- Opowiadanie: AmonRa - Niefortunne wypadki w Bibliotece imienia świętego Lucyfera

Niefortunne wypadki w Bibliotece imienia świętego Lucyfera

Ni­niej­szym pre­zen­tu­ję pierw­sze opo­wia­da­nie wy­sła­ne prze­ze mnie na kon­kurs ;) Jest świat, jest ta­jem­ni­ca (być może nawet wię­cej niż jedna), więc ufam, że tekst pa­su­je. 

Bar­dzo dzię­ku­ję dru­ży­nie be­tu­ją­cych w skła­dzie: Da­niel­Ku­row­ski1, Mor­te­cius oraz Sa­gitt. Na osob­ne wy­róż­nie­nie za­słu­żył Mor­der­ca­Bez­Ser­ca. Myślę, że nie bę­dzie żadną prze­sa­dą, jeśli nazwę go dru­gim ojcem opo­wia­da­nia i jego współ­twór­cą. MBS dzie­lił się ze mną szcze­gó­ło­wy­mi spo­strze­że­nia­mi od­no­śnie tek­stu od po­cząt­ko­we­go etapu jego po­wsta­wa­nia, po­mógł do­pra­co­wać język bo­ha­te­rów, nar­ra­cję, wy­ty­kał braki fa­bu­lar­ne ;) Bez niego po­niż­sze wy­po­ci­ny by nie po­wsta­ły. 

Zrób­cie sobie “cher­bat­kę” (wy­ja­śni się w trak­cie lek­tu­ry!) i baw­cie się do­brze! 

 

(31.08.2021) Marek Sen był tak uprzejmy, że zamienił moje opowiadanie w audiobooka, którego można wysłuchać tutaj, do czego serdecznie zachęcam!

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Niefortunne wypadki w Bibliotece imienia świętego Lucyfera

A mo­głem po­je­chać na ro­bo­ty do ko­pal­ni, po­my­ślał ża­ło­śnie Ka­sper, ko­lej­ną noc z rzędu mar­z­nąc na war­cie. Mimo gru­be­go, my­śliw­skie­go odzie­nia war­tow­nik trząsł się jak osika. Do­ku­cza­ło mu par­cie na pę­cherz. Było tak ciem­no i mgli­ście, że gdyby po­sta­no­wił sobie ulżyć i sik­nąć do rzeki, z tru­dem doj­rzał­by swo­je­go ma­łe­go przy­ja­cie­la. Nawet pło­ną­ce w me­ta­lo­wym sto­ja­ku łu­czy­wo nie­wie­le po­ma­ga­ło. Gdy w oko­li­cy prze­le­ciał ze skrze­kiem kruk, trze­po­cząc zło­wiesz­czo skrzy­dła­mi, Ka­sper pra­wie po­pu­ścił w gacie. Po­wietrz­ne szczu­ry, po­my­ślał ze zło­ścią i ści­snął moc­niej wy­słu­żo­ną du­bel­tów­kę.

Mo­stem nikt dzi­siaj nie prze­cho­dził i war­tow­nik bar­dzo chciał, żeby tak zo­sta­ło do rana. Wie­dział jed­nak, że sy­tu­acja w każ­dej chwi­li może ulec zmia­nie. Kilka nocy temu z pusz­czy wy­la­zło naj­praw­dziw­sze licho, ma­ją­ce tyle od­nó­ży, że Ka­sper nie po­tra­fił ich zli­czyć. Wrzesz­cząc wnie­bo­gło­sy i strze­la­jąc na oślep, zdo­łał jakoś od­pę­dzić stwo­ra.

Za co­noc­ne stró­żo­wa­nie męż­czy­zna do­sta­wał kilka nędz­nych mie­dzia­ków. Przy­ja­ciel po­wie­dział mu kie­dyś o pa­nien­kach w Gaf­fel, które za od­po­wied­nią sumę po­tra­fi­ły na­praw­dę umi­lić czło­wie­ko­wi życie. War­tow­nik wszyst­ko po­li­czył i wy­szło mu, że aby sko­rzy­stać z ta­kiej roz­ryw­ki, mu­siał­by nie jeść przez czte­ry mie­sią­ce.

Praca sta­now­czo nie była warta tych pie­nię­dzy, oj nie. Do­dat­ko­wo pusz­cza le­żą­ca po­mię­dzy Gaf­fel a Svart­korp aż roiła się od be­stii: mię­so­żer­nych, dwu­krot­nie więk­szych od czło­wie­ka ciem, łu­sko­wa­tych trzę­saw­ców, no i tych prze­brzy­dłych lich. Miesz­kań­cy lasu mieli po zmro­ku nie­ele­ganc­ki zwy­czaj gar­nię­cia się do ludz­kich sie­dzib bez za­pro­sze­nia.

Nagle Ka­sper po­sły­szał kroki. Serce za­czę­ło bić mu tak szyb­ko, że jesz­cze chwi­la i wy­sko­czy­ło­by z pier­si. Pod­niósł du­bel­tów­kę, ce­lu­jąc przed sie­bie.

– Stać! – roz­ka­zał sta­ra­jąc się, aby jego głos za­brzmiał mocno i pew­nie. – Kogo nie­sie? Swój czy wróg?

– Wróg.

Z mroku i mgły wy­szła po­stać. Nie­zna­jo­my był wy­so­ki i chudy, czego nie mógł ukryć nawet ciem­ny płaszcz. Gar­bił się nieco pod cię­ża­rem skó­rza­nej torby. Gdy obcy pod­szedł na tyle, że świa­tło z łu­czy­wa padło na jego twarz, straż­nik doj­rzał czar­ne, roz­mierz­wio­ne włosy, głę­bo­ko osa­dzo­ne duże oczy i cie­nie pod nimi. Skóra przy­by­sza była nie­wia­ry­god­nie blada. Ktoś kie­dyś po­wie­dział Ka­spro­wi, że wo­ła­ją na ta­kich al­ba­tro­sy. Do­pie­ro po chwi­li męż­czy­zna do­strzegł kro­czą­ce­go tuż przy nodze wę­drow­ca nie­wy­so­kie­go, czar­ne­go kun­dla o żół­tych śle­piach.

Z ulgą opu­ścił broń.

– Jesz­cze chwi­la i bym cię za­strze­lił. Po co głu­pio od­po­wia­dasz? – za­py­tał.

– Bo głu­pio py­tasz – od­parł oschle nie­zna­jo­my. – Gdy­bym był be­stią z lasu, nie wda­wał­bym się z tobą w po­ga­węd­ki, tylko sko­czył ci do gar­dła.

Może i bez­czel­ny, ale gada z sen­sem. Na mo­czy­mor­dę też nie wy­glą­da, po­my­ślał war­tow­nik. Jego wzrok spo­czął na po­ły­sku­ją­cym wi­sior­ku na chu­dej szyi ob­ce­go.

– Taka ciem­ni­ca, a ty na pie­cho­tę… Przez las prze­la­złeś? Jakim cudem nic cię w dupę nie użar­ło?

– Łut szczę­ścia. Mam in­te­res w Svart­korp. Mogę wejść do mia­sta?

– Chwi­lę, chwi­lę! Od­po­wia­dam za bez­pie­czeń­stwo i nie mogę do­pu­ścić, żeby byle kto…

– Nie w gło­wie mi za­kłó­ca­nie po­rząd­ku – wtrą­cił chło­pak. – Chciał­bym tylko prze­no­co­wać w obe­rży, za­ła­twić swoje spra­wy i ru­szać dalej. Jeśli to po­mo­że ci pod­jąć de­cy­zję, mogę za­pła­cić…

Ka­sper wcią­gnął gło­śno po­wie­trze.

– Słu­chaj no, chłyst­ku! – wark­nął. – Strzegł tego mostu mój pra­dziad, dziad i oj­ciec, a teraz strze­gę ja i jesz­cze się nie­uczci­wie za­ro­bio­nym zło­tem nigdy nie spla­mi­łem! Pró­bu­jesz mnie prze­ku­pić?!

– Ja tylko…

– Ob­ra­za war­tow­ni­ka na służ­bie, ot co! Za coś ta­kie­go jest kara. Jedna złota ko­ro­na i za­po­mi­na­my o spra­wie.

Obcy z dziw­nym wy­ra­zem twa­rzy się­gnął do kie­sze­ni płasz­cza, po czym podał Ka­spro­wi mo­ne­tę. Oczy straż­ni­ka za­świe­ci­ły się.

– Dobra, dobra. Mo­żesz wejść. Kun­del też. Ale nie spra­wiaj­cie żad­nych kło­po­tów.

Gdy chło­pak prze­szedł obok i razem z psem znik­nął w ciem­no­ściach, war­tow­nik uzmy­sło­wił sobie, że nawet nie za­py­tał go o imię i cel wi­zy­ty. Ka­sper, ty spuch­nię­ty wie­przu, złoto cię za­mro­czy­ło, ode­zwał się we­wnętrz­ny głos. Cho­ciaż, z dru­giej stro­ny, cała ko­ro­na to nie byle co. Dwa ty­go­dnie pracy.

Straż­nik miał prze­czu­cie, że będą z tego kło­po­ty. Szyb­ko mu mi­nę­ło. Na­praw­dę mu­siał się odlać. 

 

***

 

Za­bu­do­wa Svart­korp ni­czym nie od­bie­ga­ła od ar­chi­tek­tu­ry in­nych miast Kró­le­stwa. Ze­wsząd dało się do­strzec po­nu­re domy o stro­mych, po­kry­tych gra­na­to­wym gon­tem lub łup­kiem da­chach, ciem­nych okien­ni­cach i ka­mien­nej, sza­rej podbu­do­wie. Wy­so­kie ko­mi­ny nik­nę­ły w mro­kach nocy. Ulice roz­ja­śnia­ły nie­mra­we świa­tła z okien na wyż­szych pię­trach ludz­kich sie­dzib, a także łu­czy­wa w me­ta­lo­wych sto­ja­kach, umiesz­czo­ne wzdłuż dróg. Gdzieś w od­da­li ma­ja­czy­ły ciem­ne kon­tu­ry dwóch strze­li­stych wie­ży­czek.

Jo­achim i Tyfus brnę­li przez mia­stecz­ko. Chło­pak miał już dość wę­drów­ki i je­dy­ną rze­czą, o któ­rej ma­rzył, była odro­bi­na snu. Od razu po­znał, że nie przy­szli do Svart­korp na próż­no. Dreszcz, jaki prze­biegł go w mo­men­cie wej­ścia do mia­sta, nie miał nic wspól­ne­go z chło­dem nocy, za to bar­dzo wiele z Za­sło­ną.

Tyfus wę­szył in­ten­syw­nie, wcią­ga­jąc w noz­drza nowe, nie­zna­ne mu za­pa­chy. Głów­na ulicz­ka była naj­wy­raź­niej sie­dzi­bą wielu miej­skich wy­twór­ców i han­dla­rzy, o czym in­for­mo­wa­ły drew­nia­ne lub me­ta­lo­we, w więk­szo­ści bar­dzo to­por­ne szyl­dy. Jo­achim z tru­dem od­czy­tał kilka z nich: Amu­le­ty i runy ochron­ne, nie­dro­go!, Tka­ni­ny, obu­wie i ka­pe­lu­sze na każdą oka­zję i Mleko od byka, za­wsze świe­że. Nieco dalej mie­ścił się sklep o na­zwie Cher­bat­ki u cioci Hil­de­gar­dy. Chło­pak uniósł brew i spró­bo­wał pojąć, co też wspól­ne­go ma sto­ją­cy w brud­nym oknie wy­pcha­ny lis ze sprze­da­wa­ny­mi tam cher­bat­ka­mi.

Mło­dzie­niec zwró­cił uwagę na ko­lej­ny bu­dy­nek. Bez wąt­pie­nia peł­nił rolę domu po­grze­bo­wego. W wiel­kim oknie stała pio­no­wo trum­na, z któ­rej spo­glą­dał na ulicę uśmiech­nię­ty od ucha do ucha nie­bosz­czyk. Coś pod­po­wie­dzia­ło Jo­achi­mo­wi, że nie była to wy­łącz­nie prze­ko­nu­ją­ca kukła. Kun­del utkwił w zmar­łym wy­głod­nia­łe spoj­rze­nie.

– Tyfus, nie czas teraz na za­ba­wy! – oznaj­mił chło­pak, na co pies opu­ścił łeb i ru­szył dalej za panem, wi­docz­nie nie­szczę­śli­wy.

Do­tar­li na głów­ny plac mia­sta, w cen­trum któ­re­go stała rzeź­ba przed­sta­wia­ją­ca naj­smut­niej­sze­go gar­gul­ca, ja­kie­go Jo­achim w życiu wi­dział. W za­chod­niej czę­ści placu znaj­do­wał się bu­dy­nek wyż­szy od po­zo­sta­łych, tak samo jak inne po­nu­ry, ale ozdo­bio­ny fi­ne­zyj­ny­mi de­ta­la­mi. Mło­dzie­niec od­gadł, że to miej­ski ra­tusz. Po prze­ciw­le­głej stro­nie do­strzegł dwu­po­zio­mo­wą, wy­jąt­ko­wo brzyd­ką kon­struk­cję, z któ­rej do­bie­ga­ły pi­jac­kie okrzy­ki. Przy­wo­łu­jąc Ty­fu­sa, Jo­achim ru­szył do obe­rży. Roz­ko­ły­sa­ny po­dmu­chem wia­tru szyld in­for­mo­wał, że przy­by­tek nosi nazwę Spro­śna Wsze­tecz­ni­ca. Chło­pak zmarsz­czył czoło, a potem wkro­czył do środ­ka.

W karcz­mie nie pach­nia­ło naj­przy­jem­niej, ale za to było cie­pło. Je­dy­ny­mi go­ść­mi Spro­śnej Wsze­tecz­ni­cy oka­za­li się star­si, nie­chluj­nie wy­glą­da­ją­cy męż­czyź­ni. Z pew­no­ścią nie na­le­żeli do miej­sco­we­go To­wa­rzy­stwa Li­te­rac­kie­go. Nie zwró­ci­li uwagi na przy­by­sza, krzy­cze­li za to nad roz­ło­żo­ny­mi na stole kar­ta­mi.

– Jeśli zo­ba­czę, że znowu oszu­ku­jesz, wsa­dzę ci kufel w dupę! – wrzesz­czał jeden z nich, ce­lu­jąc pal­cem mniej wię­cej w sie­dzą­ce­go na­prze­ciw­ko kom­pa­na.

– Sven, spo­koj­nie, spo­koj­nie… – mi­ty­go­wał go inny.

Mło­dzie­niec pod­szedł do kon­tu­aru i usiadł na wy­so­kim stoł­ku.

Funk­cję go­spo­dy­ni spra­wo­wa­ła szczu­pła dziew­czy­na o oso­bli­wym wy­glą­dzie. Jej brą­zo­we włosy for­mo­wa­ły ab­sur­dal­nie wiel­ki kokon, po­licz­ki zdo­bi­ła gruba war­stwa różu, a oczy pod­kre­ślo­ne były w nie­zdar­ny spo­sób wę­giel­kiem. Panna miała na sobie zwiew­ną suk­nię, nie po­zo­sta­wia­ją­cą du­że­go pola wy­obraź­ni. Na do­miar złego żuła li­ść ko­smat­ki. Była to cał­kiem nowa, zy­sku­ją­ca po­pu­lar­ność w Kró­le­stwie używ­ka o gu­mo­wa­tej konsystencji i lekko po­bu­dza­ją­cych wła­ści­wo­ściach. Jo­achim nie prze­pa­dał za ko­smat­ką i zwykł ma­wiać, że żu­ją­ce ją osoby wy­glą­da­ją jak krowy na łące – z po­wo­du iry­tu­ją­ce­go ruchu szczę­ki.

Pa­su­je do nazwy miej­sca pracy jak ulał, po­my­ślał chło­pak.

– Dziw­nie wy­glą­dasz – po­wi­ta­ła go panna.

– I wza­jem­nie – od­parł nieco ob­ru­szo­ny Jo­achim.

– Nigdy żem two­jej gęby w Svart­korp nie wi­dzia­ła. Przy­jezd­ny?

– Tak. Przy­by­wam do mia­sta w in­te­re­sach.

– Do mia­sta, po­wia­dasz. – Dziew­czy­na przy­wo­ła­ła na twarz drwią­cy uśmie­szek. – Bo mnie się bar­dziej widzi, że do osra­nej dziu­ry przy­je­cha­łeś. Czego chce?

– Co? – za­py­tał nie­zbyt przy­tom­nie chło­pak.

– Pytam, czego chce. Co do je­dze­nia i picia, zna­czy się.

– Ach… Na po­czą­tek tro­chę wody i naj­moc­niej­szej star­ki, jaką macie. No i miskę.

Go­spo­dy­ni za­czę­ła krzą­tać się za kon­tu­arem. Gdy w końcu po­sta­wi­ła na­po­je na bla­cie, Jo­achim prze­lał całą star­kę do miski i podał Ty­fu­sowi. Kun­del pił łap­czy­wie, roz­chlu­stu­jąc za­war­tość na­czy­nia. Dziew­czy­na ob­ser­wo­wa­ła ten nie­co­dzien­ny widok sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi.

– Cu­da­ki z was, nie po­wiem – rze­kła w końcu. – Nawet jak na Svart­korp. Je­stem Be­re­ni­ka. A ty?

– Jo­achim.

– A pies?

– Tyfus.

– Moja bab­cia zde­chła na tyfus.

– Och.

Wy­czu­wa­jąc, że roz­mo­wa scho­dzi na przy­jem­ny dla niego temat, pies ode­rwał się od star­ki i prze­krzy­wia­jąc głowę spoj­rzał na Be­re­ni­kę.

– Ale to nic. I tak jędzy nie lu­bi­łam, jak zresz­tą wszy­scy. Gdy w końcu zro­bi­ła się zimna, dzia­du­nio śpie­wał ze szczę­ścia – oznaj­mi­ła dziew­czy­na, po czym wy­dłu­ba­ła coś spo­mię­dzy zębów dłu­gim pa­znok­ciem. – Obe­rżę po niej na­zwał.

Od stołu gra­ją­cej w karty lum­pe­rii do­biegł pod­nie­sio­ny głos.

– No cho­lib­ka, znowu?! Przy­się­gam ci, Ja­sper, że nie ręczę za sie­bie!

– Za­sta­na­wia­łem się, czy macie tu wolne po­ko­je – za­gad­nął Jo­achim Be­re­ni­kę. – Po­trze­bu­ję spę­dzić gdzieś jedną noc.

– To za­le­ży – od­par­ła, chwy­ta­jąc brud­ną szma­tę i za­czy­na­jąc prze­cie­rać nią kufel. – Po coś przy­je­chał?

– W in­te­re­sach. Mam spra­wę do za­ła­twie­nia w bi­blio­te­ce.

– W bi­blio­te­ce? Nie­moż­li­we.

– A to dla­cze­go? – za­py­tał z za­in­te­re­so­wa­niem mło­dzie­niec.

Dziew­czy­na ro­zej­rza­ła się, czy aby na pewno nie na­słu­chu­je nikt po­stron­ny, cho­ciaż nie było ta­kiej po­trze­by. Męż­czyzn dalej zaj­mo­wa­ła gra w karty.

– Po­bliż, po­bliż. – Be­re­ni­ka zni­ży­ła głos do kon­spi­ra­cyj­ne­go szep­tu. Jo­achim wy­chy­lił się w jej stro­nę. – W bi­blio­te­ce stra­szy. Ga­da­ją, że ja­kieś wstręt­ne licho tam wla­zło, sta­re­go Jor­ge­go po­go­ni­ło i ani myśli wpusz­czać ko­go­kol­wiek. Bur­mistrz od­gro­dził bu­dy­nek od resz­ty mia­sta, wy­zna­czył na­gro­dę za za­bi­cie stra­szy­dła. Dużo złota i rękę jego córki. Ale chęt­nych wielu nie ma.

– Nie?

– Nie, bo córka szpet­na jak gówno na zę­bach, a my­śli­wy, który wlazł do bi­blio­te­ki, nigdy z niej nie wy­szedł. Lu­dzie się boją, ot co.

– Skoro bur­mistrz wy­zna­czył na­gro­dę i wszy­scy o tym wie­dzą, to dla­cze­go mó­wisz szep­tem?

– Aha! To ty oszu­ku­jesz! – wrza­snął jeden z kar­cia­rzy. – Po­cze­kaj no, zaraz ubę­dzie ci kilku zębów…

Z tyłu za­pa­no­wa­ło po­ru­sze­nie. Obu­rzo­ny męż­czy­zna po­de­rwał się z miej­sca, wy­wra­ca­jąc stół i sko­czył w stro­nę kom­pa­na, pod­czas gdy resz­ta nie­udol­nie pró­bo­wa­ła po­wstrzy­mać nad­cho­dzą­cą bi­ja­ty­kę.

– Ejże! – krzyk­nę­ła dziew­czy­na.

Jo­achim uchy­lił się w ostat­niej chwi­li, po­nie­waż Be­re­ni­ka ci­snę­ła w stro­nę wal­czą­cych brud­nym ku­flem. Na­czy­nie prze­le­cia­ło przez całą obe­rżę i trza­snę­ło w łeb tego, któ­re­go na­zy­wa­li Sve­nem. Tyfus pod­niósł głowę i za­mer­dał ogo­nem, nagle za­in­te­re­so­wa­ny roz­wo­jem wy­pad­ków.

– Spo­kój mi tam, wy pa­ta­ła­chy pie­roń­skie! – wrza­snę­ła go­spo­dy­ni. – Jak tam zaraz po­dej­dę i gębę jed­ne­mu z dru­gim prze­fa­so­nu­ję, to was ro­dzo­ny prze­ksiądz na mszy nie pozna!

– Ale…

– Co ale, co ale?! Po­szli mi stąd, po­wie­dzia­łam!

Głos Be­re­ni­ki, wspo­ma­ga­ny ku­flo­wym po­ci­skiem oraz cał­kiem po­kaź­nym ar­se­na­łem na­czyń po­zo­sta­ją­cym jesz­cze na po­do­rę­dziu dziew­czy­ny, po­dzia­łał na to­wa­rzy­stwo jak kubeł zim­nej wody. Po­mru­ku­jąc gniew­nie, męż­czyź­ni pod­nie­śli nie­przy­tom­ne­go, za­krwa­wio­ne­go Svena z pod­ło­gi i chwiej­nym kro­kiem ru­szy­li w stro­nę wyj­ścia.

– Trze­ba przy­znać, że pa­nu­jesz nad obe­rżą – za­uwa­żył Jo­achim z nutą po­dzi­wu w gło­sie.

– Kto leje lu­dziom w pyski al­ko­hol, ten ma wła­dzę – od­rze­kła sen­ten­cjo­nal­nie panna. – A co do bi­blio­te­ki, szcze­rze nie radzę tam iść. Na bo­ha­te­ra to ty, brat­ku, nie wy­glą­dasz. Licho roz­szar­pie cię na ka­wał­ki.

– Trud­no. Chyba i tak będę mu­siał spró­bo­wać.

Be­re­ni­ka uśmiech­nę­ła się kpią­co.

– Czyli wa­riat. Nor­mal­nie pokój kosz­tu­je ko­ro­nę, ale spe­cjal­nie dla cie­bie ze trzy po­li­czę.

 

***

 

W całej hi­sto­rii Kró­le­stwa naj­bar­dziej za­słu­żo­ną po­sta­cią był świę­ty Lu­cy­fer z Legi. Mąż ów, na­tchnio­ny misją po­wie­rzo­ną przez sa­me­go Prze­bo­ga, ru­szył do Krain Pół­noc­nych, by nieść po­ga­nom ka­ga­niec oświa­ty oraz praw­dzi­wej wiary. Rze­czo­ny ka­ga­niec niósł z wiel­kim za­pa­łem, a jeśli kto miał serce nie­do­sta­tecz­nie otwar­te na przy­ję­cie je­dy­ne­go słusz­ne­go wy­zna­nia, koń­czył z naj­waż­niej­szym dla życia or­ga­nem wy­rwa­nym z pier­si. Co za­ska­ku­ją­ce, me­to­dy prze­bo­go­boj­ne­go Lu­cy­fe­ra nie zy­ska­ły uzna­nia wszyst­kich miesz­kań­ców Pół­no­cy. Zna­leź­li się tacy, któ­rzy po­sta­no­wi­li po­ło­żyć kres jego dzia­łal­no­ści. Zro­bi­li to przy po­mo­cy wideł, a na­stęp­nie to­po­rów, któ­ry­mi po­sie­ka­li mi­sjo­na­rza. 

Król nie był za­do­wo­lo­ny z ta­kie­go ob­ro­tu spra­wy. Po­nie­waż Lu­cy­fer na­le­żał do grona po­sta­ci sza­no­wa­nych, dwo­rza­nie zmu­si­li mo­nar­chę do wy­ku­pie­nia szcząt­ków, a kosz­to­wa­ły one tyle dzie­sią­tek uncji złota, ile lat miał świę­ty mąż. Nie­po­cie­szo­ny wład­ca ogo­ło­cił skar­biec, ale w za­mian otrzy­mał po­sie­ka­ne ciało. Hi­sto­ria nie skoń­czy­ła się więc do­brze dla króla. Lu­cy­fer zaś, oprócz życia wiecz­ne­go, do­stą­pił wielu ziem­skich, po­śmiert­nych za­szczy­tów, a na dłu­giej ich li­ście zna­la­zło się rów­nież na­zwa­nie kilka wie­ków póź­niej jego imie­niem Miej­skiej Bi­blio­te­ki w za­py­zia­łej dziu­rze zwa­nej Svart­korp.

Wła­śnie tam zmie­rzał Jo­achim. Wraz z nie­od­stę­pu­ją­cym go na krok Ty­fu­sem opu­ścił obe­rżęby za­czerp­nąć świe­że­go po­wie­trza. Torba nie cią­ży­ła tak bar­dzo, jak wczo­raj­sze­go wie­czo­ru. Zo­sta­ły w niej tylko te rze­czy, które – przy odro­bi­nie szczę­ścia – mogły pomóc roz­wią­zać pro­blem z Za­sło­ną. Mgła nie znik­nę­ła zu­peł­nie, ale ze­lża­ła tro­chę.

Jo­achim ro­zej­rzał się i na­brał prze­ko­na­nia, że Svart­korp nocą wy­glą­da le­piej niż za dnia. Gar­gul­ca ob­le­pia­ła gruba war­stwa pta­sich od­cho­dów. Kilka zdo­bią­cych gmach ra­tu­sza ster­czyn było uła­ma­nych, a wy­ra­sta­ją­cy z ele­wa­cji bu­dyn­ku wy­kusz spra­wiał wra­że­nie, jakby w nie­dłu­gim cza­sie pla­no­wał spaść komuś na głowę. Widok ten ze­psuł do resz­ty i tak już kiep­ski na­strój chło­pa­ka, nad­wy­rę­żo­ny noc­le­giem w cuch­ną­cym po­ko­ju.

– A ty dalej swoje, co? Do bi­blio­te­ki le­ziesz?

