- Opowiadanie: drakaina - Deszczowa oberża

Deszczowa oberża

Tytuł jest wy­pad­ko­wą dwóch in­nych po­my­słów na tytuł.

 

Hi­sto­ria jest za­in­spi­ro­wa­na wi­do­kiem, jaki uj­rza­łam nocą w ja­dal­ni jed­ne­go z domów typu b&b, w któ­rym no­co­wa­łam w nie­daw­nej po­dró­ży przez pół Eu­ro­py ;)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Deszczowa oberża

Była ciem­na, bu­rzo­wa noc. Po kilku go­dzi­nach błą­ka­nia się w stru­gach desz­czu sie­ką­ce­go nie­przy­jem­nie po twa­rzy, którą bez­sku­tecz­nie usi­ło­wa­łem za­sła­niać ka­pe­lu­szem i koł­nie­rzem płasz­cza, za­trzy­ma­łem konia przed drzwia­mi obe­rży. Okna były ciem­ne, roz­świe­tla­ne je­dy­nie bły­ska­wi­ca­mi, nie­mniej po dłu­gim do­bi­ja­niu się w jed­nym z nich roz­bły­sło chy­bo­tli­we świa­teł­ko, a chwi­lę póź­niej w drzwiach sta­nął po­tęż­nej po­stu­ry męż­czy­zna.

Zanim zdą­ży­łem co­kol­wiek po­wie­dzieć, chwy­cił mnie za ramię i wcią­gnął do środ­ka, po czym rów­nie bez­ce­re­mo­nial­nie po­pę­dził scho­da­mi na pię­tro.

– Do świtu nie­da­le­ko – wark­nął, wpy­cha­jąc mnie do cia­snej ko­mór­ki. – Rano po­roz­ma­wia­my.

Usły­sza­łem zgrzyt rygla i kroki od­da­la­ją­ce się od miej­sca mo­je­go uwię­zie­nia. Potem za­pa­dła cisza: nawet szum ulewy za oknem z­da­wał się je­dy­nie da­le­kim echem, po­dob­nie jak roz­brzmiewające raz za razem grzmo­ty. Mia­łem wra­że­nie, jak­bym prze­kro­czyw­szy próg tego po­miesz­cze­nia, które nawet w naj­po­dlej­szej obe­rży nie mo­gło­by nosić miana izby dla gości, zna­lazł się poza rze­czy­wi­stym świa­tem.

Wy­ma­ca­łem w rogu ko­mór­ki wy­gnie­cio­ny sien­nik i sztyw­ne od brudu prze­ście­ra­dło, rze­czy cał­ko­wi­cie zwy­czaj­ne w pod­lej­szych za­jaz­dach. Byłem tak zmę­czo­ny po­dró­żą, że po­mi­mo dzi­wacz­ne­go za­cho­wa­nia go­spo­da­rza za­sną­łem nie­mal w tej samej chwi­li, w któ­rej rzu­ci­łem się na to nędz­ne po­sła­nie.

Ocknąłem się, a przy­naj­mniej takie miałem wrażenie, kiedy jesz­cze pa­no­wa­ła ciem­ność nocy. Zza ścia­ny sły­sza­łem nadal jed­no­staj­ny szmer wody i był to ko­ją­cy dźwięk w po­rów­na­niu z tym, co wy­rwa­ło mnie ze snu. Dłuż­szą chwi­lę na­słu­chi­wa­łem, prze­ko­na­ny, że śnię kosz­mar, aż do­tar­ło do mnie, że moja iz­deb­ka musi znaj­do­wać się nad staj­nią lub chle­wem, gdyż to, co sły­sza­łem, ani chybi było mla­ska­niem i po­chrzą­ki­wa­niem, jakie wy­da­ją psy czy świ­nie, któ­rym go­spo­darz rzuci reszt­ki.

Usia­dłem na sien­ni­ku i prze­jął mnie dziw­ny dreszcz, al­bo­wiem wy­obra­zi­łem sobie, że skrzy­pią­ca pod­ło­ga za­ła­mu­je się pode mną, a ja spa­dam pro­sto do ko­ry­ta, by posłużyć za po­kar­m dla wy­głod­nia­łych wie­przy. Czyż nie taki był od po­cząt­ku za­mysł obe­rży­sty, czło­wie­ka jak wielu ludzi jego pro­fe­sji pod­łe­go i żąd­ne­go zysku – by po­dróż­ne­go, który o pół­noc­nej go­dzi­nie, w burzy i ciem­no­ści za­pu­kał do drzwi, rzu­cić na po­żar­cie be­stiom?

Jeśli nie dotrę do no­ta­riu­sza w Sen­lis, któż nie uzna, że prze­pa­dłem bez wie­ści w tę strasz­li­wą za­wie­ru­chę?

W od­po­wie­dzi na te myśli z od­da­li do­biegł prze­raź­li­wy jęk. Usia­dłem dy­go­cząc na sien­ni­ku, owi­nię­ty prze­ście­ra­dłem, które nagle zdało mi się śmier­tel­nym ca­łu­nem. W takim sta­nie do­trwa­łem do chwi­li, kiedy przez szpa­ry w okien­ni­cy prze­sła­nia­ją­cej ma­leń­kie okien­ko wdar­ło się świa­tło przed­świ­tu, od­ga­nia­jąc mary i bu­dząc mnie z tego snu – nie snu, w który za­pa­dłem wśród upior­nych od­gło­sów zwie­rzę­cej uczty.

Otwar­łem po­now­nie oczy i na­pa­wa­łem się ciszą, za­kłó­ca­ną je­dy­nie szu­mem desz­czu za ścia­ną. Pod­sko­czy­łem na dźwięk kro­ków i zgrzyt rygla, znów mając po­czu­cie, że do­pie­ro budzę się z kosz­ma­ru.

W drzwiach sta­nął ten sam męż­czy­zna, który wczo­raj tak ob­ce­so­wo mnie po­trak­to­wał – dziś za­uwa­ży­łem, że wcale nie jest po­tęż­nej po­stu­ry, a je­dy­nie wy­so­ki i chudy jak szcza­pa. Widać ob­szer­na ka­po­ta uczy­ni­ła go nocą w moich oczach nie­le­d­wie ol­brzy­mem z baśni.

Za­mie­rza­łem dać mu do zro­zu­mie­nia, co sądzę o wczo­raj­szym za­cho­wa­niu wobec po­rząd­ne­go po­dróż­ni­ka, kiedy on ode­zwał się do mnie w te słowa:

– Chodź­cie, panie, za­pro­wa­dzę was do lep­szej izby, czeka tam na was balia z wodą, a potem moja żona przy­rzą­dzi śnia­da­nie.

Za­mru­ga­łem ze zdu­mie­nia, ale po­słusz­nie uda­łem się za obe­rży­stą. Prze­szli­śmy na drugi ko­niec ko­ry­ta­rza. W po­ko­iku, wy­glą­da­ją­cym znacz­nie bar­dziej na izbę dla gości, krzą­tał się nie­wy­so­ki chło­pak. Czy było to tylko złudzenie, czy też zwi­jał wła­śnie po­spiesz­nie za­krwa­wio­ne szma­ty z sien­ni­ka nie­wie­le tylko po­rząd­niej­sze­go niż ten, na któ­rym prze­spa­łem noc?

– Tu wam bę­dzie wy­god­niej – oznaj­mił obe­rży­sta, chwy­ta­jąc chło­pa­ka za ucho i wy­py­cha­jąc wraz z to­bo­łem za drzwi.

– Dla­cze­go nie zo­sta­łem tu umiesz­czo­ny od razu? – za­py­ta­łem, siląc się na ura­żo­ny ton.

– Pokój był za­ję­ty – od­parł krót­ko chu­dzie­lec. – Wy­bacz­cie, żem was tak po­trak­to­wał.

W kącie do­strze­głem torbę, któ­rej w nocy nie zdą­ży­łem od­piąć od sio­dła. Była sucha, jakby ktoś się o nią, a może i o nie­szczę­sne zwie­rzę, za­trosz­czył.

– Jak zej­dzie­cie na dół, żona da wam co zjeść.

Z tymi słowy wy­szedł, a ja rzu­ci­łem się spraw­dzać, czy nic mi nie zgi­nę­ło. Sa­kiew­ka z mo­ne­ta­mi była może i cięż­sza, kiedy ru­sza­łem w drogę, ale mach­ną­łem na to ręką. Pa­pie­ry, które wio­złem do no­ta­riu­sza, za­wil­gły nieco i atra­ment gdzie­nie­gdzie się roz­ma­zał, ale nic w nich nie bra­ko­wa­ło.

Ochla­paw­szy się stę­chłą wodą i zmie­niw­szy ko­szu­lę na czy­stą, zszedłem do głów­nej izby.

Jej więk­szą część zaj­mo­wał duży stół z gru­bych desek, który nie­daw­no chyba padł ofia­rą ognia, al­bo­wiem więk­szość blatu była po­czer­nia­ła i jak­kol­wiek ktoś przy­ło­żył się do szo­ro­wa­nia, ślady spa­le­ni­zny po­zo­sta­ły do­brze wi­docz­ne. Przy piecu krzą­ta­ła się ko­bie­ta bę­dą­ca na wy­gląd za­prze­cze­niem mał­żon­ka: tam gdzie on był wy­so­ki i chudy, ona była nie­na­tu­ral­nie wręcz niska i pulch­na. Ob­ró­ci­ła się ku mnie, uka­zu­jąc ru­mia­ne, jo­wial­ne ob­li­cze.

– Wy­bacz­cie, panie, że nocą mój mąż nie mógł wam za­pro­po­no­wać po­rząd­nej izby. Lep­sza jed­nak sucha ko­mór­ka niż mok­nię­cie pod gołym nie­bem. – Za­śmia­ła się chra­pli­wie.

Usia­dłem nad misą pełną zupy ze skwar­ka­mi i po­czu­łem dreszcz. W uszach za­dzwo­ni­ło echo od­gło­sów sły­sza­nych nocą.

– Był­bym spał nawet nie naj­go­rzej – oznaj­mi­łem – gdyby nie umiesz­czo­no mnie tuż nad chle­wem, jak mnie­mam.

Od­po­wie­dzią na moje słowa był brzęk tłu­ką­ce­go się szkła. Karcz­ma­rzo­wa wpa­try­wa­ła się we mnie ma­ły­mi okrą­gły­mi oczka­mi, może nawet nieco świń­ski­mi, po­my­śla­łem.

W drzwiach izby sta­nął obe­rży­sta; u jego nóg krę­cił się nie­du­ży kun­del.

– Tu nie ma chle­wu – oznaj­mił męż­czy­zna lo­do­wa­tym tonem.

Zer­k­ną­łem na zwie­rzę.

– A zatem to za­pew­ne pies do­ja­dał reszt­ki po ko­la­cji? – za­ry­zy­ko­wa­łem.

Obe­rży­sta usiadł przy piecu, gła­dząc kun­dla, który zwi­nął się do snu w cie­ple.

– W desz­czu słychać różne rze­czy – stwier­dził, jakby to miało być od­po­wie­dzią na moje py­ta­nie. – W nowej izbie wy­śpi­cie się le­piej.

Do­pie­ro teraz uświa­do­mi­łem sobie, że ten czło­wiek uważa za oczy­wi­sty mój dłuż­szy pobyt w jego przy­byt­ku.

– Jeśli zdo­ła­łem do­trzeć pod Sen­lis, roz­wa­żę postój na kilka nocy – oświad­czy­łem – ale jeśli zbłą­dzi­łem, to ruszę dalej jesz­cze dziś, jako że mam pilną spra­wę do za­ła­twie­nia w mie­ście.

Przez chwi­lę pa­no­wa­ło mil­cze­nie, prze­ry­wa­ne je­dy­nie szu­mem ulewy za okna­mi, po­chra­py­wa­niem psa i trza­ska­niem mar­ne­go ognia. Obe­rży­sta i jego żona po­pa­try­wa­li po sobie, jakby po­ro­zu­mie­wa­li się bez słów.

