- Opowiadanie: Gekikara - Planeta Woda

Planeta Woda

Nie ma tagu “Wyzwanie Marasa” – a szkoda, bo opowiadanie powstało pod wpływem wyzwania Marasa. W innym wypadku nigdy nie zmierzyłbym się z konwencją klasycznego sci-fi przez wielkie (no, a przynajmniej takie rozmiaru powyżej średniej) SCI. 

Skłamałbym, pisząc, że to mnie trochę zmęczyło... to była katorga! Największa w researchu i baczeniu na to, by zbytnio nie naciągać faktów. Dzięki Golodhowi wiem, że od strony fizyki baboli nie zrobiłem, przy okazji wykorzystałem kilka ciekawostek od niego, by tekst wypadał mądrzej (:P), dzięki Oucie i Golodhowi jeden z elementów urealniłem.

Część biologiczną konsultował Arnubis, więc w razie czego, piszcie zażalenia na adres jego uczelni. :)

 

Jeśli ktoś w ogóle się przymierza do przeczytania tego tekstu, to już dziękuję, bo długość jest taka, że nie zachęca. Mam jednak nadzieję, że znajdzie się kilku odważnych - a przynajmniej jeden, wymieniony z nicka na początku przedmowy. :P

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Planeta Woda

 

Celebryta

 

– Jest dwudziesty trzeci października dwa tysiące sto siódmego roku, dokładnie osiem miesięcy i dwanaście dni, odkąd ja, Tyler Turner, wszedłem na pokład Asteriona II. Dwieście pięćdziesiąt sześć dni w zerowej grawitacji, tysiące posiłków z tubki, setki godzin ćwiczeń, miliony badań, atrofia mięśni, piętnastoprocentowy spadek masy, ale jestem tu. Moja załoga…

– Hej, panie kapitanie, kibel czeka na wyczyszczenie. Dziś twoja kolej. – Barczysty, ogolony na łyso mężczyzna stał w drzwiach kabiny z założonymi rękoma i uśmiechał się drwiąco.

Zaskoczony Turner szybkim ruchem zamknął laptopa.

– Tu się nagrywa – burknął z wyrzutem do nieproszonego gościa, ale tamten odwróciwszy się plecami, ruszył już korytarzem w stronę mesy.

Urażony Turner odprowadził go wzrokiem.

Niech sobie drwi, pomyślał, po powrocie na Marsa prawie nikt nie będzie pamiętać żadnego z załogantów, poza Tylerem Turnerem. Był mistrzem rajdów lunarnych, pierwszym zdobywcą Olympus Mons i prowadzącym najpopularniejszy na Marsie, Ziemi i Księżycu program podróżniczo-rozrywkowy „Tyler kontra świat”, a niebawem do listy swoich osiągnięć dopisze kąpiel w podpowierzchniowym oceanie Europy i nagrodę człowieka roku Time’a będzie miał w kieszeni.

Wystarczy poczekać, aż przebiją się przez lód.

Mijał drugi dzień od lądowania. Wczoraj sprawdzili osłony i działanie sprzętu, wypuścili łazika, a potem Isajev otworzył butelkę przemyconego na pokład szampana. Dziś zaczęli wiercić.

Turner otworzył laptopa. Zastanawiał się, czy wrócić do nagrania, ale nic z tego – wena uleciała. Walczył z materiałem od wczoraj, a promieniowanie i okołoplanetarny pierścień skał zakłócające łączność z Ziemią nie pomagały. Godzinne opóźnienie w jedną stronę skutecznie ograniczało możliwość komunikacji, więc zrezygnował z transmisji na żywo. To był nawet plus, zważywszy na drwiny Isajeva. Turner już o to zadba, by ten dupek był wycięty ze wszystkich materiałów, ale na razie musiał skończyć nagranie.

Z tego co pamiętał, przez jedną trzydziestą podróży po swojej orbicie, Europa obserwowana z Ziemi całkowicie skrywała się za Jowiszem, co dawało jakieś trzy godziny bez kontaktu z Ziemią. Więcej, jeśli wziąć pod uwagę inne możliwe przeszkody. Sol TV naciskało, by rozwiązać problem łączności, chociażby przez wystrzelenie satelity, który wejdzie na orbitę Jowisza, ale ani wojsko, ani Międzynarodowa Agencja Kosmiczna nie chcieli partycypować w kosztach. Przerwę w łączności uznano za akceptowalną. W sytuacji bezpośredniego zagrożenia, opóźnienie sygnału i tak wyklucza pomoc merytoryczną z Ziemi – w ten sposób argumentowali decyzję. 

Oznaczało to tyle, że na przygotowanie materiału miał góra cztery godziny.

Powinien wysłać film do tego czasu.

– Moja załoga… – zaczął mówić, włączywszy nagrywanie.

Nic. Zero. Pustka w głowie. Pieprzony Isajev!

Turner wstał, zerknął w lusterko wiszące nad biurkiem – wyglądał nędznie, jak pozostali – i powlókł się do mesy, skąd dochodził zapach kawy, do którego niczym ćmy do światła lgnęli astronauci. Po ośmiu miesiącach sączenia kawopodobnego napoju z tubki, nie było nic przyjemniejszego, niż zasiąść przy stole z parującą americano. Nawet jeśli trzeba było uważać przy najmniejszym ruchu, by kawa nie wypłynęła z kubka.

Wchodząc do pomieszczenia, burknął coś na przywitanie. Odpowiedziała tylko Shannon, stojąca przy ekspresie. Isajev ostrożnie siorbał dużą czarną, Kuźnicki siedział przy stole wpatrzony w ekran tabletu, z którym się nie rozstawał, odkąd wypuścili łazika. Federson zaglądał mu przez ramię. Reszty nie było. Ci szczęśliwcy, którzy mieli coś do roboty, już się do tego zabrali. Inni próbowali przespać okres bezczynności.

W wyprawie dalszej niż dotarł ktokolwiek nie było nic romantycznego, poza wyobrażeniem o niej. W rzeczywistości stanowiła jedno ciągnące się tygodniami oczekiwanie.

– Pan kapitan raczył zjawić się na śniadaniu! Jakie rozkazy na dziś? – Isajev nie dawał za wygraną.

– Odpieprz się – odpowiedział Turner, dopasowując ustawienia ekspresu do swoich preferencji.

– Tak jest! – Isajev zasalutował, odstawił brudny kubek na blat i wyszedł, odprowadzony wrogim spojrzeniem Turnera.

– Nie mniej mu za złe. – Shannon oparła się plecami o skraj szafki opodal ekspresu. W dłoniach trzymała filiżankę. – Ma dość siedzenia w miejscu, tak jak my.

– Dlaczego w ogóle z nami leciał? To nie misja wojskowa – odparł Turner, ostrożnie podnosząc kubek do ust. Kawa była gorąca, gorzka i całkiem inna od tej, którą pijał, ale nie narzekał.

– A dlaczego ty tu jesteś? – zapytała Shannon, ale bez złośliwości.

– Stacja wyłożyła dwadzieścia procent na sfinansowanie misji.

– A Orbitalne Siły Powietrzne są właścicielem połowy sprzętu i mają prawo do patentów na większość drugiej połowy. Zawsze wysyłają któregoś ze swoich.

– Na wypadek, gdybyśmy spotkali UFO. Albo gdyby trzeba było wszystkich pozabijać – zaśmiał się Federson, wstając z miejsca. – Wtedy przynajmniej coś by się działo. Wybaczcie, że was opuszczam w trakcie tak zajmującej pogawędki, ale za godzinę moja zmiana przy wiertle, a muszę założyć jeszcze absurdalnie ciężki skafander, który i tak nie ekranuje promieniowania.

– Isajev to mechanik, nie komandos – zauważyła Shannon. – Dostał ważne zadanie. Cholernie ważne, jeśli o mnie chodzi, bo…

– Radamantys jest już prawie na miejscu. – Kuźnicki ustawił tablet na krawędzi stołu i włączył holowizję. Światła w mesie przygasły, a powierzchnia blatu zmieniła się w ruchomy obraz widziany okiem kamery łazika.

Krajobraz Europy był śmiertelnie nudny. Turner spodziewał się tego, przecież wiele razy odwiedzał Księżyc, ale skuta lodem powierzchnia satelity Jowisza była jeszcze bardziej jednostajna i w większości płaska jak stół, na którym Kuźnicki wyświetlił trójwymiarową projekcję.

– Widzicie? Tam, na horyzoncie. – Wstał i zaczął wskazywać coś, mącąc tym obraz, nie dając pozostałym szansy zobaczenia tego, co sam dostrzegł.

Jednak wkrótce wszystko widać było jak na dłoni.

Krater. Wokół chaotycznie rozsiany las metalowych bloków, zamarzłych, pokrytych lodem, skrytych częściowo pod powierzchnią. Gdzieniegdzie całe fragmenty konstrukcji i poszycia. 

Łazik dotarł do wraku.

 

*

 

Asterion II, jak sugerował numer umieszczony w nazwie, był drugim statkiem, który wyruszył na Europę. Ponad dekadę wcześniej jego starszy brat pokonał tę samą drogę. Łączność z Asterionem I urwała się, gdy wszedł na orbitę Jowisza. Nie było jasne, co się wydarzyło. Do Ziemi docierał jedynie sygnał z lokalizatora, wskazujący, że statek dotarł na miejsce w strefie lądowania.

Transmisja odbierana z łazika nie pozostawiała złudzeń co do losu, jaki spotkał pierwszego Asteriona.

Większość załogi zebrała się na mostku. Na wielkim ekranie, który wcześniej wyświetlał obraz z kilkunastu kamer ukazujących świat zewnętrzny z różnych perspektyw niezbędnych do wykonania manewru lądowania, wyświetlano obraz transmitowany przez Radamantysa. Kuźnicki rozstawił sprzęt i przeszedł na manualne sterowanie.

– Kiepska sprawa – westchnął, puszczając stery, po pół godzinie walki mechanicznym ramieniem łazika z kupą złomu zalegającą na czarnej skrzynce. – To nie sprzęt do takich operacji. Trzeba tam pojechać, najlepiej z przecinakiem i…

– Gdzie Ahmad? – Kapitan Bernan prześliznęła się spojrzeniem po zebranych, z wyrazem twarzy sugerującym lekkie niezadowolenie, czyli takim, jak zazwyczaj. Ta prawdziwa kapitan, o której przez ten cały czas Turner napomknął na wizji ledwie dwa razy.

– Nadal wymiotuje – zameldowała Shannon.

– Więc postaw go na nogi. Jesteś lekarzem. – Kapitan spiorunowała ją spojrzeniem.

– Biologiem morskim z przygotowaniem medycznym, ale nie lekarzem. Całą diagnostykę robi komputer, a w przypadku poważniejszych schorzeń miałam kontaktować się z Ziemią – odparła podkomendna. – Wpompowałam w niego wszystko, co miałam. Bez skutku. Po tak długim przebywaniu w stanie nieważkości, nie może przywyknąć nawet do niskiej grawitacji. To jedyna osoba z istotnymi powikłaniami po podróży. I tak możemy mówić o szczęściu…

– Nie musisz powtarzać tego, co już wiemy – przerwała jej Bernan i wskazała ekran. – Oni nie mieli tyle szczęścia. Ich rodziny czekają od dziesięciu lat, by dowiedzieć się, co zaszło.

– Ja pojadę – wyrwał się Turner i sześć par oczu utkwiło w nim spojrzenia, każde wyrażające kompletne zaskoczenie tą deklaracją. – Ścigałem się na Księżycu, tam ciążenie jest podobne. Pojadę wszystkim, co ma cztery koła.

– Wóz Księżycowy ma sześć – wtrącił Kuźnicki. – I płozy.

– Dam radę.

– No, no. Wreszcie się na coś przydamy. – Isajev uśmiechnął się półgębkiem.

– Przydacie, przydacie – podjęła temat Bernan, podchodząc do Isajeva z założonymi ramionami – bo pojedziecie razem. Turner jedzie, ty tniesz. Nie bez powodu przeszkolili cię na drugiego mechanika.

Dlaczego to powiedziałeś, Turner czynił sobie wyrzuty, dlaczego nie mogłeś ugryźć się w język? Dla oglądalności? Nikogo nie zainteresuje przejażdżka po pozwalającym zanudzić się na śmierć pustkowiu. Dla poczucia użyteczności? Zachciało ci się ideałów po ćwierćwieczu w branży? Beształ się w myślach, bo rajd przez lodowe bezdroża Europy urósł do rozmiarów większego wyzwania, niż Turner mógł przypuszczać. Nie z powodu niskiej grawitacji, lodowej nawierzchni i promieniowania. Z powodu Isajeva.

Będąc w swojej kabinie, włączył laptopa i zabrał się do nagrania.

– Jest dwudziesty trzeci października dwa tysiące sto siódmego roku, dokładnie osiem miesięcy i dwanaście dni, odkąd ja, Tyler Turner, wszedłem na pokład Asteriona II. Nie mam wiele czasu, ponieważ namierzyliśmy, jak się okazało, szczątki Asteriona I. Właśnie szykuję się do rajdu przez pustkowie Europy, by wydobyć czarną skrzynkę. Moja załoga…

 

 

Biolog

 

W innych warunkach Shannon nie pomyślałaby o sprzeciwieniu się Bernan, ale w sytuacji, gdy były jedynymi kobietami w promieniu pięciuset siedemdziesięciu milionów kilometrów, które spędziły razem ostatnie kilka miesięcy i – biorąc pod uwagę los pierwszego Asteriona – mogły nigdy nie wrócić na Ziemię, gdzie znaczenie miałyby ich służbowe stopnie i funkcje, pozwoliła sobie na szczerość.

Później, już w laboratorium, doszła do wniosku, że całkiem niepotrzebnie.

Wiedziała przecież, jaka odpowiedzialność ciąży na Bernan. Tylko Shannon znała jej prawdziwą twarz, nie chłodną maskę, którą nosiła przy załodze, ale ciepłe oblicze pełnej uczuć kobiety.

Próbując zająć myśli czymś innym, przejrzała po raz setny dostępne materiały o możliwości rozwoju życia na Europie, jakby miała znaleźć tam jakiś nieznany do tej pory fakt. Jak gdyby nie była autorką jednej trzeciej opracowań dostępnych na ten temat w bazie danych i nie broniła doktoratu z ekosystemów głębokomorskich funkcjonujących wokół kominów hydrotermalnych.

Zresztą, najważniejsze można było zmieścić w trzech zdaniach.

Aktywne gejzery. Zmiany na powierzchni świadczące o istnieniu oceanu. Prawdopodobnie skaliste dno, z którego woda może wypłukać składniki mineralne i inicjować reakcje chemiczne. Dwukrotnie więcej wody niż na Ziemi.

Między innymi z tych powodów przylecieli właśnie tutaj, w sam środek śmiercionośnego pasa radiacyjnego Jowisza, a nie na Kalisto, Tytana czy Ganimedesa.

By się przekonać, czy mieli rację, trzeba nade wszystko czasu. Shannon musiała czekać, aż przewiercą się do oceanu – a to mogło potrwać. Szacowali, że w miejscu lądowania skorupa lodu może mieć około czterdziestu kilometrów grubości. Nawet przy najnowocześniejszym sprzęcie, w jaki został wyposażony Asterion II, odwiert zajmie około dziesięciu dni.

Co dwadzieścia cztery godziny miała otrzymywać próbkę lodu do analizy. Dostała na razie jedną. Nie zawierała nic interesującego.

Desperacko szukając czegokolwiek, czym mogłaby się zająć, postanowiła sprawdzić, jak miewa się Ahmad. Kiedy otworzyła drzwi jego kabiny, uderzyła ją woń wymiocin. Młody, drobnej budowy mężczyzna leżał, bujając głową na boki. Jego twarz daleka była od czystości, choć przewieszony przez poręcz ręcznik był dowodem na to, że Ahmad próbował coś z tym zrobić. Obok łóżka stała miska o wiadomym przeznaczeniu.

– Jak się czujesz? – zagadnęła Shannon stanąwszy w progu.

– Jak ktoś, kto rzygał na księżycu – odparł Ahmad.

Shannon wzięła cięty dowcip za oznakę poprawy.

– Znaleźliśmy wrak. Isajev i Turner jadą po czarną skrzynkę. Właśnie sprawdzają sprzęt.

– Turner… o nie! Łapy z dala od mojej Betty! – Ahmad poderwał się z łóżka, ale zaraz pobladł i klapnął na materac.

Choroba grawitacyjna, odpowiedniczka dolegliwości, jakie przechodzili marynarze po długim przebywaniu na morzu, dotykała co trzeciego astronautę, który po raz pierwszy od dłuższego czasu wracał ze stanu nieważkości w objęcia siły ciążenia. Większości wystarczało kilka godzin odpoczynku i leki przyspieszające powrót błędnika do normalnego funkcjonowania. Około pięć procent przypadków wymagało opieki. Leki nie działały, organizm nie readaptował się do grawitacji, czasem występowały przy tym zaburzenia w krążeniu krwi.

Załogę Asteriona II dobrano według ścisłych kryteriów, biorąc pod uwagę odbyte loty kosmiczne – wojskowe i komercyjne – oraz powikłania po podróży. Przed podróżą wszyscy zostali poddani licznym testom. Jak widać, nie dość wnikliwym.

– Zbieraj siły – zaleciła Shannon tonem, jakiego nie powstydziłby się zawodowy internista. – Kiedy ją przywiozą, ktoś będzie musiał ją otworzyć.

 

*

 

Drugą próbkę dostarczył Federson, budząc Shannon w środku nocy, to jest o trzeciej wedle uniwersalnego czasu koordynowanego. Podniosła głowę, przegarnęła zmierzwione włosy i z wysiłkiem rozkleiła powieki, zbudzona odgłosem metalu uderzającego o metal.

– Zgodnie z rozkazem kapitan – bąknął Federson, próbując się usprawiedliwić. – Niepotrzebnie wtaszczyłaś ten materac do laboratorium.

– Jeszcze dzień w kabinie, a dostanę klaustrofobii.

– Odwiert idzie bez zakłóceń – powiedział Federson, choć nie pytała o to. – Może skończymy wcześniej. Wtedy sobie popływasz.

Nie odpowiedziała. Zaryła nosem w poduszkę, wracając do ukochanych snów, w których moczyła nogi w ciepłym oceanie, pływała z delfinami i nurkowała na terenie Wielkiej Rafy. Tylko w taki sposób mogła ją zobaczyć. Po Wielkiej Rafie został już tylko martwy szkielet, podwodne pustkowie, jak w większości niegdyś wypełnionych życiem miejsc na Ziemi. Potem zaczęła marzyć o odkryciach, jakich dokonuje tu, na Europie.

Gdy, po kilku następnych godzinach, wreszcie zdecydowała się wstać, przebadała nową próbkę. Nie znalazła nic interesującego.

 

*

 

– Co oni robią? – zapytała, przysiadając się do Kuźnickiego, który jak zwykle był zapatrzony w ekran tabletu.

Spotkania w mesie stanowiły część codziennego rytuału. W ten sposób załoga trzymała się razem. Wspólne wykonywanie prostych czynności było istotne dla budowania poczucia przynależności, a to niezbędne do utrzymania dyscypliny i realizacji misji. Przynajmniej tyle wyczytała z podręcznika, który znalazła u Bernan.

W skład załogi Asteriona I wchodził psycholog. Na Asterionie II z niego zrezygnowano na rzecz miejsca dla telewizyjnego celebryty, który teraz… No właśnie?

– Wydaje mi się, że… walczą? – odpowiedział zdezorientowany Kuźnicki.

W kamerze samochodu to pojawiały się, to znowu znikały z kadru dwie szarobiałe sylwetki astronautów w grubych, topornych kombinezonach, ledwie pozwalających na poruszanie się. Jeden był pochylony, ściskał drugiego w pasie i próbował go przewrócić. Drugi nie pozostawał mu dłużny, starał się podciąć oponenta.

– Turner w końcu nie wytrzymał? – rzuciła, przypatrując się widowisku z umiarkowanym zainteresowaniem i popijając espresso. – Na ile mają powietrza?

– Powietrze nie jest problemem. Jeszcze siedem minut i dawka promieniowania będzie na tyle duża, by zagrozić ich życiu. Skafandry izolują, ale tylko na tyle, by wyjść na chwilę i nie zginąć.

– Wywołałeś ich już? – zapytała, sama zdziwiona tym, jak niewielkie wrażenie zrobiły na niej słowa Kuźnickiego. Wydawać by się mogło, że po tak długim czasie we własnym towarzystwie, zżyją się ze sobą i będą prawie jak rodzina. Tymczasem stało się na odwrót. Może to stres, może kosmos, może wina ich samych, a może coś innego. Przeświadczenie, że i tak wszyscy zginą, które nabyli, odkrywszy wrak pierwszego Asteriona?

Nikt na nich nie czekał, nikt po nich nie będzie płakał, nikt nie wystąpi o odszkodowanie. Tym razem Międzynarodowa Agencja Kosmiczna zadbała o to, by wybrać astronautów bez rodzin.

Kuźnicki nacisnął ikonę połączenia, ale zaraz je anulował.

– Już zapakowali skrzynkę do luku. Dam im jeszcze dwie minuty.

 

*

 

– To było bardzo głupie.

Marszcząc czoło, Shannon przyglądała się odczytom bioskanera. Od powrotu Turnera i Isajeva minęło osiem godzin, nim mogła ich zbadać. Najpierw zostali odizolowani, póki odczyty dozymetru nie spadły do akceptowalnego poziomu. Później przyszła kolej na spotkanie z kapitan, zdanie meldunku i przyjęcie kary. Dopiero po tym Shannon mogła ich prześwietlić.

– Przyjąłeś ponad sto rentgenów – kontynuowała. – Masz obniżony poziom limfocytów i niedobór płytek krwi. Na szczęście tu nie grozi ci zakażenie drobnoustrojami. Na skaleczenia uważaj. Jeśli nie pojawi się gorączka ani duszności, przeżyjesz…

Turner słuchał jej ze skruszoną miną.

– Chciałabym skonsultować twoje wyniki z bazą, ale Jowisz przysłania Ziemię i Marsa, i to się nie zmieni przez kilka decydujących godzin… Cholera, Tyler, co ci do łba strzeliło?

– Isajev to menda – odparł tamten zdawkowo.

– Isajev siedzi, ale Bernan długo go nie potrzyma. On jest specem od batyskafu. Rozumiesz? Od niego będzie zależało twoje, a co ważniejsze, moje bezpieczeństwo.

Kabinę bioskanera wypełniło zielone światło, a sygnał dźwiękowy oznajmił koniec badania i szklana osłona uniosła się.

– Gospodarka wodno-elektrolitowa w porządku. Nie stwierdzam skazy krwotocznej. Brak zmian przewodnictwa nerwowego. Lekkie zaburzenia w pracy lewej półkuli, ale to może wynikać równie dobrze z tego, że obtłukłeś czaszkę o wnętrze hełmu. Wstawaj, nic ci nie będzie. – Biolog podsumowała diagnozę i wyłączyła aparaturę. – Gdyby nie to, że agencji kosmicznej potrzebny dobry pijar i kasa, kapitan przymknęłaby cię do końca misji, a na Ziemi stanąłbyś przed sądem dyscyplinarnym.

W zasadzie nie miała pewności, czy tak by było. Chciała go postraszyć.

– Myślisz, że to możliwe? – zapytał tamten, siadając na skraju kabiny. – Isajev będzie coś kombinować?

– Osiem miesięcy temu byłabym pewna, że nie, ale teraz? Jesteśmy daleko od domu. Może za daleko jak dla człowieka. Łączność zawodzi odkąd wylądowaliśmy, a kiedy znaleźliśmy wrak… coś się zmieniło. Nikt o tym nie mówi, jednak wszyscy to czujemy.

– Chyba za bardzo się przejmujesz – zbył ją Turner i uśmiechnął się szeroko. – Wszyscy są poddenerwowani, bo możemy tylko czekać. Kiedy przebijemy się przez lód i wypełnimy zadanie…

Przerwał mu dźwięk otwieranych z impetem drzwi. Do wnętrza wpadł podstarzały, korpulentny, śmierdzący alkoholem przemysłowym Azjata. Shannon niemal o nim zapomniała, bo brał wszystkie poranne zmiany przy wiertle, a i wcześniej, przed lądowaniem, prawie nie opuszczał tamtego segmentu Asteriona II. Podejrzewała, że facet jest trochę szalony, jak wszyscy górnicy księżycowi, ale za to podobno był najlepszy w swoim fachu.

– Kazuyoshi. Zostaw próbkę gdziekolwiek – poprosiła. – Chwilowo nie mam czasu na kolejną bryłę lodu.

– Sądzę, śliczna, że ta może cię zainteresować. – Wyszczerzył zęby i zostawiwszy pojemnik, wyszedł na korytarz, jednak zaraz się cofnął. – A, byłbym zapomniał. Ahmad i Kuźnicki dobrali się do czarnej skrzynki. Kapitan sztywna zwołała zebranie na mostku.

 

*

 

Dakota proponowała jej, by tego dnia darowała już sobie pracę i przyszła do jej kabiny. Mogły spędzić trochę czasu w wirtualu, napić się – kapitan miała własne zapasy – a potem skorzystać z jedynego podwójnego łóżka na całym statku. Jakby to było takie proste: zapomnieć o tym, co przed chwilą usłyszały.

„Asterion I z powodzeniem wykonał manewr lądowania. System nie wykrył żadnej awarii. Wybuch nastąpił dziesięć dni po lądowaniu. Nie ma komunikatów o uszkodzeniu osłon statku. Eksplodował zbiornik paliwa, ale przyczyna zapłonu znajdowała się poza strukturami Asteriona I”. Analiza danych z czarnej skrzynki nie pozostawiała wątpliwości. Ktoś dokonał sabotażu.

Takiego scenariusza Shannon nie przewidywała… chociaż, czy na pewno? Przed oczami stanęły jej twarze załogantów Asteriona II. Czy nikt z nich nie byłby do tego zdolny?

Pomasowała palcami skronie, przegarnęła wiecznie niesforne loki i wyuczonym ruchem, nie poświęcając temu najmniejszej uwagi, załadowała próbkę lodu do elektromikroskopu. Nie musiała jej nawet wyciągać z pojemnika, wszystko było zautomatyzowane i hermetyczne, by wykluczyć ryzyko skażenia materiału. Mając nadzieję, że skupienie się na pracy, choćby monotonnej i nie przynoszącej żadnego przełomu, pomoże odegnać złe myśli, pochyliła się nad urządzeniem i zerknęła przez okular.

Wtedy nadeszło kolejne zaskoczenie.

 

 

Górnik

 

Ci z MAK nie potrafili wyluzować.

Zauważył to już przy pierwszym spotkaniu, półtora roku temu, kiedy dwóch facetów w bieluśkich skafandrach – jeden smutniejszy od drugiego, jakby wracali z pogrzebu ulubionej prostytutki – pojawiło się przy jego odwiercie.

Najpierw mamili go wizją przysłużenia się ludzkości. Dobre sobie. Jakby mało już się przysłużył, kopiąc dziury na tej pozbawionej wszelkich rozrywek kupie skał, w poszukiwaniu metali ziem rzadkich. To znaczy – rzadkich na Ziemi. Na Księżycu to co innego.

Potem oferowali mu górę kasy, a to wzbudziło podejrzenia. Nie po to Kazuyoshi spędził w tym biznesie dwadzieścia lat życia, by dać się złapać na taki haczyk. Wielkie pieniądze zawsze oznaczały jeszcze większe ryzyko – lot rozklekotanym promem na półlegalną rosyjską stację, a potem Bóg wie czym na ciemną stronę Księżyca, rozhermetyzowany skafander i niedostatek tlenu. Dzięki temu Kazuyoshi szybko nauczył się, że poczciwe O2 to najcenniejszy skarb, który w odpowiednich okolicznościach można było wymienić jeden do jednego na He-3.

Istniało jednak coś, czym zdołali go przekonać… I co z tego wynikło? Osiem miesięcy długich jak noc z nastoletnią Chinką w dzielnicy czerwonych latarni – niestety nie tak przyjemnych – i perspektywa kolejnych ośmiu, dokładnie takich samych, które umilał sobie wirtualem. A w międzyczasie miał do wykonania robotę.

Wiercił dziurę. Kurewsko wielką dziurę. Przy pomocy kurewsko wielkiego wiertła – choć to określenie było sporym niedopowiedzeniem.

Długi na pół kilometra owal. Osiem metrów średnicy. Dziesięć zębatych pierścieni poruszających się na przemian w dwóch kierunkach. Cztery lasery u zakończenia wspierające nieprzerwanie pracę drążących tunel spirali wykonanych ze stopu tak złożonego, że Kazuyoshi nawet nie próbował zapamiętać jego nazwy. Wszystko w stałym ruchu.

Otwór zalewany odmrażaczem na bazie metanolu, tak samo cały mechanizm. Co dwieście metrów automat na powierzchni wsuwa kolejny segment budujący ściany tunelu. Zazębiają się ze sobą tak szczelnie, że nawet nie widać miejsca, w którym się zetknęły.

Kiedy przebiją się do oceanu, dwustumetrowej długości część z wiertłem odpadnie. Reszta będzie blokować wodę przed wypełnieniem odwiertu i zamarznięciem. Zamontują wtedy windę dla batyskafu. 

Tysiące ton metalu przetransportowanych partiami na Księżyc, skąd można było ruszyć tę złożoną w jedną całość kupę żelastwa, a wszystko po to, by dwanaście miliardów bubków mogło zobaczyć jak jeden z nich zamknięty w puszce wybiera się na podmorską wycieczkę.

Kazuyoshi nie miał złudzeń, że właśnie na tym polegała robota.

Był w połowie zmiany, kiedy winda zjechała w dół, do sterówki ulokowanej w pobliżu wierteł. Było tu ciepło, głośno, a w powietrzu – tak, mieli tu tlen – unosił się zapach alkoholu. Słowem: raj. Przynajmniej w porównaniu do lodowego piekła na zewnątrz. Tylko trochę trzęsło.

– Coś ci się popieprzyło, Federson. Jeszcze półtorej godziny – rzucił do przybysza nie odwracając się. Przecież nikt poza nim by tu nie zajrzał.

– Skąd… ta… inna?

Dosłyszał strzępki słów dobiegające z głośnika w hełmie, który trzymał między nogami. Tyle, co udało mu się wywnioskować, to że nie był to głos Federsona. Odwrócił się w fotelu i zobaczył – no proszę, tego się nie spodziewał – piękną panią biolog w kombinezonie ochronnym.

– Możesz powtórzyć? Kiepsko słyszałem przez to żelastwo, które nosisz na głowie. Spokojnie, tlenu mam tu pod dostatkiem, a kabina jest ekranowana. Promieniowania tu prawie nie ma.

Kobieta odpowiedziała coś, ale Kazuyoshi ani myślał zakładać hełm, by wdać się w pogawędkę i wrócił do pracy. Jego dom – jego zasady.

– Skąd wiedziałeś, że ta próbka będzie inna? – dosłyszał pytanie i odwrócił się ponownie z uśmiechem na twarzy. Pani biolog ściągnęła hełm.

– Chodź – klepnął się w kolana – pokażę ci.

– Chyba śnisz – odparła kobieta.

Co tam, i tak nie liczył na to, że się uda.

– Widzisz, śliczna, pomiar temperatury? – zapytał, nie trudząc się, by nakierować ją na odpowiedni wskaźnik.

– Nie mów do mnie… Tylko minus piętnaście? Tak ciepło?!

– Ehe – potwierdził Kazuyoshi i wyszczerzył zęby jeszcze mocniej, choć wiedział, że uśmiech to ma taki, co najlepiej nadaje się do radia. – Weszliśmy w płynny lód wcześniej, niż to było planach. Ale to nie wszystko. – Stuknął palcem w tarczę zegara ukazującego kolejny pomiar.

– Śladowe dawki promieniowania – stwierdziła kobieta. – Znika już na takiej głębokości?

– I jeszcze coś… A może najpierw coś dla mnie zrobisz?

– Pieprz się, Kazuyoshi. – Urażona, pani biolog odwróciła się do wyjścia.

– Powiedz chociaż, co tam znalazłaś.

– Nie chcę cię zanudzać – odparła, ale zatrzymała się o krok od windy.

Czyli zadziałało. To zawsze działa. Kobiety uwielbiają mówić. Czasem wystarczy tylko umieć słuchać. I odrobina alkoholu. Nie, żeby Kazuyoshi na coś liczył. Może dziesięć, piętnaście lat temu, ale teraz… Bliżej mu było do rubasznego wujaszka, opowiadającego dzieciakom zbereźne dowcipy niż do amanta.

– Życie – dodała pani biolog, podchodząc bliżej operatora wiertła. Kabiną zatrzęsło, więc złapała się fotela. – Proste organizmy, porównywalne do sinic.

Kazuyoshi zagwizdał.

– Pod lodowymi czapami Marsa też żyją jednokomórkowce – dodała kobieta. – Ale te tutaj to całkiem inna liga. Wiesz, skąd się wzięły rośliny?

Mina górnika była wystarczającą odpowiedzią.

– Chloroplasty pochodzą od endofitów – stwierdziła, ale wyraz twarzy Kazuyoshiego nie uległ zmianie. – Organizmów żyjących wewnątrz innych organizmów. Ściślej mówiąc, od sinic, które weszły w symbiozę z bardziej złożonymi eukariotami. Jeśli występują tutaj organizmy podobne do sinic…

– To mogą być też takie podobne do roślin? – dokończył Kazuyoshi. Maszyną znów szarpnęło, tak, że prawie zderzyli się głowami. – To przez skały. Pieprzone meteoryty zatopione w lodzie, nawet tak głęboko na nie trafiam.

– Obecnie wszelkie programy badawcze skupiają się na odnalezieniu życia z innego drzewa. To znaczy takiego, które nie jest oparte na węglu. Szukają w kwasowych chmurach Wenus i głęboko pod powierzchnią Marsa. To może uprawdopodobnić występowanie życia gdziekolwiek, ale… – przerwała, widząc skonfundowanie rozmówcy, po czym zaczęła od początku. – Wiem, że założenie, iż ewolucja przebiegała tu podobnie jak na Ziemi jest pochopne i nieuzasadnione… – kobieta mówiła dalej, ale miał wrażenie, że tym razem gada bardziej do siebie.

No nic, słuchał. Miała przyjemny głos.

– …ale to podobieństwo… Te organizmy wytwarzają fikocyjaninę i to w dużych ilościach. Wydawało mi się z początku, że to stąd ich właściwości, wtedy znalazłam coś jeszcze. Po raz pierwszy widzę coś takiego. – Westchnęła i pokiwała głową, co oznaczało, że przechodzi do sedna. – To bakterie absorbują promieniowanie i zmieniają je w energię cieplną oraz świetlną. Same świecą i wykorzystują to do fotosyntezy. To niesamowite. Wręcz nierealne. Do tego sprzeczne z ekonomią energetyczną, która wydawała się nam, na Ziemi, uniwersalną zasadą. To z pozoru najprostsze organizmy, ale ich działanie jest złożone i wyspecjalizowane. Nie wiem, czy to tylko szczątkowe życie w półpłynnej części skorupy, czy jest tam tego więcej…

– Dobra, śliczna. – Kazuyoshi zatrzymał maszynę i wstał. – Zerknij no tu. – Otworzył właz w podłodze.

Pani biolog nie lubiła jak ją komplementował, zmarszczyła więc czoło i chciała coś powiedzieć, jednak ciekawość zwyciężyła i po prostu nachyliła się nad otworem. Daleko w dole, poniżej chwilowo zastygłej w bezruchu maszynerii, oddzielony grubą warstwą przezroczystego tworzywa, dostrzegła półpłynny lód, poruszający się z wolna pod wpływem ruchu planety, prądów znajdującego się głębiej oceanu i grawitacji Jowisza.

Lód świecił niebieskozielonym światłem.

 

*

 

Według planu, który mózgowcy z MAK opracowali przed lotem, odwiert miał potrwać od dziewięciu do piętnastu dni, w trakcie których stworzą tunel o długości od czterdziestu do sześćdziesięciu kilometrów. Sektor statku, w którym znajdowało się wiertło, segmenty do budowy tunelu, części windy, paliwo i hektolitry odmrażacza był drugi co do wielkości i masy, zaraz po części napędowej. To z powodu tego całego żelastwa uznali, że złożenie do kupy Asteriona II na Księżycu i start stamtąd będą bardziej opłacalne.

Kazuyoshi chciałby zobaczyć teraz ich miny.

– Śluzy zabezpieczone? Nie ma żadnej szczeliny? Ściany nigdzie się nie rozsunęły? – dopytywał Federson, stojąc nad panelem kontrolnym kapsuły z ręką przy podwójnej stacyjce. Jeden kluczyk był już w środku, przekręcony.

– Nie panikuj, tylko odpalaj – ponaglał go Kazuyoshi.

– Zdajesz sobie sprawę, że jeśli gdziekolwiek będzie przeciek, to zaleje nas woda, a potem zamarznie i już się stąd nie wydostaniemy, bo winda nie ruszy w lodzie?

– Dobra, sprawdzę jeszcze raz.

Po kilkunastu minutach Kazuyoshi wrócił do kabiny.

– Wszystko było ok. Udziela mi się twoja panika.

– To ostrożność – sprostował Federson i włożywszy swój kluczyk do stacyjki, uwolnił segment z wiertłem. Hydrauliczne zaciski puściły, wybuchło kilka mikroskopijnych ładunków i góra metalu o czterech postrzępionych, spiralnych szczytach oddzieliła się od reszty, by zanurkować w toń nieziemskiego oceanu.

Miało przed sobą długą drogę, bo dno znajdować się mogło nawet dziewięćdziesiąt kilometrów niżej. Dziewięć razy tyle, co głębokość Rowu Mariańskiego. O ile tych obliczeń też nie spartaczyli.

– Federson, melduj – rozbrzmiał w hełmach głos Kapitan Sztywnej.

– Wszystko zgodnie z planem. Jesteśmy gotowi do wypuszczenia drona.

– Zezwalam.

Wystarczyło nacisnąć jeden przycisk i zdalnie sterowana łódź podwodna nie dłuższa od przedramienia wypłynęła z luku. Jedynym połączeniem między nią a załoga był długi na pół kilometra kabel.

– Pierwsze odczyty zachęcające. Temperatura wody pięć stopni Celsjusza. Zasolenie niewielkie, osiem promili. Promieniowanie znikome. Silniki działają na pełnej mocy, ale ściąga mnie w dół. Wyporność jest tu z siedem razy mniejsza niż na Ziemi, planowaliśmy pływać głębiej… Włączam kamery.

Kolejny przycisk i na monitorach w kabinie górników, a także na mostku, gdzie zebrała się reszta załogi prócz odbywających areszt Isajeva i Turnera, rozpoczęła się transmisja z kamer drona. Obraz był niestabilny, drgał razem z maszyną, którą Federson starał się utrzymać na kursie.

Gówno widzieli.

Bezkres wody, rozciągającej się pod lodową pokrywą, która – jasne, to mogło się niektórym podobać – emitowała niebieskozielone światło. Dron wykonał obrót. Bez względu na to, gdzie padło oko kamery, obraz był taki sam. Bezbrzeżna pustka.

Tyle z misji, pomyślał Kazuyoshi, wgapiając się w ekran. No nic, on zrobił swoje. Teraz osiem miesięcy przejażdżki w drugą stronę i będzie mógł wrócić do swojego życia. Półtora roku w metalowej puszcze pośrodku niczego to i tak był lepszy wybór, niż piętnaście lat odsiadki za przemyt alkoholu i nielegalny obrót tlenem. No i za tych parę przypadków, kiedy był widziany w okolicy platform wiertniczych, z których później zaczął uciekać tlen. Zdarza się.

– Nic tam nie… Widzieliście to? Przekręć w lewo!

Pustka.

Był przekonany, że coś zobaczył.

– Coś ci się przywidziało, Kaz. Za dużo oparów etanolu – odparł Federson.

– Skieruj kamerę w dół – zadecydowała kapitan.

– Nie, zaczekaj! Coś tam jest! – Głos ślicznej pani biolog odbijał się od sferycznej ściany hełmu, który Kazuyoshi wyjątkowo włożył, na wypadek, gdyby coś się spieprzyło i po oddzieleniu segmentu z wiertłem, kabina zaczęła nabierać wody.

– Smuga w prawym górnym rogu, tuż pod lodem. Porusza się. Widzicie?

Zauważył. Czyli jednak wzrok go nie mylił, coś tam było.

Coś tam, kurwa, było!

Do tej pory nie udzielał mu się entuzjazm z powodu tej wyprawy, ale teraz – teraz to poczuł. Dotarli tak daleko, jak nikt wcześniej i patrzyli na coś, czego nie widział nikt przed nimi. Nie na papkę, którą można zbadać pod mikroskopem, tylko coś namacalnego, widzialnego w taki sposób, w jaki ich dalecy przodkowie poznawali dziewicze lądy młodej i jeszcze nie zrujnowanej przez człowieka Ziemi. No, prawie w taki sam sposób.

Naraz poczuł się mały w wielkim i niepoznanym świecie. A nie czuł się tak nawet w próżni. Ironia losu.

– Federson, nagrywasz to? Proszę, potwierdź, że to nagrywasz. Federson?! – dopytywała kapitan.

– Wszystko leci prosto na dysk, bez obaw.

– Jak ci z Ziemi to zobaczą…

Kazuyoshi prychnął pod nosem. Ci z Ziemi w życiu nie poczują tego, co on czuł teraz. Był pionierem, cholera jasna, pionierem! Za około dwie godziny Europa znajdzie się po dobrej stronie Jowisza i będą mogli wysłać materiał. Kiedy wrócą z wyprawy, pewnie znajdą swoje nazwiska w podręcznikach. Nie zależało mu na tym, miał to w nosie. Wcześniej.

Chyba nie wierzył, że cokolwiek tu znajdą, ale to…

– Zbliża się – powiedział. – To się zbliża.

– Federson, wyślij drona na spotkanie – rozkazała kapitan.