Przed Wsze­tecz­ni­cą czy­ha­ła Be­re­ni­ka, która na widok Jo­achi­ma uśmiech­nę­ła się drwią­co. Miała na sobie zu­peł­nie nie­przy­sta­ją­cą do po­go­dy zwiew­ną suk­nię, po­pla­mio­ny ku­chen­ny far­tuch i, rzecz jasna, żuła ko­smat­kę.

– Nie twój in­te­res – burk­nął chło­pak, ru­sza­jąc dziar­skim kro­kiem w stro­nę głów­nej ulicy. Go­spo­dy­ni po­wlo­kła się za nim.

– Tak se po­my­śla­łam, że pójdę z tobą. Rzad­ko gości mamy, jesz­cze rza­dziej sa­mo­bój­ców. Coś mi się zdaje, że bę­dzie nie­złe wi­do­wi­sko.

– Po­win­naś zo­stać w obe­rży. Nie masz ja­kichś gości do stra­sze­nia?

Chło­pak i pies prze­mie­rza­li głów­ną ulicę mia­sta, a tuż za nimi szła roz­ba­wio­na Be­re­ni­ka. Przed Cher­bat­ka­mi Jo­achim do­strzegł pulch­ną ko­bie­tę, która mu­sia­ła być cio­cią Hil­de­gar­dą. Nie zwró­ci­ła uwagi na ob­ce­go, ale po­ma­cha­ła do dziew­czy­ny.

– Jak się masz, moja ro­pusz­ko? – za­szcze­bio­ta­ła. – Może wpad­niesz na cher­bat­kę?

– Dzię­ku­ję, pro­mycz­ku, ale coś lep­sze­go mi dziś do ro­bo­ty, może tro­chę póź­niej.

Hil­de­gar­da po­smut­nia­ła i ob­rzu­ci­ła Jo­achi­ma po­nu­rym spoj­rze­niem.

– Wiel­ka szko­da, kru­szyn­ko. No, to do zo­ba­cze­nia potem.

– Do zo­ba­cze­nia, ry­beń­ko!

Z głów­nej ulicy skrę­ci­li w prawo, ru­sza­jąc w kie­run­ku obrze­ży mia­stecz­ka. Miej­sco­wość była pra­wie zu­peł­nie opu­sto­sza­ła. Tylko od czasu do czasu dało się do­strzec po­je­dyn­cze­go prze­chod­nia, za­ła­twia­ją­cego po­ran­ne spra­wun­ki. Jo­achim po­my­ślał, że w nie­któ­rych la­za­re­tach bywa we­se­lej. Zer­k­nął z za­in­te­re­so­wa­niem na czar­ny ko­ściół, który ob­sia­dły licz­nie wiel­kie kruki. Rzeź­bie­nia por­ta­lu świą­ty­ni po pra­wej stro­nie zaj­mo­wa­ły mniej miej­sca niż po lewej. Wy­ko­na­no je tak nie­dba­le, że Jo­achim aż wzdry­gnął się z obrzy­dze­nia. Za taki gwałt na za­sa­dach sy­me­trii i sztu­ki ktoś po­wi­nien tra­fić na stos, po­my­ślał obu­rzo­ny chło­pak. 

W końcu do­tar­li na miej­sce. Mgła ujaw­ni­ła le­d­wie za­uwa­żal­ny kon­tur sta­re­go szla­chec­kie­go dwor­ku, który przed laty za­mie­nio­no w bi­blio­te­kę. Be­re­ni­ka nie kła­ma­ła – bu­dy­nek od­gro­dzo­no od resz­ty mia­sta nie­wy­so­kim, dosyć wą­tłym pło­tem, a o za­gro­że­niu in­for­mo­wa­ła drew­nia­na ta­blicz­ka: Nie wcho­dzić! Z po­le­ce­nia bur­mist­sza ogła­sza się stan klen­ski bi­blio­tecz­nej! Jo­achim tego ostrze­że­nia nie po­trze­bo­wał. Gdy tylko spoj­rzał na dwo­rek, przez jego ciało prze­biegł nie­na­tu­ral­ny dreszcz. Tyfus pod­niósł łeb tak wy­so­ko, jak było to moż­li­we i po­cią­gnął kilka razy nosem.

– Kto tu jest? Kto? Wara od bi­blio­te­ki!

Z mgły wy­ło­nił się zi­ry­to­wa­ny siwy męż­czy­zna, ści­ska­ją­cy drżą­cy­mi dłoń­mi gwin­tów­kę. Sta­rzec przy­kuś­ty­kał do Jo­achi­ma, Ty­fu­sa i Be­re­ni­ki, dy­sząc cięż­ko.

– Ty mu­sisz być Jorge, praw­da? – za­py­tał mło­dzie­niec, mie­rząc po­stać uważ­nym spoj­rze­niem.

– Skąd wiesz, jak się na­zy­wam?! A ty to kto, młody, szpet­ny czło­wie­ku? Ko­lej­ny bo­ha­ter sku­szo­ny wdzię­ka­mi córki bur­mi­strza?

– Nie sądzę. Ra­czej ktoś, kogo in­te­re­su­je ta­jem­ni­ca tego miej­sca. Mam na imię Jo­achim.

– Niech cię licho… Cho­ciaż le­piej nie wy­wo­ły­wać wilka z lasu. – Sta­ru­szek spoj­rzał lę­kli­wie na bi­blio­te­kę. – Odejdź stąd, po­wia­dam, bo mar­nie skoń­czysz! Takie je­steś chu­chro, że stwo­ro­wi wy­star­czy pierd­nąć i wy­lą­du­jesz na Wy­spach La­zu­ro­wych. Trzech więk­szych od cie­bie pró­bo­wa­ło już wy­pę­dzić stra­szy­dło.

– Z jakim efek­tem?

– Pierw­szy krzy­czał tak gło­śno, że sły­chać go było w całej oko­li­cy. Drugi wszedł i nikt nie wie, co go spo­tka­ło. Trze­cie­go licho ka­wa­łek po ka­wał­ku wy­rzu­ca­ło przez okno.

– Co ta­kie­go? – za­py­tał zdu­mio­ny Jo­achim.

– Ano wi­dzisz, po­twór, odkąd tam sie­dzi, nie robi nic in­ne­go, tylko czyta książ­ki. Któ­re­goś dnia mu­siał zna­leźć Dzie­je Im­pe­rium Po­łu­dnio­we­go. Tak przy­pa­dło mu do gustu słowo de­fe­ne­stra­cja, że roz­szar­pał nie­szczę­śni­ka i, wy­wrza­sku­jąc gło­śno frag­men­ty dzie­ła, ci­skał ka­wał­ka­mi my­śli­we­go przez okno. Naj­pierw zde­fe­ne­stro­wał jego głowę, potem obie nogi, ręce…

– Licho czyta książ­ki i krzy­czy na głos ich frag­men­ty? – Mło­dzie­niec spoj­rzał z nie­do­wie­rza­niem na star­ca. – To dość nie­spo­ty­ka­ne.

– Nie­spo­ty­ka­ne jest to, co dzie­je się w tym lesie, ja ci mówię – od­parł Jorge, se­ple­niąc i roz­bry­zgu­jąc przy oka­zji ślinę. – Jak żyję, tak źle jesz­cze nie było. Tyle stwo­rów… Niech nas Prze­bóg ma w swo­jej opie­ce.

– Jak dawno temu za­lągł się po­twór?

– A bo ja wiem… Ja­kieś dwa mie­sią­ce temu. Któ­re­goś razu, gdy ście­ra­łem kurze, zo­ba­czy­łem be­stię. Cóż to była za szka­ra­da! Rzu­ciła się na mnie, a ja ledwo ucie­kłem. Od razu po­bie­głem do bur­mi­strza.

– Ucie­kłeś. Przed li­chem – po­wtó­rzył z wąt­pie­niem Jo­achim. – Wie­ko­wy męż­czy­zna zdo­łał uciec, a trzech mło­dych chło­pa­ków nie żyje. Jak to moż­li­we?

– A coś ty taki do­cie­kli­wy? – zde­ner­wo­wał się sta­ruch. – Nie wści­biaj nosa, gdzie nie trze­ba, wstręt­ny pa­ta­ła­chu. Idź sobie stąd.

– Prze­ciw­nie, za­mie­rzam wejść do środ­ka.

– Nie można! Nie można… – Obu­rzo­ny Jorge ści­snął moc­niej sztu­cer.

– Ale prze­cież bur­mistrz wy­zna­czył na­gro­dę za za­bi­cie licha. Oto więc je­stem.

Sta­rzec spra­wiał wra­że­nie, jakby miał za­miar cią­gnąć kłót­nię, ale na­przód wy­stą­pi­ła Be­re­ni­ka.

– Jorge, skoro spró­bo­wać chce, niech idzie. Może być dobra za­ba­wa. – Uśmiech­nę­ła się szy­der­czo. – Nie wiem, z ja­kiej bajki był się urwał, ale naj­waż­niej­sze, że za­pła­cił z góry za pokój. Ni­ko­go nie za­bo­li, jak zdech­nie.

– Dzię­ki za wspar­cie – burk­nął mło­dzie­niec.

Wi­dząc, że sta­rusz­ko­wi skoń­czy­ły się ar­gu­men­ty, Jo­achim i Tyfus ru­szy­li w stro­nę dwor­ku, prze­cho­dząc bez więk­szych trud­no­ści przez płot.

– Z psem?! Zwie­rzę­tom nie wolno wcho­dzić do środ­ka! – zdą­żył jesz­cze wrza­snąć Jorge.

– Wła­śnie widać! – od­krzyk­nął Jo­achim, po­zo­sta­wia­jąc by­łe­go bi­blio­te­ka­rza i Be­re­ni­kę za sobą.

 

***

 

Chło­pak po­my­ślał, że jesz­cze przed hi­sto­rią z do­mnie­ma­nym li­chem bi­blio­te­ka za­pew­ne nie na­le­ża­ła do naj­chęt­niej od­wie­dza­nych miejsc. Dwo­rek był dwu­po­zio­mo­wy, wy­ko­na­ny z drew­na, ale pod­mu­ro­wa­ny. Deski gniły, okien­ni­ce ledwo trzy­ma­ły się na za­wia­sach, zaś ścia­ny po­ra­stał zu­peł­nie swo­bod­nie czar­ny bluszcz. Do­oko­ła pa­no­wa­ła cisza, a oprócz mło­dzień­ca i kun­dla w za­się­gu wzro­ku nie było ani jed­nej żywej isto­ty. Co­kol­wiek za­miesz­ki­wa­ło dwo­rek, sku­tecz­nie od­stra­sza­ło od niego nawet ptaki.

Drzwi były otwar­te, więc Jo­achim i Tyfus po pro­stu we­szli do środ­ka. Z chwi­lą gdy prze­kro­czy­li próg, po­czu­li nagły po­wiew chło­du. Zdało się, że z góry do­bie­ga­ją dzie­siąt­ki gło­sów. Trwa­ło to tylko chwi­lę, po któ­rej znowu za­pa­no­wa­ła zło­wiesz­cza cisza. Jo­achim zer­k­nął na psa. Zu­peł­nie nie­ru­cho­my Tyfus wbi­jał spoj­rze­nie w sufit ponad nimi.

W holu strasz­nie cuch­nę­ło. Pary drzwi pro­wa­dzi­ły do skrzy­deł bu­dyn­ku, a nieco dalej były wie­ko­we, wy­gi­na­ją­ce się ka­ry­ka­tu­ral­nie scho­dy. Stara, drew­nia­na pod­ło­ga, le­d­wie wi­docz­na spod gru­bej war­stwy kurzu, ­skrzy­pia­ła pod sto­pa­mi.

Na­resz­cie samW dwor­ku nie ma żywej duszy. No, oprócz Ty­fu­sa i no­we­go go­spo­da­rza bi­blio­te­ki, cho­ciaż w ich przy­pad­ku słowo ‘dusza’ to grube nad­uży­cie, po­my­ślał mło­dzieniec. Taki stan od­bie­rał jako naj­bar­dziej na­tu­ral­ny. Tak było za­wsze. Ze wzglę­du na jego od­mien­ność lu­dzie już od naj­młod­szych lat po­sy­ła­li mu krzy­we spoj­rze­nia. W sa­mot­no­ści mło­dzie­niec od­naj­dy­wał upra­gnio­ny spo­kój. W ciszy, bez to­wa­rzy­stwa na­uczył się wsłu­chi­wać w głosy tych, któ­rych inni nie chcie­li sły­szeć. 

Rad był, że nie ma z nim iry­tu­ją­cej go­spo­dy­ni Spro­śnej Wsze­tecz­ni­cy. Mu­siał sku­pić się na za­da­niu i nie mógł do­pu­ścić, by kto­kol­wiek od­wiódł go od ro­bo­ty. Spo­tka­nie z nie­zna­nym nigdy nie na­le­ża­ło do przy­jem­nych. 

– Jo­achim!

Chło­pak od­wró­cił się i jęk­nął, gdy zo­ba­czył żu­ją­cą ko­smat­kę Be­re­ni­kę, w po­pla­mio­nym far­tu­chu i z cha­rak­te­ry­stycz­nym ko­ko­nem wło­sów. Prze­kra­cza­ła wła­śnie próg dwor­ku.

– Na Prze­bo­ga, co ty tutaj ro­bisz?! – za­py­tał, zde­ner­wo­wa­ny. – Na­tych­miast stąd idź! To nie­bez­piecz­ne!

– Żem się z cie­bie śmia­ła… ale gdy o­ba­czy­łam, jak do bi­blio­te­ki taki sam idziesz… – za­czę­ła nie­zręcz­nie panna. – Prze­cież ty, głup­ta­ku, nie masz nawet żad­nej broni. Cho­ciaż to weź.

Wy­do­by­ła spod far­tu­cha spory ku­chen­ny tasak. Jo­achim, nie do­wie­rza­jąc, po­pa­trzył na nią sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi. Be­re­ni­ka zda­wa­ła się mu iry­tu­ją­ca, po­zba­wio­na uroku i, de­li­kat­nie mó­wiąc, nie­mą­dra, ale w tam­tej chwi­li po­czuł do niej nie­wy­tłu­ma­czal­ną sym­pa­tię.

– No, no, kto by po­my­ślał? – za­pytał nie­spo­dzie­wa­nie ła­god­nie Jo­achim. – Chcia­łaś do­brze, ale w bi­blio­te­ce tasak mi nie po­mo­że. Na­praw­dę uwa­żam, że po­win­naś sobie st…

Mło­dzie­niec nie zdo­łał do­koń­czyć zda­nia, po­nie­waż drzwi wej­ścio­we za­trza­snę­ły się z hu­kiem. Be­re­ni­ka wrza­snę­ła, pod­sko­czy­ła i spoj­rza­ła ze zgro­zą za sie­bie.

– Co… co to było? – za­py­ta­ła drżą­cym gło­sem.

– To tylko po­twier­dza moje prze­czu­cie, że w bi­blio­te­ce wcale nie stra­szy licho – mruk­nął po­nu­ro Jo­achim. – Żaden po­twór z lasu nie po­tra­fi za­my­kać drzwi na od­le­głość. Myślę, że miesz­ka tu demon.

– Co?! – Dziew­czy­na po­bla­dła tak, że z po­wo­dze­niem mo­gła­by ucho­dzić za upio­rzy­cę.

– Nie­ste­ty. Jeśli cię to po­cie­szy, naj­praw­do­po­dob­niej demon z niż­sze­go kręgu. Zwy­kły, pro­sty…

– Coś ty se my­ślał, ty głupi, wstręt­ny… Żeby cię pio­ru­ny siar­czy­ste, ło­gni­ste… Gdyby mnie dzia­du­nio zo­ba­czył! Nie, nie, nie… nie! – wrzesz­cza­ła spa­ni­ko­wa­na Be­re­ni­ka. – Ja stąd wy­cho­dzę!

– Nie kło­pocz się. Nie po­zwo­li ci. Wła­śnie roz­po­czął za­ba­wę.

Panna jęk­nę­ła i za­czę­ła po­ru­szać bez­gło­śnie usta­mi, nie mogąc zna­leźć od­po­wied­nich słów. Jo­achim się­gnął do torby i od­szu­kał trzy nie­wiel­kie drew­nia­ne ta­blicz­ki, na któ­rych wy­ry­to ru­nicz­ne znaki. Pod­szedł do drzwi i uło­żył je przed wej­ściem w rów­nych od­stę­pach.

– Co ty ro­bisz? – Be­re­ni­ka spoj­rza­ła na mło­dzień­ca jak na wa­ria­ta.

– Za­bez­pie­cze­nie. Na wy­pa­dek, gdyby coś po­szło nie tak.

– Sza­le­ju się na­żarł, ot co… 

Chło­pak spoj­rzał w stro­nę scho­dów.

– No, chyba nie po­zo­sta­je mi nic in­ne­go, jak obej­rzeć sobie bi­blio­te­kę. Idziesz ze mną? Skoro już tu je­steś, nie po­win­naś zo­sta­wać sama w holu.

– Ja… nie! – za­pro­te­sto­wa­ła hi­ste­rycz­nie dziew­czy­na. – Tam jest demon. De-mon! – po­wtó­rzy­ła, jakby nie była pewna, czy sens tego słowa w pełni do­cie­ra do Jo­achi­ma. – A co, jeśli nas zde­fru­stru­je?

Jo­achim wzru­szył obo­jęt­nie ra­mio­na­mi.

– Jak sobie chcesz.

I wszedł na drew­nia­ne scho­dy, które ze zło­wiesz­czym skrzy­pie­niem ugi­na­ły się pod sto­pa­mi. Be­re­ni­ka jęk­nę­ła jesz­cze raz, po czym po­bie­gła za nim, nie chcąc zo­sta­wać bez to­wa­rzy­stwa.

Pod­czas se­an­su na­le­ża­ło uni­kać obec­no­ści osób nie­wta­jem­ni­czo­nych, a już na pewno tak oso­bli­wych, jak go­spo­dy­ni Wsze­tecz­ni­cy. Mimo po­cząt­ko­wej nie­chę­ci i iry­ta­cji Jo­achim po­czuł prze­wrot­ną ucie­chę. Chcia­ła wi­do­wi­ska, pro­szę bar­dzo. Tyle, że to ona bę­dzie ak­tor­ką, a ja pu­bli­ką. Na twarz wy­pełzł mu zło­śli­wy uśmie­szek.

Na górze pa­no­wał taki chłód, że Jo­achi­mo­wi zro­bi­ło się słabo. Tyfus ob­na­żył zęby, zmarsz­czył nos i wy­su­nął uszy, pró­bu­jąc wy­ło­wić wszel­kie moż­li­we dźwię­ki. Nie wia­do­mo skąd do­bie­gał cichy szmer. Obaj wie­dzie­li, co to ozna­cza, a je­dy­ną nie­świa­do­mą osobą po­zo­sta­ła Be­re­ni­ka, która drża­ła i szczę­ka­ła zę­ba­mi. Ani na chwi­lę nie wy­pu­ści­ła z dłoni ta­sa­ka.

Po­miesz­cze­nie na pię­trze wy­glą­da­ło jak istne po­bo­jo­wi­sko. Książ­ki le­ża­ły wszę­dzie, tylko nie na pół­kach, po­otwie­ra­ne i roz­rzu­co­ne. Licz­ne, jakby wy­gry­zio­ne dziu­ry zna­czy­ły dywan po­kry­wa­ją­cy pod­ło­gę. Tu i ów­dzie wa­la­ły się wy­rwa­ne i zmię­to­szo­ne kart­ki, a wszyst­ko było po­kry­te gęstą, białą sub­stan­cją.

– Prze­bóg! Cóż to za szka­radz­two! – krzyk­nę­ła z obrzy­dze­niem dziew­czy­na.

– To nie szka­radz­two, tylko ek­to­pla­zma – po­pra­wił ją Jo­achim. – Demon na ogół nie ma fi­zycz­nej po­sta­ci i gdy po­ru­sza przed­mio­ta­mi, zo­sta­wia wła­śnie coś ta­kie­go. – Chło­pak pod­szedł do jed­nej z ksiąg i zer­k­nął na tytuł. – Nasz go­spo­darz ma fa­tal­ny gust czy­tel­ni­czy. Pięć­set sześć­dzie­siąt trzy dni, na­praw­dę? Tę księ­gę po­win­no się palić na sto­sach. 

Ba­da­li pokój przez dłuż­szą chwi­lę. Tyfus ob­wą­chi­wał wszyst­ko, a Jo­achim za­glą­dał w każdy kąt. Be­re­ni­ka nie od­stę­po­wa­ła chło­pa­ka nawet na krok, mam­ro­cząc jak obłą­ka­na. Stra­ci­ła całą pew­ność sie­bie. Żuła ko­smat­kę i po­ru­sza­ła szczę­ką w nie­wia­ry­god­nym wręcz tem­pie.

Prze­cho­dząc obok wiel­kie­go, dę­bo­we­go re­ga­łu, Jo­achim nagle sta­nął w miej­scu, a panna pra­wie na niego wpa­dła. Chło­pak utkwił wzrok w pu­st­ce gdzieś na górze.

– Uwaga – mruk­nął.

Chwy­cił Be­re­ni­kę za ramię i sta­now­czo po­cią­gnął do tyłu. Nie­wi­docz­na siła bez żad­nej za­po­wie­dzi roz­chy­bo­ta­ła mebel. Wy­wró­ci­ła go tak, że upadł z hu­kiem i trza­skiem ła­ma­nych desek. Dziew­czy­na wrza­snę­ła.

– Prze­bo­że… Co to, u licha, było?! – wy­du­si­ła.

– Bę­dzie pró­bo­wał prze­szka­dzać nam na wszyst­kie spo­so­by – od­po­wie­dział po­nu­ro chło­pak.

– Skąd ty… coś ty w ogóle za jeden? Skąd żeś to wie­dział? Zo­ba­czy­łeś, że regał upad­nie!

– Wszyst­ko ci wy­tłu­ma­czę, gdy stąd wyj­dzie­my. Oho! Chyba coś mam!

Dziar­skim kro­kiem pod­szedł do wy­wró­co­ne­go sto­li­ka. Spod blatu wy­sta­wał róg gru­bej księ­gi – jed­ne­go z nie­wie­lu przed­mio­tów nie­oble­pio­nych ek­to­pla­zmą. Chło­pak się­gnął po dzie­ło, spoj­rzał na tytuł i uśmiech­nął się sam do sie­bie, wi­docz­nie za­do­wo­lo­ny.

– Po­patrz tutaj. Chyba Jorge nie po­wie­dział nam całej praw­dy o po­cho­dze­niu po­two­ra w bi­blio­te­ce… Zer­k­nij no na okład­kę.

– Co? – za­py­ta­ła nie­zbyt przy­tom­nie Be­re­ni­ka.

– No, prze­czy­taj!

Dziew­czy­na przy­gry­zła wargę, a na jej po­licz­ki wy­pełzł ru­mie­niec.

– Nie umiem czy­tać.

– Och.

Dureń z cie­bie, Jo­achi­mie, po­my­ślał mło­dzie­niec. Cza­sem za­po­mi­nał, że zna­jo­mość słowa pi­sa­ne­go była dana tylko czę­ści miesz­kań­ców Kró­le­stwa, a nawet ci, któ­rzy mieli o tym ja­kieś po­ję­cie, pod­cho­dzi­li do za­gad­nień ję­zy­ko­wych dość swo­bod­nie.

– Eee… wy­bacz. W każ­dym razie, to Księ­ga Zmar­łych, za­ka­za­na kró­lew­skim de­kre­tem kilka lat temu. Nie po­win­no jej tu być.

– Może dziad o tym nie sły­szał albo za­po­mniał? Ma za­ćmie­nia, każdy to wie.

– Wąt­pię. Czu­jesz, Tyfus?

Pies szczek­nął dwa razy. Chło­pak po­ło­żył księ­gę z po­wro­tem na pod­ło­dze, a potem wy­do­był z torby ko­lej­ne ta­blicz­ki z ru­na­mi i umie­ścił je na­oko­ło przed­mio­tu. Wbił spoj­rze­nie w Księ­gę.

– Śmierć nie ist­nie­je – wy­re­cy­to­wał. – Żywi na­le­żą do ży­wych, a zmar­li do zmar­łych. Jedni nie wzy­wa­ją dru­gich bez przy­czy­ny.

 

***

 

Uno­sił się w ja­snej pu­st­ce. Gdzieś za ple­ca­mi wy­czu­wał obec­ność Isto­ty, która wbrew swoim zwy­cza­jom nie pra­gnę­ła go po­żreć. W od­da­li była jesz­cze inna Isto­ta. Jo­achim wy­czu­wał jej furię, za­zdrość i żądzę znisz­cze­nia. 

W pu­st­ce widać było je­dy­nie Za­sło­nę. Szary ma­te­riał, któ­re­go po­cząt­ku ani końca nie dało się doj­rzeć, od­dzie­lał ducha mło­dzień­ca od In­ne­go Świa­ta. Błą­dzą­ce za pół­prze­zro­czy­stą tka­ni­ną marne widma za­wo­dzi­ły smęt­nie, łą­cząc głosy w jeden po­sęp­ny chór. Po­śród nich Jo­achim do­strzegł więk­sze, groź­niej­sze i mrocz­niej­sze Isto­ty, przy­po­mi­na­ją­ce ogrom­ne owady i trze­po­czą­ce wście­kle skrzy­dła­mi tuż za Za­sło­ną. Chło­pak wzdry­gnął się na ich widok mimo woli.

Część z cieni, czy to ludz­kich, czy de­mo­nicz­nych, parła de­spe­rac­ko w stro­nę dziu­ry. Jo­achim usi­ło­wał nie pa­trzeć na roz­dar­cie zbyt długo. Oba­wiał się tego, co można w pełni zo­ba­czyć po dru­giej stro­nie. Szczę­śli­wie otwór nie był wiel­ki. Wy­star­czy­ła wola mło­dzień­ca, by za­czął się stop­nio­wo zra­stać. Wy­sta­wia­ją­cy po­sza­rza­łe, prze­gni­łe ręce zmar­li za­wo­dzi­li coraz roz­pacz­li­wiej, a wiel­kie owady osza­la­ły z gnie­wu. 

Zanim przej­ście za­mknę­ło się zu­peł­nie, mło­dzie­niec uj­rzał po dru­giej stro­nie pulch­ną po­stać z gar­gan­tu­icz­nym ko­ko­nem wło­sów na czub­ku głowy.

– Be­re­ni­ka? – za­wo­łał, nim przy­po­mniał sobie, że panna jest szczu­plej­sza.

– Po­wiedz­że tej ko­sma­tej la­dacz­ni­cy, tej nie­uda­nej lar­wie, mojej wnucz­ce – za­wy­ła wście­kle ko­bie­ta – żem wszyst­kie bzdu­ry sły­sza­ła, jakie na mój temat wy­ga­du­je! Zero wdzięcz­no­ści, ot co! Prę­dzej czy póź­niej ja też stąd wy­le­zę, a wtedy tak jej życie roz­pier…

Dziu­ra w Za­sło­nie za­rosła, zanim sta­ru­cha zdo­ła­ła wy­wrzesz­czeć wią­zan­kę prze­kleństw.