Muszę wy­znać, że czu­łem lęk. Byłem na ich łasce, nie wie­dzia­łem nawet, gdzie umie­ści­li konia.

– W tę po­go­dę ni­g­dzie nie po­je­dzie­cie – ode­zwał się w końcu męż­czy­zna. – A do Sen­lis jesz­cze pół dnia drogi.

A zatem za­błą­dzi­łem w tej prze­klę­tej ule­wie. Aby otrzy­mać spa­dek – co­kol­wiek wuj za­pi­sał mi w te­sta­men­cie – mu­sia­łem się sta­wić u no­ta­riu­sza przed pięt­na­stym dniem mie­sią­ca, czyli naj­da­lej za trzy dni.

– Jak ro­zu­miem – od­par­łem wy­nio­śle – czło­wiek, który zaj­mo­wał wcze­śniej izbę na górze, zdo­łał wy­je­chać.

Pies za­war­czał przez sen. Czy to jego mla­ska­nie sły­sza­łem w nocy?

Obe­rży­sta nawet nie drgnął.

– W tym po­ko­ju nikt nie no­co­wał.

Wzbie­ra­ła we mnie złość.

– Mó­wi­li­ście, że był za­ję­ty.

– Bo tak było.

Przy­po­mniałem sobie za­krwa­wio­ny tobół w rę­kach po­słu­ga­cza. Ro­zej­rza­łem się, ale chło­pa­ka nie było ni­g­dzie widać. Do­ja­dłem z obrzy­dze­niem zupę, zo­sta­wia­jąc część skwa­rek, bo miałem wrażenie, że pa­trzą spo­śród nich oczy po­mor­do­wa­nych tu gości. Od­su­ną­łem miskę i wsta­łem, kie­ru­jąc się ku wyj­ściu. Nikt mnie nie za­trzy­my­wał.

Za drzwia­mi na­tkną­łem się na do­słow­ną ścia­nę desz­czu, za którą ma­ja­czy­ły kształ­ty do­mostw, a może drzew. Wy­cią­gną­łem rękę i zro­bi­łem krok do przo­du – wy­da­ło mi się, że kro­ple, a ra­czej stru­mień wody jed­no­cze­śnie mrozi jak lód i pali ni­czym ogień.

Za­drża­łem, czu­jąc na ra­mie­niu cięż­ką rękę. Po­słusz­nie dałem się za­pro­wa­dzić do po­ko­iku na górze.

Przez go­dzi­nę sie­dzia­łem wpa­trzo­ny w ze­ga­rek, któ­re­go wska­zów­ki po­wo­li prze­su­wa­ły się ku po­łu­dniu. Nie mia­łem nic do ro­bo­ty poza czy­ta­niem w kółko pa­pie­rów no­ta­rial­nych, a te zna­łem na pa­mięć. Wsłu­chi­wa­łem się więc w od­gło­sy obe­rży, po­wo­li uświa­da­mia­jąc sobie, że je­stem je­dy­nym go­ściem.

Z dołu do­bie­ga­ły zu­peł­nie zwy­czaj­ne dźwię­ki: brzęk na­czyń, szcze­ka­nie psa, kroki, po­krzy­ki­wa­nia, rą­ba­nie drew­na. Pra­wie na­to­miast nie sły­sza­łem desz­czu, więc kiedy wska­zów­ka prze­su­nę­ła się na go­dzi­nę dwu­na­stą, otwar­łem okno, by na­tych­miast je za­trza­snąć. Echo po­wtó­rzy­ło trza­śnię­cie. Od­wró­ci­łem głowę i uj­rza­łem w drzwiach tego sa­me­go po­słu­ga­cza, który był tu rano, tym razem nio­są­ce­go w ra­mio­nach na­rę­cze drew­na.

– M-ma­da­me k-ka­za­ła z-za­pa­lić, b-bo z-zim­no – wy­du­kał.

Ją­ka­ła czy nie, to była je­dy­na oka­zja, by spró­bo­wać się cze­goś do­wie­dzieć. Tyle tylko, że sta­łem z wzro­kiem wle­pio­nym w ko­mi­nek i le­cą­cą z niego sadzę, nie wie­dząc, o co pytać.

– Dla­cze­go nie spa­łem tu po­przed­niej nocy?

Od­po­wie­dzia­ło mi usil­ne dmu­cha­nie w żar.

– P-po­kój n-nie b-był g-go­to­wy – wy­ją­kał w końcu sługa, kiedy po­wtó­rzy­łem py­ta­nie.

– A więc to kłam­stwo, że nikt tu nie spał? – Chwy­ci­łem go za ra­mio­na i po­trzą­sną­łem. – Co się z nim stało?

Chło­pak był silny. Wy­rwał się, przez chwi­lę grze­bał w pa­le­ni­sku, po czym sta­nął na­prze­ciw­ko mnie.

– N-niech p-pan p-prze­sie­dzi d-deszcz w p-po­ko­ju – wy­mam­ro­tał po chwi­li mil­cze­nia. – N-niech p-pan n-nie w-wy­cho­dzi.

Za­ry­glo­wa­na ko­mór­ka. Za­krwa­wio­ne szma­ty w tym po­ko­ju. Od­gło­sy upior­nej uczty w nocy. Wpu­ścił mnie tu jed­nak czło­wiek… który sprawiał wrażenie wiel­ko­lu­da i we­pchnął mnie na­tych­miast do środ­ka, jakby bał się, że ina­czej zrobi mi krzyw­dę. Czyż­by obe­rży­sta chro­nił mnie przed sobą i swoją mał­żon­ką? Czyż­by ten ktoś, kto miesz­kał tu przede mną, zlek­ce­wa­żył ostrze­że­nie?

Po­tak­ną­łem, wci­sną­łem chło­pa­ko­wi parę mie­dzia­ków do ręki i wy­pchną­łem go za drzwi. Od­cze­ka­łem aż kroki ucich­ną na scho­dach i bar­dzo po­wo­li wy­chy­li­łem głowę na ko­ry­tarz. Spoj­rza­łem ku jego dru­gie­mu koń­co­wi i ko­mór­ce, w któ­rej spę­dzi­łem noc. Zna­jąc już tro­chę par­ter bu­dyn­ku, oce­ni­łem, że pod nią była izba ja­dal­na, a zatem stam­tąd do­cho­dzi­ły prze­ra­ża­ją­ce od­gło­sy zwie­rzę­cej uczty.

Wie­dzio­ny cie­ka­wo­ścią pod­kra­dłem się ku swej daw­nej sy­pial­ni i zna­la­złem drzwi nie­za­ry­glo­wa­ne. W środ­ku było tak, jak za­pa­mię­ta­łem: wy­gnie­cio­ny stary sien­nik, brud­ne prze­ście­ra­dło, reszt­ki stę­chłe­go je­dze­nia w kącie i szczu­rze od­cho­dy. Wy­obraź­nia pod­su­nę­ła mi obraz szczu­ra-ol­brzy­ma pożerającego w kuch­ni to, co po­zo­sta­ło z gości po uczcie obe­rży­sty i jego żony.

Szum wody za ścia­ną był tu gło­śniej­szy, mógł­bym nawet przy­siąc, że w wie­trze i stu­ko­cie kro­pel sły­szę głosy.

Cof­ną­łem się do ko­ry­ta­rza i ru­szy­łem ku po­ko­jo­wi, by przedsięwziąć do­kład­ne oglę­dzi­ny. Moja pie­czo­ło­wi­tość zo­sta­ła wkrót­ce na­gro­dzo­na: na drzwiach za­uwa­ży­łem ślady jakby pa­zu­rów, a na ko­min­ku zna­la­złem wy­dra­pa­ną datę, którą od­czy­ta­łem sma­ru­jąc cegły sadzą. Ty­siąc sie­dem­set osiem­dzie­siąt sześć, trzy­na­sty paź­dzier­ni­ka.

W zwy­czaj­nych oko­licz­no­ściach uznał­bym to za czas wy­bu­do­wa­nia obe­rży, teraz jed­nak pa­mięć go­rącz­ko­wo po­szu­ki­wa­ła zna­czeń. Czy uro­dził się wtedy albo umarł ktoś ważny? Czy dzień ten lub rok miał zna­cze­nie po­li­tycz­ne albo był ważny dla ta­jem­nych sto­wa­rzy­szeń?

Nie mając nic lep­sze­go do ro­bo­ty zsze­dłem znów na dół.

– Czę­sto tu tak pada? – za­gad­ną­łem stojącą przy piecu karcz­ma­rzo­wą.

Utkwi­ła we mnie wzrok ma­łych, świń­skich oczek.

– Za czę­sto – od­par­ła. Na­bra­ła cho­chlą zupy z ko­cioł­ka wi­szą­ce­go nad ogniem. – Zje pan rosół.

Usia­dłem przy nad­pa­lo­nym stole, nie­chęt­nie mie­sza­jąc łyżką w misce, jak­bym oba­wiał się, że zo­ba­czę w niej po­wy­krzy­wia­ne twa­rze ofiar. Bez­wied­nie wo­dzi­łem pal­cem dru­giej ręki po bla­cie i do­strze­głem, że spa­le­ni­zna – a ra­czej jej brak na samym środ­ku – ukła­da się w re­gu­lar­ny kształt.

– Niech pan je, póki go­rą­ce.

Od­ru­cho­wo sku­li­łem się na widok obe­rży­sty. Czło­wiek ten miał pa­skud­ny zwy­czaj po­ja­wiać się nie­mal bez­sze­lest­nie. Teraz usiadł na­prze­ciw­ko mnie, jakby za­mie­rzał pil­no­wać, czy zjem strasz­li­wą po­lew­kę.

– A gdzie po­dział się pies? – za­py­ta­łem, nie wi­dząc kun­dla.

Obe­rży­sta wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Pew­nie śpi w staj­ni.

Prze­łkną­łem kilka łyżek bu­lio­nu.

– Długo po­trwa ten pie­kiel­ny deszcz? – Raz jesz­cze spró­bo­wa­łem za­ga­ić roz­mo­wę. – Muszę zdą­żyć do no­ta­riu­sza… – Urwa­łem, klnąc w duchu, że teraz mogą mnie wziąć za czło­wie­ka za­moż­ne­go. „Może le­piej za­ry­zy­ko­wać dal­szą po­dróż” – po­my­śla­łem i na­tych­miast wzdry­gną­łem się na myśl, że miał­bym znów zna­leźć się na mo­krym, ośli­zgłym zim­nie.

Mój roz­mów­ca zmru­żył lekko oczy i za­bęb­nił pal­ca­mi w stół.

– Pie­kiel­ny deszcz – po­wtó­rzył w za­my­śle­niu, dra­piąc się po nie­ogo­lo­nej bro­dzie. – Kilka dni za­wsze pada.

Pod­sze­dłem do okna, za któ­rym było ciem­no, choć nie­daw­no do­pie­ro mi­nę­ło po­łu­dnie. Przez brud­ną szybę wi­dzia­łem ścia­nę wody. Stru­gi zda­wa­ły się wsią­kać w ścia­ny obe­rży, aż cof­ną­łem się, jak­bym zo­ba­czył ich macki prze­ni­ka­ją­ce przez mur.

Za drob­ną sumę obe­rży­sta dał mi kilka kart nie­za­pi­sa­ne­go pa­pie­ru, na któ­rych z nudów za­czą­łem spi­sy­wać wszyst­kie ob­ser­wa­cje w tym dziw­nym miej­scu. Na tym za­ję­ciu ze­szedł mi czas aż do wie­czo­ra, kiedy to ją­ka­ła przy­niósł po­si­łek do po­ko­ju. Po­nie­waż pod­czas ro­bie­nia no­ta­tek po­wzią­łem pe­wien plan, który za­pew­ne nie spodo­bał­by się go­spo­da­rzom, nie wy­py­ty­wa­łem tym razem chło­pa­ka o nic, co przy­jął z wy­raź­ną ulgą.

– Z-za­mknij­cie d-do­brze p-po­kój – po­wie­dział, wy­cho­dząc.