– Powinienem sfilmować to, co jest niżej – protestował tamten, ale bez przekonania.

– Nawet się nie waż zmieniać ustawienia kamery.

Federson nie upierał się i wysłał maszynę w kierunku smugi.

Tyle, że to już nie była smuga. Teraz przypominało leżący żagiel albo latający dywan, który falował leniwie. Krawędzie poruszały się jak skrzydła, centralna część pozostawała blisko przy powierzchni lodu.

– To zjada lód. Widać ślad tam, gdzie przepłynęło – zauważył… ten, no, Polak o niewymawialnym nazwisku.

W miarę jak dron zbliżał się do istoty, mogli dostrzec więcej szczegółów. Powierzchnia jej ciała była usiana niewielkimi otworami, przez które przepływała woda. Zielone i niebieskie pręgi układały się w skomplikowany wzór i połyskiwały.

– Zbliż się, spróbuj sfilmować to od góry – poleciła kapitan i Federson wypełnił rozkaz, kierując drona w stronę zwierzęcia (o ile można to było tak nazwać).

Żagiel zafalował gwałtownie, na jego powierzchnię wystąpiły błękitne, świecące plamki. Istota z niespodziewaną prędkością ruszyła w kierunku maszyny, otarła się o nią przysłaniając widok z kamery, a potem została już tylko ciemność.

– Co się dzieje? Melduj.

– Cholera – zaklął Federson. – Dron nie odpowiada. To coś musiało go uszkodzić.

– Niby w jaki sposób?!

Mężczyzna gorączkowo stukał w tablet, aż znalazł to, czego szukał.

– Ostatnie, co zapisało się w logach, to nagły skok napięcia.

– Coś potraktowało prądem naszą zabawkę – wtrącił Kazuyoshi. – Wiele się o tym nie dowiedzieliśmy.

– Nie, mylisz się – odparła Shannon. – Wiemy bardzo dużo. Budowa nie wskazuje na obecność kręgosłupa i szkieletu, a przynajmniej nie w takiej formie, jaką znamy. Ten…

– Żagiel?

– Żagiel poruszał się w sposób, który bardziej przywodził na myśl ptaki, pewnie przez małą wyporność. Dlatego też tak mało zobaczyliśmy. Jeśli jest tu więcej życia, to musi być głębiej. A musi być tu więcej życia. Żagiel zjadał lód, a w zasadzie żyjące w nim bakterie. To pierwsze ogniwo łańcucha.

– A muszą być kolejne? – zapytał sceptycznie Federson. – Może to jedyne, co spotkamy.

Kazuyoshi nie mógł tego widzieć, ale wyobrażał sobie właśnie, jak pani biolog kręci głową.

– Nie, życia musi być tu dużo więcej – odpowiedziała. – Jeśli żagiel wytworzył wyładowanie elektryczne, to oznacza, że posiada złożony mechanizm obronny, a to z kolei znaczy…

– Że w tym basenie pływają rekiny – dokończył za nią, wstając od monitora. Nie czekając na rozkaz, który musiał wkrótce nadejść, zabrał się do pracy.

– Szykujcie śluzę dla batyskafu – rzuciła kapitan sztywna, zgodnie z jego przewidywaniami. – Shannon, wypuść Tunera. Zawieszam jego areszt. Na jakiś czas.

Ci z MAK nie potrafili wyluzować. I Kazuyoshi już zaczynał rozumieć dlaczego.

 

 

Kapitan

 

Dowodzenie Asterionem II było dla Dakoty Bernan spełnieniem marzeń. Przygotowywała się do tej misji dużo dłużej niż pół roku szkolenia. Mogła powiedzieć, że całe jej życie było jednym wielkim obozem szkoleniowym.

Córka zawodowego oblatywacza, który kilka razy w tygodniu pokonywał dystans między Ziemią a Księżycem, i przewodniczki wycieczek orbitalnych, poznała czym jest nieważkość nim nauczyła się chodzić. Należała do tak zwanego pokolenia 0G, dla którego lot w kosmos był tak samo zwyczajną rzeczą jak spacer po lesie. W zasadzie Bernan więcej razy widziała Ziemię z orbity, niż miała kontakt z dziką przyrodą. To znaczy z tym, co z niej pozostało.

Jak większość kosmicznych dzieci, była wysoka ale drobna i wykazywała się ponadprzeciętną odpornością na warunki zerowej grawitacji, choć za czasów jej młodości wszelcy specjaliści bili na alarm, że taki tryb życia będzie katastrofalny dla niedojrzałych organizmów. I – podobnie jak trzydzieści procent sobie podobnych – była bezpłodna. Nie martwiła się tym, bo i tak nie myślała o macierzyństwie. 

Ojciec odszedł, gdy miała piętnaście lat. Zostawił rodzinę dla swojej największej miłości – kosmosu. Bernan do dziś pamięta dzień, w którym pierwszy Asterion startował z Księżyca. Jako jedna z niewielu cywili, razem z rodzinami pozostałych astronautów, patrzyła, jak tatko wraz z pozostałymi członkami załogi macha na pożegnanie i wsiada na pokład statku. Od tamtego momentu minęło ponad dwanaście lat, a Bernan już prawie wypełniła słowa przysięgi, którą złożyła nad symbolicznym grobem ojca.

Gdyby tylko ciężar misji nie zaczął jej przerastać.

Czasami miała wrażenie, że jedynie dzięki pozie, którą przybierała podczas kontaktów z załogą, utrzymywała dyscyplinę na statku. Mijały kolejne miesiące, a ona mogła tylko patrzeć jak marazm powoli odbija się w twarzach astronautów. Wylądowali. Poczuła się wtedy, jak podczas pierwszego samodzielnego lotu, kiedy zdała egzamin na pilota.

Ale znaleźli wrak i wróciły wspomnienia tych wszystkich miesięcy tęsknoty, strachu, gdy połączenie z Asterionem I zostało przerwane, potem dni, tygodni, miesięcy wyczekiwania, nim zrozumiała, że ojciec już nie wróci, a jeszcze później widok usychającej z rozpaczy matki, która w końcu przedawkowała antydepresanty.

Do tej pory Bernan sądziła, że przeszłość czyni z niej najlepszego kandydata do tej misji. Okazało się, że była to jedna z wielu jej pomyłek. 

Niepotrzebnie wyładowała złość na Shannon. Nie umiała postępować z ludźmi, którzy byli jej bliscy.

Kolejny błąd popełniła, wysyłając Isajeva z Turnerem. Mogła przewidzieć, co się stanie. Mogła na to nie pozwolić. Mogła, ale… może chciała, by tak wyszło? Może chciała zawalić misję?

Do tej pory nie zameldowała o tym incydencie i – nie przyznałaby się przed nikim, ale to prawda – dziękowała losowi za kiepską jakość, opóźnienia i okresowe przerwy w połączeniu z Ziemią.

Dopiła whisky, której zapasy ukryte w kapitańskiej kabinie topniały w zatrważającym tempie i włączyła intercom, ustawiwszy połączenie z warsztatem.

– Ahmad, jak batyskaf? Gotowy?

– Wolałbym, żeby Isajev go sprawdził. – Zatrzeszczał głośnik na biurku Bernan.

– Wykluczone – ucięła temat.

W standardowych warunkach wypuściłaby Isajeva po tygodniu, ograniczając się tylko do nagany wpisanej do akt, ale obecnej sytuacji daleko było do normalności. Na pierwszym Asterionie doszło do wybuchu. Ktoś zabił jej ojca.

Wcale nie sądziła, że Isajev będzie coś kombinować, ale Shannon i Turner byli już wystarczająco zdenerwowani. A może sama też przestała myśleć racjonalnie?

– Wszystkie układy działają. Napęd w porządku. Kabina hermetyczna. Wizja jest. Łączność też – powiedział Ahmad, choć nie słyszała w jego głosie przekonania. – Lepiej sprawdzony nie będzie.

– Dziękuję. – Nacisnęła przycisk i zerwała połączenie.

Chwyciła butelkę whisky, zakręciła ją i schowała w sejfie. Następny raz wypije, kiedy znajdą się w kosmicznej próżni, wracając do domu.

Nadszedł czas, by zrobić to, po co przelecieli pięćset siedemdziesiąt milionów kilometrów.

 

*

 

Bernan nie poszła na mostek, choć tam mogłaby oglądać wodowanie batyskafu w znacznie wyższej rozdzielczości. Chciała zostać sama. Obraz z trzech kamer śledzących przebieg wydarzeń – jednej we wnętrzu maszyny i dwóch na zewnątrz – wyświetlały trzy monitory, które przeniosła tu z magazynu.

Powinna być razem ze wszystkimi. Nie zachowywała się jak dowódca.

Myśl o zabójstwie ojca tak na nią wpłynęła?

– Shannon, Turner, na stanowiskach? – zapytała, choć odpowiedź miała przed oczami

– Tak jest! – zasalutował mężczyzna w skafandrze, z właściwą sobie przesadą. Choć kapsuła była ekranowana i wypełniona powietrzem, obydwoje mieli na sobie skafandry głębinowe, prawie tak nieporęczne jak te chroniące przed promieniowaniem na powierzchni satelity.

Batyskaf zjechał w dół tunelu i śluza wewnętrzna zamknęła się nad nim, a zewnętrzna zaczęła powoli wpuszczać wodę do środka.

– Kabina szczelna – zameldowała Shannon, kiedy maszyna zanurzyła się w pełni. – Możemy startować.

– Zezwalam – powiedziała Bernan i sięgnęła po kubek zimnej już kawy.

Kofeina pomagała jej się uspokoić i skoncentrować na misji.

Tej prawdziwej misji.

Gdyby nie to, że Admirała Międzynarodowej Agencji Kosmicznej znała od tak dawna, że pierwsze wspomnienie z nim dotyczyło jej piątych urodzin, pewnie nigdy by się tego nie dowiedziała.

Batyskaf wypłynął z tunelu i śluza zamknęła się za nim. Maszyna zanurzała się coraz głębiej mimo wysiłków Shannon i Turnera, by trzymać się możliwie blisko odwiertu.

– Nie martw się, w razie czego wyciągniemy was – uspokajał ich Federson. – Podczepiliśmy zapasową linę z windy. Przy tym ciążeniu nada się.

Udało im się wyrównać poziom dopiero blisko granicy pięciu tysięcy metrów. Prawie połowa głębokości Rowu Mariańskiego, a tutaj tyle co nic.

– Płyniemy tam, skąd nadciągnął żagiel. – Kapitan usłyszała zniekształcony głos Shannon. – Na razie nie widać nic. Poza wodą.

– Płyńcie dziesięć mil, potem powrót. Gdyby działo się cokolwiek dziwnego, wracajcie.

Po kilkunastu minutach łódź pokonała połowę dystansu, a obraz z kamer pozostawał niezmienny. Bernan nie wiedziała jak inni, ale ona tym razem nie spuszczała oczu z monitora. W każdej chwili mógł pojawić się drugi żagiel albo coś innego. Ekscytacja pozwalała zapomnieć o przeszłości.

Dotychczasowe odkrycia prawie wystarczały, by uznać, że misja się powiodła. Fotosyntezujące bakterie oznaczały obecność tlenu w wodzie, złożone życie komórkowe świadczyło o optymalnych warunkach do jego rozwoju. Na potwierdzenie potrzebowała odnaleźć więcej niż jedno zwierzę (o ile ziemska taksonomia miała tu jakiekolwiek zastosowanie) – i pobrać próbkę. Jeżeli odnajdą aminokwasy przyswajalne przez człowieka…

– Coś widzę. – To mówił Turner. – Na trzeciej i w dół.

Shannon skierowała jedną z kamer w we wskazane miejsce.

Bernan najpierw dostrzegła nieznaczny ruch wody, jakby drżenie, cieplejszy prąd unoszący się w górę, na tej głębokości ledwie zauważalny. Odległy ślad czynnego komina hydrotermalnego, który pracował gdzieś tam w dole, w ciemności odmętów oceanu. Kamera zjechała w dół, jakby kierowana myślami kapitan. W mroku dostrzegła małe, jaskrawozielone światła. Było coś jeszcze. Gdy batyskaf podpłynął bliżej, zobaczyła coś wyglądającego jak słup albo pozbawione gałęzi drzewo wyrastające z głębin, albo iglica falująca za sprawą strumieni ciepłej wody, ogrzewanej przez niewidoczny gejzer. Światła na powierzchni obiektu poruszały się i znikały, by za chwilę pojawić się w innym miejscu.

– Co to jest? – powiedział Turner do siebie, kierując ślepia reflektorów w stronę iglicy.

– Wygląda jak koralowiec… – odparła Shannon. – Jeśli miałabym odnieść się do czegokolwiek widzianego na Ziemi. Chropowata, pofałdowana powierzchnia, pełna zakamarków. Rusza się, więc jest elastyczne. Musi ciągnąć się dziesiątki kilometrów w dół. Niesamowite. A te światła…

Łódź podpłynęła jeszcze bliżej. Podobny do koralowca słup okazał się być większy i grubszy, niż przypuszczali. W głębinie, przy niedostatku światła i braku jakichkolwiek punktów odniesienia, trudno było ocenić rozmiar i odległość. Średnicą nie ustępował ziemskim wieżowcom, za to wysokością musiał je znacznie przewyższać.

Ale nie to było najbardziej niesamowite.

– To zwierzęta! Cholera, to zwierzęta! – wykrzyknęła Shannon, podrywając się z fotela, gdy udało im się zlokalizować źródło tajemniczych świateł. Niemal uderzyła hełmem o szklaną ścianę kabiny. – To znaczy coś, co je przypomina. Te organizmy mogły wyewoluować zupełnie inaczej… Cholera, brakuje mi słów. Powinnam być elokwentna, to się nagrywa.

Większość istot zamieszkujących wieżokoralowiec skryła się w cieniu tuneli albo uciekła niżej, w głębiny, część jednak została i przypatrywała się światłu reflektorów. Zwierzęta – jak na potrzeby obserwacji określiła je Bernan – wyglądały jak pająki z płetwami i skórzastym balonem w miejscu odwłoka. To właśnie ta część, nieproporcjonalnie duża w porównaniu do reszty ciała, świeciła niczym starodawna żarówka.

– Umieśćcie jedno z tych stworzeń w skrzyni – rozkazała kapitan – i wracajcie.

Stalowe ramię wychynęło z batyskafu, powoli ustawiło się w dogodnej pozycji i wystrzeliło w kierunku jednego z rybopająków, po czym równie szybko wepchnęło go do klatki. Zwierzę, o dziwo, nie szamotało się, nie próbowało uciec, tylko spokojnie unosiło się w wodzie, trzepocząc dwoma rzędami krótkich płetw.

Udało się.

Już prawie.

– Sto, może sto pięćdziesiąt lat, tyle pozostało Ziemi. Więcej, jeśli po drodze przytrafi się przełom technologiczny, usprawnimy produkcję żywności i tlenu, ograniczymy populację, założymy marsjańskie kolonie z prawdziwego zdarzenia, a nie te kilka baz badawczych, które mamy teraz. Mniej, jeśli będziemy mieli pecha i któryś z superwulkanów przestanie się spóźniać z erupcją. Jedno jest pewne. Nie możemy tu zostać – powiedział jej wujek Greg, to znaczy admirał, kiedy została wybrana do lotu Asterionem II. – Mars to mylny trop, nie poradzi sobie bez pomocy z Ziemi, a terramorfowanie byłoby długotrwałe, rozciągnięte przez stulecia. Jedyna nadzieja w księżycach. Europa to pierwszy strzał. Może tam być życie, a jeśli byłoby ono przy okazji… kompatybilne z nami, moglibyśmy wkleić się w ten ekosystem. To o wiele prostsze, niż budować od zera. Po waszym powrocie wystartuje misja na Ganimedesa. Później na kolejne satelity. Jeśli uda znaleźć się to, czego szukamy, ruszymy z kolonizacją. To tańsze i obarczone mniejszym ryzykiem, niż próby kontroli klimatu i procesów geologicznych na Ziemi.

Tak wyglądała ich sytuacja. Nie ratują planety, bo kosztowałoby to zbyt drogo. Wolą wysłać część populacji w kosmos, a reszta jakoś będzie musiała sobie poradzić. Ich misja – misja Bernan – była nadzieją ludzkości.

Całe szczęście wujek Greg, to znaczy admirał, nie zdecydował się podzielić tymi rewelacjami z resztą załogi.

Luk batyskafu zamknął się i łódź zaczęła skręcać, by ustawić się na odpowiednim kursie do bazy. Wszystko szło jak po maśle…

– Czekajcie! – zakrzyknął Turner, odwracając się ku mijanemu koralowieżowcowi. – Tam jest coś jeszcze!

Batyskaf był w trakcie skrętu i miejsce wskazywane przez mężczyznę pozostawało w ślepym polu kamer.

– Na dziś wystarczy. Muszę zbadać ten okaz – zbyła go Shannon siedząca przy sterach.

– To chyba dziecko! Ja pierdolę, co ja gadam?! Przecież to Europa, ale…

– Shannon, natychmiast wracajcie – nalegała Bernan. Już nie siedziała przy monitorach. Wstała z krzesła, a dłonie wyprostowanych ramion oparła o blat. – Turner dostał załamania.

– Zobacz, spójrz! – zawołał mężczyzna i pociągnął drugą parę sterów, nie pozwalając dokończyć manewru.

– Tyler, musisz… – zaczęła biolog, odwracając się w kierunku towarzysza. – Najświętszy Buddo!

– Federson, Kazuyoshi! – krzyknęła kapitan do mikrofonu. – Wyciągajcie ich! Szybko!

 

*

 

– Spokojnie, usiądź. Napijesz się czegoś? – Skrzypnęły drzwiczki i sekretny kapitański barek ujrzał światło dzienne.

Opodal, w obitym syntetyczną skórą fotelu, siedziała Shannon.

– Nie trzeba. Muszę mieć trzeźwy umysł, chcę jeszcze dziś zbadać to… coś.

– Miałam na myśli kawę – odparła Bernan, siadając naprzeciw i wpatrując się w twarz kobiety.

– Nie traktuj mnie w ten sposób – obruszyła się biolog.

– Jak?

– Jak pacjenta. Wiem przecież jaką masz drugą specjalizację – odpowiedziała Shannon, przegarniając włosy.

Bernan spędziła z nią wystarczająco dużo czasu, by wiedzieć, że była to oznaka zdenerwowania.

– Potwierdziłaś wersję Turnera, jak mam się o ciebie nie martwić?

– Potwierdziłam, bo też to widziałam. Ale to nie znaczy, że coś tam było naprawdę. To może przez te światła. Możliwe, że w jakiś sposób zmusiły nasze mózgi do tego, byśmy to zobaczyli.

– Całe stado pozaziemskich bezkręgowców wyposażonych w mechanizm obronny oddziałujący na układ nerwowy gatunku z innej planety? – dopytywała kapitan, marszcząc brwi.

Shannon wydęła usta i wolno wypuściła powietrze.

– No, jak tak to ujmujesz, rzeczywiście brzmi nie najlepiej… to tylko hipoteza. Widzieliśmy tam dziecko. Na oko dziesięcioletnie. Kryło się w zakamarkach wieżokoralowca, ale było ciekawskie i wypłynęło, by się nam przyjrzeć. To absurd. Nie mogło tam być żadnego dziecka, przecież wiem, choć widziałam…

– Do kogo było podobne? – zapytała Bernan. To interesowało ją najbardziej.

– Co?

– Do kogo było podobne? Turner porównał je do kogoś.

Shannon poprawiła się w fotelu, oparła łokcie na kolanach, splotła dłonie. Twarz przysunęła blisko Bernan, tak, że musiały patrzeć sobie prosto w oczy.

– Jeśli mam być szczera, to do ciebie.

Kapitan nie mogła dać po sobie niczego poznać, choć w jej głowie zrodziła się nieprawdopodobna, paranoiczna myśl, do której nie chciała się przyznać, a tym bardziej wypowiedzieć. Wstała, otworzyła barek, zerknęła na resztki alkoholu, ale niczego nie wybrała.

– Powiedz mi jeszcze – zaczęła, odwracając się w stronę Shannon. – Czy wspominałaś kiedyś Turnerowi o moim znamieniu?

– Nie, nic a nic.

 

*

 

Kapitan Bernan była osobą twardo stąpającą po Ziemi i znalazła kilka wyjaśnień halucynacji, jakich doświadczyli Turner i Shannon, włączając zbiorową histerię oraz zwykły żart, w który sami uwierzyli pod wpływem emocji. Żadne jej nie przekonywało.

Źle spała tej nocy (myśląc „nocy”, brała pod uwagę ten czas, gdy światła statku przygasły, zaprogramowane zgodnie z ziemskim cyklem dobowym) – nie zasnęłaby wcale, gdyby nie luminal, który trzymała w schowku w wezgłowiu łóżka.

Wstała i krytycznym spojrzeniem obrzuciła swoje odbicie w lustrze. Czekoladowa skóra, lekko skośne oczy, garbaty nos i wydatne usta. Nic dziwnego, że matka nie mogła otrząsnąć się po śmierci ojca. Bernan wyglądała jak jego niemal wierna kopia.

– Dakota, mam już wyniki badań – odezwał się interkom. – Prosiłaś, żeby od razu cię poinformować.

– Spałaś w ogóle?

– Może godzinę.

Bernan westchnęła, walcząc z myślami, które kierowały się ku zamkniętej w barku whisky. Sama była zaskoczona, jak bardzo potrzebny stał się jej alkohol. Wiele razy przechodziła testy podatności na uzależnienia, zawsze z pozytywnym wynikiem. Dziewięćdziesiąt osiem procent odporności. Za mało, jak na tę misję.

Miała nadzieję, że gdy odlecą, wszystko wróci do normy. To miejsce źle na nią wpływało. Pomyśleć, że tak daleko od domu dopadła ją przeszłość.

– I jak?

– Sprawdziłam to, o co prosiłaś. W pobranej tkance…

– Rybopająka – wyręczyła ją Bernan.

– Niech będzie. W pobranej tkance rybopająka znalazłam głównie aminokwasy z asymetrycznym atomem węgla o konfiguracji D, oraz łańcuch boczny z grupą tiolową, ale także…

– Pamiętasz, że nie jestem biologiem, prawda?

Opróżniona do połowy butelka przyzywała Bernan z coraz większą siłą. Kapitan musiała skupić się na czymś innym, ale potok niezrozumiałych terminów nie był tym, co zaskarbiłoby jej uwagę. Potrzebowała konkretów.

– Są i takie, które wiążą się w białka przyswajalne dla człowieka. Około jednej trzeciej. Może więcej. Nie mam sprzętu. I nie jestem biochemikiem. – Shannon przeszła z rozbudowanych opisów do krótkich zdań. To znak, że czuła się urażona.

Bernan wiedziała o tym, spędziły ze sobą większość czasu przez ostatnie osiem miesięcy, mogła nawet zaryzykować stwierdzenie, że się kochały – przynajmniej w jakimś sensie i przez jakiś czas – i znała wzorce zachowania Shannon lepiej niż własne.

– Przepraszam. Europa tak na mnie działa. Dobrze, że to już koniec. Wyślę ostatni meldunek, rozstawimy kamery, czujniki, radary, cały ten szajs i wracamy.

– Nie, nie możemy! Dakota, posłuchaj mnie, zbadałam te organizmy. Posiadają coś na wzór DNA, ale zamiast czterech, ma sześć zasad azotowych… Wiem, konkrety. Chodzi mi o to, że te stworzenia, już na poziomie kodowania białek wykazują dalece większą złożoność niż ziemskie życie, za to na poziomie morfologicznym… – Shannon zrobiła pauzę, czyli zaraz miała wyskoczyć z czymś doniosłym. – W ich ciałach dochodzi do rozpadu trytu. Dlatego świecą. Do tego w ich… workach odwłokowych żyją bakterie podobne do tych, które znaleźliśmy wcześniej.

– Tryt? W takich ilościach? Skąd?

Shannon bezradnie wzruszyła ramionami.

Perspektywa ośmiu miesięcy lotu z radioaktywną istotą pozaziemską wywoływała w Bernan niepokój. Nagle zrozumiała coś jeszcze.

– To małe bomby.

– Skan nie wykazał istnienia układu nerwowego ani w ogóle czegokolwiek, co bym rozpoznała, za to mnóstwo narządów niepodobnych do czegokolwiek na Ziemi. Zrobiłabym sekcję, ale… sama rozumiesz. 

– Rozumiem. Musimy to wypuścić. Dobra robota, możemy wracać.

Mimo pokładanych nadziei, ta myśl nie wzbudziła w niej entuzjazmu, nie zdjęła ciężaru z barków, nie odegnała demonów. Coś krążyło nad nią, niewidzialne, ale wyczuwalne. Nawiedziło ją wyobrażenie siebie pływającej pośród radioaktywnych rybopająków.

– Dakota, wstrzymaj się jeszcze – po raz kolejny zaoponowała Shannon. – Nie możemy zmarnować tej szansy. Chociaż te istoty wykazują jakieś podobieństwo zewnętrzne do tego, co znamy i mechanizm kodowania białek da się odnieść do naszego, morfologicznie to zupełnie inna bajka. I nie chodzi o to, że są obce. Mówię tu o złożoności tych organizmów. Aż nie chce mi się wierzyć, że powstały w toku ewolucji. Wyglądają raczej jak produkt bardzo zaawansowanej inżynierii genetycznej, która ukształtowała je w jakimś celu, nie związanym tylko z przetrwaniem i przekazaniem genów. Chciałabym się lepiej przyjrzeć temu ekosystemowi. To może być moment przełomu. Nie dla mnie. Dla całej ludzkości. 

Sygnał dźwiękowy poinformował kapitan o kolejnym połączeniu czekającym w kolejce. Przyjęła to z ulgą. Nie chciała odmawiać kolejny raz.

– Ktoś dzwoni z tunelu, porozmawiamy później – rzuciła, kończąc rozmowę.

– Szefowo, musi pani coś zobaczyć – odezwał się Kazuyoshi z tą swoją manierą menela ze slumsów, gdy tylko linia była wolna.

– Co takiego? Coś ze śluzą? – Tego się obawiała. Jeśli powstanie nieszczelność, woda zaleje tunel i zamarznie, a wtedy nie zrealizują ostatniego zadania. Z drugiej strony i tak zrobili już wiele. O wiele więcej niż powinno się od nich wymagać.

– Nie, chodzi o obraz z zewnątrz. Sprawdziłem kilka razy, nie ma żadnej awarii. Federson też to widzi, więc nie zwariowałem, chociaż to kompletnie popieprzone. – Nastała cisza. Kazuyoshi zrobił przerwę, jednak nie z takich samych powodów, co Shannon. Chyba po prostu musiał sobie golnąć. Bernan doskonale go rozumiała.

Ciekawe, ile alkoholu zostało przemycone na pokład tego statku?

– Tam jest człowiek – kontynuował księżycowy górnik. – To niemożliwe, ale tam jest człowiek! Zeskanowałem jego twarz, mamy ją w bazie danych. Był na pokładzie pierwszego Asteriona. Nazywa się…

– Thomas Greenberg – dokończyła kapitan, która zdążyła już wyświetlić transmisję z kamery na jednym z monitorów.

Greenberg. Tak miała na nazwisko, nim przydarzył jej się krótki epizod małżeński w ostatnim roku studiów. Ona była zbytnio skupiona na karierze, a jej mąż na tym, co pod bielizną miały inne kadetki. Ale nazwisko sobie zostawiła. Było jej nawet lepiej z tym, że nad jej karierą nie będzie krążyć widmo ojca.

Widząc teraz to widmo przez zewnętrzną śluzę tunelu, wiedziała, że nie mogła się bardziej pomylić.

 

 

Żołnierz

 

Kauczukowa piłka po raz setny odbiła się od podłogi i uderzyła o metalową powierzchnię ściany kabiny, by powędrować prosto w kierunku dłoni barczystego mężczyzny, który przysiadł na skraju łóżka.

Tej cipie Bernan wydawało się, że weźmie go na przetrzymanie, że on zacznie prosić, by go wypuściła.

Chyba nie wiedziała, jak w Rosji wygląda szkolenie astronautów – a na pewno nie zdawała sobie sprawy, że Isajev ma własną robotę, ważniejszą od tych wszystkich naukowych i populistycznych mrzonek. Zamknięcie było mu w zasadzie na rękę. Przynajmniej nikt go nie niepokoił. Miał cały sprzęt przy sobie.

Zresztą co to był za areszt? Automat przynosił mu jedzenie. Miał wyznaczone godziny, w których zamek drzwi otwierał się i mógł wyjść za potrzebą – też odprowadzany przez automat. Jeśliby zboczył z trasy, Bernan dostałaby informację. Tylko tyle. Pozostawanie w areszcie było aktem jego dobrej woli.

Tak się złożyło, że jako drugi mechanik odpowiadał za stan monitoringu na całym pokładzie i przy okazji zapewnił sobie dostęp do obrazu rejestrowanego przez każdą z kamer, nawet przez te obecne w kabinie kapitan. Gdyby chciał, to mógł obserwować, jak robi sobie dobrze z tą drugą, ekspertką od owoców morza, ale nie poświęcał temu uwagi. Już od trzech lat był impotentem.

Zainteresowało go dopiero to, co wydarzyło się w piątej dobie jego aresztu. Miał wypatrywać wszystkiego, co wydawało się zagrożeniem, a jeśli spełni się najgorszy scenariusz, zrobić to, do czego był zdolny tylko on na tym pieprzonym statku – ale czegoś takiego nie uwzględniał żaden plan.

Kamera numer czterdzieści siedem zarejestrowała ruch przed śluzą zewnętrzną. To było, kurwa, coś! Isajev z początku myślał, że zbzikował, potem, że zobaczył ducha i przeżegnał się tak, jak go uczyła kochana babuszka, ale nie pamiętał żadnej modlitwy do świętych, o których mu opowiadała, bo jedyne w co wierzył, to Mateczka Rasija.

Kiedy osłabł wpływ adrenaliny, która uruchomiła prymitywne instynkty i nabożny lęk, przypomniał sobie szkolenie – to specjalne, w wojsku, nie to, które odbyli wszyscy – i doznał olśnienia.

Przecież Oni mogli podszywać się pod zmarłego astronautę!

Mimo wszystko, nie był pewien.

Musiał zdobyć potwierdzenie, nim posunie się do ostateczności. Nie dlatego, że się bał! Nie myślał nawet o strachu! Wybrali go właśnie dlatego, że nie miał już nic do stracenia.

Kauczukowa piłka po raz sto pięćdziesiąty siódmy odbiła się od podłogi i uderzyła o metalową powierzchnię ściany. W tym samym momencie coś uderzyło trzykrotnie o drzwi kabiny.

– Isajev! Słuchaj, Isajev, wypuszczę cię, ale musisz nam pomóc!

Żołnierz złapał piłkę i wstał z łóżka, uśmiechając się półgębkiem, gdy zerknął na obraz z kamery po drugiej stronie korytarza.

Takiego wsparcia się nie spodziewał.

 

*

 

Ostatnie kilkanaście godzin postawiło wszystko na głowie.

Najpierw Bernan zjechała na dno tunelu, wcisnęła się w skafander głębinowy, kazała napełnić wodą komorę przejściową i otworzyła zewnętrzną śluzę, by wpuścić przybysza do środka, choć większość załogi protestowała. Gdyby tylko Isajev tam był… Tylko on umiał się postawić. Służył już pod prawdziwymi dowódcami, takimi, którzy umieli wzbudzać strach samym spojrzeniem, więc sztuczki Bernan na niego nie działały.

Coś, co wyglądało jak nagi człowiek, podpłynęło do niej i trwali tak przez dłuższą chwilę, tylko na siebie patrząc. Istota przypominająca Thomasa Greenberga pokazywała coś na migi, a Bernan odpowiadała tym samym, ale nie wyglądało na to, by doszli do porozumienia.

Potem kapitan zdecydowała się popełnić samobójstwo – a przynajmniej tak pomyślał Isajev, widząc, jak tamta ściąga hełm. Instynkt kazał Bernan wstrzymać oddech, jednak szybko zabrakło jej powietrza i zachłysnęła się wodą. Tonęła.

Ktoś – Federson albo Kazuyoshi – uruchomił alarm, zewnętrzna śluza zatrzasnęła się natychmiast, pompy opróżniały komorę z wody, tylko wszystko działo się zbyt wolno.

Podszywające się pod człowieka stworzenie objęło Bernan, pogłaskało ją dłonią po policzku, pocałowało w czoło, a ona otworzyła oczy i zaczęła oddychać. Oddychać – wodą.

Czy to w ogóle ma jakiś sens?!

Kiedy poziom wody w komorze spadł do półtora metra i Federson ręcznie otworzył wewnętrzną śluzę, łamiąc tym samym protokoły bezpieczeństwa, sobowtór Thomasa Greenberga i Dakota Bernan stali w objęciach, płacząc i śmiejąc się na przemian.

Zaprowadziła go prosto do swojej kabiny, ignorując nalegania Shannon, by najpierw poddać Greenberga badaniom. Wtedy już wszyscy patrzyli na jaśnie panią kapitan jak na obłąkaną, co Isajev przyjął z satysfakcją. Zaczęły się rozmowy w cztery oczy i ukradkowe szepty – pierwsze oznaki buntu.

Następnego ranka, po nieprzespanej nocy, która upłynęła jej na rozmowach, Bernan zwołała spotkanie załogi na mostku. Isajev dobrze wiedział, co miała zamiar wyznać – słuchał nieprzerwanie przez te kilka godzin, gdy światła Asteriona II przygasły sygnalizując czas wypoczynku – ale i tak postanowił obserwować bieg wypadków, niewidzialny i niesłyszalny, niczym duch krążący w plątaninie światłowodów.

 

*

 

Nastroje nie były dobre. Więcej. Były całkiem chujowe. 

Shannon tarmosiła kosmyk włosów. Ahmad i Kuźnicki zamknęli się w sobie. Federson nerwowo zaciskał szczęki. Kazuyoshi zachowywał powagę, a to stanowiło naprawdę zły znak. Turner nie wrócił do aresztu, stał z tyłu, blady jak ściana. Ciekawe, co powiedzieliby jego fani, widząc go w takim stanie. Isajev był jedynym, którego zabrakło.

Nie wypuściła go, choć Turnera już nie miała odwagi ponownie zamknąć.

Walczył z pokusą, by puścić w eter niezaszyfrowaną transmisję z tego spotkania, ale protokół nakazywał inaczej. Nic z tego, co się tu działo, nie mogło dotrzeć do opinii publicznej. Nawet jeśli w ten sposób zagrałby na nosie takiemu pozerowi jak Turner. Zresztą i tak musiał czekać – Europa znajdowała się po złej stronie Jowisza.

Bernan nie kazała na siebie czekać. Kiedy zegar pokazał dziewiątą, stanęła w drzwiach z sobowtórem Greenberga, na szczęście już ubranym w kombinezon członka załogi. Kombinezon drugiego mechanika, jeśli chodzi o ścisłość, co Isajev skwitował zgrzytaniem zębów.

– Wiem, że macie wiele pytań – zaczęła Bernan, przyjąwszy swoją pozę, którą Isajev już przejrzał na wylot. – Co jest powodem mojego zachowania? Kim jest mężczyzna obok mnie? Skąd się wziął? Jak przeżył w wodzie? Co tu się do diabła dzieje? Myślicie, że postradałam zmysły. Rozważacie bunt.

Kuźnicki i Ahmad wymienili spojrzenia.

– Nazywam się Dakota Bernan, jestem kapitanem i pierwszym pilotem Asteriona II, ale dziesięć lat temu nosiłam inne nazwisko. Greenberg. Człowiek, którego znaleźliśmy… Który nas znalazł, to Thomas Greenberg, drugi pilot Asteriona I. Mój ojciec – przy ostatnim zdaniu głos jej się załamał. – Sprawdziłam to. Rozmawiałam z nim, by nabrać pewności. Gdybym miała chociaż cień wątpliwości…

– Jak przeżył? – To pytanie powinno paść z ust Shannon, ale wypowiedział je Kazuyoshi. – Ludzie, przecież to niemożliwe! Nie wiem, co się tu odpierdala, może mamy jakąś narkotyczną jazdę przez kosmiczne opary, czy coś. Przecież nikt nie oddycha pod wodą!

Bernan chciała odpowiedzieć, jednak jej domniemany ojciec zrobił krok do przodu i przemówił jako pierwszy.

– Chcecie odpowiedzi, ale nie potrafię wam ich udzielić. Ten świat jest inny od naszego, rządzą na nim inne reguły, życie rozwija się w odmienny sposób. Powinienem zginąć. Powinienem utonąć i rzeczywiście, tonąłem, choć tylko przez chwilę. Potem coś się zmieniło, nie pytajcie mnie co. Mogłem oddychać pod wodą. Mogłem pływać w zimnych wodach tego oceanu. I przeżyłem… Przeżyliśmy, bo jest nas więcej. Razem ze mną czterech członków załogi Asteriona I. Mamy nawet dzieci. Dziewczynka, która was zauważyła, to moja córka.

– Czyli nie zwariowałem – bąknął Turner.

– Chcę cię zbadać – wtrąciła Shannon.

– Nie przyszedłem do was w charakterze królika doświadczalnego – odparło coś podające się za Greenberga. – Chciałem wam pokazać cud życia tutaj. I zaprosić do naszej małej społeczności. Każdy jest mile widziany. Potrzebujemy różnorodności, a wasza załoga została dobrana…

– Chcesz wcielić nas do waszej hodowli, żeby powiększyć pulę genetyczną. To proponujesz? – rzucił Ahmad.

– Ja się piszę. – Kuźnicki jak widać miał inny ogląd sytuacji.

– Czemu mielibyśmy ci wierzyć? – zapytał Federson, krzyżując ramiona. – Nie oferujesz nam wyjaśnień, składasz za to dziwaczne propozycje. Mielibyśmy tu zostać? Co ten świat ma nam do zaoferowania?

– A co nasz świat ma do zaoferowania? – weszła mu w słowo Bernan. – Ziemia dogorywa, wkrótce całkiem umrze. Po to nas tutaj wysłali, by sprawdzić warunki do kolonizacji. Kazali wam tego nie mówić, ale teraz to już nie ma znaczenia, bo ja tu zostaję. Zebrałam was, by wam o tym powiedzieć. Jutrzejszego dnia odpłynę razem z ojcem.

– Dakota… – szepnęła Shannon. – Nie możesz tak po prostu…

– Ktoś musi wystartować – zauważył Kazuyoshi.

– To będzie łatwiejszy lot, niż w tę stronę – odparła kapitan. – Federson ma kompetencje, a gdyby też chciał zostać, to wszyscy przeszliście szkolenie.

– Przemyślałaś już to sobie – powiedziała Shannon i nie dało się nie rozpoznać urażonej dumy w jej głosie. – W takim razie na co czekasz? Czemu nie odpłyniecie od razu?

– Na wypadek gdyby ktoś chciał się do nas przyłączyć. Macie czas do jutra. Póki co zarządzam ciszę w eterze.

 

*

 

Piłka pomagała zawsze, kiedy Isajev musiał podjąć decyzję, od której nie było już odwrotu. Czasem wystarczyło kilka uderzeń. Czasami kilkadziesiąt. Teraz doszedł do dwustu i nadal nie wiedział, co powinien zrobić w tej sytuacji. Czy wejście jako zaproszony gość na pokład statku i namowy do jego opuszczenia można było potraktować jako akt agresji? Czy powinien dać Bernan odejść? Próbować uwięzić pseudo-Greenberga?

Odpowiedź stała tuż za drzwiami.

– Jest noc, idź spać, kapitanie Turner – odpowiedział na prośbę o pomoc, ale zaraz podszedł do drzwi i sam je otworzył. – Już dawno obszedłem zabezpieczenia – rzucił arogancko. Niech ten dupek z telewizji nie myśli sobie, że Isajev jest mu coś winien.

– Musisz nam pomóc. – Shannon nie pozwoliła im na kontynuowanie rozmowy. Szkoda. – Chcę zbadać Greenberga.

– I potrzebujecie mnie, żeby go obezwładnić i zaciągnąć do laboratorium?

– Tylko na chwilę odwrócić uwagę i zaciągnąć. Obezwładnianiem zajmę się sama. – Kobieta wyciągnęła strzykawkę z kieszeni kombinezonu i Isajev zrozumiał, że mówiła na poważnie.

– A co z Bernan?

Tym razem Turner wyciągnął strzykawkę z kieszeni.

– Już jestem ciekaw, jak przedstawisz to w kolejnym materiale. – Isajev wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. – Na co jeszcze czekamy?

Kiedy zakradli się pod drzwi kapitańskiej kabiny, w dłoni Shannon pojawiła się karta dostępu. Widać łóżkowe przygody z panią kapitan przyniosły jakąś korzyść. Drzwi ustąpiły i cała trójka weszła ostrożnie do środka, w nadziei, że ich cele śpią i wszystko pójdzie gładko.

Nie poszło.

– Isajev?! Turner? Ana? Co tu się dzieje?! – zaprotestowała kapitan, gdy pojawili się we wnętrzu kabiny. W mig oceniła sytuację i rzuciła się do szafki przy łóżku. Isajev wiedział, że ta cipa chowa tam pistolet. To była jedyna broń palna na całym statku.

Miał zamiar skoczyć w tamtym kierunku, jednak Turner go wyprzedził. W momencie gdy Bernan miała już odbezpieczyć rewolwer, wbił strzykawkę w jej łydkę i nacisnął tłok. Padła nieprzytomna nim zdążyła nacisnąć spust.

Sobowtór Greenberga natarł na Isajeva, objął go w pasie i próbował przerzucić, ale nie na darmo jego przeciwnik był żołnierzem. Isajev założył przybyszowi dźwignię na prawe ramię, ale fałszywy Greenberg był silny. Uwolnił się z uścisku i zaatakował.

Isajev mógł tylko zasłonić się przed ciosem. Jego przeciwnik miał o wiele większe doświadczenie w poruszaniu się w niskiej grawitacji, do tego atakował zaskakująco zwinnie. Póki nie zachwiał się na nogach i nie padł prosto w ramiona Isajeva, z wbitą w bark strzykawką.

