- Opowiadanie: Gekikara - Jak topniejący śnieg

Jak topniejący śnieg

Opo­wia­da­nie po­wsta­ło z myślą o kon­kur­sie Sy­ne­ste­zyj­nym (wiem, za­koń­czył się tak dawno, że nie­któ­rzy zdą­ży­li o nim za­po­mnieć), za­in­spi­ro­wa­ne tym utwo­rem, który szcze­rze po­le­cam prze­słu­chać przed lek­tu­rą lub w trak­cie lek­tu­ry (jak kto lubi). 

In­spi­ra­cji było wię­cej, bo tekst ma w sobie wiele z tego, co lubię. Jest Ja­po­nia (w wy­da­niu rze­czy­wi­stym i bar­dziej po­pkul­tu­ro­wych wy­obra­żeń), jest re­li­gia, jest fan­ta­sty­ka, jest hi­sto­ria, są też inne rze­czy, które lubię naj­bar­dziej... No, czego tu nie ma? Już wy mi pew­nie po­wie­cie. ;) 

Bar­dzo dzię­ku­ję Za­na­iso­wi i Sarze za ich betę i po­dzie­le­nie się opi­nią.

Spe­cjal­ne po­dzię­ko­wa­nia chcę skie­ro­wać w stro­nę Bel­la­trix, która po­słu­ży­ła mi jako we­ry­fi­ka­tor ja­poń­sko­ści. 

Dzię­ki też Black_Ca­pe - za chęci, życz­li­wość i obiet­ni­cę ko­men­ta­rza. :) 

 

P.S.: Opi­sa­ne wy­da­rze­nia (poza tymi na pierw­szy rzut oka zmy­ślo­ny­mi) są opar­te na fak­tach (au­ten­tycz­nych!), albo na­wią­zu­ją do nich.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Jak topniejący śnieg

I

 

Draż­nią­cy za­pach dymu nad­le­ciał z po­łu­dnia, od stro­ny gór. To nie był zwy­kły pożar, dźwię­czą­cy pła­czem le­śnych bóstw, ani woń ogni­ska, w któ­rej dało się do­sły­szeć gwar prze­chwa­la­ją­cych się nie­biań­skich kami. Ten za­pach niósł szep­ty złak­nio­nych krwi tengu o dłu­gich no­sach i gniew­nych oczach.

Ha­chi­ro prze­wią­zał chu­s­tą nos i szedł dalej, wy­cze­ku­jąc ulewy, która zmył­aby dźwię­ki i ob­ra­zy. W szu­mie kro­pel ude­rza­ją­cych o blasz­ki liści wi­działby tylko ża­bo­po­dob­ne syl­wet­ki tań­czą­cych de­mo­nów kappa, w za­pa­chu mo­krej trawy sły­szałby je­dy­nie śpiew wod­nych du­chów. Jed­nak, choć nad­cho­dzi­ła pora desz­czo­wa, nie wy­glą­da­ło na to, że ma za­cząć padać, więc Ha­chi­ro za­sła­niał nos i za­ty­kał uszy. Z mar­nym skut­kiem. Czego zresz­tą miał­by ocze­ki­wać od losu?

Po­wi­nien nad­ło­żyć drogi, zejść ze szla­ku, za­wró­cić, omi­nąć sze­ro­kim łu­kiem ogar­nię­tą po­żo­gą wieś, ale co miał do stra­ce­nia? Od trzy­dzie­stu lat wiódł życie tu­ła­cza, nie gotów na to, czego wy­ma­gał honor wo­jow­ni­ka. Przez pierw­sze dzie­sięć, gdy był młody i pełny gnie­wu, na­le­żał do jed­nej z wielu band ro­ni­nów gra­bią­cych wsie, mając na­dzie­ję, że wśród po­dob­nych sobie od­naj­dzie spo­kój ducha. Póź­niej – wciąż nie­go­tów na śmierć z wła­snej ręki – zgo­lił głowę i za­czął po­ma­gać tym, któ­rzy po­trze­bo­wa­li ochro­ny. Jed­nak świa­do­mość hańby, jaką okrył ro­dzi­nę, nie znik­nę­ła. Cię­żar wsty­du zgiął mu kark i skrzy­wił barki. Był jak pies, który nie za­słu­żył nawet na to, by pan go kop­nął.

Ale teraz za­mie­rzał to na­pra­wić. Złoży ofia­rę w chra­mie Ni­ni­gie­go, a póź­niej do­ko­na sep­pu­ku u pod­nó­ża Ta­ka­chi­ho.

Nie od­zy­ska ho­no­ru. Nie żył już nikt, przed kim mógł­by się uko­rzyć i komu za­dość­uczy­nić. Tylko Ha­chi­ro prze­trwał – czy za spra­wą yōkai, wszel­kich istot ze świa­ta du­chów i bogów, które uczy­ni­ły sobie po­żyw­kę z jego nie­do­li; czy też zrzą­dze­niem prze­wrot­ne­go losu, dożył wieku, który nie­wie­lu dane było osią­gnąć. Je­dy­ne co mu po­zo­sta­ło, to umrzeć jak na­le­ży. Tyle mógł zro­bić.

W miarę jak Ha­chi­ro zbli­żał się do wio­ski, smród przy­bie­rał na sile, a de­mo­ny już nie szep­ta­ły, tylko wrzesz­cza­ły mu do uszu. W tym gwa­rze pra­wie umknę­ły mu praw­dzi­we głosy – wście­kłe krzy­ki, które pod­su­wa­ły mu wizje pę­dzą­cych oni. Czer­wo­ne ob­li­cza, ro­ga­te głowy, wy­szcze­rzo­ne kły. Praw­dzi­wych ludzi zo­ba­czył do­pie­ro póź­niej. Wy­bie­gli ze skrę­ca­ją­cej w las drogi. Ko­bie­ta, męż­czy­zna i dwój­ka dzie­ci w pro­stych, brud­nych ubra­niach wie­śnia­ków. Po­dą­ża­ło za nimi czte­rech jeźdź­ców. Jeden w cięż­kiej, bo­ga­to zdo­bio­nej zbroi ō-yoroi, na którą stać było tylko naj­za­moż­niej­szych sa­mu­ra­jów. Wy­ma­chi­wał mie­czem, gdy tylko zbli­żał się do ści­ga­nych. Po­zo­sta­li nie no­si­li pan­ce­rzy, uzbro­je­ni byli w po­dob­ne do włócz­ni na­gi­na­ty. Urzą­dzi­li sobie po­lo­wa­nie. Igra­li z ży­ciem tych nie­szczę­śni­ków, mogąc za­koń­czyć je w każ­dej chwi­li.

To nie była jego spra­wa.

A jed­nak.

Kiedy uszu włó­czę­gi do­bie­gły prze­ry­wa­ne ję­kiem i pła­czem słowa ucie­ka­ją­cych wie­śnia­ków, uj­rzał świa­tło spły­wa­ją­ce spo­mię­dzy gę­stej za­sło­ny chmur, a w nim parę skrzy­dla­tych istot, niby ludzi, któ­rych ciała okry­wa­ły szaty ze sło­necz­nych pro­mie­ni.

Ten widok bu­dził wspo­mnie­nia. Przy­wo­ły­wał w pa­mię­ci obraz sztan­da­ru ło­po­czą­ce­go nad twier­dzą za­ję­tą przez bun­tow­ni­ków i to, czego Ha­chi­ro do­świad­czył, gdy armia sho­gu­na­tu wdar­ło się do środ­ka. Od tam­tej pory kil­ku­krot­nie spo­tkał chrze­ści­jan – zgnę­bio­nych, gło­du­ją­cych, ży­ją­cych w stra­chu lub bła­ga­ją­cych o życie – ale nigdy nie do­strzegł przy nich świe­tli­stych du­chów. Aż do teraz.

Czy dla­te­go się­gnął po ka­mień le­żą­cy na ubo­czu drogi i ci­snął pro­sto w hełm sa­mu­ra­ja?

Do tej pory ani jeźdź­cy, ani ich ofia­ry, nie zwra­ca­li na niego uwagi. Pod­sta­rza­ły włó­czę­ga ja­kich nie bra­ko­wa­ło, w za­ku­rzo­nym tsut­su-so­de, z kijem, na któ­re­go za­koń­cze­niu wi­siał to­bo­łek, nie przy­ku­wał spoj­rzeń. Aż do teraz.

Sa­mu­raj za­chwiał się w sio­dle, ale szyb­ko od­zy­skał rów­no­wa­gę i obrał nowy cel. Ru­chem mie­cza dał znak kom­pa­nom, któ­rzy ru­szy­li jego śla­dem. Ob­le­cze­ni w groź­by pa­da­ją­ce z ich ust, wy­glą­da­li jak be­stie zro­dzo­ne z dymu i ognia o wiel­kich, na­je­żo­nych kłami pasz­czach.

Ale Ha­chi­ro też miał zęby i wie­dział, jak ugryźć.

Ci­śnię­ty to­bo­łek spło­szył jed­ne­go z koni, który po­de­rwał się, zrzu­ca­jąc jeźdź­ca. Ten upadł pe­cho­wo na wła­sną broń. Jego pło­mień zgasł. Drugi, ja­dą­cy tuż przy nim, zwol­nił i jakby stra­cił na pew­no­ści sie­bie. Nie był typem wo­jow­ni­ka, to pewne – nim Ha­chi­ro zaj­mie się póź­niej.

Sa­mu­raj był bli­sko, szy­ko­wał cios, pe­wien, że włó­czę­ga za­cznie ucie­kać. Za­pach koń­skie­go potu mie­szał się z wonią krwi, prze­cho­dząc w szept wy­głod­nia­łych ji­ki­nin­ki, ob­li­zu­ją­cych dłu­gi­mi ję­zo­ra­mi wargi spra­gnio­ne świe­żej krwi. Mó­wi­ły, kiedy wo­jow­nik ude­rzy, jak wy­so­ko bę­dzie ciął, czego się spo­dzie­wa – ale Ha­chi­ro wie­dział­by i bez tego. Rzu­cił się ku ziemi, o dłoń mi­ja­jąc ostrze mie­cza, wy­ko­nał szyb­ki prze­wrót i zo­sta­wiw­szy za sobą zbroj­ne­go jeźdź­ca, ude­rzył trze­cie­go na­past­ni­ka trzon­kiem kija pro­sto w nos. Tra­fio­ny za­to­czył się i spadł z konia.

Sa­mu­raj ze­sko­czył z wierz­chow­ca i za­ata­ko­wał, wy­gła­sza­jąc za­pew­nie­nia ry­chłej śmier­ci włó­czę­gi, który ośmie­lił się wejść mu w drogę. Groź­by bu­cha­ły kłę­ba­mi pary spo­mię­dzy zębów de­mo­nicz­nej maski, która za­sła­nia­ła jego twarz.

– Uwa­żaj! – krzyk­nę­ła ko­bie­ta, ale Ha­chi­ro nie tak łatwo było za­sko­czyć.

Chrzęst pia­sku i świst po­wie­trza pod­su­nę­ły mu wizję de­mo­na skra­da­ją­ce­go się za ple­ca­mi. Wy­sko­czył w kie­run­ku sa­mu­ra­ja, rzu­ca­jąc kij pro­sto w twarz prze­ciw­ni­ka. Chwy­cił go za rękę i szarp­nął, prze­bi­ja­jąc ostrzem pierś głup­ca, który za przy­kła­dem swo­je­go pana zszedł z konia i pró­bo­wał ataku z ukry­cia. Ko­na­ją­cy padł na zie­mię, cią­gnąc za sobą sa­mu­ra­ja zma­ga­ją­ce­go się z ostrzem, które we­szło w ciało męż­czy­zny pra­wie aż po ha­ba­ki.

Ten, który spadł z konia, pró­bo­wał wstać – Ha­chi­ro kop­nia­kiem w skroń po­zba­wił męż­czy­znę przy­tom­no­ści i uchy­lił się w ostat­niej chwi­li, a ka­ta­na świ­snę­ła tuż nad głową, uci­na­jąc czu­bek stoż­ko­wa­te­go ka­pe­lu­sza. Gdyby jego prze­ciw­ni­kiem był wpraw­ny szer­mierz, Ha­chi­ro już by nie żył, ale impet chy­bio­ne­go ciosu wybił prze­ciw­ni­ka z rów­no­wa­gi na tyle, by dać włó­czę­dze czas na chwy­ce­nie le­żą­ce­go opo­dal kija i uciecz­kę poza za­sięg mie­cza.

– Ty…! – wy­krzyk­nął sa­mu­raj, nie mogąc zna­leźć od­po­wied­nich słów.

Wy­cią­gnął miecz przed sie­bie na pełną od­le­głość ra­mion. Pło­mien­na aura roz­wia­ła się na wie­trze, a groź­ną maskę przy­kry­ła wizja zlęk­nio­nej twa­rzy dziec­ka. Dło­nie mu drża­ły i pocił się stra­chem, który szep­tał do uszu Ha­chi­ro: „Zabij go, zabij”.

Nie, żeby ten miał coś prze­ciw za­bi­ja­niu. W swoim prze­klę­tym, na­zna­czo­nym pięt­nem hańby życiu czy­nił to nad wyraz czę­sto, a i wcze­śniej, kiedy był jesz­cze jed­nym z sa­mu­ra­jów słu­żą­cych ro­do­wi Mat­su­da­ira, nie stro­nił od za­da­wa­nia śmier­ci. Jed­nak tym razem… może to z po­wo­du tego, jaki ko­niec sobie za­pla­no­wał u kresu wę­drów­ki? Albo z uwagi na wie­śnia­ków i na tę dwój­kę dzie­ci, które wpa­try­wa­ły w niego oczy? Czy przez sa­mu­ra­ja, który, choć uzbro­jo­ny, nie wy­da­wał się za­gro­że­niem?

