważań i przez to można zaniedbać zasadę “pokazuj, nie opisuj”. 

Cóż, nie podeszło mi. Postaci wyszły bardzo stereotypowo, co pewnie sprawdziłoby się w bardziej komediowych czy groteskowych klimatach. Tutaj zabrakło mi uzasadnienia. Nie przekonali mnie uczniowie, którzy chcą bić się w obronie wiary. Rozkminy religijno-filozoficzne lubię, ale tutaj argumenty obu stron wydały mi się zbyt proste. Przyznam, że puenty z dosłownym zabiciem Boga po prostu nie zrozumiałem.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Ja tam nie mam żadnego problemu z osiłkiem walczącym w obronie wiary. Myślę, że Bartek to ideowy brat bliźniak kibiców w odzieży patriotycznej. W jednym i drugim przypadku idea jest przede wszystkim sposobem sublimacji własnej agresji i elementem spajającym środowisko. Od razu zaznaczam, że nie wiem jak silne jest jej działanie w momencie rzeczywistej próby.

Wracam z kolejnym komentarzem przede wszystkim, żeby Ci wytłumaczyć, Soku, swoją decyzję piórkową. Uważam “Skalę” za dobre opowiadanie, Twoje wyraźnie najlepsze. Broniłem go, zgodnie w własnymi odczuciami, choć rozumiem głosy krytyki i szczerze radzę, żebyś je uwzględnił (choćby te uwagi o sposobie narracji) pisząc kolejne teksty. W końcu (nie tylko w tym konkursie) to Czytelnik jest ostatecznym jurorem. Abstrahując jednak od całej powyższej dyskusji – nie jest to jeszcze, w moim odczuciu, tekst piórkowy. Brakuje mu niewiele, ale to niewiele to jakaś iskra, różniąca tekst dobry od świetnego. Na przykład oryginalny pomysł na diabła (bo sprzedawca nowych technologii wydał mi się zbyt banalny, podobny motyw był np. w Amerykańskich Bogach).

Jeśli jednak zachowasz obecny trend wznoszący, to mam nadzieję, że już przy kolejnym tekście będę mógł być na tak.

 

Dzięki, Dziadku, za opinię. Szkoda, że nie kupujesz tekstu. 

Coboldzie, uwagi czytelników z pewnością wezmę pod uwagę przy pisaniu kolejnych tekstów. Szkoda, że to jeszcze nie jest poziom piórkowy, ale ja tam jeszcze dużo czasu mam :D Z tym wizerunkiem diabła to ja myślałem, że jest oryginalny, ale pewnie dlatego, że nie czytałem “Amerykańskich Bogów” :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Kiedyś, dawno, dawno temu, podpuszczony przez kilku buców, poszedłem do mojego księdza-katechety i zapodałem klasyką: “Czy Bóg jest w stanie stworzyć głaz tak wielki, że nie byłby w stanie go unieść?”

“A po co Bóg ma się zajmować głupotami?”, usłyszałem w odpowiedzi.

Odpowiedź ta była oczywiście bez sensu, ale była przy tym również i bardzo mądra – do dzisiaj wracam czasem do owej rozmowy i szukam jakiejś riposty na tyle stosownej, by zmusić księdza do kontynuowania dyskusji na serio. Nigdy nie dowiem się jednak, czy takowa w ogóle istnieje – zmarnowałem swoją jedyną szansę, by to sprawdzić – w rezultacie czego faktem pozostaje, że ów ksiądz zatkał mi gębę na całe życie. A to było mądre.

Stawiając w kontraście księdza z Twojego opowiadania, ten mój, żywy i autentyczny, jeszcze zyskuje.

Co nie zmienia faktu, że znam i takich, jak imć Marchoń – niegłupich, ale też niedostatecznie bystrych, by wnosić coś wartościowego do swojej wspólnoty i wiary, ku skutecznemu krzewieniu której zwyczajnie brakuje im wyobraźni i charyzmy. Co jest oczywiście oceną pobieżną i w większości przypadków zapewne krzywdzącą. Inna rzecz, czy tyczy się to też Marchonia.

