Profil użytkownika


komentarze: 285, w dziale opowiadań: 225, opowiadania: 147

Ostatnie sto komentarzy

Aaaa! No, to pojechałam po bandzie! To dwóch Anonimów ma w takim razie we mnie fankę.

Anonimie! Tym razem pozostaję pod ogromnym wrażeniem pokrętności twoich inspiracji – ekspresowych (sic!) inspiracji. Popraw mnie, jeśli się mylę, ale to twoje trzecie opowiadanie i na dodatek, pomimo braku pokrewieństwa pomiędzy fabułami, wpisujące się w, nieco górnolotnie nazwijmy to, „cykl”.  „Letnia bajęda o lekkim zabarwieniu erotycznym” (wprowadziłeś do niej nazwiska autorów powieści sensacyjnych) zasiała w tobie myśl o napisaniu kryminału i cyknąłeś „Ekspresowe zabójstwa”. Nasza wymiana zdań pod „Ekspresowymi zabójstwami”, dała z kolei asumpt do powstania „Klątwy imienia”. I tu mnie zaskoczyłeś. „Riposty” trochę się spodziewałam, więc starannie przekopałam „Klątwę”, próbując znaleźć punkt startowy dla kolejnego opowiadania, ale jedyne, co jako tako mi pasowało, to wykorzystanie skojarzenia – choćby i odległego – ze złotym ryjem. A tu takie zaskoczenie!

 

Podziwiam – i to bardzo – łatwość, z jaką przypadkowy impuls przetwarzasz w zaskakujący jakością językową, humorem i pomysłowością obraz. Kiedy ty to robisz, na Boga? A jakich uroczych kretynów tworzysz! Tak, masz we mnie fankę!

No, dooobra, Anonimie! Mrucz! Mam półtora kota w domu, jestem przyzwyczajona.

Nie zdążyłam dopisać, że rozwiązanie rebusu także mi zaimponowało, podobnie zresztą jak sam pomysł wprowadzenia tego elementu do fabuły – fajna klamra! Takie dopięcie opowiadanka na ostatni guzik.

To złoto ryja jest pomysłem autorskim, czy dowcipem, którego nigdy nie słyszałam?

Wow! Konkurencja zwiera szeregi! Codziennie świeży kąsek i codziennie lepszy!  Finkli należy się bukiet meteorów za wymyślenie formuły tego konkursu. Ja, w każdym razie, dziękuję, bo apokalipsy, postapokalipsy, preapokalipsy i zakapturzeni magowie chlejący po starożytnych knajpach i barłożący się w motelach – podawane na poważnie, słabo mi wchodzą.

Kryminał jak marzenie! Garść Sherlocka, garść Strusia Pędziwiatra i szczypta detektywa Marlowe’a – wymieszać, nie przesolić, poczekać aż wyrośnie. Kapitalny tekst – taka bzdurka niby, ale jak wykonana! Znalazłam wszystko, co lubię – świetne wykorzystanie dwuznaczności wyrazów od samego tytułu poczynając, prześmieszną intertekstualność, utrzymanie w karbach własnej inwencji (ani o jeden żarcik nie jest za dużo – proporcje idealne). I, co imponujące, wszystkie postacie składają się z ducha, ciała i (niekiedy) paskudnej fizjonomii! Żadnych papierowych figurek – szacun, p. Anonimie.

Styl autora i charakterystyczne poczucie humoru jakby mi już znane były…

 

Było to niedaleko jego domu, zaledwie dwa zakręty dalej. Zapłacił taksówkarzowi(…)

Nikt, nawet detektyw wabiący się Zonk, nie wziąłby taksówki, aby przejechać „dwa zakręty” dalej. Tym bardziej się to kupy nie trzyma, że gospodyni z palcem w nosie dodreptała w to samo miejsce per pedes, nie roniąc z filiżanki ani kropli rumianku. (No, dobra! Wycofuję się z palca w nosie – kobicina ręce miała zajęte.)

 

Myślę, że więzienie dla nekromantów w Necrofobis będzie dla ciebie odpowiednim miejscem spędzenia dożywocia. A ponieważ jesteś nieśmiertelny, jak się domyślam, trochę to potrwa.

Żelazna logika Zonka jest urzekająca! :D :D :D !!!

 

Do ronda zaczęły przybliżać się ekspresy. Aż gotowały się do zabijania.

Och! Anonimie! Za ten „kawałek” gotowa byłabym ci się oświadczyć, gdyby nie wpojone mi na amen, obrzydliwie staroświeckie zasady moralne.

 

Dusze zmarłych natomiast uwięzione są w ekspresach, które widzisz wokół, i uwierz mi, nie są tym wcale zadowolone.

nie są tym uszczęśliwione //nie są z tego zadowolone

Zmiksowałeś.

 

Tu nekromanta wskazał dłonią na rozstępujący się szereg ekspresów, gdzie dwie wielkie maszyny wprowadzały do środka koła związanego i bladego jak papier doktora Nostawa.

Coś przekombinowałeś w trakcie wprowadzania poprawek, jak sądzę.

 

Okazało się, że ma włosy koloru macchiato. Dość długie i proste. Przy czym same końcówki tych włosów był jaśniejsze od reszty.

Jednym słowem ombre! Modniś i elegant, choć prosty był z niego nekrokawomanta! :D :D :D !!!

 

Styl narracji doskonale dopasowany do postaci głównego bohatera. W ogóle bardzo dobry styl i bardzo dobrze skonstruowany narrator, idealnie współgrający z tym gwałcicielem in spe – Pawłem. Nawiasem mówiąc, już na początku ówże delikwent zaleciał mi jakimś kryminogennym smrodem i byłam mile (sic!) zaskoczona, gdy w końcówce okazało się, że tak właśnie miało być. Luz, zjadliwy humor, plastyczny język, proporcjonalna dawka absurdu – dobry tekst, przyjemna lektura, adekwatny finał, który – co muszę przyznać – bardziej trafił do mnie przy czytaniu drugim niż po pierwszym kontakcie, ale w tej chwili akceptuję go bez zastrzeżeń. Poniżej to, co mi w oko wpadło, rzecz jasna bez uwag na temat braków interpunkcyjnych, bo są nudne.

 

(..) co zakuje w oczy metką (…)

To od „zakuty łeb” czy niekoniecznie?

 

Boże jedyny, oderwać oczu od tych kształtów przychodziło z bólem.

„oderwanie” – rzeczownika potrzebujesz, nie bezokolicznika.

 

nie koniecznie w tyłek…

Oczywiście miało być razem, tylko się wypskło spod kontroli, prawda?

 

– Panie i Panowie! Chłopcy i dziewczęta!

Tu też się wypskło.

 

(…) jaką zaszczyt miałem prezentować oczom głów koronowanym i konsekrowanym,

I tu się wypskło: koronowanych i konsekrowanych

 

w szranki którego stanąć może każdy, w sercu kogo nie brak odwagi i śmiałości zaimponowania

A tu nie wiem czy się wypskło czy nie, ale powinno być: „komu w sercu nie brak odwagi …” E, i tak jakoś nie brzmi.

 

lubym naszym sercom damom lub partnerom płci wszelakiej.

Dobre! Bardzo na czasie! Tu emotka z gatunku tych turlających się!

 

1. Cholera, starożytnych greków Paweł dziś jeszcze nie widział

2. niemiecki akcent, który u polaków zawsze wzbudzał szczególny rodzaj szacunku

A, dajżepanspokój! Jeszcze bym zrozumiała Marsjan napisanych małą literą, bo to zielone cholerstwo furt w nocy porywa ludzi, potem oddaje nadpsutych, z czipami we łbach i trzeba ich leczyć, ale w powyższych przypadkach? No, bez przesady!

 

niezgrabnym zbiciem piątki.

„przybiciem”, zda mi się.

 

Siadając na zimnej lufie Paweł zastanawiał się, gdzie tkwił haczyk.

Ta lufa to albo chłodzenie miała, albo narrator ściemnia: „Przetarł czoło, uśmiechając się, że niby tak, to bardzo interesujące i jasne, strasznie dziś gorąco, ale od tego jest lato,” Według mnie, raczej powinna parzyć w tyłek.

 

Mężczyzna zaniósł się pijackim śmiechem, wkomponowując go w narastającą nad placem wrzawę niczym kwiat maku w łan młodej pszenicy.

Bardzo fajnie wtrynione, absurdalne porównanie! Kompletnie od czapy! Podoba mi się!

 

1. – Nie – odezwał się filozof. – Zdaje się, że mamy do czynienia ze świeżynką.

2. jakie znał z durnych, amerykańskich produkcji science-fiction lat osiemdziesiątych.

3. I nic więcej. Nawet rozmiar noszonego buta był dla niego tajemnicą.

Był świeżynką, guzik wiedział, nie znał numeru własnych butów, ale dysponował wspomnieniami z lat osiemdziesiątych? Ktoś tu mąci. Albo autor, albo narrator. Albo obaj pospołu.

Koncepcje mam dwie: pierwszą i drugą, czyli – to chyba lepiej zabrzmi – 1 i 2. Pierwsza, pardon – 1, być może bardziej autora satysfakcjonująca i 2, co oczywiste, mniej autora satysfakcjonująca. A więc:

1 – jest to zemsta użytkownika boleśnie dotkniętego faktem, że jego wcześniej opublikowane, literackie dziecię, nie tylko że nie zostało obsypane ocenami celującymi, to jeszcze komentujący rozjechali je walcem, udeptali gumiakami, a na zwłokach niebożęcia posiali trawkę. Mielibyśmy w takiej sytuacji do czynienia z zaplanowaną grafomanią i nadzieją, że tekst zostanie rozebrany na szczątki i opatrzony dobrymi radami, z których później będzie sobie można robić bekę. Co prawda „Chorobie” daleko do takich majstersztyków parodii, jak ten, który pozwolę sobie zacytować: „Sama jak słońce ponętna i świeża w płaszczyku rdzawym z lekkiej popeliny, który uwydatniał jej kształty rodzaju żeńskiego. Do główki swej złoto-gniadej przypiętą miała maleńką marynarkę angielską z płowego kortu, spod której spływał kaskadami woal koloru zmierzchu ginącego w zamroce dnia.”, ale, nie powiem, wizja „zwinnego przedstawienia” podczas którego matka z siaty z zakupami wyciągnęła „cześć synku”, a ojciec „zakłopotany głos wieszczący powitanie” – wzbudziła we mnie coś na kształt podziwu.

2 – nie jest to zemsta i parodia. Skoro nie jest, to należy dać autorowi spokój. Jak sobie trochę więcej popisze, to może mu się poprawi.

 

Tak czy owak, zarówno w 1 jak i w 2 przypadku, łapanka jest zbędna. W 1, bo tak ma być, w 2, bo chwilowo lepiej być nie może.

Jeszcze zanim Bell przyszła na świat po wysłuchaniu paru uwag na temat nieślubnego dziecka młodzi postanowili skierować swój wzrok ku Szkocji.

 

Naoczny dowód, że przecinków się nie lekceważy. Nie postawiłeś żadnego, więc w zależności od widzimisię, czytelnik może manipulować jego treścią:

Wersja pierwsza: Jeszcze zanim Bell przyszła na świat po wysłuchaniu paru uwag na temat nieślubnego dziecka, młodzi postanowili skierować swój wzrok ku Szkocji.

Efekt: Bell jeszcze przed urodzeniem nasłuchała się, że została spłodzona na dożynkowym wieńcu i dopiero potem, po namyśle, przyszła na świat.

Wersja druga: Jeszcze zanim Bell przyszła na świat, po wysłuchaniu paru uwag na temat nieślubnego dziecka, młodzi postanowili skierować swój wzrok ku Szkocji. – chyba ta, o którą by ci chodziło, gdybyś nie wyręczał Rady Języka Polskiego w obowiązkach reformowania zasad interpunkcji i nie tworzył bezprzestankowych tasiemców, czyli informacja brzmi: Młodociani rodzice wraz z dzieckiem w produkcji, bryknęli na saksy do Szkocji.

 

Bell była więc dziewczyną, która nigdy nie widziała kraju swoich przodków i nie miała okazji poczuć zapachu polskiej brzozy i babiego lata na twarzy.

Szyk wyrazów – najpierw babie lato, potem brzoza, bo ze zdania wynika, że Bell nie miała okazji poczuć zapachu brzozy i zapachu babiego lata na twarzy.

 

Była pierwszą z całego rodu, która urodziła się poza granicą i wróciła na miejsce, gdzie jej któraś z rzędu prababka zakończyła żywot dyndając na sznurze za to, że znała się na ziołach.

Wróciła do miejsca, w którym się urodziła.

Zielarek nie wieszano, były zbyt użyteczne. Chyba, że któraś „poszła w czary”, ale w tekście nic na ten temat nie wspomniano.

któraś z rzędu prababka zakończyła żywot dyndając na sznurze” – takie sformułowanie sugeruje, że nie chodzi o jakąś tam jedną nieszczęśnicę, którą spacyfikowano w bliżej nieokreślonych czasach, ale że sporo prababek Bell tak marnie skończyło.

 

Bell nie pamiętała kiedy spotkała go po raz pierwszy. Miała zresztą 9 lat, nie pamiętała jaki jest dzień tygodnia a pierwsze spotkanie z kimkolwiek nigdy nie zapada w pamięć na tyle, żeby miało je zapamiętać roztrzepane pełne energii dziecko.

No, bez jaj! Spotkanie z „trzymetrowym, czarnym demonem o twarzy rogatego kozła i kopytami wielkości talerza”,  to spotkanie z „kimkolwiek”? Każde dziecko by zapamiętało, jakkolwiek roztrzepane by nie było, a dziewięciolatki są już całkiem kumate. I dlaczego Bell nawet powieka nie drgnęła na widok bydlęcia o wysokości domu jednorodzinnego, tylko od razu, niczym pluszaczka, przytuliła go do serca. To, że lubiła łazić po pustych chałupach i wśród przodków miała dyndającą prababkę-zielarkę, jest wątłym uzasadnieniem jej inklinacji do sił nieczystych.

 

Miała zresztą 9 lat (…)

9 to cyfra, a „dziewięć” liczebnik, czyli część mowy. Cyferek używamy, gdy liczymy, liczebników, gdy opowiadamy, jak żeśmy policzyli: Liczymy: „2 + 2 = 4”. Opowiadamy: „Na palcach dodałam dwa do dwóch i w końcu wyszło cztery. Hura!” Jeżu, ileż razy można to wałkować! Może w powyższej formie dla opornych, ktoś to wreszcie zapamięta.

 

Dziewczyna zbladła, sądziła, że ten trzymetrowy czarny demon o twarzy rogatego kozła i kopytami wielkości talerza był tylko dziecięcą fantazją. Sądziła, że to jej wyobraźnia stworzyła coś tak okropnego i strasznego gdy była jeszcze dzieckiem.

 

No, właśnie! Teraz Bell twierdzi, że w pamięci został jej obraz czegoś „okropnego i strasznego”. Łże – z części tekstu dotyczącej jej dzieciństwa wynika coś zgoła innego.

 

Mnóstwo niekonsekwencji, interpunkcja olana, bo każdy prawdziwy artysta ma gdzieś takie pierdoły, ograniczające jego wolność tworzenia, wkurzające literówki w zakończeniach wyrazów, finał taki, jakby autorowi nie chciało się już dalej pisać, więc przyspieszył do setki. Plus to wszystko, co wyłapała regulatorzy. Nietęgo! Ale, dla sprawiedliwości, należy dodać, że choć dobrze nie jest, to nie jest tragicznie. To i owo brzmi nieźle, to i owo jest niezłe, tu i ówdzie coś fajnie pobrzmiewa, ale cóż z tego, skoro autor wszystkie pozytywy starannie ukrył pod niedoróbami.

Ja wcześniej nie czytałam. Ale też i miałam rok z okładem przerwy „użytkowniczej”.  

Tekst w nastroju bardzo przyjemnie spokojny, taki Życzliwy właśnie? I bardzo dobry, ze starannie odmierzoną kroplą fantastyki. Trochę nostalgiczny, refleksyjny, pięknie wykorzystujący niedopowiedzenia i tajemnice, jakie od lat towarzyszą skąpo dawkowanym informacjom o lotach Apollo. Nader zgrabnie wpleciony wątek osobisty bohatera. Podoba mi się. Tak!

 

W ramach standardowej łapanki: odnotowałam braki interpunkcyjne. Co prawda nie należą one do tych, które znacząco wpływałaby na klarowność przekazu, tym niemniej dla tak pieczołowicie opracowanego opowiadania byłoby lepiej, gdyby je uzupełnić. I jeszcze parę innych takich tam:

 

Jest duża szansa, że to nieuleczalne.

Przyznam, że nagminne używanie, szczególnie w mediach, rzeczownika „szansa”, gdy mowa o potencjalnych zagrożeniach, wyprowadza mnie z równowagi. (Dużo bardziej niż „bynajmniej”, bo to cudo już dawno obłaskawił Młynarski, ale na poziomie “owy” – w zwrotach typu “owy dzień”) Jak nie „szansa wystąpienia powodzi” czy „szansa na uderzenie tornado” wtryniana do komunikatów pogodowych, to „szansa na atak terrorystów” i „szansa na złapanie ptasiej grypy” ogłaszana na portalach informacyjnych. Rany julek, przecież to stare, zasiedziałe w naszym języku słowo – «możliwość powodzenia w jakiejś sprawie lub zaistnienia jakichś pożądanych okoliczności»! Niekontrolowana szczerość dziennikarzy, codzienne budzących się z nadzieją na szansę zdobycia świeżutkiego trupa to jedno, a kontrolowany tekst literacki to drugie. A więc NIE!