– Co tu się… – Buntownicy spojrzeli w stronę drzwi, skąd dobiegł ich zaspany głos Federsona. Źle to musiało wyglądać z jego perspektywy.

– Słuchaj, wszystko wyjaśnię… – zaczęła Shannon, ale drugi pilot nie dał jej dokończyć.

– To bunt. Wszczęliście bunt! – zawołał. – Mówcie, jaki jest plan?

 

*

 

Wpakowali nieprzytomnego sobowtóra Greenberga do bioskanera, ale zanim zatrzasnęli klapę urządzenia, Shannon pobrała jeszcze materiał do badań. Isajev wzdrygnął się widząc wielkość igły, którą kobieta wbiła w lędźwie badanego, wszelkimi siłami próbując powstrzymać drżenie rąk. Zdenerwowanie odbijało się na twarzach wszystkich. Isajev starał się zachować pokerową minę, w czym skutecznie przeszkadzało mu nerwowe drżenie powieki.

Nie mógł dłużej tego odwlekać. Kiedy dostanie wyniki, zadecyduje.

Żółte światło wypełniło kabinę bioskanera, sygnalizując rozpoczęcie badania. Próbki krwi i płynu rdzeniowego już trafiły pod mikroskop, który nawiasem mówiąc zupełnie nie przypominał znanych Isajevowi aparatów.

– Najświętszy Buddo – wyszeptała Shannon, przyjrzawszy się preparatom. – Tam jest tego pełno. Szczątkowe ilości tutejszych mikroorganizmów w osoczu i płynie rdzeniowym, ale w komórkach jest ich mnóstwo. Przenikają przez błonę komórkową. Wydaje mi się, że – podniosła głowę znad aparatury i, marszcząc czoło, spojrzała na skanowanego pacjenta – wchodzą w symbiozę z jego komórkami.

– Endofity – bąknął Isajev, wspominając pewną niedawno podsłuchaną rozmowę.

– Tak, dokładnie! – potwierdziła kobieta, posyłając mu pełne uznania spojrzenie. – Na Ziemi proces łączenia organizmów był rozciągnięty w czasie i dotyczył prostych form życia, ale tak.

– Czyli to człowiek? Thomas Greenberg? – zapytał Turner, zerkając na korytarz, w kierunku strefy mieszkalnej. – Kapitan miała rację?

– Wyniki analizy składu chemicznego będę miała za kilkanaście minut, ale sądzę, że to on. Przynajmniej w jakiejś części.

Człowiek, przynajmniej w jakiejś części. To nie ułatwiało. Isajev wydobył tablet z kieszeni kombinezonu, rozciągnął ekran do maksymalnych rozmiarów i wprowadził hasło dostępu. Przygotowywał meldunek. Za pięć minut Jowisz odsłoni Ziemię, wtedy będzie mógł go nadać.

Później pozostanie jeszcze wybór – czerwony czy niebieski przycisk.

– Czy to zawsze się tak zachowywało? – Federson wskazał na umieszczone w przeciwległej ścianie akwarium.

Rybopająk, wcześniej spokojny, bił teraz wściekle w grubą szybę z pleksiglasu. Worek odwłokowy świecił intensywnie. Woda w zbiorniku falowała niczym morze w czasie sztormu. Shannon pobladła i nerwowo przegarnęła włosy.

– Nie rozumiem, co się dzieje…

– Bernan nadchodzi! – krzyknął Turner i schował się w laboratorium, ułamek sekundy przed tym, jak usłyszeli wystrzał. Kula odbiła się rykoszetem od stalowej futryny i utkwiła w szybie akwarium.

– Ja pierdolę! – dodał, uderzając w przycisk zamykający drzwi. Kiedy się zatrzasnęły, włączył ręczną blokadę.

A przecież Isajev chciał zabrać broń – reszcie zabrakło jaj. Ci z zachodu nawet porządnie buntować się nie potrafią! Że niby byłby to symbol złych zamiarów, a oni chcą tylko dociec prawdy. Wiedział, że powód był inny – po prostu mu nie ufali. Z drugiej strony, to by znaczyło, że mają jednak trochę rozumu.

– Obudziła się za wcześnie – wyszeptała Shannon i spojrzała na Greenberga, który zaczynał poruszać głową.

Zostały trzy minuty do wejścia w strefę kontaktu.

Światło bioskanera zmieniło kolor na czerwony.

– Już! – Shannon drżącymi dłońmi wprowadziła komendę i sześć ekranów ulokowanych nad urządzeniem wyświetliło wynik badania. Każde ukazywało inny przekrój przez ciało Greenberga.

Isajev nie był lekarzem, nie był nawet biologiem, ale sam widział, że coś tam było cholernie nie w porządku.

– Jego płuca – zaczęła kobieta, ale przerwała w połowie zdania. Zatkało ją. – To już nie płuca. Widziałam podobne… struktury u rybopająka. Za to układ nerwowy… Obwodowy układ nerwowy rozrósł się, za to ośrodkowy zanika na rzecz… Nie wiem, co to jest. Jakaś nieznana tkanka.

– Czy to człowiek? – ponowił pytanie Isajev.

– To Thomas Greenberg – odparła biolog – ale czy jeszcze człowiek?

Mężczyzna w bioskanerze otworzył oczy, z ledwością uniósł dłoń i przycisnął ją do pokrywy.

– Otwórz, Turner! – usłyszeli głos kapitan, która już doczłapała do drzwi.

Rybopająk zaatakował fragment szyby, w którym utkwiła kula. Cienka strużka wody pociekła po tafli pleksiglasu.

Dwie minuty do wejścia w strefę kontaktu.

– Otwieraj! Słyszysz?! Oni są skończeni, ale ty… Ty masz życie, tam, na Ziemi. Jeśli otworzysz, nie wspomnę o twoim udziale w buncie – próbowała go przekabacić Bernan.

Wszyscy spojrzeli na Turnera. Turner spojrzał na Greenberga. Greenberg wydał z siebie nieludzki odgłos i walnął w pokrywę bioskanera. Rybopająk poszedł za jego przykładem. Na szybie akwarium pojawiła się cienka, biała linia. Shannon wyciągnęła kolejną strzykawkę, otworzyła bioskaner i wbiła ją w udo Greenberga.

Dłoń Turnera zastygła w połowie drogi do blokady.

Półtorej minuty do wejścia w strefę kontaktu.

– Woda! – zawołała Shannon w przypływie nagłego olśnienia. – Bernan napiła się wody! Nie otwieraj, Tyler! Ona jest już odmieniona. Woda ją przejęła! Człowiek składa się z niej w ponad siedemdziesięciu procentach, więc jesteśmy kompatybilni! 

– O czym ty mówisz… – wybąkał Turner, ale odsunął rękę od drzwi.

– To jakieś bzdury! – wrzasnęła Bernan. – Otwórzcie te drzwi! Zostawcie mojego ojca w spokoju! On przypłynął, by nam pomóc, nie widzicie tego? Europa chce nam wszystkim pomóc. Na tym świecie możemy przeżyć. Możemy zacząć od nowa. Ludzkość może zacząć od nowa! Bez zanieczyszczeń, bez niszczenia ekosystemu, bez zatruwania wody, która nas utrzymywała przy życiu. Ana, powinnaś to rozumieć! Jesteś biologiem morskim! Możemy tu żyć razem. Tu mogę mieć dzieci, zrozum.

Minuta do wejścia w strefę kontaktu.

Rybopająk uderzył ponownie. Strużka wody powiększyła się, a kałuża pod akwarium rosła, już prawie dotykała stóp Federsona.

Shannon pokiwała głową. Wyglądało na to, że poskładała wszystkie elementy układanki.

– Ośrodkowy układ nerwowy zanika, bo już nie jest potrzebny. Dlatego Rybopająk szaleje. Oni są połączeni! Te wszechobecne bakterie, to musi być coś w rodzaju spoiwa makroorganizmu. Są gęściej upakowane w lodowej powłoce, na obrzeżach struktury, coś jak szare komórki w mózgu. Albo ściana komórkowa. Łączą ze sobą pozostałe organizmy w jeden. Modyfikują w jakimś nieznanym celu. Dlatego ekonomia energetyczna nie ma tu zastosowania. I tryt! Nie wiedziałam skąd on się bierze. A co jeśli ta… żywa woda jakoś go wytwarza? Tak, to musi być to!

– Akwarium zaraz pęknie – wtrącił Federson. Kiedy poruszył stopą, zachlupotała woda.

– Nie słuchajcie tych bzdur! Otwórzcie, rozkazuję wam jako kapitan! Turner, jeśli chcesz wrócić na Ziemię, wysłuchaj mnie! – Bernan łomotała w drzwi, ale bez efektu. – Ana, przecież byłyśmy blisko. Zrozum, to mój ojciec, nie żaden makroorganizm!

Trzydzieści sekund do wejścia w strefę kontaktu.

Rybopająk szykował się do kolejnego uderzenia, którego szyba z pewnością nie wytrzyma. Zwiększył dystans, rozpędził się – i ustąpił, gdy był już o włos od szyby.

– Śluzowiec! – zawołała Shannon, jakby jej dociekania były teraz najistotniejszą sprawą.

W sumie były, pomyślał Isajev, skrzętnie notując wszystko, co mówiła biolog.

– Blob – kontynuowała kobieta. – Bezkształtny organizm z Ziemi, który potrafi się poruszać, trawi bez żołądka i uczy się bez systemu nerwowego! Można stworzyć analogię między przepływem cytoplazmatycznym a ruchem wody! Pomyślcie, ten organizm miał miliardy lat na ewolucję, chroniony lodową skorupą. Mając optymalne warunki i cały ocean do dyspozycji…

– Czyli to kosmita? – dopytywał Isajev. Skąd ta niepewność? Czyżbyś zmiękł przez te osiem miesięcy? Weź się w garść, towarzyszu!

– Hej, nie wiem, co się tam u was dzieje – interkom zatrzeszczał głosem Kazuyoshiego – ale tu na dole mamy pewien kłopot. Przy śluzie zewnętrznej zebrało się całkiem sporo tych świecących stworów. Jest ich z kilkadziesiąt, chyba przybyły po swojego.

Nagle zrobiło się ciszej. To bębnienie w drzwi ustało i Bernan przestała już wołać.

Dziesięć sekund do wejścia w strefę kontaktu.

– Przyczyna zapłonu znajdowała się poza strukturami Asteriona I – wyszeptała blada jak ściana Shannon, a potem przypomniała sobie coś jeszcze. – One są jak małe bomby.

Isajev zaklął i nacisnął przycisk.

 

 

Admirał

 

– Drugiego listopada dwa tysiące sto siódmego roku Międzynarodowa Agencja Kosmiczna odebrała ostatni komunikat z Asteriona II. Niestety, był to sygnał nadany automatycznie w chwili awarii kluczowych podzespołów statku. Jak udało się ustalić, doszło do wybuchu o dużej mocy w wyniku reakcji chemicznej, która zaszła pod powierzchnią księżyca po wydrążeniu tunelu. Dokładna przyczyna nie jest znana, jednak zespół badawczy zdążył przekazać meldunek na temat warunków pod lodową skorupą Europy. I chociaż znaleźli tam wysoce toksyczne środowisko pozbawione jakiegokolwiek życia, zostaną zapamiętani jako bohaterowie, a ich poświęcenie nie pójdzie na marne. Operacja „Planeta Woda” będzie kontynuowana! Międzynarodowa Agencja Kosmiczna razem z Orbitalnymi Siłami Powietrznymi i przy współpracy z Sol TV wchodzą z końcową fazę organizacji kolejnej ekspedycji. Nie na Europę, która okazała się fałszywym tropem, jednak w jej pobliże, na Ganimedesa. Europa, choć niezamieszkana, zawsze będzie krążyć nad naszymi głowami jako symbol ludzkiej odwagi i determinacji!

Grégory Daquin oglądał swoje przemówienie, analizował dobór słów, dykcję, mowę ciała, prezencję i był umiarkowanie usatysfakcjonowany. Ani przez chwilę nie wzbudzał podejrzeń, że każde wypowiedziane słowo to kłamstwo, którym w istocie były.

Wspomniał meldunek wysłany przez Isajeva na chwilę przed uruchomieniem detonatora. Cała historia brzmiała dziwacznie, nieprawdopodobnie, wręcz absurdalnie, ale może właśnie tego powinni oczekiwać wybierając się na podbój kosmosu? Żywa woda… Żadna opętańcza wizja nie była zbyt szalona, by nie móc stać się prawdą gdzieś tam, w bezliku możliwych światów. 

Na Ganimedesa wyruszą lepiej przygotowani a przede wszystkim uzbrojeni, biorąc przykład z nowożytnych kolonistów, którzy nie piórem i kałamarzem, ale strzelbą i rapierem zdobywali nowe lądy.

Wyłączył telewizor i spojrzał na oprawione zdjęcie, jedno z wielu, które trzymał na biurku. Była na nim uśmiechnięta pięciolatka trzymająca w dłoniach zdalnie sterowany model rakiety kosmicznej, który podarował jej na urodziny.

Sposępniał i zacisnął szczęki.

Miał nadzieję, że bomba dokonała znacznych zniszczeń w tym pieprzonym… czymkolwiek to było.

– Podbijemy Ganimedesa. Zdobędziemy Tytana. Na Europę też wrócimy, obiecuję – wyszeptał. – I nie przetrwa tam już nic, co mogłoby nam zagrozić.

Koniec

Komentarze

No i jest! 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Na pewno ciekawe SF.

Bohaterowie fajni, zróżnicowani, mają swoje charakterki.

Pomysł na obcego też niczego sobie.

Czytałam z zainteresowaniem, zwłaszcza w końcówce. Dobrze wykorzystałeś te 80 koła znaków.

Zostało Ci trochę literówek i podobnych babolków. Nie wypisywałam wszystkich.

Miał drugi dzień od lądowania.

Literówka.

nie dając pozostałym zobaczenia tego, co sam dostrzegł.

Coś się posypawszy.

Około pięć procent przypadków wymagało większej opieki.

Większej od czego?

krwi, która w stanie nieważkości zaczęła płynąć w odwrotnym kierunku.

To S czy F? W końcu są zastawki w sercu, budowa żył utrudnia drugi kierunek ruchu.

Zamontują wtedy spuszczoną batyskaf.

Literówka.

Babska logika rządzi!

No i jest pierwszy komentarz – dlaczego nie zaskoczyło mnie to, kto go napisał? ;) 

 

Na pewno ciekawe SF.

O to przede wszystkim chodziło! :) 

 

Bohaterowie fajni, zróżnicowani, mają swoje charakterki

A to była sorawa numer dwa. Zwykle mam problem w kreacji wielu bohaterów w jednym opowiadaniu, ale w sumie tutaj miałem na to miejsce. 

 

Czytałam z zainteresowaniem, zwłaszcza w końcówce. Dobrze wykorzystałeś te 80 koła znaków

Końcowke to nawet pisałem z bijącym sercem. XD

 

Zostało Ci trochę literówek i podobnych babolków. Nie wypisywałam wszystkich.

A myślałem, że większość wyłapałem… kurdelebele. 80tys. znaków to jednak długość trudna do opanowania w pojedynkę. Może, jakbym dał tekstowi miesiąc odleżeć… 

 

To S czy F? W końcu są zastawki w sercu, budowa żył utrudnia drugi kierunek ruchu

No, też mnie to zdziwiło, kiedy o tym przeczytałem, ale serio zdarzały się takie sytuacje u astronautów, którzy przebywali długo w kosmosie. 

 

Dzięki za komentarz! Doceniam to, serio, bo to kupa czasu przy tekście takiej długości. 

No, jeszcze jest komentarzyk Marasa. :-)

Babska logika rządzi!

Wpis marasa traktuję jako zapowiedź komentarza. :P

Słusznie traktujesz. 

Uprzedzając potencjany płacz i zawodzenie – dałem klika do biblioteki, bo przeczytałem opowiadanie i chcę dać mu klika. A komentarz się pisze i dokończę go wolnej chwili. Zresztą, po co ja się tłumaczę ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dobrze, dobrze, liczymy na ten komentarz. :) 

Na pewno pozwoli on poprawić to i owo, a przynajmniej pokaże, dlaczego nie tak łatwo iść w fantastyki naukowe. 

Dzięki, Gakikaro, za podjęcie wyzwania, z którego, moim zdaniem, wróciłeś z tarczą. Myślę, że znajdzie się wielu zadowolonych czytelników, którzy docenią Twoje opowiadanie i dadzą temu odpowiedni wyraz. Oczywiście sporą część odstraszy liczba znaków (pojechałeś), ale dla równowagi może ich zachęcić Twój wcześniejszy dorobek na portalu.

A wracając do wyzwania i jego realizacji. Mamy wreszcie na portalowej pustyni opowiadanie science-fiction w klasycznym, kosmicznym wydaniu, jakich wśród zamieszczanych tutaj tekstów spotykamy niewiele i na tej płaszczyźnie odpowiedziałeś na moje wołanie na puszczy i biadolenie (a także zapotrzebowanie) bardzo konkretnie.

Bardzo mnie cieszy, że potraktowałeś kwestię owego science z należytą powagą, wspierając się researchem i wiedzą zorientowanych w odpowiednich dziedzinach beta czytaczy. Ten wysiłek z pewnością się opłacił, bo na poziomie merytorycznym nie mam się czego czepiać (przynajmniej ze swoją ograniczoną wiedzą). Oczywiście kilka dupereli zawsze się znajdzie (np. liczę na to, że pobieżnie posprawdzałeś i synchronizowałeś te okienka komunikacyjne z rzeczywistym obiegiem Europy wokół Jowisza itd., chociaż odniosłem wrażenie, że przez większość czasu dla dobra fabuły było one zamknięte i trochę dziwi [jakoś tam wyjaśniony w opowiadaniu] brak jakiegoś przekaźnika przy tak kosztownej i ważnej dla ludzkości misji).

Także świat przedstawiony zastanowił mnie w jednym względzie – umieściłeś akcję w przyszłości oddalonej od nas o dobre 90 lat, a w użyciu wciąż mamy laptopy, tablety itp. Nie jest to oczywiście żaden anachronizm czy błąd, ale jednak spoglądając w przeszłość na urządzenia stosowne i powszechne (a także ich nazewnictwo) w latach 30. tych minionego wieku, ta różnica jest spora i można się pokusić o jakieś bardziej wymyślne sprzęty (osobiście uciekam w neutralne panele, terminale, ekrany, monitory czy wyświetlacze itp.).

A wracając jeszcze do gatunkowego enturażu. Mamy tutaj wyprawę na inne ciało niebieskie (fajnie, że trzymając się niejako tej naukowości, eksplorujesz akurat Układ Słoneczny i nie zapuszczasz swojej załogi gdzieś, gdzie może się wydarzyć wszystko a naukę można całkiem zawiesić na kołku, jeśli wiesz co mam na myśli), mamy załogę składającą się (jak nakazuje klasyka gatunku poczynając np. od załogi Nostromo) z różnorodnych i dosyć charakterystycznych postaci, a każda z nich ma jakieś swoje tajemnice i barwną przeszłość, wpływające potem na wydarzenia opisane w opowiadaniu. Jest statek kosmiczny, jest rozmach międzyplanetarnego zaplecza (Mars, Księżyc itd.) i tylko trochę szkoda, że nie pokusiłeś się o więcej detali na temat samego statku, który, zważywszy na ładunek, musiał być potężny (i trochę dziwi, że lądował na powierzchni Europy, a nie korzystał z jakichś lądowników), jest badanie obcego i tajemniczego środowiska, jest podwójne dno/cel misji, są obce formy życia, jest trochę koniecznej technogadki i nawijki pseudonaukowej trzymającej się wiedzy i sensu na tyle, że czytelnik powinien być usatysfakcjonowany i skłonny zawiesić niewiarę. O to chodziło. Jest nawet ukryta sugestia jakiejś tajemniczej ingerencji w opisane obce formy życia oraz ekologiczne przesłanie na temat niszczenia rodzimej planety, a także niewyjaśniona do końca zagadka pierwszego statku i wydarzeń, które doprowadziły do jego zniszczenia i przeniesienia części załogi pod wodę.

Powiem Ci co mi się najbardziej spodobało w tym tym opowiadaniu – to są detale, fragmenty, w których Gekikara wykazuje się wyobraźnią w opisie scen iście filmowych i bardzo prawdziwych – przede wszystkim techniczne momenty, gdy np. Azjata otwiera luk na dnie wierconego szybu i pokazuje biolożce świecący lód, albo gdy technicy odłączają nieużyteczne już wiertło i spuszają je na dno wcześniej sprawdzając wszystko i posługując się dwoma kluczykami. To są właśnie te drobiazgi, które najlepiej budują klimat i wiarygodność historii.

Z kolei od strony kompozycyjnej/technicznej zastosowałeś kilka udanych zabiegów – np. dyskretnie wywołując napięcie fabularne – bohaterowie logicznie rozumują, wychodząc od mechanizmów obronnych Żagla, że przed kimś musi się on bronić w tym środowisku i zapowiadają tym samym obecność czegoś większego i groźnego, podczas gdy nasz pierwszy bohater z tv szykuje się właśnie do podróży batyskafem przez obcą otchłań… Ogólnie można powiedzieć, że to fabuła jakby filmowa i fajnie, że pokusiłeś się akurat o thriller sensacyjny w klimatach s-f. Rzadkość to na portalu.

Jeśli ja miałbym pokusić się o jakieś porównania (bo chyba lubię porównywać) to z pewnością przychodzi mi do głowy portalowe opowiadanie Bellatrix „Encephalodus path y” – jeśli nie czytałeś, przeczytaj i sprawdź, czy przyznasz mi rację. Poza tym widze tu śladowe ilości „Bramy jego twarzy, lampy jego ust” Zelaznego, szczyptę filmowego „Armageddonu” (kosmiczny górnik) czy „The Abyss” (żołnierz, który nerwowo reaguje na obce formy życia pod wodą).

To, co jest wartością dodaną do opowiedzianej historii, to m.in. kilka tropów (wspomniana wyżej wzmianka o możliwości nienaturalnego pochodzenia obcych) i przede wszystkim wielkie niedopowiedzenie w finale. Czy załoga Asteriona II zaprzepaściła niesamowitą szansę na odnalezienie nowego świata/domu dla ludzkości? Świata dziwnie i tajemniczo wręcz przystosowanego do jej potrzeb? A może rację miała biolożka Shannon, podejrzewając niecne zamiary urabiającego ludzi na własne podobieństwo bloba, który dziwnym trafem przypasował do ziemskiej fauny? Dosyć sarkastyczne w swojej wymowie zakończenie, jakby sugeruje mimo wszystko pierwszą możliwość, ale nie do końca. To dobrze, pozostawiłeś bowiem czytelnika z nierozwianymi do końca wątpliwościami. Wzdrygamy się na takie metamorfozy pod wpływem obcego, nawet jeśli miałyby być one w ostatecznym rachunku korzystne dla nas. Pewnie nawet osoby czekające na przeszczep serca, które uratuje im życie, czuję chyba pewien dyskomfort w obliczu podłączenia do ich organizmu obcego narządu, a co dopiero powiedzieć o przeróbkach międzygatunkowych z obcymi w tle?

À propos zakończenia, mam jeszcze jedno pytanie – czy Rosjanin w końcu wysadził statek (wybierając guziki), czy tylko wysłał wiadomość, a za eksplozję Astariana odpowiadają wybuchowe rybopająki? To też pozostaje kwestią niedomkniętą (albo nie załapałem).

Jeśli mi czegoś zabrakło od strony merytorycznej, to może oparcia całej fabuły na jakimś pomyśle naukowym, będącym twórczym rozwinięciem jakiejś ciekawej koncepcji naukowej. Ty raczej korzystasz z otoczki s-f, a nie budujesz na niej sam koncept opowieści (jak to robi np. Chiang rozpatrując np. w „Wydechu” co by było, gdyby rozwinąć i zrealizować literacko świat ściśle oparty na drugiej zasadzie termodynamiki itp.). No ale Chiang to już jest s-f najwyższego levelu i tutaj nie tylko trzeba siedzieć głęboko w temacie, aby swobodnie konstruować własne teorie i realizacje na kanwie istniejących hipotez. A nie robić research dla uwiarygodnienia warstwy naukowej tekstu (jak my, małe żuczki to robimy). Nie mogę więc narzekać i wymagać takich cudów.

Mogę za to ponarzekać na inne rzeczy. Na przykład czy nie za szybko pani kapitan decyduje się na pozostanie w obcym świecie, podwodnym, pełnym dziwnych form życia, świecie, który zgładził poprzednią misję, z jego zagrożeniami? Nie za szybko i łatwo przyjmuje za pewnik, że w wodzie naprawdę pływa sobie jej zaginiony przed dekadą ojciec? (wiem, rzucasz nam wcześniej różne tropy uzasadniające to zachowanie – a to Ziemia jest zniszczona i nie ma dla niej nadziei, a to córka bardzo kochała ojca i za nim tęskni, a to pogadali sobie chwilę i uwierzyła, a to zapewnia resztę załogi, że go wypytała odpowiednio i jest pewna, że to on itd. [poniżej Finkla przypomina mi jeszcze wyraźnie zaznaczoną możliwość zainfekowania kapitan blobem]. Ale sam przyznasz, że to nie powinno być takie proste – uwierzyć, że 10 lat po poprzedniej misji, uznanej za zakończoną katastrofą, można spotkać nadal żywego ojca, gdzieś kilometry pod wodą, w środowisku obcego księżyca, i to ojca oddychającego w wodzie pełnej obcych form życia, ojca odmienionego wewnętrznie itd. To nie jest kwestia na kilka minut rozmowy. To jej bezgraniczne zaufanie i nieostrożność (zwłaszcza że to dowódca misji) nie są zbyt wiarygodne (pomijając fakt, że, jak wynika z moich obliczeń, była bardzo młoda jak na kapitan statku pociągająca z butelki niczym stary wilk morski). Edit. No i jeszcze mamy (chyba) sugerowany intymny związek kapitan z Shannon – czy kapitan nie porzuca Shannon zbyt łatwo, a Shannon nie staje przeciw kapitan zbyt szybko?

Mogę również trochę ponarzekać na sytuację, gdy po uśpieniu kapitan i jej ojca, doświadczony rosyjski „żołnierz” oraz reszta załogi pozostawiają jedyną na statku broń przy obezwładnionej kapitan, a samą kapitan bez żadnego nadzoru. Ok niby wstała za wcześnie, ok, sytuacja była dynamiczna i zaskakująca, ale tym bardziej dziwi, że w takich okolicznościach zostawili jej pistolet!!??? Mogę również zapytać, czy na takiej misji normą są filiżanki do kawy (potem się przemieniają w kubki) albo jakieś miski (wykorzystane na wymioty). Ale to duperele. Bardziej mnie dziwi ta swoboda i wymienność w posługiwaniu się jednostkami miar. Raz są metry i kilometry, potem mile (chyba nie chodzi o mile morskie?) i chyba stopy nawet gdzieś mi śmignęły. Takich niedopieszczonych detali jest więcej.

Technicznie jest dobrze. Może wygładziłbym niektóre zdania, a inne lekko odciążył z ich lekkiej infodumpowatości. Są w tekście i takie zdania/stwierdzenia, które cierpią na nadmiar zbędnych słów. Podam przykład: „realizacji celu misji". Czyż nie wystarczyłoby same „realizacji celu” lub „realizacji misji"? Lekkie masło maślane. Miałem też wrażenie lekkiej chropowatości i niepłynności pewnych zdań i opisów. Ale to także subiektywne odczucie. Za to odnośnie kompozycji konkretnie mogę wskazać pewne mielizny – w pewnym momencie lekko przyspieszasz (np. dosyć poczciwy Isajev nagle dostaje kopa od Autora i staje się niemal porucznikiem Coffeyem z „The Abyss"). No i największy zarzut – scena kluczowa, najbardziej dramatyczna i emocjonalna, która powinna być opisana w czasie rzeczywistym i z detalami oraz przeżyciami bohaterów, czyli spotkanie kapitan z ojcem, jest… zrelacjonowana przez zamkniętego w areszcie Isajeva w kilku zdaniach!!!! Poza tym wydarzenia finałowe przyspieszają i odbywają się jakby zbyt gwałtownie, jeśli porównamy je do długiej ekspozycji i nawet po uwzględnieniu ich zamierzonej dynamiki. Zrób sobie taki eksperyment – wybolduj sobie kluczowe sceny z finału (poza „epilogiem” Admirał) i cały tekst pomniejsz do tyci czcionki. To dobra wizualizacja tego, ile miejsca zajmują na tle opowieści najważniejsze wydarzenia i sceny. W mojej opinii wypadałoby dodać ze 20 tys. znaków na zachowania równowagi w tekście i tempa z pierwszej i środkowej części w finałowej partii. Dla Harmonii, Równowagi, Kompozycji itd. Uwagę mam także do Twoich przejść z retrospekcji do teraźniejszości. Kilka razy miałem lekką zawiechę, gdy wracałeś gwałtownie z przeszłości do narracji bieżącej i jakoś to niefortunie się odbywało. Chyba nawet podmiot się zawieruszał.

Ogólnie jestem jednak usatysfakcjonowany jako czytelnik. Napisałeś interesujące opowiadanie s-f, stworzyłeś ciekawą historię, fajnych bohaterów, nieco nas postraszyłeś i połechtałeś za uchem fana s-f tymi rasowymi detalami we wspomnianych już opisach i scenach, w których poczułem najmocniej ów świat, statek kosmiczny, szyb wiercony w lodzie Europy itd. Jezykowo, technicznie jest to także solidna robota i niewiele można opowiadaniu zrzucić (poza niechlujnością – masz mnóstwo literówek, część wyłapałem). Jeśli coś jeszcze przyjdzie mi do głowy, dodam w edycji komentarza.

 

Poniżej garść moich drobnych wątpliwości i przykładów różnego rodzaju błędów:

 

Dwieście pięćdziesiąt sześć dni w zerowej grawitacji, tysiące posiłków z tubki (…) 

 

– ile razy dziennie on jadł podczas tych 256 dni skoro tubki szły w tysiące?

 

W rzeczywistości stanowiła jedno rozciągnięte przez tygodnie oczekiwanie.

terramorfowanie byłoby długotrwałe, rozciągnięte przez stulecia.

 

– dwa razu używasz tej dziwnej konstrukcji "rozciągnięte przez…". Ja użyłbym raczej "ciagnące się tygodniami"; "rozciągnięte na stulecia".

 

Wydawać by się mogło, że po tak długim czasie we własnym towarzystwie, zżyją się ze sobą i będą sobie bliscy prawie jak rodzina. Tymczasem stało się na odwrót.

 

– sięgając do opracowań na temat lotów kosmicznych i badań nad nimi powinieneś wiedzieć, że eksperymenty rosujskich naukowców (i nie tylko) wyraźnie wskazuję na zjawisko wręcz odwrtone – ludzie zamknięci razem w ograniczonej przestrzeni an długi czas mają ochotę sie pozabijać a nie tworzyć rodziny. Skąd zatem to zdziwienie?

 

 

jeden smutniejszy od drugiego, jakby wracali z pogrzebu ulubionej prostytutki

 

Osiem miesięcy długich jak noc z nastoletnią Chinką w dzielnicy czerwonych latarni

 

– ok, wiem, że to umyślny zabieg, mając na celu zaindywidualizowac styl myślenia, mówienia bohaterów. Ale jednak pomijając fakt, że akurat takie teksty mi sie nie kojarzą z Azjatą (myśle steoretypami widocznie) to jednak te porówania są dosyć… kontrowersyjne i obleśne (zwłaszcza to drugie).

 

Czyli zadziało.

 

– literówka

 

uprawdopodobnic

 

– literówka

 

mózgowy z MAK

 

– literówka

 

(…) nie próbowało uciec, tylko spokojnie unosił się w wodzie, trzepocząc dwoma rzędami krótkich płetw.

 

– literówka w unosiło

 

Może tam być życie, a jeśli byłoby oni przy okazji…

 

– literówka, ono nie oni

 

na układ nerwowy gatunku w innej planety?

 

– literówka z nie w 

 

Ona była zbytnio skupiona ma karierze,

 

– literówka na nie ma

 

przez zewnętrzną śluzą tunelu

 

– literówka ę nie ą

 

uderzyła o metalową powierzchnię ściany kabiny, powędrować prosto

 

– literówka: powędrowała

 

I Przeżyłem…

 

– literówka

 

rozkazuje wam

 

– literówka

 

Byli najdalej jak dotychczas zapuścił się człowiek (…)

 

– chyba dwukrotnie napotkałem podobne okreslenie. Można to wyrazić i napisać zgrabniej. "Najdalej jak dotychczas zapuścił się człowiek" to jakiś koszmarek językowy.

 

Dowodzenie Asterionem II dla Dakoty Bernan było spełnieniem marzeń. 

 

– szyk bym zmienił: Dowodznie Asterionem II było dla Dakoty (…)

 

a jeszcze później widok usychającej z rozpaczy matki, która w końcu przedawkowała antydepresanty.

Niepotrzebnie wyładowała złość na Shannon. Nie umiała postępować z ludźmi, których kochała.

 

 – po pierwsze trochę dziwnie zaczynasz w rozdział dotyczący kapitan. Mamy towarzyszyć jej myślom, podobnie jak w przypadku pozostałych, ale w jej życiorys wprowadzasz nas inaczej, jakbyśmy czytali jej biografię, albo przyglądali się kapitan z punktu widzenia innej osoby. Poza tym można się pomylić o kogo chodzi w powyższym fragmencie. Mówisz o matce, depresantach, złości na Shannon i jest konsternacja lekka czy to dalej o matce, czy już o kapitan. To jest jedno z tych niezgrabnych przejść z retrospekcji/wspomnień do teraźniejszości, o których wspominałem.

 

Maszyna zanurzała się coraz głębiej mimo wysiłków Shannon i Turnera, by zostać możliwie blisko odwiertu.

 

– dałbym "trzymać" nie "zostać", zostać to np. na kursie, ale wtedy raczej pozostać.

 

Nie martw się, w razie co wyciągniemy was (…)

 

– chyba "w razie czego"

 

za to mnóstwo narządów nie podobnych do czegokolwiek na Ziemi.

 

– nie powinno być niepodobnych?

 

Kapitan Bernan była osobą twardo stąpającą po Ziemi i znalazła kilka wyjaśnień halucynacji, jakich doświadczyli Turner i Shannon, łącznie ze zbiorową histerią oraz zwykłym żartem, w który sami uwierzyli pod wpływem emocji.

 

– tutaj mi coś zgrzyta konstrukcyjnie i logicznie. Zamiast "łacznie ze" dałbym coś w stylu "w tym zbiorową…" albo "włączając zbiorową…"

 

 

Wiele razy przechodziła testy podatności na uzależnienia, zawsze z pozytywnym wynikiem.

 

– mi się testy pozytywne kojarzą z czymś niekorzystnym. Na przykład pozytywny test na HIV to nie jest powód do radości.

 

 

odpowiadał za stan monitoringu na całym pokładzie i przy okazji zapewnił sobie dostęp do obrazu rejestrowanego przez każdą z nich, nawet przez te obecne w kabinie kapitan.

 

– zgubiłeś gdzieś kamery w tym zdaniu

 

 

w poruszaniu się w niskiej grawitacji, do czego poruszał się (…)

 

– za dużo tego poruszania

 

Shannon drżącymi dłońmi wprowadziła komendę na klawiaturze urządzenia i sześć ekranów ulokowanych nad urządzeniem wyświetliło wynik badania.

 

– za dużo tych urządzeń

 

 

Otwieraj, słyszysz!

 

– dałbym: Otwieraj! Słyszysz? – w końcu to pytanie na końcu i wypada postawić znak zapytania.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Szybkie przejście pani kapitan na stronę blobów mnie nie dziwi – została zainfekowana i już nie jest sobą.

– ile razy dziennie on jadł podczas tych 256 dni skoro tubki szły w tysiące?

Też mnie to zastanowiło, ale doszłam do wniosku, że to może być kilka tubek na posiłek; zupka, drugie danie, deserek…

Babska logika rządzi!

Dobra, zacznę od końca. 

 

Dzięki, Marasie, za uwagi – kolejni czytelnicy już tych błędów nie uświadczą. Poprawiłem też nieco moment przejścia w retrospekcji Bernan, chociaż mnie tam nic nie zgrzytało, ale ja tam lubię takie przemieszania, o czym już chyba wiecie. 

 

Dzięki, Gakikaro, za podjęcie wyzwania, z którego, moim zdaniem, wróciłeś z tarczą

Uff. 

 

Myślę, że znajdzie się wielu zadowolonych czytelników, którzy docenią Twoje opowiadanie i dadzą temu odpowiedni wyraz. Oczywiście sporą część odstraszy liczba znaków (pojechałeś), ale dla równowagi może ich zachęcić Twój wcześniejszy dorobek na portalu.

A zaraz ktoś napisze, żeby dopisać jeszcze z 20 tys znaków. ;) 

 

A wracając do wyzwania i jego realizacji. Mamy wreszcie na portalowej pustyni opowiadanie science-fiction w klasycznym, kosmicznym wydaniu, jakich wśród zamieszczanych tutaj tekstów spotykamy niewiele i na tej płaszczyźnie odpowiedziałeś na moje wołanie na puszczy i biadolenie (a także zapotrzebowanie) bardzo konkretnie.

I miejmy nadzieję, że nie tylko ja na nie odpowiem. 

 

liczę na to, że pobieżnie posprawdzałeś i synchronizowałeś te okienka komunikacyjne z rzeczywistym obiegiem Europy wokół Jowisza itd., chociaż odniosłem wrażenie, że przez większość czasu dla dobra fabuły było one zamknięte i trochę dziwi [jakoś tam wyjaśniony w opowiadaniu] brak jakiegoś przekaźnika przy tak kosztownej i ważnej dla ludzkości misji

Właśnie tak było, choć też mogłem się pomylić.

Co do braku przekaźnika sądzę, że przy misji tak odległej, nie wykosztowaliby się na przekaźnik. Weź pod uwagę, że opóźnienie w jedną stronę wynosi ponad 40 minut, więc nawet jak ktoś wysłałby pilną wiadomość na Ziemię, to jeśliby Ziemia odpowiedziała natychmiast – dostałby odpowiedź za półtorej godziny. W przypadku takiej misji astronauci będą zdani tylko na siebie. 

 

Także świat przedstawiony zastanowił mnie w jednym względzie – umieściłeś akcję w przyszłości oddalonej od nas o dobre 90 lat, a w użyciu wciąż mamy laptopy, tablety itp. Nie jest to oczywiście żaden anachronizm czy błąd, ale jednak spoglądając w przeszłość na urządzenia stosowne i powszechne (a także ich nazewnictwo) w latach 30. tych minionego wieku, ta różnica jest spora i można się pokusić o jakieś bardziej wymyślne sprzęty (osobiście uciekam w neutralne panele, terminale, ekrany, monitory czy wyświetlacze itp.).

Myślałem o tym, ale uznałem, że w pewnej formie urządzenia te przetrwają.

Jasne, jak spojrzymy na lata 30 ubiegłego wieku, to widzimy ogromny przeskok, ale przy okazji trafiamy na czas rewolucji technologicznej. Może jestem pesymistą, ale sądzę, że taki moment gwałtownego rozwoju mamy już za sobą. Takie PC pojawiły się na początku lat siedemdziesiątych i po 50-ciu latach nadal mają się dobrze. Zmienił się trochę wygląd, zmieniły się możliwości, ale nadal jest monitor, klawiatura i jednostka centralna. 

 

Jest statek kosmiczny, jest rozmach międzyplanetarnego zaplecza (Mars, Księżyc itd.) i tylko trochę szkoda, że nie pokusiłeś się o więcej detali na temat samego statku, który, zważywszy na ładunek, musiał być potężny (i trochę dziwi, że lądował na powierzchni Europy, a nie korzystał z jakichś lądowników)

Miałbym pewną trudność w opisaniu statku, poza tym uznałem, że nie to było najistotniejsze. Poświęciłem za to sporo miejsca na sposób odwiertu – i to właśnie cały ten kompleks zajmował najwięcej miejsca, więc bez sensu byłby lądownik (moim zdaniem) bo cała ta część i tak zostałaby na Europie i stratek w drogę powrotną wystartowałby o wiele lżejszy. A i pokonanie przyciągania Europy nie jest takim wyzwaniem, jak przyciąganie ziemskie. 

 

Jeśli ja miałbym pokusić się o jakieś porównania (bo chyba lubię porównywać) to z pewnością przychodzi mi do głowy portalowe opowiadanie Bellatrix „Encephalodus path y” – jeśli nie czytałeś, przeczytaj i sprawdź, czy przyznasz mi rację

I następny tekst do kolejki. 

 

Czy załoga Asteriona II zaprzepaściła niesamowitą szansę na odnalezienie nowego świata/domu dla ludzkości? Świata dziwnie i tajemniczo wręcz przystosowanego do jej potrzeb? A może rację miała biolożka Shannon, podejrzewając niecne zamiary urabiającego ludzi na własne podobieństwo bloba, który dziwnym trafem przypasował do ziemskiej fauny? […]À propos zakończenia, mam jeszcze jedno pytanie – czy Rosjanin w końcu wysadził statek (wybierając guziki), czy tylko wysłał wiadomość, a za eksplozję Astariana odpowiadają wybuchowe rybopająki? To też pozostaje kwestią niedomkniętą (albo nie załapałem)

Pytania celowo pozostawione jako otwarte. Może odpowiem na część z nich w jakiejś kontynuacji, ale znając życie, nawet, jeśli ona powstanie, to przyniesie więcej pytań niż odpowiedzi. :P

 

Jeśli mi czegoś zabrakło od strony merytorycznej, to może oparcia całej fabuły na jakimś pomyśle naukowym, będącym twórczym rozwinięciem jakiejś ciekawej koncepcji naukowej. Ty raczej korzystasz z otoczki s-f, a nie budujesz na niej sam koncept opowieści (jak to robi np. Chiang rozpatrując np. w „Wydechu” co by było, gdyby rozwinąć i zrealizować literacko świat ściśle oparty na drugiej zasadzie termodynamiki itp.). No ale Chiang to już jest s-f najwyższego levelu i tutaj nie tylko trzeba siedzieć głęboko w temacie, aby swobodnie konstruować własne teorie i realizacje na kanwie istniejących hipotez. A nie robić research dla uwiarygodnienia warstwy naukowej tekstu (jak my, małe żuczki to robimy). Nie mogę więc narzekać i wymagać takich cudów.

