- Opowiadanie: Irka_Luz - Ewy komedia

Ewy komedia

Ups, tak bardzo chciałam się już pozbyć tego tekstu, że popełniłam faux pas. Zanaisie, przepraszam i lekkim poślizgiem, ale serdecznie dziękuję za betę :)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Ewy komedia

Ω

Kόλαση

 

Wracam do pokoju po ciepły sweter, bo nagle zrobiło się piekielnie zimno. Zerkam przelotnie w lustro na drzwiach szafy, dziś zdaje się mieć w sobie magię, której nie potrafię się oprzeć. Przystaję, wciągam brzuch, prostuję plecy, robię parę półobrotów i uważnie studiuję odbicie: Wciąż wchodzę w rozmiar S, mam talię i tyłek, a piersi dzielnie stawiają opór grawitacji.

Podchodzę bliżej i uśmiecham się, od kącików ust natychmiast rusza fala zmarszczek. Poważnieję i zmarszczkowe tsunami ucicha. Na to nie pomaga żaden krem, a kupuję te naprawdę drogie. Uśmiecham się jeszcze raz, szerzej, odsłaniając zęby. Są równe, w miarę białe, ale mój dentysta martwi się o prawą górną dwójkę. Cholerna paradontoza!

– Całkiem nieźle, przynajmniej jak na kogoś, kto liczy sobie pół wieku i parę godzin – mówię do swojego odbicia, a ono znika.

W lustrze oglądam teraz film z przeszłości, wybiórczy, nieuczciwy, ale jednak prawdziwy. Pokazuje kolejne życiowe skrzyżowania, na których skręciłam w złą stronę. I zjazdy z autostrady, które przyciągały, wabiły, a jednak je minęłam, bo bałam się tłuc po nieznanych, a może i niebezpiecznych drogach. I jakby wspomnienia życiowych błędów nie były dość bolesne, szklana tafla mami mirażami tego, co mogłoby być, gdybym wtedy…

Potrząsam głową, usiłując wyrwać się ze wspomnień. Kilkoma mrugnięciami strząsam łzy z oczu. Dobry nastrój, który miałam jeszcze przed chwilą, wyparował. Cholerne urodziny, od dawna ich nie obchodzę i staram się nie pamiętać, ile mam lat. Czuję się jak trzydziestolatka (no, może czułam jeszcze przed chwilą), i tego się trzymam. Ale takiego jubla znajomi nie pozwoliliby mi przegapić. W efekcie sterczę jak idiotka przed lustrem, badam swoje ciało i robię życiowe podsumowania. I, cholera, żal mi niespełnionych marzeń i straconych szans. Nie tak miało być.

– Chcesz zacząć jeszcze raz?

Oglądam się, pod oknem stoi śniady mężczyzna w czerni.

– Niby jak? – pytam.

– Po prostu, przeżyć życie jeszcze raz – odpowiada. – Możesz uniknąć błędów, osiągnąć upragnione cele – kusi.

Waham się. To nie jest złe życie. Mam pracę, którą lubię, ale to nie jest to, co pragnęłam robić. Chciałam pisać, właściwie cały czas coś skrobałam i wszyscy, którzy czytali te opowieści, mówili, że mam talent. Może się mylili, a może zabrakło mi odwagi i determinacji, w każdym razie największe marzenie pozostało niespełnione i już tego raczej nie zmienię.

Stać mnie na to, żeby się nie zadłużać, ale emigracja miewa gorzki smak. Tęsknię. Najbardziej za językiem i ludźmi. Czasami wydaje mi się, że widzę na ulicy polskich znajomych, chcę zawołać, ale spostrzegam, że to zupełnie obce osoby, może tylko trochę podobne.

Mam tu kolegów, a nawet sprawdzonych przyjaciół, ale nie mam rodziny. I jakby na zawołanie widzę w lustrze chłopaka, którego poznałam, gdy miałam siedemnaście lat. Nie pamiętam, jak miał na imię, ale robi mi się smutno, gdy widzę jego twarz. Mogliśmy być razem. Albo mogłam dać szansę Sebastianowi, niezłe ciacho z niego było, ale tak mnie wkurzył, upijając się w Wigilię z ojcem, że go zostawiłam. Seba też pojawia się w lustrze. I dzieciaki, które mogliśmy mieć.

Patrzę na mężczyznę w czerni, który cierpliwie czeka na odpowiedź. Wciąż się waham. Wiem, że mogłam schrzanić więcej.

– I…?

– Tak. – Sama nie wiem, dlaczego to mówię.

– Jak sobie życzysz…

 

***

 

Szafa z lustrzanymi drzwiami stoi dokładnie naprzeciwko łóżka. Nienawidzę tych luster. Nie znoszę zaczynać każdego dnia od patrzenia na siebie. Dzisiaj wkurwiają mnie bardziej niż kiedykolwiek, a jednocześnie nie potrafię oderwać wzroku od odbicia. Skończyłam pięćdziesiąt lat, a widzę kobietę o dziesięć lat starszą.

Długie włosy zwisają mi w strąkach, lepiej wyglądałabym z krótką fryzurą, ale ten idiota nie zgadza się, żebym je obcięła. Raz spróbowałam, ale Sebastian potrafi boleśnie okazywać niezadowolenie.

Po każdej ciąży zostawało mi kilka kilogramów i uzbierało się ich tyle, że mam wrażenie, jakbym była w kolejnej, a na wystający brzuch opadają obwisłe cycki. Tak załatwili mnie moi synowie – trzy wiecznie głodne, głupie bachory, które wyprowadziły się tak szybko, jak to tylko było możliwe. Czasem tylko dzwonią i pytają: Jak leci? a kiedy odpowiadam, każą mi się rozwieść. A niby gdzie mam się podziać?! Wezmą mnie do siebie? Już to widzę.

Przychodzili na świat jeden po drugim, równo co dwa lata. Nie miałam czasu nawet pomyśleć o sobie. A kiedy wreszcie podrośli i poszli do szkoły, zorientowałam się, że nie mam nic – ani skończonych studiów, ani pracy, ani przyjaciół.

Wbrew sobie podchodzę bliżej lustra i oglądam pobrużdżoną twarz o niezdrowej cerze. Szczerzę zęby, choć zwykle rzadko się uśmiecham. Nie mam powodu, a poza tym wstydzę się brakującej prawej górnej dwójki.

Boże, co się ze mną, kurwa, stało! Wszyscy mówili, że jestem dobra, że mam przyszłość i daleko zajdę. Miałam już na koncie pierwsze publikacje. Co się spieprzyło?! Przecież wiem, co. Mój największy życiowy błąd drze mordę w przedpokoju:

– Ewa, wstawaj! No, wstawaj! Nic jej nie zrobiłem! Powiedz im, Ewa. Ewaaa! – zawodzi.

Opuszkami palców dotykam bordowofioletowego siniaka na kości policzkowej.

„Jasne – myślę. – Dla ciebie to nic”.

– Chcesz zacząć od nowa? Jeszcze raz przeżyć życie?

Odwracam się i patrzę w twarz śniadego mężczyzny, ubranego na czarno. Nie waham się ani chwili. Pewnie, że chcę, choćby tylko po to, żeby powiedzieć Sebowi: wypierdalaj.

– Tak!

– Nie ma sprawy…

 

***

 

Lustro pokazuje kobietę sukcesu. To ja: markowe ciuchy, modna fryzura, płaski brzuch, sterczący dumnie biust, nieco tylko wsparty silikonem. Podchodzę bliżej i przypatruję się twarzy w poszukiwaniu zmarszczek. Nic, gładka jak pupcia niemowlaka, a wszystkie niedoskonałości cery (nie żebym miała jakieś poważne) ukrywa perfekcyjny makijaż. Próbuję się uśmiechnąć, ale niespecjalnie mi wychodzi, bo mięśnie nie chcą współpracować. Chyba podczas ostatniego zabiegu źle wstrzyknęli mi botoks. Cóż, młodość ma swoją cenę. Otwieram usta i śnieżnobiałe zęby aż błyszczą.

Zadowolona z oględzin, cofam się o dwa kroki. Tak, nikt nie pomyślałby, że dziś skończyłam pięćdziesiąt lat, wszyscy dają mi najwyżej trzydzieści pięć.

Unoszę dumnie głowę i hardo patrzę w oczy swojego odbicia. Po kilku sekundach nie wytrzymuję i uciekam spojrzeniem. Jak zwykle.

Cholera, osiągnęłam wszystko, mam pozycję, nazwisko, niedługo ukaże się moja książka, tak odważna i kontrowersyjna, że przy niej powieści Lipińskiej i James to bajki dla dzieci.

– Więc dlaczego jestem nieszczęśliwa? – pytam nie wiadomo kogo.

– Straciłaś tylko siebie. I Waldka – odpowiada Ewa po drugiej stronie lustra.

– Pieprzysz!

– Aha, i rzeczywiście taką książkę chciałaś napisać?

Otwieram usta, by wysłać ją do diabła, i zaraz je zamykam.

„Nie, nie taką” – myślę.

Czuję się mała, głupia i nic nieznacząca. Co się, u licha, ze mną stało? I już wredna suka z drugiej strony lustra pokazuje mi odpowiedź…

 

Zaczęło się, jak w dobrej powieści, od morderstwa, które wstrząsnęło miasteczkiem – zazdrosny chłopak zabił dziewczynę. Nowy naczelny zażyczył sobie reportażu o zbrodni. Wszyscy protestowaliśmy, tłumaczyliśmy, że nie wchodzimy z butami w tak intymne sprawy mieszkańców, że takie dziennikarstwo sprawdza się może w dużych miastach, ale nie na prowincji. Szef był nieugięty i mnie przydzielił temat. Nie spotkałam się z rodziną, pogadałam jedynie ze znajomymi sprawcy i ofiary. Po przeczytaniu tekstu naczelny skrzywił się z niesmakiem.

– Styl masz niezły, ale musisz się jeszcze wiele nauczyć – powiedział.

Kilka dni później otworzyłam gazetę i ze zgrozą wpatrywałam się w tytuł, rodem z tabloidów, pod jakim poszedł mój reportaż.

„Boże, jak ja się teraz pokażę na mieście” – myślałam.

Powinnam była zrobić wtedy awanturę w redakcji – nie zrobiłam. Powinnam była odejść – nie odeszłam. Gazeta zmieniała się, dopasowując do realiów współczesnego świata, czy raczej gustu nowego wydawcy. A ja wraz z nią. Coraz łatwiej przychodziło mi akceptowanie napastliwych artykułów, szukanie sensacji i grzebanie w życiorysach w poszukiwaniu brudów. Aż w końcu przyjęłam ten styl i sposób widzenia świata.

I tylko Waldek coraz rzadziej się uśmiechał i coraz mniej rozmawialiśmy. Aż któregoś dnia powiedział:

– Odchodzę.

Pokłóciliśmy się wtedy pierwszy i ostatni raz.

– W życiu trzeba być twardym! – wrzeszczałam.

– W życiu nie można być świnią – odparł, spakował rzeczy i wyszedł.

Nawet nie cierpiałam, bo moja kariera nabrała rozpędu. Nie musiałam już tkwić w powiatowym miasteczku, przeszłam do większej redakcji, a potem kolejnej, coraz bliżej stolicy. Aż wspięłam się na szczyt.

 

A teraz już nie mam czego zdobywać, i uczucia, które stłumiłam, wracają.

– Wciąż go kocham – mówię, ale Ewy nie ma już po drugiej stronie lustra.

– Chcesz zacząć od nowa? Przeżyć życie jeszcze raz? Masz szansę wszystko naprawić.

Odwracam się, na fotelu w rogu pokoju siedzi śniady mężczyzna, ubrany na czarno. Podnosi pytająco brwi. Nie waham się.

– Tak – szepczę, a po policzkach spływa mi czarny jak smoła tusz do rzęs, podobno wodoodporny.

– Proszę bardzo…

 

***

 

Obracam się przed lustrem w tę i we w tę i dochodzę do wniosku, że – jak na kogoś, kto liczy sobie pół wieku i parę godzin – nie jest źle. Wciąż wchodzę w rozmiar S, mam tyłek i talię, a piersi dzielnie opierają się grawitacji. Tylko kiedy się uśmiecham, po policzkach płynie fala zmarszczek, z którymi nie radzą sobie kremy z górnej półki.

„No, dość tego podziwiania się, czas do roboty” – myślę.

Chcę odejść, ale nie mogę, bo w lustrze, miast mojego odbicia, przesuwają się kadry z przeszłości. Jak zahipnotyzowana patrzę na kolejne momenty życia, w których popełniłam błąd, zmarnowane szansy i wyzwania, których nie podjęłam. Dobry nastrój pryska jak bańka mydlana. I tak mi cholernie żal niespełnionych marzeń.

– Chcesz zacząć jeszcze raz? Przeżyć życie od nowa? 

Odwracam się, pod oknem stoi śniady mężczyzna, ubrany na czarno. Patrzy na mnie wyczekująco.

Waham się. Mojemu pisarskiemu marzeniu już dawno wyprawiłam pogrzeb, ale mam pracę, którą lubię. Emigracja miewa gorzki smak, ale poznałam świetnych ludzi i nauczyłam się czegoś o świecie. Nie mam rodziny, ale za to kilku sprawdzonych przyjaciół. Zresztą posiadanie rodziny nie zagwarantowałoby mi szczęścia. Wiem to, choć nie mam pojęcia skąd.

– Nie – mówię. – I tak popełniłabym inne błędy, straciła jakieś szanse. Niech zostanie jak jest.

– Gratulacje, szybko ci poszło! – Mężczyzna w czerni klaszcze. – Niektórzy nie potrafią zrozumieć, że człowiek ma tylko jedną szansę i próbują bez końca, a u ciebie tylko jedna runda i jaka zmiana punktu widzenia! No, nic tu po mnie, spadam.

Jego postać blednie, staje się coraz mniej wyraźna. Kiedy jest tylko ledwie widocznym cieniem, przypominam sobie inne pokoje, inne lustra, inne ja.

– Hej, zaczekaj! – wołam. – Co to właściwie było?

Na moment staje się wyraźniejszy.

– Piekło – odpowiada i znika na amen.

 

 

καθαρτήριο

 

Przez chwilę gapię się na miejsce, w którym stał, a potem wzruszam ramionami i sięgam do szafy po ciepły sweter. Dłoń przechodzi przez drewno, a szafa pozostaje zamknięta. Marszczę brwi.

„Co u licha” – myślę.

Coś ciągnie mnie do przedpokoju i mam wrażenie, że nie spodoba mi się to, co tam zastanę. I rzeczywiście, leżę na podłodze – bez życia. I jedyne, co przychodzi mi do głowy, to: Ups. Nawet bez wykrzyknika. Jestem martwa i zupełnie mnie to nie rusza, jakby cała energia, wszystkie lęki i namiętności pozostały w ciele, leżącym w otwartych drzwiach mieszkania. Nawet nie zastanawiam się, co doprowadziło mnie do tego stanu, przelatuje mi jedynie przez myśl, że to była dobra śmierć, taka, jakiej sobie zawsze życzyłam: bez cierpienia, długiej, wyniszczającej choroby, rozpaczy, lęku i samotności.

Coś jednak przebija się przez obojętność.

– Cholera! Już się nie dowiem, co dziewczyny kupiły mi na urodziny. A tyle było biegania i szeptania po kątach. – Pojęcia nie mam dlaczego akurat to wydaje mi się teraz ważne.

– Wibrator. – Słyszę za sobą.

– Żartujesz?! – Odwracam się, za mną stoi kolejny facet.

– Nie – odpowiada krótko.

Zerkam na ciało, może to i lepiej, że tego prezentu nie dostanę, bo nigdy nie potrafiłam robić dobrej miny do złej gry.

– Chciałabym wiedzieć, kto to wykombinował? I co one sobie, cholera, myślały?!

– Proszę bardzo. – Słyszę jeszcze za sobą i ląduję w dyżurce, gdzie Ilse urabia resztę ekipy:

– No, co wy takie sztywne jesteście? Będzie zabawnie, a jej się przyda, bo przecież faceta nie ma…

Niejeden raz chodzi, smęci, namawia, starannie omijając nasze nieliczne męskie rodzynki, aż dziewczyny jedna po drugiej się zgadzają, bardziej dla świętego spokoju niż z przekonania.

– Skąd ci się to wzięło, idiotko? – pytam, choć ona mnie oczywiście ani nie słyszy, ani nie widzi.

Ktoś jednak słyszy, bo ląduję na naszej firmowej imprezie, ostatniej przed covidem, i obserwuję siebie: Uśmiecham się idiotycznie do faceta, który jest kompletnie nie w moim typie. Pamiętam to! To był mąż Ilse, choć wtedy o tym nie wiedziałam. Starałam się jakoś przetrwać monolog o panelach solarnych, który mi zaserwował, i myślałam, jak uciec, nie obrażając go przy tym.

