- Opowiadanie: Zanais - Miłości nie zapijesz całkami

Miłości nie zapijesz całkami

Mam na­dzie­ję, że nie od­stra­szy Was dłu­gość i spró­bu­je­cie po­znać hi­sto­rię pew­nej nie­co­dzien­nej mi­ło­ści :)

 

Ser­decz­ne po­dzię­ko­wa­nia dla Ir­ki­_Luz, Ge­ki­ka­ry, Re­alu­ca i Ilu­va­tha­ra za betę.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Miłości nie zapijesz całkami

Nie­ocze­ki­wa­ne na­stęp­stwa pew­ne­go wy­pad­ku

 

Krwa­wy sta­nął przy drze­wie – które nie­dłu­go za­bi­je Mo­ni­kę Lot – i wyj­rzał na ob­lo­dzo­ną szosę. W od­da­li ujrzał świa­tła sa­mo­cho­du. Świetnie. Ostat­nie za­da­nie i koniec dwu­stu­go­dzin­nej zmia­ny. Po­trze­bo­wał od­po­czyn­ku. Jesz­cze ten al­bań­ski rol­nik z rana! Czy stra­to­wa­nie przez tabun dzi­kich koni to na­praw­dę powód do uciecz­ki? Po go­dzi­nie Krwa­wy do­padł go na dnie je­zio­ra i obie­cał sobie, że złoży wnio­sek o prze­nie­sie­nie. Asy­sto­wa­nie du­szom na Ziemi było ro­bo­tą dla de­spe­ra­tów, a lu­dzie to zło, za­ra­za i de­pre­sja w jed­nym. Dla­cze­go aku­rat on do­stał ten naj­gor­szy przy­dział? I do tego zaj­mo­wał się ofia­rami krwa­wych wy­pad­ków! Le­d­wie ko­smicz­ne ener­gie go stwo­rzy­ły, już trzy pie­cząt­ki w do­ku­men­tach, nada­ne imię (tra­gicz­ne to mało po­wie­dzia­ne), klep­nię­cie w plecy i do ro­bo­ty! Szko­da, że nie tra­fił na Mia-UU… Tam­tej­si koci fi­lo­zo­fo­wie znali go­dzi­nę swo­jej śmier­ci, więc ich dusze bez żalu i na spo­koj­nie od­da­wa­ły się wy­szu­ka­nym roz­mo­wom z asy­sten­ta­mi.

Nad­jeż­dża­ła. We­dług do­ku­men­tów, prawo jazdy ode­bra­ła w ze­szłym mie­sią­cu, sa­mo­chód ku­pi­ła z dru­giej ręki i po­dej­rza­nie tanio, a na do­da­tek nie wy­mie­ni­ła opon na zi­mo­we. Czemu tak pę­dzi­ła w środ­ku mroź­nej nocy? Wła­ści­wie kogo to ob­cho­dzi? Fi­zy­ka jest nie­ubła­ga­na, na nią jedną można li­czyć. I pro­szę, co za pięk­ny po­ślizg! Sa­mo­chód śmi­gnął koło Krwa­we­go, rąb­nął w wie­ko­wy dąb (zrzu­ca­jąc śnieg z ga­łę­zi) i spra­so­wał się jak akor­de­on.

Mo­ni­ka jesz­cze żyła. Zo­sta­ła jej naj­wy­żej mi­nu­ta. Byle nie pła­ka­ła, bo tego nie mógł znieść – dawno zro­zu­miał, że jest zbyt mięk­ki do tej ro­bo­ty. Do licha, już pła­cze? A nie, to oko wy­pły­wa. W po­rząd­ku, alarm od­wo­ła­ny. Raz, dwa…

I już. Umar­ła.

Krwa­wy wy­szep­tał zaklęcie lo­ka­li­zu­ją­ce i uniósł stru­nia­rza mem­bra­no­we­go w imi­ta­cji ludz­kie­go uśmie­chu, choć wcale nie był w na­stro­ju. Spo­koj­nie, spo­koj­nie…

Dusza Mo­ni­ki wy­sia­dła z resz­tek po­jaz­du.

– Co się stało?

Numer jeden z puli głu­pich pytań.

– Nie ży­jesz – wy­ja­śnił Krwa­wy, tak jak to czy­nił już setki razy.

– Och… – wes­tchnę­ła, za­mil­kła i przez dłuż­szą chwi­lę pa­trzy­ła na Krwa­we­go tak dziw­nie, że po­czuł się nie­swo­jo (a tego nie lubił).

– Tylko tyle masz do po­wie­dze­nia? – wark­nął na prze­kór na­ka­zom za­wo­do­wej uprzej­mo­ści. – Zresz­tą nie­waż­ne. Stój i cze­kaj.

– Nie żyję… – po­wtó­rzy­ła cicho. – Je­steś anio­łem?

Krwa­wy wes­tchnął.

– Bo je­stem ze świa­tła? Ste­reo­ty­py. Je­stem de­mo­nem.

– Prze­cież…

– Słu­chaj no, pa­nien­ko. Nie ma co dys­ku­to­wać. – Uniósł dło­nie. – Zgi­nę­łaś. Zda­rza się. Przy­pusz­czam, że to dla cie­bie no­wość, ale, uwierz mi, wszyst­ko gra. Po­cze­ka­my, aż zjawi się Prze­wod­nik i za­bie­rze cię… no, gdzieś tam. – Wstyd przy­znać, ale sam nie wie­dział, dokąd tra­fia­ją dusze. Nigdy go to nie ob­cho­dzi­ło.

– Aha – szep­nę­ła i za­mil­kła.

A jed­nak szczę­ście ist­nie­je! Dziew­czy­na nie ucie­ka, nie wrzesz­czy, nie pła­cze – cier­pli­wie czeka na Prze­wod­ni­ka. Niech tak bę­dzie za­wsze! 

– O, Boże! – krzyk­nę­ła nagle Mo­ni­ka i chwy­ci­ła się bez­cie­le­sny­mi dłoń­mi za bez­cie­le­sną głowę, zwień­czo­ną ku­cy­kiem z ja­snych wło­sów. – Nie żyję!

Niech to pa­ra­doks skrzy­wi! Pro­szę bar­dzo! Na­resz­cie do niej do­szło. Jakiś prze­stój na łą­czach albo zwar­cie w neu­ro­nach, ale już w po­rząd­ku – wra­ca­my do hi­ste­rycz­nej nor­mal­no­ści.

– Ow­szem, je­steś mar­twa – burk­nął.

– O Jezu! O matko! Nie żyję! Ro­dzi­ce mnie za­bi­ją! – Przy­sta­nę­ła i za­mru­ga­ła pa­ro­krot­nie wiel­ki­mi ocza­mi. – Nieee ży­y­y­ję. Ale… ale… to nie­moż­li­we!

Gdzie ten Prze­wod­nik?!

– Nie żyję. – I ryk. – Taka młoda je­stem… byłam. – I płacz. – Nigdy nie po­je­cha­łam za gra­ni­cę, nie byłam nad mo­rzem, nie prze­czy­ta­łam tylu ksią­żek!

Krwa­wy za­tkał sobie szpa­ry uszne, ale wiele to nie po­mo­gło.

– Nie ku­pi­łam sobie wy­ma­rzo­ne­go pa­ją­ka, nigdy się nie ca­ło­wa­łam…

We­dług Krwa­we­go usta­wie­nie pa­ją­ka obok po­ca­łun­ków za­brzmia­ło dość dziw­nie.

– E tam. – Po­sta­no­wił prze­rwać ten mo­no­log i po­cie­szyć dziew­czy­nę. – Też się nigdy nie ca­ło­wa­łem. Co w tym ta­kie­go faj­ne­go? Przy­kła­dasz otwór gę­bo­wy do dru­gie­go otwo­ru gę­bo­we­go, potem nim ru­szasz, jed­no­cze­śnie pró­bu­jąc nie we­pchnąć nosa w nos, śli­ni­cie się oboje, w końcu tym dziw­nym or­ga­nem zwa­nym ję­zy­kiem ma­casz zęby i dzią­sła dru­giej osoby, spo­ty­kasz jej język i śli­zgasz się po nim, a ślina chlu­po­cze, syczy i klą­ska jak ka­losz, gdy pró­bu­jesz wy­cią­gnąć go z błota.

Znów po­pa­trzy­ła na niego tym wzro­kiem, od któ­re­go po­czuł się nie­swo­jo (czego nie lubił). 

– Przy­naj­mniej tak sły­sza­łem… – pró­bo­wał się wy­tłu­ma­czyć.

Na szczę­ście prze­sta­ła ję­czeć. Za­ofe­ro­wał chu­s­tecz­kę, w którą za­trą­bi­ła nosem.

– Boże, tylko czy­ta­łam książ­ki i się uczy­łam. – Za­czę­ła cho­dzić tam i z po­wro­tem. – Nigdy się nie ca­ło­wa­łam, nigdy się nie ca­ło­wa­łam, nigdy… – Przy­sta­nę­ła. – O, Boże! Ja nigdy…

– Cho­dzi o seks? E tam. Też nigdy nie ko­pu­lo­wa­łem. Co w tym ta­kie­go faj­ne­go? Wkła­dasz…

– Cicho!

Krwa­wy nawet się ucie­szył, że go po­wstrzy­ma­ła. Wy­ko­rzy­stał swój zapas elo­kwen­cji na opis ca­ło­wa­nia.

– A jeśli tam nic nie ma? Bez­den­na pust­ka? Albo anioł­ki każą mi grać na lirze przez wiecz­ność? Może Val­hal­la…? Na­le­wać piw­sko bro­da­tym wi­kin­gom? Nie ma mowy! Wy­klu­czo­ne!

– Co wy­klu­czo­ne? – wes­tchnął Krwa­wy. Dobra, niech gada. Byle nie pła­ka­ła. 

– Nie pójdę do „gdzieś tam” bez po­ca­łun­ku. Chodź no tu. – Zbli­ży­ła się zde­cy­do­wa­nym kro­kiem.

– Zaraz, zaraz! – Śmiech Krwa­we­go nosił zna­mio­na od­czuć tru­skaw­ki na widok pod­peł­za­ją­cej gą­sie­ni­cy. – Prze­cież tak nie można. Je­stem an­tro­po­mor­ficz­nym bytem z in­ne­go wy­mia­ru! Nawet nie mam ust!

Cho­ciaż każdy przy­zna, że otwór ze stru­nia­rzem mem­bra­no­wym wy­glą­da o wiele le­piej.

– Trud­no! Tylko ty tu je­steś. Nie chcesz spró­bo­wać?

Za­mknę­ła oczy i roz­chy­li­ła usta.

Pew­nie, że nie chciał. Też po­mysł! Głową też nie chciał ob­ra­cać, spraw­dza­jąc, czy nikt ich nie widzi. Po­wo­li przy­tknął mem­bra­nę do jej warg. Nie­ste­ty, or­ga­ny były zu­peł­nie nie­kom­pa­ty­bil­ne. W oczach Mo­ni­ki wez­bra­ły łzy. Wiel­kie i zło­wiesz­cze.

Krwa­wy jęk­nął. Co to, to nie! Nie po­wi­nien łamać zasad, ale tu idzie zwa­rio­wać. Czas wy­ko­rzy­stać umie­jęt­ność wcho­dze­nia do ludz­kich umy­słów. Ostroż­nie się­gnął w głąb myśli Mo­ni­ki, zna­lazł wy­obra­że­nie ide­al­ne­go męż­czy­zny i przy­brał jego po­stać. Rów­no­cze­śnie uświa­do­mił sobie, że wy­glą­da po­dob­nie do tego fa­ce­ta sprzed trzy­dzie­stu lat, zgnie­cio­ne­go przez dwie tony sar­dy­nek w pusz­kach.

Ależ się w niego wpiła! Ku zdzi­wie­niu Krwa­we­go, oka­za­ło się, że po­mi­mo za­wa­dza­ją­cych nosów i chlu­po­czą­cej śliny, to czyn­ność bar­dzo, bar­dzo przy­jem­na. Ze wzglę­du na brak do­świad­cze­nia, uczest­ni­cy tego mię­dzy­ga­tun­ko­wego wy­da­rze­nia przy­po­mi­na­li dwa szcze­niacz­ki na­wza­jem ob­li­zu­ją­ce sobie pyszcz­ki i, rzecz jasna, nie obyło się bez gry­zie­nia, ssa­nia oraz pew­nych nie­ludz­kich dłoni błą­dzą­cych po ciele dziew­czy­ny i za­glą­da­ją­cych w różne miej­sca (do­ty­ka­nie nie­któ­rych z tych miejsc skut­ku­je za­zwy­czaj spo­tka­niem po­licz­ka z pę­dzą­cą ręką).

Na ko­niec ode­rwa­li się od sie­bie z dźwię­kiem po­dob­nym do wy­cią­ga­nia ka­lo­sza z błota.

Mo­ni­ka otwo­rzy­ła oczy, uj­rza­ła nową po­stać Krwa­we­go i wy­da­ła z sie­bie pełne ra­do­ści stłu­mio­ne wes­tchnienie, ni­czym po otwar­ciu me­ta­lo­we­go pu­deł­ka w po­ko­ju mamy i uj­rze­niu ster­ty lan­dry­nek i wa­fel­ków za­miast przy­bo­rów do szy­cia.

Wtedy Krwa­wy uświa­do­mił sobie, że nie prze­my­ślał spra­wy do końca. Co mó­wi­li na szko­le­niu? Ze zmia­ną po­wło­ki wią­za­ła się zmia­na spo­so­bu my­śle­nia.

Pa­trzył teraz na dziew­czy­nę i, cóż, no po­do­ba­ła mu… nie, chwi­la. Zro­bił krok w bok, bo reszt­ki Mo­ni­ki w sa­mo­cho­dzie prze­świ­ty­wa­ły przez jej duszę i nie było to udane po­łą­cze­nie.

Więc cóż, no po­do­ba­ła mu się.

Miała naj­zwy­klej­sze brą­zo­we oczy, ale duże, jak u wy­stra­szo­nej sarny, wąski nos ze spo­rym pie­przy­kiem z boku, oraz małe usta, za to z uro­czy­mi do­łecz­ka­mi. Niech to trans­mu­ta­cja strze­li! Od kiedy gu­stu­je w do­łecz­kach?! 

Po­wi­nien wró­cić do swo­jej po­sta­ci. Już, teraz! Tylko jesz­cze chwi­lę po­pa­trzy… Nie no, prze­cież tak się nie da pra­co­wać. Ze­brał wresz­cie całą siłę woli i za­czął re­cy­to­wać rów­na­nie cy­fr­cza­ru prze­obra­że­nia. Uśmiech­nię­ta Mo­ni­ka wciąż się ga­pi­ła. Nagle zer­k­nę­ła mu prze­lot­nie na usta, za­gry­zła na chwi­lę dolną wargę, po czym bły­ska­wicz­nie ob­li­za­ła ją ko­niusz­kiem ję­zy­ka…

Krwa­wy się zde­kon­cen­tro­wał i po­my­lił sy­la­bę; wszyst­kie myśli ule­cia­ły jak spło­szo­ne ptaki, ciało zwi­nę­ło się, spłasz­czy­ło i zmi­nia­tu­ry­zo­wa­ło.

Do­rod­ny żo­łądź spadł w śnieg.

Z po­wo­du po­mniej­sze­nia mózgu do ab­so­lut­nie nie­wy­star­cza­ją­cych roz­mia­rów, Krwa­wy zdo­łał tylko z tru­dem zro­zu­mieć, że czeka na wio­snę, by wy­kieł­ko­wać.

<Ak­ty­wa­cja cy­fr­cza­ru alar­mo­we­go. Przy­wra­ca­nie ostat­niej po­sta­ci za… 3… 2…>

Pra­wie nie­wi­docz­ne ustecz­ka żo­łę­dzia wy­szep­ta­ły za­klę­cie i Mo­ni­ka pi­snę­ła, gdy nie­ocze­ki­wa­nie Krwa­wy znów sta­nął przed nią w ludz­kiej po­wło­ce.

– Muszę… muszę usiąść – jęk­nął zdez­o­rien­to­wa­ny.

Wzię­ła go pod ramię.

– Co się stało? Dla­cze­go znik­ną­łeś? – py­ta­ła, pro­wa­dząc go na maskę znisz­czo­ne­go auta. Usie­dli.

– Drob­na po­mył­ka – skła­mał gład­ko. Uświa­do­mił sobie, że był bli­sko śmier­ci. De­mo­ny się nie sta­rza­ły, ale to nie zna­czy, że były nie­śmier­tel­ne. Prze­isto­cze­nie na stałe w dąb by­ło­by mar­nym koń­cem.

– Ale już wszyst­ko w po­rząd­ku? – za­py­ta­ła z tro­ską. – Mogę jakoś pomóc?

Przej­mo­wa­ła się nim. Pierw­szy raz ktoś wi­dział w nim osobę, a nie pra­cow­ni­ka czy pod­łe­go, strasz­ne­go de­mo­na. Uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– Jest do­brze – za­pew­nił. – Zaraz bę­dzie Prze­wod­nik.

– Aha – od­par­ła krót­ko i zwie­si­ła głowę.

Wcale nie wy­glą­da­ła na za­do­wo­lo­ną.

Sie­dzie­li koło sie­bie w mil­cze­niu po­śród spo­koj­nej bieli po­bo­cza. Nie mi­nę­ła nawet mi­nu­ta, a Krwa­wy już wy­ła­my­wał palce, kiwał się w przód i w tył, wy­py­chał ję­zy­kiem po­licz­ki. Po­trze­bo­wał roz­ma­wiać z Mo­ni­ką. To był jakiś przy­mus. Do­wie­dzieć się cze­goś o niej albo roz­we­se­lić. Tylko jak za­cząć? Ode­tchnął głę­bo­ko i za­py­tał:

– Jak… jak leci?

Uśmiech­nę­ła się krzy­wo i wska­za­ła swoje zwło­ki za roz­bi­tą szybą.

– Nie naj­le­piej.

Od­wró­cił się i wy­so­ko uniósł brwi, zdu­mio­ny bez­gra­nicz­nie wła­sną głu­po­tą. Za­py­tać „jak leci?” dziew­czy­nę o na­zwi­sku Lot, nie­dłu­go po tym, jak wy­le­cia­ła z drogi i wbiła się w drze­wo. Idio­ta! Kre­tyn! Mię­dzy­wy­mia­ro­wy bał­wan! 

– Prze­pra­szam… – wy­du­kał.

Dla­cze­go prosi zwy­kłą duszę o wy­ba­cze­nie? Ależ ona ładna! Tu się dzia­ło coś nie­do­bre­go. A gdyby tak spro­wa­dzić jej zmien­no­barw­ne­go pa­ją­ka z przed­pier­sia Ot­chła­ni? Prze­cież to tylko jedna z ty­się­cy ofiar wy­pad­ków, któ­ry­mi się zaj­mo­wał! Czy jego miesz­ka­nie star­czy­ło­by dla ich oboj­ga?

Krwa­wy za­ci­snął pię­ści. Ktoś po­wi­nien na­ry­so­wać mę­tlik w jego gło­wie i opra­wić w ramkę, jako przy­kład ide­al­ne­go cha­osu.

Wie­dzio­ny im­pul­sem spoj­rzał na Mo­ni­kę. O dziwo, ona też wła­śnie na niego pa­trzy­ła, i jakoś tak wy­szło, że nagle znów się ca­ło­wa­li. Po omac­ku zna­lazł dło­nią jej dłoń i sple­tli palce.

Nagle ktoś się ode­zwał: 

– O, przy­ja­cie­lu! Jak ty mnie za­dzi­wiasz. Coraz wy­myśl­niej­sze spo­so­by, żeby ci dusze nie ucie­ka­ły.

Krwa­wy i Mo­ni­ka pod­sko­czy­li jed­no­cze­śnie.

Wła­ści­cie­lem głosu był oka­za­ły wil­czur, sie­dzą­cy po­środ­ku uno­szą­ce­go się metr nad zie­mią ma­łe­go ob­ło­ku.

– De­me­ste­tes! – jęk­nął Krwa­wy.

– Spo­koj­na twoja świe­tli­sta. Ni­ko­mu nie wark­nę.

– To pies! – pal­nę­ła nie­zbyt mą­drze Mo­ni­ka.

– Witaj, du­szycz­ko! – Wil­czur uniósł łapę. – Je­stem twoim prze­wod­ni­kiem w za­świa­ty.

– De­me­ste­te­sie, dokąd ona pój­dzie? – za­py­tał Krwa­wy. Nagle zdał sobie spra­wę, że wciąż trzy­ma rękę dziew­czy­ny i wcale nie śpie­szył się, by ją pu­ścić.

– A bo ja wiem? Cze­kaj, spraw­dzę w do­ku­men­ta­cji. – Bie­lut­kie kar­tecz­ki po­ja­wi­ły się przed psim nosem. – Po­pa­trz­my. Ro­dzi­ce i dziad­ko­wie żyją, ro­dzeń­stwo też, męża brak, dzie­ci brak. – Pa­pie­ry znik­nę­ły. – Za­ko­cha­na, cho­ciaż?

– Nie… nie wiem… – Spoj­rza­ła na Krwa­we­go, któ­re­mu nagle za­schło w gar­dle.

De­me­ste­tes wy­si­lił moż­li­wo­ści psiej ana­to­mii i pac­nął się łapą w czoło.

– To się wie, sa­mi­co! – kłap­nął py­skiem. – Czyli: nie! W takim razie ob­sta­wiał­bym Góry Sa­mot­nej Kon­tem­pla­cji!

Praw­dzi­wie ra­do­sna i opty­mi­stycz­na nazwa, uznał Krwa­wy. Cie­ka­we, czy jest też Park Roz­ryw­ki Piły Łań­cu­cho­wej albo Mo­cza­ry Bez­den­ne­go Zdu­mie­nia?

– Boże – szep­nę­ła Mo­ni­ka, po czym w mgnie­niu oka ob­ję­ła za­sko­czo­ne­go Krwa­we­go. Nie zdą­żył na­cie­szyć się nie­spo­dzie­wa­nym tu­le­niem, po­nie­waż czyn­nik tu­lą­cy nie­spo­dzie­wa­nie znik­nął. Gdy Krwa­wy otwo­rzył oczy, uj­rzał Mo­ni­kę na ob­ło­ku.

– Nie mam czasu na pier­do­ły – burk­nął De­me­ste­tes. – Ko­lej­ka ro­śnie. W drogę!

Dziew­czy­na zdą­ży­ła uśmiech­nąć się smut­no, po czym obłok wy­star­to­wał w górę, szyb­ko nik­nąc w obo­jęt­nych chmu­rach.

Krwa­wy do­tknął pal­ca­mi warg – za­wil­go­co­nych od ust Mo­ni­ki. W gło­wie miał taką samą pust­kę, jak wtedy, gdy na ostat­niej rocz­ni­cy stwo­rze­nia sie­dział mocno wsta­wio­ny w barze, po­dzie­lił dla za­ba­wy ra­chu­nek przez zero i uzy­skał wynik.

Jed­nym sło­wem – zgłu­piał.

Teraz gdy Mo­ni­ka znik­nę­ła, od­no­sił wra­że­nie, że po­mysł z ca­ło­wa­niem był ogrom­nym błę­dem. Przy­naj­mniej już nic nie stało na prze­szko­dzie, aby spo­koj­nie wy­re­cy­to­wać cy­fr­czar, więc czym prę­dzej wró­cił do świe­tli­stej po­sta­ci i sta­rał się my­śleć tylko o końcu zmia­ny.

Wtedy usły­szał w gło­wie mięk­ki, ko­bie­cy głos:

– Witaj, Krwa­wy.

– Kto…? – Obej­rzał się do­oko­ła.

Nikt nie od­po­wie­dział.

Co to? Opę­ta­nie wstecz­ne? Teraz de­mo­ny mają nie­pro­szo­nych gości? 

Zrzu­cił to na karb prze­mę­cze­nia i ostat­nich wra­żeń. Wzru­szył ra­mio­na­mi, wy­szep­tał za­klę­cie i już po chwi­li zmie­rzał w Za­świa­ty.

 

Mi­łość! A cóż to ta­kie­go?

 

Ko­lej­ne ty­go­dnie nie na­le­ża­ły do ła­twych. Krwa­wy są­dził, że gdy od­pocz­nie i wróci do ro­bo­ty ze świe­ży­mi si­ła­mi, zdoła szyb­ko za­po­mnieć o Mo­ni­ce. Nic z tego. My­ślał o niej i my­ślał, wspo­mi­nał i roz­pa­mię­ty­wał. Raz nawet przy­brał po­stać nie­szczę­śni­ka od sar­dy­nek, po czym wy­krzy­wiał usta przed zwier­cia­dłem, od­twa­rza­jąc po­ca­łu­nek i uda­jąc, że na­prze­ciw stoi Mo­ni­ka, ale wy­glą­da­ło to idio­tycz­nie.

