- Opowiadanie: Chrościsko - Sprośności pięknej Klematisz

Sprośności pięknej Klematisz

Opo­wia­da­nie z uni­wer­sum Dra­gens­borga.

 

Cykl obej­mu­je sześć opo­wia­dań (ko­lej­ność chro­no­lo­gicz­na):

- Spro­śno­ści pięk­nej Kle­ma­tisz

- Nie­chaj pło­nie (nie­pu­bli­ko­wa­ne)

- Pier­si białe jak wapno (nie­pu­bli­ko­wa­ne)

- Sztol­nie Klat­ten­ste­igu

- Szó­sty kręg szyj­ny (piór­ko­we)

oraz

- Wieśg­min (spin-off)

 

Za betę ślicz­nie dzię­ku­ję bel­la­trix.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Sprośności pięknej Klematisz

Czyli o tem, ja­ke­śmy pod hejt­ma­nem Ro­ky­ca­nem księż­nicz­kę w upa­łach ra­to­wa­li, o duractwach Honzyi też nieco o trol­lu z bia­łym ku­ta­sem, co przy­po­mi­nał gęś.

 

Kro­pla potu wolno spły­wa po bruz­dach py­za­tej, za­ro­śnię­tej twa­rzy. To gęba Honzy Naj­to­la, nie­daw­no się za­cią­gnął. Niby młody, ale nie do końca. Kro­pla znika w gąsz­czu wy­pło­wia­łej brody, zo­sta­je po niej wil­gny ślad.

– Honza, a po kim tym masz tę kan­cia­tą szczę­kę? – pyta Rezek. Sapie przy tym, że skwar i gorąc. Uty­ski­wa­nie przy­no­si mu ulgę.

– Babka Naj­to­lo­wa ga­da­ła, że po matce, ale nie wiem czemu. – Kra­sno­lud gmera przy tym ję­zy­kiem wokół mię­sistych warg, marsz­czy po­licz­ki i wzie­ra w mo­sięż­ną tubę. Stara się przy tym wy­glą­dać mą­drze, jak uczo­ny, nie­świa­dom, że ten język od­bie­ra mu po­wa­gę.

Jak­bym go nie znał – Jakub Rezek na­dy­ma się i krzy­wi. Do szkół nie cha­dzał. W cechu go nie chcie­li. Szczę­ście, że po­czci­wy, to mu hejt­man dał się wy­ka­zać.

Rezek na chwi­lę za­po­mi­na o po­łu­dnio­wym słoń­cu, o dzi­wach ogro­dów ho­spo­da­ra, i o tym oso­bli­wym kraju, gdzie nic nie jest takie, na jakie wy­glą­da. Choć­by ten kwiat z roz­war­tą pasz­czą, który mu omal ręki nie od­gryzł.

– Wi­dzisz tam co? – Nie wy­trzy­mu­je długo w mil­cze­niu. Skwar, skwa­rem, ale cie­ka­wość, cie­ka­wo­ścią. Sam też pa­trzał, ale tylko kapkę, bo roz­grza­ny mo­siądz szczy­pał w palce, a wzier­nik wgry­zał się w oczo­dół. Nie dla niego te wy­na­laz­ki.

– Dziew­kę widzę, w świą­ty­ni du­ma­nia. Ale wcale nie duma.

Rezek roz­wi­ja wy­mię­te płót­no z na­ma­lo­wa­nym por­tre­tem ciem­no­wło­sej da­mul­ki. Pod­su­wa je Naj­to­lo­wi pod nos. Młoda nie­wia­sta o wy­so­kim czole pa­trzy w dal bez wy­ra­zu, lekko się garbi, srebr­na kolia z ru­bi­na­mi jak wi­śnie ciąży jej na szyi.

– Po­dob­na?

Honza zerka na ob­ra­zek, prze­lot­nie, jakby od nie­chce­nia, po czym pręd­ko wraca do wzier­ni­ka. Na­zbyt ocho­czo, jak na Ja­ku­ba rozum.

– Tro­chę po­dob­na, a tro­chę nie – od­po­wia­da z ocią­ga­niem. – Uro­dziw­sza niż ta z ob­raz­ka. Sándor wi­nien ma­la­rza do losz­ku wtrą­cić, że mu tak córkę oszpe­cił.

– Ale księż­nicz­ka czy nie? – do­cie­ka Rezek. Marzy mu się cień i przy­tul­ny pół­mrok. – Mówże!

– Dia­de­mu nie ma… sukni z so­bo­lo­wym ob­szy­ciem też nie.

– Honza, dur­niu! Prze­cie nie bę­dzie w taki skwar w so­bo­lach cha­dzać.

– No praw­da, ale żeby tak w samym gieź­le?

Rezek wy­ry­wa lu­ne­tę, mimo że mo­siądz wciąż jest go­rą­cy.

– A my­ślisz, że pod suk­nią to co księż­nicz­ki noszą?

Za­glą­da we wzier­nik, a jęzor błąka mu się tak, jak u Honzy.

– Nie wiem. – Naj­to­la ręce świerz­bią, by wy­rwać lu­ne­tę, ale Rezek star­szy. Nie wy­pa­da.

– Gor­se­cik i maj­tecz­ki z tiulu, co le­d­wie skry­wa­ją ciem­ny trzy­kąt, ale… jeno w cie­niu, bo w słoń­cu to już nic a nic.

Honza prze­ły­ka gło­śno ślinę. Mil­czy, udaje, że go to nie ob­cho­dzi.

– A skąd ty się tak na księż­nicz­kach wy­zna­jesz? – nie wy­trzy­mu­je.

– Nie wy­zna­je się. Mówię jeno, co widzę.

Mło­de­go-nie­mło­de­go zżera cie­ka­wość. Wpa­tru­je się w dal, gdzie przy wo­do­spa­dzie ma­ja­czy po­stać w bieli. Bez lu­ne­ty nie­wie­le widać poza tym, że biel tka­ni­ny opada zmy­sło­wo na so­czy­ście zie­lo­ną trawę.

– Dobra, wra­ca­my. Wi­dzia­łem dość – orze­ka star­szy kra­sno­lud, uśmiech ma per­fid­ny i zło­śli­wy. – Księż­nicz­ka, nie księż­nicz­ka, ale ra­tun­ku to ona nie po­trze­bu­je. Jeśli już kogo trza ra­to­wać, to tego ni­zioł­ka ze skrę­po­wa­ny­mi rę­ca­mi, co pod nią leży.

 

*

 

Wie­czo­rem Rezek łap­czy­wie ob­ła­pia kufel. Nie jest to cięż­kie szkło dra­gen­bor­skich mi­strzów, ale trzy­ma przy­jem­ny chłód. Woń droż­dży i chmie­lu błogo draż­ni noz­drza, ma w sobie coś jesz­cze, coś szla­chet­niej­sze­go. Chyba ja­śmin, albo ru­mia­nek. Kra­sno­lud nie wie, wszak jest chło­pem, nie babą, ale się nie dziwi. Taka to już kra­ina, że nawet or­dy­nar­ne piwo za­la­tu­je odro­bi­ną bajki.

– Rezek, mel­duj! – Głos jest szorst­ki, ale nie ma w nim zło­ści. Jakub od­sta­wia kufel, choć nie zdą­żył nawet za­mo­czyć ust. Staje na bacz­ność. Hejt­man to hejt­man, nawet in­co­gni­to i bez swo­je­go ka­pa­li­na, budzi sza­cu­nek. Jak oj­ciec.

Honza też pro­stu­je się ni­czym stru­na, a nogi mu tro­chę drżą. Boi się, że coś prze­skro­ba­li, że Ro­ky­can zły. Jesz­cze go nie zna.

– Taa, jest! – Jakub wy­pi­na z dumą pierś, szcze­rzy zęby. Wię­cej w tym te­atru niż woj­ska. Ro­ky­can lu­stru­je pro­stac­ką gębę z prze­krwio­nym policzkami.

– Zna­leź­li­ście księż­nicz­kę?

– Zna­leź­li­śmy, mości hejt­ma­nie, ale czy ona księż­nicz­ka? Sami wie­cie, co to za miej­sce. Wła­snym oczom nie można wie­rzyć. Kto wie, co tu praw­dą, a co w gło­wie sie­dzi. – Rezek robi efek­tow­ną pauzę. Trzech szpet­nych dra­bów sto­ją­cych za hejt­ma­nem roz­dzia­wia usta, jego przy­bocz­ny też, ale mniej. – Może le­piej niech Honza mówi. On le­piej się przyj­rzał.

Hejt­man ze­zwa­la. Rezek pręży się, po­waż­ny, a po­wie­ka nawet mu nie drgnie. Honza za to pło­nie jak siksa, co ją gach na­szedł w ką­pie­li.

– Tro­chę po­dob­na, a tro­chę nie – plą­cze się, krztu­si, ucie­ka wzro­kiem. – Trud­no orzec… baba na ma­lun­ku nie­wy­raź­na…

Ro­ky­can po­na­gla go nie­dba­łym ru­chem dłoni. Rezek jakby tylko na to cze­kał.

– Honza chce po­wie­dzieć – re­cy­tu­je swą kwe­stię ni­czym ry­mo­wan­kę – że nie wie, bo po dupie cięż­ko po­znać.

Dwa draby, star­si bra­cia Naj­to­le, wy­bu­cha­ją śmie­chem. Trze­ci – Raj­mund Tow­rin – też, i nawet hejt­man. Nie cie­szy się jeno pur­pu­ro­wy Honza. No i Gu­staw Matěj, rzecz jasna, ale ten od za­wsze na sztyw­nym palu sie­dział.

Do har­mi­dru przy­łą­cza­ją się wrota, skrzy­piąc prze­cią­gle, i tu­bal­ny głos fir­cy­ka, który w nich staje. Sze­lesz­czą­ stro­je ko­lo­ro­wych bła­znów.

Niski re­chot wo­ja­ków zmie­nia się ru­basz­ny chi­chot, Rezek opada na zydel, a kan­cia­stosz­czę­kie Naj­to­le jak na za­wo­ła­nie krzą­ta­ją się po­ciesz­nie. Hejt­man za­śmie­wa się jak żaba, tak nie­na­tu­ral­nie, że nikt by go nie po­trak­to­wał po­waż­nie.

– O, sied­miu kra­sno­lud­ków! – woła fir­cyk. Ma bu­fia­ste rę­ka­wy i su­mia­sty wąs. Pach­nie piż­mem.

– A gdzie wasza kró­lew­na? – wtó­ru­je bła­zen, iry­tu­ją­cy i tak mały, że nawet w Dra­gens­bor­gu ucho­dził­by za karła.

Fir­cyk się cie­szy, cie­szą się bła­zny, cie­szą kra­sno­lu­dy, nawet Gu­staw Matěj się cie­szy, prze­kli­na­jąc w duchu po­mysł hejt­ma­na. Ro­ky­can też chyba ża­łu­je, ale trze­ba przy­znać, że po­śród tej pstro­ka­tej me­na­że­rii cu­da­ków i wi­dzia­deł kom­pa­nia kra­sno­lu­dów nie wy­róż­nia się wcale. Cier­pi jeno kra­sno­ludz­ka duma.

– Sza­now­ni miesz­kań­cy Mia­sta Wiecz­nej Bez­tro­ski, Do­li­ny Ma­mi­deł, Gór Ułudy oraz dro­dzy go­ście! – Fir­cyk oka­zu­je się he­rol­dem, głos ma do­no­śny. Krzy­czy nie­mal, choć w małej obe­rży nie ma ni­ko­go prócz kra­sno­lu­dów i karcz­ma­rza, swoją drogą też kra­sno­lu­da, acz z Ku­nval­du. – Nasz do­bro­dziej i ho­spo­dar, Jego Wy­so­kość Efim Le­onid, przy­ja­ciel istot wsze­la­kich, zwłasz­cza tych, któ­rym nie­ob­ce są cnoty mi­ło­ści, mę­stwa i lu­bież­no­ści, ogła­sza tur­niej na cześć szla­chet­nie uro­dzo­nej księż­nicz­ki Kle­ma­tisz, który od­bę­dzie się w ogro­dach pa­ła­co­wych jutro po zmierz­chu.

 

*

 

Księż­nicz­ka Kle­ma­tisz zde­cy­do­wa­nie nie przy­po­mi­na tej na ma­lun­ku od króla Sándora. Hejt­man ro­zu­mie, że bar­dziej udane dzie­ła ro­ze­sła­no na dwory są­sied­nich kró­lestw, a im do­sta­ły się po­płu­czy­ny ma­lar­skie­go rze­mio­sła, ale żeby aż tak spa­prać ro­bo­tę? Jed­nak to nie uroda księż­nicz­ki naj­bar­dziej go za­chwy­ca, a słowa. Siła i żar, jakie z nich biją.

Odzia­na w zwiew­ne szaty, fio­le­ty i róże, prze­cha­dza się wśród zgro­ma­dzo­nych – istot róż­nej pro­we­nien­cji, rasy, a czę­sto­kroć i nie­od­gad­nio­nej płci. Spo­glą­da na nich z nie­kła­ma­nym za­chwy­tem, za­grze­wa do walki, in­spi­ru­je. Obie­cu­je zwy­cięz­cy to, o czym każdy z wo­jow­ni­ków już marzy, jeśli nie od pierw­sze­go wej­rze­nia, to na pewno od pierw­sze­go zda­nia, które wy­pły­nę­ło z jej ust.

– Walcz­cie, ko­cha­ni, walcz­cie do utra­ty tchu, bo zwy­cięz­cę czeka na­gro­da. Naj­pierw spo­ży­je ze mną ko­la­cję, tylko we dwoje, od­świe­ży­my się w Ka­ska­dach Szczę­ścia, po zmro­ku zaś, po­ka­żę mu gwiaz­dy. A potem, już w mojej kom­na­cie, sama za­bio­rę go do gwiazd. I obie­cu­ję, że nie usły­szy tej nocy słowa „nie”.

Chwi­lę póź­niej Kle­ma­tisz pre­zen­tu­je gamę dźwię­ków, które zwy­cięz­ca z pew­no­ścią usły­szy. Honza, choć się wzbra­nia, czuje wzdłuż krę­go­słu­pa nie­zwy­kłe drże­nie. Nie on jeden je czuje, ale tego żaden sza­nu­ją­cy się kra­sno­lud nigdy nie przy­zna.

– Zwer­buj­cie ją do kom­pa­nii, a wy­gram każdą bitwę – wy­my­ka się z ust hejt­ma­no­wi.

– Dziew­kę? Do kom­pa­nii? – Gu­staw Matěj nie po­dzie­la tej fa­scy­na­cji. Gu­staw w ogóle rzad­ko co­kol­wiek po­dzie­la, a fa­scy­na­cję zwłasz­cza.

– Jest warta stu mar­kie­ta­nek, a ja­dła­by za jedną.

Rezek po­ta­ku­je, Tow­rin udaje, że nie sły­szy, a Honza, Jiří i Žig­mund Naj­to­le sły­szą tylko ją. Ozię­bły Gu­staw minę ma nie­tę­gą.

– Oni wszy­scy pójdą za nią w ogień – wiesz­czy hejt­man z myślą o nad­cho­dzą­cej walce. – Tylko jak ją potem prze­ko­nać, by wró­ci­ła do domu?