Pod­nio­słem na niego py­ta­ją­co wzrok. Zmie­szał się.

– Z-zim­no z k-ko­ry­ta­rza idzie – wy­ja­śnił nie­zbyt prze­ko­nu­ją­co.

Gdy wy­szedł, na­słu­chi­wa­łem pod drzwia­mi. Skrzy­pie­nie pod­ło­gi, potem rów­no­mier­ny stu­kot sa­bo­tów na scho­dach. Przez dłuż­szą chwi­lę sły­chać było jesz­cze krzą­ta­nie się w kuch­ni, a potem wszyst­ko uci­chło.

Ostroż­nie wy­chy­ną­łem na ko­ry­ta­rz, trzy­ma­jąc w ręku tani cy­no­wy lich­ta­rzyk z ło­jo­wą świe­cą, po­sta­wio­ny przez ją­ka­łę na ko­min­ku. Wra­ca­jąc po obie­dzie do swo­je­go wię­zie­nia, za­uwa­ży­łem za za­ło­mem ścia­ny jesz­cze jedne drzwi, ale były za­ry­glo­wa­ne.

W mło­do­ści, wstyd to przy­znać, zda­rza­ło mi się raz czy drugi uczest­ni­czyć w nie­zbyt uczci­wych po­czy­na­niach pew­nych ludzi z ro­dzin­ne­go mia­stecz­ka, toteż nie po­dej­rze­wa­łem, by zamek w pod­rzęd­nej obe­rży miał spra­wić mi kło­pot. Le­d­wie jed­nak za­bra­łem się za jego ba­da­nie, usły­sza­łem głosy na dole, w głów­nej izbie. Unio­słem głowę i przez za­ro­śnię­te pa­ję­czy­na­mi okien­ko do­strze­głem coś na kształt ludz­kiej po­sta­ci, prze­my­ka­ją­cej przez po­dwó­rze, za­le­wa­ne wciąż stru­ga­mi desz­czu. Wy­da­ła mi się nie­po­dob­na do zna­nych mi już miesz­kań­ców obe­rży, wy­glą­da­ła jak młod­sza i szczu­plej­sza znacz­nie od karcz­ma­rzo­wej ko­bie­ta w ja­snej su­kien­ce. Albo jak zjawa, pod­po­wie­dzia­ła wy­obraź­nia.

Z dołu do­biegł cichy brzęk, a potem po­spiesz­ne kroki i po­mru­ki­wa­nia, może pro­wa­dzo­na przy­ci­szo­ny­mi gło­sa­mi roz­mo­wa. Sta­łem bez ruchu pod za­mknię­ty­mi drzwia­mi, osła­nia­jąc jedną ręką pło­myk świecz­ki, a w dru­giej trzy­ma­jąc ze­ga­rek. Kiedy wska­zów­ki prze­su­nę­ły się na go­dzi­nę dzie­sią­tą, a zni­kąd nie do­cho­dził żaden dźwięk, od­wa­ży­łem się po­dejść do scho­dów.

Wy­chy­li­łem się przez po­ręcz i do­strze­głem sła­biut­ką po­świa­tę do­by­wa­ją­cą się z izby ja­dal­nej. Wie­dzio­ny nie­zdro­wą cie­ka­wo­ścią zsze­dłem na sam dół i oczom moim uka­zał się za­ska­ku­ją­cy widok.

Na środ­ku stołu, tego sa­me­go, przy któ­rym ja­dłem po­łu­dnio­wy po­si­łek, leżał przed­miot przy­po­mi­na­ją­cy nieco rów­no­ra­mien­ny krzyż, a tuż obok stały srebr­ne na­czy­nia, wy­glą­da­ją­ce jak li­tur­gicz­ne. Nagle wszyst­kie lęki ostat­nich go­dzin zna­la­zły wy­tłu­ma­cze­nie: w oso­bach obe­rży­sty i jego żony uj­rza­łem zwy­kłych ra­bu­siów, okra­da­ją­cych po­dróż­nych, a może i ich mor­du­ją­cych. Ostat­nią ofia­rą mógł być jakiś księ­żu­lo. Mało ta­kich opo­wie­ści krą­ży­ło o od­lud­nych za­jaz­dach?

Zdję­ty lę­kiem, wa­ha­łem się, czy zaj­rzeć do izby, czy też wy­co­fać się na pię­tro. W po­ko­ju zo­sta­wi­łem nie­na­bi­ty pi­sto­let. Los zde­cy­do­wał za mnie: w ciem­no­ści usły­sza­łem skrzyp­nię­cie pod­ło­gi i lek­kie kroki. Chwi­lę póź­niej po dru­giej stro­nie stołu, oświe­tlo­na słabą po­świa­tą uno­szą­cą się od przed­mio­tów uło­żo­nych na stole, uka­za­ła się wid­mo­wa po­stać.

Młoda ko­bie­ta o nie­na­tu­ral­nie bla­dej twa­rzy wpa­try­wa­ła się we mnie wy­głod­nia­łym wzro­kiem, w któ­rym prze­ra­że­nie mie­sza­ło się z nie­opi­sa­ną tę­sk­no­tą i le­d­wie za­uwa­żal­ną iskier­ką na­dziei.

– Niech pan wraca na górę – ode­zwa­ła się i do­pie­ro wtedy po­ją­łem, że to nie zjawa, lecz osoba z krwi i kości.

Po­czu­łem przy­pływ sza­leń­czej od­wa­gi i za­miast po­słu­chać ta­jem­ni­czej nie­zna­jo­mej, po­stą­pi­łem krok do przo­du. Dziew­czy­na cof­nę­ła się, skła­da­jąc w obron­nym ge­ście ręce na pier­si. Le­żą­cy na stole krzyż, z bli­ska przy­po­mi­na­ją­cy ra­czej gwiaz­dę o czte­rech pro­mie­niach, po­ru­szył się, na­czy­nia za­brzę­cza­ły cicho. Spo­mię­dzy nich, a może spod blatu usły­sza­łem ciche echo strasz­li­wych od­gło­sów, które nie da­wa­ły mi spać po­przed­niej nocy. Przy­kuc­ną­łem – w na­dziei, po praw­dzie, iż zo­ba­czę tam psi­sko ogry­za­ją­ce kości. Nie wi­dzia­łem jed­nak nic, pod sto­łem była je­dy­nie ciem­ność.

– Niech pan wraca do po­ko­ju – po­wtó­rzy­ła dziew­czy­na na­glą­co. – On zaraz tu bę­dzie.

O kim mó­wi­ła? Oczy zdą­ży­ły się już przy­zwy­cza­ić do mroku, więc ro­zej­rza­łem się po sali: ni­ko­go poza nami tu nie było. Tylko z mroku do­cho­dzi­ły ciche dźwię­ki, przy­po­mi­na­ją­ce mla­ska­nie. Zro­bi­łem krok do przo­du, a ra­czej usi­ło­wa­łem, bo po­de­szwa buta kle­iła się do desek ni­czym do smoły. Za oknem wzmógł się szum desz­czu. Ze ścian ka­pa­ły czar­ne kro­ple.

– On? – za­py­ta­łem. – Obe­rży­sta? Za­mie­nio­ny w psa?

– On – od­po­wie­dzia­ła. – Oj­ciec moich dzie­ci.

Spoj­rza­łem w jej bla­do­nie­bie­skie oczy i uj­rza­łem w nich pust­kę.

„Gdy­bym tylko miał pi­sto­let!” – po­my­śla­łem, z wielkim trudem odrywając stopę od ziemi i wy­chy­la­jąc się w kie­run­ku stołu. Zamierzałem się­gnąć po me­ta­lo­wą gwiaz­dę, która była chyba dość cięż­ka, by obro­nić mnie nawet przed sil­nym męż­czy­zną albo i po­two­rem, w któ­re­go się prze­mie­niał. Kiedy podszedłem na tyle bli­sko, by ogar­nę­ła mnie po­świa­ta roz­cho­dzą­ca się od srebr­nych przed­mio­tów, myśli nieco się roz­ja­śni­ły. „Nie ma po­two­rów” – po­wie­dzia­łem sobie. „Jest obe­rży­sta, który ra­bu­je gości, może ich nawet za­bi­ja, i upra­wia nie­rząd z pra­cu­ją­cą tu dziew­czy­ną”. Jest młoda ko­bie­ta, w któ­rej obro­nie po­wi­nie­nem sta­nąć, a obe­rży­stę do­pro­wa­dzić przed ob­li­cze wy­mia­ru spra­wie­dli­wo­ści.

Do­tkną­łem gwieź­dzi­ste­go krzy­ża i unio­słem go. Usły­sza­łem zdu­szo­ny krzyk dziew­czy­ny, a na dłoni po­czu­łem zimne i go­rą­ce jed­no­cze­śnie kro­ple. W mar­nym świe­tle wi­dzia­łem, jak wgry­za­ją się w skórę, rzeź­biąc w niej czar­ny wzór. Nie­zno­śny ból spra­wił, że upu­ści­łem pro­wi­zo­rycz­ną broń i od­sko­czy­łem od stołu. Czar­ne stru­my­ki płynęły po bla­cie, czar­ne kro­ple prze­le­wa­ły się przez kra­wędź, ude­rza­jąc w pod­ło­gę z gło­śnym plu­skiem.

W tej samej chwi­li po­czu­łem cios w tył głowy i ogar­nę­ła mnie nie­prze­nik­nio­na ciem­ność.

 

***

 

Obu­dził mnie chłod­ny dotyk na ustach.

– N-niech p-pan p-pi­je.

Zna­łem ten głos. Otwar­łem oczy i uj­rza­łem nad sobą za­tro­ska­ną twarz ją­ka­ły, któ­re­go nigdy nie za­py­ta­łem o imię. Teraz też o tym nie my­śla­łem, po­nie­waż ude­rzy­ło mnie co in­ne­go: zdu­mie­wa­ją­ce po­do­bień­stwo do dziew­czy­ny, którą wi­dzia­łem na dole.

Za­mru­ga­łem po­wie­ka­mi. To był sen, to mu­siał być sen. Ją­ka­ła nie wy­szedł z po­ko­ju, ja ni­g­dzie nie wy­cho­dzi­łem, to wszyst­ko mi się przy­śni­ło. Rozum bar­dzo chciał wie­rzyć w te za­pew­nie­nia, pa­mięć jed­nak pod­su­wa­ła ob­ra­zy i do­świad­cze­nia zmy­słów, które mó­wi­ły zgoła co in­ne­go. Spoj­rza­łem na dłoń: była owi­nię­ta szma­tą, a spod niej wy­sta­wa­ło coś zie­lo­ne­go – liść babki. Zdar­łem opa­tru­nek: na skó­rze wid­nia­ły za­ognio­ne ślady po­zo­sta­wio­ne przez kro­ple pie­kiel­ne­go desz­czu, który prze­nik­nął do wnę­trza obe­rży.

– Dziew­czy­na… – Za­drża­łem na chra­pli­wy dźwięk mo­je­go wła­sne­go głosu. – Tam była…

Ją­ka­ła po­krę­cił głową.

– N-niech p-pan w-wy­pi­je i z-za­śnie.

Unio­słem rękę ku jego twa­rzy.

– Wy­glą­da­ła zu­peł­nie…

– P-przy­wi­dzia­ło s-się p-pa­nu.

– Ten deszcz – po­wie­dzia­łem – on po­wo­du­je omamy, tak? Co to jest? Co się tu dzie­je?

Wmu­sił we mnie całą szklan­kę pod­łe­go wina, za­pew­ne za­pra­wio­ne­go ma­kiem, bo chwi­lę póź­niej za­pa­dłem w nie­spo­koj­ny sen, w któ­rym sły­sza­łem dziw­ne dźwię­ki, ale nie bu­dzi­łem się wię­cej.

