- Opowiadanie: drakaina - Deszczowa oberża

Deszczowa oberża

Tytuł jest wy­pad­ko­wą dwóch in­nych po­my­słów na tytuł.

 

Hi­sto­ria jest za­in­spi­ro­wa­na wi­do­kiem, jaki uj­rza­łam nocą w ja­dal­ni jed­ne­go z domów typu b&b, w któ­rym no­co­wa­łam w nie­daw­nej po­dró­ży przez pół Eu­ro­py ;)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Deszczowa oberża

Była ciem­na, bu­rzo­wa noc. Po kilku go­dzi­nach błą­ka­nia się w stru­gach desz­czu sie­ką­ce­go nie­przy­jem­nie po twa­rzy, którą bez­sku­tecz­nie usi­ło­wa­łem za­sła­niać ka­pe­lu­szem i koł­nie­rzem płasz­cza, za­trzy­ma­łem konia przed drzwia­mi obe­rży. Okna były ciem­ne, roz­świe­tla­ne je­dy­nie bły­ska­wi­ca­mi, nie­mniej po dłu­gim do­bi­ja­niu się w jed­nym z nich roz­bły­sło chy­bo­tli­we świa­teł­ko, a chwi­lę póź­niej w drzwiach sta­nął po­tęż­nej po­stu­ry męż­czy­zna.

Zanim zdą­ży­łem co­kol­wiek po­wie­dzieć, chwy­cił mnie za ramię i wcią­gnął do środ­ka, po czym rów­nie bez­ce­re­mo­nial­nie po­pę­dził scho­da­mi na pię­tro.

– Do świtu nie­da­le­ko – wark­nął, wpy­cha­jąc mnie do cia­snej ko­mór­ki. – Rano po­roz­ma­wia­my.

Usły­sza­łem zgrzyt rygla i kroki od­da­la­ją­ce się od miej­sca mo­je­go uwię­zie­nia. Potem za­pa­dła cisza: nawet szum ulewy za oknem z­da­wał się je­dy­nie da­le­kim echem, po­dob­nie jak roz­brzmiewające raz za razem grzmo­ty. Mia­łem wra­że­nie, jak­bym prze­kro­czyw­szy próg tego po­miesz­cze­nia, które nawet w naj­po­dlej­szej obe­rży nie mo­gło­by nosić miana izby dla gości, zna­lazł się poza rze­czy­wi­stym świa­tem.

Wy­ma­ca­łem w rogu ko­mór­ki wy­gnie­cio­ny sien­nik i sztyw­ne od brudu prze­ście­ra­dło, rze­czy cał­ko­wi­cie zwy­czaj­ne w pod­lej­szych za­jaz­dach. Byłem tak zmę­czo­ny po­dró­żą, że po­mi­mo dzi­wacz­ne­go za­cho­wa­nia go­spo­da­rza za­sną­łem nie­mal w tej samej chwi­li, w któ­rej rzu­ci­łem się na to nędz­ne po­sła­nie.

Ocknąłem się, a przy­naj­mniej takie miałem wrażenie, kiedy jesz­cze pa­no­wa­ła ciem­ność nocy. Zza ścia­ny sły­sza­łem nadal jed­no­staj­ny szmer wody i był to ko­ją­cy dźwięk w po­rów­na­niu z tym, co wy­rwa­ło mnie ze snu. Dłuż­szą chwi­lę na­słu­chi­wa­łem, prze­ko­na­ny, że śnię kosz­mar, aż do­tar­ło do mnie, że moja iz­deb­ka musi znaj­do­wać się nad staj­nią lub chle­wem, gdyż to, co sły­sza­łem, ani chybi było mla­ska­niem i po­chrzą­ki­wa­niem, jakie wy­da­ją psy czy świ­nie, któ­rym go­spo­darz rzuci reszt­ki.

Prze­jął mnie dziw­ny dreszcz, al­bo­wiem wy­obra­zi­łem sobie, że skrzy­pią­ca pod­ło­ga za­ła­mu­je się pode mną, a ja spa­dam pro­sto do ko­ry­ta, by posłużyć za po­kar­m dla wy­głod­nia­łych wie­przy. Czyż nie taki był od po­cząt­ku za­mysł obe­rży­sty, czło­wie­ka jak wielu ludzi jego pro­fe­sji pod­łe­go i żąd­ne­go zysku – by po­dróż­ne­go, który o pół­noc­nej go­dzi­nie, w burzy i ciem­no­ści za­pu­kał do drzwi, rzu­cić na po­żar­cie be­stiom?

Jeśli nie dotrę do no­ta­riu­sza w Sen­lis, któż nie uzna, że prze­pa­dłem bez wie­ści w tę strasz­li­wą za­wie­ru­chę?

W od­po­wie­dzi na te myśli z od­da­li do­biegł prze­raź­li­wy jęk. Usia­dłem dy­go­cząc na sien­ni­ku, owi­nię­ty prze­ście­ra­dłem, które nagle zdało mi się śmier­tel­nym ca­łu­nem. W takim sta­nie do­trwa­łem do chwi­li, kiedy przez szpa­ry w okien­ni­cy prze­sła­nia­ją­cej ma­leń­kie okien­ko wdar­ło się świa­tło przed­świ­tu, od­ga­nia­jąc mary i bu­dząc mnie z tego snu – nie snu, w który za­pa­dłem wśród upior­nych od­gło­sów zwie­rzę­cej uczty.

Otwar­łem po­now­nie oczy i na­pa­wa­łem się ciszą, za­kłó­ca­ną je­dy­nie szu­mem desz­czu za ścia­ną. Pod­sko­czy­łem na dźwięk kro­ków i zgrzyt rygla, znów mając po­czu­cie, że do­pie­ro budzę się z kosz­ma­ru.

W drzwiach sta­nął ten sam męż­czy­zna, który wczo­raj tak ob­ce­so­wo mnie po­trak­to­wał – dziś za­uwa­ży­łem, że wcale nie jest po­tęż­nej po­stu­ry, a je­dy­nie wy­so­ki i chudy jak szcza­pa. Widać ob­szer­na ka­po­ta uczy­ni­ła go nocą w moich oczach nie­le­d­wie ol­brzy­mem z baśni.

Za­mie­rza­łem dać mu do zro­zu­mie­nia, co sądzę o wczo­raj­szym za­cho­wa­niu wobec po­rząd­ne­go po­dróż­ni­ka, kiedy on ode­zwał się do mnie w te słowa:

– Chodź­cie, panie, za­pro­wa­dzę was do lep­szej izby, czeka tam na was balia z wodą, a potem moja żona przy­rzą­dzi śnia­da­nie.

Za­mru­ga­łem ze zdu­mie­nia, ale po­słusz­nie uda­łem się za obe­rży­stą. Prze­szli­śmy na drugi ko­niec ko­ry­ta­rza. W po­ko­iku, wy­glą­da­ją­cym znacz­nie bar­dziej na izbę dla gości, krzą­tał się nie­wy­so­ki chło­pak. Czy było to tylko złudzenie, czy też zwi­jał wła­śnie po­spiesz­nie za­krwa­wio­ne szma­ty z sien­ni­ka nie­wie­le tylko po­rząd­niej­sze­go niż ten, na któ­rym prze­spa­łem noc?

– Tu wam bę­dzie wy­god­niej – oznaj­mił obe­rży­sta, chwy­ta­jąc chło­pa­ka za ucho i wy­py­cha­jąc wraz z to­bo­łem za drzwi.

– Dla­cze­go nie zo­sta­łem tu umiesz­czo­ny od razu? – za­py­ta­łem, siląc się na ura­żo­ny ton.

– Pokój był za­ję­ty – od­parł krót­ko chu­dzie­lec. – Wy­bacz­cie, żem was tak po­trak­to­wał.

W kącie do­strze­głem torbę, któ­rej w nocy nie zdą­ży­łem od­piąć od sio­dła. Była sucha, jakby ktoś się o nią, a może i o nie­szczę­sne zwie­rzę, za­trosz­czył.

– Jak zej­dzie­cie na dół, żona da wam co zjeść.

Z tymi słowy wy­szedł, a ja rzu­ci­łem się spraw­dzać, czy nic mi nie zgi­nę­ło. Sa­kiew­ka z mo­ne­ta­mi była może i cięż­sza, kiedy ru­sza­łem w drogę, ale mach­ną­łem na to ręką. Pa­pie­ry, które wio­złem do no­ta­riu­sza, za­wil­gły nieco i atra­ment gdzie­nie­gdzie się roz­ma­zał, nic w nich jednak nie bra­ko­wa­ło.

Ochla­paw­szy się stę­chłą wodą i zmie­niw­szy ko­szu­lę na czy­stą, zszedłem do głów­nej izby.

Jej więk­szą część zaj­mo­wał duży stół z gru­bych desek, który nie­daw­no chyba padł ofia­rą ognia, al­bo­wiem więk­szość blatu była po­czer­nia­ła i jak­kol­wiek ktoś przy­ło­żył się do szo­ro­wa­nia, ślady spa­le­ni­zny po­zo­sta­ły do­brze wi­docz­ne. Przy piecu krzą­ta­ła się ko­bie­ta bę­dą­ca na wy­gląd za­prze­cze­niem mał­żon­ka: tam gdzie on był wy­so­ki i chudy, ona była nie­na­tu­ral­nie wręcz niska i pulch­na. Ob­ró­ci­ła się ku mnie, uka­zu­jąc ru­mia­ne, jo­wial­ne ob­li­cze.

– Wy­bacz­cie, panie, że nocą mój mąż nie mógł wam za­pro­po­no­wać po­rząd­nej izby. Lep­sza jed­nak sucha ko­mór­ka niż mok­nię­cie pod gołym nie­bem. – Za­śmia­ła się chra­pli­wie.

Usia­dłem nad misą pełną zupy ze skwar­ka­mi i po­czu­łem dreszcz. W uszach za­dzwo­ni­ło echo od­gło­sów sły­sza­nych nocą.

– Był­bym spał nawet nie naj­go­rzej – oznaj­mi­łem – gdyby nie umiesz­czo­no mnie tuż nad chle­wem, jak mnie­mam.

Od­po­wie­dzią na moje słowa był brzęk tłu­ką­ce­go się szkła. Karcz­ma­rzo­wa wpa­try­wa­ła się we mnie ma­ły­mi okrą­gły­mi oczka­mi, może nawet nieco świń­ski­mi, po­my­śla­łem.

W drzwiach izby sta­nął obe­rży­sta; u jego nóg krę­cił się nie­du­ży kun­del.

– Tu nie ma chle­wu – oznaj­mił męż­czy­zna lo­do­wa­tym tonem.

Zer­k­ną­łem na zwie­rzę.

– A więc to za­pew­ne pies do­ja­dał reszt­ki po ko­la­cji? – za­ry­zy­ko­wa­łem.

Obe­rży­sta usiadł przy piecu, gła­dząc kun­dla, który zwi­nął się do snu w cie­ple.

– W desz­czu słychać różne rze­czy – stwier­dził, jakby to miało być od­po­wie­dzią na moje py­ta­nie. – W nowej izbie wy­śpi­cie się le­piej.

Do­pie­ro teraz uświa­do­mi­łem sobie, że ten czło­wiek uważa za oczy­wi­sty mój dłuż­szy pobyt w jego przy­byt­ku.

– Jeśli zdo­ła­łem do­trzeć pod Sen­lis, roz­wa­żę postój na kilka nocy – oświad­czy­łem – ale jeśli zbłą­dzi­łem, to ruszę dalej jesz­cze dziś, jako że mam pilną spra­wę do za­ła­twie­nia w mie­ście.

Przez chwi­lę pa­no­wa­ło mil­cze­nie, prze­ry­wa­ne je­dy­nie szu­mem ulewy za okna­mi, po­chra­py­wa­niem psa i trza­ska­niem mar­ne­go ognia. Obe­rży­sta i jego żona po­pa­try­wa­li po sobie, jakby po­ro­zu­mie­wa­li się bez słów.

Muszę wy­znać, że czu­łem lęk. Byłem na ich łasce, nie wie­dzia­łem nawet, gdzie umie­ści­li konia.

– W tę po­go­dę ni­g­dzie nie po­je­dzie­cie – ode­zwał się w końcu męż­czy­zna. – A do Sen­lis jesz­cze pół dnia drogi.

A zatem za­błą­dzi­łem w tej prze­klę­tej ule­wie. Aby otrzy­mać spa­dek – co­kol­wiek wuj za­pi­sał mi w te­sta­men­cie – mu­sia­łem się sta­wić u no­ta­riu­sza przed pięt­na­stym dniem mie­sią­ca, czyli naj­da­lej za trzy dni.

– Jak ro­zu­miem – od­par­łem wy­nio­śle – czło­wiek, który zaj­mo­wał wcze­śniej izbę na górze, zdo­łał wy­je­chać.

Pies za­war­czał przez sen. Czy to jego mla­ska­nie sły­sza­łem w nocy?

Obe­rży­sta nawet nie drgnął.

– W tym po­ko­ju nikt nie no­co­wał.

Wzbie­ra­ła we mnie złość.

– Mó­wi­li­ście, że był za­ję­ty.

– Bo tak było.

Przy­po­mniałem sobie za­krwa­wio­ny tobół w rę­kach po­słu­ga­cza. Ro­zej­rza­łem się, ale chło­pa­ka nie było ni­g­dzie widać. Do­ja­dłem z obrzy­dze­niem zupę, zo­sta­wia­jąc część skwa­rek, bo miałem wrażenie, że pa­trzą spo­śród nich oczy po­mor­do­wa­nych tu gości. Od­su­ną­łem miskę i wsta­łem, kie­ru­jąc się ku wyj­ściu. Nikt mnie nie za­trzy­my­wał.

Za drzwia­mi na­tkną­łem się na do­słow­ną ścia­nę desz­czu, za którą ma­ja­czy­ły kształ­ty do­mostw, a może drzew. Wy­cią­gną­łem rękę i zro­bi­łem krok do przo­du – wy­da­ło mi się, że kro­ple, a ra­czej stru­mień wody jed­no­cze­śnie mrozi jak lód i pali ni­czym ogień.

Za­drża­łem, czu­jąc na ra­mie­niu cięż­ką rękę. Po­słusz­nie dałem się za­pro­wa­dzić do po­ko­iku na górze.

Przez go­dzi­nę sie­dzia­łem wpa­trzo­ny w ze­ga­rek, któ­re­go wska­zów­ki po­wo­li prze­su­wa­ły się ku po­łu­dniu. Nie mia­łem nic do ro­bo­ty poza czy­ta­niem w kółko pa­pie­rów no­ta­rial­nych, a te zna­łem na pa­mięć. Wsłu­chi­wa­łem się więc w od­gło­sy obe­rży, po­wo­li uświa­da­mia­jąc sobie, że je­stem je­dy­nym go­ściem.

Z dołu do­bie­ga­ły zu­peł­nie zwy­czaj­ne dźwię­ki: brzęk na­czyń, szcze­ka­nie psa, kroki, po­krzy­ki­wa­nia, rą­ba­nie drew­na. Pra­wie na­to­miast nie sły­sza­łem desz­czu, więc kiedy wska­zów­ka prze­su­nę­ła się na go­dzi­nę dwu­na­stą, otwar­łem okno, by na­tych­miast je za­trza­snąć. Echo po­wtó­rzy­ło trza­śnię­cie. Od­wró­ci­łem głowę i uj­rza­łem w drzwiach tego sa­me­go po­słu­ga­cza, który był tu rano, tym razem nio­są­ce­go w ra­mio­nach na­rę­cze drew­na.

– M-ma­da­me k-ka­za­ła z-za­pa­lić, b-bo z-zim­no – wy­du­kał.

Ją­ka­ła czy nie, to była je­dy­na oka­zja, by spró­bo­wać się cze­goś do­wie­dzieć. Tyle tylko, że sta­łem z wzro­kiem wle­pio­nym w ko­mi­nek i le­cą­cą z niego sadzę, nie wie­dząc, o co pytać.

– Dla­cze­go nie spa­łem tu po­przed­niej nocy?

Od­po­wie­dzia­ło mi usil­ne dmu­cha­nie w żar.

– P-po­kój n-nie b-był g-go­to­wy – wy­ją­kał w końcu sługa, kiedy po­wtó­rzy­łem py­ta­nie.

– A więc to kłam­stwo, że nikt tu nie spał? – Chwy­ci­łem go za ra­mio­na i po­trzą­sną­łem. – Co się z nim stało?

Chło­pak był silny. Wy­rwał się, przez chwi­lę grze­bał w pa­le­ni­sku, po czym sta­nął na­prze­ciw­ko mnie.

– N-niech p-pan p-prze­sie­dzi d-deszcz w p-po­ko­ju – wy­mam­ro­tał po chwi­li mil­cze­nia. – N-niech p-pan n-nie w-wy­cho­dzi.

Za­ry­glo­wa­na ko­mór­ka. Za­krwa­wio­ne szma­ty w tym po­ko­ju. Od­gło­sy upior­nej uczty w nocy. Wpu­ścił mnie tu jed­nak czło­wiek… który sprawiał wrażenie wiel­ko­lu­da i we­pchnął mnie na­tych­miast do środ­ka, jakby bał się, że ina­czej zrobi mi krzyw­dę. Czyż­by obe­rży­sta chro­nił mnie przed sobą i swoją mał­żon­ką? Czyż­by ten ktoś, kto miesz­kał tu przede mną, zlek­ce­wa­żył ostrze­że­nie?

Po­tak­ną­łem, wci­sną­łem chło­pa­ko­wi parę mie­dzia­ków do ręki i wy­pchną­łem go za drzwi. Od­cze­ka­łem aż kroki ucich­ną na scho­dach i bar­dzo po­wo­li wy­chy­li­łem głowę na ko­ry­tarz. Spoj­rza­łem ku jego dru­gie­mu koń­co­wi i ko­mór­ce, w któ­rej spę­dzi­łem noc. Zna­jąc już tro­chę par­ter bu­dyn­ku, oce­ni­łem, że pod nią była izba ja­dal­na, a zatem stam­tąd do­cho­dzi­ły prze­ra­ża­ją­ce od­gło­sy zwie­rzę­cej uczty.

Wie­dzio­ny cie­ka­wo­ścią pod­kra­dłem się ku swej daw­nej sy­pial­ni i zna­la­złem drzwi nie­za­ry­glo­wa­ne. W środ­ku było tak, jak za­pa­mię­ta­łem: wy­gnie­cio­ny stary sien­nik, brud­ne prze­ście­ra­dło, reszt­ki stę­chłe­go je­dze­nia w kącie i szczu­rze od­cho­dy. Wy­obraź­nia pod­su­nę­ła mi obraz szczu­ra-ol­brzy­ma pożerającego w kuch­ni to, co po­zo­sta­ło z gości po uczcie obe­rży­sty i jego żony.

Szum wody za ścia­ną był tu gło­śniej­szy, mógł­bym nawet przy­siąc, że w wie­trze i stu­ko­cie kro­pel sły­szę głosy.

Cof­ną­łem się do ko­ry­ta­rza i ru­szy­łem ku po­ko­jo­wi, by przedsięwziąć do­kład­ne oglę­dzi­ny. Moja pie­czo­ło­wi­tość zo­sta­ła wkrót­ce na­gro­dzo­na: na drzwiach za­uwa­ży­łem ślady jakby pa­zu­rów, a na ko­min­ku zna­la­złem wy­dra­pa­ną datę, którą od­czy­ta­łem sma­ru­jąc cegły sadzą. Ty­siąc sie­dem­set osiem­dzie­siąt sześć, trzy­na­sty paź­dzier­ni­ka.

W zwy­czaj­nych oko­licz­no­ściach uznał­bym to za czas wy­bu­do­wa­nia obe­rży, teraz jed­nak pa­mięć go­rącz­ko­wo po­szu­ki­wa­ła zna­czeń. Czy uro­dził się wtedy albo umarł ktoś ważny? Czy dzień ten lub rok miał zna­cze­nie po­li­tycz­ne albo był ważny dla ta­jem­nych sto­wa­rzy­szeń?

Nie mając nic lep­sze­go do ro­bo­ty zsze­dłem znów na dół.

– Czę­sto tu tak pada? – za­gad­ną­łem stojącą przy piecu karcz­ma­rzo­wą.

Utkwi­ła we mnie wzrok ma­łych, świń­skich oczek.

– Za czę­sto – od­par­ła. Na­bra­ła cho­chlą zupy z ko­cioł­ka wi­szą­ce­go nad ogniem. – Zje pan rosół.

Usia­dłem przy nad­pa­lo­nym stole, nie­chęt­nie mie­sza­jąc łyżką w misce, jak­bym oba­wiał się, że zo­ba­czę w niej po­wy­krzy­wia­ne twa­rze ofiar. Bez­wied­nie wo­dzi­łem pal­cem dru­giej ręki po bla­cie i do­strze­głem, że spa­le­ni­zna – a ra­czej jej brak na samym środ­ku – ukła­da się w re­gu­lar­ny kształt.

– Niech pan je, póki go­rą­ce.

Od­ru­cho­wo sku­li­łem się na widok obe­rży­sty. Czło­wiek ten miał pa­skud­ny zwy­czaj po­ja­wiać się nie­mal bez­sze­lest­nie. Teraz usiadł na­prze­ciw­ko mnie, jakby za­mie­rzał pil­no­wać, czy zjem strasz­li­wą po­lew­kę.

– A gdzie po­dział się pies? – za­py­ta­łem, nie wi­dząc kun­dla.

Obe­rży­sta wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Pew­nie śpi w staj­ni.

Prze­łkną­łem kilka łyżek bu­lio­nu.

– Długo po­trwa ten pie­kiel­ny deszcz? – Raz jesz­cze spró­bo­wa­łem za­ga­ić roz­mo­wę. – Muszę zdą­żyć do no­ta­riu­sza… – Urwa­łem, klnąc w duchu, że teraz mogą mnie wziąć za czło­wie­ka za­moż­ne­go. „Może le­piej za­ry­zy­ko­wać dal­szą po­dróż” – uznałem, lecz na­tych­miast wzdry­gną­łem się na myśl, że miał­bym znów zna­leźć się na mo­krym, ośli­zgłym zim­nie.

Mój roz­mów­ca zmru­żył lekko oczy i za­bęb­nił pal­ca­mi w stół.

– Pie­kiel­ny deszcz – po­wtó­rzył w za­my­śle­niu, dra­piąc się po nie­ogo­lo­nej bro­dzie. – Kilka dni za­wsze pada.

Pod­sze­dłem do okna, za któ­rym było ciem­no, choć nie­daw­no do­pie­ro mi­nę­ło po­łu­dnie. Przez brud­ną szybę wi­dzia­łem ścia­nę wody. Stru­gi zda­wa­ły się wsią­kać w ścia­ny obe­rży, aż cof­ną­łem się, jak­bym zo­ba­czył ich macki prze­ni­ka­ją­ce przez mur.

Za drob­ną sumę obe­rży­sta dał mi kilka kart nie­za­pi­sa­ne­go pa­pie­ru, na któ­rych z nudów za­czą­łem spi­sy­wać wszyst­kie ob­ser­wa­cje poczynione w tym dziw­nym miej­scu. Na takim za­ję­ciu ze­szedł mi czas aż do wie­czo­ra, kiedy to ją­ka­ła przy­niósł po­si­łek do po­ko­ju. Po­nie­waż pod­czas ro­bie­nia no­ta­tek po­wzią­łem pe­wien plan, który za­pew­ne nie spodo­bał­by się go­spo­da­rzom, nie wy­py­ty­wa­łem tym razem chło­pa­ka o nic, co przy­jął z wy­raź­ną ulgą.

