- Opowiadanie: drakaina - Róża jest różą

Róża jest różą

Koncepcja zmieniła się dość w ostatniej chwili. Tekst, który pisałam, uznałam za zbyt hermetyczny, pewnie go kiedyś napiszę do końca, bo lubię pomysł na niego, ale muszę za dużo przemyśleć. No więc poszło zupełnie coś innego.

Inspiracji jest tu sporo, ale spojlować nie będę.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Róża jest różą

– Narysuj mi swój dom – powiedział Adam do skulonego w wielkim fotelu dziecka.

Konkretnie złotowłosej dziewczynki z oczami w kolorze prowansalskiego morza o poranku, ubranej w prostą zieloną sukienkę.

– Narysuj mi swój dom – powtórzyła mała beznamiętnym tonem, niczym ożywiona mechaniczna lalka.

Wziął do ręki ołówek i naszkicował kilkoma pospiesznymi kreskami pałacyk w Villiers.

– To jest mój dom – powiedział bardzo powoli. – A teraz ty narysuj mi swój.

Wielkie, nieruchome oczy wpatrywały się w niego bez cienia emocji. Dorysował obok budynku postać mężczyzny, ubranego mniej więcej tak jak on w tej chwili. Wskazał sylwetkę palcem, przyłożył drugą dłoń do piersi.

– Ja. – Postukał palcem w rysunek pałacyku. – Mój dom. – Kilka pociągnięć ołówkiem i na drugiej kartce pojawiła się postać przypominająca siedzącą naprzeciwko niego dziewczynkę. – Ty. – Przesunął kartkę w kierunku dziecka. – Dorysuj tu swój dom. Jeśli mamy znaleźć twoją rodzinę, musimy coś o tobie wiedzieć.

Nie miał wielkich nadziei, że to się uda. Małą zbadał alienista z marsylskiego szpitala i rozłożył ręce, ponieważ ledwie reagowała na obecność ludzi. Kierowana, przechodziła z pomieszczenia do pomieszczenia, jadła, jeśli ją karmiono, lecz zdawała się nikogo nie dostrzegać. To, że powtarzała słowa, które wypowiadał do niej Adam, stanowiło wielkie osiągnięcie – mina siedzącego w kącie lekarza nie pozostawiała co do tego wątpliwości.

Dziewczynka pojawiła się w Nicei dwa dni wcześniej. Stała na bulwarze wpatrzona w morze, nieruchoma, zdaniem świadków nawet nie przerażona. Nieobecna, jak ktoś, czyje myśli błądzą zupełnie gdzie indziej.

W przeciwieństwie do Kaspara Hausera, chłopca-zagadki sprzed ponad dwudziestu lat, z którym natychmiast porównała ją prasa, nie miała przy sobie listów. Ani wartościowych przedmiotów. Poza ubraniem – porządnym, choć niczym się niewyróżniającym – nie miała nic.

Z opowieści lekarza Adam wiedział, że unikała kontaktu fizycznego z ludźmi, kuliła się i zamykała w sobie, jeśli ktokolwiek ją dotykał. Nie odzywała się, nawet zagadywana. Nie wydawała żadnych dźwięków. Nie pozwoliła służącej zmienić sobie ubrania. Mimo to zaryzykował i wyciągnął ku niej dłoń…

Ołówek upadł z lekkim stukotem na blat, a palce małej powolnym, płynnym ruchem zacisnęły się w piąstki. „Jak zamykające się kwiaty” – przemknęło przez myśl Adamowi. Bezwiednie dorysował na kartce łodygę, płatki…

– Róża – powiedział – mogę nazywać cię Różą?

W ogromnych błękitno-zielonych oczach nie wyczytał ani potaknięcia, ani zaprzeczenia.

Po dłuższej chwili dziewczynka uniosła nieznacznie głowę, wbiła wzrok w Adama i powtórzyła imię.

– Róża.

Nie odwracając spojrzenia uniosła dłonie i złożyła je tak, że utworzyły kielich. Adam zerknął w bok i mógłby przysiąc, że doktor z trudem stłumił okrzyk zdumienia.

 

***

 

Na tle wyzłoconego promieniami zachodzącego słońca morza, widocznego za wielkimi szklanymi oknami willi, odcinała się ciemna sylwetka Róży. Dziewczynka stała nieruchomo.

– Jest pan cudotwórcą, mój znakomity kolega się nie pomylił – powiedział cicho doktor, jakby nie chciał zburzyć spokoju tej chwili. – Co za szczęście, że był pan akurat w pobliżu.

Adam pokręcił głową. Do przyjrzenia się tej sprawie nakłonił go telegram od słynnego paryskiego alienisty, z którym niedawno współpracował. A że akurat załatwiał w okolicy sprawy swojej protektorki, zaprosił doktora z podopieczną do willi hrabiny. Niemniej jakkolwiek czuł, że między Różą a nim coś się wydarzyło, nie miał przekonania, że dokonał się przełom w sprawie.

– Obawiam się, że niewiele pomogłem.

– Nawiązał pan kontakt, ona pana zauważyła. To bardzo dużo w stosunku do tego, co my tu zdołaliśmy osiągnąć. – Lekarz skrzywił się. – A raczej: nie zdołaliśmy.

Niebo pociemniało i nie było to spokojne przejście od późnego dnia w zmierzch. Gwałtowny podmuch zatrząsł szybami, wdarł się przez szpary do salonu. Na zewnątrz mistral podrywał całe łachy piasku, burzył fale. Obaj mężczyźni odruchowo rzucili się ku wyjściu na taras, ale zatrzymali się w pół kroku: drobniutka postać stała nieruchomo, jakby wicher nie robił na niej najmniejszego wrażenia.

Z licznych pobytów w Prowansji Adam wiedział doskonale, że ten wiatr jest w stanie przygiąć do ziemi silnego mężczyznę. Kim – albo czym – była dziewczynka?

Po tym, jak powtórzyła nadane jej pod wpływem impulsu imię, odwróciła się i wyszła z pokoju. Przez chwilę stała na tarasie, wpatrzona w krzewy przekwitłych róż, a następnie powoli, ostrożnie, na sztywnych nogach, podeszła aż na skraj ogrodu, gdzie niewysoki żywopłot odgradzał trawnik od piaszczystej plaży. Potem zerwał się wiatr.

Niepewny, czy dobrze robi, Adam dał ręką znak doktorowi, żeby zaczekał, i otworzył szklane drzwi. Uderzenie lodowatego powietrza omal nie zwaliło go z nóg. Róża odwróciła głowę, a jej spojrzenie napotkało wzrok mężczyzny. Między tą dwójką powietrze jakby się wygładziło; Cardelli miał wrażenie, że znalazł się w bańce odgrodzonej od podmuchów.

Zatoczył się, kiedy wyobrażone ściany tej bańki zafalowały i za nieistniejącymi szybami ukazały się krajobrazy z całą pewnością niebędące plażą pod Niceą. Ani żadnym innym miejscem, które by znał albo przynajmniej był w stanie sobie wyobrazić. W rozbłyskach czerwieni usiłował dostrzegać znany z obrazów i rodzinnych opowieści wybuch Wezuwiusza, w lazurowych falach korsykańskie morze, w wachlarzach zieleni lasy Pirenejów, a w oślepiającej bieli alpejskie lodowce. Tylko że szybko orientował się, że ogniem rozbłyska biel, a morze faluje czerwienią, wśród kolorów zaś nie był w stanie dostrzec, rozpoznać kształtów. Jakby szalony malarz rzucał farbę na płótno w płonnej nadziei, że z plam wyłoni się krajobraz.

A potem wszystko skupiło się w jednym punkcie – twarzy stojącej naprzeciwko Adama dziewczynki, w jej oczach, mających teraz kolor malachitu.

– Usiłowałaś mi pokazać swój dom? – wyszeptał.

Podszedł do niej korytarzem bezruchu pośrodku szalejącej wichury i bardzo delikatnie dotknął jej ramienia.

Nie drgnęła; dopiero po chwili osunęła się na ziemię.

Otaczająca ich bańka prysła. Mistral omal nie przewrócił Adama, który z trudem wziął dziecko na ręce i zaniósł do willi.

Chwilę później wiatr ustał, choć zdawało się, że zdołał przeniknąć w każdą szparę w domu i wysuwał stamtąd lodowate macki.

 

***

 

Adam zamierzał czuwać przy Róży, czekać, czy się przebudzi.

Ułożona w pokoju gościnnym, znajdującym się w bocznym skrzydle willi, dziewczynka oddychała płytko, tętno miała ledwie wyczuwalne, lekarz jednak nie znalazł żadnych niepokojących objawów. Służąca zdołała rozebrać ją, umyć, ubrać w świeżą sukienkę – dziecko nie reagowało.

Kiedy tylko zostali sami, Adam poczuł na sobie wzrok, choć powieki Róży nie drgnęły.

Wzrok, w którym była ciekawość. Okruch strachu, ale głównie ciekawość.

Rozejrzał się po pomieszczeniu: znał dobrze dom, w którym się zatrzymał, należący do matki jego najlepszego przyjaciela, więc wystarczył mu płomyk świecy, żeby stwierdzić, że w żadnym z kątów nie kryje się inny człowiek. Cieni nie było więcej niż mogły rzucać ustawione w pokoju meble.

Zwrócił się z powrotem ku leżącej na łóżku dziewczynce. Pozostawała nieruchoma. Ostrożnie wyciągnął rękę i dotknął chłodnego czoła. I zamrugał, bo miał wrażenie, że wokół palców snują się smużki mroku – równie ciekawskie jak wzrok, który wciąż czuł na sobie.

Racjonalna część umysłu mówiła mu – właściwie krzyczała – że powinien cofnąć rękę, może nawet wybiec z pokoju, uciec.

„Zabrać Różę, ratować ją”. Ta nagląca myśl przesłoniła wszystko. Nachylił się nad łóżkiem i chciał wziąć dziecko w ramiona, lecz poczuł się tak, jakby uderzenie mistrala znów przygięło go do ziemi. Dziewczynka, którą parę godzin temu bez trudu wniósł do domu z ogrodu, sprawiała teraz wrażenie, jakby była marmurową rzeźbą, dużo za ciężką, by ją choćby unieść.

Poczuł, że zapada się wraz z nią w rozbłyskującą mrocznymi iskierkami i rozbrzmiewającą niezrozumiałymi odgłosami ciemność. A potem wokół zamknęła się bańka, podobna do tej, która osłoniła go wcześniej przed mroźnym wichrem.

Zza jej niby-szklanej ścianki spoglądały na Adama oczy. Wiele par oczu… Nie, nie par, po prostu oczu. Nie potrafił ich przypisać do twarzy, bo twarzy nie było. Tak naprawdę, uzmysłowił sobie, nie było też oczu. Miał jednak absolutną pewność, że to, co czai się na zewnątrz bańki, obserwuje go, że rozbłyski barwnych plam, pozbawionych kolorów, które byłby w stanie nazwać lub z czymkolwiek skojarzyć, wpatrują się w niego z zaciekawieniem. Nieufnością. Przestrachem.

A potem, bardzo, bardzo powoli, zaczął rozróżniać kształty. A może jego umysł, nienadążający za tym, co naprawdę oglądały oczy, zamieniał to na znajome formy?

Wokół siebie miał ogród albo las, pełen niepokojąco pięknych roślin. Nie. Nie roślin, nie zwierząt, nie osób. Kielichy kwiatów nie kwiatów przytykały płatki nie płatki, twarze nie twarze do bańki, chłonęły obcą obecność, feerią przejrzystych barw przyprawiały Adama o zawrót głowy.

Wśród kolorów snuły się języczki mroku, wpełzając między wijące się strugi światła, które je pożerały, unicestwiały.

Pośrodku ogrodu nie ogrodu stała Róża, lecz jej postać rozpływała się w meduzowate kształty i bezcielesność, to znów skupiała w jednym punkcie, przypominającym koralik z nieznanego ludzkiemu oku kamienia.

Bańka powoli rozciągała się w tunel i teraz na jego końcu widniała wyraźnie znajoma sylwetka dziewczynki w zielonej sukience – tej samej, w której pojawiła się na nicejskim bulwarze. Róża uniosła powoli rękę w zapraszającym geście. W jej ruchach było coś nieuchwytnie nienaturalnego, co znów przywiodło na myśl skojarzenia z mechanicznymi lalkami, i Adam wzdrygnął się na wspomnienie fantastycznych opowieści pana Hoffmanna, którymi zaczytywał się z rodzeństwem we wczesnej młodości.

Niepewnie, ostrożnie, ruszył ku niej. Wokół rozwijał się teraz krajobraz przypominający bagniste tereny Poitou; znad wody unosiły się kształty ledwie uchwytne wzrokiem. Ptaki o pąkach piór rozwijających się w kwiaty przysiadały na drzewach, które rozpościerały przejrzyste parasole ogromnych liści nad oczkami gęstej od mchu wody – kształty zmieniały się niczym w kalejdoskopie, jakby wzrok nie nadążał za tym światem lub wyobraźnią pokazującego to wszystko Adamowi dziecka.

– Próbujesz mi pokazać swój dom? – wyszeptał, kiedy znalazł się na wyciągnięcie ręki od Róży.

W tej samej chwili potknął się o twardy kamień, ściany bańki zaczęły pękać, a przez szczeliny wdarł się lodowaty wiatr, przypominający mistral. Zamiast zapachu morza niósł jednak na swych skrzydłach odór zgnilizny, od którego Adam zgiął się wpół, jakby oberwał pięścią w brzuch. A potem z tej mdlącej czarnej chmury wyszedł człowiek.

Róża zamarła, jej kształt się rozmazał, po czym zaczęła się rozrastać w kłujący krzak. Usiłowała dosięgnąć kolcami mężczyzny, stojącego naprzeciwko Adama z pistoletem w wyciągniętej ręce. Mroźny wiatr spętał ruchy Cardellego. Bańka pękała, rośliny nie rośliny rozpadały się w mrok. Róża pokryła się szronem i tylko oczy nie oczy wyglądały błagalnie ku Adamowi spośród płatków.