 

Generalnie bardzo mi się Twoje opowiadanie podobało. Po części na pewnie z powodów stricte osobistych, ale te odsuwam na dalszy plan. I bez tego jest się na czym skupiać.

Z mankamentów, to głównie druga scena z katechezy, kiedy klasa rozmawia o “Miłości do…”. Późniejsza wymiana zdań Adama z księdzem jest dla mnie zupełnie nieczytelna; próbowałem rozkminić to na różne sposoby, ale żadna wersja nie ma na tyle dużo sensu, by uznać ją za logiczną. Tak więc do tej pory nie wiem, kto i co tam wtedy powiedział, kto tę dyskusję “wygrał”, a kto został zgnojony.

Kolejna kwestia, że poruszane na katechezach tematy przypominały raczej wczesną podstawówkę, a nie szkołę średnią czy niechby gimnazjum – a przecież gdzieś tam należy umiejscowić Białkowskiego i jego klasę. I to również drażniło, bo mocno osłabiało wydźwięk starć między księdzem a Adamem. Efekt nierzeczywistości pogłębił się jeszcze za sprawą właśnie tej drugiej sceny z katechezy i bandy dorastających już dzieciaków, z których żaden, zapytany na lekcji religii o “miłość do…” nie wpadł na tę jedynie słuszną odpowiedź. Tymczasem w żadnej z moich klas w szkołach ponadpodstawowych prawdopodobnie nie było nikogo, kto nie poradziłby sobie z tym pytaniem. A wiele orłów tam nie latało.

Generalnie ma się wrażenie, że Adam to nastolatek, który chodzi do klasy z dzieciakami na poziomie pierwszej komunii.

Bartek… Kurcze, mam problem z tym gościem. Z jednej strony nie mogę wykluczyć jego autentyczności, ale z drugiej nie potrafię mu jej uczciwie przyznać. Gdyby koleś po prostu szukał pretekstu, by skopać przemądrzałego, z jego punktu widzenia wywyższającego się, aroganckiego gnoja, wszystko byłoby tu o wiele bardziej naturalne i prawdopodobne. Ale współczesny miejski nastolatek, do tego prawdopodobnie typowy “kark“, ruszający na prywatną krucjatę z sercem pełnym szczerej wiary i słusznego gniewu? Nie, jakoś tego nie widzę.

Scena bójki w szatni, gdzie Adamowi włącza się coś na kształt trybu downeyowskiego Holmes’a i bez problemu pokonuje znacznie silniejszego przeciwnika, też wypada zupełnie nieautentycznie. I trochę niepotrzebnie; później, między garażami trochę udaje Ci się zmazać to wrażenie ale, no cóż – ciut jednak za późno, by spłukać powstały niesmak.

Przemiana Adama, nie do końca dla mnie jasna i sensowna – jakoś umknęło mi jej clou – też budzi pewne wątpliwości. Mam wrażenie, jakby bunt przeciwko Bogu został stłumiony głównie przez bunt przeciw Szatanowi, a przy tym przeświadczenie, że nie do końca o to chodziło. Ergo – że coś poszło nie tak.

W ogóle wszystkie te dialogi i rozkminy, choć bez wątpienia interesujące i mądre, są jednak trochę zbyt chaotyczne i enigmatyczne, by dało się wyciągnąć z nich wszystko to, co próbowałeś weń zamieścić. Trochę gubiłem się w Twoich zamysłach i tym, do czego dążą poszczególni bohaterowie, więc i całokształt wizji nieco mi się rozjeżdża.

Generalnie jednak wrażenia naprawdę bardzo pozytywne. Tekst jest świetnie napisany i nie pozbawiony głębi, a przy tym na swój sposób niezwykle poruszający. Nie mogę wykluczyć, że pojawią się tu jeszcze głosy odsądzające go od prawdziwej filozofii, ale dla mnie w tym opowiadaniu kryje się wiele mądrości.