 

***

 

Z po­cząt­ku słowa nie wy­wo­ła­ły żad­ne­go efek­tu. A potem Bi­blio­te­kę imie­nia świę­te­go Lu­cy­fe­ra wy­peł­nił wrzask. Pełne wście­kło­ści i bólu wycie dzie­sią­tek gło­sów, spra­wia­ją­cych wra­że­nie, jakby krzy­czał cały le­gion, prze­szy­ło wszyst­kich obec­nych. Ścia­ny za­drża­ły, z su­fi­tu ze­rwał się ży­ran­dol i spadł z trza­skiem na pod­ło­gę. Chwi­lę potem wszyst­ko usta­ło.

Jo­achim spoj­rzał na Be­re­ni­kę. Mu­sia­ła ze stra­chu wcią­gnąć po­wie­trze tak in­ten­syw­nie, że teraz krztu­si­ła się ko­smat­ką. Chło­pak pod­szedł bli­żej i za­czął ener­gicz­nie ude­rzać ją w plecy. W końcu wy­plu­ła prze­żu­ty liść, który prze­le­ciał przez cały pokój i z pla­skiem przy­cze­pił się do ścia­ny.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – za­py­tał.

– Ta… Tak – od­po­wie­dzia­ła Be­re­ni­ka, z tru­dem ła­piąc od­dech. – C-co to było?

– Zro­bi­łem to, po co tu przy­by­łem. Za­ła­ta­łem dziu­rę w Za­sło­nie.

– D-dziu­rę w czym? Nic żem z t-te­go nie po­ję­ła – stęk­nę­ła w od­po­wie­dzi. – To zna­czy, że już sobie m-m-mo­że­my iść? Zupę na o-ogniu zo­sta­wi­łam.

– Zo­sta­ło jesz­cze to, co zdą­ży­ło przez dziu­rę prze­leźć.

– A m-mo­głam pić teraz cher­bat­kę…

Mło­dzie­niec pra­wie po­wie­dział Be­re­ni­ce o groź­bie jej babki, ale na szczę­ście w porę ugryzł się w język.

Po­szli dalej. Bi­blio­te­ka oka­za­ła się ist­nym la­bi­ryn­tem, plą­ta­ni­ną po­łą­czo­nych ze sobą mniej­szych i więk­szych po­ko­jów, wy­peł­nio­nych książ­ka­mi. Każdy z nich był w ja­kimś stop­niu zde­wa­sto­wa­ny, spla­mio­ny ek­to­pla­zmą i śla­da­mi byt­no­ści de­mo­na. Gdy Jo­achim pchnął któ­reś z kolei drzwi, zo­ba­czy­li przy­kle­jo­ne­go sto­pa­mi do su­fi­tu męż­czy­znę, upior­nie uśmiech­nię­te­go i pa­trzą­ce­go pu­sty­mi oczo­do­ła­mi w ich kie­run­ku. Be­re­ni­ka wrza­snę­ła roz­dzie­ra­ją­co i szyb­ko od­wró­ci­ła wzrok.

– No, to już wiemy, co spo­tka­ło bo­ha­te­ra numer dwa – oznaj­mił po­nu­ro Jo­achim, prze­pro­wa­dza­jąc za­sła­nia­ją­cą oczy dziew­czy­nę przez pokój. – Demon jest już bli­sko.

– Jo­achim?

– Co?

– Czemu ten stwór czyta? Trupy, wrza­ski, białe gówno, wszyst­ko żem zro­zu­mia­ła… Ale te książ­ki są naj­strasz­niej­sze.

– Demon nie ma wła­sne­go ducha, więc w na­szym świe­cie na­sią­ka du­chem miej­sca, do któ­re­go tra­fia. I ludzi, któ­rzy są na­oko­ło – ob­ja­śnił rze­czo­wym tonem chło­pak. – Jest w bi­blio­te­ce, więc oczy­wi­sta spra­wa, że czyta. Gdyby, dajmy na to, po­ja­wił się w Spro­śnej Wsze­tecz­ni­cy, pra­wie na pewno za­czął­by na­ło­go­wo żuć ko­smat­kę, rzu­cać w ludzi ku­fla­mi i roz­wad­niać al­ko­hol.

– Co?

– Nic, nic. Oho, je­ste­śmy.

Do­tar­li do ko­lej­nych drzwi. Jo­achim po­cią­gnął klam­kę, ale było za­mknię­te.

– Prze­krę­cił klucz w zamku – oce­nił chło­pak. – Tyfus, czy mógł­byś…

– Och, odsuń się – po­le­ci­ła nagle ostrym gło­sem Be­re­ni­ka.

Się­gnę­ła do ko­ko­nu i wy­do­by­ła spin­kę. Z wpra­wą wsu­nę­ła ją w zamek i za­czę­ła po­ru­szać to w lewo, to w prawo. W końcu coś klik­nęło, a drzwi otwo­rzy­ły się. Jo­achim po­pa­trzył z po­dzi­wem na dziew­czy­nę.

– Cał­kiem nie­źle – po­chwa­lił.

– Jedni z nosem w książ­kach sie­dzą, a inni uczą się życia – od­par­ła, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. 

– Zanim tam wej­dzie­my, muszę cię ostrzec. Spró­bu­ję za­mknąć de­mo­na w na­szyj­ni­ku. – Jo­achim po­ka­zał po­ły­sku­ją­cy wi­sio­rek. – Stwór już wie, że nie jest dłu­żej łowcą, a zwie­rzy­ną, więc na pewno bę­dzie wal­czyć. Trzy­maj się bli­sko mnie i Ty­fu­sa. Gdy po­ka­że praw­dzi­wą po­stać, za­cznie być nie­bez­piecz­nie.

Pokój był po­zba­wio­ny okien i po­grą­żo­ny w ciem­no­ściach. Je­dy­ne źró­dło świa­tła sta­no­wi­ła sre­brzy­sta mgieł­ka uno­szą­ca się na samym jego środ­ku, po­mię­dzy wy­so­ki­mi, dę­bo­wy­mi re­ga­ła­mi. Tyfus ob­na­żył zęby i wark­nął ostrze­gaw­czo.

 A więc przy­by­łeś – roz­brzmiał gład­ki, ak­sa­mit­ny głos. – Nie po­wi­nie­neś był tu przy­cho­dzić, Znaw­co Ta­jem­nic. Idź precz. Do­ty­kasz spraw, które nie lu­dziom są pi­sa­ne.

– Śmierć nie ist­nie­je – po­wie­dział do­no­śnym, pew­nym tonem Jo­achim. – Pokaż swoje ob­li­cze, plu­ga­wa po­czwa­ro zza Za­sło­ny!

– Przed tą ta­jem­ni­cą nie ma uciecz­ki – wy­re­cy­to­wa­ła Isto­ta. – Za­bi­ja męż­czyzn, za­bi­ja dzie­wecz­ki. Po­że­ra ludzi, zwie­rzę­ta i głazy, w pył zmie­nia ryby, gady i płazy. Obala kró­lów, ce­sa­rzy uśmier­ca, roz­dzie­ra naj­dziel­niej­sze bo­ha­te­rów serca.

– No nie – prych­nął wy­raź­nie roz­cza­ro­wa­ny Jo­achim. – Tylko na tyle cię stać? Prze­cież każdy to zna…

– Ja nie znam… – pi­snę­ła Be­re­ni­ka.

– …to z Cho­chli­ka. Wiel­kiej Po­dró­ży i Drogi Po­wrot­nej. Cho­dzi o czas.

Wrzask roz­brzmiał po­now­nie. W miej­sce mgieł­ki po­ja­wi­ła się naj­szka­rad­niej­sza na świe­cie isto­ta. Ku­dła­te mon­strum stało na dwóch nie­pro­por­cjo­nal­nie ma­łych ku­rzych łap­kach, jego je­dy­nych koń­czy­nach. Z miejsc nie­po­kry­tych czar­ną sier­ścią wy­zie­ra­ły dzie­siąt­ki, jeśli nie setki gałek ocznych, wi­ru­ją­cych do­oko­ła wła­snej osi. Be­re­ni­ka za­czę­ła krzy­czeć, jak gdyby po­stra­da­ła zmy­sły. Wbrew ostrze­że­niu, ru­szy­ła bie­giem w stro­nę drzwi. Te za­trza­snę­ły się z hu­kiem. Tyfus roz­sta­wił sze­rzej tylne łapy, go­to­wy do skoku.

– Ostrze­ga­łem! – Głos nie był już gład­ki i ak­sa­mit­ny, a szka­rad­ny, wstręt­ny, plu­ga­wy, roz­dzie­ra­ją­cy uszy i plą­czą­cy zmy­sły. – Sami się o to pro­si­li­ście. Teraz to ja wyślę was za Za­sło­nę. A ty, zdraj­co swo­je­go ro­dza­ju… – Wszyst­kie gałki oczne na mo­ment prze­sta­ły wi­ro­wać i spoj­rza­ły na Ty­fu­sa. – …po­ża­łu­jesz po­dwój­nie. 

Demon sko­czył, ale w tym samym mo­men­cie do­padł go pies, który psem już nie był. Przy­po­mi­nał ra­czej gi­gan­tycz­ne, utka­ne z czar­ne­go dymu wil­czy­sko o wielu rzę­dach strasz­li­wych kłów. Tyfus i demon wal­czy­li za­wzię­cie. Wy­da­wa­li od­gło­sy nie­spo­ty­ka­ne w świe­cie ży­wych. Be­re­ni­ka sku­li­ła się w kącie. Za­sło­ni­ła twarz i łkała w spo­sób nie­kon­tro­lo­wa­ny. Jo­achim się­gnął po wi­sior i wy­ce­lo­wał pal­cem w de­mo­na.

 A na­szyj­nik bę­dzie twoim wię­zie­niem!

Po­wo­li, stop­nio­wo isto­ta za­czę­ła się kur­czyć. Wy­dzie­la­ne przez nią sre­brzy­ste strzę­py dymu mknę­ły w stro­nę po­chła­nia­ją­ce­go je wi­sior­ka. Demon wrzesz­czał. Tyfus war­czał. Be­re­ni­ka łkała.

– Nie! – za­pro­te­sto­wa­ła Isto­ta, wstrzą­sa­jąc bu­dyn­kiem. – Wcale nie je­stem za stary, żeby pra­co­wać w bi­blio­te­ce! Skoro ja nie mogę tu być, nikt nie bę­dzie!

Nie przej­mu­jąc się bra­kiem otwo­ru gę­bo­we­go, demon za­czął pluć ogniem w stro­nę ksią­żek i re­ga­łów. Po raz pierw­szy od mo­men­tu wej­ścia do bi­blio­te­ki Jo­achim po­bladł, prze­stra­szo­ny i za­sko­czo­ny.

– Tego nie prze­wi­dzia­łem. Prze­klę­ty Jorge.

 

***

 

– Nad­cho­dzi ko­niec świa­ta! – krzy­czał ktoś dra­ma­tycz­nie. – W Pi­śmie za­po­wie­dzia­no, że naj­pierw spło­nie przy­by­tek świę­te­go męża! To Pierw­sza Trąba Eu­ka­lip­sy!

Ka­sper, nie­za­do­wo­lo­ny z prze­rwa­ne­go snu, prze­ci­skał się przez zgro­ma­dzo­nych tłum­nie miesz­kań­ców Svart­korp. Każdy chciał po­pa­trzeć na pło­ną­cą Bi­blio­te­kę imie­nia świę­te­go Lu­cy­fe­ra. Dla nie­któ­rych był to naj­bliż­szy kon­takt z bu­dyn­kiem od czasu ich uro­dze­nia. Po­mię­dzy ludź­mi krą­ży­ła ubra­na na czer­wo­no cio­cia Hil­de­gar­da, roz­da­ją­ca wszyst­kim cia­stecz­ka i ofe­ru­ją­ca cher­bat­kę. 

– Pożar! – krzyk­nął straż­nik. – Ojoj, za pod­pa­le­nie bi­blio­te­ki bę­dzie kara! Ja­kieś dwa­dzie­ścia zło­tych koron!

– Tylko tyle? – obu­rzył się ktoś z tłumu. – A mo­je­mu Han­sel­to­wi za głu­pią sto­do­łę trzy­na­ście koron po­li­czył. 

W końcu Ka­sper do­tarł na sam przód. Obok płotu uj­rzał rwą­ce­go sobie włosy z głowy Jor­ge­go, za­pła­ka­ną, roz­ma­za­ną Be­re­ni­kę, któ­rej dumny kokon oklapł i zwi­sał smęt­nie, a także wy­raź­nie zmie­sza­ne­go ob­ce­go, nie tak dawno wpusz­czo­ne­go przez war­tow­ni­ka do Svart­korp. No i dziw­ne­go kun­dla. Na ten widok krew ude­rzy­ła straż­ni­ko­wi do głowy. Żem, cho­lib­ka, wie­dział, od po­cząt­ku. Ten czło­wiek to kło­po­ty, po­my­ślał Ka­sper. 

Zanim zdą­żył co­kol­wiek zro­bić, sta­nął przed nim gruby, nie­bez­piecz­nie czer­wo­ny bur­mistrz.

– Ka­sper! Bi­blio­te­ka pło­nie! – za­grzmiał.

– Ta jest, panie bur­mi­strzu! – Męż­czy­zna za­sa­lu­to­wał i wy­prę­żył się jak stru­na. 

– Zaraz ogar­nij mi ten chaos! Ma być po­rzą­dek!

– Robi się, panie bur­mi­strzu!

Ka­sper pod­szedł do płotu.

– Pod­pa­li­li bi­blio­te­kę! Pod­pa­li­li bi­blio­te­kę! – wy­krzy­czał straż­ni­ko­wi tru­pio­bla­dy Jorge. – Ten szpet­ny dzi­wak obie­cał, że wy­pę­dzi licho, a za­miast tego pu­ścił wszyst­ko z dymem. Pro­szę na­tych­miast aresz­to­wać brzy­da­la, a potem go po­wie­sić!

– Czy przy­zna­jesz się do winy?! – za­py­tał Ka­sper Jo­achi­ma.

– Nie – od­burk­nął mło­dzie­niec, wpra­wia­jąc straż­ni­ka w osłu­pie­nie. Wszy­scy za­wsze przy­zna­wa­li się do winy.

– Jak to?!

– Tak to. Nie przy­zna­ję się do winy. Nie i już. To Jorge pod­pa­lił bi­blio­te­kę. 

– Co?! – wrza­snął sta­rzec. – Jak śmiesz kła­mać, ty wstręt­ny…

– W bi­blio­te­ce wcale nie miesz­ka­ło licho, tylko demon! – krzyk­nął Jo­achim w taki spo­sób, aby wszy­scy mogli go usły­szeć. – Po­tęż­na isto­ta zza Za­sło­ny! Żaden my­śli­wy nie mógł go wy­pę­dzić, bo jak można zwy­czaj­ny­mi spo­so­ba­mi zabić de­mo­na? Nie można, oto wam po­wiem!

– Bzdu­ry – prych­nął po­gar­dli­wie były bi­blio­te­karz. Sko­ło­wa­ny Ka­sper pa­trzył to na jed­ne­go, to na dru­gie­go.

– De­mo­na przy­zwał nie kto inny, tylko sam Jorge! Bał się, że jest za stary i stra­ci pracę. Bi­blio­te­ka była dla niego wszyst­kim. Za­zdrość, po­łą­czo­na z lek­tu­rą plu­ga­wej księ­gi, prze­rwa­ła Za­sło­nę i spro­wa­dzi­ła upio­ra.

Wszy­scy za­mar­li w ocze­ki­wa­niu na zgryź­li­wą od­po­wiedź oskar­żo­ne­go, lecz ta nie na­de­szła. Za­miast tego Jorge po­czer­wie­niał, wy­raź­nie zmie­sza­ny. Otwo­rzył usta, ale po chwi­li za­mknął je z po­wro­tem. Zer­k­nął z nie­po­ko­jem na Jo­achi­ma.

– Jorge, czy to praw­da? – prze­rwał nie­zręcz­ną ciszę bur­mistrz. – Roz­ma­wia­li­śmy o tym i sam po­wie­dzia­łeś, że trze­ba zro­bić miej­sce komuś młod­sze­mu…

– Ja… ja… – stę­kał sta­ruch. – Ja nie wie­dzia­łem, że to tak za­dzia­ła… Nie chcia­łem tylko, żeby to miej­sce do­sta­ło się pod opie­kę ja­kie­goś mło­ko­sa…

– Aha! – za­dud­nił ktoś z tłumu. – A więc to dziad roz­po­czął Eu­ka­lip­sę! Do­kład­nie tak, jak prze­po­wie­dzia­no w Pi­śmie!

– Prze­księ­że pro­bosz­czu, bądź tak ła­skaw i ze­wrzyj gębę – od­wark­nął gło­śno bur­mistrz. – Pró­bu­ję się sku­pić na spra­wie.

– Przy­zwa­łeś de­mo­na – po­wie­dział jesz­cze raz mło­dzie­niec, wy­cią­ga­jąc ze skó­rza­nej torby jakiś świ­stek i po­ka­zu­jąc go star­co­wi. – Jo­achim Lars­son, star­sze me­dium z Kró­lew­skie­go To­wa­rzy­stwa Spi­ry­ty­stycz­ne­go. A ty je­steś aresz­to­wa­ny za prze­rwa­nie Za­sło­ny. 

 

***

 

Mło­dzie­niec i Tyfus opu­ści­li mia­stecz­ko. Za­klę­ty w na­szyj­ni­ku demon, na­zwa­ny jakiś czas potem Upio­rem ze Svart­korp, tra­fił do lo­chów pil­nie strze­żo­nych przez spi­ry­ty­stów. Jorge na­to­miast skoń­czył w wię­zie­niu, gdzie ocze­ki­wał na spra­wie­dli­wy pro­ces, uwień­czo­ny naj­pew­niej spa­le­niem bi­blio­te­ka­rza na sto­sie.

Miesz­kań­cy przez wiele ty­go­dni nie mó­wi­li o ni­czym innym. Wielu pró­bo­wa­ło wy­py­ty­wać Be­re­ni­kę o szcze­gó­ły zajść w bi­blio­te­ce, ale zwy­kle ga­da­tli­wa dziew­czy­na mil­cza­ła jak za­klę­ta. Samo wspo­mnie­nie kosz­mar­ne­go dnia spra­wia­ło, że gwał­tow­nie bla­dła. Po­rzu­ci­ła nawet swój nałóg. 

Mil­cze­nie panny pod­sy­ci­ło tylko za­in­te­re­so­wa­nie. Temat po­ru­sza­no na uli­cach mia­sta, na targu i u cioci Hil­de­gar­dy. Po­chło­nię­ci plot­ka­mi miesz­kań­cy nie za­uwa­ży­li nawet, że coś dziw­ne­go za­czę­ło dziać się w piw­ni­cy ich ulu­bio­nej obe­rży.

 Za dnia szka­ra­dą, w nocy zaś szka­ra­dą – se­ple­ni­ła w ciem­no­ściach Wid­mo­wa Jędza. – Bądź prze­klę­ta, wnu­siu! Bli­ski jest twój ko­niec. Zejdź­że no na dół, to wtedy zo­ba­czy­my…

Koniec

Komentarze

Hej, AmonieRa!

Bardzo mi się podobało. Narracja świetna, bohaterowie wyraziści z dobrymi dialogami. Może nieco przerysowani, abym uznał tag dark fantasy za odpowiedni, ale wyszło całkiem fajnie. Humor też mi przypasował, choć z mlekiem z wiadomo kogo pojechałeś po bandzie ;)

To opowiadanie, które nie zdziwiłbym się odnaleźć w jakieś antologii czy czasopiśmie. Bardzo drukowalne.

Nie wykluczam zgłoszenia do piórka.

Gdy w okolicy przeleciał ze skrzekiem czarny kruk, trzepocząc złowieszczo skrzydłami,

Czy trzeba podkreślać, że kruk był czarny? ;)

 

Pozdrawiam i klikam

Cześć, o Boski :D

 

Pierwszy poważny błąd:

 

Mimo grubego, myśliwskiego odzienia wartownik trząsł się jak osika.

Wartownik piszemy wielką, to nazwa własna.

A, zaraz… Czekaj.

Cholera, nie to opowiadanie :D

Zatem cofam :D

 

Nieco dalej mieścił się sklep o nazwie Cherbatki u cioci Hildegardy.

Hm. Zapowiadana w przedmowie cherbatka…

Czy robienie celowego błędu ortograficznego w świecie fantasy z naszego języka polskiego ma sens?

Nie czepiam się. Jedynie głośno myślę. Może lepsza byłaby Herpatka? Z drugiej strony – to też cecha języka polskiego. Zdaje się więc, że moja kolejna uwaga nie ma zasadności.

 

W zachodniej części placu znajdował się budynek wyższy od pozostałych, tak samo jak inne ponury, ale ozdobiony finezyjnymi detalami.

Uważaj, Tarnina czyha :D

 

Z pewnością nie należeli do miejscowego Towarzystwa Literackiego.

Chyba fantastyki.pl :D

 

 

!!! EWENTUALNE SPOILERY !!!

 

Amonie, tekst jest bardzo, bardzo dobry :)

Bardzo im się podoba. Zbudowałeś ciekawy świat, z namiastką własnej historii, dający pole do popisu na przyszłość w wielu kierunkach.

Miałem nieco skojarzeń z Dragon Age – w kwestii Zasłony, jakieś natchnienia?

Bardzo dobry humor, kilka tekstów zaiste niezłych :)

Z zarzutów, to:

Faktycznie, lekko przerysowani bohaterowie, ale dla mnie to pierdółka.

Bardziej…

Ten humor. Gdzieś czułem potencjał na coś nieco bardziej poważnego.

Zabrakło mi odrobiny strachu w tym wszystkim, takiego poczucia, że to rzeczywiście demon, że kiedy żarty (świetne), to żarty, ale kiedy zaczynamy widzieć krew, trupy i wpada sam ZŁY, to chciałbym poczuć dreszcz. Tymczasem wszechobecny humor sprawił, że do starcia podszedłem bez większych emocji, ot piesek (też demon) ugryzł, a wróg raz dwa w klejnocie i po zabawie.

W mojej opinii – szkoda, gdyż byłby ideał / a w każdym razie coś niezwykle dobrego. Ale rozumiem, że bóg nie może nas, śmiertelników rozpieszczać ponad miarę :D

Oczywiście w pełni zasłużony klik.

 

PS. Technicznie betujący spisali się na medal. Nie jestem chyba w stanie przyczepić się do niczego.

Może tylko zastanowiłbym się nad zapisem tego dialogu:

 

A ty, zdrajco swojego rodzaju… – Wszystkie gałki oczne na moment przestały wirować i spojrzały na Tyfusa. – …pożałujesz podwójnie. 

Jakoś nienaturalnie to wtrącenie mi tu wygląda i łączy się z tym wielokropkiem i narracją. Chyb zapisałbym to:

 

…A ty, zdrajco swojego rodzaju…

Wszystkie gałki oczne na moment przestały wirować i spojrzały na Tyfusa.

– …pożałujesz podwójnie. 

 

Zanais

To opowiadanie, które nie zdziwiłbym się odnaleźć w jakieś antologii czy czasopiśmie. Bardzo drukowalne.

Padło to przy becie, ale Amon nie dowierzał. Przynajmniej ma teraz potwierdzenie od niezależnego eksperta :D

Powtórzę opinię z bety (żeby móc klikać do biblioteki :P). Dwa razy śmiechłem, z trzy razy się uśmiechnąłem. Czyli bardzo, bardzo dużo. Klimat bardzo fajny, ale to właśnie te wstawki humorystyczne, jak cherbatka czy pięćset sześćdziesiąt trzy (no, wiadomo o co chodzi) dni robią konkretną robotę. Mam nadzieję, że jeszcze przeczytamy więcej o Tyfusie, bo ostatecznie wygrał walkę z Bereniką o moją ulubioną postać ;)

Cześć wszystkim Czytelnikom! Wybaczcie, że odpisuję z poślizgiem, dwa pierwsze komentarze przeczytałem już wczoraj wieczorem, ale z racji braku dostępu do komputera nie mogłem odpisać, jak należy ;)

 

Zanaisie,

 

To opowiadanie, które nie zdziwiłbym się odnaleźć w jakieś antologii czy czasopiśmie. Bardzo drukowalne.

Wydrukuję sobie ten komentarz, oprawię w ramkę i powieszę na ścianie :D Wczoraj w reakcji na te słowa gęba mi się śmiała jak głupia. Wielkie dzięki, bardzo mnie cieszy, że lektura sprawiła Ci przyjemność.

 

Humor też mi przypasował, choć z mlekiem z wiadomo kogo pojechałeś po bandzie ;)

Właśnie też się zastanawiałem, czy nie przegiąłem z tym mlekiem, ale podczas bety napisali mi tylko, że dziwne, więc postanowiłem żart zostawić :D Przemyślę sprawę raz jeszcze, jeśli ktoś z czytelników napisze, że oburzające albo skandaliczne – najwyżej się wytnie albo przeredaguje ;)

 

Czy trzeba podkreślać, że kruk był czarny? ;)

Oczywiście, że nie trzeba. Masz rację. Za moment wywalę zbędne słowo.

 

Bardzo dziękuję za przeczytanie opowiadania i za bibliotecznego klika!

 

Silvanie,

gdzie tam mojemu wartownikowi do Twojego :D Demon też na tle tego z Twojego opowiadania wypada nieco niemrawo.

Wielkie, wielkie dzięki za lekturę tekstu i rozbudowany komentarz. Z tą grozą oczywiście masz rację, ale tutaj pojawiły się dwa problemy. Po pierwsze, limit był nieubłagany, i tak ledwo zmieściłem tekst w 40 tysiącach znaków. Wiele momentów oczywiście ma potencjał, żeby wzbogacić je o opisy miejsc albo przeżyć bohaterów, ale najzwyczajniej w świecie zabrakło mi miejsca – a bardzo chciałem wziąć udział w konkursie. Drugi problem, jeśli mam być zupełnie szczery – nie jestem pewny, czy starczy mi umiejętności, żeby zgrabnie połączyć wątki horroru z komizmem ;) 

Gdyby nie te dwie trudności, scena w bibliotece byłaby zapewne trochę dłuższa i inaczej zbudowana.

 

Miałem nieco skojarzeń z Dragon Age – w kwestii Zasłony, jakieś natchnienia?

Z Dragon Age niestety nigdy nie miałem do czynienia. Nad Zasłoną musiałem się dłużej zastanowić i chyba jej najbliżej do zasłony, za którą znika Syriusz w Harrym Potterze, ale to też nie do końca to :D Często podobne motywy mi się po prostu śnią (jestem dziwny, wiem xd), a motyw pierwotnie planowałem wykorzystać w uniwersum, w którym osadziłem swoje pierwsze opublikowane tutaj, dosyć średniawe opowiadanie. 

