Profil użytkownika


komentarze: 268, w dziale opowiadań: 208, opowiadania: 134

Ostatnie sto komentarzy

Podobnie jak regulatorzy lekturę solidnie „dociągnęłam” tylko do pierwszych gwiazdek. Resztę przeskanowałam – co prawda pobieżnie, ale jednak, bo mimo wszystko odniosłam wrażenie, że w twoim tekście „coś” jest – zdarzają się nieźle brzmiące frazy, przyzwoicie zindywidualizowani niektórzy bohaterowie, tajemnica rodziny Verrany obiecuje, że być może pozwoli się ciekawie wyjaśnić, pojawił się intrygujący Strażnik, a wójto-burmistrz jest taką świnią, że aż ma się ochotę doczekać chwili, gdy jakiś glan sprawiedliwości zasadzi mu kopa w tłusty tyłek. Niestety, trzeba się porządnie napocić, aby te pozytywy wyłowić, bo doszczętnie utopiłeś je w katastrofalnym wodolejstwie i totalnym bałaganie. Na przykład dzieci bawiące się w pobliżu tego niby świętego drzewa. Po przeczytaniu pierwszego zdania tekstu bez trudu przyswoiłam informację na temat działalności wspomnianych pacholąt, bo skomplikowana to ona przecież nie jest. Potem narrator przypomniał mi ją po raz wtóry, co mnie nieco zdziwiło, ale niech tam! Niestety, dwa zdania dalej znowu podrzucona mi została wiedza na temat bawiącej się dzieciarni + drzewa, zapewne na wypadek, gdyby jednak mój iloraz inteligencji był bliższy IQ rozwielitki niż piśmiennego człowieka. Kiedy jednak rozwydrzone potomstwo bajorowatych wieśniaków było uprzejme po raz czwarty, piąty, szósty oraz siódmy zażywać rozrywki pod owym wiecznie usychającym, przerośniętym badylem, ździebko mnie poniosło. A gdy dowiedziałam się po raz ósmy i dziewiąty, że te chrzanione, wsiowe bachory nic nie robią, tylko furt mordy drą pod dębem – który zapewne z tego właśnie powodu na korze pobladł, a w koronie pożółkł – z ogromną satysfakcją wyobraziłam sobie, jak znękane drzewo animizuje się, bierze potężny zamach lewym konarem, zmiata całą czeredę na kupę i wypluwa z siebie jedynie słuszną, złotą myśl: „Won stąd, gówniarstwo przebrzydłe, bo jak nie, to kornikami poszczuję i w bagnie potopię!”

Cytaty, by nie być posądzonym o gołosłowność:

 

1. Grupa dzieci bawiła się jak co dzień na skraju wioski, w pobliżu białego dębu.

2. (…) miejsce na skraju wioski z czasem zaczęło funkcjonować jako nieformalny plac zabaw dla dzieciaków.

3.(…) takie miejsce, gdzie dzieci mogły bawić się swobodnie (…)

4. Dzieciaki bawiły się beztrosko wokół wielkiego drzewa, krzycząc radośnie, ganiając się i skacząc po co niższych gałęziach

5. (…) co raz rzucając okiem na bawiące się urwisy

6. (…) dzieci bawiące się na małej polance wokół dębu.

7. Dzieci bawiły się przy tym świetnie, śmiejąc się radośnie.

8. Popatrzył na bawiące się tam dzieci, biegające w kółko, krzyczące i przerzucające się piłką ze szmatek.

9. Dzieciaki bawiące się przy świętym drzewie zerwały się do panicznego biegu(…)

 

 

Grały w bagienną piłkę, dziwną grę, która polegała na rzucaniu piłką zrobioną z powiązanych luźno szmat, tak by trafić któregoś ze współzawodników, a przy tym tak wymierzyć strzał i siłę rzutu, aby szmaciana kula nie rozpadła się na szmaty, z których była zrobiona. Dopuszczenie do takiej katastrofy oznaczało pracowite zwijanie szmat

Jak widać narrator zaparł się, że wyjaśni czytelnikowi –  niczym baca tępej owcy na hali – iż gra w piłkę jest grą wielce zaskakującą, bo polega na rzucaniu piłką, która, jako że zrobiona z luźno powiązanych szmat jest szmaciana, więc może rozpaść się na szmaty, a wtedy zonk – można se tylko w kółko albo krzyżyk pokopać.

 

 Dorośli stali na skraju polanki, aby mieć na wszystko oko. W większości były to kobiety, zebrane na drewnianych ławach przy jednej z chałup. Zajmowały się, bez względu na wiek, haftowaniem lub drugą ulubioną czynnością, plotkowaniem (…)

Najpierw dorośli zostali postawieni na własnych nogach, potem okazało się, że jednak siedzą na ławach. I słusznie, bo po cóż stać, gdy można wygodnie klapnąć. Przy okazji wyszło na jaw, że wśród facetów zamieszkujących wioskę są i tacy, którzy lubią dla relaksu pośmigać haftem krzyżykowym, aczkolwiek, gwoli sprawiedliwości należy przyznać, że miłośniczkami tego typu rękodzielnictwa „w większości były kobiety”. Nie zmienia to jednak faktu, że przychrzanianie się hafciarzy do Gessana, wielbiciela robalków, i zarzucanie mu, że nie rokuje nadziei na bycie prawdziwym mężczyzną, było co najmniej niestosowne, bo działało na zasadzie „przyganiał kocioł garnkowi”.

 

Podsumowując: nie panujesz nad szczegółami, które sam przecież do swojego tekstu wprowadzasz. Wielokrotnie powtarzasz te same informacje. Nie dostrzegasz także i tych zwykłych, wyrazowych powtórzeń, które przecież walą po uszach całymi seriami – przeczytaj na głos ze dwadzieścia początkowych linijek tekstu i spróbuj usłyszeć, ile razy powtarza się wyraz „drzewo”! Ponadto strasznie dużo wody lejesz. Człowiek usiłuje czytać, ale nie daje rady, bo mu w głowie brzęczy:

„I wciąż ta sama ballada – Deszcz pada, pada, pada – Rydel narrator gada, gada, gada…”

Żeby twój „Kudłacz” mógł zaprezentować swoje faktyczne walory, musisz go jeszcze bardzo długo i bardzo szczegółowo wyczesywać z rozmaitych mankamentów i insektów. To się da zrobić. Życzę powodzenia.

 

Atak rwy kulszowej w boleśnie komicznym entourage'u realizmu magicznego! Jest wredny humor, groteskowy a przy tym jakże trafny opis niemocy i desperacji, perfidna kpina z małżonka i mikroautoportret narratora. Początkowo miałam pewne zastrzeżenia do pointy zbudowanej na najbardziej oczywistym skojarzeniu, ale po namyśle doszłam do wniosku, że facet z czerwoną miednicą pod pachą jest OK. Niektórzy (?) z nich tak mają – przekazywane informacje przetwarzają w taki sposób, aby spacyfikować ich sens dramatyczny, a przyswoić treści „komercyjne”, czyli: amputacja kończyny = golonka wieprzowa, perforacja jelit = flaczki na ostro z majerankiem, pęknięta rura w łazience = kupić żonie nowego mopa. Dla mnie tekst jak najbardziej OK – ubawił mnie mocno.

Proponuję poprawić: „znieczuleniem współczesnego społeczeństwa” na „znieczulicą (…)”, a „po drodze do domu” na „w drodze do domu”.

Kusiło mnie, aby poczekać przynajmniej dobę na lawinę komentarzy, ale gnębiło mnie niemiłe, wewnętrzne poczucie dokonania podwójnego oszustwa – i na szkodę Lema i komentujących. Więc pękłam. Ale, przyznaję uczciwie, że i tak miałam chwile niezłego ubawu.

Może to być! Może! Ale w zamian “sześcio-tomowy” napisałam razem a “historję”przez “i”, żeby kompletnej abnegatki z siebie nie robić.

Tak majstrują lata całe przy polskiej pisowni, że w końcu współczesne dzieciaki zaczęły chorować i na ospę i na różyczkę, i na dysortografię!

Niemniej, że skserokopiuję własne me słowa, lektura przyjemną mi była a miłą osobliwie.

 

Czyli, Cieniu Burzy – masz dobrego czuja. A tak na marginesie, ten tekścik był napisany z dużo większym jajem i lekkością, niż wiele innych – fantastycznych i parafantastycznych, z którymi “widziałam się” podczas nocnych lektur prasy wszelakiej.

Screen, o którym wspomniałam.

Nie będę dłużej ściemniać, sumienie mi nie pozwala, więc wkleję anonsowane we wstępie „Trzy”. Starałam się tak dawkować informacje, aby puenta mi przedwcześnie się nie wymsknęła. Nie całkiem mi się to udało – bardziej ględzę niż stopniuję napięcie, ale na zmiany już za późno. Zanim jednak przejdę do rzeczy, pozwolę sobie na wyrażenie głębokiego rozczarowania. Pięknie mnie odstrzeliliście, naprawdę! Nie mógł ktoś, choćby z litości, skomentować? (Śniąca wypowiedziała się przed chwilą! Szlachetna istota! O, i jeszcze Cobold!) Wrzucić parę uwag na temat obowiązku słownego zapisu cyfr? A gdzie krytyka zakończenia – klasycznie wręcz banalnego i do białości wypranego z wszelkiej oryginalności? A gdzie opitol za interpunkcję, kulejącą niczym ochwacona (przedwojenna) kobyła? Ech, olaliście mnie! Na apel, jaki wystosowałam do Cienia i Samotnego Wilka, zdybanych na pogwarkach w tutejszym konfesjonale czy jak tam tę rozmównicę zwał, także zero reakcji. Ból, psiakość, ból.

 

Teraz informacja osobista – jestem namiętnym, żeby nie powiedzieć maniakalnym, czytelnikiem i wielbicielem prasy międzywojennej. Trzy noce temu w jednym z czasopism, o profilu zgoła nieliterackim, natknęłam się na „Zaczarowaną historię”. Przeczytałam pobieżnie dwie pierwsze szpalty, nic mi nie urwało, więc zamierzałam odpuścić, ale… No, i tu dochodzimy do clou! Owoż – nadal staram się powolutku unosić kurtynę – (mój) palec wskazujący (mojej) prawej ręki zamarł tuż przed wykonaniem kolejnego kliknięcia, albowiem z nagła coś mię w oczy dźgnęło! A tym czymś było nazwisko. Zadziwiająco dobrze mi znane nazwisko! OK, dam se już spokój z tymi tajemnicami, powiem wprost – tekst podpisano: „Stanisław Lem ucz. kl. III gim.” No, jak cię mogę! Rozpoczęłam amatorskie śledztwo ekspresowe, dodając i odejmując dowody tudzież poszlaki. Wiek autora (gazeta jest z marca 1936 r.) mniej więcej się zgadza (po wzięciu poprawek na czas, jaki tekst mógł spędzić w redakcji przed publikacją i zmianę systemu organizacji gimnazjów w 1932). Plus. Ani w „Wysokim Zamku” ani nigdzie indziej Lem nawet się nie zająknął na temat swoich szczenięcych prób literackich oraz prób ich publikowania. Minus. Tytuł tekstu – tak beznadziejny, że młody Stanisław nawet w okresie ząbkowania wymyśliłby lepszy. Minus. Wywiad-rzeka „Świat na krawędzi” Tomasza Fiałkowskiego i odpowiedź Lema na pytanie o nauczycieli gimnazjalnych, których zapamiętał: „Pani Maria Lewicka, polonistka,(…), która nigdy nie dawała mi skończyć moich wypracowań na wolne tematy i wypisywała o nich na pół strony różne wspaniałe rzeczy.” Plus + plus. Tylko nauczyciel, oczarowany umiejętnościami swojego ucznia, szczęśliwy, że trafił mu się ktoś, o lata świetlne wyprzedzający całą resztę sztubaków, osładzając w ten sposób belferską orkę na ugorze, mógłby zapragnąć zawalczyć o sławę i powszechny podziw dla talentu swojego pupila. Stawiam więc na panią Lewicką jako tę, która, być może nawet bez wiedzy młodziutkiego Lema, posłała do gazet najbardziej, według niej, udatne wypracowanie „na wolny temat”, załatwiając mu tym samym „drukowany debiut”.

Czasopisma okresu międzywojennego zaliczane są do dziedzictwa narodowego, a więc chyba nie zdeptałam praw autorskich, spadkowych i całej reszty. Tym niemniej we wstępnie prosiłam o pośpiech w komentowaniu, bo muszę przy tytule dopisać nazwisko autora (kimkolwiek by on nie był, aczkolwiek we Lwowie nazwisko Lem nie należało do często występujących – w książce adresowej z 1900 r. figurowały jeszcze tylko dwie osoby je noszące – więc prawdopodobieństwo, że autor „Zaczarowanej historii” to TEN Lem, jest stosunkowo duże), aby nie podpinać się bezczelnie pod cudzy produkt. Niewykluczone, że będę musiała usunąć ten tekst, więc niech go, ku pokrzepieniu, czyta kto może. Screen jako corpus delicti wkleję w kolejnym poście, gdy odzyskam dostęp do drugiego kompa.

Frazeologizmami można się pobawić, ale warsztatu tym sposobem raczej się nie wyszlifuje.  Skoro jednak tekst się zdarzył, to go wykorzystajmy może. Tak ku rozrywce. Ktoś dokończy historyjkę?

