- Opowiadanie: Arnubis - Spectrum hominis

Spectrum hominis

Opowiadanie pierwotnie ukazało się w antologii pokonkursowej X edycji Fantazji Zielonogórskich, zresztą w portalowym towarzystwie. W ramach walki z pisarskim nieróbstwem oraz zakopany w researchu i planach kontynuacji historii głównego bohatera, postanowiłem ten tekst odkopać, poddać lekkiemu liftingowi i wrzucić na portal. Zapraszam do lektury. 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Spectrum hominis

Grünberg, czerwiec 1824

Drogi Józefie!

Przyjmij, proszę, moje serdeczne gratulacje! Niezwykle ucieszyła mnie wieść, że udało Ci się zdobyć katedrę na krakowskim uniwersytecie i powierzono Ci w zarząd klinikę. Pamiętam dobrze, jak wielce ceniłeś sobie stanowisko w Wiedniu i z pewnością doprowadzisz nową placówkę do podobnej świetności. Jestem dumny, mogąc nazywać się przyjacielem takiego człowieka.

Wybacz, że piszę do Ciebie tak późno – wiem, że od nominacji minął już niemal cały rok – lecz i w moim życiu wiele się zmieniło. W tejże sprawie piszę do Ciebie. Dokonałem ostatnio wyjątkowego odkrycia, można by rzec, że przełomowego, które z pewnością Cię zainteresuje. Dotyczy poniekąd spraw, które tak interesowały nas jeszcze w Wiedniu. Wybacz, że nie opiszę go dokładnie, lecz nigdy nie wiadomo, w czyje ręce może wpaść ten list. Jeżeli jednak znajdziesz czas, by odwiedzić mnie w Grünbergu, z przyjemnością wszystko Ci wyjawię. Jakiś czas temu zakupiłem tu aptekę „Pod Orłem”, w której możesz mnie znaleźć.

Twój Przyjaciel,

Carl Gottfried Weimann

 

Brodowicz jeszcze raz przeczytał list nakreślony drobnym, równym pismem, po czym złożył go w pół i schował do kieszeni płaszcza. Wiadomość zaskoczyła go, ale i uradowała. Nie miał wieści od Weimanna od niemal dwóch lat i nie wiedział nawet, że przyjaciel zdecydował się osiąść w Grünbergu. Z chęcią przyjął propozycję odwiedzin, licząc na chwilę odpoczynku.

Sytuacja w Krakowie go przytłaczała – klinika, która niegdyś wydawała mu się szczytem marzeń, okazała się być kilkoma ciasnymi i ciemnymi klitkami w szpitalnych piwnicach. Do samych fundamentów przenikały ją skostniałe duchy konserwatyzmu oraz przestarzałych idei, w czym dobitnie pomagała jawna wrogość prowadzących przybytek zakonnic wobec akademickiego personelu. I chociaż od pierwszych dni urzędu podjął z nimi nierówną walkę, w której zdążył odnieść już pewne sukcesy, to jednak cała sytuacja pozbawiała go sił. Perspektywa spotkania z przyjacielem ze szczęśliwych lat pobytu w Wiedniu była pokusą nie do odparcia. Gdy tylko ostatni studenci zdali egzaminy kończące semestr, spakował się i wyruszył w drogę.

Dyliżans zatrzymał się na rynku w centrum miasta. Brodowicz wysiadł i wziął walizki, a woźnica, wskazawszy rząd eleganckich kamienic, wytłumaczył, w której z nich mieści się apteka „Pod Orłem”. Lekarz podziękował uprzejmie, poprawił elegancki cylinder i ruszył przed siebie.

Melodyjny głos dzwonka zawieszonego nad drzwiami ogłosił przybycie gościa. Pochylony nad ladą mężczyzna uniósł wzrok, a jego marsowe oblicze rozjaśnił szeroki uśmiech.

Carl Gottfried Weimann był człowiekiem, który na każdym wywierał piorunujące wrażenie. W niczym nie przypominał obrazu aptekarza, jaki większość ludzi nosi w głowie. Ogromny mężczyzna o szerokich barach, dłoniach wielkości talerzy i dzikiej brodzie przypominał drwala wyrwanego z niezbadanych, puszczańskich ostępów, Brodowicz jednak doskonale pamiętał, że pod powierzchownością niezdarnego olbrzyma krył się umysł geniusza.

– Józef! W końcu! – ryknął donośnym basem aptekarz.

– Witaj, Carl – odpowiedział wesoło Brodowicz. – Widzę, że jesteś cały i zdrowy.

Weimann wyszedł zza lady, dopadł gościa i zmiażdżył go w niedźwiedzim uścisku. Józef przestraszył się, że zaraz usłyszy, jak z armatnim hukiem pękają mu żebra. Carl ze śmiechem puścił przyjaciela i cofnął się o krok.

– No, dobrze cię widzieć. Nie karmią cię w tym Krakowie, co? Dalej z ciebie chudzina, jak zabiedzony student w obcym mieście. Chodź, pójdziemy na górę, Charlotte zaraz coś nam przygotuje.

Weimann zgarnął potężnym łapskiem Brodowicza i poprowadził go w głąb apteki, w stronę schodów. Jednocześnie odwrócił się w stronę zaplecza.

– Max! Idę na górę, zmień mnie za ladą, zamówienie skończysz później!

W drzwiach pojawiła się ruda czupryna piegowatego wyrostka. Chłopak chciał coś powiedzieć, ale aptekarz uciszył go machnięciem dłoni i poprowadził dalej swojego gościa. Po chwili przekroczyli próg mieszkania.

– Charlotte! – zawołał Carl. – Józef w końcu przyjechał!

W salonie spotkali żonę Weimanna. Była drobną kobietą o pociągłej twarzy, lekko zadartym nosie i ciepłym uśmiechu. Spod eleganckiego czepka wymykało się kilka loków. Ich barwa przywodziła Józefowi na myśl plastry świeżego miodu wydobytego prosto z barci, które widywał w dzieciństwie na Podolu. Zielone oczy rozbłysły na widok gościa.

– Nie mogliśmy się doczekać pańskiego przyjazdu – powiedziała.

– Cieszę się, że mogę w końcu panią poznać. – Brodowicz skłonił się. – Gdyby pani mąż zdradził, jakie skarby czekają w Grünbergu, przybyłbym znacznie wcześniej.

Charlotte zarumieniła się i odwzajemniła ukłon.

– Ha! Mówiłem ci, że z Józefa dworak pierwszej klasy. Wszystkie panny we Wiedniu wzdychały, słysząc jego słodkie słówka. – Serdeczny kuksaniec Carla niemal pozbawił gościa równowagi. 

– Bez przesady, najwyżej co druga. – Brodowicz uśmiechnął się szeroko, masując ramię. – Zresztą, na połowę z tych słów nigdy bym się nie odważył, gdyby obok nie stał olbrzym gotowy bronić mnie przed ich braćmi.

Roześmiali się. Charlotte podeszła do męża i ujęła pod ramię. Przy ogromnym mężczyźnie wyglądała jak dziecko.

– Kochanie, nie powinieneś przedstawić przyjacielowi kogoś jeszcze? – spytała z uprzejmą naganą.

Carl pokiwał skwapliwie głową.

Brodowicz dopiero teraz zauważył stojącą pod ścianą rzeźbioną kołyskę. Aptekarz nachylił się nad posłaniem i sięgnął do środka. Delikatnie wyciągnął śpiące niemowlę, niemal tonące w dłoniach ojca.

– Józefie – powiedział mężczyzna, a jego głos zmiękł – poznaj mojego pierworodnego. Oto Jan Carl Weimann.

Chłopiec miał jasne włosy, pulchne paluszki i okrągłą twarz, dla wszystkich poza rodzicami identyczną z twarzą każdego innego niemowlęcia. 

– Moje gratulacje, z pewnością będziecie mieć z niego pociechę – powiedział Józef, choć na małych dzieciach nie znał się ani odrobinę. – Mam tylko nadzieję, że urodę odziedziczył po matce.

– Modlimy się o to każdego dnia. – Carl wyszczerzył żeby i ostrożnie odłożył syna do kołyski. – No, skoro formalności mamy już za sobą, to możemy w końcu usiąść w spokoju i porozmawiać. Charlotte, mogłabyś przyrządzić nam kawę?

– Naturalnie – odpowiedziała kobieta, kierując się do kuchni. – Tylko nie zamęcz naszego gościa, dopiero przyjechał.

– Bez obaw, Carl tylko wygląda na takiego strasznego – powiedział Brodowicz. – Gdyby miał mnie zamęczyć byle rozmową, nie opuściłbym żywy Wiednia.

Mężczyźni usiedli w fotelach przy kominku.

– Więc Kraków. Co cię tam zagnało? – zagaił Weimann.

– Przypadek. – Józef wzruszył ramionami. – Proponowano mi stanowisko w Wenecji, ale niezbyt pociągała mnie wizja wyjazdu do Włoch. Postanowiłem wrócić do kraju. Byłem przejazdem w Krakowie, gdy doszły mnie słuchy, że akurat zwolniła się katedra w klinice uniwersytetu. Postanowiłem spróbować i cóż, udało się.

– Kraków tylko na tym zyskał.

– To się jeszcze okaże, gdy zdążą mnie lepiej poznać. – Brodowicz uśmiechnął się jak niesforny chłopiec. – Tak się zastanawiam… Co byś powiedział na przyjazd do Krakowa? Na uniwersytecie przydałby się zdolny chemik, jestem pewny, że udałoby się to zorganizować.

– Doceniam propozycję, Józefie, naprawdę. Ale nie ma takiej potrzeby. – Weimann spojrzał na drzwi, za którymi zniknęła Charlotte, a potem przeniósł wzrok na kołyskę. – Mam tutaj wszystko, czego potrzeba mi do szczęścia.

– Rozumiem.

– Czyżby? – Aptekarz uniósł brew.

– No, może nie do końca – zgodził się ze śmiechem Brodowicz. – Ale nie wszyscy ludzie muszą mieć podobne potrzeby.

– W istocie. Ale mówię w pełni poważnie. Nie tęsknię za uniwersyteckim życiem, tą całą bufonadą, formalizmem, wiecznymi walkami o godną śmiechu namiastkę władzy, na której malutcy ludzie budują swoje poczucie wartości. Nie, to nie dla mnie, przyjacielu, tu mi dobrze. Mam rodzinę, mam aptekę, która daje niezły zysk. I mam swoje laboratorium, w którym mogę pracować, nad czym tylko mam ochotę.

– Laboratorium. – Józef spojrzał na Weimanna. Widział, jak przyjaciel niemal gotuje się z niecierpliwości, jak chęć podzielenia się odkryciem prawie rozrywa go na kawałki. – Zastanawiałem się, ile tych uprzejmości wytrzymasz, zanim przejdziesz do sedna.

Aptekarz zachichotał. Zza drzwi wydobywał się orzeźwiający aromat kawy.

– I tak udało mi się powstrzymywać całkiem długo, nieprawdaż? – Weimann pogładził się po brodzie. – No, ale skoro nalegasz, możemy porozmawiać o pracy.

– W liście byłeś dość enigmatyczny. Nie wspomniałeś nawet jakiej dziedziny ma dotyczyć to twoje odkrycie – powiedział z wyrzutem Józef.

– Wybacz – burknął aptekarz. – Wiesz, jak to jest, zwłaszcza w tym waszym Krakowie. Gdyby list wpadł w ręce Rosjan czy Austriaków, miałbym problemy. A jak się wkrótce przekonasz, moje odkrycie może nie tylko zrewolucjonizować nasze pojmowanie świata, ale i przynieść znaczny majątek. No, ale zacznijmy od początku. Znasz może Jana Ewangelistę Purkyniego?

Brodowicz zmarszczył brwi i myślał przez chwilę.

– Coś obiło mi się o uszy. To praski lekarz – powiedział w końcu. – Zajmował się bodajże kwestiami percepcji barw, jeżeli dobrze pamiętam.

Weimann pokiwał głową.

– Mniej więcej. Ale nie tylko. W ubiegłym roku Purkyně objął katedrę na uniwersytecie w Breslau. Wkrótce po tym opublikował fascynującą pracę dotyczącą opuszków palców.

– Opuszków? – Tym razem Józef uniósł brwi w uprzejmym zdumieniu.

– Tak. Dokładniej chodzi o układ występujących na nich linii. Purkyně nie tylko wprowadził klasyfikację pozwalającą na ich dokładny opis. Wykazał też, że ten układ różni się u każdego człowieka. Dosłownie każdego.

 – Fascynujące. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale faktycznie wydaje się to dość prawdopodobne.

– To nie koniec. – Weimann uśmiechnął się. – Purkyně w ostatnim rozdziale sugeruje, że każdy z nas zostawia ślady, swojego rodzaju odcisk tych linii, na wszystkim, czego dotyka. Musimy tylko znaleźć sposób, aby te odciski ujawnić.

– A ty ten sposób znalazłeś. – Domyślił się Józef. – Winszuję. To faktycznie brzmi jak przełom.

– Eeee, gdzie tam. – Aptekarz machnął ręką. – Niech Purkyně sam kontynuuje swoje badania. Opowiedziałem ci o nich, bo chciałem, żebyś zrozumiał, jak doszedłem do swojego odkrycia. Praca Purkyniego posłużyła mi za inspirację. Ale mam coś znacznie lepszego niż on.

Drzwi prowadzące do kuchni otworzyły się i do salonu weszła Charlotte, niosąc tacę z kawą. Postawiła ją na stoliku obok foteli i zmierzyła męża żartobliwie groźnym spojrzeniem.

– Mówiłam ci, żebyś nie zamęczał naszego gościa – powiedziała.

– No przecież nie ciągnę go do laboratorium, tylko rozmawiamy! – Oburzył się Weimann, lecz jego oczy śmiały się, gdy patrzył na żonę.

– Tak to się zawsze zaczyna – parsknęła kobieta i usiadła przy kołysce.

Poczęstowali się kawą. Gospodarze pili czarną, lecz Józef preferował przygotowaną po polsku, z obfitą porcją tłustej śmietany. Kraków szybko przerobił go na swoją modłę.

– No więc, Carl, czego właściwie dotyczy twoje odkrycie? Co masz lepszego od linii Purkyniego?

– Pamiętasz zapewne nasze studenckie spory o naturę świata? Ty zawsze twierdziłeś, że duch bezwzględnie panuje nad materią, nadając jej kształt, ja zaś odpowiadałem, że to bez znaczenia, skoro nie da się tego dowieść.

– Oczywiście – zgodził się Józef.

– Cóż, wygląda na to, że należą ci się przeprosiny, przyjacielu. Znalazłem dowód.

 

***

 

Weimann urządził laboratorium na poddaszu kamienicy, w której mieściła się apteka „Pod Orłem”. W ciasnym wnętrzu, które z powodu spadów sufitowych zdawało się jeszcze mniejsze, zdołał zgromadzić imponującą kolekcję aparatury. Pełno było tu kolb o rozmaitych kształtach, retort, pełnych odczynników słojów z ciemnego szkła, wag, moździerzy, palników i innych urządzeń, których funkcji Józef nie był pewien.

Podczas gdy w samej aptece panował pedantyczny wręcz porządek, co zapewne było głównie zasługą Charlotte lub zapędzanego do sprzątania Maxa, tutaj władał twórczy chaos Carla. Olbrzym momentami musiał się schylać, by zmieścić się pod niskimi stropami, lecz manewrował z gracją świadczącą, że doskonale się odnajduje w tym pozornym bałaganie. Poprowadził gościa do drugiego pomieszczenia.

Panował tu półmrok; grube kotary szczelnie zasłaniały wszystkie okna. Pokój był niemal pusty, widocznie większość sprzętów wyniesiono, by zrobić miejsce dla maszyny Weimanna. Dziwne kłębowisko szklanych rurek, metalowych cylindrów, pokręteł i innych przekładni zajmowało większą część pomieszczenia.

– A oto i moje cudo – powiedział aptekarz z dumą .

– I to ma udowodnić wyższość ducha nad materią? – zdziwił się Brodowicz.

– W rzeczy samej. Zaraz sam się przekonasz.

– I jaki to ma mieć związek z liniami Purkyniego?

– Ha! – zawołał Weimann. – Bardzo dobre pytanie. Widzisz, w całej jego pracy zainteresowało mnie nie potencjalne zastosowanie odkrycia, lecz jego idea. Pomyśl tylko. Jeżeli człowiek, jego palec, jest w stanie zostawić ślad na wszystkim, czego dotknie, to czyż na podobnej zasadzie duch nie powinien zostawiać śladu na materii, którą zamieszkuje?

– Ciekawa teoria. – Józef silił się na obojętny ton, chociaż w podbrzuszu ściskało go z podekscytowania. – Jednak zapewne trudniejsza do udowodnienia, niż ślady zostawiane przez linie Purkyniego.

– W rzeczy samej. Dlatego zajęło mi to niemal rok, a efekt mojej pracy masz przed oczami. – Carl uśmiechnął się, lecz ten dobrotliwy grymas w panującym półmroku nabrał diabolicznego kształtu. – Wyszedłem z prostych założeń. Najbliższym duchowi stanem skupienia jest gaz, w związku z czym trzeba spalić próbkę i zebrać powstające przy tym opary.

– Próbkę? Co stosujesz?