Kiedy otwar­łem oczy, za oknem było ja­śniej, choć po­sęp­ne stru­gi desz­czu nadal za­sła­nia­ły widok. Z dołu do­cho­dzi­ły od­gło­sy zwy­kłej krzą­ta­ni­ny. Przez opar­cie usta­wio­ne­go przy ko­min­ku krze­sła prze­wie­szo­na była wy­pra­na ko­szu­la, moja wła­sna. Prze­bra­łem się w po­śpie­chu, nie­dba­le wią­żąc kra­wat, i naj­ci­szej jak umia­łem, zsze­dłem na dół, w na­dziei, że za­sko­czę go­spo­da­rzy.

Nie spo­dzie­wa­łem się zo­ba­czyć na stole ko­ściel­ne­go sre­bra, więc nie zdzi­wił mnie widok pu­ste­go blatu, na któ­rym je­dy­nie przy­by­ło śla­dów spa­le­ni­zny. Wspo­mnie­nia mi­nio­ne­go wie­czo­ra pod­po­wia­da­ły mi, że te czar­ne smugi nie były dzie­łem ognia, ra­cjo­nal­ny umysł od­rzu­cał jed­nak myśl o tym, że to, co oglą­da­łem, było praw­dą, a nie oma­mem wy­wo­ła­nym przez jakiś spe­cy­fik, który być może do­da­wa­no tu do po­traw i na­po­jów.

– Po­spał pan! To do­brze, do­brze – po­wi­ta­ła mnie karcz­ma­rzo­wa, od­wra­ca­jąc się na­tych­miast, kiedy po­ja­wi­łem się w drzwiach izby. – Już się prze­ja­śnia, nie­dłu­go po­je­dzie pan w swoją stro­nę.

Małe oczka świ­dro­wa­ły mnie, jakby oce­nia­jąc, ile szyn­ki da się wy­kro­ić z mo­je­go ciała. Za­ci­sną­łem palce, czu­jąc pa­znok­cie wbi­ja­ją­ce się w skórę pra­wie do krwi. Za­mru­ga­łem po­wie­ka­mi. Przede mną stała nie­du­ża, jo­wial­na ko­bie­ta w śred­nim wieku, ubra­na w po­ce­ro­wa­ną w wielu miej­scach suk­nię i nie­zbyt czy­sty płó­cien­ny cze­pek. W nie­bie­skich oczach do­strze­głem uśmiech, nie głód. Pulch­ne ręce po­sta­wi­ły na stole miskę dy­mią­cej zupy. Ko­bie­ta przy­sia­dła na ławie na­prze­ciw­ko mnie.

– Zje pan i naj­le­piej prze­śpi resz­tę dnia – oznaj­mi­ła tonem matki stro­fu­ją­cej dziec­ko. – Jazda w tej po­go­dzie ani chybi przy­pra­wi­ła pana o go­rącz­kę, a nie chce pan su­chot albo czego gor­sze­go się na­ba­wić.

Zupa była ja­rzy­no­wa, bez skwa­rek, a z wiel­kich ok tłusz­czu spo­glą­da­ła tylko moja wła­sna od­bi­ja­ją­ca się w nich twarz. Prze­su­ną­łem wolną ręką po bla­cie stołu, po ciem­nych ry­sach. Czu­łem lek­kie mro­wie­nie w pal­cach, czu­łem też wzrok karcz­ma­rzo­wej śle­dzą­cy moje ruchy. Ski­ną­łem głową.

– Tak – od­po­wie­dzia­łem, uda­jąc sen­ność. – Prze­śpię cały dzień.

Za­miar mia­łem zu­peł­nie inny, chcia­łem tylko uśpić jej czuj­ność. Nie wspo­mi­na­ła o tym, co zda­rzy­ło się w nocy, ja więc też po­sta­no­wi­łem uda­wać, że nic nie pa­mię­tam albo uwa­żam wszyst­ko za zmory senne.

Kiedy wcho­dzi­łem na scho­dy, przez okno uj­rza­łem na po­dwó­rzu szary cień i roz­po­zna­łem dziew­czy­nę spo­tka­ną w nocy. Kryła się pod oka­pem ni­skie­go bu­dyn­ku, który mie­ścił za­pew­ne staj­nię i po­miesz­cze­nia go­spo­dar­cze. Pa­li­ła mnie cie­ka­wość, uda­łem jed­nak, że nic nie za­uwa­żam i wró­ci­łem do po­ko­ju na pię­trze.

Tu przez chwi­lę istot­nie le­ża­łem nie­mal bez ruchu, roz­my­śla­jąc i za­cho­wu­jąc się tak cicho, jak­bym spał. Po kwa­dran­sie usły­sza­łem ostroż­ne kroki na scho­dach i ko­ry­ta­rzu; za­trzy­ma­ły się pod drzwia­mi po­ko­iku. Prze­wró­ci­łem się na łóżku i wes­tchną­łem, jakby przez sen. Nie mu­sia­łem długo cze­kać, by kroki od­da­li­ły się, a potem dźwię­ki do­cho­dzą­ce z izby na dole stały się na po­wrót zwy­kły­mi od­gło­sa­mi kuch­ni i co­dzien­ne­go życia.

Nie wie­dzia­łem, co o tym wszyst­kim my­śleć: za dnia obe­rża zda­wa­ła się ni­czym nie wy­róż­niać spo­śród po­dob­nych jej przy­byt­ków, w nocy zaś… Wsta­łem i zdją­łem buty, po czym na pal­cach pod­sze­dłem do ko­min­ka. Uma­za­na sadzą data wid­nia­ła tam nadal. Wie­dzio­ny dziw­nym im­pul­sem wy­ry­łem obok dzi­siej­szą i wzdry­gną­łem się na myśl, że za dwa dni bę­dzie okrą­gła rocz­ni­ca, czterdzieści lat. Za dwa dni, kiedy muszę sta­wić się w Sen­lis po spa­dek po wuju, któ­re­go nawet do­brze nie zna­łem.

Nie będąc w sta­nie wy­my­ślić zna­cze­nia daty, za­sta­no­wi­łem się nad ry­sa­mi na drzwiach. Obe­rży­sta, któ­re­go po­dej­rze­wa­łem, że może być lo­up-ga­rou albo po­dob­nym mu stwo­rze­niem, w nocy po­ja­wił mi się jako czło­wiek, ale prze­cież po­two­rem mógł być kto­kol­wiek inny: jego żona o świń­skich oczkach, chło­pak ją­ka­ła, albo i ta­jem­ni­cza dziew­czy­na. „Nie” – po­my­śla­łem – „ją też wi­dzia­łem nocą w ludz­kiej po­sta­ci”. Nie­zna­jo­ma wspo­mnia­ła o ojcu swo­ich dzie­ci, to zaś da­wa­ło wybór mię­dzy obe­rży­stą i po­słu­ga­czem, który w tej chwi­li naj­bar­dziej pa­so­wał mi na tego, kto w czar­nym desz­czu prze­mie­nia się w po­two­ra, jako że nie wi­dzia­łem go nigdy po zmierz­chu, a i ostrze­gał mnie kilka razy przed opusz­cza­niem po­ko­ju.

Po­zo­sta­wa­ły jesz­cze skra­dzio­ne przed­mio­ty na stole, ale to wy­da­wa­ło się łatwo wy­tłu­ma­czal­ne po­kąt­ny­mi spraw­ka­mi wielu wła­ści­cie­li za­jaz­dów.

Był­bym to zbył takim ro­zu­mo­wa­niem, gdyby jedno wspo­mnie­nie z nocy nie ude­rzy­ło mnie ni­czym obu­chem. Po­czu­łem znów chłód me­ta­lu i do­tknię­cie smo­li­stej ma­te­rii, kiedy unio­słem krzyż z blatu. W uszach za­dzwo­ni­ło echo krzy­ku dziew­czy­ny. Na po­ty­li­cy po­czu­łem ból ude­rze­nia, zro­bi­ło mi się znów ciem­no przed ocza­mi. W po­wi­do­ku za­ma­ja­czył kształt for­mu­ją­cy się w ra­mio­nach wy­glą­da­ją­cej jak zjawa nie­zna­jo­mej. I coś jesz­cze, czego, ogłu­szo­ny, nie za­uwa­ży­łem w szcze­gó­łach, a co teraz wy­pły­wa­ło coraz moc­niej na po­wierzch­nię myśli. Nocą w izbie na dole był ktoś jesz­cze, ktoś bez­kształt­ny, czyj wzrok prze­ni­kał mnie także w tej chwi­li, jakby ta isto­ta miała oczy wszę­dzie w ścia­nach obe­rży.

Za­krę­ci­ło mi się w gło­wie i opar­łem się o ścia­nę, czu­jąc jak ko­szu­la przy­kle­ja się do zim­nych, wil­got­nych ce­gieł. W sła­bej po­świa­cie resz­tek żaru w ko­min­ku wi­dzia­łem, jak w po­ro­wa­tej po­wierzch­ni two­rzą się kro­ple czar­nej krwi, a na­stęp­nie wici lub macki, się­ga­ją­ce ku mnie.

Upa­dłem na ko­la­na, na ka­mien­ną po­sadz­kę, za­po­mi­na­jąc o za­cho­wa­niu ciszy, i wizja ustą­pi­ła. Na­słu­chi­wa­łem przez chwi­lę, ale chyba nikt na dole nic nie usły­szał. Trzą­słem się ze stra­chu, po­sta­no­wi­łem jed­nak wcie­lić w życie plan przed­się­wzię­ty rano. Za­mknię­te po­miesz­cze­nie, są­dząc po tym, co dało się do­strzec przez brud­ne okna obe­rży i oce­nić po roz­kła­dzie bu­dyn­ku, mu­sia­ło być duże. „To po pro­stu zbio­ro­wa izba sy­pial­na” – po­wta­rza­łem sobie, wie­dząc, że cie­ka­wość i na­dzie­ja na roz­wi­kła­nie za­ga­dek noc­nych zmór zwy­cię­ży.

Za­opa­trzo­ny je­dy­nie w składany nożyk i inne drobiazgi sta­no­wią­ce wy­po­sa­że­nie po­dróż­ne­go ne­se­se­ru mia­łem nie­ja­kie trud­no­ści w otwar­ciu zamka, ale nie­chlub­ne do­świad­cze­nia z mło­do­ści po­mo­gły i wkrót­ce bar­dzo po­wo­li i ostroż­nie na­ci­sną­łem na klam­kę, oba­wia­jąc się zgrzy­tu me­ta­lu i skrzy­pie­nia drew­na.

Drzwi otwar­ły się cicho, jakby zamek był re­gu­lar­nie oli­wio­ny. Za nimi zo­ba­czy­łem to, na co mia­łem na­dzie­ję. Ow­szem, na pod­ło­dze le­ża­ło kilka wy­gnie­cio­nych sien­ni­ków, więc za­pew­ne cza­sem no­co­wa­li tu uboż­si po­dróż­ni, nie­mniej w dal­szej czę­ści ob­szer­ne­go po­miesz­cze­nia znaj­do­wa­ła się gra­ciar­nia. Jeden rzut oka wy­star­czył, by oce­nić, że ze­bra­no w niej przed­mio­ty na­le­żą­ce do kilku po­ko­leń. W kącie do­strze­głem po­dar­tą suk­nię, pa­mię­ta­ją­cą jesz­cze czasy przed­re­wo­lu­cyj­ne. Pod ścia­ną stał ka­ra­bin ka­wa­le­ryj­ski z wy­ła­ma­nym zam­kiem, nie­mniej roz­po­zna­łem w nim model, któ­rym sam wal­czy­łem w tym krót­kim cza­sie, kiedy za­cią­gną­łem się do re­pu­bli­kań­skiej armii. W po­tłu­czo­nym gip­so­wym po­pier­siu do­my­śli­łem się ce­sa­rza. Frag­men­ty za­wil­głe­go i po­dar­te­go pla­ka­tu, zwie­sza­ją­ce się ze sta­re­go kre­den­su, za­wia­da­mia­ły o uro­czy­stym Te Deum w ka­te­drze z oka­zji niedawnej ko­ro­na­cji króla Ka­ro­la. Pod­sze­dłem bli­żej i od­cy­fro­wa­łem nazwę Sen­lis. Przy­naj­mniej obe­rży­sta mnie nie okła­mał i znaj­do­wa­łem się bli­sko celu mojej po­dró­ży.