Księż­nicz­ka za­sia­da na pod­wyż­sze­niu tuż obok ho­spo­da­ra po­pi­ja­ją­ce­go bursz­ty­no­wy nek­tar. Efim Le­onid jest rów­nie za­chwy­co­ny jak resz­ta. Ro­ky­can wie, że za tym do­bro­tli­wym i po­ciesz­nym ku­dła­czem stoi siła, któ­rej lę­ka­ją się nawet kró­lo­wie. Nie­zna­na moc skry­ta wśród mi­ra­ży, za­klę­ta w bez­tro­sce, po­kry­ta pie­rzyn­ką ułudy. To dla­te­go Sándor nie przy­słał po córkę armii, a je­dy­nie sied­miu nie­po­zor­nych kra­sno­lu­dów. Za to nie byle ja­kich, bo z Pierw­szej Dra­gens­bor­skiej.

Arena nie przy­po­mi­na areny ani tro­chę. Za­miast pia­chu jest ko­bie­rzec z płat­ków róż. Za­miast sę­ka­tych desek, od­dzie­la­ją­cych wo­jow­ni­ków od wi­dow­ni, tlą się po­je­dyn­cze po­chod­nie. Każdy z pa­trzą­cych jest tak bli­sko, że może po­czuć na skó­rze od­dech wal­czą­cych, wą­chać ich pot, do­tknąć ciała. Księż­nicz­ka też może, i do­ty­ka z upodo­ba­niem. Po­nad­to ze­wsząd szem­rze woda try­ska­ją­ca z fon­tann. Hon­zie się zdaje, że pły­nie z dołu ku górze, jak bą­bel­ki w piwie.

He­rold ogła­sza ko­deks tur­nie­ju. Żad­nej broni, ani ofen­syw­nej, ani de­fen­syw­nej. Tylko to, czym ob­da­ro­wa­ła na­tu­ra. I bez za­bi­ja­nia. Księż­nicz­ka nie lubi śmier­ci. Lubi bo­ha­te­rów.

– W pierw­szym star­ciu zmie­rzą się sła­wet­ny Borys, znany jako Szpo­ta­wy oraz… – He­rold za­ci­na się na chwi­lę – …oraz sied­miu kra­sno­lud­ków od kró­lew­ny Śnież­ki.

– Kto? – pyta Rezek, a minę ma, jakby ktoś mu na­szczał w buty.

– Borys Szpo­ta­wy. Tam­ten gi­gant.

Borys przy­po­mi­na jed­ne­go ze wschod­nich za­pa­śni­ków, któ­rych pasą cie­kłym tłusz­czem. Po­stu­rę ma ni­czym gą­sie­ni­ca, jeno krót­ka i bar­dziej pę­ka­ta. Aż dziw bie­rze, że nogi się pod nim nie łamią.

– Nie o niego pytam. Ja­kiej, psia­ju­cha, Śnież­ki?

– Spo­kój Rezek! – wtrą­ca się hejt­man. Rusza na śro­dek, pro­wa­dzi ich przed ol­brzy­mią wagę o srebrzystych szalkach. Na jed­nej z nich leży uwa­lo­ne ciel­sko Szpo­ta­we­go. – Pa­mię­taj­cie. Bić jak baby. Nikt nie może nas roz­po­znać.

 Gi­gant nie ma na sobie kom­plet­nie nic, nawet prze­pa­ski bio­dro­wej.

– Stwo­rze­nia mikre i cher­la­we – od­czy­tu­je punkt czwar­ty or­dy­na­cji he­rold – mogą przy­stą­pić do boju chmar­nie, z za­strze­że­niem, że ich łącz­ny cię­żar nie prze­kro­czy cię­ża­ru prze­ciw­ni­ka.

Duma bo­jo­wych kra­sno­lu­dów wyje, jed­nak wi­do­wi­sko ma swoje prawa. Zwłasz­cza że tusza sła­wet­ne­go Bo­ry­sa to pięć cet­na­rów ży­we­go mięsa, tłusz­czu i skóry.

– Gdzie lezie? – Rę­ko­daj­ny ho­spo­da­ra ma mniej ogła­dy niż he­rold. Moc­nym chwy­tem ścią­ga Honzę z szal­ki, na którą kra­sno­lud już pra­wie wlazł. – Prze­cie sły­szał. Bez broni de­fen­zyw­nej!

– Toć nie mam broni – od­rze­ka Honza zdzi­wio­ny. Spo­glą­da to na rę­ko­daj­ne­go, to na braci, w końcu na hejt­ma­na. Hejt­man też nie ro­zu­mie.

W su­kurs przy­by­wa he­rold.

– Za oręż de­fen­syw­ny po­czy­tu­je się: tar­cze, zbro­je pły­to­we, kol­czu­gi, na­pier­śni­ki, prze­szy­wa­ni­ce, a rów­nież wszel­kie inne na­kry­cia ciała jak ko­szu­le, por­t­ki, gacie, a w przy­pad­ku nie­wiast takoż gie­zła i ka­le­so­ny.

Kom­pa­nię do­pa­da kon­fu­zja i zmie­sza­nie. Spo­glą­da­ją po sobie za­gu­bie­ni.

– Zna­czy się, mamy sta­nąć do boju jako go­ło­dup­ce?

– Do mojej sy­pial­ni też za­wi­ta­cie w przy­odziew­ku? – Księż­nicz­ka krasi swe słowa szczyp­tą per­li­ste­go śmie­chu. Śmiech roz­pły­wa się po are­nie falą i wraca ni­czym echo, po­wie­la­ny przez nie­zli­czo­ne gar­dła.

Kle­ma­tisz mruga fi­lu­ter­nie. Po­tra­fi cza­ro­wać. Nie są to czary nie­do­stęp­nej damy ani wy­ra­cho­wa­nej ko­kiet­ki. Cza­ru­je nie­win­no­ścią i wdzię­kiem. Jest jak pierw­sza mi­łość, która uśmie­cha się sze­ro­ko, za­czep­nie, po czym ucie­ka, chi­chra­jąc się, niby jaka Anežka, bądź Zuzka z ka­mie­ni­cy obok. A gdy tak już znik­nie na dobre, a człek utra­ci na­dzie­ję, zjawa się nie­spo­dzia­nie i ca­łu­je w usta.

Honza, sły­sząc jej cza­row­ny śmiech, nie waha się ani chwi­li. Pierw­szy opusz­cza por­t­ki. W jego ślady po­dą­ża­ją bra­cia. Prze­cie jak jeden to i wszy­scy. Tow­rin pa­trzy na Rezka, Rezek na Gu­sta­wa, ten zaś nie­do­wie­rza, gdy gacie roz­zu­wa sam hejt­man.

Matěj może jest nu­dziarz, i nawet dziew­ki ulicz­ne omija, ale za kom­pa­nię duszę by oddał. Dwa razy mu po­wta­rzać nie trze­ba. Jak hejt­man świe­ci przy­kła­dem, to pod­wład­ny słu­cha, nawet jak tym, co świe­ci, jest goła dupa.

Borys, choć trud­no uwie­rzyć, waży wię­cej niż sied­miu kra­sno­lu­dów. Staje na środ­ku areny, wiel­ki i wy­sma­ro­wa­ny oliwą, a jego na­gość tonie w fał­dach tłusz­czu. Kra­sno­lu­dy zbi­ja­ją się w stado wokół Ro­ky­ca­na, ni­czym owce na widok niedź­wie­dzia. Każdy wsty­dli­wie skry­wa przy­ro­dze­nie. No pra­wie każdy. Honza, za­pa­trzo­ny w księż­nicz­kę, nie skry­wa ni­cze­go. Pławi się w jej za­chwy­cie.

– Od­wa­gi! – Ro­ky­can do­da­je otu­chy po­zo­sta­łym. – Prze­cie nikt nas tu nie zna, nikt nie bę­dzie pa­mię­tał. Poza tym to wszyst­ko złuda. Jutro się okaże, żeśmy zwy­czaj­nie lali się po mor­dach, a księż­nicz­ka ofia­ro­wa­ła zwy­cięz­cy wstąż­kę.

Rezek nie jest prze­ko­na­ny. Czuje na sobie spoj­rze­nie Kle­ma­tisz. Jakby był słod­ką bu­łecz­ką od babki Bělinki, po­la­ną tru­skaw­ko­wym lu­krem. Wzrok księż­nicz­ki aż topi ten lu­kier. Nikt tak na niego nie pa­trzył, nawet Libuše. Wo­lał­by już do bitwy iść w peł­nym rynsz­tun­ku, nawet pie­cho­tą prze­ciw ka­wa­le­rii, niżby stać tu przed nią na go­la­sa.

Hejt­man jed­nak nie żar­tu­je. Jak nie przy­wio­zą jej do Okrzyh­ra­du, to bę­dzie wojna, z praw­dzi­wą krwią, z praw­dzi­wą śmier­cią, z czar­nym pro­chem co szczy­pie w oczy, i z tym sza­rym, w któ­rym się za­le­ga, gdy dola prze­sta­nie sprzy­jać. Sándor nie po­pu­ści, a jakie tu za­sta­ną wów­czas mon­stra, tego nie wie nikt.

Jawa czy ułuda? Jak je roz­róż­nić, nie wia­do­mo, chyba że na drugi dzień. Miraż jest wtedy, gdy każdy pa­mię­ta co in­ne­go; praw­da, jak wszy­scy to samo.

Rezek przy­po­mi­na sobie, jak ru­sza­ją hur­mem na Bo­ry­sa. Matěj ucze­pia się jego szpo­ta­wej nogi, Honza ska­cze mu na grzbiet i gry­zie, Ro­ky­can szar­pie krę­co­ne cy­no­bro­we kudły. Jakub pa­mię­ta też wiel­ką tłu­stą pięść wiel­ko­ści me­lo­na, za­pach płat­ków róż i gwiaz­dy. Sy­pial­ni księż­nicz­ki Kle­ma­tisz nie pa­mię­ta.

 

*

 

– Honza, po­wiedz, że nie wal­czy­łem na are­nie z go­lu­sień­ką rzy­cią – jęczy Rezek.

Cze­rep boli tak, jakby jed­nak wal­czył, albo pił. Ale picia nie przy­po­mi­na sobie wcale. Młody nie od­po­wia­da, a jego mina po­twier­dza naj­gor­sze obawy.

– Nieee! – wyje kra­sno­ludz­ka duma. – Przy­naj­mniej wy­gra­li­śmy?

Honza wciąż mil­czy. Zdra­dza go wie­lo­barw­ne limo pod okiem, rzędy drob­nych śla­dów po zę­bach na przed­ra­mio­nach, i czer­wo­na plama na szyi. Jakby mu kto przy­sta­wił wiel­ką pi­jaw­kę.

– Kruca fuks! – Rezek nie wie, co o tym my­śleć, a pąs na licu Naj­to­la może ozna­czać wszyst­ko. – No mów żeż, bo jasny pie­run zaraz mnie tu trafi!

W od­da­li, gdzieś w Gó­rach Ułudy, grzmi.

– Z Bo­ry­sem po­szło nawet łatwo, oba­li­lim go na plecy. Ma­chał rę­ka­mi niby żuk i nie po­tra­fił wstać. Potem tra­fił się Alek­san­dyr, lżej­szy od Szpo­ta­we­go, ale i nas było mniej. Przy grdy­ce miał wole, co trzę­sło się jak ga­la­re­ta. Strasz­nie nas nim roz­pra­szał. Po­wa­lił Žig­mun­da. Ja też do­sta­łem – Honza wska­zu­je na swoje oko – alem ustał. Jakoś nie go­dzi­ło się leżeć tak bez ruchu przed księż­nicz­ką. Potem na­sko­czy­lim na niego kupą, z pa­zu­ra­mi, jak baby.

– Ech, wstyd i hańba – mię­dli Rezek. – A te zęby, to od kogo?

– Skrza­ty z Gór Sro­gich.

– Co? Te char­ła­ki? Jeden kie­dyś chciał się do nas za­cią­gnąć, to nawet to­po­ra nie po­tra­fił dźwi­gnąć.

– Tak, wła­śnie one. Na wagę wla­zło ich ze dwa tu­zi­ny. Osa­czy­ły nas jak osy i ką­sa­ły gdzie po­pad­nie, bez sza­cun­ku dla mę­skich świę­to­ści. Gu­sta­wa to jeden nawet w kuśkę użarł.

Honza mil­czy, pró­bu­jąc za­kryć ślady po ugry­zie­niach. Rezek po­dej­rze­wa, że Gu­staw nie był je­dy­ny.

– I co było dalej? No mówże! Bo prze­cie widzę, że na tym się nie skoń­czy­ło.

– Wła­śnie że skoń­czy­ło. Nie usta­lim.

– Nie pieprz, Honza, prze­cie widzę. A to na szyi to skąd?

– To? – kra­sno­lud do­ty­ka czer­wo­ne­go śladu, de­li­kat­nie, jakby od nie­chce­nia. Wzrok za­le­wa mu się ma­słem.

– Jeno nie łżyj mi tu.

– Księż­nicz­ka lubi bo­ha­te­rów… – bąka. – Nawet tych po­ko­na­nych.

 

*

 

Vilém Ro­ky­can pod­krę­ca wąs, za­cią­ga się fajką i knuje. Mimo sro­mot­nej, uwła­cza­ją­cej kra­sno­ludz­kiej god­no­ści klę­ski, cie­szy się pod nosem. Księż­nicz­ka lubi bo­ha­te­rów, a oni, choć prze­gra­ni, są bo­ha­te­ra­mi. Zwłasz­cza ci ranni.

– Rezek, jak ci? Wy­ży­jesz? – pyta.

– A juści, hejt­ma­nie, wy­ży­ję. Jeno suszy mnie okrop­nie. Ale da się temu za­ra­dzić, do karcz­my się jakoś do­czła­pię.

– Ni­g­dzie nie bę­dziesz lazł. Leż tu i cięż­ko cho­ruj.

– Ale…

– To roz­kaz. – Ro­ky­can po­tra­fi spoj­rzeć tak, że milk­nie nawet taki wyga jak Rezek, co wśród pro­chu się zro­dził i w­śród pro­chu ze­mrze.

– Ta jest! – do­po­wia­da z wy­jąt­ko­wą, jak na cięż­ko cho­re­go, werwą.

Hejt­man wy­cho­dzi na dzie­dzi­niec pa­ła­cu, prze­cha­dza się po roz­grza­nym bruku, po­dzi­wia klom­bik z pe­tu­nia­mi. Kwia­ty cza­sem zmie­nia­ją się w sy­czą­ce żmije, cza­sem w pięk­ne mo­ty­le, ale wie, że to ułuda. Zna już miej­sca, gdzie czar dzia­ła wy­jąt­ko­wo mocno. Na przy­kład za pół­noc­ną wieżą w nocy la­ta­ją stada nie­to­pe­rzy czy in­nych so­wio­ła­ków, aż strach wyjść. Nikt jed­nak nie wraca po­ką­sa­ny. Chyba że nikt tam nie cha­dza.

Mija już trze­ci dzień od tur­nie­ju. Kra­sno­lu­dy miesz­ka­ją w pa­ła­cu, są tu go­ść­mi. Dla bo­ha­te­rów za­wsze znaj­dzie się miej­sce u ho­spo­da­ra. Zwłasz­cza, gdy prosi o to księż­nicz­ka.

Sied­miu kra­sno­lu­dów wal­czą­cych dla swo­jej Śnież­ki. Pierw­sze­go dnia są sław­ni, dru­gie­go bled­ną po­śród in­nych dzi­wów, trze­cie­go nikt nie zwra­ca na nich uwagi. Ro­ky­can do tego czasu wie, w któ­rej kom­na­cie sypia księż­nicz­ka, i kiedy zo­sta­wia uchy­lo­ne okno.

Ka­mie­nie wieży są cie­płe, mimo że za­padł już zmrok. Hejt­man omija ukru­szo­ny wy­stęp, pod­cią­ga się na gzym­sie, wspi­na na pa­ra­pet. Skrzy­dło okna ustę­pu­je lekko, jakby tylko cze­ka­ło, żeby je pchnąć. Albo jakby pcha­ne było co noc.