– Och, tak naprawdę nie ma to wielkiego znaczenia. – Olbrzym machnął ręką. – Nada się każda niemal próbka pobrana od człowieka. Fragment tkanki, włosy, świetnie sprawdza się też skrawek tkaniny nasączony krwią. Jako lekarz doskonale wiesz, że krew jest esencją życia, więc, że tak powiem, stężenie, czy też może nasycenie ducha musi być w niej wysokie.

– Spalasz więc próbki i zbierasz opary. A co potem?

– Cóż, potem trzeba oczyścić próbkę. To żmudny proces, ma wiele etapów, a dopracowanie go było katorgą. Na początku zebrane opary trzeba schłodzić, wtedy część zanieczyszczeń się skrapla. W tym celu przepuszczam je przez te rurki zanurzone w pojemniku z zimną wodą. – Weimann, w miarę jak tłumaczył zasady działania swojego wynalazku, pokazywał przyjacielowi kolejne elementy maszyny. – Potem pozostały gaz zbieram w tym zbiorniku. Widzisz, tu na górze jest zawór, z którego odchodzi kolejna rurka. Pierwiastek duchowy będzie lżejszy od innych substancji, czekam więc, aż gazy w zbiorniku ułożą się na podstawie ciężaru, a potem otwieram ten zawór i wypuszczam dalej najlżejszą frakcję. A potem…

– A potem oczyszczasz to dalej – przerwał mu Brodowicz, na poły przerażony perspektywą dalszych tłumaczeń, widział bowiem, ile maszynerii pozostało jeszcze do omówienia, na poły zaś nie mogąc się doczekać sedna. – A gdy już oczyścisz?

– Cóż, kiedy już usunę wszelkie zanieczyszczenia, w tej szklanej bańce zbiera się ostateczna próbka. Czysty eter nasączony, jeśli mogę tak powiedzieć, pierwiastkiem duchowym badanej osoby. Wtedy zapalam tę lampkę, o tutaj – aptekarz wskazał palnik spirytusowy otoczony z trzech stron lustrami – i przepuszczam strumień światła przez ten eter. Światło przechodzi potem przez pryzmat, a wynik wyświetla się na tym ekranie.

– Wynikiem jest więc zwykłe widmo światła? – spytał Józef, nieco rozczarowany.

– Widmo światła, na którym widoczny jest ślad ducha – Weimann uśmiechnął się triumfalnie. – Zresztą, zaraz ci pokażę.

– Chcesz to teraz uruchomić? Proces oczyszczania brzmi na długotrwały, a już wieczór.

– Tak, tak, masz rację. Jutro pokażę ci całą analizę, gdybyśmy teraz się tym zajęli, to i tak nie skończylibyśmy nim  Charlotte pogoniłaby nas do łóżek. – Aptekarz zachichotał. – Może sam nawet skusisz się na badanie? Teraz jednak pokażę ci tylko kilka utrwalonych wyników.

Brodowicz zmarszczył brwi.

– Utrwalonych w jaki sposób?

– Cóż, jak sam zauważyłeś, analiza trwa kilka godzin, nie mogę jej przeprowadzać za każdym razem, gdy chcę komuś udowodnić swoją teorię. Opracowałem więc metodę pozwalającą na utrwalenie obrazu uzyskanego widma. Stosuję azotan srebra – odpowiednio przygotowany zaciemnia się pod wpływem światła. Potem trzeba tylko utrwalić efekt. To jeszcze dość niedoskonała technika, ale czuję, że ma potencjał, a póki co sprawdza się wcale nieźle.

Weimann w końcu znalazł to, czego szukał, i podał przyjacielowi trzy metalowe płytki. Rzeczywiście, ich powierzchnię pokrywała jakaś substancja, na której uwieczniony był obraz. A w każdym razie coś na jego podobieństwo – większa część powierzchni była czarna, poprzecinana rzędami pionowych linii jasnego koloru. Brodowicz przyjrzał się uważnie każdej z płytek.

– Różnią się – powiedział po chwili. – Na każdej z nich jasne linie tworzą inny wzór.

– Dokładnie! – zawołał podekscytowany Carl. – Chociaż w rzeczywistości linie są oczywiście ciemne, a nie jasne. Masz tutaj obrazy mój, Charlotte oraz Maxa. Każdy zupełnie inny.

– Niesamowite – powiedział Józef drżącym głosem. – Absolutnie niesamowite.

 

***

 

Józef nie mógł doczekać się testów. Następnego dnia, zaraz po śniadaniu, razem z Weimannem zamknęli się na poddaszu, żegnani pełnym dezaprobaty spojrzeniem Charlotte. Brodowicz, zgodnie z zaleceniami przyjaciela, upuścił sobie nieco krwi i nasączył nią fragment szmatki. Gdy tylko wyschła, mężczyźni uruchomili aparaturę.

Rzeczywiście, tak jak ostrzegał aptekarz, proces przygotowania próbki był żmudny. Józef jednak zdawał się tego nie zauważać, ogarnięty żądzą wiedzy jak jakimś pierwotnym szałem. Wytrwale asystował Carlowi przez kolejne godziny, nie zauważając upływu czasu. Żaden z nich nawet nie pomyślał o przerwie na obiad, zjedli tylko na szybko kilka kanapek przyniesionych im przez Charlotte.

W końcu wszystko było gotowe. Weimann odpalił ostatnią lampkę i strumień światła popłynął przez próbkę oraz znajdujący się za nią pryzmat, rozszczepiając się na barwną tęczę.

– Robi wrażenie, co? – zapytał aptekarz.

Józef nie był w stanie nic powiedzieć. Z zachwytem wpatrywał się w kolorowy wzór poprzecinany pionowymi, czarnymi liniami, nie grubszymi niż ludzki włos. Widmo.

Przez kilka chwil nie mógł uwierzyć, że ten niepozorny widok to tak naprawdę nic innego jak zapis jego istoty. Jego duszy. Serce ścisnęło mu boleśnie słodkie uczucie uduchowionego podniecenia. Nagle poczuł gorącą potrzebę modlitwy.

– No, chyba wystarczy – powiedział po kilku kolejnych chwilach Weimann.

Zgasił lampkę. W izbie zapanowała niemal całkowita ciemność, ale nie stanowiło to żadnego problemu dla aptekarza, który znał tu każdą deskę. Zręcznie wymontował z uchwytu metalową płytkę, którą jeszcze niedawno oświetlała tęcza, i przeniósł ją do szklanego naczynia pełnego jakiegoś odczynnika. Potem do kolejnego, przetrzymał tam chwilę. Kiedy skończył, odsłonił okna i wręczył Józefowi utrwalony obraz.

– Oto jesteś – powiedział oficjalnie, z szelmowskim uśmiechem na brodatej twarzy.

– Oto jestem – wyszeptał zapatrzony w płytkę Brodowicz.

 

***

 

Cały dzień pełen emocji i pracy oraz brak solidnego obiadu w końcu dały o sobie znać, mężczyźni wyszli bowiem z laboratorium wściekle głodni. Szczęśliwie dla nich, Charlotte najwyraźniej dobrze znała zwyczaje męża. W jadalni czekał na nich stół uginający się od jedzenia. Rzucili się na niego niczym kawalerzyści szturmujący wrogie pozycje.

Początkowo jedli w milczeniu, kiedy jednak pokonali w nierównej walce pierwszą falę głodu, ciszę przerwała pani domu.

– Mam nadzieję, że mój mąż zbytnio pana nie zamęczył, panie Józefie – powiedziała. – Czasem przez te swoje badania zupełnie zapomina o otaczającym go świecie.

– Zmęczył? W żadnym wypadku! – odpowiedział natychmiast Brodowicz. – Któż mógłby myśleć o zmęczeniu wobec tak przełomowych odkryć?

– Cieszę się, że udało mi się cię przekonać, Józefie – powiedział Weimann.

– Przekonałeś mnie już wczoraj. Ale dzisiaj, kiedy zobaczyłem cały proces na własne oczy… Kiedy zobaczyłem obraz swojej istoty… – lekarz spojrzał na metalową płytkę, którą przyniósł z laboratorium. – To porusza w człowieku struny, których istnienia nawet nie podejrzewałem.

– Tak, ma pan rację – przyznała Charlotte. – Wydaje mi się, że też to czułam. Ten wynalazek Carla, to, no cóż… coś naprawdę nietuzinkowego.

– Nietuzinkowego? Droga pani Weimann, pani mąż jest geniuszem – powiedział Józef. – To odkrycie przyniesie mu nieśmiertelną sławę i równe miejsce pośród nazwisk takich jak Newton czy Arystoteles. Doprawdy, trudno mi nawet wyobrazić sobie, jak bardzo zmieni się nasz świat. Rewolucja. Naukowo-duchowa rewolucja, której nikt nie mógł się spodziewać i…

Wywód Brodowicza przerwał płacz dziecka dobiegający zza ściany. Charlotte przeprosiła mężczyzn i udała się do syna.

– Ha! Tych słów Charlotte nigdy nie da mi zapomnieć. Teraz już zawsze będzie mnie porównywać do Newtona. Wielkie dzięki, Józefie. – Carl się roześmiał.

– Mówiłem poważnie – odpowiedział Brodowicz. – To naprawdę będzie przełom, nie tylko dla świata nauki, ale i teologii. Co zamierzasz z tym zrobić?

– Wiesz, że teologia nigdy mnie nie pociągała. – Weimann wzruszył ramionami. – Te sprawy pozostawiam innym. Ale przełom w świecie nauki? To już brzmi ciekawiej.

– Tak, zdecydowanie. Zastanawia mnie tylko jeszcze jedna kwestia. – Józef zmarszczył brwi. – Zanim opublikujesz te wyniki… Czy sprawdzałeś tę technikę na zwierzętach? Sam rozumiesz, jeśli będziesz twierdzić, że uzyskany obraz jest śladem pozostawionym przez duszę i będziesz go obserwować w przypadku zwierząt, to…

– Za kogo ty mnie masz? – przerwał mu aptekarz ze zniecierpliwieniem. – Oczywiście, że prowadziłem takie testy. Od nich zacząłem. Przebadałem próbki pobrane od kota, psa i myszy, wszystkie bez jakiegokolwiek śladu na widmie.

– A więc to pewne. – Brodowicz przymknął oczy. – Zapis ducha. Różny dla każdego człowieka. Pomyśl tylko, ile wiąże się z tym możliwości!

– Wiem! – Carl wyszczerzył zęby w uśmiechu. – I to także kwestia praktycznych zastosowań. Wyobraź sobie, że ktoś padł ofiarą morderstwa. Na jego ciele znaleziono włos. Dzięki mojej metodzie będzie można z tego włosa uzyskać obraz, a potem, porównując go z podejrzanymi, znaleźć sprawcę!

– Wszyscy mordercy cię znienawidzą! Lepiej zacznij unikać ciemnych zaułków. – Józef roześmiał się. – Przyszło mi do głowy jeszcze jedno możliwe zastosowanie, chociaż wymagałoby dalszych badań. Każdy obraz ducha jest inny, prawda?

– Owszem – potwierdził Weimann. – Wprawdzie, póki co mamy zaledwie cztery próbki, ale widać, że w żadnym przypadku sekwencja się nie powtarza.

– Przyjmijmy więc, że każdy obraz jest inny. – Kontynuował Brodowicz. – Pytanie jednak, na ile mogą być do siebie podobne? Czy obrazy bliźniąt będą do siebie tak podobne jak ich twarze? Albo czy obraz dziecka będzie mieszaniną obrazów jego rodziców?

– Intrygujące. – Aptekarz pogładził się po brodzie. – Jeśli to prawda, można by na przykład określić, czy pojawiająca się nagle dawna kochanka z niemowlakiem w rękach naprawdę urodziła twoje dziecko. Wielu możnych dobrze by za to zapłaciło. Trzeba tylko sprawdzić tę teorię.

Weimann spojrzał na drzwi, za którymi zniknęła Charlotte.

– Nie myślisz chyba, żeby przetestować to na własnym synu? – Oburzył się Józef. – To zbyt niebezpieczne.

– Niebezpieczne? A co w tym niebezpiecznego? – spytał Carl. – Zbadaliśmy dziś pobraną od ciebie próbkę. Czy poczułeś cokolwiek?

– Nie – zgodził się Brodowicz. – Ale kto wie, jak zareagowałoby tak małe dziecko? Dopiero co udowodniłeś istnienie duszy. Nie mamy pojęcia, jakie zasady nią rządzą.

Weimann przez chwilę wpatrywał się w przyjaciela. Wyraźnie widać było, jak na jego obliczu ścierają się ze sobą sprzeczne emocje. W końcu jednak westchnął głęboko i rozpogodził się.

– Ech, zapewne masz rację – przyznał. – Zresztą, Charlotte urwałaby mi głowę, gdybym tylko coś takiego zasugerował. Ale sama teoria wciąż pozostaje interesująca. Musimy tylko znaleźć odpowiednich ochotników do badań. Dorosłych, oczywiście.

Mężczyźni jeszcze długo dyskutowali o potencjalnych zastosowaniach odkrycia dokonanego przez Weimanna, nim w końcu udali się na spoczynek.

 

***

 

 – Panie Józefie! Pomocy! Proszę!

Zrozpaczone krzyki kobiety oraz łomot w drzwi momentalnie poderwały Brodowicza z łóżka. Szybko wciągnął spodnie i, jeszcze zapinając koszulę, otworzył drzwi. W progu ujrzał roztrzęsioną Charlotte.

– Panie Józefie! Jan! Ja nie wiem…

Mężczyzna nie dał jej skończyć, ruszył biegiem do salonu. Przypadł do kołyski i nachylił się nad dzieckiem.

Chłopiec leżał zupełnie nieruchomo, niczym porzucona, szmaciana lalka. Otwarte oczy, wpatrzone w sufit, wyglądały jak pozbawione życia szklane paciorki. Brodowicz poruszył przed nimi palcem, ale nie doczekał się żadnej reakcji, źrenice nawet nie drgnęły. Przystąpił do dalszych badań. Dziecko było chłodne, a kończyny miało dziwnie sztywne, jego pierś jednak unosiła się i opadała w regularnym rytmie głębokich oddechów. Józef poczuł, jak wzdłuż kręgosłupa rozlewa mu się lodowaty dreszcz.

– Co się stało? – spytał.

– N-nie… Nie mam pojęcia – wyjęczała Charlotte, pociągając nosem. – Wieczorem wszystko było w porządku, przecież sam pan widział, że było w porządku. Nakarmiłam go i położyłam spać. Nie obudził mnie w nocy, chociaż zazwyczaj to robi, ale tego nie zauważyłam, spałam. Powinnam była zauważyć. Co ze mnie za matka?

– Spokojnie, niech się pani uspokoi – powiedział Józef. – To nie mogła być pani wina. Co było dalej?

– Gdy obudziłam się rano, poszłam sprawdzić, co z Janem, i znalazłam go w takim stanie. Nigdzie nie widziałam Carla, więc natychmiast przybiegłam do pana. Pan jest lekarzem, panie Józefie, co mu jest? Czy Jan wyzdrowieje? Proszę powiedzieć, że wyzdrowieje…

Kobieta zaniosła się płaczem. Józef już otworzył usta, by coś jej odpowiedzieć, lecz w tym momencie otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł Weimann. Przez brodate oblicze mężczyzny przemknęła cała gama emocji. Początkowo malowało się na nim głębokie zadowolenie, które zastąpione zostało przez zaskoczenie, gdy spostrzegł scenę przy kołysce. Szok, potem niepokój, a wreszcie przerażenie, kiedy zaczęła do niego docierać powaga sytuacji. Olbrzym jednym skokiem znalazł się przy łóżeczku.

– Co…

– Carl, zabierz stąd żonę – przerwał mu twardo Brodowicz. – Powinna się położyć, zbyt silne emocje są szkodliwe dla kobiet. Niech się pani nie martwi, zrobię, co w mojej mocy, by pomóc waszemu synowi.

Weimann chciał zaprotestować, lecz zrezygnował, gdy zobaczył nieustępliwe spojrzenie przyjaciela. I chociaż przerastał go o dobre półtorej głowy, a ważył przynajmniej dwa razy więcej niż lekarz, nie miał ochoty spierać się z Brodowiczem. Objął ramieniem żonę i wyprowadził ją z salonu.

Gdy aptekarz wrócił, zastał przyjaciela pochylonego nad kołyską i osłuchującego dziecko. Stanął obok, niepewnie zajrzał do środka. Na widok nieruchomego syna, żywego przecież, ale pozbawionego życia, wnętrzności zwinęły mu się w ciasny węzeł. Zatoczył się, wpadł na kanapę. Usiadł, bojąc się, że nogi zaraz ugną się i odmówią posłuszeństwa. Schował twarz w dłoniach.

– Coś ty zrobił? – spytał Józef, nie odwracając się w stronę gospodarza.

Weimann milczał.

– Carl – powiedział ostro Brodowicz. – Coś ty zrobił?

– Ja… Józef, ja… – Głos odmówił mu posłuszeństwa. Pomimo imponujących rozmiarów skulony mężczyzna wyglądał nagle na małego i bezradnego. – Józek, czy to moja wina?

– Nie wiem, Carl. To twoja wina?

– Nie! Nie wiem. Może? – Mężczyzna potarł nerwowo dłonie. – Nie udawajmy dłużej. Zrobiłem to. Wypaliłem duchowe widmo Jana, żeby sprawdzić wczorajszą teorię. Myślisz, że to przez to? Że przez to jest… taki? Niby dlaczego?! Przecież nikt nic… Do tej pory wszystko było dobrze!

Józef pokręcił głową.