– On jest mój, ty głupia krowo! – Słyszę w głowie głos Ilse.

Rozglądam się i dostrzegam ją. Stoi przy stolikach z jedzeniem i patrzy na nas z gniewną miną. W życiu bym nie pomyślała, że jest zazdrosna i taka pamiętliwa. W ogóle się nie zorientowałam, jakie nią targają uczucia, ba, sądziłam, że całkiem nieźle się dogadujemy.

„Ciekawe, ile razy jeszcze się pomyliłam” – myślę nieopatrznie, bo natychmiast przed oczami przelatują mi kolejne sceny, a w głowie słyszę cudze myśli.

Mark wskazuje mi błąd w sprawozdaniu:

– Mogłabyś się wreszcie porządnie nauczyć pisać po niemiecku. Mam coś lepszego do roboty, niż ci wiecznie pomagać.

Proszę o coś sprzątaczkę:

– A ty myślisz, że jesteś lepsza ode mnie! Verdammte Ausländer!

– Odczep się wreszcie ode mnie. To, że pracujemy razem, nie oznacza, że jesteśmy przyjaciółkami.

– Żałosna jesteś.

Niektóre głosy mnie zaskakują, niektóre irytują, a inne sprawiają ból.

– Czasami cię nienawidzę. Musisz być taka zawsze poukładana…

To Karin. Karin?! I ty, Brutusie, przeciw mnie!

– Jesteś głupia! – Mama patrzy z gniewną miną.

Powtarzała to tyle razy, niemal odruchowo. Potem tłumaczyłam sobie, że wcale tak nie myśli, że to tylko słowa. Teraz już sama nie wiem.

– Jesteś głupia. – Ojciec spogląda beznamiętnie.

– Głupia!

Otaczają mnie twarze patrzące z pogardą, słyszę kryjące się za nimi myśli:

– Głupia!

Powielone setki razy słowo zmienia się w chmurę nasączonych trucizną szpilek, które wbijają się we mnie niczym w woskową lalkę. Jad zaczyna działać natychmiast. Kulę się, cofam, chciałabym się schować w jakimś ciemnym kącie, bo… jestem głupia. Tyle lat z tym walczyłam, zapłaciłam wysoką cenę nawet nie za zwycięstwo, a jedynie kruchy rozejm, a teraz znowu mnie atakuje. Nawet śmierć mnie nie chroni. Czy tak będzie przez wieczność?

– Nie! – Prostuję się. – Nie jestem głupia! Nie miałaś prawa mi tego stale powtarzać! – Celuję palcem w twarz matki, a ta rozpryskuje się jak bańka mydlana. – Ty też nie! – Twarz ojca znika, a za nią kolejne. – Nie muszę tego słuchać, sama wiem, kim jestem!

Głosy milkną, a ja znowu stoję nad ciałem Ewy, moim ciałem. Pierś mi faluje w spazmatycznym oddechu. To znaczy oddychałabym spazmatycznie, gdybym w ogóle oddychała. Ale przecież oddycham. Absurdalność sytuacji i brak zrozumienia, co się właściwie dzieje wkurzają mnie jeszcze bardziej. Myślałam, że śmierć jest prosta, pyk i po wszystkim. To umierania się bałam.

Odwracam się i staję twarzą w twarz z mężczyzną, który wysłał mnie w tę podróż. Stoi spokojnie, nieporuszony.

– Ty! – Celuję w niego palcem i nie wiem, co powiedzieć.

Dopiero teraz rejestruję jego wygląd: jasna skóra, blond włosy, skrzące się, jakby posypał je diamentowym pyłem i oczywiście ubrany w biel. Słowo anioł nie przeszłoby mi przez gardło, nie po tym, co właśnie przeżyłam. Przypominam sobie tego pierwszego – faceta w czerni.

– Musicie być tacy stereotypowi?! – Staram się włożyć w to ostatnie słowo jak najwięcej jadu.

– Względy kulturowe, czasem to pomaga. Choć nie jestem aniołem. Jesteśmy raczej… audytorami – odpowiada. – Ale jeśli wolisz coś innego, nie ma sprawy.

Jego garnitur i koszula powoli zmieniają barwę. Najpierw przypominają zabielaną zupę ogórkową, potem rozcieńczony płyn do ust, niedojrzałe jabłko, by wreszcie przybrać odcień soczystej młodej trawy. Mój ulubiony, choć niekoniecznie w przypadku modowej stylizacji.

Już mam rzucić jakąś kąśliwą uwagą, gdy słyszę szczęk zamka w drzwiach naprzeciwko. Tracę zainteresowanie aniołem, audytorem, czy kim on tam jest.

– No, ciekawe – mruczę z mściwą satysfakcją i wlepiam spojrzenie w otwierające się drzwi.

 

***

 

– Scheiβe! – Worek ze śmieciami wypada z rąk sąsiada. – Fuck!

Chłopak pochyla się nad moim ciałem, a potem prostuje gwałtownie i w panice rozgląda dookoła, jakby szukał kogoś, kto zajmie się problemem, bo sam nie wie, co robić. Nie dziwię się, raczej nie myśli trzeźwo. Wiem coś o tym, bo o pierwszej w nocy waliłam w drzwi jego mieszkania i wrzeszczałam, żeby ściszył muzykę. Otworzył, spojrzał zamglonym alkoholem wzrokiem i poradził, żebym zmieniła pracę, to nie będę musiała tak wcześnie wstawać. Balował trzecią noc z rzędu, a ja po raz kolejny nie mogłam spać. Zadzwoniłam po policję, obiecali, że przyjadą najszybciej jak się da. Po godzinie sąsiad wyłączył muzykę, a ja odpłynęłam, po dwóch kolejnych godzinach obudzili mnie gliniarze, którzy przyjechali na interwencję.

Coś chyba dotarło do jego zapijaczonego łba, bo wyjmuje komórkę, przez chwilę myśli intensywnie, a potem drżącymi palcami wystukuje numer. Dyżurny pogotowia instruuje go, co robić i chłopak stękając zaczyna masaż serca. Trochę przeszkadza mu biust, ale radzi sobie całkiem nieźle.

– To. Nie. Moja. Wina. To… – powtarza w rytm uciśnięć.

Przyglądam mu się ze zdumieniem. Twarz ma mokrą, sama nie wiem czy od potu, czy łez. Brakuje mu sił – trzy doby alkoholowych libacji zrobiły swoje – gubi rytm, uciski są coraz słabsze, ale nie przestaje.

Na schodach słychać rumor, to przybywa profesjonalna odsiecz. Chłopak zdaje się nie słyszeć ratowników.

– Proszę się odsunąć, zajmiemy się nią.

Nie reaguje. Medycy dosłownie odstawiają go pod ścianę, a on zsuwa się po niej i kuli na podłodze. Wciąż powtarza swoją mantrę:

– To. Nie. Moja. Wina.

Cholera, chyba zafundowałam mu traumę. Nie wiem, czy to efekt przepicia, który minie, gdy wywietrzeją promile, czy coś trwalszego, ale żal mi się go robi. Może zbyt surowo go oceniłam, może dzieciak ma po prostu problemy.

„Ile razy jeszcze się tak pomyliłam?” – przelatuje mi przez myśl.

– Nie! – Odwracam się gwałtownie do faceta w zieleni. – To było pytanie retoryczne! Nie chcę wiedzieć. I tak już niczego nie zmienię.

– W porządku – mówi z lekkim uśmiechem.

Przypominam sobie myśli innych, które mnie atakowały.

– Nie jestem lepsza, co?

Kiwa głową.

– Nikt nie jest.

Lekarz poddaje się dość szybko, oficjalnie stwierdza zgon i rusza, by zająć się sąsiadem. Patrzę na ciało, które było mną, leży z rozerwaną bluzką wśród medycznych śmieci. Tyle zostaje – bałagan.

– Co teraz? – pytam.

– Teraz…

Coś szarpie mnie do tyłu, lecę, a świat się oddala.

 

A

παράδεισος

 

– Teraz możesz odpocząć.

– Och! – wyrywa mi się.

Stoimy w ogrodzie. Jest ciepły wiosenny dzień, drewniany leżak, wyścielony poduszką zaprasza, by się na nim ułożyć. Mieszkam, nie, mieszkałam w bloku, na drugim piętrze i ogród pozostawał jedynie w sferze marzeń, więc teraz czuję się, jakbym znalazła się w raju. Na stoliku obok leżaka stoi szklanka z lemoniadą, a na ławie po drugiej stronie mam kilkanaście grubych książek.

– Urządź się jakoś – mówi Audytor w zieleni i wręcza mi szklaną kulkę.

– Co to jest? Jak?

– Tu możesz niemal wszystko – odpowiada, ignorując pierwsze pytanie. – A kiedy już będziesz gotowa, idź tam… – Wskazuje ścieżkę, której końca nie widzę, mimo że biegnie prosto jak strzała.

– Co tam jest? – pytam, ale już go nie ma.

Rozglądam się niespokojnie, czekając aż dojdzie do czegoś niemiłego, ale nic się nie dzieje. Kulka, którą trzymam w ręce rozgrzewa się przyjemnie. Badam ją z ciekawością, wewnątrz kłębi się mgła i czasem coś iskrzy. Zastanawiam się, do czego służy i nie mam pomysłu. W końcu wzruszam ramionami, odkładam kulkę na stolik, sadowię się na leżaku i sięgam po szklankę. Przelatuje mi przez myśl pytanie, czy martwi mogą pić, ale po pierwszym łyku okazuje się, że tak. Lemoniada jest chłodna, cytrynowo-miętowa i smakuje niebiańsko. Zachęcona tym doświadczeniem rzucam w przestrzeń:

– Czereśnie!

Na stoliku materializuje się miseczka z owocami. Kosztuję i nie mam wątpliwości, że jestem w raju. Sięgam po opasłe tomisko. Uśmiecham się, bo rozpoznaję tytuł. Już kiedyś to czytałam, ale okazało się, że trafiłam na pierwszy tom, a kolejne ukazywały się w sporych odstępach czasu. Kupowałam je i odkładałam, czekając aż uzbieram cały cykl. Miało powstać dziesięć tomów, a zdołałam zebrać cztery. Teraz mam kompletną sagę, chyba są tu nawet części, które jeszcze nie ukazały się po polsku, a może nawet wcale się nie ukazały. Lektura w sam raz na wieczność.

Trzysta stron później zamawiam obiad, a przy okazji tworzę altankę z porządnym stołem, przy którym można wygodnie jeść. Nie czuję głodu, ale brakuje mi rytmu dnia, wyznaczanego przez posiłki. Poza tym jedzenie jest przyjemnością, więc nie powinno go zabraknąć w raju. Dodaję jeszcze do krajobrazu moje ulubione kwiaty i pogrążam się na powrót w lekturze.

Jestem w połowie drugiego tomu, gdy zdaję sobie sprawę, że coś jest nie tak, ale nie potrafię powiedzieć co. Dopiero po dłuższej chwili dociera do mnie, że słońce wciąż tkwi w tym samym miejscu, odkąd tu przybyłam stale jest południe. Trzeba to zmienić, bo lubię wschody i zachody słońca, rosnący i malejący księżyc i widok Drogi Mlecznej. Zadanie okazuje się nie takie proste. Bez względu na to, jak formułuję życzenie – nic się nie dzieje, a przecież audytor powiedział, że mogę wszystko. No dobrze, niemal wszystko, ale czy chcę zbyt wiele?

Lekko sfrustrowana przysiadam na brzegu leżaka i zastanawiam się, co dalej, gdy moje spojrzenie przyciąga skrząca się kulka. Biorę ją do ręki i oglądam z uwagą, a potem tknięta przeczuciem rzucam w górę.

– Chcę prawdziwego świata!

Nie słyszę wybuchu, ale kulka eksploduje. Mój mały raj, niczym latający dywan, gna przez rozszerzającą się przestrzeń, otoczony gęstą, buczącą mgłą. Tak gorącą, że emituje słaby poblask światła. Rozglądam się przerażona i zafascynowana jednocześnie. Ale już otacza mnie absolutna ciemność. Po omacku szukam leżaka, opadam na niego, drżąc ze strachu i ekscytacji.

– Świece!

Wątłe płomyki ledwie rozpraszają mrok. Podskakuję, gdy wokół mnie zaczynają przelatywać smużki światła. Chwilę później ogród przepływa obok gwiazdy tak wielkiej, że Słońce wyglądałoby przy niej jak kropka kończąca zdanie. Zasłaniam oczy, oślepiona blaskiem jej wybuchu. Dookoła eksplodują kolejne supernowe.

Przepływam przez obłoki zimnego gazu. Jeden z nich zapada się i wybucha tworząc nową gwiazdę, wokół której wiruje pył, a wraz z nim mój ogród. Niewiele widzę, jakbym wędrowała w burzy piaskowej. Stopniowo jednak kurz opada i mogę podziwiać chaos rodzącego się układu gwiezdnego. Wirujące kamienne bryły, zderzają się i odskakują od siebie niczym kule bilardowe, albo rozsypują w proch. Obok mknie powiększająca się płonąca kula, w którą stale uderzają meteoryty i komety. Zderza się z inną, mniejszą. I znowu nic nie widzę, prócz gorącego, połyskującego pyłu. Ale wiem, że pod nim powstaje mój świat. I że nie będzie jedyną planetą w tym układzie.

Ogród łagodnie osiada na wciąż żarzącej się ogniem kuli. Spędzam noc wpatrzona w miliardy gwiazd, jaśniejących na niebie, podziwiam nieznane konstelacje i dwa wędrujące po niebie księżyce. Obiecuję sobie, że opiszę to, co widziałam. Jeśli zdołam. Ale nie teraz, później, kiedy już ręce przestaną mi się trząść.

Wschodzi słońce, a przynajmniej jakaś gwiazda. Popijam lemoniadę, wciąż drżę po przeżyciach poprzedniego dnia i żeby się uspokoić, sięgam po książkę. Wsiąkam w obcy świat, starając się przez chwilę nie myśleć o tym, który powstał na moich oczach.

Kończę opowiadanie, które autor wcisnął między drugi i trzeci tom i co rusz podnoszę wzrok, bo żonkile, maki i konwalie rosnące obok siebie nie tworzą harmonii.

„Faktycznie trzeba to jakoś urządzić” – myślę.

Wstaję, przeciągam się i zabieram do pracy. Pierwsze próby nie są udane, jestem jak dziecko, które dostało klocki i próbuje zrozumieć, co można z nimi zrobić, łącząc kolorowe elementy w przypadkowe konstrukcje. Przysiadam na brzegu leżaka i zastanawiam się, czego właściwie chcę.

Morze. Tam. Trochę dalej. A mój ogród powinien być odrobinę wyżej. O, tak jest dobrze. I plaża z jasnym, drobnym piaskiem. Koniecznie góry! Dorastałam w górach i długo nie mogłam się przyzwyczaić do płaskiego horyzontu. Tam. Górzysty cypel wbijający się w morze, łańcuch kolejnych wzniesień zataczający półkole. Wygląda nieźle. Przez chwilę eksperymentuję z lasem, porastającym góry, w końcu decyduję się na mieszany, z lekką przewagą buków. U podnóża gór łąka, oddzielona od ogrodu szpalerem drzew owocowych. Nie za gęsto, żeby nie psuły widoku. Wybieram majowe kwiaty: konwalie, tulipany, mam też trochę stokrotek, kluczyków i niezapominajek. Na łące powyżej królują margerytki, smółki i dzwonki. Rozglądam się za miejscem dla kilku krzaków bzu. Tam. Nie będę ich widzieć, ale poczuję zapach.

Rozwalam się na leżaku i podziwiam swoją pracę. Popijam lemoniadę i sięgam po kolejny tom, a właściwie półtom cyklu. Przeskakuję do uniwersum, stworzonego przez autora i wsiąkam. Mija noc, nadchodzi ranek. Staram się skupić na lekturze, gnana ciekawością, co będzie dalej, ale coś wybija mnie z rytmu, przeszkadza. A właściwie nie coś, raczej brak czegoś. Odkładam książkę i rozglądam się dookoła. Wodzę spojrzeniem po krajobrazie, który stworzyłam, wszystko wydaje się perfekcyjne. Zatrzymuję wzrok na wodzie.

– Wiem! – krzyczę.

Wszystko jest nieruchome, najlżejszy wietrzyk nie porusza liśćmi drzew, a morze jest gładkie niczym lustro. Potrzebuję pogody. A nie mam pojęcia, jak zabrać się do jej tworzenia. Wiem, że tym razem muszę poradzić sobie sama, bo audytor nie zostawił mi niczego poza kulką, którą już wykorzystałam.