– Z-za­mknij­cie d-do­brze p-po­kój – po­wie­dział, wy­cho­dząc.

Pod­nio­słem na niego py­ta­ją­co wzrok. Zmie­szał się.

– Z-zim­no z k-ko­ry­ta­rza idzie – wy­ja­śnił nie­zbyt prze­ko­nu­ją­co.

Gdy wy­szedł, na­słu­chi­wa­łem pod drzwia­mi. Skrzy­pie­nie pod­ło­gi, potem rów­no­mier­ny stu­kot sa­bo­tów na scho­dach. Przez dłuż­szą chwi­lę sły­chać było jesz­cze krzą­ta­nie się w kuch­ni, a potem wszyst­ko uci­chło.

Ostroż­nie wy­chy­ną­łem na ko­ry­ta­rz, trzy­ma­jąc w ręku tani cy­no­wy lich­ta­rzyk z ło­jo­wą świe­cą, po­sta­wio­ny przez ją­ka­łę na ko­min­ku. Wra­ca­jąc po obie­dzie do swo­je­go wię­zie­nia, za­uwa­ży­łem za za­ło­mem ścia­ny jesz­cze jedne drzwi, ale były za­ry­glo­wa­ne.

W mło­do­ści, wstyd to przy­znać, zda­rza­ło mi się raz czy drugi uczest­ni­czyć w nie­zbyt uczci­wych po­czy­na­niach pew­nych ludzi z ro­dzin­ne­go mia­stecz­ka, toteż nie po­dej­rze­wa­łem, by zamek w pod­rzęd­nej obe­rży miał spra­wić mi kło­pot. Le­d­wie jed­nak za­bra­łem się za jego ba­da­nie, usły­sza­łem głosy na dole, w głów­nej izbie. Unio­słem głowę i przez za­ro­śnię­te pa­ję­czy­na­mi okien­ko do­strze­głem coś na kształt ludz­kiej po­sta­ci, prze­my­ka­ją­cej przez po­dwó­rze, za­le­wa­ne wciąż stru­ga­mi desz­czu. Wy­da­ła mi się nie­po­dob­na do zna­nych mi już miesz­kań­ców obe­rży, wy­glą­da­ła jak młod­sza i szczu­plej­sza znacz­nie od karcz­ma­rzo­wej ko­bie­ta w ja­snej su­kien­ce. Albo jak zjawa, pod­po­wie­dzia­ła wy­obraź­nia.

Z dołu do­biegł cichy brzęk, a potem po­spiesz­ne kroki i po­mru­ki­wa­nia, może pro­wa­dzo­na przy­ci­szo­ny­mi gło­sa­mi roz­mo­wa. Sta­łem bez ruchu pod za­mknię­ty­mi drzwia­mi, osła­nia­jąc jedną ręką pło­myk świecz­ki, a w dru­giej trzy­ma­jąc ze­ga­rek. Kiedy wska­zów­ki prze­su­nę­ły się na go­dzi­nę dzie­sią­tą, a zni­kąd nie do­cho­dził żaden dźwięk, od­wa­ży­łem się po­dejść do scho­dów.

Wy­chy­li­łem się przez po­ręcz i do­strze­głem sła­biut­ką po­świa­tę do­by­wa­ją­cą się z izby ja­dal­nej. Wie­dzio­ny nie­zdro­wą cie­ka­wo­ścią zsze­dłem na sam dół i oczom moim uka­zał się za­ska­ku­ją­cy widok.

Na środ­ku stołu, tego sa­me­go, przy któ­rym ja­dłem po­łu­dnio­wy po­si­łek, leżał przed­miot przy­po­mi­na­ją­cy nieco rów­no­ra­mien­ny krzyż, a tuż obok stały srebr­ne na­czy­nia, wy­glą­da­ją­ce jak li­tur­gicz­ne. Nagle wszyst­kie lęki ostat­nich go­dzin zna­la­zły wy­tłu­ma­cze­nie: w oso­bach obe­rży­sty i jego żony uj­rza­łem zwy­kłych ra­bu­siów, okra­da­ją­cych po­dróż­nych, a może i ich mor­du­ją­cych. Ostat­nią ofia­rą mógł być jakiś księ­żu­lo. Mało ta­kich opo­wie­ści krą­ży­ło o od­lud­nych za­jaz­dach?

Zdję­ty lę­kiem, wa­ha­łem się, czy zaj­rzeć do izby, czy też wy­co­fać się na pię­tro. W po­ko­ju zo­sta­wi­łem nie­na­bi­ty pi­sto­let. Los zde­cy­do­wał za mnie: w ciem­no­ści usły­sza­łem skrzyp­nię­cie pod­ło­gi i lek­kie kroki. Chwi­lę póź­niej po dru­giej stro­nie stołu, oświe­tlo­na słabą po­świa­tą uno­szą­cą się od przed­mio­tów uło­żo­nych na blacie, uka­za­ła się wid­mo­wa po­stać.

Młoda ko­bie­ta o nie­na­tu­ral­nie bla­dej twa­rzy wpa­try­wa­ła się we mnie wy­głod­nia­łym wzro­kiem, w któ­rym prze­ra­że­nie mie­sza­ło się z nie­opi­sa­ną tę­sk­no­tą i le­d­wie za­uwa­żal­ną iskier­ką na­dziei.

– Niech pan wraca na górę – ode­zwa­ła się i do­pie­ro wtedy po­ją­łem, że to nie zjawa, lecz osoba z krwi i kości.

Po­czu­łem przy­pływ sza­leń­czej od­wa­gi i za­miast po­słu­chać ta­jem­ni­czej nie­zna­jo­mej, po­stą­pi­łem krok do przo­du. Dziew­czy­na cof­nę­ła się, skła­da­jąc w obron­nym ge­ście ręce na pier­si. Le­żą­cy na stole krzyż, z bli­ska przy­po­mi­na­ją­cy ra­czej gwiaz­dę o czte­rech pro­mie­niach, po­ru­szył się, na­czy­nia za­brzę­cza­ły cicho. Spo­mię­dzy nich, a może spod blatu usły­sza­łem ciche echo strasz­li­wych od­gło­sów, które nie da­wa­ły mi spać po­przed­niej nocy. Przy­kuc­ną­łem – w na­dziei, po praw­dzie, iż zo­ba­czę tam psi­sko ogry­za­ją­ce kości. Nie wi­dzia­łem jed­nak nic, pod sto­łem była je­dy­nie ciem­ność.

– Niech pan wraca do po­ko­ju – po­wtó­rzy­ła dziew­czy­na na­glą­co. – On zaraz tu bę­dzie.

O kim mó­wi­ła? Oczy zdą­ży­ły się już przy­zwy­cza­ić do mroku, więc ro­zej­rza­łem się po sali: ni­ko­go poza nami tu nie było. Tylko spośród nieprzeniknionych cieni do­cho­dzi­ły ciche dźwię­ki, przy­po­mi­na­ją­ce mla­ska­nie. Zro­bi­łem krok do przo­du, a ra­czej usi­ło­wa­łem, bo po­de­szwa buta kle­iła się do desek ni­czym do smoły. Za oknem wzmógł się szum desz­czu. Ze ścian ka­pa­ły czar­ne kro­ple.

– On? – za­py­ta­łem. – Obe­rży­sta? Za­mie­nio­ny w psa?

– On – od­po­wie­dzia­ła. – Oj­ciec moich dzie­ci.

Spoj­rza­łem w jej bla­do­nie­bie­skie oczy i uj­rza­łem w nich pust­kę.

„Gdy­bym tylko miał pi­sto­let!” – po­my­śla­łem, z wielkim trudem odrywając stopę od podłogi i wy­chy­la­jąc się w kie­run­ku stołu. Zamierzałem się­gnąć po me­ta­lo­wą gwiaz­dę, która była chyba dość cięż­ka, by obro­nić mnie nawet przed sil­nym męż­czy­zną albo i po­two­rem, w któ­re­go się prze­mie­niał. Kiedy podszedłem na tyle bli­sko, by ogar­nę­ła mnie po­świa­ta roz­cho­dzą­ca się od srebr­nych przed­mio­tów, myśli nieco się roz­ja­śni­ły. „Nie ma po­two­rów” – po­wie­dzia­łem sobie. „Jest obe­rży­sta, który ra­bu­je gości, może ich nawet za­bi­ja, i upra­wia nie­rząd z pra­cu­ją­cą tu dziew­czy­ną”. Jest młoda ko­bie­ta, w któ­rej obro­nie po­wi­nie­nem sta­nąć, a obe­rży­stę do­pro­wa­dzić przed ob­li­cze wy­mia­ru spra­wie­dli­wo­ści.

Do­tkną­łem gwieź­dzi­ste­go krzy­ża i unio­słem go. Usły­sza­łem zdu­szo­ny krzyk dziew­czy­ny, a na dłoni po­czu­łem zimne i go­rą­ce jed­no­cze­śnie kro­ple. W mar­nym świe­tle wi­dzia­łem, jak wgry­za­ją się w skórę, rzeź­biąc w niej czar­ny wzór. Nie­zno­śny ból spra­wił, że upu­ści­łem pro­wi­zo­rycz­ną broń i od­sko­czy­łem od stołu. Czar­ne stru­my­ki płynęły po bla­cie, czar­ne kro­ple prze­le­wa­ły się przez kra­wędź, ude­rza­jąc w pod­ło­gę z gło­śnym plu­skiem.

W tej samej chwi­li po­czu­łem cios w tył głowy i ogar­nę­ła mnie nie­prze­nik­nio­na ciem­ność.

 

***

 

Obu­dził mnie chłod­ny dotyk na ustach.

– N-niech p-pan p-pi­je.

Zna­łem ten głos. Otwar­łem oczy i uj­rza­łem nad sobą za­tro­ska­ną twarz ją­ka­ły, któ­re­go nigdy nie za­py­ta­łem o imię. Teraz też o tym nie my­śla­łem, po­nie­waż ude­rzy­ło mnie co in­ne­go: zdu­mie­wa­ją­ce po­do­bień­stwo do dziew­czy­ny, którą wi­dzia­łem na dole.

Za­mru­ga­łem po­wie­ka­mi. To był sen, to mu­siał być sen. Ją­ka­ła nie wy­szedł z po­ko­ju, ja ni­g­dzie nie wy­cho­dzi­łem, to wszyst­ko mi się przy­śni­ło. Rozum bar­dzo chciał wie­rzyć w te za­pew­nie­nia, pa­mięć jed­nak pod­su­wa­ła ob­ra­zy i do­świad­cze­nia zmy­słów, które mó­wi­ły zgoła co in­ne­go. Spoj­rza­łem na dłoń: była owi­nię­ta szma­tą, a spod niej wy­sta­wa­ło coś zie­lo­ne­go – liść babki. Zdar­łem opa­tru­nek: na skó­rze wid­nia­ły za­ognio­ne ślady po­zo­sta­wio­ne przez kro­ple pie­kiel­ne­go desz­czu, który prze­nik­nął do wnę­trza obe­rży.

– Dziew­czy­na… – Za­drża­łem na chra­pli­wy dźwięk mo­je­go wła­sne­go głosu. – Tam była…

Ją­ka­ła po­krę­cił głową.

– N-niech p-pan w-wy­pi­je i z-za­śnie.

Unio­słem rękę ku jego twa­rzy.

– Wy­glą­da­ła zu­peł­nie…

– P-przy­wi­dzia­ło s-się p-pa­nu.

– Ten deszcz – po­wie­dzia­łem – on po­wo­du­je omamy, tak? Co to jest? Co się tu dzie­je?

Wmu­sił we mnie całą szklan­kę pod­łe­go wina, za­pew­ne za­pra­wio­ne­go ma­kiem, bo chwi­lę póź­niej za­pa­dłem w nie­spo­koj­ny sen, w któ­rym sły­sza­łem dziw­ne dźwię­ki, ale nie bu­dzi­łem się wię­cej.

Kiedy otwar­łem oczy, za oknem było ja­śniej, choć po­sęp­ne stru­gi desz­czu nadal za­sła­nia­ły widok. Z dołu do­cho­dzi­ły od­gło­sy zwy­kłej krzą­ta­ni­ny. Przez opar­cie usta­wio­ne­go przy ko­min­ku krze­sła prze­wie­szo­na była wy­pra­na ko­szu­la, moja wła­sna. Prze­bra­łem się w po­śpie­chu, nie­dba­le wią­żąc fular, i naj­ci­szej jak umia­łem, zsze­dłem na dół, w na­dziei, że za­sko­czę go­spo­da­rzy.

Nie spo­dzie­wa­łem się zo­ba­czyć na stole ko­ściel­ne­go sre­bra, więc nie zdzi­wił mnie widok pu­ste­go blatu, na któ­rym je­dy­nie przy­by­ło śla­dów spa­le­ni­zny. Wspo­mnie­nia mi­nio­ne­go wie­czo­ra pod­po­wia­da­ły mi, że te czar­ne smugi nie były dzie­łem ognia, ra­cjo­nal­ny umysł od­rzu­cał jed­nak myśl o tym, że to, co oglą­da­łem, było praw­dą, a nie oma­mem wy­wo­ła­nym przez jakiś spe­cy­fik, który być może do­da­wa­no tu do po­traw i na­po­jów.

– Po­spał pan! To do­brze, do­brze – po­wi­ta­ła mnie karcz­ma­rzo­wa, od­wra­ca­jąc się na­tych­miast, kiedy po­ja­wi­łem się w drzwiach izby. – Już się prze­ja­śnia, nie­dłu­go po­je­dzie pan w swoją stro­nę.

Małe oczka świ­dro­wa­ły mnie, jakby oce­nia­jąc, ile szyn­ki da się wy­kro­ić z mo­je­go ciała. Za­ci­sną­łem palce, czu­jąc pa­znok­cie wbi­ja­ją­ce się w skórę pra­wie do krwi. Za­mru­ga­łem po­wie­ka­mi. Przede mną stała nie­du­ża, jo­wial­na ko­bie­ta w śred­nim wieku, ubra­na w po­ce­ro­wa­ną w wielu miej­scach suk­nię i nie­zbyt czy­sty płó­cien­ny cze­pek. W nie­bie­skich oczach do­strze­głem uśmiech, nie głód. Pulch­ne ręce po­sta­wi­ły na stole miskę dy­mią­cej zupy. Ko­bie­ta przy­sia­dła na ławie na­prze­ciw­ko mnie.

– Zje pan i naj­le­piej prze­śpi resz­tę dnia – oznaj­mi­ła tonem matki stro­fu­ją­cej dziec­ko. – Jazda w tej po­go­dzie ani chybi przy­pra­wi­ła pana o go­rącz­kę, a nie chce pan su­chot albo czego gor­sze­go się na­ba­wić.

Zupa była ja­rzy­no­wa, bez skwa­rek, a z wiel­kich ok tłusz­czu spo­glą­da­ła tylko moja wła­sna od­bi­ja­ją­ca się w nich twarz. Prze­su­ną­łem wolną ręką po bla­cie stołu, po ciem­nych ry­sach. Czu­łem lek­kie mro­wie­nie w pal­cach, czu­łem też wzrok karcz­ma­rzo­wej śle­dzą­cy moje ruchy. Ski­ną­łem głową.

– Tak – od­po­wie­dzia­łem, uda­jąc sen­ność. – Spędzę cały dzień w łóżku.

Za­miar mia­łem zu­peł­nie inny, chcia­łem tylko uśpić jej czuj­ność. Nie wspo­mi­na­ła o tym, co zda­rzy­ło się w nocy, ja więc też po­sta­no­wi­łem uda­wać, że nic nie pa­mię­tam albo uwa­żam wszyst­ko za zmory senne.

Kiedy wcho­dzi­łem na scho­dy, przez okno uj­rza­łem na po­dwó­rzu szary cień i roz­po­zna­łem dziew­czy­nę spo­tka­ną w nocy. Kryła się pod oka­pem ni­skie­go bu­dyn­ku, który mie­ścił za­pew­ne staj­nię i po­miesz­cze­nia go­spo­dar­cze. Pa­li­ła mnie cie­ka­wość, uda­łem jed­nak, że nic nie za­uwa­żam i wró­ci­łem do po­ko­ju na pię­trze.

Tu przez chwi­lę istot­nie le­ża­łem nie­mal bez ruchu, roz­my­śla­jąc i za­cho­wu­jąc się tak cicho, jak­bym spał. Po kwa­dran­sie usły­sza­łem ostroż­ne kroki na scho­dach i ko­ry­ta­rzu; za­trzy­ma­ły się pod drzwia­mi po­ko­iku. Prze­wró­ci­łem się na łóżku i wes­tchną­łem, jakby przez sen. Nie mu­sia­łem długo cze­kać, by kroki od­da­li­ły się, a potem dźwię­ki do­cho­dzą­ce z izby na dole stały się na po­wrót zwy­kły­mi od­gło­sa­mi kuch­ni i co­dzien­ne­go życia.

Nie wie­dzia­łem, co o tym wszyst­kim my­śleć: za dnia obe­rża zda­wa­ła się ni­czym nie wy­róż­niać spo­śród po­dob­nych jej przy­byt­ków, w nocy zaś… Wsta­łem i zdją­łem buty, po czym na pal­cach pod­sze­dłem do ko­min­ka. Uma­za­na sadzą data wid­nia­ła tam nadal. Wie­dzio­ny dziw­nym im­pul­sem wy­ry­łem obok dzi­siej­szą i wzdry­gną­łem się na myśl, że za dwa dni bę­dzie okrą­gła rocz­ni­ca, czterdzieści lat. Za dwa dni, kiedy muszę sta­wić się w Sen­lis po spa­dek po wuju, któ­re­go nawet do­brze nie zna­łem.

Nie będąc w sta­nie wy­my­ślić zna­cze­nia daty, za­sta­no­wi­łem się nad ry­sa­mi na drzwiach. Obe­rży­sta, któ­re­go po­dej­rze­wa­łem, że może być lo­up-ga­rou albo po­dob­nym mu stwo­rze­niem, w nocy po­ja­wił mi się jako czło­wiek, ale prze­cież po­two­rem mógł być kto­kol­wiek inny: jego żona o świń­skich oczkach, chło­pak ją­ka­ła, albo i ta­jem­ni­cza dziew­czy­na. „Nie” – po­my­śla­łem – „ją też wi­dzia­łem nocą w ludz­kiej po­sta­ci”. Nie­zna­jo­ma wspo­mnia­ła o ojcu swo­ich dzie­ci, to zaś da­wa­ło wybór mię­dzy obe­rży­stą i po­słu­ga­czem, który w tej chwi­li naj­bar­dziej pa­so­wał mi na tego, kto w czar­nym desz­czu prze­mie­nia się w po­two­ra, jako że nie wi­dzia­łem go nigdy po zmierz­chu, a i ostrze­gał mnie kilka razy przed opusz­cza­niem po­ko­ju.

Po­zo­sta­wa­ły jesz­cze skra­dzio­ne przed­mio­ty na stole, ale to wy­da­wa­ło się łatwo wy­tłu­ma­czal­ne po­kąt­ny­mi spraw­ka­mi wielu wła­ści­cie­li za­jaz­dów.

Był­bym to zbył takim ro­zu­mo­wa­niem, gdyby jedno wspo­mnie­nie z nocy nie ude­rzy­ło mnie ni­czym obu­chem. Po­czu­łem znów chłód me­ta­lu i do­tknię­cie smo­li­stej ma­te­rii, kiedy unio­słem krzyż z blatu. W uszach za­dzwo­ni­ło echo krzy­ku dziew­czy­ny. Na po­ty­li­cy po­czu­łem ból ude­rze­nia, zro­bi­ło mi się ciem­no przed ocza­mi. W po­wi­do­ku za­ma­ja­czył kształt for­mu­ją­cy się w ra­mio­nach wy­glą­da­ją­cej jak zjawa nie­zna­jo­mej. I coś jesz­cze, czego, ogłu­szo­ny, nie za­uwa­ży­łem w szcze­gó­łach, a co teraz wy­pły­wa­ło coraz moc­niej na po­wierzch­nię myśli. Nocą w izbie na dole był ktoś jesz­cze, ktoś bez­kształt­ny, czyj wzrok prze­ni­kał mnie także w tej chwi­li, jakby ta isto­ta miała oczy wszę­dzie w ścia­nach obe­rży.

Za­krę­ci­ło mi się w gło­wie i opar­łem się o kominek, czu­jąc jak ko­szu­la przy­kle­ja się do zim­nych, wil­got­nych ce­gieł. W sła­bej po­świa­cie resz­tek żaru wi­dzia­łem, jak w po­ro­wa­tej po­wierzch­ni two­rzą się kro­ple czar­nej krwi, a na­stęp­nie wici lub macki, się­ga­ją­ce ku mnie.

Upa­dłem na ko­la­na, na ka­mien­ną po­sadz­kę, za­po­mi­na­jąc o za­cho­wa­niu ciszy, i wizja ustą­pi­ła. Na­słu­chi­wa­łem przez chwi­lę, ale chyba nikt na dole nic nie usły­szał. Trzą­słem się ze stra­chu, po­sta­no­wi­łem jed­nak wcie­lić w życie plan przed­się­wzię­ty rano. Za­mknię­te po­miesz­cze­nie, są­dząc po tym, co dało się do­strzec przez brud­ne okna obe­rży i oce­nić po roz­kła­dzie bu­dyn­ku, mu­sia­ło być duże. „To po pro­stu zbio­ro­wa izba sy­pial­na” – po­wta­rza­łem sobie, wie­dząc, że cie­ka­wość i na­dzie­ja na roz­wi­kła­nie za­ga­dek noc­nych zmór zwy­cię­ży.

Za­opa­trzo­ny je­dy­nie w składany nożyk i inne drobiazgi sta­no­wią­ce wy­po­sa­że­nie po­dróż­ne­go ne­se­se­ru mia­łem nie­ja­kie trud­no­ści z otwar­ciem zamka, ale nie­chlub­ne do­świad­cze­nia z mło­do­ści po­mo­gły i wkrót­ce bar­dzo po­wo­li i ostroż­nie na­ci­sną­łem na klam­kę, oba­wia­jąc się zgrzy­tu me­ta­lu i skrzy­pie­nia drew­na.

Drzwi otwar­ły się cicho, jakby zamek był re­gu­lar­nie oli­wio­ny. Za nimi zo­ba­czy­łem to, na co mia­łem na­dzie­ję. Ow­szem, na pod­ło­dze le­ża­ło kilka wy­gnie­cio­nych sien­ni­ków, więc za­pew­ne cza­sem no­co­wa­li tu uboż­si po­dróż­ni, nie­mniej w dal­szej czę­ści ob­szer­ne­go po­miesz­cze­nia znaj­do­wa­ła się gra­ciar­nia. Jeden rzut oka wy­star­czył, by oce­nić, że ze­bra­no w niej przed­mio­ty na­le­żą­ce do kilku po­ko­leń. W kącie do­strze­głem po­dar­tą suk­nię, pa­mię­ta­ją­cą jesz­cze czasy przed­re­wo­lu­cyj­ne. Pod ścia­ną stał ka­ra­bin ka­wa­le­ryj­ski z wy­ła­ma­nym zam­kiem, nie­mniej roz­po­zna­łem w nim model, któ­rym sam wal­czy­łem w tym krót­kim cza­sie, kiedy za­cią­gną­łem się do re­pu­bli­kań­skiej armii. W po­tłu­czo­nym gip­so­wym po­pier­siu do­my­śli­łem się ce­sa­rza. Frag­men­ty za­wil­głe­go i po­dar­te­go pla­ka­tu, zwie­sza­ją­ce się ze sta­re­go kre­den­su, za­wia­da­mia­ły o uro­czy­stym Te Deum w ka­te­drze z oka­zji niedawnej ko­ro­na­cji króla Ka­ro­la. Pod­sze­dłem bli­żej i od­cy­fro­wa­łem nazwę Sen­lis. Przy­naj­mniej obe­rży­sta mnie nie okła­mał i znaj­do­wa­łem się bli­sko celu mojej po­dró­ży.