– Kto wie? To… Cholera, chciałem powiedzieć, że to słabo poznana dziedzina nauki, ale nawet to nie! Przecież stawiałeś dopiero pierwsze nieporadne kroki w kierunku poznania zasad łączących ducha i ciało! Nie mogłeś przewidzieć, co się może stać!

Weimann znowu milczał przez chwilę.

– Jesteś pewny, że to o to chodzi? – zapytał głucho. – Że to nie jest po prostu jakaś dziecięca choroba?

– Jeśli tak, to nigdy jej nie widziałem. Ani nawet o niej nie słyszałem. – Brodowicz podrapał się po policzku. – To nie przypomina niczego, Carl. Chłopak nie reaguje na bodźce, nie ma żadnych odruchów. Wygląda, jakby po prostu go tam nie było. I stało akurat wtedy, gdy wypalałeś widmo. Nie oszukuj się.

Aptekarz odwrócił głowę w stronę kołyski.

– Janek… co z nim będzie? Przeżyje?

Brodowicz spojrzał poważnie na przyjaciela.

– Nie będę cię okłamywał, Carl – powiedział łagodnie. – Nie widzę wielkich szans. Nie reaguje na otoczenie, po prostu leży jak pusta skorupa. Chociaż wygląda na to, jakby fizycznie nic mu nie dolegało, to obawiam się, że w tym stanie nie będzie się odżywiał i ciało umrze.

– Ale Charlotte – wyszeptał Weimann. – Mówiłeś jej, że ma się nie martwić. Że zrobisz, co w twojej mocy.

– I to właśnie zrobię. – Józef westchnął głęboko. – Tylko że niewiele tu tej mocy, a obecność Charlotte teraz w niczym by nie pomogła. Chyba nie chciałeś, żeby była świadkiem tej rozmowy?

Carl załkał. Józef podszedł do przyjaciela i delikatnie położył dłoń na jego ramieniu.

– Wiem, że słowa wiele nie pomogą – powiedział. – Ale nie sądzę, żeby teraz cierpiał.

Aptekarz uniósł wzrok.

– Wydaje mi się, że jego już tam nie ma – kontynuował Brodowicz. – Być może więź ducha i materii, którą zamieszkuje, nie jest czymś zupełnie stałym? Może dopiero formuje się w trakcie dorastania dziecka i twój eksperyment tę więź zerwał, a duch Jana uleciał?

– Tak myślisz? – Weimann pociągnął nosem.

– Mam taką nadzieję. – Lekarz przełknął ślinę. – Bo jeżeli nie… Jeśli nie, to zostaje druga hipoteza. Nieukształtowany duch spłonął razem z materią.

Weimann zawył, a Brodowicz mógłby przysiąc, że słyszy jak wśród tego wycia pęka ogromne serce aptekarza.

 

***

 

Józef wpatrywał się w krajobraz monotonnie przewijający się za oknem dyliżansu. Każdy obrót kół, każdy podskok na nierównej drodze i każdy koński krok zbliżały go do Krakowa, który od niedawna był jego domem. Daleko za nim pozostawał Grünberg z jego marzeniami i dramatami. Józef starał się zbyt wiele nie myśleć. Nie myśleć o zalanej łzami, słodkiej twarzy Chralotte. O nieobecnym wzroku Carla. O maszynie na poddaszu kamienicy i huku, jaki wydawał uderzający w nią młot aptekarza. O ciszy, jaka zapadła później. Przede wszystkim nie chciał myśleć o maleńkim, nieruchomym ciałku z pustymi oczami.

Nie chciał też myśleć o metalowej płytce pokrytej wzorem z jasnych i ciemnych prążków, ukrytej głęboko w jego bagażu, niczym skarb wykradziony z domu pogrążonych w żałobie przyjaciół.

Koniec

Komentarze

Posłowie

 

Bohaterowie tego opowiadania: Józef, Carl oraz Charlotte są postaciami historycznymi, które faktycznie w tym okresie zamieszkiwały Zieloną Górę (Carl i Charlotte) lub można realistycznie przyjąć, że mogłyby ją odwiedzić (Józef). Jako autor starałem się możliwie wiernie przedstawić fakty z życia bohaterów (jak objęcie przez Brodowicza katedry na UJ w 1823 roku czy jego konflikt z prowadzącymi szpital zakonnicami), pozwoliłem sobie jednak samodzielnie wypełnić białe karty tak, aby pasowały do mojej historii. I tak – w rzeczywistości nie wiadomo nic o przyjaźni pomiędzy Brodowiczem a Weimannem. Ba, nie ma w zasadzie żadnych wskazówek o tym, że kiedykolwiek się spotkali lub wiedzieli o swoim istnieniu. Niewiele też wiadomo o życiu Weimanna przed 1823 roku, kiedy to kupił aptekę „Pod Orłem” i poślubił Charlotte. Zachowało się jednak kilka wzmianek o prowadzonych przez niego w aptece badaniach naukowych (zresztą w tym czasie dość liczne grono aptekarzy, zwłaszcza niemieckich, zajmowało się uprawianiem nauki). Łącząc to z jego niemieckim pochodzeniem oraz faktem, że byli z Brodowiczem niemal rówieśnikami pozwoliłem sobie wysłać go na studia do Wiednia, w którym uczył się właśnie Józef oraz uczynić ich przyjaciółmi, bo jak wiadomo, wspólne życie studenckie jest doskonałą możliwością do zawarcia wspaniałych przyjaźni. 

Może nie wyglądam, ale jestem tu moderatorem. Jeśli masz jakąś sprawę, ale boisz się Beryla - pisz śmiało.

Kłaniam się

Znasz może osobę Jana Ewangelisty Purkyniego? ---> usunąłbym z pytania słowo “osobę”. Mam silne wrażenie, że to słowo “łamie” spójność pytania.

Jeszcze jakiś drobiazg mi nie zagrał, ale skoro nie pamiętam, to rzeczywiście drobiazg.

<>

Opowiadanie można zaliczyć do SF w starym stylu. Trillerem też może być z powodzeniem… Ujmując tak zwięźle, jak to możliwe, napiszę: bardzo dobre pod każdym interesującym mnie względem.

Pozdrawiam – Adam

Adamie

I ja się kłaniam. Poprawkę z osobą wprowadziłem, faktycznie słowo w tym miejscu raczej zbędne. I tak, opowiadanie celowało trochę w coś w stylu retro SF w XIX wieku, chociaż z racji zagadnień dotyczących duszy są tu też wątki bardziej hmmm, nadprzyrodzone. Za to warstwa naukowa, jak sądzę, wiernie oddaje stan z początku XIX wieku. Przy czym w planowanych kontynuacjach chcę wprowadzać trochę szersze elementy fantastyczne, nie tylko oparte na nauce, ale i mocniej na zjawiskach nadprzyrodzonych.

W każdym razie cieszę się, że opowiadanie się spodobało i w żadnej kwestii wyraźnie nie zawiodło. Miód na oczy autora.

Może nie wyglądam, ale jestem tu moderatorem. Jeśli masz jakąś sprawę, ale boisz się Beryla - pisz śmiało.

Wątki nadprzyrodzone pominąłem (przemilczałem) świadomie, ponieważ obie główne postacie w swoich odnośnych wypowiedziach wyczerpały temat.

Warstwa naukowa nie budzi zastrzeżeń (oczywiście o moich piszę). Przybierało na sile w tamtych czasach przekonanie, że nauka i technika rozwiąże wszystkie problemy, i to daje się odnaleźć w tekście.

Kontynuacja, poszerzenie? Bardzo dobrze, ciekawy jestem.

Pozdrawiam – Adam

Witaj.

 

Przejmująca opowieść.

Z dialogu przyjaciół i wymienianych wówczas możliwości wykorzystania odkrycia, spodziewałam się, że Carl istotnie przeprowadzi eksperyment na synu i okaże się, że… dziecko nie jest jego. :))

Takiego natomiast, tragicznego zakończenia, nie przewidywałam i jestem nim mocno poruszona.

Opowiadanie czyta się szybko, akcja wartka, świetna lektura, brawa!

 

Z technicznych mam pytania:

Pełno było tu kolb o rozmaitych kształtach, retort, pełnych odczynników słojów z ciemnego szkła, wag, moździerzy, palników i innych urządzeń, których funkcji Józef nie był pewien. – trochę mi zgrzytnęły te wyrazy w jednym zdaniu

 

– Widmo światła, na którym widoczny jest ślad ducha (czy tu nie powinno być kropki?) – Weimann uśmiechnął się triumfalnie.

 

Proces oczyszczania brzmi na długotrwały, a już wieczór. – nieco mi zazgrzytała ta część zdania

 

Kiedy zobaczyłem obraz swojej istoty… – lekarz (czy tutaj nie powinna być wielka litera?) spojrzał na metalową płytkę, którą przyniósł z laboratorium.

 

– Przyjmijmy więc, że każdy obraz jest inny. – Kontynuował (a czy tutaj, dla odmiany, nie powinna być mała litera, a wcześniej usunięta kropka?) Brodowicz.

 

Wygląda, jakby po prostu go tam nie było. I stało (się?) akurat wtedy, gdy wypalałeś widmo. Nie oszukuj się.

 

Pozdrawiam i klikam. :)

Pecunia non olet

Interesująca koncepcja. Tak z punktu widzenia konkursu – Zielona Góra nie wydaje się odgrywać istotnej roli. Równie dobrze akcję można umieścić w każdym mieście z szalonym naukowcem. Za to XIX wiek widać.

Włos lub krew plus kreski w wyniku badania oczywiście skojarzyły mi się z DNA, ale przecież nie po spaleniu próbki.

Chociaż dalej idziesz w stronę DNA. Skąd pomysł, że ducha dziedziczy się po rodzicach? Nie zastanawiałam się nad tym wcześniej, ale tak na szybko, to chyba króluje idea, że duszę dostaje się od Boga w momencie poczęcia (a wtedy nie ma powodu, żeby była podobna do rodzicielskich). A jeśli potraktować ducha jako coś bardziej zbliżonego do świadomości czy stanu umysłu, to można się w wynikach spodziewać całego tłumu ludzi – rodziców, ale oprócz nich nauczycieli, autorów książek, kompozytorów… Wtedy na pewno metoda nie nadaje się do ustalania ojcostwa, zwłaszcza jeśli tatuś nic o domniemanym potomku nie wie, a i sam wzór kresek ewoluuje wraz z dawcą. Teoria Józefa i Carla ma sens chyba tylko przy założeniu, że wszystko, co najważniejsze, zawarte jest w plemniku, a kobieta zaledwie dostarcza budulca i miejsca do rozwoju.

Naciągane wydaje mi się to, że pobranie i analiza próbki zaszkodziły dziecku. Co konkretnie – wzięcie niemowlęcego włoska (eee, nie, ojciec raczej nie wyrywał, tylko poszukał takiego, który sam wypadł) czy krwi (mało prawdopodobne, bo pewnie by się dzieciaczek darł i nie dałoby się tego ukryć przed matką), spalenie (eee, nie, bo to jednemu dzieciakowi w tamtych czasach spaliły się włosy od świecy albo wacik czy szmatka po starciu kropli krwi ze skaleczonego palca wylądował w piecu?), sam fakt zaobserwowania/uwiecznienia kresek (no, tu już wkraczamy w domenę fizyki kwantowej, ale kolaps powinien powodować zachowanie tylko jednej możliwości, a nie zniszczenie wszystkich)? Dlaczego cały duch skupił się akurat w pobranej do badania cząstce? To jakby mało prawdopodobne. No, ten kawałek sprawia wrażenie wybranego, bo pasował do fabuły.

Ale ogólnie czytało się ciekawie.

Babska logika rządzi!

Co za historia!

Ciekawy przyczynek do dyskusji o granicy nauki, wiedzy, o etyce.

No i o pechu, bo przecież ci dwaj nie planowali nic złego.

Inna rzecz, że wtedy śmiertelność niemowlaków była na takim poziomie, że chyba ludzie byli z nią bardziej oswojeni. W zapiskach cyrulika miejskiego znalazłam kiedyś mnóstwo notatek w stylu, umarło nie leczone, czy umarło leczone domowemi sposobami.

XIX wiek smaczny.

A Brodowicz niech nie grymasi, bo ma ulicę w Krakowie;)

Czytało mi się doskonale. Zajmujące, dobrze napisane, stylowo brzmiące. Super. Kontynuacja mile widziana!

Czego nie doczytałam, że nie mogę dojść, dlaczego eksperyment zaszkodził dziecku, a czworgu dorosłym nie?

(Czy mogę, dyskretną kursywą, prosić o nieduży hepiendzik? W tym CDN, który napiszesz. OK?)

Pzdr. KT

 

 

Niezwykle ucieszyła mnie wieść, że udało Ci się zdobyć katedrę na krakowskim uniwersytecie i powierzono Ci w zarząd klinikę.

 

udało (Ci) się zdobyć – powiedzenie, że „coś się komuś udało zdobyć” pobrzmiewa  mi pośrednią charakterystyką bohatera – farciarza, któremu dostało się coś, na co specjalnie nie zasługiwał, ale wciąż o to zabiegał. Aż w końcu – hura! – mam to! Udało się!

Dużo bardziej pasowałoby (mi): „że objąłeś katedrę na (…)”

„Brzmiałoby” zgodnie z zasługami i autorytetem, jakim się cieszył Brodowicz.

Niezwykle ucieszyła mnie wieść, że objąłeś katedrę na krakowskim uniwersytecie i, jakże zasłużenie, powierzono Ci w zarząd klinikę.[???]

Edycja: Chyba się wycofuję z tego, co powyżej. Na potrzeby opowiadania “wypożyczyłeś” Brodowicza z jedynie maleńkim dodatkiem jego biografii. Ale właśnie w tymże “maleńkim dodatku” mieści się informacja, że faktycznie zabiegał o otrzymanie “katedry klinicznej” w Krakowie. Przeczytałam jego “Curriculim vitae – skreślone dla przyjaciół”. Matko jedyna! Trzynastozgłoskowcem gość trzepnął swój życiorys!

Owóż to dobre imię i świadectwa mnogie,

Wydały wnet owoce dla mnie bardzo błogie:

Bo zalety, jakiemi brzmiały w swej osnowie ,

Przechyliły na moją stronę znowu szalę;

I musieli ustąpić ze wstydem rywale ,

A mnie dano katedrę kliniczną w Krakowie .

 

Czyli, jakby nie patrzeć, faktycznie “udało mu się zdobyć”.

 

Pamiętam dobrze|1|, jak wielce ceniłeś sobie stanowisko w Wiedniu|2| i z pewnością doprowadzisz nową placówkę do podobnej świetności|3|.

 

Pozbądźmy się chwilowo zdania nr 1, zostawmy dwa kolejne – współrzędnie złożone łączne:

 

Ceniłeś sobie stanowisko w Wiedniu i z pewnością doprowadzisz nową placówkę do podobnej świetności.

Przecież ich treść nie ma ze sobą nic wspólnego! Absolutnie się nie łączy i łączyć nie może, bo fakt, że Brodowicz cenił swoje wiedeńskie stanowisko, nie ma wpływu na przyszły stan kliniki krakowskiej. Mus przekonstruować, choćby w ten sposób: Pamiętam, jaki prestiż zyskała dzięki tobie klinika wiedeńska i ufam/wierzę, że nową placówkę doprowadzisz do podobnej świetności.

 

Gdy tylko ostatni studenci zdali egzaminy kończące semestr, spakował się i wyruszył w drogę.

 

Bardziej stylowo zabrzmiałoby: spakował kufry.

 

Do samych fundamentów przenikały ją skostniałe duchy konserwatyzmu oraz przestarzałych idei, w czym dobitnie pomagała jawna wrogość prowadzących przybytek zakonnic wobec akademickiego personelu.

 

dobitny «wyraźny, niepozostawiający wątpliwości»

 

W tym kontekście „dobitne pomaganie” psuje zdanie.

Do samych fundamentów przenikały ją skostniałe duchy konserwatyzmu oraz przestarzałych idei, a stan ów dodatkowo pogłębiała jawna wrogość, okazywana akademickiemu personelowi przez prowadzące ten przybytek zakonnice. (Nie lubię aż tak się wtrącać w tekst, ale zaryzykuję).

 

Dyliżans zatrzymał się na rynku w centrum miasta.

 

Rynek z natury swej rzeczy jest centralnym punktem miasta. W innym jego miejscu znajdować się może (współcześnie) rynek, który odziedziczył i nazwę i niegdyś pełnioną funkcję czyli targ.

 

Witaj, Carl – odpowiedział wesoło Brodowicz. – Widzę, że jesteś cały i zdrowy.

 

Język dyskretnie i z wyczuciem stylizujesz na dziewiętnastowieczny, więc, IHMO, dobrze by zabrzmiało: Widzę, żeś cały i zdrów. To niezobowiązująca sugestia, zaznaczam.

 

(…) imponującą kolekcję aparatury.

 

Imponujący zestaw aparatury – nie kolekcjonował jej przecież, był naukowcem nie hobbystą.

 

których funkcji Józef nie był pewien.

 

(…) których przeznaczenia i funkcji Józef nie był pewien. // (…) których funkcji Józef nie był do końca pewien.

Z małym dodatkiem, bo zdanie, wg mnie, nie wybrzmiewa w pełni.

 

Proces oczyszczania brzmi na długotrwały(…)

 

Sam powiedziałeś, że proces oczyszczania jest długotrwały (…)

 

– Cieszę się, że udało mi się cię przekonać, Józefie – powiedział Weimann.