– Księż­nicz­ko, przy­by­wam na ra­tu­nek.

Ro­ky­can gra­mo­li się do kom­na­ty. Nie­zbyt przy­po­mi­na księ­cia.

– Na ra­tu­nek? – Kle­ma­tisz pro­mie­nie­je roz­anie­lo­na. – Och, jak cud­nie. Pójdź do mnie, zacny ry­ce­rzu, ura­tuj. Pręd­ko, póki łoże cie­płe.

Księż­nicz­ka od­sła­nia zwiew­ną na­rzu­tę z tafty, przy­bie­ra ba­ła­mut­ną pozę. Kusa, je­dwab­na ko­szu­la, ma­lo­wa­na w pur­pu­ro­we kro­ku­sy czy też inne kwie­cie, sięga le­d­wie gór­nej ćwier­ci ud. Jej poły roz­chy­la­ją się ocho­czo. Kle­ma­tisz uśmie­cha się za­lot­nie, jakby na niego cze­ka­ła.

Hejt­man za­sty­ga w bez­ru­chu. Za­pie­ra mu dech. Nawet naj­więk­si stra­te­dzy dają się cza­sem za­sko­czyć. Księż­nicz­ka zaś rusza do ataku. Ta­siem­ka z ko­kard­ką za­wią­za­ną w talii fru­nie ku górze, uwal­nia­jąc poły ko­szu­li. Jedna ze­śli­zgu­je się swo­bod­nie, od­sła­niając nagą, cu­dow­ną krą­głość, na którą opada kilka nie­sfor­nych ko­smy­ków. Jakże draż­nią one wzrok hejt­ma­na. Druga poła jest poza za­się­giem an­tra­cy­to­wych wło­sów, jed­nak zło­śli­wie nie chce się ze­śli­zgnąć. Jakby wy­ma­lo­wa­ny na tka­ni­nie kro­kus ob­ła­pił pierś księż­nicz­ki i strzegł za­zdro­śnie.

– Księż­nicz­ko, to nie tak. – Hejt­man z tru­dem od­zy­sku­je głos. – Oj­ciec się o was mar­twią. Trza umy­kać. Przed nami długa droga.

– O tak, mój ksią­żę. Bar­dzo długa. Jed­nak nim udamy się w po­dróż, na­le­ży ci się na­gro­da.

De­li­kat­na, ko­bie­ca dłoń zmy­sło­wo wę­dru­je po liź­nię­tej pro­mie­nia­mi słoń­ca skó­rze. Trąca kro­ku­sa, od­kry­wa­jąc wię­cej, i wię­cej. Zmie­rza do celu, na myśl o któ­rym Ro­ky­ca­na prze­cho­dzą ciar­ki.

– Księż­nicz­ko, to nie kro­to­chwi­le. Król Sándor nas przy­słał. Czas wra­cać do domu.

– Ale ja nie chcę wra­cać do domu. – Jej dło­nie miast się­gnąć celu, dziar­skim ru­chem od­da­ją pier­si kro­ku­som. – Do­brze mi tu. Ni­g­dzie nie jadę.

Ro­ky­can chowa twarz w dło­niach. Upro­wa­dzić księż­nicz­kę siłą, wbrew jej woli? Za duże ry­zy­ko.

– Król Sándor myśli, że ho­spo­dar cię po­rwał. Jak nie wró­cisz, przyj­dzie z wiel­ką armią i zrów­na to miej­sce z zie­mią. Prze­cież go znasz. Po­myśl o wszyst­kich stwo­rze­niach ży­ją­cych tu w bez­tro­sce.

Księż­nicz­ka mil­czy na­bur­mu­szo­na. Jakby coś ra­cho­wa­ła, wa­ży­ła.

– Do­brze – ustę­pu­je. – Wrócę do domu, ale pod jed­nym wa­run­kiem. Chcę spo­tkać trol­la. Naj­praw­dziw­sze­go. Znajdź­cie mi jed­ne­go, a wrócę.

 

*

 

Nie­ła­two zna­leźć trol­la w gó­rach, zwłasz­cza w Gó­rach Ułudy. Wszak nigdy nie ma pew­no­ści, że troll to troll. Ten, któ­re­go widzi Rezek, stoi po ko­la­na w wo­dzie, trzy­ma wie­cheć la­wen­dy i wcie­ra ją w mokrą skórę.

Rezek jesz­cze nie wy­do­brzał i łeb go wciąż boli, ale jest pewny, że to nie miraż. Co jak co, ale na trol­lach to się zna. Kie­dyś po pi­ja­ku twier­dził, że jego pra­bab­ka była trol­li­cą, ale na trzeź­wo się mocno wy­pie­rał. Do dziś nie wia­do­mo kiedy łgał.

– Śnież­ny troll – szep­cze księż­nicz­ka z za­chwy­tem. Pa­trzy, jak woda opły­wa grube ko­na­ry jego nóg, a ko­żu­szek śnież­no­bia­łej sier­ści pstrzą fio­le­to­we płat­ki. – Cu­dow­ny.

Gu­staw też się mu przy­glą­da, choć bar­dziej scep­tycz­nie, jak to Gu­staw. Czy kto sły­szał o trol­lach w ką­pie­li? Prze­cie nawet kra­sno­lu­dy wie­dzą, by wody nie nad­uży­wać, choć isto­ty to czy­ste i szla­chet­ne. A co do­pie­ro trol­le.

Troll ob­ra­ca się, jakby na za­wo­ła­nie, a wów­czas nawet wy­ga­da­ne­mu Rez­ko­wi bra­ku­je słów. Chyba ma żal do świa­ta, że nie wdał się w da­le­kich pra­sz­czu­rów.

Kle­ma­tisz za to żalu do świa­ta nie ma. Prze­ły­ka gło­śno ślinę, za­gry­za wargę, a potem nutka nie­pew­no­ści ze szczyp­tą lęku znika i zo­sta­je tylko sze­ro­ki uśmiech.

Gdyby kto Rezka za­py­tał, co widzi, rzekł­by, że szyję bia­łe­go gą­sio­ra, któ­re­mu ktoś łeb urżnął sie­kie­rą. Szyja jest gruba, pióra zmo­kłe. Zdo­bią ją in­dy­cze ko­ra­le przy­stro­jo­ne bielą gę­ste­go runa, ni­czym u owcy. Rezek od­na­la­zł­by wię­cej po­do­bieństw do wiej­skiej chu­do­by, lecz aku­rat zmę­czo­ne oczy trol­la za­trzy­mu­ją się na nim. Bez­na­mięt­nie go omia­ta­ją, potem po­zo­sta­łe kra­sno­lu­dy, potem księż­nicz­kę, na któ­rej za­trzy­mu­ją się dłu­żej. Troll marsz­czy brwi.

– Nimfa? – pyta z obu­rze­niem. Za­po­mi­na nawet o la­wen­dzie. – Nie! Nie będę dup­cył! – oznaj­mia zde­cy­do­wa­nie. Od­wra­ca się, a potem wiel­kie białe stopy niosą go w las.

– Ale… trol­lu ko­cha­ny… Za­cze­kaj! – prosi Kle­ma­tisz.

Troll nie słu­cha. Śnież­no­bia­ła po­stać znika wśród zie­le­ni i mgły. Zo­sta­ją tylko ga­łąz­ki la­wen­dy uno­szą­ce się na po­wierzch­ni wody.

Psot­ność i pew­ność sie­bie księż­nicz­ki zni­ka­ją. Dolna warga drży, oczy wil­got­nie­ją. Stara się jesz­cze uda­wać, że nic się nie stało, lecz na próż­no. Na po­li­czek spły­wa pierw­sza łza, za nią druga i ko­lej­na, a sta­rym kra­sno­lu­dom serce pęka. Nie ma już Kle­ma­tisz zu­chwa­łej i uro­kli­wej, jest tylko zwy­kła Anežka czy Zuzka, pła­czą­ca tak rzew­nie, aż żal.

Rezek od­wra­ca głowę. Tow­rin już od dawna grze­bie pa­ty­kiem w ziemi. Honza w środ­ku nie­mal go­re­je, naj­chęt­niej klęk­nął­by przed księż­nicz­ką, ale nie wie, co miał­by jej rzec, rusza więc w pogoń za trol­lem.

Hejt­man rów­nież ma serce. Za­mie­ra jak obe­lisk i tylko po mru­gnię­ciach znać, że żyje. Trwa tak o jedną chwi­lę za długo, bo gdy się prze­bu­dza, kom­pa­nii już nie ma.

Nic to. Ro­ky­can wie, że tę bitwę przyj­dzie mu to­czyć sa­mo­pas.

– Pora wra­cać do domu, księż­nicz­ko. Już czas – mówi ła­god­nie. Gry­zie się zaraz po tym w język. Nie mógł wy­my­śleć czego lep­sze­go? Spoj­rze­nie księż­nicz­ki nie po­zo­sta­wia złu­dzeń, że mógł.

Hejt­man siada obok, na omsza­łym ka­mie­niu. Nie zna się na nie­wia­stach, ale chyba tak trze­ba. Tak mu się wy­da­je. Od głazu cią­gnie chło­dem.

– Nie je­stem żadną księż­nicz­ką – od­po­wia­da nimfa gło­sem peł­nym ża­ło­ści, po czym przy­tu­la się do niego. Lnia­na ka­po­ta wil­got­nie­je od łez. – Ten troll… on był ide­al­ny. Dla­cze­go mnie od­rzu­cił?

Ro­ky­can nie wie dla­cze­go. W ogóle nic nie wie, a magia tej kra­iny wcale nie po­ma­ga. Tylko mie­sza w gło­wie.

Księż­nicz­ka-nie­księż­nicz­ka nie czeka od­po­wie­dzi.

– Po­wiedz mi, jak umie­ra­ją kra­sno­lu­dy – pyta. Zdra­dza, że ma na imię Rosa. Po­cią­ga nosem, lico jej lekko puch­nie, przy­bie­ra czer­wie­nią, włosy się do niego kleją.

– Giną na woj­nie albo w ko­pal­ni, a jak który ma pecha, to na sza­fo­cie. Albo zdy­cha za­pi­ty w gnoju za obe­rżą.

Dziew­czy­na przy­tu­la się do Ro­ky­ca­na moc­niej, całą sobą, jakby to mogło ukoić jej smu­tek.

– Żył swego czasu w Dra­gens­bor­gu stary Prokůp, ry­marz – cią­gnie hejt­man. – Któ­re­goś dnia po­lazł w góry, po­ło­żył się w śnie­gu i tak już zo­stał. Mó­wi­li potem, oszu­kał śmierć, bo przy­szedł po nią, za­miast ona po niego. – Ro­ky­can czuje na swoim ra­mie­niu kości po­licz­ko­we nimfy, twar­de, wbi­ja­ją się mu w mię­śnie, w prze­ci­wień­stwie do cu­dow­nie mięk­kich pier­si. Te czuje nieco niżej, z boku, gdzie skóra jest naj­wraż­liw­sza, ale o nich stara się nie my­śleć. – I sar­ka­li, że tak się nie godzi, że stchó­rzył, że nie po kra­sno­ludz­ku.

Nimfa słu­cha, trawi jego słowa, a potem rzeka słów wy­le­wa jej się z ust:

– Księż­nicz­ka, ta praw­dzi­wa, bar­dzo się prze­stra­szy­ła. Pew­nie przez te zwidy, bo nie na­wy­kła. Albo przez Efima Le­oni­da i jego swa­wol­ne ma­nie­ry. Mó­wi­ła, że na dwo­rze Sándora lu­dzie na­zy­wa­ją to roz­pu­stą i udają, że wcale tego nie robią. Bo to nie­oby­czaj­ne ko­chać i dawać roz­kosz. Za­mknę­ła się w kom­na­cie w pół­noc­nej wieży i nie chcia­ła wyjść. Cią­gle pła­ka­ła w po­dusz­kę. Nie ro­zu­mia­łam jej, ale po­mo­głam. To w końcu kra­ina ułudy, każdy może być tu kim chce, nawet księż­nicz­ką. – Rosa od­ru­cho­wo wy­cie­ra nos o ka­po­tę Ro­ky­ca­na. Jak mała dziew­czyn­ka. – To miał być mój ostat­ni sza­lo­ny mie­siąc, kapka mi­ło­ści i uwiel­bie­nia. Ko­cha­ny Efim zor­ga­ni­zo­wał dla mnie nawet tur­niej. Po cichu li­czy­łam, że może los się od­mie­ni, że zjawi się na are­nie troll… że może nie uschnę…

– W pół­noc­nej wieży? Wciąż tam jest?

Nimfa przy­ta­ku­je, a potem znowu wy­bu­cha pła­czem. Tym razem jakby roz­cza­ro­wa­na, że kra­sno­lud prze­jął się bar­dziej losem księż­nicz­ki.

– Na pewno jesz­cze znaj­dziesz ja­kie­goś trol­la.

– Nie znaj­dę. – Nimfa prze­czy ener­gicz­nie. – To musi być troll od pierw­sze­go wej­rze­nia. Zresz­tą, nie zdą­ży­ła­bym już.

Wiel­kie, mokre oczy nimfy pa­trzą z żalem. Pa­trzą wprost w serce hejt­ma­na, które nagle staje się kulą śnie­gu po­zo­sta­wio­ną na słoń­cu Wiel­kich Ste­pów, w po­łu­dnie, w środ­ku lata.

I wten­czas nad­cią­ga od­siecz.

– Zna­la­złem go, zna­la­złem! – krzy­czy Honza z da­le­ka, bie­gnie co sił, aż dyszy. – Sie­dzi przy swo­jej jamie. Za­rze­ka się, że nie bę­dzie dup­cył, ale ucie­kał też nie.

 

*

 

Troll istot­nie sie­dzi przy jamie, na­je­żo­ny jakby ob­ra­ził się na cały świat. Na widok Rosy te­atral­nie od­wra­ca głowę.

– Pójdź do niego – szep­cze Honza. Po­py­cha ją lekko. Zo­sta­je mu po niej le­d­wie ulot­ny dreszcz na opusz­kach.

– Dzień dobry panie trol­lu miły. – Nimfa przy­wdzie­wa swój cza­ru­ją­cy uśmiech. Jest w nim coś szcze­re­go, praw­dzi­we­go. – Mogę usiąść? Nie bój się, nie bę­dziesz mu­siał robić nic, czego nie ze­chcesz. Wy­tłu­macz tylko, dla­cze­go je­steś na mnie zły.

Troll bur­czy i chrzą­ka.

– Nimfy bez serca. A Nikoł potem stru­ty i pła­cze.

– Ale ja mam serce i chęt­nie ofia­ru­ję je tobie. Na za­wsze.

– Nimfa nie ro­zu­mie. One też tak mówią. Idzie, po­ka­żę jej.

Wiel­ki biały troll rusza leśną ścież­ką. Rosa też. Pró­bu­je na­dą­żyć, to pod­bie­ga, to zwal­nia i drobi no­ga­mi. W końcu łapie wła­ści­wy rytm i zrów­nu­je się z nim. Waha się przez chwi­lę, tłumi swą na­tu­rę, ale nie po­tra­fi ina­czej. Łapie go za rękę i dalej idą już razem. On cięż­ki, nie­zdar­ny, pach­nie la­wen­dą. Ona lekka i zwiew­na jak źdźbło ko­ły­sa­ne wia­trem. Dłoń nimfy le­d­wie mie­ści się mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym trol­la. Honza od­pro­wa­dza ich wzro­kiem. Wzdy­cha. Cóż.