Sta­ra­jąc się robić jak naj­mniej ha­ła­su, za­czą­łem otwie­rać szu­fla­dy i grze­bać w pół­otwar­tych skrzy­niach. Nie wiem, czego się spo­dzie­wa­łem: do­ku­men­tów, ta­jem­nych za­pi­sków? W skryt­ce sta­rej se­kre­te­ry na­tra­fi­łem istot­nie na za­ku­rzo­ne szpar­ga­ły, z któ­rych nie do­wie­dzia­łem się ni­cze­go cie­ka­we­go.

W po­szu­ki­wa­niach cze­go­kol­wiek, co po­mo­gło­by mi wy­ja­śnić ta­jem­ni­cę tego miej­sca, na­tra­fi­łem na załom ścia­ny, a za nim ko­lej­ne drzwi. Ustą­pi­ły pod samym na­ci­skiem. Dalej znaj­do­wa­ła się nie­du­ża ko­mór­ka z okien­kiem pod samym su­fi­tem. W kącie tego nędz­ne­go po­miesz­cze­nia ku­li­ło się małe dziec­ko.

Wie­dzio­ny od­ru­chem li­to­ści pod­sze­dłem do malca i na­chy­li­łem się, po czym od­sko­czy­łem jak opa­rzo­ny. Dziec­ko, dziew­czyn­ka, spo­glą­da­ło na mnie ogrom­ny­mi, cał­ko­wi­cie czar­ny­mi ocza­mi, z któ­rych wy­zie­rał cień tej isto­ty, którą w ostat­niej chwi­li przy­tom­no­ści do­strze­głem nocą w kuch­ni.

Po­mi­mo obrzy­dze­nia, jakie wy­wo­ły­wa­ły we mnie wspo­mnie­nia noc­nych zda­rzeń, prze­mo­głem się i pod­sze­dłem znów do istotki sku­lo­nej na bar­ło­gu nie­god­nym psa. Sta­ra­łem się nie do­strze­gać nie­ludz­kich oczu, wmó­wić sobie, że to ko­lej­ny omam albo źre­ni­ce roz­sze­rzo­ne ze stra­chu.

– Kim je­steś? Jak masz na imię? – za­py­ta­łem dziew­czyn­kę, ona jed­nak tylko wpa­try­wa­ła się we mnie nie­ro­zu­mie­ją­cym wzro­kiem.

Teraz do­pie­ro za­uwa­ży­łem, że była ślicz­na ni­czym anio­łek z ob­ra­zów w ko­ścio­łach, i nawet ubru­dzo­ne po­licz­ki ani nędz­na su­kien­ka nie były w sta­nie tego ukryć. Wy­glą­da­ła na dziec­ko bo­ga­tych ludzi, ale nie mia­łem po­ję­cia, od jak dawna tu prze­by­wa­ła i czy co­kol­wiek pa­mię­ta­ła z daw­ne­go życia. Czy wła­ści­cie­le za­jaz­du za­bi­li jej ro­dzi­ców, lecz uli­to­wa­li się nad dziec­kiem i trzy­ma­li je tu, z dala od oczu po­li­cji? Czy może po­rwa­li prze­cud­ną dziew­czyn­kę uro­dzo­ną w bie­dzie, by sprze­dać ją bo­ga­tej bez­dziet­nej parze? Sły­sza­łem i o ta­kich pro­ce­de­rach.

– Jesz­cze jedna noc i bę­dzie mógł pan od­je­chać.

Od­wró­ci­łem się gwał­tow­nie na dźwięk zna­ne­go mi głosu.

– O co tu cho­dzi? – za­py­ta­łem. – Kim jest to dziec­ko?

– Moją córką – od­par­ła dziew­czy­na, którą wi­dzia­łem w nocy i któ­rej cień prze­my­kał po po­dwó­rzu obe­rży. – Jesz­cze jedna noc i deszcz prze­sta­nie padać – do­da­ła mar­twym gło­sem.

Wsta­łem i chwy­ci­łem ją za ra­mio­na. Nie opie­ra­ła się, w jej oczach była je­dy­nie re­zy­gna­cja.

– Ten deszcz – szep­ną­łem. – Ten pie­kiel­ny deszcz. O co w tym cho­dzi?

Po­czu­łem, jak na­pi­na­ją się wszyst­kie mię­śnie jej ciała, a mimo to po­zo­sta­ła bez­wol­na, nie­ru­cho­ma w moich ob­ję­ciach.

– Pan tego nie chce wie­dzieć – od­par­ła bez­na­mięt­nie. – Pan po­wi­nien od­je­chać i za­po­mnieć.

Nigdy nie zdo­łam za­po­mnieć tego aniel­sko pięk­ne­go dziec­ka o oczach czar­nych jak naj­ciem­niej­sza noc. Jak mrok, w głąb któ­re­go zaj­rza­łem wczo­raj w nocy.

Po­trzą­sną­łem dziew­czy­ną.

– Chcę wie­dzieć – oznaj­mi­łem z mocą. – Wi­dzia­łem dość, by żądać wy­ja­śnień.

Ni­czym szma­cia­na lalka wy­su­nę­ła mi się z ra­mion i opa­dła na bar­łóg obok dziew­czyn­ki.

– Mam na imię Ma­de­le­ine i je­stem córką obe­rży­stów. Kiedy pan przy­je­chał, dwie noce temu… – Za­gry­zła wargę do krwi i przy­tu­li­ła mocno dziec­ko, które po­zo­sta­ło obo­jęt­ne na ten prze­jaw mat­czy­nej czu­ło­ści. – Wła­śnie ro­dzi­łam.

Za­krwa­wio­ne szma­ty, jęki, które być może wcale nie do­cho­dzi­ły z dołu, ale nio­sły się z po­ko­iku do ko­mór­ki. Wszyst­ko na­bra­ło no­we­go sensu.

– To dziec­ko… – za­czą­łem. – Twoje naj­młod­sze dziec­ko, ono zmar­ło?

Za­mru­ga­ła po­wie­ka­mi. Na jej twa­rzy przez mgnie­nie oka igrał cień gorz­kie­go uśmie­chu.

– Pan chciał wy­ja­śnień, tak? – Pod­nio­sła się gwał­tow­nie, chwy­ci­ła córkę za rękę i po­cią­gnę­ła ją przed sie­bie. Do­pie­ro teraz za­uwa­ży­łem, że dziew­czyn­ka była star­sza niż mi się w pierw­szej chwi­li wy­da­wa­ło. Teraz dał­bym jej co naj­mniej osiem lat, a nie naj­wy­żej pięć, jak kiedy uj­rza­łem ją sku­lo­ną na po­sła­niu. – To ona uro­dzi­ła się dwie noce temu! – krzyk­nę­ła.

Sta­łem jak za­mu­ro­wa­ny. Było oczy­wi­ste, że Ma­de­le­ine stra­ci­ła zmy­sły, po­zo­sta­wa­ło je­dy­nie py­ta­nie, czy dla­te­go, że jej dziec­ko wła­śnie umar­ło, czy też dla­te­go, że ko­lej­ne dzie­ci po­cho­dzi­ły z ka­zi­rod­cze­go związ­ku. Pa­trząc na nią teraz nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że ją­ka­ła musi być jej bra­tem, a wie­dzia­łem, że chło­pak ma co naj­mniej tyle siły co oj­ciec, nie mia­łem więc pew­no­ści, który z nich ogłu­szył mnie w nocy. I któ­re­go sto­ją­ca przede mną ko­bie­ta na­zwa­ła ojcem swo­ich dzie­ci.

– Za­bio­rę cię stąd – wy­mam­ro­ta­łem, my­śląc o zna­jo­mym alie­ni­ście z Pa­ry­ża, który może zdo­łał­by jej pomóc od­zy­skać rozum. – To się musi skoń­czyć, któ­ry­kol­wiek z two­ich krew­nych jest ojcem tych dzie­ci.

Od­po­wie­dział mi śmiech. Gorz­ki, głu­chy śmiech Ma­de­le­ine.

– Ja nie mogę odejść, nikt nie może odejść – po­wie­dzia­ła, kła­dąc mi rękę na ra­mie­niu. – Niech pan siada, wy­ja­śnię panu wszyst­ko.

 

***

 

Go­dzi­nę póź­niej sie­dzia­łem w dużej izbie na dole, przy stole o po­czer­nia­łym bla­cie, na któ­rym w świe­tle la­tar­ni usta­wio­nej teraz na samym środ­ku od­ci­nał się wy­raź­nie ja­śniej­szy kształt gwiaz­dy i kilku na­czyń. To, co bra­łem za ślady spa­le­ni­zny, było za­schnię­ty­mi, mar­twy­mi wi­cia­mi czar­ne­go desz­czu, czar­nej krwi, która teraz, wie­czo­rem, znów za­czy­na­ła prze­są­czać się przez po­ro­wa­te cegły.

Obe­rży­sta sie­dział przy ko­mi­nie, gła­dząc łeb psa. Żona usta­wia­ła na stole na­czy­nia, na razie te, z któ­rych mia­łem zjeść ko­la­cję. Kiedy ją­ka­ła udał się na górę, by za­pa­lić w ko­min­ku w moim po­ko­ju, go­spo­darz za­cią­gnął się fajką i wes­tchnął cięż­ko.

– O nim też panu opo­wie­dzia­ła?

Od­ru­cho­wo spoj­rza­łem za sie­bie, ale chło­pak znik­nął już na scho­dach.

W tam­tej ko­mór­ce Ma­de­le­ine mó­wi­ła długo i nie­skład­nie. O tym, że jako dziec­ko była cho­ro­wi­ta, że jej ro­dzeń­stwo umar­ło, a kiedy i ona le­ża­ła w śmier­tel­nej go­rącz­ce, spadł czar­ny deszcz i zaraz wy­zdro­wia­ła, a potem uro­dzi­ła dziec­ko. I ko­lej­ne. I jesz­cze jedno. I za­wsze przy­cho­dził on, oj­ciec tych dzie­ci, żeby je za­brać.

– To on jest ojcem jej dzie­ci, tak? – To, co się dzia­ło w tym domu, na­pa­wa­ło mnie obrzy­dze­niem, ale mu­sia­łem wie­dzieć wię­cej. – Dla­cze­go na to po­zwa­la­cie?

– Tyle pan po­dej­rzał i nadal pan nie wie­rzy? – za­py­tał obe­rży­sta. – Mar­tin jest jej synem.

Łyżka wpa­dła do miski, roz­chla­pu­jąc rosół.

– Nie­uda­nym pierw­szym dziec­kiem – cią­gnął tym­cza­sem męż­czy­zna. – Tam­ten go nie chciał, ale po­zo­sta­wił przy życiu. Tak, uda­je­my, że to nasz syn, jej brat.

Za­mkną­łem oczy. Jak prze­rwać to błęd­ne koło kłamstw?

– Oni są prze­cież w tym samym wieku – wymamrotałem.

Przez dłuż­szą chwi­lę ciszę mącił tylko szum desz­czu i trza­ska­nie ognia w ko­mi­nie.

Karcz­ma­rzo­wa po­de­szła z ta­le­rzem peł­nym pie­czo­nych ziem­nia­ków z zio­ła­mi.

– Pan jest czło­wie­kiem od­waż­nym i nie­ustę­pli­wym, praw­da? – za­py­ta­ła, sta­wia­jąc danie przede mną. Obe­rży­sta chciał za­pro­te­sto­wać, ale po­wstrzy­ma­ła go ru­chem pulch­nej ręki.

Po­tak­ną­łem, za­do­wo­lo­ny z ta­kiej oceny mo­je­go cha­rak­te­ru.

– Niech pan zo­sta­nie w nocy na dole. Może to pana prze­ko­na. To już ostat­nia noc, jutro bę­dzie pan wolny.

Zo­sta­łem. Tego, co uj­rza­ły moje oczy, nie da się łatwo przed­sta­wić w sło­wach.

Kiedy tylko za­padł zmrok, czar­ne kro­ple prze­ni­ka­ją­ce przez ścia­ny zdały się na­brzmie­wać ni­czym dy­mie­nicz­ne wrzo­dy, jakie wi­dy­wa­łem u za­dżu­mio­nych pod­czas egip­skiej wy­pra­wy w odległej mło­do­ści. Na stole po­ja­wi­ły się znane mi już przed­mio­ty. Wi­dzia­łem, jak deszcz zbie­ra się wokół nich w kształt zbli­żo­ny do ludz­kie­go; po­stać za­wi­sła w po­wie­trzu nad srebr­ny­mi na­czy­nia­mi. Po­je­dyn­cze kro­ple spa­da­ły do nich, roz­pry­sku­jąc się z głu­chym pla­śnię­ciem, które dwie noce temu wy­da­ło mi się mla­ska­niem wie­prza.

Obe­rży­sta wziął jedno z na­czyń i wy­po­wie­dział kilka słów w ję­zy­ku, który nie brzmiał jak lo­kal­na od­mia­na fran­cu­skie­go ani żaden inny język, z jakim ze­tkną­łem się w życiu. Za­war­tość pu­cha­ru za­bul­go­ta­ła, męż­czy­zna zaś naj­pierw wypił kilka łyków, a na­stęp­nie podał kie­lich mał­żon­ce.

Zgod­nie z po­le­ce­niem go­spo­da­rzy sta­łem w drzwiach, przy­ci­ska­jąc do pier­si srebr­ną gwiaz­dę, która, jak za­uwa­ży­łem z bli­ska, miała pro­mie­nie za­koń­czo­ne łbami nie­zna­nych mi zwie­rząt i po­kry­te wzo­rem, a może pi­smem. Spa­da­ją­ce z su­fi­tu kro­ple i wy­peł­za­ją­ce ze ścian wici omi­ja­ły ten przed­miot, kilka jed­nak opa­rzy­ło mnie mimo ochro­ny. Deszcz wkradał się w myśli, zatruwając je, i tylko chłodny dotyk metalu pozwalał mi pozostać przy zdrowych zmysłach. Zrozumiałem, że ta gwiazda powstrzymywała deszcz przed ostatecznym pożarciem tego domu, chroniła mnie przed nim już wcześniej, w nocy.

Czar­na po­stać uno­szą­ca się nad sto­łem spoj­rza­ła w moim kie­run­ku i za­drża­łem pod tym spoj­rze­niem otwie­ra­ją­cym się w ot­chłań mroku, ale prze­śli­zgnę­ło się tylko po mnie, wę­dru­jąc dalej. Za sobą usły­sza­łem ciche kroki. Od­wró­ci­łem głowę i uj­rza­łem Ma­de­le­ine, trzy­ma­ją­cą za rękę córkę. Dziew­czyn­ka wy­da­ła mi się znów wyż­sza niż wcze­śniej, smu­kła ni­czym trzci­na, lecz o kształ­tach za­czy­na­ją­cych się pięk­nie za­okrą­glać, jakby stała wła­śnie na progu do­ro­sło­ści. Czar­ne oczy w aniel­skiej twa­rzycz­ce ja­śnia­ły ni­czym naj­wspa­nial­sze agaty.

Mia­łem ocho­tę pisać dla niej wier­sze, czego nie czy­ni­łem od pierw­szych po­ry­wów mło­do­ści, zry­wać kwia­ty, by ob­sy­pać nimi drogę pod jej sto­pa­mi, ca­ło­wać dło­nie, usta, ry­su­ją­ce się pod su­kien­ką drob­ne pier­si.

Jak przez mgłę wi­dzia­łem, że jej ręka wy­su­wa się z dłoni Ma­de­le­ine, że star­sza dziew­czy­na pada na ko­la­na, że obe­rży­sta pod­cho­dzi do niej z kie­li­chem. Sły­sza­łem do­bie­ga­ją­cy z da­le­ka szloch i głę­bo­ki dud­nią­cy głos prze­ma­wia­ją­cy w nie­zro­zu­mia­łym ję­zy­ku. Dziew­czy­na, któ­rej imie­nia nie zdą­ży­łem po­znać, jeśli je miała, szła pew­nym kro­kiem ku sto­ło­wi, gdzie czar­na po­stać z desz­czu i mgły owi­nę­ła ją swoim płasz­czem i chwi­lę póź­niej oboje zni­kli w gęst­nie­ją­cym mroku.

Do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li uświa­do­mi­łem sobie, że ota­cza­ją­ca mnie cisza jest inna niż wszyst­kie, ja­kich do­zna­łem w tej obe­rży. Nie sły­sza­łem desz­czu.

 

***

 

– Zdą­żył pan na styk.

Nie­wie­le pa­mię­ta­łem z drogi do Sen­lis. Przed ocza­mi mia­łem za­pła­ka­ną twarz Ma­de­le­ine, w uszach dźwię­cza­ły mi słowa karcz­ma­rzo­wej, opo­wia­da­ją­cej, jak wiele lat temu cena za ocalenie i zdro­wie je­dy­nej po­zo­sta­łej przy życiu córki nie wy­da­wa­ła się wy­so­ka. O isto­cie da­ją­cej dużo, a za­bie­ra­ją­cej jesz­cze wię­cej. O tym, jak dziew­czy­na ro­dzi­ła ko­lej­ne dzie­ci, by po kilku dniach oddać do­ro­słe ich ojcu. Jak w roz­pa­czy, ob­da­rzo­na nad­ludz­ką siłą, roz­orywa­ła drew­no drzwi i tłu­kła przed­mio­ty. O rytuałach i o tym, jak sta­ra­li się chro­nić po­dróż­nych przed czymś, co za­tru­ło ich dom, z któ­re­go nie było dla nich ucieczki. Ka­łu­że roz­pry­ski­wa­ły się pod ko­py­ta­mi konia, a ja od­ru­cho­wo ku­li­łem się w sio­dle, jak­bym oba­wiał się, że woda za­cho­wa­ła pa­mięć isto­ty, która na moich oczach po raz ko­lej­ny upo­mnia­ła się o dziec­ko Ma­de­le­ine. O swoje dziec­ko, zro­dzo­ne z czar­ne­go desz­czu.

No­ta­riusz przej­rzał pa­pie­ry, po czym pod­niósł się zza biur­ka i otwo­rzył jedną z szu­flad sto­ją­cej za nim se­kre­te­ry. Wyjął stam­tąd pu­de­łecz­ko z rzeź­bio­ne­go drew­na i nie­du­ży klucz.

– Oto legat, który zo­sta­wił panu wuj.

Nie li­czy­łem na dużo, ale spo­dzie­wa­łem się ra­czej pie­nię­dzy albo pa­pie­rów war­to­ścio­wych. Może w środ­ku tej skrzyn­ki znaj­do­wa­ła się cenna bi­żu­te­ria albo inna pa­miąt­ka ro­dzin­na? Pod­pi­sa­łem od­po­wied­nie do­ku­men­ty, po­dzię­ko­wa­łem no­ta­riu­szo­wi i wy­sze­dłem na oto­czo­ny drze­wa­mi pla­cyk, gdzie zna­la­złem od­lud­ną ławkę. Nie chcia­łem otwie­rać pu­deł­ka w ka­wiar­ni, a cie­ka­wość mnie zże­ra­ła.

Klucz ob­ró­cił się ze zgrzy­tem w zamku, aż prze­szły mnie ciar­ki. Po­kryw­ka od­sko­czy­ła, a w środ­ku zo­ba­czy­łem za­pi­sa­ny rów­nym pi­smem pa­pier. Wy­ją­łem go i pierw­szy rzut oka na za­pi­ski spra­wił, że omal nie wy­pu­ści­łem kart­ki z ręki. „Była ciem­na, bu­rzo­wa noc”. Spo­glą­da­łem na to zda­nie ze zdu­mie­niem, bo sam za­pi­sa­łem takie samo, kiedy nu­dzi­łem się w obe­rży. „Po kilku go­dzi­nach błą­ka­nia się w stru­gach desz­czu sie­ką­ce­go nie­przy­jem­nie po twa­rzy, którą bez­sku­tecz­nie usi­ło­wa­łem za­sła­niać ka­pe­lu­szem i koł­nie­rzem płasz­cza, za­trzy­ma­łem konia przed drzwia­mi obe­rży” – czy­ta­łem z ro­sną­cym prze­ra­że­niem.

Zer­k­ną­łem do ka­set­ki, czy jest tam co­kol­wiek jesz­cze.

Wzrok padł na por­tre­to­wą mi­nia­tu­rę, przed­sta­wia­ją­cą nie­zwy­kle pięk­ną dziew­czy­nę o ry­sach po­dob­nych do Ma­de­le­ine. I oczach cał­ko­wi­cie czar­nych, jak u jej córki.

Zer­k­ną­łem na datę pod no­tat­ka­mi wuja. Trzy­na­sty paź­dzier­ni­ka ty­siąc sie­dem­set osiem­dzie­siąt sześć. Data z ko­min­ka. Czter­dzie­ści lat temu. Po­li­czy­łem szyb­ko: wuj był wtedy do­kład­nie w moim wieku. Ma­de­le­ine mogła mieć dwa­dzie­ścia kilka lat – czy na pewno?

Przed­mio­ty wy­pa­dły mi z rąk z po­wro­tem do skrzy­necz­ki, ale nie zwa­ża­łem na to. Krę­ci­ło mi się w gło­wie, a opa­rze­nia, które po­zo­sta­ły po czar­nych kro­plach, zda­wa­ły się pło­nąć żywym ogniem. Ręka wy­ma­ca­ła w kie­sze­ni płasz­cza pa­pier. Nie mu­sia­łem go wyj­mo­wać, żeby wie­dzieć, co to jest. Moje no­tat­ki, które po­czy­ni­łem pierw­sze­go dnia po­by­tu w pie­kiel­nej obe­rży. Wło­ży­łem je do ka­set­ki i za­trza­sną­łem wiecz­ko. Usi­ło­wa­łem wstać, chcia­łem ucie­kać jak naj­da­lej, by za­po­mnieć, jak ra­dzi­ła Ma­de­le­ine, ale czu­łem za­ci­ska­ją­ce się wokół mnie więzy desz­czu.

– Do­brze się pan czuje? – Usły­sza­łem nad sobą ko­bie­cy głos.

Unio­słem głowę i spoj­rza­łem na naj­pięk­niej­szą twarz, jaką w życiu wi­dzia­łem, oko­lo­ną zło­ty­mi lo­ka­mi. Twarz córki Ma­de­le­ine, twarz ko­bie­ty z mi­nia­tu­ry. Twarz mo­je­go prze­zna­cze­nia, które jest wie­ku­istą czer­nią jej oczu.