 

Cieszę się/się, cię – W jednym zdaniu? No, nie bardzo, bo brzmi jak ćwiczenie logopedyczne.

Spróbuj rozbić na dwa,  np.:

 A więc przekonałem cię, Józefie! Cieszę się – powiedział (…) //Udało mi się ciebie przekonać, Józefie. Cieszę się – powiedział (…)

 

To porusza w człowieku struny, których istnienia nawet nie podejrzewałem.

 

Siebie ma na myśli, mówiąc „To porusza w człowieku”. Czasem przecież zwracamy się sami do siebie per „człowiek”.

Czyli albo:

To porusza w człowieku struny, których istnienia nawet nie podejrzewał.

Albo: To poruszyło we mnie  struny, których istnienia nawet nie podejrzewałem.

Bruce

Dzięki za wizytę. Cóż, o problemach z ojcostwem Carla nawet nie pomyślałem, widać mój umysł naturalnie skręca ku nieco makabryczniejszym rozwiązaniom. Sam fakt zastosowania procedury na synu aptekarza nie miał być raczej zaskoczeniem – gdy temat pada w rozmowie wiedziałem, że czytelnik będzie się tego spodziewał. Istotniejsza była tu kwestia konsekwencji oraz stawiania granic w pogoni za odkryciem. No i dzięki za uwagi językowe, przyjrzę im się w wolnej chwili, chociaż z góry zaznaczam, że pewnie zdarzy mi się czasem uprzeć przy obecnym kształcie.

 

Finkla

No, widzę że zechciałaś poświęcić czas na głębszą analizę treści. Doceniam : ) Jeśli chodzi o Zieloną Górę i konkurs – zdaniem organizatorów związek z miastem był wystarczający, żeby tekst znalazł się wśród finalistów i załapał do publikacji, więc chyba nie jest źle. Jasne, pewnie dałoby się przenieść to w inne miejsce bez większej szkody dla treści, ale to samo można powiedzieć o lokacji większości tekstów (i praktyczne wszystkich z FZ, które czytałem), a zarówno lokalizacja w historycznej aptece jak i bohaterowie są całkiem istotnymi kotwicami umieszczającymi akcję w mieście. Weimanna można by zapewne zastąpić randomowym szalonym naukowcem, ale w tym wypadku wynalazek będący tematem tego opowiadania zawiera w sobie wciąż echa prawdziwych badań prowadzonych w aptece „Pod orłem”, dotyczących między innymi analiz kryminalistycznych powiązanych ze spalaniem próbek – widzisz więc, że te skojarzenia idące w stronę DNA (całkiem zresztą oczywiste) i zastosowania odkrycia nie są tylko moim wymysłem, ale okruchami prawdziwego człowieka w moim opowiadaniu. O samym Weimannie niestety nie zachowało się bardzo dużo informacji, dlatego starałem się także w podobnie nienachalny sposób przemycać tyle, ile udało mi się wygrzebać. Same ciemne prążki widoczne po rozdziale światła zainspirowane są oczywiście widmem absorpcyjnym, ale jego podobieństwa w zastosowaniu z DNA są oczywiste, jak już wspominałem.

Twoje dalsze przemyślenia i wątpliwości, zresztą bardzo interesujące, są przyczyną dlaczego tekst jest oznaczony jako „Inne” a nie „SF” :D Poświęcasz znaczną uwagę pochodzeniu duszy, wykluczającej raczej zastosowanie o którym rozmawiali Józef i Carl… i trudno się nie zgodzić z częścią wątpliwości. Zasadniczo jednak, jak wspominałem, to nie jest mimo wszystko SF, lecz raczej luźniejsza fantastyka historyczna – spokojnie można założyć, że elementem fantastycznym budującym ten świat jest właśnie potwierdzenie istnienia duszy i odkrycie, że działa zgodnie z opisanymi zasadami, a nie z tym jak oczekiwali ludzie. Ale nawet nie o to chodzi. W opowiadaniu bowiem nigdzie nie jest napisane, że dusza w ten sposób działa, że dziedziczy się po rodzicach itd. To była tylko myśl rzucona przez dwójkę przyjaciół podekscytowanych niesamowitym odkryciem i spekulujących na fazie tej ekscytacji. To nie była nawet teoria naukowa wymagająca potwierdzenia, tylko dopiero pomysł, jej zalążek. A obaj, jako ludzie nauki, nie głosiliby takich rzeczy bez eksperymentalnego potwierdzenia (co okazało się zgubą Carla). Tak więc w sprawie twoich zarzutów do teorii Józefa i Carla – nigdzie nie napisałem, że jest ona prawdziwa :D

Jeżeli chodzi o drugą część twoich wątpliwości dotyczących naciąganych konsekwencji analizy dla niemowlaka – jestem absolutnie pewien, że podobnie rozumował Carl przystępując do doświadczenia. Mogę ci więc odpowiedzieć jedynie cytując Józefa:

„Cholera, chciałem powiedzieć, że to słabo poznana dziedzina nauki, ale nawet to nie! Przecież stawiałeś dopiero pierwsze nieporadne kroki w kierunku poznania zasad łączących ducha i ciało! Nie mogłeś przewidzieć, co się może stać!”

Przykładasz do tej sytuacji ramy znane chociażby z fizyki kwantowej, ale to zupełnie inna dziedzina, której prawa, jak zaznacza Józef, nie są znane. Nie widzę żadnych przeciwwskazań, żebym jako autor nie mógł wymyślić praw działających dokładnie w opisany w opowiadaniu sposób. A dokładnie o tym jest ten tekst. O nierozważnym igraniu z prawami natury (bądź nie) których nie znamy i konsekwencjach tego.

Jeszcze raz dzięki za wnikliwą analizę pomysłu.

 

Ambush

Doskonale wyłapałaś to, co było główną intencją stojącą za tekstem. Tak, bohaterowie (a w zasadzie Carl, Józef mu to przecież odradzał) nie mieli złych intencji. Ale to nie tylko pech, ale i brak rozsądku i hmmmm, respektu do badanego zjawiska. A rozsądek i respekt są w nauce bardzo ważne.

Jasne, śmiertelność niemowląt w XIX wieku była znacznie wyższa, niż dziś. Ale to nie oznacza, że rodzice nie rozpaczali po śmierci dzieci (zwłaszcza pierworodnego syna!). Śmiertelność dzieci w starożytnym Rzymie też była bardzo wysoka (czy wyższa niż w XIX wiecznej Europie nie wiem, trzeba by sprawdzić), a i ze śmiercią jako taką ludzie obcowali na co dzień i byli dobrze zaznajomieni, a pomimo tego do dziś zachowały się świadectwa zrozpaczonych rodziców opłakujących swoje pociechy. Tak więc Carl dźwigał tu nie tylko żałobę, ale i poczucie winy – cała sytuacja była wyłącznie jego winą, do tego nie wie, czy nie skazał syna na los gorszy od śmierci. Rozpacz jest tu doskonale zrozumiała.

A Brodowicz na ulicę chyba sobie zasłużył, choćby rozwojem tych klinik uniwersyteckich, na które tak psioczy w opowiadaniu :D

 

w_baskerville

Dzięki za wizytę i uwagi. Tak jak w przypadku bruce – przejrzę je uważnie, ale pewnie w paru miejscach będę bronił obecnej wersji, jeśli twoje uwagi mnie nie przekonają.

Opowiadanie nie daje jasnej odpowiedzi dlaczego analiza skończyła się tak drastycznie dla syna Carla. Jak wspominałem Finkli – to była raczkująca dziedzina, której zasad bohaterowie nie znali, ale postanowili się nimi zabawić. Można co najwyżej snuć przypuszczenia, jak Józef:

„Być może więź ducha i materii, którą zamieszkuje, nie jest czymś zupełnie stałym? Może dopiero formuje się w trakcie dorastania dziecka i twój eksperyment tę więź zerwał, a duch Jana uleciał? (…) Jeśli nie, to zostaje druga hipoteza. Nieukształtowany duch spłonął razem z materią.”

Ale to tylko przypuszczenia bohatera, które nie muszą być choćby bliskie prawdzie.

 

No i muszę cię rozczarować, hepiendziku w tej sytuacji nie przewiduję. Sama zaś kontynuacja, o której wspominałem, ma się skupiać raczej na losach Józefa w Krakowie, a nie bezpośrednio ciągnąć wątki z tego opowiadania (chociaż zapewne całkowicie nie przepadną, wszak po coś Józef zabrał swoją tabliczkę).

Może nie wyglądam, ale jestem tu moderatorem. Jeśli masz jakąś sprawę, ale boisz się Beryla - pisz śmiało.

Bruce

Dzięki za wizytę.

 

To ja bardzo dziękuję. To dla mnie niedościgniony wzór – jak należy świetnie pisać. :)

 

 

Cóż, o problemach z ojcostwem Carla nawet nie pomyślałem, widać mój umysł naturalnie skręca ku nieco makabryczniejszym rozwiązaniom. Sam fakt zastosowania procedury na synu aptekarza nie miał być raczej zaskoczeniem – gdy temat pada w rozmowie wiedziałem, że czytelnik będzie się tego spodziewał. Istotniejsza była tu kwestia konsekwencji oraz stawiania granic w pogoni za odkryciem.

 

Jak najbardziej, rozumiem i tylko napisałam, czego się przez moment spodziewałam. :)

 

 

No i dzięki za uwagi językowe, przyjrzę im się w wolnej chwili, chociaż z góry zaznaczam, że pewnie zdarzy mi się czasem uprzeć przy obecnym kształcie.

Ależ oczywiście, to zawsze jedynie sugestie oraz moje wątpliwości jako czytelnika, który nadal uczy się pisać. 

 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Tak, fantastyką można wiele wytłumaczyć, ale nie wszystko. Wybranie gatunku innego niż SF wcale nie zwalnia autora w rozmaitych obowiązków względem świata i bohaterów.

Mogli mieć różne teorie i wierzenia co do ducha, ale tego nie pokazałeś. Oczywiście – limit.

Nie twierdzę, że opowiadanie jest złe, bo jest całkiem przyzwoite. Tak tylko sygnalizuję, na co mój dość logiczny umysł kręcił nosem.

Babska logika rządzi!

Jasne, Finklo, że nie zwalnia. I nie uważam, żebym tym obowiązkom uchylał. Tylko ty tutaj oczekujesz chyba wciśnięcia rozprawy na temat zasad funkcjonowania ducha i jego więzi z materią, a tak naprawdę nie o tym jest to opowiadanie (choć nie ukrywam, że to sprawy interesujące). 

Może nie wyglądam, ale jestem tu moderatorem. Jeśli masz jakąś sprawę, ale boisz się Beryla - pisz śmiało.

Arnubisie, opowiadasz o wydarzeniach mających miejsce w XIX wieku i przyjmuję do wiadomości, że ówczesne badania naukowe mogły wyglądać tak jak je opisałeś, ale jakoś nie potrafię podzielić fascynacji Weimanna jego osobliwymi eksperymentami, tudzież szczerego nimi zainteresowania Brodowicza. Z drugiej strony rozumiem, że to dość odległe czasy, a więc stykamy się ze szczególnym zagadnieniem „naukowym”, zajmującym podówczas umysły uczonych.

Zastanawiam się, dlaczego miejsce kołyski z maleńkim synem zamożnego aptekarza, zajmującego wszak całą kamienicę, było w salonie? Czy tam nie było pokoju dziecinnego? Czy Charlotte nie chciała mieć baczenia na synka także w nocy i spała nie mając go w zasięgu ręki i piersi? Czy to wszystko dlatego, aby ojcu łatwiej było „pobrać materiał” do badań?

Po lekturze, która okazała się całkiem satysfakcjonująca, pozostała ciekawość co do dalszych  losów „chorego” dziecka.

 

rząd ele­ganc­kich ka­mie­nic, wy­tłu­ma­czył, w któ­rej z nich mie­ści się ap­te­ka „Pod Orłem”. Le­karz po­dzię­ko­wał uprzej­mie, po­pra­wił ele­ganc­ki cy­lin­der… → Czy to celowe powtórzenie?

 

Me­lo­dyj­ny głos dzwon­ka za­wie­szo­ne­go nad drzwia­mi ogło­sił przy­by­cie go­ścia. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Me­lo­dyj­ny dźwięk dzwon­ka za­wie­szo­ne­go nad drzwia­mi ogło­sił przy­by­cie go­ścia.

 

Carl wy­szcze­rzył żeby i ostroż­nie odło­żył syna do ko­ły­ski. → Czy tu aby nie miało być: Carl wy­szcze­rzył zęby i ostroż­nie odło­żył syna do ko­ły­ski.

 

Wkrót­ce po tym opu­bli­ko­wał fa­scy­nu­ją­cą pracę do­ty­czą­cą opusz­ków pal­ców.

Opusz­ków?Opuszki są rodzaju żeńskiego, więc winno być:

Wkrót­ce po tym opu­bli­ko­wał fa­scy­nu­ją­cą pracę do­ty­czą­cą opuszek pal­ców.

Opuszek?

 

– A oto i moje cudo – po­wie­dział ap­te­karz z dumą . → Zbędna spacja przed kropką.

 

Pro­ces oczysz­cza­nia brzmi na dłu­go­trwa­ły… → Być może pewne procesy wydają odgłosy i brzmią na coś, ale czy na pewno?

Proponuję: Pro­ces oczysz­cza­nia wygląda na dłu­go­trwa­ły

 

po­wie­dział po kilku ko­lej­nych chwi­lach We­imann. → Może wystarczy: …po­wie­dział We­imann po kilku chwi­lach.

Czy dookreślenie jest konieczne? Czy chwile mogły następować nie po kolei?

 

po­wie­dział ofi­cjal­nie, z szel­mow­skim uśmie­chem na bro­da­tej twa­rzy. → Może wystarczy: …po­wie­dział ofi­cjal­nie, z szel­mow­skim uśmie­chem.

Czy dookreślenie jest konieczne? Czy mógł mieć uśmiech w innym miejscu, nie na twarzy?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przybyłam, przeczytałam, oceniłam.

 

Mówiłam, że będzie krótko, bo jestem leniwa.

 

A na serio, bardzo ciekawe opowiadanie. Czytało się lekko, szybko i w sumie zdziwiłam się, że to już koniec. I tutaj się pogniewamy, bo zostaje niedosyt i ledwo akcja się rozkręciła, a już mamy koniec opowiadania (chyba jednak ciut skróciłabym początek i dała czytelnikowi więcej na koniec). Nieładnie tak sobie z czytelnikiem pogrywać cool szczególnie mocno brakuje mi chociażby wskazówki, co Brodowicz zamierza zrobić z płytką dziecka?

 

 

Przeczytałem opowiadanie i komentarze zainteresowany. Pouczające, jak należy pisać i na co zwracać uwagę. Dobrze się czytało.

Cześć! Na początek pierdółki:

– Cieszę się, że udało mi się cię przekonać, Józefie – powiedział Weimann.

Fujka.

 

Otwarte oczy, wpatrzone w sufit, wyglądały jak pozbawione życia szklane paciorki.

Szklane paciorki z zasady są pozbawione życia.

 

Powinna się położyć, zbyt silne emocje są szkodliwe dla kobiet.

Yhym.

Wiem, wiem, in character ;)

 

Weimann chciał zaprotestować, lecz zrezygnował, gdy zobaczył nieustępliwe spojrzenie przyjaciela. I chociaż przerastał go o dobre półtorej głowy, a ważył przynajmniej dwa razy więcej niż lekarz, nie miał ochoty spierać się z Brodowiczem.

Przyjaciel, lekarz, Brodowicz… Dorzuć jeszcze Józefa, żeby był komplet ;) A tak serio: lekarza można spokojnie wyrzucić, bo z kontekstu zdania wiadomo, od kogo więcej ważył.

 

Na widok nieruchomego syna, żywego przecież, ale pozbawionego życia, wnętrzności zwinęły mu się w ciasny węzeł.

Headhopping.

 

I stało akurat wtedy, gdy wypalałeś widmo.

Stało i znikło. Coś, lecz nie wiadomo co.

 

Poza tymi drobnostkami, bardzo przyjemnie napisany tekst. Stylizacja może nie powala sama w sobie, ale udało Ci się oddać retroklimat, czytało się gładko. Na poziomie fabuły odczuwam pewien niedosyt – od chwili, w której Carl i Józek zaczęli rozmawiać o eksperymentach na dzieciach, wiadomo było, w którą stronę skręci tekst. Trochę szkoda, że ostatecznie nie wyjaśniłeś, co się stało, ale rozumiem – nieznane wody nauki itd.

Plus za brak happy endu.

Gratuluję publikacji!

three goblins in a trench coat pretending to be a human

Dobrze napisane i poruszające.

 

Z czepialstwa – dość długi rozbieg, zanim w ogóle poznamy teorię aptekarza.

Weimann wyszedł zza lady, dopadł gościa i zmiażdżył go w niedźwiedzim uścisku.

Ja bym jednak dał “niemal”, bo inaczej brzmi, jakby go uszkodził na dobre.

Józef przestraszył się, że zaraz usłyszy, jak z armatnim hukiem pękają mu żebra.

Lekkozgrzyt, nie pasuje mi.

 dla wszystkich poza rodzicami identyczną z twarzą każdego innego niemowlęcia.

Zdanie do remontu.

Proces oczyszczania brzmi na długotrwały

Zmieniłbym.