Po­la­na jest nie­wiel­ka i oto­czo­na gła­za­mi. We­wnątrz ro­śnie mech, równy i sta­ran­nie wy­pie­lo­ny z traw i chwa­stów. Ktoś bar­dzo o to miej­sce dba. Rosa z trol­lem wcho­dzą do kręgu i stają przed trze­ma kop­ca­mi usy­pa­ny­mi z ziemi i ob­ło­żo­ny­mi la­pi­s la­zu­li. W Gó­rach Ułudy taki lapis można zna­leźć tylko w jed­nym miej­scu. Wy­so­ko, tam, gdzie wiecz­ny śnieg. Na każ­dym z kop­ców ro­śnie też świe­ży kwiat.

– Fio­łek, Kon­wa­lia i Nie­za­po­mi­naj­ka – mówi troll i wska­zu­je na nie. – Wszyst­kie jak ty. Naj­pierw miła, kocha, pie­ści… a potem Nikoł musi kopać grób. Bez serca.

 

*

 

Kra­sno­lu­dy od­cho­dzą, troll za­szy­wa się w ja­ski­ni i tę­sk­ni, a Rosa zo­sta­je sama. Gdzie nie spoj­rzy, widzi jego smut­ne oczy. Mija dzień lub dwa, traci ra­chu­bę. Jak można być tak okrut­nym? Dla­cze­go nigdy o tym nie po­my­śla­ła? Ona, nimfa, stwo­rzo­na, by ko­chać i dawać szczę­ście.

Fio­łek i Kon­wa­lia, znała je. Fio­łek miała prze­pięk­ne białe włosy i pier­si, od któ­rych nie dało się ode­rwać wzro­ku. Nawet Efim Le­onid śnił o nich po no­cach. Kon­wa­lia dzie­li­ła się wszyst­kim: słod­ko­ścia­mi, do­brym sło­wem, mi­ło­ścią. Jak to nimfa, tylko moc­niej, bar­dziej, całą sobą. Nie­za­po­mi­naj­ki Rosa pra­wie nie pa­mię­ta. Wszyst­kie były od niej star­sze, prze­cież to dzia­ło się tak dawno temu. Od­cho­dzi­ły z bły­skiem w oku, szczę­śli­we, że zna­la­zły w końcu swego trol­la. Ide­al­ne­go.

Jak ona cie­szy­ła się ich szczę­ściem.

Miały rację, jest ide­al­ny. Wciąż o nich pa­mię­ta. Dba. I cier­pi. Tak bar­dzo chcia­ła­by zo­stać ko­lej­nym kwia­tem na po­la­nie, który ktoś bę­dzie pod­le­wał. Ma­lut­ki, nie­wiel­ki dar od świa­ta za jej całe życie. Za szczę­ście nie­sio­ne wszę­dzie i każ­de­mu, za­wsze.

Ale nie jemu.

Choć Nikoł w to nie wie­rzy, Rosa ma serce, wiel­kie, a w nim em­pa­tię. Nimfa czuje jego trol­li ból jak swój wła­sny. Ro­zu­mie go. Pła­cze.

 

*

 

Praw­dzi­wa księż­nicz­ka po­dob­na jest do tej na ma­lun­ku. Czoło ma wy­so­kie jak oj­ciec. Hejt­man dziwi się, że przy jej kom­na­cie nie ma stra­ży. Wie­trzy pod­stęp. Choć po­śród mi­ra­ży może nie po­trze­ba straż­ni­ków. Wszak są nie­to­pe­rze i kruki. Za późno jed­nak na wąt­pli­wo­ści.

Kra­sno­lu­dy odzia­ne w pstro­ka­te szaty ota­cza­ją swoją Śnież­kę i wy­cho­dzą z nią raź­nym kro­kiem, zdą­ża­ją ra­do­śnie w dół, pod­ska­ku­ją. Trze­ba przy­znać, że księż­nicz­ka ak­tor­ką jest rów­nie dobrą. Moż­li­we, że na­uczy­ła się od nimf, albo dużo wcze­śniej, jesz­cze na dwo­rze ojca.

Mia­sto Wiecz­nej Bez­tro­ski nie ma bram, nie ma też murów, jakby nikt sobie tym nie za­przą­tał głowy. W pew­nej chwi­li zwy­czaj­nie się koń­czy, a wraz z nim zni­ka­ją mi­ra­że. Po dro­dze znika też kilku kra­sno­lu­dów, choć to już z innej przy­czy­ny. Zo­sta­je skwar i wolny, tur­ko­cą­cy wóz.

– Czy na­praw­dę wra­ca­my do domu? – pyta księż­nicz­ka, gdy pę­ka­te ko­pu­ły pa­ła­cu zni­ka­ją za wid­no­krę­giem. Zdaje się dziw­nie mar­kot­na.

– Tak, księż­nicz­ko. Je­steś ura­to­wa­na. – Hejt­man też czuje ulgę, odkąd świat znów stał się obrzy­dli­wie po­spo­li­ty.

W od­da­li unosi się tuman kurzu, wy­ła­nia­ją się syl­wet­ki jeźdź­ców, pędzą na zła­ma­nie karku.

– Nie fra­suj­cie się, księż­nicz­ko – uspa­ka­ja Ro­ky­can. – To nasza tylna straż.

Kle­ma­tisz od­dy­cha z ulgą. Spra­wia wra­że­nie jakby chcia­ła już mieć to wszyst­ko za sobą, a jed­no­cze­śnie jakby wciąż coś ją gry­zło.

– A wła­ści­wie, to kto cię po­rwał? – Hejt­ma­no­wi też wiele rze­czy nie daje spo­ko­ju. – I czy w ogóle ktoś cię po­rwał?

Księż­nicz­ka krąży pal­cem wokół sęka w bur­cie wozu.

– Oj, księż­nicz­ko, księż­nicz­ko – wzdy­cha kra­sno­lud. – Zdaje mi się, że ra­to­wać to cię do­pie­ro bę­dzie trze­ba.

– Prze­cież król oj­ciec wcale nie musi się do­wie­dzieć. Opo­wiem o strasz­nym ho­spo­da­rze i dziel­nych kra­sno­lu­dach, co oca­li­ły mą cnotę. I że za taki ra­tu­nek na­le­ży się dwa­kroć złota niż to, co obie­cał. Bo prze­cież się na­le­ży, mój ry­ce­rzu, czyż nie?

Ro­ky­can nie ma wąt­pli­wo­ści, że to praw­dzi­wa księż­nicz­ka, prze­siąk­nię­ta Sándo­ro­wym dwo­rem do cna.

– Mości hejt­ma­nie, mości hejt­ma­nie – krzy­czy Jiří, jeden z dwój­ki jeźdź­ców. – Musim wra­cać! Honza za­gi­nął!

– Nie musim. Księż­nicz­ka od­ra­to­wa­na, ro­bo­ta skoń­czo­na. Bę­dzie tego.

– Jak to tak zo­sta­wiać brata w po­trze­bie? Nie godzi się. Co matce rzek­niem?

– O tak, w po­trze­bie to on jest – śmie­je się hejt­man, a Rezek, Tow­rin i nawet sztyw­ny Gu­staw przy­łą­cza­ją się do niego. – Honza po­pro­sił o zwol­nie­nie ze służ­by. Ja­kieś pilne spra­wun­ki ma na gło­wie, mówił, by na niego nie cze­kać.

 

*

 

Stary kra­sno­lud z opo­wie­ści hejt­ma­na oszu­kał śmierć. We­dług nich był tchó­rzem. Rosa jed­nak wie, że to nie­praw­da. Po­trze­ba wiel­kiej od­wa­gi, by odejść, gdy nad­cho­dzi czas. Rosa nie ma w sobie ta­kiej. Boi się go­rą­cej pu­sty­ni, i sa­mot­no­ści, i za­po­mnie­nia. Słoń­ca, które wy­pi­je z niej życie i po­zo­sta­wi suchą wy­dmusz­kę. Ta się roz­pad­nie w pył, ten zaś po­nie­sie wiatr.

O nim­fach po­wia­da­ją, że żyją krót­ko i umie­ra­ją młodo. Nie wspo­mi­na­ją jed­nak, że sta­rze­ją się w mgnie­niu oka. Rosa czuje, że to już. Nie ma od­wa­gi, a mimo to pa­ku­je nie­wiel­ki to­bo­łek, żegna się z sio­stra­mi, przy­ja­ciół­ka­mi i ob­wiesz­cza, że zna­la­zła trol­la. Jakże one cie­szą się jej szczę­ściem.

Nie ma jed­nak żad­ne­go trol­la, jest tylko ból i prze­ra­ża­ją­ca pu­sty­nia. O tym jed­nak ni­ko­mu nie mówi.

Rusza przed sie­bie w kie­run­ku gór. Sa­mot­na.

– Ja będę twoim trol­lem! – Gło­śny krzyk roz­brzmie­wa jej w gło­wie. Nie, nie w gło­wie. To kra­sno­lu­d o pło­wej bro­dzie. Bie­gnie ku niej i woła z pod­nie­ce­niem. – Prze­cie to kra­ina ułudy. Skoro nimfa może być księż­nicz­ką, to kra­sno­lud może być trol­lem!

Za­sko­czo­na Rosa chwi­lo­wo za­po­mi­na o smut­ku.

– Pa­mię­tam cię! Pierw­szy raz uj­rza­łam się na are­nie… – Jej za­sko­cze­nie ma wiel­kie tur­ku­so­we oczy, zdzi­wie­nie pod­no­si ko­niusz­ki jej ust, a na­dzie­ja roz­świe­tla tur­kus iskier­ka­mi gwiazd. – …a to było zanim zo­ba­czy­łam bia­łe­go trol­la…

Za­chwyt wy­bu­cha naj­pro­mien­niej­szym uśmie­chem, jaki Honza wi­dział. Gdzież­by ta­kie­mu uśmie­cho­wi do Anežki czy Zuzki.

– Pójdź do mnie mój trol­lu. Je­steś cu­dow­ny, pięk­ny, naj­pięk­niej­szy… – woła do niego, przez chwi­lę znów jest dawną nimfą, lecz ga­śnie nagle, jak knot świe­cy, który ktoś uła­pił w palce.

Bez serca – przy­po­mi­na­ją się jej słowa trol­la. Bolą tak bar­dzo.

– Mu­siał­byś pa­trzeć, jak umie­ram – szep­cze. – A potem zo­stał­byś sam.

– Zdzier­żę! – od­gra­ża się Honza. Bije od niego ta mło­dzień­cza pew­ność sie­bie, która ce­chu­je głup­ców, bądź śmier­tel­nie za­ko­cha­nych. – Nie chcę, byś usy­cha­ła. – Kręci głową. – Prze­nig­dy. Nie ty.

Ro­go­wa­ta skóra kciu­ka muska brzo­skwi­nio­wy po­li­czek i ocie­ra ostat­nią łzę. Ja­kimś cudem zo­sta­ła jesz­cze w tur­ku­so­wych oczach po prze­pła­ka­nych no­cach.

– Nie smuć się – po­cie­sza. – Prze­cie to kra­ina ułudy. Skoro troll bę­dzie na niby, to na niby bę­dzie też śmierć.

Jest w jego sło­wach taka cu­dow­na na­iw­ność. Serce nimfy zdra­dza jej, że on na­praw­dę jest na to gotów.

Rosa jed­nak wie, że to na nic. Czary Gór Ułudy nie dzia­ła­ją na nimfy, dzia­ła tylko magia trol­li – odro­bi­na roz­ko­szy za­koń­czo­na wiecz­ną ulgą, gdy przy­cho­dzi czas.

– Po­dob­no pra­bab­ka Ja­ku­ba była trol­li­cą. A prze­cie nasza ma­tu­la z domu też Rez­ko­wa – prze­ko­nu­je Honza. Oczy płoną mu szcze­rym żarem. Ten żar jest dobry, pięk­ny, świa­do­my. Przy­jem­niej­szy niż skwar pu­sty­ni. Cu­dow­ny ni­czym życie wy­my­ka­ją­ce się przez palce w chwi­li, gdy tego nie chce­my.

– Na­praw­dę zro­bił­byś to dla mnie?

– Bez wa­ha­nia i nie ża­ło­wał­bym ani chwi­li.

Nimfa prze­cze­su­je pal­ca­mi czu­pry­nę kra­sno­lu­da. Prze­cież już po­sta­no­wi­ła, po­go­dzi­ła się z tym, po­że­gna­ła. Gła­dzi płową brodę. Czy znaj­dzie tę od­wa­gę raz jesz­cze? Do­ty­ka pierw­szych zmarsz­czek na twa­rzy mło­de­go-nie­mło­de­go kra­sno­lu­da. Za­glą­da mu w oczy, aż do sa­me­go serca. Już wie.

– Chodź­my, po­znasz moje sio­stry – mówi. Chwy­ta go za rękę. – Nie chcę, byś po wszyst­kim zo­stał sam. One się tobą za­opie­ku­ją i roz­go­nią smut­ki.

 

*

 

Honza długo nie wra­cał do domu. Mi­ja­ły lata, a w Dra­gens­bor­gu za­po­mnia­no o Hon­zie. Je­dy­nie stara Naj­to­lo­wa cza­sem głowy synom su­szy­ła, że brata nie upil­no­wa­li.

W końcu jed­nak po­wró­cił. Bez ko­by­ły, wozu, i gro­sza przy duszy, za cały do­by­tek miał spra­ną ka­po­tę, co ją jesz­cze w woj­sku do­stał, i ka­mion­ko­wą do­ni­cę z prze­pięk­nym kwia­tem. Po­wia­da­li potem, że Honza zdur­niał do resz­ty. Miast się odkuć, pójść do ko­pal­ni, do huty, lub cho­ciaż karcz­mę otwo­rzyć, po­pro­sił sta­ro­stę o małą par­ce­lę i za­ło­żył ogród.

Kra­sno­lud ogrod­ni­kiem? Nie uwie­rzył­bym, gdy­bym tego nie wi­dział. Ale tak wła­śnie było, mówię to wam jakem Jakub Rezek.

Koniec

Komentarze

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Mięsiste wargi, a nie mięsne… Przeczytałem z zainteresowaniem.

Powiedziałbym, że opowiadanie przydałyby się skróty: nieco się ciągnie. Zdaje się, że autora uwiodła chęć opisywania wymyślonego przez siebie universum i jego bohaterów tudzież bohaterek… Universum bardzo interesujące, bohaterowie takoż, ale nadmiar opisu co nieco nuży.

Jednakowoż tekst napisany bardzo sprawnie, językiem, powiedziałbym, wysmakowanym, a to niewątpliwie spora zaleta. Sam pomysł też interesujący. No i co ważne – brak krwi, prucia bebechów, odcinania głów i temu podobnych pospolitych zdarzeń. Wychodzi więc, że to jest tekst biblioteczny. I niech takim się stanie.

Pozdrówka.

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Rogerze, dzięki za odwiedziny i komentarz.

Te wargi mięsiste poprawiłem.

Co do nadmiaru opisów, to możliwe, że gdyby tekst odleżał kilka miesięcy w szufladzie, to pociąłbym go lżejszą ręką. Ale jak już się skończy, to tak trudno o cierpliwość ;).

 

Alicello, witam zacną jurorkę

 

Krokusie, dobór modelki wyśmienity.

Mniemam, że wyszukanie takowej było równie przyjemne co czasochłonne. ;)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Przede wszystkim doceniam język, którym opowiadanie zostało napisane :) Bardzo dobrze mi się tę Twoją historię czytało. Podoba mi wykreowany przez Ciebie świat, jak i pomysł na realizację konkursowego tematu. Sama akcja też na plus. Oczywiście klikam bibliotekę:) I życzę powodzenia w konkursie:)

Fajne, bo złożone, ratowanie księżniczki.