 

– Nie wiem, czy dobrze go zrozumiałem, strasznie dukał, a ja z koreańskiego znałem ledwie kilka zdań…

Pomimo, że w dialogu czyli de facto języku mówionym, to i owo jest dopuszczalne a nawet pożądane, coś mnie w tym zdaniu niemiło łaskocze. Zwykle nie pozwalam sobie na ingerencje w koncepcje autorskie, ale tym razem zaryzykuję. Tak bym podrasowała: – Nie wiem, czy dobrze go zrozumiałem, bo on po angielsku strasznie dukał, a ja z koreańskiego znałem ledwie kilka zwrotów

Chciał odruchowo otrzeć krople z czoła, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Odwrócił się w kierunku konsoli sterującej.

Z lekka zgrzytliwego powtórzenia „się” można byłoby uniknąć, łącząc zdanie ostatnie z poprzedzającym przy pomocy spójnika „i”.

 

Trzy minuty później, po krótkiej gimnastyce spowodowanej przeciskaniem się przez wąski otwór (…)

Nie przemyślałbyś podmianki „spowodowanej” na „wymuszonej”? Tak tylko proponuję, bo treści w tym alternatywnym słowie jest więcej.

 

Tym czasem, według wzorów przekazanych przez świetlnego gościa, bozon faktycznie istniał.

Tymczasem według wzorów(…)

Tym czasem, szczęśliwie już minionym, nie ma co sobie teraz głowy zaprzątać.

 

Co więcej, ludzie zostali obdarzeni kompletnym „przepisem” na jego wyodrębnienie.

„obdarowani” – różnica subtelna a istotna.

 

(…) ewidentnie dobrą moralnie ukochaną (…)

Treść zawarta w słowie „moralny” jest dla autora, jak widać, tajemnicą.

 

– Cieszę się, że wreszcie poznam twoich rodziców – przerwała jego rozmyślania Caroline.

– Ja również – odparł beznamiętnie, zwracając wzrok w stronę ulicy.

Wypada cieszyć się radością ich obojga – Caroline pozna swoich in spe teściów, a bohater nareszcie dowie się kim są jego ojciec i matka.

 

(…) zamieniają się w łajdackie bestie(…)

Nigdy o smoku wawelskim nie myślałam jak o bestii łajdackiej! Ale, po zastanowieniu, stwierdzam, że tak – mógł być łajdakiem, bo czort znajet co on wyprawiał z tymi niewinnymi dzieweczkami, nim je skonsumował.

 

(…) prawie dziewczęcą budowę kostną (…)

Tu należy ujrzeć turlające się ze śmiechu emotki. Skrótu nie znam, a wstawić się nie da.

 

Bał się bowiem nie tyle zbyt rychłego końca miłosnych harców (spółkować długo był w stanie), ile tego, że szybko przestanie czerpać z nich przyjemność, że stanie się to po pewnym czasie mechanicznym wykonywaniem ruchów bioder, z którego przyjemności nie będzie czerpał ani on, ani tym bardziej ona; tak jak inni ludzie, jedząc, pragną prędko się nasycić, nie zaś jadać godzinami każdy zaczęty posiłek, tak on wolał natychmiast dojść, czuć się usatysfakcjonowanym i nie tracić więcej czasu na coś, co nie było pracą na giełdzie i zbijaniem kokosów.

Parodia doskonała harlequinowych tekstów erotycznych! Emotki zyskały fonię: rodzina tkwiąca w pokoju obok, pytała mnie, dlaczego tak rechoczę. Cóż za głębokie przemyślenia! Dalej jest jeszcze zabawniej!

 

Słyszał coś o owocu granatu i o pieprzu metystynowym, wiedział jednak, że ich działanie będzie w najlepszym wypadku ledwo odczuwalne, a na pewno nie dodadzą mu takiej siły, żeby z nagminnego onanisty zamienić się w zaspokajacza kobiecych potrzeb.

Po prostu pełen odjazd! Matko jedyna! Onanista-zaspokajacz! To ma w sobie coś!

 

(…) a że był cokolwiek bogaty (…)

A do tego, proszę zauważyć, jaki skromny!

 

Nagle przypomniał sobie o bracie bliźniaku, chemiku syntetyzującym w swoim laboratorium najrozmaitsze substancje, brata, którym zawsze gardził, którego sponiewierał, przy którym zawsze złośliwie pokazywał swoją wyższość… „To nie będzie zbyt uczciwe, jeśli przyjdę do niego teraz – myślał – przypomniawszy sobie o nim po latach, kiedy doszedłem do wniosku, że nie chcę traktować swojej przyszłej żony jak szmaty, i boję się zbyt szybko spuścić. Ale trzeba spróbować, może mi coś załatwi”.

Najpierw ucieszył się, że własnych starych w końcu pozna, a teraz jak nagły piorun, uderzyła weń myśl, że oprócz rodzicieli także i brata ma na stanie! Dzień niespodzianek!

Podkreślenie drugie:

„Długie spółkowanie” w wykonaniu „nagminnego onanisty”, którego potencja pozbawiona byłaby wsparcia afrodyzjakami, to gwarantowana klęska czyli “szybkie spuszczenie się”. Dwa rządki emotek! Mając taką perspektywę przebiegu nocnego życia małżeńskiego, faktycznie mus sobie coś zapodać! Bo żeby szmatę robić z własnej połowicy? No, nie uchodzi! A może jednak wcześniej jakaś wizyta u seksuologa by się przydała? Poradnik młodego erotomana? Stara Wisłocka? Kącik z użytecznymi dywagacjami Lwa Starowicza?

 

Dawno się tak nie uśmiałam. Nie wiem, czy większa jest nieudolność językowa autora czy też jego totalna naiwność i mocno szczeniacka chęć epatowania erotyką z elementami ekshibicjonizmu. Dalej już nie czytałam. Co się pobawiłam to moje, ale stwierdziwszy, że szansy na nagły wzrost formy pisarskiej nie ma, wybrałam pójście z psem na siku.

Jedyne, co mogę poradzić to – czytać literaturę nieco ambitniejszą niż komiksy tudzież chałupnicza pornografia i myśleć.

 

 

 

(…) oszronione szyby domków w całym Barosvik przypominały witraże wykonane przez najznakomitszych witrażystów.

To miłe, gdy witrażyści wykonują witraże. Trzeba się trzymać wyuczonego fachu, a nie fuszery odstawiać.

 

Na próżno można by było szukać żywej duszy przechadzającej ścieżkami nadmorskiej wioski.

I fajnie. Czyli duchy nochali z zaświatów nie wychylały, dzięki czemu włościanie nie trzęśli porami po zmroku.

 

W większości chatkach dominował już mrok, jednakże w niektórych panowała jeszcze jasność.

Jednym słowem lwia część leniwego chłopstwa świeczki pogasiła, a reszta nadal oglądała telewizję.

 

(…)ścieżkami nadmorskiej wioski. (…) która była jedyną atrakcją tego miasteczka.

Zgadza się – tak naprawdę każde miasteczko to też wiocha. Swoista, często nawet z rynkiem i ratuszem, ale wiocha. Szczególnie w weekendy można w nim z nudów zdechnąć.

 

Wódz wybrał właśnie to miejsce, ponieważ tutaj przyjął swoje pierwsze "poważne" zlecenie około trzydzieści pięć lat temu od farmera, którego imienia nie był w stanie sobie przypomnieć. Jego zadaniem było pozbycie się trolli, które niszczyły plony oraz zabijały owce na pobliskiej farmie, która aktualnie należy do jakiegoś ziemianina, który planuje chyba wybudować rezydencję na terenie już zniszczonego i opuszczonego gospodarstwa.

Sidgur wsłuchiwał się pieśń barda, która była o wojowniku, który stoczył bój z setką ogrów, jednocześnie wspominając o dawnych czasach oraz o swoich przeżytych podróżach.

No, cóż. Można jedynie uzupełnić cytatem, żeby do kompletu było:

„A to jest kot z podwórka,

Który podrapał Burka,

Który szczeka na cały dom,

Który zbudował Tom.”

 

Browar lał się litrami, a dziewki karczemnie podawając coraz to więcej trunków i jadła olśniewały i hipnotyzowały swoimi obwitymi kształtami oraz wdziękiem.

Ciekawie się zrobiło! Dziewki karczemnie podawały! Czysta rozpusta! I hipnotyzowały „obwitymi kształtami” – a nie obwisłymi kształtami przypadkiem? Ortograficznie by pasowało.

 

I tak dalej!

 

Dziecko kochane! A poczytajże ty najpierw coś więcej niż dymki w komiksach i uważaj na lekcjach, bo ranyboskie! Kiedyś przecież jeszcze maturę z polskiego trzeba będzie zdać!

To był “Niesamowity dwór”. Z Panem Samochodzikiem. ;-)

Fakt, machnęłam się. Rzeczywiście chodzi o “Niesamowity dwór” który, rzecz jasna, jest na dodatek baletem i to nie Moniuszki a Czajkowskiego. Sorki!

 

Co do kwestii koszuli nocnej to, Anonimie, śmiem twierdzić, że alternatywą dla nazwy tego przyodziewku mogłaby być “pyjama”. W takiej właśnie archaicznej, jeszcze nie spolszczonej formie. Brzmi arystokratycznie, idiotycznie, francusko – współgra więc z nazwiskiem księżnej, która – sądząc na podstawie urody i upodobań – ani chybi jest reinkarnacją pani de Pompadour. Ale upierać się nie będę.

Miód chętnie przytulę. A o halce zapomnij. Dla niektórych współczesnych czytelników Halka to ksywa tej depresyjnej laski z opery Reymonta “Chłopi” albo powieści Moniuszki “Straszny dwór”. Co sobie będziesz zawężał krąg odbiorców!

Zarąbiste opowiadanko! Czytając teksty na NF, ostatni raz w głos zaśmiewałam się przy „Inwazji Marsjan” Fasolettiego – „dziele poetyckim” napisanym językiem do granic obscenicznym, ale będącym jednocześnie swoistym, obrzydliwym majstersztykiem. Teraz znów zebrało mnie na chichot i znów stało się to przy czytaniu opowiadania zawierającego wyrazy grube! No, dobra – jeden gruby wyraz. Czyżby moje poczucie humoru było z gatunku tych przaśnych i niewykwintnych? Tak, to jest możliwe. Ale co mi tam.

W tym opowiadaniu wszystko, jak dla mnie, do siebie pasuje, żaden element nie jest przypadkowy, a wyjątkowo twórcze podejście do mitologii nordyckiej obżenionej ze skrzeczącą współczesnością – pełen odjazd! I do tego jakże genialne uzasadnienie użycia naszego językowego dobra narodowego, jakim jest wszechobecne, proste w wymowie, bogate znaczeniowo, okrągłe, dźwięczne i przekonujące słowo-zaklęcie. (Najzabawniejsze, że onegdaj sama go zastosowałam w sposób absolutnie zgodny z zaproponowaną przez Widara receptą. W telewizorni, której osobiście nie używam od lat, trwał jazgot zwany dyskusją polityczną. Doprowadzona do ostateczności dochodzącym do mojego pokoju skrzekiem baby, usiłującej przekrzyczeć kilku, jednocześnie ją zagłuszających interlokutorów, najpierw zacytowałam Duńczyka z Vabank – „Wyłącz to! No, wyłączże to gówno!”, potem trzepnęłam drzwiami i postawiłam kropkę zaklęciem (niestety)! Walkirii co prawda nie ujrzałam, ale skutek był natychmiastowy!)

Wyrazy uznania za:

Jąkającego się boga o starganych nerwach i zdychające z nudów walkirie – cud, że z desperacji i braku zajęcia nie dziergały na szydełkach. Mitologie są wieczne, ale w tej chwili odstawione do kąta i traktowane komercyjnie. Trudno się więc dziwić, że wciąż istniejące bóstwa – na nieśmiertelność nie ma wszak mocnych – tak entuzjastycznie przystąpiły do projektu pozwalającego odzyskać im utracone poczucie mocy i przydatności społecznej. A jak one, biedne, sczłowieczały!

 

Za, między innymi: „– Nie da rady, bo będziecie latać jak kot z pęcherzem. Oni nadużywają tego słowa i na dodatek to ich towar eksportowy, więc będziecie ganiać po całej Europie. Potrzebujemy czegoś jeszcze – wyjaśnił.” Piękne po prostu!

 

Za nachalnie moralizatorski, utopijny w wymowie epilog czyli przewrotnie przenicowane, standardowe, baśniowe zdanie finałowe: „Od tej pory w królestwie zapanował dobrobyt, król rządził sprawiedliwie, a prosty lud żył szczęśliwie i w pokoju.”

Lepszego zakończenia nie można byłoby wymyślić – jest absolutnie adekwatnym, doskonałym wyrazem desperacji ostatecznej.

 

Podsumowując – jestem oczarowana! I ubawiona. I usatysfakcjonowana nie tylko treścią, ale i formą tego twojego prawie moralitetu a bez mała przypowieści. Pozdrawiam Anonima!

Fajna humoreska! Podobało mi się zgrabne przechodzenie z jednego absurdalnego snu w drugi i równie zgrabne połączenie w finale ich prawiefreudowskich podtekstów. Nawiasem mówiąc pomysł uzupełnienia zestawu klasztornych „fachowców” o brata freuderusa wielce znaczący. I zabawny! Skoro był potrzebny, to musiało się dziać w tym zgromadzeniu zakapiorów! Komandor, z najwyższym poświęceniem, całymi nocami i w pocie czoła realizujący „nauki zakonu”, godzien najwyższej pochwały!

Atmosfera dyskretnego rozpasania, polane bimbrem zioła fajczące się przed ołtarzem Daćbora, „tajne szczegóły operacyjne misji u księżnej Katarzyny”, „krasnoludzka delikatność” itd. – uroczy, nienachalny dowcip słowny. I na dodatek to klasyczne zakończenie, gdy niezrozumiałe działania bohatera zostają objaśnione i nabierają zaskakującego sensu, niczym w „Baśniach z tysiąca i jednej nocy” albo w „Trzech elektrycerzach” Lema.

Tak więc ogólnie – jestem prawie usatysfakcjonowana lekturą. Prawie! Bo, Panie Anonimie, a z pewnością jest  pan panem nie panią, kropnął pan bolesnym babolem! TU:

 

Niemal nagi komandor siedział na podłodze z nogami spętanymi kocem i zębami zaciśniętymi na wyrwanym fragmencie koszuli nocnej księżnej de Bimbodur.

(…)

Jak skończymy, nie chcę cię widzieć, dopóty nie kupisz mi jedwabnej, tkanej przez elfy sukni, w miejsce tej, którą właśnie zniszczyłeś.

 

Suknia i koszula nocna to dla pana ganz egal? No, psiakość! Czuję się osobiście dotknięta! Owszem, niegdyś wdziewało się nocne suknie, ale księżna pani nie użyła epitetu „nocna” to raz, a dwa – skuszona wyprzedażą w Zarze i tropikiem w powietrzu – nabyłam niedawno zarąbistą kieckę i od Bliskiej Mi Osoby usłyszałam: „No, co ty! W koszuli nocnej będziesz chodziła?”. Dlatego właśnie pomylenie odzieży nocnej z dzienną uważam za niegodne, świadczące o głębokiej niewiedzy autora tudzież braku zrozumienia dla istotnych kwestii mody!

Pomimo wykonania, które pozostawia bardzo, bardzo wiele do życzenia, twój tekst mnie zaciekawił. Fragment jest krótki, ale udało ci się wprowadzić kilka tajemniczych elementów, dających nadzieję na ich ciekawe, późniejsze wykorzystanie i wyraziście nakreślić postać głównej bohaterki. Trochę mi ona przypomina słynną macochę Śnieżki o ksywie „Lustereczko powiedz przecie…”, a trochę współczesne, instagramowe ofiary mody na młodość, szalejące z powodu pryszcza, któremu nawet fotoszop nie dał rady. Twoja Mairna już ma jakiś charakter i dość frapującą osobowość! A że zadźgała krytyka? No, mój Boże! Przecież mu się należało! Nie dość, że był przekupno-rozwiązłym palantem po liftingu, to jeszcze macał po darze i faflał się nad nim. A powszechnie wszak wiadomo, że o dziełach artystów, szczególnie w obecności ich samych, mówi się jak o zmarłych – albo dobrze, albo wcale. Jeśli masz ciekawą koncepcję rozwoju fabuły – pisz dalej. Mairna zaczyna mi się podobać i mam nadzieję, że nie zrobisz z niej zwykłej, prostej, banalnej seryjnej fantazy-morderczyni.

Tylko – na litość – pisz z należytą starannością i nie olewaj tak demonstracyjnie interpunkcji!

 

czerwone warg

Nie bawiła włosów

nieograniczoną władze

ktoś z prośba o dar?

ze miała mdłości

Krytyk zbliży się

Nawet jeśli krytyk zniszczy

mentor nawet nie potrafi by rozumieć

Gdy żył udawała że jest tak jak myśli, potem jej maski opadły (Ile ich było?).

Tym razem wybrała ciemna strona świątyni.

bogowie najpierw odrzucą je dar a potem ją ukarzą.

To ze zrobiła

swoja pracą

Przez chwilę sądziłam, że korzystasz ze sfatygowanej klawiatury, która lubi robić człowiekowi wbrew. To jednak niemożliwe, bo „zjedzonych” literek, bez kłopotu i z pełnym ich wyposażeniem, używasz w innych wyrazach. A zatem zaprezentowałaś – przepraszam – zwykłe niechlujstwo.

