- Opowiadanie: Naz - Larwy (modlitwa do Klary)

Larwy (modlitwa do Klary)

Opowiadanie z polskiego rocznika weird fiction Sny Umarłych 2019. Opublikowane za zgodą redaktora. Jeśli dotąd SU 2019 nie wpadły wam w ręce, to teraz macie przynajmniej jedno opowiadanie.

 

Dzięki, lk, bo przez ciebie zdecydowałam się pisać na nabór tydzień przed terminem ;)

 

Ponieważ dawno nie nadążam za tym, co się dzieje na portalu, napiszcie mi w komentarzu – jeśli macie ochotę – co waszego mogę przeczytać i skomentować w zamian.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Larwy (modlitwa do Klary)

Wydawało mi się, że ta myśl podchodzi do mnie jak lis do kołyski. Że jestem mała i bezbronna wobec okrucieństwa nocy, która chce mnie pochłonąć i zabarwić moją krwią śnieg. I może gdybym nie czytała tyle egzystencjalistów i poezji… może potrafiłabym tę myśl zwalczyć, zamiast dawać się jej rozpleniać i nurzać mnie w głębi rozmyślań i płaczliwych sonetów „na cześć tego, co jest, a czego nie widać”. Może gdyby nie Egzystencjalizm jest humanizmem ani „świat nie ma ramion, nie ma ciepłego oddechu”. I ta myśl, spleciona jak zrośnięte rodzeństwo z myślą o insektach, o czymś na miarę kleszczy pijących ze mnie blaski i cienie, rosnących na moich ramionach, składających w duszy jaja. Ale było już za późno, już wszystko się stało, filozofie wtłoczone do łba, techniki medytacyjne, uporczywe rozświetlanie zakazanej, mętnej ciemności – to wszystko już za mną. Być może i śmierć, może nie jedna. Przeminęło jak kleszcze rozdeptane przeze mnie, gdy w korytarzu parnym latem gubiły je psy.

Tyle że pozostały larwy, wykarmione na niejednej krwi.

Po co czytamy o tragediach, po co się wczuwamy w cudze męki i rojenia, kochając czystą abstrakcję tego, co nas nie dotyczy, lecz przecież zabarwia codzienność intensywnością?

Ileż książek pochłonęłam, przeżywając te skrojone przez wzburzone umysły tortury nieistniejących lub z dawna martwych nieszczęśników, bo chciałam nie-przeżyć coś, co wstrząsnęłoby mną do cna – bardziej niż sam fakt istnienia. Co odmieniłoby moje spojrzenie i sprawiło, że dla świata byłabym bardziej interesująca, bo po części zużyta, po części wyssana, wbrew celebracji pełności i bezrefleksyjnego mnożenia. Ale czy wiedziałam o kleszczach? Nie, nikt o nich nie wie, póki nie wgryzą się i nie urosną gdzieś na ciele, pięć tysięcy jaj za jednym zamachem. A akurat te kleszcze, o których ta myśl nie daje mi zapomnieć… Z ich jajami jest jeszcze inaczej…

Czytamy o cudzym smutku, by go przeżyć bezpiecznie, marząc jednocześnie o niebezpieczeństwie jego bezpośredniości, lecz gdy taki smutek nagle – zawsze nagle – przychodzi w realnym (absurdalne słowo) życiu, wszystko nabiera bezsensu, a bohaterowie lektur rozsypują się na wietrze w kawałkach spalonego, sczerniałego papieru.

Mam wszystkie połączenia zerwane, świadomość moja ma wybite zęby, wszystko milczy. Ten instrument już nie zagra, mówi ktoś i rozwala mnie o ścianę jak zepsutą gitarę.

 

– Klara, na litość boską…

To mój mąż Michał. Stłukłam filiżankę, klęczy przy mnie i zbiera fragmenty porcelany. Ma pochyloną głowę, nieumyte włosy, nie zdążył przed pracą. Czuję ucisk w gardle; Maria Magdalena, czy ona miała brudne włosy, gdy klęczała przed Jezusem?

Chcę, żeby Michał się odsunął, ale to ja odwracam się i wychodzę. Ta myśl, która odizolowała mnie od świata jak kokon…

Larwy są wewnątrz nas. Tak, w nim też. Ale we mnie są inne.

– Pierdolę, nie zostanę tu – mówię, ale już jestem w lesie, głęboko, nie pamiętając drogi na miejsce, jakbym się teleportowała.

Stoję na śniegu, na ścieżce dzików, widzę wielkie ślady i szeregi małych. Głucha cisza zmierzchu trwa tylko chwilę; magiczna granica światów pęka, gdy sowa zrywa się na łowy, krzycząc jak człowiek obdzierany ze skóry (a niektórzy myślą, że te doskonałe drapieżniki tylko słodko pohukują) i wraz z tym przenikliwym dźwiękiem rozchodzi się we mnie świadomość siarczystego mrozu. Chłonę echo, a las zmienia się gwałtownie z przyjaznego we wrogą tajemnicę. Oblepione śniegiem i lodem gałęzie wyglądają w półmroku jakby zsiniały. Drzewa w rozkładzie wstrzymywanym przez zimno.

Nie chodzę tu tak późno, bo rozumiem las, i on o tej porze mnie tu nie chce.

Nie chodzę tu bez psów. A jednak jestem tu, teraz, sama.

Co się dzieje?

Dzięcioł tłucze w drzewo. Znalazł robaki.

Uciekam.

 

***

 

Widzę go, stoi na brzegu morza, które pieni się i wrzeszczy, jakby bolał je ząb. Wiem, że śnię, bo on tu jest, nic by mi tak wyraźnie tego nie zasygnalizowało, ani dziwaczne zakręcone fale, ani sowie, a może ludzkie krzyki, dobywające się z szarych odmętów.

Podchodzę, zaglądam mu w oczy.

– Czy zapomnę twoją twarz? – nie wiem czemu, ale zawsze o to pytam.

– Jasne, że nie. – Uśmiecha się, zerka na mnie i znów wbija spojrzenie w rozszalałą wodę.

– Zabiłam cię? Powiedz, czy cię zabiłam.

Milczy. To przecież moja projekcja, a ja nie znam odpowiedzi na to pytanie. Ta myśl nabiera mocy przez moją niewiedzę.

Morze jest już niemal czarne i wyrzuca na popielaty piach martwe puchate ptaki.

– Nie dałeś mi się pożegnać. Teraz ciągle robię to tutaj.

– Nie rozumiesz ani życia, ani śmierci. Twoją domeną jest to, czego nie ma. – Wiem, że to mówi, czytam z ruchu jego warg znaną mi mantrę, morze wszystko zagłusza, oślepia mnie błyskawica przecinająca świat na pół, dzieląca go na domenę żywych i martwych.

Na szczycie błyskawicy siedzi nabrzmiały kleszcz.

Babcia wywleka mnie na brzeg z odmętów lodowatej, słonej wody.

– Niektórzy żyją, by umrzeć, a inni umierają, bo żyli – mówi i wyciąga do mnie talerz zupy ogórkowej.

Kurwa, a jeszcze inni śnią o miauczących kaczkach i czasach podstawówki.

 

***

 

Nad ranem wstaję cicho, mam do pracy wcześniej niż Michał. Udaje, że śpi, więc nie muszę się odzywać. Ta myśl przysłania cień, który rośnie między nami, nawet nie dostrzegam już wielkiej czerni nad małżeńskim łóżkiem, gotowej zabić każde przypadkowo spłodzone tu życie. Nie widzę jej, ponieważ ta myśl. Powstała przez pieprzonego tchórza. A może przez to, że zabijam, zabijam…

Boję się wyjść do pogrążonego w mroku przedpokoju, czuję, jakby coś napęczniałego i zaborczo zagarniającego przestrzeń wypełniło cały dom. Na szczęście pies chrapnął właśnie, stary, na wpół ślepy pies, który sam już jest cieniem, ale przynajmniej wciąż materialnym, wciąż ciepłym i miękkim. Robię krok, serce mi zamiera, jakbym podchodziła niby dzieciak do szafy pełnej strachów, ale idę, bo jestem dorosła, bo paniczny lęk po prostu się depcze, przełyka, truje nim od środka, w milczeniu, w bohaterskim delirium dziecięcego zaufania do świata. O wiele mocniej niż w dzieciństwie wierzę, że tam gdzieś jest coś, co mnie pożre.

Gorzej, ja to wiem.

Docieram do zamarzniętego samochodu jak skonany wędrowiec, dzierżąc w zgrabiałych palcach kawałek plastiku, zdrapuję z szyb lód. Ruszam w drogę, auto nie chce się nagrzać, ulice są puste, natrętne myśli odtwarzają w głowie te same obrazy, by zrozumieć, by znaleźć odpowiedź na najważniejsze w tej chwili pytanie, odpowiedź, która jest życiem, a przynajmniej czymś dalej, bo zahamuje tę myśl.

Grzebię we wspomnieniach, wierzę, cholera, wiem, że wspomnienia to zakodowana przyszłość.

 

***

 

Mój przyjaciel Filip zawsze robił coś ciekawego, a nawet jeśli nie było to ciekawe, on sprawiał, że człowiek cały aż się do tego palił. Żył jak kot – jeśli nie spał, zdobywał świat, chłeptał go jak kociątko mleko, jak… kleszcz krew. Skoro chciał się ze mną spotkać, czekała mnie przygoda, głupia czy nie, przygoda w letnie rześkie popołudnie po burzy.

Tymczasem Filip zalewał się łzami i jąkał zupełnie jak nie on, wrak człowieka zataczający się z żalu zmieszanego z obłędem, którego aura na wstępie mnie odrzuciła. Spotkaliśmy się na starym, zarośniętym parkingu za kopcącą z kominów fabryką, która wykarmiła nasze małe miasto. Gdzieś nieopodal Filip hodował zielsko, na polance w lesie. Wyjarał już niemal całe swoje plony, ale dopiero wtedy zauważyłam, że mogło mu to zaszkodzić, chociaż zachodziłam w głowę, co za syf tam wpuścił w bogu ducha winną ziemię, że zanim się jeszcze odezwał, biła z niego paranoja, jak ciemnoszary dym z olbrzymiej fabryki. Jakby jego larwy natrafiły na wyjątkowo smakowity kawałek i wpadły w szał. Ale o larwach było mi dane jeszcze wtedy nie wiedzieć.

– Mam coś, Klari, coś fenomenalnego.

Kurwa, jakby mi reklamował heroinę, jakby zza pazuchy miał wyciągnąć gotową, jeszcze ciepłą działkę. Kiedyś ciągle chodziłam nagrzana, teraz tylko ciągle myślę o tym, jakie życie było wtedy intensywne, a jakie teraz jest mdłe, i że nie mogę odzyskać kolorów, nawet mimo kupowania coraz bardziej tęczowych okularów, różowych, pomarańczowych, wymiksowanych. A wtedy Filip trząsł się przede mną jak ja na odwyku, prawie zwariowałam, ale teraz wiem, że on się trząsł z pragnienia gorszego niż narkotyczne, bo jego podgryzały te pierdolone robaki. Lecz co ja wtedy mogłam wiedzieć o robactwie, które żre czyjś świat wewnętrzny niby portret Doriana Graya?