Jutro pokażę ci całą analizę, gdybyśmy teraz się tym zajęli, to i tak nie skończylibyśmy nim  Charlotte pogoniłaby nas do łóżek

Proponuję rozbić na dwa zdania i mały remont.

Rzucili się na niego niczym kawalerzyści szturmujący wrogie pozycje.

Kawaleria raczej nie szturmuje pozycji, tylko szarżuje na masy piechoty od flank, chwalebne zadanie szturmów na umocnione pozycje należy do piechoty :)

 

Nikt jeszcze nie nominował? :)

 

Dysz-urny

Śmierć snu osiadła w zamku okolicy

Coś mnie zwabiło, aby tu przypełznąć, zapewne nieposkromiona ciekawość. Zaczęło się od bardzo miłej niespodzianki, ponieważ XIX wiek i medycyna to elementy, które zdecydowanie lubię w fantastyce. Naturalnie, wraz z zamiłowaniem do danych wątków pojawiają się wygórowane oczekiwania, więc będę miał dużo uwag. Zacznę jednak od tego, co mogę chętnie pochwalić.

Na pewno zaś mogę pochwalić wiarygodną kreację świata. Widać solidne przygotowanie merytoryczne, sprawdzenie danych w źródłach. Obydwu panów niejasno kojarzyłem, ale musiałem sobie nieco przypomnieć, co i jak z nimi. Na ile uwaga ta jest słuszna, należałoby pytać któregoś z prawdziwych ekspertów od epoki, bo mogę tu mieć niedostatki wiedzy, ale postaci kupiły mnie sposobem bycia, myślenia, postępowania. W żadnym chyba miejscu nie czułem się jak okręt podwodny (czyli: nie musiałem wyjść z zanurzenia).

Kreacja bohaterów podoba mi się także pod tym względem, że są subtelnie zróżnicowani, pomimo braku pomocnych udziwnień mają wyraźnie zarysowane cechy osobowości, nie mylą się jeden z drugim przy lekturze dialogów. Jest to aspekt, z którym zdecydowanie miewam problemy.

Pochwały, niestety, zbliżają się do końca. Abyś mnie źle nie zrozumiał: opowiadanie jest zrobione bardzo solidnie, pod pewnymi względami na pewno lepsze od wszystkiego, co kiedykolwiek napisałem, nie bez kozery znalazło się w antologii poważnego konkursu. Niemniej uważam je za po prostu wadliwe w wielu miejscach językowo i fabularnie, co postaram się pokazać z pożytkiem…

i powierzono Ci w zarząd klinikę.

Typowa składnia to jednak “powierzyć komu zarząd nad czym”, a jeżeli piszemy “powierzyć komu co”, raczej nie trzeba dodawać, że w zarząd.

Pamiętam dobrze, jak wielce ceniłeś sobie stanowisko w Wiedniu i z pewnością doprowadzisz nową placówkę do podobnej świetności.

“Jak ceniłeś sobie stanowisko” to tutaj zdanie podrzędne, a więc przecinek po “Wiedniu”.

po czym złożył go w pół i schował do kieszeni płaszcza.

Błąd ortograficzny: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Kiedy-w-pol-a-kiedy-wpol;18619.html.

klinika, która niegdyś wydawała mu się szczytem marzeń, okazała się być kilkoma ciasnymi i ciemnymi klitkami w szpitalnych piwnicach.

To bardzo nietrafiony czasownik, klinika nie jest klitkami. Albo po prostu “okazała się klitkami”, albo “okazała się mieścić (się) w klitkach”, ale tu brzydkie podwójne “się” albo trochę niezręczne opuszczenie.

Do samych fundamentów przenikały ją skostniałe duchy konserwatyzmu oraz przestarzałych idei

Odczuwam tutaj znaczne zaburzenia obrazowania, duch jest czymś eterycznym, a nie skostniałym, a jeżeli już byłby skostniały, to nie mógłby przenikać, a jeżeli przenikałby, to abstrakcyjnie, metafizycznie, a nie dosłownie w przestrzeni do fundamentów.

dobitnie pomagała jawna wrogość prowadzących przybytek zakonnic wobec akademickiego personelu (…) nierówną walkę (…) pewne sukcesy (…) cała sytuacja

W mojej opinii te zdania popadają w dziwny, monotonny rytm, z jednym epitetem do każdego rzeczownika. Przy tym piszemy “personel akademicki”, bo to cecha definiująca, nie opisowa.

Lekarz podziękował uprzejmie, poprawił elegancki cylinder i ruszył przed siebie.

Wydaje mi się, że frazy “ruszył przed siebie” najczęściej używa się raczej do opisania ruchu o przypadkowym kierunku i nieokreślonym zamiarze.

a jego marsowe oblicze rozjaśnił szeroki uśmiech.

Marsowe oblicze – “groźny, ponury wyraz twarzy, zmarszczone czoło jako znak wrogości lub niezadowolenia”. Czy aptekarz był niezadowolony lub czemuś wrogi?

Carl Gottfried Weimann był człowiekiem, który na każdym wywierał piorunujące wrażenie.

Wydaje mi się nadmiarowe. Ani nie wnosi nowej informacji, ani nie wzbogaca stylu.

Ogromny mężczyzna o szerokich barach, dłoniach wielkości talerzy i dzikiej brodzie przypominał drwala wyrwanego z niezbadanych, puszczańskich ostępów, Brodowicz jednak doskonale pamiętał, że pod powierzchownością niezdarnego olbrzyma krył się umysł geniusza.

Tutaj się trochę zastanowiłem. Zdanie wydaje się właśnie niezdarne, nadmiernie rozbudowane, niemieszczące się samo w sobie. Pomyślałem jednak, że to może być świadoma stylizacja, że może próbujesz w ten sposób przekazać czytelnikowi wrażenie doznawane przy kontakcie z Weimannem. Jeżeli tak, to bardzo szanuję ten eksperyment.

– Józef! W końcu! – ryknął donośnym basem aptekarz.

– Witaj, Carl – odpowiedział wesoło Brodowicz.

Przede wszystkim musimy pamiętać, że dialogi toczą się tutaj prawie na pewno po niemiecku, a zatem trudno komentować stylizację – zdecydowanie jest kwestią konwencji, na ile uwspółcześniamy przekład XIX-wiecznej niemczyzny. Tu jednak nie widzę powodu, aby nie dać poprawnego wołacza.

Józef przestraszył się, że zaraz usłyszy, jak z armatnim hukiem pękają mu żebra.

Naprawdę? Nie przestraszył się, że mu żebra popękają, tylko – że to usłyszy? I jeszcze miał czas pomyśleć o “armatnim huku”?

w stronę schodów. Jednocześnie odwrócił się w stronę zaplecza.

Za dużo tych stron.

ale aptekarz uciszył go machnięciem dłoni i poprowadził dalej swojego gościa.

I znów “poprowadził”. A mogło wcześniej być “popchnął”, nawet “wrzucił”. Zaimek kompletnie zbędny.

– Cieszę się, że mogę w końcu panią poznać.

A przed chwilą było “Józef w końcu przyjechał”. Takie ciągłe powtórzenia fraz naprawdę mogą wywołać wrażenie ubogiego słownictwa. Nie przeczę, i mnie się zdarza zapomnieć, niemniej myślę, że warto na to zwracać uwagę.

Mówiłem ci, że z Józefa dworak pierwszej klasy.

Ależ zabolało! Z pewnością miał być “dworniś” (galant), a nie “dworak” (służalec). Wprawdzie kiedy zacząłem sprawdzać w słownikach, rzecz nie wydaje się zupełnie oczywista. Doroszewski chyba jedyny uznaje możliwość pozytywnego użycia “dworaka”, podpierając się przykładem z Orzeszkowej; nowy SJP i Warszawski świadczą przeciw, podając go jako wyraz wyłącznie pejoratywny. SJP i Doroszewski mają tylko krótkie wzmianki, Warszawski poświęca prawie trzy strony na różne wyrażenia związane z dworactwem – znamię stosunków społecznych. A jednak żaden z trzech nie uznaje “dwornisia”, Warszawski ma w podobnym znaczeniu “dwornika”, z którym jako żywo nigdzie indziej się nie spotkałem. Mimo wszystko “dworniś” wydałby mi się tutaj naturalny, typowo używany w tłumaczeniu francuskiego Courtois d’Arras, w prozie pięknej (o ile potrafię znaleźć) potrafił się jednak tylko raz, u mało znanego lwowskiego satyryka Zagórskiego, w Korpusie PWN ani jednego wystąpienia. Trudna sprawa. Ja bym tego “dwornisia” przywrócił światu, skoro – jak widać – wypełnia lukę semantyczną.

Wszystkie panny we Wiedniu wzdychały

We Wiedniu? “We” przy jednej tylko literze “w” przed samogłoską było prawie zawsze uznawane za gwarowe i nieprzepuszczane do druku, choć zdarzyło mi się raz przeczytać, że “chłop malajski żywił się koniczyną, świecił kocim smalcem, zapałki dzielił na czworo, a dzieci zaszywał na zimę we worki z sieczką” (bodajże Dworzański i Rotepelc, 1951; pojęcie o klimacie Malajów mieli chyba nikłe). Ostatecznie wybaczyłbym to “we” Józefowi, bo to typowo małopolska wymowa, ale Carl?

gdyby obok nie stał olbrzym gotowy bronić mnie przed ich braćmi.

Czy nie wolałbyś “gotów”? Rzecz uznaniowa.

Oto Jan Carl Weimann.

O ile wiem, forma imienia “Jan” jest niezmiernie rzadka w języku niemieckim. Hans, Johannes, Johann. Przyznaję jednak, że nie znam statystyk dla konkretnego miejsca i czasu.

Proponowano mi stanowisko w Wenecji, ale niezbyt pociągała mnie wizja wyjazdu do Włoch. Postanowiłem wrócić do kraju. Byłem przejazdem w Krakowie

Nie brzmi zbyt wiarygodnie – odrzucił proponowane stanowisko (“bo tak”), postanowił wrócić “do kraju” (w sensie Galicji, jak rozumiem), przejazdem znalazł się w Krakowie (ciekawe, którędy jechał; Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej wtedy jeszcze nie było) i od razu trafił na UJ? Nie udało mi się na razie odszukać tego Curriculum vitae, więc nie bardzo mam jak zweryfikować.

akurat zwolniła się katedra w klinice uniwersytetu.

Wyrażenie zdaje mi się niezręczne, powiedziałbym raczej, że z kierownictwa katedry na wydziale lekarskim wynikały obowiązki kliniczne.

– Doceniam propozycję, Józefie, naprawdę. Ale nie ma takiej potrzeby. (…) W istocie. Ale mówię w pełni poważnie.

Zastanowiłbym się, czy jest tutaj konieczna potrzeba rozpoczynania zdań od “ale”.

– I tak udało mi się powstrzymywać całkiem długo, nieprawdaż?

To był proces ciągły, więc raczej “udawało mi się”.

Nie wspomniałeś nawet jakiej dziedziny ma dotyczyć to twoje odkrycie – powiedział z wyrzutem Józef.

Przecinek przed “jakiej”. Nagły ton wyrzutu nie jest dla mnie do końca jasny.

Gdyby list wpadł w ręce Rosjan czy Austriaków, miałbym problemy.

Zależy, co dokładnie by napisał, ale musiałby się dobrze postarać, aby władze rosyjskie zainteresowały się poddanym pruskim z powodu korespondencji naukowej.

– A ty ten sposób znalazłeś. – Domyślił się Józef.

Domyślenie się, czy raczej (w domyśle!) wyrażenie domysłu, wydaje mi się jednak czynnością gębową, bez kropki i wielkiej litery.

Opowiedziałem ci o nich, bo chciałem, żebyś zrozumiał, jak doszedłem do swojego odkrycia.

Przed chwilą też było “swoje”, a zaimek nie jest niezbędny dla zachowania sensu.

– No przecież nie ciągnę go do laboratorium, tylko rozmawiamy! – Oburzył się Weimann

Albo “oburzył” małą literą (bo tylko ustnie, oczy mu się śmiały), albo szyk “Weimann oburzył się”.

Kraków szybko przerobił go na swoją modłę.

Odmienił, przekształcił?

Co masz lepszego od linii Purkyniego?

Dziwny przypadkowy rym.

pełnych odczynników słojów z ciemnego szkła

Nieintuicyjny szyk prowadzi do próby wyobrażenia sobie odczynnika słoju. Mogłoby być “wypełnionych odczynnikami”.

manewrował z gracją świadczącą, że doskonale się odnajduje w tym pozornym bałaganie.

Dlaczego pozornym? To, że gospodarz pamięta, gdzie co położył, nie odczynia bałaganu.

Panował tu półmrok; grube kotary szczelnie zasłaniały wszystkie okna.

Jest wynikanie logiczne: raczej dwukropek niż średnik.

Dziwne kłębowisko szklanych rurek, metalowych cylindrów, pokręteł i innych przekładni zajmowało większą część pomieszczenia.

Wyszło tak, jakby rurki i cylindry stanowiły podzbiór przekładni.

– A oto i moje cudo – powiedział aptekarz z dumą .

Zbędna spacja przed kropką.

– W rzeczy samej. Zaraz sam się przekonasz.

Samej, sam. Drugie całkiem niepotrzebne.

Jednak zapewne trudniejsza do udowodnienia, niż ślady zostawiane przez linie Purkyniego.

Nie ma rozbieżnych orzeczeń, a zatem nie stawiamy przecinka przed “niż”.

Jako lekarz doskonale wiesz, że krew jest esencją życia, więc, że tak powiem, stężenie, czy też może nasycenie ducha musi być w niej wysokie.

Rozdrobnione przecinkami w stopniu utrudniającym odczyt. Proponowałbym: jest esencją życia, więc – że tak powiem – stężenie czy też może nasycenie

– Wynikiem jest więc zwykłe widmo światła? – spytał Józef, nieco rozczarowany.

Widać, że rozczarowany, nie trzeba informować.

Proces oczyszczania brzmi na długotrwały

Niezbyt udana konstrukcja.

to i tak nie skończylibyśmy nim  Charlotte pogoniłaby nas do łóżek.

Raczej “pogoni”. Przecinek przed “nim”, bo tu są rozbieżne orzeczenia. Podwójna spacja.

Stosuję azotan srebra – odpowiednio przygotowany zaciemnia się pod wpływem światła. Potem trzeba tylko utrwalić efekt.

Owo “tylko” jest tutaj zdecydowanie największym problemem. Zdaje się, że robisz z Weimanna wynalazcę fotografii.

pionowych linii jasnego koloru

Może po prostu “jasnych pionowych linii”?

zjedli tylko na szybko kilka kanapek

Pół biedy, że “na szybko” dosyć potoczne w stosunku do ogółu tekstu, gorzej, że wtedy chyba jeszcze nie znano kanapek?

Z zachwytem wpatrywał się w kolorowy wzór poprzecinany pionowymi, czarnymi liniami, nie grubszymi niż ludzki włos.

A przed chwilą “większa część powierzchni była czarna”. Możliwe oczywiście, że to wada aparatury, możliwe nawet, że Weimann uzyskiwał utrwalony negatyw, niemniej jest to tutaj trochę niejasne.

– Oto jestem – wyszeptał zapatrzony w płytkę Brodowicz.

Jest to poprawne, niemniej “wpatrzony” byłoby bardziej jednoznaczne.

Szczęśliwie dla nich, Charlotte najwyraźniej dobrze znała zwyczaje męża.

Stwierdzasz to jako narrator wszechwiedzący, nie z perspektywy Józefa.

Rzucili się na niego niczym kawalerzyści szturmujący wrogie pozycje.

Pomijając już wskazany problem ze szturmem, mam nadzieję, że rzucili się na jedzenie (“na nie”), a nie na stół.

To porusza w człowieku struny, których istnienia nawet nie podejrzewałem.

Mówi tu o sobie w trzeciej osobie, więc już chyba “nie podejrzewał”?

Ten wynalazek Carla, to, no cóż… coś naprawdę nietuzinkowego.

Zbędny przecinek przed “to”.

To odkrycie przyniesie mu nieśmiertelną sławę i równe miejsce pośród nazwisk takich jak Newton czy Arystoteles.

Równe miejsce kojarzy mi się z takim, którego nie trzeba przekopywać przed ułożeniem śpiwora. Ewentualnie mogłoby być “zasłużone”, ale niekoniecznie.

Wywód Brodowicza przerwał płacz dziecka dobiegający zza ściany.

Sam się domyślę, że nie asystenta.

Sam rozumiesz, jeśli będziesz twierdzić, że uzyskany obraz jest śladem pozostawionym przez duszę i będziesz go obserwować w przypadku zwierząt, to…

Przecinek po “duszę”, aby domknąć zdanie podrzędne.

Różny dla każdego człowieka.

Wydaje mi się, że różny dla wszystkich albo inny, odmienny dla każdego.

– Owszem – potwierdził Weimann. – Wprawdzie, póki co mamy zaledwie cztery próbki, ale widać, że w żadnym przypadku sekwencja się nie powtarza.

To nie powinien potwierdzać, co najwyżej stawiać hipotezę.

– Przyjmijmy więc, że każdy obraz jest inny. – Kontynuował Brodowicz.

Dałbym bez kropki i od małej litery, ustnie kontynuował, ale to może być kwestia uznaniowa.

– Nie myślisz chyba, żeby przetestować to na własnym synu? – Oburzył się Józef.