 

***

 

– Musimy porozmawiać – odezwał się mężczyzna chłodnym, beznamiętnym głosem, nie opuszczając ręki z pistoletem. – Myślę, że ma pan coś, co do mnie należy. Moją, że tak powiem, zgubę.

Umysł Adama bardzo powoli rejestrował okoliczności. Pokój, znajomy, jedna z sypialni w nicejskiej willi hrabiny Camerata. On sam leżący na podłodze, jakby spadł z fotela czy łóżka, i ten nieznajomy o twarzy skrytej w mroku nierozświetlanym przez pojedynczą, stojącą w kącie świecę. Górujący nad Adamem z bronią wycelowaną prosto w jego twarz. I czyjaś jeszcze obecność w pokoju. Adam nie mógł spaść z łóżka, bo w łóżku… w łóżku jest ktoś inny, ktoś, kogo miał pilnować, strzec.

W miejscu częściowo rozsuniętych zasłon ujrzał żywopłot z delikatnych niczym pajęcza nić kolczastych gałązek. Za nimi wyobrażał sobie bardziej niż widział śpiącą Różę. Miał nadzieję, że jest tam bezpieczna.

Odwrócił wzrok od łóżka, żeby nie zwracać na nie uwagi. Instynkt podpowiadał mu, że jeśli nawet dziewczynka nie jest zgubą, o której wspomniał mężczyzna, to jego wtargnięcie tu ma z nią coś wspólnego.

– Wiem, że ona tam jest – powiedział nieproszony gość, nachylając się, jakby odgadł myśli. W jego wzroku dał się dostrzec ten charakterystyczny wyraz głodu, który Adam widywał u opiumistów. – Odda mi ją pan po dobroci albo… – Głos nieznajomego nieznacznie się załamał, w spojrzenie wdarł się cień niepewności. – Ryzykuje pan życiem, baronie. – Ostatnie słowo wycedził przez zęby z nieskrywaną pogardą dla arystokracji cesarstwa.

Nadzieja Adama na to, że jest dla grożącego mu mężczyzny kimś anonimowym, zgasła. Zarazem pojawiła się inna: z postawy nieznajomego, z drobnych oznak niepewności domyślał się, że wyglądająca tak delikatnie zasłona ukrywająca Różę stanowiła dla niego przeszkodę. Gdyby tak nie było – czy ten człowiek nie rozdarłby jej już, nie sięgnął po zdobycz, nie przejmując się bezbronnym, leżącym na ziemi przeciwnikiem? Nawet gdyby zadrżała mu ręka przed zabójstwem z zimną krwią człowieka znanego na dworze i współpracownika policji, porwanie Róży z niestrzeżonej willi nie powinno stanowić żadnego problemu.

A jednak ten człowiek liczył na to, że Adam wyda mu dziewczynkę. Nie był w stanie sam do niej dotrzeć.

– Niech pan odłoży broń. – Cardelli zaryzykował poruszenie się i usiadł na podłodze. Tamten przestąpił nerwowo z nogi na nogę, odbezpieczona broń pozostała jednak wycelowana w twarz Adama. – Porozmawiajmy.

Odpowiedział mu głuchy śmiech.

– Dziecko, które uważa pan za swoją zgubę, jest pod moją opieką, a zatem pod opieką cesarskiej policji.

Mężczyzna nie przestawał się śmiać.

– Policji do spraw specjalnych, tak, wiem. Pan natomiast nie wie, baronie Cardelli, w co się pan pakuje.

Adam wstał. Ręka nieznajomego powędrowała w górę. Lufa pistoletu znajdowała się nieprzyjemnie blisko.

– Kim ona jest?

W oczach tamtego na jedno uderzenie serca pojawiło się wahanie.

– Moją córką.

– Będzie pan to musiał udowodnić w sądzie.

Stali naprzeciwko siebie, mierząc się wzajemnie spojrzeniem. Dopiero teraz Adam miał możliwość przyjrzeć się twarzy przeciwnika. Był to mężczyzna nieco starszy od niego, w tym szczególnym typie, który nie posiada wystarczająco dużo cech charakterystycznych, by go zapamiętać. Ktoś, kto bez kłopotu posługuje się paszportami innych ludzi, bo pasuje do niego wiele opisów. Tylko w oczach płonął ogień – chciwości? Głodu? Nie, to było jeszcze coś innego, nieuchwytnego. Rozczarowanie, żal, może nawet rozpacz. I strach.

W końcu mężczyzna opuścił rękę i zwolnił kurek. Położył broń na stoliku i opadł na fotel, w którym chwilę wcześniej drzemał Cardelli.

– Pan nie ma pojęcia, z czym ma pan do czynienia. Ona jest śmiertelnie niebezpieczna. Musi mi ją pan oddać.

– Kim ona jest?

– Moją córką.

Adam pokręcił głową. Starał się zachować spokój i kamienną twarz. Miał pewność, że ten mężczyzna kłamie, czuł jednak, że w kłamstwie ukryte jest ziarno prawdy.

– Kim pan jest?

Tamten zamyślił się, zmrużył oczy. Bębnił przez chwilę palcami w stół, potem zaczął obracać pistolet na blacie stoliczka.

– Ona się przed panem ukryła – powiedział Adam z naciskiem. – Co to za ojciec, przed którym ucieka własne dziecko?

Z współpracy z policją wiedział, że tacy istnieją, ten człowiek jednak ich nie przypominał.

– Kim ona jest? Gdzie jest jej dom? Jak ma na imię?

„Jak ma na imię moja Róża?”

Nieznajomy wciąż milczał, tylko lekko przesuwając lufę pistoletu to w lewo, to w prawo.

– Z tego, co mi powiedziała, pochodzi z Poitou.

To było ryzykowne, ale najwyraźniej zadziałało. Mężczyzna uniósł gwałtownie głowę, w jego oczach tym razem czaiła się panika.

– Ona do pana mówiła?

– Co pan powie na szczerość za szczerość?

Chwila wahania. Po czym skinienie głową.

– Dobrze.

Adam przysunął drugi fotel i ustawił go tak, by znaleźć się jak najbliżej pajęczej sieci kolczastych wici, za którymi Róża ukryła się przed światem. Czuł, bardziej niż słyszał, jej niespokojny oddech i szum krwi w żyłach. Miał wrażenie, że przypominające płatki dłonie układają się w błagalny gest. Wiedział jedno: dziewczynka nie chciała odejść z tym mężczyzną. Pozostawało tylko pytanie, dlaczego. I co ich łączyło.

– Pan pierwszy, panie baronie.

Z głosu, w który wkradła się rezygnacja, znikła pogarda.

– Ona nie mówiła, ale to, co mi pokazała… – Adam uświadomił sobie, że nie ma pewności, czy wizje pochodziły od Róży, coś jednak mu podpowiadało, że tak. – Ze wszystkich znanych miejsc najbardziej przypominało mi mokradła Poitevin.

Miejsce magiczne, krainę Meluzyny. Uświadomił sobie to dopiero teraz. A jednak… coś mówiło mu, że to, co widział, nie było żadnym znanym mu krajobrazem. Ani żadnym miejscem, w które mógłby się udać.

 Rozmówca milczał, czekał.

– Ona jest fée?

Znów ten głuchy śmiech.

– Można tak to określić.

– Szczerość za szczerość – przypomniał Adam. – Kim pan jest i co pana z nią łączy?

Śmiech powoli zamarł.

– Może mnie pan nazwać uczniem czarnoksiężnika.

– Któremu spod kontroli wymknęła się magiczna istota?

– Można to tak określić. – Ten, który nazwał się uczniem czarnoksiężnika skinął powoli głową. – A teraz pan mi ją odda. Przekona, żeby ze mną poszła.

Adam wykorzystał chwilę, kiedy jego rozmówca odwrócił głowę ku łóżku i spowijającej je najeżonej kolcami sieci. Szybkim ruchem nachylił się i chwycił pistolet.

– Szczerość, uczniu czarnoksiężnika – zażądał.

Odciągnął kurek i wycelował w mężczyznę.

Tamten skulił się w przestrachu. Nie był to tylko lęk przed wymierzoną w niego bronią czy gniewem pana Cardellego. Ten mężczyzna bał się zupełnie czegoś innego. Bał się tak, że w tej chwili byłby zdolny wić się po podłodze i błagać o litość.

– Skoro ty jesteś uczniem – wycedził Adam – to masz jakiegoś mistrza. Opowiedz mi o nim.

W odpowiedzi usłyszał jęk. Z butnego napastnika, który zaskoczył go w ogrodzie Róży, nie pozostało nic.

– Nie, nie – mamrotał ten człowiek, cofając się pod ścianę. – Nie ma nikogo poza mną, nie ma. Nie.

Adam zrobił krok do przodu. Położył palec na spuście.

– Byłem uczonym – wybełkotał uczeń czarnoksiężnika – uczonym, tak, badałem skały, jeździłem daleko, szukałem ciekawych kamieni, tak, szukałem skamielin. I wtedy on mnie znalazł, ale ja tylko szukałem skamielin. Ja nie chciałem… To on, to jego pomysł.

 

***

 

Pół godziny później bijący północ zegar w salonie uświadomił Adamowi, że nieznajomy skończył mówić i od chwili panuje milczenie.

Opowieść była bardziej zdumiewająca niż się spodziewał, a zarazem nie pozostawiała wątpliwości, że zabrakło w niej kluczowego elementu. Jednego drobnego kamyczka szczerości, bez którego mozaika nie była kompletna.

Jednego był pewny: kiedy w wizję pokazywaną mu przez Różę wdarł się lodowaty podmuch i rozbił stworzoną przez nią bańkę, nie było to tylko pojawienie się ucznia czarnoksiężnika w willi. To było również wspomnienie zagłady jej świata, wygnania w lodowatą pustkę, w której ona i jej podobni dryfowali przez eony, uciekając przed prześladowcami. Po to tylko, by znów dostać się w niewolę.

– Nie oddam jej panu.

Tamten nawet nie drgnął.

– Popełnia pan niewybaczalny błąd.

„Może” – pomyślał Adam.

– Nie zdoła jej pan ustrzec.

– Może – odpowiedział. – Zaryzykuję.

Uczeń czarnoksiężnika, jej stwórca czy ojciec, napomknął w opowieści, że Róża jest wybrakowana, niebezpieczna. Adam wyczuwał w niej zagrożenie, choć jednocześnie wszystko w nim tęskniło za tym niepojętym światem, który mu pokazała. Jakby coś ukrytego głęboko w nim odpowiadało na wezwanie.

– Czemu ona mnie widzi, a innych ludzi nie? Czemu do mnie mówi? – wymknęło mu się, choć nie chciał zadawać tych pytań.

Odpowiedziało mu pełne napięcia milczenie. Nieproszony gość najwyraźniej nie potrafił udzielić wyjaśnień. Albo nie chciał.

– Jeśli pan ją zatrzyma, mój mistrz was znajdzie, a on w przeciwieństwie do mnie nie będzie się z panem cackał. Nie będzie się przejmował pańskim tytułem, koneksjami na dworze czy w policji. On jest ponad tym wszystkim. – Na twarzy mężczyzny malował się nabożny lęk. – Ja chcę tylko odzyskać to, co przez moją nieuwagę wymknęło się spod kontroli, zanim on się zorientuje. Potem będzie za późno.

– Zaryzykuję. Niech pan odejdzie. Niech pan nie wraca do swojego mistrza. Pan jest porządnym człowiekiem. Mimo wszystko.

Jedno mgnienie oka, jeden zduszony krzyk i Adam zrozumiał swój błąd. Albo błąd rozmówcy.

Przez pokój przebiegł lodowaty podmuch, ale tym razem nie był to mistral. Na środku pomieszczenia, z kryształków lodu wirujących w powietrzu, zaczęła się formować postać. Uczeń czarnoksiężnika padł na ziemię, bełkocząc i tocząc pianę z ust. Lód nabrał barw, a widmowy człowiek wycelował palec w Adama. Cardelli poczuł znów zaciskające się wokół ciała mroźne więzy, tym razem jednak wiedział, że ten, który go spętał, nie uwolni go. Uczeń miał rację: w mistrzu nie było ani cienia współczucia, wyłącznie żądza władzy i żelazna wola, której wszystko musiało się podporządkować.

W lodowym ciele odbijała się historia opowiedziana przed chwilą nieskładnie przez ucznia. Opowieść o człowieku, który odnalazł klucz do potęgi i pragnął stworzyć armię posłusznych sobie istot noszących ziarno tego, co Adamowi pokazała Róża. Pod przejrzystą skórą mistrza wiły się kształty podobne do tych zza ściany bańki stworzonej przez dziewczynkę. Tylko że skażone nasionami czerni zatruwającej wszystko wokół, zawierające w sobie coś, co przyniosło zagładę światu Róży i pragnęło zawłaszczyć następny.

– Różo – wyszeptał Adam ostatkiem sił. – Uciekaj…

Mróz przenikał jego ciało, szron pokrywał ściany pokoju. Lodowy człowiek skierował teraz rękę na pajęczynę zasłaniającą niszę z łóżkiem. Nagle wszystko eksplodowało w jednym rozbłysku światła i Adam poczuł, jak igiełki lodu wbijają mu się w każdy centymetr skóry. Otwarł usta w niemym krzyku, a potem nastała ciemność.

 

***

 

Leżał w mroku, cały poraniony, lecz mróz zniknął. Poruszył się; ból był nie do zniesienia. Bardzo powoli zaczął zrywać krępujące go wciąż więzy i omal nie krzyknął z zaskoczenia – była to pajęcza nić Róży. Sieć wbiła się niezliczonymi kolcami w jego skórę.

Poczuł ukłucie żalu, rozczarowania, rozpaczy. Istota, którą chciał ocalić przed niewolą wśród ludzi, zdradziła go. Po policzku spłynęła lodowata łza. Nie chciał się podnosić, nie chciał stanąć twarzą w twarz z własną porażką. Nie chciał oglądać pustego łóżka, z którego mistrz zabrał Różę.

– Nie zdołałem cię ustrzec – wyszeptał. – Bo nie chciałaś, bym cię bronił.