Sta­ra­jąc się robić jak naj­mniej ha­ła­su, za­czą­łem otwie­rać szu­fla­dy i grze­bać w pół­otwar­tych skrzy­niach. Nie wiem, czego się spo­dzie­wa­łem: do­ku­men­tów, ta­jem­nych za­pi­sków? W skryt­ce sta­rej se­kre­te­ry na­tra­fi­łem istot­nie na za­ku­rzo­ne szpar­ga­ły, z któ­rych nie do­wie­dzia­łem się ni­cze­go cie­ka­we­go.

W po­szu­ki­wa­niach cze­go­kol­wiek, co po­mo­gło­by mi wy­ja­śnić ta­jem­ni­cę tego miej­sca na­tra­fi­łem na załom ścia­ny, a za nim ko­lej­ne drzwi. Ustą­pi­ły pod samym na­ci­skiem. Dalej znaj­do­wa­ła się nie­du­ża ko­mór­ka z okien­kiem pod samym su­fi­tem. W kącie tego nędz­ne­go po­miesz­cze­nia ku­li­ło się małe dziec­ko.

Wie­dzio­ny od­ru­chem li­to­ści pod­sze­dłem do malca i na­chy­li­łem się, po czym od­sko­czy­łem jak opa­rzo­ny. Dziec­ko, dziew­czyn­ka, spo­glą­da­ło na mnie ogrom­ny­mi, cał­ko­wi­cie czar­ny­mi ocza­mi, z któ­rych wy­zie­rał cień tej isto­ty, którą w ostat­niej chwi­li przy­tom­no­ści do­strze­głem nocą w kuch­ni.

Po­mi­mo obrzy­dze­nia, jakie wy­wo­ły­wa­ły we mnie wspo­mnie­nia noc­nych zda­rzeń, prze­mo­głem się i pod­sze­dłem znów do istotki sku­lo­nej na bar­ło­gu nie­god­nym psa. Sta­ra­łem się nie do­strze­gać nie­ludz­kich oczu, wmó­wić sobie, że to ko­lej­ny omam albo źre­ni­ce roz­sze­rzo­ne ze stra­chu.

– Kim je­steś? Jak masz na imię? – za­py­ta­łem dziew­czyn­kę, ona jed­nak tylko wpa­try­wa­ła się we mnie nie­ro­zu­mie­ją­cym wzro­kiem.

Teraz do­pie­ro za­uwa­ży­łem, że była ślicz­na ni­czym anio­łek z ob­ra­zów w ko­ścio­łach, i nawet ubru­dzo­ne po­licz­ki ani nędz­na su­kien­ka nie były w sta­nie tego ukryć. Wy­glą­da­ła na dziec­ko bo­ga­tych ludzi, ale nie mia­łem po­ję­cia, od jak dawna tu prze­by­wa­ła i czy co­kol­wiek pa­mię­ta­ła z daw­ne­go życia. Czy wła­ści­cie­le za­jaz­du za­bi­li jej ro­dzi­ców, ale uli­to­wa­li się nad dziec­kiem i trzy­ma­li je tu, z dala od oczu po­li­cji? Czy może po­rwa­li prze­cud­ną dziew­czyn­kę uro­dzo­ną w bie­dzie, by sprze­dać ją bo­ga­tej bez­dziet­nej parze? Sły­sza­łem i o ta­kich pro­ce­de­rach.

– Jesz­cze jedna noc i bę­dzie mógł pan od­je­chać.

Od­wró­ci­łem się gwał­tow­nie na dźwięk zna­ne­go mi głosu.

– O co tu cho­dzi? – za­py­ta­łem. – Kim jest to dziec­ko?

– Moją córką – od­par­ła dziew­czy­na, którą wi­dzia­łem w nocy i któ­rej cień prze­my­kał po po­dwó­rzu obe­rży. – Jesz­cze jedna noc i deszcz prze­sta­nie padać – do­da­ła mar­twym gło­sem.

Wsta­łem i chwy­ci­łem ją za ra­mio­na. Nie opie­ra­ła się, w jej oczach była je­dy­nie re­zy­gna­cja.

– Ten deszcz – szep­ną­łem. – Ten pie­kiel­ny deszcz. O co w tym cho­dzi?

Po­czu­łem, jak na­pi­na­ją się wszyst­kie mię­śnie jej ciała, a mimo to po­zo­sta­ła bez­wol­na, nie­ru­cho­ma w moich ob­ję­ciach.

– Pan tego nie chce wie­dzieć – od­par­ła bez­na­mięt­nie. – Pan po­wi­nien od­je­chać i za­po­mnieć.

Nigdy nie zdo­łam za­po­mnieć tego aniel­sko pięk­ne­go dziec­ka o oczach czar­nych jak naj­ciem­niej­sza noc. Jak mrok, w głąb któ­re­go zaj­rza­łem wczo­raj w nocy.

Po­trzą­sną­łem dziew­czy­ną.

– Chcę wie­dzieć – oznaj­mi­łem z mocą. – Wi­dzia­łem dość, by żądać wy­ja­śnień.

Ni­czym szma­cia­na lalka wy­su­nę­ła mi się z ra­mion i opa­dła na bar­łóg obok dziew­czyn­ki.

– Mam na imię Ma­de­le­ine i je­stem córką obe­rży­stów. Kiedy pan przy­je­chał, dwie noce temu… – Za­gry­zła wargę do krwi i przy­tu­li­ła mocno dziec­ko, które po­zo­sta­ło obo­jęt­ne na ten prze­jaw mat­czy­nej czu­ło­ści. – Wła­śnie ro­dzi­łam.

Za­krwa­wio­ne szma­ty, jęki, które być może wcale nie do­cho­dzi­ły z dołu, ale nio­sły się z po­ko­iku do ko­mór­ki. Wszyst­ko na­bra­ło no­we­go sensu.

– To dziec­ko… – za­czą­łem. – Twoje naj­młod­sze dziec­ko, ono zmar­ło?

Za­mru­ga­ła po­wie­ka­mi. Na jej twa­rzy przez mgnie­nie oka igrał cień gorz­kie­go uśmie­chu.

– Pan chciał wy­ja­śnień, tak? – Pod­nio­sła się gwał­tow­nie, chwy­ci­ła córkę za rękę i po­cią­gnę­ła ją przed sie­bie. Do­pie­ro teraz za­uwa­ży­łem, że dziew­czyn­ka była star­sza niż mi się w pierw­szej chwi­li wy­da­wa­ło. Teraz dał­bym jej co naj­mniej osiem lat, a nie naj­wy­żej pięć, jak kiedy uj­rza­łem ją sku­lo­ną na po­sła­niu. – To ona uro­dzi­ła się dwie noce temu! – krzyk­nę­ła.

Sta­łem jak za­mu­ro­wa­ny. Było oczy­wi­ste, że Ma­de­le­ine stra­ci­ła zmy­sły, po­zo­sta­wa­ło je­dy­nie py­ta­nie, czy dla­te­go, że jej dziec­ko wła­śnie umar­ło, czy też dla­te­go, że ko­lej­ne dzie­ci po­cho­dzi­ły z ka­zi­rod­cze­go związ­ku. Pa­trząc na nią teraz nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że ją­ka­ła musi być jej bra­tem, a wie­dzia­łem, że chło­pak ma co naj­mniej tyle siły co oj­ciec, nie mia­łem więc pew­no­ści, który z nich ogłu­szył mnie w nocy. I któ­re­go sto­ją­ca przede mną ko­bie­ta na­zwa­ła ojcem swo­ich dzie­ci.

– Za­bio­rę cię stąd – wy­mam­ro­ta­łem, my­śląc o zna­jo­mym alie­ni­ście z Pa­ry­ża, który może zdo­łał­by jej pomóc od­zy­skać rozum. – To się musi skoń­czyć, któ­ry­kol­wiek z two­ich krew­nych jest ojcem tych dzie­ci.

Od­po­wie­dział mi śmiech. Gorz­ki, głu­chy śmiech Ma­de­le­ine.

– Ja nie mogę odejść, nikt nie może odejść – po­wie­dzia­ła, kła­dąc mi rękę na ra­mie­niu. – Niech pan siada, wy­ja­śnię panu wszyst­ko.

 

***

 

Go­dzi­nę póź­niej sie­dzia­łem w dużej izbie na dole, przy stole o po­czer­nia­łym bla­cie, na któ­rym w świe­tle la­tar­ni usta­wio­nej teraz na samym środ­ku od­ci­nał się wy­raź­nie ja­śniej­szy kształt gwiaz­dy i kilku na­czyń. To, co bra­łem za ślady spa­le­ni­zny, było za­schnię­ty­mi, mar­twy­mi wi­cia­mi czar­ne­go desz­czu, czar­nej krwi, która teraz, wie­czo­rem, znów za­czy­na­ła prze­są­czać się przez po­ro­wa­te cegły.

Obe­rży­sta sie­dział przy ko­mi­nie, gła­dząc łeb psa. Żona usta­wia­ła na stole na­czy­nia, na razie te, z któ­rych mia­łem zjeść ko­la­cję. Kiedy ją­ka­ła udał się na górę, by za­pa­lić w ko­min­ku w moim po­ko­ju, go­spo­darz za­cią­gnął się fajką i wes­tchnął cięż­ko.

– O nim też panu opo­wie­dzia­ła?

Od­ru­cho­wo spoj­rza­łem za sie­bie, ale chło­pak znik­nął już na scho­dach.

W tam­tej ko­mór­ce Ma­de­le­ine mó­wi­ła długo i nie­skład­nie. O tym, że jako dziec­ko była cho­ro­wi­ta, że jej ro­dzeń­stwo umar­ło, a kiedy i ona le­ża­ła w śmier­tel­nej go­rącz­ce, spadł czar­ny deszcz i zaraz wy­zdro­wia­ła, a potem uro­dzi­ła dziec­ko. I ko­lej­ne. I jesz­cze jedno. I za­wsze przy­cho­dził on, oj­ciec tych dzie­ci, żeby je za­brać.

– To on jest ojcem jej dzie­ci, tak? – To, co się dzia­ło w tym domu, na­pa­wa­ło mnie obrzy­dze­niem, ale mu­sia­łem wie­dzieć wię­cej. – Dla­cze­go na to po­zwa­la­cie?

– Tyle pan po­dej­rzał i nadal pan nie wie­rzy? – za­py­tał obe­rży­sta. – Mar­tin jest jej synem.

Łyżka wpa­dła do miski, roz­chla­pu­jąc rosół.

– Nie­uda­nym pierw­szym dziec­kiem – cią­gnął tym­cza­sem męż­czy­zna. – Tam­ten go nie chciał, ale po­zo­sta­wił przy życiu. Tak, uda­je­my, że to nasz syn, jej brat.

Za­mkną­łem oczy. Jak prze­rwać to błęd­ne koło kłamstw?

– Oni są prze­cież w tym samym wieku – wymamrotałem.

Przez dłuż­szą chwi­lę ciszę mącił tylko szum desz­czu i trza­ska­nie ognia w ko­mi­nie.

Karcz­ma­rzo­wa po­de­szła z ta­le­rzem peł­nym pie­czo­nych ziem­nia­ków z zio­ła­mi.

– Pan jest czło­wie­kiem od­waż­nym i nie­ustę­pli­wym, praw­da? – za­py­ta­ła, sta­wia­jąc danie przede mną. Obe­rży­sta chciał za­pro­te­sto­wać, ale po­wstrzy­ma­ła go ru­chem pulch­nej ręki.

Po­tak­ną­łem, za­do­wo­lo­ny z ta­kiej oceny mo­je­go cha­rak­te­ru.

– Niech pan zo­sta­nie w nocy na dole. Może to pana prze­ko­na. To już ostat­nia noc, jutro bę­dzie pan wolny.

Zo­sta­łem. Tego, co uj­rza­ły moje oczy, nie da się łatwo przed­sta­wić w sło­wach.

