- Opowiadanie: Gekikara - Wszystkie teraźniejszości Bena Memmortigona

Wszystkie teraźniejszości Bena Memmortigona

Drogi Czy­tel­ni­ku, 

 

Przed lek­tu­rą po­niż­sze­go opo­wia­da­nia za­le­ca się od­sta­wie­nie na bok ze­ro-je­dyn­ko­we­go po­strze­ga­nia świa­ta, a zwłasz­cza ta­kich par prze­ci­wieństw jak:

prze­szłość-przy­szłość

praw­da-fałsz

sen-ja­wa

przy­czy­na-sku­tek

 

Będą tu tylko prze­szka­dza­ły.

 

Ostrze­że­nie!

Po­niż­szy tekst to w grun­cie rze­czy hi­sto­ria mi­ło­sna i może za­wie­rać śla­do­we ilo­ści orzesz­ków ara­chi­do­wych. 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Wszystkie teraźniejszości Bena Memmortigona

Za­zwy­czaj nie śnię.

Jasne, ba­da­nia do­wo­dzą, że każdy ma sny. Wiem o tym i nie za­mie­rzam sta­wać prze­ciw­ko nauce. Jed­nak nie za­mie­rzam rów­nież prze­czyć wła­sne­mu do­świad­cze­niu, po­nie­waż wtedy mógł­bym za­kwe­stio­no­wać wszyst­ko, a od tego tylko krok do obłę­du. Dla­te­go uzna­ję, że za­zwy­czaj śnię o Pu­st­ce. Wiel­kiej, czar­nej, wszech­ogar­nia­ją­cej, bez­dź­więcz­nej Pu­st­ce.

Budzę się potem rów­nie pusty jak ta Pust­ka. Nie je­stem wy­po­czę­ty, ale też nie zmę­czo­ny. Nie czuję się do­brze ani źle. W ogóle nic nie czuję. Wsta­ję i robię swoje. Bez re­flek­sji. Je­stem – jak to po­wie­dzieć – wy­ga­szo­ny.

Ponoć tak wy­glą­da nir­wa­na.

Cza­sem widzę we śnie tylko fi­gu­ry geo­me­trycz­ne albo ko­lo­ry i ich kon­fi­gu­ra­cje o nie­wia­do­mym zna­cze­niu, albo po pro­stu bez zna­cze­nia. Nie­kie­dy ob­ser­wu­ję mi­gaw­ki z życia. Nie mo­je­go, tylko kogoś po­dob­ne­go do mnie. Są za krót­kie, bym mógł zro­zu­mieć ich sens.

Bywa też, że śnię kosz­ma­ry. Budzę się po nich z ga­lo­pu­ją­cym ser­cem, w ostat­niej chwi­li po­wstrzy­mu­jąc krzyk. To naj­lep­sze ze wszyst­kich snów. Dzię­ki nim cie­szę się, że je­stem we wła­snym łóżku.

Ale są jesz­cze te, w któ­rych za­zna­ję szczę­ścia.

W któ­rych żyję peł­nią życia, je­stem u progu do­ro­sło­ści, mam ka­rie­rę przed sobą, albo znaj­du­ję praw­dzi­wą mi­łość. Wraz z prze­bu­dze­niem przy­cho­dzi uczu­cie żalu.

Potem od­wra­cam głowę, pa­trzę na Sarę śpią­cą obok, przy­po­mi­nam sobie, że to wszyst­ko już za mną i czuję się jesz­cze bar­dziej sa­mot­ny.

Jedna mi­kro­sko­pij­na dro­bi­na roz­pa­czy w nie­skoń­cze­nie pu­stym wszech­świe­cie.

 

*

 

– Pro­szę jesz­cze raz, po­wo­li i od po­cząt­ku.

Ko­bie­ta po­pra­wia mi opa­skę na ra­mie­niu, do­krę­ca za­ci­ski na siat­ce opi­na­ją­cej moją głowę, aż za­czy­na­ją spra­wiać ból, po czym włą­cza urzą­dze­nie wiel­ko­ści wa­liz­ki, by przy­pa­try­wać się od­czy­tom.

– To wa­rio­graf? – pytam. Nie żebym miał coś do ukry­cia. – Czy ktoś mi powie, o co je­stem po­dej­rza­ny?

– Panie…

– Mem­mor­ti­gon. – Wzdy­cham. Ona nawet nie wie jak się na­zy­wam.

– Niech pan po pro­stu wy­peł­nia po­le­ce­nia – od­po­wia­da tonem znu­dzo­nej urzęd­nicz­ki. – Jeśli rze­czy­wi­ście nic pan nie wie, to nie mogę nic panu zdra­dzić. A jeśli jed­nak pan coś wie, to moje wy­ja­śnie­nia są zbęd­ne.

Pod­da­ję się. Nie mam z nią szans.

Biorę głę­bo­ki wdech, by uspo­ko­ić myśli (nie dzia­ła) i za­czy­nam opo­wia­dać:

– Na­zy­wam się Ben Mem­mor­ti­gon, mam trzy­dzie­ści pięć lat. Pra­cu­ję na osiem­na­stym pię­trze Firmy – nie wy­mie­niam jej z nazwy, bo nie ma po co – w Dzia­le do spraw Ko­mu­ni­ka­cji Mię­dzy Dzia­ła­mi. Pra­cu­ję dwa­na­ście go­dzin dzien­nie. Mam kre­dyt hi­po­tecz­ny na pięć­dzie­siąt lat, dwa­na­ście kre­dy­tów kon­su­menc­kich i zdol­ność na…

– Pro­szę sku­pić się na wczo­raj­szej nocy.

Wczo­raj­sza noc.

– Nie pa­mię­tam, już mó­wi­łem, że…

– Pro­szę opo­wie­dzieć o ostat­nim, co pan pa­mię­ta. – Znam ten typ. Ona łatwo się nie podda. Zimne oczy tak­su­ją mnie, kiedy zerka znad opra­wki oku­la­rów. Nie musi ich nosić, bo prze­cież nikt nie musi, służą tylko do wy­wo­ła­nia okre­ślo­ne­go efek­tu psy­cho­lo­gicz­ne­go. Wiem o tym, ale i tak to na mnie dzia­ła.

– Holo znik­nę­ło. Zo­ba­czy­łem ob­dra­pa­ne ścia­ny bu­dyn­ków, na któ­rych nor­mal­nie wi­dział­bym re­kla­my ta­nich sa­mo­cho­dów i pro­mo­cje skle­pów wy­sył­ko­wych. Ko­lo­ry stra­ci­ły na in­ten­syw­no­ści, noc stała się ciem­niej­sza. Wie pani, że świa­tło co dru­giej la­tar­ni to holo? Też nie wie­dzia­łem, póki…

Ko­bie­ta pod­no­si brew. Wo­lał­bym dać jej to, czego ode mnie ocze­ku­je, ale w gło­wie mam pust­kę.

– Póki co? – po­na­gla mnie.

No wła­śnie, póki co?

Sie­dzę w cia­snej sali prze­słu­chań. Świa­tło po­je­dyn­czej ża­rów­ki zwi­sa­ją­cej z su­fi­tu razi w oczy ile­kroć je pod­nio­sę. Czasz­ka pro­mie­niu­je bólem, pasta do elek­tro­en­ce­fa­lo­gra­fii draż­ni skórę głowy.

Do tego ten dźwięk.

Po­ja­wił się i nie chce znik­nąć.

– Czy można to wy­łą­czyć? – pytam. Ko­bie­ta nie od­po­wia­da, marsz­czy czoło.

– To bu­dzik? – do­py­tu­ję. – Ktoś dzwo­ni?

– Gra na czas – od­zy­wa się męż­czy­zna w czar­nym gar­ni­tu­rze sie­dzą­cy na czer­wo­nej sofie w rogu. Do­pie­ro teraz go za­uwa­żam. – To on.

– To nie on – od­po­wia­da drugi, ubra­ny na biało.

– Pro­szę sobie przy­po­mnieć – na­ci­ska ko­bie­ta. – Pro­szę sobie przy­po­mnieć, co pan robił ze­szłej nocy? Ze­szłe­go dnia? – po­wta­rza wciąż te same py­ta­nia, ale już jej nie słu­cham.

Dźwięk za­głu­sza słowa. Nie je­stem w sta­nie sku­pić się na ni­czym innym.

Po­zna­ję go. To pio­sen­ka. Hit sprzed lat. Today is a good day for dying.

Muszę ją wy­łą­czyć.

Muszę.

 

*

 

Jest wczo­raj.

Sie­dzę przy biur­ku, w wiel­kim, zaj­mu­ją­cym pra­wie całe pię­tro po­miesz­cze­niu. Inni zaj­mu­ją do­kład­nie takie same sta­no­wi­ska. Wi­docz­ni, ni­czym nie za­sło­nię­ci, każdy za­pa­trzo­ny w nie­okre­ślo­ną dal, każdy ob­ser­wu­ją­cy swoje wła­sne holo – obraz wy­świe­tla­ny wprost w mózgu. Nie zwra­ca­ją uwagi na mnie, tak samo jak ja na nich.

Mnie się po­szczę­ści­ło. Je­stem zwró­co­ny twa­rzą do okna.

Nim od­pa­lę ter­mi­nal i widok za oknem za­sło­nią wia­do­mo­ści, har­mo­no­gra­my, plany zadań i sta­ty­sty­ki mó­wią­ce o tym, jak bar­dzo mój wynik jest po­ni­żej za­ło­żeń i w jak głę­bo­kiej dupie się znaj­du­ję, chcę jesz­cze rzu­cić okiem na mia­sto.

Pa­trzę na za­la­ne be­to­nem par­kin­gi pełne służ­bo­wych aut, na as­fal­to­we wstę­gi ulic i bru­ko­wa­ne chod­ni­ki – na razie puste, ale wkrót­ce wy­le­ją się na nie tłumy prze­chod­niów, gdy tylko ga­le­rie han­dlo­we roz­pocz­ną pracę. Pa­trzę na za­uł­ki, w któ­rych ko­czu­ją bez­dom­ni, błą­ka­ją się po­grą­że­ni w ho­lo­gra­ficz­nych świa­tach dry­fe­rzy i leżą bę­dą­cy pod wpły­wem zło­te­go pyłu, nie od­róż­nia­ją­cy jawy od snu nar­ko­ma­ni. Pa­trzę wresz­cie na ścia­ny wie­żow­ców, na niebo, na dachy od­le­głych blo­ków miesz­kal­nych, wszę­dzie tam, gdzie rze­czy­wi­stość przy­kry­ta jest przez per­so­na­li­zo­wa­ne ho­lo-re­kla­my.

 

Nowy in­te­li­gent­ny eks­pres, który wy­prze­dza twoje pra­gnie­nia! Po syn­chro­ni­za­cji z wsz­czep­ką za­pa­rzy kawę nim twój mózg za­de­cy­du­je, że masz na nią ocho­tę. Już od dzie­się­ciu rat zero pro­cent.

 

Znu­dzi­ła cię do­mo­wa ru­ty­na? Po­trze­bu­jesz praw­dzi­wie nie­ziem­skich do­znań? Pło­mień na­mięt­no­ści już dawno wy­pa­lił się w twoim mał­żeń­stwie? Nowa Afro­dit XS za­bie­rze cię na pla­ne­tę przy­jem­no­ści. Do wy­bo­ru aż szes­na­ście typów fi­zjo­no­mii. An­dro­id moż­li­wy do wy­na­ję­cia na go­dzi­ny.

 

Już dziś, pro­mo­cja! Przy za­ku­pie usłu­gi fa­st­fo­od w abo­na­men­cie na co naj­mniej dwa­na­ście mie­się­cy, pierw­szy kwar­tał gra­tis.

 

Nie­da­ją­ce cie­nia neo­no­we świa­tła holo są tak wy­ra­zi­ste, że aż mrużę oczy. A prze­cież to ilu­zje trans­mi­to­wa­ne wprost do mojej głowy. Tylko ilu­zje.

Aż ilu­zje.

Do roz­po­czę­cia po­ran­nej zmia­ny zo­sta­ło dwa­dzie­ścia minut, dla­te­go wszy­scy są już na miej­scach. Ci, któ­rzy chcą wy­ko­nać plan, za­czy­na­ją co naj­mniej pół go­dzi­ny wcze­śniej. To jest w do­brym tonie.

Może za­czął­bym wcze­śniej, gdyby nie to, że wczo­raj wzią­łem ta­blet­ki Sary. Prze­spa­łem czter­na­ście go­dzin i bu­dzik le­d­wie zdo­łał przy­wró­cić mnie świa­tu. Kiedy wy­cho­dzi­łem, Sara nadal była nie­przy­tom­na.

Już dawno prze­sta­ła żyć praw­dzi­wym ży­ciem.

Wszyst­ko się po­pie­przy­ło od śmier­ci Rosie.

Może gdyby żyła, co dzień za­czy­nał­bym o ósmej trzy­dzie­ści i wal­czył o tytuł pra­cow­ni­ka mie­sią­ca, szczę­śli­wy, że po­świę­ca­jąc do­dat­ko­we dwa­na­ście go­dzin ty­go­dnio­wo je­stem w sta­nie po­więk­szyć swoją zdol­ność kre­dy­to­wą, by wziąć na raty ko­lej­ną setkę ga­dże­tów nie­zbęd­nych w każ­dym no­wo­cze­snym domu, któ­rych w grun­cie rze­czy nikt z nas nie po­trze­bu­je.

Może.

Pod­łą­czam się do sieci lo­kal­nej i od­pa­lam służ­bo­we holo.

 

*

 

– Pró­bo­wa­łeś pyłu? – pyta Sara, a w jej oczach tań­czą iskier­ki.

Oby­dwo­je mamy dwa­dzie­ścia lat, plany, ma­rze­nia i wi­do­ki na przy­szłość, ale o tym póź­niej. Tu i teraz mamy przede wszyst­kim tę chwi­lę na czer­wo­nej sofie, która wy­da­je mi się zna­jo­ma i wcale nie dla­te­go, że zaj­mu­je po­cze­sne miej­sce w cen­trum sa­lo­nu stu­denc­kie­go brac­twa, do któ­re­go na­le­żę, ani dla­te­go, że na niej (jeśli moje na­dzie­je nie okażą się płon­ne) zro­bię to z Sarą. Powód jest inny, jed­nak nie za­sta­na­wiam się nad tym, coś o wiele waż­niej­sze­go za­przą­ta teraz moje myśli, bo oto dłoń Sary lą­du­je na moim udzie, jesz­cze w gra­ni­cach przy­zwo­ito­ści, ale wy­star­czy kilka cen­ty­me­trów w górę, by…

Lu­dzie tań­czą. Cały salon tonie w pół­mro­ku, z któ­rym zmaga się świa­tło stro­bo­sko­po­wych lamp. Białe ko­szu­le i sym­bo­le wy­ma­lo­wa­ne fos­fo­ro­wą farbą na na­gich cia­łach świe­cą w ul­tra­fio­le­cie. Jakaś para upra­wia seks w kącie sa­lo­nu. Na su­fi­cie ktoś umie­ścił holo Drogi Mlecz­nej, więc jest jakby ro­man­tycz­nie, bo nad na­szy­mi gło­wa­mi krążą gwiaz­dy. A może to przez al­ko­hol?

Z gło­śni­ków płyną dźwię­ki ostat­nie­go hitu The Tra­ve­lers, Today is a good day for dying.

To wszyst­ko dzie­je się wokół nas, ale nie je­ste­śmy tego czę­ścią. Ja nie je­stem. Rów­nie do­brze mógł­bym tu być sam z Sarą.

– Nie, co to? – od­po­wia­dam, cho­ciaż tak na­praw­dę sły­sza­łem o zło­tym pyle. Po pro­stu chcę słu­chać jej głosu.

– To nowy nar­ko­tyk. Po­dob­no pro­du­ku­ją go z grzy­bów uży­wa­nych przez abo­ry­geń­skich sza­ma­nów – opo­wia­da, a przez moją głowę prze­my­ka py­ta­nie, gdzie po­dzia­ła się ta eks­cy­tu­ją­ca, pełna pasji dziew­czy­na? Ale to nie ma sensu, prze­cież jest tu przede mną, do­pie­ro się po­zna­li­śmy. Chyba za dużo wy­pi­łem. – Po­dob­no ta pio­sen­ka jest o nim.

 

Już nie wiem co jawą, co snem

Jed­nym noc i dzień

Czas ob­ra­ca się wokół mnie

Nie ma kiedy, nie ma gdzie

 

Pró­bu­ję zro­zu­mieć sens wple­cio­nych w me­lo­dię słów. Bez po­wo­dze­nia.

Sara uśmie­cha się, sięga po to­reb­kę, chwy­ta moją dłoń i coś mówi.

Zaraz ją po­ca­łu­ję, potem bę­dzie­my się pie­przyć na oczach wszyst­kich, jesz­cze póź­niej razem skoń­czy­my stu­dia – ja nauki spo­łecz­ne, ona re­li­gio­znaw­stwo – i wy­naj­mie­my pierw­sze wspól­ne lokum. Ja za­cznę pra­co­wać w Fir­mie, a Sara zaj­mie się garn­car­stwem, bo za­wsze było jej pasją. Kiedy zaj­dzie w ciążę, weź­mie­my kre­dyt na miesz­ka­nie. Uro­dzi się Rosie.

Le­ka­rze po­wie­dzą, że to ukry­ta wada ge­ne­tycz­na, że od­se­tek dzie­ci, które nie prze­ży­wa­ją im­plan­ta­cji wsz­czep­ki neu­ro­no­wej jest zni­ko­my, mniej­szy niż jedna dzie­sią­ta pro­cen­ta, że była słaba i praw­do­po­dob­nie i tak by nie prze­ży­ła.

Sara otrzy­ma pomoc psy­cho­lo­ga.

Ja do­sta­nę dwa dni urlo­pu.

– Co się dzie­je? – Py­ta­nie kie­ru­ję do sie­bie, ale nie znam od­po­wie­dzi.

Od­trą­cam dłoń Sary i wsta­ję. Roz­glą­dam się wokół z głę­bo­kim prze­czu­ciem, że nie tak po­win­no być. Jakaś siła targa moim cia­łem, jakby ktoś chwy­cił mnie za ra­mio­na i po­trzą­sał.

Jeśli teraz odej­dę, każde z nas pój­dzie wła­sną drogą. Nie za­trud­nię się w żad­nej z kor­po­ra­cji, zo­sta­nę dzia­ła­czem spo­łecz­nym, będę po­ma­gać dry­fe­rom, pro­wa­dzić kółko mi­ło­śni­ków dwu­dzie­sto­wiecz­ne­go kina i na­rze­kać, że przez ostat­nie dwa­dzie­ścia pięć lat nie po­wstał żaden ory­gi­nal­ny film, je­dy­nie re­bo­oty, re­ma­ste­ry, re­ma­ki…

Zu­peł­nie jakby wszyst­ko już było i po­zo­sta­ło nam tylko od­twa­rzać prze­szłość.

– To stan bardo – wy­ja­śnia Sara, dziw­nie spo­koj­na. – Sen, który nie jest snem.

 

*

 

Sen, który nie jest snem. Tylko Sara mogła po­wie­dzieć coś po­dob­ne­go.

Tak wy­glą­da jej życie odkąd stra­ci­li­śmy Rosie. Snuje się po domu z ocza­mi prze­sło­nię­ty­mi holo, za­nu­rzo­na w nie­ist­nie­ją­cym świe­cie (nigdy nie opo­wia­da o tym, co w nim widzi, mogę tylko zga­dy­wać) z usta­wio­ną blo­ka­dą wspo­mnień, albo śpi. O czym śni też mi nie mówi, choć cza­sem wtedy pła­cze, więc nie muszę pytać.

– Halo? Halo? Sły­szy mnie pan? – Ko­bie­ta po­trzą­sa­ją­ca moim ra­mie­niem nie brzmi jakby była szcze­gól­nie zmar­twio­na. – Jest pan z po­wro­tem?

Świa­tło zwi­sa­ją­cej z su­fi­tu po­je­dyn­czej ża­rów­ki ośle­pia. Pró­bu­ję na nią nie pa­trzeć, ale oka­zu­je się, że leżę na stole, a roz­ja­rzo­na szkla­na bańka wisi nad moją głową.

– Złoty pył – mówię za­nie­po­ko­jo­ny po­czy­nio­nym od­kry­ciem i sia­dam na stole. Wciąż czuję za­ci­śnię­tą na czasz­ce siat­kę z elek­tro­da­mi, ni­g­dzie nie znik­nę­ła. Tak samo jak opa­ska ci­śnie­nio­mie­rza na ra­mie­niu. – Ktoś mi podał złoty pył. A wy chce­cie wie­dzieć kto.

Ko­bie­ta nie od­po­wia­da. Kiwa głową, ale nie w wy­ra­zie po­twier­dze­nia, ra­czej jak po­grą­żo­na w my­ślach i już za­czy­nam po­dej­rze­wać, dla­cze­go nic mi nie mówią.

Nie cho­dzi o to, co zro­bi­łem, tylko o to, co zro­bię.

 

*

 

Ist­nie­je wiele opi­nii na temat tego, czym jest złoty pył, a wszyst­kie zga­dza­ją się tylko w jed­nym – to nar­ko­tyk inny niż wszyst­kie.

Po­ja­wił się sześć lat temu jako miej­ska le­gen­da, bo nikt nie wie­dział od kogo można go do­stać i gdzie szu­kać – byli tylko ci, któ­rzy go spró­bo­wa­li.

Nie­któ­rzy twier­dzą, że za­ży­wa­ją pyłu cały czas, inni, że wy­star­czy tylko raz, bo efekt pyłu nigdy nie mija, ale spo­sób zdo­by­cia nar­ko­ty­ku zdaje się być za­zdro­śnie strze­żo­ną ta­jem­ni­cą.

Sam pył w jed­nych opo­wie­ściach ma sta­no­wić eks­trakt z no­wo­od­kry­tych ha­lu­cy­no­gen­nych grzy­bów (pro­we­nien­cji róż­nej, za­leż­nie od wer­sji tej hi­sto­rii), mie­szan­kę wszyst­kich zna­nych wpły­wa­ją­cych na per­cep­cję sub­stan­cji, su­per­no­wo­cze­sny pro­dukt bio­tech­no­lo­gii, ma­te­rial­ny no­śnik wi­ru­sa nisz­czą­ce­go wsz­czep­ki, lub nawet nie­zna­ną wcze­śniej sub­stan­cję przy­by­łą z ko­smo­su we­wnątrz me­te­ory­tu.

Fakty są takie, że nie wia­do­mo nawet – a przy­naj­mniej nie wiem tego ja – czy pył w ogóle jest pyłem. Swoją nazwę za­wdzię­cza wy­łącz­nie sko­ja­rze­niu ze zło­ci­stym pia­skiem, któ­rym Pia­sko­wy Dzia­dek ci­skał w oczy dzie­ciom, by je uśpić.

Za to bar­dzo łatwo roz­po­znać tych, któ­rzy spró­bo­wa­li pyłu. Po­ru­sza­ją się jakby we śnie, od­pły­wa­jąc my­śla­mi gdzieś da­le­ko, a kiedy od­zy­sku­ją świa­do­mość, za­cho­wu­ją się ner­wo­wo i dzia­ła­ją nie­prze­wi­dy­wal­nie. Nagle za­czy­na­ją ucie­kać, albo rzu­ca­ją się na bli­skich, rap­tow­nie zmie­nia­ją zda­nie, twier­dzą, że nie pa­mię­ta­ją ostat­nich dni, mie­się­cy, lat, albo że znają przy­szłość.

Wielu z nich utrzy­mu­je, że nigdy nie mieli do czy­nie­nia z pyłem, albo że jesz­cze nie mieli z nim do czy­nie­nia, ale wobec mocy pyłu takie drob­nost­ki jak ciąg przy­czy­no­wo-skut­ko­wy nie mają zna­cze­nia.

Krót­ko mó­wiąc – to lu­dzie cał­kiem ode­rwa­ni od rze­czy­wi­sto­ści.

Tak, wiem o tym do­sko­na­le, jed­nak mimo wszyst­ko, wbrew peł­nym zdro­we­go roz­sąd­ku i jesz­cze zdrow­sze­go ra­cjo­na­li­zmu pro­te­stom mo­je­go we­wnętrz­ne­go głosu, bie­gnę teraz co sił w no­gach przez Park Po­łu­dnio­wy. Nie zwa­żam na znaki za­ka­zu­ją­ce nisz­cze­nia ro­ślin, mknę na prze­łaj przez kwit­ną­ce ra­bat­ki, przez zie­lo­ne traw­ni­ki, w po­przek wą­skich ozdob­nych stru­my­ków.

Jest śro­dek nocy. Do­świad­czam tego tym do­bit­niej, po­nie­waż holo wy­sia­dło. Zero re­klam, zero ilu­zo­rycz­nych graf­fi­ti, zero fał­szy­wych neo­nów, które nie oświe­tla­ją ni­cze­go, ale po­zwa­la­ją są­dzić, że świat jest pełen ja­skra­wych barw. Nie jest. Tonie w pół­mro­ku, a ja razem z nim.

Bie­gnę, bo ktoś mnie goni.

A przy­naj­mniej takie mam wra­że­nie gra­ni­czą­ce z pew­no­ścią.

– Stój! Za­trzy­maj się! – Je­stem prze­ko­na­ny, że ktoś wołał tak le­d­wie przed kil­ko­ma se­kun­da­mi.

Do­cie­ram do skra­ju parku i prze­ska­ku­ję przez par­kan. To ad­re­na­li­na na­pę­dza moje ciało, w innym wy­pad­ku nie był­bym do tego zdol­ny. Nie oglą­dam się za sie­bie. Wy­bie­ram za­uł­ki, nie chcę być za­uwa­żo­ny, choć o tej porze ludzi na uli­cach jest nie­wie­lu. Je­stem czuj­ny. Ukry­wam się przed po­li­cją? Zro­bi­łem coś złego? Nie wiem.

Wiem za to, dokąd po­dą­żam. Ta trasa, ta oko­li­ca są mi aż na­zbyt znane, roz­po­zna­ję je nawet bez holo, choć miej­sce sie­lan­ko­wych osie­dli no­wo­cze­snych wie­lo­pię­trow­ców za­ję­ły ob­dra­pa­ne fa­sa­dy sta­rych blo­ków, a ho­lo­gra­ficz­ne ba­ne­ry zo­sta­ły za­stą­pio­ne przez szkie­le­ty dawno po­rzu­co­nych, nisz­cze­ją­cych bu­dyn­ków. W jed­nym z nich roz­po­zna­ję ko­ściół.

Dziw­ne, my­śla­łem, że już dawno prze­sta­ły ist­nieć.

Po­ko­nu­ję prze­wę­że­nie mię­dzy bu­dyn­ka­mi, prze­my­kam na wskroś nie­wiel­kie­go placu za­mknię­te­go z trzech stron i szu­kam karty, by otwo­rzyć drzwi do klat­ki scho­do­wej. Nie mogę jej zna­leźć, ale ktoś wła­śnie wy­cho­dzi, więc wy­ko­rzy­stu­ję oka­zję.

Miesz­kam na ósmym pię­trze, jed­nak nie cze­kam na windę. Wy­bie­ram scho­dy. Windą by­ło­by szyb­ciej, jed­nak nie po­tra­fię się za­trzy­mać.

Co ja zro­bi­łem?

Dy­sząc, staję przed drzwia­mi do swo­je­go miesz­ka­nia. Na­ci­skam klam­kę i pcham. Drzwi nie ustę­pu­ją.

– Brak au­to­ry­za­cji – in­for­mu­je mnie me­cha­nicz­ny głos au­to­ma­tu.

– Prze­cież ja tu miesz­kam! – pro­te­stu­ję, ale zaraz do­cho­dzi do mnie, że pew­nie sys­tem znów się za­wie­sił. – Zre­star­tuj. Przy­wróć ostat­nie po­praw­ne usta­wie­nia. Hasło czip­mank – wy­da­ję ko­men­dę. Takie rze­czy mają prawo się wy­da­rzyć.

I zwy­kle wy­da­rza­ją się w naj­mniej do­god­nym mo­men­cie.

– Błęd­ne hasło. Od­mo­wa do­stę­pu – od­po­wia­da­ją drzwi.

Marsz­czę czoło i prze­garniam ręką włosy. Skóra głowy swę­dzi mnie od dłuż­szej chwi­li.

– Sara! – wołam. – Otwórz drzwi. Wiem, że je­steś w domu.

Cisza. A ja czuję, że mam coraz mniej czasu.

– Sys­tem, prze­każ do­mow­ni­kom proś­bę o otwar­cie drzwi – roz­ka­zu­ję, przy­po­mniaw­szy sobie o tej pro­ce­du­rze i dzię­ku­ję w duchu, że nie ża­ło­wa­łem na naj­now­sze opro­gra­mo­wa­nie Smart Home. Nawet jeśli Sara jest teraz w głę­bo­kim holo, do­sta­nie wia­do­mość.

– Wia­do­mość prze­ka­za­na. Od­mo­wa wej­ścia.

Co jest kurwa?!

– Sara! To ja, Ben, otwórz te cho­ler­ne drzwi! – wrzesz­czę i pukam. – Sara, wpuść mnie! – Ło­mo­czę w drzwi z de­spe­ra­cją.

– Próba de­wa­sta­cji. Pro­szę za­prze­stać. Na­gra­nie już zo­sta­ło prze­sła­ne do od­po­wied­nich służb po­rząd­ko­wych – od­po­wia­da­ją drzwi bez­na­mięt­nie.

– Sam cię za­ma­wia­łem! Pie­przo­ny elek­tro­nicz­ny odźwier­ny – klnę i jesz­cze raz walę pię­ścią w drzwi, ale zaraz z krzy­kiem od­ry­wam dłoń od kom­po­zy­to­wej po­wierzch­ni. Drzwi po­ra­zi­ły mnie prą­dem.