Otóż nic. Ten zakres rzeczywistości miał mi się dopiero przedstawić.

– Musisz tam ze mną iść – mamrotał pomiędzy niemal histerycznymi szlochami. – To taka specjalna medytacja. Specjalne OOBE. Kiedyś to ćwiczyłaś przecież. Wiesz, jak to się robi. A do tej specjalnej medytacji trzeba stałego partnera…

– Powoli, Filip, bo uznam, że ci się klepki poprzestawiały. – Za późno, pomyślałam, ale chyba nie odbiło się to na mojej twarzy. – Gdzie mam z tobą iść?

– Coś nieprawdopodobnego! Mam hasło…

Wyciągnął z kieszeni bluzy cholernie brudny pergamin, w rękach mu się kruszył, ale rozwinął go przede mną, a ja patrzyłam na ten łachman i czułam, jakby mi przedstawiano testament Judasza. Pergamin cuchnął, ale jakoś tak głęboko, tak, że mi powietrze z płuc wycisnęło i omal zwieracze nie puściły, przysięgam. Raz mi się zdarzyło, kiedy nagrzana omal nie potrąciłam rowerzysty, że bym się zsikała, ale teraz miałam ochotę usiąść, żeby upewnić się, że powstrzymam ciało przed czym innym.

I wtedy też pierwszy raz poczułam larwy. Ruch w sercu, jakiego nie chce się doznać za żadne skarby, jakby obcy rozciągał się wewnątrz klatki piersiowej, jakby się prężył do skoku.

– Słuchaj, zobaczysz, ja wiem, że ty już w to wszystko nie wierzysz, że zwątpiłaś. Dlatego ci nie zależy, co? Zrobisz to ze mną?

Patrzył na mnie jak brudne, głodne kociątko znalezione na jezdni. Zawsze miałam słabość do kotów, a już zwłaszcza do kociątek, choć ludzkie dzieci mnie odstręczają.

– Bo to trzeba we dwoje, żeby hasło zadziałało – tłumaczył. – I potem można tylko z tą osobą. No weź, przecież i tak myślisz, że to pic na wodę…

– Nie mów mi, co ja myślę. Gdzie to niby prowadzi?

Filip rozejrzał się po pustym, wciąż wilgotnym placu, po starych betonowych płytach, z których parowało ciepło, patrzył na nie ze zmarszczonymi brwiami, jakby nadstawiały uszu. Tego kota już potrącono, powiedział mi głos wewnętrzny, nie bierz go! Ale ja bym go wzięła, nawet gdyby był martwy i oko zwisało mu z oczodołu, jak dawno temu jednemu z moich kotów, którego podniosłam gołymi rękami, bo go musiałam pogrzebać, bo przyjaciela nie zostawia się na poboczu drogi.

– Do prawdy – stwierdził szeptem. – Do takiego Matrixa, tylko raczej organicznego, wiesz? Pierwotna organiczność, tak o tym napisali, została z tyłu, pod nadbudową…

To się niebezpieczne robiło, zwłaszcza że Filip zawsze dotąd wydawał się racjonalny i mój umysł bronił się przed tym, że on tak na poważnie. Słabszy dzień pewnie ma, pomyślałam, a może coś łyka dla frajdy, bo w medycynie robi, dostęp ma, a on zawsze głodny wrażeń… i to pole zielska…

– Dobra, Filip, tylko się nie nakręcaj. Skąd to masz? – Wskazałam na pergamin i ręka mi zadrżała, jakbym próbowała podnieść za duży ciężar.

Powiedział. Kiedy ostatnim razem włóczyliśmy się po opuszczonych miejscach, natrafiliśmy na piwnicę pełną starych książek. To było w budynkach gospodarczych zrujnowanego kościoła; na drugi dzień zaplanowano zrównanie ich z ziemią. Tylko dlatego, kiedy Filip znalazł jakiś rozpadający się manuskrypt, złamaliśmy zasadę eksploratorów – wchodzisz i wychodzisz, jakby cię w danym miejscu nigdy nie było. Urbexowicze – duchy nawiedzające opuszczone miejsca, szczycący się tym, że daleko im do wandali, niewidzialni, trzymający miejscówki i drogi wejścia w tajemnicy, miłośnicy historii i drobni szaleńcy. Ale nie złodzieje. A jednak kiedy Filip, uwalony ziemią i pajęczynami, podniósł mi przed oczy pozłacaną, spękaną okładkę, powiedziałam: tak.

Z tejże księgi nienazwanego odłamu niewiadomych wierzeń zaraził się bakcylem pierwomedytacji, która prowadzić miała do prawdziwego, nadbudowanego przez ludzką świadomość świata, o którym rzekomo zapomnieliśmy, i z którego istnienia przestaliśmy zdawać sobie sprawę. Filip opowiadał mi to wciąż zapłakany, zasmarkany, roztrzęsiony – zastanawiałam się, czy to nie jest gruba przesada, że osoba, która zawsze twardo stąpała po ziemi i ratowała mnie z opresji, wiecznie bujającą w gęstych chmurach, teraz rozpada się na moich oczach.

Trudno to było znieść, więc obiecałam mu wszystko i obiecałabym jeszcze więcej, żeby się tylko wziął w garść, bo jeśli stały, niezawodny element twojego świata się rozłazi, niby skóra na dojrzałym trupie, to możesz wpaść w obłęd, tak po prostu, przez cudze wariactwa, słabość czy wypadek. Widziałam, że to się dzieje, więc obiecałam wspólną pierwomedytację, koniecznie wspólną, bo „ludzie skarłowacieli i teraz potrzeba dwóch dusz, żeby wejść do właściwego świata”. Powiedział mi, że nie da się potem z nikim innym wejść, że to takie partnerstwo na zawsze, a ja, kurwa, kiwałam głową i szczerzyłam zęby, a potem, jak już zostałam sama, tłukłam głową w kierownicę i nie mogłam uwierzyć, że pod tym brudnym niebem walczyłam z nagłą lawiną błota przez jakąś starą książkę. A przecież całe życie kochałam książki, bo otwierały światy, no właśnie, szlag by to, otworzyły coś przed Filipem i chłopak odleciał, ale przecież na pewno niedługo mu się poprawi, zioło mu się skończyło, nowa praca, zrobimy tę zasraną medytację, pogadamy z maszynami z Matrixa, skończy się nowa zajawka. Dokonamy eksploracji i odejdziemy, jakby nas tam nigdy nie było.

Kiedy stamtąd wreszcie odjechałam, pojechałam prosto do monopolowego.

 

***

 

– Klara…

Michał próbuje pod kołdrą mnie dotykać, ma ciepłe ręce, czuję jego gorącą erekcję w dole pleców, ale mam też wrażenie, jakby to pełzły po mnie macki mające pompować w ciało więcej i więcej jaj, mnożyć byty całkowicie niepojęte, przerażające i ciężkie, przygniatające świat, jaki znam, niemal do samego dna czegoś… czegoś, o czym absolutnie nie chcę myśleć, zwłaszcza w ciemności rozświetlanej mdłym blaskiem wyciszonego telewizora.

Ta myśl jest jednak gorsza. Ta myśl zmusza mnie, by pozwolić się zgwałcić robactwu, które w mojej wyobraźni, a może w mojej pierwowiedzy, oblepia ciało męża, oblepia wszystko, bo jest wszystkim znacznie bardziej, niż kiedykolwiek zdawało mi się, że to, co widzę, jest wszystkim, a zdawało mi się tak, zwłaszcza gdy zwątpiłam w boga.

Larwy pełzną po pościeli, pełzną przez nasieniowody, ale najbardziej przejmujące, że pełzną przez moje aorty, moje czakry, moje złudzenie. Ta myśl utwierdza mnie zwłaszcza w świadomości złudności bytu, po prostu nie mogę, nie mogę, tak jak wydaje mi się, że nie mogę istnieć, i zupełnie bezwolnie, wijąc się w rytm drgania larw, jestem przyszpilana do tej myśli coraz mocniej.

 

***

 

– Dobra, Klari, siadamy sobie, jest dobrze, tutaj najwięcej zobaczymy.

Pojechaliśmy specjalnie do najbliższego molocha, śląskie, brudne, zatłoczone miasto, i Filip poprosił, żebym się rozsiadła na chodniku na zatłoczonej ulicy, pomiędzy krzywymi, burymi nogami kaszlących przechodniów, pomiędzy oparami z rur wydechowych i w psich szczynach. Ale nadal nie był sobą, mało tego, miał ten kurewski pergamin, więc zdawał się obezwładniający, jakby ukrywał w kieszeni tornado, które mnie wciągnie i wypluje strzępy, jeśli tylko spróbuję zrobić krok w tył. Usiadłam w dziwacznej, podyktowanej przez Filipa pozycji, z podkurczonymi nogami, z rękami rozrzuconymi po bokach, z głową pochyloną ku ziemi; nieopodal mojego kolana spoczywała plama z lodów, a przy krawężniku resztki rozjechanego gołębia.

– Zamknij oczy, będę czytał. Po prostu się wyłącz, nic trudnego. Hasło zrobi resztę, chyba że jesteśmy niegodni.

Kurwa, może to te seriale na Netfliksie, pomyślałam, może rzeczywistość jest już tak mdła, a to zielsko na tyle mocne, że Filip po prostu przeniósł się do alternatywnego wymiaru, bo tak jest lepiej, łatwiej, ciekawiej, wygodniej, bo przecież kilkadziesiąt godzin seriali w tygodniu może zryć czerep, nikt nie zrobił jeszcze badań na temat przyjmowania takiej dawki, a może zrobił, ale nie na każdej możliwej grupie…

Siedziałam w odpowiedniej pozycji i z trudem, ale wyciszyłam się, bo Filip miał pergamin. Kompletna, popaprana groza, ale ludzie początkowo jej nie odczuwali, nie zdawali sobie sprawy, performance albo wariaci, performance albo wariaci. Lecz gdy tylko mój przyjaciel zaczął czytać z przekleństwa wygrzebanego z zapomnianego kościoła, nie mogłam zrozumieć słów, bo koła na jezdni zapiszczały, dziecko ryknęło płaczem, ktoś krzyknął i psy zaczęły szczekać, jak w tanim horrorze, ale na tanich horrorach zawartość żołądka nie podchodziła mi do gardła, serce nie galopowało ani nie pojawiały się mroczki przed oczami.

Jak fala rozeszło się od Filipa coś wstrząsającego niby lodowate, obce ręce, które wtargnęły pod ubranie, i usłyszałam szept tuż przy uchu:

– Spójrz w górę.

Poderwało mi głowę jak pacynkę na sznurku.