Nie, to przez tamte isto­ty. Świe­tli­ste, skrzy­dla­te yōkai, które przy­po­mi­na­ły mu tam­ten dzień i tamto spo­tka­nie na polu bitwy.

Ha­chi­ro ude­rzył kijem w ostrze ka­ta­ny i zro­bił krok do przo­du. Po­wtó­rzył cios i zbli­żył się po­now­nie. Potem jesz­cze raz. Był już o włos od ostrza. Ko­lej­ne ude­rze­nie o stal. Sa­mu­raj od­stą­pił na krok, więc Ha­chi­ro na­pie­rał jesz­cze bar­dziej, aż w końcu tam­ten po­tknął się i upadł, a broń wy­pa­dła mu z rąk.

Wizja była praw­dzi­wa. To rze­czy­wi­ście dzie­ciak.

Z bli­ska Ha­chi­ro mógł do­strzec młode, prze­stra­szo­ne oczy chłop­ca skry­wa­ją­ce­go się za maską.

– Ucie­kaj – na­ka­zał, ale tam­ten nadal leżał i pró­bo­wał wy­ma­cać rę­ko­jeść mie­cza, który upadł opo­dal. Cios kijem po dłoni po­wstrzy­mał go od tych za­pę­dów. – To zo­staw. Konia też. Ucie­kaj, już! – krzyk­nął, a chło­pak pod­niósł się z wa­ha­niem i bez słowa po­gnał w las.

Gdyby miał honor, zgi­nął­by tu i teraz.

Może Ha­chi­ro po­wi­nien oszczę­dzić mu hańby, do­go­nić go i zabić? Nie, na to już było za późno. Kiedy mło­dzik wy­ko­nał pierw­szy krok w stro­nę lasu, po­grze­bał swój honor. Zu­peł­nie jak kie­dyś Ha­chi­ro.

Tylko on był praw­dzi­wym sa­mu­ra­jem, nie dziec­kiem w zbroi.

Pro­mie­nie za­cho­dzą­ce­go słoń­ca przedar­ły się przez chmu­ry, ma­lu­jąc las w ko­lo­ry ognia. Po­bli­ska wio­ska po­wo­li do­ga­sa­ła, smród ze­lżał i uci­chły głosy yōkai. Ura­to­wa­ni wie­śnia­cy za­mil­kli, wpa­tru­jąc się z na­dzie­ją i trwo­gą w nie­zna­jo­me­go włó­czę­gę, świe­tli­ste isto­ty nie krą­ży­ły już na nie­bie, a dźwięk kro­ków chło­pa­ka uto­nął w stru­gach desz­czu, który nagle za­czął padać, przy­kry­wa­jąc zmy­sły Ha­chi­ro.

Dla­te­go nie usły­szał, jak ostat­ni z prze­ciw­ni­ków na placu boju wstał i wy­mie­rzył za­bój­czy cios.

 

*

 

Piel­grzym­kę do­ra­dził mu mnich z Fu­ku­sho­ji, kiedy Ha­chi­ro po raz pierw­szy od trzy­dzie­stu lat od­wie­dził Kiu­siu. Spo­tka­li się na dro­dze do Ka­go­shi­my, złą­cze­ni celem wę­drów­ki – mnich, bo zmie­rzał do swo­je­go klasz­to­ru, od­wie­dziw­szy umie­ra­ją­ce­go ojca; Ha­chi­ro, bo był to rów­nie dobry kie­ru­nek, jak każdy inny.

Gdy zbli­ża­li się do mia­sta, wi­ta­ły ich oka­le­czo­ne ciała ukrzy­żo­wa­nych męż­czyzn i ko­biet. Smród śmier­ci przy­cup­nął na karku ro­ni­na, by roz­pa­mię­ty­wać chwi­le sła­bo­ści i roz­pra­wiać mu o nędz­nym losie, jaki miał go cze­kać.

– Kie­dyś Ka­go­shi­ma była mia­stem chrze­ści­jan – po­wie­dział mnich, kiedy mi­ja­li krzy­że. – Przed prze­szło stu laty, kiedy po­ja­wi­li się na Kiu­siu, Nin­shit­su-san, po któ­rym przy­ją­łem imię, był im przy­ja­cie­lem. Pró­bo­wał na­uczać ich przy­wód­cę.

Ha­chi­ro nie miał ocho­ty przy­słu­chi­wać się tej opo­wie­ści, jed­nak mil­czał, by nie ura­zić to­wa­rzy­sza po­dró­ży. Szedł, nie roz­glą­da­jąc się na boki, ze spoj­rze­niem wbi­tym w drogę przed sobą.

– Na po­cząt­ku my­ślał nawet, że ci ga­ijin wy­zna­ją dziw­ną od­mia­nę bud­dy­zmu. Ich Trój­ca przy­po­mi­na­ła Buddę Da­ini­chie­go o trzech ob­li­czach. Ich niebo przy­po­mi­na­ło kra­inę z nauk Buddy Amidy. W mo­dli­twie uży­wa­li pa­cior­ków. Wiele nas róż­ni­ło, ale też w wielu rze­czach by­li­śmy po­dob­ni. – Nin­shit­su przy­sta­nął pod ko­lej­nym krzy­żem. – Na Kiu­siu za­czę­ła się ich hi­sto­ria w Ja­po­nii i tu też się za­koń­czy­ła. Trzy­dzie­ści lat temu…

– Czemu o tym mó­wisz, Nin­shit­su-san? – prze­rwał mu Ha­chi­ro, sta­ra­jąc się nie pa­trzeć na ciała, by nie przy­wo­ły­wać wspo­mnień, które i tak co dzień na­wie­dza­ły go w my­ślach.

– Cza­sem to, co wy­da­je się bli­skie, jest da­le­kie. Cza­sem zaś bliż­sze niż nam się wy­da­je. A po­czą­tek można złą­czyć z koń­cem, tak jak wiąże się pętlę.

– Od­po­wiedź godna mni­cha. Moi przod­ko­wie mo­dli­li się do kami. Ich wola jest prost­sza do od­gad­nię­cia.

Nin­shit­su po­ki­wał głową ze zro­zu­mie­niem i spló­tł­szy dło­nie, scho­wał je w sze­ro­kich rę­ka­wach swo­je­go ki­mo­na

– Shin­to i bud­dyzm to dwie stro­ny jed­nej mo­ne­ty. Wielu od­wie­dza­ło Fu­ku­sho­ji w trak­cie po­dró­ży do Ta­ka­chi­ho. Wielu jest kami, a każdy tak samo dobry. Po­dob­nie wiele jest dróg do oświe­ce­nia.

– A ich droga? – za­py­tał Ha­chi­ro, pod­no­sząc ku ob­li­czu ukrzy­żo­wa­ne­go wzrok, który do­tych­czas wbi­jał w zie­mię. Brzmia­ło to tak, jakby rzu­cał mni­cho­wi wy­zwa­nie.

– Mo­ne­ta nie ma trze­ciej stro­ny – od­parł tam­ten, a Ha­chi­ro od­wró­cił wzrok od przy­bi­te­go do krzy­ża chrze­ści­ja­ni­na, któ­re­go słowa mni­cha ob­le­kły w po­stać po­grą­żo­ne­go w me­dy­ta­cji Buddy.

 

*

 

– Budzi się. Santa Ma­ruya, co teraz zro­bi­my?

– Ma­ko­to, przy­nieś miecz!

Nim Ha­chi­ro otwo­rzył oczy, wi­dział wnę­trze swo­je­go ro­dzin­ne­go domu. Sied­miu bogów szczę­ścia, o twa­rzach jego sied­miu star­szych braci, sie­dzia­ło na ta­ta­mi. Każdy co do jed­ne­go był wiel­kim sa­mu­ra­jem. Wszy­scy zgi­nę­li, nim Ha­chi­ro osią­gnął wiek chło­pię­cy. Żaden nie przy­niósł hańby ro­do­wi.

Ki­wa­li gło­wa­mi z dez­apro­ba­tą. 

“Nie­siesz wstyd wszyst­kim przod­kom” – mó­wi­ły ich ka­mien­ne ob­li­cza. “Je­steś jak zła­ma­ne ostrze” – po­wta­rza­ły za­mknię­te usta. “Niech na tobie ród się za­koń­czy!” – grzmiał ich niemy krzyk.

Ha­chi­ro klę­czał przed nimi, zgiął się w po­kło­nie i czo­łem do­tknął wy­ło­żo­nej ta­ta­mi pod­ło­gi. Wtem po­czuł cie­pły dotyk na ra­mie­niu. Pod­niósł głowę i spoj­rzał w bok, ale nie do­strzegł tam nic prócz słoń­ca, któ­re­go pro­mie­nie wpa­da­ły przez szcze­li­nę mię­dzy ścia­na­mi.

Naj­młod­szy z braci, Yoshi­to­ki, się­gnął po miecz.

Dłoń Ha­chi­ro po­wę­dro­wa­ła ku górze i za­ci­snę­ła się na rę­ko­je­ści ka­ta­ny.

Kiedy pod­niósł po­wie­ki, doj­rzał nad sobą po­bla­dłą twarz męż­czy­zny. Już go gdzieś wi­dział. Z wy­sił­kiem, jakby jesz­cze znaj­do­wał się w kra­inie snu, przy­wo­łał z pa­mię­ci po­dróż do Ta­ka­chi­ho. Czło­wiek przed nim, to wie­śniak, któ­re­go ści­gał dzie­ciak w ō-yoroi.

– Wezmę to – ode­zwał się, za­uwa­żyw­szy, że tam­ten wciąż trzy­ma miecz.

Męż­czy­zna z wa­ha­niem za­brał dłoń.

Ha­chi­ro wstał z wy­sił­kiem, do­tknął pier­si owi­nię­tej opa­trun­kiem i uprzy­tom­nił sobie, że rana, któ­rej do­znał, po­win­na być śmier­tel­na. Żył jed­nak. Przod­ko­wie nie przy­ję­li jego duszy do swego grona, ale też nie od­ro­dził się w po­sta­ci ro­ba­ka. Mogło być go­rzej.

– To dro­go­cen­na ka­ta­na – oznaj­mił, przyj­rzaw­szy się zdo­bie­niom mie­cza. – Nie mogła na­le­żeć do zwy­kłe­go bushi.

– Co to zna­czy? – ­zapy­ta­ła ko­bie­ta, która po­ja­wi­ła się przy mężu, przy­tu­la­jąc do sie­bie dwój­kę dzie­ci.

Tro­ska w jej gło­sie zbie­ra­ła się u szczy­tu ja­ski­ni w kłę­bo­wi­sko ciem­nych, bu­rzo­wych chmur, po­śród któ­rych pę­dzi­ły ob­le­czo­ne w bły­ska­wi­ce raijū, duchy gromu pod po­sta­cią kró­li­ków i my­śliw­skich psów. 

– Źle zro­bi­łem, po­zwa­la­jąc mu na hańbę. Wróci z ludź­mi i bę­dzie nas szu­kać.

Santa Ma­ruya – wy­rwa­ło się z ust ko­bie­ty, a chmu­ry, które, rzecz jasna, wi­dział tylko Ha­chi­ro, roz­świe­tlił blask pio­ru­nu.

Wie­śniacz­ka za­kry­ła usta, po­jąw­szy, o czym świad­czy­ły jej słowa. Męż­czy­zna wpa­try­wał się to w ro­ni­na, to w miecz. Dzie­ci sie­dzia­ły cicho i w bez­ru­chu. Mu­sia­ły już przy­wyk­nąć do ukry­wa­nia się.

– Czemu nam po­mo­głeś? Je­steś… – za­czął wie­śniak z na­dzie­ją.

– Nie.

– Więc dla­cze­go?

Py­ta­nie zbli­ża­ło się do Ha­chi­ro ni­czym pętla, która miała za­ci­snąć się na szyi.

– Mam swoje po­wo­dy – od­parł, prze­cie­ra­jąc oczy. To nie po­mo­gło. Nigdy nie po­ma­ga­ło. Wizje nie od­cho­dzi­ły.

– Ale chyba nas nie…

– Nie.

Ha­chi­ro od­kaszl­nął i wy­tarł usta dło­nią. Nie mu­siał pa­trzeć, za­pach po­wie­dział mu, że to krew. Go­rącz­ka tra­wi­ła jego ciało. Po­ciem­nia­ło mu w oczach i po­czuł, że ucho­dzi z niego życie. Dłu­go­no­se tengu, ro­ga­te oni i róż­no­kształt­ne, pso­tli­we, nie­wiel­kie aman­ja­ku wy­ło­ni­ły się z chmur, drwiąc i szcze­rząc zęby w jego ostat­nich chwi­lach.

– Zo­staw­cie mnie – po­wie­dział. – Idź­cie do Ka­go­shi­my, do klasz­to­ru Fu­ku­sho­ji… Jest tam mnich… Nin­shit­su. Po­wiedz­cie, że przy­sy­ła was Ha­chi­ro. Po­mo­że wam. Tylko nie zdradź­cie się przed nikim… Idź­cie – po­wtó­rzył, nim znów za­to­nął w ciem­nych wo­dach kra­iny umar­łych.

 

*

 

Śnie­gi stop­nia­ły, drze­wa wiśni za­kwi­tły, a ob­lę­że­nie sta­re­go zamku wkrót­ce miało się za­koń­czyć. Po mie­sią­cach walk z bun­tow­ni­ka­mi, któ­rzy – choć wy­gło­dze­ni, wy­cień­cze­ni, do­świad­cze­ni cho­ro­ba­mi – bili się ni­czym de­mo­ny, nad­szedł czas de­cy­du­ją­ce­go star­cia.