 

 

Mogła tylko wrócić do pracy. W pracowni nie dbała o modę i cały świat zewnętrzny. Nosiła luźne spodnie i długą tunikę. W miejscu jej pracy panował wieczny bałagan. To było jej królestwo, miejsce gdzie posiadała nieograniczoną władze.

 

Zgromadzone materiały glina, kamień, szkło, metale, drewno kości, owady i rośliny zgromadzone pod ścianami leżały w wielkich stosach.(Szyk wyrazów zły, pozostałości po wnoszonych poprawkach widoczne aż nadto, wymienione surowce należałoby obustronnie wydzielić pauzami.)

 

Pracowała zapominając o swojej mijającej urodzie i młodości. Jak inni darotwórcy co dzień pracowała

 

Należała do wąskiego grona darotwórców, których dary zawsze były przyjmowane.

 

Obrzucił spojrzeniem bałagan (…)

Znów obrzucił jej miejsce pracy pogardliwym spojrzeniem.

 

Ciało zaciągnęła do części pracowni gdzie trzymała lód i substancje konserwujące ciała.

Przystawiła do ciała (…)

 

przy korpusie daru, że (…). Nie mogła w to uwierzyć. Zniszczył dar.

 

Usiadła przed darem starając się go naprawić, ale od początku wiedziała że to niczego nie da. Mimo to starała się naprawić go.

 

Skupiła się na ukończeniu daru. Gdy uznała że dar jest gotowy zamarła.

Sprzątanie po zabójstwie, i skończenie daru wykończyło ją ale mimo zmęczenia musiała jeszcze coś zrobić. Zapakowała dar i przebrała się. Opuściła wieżę. Musiała zanieść swój dar do świątyni Równowagi.

 

Rzemieślnicy, artyści, najemnicy, zabójcy i księgarze żyli razem obok siebie ożywając swoja pracą i pieniędzmi te dzielnice.

 

Powtórzenia nie są złe, ale tylko te zastosowane celowo. W twoim tekście celowe nie są, jest ich mnóstwo i robią fatalne wrażenie. Co gorsze, nazywając wota, których wyrobem zajmuje się bohaterka, „darami”, narobiłaś sobie dodatkowego kłopotu, bo dość trudno znaleźć dla tego wyrazu wystarczającą liczbę bliskoznacznych zamienników, w efekcie dar goni za darem i darem pogania.

 

(…) mogła pobierać tak wysokie zapłaty.

 

pobierać --> opłatę

otrzymywać --> zapłatę, wypłatę, wynagrodzenie, gażę, forsę, gratyfikację itp.

 

Na progu stał ktoś kogo wcale nie chciała ujrzeć. Odzianego w barwną szatę na której wiły się czarne pasy najsłynniejszy w mieście krytyk.

Pośród znaków interpunkcyjnych obok kropek, których używasz, przecinków, które masz w całkowitej pogardzie, istnieje także pauza. Drugie zdanie wg mnie powinno być nią oddzielone od pierwszego, a formy gramatyczne uzgodnione: stał ktoś – kto? – odziany w barwną szatę (…)krytyk

 

Westchnęła i spojrzała na trupa. Żałowała że zabiła go.

Eee, tam! Przesadza! Nie ma co labidzić, bo zabicie trupa to nie lada wyczyn. Powinna sobie raczej pogratulować.

Zaimek „go” (nie po raz pierwszy zresztą) siedzi nie w tym miejscu, w którym by sobie życzył i nie w takiej formie, jaką zwykł przyjmować na końcu zdania, czyli takiej: Zginął krytyk i pchły jego.

 

Może mogła by je wykorzystać.

Może by mogła je wykorzystać. // Może mogłaby je wykorzystać.

 

Straciła kilka godzin a potem nagle zmieniła zdanie. Ostatni raz spojrzała na zniszczenia i przechylone elementy.

Przecież krytyk nie potraktował dzieła darotwórczyni kijem bejsbolowym, a tylko trochę go pougniatał paluchami. Dlaczego więc po kilkugodzinnych zabiegach Mairny, nadal nadawał się na przemiał, raczej trudno zrozumieć.

Podobnie jak regulatorzy i ja idei tego opowiadanka nie pojęłam, aczkolwiek przez chwilę wydawało mi się, że chwyciłam trop. Rozbieranie rymowanej rozbiegówki daruję sobie. Choć jej treść zapowiada jakąś tam totalną katastrofę, o której napomykasz później w tekście głównym, to jednak formę ma zbyt, że tak powiem, wstrząsającą. Makuszyński tak złożone strofy określił kiedyś paskudnym mianem „kozich rymów za ogon wiązanych”.

 

przedramię uniosło dłoń, która w odwiecznym odruchu potarła skroń.

O dziewiątej mężczyzna podniósł głowę spoczywającą dotąd na rękach.

Na początek serwujesz czytelnikowi obraz bohatera pozostającego w stanie tak kompletnej, wewnętrznej degrengolady i rozwaluchy, że absolutnie się do kupy gość zebrać nie może – wszystko mu lata osobno: ramię, przedramię, dłoń a nawet głowa. Ale, OK. Gdy człowieka deprecha dopadnie, to nie ma zmiłuj.

Nie bardzo natomiast rozumiem, dlaczego oczywisty gest podrapania się po skroni patetycznie określasz mianem „odwiecznego odruchu”. Kaliber epitetu jakby nie ten.

 

Oblekającą ciasno ciszę rozedrgał nieartykułowany pomruk, wydobywający się spomiędzy zaciśniętych warg.

Czy to tajemnicze zdanie nie miało przypadkiem brzmieć: „Ciszę, ciasno wypełniającą[oblekającą] pokój, rozerwał nieartykułowany (…)”?

 

Brwi zgęstniały. Ręce wyprężyły się na biurku, kończąc się zaciśniętymi pięściami .

Chciało mu się wyć. Jeszcze nie teraz. Przyjdzie na to czas.

 

Brak stylistycznej konsekwencji. Skoro brwi zgęstniały, a ręce się wyprężyły, to, logicznie – „dłonie zacisnęły się w pięści”.

W tym to właśnie momencie wydawało mi się, że zaczynam rozumieć o co chodzi. Pomruk, gęstniejące brwi (widziałam to w paru filmach), przemożna ochota na wycie do bladego księżyca  – ani chybi gość wchodzi w szczytową fazę transformacji i już za chwileczkę, już za momencik stanie się wypasionym wilkołakiem. Na dodatek rozebrał się, a, jak wiadomo, wszystkie wilkołaki, w kulminacyjnym momencie, pozbywają się ludzkiej odzieży, żeby je futerko pod spodem nie smyrało. Poza tym przegrzałyby się.

Niestety! Chwilę później facet się ubrał, uzbroił w samopał i na dodatek zabrał konserwy i przetwory! Czyli jednak nie wilkołak, bo po co wilkołakowi sucha karma oraz spluwa, skoro jest stworzeniem w pełni samowystarczalnym! No i dalej, to już nie wiem. Szczególnie nie wiem w kawałku: Stał się jednym z wielomilionowego tłumu, działającego, poddającego się hipotezie zarośniętego menela. Tajemnicy, czym jest „poddanie się hipotezie zarośniętego menela” nie rozgryzłam, choć wolę miałam. Aha! Tytułu też nie kumam.

Wokół obcej istoty przemawiającej do zebranych w nałożonym na siebie, ludzkim kombinezonie astronauty zaczynało pustoszeć.

Obca istota znalazła się bardzo uprzejmie, wdziewając kombinezon „na siebie”, nie zaś na kogoś ze zgromadzonych, bo łażenie w cudzych łachach bywa obrzydliwe.

Wiem, mniej więcej, co znaczy „ludzki pan”, ale z „ludzkim kombinezonem” dotychczas się nie spotkałam.

 

Zgromadzone osoby, powoli rozchodziły się do własnych osiedli, zapalając przy wyjściu otrzymane latarki.

„Zgromadzonym osobom” in plus należy zaliczyć, że rozlazły się do „własnych” osiedli, a nie pałętały po cudzych. A te latarki to zapalali przy wyjściu, czy dopiero je przy wyjściu otrzymali? Zmiana szyku wyrazów wielce by tę kwestię doświetliła.

 

Ocieplenie arktycznych biegunów zmieniło wygląd planety Ziemia i nic nie mogło tego odwrócić.

„Czubek” północny Ziemi – Arktyka, „czubek” południowy – Antarktyka. Każdemu z nich, równo i sprawiedliwie, przydzielono po jednym biegunie i tego się trzymajmy, bo na łeb pospadamy w kosmiczną otchłań, gdy Ziemia, z jednej strony bezbiegunowa, będzie nam się gibać pod nogami jak wańka-wstańka. Tak to właśnie widzę, bo umysłem ścisłym, niestety, nie jestem.

 

– Wielki wytwórco! – zakrzyknął jeden ze studentów.

Dlaczego nie możemy wyruszyć i zamieszkać w miastach od razu? (…)

– Jednak wielu z nas zginęło przy budowie sferycznych osiedli… skoro panuje tam taka niska temperatura, w jaki sposób przeżyjemy?

Czyli jednak studencik wie, z jakiego powodu w miastach od razu zamieszkać się nie da. Po co więc truje? A tak na marginesie, to nieco wyżej znaleźć można informację, że zebrani to „naukowcy”, tymczasem student, jak wiadomo, stanowi dopiero materiał na naukowca, a i to pod warunkiem, że prac semestralnych nie zrzyna z internetu. Nieco później, wśród naukowców, pojawia się także i „kandydat na głównego magazyniera”. Tu mam jednak mniejsze wątpliwości, bo jeszcze ze dwie reformy oświaty i „magazynier” faktycznie stanie się jedynym możliwym do zdobycia tytułem naukowym.

 

Jedyni zwolennicy dawnych technologii w postaci Ruchu więzi naukowych nie posiadają żadnych urządzeń pozwalających na podróże, po sferach tak daleko oddalonych od planety.

Pozostawiasz czytelnikowi wiele możliwości wyboru. Nawet zbyt wiele! Można np. uznać, że „dawne technologie mają postać Ruchu”, że „zwolennicy dawnych technologii nie posiadają więzi naukowych [jak również] żadnych urządzeń pozwalających na podróże” (A tu i więzi naukowe i środek transportu dobrze mieć – bez promotora nie powalczysz o magistra, bez motorynki nigdzie nie zajedziesz.), że istnieją sfery „daleko (!) oddalone” czyli muszą istnieć i „niedaleko (!) oddalone”. Cały ten galimatias wynika z nieumiejętności poprawnego zapisywania nazw własnych, „figlarnie” stosowanej interpunkcji, braku „czuja” językowego, który już po pierwszej autokorekcie podpowiedziałby ci m.in., że „daleko oddalony” to zwrot co najmniej bezsensowny.

 

– A więc istnieje możliwość wykrycia?

Czego wykrycia? Kogo wykrycia? No, i przez kogo? Lub przez co? Bardzo enigmatyczne!

 

(…) kiedy zreperuję swój statek.

Niby OK – zreperować to naprawić. Tym niemniej nie weszłabym na pokład zreperowanego boeinga, bo i tak podejrzewałabym, że podrutowali go niechlujnie i pójdzie się wietrzyć w momencie najmniej dogodnym, jak to czynią np. fleki moich reperowanych przez szewca szpilek, permanentnie haratanych na nowiutkim acz, rzecz jasna, „średniowiecznym” bruku lokalnego Rynku. Nie wzgardziłabym natomiast fachowo naprawionym promem kosmicznym bądź starannie wyremontowanym rollsem międzygwiezdnym.

To tyle z fragmentu do pierwszych gwiazdek. Resztę tylko przeskanowałam. Gdyby znakomite opowiadanie pozbawić znaków interpunkcyjnych i tak przebrnięcie przez niego byłoby koszmarem, bo ileż razy można w trakcie lektury robić sobie postój, aby przeanalizować kontekst i wyłowić myśl! Twoje opowiadanie znakomite nie jest, a interpunkcja błąkająca się w nim na oślep, rzewnymi łzami płacze nad swą nędzą i poniewierką.

Po gwiazdkach lepiej nie jest. Na przykład te zdania, które wyobraźni czytelnika podsuwają obrazy zgoła różne od autorskiego zamierzenia:

Po kilkunastu latach żałoby spotkał silną i młodą kobietę, która zajęła się całym jego życiem.

Młoda = naiwna, więc bez słowa sprzeciwu prała mu to parszywe życie, wykręcała, rozwieszała i prasowała, a wszystko w znakomitym tempie, bo – dziękować Bogu – silna baba z niej była!

Lub:

Jennifer spojrzała na Raula, kierując swoje drobne palce w poszukiwaniu butelki, wypełnionej słodką wodą.

Chciał nie chciał, zobaczyłam tuptającą na paluszkach Rączkę, takuteńką samą jak w „Rodzinie Adamsów” (w której Gomeza grał – cóż za zbieżność imion – Raul, tyle że nie Mcbridge, a Julia), rozpaczliwie macającą wokół w poszukiwaniu butelki z wodą.

 

Lubisz pisać – fajnie, ale narzuć sobie jakąś dyscyplinę. Czytasz zdanie, widzisz, że złożone, odkop podstawówkową wiedzę typu „kiedy w zdaniu stawiamy przecinki”, zastosuj. Myśl o swoich bohaterach jak o prawdziwych ludziach, szukaj słów, które najtrafniej oddadzą ich osobowość, emocje, charakter, wygląd. W przeciwnym razie stworzysz postacie bez wyrazu, płaskie, bezcielesne, nie budzące w czytelniku zainteresowania lecz co najwyżej nieprzyjemne zdziwienie.

Napisany tekst schowaj głęboko, a gdy już zapomnisz, co naskrobałeś, przeczytaj ponownie. To jedyny skuteczny sposób dokonywania autopoprawek – mnóstwo dziwnych rzeczy da się wówczas wyłapać i wytłuc bez litości. Nie doczytałam do końca, pardon, ale ja nie „Loża” na dyżurze, a zwykły, dochodzący szarak, więc z tekstami, od których omłot zbieram już na wstępie, nie boksuję się do upadłego, bo nie muszę. Ale ty nie poddawaj się. Walcz!

Pozdrawiam.

 

 

 

 

Podobnie jak regulatorzy lekturę solidnie „dociągnęłam” tylko do pierwszych gwiazdek. Resztę przeskanowałam – co prawda pobieżnie, ale jednak, bo mimo wszystko odniosłam wrażenie, że w twoim tekście „coś” jest – zdarzają się nieźle brzmiące frazy, przyzwoicie zindywidualizowani niektórzy bohaterowie, tajemnica rodziny Verrany obiecuje, że być może pozwoli się ciekawie wyjaśnić, pojawił się intrygujący Strażnik, a wójto-burmistrz jest taką świnią, że aż ma się ochotę doczekać chwili, gdy jakiś glan sprawiedliwości zasadzi mu kopa w tłusty tyłek. Niestety, trzeba się porządnie napocić, aby te pozytywy wyłowić, bo doszczętnie utopiłeś je w katastrofalnym wodolejstwie i totalnym bałaganie. Na przykład dzieci bawiące się w pobliżu tego niby świętego drzewa. Po przeczytaniu pierwszego zdania tekstu bez trudu przyswoiłam informację na temat działalności wspomnianych pacholąt, bo skomplikowana to ona przecież nie jest. Potem narrator przypomniał mi ją po raz wtóry, co mnie nieco zdziwiło, ale niech tam! Niestety, dwa zdania dalej znowu podrzucona mi została wiedza na temat bawiącej się dzieciarni + drzewa, zapewne na wypadek, gdyby jednak mój iloraz inteligencji był bliższy IQ rozwielitki niż piśmiennego człowieka. Kiedy jednak rozwydrzone potomstwo bajorowatych wieśniaków było uprzejme po raz czwarty, piąty, szósty oraz siódmy zażywać rozrywki pod owym wiecznie usychającym, przerośniętym badylem, ździebko mnie poniosło. A gdy dowiedziałam się po raz ósmy i dziewiąty, że te chrzanione, wsiowe bachory nic nie robią, tylko furt mordy drą pod dębem – który zapewne z tego właśnie powodu na korze pobladł, a w koronie pożółkł – z ogromną satysfakcją wyobraziłam sobie, jak znękane drzewo animizuje się, bierze potężny zamach lewym konarem, zmiata całą czeredę na kupę i wypluwa z siebie jedynie słuszną, złotą myśl: „Won stąd, gówniarstwo przebrzydłe, bo jak nie, to kornikami poszczuję i w bagnie potopię!”

Cytaty, by nie być posądzonym o gołosłowność:

 

1. Grupa dzieci bawiła się jak co dzień na skraju wioski, w pobliżu białego dębu.

2. (…) miejsce na skraju wioski z czasem zaczęło funkcjonować jako nieformalny plac zabaw dla dzieciaków.

3.(…) takie miejsce, gdzie dzieci mogły bawić się swobodnie (…)

4. Dzieciaki bawiły się beztrosko wokół wielkiego drzewa, krzycząc radośnie, ganiając się i skacząc po co niższych gałęziach

5. (…) co raz rzucając okiem na bawiące się urwisy

6. (…) dzieci bawiące się na małej polance wokół dębu.

