- Opowiadanie: Zanais - Konie na dalekim brzegu

Konie na dalekim brzegu

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Konie na dalekim brzegu

– Jest pani go­to­wa?

– Tak.

Cichy szum i wszyst­ko zga­sło.

Jakby za­nu­rzy­ła się w morzu.

***

Gdy go zo­ba­czy­ła, sie­dział przy pa­li­sa­dzie u gra­nic wio­ski, ki­wa­jąc się po­wo­li w przód i w tył. Siwe włosy ster­cza­ły w nie­ła­dzie, blada linia ust zna­czy­ła po­marsz­czo­ną twarz. Zmru­żo­ny­mi od słoń­ca ocza­mi wpa­try­wał się w ho­ry­zont.

Ewa klęk­nę­ła i wzię­ła go za rękę. Po­wo­li, aby się nie wy­stra­szył.

– Mar­cin­ku? Mar­cin­ku, to ja! Mama!

Nawet nie mru­gnął na znak, że ją sły­szy lub po­zna­je, ale ona cze­ka­ła. Cier­pli­wo­ści na­uczy­ła się dawno temu. Nie miała wy­bo­ru.

– Ma…ma? – wy­beł­ko­tał w końcu.

Po­czu­ła ucisk w gar­dle, ale po­wstrzy­ma­ła łzy. Nie teraz.

– Tak! Mama.

Pod­niósł się – gład­ko i bez trudu – jak wtedy, gdy jesz­cze po­tra­fił to zro­bić, i sta­nął zgar­bio­ny, pa­trząc na stado dziw­nych stwo­rzeń. Ewie ko­ja­rzy­ły się z nie­do­koń­czo­ny­mi końmi, ry­so­wa­ny­mi ręką trzy­lat­ka. Brą­zo­we i białe kształ­ty, sku­bią­ce spo­koj­nie trawę na wzgó­rzu.

– Mama – chrząk­nął Mar­cin. – Mama iść. – Po­cią­gnął Ewę za sobą w stro­nę uchy­lo­nej bramy.

Od­ru­cho­wo zer­k­nę­ła na wierzch swej dłoni, gdzie wid­nia­ło błę­kit­ne koło z cien­kim pro­mie­niem za­ni­ka­ją­ce­go ko­lo­ru – znak, że czas za­czął już ucie­kać. Dzie­sięć minut w rze­czy­wi­sto­ści to tutaj… Kto wie?

Tech­ni­cy w bia­łych uni­for­mach, pod­łą­cza­jąc Ewie i Mar­ci­no­wi elek­tro­dy, długo pe­ro­ro­wa­li o su­biek­tyw­no­ści czasu umy­sło­we­go.

Wiel­kie słowa dla pro­stej ko­bie­ty. 

Kiedy mi­nę­li wrota, skrzy­pią­ce skrzy­dła za­trza­snę­ły się same i Ewa sta­nę­ła gwał­tow­nie. Słoń­ce znik­nę­ło, za­stą­pio­ne noc­nym nie­bem peł­nym gwiazd – zu­peł­nie jakby ktoś zmie­nił slajd w pro­jek­to­rze. Pło­mie­nie z ga­zo­wych lamp da­rem­no pró­bo­wa­ły oświe­tlić ob­skur­ne ulice, a Mar­cin… znów miał wy­gląd sied­mio­lat­ka. Zgar­bio­ne­go, otu­ma­nio­ne­go sied­mio­lat­ka, któ­re­mu bez prze­rwy wy­cie­ra­ła ska­pu­ją­cą ślinę.

Tech­ni­cy ostrze­ga­li, że czeka ją trud­na po­dróż i po­win­na wy­zbyć się wszel­kich ocze­ki­wań sensu i cią­gów przy­czy­no­wo-skut­ko­wych.

Ła­twiej po­wie­dzieć niż zro­bić.

– Idzie, mama. – Szar­pał jej rękę, póki Ewa nie za­czę­ła znów ostroż­nie sta­wiać stopę za stopą.

Nad po­nu­ry­mi cha­ta­mi gó­ro­wał Wawel, a ra­czej jego wy­pa­czo­na wer­sja z wy­krzy­wio­ny­mi wie­ża­mi i mu­ra­mi zda­ją­cy­mi się przy­bli­żać i od­da­lać w imi­ta­cji mia­ro­we­go od­de­chu.

Nigdy nie po­je­cha­li do Kra­ko­wa, ale Mar­cin uwiel­biał bajkę o smoku wa­wel­skim. Ku­pi­ła mu pięk­nie ilu­stro­wa­ne wy­da­nie i czę­sto po­ka­zy­wa­ła ob­raz­ki, które teraz wi­dzia­ła wokół sie­bie, choć nieco znie­kształ­co­ne w nie­po­ko­ją­cy spo­sób.

Mar­cin bez trudu od­naj­dy­wał drogę wśród ocie­ka­ją­cych wil­go­cią murów i nad­gni­łych strzech.

Ewa wy­da­ła z sie­bie zdu­szo­ny pisk, gdy blada po­stać wy­chy­nę­ła z mroku. Sta­rzec był nagi, lecz szedł z ma­nie­rą dys­tyn­go­wa­ne­go pro­fe­so­ra. Roz­cią­gnął w uśmie­chu usta pełne re­ki­nich zębów.

– Prze­pra­szam sza­now­nych pań­stwa. – Skło­nił się lekko. – Ha­lo­pe­ryd me imię. Ośmie­lę się za­py­tać: Czy zje­dli tu Mu­rzy­na? Słowo daję, stra­ci­łem z oczu mo­je­go czar­no­skó­re­go przy­ja­cie­la za­le­d­wie na chwi­lę. Czy czę­sto się to zda­rza? Te znik­nię­cia? Może wró­cił do to­reb­ki? Zwą go Ry­spe­ry­dem.

Ewa zmarsz­czy­ła brwi. Te imio­na brzmia­ły zbyt zna­jo­mo.

Mar­ci­nek wska­zał w głąb ulicy.

– Osiem­na­sta. A-aa. Tam. Tam.

– A-aa. Tak. A-aa. Naj­uprzej­miej dzię­ku­ję – od­parł nie­zna­jo­my i ru­szył szyb­kim kro­kiem, wciąż wy­pro­sto­wa­ny, jakby nie chciał stra­cić nawet odro­bin­ki god­no­ści.

– Kto to był, synku? – za­py­ta­ła. W od­po­wie­dzi po nie­bie prze­to­czył się głu­chy od­głos: 

Bim-bam-bom!

Boże, po­my­śla­ła, to nasz zegar z przed­po­ko­ju.

Irek kupił go na pchlim targu, na­pra­wił me­cha­nizm i szczy­cił się nim przy każ­dej oka­zji, szcze­gól­nie po paru głęb­szych.

Mar­cin po­cią­gnął Ewę i po­szli za ma­sze­ru­ją­cym Ha­lo­pe­ry­dem.

Bim-bam-bom!

Kiedy do­tar­li do placu, Ewa już nie zdo­ła­ła po­wstrzy­mać krzy­ku.

Po­środ­ku stał smok. Smok z Mar­cin­ków, Mar­ci­nów i Panów Mar­ci­nów. Młode i stare ciała zle­pio­ne w obrzy­dli­wy spo­sób, two­rzą­ce ogrom­ne smo­ko­po­dob­ne… coś. Przy be­stii gro­ma­dzi­li się nadzy lu­dzie: biali, czar­ni, żółci, ale i czer­wo­ni jak wozy stra­żac­kie, błę­kit­ni ni­czym czy­ste niebo, a nawet dwu­ko­lo­ro­wi – od pasa w dół jedna barwa, wyżej zaś druga. Małe dziew­czyn­ki i otyłe ma­tro­ny, sta­rzy męż­czyź­ni i drob­ni chłop­cy.

Ewa przy­war­ła ple­ca­mi do zim­nej ścia­ny i od­dy­cha­ła z tru­dem.

Ha­lo­pe­ryd, Ry­spe­ry­dem. Po­win­na się do­my­ślić, że zo­sta­ną z Mar­ci­nem. Ci lu­dzie – z pew­no­ścią zna­la­zła­by tu klo­za­pi­nę albo me­ty­lo… Za­po­mnia­ła nazwy. I jesz­cze inni, tak wiele, wiele in­nych, prze­pi­sy­wa­nych przez le­ka­rzy o bez­na­mięt­nych spoj­rze­niach: „Pro­szę, oto re­cep­ta dla pani”, „Re­cep­ta, po­zdra­wiam”, „Pro­szę, re­cep­ta…”, „Re­cep­ta…”

Za­wsze chcia­ła tylko dobra dziec­ka.

Tłum nie zwró­cił uwagi na jej krzyk, zbli­żał się do Mar­ci­no­smo­ka, a gdzie­nie­gdzie umiesz­czo­ne lampy wy­ła­wia­ły bla­skiem sze­ro­ko uśmiech­nię­te twa­rze.

Wtedy Ewa spo­strze­gła, że smok ma szyję ob­wią­za­ną łań­cu­chem przy­cze­pio­nym gdzieś do pod­ło­ża. Szar­pał się i wierz­gał, lecz okowy trzy­ma­ły zbyt mocno.

Bim-bam-bom!

Po raz szó­sty.

– Osiem­na­sta! – krzyk­nął tłum jed­no­cze­śnie. – Otwórz buzię. A-aa! – Po czym za­szar­żo­wał na po­two­ra.

Ewa pu­ści­ła Mar­cin­ka, za­mknę­ła oczy i dłoń­mi za­kry­ła uszy, lecz od­gło­sy mla­ska­nia, chrzą­ka­nie i trzask ła­ma­nych kości wciąż do niej do­cie­ra­ły.