Cokolwiek człowiek sobie wyobraża, gdy jako tako pojmie ideę alternatywnych światów – to tkwiło stanowczo poza owym osiągalnym wyobrażeniem, coś jak język oparty na zmysłach, których nie mamy, jak sposób istnienia inny niż życie i nie mieści nam się w głowie, bo mami się nas wizją pustego wszechświata, wizją królestwa ludzkiego i hołubiącego człowieka absolutu.

Zobaczyłam Robactwo, prawdziwe, olbrzymie, pełne niepojętej mocy Robactwo, nie-istnienia o nazbyt odległej naturze, pękate, ciemne, pochłaniające światło, kleszczo-, szarańczo-, pająkopodobne, skłębione w piętrzących się niczym góry stosach osadzonych na ramionach ludzi. Pieprzonych, z trudem poruszających się Atlasów. Zrozumiałam niespodziewanie, że zdolni jesteśmy do osiągnięcia prędkości galaktyk, do nadświetlnych ścieżek, a żyjemy wtłoczeni w jakiś odpad niby fekalia, poruszamy się jak konające żyjątka zadeptane ciężkim butem.

Naraz cała szlachetność życia, wmawiana od dzieciństwa, rozprysła się, wszystko wykipiało, i rzuciłam się w tył, uderzyłam głową o chodnik i okazało się, że już noc, ulica była pusta, miasto uśpione, a ja zbroczyłam krwią powidoki, które wykwitły na chodniku, zbyt wyraźne, bym została w miejscu. Zerwałam się więc i biegłam, biegłam w inną stronę, niż znajdował się mój samochód, zawróciłam dopiero wiele przecznic dalej, gdy mnie zaczęli wołać pijani kolesie. Biegłam w amoku i myślałam o jakiejś myszce, istnieje taka myszka, nornica albo inna, co gdy dojrzeje, to już nie je, nie pije, tylko rucha, aż umrze. Dojrzeje i nie je, nie pije, tak, psycholożka mi mówiła, że wyjście z nałogu to oznaka dojrzałości, tak, więc już czas, i chciałam tak jak ta myszka wybiegać swoje istnienie na śmierć.

Dotarłam do samochodu i wpełzłam do niego. Odpaliłam radio, byleby usłyszeć coś normalnego.

Czego chciałaś, mamo, tego już nie zmienisz, wszystko się już stało.

– Nie mieszaj w to mojej matki – powiedziałam bez sensu do śpiewającego Rojka, obejmując kierownicę niczym koło bezpieczeństwa. Zamknięta, niewielka puszka samochodu odrobinę mnie uspokoiła, ale to natychmiast się ulotniło, bo w uchu znowu usłyszałam szept:

– Ależ jest w to zamieszana. Zdecydowała za ciebie. Powołała. Nikt nie zapytał cię o zdanie, tylko wtłoczył w bagno, pod nogi gigantów, i zahipnotyzował, żeby smród…

 

 

***

 

Wszędzie wielkie, brudne zaspy. Mróz jest przenikliwy, bolesny, kąsa kości i stawy, trudno zebrać myśli. Wychodzę z cmentarza, wsiadam do samochodu, na podgrzany fotel, ale nadal jestem w środku zmrożona. Nie mogę się tego pozbyć, no nie mogę i już, mimo że pilnuję mojego znicza, żeby nigdy nie zgasł.

– Po co ci to? – pyta znów Michał.

– Po prostu potrzebuję.

– Ja potrzebuję mojej żony.

– A ja, żebyś zadał sobie to pytanie.

– Chyba cię pojebało, Klara.

– Powiedziałeś mi, żebym go zostawiła w spokoju. Że jest dorosły. Z dziecinnej zazdrości…

– Wysiadaj. Wypierdalaj z auta.

Wysiadam, Michał odjeżdża. W zaspach, które są grobami, migoczą światełka. Spoglądam w niebo, niemal widzę Robactwo, mam zbyt wyrazistą wyobraźnię, a akurat ten obraz został we mnie wypalony; łatwo go odwzorować na pomarańczowych chmurach odbijających łunę miasta. Zdejmuje mnie groza, ale tylko przez chwilę. Nie jestem tchórzem. Stanę naprzeciwko tej myśli, zrozumiem, co tu się stało, zrozumiem, jak sobie z tym poradzić.

Samochodu już nie widać.

Nie ucieknę jak inni. Nawet jeśli jestem teraz kozakiem tylko dlatego, że już nie mogę tam wejść. Zabiłam go, czy mnie uratował? A może nie mam z tym nic wspólnego. Może to nie moja historia.

Ale przecież nią jest. Ja jeszcze jestem.

 

***

 

Początkowo odbierałam jego telefony i otwierałam mu drzwi, kiedy przychodził błagać mnie o odkrywcze podróże do królestwa Robactwa, o zgłębianie zakazanych (przynajmniej za życia) tajemnic. Jego obłęd zdawał się pogłębiać, lecz zawsze miałam dobrą odporność – wbrew wszystkiemu się nie zaraziłam, choć choroba krążyła po moim umyśle, szukając odpowiedniej lokacji, zawsze finalnie nieodpowiedniej, bo wiedziałam swoje. Wizje z pierwomedytacji prześladowały mnie w snach, a może raczej sny jak zwykle mówiły mi moją prawdę; na jawie Filip zachwalał świat Robactwa jako nieodkryty cud, ale nocami widziałam jego idoli coraz większych, nabrzmiałych, a ja – ich inkubator – zdawałam się kurczyć, gdy tylko nazbyt długo im się przyglądałam.

Filip przyznał, że od pewnego czasu bierze jakieś leki, bo się gubił i odpływał, ale teraz już wie dlaczego – bo odnalazł właściwy pierwonurt.

Zadawałam sobie czasem pytanie, czy mi się nie udziela jakaś zbiorowa paranoja, jakaś sugestia od jego zawirowanego umysłu nie trafiła do mojego, udręczonego wystarczająco w przeszłości, że ujrzałam Robactwo. Wizja wyprodukowana przez stłumiony narkotyczny głód, tęsknotę za światem w kolorze. Ale cień królestwa Robaków spowijał także mnie, nie mogłam temu zaprzeczyć, Wygnanie i królestwo, wygnanie i królestwo; przy pierwomedytacji zobaczyłam niebo i ujrzałam równie wyraźnie, że nie mam do niego wstępu. Do Filipa to jednak nie dotarło, a może to on dostał zaproszenie, a ja nie. Zawsze trochę szybszy, sprytniejszy i silniejszy, stał się miksującym leki, zielsko i alkohol paranoikiem rozkochanym „w tym, co jest, a czego nie widać”, pragnącym poznać sekrety tego, co za kurtyną, bo cudem udało mu się uchylić jej rąbek.

Ale może to właśnie on miał rację, on się przebudził?

Jego niepojęta metamorfoza i moje ociekające makabrą nocne wizje sprawiały, że stałam dokładnie na granicy pomiędzy twardym gruntem pod nogami a przepaścią i było to osobliwsze doznanie niż runięcie w otchłań, które znałam; miotało mną na jedną i drugą stronę, ale wczepiona w skraj urwiska niczym drzewo, nie byłam w stanie oderwać się od skały.

Wiedziałam jednak, że to, co działo się z Filipem, może przemienić skałę w bagno. Jego fascynacja Robactwem mogła rozpuścić ramy mojego świata niczym żrący kwas, choćbym nie wiem jak się opierała. Bo Sartre, bo wolność to odpowiedzialność, bo jeśli zrobiło się krok poza granice, i to jeszcze z kimś, to się go nie zostawia z wytrzeszczonymi oczami, nie zamyka swoich i nie usuwa w cień.

Rozjechany kot ze zwisającym okiem. Bo go nie upilnowałam.

Jednak w obliczu nieznanego, jak to człowiek w tarapatach, starałam się mimowolnie ująć całej sytuacji znaczenia i odmówić Robactwu istnienia.

A mój mąż robił to ze znacznie większym powodzeniem.

Gdy Filip niczym drapieżnik przejmujący teren wdzierał się w moje – w nasze – życie, próbując wywlec mnie z niego ku nieznanemu, usiłowałam jego chaos uporządkować, a „chorobę” wyleczyć. Michał natomiast chciał intruza zwalczyć. Wciąż powtarzał, że to dorosły człowiek, z niesmakiem i wstrętem nie dopuszczając go do mnie, jakby zachowanie Filipa go obrażało; mężczyźni zdają się ponosić jakąś odpowiedzialność zbiorową, której brakuje wyizolowanym kobietom.

– Mamy swoje życie, Klaro, a to jest, kurwa, dorosły chłop – powtarzał, leżąc z padem w ręce, podczas gdy ja próbowałam pisać, bo fikcją zastąpiłam sobie intensywność nałogu, ale nie przychodziły mi do głowy wizje inne niż królestwa Robactwa, inne niż te odkryte w narkotycznych uniesieniach przez Filipa.

Starałam się więc zalecać przyjacielowi rzeczy racjonalne, a raczej utarte jako racjonalne, żeby wyleczyć siebie i jego ze świadomości larw; znalazłam mu terapeutę, który zmienił leki, przypominałam o tym, że ma odpowiedzialną pracę, prosiłam, by wyhamował, nabrał dystansu. Ale mówić spragnionemu, by zdystansował się od szklanki wody, którą dostrzega w twoim ręku, to nie ma szans powodzenia. Michał separował go ode mnie, a Filip znosił to jak człowiek na przymusowym odwyku, do którego nie dojrzał; krążył wokół mojego domu, wydzwaniał, a jego słowa były coraz mniej składne, pod wpływem coraz większych dawek otępiaczy, znów ze sobą mieszanych, byleby grało i huczało, byleby wspomnienia we łbie stepowały.

Cierpiał, bo chciał natychmiast poznać i zrozumieć; emisariusz królestwa, a ja mu ukradłam konie z karocy.

Cierpiałam, bo wyczułam zagrożenie i nie chciałam wpaść w pułapkę. Nie mogłam pojąć ognia, rzucając się w niego. Już raz niemal spłonęłam. Ale niektórzy muszą tak skończyć, bo nic na świecie nie zapewni im już przyjemności z ciepła, wszystko będzie zbyt chłodne. Nie, niektórzy nie mogą chodzić wokół ogniska i zadowalać się byle gównem, nie są mną. Płonie się raz, krótko, ale się PŁONIE.

Ta myśl rodziła się z całym wachlarzem jej konsekwencji, a Filip wypalał się niby iskra, która nie zaznała tlenu. Wygasły wulkan.

– Jeśli znajdą cię maszyny, Neo, i zobaczą, że nie śpisz, zabiją cię – mówiłam mu, gdy spotykałam się z nim po kryjomu, ciągnięta w stronę ognia i odpychana od niego, „nie widziałam cię od miesiąca, ale widocznie można żyć bez powietrza”, albo nie można, trudno było mi stwierdzić.

– One nie widzą, czy ktoś nie śpi – zapewniał mnie skwapliwie z miną Mojżesza, który właśnie zszedł z góry z tablicami pełnymi banałów.

– Skąd wiesz?

– Wyczytałem. Wyczytałem w „Larwach”.