Armia sho­gu­na­tu To­ku­ga­wa przy­stą­pi­ła do sztur­mu, gdy ostrzał ze­lżał. Wie­dzie­li, że bun­tow­ni­kom koń­czy się proch. Dzie­siąt­ki ty­się­cy żoł­nie­rzy na­tar­ło na naj­słab­sze frag­men­ty skle­co­nych przez re­be­lian­tów umoc­nień, by ze­drzeć z zam­ko­wych ruin obcy sztan­dar. Sym­bol kie­li­cha z dwoma skrzy­dla­ty­mi ludź­mi po bo­kach był bluź­nier­stwem prze­ciw tra­dy­cji przod­ków, zna­kiem ga­ijin pró­bu­ją­cych znisz­czyć to, co ja­poń­skie – tak my­śle­li, tak chcie­li my­śleć, do­ko­nu­jąc rzezi na ko­bie­tach, dzie­ciach i star­cach gło­du­ją­cych we­wnątrz zamku Hara. Jed­nak ci, któ­rzy zdol­ni byli unieść broń, wal­czy­li za dzie­się­ciu, na­sy­ce­ni siłą obcej wiary.

Ale dla praw­dzi­wych sa­mu­ra­jów, któ­rzy uro­dzi­li się z mie­czem w ręku, nie sta­no­wi­li wy­zwa­nia. Nie, kiedy na ich czele szedł Miy­amo­to Mu­sa­shi, wal­czą­cy ni­czym Ha­chi­man – kami wojny. Z ka­ta­ną w jed­nej dłoni i wa­ki­za­shi w dru­giej, wraz z ko­lej­ny­mi ude­rze­nia­mi od­sy­łał w za­świa­ty wo­jow­ni­ków, by mogli zjed­nać się z przod­ka­mi i opo­wie­dzieć im, z czy­jej ręki zgi­nę­li. 

Ha­chi­ro po­dą­żał tuż za nim, chcąc przy­nieść chwa­łę przod­kom i za­do­wo­lić swego pana.

Choć nie po­cho­dził ze znacz­ne­go rodu, a młody wiek nie niósł ze sobą wiel­kie­go do­świad­cze­nia, zdą­żył za­sły­nąć jako wpraw­ny szer­mierz, z dumą kro­cząc drogą sied­miu po­grze­ba­nych braci. Nie znał stra­chu ani li­to­ści wobec wroga.

Roz­dzie­li­li się, na­tra­fiw­szy na roz­wi­dle­nie dróg, nie wie­dząc, która do­pro­wa­dzi ich do sztan­da­ru. Re­be­lian­tów było coraz mniej. Prze­la­na krew zbie­ra­ła się w ka­łu­żach i bar­wi­ła zie­mię szkar­ła­tem tam, gdzie nie za­ście­lał jej dywan tru­pów. Ha­chi­ro wbiegł scho­da­mi na szczyt muru, w po­szu­ki­wa­niu prze­ciw­ni­ka.

Tam go spo­tkał.

Zbun­to­wa­ny sa­mu­raj stał w pro­mie­niach słoń­ca. Hełm trzy­mał pod pachą, po­zwa­la­jąc czar­nym, nie­upię­tym w kok wło­som po­wie­wać na wie­trze. Na jego zbroi na­ma­lo­wa­ny był znak krzy­ża. Był młody – młod­szy niż Ha­chi­ro – jed­nak z jego po­sta­wy, spo­so­bu, w jaki trzy­mał ka­ta­nę, przy­glą­da­jąc się ska­za­nej na prze­gra­ną bi­twie, można było do­czy­tać nie­za­chwia­ną pew­ność i spo­kój.

Ha­chi­ro po­znał go od razu.

Ama­ku­sa Shiro. Przy­wód­ca bun­tow­ni­ków. Syn okry­te­go hańbą ro­ni­na słu­żą­cy za­chłan­ne­mu kami, który za­bra­niał mo­dlić się do in­nych i ponoć wy­rzu­cił wła­sne­go syna z nie­biań­skie­go kró­le­stwa, by wiódł życie nę­dza­rza oraz umarł jak prze­stęp­ca. Do­praw­dy, po­li­to­wa­nia go­dzien był taki kami i taka wiara w po­rów­na­niu do mi­ło­ści Ama­te­ra­su, która wła­sne­go wnuka uczy­ni­ła ce­sa­rzem, by miał pod opie­ką wszyst­kich Ja­poń­czy­ków. Tym­cza­sem Deusu za­bra­niał im nawet sep­pu­ku, by umrzeć ho­no­ro­wo!

Mimo wszyst­ko, Ha­chi­ro, bodaj po raz pierw­szy, odkąd wkro­czył na drogę  bu­shi-dō, od­czu­wał nie­po­kój na widok tego le­d­wie męż­czy­zny. Dla­cze­go?

To twoja szan­sa, na­po­mi­nał się w my­ślach, mo­żesz zmyć hańbę, którą okry­łeś swój ród! Za­ci­snął dło­nie na rę­ko­je­ści mie­cza i chciał ru­szyć do ataku, ale nie był w sta­nie wy­ko­nać choć­by kroku. Stał jak ska­mie­nia­ły, kiedy słoń­ce za­cho­dzi­ło, po­zo­sta­wia­jąc złotą po­świa­tę wokół zbun­to­wa­ne­go sa­mu­ra­ja. Nie po­ru­szył się, gdy na­sta­ła noc, a ruiny zamku zajął ogień pod­ło­żo­ny przez zwy­cię­skie woj­ska sho­gu­na­tu. Nie drgnął, kiedy na szyi ob­le­czo­ne­go w świa­tło Shiro po­ja­wi­ła się czer­wo­na pręga w miej­scu, gdzie ścię­to mu głowę. Nie wy­do­był z sie­bie choć­by wes­tchnie­nia, kiedy głowa prze­krę­ci­ła się wbrew uło­że­niu resz­ty ciała i prze­mó­wi­ła do niego.

– Tutaj cze­kam. Przy­pro­wadź ich do mnie.

 

*

 

Obu­dziw­szy się drugi raz, za­uwa­żył, że go­rącz­ka ustą­pi­ła.

Nadal znaj­do­wa­li się w ja­ski­ni. Wej­ście za­sła­niał gąszcz ro­ślin, przez który do środ­ka wpa­da­ły nikły po­blask księ­ży­ca i gwiazd, więc pa­no­wa­ła tam pra­wie nie­prze­nik­nio­na ciem­ność. Na ze­wnątrz deszcz wy­gry­wał swój kon­cert. Nie. Nie deszcz. Wo­do­spad. Ha­chi­ro był pe­wien, bo w ude­rze­niach stru­mie­ni wody wi­dział pły­wa­ją­ce gyuki o gło­wach byków i pa­ję­czych cia­łach.

Wie­śnia­cy spali przy prze­ciw­le­głej ścia­nie groty. Ro­dzi­ce i dzie­ci bli­sko sie­bie, ogrze­wa­ni na­wza­jem wła­snym cie­płem, le­że­li na po­sła­niu z liści i ga­łą­zek. Ha­chi­ro tym­cza­sem spo­czy­wał na roz­pa­da­ją­cym się ze sta­ro­ści niedź­wie­dzim fu­trze.

Nie zo­sta­wi­li go. Głup­cy. Mogli się ra­to­wać.

Z dru­giej jed­nak stro­ny… Prze­cie­ra­jąc oczy, przy­po­mniał sobie frag­men­ty nie­daw­ne­go snu. Czy to w ogóle było moż­li­we?

W mroku od­na­lazł miecz. Nie przy­spo­rzy­ło mu to trudu – broń roz­ta­cza­ła wokół sie­bie aurę śmier­ci. Przy­naj­mniej tyle do­bre­go z klą­twy, jaka na nim cią­ży­ła. Zna­lazł po omac­ku ster­tę swo­ich ubrań, le­żą­cą opo­dal broni. Były znisz­czo­ne, ale ktoś zmył z nich krew. Pew­nie ko­bie­ta. Ha­chi­ro nie znał jej imie­nia. Nie­ste­ty, nie bę­dzie miał oka­zji jej po­dzię­ko­wać.

Ani jemu, stwier­dził w my­ślach, pa­trząc w ciem­ność tam, gdzie leżał nie­zna­jo­my. Ktoś prze­cież mu­siał zabić tam­te­go wo­jow­ni­ka i przy­tasz­czyć tu pół­ży­we­go Ha­chi­ro.

Za­rzu­ciw­szy prze­cię­te ki­mo­no, oparł o ramię za­wi­nię­ty w szma­ty miecz. Po­słu­gu­jąc się kijem jak laską, któ­rej, co dziw­ne, wcale nie po­trze­bo­wał, skie­ro­wał się do wyj­ścia z ja­ski­ni. Rana mu­sia­ła być płyt­sza, niż są­dził. Od­gar­nął za­ro­śla i wyj­rzał na ze­wnątrz. W grzmo­cie wo­do­spa­du i prze­bi­ja­ją­cym się przez niego wyciu wia­tru doj­rzał tań­czą­ce po­śród chmur, świe­tli­ste lisy by­ak­ko. Jeden z nich prze­bił ścia­nę wody, za­to­czył krąg nad głową ro­ni­na, wy­ła­do­wał przy ro­dzi­nie chrze­ści­jan i przy­tu­lił pysk do łona ko­bie­ty.

 

*

 

– Idzie­my na pół­noc i za­chód – oznaj­mił, obu­dziw­szy ro­dzi­nę tuż przed świ­tem. – Jeśli się po­spie­szy­my, o zmierz­chu bę­dzie­my na wy­brze­żu.

– Prze­pra­szam… – roz­po­czął męż­czy­zna, klę­ka­jąc przed ro­ni­nem.

– Nie na­le­żą mi się prze­pro­si­ny – od­parł tam­ten. – Ani ty­tu­ły. Je­stem Ha­chi­ro. Bez rodu.

– Ha­chi­ro-san – skło­nił się chrze­ści­ja­nin. – Ja mam na imię Ke­ii­chi, mój syn – szturch­nął chłop­ca, by ten się skło­nił – to Ma­ko­to…

– Bez obaw, mo­że­cie podać mi swoje praw­dzi­we imio­na – prze­rwał mu Ha­chi­ro. – Albo nie po­da­wać żad­nych. Zro­zu­miem.

Męż­czy­zna wstał i wy­cią­gnął przed sie­bie rękę w ge­ście po­zdro­wie­nia ga­ijin. Ha­chi­ro uści­snął jego dłoń. Zła­mał jak dotąd tyle zasad, że przy­ję­cie ob­ce­go oby­cza­ju nie wa­ży­ło na ob­szer­no­ści tej listy.

– Je­stem Daiso Fu­ra­no­chi­sho – chrze­ści­ja­nin przed­sta­wił się po­now­nie. – Mój syn to Ba­ru­to­to­meu, żona Ma­gu­da­re­na, a córka Jo­a­na. To nasze chrze­ści­jań­skie imio­na.

Obco brzmią­ce dźwię­ki sy­pa­ły snopy iskier, przed któ­ry­mi ucie­ka­ły psot­ne aman­ja­ku a sku­pio­ne wokół za­wi­niąt­ka z ka­ta­ną tengu wy­krzy­wia­ły gęby w wy­ra­zie obrzy­dze­nia. Jed­nak li­so­wi, który przy­cup­nął pod no­ga­mi Mag­da­le­ny, nie prze­szka­dza­ły.

– Do­brze. – Ha­chi­ro ski­nął głową. – Ru­szaj­my. Dwa dni to i tak za długo.

– Dwa ty­go­dnie, Ha­chi­ro-san. – Usły­szał nie­śmia­ły szept ko­bie­ty. – Byłeś nie­przy­tom­ny. Nawet ja­dłeś przez sen.

– Nie zna­leź­li was przez tyle czasu?

– Chrze­ści­ja­nie długo przed po­wsta­niem wie­dli tutaj cięż­ki żywot – wy­ja­śnił męż­czy­zna. – Tę kry­jów­kę po­ka­zał mi oj­ciec, kiedy w są­sied­niej wsi spa­lo­no żyw­cem ro­dzi­nę wuja. Po­dob­no ich ciała sto­pi­ły się w jedno… Pa­mię­tam świę­ta, które z nimi spę­dzi­li­śmy. Mieli czwór­kę dzie­ci, dwoje młod­szych niż moje teraz… – Męż­czy­zna spo­sęp­niał, a złe duchy bez kształ­tu ze­bra­ły się wokół niego, przy­wo­łu­jąc wspo­mnie­nia tych, co ode­szli.

Po­krę­cił głową i wy­ko­nał znak krzy­ża.

– Nie znaj­dzie nas tu nikt, kto nie zna drogi – za­pew­nił, obej­mu­jąc peł­nym tro­ski spoj­rze­niem swo­ich bli­skich. 

Ronin prze­ko­nał się, że w sło­wach chrze­ści­ja­ni­na nie było krzty prze­sa­dy. Droga, która pro­wa­dzi­ła z ja­ski­ni, sta­no­wi­ła istny la­bi­rynt, czę­ścio­wo ukry­ty za wo­da­mi wo­do­spa­du, lub wci­śnię­ty mię­dzy skal­ne bloki. Nim wy­szli do lasu, słoń­ce było już wy­so­ko na nie­bie.

Ha­chi­ro wy­brał kie­ru­nek i ru­szył, a po­zo­sta­łym na­ka­zał iść za nim, z dala od głów­ne­go szla­ku, przez za­ro­śla, które wy­ci­nał bez­czesz­cząc tym aktem dro­go­cen­ną ka­ta­nę. Fran­ci­sco niósł na ple­cach syna, córka spo­czy­wa­ła w ra­mio­nach matki, więc prze­miesz­cza­li się wol­niej, niż za­kła­dał.

– Ura­to­wa­łeś nam życie, Ha­chi­ro-san – roz­po­czął wie­śniak – win­ni­śmy ci za­ufa­nie… Jed­nak mógł­byś po­wie­dzieć, gdzie nas pro­wa­dzisz? Na pół­no­cy jest zamek Ku­ma­mo­to. Jeśli znaj­dą nas i roz­po­zna­ją…

– Nie je­ste­ście mi nic winni – od­po­wie­dział ronin, to­ru­jąc drogę ko­lej­ny­mi ude­rze­nia­mi mie­cza. W od­gło­sie ści­na­nych ga­łę­zi do­strze­gał fi­li­gra­no­we po­sta­ci le­śnych du­chów, które opła­ki­wa­ły każdy opa­dły liść. – Ura­to­wa­li­ście mnie, jak ja was. Nie ma nie­spła­co­nych dłu­gów mię­dzy nami.