– Ostroż­nie. Wy­kry­te prze­bi­cie w izo­la­cji ob­wo­dów elek­trycz­nych.

Czy ta zmia­na w elek­tro­nicz­nym gło­sie ma­szy­ny, to była drwi­na?

– Już do mnie dzwo­ni­li. Odejdź stąd. – Do­bie­ga mnie głos z wnę­trza miesz­ka­nia. Sara brzmi ina­czej niż zwy­kle. Jest roz­trzę­sio­na. I w pełni świa­do­ma. – Po­li­cja zaraz tu bę­dzie.

Po­wi­nie­nem być na nią wście­kły, ale nie czuję nic.

– To ty, praw­da? Ty mi po­da­łaś złoty pył. Wie­czo­rem, na im­pre­zie w domu brac­twa, pusz­cza­li tamtą pio­sen­kę, a ty się­gnę­łaś po to­reb­kę…

– To się wy­da­rzy­ło lata temu, kiedy się po­zna­li­śmy – od­pie­ra i wy­da­je się być zdzi­wio­na, a to co mówi ma sens, ale czuję, jak­by­śmy le­d­wie przed pa­ro­ma go­dzi­na­mi sie­dzie­li na tam­tej sofie. – I nie bra­li­śmy wtedy nic prócz zwy­kłe­go exta­sy. Po­zwól się aresz­to­wać, Ben. Nie mo­żesz ucie­kać. – Głos się jej za­ła­mu­je. W końcu pęka i za­czy­na szlo­chać. – Czy masz po­ję­cie, co zro­bi­łeś? Co bę­dzie ze mną? Z na­szym miesz­ka­niem?

Sara za drzwia­mi wpada w roz­pacz, a ja z ja­kie­goś po­wo­du przy­po­mi­nam sobie o Rosie.

Nie, żebym kie­dy­kol­wiek o niej za­po­mniał, ale wła­śnie teraz ból wraca, jak­bym le­d­wie chwi­lę temu roz­ma­wiał z le­ka­rzem, który przy­szedł prze­ka­zać nam tra­gicz­ną wia­do­mość.

– Nasza córka… – szep­czę, jed­nak nie koń­czę zda­nia.

Sara i tak mnie sły­szy, na pewno słu­cha przez in­ter­kom.

– Więc to z ze­msty? Dla­te­go wpu­ści­łeś wi­ru­sa do sys­te­mu? Ktoś ci w tym po­mógł? Skąd mia­łeś pro­gram?

Jedno za dru­gim pa­da­ją ko­lej­ne py­ta­nia.

Ale to już nie jest głos mojej żony.

 

*

 

Wsta­ję, zry­wam opa­skę z ra­mie­nia, pró­bu­ję zdjąć z głowy siat­kę, jed­nak ta trzy­ma się mocno.

– Zdej­mij­cie to! Do­sta­nę przez was obłę­du! – wyję, mo­cu­jąc się z za­ci­ska­mi. – Ja nic nie wiem, nic nie ro­zu­miem, wszyst­ko mi się plą­cze… – wresz­cie udaje mi się oswo­bo­dzić i roz­gar­niam po­skle­ja­ne pastą włosy – Nie mo­że­cie mnie tu prze­trzy­my­wać, jesz­cze nic nie zro­bi­łem.

– Mó­wi­łem, to on – po­wta­rza męż­czy­zna w czar­nym gar­ni­tu­rze. Drugi od­po­wia­da mu kiw­nię­ciem głowy i oby­dwaj wsta­ją. – Jesz­cze nic nie zro­bi­łeś. Ale zro­bisz.

– To jakiś ab­surd! – krzy­czę.

– Pa­no­wie, zo­bacz­cie wy­ni­ki – wtrą­ca się ko­bie­ta za­pa­trzo­na w od­czy­ty apa­ra­tu­ry. Wci­ska kilka kla­wi­szy i wa­liz­ka wy­pusz­cza za­dru­ko­wa­ną kart­kę. Widzę za­pi­sa­ną na niej wia­do­mość: Pa­cjent w wy­so­kim stop­niu nie­po­czy­tal­ny. Uszko­dzo­ny wsz­czep do­mó­zgo­wy, licz­ne błędy w od­twa­rza­niu ma­te­ria­łu pa­mię­cio­we­go.

– Wi­dzi­cie? Nie można wie­rzyć moim sło­wom, od­bi­ło mi! – wołam, kiedy męż­czyź­ni biorą mnie pod ręce. – Dia­gno­za ma­szy­ny jest obiek­tyw­na, sza­leń­stwem by­ło­by się z nią nie zgo­dzić!

To na nic.

Męż­czyź­ni w gar­ni­tu­rach cią­gną mnie do wyj­ścia. Pró­bu­ję sta­wiać opór, za­przeć się no­ga­mi, ale są sil­niej­si i wyżsi ode mnie, czub­ki moich butów le­d­wie mu­ska­ją pod­ło­gę.

Ko­bie­ta wsta­je, dzię­ku­je za współ­pra­cę i otwie­ra drzwi.

Dwie pary rąk po­py­cha­ją mnie w ciem­ność.

 

*

 

Padam na ko­la­na.

Roz­glą­dam się wokół, pró­bu­ję sko­ja­rzyć skąd znam tę zimną, czar­ną po­sadz­kę i szare ścia­ny po­zba­wio­ne­go okien ko­ry­ta­rza, aż wresz­cie do­cie­ra do mnie, gdzie je­stem. Roz­po­zna­ję to miej­sce, byłem tu przed dwoma laty, kiedy umar­ła matka Sary.

Kre­ma­to­rium.

– Nie je­ste­ście po­li­cjan­ta­mi – mówię pe­wien, że stoją za mną. – Je­ste­ście tacy jak ja. Bra­li­ście pył.

– Nie je­ste­śmy po­li­cjan­ta­mi – po­twier­dza jeden z nich. Po­zna­ję po gło­sie, że to ten w czar­nym gar­ni­tu­rze.

– Nie je­ste­śmy tacy jak ty – za­prze­cza drugi. – Je­ste­śmy pro­fe­sjo­na­li­sta­mi.

– Po co mnie tu ścią­gnę­li­ście? – pytam, pod­no­sząc się z pod­ło­gi. Nie mam za­mia­ru ucie­kać, bo i tak by mnie zła­pa­li. Poza tym widzę wy­brzu­sze­nia pod ich ma­ry­nar­ka­mi, a do­świad­cze­nie ze wszyst­kich obej­rza­nych fil­mów akcji pod­po­wia­da mi, że to broń.

Po­wi­nie­nem od­czu­wać nie­po­kój, ale chyba wszyst­kie emo­cje mam już wy­łą­czo­ne. To pew­nie jakaś re­ak­cja obron­na mózgu wobec tego wszyst­kie­go, co mnie dziś (wczo­raj, jutro, sześć lat temu, albo jesz­cze kiedy in­dziej – nie wiem, więc mogę się od­nieść tylko do mo­je­go su­biek­tyw­ne­go po­czu­cia czasu) spo­tka­ło.

– Pra­cu­je­cie dla Firmy? – zga­du­ję. – Nikt inny nie prze­ku­pił­by po­li­cji.

– Nie wszyst­kich można kupić – od­pie­ra jeden.

– Ale każ­de­go można wy­na­jąć – do­po­wia­da drugi i wska­zu­je dło­nią w głąb ko­ry­ta­rza. – Idzie­my.

Idę, bo co mam robić?

Do­cie­ram do prze­szklo­nej ścia­ny. Po dru­giej stro­nie widzę prze­cho­wal­nię ciał, wy­so­kie do su­fi­tu, głę­bo­kie szu­fla­dy na trupy, które cze­ka­ją na iden­ty­fi­ka­cję i pod­pis pod zgodą na kre­ma­cję. Mię­dzy nimi a szybą, przy któ­rej stoję, znaj­du­je się stół do sek­cji. Na nim czar­ny worek wy­peł­nio­ny czymś, co musi być zwło­ka­mi. Przy stole ko­ro­ner w le­kar­skim kitlu, na­prze­ciw niego Sara.

Dwa lata temu byłem przy niej, ale w tym wspo­mnie­niu mnie nie ma, więc to chyba nie scena z prze­szło­ści. Sara też wy­glą­da ina­czej. Ma mocno pod­krą­żo­ne oczy i zmierz­wio­ne włosy, nosi wy­cią­gnię­ty swe­ter, któ­re­go przy­dłu­gie rę­ka­wy mnie w dło­niach.

– Jest pani go­to­wa?

Sara kiwa głową na tak, jed­nak gdy tylko suwak wę­dru­je w dół zamka, od­sła­nia­jąc za­war­tość worka, wpada w hi­ste­rycz­ny szloch. Tylko raz wi­dzia­łem, by tak roz­pa­cza­ła. Wy­la­ła wtedy z sie­bie zapas emo­cji na naj­bliż­szą po­ło­wę wiecz­no­ści, by zro­bić miej­sce na tę samą pust­kę, która jest we mnie.

Wtedy my­śla­łem, że jakoś to prze­trwa­my i znowu bę­dzie nor­mal­nie.

– Po­dejdź bli­żej. – Czar­ny Gar­ni­tur kła­dzie mi rękę na ra­mie­niu i zmu­sza do wy­ko­na­nia tych trzech kro­ków, które dzie­lą mnie od szyby.

Stąd mogę doj­rzeć twarz de­na­ta.

Krzyk staje mi w gar­dle.

Trup ma moją twarz.

– To cię czeka – oznaj­mia Czar­ny Gar­ni­tur. – Przy­patrz się.

Pa­trzę więc, zdu­mio­ny jak wiel­kie po­kła­dy smut­ku wy­krze­sa­ło z Sary moje odej­ście do wiecz­no­ści. Zu­peł­nie jakby nadal ko­cha­ła mnie tak mocno, jak przed sze­ściu laty, tylko wtedy ta mi­łość go­rza­ła pło­mie­niem, a teraz jej miarą był chłód.

Roz­pię­ta ma­ry­nar­ka zwisa swo­bod­nie w po­wie­trzu, broń czeka w po­bli­żu, a Czar­ny Gar­ni­tur jedną rękę trzy­ma na moim barku, a drugą opie­ra o szybę.

Nim do­cho­dzi do mnie, jaki to głupi po­mysł, się­gam po pi­sto­let i wy­śli­zgu­ję się z objęć fa­ce­ta.

– Macie po­wie­dzieć mi wszyst­ko! – żądam, drżą­cą ręką ce­lu­jąc raz w jed­ne­go, raz w dru­gie­go agen­ta Firmy. – I wy­pu­ści­cie mnie, zo­sta­wi­cie w spo­ko­ju! Chcę wró­cić…

Męż­czyź­ni pa­trzą po sobie, a potem wy­bu­cha­ją śmie­chem.

– A co ty ta­kie­go chcesz zro­bić? – pyta jeden z nich, szcze­rząc zęby. – Za­strze­lić nas?

Mio­tam się od jed­ne­go do dru­gie­go, lgnąc ple­ca­mi do szkla­nej po­wierzch­ni jak szczur za­pę­dzo­ny w pu­łap­kę.

– No spró­buj, już! – Biały Gar­ni­tur sięga po broń, a ja przy­pad­kiem, cał­kiem przy­pad­kiem, bo prze­cież tego nie chcia­łem (na­praw­dę!), po­cią­gam za spust.

Nic się nie dzie­je.

– Nie wy­kry­to bez­po­śred­nie­go za­gro­że­nia życia – od­zy­wa się pi­sto­let gło­sem takim samym jak elek­tro­nicz­ny odźwier­ny w moim miesz­ka­niu.

Męż­czy­zna w bia­łym gar­ni­tu­rze strze­la. No tak, jemu się udaje.

Do­sta­ję w ramię.

– Brak za­gro­że­nia, co? – mówię, pa­trząc na na­siąkający szkar­ła­tem rękaw ko­szu­li. Robi mi się słabo, nogi mam jak z waty.

– Błąd w ob­li­cze­niach – stwier­dza trzy­ma­ny prze­ze mnie pi­sto­let i nie­mal sły­szę, jak wzdy­cha z lek­ce­wa­że­niem. Gdyby był czło­wie­kiem, pew­nie wzru­szył­by ra­mio­na­mi.

 

*

 

Żeby zro­zu­mieć, czym jest Firma, trze­ba po­znać jej hi­sto­rię.

Firma – mimo, że tak ją się okre­śla w co­dzien­nych roz­mo­wach i trzon jej dzia­łal­no­ści sta­no­wi re­ali­za­cja czy­sto ko­mer­cyj­nych celów biz­ne­so­wych – wcale nie jest zwy­kłą firmą, taką, jak inne firmy, te za­pi­sy­wa­ne małą li­te­rą. Jeśli pra­cu­jesz w Fir­mie, do­sta­niesz lep­sze wa­run­ki kre­dy­tu, ko­rzyst­niej­szą ofer­tę wy­ciecz­ki w wa­ka­cje, więk­sze zniż­ki na zakup wszyst­kie­go, co można kupić, od to­ste­rów po au­to­lo­ty.

Jeśli Firma cię zwol­ni, otrzy­masz bilet w jedną stro­nę na samo dno.

Po­wie­dzieć, że Firma jest naj­więk­szą z firm, ba! więk­szą niż wszyst­kie po­zo­sta­łe razem, to zdra­dzić je­dy­nie pół praw­dy.

Druga po­ło­wa jest taka, że Firma to je­dy­na pry­wat­na or­ga­ni­za­cja, która była w sta­nie wy­po­wie­dzieć wojnę pań­stwom.

I wy­grać ją.

Teraz Firma kon­tro­lu­je wszyst­ko. A przy­naj­mniej wszyst­ko to, co warto kon­tro­lo­wać.

To ona pro­du­ku­je wsz­czep­ki i to ona wy­mo­gła na pra­wo­daw­cach wpro­wa­dze­nie obo­wiąz­ko­wych im­plan­ta­cji u no­wo­rod­ków. To Firma two­rzy holo, to Firma udo­stęp­nia ho­lo­gra­ficz­ną prze­strzeń re­kla­mo­wą, to Firma kształ­tu­je per­cep­cję świa­ta współ­cze­snych po­ko­leń.

Je­dy­nym co, mo­gło­by się wy­da­wać, po­zo­sta­wa­ło poza jej kon­tro­lą, był złoty pył. Nic więc dziw­ne­go, że jej wszyst­ko­wi­dzą­ce oko zwró­ci­ło się w końcu i w tym kie­run­ku.

Prze­ry­wam snu­cie spi­sko­wych teo­rii, kiedy dźwięk alar­mu daje znać, że do roz­po­czę­cia czasu pracy zo­sta­ło dzie­sięć minut.

Je­stem we wczo­raj­szym dniu.

Czyli je­stem bez­piecz­ny.

Ramię rwie po nie­daw­nym po­strza­le, ale to tylko bóle fan­to­mo­we, prze­cież to się jesz­cze nie wy­da­rzy­ło.

Chyba za­czy­nam ka­po­wać, jak ra­dzić sobie żyjąc w rze­czy­wi­sto­ści, którą ktoś po­szat­ko­wał, a potem na ślepo po­skle­jał. Cho­ciaż czy do końca na ślepo? Jeśli jest jakiś sche­mat, jakiś wzo­rzec, to na pewno mógł­bym go wy­ko­rzy­stać. Czar­ny i Biały Gar­ni­tur wy­da­wa­li się cał­kiem swo­bod­nie po­ru­szać w tym cha­osie.

Od­pa­lam bazę wia­do­mo­ści, gdzie spły­wa­ją wszyst­kie maile, które prze­cho­dzą przez mój dział – czyli w prak­ty­ce pra­wie wszyst­kie maile w Fir­mie. To z tej bazy al­go­ryt­my wy­dzie­la­ją każ­de­mu z nas przy­dział zgod­nie z jego wy­ni­ka­mi. Naj­lep­si do­sta­ją naj­waż­niej­sze wia­do­mo­ści do prze­two­rze­nia. Tutaj też można wnio­sko­wać o do­dat­ko­we za­da­nia, jeśli chce się za­punk­to­wać, ale nie po to otwo­rzy­łem bazę.

Uru­cha­miam opcję wy­szu­ki­wa­nia i wpi­su­ję frazę: złoty pył.

Dwie mi­nu­ty zaj­mu­je pro­gra­mo­wi prze­cze­sa­nie mi­lio­nów wia­do­mo­ści znaj­du­ją­cych się na ser­we­rach. Zero tra­fień.

Klnę pod nosem i usu­wam wpi­sa­ne hasło. Po chwi­li za­sta­no­wie­nia wy­bie­ram ko­lej­ne: Bardo.

Za­wie­szam wzrok na ko­men­dzie „Wy­szu­kaj”, ale nie ak­ty­wu­ję jej. Mam lep­szy po­mysł.

Naj­pierw chcę za­dzwo­nić do Sary, jed­nak małe szan­se, by ode­bra­ła. Jed­nak mogę po­łą­czyć się z nią w holo – nigdy do­tych­czas tego nie ro­bi­łem, by nie na­ru­szać jej pry­wat­no­ści.

A tak na­praw­dę dla­te­go, że wy­rósł mię­dzy nami mur. Mur, któ­re­go nie chcia­łem skru­szyć, bo… sam nie wiem. Bo wo­la­łem, żeby to ona zro­bi­ła pierw­szy krok?

Za­my­kam służ­bo­we holo i lo­gu­ję się do do­mo­wej sieci.

Przez mo­ment mam obawy, że hasła zo­sta­ły zmie­nio­ne, ale prze­cież do tego jesz­cze nie do­szło (je­stem coraz lep­szy w chro­no­na­wi­ga­cji – tak, sam wy­my­śli­łem ten ter­min). Po­zo­sta­je jesz­cze wejść do ho­lo­stre­fy, w któ­rej za­mknę­ła się Sara. Sys­tem prosi mnie o hasło. Czyli jed­nak Sara za­bez­pie­czy­ła się przede mną.

Wpi­su­ję Rosie. Od­mo­wa do­stę­pu. Pró­bu­ję cze­goś in­ne­go. Nie imię a data. Dzie­sięć dwa­na­ście dwa zero sie­dem sie­dem. Od­mo­wa do­stę­pu. Szlag by to!

Zo­sta­ła jedna próba.

Mógł­bym wy­słać proś­bę o za­pro­sze­nie, ale nie je­stem pe­wien, czy Sara je przyj­mie. Ra­czej nie.

Czuję jak pot ciek­nie mi po czole, kiedy de­cy­du­ję się na ostat­ni strzał. Bardo.

Ekran lo­go­wa­nia za­stę­pu­ją mi­liar­dy pik­se­li, a z nich po­wo­li wy­ła­nia się obraz. Salon mo­je­go stu­denc­kie­go brac­twa po­grą­żo­ny w pół­mro­ku, świa­tła stro­bo­sko­po­wych lamp błą­dzą­ce bez celu po roz­tań­czo­nym tłu­mie, para w kącie upra­wia­ją­ca seks, czer­wo­na sofa a na niej Sara i ja, nasze młod­sze i szczę­śliw­sze wer­sje.

Czyli tę chwi­lę prze­ży­wa, w niej się za­mknę­ła. Mo­ment na­sze­go po­zna­nia. To była mi­łość od pierw­sze­go wej­rze­nia.

Zaraz Sara się­gnie do to­reb­ki po dwie pa­styl­ki, uwo­dzi­ciel­skim ge­stem włoży je do ust – i wtedy ją po­ca­łu­ję. Ob­ser­wu­ję to z boku jako gość, mój awa­tar przy­jął stan­dar­do­wy wy­gląd, czyli je­stem star­szy niż Ben sie­dzą­cy obok niej. Ale zaraz! Sara wsta­je i od­cho­dzi.

Po­rzu­ca mnie, nim jesz­cze zdą­ży­li­śmy się zwią­zać.

I co wtedy?

Za­miast wspól­nych lat spę­dzo­nych naj­pierw na bu­do­wa­niu szczę­ścia i snu­ciu pla­nów na przy­szłość, a potem na prze­zwy­cię­ża­niu trud­no­ści ponad siły i co­dzien­nej ru­ty­nie, które za­miast zbli­żać nas do sie­bie, za­bi­ją w nas tych ludzi, ja­ki­mi kie­dyś by­li­śmy, mie­li­by­śmy tylko krót­kie wspo­mnie­nie tego spo­tka­nia. Kilka pra­gnień, garść ma­rzeń i parę pytań z ka­te­go­rii „co by było, gdyby?”.

Sądzę, że gdy­by­śmy wtedy po­szli w swoje stro­ny, mógł­bym ko­chać Sarę już na za­wsze, ko­chać mi­ło­ścią ro­man­tycz­ną i tym sil­niej­szą – bo nie­speł­nio­ną. Tak ko­chać jest o wiele ła­twiej niż co dzień bu­dzić się i co noc za­sy­piać wspól­nie w tym samym łóżku, a dnie spę­dzać albo się nie wi­dząc, albo uni­ka­jąc, albo po pro­stu mil­cząc, bo nie ma już o czym roz­ma­wiać.

Nie­ste­ty, muszę znisz­czyć wizję Sary, nie mogę jej teraz po­zwo­lić na taką sa­tys­fak­cję. Je­stem tu prze­cież w kon­kret­nym celu.

Prze­ci­skam się przez tłum i od­naj­du­ję jej dłoń. Gdzieś w mię­dzy­cza­sie sys­tem ope­ra­cyj­ny iden­ty­fi­ku­je mnie i do­ko­nu­je spa­ro­wa­nia. Teraz ja też wy­glą­dam jak młod­sza wer­sja mnie.

– Za­cze­kaj – mówię. – Opo­wiedz mi wię­cej o tym bardo. Jak się z niego oswo­bo­dzić?

Sara uśmie­cha się nie­chęt­nie. Po­zna­ję tę minę. Bę­dzie pró­bo­wa­ła mnie zbyć.

– To pro­ste. Wy­star­czy osią­gnąć oświe­ce­nie. – Stara się wy­su­nąć rękę, ale nie pusz­czam jej. – Bardo to stan po­mię­dzy. Sen czy jawa, to taka sama ilu­zja. Ele­ment ko­ło­wro­tu wcie­leń. Żeby prze­rwać krąg, trze­ba do­znać oświe­ce­nia. W innym wy­pad­ku je­dy­ne co można zro­bić, to za­koń­czyć jedno bardo i roz­po­cząć dru­gie. – Wy­szar­pu­je dłoń i od­da­la się w stro­nę pary ko­chan­ków, by do nich do­łą­czyć.

Nie mają nic prze­ciw­ko.

– Jak je za­koń­czyć? – pytam, ob­ser­wu­jąc, jak jakiś fagas wkła­da ręce pod bluz­kę mojej żony (bo prze­cież jest nią, nawet jeśli za­blo­ko­wa­ła te wspo­mnie­nia).

– Tak jak każdy sen – od­po­wia­da. – Naj­pro­ściej się zabić.

 

*

 

– Uwaga! Ben Mem­mor­ti­gon pro­szo­ny na pię­tro sześć­dzie­sią­te siód­me, do ga­bi­ne­tu Dy­rek­to­ra Ko­mu­ni­ka­cji. – Głos se­kre­tar­ki po­ja­wił się wraz z czer­wo­no-żół­tym, ja­rzą­cym się na­pi­sem, a po­łą­cze­nie z pry­wat­ną sie­cią zo­sta­ło prze­rwa­ne. Wszyst­ko tak nie­spo­dzie­wa­nie.

Zer­kam na ze­ga­rek. Już od pię­ciu minut po­wi­nie­nem re­ali­zo­wać plan – pro­to­ko­ły mie­rzą­ce KPI mu­sia­ły wy­kryć opóź­nie­nie, ale żeby od razu we­zwa­nie na dy­wa­nik do Rus­se­la?

Wsta­ję i przez ni­ko­go nieza­uwa­żo­ny idę w kie­run­ku windy – inni sie­dzą głę­bo­ko w służ­bo­wym holo. Wy­bie­ram od­po­wied­ni przy­cisk. Liczę na to, że kiedy drzwi windy się otwo­rzą, stanę u wej­ścia do ko­ry­ta­rza na pię­trze me­na­dże­rów a nie w aresz­cie, kre­ma­to­rium, sa­lo­nie brac­twa, albo jesz­cze gdzieś in­dziej.

Kiedy szyb­ka po­dróż w górę do­bie­ga końca, od­dy­cham z ulgą.

We­zwa­nie do Rus­se­la nie budzi we mnie nie­po­ko­ju. Za­zwy­czaj, gdy lu­dzie stają przed nie­wia­do­mą, która może wpły­nąć na ich przy­szłość, mają wra­że­nie, że świat się zaraz skoń­czy, jeśli nie będą czuj­ni – tak dzia­ła in­stynkt prze­trwa­nia. Ale ja mogę po­zwo­lić sobie na kom­fort bez­tro­ski, bo wi­dzia­łem już swoją przy­szłość.

Jest gów­nia­na.

I nic tego nie zmie­ni.

Po­ko­nu­ję ko­ry­tarz i gdy je­stem u wej­ścia do ga­bi­ne­tu numer sie­dem­na­ście, drzwi same się otwie­ra­ją. Wcho­dzę do środ­ka.

Ten ga­bi­net za­wsze mi im­po­no­wał, nie tylko z po­wo­du wiel­ko­ści. Zbu­do­wa­ny na pla­nie pół­okrę­gu, we­wnętrz­ne ścia­ny za­ję­te przez re­ga­ły z książ­ka­mi (nikt już nie czyta w ten spo­sób, ale książ­ki sta­no­wią sym­bol luk­su­su i in­te­li­gen­cji), po­środ­ku wiel­kie biur­ko w kształ­cie sier­pa księ­ży­ca, krze­sło dla gości i fotel dla Rus­se­la.

Sie­dzi w nim, zwró­co­ny ku oknu zaj­mu­ją­ce­mu pro­stą ścia­nę, pa­trzy na pa­no­ra­mę mia­sta cał­kiem jak ja wcze­śniej, choć stąd widać o wiele wię­cej.

I jed­no­cze­śnie o wiele mniej.

Lu­dzie są le­d­wie krop­ka­mi, nie zwra­ca się na nich uwagi, ob­ser­wu­jąc świat w szer­szej per­spek­ty­wie jak przy­sta­ło na dy­rek­to­rów Firmy.

– Dzień dobry – od­zy­wam się, bo chyba nie zo­sta­łem za­uwa­żo­ny. Rus­sel prze­krę­ca się w fo­te­lu i pa­trzy na mnie błę­kit­ny­mi ocza­mi osa­dzo­ny­mi w po­zba­wio­nej zmarsz­czek, ide­al­nej twa­rzy. Lu­dzie się tacy nie rodzą. Mogę zga­dy­wać, jak wiele w sobie po­pra­wił.

– Pan Mem­mor­ti­gon… Ben, tak? Pro­szę, usiądź.

Sia­dam.

– We­zwał mnie pan…

– Za­cie­ka­wi­ła mnie pań­ska hi­sto­ria wy­szu­ki­wa­nia – od­po­wia­da, wy­cią­ga­jąc bu­tel­kę męt­ne­go al­ko­ho­lu. – Wpi­sał pan hasło „złoty pył”.

Czy po­wi­nie­nem coś po­wie­dzieć?

Prze­czu­cie bli­skie­go za­gro­że­nia przy­cho­dzi pod po­sta­cią ła­sko­ta­nia na karku. A prze­cież byłem taki spo­koj­ny, prze­cież wiem, że jak­kol­wiek ta roz­mo­wa się po­to­czy, wy­lą­du­ję na dnie. Mój los jest prze­są­dzo­ny, a mimo to in­stynkt pod­po­wia­da mi, bym wy­my­ślił szyb­ko jakąś ba­jecz­kę.

Ewo­lu­cyj­ne przy­sto­so­wa­nie do pracy biu­ro­wej – wola prze­trwa­nia za­przę­gnię­ta do utrzy­ma­nia etatu.

– Po­dob­no… – Po­dob­no co, Ben? Co wy­my­ślisz? – …ktoś w Fir­mie wie, gdzie go do­stać.

– Kto tak mówi? – pyta Rus­sel, świ­dru­jąc mnie tymi swo­imi ocza­mi w ko­lo­rze lo­do­we­go błę­ki­tu, pod któ­rych spoj­rze­niem ugi­na­ją się karki wszyst­kich jego pra­cow­ni­ków. Potem od­kor­ko­wu­je bu­tel­kę i wy­cią­ga szklan­ki. Nie. Tylko jedną szklan­kę.

– Ja… – Dobre kłam­stwo za­wie­ra wię­cej niż ziar­no praw­dy, mówi ktoś do mnie, choć ni­ko­go in­ne­go tu nie ma. – Ja myślę, że ktoś mi go poda… To zna­czy już podał.

Rus­sel wy­da­je się być za­my­ślo­ny. Zbli­ża po­wo­li szyj­kę bu­tel­ki do szklan­ki, ale w ostat­niej chwi­li re­zy­gnu­je i od­sta­wia bu­tel­kę na bok.

– Jak są­dzisz, czemu cię tutaj we­zwa­łem?

– Bo po­łą­czy­łem się z pry­wat­ną sie­cią w cza­sie pracy? – To nawet nie kłam­stwo, na­praw­dę tak myślę.

Rus­sel otwie­ra jedną z szu­flad prze­past­ne­go biur­ka i wy­cią­ga stam­tąd plik do­ku­men­tów. Na każ­dej kart­ce jest zdję­cie pra­cow­ni­ka, jego imię i na­zwi­sko oraz osią­ga­ne wy­ni­ki. Prze­su­wa pa­pie­ry w moją stro­nę.

– Sprawdź drugą od dołu.