Wyczuwał w niej zagrożenie, ale je zlekceważył. Miał wrażenie, że z podłogi podnoszą się znów smugi mroku, by opleść jego dłonie, uśpić ciało.

Zamrugał. W kącie pokoju dopalała się świeca i to światełko, które nie poddało się lodowatej obecności mistrza, jego ucznia i ich stworzenia, przywróciło Adamowi jasność myśli.

I wtedy zobaczył.

Na łóżku leżała biała niczym śnieg postać w jasnozielonej sukience. Z kącika jej ust spływały kropelki krwi.

Adam poderwał się i chwycił dziewczynkę w ramiona. Była teraz lekka jak piórko, choć wyglądała jak wykuta z marmuru. Ciałem Cardellego wstrząsnął szloch.

Nie wiedział, jak długo siedział, kołysząc w rękach martwe ciało. Za oknem powoli szarzało, kiedy poczuł na sobie wzrok, mimo że powieki Róży pozostawały zamknięte i trupio blade. Pierś pod sukienką podniosła się nieznacznie. Adam krzyknął, tym razem z zaskoczenia i radości.

Płatki dłoni zacisnęły się na nadgarstku, twarz dziewczynki była jednak nadal nieruchoma i martwa. Tylko spojrzenie spoza zamkniętych powiek przewiercało go na wylot.

Zamknął oczy i dał się poprowadzić na powrót w tunel wśród roślin nie roślin, nachylających się teraz ku niemu bez ochronnych ścian bańki, dotykających jego skóry pajęczymi wiciami, oplatającymi go cieniutkimi smużkami mroku. Wiedział, że w ich żyłach płynie sok skażony tym, co je powoli zabija, a co wypełza spod ziemi, by zatruwać świat, czuł jednak również, że bez nich ludzkość nie zdoła walczyć z siłą, którą w swym obłąkanym planie pragnął podporządkować sobie mistrz, tworząc hybrydy ludzi i tego, co wedle opowieści jego ucznia odkryli w starej studni na dalekiej północy. Żywą skamielinę, pożądającą jedności z człowiekiem, dającą mu moc i zdrowie.

Róża… Róża była wytworem tego związku, chimerą, potworem.

Ona jest wybrakowana – przypomniały mu się słowa ucznia czarnoksiężnika. Teraz zrozumiał.

– Jesteś wybrakowana – szepnął – ponieważ wprawdzie nie potrafisz mówić i zachowywać się jak człowiek, ale za to czujesz jak my. Jesteś odwrotnością tego, co oni chcą osiągnąć. Dlatego uciekłaś.

Płatki kwiatów nie kwiatów nachyliły się ku niemu szepcząc tak tak tak tak.

– Uratowałaś mnie przed nim. Zapłaciłaś za to życiem.

Poczuł muśnięcie zimnego powiewu, lecz bajeczne kolory roślin nie roślin przemieniły je w ciepłą bryzę, rozgarniającą wici, liście, płatki, tworzącą ścieżkę. Na jej końcu stała Róża, której postać to rozpływała się w bezcielesne kształty nie kształty, to przemieniała się w malachitowo zielony kamień nie kamień oczu dziewczynki. Po czym zastygała na powrót w ciele dziecka o złotych włosach i udręczonym spojrzeniu w kolorze prowansalskiej wiosny.

Adam otworzył powieki. Na jego kolanach leżało bezwładne ciało, wstrząsane raz po raz spazmatycznym oddechem. Tylko że to nie był oddech, uświadomił sobie. To istota uwięziona w ciele Róży nie Róży ożywiała martwe członki.

– Pozwól mi odejść – mówił wzrok zza zamkniętych powiek.

– Jak? – zapytał Adam, czując, że do oczu znów napływają mu łzy, ponieważ wiedział.

Wiedział też, że nie może nikogo poprosić o pomoc.

Spojrzał na swoje poranione ręce, potargane ubranie. Omiótł wzrokiem połamane meble, topniejące kawałki lodu i ciało ucznia czarnoksiężnika leżące bez życia na podłodze. Nikt nie będzie miał wątpliwości, że to, co opowie, jest prawdą.

 

***

 

Kiedy niedługo po świcie do sypialni weszła służąca z tacą i przyborami toaletowymi, upuściła wszystko z brzękiem na ziemię, lecz Adam siedział nadal nieruchomo, trzymając kurczowo w ramionach bezwładne, tym razem naprawdę martwe ciało. Czerwona strużka w kąciku ust zaschła, a rana w sercu powoli przestawała krwawić. Pistolet leżał na podłodze, z przestrzelonej poduszki opadało na posadzkę pierze niczym śnieg.

– Monsieur Cardelli – szepnęła przerażona kobieta. – Co się tu stało? Co się stało?

Jej głos powoli przechodził w histeryczny krzyk. Chwilę później do pokoju wpadł lekarz, któremu wystarczyło jedno spojrzenie, żeby zrozumieć.

Tylko Adam wiedział, że nawet doktor nigdy nie dowie się prawdy. Zacisnął palce na gładkim kawałku malachitu nie malachitu, w który zamieniła się krew spływająca na jego dłoń z rozdartego przez kulę serca. To, co się tu wydarzyło, pozostanie jego tajemnicą. Jeśli mistrz odnajdzie grób, będzie w nim tylko zwykłe ludzkie ciało.

 

***

 

– „Occulta occulto occisa est” – kamieniarz zmarszczył brwi. – Mam nadzieję, że to żadne herezje. Data. Trzy dni temu. – Pokiwał głową. – I rzeźbiona róża. Jak sobie jaśnie pan życzy. – Wzruszył ramionami. – Zmarła była dla pana kimś ważnym? To ta znajda, co ją wczoraj pochowali w bezimiennym grobie? Słyszałem, że jakiś wariat ją zadźgał. Szkoda dziecka, ale ponoć to dzikie było, jak nie ludzkie. Tak napisali w gazecie.

– Była dla mnie jak córka – odparł Adam cicho. – Tak, była dla mnie bardzo ważna – dodał głośniej. – I nie, to nie żadne herezje.

Nie potrafił pozbyć się myśli, że między historią sprzed prawie ćwierci wieku a tym, co wydarzyło się w Nicei w ostatnich dniach, istnieje związek. A może to tylko umysł łączył niepowiązane ze sobą fakty.

Kilkanaście godzin później wysiadł z pociągu na dworcu Saint-Lazare w Paryżu i skinąwszy na dorożkę, kazał się zawieźć do Villiers, gdzie stanął przed bramą, wpatrzony w pałacyk. W kieszeni miał kartkę, na której cztery dni temu narysował Róży swój dom i naszkicował jej portret. Jedyny, jaki mu pozostał. W tej samej kieszeni spoczywało też srebrne puzderko – schował w nim malachitowy kwiat, w który przemienił się niekształtny z początku kamyk.

Przeszedł przez bramę i udał się powolnym krokiem na tył budynku, nie zważając na gderającego przy wyładunku kufrów fiakra. Ktoś: valet, kucharka, sekretarz, wyjdzie z domu i się tym zajmie. Adam potrzebował ciszy i samotności.

Przysiadł na schodkach tarasu, wsparty o urnę z begoniami. Chwilę później usłyszał szmer na ścianie nad sobą. Zmierzchało już, ale nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, że to mały oswojony maszkaron zsunął się po murze i za chwilę wpełznie mu do kieszeni.

– Nie martw się. – Usłyszał za sobą głos. – Ona odeszła, ale nie odeszła.

Adam zacisnął palce na malachitowej nie malachitowej róży. Czy była to tylko gra wyobraźni i nadziei, umysł, który sam siebie oszukiwał, czy też wyczuł wewnątrz kamienia delikatne pulsowanie?

– Widzisz ją? – zapytał kamiennego stworzenia, nie odwracając wzroku od ciemniejącego ogrodu, gdzie w mroku majaczyły sylwetki różanych krzewów.

– Zamknij oczy. Wtedy zobaczysz.

Posłuchał. Zacisnął powieki. Na końcu ścieżki otwierającej się wśród olśniewająco różnobarwnych kształtów stała Róża. Nie, nie stała, bo nie krępowało jej już ludzkie ciało, którego nie umiała nosić. Była. Niewidoczna dla oczu, a mimo to Adam widział doskonale jej cień nie cień, kształt nie kształt.

Widział też mrok wpełzający w roztaczający się przed jego wzrokiem umarły świat; mrok warzący barwy i zatruwający wodę. Mistrz zapewne uciekł, odrodzi się i znajdzie nowych uczniów. Do tego czasu jednak Adam zdoła zrozumieć, co mówi do niego Róża, a wtedy razem zdołają stawić czoła potworowi i kroczącej za nim czerni.

Koniec

Komentarze

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Bardzo ładne :)

Jak zawsze. Tylko ten maszkaron na końcu jakoś tak znienacka wyskoczył.

Podium?

 

Ale żeby nie było tak różowo, to garść uwag “artystycznych”:

– “namówił go telegram od słynnego paryskiego alienisty, z którym niedawno współpracował” – namówił brzmi tu chyba zbyt osobowo; może – “nakłonił”, “skłonił”?;

– “lekarz jednak nie wysłuchał żadnych niepokojących objawów” – wysłuchał? przez stetoskop pewnie? a może “odkrył”, “wykrył”?;

– “pięknych roślin. Nie roślin, nie zwierząt, nie osób” – a tu czegoś mi brak w tym drugim zdaniu; wolałbym – “Nie, nie roślin. Nie roślin itd itp.”, tak moim zdaniem byłoby zrozumialej;

– “potknął się o twardy kamień” – o przymiotnik za dużo: są miękkie kamienie?

– “Nadzieja Adama na to, że jest dla grożącego mu mężczyzny kimś anonimowym, upadła” – nadzieja upada? może “zgasła”, “rozwiała się”. “okazała się płonna”?

– “i od chwili panuje milczenie” – a tu mi znowu brak przymiotnika: “dłuższej chwili” brzmi gładziej.

 

PS. I też Róża bohaterką i róża w tytule? Taki sobie zbieg okoliczności :).

Aczkolwiek – widzę różnicę w jakości!

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Dzięki, Staruchu :)

 

Maszkaron… cóż, to jest osobna historia, jest mi tu z konkretnego powodu potrzebny, ale nie mogę spojlers, bo opowiadanie na ten temat jest w zbiorku wykluwającym się powoli w Fantazmatach :)

 

Babolki biorę na klatę, bo to znów opowiadanie pisane dosłownie w ostatniej chwili, przed parę godzin przed dedlajnem.

 

PS. I też Róża bohaterką i róża w tytule? Taki sobie zbieg okoliczności :).

Aczkolwiek – widzę różnicę w jakości!

Tu nie do końca rozumiem – czy chodzi Ci o zbieżności z tytułem Twojego opka? Zobaczyłam je na liście i oczywiście przeczytam.

U mnie Róża jest z powodu konkretnego nawiązania literackiego, które z tytułem, żeby było zabawniej, nic nie ma wspólnego. Za to maszkaron ma, choć tego w tym tekście nie widać. Albo widać. W tym, co mówi :)

http://altronapoleone.home.blog

A, czyli maszkarony są częścią większej opowieści? No to rozjaśnia sprawę.

 

I tak, chodziło mi o mój tekst – też jest w nim Róża :).

A o jakości mówiłem oczywiście swojego opka. Zresztą – sama to zobaczysz. Ale jestem dumny, że w końcu coś większego opublikowałem po dłuuugim czasie!

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Ale jestem dumny, że w końcu coś większego opublikowałem po dłuuugim czasie!

A mnie to bardzo cieszy! I na pewno przeczytam jeszcze przed zakolejkowanymi! Tylko muszę się troszkę odgrzebać z powyjazdowych spraw.

http://altronapoleone.home.blog

Faktycznie, ładne opowiadanie. Plastyczne opisy. Mocno osadzone w realiach, które znasz – ten valet, francuskie krajobrazy…

Jak na Ciebie – dość zwięzłe, akcja pomyka bystro, czytało się z zaciekawieniem.

Maszkaron z innej bajki odrobinę psuje obraz. Ale niech mu będzie.

Nie bardzo rozumiem, jak to się stało, że ten straszny mistrz zdołał tylko zabić swojego ucznia, ale nie zabrał Róży ani nie zrobił nic naprawdę wrednego Adamowi. Coś przereklamowany ten zły…

Babska logika rządzi!

Ładne. Klimatyczne. Początek podsuwał myśl, że będzie rozwijany problem komunikacji z istotą z poza Ziemi. Dalszy ciąg okazał się bardziej fantastyczny. Konsekwentne przeczenia typu: kwiat nie kwiat, budowały klimat opowieści. Opowiadanie powinno moim zdaniem znaleźć się w bibliotece. W przypadku co najmniej kilku tam będących można się dziwić. Muszę poczytać regulamin i dowiedzieć się jak klikać do biblioteki. Mam staż ale zwykle piszę tylko czy mi się podobało i nie wymadrzam się.

Koalo, w odpowiednim wątku (chyba jest przypięty w Hyde Parku) podajesz tytuł i link do tekstu. Twój powyższy komentarz wystarczy za merytoryczny.

Babska logika rządzi!

Nie bardzo rozumiem, jak to się stało, że ten straszny mistrz zdołał tylko zabić swojego ucznia, ale nie zabrał Róży ani nie zrobił nic naprawdę wrednego Adamowi

Uch, myślałam, że to oczywiste – Róża obroniła Adama tym, czym broniła siebie, dlatego nie mogła już żyć w ludzkim ciele, które od początku było dla niej ciężarem. Dlatego uczeń w ogóle nie mógł do tego podejść, a mistrz poległ w starciu. No i on w założeniu nie jest wszechmocnym złolem, tylko po prostu żądnym władzy i potęgi człowiekiem (no, już niezupełnie człowiekiem).

Ale za klik dziękuję :)

http://altronapoleone.home.blog

No, a czym broniła siebie i Adama? Jak to się stało, że istota stworzona przez ucznia wygrywa z mistrzem?

Babska logika rządzi!