Natomiast owady trzepoczące skrzydłami za Zasłoną to bardzo osobista sprawa, bo najbardziej na świecie nienawidzę ciem :D Obrzydza mnie w nich wszystko: sposób, w jaki się poruszają, wygląd, ten paskudny furkot. 

 

PS. Technicznie betujący spisali się na medal. Nie jestem chyba w stanie przyczepić się do niczego.

To prawda. Każdemu życzę tak wnikliwych betujących, jacy wspierali mnie ;) Pokłony.

 

Co do dialogu, który wskazałeś – pozwól, że się zastanowię. Już na etapie powstawania tekstu zawiesiłem się w tym momencie i nie do końca wiedziałem, jak to zapisać, a każda wersja wydawała się niewłaściwa. Po pracy podejmę jakąś decyzję w sprawie tego momentu.

Bardzo Ci dziękuję za lekturę i polecenie do Biblioteki! 

 

Mortecius, 

ja natomiast chyba najbardziej lubię ciocię Hildegardę i koniecznie chciałem, żeby była w opowiadaniu :D Cieszy mnie, że opowiadanie Cię rozbawiło. Muszę też raz jeszcze podziękować za pomoc w doprowadzeniu tego tekstu do pokazywalnego stanu! 

A co do Tyfusa, poczekaj trochę… ;)

Dziękuję za bibliotecznego klika!

 

Pozdrawiam wszystkich razem i każdego z osobna!

Amon

 

 

Amonie, Twoj wartownik byl bardziej zyciowy i choc tez chcial zabijac, to bardziej zalezalo mu na mamonie :D No i u mnie wszyscy sztywni, a u Ciebie smiechawo :) W takim razie szkoda, ze nie sprobowales laczyc tego humoru z powaga. Jestem pewien, ze Twe boskie umiejejetnosci pozwolilyby Ci na sprqwne polaczenie. Nie odbieraj tego jak czepialstwa. Po prostu bardzo mi sie spodobalo i mam wrazenie, ze gdyby ciut tego strachu sie pojawilo, byloby perfekcyjnie :) PSS. Dragon Age serdecznie polecam, czesc pierwsza tylko. Swietny rpg, calkiem w starym stylu, trudny, wymagajacy, niezwykle ciekawy.

Cześć :]

 

Jako samomianowany Ociec Krzestny tego opowiadania bardzo się cieszę, że widzę dzieło skończone. Komentować specjalnie mi nic nie zostało, bo trułem Ci flaki przez całą betę aż za bardzo :D. Powtórzę tylko, że jakość tekstu rosła wprost proporcjonalnie do rozluźnienia piszącego :P. 

Do następnego podejdź od początku na takim luzie, jaki udało Ci się uskutecznić tutaj i będzie ok :D. 

 

Jako, że nadejszła dla mnie wiekopomna chwila i minęło 3 miechy od rejestracji – niniejszym zgłaszam do biblioteki :D. 

 

pozdro!

M. 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Kłamiesz Morderco. Ty masz serce :D

 

EDIT:

Amonie, jeszcze jedno!

Co Ty, do cholery, masz do ciem? :D

To po prostu motyle o innym ubarwieniu :]

Świetna tekst. Wiedziałam, że coś z tym psem jest totalnie nie tak. Fajnie wykreowałeś świat, a choć bohaterowie są może nieco stereotypowi – szczególnie strażnik niebędący najostrzejszym nożem w szufladzie – to pasują do tekstu jak ulał. Wyobraziłam sobie scenę wyrzucania rozczłonkowanego strażnika przez okno biblioteki do wtóru recytacji jednej z ksiąg i jakoś mi się tak mimowolnie wesoło zrobiło. Humorystyczne wstawki, hobbitowe chochlikowe zagadki i Shrek na końcu również mi się podobały. Specjalnych zarzutów nie mam, masz fajny, przyjemny warsztat. Dobra robota. :D

Zostaw ten żyrandol.

Ja nie mogę, to jest świetne.

To opowiadanie, które nie zdziwiłbym się odnaleźć w jakieś antologii czy czasopiśmie. Bardzo drukowalne.

Drukowalne?! Powiem wam coś. Mam u siebie w pokoju, przeszklony regał z książkami które przeczytałem, a w nim dwie serie, które przypominają mi twój styl. Obie bardzo lubię. Więc jeśli planujesz jakąś sagę, to szybko znajdę miejsce.

Moja ulubiona postać – Upiorna babunia.(końcówka powala)

Walczyła o pierwsze miejsce z Tyfusem, ale jednak za mało go widziałem i za mało o nim wiem. (zastanawiałem się czy może mówić).

Twój główny bohater jest niczego sobie – pewny siebie, inteligentny, i z pewnością wie, jak sobie radzić w trudnych sytuacjach. Czyli mój typ.

Moje ogólne wrażenia – jak najbardziej pozytywne. 

 

Morderco, Ocze Krzestny, dzięki za polecenie do biblioteki. Czy jest to Twój pierwszy klik? Jeśli tak, to pozostaje mi otrzeć łzę wzruszenia :D Dług powstały przy okazji bety tego tekstu będę chyba spłacać przez bardzo dłuuugi czas. Dzięki za systematyczne gnojenie mojej pisaniny i wielkie zaangażowanie :D

 

Silvanie, motyle też są wstrętne, ale przynajmniej nie wlatują do chałup.

 

Verus, bardzo mnie cieszy, że lektura dostarczyła radości i rozrywki :D Dzięki za docenienie kreacji świata. Oczywiście, mieszkańcy Svartkorp są trochę stereotypowi, karykaturalni i nawet nieco kiczowaci, ale takie też przyświecało mi zamierzenie. 

Nikt jak do tej pory lepiej nie podsumował Kaspra :D Faktycznie nie jest on najostrzejszym nożem w szufladzie, haha :D

 

Widzę, że jurorka Sara przeczytała nie tylko tekst, ale i komentarze :P Obrazek wstrętny i ładny zarazem, dzięki xd

Amonie, jesteś rozgrzeszony. Skoro nienawiść jest wspolna, to jest i wybaczona ;) Naszla mnie jeszcze jedna mysl. Jakie są motywacje bohatera? Zmeczenie i pozna pora mogly mi przeszkodzić w wylapaniu tego, ale jakos nie kojarzę zadnej wzmianki, dlaczego w sumie zdecydował sie zaryzykowac zycie?

Och, Konradzie, dodałeś komentarz dokładnie w czasie, gdy odpowiadałem na inne wypowiedzi. Dzięki za nad wyraz pozytywną opinię, bardzo mnie cieszy, że przebrnąłeś przez tekst i bawiłeś się dobrze! ;) Fajnie, że doceniłeś postać Widmowej Jędzy oraz Tyfusa. Skoro ten ostatni jest demonem, a Upiór ze Svartkorp potrafi mówić, to Tyfus raczej także posiada umiejętność zabierania głosu, tyle że występuje bardziej incognito i odgrywa rolę niepozornego kundla ;) Być może napiszę coś, co nieco rozjaśni tę postać. 

Z ciekawości, jakie to serie? :D

 

Silvanie, Joachim zdradza się w końcowym fragmencie:

 

Joachim Larsson, starsze medium z Królewskiego Towarzystwa Spirytystycznego. A ty jesteś aresztowany za przerwanie Zasłony. 

Miałem nadzieję, że to wystarczy :P Krótko mówiąc, chłopak nie wszedł do biblioteki motywowany żądzą sławy albo chęcią rozrywki, to po prostu jego praca. 

 

Pozdro!

 

+AmonRa

Nieco mniej znane, i z tym stylem mogłem przesadzić, ale jakoś tak mi się skojarzyło.

Serie to:

 – “Kroniki żelaznego druida”,

 – “Trylogia książę ciemności”

Z tym, że u ciebie jest więcej komedii.

Wiesz co, Amonie, to jest świetne. 

Naprawdę fajne, udane, pomysłowe opowiadanie.

Ciekawie i twórczo łączysz w nim klasyczną fantasy (wędrowiec w nieznanym mieście, elementy światotwórcze) z równie klasycznymi motywami rodem z horroru o nawiedzonym domu (tu: bibliotece) i elementami nienachalnie, rzeczywiście zabawnie parodystyczno-pastiszowymi. Tekst jest przy tym dobrze wyważony, żarty są ważne, ale nie zamieniają się w heheszkowanie ani nie przygniatają motywu awanturniczo-przygodowego. Twist z tożsamością psa fajny i nieoczywisty, bohaterowie niby z klasycznego zestawu postaci, ale dostatecznie nietypowi i obdarzeni osobowością i cechami indywidualizującymi, żeby nie wydawali się wyciągnięci wprost z szafki z gotowcami fantasy / kart postaci w RPG, a do tego – akcja wciągająca i spójna. Dobra robota!

Do tego świetnie, pomysłowo i twórczo pogrywasz sobie w tym tekście aluzjami od Sasa do Lasa (stary Jorge <3; budynek z drzewa / drewna, lecz podmurowany <3), a te wszystkie pozornie nie pasujące do siebie elementy składają ci się w jednolitą, spójną całość. 

Brawo. Dużą przyjemność mi sprawiła lektura tego tekstu.

PS. Nieco innego (mniej podobnego do świętego Wojciecha XD) i (niestety) nie fikcyjnego świętego Lucyfera pamiętam ze studiów – niestety dlatego, że egzamin z literatury starochrześcijańskiej był dla mnie absolutnie największym horrorem, jaki mieliśmy na filologii klasycznej, a wśród tabunu pomniejszych apologetów i polemistów do koniecznego zapamiętania był i on: Lucyfer z Kalaris (Cagliari)

Ninedin,

ogromne spasiba za wizytę, lekturę i klika :)

Trzon pomysłu nie brzmiał zbyt oryginalnie: ot, tajemniczy wędrowiec przybywający do tajemniczego miejsca, aby załatwić stwora – motyw powtarzalny w chyba co drugiej powieści fantastycznej :P Starałem się więc zrobić co w mojej mocy, aby czytelnik nie miał wrażenia sztampowości i powtarzalności. Cieszę się, że efekt końcowy jest zadowalający ;) Fajnie, że doceniłaś rozmaite elementy występujące w opowiadaniu i przypadli Ci do gustu bohaterowie. Co do humoru, chciałem, żeby był w tekście obecny i zajął w nim ważne miejsce, ale też próbowałem uniknąć żartów przekombinowanych i “na siłę”, byle tylko rozbawić odbiorcę. 

Bałem się przyjęcia tych aluzji, bo niektóre mogły okazać się aż nadto czytelne i pasujące do tekstu jak pięść do nosa (zwłaszcza mam tu na myśli zestaw stary Jorge – biblioteka – labirynt – pożar – Apokalipsa/Eukalipsa). Tym bardziej mnie cieszy, że uznałaś je za nienachalne i mimo ich egzotyczności, wszystko stanowi spójną całość. 

 

wśród tabunu pomniejszych apologetów i polemistów do koniecznego zapamiętania był i on: Lucyfer z Kalaris (Cagliari)

I ja znam tego gagatka :P Nie zdobył on mojej sympatii, chociaż na szczęście nie dręczył mnie przy okazji żadnego egzaminu.

Pomyślałem, że Lucyfer jako Niosący Światło (od łacińskich lux, lucisfero, ferre) to idealne imię dla fanatycznego misjonarza (inspirowanego oczywiście wspomnianym świętym Wojciechem), a przy tym niezły trik na przyciągnięcie tytułem czytelników :D

 

Na koniec powiem, że bardzo mnie cieszy, iż lektura sprawiła przyjemność :) Dzięki za obszerny komentarz!

Amon

Nikt jak do tej pory lepiej nie podsumował Kaspra :D Faktycznie nie jest on najostrzejszym nożem w szufladzie, haha :D

Cieszę się, że trafiłam z określeniem :P

Zostaw ten żyrandol.

Amonie, nie zawiodłeś moich oczekiwań i zaserwowałeś świetną historię ;) Ktoś wyżej wspomniał, że tag dark fantasy nie bardzo pasuje – zgadzam się, bo opowiadanie jest na to zbyt lekkie i zabawne ;)

Może Cię to zdziwi, ale fabuła i sposób jej prowadzenia kojarzą mi się z opowiadaniami wiedźmińskimi, coś jak połączenie wątku ze strzygą i dżinnem. Miejsce strzeżone przez demona, tajemniczy przybysz, który odkrywa, co tak naprawdę jest grane… ale w moim odczuciu to dodatkowy plus, bo klimat tym bardziej mi bliski.

Stylistycznie widać, że tekst dopieszczony, ale nie byłabym sobą, gdybym nie wyłapała kilku drobiazgów (głównie przecinki, więc czepialstwo ;)).

Dreszcz, jaki przebiegł go w momencie wejścia do miasta nie miał nic wspólnego z chłodem nocy,

Dreszcz, jaki przebiegł go w momencie wejścia do miasta, nie miał nic wspólnego z chłodem nocy,

Dotarli na główny plac miasta, w centrum którego stała rzeźba, przedstawiająca najsmutniejszego gargulca,

Dotarli na główny plac miasta, w centrum którego stała rzeźba, przedstawiająca najsmutniejszego gargulca,

Na domiar złego żuła liścia kosmatki.

Na domiar złego żuła liść kosmatki.

pies oderwał się od starki i przekrzywiając głowę spojrzał na Berenikę.

pies oderwał się od starki i przekrzywiając głowę, spojrzał na Berenikę.

Joachim wychylił się w jej stronę.

Joachim pochylił się w jej stronę.

Joachim rozejrzał się i nabrał przekonania, że Svartkorp nocą wygląda lepiej, niż za dnia.

Joachim rozejrzał się i nabrał przekonania, że Svartkorp nocą wygląda lepiej, niż za dnia.

– Dziękuję, promyczku, ale coś lepszego mi dziś do roboty, może trochę później.

To „mi” jakoś zgrzytnęło. Chyba że tak kiedyś mówili, nie jestem pewna.

Rzeźbienia portalu świątyni po prawej stronie zajmowały mniej miejsca, niż po lewej.

Rzeźbienia portalu świątyni po prawej stronie zajmowały mniej miejsca, niż po lewej.

Za taki gwałt na zasadach symetrii i sztuki ktoś powinien trafić na stos, pomyślał oburzony chłopak

W niektórych miejscach nie ma potrzeby dodawać, że to chłopak (czy ktoś inny) pomyślał, bo można się łatwo domyślić z tekstu. 

Deski gniły, okiennice ledwo trzymały się na zawiasach, zaś ściany porastał zupełnie swobodnie czarny bluszcz.

Deski gniły, okiennice ledwo trzymały się na zawiasach, ściany zaś porastał zupełnie swobodnie czarny bluszcz.

Z chwilą, gdy przekroczyli próg, poczuli nagły powiew chłodu.

Z chwilą, gdy przekroczyli próg, poczuli nagły powiew chłodu.

Mimo początkowej niechęci i irytacji, Joachim poczuł przewrotną uciechę.

Mimo początkowej niechęci i irytacji, Joachim poczuł przewrotną uciechę.

Tyle, że to ona będzie aktorką, a ja publiką.

Tyle, że to ona będzie aktorką, a ja publiką.

W każdym razie, to Księga Zmarłych,

W każdym razie, to Księga Zmarłych,

– Berenika? – zawołał nim przypomniał sobie, że panna jest szczuplejsza.

– Berenika? – zawołał, nim [zanim?] przypomniał sobie, że panna jest szczuplejsza.

W końcu wypluła przeżutego liścia,

W końcu wypluła przeżuty liść,

Powoli, stopniowo, istota zaczęła się kurczyć.

Powoli, stopniowo, istota zaczęła się kurczyć./Powoli i stopniowo, istota zaczęła się kurczyć.

 

Kliczek zasłużony jak mało co :)

Pozdrawiam!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Hej, Nati, miło Cię tu widzieć :) Z tymi tagami nigdy nie wiem, czy coś pasuje, czy nie – oznaczam na czuja, tak jak mi się wydaje. Skoro dark fantasy zdaniem publiki nie pasuje, chyba będę musiał ten tag usunąć ;)

Bardzo fajnie, że tekst przypadł do gustu, dzięki, że podzieliłaś się opinią :) Dziękuję też za łapankę i przecinki (żadne czepialstwo, każda uwaga mogąca uczynić tekst lepszym jest mile widziana), zwłaszcza za tego nieszczęsnego liścia – faktycznie powinien być biernik, uciekło mi ;) 

Nie uwzględniłem jedynie propozycji w kwestiach dialogowych, ponieważ to konstrukcje użyte przeze mnie świadomie. No i przecinek przed niż to złożona sprawa, sam się naciąłem na to w opowiadaniu u Silvana, kiedy zasugerowałem dodanie przecinka, podczas gdy w istocie nie był on potrzebny xd Zasady są spisane tutaj: Przecinek przed niż (ortograf.pl). Upraszczając sprawę, kiedy po niż jest zdanie podrzędne stawiamy przecinek, a kiedy nie to nie :D 

Pozdrawiam Cię serdecznie,

Amon

Amonie, jak najbardziej zależy mi, żeby tekst był jak najlepszy, zwłaszcza tak dobry :) Co do niż, właśnie tego dotyczyły moje uwagi – fragmenty „wygląda lepiej niż za dnia” i „zajmowały mniej miejsca niż po lewej” mają u Ciebie przecinki, a nie powinny ich mieć ;)

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Chyba też miałabym nieelegancki zwyczaj garnięcia się;)

Świetnie napisane opowiadanie, dowcipne, intrygujące i smakowite.

Postacie bohaterów też super, zwłaszcza babcia!

Czytając Twe opowiadanie tak późno (już prawie ósma) jestem w tej komfortowej sytuacji, że przedpiścy, praktycznie wszystko co trzeba było powiedzieć, już powiedzieli.

Ale za nimi powtórzę bo powtarzać to trzeba:

OPOWIADANIE JEST ZDECYDOWANIE DRUKOWALNE

 

to pisałem ja, Jim

 

niżej – być może spoilery (niewielkie):

 

 

– Kogo niesie? Swój czy wróg?

– Wróg.

 

Może jestem prostym Jimem tylko, ale bym strzelił :)

Propsy za mnóstwo smaczków i odniesień – przy defenestracji (ani chybi praskiej, skoro to było Imperium Południowe) aż się uśmiechnąłem – a to Jimowi nieczęsto się zdarza przy czytaniu czegokolwiek.

albo:

 

Dworek (…) wykonany z drewna, ale podmurowany

 

Świeciły się z daleka pobielane ściany,

Tym bielsze, że odbite od ciemnej zieleni

Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni. (…)

Pięćset sześćdziesiąt trzy dni

przypomniałeś mi, że muszę to w końcu przeczytać… kiedyś…

ale może najpierw 50 twarzy szarego – wcześniejsze kiedyś

i cytaty z Chochlika ;-)

Cały czas czekałem aż Tyfus wystrzeli jak strzelba Czechowa, już myślałem, że przy drzwiach, a tu barmanka okazała się wprawną złodziejką – ciekawe ;-)

Dobrze, że nie kazałeś czekać zbyt długo po tym ślepym strzale na wystrzał właściwy.

Para Tyfus i jego pan moim zdaniem jest nie tylko drukowalna, ale ma też potencjał cykliczny – podobnie jak ropuch Lowin naszego kolegi ;)

Chętnie przeczytam o następnych ich przygodach.

entropia nigdy nie maleje

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Para Tyfus i jego pan moim zdaniem jest nie tylko drukowalna, ale ma też potencjał cykliczny – podobnie jak ropuch Lowin naszego kolegi ;)

+1!

Cześć, Amonie!

 

Udało Ci się popełnić ciekawy tekst. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że bije on na głowę opowiadanie “W cieniu Zigguratu”., więc dokonałeś niesamowitego przeskoku jakościowego w warsztacie literackim. Dzieje się wartko, ciekawie, tajemniczo. Ładnie poradziłeś sobie z opisem miasta, który, choć skromny, pozwala zapracować wyobraźni i nie zostawia uczucia niedosytu w tej kwestii. Bohaterowie przypadli mi do gustu i liczę, że to nie był ostatni raz, kiedy przeczytałem o ich losach. Bo zdecydowanie jest w tym potencjał cykliczny, jak pisał kolega wyżej. Szczególnie, że zakończenie wręcz obiecuje jeszcze jedną historię z tego świata i z tym bohaterem. :)

 

Dwie rzeczy średnio mi się podobały. Pierwsza, to nawiązania do mniej lub bardziej współczesnych dzieł kultury, jak nieszczęsne “365 dni” czy “Hobbit”. Ale na to jestem po prostu wyczulony. Jeśli w tekście mają być nawiązania, to delikatne, nienachalne i nieoczywiste. A tutaj momentami robią się z tego żarty, które mnie osobiście nie bawią. Jednak ja to ponurak jestem, więc nie musisz się tym sugerować. I to prowadzi do drugiego punktu, który mi nie podszedł, czyli humor w miejscach, w których lepiej byłoby zachować powagę. A dokładniej – w kulminacyjnej fazie tekstu. Nie czułem, że ów demon rzeczywiście stanowi wielkie (lub jakiekolwiek) zagrożenie. Był tam potencjał na nieco bardziej mroczny wątek. Dałoby to świetne połączenie przygody awanturniczej z horrorem.

 

Mimo wszystko – jest dobrze. Bardzo dobrze, rzekłbym. Kliknę do biblioteki. :)

 

Pozdrawiam. 

Jak już pisałem wczęśniej na becie – a mogę się pochwalić, że byłem jednym z pierwszych ;) – opowiadanie jest bardzo dobre i udało Ci się wznieść je na jeszcze wyższy poziom. Bohater i pies są wiarygodni, historia, choć na pierwszy rzut oka oklepana, wydała się jakaś inna, emanująca Twoim charakterem i stylem – chociażby zdrobnienia inspirowane SB ;).

Chyba jest tutaj wszystko co każde opowiadanie potrzebuje, dobry bohater, jasny cel, klarowne rozwiązanie. Duży plus za humor i kreację świata.

Kliki masz, ale idąc za sugestią użytkowników Zanais i Jim, zastanowię się nad nominacją.

Na pewno Twoje najlepsze opowiadanie na portalu.

Pozdrawiam i powodzenia!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Nati, żeby się powoływać na jakąś zasadę, a jednocześnie mieć zupełnie na odwrót w tekście, to trzeba być nieszczęściem ze starożytnego Egiptu, tak jak ja :D Oczywiście miałaś rację, przecinki już usunięte. 

 

Ambush, garnięcie poprawiam bezzwłocznie na garnięcie się, słuszna uwaga. Widzę też, że drugoplanowość zupełnie nie przeszkadza upiornej babci, by przebojem zdobywać serca Czytelników :D Bardzo dziękuję za czas poświęcony na lekturę i fajnie, że tekst wydał się smakowity ;)

 

Jimie, a miałeś mnie pod tym tekstem zmasakrować :D Superancko, że dotarłeś, a Twoje komplementy są dla mnie źródłem wielkiej satysfakcji. Bezbłędnie odczytałeś wszystkie aluzje i nawiązania, także jeśli chodzi o defenestrację! Gratuluję czujności i wnikliwości.

Porównanie do sławnego ropucha Lowina, jakkolwiek czuję, że jest trochę na wyrost, to dla mnie ogromny komplement. Dzięki ;)

 

CM, a witam serdecznie, dziękuję za grafikę ;) Chyba już gdzieś podobną widziałem…

 

Adku, ja wzbraniam się przed porównaniem tego tekstu do Zigguratu, ponieważ w obu opowiadaniach o coś zupełnie innego mi chodziło ;) Tam skoncentrowałem się na świecie, jego pomysłowym stworzeniu i solidnym przedstawieniu, a tutaj bohaterowie robią praktycznie całą robotę. Szkoda, że nie wszystkie żarty siadły, ale to ryzyko, na które musiałem być gotów :D 

Z demonem i uczuciem grozy – Silvan pisał wyżej o tym samym. Mam nadzieję, że w kolejnym opowiadaniu zdołam w pełni przedstawić historię z dwóch niezbędnych stron… ;)

 

Pozdrawiam wszystkich Czytelników razem i każdego z osobna, dziękuję za bezcenny feedback i czas poświęcony na lekturę niezbyt krótkiego przecież tekstu ;)

 

EDIT, bo jeszcze Daniel dodał komentarz. Danielu, Danielu, Danielu. Cóż mogę rzec :D Bardzo dziękuję za którąś z kolei lekturę, nieocenioną pomoc w trakcie bety. Cieszę się, że się spodobało mimo wielokrotnej lektury tekstu, która mogła spowodować zmęczenie materiałem. Do nominacji oczywiście nie namawiam ;D Pozdro!

Amonie, o Boże, o kurde, trzymam Cie za slowo, a slowo boga nie dym :D

Tyle komentarzy, że nie wiem czy uda mi się dodać od siebie coś więcej.

 

Ale do rzeczy.

Zaznaczę, że nie jestem fanką tego typu opowiadań, to stricte preferencje, zawsze bardziej ciągnęło mnie do Lovecrafta niż Wedrowycza Pilipiuka. Niemniej, przez pierwszą połowę opowiadanie czytało się bardzo przyjemnie – styl lekki, wciągający i ciekawy. To co mnie zaczęło odrzucać w drugiej części, to już zbyt nachalne żarty i zbyt oczywiste odniesienia (Hobbit, 365 dni). Moim zdaniem, tekst byłby jeszcze lepszy, gdyby tych bardziej oczywistych żartów nie było – przy czym, jak widać większości się spodobały, więc nie jestem w grupie docelowej więc równie dobrze, możesz tą uwagę zignorować. wink

 

małego przyjaciela.

Perfidnie skopiuję Tarninę i jej “Hmmm”. Ja rozumiem, ale przyjaciel? Czepiam się, wiem.

Sprośna Wszetecznica. 

laugh

Kasper… Jasper… Joachim… Jorge…

Większość męskich imion na J i ciut zbyt podobne, ale to drobnostka.

Mgła ujawniła ledwie zauważalny kontur starego szlacheckiego dworku, który przed laty zamieniono w bibliotekę

Dworki z zasady są wiejskimi domami szlacheckimi (sprawdziłam!) i skoro mówimy o mieście, zapyziałym, to mi się ten dworek ewidentnie gryzie.

Ano widzisz, potwór, odkąd tam siedzi, nie robi nic innego, tylko czyta książki. Któregoś dnia musiał znaleźć Dzieje Imperium Południowego. Tak przypadło mu do gustu słowo defenestracja, że rozszarpał nieszczęśnika i, wywrzaskując głośno fragmenty dzieła, ciskał kawałkami myśliwego przez okno. Najpierw zdefenestrował jego głowę, potem obie nogi, ręce…

Może i możliwe, ale mnie nie kupiło. Tj. w bibliotece książek jest mnóstwo, jakoś nie chce mi się wierzyć, że Jorge ma taką świetną pamięć. Jako żart też mnie nie przekonało.

 

Na górze panował taki chłód, że Joachimowi zrobiło się słabo.

Czy z chłodu może się zrobić słabo? Tak od razu? Poddaje wątpliwości, pewna nie jestem, ale też próbowałam googlać.

dobiegał cichy szmer.