Adam, mimo że momentami przedobrzony, generalnie wypada bardzo ciekawie. Rozumiem jego bunt, samotność i wściekłość. Jego rozczarowanie i kompletny brak zrozumienia dla świata, w którym przyszło mu egzystować i dla zaludniających go tępych, ograniczonych istot. Ten aspekt opowiadania – wnętrze Adama – wypada bodaj najlepiej; najbardziej przekonująco i poruszająco. Choć może po prostu znów wracają do mnie echa dawno minionych czasów adamowych.

Jeśli przyjąć, iż prawdą jest, że wykreowani bohaterowie w żaden sposób nie mogą przewyższyć swojego twórcy, gdyż obciążeni są wszystkimi ograniczeniami jego umysłu i wyobraźni, to Adam zdradza naprawdę sporo na temat potencjału, który w Tobie drzemie, Soku.

Ja natomiast zastanawiam się, czy zaufać pierwszemu wrażeniu z lektury, czy jednak ulec wątpliwościom i zaczekać, aż rozwiniesz ten potencjał jeszcze trochę i bez zachwiania zdołasz udźwignąć ciężar literatury takiej, jakiej tworzeniu najwyraźniej zostałeś powołany.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ująłeś mnie poruszaną tematyką. Pewnie duże znaczenie miało to, że sama lubię ciekawość i cenię ludzi stawiających pytania i poszukujących na nie odpowiedzi. Te gotowe, dobre dla wszystkich naprawdę nie są dostosowane do nikogo.

No i nie lubię fanatyków, którzy gotowi są wyrządzać krzywdę w imię własnych przekonań. Hmm, w sumie protagonista w końcówce nie zachowuje się dobrze… Ale czym byłoby chrześcijaństwo bez Judasza?

Byłam na TAK, znaczy.

Babska logika rządzi!

Efekt nierzeczywistości pogłębił się jeszcze za sprawą właśnie tej drugiej sceny z katechezy i bandy dorastających już dzieciaków, z których żaden, zapytany na lekcji religii o “miłość do…” nie wpadł na tę jedynie słuszną odpowiedź.

Ale to zdarzyło się naprawdę :D I to w liceum, a nie w podstawówce. 

W sumie to powtarzasz zarzuty innych czytelników, podkreślając, że muszę się nad tymi kwestiami zastanowić. Chciałem, żeby motywy przemiany Adama były niejednoznaczne. Czy zrobił to, bo faktycznie przejrzał na oczy, czy wszystko go przytłoczyło i się po prostu poddał, a może zrobił to ze względu na matkę? Któż to wie? :P

Ja natomiast zastanawiam się, czy zaufać pierwszemu wrażeniu z lektury, czy jednak ulec wątpliwościom i zaczekać, aż rozwiniesz ten potencjał jeszcze trochę

Kieruj się głosem serca :D

Dzięki za obszerny, konkretny komentarz, Cieniu.

Finklo, niezmiernie się cieszę, że tematyka utworu przypadła Ci do gustu i że jesteś na “tak” :)

 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Pierwsze słowa to “Depeche Mode”. To wystarczy. Arcydzieło. Nie czytałem, ale już wiem. Absolutny zwycięzca konkursu!

 

P.S. Żartuję. Wrócę z komentarzem, ale “nie będziecie znać dnia ani godziny”.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Pierwsze słowa to “Depeche Mode”. To wystarczy.

Widzę, że w moje progi zawitał miłośnik dobrej muzyki :D 

Czekam niecierpliwie na merytoryczny komentarz. 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Może lepiej bez komentarza? Wszak words are very unnecessary, they can only do harm… ;D

But before you get to any conclusions

Try walking in my shoes

 

Muszę postawić sprawiedliwy wyrok ;)

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Teraz już na poważnie. Po przeczytaniu dalej utrzymuję, że ze wszystkich nadesłanych opowiadań, które dotychczas przeczytałem, to jest na razie moim faworytem. I nie tylko sen względu na Depeche Mode i kościół Black Sabbath ;)

Już od początku jest znakomicie inteligentnie. Robiąca wrażenie przemowa, która jest zapowiedzią charakteru reszty opowiadania. Nie jest to kolejne snucie ateistycznych teorii, ale pewne konkretne, dobrze przekazane przemyślenia. To zapadnie mi w pamięć.