Tą “pajęczą” siecią, za którą się ukryła. A jak to możliwe? Ona jest w większym stopniu alienem niż mistrz, choć oboje są hybrydami, więc jest potężniejsza, czego on nie przewidział. A działanie uruchamia w niej ten błąd systemu, czyli ludzkie emocje. Teraz widzę, że pewne rzeczy mam “w uniwersum” we własnym umyśle, i niekoniecznie się przełożyły na fabułę, którą w tych 30k zamknęłam. Może to kiedyś rozwinę w dłuższy tekst i będzie miejsce na więcej wyjaśnień.

http://altronapoleone.home.blog

A skąd (od którego opowiadania trzeba zacząć), żeby się dowiedzieć, co to jest maszkaron?

Dlaczego (w jakim sensie) “Róża” jest księżniczką? Wydało mi się, że córką ucznia czarnoksiężnika, więc w tym sensie nie.

 

Zostawiając czepialstwo – fajne opowiadanie, ale chciałbym (chcę, chcę, chcę ;-) ) wiedzieć więcej o maszkaronach.

 

R.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Cześć, Radku :)

 

skąd (od którego opowiadania trzeba zacząć), żeby się dowiedzieć, co to jest maszkaron?

Rany, czepiliście się nieszczęsnego maszkarona ;) Jego historia będzie w zbiorze opowiadań z tej serii (których kilka jest na portalu, ale to będą głównie rzeczy niepublikowane), który ukaże się w Fantazmatach. Tu był mi potrzebny – opowiadanie jest inspirowane konkretną książką (formalnie dla dzieci) i maszkaron wypowiada słowa, które są prawie cytatem z tej książki. Z pewnych powodów to on musi je wypowiedzieć. Wydawało mi się, że bohater mający zaprzyjaźnioną magiczną istotę nie jest niczym dziwnym, a tu wszyscy maszkaron i maszkaron… Sama też uważam, że maszkaron jest jedną z moich najlepszych kreacji, ale na razie światu nieznaną, mam zachętę do skończenia redakcji tomu XD

 

Dlaczego (w jakim sensie) “Róża” jest księżniczką?

Konkursowym i strukturalnym w obrębie fabuły, że pojadę Proppem ;) Podstawowe założenie jest takie: “…motywem przewodnim jest księżniczka w opałach, ale księżniczka wcale nie musi być księżniczką ani kobietą, ani nawet człowiekiem, a opały mogą oznaczać dowolną sytuację problematyczną i niepożądaną, z których księżniczka nie jest w stanie sama się wykaraskać”.

 

 

http://altronapoleone.home.blog

Czyli statek (ang. she, nawet łatwiej) utknięty na mieliźnie spełnia wymagania dla fabuły? :-)

Albowiem są w stanie go (her) uwolnić siły kosmiczne (pływy), albo interwencja dobrych ludzi (holownik). Podoba mi się!

 

Maszkaron – czekamy.

 

R.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Czyli statek (ang. she, nawet łatwiej) utknięty na mieliźnie spełnia wymagania dla fabuły? :-)

Tak :) Warto czytać regulaminy szczegółowo, aczkolwiek oczywiście zakazu pisania o księżniczkach sensu stricto nie było. Niedawno skądinąd był konkurs “kopciuszkowy”, w którym chodziło o coś podobnego: fabułę o strukturze baśni o Kopciuszku, z podobnymi zwrotami akcji, ale niekoniecznie z bohaterką uciekającą o północy i gubiącą pantofelek. To jest fajne ćwiczenie literackie, bo każe myśleć o perspektywie fabularnej, a nie szczegółach. Mam nadzieję, że takich konkursów będzie więcej. Sama bym zrobiła, ale nie mam czasu na jurkowanie. Chyba że wywinę się anonimowym i głosowaniem publiki.

 

Maszkaron – czekamy.

Maszkaron dziękuje i ma nadzieję, że nie zawiedzie oczekiwań.

http://altronapoleone.home.blog

Dobre to było. Trochę przeszkadzała w lekturze ta maniera z “kwiatami nie kwiatami” itd. Rozumiem -opisać pojęcia, którym nikt nie nadał jeszcze nazwy, nie jest łatwo. 

Świetny ten inny świat. Prawdę mówiąc wcale nie odebrałem tego jako regularnych obcych, ale raczej inny wymiar, albo coś co już było na Ziemi, ale zaginęło.

Mnie tam maszkaron nie przeszkadzał, z automatu potraktowałem go jako typową postać drugoplanową, chociaż rozmowa z rzeźbiarskimi motywami dekoracyjnymi świadczy o tym, że główny bohater generalnie charakteryzuje się dość nieszablonową wrażliwością pozazmysłową ;) Nie tylko w przypadku incydentu z Różą.

Nieobecna, jak ktoś, czyje myśli błądzą zupełnie gdzie indziej.

Kogo myśli? 

 

Na tle wyzłoconego promieniami zachodzącego słońca morza

Słońce morza? 

Może: Na tle morza wyzłoconego… 

 

które by znał albo przynajmniej był w stanie sobie wyobrazić. W rozbłyskach czerwieni usiłował dostrzegać znany z obrazów

Powtórzenie. 

 

Tylko że szybko orientował się, że ogniem rozbłyska biel,

Moim zdaniem pierwsze że jest zbędne. 

 

 ubrać w świeżą sukienkę – dziecko nie drgnęło.

Kiedy tylko zostali sami, Adam poczuł na sobie wzrok, choć powieki Róży nie drgnęły

Powtórzenie. 

 

Zwrócił się z powrotem ku leżącej na łóżku dziewczynce. Nie drgnęła

:) 

 

twardy kamień

Może być miękki kamień? 

 

Dobry tekst, pięknie napisany, ale do tego zdążyłaś już nas przyzwyczaić. 

Sięgasz po epokę, w której świetnie się czujesz i którą świetnie opisujesz, więc klimat wylewa się z każdego słowa. Nawet z warstwy językowej. 

Konstrukcja opowiadania przypominała mi z początku nieco to o ludziach-łabędziach, sama atmosfera tajemnicy i nadnaturalnosci jest bardzo podobna, ale potem poszłaś w mocniejszy weird i fantasy. Dobrze to wyszło. 

Naprawdę dobrze. 

 

Podobało mi się.

Warsztatowo bez zarzutu, czytało się bardzo płynnie. Ciekawa była ta historia, wydaje mi się, że umiejętnie zarzucałaś haczyki by utrzymać zainteresowanie czytelnika przez cały czas. Bardzo dobrze wydało mi się, że oddałaś też realia tego czasu. Sceny rozpisane dobrze i wydało mi się w sposób przemyślany.

Mogłem już gdzieś słyszeć historię o istocie z pogranicza światów, ale podobało mi się jak opowiedziałaś ją po swojemu, jak nadałaś tej historii innego wydźwięku w ciekawych realiach.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić to może do końcówki. Wolałbym chyba aby była bardziej niedopowiedziana. Wolałbym aby Adam nie wiedział np. czy w ogóle będzie się komukolwiek przeciwstawiał, może wolałby żyć szczęśliwie z Różą, która byłaby jakąś formą jego dziecka? Uciec w domowe zacisze a nie w walkę ze złem? Ale to oczywiście czepialstwo z mojej strony, więc możesz je swobodnie zignorować :)

Klikam oczywiście. 

Hej, hej

Dwa dni się zbierałem do komentarza, bo ciągle coś wypadało…

Bardzo ładnie napisane, wręcz świetnie. Obrazy same pojawiają się w głowie, choć przyznam, że musiałem czytać powoli, bo te zdania są jak z kryształu – chwila nieuwagi i wszystko się sypie.

O ile niektóre Twoje opowiadania miały dla mnie zbyt wolne tempo, to ten tekst jest bardzo wyważony pod tym względem.

Szkoda trochę, że widać tę “część cyklu”. Pewne sprawy są niedopowiedziane, inne ledwie zarysowane. Z drugiej strony, aż ma się ochotę na więcej ;)

Z przyjemnością doklikuję i zazdroszczę warsztatu.

Rany, ale się nazbierało miłych słów :)

 

Zastanawia mnie tylko, czy inspiracja, która wydawała mi się wręcz grubymi nićmi szyta jednak jest niewidoczna, czy też moja ukochana książka, która była tą inspiracją, jest tak bardzo nieznana?

 

@silver_advent

Rozumiem -opisać pojęcia, którym nikt nie nadał jeszcze nazwy, nie jest łatwo. 

Tak, a nie chciałam iść w dukaizmy, bo mi do tego cyklu nie pasują :)

 

Prawdę mówiąc wcale nie odebrałem tego jako regularnych obcych, ale raczej inny wymiar, albo coś co już było na Ziemi, ale zaginęło.

W koncepcji uniwersum jest jeszcze troszkę inaczej, ale tak, coś w tym jest.

 

główny bohater generalnie charakteryzuje się dość nieszablonową wrażliwością pozazmysłową

Tak właśnie jest :) Bohater występuje w Fantastycznych Piórach 2019 na przykład, w jeszcze jednym publikowanym tekście, oraz w kilku tekstach na portalu i tak właśnie jest.

 

@Geki

 

No: podziękować, co więcej? Także za wskazanie babolków, tekst pisany w ostatniej chwili na kolanie nie ma szans się przed nimi ustrzec :(

 

@Edward

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić to może do końcówki. Wolałbym chyba aby była bardziej niedopowiedziana. Wolałbym aby Adam nie wiedział np. czy w ogóle będzie się komukolwiek przeciwstawiał, może wolałby żyć szczęśliwie z Różą, która byłaby jakąś formą jego dziecka?

W zasadzie te koncepcje się wzajemnie nie wykluczają. Ale ponieważ to jest opko “głównonurtowe” dla uniwersum, a nie “monster of the week”, to główne zagrożenie musiało się pojawić, tu jest sporo zasugerowane, czym jest “czerń”, którą część portalowych i nie tylko czytelników kojarzy z wcześniejszych opek, bo w “Ja legenda” jest też o tym. Natomiast ponieważ to miały być bajki o księżniczkach, to taki happy end z perspektywą wydał mi się na miejscu ;)

 

@Zanais

te zdania są jak z kryształu – chwila nieuwagi i wszystko się sypie.

Hmm. Czy sugerujesz, że jednak mogą być niezrozumiałe? Oraz byłaby wdzięczna za przykład, ale jak nie masz czasu szukać, to spox XD

 

Z drugiej strony, aż ma się ochotę na więcej ;)

I o to właśnie nam chodzi!!!

 

zazdroszczę warsztatu

Z wzajemnością…

http://altronapoleone.home.blog

Hmm. Czy sugerujesz, że jednak mogą być niezrozumiałe? Oraz byłaby wdzięczna za przykład, ale jak nie masz czasu szukać, to spox XD

Same w sobie może nie, ale nagromadzenie jedno za drugim już wymaga mocnego skupienia i nawet wtedy czasem musiałem czytać fragment jeszcze raz. Ale to może być tylko mój problem, wiec nie musisz traktować go poważnie ;)

Co do przykładów:

Kielichy kwiatów nie kwiatów przytykały płatki nie płatki, twarze nie twarze do bańki, chłonęły obcą obecność, feerią przejrzystych barw przyprawiały Adama o zawrót głowy

Wiedział, że w ich żyłach płynie sok skażony tym, co je powoli zabija, a co wypełza spod ziemi, by zatruwać świat, czuł jednak również, że bez nich ludzkość nie zdoła walczyć z siłą, którą w swym obłąkanym planie pragnął podporządkować sobie mistrz, tworząc hybrydy ludzi i tego, co wedle opowieści jego ucznia odkryli w starej studni na dalekiej północy.

I o to właśnie nam chodzi!!!

Jak zawsze ^^

zazdroszczę warsztatu

Z wzajemnością…

Bądźmy poważni, porównaj swoje zdania z moimi ;) Ale dziękuję :P

 

Bądźmy poważni, porównaj swoje zdania z moimi ;)

Z tym drugim, które zacytowałeś, to można co najwyżej Cycerona porównać… Myślałam, że już mi przeszło pisanie takimi upiornymi tasiemcami :D

http://altronapoleone.home.blog

Dlatego pisałem, że trzeba je ostrożnie czytać, aby nie zabłądzić :P

Podczas lektury takich zdań miałem wrażenie, że zbliżam się do purpury, ale granicy nie przekroczyłaś ;)

Dorysował obok budynku postać mężczyzny

Nie lepiej po prostu “Dorysował obok budynku mężczyznę” ?

 

 

wpatrzona w krzewy przekwitłych róż

W rozbłyskach czerwieni usiłował dostrzegać znany z obrazów i rodzinnych opowieści wybuch Wezuwiusza, w lazurowych falach korsykańskie morze, w wachlarzach zieleni lasy Pirenejów, a w oślepiającej bieli alpejskie lodowce. Tylko że szybko orientował się, że ogniem rozbłyska biel, a morze faluje czerwienią, wśród kolorów zaś nie był w stanie dostrzec, rozpoznać kształtów. Jakby szalony malarz rzucał farbę na płótno w płonnej nadziei, że z plam wyłoni się krajobraz.

znad wody unosiły się kształty ledwie uchwytne wzrokiem. Ptaki o pąkach piór rozwijających się w kwiaty przysiadały na drzewach, które rozpościerały przejrzyste parasole ogromnych liści nad oczkami gęstej od mchu wody – kształty zmieniały się niczym w kalejdoskopie, jakby wzrok nie nadążał za tym światem lub wyobraźnią pokazującego to wszystko Adamowi dziecka.

znad wody unosiły się kształty ledwie uchwytne wzrokiem

Odwrócił wzrok od łóżka

W jego wzroku dał się dostrzec ten charakterystyczny wyraz głodu

który Adam widywał u opiumistów.

w spojrzenie wdarł się cień niepewności.

Dopiero teraz Adam miał możliwość przyjrzeć się twarzy przeciwnika

Powyżej zamieściłem cytaty z pierwszej połowy opowiadania.