Nie jestem pewna, ale “dobiegł cichy szmer”? Z warsztatem u mnie słabo, ale poddaje wątpliwości ;p

– Powiedzże tej kosmatej ladacznicy, tej nieudanej larwie, mojej wnuczce – zawyła wściekle kobieta – żem wszystkie bzdury słyszała, jakie na mój temat wygaduje! Zero wdzięczności, ot co! Prędzej czy później ja też stąd wylezę, a wtedy tak jej życie rozpier…

Tu miałam wielkie NOPE. Rozumiem, że opowiadanie stawia też na humor, ale dla mnie osobiście daje sztampem. Może do przełknięcia, gdyby babci w tekście było ciut więcej i były jakieś sygnały takiego obrotu spraw?

 

Berenika – wyjdę na sztywną, ale gdzieś na świecie umiera jednorożec za każdym razem gdy kobieta w opowiadaniu jest sprowadzona do roznegliżowanej, prostackiej, nie umiejącej się nawet umalować karczmarki. Dlatego nie ma już na tym świecie jednorożców :(

 

Ale podsumowując – opowiadanie dobre, choć ja osobiście zostawiłabym ten lekki styl i sposób opisu, wywaliłabym wszystkie oczywiste żarty i dodałabym dużo grozy. Takiej, którą czytelnik poczuje (ale to ja).

Zgadzam się, że opowiadanie zdecydowanie drukowalne :) 

 

 

Amonie, a więc klątwa odczyniona :D

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Z ulgą opuścił broń.

– Jeszcze chwila i bym cię zastrzelił. Po co głupio odpowiadasz? – zapytał.

W tej chwili pomyślałem, że wartownik zna chudego przybysza, ale za chwilę okazuje się, że nie. Brakuje mi tu elementu chwilowego choćby wahania – czy to człek czy nie, ciemną nocą raczej bym tak łatwo broni nie opuścił.

Mleko od byka

Wolfy – Drink Bull Milk, it's good for you and full of… | Facebook

 

Młodzieniec odgadł, że to miejski ratusz.

Odgadł? A nie “zgadywał” albo “założył”?

Jej brązowe włosy formowały absurdalnie wielki kokon

Rozumiem, ale jednak coś mi w tym opisie nie gra.

 

Muszę iść spać, więc jeszcze się odezwę.

 

Silvanie, bardzo lubię połączenie “O Boże + o kurde” (w domyśle zamiast kurde bardziej dosadne słowo xd).

 

Shanti, cieszy mnie, że przynajmniej w jakiejś części tekst przypadł do gustu. Żarty, które uznałaś za zbyt nachalne i oczywiste faktycznie były ryzykowne i musiałem liczyć się z faktem, że jakaś część odbiorców tekstu nie będzie nimi zachwycona. Szkoda, że należysz do niezadowolonej części :D

Co do dworków szlacheckich w mieście, będę tego bronił ;p Podkreśliłem, że mój dworek był na obrzeżach Svarkorp, a poza tym można podać całe mnóstwo przykładów tego rodzaju obiektów, które w miarę rozrostu miast znalazły się w ich granicach, na przykład Pałac Branickich w Białymstoku :D

Imion faktycznie dużo na J, ale z drugiej strony Jasper jest postacią zupełnie epizodyczną i bez większego znaczenia dla fabuły xd Liczę na to, że Jorgego i Joachima mimo wszystko da się odróżnić. 

Co do Dziejów Imperium Południowego, Jorge, chociaż stary i z demencją, mógł jakoś połączyć wątki – defenestracja kojarzy się historycznie dosyć jednoznacznie, a poza tym skoro stwór wywrzaskiwał fragmenty dzieła podczas swojej niecnej działalności… xd

A nad chłodem, od którego robi się słabo, aż sam się zastanowiłem na etapie tworzenia tekstu, ale doszedłem do przekonania, skoro ten chłód nie był pochodzenia naturalnego i nie można go zaliczyć do zwyczajnych zjawisk, to w sumie dlaczego nie? Zobaczymy, czy ktoś inny zwróci jeszcze na to uwagę. Najwyżej trzeba będzie poszukać innego słowa albo przeredagować zdanie. 

Hej, Berenika nie została wcale sprowadzona do roli roznegliżowanej, prostackiej i niezdolnej do wysłowienia się dziewczyny :D Będę tutaj bronił swojej bohaterki jak lew. Wydaje mi się, że ma aż za dużo do powiedzenia, owszem, jest prosta, ale o życiu wie swoje i na pewno nie daje sobie w kaszę dmuchać, co pokazuje scena w oberży i trochę później w Bibliotece :P

 

Bardzo dziękuję za wnikliwe zwrócenie uwagi na to, co przypadło do gustu, a co trochę mniej ;) Albo wcale. Dzięki za wizytę i czas poświęcony na lekturę <3 

 

Folanie, zniszczyłeś mnie tym obrazkiem do reszty xd Rozumiem, że wrócisz jeszcze z dalszą częścią łapanki? Co do tego wahania, Kasper, jak już zauważono, nie jest najjaśniejszym światłem w tunelu, mógł po prostu poczuć ulgę, że widzi człowieka, a nie potwora.

Będę czekał na ciąg dalszy uwag :D Dzięki za wizytę. 

 

Oj, ale to było dobre. Bardzo dobre. W ogóle nie odczułem tych prawie 40 tys. znaków i spokojnie przeczytałbym drugie tyle. Albo i jeszcze więcej. Fajnie zbudowane postacie (uwielbiam Berenikę, trochę przypominała mi Annę z Planescape Torment), trafiający do mnie humor, przyjemnie poprowadzona akcja w bardzo znanej strukturze.

Zwrócę uwagę na świetne dialogi, które nie tylko przekazują konkretne informacje fabularne, ale też budują świat. Chciałem nawet zacytować jakiś "najulubieńszy" dialog, ale skończyło by się na cytowaniu całego opowiadania. Wstawię więc trzy szczególnie podobające mi się fragmenty:

 

Co zaskakujące, metody przebogobojnego Lucyfera nie zyskały uznania wszystkich mieszkańców Północy. Znaleźli się tacy, którzy postanowili położyć kres jego działalności. Zrobili to przy pomocy wideł, a następnie toporów, którymi posiekali misjonarza.

 

– Jedni z nosem w książkach siedzą, a inni uczą się życia – odparła, wzruszając ramionami.

Pięćset sześćdziesiąt trzy dni, naprawdę? Tę księgę powinno się palić na stosach.

Co do tego ostatniego to jestem w grupie tych, którym taki żart się podobał i ich rozśmieszył. W moim odczuciu nie burzyło to zbudowanego świata ;)

Właśnie zyskałem uprawnienia do nominowania do biblioteki i byłaby to moja pierwsza nominacja, gdyby nie fakt, że masz już komplet. W każdym razie jest to jedno z najlepszych opowiadań jakie do tej pory przeczytałem na tym portalu :)

Amonie, to nie zbieg okolicznosci, jednoczesnie nie chcialem byc tak dosadny w prostym komentarzu ;)

PanieDomingo, ucieszyła mnie wieść, że lektura wydała Ci się przyjemna i nie odczułeś jej długości :D Czuję się też wyróżniony faktem, że stawiasz moje opowiadania w gronie najlepszych na portalu, chociaż niewątpliwie bardzo dobrych jest tu bardzo wiele i lepszych od mojego też nie brakuje ;)

Pozdrawiam!

Wszyscy zawsze przyznawali się do winy.

Zabawne, owszem, ale choć twoje opko stoi humorem, to jednak trudno brać takie stwierdzenie na poważnie w świecie, który nie wygląda na parodię czy groteskę.

 Za dnia szkaradą, w nocy zaś szkaradą

Choć rozumiem żart, to na pierwszy rzut oka wygląda jak błąd. Chyba bym jakoś przekonstruował. Może coś w stylu “Za dnia szkaradą, a w nocy zaś to już w ogóle”.

 

Końcówka trochę pośpiesznie zrobiona. Trudno mi uwierzyć, że Jorge tak łatwo się przyznał i jakoś tak gładko z nim poszło. Chyba lepiej by było, gdyby się nie przyznał, ale na mocy autorytetu Joachima i tak został wsadzony do paki, i tylko w ostatnim akapicie wspomnieć, że w końcu się przyznał.

 

Błędów rażących/znaczących nie znalazłem, ale kiepski ze mnie redaktor i nie nadaję się do łapanek.

 

Ogólne wrażenia – bardzo pozytywne. Trochę zajeżdża mi to Pratchettem, ale nie ze względu na sam humor, ale sposób przedstawienie postaci i takie… Hmmm… lekkie, niby komediowe, ale nie satyryczne prowadzenie narracji.

Opisy są smaczne, płynne i (chyba najważniejsze) obrazowe, jednocześnie trzymają się konwencji. Jest humor, ale nie ma tu groteski, jest fantastyczny świat i temat śmierci/demonów, ale do horroru temu daleko.

Zgodzę się z przedmówcami, że to jeden z lepszych tekstów, jakie można przeczytać na tym portalu.

 

1 pkt za styl

1 pkt za narrację – opisy, dialogi itp.

po 1 pkt za Joachima i Berenikę

1 pkt za dobrze wpleciony humor

1 pkt za solidne otwarcie

1 pkt za solidne rozwinięcie

0 pkt za zakończenie

1 pkt za światotwórstwo

 

Czyli takie subiektywne 8/10. Mój główny zarzut wynika bardziej z tego, że (jak dla mnie) gdy chodzi o Tajemnice Światów, to po zakończonej lekturze spodziewałbym się jakiegoś niedosytu, jakieś zagadki kłębiącej się w głowie lub potrzeby snucia domysłów w stylu “ale o co tu tak naprawdę chodzi”. Jednym słowem – zabrakło mi tu trochę tej Tajemnicy. Nawet główny bohater przestał być tajemniczy, gdy pomachał “odznaką”.

Z drugiej jednak strony potrafię to zrozumieć, choćby z doświadczenia. 40k znaków to trochę mało, by stworzyć coś bardziej wyrafinowanego pod względem światotwórstwa, bo im bardziej poroniony pomysł, tym więcej czasu (znaków) trzeba, by odpowiednio wprowadzić czytelnika w jego meandry.

 

PS.

Pięćset sześćdziesiąt trzy dni – czyżby nawiązanie do trzystu sześćdziesięciu pięciu dni?

Świetnie napisane. Ma to co lubię, czyli humor, ciekawego bohatera (a nawet kilku), no i jest to stare, dobre fantasy:). W zasadzie wszystko zostało napisane już wcześniej.

 

Powodzenia w konkursie :)

Folanie, poczułem dumę, że w Twojej wypowiedzi padł Pratchett, ponieważ niezmiennie jest on moim guru i sama sugestia, że coś w moim opowiadaniu może przywodzić na myśl jego styl stanowi ogromne wyróżnienie ;)

Bardzo możliwe, że końcówka może wydawać się pospieszna. Na pewnym etapie powstawania tekstu zauważyłem już, że opowieść zajmuje niebezpiecznie dużo znaków i beta-czytelników powołuję na świadków, że zacząłem panikować w obliczu ryzyka niemożliwości pomieszczenia wszystkich wątków :D Limit 40k znaków to wbrew pozorom bardzo niski limit, jak się okazuje, a tragiczna wiadomość jest taka, że w konkursie Dobrze być złym limit jest jeszcze bardziej radykalny ;(

Co do uwag o szkaradzie i o wszystkich przyznających się do winy, chyba zostawię, jak jest :P Ze szkaradą to absolutnie celowe powtórzenie i nawiązanie do klątwy bardzo dobrze znanej z popkultury, a z tym przyznawaniem się do winy – to moje subiektywne poczucie, że powinno tam pozostać, chociaż faktycznie może trochę przegiąłem. 

Pięćset sześćdziesiąt trzy dni to kontrowersyjne dzieło opublikowane ogromnym nakładem w całym Królestwie. Czytający mieszkańcy podzielili się błyskawicznie na zagorzałych fanów i fanatycznych przeciwników tejże powieści. Interpretacja co do nawiązania – absolutnie dowolna :D 

Dziękuję za 8/10 punktów. W moim przekonaniu – to bardzo dużo :D Grazie mille za tak obszerny komentarz, podzielenie się spostrzeżeniami i wnikliwe uwagi co do tekstu. Opinia jest bardzo cenna i daje do myślenia na przyszłość.

 

Monique.M, dzięki, droga, za wizytę :D Cieszę się, że lektura była przyjemna i znalazłaś w niej ulubione przez siebie elementy.

 

Czytanie było prawdziwą przyjemnością, szczególnie że lubię opowieści z nutką humoru. Dzięki niemu gdy już zabrałem się za czytanie, już nie mogłem się oderwać. Jednocześnie poza humorem najbardziej rzuca się w oczy ciekawa konstrukcja świata, a w szczególności kwestia Zasłony. Również miałem luźne skojarzenia z Dragon Age, chociaż przyznam, że wersja z twojego opowiadania podoba mi się trochę bardziej. Dodatkowo bardzo dobrze wpisuje się w konkursowe hasło. 

Tytuł bardzo clickbaitowy :P

Czytając byłem pod wrażeniem języka i bogatych opisów; kreacja bohaterów też całkiem dobra, humor dobry i nienachalny. Połączenie fantasy i czegoś w rodzaju Pogromców Duchów też całkiem ciekawe. Na początku spodziewałem się czegoś poważniejszego, ale ogólnie dobrze się czytało :)

Serdecznie witam kolejnych Czytelników, niech łaska Ra (nieomal napisałem przez pomyłkę raska Ła xD) zawsze będzie z Wami ;)

Fladrifie, ponieważ kolejna osoba wspomina o Dragon Age, chyba będę musiał zainteresować się tematem :D Fajnie, że doceniłeś pomysł z Zasłoną – właśnie miałem nadzieję, że wyda się Czytelnikowi czymś mistycznym i tajemniczym (a tym samym będzie pasowała do konkursu). Fajnie, że czytało się dobrze i tekst dostarczył rozrywki ;)

Golodh, owszem, tytuł clickbaitowy i właśnie liczyłem na to, że przyciągnie Czytelników :D Dobrze, że udało się czymś zaskoczyć i że doceniłeś opisy!

To dzięki sugestywnemu opisowi Zasłony, właściwie cały fragment pisany kursywą bardzo mocno wpływa na wyobraźnię czytelnika.

Opowiadanie napisane sprawnie, lekko, płynnie. Taka młodzieżowa przygodowa fantasy – i nie pisze tego jako “zarzut”, takie odmiany też są potrzebne i też mają swoich odbiorców.

Scenariusz przemyślany. Zadbałeś o to, żeby nie było wrażenia liniowości, są tu elementy historii postaci, specyfika świata, dodatkowe spostrzeżenia i komentarze, wszystko na swoim miejscu, wszystko gra.

I gdyby to był komentarz po prostu pod opowiadaniem, na tym bym skończył i dałbym klika.

No ale opowiadanie ma już dwie nominacje do tytułu “najlepszych portalu” (nie miesiąca, portalu), w tym jedną od dyżurnego, co daje nie tylko nominację (jak w przypadku zwykłego głosu), ale i ½ TAKa – a więc Jim uważa, że jest tu sporo wartości dodanej. Cóż, o ile opowiadanie jest dobre, to nie bardzo widzę, co czyniłoby to opowiadanie więcej niż “fajnym” – oprócz właśnie “w skali miesiąca”, ale już jakiś czas temu przez portal przetoczyła się dyskusja, czy pióra mają mieć poprzeczkę wysoko i czy się odnosi do portalu jako całości.

Przepraszam, że tak marudzę, ale to jedna z sytuacji, gdy nominacja trafia się tekstowi, który jest “dobry”, a potem autor musi słuchać marudzenia, któremu winien nie jest, bo tekst nie jest zły (ba, zrobiłeś w nim coś, co bardzo lubię – zasygnalizowałeś, że świat sięga dalej, niż historia samego opowiadania), ale został wrzucony pod ocenę w innej kategorii i w inne kryteria.

 

Z drobiazgów:

 

"jak zwykle żuła kosmatkę"

– widział ją raptem drugi raz i "jak zwykle"?

 

"Wydobyła spod fartucha spory kuchenny tasak"

Psychopatyczna ta obsługa karczmy, jeśli pracując za szynkwasem cały czas, gdzie nie pójdzie, tasak ze sobą bierze.

 

"ektoplazmą"

– to słowo trochę nie pasuje do scenerii

 

" – Demon nie ma własnego ducha"

Nadmiarowa spacja z przodu.

 

Wilku, witam Cię serdecznie i dziękuję za przeczytanie tekstu :P 

Dzięki za wskazanie elementów tekstu, które przypadły Ci do gustu, jak również za uwagi, nad którymi obiecuję pochylić się wieczorem, gdy już na spokojnie usiądę przed komputerem. 

Za to marudzenie na temat piórka nie musisz przepraszać, ale mam wrażenie, że zabrałeś głos na wyrost, bo nominacji jeszcze nie mam i wcale nie muszę jej mieć – Jim nie jest, o ile mi wiadomo, dyżurnym :P Na razie mam więc 4/5. Wiadomo, że to kosmiczne wyróżnienie i fajnie byłoby w przyszłości jakieś piórko zdobyć, ale na ten moment nie to jest dla mnie najważniejsze. Dla mnie wyróżnieniem jest fakt, że komuś się przyjemnie czytało, że spędził dobrze czas z opowiadaniem, a że pomyślał o moim tekście w kategoriach piórkowych to już w ogóle woooah ;D

Łącząc pozdrowienia,

poniedziałkowy Amon

Faktycznie, chyba niechcąco awansowałem Jima ;) 

 

Jakże miło czytało się tę opowieść. A choć wypadki, które miały miejsce w bibliotece nazwałeś niefortunnymi, to za bardzo fortunne uważam ich opisanie.

Iluż to już młodzieńców trafiało do różnych miasteczek, aby zmierzyć się z lichem, demonem czy innym piekielnym pomiotem i zdawałoby się, że wiele nowego w tej materii powiedzieć się chyba już nie da, a jednak, Amonie, dałeś radę przedstawić w opowiadaniu postaci na tyle świeże i nietuzinkowe, że Twoją historię czytałam z dużym zaciekawieniem, a skończyłam rozbawiona i bardzo usatysfakcjonowana lekturą.

Pozwalam sobie mieć nadzieję, że pogróżki Widmowej Jędzy wygłaszane w piwnicznej izbie, nie są pogróżkami czczymi i że kiedyś dane mi będzie przeczytać, co się wydarzy, kiedy wnusia zejdzie na dół. ;D

 

krzy­cze­li za to gło­śno nad roz­ło­żo­ny­mi na stole kar­ta­mi. ―> Zbędne dopowiedzenie – krzyk jest głośny z definicji.

 

używ­ka, o gu­mo­wa­tej for­mie… ―> Chyba miało być: …używ­ka o gu­mo­wa­tej konsystencji

 

D-Dziu­rę w czym? ―> D-dziu­rę w czym?

 

Prze­krę­cił zamek – oce­nił chło­pak. ―> Można przekręcić klucz w zamku, ale nie można przekręcić zamka.

 

Jo­achim po­ka­zał swój po­ły­sku­ją­cy wi­sio­rek. ―> Zbędny zaimek.

 

…ja nie znam… – pi­snę­ła Be­re­ni­ka. ―> Ja nie znam… – pi­snę­ła Be­re­ni­ka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wyznam Ci, droga Reg, że Twoja wizyta od momentu dodania przez Ciebie opowiadania do kolejki była z niecierpliwością wyczekiwana i cieszę się, że przeczytałaś tekst i podzieliłaś się opinią :) Ponieważ Twoje zdanie jest dla mnie bardzo ważne, przeczytałem powyższy komentarz z bananem na twarzy. Bardzo rozradowała mnie wieść, że historia była ciekawa i satysfakcjonująca, a bohaterów uznałaś za nietuzinkowych. 

Skoro dołączyłaś do kilku głosów wyrażających nadzieję na przeczytanie jeszcze jednego opowiadania rozegranego w stworzonym tutaj świecie, nie pozostaje mi chyba nic innego, jak zabierać się powoli do pracy :D

Wskazane usterki już poprawiłem. Uwzględniłem też połowicznie sugestie Wilka, ale z tą ektoplazmą muszę się jeszcze zastanowić. Zaś tasak pod fartuchem w moim odczuciu pasuje zarówno do realiów Svartkorp, jak i charakteru Bereniki :P

Na samym końcu, Reg, pozwalając sobie na odrobinę prywaty wyznam, że rozjaśniłaś mijający poniedziałek, który zaliczyłbym raczej do tych dni, kiedy należy z rezygnacją położyć się na ziemi w lejącym deszczu i ze smutną muzyką w tle, najlepiej z butelką jakiegoś dobrego trunku w zasięgu reki :D Dziękuję. 

Tasak może pasować do “młodzieżowego fantasy”, bo tam czasami są rozwiązania znikąd ;-)

Ektoplazma – to może być do obronienia, bo pojęcie XIX wieczne, a przecież dubeltówka na początku wskazuje, ze to nie średniowiecze. Zresztą nawet w średniowieczu można by choćby gdzieś tam zaplątać alchemików, którzy by używali tego sformułowania, nawet jeśli historycznie by to nie pasowało. Trzeba by jakiś punkt zaczepienia znaleźć. Lub sprawdzić, czy może tylko mi to kole w oczy, a innym nie – i wtedy nie będzie w ogóle żadnego problemu z tym słowem.

 

To ja przyznam, że też na ektoplazmę zwróciłem uwagę. A z perspektywy czasu, jak już wytknięte, to może i w pewnym stopniu to jedno słowo wpłynęło na odbiór tekstu.

Tasak może pasować do “młodzieżowego fantasy”, bo tam czasami są rozwiązania znikąd ;-)

No nie wiem, czy to takie rozwiązanie znikąd, bo przecież Berenika pracuje w oberży, gdzie powinna zawsze mieć pod ręką jakieś narzędzie, przy pomocy którego można w razie potrzeby zdyscyplinować zbyt awanturniczych gości :P Jak pokazuje opisana sytuacja, mogła mieć ku temu podstawy. Przyznam się również, że przez jakiś czas pracowałem jako barman i zawsze miałem pod ladą gaz pieprzowy. Nigdy go oczywiście nie użyłem, no ale był :D

Co do ektoplazmy, może tłumaczą ją trochę inne elementy opowiadania – przywołałem Królewskie Towarzystwo Spirytystyczne, sama kwestia Śmierć nie istnieje również nie wzięła się znikąd – zainspirowana jest pomnikiem postawionym w 1927 roku. Cytat z Wikipedii:

 

Międzynarodowy Kongres Spirytystów w Paryżu, w 1925, zadecydował o wzniesieniu pomnika ku czci sióstr Fox w Hydesville. Na pomniku umieszczono napis: Pomnik wzniesiony 4 grudnia 1927 r. przez spirytystów z całego świata na pamiątkę Objawienia się Nowożytnego Spirytyzmu w Hydesville, N. Y, 31 marca 1848 r., w hołdzie mediumistyce, podstawie wszystkich zasad, na których opiera się spirytyzm. Śmierć nie istnieje. Nie ma zmarłych.

I na koniec zdjęcie z jednego z seansów rozpoznawalnej medium z Wielkiej Brytanii, Heleny Duncan, która w trakcie swoich kontaktów z duchami ektoplazmę wydzielała (Helena niestety okazała się oszustką i skazano ją za jej działalność :P):

 

powinna zawsze mieć pod ręką jakieś narzędzie

Ale przywiązanie do spódnicy to nie jest “pod ladą”. A tasak to nie gaz pieprzowy, trochę mniej poręczne, chyba, że to w jakimś futerale nosi. Niemniej jak wspomniałem – konwencja może to tu usprawiedliwić.

 

Amonie, bardzo się cieszę, że mój krótki komentarzyk sprawił Ci radość i przyczynił się do polepszenia jakości dnia.

Jeśli w przyszłości trafi Ci się podobny, mniej udany dzień, stanowczo odradzam leżenie na ziemi, w dodatku w deszczu, natomiast nie mam nic przeciw smutnawej muzyce, że o butelce zacnego alkoholu pod ręką nie wspomnę. Sugeruję też, aby z tym leżeniem trochę zaczekać, aż ziemia porośnie gęstą i mięciutką trawą. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, Amonie,

przyjemna przygodówka, choć właśnie, zaledwie przygodówka. Jak to często z nimi jest – niby są długie, ale cały czas zastanawiałam się, gdzie te znaki przepadły, bo nie dowiedziałam się wiele o świecie ani o bohaterze. Całość koncentrowała się na akcji (co akurat w opowiadaniu nie jest złe), a ja z chęcią wyciągnęłabym coś więcej.

Nie zrozum mnie źle, czytało się dobrze, a opowiadanie jest bardzo dopracowane. Jednak ponieważ to konkurs, muszę spojrzeć też z tej perspektywy. Widzę tajemnicę, a nie widzę świata, bo jeden budynek (nawet taki) świata nie czyni. Przyznaję, że sam pomysł fajny i faktycznie oryginalny.

Jeśli liczyć opko jako przygodówkę (które lubię swoją drogą) – bardzo dobre, bo jest wszystko, czego potrzeba. Jeśli liczyć jako coś więcej – już średnio, bo zabrakło emocji i głębi bohatera. Tak czy siak, podobało mi się ;) 

Mam jeszcze zarzut co do zdziwienia (zapomnienia) bohatera, że dziewczyna nie umie czytać. Rozumiem, że był uczonym i nawet wyjaśnia swoją gafę, ale dużo bardziej prawdopodobne byłoby, gdyby od razu założył, że ona nie potrafi czytać, właśnie dlatego że jest uczonym. To właśnie oni zdawali sobie sprawę, jak rzadką umiejętnością władali.

 

 

– Stać! – rozkazał[+,] starając się, aby jego głos zabrzmiał mocno i pewnie.

 

Panna miała na sobie zwiewną suknię, nie pozostawiającą dużego pola wyobraźni.

“niepozostawiającą”?

Raz po raz do tego błędu dostawiam znak zapytania, bo co chwilę ktoś go popełnia i już tracę pewność, czy faktycznie piszemy to w ten sposób.

 

Deski gniły, okiennice ledwo trzymały się na zawiasach, zaś ściany porastał zupełnie swobodnie czarny bluszcz.

“Zaś” jak i “bowiem” nie powinno stawiać się na początku. Lepiej więc: “ściany zaś porastał…”, “ściany porastał zaś…”

 

 

Powodzenia w konkursie! :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Reg, pozostaje mieć nadzieję, że ta trawa szybko się pojawi :D Ale znowu przeczytałem o jakimś arktycznym powietrzu sunącym nad Polskę i o ryzyku opadów śniegu…

 

Lano, jak miło zobaczyć Twój komentarz pod tekstem :)

 

Jak to często z nimi jest – niby są długie, ale cały czas zastanawiałam się, gdzie te znaki przepadły, bo nie dowiedziałam się wiele o świecie ani o bohaterze. Całość koncentrowała się na akcji (co akurat w opowiadaniu nie jest złe), a ja z chęcią wyciągnęłabym coś więcej.