I znów, albo jako opis czynności w mowie od małej litery, albo naturalny szyk odłączonego zdania “Józef oburzył się”.

Wyraźnie widać było, jak na jego obliczu ścierają się ze sobą sprzeczne emocje.

Nie sądzę, aby mogły się wspólnie ścierać z czymś innym.

Chłopiec leżał zupełnie nieruchomo, niczym porzucona, szmaciana lalka. (…) Dziecko było chłodne, a kończyny miało dziwnie sztywne

To albo wiotkie (jak szmaciana lalka), albo sztywne, to jest podstawowa różnica przy próbie diagnozy. A piszesz z perspektywy lekarza.

jego pierś jednak unosiła się i opadała

Wiadomo.

– Spokojnie, niech się pani uspokoi – powiedział Józef.

Stylistycznie to nie jest najlepsze, ale w danym kontekście miał prawo tak powiedzieć, nie nalegam na zmiany.

– Jeśli tak, to nigdy jej nie widziałem. Ani nawet o niej nie słyszałem. – Brodowicz podrapał się po policzku. – To nie przypomina niczego, Carl.

Tutaj zgoda. Mało jest rzeczy, które nawet hipotetycznie mogłyby dać takie objawy. Może choroba Heinego-Medina w niezmiernie rzadkiej postaci opuszkowej, ale miałaby wyrazisty prodrom. Może wysoki zawał rdzenia przedłużonego z częściowym oszczędzeniem włókien oddechowych, ale to jest zupełnie niespotykane, a już zwłaszcza u niemowląt. Błędami metabolicznymi można wiele wytłumaczyć, jednak objawy rozwijają się powoli. Nie wiem, może kiedy przeczyta to jakiś lekarz, będzie w stanie zaproponować coś bardziej wiarygodnego?

I stało akurat wtedy, gdy wypalałeś widmo.

I stało się to…

Chociaż wygląda na to, jakby fizycznie nic mu nie dolegało

Wygląda na to, że… albo: tak, jakby…

Józef wpatrywał się w krajobraz monotonnie przewijający się za oknem dyliżansu.

Wyrażenie “przewijający się” w tym kontekście pochodzi chyba od skojarzenia z taśmą filmową, więc dla tej epoki może nie bardzo pasować. Monotonnie przepływający?

Nie myśleć o zalanej łzami, słodkiej twarzy

To nie są epitety równorzędne, twarz jest słodka ogółem, zalana łzami chwilowo, przecinka bym zatem nie dawał.

Chralotte.

Charlotte.

 

Po przeglądzie językowym przychodzi czas na kwestie fabularne. Tutaj mam dwa podstawowe zastrzeżenia. Pierwsze tyczy się łatwości, z jaką Carl i Józef przystali na interpretację odkrycia. Pierwsza, podstawowa myśl powinna być przecież taka, że uzyskiwane widmo barw zależy od składu fizycznego badanych tkanek. Jeżeli przy badaniu ludzi pojawiałyby się ciemne linie, których nie ma przy materiale zwierzęcym, tym bardziej sugeruje to obecność dodatkowych związków w destylacie zaburzających obraz. Ewentualnie budziłoby podejrzenia, gdyby wzór był zawsze ten sam dla danego człowieka (niezależnie od konkretnej tkanki), a różny dla osób różnych; brakuje jednak wzmianki o przeprowadzeniu takiego właśnie porównania. Interpretacja widma świetlnego w pryzmacie jako odbicia duszy wymaga prowadzenia badań ze szczególnym metafizycznym podejściem, mało chyba prawdopodobnym u poważnych XIX-wiecznych naukowców; a gdyby nawet aptekarz zapomniał się w swojej wizji, przyjaciel powinien go szybko naprostować.

Drugie zastrzeżenie, chyba poważniejsze, tyczy się przesłania tekstu. Rozumiem lub odgaduję, że miało ono mówić o odpowiedzialności przy prowadzeniu badań naukowych, zwłaszcza eksperymentów medycznych, moim zdaniem opowiadanie w tej formie chybia jednak takich wniosków. Badacze postępowali racjonalnie, w obrębie świata przedstawionego żadne przesłanki nie przemawiały za podobnie drastycznym skutkiem, wystąpił diabolus ex machina. Nikt nie potrafił zaproponować, która konkretnie czynność miałaby zaszkodzić dziecku – pobranie tkanki, spalenie jej, destylacja, obserwacja rzutowanego obrazu, jego utrwalenie?

W rezultacie przypuszczam, że nikt nie pobierze z tekstu zamierzonego zapewne morału. Obawiam się natomiast, że ktoś (niewyedukowany) mógłby niespodziewanie pokusić się o wnioski dużo bardziej złowrogie. Otóż łatwo pomyśleć: “ach, czyli nie można przeprowadzać uzasadnionych badań naukowych bądź czynności medycznych, bo są one niemiłe Bogu czy tam Naturze i niewinne dziecko zostanie pokarane chorobą lub śmiercią”. Wiem, brzmi nader głupawo, ale to chyba jest mniej więcej ten nieracjonalny sentyment, który stoi za powodzeniem ruchów antyszczepionkowych. Czynności przeprowadzone przez Carla i Józefa są dużo bliższą analogią nie tyle nawet szczepienia, co pobrania krwi do badań – niż nieodpowiedzialnego eksperymentu medycznego. Wydaje mi się, że to zbyt niebezpieczne postawy, aby ryzykować ich podsycanie w najmniejszym choćby stopniu. Dlatego to opowiadanie z zakończeniem proponowanym przez Bruce oceniłbym nieporównanie wyżej, jakkolwiek przekaz “wiedza nie przynosi szczęścia” mógłby być odrobinę wyświechtany.

 

W sumie narracja przyjemnie poprowadzona, lektura ciekawa, gdyby Spectrum hominis nie trafiło jeszcze do Biblioteki, zapewne bym je zgłosił; myślę, że do progu piórkowego raczej się nie zbliża. Pod kątem lekarzy i (nieco już późniejszej) epoki rozbiorów mogę gorąco polecić dwa piórkowe opowiadania: stosunkowo niedawną Dziewczynę z papieru i ognia duetu Cobold & Funthesystem oraz Pod inną nazwą Dreammy (https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/6523).

Uh, chwilę tu nie zaglądałem i nazbierało się komentarzy. W każdym razie – dziękuję serdecznie wszystkim za przeczytanie i uwagi. Za kwestie językowe spróbuję zabrać się w weekend – trochę tych uwag się nagromadziło, przeglądając je szybko widzę, że część z pewnością wprowadzę, inne raczej mnie nie przekonują, ale jest ich tyle, że będę musiał na spokojnie przysiąść i popracować. Zajmijmy się więc teraz pozostałymi aspektami komentarzy. Tak więc, po kolei:

 

Reg

XIX wiek i jego obraz nauki, jak zauważasz, różni się dość znacznie od tego, jak wygląda to dziś. Kwestie metafizyczne często nie tylko interesowały naukowców, ale bywały też istotnymi elementami przyjętych teorii i sam Brodowicz faktycznie we Wiedniu także interesował się tymi kwestiami (chociaż musiałbym pogrzebać w dokumentach w jaki sposób). W każdym razie – rozumiem, że ciebie może to nie interesować tak, jak ich. Jeżeli chodzi o kołyskę – wtopa, przyznaję. O ile faktycznie pierwotnie kołyska miała być za dnia w salonie, to jednak dziecko zdecydowanie miało spędzać noc przy matce. Kajam się.

 

Shanti

Doceniam, że zdecydowałaś się zostawić komentarz :D Jeśli chodzi o nagły koniec – no cóż, tekst pierwotnie powstał na konkurs, który jak to konkursy, niestety miał limit długości. Rozumiem, że proporcje tekstu mogą ci przez to nie odpowiadać – ja chciałem skupić się bardziej na budowaniu bohaterów, chciałabyś rozwinięcia akcji, która dla mnie miała być tylko finałem. Jeśli chodzi o płytkę – w planach miałem (i dalej mam, jestem wciąż w trakcie researchu) serię opowiadań, a może i coś dłuższego, z Brodowiczem w roli głównej. Tak więc zabrana płytka robi tu z haczyk do pociągnięcia w kolejnych tekstach.

 

Koala

Miło, że wpadłeś i jeszcze milej, że czytało się dobrze. Czy tak należy pisać? Z pewnością nie ma jednej szkoły ja pisać należy, w każdym razie ja zamierzam robić to mniej więcej w ten sposób.

 

Gravel

Jeśli chodzi o kwestie stylizacji – nie jestem wielkim fanem przestylizowanych tekstów (no, może w konkretnych, eksperymentalnych i nie za długich utworach). Zasadniczo preferuję raczej uwspółcześnioną narrację, nawet w tekstach historycznych, która zapewnia lekką i płynną lekturę, ewentualną archaizację zostawiając głównie dla dialogów (ale i tu z wyczuciem, żeby nie trzeba było przez nie brnąć). I miło mi, że niektórzy doceniają brak happy endów – sam też lubię gdy nawet jeśli zakończenie nie jest złe, to przynajmniej gorzkie.

 

Greasy

Dzięki, że wpadłeś. Miło, że tekst coś poruszył, chociaż zawsze można to odbić, że krzywda dziecka to najprostszy rodzaj poruszenia : )

Nikt jeszcze nie nominował? :)

Jakoś się jeszcze nie złożyło.

 

Ślimaku

Wielkie dzięki za obszerny komentarz i czas, jaki mu poświęciłeś. Ale i ja na rzetelną odpowiedź będę potrzebował nieco czasu, pozwól więc, że zostawię to na jutro.

Może nie wyglądam, ale jestem tu moderatorem. Jeśli masz jakąś sprawę, ale boisz się Beryla - pisz śmiało.

Arnubisie, dziękuję za umocnienie mojej dość zachwianej wiary w sens niektórych dziewiętnastowiecznych „eksperymentów naukowych”. ;)

 

O ile fak­tycz­nie pier­wot­nie ko­ły­ska miała być za dnia w sa­lo­nie…

Ustawianie kołyski w salonie to chyba nie najlepszy pomysł. Niemowlę dużo śpi i potrzebuje spokoju, a w salonie przeważnie zawsze coś się dzieje, no i jak tu np. przewijać dzieciaka przy składającej wizytę przyjaciółce albo karmić piersią przy jakimś ważnym gościu. I zdaje mi się, że w tak zamożnym domu dziecko miałoby pewnie nianię.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobry wieczór, Przeczytałam "jednym tchem" opowiadanie, jak i komentarze. Wszystko to bardzo pouczające i daje do myślenia. Duży plus za nieoczywiste zakończenie opowiadania – nie znamy przyczyny dziecięcej przypadłości, nie wiemy, co będzie dalej. Aż prosi się o kontynuację. Pozdrawiam :)

Cześć,

 

Wybacz, że piszę do Ciebie tak późno – wiem, że od nominacji minął już niemal cały rok – lecz i w moim życiu wiele się zmieniło. W tejże sprawie piszę do Ciebie.

Jakie to prawdziwe i współczesne, mimo że datowane na pierwszą połowę XIX wieku ;) “Hej, co u Ciebie słychać? Słuchaj mam sprawę” :P

 

Weimann urządził laboratorium na poddaszu kamienicy, w której mieściła się apteka „Pod Orłem”. W ciasnym wnętrzu, które z powodu spadów sufitowych zdawało się jeszcze mniejsze, zdołał zgromadzić imponującą kolekcję aparatury. Pełno było tu kolb o rozmaitych kształtach, retort, pełnych odczynników słojów z ciemnego szkła, wag, moździerzy, palników i innych urządzeń, których funkcji Józef nie był pewien.

Dużo tego – usunęłabym jedno. Może pierwsze, bo nie potrzeba dopowiedzenia, że apteka znajduje się w kamienicy. Wiemy to z wcześniejszego opisu. 

 

– Tak, tak, masz rację. Jutro pokażę ci całą analizę, gdybyśmy teraz się tym zajęli, to i tak nie skończylibyśmy nim  Charlotte pogoniłaby nas do łóżek.

podwójna spacja

 

Stanął obok, niepewnie zajrzał do środka. Na widok nieruchomego syna, żywego przecież, ale pozbawionego życia, wnętrzności zwinęły mu się w ciasny węzeł. Zatoczył się, wpadł na kanapę.

Rozumiem, że to poniekąd przedłużanie tajemnicy, ale mnie osobiście razi i mimo wszystko pasowałoby tam “ducha”.

 

Opowiadanie sprawnie napisane, czytało się naprawdę dobrze. Jedyny zarzut został wyjaśniony we wcześniejszych komentarzach (reakcja dziecka na eksperyment), więc się nie będę powtarzać :) Gratki! 

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Cześć!

 

Dziś tylko krótko (pierwsze wrażenie), za kilka dni wpadnę z dłuższym komentarzem. Bardzo spodobało mi się wplecenie maszynerii Carla gdzieś pomiędzy linie papilarne a fotografię. Wypadło nieco marzycielsko i naprawdę przekonująco. Język, rekwizyty i sposób obrazowania dobrze pasują do epoki. Ech, te szalone czasy kiedy człowiek mógł cośniecoś odkryć eksperymentując na strychu… Trochę uwierała Żona aptekarza, ale zakładam, że to również celowy zabieg.

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Ślimaku:

Wybacz, że tyle musiałeś czekać na moją odpowiedź. Najpierw byłem chory, potem miałem dużo na głowie, a chciałem uczciwie przysiąść do tego komentarza, a nie odklepać „Dzięki” w odpowiedzi na tyle znaków.

Na starcie zaznaczę, że o ile kojarzenie Brodowicza mnie nie dziwi, w końcu jak pisała Amush, ma w Krakowie swoją ulicę i lokalnie jakąś rozpoznawalność, bez wątpienia, tak fakt, że kojarzyłeś Weimanna solidnie mnie zaskoczył, o tym człowieku naprawdę nie zostało zbyt wiele informacji, a te które są do zdobycia wymagają głębszego pogrzebania w historii XIX wiecznej Zielonej Góry albo niemieckiego aptekarstwa. Ale miło się zaskakiwać.

Pozwolę sobie nie odpowiadać na wszystkie uwagi językowe, jedna po drugiej. Niektóre z pewnością wprowadzę, tak jak te nieszczęsne „w pół”, jednak wygląda mi na to, że znaczna część twoich komentarzy dotyczy kwestii czysto subiektywnych. Ale zapewniam, że każdą wezmę pod uwagę.

Przede wszystkim musimy pamiętać, że dialogi toczą się tutaj prawie na pewno po niemiecku, a zatem trudno komentować stylizację – zdecydowanie jest kwestią konwencji, na ile uwspółcześniamy przekład XIX-wiecznej niemczyzny. Tu jednak nie widzę powodu, aby nie dać poprawnego wołacza.

Tak, bohaterowie zdecydowanie rozmawiają po niemiecku, co do tego nie ma wątpliwości. Ja zaś, jak wspominałem w jednym z wcześniejszych komentarzy, na ogół nie jestem fanem przestylizowaywania i przeanarchizmowania języka. Tak jak w tym przypadku – ja nie piszę XIX-wiecznej opowieści, ja piszę współczesną opowieść umieszczoną w XIX wieku. Dlatego zależy mi przede wszystkim na komforcie lektury czytelnika, nie na absolutnym realizmie. Zaś idąc do „poprawnego wołacza” – rozumiem, że twoim zdaniem wypowiedź Brodowicza powinna brzmieć „Witaj, Carlu”? Jeśli tak, to cóż, absolutnie się nie zgadzam. Z prostego, prozaicznego wręcz względu – ta forma jest po prostu koszmarna, nawet jeśli jest prawidłowa. Jeśli więc jest to błąd, to trudno, wolę błądzić dalej niż zgadzać się na takie językowe szkaradztwo.

Ależ zabolało! Z pewnością miał być “dworniś” (galant), a nie “dworak” (służalec). Wprawdzie kiedy zacząłem sprawdzać w słownikach, rzecz nie wydaje się zupełnie oczywista. Doroszewski chyba jedyny uznaje możliwość pozytywnego użycia “dworaka”, podpierając się przykładem z Orzeszkowej; nowy SJP i Warszawski świadczą przeciw, podając go jako wyraz wyłącznie pejoratywny. SJP i Doroszewski mają tylko krótkie wzmianki, Warszawski poświęca prawie trzy strony na różne wyrażenia związane z dworactwem – znamię stosunków społecznych. A jednak żaden z trzech nie uznaje “dwornisia”, Warszawski ma w podobnym znaczeniu “dwornika”, z którym jako żywo nigdzie indziej się nie spotkałem. Mimo wszystko “dworniś” wydałby mi się tutaj naturalny, typowo używany w tłumaczeniu francuskiego Courtois d’Arras, w prozie pięknej (o ile potrafię znaleźć) potrafił się jednak tylko raz, u mało znanego lwowskiego satyryka Zagórskiego, w Korpusie PWN ani jednego wystąpienia. Trudna sprawa. Ja bym tego “dwornisia” przywrócił światu, skoro – jak widać – wypełnia lukę semantyczną.

Przykro mi, że zabolało. Ja absolutnie nie odbieram „dworaka” tak jednoznacznie pejoratywnie jak ty, chociaż po twoim komentarzu także pogrzebałem i nieco zdziwiłem się, widząc w większości wyłącznie negatywne definicje. Jednak, podobnie jak powyżej, nie zamierzam zgadzać się na „dwornisia” w tym kontekście – dla mnie „dworniś” nawet jeśli nie brzmi pejoratywnie, to zdecydowanie infantylnie. Dlatego o ile mogę życzyć ci powodzenia w przywracaniu „dwornisia” światu, sam co najwyżej stanę do walki o rozszerzenie definicji „dworaka”.