Nie chciał mi pokazać tej książki, nie wiedziałam, gdzie ją przechowywał niby najświętszą relikwię. Był tylko pergamin, którego bliskość sprawiała, że przepełniała mnie pewność: zaglądanie do królestwa Robactwa jedynie rozjuszy larwy skryte i pęczniejące w duszy. Wiedziałam, że królestwo mnie zadławi, zadusi, że wyjdę na spaloną promieniowaniem ziemię bez ochronnego skafandra, że przebywanie w tamtym świecie umniejszy mnie tutaj, bo nie grzebie się w kodzie, jeśli nie wie się dokładnie, gdzie i po co.

Wiedziałam to i jednocześnie w to nie wierzyłam. Zamykałam się w łazience, wybierałam na liście numer dawnego dilera, ale nie dzwoniłam. Nie, ktoś taki jak ja nie jest godny królestwa Robaków, ktoś, kto pogardził ścieżką oświecenia, to właśnie wyzierało z oczu Filipa, gdy na mnie patrzył, gdy w głębi duszy pluł sobie w brodę, że to mnie wybrał, i może właśnie dlatego nie dzwoniłam. Ile to razy już świat mi udowadniał moją marność?

A może chodziło o wolę zwycięstwa, która zawsze była we mnie najsilniejsza, a która podpowiadała, że w świecie matek larw przegram z matkami, a larwy umrą wraz z odłączonym inkubatorem?

Istniałam, bo dojrzewały we mnie larwy, ale czym miały być? Czy z połączenia człowieka i Robactwa rodziło się Robactwo? Nie, byłam przekonana, że nie, przecież znałam na pamięć Obcego; byłam inkubatorem, ale organicznym. Byłam częścią. Tam istniał sobie świat matek larw, a tutaj był świat tego, co rodziło się z larw i człowieka, na co poświęcono moc Atlasów. I może było coś pod warstwą gówna, w której brnąc, nosiliśmy na ramionach góry.

Tak, chyba zawierzałam porządkowi świata, choć cuchnął i poznał mnie z Głosem, i zastanawiałam się, czy ten Głos nazywają potem chorobą schizofrenika, poradami anioła stróża albo szeptami diabła, czy on się odzywa do tych z nadszarpniętymi granicami, naginając ich karki odpowiednio, by jaja wtłaczały się gładko.

A czego chciał Filip? To oczywiste. Był mężczyzną. Chciał się zjednoczyć z Robactwem, wniknąć w nie, zasiać swoje ziarno.

– Wspiąć się na samą górę, Klaro. Wspiąć się na górę Niitaka. One patrzą w górę, dlatego nas nie zobaczą. Ale ty nie chcesz ze mną wejść. Ty nie chcesz.

Mówiąc to, gładził pergamin schowany w kieszeni na piersi, jakby głaskał sposób na ostateczne rozwiązanie mojej kwestii. Przeszło mnie kilka wstrętnych dreszczy obrzydzenia, ale nie bałam się go; nie zrobiłby krzywdy temu, co stanowiło dla niego klucz, przynajmniej jeszcze nie wtedy. Znów tkwiliśmy pod fabryką, upał był niby opar, świerszcze darły się w trawie wyrosłej bujnie na nieczynnym torowisku.

– A mówiłeś o tym lekarzowi?

– Dałem mu hasło. Znalazł partnera. Odwołał wizyty – stwierdził z zachwytem.

– Jesteś jak Lem, wiesz? – mruknęłam po chwili, ciągnąc solidnie z butelki z wódką.

Zawsze smakowała mi czysta gorzała, może po prostu mam to w genach; jak to pisała jedna uczona pani, diagnozując Polaków: wszyscy genetycznie mamy FAS.

– To znaczy?

– Jak do niego wysłali zakonnika, żeby go nawrócił, to ten zaczął tracić wiarę.

Opiliśmy się wtedy i Michał był potem wściekły, gdy wróciłam o trzeciej w nocy i usnęłam w piwnicy.

Ale ja byłam zwycięzcą. Tej nocy ukradłam nawalonemu Filipowi pergamin.

Tak, ukradłam ostateczne rozwiązanie mojej kwestii, cuchnące, palące w dotyku albo tylko palące świadomością dotyku, ukradłam i umknęłam, zataczając się wściekle, wróciłam do domu, wódka znieczulała skutki promieniowania – dziurawy, ale wystarczający kombinezon na zagładę świata – i wrzuciłam pergamin do pieca. Człowiek po pijanemu jest bezbrzeżnie odważny i głupi, dawka niejednokrotnie zabójcza.

Ocknęłam się, gdy Michał znalazł mnie na resztce zeszłorocznego węgla i patrzył z góry bez słowa. Cały dzień spędziliśmy w ciszy, ani on się nie odzywał, ani Filip nie dał znaku życia, i tylko koty miauczały roszczeniowo, gdy przychodziły zajrzeć nam w oczy i sprawdzić, dlaczego aura wokół nas jest taka chujowa. Wieczorem, najwyraźniej w jakiś sposób uspokojony absencją wroga, Michał otworzył butelkę wina i rozlał do dwóch kieliszków.

Przez cały dzień tkwiłam w obrzydliwym oparze kaca i panicznego strachu, a jednocześnie inkubacja larw zdawała się przebiegać łagodniej, znów jak należy. Nowa dawka alkoholu je uśpiła. Nie wiedziałam wtedy, że w nocy przyszła znad mokradeł mgła, a w tej mgle Michał dostrzegł z okna kuchni tkwiącego przy furtce Filipa. Mąż powiedział mi to dużo później: mój przyjaciel go wkurwił, ale ja myślę, że go przeraził, że nawet z daleka można było dostrzec w nim coś takiego, że Michał poszczuł go psami i zwyzywał od pojebów.

Filip skończył swój maraton, swoją modlitwę do Klary, a ja nie poczułam ulgi, tylko pustkę, jakbym straciła wyznawcę, i uważałam to za totalnie popieprzone. Szpieg królestwa Robaków zniknął, zapadł się pod ziemię, a zachwycony Michał zawyrokował:

– No, wreszcie poszedł do jaskini, wylizać rany i przetrawić problem. Zostaw go w spokoju.

– Jakie rany?

– Nie udawaj idiotki.

 

***

 

Michał coś rysuje w salonie. Patrzę na konsolę, ale nie wiedzieć czemu odstręcza mnie pad. Odpalam starego lapka i „Fahrenheita”. Zawsze fascynował mnie jego niepokojący nastrój i brudna fabuła. Dochodzę do momentu, gdy w biurze gonią mnie olbrzymie insekty.

Zapomniałam o tym motywie na śmierć.

Biegnę do kibla i wymiotuję, chociaż, kurwa, nie wymiotowałam, nawet po alko, odkąd przestałam ćpać. Rzygam do olśniewająco czystej muszli w łazience podarowanej nam na prezent ślubny przez rodziców; dbamy o nią z Michałem jak o skarb, jakby syf tutaj mógł uwidocznić rozkład tego, co było między nami, rozkład, któremu trzeba było jakoś zaradzić, bo żadne z nas nie umie się poddawać, nawet gdyby miało żyć w piekle.

Mój mąż zagląda do łazienki i nie może powstrzymać złośliwego uśmiechu.

– Spytałbym, czy jesteś w ciąży, ale to byłby zbyt gruby żart.

Nie odchodzi jednak, podaje mi mokry ręcznik, siada na wannie i gładzi mnie po włosach.

Następnego dnia wywraca do góry nogami dom, szukając prochów.

 

***

 

– Nie szukaj go. Jest w jaskini. Nic o tym nie wiesz.

Tak, przecież nieposiadanie przeze mnie penisa wykluczało zrozumienie przyjaciela. Michał wiedział lepiej.

– Nie mogę tak tego zostawić – próbowałam jak z dzieckiem, ale zawsze miałam beznadziejne podejście do dzieci, więc mąż natychmiast się wnerwił.

– Przyznaj, że coś jest między wami. Kto normalny przejmuje się takim świrem. A może ty się ze mną nudzisz, co?

Przez długi czas po odwyku byłam spokojna, ale kleszcze, ta myśl, ale czerń nad łóżkiem – i tak nerwy stawały się coraz słabsze. Też potrafiłam się wkurwić, tyle że trzymałam to w sobie jak tykającą bombę, odchodziłam z dala od potencjalnych ofiar. Wyszłam wtedy do ogrodu, gdzie szerszenie latały wokół nabrzmiałej owocami jabłoni, i raz po raz wybierałam numer Filipa. Brzęczenie szerszeni pobudzało panikę, przypominało o tym, że nie ma go od trzech tygodni, że zgłoszono jego zaginięcie, brzęczenie szerszeni tak pewne, jak kłótnia z Michałem, jeśli spróbuję zadzwonić na jego oczach; ogród był rozwartym, gotowym grobem mojego małżeństwa, głuchy telefon kroplą krwi Filipa, szerszenie reprezentacją Robactwa. Mogłam się zgodzić, mogłam przechadzać się wśród organicznych maszyn Matrixa, tak jak mogłam się na to nie zgodzić i mu na to nie pozwolić, a może skazać na mój los kogoś innego, kogo by przeklął aurą pergaminu i pierwogównem. Mogłam, mogliśmy, miotałam się po rozwrzeszczanym insektami ogrodzie (insektów jest najwięcej, największe na ziemi jest królestwo robaków) i chciałam, żeby Filip przestał się wydurniać, po prostu przestał, jak szerszenie, które polowały na wszystko, co się zbliżało do jabłoni.

Larwy rosły, ale się nie ruszały. Robactwo w snach zdawało się większe, ale i wyżej, jakbym opadała i, kurwa, jak cholernie dziwnie działała pamięć, przypominałam sobie wszystkie dobre chwile i gubiłam złe wspomnienia, czyniąc z Filipa najświętszego ze świętych, niby uleczonego trędowatego albo przywróconego do pionu kalekę.

Jezus jest najświętszy, bo nieobecny. W jego wolności nie ma krzty odpowiedzialności.

Próbowałam tam wejść, znaleźć Filipa po drugiej stronie, ale choć hasło nie było już potrzebne, faktycznie się nie dało; przez mgnienie oka dostrzegałam królestwo, a potem wyrywało mnie z ciała w bolesnym OOBE, patrzyłam na siebie z góry, jak Michał, i mnie też nie podobało się to, co widziałam.

 

Aż w końcu pewnej nocy obudziłam się z pająkiem w otwartych ustach.

Snuł pajęczynę między moimi wargami, miękki i lepki dotyk jednocześnie obrzydzał i paraliżował jakąś nieprzyzwoitą rozkoszą, zorientowałam się po chwili, że mam paraliż przysenny, że się nie ruszę, pająk chodził po moich ustach, sznurował je, jakby je zagarniał, a…

A ja wiedziałam, że Filip nie żyje.

Ocknęłam się rano bez pajęczyny na wargach, ale miałam wrażenie, jakby złożyło tam pocałunek coś zza zasłony.