Ja jestem przebrzydłym humanistą i mogę pokusić się na oparciu opowiadania na jakiś koncepcjach teologicznych (jak w Benie) albo filozoficznych (jak w tym na Wiedźmy, które betowales) ale na fizykę jestem za cienki. To był szczyt moich możliwości w tym zakresie. 

 

Na przykład czy nie za szybko pani kapitan decyduje się na pozostanie w obcym świecie, podwodnym, pełnym dziwnych form życia, świecie, który zgładził poprzednią misję, z jego zagrożeniami?

Ona jest już pod wpływem Wody. 

 

Nie za szybko i łatwo przyjmuje za pewnik, że w wodzie naprawdę pływa sobie jej zaginiony przed dekadą ojciec?

Pytanie, czy ona w to wierzy, czy chce wierzyć. 

Spotyka daleko od Ziemi istotę, która wygląda jak jej ojciec. Może się wydawać, że człowiek w takiej chwili zachowałby trzeźwy osąd, ale wydaje mi się, że doznałby takiego szoku, że wyłączyłoby się jego logiczne myślenie. Jestem zdania, że ludzie to nieracjonalne istoty, które tylko wmawiają sobie, że podejmują decyzje przy pomocy rozumu. 

 

Shannon nie staje przeciw kapitan zbyt szybko?

Ależ ona nie staje przeciw kapitan – najpierw chce jej udowodnić, że z jej ojcem jest coś nie tal, żeby odwieść ją od pomysłu zostania na Europie. Potem sama jest zaskoczona odkryciem, że Bernan jest przejęta przez Wodę. Ale ona nie chce zrobić kapitan krzywdy.

 

Mogę również trochę ponarzekać na sytuację, gdy po uśpieniu kapitan i jej ojca, doświadczony rosyjski „żołnierz” oraz reszta załogi pozostawiają jedyną na statku broń przy obezwładnionej kapitan, a samą kapitan bez żadnego nadzoru. Ok niby wstała za wcześnie, ok, sytuacja była dynamiczna i zaskakująca, ale tym bardziej dziwi, że w takich okolicznościach zostawili jej pistolet!!???

To wielkie niedopatrzenie ze strony moich bohaterów, którzy liczyli na to, że spokojnie wrócą do kabiny kapitan, nim ta wstanie. Poza tym kto miałby wziąć tę broń? Oni sobie nawzajem do końca nie ufają. No i zabranie broni to byłby już prawdziwy bunt. Krok bez odwrotu. 

 

Mogę również zapytać, czy na takiej misji normą są filiżanki do kawy (potem się przemieniają w kubki) albo jakieś miski (wykorzystane na wymioty).

Czemu mieliby ich nie zabrać, skoro liczyli na to, że dwa tygodnie będą funkcjonować w grawitacji? Zajmują niewiele miejsca, a dają namiastkę normalności. 

 

Raz są metry i kilometry, potem mile (chyba nie chodzi o mile morskie?) i chyba stopy nawet gdzieś mi śmignęły.

Mile padają tylko raz – z ust Bernan, która jak imię wskazuje, jest Amerykanką. 

Stopy padają tylko w sensie stopów metalu, albo w sensie anatomicznym. :P

 

No i największy zarzut – scena kluczowa, najbardziej dramatyczna i emocjonalna, która powinna być opisana w czasie rzeczywistym i z detalami oraz przeżyciami bohaterów, czyli spotkanie kapitan z ojcem, jest… zrelacjonowana przez zamkniętego w areszcie Isajeva w kilku zdaniach!!!! Poza tym wydarzenia finałowe przyspieszają i odbywają się jakby zbyt gwałtownie, jeśli porównamy je do długiej ekspozycji i nawet po uwzględnieniu ich zamierzonej dynamiki

Z jednej strony to prawda, z drugiej – gdybym miał zroznowazyc tekst, musiałbym wyciąć coś wcześniej, a uważam, że dopiero wtedy opowiadanie by straciło. Za to dodanie 20tys znaków byłoby samobójstwem. :P

Poza tym jest coś jeszcze. Chciałem te wydarzenia pokazać z boku, właśnie po to, by pozostawić pole dla niejednoznaczności. Wszystkie karty mamy w ręku w momencie kiedy pojawia się Greemberg. Potem nadchodzi moment rozdania. 

Oczywiście, rozumiem Twoje stanowisko i masz sporo racji. Wystarczy powiedzieć, że z początku zamierzałem, by każdy bohater miał swój fragment. 

 

Jezykowo, technicznie jest to także solidna robota i niewiele można opowiadaniu zrzucić (poza niechlujnością – masz mnóstwo literówek, część wyłapałem). Jeśli coś jeszcze przyjdzie mi do głowy, dodam w edycji komentarza.

Żeby opowiadanie wyglądało schludnie, potrzebne by mi było jeszcze albo dużo czasu (z niewiadomym efektem), albo trochę pomocy, więc zdany jestem na pracę z komentarzami z Poczekalni – i obiecuje wprowadzać poprawki migiem. :) 

 

ile razy dziennie on jadł podczas tych 256 dni skoro tubki szły w tysiące

Pięć posiłków dziennie, liczyć na to, że każdy to więcej niż jedna tubka (wyobrażałem to sobie trochę tak, jak Finkla)…

 

sięgając do opracowań na temat lotów kosmicznych i badań nad nimi powinieneś wiedzieć, że eksperymenty rosujskich naukowców (i nie tylko) wyraźnie wskazuję na zjawisko wręcz odwrtone – ludzie zamknięci razem w ograniczonej przestrzeni an długi czas mają ochotę sie pozabijać a nie tworzyć rodziny. Skąd zatem to zdziwienie?

Dlatego koniec końców chcą się pozabijać, ale wyobrażenia Shannon były inne. 

 

ok, wiem, że to umyślny zabieg, mając na celu zaindywidualizowac styl myślenia, mówienia bohaterów. Ale jednak pomijając fakt, że akurat takie teksty mi sie nie kojarzą z Azjatą (myśle steoretypami widocznie) to jednak te porówania są dosyć… kontrowersyjne i obleśne (zwłaszcza to drugie).

 I taki właśnie jest Kazuyoshi! Nawet sam o tym mówi. 

 

 po pierwsze trochę dziwnie zaczynasz w rozdział dotyczący kapitan.

Jej życiorys ważny jest dla fabuły. :) 

 

Dzięki Marasie za poświęcony czas i komentarz, i uwagi, które – jak się spodziewałem – wyszły opowiadaniu na dobre. 

Trochę poczekam pewnie na kolejnego czytelnika, ale cieszę się, że Tobie się spodobało. :) 

Tak. Podobało mi się.

 

Co do braku przekaźnika sądzę, że przy misji tak odległej, nie wykosztowaliby się na przekaźnik. Weź pod uwagę, że opóźnienie w jedną stronę wynosi ponad 40 minut, więc nawet jak ktoś wysłałby pilną wiadomość na Ziemię, to jeśliby Ziemia odpowiedziała natychmiast – dostałby odpowiedź za półtorej godziny. W przypadku takiej misji astronauci będą zdani tylko na siebie. 

 

Biorąc jednak pod uwagę wagę tej misji (i jej ukryty cel), każda informacja wysłana na Ziemię mogła być bezcenna (zwłaszcza gdy mamy w pamięci tajemniczą katastrofę sprzed dekady). Pozostawinie małego przekaźnika gdzieś po drodze to nie jest żaden wydatek przy misji za tyle miliardów i przy takim jej znaczeniu. Ale rozumiem, że to zabieg umyślny dla zwiększenia napięcia w finale i konieczny dla Twojej fabuły.

 

Jasne, jak spojrzymy na lata 30 ubiegłego wieku, to widzimy ogromny przeskok, ale przy okazji trafiamy na czas rewolucji technologicznej. Może jestem pesymistą, ale sądzę, że taki moment gwałtownego rozwoju mamy już za sobą. Takie PC pojawiły się na początku lat siedemdziesiątych i po 50-ciu latach nadal mają się dobrze.

 

Hmm. Pamiętasz jeszcze walkamana? Pamiętasz magnetowidy? Wieże CD, mp3 palyera? Pamiętasz, że jeszcze kilka lat temu nie było tabletów, a teraz już w sumie odchodzą do lamusa? Gdzie są dziś pagery, dyskietki, gdzie jest telegraf, faks, telefaks i telegazeta? A przecież większości z nich nie było 90 lat temu, pojawiły się znacznie później i zniknęły po 20-30 latach.

 

 

Na przykład czy nie za szybko pani kapitan decyduje się na pozostanie w obcym świecie, podwodnym, pełnym dziwnych form życia, świecie, który zgładził poprzednią misję, z jego zagrożeniami?

 

Ona jest już pod wpływem Wody. 

 

No właśnie tym komentarzem zbyt dosłownie rozwiewasz ważne niedopowiedzenie.

 

 

Nie za szybko i łatwo przyjmuje za pewnik, że w wodzie naprawdę pływa sobie jej zaginiony przed dekadą ojciec?

 

Pytanie, czy ona w to wierzy, czy chce wierzyć. Spotyka daleko od Ziemi istotę, która wygląda jak jej ojciec. Może się wydawać, że człowiek w takiej chwili zachowałby trzeźwy osąd, ale wydaje mi się, że doznałby takiego szoku, że wyłączyłoby się jego logiczne myślenie. Jestem zdania, że ludzie to nieracjonalne istoty, które tylko wmawiają sobie, że podejmują decyzje przy pomocy rozumu. 

 

Pewnie czytałeś “Solaris” Lema. Tam każdy członek załogi spotkał kogoś takiego. I różne były reakcje, akceptacje czy nieakceptacje, ale nie trwało to w żadnym wypadku kilka chwil. Ale już mi odpowiedziałeś – ona była pod wpływem wody. To jednak rozwiewa pewne wątpliwości i zapytania bez odpowiedzi w finale.

 

Poza tym kto miałby wziąć tę broń? Oni sobie nawzajem do końca nie ufają. No i zabranie broni to byłby już prawdziwy bunt. Krok bez odwrotu. 

 

Liczyłem na Isajeva. Wyszkolony, z sekretną misją itd.. Bunt zresztą już się odbył. Obezwładnienie i uśpienie siłą kapitan, niewykonanie jej rozkazów itd. Zabranie w takiej sytaucji broni to moim zdaniem podstawa i oczywistość. Ale ok, powiedzmy, że byli tym wszystkim oszołomieni.

 

edit. Czy te rozdziały odnoszące się do profesji członków wyprawy, to jakieś odległe nawiązanie do “Hyperiona” Simmonsa?

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Pewnie czytałeś Solaris. Tam każdy członek załogi spotkał kogoś takiego. I różne były reakcje, akceptacje czy nieakceptacje, ale nie trwało to w żadnym wypadku kilka chwil. Ale już mi odpowiedziałeś – ona była pod wpływem wody. To jednak rozwiewa pewne wątpliwości i zapytania bez odpowiedzi w finale.

No, przecież to wynika z tekstu, wyraźnie się tą wodą zachłysnęła. Pytanie, na ile woda nią kieruje, a na ile po prostu ukazuje możliwości. :) 

Zastanawiac się można czemu zdjęła hełm i tak traktowałem twoje pytanie. 

 

Liczyłem na Isajeva. Wyszkolony, z sekretną misją itd.. Bunt zresztą już się odbył. Obezwładnienie i uśpienie siłą kapitan, niewykonanie jej rozkazów itd. Zabranie w takiej sytaucji broni to moim zdaniem podstawa i oczywistość. Ale ok, powiedzmy, że byli tym wszystkim oszołomieni

Ani Shannon, ani Turner by mu nie dali wziąć tej broni. 

Dla Shannon to był bunt dla dobra kapitan, a nie przejęcie władzy. 

 

Biorąc jednak pod uwagę wagę tej misji (i jej ukryty cel), każda informacja wysłana na Ziemię mogła być bezcenna (zwłaszcza gdy mamy w pamięci tajemniczą katastrofę sprzed dekady). Pozostawinie małego przekaźnika gdzieś po drodze to nie jest żaden wydatek przy misji za tyle miliardów i przy takim jej znaczeniu. Ale rozumiem, że to zabieg umyślny dla zwiększenia napięcia w finale i konieczny dla Twojej fabuły.

Hmm, w sumie… Ale ludzie nie docenili zagrożenia, o czym sam admirał wspomina.

 

No i tak trzeba bronić swojego tekstu. No a z tym pytaniem to racja, największe wątpliwości dotyczą jej zdjęcia hełmu na widoko czegoś, co na razie tylko przypomina jej ojca i pływa na obcym księżycu w wodzie pełnej obcych form, dziesięć lat po rzekomej śmierci, gdy statek ojca od dawna jest zniszczony.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Czy te rozdziały odnoszące się do profesji członków wyprawy, to jakieś odległe nawiązanie do “Hyperiona” Simmonsa?

Nie da się napisać rozdziałów w ten sposób, nie mając z tyłu głowy Hyperiona. :) 

Aczkolwiek to pochodna pomysłu, który mi chodzi po głowie, mianowicie przedstawienie jakiejś historii z różnych perspektyw, które zmieniają jej odbiór. 

Cześć!

 

Opowiadanie mi się podobało. Fabuła jest dobrze przemyślana, a większość postaci ma wyraziste charaktery. Udało Ci się tak zmieniać kierunek akcji i dodawać kolejne tajemnice, że opowiadanie było zaskakujące. Przeczytałam z przyjemnością. Naprawdę widać, że poświęciłeś dużo czasu na zgłębianie kwestii naukowych.

Wątpliwości miałam tylko parę.

Zaczynasz historię z perspektywy Turnera, ale po przeczytaniu całości doszłam do wniosku, że jest on postacią marginalną, choć bierze udział w buncie. Sam pomysł na jego udział w wyprawie jest fajny, ale wiedza o nim mogłaby być spokojnie zawarta w scenach z perspektywy innych postaci. Jak dla mnie najważniejszą rolę do odegrania miał Isajev i to on mógłby być bohaterem pierwszej sceny, oczywiście bez wyjaśniania jego prawdziwych motywów. Miałam trochę niedosyt, ponieważ nie wiem dlaczego doszło do bójki.

Trudno było mi uwierzyć, że na misję, od której mogły zależeć losy ludzkości wysłano tak dziwną ekipę, bo kapitan nie ma doświadczenia, ale za to ma problem z alkoholem, odwiertem ma się zajmować jakiś wulgarny, “menelowaty” gość z półświatka, do tego jest celebryta i rosyjski szpieg-paranoik. Czy ludzkość stoczyła się już tak bardzo, że nie było lepszych kandydatów? Postaci same w sobie są ciekawe, ale tak jakoś nie pasują mi do powagi misji. Czy to był z Twojej strony zamierzony zabieg, aby uniknąć stereotypowego podejścia, czy kryje się za tym jakaś teoria?

Ogólnie miałam wrażenie, że perspektyw jest za dużo jak na opowiadanie, bo żadnej postaci nie poznajemy wystarczająco dobrze. O Shannon nie wiemy prawie nic, poza tym, że ma romans z kapitan, a to przecież ona jest główną inicjatorka buntu. 

Krater. Wokół chaotycznie rozsiany las metalowych bloków, zamarzłych, pokrytych lodem, skrytych częściowo pod powierzchnią.

To nie jest uwaga, tylko chciałam się podzielić wrażeniem. Tu wyobraziłam sobie ruiny blokowiska i od razu moje myśli poszły w kierunku pozostałości po żyjącej na Europie cywilizacji, całe miasto w lodzie. Pod wpływem jednego słowa całkiem inne opowiadanie sobie dorobiłam ;)

 

W lekturze zdecydowanie przeszkadzały mi wulgaryzmy zawarte w narracji (pomimo mowy pozornie zależnej), ale to już moje osobiste wariactwo, bo po prostu ubolewam nad postępującą wulgaryzacją języka polskiego.

 

Wyłapałam parę kwestii technicznych. 

Transmisja odbierana z łazika nie pozbawiała złudzeń co do losu, jaki spotkał pierwszego Asteriona.

Zbędne “nie”.

– Gdzie Ahmad? – Kapitan Bernan prześliznęła się spojrzeniem po zebranych, z wyrazem twarzy wyrażającym lekkie niezadowolenie, czyli takim, jak zazwyczaj.

– Ja pojadę – wyrwał się Turner i sześć par oczu utkwiło w nim spojrzenie, każde wyrażające kompletne zaskoczenie tą deklaracją.

Wydaje mi się, że powinna być liczba mnoga.

 

Spotkania w mesie były częścią codziennego rytuału. W ten sposób załoga trzymała się razem. Wspólne wykonywanie prostych czynności było istotne dla budowania poczucia przynależności, a to było niezbędne do utrzymania dyscypliny i realizacji celu misji.

Wielkiej Rafie został już tylko martwy szkielet, podwodne pustkowie, jak we większości niegdyś wypełnionych życiem miejsc ma Ziemi.

Czegoś chyba brakuje na początku zdania i “martwy” moim zdaniem zbędny.

W kamerze samochodu to pojawiały się, to znowu znikały poza kadrem dwie szarobiałe sylwetki astronautów w grubych, topornych kombinezonach, ledwie pozwalających na poruszanie się.

“Z kadru” wydaje mi się bardziej logiczne.

Jeszcze siedem minut i dawka promieniowania będzie ma tyle duża, by zagrozić ich życiu.

Przeświadczenie, że i tak wszyscy zginą, którego nabyli, odkrywszy wrak pierwszego Asteriona?

Które.

Ściany tunelu zalewane odmrażaczem ma bazie metanolu, tak samo cały mechanizm.

Kapitan nie mogła dać po sobie niczego poznać, choć w jej głowie zrodziła się nieprawdopodobna, paranoiczna myśl, co do której nie chciała się przyznać, a tym bardziej  [jej] wypowiedzieć.

Właściwie to zdanie przydałoby się przeredagować, bo to co zaproponowałam też nie jest idealne.

 

– Szefowo, musi pani coś zobaczyć – odezwał się Kazuyoshi z tą swoją manierą menela ze slumsów, gdy tylko linia była wolna.

Moim zdaniem ze slumsów zbędne. 

 

– To będzie łatwiejszy lot, niż w te stronę – odpadła kapitan. – Federson ma kompetencje, a gdyby też chciał zostać, to wszyscy przeszliście szkolenie.

Przemyślałaś już to sobie – powiedziała Shannon i nie dało się nie dosłyszeć dumy urażonej kobiety w jej głosie.

A nie chodziło Ci o urażoną dumę? “Dosłyszeć”, moim zdaniem, nie bardzo pasuje.

 

Dobre opowiadanie napisałeś. Gratuluję :)

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Cześć, Alicello! 

Jakie to miłe zaskoczenie, że jednak tekst na 80 tys znaków znajduje czytelników. :) 

 

Dzięki za poprawki – już wprowadzone. Tak jak pisałem wcześniej, redakcja tak długiego tekstu to coś ponad mój poziom, więc jesteście mi wybawieniem. :) 

Super, że opowiadanie ci się spodobało, bo to oznacza, że ogrom czasu jaki mu poświęciłem, nie poszedł na marne. 

 

Zaczynasz historię z perspektywy Turnera, ale po przeczytaniu całości doszłam do wniosku, że jest on postacią marginalną, choć bierze udział w buncie. Sam pomysł na jego udział w wyprawie jest fajny, ale wiedza o nim mogłaby być spokojnie zawarta w scenach z perspektywy innych postaci. Jak dla mnie najważniejszą rolę do odegrania miał Isajev i to on mógłby być bohaterem pierwszej sceny, oczywiście bez wyjaśniania jego prawdziwych motywów. Miałam trochę niedosyt, ponieważ nie wiem dlaczego doszło do bójki.

Turner bierze udział w buncie, pierwszy też dostrzega tubylców. Ale tak, nue ma takiego znaczenia jak Shannon, Bernan czy Isajev. Przyjąłem jednak konwencję jednego rozdziału na postać i chciałem się jej trzymać. Zawsze robię sobie pod górkę jakimiś dziwnymi pomysłami. :P

Co do bójki, to po prostu któryś musiał przegiąć pałe goryczy i emocje nawarstwione orzez osiem miesięcy wylazły na wierzch. 

 

Trudno było mi uwierzyć, że na misję, od której mogły zależeć losy ludzkości wysłano tak dziwną ekipę, bo kapitan nie ma doświadczenia, ale za to ma problem z alkoholem, odwiertem ma się zajmować jakiś wulgarny, “menelowaty” gość z półświatka, do tego jest celebryta i rosyjski szpieg-paranoik. Czy ludzkość stoczyła się już tak bardzo, że nie było lepszych kandydatów? Postaci same w sobie są ciekawe, ale tak jakoś nie pasują mi do powagi misji. Czy to był z Twojej strony zamierzony zabieg, aby uniknąć stereotypowego podejścia, czy kryje się za tym jakaś teoria?

To nie tak, że oni są skrzywieni. To tal, że wszyscy ludzie są skrzywieni, ale nie wszyscy byli zbadani. :P

Zauważ, że załoga znalazła się w sytuacji takiego stresu, którego nie doświadczył nikt inny. Nie wszystko wyjdzie na testach – Bernan na ten przykład popadła w alkoholizm w trakcie wyprawy. 

Poświęcę chwilę wiekowi Bernan – nie dość, że miała ona predyspozycje rozwojowe (młode pokolenie, które jest przyzwyczajone do przebywania w kosmosie), to już wcześniej bardzo szybko awansowała, więc miała też talent. I coś najważniejszego – koneksje. Przecież Admirała traktowała jak wujka. ;) 

 

Ogólnie miałam wrażenie, że perspektyw jest za dużo jak na opowiadanie, bo żadnej postaci nie poznajemy wystarczająco dobrze. O Shannon nie wiemy prawie nic, poza tym, że ma romans z kapitan, a to przecież ona jest główną inicjatorka buntu. 

No, wydawało mi się, że można zauważyć, że troszczy się o Bernan, jest pracocholiczka, a na koniec napędzają ją te dwie rzeczy. Ale może coś nie zostało tak wyraźnie pokazane, jak chciałem. 

Hej!

 

Zauważ, że załoga znalazła się w sytuacji takiego stresu, którego nie doświadczył nikt inny. Nie wszystko wyjdzie na testach – Bernan na ten przykład popadła w alkoholizm w trakcie wyprawy. 

Poświęcę chwilę wiekowi Bernan – nie dość, że miała ona predyspozycje rozwojowe (młode pokolenie, które jest przyzwyczajone do przebywania w kosmosie), to już wcześniej bardzo szybko awansowała, więc miała też talent. I coś najważniejszego – koneksje. Przecież Admirała traktowała jak wujka. ;) 

Stres na pewno był i nawet niech będzie, że Bernan funkcję kapitana dostała po znajomości, ale Kazuyoshi mi nadal zgrzyta, chyba bo po prostu nie lubię ;)

 

No, wydawało mi się, że można zauważyć, że troszczy się o Bernan, jest pracocholiczka, a na koniec napędzają ją te dwie rzeczy. Ale może coś nie zostało tak wyraźnie pokazane, jak chciałem. 

Troski o Bernan nie odczułam, zwłaszcza że pierwsza wyrwała się do buntu. Chodziło mi też o to, że nie poznajemy przeszłości Shannon, ale zakładam, że do udziału w misji pchnęła ją pasja zawodowa.

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Stres na pewno był i nawet niech będzie, że Bernan funkcję kapitana dostała po znajomości, ale Kazuyoshi mi nadal zgrzyta, chyba bo po prostu nie lubię ;)

No nie! Ona była naprawdę dobrym astronautą.

A co do Kazuyoshiego, to on jest po prostu najlepszy w swoim fachu – a jak czytałem w pewnym artykule o nieścisłościach w filmach sci-fi, łatwiej jest przeszkolić na astronautę profesjonalnego operatora platformy wiertniczej, niż odwrotnie. :P

 

Troski o Bernan nie odczułam, zwłaszcza że pierwsza wyrwała się do buntu. Chodziło mi też o to, że nie poznajemy przeszłości Shannon, ale zakładam, że do udziału w misji pchnęła ją pasja zawodowa.

No przecież ona się nie buntuje dla władzy, tylko chce udowodnić Bernan, że z Greenbergiem jest cos nie tak. Bo to ona jedna robi wbrew komuś coś dla jego dobra? ;)

A co do Kazuyoshiego, to on jest po prostu najlepszy w swoim fachu – a jak czytałem w pewnym artykule o nieścisłościach w filmach sci-fi, łatwiej jest przeszkolić na astronautę profesjonalnego operatora platformy wiertniczej, niż odwrotnie. :P

Ciekawe, wydawałoby się, że powinno być odwrotnie. A możesz podrzucić link do tego artykułu?

 

No przecież ona się nie buntuje dla władzy, tylko chce udowodnić Bernan, że z Greenbergiem jest cos nie tak. Bo to ona jedna robi wbrew komuś coś dla jego dobra? ;)

Czyli chciała ją w ten sposób uratować? A, to teraz jej zachowanie, jest dla mnie bardziej spójne. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Cześć!

 

Niezłe opowiadanie, takie trochę mroczniejsze „Solaris” Lema. Z początku mamy pełen detali technicznych opis epickiej wyprawy naukowej (nie do końca, jak się okazuje), dalej niepewność spotkania z nieznanym i w końcu pełen akcji bunt prowadzący do iście wybuchowego zakończenia. Umiejętnie zmieniasz tempo kiedy z oczekiwania przechodzą do odkryć. Ciekawie to pokazałeś, wykorzystując perspektywę poszczególnych członków załogi (zabrakło tylko perspektywy obcego :D ) Z początku wszystko dzieje się dosyć powoli, budujesz scenę, czytelnik zaczyna poznawać położenie i marzenia załogi. W „górniku” zaczyna się robić ciekawie, a od „kapitana” i „żołnierza” już trudno mi się było oderwać. Sporo miejsca poświęciłeś na technikalia, i to całkiem wyszło, choć niektóre koncepcje są imho trochę ekstrawaganckie, ale o tym później.

Napisane bardzo dobrze, opisy nie męczą, dialogi budują obraz postaci. Jak zazwyczaj u ciebie treści jest dużo i w zasadzie wszystko czemuś służy tworząc spójną i angażującą historię. Jedyny zarzut w tej kwestii: dlaczego tak szybko się to skończyło? :D

Z rzeczy, których jakoś mi zabrakło w to interakcja z obcymi. Było jej niewiele i dobrze ją opisałeś, bo z chęcią dowiedziałbym się o nich więcej. Pokazałeś tyle ile trzeba, by zaciekawić. Dobrze to wyszło. Co i raz przypominało mi się „Solaris”, bo wiele motywów było podobnych: ocean jak obcy/organizm, motyw z dzieckiem, marzenia o pływaniu w mrocznej toni.

Z rzeczy, do których mam jakieś zastrzeżenia to niektóre aspekty techniczne (ale to pewnie kwestia zboczenia zawodowego, jak widzę opis maszyny to niemal automatycznie zaczynam się zastanawiać, czy to zadziała, czy warto w to inwestować, co wymaga poprawy…). Ale, że to ma być hard s-f, nie przeczące temu, co wiemy o rzeczywistości, to sobie pozwolę:

Długi na pół kilometra owal. Dwadzieścia metrów średnicy. Dziesięć zębatych pierścieni poruszających się na przemian w dwóch kierunkach. Cztery lasery u zakończenia wspierające nieprzerwanie pracę drążących tunel spirali wykonanych ze stopu tak złożonego, że Kazuyoshi nawet nie próbował zapamiętać jego nazwy. Wszystko w stałym ruchu.

Ściany tunelu zalewane odmrażaczem na bazie metanolu, tak samo cały mechanizm. Co dwieście metrów automat na powierzchni wsuwa kolejny segment budujący ściany tunelu. Zazębiają się ze sobą tak szczelnie, że nawet nie widać miejsca, w którym się zetknęły.

Trochę przegiąłeś z rozmiarem imho. Okręt podwodny o średnicy kadłuba 13m i długości 170m waży ~20kt, więc ekstrapolując, maszyna wiertnicza o długości pół kilometra ważyłaby ze 100kt przynajmniej;  a segmenty tunelu jakieś 3 Mt (zakładając gęstość stali konstrukcyjnej i grubość ścianki 10 cm, pewnie trzeba więcej, bo na 40km głębokości ściskanie promieniowe będzie konkretne). Do tego elektrownia, taśmociągi do transportu urobku, zapas odmrażacza, no i statek, w którym to się ma zmieścić. W sumie wyjdzie 4 Mt przynajmniej (a pewnie znacznie więcej), czyli jakieś 40 lotniskowców przynajmniej. Gdzie to zbudować, jak to napędzić, kto za to zapłaci? Nawet zakładając zaawansowane napędy atomowe, których pewnie przez najbliższych sto lat nie zbudujemy (impuls właściwy rzędu 3 – 5 km/s) to przekracza znane ludziom rozwiązania techniczne. Jak tym wylądować na lodzie, który jest dosyć odkształcalny? Jak pozycjonować kolejne segmenty, jeżeli to jest w ciągłym ruch? I po co tam jeszcze lasery?

– Dobra, śliczna – Kazuyoshi zatrzymał maszynę i wstał – Zerknij no tu. – Otworzył właz z podłodze.

Taka maszyna to się chwilę zatrzymuje, coś jak turbina w elektrowni albo piec w hucie.

Według planu, który mózgowcy z MAK opracowali przed lotem, odwiert miał potrwać od dziewięciu do piętnastu dni, w trakcie których stworzą tunel o długości od czterdziestu do sześćdziesięciu kilometrów.

Średnia prędkość 0.17 km/h, nieźle, ale to lód, więc ok.

Sektor statku, w którym znajdowało się wiertło, segmenty do budowy tunelu, części windy, paliwo do wiertła i hektolitry odmrażacza był drugi co do wielkości i masy, zaraz po części napędowej. To z powodu tego całego żelastwa uznali, że złożenie do kupy Asteriona II na Księżycu i start stamtąd będą bardziej opłacalne.

To mamy jeszcze kolejne 30 lotniskowców przedziału napędowego przynajmniej, to już razem 60. Do budowy czegoś takiego na księżycu byłoby potrzebne spore miasto. Kopalnie, huta, jakiś dok… Sto lat to trochę mało, by coś takiego zbudować. Zwłaszcza, że jeżeli miałby to zrobić robot, to masa całej maszynerii spada do zaledwie kilku ton.

Koniec, uff.

 

Z kwestii edycyjnych niewiele, jak to zwykle u mnie :D

Orbitalne Siły Powietrzne

Brzmi dziwnie, skoro orbitalne to dlaczego powietrzne? Ruch po orbicie sugeruje ruch bez powietrza.

skuta lodem powierzchnia satelity Jowisza była jeszcze bardziej jednostajna i we większości płaska jak stół,

Chyba powinno być „w” zamiast „we”

– Jest dwudziesty trzeci października dwa tysiące sto siódmego roku

– Jest dwudziesty trzeci października dwa tysiące dziewięćdziesiątego siódmego roku,

Hmm, coś tu nie gra, albo czegoś nie zrozumiałem i gdzieś zgubiłem 10 lat.

Jego twarz daleka była od czystości, choć przewieszony przez poręcz ręcznik był dowodem na to

Aliteracja

Jeśli żagiel wytworzył wylądowanie elektryczne -> Jeśli żagiel wytworzył wyładowanie elektryczne

Bernan do dziś pamięta dzień, w którym pierwszy Asterion startował z Księżyca. Jako jedna z niewielu cywili, razem z rodzinami pozostałych astronautów, patrzyła, jak tatko razem z pozostałymi członkami załogi macha na pożegnanie i wsiada na pokład statku.

Bardzo dramatyczne i klimatyczne. Wysyłać statek o masie 60 lotniskowców pod dowództwem córki pilota poprzedniej misji. Rozumie, że jest to potrzebne do historii, ale trochę to dziwne. Końcówka z admirałem jakoś mnie tu nie przekonuje.

Isajev wzdrygnął się widząc wielkość igły, którą kobieta wbiła w rdzeń kręgowy, wszelkimi siłami próbując powstrzymać drżenie rąk.

Jak mógł wiedzieć, że wbija coś akurat w rdzeń kręgowy? Może zwyczajnie w kręgosłup?

– Tak, dokładnie! – potwierdziła kobieta, posyłając mu pełne uznania spojrzenie. – Na Ziemi proces łączenia organizmów był rozciągnięty w czasie i dotyczył prostych form życia ale tak.

Tu czegoś zabrakło.

 

Podsumowując, dobre opowiadanie, ciekawe i świetnie napisane, końcówka trochę za mocno zbacza w stronę powieści Lema, ale czasy takie, że coraz trudniej cos nowego wymyślić. Kawał dobrej roboty, miałem szczerą radość z czytania.

 

Tyle póki co, Pozdrawiam i Polecam do biblioteki!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Trochę przegiąłeś z rozmiarem imho. Okręt podwodny o średnicy kadłuba 13m i długości 170m waży ~20kt, więc ekstrapolując, maszyna wiertnicza o długości pół kilometra ważyłaby ze 100kt przynajmniej; a segmenty tunelu jakieś 3 Mt

Weź pod uwagę, że na Europie grawitacja jest 6 razy mniejsza niż na Ziemi. 

Poza tym mamy osiemdziesiąt sześć lat na doskonalenie ultralekkich stopów, których nazwy Kazuyoshi nawet nie potrafi wymówić. ;) 

 

Taka maszyna to się chwilę zatrzymuje, coś jak turbina w elektrowni albo piec w hucie

Fakt, ale wcale bie jest powiedziane ile czasu mija między zatrzymaniem a wstaniem. :P 

 

Średnia prędkość 0.17 km/h, nieźle, ale to lód, więc ok.

I po to są też lasery. :P

 

To mamy jeszcze kolejne 30 lotniskowców przedziału napędowego przynajmniej, to już razem 60. Do budowy czegoś takiego na księżycu byłoby potrzebne spore miasto. Kopalnie, huta, jakiś dok… Sto lat to trochę mało, by coś takiego zbudować. Zwłaszcza, że jeżeli miałby to zrobić robot, to masa całej maszynerii spada do zaledwie kilku ton.

Nie wierzysz w Muska i innych kolonizatorów kosmosu? 

 

Brzmi dziwnie, skoro orbitalne to dlaczego powietrzne

Bo siły powietrzne to standardowe określenie dla lotnictwa, a to jest rozwinięcie tego określenia. 

 

Hmm, coś tu nie gra, albo czegoś nie zrozumiałem i gdzieś zgubiłem 10 lat.

Dylatacja czasu? A serio to jak widzisz, w trakcie pisania czas akcji się zmieniał, a w tym miejscu się nie zmienił. :P

 

Bardzo dramatyczne i klimatyczne. Wysyłać statek o masie 60 lotniskowców pod dowództwem córki pilota poprzedniej misji. Rozumie, że jest to potrzebne do historii, ale trochę to dziwne. Końcówka z admirałem jakoś mnie tu nie przekonuje.

Wy to tej Bernan nue lubicie, co? Już wiem co czują wszystkie dzieci sławnych rodziców i czemu Bernan wolała pozostać przy nazwisku byłego męża. 

 

Jak mógł wiedzieć, że wbija coś akurat w rdzeń kręgowy? Może zwyczajnie w kręgosłup?

Bo wiedział na czym polega badanie? 

 

Tu czegoś zabrakło.

Przecinka. ;) 

 

Podsumowując, dobre opowiadanie, ciekawe i świetnie napisane, końcówka trochę za mocno zbacza w stronę powieści Lema, ale czasy takie, że coraz trudniej cos nowego wymyślić. Kawał dobrej roboty, miałem szczerą radość z czytania.

A wiesz, że w ogóle, ani przez chwilę, pisząc to opowiadanie, nie pomyślałem o Lemie? 

Ale po twoim komentarzu dostrzegam to podobieństwo, choć Lemowski ocean działa całkiem inaczej, a i lem na zupełnie inne elementy postawił. Ale tak, tu i tam mamy dość nieuchwytnego obcego i wspomnienia z przeszłości, choć no właśnie, u mnie to jest człowiek z krwi i kości. 

 

Ciekawie to pokazałeś, wykorzystując perspektywę poszczególnych członków załogi (zabrakło tylko perspektywy obcego :D )

Jedyny zarzut w tej kwestii: dlaczego tak szybko się to skończyło? :D

Z rzeczy, których jakoś mi zabrakło w to interakcja z obcymi. Było jej niewiele i dobrze ją opisałeś, bo z chęcią dowiedziałbym się o nich więcej 

 

No, ciekawe, czy ten obcy w ogóle posiada świadomość? 

Ale pewien pomysł na kontynuację mam i właśnie bardziej z perspektywy Europejczyków… ale nawet nie wiem, czy to kiedyś napiszę. Wypadałoby wrócić do formy z przełomu grudnia i stycznia, a do tego trzeba pomysłu, który bardziej leży w granicach moich kompetencji. 

Gdybym w tym tekście napisał więcej o Greenvergi, albo tym bardziej historię z jego perspektywy, to cała ta niejednoznaczność, o której pisał maras, wzięłaby w łeb. 

 

Dzięki za przeczytanie, za komentarz i powodzenia z twoim sci-fi! 

Krar85 napisał: 

Podsumowując, dobre opowiadanie, ciekawe i świetnie napisane, końcówka trochę za mocno zbacza w stronę powieści Lema, ale czasy takie, że coraz trudniej cos nowego wymyślić. Kawał dobrej roboty, miałem szczerą radość z czytania.

Geki napisał:

A wiesz, że w ogóle, ani przez chwilę, pisząc to opowiadanie, nie pomyślałem o Lemie? Ale po twoim komentarzu dostrzegam to podobieństwo, choć Lemowski ocean działa całkiem inaczej, a i lem na zupełnie inne elementy postawił. Ale tak, tu i tam mamy dość nieuchwytnego obcego i wspomnienia z przeszłości, choć no właśnie, u mnie to jest człowiek z krwi i kości. 

 

Czyli nie zauważyłeś tego podobieństwa, Geki, po moim komentarzu?

 

Pewnie czytałeś “Solaris” Lema. Tam każdy członek załogi spotkał kogoś takiego. I różne były reakcje, akceptacje czy nieakceptacje, ale nie trwało to w żadnym wypadku kilka chwil.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, no trochę na inne elementy zwróciłeś uwagę, a Solaris to ja już tak dawno, że dopiero jak mi krar pokazał jak krowie na rowie, to się za głowę złapałem.

Bo samego tego, że Bernan spotkała ojca nie uważam za jakieś podobieństwo, bo w sumie to ważniejsze było czym ten ojciec jest – a tutaj pomysł miałem mniej Lemowski i bliższy ludzkiemu pojęciu (i wiedzy, którą posiadamy) – niż jaki to na nią wywrze wpływ.

Przy twoim komentarzu bardziej się skupiłem na tym, czemu Bernan tak zareagowała i nawet na tonci dałem odpowiedź. :) 

Poza tym chyba zwrot "żywa woda" wprowadziłem do tekstu po Twoim czytaniu (czy nie?), a to chyba on wzbudził takie skojarzenia u krara. 

Hej!

 

Weź pod uwagę, że na Europie grawitacja jest 6 razy mniejsza niż na Ziemi.

Tak, ale przy tej skali obiektów 6 razy mniej to nadal dużo, to jak manipulować lotniskowcem o ciężarze krążownika ;-) A siły bezwładności takie same jak na ziemi.

Poza tym mamy osiemdziesiąt sześć lat na doskonalenie ultralekkich stopów, których nazwy Kazuyoshi nawet nie potrafi wymówić. ;)

Chciałbym, ile fajnych rzeczy można by z tego zrobić. Na księżyc polecieliśmy w 1969, teraz mamy 2021 i póki co używamy podobnych materiałów. Pewnie, że przesuwamy granice, ale jesteśmy na etapie, że większość tego, co da się zrobić już zrobiliśmy (albo przynajmniej mamy modele numeryczne prognozujące, co z tego wyjdzie). I póki co gejstu ni widu, ni słychu. Mamy nadstopy niklu, lekkie stopy tytanu. W kompozytach, grafenie i może pianach metalicznych jest jeszcze jakiś potencjał, ale te materiały poza zaletami maja też swoje wady.

Nie wierzysz w Muska i innych kolonizatorów kosmosu? 

Zboczenie zawodowe. Bardzo chcę wierzyć i kibicuje im, ale jestem realistą. Lot na marsa to bardzo ciekawy temat ;-)

Ale po twoim komentarzu dostrzegam to podobieństwo, choć Lemowski ocean działa całkiem inaczej, a i lem na zupełnie inne elementy postawił.

Lemowski ocean był zdecydowanie bardziej enigmatyczny, i fakt, tam na inne elementy chyba położono nacisk. Ten tutaj konsekwentnie dąży do kontaktu, wie jak to zrobić i ma nawet gotowa propozycję dla przybyłych. Ale podobieństw jest więcej. Myśli o pływaniu w wodzie, spotkanie dziecka (w Solaris był “model” dziecka), wreszcie człowiek z oceanu nie do końca będący człowiekiem (u Lema dopiero na “poziomie atomowym” okazało się, że to są jakieś twory z neutrin). Jest kilka zbieżności, choć obraz całości jest mocno inny .

U ciebie odniosłem wrażenie, że biolog porównuje trochę europę do głowy: komórki w lodzie to kora, (więc pająki to pewnie jakieś limfocyty a lód będzie czaszką)

 

I mam jeszcze pytanie o ten fragment:

– Powiedz mi jeszcze – zaczęła, odwracając się w stronę Shannon. – Czy wspominałaś kiedyś Turnerowi o moim znamieniu?

– Nie, nic a nic.

