- Opowiadanie: ocha - Osada

Osada

Przeredagowałam, korzystając z niektórych sugestii, które pojawiły się na dawnej stronie już po czasie edycji. Zlikwidowałam również zauważoną przez AdamaKB nielogiczność, dotyczącą zachowania się zwierzątek w obecności czarnego charakteru. :)

Epilog dopisałam po kilku miesiącach. 

 

Wydarzenia poprzedzające poniższą historię opisałam w "Pierwszej żonie". "Osada" jest jednak tekstem samodzielnym, znajomość "Pierwszej żony" nie jest potrzebna do jego zrozumienia.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Osada

 

Kapitan Asger Sidort gnał tak szybko, jak pozwalały mu na to siła i wytrzymałość jego wierzchowca, wąska, wyboista leśna ścieżka, a także dokuczliwa, zupełnie świeża dziura tuż nad lewą łopatką. Już jakiś czas temu zrezygnował ze spoglądania za siebie, bo pościg okazał się nad podziw wytrzymały i zdeterminowany, a każdy obrót głową kosztował go chwilę dekoncentracji i – co może nie aż tak istotne – nieznośny, szarpiący ból w coraz bardziej sztywniejącym, zranionym barku.

Ale i tak czuł za sobą nerwową, rozgorączkowaną obecność ścigających go jeźdźców. Miał absurdalne wrażenie, że zapach wsiąkającej w kurtkę krwi drażni ich nozdrza i sprawia, że nie są w stanie odpuścić. Podnieceni świadomością, że ofiara z każdą chwilą słabnie nie zrezygnują, cierpliwi niczym padlinożercy osaczający przyszłego trupa.

Pędził więc na złamanie karku, byle dalej, byle bliżej koszar. Las powinien zaraz się skończyć, a potem jeszcze mila, może półtorej.

Oczy zaczęły zachodzić mu mgłą, rozstaje zauważył więc, gdy prawie na nie wpadł. Szlag! Nie spodziewał się tego, nie powinno ich tu być, nie miał czasu, by się zastanawiać. W uszach narastał monotonny szum, coraz głośniejszy, coraz bardziej natarczywy. Ale jednak, był niemal pewien, że przez ścianę jednolitego dźwięku przedziera się tętent kopyt i ożywione nawoływania ludzi. W prawo czy w lewo?! Zwolnił odrobinę, szarpnął wodze w ostatniej chwili, zbyt gwałtownie. Ogłupiały koń parsknął gniewnie, niemal przysiadł na zadzie, by wreszcie, jak chciał jeździec, rzucić się w lewo. Trochę za szybko. Asger poczuł, że traci oddech, zdawało mu się, że płuca nagle się skurczyły. Ścisnął kolanami boki wierzchowca, schylił się w siodle, twarz niespodziewanie znalazła się w końskiej grzywie.

– Wolniej – szepnął, bardziej do siebie niż do konia. Zawartość żołądka zaczęła podchodzić do gardła. Przytulił się do zwierzęcia, które przestał właśnie kontrolować. Jeszcze chwilę czuł się niczym bezwolna kukiełka, śmiesznie podrzucana w rytm końskiego cwału. Zgrabny, silny ogier gnał bez wytchnienia, jakby zdał sobie sprawę, że nikt już nad nim nie panuje, jakby nieoczekiwana wolność dodała mu skrzydeł. Nie zwolnił nawet odrobinę, gdy bezwładne ciało jeźdźca zsunęło się wreszcie na ziemię i potoczyło w stronę porastających skraj ścieżki ciernistych jeżynowych krzewów.

 

***

 

Sierżant Nuka Hadar zatrzymał konia na dziedzińcu koszar, chwilę siedział w siodle bez ruchu, a następnie zmęczonym, zrezygnowanym wzrokiem potoczył po twarzach towarzyszących mu jeźdźców. Nie patrzyli na niego, wyraźnie pogrążeni we własnych, niewesołych myślach.

Hadar westchnął ciężko, zeskoczył na ziemię, poklepał konia po karku. Odwrócił się w stronę budynku w tym samym momencie, w którym ktoś pośpiesznie z niego wyszedł przez gwałtownie otwarte drzwi. Sierżant westchnął jeszcze głośniej; mimo zmierzchu bezbłędnie rozpoznał chudą sylwetkę oficera.

– Poruczniku. – Zasalutował karnie.

Porucznik zignorował formalności. Jego pokryta tatuażami twarz zdradzała zdenerwowanie i poirytowanie.

– Gdzie kapitan? Pułkownik chce go natychmiast widzieć.

Sierżant przymknął oczy.

– Nie ma. Zniknął.

– Co?

– Zniknął. Wiesz, poruczniku, jaki on jest. Miał jeden z tych swoich… nastrojów. Kazał nam czekać na skraju lasu, powiedział, że musi być sam. No to czekaliśmy, aż… usłyszeliśmy strzały. Szukaliśmy go, ale przepadł. Potem nie widzieliśmy już nic, więc wróciliśmy.

Oficer patrzył na mówiącego w milczeniu, jego oczy robiły się coraz bardziej okrągłe, a wargi coraz węższe i dłuższe.

– Musimy o tym zameldować pułkownikowi – odezwał się wreszcie. – Kapitanem interesuje się… Departament Ładu i Spokoju Wewnętrznego – wyrecytował na jednym wydechu.

 

 

***

 

Asger ocknął się w przytulnym cieple i zapachu dymu. Postanowił nie otwierać oczu, dopóki nie przypomni sobie wydarzeń, które sprawiły, że utracił świadomość. Pamięć wróciła szybko, a wraz z nią pojawiło się przekonanie, że lepiej jednak na razie pozostawić oczy zamkniętymi.

Było mu wygodnie, czuł się rozluźniony i niemal rozleniwiony. Pierwszy raz od tak dawna, że zdawało się to wręcz ekstatyczne.

Dobiegły go przytłumione głosy. Szybko zorientował się kto jest głównym bohaterem cichej rozmowy.

– Widziałaś jego kurtkę. To żołnierz. I jeszcze do tego oficer. Sprowadzi na nas kłopoty, sama zobaczysz. Będą go szukać i trafią tutaj. – Zachrypnięty szept brzmiał nerwowo, bojaźliwie i niechętnie.

– Więc co powinniśmy zrobić, powiesz mi? Mam go stąd wyrzucić? Pozbyć się? Przecież wiesz, że nie mogę. ­– To była kobieta. Sądząc po głosie nie najmłodsza, ale chyba znacznie bardziej opanowana od swojego rozmówcy.

Zamilkli. Asger usłyszał ciche szuranie, ktoś zbliżał się do jego posłania.

– Wiem tylko, że będziemy mieli przez niego problemy. – Młody, męski głos rozległ się znacznie bliżej, tuż nad głową kapitana. Sidort poczuł świeży, wilgotny zapach lasu, przez kark przebiegł mu dreszcz spowodowany niespodziewanym chłodem.

– Sam go tu przytargałeś, Stil, więc teraz nie marudź.

Kapitan usłyszał szmer przy legowisku, najpewniej mężczyzna pochylił się nad nim.

– Wiesz przecież, że nie mogłem go zostawić – powiedział ledwo dosłyszalnie, nagle zupełnie łagodnie. – Potrzebował pomocy.

– I potrzebuje jej nadal. Więc nie mam wyboru.

Zapadła cisza. Asger niemal czuł spojrzenie dwóch par oczu, utkwionych w nim z uwagą i rezygnacją.

– Udaje – odezwał się w końcu mężczyzna.

– Co?

– Udaje. Ocknął się jakiś czas temu, teraz podsłuchuje.

Sidort gorączkowo zastanawiał się, co powinien zrobić.

– Jest środek nocy. Zaraz otworzy oczy i zacznie zadawać setki pytań. Ostatnią rzeczą, na którą mam teraz ochotę, to na nie odpowiadać. Muszę odpocząć, więc, drogi oficerze, wyświadcz mi tę przysługę i pośpij jeszcze trochę.

Asger poczuł nieznaczne ukłucie w szyję i zanim zdążył pomyśleć, co to może oznaczać, ponownie zapadł w ciszę.

 

***

 

Porucznik Kerk Tor boleśnie odczuwał mijający czas. Stał przepisowo wyprostowany, tuż obok wyprężonego jak struna sierżanta Hadara. Gdyby potrafili czytać sobie w myślach skonstatowaliby ze zdumieniem, że obaj zogniskowali spojrzenia na tej samej, odsłaniającej pomarańczowe cegły dziurze w burym tynku na ścianie. Dokładnie pomiędzy głowami pułkownika Mikela Elifa oraz jeszcze jednego mężczyzny, którego nazwisko mieli właśnie poznać.

– Kapitan Gur Rasmu. – Wskazał na niego pułkownik, gdy już wyczerpał repertuar wrzasków i zmęczył się waleniem pięścią w meble.

Porucznik nie przejął się zanadto wybuchem wściekłości dowódcy, nie był dla niego niespodzianką. Pułkownik łatwo wpadał w furię, ale im była gwałtowniejsza, tym szybciej się kończyła i tym jaśniej działał po ataku jego umysł. Tor z zaciekawieniem zerknął więc na przedstawionego mężczyznę.

– Jest z… Departamentu Ładu i Spokoju Wewnętrznego, przyjechał tu w związku z tym nieszczęsnym lasem.

Rasmu uśmiechnął się szeroko i lekko skinął głową.

– To na razie nazwa robocza, nie ma potrzeby się do niej zanadto przywiązywać. Urząd Bezpieczeństwa albo może… Ministerstwo Ochrony… No, sam nie wiem. Już tam coś wymyślą, krótkiego i treściwego.

Sierżant poruszył się niespokojnie.

– Pułkowniku, zakończyliśmy rekonesans, nie znaleźliśmy w lesie nic niepokojącego.

Rasmu powoli podszedł do Hadara i chwilę wpatrywał się w niego z uwagą. Sierżant poczuł palącą potrzebę uderzenia tego szczupłego, wysokiego mężczyzny w zadarty nos.

– Może nie przyłożyliście się wystarczająco. I fakt gubienia oficerów jest jednak dość niepokojący, nie sądzicie? Zwłaszcza takich, z którymi chciałbym porozmawiać.