 

“Żona kupiła mi prezent na imieniny. Otwarłem pudełko i co tchu odrzuciłem go w kąt. W środku  siedziały kalesony z ubiegłorocznej kolekcji Armaniego  i wydawały ostatni krzyk mody!  Ślubna, przekonana, że w sklepie wtryniono jej jakiś felerny egzemplarz, rzuciła się sprawdzać  drące gębę  ineksprymable i, o zgrozo, odkryła tkwiącego w ich intymnych szczegółach rozhisteryzowanego diabła.  Jazgot piekielnika stawał się nie do zniesienia, więc co tchu wetknęła mu mordę w pierwszy lepszy kubeł, jaki wpadł jej w ręce. Niestety –  wybrała ten pełen pomyj zbieranych dla sąsiadki hodującej na balkonie wietnamskie prosię. Śmierdzący wczorajszą kartoflanką, wkurwiony  bies,  przestał kwiczeć, za to w rewanżu wierzgnął w nią z kopyta, aż biedaczka runęła jak kłoda. Okazało się, że czartowski pomiot był ostro kuty na cztery nogi. Krew nie woda ciurkiem lała się z nosa mojej, chwilowo oniemiałej, połowicy. Ni stąd ni zowąd w progu pojawiła się szara eminencja w habicie, z kropidłem w lewej, a starożytnym garłaczem w prawej dłoni. I jak nie wypali z grubej rury, jak nie poprawi kropidłem …”

Epikę odbieram podobnie jak utwór muzyczny. Z pewnością nie jestem w tym względzie ani odkrywcza ani odosobniona. Jeśli frazy zdania pięknie mi w uchu współgrają, tworząc przemyślane połączenie treści i formy – czytam takie teksty z przyjemnością, a niektórymi oczarowana jestem tak, że po wielokroć do nich wracam. Dlatego dziesiątki razy czytałam „Mistrza i Małgorzatę”, „Lalkę”, „Imię róży” albo, z lżejszego kalibru – „Legendę Pendragonów”, a z całkiem lekkiego „Dzieci z Bullerbyn”. W tutejszej Bibliotece także od czasu do czasu grzebię i odświeżam w pamięci ten i ów tytuł, bo są wśród ich autorów, użytkowników portalu, posiadacze naprawdę wartościowych „piór”. Ale, choć wszystko, co posiada narratora i świat przedstawiony, można do epiki zaliczyć, to przecież czasem brzmi ona TAK, choć ma nadzieję, że słychać ją TAK.

Na forum wróciłam po rocznej nieobecności i jeszcze się na nowo nie zaaklimatyzowałam. Ty jesteś zupełnie nowy, a ponieważ to fajne miejsce w sieci, absolutnie nie jest moim zamiarem zniechęcić Cię do bywania w nim. Pozwoliłam więc sobie w taki niedosłowny sposób wyrazić swoje czytelnicze odczucia po lekturze „Wściekłych”. Regulatorzy obiecała, że rzuci okiem na Twój tekst i, o ile ją znam, zrobi to rzetelnie i obiektywnie. Już na wyrost radzę, abyś jej uwagi potraktował poważnie i bez uprzedzeń.

Jesteście, dziewczyny, niezawodne! Myślałam, że w niedzielne samopołudnie będę tu jedyną żywą duszą, a jakże się miło rozczarowałam! I dzięki – pomalutku mi się poprawia.

Po przebrnięciu przez pierwsze zdanie zamierzałam odpuścić – powód wyłuszczyłam niżej. Ponieważ jednak kolejny „kawałek” spodobał mi się językowo, dotrwałam do części zasadniczej – tej oniryczno-amfetamiczno-absurdalnej i jestem usatysfakcjonowana. Nie oszołomiona doskonałością, bo mam wrażenie, że nie pozwoliłeś się opowiadaniu wystarczająco „odleżeć”, aby móc go jeszcze trochę podrasować, ale nie żal mi czasu, jaki poświęciłam na lekturę. Ponieważ wiele z moich spostrzeżeń – pozytywnych i mniej pozytywnych – jest zbieżnych z uwagami Małego Słowika, nie będę ich powielać. Tak czy owak – masz „czym” pisać, a to nieźle wróży.

Gdyby Piotrek nie był aż tak racjonalnym człowiekiem, gdyby ciut mniej z Politechniki Warszawskiej wzięty a bardziej może z małego miasteczka jego matki, takiego miejsca, które mogłoby wystąpić we wczesnym filmie Kieślowskiego ukazującym ludzi o szorstkich dłoniach i mokrych oczach, przed którymi same nieciekawe perspektywy, to Piotrek we wszechobecnej brei brudnego śniegu, drzewach kołyszących się nad Polami Mokotowskimi, zupełnie jak w romantycznym dramacie o wywoływaniu duchów, w ciemnych oknach zasłoniętych gęstą firanką i we wronach, których na chodnikach i gałęziach jakby więcej niż gołębi, dostrzegłby podobieństwo.

Zafundowałeś czytelnikom zdanie w takim stylu i tak sążniste, że przebić je może chyba tylko porównanie homeryckie. IHMO – przesadziłeś. Sztuka strategii autorskiej podpowiada, że błędem jest odstrzelenie, już na wstępie, potencjalnych czytelników, przez zaatakowanie ich myślą, dla zrozumienia której potrzebne jest minimum dwukrotne jej przeczytanie plus zamiłowanie do rozpoetyzowanej prozy.

I jeszcze to:

takiego miejsca, które mogłoby wystąpić

takiego miejscajakiego?jakie mogłoby wystąpić

ciemnych oknach zasłoniętych gęstą firanką

Wiele okien, a więc i wiele firanek. Liczba się nie zgadza.

Zobaczyłby, że on w sobie coś z tego świata ma, że deszcz, który przeklina pada na jego sekretne życzenie, wrony są jego kuzynkami, a osiedla z wielkiej płyty skorupą, którą cały naród sobie wytworzył nie tyle z betonu, co potrzeby odseparowania.

„Cały naród” jakoś zaburza mi sens całego akapitu. Piotrek – jednostka, nie może być niczym „cały naród”, tym bardziej, że naród jest różnorodny w swej istocie i m.in. nie „cały” tkwi uwięziony w „wielkiej płycie”. Zwykli „ludzie” by nie wystarczyli? Po co ten zwrot rodem z czasów narodzin wielkiej płyty?

Piotrek miał tylko trzy procent baterii, na rozmowę nie wystarczy, a pisać esemesa w tak ważnej sprawie nie chciał.

Oznaczyłeś tekst tagiem „fantastyka naukowa”, więc nim doczytałam drugie zdanie składowe, przez sekundę sądziłam, że rzecz będzie się miała o cyborgu, któremu padają baterie. Informacja o esemesie podejrzenie to rozwiała, ale wrażenie bliskiego spotkania z nieudanym skrótem myślowym zostało.

 I tak oto Piotrek nie miał teraz żadnej ładowarki, bo gdy oddał jedną biednemu współlokatorowi, ten przestał doładowywać komórkę i za odłożone pieniądze pojechał w pizdu na żagle.

Doładowywanie konta karty komórki, a doładowywanie komórki to jednak dwie różne sprawy. Nie wdając się w kwestię zwyczajowych zwrotów, jakich się używa w tym przypadku – informacja i tak brzmi niezręcznie i myląco, bo z kontekstu poniekąd wynika, że Biedny Współlokator otrzymawszy w prezencie ładowarkę, natychmiast uznał ją za zbędną.

Też Mazury.

Zaskakujący brak związku z wcześniejszymi informacjami.  Lub, na co zwrócił uwagę, Mały Słowik, konieczność popracowania nad akapitami.

Sięgnął ręką za siebie i wymacał z blatu aneksu kuchennego rolkę papierowych ręczników.

(…) wymacał na blacie(…)

Nigdy nie prowadził szklanki z miedziakami

 

Szklanki/słoiczka/pudełka/skarbonki na drobniaki żadna miarą „prowadzić” się nie da.

Bądźmy ze sobą szczerzy, jest to darmowa i jedna z najlepszych przyjemności w życiu,

 

Przymiotnik „najlepsza” w abstrakcyjny sposób przynależy do znaczenia rzeczownika „przyjemność”. Przyjemności mogą być np. ogromne lub niewielkie, ale nie „najlepsze”. 

 

Wyciągnął komórkę, wykręcił numer i przyłożył do ucha.

 

Komórka nie ma tarczy, jak stare telefony stacjonarne to raz, a dwa – Piotr do ucha przyłożył numer.

 

Fizycznie czuł się słabo, cienko jak kartka papieru, którą pomiata najdrobniejszy podmuch. Może i był niedożywiony, niewyspany przez kawę i pracę, szedł krokiem jakby nie do końca dociśniętym do ziemi, ale w jego sercu rozgrywał się prawdziwy konsumpcyjny karnawał.

Bardzo ładne – szczególnie podoba mi się to, co podkreśliłam. Jesteś naprawdę wart czytania.

 

Edytowałam

 

 

Doszłam do wniosku, że po okrągłym roku absencji (ależ ten czas zasuwa!) wypada powiedzieć dzień dobry. Więc: Dzień dobry! A w ramach enigmatycznego usprawiedliwienia, choć nikt go przecież nie oczekuje – było mi kiepsko, nadal nie jest dobrze, ale na tyle lepiej, że da się pisać. I cieszę się, że znów Was „widzę”.

Panowie! Głodem go chcecie zamorzyć? Szybki strzał z procy admina jest przecież bardziej humanitarny. I bądź tu człowieku litościwy, a wezmą cię za kapusia. Ech, życie, życie…

 

Edyta: Ups! Piętro wyżej przyznałam się, żem nielitościwa jest. OK, w takim razie – ostatni raz dałam mu siana.

Tfu, tfu! Noc żywych trupów? Trzydziestego października? Dzień przed wigilią Halloween? Weź, nie strasz.

Emelkali – otrząsnęłam się już z traumy. Okazało się, że była chwilowa. Doszłam nawet do wniosku, że dobrze nam idzie – do jutra będzie po ptokach. Beryl powinien tylko czuwać, aby do reinkarnacji nieboszczyka nie doszło.

Ja tam specjalnie litościwa nie jestem, Skull. Poza tym akurat mamy noc duchów, więc chętnie pomogę temu tajnemu agentowi  dołączyć do towarzystwa balującego w parku sztywnych.

Nurtuje mnie to, ponieważ w książce nie ma tego przecinka, a chciałbym zrozumieć, dlaczego?

 

Nie ma, bo se poszedł w p***. W przestrzeń se poszedł.

 

Kończy ci się koncepcja na trollowanie, j23 z formacji SS? Zaśmiecasz portal badziewiem zbieranym u kolegów gimbusiarzy/licealistów (nietrudno poznać, że te twory pisały różne osoby), prowokacyjnie zadajesz kretyńskie pytania, zmieniasz sobie wiek i masz chyba z tego niemałą uciechę. Już odpowiadając na pierdołowate „czy dialogi zawsze rozpoczynamy wielką literą” wiedziałam, że to śmierdzi, ale skomentowałam z powodu chwilowego nadmiaru wolnego czasu. Potem raz jeszcze sobie poużywałam, ale szybko zaczęło mnie mulić. Albo sobie odpuść, albo złożę donosik – jeden, dwa lub ile będzie trzeba.

Oooch! Dziewczyny, podniosłyście mnie na duchu, dzięki! Bo, wiecie, zajrzałam dziś na NF, rzuciłam okiem do tego wątku i po prostu zmartwiałam. Nie, nie dlatego, że ujrzałam ryszarda pokazującego mi gest Kozakiewicza, (bo zobaczyć nie mogłam – musiałby zamieścić selfie albo krótki opis, co, nota bene, mogłoby być interesujące), ale dlatego, że ssj333, przez jedną noc, postarzał się z desperacji o cztery lata! Wieczorkiem pisałam komentarz do tekstu dwudziestosiedmiolatka, a następnego popołudnia, bęc, autor ma już wiosen trzydzieści jeden! Psiakość, pomyślałam sobie, więcej się tekstów faceta nie tknę! Przecież załatwię gościa w dwa tygodnie z małym ogonkiem – bo kto w dzisiejszych czasach, skażonych pestycydami i butaprenem, dożywa setki? No, kto?

Więc, raz jeszcze, dzięki za wsparcie! Jest dla mnie ogromną, egoistyczną pociechą, że wina za ekspresową geriatryzację ssj333, rozłoży się równo po co najmniej kilku dobrych duszach.

@ryszard

Nie mam, szanowny ryszardzie, ambicji zaistnienia na obsianym do ostatniego zagonu poletku literackim. Ja na nim tylko czasem plewię. Jakże bym to mogła robić, gdybym połknęła tyczkę Kozakiewicza? Kroczyłabym wśród tych bujnych łanów sztywno i z namaszczeniem, przekonana, że to nie kij sterczący z… przeszkadza mi się wyluzować, ale posłannictwo krzewienia kultury języka wśród głodnych i potrzebujących. A ja, szanowny ryszardzie, takiego zacięcia nie mam, wierzę natomiast w oczyszczającą moc śmiechu, a nie trawię celebry i nudziarstwa. Jeśli autorzy będą podchodzili z dystansem do tego, co piszą, wyjdzie im to na zdrowie, a jeśli krytykę, jakakolwiek by ona nie była, odbiorą jako cios zadany ich niewątpliwie genialnemu i niewątpliwie niedocenionemu dziełu, skończą jako portalowi grafomani, ze śmiertelną powagą hołubiący swoje ukochane, acz mało inteligentne dziecię.

Bynajmniej nie zamierzałam ci odpowiadać, ale użyłeś tego inspirującego „bynajmniej”, więc nie oparłam się pokusie. Dedykuję. Bynajmniej nie szyderczo, przeciwnie – z głębokim oburzeniem na szarganie narodowych świętości – języka polskiego, na którym wychowały się całe pokolenia Polaków, czy coś w tym guście.

 

@ssj333 

Jeśli mój styl komentowania cię nie przeraża – służę w przyszłości wściekle!