Filip umarł właśnie tamtej nocy, byłam tego pewna, jednak ciało znaleziono dopiero trzy miesiące później, a raczej to, co nie zostało rozwleczone przez leśne zwierzęta.

Nie zostało zjedzone przez robactwo.

Tożsamość zasugerowały zamoknięte dokumenty.

Ten czas, kiedy go nie było, ale przecież mógł być (przecież mogło mi się tylko wydawać, może przyśniła mi się jego śmierć, bo śni mi się to, czego skrycie pragnę, a pragnęłam go odnaleźć choćby martwego), spędziłam otępiała, jakby Robactwo oprócz jaj pompowało we mnie morfinę. Nie mogłam tego z siebie wyciągnąć, świat zamknął się wokół jednego istnienia i jego braku, świat okazał się mieć mocarne ramiona i powoli mnie dusić. Gdy wlokłam się na basen i próbowałam pływać, rozluźnić się jak zwykle, zanurzając do dna, dostawałam ataków paniki, jakby przeniknięcie przez taflę wody sprawiało, że przebywam bliżej Robactwa, a może po prostu nazbyt ze sobą, z larwami, z grzechami, z tą myślą, jakbym zredukowała się tylko do tego. Biegałam kilometry przez las i pola, a kiedy już nie mogłam się ruszyć, wybuchałam płaczem, krztusząc się z wysiłku, przez łkanie i z braku powietrza.

W domu po prostu byłam, jak fotel albo obraz na ścianie, portret Doriana Graya, ale Michał nie potrafił, naprawdę nie w tym rzecz, że nie chciał, po prostu nie potrafił dostrzec tego, co po portrecie pełzło. Jego Głos był silniejszy niż mój i nakazywał wierzyć w moją fasadę, wierzyć w niezmienną rozkosz mojego wnętrza, w czułość, którą mu dawałam, nie potrafiąc okazać jej sobie, w głębi duszy próbując swój gniew na niego i Filipa przekierować na siebie.

Dziwne, jak działa pamięć. Dziwne, jak działa pamięć, powtarzałam to sobie wciąż i wciąż, zawieszona pomiędzy przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, które w mojej świadomości postanowiły się zbuntować, pierdolę, nie robię, póki Filip się nie odnajdzie. Jabłka spadły z jabłoni, ogród ucichł, sowa umilkła, weszłam więc na strych, gdzie mieszkały szerszenie, by ich posłuchać, i znalazłam tylko poskręcane ciała leżące na podłodze – zapewne sąsiad spryskał czymś pole – a jednak udało się, słyszałam ich buczenie, gdy na nie patrzyłam, słyszałam ten niski, wywołujący panikę dźwięk w sobie.

– Nawet jeśli już tam nie wejdę, nie pozbędę się larw – powiedziałam nad martwymi owadami, poddanymi eksterminacji w moim domu, choć nie moimi rękami.

Pamięć działa w dziwny sposób, tak. Skorupki po Filipie odnaleziono jakiś czas później, dowiedziałam się o tym tuż przed seansem w kinie; Michał nie mógł ze mną iść, pracował na popa, byłam sama. Odebrałam telefon, posłuchałam o pogrzebie, przytaknęłam, a pięć minut później siedziałam w sali, nikt poza mną nie przyszedł, tkwiłam w pustym Multikinie, na ekranie pojawił się obraz, usłyszałam skrzypce, uwielbianą przeze mnie melodię Maxa Richtera, a pierwsze zdanie filmu wybrzmiało jak uderzenie stempla na akcie zgonu:

– Dziwne, jak działa pamięć.

Film był o tym, że przyszłość, teraźniejszość i przeszłość się zmieszały, że ktoś bardzo pragnął zrozumieć, lecz prawdę mogła przynieść mu tylko iluzja, którą zwą czas.

Dziwne, jak działa pamięć. Nie rozumie czasu. Mieszała mi czas; pamiętałam to, co się wydarzało, co się jeszcze nie wydarzyło. Czas jest iluzją.

Więc czym jest śmierć?

 

***

 

– Klaro, wystarczy już tych urojeń. Wystarczy tych wyssanych z palca opowieści.

Śnieżnobiały pokój i śnieżnobiały kitel.

– Nikt nie ma ci za złe, że wróciłaś do nałogu. Ale ta cała jazda z robakami… No nie, naprawdę… On cię po prostu kochał, a że nie mógł cię mieć, chciał się z tobą wykończyć…

Śnieżnobiały uśmiech lekarza.

– Nie – mówię, bo jestem za dobra w te klocki. – To nie jest prawdziwe.

Budzę się i siadam na łóżku. Czuję, że zaraz wyleje się ze mnie krew nagromadzona w trakcie snu. Zapomniałam, że to już, jestem naga, wstaję szybko i idę w ciemności do łazienki, a coś niby lawa rozlewa się po moich nogach. Erupcja wulkanu.

Siadam na muszli, trochę mnie mdli, wkładam głowę między zakrwawione kolana i czekam, aż wypłynie ze mnie cała rzeka pełna skrzepów. Krew dotarła po jednej nodze na podłogę, ścieram ją kawałkiem papieru. Dostrzegam ruch pod piętą, jakby biała glista chowała się przed światłem, i podskakuję. Podrywam stopę, ale nic tam nie ma. Znowu wyłapany kątem oka ruch czegoś niewielkiego i białego, tym razem na moim udzie, rozsmarowuję czerwień ręką, nic poza nią.

Biorę krótki prysznic z zamkniętymi oczami. Zabezpieczam krater, wracam do łóżka, trzymając się ścian, bo kręci mi się w głowie, ale to normalne, za dobra jestem w te klocki, zbyt wiele gniewnych erupcji wytrzymałam, zbyt wiele odpuściłam szans na wywleczenie z siebie kolejnego inkubatora dla larw.

A po ujrzeniu królestwa ich matek jestem pewna i przyjmuję to z ulgą, że pozostawię wulkan gniewnym, aż kiedyś wygaśnie.

 

– Klaro, ten świat nie jest prawdziwy.

Stoimy pod fabryką. Obraz faluje i zaczyna się roztapiać.

– To tamten…

Zamykam Filipowi usta pocałunkiem.

Przykładamy nasze wargi do tego, co pragniemy zachować, to wręcz instynktowne. A także do tego, z czym chcemy się pożegnać.

– Ja jestem prawdziwa – szepczę do niego, prosto w jego usta. – I to wszystko.

Znów się budzę. Nawiedza mnie jeden skurcz i odpuszcza. Michał spokojnie, głęboko śpi, a może kleszczo-narkotycznie; nie zauważa moich wybudzeń.

Sny zawsze pokazują mi pragnienia. Nawet takie, których się przed sobą wstydzę.

Ale nie mam żadnej pewności, czy sny nie są dyktowane Głosem.

Podnoszę ręce przed twarz. Pamiętam ćwiczenie medytacyjne z astralnymi rękami. Wyobraź sobie swoje ręce, pobudź nimi czakry i tym podobne bzdety.

Nie, nie bzdety. Decyduję wreszcie, że jestem prawdziwa i decyduję o tym, co jest realne. Bo albo ja, albo ktoś za mnie.

Wyobrażam sobie ręce, każda dłoń dzierży nóż. Wielki nóż.

Patrzę na Michała.

Nigdy nie pamięta snów. Jest taki bezbronny.

Ta myśl już wie i zaczyna krwawić.

Wielki nóż przenikający światy.

Jednym z ostrzy przebijam pękatego kleszcza nad swoją głową, drugim olbrzyma ponad Michałem. Niemal czuję ciężką, dławiącą lawinę krwi, ale to przecież moja krew, przecież ja to znam.

Mój mąż budzi się raptownie i gwałtownie nabiera powietrza, jakbym go wydobyła spod wody.

Postanawiam robić to zawsze przed snem. Postanawiam takie ćwiczenie. Taką modlitwę. Modlitwę do prawdziwej Klary i prawdziwego Michała, których trzeba obrać z larw.

Koniec

Komentarze

Pamiętam to opowiadanie i było jednym z najlepszych, jakie widziałem przez pewien czas, i kiedy ktoś się mnie pytał, czy są jakieś dobre opowiadania, to myślałem, że właśnie to jest naprawdę, naprawdę dobre.

Istnieje takie określenie, że coś jest pretensjonalne – w szczególności pretensjonalne są czasem rzeczy w których występuje słowo egzystencjalizm albo cytuje się mainstreamowych egzystencjalistów. Istnieje też takie określenie, że coś jest banalne. Ale zastanawiałem się kiedyś, co zrobić, kiedy przydarza się nam coś banalnego albo absurdalnego w tym rozumieniu właśnie egzystencjalnym, i chcemy o tym coś powiedzieć. Czy zabrzmi to banalnie albo pretensjonalnie? Mam taką intuicję, że jeśli mówimy faktycznie szczerze, to nie powinno.

Otóż w tym roku miałem zajęcia z historii filozofii. Był tam taki mądry, dziwny trochę pan i czytaliśmy sobie Platona. I ten pan, który te zajęcia prowadził, mówił głównie o rzeczach typu: spoglądaj w siebie, Sokrates był religijny a establishment nie wie, po co żyje. W pewnym momencie zauważyłem, że mówi głównie rzeczy banalne. Wszystko to słyszałem już gdzieś indziej, niekiedy nawet od ludzi niezbyt dobrej woli. Jednocześnie zauważyłem też coś innego – że są to z pewnością najlepsze zajęcia, na jakich kiedykolwiek byłem. Pan faktycznie wierzył w rzeczy, które mówił, i nie mówił ich po to, by nas przekonać, a bardziej dla siebie – by na nowo te sprawy przemyśleć.

Tutaj też wydaje mi się, że autorka na nowo chce różne rzeczy przemyśleć, bo przecież do niczego nas nie przekonuje w tekście ani, co byłoby o wiele gorsze, nie sprzedaje nam niczego – szczególnie samego tekstu jakimiś przedziwnymi ozdobnikami.

Jak poradzić sobie z sytuacjami granicznymi, a już szczególnie z tego typu sytuacją, jak ta w tekście? Może nie da rady, może robactwo jest wszędzie, nie wiadomo w sumie, jak to jest, pewnie niektórzy są bardziej wyczuleni na te sprawy – a jak jesteś bardziej wyczulony na robaki, to robaki też są lepiej wyczulone na ciebie. I ciemne oświecenie kończy się bardzo realistycznie, chociaż Klara znajduje ratunek – zazwyczaj taki ratunek, modlitwę, znajduje się też w prawdziwym świecie. Nie ma wielu innych ratunków.

Jeśli chodzi o tego typu teksty – teksty, które mi się podobają i są w tym nastroju – to “Rdza” zyskała na forum konkurencję.

Ale super, że wstawiłaś. Zakolejkowałam. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Oj, lk, wiedziałam, że filozofia uczyni z ciebie “potwora”, a więc starca w ciele młodzieniaszka ;) Dziękuję za poświęcenie chwili na komentarz, który sam w sobie jest jak doskonale skonstruowany esej filozoficzny. 