Kerk Tor poczuł, że się czerwieni.

– O świcie wznowimy poszukiwania. Jestem pewien, że…

– Nie ty, poruczniku. Sierżant zgubił, sierżant znajdzie – warknął pułkownik.

– Tak jest.

Gur Rasmu nagle stracił zainteresowanie Hadarem i podszedł do Kerka. Stanął pół kroku przed nim i bez skrępowania, z wyraźnym zaciekawieniem oglądał rysunki pokrywające szyję i twarz rudego oficera.

Kerk chrząknął zakłopotany.

– Kapitanie Rasmu – zapytał wreszcie. – Czy mógłbym wiedzieć, dlaczego…

– To chyba nie twoja sprawa, poruczniku – przerwał mu Elif.

Rasmu podniósł rękę w uspokajającym geście.

– Ależ, pułkowniku! Porucznik zapytał, a ja nie widzę przeszkód, by odpowiedzieć. Wiecie przecież, że kiedyś, dawno, te lasy były wyjątkowo bogate w, nazwijmy to, magiczne istoty. No, opiekuńcze duszki, wszelkiego autoramentu baby, demony czy co tam jeszcze. Wywiad jest poważnie zaniepokojony wielokrotnymi doniesieniami na temat odradzania się tych stworzeń. Jak mogą być niebezpieczne – mieliście już okazję się przekonać. Wasz zwiad niczego nie wykazał – zwrócił się ponownie do sierżanta ­– jednak podejrzewam, że wyłącznie dlatego, iż nie został przeprowadzony z należytą starannością. I może jeszcze z tej przyczyny – spojrzał znacząco na pułkownika – że i rozkazy nie odzwierciedlały w pełni powagi sytuacji.

– Kapitan Sidort to jeden z moich najlepszych oficerów. – Elif postanowił zignorować osobistą zaczepkę, w zamian biorąc w obronę zaginionego podwładnego.

– I jeden z najbardziej niesubordynowanych – odparował Rasmu. – A teraz zniknął.

– Bardziej niż w baby wierzę w pospolite bandy – mruknął Hadar.

– Zapewniam cię, sierżancie, że baby stają się powoli tak samo rzeczywiste. I warto by coś z tym zrobić. Doświadczenie wasze i waszego dowódcy może okazać się niezwykle przydatne.

Niespodziewanie zakręcił się na pięcie i energicznie klasnął w dłonie.

– Jutro wyruszam z wami. A jak już wrócimy, to chętnie porozmawiam z tobą, poruczniku. O pewnym uroczym, kobiecym duszku, z którym, jak mi się wydaje, zawarłeś tego lata sympatyczną znajomość. – Posłał w stronę Kerka promienny uśmiech, a Tor ponownie się zaczerwienił. Zwłaszcza, że poczuł na sobie zdumione spojrzenia pułkownika i sierżanta.

– Nie wiem, o czym mówisz, kapitanie – wymamrotał.

Rasmu w udawanym zdziwieniu szeroko otworzył oczy.

– Naprawdę? Nie poznałeś Liwii? Och, szkoda. Podobno była śliczną dziewczyną. A może jednak? – Pogroził palcem. – Młodzi mężczyźni tak szybko zapominają.

 

***

 

Hadar osiodłał konia zanim jeszcze wstało słońce. Obok niego, w milczeniu, pracowało pięcioro żołnierzy. Sierżant, przeklinając pod nosem, odwrócił się w stronę koszar. Oczywiście, musieli czekać na tego cholernego Rasmu.

No, wreszcie, pomyślał, zanim uświadomił sobie, że zbliżająca się sylwetka jest zdecydowanie zbyt zwalista jak na kościstego kapitana wywiadu. Chciał zasalutować, ale pułkownik Elif chwycił go za rękaw i pociągnął za sobą.

– Jeśli… Jak już znajdziecie Sidorta – zaczął oficer, gdy stanęli poza zasięgiem uszu pozostałych żołnierzy – to powiedz mu, sierżancie, że ma robić wszystko, co każe ten przeklęty Rasmu. Powiedz mu, że to rozkaz. I ma go wykonać, dla swojego własnego dobra.

 

***

 

Tym razem postanowił zerwać się z posłania zaraz po przebudzeniu. Usiadł gwałtownie, tylko po to, by wnętrze ciasnej chaty zaczęło wirować mu przed oczami w zastraszającym tempie. Opadł więc znowu na plecy, pechowo uderzając się w zraniony bark. Jęknął z bólu i uznał, że może jednak na razie pozostanie w pozycji leżącej.

– Spokojnie, chłopcze. – Gdzieś blisko rozległ się rozbawiony, kobiecy głos. – Dostałeś wczoraj trochę zbyt mocną dawkę usypiacza, mój synuś zapomniał, że straciłeś sporo krwi.

Ostrożnie odwrócił głowę. Piękne, błękitne oczy starszej kobiety uśmiechały się życzliwie spomiędzy siatki drobnych zmarszczek. Oczarowany zapatrzył się na jej włosy, o niespotykanym, złoto – rudym odcieniu. Zupełnie takim, jak kolor liści jesienią. Zupełnie takim, jak kolor lasu, którym niedawno gnał szaleńczym pędem.

– Gdzie jestem? Jak długo…

– Wkrótce minie południe. Znalazł cię mój syn, byłeś ranny i nieprzytomny. Kręci się tu ostatnio sporo rzezimieszków, bywa niebezpiecznie.

– A wy?

Kobieta wzruszyła ramionami.

– Żyjemy tu od dawna, w małej osadzie.

Asger spojrzał na nią niepewnie.

– Słyszałem wczoraj waszą rozmowę. Macie rację. Powinienem stąd iść.

Usiadł na posłaniu, dość ostrożnie, z ulgą jednak stwierdził, że czuje się całkiem nieźle.

– Nie odzyskałeś jeszcze pełni sił.

Asger rozejrzał się po wnętrzu. Nie było tak małe, jak mu się w pierwszej chwili wydawało, tyle że każdy kąt zapełniono prymitywnymi, drewnianymi meblami, ponadtłukiwanymi garnkami czy wiązkami suszących się ziół. Na półkach w równych rządkach stały gliniane naczynia, a na podłodze i ławach donice z ziemią i różnego rodzaju roślinami. W niewielkim palenisku buzował ogień, rozpraszający nieco półmrok i dający przyjemne ciepło.

Sięgnął ręką do tyłu, dotknął opatrunku fachowo założonego tuż nad lewą łopatką. Uniósł brwi.

– Dobrze się goi – z satysfakcją zauważyła kobieta.

– Nawet bardzo dobrze. To był nieprzyjemny postrzał, jestem niemal pewien, że kula naruszyła kość. A nie czuję niemal nic. I chyba powinienem być chociaż trochę poobijany – mruknął Sidort, uważnie patrząc na kobietę. Lekko się zmieszała.

– No to nie ma się czym martwić – stwierdziła jednak wesoło, chociaż nieco nerwowo.

Asger westchnął głośno.

– W nocy mówiliście, że nie możecie mnie zostawić. Dlaczego?

– Bo dobrzy z nas ludzie, chłopcze. Tacy też jeszcze bywają na świecie. – Kobieta przekornie przechyliła głowę.

– A teraz ta rana. Zdumiewające.

– Zapewne nie była jednak zbyt groźna.

Pokręcił głową, zupełnie nieprzekonany.

– Tym bardziej, lepiej już pójdę.

Sięgnął po leżącą na pobliskiej ławie kurtkę, z łomotem zwalając na ziemię schowany pod nią pas z szablą. Wstał, podniósł broń i rozglądał się dalej w milczeniu. Kobieta przypatrywała się jego ciału z zaciśniętymi wargami.

– Och, niestety – rzuciła zakłopotana, gdy zorientowała się, że zauważył jej wzrok. – Koszulka na szmatki poszła. Ale zaraz coś ci przyniosę, chłopcze. Stil, mój syn, też taki szczuplutki jest.

 

***

 

Szybko znudziło mu się czekanie na kobietę. Założył więc kurtkę, chwilę podumał nad szablą, w końcu zdecydował, że lepiej wyjść bez niej. Znalazł się w samym środku osady, złożonej raptem z ośmiu chat. Zresztą, równie dobrze można by nazwać je ziemiankami, bo ponad powierzchnię gruntu wyrastały zaledwie dachy, zapewne drewniane, teraz jednak dokładnie porośnięte mchem i trawą.

Między nogami przemknęła mu kuna. Spojrzał na ziemię i właściwie bez zdziwienia stwierdził, że spokojnie i bez lęku maszeruje po niej zwierzęca drobnica: kilka jeży, jakaś wiewiórka, para ryjówek. Gdyby nie krzątający się ludzie, osadę dałoby się minąć w odległości kilkunastu kroków i nie zauważyć. Przynajmniej, gdyby się jej nie szukało. Zespolenie z lasem było niemal idealne.

Mieszkańcy spoglądali na niego spod grzywek o różnych odcieniach rudości, nieufnie, ale nie wrogo. Bez wątpienia stanowił atrakcję w ich uporządkowanym życiu, jednak mieli też świadomość, że takie niespodzianki bywają niebezpieczne.

– Masz.

Młody chłopak stanął przed Asgerem z wyciągniętą ręką i naburmuszoną miną. W dłoni ściskał popielaty materiał, teraz już niemiłosiernie wygnieciony.

Kapitan spojrzał na niego z rozbawieniem.

– Matka kazała ci to dać. Koszula.

Asger pokiwał głową.

– Dziękuję.

Stali chwilę obok siebie w milczeniu. Sidort zastanawiał się, kiedy chłopak zacznie mówić. Nie czekał długo.

– Nie powinniśmy pozwolić ci odejść. 

Kapitan ponownie pokiwał głową, z wyrazem głębokiego zamyślenia na twarzy.

– Bo?

Młodzieniec zarumienił się nieco, brnął jednak dzielnie:

– Bo możesz sprowadzić nam na głowę wojsko.

Asger spojrzał na niego z pełnym oburzenia zdumieniem. Zgodnie z przewidywaniami, młodzieniec nie usłyszał kpiny w jego głosie.

– Dlaczego mam sprowadzać wojsko do zagubionej w lesie, spokojnej osady?

W oczach chłopaka na krótką chwilę ukazała się panika.