Uwierz mi, że podczas pisania też zastanawiałem się, gdzie przepadły znaki! W pewnym momencie odkryłem, że nie zdążyłem jeszcze o niczym opowiedzieć, a już tekst rozrósł się na 20 tysięcy znaków. Trochę szkoda, że nie udało mi się wprowadzić Cię w ten świat, chociaż próbowałem – wzmiankami o sklepach, o puszczy, drugoplanowymi bohaterami i innymi rzeczami, przemycanymi przy okazji akcji. Przyznam też szczerze, że pod moim ostatnim tekstem, W cieniu Zigguratu, z którego byłem bardzo zadowolony, bo dopracowałem (w mojej oczywiście opinii) każdy detal świata z wielkim mozołem, otrzymałem uwagi, że tekst długi, a bardzo mało w nim akcji. Jedna osoba zostawiła nawet feedback, że nudy i w ogóle jej tekst nie zainteresował :D Może więc, po refleksji nad tamtymi opiniami, tutaj przegiąłem w drugą stronę? 

Trochę też usprawiedliwię się limitem. Akcja w Bibliotece ma wielki potencjał, żeby rozbudować ją w wielu różnych kierunkach, z początku też widziałem ją jako dalece bardziej rozwiniętą i tajemniczą, ale opowiadanie miałoby pewnie ponad 50k znaków. 

 

Mam jeszcze zarzut co do zdziwienia (zapomnienia) bohatera, że dziewczyna nie umie czytać. Rozumiem, że był uczonym i nawet wyjaśnia swoją gafę, ale dużo bardziej prawdopodobne byłoby, gdyby od razu założył, że ona nie potrafi czytać, właśnie dlatego że jest uczonym. To właśnie oni zdawali sobie sprawę, jak rzadką umiejętnością władali.

A tutaj usprawiedliwię Joachima przykładem z życia. Wierz lub nie, ale mam koleżankę piszącą doktorat z historii, która potrafi zdziwić się na głos, że osoba po liceum nie zna dokładnych dat koronacji rosyjskich carów albo że ktoś nie wie, jacy dokładnie byli uczestnicy Wielkiej Wojny Północnej :P Krótko mówiąc, ludzie nauki (a za takiego możemy uznać Joachima, przynajmniej w porównaniu do Bereniki) potrafią być bardzo mocno odklejeni od rzeczywistości. Dodatkowo Joachim był skupiony na swoim zadaniu, co mogło spowodować jego “wpadkę” :P

 

Nad uwagami technicznymi za chwil parę się pochylę. Z tym znakiem zapytania jestem prawie pewien, że napisałem poprawnie, ale jeszcze to sprawdzę :)

 

Bardzo dziękuję za obszerny komentarz i szczegółowe uwagi, dałaś mi dużo do myślenia! Pozdrawiam ;)

 

Ale znowu przeczytałem o jakimś arktycznym powietrzu sunącym nad Polskę i o ryzyku opadów śniegu…

Nie lubię, kiedy w kwietniu pada śnieg, ale pocieszam się, że długo nie poleży i tyle dobrego z tego będzie, że nawilży glebę. A trawa i tak urośnie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Może więc, po refleksji nad tamtymi opiniami, tutaj przegiąłem w drugą stronę? 

 

Nieee… Chyba nie. Nie użyłabym słowa “przegiąć”. Większość ludzi woli akcję od nie-akcji. Jednak w kontekście samego konkursu (i w moim wyobrażeniu o co w nim chodzi) przydałoby się więcej interakcji z ze światem. Uważam, że byłoby lepiej, gdybyś to zrównoważył w tę stronę: więcej terenu wokół, mniej środka, bo w końcu ta biblioteka nie jest osobnym bytem tylko częścią miasta. I jeszcze raz przypomnę, że mówię w odniesieniu do konkursu, ale pewnie jurorzy będą mieli inne zdanie, bo tekst świetny ;)

 

A tutaj usprawiedliwię Joachima przykładem z życia (…)

O kurczę, ale by mnie to wkurzało. Ale wiem, że sama rozmawiam tak samo z tatą o popkulturze. I podoba mi się to usprawiedliwienie i je akceptuję ;)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

I jeszcze raz przypomnę, że mówię w odniesieniu do konkursu, ale pewnie jurorzy będą mieli inne zdanie, bo tekst świetny ;)

No, mimo wszystko cieszę się, że chociaż był niedosyt, jesteś zadowolona z lektury :) A co do jurorów, sam jestem ciekaw, jak podejdą do oceny naszych tekstów.

Ja wiem jak.

Sara wygra :D

Za te grafiki, co je godzinami wybiera :D

Silvan, czy Ty właśnie próbujesz zapracować na dodatkowe punkty od jurorki Sary? xD 

Nie sądzę, aby była tak przekupna ;) Pewnie, jakbym zaproponował jumbojeta albo darmowy kurs: jak nie pisać opowiadań (xD)… Ja tylko sugeruję, że jurorka wpuściła nas w maliny. Zaproponowała konkurs, ktory ona wygra :D

albo darmowy kurs: jak nie pisać opowiadań (xD)

Silvanie, na rany Nazarejczyka, co też najlepszego wygadujesz? :P Podejrzałem, że Twój Wartownik zbiera w większości bardzo przychylne recenzje, więc powątpiewam, czy mógłbyś taki kurs przeprowadzić. Co do Gammy, nie wypowiem się, bo wstyd przyznać, ale zakolejkowane od niepamiętnych czasów, a dalej nieprzeczytane (potrzeba czytania tekstów na Tajemnice, żeby mnie nie zdyskwalifikowali, nie przyspieszy lektury xd). 

Tak czy inaczej, zgadzam się, że Sara z obrazkami robi fajną robotę i że personalizuje te grafiki – zobacz, co wstawiła Shanti :D

 

PS. Właśnie zdałem sobie sprawę, że strasznie nielogiczne jest to, co napisałem. Skoro umiesz pisać, to mógłbyś przeprowadzić kurs, jak nie pisać xd Ech, czwartek rano. 

Poklepmy się jeszcze po żakietach :D

Umiem pisać :D Dość daleko idące wnioski :D

Za to jakie Ty zbierasz recki :D

Do Gammy szczerze zachęcam – w tzw. wolnym czasie. Też mam miliony opowiadań w kolejce. Praca mnie ostatnio nie rozpieszcza czasowo, wiec sam ledwie daję radę z czytaniem Tajemnic…

Ale przynajmniej nie byłem wariatem i zmieściłem się w podstawowym wymiarze znaków xD (choć tekst chyba na tym ucierpiał ;/)

 

Obrazek Sary u Shanti skomentowałem zaraz po wstawieniu :D

 

Byle do piątku ;)

Pięknie poprowadzona narracja, bardzo adekwatna do tej historii! Natomiast sama treść jest typową fantasy, lekko przełamaną przez fizys postaci. Wszystko jest swoim na miejscu, tak jak być powinno, i opisy, i dialogi, i lekki humor, ale ponieważ za fantasy nie przepadam, z większym zainteresowaniem przeczytałam Ziggurat. :-)

 

Powodzenia w konkursie!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cześć, Asylum, bardzom wdzięczny, że wpadłaś i przeczytałaś ;) Cieszę się, że Twoim zdaniem wszystko jest na swoim miejscu – trzymajmy kciuki, żeby jurorzy uznali tak samo! Co do Zigguratu – patrząc na komentarze tu i tam, chyba jesteś w zdecydowanej mniejszości :D 

Pozdrawiam ;)

Zawsze jestem w mniejszości, bo nie przepadam za fantasy. Uważam ją za wtórną. :D

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Joachim i Tyfus brnęli przez miasteczko. Chłopak miał już dość wędrówki

Który chłopak? A może “chłopaki mieli dość wędrówki”?

Później się okazuje, że Tyfus to pies, ale w tym momencie historii czytelnik nie ma takiej wiedzy.

 

Ależ to się dobrze czyta! Napisany w ten sposób chyba dowolny metraż łyknąłbym bez zastanowienia. W dialogach i narracji przemycasz subtelne i celne szpileczki z rodzaju, który bardzo lubię. Postaci wyraziste, choć wiele nawet nienazwanych z imienia, są jacyś. Wspaniałą relację wytworzyłeś między Bereniką a Joachimem, moją faworytką jest również zmarła babka. ;D

Odczuwam niedosyt, że jakości formy nie widać za bardzo w treści. Historia jest okrutnie standardowa i nijak nie zatrzymywała mnie przy lekturze – bardziej czekałem, na kolejny docinek, błyskotliwą wymianę zdań, czy nową, intrygującą postać.

Bardzo podoba mi się motyw zasłony i fakt, że śmierć nie istnieje. Chciałbym poznać więcej tajemnic tego świata. Szkoda, ale może następnym razem?

Cześć, Panie Brightside ;)

 

Później się okazuje, że Tyfus to pies, ale w tym momencie historii czytelnik nie ma takiej wiedzy.

Hej, ale w scenie z Kasprem zaznaczyłem, że młodzieniec szedł razem z psem :P Przyjrzę się temu dokładniej, może faktycznie to nie wybrzmiewa, jak należy.

Serdeczne dzięki za wizytę i pozostawienie śladu. Bardzo mnie cieszy, że spodobali Ci się bohaterowie i ich kwestie dialogowe, i że akurat te “szpileczki” trafiły w Twój gust ;) Szkoda natomiast, że pozostał niedosyt odnośnie fabuły. Trochę mnie Twój komentarz zestresował w kontekście konkursu, może zbyt małą uwagę poświęciłem temu elementowi? :P 

 

Chciałbym poznać więcej tajemnic tego świata. Szkoda, ale może następnym razem?

Myślę, że jest na to spora szansa, ponieważ, podjudzony przez niektórych Czytelników, zacząłem już planować kolejną przygodę medium Joachima i piekielnego psa Tyfusa :P Póki co rozpisałem konspekt i zacząłem skrzętnie notować sobie wszystkie opinie zebrane pod tym tekstem, zwłaszcza te, których autorom czegoś w opowiadaniu zabrakło, żeby pójść ze swoją lichą twórczością do przodu :D 

Bardzo dziękuję za uwagi :) Pozdrawiam!

Bardzo wciągające opowiadanie i porządnie napisane. Dialogi są genialne i dobrze oddają charakter danej postaci. Humor zdecydowanie przypadł mi do gustu, lubię takie klimaty.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Klasyczne fantasy – bohater przybywa do miasteczka i rozwiązuje problem. Dobrze chociaż, że nie mieczem.

Ale otoczka o wiele ciekawsza niż trzon fabularny. Podobały mi się liczne nawiązana literackie.

I bohaterowie dobrze odmalowani.

Mam wrażenie zachwianej kompozycji – tekst rozkręca się wolno (jak dla mnie nieco za wolno, ale to kwestia gustu), a kończy o wiele szybciej. Limit jeszcze nie okaleczył opowiadania, ale już odkształcił.

I humor na plus.

Babska logika rządzi!

Cześć, Alicello ;) Dziękuję za przeczytanie i pozostawienie komentarza! Fajnie, że tyle rzeczy przypadło do gustu. Równocześnie cieszy mnie, że moje toporne wypociny są Twoim pierwszym tekstem skomentowanym na portalu – witamy serdecznie, mam też nadzieję, że niedługo będę mógł przeczytać coś Twojego :D

Siemano, Finkla. Co do zachwianej kompozycji, pewnie masz rację, bo pod koniec zacząłem bardzo mocno czuć na plecach oddech limitu i dotkliwie odczuwałem brak znaków. Dobrze, że przynajmniej nie okaleczył, tylko odkształcił ;) 

Serdecznie pozdrawiam nowe Czytelniczki!

Amoniszcze

Hej!

Super. Świetny tekst, który czytało się bardzo swobodnie. Bardzo podoba mi się motyw medium i demonów, bo sam zacząłem pisać serię opowiadań o łowcach demonów!

Wyraziści bohaterowie i ciekawe opisy.

 

Żeby cię pioruny siarczyste, łogniste

XD krew nagła zaleje

 

Właśnie, nawiązania do popkultury też cudowne!

 

Pozdrawiam :3

 

 

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Cześć, AmonRa,

Przyszedłem chwalić i krytykować. Zaczynając opowiadanie, szczerze mówiąc, myślałem, że przerwę skończę je dopiero jutro. Te opisy są trochę jak kula u nogi opowiadania. Bardzo długa, niepotrzebna ekspozycja, dużo opisów, które ani nie dodawały smaku, ani zapachu miejscu. Takich zapychajek. Wiem, że chciałem dobrze przedstawić miasto, ale czasem “zbyt dobrze” zaczyna męczyć, tak było tutaj. Jeśli chcesz, mogę wskazać, które opisy mi wydawały się za długie, wtedy wrócę i pokażę, jeśli nie zapomnę w natłoku kolejnych tekstów.

Berenika jęknęła jeszcze raz, po czym pobiegła za nim, nie chcąc zostawać bez towarzystwa.

Tutaj przykład pojedynczy rzeczy, która nie dość, ze wszystko przedłużała, to jeszcze nieco psuła samo działanie. Wykreślone zdanie już twardo leży w kontekście, nie ma potrzeby go tutaj wrzucać i bez niego opis raczej brzmi lepiej.

Absolutnie uwielbiam te dialogi, podoba mi się historia i akcja, która zaczęła pędzić, kiedy tylko skończyłeś opisywać miasto oraz zbyt dokładny wygląd postaci. Podobają mi się bohaterowie, różnią się charakterami, zdecydowanie da się ich lubić.

Ogólnie świetna robota, ale nierówna. Początek jest nieco toporny. Samą scenę pierwszą skróciłbym kilku zdań, bo mamy dokładny pokaz bohatera, który nie ma większego znaczenia dla historii. W książę to byłoby całkiem niezłe, podobną scenę widziałem w “Szóstce Wron”, ale dla opowiadania to niezbyt dobry pomysł.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

No to jestem wreszcie, promyczku ;D

Przeczytałam tekst i również opinie poprzedników (choć te, przyznam bez bicia, dość pobieżnie). Czytanie komentarzy ma zresztą tę zaletę, że można zawsze machnąć opinię w stylu “mogłabym podpisać się pod komentarzem X” i po robocie, ale bez obaw, opiszę swoje wrażenia jak należy ;D Wspominam o tym, bo z paroma rzeczami się powtórzę.

Przede wszystkim – widać naprawdę spory postęp od Zigguratu. Tam styl był bardziej, że tak to ujmę, mechaniczny, a tutaj wyczuwa się większą swobodę. Momentami, co prawda, miałam wrażenie, że opisy są takimi punktami na liście do odhaczenia – wchodzimy do miasta, opis; wchodzimy do karczmy, opis; podchodzimy do karczmarki, opis – ale im dalej w las, tym było płynniej pod tym względem.

Warstwa humorystyczna wypadła bardzo fajnie. To kwestia subiektywna, oczywiście, ale ogólnie większość dowcipów mi zagrała i nawet na nieszczęsne 653 dni prychnęłam z rozbawieniem. Choć niektóre nawiązania wydały mi się, szczerze mówiąc, niepotrzebne – nic nie dodawały tekstowi, jak zagadka o czasie rodem z “Hobbita”. W ciotce Hildegardzie, zdaje mi się, widzę nawiązanie do praczetowskiego Podrzynam-Sobie-Gardło Dribble’a ;) Jeśli tak, to też mam trochę ambiwalentne odczucia co do tego. Ale, jak wspominałam, to już zależy od czytelnika, jak podejście do tych nawiązań.

Ktoś wspominał o “znikających” znakach. I tej osobie (nie pamiętam już, kto to był) przyznam rację. 40k znaków, a gdzieś powsiąkały ;) Czytało się dobrze i sprawnie, choć przy takiej długości mam wrażenie, że trochę mało się zadziało, mało świata nam pokazałeś.

Osobiście też nie jestem zbyt zachwycona kreacją Bereniki. O ile z charakterystyki całkiem fajna – pochwalę tu przy okazji, że postacie odróżniają się stylem wypowiedzi, co w jej przypadku było szczególnie widoczne – to z zachowania już mniej. Taka typowa krzycząca panna rodem z filmów z dawnych lat (nie będę strzelać, z których to lat dokładnie, bo pewnie przestrzelę), którą dzielny bohater płci męskiej musi ogarniać ;) A fabularnie bardziej zawadzała niż pomagała. Taka w sumie raczej ozdoba tekstu, niż pełnoprawna postać drugoplanowa. No, ale to już takie moje prywatne widzimisię.

Ogólnie solidny tekst, dobrze skonstruowany, a i z małym haczykiem na koniec. Miła lektura i przyjemnie spędziłam czas :D

BarbarianCataphract, fajnie, że się spodobało i przez tekst przebrnąłeś bez bólu :D Skoro piszesz o łowcach demonów, chyba będę musiał do Ciebie zajrzeć i zobaczyć, co tam wymyśliłeś :)

 

Hej, MaSkrol! Widziałem to tak, że początek miał zarysowywać bohaterów, miejsce akcji, wprowadzać Czytelnika do tajemnicy, która jest głównym wątkiem opowiadania. Starałem się przy tym dbać, żeby opisów zbyt wiele nie było i żeby nimi nie zamęczać, no ale widocznie nie w przypadku wszystkich odbiorców to zadziałało :P Dobrze chociaż, że gdy akcja przyspieszyła, byłeś bardziej usatysfakcjonowany lekturą. Cieszy mnie, że spodobały się dialogi i przypadli do gustu wyraziści bohaterowie.

Bardzo dziękuję za ocenę opowiadania krytycznym okiem :) Uwagi odnośnie opisów i konstrukcji tekstu przydadzą się w przyszłej pracy twórczej (o ile tak można nazwać spisywanie przeze mnie takich łamańców, jak opko powyżej xd). 

 

No i wreszcie Silva, portalowa perełka :D Fajnie, że wpadłaś! Wielka radość i ulga, że przyjemnie spędziłaś czas, bo trochę obawiałem się Twojej opinii!

Mechaniczność opisów, zwłaszcza w początkowym etapie tekstu, może być wynikiem mojego niewielkiego jeszcze doświadczenia, jeśli chodzi o pisanie generalnie ;p Postaram się pomyśleć, co w przyszłości mógłbym zrobić, żeby uniknąć wrażenia “odhaczania punktów z listy”. Dobrze chociaż, że im dalej w tekst, tym sprawa miała się lepiej :D

Fajnie, że humor przypadł do gustu, bo to ważny element opowiadania ;) Co do cioci Hildegardy będącej odniesieniem do pratchettowskiego bohatera – nie zaplanowałem jej w taki sposób, ale faktycznie można dostrzec pewne podobieństwa. Ogólnie humor w moim odczuciu to bardzo subiektywna sprawa i coś, co jednego bawi, w drugim wywoła poczucie zażenowania albo i gorzej :D Dobrze, że w Twoim przypadku zadziałało, jak należy. 

Nie da się ukryć, że Berenika pozostaje trochę stereotypowa, ale na jej usprawiedliwienie można powiedzieć, że nie ona jedna :P Wartownik Kasper, na ten przykład, jako bezmyślny, przekupny goryl również wpisuje się w pewną konwencję. 

Serdeczne dzięki za przeczytanie tekstu i podzielenie się szczegółowymi przemyśleniami na jego temat ;)

 

Pozdrawiam wszystkich,

Amon

 

Pierwsze zdanie dobre, bo od razu zasiewasz ziarenko ciekawości. Cóż gorszego może być od robót w kopalni? Przy okazji budujesz klimat, bo: kopalnie, warta, noc, te słowa działają na wyobraźnię. Obiecują przygodę.

Niestety, dalej marnujesz cały ten potencjał ze szczętem. Bo co mamy jeszcze w tym samym akapicie? Pęcherz, siknąć, ulżyć sobie, mały przyjaciel i popuszczanie w gacie.

 

I ja rozumiem, że fantasy ma swoje prawa, a w życiu prostego człowieka, wartownika zwłaszcza, czynności fizjologiczne pełnią ważną rolę. Ale tak od razu w pierwszym akapicie obuchem przez głowę? Znaj proporcjum mocium panie.

Jakbym miał jeszcze wątpliwości co do natury opowiadania, to w kolejnym akapicie wspominasz o panienkach z Gaffel, umilającym ludziom życie, acz zbyt drogim jak na kiesę naszego bohatera.

 

Pierwszy dialog również pozostawił mi podobne odczucia. Zaczyna się nieźle, z humorem:

– Jeszcze chwila i bym cię zastrzelił. Po co głupio odpowiadasz? – zapytał.

– Bo głupio pytasz – odparł oschle nieznajomy.

I na tym bym poprzestał i przeszedł od razu do rzeczy.

Ty niestety miałeś inną koncepcję. Najpierw to:

– Gdybym był bestią z lasu, nie wdawałbym się z tobą w pogawędki, tylko skoczył ci do gardła.

Zupełnie niepotrzebne tłumaczenie podróżnego tego, co wynika z kontekstu. Co gorsza, rozmywasz wcześniejszą, całkiem niezłą pointę.

 

I jeszcze to:

– Chwilę, chwilę! Odpowiadam za bezpieczeństwo i nie mogę dopuścić…

To znowu nienaturalne. Czy wartownik tak mówi? Czy wartownik się tłumaczy przed podróżnym? Można śmiało sobie darować.

 

Dalej kawałek całkiem niezły, choć trochę zalatywało mi kalką wiedźmina. Przybywa nieznajomy do miasta, brzydki, mało rozmowny, ma zlecenie na potwora…

 

I wtem, gdy chwilowo zapomniałem już o płynach ustrojowych, serwujesz mi „Mleko od byka”.

Przyznam się, że mnie zaintrygowałeś. Przez chwilę zastanawiałem się, czy w Twoim uniwersum byki dają mleko, czy może jednak właściciel kantorka zajmował się inseminacją bydła? Do tej pory o tym myślę. ????

Jest też nieszczęsna „cherbatka”. Nie miałem wątpliwości, że to „ch” zastosowałeś umyślnie, i przez całe opowiadanie czekałem, aż wyjaśnisz mi, skąd ta nazwa, i dlaczego akurat ten jeden jedyny produkt doczekał się ortograficznego wyróżnienia w Twoim uniwersum. Niestety, nie doczekałem się.

 

W karczmie nie pachniało najprzyjemniej, ale za to było ciepło. Jedynymi gośćmi Sprośnej Wszetecznicy okazali się starsi, niechlujnie wyglądający mężczyźni. Z pewnością nie należeli do miejscowego Towarzystwa Literackiego.

Ten fragment pogrubiony początkowo wydał mi się żartem niskich lotów, który można by sobie darować. Natomiast później, gdy już się okazało, że akcja rozgrywać się ma w bibliotece, to zdanie zyskało na znaczeniu. Bo gdyby nasz bohater szukał miejscowych literatów, co by się o bibliotekę rozpytać, to ten fragment jest jak najbardziej na miejscu. Ale wówczas czytelnik powinien dostać dodatkową informację, dlaczego to Towarzystwo Literackie jest istotne.

 

– Do miasta, powiadasz. – Dziewczyna przywołała na twarz drwiący uśmieszek. – Bo mnie się bardziej widzi, że do osranej dziury przyjechałeś. Czego chce?

Pomijając fekalne nawiązania, to zdanie wydaje się nienaturalne. Ludzie zwykle darzą jakimś sentymentem swoje miejsce zamieszkania. Zwłaszcza ludzie prości, którzy innego świata nie widzieli. Nasza Berenika na światowca zaś nie wygląda.

 

–Jestem Berenika. A ty?

To też nienaturalne. Karczmarka najpierw oschła i pogardliwa, aż tu nagle przedstawia się sama z siebie niepytana i chce się zaprzyjaźniać. To też mi skojarzyło się z Wiedźminem, tym razem z nieszczęsnym filmem, gdzie co druga postać przedstawiała się sama z siebie, by widz mógł skojarzyć ją z książki. To jednak nie jest film. Tu masz więcej pola manewru.

 

Tyfus podniósł głowę i zamerdał ogonem, nagle zainteresowany rozwojem wypadków.

Druga część zdania zbędna. Wynika z kontekstu.

 

– Czyli wariat. Normalnie pokój kosztuje koronę, ale specjalnie dla ciebie ze trzy policzę.

Tutaj drobnostka. Odwróciłbym szyk w końcówce. W tym zdaniu istota jest nie to, że policzy, a to, że policzy więcej. Dlatego akcent powinien padać na „trzy” (daj na koniec). Wtedy to zdanie wybrzmi należycie.

 

W całej historii Królestwa

Przydałaby się jakaś konkretniejsza nazwa własna państwa. Brzmi to, jakby zabrakło Ci fantazji.

 

Gargulca oblepiała gruba warstwa ptasich odchodów.

„Oblepiała” sugeruje, że gargulec był osrany ze wszystkich stron. Tymczasem jest grawitacja, więc lepszym słowem byłoby „pokrywała”.

 

– Nie twój interes – burknął chłopak, ruszając dziarskim krokiem w stronę głównej ulicy. Gospodyni powlokła się za nim.

Poprzedniego dnia był dla karczmarki milszy. Skąd ta odmiana? Czyżby był cynikiem i był miły tylko dlatego by dostać pokój? Z fabuły Joachim nie wygląda na cynika.

 

– Dziękuję, promyczku, ale coś lepszego mi dziś do roboty, może trochę później.

Mam?

 

– Nie sądzę. Raczej ktoś, kogo interesuje tajemnica tego miejsca. Mam na imię Joachim.

Nienaturalnie. Skoro się przedstawia, to powinien raczej od imienia zacząć, a nie wspominać je na końcu, jakby przy okazji.

 

– Nie wiem, z jakiej bajki był się urwał, ale najważniejsze, że zapłacił z góry za pokój.

Ładnie stosujesz czas zaprzeszły, ale tylko w jednym miejscu, więc nieco wybija to z rytmu.

 

– Coś ty se myślał, ty głupi, wstrętny… Żeby cię pioruny siarczyste, łogniste… Gdyby mnie dziadunio zobaczył! Nie, nie, nie… nie! – wrzeszczała spanikowana Berenika. – Ja stąd wychodzę!

Nie kupiłem tej Bereniki. Bardzo niespójna jest. Raz odważna, raz lękliwa, raz ma wszystko gdzieś, a tu nagle jednak nie.

Mam wrażenie, że nie jest postacią z krwi i kości, a jedynie marionetką, która robi to, czego akurat potrzebujesz w danym momencie.

 

Berenika jęknęła jeszcze raz, po czym pobiegła za nim, nie chcąc zostawać bez towarzystwa.

Końcówka zbędna. Wynika z kontekstu.

 

– Och, odsuń się – poleciła nagle ostrym głosem Berenika.

Sięgnęła do kokonu i wydobyła spinkę. Z wprawą wsunęła ją w zamek i zaczęła poruszać to w lewo, to w prawo.

Znowu niespójna. Jeszcze przed chwilą się bała demona, a tu nagle sama się do niego pcha i jeszcze drzwi otwiera.

 

– Za dnia szkaradą, w nocy zaś szkaradą

Na pewno tak miało być?