7. Dzieci bawiły się przy tym świetnie, śmiejąc się radośnie.

8. Popatrzył na bawiące się tam dzieci, biegające w kółko, krzyczące i przerzucające się piłką ze szmatek.

9. Dzieciaki bawiące się przy świętym drzewie zerwały się do panicznego biegu(…)

 

 

Grały w bagienną piłkę, dziwną grę, która polegała na rzucaniu piłką zrobioną z powiązanych luźno szmat, tak by trafić któregoś ze współzawodników, a przy tym tak wymierzyć strzał i siłę rzutu, aby szmaciana kula nie rozpadła się na szmaty, z których była zrobiona. Dopuszczenie do takiej katastrofy oznaczało pracowite zwijanie szmat

Jak widać narrator zaparł się, że wyjaśni czytelnikowi –  niczym baca tępej owcy na hali – iż gra w piłkę jest grą wielce zaskakującą, bo polega na rzucaniu piłką, która, jako że zrobiona z luźno powiązanych szmat jest szmaciana, więc może rozpaść się na szmaty, a wtedy zonk – można se tylko w kółko albo krzyżyk pokopać.

 

 Dorośli stali na skraju polanki, aby mieć na wszystko oko. W większości były to kobiety, zebrane na drewnianych ławach przy jednej z chałup. Zajmowały się, bez względu na wiek, haftowaniem lub drugą ulubioną czynnością, plotkowaniem (…)

Najpierw dorośli zostali postawieni na własnych nogach, potem okazało się, że jednak siedzą na ławach. I słusznie, bo po cóż stać, gdy można wygodnie klapnąć. Przy okazji wyszło na jaw, że wśród facetów zamieszkujących wioskę są i tacy, którzy lubią dla relaksu pośmigać haftem krzyżykowym, aczkolwiek, gwoli sprawiedliwości należy przyznać, że miłośniczkami tego typu rękodzielnictwa „w większości były kobiety”. Nie zmienia to jednak faktu, że przychrzanianie się hafciarzy do Gessana, wielbiciela robalków, i zarzucanie mu, że nie rokuje nadziei na bycie prawdziwym mężczyzną, było co najmniej niestosowne, bo działało na zasadzie „przyganiał kocioł garnkowi”.

 

Podsumowując: nie panujesz nad szczegółami, które sam przecież do swojego tekstu wprowadzasz. Wielokrotnie powtarzasz te same informacje. Nie dostrzegasz także i tych zwykłych, wyrazowych powtórzeń, które przecież walą po uszach całymi seriami – przeczytaj na głos ze dwadzieścia początkowych linijek tekstu i spróbuj usłyszeć, ile razy powtarza się wyraz „drzewo”! Ponadto strasznie dużo wody lejesz. Człowiek usiłuje czytać, ale nie daje rady, bo mu w głowie brzęczy:

„I wciąż ta sama ballada – Deszcz pada, pada, pada – Rydel narrator gada, gada, gada…”

Żeby twój „Kudłacz” mógł zaprezentować swoje faktyczne walory, musisz go jeszcze bardzo długo i bardzo szczegółowo wyczesywać z rozmaitych mankamentów i insektów. To się da zrobić. Życzę powodzenia.

 

Atak rwy kulszowej w boleśnie komicznym entourage'u realizmu magicznego! Jest wredny humor, groteskowy a przy tym jakże trafny opis niemocy i desperacji, perfidna kpina z małżonka i mikroautoportret narratora. Początkowo miałam pewne zastrzeżenia do pointy zbudowanej na najbardziej oczywistym skojarzeniu, ale po namyśle doszłam do wniosku, że facet z czerwoną miednicą pod pachą jest OK. Niektórzy (?) z nich tak mają – przekazywane informacje przetwarzają w taki sposób, aby spacyfikować ich sens dramatyczny, a przyswoić treści „komercyjne”, czyli: amputacja kończyny = golonka wieprzowa, perforacja jelit = flaczki na ostro z majerankiem, pęknięta rura w łazience = kupić żonie nowego mopa. Dla mnie tekst jak najbardziej OK – ubawił mnie mocno.

Proponuję poprawić: „znieczuleniem współczesnego społeczeństwa” na „znieczulicą (…)”, a „po drodze do domu” na „w drodze do domu”.

Kusiło mnie, aby poczekać przynajmniej dobę na lawinę komentarzy, ale gnębiło mnie niemiłe, wewnętrzne poczucie dokonania podwójnego oszustwa – i na szkodę Lema i komentujących. Więc pękłam. Ale, przyznaję uczciwie, że i tak miałam chwile niezłego ubawu.

Może to być! Może! Ale w zamian “sześcio-tomowy” napisałam razem a “historję”przez “i”, żeby kompletnej abnegatki z siebie nie robić.

Tak majstrują lata całe przy polskiej pisowni, że w końcu współczesne dzieciaki zaczęły chorować i na ospę i na różyczkę, i na dysortografię!

Niemniej, że skserokopiuję własne me słowa, lektura przyjemną mi była a miłą osobliwie.

 

Czyli, Cieniu Burzy – masz dobrego czuja. A tak na marginesie, ten tekścik był napisany z dużo większym jajem i lekkością, niż wiele innych – fantastycznych i parafantastycznych, z którymi “widziałam się” podczas nocnych lektur prasy wszelakiej.

Screen, o którym wspomniałam.

Nie będę dłużej ściemniać, sumienie mi nie pozwala, więc wkleję anonsowane we wstępie „Trzy”. Starałam się tak dawkować informacje, aby puenta mi przedwcześnie się nie wymsknęła. Nie całkiem mi się to udało – bardziej ględzę niż stopniuję napięcie, ale na zmiany już za późno. Zanim jednak przejdę do rzeczy, pozwolę sobie na wyrażenie głębokiego rozczarowania. Pięknie mnie odstrzeliliście, naprawdę! Nie mógł ktoś, choćby z litości, skomentować? (Śniąca wypowiedziała się przed chwilą! Szlachetna istota! O, i jeszcze Cobold!) Wrzucić parę uwag na temat obowiązku słownego zapisu cyfr? A gdzie krytyka zakończenia – klasycznie wręcz banalnego i do białości wypranego z wszelkiej oryginalności? A gdzie opitol za interpunkcję, kulejącą niczym ochwacona (przedwojenna) kobyła? Ech, olaliście mnie! Na apel, jaki wystosowałam do Cienia i Samotnego Wilka, zdybanych na pogwarkach w tutejszym konfesjonale czy jak tam tę rozmównicę zwał, także zero reakcji. Ból, psiakość, ból.

 

Teraz informacja osobista – jestem namiętnym, żeby nie powiedzieć maniakalnym, czytelnikiem i wielbicielem prasy międzywojennej. Trzy noce temu w jednym z czasopism, o profilu zgoła nieliterackim, natknęłam się na „Zaczarowaną historię”. Przeczytałam pobieżnie dwie pierwsze szpalty, nic mi nie urwało, więc zamierzałam odpuścić, ale… No, i tu dochodzimy do clou! Owoż – nadal staram się powolutku unosić kurtynę – (mój) palec wskazujący (mojej) prawej ręki zamarł tuż przed wykonaniem kolejnego kliknięcia, albowiem z nagła coś mię w oczy dźgnęło! A tym czymś było nazwisko. Zadziwiająco dobrze mi znane nazwisko! OK, dam se już spokój z tymi tajemnicami, powiem wprost – tekst podpisano: „Stanisław Lem ucz. kl. III gim.” No, jak cię mogę! Rozpoczęłam amatorskie śledztwo ekspresowe, dodając i odejmując dowody tudzież poszlaki. Wiek autora (gazeta jest z marca 1936 r.) mniej więcej się zgadza (po wzięciu poprawek na czas, jaki tekst mógł spędzić w redakcji przed publikacją i zmianę systemu organizacji gimnazjów w 1932). Plus. Ani w „Wysokim Zamku” ani nigdzie indziej Lem nawet się nie zająknął na temat swoich szczenięcych prób literackich oraz prób ich publikowania. Minus. Tytuł tekstu – tak beznadziejny, że młody Stanisław nawet w okresie ząbkowania wymyśliłby lepszy. Minus. Wywiad-rzeka „Świat na krawędzi” Tomasza Fiałkowskiego i odpowiedź Lema na pytanie o nauczycieli gimnazjalnych, których zapamiętał: „Pani Maria Lewicka, polonistka,(…), która nigdy nie dawała mi skończyć moich wypracowań na wolne tematy i wypisywała o nich na pół strony różne wspaniałe rzeczy.” Plus + plus. Tylko nauczyciel, oczarowany umiejętnościami swojego ucznia, szczęśliwy, że trafił mu się ktoś, o lata świetlne wyprzedzający całą resztę sztubaków, osładzając w ten sposób belferską orkę na ugorze, mógłby zapragnąć zawalczyć o sławę i powszechny podziw dla talentu swojego pupila. Stawiam więc na panią Lewicką jako tę, która, być może nawet bez wiedzy młodziutkiego Lema, posłała do gazet najbardziej, według niej, udatne wypracowanie „na wolny temat”, załatwiając mu tym samym „drukowany debiut”.

Czasopisma okresu międzywojennego zaliczane są do dziedzictwa narodowego, a więc chyba nie zdeptałam praw autorskich, spadkowych i całej reszty. Tym niemniej we wstępnie prosiłam o pośpiech w komentowaniu, bo muszę przy tytule dopisać nazwisko autora (kimkolwiek by on nie był, aczkolwiek we Lwowie nazwisko Lem nie należało do często występujących – w książce adresowej z 1900 r. figurowały jeszcze tylko dwie osoby je noszące – więc prawdopodobieństwo, że autor „Zaczarowanej historii” to TEN Lem, jest stosunkowo duże), aby nie podpinać się bezczelnie pod cudzy produkt. Niewykluczone, że będę musiała usunąć ten tekst, więc niech go, ku pokrzepieniu, czyta kto może. Screen jako corpus delicti wkleję w kolejnym poście, gdy odzyskam dostęp do drugiego kompa.

Frazeologizmami można się pobawić, ale warsztatu tym sposobem raczej się nie wyszlifuje.  Skoro jednak tekst się zdarzył, to go wykorzystajmy może. Tak ku rozrywce. Ktoś dokończy historyjkę?

 

“Żona kupiła mi prezent na imieniny. Otwarłem pudełko i co tchu odrzuciłem go w kąt. W środku  siedziały kalesony z ubiegłorocznej kolekcji Armaniego  i wydawały ostatni krzyk mody!  Ślubna, przekonana, że w sklepie wtryniono jej jakiś felerny egzemplarz, rzuciła się sprawdzać  drące gębę  ineksprymable i, o zgrozo, odkryła tkwiącego w ich intymnych szczegółach rozhisteryzowanego diabła.  Jazgot piekielnika stawał się nie do zniesienia, więc co tchu wetknęła mu mordę w pierwszy lepszy kubeł, jaki wpadł jej w ręce. Niestety –  wybrała ten pełen pomyj zbieranych dla sąsiadki hodującej na balkonie wietnamskie prosię. Śmierdzący wczorajszą kartoflanką, wkurwiony  bies,  przestał kwiczeć, za to w rewanżu wierzgnął w nią z kopyta, aż biedaczka runęła jak kłoda. Okazało się, że czartowski pomiot był ostro kuty na cztery nogi. Krew nie woda ciurkiem lała się z nosa mojej, chwilowo oniemiałej, połowicy. Ni stąd ni zowąd w progu pojawiła się szara eminencja w habicie, z kropidłem w lewej, a starożytnym garłaczem w prawej dłoni. I jak nie wypali z grubej rury, jak nie poprawi kropidłem …”

Epikę odbieram podobnie jak utwór muzyczny. Z pewnością nie jestem w tym względzie ani odkrywcza ani odosobniona. Jeśli frazy zdania pięknie mi w uchu współgrają, tworząc przemyślane połączenie treści i formy – czytam takie teksty z przyjemnością, a niektórymi oczarowana jestem tak, że po wielokroć do nich wracam. Dlatego dziesiątki razy czytałam „Mistrza i Małgorzatę”, „Lalkę”, „Imię róży” albo, z lżejszego kalibru – „Legendę Pendragonów”, a z całkiem lekkiego „Dzieci z Bullerbyn”. W tutejszej Bibliotece także od czasu do czasu grzebię i odświeżam w pamięci ten i ów tytuł, bo są wśród ich autorów, użytkowników portalu, posiadacze naprawdę wartościowych „piór”. Ale, choć wszystko, co posiada narratora i świat przedstawiony, można do epiki zaliczyć, to przecież czasem brzmi ona TAK, choć ma nadzieję, że słychać ją TAK.

Na forum wróciłam po rocznej nieobecności i jeszcze się na nowo nie zaaklimatyzowałam. Ty jesteś zupełnie nowy, a ponieważ to fajne miejsce w sieci, absolutnie nie jest moim zamiarem zniechęcić Cię do bywania w nim. Pozwoliłam więc sobie w taki niedosłowny sposób wyrazić swoje czytelnicze odczucia po lekturze „Wściekłych”. Regulatorzy obiecała, że rzuci okiem na Twój tekst i, o ile ją znam, zrobi to rzetelnie i obiektywnie. Już na wyrost radzę, abyś jej uwagi potraktował poważnie i bez uprzedzeń.

Jesteście, dziewczyny, niezawodne! Myślałam, że w niedzielne samopołudnie będę tu jedyną żywą duszą, a jakże się miło rozczarowałam! I dzięki – pomalutku mi się poprawia.

Po przebrnięciu przez pierwsze zdanie zamierzałam odpuścić – powód wyłuszczyłam niżej. Ponieważ jednak kolejny „kawałek” spodobał mi się językowo, dotrwałam do części zasadniczej – tej oniryczno-amfetamiczno-absurdalnej i jestem usatysfakcjonowana. Nie oszołomiona doskonałością, bo mam wrażenie, że nie pozwoliłeś się opowiadaniu wystarczająco „odleżeć”, aby móc go jeszcze trochę podrasować, ale nie żal mi czasu, jaki poświęciłam na lekturę. Ponieważ wiele z moich spostrzeżeń – pozytywnych i mniej pozytywnych – jest zbieżnych z uwagami Małego Słowika, nie będę ich powielać. Tak czy owak – masz „czym” pisać, a to nieźle wróży.

Gdyby Piotrek nie był aż tak racjonalnym człowiekiem, gdyby ciut mniej z Politechniki Warszawskiej wzięty a bardziej może z małego miasteczka jego matki, takiego miejsca, które mogłoby wystąpić we wczesnym filmie Kieślowskiego ukazującym ludzi o szorstkich dłoniach i mokrych oczach, przed którymi same nieciekawe perspektywy, to Piotrek we wszechobecnej brei brudnego śniegu, drzewach kołyszących się nad Polami Mokotowskimi, zupełnie jak w romantycznym dramacie o wywoływaniu duchów, w ciemnych oknach zasłoniętych gęstą firanką i we wronach, których na chodnikach i gałęziach jakby więcej niż gołębi, dostrzegłby podobieństwo.

Zafundowałeś czytelnikom zdanie w takim stylu i tak sążniste, że przebić je może chyba tylko porównanie homeryckie. IHMO – przesadziłeś. Sztuka strategii autorskiej podpowiada, że błędem jest odstrzelenie, już na wstępie, potencjalnych czytelników, przez zaatakowanie ich myślą, dla zrozumienia której potrzebne jest minimum dwukrotne jej przeczytanie plus zamiłowanie do rozpoetyzowanej prozy.

I jeszcze to:

takiego miejsca, które mogłoby wystąpić

takiego miejscajakiego?jakie mogłoby wystąpić

ciemnych oknach zasłoniętych gęstą firanką

Wiele okien, a więc i wiele firanek. Liczba się nie zgadza.

Zobaczyłby, że on w sobie coś z tego świata ma, że deszcz, który przeklina pada na jego sekretne życzenie, wrony są jego kuzynkami, a osiedla z wielkiej płyty skorupą, którą cały naród sobie wytworzył nie tyle z betonu, co potrzeby odseparowania.

„Cały naród” jakoś zaburza mi sens całego akapitu. Piotrek – jednostka, nie może być niczym „cały naród”, tym bardziej, że naród jest różnorodny w swej istocie i m.in. nie „cały” tkwi uwięziony w „wielkiej płycie”. Zwykli „ludzie” by nie wystarczyli? Po co ten zwrot rodem z czasów narodzin wielkiej płyty?

Piotrek miał tylko trzy procent baterii, na rozmowę nie wystarczy, a pisać esemesa w tak ważnej sprawie nie chciał.

Oznaczyłeś tekst tagiem „fantastyka naukowa”, więc nim doczytałam drugie zdanie składowe, przez sekundę sądziłam, że rzecz będzie się miała o cyborgu, któremu padają baterie. Informacja o esemesie podejrzenie to rozwiała, ale wrażenie bliskiego spotkania z nieudanym skrótem myślowym zostało.

 I tak oto Piotrek nie miał teraz żadnej ładowarki, bo gdy oddał jedną biednemu współlokatorowi, ten przestał doładowywać komórkę i za odłożone pieniądze pojechał w pizdu na żagle.

Doładowywanie konta karty komórki, a doładowywanie komórki to jednak dwie różne sprawy. Nie wdając się w kwestię zwyczajowych zwrotów, jakich się używa w tym przypadku – informacja i tak brzmi niezręcznie i myląco, bo z kontekstu poniekąd wynika, że Biedny Współlokator otrzymawszy w prezencie ładowarkę, natychmiast uznał ją za zbędną.

Też Mazury.