Czego to rycerze dla niej nie zrobią, nawet wszelkiej broni się pozbędą.

Dla mnie tekst był dość zabawny, ale potem przerodził się w poważniejszy.

Trochę słabo rozumiem naturę opisywanej krainy, ale to może dlatego, że czytałam na raty.

Babska logika rządzi!

Katko, dziękuję za odwiedziny i miłe słowa. Cieszę się, że się podobało :).

 

Finklo, natura opisywanej krainy nie była tu kluczowa, a czytelnik miał ją rozumieć na tyle na, ile rozumieli ją bohaterowie. Czyli właśnie tak jak Ty.

Dla mnie tekst był dość zabawny, ale potem przerodził się w poważniejszy.

I taki jest też w moim odbiorze. Początkowo miał być cały taki rubaszno-lekki, ale to zakończenie nie do końca mi pasowało, więc zdecydowałem się troszkę zmienić nastrój. Czy to dobrze? Sam nie wiem.

 

Dzięki za kliki.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Cześć!

 

Opowiadanie mi się generalnie podobało. Doceniam na pewno wykonanie. Nie ma czegokolwiek, do czego można by się przyczepić. Pełna profeska. Tekst jest nasycony bon-motami i bardzo obrazowymi porównaniami. Pomimo ich nagromadzenia, nie odczuwałem przesytu.

Niestety historia mnie nie wciągnęła. Przeczytałem i pamiętam, że był jakiś turniej na golasa (sam pomysł i jego opis całkiem zacny) oraz niespełniona/spełniona miłość i to z grubsza tyle. Być może znajomość pozostałych opowiadań z zaprezentowanego uniwersum sprawiłaby, że wsiąknąłbym mocniej w klimat opowieści i bardziej polubił bohaterów. A tak, to delektowałem się przede wszystkim niezwykle sprawnym piórem, które ostatecznie zdecydowało o pozytywnym odbiorze. ;-)

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie! :-)

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Cześć!

Przeczytane z przyjemnością, aczkolwiek mam parę “aczkolwiek”. 

Po pierwsze, momentami gubiłam się w mnogości postaci, ale to pewnie kwestia tego, że nie czytałam pozostałych opowiadań z cyklu, poza “Szóstym kręgiem…”, który z kolei czytałam dawno temu i średnio pamiętam. Samo uniwersum ciekawe, kojarzy się trochę z Sapkowskim, trochę, momentami, z Pratchettem, chociaż humor u Ciebie jest zdecydowanie, ehm, innego rodzaju.

I tu przejdę do drugiego “aczkolwiek”. No mi ten humor nie do końca siadł. Opowiadanie jest przyjemne, historia niewątpliwie humorystyczna, ale, no właśnie, historie humorystyczne mają to do siebie, że czytelnikowi humor musi spasować, żeby czuł się w pełni usatysfakcjonowany. Mi nie do końca spasował, dlatego czuję się nie do końca usatysfkacjonowana. Z drugiej strony było wiele momentów, które rzeczywiście mnie uśmiechnęły, więc mission almost complete ;)

Natomiast w warstwie językowo dzieje się dużo i dobrze. Stylizacja udana, fajnie oddaje charakter postaci i świata przedstawionego, a przy tym korzystasz z niej sprawnie i bez potknięć. Czytało się samo, nie znużyło, było też parę perełek.

Klikam ;)

 Przeczytałem i … No właśnie – i nic. Ciekawy świat, obrazowe opisy, których momentami jest trochę za dużo i zakłócały mi tempo opowiadania. Zróżnicowana galeria postaci… Czego chcieć więcej…? W pewnym momencie, gdzieś tak w połowie opowiadania chciałem tylko przebrnąć, żeby wiedzieć jak się skończy, dla zasady, nie z czystej ciekawości. Być może, gdybym przeczytał inne opowiadania z tej serii, byłoby coś więcej. A może, tak po prostu, nie jestem “targetem”?

 

Pozdrawiam.

Filipie, 

dzięki za komentarz. 

Czy znajomość pozostałych opowiadań by wpłynęła na odbiór? Możliwe, bo niektórzy z drugoplanowych bohaterów stają się w nich głównymi, więc czytelnik poznaje ich lepiej.

Nie mniej to opowiadanie chronologicznie jest to prequelem pozostałych, więc powinno się bronić bez tego.

 

Gravelko, 

tak, mnogość postaci, przyznaję się do winy.

Pisząc w tym uniwersum, automatycznie staram się, by każde opowiadanie pokazywało kolejny kawałek tego świata, było fragmentem większej opowieści, nawiązywało do pozostałych tekstów. Stąd też mamy tu foreshadow niektórych postaci. Niestety w przypadku lektury pojedynczego opowiadania ten zabieg odbija się nieco czkawką.

Samo uniwersum ciekawe, kojarzy się trochę z Sapkowskim, trochę, momentami, z Pratchettem,

Inspiracje Sapkowskim i Prachettem już mi “wytykano” już w przypadku innych tekstów. O ile Prachetta nigdy nie czytałem, więc podobieństwo jest przypadkowe, o tyle od Sapkowskiego się odżegnywać nie mam zamiaru. Uwielbiam go, sagę czytałem wielokrotnie, choć powtórne czytanie książek raczej mi się nie zdarza, więc pewnie jakaś część stylu Sapkowskiego we mnie została.

Poza tym piszemy zwykle to, co nam się podoba, i co sami chcielibyśmy czytać. 

No mi ten humor nie do końca siadł. Opowiadanie jest przyjemne, historia niewątpliwie humorystyczna, ale, no właśnie, historie humorystyczne mają to do siebie, że czytelnikowi humor musi spasować, żeby czuł się w pełni usatysfakcjonowany. Mi nie do końca spasował, dlatego czuję się nie do końca usatysfkacjonowana.

 No cóż, komizm nie jest moją mocną stroną. Do tego humor w tym tekście jest dość specyficzny, oparty w dużym stopniu na seksualności oraz nawiązaniach do niej.

Istne pole minowe, bo tutaj gusta czytelników są bardzo różnorodne podobnie jak postrzeganie cielesności.

Ale kto nie próbuje, ten szampana nie pije ;).

 

Adlerze,

czyli pracujemy nad dynamiką, tempem i tym czymś na końcu ;).

Przyjąłem. Dzięki.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Known some call is air am

Niby nic nowego pod słońcem – ot, kolejna opowieść o krasnoludach, a w niej trochę golizny, trochę zbereźności i niezłego humoru, na koniec nieco smutku, ale jak fajnie jest to napisane! Nie przepadam za stylizacją, a tutaj okazało się, że język dopasowałeś doskonale, że Sprośności pięknej Klematisz czyta świetnie, że gdyby opowiadanie zostało napisana inaczej, nie byłoby tak zacnym opowiadaniem.

Chrościsko, gratuluję pomysłu i życzę powodzenia w konkursie. ;D

 

Mło­de­go–nie­mło­de­go zżera cie­ka­wość. Mło­de­go-nie­mło­de­go zżera cie­ka­wość.

W tego typu połączenia używamy dywizu, nie półpauzy.

 

Ro­ky­can lu­stru­je pro­stac­ką gębę z prze­krwio­nym li­ca­mi.Gębalico znaczą to samo. Lico jest jedno.

Proponuję: Ro­ky­can lu­stru­je pro­stac­ką gębę z prze­krwio­nym policzkami.

 

Nikt nie może nas roz­po­znać → Brak kropki na końcu zdania.

 

Na jed­nej z sre­brzy­stych sza­lek… → Na jed­nej ze sre­brzy­stych sza­lek

 

– No mów żesz, bo jasny pie­run zaraz mnie tu trafi!– No mów żeż, bo jasny pie­run zaraz mnie tu trafi!

 

– Ale ja nie chce wra­cać do domu. → Literówka.

 

Księż­nicz­ka–nie­księż­nicz­ka nie czeka od­po­wie­dzi.Księż­nicz­ka-nie­księż­nicz­ka nie czeka od­po­wie­dzi.

 

Ro­ky­can czuję na swoim ra­mie­niu kości po­licz­ko­we nimfy… → Literówka.

 

usy­pa­ny­mi z ziemi i ob­ło­żo­ny­mi la­pi­sem la­zu­li. → …usy­pa­ny­mi z ziemi i ob­ło­żo­ny­mi la­pi­s la­zu­li.

Lapis lazuli nie odmienia się.

 

Nie wspo­mi­na­ją jed­nak , że… → Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

na twa­rzy mło­de­go–nie­mło­de­go kra­sno­lu­da. → …na twa­rzy mło­de­go-nie­mło­de­go kra­sno­lu­da.

 

Za­glą­da mu w oczy, aż do sa­me­go serca. już wie. → Po kropce powinna być wielka litera, albo przecinek zamiast kropki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pamiętam czasy, gdy po łapance Reg musiałem scrollować i scrollować. A teraz proszę, wszystkie uwagi na jednym ekranie się mieszczą. To bardziej buduje niż tysiące pochlebstw. Jednak się człowiek przez te lata czegoś nauczył. :)

Dzięki Reg za odwiedziny. Poprawki naniesione bez obiekcji.

Cieszę się, że się podobało :).

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Bardzo proszę, Chrościsko. Cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne i czujesz się zbudowany! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, hej

Co ja właśnie przeczytałem? Skrzyżowanie Mortal Kombat (nagiego), siedmiu krasnoludków i Śnieżkę, osobliwy wstęp do niemieckiego filmu „przyrodniczego”?

W każdym razie było to dobre. Nie ukrywam, ze głównie przez język, stylizacja pierwsza klasa – idealnie pasuje do opowieści. Fabuła też niczego sobie, bo twistu z nimfą się nie spodziewałem. Niektórym może się nie podobać przejście z tonu humorystycznego do bardziej poważnego w drugiej części opowiadania, ale ostatnio sam takie coś zrobiłem, więc doceniam i cieszę się, że widzę i inne opowiadanie z takim zabiegiem.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić (ale to drobnostka) to dziwne wydało mi się, że wszystkie dziwne stwory mają ochotę na Klematisz – wzory piękna powinny być raczej inne dla każdej rasy ;)

Bardzo dobre opowiadanie.

Pozdrawiam serdecznie

Dzięki, Zanaisie, za miłe słowa. 

To przejście od lekkiego do poważnego tonu nie było w pełni zamierzone. Raczej wyszło w praniu, bo pierwotne, lżejsze i nieco prześmiewcze zakończenie wydało mi się dość płytkie. Nie, żebym się jakieś głębi w tym tekście doszukiwał, ale ta wersja podoba mi się bardziej.

Co do międzyrasowych gustów to wyszedłem z założenia, że w pewne kanony urody bywają uniwersalne i ponadczasowe, a nimfy są ich uosobieniem. ;)

 

AmonieRa, dzień dobry.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Cześć Chrościsko!

 

Ciekawy tekst i jedynie na początku przez moje ubogie słownictwo, miałem problemy z przymusem wyguglania nazw średniowiecznych ubiorów. Trochę też gubiłem się przez mnogość postaci, ale później jakoś ogarnąłem.

 

Nie jestem specem od technicznych rzeczy, ale jedna rzuciła mi się w oczy.

Niski rechot wojaków zmienia się w rubaszny chichot,

Chyba brakuje pogrubionej literki w tekście.

 

Co do treści, wątek nagiej walki w ciasnej arenie wypełnionej płatkami róż jest ciekawym odejściem od tradycyjnego motywu pojedynków. W pewnym momencie spodziewałem się, że skoro “księżniczka” ma taką chuć, to nie będzie oceniać, kto lepiej walczy, tylko kto jest hojniej obdarzony przez naturę. I w sumie po malince na szyi krasnoluda, chyba wiele się nie pomyliłem ;)

Podobał mi się motyw krainy ułudy, gdzie każdy może być kimś innym i ładnie spięte zakończenie, w którym nawet niski krasnolud może być gigantem.

W przypadku prawdziwego trolla uśmiechnąłem się przy motywie “thot slayera” (nie wiem, czy jest polski odpowiednik), a potem zrobiło mi się smutno jak poznaliśmy historię krótkiego życia nimf i cierpienia olbrzyma.

Dobrze zrozumiałem, że nimfy po śmierci zmieniają się w roślinkę lub nasionko, z którego wyrasta kwiatek nawiązujący do ich imienia?

 

Jakby wymalowany na tkaninie krokus obłapił pierś księżniczki i strzegł zazdrośnie.

Czy użycie tutaj tego konkretnego kwiatka jest celowe? Widziałem, że kolega Krokus nawet wstawił odpowiedni obrazek ;)

To będzie trochę pytanie nie na temat, ale w jakimś stopniu nawiązujące – czy krąży po forum jakaś legenda, że jest w tym pewna celowość, iż literki formatujące układają się w słowo “BIUST”? 

 

Dragensborg

Skojarzyło mi się z Dragonborn ze Skyrima. To przypadek czy nawiązanie?

 

To musi być troll od pierwszego wejrzenia

To zdanie mnie ujęło i ubawiło.

 

Jeśli chodzi o motyw księżniczki, to w tekście są przynajmniej dwie. Pierwsza to prawdziwa Klematisz, którą trzeba sprowadzić do domu, a druga to Rosa, którą trzeba uratować od uschnięcia.

 

Nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem morał płynący z tekstu. By być szczęśliwym należy przymknąć oko na pewne detale? W tym przypadku Rosa przymknęła oko na fakt, że krasnolud nie jest prawdziwym trollem i dzięki temu byli razem szczęśliwi. 

 

Pozdrawiam :D

 

Cześć Mordocu, tak dobrze zrozumiałeś, choć to jedna z możliwych interpretacji. Oryginalna nazwa Dragensborga nie ma nic wspólnego ze Skyrimem. O ile dobrze pamìętam, to bezposrednią inspiracją była miejscowa nazwa Gór Smoczych. Co do krokusa… no coż, lubię czasem przebić się przez czwartą ścianę ;). Przepraszam za dość ubogą odpowiedź, ale dysponuję chwilowo tylko telefonem.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Przepraszam za dość ubogą odpowiedź, ale dysponuję chwilowo tylko telefonem.

Doceniam, że chciałeś jak najszybciej odpowiedzieć :)

Dzięki za wyjaśnienia.

Cześć!

Zaczniemy sobie od wprowadzenia. Taki będę niekonwencjonalny. ;-)

Z tym wprowadzeniem to jest tak. Nazwałbym je… leniwym. Bo jednak trochę przyszło mi się naczekać, żeby dokładnie zrozumieć, do czego w tej historii zmierzamy. Pierwsze akapity jednak do końca mnie nie nakierowały. Zrobiły natomiast coś innego i myślę, że taki był ich zamysł. Pozwoliły mi bowiem wczuć się w tę atmosferę miejsca akcji, jej specyfikę, osobliwość. Myślę, że taki mógł być jej cel i to Ci się udało bardzo fajnie. Bo zanim ten bieg wydarzeń nabrał trochę rozpędu, a ja pojąłem, do czego mniej więcej będziemy w tej opowieści zmierzać, udało Ci się w jakimś stopniu oswoić mnie z tą, nazwijmy to, charakterystyką krasnoludów, klimatem i tak dalej. Na pewno wiesz, o co mi chodzi. A zatem, chociaż chwilę czekałem na rozwój tej historii, to fajnie zadbałeś, żebym niejako w momencie tego rozwoju był już tam, na miejscu wydarzeń.

Dalej. Stylizacja. Konsekwentna. Dobrze dopasowana do bohaterów. Można ją lubić bardziej, można mniej, ale trzeba oddać, że:

– po pierwsze w ogóle jest, co dodaje historii charakteru

– po drugie jest konsekwentna, a zatem staje się czymś więcej, niż tylko fajnym ozdobnikiem

– po trzecie służy budowie określonego klimatu i przybliża nas niejako do tych krasnoludów z całą ich osobliwością.