– Możesz… Możesz źle zrozumieć…

Asger parsknął krótkim śmiechem.

– Stil… – zaczął.

Nie dokończył. Nagle zaniepokojone zwierzęta zastygły w nerwowym oczekiwaniu, by za chwilę puścić się pędem w stronę lasu. Kobieta pochylona nad niewielką grządką wyprostowała się i spojrzała przed siebie, w kierunku zarośli. Podążył za jej wzrokiem. Oślepiło go przenikające przez korony drzew słońce, przyłożył dłoń do czoła. Był chyba jedyną osobą, którą ucieszył widok przedzierających się przez krzaki jeźdźców. Podszedł do nich z uśmiechem.

– Hadar.

Sierżant zeskoczył z konia, najpewniej chciał zasalutować, ale wyciągnięta ręka zamarła na moment w powietrzu, by chwycić oficera za ramię i przyciągnąć do szerokiej piersi żołnierza.

– Niech cię, kapitanie, cholera – mamrotał sierżant, nie zważając, że Asger niemal całkiem zniknął w niedźwiedzim objęciu. Puścił go jednak natychmiast, gdy z przyduszonego Sidorta wydobył się przeciągły jęk.

– Co ci?

– Nic. Postrzał w bark.

Młoda dziewczyna o surowej twarzy zsunęła się z wierzchowca.

– Obejrzę, kapitanie.

– Nie ma potrzeby, Dalino. To drobiazg. – Asger potoczył wzrokiem po twarzach pozostałych żołnierzy, skinięciem głowy odpowiadając na ich pozdrowienia.

– A to kto? – zapytał Hadara, gdy spostrzegł Gura Rasmu.

Hadar niechętnie dokonał prezentacji. Gur z wyraźnym zaciekawieniem przyglądał się młodemu oficerowi.

– Postrzał w bark?

Asger odpowiedział dopiero po chwili:

– Draśnięcie, najwyraźniej. Goniła mnie jakaś leśna banda, spadłem z konia. Ci ludzie mnie znaleźli i opatrzyli.

Rasmu uniósł brwi i pokiwał głową.

– Tak. Oczywiście. – Stracił zainteresowanie Sidortem i począł rozglądać się po osadzie.

Hadar patrzył na niego spode łba.

– Czas na nas.

Rasmu odwrócił się w stronę sierżanta i podszedł do niego na odległość kroku.

– Tak uważasz, żołnierzu? Może dlatego wasz zwiad nie przyniósł nic, nie licząc zgubienia dowódcy. Pozwolisz, że jednak trochę się tu rozejrzę. – Ruszył w kierunku najbliższej ziemianki.

Asger i Hadar patrzyli za nim z ponurymi minami. Po chwili kapitan zerknął na trzymaną wciąż w dłoni koszulę.

– Muszę się przebrać – stwierdził rzeczowo i zostawił sierżanta samego.

 

***

 

Wszedł do chaty, w której ocknął się w południe. Z ulgą stwierdził, że nikogo w niej nie ma. Powoli ściągnął kurtkę, jeszcze raz dotknął opatrunku na świeżej ranie. Kolejna blizna do kolekcji. Zamknął oczy i przesunął dłonią po klatce piersiowej i brzuchu. Nierówności i zgrubienia były, każde na swoim miejscu, każde o własnym, niepowtarzalnym kształcie, własnej, niepowtarzalnej strukturze. 

Niecierpliwie chwycił koszulę, ze złością stwierdzając, że jest bez guzików, nakładana przez głowę. Nie lubił takiego kroju, bo nie dawała się zapiąć dokładnie, pod samą szyję. Przejechał palcami po krótkich, jasnych włosach, lekko ścisnął kark, zdumiony własnym poirytowaniem.

– Bargul Nil dał ci niezłą szkołę.

Gur Rasmu z satysfakcją zauważył, że, usłyszawszy te słowa, kapitan Sidort na moment, na jedno uderzenie serca, zamarł całkowicie. Zaraz jednak odwrócił się do wchodzącego, zakładając wreszcie koszulę. Materiał był szorstki, w niektórych miejscach połatany, ubranie pachniało wilgocią lasu; Asger ledwo dostrzegalnie zmarszczył nos.

– Paniczyk – Rasmu rzucił lekko, z pogodnym uśmiechem. Asger skrzywił wargi w gorzkim grymasie. Sięgnął po kurtkę, wsunął rękę do rękawa, syknął cicho, gdy niespodziewany ból rozlał się po górnej części pleców.

– Pomogę ci. – Rasmu stanął za kapitanem, nie zważając na to, że ten zdążył poradzić już sobie sam. Pogładził czarny materiał na ramionach Sidorta, pieszczotliwym gestem wyrównując niewidoczne fałdki. Palcami dotknął z wprawą zszytej dziury, powstałej w kurtce tuż nad lewą łopatką młodego oficera.

– Sporo przeszedłeś, prawda, chłopcze? – wyszeptał tuż przy uchu Asgera. To „chłopcze” w jego ustach było niemal jak uderzenie otwartą dłonią w policzek. – Dużo o tobie wiemy, taką mamy pracę. Ale nie wszystko. Tyle rzeczy nas interesuje… Na przykład, jak to się stało, że przetrwałeś u Nila tyle czasu. Przeszło dwa lata, czyż nie? Och, wiele się domyślamy, trochę wiemy na pewno. Bez wątpienia więcej niż twoi ludzie.

Sidort łagodnie uwolnił się spod dłoni Rasmu, spokojnie przeszedł dwa kroki do przodu i stanął twarzą do rozmówcy. Niespiesznie zapinał guziki kurtki. Gur patrzył na niego z zaciekawieniem, lekko przekrzywiając głowę.

– Wiesz, kim są ci ludzie, prawda? A przynajmniej się domyślasz. Wczoraj pokpiłeś sprawę, jestem gotów przysiąc, że nie z powodu nieudolności. Raczej… niewystarczającej staranności.

Podszedł do paleniska, z uwagą oglądając wiszące nad nim wiązki ziół.

– Tak, masz rację – kontynuował, jakby po chwilowym namyśle. – Nie są groźni, zwykli, prości mieszkańcy zwykłej, leśnej osady. Może tam coś się w nich zmienia, ale co z tego? Sami są z tego powodu bardziej zagubieni i przerażeni niż ktokolwiek inny. Znajdują w lesie rannego żołnierza, muszą mu pomóc. Zdając sobie pewnie sprawę, że popełniają błąd. Nagle okazuje się, że potrafią uzdrawiać. Potem, że zaczynają wrastać w las. Jeszcze bardziej, niż do tej pory. Zaczynają czuć, że stanowią z nim jedność i nie mają pojęcia, skąd to się bierze. Na razie są tacy… opiekuńczy. Nie potrafią się jeszcze bronić, ani przed sobą, ani przed lasem, ani przed… nami. Ale się nauczą, wkrótce. – Przez ramię ponownie spojrzał na milczącego oficera. Asger jednak właśnie zauważył, że najwyższy guzik kurtki, tuż pod stójką, ledwie trzyma się na strzępie nitki. Owinął ją wokół palca, szarpnął energicznie i, po chwili wahania, schował oderwany przedmiot do kieszeni.

– Kto jak kto, kapitanie, ale ty powinieneś wiedzieć, do czego takie przemiany mogą doprowadzić. Swoją drogą, ciekawe, jak ty i twój oddział przyciągacie tego typu istoty. Tamte… wilki, potem Liwia – uśmiechnął się nieco szerzej, widząc, że wzrok Asgera na ułamek chwili skoncentrował się na jego twarzy – teraz to. Kapitanie, nie będę ukrywał, że wywiad bardzo liczy, w przyszłości, na ścisłą współpracę.

Asger lekko uniósł prawą brew i uśmiechnął się uprzejmie.

– Ale to w przyszłości. – Gur klasnął w dłonie, jeszcze bardziej ożywiony. – A już dziś będę być może potrzebował twoich żołnierzy. Zastanawiało cię kiedyś, kapitanie, czy szanowaliby cię tak samo, gdyby więcej o tobie wiedzieli?

Sidort założył rękawiczki. Czarna skóra idealnie dopasowała się do smukłych palców. Wygładził mankiety kurtki, poprawił stójkę tak, by wyszyte na niej srebrną nicią oficerskie dystynkcje były doskonale widoczne.

– Jeśli, kapitanie Rasmu, tyle się o mnie naczytałeś i tyle wiesz, to zdajesz sobie chyba również sprawę, że nie przejmę się zanadto szantażem.

Gur Rasmu podszedł tak blisko, że Asger poczuł jego oddech na policzku.

– Jesteś młody, Sidort. Młodości do twarzy z butą i bezczelnością. Gdybyś był jednak łaskaw zauważyć, że przez ostatnie lata sporo się w twoim życiu zmieniło. Ten sierżant, Hadar – machnął ręką w stronę wyjścia – jest dla ciebie jak ojciec, prawda? Zna cię od małego i kocha jak syna. Widziałem to wczoraj, widziałem dzisiaj. Rudy porucznik, Kerk Tor. Twój przyjaciel, pierwszy od dzieciństwa. Ta dziewczyna… Jak ona..? Draaha Wigla, zdaje się. Oczywiście, chłopcze, ja wiem, że to nic poważnego, trudno o coś poważnego w takich warunkach. Ale, jeśli sobie pomyślałeś, że wciąż nie masz nic do stracenia, to pomyśl jeszcze raz – czy na pewno?

Zamilkł, przygryzł dolną wargę.

– I bez obaw. Oczywiście, nie uczynię tu nic pochopnie, najpierw dokładnie się rozejrzę. Jednak jest możliwe, że będę musiał posiłkować się twoimi ludźmi. Mam więc nadzieję, że staniesz na wysokości zadania. Co to dla ciebie – jedna osada więcej czy mniej, kilkoro ludzi w jedną czy drugą stronę. – Pokręcił głową z nieszczerym niedowierzaniem. – Tym razem przynajmniej będziesz stał po właściwej stronie. Chociaż, może za parę lat okaże się, że jednak niekoniecznie.

Odwrócił się i szybkim, młodzieńczym krokiem pomaszerował w stronę wyjścia.

Asger został na środku izby.