– Laptop z dostępem do internetu – rzucam z nadzieją w przestrzeń.

Urządzenie materializuje się na stole w altance. Zrywam się z leżaka, niecierpliwie czekam na załadowanie windowsa i klikam ikonkę Firefoxa. Przygryzam wargę, wydaje mi się, że upływają wieki, nim na ekranie pokazuje się napis: Google.

– Yes, yes, yes! – wrzeszczę.

Od razu wpisuję w wyszukiwarkę adres mojego ulubionego portalu literackiego. Czy ktoś tam zauważył, że zniknęłam? Czy zastanawiają się, co się stało? Wieczorem, przed śmiercią wrzuciłam nowy tekst, ciekawe, jak został przyjęty? Zaglądam, o czym ludzie gadają i w jednej sekundzie tracę dobry nastrój. Wpatruję się tępo w ekran, próbuję odświeżyć stronę, ale wciąż mam przed oczami tylko to, co widziałam wieczorem w przeddzień śmierci, gdy ostatni raz zajrzałam na portal.

Spada na mnie poczucie straty i osamotnienia i przygniata do ziemi niczym kilkutonowa skała. Wreszcie dociera do mnie, jak wiele straciłam: przyjaciół, znajomych, poczucie przynależności, możliwość obserwowania tego, co dzieje się na świecie. Niby zawsze byłam samotna, ale jednak wśród ludzi. Obraz na ekranie zaciera się, bo patrzę na niego przez łzy. Zostawiam laptopa, zwijam się w kłębek na leżaku i płaczę, aż mój raj ogarnia mrok, rozświetlany blaskiem gwiazd i księżyców. Życzeniem przywołuję niewielką lampkę, sięgam po książkę i uciekam w świat magii i szalejących burz.

Świt zastaje mnie już uspokojoną i jako tako pogodzoną z losem. Tamten świat zostawiłam za sobą, teraz mam nowy, o który trzeba zadbać. I nie muszę być sama. Mogę sobie stworzyć… towarzystwo. Zapełnić to miejsce ciekawymi ludźmi, albo lepiej – wydzielić dla nich jakąś oddzielną przestrzeń, żeby za bardzo nie przeszkadzali. A nawet napisać dla nich książkę.

– Mogę, prawda? – szepczę w przestrzeń.

– Tak – słyszę w głowie odpowiedź.

Oddycham z ulgą. Mam tyle możliwości. Ale jeszcze nie teraz. Jestem introwertyczką, która całe życie pracowała z ludźmi, należy mi się odrobina samotności.

Zasiadam przed laptopem i przebijam się przez informacje na temat atmosfery, klimatu, układów ciśnień i mas powietrza, a potem jeszcze historii Ziemi.

– Pomogłoby, gdybym wiedziała, jak teraz wygląda planeta – mruczę zirytowana, bo mózg mi się gotuje od natłoku informacji.

Coś odrywa mnie od laptopa i lecę. Ogród staje się coraz mniejszy, aż znika, a w jego miejsce widzę glob z oceanami i kontynentami jałowej ziemi. Zastanawiam się, czy cała ta woda pochodzi z komet, czy też moja inwencja twórcza też miała udział w jej pojawieniu się. Podziwiam planetę i mam nadzieję, że któregoś dnia zacznie przypominać Ziemię.

 Kiedy mam już wszystko, czego potrzebuję, dochodzę do wniosku, że najpierw trzeba postarać się o jakieś schronienie na niepogodę. Umieszczam tylko bakterie fotosyntezujące w oceanach i daję się pochłonąć nowej idei.

Właściwie to okłamuję sama siebie. Nie odczuwam zimna ani gorąca, nie zaszkodziłby mi ani siarczysty mróz, ani deszcz, ani upał. Po prostu chcę mieć dom. Miejsce, które daje poczucie bezpieczeństwa, gdzie można skryć się przed światem, choćby i ten świat był pusty. Buduję więc prosty, niewielki dom, ze skrzypiącymi drewnianymi podłogami, kominkiem i kuchnią na tyle obszerną, żeby pomieścić duży stół. Urządzam wnętrza wygodnymi meblami, wypełniam biblioteczkę ulubionymi książkami, starannie dobieram zasłony i nieliczne dekoracje.

Noc spędzam w fotelu przy kominku, z kolejnym półtomem sagi w ręku. Rano wychodzę na ganek z kubkiem kawy. Bezruch mojego świata zaczyna mi coraz bardziej doskwierać, ale jakoś trudno zabrać się do pracy. Przeraża mnie ogrom przedsięwzięcia, zastanawiam się, czy sobie poradzę, ale przede wszystkim straciłam entuzjazm. Światotwórstwo już mnie nie bawi, a jego efekty nie dają radości. Czuję jednak, że trzeba to zrobić. Odstawiam kubek na parapet i zaczynam działać.

Jest późne popołudnie, siedzę na leżaku z książką, ale nie potrafię się skupić na lekturze. Czuję na twarzy powiew wiatru, po niebie płyną cumulusy, układające się w dziwaczne kształty, fale uderzają o plażę, szumią drzewa. Osiągnęłam, co chciałam. Powinnam być zadowolona, ba, szczęśliwa, ale nie jestem. Nie ma nikogo, kto dzieliłby ze mną radość z osiągnięć.

Wiem, że nie zakończyłam jeszcze pracy, bo w moim raju brakuje żywych istot, ale nie mam ochoty ich kreować. Podobnie jak ludzi, bo mogłabym stworzyć jedynie kogoś na swoje podobieństwo. Nawet gdybym zapragnęła konkretnej osoby, dostałabym zapewne tylko własne o niej wyobrażenie. Ile wytrzymałabym z kimś takim?

Mogłabym dać szansę ewolucji. Fajnie byłoby popatrzeć, jak na planecie rozwija się życie. To oznaczałoby jednak eony samotności bez żadnej gwarancji, że w końcu pojawią się istoty myślące. Niby zawsze można walnąć asteroidą, gdyby rozwój szedł w niepożądanym kierunku, ale jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, bym mogła podjąć taką decyzję. I nawet nie chcę stawiać siebie przed takim wyborem.

Rozglądam się dookoła, wiele się tu zmieniło, odkąd przybyłam i chwilę trwa, nim znajduję to, czego szukam. Wejście na ścieżkę, którą pokazał mi na początku audytor, znajduje się teraz tuż obok domu, pomiędzy krzewami bzów. Waham się tylko chwilę. Gładzę okładkę kolejnego półtomu sagi i żal mi, że już nie poznam zakończenia.

Idę, bo zawsze wierzyłam, że za zakrętem może czekać coś ciekawego, bo bardziej żałuję okazji, które w życiu zmarnowałam, niż błędów, które popełniłam. Idę, bo wszystko ma swój koniec, nawet wszechświat, który został mi dany, kiedyś umrze, a ja wraz z nim. A nie wiem, ile czasu tu spędziłam. Siedem dni? Albo siedem miliardów lat. Ile czasu mi zostało, by dowiedzieć się, dokąd prowadzi ta ścieżka? Idę, bo nie mogę znieść samotności bez ludzi, wśród nich jest łatwiej.

 

***

 

– Co teraz? – pytam, kiedy kolejny raz staję przed audytorem.

– Mądra decyzja – mówi, jakby w ogóle nie słyszał pytania. – Dałaś im szansę na samodzielność, skoro cię nie ma, nie powstanie idea, że jesteś.

– Będą tam świadome istoty? – pytam, choć w gruncie rzeczy niewiele mnie to obchodzi.

W tej chwili chciałabym tylko przestać istnieć, wieczność wydaje mi się nagle przereklamowana.

– Kiedyś tak – odpowiada z uśmiechem. – A ty…

Wokół mnie wirują kłębki mgły.

– Co… – nie udaje mi się skończyć.

Patrzę prosto w źrenice audytora i widzę w nich odbicie szklanej kulki, wewnątrz której kłębi się mgła i czasem coś iskrzy.

– Kiedyś będzie z ciebie piękny wszechświat. – Słyszę jeszcze, a potem zasypiam spokojnie, otoczona miliardami potencjalnych gwiazd.

Koniec

Komentarze

Lustra naprzeciwko łóżka?! Dzikuska! Ciekawe co na ten temat pomyślałby sobie stary dobry Ziggy Freud? Może ten wibrator to wcale nie taki najgłupszy pomysł? Hi hi ;)

Planet terror

Oj tam, chata niewielka, szafę było trzeba gdzieś wstawić i wyszło jak wyszło ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cóż.. według naczelnych teorii, tzw. histerię dało się leczyć. Strzeliłabyś sobie takie mosiężne hebanowe cacuszko w komplecie z oliwiarką, to może nawet udałoby ci się zachaczyć o steampunk;)

Planet terror

Tia… i para buch…

Muszę przyznać, że różnych reakcji się spodziewałam, ale że lustro w sypialni wzbudzi takie emocje… No, zaskoczyłaś mnie ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Oczywiście z potężnie zbudowanym, wiedzácym co robi pewnym siebie operatorem, z sumiastym wąsem, ubranym w staromodny surdut z podwiniętymi rękawami zabawa była by zapewne znacznie lepsza. No dobra, dobra już więcej nic nie piszę :D

Planet terror

Przynajmniej nie musiałabyś sama dbać o podtrzymywanie domowego ogniska, sorry, znaczy się paleniska.. Buachacha haha. Sorry siostrzyczko, ale nie mogę się powstrzymać :D masz może w domu węgiel i drewniane Szczepki?!

Planet terror

zmarszczkowe tsunami

Cudowne.

 

Fajna opowieść. Najbardziej podobała mi się ta część z facetem i lustrem, ma w sobie taką nienachalną głębię.

Cudowne.

Ech, niestety z doświadczenia ;)

 

Dzięki za przeczytanie :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Ponieważ mam współdoświadczenia, wiec współodczuwam;)

Myślałam kiedyś o takim powtórnym przeżywaniu życia, jako o pomyśle na opowiadanie, wiec teraz zazdroszczę;)

Niesamowite. Miś nie przypuszczał, że tak go wciągnie. Nie przeszkadzało mu, że bohaterem jest kobieta. Z wyjątkiem ewidentnych miejsc w opowiadaniu, spokojnie mógłby to być mężczyzna. Miś nie zwracał uwagi na to, czy gdzieś można by coś poprawić. Zbyt to było interesujące. Greckie tytuły (miś je sobie przetłumaczył dopiero po przeczytaniu tekstu) są świetnym posunięciem. W takiej formie nie stanowią spojlerów dla łaknących kontynuacji czytania. Konstrukcja z uwzględnieniem takiej kolejności etapów i włączenie elementów fantastycznych w logiczny i naturalny sposób, dają piękno opowiadaniu takie, że miś klika do biblioteki, mając nadzieję, że ten komentarz będzie miał moc sprawczą.

Niezwykła opowieść podzielona na: piekło, czyściec i niebo. Z początku myślałem, że to będzie coś w rodzaju Fausta, albo jak w filmie “Bedazzled”, a to – zupełnie inne.

Mocne zakończenie. Czy używanie do zapisu tytułów sekcji współczesnej greki, zamiast starożytnej, jest zabiegiem uzasadnionym fabularnie?

 

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Ambush

Myślałam kiedyś o takim powtórnym przeżywaniu życia, jako o pomyśle na opowiadanie, wiec teraz zazdroszczę;)

A chodziło mi to już jakiś czas po głowie :) Ale temat daje spore możliwości, a sposób, w jaki go wykorzystałam nie jest jedynym możliwym :)

 

Koalo, dzięki :) Kurczę, takie komentarze dają ogromną radochę :)

Z wyjątkiem ewidentnych miejsc w opowiadaniu, spokojnie mógłby to być mężczyzna

Pewnie, że mógł być i może nawet gdzieś tam jest ;) Ale są rzeczy, które lepiej mi się pisze z kobiecego punktu widzenia ;)

 

Greckie tytuły (miś je sobie przetłumaczył dopiero po przeczytaniu tekstu) są świetnym posunięciem. W takiej formie nie stanowią spojlerów dla łaknących kontynuacji czytania.

I o to mi dokładnie chodziło :)

 

Cieszę się, że konstrukcja jest dla Ciebie logiczna, bo bez logiki czasem trudno o piękno :)

 

Jeszcze raz dziękuję za cudny komentarz i kliczka :)

 

 

Radku,

Dzięki za przeczytanie :) Rozumiem, że zakończenie wybrzmiało i bardzo mnie to cieszy :)

Czy używanie do zapisu tytułów sekcji współczesnej greki, zamiast starożytnej, jest zabiegiem uzasadnionym fabularnie?

Ech, wiedziałam, że w końcu ktoś zwróci na to uwagę, ale miałam nadzieję, że raczej później niż wcześniej ;)

Obawiam się, że nawet starożytna greka byłaby dyskusyjna, bo ona w końcu nie tworzy naszego świata. Początkowo miały być tylko literki omega i alfa, proste, zrozumiałe, ale potem zaczęłam się zastanawiać, czy w ten sposób za dużo nie zostanie w mojej głowie ;) Potrzebne były konkretniejsze śródtytuły i pojawił się problem języka. Po polsku, albo angielsku (współczesna łacina) to będzie spojler, po łacinie (pasowałoby do tytułu) w zasadzie też spojler. Hebrajski – zbyt odległy, a poza tym musiałabym zrezygnować z alfy i omegi, a nie chciałam. Pozostała greka. I nawet zastanawiałam się nad archaiczną wersją, ale wujek gugel był w tej kwestii średnio pomocny. Wiem, kogo mogłabym poprosić o pomoc, ale pozostaje kwestia rozszyfrowania śródtytułu. Teraz jest to proste, przy pomocy opcji kopiuj-wklej dowiesz się wszystkiego, w wersji archaiczej – diabli wiedzą.

Krótko mówiąc taka forma jest wynikiem kompromisu, który jest daleki od zadawalającego ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Początek trochę przywodzi na myśl historie z wehikułem czasu i poprawianiem swojego życia, w których rezultat zawsze jest opłakany. Ale potem Twoja opowieść się rozkręca i robi się nieprzewidywalna.

Po co sąsiad wchodził do jej mieszkania? Drzwi nie były zamknięte?

To ciekawe, ale i straszne, że raj na ogół tak szybko się nudzi mieszkańcom.

Czytało się przyjemnie, greka ładnie urozmaiciła tekst.

Babska logika rządzi!

Hej, Finklo, dzięki za wizytę :)

No, miało być nieprzewidywalnie, fajnie, że się udało. Raj się nudzi, bo ileż można żyć długo i szczęśliwie, a u mnie na dodatek jest samotność.

Po co sąsiad wchodził do jej mieszkania? Drzwi nie były zamknięte?

No, nie były:

Jestem martwa i zupełnie mnie to nie rusza, jakby cała energia, wszystkie lęki i namiętności pozostały w ciele, leżącym w otwartych drzwiach mieszkania.

 

Dzięki za kliczka :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

No to co ona tam robiła w tych otwartych drzwiach? Z gliniarzami już się zdążyła pożegnać, bo przecież by jej tak nie zostawili. Do pracy wychodziła? Ale że nikt jej wcześniej nie zauważył, dopiero ten skacowany sąsiad, który pewnie nie zerwał się o świcie, żeby śmieci wywalić…

Ale to tak tylko marudzę.

Babska logika rządzi!

Do pracy. Otworzyła drzwi i padła. Jeśli masz ostatnie piętro, dwa mieszkania, wczesne wyjście do pracy to się da. Mogła se tak poleżeć. Lekarze poddali się szybko, a to też coś oznacza.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

No tak, dwa mieszkania na najwyższym piętrze sporo tłumaczą. Acz wtedy pewnie z roboty by ktoś do niej wydzwaniał i sąsiad mógłby te dzwonki usłyszeć…

Babska logika rządzi!

No, widzisz, i sama znalazłaś rozwiązanie ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Trochę z bety, a trochę nie.

Bardzo dobre psychologiczne opowiadanie, które jest bardziej wstępem do rozważań. Po pierwsze mamy standardową trójcę, czyli piekło, czyściec i niebo, ale przedstawione w sposób bardzo kameralny i z początku bez poszlak, co do ich tożsamości.

Piekło to nie chichoczące diabełki dźgające widłami smażonych grzeszników tylko permanentny stan niezadowolenia z własnych decyzji, z życia, które gdzieś uciekło, a nie dało spełnienia. Zgodnie z zasadą, że trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie rzeki, Ewa szuka życia bez pomyłek, szuka tego wymarzonego ideału, który jak zwykle nie istnieje. I to bezowocne poszukiwanie oraz ciągła obserwacja porażek to dla niej prawdziwe piekło.