Kiwam głową i wy­cią­gam przed­ostat­ni ar­kusz. To in­for­ma­cje o mnie. Re­ali­za­cja planu sześć­dzie­siąt sie­dem pro­cent i sie­dem punk­tów kar­nych. Ten z góry ma sto dzie­więt­na­ście i zero punk­tów.

Już wiem, po co mnie tu spro­wa­dził.

– Sły­sza­łeś, na ja­kiej za­sa­dzie Firma de­cy­du­je o awan­sach i zwol­nie­niach? – To py­ta­nie re­to­rycz­ne, każdy o tym sły­szał, jed­nak jak widać Rus­sel ma za­miar mi to wy­tłu­ma­czyć. – De­cy­du­je al­go­rytm, by za­po­biec oso­bi­stym czyn­ni­kom, które mo­gły­by wpły­nąć na wy­bo­ry prze­ło­żo­nych. Je­stem dy­rek­to­rem, ale nie­wie­le mam w tej spra­wie do po­wie­dze­nia. Tak jak ty, je­stem tylko try­bi­kiem w wiel­kiej ma­szy­nie, jaką jest Firma. Ona prę­dzej czy póź­niej każ­de­go z nas prze­ro­bi i wy­plu­je. Dla cie­bie prę­dzej. Zwol­nie­nia mają być ogło­szo­ne w po­nie­dzia­łek.

Ro­zu­miem to. Nie wiem tylko, czemu mi o tym mówi, dla­te­go po­sta­na­wiam mil­czeć.

– Wi­dzia­łem twoją kar­to­te­kę, Ben. Dużo wy­cier­pia­łeś przez Firmę. Zo­sta­łeś, bo jakie mia­łeś wyj­ście? Ro­zu­miem to.

– Do czego pan zmie­rza? – Mia­łem się nie od­zy­wać, ale samo wspo­mnie­nie o Rosie, nawet nie bez­po­śred­nie, w ustach czło­wie­ka, któ­re­mu gówno do tego, po­wo­du­je, że ze zło­ści za­ci­skam szczę­ki.

– Co wiesz o pyle? Jak dzia­ła? – Rus­sel nagle zmie­nia temat.

– Mie­sza w umy­śle – od­po­wia­dam zdaw­ko­wo. – Pro­szę pana, jeśli je­stem zwol­nio­ny, to nie chcę już… – Wolno pod­no­szę się z krze­sła.

– A co, gdy­bym po­wie­dział ci, że pył to coś wię­cej? Co, gdy­bym po­wie­dział ci, że mo­żesz wró­cić do prze­szło­ści i prze­żyć naj­lep­sze lata jesz­cze raz? Albo wró­cić i ją zmie­nić?

Sia­dam z po­wro­tem. Rus­sel musi mieć coś wspól­ne­go z pyłem, bez dwóch zdań. I chyba za­mie­rza mi wy­ja­wić, co.

– Po­wie­dział­bym, że to nie­moż­li­we.

Dy­rek­tor Ko­mu­ni­ka­cji szcze­rzy w uśmie­chu swoje nie­na­gan­ne uzę­bie­nie, od­chy­la się w fo­te­lu do po­zy­cji pół­le­żą­cej.

– Od ja­kie­goś czasu je­stem w kon­tak­cie z pewną or­ga­ni­za­cją, która pro­wa­dzi ba­da­nia nad czymś, co bę­dzie więk­szą re­wo­lu­cją niż holo. Nad czymś, co spo­wo­du­je, że holo dla wielu już nie bę­dzie istot­ne, bo znik­nie jego sens. Ho­lo­gra­my po­ma­ga­ją nam oszu­kać rze­czy­wi­stość, by żyć szczę­śli­wie. A co, gdy­by­śmy mogli zmie­nić samą rze­czy­wi­stość? Każdy wła­sną? Co byś wtedy zro­bił, Ben? – Prze­ry­wa na mo­ment, ale ja znam ta­kich jak on i wiem, że to nie ko­niec mo­no­lo­gu. Tacy naj­bar­dziej ko­cha­ją słu­chać wła­sne­go głosu. – Pra­cu­je­my nad tym. Na razie roz­wią­za­nie jest w fazie te­stów, po­zo­sta­je nie­kom­pa­ty­bil­ne ze wsz­czep­ka­mi, co po­wo­du­je… pro­ble­my. Ale więk­szym pro­ble­mem jest to, że Firma chce po­ło­żyć łap­ska na tej tech­no­lo­gii. Wiesz, że na po­cząt­ku dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wieku dzia­ła­nia dą­żą­ce do uzy­ska­nia mo­no­po­lu były za­ka­za­ne?

– Nie ro­zu­miem, panie dy­rek­to­rze, ja…

– Ty zro­bisz coś dla mnie – mówi sta­now­czo, wy­cią­ga­jąc z szu­fla­dy czar­ny pen­dri­ve i kartę do­stę­pu do ser­we­row­ni w piw­ni­cach bu­dyn­ku. – I to nie dla­te­go, że Firma ma za­miar po­słać cię na dno. Nie dla­te­go, że stra­ci­łeś dziec­ko, bo choć­byś prze­niósł się w prze­szłość, nie zmie­nisz obo­wią­zu­ją­ce­go prawa. Nawet nie dla­te­go, że masz dość nie­uda­ne­go mał­żeń­stwa, ani nie dla­te­go, by pomóc żonie uza­leż­nio­nej od holo. – Rus­sel nagle pro­stu­je się, aż strze­la sprę­ży­na w fo­te­lu. Sięga po bu­tel­kę i na­le­wa al­ko­hol do szklan­ki. – Zro­bisz to, bo już się na to zgo­dzi­łeś. W przy­szło­ści. Mia­łem wąt­pli­wo­ści co do cie­bie, ale hasło z wy­szu­ki­war­ki utwier­dzi­ło mnie w prze­ko­na­niu.

Wsta­je z fo­te­la i pod­su­wa mi na­peł­nio­ną szklan­kę.

Kiedy pa­da­ją na nią pro­mie­nie słoń­ca, widzę pły­wa­ją­ce w al­ko­ho­lu dro­bi­ny mniej­sze od zia­ren pia­sku. Uno­szą się i opa­da­ją, krążą, wi­ru­ją, zni­ka­ją i po­ja­wia­ją się w ryt­mie zna­nym tylko im, mimo że po­wierzch­nia cie­czy jest nie­wzru­szo­na, cał­kiem jakby nic nie ro­bi­ły sobie z zasad fi­zy­ki. Czą­stecz­ki zło­te­go pyłu.

– Mamy to!

 

*

 

– Mamy to! – Sły­szę trium­fal­ne wo­ła­nie agen­ta w czar­nym gar­ni­tu­rze.

– Nie pij tego – ostrze­ga agent w bia­łym gar­ni­tu­rze i chwy­ta mnie za przed­ra­mię, kiedy pod­no­szę szklan­kę.

Tylko, że szklan­ka już znik­nę­ła. Znik­nął też dy­rek­tor Rus­sel, pa­no­ra­ma mia­sta za jego ple­ca­mi i biur­ko w kształ­cie pół­księ­ży­ca wraz z całym ga­bi­ne­tem.

Je­stem w po­ko­ju bez okien, tym samym, w któ­rym roz­po­czę­ło się prze­słu­cha­nie – a przy­naj­mniej wy­glą­da­ją­cym tak samo. Nie­wiel­kie, pro­sto­kąt­ne po­miesz­cze­nie o sza­rych ścia­nach, z po­je­dyn­czą ża­rów­ką zwi­sa­ją­cą z su­fi­tu.

Jed­nak nie ma już stołu, nie ma ma­szy­ny ba­da­ją­cej moją po­czy­tal­ność, nie ma czer­wo­nej sofy to­ną­cej w cie­niu. Jest za to szpi­tal­ne łóżko na któ­rym leżę, kro­plów­ka do któ­rej je­stem pod­łą­czo­ny i siat­ka z elek­tro­da­mi obej­mu­ją­ca moją głowę, choć tym razem sta­no­wi ele­ment naj­zwy­klej­sze­go elek­tro­en­ce­fa­lo­gra­fu.

– Spi­sa­łeś się – mówi Czar­ny Gar­ni­tur z uśmie­chem.

– Nie naj­go­rzej jak na ama­to­ra – do­da­je Biały Gar­ni­tur, rów­nież wy­glą­da­ją­cy na usa­tys­fak­cjo­no­wa­ne­go. – Firma nie za­po­mi­na ta­kich za­sług.

– Tylko trzy­maj się z dala od cze­go­kol­wiek, co zwią­za­ne jest z pyłem, jasne? – do­da­je Czar­ny i oby­dwaj wy­cho­dzą, zanim udaje mi się zadać ja­kie­kol­wiek py­ta­nie.

Sia­dam na łóżku, pró­bu­ję ze­brać się w sobie, by wy­cią­gnąć we­nflon z żyły, ale nic z tego – nie je­stem w sta­nie.

Nie­dłu­go trwam w sa­mot­no­ści, zaraz drzwi po­ko­ju otwie­ra­ją się i do środ­ka wcho­dzi ko­bie­ta, w któ­rej roz­po­zna­ję po­li­cjant­kę. Ale teraz ma na sobie le­kar­ski kitel.

– Obu­dził się pan. To świet­nie – mówi, zer­ka­jąc na kartę z wy­ni­ka­mi badań. – Or­ga­nizm już pra­wie oczy­ścił się z tok­syn, kiedy kro­plów­ka się skoń­czy, bę­dzie­my mogli pana wy­pi­sać.

– Wy­pi­sać? Co się dzie­je? – Pytam, a po chwi­li do­cho­dzi do mnie, że zwa­żyw­szy na mój szcze­gól­ny stan, po­wi­nie­nem za­py­tać jesz­cze o coś. – Który dziś dzień?

– Wto­rek – od­po­wia­da ko­bie­ta.

– A data?

– Sie­dem­na­sty lipca.

Coś się tu nie zga­dza. To by ozna­cza­ło… Nie, nie­moż­li­we.

– Rok? – do­py­tu­ję, a ko­bie­ta marsz­czy czoło.

– Dwa ty­sią­ce osiem­dzie­sią­ty czwar­ty. Do­brze pan się czuje? Chyba po­win­ni­śmy zro­bić do­dat­ko­wą to­mo­gra­fię, żeby… – tłu­ma­czy mi me­dycz­ne za­wi­ło­ści, ale już jej nie słu­cham, bo spra­wy się po­kom­pli­ko­wa­ły i już nic nie wiem na pewno.

Dziś jest przed­wczo­raj.

 

*

 

Do­dat­ko­we ba­da­nia kon­tro­l­ne wy­szły w po­rząd­ku, więc wra­cam do domu. Kolej mknie po to­rach roz­pię­tych mię­dzy wie­żow­ca­mi w cen­trum mia­sta, potem wjeż­dża do pod­ziem­ne­go tu­ne­lu zbu­do­wa­ne­go pod dnem rzeki i wy­ła­nia się na dru­gim brze­gu jak cał­kiem kla­sycz­ny po­ciąg. Ze sta­cji już nie­da­le­ko do mo­je­go miesz­ka­nia, wy­star­czy tylko minąć park, przez który bie­głem… przez który będę biec albo i nie, bo wszyst­ko się po­mie­sza­ło.

Nie wy­pi­łem pyłu, więc nie sta­nie się nic z tych rze­czy, które sta­ły­by się, gdy­bym go wypił. Ale z dru­giej stro­ny do­pie­ro za dwa dni we­zwie mnie Rus­sel, więc teo­re­tycz­nie… Teo­re­tycz­nie. Sło­wo wy­trych upraw­do­po­dab­nia­ją­ce wszyst­kie nie­moż­li­wo­ści.

W prak­ty­ce im dłu­żej będę wgry­zać się w ten pa­ra­doks, tym bar­dziej pewne, że do resz­ty stra­cę rozum.

Do­cie­ram do swo­je­go bloku.

Tym razem mam przy sobie kartę.

Wcho­dzę, wy­bie­ram windę, po­dróż trwa le­d­wie chwi­lę, więc nawet nie mam czasu by się za­nie­po­ko­ić. Staję przed drzwia­mi swo­je­go miesz­ka­nia i pa­trzę po­dejrz­li­wie w kie­run­ku wmon­to­wa­ne­go w nie gło­śni­ka. Ostroż­nie do­ty­kam klam­ki.

Nim de­cy­du­ję się ją na­ci­snąć, ktoś otwie­ra drzwi od środ­ka.

– Ben, je­steś! – To Sara, a któż by inny? Mimo to, a może wła­śnie dla­te­go, je­stem za­sko­czo­ny. Sara. Wita mnie. Nie snuje się sen­nie w holo. – Dzwo­ni­li z Firmy, wiem już o wszyst­kim.

Po­wie­dzie­li jej o pyle, o za­ma­chu in­for­ma­tycz­nym i szpie­gu w or­ga­ni­za­cji?

– Tak się mar­twi­łam, gdy tra­fi­łeś do szpi­ta­la! – Nie zdą­ży­łem jesz­cze minąć progu, a Sara rzuca mi się w ra­mio­na. – Od­wie­dza­łam cię co­dzien­nie, ale byłeś nie­przy­tom­ny. – Pa­trzy mi w oczy, a ja nie je­stem w sta­nie wy­du­sić z sie­bie ani słowa. W końcu zwal­nia uścisk i uśmie­cha się sze­ro­ko.

– A kiedy mia­łeś za­miar po­wie­dzieć, że do­sta­jesz awans?

 

*

 

Tak, awan­so­wa­li mnie.

Jakby tego było mało, ze­szłą noc spę­dzi­łem roz­ma­wia­jąc i ko­cha­jąc się z żoną. Ostat­ni raz ro­bi­li­śmy to… tak dawno, że nie wiem, co prze­sta­li­śmy robić jako pierw­sze – ko­chać się czy roz­ma­wiać.

Mó­wi­li­śmy o wszyst­kim, tylko nie o Rosie.

Rano Sara obu­dzi­ła się razem ze mną, po­ca­ło­wa­ła mnie na po­że­gna­nie prze­glą­da­jąc przy tym ofer­ty kupna więk­sze­go miesz­ka­nia. Wy­da­je się, że po tylu la­tach w końcu prze­zwy­cię­ży­ła trau­mę.

Wy­da­je się szczę­śli­wa.

Czy je­stem to­tal­nym dup­kiem, bo czuję, że coś jest nie w po­rząd­ku i za­sta­na­wia mnie, czemu ta zmia­na zbie­gła się w cza­sie z moim awan­sem, który, szcze­rze mó­wiąc, rów­nież jest nie­do­rzecz­ny?

Wcho­dzę do bu­dyn­ku Firmy. Lu­dzie mnie za­uwa­ża­ją, wi­ta­ją ski­nię­ciem głowy i uprzej­mym dzień dobry, a ja od­po­wia­dam w ten sam spo­sób, nie mogąc uwie­rzyć, jak wszyst­ko się z dnia na dzień zmie­ni­ło.

Wsia­dam do windy i wy­bie­ram sześć­dzie­sią­te siód­me pię­tro. Będąc na miej­scu, kie­ru­ję się do ga­bi­ne­tu numer sie­dem­na­ście. Dy­rek­tor Ko­mu­ni­ka­cji. Pod tym na­pi­sem puste miej­sce – jesz­cze nie przy­wie­si­li ta­blicz­ki z moim na­zwi­skiem. Na szczę­ście sztucz­na in­te­li­gen­cja drzwi ma ak­tu­al­ne dane, roz­po­zna­je mnie i wpusz­cza do ga­bi­ne­tu.

Po­praw­ka: do mo­je­go ga­bi­ne­tu.

Wnę­trze po­zo­sta­ło takie samo, nie ubyło nawet jed­nej książ­ki (a przy­naj­mniej tego nie za­uwa­żam). Widać wszyst­ko w tym po­ko­ju jest wła­sno­ścią Firmy, co też nie może dzi­wić, bo wszyst­ko w tym mie­ście jest tak na­praw­dę wła­sno­ścią Firmy. Od stu­dzie­nek ście­ko­wych po życie miesz­kań­ców.

Pod­cho­dzę do swo­je­go sta­no­wi­ska, sia­dam w fo­te­lu i pa­trzę za okno. Mia­sto oglą­da­ne z tej wy­so­ko­ści jest pięk­ne. Drogi i trak­cje ko­le­jo­we przy­po­mi­na­ją żyły po­dą­ża­ją­ce do serca – wie­żow­ca Firmy – a bu­dyn­ki roz­cią­ga­ją­ce się aż po ocean na ho­ry­zon­cie to po­szcze­gól­ne na­rzą­dy tego or­ga­ni­zmu, wszyst­kie w har­mo­nii, ide­al­nie umiej­sco­wio­ne w prze­strze­ni, two­rzą­ce mo­zai­kę per­fek­cyj­ne­go ładu.

Gdzie­nie­gdzie holo pod­su­wa mi re­kla­my, ale co to są za re­kla­my!

Oglą­dam luk­su­so­we au­to­lo­ty, eks­klu­zyw­ne re­stau­ra­cje, pięk­ne ste­war­des­sy za­chę­ca­ją­ce do lotu na or­bi­tę w ten week­end, by uj­rzeć zie­mię z ko­smo­su i za­czy­nam my­śleć, że żyję w naj­lep­szym z moż­li­wych świa­tów.

Jesz­cze raz zer­kam na uza­sad­nie­nie mo­je­go awan­su, które otrzy­ma­łem wczo­raj.

W związ­ku z bli­żej nie umiej­sco­wio­nym w cza­sie za­tru­ciem tok­sy­na­mi na te­re­nie Firmy, wszyst­kie moje nie­wy­ko­na­ne za­da­nia zo­sta­ły uzna­ne za zre­ali­zo­wa­ne, a karne punk­ty od­li­czo­ne. Do­dat­ko­wo, kie­ru­jąc się do­mnie­ma­niem utra­co­nych ko­rzy­ści, al­go­rytm przy­znał mi do­dat­ko­we pięć pro­cent za każdy dzień ab­sen­cji. W sumie mój wynik wy­niósł sto dwa­dzie­ścia pro­cent i z chwi­lą na­tych­mia­sto­we­go zwol­nie­nia Rus­se­la był naj­wyż­szy w dzia­le.

Mia­łem fart, że nie zdą­ży­łem go ze­psuć.

Tylko czy to aby na pewno było zwy­kłe szczę­ście?

Nie ana­li­zuj tego, Ben, mówię do sie­bie.

Firma to ogrom­na ma­szy­na w któ­rej je­steś małym try­bi­kiem, tak jak wszy­scy po­zo­sta­li. Prę­dzej czy póź­niej zu­ży­jesz się, a sys­tem stłam­si cię, zmie­li, wgnie­cie w zie­mię siłą swo­ich sta­ty­styk i re­gu­la­cji. Nie ma przed tym uciecz­ki, czeka to każ­de­go, od se­kre­tar­ki po pre­ze­sa za­rzą­du, bo liczy się tylko Firma.

Jed­nak cza­sem nawet w tak mi­ster­nie skon­stru­owa­nej ma­szy­nie przy­tra­fi się błąd. I ten błąd za­pew­nił ci twoje pięć minut. Je­steś zia­ren­kiem pia­sku, które przy­pad­ko­wy po­dmuch wia­tru po­rwał na szczyt góry.

– Panie dy­rek­to­rze. – Z za­du­my wy­ry­wa mnie przy­jem­ny ko­bie­cy głos. W progu stoi dziew­czy­na mniej wię­cej dwu­dzie­sto­let­nia. Ma fioł­ko­we oczy i błę­kit­ne włosy, zgod­nie z naj­now­szą modą. Jeśli to moja asy­stent­ka, to Firma nie­źle przy­ło­ży­ła się do jej wy­bo­ru.

Dziew­czy­na czeka, aż coś po­wiem.

– Tak? – Po­pi­su­ję się elo­kwen­cją, nie ma co.

– Przy­szły pań­skie wi­zy­tów­ki.

– Pro­szę je zo­sta­wić.

Dziew­czy­na kła­dzie plik kar­to­ni­ków na bla­cie biur­ka i od­cho­dzi, a ja nawet nie pytam jej jak ma na imię. Kilka minut w tym fo­te­lu i już zro­bi­łem się ważny.

Się­gam po jedną z wi­zy­tó­wek.

Na­pi­sa­no na nich Dy­rek­tor Ko­mu­ni­ka­cji Ben­ja­min Gonn.

Po­my­li­li dane.

Uru­cha­miam służ­bo­we holo, by zna­leźć in­for­ma­cję, kogo na­le­ży zbesz­tać za taki afront, w końcu jak to moż­li­we, by po­my­lić na­zwi­sko tak waż­nej per­so­ny jak Ben Mem­mor­ti­gon, naraz inna nie­po­ko­ją­ca myśl przy­cho­dzi mi do głowy.

Łączę się z moją pry­wat­ną sie­cią i dzwo­nię do Sary.

– Jak pierw­szy dzień w pracy? – za­ga­du­je mnie, prze­ry­wa­jąc ćwi­cze­nia jogi. – Dużo no­wych obo­wiąz­ków?

– Jak mam na na­zwi­sko? – pytam nie ba­wiąc się w puste ga­da­nie, a Sara wpa­tru­je się we mnie z wy­ra­zem zmar­twie­nia.

– Ko­cha­nie, wszyst­ko w po­rząd­ku?

– Czemu nie roz­ma­wia­my o Rosie? – za­da­ję ko­lej­ne py­ta­nie, jesz­cze bar­dziej zde­ner­wo­wa­ny. W dło­niach ści­skam plik wi­zy­tó­wek tak mocno, że aż czuję jak ostry pa­pier rani skórę.

– Le­karz uprze­dzał, że mo­żesz być skon­fun­do­wa­ny przez kilka dni – od­po­wia­da Sara. – Mo­żesz nie pa­mię­tać pew­nych rze­czy. Albo mieć fał­szy­we wspo­mnie­nia. To minie. Jeśli źle się czu­jesz, wra­caj na­tych­miast do…

Zry­wam po­łą­cze­nie.

Przez kilka ude­rzeń serca nie myślę o ni­czym. Je­stem w zbyt wiel­kim szoku, by zło­żyć w gło­wie choć­by jedno sen­sow­ne zda­nie.

Czym jest bardo, za­py­ta­łem kie­dyś Sarę.

To stan po­śred­ni – sen, który nie jest snem.

Pierw­sze bardo to shi­nay bardo – sły­szę głos mojej żony z cza­sów, kiedy le­d­wie się po­zna­li­śmy – bardo tego życia. Jed­nak my­lą­ce jest na­zy­wa­nie go rze­czy­wi­sto­ścią.

– Każde bardo to ilu­zja czasu i prze­strze­ni, a można uwol­nić się z niej tylko w jeden spo­sób – mówi młoda Sara sie­dzą­ca ze mną na czer­wo­nej sofie w sa­lo­nie mo­je­go stu­denc­kie­go brac­twa.

– Przez oświe­ce­nie – do­po­wia­dam obec­ny ja, za­mknię­ty we­wnątrz prze­stron­ne­go ga­bi­ne­tu na sześć­dzie­sią­tym siód­mym pię­trze wie­żow­ca Firmy. – Ale można jesz­cze przejść z jed­ne­go bardo do dru­gie­go.

Sara kiwa głową i sięga po to­reb­kę. Wy­cią­ga z niej kie­szon­ko­wy pi­sto­let i wkła­da mi go w dłoń.

– Czy próba od­da­nia strza­łu do sie­bie zo­sta­nie za­blo­ko­wa­na pro­to­ko­łem bez­pie­czeń­stwa? – pytam sztucz­ną in­te­li­gen­cję broni.

– Za­prze­czam. Zgod­nie z drugą po­praw­ką do usta­wy o sa­mo­sta­no­wie­niu z dwa ty­sią­ce osiem­dzie­sią­te­go roku sztucz­na in­te­li­gen­cja nie może wpły­wać na de­cy­zje czło­wie­ka do­ty­czą­ce jego sa­me­go. Jed­nak będę zo­bo­wią­za­ny po­in­for­mo­wać służ­by me­dycz­ne, by pod­jąć wszel­kie inne dzia­ła­nia celem ochro­ny życia.

– Ro­zu­miem – od­po­wia­dam ze spo­ko­jem, przy­kła­da­jąc lufę pi­sto­le­tu do skro­ni.

Za­my­kam oczy i po­cią­gam za spust.

 

*

 

Za­zwy­czaj nie śnię.

Jasne, ba­da­nia do­wo­dzą, że każdy ma sny. Wiem o tym i nie za­mie­rzam sta­wać prze­ciw­ko nauce. Jed­nak nie za­mie­rzam rów­nież prze­czyć wła­sne­mu do­świad­cze­niu, po­nie­waż wtedy mógł­bym za­kwe­stio­no­wać wszyst­ko, a od tego tylko krok do obłę­du. Dla­te­go uzna­ję, że za­zwy­czaj śnię o Pu­st­ce. Wiel­kiej, czar­nej, wszech­ogar­nia­ją­cej, bez­dź­więcz­nej Pu­st­ce.

Budzę się potem rów­nie pusty jak ta Pust­ka. Nie je­stem wy­po­czę­ty, ale też nie zmę­czo­ny. Nie czuję się do­brze ani źle. W ogóle nic nie czuję. Wsta­ję i robię swoje. Bez re­flek­sji. Je­stem – jak to po­wie­dzieć – wy­ga­szo­ny.

Ponoć tak wy­glą­da nir­wa­na.

Cza­sem widzę we śnie tylko fi­gu­ry geo­me­trycz­ne albo ko­lo­ry i ich kon­fi­gu­ra­cje o nie­zna­nym zna­cze­niu, albo po pro­stu bez zna­cze­nia. Nie­kie­dy ob­ser­wu­ję mi­gaw­ki z życia. Nie mo­je­go, tylko kogoś po­dob­ne­go do mnie. Są za krót­kie, bym mógł zro­zu­mieć ich sens.

Bywa też, że śnię kosz­ma­ry. Budzę się po nich z ga­lo­pu­ją­cym ser­cem, w ostat­niej chwi­li po­wstrzy­mu­jąc krzyk. To naj­lep­sze ze wszyst­kich snów. Dzię­ki nim cie­szę się, że je­stem we wła­snym łóżku.

Ale są jesz­cze te, w któ­rych za­zna­ję szczę­ścia.

W któ­rych żyję peł­nią życia, je­stem u progu do­ro­sło­ści, mam ka­rie­rę przed sobą, albo znaj­du­ję praw­dzi­wą mi­łość. Wraz z prze­bu­dze­niem przy­cho­dzi uczu­cie żalu.

Potem od­wra­cam głowę, pa­trzę na Sarę śpią­cą obok, przy­po­mi­nam sobie, że to wszyst­ko już za mną i czuję się jesz­cze bar­dziej sa­mot­ny.

Wspo­mi­nam wtedy lata szczę­ścia, wspo­mi­nam ra­do­sne wy­cze­ki­wa­nie aż Rosie przyj­dzie na świat oraz ból tego, co stało się potem. I wiem, że Sara też o tym pa­mię­ta i robi to samo.

Nie wspo­mi­nam już frag­men­tów mi­nio­ne­go snu, nie gonię za ma­rze­niem, nie roz­pa­mię­tu­ję stra­co­nych szans. Po pro­stu pa­trzę na twarz po­grą­żo­nej we śnie żony i pró­bu­ję zo­ba­czyć w niej tę dawno po­grze­ba­ną dziew­czy­nę, którą była przed laty.

I wiem, że wła­śnie tak ma wy­glą­dać moje życie.

Je­stem jej to wi­nien.

 

 

Koniec

Komentarze

Świetny tekst.

Tytuł zaciekawił, przedmowa tym bardziej i nie rozczarowałem się. Nic a nic.

Nie jest prosto moim zdaniem pisać opowiadanie w ten sposób, że sceny przelewają się z jednej w drugą, a historia miesza się na różnych płaszczyznach w świecie, którego przecież wcale nie znamy. A Tobie udaje się to znakomicie. Płynąłem przez tekst, chłonąc jego fragmenty z wielką satysfakcją, bo to intrygujący, angażujący tekst, napisany dynamicznie i moim zdaniem, po prostu bardzo dobrze od strony warsztatowej.

Widziałem w tym tekście echa twórczości Philipa K. Dicka, a gdy go czytałem w głowie przewijały mi się filmy: Zakochany bez pamięci, Vanilla Sky i nawet Requiem dla snu. Nie wiem czy się inspirowałeś, którymkolwiek z nich, ale nawet jeśli, to podałeś temat poruszania się we własnej świadomości niczym w okrutnym labiryncie, w odświeżonej, ciekawej i atrakcyjnej formie.

Na razie klikam, a za dwa dni zgłaszam do piórka.

 

I jeszcze kilka drobnostek do Twojej rozwagi:

remakei

A nie powinno być remake’i, albo coś takiego?

Słowem – to ludzie całkiem oderwani od rzeczywistości.

Może lepiej podsumowując, albo krótko mówiąc, zamiast to słowem? W końcu to kilka słów :)

Dwie minuty zajmuje programowi przeczesanie milionów wiadomości znajdujących się na serwerach.

Jeśli to taka wielka Firma to czy nie powinny to być setki miliardów wiadomości? Albo spokojnie i więcej?

– Ty zrobisz coś dla mnie

Trochę dziwnie mi to zabrzmiało. Może po prostu bez ty?

Świetny tekst.

Tytuł zaciekawił, przedmowa tym bardziej i nie rozczarowałem się. Nic a nic.

Bardzo się cieszę, że tekst spełnił oczekiwania. :) 

To szczególne dla mnie opowiadanie, dlatego, że pierwszy pomysł na Bena Memmortigona miałem już dawno temu, jeszcze nim zacząłem pracować nad jakością swoich opowiadań. Przez ten czas historia Bena zmieniałła się w mojej głowie, aż do obecnej formy. Czyli jest to takie moje osobiste zamknięcie klamry. 