Warto też może jeszcze dodać dwie rzeczy. Po pierwsze (dobra, powtarzam się z tym wyliczaniem, ale trudno) nie przeszarżowałeś ze stylizacją. Nie próbujesz nią szpanować, wciskać w każde zdanie, żeby tylko czytelnicy widzieli, że ona jest, że tekst nie został napisany tak zupełnie zwyczajnie i żeby na pewno pamiętali, że mają za to pochwalić. ;-)

Druga sprawa to humor. Dosyć rubaszny. Ale znów: niezależnie od tego, jak ocenimy sam humor, ta rubaszność będzie pod jednym względem zaletą. Bo rola owego humoru wykracza tutaj, przynajmniej w mojej opinii, poza dostarczenie czytelnikowi rozrywki. Ten humor współtworzy tutaj klimat. Buduje wraz z innymi elementami atmosferę krasnoludzkiej społeczności (albo może lepiej grupki, bo przecież to z nią mamy głównie do czynienia). I tutaj, w przypadku tego humoru, naprawdę warto docenić konsekwencję, bo łatwo (poprzez jej brak) można było położyć ten tekst. Jeżeli mam ocenić sam humor to na pewno trzeba zauważyć, że udało Ci się tutaj nie wyjść poza rubaszność (znów w mojej opinii; bo przypadku humoru ilu oceniających, tyle pewnie zdań w tej kwestii). W przypadku rubaszności bardzo cienka linii oddziela ją od prymitywnego rechotu (celowo piszę “prymitywnego”, bo sama rubaszność w jakimś stopniu wiąże się z rechotem) i tutaj na szczęście udało Ci się jej nie przekroczyć. Nie będę pisał, że ta rubaszność to mój ulubiony typ humoru, ale tak czy inaczej ze względu na rolę, jaką pełni ten humor w tekście, uważam go za zaletę.

Bohaterowie. Trochę ich dużo. To znaczy, głupio mi się o to czepiać, bo całość jest oparta na fajnym pomyśle wykorzystania motywu “Królewny i siedmiu krasnoludków”. Ten pomysł fajnie działa, widać, że miałeś konkretny koncept, jak go wykorzystać, wychodząc tylko poza nawiązanie do utworu i wykorzystując go jakoś na swoją modłę, ale… jednak tych bohaterów sporo. Momentami mi się mieszali. ;-)

Fabuła. No trochę licha. Jak pisałem, wprowadzenie masz leniwe, ale ma to swoje uzasadnienie. Później dostajemy wzmiankę o turnieju i tu jest bardzo fajne. Natomiast już po turnieju coś tu zaczyna przygasać. Ten motyw z poszukiwaniem trolla pojawił się trochę “ot, tak”, gdzie czułem się, jakbym jako czytelnik jakiegoś kolejnego questa do zaliczenia dostał. Później zorientowałem się, że to poniekąd wynika z konceptu na tekst, gdzie fabuła ma też zrobić trochę (a nawet trochę sporo) miejsca ekspozycji świata oraz, nazwijmy to, warstwie uczuciowej i jakimś przekazom w niej zawartym. To nawet niegłupie, tyle że…

1) W moim odczuciu (albo w przypadku moich preferencji czytelniczych) trochę jednak za duży był ten przechył w stronę ekspozycji świata i tej warstwy uczuciowej kosztem historii, bo jednak zapowiedź turnieju (znów, być może tylko w moim przypadku) sugerowała ciut bardziej wartką akcję

2) Trochę za późno dostałem sygnał, że to jednak ów świat i warstwa uczuciowa/emocjonalna mają tu grać tak dużą rolę. Nie wiodącą, bo ja temu opowiadaniu obecności fabuły absolutnie nie odbieram. Nie odbieram też Tobie, że masz tu ciekawe rzeczy do opowiedzenia, bo świat jest przecież inny od naszego, więc i poszczególne jego elementy będą inne. Natomiast trzeba też podkreślić, że jeśli chodzi o fabułę, ona naprawdę jest bardzo życzliwa i altruistyczna, jeśli idzie o oddawanie miejsca innym elementom i pewnie chciałoby się momentami trochę więcej egoizmu z jej strony. Albo ciut żwawszego tempa. ;-)

Czy ja tu o czymś nie zapomniałem…

Trudno, najwyżej wrócę i uzupełnię. Teraz przejdę do podsumowania.

Nie będę ukrywał, że wolę inne Twoje teksty. Te bardziej subtelne jak “Kumari”. No i przede wszystkim “Homo sapiens…” (musisz mi darować, ale za diabła nie potrafię zapamiętać tego trzeciego słowa), które zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie. Natomiast wynika to stricte z preferencji czytelniczych, dlatego tutaj starałem się ocenić tekst przede wszystkim pod kątem jakości. I na tym poziomie on się bez wątpienia potrafi bronić. Mógłby być trochę krótszy, ze względu na swoją specyfikę nie musi trafić do każdego (ale czy są takie, które muszą?), ale na pewno trzeba to opowiadanie ocenić jako nad wyraz solidne, tak ze względu na wykonanie poszczególnych elementów (od ekspozycji świata, przez udanie wykonaną stylizację, aż po konsekwencję) jak i połączenie ich w sprawną opowieść.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM-ie. Dzięki za dlugi, CMowy komentarz. Pozwól, że odpowiem za kilka dni, jak będę miał komputer pod ręką.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Cześć, Chrościsko.

Jestem fanem Szóstego Kręgu Szyjnego, o czym już kiedyś wspominałem przy okazji wspólnej konwersacji. Jestem również fanem Twego pisania. Tak ogólnie. Związku z jednym jak i drugim, gdy zabieram się Twój tekst to poprzeczkę stawiam wysoko. W tym przypadku chyba przesadziłem, co nie znaczy jednak, że rad z lektury nie jestem.

No bo mamy tutaj to, do czego przywykłem czytając Cię wcześniej. Dobry humor, świetny język, umiejętnie stosowaną stylizację, nietuzinkowe postacie i to COŚ, co sprawia, że czytanie to czysta przyjemność.

Czego zabrakło mi w tym tekście? Pewnej głębi i spójności w tym wszystkim. W Szóstym Kręgu (sorry, że tak porównuję, ale muszę) prócz wyżej wymienionych zalet literackich były również umiejętnie zawarte przesłania oraz opowiadanie zwyczajnie było doskonale złożone kompozycyjnie. Tutaj miałem momentami wrażenie, że niektóre sceny są jeno strzępami, urywkami, które prócz zadania mającego na celu pchnięcie fabuły dalej nie wnoszą nic więcej, a w samej historii, choć świetnej, nie znalazłem TEGO czegoś, co znalazłem w Kręgu, choć nie potrafię trafnie ująć słowami co to takiego.

Żeby nie było, nadal jestem fanem Twego pisania. Opowiadanie ma naprawdę wiele bardzo udanych momentów jak i świetnych zdań oraz pomysłów. Mimo wszystko zabrakło TEGO CZEGOŚ, aby zostało ze mną tak długo, jak został wspominany już kilkukrotnie Szósty Kręg. 

Pozdrawiam! 

Realucu, dzięki za wizytę. Do komentarza odniosę się w okolicach weekendu.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Zareklamowałeś się na discordzie, to i przybyłem:)

 

Niby młody, ale nie do końca. – i już wiem, że nie pożałuję tego, że przybyłem. XD po raz pierwszy.

Honza za to płonie jak siksa, co ją gach naszedł w kąpieli. – XD po raz drugi.

 

Gdzieś tam brakuje “w”, ale kto inny już to wytknął, więc się nie powtarzam.

 

Arena nie przypomina areny ani trochę. – XD po raz trzeci, jestem sprzedany, kupiłeś mię. A to jeno początek tekstu…

 

– Stworzenia mikre i cherlawe – odczytuje punkt czwarty ordynacji herold – mogą przystąpić do boju chmarnie, z zastrzeżeniem, że ich łączny ciężar nie przekroczy ciężaru przeciwnika.

Genialne! Chyba nie słyszałem wcześniej o podobnym pomyśle. Następna runda: armia mrówek kontra mrówkojad :D

 

Borys, choć trudno uwierzyć, waży więcej niż siedmiu krasnoludów. – eee, wcale nie tak trudno. Toć on gigant, a krasnoludy mikre.

 

Wrócę do domu, ale pod jednym warunkiem. Chcę spotkać trolla. Najprawdziwszego.

Ło panie szanowny, kaj to opowiadanie dąży… aż mię ciarki przechodzą…

 

Dłoń nimfy ledwie mieści się między kciukiem a palcem wskazującym trolla.

Kolega prosi o linka To bardzo ciekawe porównanie.

 

Zakończenie… zupełnie niespodziewane i może trochę odstające od reszty opowiadania. Ni stąd, ni zowąd zrobiło się poważnie.

Niemniej, stylizacja świetna, humorek wyborny, no i “Są cycki i seks”, jak żeś sam zareklamował. Pozostaje się tylko zgodzić, pogratulować fajnego opka i pozdrowić!

Precz z sygnaturkami.

Niebieski kosmito, chyba odnalazłem swoją grupę docelową. ;)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Początkowo trochę się gubiłam w krasnoludkach i nieco mi się dłużyło. Już nawet myślałam, że znowu będę marudzić pod Twoim opkiem, ale tak od momentu zapowiedzi turnieju zaczyna się robić ciekawiej. I robi się ciekawiej, i ciekawiej. No, podobało mi się, wsiąkłam w Twoją opowieść, zachwyciłam się światem, postacią nimfy, a na koniec żal mi się zrobiło prawdziwej księżniczki.

PPiszę prawie zaraz po przeczytaniu, więc za bardzo mądrzyć się nie będę, bo mi się Twoja historia musi najpierw w głowie uleżeć, ale już mam wrażenie, że pod tą rubasznością jest więcej niż się wydaje. I mocno spaja się z Szóstym kręgiem. No nic, może jeszcze wrócę, jak się uleży. Ale na pewno to jest świetne opko :)

 

A swoją drogą muszę wreszcie przeczytać Kumari :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, Twoje oceny moich tekstów tradycyjnie mnie zaskakują :). Czy jest tam coś więcej pod rubasznością? Nauczony doświadczeniem, pozostawię to do oceny czytelnikom. Cieszę się, że zachwyciło.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Twoje oceny moich tekstów tradycyjnie mnie zaskakują

A co, myślałeś, że się nie spodoba? ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Przeczytałem . Podobało się. Fajnie że bez krwi , jęków, mordów.

Dobrze, w końcu mam chwilę i sposobność, by Wam odpowiedzieć nieco obszerniej niż jednym zdaniem.

 

CM,

Nie będę ukrywał, że wolę inne Twoje teksty. Te bardziej subtelne jak “Kumari”. No i przede wszystkim “Homo sapiens…” (musisz mi darować, ale za diabła nie potrafię zapamiętać tego trzeciego słowa), które zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie. Natomiast wynika to stricte z preferencji czytelniczych, dlatego tutaj starałem się ocenić tekst przede wszystkim pod kątem jakości.

tak, wiem. Gusta portalu są specyficzne, lepiej się tu sprzedają opowiadania bardziej dramatyczne, ambitne, z przesłaniem i drugim lub trzecim dnem.

“Sprośności…” były pisane z myślą o innym czytelniku, takim jak choćby moja małżonka, która właśnie tego typu lekkie historie lubi najbardziej. Swoją drogą, po przeczytaniu tego tekstu, stwierdziła, że z całego mojego pisania (w tym dwóch powieści i kilkunastu opowiadań z różnych gatunkach), krasnoludy wychodzą mi najlepiej.

NB. Jest mi niezmiernie miło, że po kilku latach wciąż pamiętacie tytuły moich dawnych opowiadań.

 

Realucu,

jeszcze dodam dwa słowa co do nadmiernej ekspozycji świata i wielu bohaterów. Tutaj uderzę się w pierś, bo jest w tym sporo racji. “Kumari”, czy “Homo sapiens planifacialis”, czy “Szósty kręg szyjny”, o których wspominacie, to były pierwsze teksty z danych uniwersów i jednocześnie zamknięte opowieści. Pewnie dlatego kompozycyjnie i fabularnie wydają się bardziej dopracowane.

“Sprośności…” były już pisane z myślą o całym cyklu. Jako fragment większej całości z danego świata, stąd też i właśnie jest tu większy nacisk na jego ekspozycję, stąd też i foreshadowing niektórych postaci, które są tu na razie jeszcze drugo-, trzecio– planowe, ale w kolejnych opowiadaniach wyjdą przed szereg.

 

Niebieski_kosmito,

jakiś łobuz nominował Twoje opowiadanie. Wkrótce przybędę.

 

Irko,

A co, myślałeś, że się nie spodoba? ;)

I ile dobrze pamiętam to dosłownie na wszystkie teksty, które myślałem, że Ci się spodobają, kręciłaś nosem. A podobały za to Ci się wszystkie te, które miały nie podejść.

Twoje gusta nieodmiennie pozostają dla mnie nieodgadnione. ;)

 

Koalo75, 

dzięki za wizytę. Akurat tak trafiłeś, że bez krwi i mordów, bo w tym uniwersum to różnie z tym bywa.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Od początku czułam, że to nie moje klimaty i zdecydowanie/bardzo/ nie mój humor. Zaparłam się jednak i uznałam, że przeczytam aby wyrobić sobie opinię o całym opowiadaniu, a nie tylko jego fragmencie.

Stylowi i warsztatowi na pewno nie można niczego odmówić, ale tak jak już pisał ktoś inny: tekst się dłużył i spokojnie mógłby być trochę krótszy. Rozbudowane opisy na początku sprawiały, że trochę się gubiłam ( a dość trudne, niełatwe do zapamiętania nazwiska sprawy nie ułatwiały). 

Świat i Góry Ułudy wyszły Ci naprawdę ciekawie. Potrafiłam wczuć się ten bajkowy klimat i sobie to wyobrazić. Przynajmniej w części.

No i właśnie, teraz będzie bardzo subiektywnie: wiadomo, że nie każdemu musi się opowiadanie spodobać, ale jak już jestem to wtrącę swoje trzy grosze. Rozumiem, że miało być rubasznie i mimo, że generalnie bawi mnie taki humor, to niestety tekst nie rozśmieszył mnie ani razu. Bo jednak wsadzenie do jednego opowiadania rubasznych krasnoludów, napalonej na wszystko i wszystkich kobiety, przyprawienie tego walką na golasa i nadętą księżniczką, jest dla mnie niestety niestrawne. 

Nie umiem też docenić tekstu, w którym absolutnie każda kobieca bohaterka została zaszufladkowana w bardzo konkretny / “stary jak świat” sposób. 

Także o ile doceniam warsztat, to opowiadanie niestety mi się nie podobało. 

Shanti, dziękuję za feedback.

Szkoda, że się nie podobało, ale cóż, jak wspomniałaś, humor jest dość specyficzny, więc wcale spodobać się nie musiało.

Jedyne co mnie w Twojej krytyce boli, to poniższe zdanie:

Nie umiem też docenić tekstu, w którym absolutnie każda kobieca bohaterka została zaszufladkowana w bardzo konkretny / “stary jak świat” sposób. 