O co tu chodzi, to jest odniesienie do czegoś w tekście, bo jakoś mi to umknęło?

 

Tyle póki co, przeczytam komentarz mr.marasa i jeszcze wrócę jutro.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Chciałabym podziękować Ci, Gekikaro, że podjąłeś wyzwanie Marasa, byłeś dzielny i napisałeś opowiadanie, bo dzięki temu miałam okazję przeczytać bardzo interesującą historię.

Planeta Woda zaciekawiła mnie od początku i ta ciekawość, dzięki ukazywaniu kolejnych wątków, wzrastała i utrzymała się do satysfakcjonującego końca. Niezmiernie przypadło mi do gustu przedstawienie wszystkiego z punktu widzenia każdego z członków wyprawy, z uwzględnieniem ich przeszłości i własnego spojrzenia na przedstawiane okoliczności zaistniałych zdarzeń.

Skoro to Twoje pierwsze spotkanie z SF, gratuluję pomysłu i gotowego dzieła, i pozostaję z nadzieją, że to nie był incydent w Twojej twórczości i że do powstania kolejnych opowiadań utrzymanych w tej konwencji nie będzie już potrzebna niczyja prowokacja. No i muszę tu dodać, że Maras okazał się świetnym prowokatorem.

Gekikaro, ufam, że poprawisz usterki, bo chciałabym móc zgłosić opowiadanie do Biblioteki. 

 

i pro­wa­dzą­cym naj­po­pu­lar­niej­sze­go na Mar­sie, Ziemi i Księ­ży­cu pro­gra­mu po­dróż­ni­czo-roz­ryw­ko­we­go… ―> …i pro­wa­dzą­cym naj­po­pu­lar­niej­szy na Mar­sie, Ziemi i Księ­ży­cu pro­gra­m po­dróż­ni­czo-roz­ryw­ko­wy

 

do listy swo­ich osią­gnięć do­pi­sze ką­piel w pod­po­wierzch­nio­wych oce­anie Eu­ro­py… ―> …do listy swo­ich osią­gnięć do­pi­sze ką­piel w pod­po­wierzch­nio­wym oce­anie Eu­ro­py

 

co da­wa­ło około trzy go­dzi­ny bez kon­tak­tu z Zie­mią. ―> …co da­wa­ło około trzech go­dzi­n bez kon­tak­tu z Zie­mią. Lub: …co da­wa­ło jakieś trzy go­dzi­ny bez kon­tak­tu z Zie­mią.

 

po­włó­czył do mesy… ―> Co powłóczył?

Pewnie miało być: …powlókł się do mesy

 

Ci szczę­śliw­cy, któ­rzy mieli coś do ro­bo­ty, już się za to za­bra­li. ―> Ci szczę­śliw­cy, któ­rzy mieli coś do ro­bo­ty, już się do tego/ do niej za­bra­li.

 

W wy­pra­wie dalej niż do­tarł kto­kol­wiek nie było nic ro­man­tycz­ne­go, poza jej wy­obra­że­niem. ―> Czy dobrze rozumiem, że chodzi o wyobrażenie wyprawy o wyprawie?

Proponuję: W wy­pra­wie dalszej niż do­tarł kto­kol­wiek nie było nic ro­man­tycz­ne­go, poza wy­obra­że­niem o niej. Lub: W wyprawieniu się dalej niż dotarł ktokolwiek nie było nic romantycznego, poza wyobrażeniem o przedsięwzięciu.

 

Wstał i za­czął wska­zy­wać na coś, mącąc tym obraz… ―> Wstał i za­czął wska­zy­wać coś, mącąc tym obraz

Chcąc pokazać jakiś obiekt, wskazujemy go, nie na niego.

 

po pół go­dzi­ny walki me­cha­nicz­nym ra­mie­niem… ―> …po pół godzinie/ półgodzinie walki me­cha­nicz­nym ra­mie­niem

 

prze­rwa­ła jej Ber­nan i wska­za­ła na ekran. ―> …prze­rwa­ła jej Ber­nan i wska­za­ła ekran.

 

Ni­ko­go nie za­in­te­re­su­je prze­jażdż­ka po nud­nym na śmierć pust­ko­wiu. ―> Ktoś, kto nie ma czym się zająć, może zanudzić się na śmierć, można też, mówiąc o czymś nieciekawym, zanudzić słuchacza na śmierć, ale nie można nudzić się na śmierć.

Proponuję: Ni­ko­go nie za­in­te­re­su­je prze­jażdż­ka po niezwykle monotonnym i pozwalającym zanudzić się na śmierć pustkowiu.

 

włą­czył lap­to­pa i za­brał się za na­gra­nie. ―> …włą­czył lap­to­pa i za­brał się do nagrania.

 

Shan­non nie my­śla­ła­by się sprze­ci­wić Ber­nan… ―> …Shan­non nie my­śla­ła­by sprze­ci­wić się Ber­nan

 

Tylko Shan­non wi­dzia­ła jej praw­dzi­wą twarz, nie chłod­ną maskę, którą no­si­ła przy za­ło­dze, tylko cie­płe ob­li­cze peł­nej uczuć ko­bie­ty. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Tylko Shan­non wi­dzia­ła jej praw­dzi­wą twarz, nie chłod­ną maskę, którą no­si­ła przy za­ło­dze, ale cie­płe ob­li­cze peł­nej uczuć ko­bie­ty.

 

By się prze­ko­nać, czy mieli rację, trze­ba nader wszyst­ko czasu. ―> By się prze­ko­nać, czy mieli rację, trze­ba nade wszyst­ko/ przede wszystkim czasu.

 

od­wiert zaj­mie około dzie­sięć dni. ―> …od­wiert zaj­mie około dzie­sięciu dni.

 

po­czci­we O2 było naj­cen­niej­szym skar­bem, który w od­po­wied­nich oko­licz­no­ściach można było wy­mie­nić jeden do jed­ne­go na He-3.

Było jed­nak coś… ―> Lekka byłoza.

Proponuję: …po­czci­we O2 było naj­cen­niej­szym skar­bem, który w od­po­wied­nich oko­licz­no­ściach można wy­mie­nić jeden do jed­ne­go na He-3.

Istniało jed­nak coś

 

Do­pi­ła whi­sky, któ­re­go za­pa­sy… ―> Whi­sky jest rodzaju żeńskiego, więc: Do­pi­ła whi­sky, któ­re­j za­pa­sy

 

a dło­nie na wy­pro­sto­wa­nych ra­mio­nach opar­ła o blat. ―> Raczej: …a dło­nie wy­pro­sto­wa­nych ra­mio­n opar­ła o blat.

 

za­wo­łał męż­czy­zna i po­cią­gnął za drugą parę ste­rów… ―> …za­wo­łał męż­czy­zna i po­cią­gnął drugą parę ste­rów

 

(my­śląc „nocy” miała na myśli ten czas… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: (my­śląc „nocy”, rozumiała ten czas

 

Ka­pi­tan mu­sia­ła sku­pić się na czymś innym, ale potok nie­zro­zu­mia­łych ter­mi­nów nie był czymś, co za­skar­bi­ło­by jej uwagę. ―> …nie był tum, co za­skar­bi­ło­by jej uwagę.

Proponuję: nie był tym, co za­skar­bi­ło­by jej uwagę.

 

Około jedna trze­cia. ―> Około jednej trze­ciej.

 

Ale szczę­ście to już ko­niec. ―> Tu chyba miało być: Ale na szczę­ście to już ko­niec. Lub: Ale dobrze, że to już ko­niec.

 

żyją po­dob­ne bak­te­rie do tych, które zna­leź­li­śmy wcze­śniej. ―> …żyją bak­te­rie podobne do tych, które zna­leź­li­śmy wcze­śniej.

 

– Tam jest czło­wiek – kon­ty­nu­ował Księ­ży­co­wy gór­nik. ―> Dlaczego wielka litera?

 

Kiedy osłabł wpływ ad­re­na­li­ny, który uru­cho­mi­ła pry­mi­tyw­ne in­stynk­ty… ―> Literówka.

 

I Prze­ży­łem ―> Dlaczego wielka litera?

 

– To bę­dzie ła­twiej­szy lot, niż w te stro­nę – od­par­ła ka­pi­tan. ―> Literówka.

 

Macie czas do jutra. Do tego czasu za­rzą­dzam ciszę w ete­rze. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Możecie o tym myśleć do jutra. Do tego czasu za­rzą­dzam ciszę w ete­rze.

 

– Co tu się… – bun­tow­ni­cy spoj­rze­li w stro­nę drzwi… ―> – Co tu się… – Bun­tow­ni­cy spoj­rze­li w stro­nę drzwi

 

– Nie ro­zu­miem, co się dzie­je.. ―> Jeśli zdanie miał kończyć wielokropek, brakuje jednej kropki, a jeśli kropka, jest o jedna kropkę za dużo.

 

ale tu ja dole mamy pe­wien kło­pot. ―> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj, Reg, miło cię widzieć – a jeszcze milej, że opowiadanie ci się spodobało! 

To już drugi raz, jakaś dobra passa. :P

 

Niezmiernie przypadło mi do gustu przedstawienie wszystkiego z punktu widzenia każdego z członków wyprawy, z uwzględnieniem ich przeszłości i własnego spojrzenia na przedstawiane okoliczności zaistniałych zdarzeń. 

Fajnie, że zwróciłaś na to uwagę, bo się głowiłem nad tym, żeby każda postać miała swoje pięć minut. 

 

Skoro to Twoje pierwsze spotkanie z SF, gratuluję pomysłu i gotowego dzieła, i pozostaję z nadzieją, że to nie był incydent w Twojej twórczości i że do powstania kolejnych opowiadań utrzymanych w tej konwencji nie będzie już potrzebna niczyja prowokacja.

O wiele łatwiej pisze mi się teksty, które nie są podbudowane na naukach ścisłych i przyrodniczych, pewniej czuję się jako humanista, ale może jeszcze kiedyś napiszę coś w typie klasycznego sci-fi. 

 

No i muszę tu dodać, że Maras okazał się świetnym prowokatorem.

Ta prowokacja, która nadal trwa. Przerodziła się w temat z nowofantastycznymi wyzwaniami. :) 

 

Gekikaro, ufam, że poprawisz usterki, bo chciałabym móc zgłosić opowiadanie do Biblioteki. 

Uwagi już wprowadzone. :) 

 

…że opowiadanie ci się spodobało! 

To już drugi raz, jakaś dobra passa. :P

Gekikaro, jeśli dostrzegasz w tym dobrą passę, to życzę Tobie i sobie, aby trwała jak najdłużej. ;)

 

Ta prowokacja, która nadal trwa. Przerodziła się w temat z nowofantastycznymi wyzwaniami. :) 

Wiem, zauważyłam. Będę śledzić jego rozwój i, mam nadzieję, także rozkwit i owoce. ;)

 

A skoro dokonałeś poprawek, udaję się do klikarni. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bry.

Niezwykle solidnie skonstruowane opowiadanie. Dawno nie czytałem tutaj tekstu, który miałby tak precyzyjną konstrukcję. No bo w sumie mamy tutaj wszystko.

Bohaterów z krwi i kości, z odmiennymi charakterami oraz rolami do odegrania (bardzo dobrze czytało się w to w formie ukazywania wydarzeń z perspektywy pojedynczych członków załogi). Mamy spójną od początku do końca historię, której karty odkrywamy powoli, ale wcale to odkrywanie się nie dłuży. Mamy niby ograne motywy podboju kosmosu, poszukiwania innego życia oraz kolonizacji, ale zaserwowane w taki sposób, że nie sposób nie chłonąć tego wszystkiego z wypiekami na twarzy. Mamy również porządną otoczkę SF, czyli te wszystkie szczególiki, którym z pewnością wiele czasu poświęciłeś. Wcale nie chciałoby mi się sprawdzić, czy twoje obliczenia odległościowe, terminy biologiczne i inne naukowe smaczki mają rację bytu, bo podajesz je w taki swobodny sposób, że zwyczajnie Ci wierzę. 

Mamy w końcu fabułę, która wciąga i wcale się nie ciągnie, mimo niemałej ilości znaków. Jest zaplanowana od A do Z, wraz ze wszystkimi literkami pomiędzy. Samo rozwiązanie historii, choć może nie wywołało u mnie takiego wrażenia, jakie chciałbym doznać, wystarczyło, by poczuć satysfakcję. Żywa woda i cała związana z nią otoczka z pewnością była ciekawsza niż kolejny mordujący załogę Ufok.

Całość skomponowana jest iście filmowo. A nawet serialowo. Czytając Twoje opowiadanie miałem przed oczami powstający na jego bazie serial Netfilxa (wielokulturowość załogi itp.) Nie wiem, czy uznasz to za oblegę, czy za komplement, ale tak było :) 

Nie potrafię pisać długich komentarzy, więc chyba zmierzam do końca.

Reasumując: Mimo, że nie jestem wielbicielem SF, Twój tekst wciągnął mnie i zawładnął mną niczym żywa woda pod Europą. Przede wszystkim, jak już mówiłem, rzadko czytam tak dobrze skomponowane na wszystkich płaszczyznach teksty, dlatego oprócz oczywistego bibliotecznego klika, rozważę również coś jeszcze.

Pozdrówka!

No, dobre to było. Merytorycznie nawet nie próbuję oceniać, bo idziesz w biologię na poziomie dla mnie nieosiągalnym. Niemniej jednak, pomijając naukowe detale, rozumiałam, co czytam. I bardzo ludzkie to było. Na pierwszy rzut oka, ten obcy organizm nie wykorzystywał ludzi, włączył ich w swoje środowisko, a jednak został potraktowany jak ludzi wrogo. Trochę szkoda, bo mógł być faktycznie wybawieniem dla ludzkości.

Podobali mi się stworzeni przez Ciebie bohaterowie, każdy z własną unikalną historią, z charakterem, z przywarami i problemami, które długi lot uczynił jeszcze trudniejszymi. Fajnie, że pokazujesz tę historię z kilku perspektyw i fajnie, że załoga Asteriona jest tak różnorodna i nieidealna. Fajnie, że znalazłeś w niej miejsce dla kogoś takiego Kazuyoshi ;)

Z czepialstwa: A o co się panowie przy wraku pobili? W ogóle tego nie wyjaśniasz. I druga rzecz: Co z tym żaglopodobnym stworzeniem? Pojawia się, a potem już nie poświęcasz mu więcej uwagi. A może coś przeoczyłam?

Reasumując, podobało mi się. Nie tylko zresztą fabularnie, tekst jest dobrze napisany, przeleciałam przez niego i nawet nie poczułam długości.

Klik :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Realuc! 

Dzięki za komentarz i już spieszę z odpowiedzią, choć dzisiejsze warunki psychofizyczne mi to utrudniają. :P

 

Niezwykle solidnie skonstruowane opowiadanie. Dawno nie czytałem tutaj tekstu, który miałby tak precyzyjną konstrukcję. No bo w sumie mamy tutaj wszystko.

Bardzo mi miło! 

 

Całość skomponowana jest iście filmowo. A nawet serialowo. Czytając Twoje opowiadanie miałem przed oczami powstający na jego bazie serial Netfilxa (wielokulturowość załogi itp.) Nie wiem, czy uznasz to za oblegę, czy za komplement, ale tak było :) 

Jeśli jesteś tu, netflixie, to chętnie sprzedam prawa do tej historii. xD

 

Reasumując: Mimo, że nie jestem wielbicielem SF, Twój tekst wciągnął mnie i zawładnął mną niczym żywa woda pod Europą. Przede wszystkim, jak już mówiłem, rzadko czytam tak dobrze skomponowane na wszystkich płaszczyznach teksty, dlatego oprócz oczywistego bibliotecznego klika, rozważę również coś jeszcze.

:) 

 

Hej Irka, dzięki za wizytę! Tekst jest długi, więc każde odwiedziny cieszą. :) 

 

No, dobre to było. Merytorycznie nawet nie próbuję oceniać, bo idziesz w biologię na poziomie dla mnie nieosiągalnym. Niemniej jednak, pomijając naukowe detale, rozumiałam, co czytam

To taki poziom szkolny, uzupełniony internetami. :P

 

Na pierwszy rzut oka, ten obcy organizm nie wykorzystywał ludzi, włączył ich w swoje środowisko, a jednak został potraktowany jak ludzi wrogo. Trochę szkoda, bo mógł być faktycznie wybawieniem dla ludzkości.

Napewno ludzkość w jakiś sposób by przetrwała, pytanie, czy o taki sposób nam chodzi. 

 

Fajnie, że znalazłeś w niej miejsce dla kogoś takiego Kazuyoshi ;)

Kazuyoshiego się kocha albo nienawidzi. :P

 

Z czepialstwa: A o co się panowie przy wraku pobili? W ogóle tego nie wyjaśniasz. I druga rzecz: Co z tym żaglopodobnym stworzeniem? Pojawia się, a potem już nie poświęcasz mu więcej uwagi. A może coś przeoczyłam?

Panowie się nie lubią. Osiem miesięcy docinek i bycie skazanym na własne towarzystwo wystarczyło. Jeden drugiego obraził, ten szturchnął pierwszego, ten nie był mu dłużny i ot, awantura gotowa. 

Napewno ludzkość w jakiś sposób by przetrwała, pytanie, czy o taki sposób nam chodzi.

A czemu właściwie nie? Ludzkość cały czas się dostosowuje, pojedynczy człowiek jest ograniczany, bo są zasady moralne, prawo. Czy lepiej tam pojechać, zniszczyć cały organizm i pewnie przy okazji doprowadzić do ruiny tamtejszy ekosystem? Zresztą, czy oni nie tego właśnie szukali, planety, której nie trzeba dostosowywać, a do której można się jednocześnie dostosować? Jakąś cenę trzeba zapłacić.

 

Kazuyoshiego się kocha albo nienawidzi. :P

No, może się nie zakochałam, ale polubiłam skurczybyka :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, nie wydaje mi się, że to nadal są ludzie.

Babska logika rządzi!

Biologicznie Greenberg niewątpliwie nie jest człowiekiem, ale czy jeśli zaczniemy się na poważnie bawić wszepami do mózgów, implantami to nadal biologicznie będziemy ludźmi. Natomiast z perspektywy świadomości to wygląda trochę inaczej. Ok, ośrodkowy układ nerwowy jest w zaniku, ale co to znaczy? On tam jest już ładnych parę lat. Zachował pamięć, zachowuje się jak człowiek. Czyli coś tam jednak zostało. Rozrasta się obwodowy układ nerwowy, ale czy jeśli pójdziemy w kierunku jakiejś zbiorowej świadomości, możliwości korzystania z umysłów innych ludzi, nie będzie to de facto oznaczało tego samego?

Tu brakuje perspektywy obcych, a co za tym idzie, wszystko jest kwestią interpretacji. Możemy dojść do wniosku, że obcy są be i w ogóle zostali stworzeni, żeby odebrać ludzkości człowieczeństwo. Pytanie tylko przez kogo. To że ewolucja nie przebiega tak, jak jesteśmy do niej przyzwyczajeni, nie oznacza, że jej nie ma.

Z drugiej strony możemy dojść do wniosku, że to jest jakieś rozwiązanie, że możemy się w ten układ wpasować z korzyścią dla nas. I jak tak to właśnie widzę.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Fajnie, że opowiadanie skłoniło was do dyskusji – to znaczy, że zakończenie działa. :) 

I to jest dla mnie najlepszy dowód na to, że lepiej pozostawić pewne pytania otwartymi. 

 

Co do granic człowieczeństwa to, Irko, Finklo, netflix wypuścił bardzo dobry serial – Łasuch – w którym zadaje m.in. pytanie o granice człowieczeństwa. Przyznam, że mnie w pewnym momencie zmusił do mocnego zastanowienia się nad tym, jak bym w danej sytuacji zareagował. Polecam. 

Długo się zastanawiałem nad tą nominacją, bo miałem pewne zastrzeżenia. Kilka z nich mi rozjaśniłeś w komentarzach, kilka poprawiłeś, z kilkoma pozostanę. Ale ogólnie dostałem to, co chciałem. Mocne science-fiction, klasycznie kosmiczne i eksploracyjne, z odpowiednim rozmachem, pomysłowe w formie i treści. Napisane na odpowiednim poziomie warsztatowym (zwłaszcza gdy usunąłeś wskazane przeze mnie i innych błędy, czekałem na to).

Czy napisanie opowiadanie, w gatunku jakiego mi brakuje na portalu, wystarczy do mojej nominacji? No nie, tak to nie działa. Musiał być jakiś extras, który wobec odpowiedniego poziomu pozostałych czynników przeważa. Nawet gdy nie ma jakiegoś wielkiego WOW! Tym extrasem, który przeważył przy decyzji o mojej nominacji, jest wspomniany przeze mnie, żywy i prawdziwy klimacik kilku, niemal filmowych scen i opisów (a także detali technicznych), które u innych by chyba nie zaistniały. Dodam jeszcze, że chciałbym więcej takich opowiadań widzieć w antologii portalowej, zapodać okładkę ze statkiem kosmicznym na tle obcej planety i cieszyć się z niej z ludźmi pokroju Starucha czy STN-a. Pozostaje żałować (mnie i Tobie), że mój głos to obecnie już tylko głos szeregowego portalowicza o mocy zaledwie 1 punktu nominacyjnego i zero punktów w głosowaniu. Ale pewnie te punkciki uzbierasz.

Po przeczytaniu spalić monitor.

I ja się mocno zastanawiałam, ale skoro Maras nominuje, utwierdzam się w przekonaniu, że Planeta Woda zasługuje na piórko i dorzucam głos dyżurnej, :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I tym sposobem, wespół w zespół, razem z Reg i Realucem, uzbieraliśmy głosy do nominacji “Planety Wody” :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Irko, jasne, że ogólnie koncept takiego życia byłby może i interesujący dla ludzkości, to akurat to z Europy zachowuje się zdecydowanie wrogo. Nie mówi prawdy, albo raczej mówi ją po czasie (gdy np. kapitan jest już “zakażona”), a na końcu wysadza statek, gdy ludzie nie chcą iść na współpracę. Ja jako czytelnik byłbym bardzo ostrożny, a co dopiero ludzie na statku/odbierający sygnał na Ziemi, którzy są w wirze wydarzeń?

 

Przy okazji zostawiam komentarz, w części z bety, żeby był mi tekst w pełni dysponowalny w kontekście nominacji.

Ogólna opinia… Ameryki na pewno nie odkrywasz, natomiast moim zdaniem sprawnie ogrywasz te klasyki (Solaris, Inwazja Porywaczy Ciał etc.). Wciągnął. Niby czytałem na 3 razy przez inne zajęcia, ale i przy tekstach 20k potrafię się czasem wynudzić – a tu cały czas trzymasz napięcie i starasz się zaciekawić. Tekst porusza też trochę spraw technicznych (chociaż nie tak wiele jak np. w Marsjaninie, który tym stał), które są wiarygodne (a przynajmniej teraz być powinny :P ). Więc no… fajnie :)

Jeśli chodzi o fizykę – to co mi nie pasowało już poprawiłeś i nie wątpię, że inne konsultacje też załatwiły sprawę. Jedynie kwestię odbiornika, o której dyskutowałeś z Marasem, też jak wiesz wspomniałem i zasugerowałem inne rozwiązanie… Niby kto mógł przewidzieć co tam jest pod Europą, ale z drugiej strony pierwsza wyprawa skończyła się tragicznie, więc jakąś ostrożność mogli zachować (a po czasie, szczerze mówiąc, jakieś sondy mogłyby krążyć wokół Jowisza niezależnie, w ramach innych misji – i można by je wykorzystać).

No i trochę się zastanawiałem czy nie zostawić tej nominacji, bo efektu wow jako takiego nie było. Ale że jest to tekst zdecydowanie solidny, a przy okazji jednak nowoczesny (bo te bardzo odmienne wyobrażenia życia, choć obecne już w Solaris, to w takiej formie z analizą naukową są dość świeże – coś u Pratchetta widziałem w cyklu Długiej Ziemi i chyba nigdzie więcej), to ostatecznie zdecydowałem się, że warto dać Loży szansę ocenić. Także poczekam te 2 dni i dobiję licznik nominacji do pięciu :)

 

EDIT: Widzę, że ubiegli mnie :D

Nieszkodzi, Golodhu. Każdy głos jest znaczący i wartościowy dla Autora.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ale się porobiło!

Pozwólcie, że nie odniosę się do nominacji, żeby nie wpłynąć na potencjalnych lożowników (:P) – powiem tylko tyle: nie spodziewałem się!

Szczególnie cieszy mnie twój głos, marasie, bo wiem jak ciężko bywało otrzymać twojego TAKa, a przede wszystkim dlatego, że zapoczątkowałeś ten (mam nadzieję) nadchodzący potok tekstów klasyczno-sci-fi na portalu.

…a były takie czasy, że po głosie Twoim i Reg miałbym dwa taki i zastanawiał się, kogo jak tu jeszcze przekonać. :)

 

Dodam jeszcze, że chciałbym więcej takich opowiadań widzieć w antologii portalowej, zapodać okładkę ze statkiem kosmicznym na tle obcej planety i cieszyć się z niej z ludźmi pokroju Starucha czy STN-a.

Może i do tego kiedyś dojdzie, wszak kropla drąży skałę. ;)

 

Irko, jasne, że ogólnie koncept takiego życia byłby może i interesujący dla ludzkości, to akurat to z Europy zachowuje się zdecydowanie wrogo. Nie mówi prawdy, albo raczej mówi ją po czasie (gdy np. kapitan jest już “zakażona”), a na końcu wysadza statek, gdy ludzie nie chcą iść na współpracę. Ja jako czytelnik byłbym bardzo ostrożny, a co dopiero ludzie na statku/odbierający sygnał na Ziemi, którzy są w wirze wydarzeń?

No, narzucając ludzką interpretację zachowań obcej rasy, można dojść do takiego wniosku – i admirał na końcu właśnie do tego dochodzi. Ale ty to oznacza, że tak było?

Do tego na ile w Greenbergu było obcej rasy, a na ile chciał po prostu najpierw porozmawiać z córką? Na ile w jej słowach – na koniec – było kłamstwa, a ile po prostu ostrożności?

Nie odpowiem. :P

 

Niby kto mógł przewidzieć co tam jest pod Europą, ale z drugiej strony pierwsza wyprawa skończyła się tragicznie, więc jakąś ostrożność mogli zachować (a po czasie, szczerze mówiąc, jakieś sondy mogłyby krążyć wokół Jowisza niezależnie, w ramach innych misji – i można by je wykorzystać).

Tak, to możliwe. Ale tez możliwe jest o wiele więcej problemów z takimi sondami, włącznie z promieniowaniem Jowisza i ciałami niebieskimi krążącymi wokół niego. Myślę, że sens by był niezmienny: człowiek tak daleko od Ziemi będzie zdany sam na siebie.

No i ta trudna komunikacja była mi potrzebna. :)

 

No i jeszcze lożanka Finkla sprawę nominacji podsumowała. 

Oby rozwijał się trend tekstów bardziej s-f na portalu i liczę w tym względzie na Twoich nominantów, Geki. Oraz następnych. …następnych. … stępnych. …ępnych.

Po przeczytaniu spalić monitor.

No, Finkla dla mnie łaskawa. 

Ja też z niecierpliwością czekam na teksty Outty i Krara, ale oczywiście bez presji. :) 

Finkla też nie pogardzi dobrym SF.

Babska logika rządzi!

Golodh, a bo ja wiem…

to z Europy zachowuje się zdecydowanie wrogo. Nie mówi prawdy

Greenberg po prostu powiedział, że nie przyszedł, żeby poddać się badaniom, a że sam sprzętu nie miał, to pewnie nie do końca wiedział, co się w nim zmieniło. To że się zmieniło było oczywiste, bo przecież oddychał pod wodą.

 

a na końcu wysadza statek

Hmm, to małe z tyłkiem pełnym materiału wybuchowego po prostu broniło jednego ze swoich. Pamiętaj, że ludzie wsadzili Greenberga do skanera, czego on wyraźnie sobie nie życzył. Natomiast kto w końcu wysadził oba statki pozostaje IMO kwestią otwartą, Isajev miał guziczki, chyba nie tylko po to, żeby wysłać wiadomość, może na pierwszym statku też był ktoś taki.

 

Moim zdaniem tu widać raczej paranoiczn wręcz strach ludzi przed obcymi, przed każdym, kto jest trochę odmienny. Z góry zakładamy, że obcy musi być zły. I tę paranoję przenieśliśmy w kosmos.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Yo, jestem już i jestem wielce usatysfakcjonowany Twoim opowiadaniem :)

 

Nie chcę się powtarzać, bo wiele już zostało tutaj powiedziane, ale pod marasowym komentarzem mógłbym się podpisać wszystkimi rękami, mackami, płetwami, może nawet kopytem ;)

Oczywiście widzę tutaj pewne podobieństwa z “Solaris” – szczególnie fragment z tym dzieciakiem pod wodą zrobił mi flashback. Nie sposób nie przywołać w myślach też takich filmów jak “The Abbys” (wspomniane przez marasa – BTW, Ed Harris rocks!), “Europa report” (Sharlto Copley też Rocks ;)) a nawet “Sphere”, ale to dlatego, że mamy środowisko wodne, obce formy życia, zaś całe opowiadanie jest bardzo filmowe. Co do postaci, to znów za marasem musiałbym Isayeva porównać do porucznika z “Abbyss”, Kazuyoshiego do górników z “Armageddonu”. I to są fajne, mocne i pozytywne skojarzenia. Shannon chyba najbardziej przypadła mi do gustu, Turner mnie irytował, ale znielubiłem chyba tylko Brenan – jest w niej coś, czego nie lubię, nie powiem Ci dokładnie co, ale od początku nie zapałałem do niej sympatią. Ahmada i Kuźnickiego potraktowałeś zaś po macoszemu, ale spoko, postaci masz dość, by było ciekawie.

Wiesz, z czym jeszcze mi się skojarzyło Twoje opowiadanie? Z wydaną przez FŚ książką czeskiego autora Milana Bartosa “Najemnicy” – ale to przez zróżnicowanie postaci głównie, choć i tam był nieprzyjazny, zimny klimat.

Z zastrzeżeń jakie miałbym, to chyba jedynym jest pozostawienie pistoletu przy Brenan. Cholernie mocno mi to zgrzytnęło i nawet wróciłem kilka akapitów wstecz, żeby sprawdzić, czy czegoś nie przegapiłem.

Bardzo podobały mi się te fragmenty naukowe, bo choć jestem z biologii noga i każdy kit byś mi wcisnął, to jeśli to jest w jakiejś mierze kit, to na pewno ten kit jest dobry, przez co mógłbym przyjąć go nawet w większej dawce ;)

Ja się w ogóle nie zastanawiam nad tym, czy Cię znów do piórka nominować, bo zrobię to na pewno. Tylko dwa dni muszą minąć.

 

Poniżej rzeczy, które masz do poprawy, jest ich zaledwie kilka:

 

Otworzył włazpodłodze.

 

– To zjada lód. Widać ślad tam, gdzie przepłynęło – zauważył… ten, no, Polak o niewymawialnym nazwisku.

Ja rozumiem, że to z punktu widzenia Kazuyoshiego i stylizacja, ale mnie to zatrzymało, bo w tekście niehumorystycznym IMHO nie uchodzi taki zabieg.

 

Nie możemy tu zostać – powiedział jej wujek Greg, to znaczy admirał, kiedy została wybrana do lotu Asterionem II. – Mars to mylny trop, nie poradzi sobie bez pomocy z Ziemi, a terramorfowanie byłoby długotrwałe, rozciągnięte przez stulecia. Jedyna nadzieja w księżycach. Europa to pierwszy strzał. Może tam być życie, a jeśli byłoby ono przy okazji… kompatybilne z nami, moglibyśmy wkleić się w ten ekosystem. To o wiele prostsze, niż budować od zera. Po waszym powrocie wystartuje misja na Ganimedesa. Później na kolejne satelity. Jeśli uda znaleźć się to, czego szukamy, ruszymy z kolonizacją. To tańsze i obarczone mniejszym ryzykiem, niż próby kontroli klimatu i procesów geologicznych na Ziemi.

Tak wyglądała ich sytuacja. Nie ratują planety, bo kosztowałoby to zbyt drogo. Wolą wysłać część populacji w kosmos, a reszta jakoś będzie musiała sobie poradzić. Ich misja – misja Bernan – była nadzieją ludzkości.

Całe szczęście wujek Greg, to znaczy admirał, nie zdecydował się podzielić tymi rewelacjami z resztą załogi.

Too much.

 

 

Wydaje mi się, że – podniosła głowę znad aparatury i, marszcząc czoło, spojrzała na skanowanego pacjenta – wchodząsymbiozę z jego komórkami.

Pozdrawiam

Q

 

PS

 

@maras

 

Oby rozwijał się trend tekstów bardziej s-f na portalu i liczę w tym względzie na Twoich nominantów, Geki.

Bojem siem, że nie podołam. Ale i tak spróbuję, tekst się pisze.

Known some call is air am

Youuta!

 

Nie chcę się powtarzać, bo wiele już zostało tutaj powiedziane, ale pod marasowym komentarzem mógłbym się podpisać wszystkimi rękami, mackami, płetwami, może nawet kopytem ;)

Tak nie wolno, trzeba napisać własny komentarz!

No dobra, jest.

 

Oczywiście widzę tutaj pewne podobieństwa z “Solaris” – szczególnie fragment z tym dzieciakiem pod wodą zrobił mi flashback. Nie sposób nie przywołać w myślach też takich filmów jak “The Abbys” (wspomniane przez marasa – BTW, Ed Harris rocks!), “Europa report” (Sharlto Copley też Rocks ;)) a nawet “Sphere”, ale to dlatego, że mamy środowisko wodne, obce formy życia, zaś całe opowiadanie jest bardzo filmowe. Co do postaci, to znów za marasem musiałbym Isayeva porównać do porucznika z “Abbyss”, Kazuyoshiego do górników z “Armageddonu”.

Proponuje grę – za każdym razem, kiedy dostrzeżesz podobieństwo do innego dzieła kultury, pij szota. :D

 

I to są fajne, mocne i pozytywne skojarzenia. Shannon chyba najbardziej przypadła mi do gustu, Turner mnie irytował, ale znielubiłem chyba tylko Brenan – jest w niej coś, czego nie lubię, nie powiem Ci dokładnie co, ale od początku nie zapałałem do niej sympatią. Ahmada i Kuźnickiego potraktowałeś zaś po macoszemu, ale spoko, postaci masz dość, by było ciekawie.

O to chodzi, by postaci były różne, a nie wszystkie lubiane. I rozwinąłbym i Ahmada, i Kuźnickiego, gdyby dopisać jeszcze te 30tys. znaków.

 

Z zastrzeżeń jakie miałbym, to chyba jedynym jest pozostawienie pistoletu przy Brenan. Cholernie mocno mi to zgrzytnęło i nawet wróciłem kilka akapitów wstecz, żeby sprawdzić, czy czegoś nie przegapiłem.

Niech wam będzie, dopisałem dwa zdania:

A przecież Isajev chciał zabrać broń – reszcie zabrakło jaj, by mu na to pozwolić! Ci z zachodu nawet porządnie buntować się nie potrafią.

 

Bardzo podobały mi się te fragmenty naukowe, bo choć jestem z biologii noga i każdy kit byś mi wcisnął, to jeśli to jest w jakiejś mierze kit, to na pewno ten kit jest dobry, przez co mógłbym przyjąć go nawet w większej dawce ;)

No, tu akurat chciałem być jak najbliższy nauce, dlatego nawet mój obcy jest wyjaśnialny metodami ludzkiej nauki.

 

Ja się w ogóle nie zastanawiam nad tym, czy Cię znów do piórka nominować, bo zrobię to na pewno. Tylko dwa dni muszą minąć.

Czym są dwa dni przy trzydziestu dniach oczekiwania na wyniki głosowania.

 

Ja rozumiem, że to z punktu widzenia Kazuyoshiego i stylizacja, ale mnie to zatrzymało, bo w tekście niehumorystycznym IMHO nie uchodzi taki zabieg.

Na razie tylko ty na to marudzisz, więc zostawię, bo mi to bardzo do Kazuyoshiego pasuje.

 

Too much.

Celowe.

Ale przemyślę.

 

Bojem siem, że nie podołam. Ale i tak spróbuję, tekst się pisze.

Dawaj ten tekst! :D

Wracam po kilku dniach, i nadal mam ten tekst w pamięci. Gdzieś w głowie kołacze to “mroczne Solaris”, ale to jedynie element twojego opka. Ciekawe, spójne, dobrze napisane. Nominuje do piórka.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Proponuje grę – za każdym razem, kiedy dostrzeżesz podobieństwo do innego dzieła kultury, pij szota. :D

Podejrzewam, że przy tekstach długości Twojego, gdzieś w połowie nie byłbym już w stanie czytać dalej :P Potem musiałbym od początku, bo pewnie po wytrzeźwieniu nie pamiętałbym co przeczytałem, i koło się zamyka. Perpetuum mobile alkoholizmu :)

 

Niech wam będzie, dopisałem dwa zdania:

Nie powiem, żeby mnie to jakoś szczególnie usatysfakcjonowało, bo mogli tego gnata po prostu wywalić gdzieś w cholerę, żeby nikt nie miał do niego dostępu. Ale niech Ci będzie.

 

Na razie tylko ty na to marudzisz, więc zostawię, bo mi to bardzo do Kazuyoshiego pasuje.

Ja Ci nie każę tego zmieniać, tylko piszę, co mnie zatrzymało.

 

Dawaj ten tekst! :D

To trochę jeszcze potrwa. Mam początek napisany, prawie cały środek wymyślony (poza jedną istotną rzeczą, nad którą wciąż myślę) i zamknięcie też już ogarnąłem. Będzie narracja pierwszoosobowa, w sumie piątka postaci (a w zasadzie nawet szóstka), niedaleka przyszłość, i też eksploracja, ale nie innej planety, czy księżyca. Tylko prolog i epilog w czasie rzeczywistym, w formie dialogu pozbawionego didaskaliów.

Known some call is air am

Nie powiem, żeby mnie to jakoś szczególnie usatysfakcjonowało, bo mogli tego gnata po prostu wywalić gdzieś w cholerę, żeby nikt nie miał do niego dostępu. Ale niech Ci będzie.

Jeszcze trochę zmieniłem, ale i tak pewnie poniżej poziomu twojej satysfakcji.

 

To trochę jeszcze potrwa. Mam początek napisany, prawie cały środek wymyślony (poza jedną istotną rzeczą, nad którą wciąż myślę) i zamknięcie też już ogarnąłem. Będzie narracja pierwszoosobowa, w sumie piątka postaci (a w zasadzie nawet szóstka), niedaleka przyszłość, i też eksploracja, ale nie innej planety, czy księżyca. Tylko prolog i epilog w czasie rzeczywistym, w formie dialogu pozbawionego didaskaliów.

Zapowiada się ciekawie. :)

Jeszcze trochę zmieniłem, ale i tak pewnie poniżej poziomu twojej satysfakcji.

Dobra, zostaw jak jest, ale masz rację, nadal mi to trochu zgrzyta :P Samego miodu być nie może ;)

 

 

Known some call is air am

Dobra, zostaw jak jest, ale masz rację, nadal mi to trochu zgrzyta :P Samego miodu być nie może ;)

To tak jak z postaciami na ekranie przy oglądaniu filmu. Zawsze wiemy lepiej, co powinni zrobić. :P

No nie do końca, bo tutaj chodzi o zminimalizowanie zagrożenia, o którym najwyraźniej reszta załogi nie pomyślała.

Known some call is air am

Ha, opowiadanie w zakładce otwartej jeszcze przed tym, jak Finkla wyłączyła portal.

 

"Zaskoczony Turner szybkim ruchem zamknął laptopa.

– Tu się nagrywa (…)

Urażony Turner odprowadził go wzrokiem."

-> można by drugiego Turnera zmienić na kapitana albo co.

 

"Co dwadzieścia cztery godziny otrzymywała próbkę lodu do analizy. Dostała na razie jedną"

-> "miała otrzymywać

 

Izolacja -> raport -> oględziny lekarskie? Czemu diagnoza nie przed raportem?

 

"bo brał wszystkie poranne zmiany przy wiertle a i wcześniej"

-> tu chyba brakło przecinka przed "a"?

 

"Asterion I z powodzeniem wykonał manewr lądowania. System nie wykrył żadnej awarii. Wybuch nastąpił dziesięć dni po lądowaniu"

-> A co z komunikacją przez te 10 dni? I czy w kontekście danych ze skrzynki nie interesowało ich nic więcej przy wraku?

 

"Analiza danych z czarnej skrzynki nie pozostawiała wątpliwości. Ktoś dokonał sabotażu."

-> Hmmmm, jeśli nie ma wspomnianej bezpośredniej wskazówki, to można by ominąć to chociażby sugestią padającą z ust kogoś obeznanego, kto wcześniej analizował dane. Bo bez tego nie wiadomo kto wysnuł taki wniosek – a wypadki przy sprzęcie kosmicznym bywają nawet na poziomie startów rakiet.

 

Podwójne łóżko kapitańskie w statku badawczym? Serio? Mimo misji, której większość jest w zerowej grawitacji, a część w obniżonej? W warunkach, w których oszczędzana jest powierzchnia statku? Przeszłoby w Expance, ale tu nie pasuje.

 

"Jeżeli odnajdą aminokwasy przyswajalne przez człowieka"

A to podobno wegusy zawsze musza podkreślić swoje odżywianie ;-) (tak, wiem, dalsza część wyjaśnia, to nie zarzut, po prostu uśmiechnęło trochę;)

 

"mogła nawet zaryzykować stwierdzenie, że się kochały"

Wcześniej była wzmianka, że ją kochała, czy to celowe zaakcentowanie zwątpienia lub wątpliwość "co w drugą stronę"?