Koniec

Komentarze

Przeczytane. Komentarz jutro, razem z kilkoma innymi komentarzami. Klikam za całokształt, nadal zastanawiam się nad zakończeniem zakończenia, którego za pierwszym podejściem nie załapałem w 100 % (chociaż widzę fajne nawiązanie do filmu Cerpentera “W paszczy szaleństwa” – ale nie będę spoilerował…).

Po przeczytaniu spalić monitor.

Siemanko.

Zaraz cośtam ponarzekam, ale ogólnie, drakaino – bardzo fajna lektura. 

No bo tak:

– Zbudowałaś świetną atmosferę – zaduch karczmy, półmrok pomieszczeń, zimno i wilgoć – no bardzo to sugestywne. 

– Napisane elegancko, z subtelną stylizacją, bardzo to fajne, miło czytać. 

– Historia jest wciągająca i intrygujaca, czytałem z dużym zainteresowaniem.

– Są fajne smaczki i zmyłki (m.in. wątek Delikatessen)

 

Teraz pomęczę bułę:

Trochę nuży obracanie akcji w tym samym miejscu w tak długim tekście. Owszem, akcja idzie do przodu i nie ma przestojów, jednak poruszamy się wciąż w bohaterem z parteru na pięterko i z powrotem – powoluśku wkradła mi się czytelnicza niecierpliwość. 

 

Brakuje mi trochę wyjaśnień – skąd w karczmie te artefakty, skąd znajomość języka i rytuałów? Nie złapałem tego, czy jest to w sferze domyslów?

 

Parę uwag bardziej technicznych:

 

były ciemne, rozświetlane jedynie błyskawicami, niemniej po długim dobijaniu się do drzwi w jednym z nich rozbłysło chybotliwe światełko, a chwilę później w drzwiach stanął potężnej postury mężczyzna.

Powtórzenie z kategorii rzucających się w oczy. 

 

podobnie jak rozlegające się raz za czas grzmoty.

waaaat? :) (pewnie raz na jakiś czas?)

 

 Tu nie ma chlewu – oznajmił mężczyzna lodowatym tonem. – a ja bym bym dał chlewa. Też poprawnie, a chyba lepiej by pasowało do tej stylizacji.

 

Jest oberżysta, który obrabowuje gości, może ich nawet zabija, i uprawia nierząd z pracującą tu dziewczyną”. – pod rozwagę: “rabuje”. Nie wiem, dlaczego, kieruję się intuicją :)

 

Małe oczka świdrowały mnie, jakby oceniając, ile szynki da się wykroić z mojego ciała. CUDNE!

 

serdeczności, dzięki!

Dzięki, Łosiocie :) Już troszkę poprawek stylistycznych sama wprowadziłam, ale uwzględnię i Twoje, bo co oko czytelnika, to oko czytelnika (”chlewu” zostawiam, bo “nie ma chlewa” jakoś mi z tymi dwoma “a” nie pasuje, ale może zmienię zdanie). Z naczyniami – tak, to do domysłów (ale dwa słowa coś tam sugerujące dopisałam), że im ten jakiś przedwieczny jakiś rytuał pokazał czy nakazał, a same naczynia – może ukradzione, może kupione ;)

http://altronapoleone.home.blog

Udany tekst, klimatyczny, pięknie nawiązujący formą do klasycznej literatury niesamowitej (bliżej mu do staroświeckiej grozy niż do horroru jako takiego), a przy tym stojący nastrojem – nieco onirycznym, trochę jak ze złego snu śnionego w wybranym przypadkowo podejrzanym hoteliku :) Więcej w tym chwilami Gautiera czy Poego niż Lovecrafta (choć macki są XD), ale to nie zarzut: podoba mi się takie mniej oczywiste podejście do konkursowej inspiracji. Historia bohatera (i, jak się okazuje, także jego przodka) dość zawikłana, a zakończenie raczej z tych otwartych, ale w tej konwencji to nie problem. Klik ode mnie. 

Ciekawe, jaki pistolet wziął ze sobą w drogę bohater… Chyba automatyczny, na co wskazuje fakt, że w powiadaniu występuje scyzoryk. A może jednak pistolet był tylko jednostrzałowy, skałkowy albo odpalany pistonem? Też możliwe. W każdym bądź razie, jeżeli go nie nabił, zachował się jak ostatnia fujara. No, ale znowuż – jakby go nabił, nie byłoby tego długaśnego opowiadania, bo wymusiłby bronią posłuch.

No dobrze. Broń była nienabita, a szkoda. I co, w trakcie pobytu w oberży naprawdę nie miał ani chwili czasu, żeby go naładować? Zachował się jak ostatni ćwok, a sam wspomina, że przeszłość miał nieco dziwną.

Na szczegóły należy zwracać uwagę i je dopracowywać… A ten szczegół straszliwie brzęczy niedopracowaniem.

Pozdrówka.

Dziękuję, Rogerze, za wizytę i spieszę z wyjaśnieniami.

 

Na szczegóły należy zwracać uwagę i je dopracowywać…

Święte słowa. A zatem oto szczegóły.

 

Ciekawe, jaki pistolet wziął ze sobą w drogę bohater… Chyba automatyczny

Pistolet automatyczny to początek XX wieku, a w opowiadaniu są rozsiane szczegóły, datujące je bardzo dokładnie. Jest np. mowa o królewskiej policji i niedawnej koronacji króla Karola. Karol X panował w latach 1824-30, co w połączeniu z “okrągłą rocznicą” roku 1786 daje nam 1826 jako jedyną możliwość datowania akcji. Jak oczywiście wiesz, w tym czasie istnieją już pistolety kapiszonowe, ale nie są jeszcze w powszechnym użyciu, ergo bohater ma zapewne mały pistolet skałkowy (one istniały w wersjach nawet miniaturowych). O rewolwerach i pistoletach automatycznych nikomu jeszcze się nie marzy.

 

Chyba automatyczny, na co wskazuje fakt, że w powiadaniu występuje scyzoryk

SJP PWN: scyzoryk «mały, składany nożyk»

Wikisłownik: (1.1) składany, krótki nóż, z jednym lub kilkoma ostrzami;

Poszperam jeszcze, kiedy to słowo wchodzi do użytku w polszczyźnie, ale zdaje mi się, że wcześnie. Jeśli nie – mogę zamienić na synonim. Edyta: zamieniam na składany nożyk (kozik brzmi mi zbyt potocznie i nie pasuje do wyposażeń ówczesnych neseserów podróżnych), bo scyzoryk wytropiłam najwcześniej w drugiej połowie XIX w., więc niech będzie, niech nie myli innych czytelników, choć zważywszy, że słowo pochodzi wg słowników etymologicznych z francuskiego lub łaciny, mogło funkcjonować wcześniej.

Natomiast w kwestii szczegółów historycznych:

Składane noże, czyli scyzoryki, znane były już w neolicie, a w XVIII i XIX wieku absolutnie powszechne, podobnie zresztą jak np. w starożytnym Rzymie, ergo to akurat nie jest szczegół w żaden sposób datujący. Nie wiem, dlaczego polska wikipedia (w haśle zawierającym raptem kilka zdań i nadającym się do gruntownego napisania od początku) za scyzoryki uważa jedynie te, które mają również inne narzędzia oprócz ostrza, ale jest w błędzie. A zresztą takie z innymi narzędziami w XVIII i XIX wieku już też występują (zob. obrazek poniżej), a chyba i wcześniejsze widywałam w muzeach.

 

Broń była nienabita, a szkoda.

Widać, że nigdy nie grałeś w Zew Cthulhu :P Myślę, że bohater miał dużo szczęścia, że zamroczony nieco przez obecność lovecraftowskiej istoty nie naładował i nie nosił przy sobie pistoletu. (I, tak, jego pod tym względem gapowatość jest celowo podkreślona). Zabawmy się w mistrza gry i zaproponujmy rozwinięcia akcji w przypadku, kiedy gracz decyduje się wziąć ze sobą pistolet i go użyć. Pierwszy akapit oryginalny, kolejne dopisane, zmienione:

 

Poczułem przypływ szaleńczej odwagi i zamiast posłuchać tajemniczej nieznajomej, postąpiłem krok do przodu. Dziewczyna cofnęła się, składając w obronnym geście ręce na piersi. Leżący na stole krzyż, z bliska przypominający raczej gwiazdę o czterech promieniach, poruszył się, naczynia zabrzęczały cicho. Spomiędzy nich, a może spod blatu usłyszałem ciche echo straszliwych odgłosów, które nie dawały mi spać poprzedniej nocy. Przykucnąłem – w nadziei, po prawdzie, iż zobaczę tam psisko ogryzające kości. Nie widziałem jednak nic, pod stołem była jedynie ciemność.

 

Wersja 1:

Powolnym ruchem dobyłem broni i wycelowałem w sam środek spoglądającego na mnie spod stołu mroku. Nacisnąłem spust. Widziałem, jak kula wylatuje z lufy i grzęźnie w czarnym powietrzu, zamieniając się w pocisk nienaturalnego fioletowego światła. Ostatnie sekundy życia zajęło mi uświadomienie sobie, że to światło uderza w moją głowę, roztrzaskując czaszkę i zamieniając myśli w hymn na cześć przedwiecznej bluźnierczej istoty, którą ujrzałem w krótkim przebłysku świadomości, zanim zapanowała ciemność.

[Narrator wszystkowiedzący/MG dodaje: z której dochodziły mlaskające głosy powtarzające coś na kszatłt “Cthulhu Rlyeh”]

 

Wersja 2

Powolnym ruchem dobyłem broni i wycelowałem w sam środek spoglądającego na mnie spod stołu mroku. Nacisnąłem spust.

W moje myśli wdarł się jazgot miliona niezrozumiałych głosów. Skręciłem się z bólu, który przenikał każde włókno ciała. Oto mój pan, oto moje przeznaczenie, słyszałem własny bełkot przemieszany z niezrozumiałymi wrzaskami nieludzkich głosów. [Tu następuje bełkot, którego nie chce mi się wymyślać, ale zasadniczo bohater traci wszystkie punkty poczytalności i nie jest w stanie prowadzić dalej narracji].

 

Wersja 3

Powolnym ruchem dobyłem broni i wycelowałem w sam środek spoglądającego na mnie spod stołu mroku. Nacisnąłem spust.

W tej samej chwili poczułem, jak ostre niczym brzytwy kły i pazury rozrywają moje ciało, a w myślach słyszałem kakofonię dźwięków, nienależących do ludzkiego świata. W ostatnim przebłysku świadomości ujrzałem nad sobą twarz oberżysty zamienioną w pysk bestii i zrozumiałem, że wierny sługa ukarał świętokradcę, który poważył się podnieść rękę na jego pana, istotę bluźnierczą i przedwieczną. Hymn na cześć tego bóstwa z odległych eonów towarzyszył moim gasnącym myślom.

 

Przyznaję, że wszystkie te opcje nawet całkiem mi się podobają, ale nie są opowieścią, którą chciałam napisać.

 

Bonus. Obrazki poglądowe.

 

1. Tablica z publikacji z roku 1771 przedstawiająca różne rodzaje “canifs” czyli scyzoryków.

 

2. Mój własny podróżny pistolet skałkowy z początku XIX wieku. Bardzo typowy dla epoki, bohater zapewne miał coś takiego właśnie.

 

http://altronapoleone.home.blog

Wszystko jest cacy, gra i buczy, tyle tylko, że narracja jest prowadzona nie jak w klasycznym opowiadaniu grozy, ale jak w opowiadaniu realistycznym, opisującym, przynajmniej na początku, dziwny przypadek z życia bohatera.

A było napisać, że nie mógł znaleźć tego nieszczęsnego pistoletu… I już. Zgubił, wypadł, wyleciał zza paska et caetera bomba. Bo, jak zabrał go w samotną podróż, to uczynił słusznie, ale jeżeli nie nabił, zachował się idiotycznie.

Dobrze, że chociaż wyleciał scyzoryk, bo tak, wyraz pochodzi z francuskiego, ale jest mocno późny -> http://doroszewski.pwn.pl/haslo/scyzoryk/

Za dużo waty słownej w tekście.

Pozdrówka.

 

Rogerze, wiem z doświadczenia, że lubisz się czepiać, więc czepiać się będziesz, choćby głos z nieba powiedział Ci, że nie masz racji ;) W zasadzie można nawet założyć ze stuprocentową pewnością, że będziesz się czepiać, jeśli w tekście występuje broń palna. Niemniej logika życia nie jest żelazna, a na dodatek gdyby ludzie postępowali zawsze wedle logiki to i życie, i literatura byłyby nudne. Czy bohater literacki nie może popełniać błędów? Ja nie lubię takich bohaterów, którzy wszystko robią idealnie, wszystko im wychodzi, o wszystkim pamiętają. To jest nudne.

Skądinąd w przypadku nabitego skałkowego pistoletu istnieje duża szansa, że proch na deszczu zawilgnie i strzelanie z wcześniej nabitego spali na panewce, dosłownie. Oczywiście, mogę dopisać zdanie, w którym bohater powie, że pistolet nabił. Ale i tak go zostawi w pokoju, więc co tak naprawdę to zmieni? W sumie zresztą za drugim wystąpieniem słowa “pistolet” w tekście może on już jest nabity? Nie napisałam, że bohater to zrobił, ale nie napisałam też np. że poszedł gdzieś się wysikać albo że wysiąkał nos ;)

 

Co do scyzoryka wg Doroszewskiego, notuje on tylko wystąpienia literackie, skądinąd zgodne (Prus) z tym, co ustaliłam innymi ścieżkami, czyli drugą połową XIX w., aczkolwiek nic nie pisze o czasie pojawieniu się samego słowa. Publikowane badania nad określeniem “kieleckie scyzoryki” wykazują to samo: druga połowa XIX w. W takich przypadkach i zwłaszcza dla XIX w. właśnie należy założyć, że słowo pojawia się w języku potocznym nieco wcześniej, kilka lat, zanim trafi do obiegu literackiego czy ogólnego, niemniej to wciąż o jakieś trzy dekady za późno, aczkolwiek nie zdziwiłabym się, gdybym trafiła na podobne słowo, np. niezdrobione (scyzor, bo to też funkcjonowało), wcześniej.

 

narracja jest prowadzona nie jak w klasycznym opowiadaniu grozy, ale jak w opowiadaniu realistycznym

Nie, jest prowadzona jak w dziewiętnastowiecznej literaturze grozy, bardzo celowo. Ninedin strzeliła w dziesiątkę z tym Gautierem.

 

Za dużo waty słownej w tekście.

Konkrety?

http://altronapoleone.home.blog

Interesujący pomysł na koligacje. ;-)

Szybko rosnące dziecko dodaje smaczku.

Trochę denerwował mnie bohater. Wszyscy mu tłumaczą, jak dziecku, że ma się w to nie ładować. Widzi, że to coś nadprzyrodzonego. Już raz się sparzył. A on furt swoje, że gospodarze okradają podróżnych. Nudny był w tym zadufaniu we własną nieomylną, jedynie słuszną rację.

Babska logika rządzi!

Finklo, dziękuję za wizytę i ciekawą uwagę. W założeniu to po pierwsze bohater postępuje jak człowiek jego czasów – “Czerwona oberża” to prawdziwa opowieść… Po drugie on chyba bardzo nie chce dostrzeć, że coś nadprzyrodzonego wyłazi w zasadzie dosłownie ze ścian, więc wszystko racjonalizuje, dość rozpaczliwie i bezskutecznie ;)

http://altronapoleone.home.blog

Na początku byłam sceptyczna ale gdy trafiłam na szynkę to się uśmiechnęłam i wciągnęłam. Pozdrawiam serdecznie.

Arguing on the internet is like running at the special olympics. Even if you win, you're still retarded.

Klasyczne opowiadanie w klimacie grozy. Bardzo dobrze spisana opowieść, bardzo naturalna relacja lekko, nienachalnie stylizowana. Podoba mi się język i sposób prowadzenia zdaje mi się wzorowy, zamykanie scen i inne takie. Słowem, gratulacje! :-)

Przypomniały mi się klimaty starych filmów, powieści gotyckie i naturalnie HPL. Wiele smacznych kąsków zaoferowalaś, wpisując pomysł w scenario dziewiętnastowieczne, lecz pozostałaś w tym wszystkim sobą, chodzi mi o – sama nie wiem jak to nazwać. Napiszę więc po prostu – nie jest to naśladowanie stylu HPL lecz Twoje opowiadanie. 

Bardzo realistyczne w wielu detalach, przynajmniej tak je odbierałam. Interesująca fabuła i zagadka.

Cóż mogę powiedzieć więcej, sprawne pióro dzierżysz w dłoni. xd

 

Zgłoszę do piórka! :-)

 

PS. Dodam jeszcze – zupełnie poza protokołem – od siebie, że osobiście wolę Twoje opowiadania, w których ryzykujesz, są bardziej zaskakujące i silniej poruszają, „bawią” i różne takie. Jednak to indywidualne preferencje. Zastanawiałam się, czy pierwsza część nie jest zbyt długa, ale nie, nie jest.

Pamiętam, jak marudziłam przy pierwszym Twoim opku, ktore czytałam na NF, że nic tylko zmysł wzroku. Od dawna już tego nie ma, zniknęło, jest pełne spektrum.

srd, a :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cześć, Drakaino!

W tym tekście odświeżasz nieco klasyczne motywy grozy, trochę jakbyś dawała powieści gotyckiej delikatny lifting tak, by mogła przyciągnąć również przyzwyczajonego do bardziej nowoczesnych zabiegów czytelnika. Wypada to naprawdę dobrze, bo momentami czułam się jak podczas oglądania filmu z Belą Lugosim, a momentami jakby gdzieś spod tej eleganckiej klasyki przebijały się horrory o motelu na uboczu z domieszką creepy pasty. Zgodzę się z Asylum co do tempa akcji na początku, aczkolwiek potraktowałam to bardziej jako element stylizacji, który pasuje do ogółu kompozycji.

Pozdrawiam.

Asylum i Oidrin – dziękuję za ciepłe słowa, z których wynika, że mój pomysł na stylizację się udał :) Tak, to powolne tempo, pewna naiwność narracji – to wszystko akurat tu zamierzone efekty specjalne.

 

Imitator – miło, że dotrwałaś do szynki, która Cię przekonała, a pomyśleć, że zamierzałam ją wyrzucić…

http://altronapoleone.home.blog

Cały komentarz mi skasowało. :( W każdym razie bardzo mi się podobało. Główny bohater miejscami może i irytował, ale rozumiem go doskonale, bo mam bardzo podobny charakter i nienawidzę sekretów. :p Klimat opowiadania świetny, tekst wciągnął od samego początku. Stworzenie z deszczu genialne, a i dziecko osiągające dorosłość w trzy dni ciekawe. Naprawdę dobre opowiadanie. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Fajny klimacik i fajne pomysły – ten z dorastającą w rekordowym tempie dziewczynką (swoją drogą ciekawe, czy teraz zwolni) i ten z upiornym deszczem :) Klimacik też niczego sobie. Bohater trochę irytujący, zafiksował się, albo ślepy jakiś, ciągle tylko, bo oberżysta okrada.

Zakończenie musiałam przeczytać dwa razy, za pierwszym nie pojęłam, co się właściwie stało.

Generalnie mi się :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dziękuję, dziewczyny :)

Przepraszam za zdawkowe odkomentarze.

 

Bohater miał być lekko irytujący, bo jego postawa i upór to część kreacji na takiego lekko naiwnego człowieka XIX wieku w zetknięciu z jedną z najsilniejszych “urban legends” epoki, czyli morderczymi oberżystami (oprócz wspomnianej wcześniej “Czerwonej oberży”, warto wspomnień Thénardierów z “Nędzników” czy Caderousse’a z “Hrabiego Monte Christo”).

http://altronapoleone.home.blog

Wydawało mi się, że Caderousse jeszcze nie był taki zły. Zdaje się, że diament dostał.

Nie żeby to miało historyczne znaczenie… Zresztą, ci z “Nędzników” byli szujowaci za całą bandę.

Babska logika rządzi!

Fakt, on raczej potem okazuje się szują. Zawsze go nie lubiłam, to go i bardziej oczerniłam.

http://altronapoleone.home.blog

hm, jak tak na wyrywki czytałem opowiadania z “Korespondencji”, to w niewielu z nich faktycznie mogłem “wyczuć” strach. To oczywiście subiektywne, ale pisze o tym, ponieważ w tym konkretnym opowiadaniu owo “coś strasznego” jest odczuwalne. Jest odcięcie, zamknięcie, klaustrofobiczność. I to oddane bardzo mocno i wyraźnie – i nie psuje tego nawet pewna “erpegowość” zachowań bohatera badającego kolejne pomieszczenia w sposób podobny do tego, w jaki drużyna śmiałków bada podziemia ;-) 

podejrzewam,zresztą, ze ta “eksploatacja budynku” wyszła tu mimochodem, a jak mówię – nie zaburza nastroju. Ten jest wyraźny, zderza się z chłodną racjonalizacją ze strony głównego bohatera, która z kolei wypada wiarygodnie. W pewnym momencie dziwi, ze to już stosunkowo “świeże” czasy, ale w sumie właśnie to dodatkowo wskazuje na to, ze główny bohater wypiera niewyjaśnialność.

No wyszło to. Wyszło bardzo mocno i solidnie. Obrazowo. Z ciemnością w tle.

 

"Otwarłem oczy i ujrzałem nad sobą zatroskaną twarz jąkały, którego nigdy nie zapytałem o imię. Teraz też o tym nie myślałem"

No właśnie pomyślał ;-)

 

" Nie będąc w stanie wymyślić"

Nadmiarowa spacja przed akapitem.

 

Cześć drakaino, uważam, że Twój tekst to jeden z faworytów w konkursie. Przeczytałam z wypiekami na twarzy. Bardzo podobało mi się rozważanie bohatera, co też w tej oberży się zadziewa. Obserwowałam przedstawiony świat zza jego pleców wielce ciekawa, co wydarzy się za chwilę. Z początku kupiłam wersję gospodarzy-ludojadów, wyobraziłam sobie, że nocą zamieniają się w ogromne prosiaki, haha :).

Wyczuwalny klimat minionej epoki i dobrze rozłożone akcenty fabularne sprawiły, że weszłam w historię aż po czubek głowy.

Urzekająca, tajemnicza córka deszczu, do której bohater zapałał sympatią też podkręciła atmosferę. Aż chciało by się zapytać: wujku, wujku, co też ciebie spotkało? ;)

Żałowałam, że to już fin i kurtyna poleciała w dół. 

Cytryno, dziękuję za odwiedziny i miłe słowa o tekście. Prawdę mówiąc, wyjściowo zakończenie miało być ponure i wpychające bohatera w zaklęte koło potworów, ale po namyśle i Twoim komentarzu myślę, że może ciekawiej będzie dać tym bohaterom iskrę nadziei? Przecież między nimi coś się wydarzyło, więc może właśnie oni zniweczą knowania istoty z deszczu? Kto wie? Od początku planowałam jakiś dalszy ciąg tej historii, nawet jeśli nie bezpośredni, nawet jeśli z innymi bohaterami – a Ty skierowałaś moje plany na potencjalne inne drogi… Zobaczymy.

http://altronapoleone.home.blog

drakaino, brzmi ciekawie! Z chęcią poczytam o tych iskierkach :).

Nie to miasto, nie te czasy, ale klimatycznie tak bym tę kontynuację widziała… No, może nieco łagodniej.