Nie brzmi zbyt wiarygodnie – odrzucił proponowane stanowisko (“bo tak”), postanowił wrócić “do kraju” (w sensie Galicji, jak rozumiem), przejazdem znalazł się w Krakowie (ciekawe, którędy jechał; Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej wtedy jeszcze nie było) i od razu trafił na UJ? Nie udało mi się na razie odszukać tego Curriculum vitae, więc nie bardzo mam jak zweryfikować.

Może nie brzmieć wiarygodnie, ale to jest dokładnie wersja wydarzeń, którą znalazłem w opracowaniach i która, z tego co pamiętam, pochodzi od samego Brodowicza. Tak, kolei jeszcze nie było, ale to nie oznacza przecież, że na tej trasie nie podróżowano.

 

„Owo “tylko” jest tutaj zdecydowanie największym problemem. Zdaje się, że robisz z Weimanna wynalazcę fotografii.”

Nie zdaje się. Mój Weimann jest naukowcem skupiającym się mocno na swoim odkryciu. Gdy stanął przed potrzebą uwiecznienia wyników, podszedł do tego jak do zadania i znalazł rozwiązanie, które w istocie stanowi formę protofotografii. Jednak nie ma absolutnie żadnych przeciwwskazań, żeby mógł opracować tę metodę – zarówno potrzebne odczynniki, jak i występowanie efektu fotochemicznego przyciemniającego niektóre związki chemiczne pod wpływem światła były znane w czasie, w którym toczy się akcja opowiadania. W zasadzie były już znane od setek lat, z kolei mój Weimann, jak wskazuje jego dyskusja o pracy Purkyniego, jest wykształconym i oczytanym chemikiem, żywo interesującym się rozwojem nauki. Zresztą, oficjalnie pierwsza fotografia powstała dosłownie kilka lat po akcji opowiadania.

Pół biedy, że “na szybko” dosyć potoczne w stosunku do ogółu tekstu, gorzej, że wtedy chyba jeszcze nie znano kanapek?

Znano. Co prawda jakąś formę pieczywa z czymś na wierzchu to znano pewnie od starożytności, ale generalnie w 1824 znano już kanapki bardziej współczesne. Nie jestem co prawda pewien w stu procentach na ile były popularne na ówczesnych terenach niemieckich, ale jako takie były już znane.

A przed chwilą “większa część powierzchni była czarna”. Możliwe oczywiście, że to wada aparatury, możliwe nawet, że Weimann uzyskiwał utrwalony negatyw, niemniej jest to tutaj trochę niejasne.

Żadna wada aparatury. Widmo po rozszczepieniu światła ma postać barwnej tęczy, z kolei wzór uzyskany przez Weimanna ukazywał się jako szereg czarnych linii na tej tęczy (analogicznie do widma absorpcyjnego). Efekt fotochemiczny polega na tym, że przyciemnieniu ulegają związki wystawione na działanie światła – dlatego też tam, gdzie padało kolorowe światło, płytka uległa zaciemnieniu, a tam, gdzie były ciemne linie – pozostały jasne prążki. Więc tak, możesz powiedzieć, że Weimann uzyskiwał negatyw, ale dokładnie tak to powinno działać.

Drugie zastrzeżenie, chyba poważniejsze, tyczy się przesłania tekstu. Rozumiem lub odgaduję, że miało ono mówić o odpowiedzialności przy prowadzeniu badań naukowych, zwłaszcza eksperymentów medycznych, moim zdaniem opowiadanie w tej formie chybia jednak takich wniosków. Badacze postępowali racjonalnie, w obrębie świata przedstawionego żadne przesłanki nie przemawiały za podobnie drastycznym skutkiem, wystąpił diabolus ex machina. Nikt nie potrafił zaproponować, która konkretnie czynność miałaby zaszkodzić dziecku – pobranie tkanki, spalenie jej, destylacja, obserwacja rzutowanego obrazu, jego utrwalenie?

W rezultacie przypuszczam, że nikt nie pobierze z tekstu zamierzonego zapewne morału. Obawiam się natomiast, że ktoś (niewyedukowany) mógłby niespodziewanie pokusić się o wnioski dużo bardziej złowrogie. Otóż łatwo pomyśleć: “ach, czyli nie można przeprowadzać uzasadnionych badań naukowych bądź czynności medycznych, bo są one niemiłe Bogu czy tam Naturze i niewinne dziecko zostanie pokarane chorobą lub śmiercią”. Wiem, brzmi nader głupawo, ale to chyba jest mniej więcej ten nieracjonalny sentyment, który stoi za powodzeniem ruchów antyszczepionkowych. Czynności przeprowadzone przez Carla i Józefa są dużo bliższą analogią nie tyle nawet szczepienia, co pobrania krwi do badań – niż nieodpowiedzialnego eksperymentu medycznego. Wydaje mi się, że to zbyt niebezpieczne postawy, aby ryzykować ich podsycanie w najmniejszym choćby stopniu. Dlatego to opowiadanie z zakończeniem proponowanym przez Bruce oceniłbym nieporównanie wyżej, jakkolwiek przekaz “wiedza nie przynosi szczęścia” mógłby być odrobinę wyświechtany.

 

Zdecydowanie zbyt daleko idziesz ze swoją interpretacją. Po pierwsze, jestem zapewne jedną z ostatnich osób na portalu, którym można by zarzucić (wiem, że tego nie robisz) antyszczepionkowość czy antynaukowość. Zajmuję się nauką zawodowo, w tym pewnymi aspektami nauk medycznych i niewiele rzeczy irytuje mnie tak, jak opisane postawy. I szczerze przyznam, że moim zdaniem trzeba by naprawdę dużo złej woli, żeby w opowiadaniu dopatrzeć się antyszczepionkowości czy podobnych idei.

Myślę jednak, że twój błąd  można zauważyć w zwrotach „nikt nie pobierze z tekstu zamierzonego zapewne morału” czy „drugie zastrzeżenie, chyba poważniejsze, tyczy się przesłania tekstu”. To nie jest i nigdy nie miała być moralizatorska opowieść, pod płaszczykiem XIX-wiecznej historii ucząca ostrożności w nauce. To jest czysto rozrywkowe, fantastyczne opowiadanie traktujące o XIX-wiecznych naukowcach i ich odkryciach. Naprawdę, jestem zdecydowanym przeciwnikiem poglądów, że każde opowiadanie musi mieć wielkie, głębokie przesłanie które odmieni życie i poglądy czytelnika. Zamiast tego jestem zwolennikiem literatury rozrywkowej, nawet jeśli ta rozrywka dotyczy wariacji naukowo-metafizycznych w których cierpią niewinne dzieci, a nie prostych pościgów i wybuchów.

No ale masz pełne prawo woleć opowiadanie z zakończeniem, które proponowała Bruce. Tylko to nie jest moje opowiadanie.

W każdym razie, jeszcze raz dzięki za poświęcony czas i wnikliwy komentarz, nawet jeśli opowiadanie nie przypadło ci do gustu tak bardzo, jak byś tego chciał.

 

OldGuard

Cześć : )

Miło, że wpadłaś i opowiadanie przypadło ci do gustu.

Jakie to prawdziwe i współczesne, mimo że datowane na pierwszą połowę XIX wieku ;) “Hej, co u Ciebie słychać? Słuchaj mam sprawę” :P

To w sumie mógłbym przekopiować fragment odpowiedzi do Ślimaka :D Tak, brzmi to współcześnie i tak w zasadzie zabrzmieć miało, chociaż faktycznie jak teraz na to patrzę, to brakuje tam tylko „Chcesz coś z Avonu?”

 

Anet

Fajnie :)

 

Krar

Cześć i tobie!

W oczekiwaniu na dłuższy komentarz ucieszę się tylko, że się podobało i zapytam co tam uwierało w tej żonie aptekarza?

 

Może nie wyglądam, ale jestem tu moderatorem. Jeśli masz jakąś sprawę, ale boisz się Beryla - pisz śmiało.

Cześć, Arnubisie!

 

Przykro mi, ale scena, gdzie Carl przedstawia Józefowi swą żonę, a później dziecko, to najczystsza fantastyka, której tam chyba nie miało być. Rodzice, którzy śmieją się wniebogłosy, przedrzeźniają i ogólnie hałasują, gdy obok śpi ich dziecko; potem biorą je na ręce, odkładają (nawet jeśli delikatnie i ostrożnie)… Nie, żaden, nawet XIX wieczny rodzic, nie naraziłby się na tak idiotyczne przywołanie demona. Kolejnym aspektem fantastycznym jest to, że demon nie przybył na tak wyraźne wezwania (może Jan już wtedy był pustą skorupą?).

A co do reszty tekstu…

Zafundowałeś na trochę Science-Fiction w XIX wiecznym anturażu, które później skręciło w magiczno-tajemnicze zakamarki. Co do kwestii naukowych, to kilka rzeczy mi zazgrzytało.

Carl okrzyknął unikalność widma na podstawie 3 próbek (później 4) – trochę mało, tym bardziej że badani nie byli spokrewnieni, a Carl używał zdaje się różnych “materiałów” (krwi, włosów itd.). Na tej podstawie obaj panowie zaczęli wysnuwać rozmaite wnioski, a nawet padło stwierdzenie:

Dopiero co udowodniłeś istnienie duszy.

To dość zuchwała ocena, jak na naukowca, nawet jeśli wydana w odkrywczym szale. Panowie są już po trzydziestce, z nauką są za pan brat, ale w swoich odkryciach brakuje im wątpliwości. Nie wiem, czy rozprawka na temat wykluczania kolejnych hipotez byłaby ciekawa literacko, to zupełnie osobna kwestia, ale brakuje mi tu choćby jej namiastki.

Nie muszę chyba pisać, że tekst jest napisany świetnie – bardzo dobrze się to czyta, wypływa tu sporo klimatu epoki. Nie siliłeś się na stylizację, ale oddałeś go w sposób bardzo przystępny. Duży plus.

Dialogi napisałeś bardzo naturalnie, jest w nich nie tylko przyjacielska serdeczność, ale też staromodna kurtuazja, a potem też inne emocje.

Tekst zostawia mnie z lekkim niedosytem, że to się tak po prostu skończyło. Wszystko zbudowałeś tu odpowiednio, zachowania bohaterów są uzasadnione, ale jest to właściwie opowieść o diabolicznej maszynie, która na końcu po prostu jest niszczona. Józef odjeżdża z metalową płytką, tu w pierwszym momencie myślałem, że jest jakiś aspekt grozy, ale to pewnie jego własna płytka, wykradziona chęcią posiadania obrazu własnej duszy. Smutna to historia, może skłaniająca do tego, żeby uważać z metodami badań naukowych, ale chyba zabrakło mi tu czegoś, z czym tekst by mnie zostawił przy sobie na dłużej.

A, no i nie przepadam za łacińskimi tytułami, bo ich nie rozumiem :V ten tutaj pasuje znacznie lepiej niż polski odpowiednik – przetłumaczyłem sobie, no ale… niesmak pozostał xP

Nie no – wyszło bardzo dużo marudzenia, ale to chyba dlatego, że próbowałem tekst mocno przeanalizować (a nie patrzyłem też na wcześniejsze komentarze). Wrażenia z lektury są bardzo pozytywne, chętnie przeczytałbym więcej o Józefie lub/i Carlu, bo tekst daje dużo przyjemności z lektury. Masz tam może coś jeszcze w zanadrzu?

 

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Przykro mi, ale scena, gdzie Carl przedstawia Józefowi swą żonę, a później dziecko, to najczystsza fantastyka, której tam chyba nie miało być. Rodzice, którzy śmieją się wniebogłosy, przedrzeźniają i ogólnie hałasują, gdy obok śpi ich dziecko; potem biorą je na ręce, odkładają (nawet jeśli delikatnie i ostrożnie)… Nie, żaden, nawet XIX wieczny rodzic, nie naraziłby się na tak idiotyczne przywołanie demona. Kolejnym aspektem fantastycznym jest to, że demon nie przybył na tak wyraźne wezwania (może Jan już wtedy był pustą skorupą?).

 

Przyłapany, w takich momentach na jaw wychodzi ludzkie nieobycie, bo zakładam, że gdybym miał własne dzieci to z automatu nawet bym o czymś takim nie pomyślał :D

 

Carl okrzyknął unikalność widma na podstawie 3 próbek (później 4) – trochę mało, tym bardziej że badani nie byli spokrewnieni, a Carl używał zdaje się różnych “materiałów” (krwi, włosów itd.). Na tej podstawie obaj panowie zaczęli wysnuwać rozmaite wnioski, a nawet padło stwierdzenie:

 

„Dopiero co udowodniłeś istnienie duszy.”

 

To dość zuchwała ocena, jak na naukowca, nawet jeśli wydana w odkrywczym szale. Panowie są już po trzydziestce, z nauką są za pan brat, ale w swoich odkryciach brakuje im wątpliwości. Nie wiem, czy rozprawka na temat wykluczania kolejnych hipotez byłaby ciekawa literacko, to zupełnie osobna kwestia, ale brakuje mi tu choćby jej namiastki.

 

Tutaj muszę się po części zgodzić. To znaczy, bezpośrednim zamysłem miał być ten odkrywczy szał, o którym pisałeś. To są przyjaciele ze studiów, którzy spotykają się po latach przy niesamowitym odkryciu i zaczynają wzajemnie nakręcać się coraz bardziej, dlatego z automatu chwytają się najbardziej ekscytującego wytłumaczenia. Gdyby wszystko trwało dłużej i pierwsze podniecenie by opadło, może podeszliby do sprawy na spokojniej. Zresztą i tak w wieczornej dyskusji chciałem pokazać nieco różnicę między bohaterami, gdzie Józef próbuje nieco stopować Carla (chociaż wciąż, jak zauważyłeś, jest wkręcony i z miejsca kupuje narrację o duszy). Ta metafizyczna interpretacja wynika też po części z tego, co było wspomniane w liście – obaj panowie fascynowali się takimi tematami podczas studiów w Wiedniu, dlatego możliwość eksperymentalnego potwierdzenia tak ich zafascynowała. No i wychodzi też kwestia oryginalnego konkursowego limitu znaków, nie do końca miałem tam miejsce na rozpisywanie i weryfikowanie dodatkowych hipotez. Chociaż pewnie kilka rzeczy dałoby się zrobić lepiej, chociażby podkręcając liczbę dotychczasowych próbek (przy czym, póki Weimann chciał jeszcze trzymać wyniki w tajemnicy nie mógł też przesadzać, więc wciąż trzeba by to zbalansować).

 

Lekki niedosyt zawsze powinien pozostawać po udanym tekście. Co prawda fajnie, gdyby zostawała też satysfakcja, więc może jeszcze trochę trzeba doszlifować proporcje. „to pewnie jego własna płytka, wykradziona chęcią posiadania obrazu własnej duszy” – tak, to jest oryginalna interpretacja, którą miałem na myśli podczas lektury. Ale wciąż, nie chciałem bezpośrednio dawać odpowiedzi i dawać jednej opcji, bo może jednak Józef wykradł płytkę Jana?

A, no i nie przepadam za łacińskimi tytułami, bo ich nie rozumiem :V ten tutaj pasuje znacznie lepiej niż polski odpowiednik – przetłumaczyłem sobie, no ale… niesmak pozostał xP

No cóż, samo spectrum wciąż jest używane w nauce, czy to w nazwie spektroskopów, spektrometrów (którymi zajmuję się zawodowo xD) czy podobnych zwrotów. I tak, polskie „widmo człowieka” miałoby zupełnie inny wydźwięk, więc poszedłem w łacinę, która zresztą była w tamtym czasie językiem nauki i zapewne w tym języku mógłby ukazać się opis znaleziska (poza oczywiście językiem niemieckim).

Wrażenia z lektury są bardzo pozytywne, chętnie przeczytałbym więcej o Józefie lub/i Carlu, bo tekst daje dużo przyjemności z lektury. Masz tam może coś jeszcze w zanadrzu?

Nie mam nic gotowego, ale jestem obecnie zakopany w researchu dotyczącym Józefa i ogólniej Krakowa z czasów Rzeczpospolitej Krakowskiej. Przy czym klasycznie wciąga mnie czarna dziura researchu, materiałów pojawia się coraz więcej i ciągle mam przed sobą kilka książek do przeczytania i górę dokumentów do przekopania. W każdym razie – tak, nie chcę całkowicie tego porzucać. W planach mam pisanie czegoś o Józefie – pierwotnie miało być opowiadanie, coraz mocniej myślę o cyklu opowiadań, możliwe też że jednak fabuła rozbuduje się do powieści, zobaczymy. Jak mówiłem, póki co jestem zagrzebany kompletnie w researchu a fabuła sobie w tym czasie pączkuje, gdy kolejne wiadomości wskakują na swoje miejsce. Generalnie jednak – dalsze opowieści miałyby dotyczyć przede wszystkim Józefa w Krakowie, od czasu jego przybycia w 1823 roku. Myślę nad tym, żeby pójść trochę w kierunku medyczno-fantastyczno-kryminalnym, ale wszystko jeszcze musi się wyklarować.

Może nie wyglądam, ale jestem tu moderatorem. Jeśli masz jakąś sprawę, ale boisz się Beryla - pisz śmiało.