Ktoś po­pu­kał ją w ramię. Uchy­li­ła jedno oko. Po­staw­na ko­bie­ta pa­trzy­ła na nią kar­cą­cym wzro­kiem i zaraz krzyk­nę­ła z na­ga­ną w gło­sie:

– A wy?! Czy śmier­ci się bo­icie? Dla dobra dziec­ka! – Od­wró­ci­ła się, a na­stęp­nie po­bie­gła w stro­nę smoka…

Smoka, który jadł. Ewa po­czu­ła mdło­ści, ale nie mogła ode­rwać wzro­ku. Two­rzą­ce stwo­ra Mar­ci­ny wy­cią­ga­ły ręce, chwy­ta­ły ko­lo­ro­wych ludzi i po­że­ra­ły ich żyw­cem, ni­czym zom­bie z hor­ro­rów. Krew lała się stru­mie­nia­mi na bru­ko­wa­ny plac.

– Dla dobra dziec­ka! – po­wta­rza­ły dum­nie ofia­ry, nawet gdy zęby od­ry­wa­ły od nich za­krwa­wio­ne strzę­py.

Coraz wię­cej twa­rzy pa­trzy­ło na Ewę. Unie­sio­ne pod­bród­ki, wy­krzy­wio­ne usta, zmarsz­czo­ne brwi.

„Jak to tak?”, zda­wa­ły się wołać. „Prze­cież to dla dobra dziec­ka! A wy?”

– Mama – wy­mam­ro­tał Mar­ci­nek, dźga­jąc Ewę kciu­kiem w udo. – Nie chcia­łem a-aa. Nie chcia­łem.

Co mogła po­wie­dzieć? Prze­pro­sić, że wie­rzy­ła w po­pra­wę? Wy­ja­śnić, że ro­bi­ła to dla jego dobra, a le­ka­rze za­pew­nia­li o sku­tecz­no­ści? Po la­tach takie słowa są wy­su­szo­ne jak kwia­ty na za­po­mnia­nym cmen­ta­rzu. 

– Mama. Chodź. – Mar­ci­nek jesz­cze raz chwy­cił jej dłoń, po czym wska­zał na nie­od­le­głą bramę. – Mama. Tam. Tam jest bez­piecz­nie, jest spo­koj­nie.

Ewa otar­ła łzy wierz­chem dłoni i po­bie­gli razem.

We­szli w ciem­ność.

***

Kro­czy­li we wnę­trzu za­nie­dba­ne­go ko­ścio­ła – tego, gdzie uczęsz­cza­li w każdą nie­dzie­lę. Ewa trzy­ma­ła rękę na­sto­let­nie­go, wy­ro­śnię­te­go Mar­ci­na, po­staw­ne­go chło­pa­ka, który tak dawno temu prze­ra­żał każ­de­go zbyt wiel­ką siłą i wy­bu­cho­wym tem­pe­ra­men­tem.

Może spra­wił to widok smoka albo po­że­ra­nych żyw­cem ludzi, ale Ewa już się nie dzi­wi­ła. Była tutaj z Mar­ci­nem i szła z nim spo­koj­nie, tak jak za­wsze ma­rzy­ła. „Za­adap­tu­je się, pani”, po­wie­dzia­ła jej kie­dyś te­ra­peut­ka. „Wdro­ży­my leki i te­ra­pie. Wy­le­czy­my Mar­cin­ka”.

A Ewa wie­rzy­ła. Wie­rzy­ła, bo jesz­cze wtedy nie wie­dzia­ła, że pew­nych do­le­gli­wo­ści nie spo­sób wy­le­czyć.

Ko­lo­ro­we wi­tra­że roz­bi­ja­ły świa­tło dnia na tę­czo­we barwy. Za­ku­rzo­ne ławy – nie­któ­re prze­wró­co­ne, inne po­ła­ma­ne – tę­sk­ni­ły za wier­ny­mi.

– Mar­cin­ku, po­roz­ma­wiaj­my – za­pro­po­no­wa­ła, gdy zbli­ża­li się do po­dłuż­ne­go oł­ta­rza, przy któ­rym le­ża­ła na­tu­ral­nych roz­mia­rów fi­gu­ra Matki Bo­skiej. Odła­ma­ny nos i ka­wał­ki nie­bie­skiej szaty wa­la­ły się po po­sadz­ce. Opar­ta o posąg stała sie­kie­ra z ostrzem błysz­czą­cym od mdłe­go świa­tła.

Nagle Mar­cin za­ha­czył o ławę i upadł, wzbu­dza­jąc głę­bo­kie echo.

– Mar­cin!

Gdy na­chy­li­ła się, by mu pomóc, ob­ró­cił do niej twarz. Wes­tchnę­ła, wi­dząc jego białe, nie­wi­dzą­ce oczy.

– Synku…

– Za­wsze bałem się tego miej­sca. Tych ludzi. Stali i pa­trzy­li się na mnie. Tylko pa­trzy­li, ale wzro­kiem także można nie­na­wi­dzić.

Po­mo­gła mu wstać. Wy­ma­cał na oślep jej dłoń.

– Gdzie… Gdzie je­ste­śmy, mamo? – spy­tał, jakby obu­dził się z głę­bo­kie­go snu.

– W ko­ście­le, Mar­cin­ku.

– Czy leży tu Ma­don­na? Mamo?

– Nie ro­zu­miem…

– Mamo! – Wście­kły gry­mas wy­krzy­wił mu twarz. – Mamo! Mamo! Mamo! – Za­czął wy­ma­chi­wać pię­ścia­mi. – Czego tu szu­ka­łaś?

Ewa in­stynk­tow­nie cof­nę­ła się przed synem. Fio­le­to­we sińce na twa­rzy i rę­kach były jej co­dzien­no­ścią. Ona – drob­na ko­bie­ta i on – nie­prze­wi­dy­wal­ność w ciele za­pa­śni­ka. Za­bra­kło ojca, który po­tra­fił­by po­wstrzy­mać ciosy, obro­nić Ewę, pomóc. „Nie­któ­rzy zo­sta­ją, inni nie dają rady”, skwi­to­wał dok­tor.

Irek wy­trzy­mał osiem lat, aż w końcu zro­zu­miał, że nie bę­dzie le­piej.

– Mamo! Mamo. – Mar­cin mówił coraz ci­szej. Wście­kły gry­mas na twa­rzy zła­god­niał. Gniew od­szedł, sku­lił się, po­mru­ku­jąc i war­cząc, na wzór zmę­czo­nej be­stii ugnia­ta­ją­cej le­go­wi­sko przed snem.

Ewa ob­ser­wo­wa­ła, jak Mar­cin staje przy oł­ta­rzu. Bała się po­dejść. Jako młoda ko­bie­ta mogła si­ło­wać się z synem, teraz – z sie­dem­dzie­siąt­ką na karku – ledwo da­wa­ła radę z co­dzien­ny­mi obo­wiąz­ka­mi. Może tutaj, w tym miej­scu, spra­wy wy­glą­da­ły ina­czej, ale nie za­mie­rza­ła tego spraw­dzać, wy­sta­wia­jąc się na ciosy.

– Mar­cin­ku, mu­si­my po­roz­ma­wiać.

– Czego tu szu­ka­łaś? – prze­rwał Mar­cin, z ocza­mi zwró­co­ny­mi w stro­nę po­są­gu Maryi. – Mi­ło­sier­dzia? Bła­ga­łaś o po­wrót taty? Już ja wiem, o co pro­si­łaś. Chcia­łaś wol­no­ści, chcia­łaś, abym umarł.

– Nie!

– To nor­mal­ne myśli, praw­da? Boże, daj mi znów żyć jak nor­mal­ny czło­wiek. Nor­mal­ność… Takie ładne słowo.

Ewa po­czu­ła, jak obej­mu­ją ją czy­jeś ręce. Chwy­ta­ją za dło­nie i nogi, trzy­ma­ją mocno ni­czym łań­cu­chy. Krzyk­nę­ła, wi­dząc czar­ne syl­wet­ki, za­ry­sy od­święt­nych stro­jów, zdo­bio­nych ka­pe­lu­szy, wy­pra­so­wa­nych gar­ni­tu­rów i dłu­gich spód­nic. Ko­ściół wy­peł­nił się tłu­mem cieni, fa­lu­ją­cym od gniew­nych szep­tów i po­mru­ków.

– Niech pani uspo­koi to dziec­ko!

– Co za okrop­ne za­cho­wa­nie.

Mar­cin klęk­nął i po­ło­żył głowę na oł­ta­rzu, z nie­wi­do­my­mi ocza­mi skie­ro­wa­ny­mi na Ewę.

– Dziś twe mo­dli­twy zo­sta­ną wy­słu­cha­ne, matko.

– Ja nie…! – krzyk­nę­ła Ewa, lecz zaraz po­czu­ła, że ktoś za­ty­ka jej usta silną dło­nią. Mogła tylko pa­trzeć, jak fi­gu­ra Matki Bo­skiej pod­no­si się wśród kłę­bów pyłu i chwy­ta trzo­nek sie­kie­ry.

Tłum wciąż szep­tał.

– Jaka matka, taki syn! Co on robi?

– Czy tu się głowy ścina? Obu­rza­ją­ce!

– To wina matki! Tak go wy­cho­wa­ła!

– Wina matki! – pod­chwy­ci­li ze­bra­ni i za­czę­li skan­do­wać: – Wina matki! Wina matki!