 

Widziałem w tym tekście echa twórczości Philipa K. Dicka, a gdy go czytałem w głowie przewijały mi się filmy: Zakochany bez pamięci, Vanilla Sky i nawet Requiem dla snu. Nie wiem czy się inspirowałeś, którymkolwiek z nich, ale nawet jeśli, to podałeś temat poruszania się we własnej świadomości niczym w okrutnym labiryncie, w odświeżonej, ciekawej i atrakcyjnej formie

Wstyd się przyznać, ale z wymienionych filmów znam tylko Zakochanego. :P

Za to Dick to mój ulubiony pisarz, swego czasu byłem pod ogromnym wpływem jego twórczości, aż musiałem przestać czytać jedną książkę za drugą, by się nie ograniczać. Do tej pory jednak Trzy Stygmaty Palmera Eldritcha są najwyżej przeze mnie ocenianym dziełem sci-fi, właśnie z uwagi na to zerwanie z rygorem chronologii czasu. Czyli na pewno jakiś wpływ był. Ale pisząc miałem w głowie raczej Proces Kafki, przynajmniej na początku. :) 

 

Na razie klikam, a za dwa dni zgłaszam do piórka.

Jak do tej pory nie mam szczęścia do głosowań. 

Może tym razem loża nie zaśpiewa mi "nie, nie, niee, nie, nie, niee" niczym Muniek Staszczyk. :P

 

Jeśli to taka wielka Firma to czy nie powinny to być setki miliardów wiadomości? Albo spokojnie i więcej?

Na pewno starocie trzymają gdzieś w archiwach. :P

 

Trochę dziwnie mi to zabrzmiało. Może po prostu bez ty?

To "ty" koresponduje z wcześniejszym "ja…" Bena. Russel z jednej strony pokazuje tutaj swoją wyższość, z drugiej przedrzeźnia Bena. 

 

Dzięki za wizytę! :) 

 

 

Interesujący tekst. Możliwość zmieniania przeszłości nie jest nowa, ale w takim chaotycznym kontinuum jest coś świeżego.

Słabo znam Dicka, więc mnie kojarzy się z “Diuną” i wizjami Paula Muad’Diba. Ale on nie mógł zmieniać przeszłości. W sumie, czy bohater to może? Czy tylko przenosi się do innego świata? To już Dick czy jeszcze fizyka kwantowa? ;-)

Ciekawy pomysł na narkotyk. No, taka substancja potrafi namieszać…

Chętnie dowiedziałabym się więcej o facetach w czerni i bieli.

Babska logika rządzi!

Interesujący tekst. Możliwość zmieniania przeszłości nie jest nowa, ale w takim chaotycznym kontinuum jest coś świeżego.

Pytanie, czy Ben ją zmienia? :) 

Czy w ogóle czas ma dla niego znaczenie? Wszak na koniec spina przyszłość/teraźniejszość z przeszłością. 

 

Słabo znam Dicka, więc mnie kojarzy się z “Diuną” i wizjami Paula Muad’Diba. Ale on nie mógł zmieniać przeszłości. W sumie, czy bohater to może? Czy tylko przenosi się do innego świata? To już Dick czy jeszcze fizyka kwantowa? ;-)

Proza Dicka to studium szaleństwa. Ale za to jakiego szaleństwa! 

Zamiast odpowiedzi, dorzucę kilka pytań: czy istnieje coś takiego jak przeszłość? czy to nie jedynie proba umysłu w racjonalizacji stanu w jakim się znajdujemy? wyobraźmy sobie świat jako obraz a Boga jako malarza, który go poprawia, zmienia wcześniej namalowane elementy – czy dla postaci z obrazu istnieje jakaś przyszłość i przeszłość, czy po prostu teraz? I czy w ogóle jest coś takiego jak rzeczywistość? przecież tak naprawdę nie oglądamy świata, to co widzimy i słyszymy dzieje się od początku do końca w naszych umysłach.

Tu polecam książki neuropsychologa Olivera Sacksa, który opisywał m.in. niewidomych, którym wydawało się, że widzą – dosłownie mózg ich oszukiwał, że widzą! A wszystkie potkniecia czy uderzenia o przeszkody racjonalizują sobie tak, że albo ktoś wyłączył światło, albo się na coś zapatrzyli itp. Inny ciekawy przypadek to człowiek, dla którego nie istniała lewa strona. Po prostu jego mózg tego nie ogarniał! 

 

 

 

No, tekstowy Ben raczej nie zmienia, tylko jest miotany. Pytanie, kto tym steruje…

Czy istnieje przeszłość? Ciekawa kwestia. Mnie się wydaje, że tak. Strzałka czasu, rosnąca entropia itp. wyznaczają jakiś wymiar w czasoprzestrzeni. Przeszłość to to, co jest za mną, na co nie mam wpływu. Ale nie upieram się, że to jedynie słuszne podejście.

Bóg jako malarz. OK, ładna metafora. Ale wymaga przyjęcia założenia, że w ogóle istnieje Bóg. I to wszechmogący. A w takim razie chyba nie przestają obowiązywać wszystkie prawa nauki.

Aha, wcześniej zapomniałam napisać, że fajna klamra.

Babska logika rządzi!

Bóg jako malarz. OK, ładna metafora. Ale wymaga przyjęcia założenia, że w ogóle istnieje Bóg. I to wszechmogący. A w takim razie chyba nie przestają obowiązywać wszystkie prawa nauki.

Ja z kolei przy istnieniu Boga się nie upieram. :) 

A metaforę wypadałoby jakoś wykorzystać przy innej okazji. 

 

Aha, wcześniej zapomniałam napisać, że fajna klamra.

Niby klamra a wszystko się zmieniło. Ale to już wątek romantyczny tej historii. :) 

 

 

Oj. Tam miało być, że prawa przestają zobowiązywać. Albo niełamalne reguły, albo cuda.

Babska logika rządzi!

Cześć.

Dobry i dający do myślenia tekst. Ostatnio zacząłem nawet rozważać, czy takie przyszłości, to nie postapo – w końcu wizja czegoś takiego, to prawdziwa apokalipsa… I nawet nie wiem, czy nie straszniejsza niż moja.

 

Jeden niuansik:

Kobieta poprawia mi opaskę na ramieniu, dokręca zaciski na siatce opinającej moją głowę, aż zaczynają sprawiać ból, po czym włącza maszynę wielkości walizki, by przypatrywać się odczytom.

 

Z racji tego, że zawodowo zajmuję się “maszynami”, włącznie z analizą ich definicji w konkretnych przypadkach, to w rozważanym zdaniu lepiej – jak dla mnie – brzmiałoby: urządzenie.

Ale to tylko taki mój schiz, typowe skrzywienie zawodowe ;)

 

Dobry i dający do myślenia tekst. Ostatnio zacząłem nawet rozważać, czy takie przyszłości, to nie postapo – w końcu wizja czegoś takiego, to prawdziwa apokalipsa… I nawet nie wiem, czy nie straszniejsza niż moja.

Fajnie, że zwróciłeś na to uwagę. Nie bez powodu wspominam w tekście, że przyszłość nie ma nic do zaoferowania. Chciałem nawiązać tym do "końca czasów" – w trochę inny sposób, niż w wątku na którym skupiła się Finkla.

Ciekawe, kto skupi się na wątku miłosnym. :P

 

Dzięki sugestię o maszynach, poprawiłem. :) 

Jestem z interpretacją i wrażeniami ogólnymi :)

 

ZAczniemy od tego jak ja interpretuję ten tekst. Naprowadź mnie Geki na właściwą drogę, jeśli przestrzelę. A jestem świadom tego, że mogę przestrzelić o jakieś dwa/trzy parseki. I mogę pisać nie do końca zrozumiale, bo przyswojona właśnie wiedza dopiero mi się układa w głowie :)

Zacznijmy.

 

Nie ma przyszłości ani przeszłości w tym opowiadaniu dla Bena. Jest tylko, zgodna z tytułem, teraźniejszość. W najczystszej formie objawia się w prologu i epilogu, reszta jest… subiektywną teraźniejszością.

Ale zacznijmy od tego, że tak naprawdę Ben nie żyje.

Uważam, że Ben poniósł śmierć w wyniku zdarzeń, jeśli nie takich samych, to podobnych do tych, jakie przewijają się w opowiadaniu. Sam wspomina na początku, że śni migawki z życia osób podobnych do siebie, a to po prostu kolejne iteracje jego przeszłości, zmieniające się pod wpływem innych decyzji.

Ben umarł i znajduje się w stanie sidpai bardo, czyli bardo stawania się. I jako subtelna forma istnienia może poruszać się gdzie i w jaki czas chce, manifestując się w shinay bardo, subiektywnie teraźniejszym dla Bena. Stąd to przechodzenie pomiędzy różnymi czasami, vide podająca Benowi broń Sara, oddalona o lata – dla istoty przebywającej w sidpai bardo nie ma ograniczeń w czasie.

Nie ma złotego pyłu. To racjonalizowanie tego co się dzieje, przez istotę Bena. W prologu wspomina o tym, że przez większośc czasu śni o Pustce. Te puste sny są okresami pomiędzy spontanicznymi manifestacjami istoty Bena. Wspomniane zaś koszmary i piękne sny, nie są snami, ale okresami spontanicznych narodzin w którejś teraźniejszości. Według tego co wyczytałem, to istota w sidpai bardo może widzieć inne istoty w bardo oraz własne opuszczone zwłoki (scena w krematorium).

Myślę, że Ben uczynił w shinay bardo, przed swoją śmiercią, coś, co zepsuło jego karmę. Z tego co wyczytałęm (znów :)), to tybetański buddyzm mówi o tym, że nawet po śmierci można wpłynąć na swoją karmę w stanie przejściowym bardo przed reinkarnacją. To właśnie robi Ben – spontanicznie rodzi się w którejś teraźniejszości i oprzez swoje czyny oddziałuje na karmę. W tej sytuacji garnitury, biały i czarny, mogą być złą i dobrą karmą, które nagromadził za życia w shinay Ben, a które teraz oddziałują na niego w sidpay. Pisałeś, że garnitury mają cel. Celem dla duszy jest odrodzenie, więc celem tej dwójki jest naprowadzenie Bena na ścieżkę prowadzącą do reinkarnacji.

To co dzieje się na końcu, jest doprowadzeniem bohatera do momentu w którym uświadamia sobie, że musi przejść dalej, aby naprawić swoją karmę. Garnitury osiągają swój cel, uświadamiając mu popełnione zło, które musi naprawić. Ben Memmortigon, który nie pamiętał, że umarł (czy to jest od Memento Mori?) przypomina sobie, że nie żyje i znów musi umrzeć. Staje się Benem Gonnem (Gone), tym który umarł i znów będzie umierał, próbując naprawić swoją karmę i dostąpić odrodzenia.

Klamra na końcu pokazuje pewien rodzaj pętli w której zamknięty jest Ben do czasu, w którym się nie odrodzi.

No, to chyba tyle ;) Nie wiem, czy napisałem to zrozumiale, czy mi wyszedł bełkot, bo jest późno :)

 

A co do wrażeń ogólnych, to ogólnie już je znasz z komentarza na becie. Świetne opowiadanie. Clap, clap, clap!

 

Pozdrawiam

Q

 

 

Known some call is air am

ZAczniemy od tego jak ja interpretuję ten tekst. Naprowadź mnie Geki na właściwą drogę, jeśli przestrzelę. A jestem świadom tego, że mogę przestrzelić o jakieś dwa/trzy parseki. I mogę pisać nie do końca zrozumiale, bo przyswojona właśnie wiedza dopiero mi się układa w głowie :)

Kiedyś już popełniłem taki błąd, że tłumaczyłem co miałem na myśli przy tekście z założenia otwartym na interpretacje. Ten tekst jest jeszcze bardziej otwarty na interpretacje, więc na pewno nie popełnię drugi raz tego faux pass. ;) 

Powiem tylko, że Twoja interpretacja bardzo mi się podoba i super, że zwróciłeś uwagę na nawiązania do Tybetańskiej Księgi Umarłych. 

 

Co do twojej opinii ogólnej podczas bety, to aż mi serce rosło czytając ją, chyba ją sobie oprawię w złotą ramkę i będę czytać w chwilach zwątpienia. :P

No drugie z rzędu, po “Myślach masowej zagłady” Edwarda Pitowskiego, opowiadanie, które przywołuje u mnie jakieś odległe skojarzenie z “Sennymi manowcami”. Choć na dwa zupełnie odrębne sposoby. Przy czym to opowiadanie jest kompletnie inne pod względem percepcji jego odbioru. I jakby hermetyczne.

Ale jeśli to właśnie o tym mówiłeś, ze nie będzie mroczne… Cóż, jest mroczne. Na swój sposób. Biernie, pasywnie, jakby z playbacku, ale mroczne w taki bardzo “życiowo-wypalony” sposób. Choć mam podejrzenie, że sposób tej mroczności może się okazać dla wielu osób hermetyczny – i to bez względu na to, jak ocenią opowiadanie samo w sobie.

W ogóle na początku używasz sformułowań zręcznie omijających nazwy IT (sieć lokalna zamiast LAN itp.) i myślałem, że to celowo, ale później gdzieś wpadło nazewnictwo bardziej branżowe. No ale mniejsza.

 

"To nowy narkotyk"

– zdanie trochę nie pasujące do postaci i okoliczności, chyba bardziej naturalnie by zabrzmiało użycie jakiegoś synonimu.

 

"Druga połowa jest taka, że Firma to jedyna prywatna organizacja, która była w stanie wypowiedzieć wojnę państwom."

Oj, w ostatnich dekadach było więcej takich firm. Choćby historia Nigerii to pokazuje. Ale domyślam się, o co chodzi, wiec to luźna dygresja, a nie czepianie.

 

"Dziesięć dwanaście dwa zero siedem siedem"

Mówisz, że się złoty pył zbugował? ;-) W sumie nawet koszty Firma postanowiła zwrócić ;-)

 

"książki stanowią symbol luksusu i inteligencji"

Huh. Znaczy historia koło zatoczy?

 

"wola przetrwania zaprzęgnięta do utrzymania etatu"

O, dobre zdanie. Podobnie jak i to:

"Miałem fart, że nie zdążyłem go zepsuć."

 

W ogóle to bardzo spodobało mi się sformułowanie “chrononawigacja” – cholernie inspirujące pod kątem tworzenia różnych wizji i światów. Próbuj chopie coś z tym sformułowaniem zrobić, w tym lub w zupełnie innym universum, w takim lub zupełnie innym kontekście. To słowo samo tworzy pomysły.

A przy okazji skojarzyło się (znów: skojarzenie bardzo, ale to bardzo luźne, niebezpośrednie) z tym, co Dukaj w “Czarnych Oceanach” przedstawił jako alternatywę dla systemów analitycznych SI (kto czytał może pamięta, choć był to tylko wątek poboczny; kto nie czytał, to nie będę spoilerować).

A wracając do samego opowiadania… chyba najlepszym zobrazowaniem tego, jak postrzegam jego przesłanie i co moim zdaniem przebija się przez niego na całej linii, będzie ten cytat z jego treści:

"Nie wspominam już fragmentów minionego snu, nie gonię za marzeniem, nie rozpamiętuję straconych szans"

Choć obawiam się, że jeśli faktycznie t miało być celem, to dla wielu osób może być zbyt mało widoczne i niekoniecznie w całości, pewnie u wielu osób pod koniec, ewentualnie w wybranych fragmentach. Mi się jednak wydaje, że taka “wyciszona gorycz” jest tu wpisana na całej linii, ot, tylko leci sinusoidą, jak to w życiu.

Zasadniczo mam dla Ciebie dwie złe wiadomości.

Jedna jest taka, że rozważam nominację. A wiadomo, jak ja coś nominuję, to spora szansa, że przepadnie z kretesem, to jak klątwa ;P

Druga jest taka, że owo wahanie wynika z faktu, że jednak opowiadanie wydaje mi się nieco “stępione”. Można by rzec – dostosowane do szerszego grona odbiorców. Co oczywiście jest kwestią z kategorii “jaki jest cel”. Bo tu można było nieźle, iście lynchowsko, zamieszać z czasem, percepcją i pogubieniem się. Pewnie z automatu zmniejszyłoby to liczbę odbiorców zadowolonych, ale wśród tych, którzy by zostali, jakość odbioru jeszcze by wzrosła.

Ot typowy dylemat – działać szeroko czy wysoko. Moim zdaniem dałoby się więcej wycisnąć “w obrębie kategorii dziwne”. I to nie w celu “udziwnienia”, a w celu wzmocnienia poczucia zagubienia. Tym niemniej temat rozważam mocno i jedna z tych dwóch złych wiadomości weźmie górę, pytanie która ;P

 

EDIT: a ten Czarny i Biały Garnitur to tez tak nieźle symboliczne i budujące pole pod klimaty “poplątane” :-)

Miałam sporo skojarzeń, czytając (pamiętaj, u mnie to nie jest krytyka – wręcz przeciwnie, jeżeli tekst wpisuje się, świadomie czy nie, w pewne idee w SF obecne i je twórczo przekształca, to postrzegam to jako zaletę), ale jednocześnie poczucie, że jest w tym opowiadaniu jakiś fajny nowy pomysł, w tym przypadku – na dalekowschodnie skojarzenia. Z jednej strony człowiek zawieszony w czasie, widzący kontinuum, a nie strzałkę od przeszłości do przyszłości, był już i w “Historii twojego życia” Chianga (gdzie w tle też była świadomość śmierci dziecka, choć w tekście, inaczej niż w filmie – już dorosłego), i w zapomnianym trochę niesłusznie opowiadaniu Normana Spinrada “Ziele czasu” (gdzie narrator/bohater spożywa narkotyczną roślinę zwaną temp, co go uwalnia z linearnego czasu); z drugiej – ty wpisujesz ten koncept w nieco inną siatkę, w inne, nie-zachodnie skojarzenia. Do tego taki lekko cyberpunkowy sztafaż z wszechmocną korporacją i brakiem nadziei, faktycznie trochę Dickowski, i brak oczywistego dookreślenia 1:1, co się tu dzieje, jednocześnie IMHO bez maskowania udziwnianiem jakichś niedociągnięć. Bardzo mi się podobało, innymi słowy.

O, skojarzenia z Dickiem też były. I tak zupełnie z czapy, ale jednak, nie wiem czemu Biały i Czarny Garnitur przywoływały mi na myśl Biały i Czarny Pokój z Twin Peaks (no z czapy skojarzenie, a jednak mocno wracające).

 

Cześć Gekikaro,

miałam nie przychodzić z oficjalnym komentarzem, a jednak jestem:-) 

Powtórzę wrażenia z lektury, które pisałam na becie. Właściwie trudno mówić tu o becie, bo nie miałam uwag, wyłącznie językowe drobnostki.

Może zacytuję samą siebie:-)

to jest zajebiste! 

I tak, czuję się sponiewierana (przyznaję, że nie aż w takim stopniu, jak po lekturze innego opowiadania), ale nie miej o to żalu, bo Twój tekst jest świetny i zrobił na mnie ogromne wrażenie:-)

Muszę przyznać, że lektura nie jest łatwa, musiałam wytężyć mój humanistyczny do bólu mózg, żeby zrozumieć te przeskoki w teraźniejszości. 

Świetny pomysł ze złotym pyłem i bardo. Podoba mi się postać Bena i sposób w jaki pokazałeś jego zagubienie i pasywność. Nie jestem zachwycona postacią Sary, ale muszę przyznać, że z wszystkich postaci kobiecych, które miałam okazję u Ciebie czytać, to jest chyba najlepiej skonstruowana. 

Historia miłosna, którą przestawiłeś mnie nie razi;-) nie jest tkliwa ani przesłodzona, w odpowiedni sposób pobudza emocje. 

Jeśli miałabym przytoczyć najlepszy fragment, to największe wrażenie zrobił na mnie ten o koszmarach, czyli ten:

Bywa też, że śnię koszmary. Budzę się po nich z galopującym sercem, w ostatniej chwili powstrzymując krzyk. To najlepsze ze wszystkich snów. Dzięki nim cieszę się, że jestem we własnym łóżku.

Ale są jeszcze te, w których zaznaję szczęścia.

W których żyję pełnią życia, jestem u progu dorosłości, mam karierę przed sobą, albo znajduję prawdziwą miłość. Wraz z przebudzeniem przychodzi uczucie żalu.

 

powodzenia:-)

i pozdrawiam

No drugie z rzędu, po “Myślach masowej zagłady” Edwarda Pitowskiego, opowiadanie, które przywołuje u mnie jakieś odległe skojarzenie z “Sennymi manowcami”. Choć na dwa zupełnie odrębne sposoby. Przy czym to opowiadanie jest kompletnie inne pod względem percepcji jego odbioru. I jakby hermetyczne.

Cześć Wilku! 

Wstyd się przyznać, ale nie znam żadnego z tych tekstów. Aczkolwiek tekst Edwarda będę miał okazję nadrobić. :) 

 

Ale jeśli to właśnie o tym mówiłeś, ze nie będzie mroczne… Cóż, jest mroczne. Na swój sposób. Biernie, pasywnie, jakby z playbacku, ale mroczne w taki bardzo “życiowo-wypalony” sposób. Choć mam podejrzenie, że sposób tej mroczności może się okazać dla wielu osób hermetyczny – i to bez względu na to, jak ocenią opowiadanie samo w sobie.

Widać już taki ciemny ze mnie typ. Ale staram się, staram pisać też wesołe opka. 

Ktoś napisał niedawno, że bohaterowie mają w sobie część autora i ale mnie od zawsze ciągnęło do takich smutnych, steranych malkontentów (choćby nasz swojski Geralt, albo dosłownie każdy bohater Philipa K. Dicka). 

 

W ogóle na początku używasz sformułowań zręcznie omijających nazwy IT (sieć lokalna zamiast LAN itp.) i myślałem, że to celowo, ale później gdzieś wpadło nazewnictwo bardziej branżowe. No ale mniejsza.

Celowo. Ale KPI użyłem w skrócie, bo omijanie tej formy brzmiałoby sztuczne. 

Poza tym o ile sieć LAN, WLAN itp może być nieużywana orzez pracownika, którego zadanie polega ma formatowaniu i obrabianiu wiadomości, o tyle KejPiaI jest typową korpomowa. :) 

 

– zdanie trochę nie pasujące do postaci i okoliczności, chyba bardziej naturalnie by zabrzmiało użycie jakiegoś synonimu.

Hmm… nie jestem przekonany, dla mnie to słowo obecne w mowie potocznej, ale rozumiem odczucia. 

 

Oj, w ostatnich dekadach było więcej takich firm. Choćby historia Nigerii to pokazuje. Ale domyślam się, o co chodzi, wiec to luźna dygresja, a nie czepianie.

Raczej chodziło o wojnę światową. ;) 

… albo ta nigeryjska firma to początek Firmy. :O

 

W ogóle to bardzo spodobało mi się sformułowanie “chrononawigacja” – cholernie inspirujące pod kątem tworzenia różnych wizji i światów. Próbuj chopie coś z tym sformułowaniem zrobić, w tym lub w zupełnie innym universum, w takim lub zupełnie innym kontekście. To słowo samo tworzy pomysły.

Nad moimi uniwersami ciąży fatum, pojawiają się równie szybko co odchodzą w niepamięć, więc jeśli już, to pewnie w innych okolicznościach wykorzystam, bo mi też się słówko podoba. :) 

 

 Choć obawiam się, że jeśli faktycznie t miało być celem, to dla wielu osób może być zbyt mało widoczne i niekoniecznie w całości, pewnie u wielu osób pod koniec, ewentualnie w wybranych fragmentach. Mi się jednak wydaje, że taka “wyciszona gorycz” jest tu wpisana na całej linii, ot, tylko leci sinusoidą, jak to w życiu.

Tak jak obiecałem, zamierzeń autora zdradzać nie będę, bo w zamierzeniu interpretacji miało być kilka. :P zwróć tylko uwagę, że dalej Ben stwierdza, że jest tak, jak być powinno. :) 

 

Jedna jest taka, że rozważam nominację. A wiadomo, jak ja coś nominuję, to spora szansa, że przepadnie z kretesem, to jak klątwa ;P

A może w przypadku, kiedy jesteś pewien nominacji, działa możliwość z opcji numer dwa, czyli jest to opowoadanie napisane zbyt "wąsko"? W każdym razie to idealna odpowiedź pod tym opowiadaniem, takie i tak i nie, albo albo tak albo nie. :P

 

Druga jest taka, że owo wahanie wynika z faktu, że jednak opowiadanie wydaje mi się nieco “stępione”. Można by rzec – dostosowane do szerszego grona odbiorców. Co oczywiście jest kwestią z kategorii “jaki jest cel”. Bo tu można było nieźle, iście lynchowsko, zamieszać z czasem, percepcją i pogubieniem się. Pewnie z automatu zmniejszyłoby to liczbę odbiorców zadowolonych, ale wśród tych, którzy by zostali, jakość odbioru jeszcze by wzrosła.

Zgadzam się, można by, ale cel był inny. Bo to nie zagubienie jest tu najważniejsze, choć chciałem by czytelnicy poczuli zagubienie bohatera (który zresztą powoli zaczyna się w nim odnajdywać), ale sami się nie zagubili. Dużo istotniejsze jest ukazanie życia bohatera w oderwaniu od czasu i przestrzeni, więc coś dla niego się wydarza, choć w "oficjalnej" wersji czasu jeszcze nie nadeszło, ale warunkuje już jego dalsze poczynania – i na odwrót (patrz scena na koniec). 

Właśnie na tym mi zależało, by to nie był misz-masz i udziwnianie, tylko jak napisał Edward:

Nie jest prosto moim zdaniem pisać opowiadanie w ten sposób, że sceny przelewają się z jednej w drugą, a historia miesza się na różnych płaszczyznach w świecie, którego przecież wcale nie znamy 

Zresztą sądzę, że i tak dotarłem do granicy i krok dalej byłby jak sam napisałeś, zawężaniem grina odbiorców (a sądzę, że niewspółmiernym z jakością – i niekoniecznym względem tego, co chciałem pokazać), o czym świadczą słowa Olciatki:

Muszę przyznać, że lektura nie jest łatwa, musiałam wytężyć mój humanistyczny do bólu mózg, żeby zrozumieć te przeskoki w teraźniejszości. 

Będę wyczekiwał twojej decyzji. :) 

 

 

Hej, Ninedin! :) 

 

ale jednocześnie poczucie, że jest w tym opowiadaniu jakiś fajny nowy pomysł, w tym przypadku – na dalekowschodnie skojarzenia

Fakt, Dick błądził raczej po judeochrzescijanskiej pustyni. :P

 

w zapomnianym trochę niesłusznie opowiadaniu Normana Spinrada “Ziele czasu” (gdzie narrator/bohater spożywa narkotyczną roślinę zwaną temp, co go uwalnia z linearnego czasu

Kolejna pozycja do zapoznania się. 

 

ty wpisujesz ten koncept w nieco inną siatkę, w inne, nie-zachodnie skojarzenia.

Myślę, że na ten tekst można spojrzeć na kilka sposobów, zależnie jakie się weźmie szkiełko. Outta to doskonałe pokazał. :) 

 

Bardzo mi się podobało, innymi słowy.

I z tego się bardzo cieszę. :)) 

 

Świetny pomysł ze złotym pyłem i bardo. Podoba mi się postać Bena i sposób w jaki pokazałeś jego zagubienie i pasywność. Nie jestem zachwycona postacią Sary, ale muszę przyznać, że z wszystkich postaci kobiecych, które miałam okazję u Ciebie czytać, to jest chyba najlepiej skonstruowana. Historia miłosna, którą przestawiłeś mnie nie razi;-) nie jest tkliwa ani przesłodzona, w odpowiedni sposób pobudza emocje

Olciatka, fajnie, że z tylu różnych spojrzeń, ktoś zerknął na tekst pod tym kątem. :) 

 

 

 

 

zwróć tylko uwagę, że dalej Ben stwierdza, że jest tak, jak być powinno. :)

A co innego ma stwierdzić? Jeśli jest pozytywnie – wyprze wariant negatywny. Jeśli negatywnie, to alternatywą jest utonąć.

który zresztą powoli zaczyna się w nim odnajdywać

Hm, ten finał brzmi, jakby odnajdywał się w sensie uporządkowania i ustabilizowania, ale nie w sensie szczęścia.

 

Koncepcja szczęścia to też bardzo zachodni wyznacznik powodzenia życiowego. Bardziej dalekowschodnia, choć może niekoniecznie typowo buddyjska, jest realizacja powinności. Oczywiście na nic tutaj nie chcę cię nakierować, tak tylko mieszam. :P

Bardziej dalekowschodnia, choć może niekoniecznie typowo buddyjska, jest realizacja powinności.

A to uzupełnia moją interpretację – miłość i powinność wobec niej. Manifestuje się w subiektywnie teraźniejszej shinay, skazując na koszmary i dobre sny, ale wypełniając powinność uczynienia w niej Sary bardziej szczęśliwą. I jednocześnie wypełnia w ten sposób zadanie wpływania na swoją karmę i realizując cel, jakim jest podążanie ku odrodzeniu.

Ale nadal nie wiem, czy ta ścieżka biegnie chociaż przez chwilę równolegle do Twojego zamysłu :/

Known some call is air am

Outta, czy to ważne co autor chciał przekazać, czy nie ważniejsze co czytelnik w tekście odnajduje? :P

To jedno z tych opowiadań, które czytałam ze sporym zaciekawieniem, jednocześnie mając świadomość, że chyba nie wszystko pojmuję i pewnie niewiele zostanie mi w pamięci, albowiem piszesz o wydarzeniach, których nijak zrozumieć nie potrafię.