Uważam je za krzywdzące uproszczenie, zwłaszcza w przypadku postaci Rosy, gdzie pod płaszczykiem “napalonej na wszystko i wszystkich kobiety” starałem się ukryć dużo więcej.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Hm. Technicznie sprawne, poprawne. Pomysł na stworzenie przejścia od prostej rubaszności do poważnych rozterek też ok. Ale czemu zamiast rubaszności-rubaszności uczyniłeś nie w wersji “karczemnej”, a w wariancie “humor nastolatków”? Przecież potrafisz erotykę rozpisywać na zupełnie innym poziomie. A gdyby przy tym pokombinować późniejsze wejście poważniejszych nut poważnych. Jasne, można z tym dyskutować, ale… wyszłoby chyba bardziej życiowo (nie zrozum źle, to, co tu wprowadziłeś jest elementem życiowym, ale mogłoby być nie tylko bardziej, ale jeszcze skłaniając czytelnika do jakiejś refleksji).

O ile zachowanie “księżniczki” wyjaśniło się, gdy okazała się nimfą, to wcześniej to niestety było właśnie jakoś tak, jakby z marzeń wykopkowych gimnazjalistów – i tylko dobry warsztat temu przeczył. Prawdziwa księżniczka swoją drogą też została w którymś momencie sprowadzona do szuflady, więc generalnie moje odczucia co do tekstu są mocno zbieżne z tym, co pisze @Shanti.

Nawiasem, fragment ze skrzatami z ostrymi zębami – trochę to się kojarzy z inspiracją z niektórych grafik bodajże Fastnera i Larsona – czy słusznie?

 

Nawiasem, fragment ze skrzatami z ostrymi zębami – trochę to się kojarzy z inspiracją z niektórych grafik bodajże Fastnera i Larsona – czy słusznie?

Przypadek, wilku. Nie znam tych grafik.

 

Przecież potrafisz erotykę rozpisywać na zupełnie innym poziomie.

Owszem, potrafię. Jednak w tym przypadku, nie taki był cel.

Celem była raczej zabawa konwencją, rollercoaster dla czytelnika.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Przeczytałam. I postanowiłam oprócz przyjrzenia się temu własnym okiem – własnych kategorii oceny – spróbować spojrzeć też “twoim”.

No więc wedle moich literackich zapotrzebowań jest to tekst, przy którym kusi mnie zadać pytanie, które kiedyś Ty mi zadałeś: po co napisałeś to opowiadanie? Gdybym to ja miała na to pytanie odpowiedzieć, odpowiedź byłaby taka: żeby pobawić się z uniwersum, językiem i znanymi motywami (Śnieżka, ale i Shrek, i stereotypowe krasnoludy, bo czy Messalina jest tu zamierzona, nie wiem). (I nie oceniam takiej motywacji negatywnie, brońcie bogowie, lubię dobrą rozrywkę, ta jednakowoż nie jest w moim stylu). Zrobić coś w stylu Sapkowskiego, ale na zabawnie. Bo jak dla mnie tu jest w zasadzie tylko rozrywka i to momentami karczemna, a nagłe przejście do poważniejszych klimatów pod sam koniec nie ratuje całości, jest trochę deusexmachinowe – kontrast zbyt duży.

No więc jako rozrywka – nie dla mnie, nie moje klimaty, ale jak ktoś lubi rubaszne podśmiechujki – proszę bardzo, prima sort. Stylizacja mnie trochę męczyła, kwiecisty język momentami też, podobnie jak czas teraźniejszy, który mi do tej historyjki nie pasował. Stylizacja i wygibasy językowo-opisowe sprawdziłyby się lepiej w krótszym tekście, bo są technicznie okej, ale na dłuższą metę po prostu nużą. Momentami miałam wręcz wrażenie pustosłowia, rozkoszowania się brzmieniem własnych zdań. Pamiętam z nieopublikowanego chyba w końcu pierwszego tekstu, z jakim się tu zjawiłeś, że masz w kierunku ozdobności języka i archaizacji ciągoty, wychodzi Ci to wszystko nawet nie najgorzej, ale to jest zabieg stylistyczny, który jestem w stanie tolerować w małych dawkach.

Co do klimatów: nie chodzi o to, że to czysta rozrywka, mimo że pod koniec usiłujesz dopisać do tego jakieś głębsze dno. Gorzej, że to rozrywka na bardzo przyziemnym poziomie: o dupie. Końcówka usiłuje to odwrócić: pokazać, że seksoholizm może być krzykiem rozpaczy w poszukiwaniu czegoś więcej (tak to odebrałam), ale to nie wybrzmiewa, bo jest doklejone do za długiego skeczu o napalonej damulce, która jest zawsze chętna (wet dream pewnej części męskiej populacji naszej planety).

Humor – nie moja bajka, no i za dużo grzybków w barszczu, ale tu akurat nadrabia stylizacja, bez niej ten humor byłby dość nieznośny.

Fabuła… Szczątkowa, w zasadzie wydłużony skecz. Na dodatek nie za bardzo załapałam, o co chodziło z prawdziwą Klematisz, ten wątek trochę puściłeś, zrobiła się z niego w zasadzie w moim odbiorze narrative device – gdyby jej nie było, tekst by nic nie stracił, bo cała historyjka jest pretekstem, żeby opowiadać o dupceniu. I tu mam problem, choć nie jestem wojującą feministką, bo nawet nimfa, kiedy okazuje się, że chodzi jej o coś innego, to jednak chodzi jej o to samo, tylko z wybrankiem. No, jakoś mnie to wszystko nie przekonuje, a jestem daleka od wojującego feminizmu.

 

A teraz okiem nie moim.

Czy początek zasysa i wciąga? Mnie nie.

Czy przejmuję się bohaterami? Niestety nie, bohaterowie są mi doskonale obojętni przez cały ten tekst (no, może nimfa robi się ciekawsza pod koniec, ale wtedy właśnie następuje koniec, i nawet krasnolud, który z nią został, nie dostaje zbyt wiele fabularnie). To oczywiście po części pochodna humorystycznego zacięcia, bohaterowie są typami a nie postaciami z krwi i kości (tylko nimfa pod koniec…), ale jest ich legion bardzo podobnych do siebie, co uniemożliwia wczucie się w któregokolwiek z nich.

Dynamika – jest, choć początek nieco się ciągnie, a akcji jest jak na lekarstwo. Natomiast jest dynamika w dialogach, tu wręcz wszystko gna do przodu, ale to wcale nie sprawia, że przejęłam się losem któregokolwiek z bohaterów albo chciałam wiedzieć, co będzie dalej. Brakło mi tu motywacji do tego, żeby chcieć to wiedzieć, ponieważ 95% historyjki było dla mnie raczej nużące.

Emocje – przez 95% tekstu zero.

Hmmm.

 

Podsumowując zatem – w kategorii “rozrywka nie dla każdego” jest to na pewno tekst udany, choć humor nie mój, a główny koncept mnie w sumie razi. Jako opowiadanie, które miałoby ze mną na dłużej pozostać – zupełnie nie. Najwyraźniej nie jestem targetem. Sprawność stylistyczna i narracyjna niestety nie jest w stanie zapewnić pełnej satysfakcji z lektury, choć niewątpliwie czyta się to szybko i w sumie bezboleśnie. Konkursowo niewątpliwie wpisuje się w temat, aczkolwiek mam wrażenie, że z tego fajnego pomysłu na podwójny ratunek można było wycisnąć coś ciekawszego literacko, fabularnie, emocjonalnie. Pokazujesz zresztą, że się dało w końcówce. Może zresztą nawet z tej historii z “seksoholizmem” w tle dało się zrobić mocniejszą historię? Pewnie tak. Może nawet z elementami rubaszności, ale one wraz z kwiecistością języka przesłoniły wszystko inne.

 

PS. Czysto technicznie – czemu tekst nie jest wyjustowany? To też mnie trochę męczyło.

http://altronapoleone.home.blog

Tak tylko się wtrącę, bo już parę razy w komentarzach padło o ‘seksoholiźmie’ nimfy – z tego, co zrozumiałam, to w realiach opowiadania to, że nimfa lubi i potrzebuje seksu jest tak samo naturalne jak to, że krasnolud lubi piwo. To nie odchył, tylko cecha gatunkowa, w dodatku (co jest wyraźnie powiedziane) w Górach Ułudy będąca czymś naturalnym i akceptowanym.

Bella, tak, dlatego wzięłam w końcu w cudzysłów. I jak piszę pod koniec, nie ten "seksoholizm" jest dla mnie problemem, ale sposób ujęcia tematu.

http://altronapoleone.home.blog

Drakaino, bardzo dziękuję za rozbudowany komentarz i za sam fakt, że zadałaś sobie trud, by zapoznać się i przeanalizować tekst, który daleki jest od Twojego gustu.

Wspominałaś naszą konwersację o pobudkach pisarskich i cieszę się z tego, bo zabierając się za pisanie, miałem tę rozmowę w pamięci.

Gdybym to ja miała na to pytanie odpowiedzieć, odpowiedź byłaby taka: żeby pobawić się z uniwersum, językiem i znanymi motywami (Śnieżka, ale i Shrek, i stereotypowe krasnoludy, bo czy Messalina jest tu zamierzona, nie wiem)

Doskonale odgadłaś. Bo w dużej mierze tak właśnie było (może z wyjątkiem tej Messaliny). To miał być tekst lekki, pisany dla czystej rozrywki, inspirowany żartobliwym ogłoszeniem jednego z jurorów konkursu, które to słowa wziąłem nieco zbyt dosłownie.

Pisany też z myślą choćby o mojej żonie, którą takie lekkie, sprośno-rubaszne historyjki cieszą, podczas gdy te dramatyczne i pisane serio (te, które na portalu cieszą się zdecydowanie większym powodzeniem) smucą i nie sprawiają radości.

Zrobić coś w stylu Sapkowskiego, ale na zabawnie.

Ciekawe jest to, jak wiele osób porównuje to uniwersum do Sapkowskiego. Dla jednych jest to wada, wtórność. Dla innych zaleta, bo dostają namiastkę tego, co kochają, a czego sam mistrz im na starość żałuje.

I pewnie coś w tym jest. Bo piszemy to, co lubimy czytać. Ty idziesz w ślady Arthura Conana Doyle’a, ja zdecydowanie wolę Sapka.

Bo jak dla mnie tu jest w zasadzie tylko rozrywka i to momentami karczemna, a nagłe przejście do poważniejszych klimatów pod sam koniec nie ratuje całości, jest trochę deusexmachinowe – kontrast zbyt duży.

Owszem, dużo masz racji. Choć określenie końcówki jako “próby ratowania całości” jest raczej nietrafnie. Bo znaczyłoby, że ten rubaszny początek był pomyłką. Tymczasem on był zamierzony, zaś to kontrastowe przejście świadome. 

I w tym przejściu jest ukryta wartość, coś więcej niż tylko czysta zabawa. Jest tu przyczynek do refleksji, czy aby ocena nimfy nie była zbyt pochopna. Pytanie, czy znając cały kontekst i naturę tej istoty, nadal oceniamy ją z perspektywy współczesnej monogamicznej obyczajowości.

Po komentarzach dostrzeżesz, że jest z tym różnie.

 

Shanti pisze:

Nie umiem też docenić tekstu, w którym absolutnie każda kobieca bohaterka została zaszufladkowana w bardzo konkretny / “stary jak świat” sposób. 

Ty wspominasz o “seksoholizmie”, i nawet jeśli bierzesz to słowo w cudzysłów, to nadal wydźwięk jest pejoratywny. Bo przecież seksoholizm to dysfunkcja, uzależnienie, stan chorobowy wręcz.

Tymczasem Rosa ma seksualną obsesję tylko z pozoru. Gdy poznajemy ją bliżej, okazuje się, że jest wręcz ucieleśnieniem miłości idealnej. Bezinteresownej. Utopijnym uosobieniem dobroci. Rodzi się po to, by dawać szczęście, nie ma w sobie zawiści, zazdrości, akceptuje każdą istotę bez względu na wygląd. Nie osądza nikogo. Żyje krótko i potrafi się cieszyć życiem swoim i dawać szczęście innym.

Tymczasem niektórzy z nas, w XXI wieku, w czasie kiedy staramy się być tolerancyjni jak nigdy przedtem, i często walczymy o możliwość “bycia sobą”, oceniamy tę piękną wyidealizowaną istotę, nadając jej łatkę lafiryndy :).

I właśnie do tego potrzebny był mi ten duży kontrast.

Czy był za duży? Możliwe, że tak, bo kilka osób już o tym wspomniało.

Pamiętam z nieopublikowanego chyba w końcu pierwszego tekstu, z jakim się tu zjawiłeś, że masz w kierunku ozdobności języka i archaizacji ciągoty, wychodzi Ci to wszystko nawet nie najgorzej, ale to jest zabieg stylistyczny, który jestem w stanie tolerować w małych dawkach.

Tak, dobrze pamiętasz. Gdy się tu zjawiłem, byłem na etapie stylizacja “super strong”, trochę czasu mi zajęło, by zrozumieć, że to błędna droga. Teraz, tak jak tutaj, robię to niemal od niechcenia, lekko, mimowolnie wręcz, a mimo to dla niektórych wciąż jest zbyt mocno.

I tu mam problem, choć nie jestem wojującą feministką, bo nawet nimfa, kiedy okazuje się, że chodzi jej o coś innego, to jednak chodzi jej o to samo, tylko z wybrankiem.

Widać nie opisałem tego właściwie. 

Czysto technicznie – czemu tekst nie jest wyjustowany? To też mnie trochę męczyło.

Przeoczenie. Poprawiłem już.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Oesu.

 

Tymczasem Rosa ma seksualną obsesję tylko z pozoru. Gdy poznajemy ją bliżej, okazuje się, że jest wręcz ucieleśnieniem miłości idealnej. Bezinteresownej. Utopijnym uosobieniem dobroci. Rodzi się po to, by dawać szczęście, nie ma w sobie zawiści, zazdrości, akceptuje każdą istotę bez względu na wygląd. Nie osądza nikogo. Żyje krótko i potrafi się cieszyć życiem swoim i dawać szczęście innym.

Ale widzisz, że to jest machoistowski wet dream? Kobieta chętna na każde skinienie, dająca satysfakcję każdemu facetowi, żyjąca po to, żeby dawać satysfakcję facetom. Naprawdę myślisz, że dwudziestopierwszowieczne kobiety łykną taką bohaterkę? No, może czytelniczki “365 dni”, ale chyba nie celujesz swoją twórczością w ten konkretny target?

http://altronapoleone.home.blog

Ale widzisz, że to jest machoistowski wet dream? Kobieta chętna na każde skinienie, dająca satysfakcję każdemu facetowi, żyjąca po to, żeby dawać satysfakcję facetom

To jest już Twoja interpretacja. Do tego krzywdząca, bo satysfakcja bohaterów jest w tym tekście od początku do końca obopólna. Czyż mężczyźni w tej opowieści nie robią wszystkiego na skinienie nimfy? Jedni i drudzy dają sobie szczęście.

Dlaczego kobieta czerpiąca przyjemność z własnej cielesności ma być postrzegana inaczej niż mężczyzna czerpiący analogiczną przyjemność?

Wciąż z przykładasz bohaterom łatkę współczesnej obyczajowości, tak dla kobiet właśnie krzywdzącej, choć świat w niniejszym opowiadaniu umyślnie został przedstawiony w kontrze do tej obyczajowości.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Wiesz, chyba po prostu mamy na to inne spojrzenie. Twój świat nie jest realnym światem jakiejś konkretnej epoki, do której mogłabym przykładać wiedzę historyczną. W tym opowiadaniu, co więcej, ten świat i jego bohaterowie są bardzo mocno stypizowani, a nie realistyczni. Ergo nie widzę nic zdrożnego w przykładaniu współczesnej obyczajowości, choć dalibóg nie wiem, gdzie to widzisz, ponieważ współczesna wrażliwość co najwyżej sprawia, że nie akceptuję takich układów, jakie są między Twoimi bohaterami.