Czyściec mnie tak nie zachwycił :P, ale scena z chłopakiem jest bardzo dobra. Każdy chciałby poznać prawdę, co inni o nim myślą i jak naprawdę go widzą – taka czysta niefiltrowana prawda to by było coś… orzeźwiającego. Na dobre i złe, choć mam wrażenie, że bardziej na to drugie.

No i w końcu świetni napisany Raj, który wydaje się z początku spełnieniem marzeń, ale nim nie jest. Dlaczego? Co skłania Ewę, aby na koniec zdecydowała się na krok w stronę transcendencji, przybrania postaci całego wszechświata, co oznacza dla niej, jako ludzkiej duszy, ostateczny koniec? Czy to nieograniczone możliwości Raju, które dotykając ideału, zabierają jakikolwiek cel do osiągnięcia? Jeśli mogę mieć wszystko, to co zostaje do zdobycia, o co jeszcze mogę się troszczyć i walczyć? Czy to na pewno Raj? 

Z początku nie widziałem w tym opowiadaniu motywu przewodniego, ale on cały czas tam jest, a dopisana końcówka, jeszcze bardziej go uwypukliła.

Wykonanie stoi na bardzo dobrym poziomie i betę trudno było nazwać betą (parę literówek).

 

Dzięki, Zanaisie :) Za bardzo się rozpisywać nie będę, bo pogadaliśmy sobie już na becie :)

Jakoś mnie piekło z diabełkami i smażeniem średnio rusza ;) Myślę, że niezadowolenie z siebie, żal za straconymi szansami i rozpamiętywanie błędów może już piekłem być. A konfrontacja z tym, jak rzeczywiście widzą nas inni – swego rodzaju oczyszczeniem. Chociaż nie jestem pewna, czy byłoby to orzeźwiające ;)

Jeśli Raj ma być życiem bez trosk, to niestety będzie zwyczajnie nudny i na dodatek samotny. Jakoś się w takim miejscu nie widzę :)

 

betę trudno było nazwać betą

A tu się nie zgadzam, bo mnie w becie bardziej chodzi o zobaczenie, czy tekst jest zrozumiały. A poza tym są teksty, własne teksty, o których opinia mi się buja od stwierdzenia, że to jest do niczego po zachwyt. I wtedy fajnie mieć kogoś, kto sprowadzi na ziemię :)

Dzięki za betę i za kliczka :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cholipciuś – mocne było i ważne, więc skarżypytuję!

Kiksów zero, znaczy nie zauważyłam, czyli leciałam przez tekst. ;-)

Gdybym miała się czepiać – dla mnie – ciut przeciągnięte i chyba zmieniłabym narrację z pierwszoosobowej na trzecią, aby zwiększyć dystans czytelnika. Nie widzę wystarczających powodów dla pierwszej. Lustro jest świetne, przecież możemy w nim się przejrzeć.

Dobry tekst.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzięki, Asylum :) I za przeczytanie, i komentarz, i kliczka :)

 

Gdybym miała się czepiać – dla mnie – ciut przeciągnięte i chyba zmieniłabym narrację z pierwszoosobowej na trzecią, aby zwiększyć dystans czytelnika.

W założeniu miało być nieco krótsze, rozpędziło się, a potem wywalać trudno :) Co do narracji – jakoś tak od początku sobie wymyśliłam, że będzie właśnie taka. Przez moment nawet sprawdzałam, jakby brzmiało w trzecioosobowej, ale jakoś mi nie pasowało. U mnie to bardziej mój stosunek do tekstu, niż wymogi.

 

Lustro jest świetne, przecież możemy w nim się przejrzeć.

No, lubię się bawić lustrami ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Lustra są the best! :-)

Wiesz, wydaje mi się, Irko, że pełno tej pierwszoosobowej i tak łatwo w nią wejść, choć dla czytelnika zbytniej różnicy nie czyni, ale mogę nie mieć racji.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Wiesz, wydaje mi się, Irko, że pełno tej pierwszoosobowej i tak łatwo w nią wejść

Znaczy się tu, na portalu, czy generalnie w literaturze?

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Na portalu i w książkach, które przeglądam.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Z początku przypominało mi objawienia wracających z zaświatów, w których oni opowiadają o swoich obserwacjach realnego stosunku do nich ich bliźnich oraz przejściach z diabłami i aniołami. Jest taki gatunek w literaturze pobożnej. Piekło jako kraina nie kończących się i bezowocnych żalów jest nawet przekonujące. “Raj” jest oczywiście w cudzysłowie, bo nie ma w nim Gospodarza, który i jest największą atrakcją tego miejsca..

Fantastyka tak naprawdę zaczyna się w ostatniej części, gdzie bohaterka za nie wiedzieć jakie zasługi otrzymuje okazję zabawienia się w demiurga. Posługiwanie się przy tym wiadomościami z internetu jest bardzo zabawne. Ostatecznie bohaterka umywa ręce i otrzymuje pochwałę za to nieodpowiedzialne zachowanie, przy czym audytor wypowiada dosyć kontrowersyjne twierdzenie:

Dałaś im szansę na samodzielność, skoro cię nie ma, nie powstanie idea, że jesteś.

W świecie, który kiedyś powstał ktoś zawsze zadaje pytanie, skąd się wziął.

Co jest uderzające, bohaterka nikogo nie kocha. Ani rodziców, ani Waldka, (którego kocha w kategoriach “jest mi potrzeby, jest mi z nim dobrze”, ani stworzonego przez siebie świata, którym się bawi i pozostawia własnemu losowi. Jest niewrażliwa na innych ludzi, o czym świadczą jej relacje z kolegami w pracy. Nie wiem, czy taka była intencja Autorki, ale wyszło tak, że dla bohaterki właściwym jest demoniczne pragnienie nieistnienia, co po raz kolejny wskazuje na brak miłości.

Napisane świetnie, przeczytałem z przyjemnością. Klikam do biblioteki.

Ostatnie popełniłem pewien tekst o losie kobiety.. Nazywa się “Kabestan losu”.

Jest w tym tekście coś, co wciąga. Bardzo podobał mi się poczatek, tych kilka wersji życia bohaterki, myślałem przez chwilę, że przeprowadzisz nas przez te alternatywne życiorysy, pokarzesz różne drogi i tak dalej. Ale nie, zakoczyłaś. I, w ostatniej części, gdy znów zacząłem budować sobie w głowie jakieś wyobrażenie jak ułoży się ta opowieść dalej, znowu. W zasadzie trudno mi powiedzieć dokąd nas, czytelników zaprowadziłaś. Ale to była ciekawa droga. Wypełniona obserwacjami na temat życia i pewnym pogodzeniem się z upływającym czasem, z nieuchronnie zbliżającym nas do śmierci życiem.

No i te zaświaty bardzo mi sie podobały. Też bym chciał zamknąć się w wieży z kości słoniowej, obłożyć księgami i mieć wywalone na wszystko;) Raj jak sie patrzy. Choć nie. Po jakimś czasie brakowało by prozy życia. Jest niezbędna. Jako punkt odniesienia.

To bardzo kobiece pisanie. W takim najfajniejszym tego słowa znaczeniu, bo przesiąknięte jest to niedostępną dla mężczyzn wrażliwością. Tym czymś, co chyba właśnie tak mnie wciągnęło.

 

Pozdrawiam!

 

Nikollzolernie,

Z początku przypominało mi objawienia wracających z zaświatów, w których oni opowiadają o swoich obserwacjach realnego stosunku do nich ich bliźnich oraz przejściach z diabłami i aniołami. Jest taki gatunek w literaturze pobożnej.

O, to ciekawe, bo zawsze wydawało mi się, że chrześcijaństwo, szczególnie współcześnie, dość ostrożnie podchodzi do mistycyzmu.

 

Fantastyka tak naprawdę zaczyna się w ostatniej części, gdzie bohaterka za nie wiedzieć jakie zasługi otrzymuje okazję zabawienia się w demiurga.

A czemu za zasługi? Może to po prostu kolejna próba.

 

Ostatecznie bohaterka umywa ręce i otrzymuje pochwałę za to nieodpowiedzialne zachowanie

Ona jest człowiekiem, chciałbyś, żeby tworzyła świat i zabawiała się w demiurga? ;)

 

W świecie, który kiedyś powstał ktoś zawsze zadaje pytanie, skąd się wziął.

Tego nie wiemy ;)

 

Napisane świetnie, przeczytałem z przyjemnością. Klikam do biblioteki.

Dziękuję :)

 

Ostatnie popełniłem pewien tekst o losie kobiety.. Nazywa się “Kabestan losu”.

Zaintrygowałeś mnie :)

 

 

Michale, dzięki serdeczne, od razu jakoś cieplej mi się na serduchu robi, kiedy czytam takie komentarze :)

W zasadzie trudno mi powiedzieć dokąd nas, czytelników zaprowadziłaś. Ale to była ciekawa droga. Wypełniona obserwacjami na temat życia i pewnym pogodzeniem się z upływającym czasem, z nieuchronnie zbliżającym nas do śmierci życiem

A wiesz, chyba właśnie to był cel. Pogodzenie się nie tylko z własną śmiertelnością, ale ze sobą, z własnym życiem.

 

Po jakimś czasie brakowało by prozy życia. Jest niezbędna. Jako punkt odniesienia.

Otóż to :) I ludzie dookoła też są potrzebni.

 

To bardzo kobiece pisanie. W takim najfajniejszym tego słowa znaczeniu, bo przesiąknięte jest to niedostępną dla mężczyzn wrażliwością. Tym czymś, co chyba właśnie tak mnie wciągnęło.

Dziękuję :)

 

I obu panom dziękuję za kliczka :)

 

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, dopisałem coś jeszcze do swojego poprzedniego komentarza, kiedy na niego odpowiadałaś.

Jeśli chodzi o objawienia, to mają one różną wartość i pochodzenie. Nie zapominajmy, że Pismo Święte jest w dużej mierze zbiorem objawień, udzielanych przez Boga na przestrzeni kilku tysięcy lat. Pismo zostało zamknięte, ale Bóg nie przestaje się udzielać. W każdym pokoleniu są osoby, dostępujące doświadczeń mistycznych na poziomie porównywalnym z Apostołami. Objawienie weryfikuje Tradycja, czyli działanie Ducha Św. w Kościele, odtrącająca obce elementy i obiektywizująca przeżycia mistyczne poszczególnych świętych.

Co jest uderzające, bohaterka nikogo nie kocha.

A tu bym polemizowała. Jest samotna, to prawda, ale to nie znaczy, że nikogo nie kocha. Mówi o tym, że ma kolegów, ma sprawdzonych przyjaciół, poznała świetnych ludzi. Wspominasz o Waldku, ale on jest tylko jedną z wariacji życia Ewy, podobnie jak Sebastian. To jest piekło, pokazuje scenariusze, w których coś poszło mocno nie tak. A pokazuje po to, żeby zaakceptowała własne prawdziwe życie.

Nie zgodzę się też, że jej relacje ze współpracownikami były złe. Gdyby tak było, nie zastanawiałaby się nad prezentem. Jest jedna osoba, która jej nie lubi, bez powodu zresztą, bo przecież między Ewą a mężem Ilse nic się nie podziało. Cała reszta to po prostu myśli sfrustrowanych w danej chwili ludzi. I znowu – to jest czyściec, tam nie ma być miło. Jeśli chodzi o rodziców, to raczej problem był odwrotny. Jaki rodzic powtarza stale dziecku, że jest głupie? Na pewno nie dobry. I tutaj też chodzi o to, aby zaakceptowała to, kim była.

Z kolei reakcja na sąsiada pokazuje, że Ewa potrafi dostrzec, że nie różni się od innych ludzi. Ocenia na podstawie szczątkowych informacji, nie lubi kogoś nie wnikając za bardzo w to, kim ta osoba właściwie jest.

I myślę, że nie była złym człowiekiem, skoro potrafiła przejść przez piekło i czyściec. Stawić czoła własnym przekonaniom o sobie, pogodzić się z niespełnionymi marzeniami i samotnym życiem. Skonfrontować się z wybiórczymi przekonaniami, jakie mieli o niej inni i wyjść z tego. Przecież mogła tam zostać, skulić się, zmienić w drżące ze strachu dziecko. To że wyszła oznacza, że potrafiła sobie poradzić z przeszłością.

Czy ona rzeczywiście nie kocha świata, który stworzyła? A może nie chce go schrzanić. Może nie chce zabawiać się w Boga i dyktować ludziom, jak mają żyć. Zastanów się, czy byłaby dobrym bogiem.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Tutaj powstaje pytanie, po co go w ogóle tworzyła, ten świat. To już jest bawieniem się w Boga. Generalnie odbieram Ewę jako postać raczej negatywną, taki sobie produkt naszych czasów. Nie wzbudziła mojej sympatii, ale wydała mi się przekonująca, w tym jaka jest. Nie używam takich pojęć, jak zły, czy dobry człowiek. Teologia mnie tego oduczyła. Każdy jest z natury dobry, bo tak został stworzony, a jednocześnie jest zły, nie w znaczeniu, że kocha zło, tylko kiepsko wypełnia swoje powołanie.

Tutaj powstaje pytanie, po co go w ogóle tworzyła, ten świat.

A czy tworzyło go z przekonaniem o własnej boskości? Audytor ją tam przyprowadził, powiedział: urządź się, dał kulkę. W którymś momencie zorientowała się (albo i nie) dokąd to prowadzi i zrezygnowała.

Trochę mi żal, że tak postrzegasz Ewę, bo pisałam ją z zupełnie innym przekonaniem. Nie wiem, może to jest różnica punktów widzenia, bo Ty patrzysz na nią z mocno chrześcijańskiego punktu widzenia, a to opko z tym punktem widzenia niewiele ma wspólnego.

 

a jednocześnie jest zły, nie w znaczeniu, że kocha zło, tylko kiepsko wypełnia swoje powołanie.

A czy ktoś, kto dobrze wypełnia swoje powołanie nie może mieć czasem wątpliwości. Zastanawiać się, czy to jest to właściwe powołanie, żałować jakiś wyborów, zastanawiać się, co by było gdyby? Wątpliwości są ludzkie, a pewność może prowadzić na manowce.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Z chrześcijańskiego punktu widzenia drogą człowieka jest metanoia (przemiana myślenia), często tłumaczona jako pokuta, co jest dużym zawężeniem tego pojęcia. Tu właśnie jest miejsce na oczyszczającą skruchę, żal, prowadzący do pojednania z Bogiem i samym sobą. Powołaniem każdego człowieka jest życie z Bogiem, i tu nie wolno mieć wątpliwości, jeśli się chce dotrzeć do celu. I manowce się tu zdarzają bardzo często. I znowu pokuta i naprzód. Po śmierci liczy się nie “całokształt twórczości”, ale aktualny stan i kierunek.

Wciągające, to na pewno.

Pomysł na przeżywanie swojego życia w wersjach alternatywnych w których wszystko się źle kończy już gdzieś widziałem, ale napisałaś go w bardzo zasysający sposób. Przeleciałem przez tą część momentalnie.

Potem zaczynamy iść w innym kierunku. Było bardziej niespodziewanie, co też na plus. Autentycznie zostałem zaskoczony :)

Ciekawie ukazałaś problem tworzenia własnego raju. Mogę zrobić wszystko, no i super, ale ostatecznie co mam dalej robić w swoim życiu kiedy wszystko ułożyłem sobie tak jak chcę?

Fajne zakończenie z tym że ona zostanie wszechświatem.

Podsumowując, podobało mi się więc klikam :)

 

kiem jestem

kim jestem

 

wywierzeją promile

wywietrzeją promile

 

kulka ekspoduje

Dookoła ekspodują

Eksplodują?

 

Wsiąkam w obcy świat, starając się przez chwilę nie myśleć o tym, który powstał na moich oczach.

A tu jakoś mi nie spasowało to zdanie. Ale nie wiem czemu, więc spokojnie możesz zignorować.

 

Pozdrawiam!

Powołaniem każdego człowieka jest życie z Bogiem, i tu nie wolno mieć wątpliwości, jeśli się chce dotrzeć do celu.

No, i właśnie tego elementu tu nie ma. Tu nie ma słowa o Bogu. I teraz pytanie, czy bez Boga człowiek nie może być wartościową istotą? Czy nie postrzegasz Ewy negatywnie właśnie z tego powodu?

 

Po śmierci liczy się nie “całokształt twórczości”, ale aktualny stan i kierunek.

I tego też nie ma. Jest w tym opku forma rozliczenia, ale raczej przed sobą.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej, Edwardzie, umknął mi Twój komentarz, ale już witam serdecznie :)

 

Pomysł na przeżywanie swojego życia w wersjach alternatywnych w których wszystko się źle kończy już gdzieś widziałem

Zdaję sobie sprawę, że to nic nowego, ale fajnie, że się spodobało :)

 

Autentycznie zostałem zaskoczony :)

I to mnie cieszy :)

 

ale ostatecznie co mam dalej robić w swoim życiu kiedy wszystko ułożyłem sobie tak jak chcę?