 

 

http://altronapoleone.home.blog

Przeczytane, komentarz później. 

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Podobało mi się.

Wydaje mi się, że odczuwa się tutaj Lovecraftową stylistykę, ale czytało mi się o wiele płynniej niż teksty HPL. Dobrze balansujesz niepokojem i próbą racjonalizowania tego co się dzieje. 

Byłem ciekaw tego co się wydarzy, o co tutaj naprawdę chodzi, mimo że wszystko dzieje się w jednym miejscu. Może gdzieś tam, w jednym czy drugim miejscu, bym trochę przyspieszył tempo historii, ale z drugiej strony, ten nieśpieszny rytm tekstu, jest też jednym z jego zalet.

Końcówka bardzo ciekawa, choć jeszcze nie jestem pewien, czy dobrze ją rozumiem. Niemniej jednak ta wieloznaczność w tym wypadku jest dla mnie również na plus.

Dziękuję, Edwardzie, za wizytę i miłe słowo :) Utrafiłeś w zasadzie we wszystkie założenia tego tekstu, zwłaszcza z tym balansowaniem między niepokojem a racjonalizacją – bohater urodził się jeszcze i pożył trochę w Wieku Rozumu, a rzecz dzieje się w apogeum romantyzmu, więc jego umysł jest zawieszony między tymi dwoma porządkami, co starałam się oddać w tekście.

Odebranie zakończenia jako wieloznacznego i akceptacja takiego stanu rzeczy też mnie cieszy :)

http://altronapoleone.home.blog

Jeszcze jeden głosik i będzie piórkowa nominacja :) I tak, ja jestem zdecydowanie za, więc za dwa dni ten głosik oddam :)

Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że udało Ci się stworzyć, moim zdaniem nieprosty do osiągnięcia, klimat prawdziwego (w przynajmniej w moim rozumieniu) horroru, w Twoim tekście rzeczywiście czuć strach. Z jednej strony racjonalizujący wszystko bohater, a z drugiej czytelnik, który doskonale wie, że coś jest nie tak…

A poza tym jak to u Ciebie, nienaganny język, udana dziewiętnastowieczna stylizacja, dokonały warsztat. Wyjątkowo satysfakcjonująca lektura.

 

Tytuł i pierwsze zdania opowieści sugerują, że deszcz odegra tu istotną rolę i rzeczywiście tak się dzieje – intensywne opady stwarzają wyjątkowo niepokojącą atmosferę. Jeśli do tego dodać osobliwe potraktowanie podróżnego, a potem nietypowe zachowanie karczmarzostwa, tudzież pojawianie się dość zagadkowych person, nie dziwi, że bohater czuje się w tym przybytku, delikatnie mówiąc, mało komfortowo, więc ze zrozumieniem przyjęłam jego chęć docieczenia prawdy o miejscu, w którym został, jak by na to nie patrzeć, uwięziony. Podglądanie poczynań „goszczących” go ludzi i dyskretne penetrowanie pomieszczeń odbywa się w sposób budujący niesamowity nastrój podszyty grozą i sprawia, że atmosfera cały czas gęstnieje, by na koniec wprawić w zdumienie zaskakującym finałem.

Jeśli do tego dodać subtelną stylizację, niezwykłą dbałość o realia epoki i nader wiarygodne oddanie klimatu tamtych czasów, opowiadanie należy uznać za szalenie satysfakcjonujące.

 

po dru­giej stro­nie stołu, oświe­tlo­na słabą po­świa­tą uno­szą­cą się od przed­mio­tów uło­żo­nych na stole… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

do mroku, więc ro­zej­rza­łem się po sali: ni­ko­go poza nami tu nie było. Tylko z mroku do­cho­dzi­ły… ―> Jak wyżej.

 

z wiel­kim tru­dem od­ry­wa­jąc stopę od ziemi… ―> …z wiel­kim tru­dem od­ry­wa­jąc stopę od podłogi

Nieco wcześniej napisałaś: …po­de­szwa buta kle­iła się do desek ni­czym do smoły. – więc w karczmie nie było klepiska.

 

cena za życie i zdro­wie je­dy­nej po­zo­sta­łej przy życiu córki… ―> Czy to celowe powtórzenie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję wam, Katio i Reg, za miłe słowa :) Cieszę się, że stylizacja wyszła, bardzo mi zależało na uzyskaniu dziewiętnastowiecznego nastroju, ale tak naprawdę wyszedł on dość sam z siebie…

 

Babolki oczywiście już poprawione.

http://altronapoleone.home.blog

Bardzo proszę, Drakaino. :)

A skoro minęły już ustawowe dwie doby, mogę udać się do nominowalni. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wszystko jest więcej niż poprawne i nie spodziewałam się czego innego. Bohatera odebrałam trochę jako kukiełkowego (Finkla o tym pisała). Gdzieś mi się tu tylko ten Lovecraft rozjechał, jakoś wdziera się tu pewna ckliwość, która mi zgrzyta, zwłaszcza na końcu. Generalnie pomysł skojarzył mi się natychmiast z historiami o bohaterach, którzy są własnymi ojcami/dziadkami, chociaż nie wiem, jak można być swoim wujkiem :D Był taki film “Przeznaczenie” i od razu go miałam przed oczami, czytając.

Tekst odebrałam jako OK, ale nie znalazłam w nim rasowego weirdu.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

nie znalazłam w nim rasowego weirdu

Cóż, jedyne co mogę powiedzieć, to: najwyraźniej quot capita, tot definitiones weirdis, a moja rozmija się z definicjami jurorów portalowych konkursów z weirdem w tytule… Dla mnie np. Poe, którego tu w komentarzach przywoływano, to założyciel gatunku, klasyk i wzór do weirdowego naśladowania.

 

pomysł skojarzył mi się natychmiast z historiami o bohaterach, którzy są własnymi ojcami/dziadkami, chociaż nie wiem, jak można być swoim wujkiem

Tu nie ma takiej fabuły, choć owszem, celowo jest końcówka taka, żeby tak się mogło wydawać. Jednakowoż bohater również celowo dopisuje “swoją” datę na kominku, plus znajduje tę pierwszą z kominka w notatkach wuja – dla podkreślenia, że to są dwie odrębne, choć “identyczne” historie :) Wiem, blink and you miss it.

http://altronapoleone.home.blog

Fantastyczna historia, świetny warsztat, przeczytałam na jeden „chaps”. Bardzo podobał mi się klimat, ten narastający niepokój, atmosfera grozy i nieuniknionego zła… I parka domniemanych morderczych oberżystów:) Zazdroszczę umiejętności stylizacji i dbałości o detale z epoki!  Bardzo podobał mi się sposób, w jaki wodziłaś za nos głównego bohatera, a także jego – trochę sherlockowo-watsonowskie spojrzenie. Mi się tekst z Lovecraftem nie kojarzy, ale, cóż, dla mnie to plus… wolę Poego.  Takie opowiadanie to bym wolała przeczytać wydrukowane w jakimś zbiorku opowieści, a nie na telefonie;)  nie wiem, czy ja już mogę oddawać głos na piórko, ale to mój faworyt. Literacka perełka. Wszystko jest spójne – klimat, język, narracja, bohaterowie. Dla mnie koniec zrozumiały. Pozdrawiam:)

Hej, dopiero przeczytałam twój wstęp do opowiadania. Przepraszam, co zobaczyłaś w tej jadalni hostelu b&b?!(dreszcz po plecach) – dobra, w sumie nie wiem, czy chcę to wiedzieć… 

Drakaino, mnie tu brakuje ciężkiej, egzystencjalnej trwogi; OK, pojawia się klaustrofobia, są niezbadane siły, ale wydaje mi się, że bardziej byłaś skupiona na wzorowym reprezentowaniu wydarzeń i bardziej na opisywaniu niż wywoływaniu. A do mnie te opisy nie przemawiają, np. tu: “Usiadłem przy nadpalonym stole, niechętnie mieszając łyżką w misce, jakbym obawiał się, że zobaczę w niej powykrzywiane twarze ofiar”. To tylko przykład; takie zdania niczego nie wzbudzają, w moim odczuciu one reprezentują twój zamysł, ale nie trwogę, którą ja miałabym poczuć. Najbardziej chyba przemawiał do mnie deszcz, ale znów – za bardzo był opisywany, nie miałam pola do interpretacji.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Naz, a jakie zdania w beletrystyce wywołują w Tobie trwogę?

Pytam, bo wydaje mi się, że to niemożliwe.

Babska logika rządzi!

Była ciemna, burzowa noc. Po kilku godzinach błąkania się w strugach deszczu siekącego nieprzyjemnie po twarzy, którą bezskutecznie usiłowałem zasłaniać kapeluszem i kołnierzem płaszcza, zatrzymałem konia przed drzwiami oberży. Okna były ciemne

Powtórzenie w pierwszym akapicie. Kawałek dalej masz cztery akapity z rzędu rozpoczynające się identycznie, od czasownika w czasie przeszłym. Nie wygląda to atrakcyjnie.

 

– A zatem to zapewne pies dojadał resztki po kolacji?

Aliteracja.

Wsłuchiwałem się więc w odgłosy oberży, powoli uświadamiając sobie, że jestem jedynym gościem.

Aliteracja.

– N-niech p-pan p-przesiedzi d-deszcz w p-pokoju – wymamrotał po chwili milczenia. – N-niech p-pan n-nie w-wychodzi.

Jąkanie nienaturalne, regularne niczym maszyna. Brzmi jak syntezator mowy zaprogramowany na jąkanie.

Zamrugałem powiekami.

A czy da się zamrugać czym innym?

pomyślałem i natychmiast wzdrygnąłem się na myśl,

 

Dobry tytuł. Zachęca do lektury.

Dynamika napięcia w tekście bardzo zmienna i nierówna:

Początek bardzo dobry, wzbudza zainteresowanie, buduje napięcie, opisy są barwne i nastrojowe. Zainteresowanie czytelnika jest podtrzymywane przez dłuższy czas. Opada następnego dnia koło południa. Tam zaczyna się nuda, nie wprowadzasz nowych faktów, koleś siedzi w oberży i rozkminia fakty, które czytelnik już zna, a z czasem tekst zaczyna irytować. Pytania, które zadajesz w głowie głównego bohatera, które mają zadanie skupić uwagę czytelnika na zagadce i skłonić go do prób jej rozwiązania, nie spełniają swojej funkcji (przynajmniej w moim przypadku). Skróciłbym tę część, bo z każdym akapitem powoli tracisz czytelnika (do momentu nastania nocy).

Z nastaniem nocy napięcie powoli wraca (ale już nie do tej intensywności, co na początku) i w kolejnych dniach fluktuuje na poziomach od niskiego do średniego.

Podobała mi się też sama końcówka, jak już wyjechał z karczmy.

 

Podsumowując, cóż mogę rzec. To taki typowy Twój tekst: Francja, tajemnica, zagadka, dość wolna akcja rodem z dawnych kryminałów. Momentami jest intrygująco i nastrojowo (spodobał mi się nastrój, jaki stworzyłaś na samym początku), a pomiędzy tymi dobrymi fragmentami, gdy włącza Ci się Szerlok, zwyczajnie wieje nudą. Moje zainteresowanie przedstawioną historią w trakcie lektury było jak sinusoida.

 

Sam tekst mógłbym porównać do solidnego rękodzieła, wykonanego przez doświadczonego rzemieślnika. Rzemieślnik zna swój fach, wszystko zrobił zgodnie ze sztuką, jak należy, mucha nie siada. Jedyne czego mi brakuje, to iskry, która zrobi różnicę, która pozwoli nazwać rzemieślnika artystą. Czyli tzw. “wow”.

 

Tak na marginesie na mój odbiór tekstu istotnie wpłynęła przedmowa. Przez większość opowiadania przed oczami miałem nie to, co się dzieje, a Drakainę siedzącą w pokoju dawnej oberży i patrzącą przez okno na padający deszcz.

 

I jeszcze na koniec kilka pytań do Ciebie. Dlaczego zdecydowałaś się napisać to opowiadanie? Dlaczego uznałaś, że właśnie ta historia, jest warta opisania. Warta, by poświęcić dla niej swój czas. Po co? Co chciałaś czytelnikowi dać?

Pytanie nie jest prowokacyjne i nie ma drugiego dna :).

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Może włożę tu kij w mrowisko… ale czy na pewno Twoje pytania na koniec, Chrościsko, nie są trochę odwetowe? ;)  chociaż chętnie przeczytam odpowiedź Drakainy…

Nie, Adelajdo. Pytam, bo ostatnio sam sobie podobne pytania zadaje i często nie potrafię odpowiedzieć. Drakaina pisze zaś dużo i często, po części z tego żyje, więc interesuje mnie, co ją motywuje do tego oraz co uznaje w swych tekstach za wartość.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Chrościsko, a może założysz wątek w HP, w którym zadasz te pytania całej braci forumowej? Bo to świetne pytania i fajnie byłoby przeczytać wypowiedzi różnych osób :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

@kam_mod: popieram, to bardzo dobry pomysł, sama bym chętnie się wypowiedziała i poczytała innych. 

Bardziej mnie interesują odpowiedzi w odniesieniu do konkretnego tekstu, niż ogólnie, dlatego pytanie zadałem tutaj. Nie mniej, drogie panie, jeśli taki wątek uważacie za interesujący, to śmiało. Ja chwilowo próbuję nadążyć z odpisywaniem na komentarze. :) 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Dużo się nazbierało…

 

Czarna Adelajdo bardzo dziękuję za miłe słowa wobec tekstu, cieszę się, że trafił do Ciebie, że ta stylizacja i w sumie zabawa z gatunkiem okazała się atrakcyjna. Na “chętnie przeczytam odpowiedź drakainy” odpowiem niżej.

 

Re: Inspiracja

Natomiast od razu uspokoję: nie nocowałam w starej oberży, ale po prostu w “chambres d'hôtes” czyli francuskim odpowiedniku b&b. Nie miałam w pokoju dobrego wi-fi, więc poszłam do wspólnego pokoju śniadaniowego i tam na drewnianym stole leżał taki dziwny krzyż i stały srebrne naczynia… Rano ich oczywiście nie było. Zrobiłam w nocy zdjęcie, ale niestety komórką, którą tydzień później zgubiłam. Wokół tego jednego obrazu (plus z inspiracji autentyczną i filmową “czerwoną oberżą”) rozwinęła się cała fabuła.

 

Naz – przychylam się do pytania Finkli

mnie tu brakuje ciężkiej, egzystencjalnej trwogi;

Mnie nie, bo nigdy nie pretendowałam do pisania czegoś takiego ;) Nie jestem też pewna, czy chciałabym to czytać, ale j.w. proszę o wyjaśnienie, jakie zdania coś takiego wywołują.

 

Chrościsko

 

I jeszcze na koniec kilka pytań do Ciebie. Dlaczego zdecydowałaś się napisać to opowiadanie? Dlaczego uznałaś, że właśnie ta historia, jest warta opisania. Warta, by poświęcić dla niej swój czas. Po co? Co chciałaś czytelnikowi dać? (…) Bardziej mnie interesują odpowiedzi w odniesieniu do konkretnego tekstu, niż ogólnie, dlatego pytanie zadałem tutaj.

I dalej:

Pytanie nie jest prowokacyjne i nie ma drugiego dna :)

Cóż, tu mogę głównie powiedzieć, że moja wiara w prawdziwość tego stwierdzenia jest wprost proporcjonalna do tejże prawdziwości ;)

 

Ale odpowiem, choć intryguje mnie, czy autor tych pytań zamierza je zadać także innym dużo piszącym i publikującym użytkownikom? Bo przecież nie jestem jedyna, ba, są użytkownicy o znacznie większym dorobku, więc skądże to zainteresowanie akurat moim stosunkiem do twórczości?

 

Otóż, cny Chrościsko, do pisania właściwie wszystkich tekstów skłaniają mnie pomysły. Bardzo różne: zobaczona oczami wyobraźni scena, zdarzenie historyczne, które domaga się ode mnie przerobienia go na alternatywną fikcję, notka prasowa sprzed lat, która uruchamia wyobraźnię. W tegomiesięcznym kontekście mogę z czystym sercem powiedzieć: nie, nie siadam do pisania z zamiarem powiedzenia czegoś ważnego. Ogólnie uważam, że siadanie do pisania z zamiarem napisania czegoś ważnego grozi pisaniem nowel pozytywistycznych, a to nie jest moim zamiarem.

I w związku z tym zdarzało mi się napisać zarówno bardzo bliski retelling Roswell, jak i bardzo daleki “powrotu Martina Guerre”, bawiłam się Sherlockiem Holmesem i Ligą Niezwykłych Dżentelmenów połączoną z Lalką Prusa, dorabiałam fantastyczne wytłumaczenia do epizodów bitew pod Marengo i Austerlitz czy też stłumienia rewolty rojalistycznej w Paryżu w 1795 roku (to wszystko akurat pozaportalowo, Austerlitz dopiero się ukaże), wyobrażałam sobie, w jaki sposób Ludwik XIV może naprawdę zostać “królem-Słońce”. Na poważnie zaczęłam pisać, kiedy zaintrygował mnie niewyjaśniony true crime sprzed wielu lat. Inna powieść w przygotowaniu jest fabularyzacją bynajmniej nie narracyjnej sceny z umiarkowanie znanego obrazu. Jedno opowiadanie (pozaportalowe, z redagującego się tomu) jest rozwinięciem teledysku, który mnie zaintrygował. Inne z tegoż – zaglądaniem za kulisy starej bretońskiej legendy. Dlatego lubię konkursy: zadany temat, limit, dedlajn, bo traktuje je jako wyzwanie – czy wymyślę w takich warunkach opowieść, którą będę chciała spisać. Powyżej zaś opisałam dokładnie, skąd wziął się pomysł tego konkretnego tekstu.

Kolejnym powodem, dla którego opowiadam konkretne historie jest to, że tworzę sobie uniwersum i w tym uniwersum potrzebuję pewnych epizodów. Jak na przykład tego z “Deszczowej oberży”. A nadrzędnym powodem jest po prostu potrzeba snucia opowieści, dawanie upustu wyobraźni, oblekanie w słowa obrazów, które mi przychodzą do głowy, historii ludzi, których wymyślam, uzupełnianie fantastyczną fikcją autentycznych epizodów z historii, fantastyczno-fikcyjna interpretacja tych epizodów.

Dlatego tak naprawdę nie potrafię odpowiedzieć na Twoje pytania, ponieważ geneza tego, co piszę, nie ma w sobie założeń, o jakie pytasz. Nie myślę o poświęcaniu czemuś czasu, nie zakładam, że mam coś ważnego do powiedzenia. Piszę historie, które jakiemuś gronu czytelników sprawiają czytelniczą przyjemność i to mnie wystarczająco cieszy. Może kogoś zainteresują epokami czy miejscami i postaciami historycznymi, które kocham. To na pewno będzie wartość dodana, ale nie piszę z dydaktycznym zamiarem.

Owszem, w młodzieżówkach pisanych z ninedin staramy się, żeby atrakcyjna dla dzieciaków fabuła miała też jakieś przesłanie, bo to jest target, któremu warto przy okazji przemycić zarówno trochę wiedzy, jak i “wartości”. Ale nie łopatologicznie, nie wprost, nie deklaratywnie. To zostało przez recenzentów docenione i fajnie.

http://altronapoleone.home.blog

OK, przykład ciężkiej egzystencjalnej trwogi i w mojej opinii rasowego weirdu ;) Zwłaszcza że ten tekst sam opisuje właśnie taki tekst – ot, incepcja.

 

(…) Ówczesna obecność tego głodu w zasadzie jest domniemaniem, wnioskiem z faktu, że uczułem, jak ta proza wypełnia we mnie pewne miejsce – więc ten głód musiał istnieć wcześniej, ale nie zdawałem sobie z niego sprawy. Dopiero te słowa, ciemne i zimne, pełne trwogi i dystansu, mogły odbić się echem pośród ukrytej dotychczas pustki. Słowa, przywołujące doznania dusznych godzin przysennego paraliżu, stanu skrajnego zmęczenia, ciążącego jak kamień u szyi nad niezgłębioną przepaścią, niemogącego przechylić ciała i jaźni w stronę ostatecznego, wyzwalającego upadku, lecz nakazującego wpatrywać się wnikliwie w ciemność bezedni. Tymczasem lektura natychmiast ujawniła formacyjną lub transformacyjną moc, niczym ekstatyczna wyprawa na drugą stronę lustra, gdzie rzeczywistość staje się jedynie odbiciem odbicia, iluzją będącą przekształceniem innych iluzji, grą cienia, która zyskuje wymowne kształty poprzez nawarstwianie się, nakładanie innych cieni, rzucanych przez różne przedmioty, rzeczy, sprawy. Kiedy tamtego wieczoru wyszedłem z czytelni, wyrwany z transu stanowczością zmęczonego bibliotekarza, świat wydał mi się inny – być może nie tyle „wydał się”, ile po prostu zacząłem oglądać go w inny sposób, innymi oczyma. Nawet ten bibliotekarz… Jego krępa, karłowata sylwetka, znużone spojrzenie zza wielkich, grubych okularów, znoszone, niemodne ubranie, łysina nieudolnie zakrywana zaczesanymi na bok rzadkimi włosami – wszystko to składało się na przedziwną harmonię groteski. Bibliotekarz przestał być jedynie zabawnym, starszym mężczyzną, dotkniętym jakże dobrze znanymi mi przypadłościami starokawalerstwa. Przez swoją dziwaczność w mig urósł do rangi figury, którą groteskowa architektura świata z rozmysłem wplotła pomiędzy ostre snopy światła wysoko wiszących lamp o blaszanych kloszach, pomiędzy niewygodne, twarde, odrapane krzesła i olbrzymie stoły, tak wysokie, że na siedząco ledwie sięgało się barkami ponad blat. Wrzucony w labirynty zmęczenia, poddany hipnotycznej monotonii jazdy wzdłuż pasaży pokrętnych słów, doświadczałem ich niczym snu – pozornie realistycznego, jednakże dyskretnie wiodącego w regiony niezgłębionej dziwności, dziwaczności wręcz, tak jak czynią to jedynie sny. Także droga do domu, wiodąca przez zmierzch w niedoświetlone, peryferyjne obszary miasta, gdzie jedynie lekkie kontury i wyrzynające się z mroku faktury powierzchni dają świadectwo istnienia jakiejś scenografii i pozwalają domniemywać toczącego się w niej życia, została naznaczona tą samą magią, tą samą dziwacznością: w ślamazarnym, usypiającym rytmie jazdy autobusu rozbłyskujące od czasu do czasu szyldy nocnych sklepów, migające latarnie, odbijające się w powlekającej chodniki i asfalt wilgoci, kiełkowały w upiorne znaki i symbole, wyrodniały do postaci bezsensownych ideogramów nieudolnie kamuflujących pustkę i bełkot. Tak pamiętam ten dziwny, samotny powrót do domu ostatnim autobusem. Podróżowałem linią nocną, bez wątpienia. Ale jak to się stało, że, wyszedłszy z biblioteki, trafiłem na nocną linię? A może mój stan tamtego wieczoru, stan, w którym czas upływa w sposób niekontrolowany, wodząc nas na manowce dostępnych wrażeń, sprawił, że oddałem się dryfowi po bezmiarze wieczornego miasta, pustoszejącego z każdym pasmem podnoszącej się mgły, z każdą barwą ubywającą z palety kolorów więdnącego dnia? Już wiem, już przypuszczam: poddany mocy niedawno przeczytanych słów poszukiwałem jakiegoś fizycznego fetyszu, który wzbudziłby we mnie to samo poczucie, ten sam stan, niejako odtworzył go na krótką chwilę, przywołał, wyciągnął z zakamarków świeżych wspomnień, bym przekonał się, że jego kształt rzeczywiście był tak kuszący, tak niezwykły. Kierowałem się w mgliste, potężne i bezludne krajobrazy, poszukiwałem przytłaczającej, opuszczonej monumentalności starych konstrukcji – migawki wspomnień ukazują obrazy potężnego mostu spajającego starą i nową część miasta; obrazy chodnika wiodącego pod tym mostem, pod jednym z jego olbrzymich pylonów, obrazy żółtych kul światła puchnących wokół latarni, obrazy skrytego w wieczornej mgle, wiszącego dziesiątki metrów nade mną przęsła, obrośniętego kilometrami rur i kabli. Być może pamiętam moje desperackie próby wniknięcia w tę scenografię, desperackie próby otwierania zatrzaśniętych na głucho drzwi prowadzących do labiryntu zaplecza technicznego tej gigantycznej konstrukcji – labiryntu opuszczonego, wijącego się tajemnicą przez mgłę niczym tamte zdania, tamte słowa, przewiercające się przeze mnie, wwiercające w moje istnienie coraz głębiej z każdą przywołującą je myślą. Jednakże wejścia były zamknięte na głucho, a mnie chłód wielkich, szarych kamieni tworzących podporę mostu zapewne w końcu znużył, zmęczył… być może przywiódł do jakiejś formy przytomności, w której zdecydowałem się poszukać drogi do domu – od tamtej chwili pustego, zimnego niczym grobowiec.