Zaskakujący brak związku z wcześniejszymi informacjami.  Lub, na co zwrócił uwagę, Mały Słowik, konieczność popracowania nad akapitami.

Sięgnął ręką za siebie i wymacał z blatu aneksu kuchennego rolkę papierowych ręczników.

(…) wymacał na blacie(…)

Nigdy nie prowadził szklanki z miedziakami

 

Szklanki/słoiczka/pudełka/skarbonki na drobniaki żadna miarą „prowadzić” się nie da.

Bądźmy ze sobą szczerzy, jest to darmowa i jedna z najlepszych przyjemności w życiu,

 

Przymiotnik „najlepsza” w abstrakcyjny sposób przynależy do znaczenia rzeczownika „przyjemność”. Przyjemności mogą być np. ogromne lub niewielkie, ale nie „najlepsze”. 

 

Wyciągnął komórkę, wykręcił numer i przyłożył do ucha.

 

Komórka nie ma tarczy, jak stare telefony stacjonarne to raz, a dwa – Piotr do ucha przyłożył numer.

 

Fizycznie czuł się słabo, cienko jak kartka papieru, którą pomiata najdrobniejszy podmuch. Może i był niedożywiony, niewyspany przez kawę i pracę, szedł krokiem jakby nie do końca dociśniętym do ziemi, ale w jego sercu rozgrywał się prawdziwy konsumpcyjny karnawał.

Bardzo ładne – szczególnie podoba mi się to, co podkreśliłam. Jesteś naprawdę wart czytania.

 

Edytowałam

 

 

Doszłam do wniosku, że po okrągłym roku absencji (ależ ten czas zasuwa!) wypada powiedzieć dzień dobry. Więc: Dzień dobry! A w ramach enigmatycznego usprawiedliwienia, choć nikt go przecież nie oczekuje – było mi kiepsko, nadal nie jest dobrze, ale na tyle lepiej, że da się pisać. I cieszę się, że znów Was „widzę”.

Panowie! Głodem go chcecie zamorzyć? Szybki strzał z procy admina jest przecież bardziej humanitarny. I bądź tu człowieku litościwy, a wezmą cię za kapusia. Ech, życie, życie…

 

Edyta: Ups! Piętro wyżej przyznałam się, żem nielitościwa jest. OK, w takim razie – ostatni raz dałam mu siana.

Tfu, tfu! Noc żywych trupów? Trzydziestego października? Dzień przed wigilią Halloween? Weź, nie strasz.

Emelkali – otrząsnęłam się już z traumy. Okazało się, że była chwilowa. Doszłam nawet do wniosku, że dobrze nam idzie – do jutra będzie po ptokach. Beryl powinien tylko czuwać, aby do reinkarnacji nieboszczyka nie doszło.

Ja tam specjalnie litościwa nie jestem, Skull. Poza tym akurat mamy noc duchów, więc chętnie pomogę temu tajnemu agentowi  dołączyć do towarzystwa balującego w parku sztywnych.

Nurtuje mnie to, ponieważ w książce nie ma tego przecinka, a chciałbym zrozumieć, dlaczego?

 

Nie ma, bo se poszedł w p***. W przestrzeń se poszedł.

 

Kończy ci się koncepcja na trollowanie, j23 z formacji SS? Zaśmiecasz portal badziewiem zbieranym u kolegów gimbusiarzy/licealistów (nietrudno poznać, że te twory pisały różne osoby), prowokacyjnie zadajesz kretyńskie pytania, zmieniasz sobie wiek i masz chyba z tego niemałą uciechę. Już odpowiadając na pierdołowate „czy dialogi zawsze rozpoczynamy wielką literą” wiedziałam, że to śmierdzi, ale skomentowałam z powodu chwilowego nadmiaru wolnego czasu. Potem raz jeszcze sobie poużywałam, ale szybko zaczęło mnie mulić. Albo sobie odpuść, albo złożę donosik – jeden, dwa lub ile będzie trzeba.

Oooch! Dziewczyny, podniosłyście mnie na duchu, dzięki! Bo, wiecie, zajrzałam dziś na NF, rzuciłam okiem do tego wątku i po prostu zmartwiałam. Nie, nie dlatego, że ujrzałam ryszarda pokazującego mi gest Kozakiewicza, (bo zobaczyć nie mogłam – musiałby zamieścić selfie albo krótki opis, co, nota bene, mogłoby być interesujące), ale dlatego, że ssj333, przez jedną noc, postarzał się z desperacji o cztery lata! Wieczorkiem pisałam komentarz do tekstu dwudziestosiedmiolatka, a następnego popołudnia, bęc, autor ma już wiosen trzydzieści jeden! Psiakość, pomyślałam sobie, więcej się tekstów faceta nie tknę! Przecież załatwię gościa w dwa tygodnie z małym ogonkiem – bo kto w dzisiejszych czasach, skażonych pestycydami i butaprenem, dożywa setki? No, kto?

Więc, raz jeszcze, dzięki za wsparcie! Jest dla mnie ogromną, egoistyczną pociechą, że wina za ekspresową geriatryzację ssj333, rozłoży się równo po co najmniej kilku dobrych duszach.

@ryszard

Nie mam, szanowny ryszardzie, ambicji zaistnienia na obsianym do ostatniego zagonu poletku literackim. Ja na nim tylko czasem plewię. Jakże bym to mogła robić, gdybym połknęła tyczkę Kozakiewicza? Kroczyłabym wśród tych bujnych łanów sztywno i z namaszczeniem, przekonana, że to nie kij sterczący z… przeszkadza mi się wyluzować, ale posłannictwo krzewienia kultury języka wśród głodnych i potrzebujących. A ja, szanowny ryszardzie, takiego zacięcia nie mam, wierzę natomiast w oczyszczającą moc śmiechu, a nie trawię celebry i nudziarstwa. Jeśli autorzy będą podchodzili z dystansem do tego, co piszą, wyjdzie im to na zdrowie, a jeśli krytykę, jakakolwiek by ona nie była, odbiorą jako cios zadany ich niewątpliwie genialnemu i niewątpliwie niedocenionemu dziełu, skończą jako portalowi grafomani, ze śmiertelną powagą hołubiący swoje ukochane, acz mało inteligentne dziecię.

Bynajmniej nie zamierzałam ci odpowiadać, ale użyłeś tego inspirującego „bynajmniej”, więc nie oparłam się pokusie. Dedykuję. Bynajmniej nie szyderczo, przeciwnie – z głębokim oburzeniem na szarganie narodowych świętości – języka polskiego, na którym wychowały się całe pokolenia Polaków, czy coś w tym guście.

 

@ssj333 

Jeśli mój styl komentowania cię nie przeraża – służę w przyszłości wściekle!

Pisać każdy może, oczywiście, ale nie każdy powinien. Śniąca bardzo życzliwie i wspierająco odpowiedziała autorowi, podlinkowała to, co każdy piszący wiedzieć powinien (choć czynności wpisania w gogle hasła „poprawny zapis dialogów”/”Pani, Pan kiedy wielką literą” i wchłonięcia wskazówek tam zawartych, powinny poprzedzić ryzyko zamieszczenia tekstu na portalu literackim), udzieliła rad. W odpowiedzi ten sam autor podrzucił kolejny tekst z identycznymi bobolami, a poprzednich nie poprawił. Po cóż więc było powielać niechcianą życzliwość. Owszem, nie mam specjalnych względów dla literackiej tandety i mieć nie zamierzam. Zaskoczona jestem jedynie, że zamiast dokonać dobrotliwie i po ojcowsku  korekty w „dziele” sponiewieranego przeze mnie adepta, zajmujesz się moją osobą, a nie wspierasz potrzebującego.

Pozostaję niewstrząśnięta i niezmieszana. Nie pozdrawiam, bo właśnie wyprodukowałam komentarz na forum, nie treść wakacyjnej pocztówki z Berdyczowa.

Dwuręczny miecz był ozdobiony wspaniałymi runami. Złota klinga, zaokrąglona, idealnie pasowała do szerokiego ostrza.

Skoro miecz składał się z klingi i ostrza, to może nie był to miecz dwuręczny lecz dwuzębny i nie był mieczem, lecz nieco przerośniętym widelcem półmiskowym, służącym do nakładania na talerz sera lub wędliny?

 

Marta miała ochotę podejść bliżej, by ukraść przepiękną broń niespodziewanemu gościowi, ale coś w głębi duszy ją powstrzymywało, mówiąc, że tak nie wypada.

Szlachetna dzieweczka – w głębi duszy, oczywiście! Faktycznie, nie wypada zajumać gościowi widelca, nawet, gdy jest gościem niespodziewanym.

 

– Lupus, lupus familiaris!

Wtedy stara kłódka zmieniła się w okrągłą płynną kulkę ciemno brązowego metalu.

Kulka – jednocześnie okrągła i płynna (!), aczkolwiek miedziana, nie rtęciowa. Takiej magii to nawet magia nie zdzierży. Sądziłam zresztą, że kłódka zamieni się w ciemnobrązowego szczeniaczka, ale gucio! I nieważne, że ciemnobrązowy to jeden kolor, nazwę którego piszemy łącznie, bo ortografia to zuo jest i trza mu się przeciwstawiać z całych magicznych sił.

 

Nagle dziewczyna wystraszyła i zaczęła krzyczeć jak opętana.

– Co to jest! Co to takiego mam z tyłu!

– Masz ogon – powiedział Elandir. – To normalne w twojej sytuacji.

(…)

– Mam pół przeźroczysty ogon, więc wiem, że to tylko sen.

Nie powinna krzyczeć jak opętana, powinna raczej melodyjnie zawyć lub nieśmiało zaszczekać, skoro, dzięki zaklęciu, otrzymała ogon po canis lupus familiaris. Szkoda, że półprzezroczysty.  Choć, z drugiej strony, jeśli jego dawcą był np. canis mops, to może i lepiej, że ten niechciany przydatek nie rzucał się przesadnie w oczy, albowiem mopsie ogonki jako żywo przypominają ogonki świńskie.

Aby ostatnie, zacytowane zdanie pozbawić ortografa, należałoby nadać mu następujące brzmienie: „Mam pół ogona, więc wiem, że to tylko sen”.

 

i zdjął grube rękawice oraz niesamowity miecz z pasa.

A jednak nie był to dwuzębny widelec, lecz miecz z pasa, taki bidny dyndulec, zwyczajna atrapka? Pytanie z jakiego pasa? Zwykłego, rzemiennego jak do portek, pasa materiału, czy, super wypasionego, pasa słuckiego? 

Jeśli w/w powiastkę napisałeś siedemnaście lat temu, wyciągnąłeś z lamusa i wrzuciłeś na portal – jesteś usprawiedliwiony. Jeśli jednak jest to piwo świeżo nawarzone, a ty masz dwadzieścia siedem lat i jesteś facetem…wow!

ps. Czy np.

– Dobrze się Pani czuje? – Słowo Pan zawsze piszemy z dużej litery?

Jak najbardziej! Słowo „Pan” zawsze piszemy wielką literą, bo to przecież imię greckiego bożka strzegącego trzód tudzież ich pasterzy, mitycznego alkoholika i słynnego dupcyngiera. Natomiast „paniusiu” / „panocku” śmiało możemy dawać z małej, coby się z chamstwem nie pospolitować.

Czy dialog zawsze z zaczynamy z dużej litery, czy są może jakieś wyjątki?

Są wyjątki. Ja na przykład, gdy mnie ktoś podkurzy, walę mu prosto z mostu małymi literami:

 – a nie pierdulże, jak mawiał dziadek z „Konopielki”.

Przepraszam, że tak truję, ale chcę się czegoś nauczyć:)

A juści.

Uderzyła mnie dziwna sprzeczność pomiędzy swobodą narracyjną, ciekawym obrazowaniem, bogatym słownictwem  i nadzwyczaj udanymi dialogami, a dziwnymi błędami językowymi tudzież składniowymi, które co rusz łypią na czytelnika i, prawdę mówiąc, ogromnie go zaskakują. Nie tym jakie są, ale tym, że w ogóle się znalazły w opowiadaniu napisanym z taką swadą. (Mam na myśli głównie „Beskid”, ale i w „Posejdonie”, jak pod nim w komentarzu napisałam, także niektóre „kawałki” podobały mi się.) Trafić można na „pogodność” w oczach (to z „Posejdona”), „poczynić” coś z krawatem zamiast „uczynić”, „dowództwo już wie o wszystkim drogą telefoniczną” zamiast „dowiedziało się/dostało wiadomość” itp. Wydało mi się dość nieprawdopodobne, żeby ktoś, kto potrafi tak zgrabnie opowiedzieć historię (znowu mam na myśli „Beskid”) potykał się na podobnych banałach, więc zaczęłam konfabulować.  I oto co mi wyszło, ojcze dariuszu:

 

Na co dzień musisz posługiwać się obcym językiem, na przykład fińskim. Albo norweskim? Nie, lepiej fińskim. Jesteś, co  oczywiste,  emigrantem, który jako młody wywrotowiec-student musiał zmywać się z kraju w latach osiemdziesiątych. Studiowałeś historię (myślałam nad polonistyką, ale zrezygnowałam ze względu na zademonstrowane przez ciebie, delikatnie mówiąc, braki w znajomości podstaw interpunkcji), byłeś aktywnym działaczem NZS-u, a na swetrze nosiłeś dyskretnie wpięty opornik. Po dramatycznej ucieczce przed czyhającymi na ciebie esbekami znalazłeś przytulisko wśród Finów i zostałeś drwalem. (Czy w Finlandii rośnie wystarczająco dużo lasów, żeby byli potrzebni drwale? Nie mam czasu wyguglać, a z geografii cieniutka jestem.) Od kilkunastu lat już nie pracujesz, bo miałeś wypadek – na wyrębie przywaliło cię drzewo. Oczywiście wylizałeś się, ale do drwalowania  nie wróciłeś – jesteś rentierem żyjącym z odsetek sowitego odszkodowania. Nie potrafiłeś się jednak rozstać z lasem i porzucić życia wśród natury, więc na skraju puszczy (?) wybudowałeś sobie drewnianą, wielką chatę krytą gontem (teraz już pozieleniałym od mchów i porostów), w której postanowiłeś spędzić resztę życia. Zdecydowałeś również wrócić do pisania, które kusiło cię za młodu, ale w rozwinięciu talentu przeszkodził ci niefortunny splot wydarzeń. Niestety, lata użerania się z aglutynacyjnością (to wyguglać jednak musiałam) języka fińskiego sprawiły, że twoja polszczyzna nieco zetlała…stąd te dziwne byki w tekście. Dobra, resztę odpuszczam, choć nie zdążyłam poruszyć ważnej kwestii małżonki oraz dorosłych już dzieci (dwóch synów, dorodnych niczym fińskie jodły), które właśnie wyfrunęły w świat.

Jeśli okaże się, że jesteś dwudziesto-trzydziestolatkiem z Koszalina, Bydgoszczy albo Niepołomic i pracujesz w banku WBK, to będę zmuszona przyznać, że taka ze mnie wróżka jak kozich gaci trąba. Właściwie, to już mogę to przyznać. Pzdr. Baskerville

– Jeszcze dwie mile! – ryknął przez ramię uśmiechnięty pilot. – proszę nabrać świeżego powietrza doktorze, prędko go pan nie wciągnie!

Najprościej – skoro jest kropka, to i jest po niej wielka litera. (…) pilot. – Proszę (…)

 

(…) rozświetlał ten milczący bezmiar, czyniąc go podobnemu wielkiej lustrzanej posadzce w niebiańskim pałacu.

 (…) czyniąc go podobnym (…) posadzce

 

(…) trzepoczącą wirującym śmigłem.

Przyrąbałam kiedyś w wysoki krawężnik tylnym kołem samochodu. Co prawda draństwo nadal dało radę się obracać, ale dodatkowo zupełnie niepotrzebnie trzepotało, przez co obmierzły gość w stacji kontroli w ordynarny sposób odmówił mi durnej pieczątki w dowodzie rejestracyjnym i odesłał precz. Rozumiem więc, że trzepocząco-wirujące śmigło było po podobnych przejściach.

 

Brak przecinków w miejscach zasadniczych, ale za dużo kopiowania i wklejania, więc sam popraw. (Niestawianie przecinków przed banalnym „który” to już przegięcie, nie przeoczenie lub wątpliwości wynikające ze skomplikowanej składni zdania.)

 

– Jesteśmy na miejscu! – Krzyknął znów pilot.

Gdy narracja zawiera czasownik oznaczający mówienie (krzyknął, powiedział, szepnął, mruknął, burknął itp.), to tekst odautorski rozpoczyna się po myślniku małą literą. I odwrotnie: jeśli nie ma gadania o gadaniu – wielka litera.

 

(…) o rozwartych oczach, z których błyszczała radość i życzliwość.

(…) z których błyskała radość / w których błyszczała radość

 

(…) głupkowata szczerość i pogodność,

Pogoda! Zwykła „pogoda” np. ducha, nie jakiś sfiksowany neologizm „pogodność”.

 

Machał obszernie rękami (…)

Szerokoobszernie to faktycznie wyrazy bliskoznaczne, ale nie jednoznaczne i używa się ich w zupełnie różnych kontekstach.

 

W progu obejrzał się jeszcze do tyłu (…)

Rzec by można – klasyka! Obejrzeć się = spojrzeć do tyłu, więc albo rybki albo akwarium: raz jeszcze spojrzał do tyłu// raz jeszcze się obejrzał

 

I z końca, bo przez środek nie przebrnęłam:

Otępiały dowłóczył się nad krawędź platformy.

dowlókł się albo dowlekł się – dokonana forma czasownika „wlec”. „Włóczyć się” to inna inszość – można „powłóczyć się w szpilkach po leśnych wertepach”, a potem z trudem „dowlec się do domu”.