 

"choć większość załogi protestowała"

-> o ile rozumiem, że ktoś mógł podjąć decyzję o wpuszczeniu anomalii, to IMHO przynajmniej część załogi powinna nie tylko protestować, ale wręcz próbować przeciwdziałać. To jednak wyszkoleni ludzie. Bardziej wiarygodne by było, gdyby zrobiła to potajemnie (lub jawnie, ale nagle, zaskakując innych). Ale nawet wtedy dziwi bierność wobec późniejszego wprowadzenia do kabiny. Coś tu się posypało w logice tekstu, co ciekawe nie przez jakąkolwiek sprzeczność, a przez brak jakiegoś elementu, który z powodzeniem można by dopisać, nie zmieniając reszty.

 

"wbił strzykawkę w jej łydkę i nacisnął tłok. Padła nieprzytomna nim zdążyła nacisnąć spust"

Ok, inne czasy, inna technologia, ale że tak szybko od nogi w górę się wpompowało, ze na strzał zabrakło czasu? Chociaż jestem skłonny uznać, ze to właśnie zmiany w organizmie spowodowały szybszą reakcję, wtedy Shannon powinna to od razu zauważyć, ale inny obserwator (do którego należy rozdział), w ferworze sytuacji faktycznie niekoniecznie.

 

" Dłoń Turnera zastygła w połowie drogi do blokady."

Nadmiarowa spacja przed akapitem.

 

No dobra, to co teraz? Przede wszystkim ciesze się, że trafiają się teksty, które są dowodem na to, że nie do wszystkich opowiadań powiem “skracać”. Tu jest prawie 80K, ale jest napisane tak, że nie ma nic zbędnego, długość dopasowana do treści, nie ma zbędnych “wypełniaczy pod nabijanie znaków”, dobrze się czyta, jest git. Wręcz właśnie brakuje paru fragmentów.

No i właśnie… Odnosnie brakujących fragmentów… tekst czyta się dobrze, jest poukładany, logiczny. Choć nie bierze czytelnika jako zakładnika, to jednak jest rodzajem lektury wskazanej i pożądanej, zajmującej szufladę SF i do tej szuflady dobrze pasujący. A w tej szufladzie nawet teksty z ciężkim stylem Andrzeja Trepki warto czytać (Planeta Woda zdecydowanie ciężkiego stylu nie ma, chodzi mi tylko o to, że ten gatunek ma swoje prawa – i choć na błędy ma mniejsza tolerancję, niż np. space opera, to na brak “wartkości” odporność gatunkowa jest tu znacznie mocniejsza).

No więc czytało się świetnie i nawet myślałem “o, zagłosuję za piórem”. Aż tu nagle na ostatniej prostej, gdy zawodnik wbiegł w zakręt, nagle się poślizgnął. Może z trasy nie wypadł, może do mety dobiegł, ale co się na tym zakręcie podziało, to jego. A podziało się to, co zasygnalizowałem wyżej. Już tam pal licho fragment, w którym nikogo nie interesuje jak to się stało, że pierwsza misja nie korzystała z okienek transmisyjnych w czasie, w którym działała 10 dni dłużej, niż domniemano (co można łatwo wyjaśnić i co jako czytelnik można sobie dopowiedzieć), ani tym, czy da się coś zbadać w miejscu katastrofy (tez do machnięcia ręką, czasem lepiej pominąć jakiś wątek, niż niepotrzebnie mieszać). Tak więc to serio nie przeszkadzało w lekturze i w pełni mieściło się w marginesie tolerancji.

Gorzej z zachowaniem załogi w momencie, w którym kapitan zdecydowała się najpierw wpuścić anomalię, potem wprowadzić do głównej części statku. Bo tu jak wspomniano wyżej – o ile zachowanie kapitan do wyjaśnienia, to tu już jednak owego wyjaśnienia brakło. Jeśli nie na etapie podjęcia kontaktu (pośpiech, zaskoczenie działanie impulsywne, nawet to, ze skoro organizmy porozumiewały się zdalnie w sposób nieznany człowiekowi, to mogły też na człowieka wpływać (co nawet wcześniej załoga rozważała w innym kontekście). Ale już kompletna bierność później, przy zapraszaniu na salony…

No tu coś zabrakło wiarygodności. Wiarygodności, którą całkiem serio można by było dobudować paroma dodatkowymi zdaniami, może kilkoma akapitami, nawet nie ruszając tego, co już jest. Niedopowiedzenia są ok, jestem ich wielkim zwolennikiem, ale tu nie ma mowy o niedopowiedzeniu, a albo o wycięciu czegoś istotnego (niby możliwe pod te magiczne 80K, ale mam podejrzenie, ze jednak nie w tym fragmencie) albo o pominięciu elementu, który nie został przewidziany przy przelewaniu pomysłu na ekran, a który idealnie pasuje do nadania układance odpowiedniego obrazu.

Szkoda, bo ten może nie zgrzyt, może bardziej czynnik wybijający z przyjętej konwencji, powstrzymuje mnie przed “takowaniem” (może się jeszcze namyślę, jest czas, ale wątpię – póki co temat jest jeszcze otwarty). Jednocześnie jednak chciałbym zaznaczyć, że subiektywnie to opowiadanie podoba mi się bardziej, niż “Przyszłość prawdziwie świetlana” MrBrightside’a, której dąłem TAKa. No ale w głosowaniu piórkowym staram się stosować pewne kryteria i w tychże kryteriach tamten tekst był “bardziej” w swojej kategorii, niż ten w swojej. No a szkoda, bo naprawdę, problem wyszedł jakieś 15K przed końcem, a wcześniej było lepiej i później też. Problem tylko w tym, że to moment jakby przełomowy.

Ach, finał tez aż się prosi o wzmiankę o o obserwacji Europy wyspecjalizowanymi satelitami, ale to szczegół, to niczego nie psuje, generalnie finał jest dobry i dobrze wpada w konwencję.

No, ponarzekał, ale tekst jest dobry i chciałbym takie teksty widzieć tez na papierze.

A tak swoją drogą, inspiracja “Solaris” Lema jest, ale czy bardzo się pomylę, jeśli zacznę się doszukiwać jakiś odległych ech lub inspiracji lub nawiązań do “Kameleona” Kosika i obcych ze “Ślepowidzenia” Wattsa?

 

Ach, no i przy lekturze kilkukrotnie dostrzegłem lekkie podobieństwa do “Raport: Europa”, zapomniałem o tym pisząc komentarz, ale widzę, ze powyżej zostało już to przywołane. Z ciekawości – to też było w inspiracji?

 

Ha, opowiadanie w zakładce otwartej jeszcze przed tym, jak Finkla wyłączyła portal.

O, wypraszam sobie! Mnie to padnięcie było nie na rękę, więc to nie ja.

Babska logika rządzi!

A jednak koincydencja autorstwa ostatniego wpisu przed awarią i pierwszego w trakcie jest zauważalna ;-)

"Kameleon" Kosika? Tam super organizm bardziej naśladował ludzkość, niż ją zmieniał.

Known some call is air am

Na tym polegają inspiracje, ze nie musza być jeden do jednego, a tam był motyw pojawienia się w którymś momencie “człowieka” w miejscu, w którym być nie powinien. Osobną sprawą jest natomiast jego “pochodzenie”. Ale jest i misja i katastrofa. Pytanie jednak czy faktycznie mogło to być gdzieś “u zarania” inspiracji i czy w ogóle Geki zna to opowiadanie (bo książka na jego bazie eksploruje już inny kierunek).

Miałam nie zamieszczać komentarza pod Twoimi tekstami (tak sobie obiecałam), ale czytam ostatnią  fantastykę, jestem już po polskich opowiadaniach  i w trakcie zagramanicznych.. Ziemia i niebo w kwestii poruszanych problemów, idei, klarowności i warsztatu (nie interpunkcyjnego dodam, na tym się nie znam, choć już co nieco zauważam; wypowiadam się jako czytelnik).  Naprawdę wiele opek stąd jest dużo lepszych od czytywanych przeze mnie w polskich: antologiach, NF, o powieściach nie w wspomnę. Jak jest jakiś pomysł – to się nie wykluł dostatecznie, jak jest jakiś warsztat koncepcyjny to najczęściej manieryczny, podług jednego kopyta, a treść odrzuca. Naturalnie, zauważyłam kilka wyjątków, ale zobaczymy, co będzie z nimi dalej. 

 

Opko klarowne, część szczegółów technicznych warto byłoby wykreślić (nie chodzi o udowadnianie, że wiem,  to ma być w tle, ponieważ opowiadasz historię; do kilku rzeczy bym się przyczepiła). Zajmująco prowadzisz fabułę, czy optymalnie – byśmy dyskutowali o gustach. Najmniej mi się podobało to, że powielasz motywy, zabiegi i są odwołaniami zupełnie wprost. Sama istota problemu/idea, o której dyskutowała Irka – interesująca, nawet bardzo, choć Tobie nie o to chodziło, chyba.

Podsumowując, byłabym za piórkiem.  Zdecydowanie  konkursowe, drukowalne, rozwijasz się. Jest ok. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Najpierw Outta. :) 

 

No nie do końca, bo tutaj chodzi o zminimalizowanie zagrożenia, o którym najwyraźniej reszta załogi nie pomyślała. 

Nie pomyślała, dokładnie. Raz, że Bernan jest uśpiona. Dwa, że oni nie mieli w zamiarze odebrać jej władzy, chcieli wykonać badanie a potem porozmawiać. Nue sadzili, że Bernan posunie się do użycia broni. Ogólnie, użycie broni to ostateczność. Jeśli przebywało się z kimś przez osiem miesięcy to nie jest tak łatwo strzelić. Zresztą nigdy nie kest tak łatwo. To tylko na filmach akcji wygląda tak bezstresowo. 

 

Teraz wilk. :) 

 

A co z komunikacją przez te 10 dni? I czy w kontekście danych ze skrzynki nie interesowało ich nic więcej przy wraku?

Badania skrzynki się nie zakończyły, ale najważniejsze wnioski zostały wyciągnięte. Ahmad przecież nadal pracuje, chociaż jego historii nie obserwujemy. 

Co stało się z pierwszą misją i dlaczego nie wysłali komunikatów – to tajemnica umyślnie niewyjaśniona. Trochę maras napisał o tym, co zyskuję, nie wyjaśniając wszystkiego.

 

Hmmmm, jeśli nie ma wspomnianej bezpośredniej wskazówki, to można by ominąć to chociażby sugestią padającą z ust kogoś obeznanego, kto wcześniej analizował dane. Bo bez tego nie wiadomo kto wysnuł taki wniosek – a wypadki przy sprzęcie kosmicznym bywają nawet na poziomie startów rakiet.

No jest wyjaśnione kto prowadził badania i tak naprawdę zdanie o sabotażu jest parafrazą wyniku ekspertyzy. 

 

Podwójne łóżko kapitańskie w statku badawczym? Serio? Mimo misji, której większość jest w zerowej grawitacji, a część w obniżonej? W warunkach, w których oszczędzana jest powierzchnia statku? Przeszłoby w Expance, ale tu nie pasuje.

Kiedy to napisałeś, zacząłem się nad tyk zastanawiać – i sądzę, że nadal ma to sens, tak samo jak wymienione przez kogoś innego kubki i filiżanki. 

To prawda, że większość czasu bohaterowie przebywają w zerowej grawitacji i to prawda, że oszczędzana jest powierzchnia. Po co im w takim razie w ogóle normalny ekspres do kawy? Po co filiżanki? Po co Bernan duże łóżko i większa kajuta? I tu zaczynam myśleć o ośmiu miesiącach podróży, kiedy pozbawiony jestem tego wszystkiego, co wydaje mi się norma w życiu – osiem miesięcy, potem odwalenie zadania i kolejne miesiące lotu. Jasne, można ten etap na Europie potraktować jako punkt do odhaczenia, w końcu to tylko połowa misji – ale sądzę, że marchewka, czy to w postaci dobrej kawy, czy możliwości spania ma dużym łóżku (a Bernan to przecież kapitan, więc i stres ma większy), zadziałaby tu motywująco. Pozwoliła rozładować częściowo stres, dała poczucie docenienia. Z drugiej strony jak mogliby być poirytowani, kiedy lądują na Europie i nadal muszą pić kiepską kawę z tubki albo z czego tam. Nie bez powodu dba się o komfort pracowników w trakcie przerwy np. tworząc game zony w korporacjach (no, robiło się pdzed pandemia). Myślę, że komfort astronautów – czy nawet zapewnienie im namiastki normalności w połowie zadania, będzie ważną sprawą. 

 

Wcześniej była wzmianka, że ją kochała, czy to celowe zaakcentowanie zwątpienia lub wątpliwość "co w drugą stronę"?

Dobrze to odczytujesz. 

 

Izolacja -> raport -> oględziny lekarskie? Czemu diagnoza nie przed raportem

To więcej mówi o Bernan, nim ona się pojawia na pierwszym planie. Bernan zachowuje pozę zimnej suki, nie zawsze przy tym postępuje logicznie. Sama zresztą potem rozważa swoje błędy. 

 

Ok, inne czasy, inna technologia, ale że tak szybko od nogi w górę się wpompowało, ze na strzał zabrakło czasu? Chociaż jestem skłonny uznać, ze to właśnie zmiany w organizmie spowodowały szybszą reakcję, wtedy Shannon powinna to od razu zauważyć, ale inny obserwator (do którego należy rozdział), w ferworze sytuacji faktycznie niekoniecznie.

Chyba, że przez te niespełna sto lat opracujemy substancje, które będą potrafiły tal szybko oddziaływać na układ nerwowy. :) 

 

-> o ile rozumiem, że ktoś mógł podjąć decyzję o wpuszczeniu anomalii, to IMHO przynajmniej część załogi powinna nie tylko protestować, ale wręcz próbować przeciwdziałać. To jednak wyszkoleni ludzie. Bardziej wiarygodne by było, gdyby zrobiła to potajemnie (lub jawnie, ale nagle, zaskakując innych). Ale nawet wtedy dziwi bierność wobec późniejszego wprowadzenia do kabiny. Coś tu się posypało w logice tekstu, co ciekawe nie przez jakąkolwiek sprzeczność, a przez brak jakiegoś elementu, który z powodzeniem można by dopisać, nie zmieniając reszty.

Dopisałem tam pewien fragment, żeby złagodzić ewentualny zgrzyt, aczkolwiek sądzę, że byłoby inaczej. Nie wydaje mi się, by na takim etapie ktoś protestował. Szok to jedno. Drugie, że oni są oddaleniu od Ziemi, że hoho, jedyną władzą, jaką nad sobą mają, jest Bernan. A jaka jest, już wiemy – upór to jedna z jej wad.

I nie ważne już to, że po powrocie za niesubordynację mogły ich czekać konsekwencje. Przecież Bernan kest pilotem, ona ma ich zabrać do domu. Jasne, wspominam o tym, że mają szkolenie, że jest ktoś, kto może ją zastąpić, ale w pierwszej kolejności to jej zadanie. Ona rozdaje karty. 

Do tego załoga nie jest zgrana, a jedyma osoba z jajami na tyle dużymi, by się otwarcie sprzeciwić Bernan – Isajev – odbywa areszt. 

Sądzę, że w takich warunkach, biorąc pod uwagę brak zgrania, nie doszłoby tu do bezpośredniego konfliktu z kapitan. Zauważ, że oni potem rozważają bunt. Po prostu nie działają pochopnie. Muszą się też wybadać, kogo na ile stać, a kto myśli tylko o tym, by zająć się własnymi sprawami i jak najszybciej wrócić do domu. I koniec końców do pewnego buntu dochodzi. 

A czy Bernan mogłaby wprowadzić Greenberga ukradkiem? Tak by pokazała słabość przed załogą. To noe w jej stylu. 

 

No ale w głosowaniu piórkowym staram się stosować pewne kryteria i w tychże kryteriach tamten tekst był “bardziej” w swojej kategorii, niż ten w swojej

 

To piórka mają podział na kategorie? :P

Oczywiście przyjmuję twoją opinię, możemy mieć różne punkty widzenia i nie mam zamiaru tu mocniej polemizować, czy się upierać. Tak samo jak nie pisałem tego, by cię nakłonić do zmiany zdania, chociaż do głosowania daleko i może się pozytywnie zaskoczę. :) 

 

A co do inspiracji, to już bardziej Watts niż Lem. 

A Europa Report obejrzałem już po spisaniu pomysłu na opowiadanie, w ramach riserdzu. :) 

 

 

 

Co stało się z pierwszą misją i dlaczego nie wysłali komunikatów – to tajemnica umyślnie niewyjaśniona. Trochę maras napisał o tym, co zyskuję, nie wyjaśniając wszystkiego.

Ale ja absolutnie nie odnoszę się tu do braku wyjaśnienia. Brak wyjaśnienia jest bardzo na korzyść. Odnoszę się do kompletnego pominięcia w tekście tego, że wyjaśnienia brakuje. Cała załoga była przekonana, ze załoga rozbiła się od razu. Okazuje się, ze nie. Aha. Wszyscy przechodza nad tym do porządku dziennego. I nikt się nie głowi skąd milczenie, względnie nie zastanawia, że może milczenia nie było, ale z jakiegoś powodu nawet załoga drugiej misji nie otrzymała informacji o komunikacji pierwszej.

Jasne – tekst nie zaprzecza temu, ze coś się dzieje w tle, ale na pierwszy rzut oka wygląda to jednak tak, jak wspomniałem. Choć nadal – ten element nie wybija z rytmu. Choć można go było doszlifować (cały czas pozostawiając brak wyjaśnienia).

Chyba, że przez te niespełna sto lat opracujemy substancje, które będą potrafiły tal szybko oddziaływać na układ nerwowy. :) 

Hm, czy jest na sali lekarz, żeby powiedzieć, czy to tak może działać, że wbicie w przypadkowe miejsce mogłoby od razu cały układ nerwowy powalić?

 

Brak reakcji – opisujesz jakby reakcja była wyłącznie kwestią konfliktu procedur (procedura ogólna, a procedura wynikająca z hierarchii). Ale tu mówimy o bezpośrednim zagrożeniu biologicznym i radiacyjnym i to na dwóch etapach, w których drugi był z opóźnieniem względem pierwszego (przejście do kabin). Nie wiem, to się da przedstawić sensownie, nawet podskórnie czuję, że niewiele brakuje do braku zgrzytu, ale jednak jest o to niewiele za mało. Być może właśnie ze względu na taką, a nie inną konwencję, bo to jednak SF, a nie np. weird lub thriller.

 

Kategorie – nie, nie mają kategorii. Ale teksty są z różnych szuflad. Jeśli coś jest daleko od “moich” szuflad, to w przypadku oceniania powinienem chociaż próbować się zastanowić jak wyglądają “w swoich”, a nie patrzyć tylko z własnego miejsca ;) 

nie mam zamiaru tu mocniej polemizować

A szkoda. Serio. Bo nie zgadzać się to jedno, ale jeśli padają argumenty i jest kultura, to takie polemiki są bardzo spoko :)

 

Wszyscy przechodza nad tym do porządku dziennego. I nikt się nie głowi skąd milczenie, względnie nie zastanawia, że może milczenia nie było, ale z jakiegoś powodu nawet załoga drugiej misji nie otrzymała informacji o komunikacji pierwszej.

No, to jest te piętnaście tysięcy znaków, które wypadałoby dopisać dla postaci Ahmada. 

Myślę, że nie tyle nie głowią się, co głowią się nad ty, czemu do sabotażu doszło – a potem stają przed kwestią bardziej pilną, czyli odnalezieniem życia na Europie. 

 

Hm, czy jest na sali lekarz, żeby powiedzieć, czy to tak może działać, że wbicie w przypadkowe miejsce mogłoby od razu cały układ nerwowy powalić?

Eee… inteligentne toksyny? Nanoboty? Przydałby się lekarz z przyszlosci. 

 

 A szkoda. Serio. Bo nie zgadzać się to jedno, ale jeśli padają argumenty i jest kultura, to takie polemiki są bardzo spoko :)

Ale to by już mogło podpadać pod urabianie Lożownika. :P

O nanobotach pomyślałem, ale nadal – musza dotrzeć, gdzie trzeba. Choć w sumie mogłyby serwować ładunki elektryczne na podobnej zasadzie, jak tasery.

A urabiać, urabiaj. Nadal przecież jestem też czytaczem ;)

Ciekawy pomysł. Czyta się jednym tchem. Dobre.

Hej, Asylum 

 

Miałam nie zamieszczać komentarza pod Twoimi tekstami (tak sobie obiecałam)

Gdzie byśmy byli, gdybyśmy dotrzymywali wszystkich obietnic? ;) 

 

Opko klarowne, część szczegółów technicznych warto byłoby wykreślić (nie chodzi o udowadnianie, że wiem, to ma być w tle, ponieważ opowiadasz historię; do kilku rzeczy bym się przyczepiła).

Szczegóły techniczne specjalnie dla marasa. Za warstwę merytoryczną odpowiadają golodh i Arnubis, to niech się tłumaczą. A serio, to myślę, że technikalia ładnie przeanalizowaliśmy. Było parę znaków zapytania, ale one zawsze się pojawiają, kiedy wyobrażamy sobie przyszłość. 

 

Sama istota problemu/idea, o której dyskutowała Irka – interesująca, nawet bardzo, choć Tobie nie o to chodziło, chyba.

Akurat Irka jest bardzo blisko tego, co mi przyświecało w trakcie pisania tekstu (tzn nie tyle bliska odpowiedzi, co postawionego pytania), co choćby może sugerować jedna z ostatnich wypowiedzi Bernan. 

 

Podsumowując, byłabym za piórkiem. Zdecydowanie konkursowe, drukowalne, rozwijasz się. Jest ok. 

Aż szkoda, że żadnego konkursu nie było. Pozakonkursowe teksty zawsze lepiej mi wychodzą… 

 

Ciekawy pomysł. Czyta się jednym tchem. Dobre.

Cześć Koalo i dziękuję za pochlebny, acz zwięzły, komentarz. :) 

Mijał drugi dzień od lądowania. Wczoraj sprawdzili osłony i działanie sprzętu, wypuścili łazika, a potem Isajev otworzył butelkę przemyconego na pokład szampana.

Przewrócenie oczami po raz pierwszy. Czy naprawdę przemycanie alkoholu na statki kosmiczne to niezbędny element SF?

 

Nawet jeśli trzeba było uważać przy naj-mniejszym ruchu, by kawa nie wypłynęła z kubka.

Odstawił brudny kubek na blat i wyszedł.

Niekonsekwencja. To jak to jest tam z tą grawitacją? Kawa łatwo ucieka z kubka, ale sam kubek już nie ma problemu, by stać na blacie?

 

Wtedy przynajmniej coś by się działo. Wybaczcie, że was opuszczam w trakcie tak zajmującej pogawędki, ale za godzinę moja zmiana przy wiertle, a muszę założyć jeszcze absurdalnie ciężki skafander, który i tak nie ekranuje promieniowania.

Nienaturalne. Po co im to mówi, skoro to wiedzą? Przemycony infodump.

 

Całą diagnostykę robi komputer, a w przypadku poważniejszych schorzeń miałam kontaktować się z Ziemią odparła podkomendna.

Jak wyżej. Nienaturalne. Kapitan przecież to już wie, dlaczego więc ona to jej mówi? Przemycony infodump po raz drugi (narrator jest od tego, by czytelnika o tym poinformować, kwestie dialogowe powinny być przede wszystkim wiarygodne i naturalne).

 

W innych warunkach Shannon nie myślałaby sprzeciwić się Bernan, ale w sytuacji, gdy były jedynymi kobietami w promieniu pięciuset siedemdziesięciu milionów kilometrów, które spędziły razem ostatnie kilka miesięcy i  biorąc pod uwagę los pierwszego Asteriona mogły nigdy nie wrócić na Ziemię, gdzie znaczenie miałyby ich służbowe stopnie i funkcje, pozwoliła sobie na szczerość.

Przydługi, mało atrakcyjny tasiemiec.

 

Wiedziała przecież, jaka odpowiedzialność ciąży na Bernan. Tylko Shannon widziała jej prawdziwą twarz

Aliteracja

 

Szacowali, że w miejscu lądowania skorupa lodu może mieć około czterdziestu kilometrów grubości. Nawet przy najnowocześniejszym sprzęcie, w jaki został wyposażony Asterion II, odwiert zajmie około dziesięciu dni.

Odwiert 40km? w 10 dni?

Poważne zawieszenie wiary po raz pierwszy.

Zdajesz sobie sprawę, że najdłuższy odwiert na Ziemi miał około 10 km? A do tego te ostatnie kilometry to była już wielomiesięczna męka. To jest większe SF niż wysłanie statku kosmicznego na Europę.

W tym miejscu nie opisujesz jeszcze technologii odwiertu, więc miałem przed oczami klasyczne wiercenie, które w praktyce jest nierealne dla podanych parametrów długości i czasu. Kilka stron dalej opisujesz je dokładnie i częściowo jesteś w stanie się wybronić, ale wciąż skala i ramy czasowe nie pozwalają mi traktować tego poważnie.

Co do opisanej przez Ciebie później technologii, nie ma to zbyt wiele wspólnego z wierceniem otworowym, to raczej drążenie tuneli, takich jak się robi pod metro czy autostrady. Wciąż jednak, mimo że się przyłożyłeś, by czytelnika przekonać, jest to nierealne.

Po pierwsze czas. 40 km w 10 dni?

Po drugie masa/średnica otworu? 20 metrów średnicy tylko po to, by wypuścić batyskaf? Po co takie wielkie? Przecież każdy dodatkowy metr średnicy to olbrzymia masa lodu do wybrania, rur okładzinowych to przywiezienia z ziemi, energii do przewiercenia tego.

Wylicz sobie objętość walca o długości 40 km i średnicy 20 m, jaka to będzie masa lodu do wybrania.

12 566 370 m3. Przy gęstości lodu 1000 kg/m3 to mamy masę 12 566 370 ton, czyli taka typowa ziemska wywrotka musiałaby zrobić tak z pół miliona kursów, by to wywieźć. A u Ciebie oni sobie wiercą jakby nigdy nic, jeden gość na zmianie, a lód sam znika.

Podobny problem będziesz miał z okładziną tuneli. Pomijając fakt, że rury o długości 200 m i średnicy 20 m instalują się same, to przecież to jest olbrzymia masa, którą trzeba wcześniej wyprodukować na Księżycu, a potem przywieść na Europę. To musi mieć ekonomiczne uzasadnienie…a u Ciebie nie ma.

A przecież te rury wcale Ci nie są potrzebne w takiej ilości i masie. Na zewnątrz jest bardzo zimno, lód jest krystaliczny jak skała, otwór będzie stabilny. Zabezpieczyć trzebaby go dopiero w końcowej fazie, gdzie pojawia się faza ciekła.

 

Choroba grawitacyjna, odpowiedniczka dolegliwości, jakie przechodzili marynarze po długim przebywaniu na morzu,

Choroba morska nie bierze się od długiego przebywania na morzu, a od kiepskiej pogody i nieprzyzwyczajenia organizmu do nietypowego ruchu otoczenia.

Długie przebywanie na morzu akurat sprawia, że organizm się przyzwyczaja i choroba rzadziej go dopada.

 

Leki nie działały, organizm nie readaptował się do grawitacji, czasem występowały przy tym zaburzenia krążenia krwi, która w stanie nieważkości zaczęła płynąć w odwrotnym kierunku.

Jakim cudem? Przecież są zastawki w żyłach, które temu zapobiegają. A serce to pompa działająca bez względu na grawitację. Poważny błąd merytoryczny numer dwa.

 

Przyjąłeś ponad sto rentgenów kontynuowała. Masz obniżony poziom limfocytów i niedobór płytek krwi.

Rentgen to jednostka dość wiekowa i nie spotkałem się, by stosowano ją w przypadku dawki pochłoniętej dla organizmów żywych. Stosuje się tu Siverty/Greye/Remy nie Rentgeny.

W Twoim przypadku miałeś na myśli zapewne REM (roentgen equivalent in man), który odpowiada 0,01 Sv.

 

Brak zmian nowotworowych.

Niedawno konsultowałem kwestie choroby popromiennej z Coboldem, więc jestem w miarę na bieżąco. Zmiany nowotworowe to nie będzie pierwsza rzecz, którą będą diagnozować. Te się dopiero mogą pojawić do długim czasie. Tu masz ściągnę objawów, na jakie lekarz będzie zwracał uwagę:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Choroba_popromienna

 

Asterion I z powodzeniem wykonał manewr lądowania. System nie wykrył żadnej awarii. Wybuch nastąpił dziesięć dni po lądowaniu. Nie ma komunikatów o uszkodzeniu osłon statku.

Niekonsekwencja po raz kolejny. Skoro wylądowali i jeszcze przez 10 dni funkcjonowali, zanim doszło do wybuchu, to dlaczego Ziemia nie dostała żadnych informacji o tym poza ich lokalizacją?

 

załadowała próbkę lodu do elektromikroskopu

Nie spotkałem się z takim nazewnictwem. Ale w sumie… może zostać.

 

Weszliśmy w płynny lód wcześniej, niż to było planach. Ale to nie wszystko. Stuknął palcem w tarczę zegara ukazującego kolejny pomiar.

Ten płynny lód mnie trochę uwiera. W warunkach ziemskich przechodzi bardzo szybko z ciekłego stanu w stały i odwrotnie. Nie mamy plastycznej fazy przejściowej. Nawet przy roztopach jest albo kra, albo woda. Rozumiem, że tam jest inne ciśnienie i warunki inne niż Ziemskie, ale wciąż nie potrafię sobie wyobrazić, jak ten płynny lód miałby wyglądać.

 

Śladowe dawki promieniowania stwierdziła kobieta. Znika już na takiej głębokości?

Tu znowu dziwi mnie to, dlaczego są tym aż tak zaskoczeni. To naturalne, że warstwa lodu będzie chronić przed promieniowaniem. Pamiętam jak robiłem kiedyś badania promieniotwórczości na hałdzie w Kowarach. 20 cm warstwa tłucznia wysypana na promieniotwórczy odpad tłumiła promieniowanie kilkukrotnie. Wystarczyło 20 cm, a oni mają przecież kilometry lodu.

 

To bakterie absorbują promieniowanie i zmieniają je w energię cieplną oraz świetlną. Same świecą i wykorzystującą to do fotosyntezy. To niesamowite. Wręcz nierealne. Do tego sprzeczne z ekonomią energetyczną, która wydawała się nam, na Ziemi, uniwersalną zasadą.

W pierwszej chwili miałem podobne odczucia, że to trochę bez sensu, na około. Prościej byłoby bezpośrednio wykorzystywać energię kwantów gamma do metabolizmu, niż zamieniać na fotony, by potem z nich fotosyntetyzować. Ale widać, że jesteś tego świadomy i starasz się z tej niekonsekwencji wybrnąć. Robisz to na tyle skutecznie, że zawieszam niewiarę.

Problem pojawia się teraz z absorpcją promieniowania. To jest ono tam w końcu, czy go nie ma? Chyba że do tego potrzebujesz trytu, jako wewnętrznego źródła promieniowania i energii napędzającej życie.

 

Sektor statku, w którym znajdowało się wiertło, segmenty do budowy tunelu, części windy, paliwo do wiertła

Paliwo do wiertnicy, a nie do wiertła.

 

Wszystko zgodnie z planem. Jesteśmy gotowi do wypuszczenia drona.

Zezwalam.

Wystarczyło nacisnąć jeden przycisk i zdalnie sterowana łódź podwodna nie dłuższa od przedramienia wypłynęła z luku.

Dron to statek powietrzny, tymczasem Ty masz tutaj typowy AUV. Autonomous underwater vehicle.

Co do zdalnego sterowania takich urządzeń, to też w praktyce nie jest to takie łatwe (mam na myśli współczesne technologie).

Bo albo jest sterowany zdalnie przez pilota, ale wówczas jest na grubym kablu. Albo jest zupełnie niezależny, ale jego kurs jest wcześniej programowany. Bezprzewodowe sterowanie, takie jak w przypadku dronów jest pod wodą dużo trudniejsze, ze względu na zakłócenia oraz brak możliwości wykorzystania fal radiowych do komunikacji, bo te w wodzie się nie rozchodzą. Zostają fale akustyczne, ale tu problemem są wspomniane zakłócenia i czas reakcji. Fala dźwiękowa rozchodzi się nieporównywanie wolniej niż radiowa/elektromagnetyczna, przez co komendy pilota dochodziłyby do urządzenia z opóźnieniem.

Podsumowując. Albo swoją zabawkę masz na kablu i wtedy może nią sterować pilot, albo puszczasz ją samopas, uprzednio zaprogramowawszy misję.

 

To zjada lód. Widać ślad tam, gdzie przepłynęło zauważył ten, no, Polak o niewymawialnym nazwisku.

Meh

Narrator wie, jakie ten Polak ma nazwisko, to raz. Ten sam narrator wcześniej (w tym samym rozdziale) opisuje co lubiła pani biolog, więc nie jest on całkowicie spersonalizowany na Japończyku.

Dwa, że znowu wykorzystujesz stereotypy, że nazwiska Polskie są problemem dla obcokrajowców. Trzy, oni lecieli razem rzez 8 miesięcy, więc znają się już jak łyse konie. Nie będą postrzegać siebie przez pryzmat niewymawialnego nazwiska, a będą znać się zwyczajnie po imieniu lub jeśli nie pracują ze sobą razem na co dzień, to po pełnionej funkcji.

 

Jak większość kosmicznych dzieci, była wysoka ale drobna i wykazywała się ponadprzeciętną odpornością na warunki zerowej grawitacji, choć za czasów jej młodości wszelcy specjaliści bili na alarm, że taki tryb życia będzie katastrofalny dla niedojrzałych organizmów. I podobnie jak trzydzieści procent sobie podobnych była bezpłodna.

Tasiemiec nieatrakcyjny

 

Jako jedna z niewielu cywili, razem z rodzinami pozostałych astronautów, patrzyła, jak tatko razem z pozostałymi członkami załogi macha na pożegnanie i wsiada na pokład statku.

Od tamtego momentu minęło dwanaście lat, pięć miesięcy, dwa tygodnie, trzy dni i czternaście godzin,

Meh

Brzmi to jakby kapitan od dwunastu lat liczyła każdą godzinę od śmierci ojca. Przesadzone a chwyt ograny.

 

Dopiła whisky, której zapasy ukryte w kapitańskiej kabinie topniały w zatrważającym tempie i włączyła intercom, ustawiwszy połączenie z warsztatem.

Meh

Znowu to picie na statkach kosmicznych, a przecież trend jest dokładnie odwrotny. Obecnie na większości statków morskich jest już zakaz spożywania alko po karą dyscyplinarki. BHP i profesjonalizm tego wymaga i to będzie postępować. A co dopiero w kosmosie.

Wyobrażasz sobie pijanych kosmonautów u Elona Muska?

Mój apel do wszystkich autorów SF. Nie warto iść tą drogą.

 

Wygląda jak koralowiec odparła Shannon. Jeśli miałabym odnieść się do czegokolwiek widzianego na Ziemi. Chropowata, pofałdowana powierzchnia, pełna zakamarków.

Biolog by to opisał bardziej fachowo.

 

Sto, może sto pięćdziesiąt lat, tyle pozostało Ziemi.

To retrospekcja/dialog wewnętrzny. Darowałbym sobie chyba ten myślnik na początku.

 

Zresztą i tak musiał czekać Europa znajdowała się po złej stronie Jowisza.

Mijają dni, a ta Europa jakby stała w miejscu, zawsze po złej stronie. I zawsze z brakiem komunikacji z Ziemią. A przecież ten brak komunikacji nie jest tutaj jakiś kluczowy. Zresztą, i tak mają opóźnienie, więc komunikacja jest ograniczona.

 

Nie wiem, co się tu odpierdala, może mamy jakąś narkotyczną jazdę przez kosmiczne opary, czy coś, ale przecież nikt nie oddycha pod wodą!

Tak się wypowiada Japończyk? Bardzo niejapońskie zachowanie. Postać traci wiarygodność.

 

-------------------

Ech, Geki, Geki. I co ja mam z Tobą zrobić…?

 

Bo widzisz, mimo tej masy krytycznych uwag i czepialstwa, to jest bardzo dobry tekst. Odważny, brawurowy, nie nudzi, wciąga. Podobała mi się konstrukcja, oparta na budowaniu opowieści poprzez dopisywanie historii kolejnych członków załogi. Styl, pomijając kilka niepotrzebnie zbyt złożonych zdań, również jest bez zarzutów.

Sama idea życia na Europie i pokazana wizja też wyszła Ci z rozmachem. To są wszystko bardzo mocne strony tekstu. Na tyle mocne, że potrafiłem się nim cieszyć, mimo wspomnianych wyżej niedoskonałości.

Co do krytyki, to miej świadomość, że wieloma kwestiami, które tu poruszasz, zajmuję (lub zajmowałem) się zawodowo, stąd też moje ich postrzeganie jest inne niż przeciętnego czytelnika.

 

Subiektywne odczucia są dużo lepsze niż mogłaby wskazywać liczba uwag.

 

Ocena: 5.35/6

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Cześć, Chrościsko! Ale rozbudowany komentarz – już się biorę do odpowiedzi. :)

 

Przewrócenie oczami po raz pierwszy. Czy naprawdę przemycanie alkoholu na statki kosmiczne to niezbędny element SF?

<wzrusza ramionami>

Widać mamy ciągoty do pijących postaci. Albo żywy jest w naszych głowach obraz podróżnika-alkoholika. :P

 

Niekonsekwencja. To jak to jest tam z tą grawitacją? Kawa łatwo ucieka z kubka, ale sam kubek już nie ma problemu, by stać na blacie?

Nie jest to niekonsekwencja. Kubek można wykonać z odpowiednio ciężkiego materiału. Za to ciecz – było, niebyło – w warunkach niskiej grawitacji zachowa się inaczej. Wyobraź sobie zachowanie wody przy szybkim ruchu na Księżycu. Tak jak ciało astronauty przy skoku wędruje dużo wyżej, niż przy tej czynności na Ziemi – tak samo przy użyciu tej samej siły inaczej zachowa się ciecz.

 

Nienaturalne. Po co im to mówi, skoro to wiedzą? Przemycony infodump.

Trochę przemycony. :)

Bohater po prostu narzeka na swój los.

 

Jak wyżej. Nienaturalne. Kapitan przecież to już wie, dlaczego więc ona to jej mówi? Przemycony infodump po raz drugi (narrator jest od tego, by czytelnika o tym poinformować, kwestie dialogowe powinny być przede wszystkim wiarygodne i naturalne).

Tu się nie zgodzę.

W trakcie lat pracy wielokrotnie tłumaczyłem przełożonym czy współpracownikom, co jest zakresem moich kompetencji i jak wygląda moja praca. Zauważ, od czego się ta rozmowa zaczyna.

 

Aliteracja

Hmm… pomyślę jak i czy to poprawić, bo dość daleko od siebie są te słowa.

edit: trochę poprawiłem.

 

Odwiert 40km? w 10 dni?

Poważne zawieszenie wiary po raz pierwszy.

Zdajesz sobie sprawę, że najdłuższy odwiert na Ziemi miał około 10 km? A do tego te ostatnie kilometry to była już wielomiesięczna męka. To jest większe SF niż wysłanie statku kosmicznego na Europę.

W tym miejscu nie opisujesz jeszcze technologii odwiertu, więc miałem przed oczami klasyczne wiercenie, które w praktyce jest nierealne dla podanych parametrów długości i czasu. Kilka stron dalej opisujesz je dokładnie i częściowo jesteś w stanie się wybronić, ale wciąż skala i ramy czasowe nie pozwalają mi traktować tego poważnie.

Co do opisanej przez Ciebie później technologii, nie ma to zbyt wiele wspólnego z wierceniem otworowym, to raczej drążenie tuneli, takich jak się robi pod metro czy autostrady. Wciąż jednak, mimo że się przyłożyłeś, by czytelnika przekonać, jest to nierealne.

Po pierwsze czas. 40 km w 10 dni?

Po drugie masa/średnica otworu? 20 metrów średnicy tylko po to, by wypuścić batyskaf? Po co takie wielkie? Przecież każdy dodatkowy metr średnicy to olbrzymia masa lodu do wybrania, rur okładzinowych to przywiezienia z ziemi, energii do przewiercenia tego.

Wylicz sobie objętość walca o długości 40 km i średnicy 20 m, jaka to będzie masa lodu do wybrania.

12 566 370 m3. Przy gęstości lodu 1000 kg/m3 to mamy masę 12 566 370 ton, czyli taka typowa ziemska wywrotka musiałaby zrobić tak z pół miliona kursów, by to wywieźć. A u Ciebie oni sobie wiercą jakby nigdy nic, jeden gość na zmianie, a lód sam znika.

Podobny problem będziesz miał z okładziną tuneli. Pomijając fakt, że rury o długości 200 m i średnicy 20 m instalują się same, to przecież to jest olbrzymia masa, którą trzeba wcześniej wyprodukować na Księżycu, a potem przywieść na Europę. To musi mieć ekonomiczne uzasadnienie…a u Ciebie nie ma.

A przecież te rury wcale Ci nie są potrzebne w takiej ilości i masie. Na zewnątrz jest bardzo zimno, lód jest krystaliczny jak skała, otwór będzie stabilny. Zabezpieczyć trzebaby go dopiero w końcowej fazie, gdzie pojawia się faza ciekła.

Tak, wiem, że jest to szybko. Przyglądałem się temu, szykując do pisania opowiadania i rzeczywiście dzisiejsza technologia nie pozwala nam chociażby zbliżyć się do takich wyników. Konsultowaliśmy to na becie i nadal jest szybko, jednak wziąłem poprawkę na to, że część odwiertu to półpłynny lód, część zwykły lód, który można np. roztopić.

Rozpiętość jest dyskusyjna i zastanawiam się, czy jej nie zmniejszyć, choć trzeba przyjąć jakieś miejsce na osłony, potem na mechanizm windy itp. Przemyślę to.

edit: zmniejszyłem do ośmiu metrów. Zrobiło się ciasno w tej kabinie Kazuyoshiego. :P

 

Co do tego, czemu osłony są montowane na każdym etapie – powierzchnia Europy nie jest taka nieaktywna, jak nam się może wydawać. Lód potrafi pękać (stąd rdzawe ślady na powierzchni), są tez rejony wzmożonej aktywności. Myślę, że to by było bezpieczniejsze rozwiązanie. Nie wiadomo dokładnie, na jakiej głębokości astronauci natkną się na półpłynny lód.