Co się dzia­ło? Czuł się, jakby go okra­dzio­no – znik­nę­ła trzeź­wość umy­słu, ra­cjo­nal­ne spoj­rze­nie na świat i, co gor­sza, za­do­wo­le­nie z ist­nie­nia. Może nie miał zbyt do­brej pracy (cóż za nie­do­po­wie­dze­nie), ale za­wsze uwa­żał, że to, co naj­lep­sze, jesz­cze przed nim. Tym­cza­sem los kop­nął go w świe­cą­cy tyłek. Za­świa­ty bez Mo­ni­ki zda­wa­ły się puste. Wszyst­ko stra­ci­ło barwy, zmie­ni­ło w mdły, smut­ny chaos, ni­czym lo­so­we cy­fer­ki pi­sa­ne z nudów na końcu ze­szy­tu. 

Cier­piał i po­trze­bo­wał po­mo­cy.

Pew­ne­go dnia sie­dział w ulu­bio­nej knajp­ce w Dziel­ni­cy Nie­ozna­czo­no­ści, ga­sząc smut­ki drin­ka­mi cał­ko­wy­mi, gdy znów usły­szał ten dziw­ny głos: 

– Od­wiedź dok­to­ra Kla­ceh­pep­za.

– Ktoś ty? Za dużo wy­pi­łem? – po­my­ślał Krwa­wy, spo­glą­da­jąc w głąb kubka, w któ­rym bul­go­ta­ły na­wia­sy.

– Za­ko­cha­ny to sy­no­nim głupi, wiesz o tym? Spójrz na sie­bie. Sta­czasz się, umie­rasz z tę­sk­no­ty. Wy­pi­jesz jesz­cze jedną ko­lej­kę, zwy­mio­tu­jesz róż­nicz­ka­mi, wró­cisz do miesz­ka­nia i jutro od nowa. Stara hi­sto­ria. Mo­żesz tkwić w swoim nie­szczę­ściu albo wy­brać się do Kla­ceh­pep­za. – Głos par­sk­nął, jakby z tru­dem po­wstrzy­my­wał chi­chot. – To naj­lep­szy spe­cja­li­sta od do­le­gli­wo­ści eg­zo­tycz­nych.

– Milcz… kim­kol­wiek je­steś – wy­mam­ro­tał Krwa­wy, ale po chwi­li od­sta­wił nie­do­pi­te­go drin­ka i wstał. Od bar­ma­na otrzy­mał wska­zów­ki, gdzie zna­leźć dok­to­ra.

Ru­szył mię­dzy że­la­zne ulice Dis, Pierw­sze­go Mia­sta Za­świa­tów, lśnią­ce w zim­nym księ­ży­co­wym świe­tle, pełne de­mo­nic i de­mo­nów naj­róż­niej­sze­go kształ­tu i roz­mia­ru – od sub­a­to­mo­wych cho­chli­ków po ob­sy­pa­nych mac­ka­mi fru­wa­ją­cych pół­bo­gów. Prze­szedł po dłu­gim Sza­lo­nym Mo­ście, uprzej­mie wy­mie­nia­jąc z nim parę plo­tek i dow­ci­pów, aż do­tarł na wy­ło­żo­ny ko­ci­mi czasz­ka­mi plac szep­czą­cych domów, które ob­ga­da­ły go, chi­cho­cząc cicho pod kru­sze­ją­cy­mi ko­mi­na­mi. Minął skrzy­pią­ce drzwi i wi­szą­cy nad nimi szyld na­ma­lo­wa­ny tłu­stą krwią, by osta­tecz­nie wkro­czyć do ga­bi­ne­tu dok­to­ra Kla­ceh­pep­za. 

Skrzy­wił się, usły­szaw­szy cenę wi­zy­ty, ale za­pła­cił sto­si­kiem ek­to­pla­zmy. Wkrót­ce mru­czą­ca ko­zet­ka ma­so­wa­ła mu plecy, a on re­la­cjo­no­wał spo­tka­nie z Mo­ni­ką. Dok­tor słu­chał i skro­bał coś w ze­szy­cie, mru­cząc po­ta­ku­ją­co.

– Od tam­tej pory ści­ska mnie w gar­dle, gdy tylko o niej po­my­ślę – rzekł Krwa­wy na ko­niec. – Mam pro­ble­my ze snem, stra­ci­łem ape­tyt na czar­ną ma­te­rię, od­czu­wam bóle tu i tu. – Wska­zał brzuch i nieco wyżej.

Za­pa­dła cisza. Dość długa, nie­przy­jem­na cisza.

– Skoń­czy­łem – nie­śmia­ło przy­po­mniał Krwa­wy.

– Hm? Ach, tak.

Dok­tor współ­czu­ją­co skrzy­wił górne usta, ob­li­zał dolne, prze­tarł szmat­ką oko, kaszl­nął, czym wpra­wił w drga­nia wiel­kie ciel­sko i z tru­dem wstał zza biur­ka.

– Nie jest do­brze, przy­ja­cie­lu. Cier­pisz na mi­łość.

Ta nazwa obiła się już Krwa­we­mu o szpa­ry uszne, ale nigdy nie przy­wią­zy­wał do niej wagi. Może nie­słusz­nie.

– To takie ziem­skie prze­zię­bie­nie?

– Wręcz prze­ciw­nie, to śmier­tel­na za­ra­za!

– Nie!

Pod wpły­wem krzy­ku Krwa­we­go ko­zet­ka zwięk­szy­ła pręd­kość ma­sa­żu. 

– Tak, tak! – Dok­tor po­ki­wał pal­cem. – Żebyś cho­ciaż padł ofia­rą mi­ło­ści pla­to­nicz­nej, mi­ło­ści do oj­czy­zny albo do idei. A tak… klops, jakby po­wie­dzie­li Zie­mia­nie.

– To zna­czy, że są różne ro­dza­je mi­ło­ści?

Kla­ceh­pepz prych­nął gło­śno oboj­giem ust, przez co za­drża­ły szyby.

– Oczy­wi­ście! Mia­łeś pecha tra­fić na naj­gor­szy ro­dzaj: ro­man­tycz­ne za­uro­cze­nie o za­bar­wie­niu ero­tycz­nym!

– Słu­cham?! – za­py­tał kom­plet­nie osłu­pia­ły Krwa­wy.

– To za­ra­za po­wszech­na na nie­któ­rych świa­tach. Nie­ste­ty, prze­no­si się mię­dzy ga­tun­ka­mi. De­struk­cyj­na siła, któ­rej ofia­ry można li­czyć w mi­lio­nach! Może za­ata­ko­wać każ­de­go – pe­ro­ro­wał dok­tor, czła­piąc do­oko­ła ko­zet­ki. – Ona mnie nie kocha! I sznur na gar­dło. On woli inną! I de­pre­sja, łzy, roz­bi­te ta­le­rze! Muszę jej za­im­po­no­wać! I ciach, wy­pa­dek. Ani się obej­rzysz, przy­ja­cie­lu, a bę­dziesz są­czył cał­ko­we drin­ki w kącie baru i wy­mio­to­wał róż­nicz­ka­mi!

– Ten etap już za nami! – skwi­to­wał głos i wpadł w nie­kon­tro­lo­wa­ny chi­chot.

Krwa­wy jęk­nął gło­śno.

– Na do­da­tek sły­szę głos w my­ślach! I to zło­śli­wy!

– Do­no­si­ciel!

Dok­tor po­dra­pał się po wy­dat­nym pod­bród­ku (tym niż­szym), pod­szedł do szaf­ki z kar­ta­mi pa­cjen­tów, wy­su­nął długą szu­fla­dę i za­czął prze­glą­dać kar­to­te­kę.

– Głos, tak? Nie­do­brze. Dawno temu mia­łem po­dob­ny przy­pa­dek, rów­nież za­ko­cha­ną te­le­pat­kę. O, mam! Zmia­ny w umy­śle, wę­dru­ją­ce bóle, ir­ra­cjo­nal­ne za­cho­wa­nia i brak ape­ty­tu.

– Co się z nią stało? Wy­le­czył ją pan? – za­py­tał Krwa­wy ze źle skry­wa­ną na­dzie­ją.

– Nie wiem. Po dwóch wi­zy­tach już nie wró­ci­ła. – Kla­ce­hpepz pod­jął prze­rwa­ny marsz po ga­bi­ne­cie. – Wróć­my do cie­bie. Pod­ręcz­ni­ko­wy okaz “amor in­fec­tio­sus”. Mó­wi­łeś, że pra­cu­jesz na Ziemi. Ide­al­na pla­ne­ta do zła­pa­nia tego pa­skudz­twa. Po­wiedz szcze­rze: oglą­da­łeś ro­man­tycz­ne filmy, czy­ta­łeś książ­ki o mi­ło­ści, pod­glą­da­łeś za­ko­cha­nych?

– W życiu!

– Nie do­ty­ka­łeś w spo­sób inny niż za­wo­do­wy ludz­kich dusz?

Krwa­wy wes­tchnął. Prze­cież na po­cząt­ku wi­zy­ty wspo­mi­nał (bar­dzo po­bież­nie i wsty­dli­wie) o bli­skich spo­tka­niach z usta­mi Mo­ni­ki.

– Mó­wi­łem wcze­śniej, że jedną… no, po­ca­ło­wa­łem.

Dok­tor sta­nął w pół kroku.

– Po­ca­łu­nek?

Krwa­wy się sku­lił pod kar­cą­cym wzro­kiem Kla­ceh­pep­za.

– W sumie to dwa…

– Prze­cież rów­nie do­brze mógł­byś wsa­dzić łeb do wia­dra z pa­wio­ame­ba­mi i po­zwo­lić, by wy­ssa­ły ci mózg! Wła­ści­wie… ob­ja­wy są po­dob­ne.

– To się leczy, praw­da?!

– Trud­na spra­wa, ale spró­bu­je­my. Mu­sisz ści­śle prze­strze­gać za­le­ceń. – Kla­ceh­pepz wró­cił na sie­dzi­sko i za­czął skro­bać po kart­ce czar­nym pa­zu­rem. – Wy­pi­szę ci re­cep­tę. Czte­ry kap­suł­ki smut­ku dzien­nie, dwie kro­ple nie­na­wi­ści… nie przedaw­kuj, bo bę­dzie roz­ró­ba.

– Nie za dużo? – zmar­twił się Krwa­wy.

– W twoim przy­pad­ku może być nawet za mało.

– Ja­kieś skut­ki ubocz­ne?

Dok­tor mach­nął łapą.

– Tobie już nic bar­dziej nie za­szko­dzi. Żad­nych wzru­szeń i ckli­wych roz­mów. Do tego roz­są­dek i lo­gi­ka. Pakuj je w sie­bie, ile wle­zie. Do­sta­niesz kwit na cho­ro­bo­we i parę ad­re­sów an­ty­mi­ło­snych. Skoro za­ra­zi­łeś się na Ziemi, to i tam się wy­le­czysz.

Krwa­wy od razu za­brał się do dzie­ła. Ko­lej­ny dzień spę­dził jako To­lo­mush Ab­du­ra­kha­ma­nov, kir­gi­ski uczest­nik tur­nie­ju sza­cho­we­go w Mo­skwie. W wiel­kiej sali aż ki­pia­ło od lo­gi­ki. Pełen do­brych prze­czuć Krwa­wy w ciszy i w sku­pie­niu prze­su­wał sza­chy, zde­cy­do­wa­ny zająć co naj­mniej setne miej­sce. Co z tego? Kie­dy­kol­wiek spoj­rzał na fi­gu­rę kró­lo­wej, wi­dział Mo­ni­kę, pod­cho­dzą­cą od­waż­nie, by go po­ca­ło­wać, pion­ki przy­bie­ra­ły po­stać małej Mo­ni­si, chi­cho­czą­cej uro­czo, z kolei wieża – smut­nej Mo­ni­ki, od­la­tu­ją­cej na bia­łym ob­ło­ku. Aż bał się po­pa­trzeć na skocz­ka.

– Wy­glą­dał jak nie­uma­lo­wa­na Mo­ni­ka ran­kiem na kacu. Do­brze, że się nie przy­glą­da­łeś.

Wbrew sobie Krwa­wy za­czął roz­my­ślać o po­ran­kach z Mo­ni­ką, stra­cił kon­cen­tra­cję i prze­grał z kre­te­sem każdą par­tię. Znie­chę­co­ny od­wie­dził ko­lej­ny adres.

Pre­lek­cja o naj­now­szych osią­gnię­ciach teo­rii uni­fi­ku­ją­cych me­cha­ni­kę kwan­to­wą z gra­wi­ta­cją w uję­ciu mo­de­lu cha­otycz­nej in­fla­cji wszech­świa­ta oka­za­ła się rów­nie nie­uda­na. Choć roz­są­dek bu­zo­wał wśród tę­gich głów, to Krwa­wy, pod po­sta­cią re­no­mo­wa­ne­go fi­zy­ka z Yale, nie wy­trzy­mał bzdur o in­nych wy­mia­rach i wy­gar­nął pro­wa­dzą­ce­mu, co sądzi na ten temat. Prze­rwa­no mu wy­po­wiedź i uprzej­mie, acz sta­now­czo, wy­pro­szo­no z sali.

– Nie­do­pusz­czal­ne! Czemu się nie przed­sta­wi­łeś? Demon z in­ne­go wszech­świa­ta, który praw­do­po­dob­nie osza­lał! To by pod­nio­sło twoją wia­ry­god­ność.

Strasz­li­wie obu­rzo­ny te­le­por­to­wał się w ostat­nie wska­za­ne przez dok­to­ra miej­sce.

Co­rocz­ne po­sie­dze­nie Bry­tyj­skie­go Klubu Eme­ry­to­wa­nych Ka­pra­li Armii Jej Kró­lew­skiej Mości od­by­wa­ło się w wiej­skiej re­zy­den­cji nie­opo­dal Sa­lis­bu­ry. W środ­ku pa­no­wa­ła tak sztyw­na at­mos­fe­ra, że dawno nie­pod­le­wa­ne kwia­ty wciąż ster­cza­ły pro­sto, a gdy Krwa­wy prze­kro­czył próg do­mo­stwa, jego spodnie same się wy­pra­so­wa­ły. W środ­ku, w oto­cze­niu si­wo­wło­sych wą­sa­tych we­te­ra­nów, Krwa­wy, jako ka­pral Grey­horn, bawił się w za­sa­dzie fa­tal­nie. Po­pi­ja­jąc sher­ry, opo­wie­dział kilka czer­stwych żar­ci­ków oraz wy­słu­chał całej gamy prze­raź­li­wie nud­nych woj­sko­wych aneg­dot. Pod ko­niec wie­czo­ru tę­sk­no­ta za Mo­ni­ką za­la­ła go ni­czym po­wo­dzio­wa fala. Za­krztu­sił się, wark­nął i znik­nął ze spo­tka­nia, wpro­wa­dza­jąc za­kło­po­ta­nie wśród osłu­pia­łych dżen­tel­me­nów.

– Nawet ja nie mam tu nic do po­wie­dze­nia.

W pod­łym hu­mo­rze wró­cił do domu i usiadł na łóżku. Gdy obok wsko­czy­ła Abell, jego mi­nia­tu­ro­wa czar­na dziu­ra, po­dra­pał ją za ho­ry­zon­tem zda­rzeń, po­czę­sto­wał ka­wał­kiem mro­żo­ne­go wy­bu­chu su­per­no­wej i za­czął mówić sam do sie­bie:

– To na nic, Abell. Trze­ba spoj­rzeć praw­dzie w oczy. Je­stem chory.

– Racja – wtrą­cił nagle głos.

– Och, cicho. Za­ra­zi­łem się mi­ło­ścią i tracę rozum. Naj­wy­raź­niej w jed­nym ciele nie star­cza miej­sca na jedno i dru­gie. Sam już nie wiem, czy moje myśli są nadal moje, czy mi­łość de­ter­mi­nu­je wszyst­ko, co robię.

Czar­na dziu­ra za­mru­cza­ła w od­po­wie­dzi i wchło­nę­ła frę­dze­lek po­dusz­ki.

– A jeśli ku­ra­cja dok­to­ra nie po­mo­że? Jak po­wie­dział? Sznur na gar­dło? Prze­cież ja nawet nie od­dy­cham! Pora na mnie, Abell. Po­sta­no­wi­łem jesz­cze raz zo­ba­czyć Mo­ni­kę, po­wie­dzieć jej, że nie mam żalu o po­ca­łu­nek i ostrzec, że jest no­si­ciel­ką mi­ło­ści. Może ura­tu­ję paru in­nych nie­szczę­śni­ków?

Tak sobie tłu­ma­czył i tak sobie wma­wiał.

– Kogo chcesz oszu­kać? Nie mo­żesz prze­stać my­śleć o jej wiel­kich śle­piach, no­cha­lu z pie­przy­kiem i ostrych ustach. Za­ko­cha­ny głu­pek! Za­ko­cha­ny głu­pek!

– Kim je­steś, prze­klę­ta?! – krzyk­nął, ła­piąc się za głowę. – Bó­stwem? Psio­ni­kiem? De­mo­nem?

– Ak­tu­al­nie twoją naj­lep­szą i je­dy­ną przy­ja­ciół­ką. Bied­ny, sza­lo­ny Krwa­wy. Idź, szu­kaj swo­jej pięk­no­ści.

Tej samej nocy spi­sał te­sta­ment, prze­ka­zu­jąc ma­ją­tek To­wa­rzy­stwu Sta­bi­li­za­cji Kwar­ków Po­wab­nych i oddał Abell pod opie­kę są­sia­da (czar­ne dziu­ry szyb­ko ad­ap­tu­ją się do no­wych wła­ści­cie­li). Na­stęp­nie od­szu­kał De­me­ste­te­sa, który wła­śnie od­pro­wa­dzał uczest­ni­ka nie­zbyt uda­ne­go sa­fa­ri w Bot­swa­nie.

– Szyb­kie py­ta­nie! – za­py­tał Krwa­wy, bie­gnąc przy pę­dzą­cym ob­ło­ku. – Mo­ni­ka Lot, gdzie tra­fi­ła?

– Nie mam po­ję­cia. Przekazałem ją dalej – od­parł wil­czur, pró­bu­jąc wzru­szyć ra­mio­na­mi. Ciem­no­skó­ry pa­sa­żer roz­ło­żył ręce na znak, że rów­nież nie ro­zu­mie. – Po co ci to?

– Muszę wie­dzieć! Pro­szę!

– Znajdź jej do­ku­men­ty w Wy­dzia­le Zgo­nów. Siód­my Krąg Pod­świa­ta­aa! – za­wo­łał De­me­ste­tes, gdy obłok po­mknął wy­so­ko i roz­pły­nął się pod noc­nym nie­bem.

 

Be­stia z pa­pie­ru i ta druga (strasz­niej­sza)

 

Wrota były ogrom­ne, wy­ko­na­ne z ciem­no­czer­wo­ne­go ob­sy­dia­nu, gład­kie i cał­ko­wi­cie za­mknię­te. Krwa­wy bez­sku­tecz­nie szu­kał dzwon­ka czy klam­ki, bo na pu­ka­nie nikt nie od­po­wia­dał. Bu­dow­ni­czo­wie oka­za­łe­go gma­chu nie uzna­li za sto­sow­ne wy­po­sa­żyć go w choć­by naj­mniej­sze okna. Zresz­tą na nie­sa­mo­wi­te wi­do­ki nie można było tu li­czyć – do­oko­ła kłę­bi­ły się opary czer­ni i wy­glą­da­ło na to, że od­ciem­nie­nie te­re­nu wy­kra­cza­ło poza moż­li­wo­ści bu­dże­to­we pod­świa­to­wych de­cy­den­tów. Je­dy­ne źró­dło świa­tła sta­no­wił po­je­dyn­czy skra­wek gwiaz­dy za­wie­szo­ny nad wej­ściem.

Mrocz­ny gmach w mrocz­nym miej­scu.

Krwa­wy jesz­cze raz upew­nił się, że tra­fił w pra­wi­dło­we miej­sce. Na ta­blicz­ce wbi­tej w ka­wa­łek utwar­dzo­nej ciem­no­ści od­czy­tał wy­raź­ny napis:

Wy­dzia­ły Zgo­nów i Na­ro­dzin

– Dobry wie­czór! Pe­tent z Dis prosi o wej­ście! – krzyk­nął zde­spe­ro­wa­ny.

Lu­strza­na po­wierzch­nia za­fa­lo­wa­ła i uka­za­ła znu­dzo­ne­go mi­mi­ka. Zgod­nie ze swoją na­tu­rą przy­brał na­tych­miast po­stać Krwa­we­go, lecz za­miast zło­ci­ste­go świa­tła oblał się czar­nym.

– Zły dzień – przy­wi­tał się so­bo­wtór.

– Eee, tak. Ja do Wy­dzia­łu Zgo­nów.

– Aaa, nie. Ty od Wy­dzia­łu Na­ro­dzin.

Krwa­wy od razu zro­zu­miał, że każda wy­po­wie­dzia­na kwe­stia jest od­wra­ca­na. Uśmiech­nął się zatem i ski­nął, a gdy we wro­tach za­ja­śnia­ło świe­tli­ste przej­ście, wstą­pił w nie bez wa­ha­nia.

Prze­stron­ną salę wy­peł­nia­ły biur­ka, przy któ­rych sie­dzia­ły star­sza­we de­mo­ni­ce – każda bez wy­jąt­ku dwu­gło­wa, każda z głów wy­ma­lo­wa­na, wy­pu­dro­wa­na, zwień­czo­na ko­kiem si­wych wło­sów. Jedna po­chy­la­ła się nad do­ku­men­ta­mi, druga spała. Dło­nie wer­to­wa­ły kart­ki i ba­zgra­ły po nich pió­ra­mi, cza­sem przy­bi­ja­ły pie­cząt­ki albo pod­no­si­ły do ust fi­li­żan­ki kawy, któ­rej aro­mat wy­peł­niał po­miesz­cze­nie. Gdy pierw­sza głowa się zmę­czy­ła, bu­dzi­ła drugą, i tak w kółko – ro­bo­ta nie usta­wa­ła. Praw­dzi­we biu­ro­kra­tycz­ne per­pe­tu­um mo­bi­le.

Nad de­mo­ni­ca­mi la­ta­ły impy – małe, czer­wo­ne i pi­skli­we po­mio­ty. Wy­ła­nia­ły się z iskrzą­cych szcze­lin zdo­bią­cych sufit i przy­no­si­ły puste pa­pie­rzy­ska (cza­sem rów­nież świe­żą kawę), a póź­niej za­bie­ra­ły wy­peł­nio­ne, mknąc z po­wro­tem w górę.

Krwa­wy od­chrząk­nął i pod­szedł do naj­bliż­sze­go biur­ka.

– Dobry wie­czór. Szu­kam in­for­ma­cji o losie Mo­ni­ki Lot.

– Cśśś. Nie mogę gadać. – De­mo­ni­ca wska­za­ła drżą­cym pal­cem od­le­głe drzwi w głębi sali. – Sze­fo­stwo może wejść w każ­dej chwi­li.

– Ale…

– Pra­co­wać, pra­co­wać, czemu prze­szka­dzasz mi pra­co­wać?

Krwa­wy zmru­żył oczy i spró­bo­wał przy innym biur­ku.

– Nie prze­szka­dzać. Sze­fo­stwo może zo­ba­czyć.

Krą­żył i krą­żył, pytał, pro­sił, wresz­cie bła­gał – na próż­no.

– Kon­tro­la wej­dzie!

– Nie mam czasu.

– Muszę pisać, bo ina­czej…

Po pew­nym cza­sie Krwa­wy uświa­do­mił sobie, że zna­lazł się bar­dzo bli­sko zło­wiesz­czych drzwi, które wzbu­dza­ły taki strach wśród urzęd­ni­czek. Nie­ocze­ki­wa­nie usły­szał dość istot­ną in­for­ma­cję.

– Prze­cież tu jest Wy­dział Na­ro­dzin. Nie prze­szka­dzać, bo kon­tro­la…

Krwa­wy wark­nął cicho.

A to mimik łobuz!

Skoro wszy­scy tak bali się sze­fo­stwa, to on pój­dzie i zgło­si skar­gę na ob­słu­gę klien­ta. Za­pu­kał we drzwi i, nie do­cze­kaw­szy się od­po­wie­dzi, po­cią­gnął za klam­kę.