No, na dluższą metę nawet raj może się znudzić :)

 

Fajne zakończenie z tym że ona zostanie wszechświatem.

Coś jej chciałam dać, zasłużyła :) Poza tym podoba mi się pomysł, że wszechświaty powstają z ludzkich dusz, czy umysłów – jak kto woli :)

 

Dzięki za kliczka :)

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

To była naprawdę sycąca literacka uczta. Przy okazji przypomniałaś mi o moim planie przypomnienia sobie Boskiej Komedii na potrzeby jednego opowiadania, nad którym pracuję. ;) 

Piekło jest przedstawione w ciekawy sposób. Stopniowanie cierpienia, a przynajmniej tak to odczytałem, przebiega przez: 1) naturalne rozterki związane z patrzeniem wstecz i rozliczaniem się z niewykorzystanymi szansami; 2) krzywdę płynącą od ludzi, którzy nas otaczają; 3) Niechęć do samej siebie – zła relacja z własną głową to rzecz naprawdę okropna. Całe szczęście bohaterka wyciąga wnioski z przeżyć. Podoba mi się tutaj zwłaszcza nieujawniona wprost perspektywa czasowa. Wszak z opowiadania wynika, że akcja piekła rozgrywa się na przestrzeni dwustu lat. ;) 

Czyściec był dla mnie interesujący, może nieco mniej niż piekło, ale widać tutaj wyraźne przesunięcie. Bohaterka rozwija się i radzi sobie z problemem czytania w myślach o wiele szybciej, niż w przypadku lekcji piekielnej. Bardzo dobra scena z chłopakiem i reanimacją – zapada w pamięć.

No i pozostał raj – osobiście moja ulubiona część. Wręcz boska moc i nieograniczone perspektywy kreacji mimo wszystko bledną wobec samotności i perspektywy wiecznego istnienia. Raj w takim kształcie może przerażać chyba bardziej niż piekło. Zakończenie sugerujące istnienie wieloświata stanowi wisienkę na torcie tego świetnego opowiadania. Gdyby już nie było w bibliotece, to klikałbym jak szalony. ;) 

Hej, Crucisie

Przy okazji przypomniałaś mi o moim planie przypomnienia sobie Boskiej Komedii na potrzeby jednego opowiadania, nad którym pracuję. ;)

Szczerze mówiąc nigdy nie dotrwałam do końca, zawsze rzucałam gdzieś w połowie nieba ;)

 

Podoba mi się tutaj zwłaszcza nieujawniona wprost perspektywa czasowa.

Myślę, że wszystko rozgrywa się gdzieś poza czasem :) A poza tym dobrze rozgryzasz :)

 

Czyściec był dla mnie interesujący, może nieco mniej niż piekło, ale widać tutaj wyraźne przesunięcie.

A to jakoś tak dla wszystkich. Zresztą przyznaję, że tę część było bardzo trudno pokazać. I faktycznie, jak już pogodziła się sama z sobą, z opiniami innych było łatwiej.

 

No i pozostał raj – osobiście moja ulubiona część.

A to mnie cieszy, bo chyba najbardziej dała mi w kość i najdłużej pisałam. Przynajmniej wiem, że wyszło nieźle :)

 

Gdyby już nie było w bibliotece, to klikałbym jak szalony. ;)

Dzięki :) Zamiar liczy się jak czyn :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

To tekst o śmierci, a mam wrażenie, że jest bardzo ciepły. Taki… dający nadzieję. Zgrabnie rozgrywasz fabułę, opakowujesz ją wokół żywej, wiarygodnej postaci głównej bohaterki, która jest równocześnie centrum i silnikiem napędowym.

Pierwsza seria obrazów – pętli czasowych – wydaje się być z początku nieco oklepana, ale szybko nabiera znamion oryginalności, gdy słyszymy, że było to piekło i lądujemy przed ciałem bohaterki (tu jedynie delikatnie żałuję, że nie zostało powiedziane, dlaczego ona właściwie nie żyje, choć rozumiem, że to nie ma wielkiego znaczenia – po prostu jestem ciekawa). 

Technicznie i językowo moim zdaniem bez zarzutu, ale opis tworzenia świata, choć ładny, trochę się dłużył – zbyt jednostajny jak na taką ilość tekstu i zniknęło w nim napięcie.

Podoba mi się końcówka, szczególnie to zdanie:

– Mądra decyzja – mówi, jakby w ogóle nie słyszał pytania. – Dałaś im szansę na samodzielność, skoro cię nie ma, nie powstanie idea, że jesteś.

Zgrabne nawiązanie do religii, a może nawet zasianie ziarna, że takowa nie powinna istnieć. I sam fakt, że to zmarła dusza zostaje ziarnem wszechświata – ładna idea. :D

Podsumowując, podobało mi się.

Zostaw ten żyrandol.

Hej, Verus :)

To tekst o śmierci, a mam wrażenie, że jest bardzo ciepły. Taki… dający nadzieję.

Bardzo się cieszę, że w taki sposób go odebrałaś, bo taki był zamiar :)

 

Pierwsza seria obrazów – pętli czasowych – wydaje się być z początku nieco oklepana, ale szybko nabiera znamion oryginalności, gdy słyszymy, że było to piekło i lądujemy przed ciałem bohaterki (tu jedynie delikatnie żałuję, że nie zostało powiedziane, dlaczego ona właściwie nie żyje, choć rozumiem, że to nie ma wielkiego znaczenia – po prostu jestem ciekawa).

Zdaję sobie sprawę, że pętle czasowe, wariacje na temat życia to nic nowego i tym bardziej cieszę się, że widzisz w tej części oryginalność :) Trochę się bałam, że to zaraz na dzień dobry odrzuci, a feedbeck jest całkiem pozytywny.

Czemu zmarła? Tak, to nie ma znaczenia. Coś szybkiego, to na pewno.

 

ale opis tworzenia świata, choć ładny, trochę się dłużył – zbyt jednostajny jak na taką ilość tekstu i zniknęło w nim napięcie.

A już nieco skrócony ;) Po prostu jak już coś się napisze, piekielnie ciężko zrezygnować choćby z kawałeczka :)

 

Zgrabne nawiązanie do religii, a może nawet zasianie ziarna, że takowa nie powinna istnieć.

O, to, to… ;)

 

I sam fakt, że to zmarła dusza zostaje ziarnem wszechświata – ładna idea.

Mnie też się podoba :)

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Irko!

 

wokół której wiruje pył, a wraz nim mój ogród.

wraz z nim

 

Chciałem przeczytać pierwszy rozdział do drugiego śniadania. Kanapek już nie ma, więcej do czytania również. Poszło! Jak to powiedział ślimak po kolizji z żółwiem: “Panie władzo, to był moment”.

Lekko napisana ważka historia. Sporo refleksji o życiu, najpierw alternatywne żywoty Ewy – zawsze to czego nie mamy wydaje nam się lepsze, a trudno pomyśleć, że to co mamy może być dla nas najlepsze (choć nie zawsze). Potem czyśćcowe myśli wszystkich dookoła i rajskie światotwórstwo. Każdy rozdział ma swoją myśl – bardzo fajna struktura tekstu. Do tego wartościowy całościowy wydźwięk.

Ja tu chyba nie mam co dodawać.

Choć jestem przekonany, że przeczytałbym i tak, to takie teksty w dni moich dyżurów chętnie będę przyjmował.

Pójdę i powiem innym, że tu takie opko leży.

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej, Krokusie, dzięki za wizytę i polecajkę w nominacjach :)

Bardzo mi się podobało, jak rozgryzłeś opko, właśnie tak, jak chciałam. Cieszę się, że poszło szybciutko i nic się nie dłużyło. Babolek oczywiście poprawiony :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

A już nieco skrócony ;) Po prostu jak już coś się napisze, piekielnie ciężko zrezygnować choćby z kawałeczka :)

Oj, wiem, wiem. :D Zawsze cierpię, jak muszę usunąć coś, co mi się podoba, ale na przykład nie pasuje do tekstu.

Zostaw ten żyrandol.

Zawsze cierpię, jak muszę usunąć coś, co mi się podoba, ale na przykład nie pasuje do tekstu.

:D

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Jeśli chcesz przeczytać coś optymistycznego, przeczytaj Kabestan losu

Cześć, Irko. Mam pewien problem z tym opowiadaniem, ale jest to problem, że tak to ujmę, pozytywny. Bo z jednej strony tekst zrobił na mnie duże wrażenie, ale z drugiej, cholera, szkoda, że nawiązuje do oklepanych motywów (piekło, czyściec, raj). Początek bardzo wciągający. Super poprowadziłaś narrację, leciało się przez ten fragment, w środku coś się rozlazło, a pobyt w raju moim zdaniem trwał zbyt długo. Ciut tu się zrobiło, IMO, za dużo talk za mało show, ale tylko w kilku miejscach; dało się przez to przejść. ;) Bohaterka bliska chyba każdemu… Bardzo podobały mi się momenty, kiedy przy Ewie pojawiał się audytor i zadawał pytania. To Ci wyszło tak niewiarygodnie naturalnie, tak realnie magicznie nawet. ;) Dialogi naturalissimo super. Tak więc widzę tu bardzo dobre opowiadanie, które z pewnością zasługuje na bibliotekę, a czy na więcej, to muszę przemyśleć. Wybacz błędy, poprawię jutro, jak tylko dorwę komputer.

EDIT: Już. ;)

 

Pozdrawiam!

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Hej, Saro, sorry zy opóźnienie, ale… życie ;)

Cieszę się, że tekst zrobił wrażenie. Przyznaję, że celowo i z pełną świadomością wykorzystałam motyw piekła, czyśćca i raju. Po prostu chciałam ją przeprowadzić przez proces pogodzenia się ze sobą i własną śmiercią, a jak inaczej? ;)

Tak się zastanawiałam, czy światotwórstwa w raju nie będzie za dużo, ale zwyczajnie mi się podobało i trudno było potem ciąć, a i tak sporo rzeczy wyleciało.

Cieszę się, że audytor się spodobał, bo w pierwszej części pojawia się tak niespodziewanie, że bałam się, iż czytelnik się zawiesi.

Dzięki za pozytywny komentarz :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dzień dobry, opowiadanie do kontroli. ;-)

Jak tak patrzę na ten tekst, to myślę sobie, że zadanie, jakie przed sobą postawiłaś, delikatnie rzecz ujmując do łatwych nie należało. Podciągnąłbym to może nawet pod literackie autosabotaż. ;-)

Dostajemy opowiadanie oparte na motywach piekła i nieba. Jest to, jak wiadomo, motyw tak oklepany w literaturze, że nawet żarty z bezwzględności Loży mogą przy nim uchodzić za powiew świeżości.

Nie poprzestajesz jednak na tym w swoim autosabotażu. Idziesz krok dalej, pozwalając sobie na tekst fabularnie ubogi. Stawiający zdecydowanie na inne elementy. Czymże więc taki tekst miałby właściwie walczyć o czytelnika? Przecież na dzień dobry odebrałaś sobie te wszystkie podstawowe patenty, by czytelnika “upolować”. By zachęcić do lektury.

Co jednak istotne, jest to w Twoim przypadku decyzja bardzo świadoma. Co więcej, nie wynika ona z luźniejszego podejścia do tematu (ot, napiszę sobie średnio kreatywną opowiastkę), ani z takiej chęci stworzenia tekstu na odprężenie (typu: do diabła z ambicją, byle tylko coś wreszcie napisać).

Tutaj idziesz zdecydowanie inną drogą. Mierzysz mianowicie owe wyeksploatowane motywy z całą swoją wiedzą o życiu, rozumieniem życia; z bagażami doświadczeń życiowych, obserwacją życia, a w końcu i bogatą bazą refleksyjną na temat zarówno życia, jak i człowieka.

Zacznijmy od piekła, bo i od tego wychodzisz w swoim opowiadaniu.

Na początku, w mojej opinii, płacisz cenę za swoją odwagę. Płacisz za odwagę, bo nawet jeśli masz całkiem interesujący koncept na jego obraz, to w praktyce pierwsze akapity zeszły mi na próbę zrozumienia konstrukcji tekstu. On nie wskazuje czytelnikowi wyraźniej drogi, wyraźnego celu. Nie widać owego motywu przewodniego (o którym pisał już Zanais) i zanim udało mi się zrozumieć, jak odnaleźć się w tym tekście i jak do niego czytelniczo podejść, by wycisnąć dla siebie wszystko, co może on zaoferować, kawałek opowiadania miałem już za sobą (i ten też kawałek – nie ze swojej winy – dostał najmniejszą szansę, bu wywrzeć na mnie odpowiednie wrażenie).

Ogólnie więc ta pierwsza część – piekielna – jest przyzwoita, ale mimo swych atutów (o tym jeszcze zaraz dwa zdania napiszę) nie do końca jest w stanie “sprzedać mi” w pełni to, co w nim zawarłaś, z przyczyny wskazanej powyżej.

O samym piekle napiszę tyle, że podoba mi się Twój pomysł, by nie szukać na siłę udziwnień (byle udowodnić, że o piekle naprawdę można napisać coś nowego) czy obrazów skrajnie odrzucających. Ty sięgasz po proste, zdawałoby się, z zarazem cudownie świadome uderzenie życiem. Nie po to jednak, by małym kosztem wykreować jakąś warstwę emocjonalną i walnąć czytelnika dramatem. Nie, nie. Ty uderzasz nieco subtelniej, bo taką bombą z opóźnionym zapłonem – refleksją. Taką, która dopiero po kilku chwilach wybucha z całym impetem niejako w naszym wnętrzu, docierając do świadomości z pełnym zrozumieniem tego, cośmy przeczytali i jak bardzo jest to nas bliskie.

O czyśćcu krótko: solidny aktor drugoplanowy. Pomiędzy piekłem, a rajem nie bardzo ma czym błysnąć, więc po prostu spina sobie obie te części, pozwalając czytelnikowi na płynne przejście.

No i raj. Raj to dla mnie (i nie tylko :-)) zdecydowanie najmocniejsza część opowiadania. Tutaj też zdajesz się najlepiej wykorzystywać potencjał tych wszystkich obserwacji, refleksji oraz pojmowania życia, poprzez który udaje się w sposób bardzo wdzięczny (a zarazem w jakimś stopniu ponury) nie tylko zwieść czytelnika nieprzewidywalnością, ale też dostajemy tę nieprzewidywalność znacznie bogatszą, bo refleksyjną. Fajnie w swoim komentarzu o raju w tym tekście napisał Zanais, więc ja już nie będę się dłużej nad owym elementem rozwodził, tylko pod tą jego opinią na ten temat się podpiszę.

Podsumowując.

Tekst ma swoje “przywary” wynikające z konstrukcji. Chciałoby się zmian tempa – jest wymuszona jednostajność. Chciałoby się od początku pojmować motyw przewodni – pojawia się (przynajmniej u mnie) konieczność odnajdowania w koncepcji tekstu, co ogranicza w jakiś sposób potencjał pierwszych akapitów. Chciałoby się pomarudzić, że nie ma fabularnych fajerwerków. I tak dalej…

Co jednak szalenie istotne, wszystkie te wymienione przywary wynikają nie z Twoich błędów, a z konstrukcji tekstu. Jest to pewna cena, którą przychodzi Ci zapłacić. Ale cenę, jak wiadomo, zawsze płacimy za coś. A Ty kupiłaś takie szalenie ważne i cenne czytelnicze wrażenie, że wszystko tutaj zostało bardzo dokładnie przemyślane. Że mamy do czynienia z tekstem do bólu świadomym, opartym nie na pokazie wyobraźni, ale na przemyśleniach, refleksjach, obserwacjach, rozwadze oraz pewnej trzeźwości umysłu. Można z tego tekstu wynieść więcej, można mniej, albo zupełnie nic (jeśli nie jest się targetem, bo i tak może być). Istotne jest tu jednak owo słowo-klucz “można”. Są opowiadania piękne, porywające, wciągające bez reszty bądź zachwycające wykreowanym światem. Takie, które zostają nam w pamięci na długo. Tego tekstu bym do nich nie zaliczył. On może zostawić, otwierając różne przegrody w głowie, jedynie okruszynę siebie. Tyle że na znacznie, znacznie dłużej. I to jest najważniejsza wartość tak tego tekstu, jak i opowiadań z tego gatunku.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Cześć, CMie, dobrze Cię widzieć :) Dzięki za komentarz :) Odpowiedzi nie będę za bardzo rozwlekać, bo komentarz nad podziw celny :)

Jak tak patrzę na ten tekst, to myślę sobie, że zadanie, jakie przed sobą postawiłaś, delikatnie rzecz ujmując do łatwych nie należało.