– Kurwa – szepnął powściągliwie, uniósł głowę i prawą dłonią począł rozmasowywać kark. Podszedł do ławy, na której wciąż leżała jego broń. Zapiął pas z szablą, sprawdził zawartość ładownicy. I tak nie miał czego załadować, pistolety przepadły. Albo zgubił je podczas upadku, albo zostały w olstrach – tego przypomnieć sobie nie potrafił.

Stanął przed kredensem wypełnionym niewielkimi pojemnikami, wziął jeden z nich do ręki i przyglądał mu się w zadumie.

Ktoś wszedł do środka. Jednak zbyt niecierpliwie i głośno, by mógł to być znowu Gur Rasmu, Asger więc uznał, że nie ma potrzeby się odwracać.

– I co teraz?! ­– Głos należał do Stila i wyraźnie dało się w nim słyszeć wysokie tony narastającej paniki.

– Z czym?

– Jak to z czym? Z nami! Z moją matką, moimi przyjaciółmi. Ze mną.

Oficer wzruszył ramionami.

– Teraz to już właściwie nie ode mnie zależy.

Za jego plecami zapadło milczenie. Krótkotrwałe.

– Powinienem był cię tam zostawić! – warknął chłopak.

– Zapewne. Wygląda na to, że musisz się jeszcze wiele nauczyć.

Spokój Sidorta podziałał na Stila dziwnie pobudzająco. Rzucił oficerowi pełne niedowierzania spojrzenie, a potem zaczął nerwowo kroczyć po izbie i, gwałtownie gestykulując, wyrzucać z siebie urwane słowa. Pomiędzy jego nogami przemykała szara, zwinna wiewiórka, która pojawiła się nie wiadomo skąd, ale wyglądała na dobrze zaznajomioną z izbą i maszerującym chłopakiem.

– Coś muszę zrobić, rozumiesz? Muszę!

Asger odwrócił się wreszcie w jego stronę.

– Co?

Stil na moment znieruchomiał, po czym podskoczył do kapitana.

– To on jest problemem, prawda? Nic by się nie stało, gdyby nie pojawił się nagle z twoimi żołnierzami. Czyli to jego trzeba usunąć. Inaczej nie dadzą nam już spokoju.

Asger patrzył na niego bez uśmiechu. Chłopak miał nie więcej niż szesnaście, siedemnaście lat i teraz rzeczywiście wierzył, że jest w stanie ocalić swoją osadę.

– Jak to zrobisz?

Stil wydął policzki i znowu zaczął krążyć po zagraconym wnętrzu. Asgerowi zaczęło to działać na nerwy, dlatego ponownie starał skupić się na trzymanym w dłoni naczyniu. Wiewiórka jednak skutecznie go rozpraszała.

– Nie wiem. To znaczy… Jest jeden, dam sobie z nim radę. Ale na wszelki wypadek poproszę o pomoc Nata. Tak, on się zgodzi. I może jeszcze Ari. Zaraz z nimi porozmawiam. – Jednak zamiast wybiec, przystanął i pytająco patrzył na kapitana.

– Genialne – odparł oficer. – A jak wytłumaczycie śmierć kapitana wywiadu?

Stil walczył, by zachować resztki pewności siebie.

– Ukryjemy ciało!

Asger przewrócił oczami, coraz bardziej poirytowany.

– Ja się odnalazłem po niecałej dobie. Zapewne nie myślałeś o tym, żeby zacierać ślady, kiedy mnie tu wlokłeś. Jego będą szukać jeszcze sprawniej. I zapominasz o jednej rzeczy – musiałbyś zabić również mnie i moich ludzi. A z tym nie poszłoby ci już tak łatwo, nawet z pomocą Nata i Ariego.

Stil wyglądał już tak żałośnie i nieszczęśliwie, że Sidort z ulgą z powrotem skierował wzrok na zdjętą z kredensu buteleczkę. Wyciągnął korek, zmarszczył brwi widząc, że od spodu zamocowano do niego cierń.

– Sprytne – wyszeptał zafascynowany i podniósł naczynie do nosa. – Interesujesz się zielarstwem?

– Trochę. Tym cię uśpiłem, wczoraj wieczorem. Ekstrakt z szyszek chmielu.

Asger szeroko otworzył oczy.

– O takim działaniu? Przecież ledwo mnie ukłułeś!

– Zdumiewające, prawda? – Chłopak niespodziewanie się ożywił. – Mam tu trochę roślin. – Wskazał dłonią na stojące wszędzie naczynia z ziemią. – I mały ogródek za domem. W lesie rosną prawdziwe cuda, nie wszędzie, ale znam kilka takich miejsc. Jakby jakaś tajemnicza moc w niebywały sposób spotęgowała ich właściwości… – zamilkł, zdając sobie sprawę, że powiedział trochę za dużo.

Kapitan patrzył na nagle podekscytowanego, zarumienionego Stila.

– Musimy porozmawiać – stwierdził wreszcie krótko.

 

***

 

Hadar spode łba patrzył na drzwi ziemianki. Najpierw łepek wystawiła przez nie wiewiórka, rozejrzała się wokoło i pędem pobiegła do lasu. Potem, starając się kroczyć dumnie i godnie wyszedł Stil. Obrzucił wszystkich wokół spojrzeniem pełnym udawanej pogardy i prawdziwego niepokoju, ustępując zaraz miejsca zadumanemu kapitanowi. Asger poruszał się leniwie, powoli, z namysłem. Sierżanta przeszedł zimny dreszcz, bo wiedział, jak bardzo pozorna jest ta ociężałość. Sidort odszukał wzrokiem Gura Rasmu i obserwował go, przygryzając wargę i marszcząc czoło. Rasmu zachowywał się dziwnie. Z nieblednącym uśmiechem, pełen energii biegał po osadzie, zaglądając do chatynek, ogródków, na dłuższy czas przysiadł też przy dużym palenisku znajdującym się pomiędzy budynkami. Próbował zagadywać mieszkańców, ci jednak byli wyjątkowo nieskorzy do rozmów.

Hadar podszedł do Asgera.

– Kapitanie, pułkownik rozkazał, by robić to, co mówi Rasmu.

Sidort nie zareagował, w dalszym ciągu obserwując niecodziennie zachowującego się mężczyznę.

– Co on zamierza?

Oficer bez słowa wzruszył ramionami. Hadar przymknął oczy.

– A my, co zamierzamy?

Asger spojrzał na niego półprzytomnie, jakby właśnie został zdecydowanie za wcześnie wyrwany ze snu. Zastanowił się chwilę i odpowiedział:

– Ja idę na spacer.

 

***

 

Wrócił dość szybko, choć wciąż tak samo nieobecny. Rasmu podskoczył do niego, zamiast uśmiechu usta wykrzywiał mu grymas złości.

– Gdzie się podziewasz, kapitanie? Twoi ludzie ignorują moje rozkazy, najwyższy czas, byś coś z tym zrobił. Ta dziewczyna jest krnąbrna, uparta i chyba głucha. – Wskazał na zbliżającą się Dalinę, która, zupełnie lekceważąc Gura, zasalutowała pośpiesznie swojemu dowódcy.

– Kapitanie…

Rasmu przerwał jej niecierpliwie:

– Przecież wiecie, co macie robić. Zagonić mi tych ludzi do tamtej rudery, przeszukać chaty. Mówię ci, Sidort, znalazłem mnóstwo niezbitych dowodów…

– Kapitanie! ­– Dalina podniosła głos.

Asger złapał się palcami za skronie.

– Słyszysz przecież, co mówi kapitan Rasmu. Zebrać ludzi, umieścić ich w tej chacie i pilnować. Przeszukać… Rasmu, ty chyba lepiej wiesz, czego szukać.

Gur powoli skinął głową, a Dalina patrzyła na dowódcę z błyskawicami w oczach.

– Czego nie zrozumiałaś, żołnierzu? – Asger zapytał zimno. – Odmaszerować i dać mi spokój.

 

***

 

Podwładni patrzyli, jak dowódca siedzi na pniaku i bezmyślnie dłubie w ziemi patykiem. Umykali wzrokiem, gdy podnosił głowę. Ale on też nie patrzył wówczas na nich, tylko na będącego wciąż w ruchu Gura Rasmu. Kapitan wywiadu dał się przekonać, że ludzie Sidorta okażą się zupełnie bezużyteczni podczas przeszukiwania chat, robił więc wszystko sam, z niesłabnącą energią. Na środku osady wyrósł już spory stosik suszonych roślin, buteleczek, naczyń, pakunków, nawet ubrań. Asger zauważył ciekawie wyglądającą zza krzewów rodzinę lisów, czmychnęła jednak tchórzliwie, widząc całe to zamieszanie.

Rasmu podszedł do Sidorta, zmęczony ale zadowolony, z błyszczącymi oczami.

– W ostatniej chwili, Sidort, w ostatniej chwili. Jeszcze są bezbronni, ale ich moce wzrastają. Jeszcze trochę i nie mielibyśmy z nimi szans. Sam wiesz, Sidort, jak mogą być niebezpieczni.

Asger przestał bawić się patykiem.

– Doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że to nie to samo. Tam… Litości, Rasmu, wiesz, co tam się stało. I dlaczego. A oni? Nawet jeśli, to co? Będą opiekować się tym lasem? Będą potrafili leczyć? I co, kurwa, z tego?

Gur pobladł. Kucnął przy Asgerze i zaczął mówić, denerwująco powoli i wyraźnie:

– Weź dwa oddechy, oficerku, i uspokój się. Już? Mam swoje rozkazy, Sidort, i będę je wykonywał co do kropki. Kilkoro z nich – wskazał na chatę, w której zamknięci mieszkańcy pilnowani byli przez żołnierzy Asgera – będzie potrzebnych. Do przesłuchania. Reszta… No cóż, reszta zostanie tutaj, zjednoczona ze swoim lasem bardziej, niż mogliby sobie tego życzyć. I na stałe. Tak na wszelki wypadek. A twoi ludzie, chłopczyku, pomogą mi w tym.

Wstał, z pobłażliwą pogardą z góry popatrzył na kapitana.

– Myślałem, Sidort, że Bargul Nil lepiej cię wyszkolił. – Parsknął śmiechem, bo Asger zwinął się tak, jakby ktoś właśnie uderzył go pięścią w żołądek. – A teraz wybacz, muszę się oddalić. Nawet ja mam swoje potrzeby.