W drugiej połowie także jest sporo odniesień do wzroku albo oczu, szczególnie w zakończeniu. Malujesz piękne sceny, ale w pierwszej połowie brakuje mi odniesień do innych zmysłów. Czytelnik chce poczuć zapach, usłyszeć szmer wody, dotknąć zimnego marmuru, poczuć smak waniliowego wafelka itp. Na szczęście druga połowa opowiadania nadrabia te zaległości, gdyż tam oprócz pokazywania, co widzą bohaterowie, sugerujesz też ich inne odczucia, dając je też odczuć czytelnikowi. Pamiętam śmiech mężczyzny, który celował z pistoletu, pamiętam odór zgnilizny i mróz, jaki towarzyszył przybyciu czarnoksiężnika. Gdy żonglujesz wszystkimi pięcioma zmysłami, dopiero wtedy tworzysz pełny obraz tego, co rzeczywiście dzieje się w twoim tekście.

A dlaczego piszę Ci o tym?

Gdy uczeń zaczyna malować swój pierwszy obraz, zazwyczaj przeszkadza mu wszystko. Pędzle zasychają, farby są nie takie, płótno źle napięte itd. Przeciętnemu artyście, który już trochę umie malować, przeszkadza warsztat, ręce nie zawsze słuchają go, kolory mogą różnić się od tych, które chce uzyskać, drżenie dłoni psuje efekt. Mistrzowi zaś trudność sprawia jedynie światłocień.

Ty jesteś na tym etapie, w którym warsztat przestaje przeszkadzać, a znaczenie zaczyna mieć światłocień. Dlatego zwracam uwagę na takie rzeczy, być może nawet czepiam się o coś, o co nie powinienem się czepiać, aby pomimo tego, że jestem zachwycony tym tekstem, móc przekazać Ci, co jeszcze możesz udoskonalać.

Sam jestem na etapie solidnej pracy nad warsztatem, nie powinienem może poprawiać mistrza, być może się mylę. Ale nie chciałem pisać tylko, że fajne, że mi się podoba, bo to przecież wiesz :)

Pozdrawiam serdecznie i życzę owocnej twórczości, powodzenia w konkursie i wielu innych literackich sukcesów. :D

 

Nie lepiej po prostu “Dorysował obok budynku mężczyznę” ?

Moim zdaniem nie, ale to kwestia wyłącznie eufoniczna :) Nie jestem zwolenniczką radykalnej ekonomii językowej, czasem piszę “nadmiarowo” ze względu na brzmienie.

 

W drugiej połowie także jest sporo odniesień do wzroku albo oczu, szczególnie w zakończeniu. Malujesz piękne sceny, ale w pierwszej połowie brakuje mi odniesień do innych zmysłów.

Nie jesteś pierwszą osobą, która na to zwraca uwagę. Obawiam się jednak, że to wynika z faktu, że ja jestem radykalnym wzrokowcem oraz mam patologiczną nadwrażliwość słuchową. Ergo z jednej strony moje odczuwanie świata jest głównie wzrokowe, a na dodatek jakkolwiek kocham muzykę, to nadmiar bodźców słuchowych kojarzy mi się źle. Z zapachowymi mam trochę podobnie. Za dotykiem nie przepadam. W zasadzie wyjątkiem od reguły jest melodia zdania, ale to nie tyle słuch jako zmysł od bodźców, ale raczej słuch muzyczny. Dlatego najbardziej lubię tłumaczyć poezję :)

Jest jeszcze druga sprawa: to, co Adamowi pokazuje Róża jest raczej niemym filmem, przekazem z jej umysłu do jego umysłu, a nie wirtualną rzeczywistością, więc nie ma tam raczej miejsca na inne doznania. On przecież ten świat ogląda “przez szybkę”.

Natomiast istotnie w ostatniej wizji, kiedy ona jest bardziej namacalna, mogłabym dopisać inne zmysły – to akurat dobra sugestia i wykorzystam ją, jak będę poprawiać ten tekst, żeby podkreślić, że coś się zmieniło, relacja między nimi jest bliższa, mimo że Róży fizycznie nie ma. Dzięki!

 

http://altronapoleone.home.blog

Podczas lektury takich zdań miałem wrażenie, że zbliżam się do purpury, ale granicy nie przekroczyłaś ;)

Uff, dzięki :)

http://altronapoleone.home.blog

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Powitać żiri

 

 

http://altronapoleone.home.blog

Mroczne to opowiadanie i tajemnicze. Zagadka pojawienia się Róży intryguje, a przeżycia/ wizje Adama są fascynujące, by nie rzec magiczne. Okoliczności opisanych wydarzeń jeszcze przydają stosownej aury i już nie wiedziałam czy to wszystko ma miejsce naprawdę, czy przenikają się różne światy, czy to ja mam omamy…

Gubi mi się w pamięci treść kilku wcześniej opisanych doświadczeń Adama, ale nie jestem w stanie wracać do nich przy lekturze kolejnej historii cyklu, więc z tym większą niecierpliwością czekam aż ukończysz dzieło i będę mogła przeczytać całość.

 

z tru­dem uniósł dziec­ko na ręce i za­niósł do willi. → Nie brzmi to najlepiej.

Może: …z tru­dem wziął dziec­ko na ręce i za­niósł do willi.

 

Adam zgiął się w pół, jakby… → …Adam zgiął się wpół, jakby

 

armię po­słusz­nych sobie istot no­szą­cych w sobie ziar­no… → Czy to celowe powtórzenie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć!

 

Bardzo ładne opowiadanie utrzymane w klimacie lekkiej grozy. Czytając, szybko przypomniałem sobie „Deszczową oberżę”, bo niektóre wątki miały znamiona HPL. Ale to nie zarzut, raczej cecha tekstu i sposobu opisu, mocno pasuje do epoki. Bardzo obrazowo rozpoczynasz tekst od rozmowy o domu i równie pięknie kończysz go sceną z maszkaronem (choć jego pojawienie się jest dosyć niespodziewane – jeżeli w fantastyce można się czegoś nie spodziewać ;-) )

Mroczna, pełna napięcia intryga widziana oczami lekarza. Bardzo naturalnie i nienachalnie wprowadzasz czytelnika do mrocznego świata, a interakcje bohaterów i próby nawiązania kontaktu z dziewczynka wypadają przekonująco. Jeżeli czegoś zabrakło, to więcej „doktora” w bohaterze – atrybuty, język. Rozumiem, że on z tych co ducha mają leczyć, ale z jego sposobu bycia nie wyłania mi się tak do końca dziewiętnastowieczny lekarz.

Napisane bardzo dobrze (ale to standard u Ciebie imho), wszystko dobrze wyśrodkowane – język, historia, scenografia, bez dłużyzn i wodolejstwa, ale wystarczająco, by wyobraźnia zrobiła swoje i by dało się zanurzyć w świat.

 

2P dla Ciebie: Pozdrawiam i Powodzenia w konkursie!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Piękna baśń. Jak zwykle świetnie poruszasz się w realiach XIX. Epoki rozumu, odkryć, a zarazem metafizyki i niezwykłych dzieci, niekiedy autystycznych jak chłopiec wspomniany na początku opowiadania, niekiedy genialnych jak nastolatka, mówiąca w dziwnym języku, która z czasem gdy opanowała angielski twierdziła, że jest księżniczką z pewnego egzotycznego kraju i nawet wyszła za jakiegoś angielskiego lorda. 

Róża jest jedną z nich: niezwykłą, bez przeszłości, niezrozumiałą, potężną ale mającą serce.  

Opowieść urocza stylistycznie, porywająca w kreacji postaci, ale bardzo trudna. Wahałem się długo, czy komentować, bo wątpię, czy jestem w stanie tutaj wnieść jakiś wkład merytoryczny. Jako czytelnik odnoszę wrażenie wtrącenia w środek fascynującego uniwersum, którego jednak nie mogę rozumieć. Przynajmniej czuję, że to Twoja marka, prawdziwy XIX wiek polukrowany fantastyką, a nie (jak to zwykle bywa u innych autorów, mnie niestety chyba nie wyłączając) XXI-wieczna mentalność wrzucona w pseudohistoryczny entourage.

roślin nie roślin

Przypuszczam, że upewniłaś się co do poprawności takiej pisowni przed publikacją, ale na pierwszy rzut oka bardziej naturalna wydałaby mi się forma roślin-nieroślin.

 

Dziękuję za intrygującą lekturę i pozdrawiam!

Nazbierało się, więc po kolei :)

 

Dziękuję Reg za łapankę oraz bardzo miłe słowa!

 

Krar85

Brawo dla tego pana za zauważenie podobieństwa z “Oberżą”!!! To oryginalnie miała być wręcz “kontynuacja” wątku stamtąd, ale poszło w nieco inne hybrydy ludzko-czerniowe.

Jeżeli czegoś zabrakło, to więcej „doktora” w bohaterze

Bo Adam nie jest lekarzem, on jest współpracownikiem, konsultantem itp. policyjnego biura do spraw specjalnych (i bohaterem całej serii moich opowiadań, kilka na portalu, w tym piórkowe z 2019 w FP, a także synem bohatera opowiadania z NF 08/2021). Współpracę z psychiatrą, zwanym wówczas alienistą, miał w innym piórkowym opowiadaniu, które jednakowoż pójdzie w zbiorze autorskim: Jeśli wykluczysz możliwe

 

MPJ78

Dzięki :) Róża też dziękuje :)

niekiedy autystycznych jak chłopiec wspomniany na początku opowiadania

Po niedawnej wizycie w Ansbach i lokalnym muzeum, które jest w dużej mierze poświęcone Kasparowi Hauserowi, jeszcze mniej wiem, co myśleć o tej zagadce niż nie wiedziałam wcześniej ;) I chodzi mi po głowie opowiadanie bezpośrednio na ten temat…

 

Ślimak Zagłady

Dzięki za pochwały, zastanawia mnie jednakowoż, co jest mocno dziewiętnastowiecznego w tym konkretnym tekście, bo tak go czytam i strasznie mało tu realiów XD

 

Powtórzę natomiast to, co napisałam wcześniej:

Zastanawia mnie tylko, czy inspiracja, która wydawała mi się wręcz grubymi nićmi szyta, jednak jest niewidoczna, czy też moja ukochana książka, która była tą inspiracją, jest aż tak bardzo nieznana?

http://altronapoleone.home.blog

Jak wspomniałem, wydawało mi się, że Twoje postaci autentycznie myślą i zachowują się jak ludzie XIX-wieczni. Jeżeli tak nie jest, jeżeli sama nie jesteś zadowolona z ich wiarygodności pod tym względem, pokazuje to tylko, jak wiele muszę się jeszcze nauczyć. Wzmiankowałem też zresztą, że mogę nie być w stanie przydać się tu do czegoś merytorycznie. Może poza tym (właśnie zauważyłem):

Cieni nie było więcej niż mogły rzucać ustawione w pokoju meble.

Masz rozbieżne orzeczenia, więc przecinek przed “niż”.

 

Co do inspiracji – pomimo namysłu nie dostrzegam, ale z oczywistych względów nie jestem w stanie samodzielnie stwierdzić, czy książki nie czytałem, czy tylko jej nie kojarzę z tym tekstem. Chciałbym natomiast spytać mimochodem: skoro najwyraźniej wróciłaś do regularnej aktywności, czy jest jeszcze szansa na rozstrzygnięcie konkursu mitologicznego (na dramat)?

wydawało mi się, że Twoje postaci autentycznie myślą i zachowują się jak ludzie XIX-wieczni

A, to :) Miło mi, że pomimo braku wielu zewnętrznych, oczywistych cech świata, to wychodzi, bo w sumie w to celuję. Super, dzięki.

 

skoro najwyraźniej wróciłaś do regularnej aktywności, czy jest jeszcze szansa na rozstrzygnięcie konkursu mitologicznego (na dramat)?

To zależy również od drugiej jurorki, ale nil desperandum…

 

A co do inspiracji, to może podpowiem rysunkowo, choć postać w zielonym wycięłam ;)

 

http://altronapoleone.home.blog

Oczywista oczywistość. Przepraszam na chwilę, idę trochę popodawać w wątpliwość własne walory intelektualne…

Nie wiem, czy to była Twoja inspiracja, ale miałam skojarzenia z Małym księciem :)

Pięknie napisane, nastrojowe, nostalgiczne. Twoje opko klimatem stoi, a także smutkiem i poczuciem straty. Te dwa uczucia są w nim bardzo silne, może dlatego miałam skojarzenia z Małym księciem. Jeśli chodzi o nastrój, opko jest perfekcyjne, ale jeśli chodzi o fabułę już nie do końca.

Jestem w tej dobrej sytuacji, że czytałam wcześniejsze opka z Adamem, więc wiem, kim jest. Natomiast kompletnie nie widać tego w tekście. Są wzmianki o jego współpracy z policją i psychiatrami, ale to nie tłumaczy, kim facet jest i IMO odbiór tekstu przez osoby, który nie znają wcześniejszych opek, może na tym lekko ucierpieć.

Jednocześnie opko jest dość statyczne, oniryczne. Poza początkiem to, co się dzieje, dzieje się raczej w umysłach, niż w rzeczywistości. Historię Róży opowiadasz obrazami w bańce, spotkanie z uczniem czarnoksiężnika za sprawą zasłony, za którą skryła się Róża też nie jest w pełni realne. Co stało się na końcu właściwie pozostaje zagadką. Co stało się z czarnoksiężnikiem? Umarł? Jak? Czy istota stworzona przez ucznia mogła zabić mistrza? Już nie wspomnę o tym, że wciąż nie wiem, kim, a właściwie czym jest Róża. Co właściwie chciał osiągnąć czarnoksiężnik, tworząc swoją armię? Pozostaję z licznymi pytaniami, na które w opku nie znalazłam odpowiedzi. Domyślam się, że kiedy przeczytam cały zbiorek, rzecz stanie się nieco jaśniejsza i czekam z niecierpliwością na tę możliwość. Nie jestem jednak pewna, czy opko broni się jako samodzielny tekst.