Po dru­giej stro­nie uj­rzał taką samą salę: iden­tycz­ne biur­ka i po­dob­ne dwu­gło­we de­mo­ni­ce wy­peł­nia­ją­ce do­ku­men­ty, prze­ka­zy­wa­ne póź­niej impom.

Z unie­sio­ny­mi brwia­mi prze­stą­pił próg, za­mknął za sobą wej­ście i pod­szedł do naj­bliż­szej urzęd­nicz­ki.

– Czy to Wy­dział Zgo­nów?

– Tak, ale, nie prze­szka­dzać, bo sze­fo­stwo może wejść – ski­nę­ła głową w stro­nę drzwi, z któ­rych wła­śnie wy­szedł Krwa­wy.

– Po­trze­bu­ję in­for­ma­cji o losie Mo­ni­ki Lot.

– Nie prze­szka­dzać! – wark­nę­ła głowa.

– Cier­pię na mi­łość i nie mam czasu. Muszę się do­wie­dzieć…

Z biur­ka obok do­biegł za­spa­ny głos.

– Mi­łość?

Krwa­wy rzu­cił się w tam­tym kie­run­ku. Jedna z de­mo­nic prze­sta­ła pisać i spoj­rza­ła wprost na niego. Jej za­spa­ne oczy roz­sze­rzy­ły się, po­ja­śnia­ły jak pło­my­czek za­pa­lo­ny w ciem­no­ści.

– Ach, więc tutaj skoń­czy­ła – rzekł głos ze współ­czu­ciem, ale Krwa­wy nie zwró­cił na to uwagi.

– Chyba… chyba kie­dyś ko­cha­łam – szep­nę­ła urzęd­nicz­ka, a w jej źre­ni­cach Krwa­wy do­strzegł syl­wet­ki za­ma­za­nych po­sta­ci, od­le­głych i za­po­mi­na­nych.

– Ja też je­stem chory – po­wie­dział. – Pro­szę! Mo­ni­ka Lot. Czy jest w Gó­rach Sa­mot­nej Kon­tem­pla­cji? Jak się tam do­stać? Muszę wie­dzieć!

Druga głowa za­chra­pa­ła, ock­nę­ła się i syk­nę­ła.

– Pra­cuj, głu­pia! Dość plo­te­czek. Pra­cuj!

Pierw­sza zi­gno­ro­wa­ła wście­kłą to­wa­rzysz­kę.

– Wejdź we mgłę, wejdź w ciem­ność i na­wo­łuj Ku­pi­dy­na.

– Pra­cuj! Kon­tro­la, ter­mi­ny, za­le­gło­ści!

– Pra­co­wać. Tak. Boję się sze­fo­stwa… – Roz­iskrzo­ne źre­ni­ce przy­ga­sły, twarz po­smut­nia­ła i wró­ci­ła do czy­ta­nia pa­pie­rów.

Przez pe­wien czas Krwa­wy tylko stał, słu­cha­jąc skrzy­pie­nia pióra i pa­trząc ze współ­czu­ciem na ofia­rę mi­ło­ści. 

– Dzię­ku­ję. Prze­pra­szam, że nie mogę ci pomóc – po­wie­dział i w tym mo­men­cie przy­szedł mu do głowy zna­ko­mi­ty po­mysł. Nie­wy­klu­czo­ne, że mógł ofia­ro­wać tej de­mo­ni­cy coś, o czym sam czę­sto ma­rzył – urlop. Upew­niw­szy się, że nikt nie zwra­ca na niego uwagi, Krwa­wy pod­szedł do drzwi i otwo­rzył je sze­ro­ko, szep­cząc do sie­bie:

– Mogę tylko za­brać twój strach.

Nie oglą­da­jąc się, ru­szył w stro­nę ba­zal­to­we­go wej­ścia. Nagle sala wy­bu­chła pła­czem i krzy­kiem pra­cow­nic. Ster­ty pa­pie­rów wzle­cia­ły w po­wie­trze, fi­li­żan­ki z brzę­kiem tłu­kły się o pod­ło­gę, a stada zdez­o­rien­to­wa­nych impów pisz­cza­ły pod su­fi­tem. Za­dzi­wia­ją­ce, ile cza­sem może zmie­nić otwar­cie wła­ści­wych drzwi.

Per­pe­tu­um mo­bi­le Wy­dzia­łów Na­ro­dzin i Zgo­nów zo­sta­ło tym­cza­so­wo spa­ra­li­żo­wa­ne.

Gdy osłu­pia­ły mimik otwo­rzył przej­ście, Krwa­wy opu­ścił bu­dy­nek.

Na ze­wnątrz zszedł ze ścież­ki Siód­me­go Kręgu Pod­świa­ta, za­głę­bił się w mięk­kiej ciem­no­ści i szedł tak długo, aż blask z odłam­ka gwiaz­dy znikł za nim jak ga­sną­ca świe­ca. Oto­czo­ny wil­got­ny­mi kłę­ba­mi czer­ni, sta­nął i za­wo­łał do­no­śnie:

– Ku­pi­dy­nie!

Miał na­dzie­ję, że robi to do­brze. Przy­po­mniał sobie ob­ra­zek Ku­pi­dy­na, który wi­dział kie­dyś w jed­nej z ksią­żek, pło­ną­cych po wy­bu­chu bi­blio­te­ki w Tbi­li­si. Uskrzy­dlo­ny dzie­ciak. Jak zwa­bić takie stwo­rze­nie, po­twor­ne­go i bez­li­to­sne­go sze­rzy­cie­la mi­ło­snej za­ra­zy?

Oddał się de­duk­cji. Ku­pi­dyn miał skrzy­dła. Może to swego ro­dza­ju de­mo­nicz­ny ptak? Zaraz, zaraz. Ma­cie­jo­wi­ce, osiem­na­sty wiek. Ten tra­fio­ny pio­ru­nem chłop na chwi­lę przed śmier­cią na­wo­ły­wał kacz­ki…

Ach, tak!

– Taś, taś, Ku­pi­dy­nie!

W ciem­no­ści po­ja­wi­ło się świa­teł­ko. Krwa­wy po­gra­tu­lo­wał sobie do­bre­go po­my­słu i jesz­cze lep­szej pa­mię­ci. Blask zbli­żał się nie­zwy­kle szyb­ko i już po chwi­li było wy­raź­nie widać la­ta­ją­ce­go chłop­czy­ka ze skrzy­deł­ka­mi oraz łu­kiem. Pro­mie­nio­wał zim­nym świa­tłem i zu­peł­nie nie wy­glą­dał na strasz­li­wą be­stię. Cóż, ważne by po­mógł od­na­leźć Mo­ni­kę.

– Hop, hop, Ku­pi­dy­nie. Tutaj!

Dzie­ciak uśmiech­nął się, pod­le­ciał bli­żej i wtedy Krwa­wy zo­ba­czył… Ku­pi­dyn był za­koń­cze­niem dłu­giej wy­gię­tej wici, któ­rej po­czą­tek wy­sta­wał z czoła gi­gan­tycz­nego ry­bio­po­dob­nego ciel­ska z ocie­ka­ją­cą śliną pasz­czą. Zza dłu­gich zębów do­cho­dził fetor nie­stra­wio­nej ciem­no­ści i nad­gni­łych ma­rzeń.

Świa­do­my dal­szych kolei swe­go losu, Krwa­wy smętnie westchnął. Oto mi­łość w całej po­sta­ci – niby pięk­na, a w rze­czy­wi­sto­ści be­stia.

Za­mknął oczy.

– Taś, taś? – za­chi­cho­tał głos w głowie, po czym wraz z no­si­cie­lem znik­nął w mon­stru­al­nym prze­ły­ku.

 

Sens bez­sen­su

 

Pierw­sza myśl – skoro my­ślał, to ist­niał  przy­bie­gła pręd­ko i rów­nie szyb­ko ucie­kła, kiedy coś bły­snę­ło tak mocno, że Krwa­wy mu­siał z całej siły za­ci­snąć po­wie­ki. Chwi­lę póź­niej po­czuł dra­pa­nie w gar­dle. Od­kaszl­nął słoną cie­czą i otwo­rzył oczy.

Fos­fo­ry­zu­ją­ce ameby szy­bo­wa­ły wy­so­ko na roz­ło­ży­stych skrzy­dłach, za­sy­sa­jąc smugi bia­łe­go świa­tła z gwiazd roz­sy­pa­nych gęsto po ciem­nym nie­bie.

Krwa­wy usiadł na plaży z czar­nej sub­stan­cji, która ugi­na­ła się pod jego pal­ca­mi. Ludz­ki­mi pal­ca­mi. Fale skrzą­cej an­ty­ma­te­rii ob­my­wa­ły mu nogi. Spoj­rzał ze zdu­mie­niem na złoty gar­ni­tur i białą skórę dłoni. Po­ma­cał twarz – ludz­ka. Ba! Żeby tylko! Był w jakiś spo­sób pe­wien, że to twarz fa­ce­ta od sar­dy­nek.

Wstał. An­ty­mo­rze roz­po­ście­ra­ło się da­le­ko po nie­od­gad­nio­ny ho­ry­zont. Od­kaszl­nął reszt­ka­mi an­ty­ma­te­rii i czknął pro­mie­nio­wa­niem. Prze­tarł usta – cie­płe, wraż­li­we, mokre – po czym ze­brał wolę, aby wró­cić do pier­wot­nej de­mo­nicz­nej po­sta­ci.

Nic się nie stało.

– O, nie – jęk­nął. Czemu cy­fr­czar alar­mo­wy nie za­dzia­łał?! Świa­do­mość utknię­cia w ludz­kim ciele, które tak czę­sto wi­dział zmiaż­dżo­ne, po­cię­te i roz­szar­pa­ne, spra­wi­ła, że po­czuł się… śmier­tel­ny.

– I nagle te py­ta­nia! Czy to na stałe? Nie ist­nie­ję? Śnię?

– Znów ty! Co się dzie­je? – Krwa­wy prze­su­wał pal­ca­mi po twa­rzy. – Dla­cze­go tak wy­glą­dam? Je­stem czło­wie­kiem?

– Nie bar­dziej niż wcze­śniej. A na inne py­ta­nia od­po­wiedź jest jedna: Mo­ni­ka.

– Mo­ni­ka? Co ona ma z tym wspól­ne­go?

Od­po­wiedź nie na­de­szła.

Znów bły­snę­ło.

– Cu­rvus sinus mać! – za­klął Krwa­wy.

Za czar­ną plażą roz­cią­ga­ła się linia rów­nie ciem­nych drzew. Kie­ru­nek dobry i wła­ści­wie je­dy­ny.

Z pew­no­ścią nie znaj­do­wał się w brzu­chu Ku­pi­dy­na, chyba że stwór miał ciel­sko wiel­ko­ści ko­smo­su. A może? Trud­no zro­zu­mieć isto­tę, która łowi ofia­ry na la­ta­ją­ce dziec­ko… Krwa­wy wy­tę­żył umysł, pró­bu­jąc zna­leźć wy­ja­śnie­nie, ale lo­gi­ka w jego gło­wie za­śmia­ła się i wró­ci­ła do czy­ta­nia ga­ze­ty. 

Prze­brnął przez gęsty za­gaj­nik i za­trzy­mał się gwał­tow­nie.

Na środ­ku po­la­ny stała drew­nia­na chat­ka z omsza­łym da­chem, przy niej krzy­we ogro­dze­nie, za któ­rym dy­la­ta­cje czasu w po­sta­ci za­krzy­wio­nych klep­sydr be­cza­ły ża­ło­śnie w kie­run­ku hu­ma­no­idal­ne­go grzy­ba z to­po­rem w dłoni. Stwór uniósł rękę i ze­brał z po­wie­trza grubą bryłę gwiezd­nej po­świa­ty. Uło­żył ją na pień­ku, chwy­cił obu­rącz sie­kie­rę, za­mach­nął się sze­ro­kim łu­kiem, za­ha­cza­jąc o na­kra­pia­ny ka­pe­lusz – w wy­ni­ku czego za­klął jed­no­cze­śnie w kilku ję­zy­kach – i ude­rzył z całej siły. Bły­snę­ło jak na plaży, więc Krwa­wy mu­siał osło­nić oczy. Gdy je otwo­rzył, grzyb rzu­cał roż­no­ko­lo­ro­we szcza­py świa­tła głod­nym klep­sy­drom. Za­sy­sa­ły je przez szkło.

Krwa­wy ostroż­nie po­stą­pił na­przód. Wi­zy­ty na Ziemi na­uczy­ły go, że przy osob­ni­kach z du­ży­mi ostrza­mi w rę­kach czę­sto do­cho­dzi do na­głych i nie­kon­tro­lo­wa­nych ubyt­ków krwi. Nie miał jed­nak wy­bo­ru.

– Prze­pra­szam! – po­wie­dział z ner­wo­wym uśmie­chem. – Gdzie je­ste­śmy?

– O, er­gos­fe­ro! Na­stęp­ny wę­dro­wiec! – Grzyb otrze­pał dło­nie. Wi­ru­ją­ce iskry zle­cia­ły na czar­ną trawę. – Już, już, mo­men­cik. Ostat­nio przyj­mo­wa­łem ple­śnia­ka z Sy­riu­sza, a oni ufają tylko grzy­bom. Po­pa­trz­my… – Spoj­rzał na Krwa­we­go, aż ten po­czuł się nie­swo­jo (czego nie lubił, lecz tym razem nie pro­te­sto­wał). – Co my tu mamy? Demon, ludz­ka po­stać, styl eu­ro­pej­ski. Mam wra­że­nie, że od­po­wied­nia bę­dzie… O, tak! Mą­drość wscho­du.

Mu­cho­mor znik­nął, a w jego miej­scu po­ja­wił się stary fakir z długą brodą i po­ma­rań­czo­wym tur­ba­nem na gło­wie. Sie­dział ze skrzy­żo­wa­ny­mi no­ga­mi na prze­tar­tym dy­wa­nie. Do­oko­ła po­la­ny wy­kwi­tły sto­ja­ki z tlą­cy­mi się ka­dzi­dła­mi. Aro­mat róży i sza­fra­nu wpy­chał się do noz­drzy.

– Tak le­piej – po­wie­dział i ge­stem przy­wo­łał Krwa­we­go. – Witaj, po­dróż­ni­ku. Stary Wie­dza zna twoje pra­gnie­nie.

– Je­steś Wie­dza?

– Wła­śnie tak. I od­po­wia­da­jąc na ko­lej­ne py­ta­nia: nie je­ste­śmy w środ­ku isto­ty błęd­nie zwa­nej Ku­pi­dy­nem, nie za­mie­rzam cię oszu­kać oraz nie ocze­ku­ję za­pła­ty za pomoc. Od­wie­dza mnie wielu po­dróż­ni­ków: ży­wych, dawno mar­twych i jesz­cze nie­na­ro­dzo­nych. Szu­ka­ją mą­dro­ści albo przej­ścia, cza­sem jed­ne­go i dru­gie­go. Ty pró­bu­jesz od­na­leźć Mo­ni­kę.

– Tak! – krzyk­nął Krwa­wy. Może po­żar­cie przez Ku­pi­dy­na było jed­nak wła­ści­wą drogą?

– Twój psi zna­jo­my miał rację. Umiesz­czo­no ją w Gó­rach Sa­mot­nej Kon­tem­pla­cji. Czemu chcesz się tam do­stać? Nie wy­glą­dasz na mar­twą duszę.

– Więc jed­nak nie wiesz wszyst­kie­go?

– Przy­zna­ję, że umy­ka­ją mi niu­an­se psy­chi­ki.

– Za­ra­zi­łem się mi­ło­ścią – wy­ja­śnił Krwa­wy. – Muszę…

Fakir uśmiech­nął się i pu­ścił oczko.

– Ach! Wszyst­ko jasne. Spójrz tam.

Krwa­wy po­pa­trzył we wska­za­ne miej­sce i uj­rzał po­je­dyn­cze białe drzwi. Przy­siągł­by, że wcze­śniej ich tam nie było.

– Dokąd…?

– Do wielu miejsc – prze­rwał Wie­dza. – Na Ziemi zwano je Styk­sem, dla Stada Amuin to Trze­wia Bo­gi­ni, a wśród ma­te­ma­gów z ⁵ℜ noszą miano ∋∞∈. Ja zwę je Szan­są. 

– Do­pro­wa­dzą mnie do Mo­ni­ki?

– Kto wie, mło­dzień­cze. Za­le­ży od cie­bie.

– Ode mnie? – Krwa­wy pod­szedł do drzwi i prze­su­nął pal­cem po gład­kim drew­nie.

– Mie­sza­ją się tam wy­mia­ry i wszech­świa­ty. Raz wy­lą­du­jesz w my­ślach, uczu­ciach i ma­rze­niach, innym razem spo­tkasz ma­te­rial­ne isto­ty na ma­te­rial­nych świa­tach. Wiem jedno… za­wsze jest wyj­ście. Mo­żesz rów­nież za­wró­cić, wtedy otwo­rzę ci bramę do Dis. Spró­buj za­po­mnieć o Mo­ni­ce, po­ły­kaj sza­ry­mi ran­ka­mi kro­ple smut­ku lub, jeśli zgro­ma­dzi­łeś tro­chę bo­gactw, udaj się do za­to­pio­ne­go Eul, gdzie kle­ry­cy Po­cząt­ku zje­dzą twoje wspo­mnie­nia o dziew­czy­nie. Po­myśl: nie wiesz, czy ją znaj­dziesz, nie wiesz, czy cię pa­mię­ta. Jeśli wej­dziesz w Szan­sę, nie bę­dzie od­wro­tu.

Krwa­wy za­wa­hał się z dło­nią na klam­ce.

Słowa Wie­dzy były mądre i bez­po­śred­nie. Dla­cze­go łu­dził się nie­lo­gicz­ną na­dzie­ją? Prze­żył spo­tka­nie z Ku­pi­dy­nem – czy to prze­stro­ga, aby za­wró­cić, czy za­chę­ta, by gnać dalej? O ile ła­twiej (oraz bez­piecz­niej!) by­ło­by za­po­mnieć! 

To miało sens, więc dla za­ko­cha­ne­go było zu­peł­nie bez sensu.

Krwa­wy szarp­nął za klam­kę i wkro­czył w świa­tło.

 

Za mało mi­ło­ści…

 

Śmiech – szcze­bio­czą­cy i me­lo­dyj­ny.

Gdzie tra­fił? Po­trzą­snął głową, by oprzy­tom­nieć. W po­wie­trzu uno­sił się słod­kom­dlą­cy za­pach, przy­wo­łu­jąc wspo­mnie­nie za­wa­lo­nej pa­lar­ni opium w wik­to­riań­skim Lon­dy­nie. Na chwiej­nych no­gach ru­szył mar­mu­ro­wym ko­ry­ta­rzem. Czer­wo­ne pło­my­ki z ho­lo­gra­mo­wych po­chod­ni peł­za­ły po gład­kich ścia­nach. Zza za­ło­mu wy­bie­gła roz­ne­gli­żo­wa­na para pta­ko­po­dob­nych istot – w opie­rzo­nych rę­kach trzy­ma­ły wy­gnie­cio­ne szaty, dzio­by miały otwar­te, a śle­pia pół­przy­tom­ne. Mi­nę­ły Krwa­we­go, nawet nie za­szczy­ca­jąc go spoj­rze­niem.

Do­tarł do ele­ganc­kie­go przed­sion­ka, wy­ło­żo­ne­go mo­zai­ką przed­sta­wia­ją­cą księ­ży­co­we nimfy, nad­mier­nie cie­płe­go i prze­sy­co­ne­go dusz­nym aro­ma­tem potu oraz piżma. Pchnął in­kru­sto­wa­ne zło­tem drzwi i wszedł do roz­le­głej kom­na­ty.

Sko­ja­rzy­ła mu się z pew­nym am­ster­dam­skim przy­byt­kiem płat­nej mi­ło­ści, wy­uz­da­nym nawet jak na mia­sto sły­ną­ce z ta­kich lo­ka­li. Nie­kie­dy od­bie­rał stam­tąd dusze pe­cho­wych klien­tów, któ­rzy prze­sa­dzi­li z in­ten­syw­no­ścią zabaw. Ale tu ścia­ny się ru­sza­ły… nie, wy­ło­żo­no je ma­leń­ki­mi ru­cho­my­mi zdję­cia­mi samic nie­zli­czo­nych ga­tun­ków: na­gich, chęt­nych, ubra­nych tylko w so­czy­ste barwy. Ty­sią­ce, setki ty­się­cy. Po­zu­ją­cych na sze­ro­kim łożu, które Krwa­wy uj­rzał w głębi kom­na­ty, a przy nim…

Męż­czy­zna tak pięk­ny, że Krwa­we­mu za­bra­kło tchu, z lśnią­cym, do­sko­na­łym ob­li­czem ni­czym wy­rzeź­bio­nym z ota­cza­ją­ce­go ich mar­mu­ru. In­ten­syw­nie czer­wo­ny szla­frok okry­wał jego tors i spły­wał aż do po­sadz­ki, od pasa roz­sze­rza­jąc się ni­czym wiel­ka ba­ro­ko­wa suk­nia. Krwa­wy nie wie­dział jaka magia tu dzia­ła­ła, ale ledwo mógł ode­rwać oczy od bo­skie­go ob­li­cza.

– On jest praw­dzi­wy? – za­py­tał głosu w my­ślach, choć nie był pe­wien, czy do­cze­ka się od­po­wie­dzi. Co­kol­wiek, byle zająć myśli, byle nie ulec cza­ro­wi…

– O tak, a jego żądza do­rów­nu­je tylko jego aro­gan­cji. 

– Witaj, de­mo­nie. – Od słod­kie­go, lep­kie­go głosu nie­zna­jo­me­go, pod Krwa­wym ugię­ły się ko­la­na, ale wy­czuł tam coś jesz­cze: smu­tek i żal za stra­co­nym cza­sem. Jakby znów roz­ma­wiał z jedną z dusz na Ziemi. – Wy­bacz, lecz przyj­mu­ję wy­łącz­nie sa­mi­ce.

– Nie… to nie tak.

Ideał na­peł­nił kie­li­szek krwi­stym pły­nem z ka­raf­ki.

– Ach, pra­gniesz więc po­dzi­wiać moje zbio­ry. – Za­to­czył sze­ro­ki łuk drżą­cą ręką i prze­chy­lił się nieco jak pi­ja­ny. – Przy­by­ły tu z wielu świa­tów w po­szu­ki­wa­niu osta­tecz­nej roz­ko­szy, nie­któ­re z cie­ka­wo­ści, inne z nudy, inne… – Wzru­szył ra­mio­na­mi. – Praw­dę mó­wiąc, nie wiem. Je­stem Gamal zwany Zdo­byw­cą Ko­lo­rów, ostat­ni z Purrg, uwo­dzi­ciel i ko­lek­cjo­ner.

Nalał tru­nek do dru­gie­go kie­lisz­ka i zbli­żył się płyn­nym ru­chem, jakby le­wi­to­wał na skrzy­dłach wła­sne­go pięk­na. Spusz­cza­jąc oczy, Krwa­wy uprzej­mie wziął szkło. Pró­bo­wał przy­po­mnieć sobie Mo­ni­kę, ale wspo­mnie­nie tutaj bla­kło, tra­ci­ło na wy­ra­zi­sto­ści.

– Od­rzuć nie­śmia­łość, przy­ja­cie­lu. W tej kom­na­cie wstyd nie jest mile wi­dzia­ny. Przy­by­łeś uj­rzeć dumę Purrg, więc pro­szę! Oto ona! – Wolną ręką Gamal roz­chy­lił szla­frok.

– Jak…? – zdo­łał wy­szep­tać Krwa­wy.

Czy to w ogóle moż­li­we? Te kom­bi­na­cje, kształ­ty, roz­mia­ry. Brzy­dził się ob­ra­zów, które po­ja­wi­ły się w jego my­ślach i od­wró­cił głowę.

– Dla­te­go przy­la­tu­ją – cheł­pił się Gamal – i od­cho­dzą za­spo­ko­jo­ne jak nigdy.

– Od­cho­dzą po­tur­bo­wa­ne ocze­ki­wa­niem, oka­le­czo­ne szczę­ściem i zgwał­co­ne roz­ko­szą.

 Nie ro­zu­miem.

– Myśl, Krwa­wy! Zadaj śmier­tel­ni­ko­wi wy­star­cza­ją­co bólu, a osza­le­je. Dla­cze­go ina­czej mia­ło­by być z przy­jem­no­ścią?

– To nie to samo!

– Na­praw­dę? Praw­dzi­wy z cie­bie eks­pert, praw­da? – za­kpił głos.