 

– Na­zy­wam się Ben Mem­mor­ti­gon, mam trzy­dzie­ści pięć lat. Pra­cu­ję na osiem­na­stym pię­trze Firmy – nie wy­mie­niam jej z nazwy, bo nie ma po co – w Dzia­le do spraw Ko­mu­ni­ka­cji Mię­dzy Dzia­ła­mi. ―> Czy dodatkowe półpauzy w wypowiedzi dialogowej są konieczne? Sprawiają, że zapis staje się mniej czytelny.

 

kiedy zerka znad opra­wek oku­la­rów. ―> Zdaje mi się, że okulary mają jedną oprawkę.

 

Mi się po­szczę­ści­ło. ―> Mnie się po­szczę­ści­ło.

 

na as­fal­to­we wstę­gi ulic i bru­ko­wa­ne chod­ni­ki… ―> Czy chodniki na pewno były brukowane? Bruk kojarzy mi się z drogą wyłożoną kamieniami, a po kamieniach idzie się źle.

 

je­dy­nie re­bo­oty, re­ma­ste­ry, re­ma­ke'i… ―> …je­dy­nie re­bo­oty, re­ma­ste­ry, re­ma­ki

Tu znajdziesz odmianę słowa remake: https://pl.wiktionary.org/wiki/remake

 

Kiwa głową, ale nie w ge­ście po­twier­dze­nia… ―> Gesty wykonuje się rękami, nie głową.

Proponuję: Kiwa głową, ale nie w wyrazie po­twier­dze­nia

 

kiedy męż­czyź­ni biorą mnie pod boki. ―> Nie bardzo wiem, jak można wziąć kogoś pod boki.

A może miało być: …kiedy męż­czyź­ni biorą mnie pod ręce.

 

swe­ter, któ­re­go przy­dłu­gie rę­ka­wy miele w dło­niach. ―> Nie wydaje mi się, aby rękawy swetra można mleć.

A może miało być: …swe­ter, któ­re­go przy­dłu­gie rę­ka­wy mięła w dło­niach.

 

Biały Gar­ni­tur sięga za broń… ―> Biały Gar­ni­tur sięga po broń

 

pa­trząc na na­cho­dzą­cy szkar­ła­tem rękaw ko­szu­li. ―> …pa­trząc na nasiąkający szkar­ła­tem rękaw ko­szu­li.

Sprawdź znaczenie słowa nachodzić.

 

…parę pytań z ka­te­go­rii „co by było, gdyby”. ―> …parę pytań z ka­te­go­rii „co by było, gdyby?.

 

Wsta­ję i przez ni­ko­go nie za­uwa­żo­ny idę w kie­run­ku windy… ―> Wsta­ję i przez ni­ko­go nieza­uwa­żo­ny idę w kie­run­ku windy

 

– We­zwał mnie Pan… ―> – We­zwał mnie pan

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Prze­czu­cie bli­skie­go za­gro­że­nia przy­cho­dzi pod po­sta­cią ła­sko­ta­nia z tyłu karku. ―> Czy kark ma również przód?

A może wystarczy: Prze­czu­cie bli­skie­go za­gro­że­nia przy­cho­dzi pod po­sta­cią ła­sko­ta­nia na karku.

 

A prze­cież byłem taki spo­koj­ny, prze­cież wiem… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

Nie­naj­go­rzej jak na ama­to­ra – do­da­je Biały Gar­ni­tur… ―> Nie­ naj­go­rzej jak na ama­to­ra – do­da­je Biały Gar­ni­tur

 

Sło­wo-wy­trych upraw­do­po­dab­nia­ją­ce… ―> Sło­wo wy­trych upraw­do­po­dab­nia­ją­ce

 

Zgod­nie z drugą po­praw­ką do Usta­wy o sa­mo­sta­no­wie­niu… ―> Dlaczego wielka litera?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Outta, czy to ważne co autor chciał przekazać, czy nie ważniejsze co czytelnik w tekście odnajduje? :P

A ważne, ważne. Bo interpretacja to jedno, a zamysł jaki stoi za opowiadaniem niekoniecznie musi się z nią pokrywać. Ja lubię wiedzieć, czy to co widzę w tekście przynajmniej w jakiejś części koreluje z tym, co autor chciał powiedzieć.

Known some call is air am

Cześć, Reg. :)

 

To jedno z tych opowiadań, które czytałam ze sporym zaciekawieniem, jednocześnie mając świadomość, że chyba nie wszystko pojmuję i pewnie niewiele zostanie mi w pamięci, albowiem opisujesz o wydarzeniach, których nijak zrozumieć nie potrafię.

Liczyłem się z tym, że tekst może spotkać się z niezrozumieniem części użytkowników, więc mogę jedynie tym bardziej podziękować za przeczytanie i łapankę. :)

Niemal wszystkie uwagi wprowadziłem w tekst, poza zapisem wtrąceń i celowym powtórzeniem, więc już nikt więcej tych baboli nie zobaczy. :P

 

A ważne, ważne. Bo interpretacja to jedno, a zamysł jaki stoi za opowiadaniem niekoniecznie musi się z nią pokrywać. Ja lubię wiedzieć, czy to co widzę w tekście przynajmniej w jakiejś części koreluje z tym, co autor chciał powiedzieć.

W jakiejś części koreluje. :)

Dziękuję, Gekikaro, za zrozumienie mojego niezrozumienia i cieszę się, że mogłam się przydać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W końcu przybywam po becie.

To była trudna lektura, którą musiałem czytać powoli i ze skupieniem, a i tak myślę, że wiele rzeczy mi uciekło. Nie jest to, oczywiście, wada. Test jest wielopoziomowy i można go interpretować na wiele sposobów, jednocześnie każda z interpretacji będzie prawidłowa. Dla mnie to kawał dobrego science fiction wymieszanego z cyberpunkiem. Taka “Incepcja”, “13-te piętro” lub “Śmierci Iana Stone’a”.

Chwaliłem już język, ale powtórzę. Jest suchy, oszczędny, zarazem jasny i idealnie podsumowujący zagadkowość rzeczywistości. Świat wydaje się mały, wręcz klaustrofobiczny, głównie przewija się pokój przesłuchań, biuro i salon imprezującego bractwa.

Nic prócz postaci Bena nie jest pewne. Wydarzenia, ludzie, prawda, wszystko miesza się ze sobą w świetnym stylu – przez moment myślałem, że to tylko wyobraźnia Bena płata mu figle po rozstaniu/śmierci Sary albo córki.

Pozdrawiam

Hej ho!

Zgodnie z życzeniem jestem.

 

Zacznę od pozytywów: bardzo ładnie wprowadzasz czytelnika w opowiadanie, powoli, scena za sceną, odsłaniając kolejne karty historii. Prawdopodobnie to sprawia, że wstęp jest stosunkowo długi w porównaniu z resztą utworu, ale nie będę tu na to narzekać, bo przy tym stopniu złożenia historii szybsze wprowadzenie mogłoby skutkować zagubieniem czytelnika. Napięcie jest ładnie budowane, zaintrygowanie wzrasta stopniowo. Podobało mi się, że w tekście podłożyłeś wskazówki ułatwiające zrozumienie zakończenia – zręcznie wykonane.

Warstwa romantyczna pozostawiła mnie raczej obojętną, ot, kolejny nieszczęśliwy związek z traumatyczną przeszłością; gdyby dzieci w rzeczywistości umierały tak często, jak w literaturze, to populacja ludzkości zmniejszyłaby się o połowę. Fajnie, że chociaż powód śmierci wyrwał się z kliszy. Również bohater głównie jest i to z grubsza tyle, ile mogę o nim powiedzieć.

Językowo nic mnie nie porwało, rzuciły mi się w oczy brakujące przecinki, parę razy miałam wrażenie wodolejstwa, chwilami palec ci się zacinał na enterze (bardzo nie lubię nagromadzenia jednozdaniowych akapitów). Styl ładny i prosty, ułatwiał lekturę.

O interpretację się nie pokuszę, bo po przeczytaniu wiadomości Sewera mam wrażenie, że totalnie brak mi wiedzy wymaganej do pełnego zrozumienia tekstu. Osobiście też nie przepadam za tekstami, w których treść jest rozmyta na tyle, by umożliwić czytelnikom dowolność interpretacji – czuję się wtedy oszukana, że jak to, ja mam teraz odwalać całą robotę? to ty, autorze, obiecałeś mi historię ;) Przyjęłam więc historię Bena tak, jak ją przedstawiłeś – człowieka istniejącego jednocześnie w kilku teraźniejszościach, który pod koniec wychodzi z jednej z nich. No ale jeśli znajomość Tybetańskiej Księgi Umarłych jest wymagana do pełnego zrozumienia tekstu, to winą możemy obarczyć mój analfabetyzm. Szkoda, bo pierwsza połowa intrygująca.

Podobało mi się zakręcenie czasowe, dodatkowo świetnie podkreślone płynnymi przejściami między scenami; doskonale by to wyglądało na filmie, a w trakcie lektury dodatkowo miałam silne skojarzenia z Incepcją, wręcz czułam czasem ten głos z offu na tle wydarzeń ;)

Podobała mi się także klamra, takie zabiegi zawsze fajnie grają. Także bardzo intrygujący tytuł.

No, podsumowując, kawał solidnej lektury i miło spędzony czas. Pozdrawiam.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Hejkam! :) 

 

Zacznę od pozytywów

Zabrzmiało groźnie. 

 

wstęp jest stosunkowo długi w porównaniu z resztą utworu

Z ciekawości: który fragment traktujesz jako wstęp? 

 

Warstwa romantyczna pozostawiła mnie raczej obojętną, ot, kolejny nieszczęśliwy związek z traumatyczną przeszłością

Toż to tylko punkt wyjścia! Myślę, że otwartość interpretacji nie ucierpi, gdy akurat tu powiem coś więcej. :P Zwróć uwagę, że w każdej z wizji poza pokojem przesłuchań, Ben wraca do chwil związanych z żoną – Nie mówi tego, nie opisuje, ale najpierw wspomnienie ich spitkania, potem wizja jej żałoby, a jeszcze później świat w którym jest zmieniona tak, jakby mógł chcieć, powodują zmianę jego stosunku do Sary (tej z "początkowej" teraźniejszości) w epilogu. 

 

Językowo nic mnie nie porwało

Pisząc narrację pierwszoosobową, szczególnie w sytuacji, kiedy ma odzwierciedlać myśli bohatera, który jest, najdelikatniej mówiąc, zagubiony, ozdobniki i wymuskane zdania wydają mi się nieautentyczne. 

 

Osobiście też nie przepadam za tekstami, w których treść jest rozmyta na tyle, by umożliwić czytelnikom dowolność interpretacji – czuję się wtedy oszukana, że jak to, ja mam teraz odwalać całą robotę? to ty, autorze, obiecałeś mi historię ;)

Historia opowiedziana a ty, czytelniku, wybierz sobie znaczenie. :P

 

No ale jeśli znajomość Tybetańskiej Księgi Umarłych jest wymagana do pełnego zrozumienia tekstu, to winą możemy obarczyć mój analfabetyzm. 

Myślę, że i bez tego można zrozumieć tę historię, choć może w nieco inny sposób. Np. jako działanie wszechwładnej korporacji, która wykorzystuje narkotyczne oderwanie od prądu czasu do przeciwdziałania konkurencji. :) 

 

Podobało mi się zakręcenie czasowe, dodatkowo świetnie podkreślone płynnymi przejściami między scenami; doskonale by to wyglądało na filmie, a w trakcie lektury dodatkowo miałam silne skojarzenia z Incepcją, wręcz czułam czasem ten głos z offu na tle wydarzeń ;)

 

Podobnie widziałem te wszystkie sceny, bardzo filmowo, choć może nie tal widowiskowo jak w Incepcji. 

Podobała mi się także klamra, takie zabiegi zawsze fajnie grają. Także bardzo intrygujący tytuł. 

No, podsumowując, kawał solidnej lektury i miło spędzony czas. Pozdrawiam.

Klamry zawsze w cenie. :) 

Widać, że to jeden z tych przemyślanych tekstów zbudowanych zgodnie z planem, a nie opko napisane bardzo szybko pod wpływem impulsu. Chyba, że wyprowadzisz mnie z błędu – wtedy trochę się zdziwię ;)

Bardzo dobrze mi się czytało, jestem pod wrażeniem całego tego chaosu, który jakimś sposobem opanowałeś i zamknąłeś w spójną, zrozumiałą (w pewnym sensie, ale o tym zaraz ;) opowieść. Co mi się najbardziej podobało? Wizja pomieszania czasu i przestrzeni, złoty pył (niezależnie od tego czym tak naprawdę jest i czy w ogóle istnieje), koncepcja Firmy, cyberpunkowy świat i chaotyczna (tylko z pozoru) narracja.

Co już mniej przypadło mi do gustu? Sama historia bohatera, Sary i Rosie. Tak, wiem – można traktować ją jako tło, ale jednak mogłeś zdecydować się na coś bardziej świeżego i mniej oczywistego. Jeśli wrzucasz do opowiadania warstwę obyczajową, wolałbym, żebyś poświęcił na jej wykreowanie więcej wysiłku, bo w mojej opinii zaniża ogólny poziom tekstu. Opisy zanikającego uczucia spowodowane utratą dziecka niestety szczerze mnie wynudziły, i nie dlatego, że zrobiłeś coś źle. Po prostu czytałem już to wszystko jakieś 2-3 miliony razy ;)

Spodobał mi się z kolei język i sposób narracji. Bardzo pasuje do bohatera i treści. Nie do końca przypadło mi do gustu w zasadzie tylko nagromadzenie jednozdaniowych akapitów. Na plus kilka ciekawych, dużo mówiących sformułowań, typu:

Widać wszystko w tym pokoju jest własnością Firmy, co też nie może dziwić, bo wszystko w tym mieście jest tak naprawdę własnością Firmy. Od studzienek ściekowych po życie mieszkańców.

 

Masz u mnie duży plus za opis Firmy – może koncepcja nie jest super oryginalna, ale dobrze zrealizowana i aktualna. Już od dłuższego czasu coraz większą władzę zdobywają wielkie, prywatne korporacje, więc nasz świat idzie bardziej w kierunku tego opisanego przez Ciebie, niż np. światów zajdlowych budowanych przez rządzącą społeczeństwem grupę.

Z historią i interpretacją mam pewien problem. Na początku myślałem, ze jest zrozumiała, później do głowy przyszło mi kilka różnych interpretacji, a teraz sam już do końca nie wiem, co o tym sądzić. Nie mam nic przeciwko opowieściom otwartym na interpretację czytelnika, ale obawiam się, że w przypadku tego tekstu może to negatywnie wpłynąć na „zapamiętywalność”. Bo jeśli teraz nie udało mi się wypracować jednego rozwiązania, które by mnie przekonało, to czy będę pamiętał o tej historii za kilka miesięcy? Nie wiem, zobaczymy :)

W każdym razie, masz mój głos w piórkowych nominacjach. Czy tekst dostanie wyróżnienie, czy też nie – uważam, że loża zdecydowanie powinna mu się przyjrzeć.

Widać, że to jeden z tych przemyślanych tekstów zbudowanych zgodnie z planem, a nie opko napisane bardzo szybko pod wpływem impulsu. Chyba, że wyprowadzisz mnie z błędu – wtedy trochę się zdziwię ;)

Nie wyprowadzę cię z błędu. Dokładnie przemyślałem każdą scenę, tak, by nie mówiła za wiele z jednej strony, ale była elementem układanki dla dla każdego z głównych wątków… o ile może być kilka głównych wątków. :P

 

Co już mniej przypadło mi do gustu? Sama historia bohatera, Sary i Rosie. Tak, wiem – można traktować ją jako tło, ale jednak mogłeś zdecydować się na coś bardziej świeżego i mniej oczywistego […] czytałem już to wszystko jakieś 2-3 miliony razy ;) 

To nie powód jest tu ważny (choć stanowi on potencjalny motyw, dla którego Ben mógł przyjąć propozycję Russela), ale "droga" jaką w tym wątku przechodzi Ben. Na pewnym poziomie skacząc z teraźniejszości do teraźniejszości dokonuje podsumowania swojego związku – i, koniec końców, mogąc żyć szczęśliwszym życiem, decyduje się wrócić do poprzedniego. Ale z innym nastawieniem.

Może nie jest to świeże, ale moim zdaniem bardzo realne i mnóstwo związków (z różnych powodów, nie tylko utraty dziecka) przez to przechodzi i dokonuje podobnego podsunowania, wspomina początki i wizualizuje możliwe przyszłości, waży bagaż wspólnych doświadczeń, albo staje przed perspektywą wyboru łatwiejszego, szczęśliwszego życia. I albo decyduje się na nie, odrzucając dotychczasowe, albo trwa w tym obecbym, ponieważ jest częścią jego tożsamości. 

 

Nie mam nic przeciwko opowieściom otwartym na interpretację czytelnika, ale obawiam się, że w przypadku tego tekstu może to negatywnie wpłynąć na „zapamiętywalność”.

Albo pozytywnie, jak ktoś zechce pobawić się w detektywa. :) 

 

 

Czołem.

Z pewnością nie jest to opko dla kogoś, kto ślizga się po tekście. Czytając, trzeba być uważnym. :-) Niby dużo chaosu, ale bez problemu można znaleźć styczne między scenami. 

Językowo – w wielu miejscach doznałem lekkiego ukłucia zazdrości. :-)

Skojarzeń sporo, głównie z tekstami, które zapadły mi w pamięć bardzo głęboko.

Podsumowując – dobra robota.

P.S.

Dopisz jeszcze z dziewięć arkuszy. :-) 

Czołem, MTF! 

 

Z pewnością nie jest to opko dla kogoś, kto ślizga się po tekście. Czytając, trzeba być uważnym. :-)

Zdecydowanie. Nie chcę tu chwalić sam swojego tekstu, ale zdecydowanie nie nie jest on po to, by tylko przemknąć przezeń bez zastanowienia. Wszystko może okazać się tropem, nawet imię i nazwisko głównego bohatera. 

 

Niby dużo chaosu, ale bez problemu można znaleźć styczne między scenami

Wilk twierdzi, że zbyt łatwo. :P

 

Skojarzeń sporo, głównie z tekstami, które zapadły mi w pamięć bardzo głęboko

Czyli byłeś w grupie docelowej. :) 

 

Dopisz jeszcze z dziewięć arkuszy. :-) 

Pierwsza wersja była o wiele dłuższa, ale też słabsza. 

Jednak wiele opasłych tomiszczy zaczynało jako opowiadania, więc może… na razie autorowi brak takiej determinacji. :P

 

Wilk twierdzi, że zbyt łatwo. :P

Wilk jest bystrzejszy. :-)

na razie autorowi vrak takiej determinacji. :P

Jak siedzi mocno w głowie, to w końcu wyskoczy.

Przyszedłem tu z polecenia, Gekikarze. Znaczy komuś Twój tekst bardzo się podobał. :)

Mnie pozostawił rozdartego, dobrze, może bez dramatyzmu, neutralnego. To znaczy tekst mocno mnie nie chwycił, ale też nie mogę powiedzieć, że jest przeciętny. Coś w nim jest, tylko nie to, czego w literaturze szukam. Albo inaczej, nie tak przestawione, jak lubię? Sam do końca nie wiem. Pomyślałem nawet, że nie napiszę wcale komentarza, ale każdy feedback chyba jest ważny. Dlatego przejrzałem opinie powyżej i najbliżej mi do Perruxa, chociaż u mnie bez głosu na piórko. Czyli plus Firma i świat, minus wątek obyczajowy, który do mnie nie trafił.

Jako ciekawostkę powiem, że napisałeś bardzo dobry początek, dobrze chwyta, później chwytanie trochę słabnie. A to rzadko się zdarza. W 90% przypadków jest odwrotnie, czytam przeciętne początki, a w miarę czytania tekst się “rozwija”.

Taki komentarz to nie najlepszy prezent na święta, ale cóż zrobię. Powtórzę, pierwszy fragment – bombka. ;)

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Cześć Drakonie, dzięki za wizytę!

Przyszedłem tu z polecenia, Gekikarze. Znaczy komuś Twój tekst bardzo się podobał. :)

Wpadnij też czasem sam z siebie. :) 

 

Coś w nim jest, tylko nie to, czego w literaturze szukam. Albo inaczej, nie tak przestawione, jak lubię? Sam do końca nie wiem. Pomyślałem nawet, że nie napiszę wcale komentarza, ale każdy feedback chyba jest ważny. Dlatego przejrzałem opinie powyżej i najbliżej mi do Perruxa, chociaż u mnie bez głosu na piórko.

 

Cóż mogę powiedzieć – najlepsze (wg mnie) teksty jakie tutaj czytałem nierzadko nie dostawały piórka. Za to inne, których nie ceniłem aż tak, albo uważałem za zdecydowanie nie piórkowe, otrzymywały je. Wychodzi na to, że różne osoby różne mają oczekiwania. I nic w tym dziwnego. 

 

Jako ciekawostkę powiem, że napisałeś bardzo dobry początek, dobrze chwyta, później chwytanie trochę słabnie. A to rzadko się zdarza. W 90% przypadków jest odwrotnie, czytam przeciętne początki, a w miarę czytania tekst się “rozwija”.

Myślę, że pynkt 2 wynika z punktu 1, czyli tych odmiennych poszukiwań, bo jeśli droga twoich oczekiwań po wstępie biegła w całkiem innym kierunku niż tekst, to wrażenia inne być nie mogą. :) 

Jestem już, jestem ;)

Zastanawiam się, od czego zacząć. Może od tego, że mimo Twoich obaw to 50k nie było – przynajmniej w moim przypadku – nużące. Wręcz przeciwnie, całość wciągnęła i czytałam z zainteresowaniem, i jak na mój gust mogłoby być nawet jeszcze dłuższe. Zresztą, przeczytałam dwa razy, żeby się upewnić w swoim odbiorze. Po prostu przyjemna lektura. Ja ogólnie lubię prostotę, choć to złe słowo; podoba mi się, kiedy styl jest przezroczysty, tak że zamiast skupiać się na słowach, po prostu widzę to, co opisuje autor. Miałam tu takie poczucie, nawet dość filmowe, i widzę po przedpiścach, że nie ja jedna.

Wątek obyczajowy. Szczerze powiedziawszy, nie wyczułam go, czy może raczej, nie postrzegałam jako “odklejonego” od reszty. Strata dziecka może rzeczywiście mało oryginalna, ale zasadniczo chwile, gdy narrator skupiał się na relacji Bena i Sary, nie przeszkadzały przy czytaniu.

Prawie wszyscy tutaj rzucają skojarzeniami, więc nie będę odstawać od reszty, a co ;) Mi opowiadanie przywiodło na myśl “Nowy początek” (widziałam tylko film, 2016 rok). Tam pozaziemscy przybysze różnili się od ludzi nie tylko fizjologią, ale i postrzeganiem czasu – nie doświadczali go liniowo. I właściwie to skojarzenie było moim kluczem do interpretacji.

Bo moja interpretacja będzie dużo bardziej przyziemna, niż ta Outty – złoty pył istnieje i “otwiera” umysł na nieliniowe widzenie czasu. Mamy w tekście wzmiankę, że ci, którzy zażyli narkotyk, zachowywali się dziwnie, zmieniali nagle decyzje, nie pamiętali przeszłości, a pamiętali przyszłość. Rozumiem to tak, że dla zwykłych ludzi czas jest jakby linią z klocków, wzdłuż której się przesuwają, ale dla tych, którzy zażyli pył, owe klocki są rozsypane na wszystkie strony, i przeskakują pomiędzy nimi pozornie bez ładu i składu. Więc mogą pamiętać przyszłość, bo zdarzyła się na przykład wczoraj, a nie pamiętają przeszłości, bo ta jeszcze nie nadeszła.

Pisałam, że przeskakują pomiędzy różnymi momentami w czasie “pozornie” bez ładu, bo mamy jeszcze tajniaków w garniturach. Nie potwierdzili, że zażyli pył, ale mówią Benowi, że są profesjonalistami. Rozumiem przez to, że potrafią wybierać chwile, których doświadczają – a dowodu na to upatruję w fakcie, że sam Ben również się tego uczy, nazywając to chrononawigacją.

Ben nie przeskakuje w przestrzeni, chociaż takie ma wrażenie, bo ogląda różne punkty w czasie, które następują po sobie nieliniowo. To też wnioskuję ze wzmianki na temat tych, którzy już złoty pył zażyli – nikt nie mówi, że znienacka znikają czy cokolwiek w tym stylu. Więc teraźniejszość istnieje, a punkt “teraz” to przesłuchanie, tyle że z perspektywy Bena dzieją się inne wydarzenia – te z przeszłości i przyszłości, bez porządku przyczynowo-skutkowego. Nie wie, dlaczego ucieka przez parkan, bo jeszcze nie wie, co takiego zrobił.

Tajniacy w garniakach widzą przyszłość, więc wiedzą, co Ben zrobi (nabroi w serwerowni) i chcą temu zapobiec. Aby to zrobić, muszą wiedzieć, kto go nakłonił i dał dostęp do serwera. Dyrektor wspomina Benowi, że wynalazek, nad którym pracują, nie jest kompatybilny z wszczepami – i potwierdza to odczyt z urządzenia-walizki, twierdzący, że Ben doświadcza błędów wszczepu. Tutaj już nie jestem taka pewna interpretacji, ale zgaduję, że dyrektor podał Benowi właśnie ten ulepszony złoty pył, dzięki któremu bohater przeżywa później “lepszą” teraźniejszość. (Chociaż, jeśli dobrze rozumiem scenę w szpitalu, odtruli go z całej dawki pyłu? To już chyba po wykreowaniu nowej teraźniejszości?)

No i bardo. Nie jestem pewna, ale mam dość świeże wrażenia czytelnicze, więc może potem coś mi jeszcze przyjdzie na myśl. Sara studiowała religioznawstwo, więc zrozumiałe, że rzuca dziwnymi określeniami, tyle że u mnie z takimi tematami na bakier ;) Ale. Ważna jest scena w kostnicy. Ben strzelił sobie w łeb i uważam, że zrobił to bardzo skutecznie. Dlatego zobaczył swojego trupa. Zwróciło moją uwagę to, jak rozpaczała po nim Sara, aż sam Ben był zdziwiony. Ale Sara z “nowej” teraźniejszości, prawdopodobnie tej bez Rosie, wciąż była pełna uczucia do bohatera. I ona z całą pewnością roniłaby za nim łzy.

No… rozpisałam się. (A jeszcze po drodze przez nieuwagę wcięło kawał komentarza, starałam się go wiernie odtworzyć i mam nadzieję, że nic nie umknęło.) Cieszy mnie to opowiadanie z jeszcze jednego względu – pisałeś na shoutboxie, że tym razem nie oglądałeś się na preferencje czytelników (czy ewentualny odbiór, nie pamiętam już dokładnie), i po prostu napisałeś to, co chciałeś napisać. Takiego ducha to ja rozumiem! W filmie “O północy w Paryżu” (który, swoją drogą, gorąco polecam każdemu, kto czuje się w głębi ducha pisarzem) znajduje się taki tekst: “Jeżeli [książka] będzie szczera, będzie dobra”. A to opowiadanie odbieram właśnie jako szczere, autentyczne.

Wizja świata – ogólnie uważam ją za wtórną do pomysłu z rozsypaniem czasowym. Wszystko w niej gra – i więcej nie wymagam.

Jeszcze rzecz na temat nawiasów. Z dawien dawna gdzieś wyczytałam, by unikać ich jak ognia. Nie wiem właściwie, czemu, choć do tej rady się od tamtej pory stosowałam ;) I u Ciebie trochę problem z tymi nawiasami miałam. Odczułam je jako mocno nienaturalne wtrącenia wybijające z rytmu.

Marszczę czoło i przeganiam ręką włosy

Tam na pewno miało być: przeganiać włosy?

Po chwili zastanowienia wybieram kolejne: Bardo.

Szczegół, ale bardo napisane wielką literą zmyliło mnie, bo wcześniej po dwukropku mieliśmy “złoty pył” małą literą. A że to określenie zdążyło mi umknąć (wcześniej wspomniała o nim tylko Sara), to w pierwszej chwili pomyślałam, że chodzi o jakieś nazwisko.

Dobry tekst. Przemyślany, a na dodatek taki, że można w nim fajnie podrążyć. Zastanawiam się nad dorzuceniem swojej nominacji.

Cześć, Silvo! Olaboga jaki komentarz! :P

 

Zastanawiam się, od czego zacząć. Może od tego, że mimo Twoich obaw to 50k nie było – przynajmniej w moim przypadku – nużące. Wręcz przeciwnie, całość wciągnęła i czytałam z zainteresowaniem, i jak na mój gust mogłoby być nawet jeszcze dłuższe.

Mi się wydaje, że wrzucajka tekstów po cichu dodaje mi znaków w liczniku.

 

Ja ogólnie lubię prostotę, choć to złe słowo; podoba mi się, kiedy styl jest przezroczysty, tak że zamiast skupiać się na słowach, po prostu widzę to, co opisuje autor. Miałam tu takie poczucie, nawet dość filmowe, i widzę po przedpiścach, że nie ja jedna.

Tak to właśnie było pomyślane. :) 

 

Wątek obyczajowy. Szczerze powiedziawszy, nie wyczułam go, czy może raczej, nie postrzegałam jako “odklejonego” od reszty. Strata dziecka może rzeczywiście mało oryginalna, ale zasadniczo chwile, gdy narrator skupiał się na relacji Bena i Sary, nie przeszkadzały przy czytaniu.

Ja bym się w ogóle nie na tej stracie skupiał, tylko na zmianie podejścia Bena do żony czy życia z żoną. 