Czytałem w wersji papierowej, pamiętam, że podobało mi się :)

Krokus: Przykro mi, ale scena, gdzie Carl przedstawia Józefowi swą żonę, a później dziecko, to najczystsza fantastyka, której tam chyba nie miało być. Rodzice, którzy śmieją się wniebogłosy, przedrzeźniają i ogólnie hałasują, gdy obok śpi ich dziecko; potem biorą je na ręce, odkładają (nawet jeśli delikatnie i ostrożnie)… Nie, żaden, nawet XIX wieczny rodzic, nie naraziłby się na tak idiotyczne przywołanie demona.

Arnubis: Przyłapany, w takich momentach na jaw wychodzi ludzkie nieobycie, bo zakładam, że gdybym miał własne dzieci to z automatu nawet bym o czymś takim nie pomyślał :D

Od razu widać, jak Krokus podchodzi do kwestii rodzicielstwa. Brawa, oby więcej takich zachowań wśród rodziców. :)

Muszę tutaj niejako stanąć w obronie tekstu (i to wcale nie dlatego, że nominowałam go do piórka). :) Zachowanie rodziców względem uśpionego z trudem dziecka to sprawa dość indywidualna. Często zdarza się, że padają głosy (szczególnie ze strony doradzających dziadków), aby dziecko w dzień nie spało zbyt długo, bo nie zaśnie potem w nocy i nie da pospać rodzicom. Bywają maluchy, które śpią nawet 23 godziny na dobę, bywają – śpiące tylko jedną godzinę (moje należą do tej drugiej grupy :) ). Zawsze uśpienie dziecka po wielogodzinnych próbach jest przez rodzica witane z ulgą i możliwością zaznania spokoju czy wypoczynku, ale jeśli dziecko śpi zbyt długo, też nie jest to dobrym dla mamy i taty.

Jednakże tutaj jest również zaprezentowana specyficzna sytuacja – do domu przyjechał gość, witany entuzjastycznie, któremu z dumą jest przedstawiony potomek gospodarza, zaś sam gospodarz niejako chce się popisać przed przyjacielem swoim ogniskiem domowym i tym, że “on w nim rządzi i jest panem domu, któremu wiele wolno”. Ewentualne zbudzenie dziecka z powodu hałasu nie było traktowane jako coś złego i nie mogącego się przydarzyć. Niektóre dzieci zresztą zasypiają i śpią lepiej przy hałasie, zwłaszcza “swojskim, domowym, zwyczajowym w domu”. Tak to odebrałam i akurat mnie jako rodzica opisana sytuacja nie raziła. 

Pecunia non olet

Czytałam dawno temu, więc teraz odświeżam na szybko. Opowiadanie lepsze niż zapamiętałam :D Wrażenie robi przede wszystkim solidny research, dzięki czemu wydarzenia nabierają koloru, kształtu i smaku poprzez wplatanie osadzonych w tej rzeczywistości detalach. Streszczanie w pierwszej części nadal mnie denerwuje, ale teraz mogę już przyznać, że pasuje do opowiadania. I choć to nie moja bajka – nominuję za solidną historię, pierwszej klasy research, oryginalny pomysł i konsekwentne wykonanie. Kawał dobrej roboty.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Zdecydowanie mi się ten tekst podobał, choć podzielam opinie, że zakończenie jest nieco przyspieszone.

Podoba mi się w opowiadaniu dbałość o charakterystykę bohaterów, ich zróżnicowanie – przy dzielonych przez nich wspólnych doświadczeniach. Podoba mi się pomysł, zdecydowanie doceniam ideę rozumienia nauki w sposób niekoniecznie dla nas dziś naukowy, mocno podlany mistycyzmem. Fakt, że od kiedy narrator wspomina, że może nie trzeba ryzykować z dzieckiem, staje się dość jasne, co będzie dalej, ale to mi nie przeszkadzało – przy tego typu tekście, grającym odwołaniami do tradycji i do literackiej klasyki vintage’owej grozy, taka zapowiedź była dla mnie częścią konwencji. A jak już o tym mowa, cała stylizacja, i językowa, i narracyjna, i związana z układem fabuły IMHO zadziałała. Udane opowiadanie.

To i nawzajem przepraszam za opóźnienie w odpisywaniu. Bardzo mi miło, że zechciałeś przygotować solidną, obszerną odpowiedź. Rzeczywiście jednak zabrakło mi czasu i weny, aby natychmiast kontynuować porządną dyskusję.

tak fakt, że kojarzyłeś Weimanna solidnie mnie zaskoczył, o tym człowieku naprawdę nie zostało zbyt wiele informacji, a te które są do zdobycia wymagają głębszego pogrzebania w historii XIX wiecznej Zielonej Góry albo niemieckiego aptekarstwa.

“Kojarzyłem” to po namyśle trochę duże słowo, czytałem o nim kiedyś jakąś wzmiankę w związku z meteorytem i wydało mi się, że pamiętam nazwisko (ale ono i tak nie jest bardzo rzadkie).

Pozwolę sobie nie odpowiadać na wszystkie uwagi językowe, jedna po drugiej. Niektóre z pewnością wprowadzę, tak jak te nieszczęsne „w pół”, jednak wygląda mi na to, że znaczna część twoich komentarzy dotyczy kwestii czysto subiektywnych. Ale zapewniam, że każdą wezmę pod uwagę.

Rozumiem, ich jest rzeczywiście sporo. I cóż – stylistyka to nie nauka ścisła, nie przedstawię Ci formalnych dowodów, ale też na ogół nie piszę propozycji korekt na podstawie złego nastroju i losowego widzimisię. Starałem się przy tym różnicować w sformułowaniu uwag, do czego jestem w pełni przekonany, a do czego niekoniecznie. Tak czy inaczej, doceniam, że każdą weźmiesz pod uwagę.

Zaś idąc do „poprawnego wołacza” – rozumiem, że twoim zdaniem wypowiedź Brodowicza powinna brzmieć „Witaj, Carlu”? Jeśli tak, to cóż, absolutnie się nie zgadzam. Z prostego, prozaicznego wręcz względu – ta forma jest po prostu koszmarna, nawet jeśli jest prawidłowa. Jeśli więc jest to błąd, to trudno, wolę błądzić dalej niż zgadzać się na takie językowe szkaradztwo.

Przytoczę w takim razie cytat z Nowego słownika poprawnej polszczyzny PWN:

Pewną osobliwość we fleksji imion polskich i spolszczonych stanowi na tle odmiany rzeczowników pospolitych postać wołacza. W liczbie pojedynczej żywa jest, zwłaszcza w polszczyźnie mówionej, tendencja do używania w tej funkcji form M. lp, a więc: Bogumił! Jakub! Basia! Maciek! Teresa! Joanna! Małgosia! Tomek! W staranniejszej, w tym pisanej, odmianie języka polskiego wskazane jest jednak stosowanie tradycyjnej formy wołacza: Bogumile! Jakubie! Basiu! Maćku! Tereso! Joanno! Małgosiu! Tomku!

A warto zajrzeć jeszcze i tutaj:

https://polona.pl/item/slowniczek-najpospolitszych-rusycyzmow,NzIxMzg3NjY/46/#item

Jeżeli zatem chcesz XIX-wieczną niemczyznę swoich bohaterów oddawać po polsku formą mniej staranną i przynajmniej historycznie uznawaną za rusycyzm, oczywiście nikt Ci tego nie odmówi. Dziwi mnie jednak określanie formy właściwszej mianem “językowego szkaradztwa”.

Jednak, podobnie jak powyżej, nie zamierzam zgadzać się na „dwornisia” w tym kontekście – dla mnie „dworniś” nawet jeśli nie brzmi pejoratywnie, to zdecydowanie infantylnie. Dlatego o ile mogę życzyć ci powodzenia w przywracaniu „dwornisia” światu, sam co najwyżej stanę do walki o rozszerzenie definicji „dworaka”.

Z pewnością jest to równie uprawnione podejście. W każdym razie ciekawe zagadnienie.

Może nie brzmieć wiarygodnie, ale to jest dokładnie wersja wydarzeń, którą znalazłem w opracowaniach i która, z tego co pamiętam, pochodzi od samego Brodowicza. Tak, kolei jeszcze nie było, ale to nie oznacza przecież, że na tej trasie nie podróżowano.

Rozumiem. Zdziwiło mnie, że podróżując ogółem przez Austrię, znalazł się przejazdem na terenie Krakowa (który był przynajmniej formalnie wolnym miastem), gdy nie wymuszał tego przebieg linii kolejowych – ruch jednak był chyba bezwizowy, więc w sumie nic nie stało na przeszkodzie. Wydawałoby mi się też, że krótsza droga z Wiednia w jego rodzinne strony prowadziłaby przez zachodnią Słowację, Spisz, którąś z przełęczy Beskidu Niskiego i wschodnie Podkarpacie ku Lwowu. Ciekawe więc, co mogło go skłonić do wyboru okrężnej trasy – może miał już zawczasu nadzieję znaleźć zatrudnienie w Krakowie?

Jednak nie ma absolutnie żadnych przeciwwskazań, żeby mógł opracować tę metodę – zarówno potrzebne odczynniki, jak i występowanie efektu fotochemicznego przyciemniającego niektóre związki chemiczne pod wpływem światła były znane w czasie, w którym toczy się akcja opowiadania. W zasadzie były już znane od setek lat

Właśnie. O tym, że związki srebra ciemnieją pod wpływem światła, wiedziano od średniowiecza. Metody umożliwiającej zachowanie takiego obrazu nie znano w ogóle. Dlatego nie rozumiem słów aptekarza “potem trzeba tylko utrwalić efekt”, jak gdyby to uzyskanie obrazu było podstawową trudnością.

ale generalnie w 1824 znano już kanapki bardziej współczesne.

Masz rację, sprawdziłem – wprowadzone w XVIII-wiecznej Anglii. I też nie mam pojęcia, czy rozpowszechniały się już wtedy na terenach niemieckich.

Więc tak, możesz powiedzieć, że Weimann uzyskiwał negatyw, ale dokładnie tak to powinno działać.

Jasne. (Znaczy… ciemne, bo w negatywie). Rzeczywiście tak powinno działać.

Zdecydowanie zbyt daleko idziesz ze swoją interpretacją. Po pierwsze, jestem zapewne jedną z ostatnich osób na portalu, którym można by zarzucić (wiem, że tego nie robisz) antyszczepionkowość czy antynaukowość.

Chętnie potwierdzam, że tego nie robię. Mam nadzieję, że wynikało to z mojego komentarza dostatecznie jasno, iż nic podobnego Ci nie zarzucam. A skoro tak – że nie wliczasz tego do mojej interpretacji, z którą jakoby zbyt daleko idę.

Zajmuję się nauką zawodowo, w tym pewnymi aspektami nauk medycznych i niewiele rzeczy irytuje mnie tak, jak opisane postawy. I szczerze przyznam, że moim zdaniem trzeba by naprawdę dużo złej woli, żeby w opowiadaniu dopatrzeć się antyszczepionkowości czy podobnych idei.

Napisałem raczej, że opowiadanie moim zdaniem może trafiać do osób, które przejawiają podobne idee czy w każdym razie ograniczone zaufanie do nauki, i mogą one wyciągać z niego błędne wnioski. Trudno mi przyjąć ze zrozumieniem, że zajmujesz się nauką zawodowo, a nie irytuje Cię fabuła, w której niemowlę popada w stan wegetatywny wskutek nieokreślonej nadprzyrodzonej interwencji, narracja zaś wskazuje na obarczenie winą naukowców wykonujących najzupełniej prawidłowe czynności.

Otrzymałeś już wcześniej uwagi z kategorii “Naciągane wydaje mi się to, że pobranie i analiza próbki zaszkodziły dziecku”, “Czego nie doczytałam, że nie mogę dojść, dlaczego eksperyment zaszkodził dziecku, a czworgu dorosłym nie?” – i powinieneś się cieszyć, bo chyba większą przykrość sprawiłby Ci komentarz w stylu “masz rację, nigdy o tym nie pomyślałem, że badania laboratoryjne próbek tkankowych to śmiertelnie niebezpieczne eksperymenty na dzieciach”.

Myślę jednak, że twój błąd można zauważyć (…) To nie jest i nigdy nie miała być moralizatorska opowieść, pod płaszczykiem XIX-wiecznej historii ucząca ostrożności w nauce. (…) Zamiast tego jestem zwolennikiem literatury rozrywkowej, nawet jeśli ta rozrywka dotyczy wariacji naukowo-metafizycznych

A to akurat całkowicie rozumiem. Sam chciałbym, aby moje teksty zawierały w sobie jakieś wartościowe przesłanie, ale zazwyczaj mi się to zupełnie nie udaje, więc i trudno czynić z tego zarzut komu innemu. Niemniej wydaje mi się istotne, aby rozważyć, jakie wnioski ktoś może wyciągnąć po lekturze tekstu – i dbać o to, aby nie były takie, z którymi nie chcielibyśmy się utożsamiać.

Na bardzo podobnej zasadzie wyraziłem wątpliwości pod piórkowym Mglistowiem, gdzie występowali “staromagiczni”, prześladowani całkiem jak starozakonni, aż do wszelkich szczegółów, obozów i tatuaży z gwiazdą, tyle że żywili się odsysanymi po kawałku duszami i stanowili śmiertelne zagrożenie dla ogółu społeczeństwa. Obawiałem się zatem, że ktoś mógłby bardzo łatwo potraktować to opowiadanie jako metaforyczne usprawiedliwianie Zagłady, a wiem przecież doskonale, że autor by sobie takiego efektu nie życzył, wobec czego uważam, że wręcz powinienem go uprzedzić.

Mam nadzieję, że udało mi się w miarę klarownie wyjaśnić swoje podejście.

W każdym razie, jeszcze raz dzięki za poświęcony czas i wnikliwy komentarz, nawet jeśli opowiadanie nie przypadło ci do gustu tak bardzo, jak byś tego chciał.

Dziękuję, nie ma za co! Mam nadzieję, że nie miałeś z odpisywania na komentarz znacznie mniej przyjemności aniżeli ja – z pisania go.

Bardzo ciekawy tekst, Arnubisie. Podoba mi się sposób budowania napięcia przed badaniem i sama prezentacja wyniku. Choć sama tragedia mnie nie zaskoczyła (przeczuwałem ją od momentu prezentacji dziecka), to sam ostatni akapit stanowi mocną puentę. Samo tempo końcówki, wielokrotnie wspominane, nie zraziło mnie. Choć faktycznie czułem, że jakbyś tutaj ucinał rzeczy, bo gonił Ciebie limit. 

Tak więc ciekawy i dobry koncert fajerwerków, Arnubisie. Winszuję ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Światowider

Cieszę się, że podobało się kiedyś, mam nadzieję, że podoba się dalej :)

 

Kam

Mam nadzieję, że tym razem zapamiętasz jak świetne jest to opowiadanie. Dzięki za nominację i dużo miłych słów.

 

ninedin

Dzięki że wpadłaś. Tak, kwestia nieco zbyt szybkiego zakończenia przewija się w komentarzach i trudno się z nią nie zgodzić, dziś i bez limitu pewnie napisałbym to trochę inaczej. Ale jednocześnie nie chciałem robić istotnych zmian w strukturze opowiadania umieszczanego na portalu w stosunku do tekstu, który wyszedł w antologii. Cieszę się także, że pozostałe aspekty opowiadania bardziej przypadły ci do gustu, zwłaszcza kwestie mistyczno-naukowe.

 

NWM

Twoje fajerwerkowe oceny są zawsze mile widziane, ciszę się więc, że ten pokaz był zadowalający :D 

Może nie wyglądam, ale jestem tu moderatorem. Jeśli masz jakąś sprawę, ale boisz się Beryla - pisz śmiało.

Fajna stylizacja. Podobał mi się wstęp z listem. Można powiedzieć, że to już klasyczne rozwiązanie przy tego typu opowieściach, ale udało Ci się utrzymać odpowiedni poziom i nie wzdychałem, że “znowu to samo”.

Mocnym punktem są wyraziści bohaterowie. Zarówno małżeństwo, jak i Brodowicz mają indywidualne cechy, które świetnie ich charakteryzują. Pewnie dzięki temu udało Ci się zbudować charakterystyczny klimat. Jednak najbardziej podobał mi się pomysł. Całkiem oryginalny. Coś tam z łapaniem duszy już czytałem, ale nie w takiej formie i kontekście. Dobra robota.

Jak w każdym tekście, coś tam można poprawić, albo inaczej, są rzeczy, które nie do końca mi się podobały. Pierwsza uwaga, raczej marginalna, to raz albo dwa razy za dużo opisałeś Weimanna jako dobrodusznego niedźwiedzia. Wzmianki o jego wyglądzie i charakterze spokojnie wystarczają na początku, później nie widzę potrzeby przypominania o tym.

Druga rzecz to niewykorzystany potencjał pomysłu. Najnormalniej w świecie szkoda go na takie krótkie opowiadanie (które podobnie jak ja, kończysz dosyć szybko i trochę niespodziewanie).

Czy to jest opowiadanie piórkowe? Czy moje subiektywne spostrzeżenia przeszkadzają tylko mi, czy więcej osób dostrzeże jakieś niedociągnięcia? I czy w ogóle mają one wpływ na jakość utworu. Nie wiem. Na szczęście decydować będzie więcej osób, nie tylko ja, więc chętnie się przekonam, jak to się skończy.

Pozdrawiam.

 

Nowa Fantastyka