Fran­ci­sco mruk­nął na znak, że ro­zu­mie. Cze­kał jed­nak na od­po­wiedź.

– Jak mocna jest wasza wiara? – za­py­tał Ha­chi­ro.

– Wiara może być mocna, lub żadna. – Kiedy chrze­ści­ja­nin wy­po­wia­dał te słowa, ronin do­strzegł zło­ci­stą smugę w kształ­cie okrę­gu, uno­szą­cą się nad głową męż­czy­zny.

– Uwie­rzysz, je­że­li po­wiem, że spo­tka­łem Ama­ku­sę Shiro? Dawno temu. I wczo­raj, we śnie.

Mag­da­le­na, nadal trzy­ma­jąc dziec­ko, do­tknę­ła prawą dło­nią czoła, ra­mion i pier­si, szep­cąc przy tym nie­wy­raź­nie. Słowa ula­ty­wa­ły w niebo pod po­sta­cią bia­łych piór.

– Po­wie­dział mi, by za­pro­wa­dzić was tam, gdzie spo­tka­li­śmy się za pierw­szym razem – do­po­wie­dział ronin.

– To Pan cię ze­słał, by nam pomóc – stwier­dził Fran­ci­sco, rów­nież czy­niąc znak krzy­ża. – Gdzie­kol­wiek idzie­my, On nas pro­wa­dzi.

– Zmie­rza­my do ruin zamku Hara – wy­znał Ha­chi­ro.

Słowa spa­dły na chrze­ści­jan ni­czym gór­skie głazy i resz­tę drogi, aż do póź­nej nocy, kiedy mu­sie­li za­trzy­mać się na po­stój, po­ko­na­li w mil­cze­niu.

 

*

 

Kiedy czło­wiek przyj­mu­je nowe imię, zmie­nia się nie tylko brzmie­nie słowa, jakim jest przed­sta­wia­ny. Na­stę­pu­ją­ca w tym mo­men­cie prze­mia­na za­wa­żyć może na całym życiu, sta­no­wić mo­ment zwrot­ny, w któ­rym ukła­da­ją się ścież­ki prze­zna­cze­nia. Tak było z mło­dym sa­mu­ra­jem z rodu To­ki­sa­da, któ­re­go na­zwa­no na cześć wysp Ama­ku­sa, sta­no­wią­cych za­rze­wie buntu, który prze­isto­czył się w walkę prze­ciw­ko ob­ce­mu kami. I choć wy­bra­ny na przy­wód­cę mło­dzian znany był pod chrze­ści­jań­ski­mi imio­na­mi Ge­ro­ni­mo i Fran­ci­sco, znany po­zo­stał jako Ama­ku­sa Shiro – nie zwy­kły sa­mu­raj, nie jeden z wielu chrze­ści­jan o po­dob­nych, trud­nych do wy­po­wie­dze­nia imio­nach, ale przy­wód­ca bun­tow­ni­ków, wy­słan­nik Deusu, cu­do­twór­ca.

Poj­ma­ni re­be­lian­ci w cza­sie tor­tur opo­wia­da­li o nie­moż­li­wych czy­nach, któ­rych miał do­ko­nać. Uzdro­wie­nia, roz­mno­że­nie po­kar­mu, wę­drów­ka po wo­dzie, blask, który wspo­ma­gał nie­licz­nych bun­tow­ni­ków w walce z prze­wa­ża­ją­cy­mi si­ła­mi sho­gu­na­tu. 

Ha­chi­ro znał wszyst­kie hi­sto­rie i nie do­wie­rzał w żadną z nich.

A potem on i przy­wód­ca po­wsta­nia Shi­ma­ba­ra spo­tka­li się w walce.

– Ha­chi­ro-san, czy ty… za­bi­łeś go? – Głos Fran­ci­sco zbu­rzył har­mo­nię dźwię­ków lasu, do któ­rych tań­czy­ły nie­na­zwa­ne, opie­rzo­ne i dzio­ba­te yōkai. Wizja znik­nę­ła, za­stą­pio­na inną. Las pło­nął ogniem pod­ło­żo­nym pod zamek Hara przed trzy­dzie­stu laty.

– Nie, to nie ja. Kto­kol­wiek to zro­bił, na pewno już go nie ma na świe­cie.

– Mó­wisz za­gad­ka­mi, Ha­chi­ro-san. Wy­bacz py­ta­nia cie­kaw­skie­go wie­śnia­ka.

Na jakiś czas znów za­pa­dła cisza. Słony wiatr wie­ją­cy od stro­ny morza dźwię­czał pła­czem de­mo­na ka­wa-aka­go, które wa­bi­ło ofia­ry nie­mow­lę­cym kwi­le­niem.

– Był tam. Mój oj­ciec. Na zamku Hara – ode­zwał się chrze­ści­ja­nin. – Chciał za­brać nas ze sobą, mówił, że nad­szedł ko­niec cza­sów, że po­ja­wił się zbaw­ca… Matka nie słu­cha­ła go. Wo­la­ła od­rzu­cić wiarę. Do­pie­ro kiedy zgi­nął, przy­ję­ła Deusu.

– Nie wiem, kim on był, ale z pew­no­ścią nie zwy­kłym sa­mu­ra­jem. – Ha­chi­ro do­tknął rę­ko­je­ści mie­cza, który spo­czy­wał tuż przy nim.

Uznał, że już czas, by opo­wie­dzieć komuś o tym, co wy­da­rzy­ło się przed trzy­dzie­stu laty. A czy mógł zna­leźć lep­sze­go słu­cha­cza dla tej opo­wie­ści, niż chrze­ści­ja­nin z Kiu­siu?

– Spo­tka­li­śmy się na polu walki. Bitwa była już wy­gra­na, lu­dzie gi­nę­li ty­sią­ca­mi, a on stał i pa­trzył na to ze smut­kiem, ale i ze spo­ko­jem. Kiedy na mnie spoj­rzał, nie wie­dzia­łem, czy bar­dziej trwo­ży się nad swo­imi ludź­mi, czy nade mną. Byłem wtedy młody i pe­wien swo­ich umie­jęt­no­ści. Pra­co­wa­łem nad wła­snym sty­lem, Nie­biań­ską Tech­ni­ką Sied­miu Bogów Szczę­ścia, w któ­rej chcia­łem po­łą­czyć to wszyst­ko, czego sta­ra­li się na­uczyć mnie bra­cia. My­śla­łem, że po­ko­nam sa­me­go Mu­sa­shi-san… Za­ata­ko­wa­łem bez wa­ha­nia. Shiro bro­nił się, ale wie­dzia­łem, że wy­gram. W końcu po­tknął się, miecz wy­padł mu z rąk i sta­ną­łem nad nim, by to za­koń­czyć… a on nadal był spo­koj­ny, nadal smu­cił się, ale nie nad sobą. W jego pra­wej ręce bły­snął krzy­żyk na końcu mo­dli­tew­ne­go sznu­ra. Od­bi­te od niego pro­mie­nie słoń­ca ośle­pi­ły mnie, a Shiro zła­pał moje przed­ra­mię. Nie wiem, co wtedy po­wie­dział. Coś w ję­zy­ku ba­te­ren… Prze­klął mnie.

– Ha­chi­ro-san…

– Od tam­tej pory moje zmy­sły są prze­mie­sza­ne, tak samo jak świa­ty, w któ­rych żyję. W dźwię­kach widzę yōkai, w za­pa­chu sły­szę ich pod­szep­ty. Nigdy mnie nie opusz­cza­ją. – Ha­chi­ro wstał, się­gnął po ka­ta­nę, ale nie wy­do­był jej. Pod­niósł tylko broń w górę i spoj­rzał w gwiaz­dy. – Tam­te­go dnia zo­ba­czy­łem ich po raz pierw­szy. Oni kie­ru­ją­cych rę­ko­ma mor­du­ją­cych ko­bie­ty i dzie­ci. Tengu tań­czą­cych po­śród ciał po­le­głych. Aman­ja­ku krą­żą­cych pod no­ga­mi wo­jow­ni­ków, by zdra­dziec­ko prze­su­nię­ty kamyk albo wzbi­ty w po­wie­trze pył zmie­nił los po­je­dyn­ku. Ji­ki­nin­ki o wiel­kich pasz­czach z wie­lo­ma rzę­da­mi zębów, krą­żą­ce nad umie­ra­ją­cy­mi, wy­cze­ku­jąc chwi­li, gdy będą mogły się po­si­lić. Całe hordy de­mo­nów, które w jed­nej chwi­li wy­czu­ły, że je widzę. Ucie­kłem, okry­ty hańbą. Opu­ści­łem Kiu­siu. Mia­łem nigdy tu nie wra­cać, ale…

Fran­ci­sco usiadł na pię­tach i skło­nił się do ziemi.

– Ura­to­wa­łeś nas, Ha­chi­ro-san! To nie jest za­cho­wa­nie kogoś prze­klę­te­go ani okry­te­go hańbą! Je­ste­śmy tylko wie­śnia­ka­mi, chrze­ści­ja­na­mi, któ­rych da­imyo mają za gor­szych od zwie­rząt, ale pa­mięć o tym nie zgi­nie, póki moi sy­no­wie będą mieli synów, a oni swo­ich synów.

Dusza męż­czy­zny pło­nę­ła ja­snym ogniem, ni­czym serca naj­od­waż­niej­szych sa­mu­ra­jów i ronin wie­dział, że Fran­ci­sco nie zła­mie da­ne­go słowa. Nie czuł jed­nak, by za­słu­gi­wał na taką cześć. Kazał mu wstać i prze­jąć wartę, a sam uło­żył się do snu.

– Czy twoja żona jest w ciąży? – Za­py­tał jesz­cze.

– Tak, Ha­chi­ro-san. Jak to za­uwa­ży­łeś?

Ale Ha­chi­ro już od­pły­nął w sen, za­sta­na­wia­jąc się, czemu nie po­wie­dział praw­dy.

To nie krzyż go wtedy ośle­pił, a on nie wstrzy­mał ataku. Ob­le­czo­na w świa­tło isto­ta o śnież­no­bia­łych skrzy­dłach – taka sama, jak te krą­żą­ce nad ro­dzi­ną Fran­ci­sco przed dwoma ty­go­dnia­mi – po­ja­wi­ła się wów­czas nad przy­wód­cą bun­tow­ni­ków i ostrzem swo­je­go mie­cza za­trzy­ma­ła cios.

Do­sko­na­le pa­mię­tał, co po­wie­dział wtedy Ama­ku­sa Shiro. Tenha pie­da­de! Eles não sabem o que estão fa­zen­do! Do dziś Ha­chi­ro nie za­po­mniał brzmie­nia tych słów, choć miał nigdy nie do­wie­dzieć się, co zna­czą.

 

*

 

Mrok.

Praw­dzi­wy, od­wiecz­ny i wszech­ogar­nia­ją­cy, przy któ­rym ciem­ność ja­ski­ni, ciem­ność trum­ny albo każda inna, któ­rej czło­wiek może do­świad­czyć, jest tylko bra­kiem świa­tła.

W mroku cza­ją­ce się be­stie.

Dzio­by i szpo­ny. Kły i pa­zu­ry. Rogi i łapy. Szczę­ki i macki. Kłę­bią się, prze­py­cha­ją, wy­cze­ku­ją.

Nie wszyst­kie yōkai są złe, nie. Yōkai mogą być dobre, mogą być sza­lo­ne, mogą być dumne, psot­ne, ho­no­ro­we, chy­tre, szla­chet­ne i ma­łost­ko­we.

Kiedy jed­nak mrok roz­stę­pu­je się, by zro­bić miej­sce dla jed­nej, ni­kłej iskier­ki świa­tła, widzi, jak szcze­rzą zęby, jak gryzą i szar­pią, jak wal­czą mię­dzy sobą – a potem, gdy świat ro­śnie, jak pró­bu­ją we­drzeć się w świa­tło, uciec od mroku.

Ale mrok był, jest i bę­dzie. Był przed świa­tłem i bę­dzie po nim.

Trze­ba je chro­nić, tak długo, ile się da.

 

*

 

Ha­chi­ro ze­rwał się z miej­sca, w jed­nej chwi­li od­zy­sku­jąc przy­tom­ność, jakby zbu­dził się z kosz­ma­ru. W mroku do­strzegł czer­wo­ne śle­pia i do­sły­szał war­cze­nie no­git­su­ne. Biały lis uno­sił się w po­wie­trzu nad ro­dzi­ną chrze­ści­jan i wbi­jał w niego oczy, a potem po­pę­dził, by od­go­nić swych zło­wiesz­czych krew­nia­ków.

– Wsta­waj­cie! – za­wo­łał. – Mu­si­my iść!

Pierw­szy obu­dził się Fran­ci­sco, który miał peł­nić wartę.

– Co się dzie­je?!

– Zła­pa­li nasz trop.

– Skąd wiesz?

– Wiem.

Ro­dzi­ce wzię­li w ra­mio­na nadal śpią­ce dzie­ci i ru­szy­li dalej na za­chód. Nie szczę­dząc sił parli na­przód. Kiedy Ha­chi­ro do­strzegł zmę­cze­nie Mag­da­le­ny, prze­jął małą Jo­an­nę, która wtu­li­ła się w niego z uf­no­ścią, jak gdyby był człon­kiem jej ro­dzi­ny. Naj­pierw szli, a potem, kiedy stłu­mio­ne dźwię­ki za nimi pod­po­wia­da­ły ro­ni­no­wi ob­ra­zy wy­głod­nia­łej sfory psów, za­czę­li biec.