 

Prawie wszyscy tutaj rzucają skojarzeniami, więc nie będę odstawać od reszty, a co ;) Mi opowiadanie przywiodło na myśl “Nowy początek” (widziałam tylko film, 2016 rok). Tam pozaziemscy przybysze różnili się od ludzi nie tylko fizjologią, ale i postrzeganiem czasu – nie doświadczali go liniowo. I właściwie to skojarzenie było moim kluczem do interpretacji.

Obejrzałem film w te święta i całkiem mi się podobał. I oczywiście masz rację z nielinearnym postrzeganiem czasu. Czy to spojrzeć na tekst z perspektywy Outty, czy twojej (bo będę się upierać przy tym, że obydwie są tak samo słuszne :P), nielinearne postrzeganie występuje. :) 

 

(Chociaż, jeśli dobrze rozumiem scenę w szpitalu, odtruli go z całej dawki pyłu? To już chyba po wykreowaniu nowej teraźniejszości?)

I czy w ogóle go odtruli do końca? Bądź co bądź później też przeżywa dość specyficzne chwile.

 

Ważna jest scena w kostnicy. Ben strzelił sobie w łeb i uważam, że zrobił to bardzo skutecznie. Dlatego zobaczył swojego trupa. Zwróciło moją uwagę to, jak rozpaczała po nim Sara, aż sam Ben był zdziwiony. Ale Sara z “nowej” teraźniejszości, prawdopodobnie tej bez Rosie, wciąż była pełna uczucia do bohatera. I ona z całą pewnością roniłaby za nim łzy.

Ogólnie jest kulka takich międzyscenowych powiązań i fajnie, że je zauważasz. Służą one między innymi temu, by przy każdej interpretacji tekstu na końcu pojawiła się nie kropka, ale znak zapytania i wiem, że dla niektórych (kam, Perrux) nie będzie to zaleta, stąd też moje zastanowienie czy w ogóle to opowiadanie publikować. Wiem, że to może wydawać się naciągane, takie zaplanowanie szczegółów i detali, ale miałem na przemyślenie tego opowiadania naprawdę dużo czasu. :) 

 

Cieszy mnie to opowiadanie z jeszcze jednego względu – pisałeś na shoutboxie, że tym razem nie oglądałeś się na preferencje czytelników (czy ewentualny odbiór, nie pamiętam już dokładnie), i po prostu napisałeś to, co chciałeś napisać. Takiego ducha to ja rozumiem! W filmie “O północy w Paryżu” (który, swoją drogą, gorąco polecam każdemu, kto czuje się w głębi ducha pisarzem) znajduje się taki tekst: “Jeżeli [książka] będzie szczera, będzie dobra”. A to opowiadanie odbieram właśnie jako szczere, autentyczne.

Odnosi się to także do kliszowego motywu straconego dziecka – właśnie takiego motywu chciałem użyć.

 

Wizja świata – ogólnie uważam ją za wtórną do pomysłu z rozsypaniem czasowym. Wszystko w niej gra – i więcej nie wymagam.

Oj, Silvo! Poświęć jej trochę czasu, bo może wątek poplątania czasowego ją przykrywa, ale ona podkreśla to, co jest sensem tego tekstu, czyli zatarcie granic między rzeczywistością a iluzja. Hologramy powodują wręcz, że nie ma jednej wspólnej rzeczywistości, każdy ma własną, spersonalizowaną 

 

Jeszcze rzecz na temat nawiasów. Z dawien dawna gdzieś wyczytałam, by unikać ich jak ognia. Nie wiem właściwie, czemu, choć do tej rady się od tamtej pory stosowałam ;) I u Ciebie trochę problem z tymi nawiasami miałam. Odczułam je jako mocno nienaturalne wtrącenia wybijające z rytmu.

Jeśli łamać zasady – to z premedytacją! 

 

Dzięki za wskazanie literówki, a co do hasła Bardo, jest z wielkiej litery, ponieważ tak właśnie Ben je wpisał. Czy może z automatu pierwszą literę program potraktował jako wielką. 

 

Dobry tekst. Przemyślany, a na dodatek taki, że można w nim fajnie podrążyć. Zastanawiam się nad dorzuceniem swojej nominacji.

I to jest piękny znak zapytania zamiast kropki, który będzie skłaniać mnie do sprawdzania wątku nominacyjnego. :P

 

Dzięki za komentarz! 

 

Mi się wydaje, że wrzucajka tekstów po cichu dodaje mi znaków w liczniku.

A dodaje, bo liczy każdy enter ;)

Oj, Silvo! Poświęć jej trochę czasu, bo może wątek poplątania czasowego ją przykrywa, ale ona podkreśla to, co jest sensem tego tekstu, czyli zatarcie granuc między rzeczywistością a iluzja. Hologramy powodują wręcz, że nie ma jednej wspólnej rzeczywistości, każdy ma własną, spersonalizowaną 

To już by trochę zahaczało o Matrix, przynajmniej ja tak to widzę. A podeszłam do tekstu z nastawieniem, że jednak rzeczy dzieją się w, hm, wspólnej dla wszystkich rzeczywistości.

I to jest piękny znak zapytania zamiast kropki, który będzie skłaniać mnie do sprawdzania wątku nominacyjnego. :P

Jeśli nominuję, to raczej wpadnę tutaj to oznajmić ;) Ach, no i gratuluję nominacji!

To już by trochę zahaczało o Matrix, przynajmniej ja tak to widzę. A podeszłam do tekstu z nastawieniem, że jednak rzeczy dzieją się w, hm, wspólnej dla wszystkich rzeczywistości.

Wyobraź sobie, że idziesz z kimś tą samą ulicą. Tyle, że on widzi zupełnie inne reklamy w witrynach sklepów i na billboardach, może widzieć kolory w innej tonacji, słyszy inne dźwięki (bo reklamy inne i bo innych ludzi wygłusza), może nawet na przykład nie dostrzegać żebraków albo brudu na ulicach. Idziecie obok siebie, a jakby w dwóch różnych światach*.

…bo cała magia w tym, że między światem zewnętrznym a naszym postrzeganiem nie ma bezpośredniego połączenia. Wszystko dzieje się w mózgu. Na ten przykład ty i ja możemy inaczej widzieć kolor, dajmy na to różowy – to co ja widzę jako róż, ty widzisz jako moją pomarańcz i odwrotnie. I nigdy się o tym nie dowiemy! (wiem, jak kogoś nachodzą takie rozważania, to się powinien zgłosić po receptę).

Nie trzeba do tego technologii – juz teraz idąc ulicą mozesz widzieć całkiem inny świat niż ktoś obok, bo zwracacie uwagę na inne rzeczy. 

 

*tak działa np. facebook. Dopasowuje wyświetlane treści do preferencji użytkownika. W efekcie np. prawicowcy i lewicowcy żyją w dwóch różnych światach, każdy dostaje artykuły utwierdzające go w przekonaniach. 

To się zgadza, ale czyżbyś chciał mi zasugerować, że Sara była radosna i “normalna”, a to po prostu Ben ją widział jako ciągle zdołowaną? Albo odwrotnie, pod koniec “przestawili” go tak, żeby widział ją radosną? Bo przez wspólną rzeczywistość rozumiem to, że jednak jakiś stan obiektywny istnieje. I jeżeli bohaterowie nie leżą w zbiornikach rodem z Matriksa, a rzeczywistość jest symulacją wyświetlaną wprost w ich mózgach, to jednak fizycznie ludzie by się rozmijali w swoich wersjach.

Nie wiem, czy wiesz, o co mi chodzi xD

Silva, wiem o co chodzi, ale nie odpowiem na te pytania, bo obiecałem niczego nie wyjaśniać. :P

Co do stanu obiektywnego, to chyba zbyt wielki wpływ Dicka, bo zazwyczaj opisuję świat z subiektywnej perspektywy i wierzę tylko w taką. Tutaj posunąłem do to granic, bo widzimy tylko to, co Ben widzi (podobnie jak w opowiadaniu o synu i ojcu) i czego jest świadom. 

Podam tu kolejny raz przykład ludzi niewidomych, których mózg oszukuje, że widzą. I choćby wszyscy im powtarzali, że są niewidomi – nie uwierzą. "Obiektywnie" jest to oczywiście, ale wyobraź sobie jak wyglądałoby opowiadanie napisane z perspektywy takiego niewidomego. :) 

Znaczy się, potwierdza się moje przeczucie, że każdy elemencik jest tu po coś – więc i te reklamy z początku też swoją rolę mają, poza byciem futurystyczną bajerą.

Ale to już chyba za dużo poziomów interpretacji jak dla mnie. Ale może doznam jeszcze jakiegoś przebłysku ;)

Cześć!

Niezły tekścik, zakręcony i bardzo fajnie zbudowany! Sama przyjemność. Wszystkie teraźniejszości gdzieś miedzy snem a jawą. Jakoś tak przez palce przebijają mi się z niego “Mroczne materia”, ale to pewnie dlatego, że niedawno skończyłem je czytać. Bo tam z czasem nie kombinowali, ani z wcieleniami, ale był pył.

Czyli w gruncie rzeczy jest to historia miłosna? Kurcze, muszę o tym jeszcze trochę pomyśleć, i pewnie jeszcze wpadnę, ale jeszcze tego do końca nie widzę. Intryguje mnie motyw “samobójstwa” i ostatnie zdanie, w którym bohater stwierdza, że jest żonie coś winien. Zaszła w nim jakaś przemiana – zamiast pustki z początku wspomina minione chwile i stwierdza, że tak ma wyglądać jego życie.

Muszę to jeszcze pokminić… w każdym razie świetne opowiadanie.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć! 

Niezły tekścik, zakręcony i bardzo fajnie zbudowany! Sama przyjemność.

A to bardzo mi miło! 

 

Jakoś tak przez palce przebijają mi się z niego “Mroczne materia”, ale to pewnie dlatego, że niedawno skończyłem je czytać. Bo tam z czasem nie kombinowali, ani z wcieleniami, ale był pył.

Bo pył to takie wdzięczne słowo. Prawie jak eter. A może i nawet bardziej. Wszędzie pasuje. 

 

Czyli w gruncie rzeczy jest to historia miłosna? Kurcze, muszę o tym jeszcze trochę pomyśleć, i pewnie jeszcze wpadnę, ale jeszcze tego do końca nie widzę. Intryguje mnie motyw “samobójstwa” i ostatnie zdanie, w którym bohater stwierdza, że jest żonie coś winien. Zaszła w nim jakaś przemiana – zamiast pustki z początku wspomina minione chwile i stwierdza, że tak ma wyglądać jego życie.

Muszę to jeszcze pokminić… w każdym razie świetne opowiadanie.

To super, że powiększyłeś grono tych, którym tekst na tyle się spodobał, by poświęcić mu więcej czasu. :) 

Świetna opowieść. Żonglujesz czasem bardzo zgrabnie, sprawiając że przejścia są bardzo naturalne, co przy tak skonstruowanym tekście wydaje się niemożliwe. Klamra z niemal identycznych scen też sprawdza się tu bardzo dobrze. To dość częsty zabieg i zdarza się, że sprawia w historii wrażenie oklepanego. Tutaj jednak, przez całą wiedzę, którą nabywamy o postaci oraz o pojęciu czasu w tym uniwersum, odczytujemy te dwie sceny zupełnie inaczej. Tak być powinno.

Językowo radzisz sobie również bardzo dobrze, choć brakuje sporej garści przecinków – chciałam wypisywać takie miejsca, ale przyznam, że mnie czytanie za bardzo pochłonęło. Przyjrzyj się wszelkim konstrukcjom z “a coś tam”, jeśli chcesz wyłapać kilka braków w tym względzie. ;) 

Pochylę się jeszcze nad konstrukcją bohaterów i nad ich, było nie było, dramatem – stratą dziecka, oddaleniem się od siebie, przeżywaniem przeszłości. Nie przytłaczasz czytelnika traumą. Jasne, jest ona obecna i stanowi tło dla wszystkiego, co się dzieje, ale nie gra głównych skrzypiec. Nie próbujesz nią grać na uczuciach czytelnika, jest ważnym elementem, jednak niekoniecznie tym, który ciągnie opowieść naprzód. To dobrze. Tekstów, gdzie śmierć dziecka jest tematem przewodnim można znaleźć od groma. Moim zdaniem tutaj główna fabuła opiera się na czymś znacznie ciekawszym, jakkolwiek okrutnie to nie brzmi.

Podobnie sprawa się ma z kreacją świata przyszłości – opartego o iluzję. Z takich opowieści zazwyczaj wylewa się dekadentyzm i sprawia, że pakujemy wszystkie do jednego worka – cywilizacja upadnie, bo technologia jest okrutna. Ty idziesz o krok dalej z iluzją – sprawiasz, że wykracza ona poza bodźce, a rzeczywiście miesza również w rzeczywistości, w przestrzeni i czasie. Złoty pył zmienia wszystko. To duży plus.

Innymi słowy, podobało mi się. Bardzo. :D

Zostaw ten żyrandol.

Cześć Verus! :)

 

Świetna opowieść. Żonglujesz czasem bardzo zgrabnie, sprawiając że przejścia są bardzo naturalne, co przy tak skonstruowanym tekście wydaje się niemożliwe. Klamra z niemal identycznych scen też sprawdza się tu bardzo dobrze. To dość częsty zabieg i zdarza się, że sprawia w historii wrażenie oklepanego. Tutaj jednak, przez całą wiedzę, którą nabywamy o postaci oraz o pojęciu czasu w tym uniwersum, odczytujemy te dwie sceny zupełnie inaczej. Tak być powinno.

Fajnie, że to doceniasz. :D

Klamra jest zabiegiem popularnym, sam lubię z niej korzystać może zbyt często, ale akurat w tym opowiadaniu pasuje jak cholera, wręcz jest nieodzowna.

 

Językowo radzisz sobie również bardzo dobrze, choć brakuje sporej garści przecinków – chciałam wypisywać takie miejsca, ale przyznam, że mnie czytanie za bardzo pochłonęło. Przyjrzyj się wszelkim konstrukcjom z “a coś tam”, jeśli chcesz wyłapać kilka braków w tym względzie. ;) 

Przyjrzałem się i z dziesięć przecinków dopisałem. :)

Co do innych musiałbym mieć trop. :P

 

Pochylę się jeszcze nad konstrukcją bohaterów i nad ich, było nie było, dramatem – stratą dziecka, oddaleniem się od siebie, przeżywaniem przeszłości. Nie przytłaczasz czytelnika traumą. Jasne, jest ona obecna i stanowi tło dla wszystkiego, co się dzieje, ale nie gra głównych skrzypiec. Nie próbujesz nią grać na uczuciach czytelnika, jest ważnym elementem, jednak niekoniecznie tym, który ciągnie opowieść naprzód. To dobrze. Tekstów, gdzie śmierć dziecka jest tematem przewodnim można znaleźć od groma. Moim zdaniem tutaj główna fabuła opiera się na czymś znacznie ciekawszym, jakkolwiek okrutnie to nie brzmi.

Bo śmierć dziecka wcale nie jest tematem przewodnim, jeśli już szukać takiego w wątku obyczajowym, to jest nim oddalenie się dwojga niegdyś bliskich sobie ludzi i niemożność odbudowania relacji. Śmierć dziecka za to służy jako potencjalny motyw do (domniemanych?) działań na szkodę firmy przez bohatera, dlatego zdecydowałem się jej użyć. Gdyby nie to, małżonkowie mogliby oddalać się od siebie z mnóstwa innych powodów.

 

Podobnie sprawa się ma z kreacją świata przyszłości – opartego o iluzję. Z takich opowieści zazwyczaj wylewa się dekadentyzm i sprawia, że pakujemy wszystkie do jednego worka – cywilizacja upadnie, bo technologia jest okrutna. Ty idziesz o krok dalej z iluzją – sprawiasz, że wykracza ona poza bodźce, a rzeczywiście miesza również w rzeczywistości, w przestrzeni i czasie. Złoty pył zmienia wszystko. To duży plus.

W zasadzie to ona nawet nie upada, tylko zatrzymuje się w miejscu. Jasne, technologia sie rozwija, ale ludzie wiedzą, że to co dobre, to skryte jest w przeszłości. Dlatego m.in. Sara żyje w holograficznym świecie z czasów swojej młodości. Trochę to dekadenckie, ale dobrze, że nie za bardzo. :)

A sprawa z pyłem to w ogóle insza inszość, chyba cięzko powiedzieć, by tu była jakaś przyszłość i przeszłość. 

 

Innymi słowy, podobało mi się. Bardzo. :D

:)

Co do innych musiałbym mieć trop. :P

Jeśli znajdę chwilę, to przejrzę jeszcze raz i wypiszę, gdzie ich brak rzucił mi się w oczy, ale nic nie mogę obiecać. :(

 

Bo śmierć dziecka wcale nie jest tematem przewodnim, jeśli już szukać takiego w wątku obyczajowym, to jest nim oddalenie się dwojga niegdyś bliskich sobie ludzi i niemożność odbudowania relacji. Śmierć dziecka za to służy jako potencjalny motyw do (domniemanych?) działań na szkodę firmy przez bohatera, dlatego zdecydowałem się jej użyć. Gdyby nie to, małżonkowie mogliby oddalać się od siebie z mnóstwa innych powodów.

Ano, tak też to zrozumiałam i uważam, że to znacznie ciekawsze. :D

 

A sprawa z pyłem to w ogóle insza inszość, chyba cięzko powiedzieć, by tu była jakaś przyszłość i przeszłość.

I może dlatego spodobał mi się jej koncept.

Zostaw ten żyrandol.

Przespałem się z tekstem i wracam (choć tak trochę na lekko)

Po namyśle, wszystko stało się jakoś wyraziste, jak dla mnie. To zwyczajne rozmyślania gość, który ma problemy ze snem. I wcale nie pisze tak dlatego, że ostatnio też miewam problemy ze snem, co to to nie ;-)

Kryzys wieku średniego jest jak hiszpańska inkwizycja, a jeżeli dodatkowo przeżyło się w życiu traumę, to stany depresyjne czekają tylko na sygnał. Bohater budzi się w nocy, i nie mogąc zasnąć użala się nad sobą. Wszystko płynie, co dobre to za nami, Rosie już nie ma, żona już nie jest tą dziewczyną z czerwonej sofy…

A potem przychodzi letarg i Piotruś Pan rusza w drogę. Dla niego, wszystko dzieje się liniowo (po kolei), natomiast chronologia czy przyczynowość wydają się być konkretnie zaburzone. Na drodze jest strach, są złe siły, pył, jest praca. I w końcu sen daje ukojenie. Bo oto nie jest już sobą, szarakiem, ale przechodzi na lepszą stronę życia (że tak to nazwę). I wszystko może być tak pięknie.

A jednak sumienie (albo potrzeba prawdy) wraca, i choć dzieje się to dosyć spektakularnie (samobój), to bohater w pewien sposób dojrzewa i postanawia tak jakby wziąć odpowiedzialność a swoje życie. To prawdziwe. I znów budzi się obok żony, tej w tu i teraz. Ale tym razem już nie użala się nad sobą. Tym razem widzi życie takim, jakie ono jest, z dobrymi i złymi momentami. I chce pozostać przy tym życiu, nie chce uciekać w sen. Piotruś Pan zostaje Mężczyzną… chyba.

Bo niepokoi mnie tylko to ostatnie zdanie. O tym, że jest jej to winien. Albo może muszę jeszcze sam o tym pomyśleć…

Tak ja to póki co interpretuję (i bardzo mi się ta interpretacja podoba, takie trochę Bohemian Rapsody). Nie czytałem komentarzy, by się nie sugerować, bo ta rozkmina była dla mnie prawdziwą rozkoszą (aż zasnąć nie mogłem ;-) ) więc może konkretnie zbłądziłem i wskazówki znajdę powyżej, ale tak to do mnie przemawia.

Pozdrawiam!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Dołączam do grona użytkowników, którzy lekturę skończyli z miszmaszem w głowie. Sama jestem sobie po części winna, bo nie przeczytałam tekstu na raz, tylko na raty (inaczej po prostu nie mogłam). Szereg scen pozostaje dla mnie bez związku z innymi i nie wiem, jaką pełniły funkcję, ogólnie jednak wyłania mi się tu pewien obraz udręczonego umysłu, który sam skazuje się na to, co ma, co czyni go nieszczęśliwym. Ogólnie wszystko to zmierza jak na mój gust do wizji “matrixowej” – skoro nic nie jest pewne, nie możemy ufać własnemu mózgowi i zmysłom, nie ma przeszłości ani przyszłości, to może równie dobrze wszyscy tkwimy w jakiejś sztucznie wykreowanej przez nie wiadomo kogo rzeczywistości. A może w ogóle nas nie ma. Czy coś.

 

 

„Obydwoje mamy dwadzieścia lat, plany, marzenia i widoki na przyszłość, ale o tym później. Tu i teraz mamy przede wszystkim tę chwilę na czerwonej sofie, która wydaje mi się znajoma i wcale nie dlatego, że zajmuje poczesne miejsce w centrum salonu studenckiego bractwa, do którego należę, ani dlatego, że na niej (jeśli moje nadzieje nie okażą się płonne) zrobię to z Sarą. Powód jest inny, ale nie zastanawiam się nad tym, coś o wiele ważniejszego zaprząta teraz moje myśli, bo oto dłoń Sary ląduje na moim udzie, jeszcze w granicach przyzwoitości, ale wystarczy kilka centymetrów w górę, by…”

 

„Podobno produkują go z grzybów używanych przez aborygeńskich szamanów – opowiada[+,] a przez moją głowę przemyka pytanie, gdzie podziała się ta ekscytująca, pełna pasji dziewczyna?”

 

„Ja zacznę pracować w Firmie[+,] a Sara zajmie się garncarstwem…”

 

„…okazuje się, że leżę na stole[+,] a rozjarzona szklana bańka wisi nad moją głową.”

 

„Istnieje wiele opinii na temat tego, czym jest złoty pył[+,] a wszystkie zgadzają się tylko w jednym – to narkotyk inny niż wszystkie.”

Błagam, stawiaj przecinki przed „a” :O

 

„Nie mogę jej znaleźć, ale ktoś właśnie wychodzi, więc wykorzystuję okazję.

Mieszkam na ósmym piętrze, jednak nie czekam na windę. Wybieram schody. Windą byłoby szybciej, ale nie potrafię się zatrzymać.

Co ja zrobiłem?

Dysząc, staję przed drzwiami do swojego mieszkania. Naciskam klamkę i pcham, ale drzwi nie ustępują.

– Brak autoryzacji – informuje mnie mechaniczny głos automatu.

– Przecież ja tu mieszkam! – protestuję, ale zaraz dochodzi do mnie, że pewnie system znów się zawiesił.”

 

„– Sara – wołam – otwórz drzwi.” – Skoro woła, to brakuje wykrzyknika.

 

„Czy ta zmiana w elektronicznym głosie maszyny[-,] to była drwina?”

 

Ale to już nie jest głos mojej żony.

*

Wstaję, zrywam opaskę z ramienia, próbuję zdjąć z głowy siatkę, ale ta trzyma się mocno.”

 

„– Ja nic nie wiem, nic nie rozumiem, wszystko mi się plącze… – [-w+W]reszcie udaje mi się oswobodzić i rozgarniam posklejane pastą włosy[+.] – Nie możecie mnie tu przetrzymywać…”

 

„te zapisywane z małej litery.” – Małą literą, a nie z małej litery.

 

„– Uwaga! Ben Memmortigon proszony na piętro sześćdziesiąte siódme, do gabinetu Dyrektora Komunikacji[+,][+G-g]łos sekretarki pojawił się wraz z czerwono-żółtym, jarzącym się napisem, a połączenie z prywatną siecią zostało przerwane.”

 

„Chyba powinniśmy zrobić dodatkową tomografię, żeby… – [+T-t]łumaczy mi medyczne zawiłości, ale już jej nie słucham, bo sprawy się pokomplikowały i już nic nie wiem na pewno.”

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Krar, szczerze mówiąc, to spodziewałem się takiej interpretacji dużo wcześniej, właśnie z powodu prologu i epilogu. :) 

 

Hej, joseheim, fajnie że wpadłaś. :) 

Dołączam do grona użytkowników, którzy lekturę skończyli z miszmaszem w głowie. Sama jestem sobie po części winna, bo nie przeczytałam tekstu na raz, tylko na raty (inaczej po prostu nie mogłam). 

Zdecydowanie nie jest to tekst do czytania na raty, właśnie ze względu na jego achronologiczną konstrukcję. 

 

Szereg scen pozostaje dla mnie bez związku z innymi i nie wiem, jaką pełniły funkcję

Myślę, że to wynika z punktu numer jeden. To z czego jestem zadowolony, to właśnie brak zbędnych sce i elementów – każda scena, element, rozmowa czemus służy. Np. warstwę fabularna (bez budowania interpretacji) świetnie opisała Silva. Więc jeśli czas pozwoli, daj tekstowi drugą szansę. :) 

 

Ogólnie wszystko to zmierza jak na mój gust do wizji “matrixowej” – skoro nic nie jest pewne, nie możemy ufać własnemu mózgowi i zmysłom, nie ma przeszłości ani przyszłości, to może równie dobrze wszyscy tkwimy w jakiejś sztucznie wykreowanej przez nie wiadomo kogo rzeczywistości. A może w ogóle nas nie ma. Czy coś. 

 W sumie istnieją całkiem poważne teorie fizyczne mówiące o tym, że nasz świat jest tylko hologramem, więc… 

 

Dzięki za łapankę, zwłaszcza powtórzenia. 

Co do przecinków to już garść dorzuciłem jakiś czas temu, co daje mi obraz tego, jak bardzo na raty czytałaś ten tekst. Myślę, że przy takim rozciągnięciu w czasie nietrudno było zgubić sens wielu scen. :P

Wiesz, czasem jak się nie odświeża, to nie widać zmian, więc jak mam otwartą zakładkę na stałe, czasem coś mi umyka. Wiesz, nie mówię, że czytałam to na 10 rat. Ale na przyszłość do kolejnego Twojego tekstu podejdę na pewno inaczej, obiecuję. Teraz nie wiem czy zdążę go odświeżyć na czas, ale i tak chyba nie potrzebuje mojej rekomendacji, broni się sam ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

To jest dobre opowiadanie i dosyć ambitna fantastyka portalowa. Mógłbym zacząć marudzić, że mamy oto kolejny tekst, w którym wydarzenia zawieszone są w tym dziwnym punkcie niczym kot Schrödingera, czyli niby się dzieją, ale zarazem nie dzieją. I gdyby to miał być tylko efekt narkotycznych odlotów bohatera, snów, albo wizji pośmiertnych czy nawet wywołanych uszkodzonym bioHardware, marudziłbym, że to oszukana fantastyka. Jednak mamy tutaj raczej do czynienia z pomieszaniem rzeczywistości oraz czasów bliższym twórczości Dicka w zamyśle, (co sam przyznajesz, pisząc o swojej fascynacji tym autorem).

I chociaż w przeciwieństwie do Ninedin nie widzę w tekście pomysłu i przekazu na miarę „Historii twojego życia” Chianga (nie ten kaliber zupełnie, Chiang wyprowadza swoją historię od znakomitego pomysłu naukowego), to jednak opowiadanie robi wrażenie splotem fabularnym, niedopowiedzeniami i klimatem. Mam przy tym wrażenie, że jest to spójna koncepcja i przemyślana historia, a jeśli nawet nie jest (bo to tekst otwarty i poza wskazówkami typu bardo, które nakierowały np. Quotta Sewera na dokładną interpretację powiązaną dosłownie z Tybetańską Księgą Umarłych, to jednak można go odczytywać po swojemu), to ja pozwalam się oszukać i pozwalam sobie wierzyć, że jest w tym sens, przemyślana historia i te puzzle się układają w jakąś całość.

Czyli jako czytelnik może nie całkiem ogarniający zamysł i fabułę, jestem mimo wszystko zadowolony z lektury i ufam, że gdybym to sobie rozpisał na ścianie i pokminił, to bym się nie rozczarował. To w sumie tak, jak z częścią twórczości Dicka. Jednym zdaniem: udało Ci się Gekikaro mnie zainteresować, przekonać i zadowolić na tej płaszczyźnie, chociaż nie wiem, czy odgadłem w 100% cel Autora. Nie przeszkadza mi to. Zaintrygowałeś, pociągnąłeś za sobą przez lokacje, sceny i czasy, spiąłeś ładna klamrą itd.

A teraz wracamy do tekstu. Budujesz swój świat i fabułę z dosyć standardowych elementów: holowizja z spersonalizowanymi reklamami, ucieczka w światy wirtualne (nieważne, że nazywasz je holo), sex androidy itd., a wrzutki z reklamowych sloganów to już naprawdę oklepany i w sumie niepotrzebny w tekście motyw. Dwa główne elementy wpływające na bohatera (i poniekąd fabułę), czyli złoty pył oraz Firma to też przecież nic nowego. Ileż to podobnych substancji mieliśmy chociażby u wspomnianego Dicka? Do Twojego złotego pyłu zbliżony jest przecież nawet Ubik z mojej ulubionej powieści PKD (i jednej z moich najlepszych lektur fantastycznych ever). Mnie Twój pył skojarzył się również z narkotykiem Synchronic z filmu o takim tytule, ale jest takich przykładów w fantastyce mnóstwo (Normana Spinrada też kiedyś czytałem :)). O wszechmocnych Firmach/Korporacjach czytaliśmy zaś nie tylko u Dicka, ale znamy je z wielu innych dzieł literackich i firmowych. Mnie kojarzy się chociażby Massive Dynamic z serialu Fringe, a jeśli pozostaniemy przy zabawach z rzeczywistością przychodzi na myśl na przykład Amaya z serialu Devs.