– Bied­na matka – po­wie­dział Mar­cin. – Za­tru­ta przez słowa. Zra­nio­na spoj­rze­nia­mi. Co czu­łaś, matko? Co my­śla­łaś? Tak, to moje dziec­ko, mój ból i wstyd. Pa­trz­cie i ra­duj­cie się, bo to mnie spo­tka­ło takie nie­szczę­ście, nie was. Moja wina, moja bar­dzo wiel­ka wina. – Na chwi­lę za­wie­sił głos. – Już do­brze, mamo. Świę­ta Ma­ry­jo, od cier­pień uwol­nij tę bied­ną ko­bie­tę.

Fi­gu­ra przy­mie­rzy­ła ostrze do jego szyi i unio­sła sie­kie­rę.

Za­pa­dła pełna wy­cze­ki­wa­nia cisza.

Ewa za­mknę­ła oczy.

Świst za­koń­czył się ogłu­sza­ją­cym wy­bu­chem ra­do­ści tłumu.

– W końcu cisza – mruk­nął ktoś przy uchu Ewy. – Po­wró­ci­ła nor­mal­ność.

Bum­ta­ra­ra, bum­ta­ra­ra!

Bębny i trąb­ki ogłu­szy­ły Ewę. Za­to­czy­ła się – nie­spo­dzie­wa­nie wolna – i unio­sła po­wie­ki. Stół z bia­lut­kim ob­ru­sem, pro­ste drew­nia­ne krze­sła, ob­ra­zy… Znów była w Bo­szar­ni­kach, swej ro­dzin­nej wsi. Wnę­trze chaty zu­peł­nie jak na zdję­ciu z al­bu­mu. Po­ka­zy­wa­ła go kie­dyś Mar­ci­no­wi. Nie przy­pusz­cza­ła, że tak do­kład­nie wszyst­ko za­pa­mię­ta. Dom dzie­ciń­stwa, ide­al­nie od­wzo­ro­wa­ny, za­sty­gły w cza­sie i umy­śle pięć­dzie­się­cio­let­nie­go męż­czy­zny. Ewa wie­dzia­ła, że to tylko ilu­zja, ale nie mogła po­zbyć się ro­sną­ce­go uczu­cia za­że­no­wa­nia, zu­peł­nie jakby we­szła na huś­taw­kę w dzie­cię­cym placu zabaw. Nie pa­so­wa­ła tutaj – to było miej­sce dla małej dziew­czyn­ki, bie­ga­ją­cej boso po skrzy­pią­cej pod­ło­dze, a nie znisz­czo­nej ży­ciem sta­rusz­ki.

Bum­ta­ra­ra, bum­ta­ra­ra!

Ktoś lub coś nad­cho­dzi­ło. Gdzie jest Mar­cin?! Dla­cze­go rzuca ją po tych miej­scach? Mu­sia­ła go zna­leźć. Zna­leźć i spra­wić, by wy­słu­chał… Tak wiele słów do po­wie­dze­nia, a tak mało czasu.

Już miała otwo­rzyć drzwi, gdy przez stare okno zo­ba­czy­ła grupę ludzi wcho­dzą­cą na śro­dek wsi. Mieli ko­lo­ro­we mun­du­ry: czer­wo­ne, białe, nie­bie­skie, po­kry­te wi­ze­run­ka­mi ra­do­snych dzie­ci, sło­ne­czek, kot­ków i ba­lo­ni­ków; spod heł­mów wy­sta­wa­ły uśmiech­nię­te twa­rze.

– Wy­cho­dzić! Zbiór­ka! – wrza­snę­ła ko­bie­ta na prze­dzie. Mach­nę­ła dło­nią za­ci­śnię­tą na pi­sto­le­cie i jeden z żoł­nie­rzy pod­niósł trąb­kę do ust, inny ude­rzył w bęben.

Bum­ta­ra­ra, bum­ta­ra­ra!

Ewa przy­klęk­nę­ła i wy­sta­wi­ła oczy nad pa­ra­pet. Z chat za­czę­li wy­cho­dzić tu­byl­cy: ku­la­wi, ślepi i gar­ba­ci, otyli i chu­dzi jak szkie­le­ty. Z wo­do­gło­wiem, z roz­bie­ga­ny­mi ocza­mi, sze­ro­ko otwar­ty­mi usta­mi lub uśmiech­nię­ci bez po­wo­du. Jak to pew­ne­go razu okre­śli­ła są­siad­ka Ewy: „Z twa­rzy od razu widać, że coś z nimi nie tak”. Wtedy razem się śmia­ły. A potem uro­dził się Mar­cin i wkrót­ce Ewa ina­czej pa­trzy­ła na świat.

Kiedy przy­wód­czy­ni żoł­nie­rzy po­wio­dła wzro­kiem po zgro­ma­dzo­nych, miesz­kań­cy pró­bo­wa­li w miarę moż­li­wo­ści sta­nąć na bacz­ność.

– Oby­wa­te­le „Układ­no­ści”! Przy­ja­cie­le! Pod­opiecz­ni! Wspól­ny­mi si­ła­mi pra­cu­je­my, aby uczy­nić z was jed­nost­ki spo­łecz­nie przy­sto­so­wa­ne. – Wska­za­ła rękę gdzieś na wschód. – Przed nami jest świat. Bez końca! Tra­fią tam tylko uży­tecz­ni i nor­mal­ni!

– Chwa­ła nor­mal­no­ści! – od­po­wie­dzie­li chó­rem ze­bra­ni.

– Chwa­ła! „Układ­ność” na­uczy was życia. Od­dzie­li ziar­na od plew! Po­wiedz­cie, moi dro­dzy… – Ko­bie­ta prze­szła wzdłuż sze­re­gów. – Jak wam się tu żyje? Śmia­ło! Czy w nocy do­brze śpi­cie?

– Tak – mruk­nął chór, ale Ewa usły­sza­ła rów­nież kilka wsty­dli­wych „nie”.

– Ach, tak? – Przy­wód­czy­ni sta­nę­ła przed oty­łym męż­czy­zną, który za­czął bez­sen­sow­nie ma­chać rę­ka­mi. – Nie­za­do­wo­lo­ny z łóżka?

– Nie… nie… – jąkał się tam­ten.

Ko­bie­ta spo­koj­nie wy­cią­gnę­ła z ka­bu­ry pi­sto­let, przy­sta­wi­ła do głowy nie­szczę­śni­ka i po­cią­gnę­ła za spust. Huk­nę­ło, pry­snę­ły krwa­we kro­ple, ciało upa­dło w błoto.

Ewa za­kry­ła usta dło­nią. Mu­sia­ła zna­leźć Mar­ci­na. Nie wi­dzia­ła go wśród nie­po­ru­szo­ne­go śmier­cią tłumu, ale czuła, że jest gdzieś w po­bli­żu. Spoj­rza­ła na błę­kit­ne koło – zo­sta­ła tylko po­ło­wa.

Tym­cza­sem mor­der­czy­ni znów prze­ma­wia­ła:

– Obi­bo­ki! Lenie! Nie­uki! Jak chce­cie do­łą­czyć do sza­cow­nej spo­łecz­no­ści? Wy­da­li­ście jej wojnę! To w was sie­dzi! Wojna! Wojna i gniew. Swoim ży­ciem bun­tu­je­cie się prze­ciw­ko więk­szo­ści, ale to ona okre­śla nor­mal­ność. Ty! – Wska­za­ła na ni­skie­go oku­lar­ni­ka. – Se­kwen­cja: biały, czar­ny, zie­lo­ny, biały, czar­ny… Co na­stęp­ne?

– Biały? – za­py­tał z pu­stym uśmie­chem oku­lar­nik.

Pi­sto­let wy­pa­lił jesz­cze raz.

– Zła­mie­my was i od­bu­du­je­my! Ko­men­da za ko­men­dą, roz­kaz za roz­ka­zem! Do skut­ku!

– Mamo?! – Głos Mar­ci­na do­biegł z są­sied­nie­go po­ko­ju. – Mamo!

Ewa ze­rwa­ła się na nogi i po­bie­gła w stro­nę drzwi, z na­dzie­ją, że nikt z uzbro­jo­nych ludzi nie usły­szał Mar­ci­na.

To był pokój babci Anie­li. Mie­ści­ło się tu le­d­wie łóżko i szaf­ka z lamp­ką oraz świę­ty­mi ob­raz­ka­mi. Za­miast su­chej jak wy­pa­lo­na trawa se­nior­ki rodu, w po­ście­li leżał Mar­cin, blady i wy­chu­dzo­ny.

– Mamo. – Spoj­rzał na Ewę pod­krą­żo­ny­mi ocza­mi. – Czy zabił ktoś to­ka­rza? Albo kel­ne­ra? Chcę ich pracę, mamo. Chcę być sa­mo­dziel­ny.

Ewa klęk­nę­ła przy łóżku.

– Po co to wszyst­ko, synku? Smok, ko­ściół, Bo­szar­ni­ki?

– Mamo, tato! Krzycz­cie na mnie wię­cej! – Twarz Mar­ci­na roz­ja­śni­ła się, ru­mień­ce wpeł­zły na jego po­licz­ki w po­sta­ci nie­zdro­wych wy­kwi­tów. – Roz­ka­zy kształ­tu­ją oby­wa­te­la. Krzy­ki na­pra­wia­ją duszę i pro­stu­ją cha­rak­ter. Pro­szę, mamo! Tylko wspól­ny­mi si­ła­mi przy­wró­ci­my moim wy­bra­ko­wa­nym my­ślom ja­sność. Na­praw­cie mnie!