Gamal od­wró­cił się i po­szy­bo­wał do ka­raf­ki, po­trzą­sa­jąc gniew­nie pu­stym szkłem.

– Do szczę­ścia bra­ku­je mi już tylko jed­ne­go: mi­ło­ści! Po­wia­da­ją, że jest warta wię­cej niż ty­siąc ko­cha­nek. Od­dał­bym wszyst­kie zdo­by­cze, za tę je­dy­ną, która na­praw­dę by mnie ko­cha­ła. – Na­peł­nił kie­li­szek. – Dla­te­go nie­stru­dze­nie szu­kam!

Czemu ktoś miał­by szu­kać mi­ło­ści? Czy ten stwór chce umrzeć?

– Sh’gg.

– Co?

– Była nu­me­rem sto ty­się­cy dwu­dzie­stym. Ko­cha­ła go i on ją ko­chał, lecz otu­ma­nio­ny bio­sty­mu­lan­ta­mi i po­żą­da­niem nie zro­zu­miał tego. Potem po­grze­ba­ły ją do­zna­nia z in­ny­mi sa­mi­ca­mi.

– Skąd wiesz?

– Wiem, Krwa­wy. Po pro­stu wiem. Kości nie­szczę­snej Sh’gg leżą za­po­mnia­ne na dnie wą­wo­zu, w który się rzu­ci­ła, jak wiele in­nych, ob­da­rzo­nych w tej kom­na­cie speł­nie­niem i tu po­rzu­co­nych. Wra­ca­ły na swe świa­ty, nio­sąc tę­sk­no­tę jak cho­ro­bę. Inni samcy ble­dli w po­rów­na­niu z tym pół­bo­giem. – Głos prych­nął przy ostat­nim sło­wie. – Dla ofiar Ga­ma­la byli bez­barw­ni i nudni. Sza­leń­stwo, sa­mo­bój­stwa i sa­mot­ność. Oto dary ostat­nie­go z Purrg. Zo­bacz!

Ob­ra­zy wtar­gnę­ły do umy­słu Krwa­we­go.

Mię­dzy­gwiezd­ne we­hi­ku­ły od­la­tu­ją ze sta­cji ko­smicz­nej Ga­ma­la, cią­gnąc za sobą bladą czer­wień ga­sną­cej na­mięt­no­ści. Wiele samic zrywa z sie­bie wspo­mnie­nia, inne ule­ga­ją i toną w pu­stej bieli żalu. Mi­ja­ją lata. Sy­czą­ca żółć toczy dawne ko­chan­ki Pur­r­gia­ni­na, po­kry­wa ich myśli i uczu­cia – za­tra­ca­ją się w niej, aż czer­nie­je i wkrót­ce fa­lu­ją­ce lasy, mokre ulice oraz strze­li­ste góry setek świa­tów za­peł­nia­ją się nie­ru­cho­my­mi cia­ła­mi. 

Krwa­wy osu­nął się ple­ca­mi po ścia­nie, strą­ca­jąc kilka zdjęć. Wy­pusz­czo­ny z dłoni kie­li­szek leżał roz­trza­ska­ny na po­sadz­ce w oto­cze­niu kar­ma­zy­no­we­go trun­ku.

Magia pry­sła.

Po­wie­trze śmier­dzia­ło, cięż­ki za­pach mdlił i przy­tła­czał, a pełna po­żą­da­nia aura Pur­r­gia­ni­na zda­wa­ła się nie­przy­zwo­icie ob­le­śna. Kom­na­ta przy­po­mi­na­ła teraz kost­ni­cę, uświet­nio­ną wi­ze­run­ka­mi ofiar se­ryj­ne­go mor­der­cy.

Białe drzwi zma­te­ria­li­zo­wa­ły się w od­le­gło­ści kilku kro­ków.

– Nie przej­muj się, de­mo­nie. Dzia­łam tak na wszyst­kich – po­wie­dział Gamal z uśmie­chem, omył­ko­wo bio­rąc upa­dek Krwa­we­go za efekt swego uroku. Wy­glą­da­ło na to, że wrota Szan­sy były dla niego nie­wi­docz­ne. 

Krwa­wy pod­niósł się z tru­dem. Wie­dział, że prze­sy­co­ne ko­lo­ra­mi uczuć wizje ofiar Pur­r­gia­ni­na zo­sta­ną w nim na długo, może na za­wsze.

– Dla­cze­go mi to zro­bi­łaś? – po­my­ślał z pre­ten­sją. – Wiem, że mi­łość pro­wa­dzi do zła! Nie chcia­łem tego oglą­dać!

Głos za­chi­cho­tał, co zda­niem Krwa­we­go było zu­peł­nie nie na miej­scu.

– Poza nie­szczę­sną Sh’gg to miej­sce nie wi­dzia­ło mi­ło­ści.

Krwa­wy za­ci­snął zęby. Chciał już po­my­śleć nad zja­dli­wą od­po­wiedzią, gdy roz­legł się trzask gło­śni­ka, a zaraz potem bez­pł­cio­we słowa:

– Trans­por­to­wiec kró­lo­wej Utrul­lu za­do­ko­wał przy wła­zie pią­tym. Roz­po­czy­nam do­sto­so­wy­wa­nie po­wie­trza.

– Pora na cie­bie, de­mo­nie – oświad­czył Gamal i ziew­nął.

Ko­lej­ne zdję­cie na gład­kiej ścia­nie. Ko­lej­na ofia­ra na da­le­kim świe­cie. Ko­lej­ny prze­błysk barw.

Czer­wień, biel, żółć i czerń.

Krwa­wy za­stygł przed drzwia­mi i ze smut­kiem spoj­rzał na Pur­r­gia­ni­na. Nie mógł zwy­czaj­nie odejść. Może głos mówił praw­dę? Może nigdy nie było tu mi­ło­ści? To nie­moż­li­we, aby uczu­cie z pa­mięt­nej nocy z Mo­ni­ką do­pro­wa­dzi­ło do cze­goś ta­kie­go. Pod­jął de­cy­zję i rzekł:

– Na­zy­wa­ła się Sh’gg. Była twoim nu­me­rem sto ty­się­cy dwu­dzie­stym.

Gamal drgnął, w ciągu chwi­li jego ob­li­cze roz­ja­śnił nie­obec­ny uśmiech. Pa­mię­tał ją.

– Tak, Sh’gg… była nieco inna…

– Bo cię ko­cha­ła – wark­nął Krwa­wy. – Mia­łeś upra­gnio­ną mi­łość na wy­cią­gnię­cie ręki i ją od­rzu­ci­łeś. Przy­by­łem, aby prze­ka­zać wia­do­mość od Sh’gg: ona wciąż czeka.

– Gdzie? Mów, de­mo­nie!

– W Gó­rach Sa­mot­nej Kon­tem­pla­cji.

Pur­r­gia­nin pod­le­ciał tak bli­sko, że Krwa­wy mu­siał od­wró­cić głowę, lecz tym razem nie z po­wo­du pięk­nych rysów. Oglą­dał w swoim ist­nie­niu setki po­wy­krę­ca­nych kosz­mar­nych stwo­rów, które nawet we­dług de­mo­nich stan­dar­dów bu­dzi­ły od­ra­zę, nigdy jed­nak nie wi­dział ta­kiej ohydy ukry­tej za wo­alem ide­al­nej twa­rzy.

– Bła­gam! Jak się tam do­sta­nę? – W sło­wach Ga­ma­la po­brzmie­wa­ła na nowo od­kry­ta ra­dość.

– To mu ofia­ro­wa­łem? Na­dzie­ję? Oto na­gro­da dla mor­der­cy? – za­py­tał głosu.

– Na­dzie­ja bywa naj­gor­szą karą.

– Od­naj­dzie Sh’gg? 

– To już nie twoja spra­wa. Do­ko­na­łeś wy­bo­ru. 

– Znajdź Ku­pi­dy­na – po­wie­dział Krwa­wy uśmiech­nię­te­mu Ga­ma­lo­wi, otwo­rzył Szan­sę i znik­nął w świe­tle.

 

…i za dużo

 

Ruiny.

Pęk­nię­te, strza­ska­ne wie­żow­ce i bu­dyn­ki, zu­peł­nie jak po trzę­sie­niu ziemi, puste i po­zba­wio­ne życia. Kłęby chmur su­ną­ce po nie­bie przy­po­mi­na­ły stado umie­ra­ją­cych ba­wo­łów.

Krwa­wy osło­nił ręką oczy. Żółty pył siekł po twa­rzy przy każ­dym po­dmu­chu wy­ją­ce­go wia­tru, skro­bał po da­chach po­rzu­co­nych sa­mo­cho­dów z wy­bi­ty­mi szy­ba­mi, dra­pał dziu­ra­we chod­ni­ki.

– Gdzie je­ste­śmy?

Cisza.

Coś ru­sza­ło się pod prze­krzy­wio­ną la­tar­nią, mię­dzy mar­twy­mi drze­wa­mi, w po­zo­sta­ło­ściach miej­skie­go parku. 

Na za­ku­rzo­nym po­let­ku, wśród roz­kwi­tłych, wy­so­kich kwia­tów, klę­cza­ła stara ko­bie­ta. Zda­wa­ło się, że wiatr nie ma wstę­pu w jej po­bli­że. Siwe włosy spo­czy­wa­ły spo­koj­nie na ple­cach, a wie­ko­we łach­ma­ny drga­ły tylko od sła­bych ru­chów chu­dych ra­mion, gdy dłoń­mi ko­pa­ła w ziemi. Obok niej stał ko­szyk wy­peł­nio­ny sa­dzon­ka­mi.

Zanim Krwa­wy zdo­łał upo­rząd­ko­wać myśli, uj­rzał w głębi parku białe drzwi prze­świ­tu­ją­ce przez smugi pyłu. Nie po­świę­ca­jąc już sta­rusz­ce naj­mniej­szej uwagi, ru­szył w stro­nę Szan­sy.

– Pomóż mi – za­wo­ła­ła ko­bie­ta, gdy prze­cho­dził obok. – Pro­szę!

Wy­star­czy­ło pod­biec do drzwi, wkro­czyć w świa­tło i za­po­mnieć o niej, jak o jed­nym od­de­chu wśród ty­się­cy. Dla­cze­go miał­by się za­trzy­mać, gdy gdzieś tam cze­ka­ła Mo­ni­ka? 

Zro­bił jesz­cze krok, za­trzy­mał się i wes­tchnął, prze­kli­na­jąc swe zbyt mięk­kie serce. Gdy pod­szedł do sta­rusz­ki, po­dmu­chy py­li­ste­go wia­tru zga­sły, uwię­zio­ne na ze­wnątrz, zu­peł­nie jakby wkro­czył w nie­wi­dzial­ny kokon.

Zwró­ci­ła do Krwa­we­go wie­ko­we ob­li­cze. Oczy za­kry­wa­ły grube biel­ma – była ślepa.

– Moje kwia­ty. Moje pięk­ne kwia­ty. Za­bi­ja je.

– Kto? – Klęk­nął obok niej i na­brał garść ziemi. Ja­ło­wa, sucha, bez śladu życia.

– On – wy­du­si­ła przez za­ci­śnię­te zęby. – Nie po­zwól mu ich nisz­czyć. 

I wtedy Krwa­wy uj­rzał za jej ple­ca­mi nie­wy­raź­ną syl­wet­kę. Młody męż­czy­zna z za­szy­ty­mi grubą nicią usta­mi, pół­prze­źro­czy­sty i szary – przy­po­mi­nał ziem­ską duszę, choć zmi­zer­nia­łą i wy­cień­czo­ną. Było coś dziw­ne­go w jego twa­rzy, zbyt zna­jo­me­go i nie­przy­pad­ko­we­go, lecz im bar­dziej Krwa­wy nad tym my­ślał, tym bar­dziej wra­że­nie ucie­ka­ło. Z pew­no­ścią dusza nie wy­glą­da­ła, jakby miała złe za­mia­ry, ale spo­tka­nie z Ga­ma­lem udo­wod­ni­ło, że le­piej nie ufać po­zo­rom. Zjawa wy­cią­gnę­ła rękę i do­tknę­ła jeden z po­sa­dzo­nych kwia­tów. Czer­wo­ne płat­ki mo­men­tal­nie skur­czy­ły się i opa­dły, ło­dy­ga schy­li­ła, po czym zmie­ni­ła w mi­go­czą­ce dro­bin­ki, które po­mknę­ły ku twa­rzy sta­rusz­ki i znik­nę­ły w niej bez śladu. Część zmarsz­czek wy­gła­dzi­ła się, skóra na­bra­ła zdrow­sze­go od­cie­nia. Gdzieś z da­le­ka do­biegł huk upa­da­ją­ce­go bu­dyn­ku.

Krwa­wy zmarsz­czył brwi. Jeśli szary był po­two­rem, to dzia­łał w zu­peł­nie nie­po­twor­ny spo­sób.

– Nie! Znów tu jest! – krzyk­nę­ła ko­bie­ta, dłoń­mi mu­ska­jąc czub­ki in­nych kwia­tów, jakby chcia­ła je ochro­nić. Za­łka­ła, wy­cią­gnę­ła z ko­szy­ka sa­dzon­kę i wsa­dzi­ła do wy­grze­ba­nej dziu­ry. Ko­rze­nie chci­wie wbiły się w zie­mię, ło­dy­ga wy­strze­li­ła, pusz­cza­jąc li­ście, a na szczy­cie z ci­chym wes­tchnie­niem po­ja­wił się pąk. Tym razem skrzą­ca smuga prze­sko­czy­ła ze sta­re­go ob­li­cza na kwiat, za­bie­ra­jąc za sobą skraw­ki mło­do­ści, bruż­dżąc po­licz­ki pęk­nię­cia­mi i wy­sy­sa­jąc kolor ze skóry. Pąk otwo­rzył się, a barwy płat­ków na­bra­ły in­ten­syw­ne­go błę­ki­tu.

Krwa­wy wes­tchnął głę­bo­ko.

Komu pomóc? Po­trze­bo­wał wię­cej in­for­ma­cji, więc wtar­gnął do umy­słu sta­rusz­ki.

Na imię miała Isla, była młoda, szczę­śli­wa i… Krwa­wy prze­wi­nął dalej, w ra­do­snych wspo­mnie­niach z pew­no­ścią ni­cze­go się nie dowie. Bzdur­ki, bzdur­ki. Rand­ki, śmie­chy, po­ca­łun­ki z ja­kimś chło­pa­kiem (co od razu wy­wo­ła­ło tę­sk­no­tę za Mo­ni­ką). Spo­koj­ne morze, on pra­cu­je na na­brze­żu, ona w skle­pie. Wy­ciecz­ki, leżą w łóżku (gdzie ich ubra­nia? Za go­rą­co?). O, nie, nie! Tego zde­cy­do­wa­nie nie za­mie­rzał oglą­dać! Prze­wi­jać! Prze­wi­jać! Te­le­fon, łzy, wiele łez, jakaś fa­bry­ka. Po­grzeb przy lo­do­wa­tym wie­trze (zmar­ły chło­pak na wiel­kim por­tre­cie), za­pła­ka­ni lu­dzie i jedna dziew­czy­na, Isla, po­wta­rza­ją­ca si­ny­mi usta­mi: Adam… Adam…

Adam! Ta twarz! Prze­cież to nie­szczę­śnik od sar­dy­nek!

Przy­po­mniał sobie, jak od­pro­wa­dzał go po wy­pad­ku w szkoc­kim ma­ga­zy­nie. Chło­pak mar­twił się tylko o swoją dziew­czy­nę, Krwa­wy zaś nie miał za­mia­ru wy­słu­chi­wać ko­lej­nych la­men­tów, więc kazał mu (w bar­dzo ostry spo­sób) się za­mknąć. Teraz po­czuł wy­rzu­ty su­mie­nia, które go zdzi­wi­ły. Czy zmie­nił się aż tak bar­dzo?

– On chce odejść – szep­nął. W zmę­czo­nym spoj­rze­niu Adama wi­dział nieme bła­ga­nie. – Je­steś chora z mi­ło­ści, Islo. Po­zwól sobie pomóc. Po­zwól pomóc Ada­mo­wi.

– Nie! – Z nagłą werwą Isla za­czę­ła roz­ko­py­wać glebę za­krzy­wio­ny­mi pal­ca­mi. – Nie, głup­cze! Mi­łość to nie cho­ro­ba! Ko­chać zna­czy pa­mię­tać! To je­dy­ne, co jesz­cze mam. Odejdź stąd!

Kwia­ty – pełne wspo­mnień, tę­sk­no­ty i mi­ło­ści. Kwit­ną­ce wię­zie­nie.

– Nigdy go nie za­po­mnisz – Krwa­wy po­cie­szył ją z uśmie­chem, choć nie mogła go uj­rzeć.

Chwy­cił ją za nad­garst­ki i przy­trzy­mał. Szarp­nę­ła się, lecz była zbyt słaba.

– Nieee! Zo­staw mnie!

Ete­rycz­na dłoń do­tknę­ła jeden z kwia­tów, potem drugi i ko­lej­ny, a one schły i umie­ra­ły. Z każdą śmier­cią lata spły­wa­ły z twa­rzy Isli jak wo­sko­wa maska w upal­ny dzień. Ko­bie­ta krzy­cza­ła i zło­rze­czy­ła Krwa­we­mu, coraz to młod­szym, sil­niej­szym gło­sem. Wtó­ro­wał jej grzmot upa­da­ją­cych bu­dyn­ków; całe dziel­ni­ce ob­ra­ca­ły się w gruz, który zni­kał bez śladu, wchło­nię­ty przez zie­mię. Krwa­wy trzy­mał mocno, aż do sa­me­go końca, gdy Adam do­tknął ko­szyk i dro­bin­ki z sa­dzo­nek znik­nę­ły w ob­li­czu mło­dej Isli. Po chwi­li rów­nież umę­czo­na dusza roz­pły­nę­ła się w po­wie­trzu.

Ustał wiatr, opadł żółty pył, znik­nę­ły ruiny i wraki. Do­oko­ła widać było tylko pustą rów­ni­nę.

Krwa­wy pu­ścił ręce dziew­czy­ny. Upa­dła, sku­lo­na i łka­ją­ca. Zie­mia przy­kle­ja­ła się do mo­krych od łez po­licz­ków.

Chwie­jąc się, wstał i ru­szył do bia­łych drzwi.

– Tak trze­ba było zro­bić, praw­da? – za­py­tał głosu. Po­trze­bo­wał otu­chy, do­bre­go słowa. Może po­stą­pił wła­ści­wie, lecz nie od­czu­wał żad­nej ra­do­ści. Nie wtedy, gdy słu­chał roz­pacz­li­we­go za­wo­dze­nia Isli. Osta­tecz­nie roz­dzie­lił parę za­ko­cha­nych.

– Nic nie mu­sia­łeś robić. Cie­szy­ła się tym, co miała, tą drob­ną garst­ką wspo­mnień. Zo­sta­wi­łeś jej pust­kę i płacz. To był twój wybór.

Krwa­wy za­gryzł wargi i spoj­rzał ostat­ni raz na bez­kre­sną rów­ni­nę.

– Może było tu szczę­ście Isli, ale nie Adama. Ko­cha­ła go za mocno. Tylko nie wiem, dla­cze­go wciąż tu trwał. Nie po­trze­bo­wał mnie, mógł odejść w każ­dej chwi­li.

– Pro­ste, Krwa­wy. On rów­nież ją ko­chał i rów­nież za mocno. Krzyw­dzi­li się wza­jem­nie, pró­bu­jąc ulżyć dru­gie­mu w cier­pie­niu.

Isla wciąż pła­ka­ła.

– Co z nią bę­dzie?

– To już nie twoja spra­wa – od­parł głos, lecz zaraz dodał ła­god­niej­szym tonem: – Ale znów może bu­do­wać.

 

Naj­okrut­niej­sza za­ra­za

 

Była tu.

Zro­zu­miał to od razu, gdy wy­szedł ze świa­tła w przej­mu­ją­cy mróz. Pró­szył rzad­ki śnieg, więc Krwa­wy mógł do­strzec od­le­głe szczy­ty, prze­ty­ka­ne głę­bo­ki­mi do­li­na­mi. Zna­lazł Góry Sa­mot­nej Kon­tem­pla­cji (i to szyb­ciej niż się spo­dzie­wał). Ma­syw­ne pasma, nie­wzru­szo­ne i po­waż­ne jak zwło­ki na ka­ta­fal­ku. Kiedy do­szło do niego, jak tu zimno, objął się ra­mio­na­mi i na­brał w płuca lo­do­wa­te­go po­wie­trza.

Była tu.

Od­naj­dzie ją i…

– Witaj, Krwa­wy.

Ob­ró­cił się gwał­tow­nie z gulą w gar­dle.

Mo­ni­ka.

Szła ku niemu, pod­pie­ra­jąc się dłu­gim kijem, odzia­na od stóp do głów w strój z sza­rych futer nie­zna­nych zwie­rząt. Nie wy­glą­da­ła naj­le­piej: zmru­żo­ne oczy oka­lał szron, pie­przyk z boku nosa przy­po­mi­nał cho­ro­bli­wą na­rośl, a do­łecz­ki znik­nę­ły znad za­ci­śnię­tych, bla­dych warg.

Na twa­rzy – za­czer­wie­nio­nej i po­kry­tej śnież­ny­mi dro­bi­na­mi – nie widać było choć­by cie­nia uśmie­chu.

Miał jej tyle do po­wie­dze­nia, że nie mógł otwo­rzyć ust. Jak za­cząć? Może ra­do­śnie spy­tać o zdro­wie (mar­twą duszę, głup­ku?), ni­skim gło­sem przy­po­mnieć po­ca­łu­nek (nie wy­glą­da­ła na chęt­ną do po­wtór­ki), szarp­nąć i ostrzec przed mi­ło­ścią (prze­cież to groź­na cho­ro­ba… praw­da?).

Nie. Nic z tych rze­czy. Po pro­stu się przy­wi­ta. Zmu­sił gar­dło do po­słu­szeń­stwa.

– Ko­cham cię!

Kto to po­wie­dział? Krwa­wy obej­rzał się, ale uj­rzał tylko białe góry. Zna­czy, że on?! Dla­cze­go?! Nie był, co praw­da, eks­per­tem od ziem­skiej kur­tu­azji, ale cho­dzi­ło mu o inne po­wi­ta­nie. Mimo chło­du fala go­rą­ca za­pło­nę­ła w sto­pach Krwa­we­go, po­mknę­ła w górę i usa­do­wi­ła się wy­god­nie w roz­pa­lo­nych po­licz­kach.

– Ty? – Mo­ni­ka prych­nę­ła ostro. Do­łecz­ki wró­ci­ły na swoje miej­sce, ale nie tak, jak sobie wy­ma­rzył Krwa­wy. Ru­szy­ła w jego stro­nę z twa­rzą wy­krzy­wio­ną gry­ma­sem, więc za­czął się cofać. – Zwy­kły demon to­wa­rzy­szą­cy? Cy­nicz­ny fu­riat, zmę­czo­ny Zie­mią i ludź­mi? Wi­dzie­li­śmy się przez uła­mek wie­czo­ru i na co li­czysz? Że padnę ci w ra­mio­na? Jesz­cze raz po­ca­łu­ję? Dla­cze­go? Dla­cze­go kto­kol­wiek miał­by po­ko­chać… cie­bie?

Po­licz­ki Krwa­we­go roz­pa­li­ły się ni­czym rdze­nie kwa­za­rów. Wziął głę­bo­ki od­dech, aby za­pro­te­sto­wać, wy­ja­śnić to strasz­li­we nie­po­ro­zu­mie­nie, zwa­lić winę na mi­łość – tak, to z pew­no­ścią cho­ro­ba prze­ma­wia przez Mo­ni­kę! – co­kol­wiek, byle zro­zu­mia­ła, że to wszyst­ko nie tak!

Tylko nie mógł zna­leźć żad­nych słów.

– Po­do­bam ci się, bo zmie­ni­łeś po­stać! – Naj­wi­docz­niej Mo­ni­ka znaj­do­wa­ła ich aż za wiele. – Bo chcia­łeś nadać zna­cze­nie swej pu­stej eg­zy­sten­cji! Tylko ty i ty! Ani razu nie po­my­śla­łeś, że po pro­stu cie­bie nie chcę?! – wrza­snę­ła i za­mach­nę­ła się kijem na Krwa­we­go.

Od­su­nął się, po­tknął i nagle sto­pa­mi tra­fił w pust­kę. Do­pie­ro po chwi­li zro­zu­miał, że spada. Skraj urwi­ska od­da­lał się bły­ska­wicz­nie, nik­nął we mgle, zle­wa­jąc się z sza­rym, bez­kre­snym nie­bem.