Lubię fantasy  o walce Boga z Szatanem. A to jest pierwsza klasa. Wewnętrzne dylematy bohatera, jego niezwykłe spotkania. Wszystko jest autentyczne. To podoba mi się bardziej niż historie o jezuitach z problemami wiary, jak ostatnio obejrzane przezeń mnie “Milczenie” Scorsesego. A zakończenie… To jest prawdziwy The End! Muszę przyznać, że dopóki nie wyjaśniło się kim są sprzedawca i bezdomny, to miałem skojarzenia z kinem Jima Jarmuscha. A scena, w której wszyscy pasażerowie autobusu gapili się na poobijanego Adama przywołała mi na myśl “Podziemny Krąg”.

Chciałbym też pochylić się nad samą postacią Adama. To chyba właśnie ten jeden element, który już na początku mnie kupił. Dlaczego? Taki Adam to mroczne alter ego wielu inteligentnych ludzi, którzy otoczeni idiotami, postanawiają milczeć. A Adam tego nie robi i próbuje walczyć. Poprzecinanie narracji fragmentami jego myśli, pogłębiło tę postać i ukazało całą jej naturę. Ważna jest też scena lekcji języka polskiego. Adam we własnych słowach charakteryzuje Hamleta, jasno dając do zrozumienia, jacy są do siebie podobni.

Tekst został znakomicie napisany, przez co wciąga. Dużym autem są świetnie napisane dialogi, które stanowią siłę napędową całego opowiadania. Są dynamiczne i autentyczne, jakie możnaby odbyć w prawdziwym życiu. Uwielbiam takie.

Życzę powodzenia w konkursie i pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Muszę przyznać, że dopóki nie wyjaśniło się kim są sprzedawca i bezdomny, to miałem skojarzenia z kinem Jima Jarmuscha.

Nie wiem, czy to dobre skojarzenie, bo jeszcze nic Jarmuscha nie oglądałem. Polecisz coś na dobry początek? :D Z “Fight Clubem” jestem skłonny się zgodzić.

Ważna jest też scena lekcji języka polskiego.

No, ten Hamlet to mi się udał :P

Dzięki, Pietrku, za Twój czas. Fajnie, że opko przypadło Ci do gustu.

 

 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Z filmów Jarmuscha, które widziałem to największe wrażenie zrobiły na mnie “Kawa i papierosy” oraz “Tylko kochankowie przeżyją”. Pierwszy to 11 epizodów przedstawiających fascynujące rozmowy przy kawie i papierosach (prowadzone przez gwiazdy kina i muzyki). A drugi to jeden z najlepszych filmów o wampirach w historii kina.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Trafiłem tu z tematu z polecankami i niestety muszę powiedzieć, że się zawiodłem. Początek, pierwszy akapit, ten z monologiem, zapowiadał całkiem ciekawy tekst, niestety potem moje oczekiwania nie zostały ani trochę spełnione.

Może to moja wina, bo nie czytam zbytnio obyczajówek, literatury młodzieżowej czy innej licealnej, ale nie pamiętam kiedy ostatnio miałem do czynienia z tak irytującym głównym bohaterem. Żeby nie było, akurat jeśli chodzi o tę postać, to jestem w stanie uwierzyć w jej realistyczność. Ale jest to taki mix zadufanego w sobie, aroganckiego i pseudointeligentnego nastolatka z jęczącą bułą, że po prostu nie mogłem go znieść. A przez to śledzenie jego losów było męczarnią. Odnoszę wrażenie, że czytelnik chyba miał w jakiś sposób sympatyzować z bohaterem, ale jeśli chodzi o mnie, to nie ma takiej opcji. 