 

(…) Takie właśnie są oblicza mojej obsesji: można by ją nazwać ciemną ekstazą, koszmarnym, pozbawionym Boga mistycyzmem, zdzierającym maskę sensowności na drodze ku doświadczeniu lodowatej trwogi przed transcendentnym karnawałem koszmarów. Niemal czuję, jak pod powierzchnią znanych mi rzeczy i miejsc zrywa się ciemny huragan dziwacznych, złowrogich sił, jak przestrzeń wypełnia skryte wirowanie chaosu i ciemności. Czy istniała dla mnie inna droga niż ta prowadząca do wiedzy, kim jest człowiek, którego słowa wywarły na mnie taki wpływ? Pośród wszystkich jego utworów nie sposób było natknąć się na jakiekolwiek wzmianki, które sugerowałyby informacje odnośnie do jego osoby; w końcu samo nazwisko zaczęło mi się wydawać rodzajem pseudonimu, kamuflażu. Nieprzytomny od szaleństwa sączącego się z jego opowiadań, wierszy i esejów, zapadałem w przerażające sny, a budząc się z nich, w pomieszaniu pulsującej trwogi i tęsknoty za jej źródłem, pożądałem wiedzy na jego temat.

 

Wojciech Gunia, Zachwyt ;) I też tego, co mówi cytat, oczekuję od weirdu, bo głęboka egzystencjalna trwoga to dla mnie właśnie namysł nad rzeczywistością, który przeraża. Że rzeczywistość sama w sobie jest przerażająca, to fakt, ale namysł… ;) To już inna bajka.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Hmmm. Dla mnie to wodolejstwo. Te słowa mogą budzić trwogę, ale w uczniach zmuszonych do przeczytania lektury.

Wybacz żarty, Naz, różnimy się w podejściu do literatury. Dzięki, że odpowiedziałaś. :-)

Babska logika rządzi!

Dzięki Naz, ale ja jestem #teamFinkla – jakkolwiek cenię i osobiście lubię Wojtka Gunię. To jest zupełnie inna literatura, dla mnie właśnie zbyt deklaratywna: narrator mówi, że go coś przeraża, opisuje przerażenie, wskazuje palcem na to, co przeraża. Już nie mówiąc o tym, że pierwszy opis jest po prostu za długi, żeby mnie przerazić ;) Paradoksalnie we mnie takie nastawienie narratora natychmiast wywołuje poczucie dystansu – podczas gdy zdystansowana, spokojna proza Poe’go budzi we mnie znacznie większy dreszcz. Może po Kingowsku po prostu wolę niedopowiedzenia. Jeśli kiedykolwiek naprawdę się autentycznie bałam przy lekturze, to właśnie przy jego opowiadaniach: Studni i wahadle, Masce czerwonej śmierci i paru innych.

http://altronapoleone.home.blog

Rozumiem was. Też lubię Kinga, ale on miesza różne style, nie jest taki typowo weirdowy. I mnie tu nie chodzi o strach, tylko o egzystencjalny strach, o rozpad tożsamości.

Pewnie 10 lat na filozofii mnie spaczyło ;< Najbardziej w życiu przeraził mnie tekst “Egzystencjalizm jest humanizmem”, moje życie legło wtedy w gruzach i po dziś dzień takie pozostało. Bo on mi uzmysłowił, jakie są granice mojej wolności, i w jaki sposób pewien rodzaj niewoli jest nieprzekraczalny.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

egzystencjalny strach, o rozpad tożsamości

No ale ja zwłaszcza tego pierwszego w tym zacytowanym fragmencie nie czuję, bo on za bardzo usiłuje mi to wtłoczyć, krzyczy: egzystencjalny strach ;) Nie wiem nawet, gdzie czułam… Chyba paradoksalnie nie w horrorach, nie w weirdzie. A “rozpad tożsamości” – mnie z kolei skrzywiło dzieciństwo z nadmiarem filozofów w okolicy oraz następnie praca przez kilka lat wśród postmodernistów (to był rodzaj egzystencjalnego lęku pt. “***** mać, co ja tu robię” i buntu wobec pewnego typu wypowiedzi i sposobu myślenia), więc w ogóle stronię od takich sformułowań ;) Literaturę postrzegam raczej w kategoriach rozrywki z wartościami dodanymi, a nie wielkiej zadumy nad conditio humana. A raczej: mogę czytać o conditio humana, ale bez zadęcia. Kiedyś wolałam Dostojewskiego od Balzaca, dziś zdecydowanie preferuję tego drugiego.

http://altronapoleone.home.blog

Różnie to faktycznie interpretujemy, bo ja w Zachwycie widziałam zawsze samą subtelność. Ano, a ja nie oczekuję od literatury rozrywki, tylko łamania życia ;D A już zwłaszcza od weirdu.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Drakaino, Twoja odpowiedź jest dla mnie więcej niż satysfakcjonująca. Nawet Ci trochę zazdroszczę, że wiesz czego chcesz. Natomiast doszukiwanie się w moich pytaniach "drugiego dna" jest niepotrzebne.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Natomiast doszukiwanie się w moich pytaniach "drugiego dna" jest niepotrzebne.

A ktoś się doszukuje? ;) Tylko ponawiam pytanie: dlaczego ja? Dlaczego nie chociażby Naz, której dorobek jest większy od mojego? Czy jednak nie dlatego, że odmawiam dawania taków opowiadaniom mówiącym wprost o Wielkich Problemach, a nominuję lekkie łatwe i przyjemne, co szczególnie ostro wyszło w tym miesiącu?

 

Nawiasem mówiąc, to wszystko dało mi do myślenia i w rozmowie z ninedin odkryłam pewną “stałą” moich tekstów – otóż w większości z nich jest jakiś tam rodzaj optymizmu. I nie wynika on bynajmniej z mojej wiary w ludzkość, bo jestem wyjątkowo sceptyczna, a moim duchowym bratem jest Fryderyk Wielki. Nie, to raczej optymizm eskapizmu – świat jest dostatecznie paskudny sam z siebie, że nie mam ochoty czytać ani tym bardziej pisać o tym, jak bardzo jest paskudny. Nie lubię nurzać się w bebechach, choć nie lubię też naiwnego optymizmu (np. nie znoszę Musierowicz). Niemniej w najbardziej ponurej historii najwyraźniej potrzebuję mieć iskierkę czegoś pozytywnego: jak odruch mojego bohatera w “oberży”, który czuje litość dla bezbronnej istoty, jaką jest dziecko (a właściwie dwójka dzieci, bo i Madeleine przecież tak postrzega). Tylko że ja tego nie robię świadomie, nie zakładam sobie, że bohater taki będzie, oni mi tacy wychodzą, podobnie jak zazwyczaj happy endy. Zauważyłam to dopiero jak zaczęłam szukać w tym tekście tego czegoś pozytywnego.

 

PS. Do Naz. Przypomniałam sobie powieść, która wywołała we mnie autentyczny metafizyczny dreszcz – “Obcy” Camusa. Poza tym w jakiś tam sposób “Niezwyciężony” i “Eden” Lema. Ale że się ogólnie wychowałam na Camusie i Conradzie, to też musiało jakoś zaważyć na całokształcie.

http://altronapoleone.home.blog

Niezwyciężony Lema! O tak! A dla mnie eseje Camusa:) Choćby tłuczony na polskim Syzyf (jeżeli dobrze pamiętam tytuł). No, Drakaino, srebrne naczynia, krzyż… rzeczywiście zapach egzorcyzmów! Ja chyba bym zaryglowała drzwi na noc i zastawiła szafką… 

Tylko ponawiam pytanie: dlaczego ja? Dlaczego nie chociażby Naz, której dorobek jest większy od mojego?

Odpowiedź jest prozaiczna. Po prostu komentowałem Twój tekst, przypominałem sobie Twoje wcześniejsze teksty, dostrzegłem, że w wielu elementach są do siebie podobne: zagadka, czasy historyczne, bohater zamknięty w sobie i koncentrujący się raczej na problemie, który zastał, a nie na swoich rozterkach, wolna akcja, wreszcie ta “czerń”, która co rusz się pojawia, i na dobre nie wiadomo, co to jest.

I zacząłem się zastanawiać jak to jest, że Tobie się nie nudzi pisać wciąż dość podobne rzeczy. Co Cię motywuje? Czy te kryminały to czysta rozrywka, czy może jest coś więcej?

Dlaczego nie Naz? Gdybym komentował akurat opowiadanie Naz, to możliwie, że to jej zadałbym podobne pytanie. Ale komentowałem Twoje. Potraktuj więc to raczej jako impuls pod wpływem chwili, niż zorganizowaną akcję.

Czy jednak nie dlatego, że odmawiam dawania taków opowiadaniom mówiącym wprost o Wielkich Problemach, a nominuję lekkie łatwe i przyjemne, co szczególnie ostro wyszło w tym miesiącu?

To byłoby trochę słabe, nie uważasz?

Mam nadzieję, że raczej, buszmeńskim zwyczajem, rzuciłaś kamieniem w krzaki, by zobaczyć, co wyjdzie, niźli pisałaś to na serio.

 

Co do Twoich TAK-ów i NIE-ków, to przez te wszystkie lata zawsze je z dużą starannością uzasadniałaś i ani razu nie miałem powodów, by Twój wybór kwestionować, co sobie bardzo cenię.

A że czasem pokręcę nosem na krytykę… to chyba naturalne. :)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Wiesz, timing bywa ważny. A w takim timingu, kiedy niedawno najpierw oberwałam mocno od rrybaka za niedocenienie Córeczki (a wcześniej też np. za krytykę Dachu świata), a potem słyszę pytanie, po co piszę swoje rozrywkowe kawałki, i to od kogoś, kto rzadko komentuje moje teksty, a właśnie napisał opko na Ważny Temat, które skrytykowałam, naprawdę trudno zachować stoicki spokój i brać wszystko za dobrą monetę, nie trzeba też być ciężkim paranoikiem, żeby widzieć skojarzenia. Zauważ, że mocniej, per “odwetowe”, ujęła to inna komentatorka.

 

Skądinąd ninedin powiedziała mi wczoraj, że Tolkien też uważał, że pisze się dla opowiadania opowieści, co trochę podniosło mnie na duchu ;)

 

I nie, wcale nie jest tak, że “wiem, czego chcę” – opowieści do mnie przychodzą, domagają się, żebym coś z nimi zrobiła, bohaterowie bardzo często wymuszają coś na mnie. To oczywiście metafory, nie słyszę głosów i nie działam pod ich dyktando ;) Natomiast, owszem, lubię pisać rzeczy osadzone w uniwersum, budować je powoli, dokładać cegiełki do jego obrazu. Obrazu naszego świata z dodatkami fantastycznymi, takiego mega mash-upu historycznego, można powiedzieć.

Piszę cykl powieściowy, przygodowy, nie kryminalny (skądinąd ani Oberża, ani Kometa nie są kryminałami, po prawdzie z opublikowanych w różnych antologiach tekstów tylko jeden jest, ten z magazynu Histeria, a zresztą nie każdy tekst z zagadką jest kryminałem, ale jak ktoś przypiął mi łatkę, to się nie opędzę), więc buduję sobie świat, w którym to wszystko się dzieje, daję przebłyski tego, jak on funkcjonuje. Czerń jest mocno lovecraftowska, zróżnicowana zresztą, ale nie ma macek ani nie nazywa się Cthulhu R’lyeh Fhtagn ;)

http://altronapoleone.home.blog

Wiesz, timing bywa ważny. A w takim timingu, kiedy niedawno najpierw oberwałam mocno od rrybaka za niedocenienie Córeczki (a wcześniej też np. za krytykę Dachu świata), a potem słyszę pytanie, po co piszę swoje rozrywkowe kawałki, i to od kogoś, kto rzadko komentuje moje teksty, a właśnie napisał opko na Ważny Temat, które skrytykowałam, naprawdę trudno zachować stoicki spokój i brać wszystko za dobrą monetę, nie trzeba też być ciężkim paranoikiem, żeby widzieć skojarzenia. Zauważ, że mocniej, per “odwetowe”, ujęła to inna komentatorka.

Bywa ważny, więc trochę teraz żałuję, że skomentowałem Twój tekst.

Może należałoby się wstrzymywać od komentowania lożańskich opowiadań, gdy się ma własną nominację, bo pozytywny komentarz ujdzie za podlizywanie się, a negatywny za krwawą vendettę.

 

Przyznam Ci się, choć zabrzmi to jak odwracanie kota ogonem, i nie pogniewam się, gdy mi nie uwierzysz, ale tak właśnie było.

 

Po Oberżę sięgnąłem raczej z wdzięczności niż ze złości. Myślę sobie, ta Drakaina to wredna czasem bywa i w słowach nie przebiera, ale te jej komentarze to jednak dużo dają do myślenia. A skomentowała prawie wszystkie moje teksty portalowe. Ja zaś jej opowiadań raczej unikam, bo zwyczajnie ten gatunek mi nie leży, ale myślę sobie, należałoby się jednak zrewanżować. Tytuł fajny, nominację dostało, dajmy mu szansę, może i ja swoją cegiełkę dołożę.

I przyznam się, że po początku byłem dobrej myśli, był nastrój, było napięcie, dopiero później ta wolna akcja zabiła we mnie entuzjazm. Ale znowu, problemem jest raczej mój gust niż wady opowiadania. Dlatego też i rzadko komentuję je, bo nie jestem profesjonalistą w tej dziedzinie, tak aby potrafić docenić teksty w oderwaniu od własnych preferencji i upodobań.

 

więc buduję sobie świat, w którym to wszystko się dzieje, daję przebłyski tego, jak on funkcjonuje.

Te przebłyski to tak po kropelce dozujesz, dlatego mi się to z kryminałami kojarzy. Jedno opowiadanie, jeden maleńki ułamek całości, ale nawet jak przeczytasz wszystkie, to i tak pewnie nie dojdziesz do sedna, bo to widzę tajemnica jest rozłożona na tomy, a nie na akapity. 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

trochę teraz żałuję, że skomentowałem Twój tekst.

Że skomentowałeś – dlaczego? Bo się nie spodobało? – zdarza się, nie mam z tym problemu, dopóki ktoś nie czepia się dla czepiania (mam tu na myśli konkretną dwójkę komentatorów, z których jeden dostał bana, a drugim nie jesteś, i, co więcej nie jest nim także RR). Wyłącznie te pytania na końcu były dość nieszczęśliwie sformułowane, bo pobrzmiewało tam echo tego, co sam pisałeś pod Twoim tekstem, w kontekście ważnych tematów.

 

W sumie chętnie bym częściej słyszała uwagi osób, którym coś nie leży, bo do jakiegoś tam stopnia idę na kompromis z oczekiwaniami czytelników, choć akurat uniwersum zamierzam kreować konsekwentnie wg tego, co sobie parę lat temu ułożyłam. W wolnej chwili zapraszałabym do tekstów pozaportalowych (wszystkie z wyjątkiem SU są darmowe, ale i “Zima” tu poszła, zresztą komentowałeś), bo one są w większości niekryminalne ;)

 

Niemniej chyba w końcu uzgodniliśmy protokół rozbieżności ;)

http://altronapoleone.home.blog

bo pobrzmiewało tam echo tego, co sam pisałeś pod Twoim tekstem, w kontekście ważnych tematów.

No ale taki miałem, i częściowo wciąż mam, nastrój, więc i tu, i tam, pobrzmiewa to samo echo, tego nastroju właśnie.

Niemniej chyba w końcu uzgodniliśmy protokół rozbieżności ;)

Chyba tak.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Chrościsko, czy zgodzisz sie, żebym utworzyła z Twoich pytań wątek na HydeParku, otwarty dla wszystkich? Bo, egoistycznie, zmusiły i mnie do refleksji nad pisaniem, a może komuś jeszcze mozliwość wypowiedzenia się na taki temat będzie przydatna? :)

Jasne, ninedin. Zakladaj, chętnie poczytam.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Nine, taaak <3

www.facebook.com/mika.modrzynska

Pięknie napisany tekst. Mnie też bardziej kojarzyło się z Poem niż z Lovecraftem, ale odniesienia do tego drugiego też są . Taka ,,Groza z Dunwich” w eleganckim wydaniu :)

Czytając opowiadanie miałem wrażenie, że naprawdę ,,czujesz” epokę, o której piszesz. Nienachalnie wplatasz przeróżne ,,smaczki”, przybliżające ówczesne realia. Literatura historyczna potrafi być pod tym względem irytująca, a przynajmniej ja odpadam od tekstów, gdzie autor za wszelką cenę usiłuje sprzedać swoją erudycję, często spychając fabułę na dalszy plan. A historia, którą przedstawiłaś, mnie zaangażowała. No i ciekawy twist na końcu.

Pozdrawiam! 

Bardzo mi miło, adamie_c4, że tekst trafił, a szczególnie cieszy mnie to, co piszesz o literaturze historycznej. Tą epoką się zajmuję na co dzień, więc czasami raczej boję się, że pewne rzeczy, które dla mnie są oczywiste, nie będą jasne dla czytelnika. I nawet nie chodzi mi o drobiazgi takie, jak nieporozumienie przy tekście chyba sudeckim, ze słowem “komornik”, którego użyłam na określenie chłopa, ale o to, że czasem obyczaje tak daleko odbiegają od naszych, że mogą być błędnie interpretowane.

Pozdrawiam :)

http://altronapoleone.home.blog

Tekst nie w moim stylu. Nigdy nie przepadałam za tymi stylizowanymi, sztywnymi, “starodawnymi” opowiadaniami. Nie da się ukryć, że dobrze oddajesz klimat podupadłej karczmy, wilgoć deszczu i nieokreślony niepokój, ale główny bohater wydał mi się mocno irytujący. Wie, że coś jest nie w porządku, czuje to i dostaje dowody, wszyscy mu mówią, by nie wtykał nosa w nieswoje sprawy, ani nie jest uzbrojony, ani nic, a i tak wtyka przysłowiową stopę między drzwi. No i chyba pod koniec nie bardzo zrozumiałam ten zabieg z zapętleniem potomstwa Madeleine i wuja bohatera, ale cóż, jak napisałam na początku, zdecydowanie nie jestem docelowym czytelnikiem podobnych opowiadań.

 

Usiadłem na sienniku i przejął mnie dziwny dreszcz, albowiem wyobraziłem sobie, że skrzypiąca podłoga załamuje się pode mną, a ja spadam prosto do koryta, by posłużyć za pokarm dla wygłodniałych wieprzy. (…)

W odpowiedzi na te myśli z oddali dobiegł przeraźliwy jęk. Usiadłem dygocząc na sienniku…”

Dwa razy usiadł?

 

„budząc mnie z tego snu – nie snu” – snu-nie snu raczej

 

„Sakiewka z monetami była może i cięższa, kiedy ruszałem w drogę, ale machnąłem na to ręką. Papiery, które wiozłem do notariusza, zawilgły nieco i atrament gdzieniegdzie się rozmazał, ale nic w nich nie brakowało.”

 

„…zacząłem spisywać wszystkie obserwacje w tym dziwnym miejscu. Na tym zajęciu zeszedł mi czas aż do wieczora, kiedy to jąkała przyniósł posiłek do pokoju. Ponieważ podczas robienia notatek powziąłem pewien plan, który zapewne nie spodobałby się gospodarzom, nie wypytywałem tym razem chłopaka o nic, co przyjął z wyraźną ulgą.”

 

„oświetlona słabą poświatą unoszącą się od przedmiotów ułożonych na blacie, ukazała się widmowa postać.” – Poświata unosząca się od przedmiotów…?

 

„– Tak – odpowiedziałem, udając senność. – Prześpię cały dzień.

Zamiar miałem zupełnie inny, chciałem tylko uśpić jej czujność.

 

„jakby ta istota miała oczy wszędzie w ścianach oberży.

Zakręciło mi się w głowie i oparłem się o ścianę

 

„wcielić w życie plan przedsięwzięty rano.” – Dziwnie brzmi „przedsięwzięty plan”.

 

„Wyglądała na dziecko bogatych ludzi, ale nie miałem pojęcia, od jak dawna tu przebywała i czy cokolwiek pamiętała z dawnego życia. Czy właściciele zajazdu zabili jej rodziców, ale ulitowali się nad dzieckiem i trzymali je tu, z dala od oczu policji?”

 

„Dopiero po dłuższej chwili uświadomiłem sobie, że otaczająca mnie cisza jest inna niż wszystkie, jakich doznałem w tej oberży. Nie słyszałem deszczu.

***

– Zdążył pan w ostatniej chwili.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Cześć!

Wciąga że hej! Pięknie budujesz nastrój wędrowca w potrzebie. Noc, deszcz, osobliwy oberżysta. Czuć jakąś straszną tajemnicę w powietrzu. W dzień gospoda normalnieje, ale noc jest “ciemna i pełna strachów”. Umiejętnie balansujesz na granicy ludzkich lęków i nieznanego. Dosyć długo nie wiadomo, co się tak naprawdę dzieje – czy zaistniałą sytuacje da się wytłumaczyć racjonalnie czy też nie.

Mamy tu więc spadek po nieznanym krewnym, niepewność chwili, dziwnie wyglądających bohaterów i budzący lęk przybytek w strugach deszczu. Czy to urojenia, zszargane nerwy, a może kanibale, lub też zwykli złodzieje… prawda okazuje się (na szczęście) z goła inna. Zakończenie jest krótkie, ale dopiero tutaj ukazujesz pełnie grozy sytuacji, w jakiej znalazł się bohater. Włos się jeży. Zostanie w głowie na dłużej.

Wiele się nauczyłem, czytając twój tekst.