Z czepów: Nicea to w tej chwili dość duże miasto, nie wiem, jak wyglądała w połowie XIX wieku, ale te czasy nie były zbyt przyjazne dla osieroconych dzieci. Myślisz, że ktoś by się Różą w przyzwoity sposób zajął. Kasparowi udało się pewnie dlatego, że miał listy, no przez spekulacje na temat jego pochodzenia.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Brawo dla tej pani :)

Nie wiem, czy to była Twoja inspiracja, ale miałam skojarzenia z Małym księciem :)

Oczywiście. To jest do pewnego stopnia przepisanie tamtej historii i trochę zakładałam, że to skojarzenie podpowie część rozwiązań typu, że Róża jest z innego świata i wprawdzie tak naprawdę ona nie może wrócić, bo jej świat uległ zagładzie, ale poprzez śmierć “sztucznego” w jej przypadku ciała staje się przynajmniej na powrót sobą.

 

odbiór tekstu przez osoby, który nie znają wcześniejszych opek, może na tym lekko ucierpieć.

Mam wrażenie, sądząc po komentarzach, że nie ucierpiał, że właśnie osobom znającym uniwersum bywa trudniej, bo wiedzą trochę więcej z tła ;)

 

Nicea to w tej chwili dość duże miasto, nie wiem, jak wyglądała w połowie XIX wieku, ale te czasy nie były zbyt przyjazne dla osieroconych dzieci. Myślisz, że ktoś by się Różą w przyzwoity sposób zajął. Kasparowi udało się pewnie dlatego, że miał listy, no przez spekulacje na temat jego pochodzenia.

Kaspar miał sporo szczęścia, że trafił na ludzi, którzy się nim przejęli (ale i stworzyli po części te legendy związane z urodzeniem; jestem na bieżąco, bo w sierpniu zwiedzałam Ansbach ;)), natomiast akurat z Francji znam kilka historii “dzikich dzieci”, którym poszczęściło się jeszcze bardziej niż Kasparowi. Najsłynniejsze z nich było tzw. “dzikie dziecko z Aveyron”, znalezione w 1797 roku w departamencie o tej samej nazwie. Chłopiec, niemowa (nie wiadomo, czy z urodzenia, czy po uszkodzeniu krtani, które mogło być skutkiem próby zabójstwa) i być może autystyk, któremu dano imię Victor, przyjechał do Paryża, gdzie przez następne trzydzieści lat życia opiekowali się nim lekarze i nauczyciele, jego protektorem był jeden z braci Napoleona. Francja już końca XVIII w. była niewyobrażalnie do przodu w stosunku do reszty Europy, jeśli chodzi o traktowanie ludzi upośledzonych umysłowo, ale także głuchoniemych, dlatego mogę sobie pozwolić na takie potraktowanie Róży – w dodatku w czasach, kiedy pamięć o Hauserze jest wciąż żywa.

Co do Nicei – wtedy miała ok. 40 tys. mieszkańców (i w realu nie była francuska, ale cicho sza, u mnie w alternatywnej historii może spokojnie być, bo historia stosunków francusko-piemonckich jest inna). I została wybrana z bardzo trywialnego powodu: jest obecnie miastem partnerskim Norymbergi, czyli miasta, gdzie “objawił się” Kaspar Hauser ;)

 

A co do pokonania (bo nie zabicia) mistrza: tak, założenie jest takie, że każda hybryda może być silniejsza od człowieka, zwłaszcza że taki “czarnoksiężnik” działa trochę na ślepo i materia nader często mu się wymyka.

http://altronapoleone.home.blog

Róża jest z innego świata i wprawdzie tak naprawdę ona nie może wrócić, bo jej świat uległ zagładzie, ale poprzez śmierć “sztucznego” w jej przypadku ciała staje się przynajmniej na powrót sobą.

To rozumiem :) Ale co to za świat? Gdzieś styka się z naszym, to też zrozumiałam, ale przez skojarzenie z Małym księciem i jedno zdanie w opku miałam wrażenie czegoś kosmicznego, zupełnie innego niż to z czym miał wcześniej do czynienia Adam.

 

natomiast akurat z Francji znam kilka historii “dzikich dzieci”, którym poszczęściło się jeszcze bardziej niż Kasparowi.

Nie kłócę się :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

miałam wrażenie czegoś kosmicznego, zupełnie innego niż to z czym miał wcześniej do czynienia Adam

Bo to jest bardziej “głównonurtowe” dla uniwersum. Jak z tego, co jest na portalu, nie-Adamowe “Gdy rozum śpi” (do remontu, skądinąd) i “Tene l’ochji aperti”, Adamowo-Vidocqowe “Kroki Komandora”, “Noir” czy “Kometa”, a także “Deszczowa oberża”.

I tak, ta “czerń” jest jakoś tam kosmiczna, z innego wymiaru, to takie lovecraftowskie założenie ;) Natomiast tu chciałam zasugerować, że nie wszystko, co jest obce, jest też z automatu złe. Kontynuacja “Oberży” miała iść w tym kierunku, ale Różę pisałam tuż po zwiedzeniu Ansbach oraz niedługo po zwiedzeniu ogromnej rocznicowej wystawy o Saint-Exuperym, co zaowocowało inspiracjami…

http://altronapoleone.home.blog

Witaj.

Tajemnicza, zagadkowa opowieść. Bardzo podobał mi się stworzony przez Ciebie nastrój oraz emocje Adama i zakończenie, dające stuprocentową pewność, że księżniczka zostanie uratowana. 

 

Osobiste odczucia pojawiły się przy fragmencie o miejscu spoczynku dziewczynki z umieszczoną tam (wygrawerowaną) różyczką, ponieważ od 36 lat modlę się przy takim grobie. 

 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Hej, hej,

 

ładna historia, plastycznie przedstawiona. Podobały mi się zwłaszcza kwiatowe porównania, Róża, płatki jej dłoni, dłonie-pąki, dłonie-klielichy. Motywy francuskie również atrakcyjne, widać, że wiesz o czym piszesz, no i dodatkowe te smaczki związane z arystokracją, nadają specyficznego powiewu luksusu :) Podoba mi się.

Czepianko: przede wszystkim za krótko, życzyłbym sobie jako czytelnik więcej, więcej, więcej. Więcej relacji Adama z Różą, więcej opisów wizji zsyłanych przez dziewczynę, więcej definicji zła, które się pojawia – może nawet nie samego mistrza, który jako arcyłotr, pewnie może wracać w kolejnych odsłonach, ale choćby ucznia, który przygodę z historią zakończył i może co najwyżej wracać z retrospekcjach.

 

Pozdrawiam serdecznie!

Che mi sento di morir

Nie mogę nie napisać. AmonRa – Twój komentarz – bezcenny! laugh

Pecunia non olet

@Buce, moje kondolencje z powodu Twojej straty.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

BasementKey, bardzo dziękuję. crying

Moja 11-letnia Kuzynka zmarła nagle w 1985 r. – tętniak. 

Pecunia non olet

BK – dzięki, zwłaszcza za to “więcej” :) Będzie więcej, w tym o Róży, skoro już ją zrzuciłam bohaterowi na głowę (bo to inna odsłona tego, co się dzieje w “Deszczowej oberży”), a także o maszkaronie. O “mistrzu” też, a może i o uczniu. Buduję sobie powoli to uniwersum, ale ono ma duży epicki rozmach i chwilowo kończę powieść, która dzieje się pół wieku wcześniej… A opko w NF było o ojcu Adama XD Tak się więc miotam, ale tu udało mi się odsłonić ważny wątek głównonurtowy, choć na razie w bardzo ograniczonym wymiarze (poza wszystkim: limit!).

 

Bruce – też dziękuję za miłe słowa i bardzo mi przykro z powodu kuzynki :( Tętniak w tak młodym wieku to chyba na dodatek rzadkość.

 

Amon-Ra

 

 

http://altronapoleone.home.blog

Bardzo dziękuję Drakaino i raz jeszcze gratuluję Ci subtelnego ujęcia tematu. 

Pozdrawiam serdecznie. smiley

Pecunia non olet

– Narysuj mi swój dom – powiedział Adam do skulonego w wielkim fotelu dziecka.

Mały Książe? ????

 

W przeciwieństwie do Kaspara Hausera, chłopca-zagadki sprzed ponad dwudziestu lat, z którym natychmiast porównała ją prasa, nie miała przy sobie listów. Ani wartościowych przedmiotów. Poza ubraniem – porządnym, choć niczym się niewyróżniającym – nie miała nic.

 

Infodump.

Początek tekstu jest całkiem dobry, ale ten akapit mu szkodzi.

 

Z opowieści lekarza Adam wiedział, że unikała kontaktu fizycznego z ludźmi, kuliła się i zamykała w sobie, jeśli ktokolwiek ją dotykał. Nie odzywała się, nawet zagadywana. Nie wydawała żadnych dźwięków. Nie pozwoliła służącej zmienić sobie ubrania. Mimo to zaryzykował i wyciągnął ku niej dłoń…

 

Ten jest w podobnym tonie. Te pogrubione fragmenty niepotrzebnie spowalniają akcję. Szkoda, bo udało Ci się zaintrygować początkiem, i warto by tej z trudem zdobytej uwagi czytelnika nie wypuścić, a zbędne fragmenty przeszkadzają. Bo tutaj nie jest istotne, co pisała prasa o jakimś nieznanym chłopcu, ani to skąd Adam wiedział o stanie dziewczynki, a istotny jest sam jej stan.

 

Na tle wyzłoconego promieniami zachodzącego słońca morza

 

Trochę aliteruje i w ogóle za dużo ozdobników. Zwłaszcza, że wcześniej już porównywałaś do „prowansalskiego morza”.

 

Do przyjrzenia się tej sprawie nakłonił go telegram od słynnego paryskiego alienisty, z którym niedawno współpracował. A że akurat załatwiał w okolicy sprawy swojej protektorki, zaprosił doktora z podopieczną do willi hrabiny. Niemniej jakkolwiek czuł, że między Różą a nim coś się wydarzyło, nie miał przekonania, że dokonał się przełom w sprawie.

 

Znowu, dużo zbędnych informacji rozwadniających fabułę.

 

Obaj mężczyźni odruchowo rzucili się ku wyjściu na taras, ale zatrzymali się w pół kroku:

 

Niepotrzebne. Wiadomo z kontekstu, że jest ich tam tylko dwóch.

 

Po tym, jak powtórzyła nadane jej pod wpływem impulsu imię, odwróciła się i wyszła z pokoju. Przez chwilę stała na tarasie, wpatrzona w krzewy przekwitłych róż, a następnie powoli, ostrożnie, na sztywnych nogach, podeszła aż na skraj ogrodu, gdzie niewysoki żywopłot odgradzał trawnik od piaszczystej plaży. Potem zerwał się wiatr.

 

W pierwszym zdaniu coś fałszuje.

 

Między tą dwójką powietrze jakby się wygładziło; Cardelli miał wrażenie, że znalazł się w bańce odgrodzonej od podmuchów.

 

Powietrze może się wygładzić? Niefortunne sformułowanie.

Poza tym nie poinformowałaś czytelnika, że Cardelli to nazwisko Adama. To musi się bronić jako samodzielny tekst.

 

taczająca ich bańka prysła. Mistral omal nie przewrócił Adama, który z trudem uniósł dziecko na ręce i zaniósł do willi.

 

Albo tylko „uniósł”, albo „wziął na ręce”.

 

Wzrok, w którym była ciekawość. Okruch strachu, ale głównie ciekawość.

 

Szkoda, że nie udało Ci się tego pokazać. Trudne – wiem.

 

Rozejrzał się po pomieszczeniu: znał dobrze dom, w którym się zatrzymał, należący do matki jego najlepszego przyjaciela, więc wystarczył mu płomyk świecy, żeby stwierdzić, że w żadnym z kątów nie kryje się inny człowiek. Cieni nie było więcej niż mogły rzucać ustawione w pokoju meble.

 

Znowu wtrącasz mimochodem fakty, które są dla fabuły nieistotne. Niepotrzebnie. To recepta na utratę czytelnika. W tym opowiadaniu akurat całkiem nieźle zaczęłaś, więc czytelnik Ci więcej wybaczy, ale ta maniera spowalniania akcji i rozwadniania fabuły jest u Ciebie dość powszechna.

 

Zza jej niby-szklanej ścianki spoglądały na Adama oczy. Wiele par oczu… Nie, nie par, po prostu oczu. Nie potrafił ich przypisać do twarzy, bo twarzy nie było. Tak naprawdę, uzmysłowił sobie, nie było też oczu.

 

No to były w końcu te oczy czy nie? Zakiwałaś się w tym zdaniu jak ekstraklasowy piłkarz na środku boiska.

 

Wokół siebie miał ogród albo las, pełen niepokojąco pięknych roślin. Nie. Nie roślin, nie zwierząt, nie osób. Kielichy kwiatów nie kwiatów przytykały płatki nie płatki, twarze nie twarze do bańki, chłonęły obcą obecność, feerią przejrzystych barw przyprawiały Adama o zawrót głowy

 

Jak wyżej. Przerost formy nad treścią.

 

Usiłowała dosięgnąć kolcami mężczyzny, stojącego naprzeciwko Adama z pistoletem w wyciągniętej ręce. Mroźny wiatr spętał ruchy Cardellego. Bańka pękała, rośliny nie rośliny rozpadały się w mrok. Róża pokryła się szronem i tylko oczy nie oczy wyglądały błagalnie ku Adamowi spośród płatków.

 

Tu masz fajny zwrot akcji… bardzo dobry, tylko czemu tak późno. Połowa poprzedniej sceny to długaśnie opisy niewiele wnoszące do fabuły poza tym że jest dziwacznie i kolorowo.

Nie zapominaj, że piszesz opowiadanie. Forma krótka, konkretna, prosta.

 

Zarazem pojawiła się inna: z postawy nieznajomego, z drobnych oznak niepewności domyślał się, że wyglądająca tak delikatnie zasłona ukrywająca Różę stanowiła dla niego przeszkodę.