No, wiem, że się porwałam z motyką na słońce ;) Pisałam je prawie cztery miesiące, co rusz porzucając i znowu wracając do Ewy. Na przemian powtarzałam sobie, że to nie ma sensu, bo opko zbyt statyczne, a zaraz potem: pisz, kobieto ;) Tak trudno mi się chyba jeszcze żadnego opka nie pisało, ale jednocześnie bardzo chciałam je napisać :) I cieszę się, że mimo uwag ma pozytywny odbiór :)

 

to w praktyce pierwsze akapity zeszły mi na próbę zrozumienia konstrukcji tekstu.

Powinnam dopisać w przedmowie, żeby po prostu czytać, a nie szukać zrozumienia, bo jest szansa, że ono przyjdzie samo ;)

Ale rozumiem Twoje zastrzeżenia :)

 

Ty uderzasz nieco subtelniej, bo taką bombą z opóźnionym zapłonem – refleksją.

Dzięki, lepszego komplementu nie mogłeś napisać :D

 

Takie, które zostają nam w pamięci na długo. Tego tekstu bym do nich nie zaliczył. On może zostawić, otwierając różne przegrody w głowie, jedynie okruszynę siebie. Tyle że na znacznie,

znacznie dłużej.

No, kurczę, dziękuję :) Coś takiego chciałabym właśnie osiągać, więc naprawdę aż się spłoniłam :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Od zawsze wiadomo, że nie tylko z każdym rokiem, ale z każdym dniem stajemy się starsi. Dlatego zdumiewa mnie, że jubilaci zwykli przywiązywać aż taką wagę do okrągłych rocznic i jeszcze z ich okazji wnikliwie rewidować to, co już przeżyli, a co bezpowrotnie minęło.

Obce są mi pojęcia pośmiertnego piekła, czyśćca czy nieba, bo z tego, co zdołałam zauważyć, piekło można przeżyć docześnie, a i niebo znajduje się nieraz w zasięgu ręki.

Pewnie dlatego historia Ewy, tak za życia, jak i po nim wydała mi się rozważaniem na temat, co by było, gdyby… Nie wykluczam też, że nie zrozumiałam Twojego pomysłu, Irko, i może dlatego – choć czytało się nieźle – opowiadanie do mnie nie przemówiło.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

le­piej wy­glą­da­ła­bym w krót­kiej fry­zu­rze… → …le­piej wy­glą­da­ła­bym z krótką fryzurą

 

nie zga­dza się, żebym je ob­cie­ła. → Literówka.

 

i py­ta­ją: Jak leci?, a kiedy… → Po pytajniku nie stawia się przecinka.

 

Już to widzę → Coś powinno być na końcu zdania.

 

„Jasne – myślę. Dla cie­bie to nic”. → „Jasne – myślę. Dla cie­bie to nic”.

W cudzysłów ujmujemy myślenie, bez didaskaliów. Zbędna półpauza przed drugim myśleniem.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli bohaterów.

 

wspie­łam się na szczyt. → Literówka.

 

i za­sta­na­wia­łam, jak uciec… → …i za­sta­na­wia­łam się , jak uciec… Lub: …myślałam, jak uciec

 

a gło­wie sły­szę cudze myśli. → …w gło­wie sły­szę cudze myśli.

 

Twarz ojca znika, a za nim ko­lej­ne. → Piszesz o twarzy, więc: Twarz ojca znika, a za nią ko­lej­ne.

 

Młody chło­pak po­chy­la się nad moim cia­łem… → Zbędne dopowiedzenie – chłopak jest młody z definicji.

 

obok le­ża­ka stoi szklan­ka z le­mo­nia­dą, a na ławie po dru­giej stro­nie leży kil­ka­na­ście… → Nie brzmi to najlepiej.

 

Roz­glą­dam się nie­spo­koj­nie, cze­ka­jąc aż zda­rzy się coś nie­mi­łe­go, ale nic się nie dzie­je. Kulka, którą trzy­mam w ręce roz­grze­wa się przy­jem­nie. Przy­glą­dam jej się z cie­ka­wo­ścią, we­wnątrz kłębi się mgła i cza­sem coś iskrzy. Za­sta­na­wiam się, do czego służy i nie mam po­my­słu. W końcu wzru­szam ra­mio­na­mi, od­kła­dam kulkę na sto­lik, sa­do­wię się na… → Siękoza.

 

za­pa­da się i wy­bu­cha two­rząc nową gwiaz­dę, wokół któ­rej wi­ru­je pył, a wraz z nim mój ogród. Nie­wie­le widzę, czuję się, jak­bym wę­dro­wa­ła w burzy pia­sko­wej. Stop­nio­wo jed­nak prze­ja­śnia się i mogę po­dzi­wiać chaos ro­dzą­ce­go się ukła­du gwiezd­ne­go. Wi­ru­ją­ce ka­mien­ne bryły, zde­rza­ją się i od­ska­ku­ją od sie­bie ni­czym kule bi­lar­do­we, albo roz­sy­pu­ją w proch. Obok mknie po­więk­sza­ją­ca się pło­ną­ca kula, w którą stale ude­rza­ją me­te­ory­ty i ko­me­ty. Zde­rza się z inną, mniej­szą. I znowu nic nie widzę, prócz go­rą­ce­go, ja­rzą­ce­go się pyłu. → Siękoza raz jeszcze.

 

wpa­trzo­na w mi­liar­dy gwiazd, ja­śnie­ją­cych się na nie­bie… → Zbędny grzybek w ogórkowej.

 

eks­pe­ry­men­tu­ję z lasem, pa­ra­sta­ją­cym góry… → …eks­pe­ry­men­tu­ję z lasem po­ra­sta­ją­cym góry

 

jak za­brać się za jej two­rze­nie. → …jak za­brać się do jej two­rze­nia.

 

po­ka­zu­je się napis: go­ogle. → …po­ka­zu­je się napis: Go­ogle.

 

gdzie można skryć przed świa­tem… → Co skryć?

A może miało być: …gdzie można skryć się przed świa­tem

 

Od­kła­dam kubek na pa­ra­pet… → Odstawiam kubek na pa­ra­pet

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj, Reg :) Tak czułam, że to opko to nie Twoja bajka :) Czasem tak bywa, gdyby wszystkim podobało się to samo, świat byłby nudny. Może następnym razem :)

Babolki oczywiście poprawię.

Jeśli chodzi o zapis myśli, moja wersja jest jedną z dozwolonych, zdaję sobie sprawę, że obecnie stosunkowo rzadko używaną, ale przyzwyczaiłam się do niej i obawiam się, że gdybym teraz zaczęła zmieniać, to wyszedłby misz-masz, bo stale bym się zapominała ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, dziękuje za wyrozumiałość. Poczekam na kolejne opowiadanie. ;)

 

Jeśli chodzi o zapis myśli, moja wersja jest jedną z dozwolonych, zdaję sobie sprawę, że obecnie stosunkowo rzadko używaną…

Rozumiem, ale chodzi mi tylko o zły zapis z łapanki. Pozostałe „myślenia” zapisujesz prawidłowo – nie stawiasz półpauzy przed myśleniem, nie ujmujesz didaskaliów w cudzysłów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poczekam na kolejne opowiadanie. ;)

No, ciekawa jestem, jak zareagujesz na to, co teraz piszę ;)

 

Rozumiem, ale chodzi mi tylko o zły zapis z łapanki.

A tu się nie zgodzę.

„Już po mnie – pomyślał. Zrezygnowany, spuścił głowę. – Nigdy nie poznam swego nienarodzonego dziecka”.

To jest przykładowy zapis myśli ze strony, którą podałam powyżej. A to mój:

„Jasne – myślę. Dla ciebie to nic”.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, to Twoje opowiadanie i będzie napisane tak jak zechcesz. Zwróciłam tylko uwagę, że zapis myśli nie jest jednolity w całym opowiadaniu, a półpauzy przed „myśleniem” być nie powinno.

Oto dwa zdania z początku przywołanego przez Ciebie artykułu, którego autorka, moim zdaniem, zalecając konsekwencję, sama nie jest konsekwentna:

myśli bohaterów NIE MOGĄ być zapisane w taki sam sposób jak wypowiedzi dialogowe (tzn. od półpauzy),

na kartach całego dzieła należy zachować konsekwencję, używając jednorodnego zapisu myśli bohaterów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanie bardzo zapadło mi w pamięć: przy pierwszym czytaniu nie miałam jeszcze konta; teraz skojarzyłam, że miałam je skomentować.

Brak pewności, dokąd opowiadanie zmierza, to dla mnie akurat duży plus – lubię sobie pobłądzić za autorami. Wizja zaświatów też do mnie przemówiła, chociaż podział na piekło, czyściec i niebo wydał mi się mylący – chyba wszystkie te etapy to “próby”, które nie mają nic wspólnego z tradycyjnym rozumieniem tamtych słów. Kolejno uwalniają Ewę od przywiązania do swojej osoby, prowadzą do akceptacji końca. Bardzo buddyjsko, jak dla mnie :)

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Reg,

Zwróciłam tylko uwagę, że zapis myśli nie jest jednolity w całym opowiadaniu, a półpauzy przed „myśleniem” być nie powinno.

Myśl nie może się zaczynać od myślnika, to znaczy nie może go być na początku zapisu. U mnie nie ma. To ciąg myśli, kontynuacja i didaskalia są jak wtrącenie. Dlatego też zapis jest jednolity. Tam, gdzie myśl kończy się bez wtrącenia didaskaliów, cudzysłów jest na końcu myśli.

Zdaję sobie sprawę, że taki zapis trąci myszką, ale nadal jest poprawny. Używam go już tak długo, że sama nie pamiętam gdzie się go nauczyłam. Zastanawiałam się nawet, czy się nie unowocześnić, ale jak znam życie stale bym się myliła, bo tem zapis stosuję automatycznie, bez zastanawiania się.

Nie gniewaj się, ale pozostanę przy swoim. Choć z duszą na ramieniu, bo trochę się martwię, że przestaniesz zaglądać do moich opek, a Twoje uwagi są dla mnie bardzo cenne.

 

Anoio (dobrze odmieniam?), dziękuję za wizytę i cieszę się, że opko się podobało.

Brak pewności, dokąd opowiadanie zmierza, to dla mnie akurat duży plus – lubię sobie pobłądzić za autorami.

:)

 

chociaż podział na piekło, czyściec i niebo wydał mi się mylący – chyba wszystkie te etapy to “próby”, które nie mają nic wspólnego z tradycyjnym rozumieniem tamtych słów.

A to fakt, jeśli bierze się pod uwagę chrześcijańskie wizje, to rzeczywiście nie pasuje, ale jakoś tak odskoczyłam od tych wizji i chciałam znaleźć coś własnego, a jednocześnie nie miałam pomysłu, jak te poszczególne części próby nazwać.

 

Bardzo buddyjsko, jak dla mnie :)

O, a w ten sposób o tych “próbach” nie myślałam, ale może coś w tym jest :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Nie gniewaj się, ale pozostanę przy swoim. Choć z duszą na ramieniu, bo trochę się martwię, że przestaniesz zaglądać do moich opek, a Twoje uwagi są dla mnie bardzo cenne.

Irko, a cóż to za głupoty przychodzą Ci do głowy? Zabierz duszę z ramienia i wsadź ją na miejsce, do żelazka. I proszę natychmiast przestać się martwić! – moje plany na nadchodzący rok nie przewidują rezygnacji z lektury Twoich opowiadań! Nadal będę je czytać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Uff, ulżyło mi :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Ciekawy tekst, nawiązujący do klasyki, a jednocześnie podejmujący współczesne problemy. Jeśli dobrze zgaduję, inspirację stanowiła "Boska komedia" Dantego.

Opowiadanie szybko się czyta, mimo długości. Pierwsza część przypomina film, akcja toczy się dynamicznie. Przedstawiłaś piekło w interesujący sposób. Odniosłam wrażenie, że najgorszym miejscem w Twoim opowiadaniu był Raj, z powodu samotności bohaterki.

Z jednej strony tekst wydaje się bardzo osobisty, z drugiej – odsłaniasz czytelnikom tylko pojedyncze informacje o bohaterce, jakiś dialog, myśl, wspomnienie. Dobrze że pozostaje pole do własnej interpretacji. Podobały mi się też fragmenty "medyczne", pokazujące człowieka w obliczu śmierci, łatwość przekroczenia granicy między codzienną egzystencją a wiecznością. Opowiadanie odebrałam jako bardzo pesymistyczne, chociaż bohaterka wzbudza sympatię i zainteresowanie. Szczególnie mocno zabrzmiało stwierdzenie: "tyle zostaje – bałagan".

Hej, ANDO, miło Cię tu widzieć :) Dziękuję za komentarz i cieszę się, że się spodobało :)

Jeśli dobrze zgaduję, inspirację stanowiła "Boska komedia" Dantego.

Zgadza się :)

 

Odniosłam wrażenie, że najgorszym miejscem w Twoim opowiadaniu był Raj, z powodu samotności bohaterki.

A coś w tym jest. Chociaż, kiedy pisałam raj, nie myślałam w ten sposób ;)

 

Opowiadanie odebrałam jako bardzo pesymistyczne, chociaż bohaterka wzbudza sympatię i zainteresowanie. Szczególnie mocno zabrzmiało stwierdzenie: "tyle zostaje – bałagan".

Bo ja wiem, dla mnie szansa Ewy na pogodzenie się ze sobą i własną śmiertelnością jest optymistyczna.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Coś w tym jest. U Dantego Raj był strasznie nudny.

Babska logika rządzi!

U Dantego Raj był strasznie nudny.

Fakt, nigdy nie zdołałam doczytać do końca ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Witaj, Irko!

Zacznę od tego, że zastanawiam się, ile w Ewie jest samej Irki. Oprócz takich oczywistości jak jednakowa płeć, mamy do czynienia z pisarką (wciąż niespełnioną), emigrantką z Niemiec, regularnie zaglądającą na pewne forum pisarskie. A to tylko kilka detali, które wyłapałem, wszak słabo się znamy. ;)

Pierwsza część mocno mnie zaintrygowała. Ciekawy ten diabeł i choć z wyglądu standardowy, jak Ewa sama zauważa, to jego działania oczywiste się nie wydawały, stąd z zainteresowaniem oczekiwałem, w którą stronę ta historia zacznie zmierzać. Muszę też tutaj zaznaczyć, że trzy przeskoki polegające w zasadzie na tym samym, odebrałem jako za dużo – nawet nie w ilości przeskoków, ale w ich rozwlekłości. Zamysł idący za ich pokazywaniem już był wiadomy, stąd uważam, że drugi czy trzeci przykład można by z powodzeniem tu i ówdzie przyciąć.

Wątek czyśćcowy intryguje możliwością poznania niby obiektywnej prawdy o ludziach ze swojego otoczenia i tutaj bez zaskoczeń, każdy miał kiedyś o Ewie jakieś złe myśli, natomiast co ciekawe, dobrych tam nie uświadczyła. Wyszło dość paranoicznie z taką sugestią, że każdy knuje wobec Ewy i biedna nie ma komu zaufać, a myślę, że świat jednak nie jest tak zero-jedynkowy.

No i ostatni wątek, bodaj najbardziej rozbudowany. W moim odczuciu też najsłabszy z przedstawionych. Owszem, jest tutaj refleksja, imo bardzo celna, co do natury ludzkiej, u której podstawy leży dążenie do ideału, a nie trwanie w nim. Zdecydowałaś się jednak obudować ją szczegółowym opisem przemian tworzonego świata, co wizualnie mogłoby z pewnością wyglądać spektakularnie, jednak w pisanym tekście po prostu zaczęło mi się ciągnąć.

Pochwalić natomiast muszę za język i styl narracji, który odebrałem jako taki wyjątkowo ciepły i przyjemny. Niby zaczyna się zgonem, niby są tu rozważania o przemijaniu, utraconych szansach czy życiowych wyborach, ale ich ciężar złagodzony został właśnie stylem, co moim zdaniem uczyniło je dużo przystępniejszymi w odbiorze.

Pierwsza połowa tekstu bardzo mi przypomina “Via Vitae” Boronia z “Granic Nieskończoności”, choć tam podobny motyw został rozegrany w zupełnie inny sposób (skądinąd – polecam ten tekst). Tu jednak zaczynasz z innej perspektywy, rozgrywasz w inny sposób, wyciągasz tekst w innym kierunku i inne są tego konsekwencje. Przy okazji – co bardzo cenne – wstawiasz tu pewne perspektywy, o których rzadko się mówi (no, obecnie mówi więcej, ale i tak jest to spychane i bagatelizowane). Te perspektywy kobiet w społeczeństwie nie, gdy wszystko gra, a gdy przychodzi podsumować, ile z życia się dostało.