Świ­ta­ło, gdy do­tar­li do plaży.

Na brze­gu cze­ka­ła po­rzu­co­na ry­bac­ka łódź i para wio­seł.

Santa Ma­ruya! – wy­krzyk­nę­ła z ra­do­ścią Mag­da­le­na, padła na ko­la­na i uczy­ni­ła znak krzy­ża.

– Do łodzi! – na­ka­zał Ha­chi­ro, kiedy dźwię­ki po­go­ni były już tak wy­raź­nie, że i po­zo­sta­li sły­sze­li je bez trudu.

Wraz z Fran­ci­sco ze­pchnął łódź do wody i po­mógł mu wsiąść, kiedy roz­legł się huk a kula utknę­ła w pra­wej bur­cie. Jed­nym ru­chem Ha­chi­ro od­wi­nął miecz i zwró­cił się w stro­nę lasu. Dwu­dzie­stu jeźdź­ców wy­je­cha­ło na skraj plaży. Po­zna­wał zbro­ję tego, który nimi do­wo­dził.

Chło­piec zna­lazł go, by stać się męż­czy­zną. Ha­chi­ro wąt­pił, czy po przy­pie­czę­to­wa­niu ze­msty, młody sa­mu­raj od­bie­rze sobie życie, by za­cho­wać god­ność. Bratu sied­miu szla­chet­nych wo­jow­ni­ków, bo­ha­te­rów i wier­nych sług rodu Mat­su­ra­ida, który wal­czył u boku naj­zna­mie­nit­szych mi­strzów mie­cza, przyj­dzie zgi­nąć z ręki pod­rost­ka nie zna­ją­ce­go ho­no­ru.

Ha­chi­ro uznał, że to ade­kwat­na śmierć dla kogoś, kto więk­szość swego czasu prze­żył okry­ty hańbą. Tym razem jed­nak ta myśl nie drę­czy­ła go, nie cią­ży­ła ni­czym ka­mień u szyi. Z ja­kie­goś po­wo­du od­czu­wał lek­kość i spo­kój, jakby jego dawne winy zo­sta­ły mu od­pusz­czo­ne.

– Płyń­cie! – krzyk­nął i z pod­nie­sio­ną bro­nią ru­szył na wroga.

Młody sa­mu­raj nie ry­zy­ko­wał star­cia. Dał znak i dzie­więt­na­ście musz­kie­tów wy­pa­li­ło w kie­run­ku ro­ni­na, nim ten zbli­żył się do jeźdź­ców na wy­cią­gnię­cie mie­cza. Ha­chi­ro sta­nął w pół kroku, ale nie upadł. Za­chwiał się, ale ze­brał reszt­ki sił i ci­snął ka­ta­ną w mło­de­go sa­mu­ra­ja.

Nie tra­fił.

Ko­la­na w końcu ugię­ły się pod nim i runął twa­rzą w pia­sek. Umie­rał jed­nak szczę­śli­wy, bo po raz pierw­szy od trzy­dzie­stu lat nic nie ostrze­gło go o za­gro­że­niu, nic nie da­wa­ło mu rad, nie uka­zy­wa­ło le­cą­cych kul nim te do­się­gły jego ciała, nie za­chę­ca­ło do mordu, ani nie drwi­ło z jego nie­udol­no­ści.

Yōkai ode­szły i cho­ciaż w tej chwi­li mógł zo­stać sam.

 

*

 

W ciągu tego i ko­lej­nych dni kil­ku­krot­nie prze­szu­ka­no za­to­kę Aria­ke, oraz wy­brze­że po wschod­niej, jak i po za­chod­niej stro­nie, gdzie roz­po­ście­rał się pół­wy­sep Shi­ma­ba­ra, nad któ­rym gó­ro­wa­ły po­sęp­ne ruiny zamku Hara, da­ją­ce świa­dec­two temu, jak koń­czą wro­go­wie sho­gu­na­tu.

Choć mgły, które ze­bra­ły się tam­te­go ranka nad wo­da­mi za­to­ki, roz­pierz­chły się szyb­ko, gdy tylko słoń­ce wpłynęło na wyż­sze par­tie nieba, ni­ko­mu z po­szu­ku­ją­cych nie udało się od­na­leźć skra­dzio­nej ry­bac­kiej łodzi ani tych, któ­rzy w niej od­pły­nę­li.

 

 

II

 

Sto­jąc w progu skrom­nej drew­nia­nej świą­ty­ni, oj­ciec Ber­nard Pe­ti­tje­an nie czuł się speł­nio­ny. Odkąd – nie­speł­na rok temu – ob­ja­wi­ła mu się Naj­święt­sza Pa­nien­ka, u któ­rej stóp leżał biały lis o wielu ogo­nach, wie­dział, że Ja­po­nia to miej­sce, w któ­rym po­wi­nien gło­sić Słowo. Wie­dział rów­nież, jak nie­przy­ja­zny i tra­gicz­ny dla jego braci w wie­rze jest ów kraj. Pe­ti­tje­an nie zwykł jed­nak uni­kać trud­no­ści.

Bu­dy­nek zwró­co­ny był wej­ściem w stro­nę wzgó­rza Ni­shi­za­ki, gdzie nie­gdyś ukrzy­żo­wa­no dwu­dzie­stu sze­ściu mę­czen­ni­ków, któ­rych pa­mię­ci oj­ciec Ber­nard po­świę­cił świą­ty­nię. Ale myśli księ­dza wę­dro­wa­ły dalej, ku są­sied­niej pre­fek­tu­rze, przy­cią­ga­ne przez ruiny zamku Hara, gdzie przed ponad dwu­stu laty do­peł­nił się los dzie­sią­tek ty­się­cy chrze­ści­jan. Tak wiele czasu po­trzeb­ne było Ko­ścio­ło­wi, by tu wró­cić… Pe­ti­tje­an spo­sęp­niał, my­śląc o tym, jak sta­ra­nia jego po­przed­ni­ków zo­sta­ły ob­ró­co­ne w ni­wecz przez okrut­ny sho­gu­nat, który pod groź­bą śmier­ci za­ka­zy­wał miej­sco­wym przy­słu­chi­wać się na­ukom księ­ży. Obec­nie je­dy­ny­mi wier­ny­mi w Ja­po­nii byli cu­dzo­ziem­cy, ga­ijin tacy jak Pe­ti­tje­an.

Wtem jego uwagę przy­ku­ła grupa wie­śnia­ków – męż­czyzn, ko­biet i dzie­ci – przy­pa­tru­ją­cych się du­chow­ne­mu z lę­kiem, ale także za­cie­ka­wie­niem, które przy­wio­dło ich w oko­li­ce ko­ścio­ła, choć zła­ma­nie prawa mogli przy­pła­cić ży­ciem.

Oj­ciec naj­pierw spoj­rzał w górę i uczy­nił znak krzy­ża, a potem wy­szedł im na spo­tka­nie.

Kiedy jedna z ko­biet, na tyle od­waż­na, by z nim mówić, za­py­ta­ła, czy w środ­ku bu­dyn­ku Santa Ma­ruya ma swój po­mnik, Ber­nard Pe­ti­tje­an zro­zu­miał, że jest świad­kiem cudu.

 

III

 

Był dzie­wią­ty sierp­nia ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­ste­go pią­te­go roku, kil­ka­na­ście minut przed je­de­na­stą, gdy major Char­les W. Swe­eny zmie­nił kurs i klnąc na nie­przy­ja­zną po­go­dę w tym prze­klę­tym kraju żółt­ków, która całą wyspę Kiu­siu za­kry­ła koł­drą z chmur, skie­ro­wał bom­bo­wiec w stro­nę re­zer­wo­we­go celu.

Sy­tu­acja nad Na­ga­sa­ki oka­za­ła się nie­wie­le lep­sza, jed­nak Swe­eny był pa­trio­tą i od­da­nym żoł­nie­rzem, więc nawet nie prze­szło mu przez myśl, by za­wró­cić nie wy­peł­niw­szy roz­ka­zu. Wresz­cie w prze­sła­nia­ją­cej zie­mię bieli i sza­ro­ści do­strzegł pe­wien nie­wy­raź­ny kształt, coś jakby dwie wieże, które po­ja­wi­ły się jakby na ży­cze­nie, by umoż­li­wić wy­ko­na­nie zrzu­tu naj­po­tęż­niej­szej bomby, jaką wi­dział świat.

Nisz­czy­ciel­ska siła za­mknię­ta w me­ta­lo­wej bańce zmie­rza­ła w kie­run­ku naj­więk­szej da­le­ko­wschod­niej ka­te­dry sta­no­wią­cej sym­bol zwy­cię­stwa ży­ją­ce­go tu przed nie­speł­na wie­kiem ojca Pe­ti­tje­ana, by ob­ró­cić ją w perzy­nę wraz ze wszyst­kim, co znaj­do­wa­ło się w pro­mie­niu ponad pół­to­ra ki­lo­me­tra od miej­sca wy­bu­chu.

Tym­cza­sem w ka­te­drze trwa­ła msza.

 

 

 

 

 

 „Tylko śmierć zna spo­kój

Życie jest

Jak top­nie­ją­cy śnieg”

– Nan­dai

Koniec

Komentarze

Ło, panie :D

No i po co ja mam wydawać kasę na jakieś e-booki, skoro na portalu lądują takie kąski? I to za darmo. Hehe, czysty egoizm tu ze mnie wychodzi i cieszę się, że mogłem przeczytać.

Serio, na portal ostatnio poszło parę opek, które spokojnie można by wydrukować i sprzedawać w księgarniach, a to powyżej jest jednym z nich.

Srogo pojechałeś – klimat, historia, mocne, ale nie chłoszczące po pysku patosem zakończenie – wszystko mi tym razem zagrało. 

Lektura satysfakcjonująca, nie mam więcej pytań. 

Jestem ciekaw. czy będzie za to piórko, ale nie zdziwię się.

Póki co lecę do nominowalni…

 

No i po co ja mam wydawać kasę na jakieś e-booki, skoro na portalu lądują takie kąski? I to za darmo. Hehe, czysty egoizm tu ze mnie wychodzi i cieszę się, że mogłem przeczytać.

A mnie cieszy tak pozytywny odbiór. :) 

 

Serio, na portal ostatnio poszło parę opek, które spokojnie można by wydrukować i sprzedawać w księgarniach, a to powyżej jest jednym z nich.

Nihil novi. Ten portal to kopalnia i wylęgarnia świetnych tekstów. 

 

Srogo pojechałeś – klimat, historia, mocne, ale nie chłoszczące po pysku patosem zakończenie – wszystko mi tym razem zagrało. 

Widać jesteś targetem. :) 

 

Jestem ciekaw. czy będzie za to piórko, ale nie zdziwię się.

A to już, drogi Silverze, zależy od was. ;) 

Cześć Gekikara!

 

Fantasy i te intrygujące tagi… Bardzo jestem ciekaw, co tym razem wymyśliłeś. Dziś zakolejkowałem, jutro przeczytam.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Świetnie napisane (a jeśli dodam “jak zwykle u ciebie” to nie będzie to umniejszanie ani bagatelizowanie, tylko stwierdzenie faktu – ty po prostu już bardzo dobrze piszesz). Świetnie zrobiona wizja świata, jaki ogląda bohater – pełnego mitycznych istot, specyficznie panteistycznego w tym, że wszystko jest pełne demonicznych, mniej lub bardziej groźnych istot. Bardzo sprawna psychologia postaci. 

 

Fantasy i te intrygujące tagi… Bardzo jestem ciekaw, co tym razem wymyśliłeś. Dziś zakolejkowałem, jutro przeczytam.

Co masz zrobić jutro – zrób dzisiaj. Będziesz miał dzień wolnego. :P

 

Świetnie napisane (a jeśli dodam “jak zwykle u ciebie” to nie będzie to umniejszanie ani bagatelizowanie, tylko stwierdzenie faktu – ty po prostu już bardzo dobrze piszesz).

Bardzo miło mi to słyszeć. W końcu procentują te dni spędzone na pisaniu. :)

 

Świetnie zrobiona wizja świata, jaki ogląda bohater – pełnego mitycznych istot, specyficznie panteistycznego w tym, że wszystko jest pełne demonicznych, mniej lub bardziej groźnych istot.

Pomysł Kameleona na konkurs był tu wielką inspiracją.

 

Bardzo sprawna psychologia postaci. 

Udało się! Tak! :D

Witaj.

Jestem pod ogromnym wrażeniem nastrojowości Twojego niezwykłego tekstu, dbałości o każdy wers, każde pojęcie obcojęzyczne, każdą emocję głównego bohatera.

Całe opowiadanie wybrzmiało dla mnie niezwykle gorzko i smutno. Nie stało się to jedynie z powodu opisów niewyobrażalnych wprost rzezi i bestialskich mordów, którymi usiana jest cała historia, a głównie ze względu na wielokrotnie podkreślany, całkowity zanik znaczenia słowa “honor”, nawet w świecie, rządzonym przez samurajów. 

No i to zakończenie. Straszliwe wspomnienie straszliwych czasów. Jako dziecko wychowana byłam na licznych filmach, pokazujących konsekwencje zrzucenia bomb na Hiroszimę i Nagasaki (jak choćby ”Hiroszima, moja miłość”) . Wraz z mottem doskonale dopełniają całości, gratuluję, brawa!yes

 

Z technicznych dostrzegłam:

czy za sprawą yōkai, wszelkich istot te świata duchów i bogów

w zakurzonym tsutsu-sode, z kijem na którego zakończeniu wisiał tobołek, nie przykuwał spojrzeń

tak samo jak światy w których żyję.

gdzie niegdyś ukrzyżowanego dwudziestu sześciu męczenników,

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Witaj, bruce, i dzięki Ci za tak pochlebny komentarz! Zawsze trudniej odpowiada się na opinię, które mają same pozytywy, bo co można zrobić, jak nie podziękować? :)

 

Całe opowiadanie wybrzmiało dla mnie niezwykle gorzko i smutno. Nie stało się to jedynie z powodu opisów niewyobrażalnych wprost rzezi i bestialskich mordów, którymi usiana jest cała historia

Historia chrześcijan w Japonii jest szczególnie gorzka i ma swój jeszcze bardziej cierpki epilog, ponieważ obecnie ostatni potomkowie ukrytych chrześcijan umierają, a ich dzieci nie są zainteresowane kultywowaniem tradycji przodków, wyprowadzają się do wielkich miast… jedyne co można zrobić, to uchronić ich historię od zapomnienia przez jakiś czas.