Kiedy tylko za­padł zmrok, czar­ne kro­ple prze­ni­ka­ją­ce przez ścia­ny zdały się na­brzmie­wać ni­czym dy­mie­nicz­ne wrzo­dy, jakie wi­dy­wa­łem u za­dżu­mio­nych pod­czas egip­skiej wy­pra­wy w odległej mło­do­ści. Na stole po­ja­wi­ły się znane mi już przed­mio­ty. Wi­dzia­łem, jak deszcz zbie­ra się wokół nich w kształt zbli­żo­ny do ludz­kie­go; po­stać za­wi­sła w po­wie­trzu nad srebr­ny­mi na­czy­nia­mi. Po­je­dyn­cze kro­ple spa­da­ły do nich, roz­pry­sku­jąc się z głu­chym pla­śnię­ciem, które dwie noce temu wy­da­ło mi się mla­ska­niem wie­prza.

Obe­rży­sta wziął jedno z na­czyń i wy­po­wie­dział kilka słów w ję­zy­ku, który nie brzmiał jak lo­kal­na od­mia­na fran­cu­skie­go ani żaden inny język, z jakim ze­tkną­łem się w życiu. Za­war­tość pu­cha­ru za­bul­go­ta­ła, męż­czy­zna zaś naj­pierw wypił kilka łyków, a na­stęp­nie podał kie­lich mał­żon­ce.

Zgod­nie z po­le­ce­niem go­spo­da­rzy sta­łem w drzwiach, przy­ci­ska­jąc do pier­si srebr­ną gwiaz­dę, która, jak za­uwa­ży­łem z bli­ska, miała pro­mie­nie za­koń­czo­ne łbami nie­zna­nych mi zwie­rząt i po­kry­te wzo­rem, a może pi­smem. Spa­da­ją­ce z su­fi­tu kro­ple i wy­peł­za­ją­ce ze ścian wici omi­ja­ły ten przed­miot, kilka jed­nak opa­rzy­ło mnie mimo ochro­ny. Deszcz wkradał się w myśli, zatruwając je, i tylko chłodny dotyk metalu pozwalał mi pozostać przy zdrowych zmysłach. Zrozumiałem, że ta gwiazda powstrzymywała deszcz przed ostatecznym pożarciem tego domu, chroniła mnie przed nim już wcześniej, w nocy.

Czar­na po­stać uno­szą­ca się nad sto­łem spoj­rza­ła w moim kie­run­ku i za­drża­łem pod tym spoj­rze­niem otwie­ra­ją­cym się w ot­chłań mroku, ale prze­śli­zgnę­ło się tylko po mnie, wę­dru­jąc dalej. Za sobą usły­sza­łem ciche kroki. Od­wró­ci­łem głowę i uj­rza­łem Ma­de­le­ine, trzy­ma­ją­cą za rękę córkę. Dziew­czyn­ka wy­da­ła mi się znów wyż­sza niż wcze­śniej, smu­kła ni­czym trzci­na, lecz o kształ­tach za­czy­na­ją­cych się pięk­nie za­okrą­glać, jakby stała wła­śnie na progu do­ro­sło­ści. Czar­ne oczy w aniel­skiej twa­rzycz­ce ja­śnia­ły ni­czym naj­wspa­nial­sze agaty.

Mia­łem ocho­tę pisać dla niej wier­sze, czego nie czy­ni­łem od pierw­szych po­ry­wów mło­do­ści, zry­wać kwia­ty, by ob­sy­pać nimi drogę pod jej sto­pa­mi, ca­ło­wać dło­nie, usta, ry­su­ją­ce się pod su­kien­ką drob­ne pier­si.

Jak przez mgłę wi­dzia­łem, że jej ręka wy­su­wa się z dłoni Ma­de­le­ine, że star­sza dziew­czy­na pada na ko­la­na, że obe­rży­sta pod­cho­dzi do niej z kie­li­chem. Sły­sza­łem do­bie­ga­ją­cy z da­le­ka szloch i głę­bo­ki dud­nią­cy głos prze­ma­wia­ją­cy w nie­zro­zu­mia­łym ję­zy­ku. Dziew­czy­na, któ­rej imie­nia nie zdą­ży­łem po­znać, jeśli je miała, szła pew­nym kro­kiem ku sto­ło­wi, gdzie czar­na po­stać z desz­czu i mgły owi­nę­ła ją swoim płasz­czem i chwi­lę póź­niej oboje zni­kli w gęst­nie­ją­cym mroku.

Do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li uświa­do­mi­łem sobie, że ota­cza­ją­ca mnie cisza jest inna niż wszyst­kie, ja­kich do­zna­łem w tej obe­rży. Nie sły­sza­łem desz­czu.

 

***

 

– Zdą­żył pan w ostat­niej chwi­li.

Nie­wie­le pa­mię­ta­łem z drogi do Sen­lis. Przed ocza­mi mia­łem za­pła­ka­ną twarz Ma­de­le­ine, w uszach dźwię­cza­ły mi słowa karcz­ma­rzo­wej, opo­wia­da­ją­cej, jak wiele lat temu cena za życie i zdro­wie je­dy­nej po­zo­sta­łej przy życiu córki nie wy­da­wa­ła się wy­so­ka. O isto­cie da­ją­cej wiele, a za­bie­ra­ją­cej jesz­cze wię­cej. O tym, jak dziew­czy­na ro­dzi­ła ko­lej­ne dzie­ci, by po kilku dniach oddać do­ro­słe ich ojcu. Jak w roz­pa­czy, ob­da­rzo­na nad­ludz­ką siłą, roz­orywa­ła drew­no drzwi i tłu­kła przed­mio­ty. O rytuałach i o tym, jak sta­ra­li się chro­nić po­dróż­nych przed tym, co za­tru­ło ich dom, z któ­re­go nie było dla nich ucieczki. Ka­łu­że roz­pry­ski­wa­ły się pod ko­py­ta­mi konia, a ja od­ru­cho­wo ku­li­łem się w sio­dle, jak­bym oba­wiał się, że woda za­cho­wa­ła pa­mięć isto­ty, która na moich oczach po raz ko­lej­ny upo­mnia­ła się o dziec­ko Ma­de­le­ine. O swoje dziec­ko, zro­dzo­ne z czar­ne­go desz­czu.

No­ta­riusz przej­rzał pa­pie­ry, po czym pod­niósł się zza biur­ka i otwo­rzył jedną z szu­flad sto­ją­cej za nim se­kre­te­ry. Wyjął stam­tąd pu­de­łecz­ko z rzeź­bio­ne­go drew­na i nie­du­ży klucz.

– Oto legat, który zo­sta­wił panu wuj.

Nie li­czy­łem na dużo, ale spo­dzie­wa­łem się ra­czej pie­nię­dzy albo pa­pie­rów war­to­ścio­wych. Może w środ­ku tej skrzyn­ki znaj­do­wa­ła się cenna bi­żu­te­ria albo inna pa­miąt­ka ro­dzin­na? Pod­pi­sa­łem od­po­wied­nie do­ku­men­ty, po­dzię­ko­wa­łem no­ta­riu­szo­wi i wy­sze­dłem na oto­czo­ny drze­wa­mi pla­cyk, gdzie zna­la­złem od­lud­ną ławkę. Nie chcia­łem otwie­rać pu­deł­ka w ka­wiar­ni, a cie­ka­wość mnie zże­ra­ła.

Klucz ob­ró­cił się ze zgrzy­tem w zamku, aż prze­szły mnie ciar­ki. Po­kryw­ka od­sko­czy­ła, a w środ­ku zo­ba­czy­łem za­pi­sa­ny rów­nym pi­smem pa­pier. Wy­ją­łem go i pierw­szy rzut oka na za­pi­ski spra­wił, że omal nie wy­pu­ści­łem kart­ki z ręki. „Była ciem­na, bu­rzo­wa noc”. Spo­glą­da­łem na to zda­nie ze zdu­mie­niem, bo sam za­pi­sa­łem takie samo, kiedy nu­dzi­łem się w obe­rży. „Po kilku go­dzi­nach błą­ka­nia się w stru­gach desz­czu sie­ką­ce­go nie­przy­jem­nie po twa­rzy, którą bez­sku­tecz­nie usi­ło­wa­łem za­sła­niać ka­pe­lu­szem i koł­nie­rzem płasz­cza, za­trzy­ma­łem konia przed drzwia­mi obe­rży” – czy­ta­łem z ro­sną­cym prze­ra­że­niem.

Zer­k­ną­łem do ka­set­ki, czy jest tam co­kol­wiek jesz­cze.

Wzrok padł na por­tre­to­wą mi­nia­tu­rę, przed­sta­wia­ją­cą nie­zwy­kle pięk­ną dziew­czy­nę o ry­sach po­dob­nych do Ma­de­le­ine. I oczach cał­ko­wi­cie czar­nych, jak u jej córki.

Zer­k­ną­łem na datę pod no­tat­ka­mi wuja. Trzy­na­sty paź­dzier­ni­ka ty­siąc sie­dem­set osiem­dzie­siąt sześć. Data z ko­min­ka. Czter­dzie­ści lat temu. Po­li­czy­łem szyb­ko: wuj był wtedy do­kład­nie w moim wieku. Ma­de­le­ine mogła mieć dwa­dzie­ścia kilka lat – czy na pewno?

Przed­mio­ty wy­pa­dły mi z rąk z po­wro­tem do skrzy­necz­ki, ale nie zwa­ża­łem na to. Krę­ci­ło mi się w gło­wie, a opa­rze­nia, które po­zo­sta­ły po czar­nych kro­plach, zda­wa­ły się pło­nąć żywym ogniem. Ręka wy­ma­ca­ła w kie­sze­ni płasz­cza pa­pier. Nie mu­sia­łem go wyj­mo­wać, żeby wie­dzieć, co to jest. Moje no­tat­ki, które po­czy­ni­łem pierw­sze­go dnia po­by­tu w pie­kiel­nej obe­rży. Wło­ży­łem je do ka­set­ki i za­trza­sną­łem wiecz­ko. Usi­ło­wa­łem wstać, chcia­łem ucie­kać jak naj­da­lej, by za­po­mnieć, jak ra­dzi­ła Ma­de­le­ine, ale czu­łem za­ci­ska­ją­ce się wokół mnie więzy desz­czu.

– Do­brze się pan czuje? – Usły­sza­łem nad sobą ko­bie­cy głos.

Unio­słem głowę i spoj­rza­łem na naj­pięk­niej­szą twarz, jaką w życiu wi­dzia­łem, oko­lo­ną zło­ty­mi lo­ka­mi. Twarz córki Ma­de­le­ine, twarz ko­bie­ty z mi­nia­tu­ry. Twarz mo­je­go prze­zna­cze­nia, które jest wie­ku­istą czer­nią jej oczu.

Koniec

Komentarze

Przeczytane. Komentarz jutro, razem z kilkoma innymi komentarzami. Klikam za całokształt, nadal zastanawiam się nad zakończeniem zakończenia, którego za pierwszym podejściem nie załapałem w 100 % (chociaż widzę fajne nawiązanie do filmu Cerpentera “W paszczy szaleństwa” – ale nie będę spoilerował…).

Po przeczytaniu spalić monitor.

Siemanko.

Zaraz cośtam ponarzekam, ale ogólnie, drakaino – bardzo fajna lektura. 

No bo tak:

– Zbudowałaś świetną atmosferę – zaduch karczmy, półmrok pomieszczeń, zimno i wilgoć – no bardzo to sugestywne. 

– Napisane elegancko, z subtelną stylizacją, bardzo to fajne, miło czytać. 

– Historia jest wciągająca i intrygujaca, czytałem z dużym zainteresowaniem.

– Są fajne smaczki i zmyłki (m.in. wątek Delikatessen)

 

Teraz pomęczę bułę:

Trochę nuży obracanie akcji w tym samym miejscu w tak długim tekście. Owszem, akcja idzie do przodu i nie ma przestojów, jednak poruszamy się wciąż w bohaterem z parteru na pięterko i z powrotem – powoluśku wkradła mi się czytelnicza niecierpliwość. 