No i dlaczego babka nie została po drugiej stronie, za zasłoną?

 

Podsumowując, opowiadanie nie zachwyciło.

Po pierwsze, jak już wspomniałem, w trakcie lektury kilkukrotnie miałem przed oczami kalki z wiedźmina.

Przyjeżdża do miasteczka człowiek znikąd. Ma zlecenie, którym się nie chwali. Mieszkańcy (patrz wartownik) spozierają na niego koso. Ostatecznie odnajduje nawiedzone miejsce, robi porządek z potworem i odjeżdża. Job done.

Po drugie postaci. O Berenice już wspomniałem. Problem jest też z Kasprem. Poświęcasz cały wstęp by go nam przedstawić, jego zmagania z pęcherzem, i marzenia o pannach z Gaffel, i swoistą antykorupcyjną moralność. Całkiem nieźle budujesz jego postać… po czym okazuje się, że jest on bohaterem trzecioplanowym i na dobrą sprawę w tym opowiadaniu zbędny. Tymczasem o naszym głównym bohaterze, Joachimie, w sumie wiemy niewiele.

Po trzecie dowcip. Widać, że się starasz, czasem nawet jest nieźle, nie mniej humor, ogólnie rzecz biorąc, jak na mój gust jest tu raczej „niskich lotów” (choć bo lekturze komentarzy, mam wrażenie, że czytelnicy tego właśnie chcą, a to ja jestem już starym zgredem). Opierasz go albo na czynnościach fizjologicznych, albo na przerysowanym prostactwie postaci, czasem sytuacyjny, albo na nazwach pisanych z błędem ortograficznym. I w sumie każdy z powyższych chwytów mógłby rzeczywiście bawić, gdyby miał w sobie nieco subtelności i był stosowany z umiarem. U Ciebie tego polotu mi zabrakło.

 

Co to warsztatu, to na duży plus poprawność językowa. Widać, że się przyłożyłeś, dopracowałeś tekst, by nie straszył błędami. Tutaj nie mam zastrzeżeń. Same zdania, rozpatrywane oddzielnie, są zwykle dobrze skonstruowane i nie ma się do czego przyczepić. Jednak jeśli spojrzeć na całe akapity, to trafiały się momenty, że te zdania nie tworzyły spójnej harmonijnej całości. Były jakby bytami odrębnymi. I na tym sugeruję się skupić w przyszłości. Czytaj całe akapity i słuchaj, czy nie ma tam fałszywych nut.

 

Moja ocena: 4.5/6

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Wow, tak wnikliwego komentarza pod opowiadaniem jeszcze chyba nikt mi nie zostawił :P Dzięki, Chrościsko, postaram się ustosunkować do wszystkich poruszonych kwestii, uwag i zarzutów.

 

Pierwsze zdanie dobre, bo od razu zasiewasz ziarenko ciekawości.

Drakaina pod ostatnim opowiadaniem napisała mi, że chciałaby poczuć się zainteresowana od pierwszego zdania, więc uwagę wziąłem do serca :D Miło, że jako tako wyszło. 

 

I ja rozumiem, że fantasy ma swoje prawa, a w życiu prostego człowieka, wartownika zwłaszcza, czynności fizjologiczne pełnią ważną rolę. Ale tak od razu w pierwszym akapicie obuchem przez głowę? Znaj proporcjum mocium panie.

Jakbym miał jeszcze wątpliwości co do natury opowiadania, to w kolejnym akapicie wspominasz o panienkach z Gaffel, umilającym ludziom życie, acz zbyt drogim jak na kiesę naszego bohatera.

Cóż, zamierzałem podkreślić tymi elementami prosty charakter bohatera, aczkolwiek liczyłem się z faktem, że nie każdemu taka forma może przypaść do gustu :P Jeśli wydaje się to zbyt prostackie i wulgarne, to oczywiście przyjmuję zarzut na klatę. Za zasadny uznaję zarzut zbyt mocnego wyeksponowania Kaspra, który nie odgrywa większej roli i faktycznie nie stoi w pierwszym rzędzie, ale chciałem też, by jego oczami Czytelnik poznał bohatera właściwego, czyli Joachima. Pomyślałem również, że Kasper może rozpocząć i skończyć opowiadanie, dodając tu trochę wesołości i spinając wszystko. Rzecz jasna przemknęło mi przez myśl, że może jest tej postaci za dużo, ale wszystko sobie zważyłem i zmierzyłem (dosłownie!) i wyszło mi, że Kaspra wcale nie ma tak wiele, jak na opko o objętości 40k znaków. Podjąłem ryzyko i szkoda, że ten zabieg nie trafił w Twój gust, ale oczywiście rozumiem zarzut i jestem w stanie się z nim zgodzić. Następnym razem bardziej przyłożę się do zastanowienia, których bohaterów należy wyeksponować, a których nie ;)

Uwagi odnośnie rozmowy Joachima z wartownikiem rzuciły, jak dla mnie, nowe światło na sposób, w jaki poprowadziłem dialog, za co dziękuję ;) To cenne spostrzeżenie, które przyda się w przyszłej pracy nad opowiadaniami.

 

Dalej kawałek całkiem niezły, choć trochę zalatywało mi kalką wiedźmina. Przybywa nieznajomy do miasta, brzydki, mało rozmowny, ma zlecenie na potwora…

Byłem świadom, że scena może budzić skojarzenia nie tylko z Wiedźminem, ale również z całą masą innych fantastycznych opowieści, natomiast postarałem się zrobić co w mojej mocy, by Czytelnik nie miał wrażenia powtarzalności oraz poczucia, że motyw wyjąłem z czegoś innego żywcem. Skojarzenie, rzecz jasna, jest uzasadnione i usprawiedliwione ;)

 

Nie kupiłem tej Bereniki. Bardzo niespójna jest. Raz odważna, raz lękliwa, raz ma wszystko gdzieś, a tu nagle jednak nie.

Mam wrażenie, że nie jest postacią z krwi i kości, a jedynie marionetką, która robi to, czego akurat potrzebujesz w danym momencie.

Kurczę, tutaj trudno mi się zgodzić i odczuwam potrzebę, by bronić Bereniki jak lew :D Uważam, że jej strach w bibliotece, gdy dowiaduje się o demonie, jest jak najbardziej uzasadniony. Nie pisałem o tym wprost, bo byłby to jeden wielki infodump, ale sądzę, że Czytelnik ma narzędzia, by domyślić się, że demon to coś, z czym zdaniem prostych mieszkańców Svartkorp nie warto mieć do czynienia. Dodatkowo wiedza o takich sprawach, podobnie jak o profesji Joachima, jest dość znikoma (możemy to wywnioskować z rozmów Joachima i Bereniki). W moim przekonaniu uzasadniało to lęk Bereniki w bibliotece, podczas gdy w znanym otoczeniu (karczma) była pewna siebie, umiała postawić na swoim.

Akcja ze spinką faktycznie może wywoływać WTF u odbiorcy, ale może trochę Berenikę tłumaczy fakt, że chciała, by Joachim jak najszybciej dokończył robotę i mogliby wyjść z nieprzyjemnego miejsca? Kulawe chyba trochę :P

Nie wykluczam, że nabiorę nowego spojrzenia na sprawę, gdy zdążę już trochę zapomnieć o tekście i wrócę do niego oraz Twoich uwag ;)

 

 Po trzecie dowcip. Widać, że się starasz, czasem nawet jest nieźle, nie mniej humor, ogólnie rzecz biorąc, jak na mój gust jest tu raczej „niskich lotów” (choć bo lekturze komentarzy, mam wrażenie, że czytelnicy tego właśnie chcą, a to ja jestem już starym zgredem). Opierasz go albo na czynnościach fizjologicznych, albo na przerysowanym prostactwie postaci, czasem sytuacyjny, albo na nazwach pisanych z błędem ortograficznym. I w sumie każdy z powyższych chwytów mógłby rzeczywiście bawić, gdyby miał w sobie nieco subtelności i był stosowany z umiarem. U Ciebie tego polotu mi zabrakło.

Humor, jak pisałem z Silvą wyżej, jest rzeczą całkowicie subiektywną i nikogo nie mogę rozśmieszać na silę :P Trochę zabolało, fakt, bo bardzo starałem się, żeby było nienachalnie i bez prostactwa. Wspomniane czynności fizjologiczne pojawiają się w dialogach i przemyśleniach bohaterów ze trzy czy cztery razy w tekście i ani razu nie umieściłem ich z zamiarem rozbawienia Czytelnika. 

No, ale coś, co jednego śmieszy, drugiego nie musi. Jak widać po komentarzach, zdania na temat żartów w opowiadaniu są podzielone :) 

 

– Za dnia szkaradą, w nocy zaś szkaradą

Na pewno tak miało być?

Dokładnie tak miało być :P To absolutnie celowe nawiązanie. 

 

Co to warsztatu, to na duży plus poprawność językowa. Widać, że się przyłożyłeś, dopracowałeś tekst, by nie straszył błędami.

Dziękuję. Zdaje się, że to nie tylko moja zasługa, ale też wspaniałych betujących, którzy celnie punktowali te usterki, których ja nie widziałem ;)

 

Jednak jeśli spojrzeć na całe akapity, to trafiały się momenty, że te zdania nie tworzyły spójnej harmonijnej całości. Były jakby bytami odrębnymi. I na tym sugeruję się skupić w przyszłości. Czytaj całe akapity i słuchaj, czy nie ma tam fałszywych nut.

Nie jestem pewny, czy dobrze rozumiem, co masz na myśli, ale wezmę uwagę do serca i postaram się wnikliwiej analizować napisane przez siebie teksty w przyszłości. 

 

Moja ocena:

Ocena: 4.5/6

Dzięki, to o jakieś 3,5 więcej, niż się spodziewałem xD Ocena jest (chyba) całkiem niezła, zwłaszcza dla mnie, człowieka, który 3 miesiące temu napisał i opublikował coś po raz pierwszy.

 

Bardzo dziękuję za poświęcony czas, merytoryczną krytykę i bardzo wnikliwe uwagi. Myślę, że wszystkie przysłużą się dalszej twórczości, chociaż pewnie nie każdą z sugestii jestem w stanie należycie przyjąć tak od razu, na gorąco :D Nad drobniejszymi uwagami pochylę się już po zamknięciu konkursu przez CMa i Sarę, ponieważ nie dotyczą jedynie literówek czy zaginionych przecinków.

 

Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz dziękuję ;) 

Amon

Amonie, cieszę się, że znalazłeś moje uwagi przydatnymi.

Jeszcze odniosę się do kilku zdań Twojej polemiki.

Cóż, zamierzałem podkreślić tymi elementami prosty charakter bohatera, aczkolwiek liczyłem się z faktem, że nie każdemu taka forma może przypaść do gustu :P Jeśli wydaje się to zbyt prostackie i wulgarne, to oczywiście przyjmuję zarzut na klatę.

Prostactwo i wulgaryzmy też mogą bawić. To nie one same w sobie są problemem, a ich nadmierne nagromadzenie w jednym miejscu i to na samym początku.

Jak już obrośniesz w piórka i zaczniesz słać swoje teksty w świat szeroki, okaże się, że możesz napisać świetną powieść na 500k, ale przepadnie ona w mrokach zapomnienia tylko dlatego, że pierwsze zdanie / pierwszy akapit / pierwsza strona nie przypadła redaktorowi do gustu i dalej już nie czytał.

Dlatego też ten początek jest taki ważny.

Jeśli zaś stosujesz środki nieco kontrowersyjne, patrz wulgaryzmy/prostactwo/obrzydliwość/szok…,

to musisz być dwa razy ostrożniejszy, bo im większa kontrowersja, tym granica cieńsza.

Tutaj w mojej opinii wcale nie musiałeś rezygnować z przyjętej konwencji, wystarczyło te wulgaryzmy rozłożyć nieco w czasie i przestrzeni, tak by, podobnie jak Kasper, nie wchodziły od razu na pierwszy plan.

Pomyślałem również, że Kasper może rozpocząć i skończyć opowiadanie, dodając tu trochę wesołości i spinając wszystko.

Taka klamra nie jest zła. Pamiętaj jednak, że zwykle pierwsza postać na kartach książki jest tą, z którą czytelnik się najbardziej utożsamia. Jest kandydatem na głównego bohatera. Jeśli więc decydujesz się na taką klamrę, niechaj ona ma swoją wagę.

Kurczę, tutaj trudno mi się zgodzić i odczuwam potrzebę, by bronić Bereniki jak lew :D Uważam, że jej strach w bibliotece, gdy dowiaduje się o demonie, jest jak najbardziej uzasadniony.

Gdyby to było pojedyncze zdarzenie, mógłbym przymknąć oko. Zauważ jednak, że dzień wcześniej ostrzegała Joachima, by nie szedł do biblioteki, bo tam Licho grasuje. Ewidentnie bała się tego Licha. Po cóż więc tam lazła?

Jeszcze gdybyś jej dał cechę charakteru, która takie działanie uzasadnia, np. chorobliwą ciekawość, to również dałoby się ją wybronić, ale nie dałeś jej. Albo nie uwypukliłeś należycie.

Wspomniane czynności fizjologiczne pojawiają się w dialogach i przemyśleniach bohaterów ze trzy czy cztery razy w tekście i ani razu nie umieściłem ich z zamiarem rozbawienia Czytelnika. 

Jak wyżej. Nie jest problemem fizjologia. Problemem jest to, że zamiast zostać na drugim planie, wychodzi miejscami na pierwszy.

Nie jestem pewny, czy dobrze rozumiem, co masz na myśli, ale wezmę uwagę do serca i postaram się wnikliwiej analizować napisane przez siebie teksty w przyszłości. 

Zauważyłeś pewnie, że są teksty, które czyta się lekko, a są teksty toporne. Lekkość często wynika z tego, że każde kolejne zdanie ma właściwą długość, że nie ma w nim niepotrzebnych słów, że tekst ma rytm, że sąsiednie zdania nie mają bliźniaczej konstrukcji. Jak napiszesz kilka długich zdań pod rząd, będzie ciężko. Jak napiszesz kilka krótkich, będzie tekst rwany i niespójny. Sekret w tym, by dobrać proporcje tych zdań tak, by czytało się optymalnie.

Nauczysz się z czasem to wyczuwać. Czytaj najlepszych, a samo wejdzie Ci w krew.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Dziękuję za doprecyzowanie ;) Wszystkie praktycznie elementy, o których piszesz, to kwestia umiejętnego ich wyważenia oraz wiedzy, co i kiedy “wyciągnąć z rękawa”. Niby człowiek instynktownie to czuje, ale być może faktycznie brakuje mi jeszcze tak wielkiego polotu? ;) No, tak czy inaczej, dałeś mi dużo do myślenia i mam nadzieję, że wyciągnę z tych sugestii jakieś wnioski – przy najbliższym opowiadaniu, albo przynajmniej przy którymś z kolei, bo jednak nic nie przychodzi od razu :P

Miłego wieczoru! Dzięki jeszcze raz za ogrom uwag ;)

Bardzo sprawnie napisane opowiadanie, czytałem z prawdziwą przyjemnością. Fabuła przywodzi na myśl pobocznego questa z jakiegoś RPG, ale czy to wada? Akcja jest wartka, postacie dają się lubić, rzekome licho grasujące po bibliotece intryguje. 

Mogę się przyczepić do wstępu, a konkretnie do dość rozwlekłej ekspozycji Kaspera. Nie miałbym przeciwko tej ekspozycji zastrzeżeń, gdyby młodzieniec odegrał jakąś istotniejszą rolę w fabule. Czekałem na jego powrót i odrobinę mnie on rozczarował, ale inne, liczne zalety Twojego tekstu przykrywają ten mankament. 

Żeby cię pioruny siarczyste, łogniste

Bez przesady, oni tylko byli na pięć-dziesiątleciu!

Bez przesady, oni tylko byli na pięć-dziesiątleciu!

Ja byłem, ja wiem, gdzie byli, co robili, ja im dam pinćdzisienciolecie, ja im wszystko dam :P

 

Adamie, dobrze słyszeć, że odnalazłeś w opowiadaniu tyle fajnych elementów i czytałeś z przyjemnością :) Co do rozwlekłej ekspozycji Kaspra i jego rozczarowującego comebacku, Chrościsko dał mi już feedback na ten temat i widzę, że nie tylko jemu ten pomysł nie pasował. Dzięki za uwagę, na przyszłość będę wiedział, żeby tak nie szaleć. 

Miłego wieczoru ;)

Amon(iak)

Cześć!

 

Mroczne fantasy na takim lekkim kacu. I ta rozbiegówka z wartownikiem. Opowiadanie z dużą dawka humoru, ale tworzące zgrabną całość z motywem demonicznym imho. Bohaterka i motyw z babcią przednie. Nazwa gospody, ruty kuflem, herbatka. Taka trochę rodzina Adamsów.

Jak na misternie budowany nastrój grozy w końcówce, to się to trochę zbyt łatwo i szybko skończyło, zabrakło jakiś zmagań, zwrotów. Łatwo sobie z tą grozą z biblioteki poradzili.

Bardzo zgrabnie napisane, czytało się bez zgrzytów. Tekst wciągał, choć nie jestem wielkim fanem takiego humoru, ale tutaj czytałem z przyjemnością.

Z rzeczy, które jakoś mi tu nie podeszły, to tytuł, który zwraca uwagę (przynajmniej moją) użyciem imienia “Lucyfer” wraz ze słowem “święty”, a na którym niewiele więcej budujesz. Ja przynajmniej tak to odbieram, jako taki trochę zabieg reklamowy, “uwagozwracacz”, bo zastanawiałem się czytając, jak ten motyw wykorzystasz, a chyba tego nie zrobiłeś. Albo ja nie złapałem.

Ale tekścik zacny.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć, krarze85! (czy można Twój nick tak odmieniać? :P)

Jak miło czyta się takie komentarze. Szczególnie przypadło mi do gustu określenie mroczne fantasy na lekkim kacu, bo to chyba najlepiej oddaje zamiar, z jakim przystąpiłem do tworzenia tekstu. Fajnie, że tak to odebrałeś. 

Z walki z demonem oczywiście dałoby się wycisnąć więcej, oddać więcej grozy i starać się wzbudzić poczucie niepokoju, ale gonił limit :( Gdybym miał chociaż 5k więcej znaków… Postaram się ten niedosyt uzupełnić tekstem na konkurs niejakiej Silvy (tak, wiem, że są też inni jurorzy xd), więc w razie wystąpienia chęci i wolnego czasu serdecznie zapraszam :)

Geneza nazwy Biblioteki jest następująca: przede wszystkim potrzebowałem nazwy dla miejsca, w którym rozgrywają się wydarzenia, a nie chciałem, żeby było bezimienne, zwyczajne i nudne. Wymyśliłem więc tą rozbudowaną aluzję historyczną do św. Wojciecha umieszczoną w tekście w nadziei na to, że dostatecznie mocno wytłumaczy zasadność tego zabiegu :P Dodatkowo pomyślałem, że święty Lucyfer, niosący kaganek oświaty – samemu nie mając z oświatą wiele wspólnego, jako fanatyczny misjonarz – będzie bardzo dobrym patronem biblioteki w mieście, którego mieszkańcy do zbyt wykształconych nie należą. Ufam, że taki obraz rzeczywiście wyłania się z opowiadania :D No i nie ukrywam także, że tytuł jest klikalny i liczyłem na rzesze Czytelników chcących dowiedzieć się, o co chodzi ze świętym Lucyferem xd Nie mogłem też zatytułować opka “Demon w Bibliotece” lub podobnie, bo zdradziłbym finał historii.

Bardzo, bardzo dziękuję za przeczytanie opowiadania i rozbudowaną opinię ;)

Z pozdrowieniami,

Amon 

na konkurs niejakiej Silvy (tak, wiem, że są też inni jurorzy xd)

…oto, jak się traci 20 punktów, nie opublikowawszy nawet tekstu xD 

Pozdrawiam Cię serdecznie, Mortecjuszu :D

Jest przecież łatwy skrót – DBZ :D

Przeczytane. 

Doceniam humor, doceniam narrację, doceniam fajną parę głównych bohaterów i doskonale rozumiem, czemu zebrało się tyle piórkowych głosów. Mnie jednak ciut zmęczyło, chyba dlatego, że takich typowych fantasy już się w życiu naczytałem, przez co oczekuję jakiegoś udziwnienia. Ten Licyfer na początku kusił, ale dostałem coś innego niż to, na co liczyłem. 

Niemniej jednak fajne opowiadanie. :) 

Siema Geki, dzięki za wizytę ;) Szkoda, że zmęczyło, ale dobrze rozumiem powody, dla których się tak stało! Równocześnie jestem wdzięczny za wskazanie tych elementów opowiadania, które mimo wszystko przypadły do gustu. 

 

doskonale rozumiem, czemu zebrało się tyle piórkowych głosów.

Przy tej okazji chciałem podziękować wszystkim, którzy do piórka zgłosili (bo wcześniej nie podziękowałem, shame on me) ;) Nie wiem, czy to czytacie, ale chciałem dać znać, że bardzo, bardzo, bardzo mi miło i czuję się szalenie wyróżniony, chociaż ja sam w ogóle o piórku nie myślałem. Po odbiór voucherów na słoneczną pogodę zapraszam prywatnie ;)

 

Witaj, potężny Amonie Ra! Padam na kolana porażony Twym boskim majestatem. Niechaj skromny lud Egiptu sławi Twe imię po wsze czasy.

Przybywasz do nas z „Niefortunnymi wypadkami w Bibliotece imienia świętego Lucyfera”, opowiadaniem humorystycznym o tytule tak długim, że żaden śmiertelnik nie zdoła go zapamiętać. Chylę czoła prze Twą kreatywnością niewyczerpalną niczym wody Nilu.

Prezentujesz nam lekką opowieść okraszoną dawką ciut rubasznego humoru, który Twa nieskończona mądrość słusznie uznała za najbardziej adekwatny i dopasowany do tego tekstu. Przyznaję, o potężny, że nie zawiodło Cię wyczucie i zazwyczaj trafnie oceniałeś momenty, w których warto wprowadzić humorystyczne wstawki i akcenty.

Pozwól mi zauważyć, wielki Amonie, że humor w Twym opowiadaniu jest nienachalny, a choć owa krzta rubaszności najpewniej nie zjedna Ci wszystkich, nie przejmuj się tym. W każdym świecie znajdą się bowiem barbarzyńcy i heretycy, którzy nie poznają się na humorze egipskiego bóstwa. Oszczędź ich jednak, o świątynio dobrotliwości, albowiem błądzą owi nieszczęśnicy, a kapryśność drugim ich imieniem. Okaż zatem łaskę i miej na uwadze, że niewątpliwie warstwa humorystyczna, choć ciut skąpa, jeśli chodzi o różnorodność, uprzyjemnia lekturę i jest zaletą opowiadania.

Pozwól teraz, panie niewidzialnego wiatru, przejść mnie, skromnemu jurorowi, do samej historii i oddać się rozmyślaniom nad boską fabułą.

Oto przedstawiasz nam, niegodnym Twej łaski, historię dobrze dopasowaną do lekkiej humorystycznej formy. Nie szarżujesz ze złożonością fabuły, lecz dbasz w swej roztropności, by uzupełniała się ona z humorem.

Opowieść prowadzisz z lekkością i swobodą, których inne bóstwa z pewnością Ci zazdroszczą. Jest w niej sporo luzu, który pozwala nam, pokornym czytelnikom, patrzeć z przymrużeniem oka na bieg zdarzeń i losy bohaterów. Niektóre sceny wyglądają na przerysowane, tak, by czytelnik mógł nabrać dystansu do opowieści i odpowiednio dobrać oczekiwania do tekstu – wszak nie ma uniwersalnego wzoru na opowiadanie i to, co mogłoby razić w tekście poważnym, tutaj wydaje się być odpowiednio dopasowane.

Fabuła wygląda na nieskomplikowaną, lecz nie wpadaj w gniew, o sprawco urodzaju i wybacz tak prymitywne i niegodne słowa w odniesieniu do Twej twórczości. Ty oto bowiem zechciałeś w swej łaskawości rozpromienić nasze twarze uśmiechami, kiedy inni, ponurzy szubrawcy, gnębili nas smutkiem i melancholią. Rozumiałeś przy tym, że opowiadanie humorystyczne rządzi się swoimi prawami i by humor z fabułą umiejętnie pożenić, należy czasem historię uprościć, co w lekkich opowiadaniach jest wybaczalne (o ile naturalnie rzeczywiście bawią).

Nie trać jednak koncentracji, o najpotężniejszy z wielkich, i niech Twe czujne oko wejrzy w głąb opowieści. Czai się tam bowiem, głęboko między akapitami, wichrzyciel podstępny, a tak straszny, że lękają się go i najmężniejsi z czytelników. Owa poczwara przebrzydła zwie się zaś sztampą pomniejszą.

Ona to w swej niegodziwości skupia uwagę na nagromadzeniu elementów schematycznych i wałkowanych w literaturze po stokroć. To przez jej knowania parszywe przerabiamy po raz enty scenę z wartownikiem, wizytę w oberży – która w świecie śmiertelnych stała się dla czytelników tym, czym Kevin dla fanów telewizji – i trapiącym mieszkańców ukrytym straszydłem. A choć szczypta sztampy potrafi doprawić każdą opowieść, w takim nagromadzeniu zaczyna ona znaczyć już tyle, co dwadzieścia łyżeczek cukru w herbacie.

Za słaba jest owa żmija podstępna, by odebrać przyjemność z lektury, lecz ujmuje ona nieco blasku twórczości wielkiego Amona Ra. Nie znaj zatem litości, o sprawiedliwy, i ześlij na nią plagę okrutnych szarańczy, by już nigdy więcej nie knuła pod Twymi opowieściami.

Gdy zaś wymierzysz sprawiedliwość owej żmii parszywej, zajmij się, o wszechwładny, drugim podstępnym padalcem, co zwie się pretekstowa fabuła i podgryza spójność biegu zdarzeń.

To przez jej działania zdradzieckie motywy bohatera i powód wyprawy stają się tak tajemnicze, że aż balansują na granicy zrozumiałości, zaś Berenika wyrusza wraz z bohaterem niemal wyłącznie „bo tak”. I mimo że lekkość opowieści nieco ową „pretekstowość” fabuły rozmywa, a grzeszki jej skutecznie umniejsza, nie lituj się nad ową kanalią, lecz zamień ją w kamień i wyrzuć do Nilu, by już nigdy nie trafiła przed Twe boskie oblicze.

Kiedy to uczynisz, zechciej, proszę, wysłuchać mych błagań i ubij ostatniego z gadów, co zwie się niewykorzystany potencjał. On to, niby diabeł wcielony, podkusił Cię zapewne, by tak słabo zbudować motyw działań Jorga, którego wina zostaje wykryta tak nagle i niespodziewanie, że przypomina słynne zdejmowanie masek w Scooby-Doo!

Rzuć zatem, o promieniu nadziei nieustającej, gadzinę ową na pożarcie krokodylom, by już nigdy nie ograniczała potencjału bohaterów i sytuacji, jak to miało miejsce w przypadku Jorga.