 

Dzięki za uwagi techniczne, już poprawiłem. :)

 

Historia chrześcijan w Japonii jest szczególnie gorzka(…) jedyne co można zrobić, to uchronić ich historię od zapomnienia przez jakiś czas.

Chwała Tym, którzy to robią. Uderzyła mnie i pozytywnie zaskoczyła ilość charakterystycznej terminologii. Kawał doskonale wykonanej roboty, brawa! yes

Sprawy techniczne są absolutnie marginalne. 

Pozdrawiam serdecznie. :)

 

Pecunia non olet

Ge­ki­ka­ra,

 

wspaniałe opowiadanie, zaparło mi dech. Warsztat i temat – godne podziwu.

 

 

Pozdrawiam – Goch.

 

"bądź dobrej myśli, bo po co być złej" Lem

Gochaw, kłaniam się nisko i polecam na przyszłość. :) 

Dobrze oddany klimat, może aż za dobrze, momentami aż mi przeszkadzał natłok japońskich wtrętów. Ale to wada czytelnika nie tekstu. Ciekawy bohater z traumą, która jednak wydaje się prawdziwa. Bohater tragiczny, zmierzający do wybawienia, którego jednak do jakiegoś stopnia się boi. To sprawia że wydał mi się dosyć dramatyczny i chyba jego konstrukcja jest najmocniejszą stroną tego tekstu.

Cała historia również bardzo udana. Dobrze połączyłeś wątki chrześcijan i samurajów tworząc gorzką, przejmujące opowiadanie.

Klikam więc.

 

Poniżej kilka drobnostek:

 

wściekle krzyki,

wściekłe

 

– Ty…! – wykrzyknął samuraj, nie mógł znaleźć odpowiednich słów.

A nie powinno być

nie mogąc znaleźć odpowiednich słów?

 

– Co to znaczy?

Zapytała kobieta, która pojawiła się przy mężu,

A tu nie powinno być raczej

– Co to znaczy? – zapytała kobieta, która pojawiła się przy mężu,

 

Pamiętam święta ,

Nadmiarowa spacja

 

ma znak

na znak

 

aż do później nocy,

późnej

Cześć, Edward! Dzięki za wizytę, komentarz i poprawki – oczywiście już uwzględnione. :) 

Dobrze oddany klimat, może aż za dobrze, momentami aż mi przeszkadzał natłok japońskich wtrętów. Ale to wada czytelnika nie tekstu

Liczyłem się z tym, bo miałem podobną opinię na becie. Zależało mi jednak na tym, by opisać świat możliwie blisko tego, jakby go opisywał mój bohater. Do tego w różnych miejscach w tekście pojawiają się dodatkowe opisy pozwalające wyobrazić sobie to, co bohater widzi, bez znajomości terminów… pozq tym ja z tych, co lubią jak autor każe im pogrzebać w słowniku. :P

 

Cieszę się, że przypadła ci do gustu konstrukcja bohatera, bo to – mimo, że typowo zrezygnowany jak to w moich tekstach – inny bohater niż u mnie zazwyczaj. 

Co do historii chrześcijan i samurajów, to, niestety, sama prawda. Prześladowania chrześcijan w Japonii przyjmowały niewyobrażalną dla nas skalę. Bodaj jedyna ciężarna męczennica, która została spalona na stosie, to właśnie Japonka. 

Hej, hej

Przychodzę po becie. Jak to u Ciebie, tekst standardowo jest napisany świetnie pod kątem warsztatowym i standardowo (jak to u Ciebie :P) porusza trudną tematykę. Akcja jest osadzona w egzotycznym kraju, ale problem religijnych konfliktów to przecież sprawa znana wszędzie i wszędzie zostawiająca za sobą szlak zniszczenia.

Nie oceniasz, co się chwali. Można sympatyzować zarówno z jedną, jak i z drugą stroną.

Tempo powolne, ale nie nudziłem się w żadnym momencie – cały czas dodajesz coś nowego, co przykuwa uwagę, więc tekst ma równy, dobry poziom. Wszystko się zazębia, nie ma urwanych wątków.

Bardzo dobre opowiadanie, więc z przyjemnością klikam.

 

Przychodzę po becie. Jak to u Ciebie, tekst standardowo jest napisany świetnie pod kątem warsztatowym i standardowo (jak to u Ciebie :P) porusza trudną tematykę.

Mam nadzieję, że ta standardowosc nie wpływa na ocenę. :P

Akcja jest osadzona w egzotycznym kraju, ale problem religijnych konfliktów to przecież sprawa znana wszędzie i wszędzie zostawiająca za sobą szlak zniszczenia.

Uniwersalna cecha ludzka. Wszystko zniszczymy. 

 

Tempo powolne, ale nie nudziłem się w żadnym momencie – cały czas dodajesz coś nowego, co przykuwa uwagę, więc tekst ma równy, dobry poziom. Wszystko się zazębia, nie ma urwanych wątków.

Z tego jestem bardzo zadowolony, że udało mi się tekst utrzymać w ryzach stylu. :) 

Bardzo dobre opowiadanie, więc z przyjemnością klikam.

Geki dziękować. Za betę również. :) 

Cześć!

 

Dziwna sprawa, bo tekst jest napisany ładnie i głównie opisami stoi, ale w mojej wyobraźni nie powstał żaden obraz w trakcie lektury. Nie mam pojęcie, co jest tego powodem i nigdy nie doświadczyłam czegoś takiego wcześniej, nie wydaje mi się, aby chodziło o mnogość japońskich określeń. Sorry za kompletnie nieprzydatny komentarz, ale nic więcej nie mogę o tym tekście powiedzieć poza tym, że czuć smutek i japoński klimat.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Cześć Alicello! A ja niestety nie wiem, jak mógłbym się do tego komentarza odnieść. Podobnie jak ty nie wyniosłaś z tekstu żadnego obrazu, tak i mnie trudno znaleźć w tym komentarzu jakiś punkt zaczepienia. W każdym razie dzięki za przeczytanie. 

Gekikara, no pewnie, że nie możesz się odnieść, bo nie ma do czego w tym moim bezsensownym komentarzu ;) . Może kiedyś wrócę, do tego tekst i uda mi odkryć, co powoduje tę blokadę wyobraźni.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

A ja powiem tak – hermetyczność przekazu w pewnym sensie jest tutaj takim drugim dnem japońskości ;)

Nie jestem otaku, ale te utwory japońskiego pochodzenia, z którymi miałem do czynienia, prezentowały trochę inny sposób narracji niż europejski czy amerykański. Zdecydowanie niższy nacisk na tłumaczenie wszystkiego, bez “kawy na ławę”. Przykładowo Karas miał dla mnie naprawdę wysoki próg wejścia i musiałem trochę posiedzieć, żeby w ogóle zrozumieć co się dzieje na ekranie.

Mogę się oczywiście mylić, bo nie jestem żadnym znawcą. To bardziej takie luźne spostrzeżenie.

Nominowałem i to nie za postać bohatera, bo nie ruszyła mnie za bardzo, ale za warsztat, umiejętne pokazanie obcej kultury (choć tu trzeba pokłonić się przed Bellatrix ;) ), problem konfliktów religijnych i najważniejsze – za zakończenie, które uważam za świetne i nieoczekiwane.

Nie jestem otaku, ale te utwory japońskiego pochodzenia, z którymi miałem do czynienia, prezentowały trochę inny sposób narracji niż europejski czy amerykański. Zdecydowanie niższy nacisk na tłumaczenie wszystkiego, bez “kawy na ławę”.

Silver, ja ogólnie jestem daleki od tłumaczenia wszystkiego, raczej skłaniam się ku minimum – i to już od czytelnika zależy wtedy, ile wyniesie z tekstu.

 

Nominowałem i to nie za postać bohatera, bo nie ruszyła mnie za bardzo, ale za warsztat, umiejętne pokazanie obcej kultury (choć tu trzeba pokłonić się przed Bellatrix ;) ), problem konfliktów religijnych i najważniejsze – za zakończenie, które uważam za świetne i nieoczekiwane.

Zanais, dziękuję (i przy okazji potwierdzam, Bellatrix ma wielka wiedze w temacie). :)

Cieszę się, że różne osoby zwracają uwagę na różne elementy – albo na bohatera, albo na klimat, albo właśnie na zakończenie.

Cieszę się, że różne osoby zwracają uwagę na różne elementy – albo na bohatera, albo na klimat, albo właśnie na zakończenie.

Mnie najbardziej podoba się bohater, jego rozterki, wewnętrzne rozdarcie, dramat, osobiste przemyślenia, historia. Sam ciągle myśli o sobie najgorzej, jak to możliwe, lecz w moim odczuciu nikt po lekturze opowiadania nie mógłby uznać go za bohatera stuprocentowo negatywnego.

Klimat, zakończenie, wydźwięk motta, opisy zbrodni, reakcje innych bohaterów także są wspaniałe, ale jednak główny bohater mnie osobiście urzekł najmocniej.

Pozdrawiam. ;)

Pecunia non olet

Klimat, zakończenie, wydźwięk motta, opisy zbrodni, reakcje innych bohaterów także są wspaniałe, ale jednak główny bohater mnie osobiście urzekł najmocniej.

Kurde, bardzo mi miło!

Dzięki Wam za tak pozytywny odbiór.

A Wam – Silver i Zanais – dzięki podwójnie za zgłoszenie tego opowiadania do piórka. Nawet jesli poprzestanie na tych dwóch głosach od Was, to i tak jest to dla mnie forma docenienia, bo z zamiarem napisania opowiadania o ukrytych chrześcijanach, w którym wystapiłby Amakusa Shiro, nosiłem się już od dawna, bo mnie ta historia (i nie tylko ta specyficznie, ale ogólnie losy chrześcijan w Japonii – stąd tez Petitjean w cześci II – i zaznacze tu, że to opis rzeczywistych wydarzeń w oparciu o jego listy) i intryguje, i porusza.

Pozdrawiam!

Pozwoliłam sobie także zgłosić, choć muszę przyznać, że nie bez obaw, czy wszystko dobrze wpisałam. blush

Pecunia non olet

O, znam ten utwór :) Tak ze trzy lata temu miałam fazę i słuchałam na okrągło (tylko inne wykonanie), miło sobie przypomnieć. 

Tak czy inaczej masz jak w banku, że zaraz przeczytam tekst. I wtedy wrócę z konkretniejszym komentarzem. 

 

 

Ponieważ nikt się tu nie dopisał, to edytuję, by nie mnożyć bytów ponad miarę ;) 

 

Dał znak i dziewiętnaście muszkietów wypaliło w kierunku ronina (…)

nic nie dawało mu rad, nie ukazywało lecących strzał nim te dosięgły jego ciała

Jedno jedyne miejsce, w którym się lekko potknęłam, bo mi strzały do muszkietów nie pasują. 

 

 

Nie lubię, nie lubię, nie lubię – opowieści opartych na faktach historycznych, gdy wiem, jak historia się potoczyła. To mnie zawsze boli, bo trudno się spodziewać jakiegoś szczególnie radosnego, szczęśliwego zakończenia. 

Co nie znaczy, że nie spodobało mi się Twoje opowiadanie, Gekikaro. Wręcz przeciwnie, zapętliłam sobie muzykę (w 4 minuty tekstu nie dałabym rady przeczytać ;) ) i odpłynęłam. Może i nie słyszałam demonów wraz z Hachiro, ale miałam je przed oczami. Postaci jak żywe (tak, wiem, pamięć wspomagająca wyobraźnię wzorowała się na filmach Kurosawy, ale czy mogłoby być coś bardziej japońskiego na wzór?). I chyba dla mnie najważniejsze – klimat, klimat i jeszcze raz klimat. Poza realnymi, dokąd koła poniosą, takie właśnie podróże wyobraźni są dla mnie najwspanialszymi. Sam bohater serca mi nie podbił (aczkolwiek doceniam jego konstrukcję), o historii już wspomniałam, ale klimat (nie mogę tego nie powtórzyć) to coś, co mnie tu kupiło w całości. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jedno jedyne miejsce, w którym się lekko potknęłam, bo mi strzały do muszkietów nie pasują.

Jakiś relikt po poprawkach. Już skorygowane, dziękuję. :) 

 

Nie lubię, nie lubię, nie lubię – opowieści opartych na faktach historycznych, gdy wiem, jak historia się potoczyła. To mnie zawsze boli, bo trudno się spodziewać jakiegoś szczególnie radosnego, szczęśliwego zakończenia. 

To muszę cię uspokoić – w moich opowiadaniach z reguły nie ma radosnych i szczęśliwych zakończeń. xD

Poza tym to nie o samo zakończenie chodzi, ale o jego przedstawienie. O te koleje losu, niedole, walkę z góry skazaną na niepowodzenie, a przecież podejmowaną przez wszystkich, którzy giną w imię przekonań. A czasem giną, nie walcząc, bo po prostu są kim są. 

Chciałem w opowiadaniu oddać sens wiersza, który na końcu cytuję*. 

 

*No i przy okazji wpleść parę religijnych odniesień, ma płaszczyźnie związanej z wiarą… jak słowa Amakusy Shiro do Hachiro, które można sobie przetłumaczyć. ;) 

 

Wręcz przeciwnie, zapętliłam sobie muzykę (w 4 minuty tekstu nie dałabym rady przeczytać ;) ) i odpłynęłam.