Pisać każdy może, oczywiście, ale nie każdy powinien. Śniąca bardzo życzliwie i wspierająco odpowiedziała autorowi, podlinkowała to, co każdy piszący wiedzieć powinien (choć czynności wpisania w gogle hasła „poprawny zapis dialogów”/”Pani, Pan kiedy wielką literą” i wchłonięcia wskazówek tam zawartych, powinny poprzedzić ryzyko zamieszczenia tekstu na portalu literackim), udzieliła rad. W odpowiedzi ten sam autor podrzucił kolejny tekst z identycznymi bobolami, a poprzednich nie poprawił. Po cóż więc było powielać niechcianą życzliwość. Owszem, nie mam specjalnych względów dla literackiej tandety i mieć nie zamierzam. Zaskoczona jestem jedynie, że zamiast dokonać dobrotliwie i po ojcowsku  korekty w „dziele” sponiewieranego przeze mnie adepta, zajmujesz się moją osobą, a nie wspierasz potrzebującego.

Pozostaję niewstrząśnięta i niezmieszana. Nie pozdrawiam, bo właśnie wyprodukowałam komentarz na forum, nie treść wakacyjnej pocztówki z Berdyczowa.

Dwuręczny miecz był ozdobiony wspaniałymi runami. Złota klinga, zaokrąglona, idealnie pasowała do szerokiego ostrza.

Skoro miecz składał się z klingi i ostrza, to może nie był to miecz dwuręczny lecz dwuzębny i nie był mieczem, lecz nieco przerośniętym widelcem półmiskowym, służącym do nakładania na talerz sera lub wędliny?

 

Marta miała ochotę podejść bliżej, by ukraść przepiękną broń niespodziewanemu gościowi, ale coś w głębi duszy ją powstrzymywało, mówiąc, że tak nie wypada.

Szlachetna dzieweczka – w głębi duszy, oczywiście! Faktycznie, nie wypada zajumać gościowi widelca, nawet, gdy jest gościem niespodziewanym.

 

– Lupus, lupus familiaris!

Wtedy stara kłódka zmieniła się w okrągłą płynną kulkę ciemno brązowego metalu.

Kulka – jednocześnie okrągła i płynna (!), aczkolwiek miedziana, nie rtęciowa. Takiej magii to nawet magia nie zdzierży. Sądziłam zresztą, że kłódka zamieni się w ciemnobrązowego szczeniaczka, ale gucio! I nieważne, że ciemnobrązowy to jeden kolor, nazwę którego piszemy łącznie, bo ortografia to zuo jest i trza mu się przeciwstawiać z całych magicznych sił.

 

Nagle dziewczyna wystraszyła i zaczęła krzyczeć jak opętana.

– Co to jest! Co to takiego mam z tyłu!

– Masz ogon – powiedział Elandir. – To normalne w twojej sytuacji.

(…)

– Mam pół przeźroczysty ogon, więc wiem, że to tylko sen.

Nie powinna krzyczeć jak opętana, powinna raczej melodyjnie zawyć lub nieśmiało zaszczekać, skoro, dzięki zaklęciu, otrzymała ogon po canis lupus familiaris. Szkoda, że półprzezroczysty.  Choć, z drugiej strony, jeśli jego dawcą był np. canis mops, to może i lepiej, że ten niechciany przydatek nie rzucał się przesadnie w oczy, albowiem mopsie ogonki jako żywo przypominają ogonki świńskie.

Aby ostatnie, zacytowane zdanie pozbawić ortografa, należałoby nadać mu następujące brzmienie: „Mam pół ogona, więc wiem, że to tylko sen”.

 

i zdjął grube rękawice oraz niesamowity miecz z pasa.

A jednak nie był to dwuzębny widelec, lecz miecz z pasa, taki bidny dyndulec, zwyczajna atrapka? Pytanie z jakiego pasa? Zwykłego, rzemiennego jak do portek, pasa materiału, czy, super wypasionego, pasa słuckiego? 

Jeśli w/w powiastkę napisałeś siedemnaście lat temu, wyciągnąłeś z lamusa i wrzuciłeś na portal – jesteś usprawiedliwiony. Jeśli jednak jest to piwo świeżo nawarzone, a ty masz dwadzieścia siedem lat i jesteś facetem…wow!

ps. Czy np.

– Dobrze się Pani czuje? – Słowo Pan zawsze piszemy z dużej litery?

Jak najbardziej! Słowo „Pan” zawsze piszemy wielką literą, bo to przecież imię greckiego bożka strzegącego trzód tudzież ich pasterzy, mitycznego alkoholika i słynnego dupcyngiera. Natomiast „paniusiu” / „panocku” śmiało możemy dawać z małej, coby się z chamstwem nie pospolitować.

Czy dialog zawsze z zaczynamy z dużej litery, czy są może jakieś wyjątki?

Są wyjątki. Ja na przykład, gdy mnie ktoś podkurzy, walę mu prosto z mostu małymi literami:

 – a nie pierdulże, jak mawiał dziadek z „Konopielki”.

Przepraszam, że tak truję, ale chcę się czegoś nauczyć:)

A juści.

Uderzyła mnie dziwna sprzeczność pomiędzy swobodą narracyjną, ciekawym obrazowaniem, bogatym słownictwem  i nadzwyczaj udanymi dialogami, a dziwnymi błędami językowymi tudzież składniowymi, które co rusz łypią na czytelnika i, prawdę mówiąc, ogromnie go zaskakują. Nie tym jakie są, ale tym, że w ogóle się znalazły w opowiadaniu napisanym z taką swadą. (Mam na myśli głównie „Beskid”, ale i w „Posejdonie”, jak pod nim w komentarzu napisałam, także niektóre „kawałki” podobały mi się.) Trafić można na „pogodność” w oczach (to z „Posejdona”), „poczynić” coś z krawatem zamiast „uczynić”, „dowództwo już wie o wszystkim drogą telefoniczną” zamiast „dowiedziało się/dostało wiadomość” itp. Wydało mi się dość nieprawdopodobne, żeby ktoś, kto potrafi tak zgrabnie opowiedzieć historię (znowu mam na myśli „Beskid”) potykał się na podobnych banałach, więc zaczęłam konfabulować.  I oto co mi wyszło, ojcze dariuszu:

 

Na co dzień musisz posługiwać się obcym językiem, na przykład fińskim. Albo norweskim? Nie, lepiej fińskim. Jesteś, co  oczywiste,  emigrantem, który jako młody wywrotowiec-student musiał zmywać się z kraju w latach osiemdziesiątych. Studiowałeś historię (myślałam nad polonistyką, ale zrezygnowałam ze względu na zademonstrowane przez ciebie, delikatnie mówiąc, braki w znajomości podstaw interpunkcji), byłeś aktywnym działaczem NZS-u, a na swetrze nosiłeś dyskretnie wpięty opornik. Po dramatycznej ucieczce przed czyhającymi na ciebie esbekami znalazłeś przytulisko wśród Finów i zostałeś drwalem. (Czy w Finlandii rośnie wystarczająco dużo lasów, żeby byli potrzebni drwale? Nie mam czasu wyguglać, a z geografii cieniutka jestem.) Od kilkunastu lat już nie pracujesz, bo miałeś wypadek – na wyrębie przywaliło cię drzewo. Oczywiście wylizałeś się, ale do drwalowania  nie wróciłeś – jesteś rentierem żyjącym z odsetek sowitego odszkodowania. Nie potrafiłeś się jednak rozstać z lasem i porzucić życia wśród natury, więc na skraju puszczy (?) wybudowałeś sobie drewnianą, wielką chatę krytą gontem (teraz już pozieleniałym od mchów i porostów), w której postanowiłeś spędzić resztę życia. Zdecydowałeś również wrócić do pisania, które kusiło cię za młodu, ale w rozwinięciu talentu przeszkodził ci niefortunny splot wydarzeń. Niestety, lata użerania się z aglutynacyjnością (to wyguglać jednak musiałam) języka fińskiego sprawiły, że twoja polszczyzna nieco zetlała…stąd te dziwne byki w tekście. Dobra, resztę odpuszczam, choć nie zdążyłam poruszyć ważnej kwestii małżonki oraz dorosłych już dzieci (dwóch synów, dorodnych niczym fińskie jodły), które właśnie wyfrunęły w świat.

Jeśli okaże się, że jesteś dwudziesto-trzydziestolatkiem z Koszalina, Bydgoszczy albo Niepołomic i pracujesz w banku WBK, to będę zmuszona przyznać, że taka ze mnie wróżka jak kozich gaci trąba. Właściwie, to już mogę to przyznać. Pzdr. Baskerville

– Jeszcze dwie mile! – ryknął przez ramię uśmiechnięty pilot. – proszę nabrać świeżego powietrza doktorze, prędko go pan nie wciągnie!

Najprościej – skoro jest kropka, to i jest po niej wielka litera. (…) pilot. – Proszę (…)

 

(…) rozświetlał ten milczący bezmiar, czyniąc go podobnemu wielkiej lustrzanej posadzce w niebiańskim pałacu.

 (…) czyniąc go podobnym (…) posadzce

 

(…) trzepoczącą wirującym śmigłem.

Przyrąbałam kiedyś w wysoki krawężnik tylnym kołem samochodu. Co prawda draństwo nadal dało radę się obracać, ale dodatkowo zupełnie niepotrzebnie trzepotało, przez co obmierzły gość w stacji kontroli w ordynarny sposób odmówił mi durnej pieczątki w dowodzie rejestracyjnym i odesłał precz. Rozumiem więc, że trzepocząco-wirujące śmigło było po podobnych przejściach.

 

Brak przecinków w miejscach zasadniczych, ale za dużo kopiowania i wklejania, więc sam popraw. (Niestawianie przecinków przed banalnym „który” to już przegięcie, nie przeoczenie lub wątpliwości wynikające ze skomplikowanej składni zdania.)

 

– Jesteśmy na miejscu! – Krzyknął znów pilot.

Gdy narracja zawiera czasownik oznaczający mówienie (krzyknął, powiedział, szepnął, mruknął, burknął itp.), to tekst odautorski rozpoczyna się po myślniku małą literą. I odwrotnie: jeśli nie ma gadania o gadaniu – wielka litera.

 

(…) o rozwartych oczach, z których błyszczała radość i życzliwość.

(…) z których błyskała radość / w których błyszczała radość

 

(…) głupkowata szczerość i pogodność,

Pogoda! Zwykła „pogoda” np. ducha, nie jakiś sfiksowany neologizm „pogodność”.

 

Machał obszernie rękami (…)

Szerokoobszernie to faktycznie wyrazy bliskoznaczne, ale nie jednoznaczne i używa się ich w zupełnie różnych kontekstach.

 

W progu obejrzał się jeszcze do tyłu (…)

Rzec by można – klasyka! Obejrzeć się = spojrzeć do tyłu, więc albo rybki albo akwarium: raz jeszcze spojrzał do tyłu// raz jeszcze się obejrzał

 

I z końca, bo przez środek nie przebrnęłam:

Otępiały dowłóczył się nad krawędź platformy.

dowlókł się albo dowlekł się – dokonana forma czasownika „wlec”. „Włóczyć się” to inna inszość – można „powłóczyć się w szpilkach po leśnych wertepach”, a potem z trudem „dowlec się do domu”.

 

Faktycznie wyżej podpisany ma rację – nie da rady skupić się na treści, bo wciąż się człowiek potyka o różne różności.  Miałam wolę przeczytać, ale osłabłam, choć przyznaję, że niektóre „kawałki” robią dobre wrażenie, tylko giną w nawale wszelakich boboli. Tak czy siak – bez porządnej korekty się nie obejdzie. A później się zobaczy.

“Lalka”, jest literackim arcydziełem i żadne prostackie komentarze prawdy tej nie zmienią. Ja tylko pragnę zaprotestować przed próbami poniewierania dzieła literackiego, na którym wychowały się pokolenia Polaków.

 

To było do mnie, więc jadę:

Tak się składa, Ryszardzie, że „Lalka” jest i moją ulubioną powieścią, do której nadal, od czasu do czasu, wracam, podobnie zresztą jak do równie znienawidzonych „Chłopów” Reymonta. (Tylko Żeromskiego się nie tykam, z „Popiołami” na czele, bo policealna trauma i głęboka odraza po ich lekturze nadal mnie trzyma.) „Lalkę” powinno się  czytać – tak przynajmniej uważam –  z własnej, nieprzymuszonej woli, bo tylko wówczas można docenić maestrię języka narracji, dostrzec jak złośliwie dowcipnym potrafił być Prus, z jaką perfekcją skonstruował swoich bohaterów i jak cudnie potrafił nazywać szczegóły świata, który opisywał. Bez trudu mogę jednak zrozumieć mękę współczesnych małolatów, którzy lekturę tę żują pod groźbą pały z polskiego, brną przez kilometrowe wewnętrzne monologi i pamiętniki, a następnie, korzystając z setek dostępnych w Internecie gotowców i „profesorskich” wskazówek, powielają wciąż te same, jedynie słuszne wnioski i „rozwijają” wciąż te same tematy. Skończyć się przecież można! Dużo lepiej byłoby pozwolić im  swobodnie zadziwić się innością – pozorną innością, dodajmy –  dziewiętnastowiecznych  ludzi, podyskutować o różnicach ich mentalności, obyczajów czy sposobu życia, popatrzeć na świat Wokulskiego i Izabeli przez pryzmat XXI wieku. Kiedy jednak sztubacy próbują to robić, „odzywają się głosy trąb” i odbywa się  „sąd ostateczny” za szarganie narodowych świętości i niemoralność. Sztampowe i obowiązkowo entuzjastyczne, nudne jak jasny gwint, omawianie lektur praktykowane w szkole, skutecznie zmniejsza liczbę wielbicieli dziewiętnastowiecznej prozy, a pokrywanie jej autorów na zmianę brązem i złotem, przyniosło wyłącznie taki skutek, że spod tych wszystkich „uszlachetniających” warstw nie widać człowieka, tylko pomnikowego mistrza. I, Ryszardzie, jeszcze jedno, a propos „przelecenia” panny Izabeli, które tak cię oburzyło. To nie moje spostrzeżenie, tylko Prusa. Naturalnie rzecz nazwał zgodnie z naszpikowaną eufemizmami salonową stylistyką, ale sens pozostał. Pozwolisz, że zacytuję:

„– I ten medalion – drwił Starski – jest całym prezentem przedślubnym?(…) A cóż, znalazła się ta cudowna blaszka?…

– Właśnie że nie, i jestem bardzo zmartwiona. Boże, gdyby on się kiedy dowiedział…

– Czy o tym, że zgubiliśmy jego blaszkę, czy że szukaliśmy medalionu? – szepnął Starski przytulając się do jej ramienia.”