 

Brakuje mi trochę wyjaśnień – skąd w karczmie te artefakty, skąd znajomość języka i rytuałów? Nie złapałem tego, czy jest to w sferze domyslów?

 

Parę uwag bardziej technicznych:

 

były ciemne, rozświetlane jedynie błyskawicami, niemniej po długim dobijaniu się do drzwi w jednym z nich rozbłysło chybotliwe światełko, a chwilę później w drzwiach stanął potężnej postury mężczyzna.

Powtórzenie z kategorii rzucających się w oczy. 

 

podobnie jak rozlegające się raz za czas grzmoty.

waaaat? :) (pewnie raz na jakiś czas?)

 

 Tu nie ma chlewu – oznajmił mężczyzna lodowatym tonem. – a ja bym bym dał chlewa. Też poprawnie, a chyba lepiej by pasowało do tej stylizacji.

 

Jest oberżysta, który obrabowuje gości, może ich nawet zabija, i uprawia nierząd z pracującą tu dziewczyną”. – pod rozwagę: “rabuje”. Nie wiem, dlaczego, kieruję się intuicją :)

 

Małe oczka świdrowały mnie, jakby oceniając, ile szynki da się wykroić z mojego ciała. CUDNE!

 

serdeczności, dzięki!

Dzięki, Łosiocie :) Już troszkę poprawek stylistycznych sama wprowadziłam, ale uwzględnię i Twoje, bo co oko czytelnika, to oko czytelnika (”chlewu” zostawiam, bo “nie ma chlewa” jakoś mi z tymi dwoma “a” nie pasuje, ale może zmienię zdanie). Z naczyniami – tak, to do domysłów (ale dwa słowa coś tam sugerujące dopisałam), że im ten jakiś przedwieczny jakiś rytuał pokazał czy nakazał, a same naczynia – może ukradzione, może kupione ;)

http://altronapoleone.home.blog

Udany tekst, klimatyczny, pięknie nawiązujący formą do klasycznej literatury niesamowitej (bliżej mu do staroświeckiej grozy niż do horroru jako takiego), a przy tym stojący nastrojem – nieco onirycznym, trochę jak ze złego snu śnionego w wybranym przypadkowo podejrzanym hoteliku :) Więcej w tym chwilami Gautiera czy Poego niż Lovecrafta (choć macki są XD), ale to nie zarzut: podoba mi się takie mniej oczywiste podejście do konkursowej inspiracji. Historia bohatera (i, jak się okazuje, także jego przodka) dość zawikłana, a zakończenie raczej z tych otwartych, ale w tej konwencji to nie problem. Klik ode mnie. 

Ciekawe, jaki pistolet wziął ze sobą w drogę bohater… Chyba automatyczny, na co wskazuje fakt, że w powiadaniu występuje scyzoryk. A może jednak pistolet był tylko jednostrzałowy, skałkowy albo odpalany pistonem? Też możliwe. W każdym bądź razie, jeżeli go nie nabił, zachował się jak ostatnia fujara. No, ale znowuż – jakby go nabił, nie byłoby tego długaśnego opowiadania, bo wymusiłby bronią posłuch.

No dobrze. Broń była nienabita, a szkoda. I co, w trakcie pobytu w oberży naprawdę nie miał ani chwili czasu, żeby go naładować? Zachował się jak ostatni ćwok, a sam wspomina, że przeszłość miał nieco dziwną.

Na szczegóły należy zwracać uwagę i je dopracowywać… A ten szczegół straszliwie brzęczy niedopracowaniem.

Pozdrówka.

Dziękuję, Rogerze, za wizytę i spieszę z wyjaśnieniami.

 

Na szczegóły należy zwracać uwagę i je dopracowywać…

Święte słowa. A zatem oto szczegóły.

 

Ciekawe, jaki pistolet wziął ze sobą w drogę bohater… Chyba automatyczny

Pistolet automatyczny to początek XX wieku, a w opowiadaniu są rozsiane szczegóły, datujące je bardzo dokładnie. Jest np. mowa o królewskiej policji i niedawnej koronacji króla Karola. Karol X panował w latach 1824-30, co w połączeniu z “okrągłą rocznicą” roku 1786 daje nam 1826 jako jedyną możliwość datowania akcji. Jak oczywiście wiesz, w tym czasie istnieją już pistolety kapiszonowe, ale nie są jeszcze w powszechnym użyciu, ergo bohater ma zapewne mały pistolet skałkowy (one istniały w wersjach nawet miniaturowych). O rewolwerach i pistoletach automatycznych nikomu jeszcze się nie marzy.

 

Chyba automatyczny, na co wskazuje fakt, że w powiadaniu występuje scyzoryk

SJP PWN: scyzoryk «mały, składany nożyk»

Wikisłownik: (1.1) składany, krótki nóż, z jednym lub kilkoma ostrzami;

Poszperam jeszcze, kiedy to słowo wchodzi do użytku w polszczyźnie, ale zdaje mi się, że wcześnie. Jeśli nie – mogę zamienić na synonim. Edyta: zamieniam na składany nożyk (kozik brzmi mi zbyt potocznie i nie pasuje do wyposażeń ówczesnych neseserów podróżnych), bo scyzoryk wytropiłam najwcześniej w drugiej połowie XIX w., więc niech będzie, niech nie myli innych czytelników, choć zważywszy, że słowo pochodzi wg słowników etymologicznych z francuskiego lub łaciny, mogło funkcjonować wcześniej.

Natomiast w kwestii szczegółów historycznych:

Składane noże, czyli scyzoryki, znane były już w neolicie, a w XVIII i XIX wieku absolutnie powszechne, podobnie zresztą jak np. w starożytnym Rzymie, ergo to akurat nie jest szczegół w żaden sposób datujący. Nie wiem, dlaczego polska wikipedia (w haśle zawierającym raptem kilka zdań i nadającym się do gruntownego napisania od początku) za scyzoryki uważa jedynie te, które mają również inne narzędzia oprócz ostrza, ale jest w błędzie. A zresztą takie z innymi narzędziami w XVIII i XIX wieku już też występują (zob. obrazek poniżej), a chyba i wcześniejsze widywałam w muzeach.

 

Broń była nienabita, a szkoda.

Widać, że nigdy nie grałeś w Zew Cthulhu :P Myślę, że bohater miał dużo szczęścia, że zamroczony nieco przez obecność lovecraftowskiej istoty nie naładował i nie nosił przy sobie pistoletu. (I, tak, jego pod tym względem gapowatość jest celowo podkreślona). Zabawmy się w mistrza gry i zaproponujmy rozwinięcia akcji w przypadku, kiedy gracz decyduje się wziąć ze sobą pistolet i go użyć. Pierwszy akapit oryginalny, kolejne dopisane, zmienione:

 

Poczułem przypływ szaleńczej odwagi i zamiast posłuchać tajemniczej nieznajomej, postąpiłem krok do przodu. Dziewczyna cofnęła się, składając w obronnym geście ręce na piersi. Leżący na stole krzyż, z bliska przypominający raczej gwiazdę o czterech promieniach, poruszył się, naczynia zabrzęczały cicho. Spomiędzy nich, a może spod blatu usłyszałem ciche echo straszliwych odgłosów, które nie dawały mi spać poprzedniej nocy. Przykucnąłem – w nadziei, po prawdzie, iż zobaczę tam psisko ogryzające kości. Nie widziałem jednak nic, pod stołem była jedynie ciemność.

 

Wersja 1:

Powolnym ruchem dobyłem broni i wycelowałem w sam środek spoglądającego na mnie spod stołu mroku. Nacisnąłem spust. Widziałem, jak kula wylatuje z lufy i grzęźnie w czarnym powietrzu, zamieniając się w pocisk nienaturalnego fioletowego światła. Ostatnie sekundy życia zajęło mi uświadomienie sobie, że to światło uderza w moją głowę, roztrzaskując czaszkę i zamieniając myśli w hymn na cześć przedwiecznej bluźnierczej istoty, którą ujrzałem w krótkim przebłysku świadomości, zanim zapanowała ciemność.

[Narrator wszystkowiedzący/MG dodaje: z której dochodziły mlaskające głosy powtarzające coś na kszatłt “Cthulhu Rlyeh”]

 

Wersja 2

Powolnym ruchem dobyłem broni i wycelowałem w sam środek spoglądającego na mnie spod stołu mroku. Nacisnąłem spust.

W moje myśli wdarł się jazgot miliona niezrozumiałych głosów. Skręciłem się z bólu, który przenikał każde włókno ciała. Oto mój pan, oto moje przeznaczenie, słyszałem własny bełkot przemieszany z niezrozumiałymi wrzaskami nieludzkich głosów. [Tu następuje bełkot, którego nie chce mi się wymyślać, ale zasadniczo bohater traci wszystkie punkty poczytalności i nie jest w stanie prowadzić dalej narracji].

 

Wersja 3

Powolnym ruchem dobyłem broni i wycelowałem w sam środek spoglądającego na mnie spod stołu mroku. Nacisnąłem spust.

W tej samej chwili poczułem, jak ostre niczym brzytwy kły i pazury rozrywają moje ciało, a w myślach słyszałem kakofonię dźwięków, nienależących do ludzkiego świata. W ostatnim przebłysku świadomości ujrzałem nad sobą twarz oberżysty zamienioną w pysk bestii i zrozumiałem, że wierny sługa ukarał świętokradcę, który poważył się podnieść rękę na jego pana, istotę bluźnierczą i przedwieczną. Hymn na cześć tego bóstwa z odległych eonów towarzyszył moim gasnącym myślom.

 

Przyznaję, że wszystkie te opcje nawet całkiem mi się podobają, ale nie są opowieścią, którą chciałam napisać.

 

Bonus. Obrazki poglądowe.

 

1. Tablica z publikacji z roku 1771 przedstawiająca różne rodzaje “canifs” czyli scyzoryków.

 

2. Mój własny podróżny pistolet skałkowy z początku XIX wieku. Bardzo typowy dla epoki, bohater zapewne miał coś takiego właśnie.

 

http://altronapoleone.home.blog

Wszystko jest cacy, gra i buczy, tyle tylko, że narracja jest prowadzona nie jak w klasycznym opowiadaniu grozy, ale jak w opowiadaniu realistycznym, opisującym, przynajmniej na początku, dziwny przypadek z życia bohatera.

A było napisać, że nie mógł znaleźć tego nieszczęsnego pistoletu… I już. Zgubił, wypadł, wyleciał zza paska et caetera bomba. Bo, jak zabrał go w samotną podróż, to uczynił słusznie, ale jeżeli nie nabił, zachował się idiotycznie.

Dobrze, że chociaż wyleciał scyzoryk, bo tak, wyraz pochodzi z francuskiego, ale jest mocno późny -> http://doroszewski.pwn.pl/haslo/scyzoryk/

Za dużo waty słownej w tekście.

Pozdrówka.

 

Rogerze, wiem z doświadczenia, że lubisz się czepiać, więc czepiać się będziesz, choćby głos z nieba powiedział Ci, że nie masz racji ;) W zasadzie można nawet założyć ze stuprocentową pewnością, że będziesz się czepiać, jeśli w tekście występuje broń palna. Niemniej logika życia nie jest żelazna, a na dodatek gdyby ludzie postępowali zawsze wedle logiki to i życie, i literatura byłyby nudne. Czy bohater literacki nie może popełniać błędów? Ja nie lubię takich bohaterów, którzy wszystko robią idealnie, wszystko im wychodzi, o wszystkim pamiętają. To jest nudne.