Słowa Mo­ni­ki za­bra­ły mu wszyst­ko, zo­sta­wia­jąc pust­kę i roz­pacz. Od­rzu­ci­ła go, więc cóż wię­cej zo­sta­ło? Wró­cić do kle­ry­ków Po­cząt­ku? Za­po­mnieć? Nie miał sił na dal­szą wę­drów­kę; zresz­tą to bez zna­cze­nia. Spada ku śmier­ci. Ona też po­tra­fi przy­nieść za­po­mnie­nie.

Za­mknął oczy i zwró­cił się do obcej świa­do­mo­ści w swo­jej gło­wie.

– Już wiem, kim je­steś… Mi­ło­ścią. Dałaś mi na­dzie­ję, a teraz…

 Szu­kasz ca­ło­ści, lecz jej nie znaj­dziesz – prze­rwał głos. – Dwie służą mi­ło­ści, dwie sio­stry, zro­śnię­te ze sobą po wiecz­ność. Jedna nie­sie tę­sk­no­tę po roz­sta­niu, bez­gra­nicz­ną roz­pacz i wy­ga­słe uczu­cie. Druga wzbu­dza ru­mie­niec dzie­wi­cy, łzy szczę­ścia i ofia­ro­wu­je pierw­szy po­ca­łu­nek. – Słowa ki­pia­ły od po­gar­dy. – Ko­ja­rzę ci się z ru­mień­cem dzie­wi­cy, Krwa­wy? My­lisz mnie z sio­strą. Jest ślepa, za­wsze była, ale też niema od szep­ta­nia do bez­gra­nicz­nej rze­szy głup­ców, któ­rzy mar­no­tra­wią jej dary. Głów­nie po niej sprzą­tam i roz­pla­tam więzy, ale cza­sem… cza­sem jej po­ma­gam. Ma nie­zdro­wą ob­se­sję trud­nych przy­pad­ków. Spo­tka­łeś jeden z nich: de­mo­ni­cę z Wy­dzia­łu Zgo­nów. U niej za­wio­dłam i sio­strzycz­ka się ob­ra­zi­ła. Nie­ste­ty, ro­dzi­ny się nie wy­bie­ra. – Głos wes­tchnął. – Je­steś moją po­ku­tą, Krwa­wy. 

Słowa, słowa, słowa. Krwa­we­go nie ob­cho­dzi­ły już mą­dro­ści szep­ta­ne mu w my­ślach. Po co się sta­rać? Nic już nie ma zna­cze­nia. Może nigdy nie miało? Chciał nie­moż­li­we­go i prze­grał walkę. Gdzie ta zie­mia? Gdzie ry­chły ko­niec? Przy­by­waj, śmier­ci! A jeśli bę­dzie tak spa­dał przez wiecz­ność? Wszyst­ko przez ten głos!

– Ze mną też za­wio­dłaś! – krzyk­nął z ca­łych sił. Bez­czel­ny, głupi głos! A kto był jesz­cze głup­szy i szedł za nim bez słowa sprze­ci­wu? – Ża­łu­ję, że cię słu­cha­łem! Sam dał­bym sobie radę!

– Na­praw­dę? Przy­po­mnij sobie!

Raz jesz­cze ob­ra­zy wy­bu­chły w gło­wie Krwa­we­go.

Nie­umar­ły kocha śmier­tel­nicz­kę, którą za­mro­ził przed wie­ka­mi, by za­wsze była młoda. Dwa smoki wal­czą ze sobą, mimo że pra­gną być razem i giną splą­ta­ne w uści­sku kłów i pa­zu­rów. Pe­ga­zi­ca szuka ostat­nie­go samca wśród nie­prze­bra­nej pusz­czy. Męż­czy­zna boi się wy­znać mi­łość, ko­bie­ta nie po­tra­fi wy­brać mię­dzy uko­cha­ny­mi… Drzwi Szan­sy otwie­ra­ją się i za­my­ka­ją wie­lo­krot­nie, dzie­siąt­ki, setki razy. Krwa­wy po­ma­ga, roz­ma­wia, prze­ko­nu­je. Od świa­ta do świa­ta, od wy­mia­ru do wy­mia­ru, przez dżun­gle, krysz­ta­ło­we lasy, pod­wod­ne ot­chła­nie i wil­got­ne pie­cza­ry. Wy­bie­ra – do­brze, źle? Nie wie. Cza­sem zo­sta­wia za sobą śmiech i ra­dość, lecz głów­nie płacz, krzyk i strza­ska­ne na­dzie­je. Za­wo­dzi raz za razem i ucie­ka przez Szan­sę do ko­lej­ne­go świa­ta.

– Nie! Nie­moż­li­we! To się nie zda­rzy­ło – za­pro­te­sto­wał.

Spa­dał. Wciąż spa­dał. Ob­ró­cił się, ale do­oko­ła roz­cią­ga­ła się tylko wszech­obec­na sza­rość.

– Teraz już pa­mię­tasz – wy­ja­śnił głos. – Gamal był pierw­szy, a Isla ostat­nia. Wkro­czy­łeś w Szan­sę ty­siąc razy! Przy­tło­czy­ły cię po­nie­sio­ne klę­ski, więc za­bra­łam ci pa­mięć. Teraz, na krań­cu po­dró­ży, wszyst­ko zwra­cam. To twoje wspo­mnie­nia.

– Nie chcę ich. My­śla­łem, że się uda, my­śla­łem, że Mo­ni­ka mnie ze­chce…

Usły­szał w gło­wie wście­kły syk.

– Dla­cze­go? Dla­cze­go wszy­scy za­wsze uwa­ża­ją, że to im musi się udać? Bo są wy­jąt­ko­wi? Bo ich ma­te­rial­na po­wło­ka wraz z umy­słem są nie­po­wta­rzal­ne w całym wszech­świe­cie? Nikt nie jest wy­jąt­ko­wy, Krwa­wy! – Ton zła­god­niał. – Ale pró­bo­wa­łeś i w mi­ło­ści tylko to się liczy, ro­zu­miesz?

Wahał się z od­po­wie­dzią, sam nie­prze­ko­na­ny do wła­snych myśli.

– Tak – po­wie­dział w pust­kę. Spró­bo­wał i wal­czył do sa­me­go końca. Nic wię­cej nie mógł zro­bić. Każda de­cy­zja, którą pod­jął, wy­ni­ka­ła z tego, kim jest. Chciał szczę­śli­we­go za­koń­cze­nia dla wszyst­kich isto­t, które spo­tkał, rów­nie za­ko­cha­nych, rów­nie prze­ra­żo­nych od­rzu­ce­niem, sa­mot­no­ścią lub bez­u­stan­nym upły­wem czasu.

Bły­snę­ło i niebo roz­ja­rzy­ło się błę­ki­tem. Krwa­wy zdą­żył się zdzi­wić, ale nie za­sta­no­wić nad tym fe­no­me­nem, bo osta­tecz­nie na­po­tkał upra­gnio­ne pod­ło­że. Z mo­krym pla­śnię­ciem ude­rzył w śnieg. Plecy prze­szył obez­wład­nia­ją­cy ból, mrocz­ki w oczach za­tań­czy­ły cha­otycz­ne­go walca, prze­gry­zio­na warga buch­nę­ła krwią.

Wy­glą­da­ło na to, że przyj­dzie mu sko­nać po­wo­li.

– Isla się my­li­ła – po­my­ślał na wpół przy­tom­ny, z roz­ło­żo­ny­mi rę­ko­ma wpa­tru­jąc się w po­je­dyn­cze ob­ło­ki na ja­snym fir­ma­men­cie. – Mi­łość na­praw­dę jest cho­ro­bą, praw­da?

– Nie­ste­ty, tak. Wszech­świa­ty dążą do en­tro­pii. Bez­u­stan­nie, w każ­dej chwi­li. Roz­pad, ba­ła­gan, ode­rwa­nie. A co robi mi­łość?

– Łączy… Mi­łość to cho­ro­ba… wszech­świa­tów?

– We­dług mnie jak naj­bar­dziej. To nie­na­tu­ral­ny stan ska­za­ny w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku na po­raż­kę. Jed­nak moja na­iw­na sio­stra uważa, że dla wszech­świa­tów mi­łość to marna próba od­wle­cze­nia nie­uchron­ne­go końca. Prze­ci­wień­stwo roz­pa­du, drob­na czą­stecz­ka cie­pła w coraz zim­niej­szej pu­stej nie­skoń­czo­no­ści… – Ton spo­waż­niał i po­smut­niał, przy­po­mi­nał Krwa­we­mu nie­któ­re ofia­ry wy­pad­ków, gdy że­gna­ły się z bli­ski­mi, wie­dząc, że nad­cho­dzi śmierć. – Cza­sem chcia­ła­bym, żeby to ona miała rację, a ja się my­li­ła.

– Nie­waż­ne – szep­nął. – Umie­ram. – Krwa­wy przy­brał sto­sow­ną, po­waż­ną minę. Zła­ma­no mu serce, ale odej­dzie z god­no­ścią.

– Umie­rasz? – za­kpił głos. – Na­praw­dę?

– Wła­śnie tak! – od­parł roz­draż­nio­ny. Wy­śmie­wa nawet jego ostat­nie chwi­le! – I tak nie chcę już żyć.

– Aha. Cóż, po­wiedz to jej.

Jej? Niby komu?

– Ty!

Jakaś syl­wet­ka przy­sło­ni­ła niebo i Krwa­wy zmru­żył oczy.

Mo­ni­ka?!

Skąd się tu wzię­ła? Prze­cież do­pie­ro co spadł! I dla­cze­go? Wy­raź­nie dała do zro­zu­mie­nia, że nie chce go znać. Chwi­lecz­kę, to była Mo­ni­ka, ale inna, jakby tamtą zbu­do­wa­ły kan­cia­ste cie­nie i od­cie­nie sza­ro­ści, a tę mięk­kie świa­tło i so­czy­ste ko­lo­ry.

– Je­steś ranny? – za­py­ta­ła, wy­trzesz­cza­jąc oczy w stro­nę spry­ska­nych ust Krwa­we­go i ma­cha­jąc rę­ka­mi jak czło­wiek, który nie ma po­ję­cia co robić. – Spa­dłeś! Bły­snę­ło z ja­sne­go nieba, po­ja­wi­ły się drzwi i zo­ba­czy­łam, jak z nich wy­la­tu­jesz! Nie­sa­mo­wi­te, praw­da? Mo­żesz wstać? Nie wiem, czy de­mo­ny mogą się prze­zię­bić, ale…

Szan­sa.

Prze­le­ciał przez Szan­sę.

Dla­cze­go była otwar­ta? Dla­cze­go po­ja­wi­ła się aku­rat tam, gdzie spa­dał? Czy to na­stęp­ny świat? Skąd ma wie­dzieć, że ta Mo­ni­ka jest praw­dzi­wa?

Tym­cza­sem dziew­czy­na mó­wi­ła dalej (nie­ko­niecz­nie z sen­sem) – naj­wy­raź­niej sa­mot­ność zwięk­sza­ła ape­tyt na po­ga­dusz­ki. Do­pie­ro gdy po­mo­gła mu sta­nąć na nogi (cały czas do­py­tu­jąc, czy go boli, co było wła­ści­wie cał­kiem miłe), uświa­do­mił sobie, że żyje i prócz ska­le­czo­nej wargi oraz obo­la­łych ple­ców, nic mu nie do­le­ga­ło.

Bez prze­rwy traj­ko­cząc, wzię­ła go pod ramię i za­czę­ła pro­wa­dzić w stro­nę po­bli­skiej chat­ki z gru­bych bali. 

Mu­siał wie­dzieć, czy to nie złu­dze­nie.

Się­gnąć w myśli Mo­ni­ki? Nie. To rów­nie wła­ści­we, jak spraw­dza­nie mno­że­nia odej­mo­wa­niem. Mi­łość nie po­win­na opie­rać się na nie­uczci­wej prze­wa­dze.

Ze­brał od­wa­gę, prze­ko­nu­jąc sam sie­bie, że nie ma już nic do stra­ce­nia. Wy­śli­zgnął się z objęć, sta­nął na­prze­ciw­ko dziew­czy­ny i spoj­rzał pro­sto w jej duże za­sko­czo­ne oczy. Pró­bo­wa­ła o coś za­py­tać, ale przy­ło­żył sobie palec do ust i za­mil­kła.

– Po­słu­chaj, Mo­ni­ko. Wy­ru­szy­łem, aby ostrzec cię przed mi­ło­ścią. Po na­szym spo­tka­niu… nie byłem sobą i nie mo­głem już dłu­żej tak żyć. Po dro­dze wpro­wa­dzi­łem chaos w waż­nym biu­rze, po­żarł mnie Ku­pi­dyn i prze­sze­dłem przez ty­siąc jeden świa­tów, peł­nych bar­dzo nie­szczę­śli­wych istot. Wszyst­ko po to, aby tu do­trzeć. Nie znam cię, prócz tego, że lu­bisz pa­ją­ki, nie wiem, czy chcesz spę­dzić swoje nie­ży­cie ze mną, nie wiem nawet, czy na­uczy­łem się ko­chać. – Po­trzą­snął głową. – Może to naj­głup­szy po­mysł we wszech­świe­cie, ale…

Za­mknę­ła mu usta zim­ny­mi war­ga­mi, co uznał za nie­ocze­ki­wa­ną, ale wy­star­cza­ją­cą od­po­wiedź.

Przez resz­tę drogi opo­wia­da­ła mu o sobie, a Krwa­wy coraz bar­dziej otwie­rał oczy ze zdu­mie­nia. 

 

Tro­chę cie­pła w zim­nym ko­smo­sie

 

Sie­dzie­li przy­tu­le­ni na po­wa­lo­nym pniu, który wraz z chatą cze­kał na Mo­ni­kę, gdy Śmierć ją tu spro­wa­dzi­ła i pa­trzy­li w mil­cze­niu na wiecz­nie błę­kit­ne niebo.

Dwie oku­ta­ne w futra dro­bi­ny po­śród śnież­ne­go ogro­mu.

– Jak ci na imię? – szep­nę­ła Mo­ni­ka.

Miał już od­po­wie­dzieć, lecz ugryzł się w język. Krwa­wy – teraz to imię wy­da­wa­ło się jesz­cze bar­dziej nie na miej­scu, dziw­ne i pry­mi­tyw­ne. Wtedy przy­po­mniał sobie, do kogo jest po­dob­ny i za­śmiał się z prze­zna­cze­nia.

– Adam – od­parł. Brzmia­ło ide­al­nie.

Przy­tu­li­ła się do niego i sie­dzie­li dalej.

– Co teraz bę­dzie?

– Dla­cze­go mnie py­tasz? – Od­parł głos z obu­rze­niem. – Ja się już zbie­ram do odej­ścia. Jesz­cze tylko jedna spra­wa…

– Zo­sta­wiasz mnie?

Nie chciał przy­znać, ale zżył się z tą po­nu­rą stro­ną mi­ło­ści.

– A jak my­śla­łeś? Mam tyle ro­bo­ty, że muszę cza­so­prze­strzeń za­gi­nać. O ile nie zro­bisz ja­kie­goś głup­stwa, to przed wami naj­pięk­niej­szy okres. Ciesz się nim, póki trwa.

– Dla­cze­go miał­by się skoń­czyć? – spy­tał ostroż­nie. – Prze­cież się ko­cha­my.

– Wszyst­ko się koń­czy, Ada­mie, ale śmier­tel­ność mi­ło­ści nie czyni ją mniej cenną. Wasze roz­pa­lo­ne uczu­cie wy­sty­gnie i okrzep­nie, zmie­ni się w twar­dą stal przy­wią­za­nia albo pęk­nie i roz­sy­pie się w proch, czego ci nie życzę, bo wtedy znów mnie spo­tkasz.

Krwa­wy za­ci­snął zęby. Kła­mie! Z pew­no­ścią kła­mie! Prze­cież nie mógł­by prze­stać ko­chać Mo­ni­ki!

– Udo­wod­nię ci, że się my­lisz. Za­wsze będę ją ko­chał!

– Pro­szę bar­dzo! Za­skocz mnie – od­po­wie­dział głos z okrut­ną pew­no­ścią sie­bie. – Nie myśl o tym teraz. Twoja Mo­ni­ka wła­śnie godzi się z wła­sny­mi uczu­cia­mi. Jesz­cze mi­nu­ta i doj­dzie do niej, co się wy­da­rzy­ło. Że­gnaj, Ada­mie. Wy­ko­rzy­sta­łeś swoją szan­sę. Resz­ta w two­ich rę­kach. 

Adam uśmiech­nął się mimo woli.

– Że­gnaj, bę­dzie mi cie­bie bra­ko­wa­ło.

– Tylko bez czu­ło­ści. Pa­mię­taj, do kogo mó­wisz. Za­ko­cha­ny demon… Moja sio­stra i jej po­my­sły. – Słowa ci­chły, bla­dły i osta­tecz­nie znik­nę­ły.

Nagle Mo­ni­ka przy­tu­li­ła się moc­niej do Adama i wy­szep­ta­ła mu do ucha wszyst­ko, co chciał usły­szeć.

A potem Góry za­czę­ły zni­kać.

Koniec

Komentarze

Cześć, Zanaisie!

 

Pozwól, że skopiuję swoją opinię z bety:

Wow, nie spodziewałem się, że opowiadanie o miłości może zrobić na mnie takie wrażenie. Trafiłeś bowiem w mój gust. Uwielbiam taką mieszankę abstrakcji, dziwaczności podchodzącej pod bizarro, a to wszystko udekorowane humorem i sensem. Bo nie sztuka zrobić samą abstrakcję, sztuka nadać jej właśnie prawdziwy sens. Ty to uczyniłeś.

Zaciekawiłeś i zaskoczyłeś mnie od pierwszych zdań, przeczytałem na raz (obowiązki zlecone przez żonę poszły na drugi plan, więc zwalę dzisiaj te zaległości na Ciebie). Wiele mądrości w tym tekście doświadczyć można, nie tylko z samą miłością związanych. Pomysł, motyw podróży przez drzwi Szansy, otoczka, niesamowita wyobraźnia tworząca całe tło, no chciałbym się do czegoś przyczepić, ale trudno znaleźć mi powód.

 

Na świeżo dodam również, że te znaki, które przybyły od pierwotnej wersji i wszelkie zmiany (śledziłem na bieżąco) wpłynęły wyłącznie na plus. Nie chcę spoilerować, więc powiem tylko, że teraz tam, gdzie wcześniej miałem jakieś wątpliwości, już ich nie mam.

 

Jako pierwszy komentator rzeknę tylko do ludu:

CZYTAĆ, BO WARTO.

Idę klikać.

Pozdrawiam!

 

Realuc chyba nigdy nie wychodzi z NF’a. :P

 

Opowiadanie miałem okazję przeczytać trochę wcześniej – tak jak Realuc – i sporo przy nim marudziłem, ale nie dlatego, że wiele było do poprawy, tylko dlatego, że opowiadanie od samego początku było świetne i aż chciało się wskazać te drobnostki, które w moim odczuciu uczyniłyby je jeszcze lepszym.

Przechodząc do sedna…

Mamy tu typowo Zanaisowy humor, którego natężenie zmienia się wraz z wewnętrzną (z zewnętrzną!) zmianą w bohaterze. Mamy tajemniczy głos, który na końcu przestaje być taki tajemniczy, ale tak już autor zdecydował. :P Mamy do tego sporo rozważań na temat wiadomy, niektóre ckliwe, inne cyniczne albo zabawne – a wszystko komponuje się w całość.

Fabuła prowadzi nas w miejsca, które są popisem wyobraźni autora, a przy tym każde służy czemuś. Klimatem, konstrukcją fabuły a nawet pomysłem przypomina “Wymiar Cudów” Sheckleya – przy jednej jak i drugiej lekturze ubawiłem się, miałem okazję pobudzić wyobraźnię i nawet trochę porozmyslać.

Bardzo udane opowiadanie.

Cześć!

 

Gratuluję, Zanaisie, że podejmujesz się pisania tekstów humorystycznych, bo jest to dużo trudniejsze niż pisanie na poważnie.

Początek opowiadania bardzo mnie zaciekawił i Krwawy obojętnie obserwujący wypadek to coś, co sarkastycznie bawi i od razu wciąga, ale niestety potem było już tylko gorzej. Kreacja świata jest ciekawa, ale fabuła szybko nuży. Humor zaczyna być męczący, gdy powtarza się ten sam żart w kółko. W pierwszej scenie najpierw Krwawy opisuje czym dla niego jest pocałunek, a potem opis w tym samym stylu pojawia się w narracji. Myślę, że to opowiadania mogłoby być świetne, gdybyś je nieco stonował. Powtarzasz w tekście konstrukcje, w której pada jakaś głupia wypowiedź, a potem w narracji jest komentarz, że to było głupie i na dłuższą metę to zaczyna męczyć.

Wykreowałeś ciekawe postaci i miałeś świetny pomysł, ale to wszystko utonęło pod zbyt nachalnym humorem oraz przesłodzonym i topornym wątkiem romansowym. Zakończenie, jak dla mnie zbyt ckliwe i oczywiste. Po przeczytaniu mam wrażenie przesytu.

Ale żeby nie było tylko marudzenia, to uważam, że naprawdę masz talent do pisania tekstów zabawnych, co szczerze podziwiam. Jest w opowiadaniu parę świetnych momentów, które rozbawiają. Popisałeś się też bardzo rozwiniętą wyobraźnią, tworząc kolejne lokacje, do których trafia bohater.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Powtórzę z bety :)

Traktujesz temat z jednej strony z przymróżeniem oka, a z drugiej na poważnie i wychodzi fajny miks. Fragmenty smutniejsze, jak choćby historia Ilsy, przeplatają się z komicznymi, ale jakoś do siebie pasują. Może takie po prostu jest życie nieszczęśliwie zakochanego ;)

Bardzo fajny świat, rozbudowany, umiejętnie pokazany tak, że nie czuję niedosytu i poruszam się w nim w miarę swobodnie.

Fajnie pokazujesz, jak Krwawy robi się przez miłość wrażliwszy. Niby od początku miał miękkie serducho, ale miał je miękkie w nieco egoistyczny sposób, miłość go zmieniła. I pokazujesz to nienachalnie, mimochodem, nie tracąc przy tym żartobliwego tonu.

Ubawiłam się, momentami wzruszyłam, a teraz se kliknę :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej, Realucu

Dzięki jeszcze raz z betę. Mam nadzieję, że żona już się nie gniewa za zaniedbane obowiązki :)

Wow, nie spodziewałem się, że opowiadanie o miłości może zrobić na mnie takie wrażenie. Trafiłeś bowiem w mój gust.

Czasem się uda trafić, nawet romasem ;)

Nie chcę spoilerować, więc powiem tylko, że teraz tam, gdzie wcześniej miałem jakieś wątpliwości, już ich nie mam.

Cieszę się. Już myślałem, że Ci umknęły, ale jednak nie :P

Pozdrawiam serdecznie

 

Hej, Gekikaro

Opowiadanie miałem okazję przeczytać trochę wcześniej – tak jak Realuc – i sporo przy nim marudziłem, ale nie dlatego, że wiele było do poprawy, tylko dlatego, że opowiadanie od samego początku było świetne i aż chciało się wskazać te drobnostki, które w moim odczuciu uczyniłyby je jeszcze lepszym.

Dlatego Twoja beta była tak cenna. Dzięki!

Mamy tu typowo Zanaisowy humor,

Że co? :O

Mamy tajemniczy głos, który na końcu przestaje być taki tajemniczy, ale tak już autor zdecydował. :P

Spodziewałem się tej uwagi w komentarzu, ale jak wiesz, miałem dwie drogi i którąś musiałem wybrać. Zdecydowała żona, więc pretensje do niej :P

 Fabuła prowadzi nas w miejsca, które są popisem wyobraźni autora, a przy tym każde służy czemuś. Klimatem, konstrukcją fabuły a nawet pomysłem przypomina “Wymiar Cudów” Sheckleya – przy jednej jak i drugiej lekturze ubawiłem się, miałem okazję pobudzić wyobraźnię i nawet trochę porozmyslać.

Od razu powiem, że nie znałem, ale poznałem dzięki Tobie i nie żałuję.

Pozdrawiam serdecznie

 

Hej, Alicello

Gratuluję, Zanaisie, że podejmujesz się pisania tekstów humorystycznych, bo jest to dużo trudniejsze niż pisanie na poważnie.

A dziękuję, raz piszę lekki tekst, raz próbuję poważniej, i zgodzę się – trudniej pisać z humorem (przynajmniej dla mnie).