 

Asger Sidort wstał, jak tylko Rasmu zniknął za pierwszymi zaroślami. Szybko podszedł do sierżanta Hadara, rzucił:

– Muszę z nim porozmawiać. Czekać na mnie tutaj.

I biegiem puścił się za kapitanem wywiadu.

 

***

 

Rasmu wyprostował się i z zadowoleniem wciągnął spodnie. Miał poczucie dobrze wykonanej pracy, jeszcze tylko trzeba ją wykończyć.

Jakiś owad ukłuł go w szyję, machnął ręką, by odegnać intruza. Dłoń w czarnej rękawiczce zakryła mu usta, ktoś mocno objął jego ramiona. Chciał się szarpnąć, ale nagle poczuł, że ciało przestało być posłuszne. Z czyjąś pomocą łagodnie opadł na trawę.

Asger oparł Rasmu o pień drzewa i cofnął się o krok. Zamknął korkiem małą butelkę, schował ją do kieszeni kurtki i przykucnął przy Gurze. Uśmiechał się łagodnie, ale oczy pozostały chłodne i skupione.

– Wyciąg ze złotokapu. Nie masz pojęcia, kapitanie, co rośnie w tym lesie. Właściwości niektórych roślin są nieprawdopodobne. Takie ukłucie, zwykły złotokap. Niewiarygodne. – Pokręcił głową. – Muszę przyznać ci rację, Rasmu. Coś dziwnego tu się dzieje. Chodź.

Z niemałym trudem uniósł bezwładne ciało Gura. Mężczyzna był przytomny; zdumionym, nagle przestraszonym wzrokiem wpatrywał się w Sidorta. Młody oficer zarzucił sobie jego lewą rękę na ramię, chwycił go w pasie.

– Musimy się pośpieszyć, Rasmu, moi ludzie mogą zacząć coś podejrzewać. Nie chciałbym ich w to mieszać.

Powoli, krok za krokiem, ciągnął Gura przez zarośla, na wąską ścieżynę, potem dalej, prosto, aż usłyszał cichy szum wody.

– Już niedaleko. Znalazłem idealne miejsce.

Stanął wreszcie na zboczu stromego jaru. Z ulgą położył Rasmu na mchu, oparł się o drzewo i spojrzał w dół. Stoki zagłębienia porośnięte były gęstymi zaroślami, przez które z trudem dało się dojrzeć płynący dnem wąski strumień.

Asger klęknął przy nieruchomym ciele mężczyzny. Patrzył na niego chwilę ze spokojną rezygnacją.

– Nie dałeś mi zbyt dużego wyboru, Rasmu. Byłeś trochę zbyt pewny swego, a najwyraźniej wasze informacje na mój temat nie są wystarczająco precyzyjne. Albo nie potrafisz czytać pomiędzy wierszami.

Lęk w oczach Gura zamienił się w panikę, gdy Sidort przewracał go na brzuch. Asger położył jedną dłoń na włosach Rasmu, drugą lekko uniósł jego brodę. Zamknął oczy, głośno wciągnął powietrze.

Mocno, zdecydowanie szarpnął w bok. Nie usłyszał nic, oprócz własnego, ciężkiego oddechu. Żadnego chrupnięcia, żadnego zduszonego jęku. Głowa Rasmu spoczywała na miękkim mchu, pod nieco nienaturalnym kątem, a jego oczy nie wyrażały już nic. Asger wstał, chwycił trupa za kurtkę, powlókł jeszcze odrobinę, pchnął. Ciało potoczyło się w dół, z łatwością przedzierając się przez krzaki, zapadając w delikatnym puchu rdzawych liści, uderzając o wystające skały. Znieruchomiało dopiero na samym dnie, pomiędzy kamieniami spienionego strumienia.

Oficer zaczął schodzić. Ostrożnie, dbając o to, by materiał kurtki został gdzieniegdzie nieznacznie rozdarty przez ciernie, twarz nieco umazała się błotem, a szczątki kilku suchych liści pozostały we włosach. Dotarł na samo dno jaru, wyciągnął trupa z wody, szarpał się z nim chwilę, przesuwając o kilka kroków. Wtedy porzucił ciało i rozpoczął powolną wspinaczkę.

Dotarcie do ścieżki zabrało mu sporo czasu. Stanął na niej blady i zmęczony. Osunął się na kolana, zgiął w pół. Nie miał w żołądku zbyt wiele, wymiotował jednak dość długo. Wstał, wspierając się o pień drzewa. Przez chwilę oddychał głęboko, próbując uspokoić łomot w sercu i skroniach. Wyprostował się wreszcie i pobiegł w stronę osady.

 

***

 

Hadar z niepokojem patrzył na smukłą sylwetkę jadącego nieco z przodu kapitana. Sidort siedział w siodle lekko pochylony, z dłonią opartą o brzuch. Sierżant zrównał się z dowódcą.

– Będą bezpieczni?

Asger nie spojrzał na niego, odpowiedział po dłuższej chwili milczenia:

– Nie wiem. Bezpieczniejsi niż byli jeszcze dziś po południu. Mniej niż wczoraj rano. Dziwnie to wyglądało – dodał ciszej. – Jakby najpierw wykształciły się wyłącznie cechy opiekuńcze… Jeśli chcą przetrwać, muszą nauczyć się bronić.

– A co z t w o i m instynktem samozachowawczym?

Oficer nie odpowiedział.

– Prosisz się o kłopoty, pułkownik może cię chronić, ale…

Sidort niecierpliwie machnął ręką.

– Zapewniam cię, sierżancie, że kłopoty są tym, czego staram się za wszelką cenę uniknąć. To był wypadek.

Hadar wydął policzki, uśmiechnął się ironicznie.

– Kapitanie, rozmawiałem z żołnierzami. Ja i pozostali… Wszyscy widzieliśmy ten… wypadek. Rasmu potknął się i upadł wyjątkowo nieszczęśliwie.

Twarz Asgera wykrzywił skurcz, zgiął się jeszcze bardziej. Przez chwilę wydawało się, że chce coś powiedzieć. Ale nagle z tyłu powstało jakieś zamieszanie. Sierżant odwrócił się i uważnie patrzył, jak żołnierze usuwają z drogi grube gałęzie. Pośpiesznie sklecony, prowizoryczny stelaż, na którym ułożyli ciało Rasmu, nie miał szans przebrnąć przez taką przeszkodę.

Hadar jeszcze raz spojrzał na dowódcę.

– I, Asger… Kapitanie. Jeśli jeszcze kiedyś uznasz, że istnieje potrzeba, by komuś przytrafił się podobny wypadek, bardzo cię proszę – przyjdź z tym najpierw do mnie. – Zawrócił wierzchowca i cofnął się, by pomóc żołnierzom.

Asger Sidort wyprostował się, zatrzymał konia i nieobecnym wzrokiem obserwował wysiłki swoich ludzi.

Musiał spokojnie przemyśleć, co powinno znaleźć się w raporcie dla pułkownika.

 

EPILOG

 

 Kobieta o włosach w kolorze jesiennych liści siedziała przy stole i – przyciskając do krwawiącego policzka szary gałganek – ponuro patrzyła na gorączkowe ruchy rudego chudzielca. Mężczyzna chaotycznie, pozornie bez ładu i składu, miotał się przed zajmującymi całą ścianę półkami, wypełnionymi słoiczkami i buteleczkami. Co rusz niepewnie, drżącymi, pokrytymi tatuażami dłońmi wyciągał jeden z pojemników, otwierał go, przytykał do piegowatego nosa, kręcił lub kiwał głową i – mamrocząc cicho do siebie– odkładał na półkę. Albo na ławę, gdzie wcześniej postawił pokaźnych rozmiarów torbę.

 Mężczyzna niezgrabnie balansował pomiędzy leżącymi na podłodze kawałkami potłuczonych, szklanych i glinianych naczyń. Wyciągnął właśnie rękę, by odłożyć wypełniony niebieskawym płynem słoik, gdy, półkę niżej, jego uwagę zwróciła niewielka flaszeczka. Puścił słoik ułamek chwili za wcześnie, a ten przewrócił się z łoskotem, potrącając kilka sąsiednich fiolek.

 – Ciii…szej. – Rozległo się przenikliwe syknięcie.

 Kobieta przeniosła znużony wzrok na siedzącego naprzeciw młodego mężczyznę. Miał przymknięte powieki, szczupłymi palcami, ukrytymi w doskonale dopasowanych, skórzanych rękawiczkach, pocierał sobie skronie.

– I tak na nic wam się to nie przyda – mruknęła niechętnie.

 Młody człowiek otworzył oczy o niezwykłym, zimnym odcieniu zieleni, i spojrzał na nią uważnie. Ale kobieta tylko mocniej przycisnęła do policzka coraz bardziej czerwony gałganek i w milczeniu patrzyła na szczątki porozbijanych naczyń. Wielobarwne płyny wsiąknęły już w klepisko.

– Dlaczego? – Ciszę przerwał wytatuowany chudzielec. W mundurze porucznika.

 Wzruszyła ramionami.

– Mikstury nie mają żadnych specjalnych właściwości poza lasem. Równie dobrze możesz przygotować swoje własne. Ich działanie okaże się takie samo.

 Porucznik myślał chwilę, z bardzo niepewnym wyrazem twarzy. W końcu jednak uśmiechnął się delikatnie i stwierdził:

– Nonsens.

 Powrócił do myszkowania między buteleczkami, nagle jednak uznał, że najwyraźniej potrzebne są dalsze wyjaśnienia:

– Rozumiem, że to wasze odkrycie i nie chcecie się nim, ot tak, dzielić. Ale te właściwości… Nie mogą pozostać tajemnicą, no nie mogą po prostu. I tyle – zakończył.

Kobieta ponownie wzruszyła ramionami.

– Więc weźcie to, po co przyszliście, i odejdźcie. Dajcie nam spokój. Ale ty, kapitanie, ty wiesz, że mam rację.