Z rzeczy edycyjnych wyłapałem (o dziwo) dwie:

(…) przy piecu krzątała się kobieta będąca na wygląd zaprzeczeniem małżonka:

może lepiej “z wyglądu”

Nocą w izbie na dole był ktoś jeszcze, ktoś bezkształtny, czyj wzrok przenikał mnie także w tej chwili, jakby ta istota miała oczy wszędzie w ścianach oberży.

może lepiej “kogo”

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Piórkowo i będę się trochę powtarzać.

Klimacik jest dobry i to mimo tego, że masz do dyspozycji tylko deszcz i oberżę, którą bohater z uporem godnym lepszej sprawy przetrząsa w poszukiwaniu nie wiadomo czego ;) Momentami ta jego fiksacja na punkcie “złego” oberżysty była irytująca, ale z drugiej strony dzięki temu wyszedł Ci nieco wyniosły paniczyk, z góry patrzący na istoty parające się pracą. Do tego jest parę świetnych pomysłów, na przykład dziewczynka dorastająca w niezwykłym tempie. Stylizujesz trochę na stare opowieści grozy i IMO to jest plus opka, tym bardziej, że stylizacja jest niezwykle udana. Generalnie to jest dobre opko i zasłużona Biblioteka.

Natomiast jeśli chodzi o Piórko, to brakuje mi tutaj jakiegoś efektu Wow! Czegoś, co by je wyróżniało. Czytało się świetnie, ale nie postraszyło, a w założeniu powinno. I tu mogłabym użyć funkcji kopiuj-wklej i przerzucić Ci tutaj to, co napisałam pod opkiem Syfa. Po prostu autentyczne potworne potwory wrzucone do naszego rzeczywistego świata jakoś mnie nie ruszają. W tych opkach, które mnie w konkursie poruszyły, potwory były zadziwiająco ludzkie. I w większości te opka nie zostały w żaden sposób wyróżnione w konkursie. Myślę, że współcześnie jest piekielnie trudno poruszyć istotami z innych wymiarów, Cthulhu i spółka nie robią wrażenia. I dlatego przeczytałam z zainteresowaniem, podobało mi się, ale mnie nie olśniło. Dobry tekst, ale nie mistrzowski, biblioteczny, ale nie piórkowy. I to właściwie nie wina autorki, bo taki a nie inny był przecież temat konkursu. Mimo tego, z lekkim wyrzutem sumienia, będę na NIE.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cóż, Irko, pozostaje mi jedynie żałować, że wyrzut sumienia nie jest nieco cięższy, bo może by przeważył ;)

 

. W tych opkach, które mnie w konkursie poruszyły, potwory były zadziwiająco ludzkie. I w większości te opka nie zostały w żaden sposób wyróżnione w konkursie.

To był konkurs lovecraftowski, więc naturalną koleją rzeczy i większość potworów, i wyróżnień, poszła w stronę Lovecrafta, a u niego potwory nie są ludzkie. Natomiast w kwestii tej “ludzkości”, to akurat będę bronić mojego tekstu – może i jest tu jakiś cień wielkiego przedwiecznego, ale w sumie to jest o ludziach, którzy usiłują ratować swoje człowieczeństwo mimo zawarcia – z głupoty? naiwności? – paktu z potworem.

http://altronapoleone.home.blog

Pewnie nie będzie już innych okazji do zagłosowania na tekst Drakainy (tzn. nominacje pewnie dostaniesz, ale ja nie będę już zasiadał w Loży), i (żałując „Los caprichos”) po dwóch NIE dam tym razem TAKa (wszak do trzech razy sztuka). Z zastrzeżeniem, o którym napiszę na koniec komentarza.

Nie ma w powyższym tekście zbyt wiele z HPL, jest tu trochę z Poego, choć nie ma aż tyle, jak wspominają inni (gdzie makabra i surrealizm?), w mojej opinii. Także i klasycznej powieści gotyckiej nie dostrzegam zbyt wiele (gdzie tu zamczyska i duchy?), a jeśli już, to jednak raczej coś z klimatu i okoliczności dzieł Emily Bronte. A może jednak więcej tu Stevensona czy nawet Stokera? Bo w oddali majaczy mi jakby nawet de Maupassant („Horla”)…

Czyli stylistyka na opowieść z epoki udana.

Bardzo umiejętnie budujesz nastrój i klimat, na pewno nie horroru, ale już literatury grozy jak najbardziej. Napięcie tworzysz stopniowo, z każdym kolejnym akapitem rozpoznajemy klasyczne motywy, otoczenie, postaci (oberża na odludziu, burza za oknem, dziwni gospodarze, samotny podróżny itd.), a jednocześnie sporo w tym zmyłek, kluczenia, podsuwania fałszywych tropów (głównie w rozmyślaniach i dywagacjach bohatera z zacięciem detektywistycznym lub po prostu ciekawskiego). Te wszystkie niedopowiedzenia i przemilczenia również potęgują niesamowitą i niepokojąca atmosferę.

Trzymając się klasycznej historii z jej klasycznymi elementami, oddając ducha i realia epoki (tutaj jest to naprawdę na wysokim poziomie, z tradycyjna u Ciebie dbałością o detale) oraz ducha takich opowiastek z epoki, bardzo dobrze opisujesz również zachowania ukazujących się nam w kolejnych etapach fabuły postaci. Jakoś to bardzo naturalnie wyszło i niby zgodnie z kanonem (gospodarz milczek, syn/wnuk(?) jąkała, jowialna nieco gospodyni), a zarazem przekonująco i prawdziwie.

Kolejny plus opowiadania to warsztat, płynne zdania, bogaty język, dobrze budowane sceny (zgodne z wymogami gatunku), odrobiona warstwa merytoryczna i historyczna itd. I mam wrażenie, że to jedno z najlepiej i najdojrzalej pod względem warsztatowym napisanych opowiadań Drakainy.

A teraz trochę pomarudzę. W zasadzie wszystko co przeczytaliśmy w powyższym tekście, już znamy z innych Twoich opowiadań. Wiemy, że tak potrafisz i w zasadzie za bardzo nas tutaj nie zaskakujesz. Ja rozumiem, że lubisz taką formę, stylistykę, tematykę, rozumiem, że budujesz swoje uniwersum cegiełka po cegiełce, ale następnym razem oczekiwałbym jakiegoś zaskoczenia, wychylenia się poza formułę i formę (strefę komfortu?). Bo jeśli kolejny tekst będzie nieco słabiej napisany, ale podobny do reszty w każdym innym aspekcie, to zacznę traktować jak poważną wadę Twojej twórczości. Pewną wtórność, pójście na łatwiznę i zbyt bezpieczne wybory. Ja wiem, że powinno oceniać się konkretny utwór w oderwaniu od reszty twórczości, ale jednak mając porównanie z innymi tekstami Autora, zaczynamy je widzieć (i oceniać) nieco inaczej.

Kolejne zastrzeżenie mam do… pomysłów. Dla mnie w fantastyce liczy się przede wszystkim pomysł. I chciałbym zapytać, gdzie tutaj jest Twój, Drakaino, pomysł? Piszesz we wstępie, że to dwa pomysły na tytuł (na tytuł i pewnie jakiś zalążek fabuły) oraz inspiracja. No właśnie, jest tutaj inspiracja konkretną chwilą, przeżyciem, miejscem i jest inspiracja klasyczna opowieścią grozy. Tylko nadal nie wiem co z pomysłem? Gdzie on jest w tym tekście? Ma nim być coś pojawiające się w karczmie? To bardzo niewiele. To w sumie żaden pomysł tylko nawiązanie do Czerni i poniekąd do „potworów” HPL. Gdzie tu jakiś nowy i świeży, zaskakujący cymcyk w fabule? Albo w świecie przedstawionym tego opowiadania? Gdzie tu jest pomysł Drakainy, którym mógłbym się zachwycić? (wiesz o co chodzi, o postać wiedźmina u ASa, o system magii u Sandersona, o czerwie i przyprawę u Herberta, o ocean/Solaris u Lema, o jedyny Amber u Zelaznego itd.). U Ciebie jest bardzo klasycznie także w tej dziedzinie i chociaż wiem, że to może świadome zagranie, to jednak trochę mi jakiegoś oryginalnego pomysłu brakuje. Pomysłu. Nie konwencji. Nie twista w końcówce, który przypomina mi na wskroś lovecraftowskie w duchu, filmowe „W paszczy szaleństwa”, gdzie bohater wkręcony w spiralę obłędu, ogląda w kinie swoje własne przeżycia (u Ciebie czyta identyczne losy wujaszka). Zresztą nadal nie wiem, czy dobrze ten Twój finałowy twist ogarnąłem… 

Mógłbym ponarzekać jeszcze na niektóre rozwiązania fabularne, autorskie chciejstwo (np. ledwo bohater wychylił nocą nos z pokoju, zaraz natrafił na przemykająca córkę, a potem, gdy wraca znów do pokoju, ponownie wypatruje ją akuratnie… przemykającą za oknem itp.) i pewną tendencję do wyłuszczania i wyjaśniania zagadek w tekstach za pomocą finałowych monologów lub opowieści/relacji postaci, ale to też można wytłumaczyć konwencją, formułą, trzymaniem się zasad gatunku i świadomą zagrywką Autora. A ja chcę już przejść do podsumowania i uzasadnienie oceny.

Za co więc daję TAKa? Na pewno za poziom literacki, za warsztat, za znajomość technik i chwytów pisarskich, za klimat, naprawdę udanie zbudowany nastrój i umiejętną stylizację. To trzeba umieć, to jest pisanie świadome i pod kontrolą, pisanie na poziomie papieru. Dałem podobnego półTAKa dyżurnego Coboldowi za jego równie udanie stylizowaną i klimatyczną opowieść „O niezwykłem przypadku rośnięcia włosów po śmierci". Takie walory też czasem warto nagradzać, to jest promocja pisania na wysokim poziomie. Ale następnym razem poproszę o bonus w postaci oryginalnego i powalającego pomysłu. 

 

ślady jakby pazurów,

– ja tu widzę wziąż jakby pazury. Jakie ślady zostawiają "jakby pazury"? 

 

Czy urodził się wtedy albo umarł ktoś ważny? Czy dzień ten lub rok miał znaczenie polityczne albo był ważny dla tajemnych stowarzyszeń?

– da się uniknąć powtórzenia słowa "ważne".

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, ponieważ niezależnie od tego, czy w następnej Loży będę, czy nie, Twoją nieobecność tamże będę opłakiwać gorzkimi łzami, to tym bardziej ten finalny TAK mnie cieszy :) (Choć mam nadzieję, że może po przerwie wrócisz i finalność nie będzie finalna). Edytuję, bo przecież jeszcze będziesz głosował w grudniu :) Ale ogólna myśl zawarta w tym, co skreśliłam i celowo nie wyrzuciłam, pozostaje bez zmian: będzie mi Cię w Loży brakowało i mam nadzieję, że kiedyś do niej znów wystartujesz. A w grudniu pewnie rzeczywiście już nic nie opublikuję, chyba że madame Wena postanowi mi podrzucić w ostatniej chwili pomysł na opko świąteczne albo z wielkim wyprzedzeniem na Eklektyczny ;)

 

Pochwały przyjmuję bez zmrużenia oka, a co do marudzenia:

 

Gdzie tu jakiś nowy i świeży, zaskakujący cymcyk w fabule? Albo w świecie przedstawionym tego opowiadania?

Szybko dorastające dzieci? Ja o tym tak nie myślałam, pisząc, bo w ogóle nie bardzo myślę w takich kategoriach, pisząc, ale parę osób uznało to za szczególnie fajny pomysł, więc może jednak?

Skądinąd dla mnie “pomysł” to niekoniecznie jest coś bezwzględnie nowego w fabule czy świecie przedstawionym. Moje taki na pomysły autorów często oznaczają, że zestawienie znanych elementów było dla mnie wystarczająco pomysłowe – co zapewne jest pochodną tego, że sama nie postrzegam pisania w kategoriach “a teraz wymyślę coś nowego”. (Co nowego można na przykład wymyślić w klasycznej fantasy? Bardzo niewiele, a sprytnie poprowadzona na znanych cegiełkach fabuła może być “nowsza” niż kolejna rasa fantastyczna).

 

Zresztą nadal nie wiem, czy dobrze ten Twój finałowy twist ogarnąłem… 

Chyba tak, skoro nie uważasz, że to jest po prostu pętla i ten sam bohater :) Skądinąd mam pomysł na kontynuację tego konkretnego wątku, choć być może z bohaterem w roli drugoplanowej, prawie na pewno nie jako punktem widzenia

 

dwa pomysły na tytuł

Jeden z nich to była “Czarna oberża” (w nawiązaniu do czerwonej, oczywiście, bo z tym pogrywam tu najbardziej, zdając sobie, niestety, sprawę z tego, że moje frankofońskie skojarzenia niekoniecznie padają na podatny grunt, choć dziękuję za przywołanie Maupassanta, mimo że mi chodził po głowie bardziej Gautier). Najzabawniejsze jest to, że nie pamiętam drugiego – możliwe, że było to “Deszczowe dziecko”, które jednakowoż byłoby spojlerem.

Teraz przyszedł mi do głowy “Jeśli deszczową nocą podróżny” ;)

 

Anyway: Dziękuję!

http://altronapoleone.home.blog

Jej większą część zajmował duży stół z grubych desek, który niedawno chyba padł ofiarą ognia, albowiem większość blatu była poczerniała i jakkolwiek ktoś przyłożył się do szorowania, ślady spalenizny pozostały dobrze widoczne. Przy piecu krzątała się kobieta będąca na wygląd zaprzeczeniem małżonka: tam gdzie on był wysoki i chudy, ona była nienaturalnie wręcz niska i pulchna.

Przełknąłem kilka łyżek bulionu.

Podejrzewa gospodarzy o kanibalizm i je od nich rosół, hmm…

Zaopatrzony jedynie w składany nożyk i inne drobiazgi stanowiące wyposażenie podróżnego neseseru miałem niejakie trudności w otwarciu zamka, ale niechlubne doświadczenia z młodości pomogły wkrótce bardzo powoli i ostrożnie nacisnąłem na klamkę, obawiając się zgrzytu metalu i skrzypienia drewna.

Opowiadanie przeczytałem zaraz po publikacji, jednak niestety nie miałem wtedy czasu napisać komentarza. Miał to być zresztą komentarz krytyczny, co teraz, w momencie gdy tekst dostał piórko i wyróżnienie (podwyróżnienie?) w konkursie, wydaje się trochę niezręczne. Niemniej, po powtórnej lekturze potwierdziły się wszystkie moje ówczesne wątpliwości, zatem zaryzykuję jednak krytykę ;)

Zacznę wszakże od pozytywów. Jak zawsze budujesz wspaniały nastrój, ale tutaj wychodzi to nadzwyczajnie dobrze. Podobało mi się, że bohater zostaje niejako wyrwany ze zwykłego życia, jedzie spełnić czynność urzędową, a tu nagle ląduje w dziwnej oberży. Bardzo dobrze też przedstawiłaś proces szukania przezeń odpowiedzi na postawione na początku pytania. Paradoksalnie odniosłem wrażenie, że motyw badania zagadki został tu rozegrany dużo lepiej niż w Twoich opowiadaniach z Vidocqiem czy Cardellim, pomimo że tutaj bohater niby tylko łazi po schodach z góry na dół. W tamtych jednak tekstach śledczy zwykle idą jak po sznurku do czekającego już na nich rozwiązania. Tutaj natomiast bohater ciągle rozważa najprzeróżniejsze scenariusze, rzuca się od fantastycznego wyobrażenia o kanibalach do racjonalnego wyjaśnienia z rabusiami, by nagle zacząć podejrzewać gospodarzy o zmiennokształtność. Wcale też mi nie przeszkadzała powolność akcji, nastrój plus owe rozterki bohatera powodują, że opowiadanie absolutnie nie nudzi.

Sęk jednak w tym, iż na koniec przychodzi rozczarowanie. Wątek spadku od wuja wydawał mi się rozwiązywalny na dwa sposoby. Albo służy on wspomnianemu zaprezentowaniu wyrwania bohatera z jego zwykłego życia, cały więc wątek fantastyczny rozegra się w oberży, a bohater na koniec odprawi zwykłą czynność urzędową, albo jest to strzelba Czechowa i dopiero wizyta u notariusza przyniesie rozwiązanie zagadki. Żadna z tych dwóch opcji jednak nie znalazła zastosowania. Zakończenie niczego ostatecznie nie wyjaśnia, co więcej, muszę stwierdzić, że nic z niego nie zrozumiałem, a po powtórnej lekturze nadal nic nie rozumiem. Przeżycie tej samej historii przez wuja bohatera sugeruje, że oberża jest w jakiejś dziurze poza czasem, w którą co kilkadziesiąt lat ktoś wpada. Dlaczego jednak w takim razie bohater widzi na końcu dziewczynkę z czarnymi oczami? Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to że po prostu prozaicznie zwariował i to majaki. Niemniej zakończenie było dla mnie skrajnie niesatysfakcjonujące i popsuło poprzednie wrażenia.

Na marginesie zastanawia mnie też zasadność umieszczenia ostatniej partii wyjaśnień na temat sytuacji w oberży w końcowej retrospekcji. Jest to właściwie infodump, więc chyba wolałbym, żeby te informacje zostały przedstawione we wcześniejszym dialogu z oberżystami. Ale może się mylę.

 

dorabiałam fantastyczne wytłumaczenia do epizodów bitew pod Marengo i Austerlitz czy też stłumienia rewolty rojalistycznej w Paryżu w 1795 roku (to wszystko akurat pozaportalowo, Austerlitz dopiero się ukaże)

Jeśli wolno zapytać, czy Austerlitz już się ukazało i gdzie, bom zainteresowan? :)

Ojoj. Czytałam ten komentarz z komórki i nie odpowiedziałam :(

 

Dzięki za plusy dodatnie, co do ujemnych – taki układ z Lovecraftem i jemu podobnymi, że mi do tych klimatów pasują niedopowiedziane, niejasne zakończenia. Niemniej ponieważ tę historię zamierzam kontynuować (choć z innej perspektywy), to może dalszy ciąg wynagrodzi to rozczarowanie końcówką… Oberża nie jest poza czasem, nie jest dziurą, do której się wpada, aczkolwiek być może coś tam przyciąga podróżnych. Okaże się :)

 

A Austerlitz ukaże się w “Jeszcze raz w wyłom” Fantazmatów, pewnie już niedługo :)

 

 

http://altronapoleone.home.blog

Dzięki za plusy dodatnie, co do ujemnych – taki układ z Lovecraftem i jemu podobnymi, że mi do tych klimatów pasują niedopowiedziane, niejasne zakończenia.

Nie czytałem zbyt wiele Lovecrafta (właściwie tylko “Zew Cthulhu”), więc trudno mi się wypowiedzieć o jego otwartych zakończeniach. Niemniej wydaje mi się, że nawet jeśli zakończenie jest otwarte. to powinno pozostawiać czytelnika z pewnym marginesem, w którym może snuć domysły. A ja zostałem tu z wielkim “E?”, nie wiedząc za bardzo, o co chodziło. Oczywiście, możliwe, że po prostu jestem tępy i nie wyłapałem jakichś wskazówek w opowiadaniu, ale z drugiej strony autor musi się liczyć z tym, że taki tępy czytelnik, pozostawiony bez wyjaśnień z dziwacznym zakończeniem, zacznie się w swej pysze zastanawiać, czy cała ta historia w ogóle miała sens ;)

A Austerlitz ukaże się w “Jeszcze raz w wyłom” Fantazmatów, pewnie już niedługo :)

W takim razie czekam z niecierpliwością, bo przyznam, że to jedna z moich ulubionych bitew :)

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

 Przeczytałem. Zwykle czytam komentarze też. Tym razem doprowadziły do postanowienia: nie będę czytał komentarzy. Sam będę ograniczał się do : podobało tak/nie. Autorowi należy się info, że są zwykli czytelnicy jego opowiadań.

Witaj, Drakaino!

Czyżby w tym opowiadaniu pojawił się ten nieokreślony, dziwny i niepokojący noir, którego wątek poruszałaś już kiedyś, choćby w opowiadaniu… Noir? ;D

Nie mogę nie zauważyć ogromu wiedzy o czasach, na których operujesz, ale też że obracanie historią sprawia Ci mnóstwo frajdy, a tym razem ta frajda udzieliła się i mnie. Najbardziej podobał mi się fragment, gdy bohater przeczesuje rupieciarnię na piętrze – aż czuć było ten zatęchły kurz, który unosił się po pokoju.

“Śledztwo” całkiem mnie wciągnęło, choć końcówka pozostawiła niedosyt. W pewnym momencie akcja bardzo zwolniła, skupiłaś się na pokazywaniu dziwności tego czarnego czegoś i zabrakło mi (albo umknęło mi), do czego ta wizyta w karczmie miała zmierzać. W najciekawszym momencie wręcz, gdy już witam się z gąską i wręcz czuję smak nadchodzących odpowiedzi, akcja przeskakuje do notariusza.

Finał pozostał dla mnie dość mglisty. Być może pojąłem zbyt mało klocków, by poskładać je w, może nie tyle sensowną, co spójną całość.

Postać głównego bohatera denerwowała mnie przeokrutnie, z tą jego wścibskością i bezczelnością. Jak można komuś, kto przyjmuje obcego pod dach w potrzebie, łazić po całym domu i tak się panoszyć. Liczyłem, że coś go zeżre. :)

Natomiast noir wypadł tutaj naprawdę fajnie i chyba wreszcie dostrzegłem potencjał tej koncepcji w Twoim mocno historycznym, a jednak fantastycznym uniwersum. Gratuluję piórka, gratuluję miejsca w plebiscycie. Dobra robota!

MrB, bardzo Ci dziękuję za tak dobrą opinię, cenię ją sobie bardzo, bo z Ciebie czytelnik wymagający.

 

Tak, to jest w sumie to “czarne” z Komandora czy Noira, bo ono od początku było lovecraftowsko pomyślane, rodem z “Koloru z przestworzy” głównie. Tu rzeczywiście nabrało więcej “ciała”, więc może koncepcja stała się jaśniejsza (pun not intended).

Finał natomiast jest celowo mglisty, bo chciałabym tę historię pociągnąć w jakimś innym tekście, a sama jeszcze nie jestem pewna, jak. Natomiast za przeskok po części odpowiedzialny jest limit… Ale też nie chciałam rozciągać sceny w karczmie, bo w zasadzie musiałaby się z niej zrobić opowieść oberżystów – “Czarny” sobie poszedł i tyle go póki co widziano. Wróci, ale już nie za bytności bohatera.

 

Liczyłem, że coś go zeżre. :)

To by było zbyt banalne ;)

http://altronapoleone.home.blog

Cześć, drakaino! 

Pamiętasz, jak pod którymś z Twoich tekstów pisałam, że trudno mi było przebrnąć ze względu na styl i narrację? Otóż, tu nie mogę tego powtórzyć. Albo ze mną coś się stało, albo to opowiadanie jest takie, że się przez nie leci z zapartym tchem. Nie ma tu co prawda pospiesznej akcji, ale coś sprawia, że tekst wciąga. Postacie są wyraziste, historia ciekawa. No i klimat! 