Skądinąd w przypadku nabitego skałkowego pistoletu istnieje duża szansa, że proch na deszczu zawilgnie i strzelanie z wcześniej nabitego spali na panewce, dosłownie. Oczywiście, mogę dopisać zdanie, w którym bohater powie, że pistolet nabił. Ale i tak go zostawi w pokoju, więc co tak naprawdę to zmieni? W sumie zresztą za drugim wystąpieniem słowa “pistolet” w tekście może on już jest nabity? Nie napisałam, że bohater to zrobił, ale nie napisałam też np. że poszedł gdzieś się wysikać albo że wysiąkał nos ;)

 

Co do scyzoryka wg Doroszewskiego, notuje on tylko wystąpienia literackie, skądinąd zgodne (Prus) z tym, co ustaliłam innymi ścieżkami, czyli drugą połową XIX w., aczkolwiek nic nie pisze o czasie pojawieniu się samego słowa. Publikowane badania nad określeniem “kieleckie scyzoryki” wykazują to samo: druga połowa XIX w. W takich przypadkach i zwłaszcza dla XIX w. właśnie należy założyć, że słowo pojawia się w języku potocznym nieco wcześniej, kilka lat, zanim trafi do obiegu literackiego czy ogólnego, niemniej to wciąż o jakieś trzy dekady za późno, aczkolwiek nie zdziwiłabym się, gdybym trafiła na podobne słowo, np. niezdrobione (scyzor, bo to też funkcjonowało), wcześniej.

 

narracja jest prowadzona nie jak w klasycznym opowiadaniu grozy, ale jak w opowiadaniu realistycznym

Nie, jest prowadzona jak w dziewiętnastowiecznej literaturze grozy, bardzo celowo. Ninedin strzeliła w dziesiątkę z tym Gautierem.

 

Za dużo waty słownej w tekście.

Konkrety?

http://altronapoleone.home.blog

Interesujący pomysł na koligacje. ;-)

Szybko rosnące dziecko dodaje smaczku.

Trochę denerwował mnie bohater. Wszyscy mu tłumaczą, jak dziecku, że ma się w to nie ładować. Widzi, że to coś nadprzyrodzonego. Już raz się sparzył. A on furt swoje, że gospodarze okradają podróżnych. Nudny był w tym zadufaniu we własną nieomylną, jedynie słuszną rację.

Babska logika rządzi!

Finklo, dziękuję za wizytę i ciekawą uwagę. W założeniu to po pierwsze bohater postępuje jak człowiek jego czasów – “Czerwona oberża” to prawdziwa opowieść… Po drugie on chyba bardzo nie chce dostrzeć, że coś nadprzyrodzonego wyłazi w zasadzie dosłownie ze ścian, więc wszystko racjonalizuje, dość rozpaczliwie i bezskutecznie ;)

http://altronapoleone.home.blog

Na początku byłam sceptyczna ale gdy trafiłam na szynkę to się uśmiechnęłam i wciągnęłam. Pozdrawiam serdecznie.

Arguing on the internet is like running at the special olympics. Even if you win, you're still retarded.

Klasyczne opowiadanie w klimacie grozy. Bardzo dobrze spisana opowieść, bardzo naturalna relacja lekko, nienachalnie stylizowana. Podoba mi się język i sposób prowadzenia zdaje mi się wzorowy, zamykanie scen i inne takie. Słowem, gratulacje! :-)

Przypomniały mi się klimaty starych filmów, powieści gotyckie i naturalnie HPL. Wiele smacznych kąsków zaoferowalaś, wpisując pomysł w scenario dziewiętnastowieczne, lecz pozostałaś w tym wszystkim sobą, chodzi mi o – sama nie wiem jak to nazwać. Napiszę więc po prostu – nie jest to naśladowanie stylu HPL lecz Twoje opowiadanie. 

Bardzo realistyczne w wielu detalach, przynajmniej tak je odbierałam. Interesująca fabuła i zagadka.

Cóż mogę powiedzieć więcej, sprawne pióro dzierżysz w dłoni. xd

 

Zgłoszę do piórka! :-)

 

PS. Dodam jeszcze – zupełnie poza protokołem – od siebie, że osobiście wolę Twoje opowiadania, w których ryzykujesz, są bardziej zaskakujące i silniej poruszają, „bawią” i różne takie. Jednak to indywidualne preferencje. Zastanawiałam się, czy pierwsza część nie jest zbyt długa, ale nie, nie jest.

Pamiętam, jak marudziłam przy pierwszym Twoim opku, ktore czytałam na NF, że nic tylko zmysł wzroku. Od dawna już tego nie ma, zniknęło, jest pełne spektrum.

srd, a :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cześć, Drakaino!

W tym tekście odświeżasz nieco klasyczne motywy grozy, trochę jakbyś dawała powieści gotyckiej delikatny lifting tak, by mogła przyciągnąć również przyzwyczajonego do bardziej nowoczesnych zabiegów czytelnika. Wypada to naprawdę dobrze, bo momentami czułam się jak podczas oglądania filmu z Belą Lugosim, a momentami jakby gdzieś spod tej eleganckiej klasyki przebijały się horrory o motelu na uboczu z domieszką creepy pasty. Zgodzę się z Asylum co do tempa akcji na początku, aczkolwiek potraktowałam to bardziej jako element stylizacji, który pasuje do ogółu kompozycji.

Pozdrawiam.

Asylum i Oidrin – dziękuję za ciepłe słowa, z których wynika, że mój pomysł na stylizację się udał :) Tak, to powolne tempo, pewna naiwność narracji – to wszystko akurat tu zamierzone efekty specjalne.

 

Imitator – miło, że dotrwałaś do szynki, która Cię przekonała, a pomyśleć, że zamierzałam ją wyrzucić…

http://altronapoleone.home.blog

Cały komentarz mi skasowało. :( W każdym razie bardzo mi się podobało. Główny bohater miejscami może i irytował, ale rozumiem go doskonale, bo mam bardzo podobny charakter i nienawidzę sekretów. :p Klimat opowiadania świetny, tekst wciągnął od samego początku. Stworzenie z deszczu genialne, a i dziecko osiągające dorosłość w trzy dni ciekawe. Naprawdę dobre opowiadanie. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Fajny klimacik i fajne pomysły – ten z dorastającą w rekordowym tempie dziewczynką (swoją drogą ciekawe, czy teraz zwolni) i ten z upiornym deszczem :) Klimacik też niczego sobie. Bohater trochę irytujący, zafiksował się, albo ślepy jakiś, ciągle tylko, bo oberżysta okrada.

Zakończenie musiałam przeczytać dwa razy, za pierwszym nie pojęłam, co się właściwie stało.

Generalnie mi się :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dziękuję, dziewczyny :)

Przepraszam za zdawkowe odkomentarze.

 

Bohater miał być lekko irytujący, bo jego postawa i upór to część kreacji na takiego lekko naiwnego człowieka XIX wieku w zetknięciu z jedną z najsilniejszych “urban legends” epoki, czyli morderczymi oberżystami (oprócz wspomnianej wcześniej “Czerwonej oberży”, warto wspomnień Thénardierów z “Nędzników” czy Caderousse’a z “Hrabiego Monte Christo”).

http://altronapoleone.home.blog

Wydawało mi się, że Caderousse jeszcze nie był taki zły. Zdaje się, że diament dostał.

Nie żeby to miało historyczne znaczenie… Zresztą, ci z “Nędzników” byli szujowaci za całą bandę.

Babska logika rządzi!

Fakt, on raczej potem okazuje się szują. Zawsze go nie lubiłam, to go i bardziej oczerniłam.

http://altronapoleone.home.blog

hm, jak tak na wyrywki czytałem opowiadania z “Korespondencji”, to w niewielu z nich faktycznie mogłem “wyczuć” strach. To oczywiście subiektywne, ale pisze o tym, ponieważ w tym konkretnym opowiadaniu owo “coś strasznego” jest odczuwalne. Jest odcięcie, zamknięcie, klaustrofobiczność. I to oddane bardzo mocno i wyraźnie – i nie psuje tego nawet pewna “erpegowość” zachowań bohatera badającego kolejne pomieszczenia w sposób podobny do tego, w jaki drużyna śmiałków bada podziemia ;-) 

podejrzewam,zresztą, ze ta “eksploatacja budynku” wyszła tu mimochodem, a jak mówię – nie zaburza nastroju. Ten jest wyraźny, zderza się z chłodną racjonalizacją ze strony głównego bohatera, która z kolei wypada wiarygodnie. W pewnym momencie dziwi, ze to już stosunkowo “świeże” czasy, ale w sumie właśnie to dodatkowo wskazuje na to, ze główny bohater wypiera niewyjaśnialność.

No wyszło to. Wyszło bardzo mocno i solidnie. Obrazowo. Z ciemnością w tle.

 

"Otwarłem oczy i ujrzałem nad sobą zatroskaną twarz jąkały, którego nigdy nie zapytałem o imię. Teraz też o tym nie myślałem"

No właśnie pomyślał ;-)

 

" Nie będąc w stanie wymyślić"

Nadmiarowa spacja przed akapitem.

 

Cześć drakaino, uważam, że Twój tekst to jeden z faworytów w konkursie. Przeczytałam z wypiekami na twarzy. Bardzo podobało mi się rozważanie bohatera, co też w tej oberży się zadziewa. Obserwowałam przedstawiony świat zza jego pleców wielce ciekawa, co wydarzy się za chwilę. Z początku kupiłam wersję gospodarzy-ludojadów, wyobraziłam sobie, że nocą zamieniają się w ogromne prosiaki, haha :).

Wyczuwalny klimat minionej epoki i dobrze rozłożone akcenty fabularne sprawiły, że weszłam w historię aż po czubek głowy.

Urzekająca, tajemnicza córka deszczu, do której bohater zapałał sympatią też podkręciła atmosferę. Aż chciało by się zapytać: wujku, wujku, co też ciebie spotkało? ;)

Żałowałam, że to już fin i kurtyna poleciała w dół. 

Cytryno, dziękuję za odwiedziny i miłe słowa o tekście. Prawdę mówiąc, wyjściowo zakończenie miało być ponure i wpychające bohatera w zaklęte koło potworów, ale po namyśle i Twoim komentarzu myślę, że może ciekawiej będzie dać tym bohaterom iskrę nadziei? Przecież między nimi coś się wydarzyło, więc może właśnie oni zniweczą knowania istoty z deszczu? Kto wie? Od początku planowałam jakiś dalszy ciąg tej historii, nawet jeśli nie bezpośredni, nawet jeśli z innymi bohaterami – a Ty skierowałaś moje plany na potencjalne inne drogi… Zobaczymy.

http://altronapoleone.home.blog

drakaino, brzmi ciekawie! Z chęcią poczytam o tych iskierkach :).

Nie to miasto, nie te czasy, ale klimatycznie tak bym tę kontynuację widziała… No, może nieco łagodniej.

 

 

http://altronapoleone.home.blog

Przeczytane, komentarz później. 

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Podobało mi się.

Wydaje mi się, że odczuwa się tutaj Lovecraftową stylistykę, ale czytało mi się o wiele płynniej niż teksty HPL. Dobrze balansujesz niepokojem i próbą racjonalizowania tego co się dzieje. 

Byłem ciekaw tego co się wydarzy, o co tutaj naprawdę chodzi, mimo że wszystko dzieje się w jednym miejscu. Może gdzieś tam, w jednym czy drugim miejscu, bym trochę przyspieszył tempo historii, ale z drugiej strony, ten nieśpieszny rytm tekstu, jest też jednym z jego zalet.

Końcówka bardzo ciekawa, choć jeszcze nie jestem pewien, czy dobrze ją rozumiem. Niemniej jednak ta wieloznaczność w tym wypadku jest dla mnie również na plus.

Dziękuję, Edwardzie, za wizytę i miłe słowo :) Utrafiłeś w zasadzie we wszystkie założenia tego tekstu, zwłaszcza z tym balansowaniem między niepokojem a racjonalizacją – bohater urodził się jeszcze i pożył trochę w Wieku Rozumu, a rzecz dzieje się w apogeum romantyzmu, więc jego umysł jest zawieszony między tymi dwoma porządkami, co starałam się oddać w tekście.

Odebranie zakończenia jako wieloznacznego i akceptacja takiego stanu rzeczy też mnie cieszy :)

http://altronapoleone.home.blog

Nowa Fantastyka