Asger Sidort zacisnął dłoń w pięść i ze zmarszczonymi brwiami obserwował, jak czarna skóra rękawiczki napina się. Niezrażona kobieta mówiła dalej:

– Po tym, co wydarzyło się wczoraj…

– To był wypadek. – Asger przerwał mechanicznie, uświadamiając sobie nareszcie, jak bardzo niewiarygodnie brzmi wypowiedziana po raz kolejny kwestia. Zaczerwienił się więc lekko. Kobieta wykrzywiła wargi w kpiącym uśmiechu, porucznik nie zdołał powstrzymać cichego chrząknięcia.

– Mówię o całym dniu…

Nie dokończyła. Przy wejściu rozległ się harmider, do ciasnego wnętrza wpadł pucułowaty chłopak.

 – Wybacz, że to tyle trwało. Ale dwa dni temu ogołociłem z tasznika cały ogród. Przez niego. – Oskarżycielsko skierował podbródek w stronę kapitana. – Musiałem szukać w lesie.

 Sprawnie zmiażdżył na blacie stołu garść drobnych liści, wymieszał z jasną glinką. Powstałą masę podał kobiecie, a ta przytknęła ją sobie do policzka. Zafascynowany porucznik zbliżył się, z szeroko otwartymi, błyszczącymi oczami. Drżąc z podekscytowania, z wypiekami na twarzy patrzył, jak krew natychmiast przestaje sączyć się z rany.

– Niesamowite – wyszeptał.

– I co się tak gapi? A ty, Stil, posprzątaj ten bajzel, zanim jeszcze ktoś się skaleczy.

Chłopak zacisnął zęby i zaczął zbierać porozbijane skorupy.

– Wiesz przecież, że tu trzeba uważać – burknął.

 – I uważam. Ale nie przewidziałam, że ustawisz w przejściu rząd donic, a garnki będą spadać na głowę jak tylko się je tknie.

Stil gniewnie, gwałtownymi ruchami zgarniał potłuczone resztki. Hałas, który przy tym robił, wbijał się w mózg Asgera niczym tępe gwoździe. Kapitan docisnął mocniej palce do głowy, zgiął się nieco na niewygodnym krześle, powstrzymując mdłości. Kobieta popatrzyła na niego ze współczuciem, wstała, chwyciła jedną ze stojących na oknie buteleczek. Otworzyła, wylała kilka kropel na dłoń. Podeszła do oficera, stanęła tuż za jego plecami i rozsmarowała mu płyn na skroniach.

– Coś ty taki delikatny? Po tym, co nawyprawiałeś wczoraj – nie spodziewałabym się.

– To był…

– Wypadek. Tak, wiem.

Asgerowi nie udało się powstrzymać uśmiechu. Ból zniknął błyskawicznie i całkowicie.

– A teraz, chłopcze, powiesz mi, czy jesteśmy bezpieczni.

Miała nadzieję, że kapitan chociaż zastanowi się nad odpowiedzią. Ale on odrzekł bez wahania:

– Nie. Nie byliście bezpieczni już wcześniej, ale teraz… Pomogliście nieodpowiedniej osobie w nieodpowiednim czasie. – Zamilkł na chwilę. – Nie wiem, co wam powiedzieć. Osada jest dobrze ukryta, pułkownik zapewne zaraz wyśle mnie i moich ludzi gdzieś, gdzie wywiad nie będzie zawracał nam głów. Przez jakiś czas. Wojna się jeszcze nie skończyła, wciąż panuje chaos. Na razie stanowicie drugorzędny problem. – Zmarszczył brwi, po raz kolejny zdziwiony, jak bardzo beznamiętnie może brzmieć jego głos. – Ale wy musicie… Musicie nauczyć się bronić – dokończył bezradnie.

Umknął wzrokiem przed jasnym spojrzeniem kobiety. Zakłopotany sięgnął po leżący na stole pakunek.

– Oddaję… – zaczął.

 Przerwał mu donośny, poirytowany głos Stila. Asgera przeszedł nieprzyjemny dreszcz, bo gdy chłopak był zdenerwowany, zaczynał piszczeć.

– Mówię ci przecież, że nie o to chodzi. Nic od was nie chcę. Po prostu do niczego wam się to nie przyda. Poza lasem tracą swoje właściwości, stają się takim samym zielskiem, jak wszystkie inne. Ile razy mam to powtarzać?

– Porucznik jest niezwykle uparty. Chwilę temu mówiłam dokładnie to samo.

Porucznik Kerk Tor nic nie odrzekł, drapał się tylko w zamyśleniu po podbródku.

– Jeśli koniecznie musisz się o tym przekonać sam, to weź kilka butelek. – Widząc zmieszanie rudzielca, kobieta złagodniała.

W wejściu pojawił się mały, ciekawski łepek. Wiewiórka cofnęła się nieco, spostrzegając obcego, zaraz jednak, ośmielona widokiem Stila, ukazała się ponownie. Po chwili wahania wbiegła do środka, gnając w stronę chłopaka. Gdy była już przy jego nogach, niespodziewanie zmieniła kierunek, podbiegła do Asgera i zwinnie wspięła mu się na ramię. Zdziwiony kapitan delikatnie, dwoma palcami pogłaskał szare futerko.

Matka Stila przyglądała się tej scenie długo, uważnie i bez uśmiechu.

– Traktuje cię jak jednego z nas.

Asger nie od razu zrozumiał, dlaczego ta wiadomość ścisnęła mu żołądek i gardło.

– Powinieneś unikać takich miejsc, jak to.

Kapitan wstał gwałtownie, podał Stilowi szary pakunek.

– Masz. Koszula. Oddaję. Wyprana… Dziękuję.

Zgarnął z ławy przygotowane przez Kerka fiolki i schował je do kieszeni. Porucznik ze zdumieniem obserwował nerwowe zachowanie dowódcy.

– Co? – warknął Asger. – Gotowy? To idziemy stąd.

Gdy znalazł się przed ziemianką, odetchnął głęboko i rozejrzał wokół. Las szumiał spokojnie, słońce świeciło przez złote korony drzew, krzątający się ludzie patrzyli na niego z ukosa. Postanowił przywołać się do porządku.

Wszystko jest takie samo, jak wcześniej.

Koniec

Komentarze

Tych, którzy poznali już wcześniej dwóch bohaterów z tego tekstu, przepraszam za pewne zawirowania w świecie, w którym ich umieściłam. Musiałam przez ten rok wprowadzić pewne zmiany. :)

Ciekawe opowiadanie, przyjemnie się czytało, fajny pomysł. Nie spodobała mi się dziura w ścianie, przez którą ludzie oglądali cegły. Chodziło Ci o cegły w następnej ścianie, czy wcale nie było dziury, a tylko tynk odpadł?

Babska logika rządzi!

Och, jakże mogłam nie napisać tynk, skoro cały czas myślałam tynk?! Tak jak jest teraz, to też mi się ta dziura nie podoba. :) Poprawię rano, bo teraz to już naprawdę spać powinnam. Dzięki, Finklo, za przeczytanie i komentarz, cieszę się, że się podobało.  I od razu, na wszelki wypadek, chciałam się usprawiedliwić przed Regulatorami, o ile tu zajrzy. Wiem, że na końcu jest słowo napisane rozstrzelonym drukiem i wiem, jak mi to już pisałaś, że lepiej postawić przed i po nim drugą spację. Jest jak jest nie przez zaniechanie ani lenistwo. Wstawiałam drugą, trzecią i nawet czwartą. Po naciśnięciu "zapisz" wszystkie spacje redukowały się niestety do jednej. ;(

Jeśli dobrze pamiętam, ktoś tutaj przechytrzył magiczny edytor i w rozstrzeleniu wstawił dywizy zamiast spacji.

Babska logika rządzi!

To moje pierwsze spotkanie z bohaterami. Dlatego na początku miałem kłopot z zanurzeniem się w tekst. Ale jakoś poszło. Ba, nie jakoś. Poszło doskonale! Po próbach przebrnięcia przez ostatnie mierne publikacje (czemuż ich aż tyle na portalu), miło trafić na sprawdzoną autorkę. I nie przeżyć zawodu, a nawet odczuć satysfakcję z obcowania z tekstem.

 

Jakieś tam potknięcia są, miejscami składnia składa się mało składnie. Ale to w zupełności nie przeszkadza nazwać opowiadania dobrym.

 

Lecę nadrabiać ochowe zaległości z tego uniwersum.

Infundybuła chronosynklastyczna

Albo mi się wydaje, że pierwsze spotkanie :) Pamięć ludzka zawodna jest…

Infundybuła chronosynklastyczna

Droga Ocho. Ponieważ mam więcej czasu, postanowiłem Twoje opowiadanie przeanalizować zdanie po zdaniu. W związku z tym będę go czytał dwa, albo trzy dni. Na razie jestem w momencie pierwszego spotkania z pułkownikiem. Opowiadanie bardzo ciekawe i warte dogłębnej analizy. Moją szeroko uzasadnioną ocenę przekażę Ci na maila.

No, otynkowane. :) Stefanie, bardzo się cieszę, że tekst Ci się spodobał, ale jeszcze bardziej, że jestem, według Ciebie, "sprawdzoną" autorką. :) Podam może jeszcze link do poprzedniego tekstu – opowiada o wydarzeniach poprzedzających powyższe opowiadanie. Tak jak pisałam, po przemyśleniach wprowadziłam pewne zmiany w świecie (przesunęłam go po prosto mocno w czasie, chociaż tu można to poznać tylko po broni, bo całość w końcu dzieje się w lesie). Bohaterowie pozostali tacy, jakich ich sobie wymyśliłam wcześniej. Starałam się, żeby obydwa opowiadania,w miarę możliwości, stanowiły skończoną całość, jednak pewne aluzje do zawartości mojej głowy pojawiają się, bo były nie do uniknięcia. Ryszardzie, bardzo, bardzo się cieszę, no i też nieco się boję. :) Pozdrawiam.