Trochę Starskiego – playboya w Wokulskim (co zresztą samemu Wokulskiemu doradzała pani Wąsowska), a żyłby sobie z Izabelą długo i szczęśliwie. Czy to naprawdę takie bluźniercze spostrzeżenie?  I, na wypadek, gdyby komuś przyszło tutaj do głowy pojechać świńską parodią po którymś z wiekopomnych dzieł np. Jana Kochanowskiego, a komuś innemu wściekle się oburzyć za sponiewieranie „ojca trenami cierpiącego”, to uczciwie uprzedzam, że nie tylko się z tego obśmieję, ale i zacytuję najbardziej sprośną z „Fraszek nieprzystojnych” tego niesamowitego, jurnego, dowcipnego, szalonego, szesnastowiecznego faceta z jajami. A jest w czym wybierać, naprawdę!

Pozdrawiam. I nie kłócę się, bo cię lubię. Tak se tylko piszę.

P.S. Tej chlipiącej cioty – Wertera faktycznie nie mogłam nigdy strawić, a Konradowi przed rozpoczęciem Wielkiej Improwizacji zawsze miałam ochotę podać coś na uspokojenie – wyluzowałby gość i składniej by mu poszło. Pardon – nie mogłam się powstrzymać.

 Kapitalne opowiadaneczko, przezabawne, o doskonale wyważonych proporcjach pomiędzy treścią i formą: żarty sytuacyjne i językowe rzeczywiście bawią, bo jest ich dokładnie tyle, ile tak mały tekścik zmieścić zdołał. Na dodatek jakże elegancko zostały podane! Super! Podobały mi się także dialogi, w tym ten z powtórzeniem: „  – Przynajmniej będziesz mógł opowiadać, że stanąłeś przed bestią i przeżyłeś by, no, móc o tym opowiedzieć.” Wtrącone „no” w pełni usprawiedliwiało zdublowane „opowiadać” – księżniczce, od dawna pozbawionej możliwości prowadzenia salonowych konwersacji, zwyczajnie zabrakło odpowiedniego słowa i fajne to było. Powtórzenie, uważam, powinno być nawet całkowicie dokładne, czyli 2 x „opowiadać”, nie „opowiedzieć”. Szkoda, że zmieniłaś.

To także urocze: „Weno zdejmij przyłbicę.” Sprościała nam na tym odludziu księżniczka, oj, ze szczętem sprościała!

Zastanowiło mnie tylko:

Księżniczka do woli sobie na nich używała, a tych kilku, którzy przymknęli oko na rycerskie zasady i zakradli się po ciemku, skończyło na palach jako trofea. Bo przecież nie mogła pozwolić, by ktoś zdradził jej sekret.

Brakuje mi choć drobnego objaśnienia metody, jaką wątłe z natury dziewczę stosowało, aby skutecznie spacyfikować frajerów (ale przecież rycerzy!), odzianych, jak by nie było, w stalowe kamizelki i takież kalesony oraz bereciki. Bo przecież nocą smoczej mocy była pozbawiona, tak? Czym więc w nich grzmociła ze skutkiem śmiertelnym?

Podsumowując: szort leciuchny i śliczny. Wyrazy uznania, Sykomoro. (Kurczę, twój nick miącha mi się z Syrokomlą!)

Edytuję: Wycofuję się z w/w wątpliwości. Panienka dysponowała mocą ekspresowego przeobrażania, rycerze w stalowych kapciach zapewne nieźle w nocy hałasowali, więc miała czas na zmianę image'u – wszystko gra. Mogła na cacy załatwić gości własnym oddechem.

 

 

Fantastyczna parodia? W pewnym sensie. Rozbawił mnie ten tekst, nie do łez, ale rozbawił. Może dlatego, że wygląda mi on na słuszną zemstę czytelnika-licealisty-studenta, udręczonego szkolnym międoleniem-do-zrzygu problemów:  „Wokulski – romantyk czy pozytywista” / „Konrad jako bohater romantyczny. Charakterystyka.” / „Werteryzm – model postawy bohatera literackiego”. Rozumiem, a nawet, w pewnym sensie, popieram zafundowanie sobie i współtowarzyszom niedoli satysfakcji płynącej z publicznego przedstawienia spostrzeżeń-nie-do-przyjęcia, że Wokulski całkiem święty w biznesach na pewno nie był, a żeby głupiej d*** dać odwał, musiał, gamoń, przez dwa tomy ciężko myśleć (zamiast ją, za przeproszeniem, przelecieć w odpowiednim momencie), że Werter był płaczliwą ciotą i w łeb powinien strzelić sobie na trzeciej stronie, a nie, psiakrew, w ostatnim rozdziale, a Konrad  „To jakiś świr z wybujałym ego(…)”. Jak się do tego doda widoczną staranność wykonania „fantastycznej parodii” – całość prezentuje się na plus.

@Nenufar Koult

Wiem, że niegdyś byłeś Arcturem. Domyśliłam się, czytając „Huragan powracających zdarzeń”, jeszcze zanim się „ujawniłeś” w jednym ze swoich komentarzy.  Oczywiście, że czytam – nie komentuję, bo i tak wiesz, że jestem twoją cichą wielbicielką, a nie mogę cię przecież nieustająco komplementować. Poza tym któż, poza tobą, mógłby wymyślić sobie nick Nenufar (!) Koult! Ja na pewno nie – chociaż bardzo bym chciała umieć tak miąchać swoją wyobraźnią, jak ty to robisz.

Żółtoczerwona źrenica słońca opadała powoli za góry, do niewidocznego stąd oceanu.

Rozumiem – źrenica słońca zaszła. Nęka mnie jednak myśl, z całą pewnością dlatego mnie nęka, żem jest z natury dość mało poetycka, czy tęczówka też zaszła, czy raczej trwale zawisła na nieboskłonie. Choć, w zasadzie, mogło jej w ogóle nie być. Tak, zdecydowanie mogło nie być! 

 

Delektowały się nieznanymi przysmakami z wybałuszonymi oczyma…

Kiedyś tam, w czeskim Cieszynie, także usiłowano mnie nakarmić przysmakiem z wybałuszonymi oczami! Zamówiłam pstrąga, nieświadoma, że zaserwują mi go w formie, że się tak wyrażę, kompletnej. Kiedy biedne zwłoki wytrzeszczyły na mnie jedną gałkę oczną – nieboszczyk spoczywał na prawym boku – spanikowałam i zażądałam knedli.

W końcu zakonne konusy z pałkami podwinęły ogony.

Zachichotałam. Moja wyobraźnia chyba znowu skręciła nie w tę mańkę, co należy.

 

Kiedyś poinformowałeś, że od tubylców oczekujesz wyłącznie wchłaniania swoich tekstów, bez wnoszenia uwag i propozycji korekty. Potraktuj więc mój wpis jako luźne skojarzenia czytelnicze, a uwagę, że interpunkcję, w miejscach istotnych dla klarowności przekazu, uważam za zwaloną – jako czystą, czepialską złośliwość. Pozdrawiam.

Finkla przyłożyła się do roboty, więc ja odniosę się jedynie do pierwszego akapitu:  Albion zabrał się do czytania, lektura go zmogła, usnął tak mocno, że aż zaczął chrapać. Addein zdążyła zmienić ciuchy i rozpocząć plewienie. Lun skompletował, jak można przypuszczać, broń, a pewnie i jakąś przekąskę spakował – wszak wszystko wskazywało, że zabawi w lesie dłużej – i smyrgnął na polowanie. Całej trójce, nawet, jeśli się żwawo uwijała, wymienione czynności musiały zająć ładnych parę chwil! Zobacz, jak w takim kontekście brzmi informacja dotycząca Evana: Evan w tym czasie(!!!), podniósł się z krzesła i pomaszerował na ganek.  

Napęd mu padł? Podagra połamała? Walnął do kolacji gąsior bimbru i przeszedł w stan nieważkości? Skoro kilka minut wstawał na nogi, to, być może, taka wersja byłaby bardziej sensowna:  

Evan w tym czasie rozpaczliwie usiłował odkleić się od krzesła, którego siedzisko psotne bachory posmarowały magicznym klejem używanym przez Albiona do mocowania sztucznej szczęki. W końcu udało mu się oderwać od podłoża zadni element swej osoby i dziarsko pomaszerował na ganek (nieświadom, że łyska golizną, bo glue był faktycznie super, więc pewna część znoszonych spodni Albiona na wieki wieków połączyła się z krzesłem).

 

Resztę jutro doczytam.

Przykro mi – nie zdazylam przeslac poprawek przed ponownym zgonem komputera. Znowu jade na tablecie i nie zmieni się to przez najblizszy tydzień.

babcia zawołała Lasota

Na imię miał w końcu Lasot czy Lasota?

 

na jasno błękitnym talerzu.

Kolor jasnobłękitny – jaśniejszy od błękitnego – jeden kolor --> razem.

W paski – > osobno biały, osobno niebieski – > dwa kolory – > biało-niebieski – > z łącznikiem

 

Potem bajka, Fretce znowu udało się złapać do słoika wszystkie świetliki zanim psy, o płaskich pyskach, je pożarły.

Przecinek po „bajce” nie pasuje. Myślnik? Dwukropek? Kropka po równowazniku  i wykrzyknik na końcu drugiego zdania?

 

Nawet ptaki nie śpiewały, ukryte za rynnami.

Ptaki nie ukryją się za rozprażonymi rynnami, gdy szukają schronienia przed piekielnym upałem – mają, na swoje szczęście, instynkt samozachowawczy.

 

przynosiły mu wytchnienie, od letniego skwaru.

Bez przecinka.

 

Im bliżej końca dotychczasowego życia, tym częściej, przechodząc przez nie, obserwował widma swojego dzieciństwa.

Wspominał bardziej, niż obserwował, bo po podwórku żadne widma nie hasały – nie było na co się gapić.

 

Mijał właśnie sędziwy dąb gdy kontem oka zauważył, wyryte w suchej ziemi: volo.

Przed „gdy” przecinek. A bankowym kontem pojechałeś równo!

 

Koło urny postawiono jej ulubione lakierki.

Obok…

Wpadnij koło piątej.

Sierściuch leży obok mnie.

 

Przed pożarciem chronią denatów jedynie buty, te w których ich spalono, i te które stoją przy popiołach.

Denat = ofiara zabójstwa, samobójca. Zamiast tym źle dobranym synonimem mogłeś posłużyć się jakimś omówieniem (peryfraza się to nazywa): Tych, którzy przekroczyli próg życia; (…) zapadli w sen nieprzespany (pożyczka od Kochanowskiego), (…) wyruszyli w ostatnią podróż (to by nawet, ze względu na buty, pasowało). Możliwości jest mnóstwo, trzeba pokombinować.

 

Będąc w środku, nie zdjął ostatniego prezentu od babci.

Zdanie koszmarek. Klasyczny przykład jak NIE używać imiesłowów.

 

Oglądał przez chwilę podwórko.

„Oglądał” nie pasuje do kontekstu.

 

Zdecydowanym ruchem wyrwał z głowy pasmo włosów.

Ładnie brzmi, ale jest pozbawione sensu. Lasota najpierw musiałby mieć te pasma na głowie – czyli nosić długie włosy, a o tym nie napomknąłeś, choć należało. Jeśli jakiś detal ma znaczenie dla dalszych wypadków, należy go wcześniej wprowadzić. Dwa – spróbuj wyrwać sobie z głowy, nawet bardzo zdecydowanym ruchem, cały kosmyk. Niewykonalne! Chyba, że chwyciłbyś go obcążkami i oderwał od czachy razem z fragmentem skóry. Auć! W nożyczki należało faceta wyposażyć. W nożyczki! Albo choćby nożyk do obierania ziemniaków.

 

Pomysł jest, ale zamknąłeś go w krótkiej formie, więc nie miał szansy, aby rozwinąć skrzydła i pozostał w zarysie. Niezłym, ale tylko zarysie.

I nie każde być musi, ale poprzeczkę sam ustawiłeś. Ta nieszczęsna Słodka Wenera ma wszystko, co jej dać mogłeś: lekkość stylu, łatwość obrazowania, zgrabne, zindywidualizowane dialogi. Brak jej wyłącznie pałera i świeżości (w co najmniej dwóch znaczeniach tego ostatniego słowa).

Postaram się szybko zapomnieć (to nie będzie duży wysiłek), żeby móc nadal twój nick kojarzyć z “Janusiem…”

Endvorte! Myśl jest, ale ukryta w kuriozalnej formie. Po co ci te wciskane przemocą rymy? Przecież istnieje wiersz biały, pewnie o tym wiesz. Spróbuj go zastosować.

Ej, Bellatrix! Jak to niezainteresowana Leonem? Toż wystarczy przeczytać donosy Odyseusza – permanentnego inwigilatora.

wydaje mi się, że użyłeś dość irytującego zestawu rymów.

 

Bo wpadł nasz poeta na koncept czadowy,

 by ozdobić strofy rymem z Częstochowy.