 

Choroba morska nie bierze się od długiego przebywania na morzu, a od kiepskiej pogody i nieprzyzwyczajenia organizmu do nietypowego ruchu otoczenia.

Toż ja nie opisuję choroby morskiej, tylko jej odwrotność – dolegliwości marynarzy którzy po wielu miesiącach na morzu schodzili na stały ląd. W wielu wypadkach było to dla nich nieprzyjemne, ponieważ organizm przyzwyczaił się do całkiem innych warunków.

 

Jakim cudem? Przecież są zastawki w żyłach, które temu zapobiegają. A serce to pompa działająca bez względu na grawitację. Poważny błąd merytoryczny numer dwa.

Zdarzało się u astronautów długo przebywających w przestrzeni kosmicznej, że krew pewnej części krwioobiegu (nie podam już z pamięci konkretów) płynęła w odwrotnym niż zwykle kierunku.

 

Rentgen to jednostka dość wiekowa i nie spotkałem się, by stosowano ją w przypadku dawki pochłoniętej dla organizmów żywych. Stosuje się tu Siverty/Greye/Remy nie Rentgeny.

W Twoim przypadku miałeś na myśli zapewne REM (roentgen equivalent in man), który odpowiada 0,01 Sv.

No, to wyedytuję. :)

Chociaż czy w rozmowie nie mogłoby takie okreslenie paść? Hmm…

edit: juz chciałem zmieniać, ale tak mi brzmi lepiej w staniu. To REM jakoś nie wygląda ładnie.

 

Niedawno konsultowałem kwestie choroby popromiennej z Coboldem, więc jestem w miarę na bieżąco. Zmiany nowotworowe to nie będzie pierwsza rzecz, którą będą diagnozować. Te się dopiero mogą pojawić do długim czasie. Tu masz ściągnę objawów, na jakie lekarz będzie zwracał uwagę:

W sumie sprawdzałem to przed pisaniem, ale teraz trudno mi odtworzyć tok myślenia z tamtego czasu. Przemyślę to.

edit: poprawiłem. Nie wiem, czy na lepsze, ale poprawiłem. :)

 

Niekonsekwencja po raz kolejny. Skoro wylądowali i jeszcze przez 10 dni funkcjonowali, zanim doszło do wybuchu, to dlaczego Ziemia nie dostała żadnych informacji o tym poza ich lokalizacją?

To nie jest niekonsekwencja. To jest niedopowiedzenie, które z rozmysłem pozostawiam.

Co mogło stać się na Asterionie I? Wszystko. W eksploracji kosmosu musimy być przygotowani tez na to, że staniemy przed pytaniami bez odpowiedzi, że coś się wydarzy i kompletnie nie będziemy wiedzieć dlaczego. Ta myśl mną kierowała.

 

Ten płynny lód mnie trochę uwiera. W warunkach ziemskich przechodzi bardzo szybko z ciekłego stanu w stały i odwrotnie. Nie mamy plastycznej fazy przejściowej. Nawet przy roztopach jest albo kra, albo woda. Rozumiem, że tam jest inne ciśnienie i warunki inne niż Ziemskie, ale wciąż nie potrafię sobie wyobrazić, jak ten płynny lód miałby wyglądać.

Ale na Europie – i nie jest to mój wymysł, tylko jedna z teorii – właśnie coś takiego istnieje.

 

Tu znowu dziwi mnie to, dlaczego są tym aż tak zaskoczeni. To naturalne, że warstwa lodu będzie chronić przed promieniowaniem. Pamiętam jak robiłem kiedyś badania promieniotwórczości na hałdzie w Kowarach. 20 cm warstwa tłucznia wysypana na promieniotwórczy odpad tłumiła promieniowanie kilkukrotnie. Wystarczyło 20 cm, a oni mają przecież kilometry lodu.

Nie sa zaskoczeni tym, że znika, ale że już go prawie nie ma. Europa znajduje się w pasie radiacyjnym Jowisza, jest tak napromieniowana, że świeci nawet kiedy nie odbija światła słońca (poziom promieniaowania na powierzchni mozna porównać do promieniowania rdzenia nieosłoniętego reaktora o masie 10GW mierzonego z odległości 9 metrów – tyle wypisałem w notatkach do opowiadania).

Niestety mogłem się gdzieś walnąć w szacowaniu głębokości vs promieniowanie. Jestem tylko przebrzydłym humanistą.

 

Problem pojawia się teraz z absorpcją promieniowania. To jest ono tam w końcu, czy go nie ma? Chyba że do tego potrzebujesz trytu, jako wewnętrznego źródła promieniowania i energii napędzającej życie.

No własnie po to jest tryt. Ogólnie sa to poszlaki, które wskazują na “ręczne sterowanie” rozwojem życia na Europie – co ma swoje odzwierciedlenie w finale. :)

 

Dwa, że znowu wykorzystujesz stereotypy, że nazwiska Polskie są problemem dla obcokrajowców. Trzy, oni lecieli razem rzez 8 miesięcy, więc znają się już jak łyse konie. Nie będą postrzegać siebie przez pryzmat niewymawialnego nazwiska, a będą znać się zwyczajnie po imieniu lub jeśli nie pracują ze sobą razem na co dzień, to po pełnionej funkcji.

Narrator wie, jakie ten Polak ma nazwisko, to raz. Ten sam narrator wcześniej (w tym samym rozdziale) opisuje co lubiła pani biolog, więc nie jest on całkowicie spersonalizowany na Japończyku.

Raz, że Kazuyoshi to nie jest typ, który się lubi socjalizować (to tez wynika z jego opisu). Dwa – ktoś wyżej stwierdził, że badania wskazują, że raczej chcieliby się pozabijać (wszystkim nie dogodzisz ;)). Trzy – stereotypy… o tym za chwilę.

Gdzie w tym rozdziale narrator opisuje co lubi Shannon? Raczej opisuje spostrzeżenia Kazuyoshiego, więc jest na nim skoncentrowany.

 

Tasiemiec nieatrakcyjny

No dajcie wcisnąć do opowiadania chociaż dwa rozrośnięte zdania.

 

Podsumowując. Albo swoją zabawkę masz na kablu i wtedy może nią sterować pilot, albo puszczasz ją samopas, uprzednio zaprogramowawszy misję.

No… tu coś będę musiał pokombinować, jeśli nie zwalić tego na rozwój technologii, bo w końcu praw fizyki pan nie zmienisz.

edit: dodałem info o kablu, bo w sumie nie psuje treści.

A co do określenia “dron” to jak wpisałem “dron podwodny” to mi wyskoczyło takie urządzenie, więc chyba nazwa spotykana tez w kontekście tego – jak napisałes – AUV.

 

Wyobrażasz sobie pijanych kosmonautów u Elona Muska?

Mój apel do wszystkich autorów SF. Nie warto iść tą drogą.

Wyobrażasz sobie misję, która ma trwać półtora roku i nie wiadomo, czy wyjdziesz z niej żywy, misje tak daleko od Ziemi, jak to tylko możliwe, bez choćby małej flaszeczki? No, można sobie wyobrazić. Ale co to za wyobrażenie…

 

Biolog by to opisał bardziej fachowo.

I sama ma do siebie pretensje, że jej dar elokwencji odebrało. ;)

 

Mijają dni, a ta Europa jakby stała w miejscu, zawsze po złej stronie. I zawsze z brakiem komunikacji z Ziemią. A przecież ten brak komunikacji nie jest tutaj jakiś kluczowy. Zresztą, i tak mają opóźnienie, więc komunikacja jest ograniczona.

Mijają dni, a Europa dość szybko okrąża Jowisza – w jakieś trzy dni pełen cykl.

Tak to już bywa, że jak coś się dzieje, to wtedy, kiedy sie nie powinno dziać.

 

Tak się wypowiada Japończyk? Bardzo niejapońskie zachowanie. Postać traci wiarygodność.

W kontekście tego, jak się wcześniej wypowiadał i jak jest opisany?

Biorąc pod uwagę, że globalizacja postępuje i minęło prawie sto lat?

…Już nie mówią o tym, jak w tym momencie poczuli się wszyscy Japończycy amerykańskiego i innego jeszcze pochodzenia.

I to jest dopiero stereotypizacja!

 

Bo widzisz, mimo tej masy krytycznych uwag i czepialstwa, to jest bardzo dobry tekst. Odważny, brawurowy, nie nudzi, wciąga. Podobała mi się konstrukcja, oparta na budowaniu opowieści poprzez dopisywanie historii kolejnych członków załogi. Styl, pomijając kilka niepotrzebnie zbyt złożonych zdań, również jest bez zarzutów.

:)

Co do krytyki, to miej świadomość, że wieloma kwestiami, które tu poruszasz, zajmuję (lub zajmowałem) się zawodowo, stąd też moje ich postrzeganie jest inne niż przeciętnego czytelnika.

Niepotrzebnie o tym wspominałeś. Będę pamiętać, jak przyjdzie mi szukać konsultantów do kolejnego tekstu sci-fi, jeśli taki kiedykolwiek napiszę (a pewnie napiszę).

Nie jest to niekonsekwencja. Kubek można wykonać z odpowiednio ciężkiego materiału. Za to ciecz – było, niebyło – w warunkach niskiej grawitacji zachowa się inaczej.

Czyli grawitacja jest, acz niższa niż na Ziemi. I to warto by jasno w tekście napisać. Bo w kilku miejscach się nad tym zastanawiałem.

 

Tu się nie zgodzę.

W trakcie lat pracy wielokrotnie tłumaczyłem przełożonym czy współpracownikom, co jest zakresem moich kompetencji i jak wygląda moja praca. Zauważ, od czego się ta rozmowa zaczyna.

Subiektywne odczucie czytelnika, że dialog jest nienaturalny.

 

edit: zmniejszyłem do ośmiu metrów. Zrobiło się ciasno w tej kabinie Kazuyoshiego. :P

I dobrze. Bo powinno być ciasno. Najciaśniej jak to możliwe by wytrwał tam kilka tygodni/miesięcy. Najlepiej by on sam do tego był jeszcze hobbitem ;) (stereotypizacja Azjatów level high ;))

 

Toż ja nie opisuję choroby morskiej, tylko jej odwrotność – dolegliwości marynarzy którzy po wielu miesiącach na morzu schodzili na stały ląd. W wielu wypadkach było to dla nich nieprzyjemne, ponieważ organizm przyzwyczaił się do całkiem innych warunków.

W takim razie mylisz pojęcia. Bo choroba morska to jest dyskomfort w trakcie rejsu, a nie dyskomfort po zejściu na ląd. I tak, wiem, o czym piszesz. Po kilku miejscach na statku przez pierwsze kilka chwil kołysze się pod nogami stały ląd, ale to nie jest chorobą morską. Twoja idea jest dobra (choć przerysowana), ale przytoczone zdanie było wadliwe.

 

Chociaż czy w rozmowie nie mogłoby takie okreslenie paść? Hmm…

edit: juz chciałem zmieniać, ale tak mi brzmi lepiej w staniu. To REM jakoś nie wygląda ładnie.

Masz trzy jednostki do wyboru, każda dobra. Diagnosta w rozmowie najprawdopodobniej użyje tej jednostki, którą widzi na wyświetlaczu miernika oraz w instrukcjach medycznych.

 

 

To nie jest niekonsekwencja. To jest niedopowiedzenie, które z rozmysłem pozostawiam.

Co mogło stać się na Asterionie I? Wszystko. W eksploracji kosmosu musimy być przygotowani tez na to, że staniemy przed pytaniami bez odpowiedzi, że coś się wydarzy i kompletnie nie będziemy wiedzieć dlaczego. Ta myśl mną kierowała.

No nie. W tekście stoi: Ponad dekadę wcześniej jego starszy brat pokonał tę samą drogę. Łączność z Asterionem I urwała się, gdy wszedł na orbitę Jowisza. Nie było jasne, co się wydarzyło. Do Ziemi docierał jedynie sygnał z lokalizatora, wskazujący, że statek dotarł na miejsce w strefie lądowania.

To nie jest niedopoowiedzienie. To wprowadzenie czytelnika w błąd. Bo jasno wynika z fragmentu, że łączność padła jeszcze przed lądowaniem i nie wiadomo było, co się wydarzyło.

 

Ale na Europie – i nie jest to mój wymysł, tylko jedna z teorii – właśnie coś takiego istnieje.

Mierzi mnie to trochę, ale niech zostanie. Charakterystyka gatunku Ci sprzyja.

 

A co do określenia “dron” to jak wpisałem “dron podwodny” to mi wyskoczyło takie urządzenie, więc chyba nazwa spotykana tez w kontekście tego – jak napisałes – AUV.

Dron to z definicji: “statek powietrzny, który nie wymaga do lotu załogi obecnej na pokładzie oraz nie ma możliwości zabierania pasażerów, pilotowany zdalnie lub wykonujący lot autonomicznie.”

 

Europa znajduje się w pasie radiacyjnym Jowisza, jest tak napromieniowana, że świeci nawet kiedy nie odbija światła słońca (poziom promieniaowania na powierzchni mozna porównać do promieniowania rdzenia nieosłoniętego reaktora o masie 10GW mierzonego z odległości 9 metrów

Wybroniłeś się. Zwracam honor.

 

Raz, że Kazuyoshi to nie jest typ, który się lubi socjalizować (to tez wynika z jego opisu). Dwa – ktoś wyżej stwierdził, że badania wskazują, że raczej chcieliby się pozabijać (wszystkim nie dogodzisz ;)). Trzy – stereotypy… o tym za chwilę.

Gdzie w tym rozdziale narrator opisuje co lubi Shannon? Raczej opisuje spostrzeżenia Kazuyoshiego, więc jest na nim skoncentrowan

Kazuyoshi od samego początku jest bardzo niejapoński. Pracując przez trzy lata w Azji, w tym na morzu z typami, którzy nie lubili się socjalizować, po prostu nie pasuje mi ten obraz do żadnego, z jakich Azjatów znałem. Jest wręcz ich przeciwieństwem.

Rozumiem, że 80 lat to wiele… ale czy współczesna mentalność Japońska a mentalność Japończyków z okresu Kamikaze aż tak bardzo się zmieniła? Czy mentalność Polaków Polski szlacheckiej a współczesnych jakoś drastycznie się różni? Tu nie chodzi o to, by ten Kazuyoshi powielał stereotypy, ale o to, by w jego osobie zachować ten japoński rdzeń, kilka cech, nawet zniekształconych, które jednak sprawią, że będzie wiarygodny.

Co do badań, wskazujących na to, że załoga by się chciała pozabijać… nie kupuję ich. Tysiące marynarzy przez setki lat bywały w takiej sytuacji. Nie różni się o wiele od 8-miesięcznego lotu w kosmosie. Nie będą chcieli się pozabijać bardziej niż w normalnym życiu. Zaadoptują się. A Azjatom akurat przychodzi to nadzwyczaj łatwo.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

To nie jest niedopoowiedzienie. To wprowadzenie czytelnika w błąd. Bo jasno wynika z fragmentu, że łączność padła jeszcze przed lądowaniem i nie wiadomo było, co się wydarzyło.

Nie widzę tu sprzeczności. 

Pierwsza infromacja jest taka, że ostatnia próba skomunikowania się załogi Asteriona I z Ziemią miała miejsce przed ich lądowaniem. Potem już łączności nie ma. Ziemia odebrała tylko dane lokalizacyjne ze strefy lądowania. 

Potem mamy informacje z czarnej skrzynki, że lądowanie się udało, system nie wykrył awarii, doszło do wybuchu. 

Możemy zastanawiać się, co zaszło. Ale sprzeczności nie widzę. 

 

W takim razie mylisz pojęcia. Bo choroba morska to jest dyskomfort w trakcie rejsu, a nie dyskomfort po zejściu na ląd. I tak, wiem, o czym piszesz. Po kilku miejscach na statku przez pierwsze kilka chwil kołysze się pod nogami stały ląd, ale to nie jest chorobą morską. Twoja idea jest dobra (choć przerysowana), ale przytoczone zdanie było wadliwe

Ale ja nie piszę nigdzie o chorobie morskiej. Piszę o chorobie grawitacyjnej, którą można porównać do dolegliwości marynarzy (porównać z racji podobieństwa wydarzeń – marynarz źle się czuje na lądzie po długim czasie na morzu, astronauta źle się czuje pod wpływem grawitacji po długim czasie przebywania w kosmosie). I specjalnie określam to jako "dolegliwości", właśnie po to, by nie nazywać ich chorobą. 

 

Dron to z definicji: “statek powietrzny, który nie wymaga do lotu załogi obecnej na pokładzie oraz nie ma możliwości zabierania pasażerów, pilotowany zdalnie lub wykonujący lot autonomicznie.”

To prawda. Z drugiej strony język wciąż ewoluuje… 

Zobaczę, czy jeszcze ktoś zwróci na to uwagę. :) 

 

Czyli grawitacja jest, acz niższa niż na Ziemi. I to warto by jasno w tekście napisać. Bo w kilku miejscach się nad tym zastanawiałem.

No, założyłem, że dla czytelnika będzie jasne, że na Europie grawitacja jest – ale niższa niż na Ziemi. 

Do tego kilka razy w tekście pada, że grawitacja na Europie jest niska, a raz Turner porównuje ją do tej na ziemskim Księżycu. 

 

Co do Kazuyoshiego – nigdzie nie powiedziane, że to rodowity Japończyk. A nawet jeśli – to jest człowiek specyficzny, wydaje mi się, że to bycie odwrotnością japońskich stereotypów do niego pasuje. 

Chociaż czy to taka znowu odwrotność… Japonia to też kraj hikikomori i automatów z używaną damską bielizną. 

Chociaż czy to taka znowu odwrotność… Japonia to też kraj hikikomori i automatów z używaną damską bielizną. 

Niestety, Geki, ale jeśli porównujesz automaty z używaną bielizną do przekleństw, to znaczy, że zwyczajnie nie rozumiesz tej kultury. Stworzyłeś japońską postać, ale nie odrobiłeś zadania domowego w tej materii.

Automaty z używaną bielizną to wręcz część japońskiej kultury. Nigdzie indziej na świecie takich nie znajdziesz. Natomiast sformułowanie “co tu, kurwa, się odpierdala” nijak się ma do Japonii.

W ich języku nawet nie ma porównywalnych słów:

https://www.youtube.com/watch?v=L3qgwxLTOHY

 

Proponuję następnym razem uśmiechnąć się do Belli lub do black_cape… pisują o Japonii, wyłapią takie szczegóły.

 

Ale, my tu pitu-pitu, a tymczasem to nie Japonia a Europa u Ciebie błyszczy. Mieni się kolorowo niczym aurora australis nad Południowym Atlantykiem.

Świeci na tyle ładnie, że przyćmiewa resztę. 

Dostaniesz więc TAK-a.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Niestety, Geki, ale jeśli porównujesz automaty z używaną bielizną do przekleństw, to znaczy, że zwyczajnie nie rozumiesz tej kultury. Stworzyłeś japońską postać, ale nie odrobiłeś zadania domowego w tej materii.

Nie, porównuję ich umiejętności socjalizacyjne do hikikomori, oraz pruderię w stosunkach damsko-męskich do tych właśnie automatów. Japonia to kraj wielu barw. To jak z tym japońskim minimalizmem w wystroju wnętrz, który w mieszkaniu przeciętnego Japończyka nie występuje. 

Przy tym w żadnej mierze nie chciałem, by Kazuyoshi był stereotypowym Japończykiem – czy nawet Japończykiem, choć ma japońskie nazwisko. Równie dobrze może być Amerykaninem, lub w jednej Czwartej Nawaho. Kazuyoshi miał być orzede wszystkim… sobą. :) 

Prędzej zmieniłbym jemu nazwisko, niż cechy charakteru. 

 

A to, że nie rozumiem całkiem tej kultury, to zabolało. :(

Nie jestem magistrem japonistyki, nie jestem Japończykiem, ale te setki mang, dziesiątki anime, tysiące godzin spędzonych na zapoznawaniu się z japońską muzyką gatunków wszelakich, mnogość obejrzanych teleturniejów, seriali, filmów, trochę przeczytanych książek… w samo serce mnie ugodziłeś. 

 

Automaty z używaną bielizną to wręcz część japońskiej kultury. Nigdzie indziej na świecie takich nie znajdziesz. Natomiast sformułowanie “co tu, kurwa, się odpierdala” nijak się ma do Japonii.

 

Ogólnie japoński w przekleństwa nie jest bogaty, ale w ogóle nie myślałem o tym, by Kazuyoshi mówił czy myślał po japońsku. 

 

Proponuję następnym razem uśmiechnąć się do Belli lub do black_cape… pisują o Japonii, wyłapią takie szczegóły.

Zapamiętam. Noszę się z zamiarem napisania czegoś o Shiro Amakusie i jego domniemanych cudach, ale to w dalszej przyszłości. I tam już będziesz miał Japonię jak z obrazka. :) 

 

Ale, my tu pitu-pitu, a tymczasem to nie Japonia a Europa u Ciebie błyszczy. Mieni się kolorowo niczym aurora australis nad Południowym Atlantykiem.

Świeci na tyle ładnie, że przyćmiewa resztę. 

Dostaniesz więc TAK-a. 

Dobra, to ja już cicho, bo jeszcze zdanie zmienisz.

Cześć. Zgadzam się z przedpiścami, tekst serialowy, z rozbudowaną analizą bohaterów. Podejmowany przez Ciebie temat nie jest nowy, ale w sumie wszystko już było. Technicznie OK, czytało się dobrze. Podsumowując, całkiem udane opowiadanie.

Mam do tego tekstu dosyć ambiwalentny stosunek, ale niestety przeważająco negatywny. Musiałem się bardzo zmuszać, żeby go doczytać do końca. Zacząłem niedługo po jego publikacji, ale szybko się poddałem. Dziś postanowiłem zacisnąć zęby i go dokończyć, bo uznałem, że skoro każdy go chwali i jest nominowany do najlepszego tekstu miesiąca, to odmienny feedback będzie w cenie, a w najlepszym razie tekst zdąży się jeszcze wyratować przed końcem.

Najpierw wrzucę notatki, które robiłem podczas czytania (nie od początku, ale od miejsca kontynuacji), które na pewno ujawnią główną rzecz, która mi się w nim nie podoba, a na końcu pewne podsumowanie.

 

Ścigałem się na Księżycu, tam ciążenie jest podobne.

Mam wrażenie, że to uzasadnienie jest dla czytelników a nie pozostałych postaci. Jest tak zresztą chyba też w innych sytuacjach, ale już tego później nie notowałem.

 

Aktywne gejzery. Zmiany na powierzchni świadczące o istnieniu oceanu. Prawdopodobnie skaliste dno, z którego woda może wypłukać składniki mineralne i inicjować reakcje chemiczne. Dwukrotnie więcej wody niż na Ziemi.

Po co czytelnikowi te informacje?

 

Między innymi z tych powodów przylecieli właśnie tutaj, w sam środek śmiercionośnego pasa radiacyjnego Jowisza, a nie na Kalisto, Tytana czy Ganimedesa.

Jakie znaczenie dla fabuły ma śmiercionośny pas radiacyjny?

 

Choroba grawitacyjna, odpowiedniczka dolegliwości, jakie przechodzili marynarze po długim przebywaniu na morzu, dotykała co trzeciego astronautę, który po raz pierwszy od dłuższego czasu wracał ze stanu nieważkości w objęcia siły ciążenia. Większości wystarczało kilka godzin odpoczynku i leki przyspieszające powrót błędnika do normalnego funkcjonowania. Około pięć procent przypadków wymagało opieki. Leki nie działały, organizm nie readaptował się do grawitacji, czasem występowały przy tym zaburzenia krążenia krwi, która w stanie nieważkości zaczęła płynąć w odwrotnym kierunku.

Jakie te detale mają znaczenie dla fabuły?

 

Załogę Asteriona II dobrano według ścisłych kryteriów, biorąc pod uwagę odbyte loty kosmiczne – wojskowe i komercyjne – oraz powikłania po podróży. Przed podróżą wszyscy zostali poddani licznym testom. Jak widać, nie dość wnikliwym.

Czy autor czuje się tak niepewnie każdej podanej informacji, że musi ją wyjaśniać? Jakie to ma znaczenie dla fabuły?

 

Drugą próbkę dostarczył Federson, budząc Shannon w środku nocy, to jest o trzeciej wedle uniwersalnego czasu koordynowanego.

Po co nam informacja o tym jaki to czas? Jakie to ma znaczenie?

 

Nie odpowiedziała. Zaryła nosem w poduszkę, wracając do ukochanych snów, w których moczyła nogi w ciepłym oceanie, pływała z delfinami i nurkowała na terenie Wielkiej Rafy. Tylko w taki sposób mogła ją zobaczyć. Po Wielkiej Rafie został już tylko martwy szkielet, podwodne pustkowie, jak w większości niegdyś wypełnionych życiem miejsc na Ziemi. Potem zaczęła marzyć o odkryciach, jakich dokonuje tu, na Europie.

Znowu nie jestem pewny co to wnosi do historii.

 

Spotkania w mesie stanowiły część codziennego rytuału. W ten sposób załoga trzymała się razem. Wspólne wykonywanie prostych czynności było istotne dla budowania poczucia przynależności, a to niezbędne do utrzymania dyscypliny i realizacji misji. Przynajmniej tyle wyczytała z podręcznika, który znalazła u Bernan.

Cytowanie podręczników. Przynajmniej tu jest to nazwane po imieniu.

 

– Powietrze nie jest problemem. Jeszcze siedem minut i dawka promieniowania będzie na tyle duża, by zagrozić ich życiu. Skafandry izolują, ale tylko na tyle, by wyjść na chwilę i nie zginąć.

Kto w takiej sytuacji podawałby dokładną wartość, co do minuty i opisywał rolę skafandrów??

 

– Osiem miesięcy temu byłabym pewna, że nie, ale teraz? Jesteśmy daleko od domu. Może za daleko jak dla człowieka. Łączność zawodzi odkąd wylądowaliśmy, a kiedy znaleźliśmy wrak… coś się zmieniło. Nikt o tym nie mówi, ale wszyscy to czujemy.

Jako czytelnik nie odczułem tej zmiany. Czy ma ona jakieś znaczenie dla historii? (spojler: nie)

 

Nie musiała jej nawet wyciągać z pojemnika, wszystko było zautomatyzowane i hermetyczne, by wykluczyć ryzyko skażenia materiału.

Kolejna ciekawostka bez znaczenia fabularnego.

 

Potem już mi się nie chciało wszystkiego wypisywać, ale też tempo akcji przyspieszyło i opisy stały się trochę bardziej organiczne, ale mam jeszcze kilka wyłapanych rzeczy z dalszej części.

 

Niebieskozielony ma swoją nazwę: turkusowy.

 

zobaczyła coś jakby słup albo pozbawione gałęzi drzewo wyrastające z ciemności oceanu

Ten fragment wydaje mi się śmieszny, bo gałęzie to coś co w zasadzie definiuje drzewiastość, więc porównanie czegoś bez gałęzi do drzewa bez gałęzi ma właściwości komiczne.

 

Cholera, brakuje mi słów. Powinnam być elokwentna, to się nagrywa.

Nagranie czegoś takiego byłoby chyba za głupie nawet jak na zestresowaną kapitan.

 

Może tam być życie, a jeśli byłoby ono przy okazji… kompatybilne z nami, moglibyśmy wkleić się w ten ekosystem. To o wiele prostsze, niż budować od zera.

Ten fragment, jak dla mnie, trochę zaprzecza staraniom o trzymanie się wszystkiego kupy. Niby jak człowiek z XXII wieku miałby się "wkleić" w jakiś ekosystem, który wyewoluował zupełnie odrębnie? Ten fragment dla mnie nie ma sensu. Człowiek od jakiegoś już czasu, a co dopiero w XXII wieku, sam definiuje ekosystem, w którym żyje. Na czym w ogóle ta "kompatybilność" miałaby polegać? Chyba, że to jakieś nieogarnięcie kapitan. Jako, że ten tekst wyszedł z ust postaci, to jestem bardziej skłonny go wybaczyć.

 

No i podsumowanie. 

 

Ma się wrażenie, że pierwsza połowa opowiadania stoi w miejscu. Ma więcej ciekawostek niż fabuły. Ciągle miałem ochotę przeskakiwać całe akapity i szczerze mówiąc, to gdybym to zrobił, niewiele bym stracił. Wtedy miałem największą ochotę zbierać te wszystkie cytaty. Potem jest trochę lepiej, jak zaczyna się coś dziać, ale znowu są co chwilę przestoje, w postaci np. stosunkowo nieciekawych opisów kolejnych bohaterów.

A mówiąc o bohaterach, to są dosyć szczegółowo opisani, ale wchodzą w mało interakcji między sobą jak na długość tego tekstu, poza tym te interakcje są zwykle czysto profesjonalne, więc te opisy mało wnoszą do historii i nie ratują ich przed wypadnięciem płasko. Najciekawsi wydali mi się Kazuyoshi i Isajev, nie tylko przez swoją egzotykę.

 

Nie mam nic przeciwko ciekawostkom w tekstach, jeżeli służą budowaniu atmosfery i są wpasowane wystarczająco organicznie i zdawkowo, żeby nie zakłócać narracji, ale w moim odbiorze tu niestety tak nie jest. Bardzo utrudniły mi one czytanie i usunięcie większości z nich, nie ujęłoby niczego tekstowi.

 

Ten tekst sprawia wrażenie tekstu rzemieślnika, który bardzo usilnie próbuje zrealizować postawione przed nim zadanie i udowodnić w samym tekście, że je zrealizował, ale hard sci-fi nie polega na tym, żeby wszystko wyjaśniać, tylko żeby miało to sens, a ten sens nie musi być wyłożony w co drugim zdaniu, nie trzeba też wyjaśniać tylu niezwiązanych z fabułą okoliczności wszystkiego co się dzieje.

 

Z jednej strony więc doceniam ilość włożonych wiedzy i badań, ale nie przyszedłem tu dowiadywać się ciekawostek, tylko przeczytać beletrystykę.

 

Żeby zakończyć pozytywnym akcentem to podkreślę, że druga połowa trochę ratuje sytuacje. Też, narracyjnie, ma mało ciekawe przestoje, ale infodump się gwałtownie kurczy, co wychodzi tekstowi na dobre.

 

Dodane:

Zamieszczone wyżej cytaty i moje narzekanie, że nie mają niczego wspólnego z fabułą, ma moc w kontekście tego, jak blisko one wszystkie są obok siebie.

Łukasz Zaroda

Niebieskozielony ma swoją nazwę: turkusowy.

Ej, a szmaragdowy, morski, grynszpan…? Niebieskozielony to dość szerokie pasmo.

Babska logika rządzi!

Masz rację Finklo! :) Niemniej każdy z tych wyrazów byłby chyba lepszy od niebieskozielonego.

Łukasz Zaroda

Niebieskozielony ma swoją nazwę: turkusowy.

Też muszę zaprotestować. Miałem na studiach całe 2 godziny zajęć o świetle i kolorach i niebieskozielony to nazwa mieszaniny zielonego i niebieskiego światła. Nie wiem czy to rzeczywiście inne kolory czy kwestia walki z anglicyzmami, ale profesor Kategorycznie przestrzegał przed nazywaniem go turkusowym albo cyjanowym.

Turkus chyba nie jest anglicyzmem, więc obstawiałabym to pierwsze.

Babska logika rządzi!

Macie oczywiście rację, turkusowy to specyficzny odcień niebieskozielonego. Najpierw chciałem dać przykład, a potem żeby nadać zdaniu trochę więcej pocisku, przeformułowałem je na kompletnie błędne. Mea culpa. Puenta miała być taka, że niebieskozielony to wyraz złożony, więc jeżeli nie ma przeciwskazań, to lepiej go zastąpić wyrazem prostym. To w sumie nie jest nawet zbyt ważne i gdybym nie był zmęczony pozostałymi złożonościami tekstu, to bym pewnie nie zwrócił na to uwagi.

Łukasz Zaroda

Cześć, ANDO, dzięki za komentarz i ciesze sie, że opowiadanie siadło – a na ten telefon z Netflixa nadal czekam. xD

 

Mam do tego tekstu dosyć ambiwalentny stosunek, ale niestety przeważająco negatywny. Musiałem się bardzo zmuszać, żeby go doczytać do końca. Zacząłem niedługo po jego publikacji, ale szybko się poddałem. Dziś postanowiłem zacisnąć zęby i go dokończyć, bo uznałem, że skoro każdy go chwali i jest nominowany do najlepszego tekstu miesiąca, to odmienny feedback będzie w cenie

Hej, Lukenie, tak jak zakładałeś – odmienny feedback zawsze w cenie. :)

Dlatego przede wszystkim podziękowania za przeczytanie tekstu do końca i podzielenie się opinią, która dała mi trochę do myślenia, a najbardziej pomogła utwierdzić się w przekonaniu, czym ten tekst jest, a czym nie jest.

Forumowym zwyczajem odniosę się jednak do poszczególnych elementów Twojej krytyki.

 

Mam wrażenie, że to uzasadnienie jest dla czytelników a nie pozostałych postaci. Jest tak zresztą chyba też w innych sytuacjach, ale już tego później nie notowałem.

Trudno dyskutować o wrażeniach, ponieważ traktowanie tak zwięzłej wypowiedzi jako infodump jest dla mnie osobliwe, a przede wszystkim – nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy ktoś, kto nie był brany pod uwagę do realizacji jakiegoś zadania, zgłosiłby się do niego i wszyscy by ot tak to łyknęli. Argumentacja swojej kandydatury uważam za rzecz najnaturalniejsza pod słońcem – ale to chyba różnica naszego podejścia do tematu nadmiarowych informacji, która uwidaczniała będzie się także przy innych zacytowanych pozycjach.

 

Po co czytelnikowi te informacje?

Po co czytelnikowi informacje o tym, jak ważna jest woda na Europie? W opowiadaniu, które nosi tytuł “Planeta Woda”? W którym okazuje się, że woda jest najważniejszym elementem fabuły? 

To chyba oczywiste.

Nie wyobrażam sobie tego opowiadania bez zawarcia minimum takich informacji. No dobra, mogę je sobie wyobrazić, mógłby to być typowy akcyjniak, opowiadanie mogło się zacząć w momencie, kiedy dziura jest wywiercona, mogłem sobie odpuścić wszelkie elementy świata przedstawionego, jak i detale, i zmieścić całą historię w 20tys znaków, ale – wg mnie – to by była tylko prosta historyjka, bez podbudowy, bez klimatu, bez elementów, które – podkreślam, wg mnie – hard sci-fi mieć powinno, czyli m.in. informacji technicznych, które pobudzają do spekulowania, czy przyszłość mogłaby, czy nie mogłaby tak wyglądać, albo jakie to niosłoby za sobą konsekwencje, co by to oznaczało itp.

Na podobnej zasadzie w “Ślepowidzeniu” Watts poświęca miejsce na opisywanie długości Plancka i dywagacje, jakoby rzeczywistość była hologramem, choć w ogóle nie jest to związane z fabułą książki.

 

Jakie znaczenie dla fabuły ma śmiercionośny pas radiacyjny?

Umiejscowienie akcji?

No, chyba, że założymy, że nic nie trzeba wyjaśniać – wtedy można by napisać, że pod powierzchnią Europy żyją Smerfy i Gargamel, a ty, czytelniku domyśl się, jaki był tok rozumowania autora.

Poza tym promieniowanie jest istotnym elementem, przewijającym się przez tekst.

 

Jakie te detale mają znaczenie dla fabuły?

Takie detale mają budować obraz przyszłości (patrz wyżej odniesienie do Wattsa). Jasne, mógłbym napisać, że astronauta dostał rozstroju żołądka i tyle, wsio – na tym poprzestać. I rozumiem, że dla części czytelników byłoby to lepsze rozwiązanie, wszystko zależy od tego, jakie mają oczekiwania względem tekstu.

 

Czy autor czuje się tak niepewnie każdej podanej informacji, że musi ją wyjaśniać? Jakie to ma znaczenie dla fabuły?

To jest bardzo krótka wstawka zakończona pointą, która jasno tłumaczy, czemu w ogóle ta wstawka się pojawiła. Troszkę zaczynam odczuwać czepialstwo.

 

Po co nam informacja o tym jaki to czas? Jakie to ma znaczenie?

Przede wszystkim takie, że “noc” to określenie umowne w warunkach, w jakich znaleźli się astronauci.

 

Znowu nie jestem pewny co to wnosi do historii.

Zasadnicze. Jest elementem układanki, której pełen obraz wyłania się, gdy poznajemy cel misji. Do tego jest to paralela między tym, co w wodnym środowiskiem zrobił człowiek na Ziemi, a tym jak mógłby w nim funkcjonować po symbiozie z woda Europy. Patrz na tytuł – woda to dość istotny element tego tekstu.

 

Cytowanie podręczników. Przynajmniej tu jest to nazwane po imieniu.

No, żadnych podręczników nie cytowałem, ale rozumiem, skąd taki ton komentarza, skoro większość elementów opisowych uważasz za niezasadne.

 

Kto w takiej sytuacji podawałby dokładną wartość, co do minuty i opisywał rolę skafandrów??

Ktoś, kto z umiarkowanym zainteresowaniem śledzi bójkę astronautów i nawet daje im jeszcze dwie minuty, ponieważ jest to jakakolwiek odmiana od nudy i bezczynności opisywanej wcześniej.

 

Jako czytelnik nie odczułem tej zmiany. Czy ma ona jakieś znaczenie dla historii? (spojler: nie)

Zmiana jest przede wszystkim widoczna w coraz to gorszych decyzjach Bernan. Podkreśla nieufność załogantów względem siepie i brak zgrania. Do tego jest tropem – i to nie fałszywym – że Isajev może coś knuć (i w sumie knuje). Jest też uzasadnieniem, dlaczego nie został zniesiony areszt Isajeva, a on z kolei jest ważnym elementem fabularnym.

 

Kolejna ciekawostka bez znaczenia fabularnego.

Ach, marzy mi się, żeby ktoś w ten sposób potraktował Tolkiena (nie, żebym porównywał się do Tolkiena, ale mówimy tutaj o jednym zdaniu, a nie o kilku stronach opisu).

Poza tym ciekawostka ma znaczenie fabularne – jeśliby Shannon widziała zawartość próbki, od razu wiedziałaby, że ta jest inna, bo lód świecił. A tak, to zobaczyła to dopiero pod mikroskopem.

 

Niebieskozielony ma swoją nazwę: turkusowy.

Jesteś pewien? Bo tutaj nabieram większego przekonania, że czepialstwo było zamiarem komentarza (patrz odpowiedź Finkli).

Poza tym niebieskozielony to słowo funkcjonujące w języku polskim i jest nazwą zielonego o odcieniu niebieskiego.

 

Ten fragment wydaje mi się śmieszny, bo gałęzie to coś co w zasadzie definiuje drzewiastość, więc porównanie czegoś bez gałęzi do drzewa bez gałęzi ma właściwości komiczne.

Tu w sumie rozumiem twój odbiór, choć pamiętaj, że mówimy tutaj o czymś pozaziemskim, co trudno bohaterom – a narrator wchodzi w buty kolejnych bohaterów – opisać. I wyciąłeś tylko element opisu, który zawiera w sobie jeszcze dwie alternatywy.

 

Nagranie czegoś takiego byłoby chyba za głupie nawet jak na zestresowaną kapitan.

To nie mówi kapitan, do niej by to nie pasowało, to mówi biolog i nie jest wtedy zestresowana, tylko totalnie wstrząśnięta tym, co odkryła. Dla mnie nie jest to za głupie, a wręcz prawdopodobne – może jestem w tej mniejszości, która gada do siebie i strofuje się w myślach; a będąc samemu nie tylko w myślach.

 

Ten fragment, jak dla mnie, trochę zaprzecza staraniom o trzymanie się wszystkiego kupy. Niby jak człowiek z XXII wieku miałby się "wkleić" w jakiś ekosystem, który wyewoluował zupełnie odrębnie? Ten fragment dla mnie nie ma sensu. Człowiek od jakiegoś już czasu, a co dopiero w XXII wieku, sam definiuje ekosystem, w którym żyje. Na czym w ogóle ta "kompatybilność" miałaby polegać? Chyba, że to jakieś nieogarnięcie kapitan. Jako, że ten tekst wyszedł z ust postaci, to jestem bardziej skłonny go wybaczyć.

Hmmm… to zawiera się w tych detalach, które może nie były dla ciebie istotne. Znalezienie ekosystemu, w którym życie jest zbudowane na podobnej zasadzie, a jeszcze takiego, gdzie występują aminokwasy przyswajalne dla człowieka (albo aminokwasy w ogóle) to najlepszy scenariusz – można np. zacząć hodować zwierzęta (o ile mowa jest o jakichkolwiek zwierzętach) albo rośliny (o ile… wiadomo) lokalnie występujące. Wyobraź sobie sytuację takich pierwszych kolonistów, kiedy okazałoby się, że w Ameryce nie ma nic przyswajalnego dla człowieka, że nawet tam za bardzo niczego nie wyhodują, nie wprowadzą żadnego gatunku, bo wszystko jest z gruntu inne. Budowanie od podstaw całego łańcucha to w moich warunkach XXII wieku byłaby robota może wykonalna, ale mozolna i rozłożona na setki lat.

Prawie jak terraformowanie Marsa (tam dochodzę inne problemy), albo i gorzej, bo jakby takie dwa zupełnie inne ekosystemy miały obok siebie funkcjonować?

 

Ma się wrażenie, że pierwsza połowa opowiadania stoi w miejscu. Ma więcej ciekawostek niż fabuły. Ciągle miałem ochotę przeskakiwać całe akapity i szczerze mówiąc, to gdybym to zrobił, niewiele bym stracił. Wtedy miałem największą ochotę zbierać te wszystkie cytaty. Potem jest trochę lepiej, jak zaczyna się coś dziać, ale znowu są co chwilę przestoje, w postaci np. stosunkowo nieciekawych opisów kolejnych bohaterów.