O tym, jak słaba, papierowa i stereotypowa jest reszta postaci pisało już wiele osób. Mówiłeś, że to był celowy zabieg – no cóż, zupełnie chybiony. Nie chcę już poruszać tendencyjnego pokazania bohaterów, bo były już zażarte dyskusje na ten temat.

Przedstawienie Boga i Szatana nie jest może jakoś ogromnie oryginalne i świeże, ale przynajmniej jest dużo lepsze niż reszta tekstu, dlatego wielka szkoda, że jest tego tak mało. Gdybyś o to oparł opowiadanie, poświęcając im więcej miejsca, odniósłbyś lepszy efekt. A tak, to jest niestety płytko. Z całego ich przedstawienia najbardziej mi się podoba rozmowa z Bogiem gdy bohater był nieprzytomny – to wypadło całkiem fajnie.

No i właśnie, głębia. Parę osób pisało, że tekst wzbudził w nich jakieś refleksje, ale dla mnie zdecydowanie niedosyt. Lubię tego rodzaju tematykę, ale wydaje mi się, jakbyś nie do końca był pewien, co chcesz osiągnąć. W którymś z komentarzy wspominałeś, że nie traktowałeś tego opowiadania jako rozważań filozoficznych, i wydaje mi się, że właśnie to jest błąd. Bo poruszając taką tematykę, powinieneś właśnie tak do tego podejść, nawet obierając to w fabularną powłokę. Albo jakiś pogląd przedstawić, albo nawet nie tyle pogląd, co sam problem, pokazać różne opcje, wtedy zostawić czytelnika z jakimś tematem do rozważań. Albo nie wiem, pójść w bardziej rozrywkową stronę, robiąc jakąś zabawę tematem, podejść od innej strony? Tutaj mi tego zabrakło.

Do tego dochodzi kwestia legendy. Samo użycie tego słowa nie wystarczy, żeby tekst pasował do konkursu. Znaczy ok, wiem, że tutaj to Naz jest ważna i ona opowiadanie zaakceptowała, ale jak dla mnie to nie jest tekst na ten temat. Ba, nie jestem nawet do końca pewny, czy to jest fantastyka.

No i na koniec komentarza muszę powiedzieć, że mimo wszystko nie było tak źle. Tak, wiem jak to brzmi po takiej ścianie krytyki :D Przede wszystkim opowiadanie jest napisane naprawdę dobrze. Jest też kilka rzeczy które mi się bardzo podobają: wspomniany początek, motyw z Hamletem, samo zakończenie (chociaż w oderwaniu od reszty opowiadania :D). W tych fragmentach, zwłaszcza w Hamlecie, widać świetne pomysły i duży potencjał, którego tym razem nie wykorzystałeś. Więc chociaż ogólnie nie podobało mi się twoje opowiadanie, to nie wykluczam, że mogę polubić twoje pisanie. Cały komentarz pisałem nie zwracając uwagi na wiek autora, bo konstruktywna ocena opowiadania nie powinna od tego zależeć. Ale ciężko nie zauważyć, że młody wiek daje nadzieję na dalszy rozwój i fajne teksty w przyszłości, na co liczę. Ale bez przesady, 17 lat to już nie dzieciak, nie ma co ci oszczędzać krytyki, czas mocno szlifować :D Chętnie przeczytam coś twojego w przyszłości i zobaczę jak ci idzie. Tylko błagam, nie z takim głównym bohaterem :D

Arnubisie, żem o Tobie prawie zapomniał :D

Dzięki za słodko-kwaśną opinię. W sumie to nawet wolę, gdy zdania są w takim stopniu podzielone co do poszczególnych aspektów tekstu, niż słuchać tylko pozytywnych opinii. To na pewno bardziej rozwija. Na przykład Ty wolałbyś więcej Boga i Szatana, a parę osób stwierdziło, że warstwa obyczajowa jest najmocniejszym punktem tekstu. Ale do Hamleta to nikt się nie przyczepi :D

Za parę dni wracam do komentowania legendarnych tekstów, więc możesz czekać z niecierpliwością na mój komentarz :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Hamleta nie wypada się czepiać. Szekspir za wielkim dramaturgiem był. ;-)

Babska logika rządzi!