Ale ponieważ to jest fantasyland nieograniczany realiami historycznymi, to tym bardziej mogę nie akceptować Twojej konstrukcji bohaterki. Wymyślasz sobie dla tego fantasylandu klasę istot, których jedynym celem w życiu jest dawanie seksualnego zaspokojenia. Wet dream facetów, powtarzam. Dodajesz tej istocie czerpanie przyjemności z tego, co robi – ale po prawdzie to jest podejście współczesne, które ma usprawiedliwić tę kreację.

Ale na moją – kobiecą, mimo wszystko – wrażliwość nie usprawiedliwia. To jest listek figowy, za którym kryje się wspomniany wet dream o kobiecie, która spełni z uśmiechem wszystkie pragnienia mężczyzny. Jak jej przy tym będzie dobrze – co najwyżej wartość dodana.

Możliwe, że dodatkowo mnie to w tej chwili wkurza, ponieważ dwa i pół tygodnia temu na parkingu na autostradzie turecki tirowiec zaproponował mi seks w kabinie swojej ciężarówki i był bardzo zdziwiony, że nie jestem zainteresowana, co więcej – nie byłabym zainteresowana w żadnych okolicznościach. Dla mnie w opowiedzianej przez Ciebie historii jest coś z tego doświadczenia: facet, który uważa, że jego seksualne zainteresowanie powinno kobietę zachwycać i uszczęśliwiać. I nie, to nie jest tak explicite w Twoim opowiadaniu, ale podskórnie wyczuwam w nim takie podejście.

No więc czytelnika o podobnym do mojego stosunku do takich spraw tym wszystkim nie kupisz, jakichkolwiek byś nie dopisał kolejnych warstw do tego, co jest. Bo dla mnie to nadal jest męski wet dream, a nie coś, co by mnie jako kobietę ujmowało. Nie widzę tu apologii kobiety czerpiącej przyjemność, mimo że deklaratywnie bohaterka taka jest. No, nie widzę, nie czuję, nie utożsamiam się.

http://altronapoleone.home.blog

Drakaino, mam wrażenie, że czytałyśmy różne opowiadania.

“Kobieta, która spełni z uśmiechem wszystkie pragnienia mężczyzny”

– ale przecież dla tej kobiety został zorganizowany turniej, gdzie faceci nago (mogła sobie popatrzeć i podotykać) walczyli o jej względy, na warunkach takich, jakich ona sobie zażyczyła. Ten turniej był po to, żeby ona znalazła sobie partnera, jaki jej odpowiada. Prędzej widzę tu uprzedmiotowienie mężczyzn (wszak dla krasnoludów walka ‘na golasa’ była upokarzająca, co też jest w tekście).

Drakaino, szczerze współczuję przykrego doświadczenia.

I oczywiście masz rację, że nie każdemu to się spodoba, bo i pisanie o seksualności, zwłaszcza bez zahamowań i nieco z przymrużeniem oka, to istne pole minowe. Każda osoba ma odmienne doświadczenia w tej materii, każda postrzega je inaczej, stąd też bardzo łatwo przeszarżować.

Nie mniej mimo to próbuje, bo raz, że sprawia mi to przyjemność, dwa, że to wyzwanie. Muszę próbować tego, co trudne, by się rozwijać.

 

Wrócę jeszcze do jednej kwestii, o której pierwotnie wspomniałaś.

Stylizacja mnie trochę męczyła, kwiecisty język momentami też, podobnie jak czas teraźniejszy, który mi do tej historyjki nie pasował.

Narracja w czasie teraźniejszym. W takiej narracji były napisane dwie powieści, które ostatnio czytałem: “Księgi Jakubowe” Tokarczuk i “Pieśń o wężowym sercu” Raka. Obie pozycje, zdecydowanie na topie polskiej współczesnej literatury, miały właśnie tego typu narrację w czasie teraźniejszym (lub mieszaną), plus stylizację dialogów.

Widać to się czytelnikom podoba. Dlaczego więc miałem nie spróbować?

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Początek opowiadania zapowiadał lekki, krotochwilny tekst. Doceniam, że sprawnie przeskoczyłeś z konwencji komediowej w zgoła inny klimat. Humor, który zaserwowałeś, przypadł mi do gustu, mam wrażenie, że dowcip, choć rubaszny, nie jest ,,przestrzelony". Scena z ważeniem krasnoludów świetna.

Co do samego początku, to zgodzę się z niektórymi głosami powyżej, że nie zassał. Z drugiej strony pozwolił na oswojenie się ze stylizacją.

Pozdrawiam!

Dzięki za feedback.

Co do samego początku, to zgodzę się z niektórymi głosami powyżej, że nie zassał.

Będę miał to na uwadze w przyszłości.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

 

Hej, hej,

 

nie mam właściwie zbyt wiele do napisania – historia porządna, napisana językiem umiejętnie stylizowanym, akcja wartka i umiejętnie wykorzystująca emocje bez, jak wskazano wyżej, prucia bebechów. Ciekawe jest, że połączyłeś lekkość i rubaszność z powagą i trudnym tematem śmierci – i Ci to, IMHO, wyszło. Bez patosu, bez poczucia, że coś tutaj namieszano, żeby tylko zagrać czytelnikowi na emocjach.

 

Poza tym opisy dobrze opisane ;) nie czułem w żadnym miejscu dłużyzn, na co wskazywali wyżej czytacze. Jak dla mnie nawet mogłoby być więcej tych realiów świata, to jeszcze bardziej by mnie ucieszyło.

 

Czy gdzieś tam można w tym świecie wytropić szowinizm, czy kobiety zostały zaszufladkowane pod kątem li jedynie swoich wdzięków? Dla mnie nie. Choć pisząc o seksie, żartując z niektórych części ciała a cielesne uciechy czyniąc niejako osią opowieści jest ryzyko, że niektórzy odbiorcy tak to odczytają.

 

W głosowaniu jestem na TAK.

 

Kilka drobiazgów jeszcze:

 

– Spokój Rezek! – wtrąca się hejtman. Rusza na środek, prowadzi ich przed olbrzymią wagę.

Niefortunne sfomułowanie – jako, że walczą z olbrzymem, nie wiedziałem o co chodzi z tą wagą.

 

rzędy drobnych śladów zębach na przedramionach, i czerwona plama na szyi.

Po zębach, tak?

 

Pozdrawiam!

Martwe liście i brudna ziemia

Miłąś mi niespodziankę sprawił tym komciem swoim, mój drogi BK, zwłaszcza że opowiadanie jest, jakie jest.

Co do drobiazgów, masz rację, zaraz poprawię.

I pięknie dziękuję za dobre słowo.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

A dla mnie bomba!

Ująłeś mnie tymi czeskimi imionami, tytułami, w ogóle stylizacją językową (bardzo wyważoną) i klimatem – nie zwróciłem na to uwagi w “Szóstym kręgu” i w ogóle nie zdawałem sobie sprawy, że jeżeli gdzieś w pobliżu mamy Shire, to właśnie na Morawach ;)

Świetny, choć nie od początku oczywisty, motyw Krainy Ułudy. Ale przede wszystkim doskonała ewolucja: od rubaszności do liryki, równolegle poprowadzona w samym tekście, jak i w przemianie bohatera – Honzy. Genialny motyw związku troll/nimfa i wszystkiego, co się za nim kryje. No i wreszcie inteligentna zmyłka, co do tego, kim jest konkursowa księżniczka i na czym polega jej ratowanie.

Dłużyzn nie doświadczyłem.

Przeszkadzała mi narracja w czasie teraźniejszym, w moim odczuciu pasująca albo do tekstów krótszych (gdzie nie zdąży zmęczyć), albo do wyraźnie dłuższych (bo pozwalają się czytelnikowi przyzwyczaić). Wytłumaczenie dla jej wybory odnalazłem w charakterze Krainy Ułudy i we fragmencie:

Jawa czy ułuda? Jak je rozróżnić, nie wiadomo, chyba że na drugi dzień. Miraż jest wtedy, gdy każdy pamięta co innego; prawda, jak wszyscy to samo.

– a to oznacza, że użycie czasu przeszłego niejako sankcjonowałoby obiektywizm narracji, na który w tym tekście nie było miejsca. Myślę, że gdybym dostał podobną podpowiedź wcześniej, nie narzekałbym na czas teraźniejszy.

Coboldzie, gdybym miał wybrać w ciemno członka Loży, któremu ten tekst ma szanse się spodobać, to obstawiłbym Ciebie ;). Tym bardziej cieszy mnie, że się nie zawiodłeś.

Tak, czeskocentryczne umiejscowienie tego uniwersum było od początku, i tak… pierwotna inspiracja miasta Dragensborg w istocie leży niedaleko Moraw, nawet jeśli sama nazwa na to nie wskazuje.

Przeszkadzała mi narracja w czasie teraźniejszym, w moim odczuciu pasująca albo do tekstów krótszych (gdzie nie zdąży zmęczyć), albo do wyraźnie dłuższych (bo pozwalają się czytelnikowi przyzwyczaić).

Coś w tym jest, że potrzeba czasu, by się do tego czasu teraźniejszego przyzwyczaić i że początkowo drażni.

Mnie też drażniło, choć po lekturze Radka Raka polubiłem tę narrację na tyle, by samemu spróbować, jak to jest.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Zaskoczyła mnie ta zmiana nastroju w połowie opowiadania. Myślałem, że frywolny humor będzie mi towarzyszył do końca lektury, a tu proszę – melancholijna odmiana. 

Muszę jednak przyznać, że zarówno ta żartobliwa część, jak i ta poważniejsza zdecydowanie przypadła mi do gustu.

Pozdrawiam!

Mam trochę mieszane uczucia. To generalnie bardzo dobre opowiadanie: sprawnie napisane, klimat się trzyma kupy, stylizacja również. Ale zupełnie nie jest w moim typie i zawarte żarty zupełnie mnie nie śmieszyły, choć przy samym wstępie/ podtytule trochę parsknęłam śmiechem. No, ale to już kwestia gustu. Tekst nadal na wysokim poziomie. ;)

Z technicznych rzeczy, miałam poczucie, że krasnoludy za mało się od siebie odróżniały, przez co część z nich mi się myliła. Bardzo za to przypadł mi do gusty sam motyw świata ułudy i wyjaśnienie, że prawdziwym jest tylko to, co pamiętają wszyscy po równo.

Zostaw ten żyrandol.

Lupusie, dzięki za odwiedziny. Widzę, że obrałeś ambitną ścieżkę w konkursie. Powodzenia.

 

 Verus, no żarty takie “krasnoludzkie”, więc założyłem, że ich poziom zbyt wysoki być nie może ;). Z ilością krasnoludów też pewnie masz rację. Najchętniej bym ich ograniczył do czterech czy pięciu, bo dla fabuły tylu by wystarczyło w zupełności, ale ostatecznie zostałem przy siódemce, by nawiązać do Śnieżki. Nie mniej uwaga istotna, by tych bohaterów bardziej unikalnych i charakterystycznych tworzyć. Zapamiętam na przyszłość ;).

Miło, że zajrzałaś.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Ech, no, zdaje się, że to będzie bardziej obrona własna, niż komentarz piórkowy ;)

Jestem przeciwniczką tworzenia literatury jedynie słusznej, na jedno kopyto, z parytetami na dodatek, jestem za to zwolenniczką prawdy w literaturze. Stworzyłeś mocno męski świat, to widać nie tylko w tym opku, ale w całym cyklu. Kobiety w tym opku są mocno stereotypowe, jak zauważyła Shanti:

każda kobieca bohaterka została zaszufladkowana w bardzo konkretny / “stary jak świat” sposób.

i to jest stwierdzenie, z którym trudno się kłócić, ale pasują do świata, który wykreowałeś. W tym świecie są prawdziwe. Mało tego, IMO udało Ci się w tym opku pokazać pewną prawdę: kobiety w bardzo męskim świecie nie są szczęśliwe. Nie mam pojęcia, czy był to celowy przekaz, tym bardziej, że zdaje się nikt poza mną go nie zauważa, jednak dla mnie jest czytelny.

 

W przypadku nimfy, dla mnie to nie seksoholizm ani nawet cecha gatunkowa, ale wybów pewnej postawy. Ona czerpie z życia garściami, ale w głębi duszy tęskni za księciem na białym koniu białym trolem, bo wie, że styl życia, który przyjęła sprawdza się tylko na chcwilę. Do momentu, kiedy – obrazowo mówiąc – piersi sterczą jej z jednej strony, a tyłek z drugiej. Potem jest tylko samotna starość, strach, bieda, niechęć i nienawiść ze strony innych, także kobiet, które nie miały odwagi robić tego, co ona. A i książe (czy troll) nie pomogą, bo są produktami tego świata i będą mieli określone oczekiwania. Troll pokazuje mogiły i mówi, że nimfy nie miały serca. Bo zmarły? Czy raczej dlatego, że nie potrafiły sprostać oczekiwaniom i uschły z tęsknoty za utraconą wolnością.

Z drugiej strony jest postawa, jaką przyjęła księżniczka: oburzona, z noskiem uniesionym wysoko do góry, zamknęła się w wieży. Ale w głębi duszy myślała: Chciałabym… A bała się. Trochę żałuję, że nie zabrakło Ci znaków, żeby lepiej pokazać księżniczkę, poznajemy ją tylko z opowieści nimfy i zakończenia, ale i w tak krótkim fragmencie udało Ci się pokazać, co jej w duszy grało.

Oczywiście Ty opisałeś postawy skrajne, i nie są to nie jedyne, jakie mają do wyboru kobiety w takim męskim świecie, ale zbyt dużo ich nie jest. Mogą wybrać drogę Hildegardy z Bingen, niemieckiej mistyczki, medyczki, która jako pierwsza opisała kobiecy orgazm, niestety tylko na podstawie relacji swoich pacjentek, albo drogę Joanny d’Arc. Ale żadna z nich szczęścia nie daje.

 

Tyle tytułem obrony własnej ;) Poza tym Twoje opko mi się zwyczajnie podoba; świetny pomysł i dopasowany do niego język. Na hasło: krasnolud stają mi przed oczami te z książek Pratchetta, a rozebranie pratchettowych krasnoludów do rosołu to prawie złamanie tabu, a ja lubię jak ktoś łamie tabu, byle inteligentnie :) Trollowe: Nie będę dupcył – rozbroiło mnie zupełnie.

A,i tak poza protokołem – Twoja kraina stale mi się z czymś kojarzyła i nie mogłam dojść do tego z czym. Aż w końcu doznałam olśnienia i klepnęłam się w czoło, no toż to internet ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, bardzo dziękuję za obszerny komentarz, zwłaszcza że Twoja interpretacja jest wyjątkowo ciekawa. 

Stworzyłeś mocno męski świat, to widać nie tylko w tym opku, ale w całym cyklu. Kobiety w tym opku są mocno stereotypowe, jak zauważyła Shanti:

Chodzi mi po głowie opowiadanie w roli głównej z kobietą niestereotypową w tym “męskim” świecie. Choć miewam czasem wątpliwości, czy widzę stereotypy tak samo jak czytelnicy, czy też wręcz przeciwnie.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Chodzi mi po głowie opowiadanie w roli głównej z kobietą niestereotypową w tym “męskim” świecie.

Chętnie poczytam, ciekawa jestem, bo mam wrażenie, że będzie jej w Twoim świecie ciężko ;)

Choć miewam czasem wątpliwości, czy widzę stereotypy tak samo jak czytelnicy, czy też wręcz przeciwnie.

Pewnie się nieco różnimy, i dobrze, nie musimy być wszyscy na jedno kopyto :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Nowa Fantastyka