 

Asylum, czekałam cierpliwie całe miesiące, aż będzie mi wolno wrzucić tutaj Larwy :)

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Dobra, przeczytałem. Zatem powiem z perspektywy zwykłego czytelnika. Łatwo nie było, przyznaję, bo zdania masz ładne, ale długie, a czasem mam wrażenie, że i chaotyczne, choć to pewnie odzwierciedla umysł Klary. Podobają mi się na pewno Twoje porównania, szczególnie początek, dają klimat osaczenia przez robactwo. Klara wydała mi się kobietą z którą, aż dziw, że mąż wytrzymał, ale piszesz w pewnym momencie

bo żadne z nas nie umie się poddawać, nawet gdyby miało żyć w piekle.

To fakt, dużo par żyje w swoich małych piekłach, więc rozumiem Michała, że chciał cały czas próbować naprawić to małżeństwo.

Końcówka mnie zaskoczyła, bo wyglądała na happy end, a po tonie opowiadania byłem przekonany o czymś tragicznym (szczególnie dla Klary).

Czytało się dobrze, bo opowiadanie jest napisane bardzo porządnie, jednakowoż treści zawarte w Larwach zupełnie do mnie nie trafiły.

Niemniej, Naz, gratuluję publikacji i życzę kolejnych, nie tracąc przy tym nadziei, że jeszcze napiszesz coś, co przeczytam z niekłamaną przyjemnością. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tekst co prawda nie do końca w moich klimatach, ale naprawdę doceniam pomysł i realizację.

Właśnie w ten sposób widzę weird fiction – ambitne podejście, nieoczywisty przekaz, trochę filozoficznych komentarzy (czasami wręcz na granicy bełkotu) i solidnie zbudowana atmosfera.

Bohaterka bardzo charakterystyczna i pokazana konsekwentnie – to na pewno duży plus.

O ile nie jestem w stanie w pełni docenić opowiadania (nie siedzę w tym gatunku), a miejscami czytało się dość "ciężko", uważam lekturę za satysfakcjonującą. Od czasu do czasu warto podejść do ambitnego weird, choćby z ciekawości.

Mnie się bardzo podobało. Lubię takie wnikanie w ludzką psychikę, a Tobie moim zdaniem świetnie udało się odmalować wewnętrzne lęki i demony, które czyhają w naszych głowach. Nie wiem, może odorobine za bardzo zidnetyfikowałam się z Klarą, ale te robaki… wręcz czułam je i widziałam.

Wstawki fizloficzne i egzystencjonalne też na plus.

Oczywiście klikam bibliotekę :)

Yyyy…

No dobra, może nie yyy. Mroczne, ale to wiadomo, banał. Ale zwyczajnie nie wiem co powiedzieć o tym tekście, choć opowieść o zagubieniu wydaje sie wręcz z niego emanować. Zbrukanie takie. I o dziwo paskudnie długie, rozbudowane zdania, pasują tutaj do narracji (ale z akapitami odwrotnie – bodaj tylko jeden z tych bardzo długich miał uzasadnienie dla swojej długości).

Swoją droga zaskakujące, że choć postać męża bohaterki jest tu ledwo widoczna, to jednak jego własna walka o ratowanie prywatnego świata jest tu wyraźna.

 

Hej hej, dziękuję za lekturę, kliki i komentarze, popsuł mi się łapek i czekam na nowego notebooka, więc za dwa dni będę odpisywać i czytać twój tekst, Zanais:) Nienawidzę pisać komentarzy na tel. 

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Trudne. Wymagające opowiadanie. 

Zaczyna się tak, że albo cię pochłonie bez reszty, albo człowiek odpuści. Ja dałam się ponieść i zostałam z pełną głową. Dużo tego, czuję się po tym zainfekowana, udzielił mi się nastrój. A to uważam za ogromny plus, silne oddziaływanie na czytelnika. 

W opowiadaniu zawarłaś wiele przemyśleń, i właśnie podoba mi się to, co zauważył lk, że nie narzucasz czytelnikowi swojego punktu widzenia, ale niejako wymuszasz na nim kocioł własnych myśli. Podoba mi się taki zabieg. Nieagresywny, ale uderzający, pobudzający. 

Jak już wspomniałam, lektura wymaga skupienia. Na świeżo nawet nie potrafię stwierdzić, czy wszystko rozumiem. Wydaje się, że tak, ale właśnie te myśli nie dają spokoju. 

Bohaterów ulepiłaś interesujących. Nawet mąż, subtelnie zarysowany, a może właśnie dobrze, że subtelnie, jest hmm.. barwny to złe słowo. Oni wszyscy kojarzą mi się z atramentem. 

Mam jeszcze takie odczucie, że włożyłaś w ten tekst bardzo dużo siebie. Nie wiem, skąd to. Po prostu takie odczucie po lekturze. Emocjonalnie głębokie, tak sądzę, tak to odczułam.

 

 Napisane sprawnie. Długie zdania, jak myśli wylewane na papier. W większości przypadków taka narracja mnie męczy, ale tu dałam się wciągnąć. Wymaga to skupienia, ale można. Ale też można utonąć. Wydaje mi się, że zależy od preferencji czytelniczych, ale też od innych czynników. Albo się w ten tekst wsiąknie, albo nie. 

 

Ogólnie, specyficzne opowiadanie, moim zdaniem bardzo dobre. 

 

 

 Słabszy dzień pewnie ma, pomyślałam, a może coś łyka dla frajdy, bo w medycynie robi, dostęp ma, a on zawsze głodny wrażeń… i to pole zielska…

Styl tego zdania gryzie mi się z resztą. Do tego powtórzyłeś "ma". Zmieniłbym początek na "To jego słabszy dzień". 

 

Klara pyta Filipa, skąd ma manuskrypt, a potem okazuje się, że była przy tym, kiedy go znalazł. Trochę mi się coś nie zgadza w tamtym fragmencie, chyba, że to celowe. 

 

zwłaszcza gdy zwątpiłam w boga

Chyba Bóg w tym kontekście powinien być z wielkiej litery. 

 

przypominałam o tym, że ma odpowiedzialną pracę,

Wiecznie naćpany, hodujący zielsko, pijany, zabrudzony paranoik i odpowiedzialna praca? 

 

… dobra, teraz opinia. 

 

ALE TO BYŁO DOBRE! 

Zdarza się, że w tekście jest zdanie-perełka. Czasem takich zdań jest kilka. To opowiadanie wydaje się być utkane z takich właśnie zdań i, chociaż momentami powodowało to uczucie przesytu, podoba mi się styl, taki na granicy strumienia myśli, na granicy poetyckości (może niekiedy przesadnej), ale nie to mnie urzekło. 

Świetnie oddałeś manię bohaterki, doskonale odzwierciedla to narracja, ale nie to mnie urzekło. 

Urzekł mnie pomysł. 

Wierz lub nie, swego czasu miałem podobny pomysł, ale nigdy nie wyszedł poza ramy szkicu – to jest nie na fabułę, ale na ukazanie prawdziwego świata jako pogrążonego w entropii cmentarza, który rozkładają robakopodobne istoty. Może dlatego ten tekst tak do mnie trafił, totalnie wbiłeś się w moje klimaty, czy to w sprawie podróży astralnych, czy to w sprawie światów pod podszewką rzeczywistości, czy w licznych nawiązaniach do twórczości Dicka.

…bo one budują ten tekst, nie mylę się? Atmosfera szaleństwa rodem z Valisa, entropia będąca wyróżnikiem filozofii Dicka, postrzeganie czasu jako iluzji, przemieszanie snu z jawą, oraz sam motyw Robactwa jak z "Marsjańskiego poslizgu w czasie", nie wspominając o imieniu Filipa. To bynajmniej nie jest krytyka. Dick to pisarz, który wywarł na mnie ogromne wrażenie, podobnie jak ten tekst. 

Skarżę do biblioteki i sprawdzę, czy mogę zgłaszać do najlepszych opowiadań miesiąca, bo jest tego warte. 

 

P. S. 

Widzę, że można zaproponować własny tekst do przeczytania, więc wykorzystam okazję, bo jedno opowiadanie desperacko szuka czytelników: https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/24725

 

Czytałam, pamiętam, że nie do końca w moim stylu, ale dobrze napisane ;P

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Zajrzałam, zaciekawiona, bo – o ile się nie mylę – to właśnie o tym opowiadaniu pisałaś, że to najlepsze, co do tej pory wyszło spod Twojego pióra. I myślę, że jestem w stanie się zgodzić. Widać tu dużo Ciebie (pamiętam, jak pod moim opowiadaniem wspominałaś o OOBE:)), zgrabnie i nienachalnie powplatana filozofia, silna kobieca postać. Szczególnie do mnie przemówiło porównanie do rozjechanego kotka (a wcześniej wspomnienie o nim) – bardzo obrazowo i jednocześnie trafnie ukazałaś to, jak Klara czuła się odpowiedzialna za to, co stało się z Filipem. Przewijające się przez tekst robactwo nadaje całości takiego ‘creepy’ charakteru. Gratuluję, mocna, dojrzała rzecz :)

Świetne.

To tekst o którym długo się myśli po przeczytaniu. Wyrywa człowieka z siebie samego i stawia obok. Ma ogromną moc alienacji. Hipnotyzuje słowami, obrazami, lękami. Filozofuje lekko w odbiorze i ciężko w przekazie. Ma historię, ale jednocześnie jest w jakiś sposób rozmyty i w tej gęstej mgle drgających myśli jego największa siła.

Warsztat bardzo dobry, płynie się przez te wcale niełatwe zdania lekko i (nie)przyjemnie. Robactwo wykorzystane w sposób naprawdę znakomity. Naprawdę widać, że Autorka wiec co robi.

Larwy są wewnątrz nas. Tak, w nim też. Ale we mnie są inne.

No i teraz są chyba też we mnie.

 

PS. Fajnie, że wywołałaś do tablicy “On the nature of daylight”. To naprawdę wyjątkowy utwór. 

Uaa! Naz. 

A teraz, ponieważ chcę nominować do piórka, choć wolno będzie mi to zrobić dopiero za dwa dni, muszę zadbać o komentarz, aby go zaliczono. Trudne, gdyż jednocześnie nie chcę zaspoilerować i wymądrzać się za bardzo na temat tekstu z poziomu krytyka, gdyż nim nie jestem. Trochę się niepokoję, czy przypadkiem pocałunkiem śmierci nie obdarzam, gdyż ostatnio zgłaszane przeze mnie opki, niestety, dość często przepadają w głosowaniach. Z drugiej strony czekać nie mogę, czas po temu (zgłoszenie) najwyższy z uwagi na zbliżający się koniec miesiąca.

 

Dobrze, może tak. Narracja w obszernych fragmentach jest naprawdę niezła, wyśmienitej próby. We współczesnym polskim weirdzie rzadko można spotkać opowiadanie pisane z taką autorską świadomością i konkretną fabułą. Obmyślone punkty postoju w tekście zostały wybrane tak, aby czytelnika nie zalał/znużył ciąg świadomości bohaterki. Przeżycia – relacja nie jest pustym kolorowaniem dziwnością, lecz została silnie osadzona w adekwatnie spreparowanych doświadczeniach. 