Przyznam, że z mojej perspektywy to najlepszy z Twoich tekstów, jakie czytałem, także dający do myślenia. W sensie “tak wyglądając poza własną szufladę”, bo jeśli chodzi o gusta literackie, to wolę inne lektury. No ale właśnie tak “wyglądając”, to tekst dobry, melancholijny, dający zadumę. Zastanawiający, czy są tam wstawki a’la autobiograficzne, czy nie, ale to ostatnie akurat nie ma znaczenia dla oceny. Nawet w trakcie zastanawiałem się, czy pójdzie to w stronę, przy której dąłbym pióro z marszu, pomimo “niemojejszuflady” i trochę się zawiodłem, że jednak nie, że warstwa “dawania do myślenia” gdzieś tam trochę ustąpiła pola w dalszej części opowiadania. A szkoda. Bo choć to nadal dobry tekst, to miał potencjał dać więcej, dać ten obraz, który pozwala ujrzeć problemy, które na co dzień łatwo ignorować, a które właśnie z ich ignorowania powstania, takie błędne koło. Tego mi wiec zabrakło w kontekście nominacji (choć było na dobrej drodze), acz opowiadanie bardzo dobre.

 

" Kilka dni później otworzyłam gazetę"

" Kiedy mam już wszystko"

Nadmiarowe spacje.

 

"straciła jakieś szansy"

– szanse.

 

Hej, MrBrightside,

Zacznę od tego, że zastanawiam się, ile w Ewie jest samej Irki.

Ech, no, tak wprost? ;)

Odpowiedź nie jest w gruncie rzeczy łatwa. Owszem, jest tu parę faktów, które sobie wzięłam z mojego życia, może jeszcze jeden czy dwa więcej niż zauważyłeś, ale jednocześnie nie jest to autobiografia. A z drugiej strony trudno mi kategorycznie stwierdzić, że Ewa to nie ja, bo myśli podobnie jak ja i z tego względu jest mi bliska. To w ogóle jest ciekawe pytanie, ile jest nas, w bohaterach, których tworzymy.

 

Zamysł idący za ich pokazywaniem już był wiadomy, stąd uważam, że drugi czy trzeci przykład można by z powodzeniem tu i ówdzie przyciąć.

Pewnie można i nawet się zastanawiałam, czy z jednego nie zrezygnować, ale chciałam pokazać, że spieprzone życie niekoniecznie musi oznaczać bycie ofiarą.

 

natomiast co ciekawe, dobrych tam nie uświadczyła. Wyszło dość paranoicznie z taką sugestią, że każdy knuje wobec Ewy i biedna nie ma komu zaufać, a myślę, że świat jednak nie jest tak zero-jedynkowy.

Ale to czyściec, tam nie ma być miło ;) I pamiętaj, że ona w pierwszej części mówiła o tym, że ma przyjaciół, pracę, którą lubi i generalnie nawet na samym początku nie uznawała swojego życia za złe. Paranoik nie wyrwałby się z kolejnych prób poprawienia życia.

Nawet jeśli ktoś Cię lubi, czasem pomyśli coś, co Ci się nie spodoba, bo jest zmęczony, ma zły dzień, albo coś tam jeszcze.

 

Zdecydowałaś się jednak obudować ją szczegółowym opisem przemian tworzonego świata, co wizualnie mogłoby z pewnością wyglądać spektakularnie, jednak w pisanym tekście po prostu zaczęło mi się ciągnąć.

Trochę się tego obawiałam, nawet sporo wywaliłam, ale chciałam jej dać nieco radości twórczej ;)

 

Pochwalić natomiast muszę za język i styl narracji, który odebrałem jako taki wyjątkowo ciepły i przyjemny. Niby zaczyna się zgonem, niby są tu rozważania o przemijaniu, utraconych szansach czy życiowych wyborach, ale ich ciężar złagodzony został właśnie stylem, co moim zdaniem uczyniło je dużo przystępniejszymi w odbiorze.

Dziękuję, tu lejesz miód na moje serduszko :)

 

 

Witaj, wilku

 

Pierwsza połowa tekstu bardzo mi przypomina “Via Vitae” Boronia z “Granic Nieskończoności”, choć tam podobny motyw został rozegrany w zupełnie inny sposób (skądinąd – polecam ten tekst).

Nie czytałam, ale antologię mam, więc przeczytam :)

 

Te perspektywy kobiet w społeczeństwie nie, gdy wszystko gra, a gdy przychodzi podsumować, ile z życia się dostało.

Dawno, dawno temu, jeszcze na studiach robiłam ankiety do sporego badania sytuacji kobiet w Polsce. Trafiłam na kompletną wiochę, pani w wieku 35 – 45, spore gospodarstwo, ładny dom, ona sama zadbana. I zadałam pytanie o marzenia. Do dziś pamiętam ciszę, konsternację, a potem panikę na jej twarzy, gdy zdała sobie sprawę, że przytłoczona prozą życia, żadnych nie ma. I trochę z tej kobiety jest też w mojej bohaterce. Może dlatego za pierwszym razem decyduje się spróbować ponownie.

 

Przyznam, że z mojej perspektywy to najlepszy z Twoich tekstów, jakie czytałem, także dający do myślenia. W sensie “tak wyglądając poza własną szufladę”, bo jeśli chodzi o gusta literackie, to wolę inne lektury.

Dziękuję :)

 

Nawet w trakcie zastanawiałem się, czy pójdzie to w stronę, przy której dąłbym pióro z marszu, pomimo “niemojejszuflady” i trochę się zawiodłem, że jednak nie, że warstwa “dawania do myślenia” gdzieś tam trochę ustąpiła pola w dalszej części opowiadania.

A mógłbyś sprecyzować?

 

Tego mi wiec zabrakło w kontekście nominacji (choć było na dobrej drodze), acz opowiadanie bardzo dobre.

<i tak uśmiecha się jak kot, który dostał miseczkę mleczka>

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Trafiłam na kompletną wiochę, pani w wieku 35 – 45, spore gospodarstwo, ładny dom, ona sama zadbana. I zadałam pytanie o marzenia

Kiedyś z konieczności musiałem siedzieć w jednym pomieszczeniu z bardzo “normalnymi” ludźmi. Do dzisiaj pamiętam jak tym, może ze 25-30 lat, zadał dziewczynom pytanie:

– Ej laski, co można kupić żonie na prezent, bo nie mam pomysłu? [małżeństwo od kilku lat, dziecko od miesiąca]

– A czym się interesuje?

[chwila ciszy]

– … fryzjerstwem…? [z wahaniem w głosie]

 

Niby śmieszne, a cholernie smutne.

A mógłbyś sprecyzować?

A bo jednak było wszelkie pole ku temu, żeby na koncu wbić klin w nieintencjonalne stereotypizacje i kulturowe hamowanie połowy ludzkości. To są tego typu problemy, które również literatura może trochę naprostowywać, właśnie przez dawanie czytelnikom do myślenia.

 

A bo jednak było wszelkie pole ku temu, żeby na koncu wbić klin w nieintencjonalne stereotypizacje i kulturowe hamowanie połowy ludzkości.

A, rozumiem, ale to byłaby faktycznie zupełnie inna opowieść. Mnie tu bardziej zależało na pokazaniu człowieka, bez względu na płeć. A po drugie – pogodzenia się ze sobą, takiej pozytywnej retrospekcji.

 

Edytka, ale jak lubisz problemowo, to zapraszam do anielskiego opka ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

A, rozumiem, ale to byłaby faktycznie zupełnie inna opowieść.

Wbrew pozorom niekoniecznie. Czasem pojedyncze zdania dużo robią. Ba, zdarza się, że w bardzo zaskakujący sposób. Nawet w “Robocopie” czy starej wersji “Rollerballa”, wydawać by się mogło, że filmach czysto rozrywkowych, są właśnie takie pojedyncze zdania-wstawki, które nie zmieniając ogólnego stylu, nadają dodatkowej warstwy w bardzo nieinwazyjny sposób.

 

 

Ech, jak tak próbuję, to tego nikt nie zauważa ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Nikt nie mówi, że możliwe znaczy łatwe ;) 

;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Od strony technicznej i językowej – bardzo dobrze się to czyta. Sugestywne opisy, dobrze dobrane słowa budujące klimat.

Sama opowieść mocno się miota. Najpierw miałem wrażenie kolejnego “paktu z diabłem”, potem jednak idzie w coraz więcej sytuacji aż końcówką zahacza o rozwiązanie rodem z “The Egg” Andy’iego Wiera. Ten brak jednoznacznej, trwałej linii trochę mnie zgubił, ale nadrabiała to forma tekstu.

Tak więc ciekawy koncert fajerwerków, dobrze wykonany, choć treść nieco szamotała się to w jedną, to drugą stronę, co groziło zgubieniem się przeze mnie w fabule.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Tak więc ciekawy koncert fajerwerków, dobrze wykonany, choć treść nieco szamotała się to w jedną, to drugą stronę, co groziło zgubieniem się przeze mnie w fabule.

Dziękuję :) Piszesz, że szamotanie się treści groziło Ci zagubieniem, więc mam nadzieję, że całkowicie nie przepadłeś ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, lubię Twój styl. Bardzo konkretny, dynamiczny, bez przestojów. Dobrze się to czyta. Tematy też zwykle podejmujesz takie egzystencjalne, ale na swój sposób, bez zadęcia czy patosu. Z ciekawym spojrzeniem. Ten tekst właśnie jest tego świetnym przykładem.

Pierwsza część to właściwie obyczaj. Poznajemy główną bohaterkę i podsumowanie jej życia, fantastyka jest tu wręcz na marginesie. I ta pierwsza część wybrzmiewa bardzo wyraziście, z mocną puentą. To mógłby być właściwie koniec całego opowiadania i wyszedłby z tego niczego sobie szort.

Ku mojemu zdziwieniu końcem się jednak nie okazało.

Dalej zaserwowałaś kolejne części i one właściwie są już zupełnie inne. W dalszym ciągu mamy ten sam motyw przewodni, czyli rozliczenie życia głównej bohaterki, bilans błędów i wypaczeń, i wniosek, że właściwie to wcale nie było tak źle, a po prawdzie to całkiem dobrze.

Podobały mi się te zmiany perspektywy, i refleksja na temat tego, jak często się mylimy, nie znając całej prawdy.

Wreszcie trzecia część, gdzie bohaterka wchodzi w buty Stwórcy, i znowu, jest tu ograny w popkulturze motyw uzyskania wszechmocy przez bohatera, a u Ciebie wybrzmiewa on zupełnie inaczej. Bóg musiał być strasznie samotny tam w raju. Ta ostatnia część chyba jest troszkę przeciągnięta, ale nie jest to jakiś wielki zarzut.

Podsumowując, lektura satysfakcjonująca, wzbudziła ciekawość i trzymała ją do końca. Podobało mi się.

 

Ocena: 5.275/6

 

PS

Zacznę od tego, że zastanawiam się, ile w Ewie jest samej Irki.

Też mnie taka refleksja naszła. Choć dla mnie głównym powodem był sposób myślenia bohaterki. 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Hej, Chrościsko

Irko, lubię Twój styl. Bardzo konkretny, dynamiczny, bez przestojów. Dobrze się to czyta. Tematy też zwykle podejmujesz takie egzystencjalne, ale na swój sposób, bez zadęcia czy patosu. Z ciekawym spojrzeniem.

Wow, ile komplementów w jednym akapicie :)

 

Podobały mi się te zmiany perspektywy, i refleksja na temat tego, jak często się mylimy, nie znając całej prawdy.

Dziękuję :)

 

Bóg musiał być strasznie samotny tam w raju.

Też tak myślę.

 

Podsumowując, lektura satysfakcjonująca, wzbudziła ciekawość i trzymała ją do końca. Podobało mi się.

:D

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Hej, Anet, dziękuję :)

Chyba jest lepiej niż poprzednio, ale jeszcze nie idealnie ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć!

 

Pierwsze określenie jakie mi przychodzi na myśl po lekturze, to “ludzkie”. Początek to takie zwykłe historie jakich wiele, a nawet dramaty, ale dodanie do tego możliwości zaczęcia od nowa sprawiło, że można na nie spojrzeć nieco inaczej. Bo czy warto zaryzykować, nie mając żadnej gwarancji, że będzie lepiej? Powiedziałabym, że każda część tekstu ma swój przekaz. Sami możemy sobie stworzyć własne piekło, nigdy nie wiemy, jaką rolę odgrywamy w czyimś życiu i jak jesteśmy postrzegani, a na koniec może się okazać, że to czego pragniemy, wcale nie da nam szczęścia. Ciekawie też pokazałaś przemianę bohaterki. Była to bardzo satysfakcjonująca lektura.

Nie robiłam łapanki, ale zauważyłam, że momentami masz duże nagromadzenie “się”.

Rozglądam się niespokojnie, czekając aż dojdzie do czegoś niemiłego, ale nic się nie dzieje. Kulka, którą trzymam w ręce rozgrzewa się przyjemnie. Badam ją z ciekawością, wewnątrz kłębi się mgła i czasem coś iskrzy. Zastanawiam się, do czego służy i nie mam pomysłu. W końcu wzruszam ramionami, odkładam kulkę na stolik, sadowię się na leżaku i sięgam po szklankę. Przelatuje mi przez myśl pytanie, czy martwi mogą pić, ale po pierwszym łyku okazuje się, że tak.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Witaj, Alicello

Pierwsze określenie jakie mi przychodzi na myśl po lekturze, to “ludzkie”.

O, podoba mi się :)

W ogóle podoba mi się kierunek Twojej interpretacji, szczególnie raju.

 

Była to bardzo satysfakcjonująca lektura.

Dziękuję :)

 

momentami masz duże nagromadzenie “się”.

Ech, wiem, już Reg zwróciła na to uwagę i wierz mi, to siękoza już jest zredukowana. I na mocniejszą redukcję już nie mam pomysłu.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Ech, wiem, już Reg zwróciła na to uwagę i wierz mi, to siękoza już jest zredukowana. I na mocniejszą redukcję już nie mam pomysłu.

Łączę się w bólu, też zawsze walczę z siękozą, podstępna jest ;)

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

po łacinie (pasowałoby do tytułu)

Nie rozumiem, dlaczego akurat łacina miałaby pasować do tego tytułu? Dante pisał sporo po łacinie, ale akurat nie “Commedię”. Samo słowo komedia też nie pochodzi z łaciny, więc mój mózg się tu zawiesił. Ale inferno, purgatorio, paradiso też pewnie byłyby spojlerami XD

 

Coś więcej napiszę, jak się przegryzę z tym opowiadaniem ;)

 

Aha, klasyczna greka nie pasowałaby mi do tych tytułów, bo one nie są z klasycznej greki. Nie jestem aż takim znawcą, żeby rozróżnić, czy zastosowana ortografia pasuje do koine (która byłaby tu ideałem), czy jest całkiem współczesna, czy w koine było jeszcze “n” na końcu rzeczowników rodz. nijakiego (chyba tak? ninedin by się tu zdała).

http://altronapoleone.home.blog

Dante pisał sporo po łacinie, ale akurat nie “Commedię”.

Ups, faktycznie. Nie wiem, skąd wzięło mi się przekonanie, że pisał po łacinie.

 

Coś więcej napiszę, jak się przegryzę z tym opowiadaniem ;)

Jak się przegryzasz z opowiadaniem, to nie jest źle, gorzej by było, gdybyś musiała się przegryzać przez nie ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dante w większości pisał po łacinie i podobnie jak o pół wieku młodszy Petrarka uważał twórczość łacińską za tę istotną. Niemniej akurat Commedia jest w dialekcie toskańskim ;)

http://altronapoleone.home.blog

Cześć,

 

Jak dla mnie są tutaj dwie części historii, które niekoniecznie łączą się w logiczną całość. Mi przynajmniej się nie połączyły. Choć z drugiej strony był to dość nieoczekiwany skręt ze krainy obyczaju w kierunku Irki, tfu, Ewki Wszechmogącej ;)

Ta druga część dużo bardziej przypadła mi do gustu. Kreowanie świata, przypomina mi trochę kreowanie fabuły. A samotność, brak spełnienia i może też trochę znudzenie, pomimo możliwości spełniania życzeń, przywodzą mi na myśl dziwną cechę człowieka, który poszukuje sensu i radości w nieznanym, w drugim (taka moja interpretacja). Świetnie to napisałaś :)

Jeżeli chodzi o pierwszą część, niezrozumiałe są dla mnie ograniczenia, które tkwią w bohaterce, problemy z wyglądem, refleksje nad sukcesami życiowymi (”mam 50 lat i już za późno na zmiany!”) czy z motywacją tzw. przyjaciółek. Wg mnie jest to mało uniwersalne, jakoś nie potrafiłem się wczuć w tę bohaterkę.