Wtedy byś stracił cały sens tekstu, ale tu przechodzimy do najważniejszej i najbardziej podstawowej różnicy między tym, czym ten tekst jest, a tym, czego od niego oczekiwałeś. Ten tekst – zresztą jak wiele tekstów hard sci-fi – nie ma fabuły na pierwszym miejscu; na pierwszym miejscu jest ukazanie przyszłości, jednej z jej możliwości, wraz z uzasadnieniem tej możliwości, oraz zarysowanie jej konsekwencji, nawet jeśli nie jest to danie odpowiedzi, a postawienie pytania (z którym mierzyła się choćby Irka).

Czytałeś np. Lwa z Comarre Clarka? Tam opowiadanie to wręcz opis utopijnego świata przyszłości, można by powiedzieć, że fabuła kończy się w najciekawszym punkcie – momencie zwrotnym historii – ale właśnie kończy się w odpowiedniej chwili, bo autor pokazał swoją wizje i umieścił przesłanie, na którym mu zależało.

Dlatego też rozumiem, że bardziej podobała ci się druga część, która dla niektórych jest z kolei zbyt szybka.

 

Ten tekst sprawia wrażenie tekstu rzemieślnika, który bardzo usilnie próbuje zrealizować postawione przed nim zadanie i udowodnić w samym tekście, że je zrealizował, ale hard sci-fi nie polega na tym, żeby wszystko wyjaśniać, tylko żeby miało to sens, a ten sens nie musi być wyłożony w co drugim zdaniu, nie trzeba też wyjaśniać tylu niezwiązanych z fabułą okoliczności wszystkiego co się dzieje.

Kilka rzeczy pozostało niewyjaśnionych i o nich z kolei dyskutowałem np. z chrościskiem – tak więc, jak napisałem wcześniej, wszystko jest kwestią preferencji czytelnika. I w pełni rozumiem, że tekst mógł nie przypaść ci do gustu. Tez tak miewałem, że wiele osób czyjeś opowiadanie chwaliło, a mnie się ono niezbyt podobało. ;)

 

Pozdrawiam i do miłego.

Dzięki za odpowiedź Gekikaro. Tolkiena czytałem już ze dwadzieścia lat temu, ale z tego co mgliście pamiętam, to tam chodziło o namalowanie świata, który sobie tak pieczołowicie wykreował i też nie każdy to lubi.

Przyznaję się do czepialstwa od pewnego momentu, bo po prostu w pewnym momencie tego nawarstwiło się tyle, że nawet teksty, które byłyby dla mnie normalne w innej sytuacji, zaczęły mnie drażnić. Na pewno też swój udział miało to, że mało która informacja tu była dla mnie nowa. Dodam do tego jeszcze takie detale jak:

Długi na pół kilometra owal. Osiem metrów średnicy.

Po co to pisać, skoro jest już wcześniej wystarczająco opisana:

Wiercił dziurę. Kurewsko wielką dziurę.

;) Lepiej to opisać jakoś obrazowo zamiast podawać wymiary w metrach, bo to nie ma istotnego znaczenia i utrudnia wyobrażenie.

 

 

Trudno dyskutować o wrażeniach, ponieważ traktowanie tak zwięzłej wypowiedzi jako infodump jest dla mnie osobliwe, a przede wszystkim – nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy ktoś, kto nie był brany pod uwagę do realizacji jakiegoś zadania, zgłosiłby się do niego i wszyscy by ot tak to łyknęli. Argumentacja swojej kandydatury uważam za rzecz najnaturalniejsza pod słońcem – ale to chyba różnica naszego podejścia do tematu nadmiarowych informacji, która uwidaczniała będzie się także przy innych zacytowanych pozycjach.

Chodzi mi o to, że to zdanie sugeruje, że załoga nie wie, że na księżycu jest podobna grawitacja, trzeba ją poinformować, co jest… zabawne.

 

Po co czytelnikowi informacje o tym, jak ważna jest woda na Europie? W opowiadaniu, które nosi tytuł “Planeta Woda”? W którym okazuje się, że woda jest najważniejszym elementem fabuły? 

To chyba oczywiste.

To jest lista cech. Trudno wyobrazić sobie coś nudniejszego. Lepiej byłoby np. gdyby jedna postać, ostrzegła drugą przed gejzerem, gdy obie chodzą po powierzchni. I to samo dotyczy wielu innych opisów. Chyba już lepiej byłoby jakby opisać Europę i istotne okoliczności, w jednym akapicie we wstępie i mieć z tym spokój, zamiast co dwa zdania przerywać akcję jakąś dodatkową informacją.

 

Takie detale mają budować obraz przyszłości (patrz wyżej odniesienie do Wattsa). Jasne, mógłbym napisać, że astronauta dostał rozstroju żołądka i tyle, wsio – na tym poprzestać. I rozumiem, że dla części czytelników byłoby to lepsze rozwiązanie, wszystko zależy od tego, jakie mają oczekiwania względem tekstu.

Ten rozstrój żołądka nie do końca rozumiem po co w ogóle tam był. Jeżeli tworzymy scenę pod nową ciekawostkę, którą możemy opisać czytelnikom, a nie ze względu na jakiś sens fabularny, to chyba jest właśnie to z czym mam tu problem.

 

To jest bardzo krótka wstawka zakończona pointą, która jasno tłumaczy, czemu w ogóle ta wstawka się pojawiła. Troszkę zaczynam odczuwać czepialstwo.

Masz rację co do czepialstwa, tzn. gdyby tego było po prostu mniej, to bym się nie czepiał, ale wraz ze wzrostem natężenia takich informacji, nawet takie, które w normalnych warunkach tylko by mi śmignęły przed oczami, zaczęły mnie kłóć, więc rozumiem, że część tego co wylistowałem można zinterpretować jako czepialstwo, ale chciałbym podkreślić, że te wszystkie cytaty są częścią jednego zarzutu.

 

Przede wszystkim takie, że “noc” to określenie umowne w warunkach, w jakich znaleźli się astronauci.

Chodziło mi o to: “czasu koordynowanego”. Słowo “koordynowanego” niczego nie wnosi poza dodatkowym skomplikowaniem. Jeżeli kiedykolwiek miałoby to mieć znaczenie, to dopiero wtedy należałoby wspomnieć, że czas, którym się posługują jest koordynowany.

 

Zasadnicze. Jest elementem układanki, której pełen obraz wyłania się, gdy poznajemy cel misji. Do tego jest to paralela między tym, co w wodnym środowiskiem zrobił człowiek na Ziemi, a tym jak mógłby w nim funkcjonować po symbiozie z woda Europy. Patrz na tytuł – woda to dość istotny element tego tekstu.

Zgadzam się, że to było z mojej strony czepialstwo, ale to było chyba jedno z wielu, “o jedno za dużo” zatrzymanie fabuły w tym momencie. Tak jak wyżej, to tylko część jednego ogólnego zarzutu, że fabuła jest zatrzymywana tymi opisami co krok.

 

Hmmm… to zawiera się w tych detalach, które może nie były dla ciebie istotne. Znalezienie ekosystemu, w którym życie jest zbudowane na podobnej zasadzie, a jeszcze takiego, gdzie występują aminokwasy przyswajalne dla człowieka (albo aminokwasy w ogóle) to najlepszy scenariusz – można np. zacząć hodować zwierzęta (o ile mowa jest o jakichkolwiek zwierzętach) albo rośliny (o ile… wiadomo) lokalnie występujące. Wyobraź sobie sytuację takich pierwszych kolonistów, kiedy okazałoby się, że w Ameryce nie ma nic przyswajalnego dla człowieka, że nawet tam za bardzo niczego nie wyhodują, nie wprowadzą żadnego gatunku, bo wszystko jest z gruntu inne. Budowanie od podstaw całego łańcucha to w moich warunkach XXII wieku byłaby robota może wykonalna, ale mozolna i rozłożona na setki lat.

Coś jak terraformowanie Marsa.

Hodowanie/uprawianie ziemskich form życia nie wypadło przecież z kart, szczególnie że mamy inżynierię genetyczną, żeby dostosować je do nowych warunków. Korzystanie z tego wydaje się o wiele bardziej praktyczne niż łowienie jakichś kosmicznych ryb na księżycu obcej planety znajdującej się jakieś 700 mln km od Ziemi, bo przecież takie coś, nawet jakby dostarczało te aminokwasy, to pod względem ekonomii nigdy nie ma szans wygrać z najprostszą enklawą na oceanie, która może robić to samo, tylko być nieporównywalnie bliżej i mieć o wiele prostszą logistykę. To trochę tak jak z mżonkami ucieczki na Marsa czy inną planetę. Jakby terraformacja innej planety miała być łatwiejsza niż stworzenie habitatów na samej Ziemi, na której choćby jest już najważniejsze – grawitacja (nie wspominając o odległości).

 

Na pewno wiele zależy od preferencji, czego dowodem jest to, ilu osobom tekst się spodobał, ale nie uważam, żeby interesowała mnie głównie akcja, raczej wbrew przeciwnie – jak mam być szczery to najbardziej interesują mnie przemyślenia, których ten tekst mi nie dostarczył, co na pewno jest jego głównym problemem z mojego osobistego punktu widzenia, ale niezależnie od tego mam po prostu wrażenie (osobiste ;) ), że połączenie tych wszystkich informacji z fabułą wypadło dosyć niezgrabnie, że można było to zrobić albo lepiej, albo część wyciąć bez istotnych strat. No ale to tylko jeden głos spośród wielu, więc jeżeli ktoś lubi taką formę, to pisz mu więcej ;) .

Łukasz Zaroda

Ścigałem się na Księżycu, tam ciążenie jest podobne.

Mam wrażenie, że to uzasadnienie jest dla czytelników a nie pozostałych postaci

A mnie na przykład to w ogóle nie brzmiało jak wyjaśnienie, raczej jak ekspozycja charakteru postaci-celebryty.

Dzięki wilku, masz rację! To chyba przez to, że czytałem początek dwa tygodnie temu i teraz dopiero kontynuowałem. Wycofuję ten zarzut. Coś mi się pomyliło, że to mówił ktoś inny, a nie Turner i skopiowałem cytat bez weryfikacji. Przepraszam. W takiej sytuacji ten fragment jest dobry taki jaki jest, bo fabularnie obrazuje to, że Turner nie ma pojęcia o czym mówi :) .

Łukasz Zaroda

Kawał tekstu. Odnoszę wrażenie, że w stosunku do rozwiązania i ciężaru zakończenia, całość jednak nieco za długo się rozpędza, zawiera na dodatek trochę elementów, które można by skreślić i nic by się nie straciło (na przykład co ma za znaczenie, że Turner jest celebrytą? Zaczynasz od niego, jakby to był główny bohater, poświęcasz ileś miejsca na tło postaci, a potem jego rola właściwie jest żadna, mógłby równie dobrze być mechanikiem lub lekarzem).

Ogólnie dziwny wydaje mi się skład tej drużyny – kapitan bez niezbędnego doświadczenia, nieszczególnie trzymająca załogę w ryzach? Nieprzystosowany społecznie gość od odwiertów? Turner i Isajev, którzy się nie znoszą, choć właściwie nie wiadomo dlaczego? Na dodatek obaj okazują się tak nieprofesjonalni, nawet rosyjski szpieg, że wdają się w niewyjaśnioną przez Ciebie bojkę w skrajnie niebezpiecznych warunkach? Astronauci są przygotowani do misji naprawdę długo, wątpię, by organizatorzy przymknęli oko na takie problemy przy tak dalekiej i ważnej misji.

Jakby co, przejrzałam losowo komentarze, i mogłabym się praktycznie w całości podpisać pod komentarzem Lukena. Czytałam z przerwami, bo naraz nie dałabym rady. Nie związałam się z żadnym z bohaterów, w zasadzie bardziej mnie irytowali niż ciekawili. Postać Isajeva należycie się ubarwiła pod koniec, ale reszta? Niepewna siebie, słaba pani kapitan, bezbarwna pani biolog, równie nijaki Turner. Tylko Kazuyoshi ma charakter, moim zdaniem.

Co jeszcze… za słaba jestem w fizyczne i biologiczne klocki, ale były w tekście fragmenty, które wydały mi się lekko naciągane (tak, wiem, to fantastyka); nie wątpię, że przygotowałeś się solidnie, jednak raz czy dwa miałam wrażenie, że celowo pakujesz w krótki fragment sporo mądrze brzmiących zdań i terminów, po to, by podtrzymać iluzję, że to SF, a nie, dajmy na to, space opera. Nie zrozum mnie źle, może to wszystko z naukowego punktu widzenia ma ręce i nogi; chodzi o to jak ja to odbieram jako przeciętny czytelnik – jakbyś bardzo chciał kogoś, a może i siebie, przekonać, że jest “naukowo” (chodzi oczywiście przede wszystkim o niektóre kwestie Shannon).

Jeśli chodzi o nominację, muszę się zastanowić. Zasadniczo napisałeś kawał przyzwoitego tekstu, ale nie wolnego od mankamentów, a poza tym w sumie nieodkrywającego Ameryki (ileż już było o ludziach zamkniętych w ciasnej przestrzeni i walczących z wywołanymi przez to zamknięcie problemami?). Jeśli zaś chodzi o sprawy techniczne, powinieneś popracować nad powtórzeniami ;)

 

…niż zasiąść przy stole z kubkiem parującej americano. Nawet jeśli trzeba było uważać przy najmniejszym ruchu, by kawa nie wypłynęła z kubka.”

 

Wpompowałam w niego wszystko, co miałam, ale to fatalny przypadek. Po tak długim przebywaniu w stanie nieważkości, nie może przywyknąć nawet do niskiej grawitacji. To jedyny przypadek istotnych powikłań po podróży. I tak możemy mówić o szczęściu…

– Nie musisz mówić tego, co już wiemy – przerwała jej Bernan i wskazała ekran.”

 

„Wydawać by się mogło, że po tak długim czasie we własnym towarzystwie[-,] zżyją się ze sobą i będą sobie bliscy prawie jak rodzina.”

 

„Wstawaj, nic ci nie będzie[+.] – Biolog podsumowała diagnozę i wyłączyła aparaturę.”

 

„W zasadzie[-,] nie miała pewności, czy tak by było, ale chciała go postraszyć.”

 

Jakby to było takie proste[+:] zapomnieć o tym, co przed chwilą usłyszały.”

 

dwóch facetów w bieluśkich skafandrach – jeden smutniejszy od drugiego, jakby wracali z pogrzebu ulubionej prostytutki” – woah, bardzo dobre zdanie

 

…drążących tunel spirali wykonanych ze stopu tak złożonego, że Kazuyoshi nawet nie próbował zapamiętać jego nazwy. Wszystko w stałym ruchu.

Ściany tunelu zalewane odmrażaczem na bazie metanolu, tak samo cały mechanizm. Co dwieście metrów automat na powierzchni wsuwa kolejny segment budujący ściany tunelu.”

 

Przecież nikt inny by tu nie zajrzał.

– Skąd… ta… inna?

 

Kobieta odpowiedziała coś, ale Kazuyoshi nie myślał zakładać hełmu, by wdać się w pogawędkę i wrócił do pracy.” – Dziwna konstrukcja. Znam „ani myślał coś zrobić”, ale „nie myślał”? Pierwsze widzę.

 

…wyszczerzył zęby jeszcze mocniej, choć wiedział, że uśmiech to ma taki, co najlepiej nadaje się do radia.”

<3

 

Nie, żeby Kazuyoshi na coś liczył. Może dziesięć, piętnaście lat temu, ale teraz… Bliżej mu było do rubasznego wujaszka, opowiadającego dzieciakom zbereźne dowcipy niż do amanta.

– Życie – dodała pani biolog, podchodząc bliżej operatora wiertła. Kabiną zatrzęsło, więc złapała się fotela. – Proste organizmy, porównywalne do sinic.

Kazuyoshi zagwizdał.

– Pod lodowymi czapami Marsa też żyją jednokomórkowce – dodała kobieta. – Ale te tutaj to całkiem inna liga. Wiesz, skąd się wzięły rośliny?

Mina górnika była wystarczającą odpowiedzią.

– Chloroplasty pochodzą od endofitów – stwierdziła, ale wyraz twarzy Kazuyoshiego nie uległ zmianie. – Organizmów żyjących wewnątrz innych organizmów.

– (…) To może uprawdopodobnić występowanie życia gdziekolwiek, ale… – przerwała, widząc skonfundowanie rozmówcy, po czym zaczęła od początku. – Wiem, że założenie, iż ewolucja przebiegała tu podobnie jak na Ziemi jest pochopne i nieuzasadnione… – kobieta mówiła dalej, ale miał wrażenie, że tym razem gada bardziej do siebie.

No nic, słuchał. Miała przyjemny głos.

– …ale to podobieństwo… Te organizmy wytwarzają fikocyjaninę i to w dużych ilościach. Wydawało mi się z początku, że to stąd ich właściwości, ale znalazłam coś jeszcze.”

Może się czepiam, ale… zwróciło to moją uwagę.

 

Po raz pierwszy widzę coś takiego[+.] – [-w+W]estchnęła i pokiwała głową, co oznaczało, że przechodzi do sedna.” – Westchnienie i kiwanie raczej odrębne od kwestii mówionej.

 

Same świecą i wykorzystującą to do fotosyntezy.” – Wykorzystują, nie wykorzystującą.

 

…i w tym samym akapicie…

To z pozoru najprostsze organizmy, ale ich działanie jest złożone i wyspecjalizowane. Nie wiem, czy to tylko szczątkowe życie w półpłynnej części skorupy, czy jest tam tego więcej, ale

– Dobra, śliczna – Kazuyoshi zatrzymał maszynę i wstał – Zerknij no tu. – Otworzył właz w podłodze.

Pani biolog nie lubiła jak ją komplementował, zmarszczyła więc czoło i chciała coś powiedzieć, ale ciekawość zwyciężyła i po prostu nachyliła się nad otworem.

 

„– Dobra, śliczna[+.] – Kazuyoshi zatrzymał maszynę i wstał[+.] – Zerknij no tu.”

A jeśli upierasz się przy zapisie bez kropek, to „zerknij” nie może być wielką literą.

 

Jedynym połączeniem między nią a załoga był długi na pół kilometra kabel.” – załogą

 

…na wypadek, gdyby coś się spieprzyło i po oddzieleniu segmentu z wiertłem, kabina zaczęła nabierać wody.” – Wtrącenie winno być albo wydzielone przecinkami z obu stron, albo wcale.

 

„– Szykujcie śluzę dla batyskafu – rzuciła kapitan sztywna” – Wcześniej pisałeś Kapitan Sztywna, wielkimi literami.

 

Shannon, wypuść Tunera” – Literówka w nazwisku

 

Czasami miała wrażenie, że tylko dzięki pozie, którą przybierała podczas kontaktów z załogą, utrzymywała dyscyplinę na statku. Mijały kolejne miesiące, a ona mogła tylko patrzeć jak marazm powoli odbija się w twarzach astronautów.”

 

Do tej pory Bernan sądziła, że przeszłość czyni z niej najlepszego kandydata to tej misji.” – do, nie to

 

„– Wolałbym, żeby Isajev go sprawdził. – Zatrzeszczał głośnik na biurku Bernan.” – Użyłeś szyku typowego dla dialogu, aż się prosi, by było bez kropki i „zatrzeszczał” małą literą. Oczywiście głośniki nie mówiąc, więc powinien być odwrócony szyk: „Głośnik… zatrzeszczał”. Teraz nie wygląda to dobrze.

 

Prawie połowa głębokości Rowu Mariańskiego, a tutaj prawie tyle co nic.”

 

„– Płyniemy tam, skąd przypłynął żagiel. – Kapitan usłyszała zniekształcony głos Shannon. – Na razie nie widać nic. Poza wodą.

– Płyńcie dziesięć mil, potem powrót. Gdyby działo się cokolwiek dziwnego, wracajcie.

Po dziesięciu minutach…”

 

„– Coś widzę[+.] – To mówił Turner. – Na trzeciej i w dół.”

 

…w ciemności odmętów oceanu. Kamera zjechała w dół, jakby kierowana myślami kapitan. W mroku dostrzegła małe, jaskrawozielone światła. Było coś jeszcze. Gdy batyskaf podpłynął bliżej, zobaczyła coś jakby słup albo pozbawione gałęzi drzewo wyrastające z ciemności oceanu…”

 

Łódź popłynęła jeszcze bliżej.” – podpłynęła

 

Większość istot zamieszkujących wieżokoralowiec skryła się w cieniu tuneli[-,] albo uciekła niżej, w głębiny…”

 

„– Federson, Kazuyoshi – krzyknęła kapitan do mikrofonu.” – Skoro krzyknęła, to gdzie wykrzyknik?

 

Skrzypnęły syntetyczne drzwiczki i sekretny kapitański barek ujrzał światło dzienne.

Opodal, w obitym syntetyczną skórą fotelu, siedziała Shannon.

 

Możliwe, że w jakiś sposób zmusiły nasze mózgi[-,] do tego, byśmy to zobaczyli.”

 

„– No, jak tak to ujmujesz, rzeczywiście brzmi nie najlepiej… ale to tylko hipoteza. Widzieliśmy tam dziecko. Na oko dziesięcioletnie. Kryło się w zakamarkach wieżokoralowca, ale było ciekawskie i wypłynęło, by się nam przyjrzeć. To absurd. Nie mogło tam być żadnego dziecka, przecież wiem, ale widziałam…”

 

„– Do kogo było podobne? Turner porównał je do kogoś.” – Co? Gdzie? Nic takiego nie było, żeby je porównywał.

 

Kapitan Bernan była osobą twardo stąpającą po Ziemi” – Z ciekawości, czy ta Ziemia wielką literą jest celowa? Jeśli tak, to piękny zwrot <3 Jeśli nie, to błąd ;p

 

Shannon zrobiła pauzę, czyli zaraz miała wyskoczy z czymś doniosłym.” – wyskoczyć

 

Federson też to widzi, więc nie zwariowałem, ale to kompletnie popieprzone. – Nastała cisza. Kazuyoshi zrobił przerwę, ale nie z takich samych powodów, co Shannon. Chyba po prostu musiał sobie golnąć. Bernan doskonale go rozumiała.

Ciekawe, ile alkoholu zostało przemycone na pokład tego statku?

– Tam jest człowiek – kontynuował księżycowy górnik. – To niemożliwe, ale tam jest człowiek!

 

Istota przypominająca Thomasa Greenberga pokazywała coś na migi, a Bernan odpowiadała tym samym, ale nie wyglądało na to, by doszli do porozumienia.

Potem kapitan zdecydowała się popełnić samobójstwo – a przynajmniej tak pomyślał Isajev, widząc, jak tamta ściąga hełm. Instynkt kazał Bernan wstrzymać oddech, ale szybko zabrakło jej powietrza i zachłysnęła się wodą. Tonęła.

Ktoś – Federson albo Kazuyoshi – uruchomił alarm, zewnętrzna śluza zatrzasnęła się natychmiast, pompy opróżniały komorę z wody, ale wszystko działo się zbyt wolno.

 

Nie wiem, co się tu odpierdala, może mamy jakąś narkotyczną jazdę przez kosmiczne opary, czy coś, ale przecież nikt nie oddycha pod wodą!

Bernan chciała odpowiedzieć, ale jej domniemany ojciec zrobił krok do przodu i przemówił jako pierwszy.

– Chcecie odpowiedzi, ale nie potrafię wam ich udzielić. Ten świat jest inny od naszego, rządzą na nim inne reguły, życie rozwija się w odmienny sposób. Powinienem zginąć. Powinienem utonąć i rzeczywiście, tonąłem, ale tylko przez chwilę.

 

„– Ja się piszę[+.] – Kuźnicki jak widać miał inny ogląd sytuacji.”

 

„– Jest noc, idź spać[+,] kapitanie Turner”

 

„– Isajev?! Turner? Ana? Co tu się dzieje?! – zaprotestowała kapitan, gdy pojawili się we wnętrzu kabiny, ale w mig oceniła sytuację i rzuciła się do szafki przy łóżku. Isajev wiedział, że ta cipa chowa tam pistolet. To była jedyna broń palna na całym statku.

Miał zamiar skoczyć w tamtym kierunku, ale Turner go wyprzedził. W momencie gdy Bernan miała już odbezpieczyć rewolwer, wbił strzykawkę w jej łydkę i nacisnął tłok. Padła nieprzytomna nim zdążyła nacisnąć spust.

Sobowtór Greenberga natarł na Isajeva, objął go w pasie i próbował przerzucić, ale nie na darmo jego przeciwnik był żołnierzem. Isajev założył przybyszowi dźwignię na prawe ramię, ale fałszywy Greenberg był silny. Uwolnił się z uścisku i zaatakował.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Mniam. Uwielbiam takie teksty mocno oparte na SCI, ale z niezłą doża FI :)

Nie powiem nic nowego co do konstrukcji tekstu. Początek mocno statyczny, a przedstawienie bohaterów – bardziej słowne niż na przykładach z ich własnych interakcji. Robisz to dokładnie, czyta się nienajgorzej, ale jednak pewne znurzenie się pojawiło. Nie ukrywam, że w pewnym momencie miałem ochotę zacząć skanować tekst do jakieś bardziej dynamicznego momentu.

Potem jednak się rozkręcasz. Nawet jeśli temat nienowy – pokazany jest dobrze, w miarę dynamicznie (na tyle, na ile pozwala skupienie się na sporej dawce nauki). Rozwiązanie przewidziałem, ale zbyt dużo tego typu tekstów czytam, by nie wpaść po pozostawionych śladach, co tam upichciłeś.

Technicznie jest ok, ale chrzęściło. Nie jestem specjalistą od wyłapywania, ale nawet mi podpadło sporo tych “ale” w tekście.

Podsumowując: kawał sporego koncerty fajerwerków według mego ulubionego przepisu. Nie pozbawiony wad, ale definitywnie solidna robota.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Super, czytało się bardzo dobrze i skutecznie umiliło mi podróż pociągiem. Po takiej ilości komentarzy trudno dodać coś nowego. Mnie podobało się to, że niektóre pytania pozostały otwarte – ja mam na ogół potrzebę tłumaczenia wszystkiego. Bohaterowie i ich decyzje są dla mnie wiarygodni, choć niekiedy ich decyzje są zaskakujące – ale to żaden zarzut, a chyba wręcz zaleta.

Nie przeszkadzały mi nawet sporadyczne wstawki eko.

Jestem nikim, będę nikim.

Uhh… minęła chwila odkąd odpisywałem – ale nie bez powodu.

 

Joseheim – dzięki za bardzo szczegółowe uwagi. Rzeczywiście, sporo nazbierało się tych powtórzeń. Na szczęście wszystko, co wylistowałaś, udało mi się poprawić i już nie będą biły po oczach kolejnych czytelników. :)

 

Kawał tekstu. Odnoszę wrażenie, że w stosunku do rozwiązania i ciężaru zakończenia, całość jednak nieco za długo się rozpędza, zawiera na dodatek trochę elementów, które można by skreślić i nic by się nie straciło (na przykład co ma za znaczenie, że Turner jest celebrytą? Zaczynasz od niego, jakby to był główny bohater, poświęcasz ileś miejsca na tło postaci, a potem jego rola właściwie jest żadna, mógłby równie dobrze być mechanikiem lub lekarzem).

Turner jest jedną z ważniejszych postaci – poza tym, gdyby nie telewizja zaangażowana w misję, to kto wie, czy w ogóle by nurkowali, zamiast po prostu wysłać więcej statków bezzałogowych? Nie odnoszę się do tego w tekście, to fakt.

Co do miejsca, to myślę, że więcej poświęciłem innym postaciom – Bernan, czy Isajevowi. Opowiadanie o Turnerze wprowadza do historii i myślę, że przy takiej długości tekstu, to jest dość krótkie… ale nie będę się upierał.

 

Ogólnie dziwny wydaje mi się skład tej drużyny – kapitan bez niezbędnego doświadczenia, nieszczególnie trzymająca załogę w ryzach? Nieprzystosowany społecznie gość od odwiertów? Turner i Isajev, którzy się nie znoszą, choć właściwie nie wiadomo dlaczego? Na dodatek obaj okazują się tak nieprofesjonalni, nawet rosyjski szpieg, że wdają się w niewyjaśnioną przez Ciebie bojkę w skrajnie niebezpiecznych warunkach? Astronauci są przygotowani do misji naprawdę długo, wątpię, by organizatorzy przymknęli oko na takie problemy przy tak dalekiej i ważnej misji.

Bernan była młoda, co nie znaczy, że niedoświadczona. Wspominam w tekście, że jej pokolenie jakby wychowało się w kosmosie, więc ma jak najbardziej warunki. Wiek nie oznacza biegłości w czymś, to stereotypy. :P

A co do problemów – to są to problemy, które uwidoczniły się w trakcie misji. Bernan wspomina o tym, że byli szkoleni i testowani. Po prostu (i to jest jedna z myśli, które mi przyświecały) nie jesteśmy w stanie sprawdzić się i przygotować do takiego przedsięwzięcia. Presja przebywania tak daleko od Ziemi to coś, czego nikt nie potrafi sobie wyobrazić.

 

Co jeszcze… za słaba jestem w fizyczne i biologiczne klocki, ale były w tekście fragmenty, które wydały mi się lekko naciągane (tak, wiem, to fantastyka); nie wątpię, że przygotowałeś się solidnie, jednak raz czy dwa miałam wrażenie, że celowo pakujesz w krótki fragment sporo mądrze brzmiących zdań i terminów, po to, by podtrzymać iluzję, że to SF, a nie, dajmy na to, space opera.

Cóż, muszę to zaakceptować, że miałaś takie wrażenie. Trochę czasu poświęciłem, by przygotować część merytoryczną, potem jeszcze była konsultowana, więc określanie tego “iluzją” to cios w moje serce.

Mógłbym, oczywiście, rozbudować bardziej opisy co i jak działa, ale to mi się wydawało nienaturalne – bohaterowie sami do końca nie wiedzą co i jak działa.

 

Jeśli chodzi o nominację, muszę się zastanowić. Zasadniczo napisałeś kawał przyzwoitego tekstu, ale nie wolnego od mankamentów, a poza tym w sumie nieodkrywającego Ameryki (ileż już było o ludziach zamkniętych w ciasnej przestrzeni i walczących z wywołanymi przez to zamknięcie problemami?).

Jasne, że było. Już (prawie) wszystko było – a w to, czego nie było, ciężko trafić.

Jednak to nie problemy zamknięcia w ciasnej przestrzeni były na pierwszym planie, raczej przyświecało mi to, w co wycelowała Irka.

 

Cześć NoWhereMan, dzięki za wizytę. :)

 

Nie ukrywam, że w pewnym momencie miałem ochotę zacząć skanować tekst do jakieś bardziej dynamicznego momentu.

Niespieszność okazała się zbyt niespieszna.

Cieszę się jednak, że tego nie zrobiłeś. :)

 

Technicznie jest ok, ale chrzęściło. Nie jestem specjalistą od wyłapywania, ale nawet mi podpadło sporo tych “ale” w tekście.

Dzięki Joeseheim już ich nie ma.

 

Podsumowując: kawał sporego koncerty fajerwerków według mego ulubionego przepisu. Nie pozbawiony wad, ale definitywnie solidna robota.

Kamień z serca, że danie jednak podeszło. :)

 

Spitygniew2, dzięki za komentarz i ciesze się, że się podobało!

Co do wstawek eko, to fakt, jest ich sporo w tekście, ale nie są one najważniejsze – służą one nadaniu kontrastu między tym, co bohaterowie zastają na Europie.

Duży plus za kompozycję. Średni plus za klimat i dekoracje – średni, bo czytałem już na portalu „Encephalodusa” Belli i „Adhezję przykrych myśli” Słowika (ależ to był świetny konkurs).

Z drobiazgów, na które zwróciłem uwagę: w tego typu opowiadaniu problemem jest zawsze wprowadzenie bohaterów w sposób nieprzytłaczający dla czytelnika – Ty robisz to bardzo udanie, niejako w dwóch setach, a przy tym naturalnie, istotność bohatera nie zależy od kolejności pojawiania się, bo późniejsze POV-y wywodzą się nie tylko z pierwszego zestawu. Bardzo dobrym przy tym zabiegiem jest obdarowanie bohaterów nazwiskami wywodzącymi się z różnych kręgów kulturowych, to znacznie ułatwia zapamiętanie, kto jest kim.

W warstwie pomysłu spodobało mi się wykorzystanie teorii endosymbiozy i wspomnienie bloba – inna sprawa, że zastanawiam się, czy ograniczenie tylko do jednego z tych motywów nie spowodowałoby, że opowiadanie byłoby „czystsze” koncepcyjnie (na pewno byłoby ekonomiczniejsze, ale kto bogatemu zabroni szastać pomysłami).

Za sprytne posunięcie uznałem obsadzenie w roli lekarza nieprofesjonalistki – to pozwala obronić się przed zarzutami dotyczącymi błędów formalnych. Gorzej z fragmentami odnarratorskimi, tu przydałaby się beta, żeby uniknąć „płynięcia krwi w odwrotnym kierunku” i „wbijania igły w rdzeń kręgowy”.

Największe zarzuty mam do technikaliów – tekst wygląda na niedopracowany, przejrzany niewystarczającą liczbę razy. Nie chodzi o sam styl, bardziej surowy niż np.  w „Księciu”, bo on jednak pasuje do tego rodzaju opowiadania, ale o babole w rodzaju „niezniszczone na tyle, by dawały się rozpoznać”, czy „pokazywał obraz ukazujący”.

Witaj, cobold i dzięki za pozostawienie komentarza. 

Duży plus za kompozycję. Średni plus za klimat i dekoracje – średni, bo czytałem już na portalu „Encephalodusa” Belli i „Adhezję przykrych myśli” Słowika (ależ to był świetny konkurs).

To i tak sukces, bo hard sci-fi nie jest moim gatunkiem. :) 

 

Z drobiazgów, na które zwróciłem uwagę: w tego typu opowiadaniu problemem jest zawsze wprowadzenie bohaterów w sposób nieprzytłaczający dla czytelnika – Ty robisz to bardzo udanie, niejako w dwóch setach, a przy tym naturalnie, istotność bohatera nie zależy od kolejności pojawiania się, bo późniejsze POV-y wywodzą się nie tylko z pierwszego zestawu. Bardzo dobrym przy tym zabiegiem jest obdarowanie bohaterów nazwiskami wywodzącymi się z różnych kręgów kulturowych, to znacznie ułatwia zapamiętanie, kto jest kim.

Właśnie o to chodziło – i we wprowadzeniu bohaterów, i w ich nazwiskach. 

Sam mam ogromny problem w zapamiętywaniu imion i nazwisk postaci, nawet we własnych opowiadaniach, więc gdyby nie byli pod tym względem charakterystyczni, to bym się pogubił. 

 

W warstwie pomysłu spodobało mi się wykorzystanie teorii endosymbiozy i wspomnienie bloba – inna sprawa, że zastanawiam się, czy ograniczenie tylko do jednego z tych motywów nie spowodowałoby, że opowiadanie byłoby „czystsze” koncepcyjnie (na pewno byłoby ekonomiczniejsze, ale kto bogatemu zabroni szastać pomysłami).

 

W sumie i tak wyszło na to, że na Europie ziemska ekonomia nie obowiązuje. 

 

Za sprytne posunięcie uznałem obsadzenie w roli lekarza nieprofesjonalistki – to pozwala obronić się przed zarzutami dotyczącymi błędów formalnych. Gorzej z fragmentami odnarratorskimi, tu przydałaby się beta, żeby uniknąć „płynięcia krwi w odwrotnym kierunku” i „wbijania igły w rdzeń kręgowy”.

Chyba usunę tę krew, choć to nie jest niedopatrzenie, bo znalazłem informację, że po długim przebywaniu astronautów w kosmosie krew na pewnych odcinkach rzeczywiście biegła w odwrotnym kierunku. 

Zaś co do rdzenia kręgowego, to trochę to zmienię, bo widać jest to stoperem. 

 

Największe zarzuty mam do technikaliów – tekst wygląda na niedopracowany, przejrzany niewystarczającą liczbę razy. Nie chodzi o sam styl, bardziej surowy niż np. w „Księciu”, bo on jednak pasuje do tego rodzaju opowiadania, ale o babole w rodzaju „niezniszczone na tyle, by dawały się rozpoznać”, czy „pokazywał obraz ukazujący”.

Umm… osiemdziesiąt tysięcy znaków to już trochę powyżej granicy mojej kontroli nad tekstem. Nie wiem jak to działa, ale opowiadanie krótsze łatwiej jest trzymać w ryzach. Konsekwentnie wprowadzam zmiany, problem jest taki, że większość nie rzuca mi się w oczy – nawet po tym czasie, który minął od publikacji, chyba tekst jest zbyt żywy w mojej pamięci. 

Cześć,

opowiadanie bardzo mnie wciągnęło, nie od początku co prawda, ale w środku. Być może dlatego, że wrzucasz czytelnika do głębokiej wody, w której musi się przyswoić. Podoba mi się motyw kosmosu. Cieszę się też, że ktoś wziął pod uwagę dalekie plany możliwej kolonizacji Europy. Mars jest przestarzały i nudny, a połączenie kosmicznej przygody z odkrywaniem księżycowego oceanu nadało niepowtarzalnego klimatu. 

Kreacja bohaterów jest wysoka jakościowo; postaci są dobrze wykreowane, oryginalne, łatwo je odróżnić nawet mi – nie mam pamięci do imion. To duży plus dla powieści. Jedynie Kazuyoshi wydaje się przybywać z zupełnie innej bajki. Jego postać na pewno ożywia wszechobecną melancholię typową dla Lema, jednak w większej mierze po prostu irytuje, jest nieco hiperbolizowany przez swoje kozaczenie. 

Widzę wyżej komentarze odnośne do długości. Niestety, niektórzy ludzie wolą odhaczyć krótkie opowiadania zamiast przeczytać jakieś dłuższe i dobre, zrelaksować się… Tobie udało się mnie zrelaksować. Dziękuję za zapewnienie rozrywki podczas czytania. 

Z rewolucyjnym pozdrowieniem! 

Cześć, Sustui

 

opowiadanie bardzo mnie wciągnęło, nie od początku co prawda, ale w środku.

Cieszę się, że opowiadanie przypadło do gustu, choć szkoda, że dopiero od środka. 

 

Jedynie Kazuyoshi wydaje się przybywać z zupełnie innej bajki. Jego postać na pewno ożywia wszechobecną melancholię typową dla Lema, jednak w większej mierze po prostu irytuje, jest nieco hiperbolizowany przez swoje kozaczenie

Jedni go polubią, innych zirytuje, ale na pewno jest zauważalny. :) 

 

Widzę wyżej komentarze odnośne do długości. Niestety, niektórzy ludzie wolą odhaczyć krótkie opowiadania zamiast przeczytać jakieś dłuższe i dobre, zrelaksować się… Tobie udało się mnie zrelaksować. Dziękuję za zapewnienie rozrywki podczas czytania. 

Tak, pisanie tekstów w okolicach 80tys znaków jest ryzykowne, średnia portalowa jest o wiele niższa i rzeczywiście raczej każdy przeczyta dwa, albo trzy, krótsze teksty, niż jednego takiego potworka. 

Tym bardziej cieszę się, że opowiadanie wzbudza pozytywne odczucia. 

Pozdrawiam 

No więc mnie się zdecydowanie podobało – po pierwsze, jak usiadłam do lektury, to nie wstałam, póki za jednym zamachem nie skończyłam, a to nie jest krótki tekst.

Twoje opowiadanie, Gekikaro, ma, jak dla mnie, charakter takiego bardzo fajnego, sprawnie napisanego kolażu znanych motywów i klimatów SF. To widać w zasadzie we wszystkich jego elementach: i w koncepcji (podróż na planetę  księżyc w poszukiwaniu życia i z misją ratunkową jednocześnie), i w doborze postaci, i w tym, jak umiejętnie i pomysłowo skupiasz na technikaliach typowych dla klasycznej SF, i w doborze postaci, i w stylu, i w pomyśle na fabułę. Widać, że tekst przemyślałeś, że pomysł nie jest może morderczo oryginalny (ale gdzie dziś takie znaleźć w kosmicznej SF?), ale za to bardzo umiejętnie zrealizowany. Umiesz też wymieszać swoje SF z wiarygodnym psychologicznie opisem postaci i ich emocji, co jest dla mnie, jako dla czytelniczki, ważną cechą. 

 

Hej, ninedin! Miło cię widzieć i jestem niezmiernie rad, że opowiadanie wywołało tak pozytywne odczucia. :) 

Co do napisania czegoś nowego w kosmicznej hard sci-fi – nie mam wątpliwości, że można, ale to by był potrzebny ktoś z o wiele większą wiedzą i doświadczeniem niż moje. 

Mam uczucia ambiwalentne, bo niestety przez tekst brnęłam. Głównie dlatego, że za nic w świecie nie byłam w stanie ogarnąć, kto jest kim :( Nie chciało mi się liczyć bohaterów, pewnie wcale nie ma ich kosmicznie (ha ha ha) dużo, ale miałam całkowicie subiektywne wrażenie, że rozmnażają się jak króliki Lejzorka Rojtszwańca, tzn. co rusz jakiś nowy na mnie wyskakuje. Do tego miałam problemy z prowadzeniem narracji – jest co rusz z innego punktu widzenia, ale zbyt często nie czuję, z czyjego. A nie jest to też całkowicie zewnętrzny narrator. Czasem coś komentuje, czasem jest w skórze któregoś z bohaterów – to mnie też wytrącało z rytmu lekturowego. Może to zresztą ten sam problem, tylko ma dwa oblicza.

Doceniam natomiast niewątpliwie pewną oldskulowość sci-fi, to ładnie odrobiłeś, wierzę też na słowo, że sci jest w tym okej, ale tu brakuje mi wiedzy. Brzmi przekonująco dla laika i tyle mogę powiedzieć.

 

http://altronapoleone.home.blog

Nowa Fantastyka