 

Dlaczego tak? Dlaczego od razu objaśniasz i dedukujesz, opisując. Nie dajesz czytelnikowi samemu dojść do wniosków. Nie lepiej tak:

„Nieznajomy wydawał się niepewny. Zdawał się nie sięgać wzrokiem poza delikatną zasłonę, skrywającej różę. I dlaczego nie sięga po zdobycz, dlaczego nie pociąga za spust? „

 

Gdyby tak nie było – czy ten człowiek nie rozdarłby jej już, nie sięgnął po zdobycz, nie przejmując się bezbronnym, leżącym na ziemi przeciwnikiem? Nawet gdyby zadrżała mu ręka przed zabójstwem z zimną krwią człowieka znanego na dworze i współpracownika policji, porwanie Róży z niestrzeżonej willi nie powinno stanowić żadnego problemu.

A jednak ten człowiek liczył na to, że Adam wyda mu dziewczynkę. Nie był w stanie sam do niej dotrzeć.

 

Cały ten fragment jest doskonałym wyjaśnieniem, dlaczego tak często odbijam się od Twoich kryminałów. Ty nie dajesz czytelnikowi szansy na rozwiązanie zagadki samemu, tylko prowadzisz go za rękę i rozwiązujesz ją za niego. Zamiast przedstawić fakty i okoliczności, opisujesz od razu dedukcję.

 

Tamten zamyślił się, zmrużył oczy.

 

Trzeci raz w tej scenie używasz słowa „Tamten”. Wygląda to na pokłosie walki z dedlajnem.

 

 

Z współpracy z policją wiedział, że tacy istnieją, ten człowiek jednak ich nie przypominał.

 

Nieatrakcyjne. Inaczej tę informację sprzedaj, albo nie sprzedawaj w ogóle.

 

Wiedział jedno: dziewczynka nie chciała odejść z tym mężczyzną. Pozostawało tylko pytanie, dlaczego. I co ich łączyło.

 

Po co to podkreślanie, że wiedział. To ma wynikać, i wynika z kontekstu, nie trzeba czytelnikiem dodatkowo sterować. To nie paradokument w TV.

 

Dalej nie podoba mi się ta scena. Najpierw koleś grozi mu bronią i zdaje mu się być uosobieniem zła, a potem siadają sobie jakby nigdy nic i zdradzają tajemnice. Do tego czarownik zostawia pistolet na stole. Naiwne.

 

– Można to tak określić.

 

Powtórzenie

 

Tamten skulił się w przestrachu. Nie był to tylko lęk przed wymierzoną w niego bronią czy gniewem pana Cardellego. Ten mężczyzna bał się zupełnie czegoś innego. Bał się tak, że w tej chwili byłby zdolny wić się po podłodze i błagać o litość.

 

I znowu te irytujące objaśnienia. Narracja całej historii jest z pozycji Adama, a teraz Adam nagle wie co czarownik myśli, i czego się boi. Skąd niby? Czarownik pokazał to w jakiś sposób? To opisz to, a nie serwujesz czytelnikowi gotowca, a z Adama robisz Ducha Świętego.

 

(Tą sceną zabiłaś we mnie cały entuzjazm, który wzbudziłaś początkiem. Zdecydowanie najsłabszy fragment jak dotychczas).

 

Jednego był pewny: kiedy w wizję pokazywaną mu przez Różę wdarł się lodowaty podmuch i rozbił stworzoną przez nią bańkę, nie było to tylko pojawienie się ucznia czarnoksiężnika w willi. To było również wspomnienie zagłady jej świata, wygnania w lodowatą pustkę, w której ona i jej podobni dryfowali przez eony, uciekając przed prześladowcami. Po to tylko, by znów dostać się w niewolę.

 

To samo. Nie pokazujesz czytelnikowi faktów ani słów, które czarownik powiedział, a serwujesz tylko wnioski nieomylnego Adama wypowiadane ex cathedra. Jak tu się cieszyć kryminałem? Nie wspominając o tym, że wszechwiedzący bohater jest irytujący i nudny.

 

Tamten nawet nie drgnął.

 

Piąty raz

 

– Popełnia pan niewybaczalny błąd.

„Może” – pomyślał Adam.

– Nie zdoła jej pan ustrzec.

– Może – odpowiedział.

 

Dialog klasa światowa.

 

 

Podsumowwanie

 

Pierwsza połowa piórkowa. Bardzo dobry początek, wzbudzasz zainteresowanie i utrzymujesz je dość długo, tak gdzieś do połowy tekstu. Niektóre opisy bym przyciął, niektóre zbędne dla fabuły akapity wywalił, ale to są rzeczy podrzędne. Odbiór lektury, fabuła i wykonanie na tym etapie ogólnie na plus.

Potem przychodzi ta nieszczęsna scena z wtargnięciem ucznia czarownika i dla mnie jest to wręcz instrukcja, jak zabić dobry tekst.

Po pierwsze nie ma tam konsekwencji. Uczeń czarownika zachowuje się naiwnie, grozi tym pistoletem, po czym nagle przestaje i kładzie ten pistolet na stole, w zasięgu Adama. No bez sensu. Potem odboje jakby nigdy nic zdradzają sobie wszystkie tajemnice. Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że nie dajesz czytelnikowi nawet namiastki szansy, by zagadkę Róży i czarownika rozwiązał sam. Zamiast pokazywać fakty (choćby wspomniana opowieść czarownika, która jest kluczem, a którą ucinasz), serwujesz tylko objaśnienia i dedukcję. Adam zdaje się wszystkowiedzący, a Ty czytelniku masz podziwiać, jak on do wszystkiego doszedł, patrz i ucz się jak on to robi, autorka zaś ex cathedra pięknie Ci to wszystko jego myślami wyjaśni. Miałeś szanse sam do tego dojść?… a w życiu.

A przecież w tego typu opowieściach (opartych na zagadkach i ich rozwiązaniu), czytelnikowi należy dać wszystkie informacje i narzędzia potrzebne do samodzielnego rozwiązania zagadki. Ty mu nie dajesz nic (poza wnioskami z dedukcji Adama). Ty wręcz skrywasz to przed nim i dlatego ta scena jest dla mnie tak irytująca.

Gwoździem do trumny w tej scenie są dialogi – po prostu słabe.

Końcówkę już tylko przeleciałem po akapitach. Nie zdołałem wykrzesać z siebie więcej entuzjazmu.

I naprawdę szkoda, bo nareszcie początek był dobry (zdecydowanie najlepszy z kilku ostatnich Twoich tekstów). Na tyle dobry, że nastroił mnie do tekstu pozytywnie a lektura była przyjemnością. Potem jednak czar prysł.

Na koniec jeszcze kwestia kreacji bohatera, konkretnie Adama. Jest skryty, niejaki, mdły, trzymający czytelnika na dystans. Brakuje mu czegoś charakterystycznego, bo szczerze mówiąc, gdybyś w tym opowiadaniu podmieniła go z Vidoqiem, nie zauważyłbym różnicy. Dla mnie to są niemal klony.

Doceniam za to, że wyszłaś ze strefy komfortu, i próbowałaś uderzyć w emocje. Jest scena gdzie Adam przejmuje się losem Róży, pokazuje że mu zależy, chyba nawet płacze. Problem w tym, że widzimy tę scenę jakby z zewnątrz. Natomiast nie wiemy absolutnie co Adamowi w duszy gra. Nie wpuszczasz czytelnika do jego wnętrza (z wyjątkiem tych dedukcji). Pokazujesz tylko emocje widziane z zewnątrz, tak jakbym oglądał jakąś scenę z płaczącymi ludźmi w telewizji. No tak, płaczą, jest im źle. Ale dlaczego? Bez głębszego kontekstu trudno się tym wzruszyć. By ta konkretna scena mogła poruszyć, czytelnik musi się z bardziej Adamem utożsamić, zrozumieć jego pobudki, marzenia, wiedzieć o co temu gościowi chodzi i dlaczego akurat ta Róża była dla niego ważna. Czy kogoś mu przypominała, czy jest takim wrażliwcem, że nad każdą osobą by się przejął, czy może sam przeżył coś podobnego? Nie zdradziłaś tego, więc emocjonalny potencjał tej sceny nie został wykorzystany.

 

Ocena:

4.85/6

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Widzę, że napisałeś komentarz niemalże dłuższy od samego tekstu, podziwiam, chylę czoła i tak dalej, ale szczerze mówiąc, jak zobaczyłam pierwsze uwagi, to nie bardzo chce mi się to wszystko czytać ;) Nie od dziś wiemy, że nasza pisanina nam wzajemnie nie odpowiada, ale oboje planujemy raczej pozostać przy tym, jak piszemy, więc zastanawiam się, czy wylewanie tyle przysłowiowego atramentu ma sens? Nie przekonasz mnie do zmiany sposobu pisania, ponieważ najwyraźniej nie jesteś moim targetem, a nie da się pisać tak, żeby zadowolić wszystkich. Nawet sprzedający powieści w milionach egzemplarzy Blanka Lipińska czy Remigiusz Mróz nie podobają się wszystkim.

Ale przejrzałam mimo wszystko całość. Miło, że coś tam się podobało. Z większością zarzutów się nie zgadzam, bo po prostu piszę i będę pisać inaczej, niż byś chciał, podobnie jak Ty raczej nie zaczniesz pisać tak, jak mnie się podoba (choć masz na koncie “Kumari”, która dawno temu mnie zachwyciła, więc najwyraźniej potrafisz, ale obrałeś inną ścieżkę literacką i nasze gusta się rozeszły).

 

Jest skryty, niejaki, mdły, trzymający czytelnika na dystans.

Jest introwertykiem, helou? Może wynika to z tego, że ja również jestem, więc większość moich bohaterów to introwertycy albo osoby z takimi cechami. Ty chyba jesteś przeciwieństwem introwertyzmu, więc na tym gruncie się też nie dogadamy.

 

Dialog klasa światowa.

Przyznam, że nie wiem, czy ironizujesz, ale ja akurat lubię ten kawałek dialogu i ogólnie takie dialogi.

 

Narracja całej historii jest z pozycji Adama, a teraz Adam nagle wie co czarownik myśli, i czego się boi. Skąd niby?

Domyśla się, poznaje po zachowaniu? W bardzo mocno spersonalizowanej narracji to jest zapis myśli bohatera i to się nazywa mowa pozornie zależna. Naprawdę uważasz, że należy zawsze pisać “pomyślał” itp., bo czytelnik się nie domyśli?

 

Doceniam za to, że wyszłaś ze strefy komfortu, i próbowałaś uderzyć w emocje.

Nie. Ja w pisaniu (prawie) niczego nie robię w sposób wykoncypowany, nie zakładam, że “teraz uderzę w emocje”. Po prostu fabuła tego wymagała, bo jest o czymś, co osobiście dotyka bohatera.

Co więcej – wystarczająco dużo czytelników poruszyła ta “telewizyjna” scena, żebym miała poczucie, że jednak do sporej części publiczności trafiam i mogę się nie przejmować kimś, kto ma zupełnie inne wyobrażenie o pisaniu niż ja ;)

 

Najgorsze jest to, że nie dajesz czytelnikowi nawet namiastki szansy, by zagadkę Róży i czarownika rozwiązał sam.

A to są dla mnie argumenty jak z podręczników pisania. Bohater ma robić to i tamto, czytelnik ma robić to i tamto. Literatura to, na szczęście, nie produkcja od sztancy i nie każdą zagadkę trzeba przedstawiać tak samo. To nie jest opowiadanie do rozwiązywania zagadki.

 

Zarazem pojawiła się inna: z postawy nieznajomego, z drobnych oznak niepewności domyślał się, że wyglądająca tak delikatnie zasłona ukrywająca Różę stanowiła dla niego przeszkodę.

 

Dlaczego tak? Dlaczego od razu objaśniasz i dedukujesz, opisując. Nie dajesz czytelnikowi samemu dojść do wniosków. Nie lepiej tak:

„Nieznajomy wydawał się niepewny. Zdawał się nie sięgać wzrokiem poza delikatną zasłonę, skrywającej różę. I dlaczego nie sięga po zdobycz, dlaczego nie pociąga za spust?

No więc widzisz, dla mnie nie lepiej. Nie tu. Nie mam obsesji, że czytelnik musi sam dochodzić do wniosków. Czasem chcę narrację poprowadzić inaczej.

 

Przerost formy nad treścią.

Nie jestem fetyszystką treści ani – tym bardziej!!! – radykalnej ekonomii językowej. Literatura to także język, a język literacki w założeniu jest nieekonomiczny, nadmiarowy, zwraca uwagę na formę. I ta forma może być różna, nie tylko stylizacja to forma. Celowe powtórzenia i inne środki stylistyczne to też forma, często w dodatku niosąca treść. Czasem wolę przekazywać coś formą niż samym opowiadaniem. I akurat w tym opowiadaniu forma ma swoje zadanie. Nie każdy musi to lubić, ale autorytatywne stwierdzenia, że coś jest nadmiarowe, niepotrzebne i tak dalej, są jednak trochę na wyrost. Sugeruję poczytać trochę powieści modernistycznych: Prousta, Conrada, Joyce’a, Manna. Tam jest mnóstwo nadmiarowości, a są to arcydzieła literatury. I moi mistrzowie, choć oczywiście daleko mi do nich. Ale się staram wyciągać wnioski z takich lektur.

 

Sorry, że odpowiedziałam w takim konfrontacyjnym tonie, ale jestem w tej chwili zestresowana milionem pozaportalowych spraw i nie mam siły bawić się w dyplomację, a po prawdzie zaczyna mnie męczyć to żądanie przez parę osób ode mnie, żebym pisała wg jakiegoś tam modelu. (Na szczęście dostatecznej liczbie się podoba, żebym nie czuła się całkiem wyobcowana w swoich wyborach).

Okej, po raz kolejny przyjmuję do wiadomości, że lubisz inne pisanie. (Z wzajemnością, powtórzę, bo mi średnio odpowiada Twoje obecne podejście do pisania i to już ustaliliśmy). Ale naprawdę swojego z tego powodu nie zamierzam zmieniać, bo byłby to gwałt na sobie samej ;) Jestem świadoma tego, jak chcę pisać, i ogromna większość tego, co mi po raz kolejny zarzucasz, jest świadomym wyborem.

http://altronapoleone.home.blog

Jest introwertykiem, helou? Może wynika to z tego, że ja również jestem, więc większość moich bohaterów to introwertycy albo osoby z takimi cechami. Ty chyba jesteś przeciwieństwem introwertyzmu, więc na tym gruncie się też nie dogadamy.