Otwarte zakończenie w ogóle mi nie przeszkodziło i nie wpłynęło na całościowy odbiór. Ba, ja tam nawet takie otwarte zakończenia, w niektórych przypadkach, uważam za dobre rozwiązanie. Ta opowieść zostaje wtedy z czytelnikiem na dłużej, męczy po nocach, gryzie i nie da się jej zapomnieć.

Pozdrawiam!

Dzień dobry! Przybyłam ze względu na plebiscyt. :D Zacznę od tego, że mi się podobało. To mocne opowiadanie, gęste od niepokoju, którego źródło na początku jest niejasne, rozmyte. Czyta się dobrze. Tak jak czasami styl Twoich opowiadań nieco mnie męczy, tak przez to przeszłam bardzo płynnie. Lubię też tę dbałość o historyczne drobiazgi, które sprawiają, że świat jest bardziej wiarygodny. Widać, że w tym tekście to opowieść była najważniejsza, a jednak udało Ci się przy tym zbudować porządną otoczkę, na którą składają się bohaterowie i świat, a która osadza fabułę w miejscu. Dobra, klimatyczna lektura.

Zostaw ten żyrandol.

Przychodzę tym razem z komentarzem związanym z plebiscytem na opowiadanie roku. “Deszczowa oberża” to tekst klimatyczny, nastrojowy, celowo i świadomie staroświecki zarówno w sposobie kreowania grozy, jak i w języku. Jest on przy tym, jak zwykle u ciebie, wiarygodnie osadzony w historii i realiach. Niekoniecznie dla każdego – bo też nie każdy lubi ten rodzaj gry z tradycją – ale zdecydowanie udany tekst.

Komentarzy nie czytam, więc nie wiem, czy się nie powtarzam :)

 

Opowiadanie wywołało u mnie dziwną huśtawkę emocji. Długo odnosiłem wrażenie, że nic się nie wyjaśni i “zagadka oberży” do końca pozostanie zagadką. Potem, dość nagle, bohater dowiedział się w zasadzie wszystkiego – i z niedosytu przeszedłem w przesyt, żałując, że choć część zagadki nie pozostała zagadką. Ale na sam koniec wpadłem w prawdziwe osłupienie, kiedy zagadka przenicowała się na lewą stronę, że tak powiem. Jakaś pętla czasowa? Bohater jest swoim własnym wujem? Czy to “tylko” jakiś 40-letni cykl, w którym cała historia się powtarza? Nic już nie wiem.

 

Podobnej emocjonalnej huśtawki dawno nie miałem, więc w tym miejscu składam Ci gratulacje za wywołanie u mnie takiego efektu.

 

Pozdrawiam serdecznie!

Precz z sygnaturkami.

Przeczytałam z przyjemnością. Bardzo klasyczna opowieść grozy, stopniowo przechodząca od subtelnego budowania nastroju do coraz intensywniejszego poczucia paranoi i obłędu; na tyle stopniowo, żeby można było faktycznie w tytułowej oberży się znaleźć. Precyzja narracji dobrze wydobywa te ulotne momenty grozy na początku (“owinięty prześcieradłem, które nagle zdało mi się śmiertelnym całunem”, “małe oczka świdrowały mnie, jakby oceniając, ile szynki da się wykroić z mojego ciała”) i pozwala odpowiednio wybrzmieć zakończeniu. 

Opowiadanie mocno zakorzenione w rozpoznawalnej konwencji, jednak z powodzeniem wykorzystujące jej potencjał. Można by dyskutować, czy dałoby się z tej konwencji jeszcze więcej “wycisnąć”, ale na pewno wszystko jest tu na swoim miejscu. Jak to zwykle u Ciebie, jakość budują duża dbałość o szczegóły i swobodne poruszanie się w realiach.

Powodzenia w plebiscycie!

Bardzo klimatyczne opowiadanie. Cały czas czujemy w nim jakąś niepewność, a pozornie zwykłe rzeczy kryją za sobą mroczną tajemnicę. Nie jest od początku wyraźnie powiedziane, że dzieje się coś niezwykłego i nie ma pewności, czy rzeczywiście coś jest na rzeczy, czy to tylko obsesja bohatera, a czarny sekret oberży jest powoli, stopniowo odkrywany. Deszcz, z początku zwyczajna ulewa, zmienia się nagle w czarną krew potwora. Tylko oberżysta i jego żona od samego początku są mocno podejrzani. 

Jest też ciekawy główny bohater, nie nijaki, jak często bywa w horrorach, ale z pazurem. Choć mało o nim wiemy, to nadrabia swoim charakterem i dociekliwością.

I wszystko w tym tekście jest na miejscu, ale fabuła nie wciągnęła mnie jakoś mocno. Pomysł na potwora i na twist końcowy też szczególnie mnie nie poruszył. Podejrzewam, że po prostu nie jestem targetem tego typu tekstów. Ale mimo wszystko uważam, że na piórko i na miejsce w plebiscycie to opowiadanie jak najbardziej zasługuje.

Początek zdaje się gwałtowny, ale na miejscu. Następnie dziwne, niepokojące tropy (nocne dźwięki, zakrwawione prześcieradło, być może upośledzony posługacz) powolutku budują w klasyczny sposób nastrój grozy. W pewnym momencie zaczynam jednak odnosić wrażenie, że protagonista nie jest nikim więcej niż biernym nośnikiem opowiadanej historii. Chodzi, obserwuje, notuje i nic poza tym. Rozbroił mnie zabieg z córką oberżysty – właściwie z całą rodziną – wyjaśniającą sprawę niczym podejrzani zebrani w jednym pokoju u Doyle’a lub pani Christie. Tenże zabieg moim zdaniem zniweczył też cały klimat, zdetonował przedwcześnie całą niesamowitość sceny z czarnym deszczem i dzieckiem. Protagonista nie wydzierał tajemnicy, nie odkrywał niewypowiedzianej grozy, mrożącej krew w żyłach klątwy – nie, owa tajemnica została mu podana na tacy, ba, wręcz odegrana niczym zamówione przedstawienie. Tu właśnie siada całe misternie budowane napięcie, tu się groza rozpływa i zostaje tylko obraz. A szkoda, bo pomysł na niesamowitość przezacny. Odruchowo czekałem na jakieś drugie dno, na jakieś oszustwo lub nieszczerość w historii karczmarskiej familii. No i to zaufanie, zawierzenie, że rodzina mówi całą prawdę…

 

Epilog – zapętlenie? – nie wybrzmiewa mocno po tym wszystkim. Balonik został przekłuty za wcześnie. Spodziewałem się, że albo eksploduje nawiązaniem do przeżyć bohatera w oberży, albo po prostu refleksyjnie podsumuje całość, a wyszło tak… coś pośrodku.

 

Dużo detali, widać tę Twoja pasję do XIX wieku. To powoduje, że w świat przedstawiany nie wątpię ani przez chwilę. Uwiera mnie także wspomniany w tekście pistolet, którego protagonista co – nie naładował przed potencjalnie nieznanym i groźnym seansem? Czy jest ów pistolet w ogóle potrzebny wobec tego?

 

Czyta się bardzo dobrze, jeżeli są jakieś niedoskonałości językowe, to nie zwróciłem na nie uwagi. Dziękuję za przyjemną lekturę!

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nazbierało się…

 

SaroWinter & Verus – miło mi, że tym razem podeszło stylistycznie, może udało mi się pokonać nieznośne manieryzmy odstraszające czytelników :)

 

NiebieskiKosmito

Podobnej emocjonalnej huśtawki dawno nie miałem, więc w tym miejscu składam Ci gratulacje za wywołanie u mnie takiego efektu.

Łał, fajny komplement, dziękuję!

 

black_cape – cieszę się, że moje ulubione zdanie z tego opka, to o całunie, się spodobało :)

 

Sonato – bohater miał być taki trochę irytujący, chyba wyszło :)

 

Świrybie – tu muszę się bardziej szczegółowo odnieść.

 

protagonista nie jest nikim więcej niż biernym nośnikiem opowiadanej historii. Chodzi, obserwuje, notuje i nic poza tym.

Włazi, gdzie mu nie wolno ;) Ale tak na serio: zastanawia mnie, skąd bierze się ten fetysz, obsesja wręcz, że bohater będący punktem widzenia musi działać, musi osobiście coś robić, a nie może być obserwatorem. Co to sprawiło? Dla mnie bowiem nawet personalizacja narracji nie oznacza, że punkt widzenia musi być też siłą sprawczą czy napędową akcji. Dlaczego właściwie ma czegoś nie oglądać i relacjonować? Autentycznie zastanawia mnie, gdzie jest źródło takiego nastawienia czytelniczego. Dlaczego protagonista ma “wydzierać tajemnicę, odkrywać niewypowiedzianą grozę” i tak dalej. On w sumie odkrywa, tylko że w nieco inny sposób. Zresztą – powiedz mi szczerze: co Twoim zdaniem on miałby robić, żeby spełnić ten postulat? Bo cokolwiek mi przychodzi do głowy, jest albo strasznie banalne, ograne, nudne, albo prowadzi do natychmiastowej utraty punktów poczytalności i czytelnik nigdy się nie dowie, o co chodziło, a przyznam, że takich scenariuszy do “Zewu Cthulhu”, gdzie MG z diabolicznym śmiechem informuje kolejnych graczy, że ich postać wypadła z gry, wyjątkowo nie lubię ;)

 

Odruchowo czekałem na jakieś drugie dno, na jakieś oszustwo lub nieszczerość w historii karczmarskiej familii. No i to zaufanie, zawierzenie, że rodzina mówi całą prawdę…

A to już byłoby banalne do bólu właśnie dlatego, że najbardziej oczywiste. Realnym twistem jest właśnie to, że rodzina nie ma niecnych zamiarów, że są ofiarami swojej nieprzemyślanej (bo i jak było ją przemyśleć bez danych?) decyzji sprzed wielu lat. Na dodatek w dziewiętnastowiecznej literaturze i popkulturze – a przecież świadomie z nią tu pogrywam – postać oberżysty jest jedną z najbardziej złowrogich (wspomniani wcześniej w dyskusji Thénardierowie z “Nędzników”, ale i Caderousse z “Hrabiego Monte Christo”, który popełnia z chciwości morderstwo, no i oczywiście sławna ‘czerwona oberża’ – historia autentyczna, z którą tu mocno pogrywam). W takiej sytuacji rozwiązanie, w którym oberżyści mają coś na sumieniu byłoby pójściem na łatwiznę. Tak w każdym razie uznałam, pisząc, i uważam nadal :)

 

Uwiera mnie także wspomniany w tekście pistolet, którego protagonista co – nie naładował przed potencjalnie nieznanym i groźnym seansem?

On o pistolecie mówi wcześniej. To raczej koloryt epoki, bo zakładam, że mój bohater nie należy do tych, którzy na co dzień bronią się posługują, raczej jak większość ówczesnych podróżnych zabiera ją z sobą w samotną podróż i nie zakłada użycia. Okropnie poza tym nie lubię bohaterów, którzy nie zapominają o niczym i są na wszystko przygotowani – wtedy to, że ponoszą porażkę jest okropnie sztuczne literacko. Skądinąd gdyby strzelił do potwora, to skończyłoby się utratą punktów poczytalności ;)

http://altronapoleone.home.blog

Drakaino

 

On tak sobie łazi po tej oberży, szpera – to jest ok. Kręci się, notuje, ale nie ma np. takiej analizy tych notatek, takiego “a-ha moment”, w której odkrywa cos, co było przed jego oczami, ale wcześniej tego nei zauważył. Ale i niech tak będzie, grzebie dalej, co go do tego grzebania skłania? Ciekawość? Co go pcha do wściubiania nosa w nie swoje sprawy, zamiast zabarykadowania się w pokoju z bronią nabitą do strzału? Przecież mógłby ponieść niewesołe konsekwencje swojej wścibskości, ryzykuje dużo (przypominam, pistoletu, mimo, że sam sobie o nim przypomniał, nie wziął). 

A przeciez ma termin, ma spadek do odzyskania, ma coś do stracenia! Jeszcze: przyłapany na włamaniu – zalicza w nagrodę nagły przypływ szczerości ze strony gospodarzy zamiast solidnego lania i wyrzucenia na, jak mniemam, zabójczy deszcz. 

Mało to wiarygodne fabularne. Wyznałabyś, jako oberżystka, gościowi na chwilę od lat skrywaną rodzinną tajemnice, taką z pogranicza koszmaru? Taką najbardziej tajną tajemnicę? Co by Ciebie do tego sprowokowało? Bo to, że gość odkrył dziecko – pfff, zakryć to łgarstwem, albo dwoma, niech się nie wtrąca w nasze sprawy i odjeżdża, póki żyw. Ten mur pęka bez wystarczającego uzasadnienia. To jest ta główna słabość, do której się odnoszę.

 

Brakuje mi tu katalizatora tej szczerości oberżysty, szczególnie, że wydarzenia poprzedniej nocy starają się zakryć milczeniem, jakby to się nigdy nie stało. Tak, jestem świadomy “czerwonej oberży”, “Hrabiego” uwielbiam, pewnie odruchowo oczekuje skrętu w tą stronę, ale właśnie dlatego, że tę kliszę przełamujesz – to przełamanie musi być mocno wiarygodne. Dla mnie nie jest.

 

Wracając do kwestii pistoletu – wprowadzasz rekwizyt, w dodatku z gatunku tych ratujących życie w podbramkowych sytuacjach, ba, przypomina sobie o nim sam bohater – i nic z tym nie robi, mimo, ze odczuwa pewne zagrożenie. IMO albo tego rekwizytu wprowadzać nie powinnaś, albo coś w związku z tym rekwizytem powinno zadziać się dalej. Nie trzeba być rewolwerowcem, by z nabitym pistoletem u boku poczuć się bezpieczniej, więcej zaryzykować, może nawet użyć go do wyciśnięcia prawdy z niechętnych gospodarzy. Scena z dzieckiem i córką oberżysty mogłaby – nie znaczy, że powinna – ale mogłaby przybrac inny obrót właśnie poprzez zagrożenie bronią, być może wyznanie pod groźbą spełniałoby wymóg zawierzenia w jego szczerość – różne rozwiązania fabularne są możliwe.

 

Peem ci, jak Badacz Badaczowi, to nie musi być film akcji. Ale musi nie mieć niewiarygodnych przeskoków, bo one Badaczowi, który chce pożyć dłużej niż jedna Tajemnicę, od razu uruchamiają alarmy wszelakie, czujność i nieufność ;-) Nawet jeżeli, załóżmy, poszło to w stronę wyznania, zrzucenia ciężaru (bo najważniejsze pytanie: DLACZEGO rodzinka jednak wyznaje, jaka jest ich motywacja powiedzieć prawdę – jest nieodpowiedziane w tekście lub może nie wykryłem tej odpowiedzi), to dlaczego protagonista tak po prostu w to uwierzył, że zgodził się na nocny seans bez dodatkowego zabezpieczenia w postaci nabitej broni, o której jeszcze trochę wcześniej sam wspominał?

 

A masz tu kilka zahaczeń: może rodzinka jest świadoma pętli i wie, że nie może gościa pozbyć się, bo jest on tym, który uratuje/uratował ich córkę? A może orientują się dopiero po pierwszej nocy, gdy dostaje w łeb? Może są jakieś tropy, na to wskazujące, nieco wcześniej, aby na końcu puzzle wskoczyły na swoje miejsce? To tylko jeden z możliwych sposobów, na który elementy przedstawione w opowiadaniu mogą się łączyć ze sobą.

 

Obstaję w związku z powyższym przy swojej opinii, że brakuje

– lepszego wskazania przyczyn takiego, a nie innego zachowania protagonisty w oberży, nie jest to jakoś specjalnie duża dziura, ale wścibski jest nadzwyczaj i podejmuje nie do końca zrozumiałe dla mnie decyzje

– uzasadnienia/prezentacji motywacji wyznania rodziny

– uzasadnienia/wiarygodnego mechanizmu przyjęcia tej opowieści przez protagonistę “na słowo” (i ten nieszczęsny pistolet, rekwizyt)

 

Na tym cierpi ciekawe rozwiązanie w epilogu.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Kręci się, notuje, ale nie ma np. takiej analizy tych notatek, takiego “a-ha moment”, w której odkrywa cos, co było przed jego oczami, ale wcześniej tego nei zauważył.

Limit, panie, limit…

 

Wyznałabyś, jako oberżystka, gościowi na chwilę od lat skrywaną rodzinną tajemnice, taką z pogranicza koszmaru? Taką najbardziej tajną tajemnicę? Co by Ciebie do tego sprowokowało? Bo to, że gość odkrył dziecko – p

Weird nie musi mieć żelaznej logiki, ale niech będzie ;) Przy założeniu, że i tak wyniuchał sporo, a nie odpuści – może tak. Bo weź to od drugiej strony: żyjesz od kilkudziesięciu (tak zakładam, bliżej stu) lat w koszmarze. I nagle jest ktoś, kto chce zrozumieć. Chce cię wysłuchać. Ba, nie odpuści, jeśli nie pozna prawdy. Odczuwa współczucie – bo to on czuje do Madeleine i jej córki. Każdy czasem potrzebuje psychoterapii, wygadania się komuś, wyrzucenia z siebie czegoś – i dość dowolne zdarzenie może okazać się katalizatorem. Być może Twoje wątpliwości podpowiedzą mi, w jakim kierunku pójść z sequelem, jednakowoż ;)

 

IMO albo tego rekwizytu wprowadzać nie powinnaś, albo coś w związku z tym rekwizytem powinno zadziać się dalej.

Obsesji na temat strzelby Czechowa też nie rozumiem. Bohater nie jest geniuszem, nie jest nawet po prawdzie szczególnie ogarnięty. Robi błędy – to jest jeden z nich. A potem pewnie wyczuwa, że broń mu bardziej zaszkodzi niż pomoże. To akurat można rozwiązać w bezlimitowej wersji do Fantastycznych Piór.

Rewolwerów, nawiasem mówiąc, jeszcze wtedy nie ma. Jest broń skałkowa, w najlepszym razie kapiszonowa – na deszczu ma wielką szansę spalić na panewce, dosłownie XD

 

oże rodzinka jest świadoma pętli i wie, że nie może gościa pozbyć się

Tu nie ma pętli.

 

Ale dzięki za uwagi, nie ze wszystkimi się zgadzam (zwłaszcza że raczej czytelnicy tego wszystkiego nie zauważali), niemniej wykorzystam w ostatecznej redakcji.

http://altronapoleone.home.blog

Drakaino – niech będzie, nie jest pistolero, a nie rewolwerowcem ;-) Ale wiesz, o co mi chodzi: o osobę przywykłą do używania broni w opozycji do osoby, która ma te broń na zaś i używa jej rzadko.

 

Co do logiki w weirdzie – tu się nie zgadzamy. Wewnętrzna, przyczynowo-skutkowa, zawsze pomaga zaakceptować podróż namalowaną słowem przez Autora, a jeśli jest przeprowadzona jak trzeba (powoduje akceptację, instynktowne zawieszenie niewiary), to nawet “różowe jednorożce rzygające mózgiem” w finale nikogo nie rażą, ba, są satysfakcjonującą konkluzją. Nie potrafię powiązać zachowań protagonisty (skutki) z jego odkryciami (przyczyny) w sposób wystarczający do nie przerywanej wątpliwościami lektury.

 

Co do wiarygodności decyzji protagonisty: przedstawiam swoje subiektywne uwagi. Ja, gdybym się bał i przypomniał o podróznym pistolecie – na pewno miałbym go przy sobie. Ba, może nawet spieprzałbym jak diabeł przed panią Twardowską, ważąc czekający na mnie spadek jako cięzszy od ryzyka zaginięcia w trakcie burzy w porównaniu do nienznanego czającego się w oberży. Byłbym skrajnie nieufny wobec wyjaśnień rodziny gospodarzy, biorac pod uwagę ich milczenie nad ranem i dziecko zamknięte w komórce; stad trudno mi przyjąć zachowanie protagonisty i podążać za nim bez zastrzeżeń. Jego błędy postrzegam jako skrajnie nierozsądne, jakby urodził się wczoraj – a przecież to dorosły mężczyzna, żyjący w niezbyt wybaczających naiwność czasach (a przynajmniej tak mi się jawi świat, w którym się porusza). Gdyby był chłopcem nieledwie, o, to inna para kaloszy, inaczej bym postrzegał jego zachowanie.

 

To są moje prywatne odczucia, mój punkt widzenia – oczywiście, że nie są jedyne słuszne i nie chcę, żebyś się ze wszystkim zgadzała. Po prostu wyjaśniam swój tok rozumowania, dlaczego nie do końca mi siadło mimo, że napisane bardzo zacnie i w klimacie, który lubię. I nie zrozum mnie źle: to jest dobre opko. Po prostu wokalizuję swoje przemyślenia.

 

Limity… Ej, limity! Mam dla was coś:

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

I nie zrozum mnie źle: to jest dobre opko. Po prostu wokalizuję swoje przemyślenia.

A ja wokalizuję swoje refleksje na temat tych przemyśleń ;) To mi pomaga potem poprawić opko.

Weź np. bohaterów Edgara Allana (a do niego najbardziej porównywano to opko) czy choćby i niektórych z “Hrabiego…”, albo mojego ukochanego “Rękopisu znalezionego w Saragossie” (opko do niego nawiązujące też jest na portalu, btw, ale to wczesny twór, do remontu) – to są moje wzory. Oni właśnie często bywają naiwni i zachowują się głupio. I stylizacja w tym opku na tamtą prozę trochę tego wymaga.

http://altronapoleone.home.blog

Ale ta naiwność z czegoś wynika, Mercedes niejednemu w głowie zawróciła! ;-)

 

P.s. A w rękopisie bohaterem jest wszak młodzik!

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Cześć, drakaino,

dobrze pamiętam, że widziałam to opowiadanie w poczekalni, ale z jakiegoś niewiadomego mi powodu nie przeczytałam całości. Doszłam do ¼ i chyba nie chwyciło, ale z okazji plebiscytu na szczęście przybyłam raz jeszcze, bo tym razem podobało mi się bardziej ;) Jest niepokojąco i okropnie klimatycznie. Lubię jak w tekstach wisi takie widmo tajemnicy. Ta atmosfera grozy… Nie przepadam za horrorami, ale tutaj wszystko dobrze zagrało.

Poza tym doskonały warsztat i pasująca stylizacja to dodatkowe atuty. No i ciekawy, charakterny główny bohater. Mi się!

Powodzenia w dalszym pisaniu!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

LanaVallen – ogromnie mi miło, że za drugim razem podeszło :)

http://altronapoleone.home.blog

Hej, Drakaino

Mógłbym narzekać na powolne tempo albo dziwne zachowania bohatera… ale po co? To opowiadanie jest jak żywcem wyjęte z opowieści Poe i ma swoją konwencję, którą akurat lubię. Tworzysz świetny klimat, który nie puszcza do samego końca, warsztatowo jest bez zarzutu, a wspomniane przez niektórych błędy bohaterów, czy ich zapominalstwo, to dla mnie zaleta. Lubię, kiedy postacie podejmują błędne decyzje, zapominają, doprowadzają do mniejszych czy większych katastrof własnym zachowaniem. To takie ludzkie. Skoro żołnierz na wojnie może być niezdolny do uniesienia karabinu w sytuacji zagrożenia życia, to równie dobrze podróżnika, któremu racjonalny świat wali się w gruzy, może popełnić głupstwa.

Mnie się podobało i to bardzo :)

Pozdrawiam

Nowa Fantastyka