 

Faktycznie wyżej podpisany ma rację – nie da rady skupić się na treści, bo wciąż się człowiek potyka o różne różności.  Miałam wolę przeczytać, ale osłabłam, choć przyznaję, że niektóre „kawałki” robią dobre wrażenie, tylko giną w nawale wszelakich boboli. Tak czy siak – bez porządnej korekty się nie obejdzie. A później się zobaczy.

“Lalka”, jest literackim arcydziełem i żadne prostackie komentarze prawdy tej nie zmienią. Ja tylko pragnę zaprotestować przed próbami poniewierania dzieła literackiego, na którym wychowały się pokolenia Polaków.

 

To było do mnie, więc jadę:

Tak się składa, Ryszardzie, że „Lalka” jest i moją ulubioną powieścią, do której nadal, od czasu do czasu, wracam, podobnie zresztą jak do równie znienawidzonych „Chłopów” Reymonta. (Tylko Żeromskiego się nie tykam, z „Popiołami” na czele, bo policealna trauma i głęboka odraza po ich lekturze nadal mnie trzyma.) „Lalkę” powinno się  czytać – tak przynajmniej uważam –  z własnej, nieprzymuszonej woli, bo tylko wówczas można docenić maestrię języka narracji, dostrzec jak złośliwie dowcipnym potrafił być Prus, z jaką perfekcją skonstruował swoich bohaterów i jak cudnie potrafił nazywać szczegóły świata, który opisywał. Bez trudu mogę jednak zrozumieć mękę współczesnych małolatów, którzy lekturę tę żują pod groźbą pały z polskiego, brną przez kilometrowe wewnętrzne monologi i pamiętniki, a następnie, korzystając z setek dostępnych w Internecie gotowców i „profesorskich” wskazówek, powielają wciąż te same, jedynie słuszne wnioski i „rozwijają” wciąż te same tematy. Skończyć się przecież można! Dużo lepiej byłoby pozwolić im  swobodnie zadziwić się innością – pozorną innością, dodajmy –  dziewiętnastowiecznych  ludzi, podyskutować o różnicach ich mentalności, obyczajów czy sposobu życia, popatrzeć na świat Wokulskiego i Izabeli przez pryzmat XXI wieku. Kiedy jednak sztubacy próbują to robić, „odzywają się głosy trąb” i odbywa się  „sąd ostateczny” za szarganie narodowych świętości i niemoralność. Sztampowe i obowiązkowo entuzjastyczne, nudne jak jasny gwint, omawianie lektur praktykowane w szkole, skutecznie zmniejsza liczbę wielbicieli dziewiętnastowiecznej prozy, a pokrywanie jej autorów na zmianę brązem i złotem, przyniosło wyłącznie taki skutek, że spod tych wszystkich „uszlachetniających” warstw nie widać człowieka, tylko pomnikowego mistrza. I, Ryszardzie, jeszcze jedno, a propos „przelecenia” panny Izabeli, które tak cię oburzyło. To nie moje spostrzeżenie, tylko Prusa. Naturalnie rzecz nazwał zgodnie z naszpikowaną eufemizmami salonową stylistyką, ale sens pozostał. Pozwolisz, że zacytuję:

„– I ten medalion – drwił Starski – jest całym prezentem przedślubnym?(…) A cóż, znalazła się ta cudowna blaszka?…

– Właśnie że nie, i jestem bardzo zmartwiona. Boże, gdyby on się kiedy dowiedział…

– Czy o tym, że zgubiliśmy jego blaszkę, czy że szukaliśmy medalionu? – szepnął Starski przytulając się do jej ramienia.”

Trochę Starskiego – playboya w Wokulskim (co zresztą samemu Wokulskiemu doradzała pani Wąsowska), a żyłby sobie z Izabelą długo i szczęśliwie. Czy to naprawdę takie bluźniercze spostrzeżenie?  I, na wypadek, gdyby komuś przyszło tutaj do głowy pojechać świńską parodią po którymś z wiekopomnych dzieł np. Jana Kochanowskiego, a komuś innemu wściekle się oburzyć za sponiewieranie „ojca trenami cierpiącego”, to uczciwie uprzedzam, że nie tylko się z tego obśmieję, ale i zacytuję najbardziej sprośną z „Fraszek nieprzystojnych” tego niesamowitego, jurnego, dowcipnego, szalonego, szesnastowiecznego faceta z jajami. A jest w czym wybierać, naprawdę!

Pozdrawiam. I nie kłócę się, bo cię lubię. Tak se tylko piszę.

P.S. Tej chlipiącej cioty – Wertera faktycznie nie mogłam nigdy strawić, a Konradowi przed rozpoczęciem Wielkiej Improwizacji zawsze miałam ochotę podać coś na uspokojenie – wyluzowałby gość i składniej by mu poszło. Pardon – nie mogłam się powstrzymać.

 Kapitalne opowiadaneczko, przezabawne, o doskonale wyważonych proporcjach pomiędzy treścią i formą: żarty sytuacyjne i językowe rzeczywiście bawią, bo jest ich dokładnie tyle, ile tak mały tekścik zmieścić zdołał. Na dodatek jakże elegancko zostały podane! Super! Podobały mi się także dialogi, w tym ten z powtórzeniem: „  – Przynajmniej będziesz mógł opowiadać, że stanąłeś przed bestią i przeżyłeś by, no, móc o tym opowiedzieć.” Wtrącone „no” w pełni usprawiedliwiało zdublowane „opowiadać” – księżniczce, od dawna pozbawionej możliwości prowadzenia salonowych konwersacji, zwyczajnie zabrakło odpowiedniego słowa i fajne to było. Powtórzenie, uważam, powinno być nawet całkowicie dokładne, czyli 2 x „opowiadać”, nie „opowiedzieć”. Szkoda, że zmieniłaś.

To także urocze: „Weno zdejmij przyłbicę.” Sprościała nam na tym odludziu księżniczka, oj, ze szczętem sprościała!

Zastanowiło mnie tylko:

Księżniczka do woli sobie na nich używała, a tych kilku, którzy przymknęli oko na rycerskie zasady i zakradli się po ciemku, skończyło na palach jako trofea. Bo przecież nie mogła pozwolić, by ktoś zdradził jej sekret.

Brakuje mi choć drobnego objaśnienia metody, jaką wątłe z natury dziewczę stosowało, aby skutecznie spacyfikować frajerów (ale przecież rycerzy!), odzianych, jak by nie było, w stalowe kamizelki i takież kalesony oraz bereciki. Bo przecież nocą smoczej mocy była pozbawiona, tak? Czym więc w nich grzmociła ze skutkiem śmiertelnym?

Podsumowując: szort leciuchny i śliczny. Wyrazy uznania, Sykomoro. (Kurczę, twój nick miącha mi się z Syrokomlą!)

Edytuję: Wycofuję się z w/w wątpliwości. Panienka dysponowała mocą ekspresowego przeobrażania, rycerze w stalowych kapciach zapewne nieźle w nocy hałasowali, więc miała czas na zmianę image'u – wszystko gra. Mogła na cacy załatwić gości własnym oddechem.

 

 

Fantastyczna parodia? W pewnym sensie. Rozbawił mnie ten tekst, nie do łez, ale rozbawił. Może dlatego, że wygląda mi on na słuszną zemstę czytelnika-licealisty-studenta, udręczonego szkolnym międoleniem-do-zrzygu problemów:  „Wokulski – romantyk czy pozytywista” / „Konrad jako bohater romantyczny. Charakterystyka.” / „Werteryzm – model postawy bohatera literackiego”. Rozumiem, a nawet, w pewnym sensie, popieram zafundowanie sobie i współtowarzyszom niedoli satysfakcji płynącej z publicznego przedstawienia spostrzeżeń-nie-do-przyjęcia, że Wokulski całkiem święty w biznesach na pewno nie był, a żeby głupiej d*** dać odwał, musiał, gamoń, przez dwa tomy ciężko myśleć (zamiast ją, za przeproszeniem, przelecieć w odpowiednim momencie), że Werter był płaczliwą ciotą i w łeb powinien strzelić sobie na trzeciej stronie, a nie, psiakrew, w ostatnim rozdziale, a Konrad  „To jakiś świr z wybujałym ego(…)”. Jak się do tego doda widoczną staranność wykonania „fantastycznej parodii” – całość prezentuje się na plus.

@Nenufar Koult

Wiem, że niegdyś byłeś Arcturem. Domyśliłam się, czytając „Huragan powracających zdarzeń”, jeszcze zanim się „ujawniłeś” w jednym ze swoich komentarzy.  Oczywiście, że czytam – nie komentuję, bo i tak wiesz, że jestem twoją cichą wielbicielką, a nie mogę cię przecież nieustająco komplementować. Poza tym któż, poza tobą, mógłby wymyślić sobie nick Nenufar (!) Koult! Ja na pewno nie – chociaż bardzo bym chciała umieć tak miąchać swoją wyobraźnią, jak ty to robisz.

Żółtoczerwona źrenica słońca opadała powoli za góry, do niewidocznego stąd oceanu.

Rozumiem – źrenica słońca zaszła. Nęka mnie jednak myśl, z całą pewnością dlatego mnie nęka, żem jest z natury dość mało poetycka, czy tęczówka też zaszła, czy raczej trwale zawisła na nieboskłonie. Choć, w zasadzie, mogło jej w ogóle nie być. Tak, zdecydowanie mogło nie być! 

 

Delektowały się nieznanymi przysmakami z wybałuszonymi oczyma…

Kiedyś tam, w czeskim Cieszynie, także usiłowano mnie nakarmić przysmakiem z wybałuszonymi oczami! Zamówiłam pstrąga, nieświadoma, że zaserwują mi go w formie, że się tak wyrażę, kompletnej. Kiedy biedne zwłoki wytrzeszczyły na mnie jedną gałkę oczną – nieboszczyk spoczywał na prawym boku – spanikowałam i zażądałam knedli.

W końcu zakonne konusy z pałkami podwinęły ogony.

Zachichotałam. Moja wyobraźnia chyba znowu skręciła nie w tę mańkę, co należy.

 

Kiedyś poinformowałeś, że od tubylców oczekujesz wyłącznie wchłaniania swoich tekstów, bez wnoszenia uwag i propozycji korekty. Potraktuj więc mój wpis jako luźne skojarzenia czytelnicze, a uwagę, że interpunkcję, w miejscach istotnych dla klarowności przekazu, uważam za zwaloną – jako czystą, czepialską złośliwość. Pozdrawiam.

Finkla przyłożyła się do roboty, więc ja odniosę się jedynie do pierwszego akapitu:  Albion zabrał się do czytania, lektura go zmogła, usnął tak mocno, że aż zaczął chrapać. Addein zdążyła zmienić ciuchy i rozpocząć plewienie. Lun skompletował, jak można przypuszczać, broń, a pewnie i jakąś przekąskę spakował – wszak wszystko wskazywało, że zabawi w lesie dłużej – i smyrgnął na polowanie. Całej trójce, nawet, jeśli się żwawo uwijała, wymienione czynności musiały zająć ładnych parę chwil! Zobacz, jak w takim kontekście brzmi informacja dotycząca Evana: Evan w tym czasie(!!!), podniósł się z krzesła i pomaszerował na ganek.  

Napęd mu padł? Podagra połamała? Walnął do kolacji gąsior bimbru i przeszedł w stan nieważkości? Skoro kilka minut wstawał na nogi, to, być może, taka wersja byłaby bardziej sensowna:  

Evan w tym czasie rozpaczliwie usiłował odkleić się od krzesła, którego siedzisko psotne bachory posmarowały magicznym klejem używanym przez Albiona do mocowania sztucznej szczęki. W końcu udało mu się oderwać od podłoża zadni element swej osoby i dziarsko pomaszerował na ganek (nieświadom, że łyska golizną, bo glue był faktycznie super, więc pewna część znoszonych spodni Albiona na wieki wieków połączyła się z krzesłem).

 

Resztę jutro doczytam.

Przykro mi – nie zdazylam przeslac poprawek przed ponownym zgonem komputera. Znowu jade na tablecie i nie zmieni się to przez najblizszy tydzień.

babcia zawołała Lasota

Na imię miał w końcu Lasot czy Lasota?

 

na jasno błękitnym talerzu.

Kolor jasnobłękitny – jaśniejszy od błękitnego – jeden kolor --> razem.

W paski – > osobno biały, osobno niebieski – > dwa kolory – > biało-niebieski – > z łącznikiem

 

Potem bajka, Fretce znowu udało się złapać do słoika wszystkie świetliki zanim psy, o płaskich pyskach, je pożarły.

Przecinek po „bajce” nie pasuje. Myślnik? Dwukropek? Kropka po równowazniku  i wykrzyknik na końcu drugiego zdania?

 

Nawet ptaki nie śpiewały, ukryte za rynnami.

Ptaki nie ukryją się za rozprażonymi rynnami, gdy szukają schronienia przed piekielnym upałem – mają, na swoje szczęście, instynkt samozachowawczy.

 

przynosiły mu wytchnienie, od letniego skwaru.

Bez przecinka.

 

Im bliżej końca dotychczasowego życia, tym częściej, przechodząc przez nie, obserwował widma swojego dzieciństwa.

Wspominał bardziej, niż obserwował, bo po podwórku żadne widma nie hasały – nie było na co się gapić.

 

Mijał właśnie sędziwy dąb gdy kontem oka zauważył, wyryte w suchej ziemi: volo.

Przed „gdy” przecinek. A bankowym kontem pojechałeś równo!

 

Koło urny postawiono jej ulubione lakierki.

Obok…

Wpadnij koło piątej.

Sierściuch leży obok mnie.

 

Przed pożarciem chronią denatów jedynie buty, te w których ich spalono, i te które stoją przy popiołach.

Denat = ofiara zabójstwa, samobójca. Zamiast tym źle dobranym synonimem mogłeś posłużyć się jakimś omówieniem (peryfraza się to nazywa): Tych, którzy przekroczyli próg życia; (…) zapadli w sen nieprzespany (pożyczka od Kochanowskiego), (…) wyruszyli w ostatnią podróż (to by nawet, ze względu na buty, pasowało). Możliwości jest mnóstwo, trzeba pokombinować.

 

Będąc w środku, nie zdjął ostatniego prezentu od babci.

Zdanie koszmarek. Klasyczny przykład jak NIE używać imiesłowów.

 

Oglądał przez chwilę podwórko.

„Oglądał” nie pasuje do kontekstu.

 

Zdecydowanym ruchem wyrwał z głowy pasmo włosów.

Ładnie brzmi, ale jest pozbawione sensu. Lasota najpierw musiałby mieć te pasma na głowie – czyli nosić długie włosy, a o tym nie napomknąłeś, choć należało. Jeśli jakiś detal ma znaczenie dla dalszych wypadków, należy go wcześniej wprowadzić. Dwa – spróbuj wyrwać sobie z głowy, nawet bardzo zdecydowanym ruchem, cały kosmyk. Niewykonalne! Chyba, że chwyciłbyś go obcążkami i oderwał od czachy razem z fragmentem skóry. Auć! W nożyczki należało faceta wyposażyć. W nożyczki! Albo choćby nożyk do obierania ziemniaków.

 

Pomysł jest, ale zamknąłeś go w krótkiej formie, więc nie miał szansy, aby rozwinąć skrzydła i pozostał w zarysie. Niezłym, ale tylko zarysie.

I nie każde być musi, ale poprzeczkę sam ustawiłeś. Ta nieszczęsna Słodka Wenera ma wszystko, co jej dać mogłeś: lekkość stylu, łatwość obrazowania, zgrabne, zindywidualizowane dialogi. Brak jej wyłącznie pałera i świeżości (w co najmniej dwóch znaczeniach tego ostatniego słowa).

Postaram się szybko zapomnieć (to nie będzie duży wysiłek), żeby móc nadal twój nick kojarzyć z “Janusiem…”

Endvorte! Myśl jest, ale ukryta w kuriozalnej formie. Po co ci te wciskane przemocą rymy? Przecież istnieje wiersz biały, pewnie o tym wiesz. Spróbuj go zastosować.

Ej, Bellatrix! Jak to niezainteresowana Leonem? Toż wystarczy przeczytać donosy Odyseusza – permanentnego inwigilatora.

wydaje mi się, że użyłeś dość irytującego zestawu rymów.

 

Bo wpadł nasz poeta na koncept czadowy,

 by ozdobić strofy rymem z Częstochowy.

No, końcówką mnie zaskoczyłaś! Cały czas usiłowałam wykombinować kto jest autorem “kursywowych” wyznań  i do żadnych konkluzji nie doszłam –  liczba kandydatów do molestowania jest zbyt nikła, właściwie tylko Leon i … Leon. A tu na koniec bęc – to ta androidalna świnia Odyseusz fantazjował na temat swojej urodziwej intelektualnie pasażerki. Zasygnalizowane w pierwszym akapicie zapętlenie fabuły – wyszło. Przeczytałam z przyjemnością. 

 

Czy tylko mnie wydaje się, że w tym fragmencie: “Oddech Leona. I wspomnienie jego niebieskich oczu. Jedno i drugie utrwalone na zawsze w niewielkim pliku.” siedzi sobie nieporozumienie? W pliku utrwaliło się jedno i drugie oko, a przecież nie otto chodzi.