Nom, ale “Kupca weneckiego” trochę męczyłem :D

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Chciałbym więcej Boga i Szatana, bo mnie czyste obyczajówki nie kręcą :D No i mimo wszystko jesteśmy na portalu fantastycznym, fantastyki nam tu trzeba! A w twoim tekście jakoś bardzo dużo jej nie ma, jakbyś jeszcze bardziej to okroił, to tekst może i by był fajny, ale trzeba by go było opublikować w innym miejscu :D

Po twojej obietnicy czekam niecierpliwie na twój komentarz, liczę, że zrewanżujesz się podobną do mojej ścianą tekstu :)

A Hamleta czepiać mi się głupio po tym, jak maturę z Szekspira robiłem :D

Od strony warsztatowej podzielam odczucia innych czytelników – napisane ładnie, czytało się bardzo płynnie.

Zaś od strony merytorycznej, jako osoba której miłe są teksty o zabarwieniu teologicznym (nazwa użytkownika zobowiązuje), również jestem usatysfakcjonowany. Wszak dyskusja o wierze bez poddania jej w wątpliwość, nie wydałaby mi się obiektywna. Zatem refleksje, spostrzeżenia i doświadczenia bohatera uznałem za interesujące i wiarygodne. Bohater nie może Boga poznać rozumem, ale poznaje Go przez ponadnaturalne spotkanie.

 

PS. Pytanie “Czy wszechmocny Bóg mógłby stworzyć kamień tak ciężki, że nie byłby w stanie go podnieść?”, jakkolwiek podchwytliwe, samo w sobie jest zaprzeczeniem i zawiera błąd logiczny (implikacja, w której z prawdy wynika fałsz).

Ło, żeś moje opko odkurzył :D Dzięki za opinię, Teofilu. Fajnie, że opko warsztatowo i merytorycznie przypadło Ci do gustu.

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Jako miłośniczka wszelkich filozoficznych refleksji (a kwestia istnienia Boga nią jest, gdyby ktoś miał wątpliwości), nie mogę przyjąć poważnie tego tekstu. Tak jak znam nastolatki i widzę ich wysoki poziom zadufania, to niestety, nie są zawsze dobrym materiałem do takich przemyśleń (literacko). Z jednej strony, bohater jest autentyczny i jestem w stanie sobie wyobrazić takiego dzieciaka (na upartego, znalazłabym takich w życiu), ale to za mało, aby to szło do przodu. Dyskurs o Bogu w ogóle jest bardzo naiwny i nie wychodzi poza utarte schematy. Naprawdę, katechizm kościoła rzymsko-katolickiego to potężna cegła, którą można zabić i zawiera co nieco ciekawych tez, proszących się o analizę. Ale wszelkie rozmowy na temat Boga ograniczają się do bardzo “naskórkowej perspektywy”. Szkoda. Po nastolatku oczywiście, nie spodziewałabym się więcej, ale mimo wszystko. Warstwa filozoficzna opowiadania nie skłoniła mnie do refleksji, tylko zniechęciła, że znowu bije się martwego konia.

Brutalna końcówka mi się jednak spodobała, ale mocno sugerująca, że nie mamy do czynienia z fantastyką, tylko z dzieciakiem, który bardzo pilnie potrzebuje pomocy z powodu epizodu psychotycznego. Jak patrzę na tekst z takiej perspektywy, widzę go lepiej, ale jako fantastyka, w moich oczach, nie broni się.

O, komentarz sprzed dwóch miesięcy :D Wybacz, kompletnie zapomniałem.

Dzięki za opinię i szkoda, że dołączyłaś do grona Czytelników, którym tekst nie do końca przypadł do gustu. 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Nowa Fantastyka