“Pro­szę być sta­now­czym”, po­wie­dzia­ła w pew­nym ośrod­ku ko­bie­ta o ja­snych wło­sach, gdy Irek i Ewa szu­ka­li po­ra­dy w ko­lej­nym miej­scu. “Kon­se­kwent­nie i sta­now­czo wy­ga­szać wszyst­kie nie­pra­wi­dło­we za­cho­wa­nia”.

Od tam­tej pory Irek zdzie­rał sobie gar­dło.

Wtedy Ewa zro­zu­mia­ła, że nie każda pomoc jest dobra, lecz nie po­tra­fi­ła prze­ciw­sta­wić się mę­żo­wi.

Mar­cin za­mru­gał kilka razy.

– Dla­cze­go TU je­steś, mamo?

– Umie­ram, Mar­cin­ku. – Ewa uśmiech­nę­ła się i po­gła­ska­ła jego rzad­kie włosy. Gdzieś nie­da­le­ko padł ko­lej­ny strzał. – Tam, w rze­czy­wi­sto­ści. Chcia­łam ci po­wie­dzieć, po­że­gnać się.

– Nie – jęk­nął.

Wy­glą­dał jakby był na gra­ni­cy pła­czu.

– Kie­dyś mu­sia­ło to na­stą­pić.

– Nie! – Za­mach­nął się i ude­rzył ją w ramię. Zro­bi­ła to, co za­wsze, kiedy nie było już in­ne­go spo­so­bu: przy­trzy­ma­ła jego ręce. Szyb­ko, spraw­nie, z całej siły. Kwe­stia do­świad­cze­nia, oku­pio­ne­go nie­zli­czo­ny­mi si­nia­ka­mi i za­dra­pa­nia­mi.

– Mar­cin, uspo­kój się! – krzyk­nę­ła, choć wie­dzia­ła, że nic to nie da. Pewne im­pul­sy zo­sta­ją w czło­wie­ku mimo po­ra­żek.

– Nie, nie, nie! – ję­czał, szar­piąc się słabo. – Dla­cze­go?

– Bo takie jest życie! Życie to tylko chwi­la. Tylko chwi­la, skar­bie – do­da­ła spo­koj­nie, a potem wes­tchnę­ła. – Nie ma ni­ko­go, kto się tobą zaj­mie.

Znik­nął pokój, łóżko i Mar­cin. Roz­pły­nę­ły się ni­czym nie­sio­ny wia­trem po­piół ze spa­lo­ne­go domu, Ewa zaś stwier­dzi­ła, że idzie – kro­czy po dnie, za­nu­rzo­na po szyję w chłod­nej wo­dzie. Z przo­du wi­dzia­ła plażę, lecz nim zdą­ży­ła się przyj­rzeć, fala ude­rzy­ła ją w plecy, pchnę­ła, za­kry­ła głowę. Nagle pod po­wie­ka­mi mi­gnę­ły jej uryw­ki ob­ra­zów, na któ­rych roz­po­zna­ła sie­bie, na­chy­lo­ną z roz­złosz­czo­nym wy­ra­zem twa­rzy, pod­chmie­lo­ne­go Irka pa­trzą­ce­go ze wzgar­dą w oczach, uśmiech­nię­tą te­ra­peut­kę, po­ka­zu­ją­cą zdję­cia we­so­łych lub smut­nych dzie­ci.

Roz­pacz­li­wie za­ma­cha­ła rę­ko­ma. Sto­pa­mi wy­czu­ła po­chy­łe dno i od­bi­ła się od niego w stro­nę brze­gu. Wy­lą­do­wa­ła na pły­ciź­nie, pod za­chmu­rzo­nym nie­bem peł­nym skrze­czą­cych mew, pry­cha­jąc reszt­ka­mi wody.

Na wy­dmie sie­dział Mar­cin z opusz­czo­ną, po­si­wia­łą głową. W czar­nym gar­ni­tu­rze na­rzu­co­nym na okrop­nie wy­chu­dzo­ne ciało przy­po­mi­nał gro­te­sko­we­go stra­cha na wró­ble.

Ewa dźwi­gnę­ła się na nogi i ru­szy­ła do niego po trzesz­czą­cym pia­sku. Ledwo wy­szła z wody, skóra i ubra­nie wy­schły. Sta­nę­ła koło syna, ro­zej­rza­ła się do­oko­ła.

– To wyspa – stwier­dzi­ła po chwi­li.

Nie­wiel­ka, z kil­ko­ma przy­wię­dły­mi kę­pa­mi traw. Bez­kre­sne morze roz­cią­ga­ło się po da­le­ki ho­ry­zont. Wiel­ka sza­rość prze­ty­ka­na ja­śniej­szy­mi pa­sma­mi mie­lizn. Bryza nio­sła słod­ki za­pach wo­do­ro­stów oraz piany z grzbie­tów sze­ro­kich fal.

– Tak. – Na­brał pia­sku i po­zwo­lił mu prze­sy­pać się mię­dzy pal­ca­mi. – To wszyst­ko, co udało mi się stwo­rzyć. Moje. Wła­sne. Bra­ku­je tu tylko koni. Ża­łu­ję, że ich nie za­pa­mię­ta­łem.

Ewa usia­dła, zło­ży­ła dło­nie na ko­la­nach. Ode­tchnę­ła głę­bo­ko. Zmę­czy­ły ją skoki przez wizje Mar­ci­na, wy­czer­pa­ła walka z wy­rzu­ta­mi su­mie­nia, które pró­bo­wa­ły się wy­do­stać na po­wierzch­nię. Szum morza usy­piał, a ona chcia­ła­by już od­po­cząć.

– Za­bie­ra­łam cię na hi­po­te­ra­pię, gdy byłeś mały.

– Gdzie­kol­wiek po­je­cha­li­śmy, chcia­łem pytać: czy jest tu jazda konna?

Za­mil­kli oboje. Ewa prze­su­nę­ła opusz­ka­mi po wierz­chu dru­giej dłoni. Ka­wa­łe­czek nie­bie­skie­go trój­ką­ta znik­nął na jej oczach.

– Synku… – szep­nę­ła i urwa­ła.

Za­bra­kło słów. Tyle po­świę­ci­ła, aby się tu do­stać: sprze­da­ła miesz­ka­nie – po jej śmier­ci i tak by prze­pa­dło, wy­da­ła oszczęd­no­ści, wy­bła­ga­ła szyb­szy ter­min na od­wie­dzi­ny w umy­śle syna. Wy­ko­rzy­sta­ła nie­mal pełen czas wi­zy­ty, lecz wciąż czuła, że nie po­wie­dzia­ła Mar­ci­no­wi wszyst­kie­go, co chcia­ła. Tak wiele lat mó­wi­ła do niego, nie wie­dząc nawet, czy ją ro­zu­mie, że teraz nie po­tra­fi­ła po­roz­ma­wiać z nim jak ze zwy­kłym czło­wie­kiem.

Uniósł głowę i po­pa­trzył wprost na Ewę. Miał zdro­we silne spoj­rze­nie oraz twarz po­waż­ne­go męż­czy­zny w sile wieku.

– Takim chcie­li­ście mnie wi­dzieć, praw­da? Ty i tata. Tak po­wi­nie­nem wy­glą­dać. Może mniej chudy… Serce tak czy­ste, oczy po­wol­ne, bez tików i drżeń. Te strasz­ne, roz­bie­ga­ne oczy, które wciąż de­ner­wo­wa­ły tatę.

– Nigdy mi nie prze­szka­dza­ły, Mar­cin­ku.

– Ale jemu, ow­szem.

– Jego już nie ma. Umarł…

– Dzie­sięć lat temu – do­koń­czył Mar­cin. – Pa­mię­tam, tak wiele pa­mię­tam. Prócz koni. Ten ka­wa­łek plaży – po­wiódł ręką w sze­ro­kim za­ma­chu – mi­ja­li­śmy pod­czas wa­ka­cji nad Bał­ty­kiem. Go­dzi­nę wcze­śniej na­chy­la­łaś się nade mną i nie­chcą­cy cię ude­rzy­łem. To za­wsze było nie­chcą­cy. Wtedy tata strasz­nie się zde­ner­wo­wał i też mnie ude­rzył.

Ewa wspo­mnia­ła tam­ten dzień: ona – na chod­ni­ku, trzy­ma­ją­ca się za roz­bi­ty nos i szu­ka­ją­ca chu­s­tecz­ki, Irek – z wło­skim lodem w jed­nej dłoni, wrzesz­czą­cy na całe gar­dło, w końcu otwar­ta dłoń spa­da­ją­ca na twarz Mar­ci­na, ko­ły­szą­ce­go się na wózku in­wa­lidz­kim. Póź­niej kłót­nia z mężem. Ko­lej­ne nie­uda­ne wa­ka­cje.

– Chcia­łem prze­pro­sić – kon­ty­nu­ował Mar­cin. – Tylko co z tego? Moje ciało żyje samo, ja je­stem tylko wi­dzem. Myśli błą­dzą, szu­ka­ją uj­ścia, ale usta są jak dom, który nie chce przy­jąć wę­drow­ca. Wtedy sie­dzia­łem, pa­trząc na was, za­pła­ka­ny w środ­ku, a obo­jęt­ny na ze­wnątrz. Usta tak krwa­we słowa bez­dom­ne i tylko ten wiatr… Ten wiatr ła­go­dził ranę, za­głu­szał krzy­ki. Dla­te­go tu jest. Ta wyspa to wszyst­ko, co mam.