No, końcówką mnie zaskoczyłaś! Cały czas usiłowałam wykombinować kto jest autorem “kursywowych” wyznań  i do żadnych konkluzji nie doszłam –  liczba kandydatów do molestowania jest zbyt nikła, właściwie tylko Leon i … Leon. A tu na koniec bęc – to ta androidalna świnia Odyseusz fantazjował na temat swojej urodziwej intelektualnie pasażerki. Zasygnalizowane w pierwszym akapicie zapętlenie fabuły – wyszło. Przeczytałam z przyjemnością. 

 

Czy tylko mnie wydaje się, że w tym fragmencie: “Oddech Leona. I wspomnienie jego niebieskich oczu. Jedno i drugie utrwalone na zawsze w niewielkim pliku.” siedzi sobie nieporozumienie? W pliku utrwaliło się jedno i drugie oko, a przecież nie otto chodzi.

Feministki, gendery, hipsta i poprawność polityczna są na dobrej drodze do unicestwienia wszystkich prawdziwych facetów, więc za kilka, kilkanaście lat jeszcze zapłaczecie, Moje Drogie, za tymi niezdarami nie potrafiącymi się obchodzić z tymi wszystkimi babskimi fatałaszkami. Ale wtedy będzie za późno. Tak więc spieszcie się kochać swoich mężczyzn, oj spieszcie.

Auć! A jeśli Cień Burzy ma rację? Może, profilaktycznie, spieszmy się powoli, dziewczyny, kochać naszych facetów, nim nam się zaGrodzą? I będziemy im musiały pożyczać nasze push upy. (Ja swojego nowego Aubade nie dam! Starego Triumpha, proszę bardzo, ale od Aubade wara!)

OK! OK! Ale po co aż sześć razy to samo! 

Edycja

O! Zniknęło!

O, przepraszam bardzo! Jaką szychą od uśmiercania! A kto zapodał temat: “Istota zła”! TY! Ja się w niego tylko wgryzam. Kontynuując – do spektrum wyżej omówionych metod dorzućmy: zagryźć i spuścić po karpiu.

Jestem usatysfakcjonowana! Połowicznie. Bo może się okazać, że rozmiaru nie da się dopasować i bambosz będzie tylko na in spe teściową  pasował. Możecie tym sposobem, koleżanki, pograbić następcy tronu resztę życia.

Coś mi się zdaje, że nasze dywagacje zmierzają w kierunku wykoncypowania najskuteczniejszych a możliwie nietypowych sposobów na skrócenie bliźniemu bólu istnienia. Mamy już: utopienie w brodziku i zadławienie łyżką. Proponuję w takim razie, aby to była spora kopyść, bo gdyby ofiara mimo naszych starań przeżyła, można by ją rzeczoną łychą dostukać do pożądanego końca. Makabra na pół godziny przed północą! 

smiley Ślicznusie!

Jak by tu biednemu gamoniowi pomóc? Czy nie mogłoby się w CDN okazać, że to, co niezguła potłukł, było tylko popielniczką w kształcie pantofelka, a prawdziwy pantofelek bezpiecznie tkwi sobie w zmywarce? Ochlajmorda z tego księcia, ale i tak trochę człowieka żal.

Galerianka post mortem? Zagubiona duszyczka zakupoholiczki, która, zamiast ruszyć świetlistym tunelem na rajskie wrzosowiska, jak to doradzają w poradniku “Życie po życiu”, nadal woli błąkać się po butikach? I to w sytuacji, gdy z powodu braku materialnego ciała, o przymierzeniu ciuchów może sobie tylko pomarzyć? Ou, przykre!

Jak to dziesięć? Dlaczego dziesięć? Sama loża to prawie pełna drużyna strażacka!  

Domek z miasta Łodzi pochodzi – masz tam jakieś znajome wolontariuszki bez staników, żeby człowiekowi pomoc dać? Tylko, żeby do tych dziesięciu potrafiły liczyć!  Żadnych klasycznych blondynek!

Będą, jeżeli użyjesz stosownych środków perswazji i nakłonisz domka, żeby zaczął już sumować głosy. No, użyj czegokolwiek przekonującego, cokolwiek by to nie było! (Przemocy fizycznej na przykład?)

Czyli, rinosie, służymy naszej ciekawości za zakąskę. To może trzeba by się teraz do niej napić?  Przedtoaścik taki mały. Dla zdrowia i kurażu.

OK. Już sobie co nieco uporządkowałam wrażenia i mniej więcej potrafię je nazwać. Niesamowita w tym tekście jest jego dwu-jakość. Przypomina mi moje stare, pieczołowicie wydawane książki, w których ilustracje osłaniane były półprzezroczystymi bibułkami. Patrząc przez taką bibułkę widzimy prawie wszystko, ale bez szczegółów. Jest więc szpital, pacjenci, alien. Jest telepatia i niebieska krew. I są wariackie wydarzenia w wariackim miejscu. Fantastyka. Wszystko zgodnie z tagami, jakimi opowiadanie zostało opatrzone. Potem bibułkę się unosi i pojawia się obraz w całej, ale innej, okazałości. Fantastyka wyparowuje, a pozostaje niesamowicie realny, osobisty i rozpaczliwy, schizofreniczny świat, który narratorka-pacjentka próbuje okiełznać, opowiadając o nim. Gravel – twój „Poldek” jest znakomity. I niesłychanie dojrzały. “Maminy przytul”, którego Bożenka wolałaby zamiast niezawodnej pomocy Poldka, urzekł mnie. Po pierwszej lekturze byłam pod wrażeniem zarówno treści jak i stylu tego opowiadania i pozostaję nadal. Szczerze podziwiam.

Ooooo! Nooooo! Zatkało mnie chwilowo. 

Rewelacyjne pod każdym względem. Doskonałe. Ochłonę, to może mi się uda sensowniej wypowiedzieć, muszę myśli pozbierać.

5. Termin głosowania upływa 21. 02. 2015 r.

 

 

Czyli dziś o północy. Czy to oznacza, że minutę (bądź kilka minut) później poznamy wyniki? To bardzo  dobra pora na taką informację! Prawdę mówiąc – ciekawość mnie zżera.

No, specjalnie oryginalne nie byłyśmy, choć, na swoje usprawiedliwienie możemy stwierdzić, że nasze skojarzenia były chyba jedynymi możliwymi. Głębi w brodziku się nie znajdzie, za to można się w nim radośnie pociaprać.

Patrzę i oczom nie wierzę! o_o

W nocy przyszło skojarzenie, a rano, co widzę… koniec powstał! ;D

Czy to oznacza, regulatorzy, że nasze skojarzenia przechadzały się tymi samymi manowcami?

Co za czasy! I Woland smutny śmiertelnie i Boruta, i Mefisto to wszystko przebierańcy są, panie szanowny! Przebierańcy! Tam na górze, to, nie przymierzając taki sam bajzel, jak u nas. Zawieszasz  pan na ten przykład oko na kobitce, cycki, uczciwszy uszy, jak balony, myślisz: Może by pokonwersować! A za chwilę  spotykasz ją w klopie, sikającą do pisuaru obok. Tfu! Przebierańcy i obraza boska.

w_baskerville – wychodzi na to, że jesteś – od dzieciństwa – niesamowicie analityczną osobą :) Mnie za małoletnich czasów takie interpretacje ani analizy do głowy nie przychodziły.

Od dzieciństwa, to w baśniach odczuwałam niedobór “ciągu, który dalej nastąpił”, więc go sobie dośpiewywałam, oczywiście bez zagłębiania się w tajemnice alkowy. A zakończenie “Wróżek” zawsze uważałam za mocno podejrzane, bo przecież brzmi ono tak: “Syn królewski rozkochał się w niej w mgnieniu oka i osądziwszy, że taki dar wróżek więcej jest wart niż najbogatsze wiano, zabrał dziewczynę na ojcowski zamek, gdzie ją poślubił.” Cwane książątko, które biednej sierotki nawet o zdanie nie zapytało, tylko “zabrało” na dwór tatusia. Pazerny drań! A może ja nie byłam analitycznym dziecięciem, tylko miałam zadatki na feministkę z elementami sufrażystki, a?smiley

Otworzyła butelkę wiśniowego wina i upiła z niej spory łyk.

„Wiśniowego” w znaczeniu koloru czy ze względu na surowiec? Słynne winnice Napa Valley to Kalifornia, a wiśniowe sady – Michigan. Na dodatek wiśniowe wino raczej trudno uznać za wykwintne. Czy nie chodziło ci przypadkiem o zwyczajnie czerwone wino, na przykład Cabernet Sauvignon?

Położyła ją na wypolerowanym blacie z drewna czarnego orzechowca

Orzechowce to rząd roślin nie gatunek. Blat mógł być więc wykonany z drewna czarnego orzecha nie orzechowca.

Towar prawie ekskluzywny, gdyby nie był podrobiony, o czym świadczyła nalepka na butelce.

O czym właściwie świadczyła nalepka? Że winiacz był podrobiony czy że był prawie ekskluzywny? I po co czytelnikom ta informacja?

Gorset nieco uwierał ją w talii, poprawiła go

Nie ma takiej opcji! Żeby poprawić uwierający gorset musiałaby ściągnąć z siebie kieckę i poluzować ściśniętą sznurówkę, bo inaczej ani by drgnął. „Starożytne” gorsety były niczym pasy cnoty – „towar” w nich tkwiący trudno było naruszyć.

Nalała wody z butelki i postawiła przed nim pełną szklankę.

Mineralnej z butelki PET mu nalała? Zapewne w saloonach w jakimś cebrzyku przechowywano wodę choćby po to, aby czymś  blat zmyć, ale na pewno jej nie butelkowano.

Wyciągnął z rękawa zapałkę i włożył ją sobie do ust.

Ciekawe – nosił w rękawie jedną zapałkę? I włożył ją do ust jak landrynkę? Cud, że się nie zadławił. Chodziło ci o coś innego niż  z tekstu wynika. Wsunąć do ust a włożyć sobie do ust to nie to samo.

Przetarła ladę, bo z rękawów mężczyzny musiało wysypać się trochę piasku. Między ziarnami znalazła złotą monetę.

Albo z rękawów zasuszka wysypała się cała wydma piasku albo moneta była mikroskopijna, skoro nie zauważyła jej od razu, tylko „znalazła między ziarnami” podczas przecierania kontuaru.

Wyrwał topór z ziemi, z uśmiechem zaostrzonych w szpikulce zębów zarzucił go sobie na ramię.

Nikt, nawet nietoperzoskrzydłe bydlę, nie uśmiecha się zębami. Owszem, można je odsłonić w uśmiechu.  (Osobiście jestem jednak zdania, że jeśli posiadany przez nas garnitur uzębienia przypomina szpikulce, to lepiej nie uśmiechać się wcale albo chociaż robić to półgębkiem.) Poza wszystkim innym – zdanie jest tak skonstruowane, że widzimy jak drań zarzuca sobie na plecy topór wraz z uśmiechem.

 

Itd, itp. etc.

 

Twój główny problem, według mnie, polega na tym, że co innego chcesz napisać, a co innego ci wychodzi. Nad precyzją języka będziesz musiał/a mocno popracować. Jeśli akcję umieszczasz w konkretnej epoce, dobrze jest trochę bardziej wnikliwie zapoznać się z realiami, żeby nie zaskakiwać niemile anachronizmami – fantastyka czy nie i tak najważniejsza jest rzetelność. Tragedii nie ma ale za dobrze także nie jest.

w_baskerville odniosła się do Perrault, mniemam, że do Jasia i Małgosi?

 

“Jaś i Małgosia” to krwiożerczy bracia Grimm. Chodziło mi o “Wróżki” Perrault, baśń o dwóch siostrach – rzecz jasna jedna schwarzcharakter, druga wręcz przeciwnie – które otrzymały dary adekwatne do swoich czynów. Z ust wrednej, z każdym wypowiedzianym słowem wyskakiwały gady i płazy, a milutka w trakcie tych samych czynności, seryjnie strzelała szlachetnymi kamieniami. Na producentkę drogocenności załapał się książę. Już jako dziecko byłam przekonana, że mezalians ten popełnił z czystego wyrachowania, bo przecież dla każdego “rządu” nie ma nic lepszego, niż posiadanie maszynki do robienia pieniędzy. Wystarczyło, że kobitę podkurzył, ta wydarła na niego gębę i kupa kamieni jubilerskich na sfinansowanie wojny albo najnowszego modelu karocy już leżała na dywanie! A jak mężulek się spłukał w kasynie, to pewnie zmuszał ją do czytania godzinami na głos Iliady i Odysei.  I to się nazywało “żyli długo i szczęśliwie”! Kto, pytam się, był szczęśliwy? Bo na pewno nie ta biedna, żywa skarbonka! Wyobrażacie sobie ich życie intymne? “Och, mój ty kochany…”//”Kobieto! Wypluj, psiakrew, tego Koh-i-noora, bo kalekę ze mnie zrobisz…”

która utrzymuje się na powierzchni z sobie znanych przyczyn, bo na pewno nie z powodu klientów

(…) dzięki klientom

 

Spodziewałam się, że koszty utrzymania takiej kawiarni stanowczo przekraczają jej miesięczne dochody. Czy mi to przeszkadzało?

Wyrzuciłabym pierwsze zdanie, bo wprowadza dezinformację. Kelnerce-narratorce nie przeszkadzała senna/spokojna atmosfera mało popularnej kawiarni, a nie, jak wynika z kontekstu, rozbieżność między kosztami prowadzenia a dochodami właścicieli kawiarni.

 

i słodkie ciasto (zależnie od pogody – sernik lub szarlotka).

Zbyt szczegółowo – źle, zbyt ogólnikowo – też niedobrze. Kiedy sernik, kiedy szarlotka? I nieważne, że ta kwestia wyjaśnia się akapit niżej. Potrzebna jest właśnie tu.

 

Lubiliśmy patrzeć na tą wiekową, uprzejmą staruszkę i marzyć o tym, że na starość będziemy równie spokojni, co jak ona

na TĘ wiekową

 

użyczając każdemu miłego słowa na cały dzień.