Muszę powtórzyć – napisane z pełną świadomością Autora, a takie lubię i nie chodzi mi tu o jakieś, broń panie Boże, podobieństwo autora i bohaterki, bo takie rzeczy od razu skreślam. Doświadczenia są zanurzone w rzecyzwistości, o co w weirdzie wyjątkowo trudno. Łatwiej o frazesy, wyrażenia i dyrdymały. Tu, mamy do czynienia z prawdziwą przetwarzaną przez bohatera rzeczywistością. W pewnym aspekcie nasuwa mi się porównanie z opowiadaniem Funa na konkurs weirdowy. 

Dodatkowo zaskakujesz zakończeniem, jest tak inne, nietypowe, a przynajmniej rysujące taką możliwość.

Ok, chyba wystarczy.

 

Teraz kilka słów od siebie. Bardzo misię ta narracja i tak, miałaś rację, nie ma tu dręczenia zwierząt, a jeśli już kogoś, jest nim człowiek, a przez kogo i co, zachęcam do przeczytania tych, którzy jeszcze tego nie zrobili. Sorry, że dotarłam dopiero teraz, ale goni mnie czas (pewnie każdego), jednak wiedziałam, że muszę zajrzeć przed końcem miesiąca, choćby nie wiem co, więc odłożyłam dyżurne opki i przyszłam. Z początku myślałam, że skręcisz w trochę inną stronę, pewnie mnie cholernie by to interesowało. Jednak po namyśle sądzę, że dobrze się stało tak, jak jest. Miałabym trochę czepialstwa, ale daruję sobie, bo niepotrzebne w tym momencie.

 

Ze swoich opowiadań żadnego nie polecam.

Dzięki za zamieszczenie i gratuluję opka! :-)

PS. Jeszcze jedno, książek niestety jeszcze nie czytałam. Natomiast zajawka była dobra, co wiesz.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Alleluja, jestem.

Po kolei:

Zanais, z tymi długimi zdaniami jest/było tak, że raczej ich nie lubiłam, ale czytając hurtem weird przed przystąpieniem do pisania, mój mózg przestawił się na taką “mowę filozoficzną”, czyli po prostu dłuuugi bełkot, nad którym trzeba zapanować na tyle, by bełkot zmienił się w mowę ;) To było moje pierwsze zderzenie z weirdem; teraz, do innej antologii weridowej, piszę tekst na nowy sposób.

Regulatorzy, ja też w to wierzę <3

Perrux, jeśli uważasz Larwy za “ambitny weird”, to bardzo się cieszę, bo to było moje pierwsze opowiadanie, więc liczę, że dalej tylko lepiej.

Katio, to jest właśnie zabieg, który ostatnio bardzo polubiłam. Czyli zmieniam się na chwilę w bohaterkę, nadając jej wachlarz cech, z którego część jest moich, ale demonizowanych, odwróconych, puszczonych samopas, gdzie moje Ja znika całkowicie na rzecz nowej kreacji, ale pozostaje grunt autentyczności – jak się okazuje, pasuje to do weird. Cieszę się, że się wczułaś, chociaż niekoniecznie, że czułaś robaki… ;)

Wilku, poruszyłeś temat męża bohaterki, a to mi przypomniało, że to opowiadanie inspirowane było prawdziwym zaginięciem i prawdziwym małżeńskim kryzysem. W końcu uważam, że powinno się pisać o tym, co się zna.

SaraWinter, fantastycznie, że odniosłaś wrażenie, że w tekście jest bardzo dużo mnie. Ostatnio bawię się tym zabiegiem i odkrywam, jak można, w pozytywnym sensie, grać z czytelnikiem. Bardzo mi się podoba twoje porównanie bohaterów do atramentu.

Gekikara, to mnie fascynuje: jesteś kolejną osobą, która pod kolejnym moim tekstem przywołuje Dicka, a ja, przepraszam wszystkich, nie przeczytałam nigdy nic spod jego ręki. Co do tego manuskryptu, to byli w ruderze razem i Filip znalazł manuskrypt (ze złotą okładką), sam pergamin znalazł już później, wewnątrz. Z Bogiem racja, a z odpowiedzialną pracą… Cóż, znałam kiedyś dokładnie kogoś takiego. Niektórzy ludzie dość długo potrafią sprawiać pozory, póki paranoja nie weźmie góry.

Cet <3

Bello, te rozjechane koty (ewentualnie topione kocięta) to chyba jakaś moja trauma, bo to nie pierwszy i nie ostatni tekst z tym motywem… Dzięki za budującą opinię :)

Edwardzie, fajnie, że ty wywołałeś ten utwór również :) Zawsze otwiera we mnie coś takiego, że mam ochotę chłonąć piękno ;) Super, że opanowały cię larwy (super w sensie pisarskim), chociaż wiadomo, że sam motyw jest lekko odstręczający, więc zawsze czuję się nieco rozdarta, gdy czytelnik jest kupiony, a jednocześnie “zakażony”…

Asylum, mi się podoba twoja czytelnicza świadomość – mam czasem problem z tym, że czytelnicy utożsamiają mnie z bohaterami, najróżniejszymi, a ja po prostu bez żadnego wstydu bawię się swoimi i cudzymi cechami, bawię się wspomnieniami, robiąc supły na ich flakach i rozciągając po namalowanym krajobrazie… Dobra, zbyt wierdowo. W każdym razie cieszę się, że odgrodziłaś tu autora od bohatera. Lubię to bardzo w pisaniu – traktowanie wszystkiego, siebie, innych, doświadczeń jako materiału, z którym można zrobić wszystko. Ostatnio w jednym tekście zabawiłam się też samym portalem, mam nadzieję, że kiedyś wyjdzie… Dziękuję za chęć do nominacji :) Nie zniechęcaj się “przepadaniem” opowiadań, na które głosujesz – moja ulubiona opowieść z czasu bycia w Loży jest o tym, że wygrzebałam pod koniec miesiąca jakieś opowiadanie z trzema czy czterema takami, zignorowane przez innych, a potem dostało srebro.

I tak coś przeczytam!

 

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Gekikara, to mnie fascynuje: jesteś kolejną osobą, która pod kolejnym moim tekstem przywołuje Dicka, a ja, przepraszam wszystkich, nie przeczytałam nigdy nic spod jego ręki. Co do tego manuskryptu, to byli w ruderze razem i Filip znalazł manuskrypt (ze złotą okładką), sam pergamin znalazł już później, wewnątrz. Z Bogiem racja, a z odpowiedzialną pracą… Cóż, znałam kiedyś dokładnie kogoś takiego. Niektórzy ludzie dość długo potrafią sprawiać pozory, póki paranoja nie weźmie góry.

W takim razie koniecznie sięgnij. Znajdziesz dużo podobieństw. ;)

Gekikara, to mnie fascynuje: jesteś kolejną osobą, która pod kolejnym moim tekstem przywołuje Dicka

Aż mi się przypomniało, jak MC znalazł we “Wszystkich śmierciach Apolinarego” echa Matriksa ;-)

To dlatego, że głównymi motywami weird fiction są zazwyczaj właśnie różne warianty sytuacji gnostyckich, a jak wiadomo Dick był wielkim fanem rzeczy tego typu, stąd wynikają podobieństwa – zresztą dla mnie PKD to podstawowy pisarz weird fiction i największy autor w historii w ogóle literatury.

lk, ja dostrzegłem trochę więcej podobieństw (patrz komentarz), ale może to moja nadinterpretacja. A brać się może ona stąd, że też jestem wielkim fanem Dicka. :) 

Trudno jest oceniać opowiadanie, gdy tekst ci się nie podoba, ale ze wszystkich sił starasz się zdobyć na obiektywność, bo przez wirtualną plakietkę twoja opinia dla części użytkowników staje się z automatu opinią premium.

 

Z pewnością jest to weird i to taki bardzo klasyczny. Długie zdania i zakręcone konstrukcje przypominały mi Ligottiego i Lovecrafta, podobny był też oniryczny klimat. Także klasyczne jest zakończenie, urwanie historii w zasadzie w pół akcji, pozostawiające czytelnika bez wyjaśnień. To jest dobre gatunkowo zakończenie, ale nie przyniosło mi ono wiele satysfakcji. 

 

Język jest z pewnością tym elementem, który w subiektywnej ocenie najbardziej nie przypadł mi do gustu. Jest egzaltowany, raz czy dwa miałam wrażenie, jakbym czytała nastolatkę próbującą być edgy.

Nie podobał mi się fakt, że stylizacja została wykonana w sposób jednostajny, opierając się na tych samych środkach językowych – przede wszystkim porównaniach. Słowo "jak" występuje w tekście 50 razy, "niby" 11, "niczym" 5. Na samym początku mamy ostrzał konstrukcji jak + rzeczownik: jak lis, jak rodzeństwo, jak kleszcze, jak gitarę, jak kokon. A przecież przyrównań, w których opuszczasz słowo "jak" też jest mnóstwo. I to właśnie to całkiem dosłowne zagracenie języka był dla mnie największym przeciwnikiem w trakcie lektury, bo cały czas musiałam obierać historię z sukien cygańskiej księżniczki, by nie zgubić się w tym, co się dzieje. A do zasadniczej treści chwilami nie mogłam się dokopać.

 

Podobają mi się biograficzne okruszki i warstwa emocjonalna rozmyślań Klary, oddana w dogłębny sposób. W ogóle emocje są z pewnością najmocniejszą formą tego tekstu. Bardzo ładnie przedstawiłaś relacje Klary z przyjacielem, Klary z mężem i wreszcie Klary ze światem. Zresztą urywki rzeczywistości i dialogi małżeńskie są realistyczne i przekonujące, a ja każdy moment, gdy z wyżyn egzaltacji byłam sprowadzana przed telewizor z padem, traktowałam z westchnieniem ulgi. Potrafisz szkicować przekonująco rzeczywistość w kilku zdaniach. To zresztą pokazuje, że ta egzaltacja i przerysowanie to tylko maska, którą przybrałaś na potrzeby tego opowiadania, i że mnie tym razem ta maska nie przypadła do gustu. Na docenienie z pewnością zasługuje tytuł – ładny, intryguje i zaciekawia. Podoba mi się.

 

Oby następnym razem ;)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Ok, wygląda na to, że jest nominacja, a ja mam tu problem. Bo choć styl opowiadania mi się bardzo podoba, to jednak brakuje mi tu i efektu tajemnicy, jak w “Wizje chodźcie do mnie”, czy “Dratewce projektującego wszechświaty” z “W głębi snów”. Sposób wdrążania się w świadomość też jest nieco inny, niż w bardzo dobrze napisanym “Bardzo trudnym samobójstwie” (swoją drogą te dwa teksty mają coś wspólnego na poziomie tego, ze oba można interpretować zarówno jako fantastykę, jak i niefantastykę)

Gdybym miał powiedzieć czego właściwie brakuje mi jako czytelnikowi – powiedziałbym, ze powiadanie jest dobre i już. Ale gdybym miał powiedzieć czego brakuje do TAKa”, to najpierw bym się głowił, bo intuicyjnie czułbym, że to gdzieś tuż poniżej granicy, ale potem doszedłbym do wniosku, ze historia z “Larw” idzie ogólną linią horrorów. Bardzo emocjonalnie napisaną, wciągającą, ale jednak w “Bardzo trudnym” miałem wrażenie wejścia w świat. Tutaj widzę świat, ale w niego nie wchodzę. Na 90% zagłosuję na NIE (jeszcze do rozważenia), ale podkreślając, ze to jest blisko, wysoko, mocno.