– Masz mnie – za­pew­ni­ła Ewa. – Byłam przy tobie od po­cząt­ku i będę do końca.

– Do końca… A potem? Co ze mną bę­dzie?

– Za­bio­rą cię do domu opie­ki. – Ewie łamał się głos. – Do­sta­niesz pokój, dadzą ci jeść, pić, le­kar­stwa.

Mar­cin skrzy­wił się, sły­sząc ostat­nie słowo.

– Przy­wią­żą mnie do łóżka, dadzą ta­blet­ki, abym ni­ko­go nie krzyw­dził, w tym sie­bie, a potem będą kar­mić na siłę, praw­da?

Ewa nie miała od­wa­gi od­po­wie­dzieć. Kłam­stwo wy­da­wa­ło się nie na miej­scu. Nie w tych ostat­nich mi­nu­tach.

Mar­cin nagle zmie­nił temat.

– Znasz opo­wieść o szew­cach, mamo? 

– Nie – od­par­ła, chło­nąc za­pach morza. Nigdy już nie po­je­dzie nad Bał­tyk, ale tutaj wy­glą­dał tak praw­dzi­wie, tak na­ma­cal­nie. 

– Opo­wie­dzia­ła mi ją któ­raś te­ra­peut­ka. Dawno temu żyło dwóch braci. Obaj umie­li wy­twa­rzać buty. Jeden robił je dla bo­ga­tych dam i mod­nych panów. Drugi był nie­wi­do­my i spod jego ręki wy­cho­dzi­ły dziw­ne ko­lo­ro­we bu­ci­ki, któ­rych nikt nie chciał nosić. Pew­ne­go razu te dziw­ne buty zo­ba­czył król. Spodo­ba­ły mu się tak bar­dzo, że wy­ku­pił wszyst­kie. Pierw­szy brat spy­tał króla: „Czemu wy­bra­łeś jego buty? Jest ślepy, nie zna się na mo­dzie i ko­lo­rach”. Wtedy król od­po­wie­dział: „I dla­te­go są tak pięk­ne. Są inne, nie­po­wta­rzal­ne i wy­jąt­ko­we”. 

– To pięk­na opo­wieść.

– Tak. – Zgo­dził się Mar­cin. – Ale myślę, że na­praw­dę sko­ńczy­ła­by się ina­czej.

– Jak?

– Szewc za­bi­ja szew­ca. Brat za­bi­ja brata, bo nie ma siły się nim opie­ko­wać. Ża­łu­ję, że mnie uro­dzi­łaś. – Mar­cin wstał i ru­szył w stro­nę morza. – I ty rów­nież!

Niebo na ho­ry­zon­cie za­czę­ło ciem­nieć. Nie­wi­docz­ne przez chmu­ry słoń­ce jakby przy­ga­sło.

Nagła go­rycz do­pa­dła Ewę, tak silna, że ko­bie­ta za­ci­snę­ła szczę­ki. Całe życie po­świę­ci­ła dziec­ku – była jego cia­łem, jego sa­mo­dziel­no­ścią i ro­zu­mem.

Wsta­ła z wil­got­ny­mi ocza­mi.

– Kiedy się uro­dzi­łeś, czu­łam tylko mi­łość! Mi­łość, jak krew, wy­peł­nia­ła mnie całą. Ale tak! Póź­niej gasła i gasła. Za każ­dym razem, gdy mnie ude­rzy­łeś, za każ­dym razem, kiedy wi­dzia­łam inne dzie­ci. Tak. Pła­ka­łam, krzy­cza­łam i ża­ło­wa­łam, że je­steś, jaki je­steś, a naj­bar­dziej bo­la­ło mnie, że nie po­tra­fię ci pomóc!

Błę­kit ucie­kał.

Ewa nie za­mie­rza­ła od­cho­dzić z gnie­wem w sercu. Otar­ła łzy, po­de­szła do Mar­ci­na, ob­ję­ła go i przy­ło­ży­ła po­li­czek do chu­dych ple­ców.

– Wiem, że to nic nie zmie­ni, ale… prze­pra­szam. Za wszyst­ko. Za leki, za krzy­ki.

De­li­kat­nie, ale sta­now­czo od­su­nął jej ręce i ob­ró­cił się do niej.

– Tak. To nic nie zmie­ni… Ale na prze­pro­si­ny nigdy nie jest za późno.

Z koła zo­sta­ła ostat­nia nie­bie­ska linia.

– Mój czas się koń­czy, synku. Pora wra­cać.

– Zo­stań.

– Nie mogę. Za­bio­rą mnie stąd.

– Nie po­zwo­lę im. Spójrz! – Ob­ró­cił się i wska­zał na ho­ry­zont. Mrok roz­le­wał się po nie­bie jak czar­na farba w akwa­rium. – Przed nami jest noc. Przed nami jest świat, w któ­rym nie mam już ni­ko­go.

– Chcia­ła­bym tu zo­stać, skar­bie. Po­ka­za­ła­bym ci konie, które pa­mię­tam. Po­ka­za­ła­bym ci tak wiele.

Coś szarp­nę­ło Ewę i świat za­czął się roz­my­wać.

Po­czu­ła, jak Mar­cin kła­dzie na niej ręce, przy­tu­la ją, ści­ska mocno.

Mocno.

Naj­moc­niej.

***

– Ona nie żyje!

– Po­wia­dom szefa. 

– Co z fa­ce­tem?

– Prze­cież to wa­rzy­wo, nic nie powie. Niech PR-owcy teraz się mar­twią, za coś biorą te mi­lio­ny. I przy­nie­ście mi pie­przo­ną kawę!

***

Dwie po­sta­cie stoją na plaży pod sło­necz­nym nie­bem. Jedna bie­rze drugą za rękę i razem idą ku morzu.

Ła­god­nie szu­miąc, wody roz­stę­pu­ją się przed ich kro­ka­mi.

Z da­le­ka sły­chać par­ska­nie koni.

 

Koniec

Komentarze

Niezłe wizje :) 

Faktycznie ciężko coś dopasować do tych zwrotów, ale z drugiej strony konkurs zmusza do wyjścia poza pewne ramy i efekt robi dość piorunujące wrażenie.

Według mnie to wszystko daje radę całkiem nieźle i na tle konkurencji wypadasz bardzo mocno.

Te oniryczne wizje trochę przypominają “ambitne kino” :) Nie jest to ani proste, ani chwytliwe, szczególnie biorąc pod uwagę, że dodatkowo wziąłeś sobie bardzo trudny temat. Ale cóż – szczerze – opowiadanie raczej z tych, które nie wylatują szybko z głowy. 

Hej, Silverze!

Nic nie paliłem podczas pisania, obiecuję! ;)

Niektóre wersy były łatwe, ale większość wymagała porządnej gimnastyki umysłu, aby złączyć je w sensowną całość. Bez skakania po wizjach nie dałbym rady.

Zdaję sobie sprawę, że temat jest trudny i niekoniecznie chwytliwy, ale istnieje, a wszystkie problemy, które wymieniłem, istnieją wraz z nim. Niestety.

Ale cóż – szczerze – opowiadanie raczej z tych, które nie wylatują szybko z głowy. 

To duży komplement :)

Dziękuję za lekturę i komentarz.

Pozdrawiam!

Cześć!

 

Moim zdaniem napisałeś niesamowite opowiadanie, taka jazda bez trzymanki, ale bardzo smutna. I o ile nie cierpię jak fantastyka się łączy z takimi tematami, to ten tekst mi się podobał (to znaczy, że komplement jest “więksiejszy”). Smok z Marcinków to było coś, co mnie wgniotło w fotel, zarówno samym pomysłem jak i brutalnością, która temu towarzyszyła.

Bardzo sprawnie wkomponowałeś wersy z piosenki, nadal się je zauważa, ale w tym absurdzie nie jest to rażące. Udało Ci się to tak napisać, że mimo kompletnie odjechanych wizji fabuła jest jasna i wciąga, a to łatwe nie jest. Zgłoszę do biblioteki, choć pewnie uzbierasz punkciki zanim Użytkownicy zdążą przybyć. 

Technicy ostrzegali, że czeka ją trudna podróż i powinna wyzbyć się wszelkich oczekiwać sensu i ciągów przyczynowo-skutkowych.

– Przepraszam, szanownych państwa. – Skłonił się lekko.

– Mamo! Mamo – Marcin mówił coraz ciszej. Wściekły grymas na twarzy złagodniał.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Hej, Alicello

Dzięki, jazdę bez trzymanki wymusiła piosenka, a raczej parę piosenek, bo też są ostrą jazdą. Łączenie takich spraw z fantastyką często kończy się dramatami psychologicznymi i w sumie tutaj też tak wyszło. Miło mi, że smok się podobał – wciskanie dziecku na siłę tabletek kojarzyło mi się właśnie z brutalnością wzniesioną na szczytnych ideałach. W końcu dobro dziecka najważniejsze…

 Bardzo sprawnie wkomponowałeś wersy z piosenki, nadal się je zauważa, ale w tym absurdzie nie jest to rażące.

Oj, dziwne, gdyby się ich nie zauważało! Wersy typu “Czy zjedli tu Murzyna” albo “Czy tu się głowy ścina” nie spotyka się za często ;)

W jednym miejscu akcji umieścić wszystkich wersów bym nie dał rady (a próbowałem). Cieszę się, że motyw przewodni nie został przysłonięty i całość się łączy.

Dzięki za klika i pozdrawiam!

Podczas bety to opowiadanie wzbudziło we mnie spore emocje i wzbudza je do tej pory. Wspomniana scena ze smokiem jest chyba najlepszą w całym tekście i stanowi istny popis wyobraźni.