Feministki, gendery, hipsta i poprawność polityczna są na dobrej drodze do unicestwienia wszystkich prawdziwych facetów, więc za kilka, kilkanaście lat jeszcze zapłaczecie, Moje Drogie, za tymi niezdarami nie potrafiącymi się obchodzić z tymi wszystkimi babskimi fatałaszkami. Ale wtedy będzie za późno. Tak więc spieszcie się kochać swoich mężczyzn, oj spieszcie.

Auć! A jeśli Cień Burzy ma rację? Może, profilaktycznie, spieszmy się powoli, dziewczyny, kochać naszych facetów, nim nam się zaGrodzą? I będziemy im musiały pożyczać nasze push upy. (Ja swojego nowego Aubade nie dam! Starego Triumpha, proszę bardzo, ale od Aubade wara!)

OK! OK! Ale po co aż sześć razy to samo! 

Edycja

O! Zniknęło!

O, przepraszam bardzo! Jaką szychą od uśmiercania! A kto zapodał temat: “Istota zła”! TY! Ja się w niego tylko wgryzam. Kontynuując – do spektrum wyżej omówionych metod dorzućmy: zagryźć i spuścić po karpiu.

Jestem usatysfakcjonowana! Połowicznie. Bo może się okazać, że rozmiaru nie da się dopasować i bambosz będzie tylko na in spe teściową  pasował. Możecie tym sposobem, koleżanki, pograbić następcy tronu resztę życia.

Coś mi się zdaje, że nasze dywagacje zmierzają w kierunku wykoncypowania najskuteczniejszych a możliwie nietypowych sposobów na skrócenie bliźniemu bólu istnienia. Mamy już: utopienie w brodziku i zadławienie łyżką. Proponuję w takim razie, aby to była spora kopyść, bo gdyby ofiara mimo naszych starań przeżyła, można by ją rzeczoną łychą dostukać do pożądanego końca. Makabra na pół godziny przed północą! 

smiley Ślicznusie!

Jak by tu biednemu gamoniowi pomóc? Czy nie mogłoby się w CDN okazać, że to, co niezguła potłukł, było tylko popielniczką w kształcie pantofelka, a prawdziwy pantofelek bezpiecznie tkwi sobie w zmywarce? Ochlajmorda z tego księcia, ale i tak trochę człowieka żal.

Galerianka post mortem? Zagubiona duszyczka zakupoholiczki, która, zamiast ruszyć świetlistym tunelem na rajskie wrzosowiska, jak to doradzają w poradniku “Życie po życiu”, nadal woli błąkać się po butikach? I to w sytuacji, gdy z powodu braku materialnego ciała, o przymierzeniu ciuchów może sobie tylko pomarzyć? Ou, przykre!

Jak to dziesięć? Dlaczego dziesięć? Sama loża to prawie pełna drużyna strażacka!  

Domek z miasta Łodzi pochodzi – masz tam jakieś znajome wolontariuszki bez staników, żeby człowiekowi pomoc dać? Tylko, żeby do tych dziesięciu potrafiły liczyć!  Żadnych klasycznych blondynek!

Będą, jeżeli użyjesz stosownych środków perswazji i nakłonisz domka, żeby zaczął już sumować głosy. No, użyj czegokolwiek przekonującego, cokolwiek by to nie było! (Przemocy fizycznej na przykład?)

Czyli, rinosie, służymy naszej ciekawości za zakąskę. To może trzeba by się teraz do niej napić?  Przedtoaścik taki mały. Dla zdrowia i kurażu.

OK. Już sobie co nieco uporządkowałam wrażenia i mniej więcej potrafię je nazwać. Niesamowita w tym tekście jest jego dwu-jakość. Przypomina mi moje stare, pieczołowicie wydawane książki, w których ilustracje osłaniane były półprzezroczystymi bibułkami. Patrząc przez taką bibułkę widzimy prawie wszystko, ale bez szczegółów. Jest więc szpital, pacjenci, alien. Jest telepatia i niebieska krew. I są wariackie wydarzenia w wariackim miejscu. Fantastyka. Wszystko zgodnie z tagami, jakimi opowiadanie zostało opatrzone. Potem bibułkę się unosi i pojawia się obraz w całej, ale innej, okazałości. Fantastyka wyparowuje, a pozostaje niesamowicie realny, osobisty i rozpaczliwy, schizofreniczny świat, który narratorka-pacjentka próbuje okiełznać, opowiadając o nim. Gravel – twój „Poldek” jest znakomity. I niesłychanie dojrzały. “Maminy przytul”, którego Bożenka wolałaby zamiast niezawodnej pomocy Poldka, urzekł mnie. Po pierwszej lekturze byłam pod wrażeniem zarówno treści jak i stylu tego opowiadania i pozostaję nadal. Szczerze podziwiam.

Ooooo! Nooooo! Zatkało mnie chwilowo. 

Rewelacyjne pod każdym względem. Doskonałe. Ochłonę, to może mi się uda sensowniej wypowiedzieć, muszę myśli pozbierać.

5. Termin głosowania upływa 21. 02. 2015 r.

 

 

Czyli dziś o północy. Czy to oznacza, że minutę (bądź kilka minut) później poznamy wyniki? To bardzo  dobra pora na taką informację! Prawdę mówiąc – ciekawość mnie zżera.

No, specjalnie oryginalne nie byłyśmy, choć, na swoje usprawiedliwienie możemy stwierdzić, że nasze skojarzenia były chyba jedynymi możliwymi. Głębi w brodziku się nie znajdzie, za to można się w nim radośnie pociaprać.

Patrzę i oczom nie wierzę! o_o

W nocy przyszło skojarzenie, a rano, co widzę… koniec powstał! ;D

Czy to oznacza, regulatorzy, że nasze skojarzenia przechadzały się tymi samymi manowcami?

Co za czasy! I Woland smutny śmiertelnie i Boruta, i Mefisto to wszystko przebierańcy są, panie szanowny! Przebierańcy! Tam na górze, to, nie przymierzając taki sam bajzel, jak u nas. Zawieszasz  pan na ten przykład oko na kobitce, cycki, uczciwszy uszy, jak balony, myślisz: Może by pokonwersować! A za chwilę  spotykasz ją w klopie, sikającą do pisuaru obok. Tfu! Przebierańcy i obraza boska.

w_baskerville – wychodzi na to, że jesteś – od dzieciństwa – niesamowicie analityczną osobą :) Mnie za małoletnich czasów takie interpretacje ani analizy do głowy nie przychodziły.

Od dzieciństwa, to w baśniach odczuwałam niedobór “ciągu, który dalej nastąpił”, więc go sobie dośpiewywałam, oczywiście bez zagłębiania się w tajemnice alkowy. A zakończenie “Wróżek” zawsze uważałam za mocno podejrzane, bo przecież brzmi ono tak: “Syn królewski rozkochał się w niej w mgnieniu oka i osądziwszy, że taki dar wróżek więcej jest wart niż najbogatsze wiano, zabrał dziewczynę na ojcowski zamek, gdzie ją poślubił.” Cwane książątko, które biednej sierotki nawet o zdanie nie zapytało, tylko “zabrało” na dwór tatusia. Pazerny drań! A może ja nie byłam analitycznym dziecięciem, tylko miałam zadatki na feministkę z elementami sufrażystki, a?smiley

Otworzyła butelkę wiśniowego wina i upiła z niej spory łyk.

„Wiśniowego” w znaczeniu koloru czy ze względu na surowiec? Słynne winnice Napa Valley to Kalifornia, a wiśniowe sady – Michigan. Na dodatek wiśniowe wino raczej trudno uznać za wykwintne. Czy nie chodziło ci przypadkiem o zwyczajnie czerwone wino, na przykład Cabernet Sauvignon?

Położyła ją na wypolerowanym blacie z drewna czarnego orzechowca

Orzechowce to rząd roślin nie gatunek. Blat mógł być więc wykonany z drewna czarnego orzecha nie orzechowca.

Towar prawie ekskluzywny, gdyby nie był podrobiony, o czym świadczyła nalepka na butelce.

O czym właściwie świadczyła nalepka? Że winiacz był podrobiony czy że był prawie ekskluzywny? I po co czytelnikom ta informacja?

Gorset nieco uwierał ją w talii, poprawiła go

Nie ma takiej opcji! Żeby poprawić uwierający gorset musiałaby ściągnąć z siebie kieckę i poluzować ściśniętą sznurówkę, bo inaczej ani by drgnął. „Starożytne” gorsety były niczym pasy cnoty – „towar” w nich tkwiący trudno było naruszyć.

Nalała wody z butelki i postawiła przed nim pełną szklankę.

Mineralnej z butelki PET mu nalała? Zapewne w saloonach w jakimś cebrzyku przechowywano wodę choćby po to, aby czymś  blat zmyć, ale na pewno jej nie butelkowano.

Wyciągnął z rękawa zapałkę i włożył ją sobie do ust.

Ciekawe – nosił w rękawie jedną zapałkę? I włożył ją do ust jak landrynkę? Cud, że się nie zadławił. Chodziło ci o coś innego niż  z tekstu wynika. Wsunąć do ust a włożyć sobie do ust to nie to samo.

Przetarła ladę, bo z rękawów mężczyzny musiało wysypać się trochę piasku. Między ziarnami znalazła złotą monetę.

Albo z rękawów zasuszka wysypała się cała wydma piasku albo moneta była mikroskopijna, skoro nie zauważyła jej od razu, tylko „znalazła między ziarnami” podczas przecierania kontuaru.

Wyrwał topór z ziemi, z uśmiechem zaostrzonych w szpikulce zębów zarzucił go sobie na ramię.

Nikt, nawet nietoperzoskrzydłe bydlę, nie uśmiecha się zębami. Owszem, można je odsłonić w uśmiechu.  (Osobiście jestem jednak zdania, że jeśli posiadany przez nas garnitur uzębienia przypomina szpikulce, to lepiej nie uśmiechać się wcale albo chociaż robić to półgębkiem.) Poza wszystkim innym – zdanie jest tak skonstruowane, że widzimy jak drań zarzuca sobie na plecy topór wraz z uśmiechem.

 

Itd, itp. etc.

 

Twój główny problem, według mnie, polega na tym, że co innego chcesz napisać, a co innego ci wychodzi. Nad precyzją języka będziesz musiał/a mocno popracować. Jeśli akcję umieszczasz w konkretnej epoce, dobrze jest trochę bardziej wnikliwie zapoznać się z realiami, żeby nie zaskakiwać niemile anachronizmami – fantastyka czy nie i tak najważniejsza jest rzetelność. Tragedii nie ma ale za dobrze także nie jest.

w_baskerville odniosła się do Perrault, mniemam, że do Jasia i Małgosi?

 

“Jaś i Małgosia” to krwiożerczy bracia Grimm. Chodziło mi o “Wróżki” Perrault, baśń o dwóch siostrach – rzecz jasna jedna schwarzcharakter, druga wręcz przeciwnie – które otrzymały dary adekwatne do swoich czynów. Z ust wrednej, z każdym wypowiedzianym słowem wyskakiwały gady i płazy, a milutka w trakcie tych samych czynności, seryjnie strzelała szlachetnymi kamieniami. Na producentkę drogocenności załapał się książę. Już jako dziecko byłam przekonana, że mezalians ten popełnił z czystego wyrachowania, bo przecież dla każdego “rządu” nie ma nic lepszego, niż posiadanie maszynki do robienia pieniędzy. Wystarczyło, że kobitę podkurzył, ta wydarła na niego gębę i kupa kamieni jubilerskich na sfinansowanie wojny albo najnowszego modelu karocy już leżała na dywanie! A jak mężulek się spłukał w kasynie, to pewnie zmuszał ją do czytania godzinami na głos Iliady i Odysei.  I to się nazywało “żyli długo i szczęśliwie”! Kto, pytam się, był szczęśliwy? Bo na pewno nie ta biedna, żywa skarbonka! Wyobrażacie sobie ich życie intymne? “Och, mój ty kochany…”//”Kobieto! Wypluj, psiakrew, tego Koh-i-noora, bo kalekę ze mnie zrobisz…”

która utrzymuje się na powierzchni z sobie znanych przyczyn, bo na pewno nie z powodu klientów

(…) dzięki klientom

 

Spodziewałam się, że koszty utrzymania takiej kawiarni stanowczo przekraczają jej miesięczne dochody. Czy mi to przeszkadzało?

Wyrzuciłabym pierwsze zdanie, bo wprowadza dezinformację. Kelnerce-narratorce nie przeszkadzała senna/spokojna atmosfera mało popularnej kawiarni, a nie, jak wynika z kontekstu, rozbieżność między kosztami prowadzenia a dochodami właścicieli kawiarni.

 

i słodkie ciasto (zależnie od pogody – sernik lub szarlotka).

Zbyt szczegółowo – źle, zbyt ogólnikowo – też niedobrze. Kiedy sernik, kiedy szarlotka? I nieważne, że ta kwestia wyjaśnia się akapit niżej. Potrzebna jest właśnie tu.

 

Lubiliśmy patrzeć na tą wiekową, uprzejmą staruszkę i marzyć o tym, że na starość będziemy równie spokojni, co jak ona

na TĘ wiekową

 

użyczając każdemu miłego słowa na cały dzień.

Niedobre zdanie. (Nie żałując/nie skąpiąc nikomu dobrego słowa? Mając dla każdego miłe słowo?)

 

i uśmiecha się delikatnie na pożegnanie”. Nie wiem też, dlaczego akurat ja przypadłam jej najbardziej do gustu. Gdy teraz o tym myślę, uderza mnie jej delikatność,

Nadmiar delikatności.

 

Emanowała z niej dobroć stereotypowej babuni, która szydełkuje i piecze korzenne ciasteczka

Toporny przymiotnik. Poza tym szydełkowanie i pieczenie ciastek jest marnym dowodem dobroci babci – wydzierganą koronką mogła dusić Jasiów i Małgosie, a do ciasteczek dosypywać arszeniku. Zdanie niby nie całkiem złe, można łatwo domyślić się co narratorka miała na myśli, ale i tak do kitu. Coś dodaj, coś wywal.

 

Chodnik na ulicy K. był błyszczący i tak nasączony wodą, że czułam, jak zapadam się po kostki

Chodnik to nie piaszczysto-gliniasta ścieżka wydeptana na osiedlowym trawniku. Ani betonowe płyty, ani bruk nie nasiąkają wodą, a tym bardziej nie można w nich grzęznąć.

 

Pani Helenka otworzyła mi drzwi jej ogromnego domu,

Dom należał do p. Heleny, nie do p. Emilii. Zaimek „swojego”, nie „jej”.

 

– Ukroimy twojego dzieła, skarbie! – zawyrokowała kobieta odwijając sreberko.

„zawyrokowała” – nie w tym kontekście.

 

Ciasto było ohydnie gęste i mdlące.

Gęste ciasto? To upiekła je przed przyniesieniem, czy przytargała foremkę z surowizną?

 

– Jeszcze kawałek? – zaskrzeczała złośliwym, wysokim sopranem,

Gdyby zawyła sopranem – nie pisnęłabym słowa, ale skrzeczenia sopranem dramatycznym nie łyknę.

 

Siedzę teraz w ciemnej jadalni. Słyszę jej kroki na górze. Boję się.

Nie wierzę, że się boi. Nie czuć tych emocji w spokojnej, a nawet, rzekłabym, beznamiętnej relacji, którą się przeczytało piętro wyżej. Jak na osobę wiekuiście przyklajstrowaną do krzesła i niehigienicznie charkającą złotymi monetami, to narratorka zdaje się być całkowicie opanowana/pogodzona z losem/olewająca  perfidną staruszkę  tudzież  jej nadmetraże.

 

Jako wprawka – niezłe. Radzisz sobie. Uwspółcześnienie  motywu z baśni Perrault – sprytne. Twoje pisanie zdaje się być…hmmm…perspektywiczne?  

Oj tam, oj tam. Piszesz pięknie – to banalne określenie w twoim przypadku traci swoją banalność, a nabiera pierwotnego, nader pozytywnego znaczenia. 

Bardzo stylowa opowieść. Historia doskonale schematyczna (to nie zarzut lecz komplement), rewelacyjnie wpisująca się  w kanon ludowych podań. Piękny  język narracji –  taki w połowie potoczny, mówiony, a przy tym niesamowicie plastyczny. Do dziś z sentymentem przechowuję niegodziwie sfatygowany zbiór baśni Wandy Dobaczewskiej – „Złota studzienka” czy jakoś tak – które z nieustającą fascynacją czytywałam w bardzo wczesnej podstawówce. Ich nastój i zniewalająco urokliwy język nadal pamiętam. Twoja “Velevitka” przypomniała  mi moje szczenięce emocje i było to naprawdę ogromnie przyjemne doznanie.

W_baskerville, marudzisz.

Bo mam grypę! Zaprane zatoki! Łamanie we wszystkich zawiasach! Pustą lodówkę i niewysikanego psa! Co prawda mam też, po dwóch miesiącach abstynencji, nieograniczony dostęp do kompa, który wrócił z intensywnej terapii i nie jestem zdana wyłącznie na tablet z klawiaturą ekranową, stąd moja nadaktywność komentatorska. Tak to własnie wygląda.

 

 

Tłumaczenie Baskerville nie jest straszliwe

Finkla! Jakie tam  „tłumaczenie Baskerville” , matko jedyna! Toż przyznałam się, że angielski znam w zakresie zbliżonym do opisów na klawiaturze kompa i interfejsach aplikacji. Kiedyś ktoś powiedział, że „tłumacz to kłamca” i to święta prawda. Rzec by nawet można, trawestując Marka Twaina, że  są trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, bezczelne kłamstwa i TŁUMACZ GOOGLE. 