Ja też jestem introwertykiem, więc argument zupełnie nietrafiony. I owszem, bohater może być introwertykiem, ale takowym powinien pozostawać dla innych bohaterów, a nie dla czytelnika. Czytelnik powinien czuć jego introwertyzm, zrozumieć go, poniekąd sam powinien na czas lektury się nim stać.

I to próbuję Ci właśnie wytłumaczyć. Bo nie oddajesz tego właściwie. Ale cóż wiesz, lepiej.

 

Co do reszty, dostałaś feedback, nie skorzystałaś. Twój wybór, nic mi do tego.

 

ale szczerze mówiąc, jak zobaczyłam pierwsze uwagi, to nie bardzo chce mi się to wszystko czytać ;)

Super. Następnym razem oszczędzę Ci męki i ograniczę się do trzech liter, jakiekolwiek by nie były.

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Okej, jesteś introwertykiem, widocznie są różne rodzaje introwersji i jej odczuwania. Tak samo jak są różne sposoby pisania.

Problem polega na tym, że Ty od jakiegoś czasu usiłujesz mi wmówić, że powinnam inaczej pisać. Ale ja chcę pisać tak, jak piszę. Mówisz mi, że pisząc tak, jak piszę, nie znajdę czytelników. Ale ten konkretny tekst, który Twoim zdaniem do czytelnika nie ma prawa trafić, trafił do Gekikary i Zanaisa – użytkowników, których pisanie wyjątkowo cenię – do tego stopnia, że nominowali go do piórka. Wyjaśnij mi zatem, dlaczego Twoje zdanie miałoby być dla mnie ważniejsze? To Twoje zdanie, Twoja wizja pisania. Do mnie bardziej przemawia pisanie Gekiego i Zanaisa, a zatem również ich opinie o tym, co ja piszę, są dla mnie ważniejsze. Nie jesteś moim targetem, ale to jeszcze nie znaczy, że zamiast napisać “nie podoba mi się”, musisz pisać tonem wyroczni, że coś jest nieudane. Gdybyś to wszystko przekazywał jako subiektywne uwagi, byłoby ok, ale niestety podajesz to tonem mentora, który wie lepiej. A to naprawdę Twoje subiektywne odczucia.

 

Bo nie oddajesz tego właściwie.

Według Ciebie. Według mnie oraz paru innych czytelników – bardzo właściwie. Powtórzę pytanie: czemu mam słuchać akurat Twojego zdania na ten temat? Zwłaszcza że Ty dokładnie tak samo traktujesz moje uwagi o swoich tekstach, nie korzystasz z mojego feedbacku. Nie możemy po prostu uznać, że najwyraźniej wzajemnie nie jesteśmy dla siebie targetem i wzajemne uwagi są kulą w płot? Może będziesz miał większe grono czytelników, może więcej piórek. Ale ja chcę mówić swoim głosem, a nie cudzym, a tym bardziej poradnikowym, nawet jeśli oznacza to mniejsze zasięgi

http://altronapoleone.home.blog

Mogę pisać tylko za siebie, i za siebie piszę. Piszę z pozycji czytelnika i staram się często komentarze pisać na bieżąco w trakcie lektury, by autor wiedział jaki odbiór wywołał dany fragment.

I wierz mi, wcale nie jest mi miło wiecznie Cię krytykować, ale przecież nie mogę udawać, że mi się podobało, skoro było wręcz przeciwnie. Zaś minimum przyzwoitości wymaga, by NIE uzasadnić.

No więc uzasadniam najlepiej jak potrafię. Ale nie martw się, jeszcze tylko 2.5 miesiąca.

 

Co do pisania tonem wyroczni… zdajesz sobie sprawę, że przy własnych komentarzach robisz dokładnie to samo?

To teraz już przynajmniej wiesz, jak to jest.

 

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Paradoksalnie, chciałabym kiedyś zagłosować na NIE na twój tekst, bo do tej pory zawsze chyba byłam na TAK przy twoich nominacjach, a znamy się prywatnie od lat i współpracujemy, więc może to wyglądać jak faworyzowanie – ale to nie będzie jeszcze ten raz. Przy “Róży…” piórkowo będę na TAK, a to ze względu na:

– klimat, który budujesz – jesteś w tym IMHO jedną z najskuteczniejszych pisarek na forum

– pomysł na “gatunek” istot, do których należy bohaterka

– literackie rozwiązania, takie, jak świadomy dobór porównań związanych z kwiatami

 

Nie będę kłamać – w sumie chyba wolę Twoje krakowskie urban fantasy o Gienku W. niż teksty ze ścisłego uniwersum, ale jednocześnie widzę “Różę…” jako cenny dodatek do piórkowej antologii.

Trochę mam tu sytuację jak z opowiadaniem Woda AQQ. To znaczy widzę dobrze napisane opowiadanie, które do mojej szuflady nie do końca trafia, a jednak nadal widzę, ze poza moją szufladą spełnia kryteria tekstu dobrego, solidnego itd. W kontekście nominacji tworzy to pytanie, czy aż do pióra – i tu odpowiedź raczej na nie, ale nadal tekst na plus.

Co do lektury – przy czytaniu skojarzyła mi się trochę “Strefa mroku”, choć też nie do końca. Tworzysz tu coś swojego, sięgasz po fearie, ale osadzasz w konkretnym kontekście, scenerii. Z pewnością jest napisane lekko i plastycznie (choć nie aż tak, jak w Twojej Deszczowej oberży, tekście bardzo, bardzo dobrym).

IMO szkoda, ze w końcówce nie poszłaś w trochę większe zaostrzenie ewentualnego dramatyzmu, być może sugestii, że faktycznie dla czarnoksiężnika zniszczenie Roży będzie ważniejsze od skupienia się na nowych kreacjach. Nie wiem, może to kwestia, że coś będącego potencjalnie mroczną opowieścią zmienia się w baśń, nie do końca mroczną. Ale to już mam mocne poczucie, że w tym miejscu wkraczam na część subiektywną, właśnie w związku z “nie moją szufladą”, podczas gdy za szufladą chyba istnieją solidne odpowiedzi na takie spojrzenie :) 

 

" Rozmówca milczał, czekał."

Nadmiarowa spacja przed akapitem.

 

"Ten, który nazwał się uczniem czarnoksiężnika"

Jestem mocno odporny na pokrzykiwania o powtórzeniach, ale tutaj ten "uczeń czarnoksiężnika" rzuca się w oczy.

 

Cześć,

Komentarz ten został napisany jeszcze przed wstawieniem komentarza z jurorskim obrazkiem, zatem do tego momentu w tekście mogły zajść zmiany, których już nie śledziłem.

To już moje kolejne spotkanie z rodziną Cardellich. I jest nie mniej tajemniczo niż poprzednio, i jest równie klimatycznie.

Opisy mogą zachwycać, mam wrażenie, że są pieczołowicie dopracowane, a jednocześnie, że wypływają z tekstu bardzo naturalnie. To dodaje niesamowitego klimatu opowieści, kreuje świat, który jest jednocześnie bardzo obrazowy, ale nadal tajemniczy. Opisy jednak mocno hamują historię, która mi się nieco dłużyła. Do tego fajnie wykreowany Adam i reszta bohaterów, którzy zarysowani są nieco bardzie ogólnie, ale między innymi w ten sposób budują tajemnicę. To wszystko uznaję za bardzo mocną stronę tekstu.

Od samego początku dostajemy zagadkę i już wiadomo do czego dąży tekst, choć trzeba przyznać, że fabuła lawiruje w interesujących zakrętasach, zaskakuje (np. w momencie, gdy pojawia się uczeń z pistoletem) i do samego końca ciekawi, choć jak już napisałem powyżej, mi się nieco dłużyła (to kwestia bardziej indywidualnych preferencji ;)), mimo ciekawości. Opowiadanie niby jest samodzielną historią, ale jednak zostawia mnóstwo niedopowiedzeń i całość sprawia wrażenie wycięcia z większego świata. Z jednej strony podnosi to wiarygodność tekstu, z drugiej mam wrażenie, że nie powiedziałaś mi wszystkiego i teraz już tak z tym zostanę.

Motyw konkursowy jest ładny, choć nie powiem żeby porywał. Ostatecznie ratują się nawzajem, zbudowałaś na tym oś fabuły i to jest ok.

Technicznie bez zarzutu. Wyżej zachwyciłem się już opisami, ale również dialogi bardzo mi się podobały. Były jednocześnie dopasowane do postaci, ale też niepozbawione emocji. Wyszły bardzo naturalnie. Nie wiem czy mogę w ogóle tu jeszcze coś dodać :)

To kolejne z Twych opowiadań, które prawdziwie czaruje. Potrafisz pokazywać piękne obrazy słowem. Gratuluję!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć, Drakaina! Bardzo Ci dziękuję za udział w konkursie.

 

To jest jedno z tych opowiadań, które wciągają czytelnika od pierwszego zdania. Nie czytałam na Portalu lepiej otworzonej historii. Bardzo mi ten początek zadziałał na wyobraźnię, ale potem zrobiło się zbyt statycznie, a fabuła okazała się oparta o wyjaśnianie kim jest dziewczynka. Rozmowa z uczniem czarnoksiężnika jest mało interesująca i nieco sztuczna, zabrakło mi tu taj atmosfery zagrożenia. Przejęcie broni poszło Adamowi zdecydowanie zbyt łatwo, a napastnik nagle zamienia się w ofiarę, co dla mnie jest mało przekonujące.

Opisy w momencie pojawienia się bańki choć plastyczne były dla mnie nużące, głównie za sprawa ciągłych zaprzeczeń. Zdaję sobie sprawę, że miało to spotęgować tajemniczość opisywanej sytuacji, ale ja takiego efektu nie odczułam. Więź między Adamem a Różą tworzy się bardzo szybko i właściwie nie wiadomo dlaczego. Można oczywiście uznać to za przeznaczenie czy magię, ale jednak z mojego punktu widzenia jest to mało atrakcyjne wytłumaczenie.

Technicznie jest bardzo dobrze, choć trafiają się nieco zbyt rozwlekłe zdania i sformułowania typu „twardy kamień” czy „chłodny, beznamiętny głos”.

 

Wyróżnienie Alicelli

Urzekła mnie postać dziewczynki oraz to w jaki sposób się pojawiła w tej historii. I klimat na początku mnie wręcz zachwycił.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

 Popełniłaś opowiadanie mroczne, a zarazem bardzo malownicze i plastyczne. Bez dwóch zdań potrafisz budować piękne opisy i dbać o to, by klimat pochłaniał czytelnika bez reszty.

Mam natomiast pewien problem, jeśli chodzi o Adama. Chciałoby się dowiedzieć czegoś więcej na jego temat, a informacje w tekście nie zaspokoiły mojej ciekawości. Co gorsza, nie potrafiłem zżyć się z bohaterem i właściwie przeżywać wydarzeń razem z nim. Przez to właśnie w trakcie lektury czułem się mimo wszystko nieco obco.

Fajnie wykorzystałaś motyw konkursowy, chociaż nie powalił mnie on u Ciebie na łopatki.

Pozdrawiam, dzięki za udział w konkursie :)

Witaj, Drakaino!

Na początku zaznaczę, że podoba mi się, w którą stronę zdecydowałaś się pójść ze swoją twórczością – przynajmniej w tekstach, które miałem okazję ostatnio czytać. Mam na myśli (częściową) rezygnację z tej turbopoprawności historycznej na rzecz fragmentów bardziej przystępnych dla przeciętnego czytelnika. Bardzo to doceniam, bo w połączeniu z wyśmienitym warsztatem i ciekawymi pomysłami, daje to mieszankę całkiem satysfakcjonującą.

Dużo interesujących grzybków pływa w tym barszczu – od zapadających w pamięci, operujących światłem i mrokiem, niedorzecznie ambiwalentnych rzeczy-nierzeczy, przez intrygującego ucznia czarnoksiężnika, znów przez mrok, po tak wyjątkowo, moim zdaniem, udany detal, jak zawód alienisty.

Dostrzegam też jednak szereg minusów, z których wybija się, mam wrażenie, jeden – limit. Sądzę, że gdyby dać Ci przestrzeń, to zrobiłabyś cuda z tej historii. Z drugiej strony, po co zamykać w 30k opowieść zasługującą na co najmniej drugie tyle?

Obcość dziewczynki odebrałem jako sztampową; gdy się czyta historie o takim bobco nie wiadomo skąd, to ono zwykle jest niepokojące, nie odzywa się i ma jakąś przedziwną moc. No i tak tutaj jest. Noir wpada w finale, robi rozróbę i znika. Ja wiem, że to kolejne pojawienie się tego czegoś, że można go zaobserwować także tu i tam – i ja to wiem, bo kilka z tych poprzednich odsłon czytałem i nawet co nieco z nich pamiętam, jednak oceniając “Róża jest różą” zupełnie niezależnie, no to nie jestem pewien, czy ten mrok się tutaj broni. Czy nie poprzestałbym na inności dziewczynki i wysłanniku mroku. Jak dla mnie za dużo, za mocno, niepotrzebnie przelicytowany finał.

Adama odebrałem jako przemądrzałego, ale nadal jest bardziej sympatyczny niż Vidocq. Przepraszam, ale Twoi bohaterowie coś mi nie leżą. ;D Swoją drogą, ktoś już w komentarzach wspomniał, że niewiele zapewniasz wglądu w odczucia bohaterów i zgadzam się z tym, choć dostrzegam nieśmiałe próby eksplorowania tego obszaru (relacja Adam-Róża). IMO to jeszcze nie to, ale przecież praktyka czyni mistrza.

Podsumowując – czytadło satysfakcjonujące. Niemniej oceniam je z perspektywy czytelnika nieco już obytego z Twoją twórczością. Obawiam się, że mimo zapewnień z przedmowy, nadal może okazać się być ciut zbyt hermetyczne.

Nowa Fantastyka