Oczywiście, wybrałeś bardzo wdzięczną koncepcję, która sporo wybacza (podróż przez krainę snów, do tego schorowanego umysłu) i wręcz zachęca, by się zapuścić w tak dalekie rejony imaginacji. Ale zrobiłeś to na tyle sprawnie, że nawet Alicella, która jest zdeklarowaną przeciwniczką sennych przygód i narkotycznych wizji, została kupiona tą opowieścią. ;) 

Emocjonalnie wszystko tu zagrało i tekst jest bardzo autentyczny. Za to bumtarara to jego znak rozpoznawczy. :P

Oczywiście, mógłbym tu narzekać na pewien przerost formy nad treścią i przypadkowość sekwencji obserwowanych scen (opowiadanie można pociąć na kawałki, poprzestawiać elementy, a fabuła nie ucierpi) ale w tym chaosie jest pewien urok. 

No i zakończenie – wzruszające i klimatyczne. 

Na razie klikam a i zastanowię się, czy nie coś jeszcze. Gdyby nie to, że w pamięci mam Krwawego, który jest bardzo konstrukcyjnie i światotwórczo do tego tekstu podobny i moim zdaniem trochę lepszy, to bym się nie zastanawiał. 

Ale zrobiłeś to na tyle sprawnie, że nawet Alicella, która jest zdeklarowaną przeciwniczką sennych przygód i narkotycznych wizji, została kupiona tą opowieścią. ;) 

Też mnie to zdziwiło, bo nic mi się tu nie powinno podobać, a się jednak podobało ;). Chyba emocjonalność tekstu zrobiła swoje. No i zakończenie, które ten ciąg wydarzeń stawia w zupełnie innym świetle.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

No, Zanaisie, bardzo wysoko zawiesiłeś konkurencji poprzeczkę tym tekstem.

Z jednej strony – jak chodzi o użycie cytatów z piosenek, wypadasz jak dotąd najnaturalniej z uczestników konkursu, których czytałam (nie znam jeszcze wszystkich). W zasadzie nie ma się poczucia, że część zwrotów w tekście nie jest twoich (w zasadzie, bo akurat te teksty znam na pamięć, więc mi się rzucają w uszy).

Ale oprócz tego – napisałeś bardzo piękny, moim zdaniem, tekst. Poruszający i mądry, z szacunkiem dla cierpienia wszystkich swoich postaci, nie ckliwy, a emocjonalny. Wizyjność, wymuszona chyba poniekąd tekstem Siekiery, świetnie pasuje do zamysłu, a przed nadmiernym rozbuchaniem i nieczytelnością tych wizji chroni, moim zdaniem, nadrzędny pomysł rodem z SF, spinający całość.

Brawo. Kolejny raz piszesz coś, co wygląda na jeden z najlepszych tekstów miesiąca, co najmniej.

Mocne i przejmujące. Są tu elementy horroru, ale chyba znacznie bardziej przeraża realny aspekt opowiadania. Bardzo dobrze pokazujesz tą historię. Nie ma tu tandety ani wymuszonych emocji, jest życiowa opowieść, która stara się niczego nie udawać i dlatego jest bardzo realna.

Bardzo dobrze wychodzi przeplatanie historii niezwykłej z realnością, zrodzone obrazy są odzwierciedleniem traum, które przeżywał pozornie nieświadomy chłopak/mężczyzna. Bardzo sprawnie przekazujesz to wszystko od strony kompozycyjnej i literackiej.

Podsumowując bardzo dobry tekst.

 

Kilka drobiazgów:

ze wyrzutami sumienia

z wyrzutami sumienia

 

Kłamstwo wydawało jej się nie na miejscu

Usunąłbym jej

 

Brata zabija brata

Brat zabija brata

Dam fragmenty z bety:

Cóż mogę napisać. Dla mnie bardzo poruszające, bardzo smutne i bardzo prawdziwe. Wszystkie trzy wizje są według mnie zrozumiałe. Tak jak ból obu stron – dziecka/człowieka, które chce po porostu spokoju, miłości i akceptacji oraz matki, które nie takie życie sobie wybrała, poddawana ocenie przez otoczenie, próbująca wyleczyć dziecko, ale mimo wszystko kochająca je. I samotna.

Wizje świetnie oddają te trzy rzeczy, które chciałeś, a tekst piosenki ładnie się tu wplata. […] Pomysł na takie opowiedzenie tej historii (w jego umyśle) jest świetne, a przez to bardziej poruszające i przytłaczające.

 

Chciałam jeszcze dodać, że te wizje są dla mnie uporządkowane pod względem chronologicznym i choć można je poprzestawiać, to byłoby to dla mnie mniej naturalne.

Tym samy daje klika, o ile jeszcze jest potrzebny.

Ale nagły atak komentarzy :)

 

@Gekikara

Jeśli wzbudzało emocje to dobrze, bo temat wzbudza i mogę tylko liczyć, że go nie spłyciłem za bardzo. Sprawa z wizjami, tak, jest dość wybaczająca, ale przy tej piosence nie miałem wyjścia.

Bumtarara akurat było prostym wersem :P

Zaznaczę tylko, że chronologia jest – mały Marcin u smoka, młody w Kościele i stary w wiosce. Natomiast same problemy rzeczywiście można ustawić dowolnie, bo w rzeczywistości również występują w tym samym czasie.

Jeszcze raz dziękuję za betę!

Ach, ten sabotażysta Krwawy :P

 

@Ninedin

Coś ostatnio wpasowuję się w Twój gust :P

Widzę, że naturalność cytatów zbiera różne opinie. Siekiera ma strasznie specyficzne wersy i wymagały specyficznych sytuacji, by je wykorzystać. Jeśli dla Ciebie wypadły naturalnie, to się cieszę :)

Dziękuję za uznanie, starałem się unikać używania pewnych pojęć i wysuwania za dalekich oskarżeń czy sądów. Pomoc często traci na walce z systemem, ale też jest prowadzona przez osoby niekompetentne, co, niestety, wiem z własnych doświadczeń. Ten tekst zawiera wypowiedzi i sytuacje, z którymi sam się spotkałem, lub o których czytałem. A i tak nie uwzględniłem drastyczniejszych.

Nie wiem, czy to jeden z najlepszych tekstów miesiąca, ale dziękuję :)

 

@Edward Pitowski

Największy horror blednie z tym, co się dzieje naprawdę. To smutne, ale tak jest. Chciałem pokazać prawdziwe problemy tylko w fantastycznej otoczce, która pozwala ująć problem trochę inaczej. Często w “terapii” wszystko idzie gładko, póki ktoś nie zapyta pacjenta. 

Dziękuję za łapankę i komentarz :)

 

@Monique.M

Dziękuję za betę! Zdarzają się ojcowie samotnie wychowujący dzieci z problemami, ale to matki są zdecydowanie częściej porzucane i skazane na pewien ostracyzm społeczny. Nie można generalizować, ale to realny problem.

Dzięki za klika :)

Ło, Zan, ale to było dobre. Serio, niesamowicie przejmujący tekst, momentami sposobem prowadzenia narracji przypominał mi “Wydrążonego człowieka” Simmonsa – tam też jest upośledzone dziecko, zamknięte w swoim świecie. Tylko, że tam to dziecko umiera, a u Ciebie umiera opiekun tego dziecka, co jest równie wielką tragedią. Bardzo wiarygodnie wypadają odczucia matki, nie wiem, czy masz jakieś realne doświadczenia, ale zrobiłeś to po mistrzowsku. Sam mam niepełnosprawne dziecko, nie jest umysłowo upośledzone, tylko ruchowo, ale wiem przez to, że trzeba poświęcić trochę siebie (a im trudniejszy, bardziej beznadziejny jest przypadek, tym więcej siebie trzeba dać), żeby pomóc mu funkcjonować. Marcin jest przypadkiem ekstremalnym, takim, którego nie chciałbym sobie nawet wyobrażać, że moje dziecko mogłoby być podobne, ale w taki sposób jak opisany wyobrażam sobie rodzica (matkę) i to, co dzieje się w jej głowie.

Klikami i zgłaszam.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Q

 

PS.

– Tak. – Zgodził się Marcin. – Ale myślę, że naprawdę skoczyłaby się inaczej.

Literówka.

 

Otarła łzy, podeszła do Marcina, objęła go i przyłożyła policzek chudych pleców.

Zabrakło “do”.

Known some call is air am

Hej, Outta!

Dziękuję :)

Tak, mam doświadczenia podobne do Twoich, dlatego pisałem mocno z życia. Żona się śmiała, że ktoś, kto spotkał się z tym “światem” bardziej wczuje się w “Konie…” i miała rację (żony tak mają :P ).

Śmierć opiekuna to częsty temat wśród rodziców dzieci niepełnosprawnych, nie na darmo mówi się “oby umarło przede mną”. Sam się boję, co będzie z moim.

Opiekunowie osób jak Marcin to dla mnie bohaterzy, ale wiem, że zbyt często kończą ze złamanym życiem, wieczni zmęczeni i oceniani przez pryzmat dziecka.

Dziękuję za klika, nominację i łapankę :)

Cześć!