 

W sprawie piórka jestem na “Nie” – głównie za sprawą tej fabularnej dwoistości. Ocena pierwszej części historii nie rzutuje aż tak bardzo na mój głos, przede wszystkim zależałoby mi na spójności, myślę, że gdybyś poszła w kierunku obyczaju i rozwinęła tę część, również mogłoby to posłużyć tekstowi.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Drakaino, czyli dzwoniło w pobliskim kościele ;)

 

Basement,

Jak dla mnie są tutaj dwie części historii, które niekoniecznie łączą się w logiczną całość.

To piekło, czyściec i raj, siłą rzeczy w dwóch pierwszym będzie niemiło, a w ostatnim miło, przynajmniej na pierwszy rzut oka ;)

 

Kreowanie świata, przypomina mi trochę kreowanie fabuły.

A wiesz, o tym nie myślałam, ale całkiem mi się podoba Twoja interpretacja :)

 

Jeżeli chodzi o pierwszą część, niezrozumiałe są dla mnie ograniczenia, które tkwią w bohaterce, problemy z wyglądem, refleksje nad sukcesami życiowymi (”mam 50 lat i już za późno na zmiany!”) czy z motywacją tzw. przyjaciółek.Wg mnie jest to mało uniwersalne, jakoś nie potrafiłem się wczuć w tę bohaterkę.

Hmm, mnie się to wydawało uniwersalne, ale kłócić się nie zamierzam. I nie jestem przekonana, czy to ograniczenia. Ona jest w sumie zadowolona z życia, może nie osiągnęła wszystkiego, co chciała, ale sama przyznaje, że źle nie było. Jeśli chodzi o otoczenie, to każdy czasem pomyśli coś niemiłego na temat znajomych, ale to jeszcze nie znaczy, że ich nie lubi. Mnie bardziej chodziło o zmierzenie się ze sobą, refleksję.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hmm, mnie się to wydawało uniwersalne, ale kłócić się nie zamierzam. I nie jestem przekonana, czy to ograniczenia. Ona jest w sumie zadowolona z życia, może nie osiągnęła wszystkiego, co chciała, ale sama przyznaje, że źle nie było.

Dzięki za odpowiedź. Ja też nie zamierzam się kłócić, jakoś mi osobiście nie pyknęło, choć jestem przekonany, że w dłuższej historii potrafiłbym się lepiej wczuć w bohaterkę :)

Che mi sento di morir

Ja też nie zamierzam się kłócić, jakoś mi osobiście nie pyknęło

Spoko, nie tylko Tobie :) Byłoby nudno, gdyby nam wszystkim podobało się to samo :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Początek nie wróżył dobrze – zapowiadało się jako czytelna z góry wariacja na temat “Opowieści wigilijnej”. Do tego ten czarny przystojniak wyskakujący z kapelusza. Ciekawie zrobiło się, gdy padło słowo “piekło” (nie rozszyfrowałem pierwszego greckiego śródtytułu) i gdy zobaczyłem, że budujesz kolejne poziomy w sposób mniej standardowy.

Jest w konstrukcji całości trochę chaosu, tak jakbyś kolejne części wymyślała na bieżąco, ale (co w sumie dla mnie dziwne) ten brak konsekwentnego schematu daje wrażenie świeżości. I ta świeżość mnie przekonuje.

Witaj, coboldzie :) Swoją piórkową decyzją sprawiłeś mi sporo radochy :)

Zdawałam sobie sprawę, że początek może się wydawać nieco – jak to ktoś określił – oklepany, ale wydawał mi się też wart ryzyka.

Chaos w konstrukcji, powiadasz? Nie wymyślałam na bieżąco, ale może po prostu życie jest jednym wielkim chaosem ;) Naprawdę się cieszę, że tekst Cię przekonał :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Noż cholera. Kolejny tekst w tym miesiącu, gdzie jestem o krok od TAK-a. Opowiadanie jest pomysłowe, naprawdę pięknie napisane i subtelne, emocjonalnie i koncepcyjnie. Zakończenie nietypowe, nieoczekiwane, bohaterka mnie przekonała, może dlatego, że mam z nią wiekowo wiele wspólnego. To, jak rozumiesz piekło, czyściec i niebo – odświeżające.

Okej, to “o krok od TAK-a” właśnie zmieniło się w TAK.

 

 

 

PS. @Drakaina; tu by idealna była albo koine, albo jeszcze bardziej greka bizantyjska; czyli pewnie raczej ewangeliczne κόλασις [kolasis] niż nowogreckie κόλαση, Καθαρτήριο bym dała z końcówką -n-, jak w grece do początków XX wieku, paradeisos ma formę klasyczną :) 

No więc ja też byłam o krok od TAK-a, ale jednak nie. Jak dla mnie to jest zbyt szybkie, zbyt pospieszne. Podoba mi się pomysł, ale mam wrażenie, że przedstawiłaś go zbyt pospiesznie, skrótowo. Pokazałaś, jak rozumiesz piekło, czyściec i raj, ale pozostałam z uczuciem niedosytu w sensie zanurzenia się w te światy bohaterki.

Największy problem miałam z piekłem, bo w zasadzie, nawet bez śródtytułu, opis śniadego człowieka itd. natychmiast sugeruje, z kim mamy do czynienia, więc całość robi się trochę banalna. Także te opowieści, warianty życia. A byłoby tyle mniej oklepanych możliwości, niż pustka, bo nie ma rodziny lub mąż, który bije. Piekło to są inni, piekło to jest nuda. Oczywiście w skrótowej formie najlepiej się sprawdzają oczywistości, ale to u mnie źródło rozczarowania.

Czyściec był dla mnie najmniej zrozumiały w sensie tego, co tam bohaterka przeżywa, może dlatego, że dla mnie nastrój jest tam dość piekielny ;) Czy to, że bohaterka jakoś tam się stawia, w przeciwieństwie do tej z piekła, jest czyśćcowe?

Najlepszy jest raj z tym twistem na końcu.

I jak dla mnie to wszystko razem jest materiałem na mikropowieść na co najmniej 80k znaków, żeby bohaterkę poznać, rozwinąć psychologicznie, dać się w nią wczuć – bo to ten typ fabuły, w którym to jest absolutnie konieczne, a tymczasem miałam przy lekturze wrażenie, że pokazywane mi są scenki w fotoplastykonie, scenki może z jakiejś sesji psychoterapii, ale tylko scenki. Nie znam bohaterki, jest ona tylko nośnikiem informacji. A w tak w sumie intymnym tekście to trochę za mało.

Szkoda, bo idea zacna. A wykonanie oczywiście bez zarzutu, choć troszkę mi w tej eleganckiej narracji zgrzytały nagłe wulgaryzmy. I nie tak, że one tu nie pasują, tylko po prostu odstają od tego, jak opowiadasz tę historię.

http://altronapoleone.home.blog

Ninedin, zafundowałaś mi tyle pochwał, że aż się rumienię :) Dziękuję i za cudny komentarz, i za TAKa :) Grekę spróbuję poprawić.

 

Drakaino, jeśli byłaś o krok od TAKa, to już sukces :)

Także te opowieści, warianty życia. A byłoby tyle mniej oklepanych możliwości, niż pustka, bo nie ma rodziny lub mąż, który bije.

Pewnie masz rację, ale wybierałam skrajności, bo jedna prosta decyzja może zmienić wszystko. Poza tym w przypadku Ewy – dziennikarki jest chyba coś więcej.

 

Piekło to są inni, piekło to jest nuda.

A nie dla mnie, IMO piekło to my. Jeśli człowiek pogodzi się sam z sobą, inni mogą sprawić przykrość, ale nie staną się piekłem. Przyznaję, że Ewa miała fory, bo startowała z całkiem niezłej pozycji. Stwierdziła, że jej życie nie jest złe, ale… A na końcu jej się odmieniło i mówiła: może nie osiągnęłam wszystkiego, ale… Niby subtelna różnica, ale… ;) Poza tym moja Ewa nie szukała winnych dookoła, zwracała uwagę na swoje decyzje i wybory. I pewnie dlatego przeszła piekło względnie bezboleśnie. Mogłam jej dołożyć na starcie, może byłoby to bardziej widoczne, ale chciałam zwykłą kobietę, która może świata nie zawojowała, niczego wielkiego nie osiągnęła, ale jednocześnie może w lustro spoglądać bez winy i wstydu.

 

Czyściec był dla mnie najmniej zrozumiały w sensie tego, co tam bohaterka przeżywa, może dlatego, że dla mnie nastrój jest tam dość piekielny ;) Czy to, że bohaterka jakoś tam się stawia, w przeciwieństwie do tej z piekła, jest czyśćcowe?

Raczej chodzi o to, że kiedy już pogodzisz się z sobą, pogodzenie się z tym, jak widzą Cię inni to betka ;)

 

Najlepszy jest raj z tym twistem na końcu.

Dzięki, też go lubię :)

 

I jak dla mnie to wszystko razem jest materiałem na mikropowieść na co najmniej 80k znaków

Myślisz? A ja się bałam, że przy tego typu tekście długość będzie przeszkodą.

 

troszkę mi w tej eleganckiej narracji zgrzytały nagłe wulgaryzmy.

IMO pasują do tej wersji Ewy.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Bardzo dojrzałe. Powinnaś pisać obyczajówkę. Nie przypuszczałem, że potrafisz tak się otworzyć. Przez ten łazik ciągle kojarzysz mi się z umysłem ścisłym. Nie wiem, czy pisać, że to Twoje najlepsze opowiadanie, ale akurat w moich ustach uznanie dla tego tekstu pewnie Cię nie zaskoczy. Pisanie z …….. (wstawić właściwe słowo) zawsze będzie dla mnie bardziej wartościowe niż zmyślanie.

Jedynie w akapitach kolejnych żyć przed lustrem mogłabyś wprowadzić drobną kosmetykę. Wiesz przecież, że życie bardzo rzadko bywa jednowymiarowe i warto byłoby uwzględnić to w jednym lub dwóch zdaniach.

Poza tym, cóż, brawo.

Pozdrawiam.

 

Hej, Darconie

Bardzo dojrzałe.

Dziękuję :)

 

Nie przypuszczałem, że potrafisz tak się otworzyć. Przez ten łazik ciągle kojarzysz mi się z umysłem ścisłym.

Hi, hi, a ja science fiction właściwie nie piszę, bo stale mam wrażenie, że za mało wiem. Właściwie wszystkie moje teksty idą mocniej w stronę obyczajówki.

 

Wiesz przecież, że życie bardzo rzadko bywa jednowymiarowe i warto byłoby uwzględnić to w jednym lub dwóch zdaniach.

Pewnie by się dało :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć!

 

Dlaczego Twój tekst nie bierze udziału w plebiscycie na tekst roku? Bardzo dobre, lekkie, optymistyczne i przyjemne opowiadanie ze sporą dawką fantastyki. Sprawy ostateczne na sporym luzie, niby skrótowo, ale jakbyś to bardziej rozbudowywała, to by pewnie było nieco przytłaczające. Mapa drogowa, pokazująca wpływ życiorysu na talię, biust i twarz, sprawdza się. Ciekawie podeszłaś do tematu “cofnij czas i zacznij jeszcze raz”.

Czytałem z tym większą ciekawością, że sam też mam coś podobnego rozgrzebanego (kilka wersji życia bohatera) i jakoś nie mogę się zebrać, by to skończyć. U Ciebie po tym kalejdoskopie bohaterka trafia do miejsca, gdzie (nie do końca świadomie) wchodzi w role stwórcy, by w końcu znudzić się samotnością wszechmogącej i wyruszyć w drogę w nieznane.

Nie wiem czy słusznie, ale momentami odnosiłem wrażenie, że bohaterka może mieć coś niecoś wspólnego z autorką. Zwłaszcza jak dojechałem do sceny z portalem, ale też wcześniej, kiedy podsumowywała rezultaty kolejnych scenariuszy. Szkoda, że portal nie odświeża w zaświatach.

Nieco intryguje zakończenie. Zaświaty są nieco beztroskie i rządzące nimi siły skupiają się na bohaterce. Najpierw bez przymusu zachęcają ją do zaakceptowania własnego życia (choć nazywają ten etap piekłem), a następnie prowadzą przez cudowności aż do kuli. Zachęcające takie, doprawdy ;-)

 

Z uwag tylko jedno mi się rzuciło:

Wszystko jest nieruchome, najlżejszy wietrzyk nie porusza liśćmi drzew, a morze jest gładkie niczym lustro. Potrzebuję pogody.

Ale ona przecież wcześniej chciała mieć prawdziwy świat i taki dostała – jak rozumiem – a w takim świecie, jeżeli mamy ruch obrotowy dookoła słońca, a na planecie lądy i morza, to pogoda sama się zrobi.

 

A to bardzo mi się spodobało:

Niby zawsze byłam samotna, ale jednak wśród ludzi.

Dobra definicja słowa życie

 

Podsumowując, bardzo pomysłowe i dobrze napisane opowiadanie o życiu po życiu. Bez patosu i straszenia piekłem (takim czy innym), ale z humorem i dystansem.

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Nie ukrywam, że byłem trochę rozczarowany, gdy opko nie weszło do plebiscytu. Z drugiej strony, NF to nie jest portal dedykowany dla takiej literatury. To znaczy nie postawiłbym tego utwory jako flagowego przykładu publikacji na portalu. Dlatego już samo piórko oceniam za bardzo dobry wyróżnik. Zmierzam do tego, byś pisała takich rzeczy jak najwięcej. To zdecydowanie wartość dodana do literatury psychologii człowieka.

Pozdrawiam.

Hej, krarze, dziękuję za wiztę :)

Dlaczego Twój tekst nie bierze udziału w plebiscycie na tekst roku?

Bo do plebiscytu wchodzi tylko dziesięć najlepszych opek :)

 

Mapa drogowa, pokazująca wpływ życiorysu na talię, biust i twarz, sprawdza się.

No, to fakt, fajnie, że zauważyłeś.

 

Ciekawie podeszłaś do tematu “cofnij czas i zacznij jeszcze raz”.

Bo to się nie da. Nie takie błędy, to inne. Jeśli ktoś się porządnie przyjrzy własnemu życiu, to pewnie odnajdzie momenty, w których mógł zboczyć na zdecydowanie gorszą drogę.

 

Nie wiem czy słusznie, ale momentami odnosiłem wrażenie, że bohaterka może mieć coś niecoś wspólnego z autorką.

Nie potwierdzam i nie zaprzeczam ;)

 

Szkoda, że portal nie odświeża w zaświatach.

To fakt.

 

Zachęcające takie, doprawdy ;-)

I to bardziej niż chrześcijańskie niebo. Kto by nie chciał być w przyszłości wszechświatem :)

 

Ale ona przecież wcześniej chciała mieć prawdziwy świat i taki dostała – jak rozumiem – a w takim świecie, jeżeli mamy ruch obrotowy dookoła słońca, a na planecie lądy i morza, to pogoda sama się zrobi.

Kulka była osobliwością, z której powstał wszechświat, podrzucając ją, zrobiła Wielki Wybuch i stworzyła nowy wszechświat, ale planeta była początkowo po prostu kawałem skały, jak nasz Księżyc. MMusiała się trochę postarać, żeby ją urządzić.

 

Podsumowując, bardzo pomysłowe i dobrze napisane opowiadanie o życiu po życiu. Bez patosu i straszenia piekłem (takim czy innym), ale z humorem i dystansem.

Dziękuję :)

 

Hej, Darconie

Nie ukrywam, że byłem trochę rozczarowany, gdy opko nie weszło do plebiscytu.

Eee, głupio dyskutować, kiedy się współdecyduje ;) Ale opka, które weszły są naprawdę dobre.

 

Zmierzam do tego, byś pisała takich rzeczy jak najwięcej.

A zamierzam, zamierzam. Mam dwa zaczęte, a właśnie mi się trzeci pomysł wciska i zajmuje uwagę :)

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

>30 k to opowiadania, które są już dla mnie długie ^^ i rozbijam na kilka czytań, ale tu wciągnęło i nie chciało puścić, do samego końca. Czytało się płynnie, lekko (pomimo tematyki) i po prostu dobrze. Podobało mi się, że w momentach, w których myślałam, że już wiem dokąd zmierza fabuła, wprowadzasz zwroty. Bardzo dobry tekst :)

 

Pozdrawiam

OG

Dziękuję, OldGuard :) Dla mnie 30k to też długi tekst i tym bardziej się cieszę, że poszło na jeden raz :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Nowa Fantastyka