Niedobre zdanie. (Nie żałując/nie skąpiąc nikomu dobrego słowa? Mając dla każdego miłe słowo?)

 

i uśmiecha się delikatnie na pożegnanie”. Nie wiem też, dlaczego akurat ja przypadłam jej najbardziej do gustu. Gdy teraz o tym myślę, uderza mnie jej delikatność,

Nadmiar delikatności.

 

Emanowała z niej dobroć stereotypowej babuni, która szydełkuje i piecze korzenne ciasteczka

Toporny przymiotnik. Poza tym szydełkowanie i pieczenie ciastek jest marnym dowodem dobroci babci – wydzierganą koronką mogła dusić Jasiów i Małgosie, a do ciasteczek dosypywać arszeniku. Zdanie niby nie całkiem złe, można łatwo domyślić się co narratorka miała na myśli, ale i tak do kitu. Coś dodaj, coś wywal.

 

Chodnik na ulicy K. był błyszczący i tak nasączony wodą, że czułam, jak zapadam się po kostki

Chodnik to nie piaszczysto-gliniasta ścieżka wydeptana na osiedlowym trawniku. Ani betonowe płyty, ani bruk nie nasiąkają wodą, a tym bardziej nie można w nich grzęznąć.

 

Pani Helenka otworzyła mi drzwi jej ogromnego domu,

Dom należał do p. Heleny, nie do p. Emilii. Zaimek „swojego”, nie „jej”.

 

– Ukroimy twojego dzieła, skarbie! – zawyrokowała kobieta odwijając sreberko.

„zawyrokowała” – nie w tym kontekście.

 

Ciasto było ohydnie gęste i mdlące.

Gęste ciasto? To upiekła je przed przyniesieniem, czy przytargała foremkę z surowizną?

 

– Jeszcze kawałek? – zaskrzeczała złośliwym, wysokim sopranem,

Gdyby zawyła sopranem – nie pisnęłabym słowa, ale skrzeczenia sopranem dramatycznym nie łyknę.

 

Siedzę teraz w ciemnej jadalni. Słyszę jej kroki na górze. Boję się.

Nie wierzę, że się boi. Nie czuć tych emocji w spokojnej, a nawet, rzekłabym, beznamiętnej relacji, którą się przeczytało piętro wyżej. Jak na osobę wiekuiście przyklajstrowaną do krzesła i niehigienicznie charkającą złotymi monetami, to narratorka zdaje się być całkowicie opanowana/pogodzona z losem/olewająca  perfidną staruszkę  tudzież  jej nadmetraże.

 

Jako wprawka – niezłe. Radzisz sobie. Uwspółcześnienie  motywu z baśni Perrault – sprytne. Twoje pisanie zdaje się być…hmmm…perspektywiczne?  

Oj tam, oj tam. Piszesz pięknie – to banalne określenie w twoim przypadku traci swoją banalność, a nabiera pierwotnego, nader pozytywnego znaczenia. 

Bardzo stylowa opowieść. Historia doskonale schematyczna (to nie zarzut lecz komplement), rewelacyjnie wpisująca się  w kanon ludowych podań. Piękny  język narracji –  taki w połowie potoczny, mówiony, a przy tym niesamowicie plastyczny. Do dziś z sentymentem przechowuję niegodziwie sfatygowany zbiór baśni Wandy Dobaczewskiej – „Złota studzienka” czy jakoś tak – które z nieustającą fascynacją czytywałam w bardzo wczesnej podstawówce. Ich nastój i zniewalająco urokliwy język nadal pamiętam. Twoja “Velevitka” przypomniała  mi moje szczenięce emocje i było to naprawdę ogromnie przyjemne doznanie.

W_baskerville, marudzisz.

Bo mam grypę! Zaprane zatoki! Łamanie we wszystkich zawiasach! Pustą lodówkę i niewysikanego psa! Co prawda mam też, po dwóch miesiącach abstynencji, nieograniczony dostęp do kompa, który wrócił z intensywnej terapii i nie jestem zdana wyłącznie na tablet z klawiaturą ekranową, stąd moja nadaktywność komentatorska. Tak to własnie wygląda.

 

 

Tłumaczenie Baskerville nie jest straszliwe

Finkla! Jakie tam  „tłumaczenie Baskerville” , matko jedyna! Toż przyznałam się, że angielski znam w zakresie zbliżonym do opisów na klawiaturze kompa i interfejsach aplikacji. Kiedyś ktoś powiedział, że „tłumacz to kłamca” i to święta prawda. Rzec by nawet można, trawestując Marka Twaina, że  są trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, bezczelne kłamstwa i TŁUMACZ GOOGLE. 

No, jasne, że w jedną – z całych sił dają ku werdyktowi ostatecznemu. Trochę ciężko im idzie, bo wśród kandydatów sam miód – łatwiej byłoby wybrać magiczną trójcę niż jeden tekst, ale cóż. Rozważałam nawet dorobienie ze dwóch alterkont, niestety, domek (?) w perfidii swojej przewidział perfidię moją i guzik – nie da się. 

A ja to francuskojęzyczna jestem. Klasyczną łacinę też ugryzę. Nieklasyczną również. Ale jeśli chodzi o angielski, to rozumiem wyłącznie komendy programów komputerowych. Chętnie przeczytałabym twoje opowiadanie, ale wetknąłeś cytaty brytolskie, pewnie dla treści istotne, a gogle tłumacz zapodał mi taką translację, że klękajcie narody. Co zrozumiałam, tom i zapisała, ale nie wiem na ile trafnie. Może dorzucisz własne tłumaczenie dla takich jak ja, niepiśmiennych?

 

All our times have come

Wszystkie czasy przychodzą

Nadchodzi wiosna, a potem pracowite lato…

 

Seasons don’t fear the reaper, nor do the wind, the sun or the rain

Seasons nie boją żniwiarz, ani wiatr, słońce czy deszcz,

Pracownicy sezonowi zatrudnieni przy żniwach, maja głęboko gdzieś wiatr zmienny, możliwość opadów tudzież  przejaśnienia.

 

Come on baby, don’t fear the reaper. baby take my hand, don’t fear the reaper.

Chodź, nie bój żniwiarz. kochanie weź mnie za rękę, nie boją się Reaper.

Wśród robotników sezonowych, szczególnie żniwiarzy, zdarzać się mogą zboki, tzw. Reaperzy, którzy łapią za rękę niewinne żniwiarki i w celach obrzydłych wciągają je w bezmiar pól malowanych zbożem rozmaitem: pszenicą, świerzopem albo też i żytem.

 

We’ll be able to fly, don’t fear the reaper. Baby, I’m your man.

Będziemy w stanie latać, nie boją się Reaper. Kochanie, jestem twoim mężczyzną.

Valentine is done, here but now they’re gone.

Valentine jest zrobione, ale tutaj już ich nie ma.

W gąszczu chrzęszczących zbóż, które zapylają pszczółki brzęcząc przy tym przeobrzydle,  podstępni Reaperzy robią biednym żniwiarkom małych Walentych lub małe Walentynki, a następnie dają nogę i już ich nie ma. Ani Reaperów ani alimentów znaczy.

 

Forty thousand men and women every day like Romeo and Juliet. Forty thousand men and women every day redefine happiness. Another forty thousand coming every day, we can be like they are.

Czterdzieści tysięcy mężczyzn i kobiet, na co dzień, jak Romeo i Julia. Czterdzieści tysięcy mężczyzn i kobiet, na co dzień na nowo zdefiniować szczęście. Innym czterdzieści tysięcy przychodzi codziennie, możemy być jak oni.

Zjawisko nadużywania przez żniwiarzy siły i przemocy, zaczęło przybierać katastrofalne rozmiary. Doliczono się czterdziestu tysięcy ofiar w tym, o zgrozo, także mężczyzn. Na szczęście większości z nich udało się wysądzić od farmerów odszkodowania za poniesione straty moralne, w wysokości czterdziestu tysięcy dziennie. Ciekawe w jakiej walucie. Ponieważ interes okazał się dochodowy my możemy być jak oni!!! (Nie rozumiem tylko czy mamy być  jak Reaperzy czy jak żniwiarki).

 

Came the last night of sadness, and it was clear she couldn’t go on.

Przyszedł w nocy smutku, i było jasne, że nie może iść dalej.

Farmerzy stanów Idaho i Iowa są bliscy ogłoszenia bankructwa grupowego – odessani z kasy, smutni i , co oczywiste, nie mogący nadal godnie kroczyć drogą rozwijania intensywnej gospodarki rolnej.

 

P.S. Obraziłeś się? E, daj spokój! Przecież to ja głupa z siebie zrobiłam. Pzdr.

Oj, Fishu, Fishu! Co prawda Sean Bean nawet taki sfafloszały jest seksowny, ale gdy na głowie zamiast  wątłych kluchów ma salonową fryzurę Wrońskiego, plus biały mundur z epoletami, plus Annę Kareninę u boku, plus walc nr 2 Szostakowicza w tle, to wtedy siła jego oddziaływania staje się stukrotna! No, trudno – przegapiłeś okazję zmobilizowania żeńskiej części elektoratu.   To może ja spróbuję. Ciekawe, czy mi się lekko podrasowany plakacik wczyta.

 

 

Chyba się wczytał, ale widać, że N jest marnie podrobione.

Przed tobą długa droga, wiodąca przez tysiące stron dobrze napisanych książek. Sądzę, że powinieneś w nią jak najszybciej ruszyć, bo aktualny stan twoich umiejętności literackich oscyluje wokół dolnej strefy stanów niskich. Udało ci się popełnić chyba wszystkie, najczęściej spotykane błędy. To, co wymieniłam niżej, jest zaledwie nieznaczną ich częścią. O zdaniach wymagających poprawki nie pisałam, bo większość pilnie potrzebuje intensywnej terapii.

 

Tytuł – zapisany z błędem, a nawet dwoma.

Interpunkcja – stosowana wedle zasady „gdzie Bóg da”.

Literówki i brak znaków diakrytycznych – permanentnie.

Odróżnianie nazw własnych od wyrazów pospolitych – leży.

 

Zapis dialogów – o, matko jedyna!  Wszak, jak uczą już we wczesnej podstawówce, jeśli jest kropka to jest i po niej wielka litera. Czyli nie:

 

– Sta­siu, obudź się. – ktoś mówił głę­bo­kim ba­ry­to­nem.

ale

– Sta­siu, obudź się – mówił ktoś głę­bo­kim ba­ry­to­nem.

 

(…)po nie­mal 123 la­tach za­bo­rów.

W tekstach beletrystycznych liczby zapisuje się słownie. Wyjątki od tej zasady są dość precyzyjnie określone.

 

 Używasz wyrazów, których znaczenia nie znasz.

Wy­so­kie czoło nie­chyb­nie ko­ja­rzy­ło się Kor­czy­ko­wi z fi­lo­zo­fem(…)

„Niechybnie” może i jest ździebko podobne do „nieodparcie”, ale znaczy co innego.

 

Nie ustrzegłeś się „masła maślanego” zwanego pleonazmem:

(…) wy­siadł na ze­wnątrz.

 

Co i rusz plączą ci się podmioty w zdaniach. Najzabawniej w tym zdaniu:

Pro­fe­sor zszedł z drogi na chod­nik po­przez zgar­nię­ty na bok śnieg, który sczer­niał i po chwi­li do­kład­nie się ro­zej­rzał po oko­li­cy.

Wynika z niego, że śnieg najpierw jakimś cudem  „sczerniał”, a potem rozejrzał się po okolicy.

 

(…) a przed Nocą Li­sto­pa­do­wą 1864 roku urzę­do­wał w nim wiel­ki ksią­żę Kon­stan­tyn.

Powstanie listopadowe – rok 1830, styczniowe 1863. Noc listopadowa z 1864 roku z dodatkiem KonstantYNA (!) to chyba trochę za daleko posunięta historia alternatywna.

 

Nie widzisz tego, o czym starasz się pisać.

 

Ta­czak par­sk­nął śmie­chem i lekko się uśmiech­nął pod nosem pre­zen­tu­jąc ide­al­nie białe zęby.

Rusz głową i wyobraź sobie człowieka, który parska śmiechem uśmiechając się jednocześnie pod nosem! Magik dwugębny!

 

Jeśli chcesz pisać, to myślę, że najpierw powinieneś przeczytać np. TEN poradnik.

 

Miasto w zasadzie było zdobyte.

zdobyć – cz. dokonany – zostało zdobyte

zdobywać – cz. niedokonany – było zdobywane

 

Nad blankami zatrzepotały sztandary z czarnym krukiem o krwistym dziobie na błękitnej tarczy.

Ze zdania wynika, że tylko krwisty dziób kruka miał za tło błękitną tarczę. Zdanie do remontu.

 

Trzech rycerzy w czarnych, obszernych szubach i opończach, zasłaniających mocne, acz lekkie pancerze i oblicza…

Zarówno pancerze jak i oblicza były mocne acz lekkie. Szyk wyrazów jest błędny. Poprawię:  …zasłaniających oblicza i mocne acz lekkie pancerze.

Proponowałabym również, aby szuby były czarne a opończe obszerne – pomogłaby zmiana szyku wyrazów.

 

…a ludzie – z rzadka przyglądający się toczonym na rynku wydarzeniom – wciąż nie mogli uwierzyć…

Ludzie z rzadka się przyglądali – czasem rzucali okiem, a czasem nie? Może chodziło ci o to, że dla własnego bezpieczeństwa większość mieszkańców pozostała w domach, a po rynku „z rzadka” rozsiani byli tylko ci odważniejsi?

 

Baron, opasły, odziany wytwornym kaftanem i ferezją…

odziany (w co?) w wytworny kaftan

– Kevin von Grotz – wycedził muskularny młodzian, pośrodku czarnych.