 

Podoba mi się koncept, doskonałe wykonanie oraz zdecydowana większość treści, a nade wszystko wykorzystanie piosenki. Niektóre wersy wplotłeś po prostu znakomicie. Opowieść o dwóch szewcach świetna. Biorąc pod uwagę Twój poprzedni tekst, chyba rozbijesz konkursowy bank. ;-)

Wziąłeś się zaś za trudny temat i poradziłeś sobie bardzo dobrze, z małym jednakże zastrzeżeniem z kategorii subiektywnych (musisz wybaczyć, ale same pochwały mogą zanudzić ;-)). Nie do końca spodobała mi się bowiem postać ojca. Wypada dość jednowymiarowo. Krzyczy, pije, bije i finalnie daje nogę. Moim zdaniem poszedłeś, w tym miejscu rzecz jasna, po linii najmniejszego oporu. Tekst jest w dużej mierze oparty na emocjach, a Irek nie wzbudza we mnie żadnych, ponieważ jest stereotypowy. Oczywiście to moje subiektywne zdanie i wiem, że bez najmniejszego problemu obronisz się statystykami, ale po pierwsze są kłamstwa, cholerne kłamstwa i… Po drugie sytuacja się zmienia i to chyba dość dynamicznie (takie przynajmniej mam obserwacje w ramach szeroko pojętego grona znajomych). Po trzecie mogłeś chociaż troszeczkę odejść od stereotypu. Nadać tej postaci więcej niejednoznaczności, ale zamysł miałeś najwyraźniej inny.

Tak czy inaczej, jest to opowiadanie na bardzo wysokim poziomie (zresztą ten tekst mi najbardziej podszedł z Twojej twórczości) i chętnie zerknę na opinie piórkowe, więc udaję się do wiadomego wątku. ;-)

 

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Hej, FilipWij

Zastrzeżenia są jak najbardziej w cenie, bo od pochwał serce rośnie, ale warsztat się rzadko polepsza ;)

Postać Irka – tak, rozumiem, że “krzywdzę” wielu ojców (w sumie trochę i siebie :P ), którzy w takich sytuacjach wiele z siebie dają i poczuwają się do odpowiedzialności. Jak jednak sam mówisz statystyki, są, jakie są. Niemniej, napisałem, że wytrzymał osiem lat, a o biciu i krzykach wspominam tylko przy jednym zdarzeniu. Nie robię z niego domowego kata. Każdemu czasem puszczają nerwy i to też normalne, że ma się ochotę czasem dziecku przyłożyć – problem zaczyna się wtedy, gdy myśli przechodzą w czyny. Poza tym kwestia podawanych lekarstw i chodzenia na terapie – nie jest powiedziane, że to Irek zrobił, bardziej sugeruję Ewę, a przecież takie działania mogą wyrządzić nawet więcej szkody. Kto więc jest bardziej winny? (Absolutnie nie neguję odpowiednich leków oraz terapii. Niestety, często są dobrane nieodpowiednio).

Tak więc masz w dużym stopniu rację, ale pisałem z własnych doświadczeń oraz posiadanej wiedzy, a znam matki, które zostały same tak jak Ewa.

Dziękuję za nominację i komentarz!

Pozdrawiam

Wybacz, ale nie potrafię się zebrać, żeby jakkolwiek analizować ten tekst. Wzruszył mnie tak bardzo, że nie umiem dobrać słów, by napisać, jak jest poruszająco piękny w całym tym smutku. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hej, Śniąca

To chyba największa pochwała, jaką może otrzymać autor, wiec bardzo dziękuje :)

Niemniej, napisałem, że wytrzymał osiem lat, a o biciu i krzykach wspominam tylko przy jednym zdarzeniu. Nie robię z niego domowego kata. Każdemu czasem puszczają nerwy i to też normalne, że ma się ochotę czasem dziecku przyłożyć – problem zaczyna się wtedy, gdy myśli przechodzą w czyny.

Jasne, nie jest katem i masz rację z tym, że każdy rodzic chce czasem dziecku przyłożyć :P (i normalnych ludzi od patologii odróżnia to, że potrafią takie myśli stłumić), ale uderzenie dziecka na wózku inwalidzkim to dla mnie wyższa szkoła jazdy. I tu moim zdaniem wpadamy w stereotyp pijącego furiata. Spożywanie procentów przez Irka jest zaś podkreślone dość mocno.  

 

Tak więc masz w dużym stopniu rację, ale pisałem z własnych doświadczeń oraz posiadanej wiedzy, a znam matki, które zostały same tak jak Ewa.

Ja nie neguję, że takie sytuacje się zdarzają (wręcz przeciwnie). Po prostu zabrakło mi pogłębienia postaci ojca (nawet jedną mniej stereotypową cechą), aby i on wzbudził emocje.

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Racja, Filipie, Irek nie jest pogłębiony. Nie będę się usprawiedliwiał na siłę. Natomiast zawsze staram się “wejść” w postać i nie chciałem pisać Irka jako stereotypowego “złego” ojca. Jeśli tak wyszedł, to moja porażka, cóż mogę dodać :)

Tylko gdzie ja napisałem, że on pije? Chyba słowem nie wspominałem o alkoholu.

Irek kupił go na pchlim targu, naprawił mechanizm i szczycił się nim przy każdej okazji, szczególnie po paru głębszych.

Tutaj. ;)

Ale to nie robi z niego alkoholika :P Tym bardziej pijącego furiata. 

Wracając do kwestii uderzenia dziecka na wózku – ludzie różnie reagują i stres związany z chorobą dziecka wchodzi w człowieka na stałe. Drażliwość i nieumiejętność poradzenia sobie z losem prowadzi do różnych sytuacji.

I tutaj:

podchmielonego Irka patrzącego ze wzgardą w oczach

Pewnie jedna informacja o alkoholu by nie wywołała u mnie takiego wrażenia, ale dwie już tak, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że Irek nie występuje w tekście zbyt często.

 

Jeśli tak wyszedł, to moja porażka, cóż mogę dodać :)

Chciałbym odnosić takie porażki (mając na uwadze całość opowiadania). :P

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Ogólnie rzecz biorąc, tez nie odebrałem ojca jako alkoholika i furiata.

Jasne, scena z uderzeniem dziecka i to na wózku była mocna i poruszająca, ale próbowałem zrozumieć, jak bardzo ojciec czuje się bezsilny. Bo wydaje mi się, że w takich przypadkach agresja rodzi się właśnie z bezsilności.

Mogę sobie to tylko wyobrazić, nie mam dziecka z takimi zaburzeniami. Mój syn ma obniżone napięcie mięśniowe co czyni go dzieckiem bardzo aktywnym, łaknącym bodźców (a jednocześnie potrzebuje wyciszenia, by się skupić – w innym wypadku zwraca uwagę na bodziec bardziej atrakcyjny) i ogólnie klasyfikuje często jako dziecko “trudne” – i to już wymaga cierpliwości, zrozumienia i opanowania. Nie wiem, jak i czy poradziłbym sobie w sytuacji ojca z opowiadania.

Bo wydaje mi się, że w takich przypadkach agresja rodzi się właśnie z bezsilności.

O! Właśnie to! Przypadek sprzed miesiąca: czekam pod szpitalem na żonę i syna, blisko wejścia na SOR. Młody miał badania, czekałem ze cztery godziny. Po jakichś dwóch godzinach wychodzi koleś z SORu i yebut! buta w kosz na śmieci, drze się “Urwa!” i siada na krawężniku. Więcej ludzi czeka, patrzą na niego, on do nich “co się, urwa, patrzysz, przytentegować ci?” i podobne. Do mnie się nie klei i nic nie gada, pomimo, że siedzę na ławeczce naprzeciw niego, palę szluga. Gośc ukrywa twarz w dłoniach, nikt do niego nie podchodzi. Wypaliłem szluga, chcę kipę wyrzucić, ale kosz na śmieci leży, to podchodzę do kosza, dźwigam, wrzucam śmieci, które wypadły, koleś wstaje z krawężnika, podchodzi, przeprasza za swoje zachowanie i pomaga mi pozbierać śmieci. Gadamy. Jego nastoletni syn, po tym jak rzuciła go dziewczyna, wlazł na słup z linia trakcyjną i chwycił przewody. Siedziałem z nim pozostałe dwie godziny, normalny facet, tylko bezsilność wywołała u niego agresję, musiał gdzieś rozładować napięcie, potem było mu głupio. Tak to niestety działa.

Też czasem mam ochotę strzelić mojego syna za jego zachowanie, za głupie fochy i odstawianie bez powodu megadramy na środku ulicy/placu zabaw/marketu. Ale tego nie robię, zawsze staram się z nim pogadać i przekonać do swoich racji. Zazwyczaj wychodzi. Ale naprawde nie wiem, co zrobiłbym w opisanej przez Ciebie, Zan, sytuacji.

 

PS.

Zanim moja żona z synem wyszli, ze szpitala ten koleś dostał informację, że młody przeżył, jest świadomy, poparzony, ale normalnie rozmawia z lekarzami. Co dalej, nie wiem.

Known some call is air am

Filipie, racja, dwa razy. Po prostu inaczej patrzymy na to, co oczywiście nie jest złe. Fakt, że Irek popija nie robi z niego alkoholika w tym stereotypowym (skoro już siedzimy w tym słowie) alkoholika, który dręczy żonę i dziecko, a pensję przepija. Irek miał być w zamyśle facetem, który sobie nie poradził. Tak, znajduje pocieszenie w alkoholu, ale nie przesadza, to raczej taki wentyl bezpieczeństwa. Może wyszło mi, że to pijak i furiat, ale tego nie planowałem. Moja wina.

Dużym problemem, z którym mierzą się rodzice takich dzieci jest moment, w których ich dziecko zostaje samo na świecie. Ten lek przed brakiem samodzielności dziecka jest wszechobecny. O ile z mniejszymi zaburzeniami możesz pracować i liczyć, że jako tako dzieciak sobie poradzi, to są przypadki, że DPS jest pewny. Nie zarzucając nic DPSom, z pewnością miłości rodzicielskiej dziecko tam nie znajdzie.