Początek opowiadania bardzo mnie zaciekawił i Krwawy obojętnie obserwujący wypadek to coś, co sarkastycznie bawi i od razu wciąga, ale niestety potem było już tylko gorzej. Kreacja świata jest ciekawa, ale fabuła szybko nuży.

Hm, przyznam, że nikt z betujących nie zwrócił mi na to uwagi, więc nie patrzyłem na opowiadanie w ten sposób. Może mam taki styl, a może lubimy co innego w opowiadaniach. Rzadko spotykam innowacyjną fabułę, najczęściej chodzi o “otoczkę”. Ale cóż, o gustach nie ma co rozmawiać :)

Wykreowałeś ciekawe postaci i miałeś świetny pomysł, ale to wszystko utonęło pod zbyt nachalnym humorem oraz przesłodzonym i topornym wątkiem romansowym. Zakończenie, jak dla mnie zbyt ckliwe i oczywiste. Po przeczytaniu mam wrażenie przesytu.

Tylko raz starałem się napisać coś jak najzabawniejszego (drugi Lowin), tutaj humor wychodził z sytuacji, specjalnie go nie szukałem, więc odwołam się do standardowej odzywki przy krytyce humoru – wszystkich nie rozbawisz :)

“Przesłodzony i toporny wątek romansowy” – trafiony prosto w serce! Almodovarem nie jestem, to fakt. Natomiast chciałem napisać słodki romans i miał być słodki, ckliwy, feel good, optymistyczny i pocieszający. Kujonka-dziewica, która jak sama twierdzi, tylko się uczyła i dla której Krwawy to ostatnia nadzieja na miłość, oraz demon-cynik, nie wiedzący, co się z nim dzieje, ale któremu coraz bardziej się to podoba. Disney? Tak miało być. Pierwszy etap zakochania, kiedy wszystko wydaje się niesamowite, świat jest piękny, motyle w brzuszku itd.

Ale żeby nie było tylko marudzenia, to uważam, że naprawdę masz talent do pisania tekstów zabawnych, co szczerze podziwiam. Jest w opowiadaniu parę świetnych momentów, które rozbawiają. Popisałeś się też bardzo rozwiniętą wyobraźnią, tworząc kolejne lokacje, do których trafia bohater.

Dzięki :) Różnie z tym humorem wychodzi, ale się staram. Fajnie, że przeczytałaś i miło mi, że nawet z tyloma widocznymi wadami zgłosiłaś do Biblioteki :)

Pozdrawiam serdecznie

 

Hej, hej Irko_Luz

Raz jeszcze dziękuję za betę :)

Traktujesz temat z jednej strony z przymróżeniem oka, a z drugiej na poważnie i wychodzi fajny miks. Fragmenty smutniejsze, jak choćby historia Ilsy, przeplatają się z komicznymi, ale jakoś do siebie pasują. Może takie po prostu jest życie nieszczęśliwie zakochanego

Chyba takie jest życie każdego zakochanego, a co dopiero, gdy miłość mu się wymyka ;)

Ubawiłam się, momentami wzruszyłam,

Na nic więcej nie liczyłem, więc bardzo mi miło!

 a teraz se kliknę :)

Dzięki :P

No, od dawna wiedziałam, że miłość jest podejrzana i zapewne przereklamowana.

Jak na taką straszną chorobę, to bohaterowie kończą zbyt dobrze. Zgodzę się, że wyszło trochę ckliwie. Wolałam te zabawne, cyniczno-ironiczne fragmenty.

Imponująca kreacja świata, spodobał mi się kupidyn w roli przynęty ryby głębinowej.

Babska logika rządzi!

Hej, Finklo :)

No, od dawna wiedziałam, że miłość jest podejrzana i zapewne przereklamowana.

Zapewne, czyli dopuszczasz inną mozliwość ;)

Marketingowo patrząc, to miłość wygląda świetnie, ale małych druczków tam wiele.

Jak na taką straszną chorobę, to bohaterowie kończą zbyt dobrze. Zgodzę się, że wyszło trochę ckliwie. Wolałam te zabawne, cyniczno-ironiczne fragmenty.

Jest trochę ckliwie, przyznaję i tak miało być, w końcu to pierwsza miłość, na dodatek pod czujnym okiem samej Miłości. Bohaterowie skończyli dobrze, ale czy na pewno? Co mówi głos na koniec? Nie ma happy endu na zawsze. To jednak nie bajka. No i czy w takiej humorystycznej opowieści smutne zakończenie miałoby sens? Może i tak, ale chciałem napisać coś weselszego. No i sprawa z chorobą. To, jak demony, traktują chorobę wynika z ich niezrozumienia tematu – głos mówi, że kochający demon to rzadkość. Dla uporządkowanych, matematycznych demonów, takie uczucie to naprawdę choroba, ale taki ich punkt widzenia.

Imponująca kreacja świata, spodobał mi się kupidyn w roli przynęty ryby głębinowej.

Dziękuję :) Kupidyn to podstępna bestia, ale pomógł Krwawemu w podróży.

Pozdrawiam serdecznie i dzięki za klika!

 

Bohaterowie skończyli dobrze, ale czy na pewno? Co mówi głos na koniec? Nie ma happy endu na zawsze. To jednak nie bajka.

To i tak więcej, niż można się spodziewać po takim podstępnym uczuciu. Bene Gesserit wiedziały, że skutki miłości mogą być opłakane.

Babska logika rządzi!

To i tak więcej, niż można się spodziewać po takim podstępnym uczuciu.

Ja tu demonizować miłości nie chciałem. Tekstów, gdzie zakochani źle kończą, jest i tak wiele. Ale trochę romantyzmu jeszcze nikomu nie zaszkodziło… (może poza Werterem. I pewnie zaraz posypie się tysiąc innych przykładów) :P 

Zanaisie, miałeś fajny pomysł na opowiadanie i łatwo dostrzec, że świetnie wyważyłeś wszystkie jego składniki, skutkiem czego znalazłam tu m.in. humor, dramat, abstrakcję, przygodę, osobliwe światy, a wszystko w odpowiednich proporcjach, więc nic dziwnego, że choć dość długa jest to historia, czyta się ją znakomicie. ;)

 

i wska­za­ła na swoje zwło­ki za roz­bi­tą szybą. ―> …i wska­za­ła swoje zwło­ki za roz­bi­tą szybą.

Chcą coś komu pokazać, wskazujemy to, nie na to.

 

– Ktoś ty? Za dużo wy­pi­łem? – po­my­ślał Krwa­wy… ―> Zbędna półpauza przed myśleniem.

 

pod­szedł do szaf­ki, wy­su­nął długą szu­fla­dę… ―> Szafki mają drzwiczki, więc raczej: …pod­szedł do komody, wy­su­nął długą szu­fla­dę

 

Co za tego? ―> Czy tu aby nie miało być: Co z tego?

 

Od­dał­bym wszyst­kie zdo­by­cze, za je­dy­ną… ―> Od­dał­bym wszyst­kie zdo­by­cze, za tę je­dy­ną

 

Zwró­ci­ła do Krwa­we­go swe wie­ko­we ob­li­cze. ―> Zbędny zaimek.

 

Dwa oku­ta­ne w futra dro­bi­ny po­śród śnież­ne­go ogro­mu. ―> Drobina jest rodzaju żeńskiego, więc: Dwie oku­ta­ne w futra dro­bi­ny po­śród śnież­ne­go ogro­mu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, Regulatorzy

Bardzo mi miło, że przypadło Ci do gustu. Rzeczywiście, trochę dużo tu wszystkiego :) Tym bardziej cieszę się, że proporcje okazały się dobrze wyważone.

Dziękuję za poprawki, mam tylko pytanie do:

podszedł do szafki, wysunął długą szufladę… ―> Szafki mają drzwiczki, więc raczej: …podszedł do komody, wysunął długą szufladę

Chodziło mi o taką szafkę z dokumentami, teraz widzę, że to chyba nazywa się kartoteka, ale czy można użyć “podszedł do szafki kartotekowej”? Bo sama kartoteka chyba z czymś innym się może kojarzyć.

– Ktoś ty? Za dużo wypiłem? – pomyślał Krwawy… ―> Zbędna półpauza przed myśleniem.

Tutaj chciałem, żeby zwracał się do głosu, dlatego taki zapis. Znalazłem ten sposób w poradniku Fantazmatów na temat rozmów telepatycznych. Widzę, że w tej wypowiedzi jest pewien problem, bo jednocześnie zwraca się do głosu, ale też myśli do siebie “Za dużo wypiłem?”.

Pozdrawiam :)

Zanaisie, a gdyby zdanie brzmiało: …podszedł do szafki z kartami pacjentów, wysunął długą szufladę

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, idealnie. Już zmieniłem :)

Zabaisie, bardzo się cieszę, że spodobała Ci się propozycja. :D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wyjątkowo przyjemna lektura :) Duży plus za stworzony świat. Oczywiście doceniam też poczucie humoru i fakt, że mimo że tekst z pewnością do krótkich nie należy od początku do końca przeczytałam z dużym zainteresowaniem. Sama osnuta absurdem historia również mi się spodobała :)

Ode mnie kolejny biblioteczny kliczek.

Hej, Katiu72

Dziękuję za lekturę, miłe słowa i kliczka. Tekst długi, ale jeśli twierdził, że nie nudził, to bardzo się cieszę :)

Pozdrawiam serdecznie 

Hej, Zanaisie!

 

To co wyłapałem:

Krwawy na kozetce najpierw relacjonuje spotkanie z Moniką, ale dopiero jakiś czas później doktor dowiaduje się o pocałunku. Myślałem, że już wie.

 

Biedny, szalony(-,) Krwawy.

Tu chyba bez przecinka.

 

Sycząca żółć toczy dawne kochanki Purrgianina

Wiedział, że przesycone kolorami uczuć wizje ofiar Purrganina zostaną w nim na długo, może na zawsze.

Chyba w tym drugim zjadło “i”.

Pegazica szuka ostatniego samca wśród nieprzebranych puszczy.

Albo “nieprzebranych puszcz” albo “nieprzebranej puszczy”.

 

A teraz kilka słów :)

Na początek: przepraszam! Zaszufladkowałem Cię po jednym tekście i awatarze ;) Z Twoich dzieł czytałem tylko “Mike’a…” i jak tu wchodziłem, to myślałem, że będzie ciężko, poważnie i w ogóle. A tu miłe zaskoczenie. Chylę czoła za umiejętność pisania skrajnie różnych tekstów.

Ładne to było, trochę się bałem, czy zakończenie nie wejdzie hmm… zbyt łatwo, ale chyba udało Ci się wstrzelić w lukę pomiędzy banalnym happy-endem, a nadmiernym filozofowaniem.

Świat jest rozbudowany i pomysłowy, ale też nie atakuje potężnymi opisami.

Absurd poleciał przyjemnie, ale też nie był przesadzony. No i trzymałeś się go konsekwentnie do samego końca.

Krwawy jest spoko. Chętnie poczytałbym o jego zmaganiach z żoną i gromadką małych demonów ;)

No i co tu jeszcze pisać… no podobało mi się! Już widzę, że ostatnia wymagana polecajka leży w klikarni, więc nie będę dokładał.

 

Pozdrawiam!

 

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej, Krokusie!

Dzięki za łapankę, szczególnie z doktorem masz rację. Już zmienione :)

Na początek: przepraszam! Zaszufladkowałem Cię po jednym tekście i awatarze ;) Z Twoich dzieł czytałem tylko “Mike’a…” i jak tu wchodziłem, to myślałem, że będzie ciężko, poważnie i w ogóle.

Dobrze, że nie czytałeś “Dziewczynka na skraju zatoki”. To dopiero byłby dysonans :P 

Chylę czoła za umiejętność pisania skrajnie różnych tekstów.

Dziękuję. Chyba łatwiej pisać teksty poważne.

Ładne to było, trochę się bałem, czy zakończenie nie wejdzie hmm… zbyt łatwo, ale chyba udało Ci się wstrzelić w lukę pomiędzy banalnym happy-endem, a nadmiernym filozofowaniem.

O, mam taką nadzieję. Celowałem w słodko-gorzki klimat, ale to cienka granica.

Krwawy jest spoko. Chętnie poczytałbym o jego zmaganiach z żoną i gromadką małych demonów ;)

Taki horror lepiej przemilczeć ;)

No i co tu jeszcze pisać… no podobało mi się! Już widzę, że ostatnia wymagana polecajka leży w klikarni, więc nie będę dokładał.

Dzięki za przeczytanie :)

Pozdrawiam serdecznie

Bardzo podobał mi się humor, tak jak w poprzednich twoich opowiadaniach. Jest go dużo, dla niektórych może nawet za dużo, ale według mnie do tego opka pasuje idealnie. Demon beznadziejnie zakochany w martwej śmiertelniczce przemierza dla niej matematyczno-fizyczny wszechświat – no i jak to zrobić bez humoru?

Historia może i przewidywalna, ale wszystko, co się dzieje w trakcie, jest na tyle interesujące i dobrze strukturalnie zbudowane, że nie widzę tu potrzeby zaskakującego zakończenia. Ba, w przypadku historii miłosnych niespodzianki na koniec mogą wszystko zepsuć.

Światotwórstwo ciekawe, choć pewnie trzeba mieć pojęcie o matematyce i fizyce, by w pełni docenić jego potencjał i drugie dno żartów.

Podobał mi się też ten tajemniczy głos wewnętrzny, fajnie trzymał w napięciu przez całe opowiadanie.

Trochę długie, ale przecież czytanie tekstów na tak wysokim poziomie to czysta przyjemność :)

Technicznie jednie uwaga:

– Jesteś Wiedza?

– Dokładnie.

Zdaje mi się, że dokładnie w znaczeniu potwierdzenia czegoś to kalka z angielskiego exactly i lepiej używać w takich przypadkach oczywiście czy właśnie tak

Hej, PanieDomingo

Bardzo podobał mi się humor, tak jak w poprzednich twoich opowiadaniach. Jest go dużo, dla niektórych może nawet za dużo, ale według mnie do tego opka pasuje idealnie. Demon beznadziejnie zakochany w martwej śmiertelniczce przemierza dla niej matematyczno-fizyczny wszechświat – no i jak to zrobić bez humoru?

Pewnie dałoby się napisać takie coś bez humoru, ale to zostawiam komuś innemu ;) 

Historia może i przewidywalna, ale wszystko, co się dzieje w trakcie, jest na tyle interesujące i dobrze strukturalnie zbudowane, że nie widzę tu potrzeby zaskakującego zakończenia. Ba, w przypadku historii miłosnych niespodzianki na koniec mogą wszystko zepsuć.

Zgadzam się całkowicie. Czasem historia miłosna może po prostu skończyć się w miarę dobrze. Nie ma co udziwniać na siłę.

Zdaje mi się, że dokładnie w znaczeniu potwierdzenia czegoś to kalka z angielskiego exactly i lepiej używać w takich przypadkach oczywiście czy właśnie tak

Wiedziałem o tym i zapomniałem podczas pisania. Jeszcze w nawyk nie weszło :P Dzięki za czujne oko.

Trochę długie, ale przecież czytanie tekstów na tak wysokim poziomie to czysta przyjemność :)

Miło mi, że tak myślisz. Następne opowiadanie muszę dać bez humoru, żeby jakaś równowaga była :P

Dziękuję za lekturę i pozdrawiam!

 

Cześć!

 

Humorystyczne i fantastyczne, ale mam problem z tym opowiadaniem, bo jak dla mnie mocno mieszasz tu pojęcia. Humor wyszedł i jest bardzo umiejętnie wpasowany, fantastyki tony, główka ma co robić. Dwugłowe demonice, Kupidyn… Napisane bardzo zgrabnie, miejscami zdawkowo, ale zupełnie wystarczająco, by resztę sobie wyobrazić. Pomysł na bohaterów i zawiązanie akcji przedni, tylko ta ich wzajemna relacja…

Pokazujesz byty, które nawet się nie znają, a połączyła je fascynacja w dosyć niecodziennych okolicznościach. Magia własnej śmierci, pocałunek ze sfrustrowanym demonem, miodzik. Robi się wesoło. Pojawia się wówczas wzajemna ciekawość siebie. Tą ciekawość siebie nazywają miłością (przynajmniej Krwawy tak robi) i siła ta staje się motorem działań bohatera, prowadzącym go przez kolejne sceny. Choroba, propozycja leczenia, a wreszcie decyzja, ok. W końcówce Adam wreszcie odnajduj Monikę i mamy prawdziwy happy end, choć głos w głowie ostrzega go, że nic nie trwa wiecznie. Historia i zakończenie super, tylko gdzie tu jest miłość?! Imho to klasyczna zakochanie, do bólu logiczne i przewidywalne, które owszem, z czasem może w miłość się przerodzić, ale jest jedynie preludium do czegokolwiek poważniejszego (z perspektywy relacji).

 

Kilka rzeczy jeszcze mi się rzuciło:

Krwawy wytężył umysł, próbując znaleźć wyjaśnienie, ale logika w jego głowie zaśmiała się i wróciła do czytania gazety.

Mam wrażanie, że Krwawy ma na myśli logikę bardzo podobną do naszej, ale jego świat jest zupełnie inny, i miejscami dziwnie to wygląda. Co dziwi go w scenie na plaży, kiedy sam używa czarów stojących w jawnej sprzeczności z większością praw fizyki?! Rozumiem, wychodzi śmiesznie, ale jak się nad tym zastanowić, to zgrzyta.

przy niej krzywe ogrodzenie, za którym dylatacje czasu w postaci zakrzywionych klepsydr beczały żałośnie w kierunku

Sugestywna scena, ale uosobienie dylatacji czasu, to jest trochę dziwne… Bo dylatacja to twór mocno sztuczny, wymyślony na potrzeby ludzi, dla których upływ czasu wydaje się zjawiskiem totalnie niezależnym, a takie nie jest.

To miało sens, więc dla zakochanego było zupełnie bez sensu.

Dlaczego stawiasz miłość (choć to raczej nie miłość, tylko zauroczenie, bo się nawet nie znają) w opozycji do logiki, przecież zauroczenie jest do bólu logiczne i przewidywalne w oczekiwaniach, o ile ma się więcej niż naście lat ????

Wszechświaty dążą do entropii.

Entropia to ekstensywna funkcja stanu. Jako można do niej dążyć? Można dążyć do wzrostu entropii, co można rozumieć jako wzrost bałaganu, nieodwracalności, czy też szeroko pojęte przemijanie i rozkład, albo też unifikację.

– Wszystko się kończy, Adamie, ale śmiertelność miłości nie czyni mniej cenną. -> – Wszystko się kończy, Adamie, ale śmiertelność miłości nie czyni jej mniej cenną.

Podsumowując, niezłe humorystyczne opko, z kilkom głębszymi tematami ciekawie ujętymi (pożarcie przez Kupidyna, rozmowa z głosem we własnej głowie), ale to nazwanie zakochania miłością mi osobiście zgrzyta.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Hej, Krarze!

Dzięki, że znalazłeś czas na lekturę :) Wiem, że kolejka duża, a tekst do krótkich nie należy.

tylko gdzie tu jest miłość?! Imho to klasyczna zakochanie, do bólu logiczne i przewidywalne, które owszem, z czasem może w miłość się przerodzić, ale jest jedynie preludium do czegokolwiek poważniejszego (z perspektywy relacji).

Ok, rozumiem, że to główny zarzut. 

Mam wrażanie, że Krwawy ma na myśli logikę bardzo podobną do naszej, ale jego świat jest zupełnie inny, i miejscami dziwnie to wygląda. Co dziwi go w scenie na plaży, kiedy sam używa czarów stojących w jawnej sprzeczności z większością praw fizyki?! Rozumiem, wychodzi śmiesznie, ale jak się nad tym zastanowić, to zgrzyta

Wiem, o co Ci chodzi i można faktycznie tak na to spojrzeć. Jednak logika demona nie musi być podobna do naszej w każdym stopniu. Zawsze jest problem z pisaniem z perspektywy nieludzkiego bohatera, bo trzeba by zaznaczyć każdą inność myślenia, a jednocześnie nie zalać tekstu takimi informacjami. Mógłbym tu coś wyjaśnić, racja, ale patrząc na Dis oraz to, co się tam wyprawia, bohater nie powinien być zdziwiony czymkolwiek, więc nudny :)

Dlaczego stawiasz miłość (choć to raczej nie miłość, tylko zauroczenie, bo się nawet nie znają) w opozycji do logiki, przecież zauroczenie jest do bólu logiczne i przewidywalne w oczekiwaniach, o ile ma się więcej niż naście lat ????

O ile ma więcej niż naście lat – no właśnie, tylko że nie ma. Jego znajomość miłości/zauroczenia jest zerowa, więc błądzi po omacku.

Entropia to ekstensywna funkcja stanu. Jako można do niej dążyć? Można dążyć do wzrostu entropii, co można rozumieć jako wzrost bałaganu, nieodwracalności, czy też szeroko pojęte przemijanie i rozkład, albo też unifikację.

Źle użyłem słowa? Powinno być “zmierza”?

Podsumowując, niezłe humorystyczne opko, z kilkom głębszymi tematami ciekawie ujętymi (pożarcie przez Kupidyna, rozmowa z głosem we własnej głowie), ale to nazwanie zakochania miłością mi osobiście zgrzyta.

Piszę subiektywnie z punktu widzenia totalnego nieuka miłosnego. Dla młodego zauroczenie to właśnie miłość (niestety, chciałoby się powiedzieć, ale tak jest). Głos, doktor, Wiedza – traktują go właśnie tak. Rozumiem, że miłość to coś więcej niż proste pociąg do płci przeciwnej, ale od czegoś trzeba zacząć. Pewnie, poglądów na istotę miłości jest w cholerę i jeszcze parę – ja zdecydowałem się akurat na taki :)

Pozdrawiam serdecznie

 

Przeczytałem Twoje opowiadanie dwa razy. Pierwszy raz tydzień temu i po lekturze nie wiedziałem, co o nim sądzę. I dziś, gdy przeczytałem po raz wtóry oraz wsparłem się komentarzami, coś mi już w głowie kołacze. Nie wiem, czy to Ci się przyda, ale jednak spróbuję to coś sformułować.

Opowiadanie zaczynasz bardzo dobrze i byłem nim zainteresowany mniej więcej do połowy. Od połowy było dla mnie trudne, jakby się przeistoczyło. Zacząłem się gubić, tracić wątek, dwukrotnie czytać niektóre zdania i wyczekiwać zakończenia. Zastanawiałem się dlaczego. Przecież opowieść idzie sprawnie, jest humor, są – wprawdzie tylko strzępki, ale jednak – ciekawe myśli. Może szybko zmieniające się fantastyczne scenerie zaczęły przerastać moją wyobraźnię? Albo po prostu nie rozumiem opowieści. Historia zboczyła na niezrozumiałe dla mnie tory i choć w zakończeniu łączysz te wątki i w końcu pojawia się Monika, a ja znów jestem zainteresowany opowieścią, to jednak w środku swoje musiałem przejść. I to jest właściwie jedyny i bardzo subiektywny zarzut.

Bohater trochę nijaki, ale pasujący do opowieści. Humor raczej mi podszedł i kilka razy się uśmiechnąłem. Powtykane mniej lub bardziej poważne przemyślenia. Bardzo dobre dialogi. Zakończenie tkliwe, ale inne mogłoby mnie rozczarować, bo dobrze życzyłem Krwawemu. Błędów nie znalazłem, a tekst, pomimo wspomnianych trudności, czytało się płynnie (no, kilka razy musiałem wracać do początku zdania, ale to była moja wina, nie zdania).

Hej, Palaio

Podwójny czytelnik to prawdziwa rzadkość. Szacuneczek :P

Subiektywny zarzut jest całkiem zasadny i spodziewałem się, że taki może się pojawić. Podróż przez fantastyczne scenerie/wymiary, jednocześnie z wymogiem limitu znaków, aby nie przerodziło się to w tasiemca, wymusiła dość szybkie zmiany lokacji. Przyznaję też, że ton opowiadania zmienia się z lekkiej komedyjki na poważniejszy – mogę tylko powiedzieć, że tak miało być. Oczywiście, takie przejście nie musi się podobać i, cóż… próbuję nowych rzeczy, trzeba eksperymentować :)

Cieszy mnie, że humor podszedł i dialogi. Bohater jest, jaki jest, ale go polubiłem. Właściwie, urzędnik niższego szczebla nie może za bardzo błyszczeć w średniej długości opowiadaniu, choć starałem się dodać mu trochę “smaczków”.

Zakończenie tkliwe, ale czyż mogłoby być inne? Trochę tam dziegciu dodałem, ale to nie tragedia, więc dajmy pożyć  poistnieć dziwnej parze w jeszcze dziwniejszym stanie miłości.