Młodzian wycedził pośrodku czarnych.  Przecinek nic tu nie pomoże, bo toto napisane dalej, nie jest ani zdaniem ani jego równoważnikiem, tylko zdekompletowanym dodatkiem.

 

Młodzian wyprostował zacną sylwetkę, biorąc się pod boki.

Bemik ma rację – nie archaizuj na siłę. Przymiotnik „zacny” znaczy „godny szacunku, zaufania/prawy, szlachetny” i nadal odnosi się głównie do ludzi, albo do czegoś, co budzi nasz podziw np. „pochodził z zacnego domu”, „zacne to było psisko, wierne i oddane”.  „Zacna” w połączeniu z „sylwetką”, szczególnie w takim ubogim kontekście, brzmi kulawo.

 

– Respekt li masz, panoszu…

Pisana łącznie partykuła li = czy.

Maszli respekt, panie? = Czy masz respekt, panie?

Respektli to czy nie respekt ….

 

Pisana oddzielnie: li = wyłącznie lub działa jak wzmocnienie tylko

Czuł  li tylko respekt….

Przecież nie o taki przekaz ci chodziło, prawda? Ergo – z archaizowaniem obchodzić się jak z dj Jajkiem.

 

– Nazywaliście – sprostował książę, prezentując iście szlachetne i młode oblicze, oszpecone drobną sznitą na brwi.

„Sznita” to w gwarze śląskiej kromka chleba, a więzienny „sznyt”, który wygryzł poczciwą „bliznę po cięciu”, jest całkowicie współczesnym nabytkiem języka potocznego. Ani jedno ani drugie nie nadaje się do tego zdania.

 

Przeciągnął się, wyciągając skręconą w pergamin machorkę.

Powinien skład tego skręta opatentować, ruszyć z produkcją i sprzedawać nałogowcom – rzuciliby palenie po jednym sztachnięciu. Machorka – najpodlejszego gatunku tytoń – wetknięta w tutkę z pergaminu czyli cienko wyprawionej skóry bydlęcej! No ja cię! Ależ to świństwo musiało cuchnąć! Kiedyś, z ciekawości, zapaliłam bidi – indyjskie papierosy. Także zostały wyprodukowane z absolutnie naturalnych surowców. Nieziemsko capiły wysuszoną kupą świętych krów i spracowanych słoni, więc wiem, co mówię.

 

Wpatrywał się z góry na ciżbę

wpatrywać się w…

patrzeć/spoglądać na…

 

Wyciągnął miecz z cichym sykiem…

Miecz syczał? Rycerz syczał? Miecz miał syk do towarzystwa? Zdanie do poprawy.

 

Mości, zagonili zbrojnych, paziów, koniuszych, pachołków i każdego kto niechybnie pod koński łeb napatoczył do odbudowy…

niechybnie = z pewnością, bez wątpienia, na pewno = Coś ci się mocno zdanie sypnęło.

 

…rozłożystego dębu, na którym zawieszono parunastu nieszczęśników.

Powieszono nieboraków na, dajmy na to, buku, potem zdjęto i zawieszono na dębie. Świństwo, podłość i bezczeszczenie zwłok!

 Przedrostki – takie niby nic, a jak perfidnie potrafią zmienić znaczenie wyrazu! 

 

Jutro nie będzie już waszej despoty…

A tu, to nie rozumiem. Co to jest „ta despota” ? Wszak  „despota” to gramatycznie i życiowo facet – rodzaj męski – TEN despota! Nie lubię despotów.

 

Błędów sporo, ale całkiem źle nie jest. Dialog końcowy bardzo dobry. Bywa, że z lekka kulawy początek,  w rozwinięciu zaczyna hulać jak najzdrowszy, jeśli więc zamieścisz coś więcej niż fragment prologu, to coś więcej da się o tekście napisać. Pzdr.

 

 

Uuuu! Faktycznie! Tydzień czytania wszystkiego jak leci, brzmi groźnie. Czyli – jakby co, to ja bukuję się na pół etatu. Z Rybą w parze.

Docelowa liczba członków – 12.  Dni w miesiącu 30.  30 : 12 = 2,5 (excel policzył, bo ja do matematyki mam łeb tępy jak karp). Skąd więc te dwa dni w tygodniu? 

Obowiązek opatrzenia opowiadania komentarzem jest mi znany – dlatego czytanie uznałam za wyczynowe. 

Staż na NF mam siedmioletni, tyle, że głównie staroforumowy. Udzielam się z rzadka. Czytać potrafię i jestem piśmienna. Mogę kilka dni w miesiącu (dwa z ogonkiem?) wyczynowo studiować zamieszczane w poczekalni opowiadania. Prześlizgnę się przez weryfikacyjny durszlak?

Ten małpi tekst i mnie olśnił „z goła”. W głowie bąbelkuje mi po nim tak, jak kiedyś po krwiożerczych amorkach, „małych, opasłych skurwysynach”, które strzelały do wszystkich, dranie parszywe. Na szczęście w omawianym przypadku orangutan nie zdążył zastrzelić ze swego drabbla orangutanicy o warownych piersiach. A właściwie, to szkoda, że nie zdążył.  Duża szkoda!

Prawdziwy idiota napisałby: chańbić, wyczaskać, ałtorytet i pszerużne. Ty napisałeś poprawnie, definitywnie chrzaniąc i tak marną prowokację.

 

Uwaga! Będę kadzić. Twoje opowiadanie już po pierwszych akapitach zdobyło moje pełne, czytelnicze zaufanie. Absolutnie nie miałam ochoty, potrzeby zresztą również, tropienia potencjalnych błędów, co zdarza mi się, gdy już na początku lektury o coś się w czytanym tekście „potknę”. Przeciwnie, zaczęłam zaznaczać sobie zdania, które urzekły mnie albo swoją urodą albo ukrytymi emocjami (jak to: Nasza dzielna dziewuszka w milczeniu doganiała mgłę.) albo dowcipem, zabawnie charakteryzującym narratora, snującego opowieść w portowej tawernie, czyli np. to: Nalej, to długa obelga, a przydaje się w życiu. Kiedyś tak zdumiał się na jej piękno pewien paniczyk, żem zdążył galoty podciągnąć i czmychnąć, nim oprzytomniał.

Rewelacyjnie przetworzyłeś wilka morskiego na Wilka Morskiego, rewelacyjnie skrzyżowałeś biblijnego Lewiatana z Latającym Holendrem i rewelacyjnie wykorzystałeś rolę szant jako motywu zespalającego całe opowiadanie. Podoba mi się również sposób, w jaki, zmieniając narrację z trzecioosobowej na pierwszoosobową, podmieniasz światy – fantastyczny na realny, zręcznie manipulując przy tym odbiorcą. Raz „sprowadzasz go na ziemię” i pozwalasz zachować dystans do całej historii, bo wiadomo, że przy piątej szklance rumu wyobraźnia i elokwencja starych żeglarzy mkną pod pełnymi żaglami. Potem wracasz na morze, na pokład „Dziewicy” i sprawiasz, że wierzymy w magię wydarzeń tam się rozgrywających. Komplementy ograniczę do jeszcze tylko jednego, żeby mi wypracowanie nie wyszło. A mianowicie: Pięknie poprowadziłeś partie narracyjne! Pięknie! Potoczyście, nie oszczędzając na szczegółach, ale i nie przesadzając z ich liczbą. I sama historia, choć prosta, potrafi przykuć uwagę do samego końca. Sądzę, że sugestywnemu urokowi podobnych, morskich opowieści, uległ kiedyś niejaki Robinson i dał dyla z domu, zostawiając na lodzie starych rodziców i drobne dziatki. A, nie! Dziatek jeszcze nie miał. Ale starych zostawił!

 

 

P.S. Bardzo lubię szanty, te klasyczne, „do roboty”, śpiewane a capella i takie „po pracy”, którym towarzyszy jakiś instrument. Nie przepadam natomiast za pop-przeróbkami, podszywającymi się pod klasykę i brzmiącymi jak słodkie hopsasa. Mam nadzieję, że to tego typu komerchę miał na myśli Sethrael pisząc, że szanty kojarzą mu się z disco-polo. Bo przecież niemożliwe, aby były to utwory takie jak TEN, TEN, TEN albo TEN lub TEN

Pięknie napisane. Pomimo, że S. Leiss w żaden sposób nie próbuje stylizować samego języka, to tempo narracji, takie – powiedziałabym – nieco uroczyste, sprawiło, że forma opowiadania idealnie dopasowała się do czasu, w jakim ulokowana została fabuła i sytuacji bohatera, marynarza, który na łożu śmierci czyni ostatnie wyznanie. Zastanawiałam się, dokąd wieloryb holował statek i dlaczego skazał się na trzydniową drogę przez mękę. Płynął w kierunku zorzy, „dążył ku światłości”?  

Tak to, na własny użytek, chcę widzieć. Wspaniały, metaforyczny tekst, Saro Leiss. 

A ja tam czasem lubię przeczytać  “bąbelka” takiego, jak tekścik sfuna.  Zabawa słowem i pomysłem to fajna sprawa, szczególnie, gdy ubrana jest w zupełnie zgrabną formę.

 

Słówko “opko”  to wybebeszony, językowy koszmarek. Nie trawię go. 

@Alex & beryl

Moja wina. Nie dość dokładnie zapoznałam się z instrukcją obsługi nominacji. Przepraszam.

 

@beryl W_baskerville, byłoby fajnie, gdybyś rozwinęła swój komentarz pod opowiadaniem ; )

Rozwinęłam.

Komentarze, które pisuję, zawsze wydają mi się zbyt rozwlekłe. Po raz pierwszy (chyba) wypowiedziałam się zwięźle i skończyło się tym, że pod tekstem napomina mnie Alex, a w HP piętnuje Beryl. Proszę więc bardzo – mogę się nieco rozględzić. Opowiadanie AlexFagus podoba mi się, bo:

 

– wprowadziła do niego magię, trochę jakby mimochodem, ale przekonująco. (Dlatego do głowy mi nie przyszło np. zastanawiać się, czy hodowanie leśnych drzew na balkonie jest możliwe. One tam po prostu rosły i już – taki realizm magiczny.)

– niedosłowność postaci i tajemnica otaczająca oboje bohaterów pozwala na snucie domysłów, wielość interpretacji, swoistą współpracę wyobraźni czytelnika i autora

– pisze pięknym, klarownym językiem i potrafi „odpowiednie dać rzeczy słowo”

Wyciągnąłem z plecaka iPhon’a i opuszkiem palca wywinąłem na ekranie magiczne runy.

Piękne zdanie, perfekcyjnie opisujące banalną czynność, o której w inny sposób nie warto byłoby nawet wspominać.

Moim oczom ukazał się nadspodziewanie witalny mężczyzna po czterdziestce…

No, tutaj to pojechałeś. Witalność po czterdziestce jest raczej oczywista niż nadspodziewana. Po YT chodzą filmiki z wiekowym dziadkiem, wywijającym piruety na deskorolce – do niego pasowałoby to określenie, ale do wyfiokowanego czterdziestolatka w naturalnie dobrym stanie? Dajże spokój.

w nienagannie skrojonym garniturze i meloniku

Niby nic, ale, żeby melonik nie chwalił się nienagannym krojem, należałoby go wymienić w pierwszej kolejności.

Cóż począć, brachycefalia!

To tak się nazywa uroda mopsopodobnych? Musiałam wyguglać. Człowiek całe życie się uczy. Ciekawe, czy mój cavalier nie cierpi na jakąś łagodną formę tego czegoś, bo chrapie przez sen przeokropnie, ryjek ma króciutki, a żuchwę szeroką. I lekkiego zeza, ale to chyba nie ma znaczenia.

Każdy facet po trzydziestce powinien mieć w życiu jakieś porządne hobby…

Złota myśl babusi perfidna acz dobrotliwa, ale mam wrażenie, że nie zacytowałeś jej dość dokładnie. Z pewnością brzmiała: „Każdy chłopczyk po trzydziestce powinien mieć w życiu jakieś porządne hobby…”. Tak czy siak – roześmiałam się. Czyli Czesio zastosował się do sugestii faceta z iPhonem i wyszedł?  Ale wróci. Wróci.

Nieźle sobie poużywałeś na tutejszych komentujących, do których i ja się zaliczam. Zabawne to było, zgryźliwe i wrednawe. I podobało mi się. A, że nie było akcji? No, mój Boże! „Upał”! Sama połowę lata przekindlowałam wisząc pod drzewem w półworku, szumnie nazwanym przez producenta krzesłem brazylijskim, i jedyna akcja, do jakiej byłam zdolna, to wprawianie owego dyndacza w ruch dyndający, plus przewijanie tekstu na ekranie.

Także uważam, że dobry pomysł spaliło wykonanie. Masz skłonność do nadużywania króciutkich zdań. Nie jest to samo w sobie złe, pod warunkiem, że nie cierpi na tym przekaz. A u ciebie cierpi i to jak! Nie szukasz wyrazów najtrafniej oddających to, co chcesz powiedzieć, zadowalasz się pierwszym lepszym, prawie trafnym. Musisz okiełznać podmioty domyślne. O interpunkcji zmilczę, bo to drażliwy temat.

 

Typowy grudzień. Tuż przed Bergenstätt przestał prószyć.

Grudzień przestał prószyć.

 

Pokazałem osobie po drugiej stronie pocztówkę ze świętą rodziną. Zobaczyłem w jego oczach strach..

Osoba = > r. żeński. (w) jego = . zaimek r. męskiego

 

Odsunął się jak poparzony ode mnie.

Szyk = > Odsunął się ode mnie jak poparzony. Ale i tak nie jest dobrze, bo skoro przybysza i człowieka stojącego w drzwiach dzielił próg, to nie stali obok siebie = informację można spokojnie pozbawić zbędnego „ode mnie”.