Swoją drogą to opowiadanie bardzo mi przypomina jedno z opowiadań Orbitowskiego. Napisane o zupełnie innej historii, ale gdzieś mające punkty styku. Mowa tu o tekście, w którym kilku filmowców z Krakowa zaczęło kręcić film o podziemnej cywilizacji mrówek kontrolujących ludzkość. I wszystko im szło dobrze, dopóki główny bohater nie zetknął się nagle z domniemywanie fikcyjnymi insektami. Tytułu nie pamiętam, może ktoś w komentarzach skojarzy i rzuci. W każdym razie podobnie wkraczała tam w wyobraźnię sceneria bardzo ciemnych (w Larwach – dużo czerni, w tekście Orbitowskiego dużo mocnego przyszarzenia i przygaszenia).

 

Fabuły to tutaj za wiele nie ma – raczej biadolenie bohaterki na temat tego, co już się stało. Irytowało mnie to na początku – biadoliła i biadoliła, zamiast powiedzieć, na czym polega problem. Ale jak już powiedziała, to lektura zainteresowała.

Chociaż w sumie nie wiem, na czym polega ta myśl.

Za to fajni bohaterowie. Niejednoznaczni. Niby sami się władowali w kłopoty, ale właściwie nic złego nie zrobili. Medytacja to w końcu nie czarna msza, profanowanie hostii i składanie czarnej kury w ofierze. Protagonistka jest narkomanką, ale jednak rzuciła. I czuje się odpowiedzialna za kumpla.

Obrazowe porównania. Ten kotek robi wrażenie.

Interesujące łączenie różnych wątków. Tu filozofia, tam jakieś odniesienie do literatury. Acz zastanawiam się, czy całego egzystencjalizmu nie dałoby się wyciąć bez szkody dla fabuły.

Napisane fachowo, lecz mnie też język wydaje się, przynajmniej fragmentami, nieco egzaltowany. Ale zawsze pisałaś w innym stylu niż ja, nie ma się co czepiać.

Jestem na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

w sumie nie wiem, na czym polega ta myśl.

Strzelam: na natręctwie myslowym lepkim niczym owady i czarnym jak ich pancerzyki?

Nie, Wilku xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

W sumie jak teraz przescrollowałem sobie tekst, to faktycznie kilka innych interpretacji rzuca się w oczy :-) Cóż, tekst czytałem po przeklejeniu do notatnika, ale pogrubienie (którego siłą rzeczy w notatniku nie wyłapałem, tylko pamiętałem, ze gdzieś było) faktycznie trochę zmienia odbiór :)

:DDD

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ale właśnie ze względu na takie sytuacje warto później zaglądać dom komentarzy :-)

xd, niezależnie od decyzji.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Z decyzją to nie ma nic wspólnego, raczej z tym, że czytelniczo lubię teksty, w których jest wiecej niż tekst ;) 

Mocnym, ambitny i ciężki tekst, do którego mam jednak sporo „ale”.

Niby tylko oklepane robactwo, czyli sumie coś mało odkrywczego (zwłaszcza w weird), ale jednak wciągnęłaś mnie i zaintrygowałaś swoją wizją (jednak czy to były urojenia bohaterki, czy jednak fantastyczna wizja świata nie mam pewności). Kilkoma zdaniami przekonałaś mnie do niej, fajnie zbudowałaś klimat i otoczkę tajemnicy. Potem jednak z pewną rozpaczą obserwowałem, jak rozmywasz, rozpuszczasz tę wizję i trzon fabuły w pogmatwanych myślach, czasem (IMO) zbędnych wtrąceniach (Sartre), narastającej powodzi porównań, metafor i alegorii (ogród był rozwartym, gotowym grobem mojego małżeństwa, głuchy telefon kroplą krwi Filipa, szerszenie reprezentacją Robactwa). Od pewnego momentu miałem wrażenie, że starasz się wpakować te porównania, symbole itd. w każde niemal zdanie. I już żadna myśl bohaterki nie był prostą, ludzką myślą, każda była erudycyjnym popisem, dla efektu/kontrastu przewlekanym wulgaryzmami i kolokwializmami. Miało pewnie być na bogato, w znaczeniach, sensach, przesłaniu. Miało być ciężko, w natłoku myśli, psychologicznych dywagacjach i niedopowiedzeniach.

A tymczasem fabuła się rozłaziła i zwalniała, zwalniała, zwalniała… Z czasem niewiele się działo (największa wolta to spalenie pergaminu po wódce), a bohaterowie właściwie kręcili się w kółko, Filip majaczył już do końca akcji na obrzeżach fabuły, mąż pocieszał i sprowadzał na Ziemię, a Klara rozmyślała, porównywała, sypała grypsami, opowiadała o fascynacjach Naz (Lem, filozofia, fantastyka, filmy s-f, gry komputerowe).

To w sumie tak, jakbyś pokazała mi fascynujący widok zza kurtyny (niczym Filip Klarze), a potem pogrążyła opowieść w wywodach, dygresjach, chaotycznym zlepku wszystkiego z Lovecraftem i ciekawostkami dropsa (królestwo robaków jest największe na Ziemi).

Ja rozumiem, taki styl, taka formuła pisarska, ale… Zdania napakowane informacjami, odniesieniami, aluzjami, symboliką (nie całkiem Klarowną nomen omen). Mnóstwo pytań, które zadaje bohaterka, wiele retorycznych, mnóstwo rozterek, istna gorączka myśli, wypełniają 80% tekstu. Do tego sporo nawiązań, odniesień popkulturowych, które mieszasz swobodnie z klasyką, kulturą wyższą, filozofią itd. Do tego jeszcze Matrix, Obcy, Atlasi, nie zawsze to wszystko się spina moim zdaniem. I przyznam szczerze, że nie całkiem chwytam i ogarniam całą tę tajemniczą mitologię/religię. Były kleszcze, pojawia się Robactwo, które jest na niebie, na ramionach ludzi, na ramionach Atlasów, w duszy, wewnątrz człowieka, w szerszeniach, nad głową, nad łóżkiem. W postaci larw, robaków, kleszczy itd. Autorowi czasem łatwo tak pisać na specyficznej fali, trudniej potem czytać odbiorcy ze zrozumieniem.

Warsztat oczywiście bardzo dobry. Papier myślę z kilku powodów zasłużony, chociaż, co pewnie paradoksalne, będę (z kilku moich powodów) na NIE. Za to forma podpierająca się boldowaniem „tej myśli”, pisanymi wielką literą Robactwem, Głosem (ten pojawia się niespodziewanie), chyba trochę niepotrzebnie udziwniona.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Sorry, ale ja to spróbuję trochę sprowadzić na ziemię. Piszesz o odpowiedzialności za drugiego człowieka. Klara decyduje się wziąć udział w nieco szalonym projekcie Filipa, pewnie trochę dlatego, że jej żal faceta, który już się nieco stoczył. W połowie orientuje się, że to niebezpieczne i wycofuje się. Filip chce brnąć dalej, ale bez nie nie może i kończy się to źle dla niego. A Klara ma wyrzuty sumienia.

Temat nie nowy. Sposób podania… No, tak, mogłabym napisać, że nie lubię weirdu, ale tak prawdę powiedziawszy to ja go tu w ogóle nie czułam. Zgrałam sobie Twoje opko na czytnik i nawet nie popatrzyłam na tagi i nie miałam wrażenia ani grozy, ani dziwności. Miałam natomiast wrażenie przedobrzenia. I to zarówno na płaszczyźnie językowej – porównania, jak i w samej treści. Tam jest wszystko: filozofia, ezoteryka, psychologia, psychitria, a do tego jeszcze Matrix, gry, a całość podlana mocną dawką alkoholu i nie tylko.

Gubiłam się w tych odniesieniach, znakach, symbolach. Czułam się, jakbym wspinała się po stromym, kamienistym zboczu i to w miejscu, gdzie powietrze przypomina kisiel. Chyba zwyczajnie za stara jestem, żeby mnie to ruszyło.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Nie podobało mi się :(

Opowiadanie jest długie, ciężkie, w sumie nic się w nim nie dzieje, nie ma emocji. 

Ale doceniam, że chciało Ci się je napisać :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Porządne opowiadanie, Naz. Miałem pewne poczucie winy, że nie podchodziły mi Twoje opowiadania i jednocześnie wewnętrzną potrzebę, żeby w końcu jakieś podeszło. ;) Tak się właśnie stało.

To, co najczęściej sprawiało mi trudność w pełnej akceptacji Twoich tekstów, to pewnego rodzaju… Przypadłość prezentowania własnych umiejętności. Być może to niewłaściwe interpretacje i przez to niesprawiedliwe me oceny, ale tak było.

Tu jest inaczej, czuć dojrzałość pisarką, bo tekst, choć trudny, jest niewymuszony. Gdzieniegdzie wulgarny, gdzieniegdzie obleśny czy też niesmaczny, ale o dziwo, to pasuje, wszystko jest w miejscach i ilościach odpowiednich, by tekstowi dodać, niezbędnego w tym wypadku – brudu. I najlepsze – utwór jest wiarygodny. Jeśli zastanawiam się czytając, ile autorka czy też autor włożył w tekst swojego doświadczenia, to znaczy, że jest bardzo dobrze. :) Że napisała/napisał coś tak przekonująco, iż brzmi, jak prawdziwe.

Muszę Ci się przyznać, Naz, że kiedyś nie widziałem w Tobie pisarki, raczej dobrą amatorkę, jakich na każdym forum wiele, a przynajmniej sporo, ale ostatnimi tekstami zaczęłaś burzyć to przekonanie, a tym utworem udowodniłaś, że coś z Ciebie będzie, coś dobrego.

Przyczepiłbym się tylko do jednego. Całe opowiadanie jest emocjonalne, ale na poziomie constans, od początku do końca. Subiektywnie u mnie obniża to emocje i pełne zadowolenie z lektury, Chyba, że na końcu Klara dźga jednak siebie i Michał nożem tak naprawdę, a ja tego nie zrozumiałem, ale coś mi się wydaje, że chciałaś zakończenia niejednoznacznego.

Pozdrawiam.

 

Właśnie zauważyłem, że nie mam jeszcze na półce Openmindera z autografem, dziwne. Byłem pewny, że zamawiałem u Ciebie i dawno przyszedł. Odezwę się zaraz na PW.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nowa Fantastyka