Mam wrażenie, że w Twoim odczuciu ten tekst jest głównie o miłości. Przemycasz w nim sporo takich myśli, niektóre wyglądają nawet na osobiste, i ten wątek jest ważny, chociaż chyba nie uwypukliłeś go tak, jak sam myślisz, że uwypukliłeś i on jakby tylko majaczy w tle. Oczywiście ten dramat ze śmiercią dziecka bym sobie podarował, bo ileż można na portalu walić takimi tragediami po oczach… Ale obyczajowa strona opowiadania obchodzi mnie jakby mniej w tym przypadku. Zawsze obchodzi mnie mniej w fantastyce. 

Warsztatowo jest to napisane dobrze, sprawnie i zazwyczaj z fajną dynamiką. Mam wrażenie, że pod względem warsztatowym jakbyś podskoczył stopień wyżej i w sumie zaskoczyłeś mnie (troszkę), że tak potrafisz. Jestem usatysfakcjonowany lekturą na tej płaszczyźnie. Są tutaj sceny rozegrane naprawdę rasowo, nawet mimo pewnej wtórności (facet ogląda swojego trupa w krematorium [czemu nie prosektorium?], biega za nim dwóch kolesi w stylu facetów w czerni albo agenta Smitha, mamy scenkę klubową rodem z Trainspotting albo teledysku „The Prayer” Bloc Party [ten kawałek z klipem pasuje mi bardzo do Twojego tekstu]).

Językowo jest naprawdę dobrze: w sumie bardzo prosto, czysto, płynnie. Czepiałbym się pewnych fragmentów. Na przykład wstępu/klamry – jak na faceta, który zazwyczaj nie śni, bohater wymienia w tym wstępie sporą listę snów wszelkiej maści. Dziwne to. Poziomem autorskiej świadomości tekstu/pióra odstają również od reszty (na minus) dwa wprowadzenia do „rozdziałów”, w których narrator tłumaczy nam czym jest narkotyk a potem czym jest Firma. Amatorskie to i infodumpowe.

Jestem – jak to powiedzieć – wygaszony.

– tutaj bym dał jakby zamiast jak.

Diagnoza maszyny jest obiektywna, szaleństwem byłoby się z nią nie zgodzić!

– facet w takiej sytuacji wykrzykuje takie okrągłe i sztuczne zdania?

No i jeszcze jedna kwestia:

Cóż mogę powiedzieć – najlepsze (wg mnie) teksty jakie tutaj czytałem nierzadko nie dostawały piórka. Za to inne, których nie ceniłem aż tak, albo uważałem za zdecydowanie nie piórkowe, otrzymywały je. 

Hmm. Wiem, że gusta są różne, ale sam mam pięć piórek i w swoim imieniu oraz imieniu (bez zgody) m.in. Syfa, Cobolda, Zygfryda89, Funa, Ochy, Joseheim, CountPrimagena, Gravel, Bellatrix i reszty piórkowej ekipy, powinienem Ci dać kopa w zadek. Ale zrobię coś zupełnie przeciwnego i dam Ci TAK-a, bo to opowiadanie ma coś w sobie i mi się spodobało. Dostaniesz to swoje piórko i sam będziesz potem z ambiwalentnymi uczuciami czytał takie stwierdzenia ; ).

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ciekawe. Nawet bardzo. Mi się podobało. Sprawia wrażenia chaosu, ale czytałem z zaciekawieniem co się wydarzy dalej. Oczywiście nie ma całościowego wyjaśnienia co się tak naprawdę wydarzyło, ale tutaj to mi się podobało.

Pozdrawiam

Cześć, Marasie! Wyczekiwałem twojego komentarza z nadzieją, że się pojawi – i się nie zawiodłem, jak widać. Ale uprzedzam od razu, że wciąż mam u ciebie obiecany komentarz, bo ten wynika z obowiązków lożowych, więc się nie liczy. :P

 

To jest dobre opowiadanie i dosyć ambitna fantastyka portalowa. 

Żeby tak od razu od ambitnych wytykać? :) 

 

Mógłbym zacząć marudzić, że mamy oto kolejny tekst, w którym wydarzenia zawieszone są w tym dziwnym punkcie niczym kot Schrödingera, czyli niby się dzieją, ale zarazem nie dzieją. I gdyby to miał być tylko efekt narkotycznych odlotów bohatera, snów, albo wizji pośmiertnych czy nawet wywołanych uszkodzonym bioHardware, marudziłbym, że to oszukana fantastyka.

I właśnie tego się po tobie spodziewałem, to jest maras jakiego zdążyłem poznać pod innymi opowiadaniami. I to nie jest ironia, cenię twoje spojrzenie na fantastykę. 

 

Jednak mamy tutaj raczej do czynienia z pomieszaniem rzeczywistości oraz czasów bliższym twórczości Dicka w zamyśle, (co sam przyznajesz, pisząc o swojej fascynacji tym autorem).

Dick zawsze czai mi się gdzieś z tyłu głowy, nie wzorowałem się na nim (raczej myślałem, przynajmniej na początku, o Procesie Kafki), ale inspiracji ukryć nie sposób. 

 

I chociaż w przeciwieństwie do Ninedin nie widzę w tekście pomysłu i przekazu na miarę „Historii twojego życia” Chianga (nie ten kaliber zupełnie, Chiang wyprowadza swoją historię od znakomitego pomysłu naukowego)

W porównaniu do Chianga, moja fantastyka raczej tylko udaje sci-fi.

…jednak mam jeszcze jakieś pięć lat, by się wprawić. Potem zostanie mi tylko zwinąć się w kłębek i schować się gdzieś w kącie. A tak na poważnie, to nawet nie śmiałbym takich porównań czynić. 

 

Czyli jako czytelnik może nie całkiem ogarniający zamysł i fabułę, jestem mimo wszystko zadowolony z lektury i ufam, że gdybym to sobie rozpisał na ścianie i pokminił, to bym się nie rozczarował.

Właśnie o to mi chodziło i to największy komplement dla mnie. 

 

A teraz wracamy do tekstu. Budujesz swój świat i fabułę z dosyć standardowych elementów… 

Mam nadzieję, że uda mi się ciebie kiedyś zaskoczyć. :) 

Ale chyba za dużo w życiu przeczytałeś, nicponiu! 

 

Mam wrażenie, że w Twoim odczuciu ten tekst jest głównie o miłości.

Ciężko mi powiedzieć o czym ten tekst jest "głównie". Na pewno jest to element, który uważam za rownie ważny co całe buddyjskie zawirowanie. Nie chciałem jednak, by inne elementy były dodatkiem do historii miłosnej, bo nie celuję w pisanie miłosnych historii, nie znam za bardzo się na nich i wiem, że wątki fantastyczne są bardziej interesujące. Co nie zmienia faktu, że często sięgam po miłość jako np. motyw postępowania. Za wszelką cenę też nie chciałem walić tragedią po oczach, raczej wolałem zarysować tę stronę historii delikatniej. 

Chciałem, by każdy mógł zwrócić uwagę na ten wątek, który będzie dla niego najistotniejszy. A zwracam uwagę w komentarzqch akurat na ten, bo najrzadziej się w nich pojawia. 

 

Warsztatowo jest to napisane dobrze, sprawnie i zazwyczaj z fajną dynamiką. Mam wrażenie, że pod względem warsztatowym jakbyś podskoczył stopień wyżej i w sumie zaskoczyłeś mnie (troszkę), że tak potrafisz. Jestem usatysfakcjonowany lekturą na tej płaszczyźnie. Są tutaj sceny rozegrane naprawdę rasowo, nawet mimo pewnej wtórności (facet ogląda swojego trupa w krematorium [czemu nie prosektorium?], biega za nim dwóch kolesi w stylu facetów w czerni albo agenta Smitha, mamy scenkę klubową rodem z Trainspotting albo teledysku „The Prayer” Bloc Party [ten kawałek z klipem pasuje mi bardzo do Twojego tekstu]).

To jest Miś na skalę naszych możliwości. I nie jest to nasze ostatnie słowo! 

A dlaczego krematorium? Nie wspomniałem o tym w tekście? Nie wspomniałem, pozostało w głowie. W tym świecie nie ma pogrzebów, ludzie nie uczestniczą w obrzędach (patrz ruiny kościoła), nie ma cmentarzy – jak ktoś umrze, to identyfikacja, podpis na papierach i denat do pieca. 

 

Na przykład wstępu/klamry – jak na faceta, który zazwyczaj nie śni, bohater wymienia w tym wstępie sporą listę snów wszelkiej maści. Dziwne to.

Bo ostatnio śni coraz częściej, więc i przemyślenia go nachodzą. 

 

Do Twojego złotego pyłu zbliżony jest przecież nawet Ubik z mojej ulubionej powieści PKD (i jednej z moich najlepszych lektur fantastycznych ever

Jakbym miał celować w podobieństwa, to wskazałbym Trzy stygmaty Palmera Eldritcha (przemieszanie czasoprzestrzenne), Bożą Inwazję (przemieszanie fikcji z rzeczywistością) i Marsjański poślizg w czasie (przemieszanie w postaci dość osobliwej pętli czasowej). Wszystkie trzy powieści są świetne. 

 

Poziomem autorskiej świadomości tekstu/pióra odstają również od reszty (na minus) dwa wprowadzenia do „rozdziałów”, w których narrator tłumaczy nam czym jest narkotyk a potem czym jest Firma. Amatorskie to i infodumpowe. 

Czy opowiastka narratora to już infodump? Muszę to przemyśleć przy kolejnych tekstach, bo osobiście całkiem lubię takie wstawki, o ile nie pojawiają się na początku tekstu, tylko gdzieś w trakcie, pozwalając złapać oddech i zwolnić tempo (tu na dodatek stanowią przejście między scenami). 

 

facet w takiej sytuacji wykrzykuje takie okrągłe i sztuczne zdania?

Wiem, ale nie mogłem się powstrzymać przed uwypukleniem absurdu całej sceny.

Siedziało mi to w głowie po prostu. 

 

powinienem Ci dać kopa w zadek

Żeby nie wyszło na to, że to tylko moje marudzenie i próby dowartościowania:

Naz – Larwy (Modlitwa do Klary) – po wsze czasy będę zazdrościć tego opowiadania

kam_mod – Siedem dni stworzenia Ewy – chciałbym mieć taką odwagę w posuwaniu się do granic absurdu

wybranietz – Akustemologia – tak oryginalnego bohatera stworzyć, tak nietypowe tło wybrać i jeszcze wszystko do siebie pasuje

 

To moja wielka trójca. Można znaleźć między tymi opowiadaniami pewne podobieństwo. 

 

Ale zrobię coś zupełnie przeciwnego i dam Ci TAK-a, bo to opowiadanie ma coś w sobie i mi się spodobało

Szczerze, to mnie zaskoczyłeś. Postawiłbym wszystkie pieniądze, że (biorąc pod uwagę twój gust – taki, jakim go zdążyłem poznać) będziesz na "nie" . Aż nie wiem co tu napisać. 

 

Dostaniesz to swoje piórko i sam będziesz potem z ambiwalentnymi uczuciami czytał takie stwierdzenia ; ).

Spokojnie, mam jeszcze szansę zarobić osiem "nie", więc nie ma co chwalić dnia przed zachodem. :) 

 

 

Cześć, nartof, dzięki za wizytę i cieszę, że opowiadanie przypadło do gustu. :)

Komentarze rosną jak na drożdżach. I dobrze, bo jest co komentować. Przeczytałem już z 2/3, w wolnej chwili przebiję się przez resztę i wtedy jeszcze raz przeczytam tekst, albo przynajmniej drogę bohatera. Bo klamrę już (chyba) złapałem, teraz czas pocieszyć się drogą ;-)

Po komentarzu Outty zacząłem się zastanawiać, czy bez znajomości tych wszystkich dalekowschodnich mądrości (bardo, księga umarłych, kwestionowanie przeszłości jako jedynie wytworu w naszej głowie) ścieżkę bohatera da się zrozumieć i prześledzić (wiem już, do czego ona prowadzi, ale nie wiem, czy wyciagnięcie wniosków nie wymaga jakiegoś prerekwizytu). Zastanawiam się też, czy pył i wszechwładna firma są elementami fantastycznymi, czy raczej głównie symbolami sił wpływających na nasze motywacje? A może i tym i tym (jak podejrzewam)

A co do pyłu jeszcze, i eteru jeszcze, to są to zupełnie różne koncepcje. Wszak eter jest – o ile mi wiadomo – ciągły, a pył jest dyskretny ;-)

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Nie spieszyło mi się z tym nominowaniem, i kiedy dzisiaj zajrzałam do wątku zobaczyłam, że już masz te dwa maksymalne TAK-i od dyżurnych. Wobec tego pozostaje mi życzyć powodzenia, Gekikaro! :)

krar85, to bez wątpienia zasługa wszystkich tych, którzy zgłosili opko w temacie piórkowym, co skutkuje u autora szerokim niczym banan uśmiechem. :)

 

Po komentarzu Outty zacząłem się zastanawiać, czy bez znajomości tych wszystkich dalekowschodnich mądrości (bardo, księga umarłych, kwestionowanie przeszłości jako jedynie wytworu w naszej głowie) ścieżkę bohatera da się zrozumieć i prześledzić (wiem już, do czego ona prowadzi, ale nie wiem, czy wyciagnięcie wniosków nie wymaga jakiegoś prerekwizytu).

Pojawiło się kilka interpretacji, myślę, że każda z nich prowadzi do sensownego zakończenia. :)

 

A co do pyłu jeszcze, i eteru jeszcze, to są to zupełnie różne koncepcje. Wszak eter jest – o ile mi wiadomo – ciągły, a pył jest dyskretny ;-)

Miałem na myśli, że pył i eter często się pojawiają w utworach literackich, bo działają na wyobraźnię.

 

Nie spieszyło mi się z tym nominowaniem, i kiedy dzisiaj zajrzałam do wątku zobaczyłam, że już masz te dwa maksymalne TAK-i od dyżurnych. Wobec tego pozostaje mi życzyć powodzenia, Gekikaro! :)

Z twoim głosem to by było 20 punktów zgłoszeniowych. :P

 

Przeczytałam to opowiadanie dość dawno, zbieg okoliczności sprawił, że nie mogłam od razu wpisać komentarza, a potem ciąg innych zbiegów okoliczności sprawił, że dość długo nie skomentowałam – i uwagi techniczne zdążyły mi wylecieć z pamięci (czytałam na komórce, więc nie robiłam notatek). Co gorsza, z głowy wyleciało mi też opowiadanie – nie całkiem, bo teraz wystarczył rzut oka, żeby sobie przypomnieć, o czym to jest i jakie jest. I przypomnieć sobie, że była to satysfakcjonująca lektura.

Niemniej dało mi to do myślenia w kwestii piórkowej. Mam złą pamięć do szczegółów fabularnych tekstów i filmów, za to świetną do obrazów, ale z Twojego tekstu obrazy mi nie za bardzo zostały, choć w zasadzie zawsze czytam “plastycznie” i pamiętam obrazy, które we mnie wywołuje lektura. Są teksty, także portalowe, z których zapamiętałam bardzo ostro pojedyncze obrazy, widzę nadal te opowiadania nawet jeśli nie pamiętam już treści. Co ciekawe, nie ma wśród nich żadnego z tych, które wymieniłeś jako swoją wielką trójkę – to dla mnie też opowiadania “bez obrazów” (choć kilka tekstów jednej z wymienionych autorek “widzę”). Ciekawe, bo może przez przypadek wreszcie odkryję i zdefiniuję jakąś cząstkę tego, co robi na mnie największe wrażenie w tekstach ;) Ale dość tej dygresji.

Otóż po drugiej, przyznaję: pobieżnej lekturze, nadal uważam, że jest to bardzo sprawnie, wręcz elegancko napisane opowiadanie, z ładną klamrą, ładnymi motywami przewodnimi i w ogóle takie bardzo bardzo okej. Niemniej najwyraźniej nie wywarło na mnie efektu wow, skoro do tego stopnia je zapomniałam. I nawet nie mogę zwalić na to, że mam zły czas i coś tam do mnie nie trafia, bo jednak kilka opowiadań, które ostatnio przeczytałam, nadal czuję i widzę.

Nie wiem właściwie, co zadecydowało. Już za pierwszą lekturą cały czas miałam skojarzenia a to z “Minority Report”, a to z “Przypomnimy to panu hurtowo”, a to z thrillerami korporacyjnymi ;) Zresztą najsłabiej przemówił do mnie wątek z Firmą, awansem i tak dalej. Najbardziej natomiast podoba mi się klamra. Co do tła dalekowschodniego – za mało się na tym znam, żeby posmakować, ale napisałeś to dość przekonująco, da się zrozumieć, o co chodzi.

Reasumując, moja szala piórkowa przechyla się raczej ku NIE, choć decyzja jeszcze nie zapadła.

http://altronapoleone.home.blog

Cześć drakaino! :)

Przede wszystkim, dzięki za wizytę, tym bardziej, że nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że musiałas odtwarzac komentarz.

 

Co ciekawe, nie ma wśród nich żadnego z tych, które wymieniłeś jako swoją wielką trójkę – to dla mnie też opowiadania “bez obrazów” (choć kilka tekstów jednej z wymienionych autorek “widzę”). Ciekawe, bo może przez przypadek wreszcie odkryję i zdefiniuję jakąś cząstkę tego, co robi na mnie największe wrażenie w tekstach ;) Ale dość tej dygresji.

To bardzo wartościowa dygresja, przewijająca się tu w zasadzie już od komentarza wilka.

Co do tych tekstów, to właśnie to jest najciekawsze, że one są napisane bardzo obrazowo (swojego tutaj za przykład powoływac nie będę, bo trudno mi spojrzeć na niego oczami czytelnika). Osobiście doskonale pamiętam wymienione teksty między innymi przez obrazy, jakie wywołały w mojej wyobraźni. Widać jest związek między tym, czego się poszukuje w lekturze, a tym, co się w pamięci zapisuje. :)

 

Nie wiem właściwie, co zadecydowało. Już za pierwszą lekturą cały czas miałam skojarzenia a to z “Minority Report”, a to z “Przypomnimy to panu hurtowo”, a to z thrillerami korporacyjnymi ;) Zresztą najsłabiej przemówił do mnie wątek z Firmą, awansem i tak dalej. Najbardziej natomiast podoba mi się klamra. Co do tła dalekowschodniego – za mało się na tym znam, żeby posmakować, ale napisałeś to dość przekonująco, da się zrozumieć, o co chodzi.

Co czytelnik to skojarzenia. Te się jeszcze nie pojawiły. :)

Różnica między Raportem Mniejszości jest taka, że tu nie ma jasnowidzów – bohater nie zerka w przyszłość, on przeżywa swoje życie niechronologicznie, a jednak te przeżyte “wcześniej” wpływają na te przeżyte “później” (w jego subiektywnym odczuciu; bez względu kiedy rzeczywiście się wydarzyły i gdzie leżą na osi czasu). Efekt wow nie był skalkulowany na wielki zaskakujący twist albo nagłe uderzenie, ale właśnie na rozwinięcie do pewnej granicy tego elementu – jest nią oczywiście dosłowne splecenie się przeszłości z przyszłością pod koniec tekstu.

 

Reasumując, moja szala piórkowa przechyla się raczej ku NIE, choć decyzja jeszcze nie zapadła.

Oczywiście wiadomo, jaka decyzja by była przeze mnie najbardziej oczekiwana, ale w pełni rozumiem twoje argumenty i wypływający z nich głos. 

 

  1. S. Widzisz, marasie, jeszcze nic nie jest przesądzone. ;)

 

Bardzo to dickowe. I chyba do tych ostrzeżeń dla czytelnika powinienieś dopisać, że należy zapomnieć, iż istnieje tylko jedna rzeczywistość.

Zacznę od własnej interpretacji. Złoty pył istnieje, ale zaburza nie tyle postrzeganie czasu, co postrzeganie rzeczywistości. Ci, którzy go spróbowali, bujają się między alternatywnymi światami, w których ich życie potoczyło się nieco inaczej. Nie żyją naprawdę, bo przeżywają jednocześne kilka różnych wersji swojego życia. To jest Twoje brado.

Mamy więc Bena, którego małżeństwo przeżyło Wielką Tragedię i Bena, którego ona nie dotknęła. Mamy też Bena, który nie ożenił się z Sarą. Wydaje mi się, że u Ciebie te światy są realne, nie są tylko narkotycznym zwidem, mało tego, mogą na siebie oddziaływać, a czas nie płynie w nich jednakowo. Nie wiadomo więc, który Ben zrobił, to co zrobi ;) Który zginął, który tafił na koniec do łóżka Sary i czy była to właściwa Sara. No, a przynajmniej ja nie wiem, mam jedynie ulotne wrażenie, że ktoś na koniec coś w tych światach pomieszał ;)

Tyle interpretacji. W kwestii piórkowej…

Kiedyś zaczytywałam się Dickiem, zachłysnęłam się jego twórczością, jego pomysłami, jego igraniem z czasem i przestrzenią. Trwało to chwilkę, ale w końcu Dick mnie zwyczajnie znużył, bo jego proza to szaleństwo. Fakt odjechane, momentami genialne, ale szaleństwo. Kropka. Niewiele więcej tam jest. Dicka interesuje wszystko, ale najmniej ludzie (no może poza jednym człowiekiem). Bohaterowie Dicka są i niewiele więcej można o nich powiedzieć. I na pierwszy rzut oka u Ciebie jest podobnie. Ben jest, Sara jest nieco mniej, śmierć dziecka też jest… tłem. Cała trójka to elementy potrzebne do budowy świata. Mnie natomiast interesują ludzie, nie wystarcza mi odjechany świat, potrzebuję czegoś więcej, prawdy o człowieku. Chcę, żeby autor miał coś do powiedzenia.

I to coś więcej u Ciebie znalazłam. Nie nazwałabym tego historią miłosną, a nawet wątkiem obyczajowym, raczej obserwacją. Bez względu gdzie i kiedy Ben się znajduje nie jest szczęśliwy. Zwala swoje nieszczęście na Wielką Tragedię, na Firmę, ale wydaje mi się, że nawet w tej rzeczywistości, w której Wielka Tragedia się nie wydarzyła też szczęśliwy nie jest. W dekoracjach science-fiction piszesz o tym, że o związek trzeba zadbać, zawalczyć, pielęgnować go, że miłość to nie jest coś dane raz na zawsze, po wsze czasy. Niby to nic wielkiego, ale zaważyło na mojej decyzji. Masz mojego TAKa :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Bardzo to dickowe. I chyba do tych ostrzeżeń dla czytelnika powinienieś dopisać, że należy zapomnieć, iż istnieje tylko jedna rzeczywistość.

To byłoby już jakieś sugerowanie rozwiązania. :P

 

Zacznę od własnej interpretacji. Złoty pył istnieje, ale zaburza nie tyle postrzeganie czasu, co postrzeganie rzeczywistości. Ci, którzy go spróbowali, bujają się między alternatywnymi światami, w których ich życie potoczyło się nieco inaczej. Nie żyją naprawdę, bo przeżywają jednocześne kilka różnych wersji swojego życia. To jest Twoje brado.

Bardzo ciekawa interpretacja i bez wątpienia ma swoje uzasadnienie w tekście, w końcu Ben widzi możliwą wersję przyszłości w momencie, kiedy przerywa rozmową z Sara na imprezie, albo właśnie ten jego awans i zmieniona przeszłość. Podoba mi się to, jak podeszłaś do tematu. :)

 

Kiedyś zaczytywałam się Dickiem, zachłysnęłam się jego twórczością, jego pomysłami, jego igraniem z czasem i przestrzenią. Trwało to chwilkę, ale w końcu Dick mnie zwyczajnie znużył, bo jego proza to szaleństwo. Fakt odjechane, momentami genialne, ale szaleństwo. Kropka. Niewiele więcej tam jest. Dicka interesuje wszystko, ale najmniej ludzie (no może poza jednym człowiekiem).

Tak, bohaterowie u Dicka często stanowią po prostu pretekst, trudno ich jest pokochać albo znienawidzić – bardziej pamięta się przesłanie danego tekstu, myśl przewodnią czy ideę, niż bohaterów.

Przy tym mnie tacy bohaterowie się podobają (nie są przerysowani – a to mi często uwiera) choć wielu z nich nawet nie pamiętam imion. :P

 

I na pierwszy rzut oka u Ciebie jest podobnie. Ben jest, Sara jest nieco mniej, śmierć dziecka też jest… tłem. Cała trójka to elementy potrzebne do budowy świata. Mnie natomiast interesują ludzie, nie wystarcza mi odjechany świat, potrzebuję czegoś więcej, prawdy o człowieku. Chcę, żeby autor miał coś do powiedzenia.

Za to prawdy o człowieku Dickowi bym nie odmówił. W takim “Płyńcie łzy moje, rzekł policjant” można wiele o ludziach wyczytać.

A co do mojego tekstu, z pewnością jest bardziej zorientowany na takie “ludzkie sprawy”, a nie koncentruje się na dotykaniu absolutu albo wielkiej prawdy. Może patrzyłem z Dickiem przez podobne szkiełko, ale na dwie inne rzeczy. :)

 

Bez względu gdzie i kiedy Ben się znajduje nie jest szczęśliwy. Zwala swoje nieszczęście na Wielką Tragedię, na Firmę, ale wydaje mi się, że nawet w tej rzeczywistości, w której Wielka Tragedia się nie wydarzyła też szczęśliwy nie jest. W dekoracjach science-fiction piszesz o tym, że o związek trzeba zadbać, zawalczyć, pielęgnować go, że miłość to nie jest coś dane raz na zawsze, po wsze czasy.

O coś podobnego mi chodziło w tym wątku, choć ujęłaś to bardzo romantycznie i optymistycznie, jak dla takiego ponuraka jak ja. :P

 

Niby to nic wielkiego, ale zaważyło na mojej decyzji. Masz mojego TAKa :)

Dziękuje serdelecznie. 

… jeszcze tylko dwóch brakuje, by skończyć te tygodnie niepewności. xD

Oczywiście, różnice z wszystkimi wymienionymi przeze mnie tekstami są widoczne gołym okiem – to raczej takie luźne skojarzenia, bo tamtych też w szczegółach nie pamiętam, taki już mój przeklęty los, że z lektur i filmów pozostają mi głównie skojarzenia, obrazy i wrażenia. Chyba że coś na mnie zrobi szczególnie kolosalne wrażenie, wtedy pamiętam nieco więcej ;) Ale takich książek/filmów jest niewiele, na palcach policzyć, a i te ulubione, kiedy je czytam na nowo, zawsze mnie czymś zapomnianym zaskoczą ;)

Co do tych tekstów, to właśnie to jest najciekawsze, że one są napisane bardzo obrazowo

Podejrzewam, że mój mózg coś znów miesza i to, co dla wielu jest “obrazowe” niekoniecznie jest takie dla mnie i na odwrót. To działa w 99% przypadków z określeniem “intuicyjne” – jeśli takie słowo pojawi się w instrukcji obsługi albo opisie urządzenia, to mogę być pewna, że za diabła nie będę w stanie opanować obsługi, bo będzie dla mnie antyintuicyjna. I też na odwrót.

 

Efekt wow nie był skalkulowany na wielki zaskakujący twist albo nagłe uderzenie, ale właśnie na rozwinięcie do pewnej granicy tego elementu – jest nią oczywiście dosłowne splecenie się przeszłości z przyszłością pod koniec tekstu.

I to wyszło akurat najlepiej, niewątpliwie. Choć w tekstach o takich zapętleniach, eksperymentach itd. to już też bywało, bo taki zabieg jest dość oczywisty fabularnie w tym przypadku.

Nawiasem mówiąc, wiem, co mi jeszcze nie tyle zgrzyta, ile nie “wowuje” – mam trochę przesyt historiami, w których umiera dziecko, bo to też jest najprostsze rozwiązanie, żeby wyprodukować bohaterom traumę. Tzn. nie jest tak, że tego nie akceptuję w ogóle, ale bardzo trudno mnie zaskoczyć, a zatem naprawdę wzruszyć czy trzepnąć akurat tym elementem fabuły, on już stał się zbyt sztampowy.

http://altronapoleone.home.blog

Wracam z komentarzem. Przepraszam za to, że późno i niezbyt długo.

 

W pewien sposób opowiadanie podobne do tekstu Edwarda Pitowskiego, a jednak zupełnie inne. Tym razem to COŚ wepchnęło mnie w fotel i zawołałam „Łał!”

Mocno mieszasz czasem akcji, przerzucając bohatera w różne momenty jego życia, a jednak robisz to w sposób, który mi nie przeszkadza i bez problemu odnajduję się w tej plątaninie zaszłych/niezaszłych/przyszłych/ewentualnych/itd. zdarzeń.

Do tego w klarowny sposób pokazujesz naszą potencjalną przyszłość (dość depresyjną moim zdaniem), w której jednostka niespecjalnie ma cokolwiek do powiedzenia. Idealnie pokazuje to los Bena.

Jestem bardzo na tak.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Witaj, śniąca! :)

 

Tym razem to COŚ wepchnęło mnie w fotel i zawołałam „Łał!”

To niesamowicie miłe. :)

Mocno mieszasz czasem akcji, przerzucając bohatera w różne momenty jego życia, a jednak robisz to w sposób, który mi nie przeszkadza i bez problemu odnajduję się w tej plątaninie zaszłych/niezaszłych/przyszłych/ewentualnych/itd. zdarzeń.

Są tacy, co woleliby się zagubić. :P

 

Do tego w klarowny sposób pokazujesz naszą potencjalną przyszłość (dość depresyjną moim zdaniem), w której jednostka niespecjalnie ma cokolwiek do powiedzenia. Idealnie pokazuje to los Bena.

O to chodziło. Ben nie ma kontroli nad swoim życiem. W sumie dopiero na koniec decyduje o czymś sam.