Uczyniwszy to, wielki Amonie, sprawisz, że fabuła w Twej opowieści rozbłyśnie pełnym blaskiem, a uwaga nas, śmiertelnych, skupi się już wyłącznie na pozytywnych elementach fabuły, których przecież nie brakuje: od wstawek humorystycznych, przez ogrywanie znanych motywów (które, odpowiednio ograniczone, może być zaletą tekstu), aż po kreatywne, zabawne rozwiązania, jak choćby łatanie dziury w zasłonie.

Przybywasz do nas, o chlubo Egiptu, z opowieścią o Svartkorp, osobliwym królestwie, o którym nigdy nie słyszał nawet Twój wierny lud. Opowiadasz o nim językiem prostym, bez silenia się na wielkie fajerwerki pokroju efektownych metafor czy wyszukanych, nieoczywistych porównań i innych dyrdymałów, po które sięgają niektórzy śmiertelni weną tchnięci, by choć na chwilę zbliżyć się do poziomu majestatyczności i wykwintu znanego jedynie bóstwom Twego pokroju.

W Twych słowach, pozornie nie nazbyt efektownych, znajdujemy jednak solidność najlepszych budowniczych piramid. Opisy są obrazowe, świat widoczny i namacalny, a „dobrze znane” miesza się z „niekonwencjonalnym”. Owo „znane” zostaje nam podane z odpowiednią dawką humoru, zaś „niekonwencjonalne”, przedstawiane przy pomocy wspomnianych już wyważonych opisów.

I choć obrazy owe wydają się być dość niepozorne, jeśli chodzi o rozmach w kreowaniu świata, to jednak bez wątpienia są zaletą Twej boskiej opowieści.

Wraz ze światem, o promyku silvowy, prezentujesz nam i jego mieszkańców – kilkoro bohaterów o określonej charakterystyce i różnym stopniu przerysowania. W swej rozwadze i konsekwencji nie szczędzisz im cech, które dobrze wpisują się w humorystyczny wydźwięk opowiadania.

Berenika, choć ciut sztampowa, ma ładnie zarysowany wizerunek typowej zaradnej dziewuchy. Bohaterowie drugoplanowi, choć nie dosięgnął ich zaszczyt szczególnie aktywnej budowy opowieści, potrafią zwrócić na siebie uwagę czy to sprzeczkami w oberży, czy wyjątkową bez wątpienia „cherbatką”.

A jednak, wielki Amonie Ra, wydaje się, iż główny bohater zląkł się Twojego blasku i zapewne z szacunku dla boskiego majestatu, pozostał trochę w cieniu, sprawiając wrażenie nieco „niedookreślonego” charakterologicznie.

Ześlij na niego, o światłości bezustanna, łaskę odwagi, by następnym razem ujawnił pełnię swego charakteru i miał szansę mocniej, poprzez postawę i zachowanie, zapaść czytelnikom w pamięć. Bohater ów zdradza w tym opowiadaniu wiele interesujących cech, które lepiej podkreślone, mogły podnieść wartość jego wartość jako koła zamachowego opowieści. Niechaj będzie mu dane skorzystać w przyszłości z tych cech w pełni, ku chwale swojego bóstwa.

Opowiedziałeś nam przyjemną historię, o źródło łaskawości, z ładnym kawałkiem świata, naprawdę niezłą warstwą humorystyczną oraz kilkoma ciekawymi smaczkami fabularnymi. Parszywy świat śmiertelnych pełen jest też jednak literackich barbarzyńców i wichrzycieli. A chociaż żaden z nich nie zdołał zatruć Twojej opowieści, zdarzało się nam trafić na ślady ich czarnych zębisk. Nie trwóż się jednak, ale ześlij swój gniew na owe przebiegłe kanalie, aby sczezły zapomniane pośród piasków pustyni, a następne historie były jeszcze lepsze.

Przybyłeś do nas z interesującą historią, wielki Amonie Ra. To zaszczyt gościć w naszym skromnym konkursie tak potężne egipskie bóstwo.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

(Muzyczna część mojej odpowiedzi na komentarz jurorski.)

 

O śmiertelny jurorze, za tę wypowiedź niechaj cały Twój ród rośnie w sile i zdrowiu, niech obserwuje, jak Wasze pola dają szczodre plony, a stada mnożą się po stokroć. Obyś, śmiertelny, wraz ze wszystkimi, których w krainie żywych zwykłeś nazywać bliskimi, uniknął głodu straszliwego Ammata. Niech spłynie na Ciebie łaska Ra, a każda rozgrywka w senet okaże się pomyślną. 

Chwała Ci na wszystkie wieki, śmiertelny, za wskazanie elementów boskiej opowieści, które na pochwałę słusznie zasłużyły. Przenikliwe jest Twoje oko, uformowane niechybnie na boskie podobieństwo przez Ptaha, co pozwoliło Ci przejrzeć podłe zamiary demonów. Ich wpływu bowiem nawet bogowie uniknąć nie mogą. Niech spokój spłynie jednak na Twojego udręczonego ducha i wypełni go łagodnością, albowiem nie ma wrogów, których potęga starożytnego Egiptu nie potrafiłaby obrócić w popiół. Tak, jak każdego poranka i wieczora pokonuję Apofisa, rozlewając krew wężowego demona na nieboskłonie, tak i wspomniane gadziny prędzej czy później moje boskie oko chwalebnie w pył zetrze. 

Boski humor nie wszystkim przypaść do gustu może, albowiem tylko niektórzy śmiertelni dostąpili łaski Zrozumienia. W swojej łaskawości postanowiłem, że Słońce nie przestanie z tego powodu świecić. 

Bądź pozdrowiony po tysiąckroć, o śmiertelny jurorze CMie. Twój komentarz wielce zadowolił boga i dał mu dużo do myślenia.

 

(CM, naprawdę świetna robota. Jeśli jeszcze miałem jakieś wątpliwości, czy warto uczestniczyć w konkursach, Twój komentarz ostatecznie je pogrzebał :) Masa cennego feedbacku, za który dziękuję, a podobną rzecz mogłaby powiedzieć pewnie większość uczestników. Sprawna organizacja, dobra atmosfera konkursu, premiowanie aktywności pod opowiadaniami innych osób – coś wspaniałego.)

Podobało mi się. Czyta się całkiem przyjemnie, nie zawieszałam się po drodze. Przeczytałam już jakiś czas temu, a wciąż pamiętam. Uśmiechnęło mi się parę razy przy lekturze. Generalnie zadowolona jestem i gdybaś potrzebował klika, dałabym z przyjemnością. Jeśli chodzi o piórko, to powiedziałabym, że jest blisko, coraz bliżej, ale jeszcze nie tym razem.

Po pierwsze bohaterowie. Fajnie przedstawiłeś Kaspra, ale później okazało się, że z punktu widzenia fabuły jest on najmniej ważną postacią, a najlepiej przedstawioną. Berenika Ci się trochę majta pomiędzy lękiem a odwagą. Domyślam się, że polazła za bohaterem z czystej ciekawości, ale przecież on nie był pierwszy, więc dlaczego akurat za nim? I skąd, po tych wszystkich wrzaskach, wzięła jej się zimna krew, potrzebna do otwarcia drzwi. Toż diabli wiedzą, co za nimi było. Mogło się wściec i nie czakać, aż otworzy, tylko zaatakować. Dwa razy bym się zastanowiła, nim bym do tych drzwi podeszła. Natomiast Joachim, teoretycznie główny bohater, jest przedstawiony najsłabiej. Pojawia się, robi swoje i znika, właściwie bez wyjaśnienia kim jest i po co to robi i tak się zastanawiam, czy Tyfus to zwykły pies. Nie wspomnę już o tym, że właściwie pokpił sprawę, bo babcia się wydostała ;)

Patronem biblioteki na pewno przyciągnąłeś czytelników, ale mam wrażenie, że go nie wykorzystłeś. Jest wzmianka kim był święty Lucyfer, ale do fabuły postać patrona ma się nijak. Mogłeś go powiązać jakoś z towarzystwem, które reprezentował Joachim i które też pojawia się bez większego wprowadzenia. Chłopak jest medium, ale co to znaczy w tym konkretnym świecie?

Reasumując, choć czytało się dobrze i rozumiem liczne nominacje, to IMO to do piórka Twojej opowieści jeszcze trochę brakuje.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Bardzo przyjemne, płynne opowiadanie.

Trochę chciałem ponarzekać na niepotrzebną scenę wprowadzającą, uratowałeś się powrotem Kaspra w finale, ale tylko uratowałeś – mogłoby go nie być. Fajna kreacja Bereniki, gorzej z samym Joachimem – jakiś taki przezroczysty. Humor różny, ale, jak dla mnie, nieprzekraczający granic dobrego smaku; za scenę z Tyfusem (nawiązanie do Tyfona?) pijącym gorzałkę masz u mnie dodatkowy punkt. Fabularnie płynnie, bez potknięć, choć rozczarowany jestem sposobem rozwiązania questa – nie lubię, kiedy nikomu się nie udaje, przychodzi super bohater i sobie radzi, bo jest po prostu super (nawet jeśli polega to na użyciu super brytana).

Redukowałbym nawiązania – fajnie wychodzą, jeśli są spójne, z jednego kręgu tematyczngo, u Ciebie jest “Shrek”, “Harry Potter”, “Hobbit” nurzane w Pratchetcie, do tego praska defenestracja, i “Ghostbusters”.

Technicznie – odniosłem wrażenie, że bardzo uważałeś, żeby ani nie pomylić, ani nie powtórzyć podmiotów w kolejnych zdaniach, co zaowocowało nadużywaniem drętwych synonimów w rodzaju „mężczyzna”, „chłopiec”. Można tego uniknąć, trzymając się w obrębie akapitu jednego podmiotu, np. tutaj:

Za conocne stróżowanie mężczyzna dostawał kilka nędznych miedziaków. Przyjaciel powiedział mu kiedyś o panienkach w Gaffel, które za odpowiednią sumę potrafiły naprawdę umilić człowiekowi życie. Wartownik wszystko policzył i wyszło mu, że aby skorzystać z takiej rozrywki, musiałby nie jeść przez cztery miesiące.

Rozpoczęcie drugiego zdania od „Słyszał od przyjaciela, że…” pozwoliłoby uniknąć w trzecim „wartownika”.

Hejka. Przeczytałam dość dawno, czytało się dobrze, ale jakkolwiek pierwsze zdanie rzeczywiście jest całkiem całkiem, a całość przyjemna, to jednak czegoś tu brakuje do piórkowego TAK-a. Jest to sympatyczna literatura rozrywkowa, napisana gładko, lepiej chyba wychodząca, kiedy człowiek przygląda się szczegółom niż jako całość. Lepsze są epizody niż cała fabuła, inaczej mówiąc, bo ta ostatnia dość miałka jest i stoi głównie narracją i przegadywaniem się bohaterów.

Zapewne z przyjemnością czytałabym teksty z takiego uniwersum fantasy, aczkolwiek Zasłona przywołuje trochę skojarzeń, od Harry’ego Pottera poczynając… Niemniej jest tu potencjał na serię opowiadań, które przeczyta się miło i bezboleśnie.

http://altronapoleone.home.blog

Serdecznie pozdrawiam nowych Czytelników :D Człowiek na chwilę zniknie z portalu, a tu tyle nowych komentarzy, wow! 

 

Irko,

 

Czyta się całkiem przyjemnie, nie zawieszałam się po drodze. Przeczytałam już jakiś czas temu, a wciąż pamiętam.

To wspaniała wiadomość :D Uważam, że wyznacznikiem dobrego opowiadania jest jego zdolność do zapadania w pamięć i cieszy mnie niesamowicie fakt, że w Twoim wypadku mój tekst dał radę.

 

Fajnie przedstawiłeś Kaspra, ale później okazało się, że z punktu widzenia fabuły jest on najmniej ważną postacią, a najlepiej przedstawioną. Berenika Ci się trochę majta pomiędzy lękiem a odwagą. Domyślam się, że polazła za bohaterem z czystej ciekawości, ale przecież on nie był pierwszy, więc dlaczego akurat za nim? I skąd, po tych wszystkich wrzaskach, wzięła jej się zimna krew, potrzebna do otwarcia drzwi. Toż diabli wiedzą, co za nimi było. Mogło się wściec i nie czakać, aż otworzy, tylko zaatakować. Dwa razy bym się zastanowiła, nim bym do tych drzwi podeszła. Natomiast Joachim, teoretycznie główny bohater, jest przedstawiony najsłabiej.

Cóż, w momencie ukończenia opowiadania sądziłem, że wszystko jest spójne, decyzje bohaterów logiczne i że udało mi się całkiem nieźle oddać charakter wszystkich postaci, ale wypowiedzi niektórych spośród Czytelników rzuciły na tę sprawę nowe światło i skłoniły mnie do przemyśleń. Problem jest zwłaszcza z Joachimem, czyli głównym bohaterem. Starałem się wprawdzie zasygnalizować jakieś jego cechy charakteru i dać znać, jaką może być osobą, ale kilka osób doniosło już, że mimo to Joachim gdzieś niknie i jest przyćmiony przez inne postaci. Czy to dlatego, że inni bohaterowie są tak groteskowi i charakterystyczni? A może powinienem mocniej zaakcentować samego Joachima? Pomyślę nad tym i zobaczymy, co z tego wyjdzie w kolejnym opowiadaniu (jako się wyżej rzekło, mam zamiar bawić się w kolejną przygodę w tym świecie :D). 

 

Reasumując, choć czytało się dobrze i rozumiem liczne nominacje, to IMO to do piórka Twojej opowieści jeszcze trochę brakuje.

Bardzo się cieszę, że czytało się dobrze, a co do piórka to trudno. Już i tak czuję się wielce wyróżniony licznymi nominacjami i dotychczasowym wyróżnieniem moich wypocin :D

 

Coboldzie, 

 

Fajna kreacja Bereniki, gorzej z samym Joachimem – jakiś taki przezroczysty.

Irka zgłosiła podobne zastrzeżenia. Być może faktycznie skoncentrowałem się za bardzo na postaciach pobocznych, a główny bohater nie błyszczy przez nie tak mocno. Trzeba coś pomyśleć i wyciągnąć z tego wnioski ;)

 

Redukowałbym nawiązania – fajnie wychodzą, jeśli są spójne, z jednego kręgu tematyczngo, u Ciebie jest “Shrek”, “Harry Potter”, “Hobbit” nurzane w Pratchetcie, do tego praska defenestracja, i “Ghostbusters”.

Prawda, nawiązania są liczne i od Sasa do Lasa, jak zauważyła wyżej Ninedin. Starałem się mocno nie przekroczyć granicy, nie chciałem, aby wyszło niespójnie i po prostu źle. Szeroki uśmiech na mojej twarzy wywołało dostrzeżenie inspiracji Pratchettem, miło, że coś w mojej twórczości przypomina jego dorobek. Co do Ghostbusters natomiast – zupełnie nie rozumiem, dlaczego ektoplazma wszystkim się z tym kojarzy! To nawiązanie było niezaplanowane i zupełnie nieintencjonalne :D

Jeśli chodzi o uwagi techniczne, posiedzę jeszcze nad tekstem, ale prawdopodobnie nastąpi to za kilka dni. Życie pozaportalowe przygniotło mnie trochę ostatnio i muszę wziąć głęboki oddech, ale gdy już to nastąpi, będę miał okazję wprowadzić proponowane poprawki Twoje i wcześniejszych komentujących. Konkurs już się skończył, więc chyba bedzie ok ;)

 

Drakaino, 

 

pierwsze zdanie rzeczywiście jest całkiem całkiem

Yaaas! Mission completed.

 

Niemniej jest tu potencjał na serię opowiadań, które przeczyta się miło i bezboleśnie.

Spróbuję się pobawić w kolejne opowiadania z tego uniwersum, ale tak po prawdzie – będę się bał teraz cokolwiek opublikować, ponieważ mam tu całkiem niezły odbiór i nie chcę, żeby kolejny tekst wypadł gorzej. Co do braków stojących na przeszkodzie piórkowej aprobacie, dobrze je rozumiem, nie jestem ani trochę z tego powodu smutny, opowiadanie i tak zostało już w jakiś sposób wyróżnione samą nominacją :) Jest to dla mnie duża rzecz.

 

Dziękuję wszystkim za wizytę (wprawdzie nie była to zapewne wizyta tylko i wyłącznie z Waszej własnej, nieprzymuszonej woli, a przyczyniła się do niej nominacja :D) i wnikliwe, cenne uwagi, z których mam nadzieję wyciągnąć jakieś wnioski odnośnie swojej przyszłej twórczości.

Ściskam mocno, pozdrawiam, życzę samych dobrych rzeczy,

Amon

 

Czytało się lekko, ale czy na pewno ma mieć miejsce na półce Humor ? 

Bądź pozdrowiony, Koalo ;) Miło czytać, że lektura była lekka. Co do drugiej części Twojego komentarza – sądzę, że tak, w czym jeszcze utwierdziły mnie wypowiedzi wielu spośród Czytelników, ale akceptuję też fakt, iż humor jest subiektywny i nie da się wszystkich usatysfakcjonować. Jeśli żarty w opowiadaniu rozminęły się z Twoim gustem, to mogę tylko napisać, że szkoda. 

Pozdrawiam! ^^

Witaj, AmonRa! 

 

Udało mi się w końcu tutaj dotrzeć. Wybacz, że tak późno.

Przyjemna lektura. No ale cóż… tylko przyjemna. 

Trzeba przyznać, że tekst humorem stoi, bo ani bohaterowie, ani fabuła niczym nie zaskakują. To opowiadanie jest napisane poprawnie, wręcz schematycznie. Czytało się lekko i przyjemnie, ale niestety w tym opowiadaniu nie znalazłam ani jednego elementu, który by mnie kupił. 

Dałeś nam fajną, okraszoną humorem historyjkę, taką przygodową fantasy z zakończeniem, IMO, takim sobie. Tzn. ono jest dobre, jak się należy i ma sens, ale nie wywołało efektu wow, chociaż pomysł ze wściekłą babką w piwnicy był czadowy i wywołał uśmiech. :)

Trzeba Ci jednak oddać, że umiesz prowadzić historię. Nie lejesz wody, nie zasypujesz czytelnika infodumpami, dialogi są naturalne. Tylko bohaterowie lekko zalatują sztampą. ;) Zatem, jest dobrze, ale zabrakło mi tu czegoś oryginalnego, takiego, z czym można by identyfikować AmonaRa, bo taki schematycznie poprawny tekst też nie każdy umie napisać, ale skoro Ty już to potrafisz, to teraz chyba już możesz wejść stopień wyżej, nie? :)

Latem nie planuję czytać opowiadań na portalu, ale po wakacjach będę mieć Cię na oku. 

 

Watching You GIFs | Tenor

 

P.S. 

Zasłona skojarzyła mi się z tym:

 

Zasłona śmierci | Harry Potter Wiki | Fandom

 

;)

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Saro, bardzo dziękuję za komentarz jurorski :) Fajnie, że opisałaś, co się podobało, a czego zabrakło – wynika z tego cenna lekcja na przyszłość i, rzekłbym, wyzwanie! 

Skoro obiecujesz mieć mnie na oku po zakończonych wakacjach, ja obiecuję mieć Cię na swoim boskim oku przez lato i dbać o odpowiednie nasłonecznienie ;D 

Skojarzenie z Zasłoną z HP oczywiście uzasadnione, aczkolwiek uzmysłowiłem sobie to dopiero po napisaniu tekstu.

Pozderki!

Cześć, Amonie!

 

Jak już napisałem komentarz pod „Muzyką”, to zapoznałem się z opiniami pozostałych. I wszyscy niemalże wskazywali, że „Wypadki” lepsze etc., etc. Otóż ja zgłaszam zdanie odrębne. ;-)

Nie zrozum mnie opacznie. I to opowiadanie mi się bardzo podoba. Tamto było jednak bardziej subtelne, bardziej eleganckie. Pewnie wynika to z przyjętego entourage'u, a to pokazuje, jak sprawnie układasz historie. Wolę też nienachalny humor z „Muzyki” od bardziej dosłownego w „Wypadkach”, ale to rzecz oczywiście bardzo subiektywna. I tu jednak było kilka powodów do uśmiechu.  Najlepszy fragment:

 

– Trzeba przyznać, że panujesz nad oberżą – zauważył Joachim z nutą podziwu w głosie.

– Kto leje ludziom w pyski alkohol, ten ma władzę – odrzekła sentencjonalnie panna. – A co do biblioteki, szczerze nie radzę tam iść. Na bohatera to ty, bratku, nie wyglądasz. Licho rozszarpie cię na kawałki.

– Trudno. Chyba i tak będę musiał spróbować.

Berenika uśmiechnęła się kpiąco.

– Czyli wariat. Normalnie pokój kosztuje koronę, ale specjalnie dla ciebie ze trzy policzę.

 

Ponarzekam tylko trochę na tę Berenikę. Moim skromnym okiem wyszła ciut oklepana harda barmanka, życia nauczona, do tego o dobrym sercu i słowniku pełnym skatologicznych bon-motów. ;-) Ale to drobiażdżek.

Kreacja świata na piątkę. Naprawdę wymyśliłeś bardzo ciekawe uniwersum. Gdyby połączyć elegancję i nienachalny humor części drugiej z nieco mniejszą rozwlekłością części pierwszej, to będzie naprawdę bombowo.

 

Pozdrawiam!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Filipie, witam w moich skromnych progach :D

Bardzo dziękuję za uważną lekturę opowiadania i zgłoszenie zdania odrębnego do opinii większości Czytelników! Z całej historii płynie prosty morał, że o gustach się nie dyskutuje, zwłaszcza jeśli chodzi o humor. Coś, co jednego bawi, u drugiego wywoła uczucie zażenowania albo i gorzej. Ba, są nawet ludzie, których nic nigdy w życiu nie rozbawiło (jak dla mnie – demony!).

Przyjemność sprawiła mi wiadomość, że uśmiechnąłeś się kilka razy i doceniłeś wykreowany świat. Starałem się :D Berenika znalazła się pod ostrzałem wielu Czytelników i zarzuty dotyczące jej stereotypowości są oczywiście zasadne, ale mimo to bardzo ją lubię jako wykreowaną przez siebie postać. Każdy zresztą bohater w moim uniwersum ma w sobie coś stereotypowego ;)

Połączenie elegancji i nienachalnego humoru z Muzyki z mniejszą rozwlekłością Biblioteki, jak mam nadzieję, nastąpi w kolejnych opowiadaniach cyklu, o ile ktoś jeszcze zechce je czytać ;D 

Przesyłam pozdrowienia! Raz jeszcze dzięki za lekturę!

Jeden czytelnik na pewno się pojawi, a stawiam, że będzie tych chętnych cała rzesza. ;-) 

 

Pozdrawiam! 

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Cześć, Amon :)

 

Tak jak wspominałem, uniwersum mi się spodobało, więc zajrzałem do Twojego kolejnego wcześniejszego tekstu. Ponownie mi się podobało. Dopatrzyłem się tu wielu nawiązań, czy to fabularnych, czy pod postacią tytułów lub tekstów.

Na początek “Wiedźmin” – bohater (fachowiec) przybywa do miasta, by rozwiązać problem, z którym wielu próbowało się uporać, a żadnemu się nie udało. Król/burmistrz oferuje w nagrodę rękę córki (we Wieśku to była strzyga, tutaj po prostu szpetna dziewczyna). Oczywiście mocno to uprościłem.

 

to z Chochlika. Wielkiej Podróży i Drogi Powrotnej. Chodzi o czas.

Hobbit, czyli tam i z powrotem :)

 

Gdy Joachim pchnął któreś z kolei drzwi, zobaczyli przyklejonego stopami do sufitu mężczyznę, upiornie uśmiechniętego i patrzącego pustymi oczodołami w ich kierunku. Berenika wrzasnęła rozdzierająco i szybko odwróciła wzrok.

– No, to już wiemy, co spotkało bohatera numer dwa

To jest chyba nawiązanie do Luke’a Skywalkera przyklejonego do sklepienia jaski na śnieżnej planecie bodaj Hoth. Zgadza się? :)

Ogólnie fajnie, że wyjaśnił się także wątek tego śmiałka, o którym nie było wiadomo, na początku, co się z nim stało.

 

Pięćset sześćdziesiąt trzy dni, naprawdę?

“365 dni”, prawda? Nie oglądałem i nie czytałem, ale kontekst rozumiem :)

 

Za dnia szkaradą, w nocy zaś szkaradą –

Nawiązanie do Shreka.

 

Czy coś jeszcze przeoczyłem? 

 

Ogólnie kilka razy się uśmiechnąłem, czytając. Między innymi przy tym jak była mowa o tym, że potwór naczytał się o defenestracji i teraz wszystko wyrzuca przez okno :) Myślę, że styl Twojego humoru jest subtelny i wysublimowany. A przynajmniej ja tak to odbieram. Nie jestem specem, ale moje odczucia wynikają prawdopodobnie z tego, ze dość często miałem do czynienia z humorem głupkowatym, więc zauważam, że ten jest po prostu inny. Oczywiście dobry :)

 

Ogólnie porównując oba teksty, to wygląda jakby ta przygoda w bibliotece działa się wcześniej. Mamy Joachima działającego solo (nie licząc Tyfusa), a w nowszym tekście jest już pokazane funkcjonowanie organizacji spirytystycznej. Fajnie że dostajemy coraz więcej informacji. Tak jak pisałem wcześniej, chętnie poznam dalsze losy bohaterów, nawet jeśli byłby to spin off o przygodach Rolfa lub Madame Bonbelle.

 

Pozdrawiam :)

 

 

Cóż, nawiązania ogólnie trafnie odczytane, oprócz Gwiezdnych Wojen, przez które nigdy w całości nie przebrnąłem (serio, serio :D) – może i wyszło podobnie, ale to akurat było niezamierzone. Jest tych odniesień jeszcze trochę :D

Sprawiło mi wielką radość, że i ta lektura przypadła do gustu. Nazwałeś mój humor wysublimowanym, co stoi w sprzeczności z niektórymi komentarzami powyżej, których autorzy wytknęli mi wręcz ordynarność i prymitywizm, ale to po prostu jeszcze dowód na to, że humor to rzecz wielce subiektywna i każdy odczytuje go inaczej ;) 

Ogromne spasiba za wizytę i lekturę, kłaniam się w pas!

Nazwałeś mój humor wysublimowanym, co stoi w sprzeczności z niektórymi komentarzami powyżej, których autorzy wytknęli mi wręcz ordynarność i prymitywizm, ale to po prostu jeszcze dowód na to, że humor to rzecz wielce subiektywna i każdy odczytuje go inaczej

Zgadza się, miałem do czynienia z humorem o wiele bardziej prymitywnym i głupkowanym, więc ten tutaj w porównaniu do mi znanych jest właśnie wysublimowany :p

 

Ogromne spasiba za wizytę i lekturę, kłaniam się w pas!

To ja dziękuję za umilenie czasu :)

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Anet, ogromne dzięki za wizytę <3

Nowa Fantastyka