Dzięki wielkie za komentarz i podwójną lekturę :) 

Podobało mi się. Zaskoczyło wyobraźnią. Wybrałem ten tekst jako pierwszy po przerwie w obecności tutaj i obawiam się, że trudno będzie innym … Pozdrowienia. Próbuj dalej, jak wyżej napisałeś:

nowych rzeczy, trzeba eksperymentować :)

IMO ta ‘próba’ udała Ci się :)

Hej, Koala75

Dzięki wielkie :) Bardzo mi miło.

Chyba jednak nie ma co pisać dłuższych tekstów, bo trudniej o czytelników ;)

Cześć!

Początek zaliczyłbym do tych z gatunku “ocenimy po ciągu dalszym”. On generalnie nie jest szczególnie zaskakujący, mamy motywy w jakiś sposób dobrze już znane. To nie jest samo w sobie złe. Nie piszę też tego jako wadę tekstu. Raczej staram się oddać odczucia z lektury, a tutaj przy wprowadzeniu czułem, że po dalszym ciągu będę oczekiwał jakiegoś zrywu, przyspieszenia, większej nieprzewidywalności.

O tym dalszym ciągu jeszcze napiszę, natomiast zanim o tym, to dwa słowa o stylu. Bardzo wdzięczny ten styl sobie tu wybrałeś. Raz, że napisane masz to bardzo solidnie, a dwa, że piszesz tutaj w taki szalenie elastyczny sposób, który pozwala gładko przechodzić od wstawek humorystycznych do zdań czy akapitów poważniejszych. To na pewno wyszło Ci fajnie.

Pisałem, że początek wprawił mnie w wyczekiwanie na jakiś zryw i takie szarpnięcie pojawia się dość szybko, bo już chwilę później, kiedy Monika przechodzi do pocałunku. Tutaj mamy pewne przyspieszenie, jest też element zaskoczenia, bo wrzucasz ten pocałunek nagle, bez zapowiedzi.

W dalszej części opowiadania bardzo mocno pracujesz wyobraźnią, by niejako przełamać pewną przewidywalność niektórych aspektów tego opowiadania. Widać, że pomysłów Ci tutaj nie brakowało i na dość prostym motywie zdołałeś zbudować solidny kawałek ciekawej, mocno fantastycznej scenerii. To oczywiście na plus.

Na plus też rzecz jasna humor, który ubarwia Ci ten tekst. Raz, że lektura jest dzięki temu przyjemniejsza, dwa, że tekst lżejszy, a trzy, że te ponad 60k też czyta się szybciej.

To co? Może dla równowagi trochę o tym, co podeszło mniej.

Pierwsza to motyw. On wydał się jednak zbyt prosty, by nawet przy wsparciu mocno wykreowanego świata pociągnąć tekst przy tej długości. Wiesz, tutaj problem w sumie był prosty. Mamy dwójkę bohaterów, gdzie jedno usilnie zmierza do spotkania z drugim. W momencie rozstania tych bohaterów w pierwszej fazie tekstu ja już wiem, jaki jest punkt docelowy tej historii. Na początku to nie przeszkadza. Jak pisałem, pomagasz temu opowiadaniu jak możesz. Humor, kreatywność. A jednak w drugiej połowie tekstu pojawia się lekki przesyt, bo skoro już wiem, że oni i tak w jakiś sposób prędzej czy później muszą się spotkać (co będzie zapewne kulminacją tekstu) to lektura opowiadania w dalszej części zaczyna przypominać wyczekiwanie, kiedy ten moment nadejdzie. I jest to ten rodzaj wyczekiwania, kiedy już nawet humor czy wyobraźnia nie pomoże. Bo podróż do z góry znanego punktu zazwyczaj może być atrakcyjna przez dwadzieścia, maksymalnie trzydzieści tysięcy znaków, a tutaj dostajemy jednak więcej.

Na pewno sam fakt, że jest to jednak opowiadanie, które wykorzystuje wiele klasycznych elementów związanych z motywem miłości sprawia, że tekst pewnie zyskałby na skróceniu. A wiem, co piszę, bo sam przeciągam większość opowiadań. ^^ Generalnie mamy tu sporo prawd, które znany. Sporo uczuć, dylematów i cierpień, które również są już w literaturze dość mocno wyeksploatowane. Oczywiście, trzeba też Ci oddać, że pomogłeś sobie fajnie tą fantastyką, by jednak w jakimś stopniu z tych znanych motywów wyciągnąć coś świeższego. Jednak, znów, owa świeżość zrobiłaby większe wrażenie, gdyby długość tekstu była nieco mniejsza. Gdyby owe świeże motywy nie zatapiały się w tych znanych, a humor momentami nie mieszał z ckliwością.

Generalnie to całkiem dobry tekst ze sporą liczbą zalet. Jednocześnie brakuje mu takiej lowinowej witalności. Jakichś zrywów (poza tym jednym na początku tekst sunie sobie swoim tempem i tak nie bardzo ma ochotę przyspieszyć). Mamy tu ładną kreację świata, ale brakuje w niej nuty szaleństwa. Mamy pomysł na fabułę, ale brakuje przyspieszenia. Owej wspomnianej już witalności. Generalnie miałem poczucie, jakby ten tekst się tak rozwijał, rozwijał i… nie mógł do końca rozwinąć tych skrzydeł. Nie potrafił przyspieszyć, nie potrafił poderwać się do jakieś większej szarży. I, co bardzo ważne, ja tu w żadnym razie nie piszę, że chciałbym tutaj dostać jakiś odpowiednik Lowina. Albo że teraz to już masz pisać tylko po lowinowemu. Chodzi raczej o to, że szukam tych elementów, których tutaj brakło, a które w Twoim pisaniu robią różnicę. Które niejako biorą historię na swoje barki i niosą je z poziomu dobrego na bardzo dobry. Albo nawet bardzo dobry +. Bo tutaj widać wyraźnie ten solidny Zanaisowy poziom, tylko tym razem to jest takie bardziej niemrawe. Stonowane. Takie… stateczne. Z większym przechyłem w stronę tego, co znamy, kosztem tego, co może zaskoczyć i zrobić wrażenie.

Tak czy inaczej solidny, lekki, przyjemny tekst.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Hej, CMie!

Nie ma lekko z Twoimi komentarzami, ale postaram się stawić im czoła ;)

Początek zaliczyłbym do tych z gatunku “ocenimy po ciągu dalszym”. On generalnie nie jest szczególnie zaskakujący, mamy motywy w jakiś sposób dobrze już znane. To nie jest samo w sobie złe. Nie piszę też tego jako wadę tekstu. Raczej staram się oddać odczucia z lektury, a tutaj przy wprowadzeniu czułem, że po dalszym ciągu będę oczekiwał jakiegoś zrywu, przyspieszenia, większej nieprzewidywalności.

Zgoda, tak miało być i nie odebrałem Twego stwierdzenia jako wadę. Pełna zgoda.

Bardzo wdzięczny ten styl sobie tu wybrałeś. Raz, że napisane masz to bardzo solidnie, a dwa, że piszesz tutaj w taki szalenie elastyczny sposób, który pozwala gładko przechodzić od wstawek humorystycznych do zdań czy akapitów poważniejszych. To na pewno wyszło Ci fajnie.

To by mi wystarczyło za nagrodę w stosunku do tego tekstu :P

Pisałem, że początek wprawił mnie w wyczekiwanie na jakiś zryw i takie szarpnięcie pojawia się dość szybko, bo już chwilę później, kiedy Monika przechodzi do pocałunku. Tutaj mamy pewne przyspieszenie, jest też element zaskoczenia, bo wrzucasz ten pocałunek nagle, bez zapowiedzi.

W dalszej części opowiadania bardzo mocno pracujesz wyobraźnią, by niejako przełamać pewną przewidywalność niektórych aspektów tego opowiadania. Widać, że pomysłów Ci tutaj nie brakowało i na dość prostym motywie zdołałeś zbudować solidny kawałek ciekawej, mocno fantastycznej scenerii. To oczywiście na plus.

Na plus też rzecz jasna humor, który ubarwia Ci ten tekst. Raz, że lektura jest dzięki temu przyjemniejsza, dwa, że tekst lżejszy, a trzy, że te ponad 60k też czyta się szybciej.

Czyli jeszcze jakieś plusy się znalazły. Miło mi, dzięki wielkie, bo co jak co, ale o swoją wyobraźnię się czasem martwię. Jeśli 60k czytało się w miarę lekko to dobrze, długie teksty to trudna sprawa, zarówno, żeby utrzymać czytelnika, jak i żeby nie zanudzić. Oczywiście, Nie sądzę, że udało mi się to idealnie w tym przypadku. Na pewno dość częste zmiany scenerii miały pomóc, ale to rodzi inne problemy.

To co? Może dla równowagi trochę o tym, co podeszło mniej.

Czyli przechodzimy do sedna, bo poklepywanie po plecach jest miłe, ale wiele nie uczy :P

Pierwsza to motyw. On wydał się jednak zbyt prosty, by nawet przy wsparciu mocno wykreowanego świata pociągnąć tekst przy tej długości. Wiesz, tutaj problem w sumie był prosty. Mamy dwójkę bohaterów, gdzie jedno usilnie zmierza do spotkania z drugim. W momencie rozstania tych bohaterów w pierwszej fazie tekstu ja już wiem, jaki jest punkt docelowy tej historii. Na początku to nie przeszkadza. Jak pisałem, pomagasz temu opowiadaniu jak możesz. Humor, kreatywność. A jednak w drugiej połowie tekstu pojawia się lekki przesyt, bo skoro już wiem, że oni i tak w jakiś sposób prędzej czy później muszą się spotkać (co będzie zapewne kulminacją tekstu) to lektura opowiadania w dalszej części zaczyna przypominać wyczekiwanie, kiedy ten moment nadejdzie. I jest to ten rodzaj wyczekiwania, kiedy już nawet humor czy wyobraźnia nie pomoże. Bo podróż do z góry znanego punktu zazwyczaj może być atrakcyjna przez dwadzieścia, maksymalnie trzydzieści tysięcy znaków, a tutaj dostajemy jednak więcej.

Ok. To tak: widzisz tu dwa problemy. Po pierwsze motyw, po drugie dołączona do niego długość tekstu. Spróbuję powalczyć z obydwoma.

Motyw – jest prosty, bo wiadomo, co się stanie na końcu. Tak i tak miało być. Jeśli oglądam komedię romantyczną, to na 99% skończy się szczęśliwie, jeśli horror, to zło wygra lub przetrwa. Kiedy szedłem do kina na Titanica, wiedziałem, co się wydarzy i nikt nie miał za złe twórcy, że trzymał się oryginalnej historii. Pewnie, lubię twisty jak każdy, ale nie widzę sensu wpychania twistu tam, gdzie nie pasuje. Czy w Gwiezdnych Wojnach ktoś się spodziewał, że Imperium wygra? Jakie inne zakończenie miałoby tu pasować, w tekście, który ma zarówno humor, jak i miłość? Schemat nie jest z gruntu zły – to tekst z gatunku feel good, w którym bardziej od portu końcowego liczy się podróż.

Czy to musi wszystkim pasować? Rzecz jasna – nie. Ale innej opcji zakończenia nie przewidywałem.

Długość – scenek z różnych wymiarów miało być docelowo więcej (pomysły były), ale mamy tu zarówno pierwsze spotkanie, zakochanie się, Dis i wizytę u lekarza, wizytę w urzędzie, spotkanie z Kupidynem, z Wiedzą, dwa wymiary, a potem trzeci z Moniką, i na koniec znów z Moniką. W sumie jestem zadowolony, że nie przekroczyłem 70k znaków, szczególnie przy korzystaniu z dużej ilości dialogów. Chciałbym skrócić parę scen, ale nie wiedziałem jak, aby nie tracić sensu. Sam wiesz najlepiej, że ścinanie może mieć zgubny wpływ na tekst.

Na pewno sam fakt, że jest to jednak opowiadanie, które wykorzystuje wiele klasycznych elementów związanych z motywem miłości sprawia, że tekst pewnie zyskałby na skróceniu. A wiem, co piszę, bo sam przeciągam większość opowiadań. ^^ Generalnie mamy tu sporo prawd, które znany. Sporo uczuć, dylematów i cierpień, które również są już w literaturze dość mocno wyeksploatowane. Oczywiście, trzeba też Ci oddać, że pomogłeś sobie fajnie tą fantastyką, by jednak w jakimś stopniu z tych znanych motywów wyciągnąć coś świeższego. Jednak, znów, owa świeżość zrobiłaby większe wrażenie, gdyby długość tekstu była nieco mniejsza. Gdyby owe świeże motywy nie zatapiały się w tych znanych, a humor momentami nie mieszał z ckliwością.

Ok, zgadzam się – wiele motywów i przemyśleń jest znanych. Jednak patrząc z punktu widzenia Krwawego, to dla niego wszystko jest nowe. Humor w głównej mierze polega na odkrywaniu przez niego miłości, co musi się wiązać z ckliwością (cynizm i wyrachowanie to późniejszy stopień poznania miłości). Pomijając jednak ckliwość, zostaje sam motyw podróży, a podróż wymaga miejsca i wielu znaków. Może problemem jest połączenie poznawania miłości z podróżą. Tutaj się nie będę usprawiedliwiał, to mogła być wątpliwej jakości mieszanka.

Generalnie to całkiem dobry tekst ze sporą liczbą zalet. Jednocześnie brakuje mu takiej lowinowej witalności. Jakichś zrywów (poza tym jednym na początku tekst sunie sobie swoim tempem i tak nie bardzo ma ochotę przyspieszyć). Mamy tu ładną kreację świata, ale brakuje w niej nuty szaleństwa.

Ach, ten Lowin. Ropuch to cyniczny i nieco egoistyczny kobieciarz, Krwawy to nieuświadomiony nowicjusz. Dwa różne światy. Pierwszy Lowin zaskoczył scenerią i inną konwencją, ale bez elementu zaskoczenia był “tylko” dobry – co pokazał drugi Lowin. Hmm. Nuta szaleństwa? Wiesz, chyba obaj lubimy totalnie zaskakujące miszmasze, ale tekst nie musi walić w łeb niespodziewanym pomysłem, aby się podobał. Moje ulubione opowiadanie to rozmowa chłopaka z duchem dziewczyny. Tak opisane nie wygląda najciekawiej, ale to prawdziwe streszczenie. Mam wrażenie, że oczekiwałeś od tego tekstu, czego innego niż ja chciałem napisać i rozminęliśmy się po drodze. To, rzecz jasna, moja wina jako autora, bo brak tego “O! To dobre” spada na mnie.

Pocieszam się, że nie spadam poniżej bibliotecznego poziomu ;)

Dziękuję Ci bardzo za lekturę i szczegółową analizę.

Pozdrawiam serdecznie

Mnie się zdecydowanie podobało.

Zgodzę się z CMem, że początek robi wrażenie “poczytamy, zobaczymy” – sama po lekturze pierwszej części tekstu miałam poczucie, że ja już to wszystko znam i że to wszystko, a zwłaszcza motyw “o nie, umarłam dziewicą, zrób coś z tym” niespecjalnie lubię. Ale potem się rozkręciło.

Tekst stoi na charakterystycznym u ciebie przemieszaniu niemal-pastiszu i powagi. Do tego, co było mocną stroną Lowinów, dodajesz tu nieposkromioną wyobraźnię, pół na pół jak z bizarro, pół na pół jak z pastiszu baśni. W tle masz prawie Empedoklesa z jego koncepcją miłości jako siły sprawczej świata :) (wybacz, nerdoza klasyczna jest nieuleczalna XD). Postacie teoretycznie masz prosto ze składu archetypów, ale udaje ci się dodać im coś własnego, swoistego: demon jest wiarygodny w swojej walce z amor morbus (miłością – chorobą, nerdoza klasyczna, patrz wyżej), Monika prędko zrzuca maskę komediowej idiotki i okazuje się być pełnokrwistą bohaterką.

Jest może gdzieniegdzie za dużo tego dobrego – czyli np. dałoby się pewnie ściąć niektóre epizody, jak chodzi o ilość znaków, trochę może zmniejszyć ilość “gadżetów” (te brzmiące chwilami jak z “Dzienników gwiazdowych” wyliczanki :) ). Ale to wszystko stosunkowo mało się dla mnie liczyło, w kontekście czytelniczej przyjemności, jaką mi dał ten tekst.

Dobry tekst, krótko mówiąc.

Hej, hej, Ninedin

Przede wszystkim dziękuję, że w ogóle zajrzałaś.

Zgodzę się z CMem, że początek robi wrażenie “poczytamy, zobaczymy” – sama po lekturze pierwszej części tekstu miałam poczucie, że ja już to wszystko znam i że to wszystko, a zwłaszcza motyw “o nie, umarłam dziewicą, zrób coś z tym” niespecjalnie lubię. Ale potem się rozkręciło.

Początki są trudne. Tutaj miał określić cel bohatera no i przedstawić mu problem miłości. Rozumiem problem z motywem dziewicy, ale Monika nie chciała tutaj “pójść na całego” – była raczej w szoku, że to już koniec i straciła szansę na wiele rzeczy. Starałem się w miarę załatwić sprawę zakochania, bo wierz mi, naprawdę staram się streszczać teksty – tylko nie zawsze wychodzi :P

Tekst stoi na charakterystycznym u ciebie przemieszaniu niemal-pastiszu i powagi.

Zapiszę to sobie ;) Ale piszę raz poważny tekst, raz zabawny.

Do tego, co było mocną stroną Lowinów, dodajesz tu nieposkromioną wyobraźnię, pół na pół jak z bizarro, pół na pół jak z pastiszu baśni. W tle masz prawie Empedoklesa z jego koncepcją miłości jako siły sprawczej świata :) (wybacz, nerdoza klasyczna jest nieuleczalna XD).

Empedoklesa nie znam, ale wierzę na słowo :P

Postacie teoretycznie masz prosto ze składu archetypów, ale udaje ci się dodać im coś własnego, swoistego: demon jest wiarygodny w swojej walce z amor morbus (miłością – chorobą, nerdoza klasyczna, patrz wyżej), Monika prędko zrzuca maskę komediowej idiotki i okazuje się być pełnokrwistą bohaterką.

Podróż przez wymiary miała być spotkaniem z różnymi obliczami miłości, scen zaplanowanych było o wiele więcej, ale nie chciałem przeciągać (co i tak nie wyszło do końca). W archetypach nie widzę nic złego, o ile mają coś nowego w sobie – miło mi, że uważasz je za udane :)

Jest może gdzieniegdzie za dużo tego dobrego – czyli np. dałoby się pewnie ściąć niektóre epizody, jak chodzi o ilość znaków, trochę może zmniejszyć ilość “gadżetów” (te brzmiące chwilami jak z “Dzienników gwiazdowych” wyliczanki :) ).

Zgadzam się – tekst wyszedł może ciut przydługi i na przykład Gamala dałoby radę ściąć. Bez narzuconego limitu trochę pofolgowałem. Zaręczam, że żadne zdanie nie było pisane tylko po to, aby zwiększyć ilość znaków. Dobre ścięcie to kwestia doświadczenia.

Ale to wszystko stosunkowo mało się dla mnie liczyło, w kontekście czytelniczej przyjemności, jaką mi dał ten tekst.

Dobry tekst, krótko mówiąc.

Dziękuję, chciałem napisać zwykłego “feel gooda”: miłość i humor obowiązkowo, ale i trochę mniej przyjemnych rzeczy – wtedy te pierwsze lepiej wybrzmiewają.

Pozdrawiam serdecznie :)

No niestety, Zanaisie, to opowiadanie jest potwornie przegadane. Nie trochę, nie średnio, a bardzo. A szkoda, bo pomysł jest dobry, przejście od “lekko-sielanki” do ponurych wizji dobre. I owszem, powinno być z opóźnieniem, ale nie aż takim. 

Część rzeczy nic nie wnosi, część wnosi, ale jest opisana zbyt długo. 50K wstępu w tekście na 63K to za dużo, nawet jeśli ta końcówka jest dobra, a poprzedzenie jej czymś wolniejszym jest uzasadnione. Problem w tym, ze muszą być jeszcze jakieś proporcje – i choć owo “wolniejsze” powinno być długie, żeby końcówka miała solidny efekt, to po prostu nie aż tak – bo w pewnym momencie pozbywasz się części czytelników.

Co na plus… Na pewno właśnie końcowa zmiana tonu. Jak również motyw z kwiatami i młodością – to jest bardzo mocne, niesamowity pomysł, bardzo obrazowy i zapadający w pamięć… Szkoda, ze właśnie już na etapie, przy którym znużyłem się tekstem. Niemniej na pewno ten moment niejako “obudził”, odnowił koncentrację.

Jednak koniec końców, o ile Detektyw Lowin był bardzo dobrym tekstem, to przy tym mam odczucia odwrotne – tu dobry pomysł z bardzo przykuwającymi uwagę elementami (przelot przez Szansę, kwiaty, ostatni upadek) zostały trochę zmarnowane. A przecież potrafisz pisac przykuwając uwagę (i to w różnych przecież konwencjach).

 

" – Nie mam czasu"

" – Czy to Wydział Zgonów?"

" Wstał. Antymorze rozpościerało"

" Zrobił jeszcze krok"

" Na twarzy – zaczerwienionej"

– nadmiarowe spacje przed akapitami.

 

"– Szukasz"

Podwójna spacja.

 

Hej, Wilku

No niestety, Zanaisie, to opowiadanie jest potwornie przegadane. Nie trochę, nie średnio, a bardzo

Innego komentarza się nie spodziewałem ;) Przegadane – racja, choć czytałem wiele opowiadań (szanowanych autorów), które moje przegadanie zostawiają daleko w tyle. Na pewno dałoby radę skrócić. Natomiast z “potwornie” przegadane się pozwolę nie zgodzić. Chyba inaczej patrzymy na przegadanie – to indywidualna kwestia.

Część rzeczy nic nie wnosi, część wnosi, ale jest opisana zbyt długo. 50K wstępu w tekście na 63K to za dużo, nawet jeśli ta końcówka jest dobra, a poprzedzenie jej czymś wolniejszym jest uzasadnione. Problem w tym, ze muszą być jeszcze jakieś proporcje – i choć owo “wolniejsze” powinno być długie, żeby końcówka miała solidny efekt, to po prostu nie aż tak – bo w pewnym momencie pozbywasz się części czytelników.

Nie traktuje 50k jako wstępu. Dla mnie wstęp się kończy po zniknięciu Moniki. Wędrówka i poszukiwanie wskazówek to nie wstęp, tylko sedno.

Co na plus… Na pewno właśnie końcowa zmiana tonu. Jak również motyw z kwiatami i młodością – to jest bardzo mocne, niesamowity pomysł, bardzo obrazowy i zapadający w pamięć… Szkoda, ze właśnie już na etapie, przy którym znużyłem się tekstem. Niemniej na pewno ten moment niejako “obudził”, odnowił koncentrację.

A, dziękuję. Przynajmniej czymś trafiłem w twoje gusta. Obawiam się, że zmiana tonu jeszcze się pojawi jako wada ;)

Jednak koniec końców, o ile Detektyw Lowin był bardzo dobrym tekstem, to przy tym mam odczucia odwrotne – tu dobry pomysł z bardzo przykuwającymi uwagę elementami (przelot przez Szansę, kwiaty, ostatni upadek) zostały trochę zmarnowane. A przecież potrafisz pisac przykuwając uwagę (i to w różnych przecież konwencjach).

Lowin był dobry (raz) i teraz mnie prześladuje. Co do pisania, to ja raczej się miotam w pisaniu i czasem coś trafię. Ten tekst przynajmniej dostał piórkową nominację, więc i tak się cieszę.

Dzięki za łapankę i mam nadzieję, że w końcu napiszę coś, co trafi w Twoje gusta :)

Pozdrawiam serdecznie

Krwawy stanął przy drzewie które niedługo zabije Monikę Lot i wyjrzał na oblodzoną szosę. W oddali zobaczył światła samochodu. Bardzo dobrze. Ostatnie zadanie i dwustugodzinna zmiana dobiegnie końca. Potrzebował odpoczynku.

Nieco aliteruje ten początek.

 

Czemu tak pędziła do Wrocławia w środku mroźnej nocy?

Czy ten Wrocław ma tu znaczenie dla fabuły? Brzmi sztucznie.

 

Samochód śmignął koło Krwawego, rąbnął w wiekowy dąb (zrzucając śnieg z gałęzi) i sprasował się jak złożony akordeon.

Zbędny przymiotnik

 

Krwawy wyszeptał cyfrczar lokalizujący i unióstruniarza membranowego w imitacji ludzkiego uśmiechu, choć wcale nie był w nastroju.