 

Upierał się stojąc w korytarzu z podłogą i boazerią z drewna.

Facetowi stojącemu w korytarzu towarzyszyła kuzynka Podłoga i ciocia Boazeria.

 

Zdjąłem płaszcz i kapelusz, podając mu. W zielonym garniturze udałem się za gospodarzem.

CO mu podając? Połowa frazy gdzieściś zniknęła. Jeśli w tekście literackim da się uniknąć imiesłowów, to raczej należy to robić. Fatalnie skonstruowane zdanie. Następne, to z zielonym garniturem, także albo do kasacji albo do przeróbki. Kolor odzienia „zjadacza grzechów” jest zresztą bez znaczenia, nie odgrywa później żadnej roli, więc po cóż o nim napomykać.

 

W ten czas był wysportowanym trzydziestosiedmioletnim esesmanem w stopniu Hauptsturmführera z Ahnenerbe.

W ten czas – wojny i grozy – był…..

Wtenczas (wtedy, wówczas) był wysportowanym….

 

Podszedłem do Hansa tuż przed egzekucją i ściągnąłem okulary, patrząc mu głęboko w oczy. Ludzie na ich widok umierają ze strachu. On nie był wyjątkiem.

Więzień mógł sobie spokojnie biegać po podwórku, podchodzić do dowódcy plutonu egzekucyjnego? Luzik panował w tym gestapowskim mamrze.

Hans, skoro nie był wyjątkiem, to był nieboszczykiem od paru dziesiątków lat. Ile razy można umierać? Ta pożyczka z Bułhakowa nie wyszła ci na zdrowie. W oryginale: „Abbadona stanął przed baronem i zdjął na sekundę swoje okulary. W tejże chwili w dłoniach Asasella coś bluznęło ogniem…” I gotowe! Baron pokazał numer butów!

 

Zaraz rozpocznę rytuał i pomimo wszystkiego co się stanie, macie mi nie przerywać

Rozpocząłem go.

„macie mi nie przerywać” – nie tworzy się trybu rozkazującego z użyciem czasownika „mieć”. Przecież istnieje „nie przerywajcie mi”. Powtórzenia. Drugie zdanie czysto od czapy.

 

Wypiłem całą zawartość naczynia i odstawiłem na łóżko.

Na łóżko odstawiona została zawartość, nie naczynie. Jakoś tak nawet z pawiem mi się skojarzyło, być może przez wcześniejszy, nieudany synonim wina: „sfermentowany sok winogronowy”.

 

– Panie sam powiedziałeś, że ten chleb to twoje ciało. Pozwól mu (chlebowi) przez nie (przez ciało) pozbyć się win, aby się oczyścił (chleb). Grzechy wchłonięte z niego (z chleba) wezmę na siebie.

I niestety podmioty domyślne ci nie wyszły. Zgubiłeś Hansa, a zastąpiłeś go „chlebem”

 

Zdjąłem kromkę z Niemca i zjadłem.

Matkoicórko! Totalnie nic w tym zdaniu do siebie nie pasuje. Wyszedł za to niezły dowcip.

 

Po chwili poczułem jak dusza jest kłuta drobnymi igłami i podsmażana na ogniu.

Podsmażana? Jak wątróbka z cebulką?

Widowisko wokół niego było trochę silniejsze niż zwykle.

„Silne widowiska” nie istnieją.

 

Córka posłusznie podniosła kubek i zabrała pocztówkę bratu oraz wyszła z pokoju.

Próbowałam „oraz wyszła” zastąpić „oraz wyżła” – brzmiało ciut lepiej, przynajmniej wiadomo było co zabrała. Może tak miało być: Córka posłusznie podniosła kubek, zabrała bratu pocztówkę i wyszła z pokoju.

Dwóch synów klienta rozmawiali między sobą.

Rozmawiało. Albo: Dwaj synowie rozmawiali.

 

Ubrałem i zapiąłem płaszcz…

… następnie gwizdnąłem, a on posłusznie za mną pomaszerował. Płaszcz się zakłada. Dziecko ubiera.

 

– Do widzenia. – Nie odpowiedział na pozdrowienie tylko z lękiem otworzył drzwi.

„Do widzenia” to pożegnalna formuła i „pozdrowienie” ma się do niej nijak. Można zresztą wywalić to słowo, bo i tak jest zbędne.

 

Po kilku krokach usłyszałem trzask. Zwykłe pożegnanie mojej osoby.

A tu, to zwyczajnie nie rozumiem. Dach się zawalił czy co? Drzwi z futryny wypadły? Nagły szlag trafił całą rodzinę nieboszczyka?

 

Tylko się nie zniechęcaj! Pisz, bo pomimo błędów i tak widać, że pomysły masz niezłe podobnie jak szanse na wypracowanie porządnego stylu.

Gratuluję srebrnego wyróżnienia. Bardzo się cieszę, bo piszesz znakomicie i chyba czas, byś z wód małej zatoczki wypłynęła na jakieś szersze H2O.

Wojna szachowa – bardzo dobra. Dołączam się do komplementów Ryby. Opisanie perfidii króla osłaniającego się małżonką – przezabawnie wredne! Rozbawiło mnie!

 

Coś tam znalazłam w trakcie przyjemnej lektury, może zechcesz skorzystać:

 

Najpotężniejsi mężczyźni w kraju zebrali się na naradę.

Może zamienić „mężczyzn” na „mężów”? Brzmi godniej, bo kojarzy się z mężami stanu. Nie widziałoby się  wtedy iluś tam Pudzianów zebranych w sali narad, ale owe siwe a tęgie głowy, o których wspominasz później.

 

po pionowych niemal murach!

Wyszły „niemal mury”, choć powinny być „niemal pionowe”.

 

Generałowie od początku przeciwni użyciu konnicy z triumfem powtarzali pozostałym: „bacz, byś błędu nie popełnił, pilnie rozważ moje słowa”

Uciekły ci przecinki przed i po wtrąceniu: od początku przeciwni użyciu konnicy. Generałowie, podobnie jak wcześniej Kanclerz,  cytują całe zdanie – przydałaby się wielka litera na jego początku.

„Powiedzieć coś w złą godzinę”, wydawałoby się – czysta, ludowa fantastyka, rzeczywiście nieoczekiwanie wypełniona została  przerażająco realną treścią. Diaboliczny chichot losu. Aż dech zapiera. Równie koszmarne jest dla mnie to, że dziś człowiek żyje i umiera równocześnie w dwóch światach – realnym i sieciowym. Zanim administratorzy przejmą rolę zakładu pogrzebowego i „pochowają” konto, „znajomi” zdążą rozesłać miliony klepsydr, złożyć kondolencje i odprawić stypę.  Makabra. Nigdy chyba nie zrozumiem  fenomenu FB, Instagramu czy innych Twitterów.

Ten news zgnębił mnie podobnie, jak ciebie. 

O, mój litościwy Boże! 

Przeczytałam spory fragment i pomyślałam, że przed napisaniem czegokolwiek na jego temat, nie od rzeczy będzie się upewnić, co do pewnych kwestii.

1. Czy ty, Jacku, naprawdę oczekujesz komentarzy n/t swojego tekstu, czy wstawiłeś go na portal, żeby sobie zażartować z czytaczy?

2. Czy mógłbyś nieco nam przybliżyć swoją osobę? Na przykład podać wiek? Bo jeśli jest on podstawówkowo-gimnazjalny, to potraktuję cię litościwie, ale jeśli całkiem dorosły z ciebie gość, musisz wszystkie uwagi wziąć na klatę.

Wolałabym, abyś był dorosły, bo wtedy mogłabym zadać współczytaczom zagadkę związaną z fragmencikiem, po przeczytaniu którego śmiałam się w głos do monitora: Napastnik sprawdził dokładnie także sferę między piersiami i między nogami leżącej. Wszystko, co mogło być cenne, (…) zostało schowane do sporej, nie rzucającej się w oczy torby.

Zagadka brzmiałaby: Co cennego znalazł napastnik w sferze między piersiami i nogami leżącej, a następnie schował do torby? Gdy sama próbowałam sobie odpowiedzieć, musiałam włączyć autocenzurę i większość propozycji wybeepać!

3. Sprawność posługiwania się przez ciebie językiem ojczystym, przechodzi ludzkie pojęcie. Dawno czegoś podobnego nie miałam przed oczami. Przy “tyczce” prawie zasłabłam. Początkowo ze śmiechu, ale później mnie nerwa kopła.

Dziwne, dziwne, dziwne. Mnie tam w opowiadaniu Pana, proszę Pana, wszystko pasi. To, co mi częściowo nie pasiło, wydłubały już moje poprzedniczki. 

Nie znalazłam np. niczego, co mogłabym określić jako "nadopis", szczególnie w tym passusie: "Na początku myślałam, że to zwidy – takie złudzenie w złudzeniu." Wręcz przeciwnie. Po doczytaniu do myślnika, w głowie mrugnęło mi na czerwono: "Bez sensu! Przecież dziewczyna świadomie i post factum relacjonuje swój epileptyczny odlot, dlaczego więc dziwi się, że towarzyszyły mu zwidy, skoro dobrze wie, że to normalka?". W tym momencie dotarł do mnie ów "nadopis" i wszystko się wyklarowało – złudzenie w złudzeniu!

 Akapity, z powodu krótkich zdań, także, za cholerę, nie chciały mi się rwać. Zgoła odwrotnie. Uznałam je za stylizację udatnie oddającą sposób porozumiewania się dzieciaków w wieku okołolicealnym i nieco powyżej. Krótkie komunikaty, zero epickiej kwiecistości – efekt wielogodzinnych treningów prowadzonych na FB i via SMS. Chwała ci Panie, że nie przeprowadziłeś śledztwa źródłowego (od słowa research dostaję gęsiej skórki)  i nie wdałeś się w opis "metody stymulacji" tudzież pozostałych metod leczenia epilepsji, bo to by dopiero jaja były. Chyba w przypisy musiałbyś je wetknąć, w charakterze samouczka dla Nieprzywyklaków. 

Bohaterka odstawiła leki, toteż coraz bardziej oddalała się od świata realnego – świata żywych, a zagłębiała w świat chorobliwych imaginacji. W końcu postanawia tym drugim zastąpić dotychczasową rzeczywistość, więc odpowiednio się przygotowuje – bierze ze sobą nóż, i realizuje plan – wbija nóż w pierś staruszka, aby zastąpić go/zająć jego miejsce w raju. Jak dla mnie wszystko logiczne, ale może ja zawieszona jakaś jestem. Na pewno jestem, bo  najbardziej w twoim tekście podobało mi się "przegadanie". Zupełnie realistycznie prowadzona, "pamiętnikowa" – utrzymana w lekko potocznym stylu, pierwszoosobowa  narracja niepostrzeżenie odrealnia się i przekształca, synchronicznie do nasilenia objawów choroby (bohaterka nie bierze lekrstw). W finałowych akapitach miraże ostatecznie zwyciężają świat realny, same stają się fantastyczną realnością i pozwalają czytelnikowi poszaleć interpretacyjnie. Bardzo, bardzo udane "przegadanie. Twoje opowiadanie, o Panie, (rymujesz się) jest przykładem, że niekoniecznie na początku musi być trzęsienie ziemi, a dalej wiadomo co, żeby poruszyć czytelnika/widza. Mnie przynajmniej poruszyło i to bez fajerwerków w rozbiegówce.

Po lekturze twojego opowiadania zamierzałam napisać jedynie, że zrobiło na mnie wrażenie. Duże i pozytywne. (Akapit, z racji krótkości drugiego zdania, przypadkiem mi się nie rwie?) Przeczytałam jednak jeden z komentarzy, tak niebywale od czapy, że się zlasowałam, więc mi się własny nieco rozbudował. Dodatkowo ciśnienie podniosło mi zapożyczone z pewnego portalu kretyńskie: "Autoru, autoru, cóż ja mam ci powiedzieć". I, przyznaję, nasunęła mi się jedna jedyna, niestety nieparlamentarna, odpowiedź.

 

Edit

Kapitalne opowiadanie. To, że napisane bardzo dobrym językiem, to pikuś. Jest na tym portalu sporo osób, które także nie mają problemów z poprawnym wyrażaniem myśli, ale tylko kilka, w których tekstach wyczuwalna jest taka fajna, indywidualna muzyczka zdań, rozpoznawalny styl, lekkość i fabularna precyzja. Tak przynajmniej, jako zwykły czytelnik, sprawę widzę. A właściwie słyszę. I do takich, pięknie mi "grających" w głowie opowiadań zaliczyłam twoje "Duchy…". Poza tym jestem pod wrażeniem pomysłowości, a zarazem umiaru, dyscypliny i konsekwencji z jaką zbudowałaś świat bohaterów. Fajnie wyważyłaś w nim proporcje pomiędzy elementami sci-fi, a zupełnie nie sci-fi ludźmi. Ostatecznie, od czasów, gdy przestaliśmy dyndać uczepieni ogonami do palm, nie ewoluujemy w aż tak galopującym tempie, żeby z upływem byle trzystu lat, zatracić cechy i charakter utrwalone przez tysiąclecia oraz totalnie zmienić swoje nawyki i potrzeby. Dlatego podoba mi się zarówno istnienie syntetycznej wołowiny, jak i knajpek z egzotycznym żarciem, perfum i dezodorantów. Summa sumarum: dowcipne, błyskotliwie zrealizowane i bardzo inteligentne opowiadanie.

Offtop: Myślisz, ocha, że tylko w Krakowie rekrutują kanarów ze specyficznych kręgów odrzutów estetycznych? Wszędzie tak się dzieje, wszędzie! Uważam to za wyjątkową perfidię, bo biorąc pod uwagę cenę biletów normalnych, przystojny kanar należy się pasażerom jak chłopu ziemia.

Nowa Fantastyka