Bardzo mi się podobało i niezmiernie się cieszę, że wróciłaś do tego uniwersum. Chcę więcej! Zwłaszcza, że niepokoi mnie trochę dalszy los jednostki, gdyż nieszczęśliwy wypadek oficera Wywiadu w czasie przechadzki z kimś, kto cieszył się zainteresowaniem DŁSiW, pewnie nie obyłby się bez konsekwencji. W zdaniu "Pierwszy raz od tak dawna, że zdawało się to wręcz ekscentryczne." miało być rzeczywiście ekscentyczne czy ekstatyczne? Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

A ja się niezmiernie cieszę, że Ci się bardzo podobało. :) Pewnych konsekwencji na pewno nie da się uniknąć, ale jakoś trzeba sobie będzie z nimi poradzić. Wywiad, agenci – to brzmi groźnie i tak właśnie… podstępnie i konsekwentnie. Z drugiej strony – przypominam sobie wówczas pyzatą, rumianą twarz agenta Tomka i jakoś zaczynam wątpić w wyjątkowe wyrafinowanie wszelkich służb specjalnych. ;) Cóż, sama jestem ciekawa, co tam się dokładnie dalej wydarzy. 

A, miało być ekscentryczne, ale rzeczywiście, jakoś tak to brzmi… Ekstatyczne podoba mi się zdecydowanie bardziej. Pozwalasz czy też nie – korzystam i zmieniam! :)

Bardzo solidne opowiadanie, oparte na dobrym pomyśle i bardzo porządne napisane. Przeczytałam je z prawdziwą przyjemnością. Wartka akcja, logicznie następujące zdarzenia, szczypta magii i nieco leśnej tajemniczości, sprawiają, że opowiadanie, mimo niewątpliwej, naturalnej urody, zyskuje jeszcze powabne rumieńce. No i podyktowane okolicznościami zabójstwo. Wszak wiadomo, że nic tak nie ożywia akcji, jak trup. I właśnie dzięki trupowi pozwalam sobie żywić nadzieję, że nastąpi interesujący ciąg dalszy. Pewnie zwierzchnicy Gura Rasmu nie odpuszczą, a wtedy… Reszta w mailu. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No proszę, Koleżanka ugięła się pod presją żądających kontynuacji.  Na pierwszy rzut oka wydaje mi się sprawniej napisane od pierwszego opowiadania. Ale, przepraszam, dziś tylko przejrzałem, czas, czas mnie pogania… Do jutra, ocho.

@Regulatorzy: dzięki za komentarz, bardzo mi miło. Maila dostałam, przejrzałam, sporą część uwag na pewno uwzględnię jeszcze przed upływem czasu edycji. Trochę później, bo teraz mam gości i i tak zachowuję się bardzo nieuprzejmie chowając się przed nimi po kątach z laptopem. :) To jeszcze szybko, Adamie - tu żadnej presji nie odczuwałam, bo jakbym miała kiedyś coś kontynuować, to właśnie to.  Z własnej i nieprzymuszonej woli. :) No i cóż, pozostaje mi czekać z niecierpliwością do jutra.

nie będę oryginalny, mi też się podobało. Nie czytałem (a przynajmniej nie pamiętam) I części opowiadania, ale II część skusiła mnie na tyle, by nadrobić tą zaległość. Ciekawy świat, trochę przypomina mi klimat a la achaja. Troszki magii troszkę prochu – oby III część była w równie dobrej proporcji. I jak słusznie zauważyła Regulatorzy – Trup. ;) …zapowiada się ciekawie. pozdrawiam, m. ps: nie podoba mi się tylko jedno jedyne zdanie: "Integracja z lasem była niemal idealna.". Z kontekstu wynika, że chodzi Ci o kamuflaż? Słowo integracja jest chyba za szerokie… Chociaż niby też piszesz o tych nienaturalnie udomowionych fretkach czy inszych zwierzach… no sam nie wiem :)

O, ocha coś napisała:-) Przeczytam i skomentuję w najbliższym czasie, obiecuję. 

@Michalus – dzięki, cieszę się. Chodzi mi raczej właśnie o integrację, czy – jak mi ładnie podpowiedziała Regulatorzy – zespolenie. O coś znacznie więcej niż kamuflaż. @Maju – nieustannie zapraszam. :)

Ocho, według mnie ta część jest chyba nawet lepsza od części pierwszej. No, może nie lepsza – inna. Tam szalały duchy, a właściwie jedna dusza baby, tutaj jest taki cień czegoś niesamowitego. Cień, który każe Ci drżeć przed niewiadomym i czekać z napięciem wyjaśnienia. Bardzo mi się podobało.  

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik – wielkie dzięki za wizytę i komentarz.  Ja tylko mogę mieć nadzieję, że ten tekst jest lepszy od "Żony", która, zdaje się, była w ogóle pierwszym tekstem, który napisałam i skończyłam, od A do Z. Gdyby się miało okazać, że była szczytem moich możliwości, to… No, głupia sprawa by była. ;) Pozdrawiam.

Nie jestem pewna, czy czytałam poprzednią część – możliwe, moja pamięć bywa zawodna – jednak tak czy kwak, czytało się przyjemnie. Historia też całkiem dobra, choć niestety (i bardzo o tym wiesz) nie gustuję w podobnych. Lekkość pióra i zdolność budowania odpowiedniej psychologii postaci to Twój zdecydowany atut! Brawo! Opowiadanie po prostu nie może się nie podobać, bo sprawia z czytania samą radość – a to wielki, powiedziałabym, ogromny plus! Pozdrawiam.

Dzięki, Maju. Takie miłe słowa od osoby, która za tego typu historyjkami nie przepada, cieszą podwójnie. :) Pozdrawiam.

Ładnie napisane, Ocho. Historia wciąga. Co prawda, nie bardzo zrozumiałam co miał ten Rasmu przeciw mieszkańcom osady, ale może to zmęczenie albo wyjaśnienie jest w części pierwszej, więc bynajmniej nie traktuj tej uwagi jako zarzutu. Pozdrawiam

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Marianno, mam jednak samolubną nadzieję, że ta niejasność jest wynikiem zmęczenia, a nie mętności przekazu. :) Chociaż, mogę się oczywiście mylić, w przypadku własnego tekstu jestem przecież najmniej obiektywną osobą. Przede wszystkim – dziękuję Ci za wizytę w tak nienaukowych rejonach. :)

Marianno.W fantastyce  tego typu mamy dwa kierunki: 1. Magia może być powodem uzyskiwania władzy i korzyści. 2. Magia może być powodem prześladowań – na przykład przez władzę lub religię. Ocha w swym opowiadaniu wybrała tę drugą opcję – magia jest prześladowana przez władzę. Wybacz Agnieszko, że jestem Twym samozwańczym rzecznikiem. Nasza umówiona zabawa jest aktualna, tylko nieco przesunie się w czasie, ze względu na zmianę operatora mego internetu. Będę gotowy za ok. dziesięć dni. Pozdrawiam.

Ryszardzie, nie mam czego wybaczać. Lepiej bym tego nie napisała. :) Dzięki za informację dotyczącą opóźnienia. W takim razie spokojnie i cierpliwie czekam, z niezmienną ciekawością.

Ale tak właściwie to mógłbyś chociaż tu skrobnąć, czy Ci się podobało. ;) Jakoś słabawo tym razem z komentarzami… 

Hmmm, coś gadam sama ze sobą, ale ciekawa jestem na przykład, kiedy nastąpi "jutro"? ;)

To ja z Tobą pogadam ;)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Chociaż, właściwie, chciałam odpowiedzieć Ryszardowi, że: przyjmuję wyjaśnienie o prześladowaniu. Chociaż władzy wystarczą bardziej błahe przesłanki niż magia, by kogoś prześladować. Cały poprzedni wiek na takich prześladowaniach upłynął, więc, jestem zadowolona z wyjaśnienia.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Dzięki, Marianno, za chęć pogadania. Już zignoruję fakt, że bardziej z Ryszardem niż ze mną. ;))) Tak sobie teraz myślę, że chyba najwięcej w tej kwestii wyjaśniał ostatni fragment poprzedniego tekstu. Chociaż mam nadzieję, że i bez jego znajomości jakoś da się zorientować, o co mniej więcej chodzi. Pozdrawiam.

Ocho, da się, ja po prostu, czytając, rozkojarzona i zmęczona byłam. Zresztą, prześladowania może wywołać nawet samo podejrzenie o magię – nawet nie musi fakt owej magii zaistnieć. Przypominam sobie sławetne polowania na czarownice na przykład. Pozdrawiam

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Ocho, moja droga. Gdyby mi się tekst nie podobał, to bym się nie oferował z naszą literacką zabawą, bo przecież nikt mnie do tego nie namawiał. Oczywiście, że opowiadanie mi się podobai moja wariacja na jego podstawie zrobi mi przyjemność. Pozdrawiam.

No to jest mi w takim razie bardzo miło.  Muszę się chyba pozytywnie i motywująco naładować, zanim ten tekst koleją rzeczy zniknie na wieki w odmętach następnych tekstów, a mnie ponownie dopadnie demotywacja. :) Może ktoś jeszcze pochwali? ;)