Są tacy, co woleliby się zagubić. :P

E tam, zagubić to ja się lubię, ale na dłuższym wyjeździe (gdy mam zapas czasu i pełen bak paliwa – siedzenie w środku lasu lub jakiegoś pustkowia, które ludzie odwiedzają raz na kilka dni, bez paliwa jest mało pociągające). W literaturze chcę mieć poczucie, że wiem, o co chodzi, że rozumiem, co się dzieje. Wtedy mam satysfakcję z czytania. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Patrzę na zaułki[+,] w których koczują bezdomni,

Kiwa głową, ale nie w wyrazie potwierdzenia, raczej jak pogrążona w myślach i już zaczynam podejrzewać[+,] dlaczego nic mi nie mówią.

Pozostaje jeszcze wejść do holostrefy[+,] w której zamknęła się Sara.

Przyjrzyj się przecinkom przed “w którym”.

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Po pierwsze, gratuluje miejsca w dziesiątce!

Po drugie, podoba mi się, ale z naprawdę dużym "ale".

 

Silnie odwołujesz się do znanych filmowych motywów ("Raport mniejszości", "Zakochany bez pamięci", trochę Matrixa (pewny wątek możliwych przyszłości), "Facetów w czerni" oraz film, którego tytułu nie mogę sobie przypomnieć, w którym żona bohatera leży w osobnym pokoju i oddaje się "cyber zapomnieniu") i kreatywnie je miksujesz z częścią obyczajową i korporacyjną. To duży plus, choć dwie ostatnie grubym mazakiem nakreślone. Z kolei bardzo duży plus za porządne poprowadzenie na poły weirdowskiej narracji. Nie sposób się w niej zgubić.

 

Te "ale" to dwie rzeczy. Moim zdaniem stosunkowo przegadane opowiadanie, zupełnie niepotrzebnie oraz zawierające naprawdę sporo kiksów: słowa; czasami nielogiczności (nie związane z czasem, przyczyną i skutkiem); myślniki zamiast przecinków; nieznany dla mnie powód umieszczanie niektórych zdań w nawiasie); duża liczba opuszczonych przecinków. Wypisałam poniżej tylko kilkanaście przykładów z ostatniej partii tekstu. Dla mnie, przy tej długości tekstu, trudność z opanowaniem interpunkcji jest zjawiskiem naturalnym, które będzie się zdarzać, niejako musi mieć miejsce, a co więcej łatwo je "wyprostować". Jednak pisząc o tym przy Twoim tekście, za co przepraszam, chciałabym zwrócić na ten aspekt uwagę moim przedpiścom, że nie zawsze liczba brakujących przecinków jest idealnym miernikiem wartości opowiadania. Niektóre rzeczy są łatwe do poprawienia, inne zaś nie.

 

Przykładowe kiksy:

,wygaszony – nirwana? Chodzi o stan braku cierpienia, wyzwolenia od… (nazwijmy 'to’) wszystkiego.

,Jeśli rzeczywiście nic pan nie wie, to nie mogę nic panu zdradzić.

Tu chyba jakiś kiks z podwójnym "nie" i "nic".

,w Dziale do spraw Komunikacji Między Działami.

Może podmienić któryś z tych działów?

,Cały salon tonie w półmroku(+,) z którym zmaga się światło

,Sam pył w jednych opowieściach ma stanowić ekstrakt z nowoodkrytych halucynogennych grzybów (proweniencji różnej, zależnie od wersji tej historii), mieszankę wszystkich znanych wpływających na percepcję substancji, supernowoczesny produkt biotechnologii, materialny nośnik wirusa niszczącego wszczepki, lub nawet nieznaną wcześniej substancję przybyłą z kosmosu wewnątrz meteorytu.

Tu jakiś kiks, coś się nie zgadza gramatycznie przy wyliczance elementów, zwłaszcza ostatnim.

,Poruszają się jakby we śnie(+,) odpływając myślami gdzieś daleko

,Nagle zaczynają uciekać(+,) albo rzucają się na bliskich

,Wiem za to(+,) dokąd podążam

,przemykam na wskroś niewielkiego placu zamkniętego z trzech stron

Przemykam "na wskroś"?

,To z tej bazy algorytmy wydzielają każdemu z nas przydział zgodnie z jego wynikami.

Wydzielają przydział zgodny z jego wynikami? :P Coś bym z tym zdaniem koniecznie zrobiła. Rozumiem, o co chodzi, ale niezgrabne.

,Uruchamiam opcje wyszukiwania

Literowka "-ę" czy ma pozostać lm.

,Przez moment mam obawy

Może "obawiam się"?

,Porzuca mnie(+,) nim jeszcze zdążyliśmy się związać.

,zabiją w nas tych ludzi (+,) jakimi kiedyś byliśmy

,menadżerów

Wiem, obie formy są poprawne, ale w firmach używa się menedżerów, bo menadżer zarezerwowany jest dla obszaru muzyki.

,Zbudowany na planie półokręgu, wewnętrzne ściany zajęte przez regały z książkami

Wewnętrzne?

,Russel przekręca się w fotelu

Obraca fotel?

,ktoś w Firmie wie(+,) gdzie go dostać

,– Podobno… – Podobno co, Ben? Co wymyślisz? – …ktoś w Firmie wie gdzie go dostać.

– Kto tak mówi? – pyta Russel, świdrując mnie tymi swoimi oczami w kolorze lodowego błękitu, pod których spojrzeniem uginają się karki wszystkich jego pracowników. Potem odkorkowuje butelkę i wyciąga szklanki. Nie. Tylko jedną szklankę.

Tu jakiś kiks w dialogu.

,Słyszałeś(+,) na jakiej zasadzie Firma decyduje o awansach i zwolnieniach

,Nie wiem tylko(+,) czemu mi o tym mówi

,widzę pływające w alkoholu drobiny(+,) mniejsze od ziaren piasku.

Albo przecinek albo drobiny na końcu zdania.

,mimo,(-,) że powierzchnia cieczy

,maszyny badającej moją poczytalność

Czyli chodzi o wariograf/encefalograf ze wstępu?

,Niedługo trwam w samotności

Niezgrabne.

,Dziewczyna czeka(+,) aż coś powiem.

 

A to, bo mnie zainspirowałeś (przypominam, że najsilniej działa na mnie lekkie przeinaczanie)

Shinay bardo – stan “pośredni”, bardo tego życia każdej istoty.

 

Keki zapytała Wielkiego Matsu:

– Czymże więc jest joga, mistrzu?

– Procesem poznawania siebie, droga Kiki, przez który poznajemy świat, w którym żyjemy. Kluczem otwierającym drzwi do naszych ukrytych posiadłości takich jak telekineza, telepatia i wiele innych. Światów dotąd schowanych przed nami, poszerzających świadomość i wiedzę.

– Czy można go porównać do odzyskania wzroku i słuchu?

– Tak. Dla osoby niewidomej i głuchej świat zawsze będzie czarną, bezdźwięczną pustką. Lecz również ci, których uważamy za zdrowych, normalnych, są upośledzeni, ponieważ są pozbawieni nieznanych zmysłów, które można pobudzić specjalnymi technikami. Z ich pomocą czas, potrzebny do rozwoju paranormalnych zmysłów, każdy z nas może skrócić do jednego życia, co bardzo poszerza wiedzę i możliwości poznania świata, w którym żyjemy.

– Dziękuję, mistrzu.

U stóp małego wodospadu siedziało w "lotosie" kilka osób. Po jego drugiej stronie stała wycieczka turystów. Do Keki docierały pojedyncze pytania słowa:

– To jakaś tutejsza sekta?

– Nie zimno im?

– Jak długo…?

– Zwyczaj.

Zamknęła oczy.

 

Pozdrawiam. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

czasami nielogiczności

Prośba o wskazanie, ponieważ tekst uważam za dobrze przemyślany. 

wygaszony – nirwana? Chodzi o stan braku cierpienia, wyzwolenia od… (nazwijmy 'to’) wszystkiego.

Nirwana dosłownie znaczy "zgasnąć". 

 

Jeśli rzeczywiście nic pan nie wie, to nie mogę nic panu zdradzić.

Tu chyba jakiś kiks z podwójnym "nie" i "nic ".

Celowa gra słów, by podkreślić absurd sytuacji. 

 

w Dziale do spraw Komunikacji Między Działami.

Może podmienić któryś z tych działó w?

Celowa gra słów, by podkreślić absurd korporacyjnej struktury. 

 

Tu jakiś kiks, coś się nie zgadza gramatycznie przy wyliczance elementów, zwłaszcza ostatnim.

Co do ostatnich trzech słów, może rzeczywiście. Wcześniejsza część wyliczanki wydaj mi się poprawna, ktoś by musiał to rozsądzić. 

 

Przemykam "na wskroś"?

Inaczej na wylot, na przestrzał. 

Kiks może polegać na tym, że potem (chyba) złej odmiany. :P

 

Wiem, obie formy są poprawne, ale w firmach używa się menedżerów, bo menadżer zarezerwowany jest dla obszaru muzyki.

Nie słyszałem nigdy o tej rezerwacji. Za to w pracy bardzo często spotykam się z menadżerem, a to branża całkiem inna. :) 

 

Wewnętrzne?

Od strony wnętrza budynku. Ściana zewnętrzna jest przeszklona. 

 

Tu jakiś kiks w dialogu.

Musisz doprecyzować. 

 

Niezgrabne.

Kurcze, a mnie się podoba. 

 

Z tego przykładu z ostatniej partii tekstu zrobiła się lista od początku samego tekstu. :) 

Dzięki za wskazanie przecinków, kilka razy poprawiałem, mam wrażenie, że część poprawek się nie zapisała (bo te same miejsca wskazywali inni) i chyba w niektórych miejscach zepsułem (ten podwójny przecinek?). 

 

Prośba o wskazanie, ponieważ tekst uważam za dobrze przemyślany

Bo jest przemyślany, co widać w narracji, chodzi o koncepcję nirwany i stanu bohatera gra jego “odjazdów” i tej “bezdźwięcznej pustki”. Kilka drobiazgów podrzuciłam w przykładach, nie będę “niszczyła” całego opka, nie tu. :p

Nirwana dosłownie znaczy "zgasnąć".

Nie, nie znaczy. ;-)

Celowa gra słów

Ok, powtórzenie jedno, lecz jest i znaczenie?

Co do ostatnich trzech słów, może rzeczywiście

Ostatnia nie jest z pewnością, z poprzednimi elementami lekko do dyskusji.

Inaczej na wylot, na przestrzał.

Plac? Chciałam potraktować jak ciekawy neologizm, ale jednak nie dało rady. :(

Celowa gra słów, by podkreślić absurd korporacyjnej struktury. 

A gdyby był departament nie byłoby, co zmienia dział?

bardzo często spotykam się z menadżerem

Typowy błąd, wszyscy popełniają, nagminnie.

Od strony wnętrza budynku.

Opisujesz pomieszczenie, nie budynek, lecz gabinet i wewnętrzna strona?

Musisz doprecyzować.

Podałam. Po prostu nie wiadomo kto, co mówi i jedną kwestię dialogową trzeba od kolejnej linijki, lecz i tak coś nie gra.

trwać w ciemności

Kurcze, a mnie się podoba.

Twoja wola, lecz trwać i ciemność są osobnymi konceptami, a tu, delikatnie nadmienię że chodziło o sekundę lub dwie. Rozumiem weird, lecz zdaje się że to była chwilka?

Dzięki za wskazanie przecinków

Proszę, jest ich wiele, lecz w redakcji znikną. :)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Bo jest przemyślany, co widać w narracji, chodzi o koncepcję nirwany i stanu bohatera gra jego “odjazdów” i tej “bezdźwięcznej pustki”. Kilka drobiazgów podrzuciłam w przykładach, nie będę “niszczyła” całego opka, nie tu. :p

Dlaczego? 

Żadnych opinii nie traktuję arbitralnie, więc mnie tym nie urazisz i może ciekawa dyskusja z tego wypłynie, a na pewno jakaś wiedza. :) 

 

Nie, nie znaczy. ;-)

Pamięć jest zawodna, więc sprawdziłem:

https://www.etymonline.com/word/nirvana

Dosłownie: zdmuchnąć/zgasić. Czyli mój bohater mógł spokojnie odnieść swój "wygaszony" stan do nirwany. 

Akurat buddyzmem swego czasu się sporo interesowałem, a znaczenie słów mnie ciekawi od zawsze, więc to porównanie nie było dziełem przypadku. :) 

 

Ok, powtórzenie jedno, lecz jest i znaczenie?

Przecież podałem znaczenie. Rozumiem, że możesz tego nie kupować. Kwestia odbioru. 

 

Plac? Chciałam potraktować jak ciekawy neologizm, ale jednak nie dało rady.

Skoro można coś na wskroś przeniknąć, to czemu nie przespacerować? :P

Nie będę się upierać przy poprawności tego sformułowania. 

 

A gdyby był departament nie byłoby, co zmienia dział?

Właśnie to Powtórzenie podkreśla absurd. Dział, którego zadaniem jest komunikowanie się jednych działów w innymi. Korporacje tworzą takie potworki. 

 

Typowy błąd, wszyscy popełniają, nagminnie.

Nawet SJP:

https://sjp.pwn.pl/sjp/mened%C5%BCer;2567492

 

Opisujesz pomieszczenie, nie budynek, lecz gabinet i wewnętrzna strona?

Taki podział ścian jest stosowany w budownictwie

https://asbudownictwa.pl/sciany-zewnetrzne-i-wewnetrzne/

Posłużyłem się nim, by określić o które ściany (w odniesieniu do całej konstrukcji) mi chodzi.

 

Podałam. Po prostu nie wiadomo kto, co mówi i jedną kwestię dialogową trzeba od kolejnej linijki, lecz i tak coś nie gra.

Tam nie ma pomieszanych kwestii dialogowych. To, co między półpauzami, to myśli Bena. A Ben jest dla pierwszego zdania podmiotem domyślnym. 

Ale już wiem, czemu ta konstrukcja cię zmyliła. 

 

Nie, Geki, nie będę rozmawiała na szybko w kilkunastu znakach, a urażania się nie bojam. Spytam tylko o jedno – medytowałeś, czytasz mistrzów, znasz buddyzm. Ja też nie jestem tżadnym specjalistą, za mało doświadczeń i czytania. Tyle. Będziesz pisał opko zahaczające o buddyzm – zaproś na betę, tam będziemy toczyć spory. Przy tym, wchodzącym w skład najlepszej dziesiątki, języka już nie będę strzępiła, bo kontrproduktywne i nie chcę.

Dosłownie: zdmuchnąć/zgasić.

Ważne, co gasisz i zdmuchujesz. Sam sprawdź. xd

 

Co do nica, placu, działu, menedżera – decyzja Autora. O ile jeszcze z nicem od biedy bym się zgodziła, z pozostałą resztą już nie. Czasem myślę sobie, i o co ja te kopie kruszę?

 

Taki podział ścian jest stosowany w budownictwie

Tu już zdecydowanie nie, ściany mogą być wewnętrzne, lecz określenie dotyczy ścian dzielących przestrzeń bydynku, mieszkania. Opisujesz konkretne pomieszczenie, a te regały biblioteczne go nie dzielą, lecz po prostu stoją przy ścianach. Czy powiedziałbyś, że zamontowałeś umywalkę na wewnętrznej ścianie łazienki, albo szafę po babci przystawiłeś do wewnętrznej ściany pokoju?

 

– Podobno… – Podobno co, Ben? Co wymyślisz?…ktoś w Firmie wie gdzie go dostać. 

– Kto tak mówi? – pyta Russel, świdrując mnie tymi swoimi oczami w kolorze lodowego błękitu, pod których spojrzeniem uginają się karki wszystkich jego pracowników. Potem odkorkowuje butelkę i wyciąga szklanki. Nie. Tylko jedną szklankę.

Ten kiks, zerknij:

Kwetię dialogową wypowiada Ben i dalej:

*Pierwsze podkreślenie – i kto to mówi, Ben do samego siebie?

*Pierwszy bold – myśl Bena

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Spytam tylko o jedno – medytowałeś, czytasz mistrzów, znasz buddyzm.

Znać buddyzm… nie wiem, czy ktokolwiek zna buddyzm. Za wiele szkół. 

Kilka (naście?) lat temu byłem micni zaangażowany w jego powstanie, czytałem nauki Siddaharty, myślałem nawet o konwersji na buddyzm. Do tej pory wiele z mojego osobistego postrzegania świata jest z nim związane, choć po tylu latach zdążyłem zapomnieć więcej niż pamiętam. 

 

Ważne, co gasisz i zdmuchujesz. Sam sprawdź. xd

Wiem, wiem i nadal uważam, że stan mojego bohatera można tak odnieść, choć oczywiście Ben nie osiągnął nirwany. W tym, jaki stan do niej porównuje, odbija się mój wrodzony pesymizm, nihilizm i patrzenie przez czarne okulary. 

 

Ben w tej kwestii myśli, czy też mówi w myślach sam do siebie. Tak jak napisałem, już wiem, że to może być niejasne. :) 

 

 

Wiem, wiem i nadal uważam, że stan mojego bohatera można tak odnieść, choć oczywiście Ben nie osiągnął nirwany.

Dzięki, za rozśmieszenie, fajne na nockę. :DDD

 

Ja nauk Siddarthy nie czytałam, co najwyżej Hessego, lecz o klimaty zeuropeizowane czy zamerykanizowane lekko nie otarłam. ;-) W Indiach niestety też nie byłam, choć tego akurat żałuję. Nie myślałam o konwersji, choć znam takich, co to zrobili. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Czołem, Gekikaro!

Przybywam zwiedziony plebiscytem i na samym początku muszę zaznaczyć, że duże wrażenie wywarła na mnie… przedmowa. Nie część o historii miłosnej, lecz o zero-jedynkowości, gdyż intryguje mocno i mogę powiedzieć, że wywiązałeś się z zapewnienia w sposób dla mnie absolutnie satysfakcjonujący.

Opowiadanie jest dla uważnego czytelnika, myślę że przez swoją strukturę, którą bawisz się, wykręcasz i wykrzywiasz na wszystkie strony, ale przy tym wszystkim nie poczułem się zagubiony, przynajmniej w chronologii. Duże wrażenie zrobiła na mnie scena rozmowy z Russelem, ta jego argumentacja oparta na tej pokręconej chronologii, a jednocześnie spójna i logiczna.

Wątek obyczajowy wygląda mi na nie wyróżniający się. Ten schemat pojawiał się już wielokrotnie w wielu opowieściach. Pozostawił mnie obojętnym, bo to światotwórstwo jest tym, co przyciągało moją uwagę.

Co do historii, to sam nie wiem, co sądzić. Nie jestem w stanie ocenić, co tutaj jest intencjonalnym niedopowiedzeniem, a co (jeśli w ogóle coś) jest jakąś dziurą czy fabularną niedoróbką. W poszukiwaniu sensu pobieżnie przejrzałem komentarze i tu ktoś wspomina Dicka (którego twórczości nie znam), tam ktoś wspomina buddyzm (w którym też nie orientuję się jakoś wybitnie), stąd stwierdzam, że nie pokuszę się chyba o interpretację, gdyż brakuje mi niezbędnego kontekstu. Co sugeruje, że być może nie jestem adresatem tego opowiadania. Zagrałeś ambitnie i bardzo to szanuję, choć prawdopodobnie kosztem niezrozumienia ze strony części czytelników, zdobyłeś duże uznanie innych. A portalowe top10 z kolei skłania do refleksji, że ryzyko się opłacało. ;)

Cześć, Geki,

na wstępie wybacz, że dopiero teraz, ale czasem mam tak, że nawet jeśli przeczytam jakiś tekst i nawet jeśli mi się bardzo spodoba, to nie wiem, co napisać. Generalnie tworzenie komentarzy przychodzi mi z trudem i z chęcią zostałabym drugą Anet :P

No więc przeczytałam opko w zasadzie około dnia premiery, ale dostanie się do plebiscytu to nie byle co i należałoby jednak z mojej strony oddać te należne słowa uznania.

Opowiadanie jest genialne, od początku do końca (a do początków zaliczam też w tym przypadku przedmowę!) Bardzo tajemnicze i nie wiedziałam, czy dobrze je odczytałam, ale z pomocą przyszły komentarze. Normalnie nie lubię tego poczucia “ale co się właściwie stało?”, ale tym razem wyszło klawo, choć mózg mam chyba zbyt miałki na takie rzeczy. Napisane sprawnie, trochę sucho, ale tak miało być. Zazdroszczę umiejętności ;D Współczuję Benowi i oby taka przyszłość się nie ziściła…

 

Powodzenia w dalszym pisaniu!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Pracuję na osiemnastym piętrze Firmy – nie wymieniam jej z nazwy, bo nie ma po co – w Dziale do spraw Komunikacji Między Działami.

 

Brzmi jak esencja korpo…

 

Patrzę wreszcie na ściany wieżowców, na niebo, na dachy odległych bloków mieszkalnych, wszędzie tam, gdzie rzeczywistość przykryta jest przez personalizowane holo-reklamy.

 

Zaczyna mi się to opowiadanie naprawdę podobać. Już widzę, że będzie grubo.

 

Ja dostanę dwa dni urlopu.

 

Bardzo grubo.

 

Dziś jest przedwczoraj.

 

Zaczynam się gubić. Rozważam, czy by Twojego opka gdzieś nie rozrysować :P

 

Trudno jest mi „odstawić na bok zero-jedynkowe postrzeganie świata”, o co poprosiłeś mnie na początku, ale po tej prośbie wiem, że nie ma sensu zadawać pytań pt. „o co tu właściwie chodzi?”. Opowiadanie jest przepotężne, to pewne. Akcja, emocje, wizja świata… jestem kupiony, mimo iż nie wiem, czy to opowiadanie przeczytałem, czytam, czy może będę czytał?

 

Pozdrawiam.

Precz z sygnaturkami.

Bardzo moje klimaty. Ten tekst ma “to coś”, jakąś niesamowitość w sobie, coś, co w literaturze uwielbiam. Tak jak bawiłeś się materią i abstrakcją w “Jad zabija niepostrzeżenie”, tak tutaj znowu to robisz i wychodzi to świetnie. Czytało się bardzo lekko i w ogóle nie odczułam długości tego tekstu. Przedmowa nie była (przynajmniej według mnie) potrzebna, bo tekst doskonale samą swoją treścią przekazuje to, co się w niej znalazło.

Bohaterowie wykreowani umiejętnie i mają wyraziste charaktery. Tylko motyw ze śmiercią dziecka mało oryginalny. Ale reszta cudownie mąci w głowie, a jednak wydaje się przemyślana. Nie wiem, co jeszcze więcej mogę napisać, bo tekst po prostu tak zwyczajnie mi się podobał jako całokształt, więc napiszę tylko, że w plebiscycie na pewno będziesz miał jakąś część mojego głosu.

Cześć :)

Tekst na bardzo wysokim poziomie: głęboki, szczwano zaprojektowany i przekonywujący w obszarze dystopijnej wizji przyszłości (wizja ta jest dość uproszczona i trochę standardowa, ale co z tego – mnie przekonuje).

Cały ten senny galimatias też jest świetny, głównie dlatego, że nie jest oniryczną fantasmagorią, a po prostu bardzo dobrze pokazanym zagubieniem się w stanach świadomości. To jest naprawde ciekawy i dobrze zrealizowany koncept.

No i jest przekaz, i jest o miłości, no bardzo to udane (może oprócz wątku ze zmarłą córcią, dość standardowy, rzekłbym).

Jak mi się to czytało? Nieco na siłę (serio, NIECO, to ważne i zwróć na to słówko uwagę). W mojej opinii tekst jest po prostu odrobinę (tu podobnie jak z nieco, zwróć uwagę: ODROBINĘ) przegadany. To pewnie ma związek ze stylem, w jakim piszesz – grzecznie, miejscami dość formalnie. Dla mnie – zbyt ładnie jak na cyberpunka. 

Jeszcze o moich czytelniczych wrażeniach – cała opowieść wydała mi się ciut (CIUT) naiwna, ale odbiór diametralnie się zmienia po przeczytaniu zakończenia. Wtedy coś pstrykneło i zamiast naiwności zobaczyłem głębię.

Bardzo fajny tekst, winszuję :)

 

 

 

 

Czytałem kiedyś fascynujący artykuł o tym, jak nielinearnie aborygeni postrzegają czas, jak nawet ich język nie odwzoruje podziału na czas przeszły, teraźniejszy i przyszły w taki sposób jak języki zachodu. Ten motyw przewija się potem przez gorsze lub lepsze dzieła z zakresu s-f, ale zawsze niesie ze sobą potworny potencjał.

Ty zmieszałeś to, jeżeli dobrze rozpoznaję, z buddyzmem, karmiczną pętlą, przynajmniej na warstwie nawiązań. Pokręciłeś z dość kliszową historią miłości z problemami i smiercią dziecka (w tym przypadku powód śmierci czyni sprawę ciekawą) oraz następującą potem traumą. Zamieszałeś chronologią, przeprowadziłeś bardzo ciekawą woltę, ale… nie jestem pewien jak odczytywać finał. Jako karmę, do której bohater postanawia się dostosować? Pokutę, którą sam sobie wymierza?

Nierzeczywistośc rzeczywistości jest ładnie podkreślana zakłóceniami chronologicznymi, nielinearnymi przeskokami. Zastanawiam się tylko, czy w tym opowiadaniu jest coś więcej, niż sam pomysł, prezentacja szalonego konceptu.

Może to wieczne niezadowolenie z życia, ba, wręcz brak poczucia satysfakcjonującego życia u Bena? Dlaczego dąży do samoumartwienia? Czy “jestem to jej winien” to nie tylko pretekst?

 

Tekst intrygujący, niełatwy, nie pozwalający łatwo zawężyć jego interpretacji. Bardzo ciekawy.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bardzo efektowny tekst, który można odczytać na kilka sposobów. W narracji prowadzonej na wielu płaszczyznach pomaga się czytelnikowi odnaleźć zasugerowany buddyjski klucz interpretacyjny, ale nadal można różnie podejść do tej historii. Z jednej strony mamy tu więc mocno zakorzeniony w filozofii obraz (przejściowej) rzeczywistości przedstawiony na przykładzie tytułowego bohatera, a z drugiej po prostu kameralną historię wykorzystującą nawiązania do filozofii jako metaforę relacji. Dla kogoś innego może to być też głównie dystopijna wizja z wszechpotężną korporacją w centrum. I tak na przykład w pierwszej interpretacji Firma symbolizuje prawo karmy, w drugiej jest po prostu elementem codzienności Bena i Sary, a w trzeciej tym kontrolującym wszystko opresyjnym tworem.

Świetny zamysł idzie w parze z wykonaniem. Narracja jest poprowadzona w dobrym tempie, utrzymuje uwagę czytelnika, sceny łączą się ze sobą poprzez konkretne obrazy lub detale, a wszystko to spięte niejednoznaczną klamrą kompozycyjną – przywołanie początkowej sceny sugeruje, że cały cykl się powtórzy, ale pojawia się też dodatkowy fragment, który wydaje się mieć bardziej pozytywny wydźwięk i (w tym przyziemnym, obyczajowym odczytaniu) wskazywać na przepracowanie żałoby po Rosie.

Opowiadanie bardzo w stylu twórczości Dicka albo filmów Nolana, i tutaj mimo wszystko trochę szkoda, że te poszczególne elementy układanki to dobrze znane w gatunku motywy, niemniej całość wciąż robi duże wrażenie. Myślę, że jeszcze w wolnej chwili tu wrócę, żeby na spokojnie wyłapać wszystkie smaczki. ;)

Powodzenia w plebiscycie!

Komentuję pospiesznie, żeby nie przegapić szansy wygrania książki (tak, zagłosowałem m.in. na to opowiadanie w plebiscycie ;)

Brawa przede wszystkim za konstrukcję – niby chaos, a uporządkowany. W przypadku takiego pomysłu na opowieść, bardzo łatwo pójść na żywioł, pokusie tej ulegali najwięksi, żeby wymienić tylko Dicka i Strugackich (a muszę przyznać, że najbardziej mi się Twoje opowiadanie kojarzy ze “Ślimakiem na zboczu”, pewnie przez ten nagły awans bohatera). A ja sobie bardzo cenię, kiedy czuję, że autor cały czas konsekwentnie panuje nad wątkiem opowieści – wie dokąd, po co, i którędy zmierza. 

Językowo bardzo dobrze, ale, że wcześniej czytałem “Księżycowego księcia”, wiem, że to nie szczyt możliwości autora.

Przeczytałem i jestem zachwycony.

W zasadzie wszystko w nim gra. Narracja bardzo płynna, przeczytałem prawie jednym tchem. Problemów z połapaniem się gdzie jestem też nie miałem żadnych, a podejrzewam, że nie było to łatwe.

Pomysł i kompozycja to zdecydowanie jego największy atut, jak już wiele osób wspominało nasuwający skojarzenia z Dickiem. Wszystko opiera się w zasadzie na trzech prostych pomysłach – holo (choć w sporej mierze jako wypełnienie tła), a przede wszystkim omnipotentna Firma i tajemniczy złoty pył. A koniec końców, poza interesującą fabułą, dostajemy też kilka pytań o świat, rzeczywistość, społeczeństwo, nas samych…

Moim zdaniem trochę dało też nazewnictwo. Z jednej strony wymienieni z imienia bohaterowie, z drugiej enigmatyczna “Firma”, “Biały”, “Czarny”. Trochę przywołało mi skojarzenia z twórczością Kafki, ale przede wszystkim tworzy ten element niepokoju – a przy okazji ładnie gra z tym dziwnym-sennym klimatem.

Gratuluję :)

Ciekawe. Klimatyczne. Horror bez horroru. Dobrze będzie się czytać. Dobrze się czytało. Dobrze się czyta

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Nowa Fantastyka