I jeszcze temat agresji. Geki dobrze napisał. Bezsilność to matka agresji. Nikt nie jest gotowy na takie życie, ale wielu musi się w nim odnaleźć.

Outta, rozumiem faceta i rozumiem Ciebie. O pewnych sprawach się nie mówi, ale i u mnie było naprawdę ciężko. Teraz jest lepiej, ale to bardziej dlatego, że człowiek adaptuje się do wszystkiego.

Czytając Was zaczęłam się zastanawiać i chyba nie wzięłam ojca za typowego alkoholika i agresora. Bardziej jednak szłam w stronę, że to go przerosło i tak szukał “odstresowania”, ujścia emocjom. Czułam w nim ten gniew i bezsilność, choć mimo wszystko nie zapałałam do niego sympatią. Odczułam, że akcja dzieje się jednak w latach 70/80, kiedy właśnie inaczej do tego podchodzono. Wydaje mi się (patrząc z zewnątrz i chyba mam taką nadzieję), że teraz ogólnie, jako społeczeństwo, inaczej patrzymy na te sprawy niż kiedyś. A i ojcowie częściej zostają i angażują się.

Monique.M, czas akcji nie jest jasno określony, ponieważ chciałem dodać trochę uniwersalności. Natomiast lata osiemdziesiąte na pewno pasują. Niestety, mentalność zarówno rodziców, jak i “systemu” również w latach dziewięćdziesiątych i później, a nawet i teraz często pokazuje skalę niedoinformowania.

Parę lat temu spotkałem w poradni psychologicznej chłopaka i dziewczynę, którym urodziło się dziecko z autyzmem. Smutek i zagubienie mieli wręcz wypisane na twarzy i długo tłumaczyłem im, że czeka ich masa roboty w domu, bo żaden specjalista nie “naprawi” im dzieciaka, ani nie “wyleczy”. Jednocześnie pocieszałem, że wiele da się wypracować, ale to już zależy od nich. Nie byli zadowoleni.

Duże miasta mają, rzecz jasna, większe możliwości, większy dostęp do specjalistów i rehabilitacji. Na wsiach i w miasteczkach to wciąż temat niewygodny.

(…)

 

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Hej, Staruchu

Na razie, Staruchu :)

Opowiadanie, w którym temat jest ważniejszy od fabuły. Konwencja fantastyczna pozwala na poruszanie takich tematów w inny sposób. Zazwyczaj takie oniryczne wizje mnie odrzucają i ich po prostu nie kupuję, ale tutaj tak bardzo to pasuje, że nie wyobrażam sobie tego opowiadania napisanego w bardziej “klasyczny” sposób.

To się odczuwa, czy autor serio zna się na tym, o czym pisze, a nie “tylko” zrobił porządny research na potrzeby jednego opka. A w przypadku podejmowania poważniejszych tematów widać też, czy jest to coś osobiście ważnego dla autora. Już przy samej lekturze tekstu coś czułem, że piszesz czerpiąc z własnych doświadczeń. Twoje wypowiedzi w komentarzach potwierdziły moje przypuszczenia. Fajnie, że wykorzystałeś swoje doświadczenia i chciałeś się nim podzielić. Dobrze się czyta takie teksty. W końcu to suma osobistych doświadczeń autora sprawia, że jego twórczość jest unikalna. A w połączeniu ze sprawnością językową daje nam już literaturę, która jest już co najmniej dobra. A twoim przypadku nawet bardzo dobra.

Hej, PanieDomingo

Tematu tekstu bym się nie podjął dziesięć lat temu, teraz mogę powiedzieć, że liznąłem go wystarczająco, aby poruszać się w nim dość pewnie. Oczywiście, to nadal krótkie opowiadanie, nie książka i brak mi profesjonalnej wiedzy – informacje zostały mi niejako “narzucone”.

Za oniryzmem sam nie przepadam (co innego skoki między światami/wymiarami), ale tekst “Siekiery” wymusił niekonwencjonalne rozwiązania. Chciałem pokazać parę problemów związanych z tym tematem, ubrać je w fantastyczną otoczkę i jednocześnie spełnić wymogi konkursu. Cieszę się, że uważasz, że zadziałało :)

Dziękuję za komentarz i serdecznie pozdrawiam

Mocna rzecz. I nie wiem, co jeszcze mogłabym napisać.

Babska logika rządzi!

Hej, Finklo!

Mocna rzecz. I nie wiem, co jeszcze mogłabym napisać.

Eee… Jak mam to rozumieć? :O

 

Emocjonalnie mocny tekst. I poruszający poważny problem.

Masz to rozumieć tak, że będę na TAK, ale będziesz się musiał obejść bez mojego lożowskiego komentarza, bo nic więcej z siebie nie wycisnę.

Babska logika rządzi!

Nie ma sprawy, Finklo :)

Dziękuję i pozdrawiam

Ponieważ zgłosiłam do piórka, obiecałam wrócić z merytorycznym komentarzem.

Nadal jednak nic mi nie przychodzi mądrego do głowy, poza frazesem o świetnym warsztacie (oczywista oczywistość) i tym, jak ten tekst budzi emocje. 

Ponieważ tekst już nominację dostał (i to podwójnie), czuję się rozgrzeszona i na siłę nie będę nic tworzyć. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie – Autorze i Lożo :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Cześć Zanais!

 

Bardzo dobry tekst. Pomysł i wykonanie eleganckie. Przy scenie ze smokiem nieco balansowałeś na granicy, ale sumarycznie super to rozegrałeś: poszedłeś daleko, ale nie za daleko imho. Poruszające, sugestywne, zostające w głowie. Odważnie zaatakowałeś trudny temat (przemijanie rodziców osób niepełnosprawnych to jedna z tych dziedzin, o których większość ludzi nie chce nawet myśleć) i przepięknie go przedstawiłeś. Sztuczności wynikającej z wklejenia tekstów piosenek nie wyłapałem, więc jest dobrze imho.

Jedyne, co trochę mi zgrzyta to stereotypy: doskonała matka niepełnosprawnego, ojciec, który dał nogę i głęboki, ukształtowany emocjonalnie, empatyczny Marcin. Pracowałem – jeżeli można to tak nazwać – trochę z niepełnosprawnymi i mam nieco inny obraz całokształtu, choć mężczyźni faktycznie często kapitulują. No i to korpo w epilogu: złe korpo, które śmie brać pieniądze z usługi i w dodatku jego pracownicy lubią kawę… To trochę razi, bo wypada mocno czarnobiało, stojąc w mocnej opozycji do wizji z reszty tekstu.

Ale tekst udany, gratulacje za odwagę. Namyślę się jeszcze, ale pewnie dorzucę się do nominacji piórkowej (choć ta końcówka mnie jakoś tak razi)

 

Pozdrawiam! 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Hej, Krarze!

Smok trochę odbiega od reszty tekstu, ale mam nadzieję, że za wielkiego gore tam nie zrobiłem. Za pierwszą część komentarza dziękuję, a do drugiej już się odnoszę.

Stereotypy częściowo są, ale częściowo nie. Nie ma tu doskonałej matki. To ona dawała lekarstwa, ona chodziła po kolejnych lekarzach, zapisywała na następne i następne terapie. Nie mówię, że sama bez Irka, ale na pewno nie sam ojciec. Rozmowy z matką bardziej służą pokazaniu żalu Marcina o to, co robiono.

Ojca, owszem, można wziąć za stereotyp, tylko ten stereotyp ma akurat swoje potwierdzenie. Nie chciałem też na siłę upiększać pewnych rzeczy, bo negowanie ich, aby tylko uniknąć stereotypu, nie miało dla mnie sensu.

Empatyczny Marcin – ja go tu trochę widzę jako faceta z dużym żalem, ale jednocześnie spragnionego miłości. “Problem” z pisaniem na przykład o autystach jest taki, że każdy jest wyjątkowy i trudno przedstawić “typowego” autystę. Tak samo (to moje zdanie) trudno uwzględnić w jednej postaci cechy wszystkich osób głęboko niepełnosprawnych, a jakoś postać trzeba zbudować. Czy każdy jest taki jak Marcin? Z pewnością nie. Czy może być gdzieś tam taki Marcin? Owszem, czemu nie?

Złe korpo. Nie widzę tu zła. Nowa technologia jest droga. Skoro leki mogą kosztować tysiące dolarów, to wejście w czyjś umysł również. A pracownicy? Przecież oni nie wiedzą, co tam się wydarzyło. Klientka umarła i to zawsze problem. Z tekstu wynika, że to mówi kierownik zespołu lub ktoś taki. Dla niego to trudna sytuacja, a w nerwowych sytuacjach i spokojni ludzie mogą zacząć “rzucać mięsem”. Dla mnie ta scena łączyła się z resztą tekstu pod kątem ogólnego braku empatii dla niepełnosprawnych. Wielu ją ma, wielu nie. System jest zły, o czym sam się przekonałem, i choć wielu dobrych ludzi spotkałem na swojej drodze, to tych niekompetentnych/szkodzących było o wiele więcej. Takie miałem doświadczenia, ale one, oczywiście, nie są wyznacznikiem całości.

Ale tekst udany, gratulacje za odwagę. Namyślę się jeszcze, ale pewnie dorzucę się do nominacji piórkowej (choć ta końcówka mnie jakoś tak razi)

Dzięki, to już zostawiam do twojego namysłu :)

Pozdrawiam

Nowa Fantastyka