Właśnie taki efekt chciałem uzyskać, korespondując z tym utworem (a jeszcze gdzieś z tyłu głowy miałem takie leniwe wędrówki po górach i lasach rodem z Mushishi). 

 

I chyba dla mnie najważniejsze – klimat, klimat i jeszcze raz klimat. Poza realnymi, dokąd koła poniosą, takie właśnie podróże wyobraźni są dla mnie najwspanialszymi.

Samą przyjemnościa było zabrać cię w tę podróż. :) 

 

PS:

Krar, trzymam za słowo. 

 

PPS:

Maras, widziałem twojego klika, nie myśl, że przemknąłeś niezauważony. 

 

To muszę cię uspokoić – w moich opowiadaniach z reguły nie ma radosnych i szczęśliwych zakończeń. xD

To mi jakoś nie przeszkadza ;) Bardziej chodzi mi o tę niespodziankę na końcu. Co w pewien sposób łączy się z:

 

Poza tym to nie o samo zakończenie chodzi, ale o jego przedstawienie.

Zależnie od poprowadzenia historii, czasem można zakończenia się spodziewać, domyślać, często jest zaskoczeniem (wtedy najlepsze) – ale zawsze jest to własne zgadywanie, czasem nadzieja – moje jako czytelnika. Łatwiej i ciekawiej mi wtedy kibicować bohaterom, wczuć się w nich, mocniej przejąć losem. Przy znanej historii część radości czy satysfakcji z czytania zabiera mi z góry znany wynik. 

I żeby nie było – to moje prywatne wrażenia.

 

A, i jeszcze:

Zależało mi jednak na tym, by opisać świat możliwie blisko tego, jakby go opisywał mój bohater. (…) pozq tym ja z tych, co lubią jak autor każe im pogrzebać w słowniku. :P

Przybijam piątkę :) Ja też to lubię heart 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Cześć!

 

Na japońskości się nie znam, więc zbyt wiele nie napiszę. Bardzo ładne, klimatyczne opowiadanie w dalekowschodnich realiach. Ciekawie wprowadziłeś postaci z mitologii do świata bohatera, by pokazać jego punkt widzenia i nieco odmienne postrzeganie. To wyszło bardzo naturalnie.

Obraz chrześcijaństwa (chyba katolicyzmu) uproszczony i nieco stereotypowy imho – niby uciskana mniejszość ukrywająca się przed panującymi. Przywódca cytujący Biblię z mieczem w dłoni trochę zgrzyta – biorąc pod uwagę resztę przekazu. Zastanawiam się też, czy mowa o chrześcijanach jest tu na miejscu, bo z tego co pamiętam to różne „wersje” chrześcijaństwa próbowały wejść na rynek Japoński i (podobnie jak w europie) walczyły tam o wpływy. No i mamy tu nawiązania do „Maryjności”, więc może lepiej zmienić na katolicy, choć to trochę skomplikuje.

W zakończeniu zgubiłem się kompletnie, przekaz przytłoczyła symbolika: łódź zniknęła we mgle (to jakieś nawiązanie? porwani do nieba?), później Bernard Petitjean jest światkiem jakiegoś cudu (chrześcijaństwo przetrwało okres izolacji?), a potem jeszcze sugestia, że wierze kościelne pomogły zrzucić bombę na miasto, bo Kiusiu była we mgle (obrona wyspy przez „opatrzność”, rozgrywki między yokai?) Dużo i bardzo skrótowo, zgubiłem się (choć ostatnio sam zrobiłem coś podobnego ;-) )

 

Z rzeczy edycyjnych:

Podniósł spojrzeniespojrzał w bok, ale nie dostrzegł tam nic prócz słońca,

Powtórzenie.

a katana świsnęła tuż nad głową, ucinając czubek stożkowatego kapelusza.

Gwoździkiem mu ten kapelusz przybili? On takie cuda w kapeluszu wyczyniał. Mangowskie, ale trochę nierzeczywiste imho.

Z kataną w jednej dłoni i wakizashi w drugiej, wraz z kolejnymi uderzeniami odsyłał w zaświaty wojowników,

Heros siewca śmierci, istna maszyna śmierci, lokalny terminator. Jakoś to nie pasuje do reszty opowiadania.

Zacisnął dłonie na rękojeści miecza i chciał ruszyć do ataku, ale nie był w stanie wykonać choćby kroku. Stał jak skamieniały, kiedy słońce zachodziło, pozostawiając złotą poświatę wokół zbuntowanego samuraja. Nie poruszył się, gdy nastała noc, a ruiny zamku zajął ogień podłożony przez zwycięskie wojska shogunatu. Nie drgnął, kiedy na szyi obleczonego w światło Shiro pojawiła się czerwona pręga w miejscu, gdzie ścięto mu głowę. Nie wydobył z siebie choćby westchnienia, kiedy głowa przekręciła się wbrew ułożeniu reszty ciała i przemówiła do niego.

Tutaj czekam. Przyprowadź ich do mnie.

Tu nie zrozumiałem, co się stało, późniejsze doprecyzowanie tego nie zmieniło.

Mówisz zagadkami, Hachiro-san. Wybacz pytania ciekawskiego wieśniaka.

To trochę dziwne, że człowiek sam nazywa siebie wieśniakiem. Może to kwestia kultury, ale nigdy nie spotkałem nikogo, kto nazywałby sam siebie wieśniakiem.

 

Podsumowując: niezły tekst, ale zabrakło zakończenia, klamry, morału, bo odbiór nieco utonął w wieloznaczności. Trochę tego za dużo (albo czegoś nie złapałem) Tyle. Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć, krar!

 

Bardzo ładne, klimatyczne opowiadanie w dalekowschodnich realiach. Ciekawie wprowadziłeś postaci z mitologii do świata bohatera, by pokazać jego punkt widzenia i nieco odmienne postrzeganie. To wyszło bardzo naturalnie.

:)

 

Obraz chrześcijaństwa (chyba katolicyzmu) uproszczony i nieco stereotypowy imho – niby uciskana mniejszość ukrywająca się przed panującymi.

Stereotypy powstały na bazie prawdziwych doświadczeń. I w Japonii tak to właśnie wyglądało. Prześladowania trwały tam przez cały okres Edo, a nawet dłużej (bo zaczęły się wcześniej).

Oczywiście – to katolicy. Nie kojarzę, by inna grupa wyznaniowa prowadziła działalność misjonarską w Japonii. Może były marginalne przypadki, jednak w percepcji Japończyków chrześcijanie=misjonarze=katolicy. I tak też określali się sami nawróceni: kirishtian.

 

Przywódca cytujący Biblię z mieczem w dłoni trochę zgrzyta – biorąc pod uwagę resztę przekazu.

Amakusa Shiro to nie tyle przywódca, co japońska wersja zbawiciela. Uczestniczący w powstaniu Shimabara wierzyli, że nadchodza dni ostatnie a Amakusa ma ich poprowadzić do zwycięstwa, opowiadali o czynionych przez niego cudach.

Wydawało mi się, że zaznaczyłem jego nadnaturalny charakter (wspomnienie cudów, anioły lecące mu na ratunek, przemawianie do ludzi w snach, używanie słów Jezusa – i to tych słów, choć po portugalsku), ale może za mało. :)

 

 tego co pamiętam to różne „wersje” chrześcijaństwa próbowały wejść na rynek Japoński i (podobnie jak w europie) walczyły tam o wpływy. No i mamy tu nawiązania do „Maryjności”, więc może lepiej zmienić na katolicy, choć to trochę skomplikuje

Serio, nie kojarzę, by inne wyznanie miało tam jakieś znaczenie. To był obszar wpływów Portugalskich i Hiszpańskich. Byli też Holendrzy, ale z tego co pamiętam – katoliccy Holendrzy.

 

…wyguglowałem i pierwszy misjonarz protestancki pojawił się w Japonii w 1861 roku, czyli na długo po akcji pierwszej części mojego opowiadania i gdzieś w momencie, w którym rozgrywa się część druga. I mówimy tu o absolutnych początkach działania protestantów w Japonii.

 

Gwoździkiem mu ten kapelusz przybili? On takie cuda w kapeluszu wyczyniał. Mangowskie, ale trochę nierzeczywiste imho.

Przywiązany miał, albo któryś z Tengu mu go trzymał. :P

A serio to bardzo słuszna uwaga, bardziej rozpatrywałem tę scenę pod kątem ikoniczności niż prawdopodobieństwa.

 

Heros siewca śmierci, istna maszyna śmierci, lokalny terminator. Jakoś to nie pasuje do reszty opowiadania.

Weź pod uwagę, że mowa o bodaj najsłynniejszym samuraju, mistrzu walki dwoma mieczami. Poza tym pojedynki samurajów bardzo często tak wyglądały tj. ginął ten, który został pierwszy dosięgnięty ostrzem miecza przeciwnika. No i Musashi nie walczy z regularną armią, tylko z wycieńczonymi przez miesiące oblężenia, zagłodzonymi wieśniakami.

 

Tu nie zrozumiałem, co się stało, późniejsze doprecyzowanie tego nie zmieniło.

Hachiro ma wizje przemieszaną ze wspomnieniami. Wizję, w której odcięta głowa zaczyna do niego mówić.

 

To trochę dziwne, że człowiek sam nazywa siebie wieśniakiem. Może to kwestia kultury, ale nigdy nie spotkałem nikogo, kto nazywałby sam siebie wieśniakiem.

Taka przepraszająco-umniejszająca sobie postawa jest charakterystyczna dla Japończyków. Nie wiem, czy akurat użyłby ekwiwalentu słowa wieśniak.

 

Podsumowując: niezły tekst, ale zabrakło zakończenia, klamry, morału, bo odbiór nieco utonął w wieloznaczności. Trochę tego za dużo (albo czegoś nie złapałem) Tyle. Pozdrawiam!

No, muszę się z tym liczyć. Nie lubię tłumaczyć i wyjasniać, tak już mam – i czasem może to powodowac, że duża część ciąży na czytelniku. Chociaż uważam, że tu znowu nie az taka wielka.

 

W zakończeniu zgubiłem się kompletnie, przekaz przytłoczyła symbolika: łódź zniknęła we mgle (to jakieś nawiązanie? porwani do nieba?), później Bernard Petitjean jest światkiem jakiegoś cudu (chrześcijaństwo przetrwało okres izolacji?), a potem jeszcze sugestia, że wierze kościelne pomogły zrzucić bombę na miasto, bo Kiusiu była we mgle (obrona wyspy przez „opatrzność”, rozgrywki między yokai?) Dużo i bardzo skrótowo, zgubiłem się (choć ostatnio sam zrobiłem coś podobnego ;-) )

No i własnie celowo tego nie dopowiadam, by zostawić interpretację faktów czytelnikowi – od strony fabularnej. Od strony znaczeniowej, to przekaz miał korespondować z wierszem, który cytuję. Trochę napisałem przy okazji rozmowy ze śniącą, ale w sumie wolę, by każdy sam coś wyniósł z opowiadania, zamiast kierować się kluczem. Choćby miał wynieść mało.

Za to w określenie cud słusznie interpretujesz. Tak, chrześcijanie przetrwali ponad dwieście lat izolacji i prześladowań. W tym czasie zabito ich setki tysięcy, aż w pewnym momencie shogunat uwierzył, że chrześcijan w Japonii już nie ma.

Ogólnie twoje interpretacje sa bardzo dobre i nie stawiaj przy nich znaków zapytania – tak odczytałeś tekst, celowo jest tak napisany by była to jedna z dróg, więc tak jest. :)

 

PS.: a wieże katedralne naprawdę posłużyły jako punkt orientacyjny dla bombardowania Nagasaki. Fragment II i III to sama historia – rzeczywiste postaci, prawdziwe wydarzenia (warunki pogodowe tez prawdziwe). I msza wówczas tez trwała w katedrze. Potomkowie ludzi, którzy ukrywali się przez ponad dwieście lat ze swoją wiarą, by potem ja otwarcie praktykować, naprawdę wówczas zginęli.

Bardzo ciekawy pomysł na klątwę. Interesujące, bo zaskakujące, połączenie ze słowami Jezusa. Do tego przekleństwo jest dwusieczne – na ogół szkodzi, ale bywa, że pomaga. Fajna sprawa.

Spodobało mi się przedstawienie obu systemów religijnych. Tym bardziej, że jeden z nich jest monoteistyczny, a tu bohater widzi pomniejsze duchy i z jednego, i z drugiego. Można się długo zastanawiać, co Autor chciał przez to powiedzieć.

Ciekawe jest również spojrzenie na chrześcijaństwo przez japoński pryzmat. No, miodzio po prostu.

Mnóstwo japońskich nadnaturalnych stworzeń tu wepchnąłeś. Chyba wszystkie, o których słyszałam, i jeszcze kilka dodatkowych.

Zakończenie jakoś nie przypadło mi do gustu. Niby bomba, a jednak zabrzmiała jak psst.Nie wiem, z czego to wynika. Czy to, że opisujesz zjawisko na przestrzeni wieków, czy to, że największą część poświęcasz konkretnym postaciom, a później nie poznajemy im losu, tylko robisz dwa szybkie skoki do kogoś innego. No, nie mam pojęcia, co mi tu nie zagrało.

wkroczył na drogę  bushi-dō,

A to mi zabrzmiało jak tautologia.

Babska logika rządzi!

Cześć, Finklo! Kiedy ty to wszystko czytasz? Pewnie masz tempo jak Terminator. :P

 

Bardzo ciekawy pomysł na klątwę. Interesujące, bo zaskakujące, połączenie ze słowami Jezusa. Do tego przekleństwo jest dwusieczne – na ogół szkodzi, ale bywa, że pomaga. Fajna sprawa.

:) 

 

Spodobało mi się przedstawienie obu systemów religijnych. Tym bardziej, że jeden z nich jest monoteistyczny, a tu bohater widzi pomniejsze duchy i z jednego, i z drugiego. Można się długo zastanawiać, co Autor chciał przez to powiedzieć.