No, jasne, że w jedną – z całych sił dają ku werdyktowi ostatecznemu. Trochę ciężko im idzie, bo wśród kandydatów sam miód – łatwiej byłoby wybrać magiczną trójcę niż jeden tekst, ale cóż. Rozważałam nawet dorobienie ze dwóch alterkont, niestety, domek (?) w perfidii swojej przewidział perfidię moją i guzik – nie da się. 

A ja to francuskojęzyczna jestem. Klasyczną łacinę też ugryzę. Nieklasyczną również. Ale jeśli chodzi o angielski, to rozumiem wyłącznie komendy programów komputerowych. Chętnie przeczytałabym twoje opowiadanie, ale wetknąłeś cytaty brytolskie, pewnie dla treści istotne, a gogle tłumacz zapodał mi taką translację, że klękajcie narody. Co zrozumiałam, tom i zapisała, ale nie wiem na ile trafnie. Może dorzucisz własne tłumaczenie dla takich jak ja, niepiśmiennych?

 

All our times have come

Wszystkie czasy przychodzą

Nadchodzi wiosna, a potem pracowite lato…

 

Seasons don’t fear the reaper, nor do the wind, the sun or the rain

Seasons nie boją żniwiarz, ani wiatr, słońce czy deszcz,

Pracownicy sezonowi zatrudnieni przy żniwach, maja głęboko gdzieś wiatr zmienny, możliwość opadów tudzież  przejaśnienia.

 

Come on baby, don’t fear the reaper. baby take my hand, don’t fear the reaper.

Chodź, nie bój żniwiarz. kochanie weź mnie za rękę, nie boją się Reaper.

Wśród robotników sezonowych, szczególnie żniwiarzy, zdarzać się mogą zboki, tzw. Reaperzy, którzy łapią za rękę niewinne żniwiarki i w celach obrzydłych wciągają je w bezmiar pól malowanych zbożem rozmaitem: pszenicą, świerzopem albo też i żytem.

 

We’ll be able to fly, don’t fear the reaper. Baby, I’m your man.

Będziemy w stanie latać, nie boją się Reaper. Kochanie, jestem twoim mężczyzną.

Valentine is done, here but now they’re gone.

Valentine jest zrobione, ale tutaj już ich nie ma.

W gąszczu chrzęszczących zbóż, które zapylają pszczółki brzęcząc przy tym przeobrzydle,  podstępni Reaperzy robią biednym żniwiarkom małych Walentych lub małe Walentynki, a następnie dają nogę i już ich nie ma. Ani Reaperów ani alimentów znaczy.

 

Forty thousand men and women every day like Romeo and Juliet. Forty thousand men and women every day redefine happiness. Another forty thousand coming every day, we can be like they are.

Czterdzieści tysięcy mężczyzn i kobiet, na co dzień, jak Romeo i Julia. Czterdzieści tysięcy mężczyzn i kobiet, na co dzień na nowo zdefiniować szczęście. Innym czterdzieści tysięcy przychodzi codziennie, możemy być jak oni.

Zjawisko nadużywania przez żniwiarzy siły i przemocy, zaczęło przybierać katastrofalne rozmiary. Doliczono się czterdziestu tysięcy ofiar w tym, o zgrozo, także mężczyzn. Na szczęście większości z nich udało się wysądzić od farmerów odszkodowania za poniesione straty moralne, w wysokości czterdziestu tysięcy dziennie. Ciekawe w jakiej walucie. Ponieważ interes okazał się dochodowy my możemy być jak oni!!! (Nie rozumiem tylko czy mamy być  jak Reaperzy czy jak żniwiarki).

 

Came the last night of sadness, and it was clear she couldn’t go on.

Przyszedł w nocy smutku, i było jasne, że nie może iść dalej.

Farmerzy stanów Idaho i Iowa są bliscy ogłoszenia bankructwa grupowego – odessani z kasy, smutni i , co oczywiste, nie mogący nadal godnie kroczyć drogą rozwijania intensywnej gospodarki rolnej.

 

P.S. Obraziłeś się? E, daj spokój! Przecież to ja głupa z siebie zrobiłam. Pzdr.

Oj, Fishu, Fishu! Co prawda Sean Bean nawet taki sfafloszały jest seksowny, ale gdy na głowie zamiast  wątłych kluchów ma salonową fryzurę Wrońskiego, plus biały mundur z epoletami, plus Annę Kareninę u boku, plus walc nr 2 Szostakowicza w tle, to wtedy siła jego oddziaływania staje się stukrotna! No, trudno – przegapiłeś okazję zmobilizowania żeńskiej części elektoratu.   To może ja spróbuję. Ciekawe, czy mi się lekko podrasowany plakacik wczyta.

 

 

Chyba się wczytał, ale widać, że N jest marnie podrobione.

Przed tobą długa droga, wiodąca przez tysiące stron dobrze napisanych książek. Sądzę, że powinieneś w nią jak najszybciej ruszyć, bo aktualny stan twoich umiejętności literackich oscyluje wokół dolnej strefy stanów niskich. Udało ci się popełnić chyba wszystkie, najczęściej spotykane błędy. To, co wymieniłam niżej, jest zaledwie nieznaczną ich częścią. O zdaniach wymagających poprawki nie pisałam, bo większość pilnie potrzebuje intensywnej terapii.

 

Tytuł – zapisany z błędem, a nawet dwoma.

Interpunkcja – stosowana wedle zasady „gdzie Bóg da”.

Literówki i brak znaków diakrytycznych – permanentnie.

Odróżnianie nazw własnych od wyrazów pospolitych – leży.

 

Zapis dialogów – o, matko jedyna!  Wszak, jak uczą już we wczesnej podstawówce, jeśli jest kropka to jest i po niej wielka litera. Czyli nie:

 

– Sta­siu, obudź się. – ktoś mówił głę­bo­kim ba­ry­to­nem.

ale

– Sta­siu, obudź się – mówił ktoś głę­bo­kim ba­ry­to­nem.

 

(…)po nie­mal 123 la­tach za­bo­rów.

W tekstach beletrystycznych liczby zapisuje się słownie. Wyjątki od tej zasady są dość precyzyjnie określone.

 

 Używasz wyrazów, których znaczenia nie znasz.

Wy­so­kie czoło nie­chyb­nie ko­ja­rzy­ło się Kor­czy­ko­wi z fi­lo­zo­fem(…)

„Niechybnie” może i jest ździebko podobne do „nieodparcie”, ale znaczy co innego.

 

Nie ustrzegłeś się „masła maślanego” zwanego pleonazmem:

(…) wy­siadł na ze­wnątrz.

 

Co i rusz plączą ci się podmioty w zdaniach. Najzabawniej w tym zdaniu:

Pro­fe­sor zszedł z drogi na chod­nik po­przez zgar­nię­ty na bok śnieg, który sczer­niał i po chwi­li do­kład­nie się ro­zej­rzał po oko­li­cy.

Wynika z niego, że śnieg najpierw jakimś cudem  „sczerniał”, a potem rozejrzał się po okolicy.

 

(…) a przed Nocą Li­sto­pa­do­wą 1864 roku urzę­do­wał w nim wiel­ki ksią­żę Kon­stan­tyn.

Powstanie listopadowe – rok 1830, styczniowe 1863. Noc listopadowa z 1864 roku z dodatkiem KonstantYNA (!) to chyba trochę za daleko posunięta historia alternatywna.

 

Nie widzisz tego, o czym starasz się pisać.

 

Ta­czak par­sk­nął śmie­chem i lekko się uśmiech­nął pod nosem pre­zen­tu­jąc ide­al­nie białe zęby.

Rusz głową i wyobraź sobie człowieka, który parska śmiechem uśmiechając się jednocześnie pod nosem! Magik dwugębny!

 

Jeśli chcesz pisać, to myślę, że najpierw powinieneś przeczytać np. TEN poradnik.

 

Miasto w zasadzie było zdobyte.

zdobyć – cz. dokonany – zostało zdobyte

zdobywać – cz. niedokonany – było zdobywane

 

Nad blankami zatrzepotały sztandary z czarnym krukiem o krwistym dziobie na błękitnej tarczy.

Ze zdania wynika, że tylko krwisty dziób kruka miał za tło błękitną tarczę. Zdanie do remontu.

 

Trzech rycerzy w czarnych, obszernych szubach i opończach, zasłaniających mocne, acz lekkie pancerze i oblicza…

Zarówno pancerze jak i oblicza były mocne acz lekkie. Szyk wyrazów jest błędny. Poprawię:  …zasłaniających oblicza i mocne acz lekkie pancerze.

Proponowałabym również, aby szuby były czarne a opończe obszerne – pomogłaby zmiana szyku wyrazów.

 

…a ludzie – z rzadka przyglądający się toczonym na rynku wydarzeniom – wciąż nie mogli uwierzyć…

Ludzie z rzadka się przyglądali – czasem rzucali okiem, a czasem nie? Może chodziło ci o to, że dla własnego bezpieczeństwa większość mieszkańców pozostała w domach, a po rynku „z rzadka” rozsiani byli tylko ci odważniejsi?

 

Baron, opasły, odziany wytwornym kaftanem i ferezją…

odziany (w co?) w wytworny kaftan

– Kevin von Grotz – wycedził muskularny młodzian, pośrodku czarnych.

Młodzian wycedził pośrodku czarnych.  Przecinek nic tu nie pomoże, bo toto napisane dalej, nie jest ani zdaniem ani jego równoważnikiem, tylko zdekompletowanym dodatkiem.

 

Młodzian wyprostował zacną sylwetkę, biorąc się pod boki.

Bemik ma rację – nie archaizuj na siłę. Przymiotnik „zacny” znaczy „godny szacunku, zaufania/prawy, szlachetny” i nadal odnosi się głównie do ludzi, albo do czegoś, co budzi nasz podziw np. „pochodził z zacnego domu”, „zacne to było psisko, wierne i oddane”.  „Zacna” w połączeniu z „sylwetką”, szczególnie w takim ubogim kontekście, brzmi kulawo.

 

– Respekt li masz, panoszu…

Pisana łącznie partykuła li = czy.

Maszli respekt, panie? = Czy masz respekt, panie?

Respektli to czy nie respekt ….

 

Pisana oddzielnie: li = wyłącznie lub działa jak wzmocnienie tylko

Czuł  li tylko respekt….

Przecież nie o taki przekaz ci chodziło, prawda? Ergo – z archaizowaniem obchodzić się jak z dj Jajkiem.

 

– Nazywaliście – sprostował książę, prezentując iście szlachetne i młode oblicze, oszpecone drobną sznitą na brwi.

„Sznita” to w gwarze śląskiej kromka chleba, a więzienny „sznyt”, który wygryzł poczciwą „bliznę po cięciu”, jest całkowicie współczesnym nabytkiem języka potocznego. Ani jedno ani drugie nie nadaje się do tego zdania.

 

Przeciągnął się, wyciągając skręconą w pergamin machorkę.

Powinien skład tego skręta opatentować, ruszyć z produkcją i sprzedawać nałogowcom – rzuciliby palenie po jednym sztachnięciu. Machorka – najpodlejszego gatunku tytoń – wetknięta w tutkę z pergaminu czyli cienko wyprawionej skóry bydlęcej! No ja cię! Ależ to świństwo musiało cuchnąć! Kiedyś, z ciekawości, zapaliłam bidi – indyjskie papierosy. Także zostały wyprodukowane z absolutnie naturalnych surowców. Nieziemsko capiły wysuszoną kupą świętych krów i spracowanych słoni, więc wiem, co mówię.

 

Wpatrywał się z góry na ciżbę

wpatrywać się w…

patrzeć/spoglądać na…

 

Wyciągnął miecz z cichym sykiem…

Miecz syczał? Rycerz syczał? Miecz miał syk do towarzystwa? Zdanie do poprawy.

 

Mości, zagonili zbrojnych, paziów, koniuszych, pachołków i każdego kto niechybnie pod koński łeb napatoczył do odbudowy…

niechybnie = z pewnością, bez wątpienia, na pewno = Coś ci się mocno zdanie sypnęło.

 

…rozłożystego dębu, na którym zawieszono parunastu nieszczęśników.

Powieszono nieboraków na, dajmy na to, buku, potem zdjęto i zawieszono na dębie. Świństwo, podłość i bezczeszczenie zwłok!

 Przedrostki – takie niby nic, a jak perfidnie potrafią zmienić znaczenie wyrazu! 

 

Jutro nie będzie już waszej despoty…

A tu, to nie rozumiem. Co to jest „ta despota” ? Wszak  „despota” to gramatycznie i życiowo facet – rodzaj męski – TEN despota! Nie lubię despotów.

 

Błędów sporo, ale całkiem źle nie jest. Dialog końcowy bardzo dobry. Bywa, że z lekka kulawy początek,  w rozwinięciu zaczyna hulać jak najzdrowszy, jeśli więc zamieścisz coś więcej niż fragment prologu, to coś więcej da się o tekście napisać. Pzdr.

 

 

Uuuu! Faktycznie! Tydzień czytania wszystkiego jak leci, brzmi groźnie. Czyli – jakby co, to ja bukuję się na pół etatu. Z Rybą w parze.

Docelowa liczba członków – 12.  Dni w miesiącu 30.  30 : 12 = 2,5 (excel policzył, bo ja do matematyki mam łeb tępy jak karp). Skąd więc te dwa dni w tygodniu? 

Obowiązek opatrzenia opowiadania komentarzem jest mi znany – dlatego czytanie uznałam za wyczynowe. 

Staż na NF mam siedmioletni, tyle, że głównie staroforumowy. Udzielam się z rzadka. Czytać potrafię i jestem piśmienna. Mogę kilka dni w miesiącu (dwa z ogonkiem?) wyczynowo studiować zamieszczane w poczekalni opowiadania. Prześlizgnę się przez weryfikacyjny durszlak?

Ten małpi tekst i mnie olśnił „z goła”. W głowie bąbelkuje mi po nim tak, jak kiedyś po krwiożerczych amorkach, „małych, opasłych skurwysynach”, które strzelały do wszystkich, dranie parszywe. Na szczęście w omawianym przypadku orangutan nie zdążył zastrzelić ze swego drabbla orangutanicy o warownych piersiach. A właściwie, to szkoda, że nie zdążył.  Duża szkoda!

Prawdziwy idiota napisałby: chańbić, wyczaskać, ałtorytet i pszerużne. Ty napisałeś poprawnie, definitywnie chrzaniąc i tak marną prowokację.

 

Uwaga! Będę kadzić. Twoje opowiadanie już po pierwszych akapitach zdobyło moje pełne, czytelnicze zaufanie. Absolutnie nie miałam ochoty, potrzeby zresztą również, tropienia potencjalnych błędów, co zdarza mi się, gdy już na początku lektury o coś się w czytanym tekście „potknę”. Przeciwnie, zaczęłam zaznaczać sobie zdania, które urzekły mnie albo swoją urodą albo ukrytymi emocjami (jak to: Nasza dzielna dziewuszka w milczeniu doganiała mgłę.) albo dowcipem, zabawnie charakteryzującym narratora, snującego opowieść w portowej tawernie, czyli np. to: Nalej, to długa obelga, a przydaje się w życiu. Kiedyś tak zdumiał się na jej piękno pewien paniczyk, żem zdążył galoty podciągnąć i czmychnąć, nim oprzytomniał.

Rewelacyjnie przetworzyłeś wilka morskiego na Wilka Morskiego, rewelacyjnie skrzyżowałeś biblijnego Lewiatana z Latającym Holendrem i rewelacyjnie wykorzystałeś rolę szant jako motywu zespalającego całe opowiadanie. Podoba mi się również sposób, w jaki, zmieniając narrację z trzecioosobowej na pierwszoosobową, podmieniasz światy – fantastyczny na realny, zręcznie manipulując przy tym odbiorcą. Raz „sprowadzasz go na ziemię” i pozwalasz zachować dystans do całej historii, bo wiadomo, że przy piątej szklance rumu wyobraźnia i elokwencja starych żeglarzy mkną pod pełnymi żaglami. Potem wracasz na morze, na pokład „Dziewicy” i sprawiasz, że wierzymy w magię wydarzeń tam się rozgrywających. Komplementy ograniczę do jeszcze tylko jednego, żeby mi wypracowanie nie wyszło. A mianowicie: Pięknie poprowadziłeś partie narracyjne! Pięknie! Potoczyście, nie oszczędzając na szczegółach, ale i nie przesadzając z ich liczbą. I sama historia, choć prosta, potrafi przykuć uwagę do samego końca. Sądzę, że sugestywnemu urokowi podobnych, morskich opowieści, uległ kiedyś niejaki Robinson i dał dyla z domu, zostawiając na lodzie starych rodziców i drobne dziatki. A, nie! Dziatek jeszcze nie miał. Ale starych zostawił!

 

 

P.S. Bardzo lubię szanty, te klasyczne, „do roboty”, śpiewane a capella i takie „po pracy”, którym towarzyszy jakiś instrument. Nie przepadam natomiast za pop-przeróbkami, podszywającymi się pod klasykę i brzmiącymi jak słodkie hopsasa. Mam nadzieję, że to tego typu komerchę miał na myśli Sethrael pisząc, że szanty kojarzą mu się z disco-polo. Bo przecież niemożliwe, aby były to utwory takie jak TEN, TEN, TEN albo TEN lub TEN

Nowa Fantastyka