Za dużo obcych słów na raz.

macasz zęby i dziąsła drugiej osoby, spotykasz jej język i ślizgasz się po nim, a ślina chlupocze, syczy i kląska jak kalosz, gdy próbujesz wyciągnąć go z błota.

Bardzo obrazowy opis. Jestem pod wrażeniem… choć ta końcówka nieco…hmm… nie przypominam by dane mi było doświadczyć chlupotu śliny ;)

 

Na koniec oderwali się od siebie z dźwiękiem podobnym do wyciągania kalosza z błota.

To już było wcześniej. Niepotrzebnie stosujesz to samo porównanie.

 

Monika otworzyła oczy, ujrzała nową postać Krwawego i wydała z siebie pełne radości stłumione westchnienie, niczym po otwarciu metalowego pudełka w pokoju mamy i ujrzeniu sterty landrynek i wafelków zamiast przyborów do szycia.

Porównanie zbyt długaśnie. Czytelnik traci rytm.

 

To zaraza powszechna na niektórych światach. Niestety, przenosi się między gatunkami. Destrukcyjna siła, której ofiary można liczyć w milionach! Niestety, może zaatakować każdego

 

Pełen dobrych przeczuć Krwawy w ciszy i w skupieniu przesuwał szachy, zdecydowany zająć co najmniej setne miejsce.

przesuwał raczej figury/bierki

https://sjp.pwn.pl/slowniki/szachy.html

 

Ja też jestem chory powiedział. Proszę! Monika Lot. Czy jest w Górach Samotnej Kontemplacji? Jak się tam dostać? Muszę wiedzieć!

Tu mnie trochę męczy fakt, że Przewoźnik nie wiedział dokąd ją zabrał. Przecież sam wcześniej o tym wspominał. Niekonsekwencja.

 

Odkaszlnął resztkami antymaterii i czknął promieniowaniem.

Za dużo tego absurdu. Nie siadło. I sensu w tym nie ma żadnego.

 

Masz też w wielu miejscach nawiasy… przeszkadzały, wybijały z rytmu, sprawiały, że fragmenty nimi objęte były jakby mniej ważne. Coś jakbym czytał własne notatki z wykładów.

 

Teraz wrażenia ogólne:

Napisałeś to z rozmachem, bez hamulców. Mamy tu świat demonów, mamy absurdalne uniwersum matematyczno-kwantowe, mamy historię o nieszczęśliwej miłości demona, który szuka drogi w życiu, i do tego miejscami całkiem fajny humor. Całość napisana sprawnie, technicznie bez zarzutów, momentami nawet spektakularnie.

Nie będę ukrywał jednak, że to wielobarwne danie z wymyślnych potraw nie podeszło mi za bardzo. Chyba przedobrzyłeś, panie.

Poczułem się trochę tak, jakbyś wysmażył dla mnie stek ze świetnej wołowiny, ugotował smakowitą zupę, przygotował na deser crème brulee… po czym zmiksował to wszystko razem i przerobił na koktajl.

Każde z dań przygotowałeś wybornie, a jednak efekt końcowy, co cóż… nieco mnie przerósł.

 

By być bardziej konkretnym.

Świat absurdu, gdzie demon popija całki i wymiotuje różniczkami, nie dodaje mi się z bardzo klasyczną historią o miłości. Używasz wiele technicznych pojęć, w postaci przymiotników czy rzeczowników, bez przejmowania się sensem tego co piszesz. Rozumiem absurd, jednak zbyt dużo tego jak na mój gust.

Również fabuła utworu, dość prosta, nie unosi objętości.

Przecież już po pierwszej scenie nie z Moniką, bardzo udanej swoją drogą, wiemy, o czym będzie ta opowieść. Demon zakocha się, przeżyje dramat, odwróci o 180 stopni sposób pojmowania świata i miłości, po czym odnajdzie ukochaną.

I u Ciebie ta fabuła jest wręcz wzorcowo według wspomnianego scenariusza, z tym że ten etap przemiany demona przeciągasz w nieskończoność, serwując kolejne absurdalne światy, dodając filozoficzne przemyślenia, jednak nie ma w tym mięcha i w dość szybko zaczyna się czytelnikowi dłużyć. Bo gdy czytelnik zna już cel, do którego to wszystko zmierza, to sama droga nie wydaje się tak atrakcyjna, by trzymać w napięciu przez kilkadziesiąt tysięcy znaków.

 

Podsumowując, podziwiam pomysł, chwalę humor i łatwość pisania o miłości, nie mniej jak na mój gust to przeszarżowałeś z poziomem absurdu, a objętość tekstu okazała się nieadekwatna do treści, przez co dłużył się ten tekst miejscami.

Były momenty świetne, były przyzwoite, były takie, które można by sobie darować.

 

Moja ocena: 5/6.

Na piórko nie wystarczy.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Przegadane – racja, choć czytałem wiele opowiadań (szanowanych autorów), które moje przegadanie zostawiają daleko w tyle

To na pewno. Nawet wśród znanych wyjadaczy. Są autorzy, którzy najpierw pokazują, ze potrafią długie książki pisać tak, ze człowiek się nie może oderwać i chciałby jeszcze więcej, a potem napiszą inne powieści, które naprawdę ciekawe pomysły na nowelę topią w trylogiach wody.

W przypadku “całek” to kwestia tego, ze opisujesz zbyt długo (nawet nie zbyt wolno, a zbyt długo) rzeczy, które owszem, dodają klimatu i wizji, ale w pewnym momencie człowiek czyta i czyta dalej, a tu cały czas ta sama scena, bez elementów cokolwiek do niej dodających. W 15, może 20K byłoby to naprawdę dobre i mocne, ale ruszyło niestety w żeglugę :( [opinia oczywiście subiektywna]

 

 

Hej, Chrościsko

Rozumiem, nie podeszło, nie ma sprawy.

Odniosę się po kolei do uwag, może coś wytłumaczę swoim punktem widzenia ;)

Na koniec oderwali się od siebie z dźwiękiem podobnym do wyciągania kalosza z błota.

To już było wcześniej. Niepotrzebnie stosujesz to samo porównanie.

To specjalnie, żeby pokazać, że wyszło dokładnie tak, jak opisał wcześniej.

 Ja też jestem chory  powiedział.  Proszę! Monika Lot. Czy jest w Górach Samotnej Kontemplacji? Jak się tam dostać? Muszę wiedzieć!

Tu mnie trochę męczy fakt, że Przewoźnik nie wiedział dokąd ją zabrał. Przecież sam wcześniej o tym wspominał. Niekonsekwencja.

Przewodnik nie wie, tylko przypuszcza. Może nie wyjaśniłem tego zbyt dobrze. 

Odkaszlnął resztkami antymaterii i czknął promieniowaniem.

Za dużo tego absurdu. Nie siadło. I sensu w tym nie ma żadnego.

Antymateria z promieniowaniem się łączy, ale się nie upieram.

 

Dzięki za resztę łapanki :)

Świat absurdu, gdzie demon popija całki i wymiotuje różniczkami, nie dodaje mi się z bardzo klasyczną historią o miłości.

Kwestia gustu, a z gustem dyskutować nie ma sensu. Dla mnie łączy się całkiem dobrze i na tym poprzestańmy :)

Napisałeś to z rozmachem, bez hamulców. Mamy tu świat demonów, mamy absurdalne uniwersum matematyczno-kwantowe, mamy historię o nieszczęśliwej miłości demona, który szuka drogi w życiu, i do tego miejscami całkiem fajny humor. Całość napisana sprawnie, technicznie bez zarzutów, momentami nawet spektakularnie.

I dziękuję bardzo. Naprawdę. Jako ktoś, kto mało pisze, a w szczególności dłuższych tekstów, takie stwierdzenie daje nadzieję na przyszłość :)

Również fabuła utworu, dość prosta, nie unosi objętości.

Przecież już po pierwszej scenie nie z Moniką, bardzo udanej swoją drogą, wiemy, o czym będzie ta opowieść. Demon zakocha się, przeżyje dramat, odwróci o 180 stopni sposób pojmowania świata i miłości, po czym odnajdzie ukochaną.

Tak, masz rację, tylko gdzie tu błąd? Widzę, że ten zarzut się powtarza, więc znów będę bronił tego schematu. Romans skończy się miłością, horror pewnie będzie miał złe zakończenie, w kryminale znajdą mordercę. Czy jedyne wartościowe teksty, to te, co łamią schemat? Z twistem na końcu? No nie sądzę. Lubię książki czy filmy nie tylko za zakończenie, ale głównie za całą podróż, mimo że wiem, jak się skończy. Właściwie większość książek i filmów ma przewidywalne zakończenie, częściowo wynikające z konwencji lub choćby krótkiego opisu.

Dla mnie ten zarzut jest bezpodstawny.

Dziękuję za udaną scenę :)

I u Ciebie ta fabuła jest wręcz wzorcowo według wspomnianego scenariusza, z tym że ten etap przemiany demona przeciągasz w nieskończoność, serwując kolejne absurdalne światy, dodając filozoficzne przemyślenia, jednak nie ma w tym mięcha i w dość szybko zaczyna się czytelnikowi dłużyć.

Cieszę się, że przebiegła wzorcowo, bo tak miała wyglądać. Nie wiem, co rozumiesz przez mięcho <walkę? nowy romansik?> ? Chętnie czytam o podróżach między światami i nie oczekuję tam wymyślonych na siłę fajerwerków. Jest tutaj lekko ponad 63k znaków. Poznanie Moniki, miasto demonów i wizyta u doktora, urząd i kupidyn, wyspa Wiedzy, stacja Gamala, miasto Isly, fałszywa Monika, prawdziwa Monika, epilog. W każdym miejscu dialogi, bez silenia się na “tellizm”. Ja tam jestem zadowolony z pomieszczenia tylu treści, nie wchodząc nawet w górny limit portalowy.

Ale to tylko moje zdanie.

Podsumowując, podziwiam pomysł, chwalę humor i łatwość pisania o miłości, nie mniej jak na mój gust to przeszarżowałeś z poziomem absurdu, a objętość tekstu okazała się nieadekwatna do treści, przez co dłużył się ten tekst miejscami.

Były momenty świetne, były przyzwoite, były takie, które można by sobie darować.

Czyli tragicznie nie było i tak postaram się o tym opowiadaniu pamiętać.

W każdym razie dziękuję za lekturę i opinię, mam nadzieję, że niesmak po koktajlu nie zostanie na długo :)

Pozdrawiam serdecznie

To opowiadanie to prawdziwa skarbnica absolutnie świetnych i przy tym przekomicznych cytatów. Absurd naprawdę na poziomie – choć mówię to jako zagorzała fanka Pratchetta, więc trzeba brać pod uwagę, że ja w ogóle taką literaturę bardzo lubię – i pasuje do całości jak ulał. Urzekł mnie początkowy fragment o ludziach i o żołędziu, i o… no, wymieniałabym tego pół tekstu.

Gorzej jednak, że odnoszę wrażenie, że poziom spada im dalej się brnie, a potem na koniec znów leci w górę. Nie dlatego, że poziom absurdu jest mniejszy, a raczej przez to, że tekst w miarę czytania nieco się dłuży. Tej międzywymiarowej podróży mogłoby być nieco mniej, bo nie porwała mnie tak jak główny motyw. I choć te sceny w jakiś sposób były potrzebne – swoją drogą motyw sióstr, dwóch miłości, bardzo mi się podoba, a i ta która tkwi w głowie bohatera przypadła mi do gustu – to dałoby się je chyba napisać krócej i nieco lepiej utrzymać tempo opowiadania.

Zdecydowanie doceniam pomysł, lejący się absurd, opisy (szczególnie piekła i matematycznej knajpy) oraz bohaterów. Bardzo dobra lektura, nie żałuję, że się natknęłam. :D

Zostaw ten żyrandol.

Hej, Verus

Cieszy mnie, że się spodobało. Trochę odleciałem z limitem i środek wypadł najsłabiej, ale przynajmniej zrehabilitowałem się w Twoich oczach końcówką ;) Podróż miała być osią historii i wypadła jak wypadł. Długi tekst zawsze ma ten problem z utrzymaniem zainteresowania, ale trzeba próbować i takie pisać, aby się nauczyć – dlatego takie opinie są cenne :)

To opowiadanie to prawdziwa skarbnica absolutnie świetnych i przy tym przekomicznych cytatów.

Ha! Przynajmniej humor jakoś wyszedł.

Dzięki za lekturę! Fajnie, że się uśmiechnęłaś :P

Pozdrawiam serdecznie

 

Czeźć.

 

Już tytuł mi się podoba, jako studentowi, który kiedyś miał całki wtłaczane do mózgu.

 

Do licha, już płacze? A nie, to oko wypływa. W porządku, alarm odwołany.

I już wiem, że przyszedłem we właściwe miejsce :P

 

Słuchaj no, panienko. Nie ma co dyskutować. – Uniósł dłonie. – Zginęłaś. Zdarza się. Przypuszczam, że to dla ciebie nowość

Oj tak. Właściwe jak cholera.

 

Wykorzystał swój zapas elokwencji na opis całowania.

To była elokwencja? Chryste.

 

Z powodu pomniejszenia mózgu do absolutnie niewystarczających rozmiarów, Krwawy zdołał tylko z trudem zrozumieć, że czeka na wiosnę, by wykiełkować.

Ktoś złośliwy mógłby zauważyć, że żołędzie nie mają mózgu żadnych rozmiarów. Ale nie ja. Ani trochę tego nie zrobię :D

 

Zapytać „jak leci?” dziewczynę o nazwisku Lot, niedługo po tym, jak wyleciała z drogi i wbiła się w drzewo.

Brzmi dokładnie jak coś, co sam bym zrobił. Odczuwam wysoki poziom empatii.

 

Ruszył między żelazne ulice Dis, Pierwszego Miasta Zaświatów, lśniące w zimnym księżycowym świetle

Jak na miasto w abstrakcyjnym wymiarze, w którym pije się drinki całkowe, a po ulicach latają subatomowe chochliki, światło księżycowe to mało oryginalny sposób na iluminację okolicy. Kolejny tego typu przykład, ciut dalej, to picie kawy przez demonice…

 

A tak klops, jakby to powiedzieli Ziemianie. – Czegoś mi tu brakuje. Może: A tak – klops, jakby powiedzieli Ziemianie.

 

W środku panowała tak sztywna atmosfera, że dawno niepodlewane kwiaty wciąż sterczały prosto, a gdy Krwawy przekroczył próg domostwa, jego spodnie same się wyprasowały.

Nieomal zmarłem ze śmiechu XDDD

 

Perpetuum mobile – się P nie pochyliło

 

– Taś, taś? – zachichotał głos, po czym wraz z nosicielem zniknął w monstrualnym przełyku.

Trochę miałem tutaj problem ze zrozumieniem, czyj głos i kto jest nosicielem…

 

Stary Wiedza zna twoje pragnienie.

Wiedza jest bytem kosmiczno-abstrakcyjno-niematerialno-transcednentalnym, więc można by chyba użyć końcówek zgodnych z rodzajem gramatycznym słowa? Tzn. Stara Wiedza.

 

wśród matemagów z ⁵ℜ noszą miano ∋∞∈.

No i to jest błyskotliwa uwaga, w przeciwieństwie do picia kawy i księżycowego światła :P

 

Witaj, Krwawy.

Gdyby nie był tak otumaniony miłością, mógłby zauważyć, że to nie może być prawdziwa Monika, bo prawdziwej się nie przedstawił…

 

Generalnie spodziewałem się raczej humorystycznej opowiastki – oczywiście humoru tu nie brakuje, ale opowiadanie ma zdecydowanie poważne przesłanie, i to dobrze. Jest świetne. (Poza tymi drobiazgami, do których się przyczepiłem – ale nie musisz na to zwracać uwagi, ja bardzo lubię się czepiać wszystkiego…). Jest też długie, ale czyta się je szybko i bez „przestojów”. Prosimy jak najwięcej takich opowiadań!

 

Pozdrawiam serdecznie.

Precz z sygnaturkami.

Długi tekst zawsze ma ten problem z utrzymaniem zainteresowania, ale trzeba próbować i takie pisać, aby się nauczyć – dlatego takie opinie są cenne :)

Rozumiem problem, też się z nim mierzę. :D Powodzenia w następnych podejściach, chętnie będę zaglądać, bo tutaj, mimo niedociągnięć, jest naprawdę wysoki poziom.

 

Zostaw ten żyrandol.

Cześć,

 

zawitałem tutaj i ja, żeby podzielić się swoją subiektywną opinią.

 

Podoba mi się świat, który stworzyłeś, jest bogaty, logiczny i opisany w zabawny sposób. Nie będę tutaj wymieniał tych wszystkich perełek, bo miejsca by nie starczyło, mnie osobiście urzekła czarna dziura i kacje w rodzaju podrapania za horyzontem zdarzeń ;)

Akcja jest wartka i przykuła moją uwagę całko-wicie ;) Są interesujący bohaterowie, jest tajemnica, motyw drogi i rozwoju głównej postaci. Urzekło mnie to. Nie dłużyło mi się, wręcz przeciwnie, byłem ciekaw jak to się skończy.

 

Czy to jest miłość czy to jest kochanie – można by parafrazować znany cytat, pytając o miłość w tekście. Padło wyżej, że to być może jeno zauroczenie, może to nie jest tak głębokie uczucie, jak się zdaje. Po lekturze nie mam takich dylematów – dla mnie to jest taka fajna, romantyczna, prawdziwa miłość; taka jak ma być :D Gdzieś tam pewnie koresponduje taka wizja z moim poglądami/doświadczeniami.

Podoba mi się także, powiązana z miłością, konstrukcja szansy – miłość nie jest w stanie rozkwitnąć, jeżeli nie podejmiemy pewnego rodzaju ryzyka, to mądre i prawdziwe przesłanie, IMHO.

Zastanowiłbym się na kwestią wzajemności uczucia – tutaj mamy miłość z perspektywy jednej osoby, swoistego rycerza, który pokonuje przeciwności, żeby zdobyć swoją księżniczkę, o której zbyt wiele zresztą nie wiadomo. Trochę kliszowate, choć w tak ciekawym ujęciu nie jest to rażące.

 

Czy poziom tekstu jest nierówny? Wg mnie nie – jest wysoki przez cały czas. Przychylam się jednakowoż do opinii, że pod kątem humoru początek nie koresponduje z końcem. Warto się nad tym zastanowić. Humor ma to do siebie, że potrafi pojawiać się w każdym momencie, także w czasie smutku, strachu, niepewności – tak przynajmniej myślę i tak sam mam. Zresztą mamy w Twoim tekście happy end, więc dlaczego nie dorzucić do tej końcówki kilku żarcików?

 

Co do głosowania piórkowego to jestem na TAK.

 

Pozdrawiam!

Martwe liście i brudna ziemia

Hej, Niebieski_kosmito

Już tytuł mi się podoba, jako studentowi, który kiedyś miał całki wtłaczane do mózgu.

Mam nadzieję, że nie przywołałem za wielu złych wspomnień ;)

Do licha, już płacze? A nie, to oko wypływa. W porządku, alarm odwołany.

I już wiem, że przyszedłem we właściwe miejsce :P

Przymknąłem oko na ten żart, ale tak ledwo, ledwo…

Jak na miasto w abstrakcyjnym wymiarze, w którym pije się drinki całkowe, a po ulicach latają subatomowe chochliki, światło księżycowe to mało oryginalny sposób na iluminację okolicy. Kolejny tego typu przykład, ciut dalej, to picie kawy przez demonice…

Wyznaję pogląd, że abstrakt śmieszy bardziej, gdy wymieszać go z normalnością, ale, oczywiście, rozumiem Twój punkt widzenia.

– Witaj, Krwawy.

Gdyby nie był tak otumaniony miłością, mógłby zauważyć, że to nie może być prawdziwa Monika, bo prawdziwej się nie przedstawił…

Gratuluję :) Bylem ciekaw, czy ktoś to zauważy. Tak, Krwawy był otumaniony, lecz koniec końców, upadek wyszedł mu na dobre.

Generalnie spodziewałem się raczej humorystycznej opowiastki – oczywiście humoru tu nie brakuje, ale opowiadanie ma zdecydowanie poważne przesłanie, i to dobrze. Jest świetne. (Poza tymi drobiazgami, do których się przyczepiłem – ale nie musisz na to zwracać uwagi, ja bardzo lubię się czepiać wszystkiego…). Jest też długie, ale czyta się je szybko i bez „przestojów”. Prosimy jak najwięcej takich opowiadań!

Dzięki wielkie. Część drobiazgów poprawiłem, masz czujne oko. Cieszę się, że nie było przestojów i nie odczułeś długości, bo tego najbardziej się bałem. 

Dzięki za lekturę i pozdrawiam!

 

Verus

Znając życie, drugiego długiego tekstu długo nie spróbuję ;)

 

Hej, hej, BasementKey

Podoba mi się świat, który stworzyłeś, jest bogaty, logiczny i opisany w zabawny sposób. Nie będę tutaj wymieniał tych wszystkich perełek, bo miejsca by nie starczyło, mnie osobiście urzekła czarna dziura i kacje w rodzaju podrapania za horyzontem zdarzeń ;)

Dziękuję :) Abell to prawdziwa nazwa jednej z czarnych dziur, przekaże jej, że została doceniona.

Akcja jest wartka i przykuła moją uwagę całko-wicie ;) Są interesujący bohaterowie, jest tajemnica, motyw drogi i rozwoju głównej postaci. Urzekło mnie to. Nie dłużyło mi się, wręcz przeciwnie, byłem ciekaw jak to się skończy.

Każdy komentarz, w którym ktoś mówi, że się nie dłużyło, to miód na moje oczy :P

Czy to jest miłość czy to jest kochanie – można by parafrazować znany cytat, pytając o miłość w tekście. Padło wyżej, że to być może jeno zauroczenie, może to nie jest tak głębokie uczucie, jak się zdaje. Po lekturze nie mam takich dylematów – dla mnie to jest taka fajna, romantyczna, prawdziwa miłość; taka jak ma być :D Gdzieś tam pewnie koresponduje taka wizja z moim poglądami/doświadczeniami.

Pierwsza miłość to nie głębokie dojrzałe uczucie. Może jest niedojrzałe, naiwne i głupie, ale dla zakochanego to cały świat. Czy przetrwa próbę czasu? Kto wie? Ale na początku taka miłość wydaje się na całe życie.

Krwawy nie zna miłości, a ona chce mu pokazać i blaski i cienie. Niech się pomęczy, niech myśli, że przegrał, że stracił Monikę – wtedy o wiele bardziej doceni sukces.

Zastanowiłbym się na kwestią wzajemności uczucia – tutaj mamy miłość z perspektywy jednej osoby, swoistego rycerza, który pokonuje przeciwności, żeby zdobyć swoją księżniczkę, o której zbyt wiele zresztą nie wiadomo. Trochę kliszowate, choć w tak ciekawym ujęciu nie jest to rażące.

Tak, to pewien problem. Niestety, inne ujęcie wymagałoby zwiększenia limitu, albo zmiany koncepcji tekstu – brak poszukiwań Moniki, a raczej wspólne przygody, o ile jeszcze ich czekają. Monika nie od razu jest zakochana, nawet głos o tym mówi:

Twoja Monika właśnie godzi się z własnymi uczuciami. Jeszcze minuta i dojdzie do niej, co się wydarzyło

Starałem się ją zrobić pełnowymiarową postacią na tyle, jak dalece się dało. Czy się udało? Myślę, że mogło być lepiej, ale ujdzie :P

Czy poziom tekstu jest nierówny? Wg mnie nie – jest wysoki przez cały czas. Przychylam się jednakowoż do opinii, że pod kątem humoru początek nie koresponduje z końcem. Warto się nad tym zastanowić. Humor ma to do siebie, że potrafi pojawiać się w każdym momencie, także w czasie smutku, strachu, niepewności – tak przynajmniej myślę i tak sam mam. Zresztą mamy w Twoim tekście happy end, więc dlaczego nie dorzucić do tej końcówki kilku żarcików?

Z humorem jest taka śmieszna sprawa, że dorzucenie paru żarcików czasem okazuje się cholernie trudne. W scenach z Gamalem i Islą na żarciki nie bardzo był odpowiedni klimat, a później, cóż, może i tak, ale nie chciałem na siłę umieszczać żartów, co do których nie byłem przekonany – staram się, aby humor wynikał z sytuacji, nie wsadzam go “bo musi być”. 

Co do głosowania piórkowego to jestem na TAK.

Dziękuję, na sukces nie liczę, ale każde uznanie dla dłuższej formy dużo dla mnie znaczy :)

Pozdrawiam

 

 

 

Nowa Fantastyka