Intencje autora to jedna sprawa, można to rozpatrywać wieloznacznie – ot, choćby przez najczęściej przewijający się u aitora motyw, że wszystko, co postrzegamy, jest subiektywne (czyli to, w co wierzymy, też istnieje o ile w to wierzymy). Punktem wyjścia był za to na pewno sposób myślenia Japończyków, którzy nie potrafili przyjąć koncepcji monoteizmu. 

Pamiętam jedną anegdote, która mnie rozśmieszyła podczas researchu. Otóż jeden z nawróconych Japończyków na pytanie misjonarza, czy modli się do Jezusa odpowiedział, że tak, modli się codziennie, ale nie wie, czy jest na tyle dobry, by dostać się do nieba, więc na wszelki wypadek modli się też dp Buddy Amidy, żeby ten przyjął go do swojej Krainy, jeśli do nieba go nie wpuszczą. :P

 

Mnóstwo japońskich nadnaturalnych stworzeń tu wepchnąłeś. Chyba wszystkie, o których słyszałam, i jeszcze kilka dodatkowych.

U nich jest tego dosłownie zatrzęsienie. O niektórych dowiedziałem się dopiero przy pisaniu opowiadania. Na pewno skupiłem się na tych bardziej popularnych, właśnie po to, by nie strzelić zbyt daleko od znanego potencjalnym czytelnikom zbioru stworów. 

 

Zakończenie jakoś nie przypadło mi do gustu. Niby bomba, a jednak zabrzmiała jak psst.Nie wiem, z czego to wynika. Czy to, że opisujesz zjawisko na przestrzeni wieków, czy to, że największą część poświęcasz konkretnym postaciom, a później nie poznajemy im losu, tylko robisz dwa szybkie skoki do kogoś innego. No, nie mam pojęcia, co mi tu nie zagrało.

Zakończenie jest bardziej symboliczne, niż dramatyczne. Wspomniany wybuch nawet w opowiadaniu nie występuje, fabuła urywa się tuż przed. Bomba leci w kierunku kościoła, a tam ludzie spokojnie oddają się modlitwi, ufni w swojej wierze.

Przy tego typu tekstach mam tendencję, do pozostawiania tego, co najbardziej wymowne, gdzieś poza nawiasem, zamiast epatować tragedią (jej już sporo jest w części pierwszej). I nawet zastanawiałem się, czy nie zakończyć tekstu na części pierwszej, ale dopiero druga i trzecia oddaje w pełni to, co chciałem pokazać i przekazać. 

Rozumiem jednak twój odbiór, bo tak naprawdę każda z części mogłaby zajmować podobne miejsce co pierwsza – tyle, że druga i trzecia jest epilogiem i epilogiem do epilogu związanym z losem chrześcijan (może potomków tych chrześcijan z części pierwszej?). Tak to widziałem w trakcie pisania. 

 

A to mi zabrzmiało jak tautologia.

Prawda. Jednak obawiałem się, że bez słowa droga po polsku, zdanie będzie niezrozumiale. To taki trudny kompromis, kiedy pisze się używając egzotycznych terminów. 

Geki, najpierw marudzisz, że zniknęłam (na niecałe trzy dni, to była wielka strata dla portalu), a potem, że dużo czytam. Zdecyduj się. ;-)

Anegdotka sympatyczna. :-) Bogu świeczkę i diabłu ogarek…

Bushi-dō. To może ujmij to inaczej? Kiedy zacząłem poznawać/ kierować się nakazami bushi-dō…

Babska logika rządzi!

Geki, najpierw marudzisz, że zniknęłam (na niecałe trzy dni, to była wielka strata dla portalu), a potem, że dużo czytam. Zdecyduj się. ;-)

No nie dogodzisz. :) 

Zgodnie z obietnicą jestem, jeszcze raz przepraszam i obiecuję poćwiczyć dodawanie ;)

 

Wiesz, czytając książki podróżowałam w czasie i przestrzeni. Czasem fiksowałam się na jakimś kraju albo okresie historii do tego stopnia, że przez tygodnie albo nawet miesiące tkwiłam w tym samym miejscu albo czasie. Jednak Japonia, pomimo że kilkakrotnie do niej trafiałam nie zdołała mnie nigdy zafascynować. Pojęcia nie mam dlaczego. Stąd też moja wiedza o tym kraju, jego kulturze i religii jest, delikatnie rzecz ujmując, uboga. A Twoje opko aż prosi się o jakąś wiedzę, przynajmniej w zakresie historii i religii.

Moja wiedza wystarczyła, bym rozumiała status społeczny bohatera, jednocześnie miałam wrażenie, że Hachiro stoi jedną nogą w swojej kulturze, a drugą w obcej. Jakby spotkanie z aniołem go naznaczyło. Gubiłam się w japońskich duchach. Na dodatek nie przepadam za misjonarzami. Myślę, że ludzie w taki sposób nawróceni wierzą, bo właściwie nic innego im nie pozostaje. Stają się banitami we własnym kraju, a kiedy coś się dzieje, misjonarze wyjeżdżają, wierni giną. Dla mnie wyciąganie ludzi z ich kultury, sprawianie, że stają się obcymi we własnej ojczyźnie jest zwyczajnie nieludzkie. Na dodatek w okresie, który opisujesz Kościół był forpocztą kolonizatorów, chodziło nie tyle o religię, co o politykę i zyski.

Japonii udało się ich zatrzymać, nie zachłysnęła się europejską cywilizacją, jak to zrobiły kraje arabskie (jedna z moich fiksacji). Wzięła, co jej się podobało i odrzuciła resztę. Fajnie to widać w scenie śmierci Hachiro, ginie od kul z muszkietów, ratując życie chrześcian. I ta japońska polityka wybiórczego czerpania z kultury europejskiej jest w dużym stopniu odpowiedzialna za dzisiejszy sukces Japonii, bo kraj nie musiał poszukiwać swojej tożsamości, nigdy jej nie utracił. Znowu w przeciwieństwie do krajów arabskich.

Domyślam się, że wykorzystałeś fakty historyczne, by zbudować swoją opowieść. Jest w tym jakaś ironia historii: przybywają obcy, wciskają nową religię, a potem ich potomkowie budowle tej nowej religii wykorzystują jako punkt orientacyjny do zrzucenia siejącej śmierć bomby. Za nic mając fakt, że w katedrze modlą się praktycznie swoi. Trochę to przypomina nasze wycofywanie się z Afganistanu.

Jest w tekście nastrój, problem w tym, że na mnie nie działa z powodów wspomnianych na wstępie. Możliwe, że z tych samych powodów potknęłam się na zakończeniu. Co się stało z rodziną w łodzi? Co z Hachiro? Zginął, ale co dalej, czy odnalazł spokój po tamtej stronie? W opku ta druga strona jest widoczna, więc pytanie jest zasadne. Sam przeskok o parę wieków od fabuły do twistu… no niby, cholera, jest w tym coś, ale jakoś do mnie nie przemówiło to zwrócenie uwagi akurat na chrześciajańskie ofiary. Nie wiem, co chciałeś tym przekazać, poza tym, o czym wspomniałam wyżej. A i ta ironia historii jakoś nie do końca wybrzmiewa.

Podsumowując, świetnie napisany tekst, ale nie przemówił do mnie, choć z dużym prawdopodobieństwem jest to wina mojej ignorancji ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Zgodnie z obietnicą jestem, jeszcze raz przepraszam i obiecuję poćwiczyć dodawanie ;)

Następnym razem dodaj jedno więcej zamiast jedno mniej. :D

 

Moja wiedza wystarczyła, bym rozumiała status społeczny bohatera, jednocześnie miałam wrażenie, że Hachiro stoi jedną nogą w swojej kulturze, a drugą w obcej. Jakby spotkanie z aniołem go naznaczyło. 

Tak, dokładnie. On przeżywa rozterki. Widać to w pytaniu, które zadał kapłanowi, widać to w jego snach. 

 

Dla mnie wyciąganie ludzi z ich kultury, sprawianie, że stają się obcymi we własnej ojczyźnie jest zwyczajnie nieludzkie. Na dodatek w okresie, który opisujesz Kościół był forpocztą kolonizatorów, chodziło nie tyle o religię, co o politykę i zyski.

Wiesz, ja mam wrażenie, że było odwrotnie – ludzie (ci znaczący) nawracali się właśnie po to, by coś zyskać. Czyli to kupcy byli forpocztą kościoła. My traktujemy religię bardzo utylitarnie i trochę cynicznie. I nie przeczę, że wielu wielkich tak ją też wówczas traktowało. Jednak dla ogromu misjonarzy jak i zwykłuch ludzi to była poważna sprawa determinująca całe życie – zwłaszcza, kiedy wybierali się w rejony tak odległe i niegościnne jak Japonia. 

 

Japonii udało się ich zatrzymać, nie zachłysnęła się europejską cywilizacją, jak to zrobiły kraje arabskie (jedna z moich fiksacji)

Spotkałem kilka osób zafiksowanych na krajach arabskich i każda z nich nie czuła zainteresowania Japonią. Ja lubię jedno i drugie. :) 

 

ta japońska polityka wybiórczego czerpania z kultury europejskiej jest w dużym stopniu odpowiedzialna za dzisiejszy sukces Japonii, bo kraj nie musiał poszukiwać swojej tożsamości, nigdy jej nie utracił

Nie utracił jej w kontakcie z Europejczykami, ale Japonia jest mocno "skażona" buddyzmem, czyli religią napływową. W pewnym okresie (restauracja Meiji) buddyści w Japonii byli represjonowani, ponieważ Japonia przeżywała właśnie kryzys tożsamościowy, właśnie przez to wymuszone otwarcie na Zachód. Za to wcześniej (w momencie, gdy rozgrywa się pierwsza część opowiadania) buddyzm i shinto tworzyły jedność (miało to nawet swoją nazwę i było przyjęte jako religia narodowa – ale jaką i kiedy przyjętą… zapomniałem :(). Powstawały nawet buddyjsko-shintoistyczne świątynie. 

To był wielki kontrast względem chrześcijaństwa, które było religią otwarcie konkurencyjną, wykluczającą możliwość kultywowania innych, stąd właśnie takie słowa kapłana w opowiadaniu. 

 

Za nic mając fakt, że w katedrze modlą się praktycznie swoi. Trochę to przypomina nasze wycofywanie się z Afganistanu.

Jeśli historia czegoś nas uczy, to tego, że ludzie się nie zmieniają… 

 

Sam przeskok o parę wieków od fabuły do twistu… no niby, cholera, jest w tym coś, ale jakoś do mnie nie przemówiło to zwrócenie uwagi akurat na chrześciajańskie ofiary. Nie wiem, co chciałeś tym przekazać, poza tym, o czym wspomniałam wyżej. 

Nie chciałbym tłumaczyć, trochę za dużo napisałem orzy okazji odpowoadania na komentarz śniącej, ale więcej nie powiem. No, może tylko tyle, że wiersz na końcu jest istotny, podobnie jak najbardziej "wizyjny" i oderwany od fabuły fragment w części pierwszej. 

 

Co się stało z rodziną w łodzi?

No, tego można się domyślać między wierszami, zważywszy na część drugą. :) 

A co z Hachiro? Zaznał spokoju. Na koniec demony go opuszczają, po jego przemyśleniach i czynach też można dość do tego, który ze światów "wybrał", oraz czego (czegoś bardzo niejaponskiego) doznał. Bardziej dosłowne, arbitralne pokazanie, zniszczyłoby efekt, który chciałem uzyskać. 

 

Podsumowując, świetnie napisany tekst, ale nie przemówił do mnie, choć z dużym prawdopodobieństwem jest to wina mojej ignorancji ;)

Wszystkiego lubić się nie da. :) 

Amakusa Shiro to nie tyle przywódca, co japońska wersja zbawiciela. Uczestniczący w powstaniu Shimabara wierzyli, że nadchodza dni ostatnie a Amakusa ma ich poprowadzić do zwycięstwa, opowiadali o czynionych przez niego cudach.

Daleko padło jabłko od jabłoni, ale takie to były czasy.

Serio, nie kojarzę, by inne wyznanie miało tam jakieś znaczenie. To był obszar wpływów Portugalskich i Hiszpańskich. Byli też Holendrzy, ale z tego co pamiętam – katoliccy Holendrzy.

Możliwe, nie wyznaję się w tej materii. Pamiętam z jakiegoś wykładu, że Japonia była podana jako przykład kraju, w którym władze wykorzystały konflikty między chrześcijanami do praktycznie wykorzenienia tej religii (na jakiś czas, jak pokazuje historia). Ale możliwe, że fakty zostały trochę ponaciągane, by wybrzmiał ogólniejszy przekaz tego wykładu.

Przywiązany miał, albo któryś z Tengu mu go trzymał. :P

;-)

No i własnie celowo tego nie dopowiadam, by zostawić interpretację faktów czytelnikowi – od strony fabularnej.

Dużo zostawiłeś tych tropów, nie jest lekko ;-) Ale pomimo całego mojego marudzenia bardzo dobry tekst, czytanie było prawdziwa przyjemnością.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Możliwe, nie wyznaję się w tej materii. Pamiętam z jakiegoś wykładu, że Japonia była podana jako przykład kraju, w którym władze wykorzystały konflikty między chrześcijanami do praktycznie wykorzenienia tej religii (na jakiś czas, jak pokazuje historia). Ale możliwe, że fakty zostały trochę ponaciągane, by wybrzmiał ogólniejszy przekaz tego wykładu.

To chyba już później, w czasie restauracji Meiji. Wtedy chrześcijanie pospołu z buddystami nie byli mile widziani – ale już nie można było chrześcijan otwarcie eksterminować, bo skończyła się epoka izolacjonizmu. Wcześniej to po prostu ich wyrzynali na potęgę. 

 

Dzięki jeszcze raz za wizytę i półtaka. :) 

Nowa Fantastyka