Mogę ja to zrobić? Ale za trochę, najpierw poproszę o darowanie długiej przerwy i pokropię chłodną wodą.   Uwaga, kropię.     >>> Oczarowany zapatrzył się w jej włosy, o niespotykanym, złoto – rudym odcieniu.  –> na włosy. Owszem, mówimy i piszemy o zapatrzeniu się w czyjeś oczy, zapatrzeniu w sine dale itp., ale zauważ, iż zawsze dotyczy zapatrzenie w coś czegoś, w czym wzrok się zagłębia, obrazowo mówiąc, albo w co podąża bardzo daleko. Włosów to nie dotyczy, więc zapatrujemy się na. Uzupełniająco: ponieważ zapatrywanie (się) ma dwa znaczenia, lepiej pisać o zapatrzeniu, wpatrzeniu, wpatrywaniu się, przyglądaniu się czemuś. Poza tym – bez spacji wokół łącznika… >>> Usiadł na posłaniu, dość uważnie, z ulgą jednak stwierdził, że czuje się całkiem nieźle. –> jak siada się uważnie? Zapewne miałaś na myśli ostrożność, powolność tego ruchu… >>> – Dobrze się goi. – Z satysfakcją zauważyła kobieta. –> bez kropki, mała litera. Rdzeniem jest „zauważenie”, czyli wypowiedzenie się na głos, więc to decyduje o sposobie zapisu. >>> Stali chwilę obok siebie w milczeniu. Sidort zastanawiał się, kiedy chłopak zacznie mówić. – Nie powinniśmy pozwolić ci odejść. – Nie czekał długo. –> Zapisałbym to tak: Stali chwilę obok siebie w milczeniu. Sidort zastanawiał się, kiedy chłopak zacznie mówić. Nie czekał długo. – Nie powinniśmy pozwolić ci odejść. –> Czekanie na słowa chłopca było pierwsze, nieprawdaż? >>> – A to kto? – Zapytał Hadara, gdy spostrzegł Gura Rasmu.  –> bez kropki, małą literą… >>> Nierówności i zgrubienia […] każde o własnym, niepowtarzalnym kształcie i strukturze.  –> kształt jest rodzaju męskiego, struktura – żeńskiego. Nie można, nie naruszając zgodności rodzajowej, stosować jednej przydawki w danym rodzaju do obu rzeczowników…Nie ma rady, powtórzonko: –> każde o własnym, niepowtarzalnym kształcie, własnej, niepowtarzalnej strukturze. albo trzeba napisać to samo, ale inaczej: nierówności i zgrubienia znajdowały się na swoich miejscach, miały własne, niepowtarzalne kształty i struktury.   Koniec kropienia. W sprawie przerwy. Okazała się korzystną, jeśli chodzi o moje zdanie o tekście. Od początku miałem dobre zdanie, teraz mam jeszcze lepsze. W szkolnej skali: pięć plus. Dlaczego nie sześć? Nie zagrał mi przesłodzony obrazek osady, konkretnie: wiewiórki, coś tam jeszcze latającego pod nogami. Przy obcych? Zgoda na Asgera, jest tajemniczy, skrywa tajemnicę, wydaje się, że ma wiele wspólnego z mieszkańcami osady, więc przy nim tak, ale nie przy Rasmu. Na pewno nie przy nim…  Poza tym aluzja do Bargula Nila. Zbyt skąpa, jak dla mnie. Rozumiem, mentor Asgera – ale gdzie, kiedy, z jakich powodów, jakich pozycji? Niby coś się tam samo wyjaśnia potem, ale też tak zbyt aluzyjnie…   Asger, Hader, Rasmu wydają mi się postaciami wiarygodnymi. Nieco słabiej wypadają mieszkańcy osady, ale składam to na karb ich "zawieszenia" pomiędzy "normalnymi ludźmi" a "ludźmi lasu". Od jednych odchodzą, ku drugim podążają – w zawieszeniu w połowie drogi mogą być różni, akceptuję. Tak samo akceptuję fakt, że świat, obecność podlegającego zmianom świata, w jakim poruszają się postacie opowiadania, została tylko zaznaczona kilkoma "maźnięciami pędzla". Odbieram to jako zapowiedź / obietnicę kontynuacji – i nie przyjmę do wiadomości żadnych wykrętów na rzecz odmowy – równie zaciekawiającej, na tym samym poziomie warsztatowym i językowym (bo te kilka niedoskonałości to rzecz ludzka) oraz tematycznym.   Pozdrawiam z ukłonem  

Może ktoś jeszcze pochwali? ;)

Co prawda nie przeczytałem, ale pochwalić mogę – co Ty na to? ; )

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Droga Ocho. Studiuję opowiadanie zdanie po zdaniu. Odezwę się w niedzielę. Pozdrawiam.

Ależ oczywiście, że możesz, przyczajony Berylu. :) Zresztą, jestem jakoś dziwnie spokojna, że by Ci się nie spodobało.   Czy ja mogę kiedyś liczyć na szóstkę? ;) A tak trochę bardziej poważnie, Adamie, wiewiórki doszły w ostatniej chwili. Lubię moje wiewiórki, jednak rzeczywiście, przy Rasmu nie powinny były hasać tak otwarcie. Moje przeoczenie, zgadzam się z uwagą. A już taka logiczna i przemyślana się sobie wydawałam! Bargul Nil to nie do końca mentor Asgera. Ważna postać z jego przeszłości, wręcz kluczowa. Musiałam o nim wspomnieć, ale – no właśnie, to jest problem z takimi tekstami: coś tam gdzieś i kiedyś miało wpływ na bohaterów, ale pisanie o tym wszystkim teraz zrodziłoby znowu różniste wątki poboczne. Tego chciałam uniknąć. Wykręty – jasne, znajdą się. Nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła. Chociażby ten, że to opowiadanie w planach wyglądało zupełnie inaczej. Inna fabuła, inna lokalizacja, nawet finałowy zabójca miał się okazać kimś innym. Tylko że tamten tekst byłby z pięć razy dłuższy. Więc bym się napisała, napisała i co? Zostawiłam więc wątek "pojedynku" Sidort-Rasmu i skróciłam, zmieniłam, aż wyszło to. Objętościowo w miarę rozsądnie. Ale cóż, w głowie siedzi i wyjść nie chce. :)   Berylu, podglądaczu jeden, nie śmiej się! I tak jestem mało egzaltowana! ;)   Ryszardzie, czekam w takim razie. Pamiętaj jednak, że gdybyś po drodze śmiertelnie się znudził, to ja to zrozumiem! :)   Pozdrawiam.  

Ale cóż, w głowie siedzi i wyjść nie chce. :)   Co bardzo mnie raduje. Masz tylko jedno wyjście: napisać! Że długie? Jeżeli będzie nie gorsze, to tym lepiej  :-)

No i to był ciekawy kawałek prześladowanych Innych na dobranoc. I trochę tajemniczy, i trup jest – no bo jak to tak, bez trupa – i czarny charakter… Szkoda łajdaka, ciekawy byłem co by jeszcze napsuł, ale pewnie po nim przyjdą kolejni ;)       BO przyjdą?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Aż musiałam sprawdzić, PsychoFishu, bo to tak straaaaasznie dawno temu było! Ale tak, wszystko się zgadza – to Ty moich wychuchanych, antyepickich bohaterów podstępnie mordujesz! A porządnych rycerzy zmieniasz w łajdaków. Masz niepokojące zamiłowanie do łajdaków. ;) A moi łajdacy – pojawiają się i znikają, po cichu, elegancko, schludnie. Następnym zapewne też przydarzy się coś przykrego. Dzięki za wizytę. :)   Adamowi w poprzednim komentarzu zapomiałam podziękować za opinię – dziękuję więc teraz! I przy okazji – dzięki za nominację.

Fajne opowiadanie, ciekawa fabuła. Podobało mi się szczegółowe opisywanie poczynań bohaterów. Jedyne, co mnie trochę kłuje w oczy, to zaczynanie tekstu po gwiazdkach stopniem, imieniem postaci.

Karolu, dziękuję za opinię. To wyszło tak jakoś samo. Zauważyłam to podczas pisanie, początkowo chciałam zmienić, ale w efekcie mi się spodobało i zostawiłam. Ale może masz rację – może trzeba było albo konsekwentnie – wszędzie, albo jednak to zminimalizować. Pozdrawiam.

"Zresztą, jestem jakoś dziwnie spokojna, że by Ci się nie spodobało. " – Hahah, właśnie. W kontekście Beryla, to bardzo słuszne stwierdzenie;-) Berylu, wybacz.  

Wybaczam :) Acz ledwo ;p

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

To ja zgodnie z zaleceniami Loży pozwoliłam sobie na parę dni namysłu nad tym, czy opowiadanie jest piórkowe czy nie. I wyszło mi, że jednak tak. Zapadło mi w pamięć – może nie szczegóły, ale atmosfera, oczekiwanie i opisy. Dlatego wrzucam też nominację, choć zdaje się, że nie jest już to konieczne. Ale chcę wrazić tym swoje poparcie dla solidnych, dopracowanych tekstów – nie tylko pod względem fabuły, ale także technicznie.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

choć zdaje się, że nie jest już to konieczne.  ---> może nie konieczne, ale wskazane, jeśli chcesz "dodać" osze głosów pozytywnych. Twój głos użytkowniczki liczy się wszak osobno.

W opowiadaniu najbardziej ujął mnie sposób pokazania magii jako źródła – nie fantastycznych efektów fabularnych, ale przyczyny cierpień i kłopotów ludności osady. To rzadkość na tej stronie.

Dobre opowiadanie, choć fabuła jest raczej prosta i w sumie nic mnie nie zaskoczyło, może poza genialnym opisem osady i jej mieszkańców. Ogromnym plusem jest za to sposób napisania tekstu. Przeczytałem z przyjemnością, pochłaniając zdanie za zdaniem. Zanim się spostrzegłem, nastąpił koniec. Aż szkoda.   Pozdrawiam

Mastiff

Bohdanie, dziękuję za komentarz. U mnie te fabuły właściwie zawsze są takie proste. Dlatego się cieszę, że mimo tego się spodobało.   Basiu, dzięki. :)   Pozdrawiam.

Ta prostota Twoich fabuł to zwodzony mostek nad tak zwaną głębią. Siedzi Asger i dłubie w piasku patykiem. Nudzi mu się, powie ktoś rozmiłowany w spektakularności. A może jednak nie nudzi się pan kapitan, ale na coś czeka, coś zamierza zrobić, jeśli okoliczności zaczną sprzyjać?

Głębią, o! To brzmi dumnie. :) Przyczyną chyba jest też trochę to, że ostatnio piszę dość – jak mi się wydaje – szczegółowo. Gdybym chciała fabułę skomplikować, dodać trochę fajerwerków, to wyszłaby mi powieść, nie opowiadanie. Problemy z kondensacją, najwyraźniej. :)  Chyba więc na razie musi tak zostać.

Mnie tam siedzenei i dłubanie właśnie urzekło… Ilu i ile z was tak siedziało i dłubało w zamyśleniu, co? A piszemy o zamyśleniu w karczmie nad kuflem piwa, o marsowym wyrazie twarzy, o wysiłku malującym się na obliczu przy próbie użycia mózgu…  wystarczy siedzieć i dłubać ;) Przyznam, że pierwsze opowiadanie, z duszyczką żony, bardziej mi się spodobało (bo chyba bardziej lubię trochę takie horrory), ale i to czyta się świetnie.   Ocho – bo łajdacy, powiem ci, nie dość, że występują w naturze częściej (okazje ich tworzą :) ) to czesto-gęsto bywają ciekawszymi personami niż nie-łajdacy. A nawet nie-łajdak, by być skuteczny, trochę łajdactwem musi się parać. Ależ ty pamiętliwa jesteś o tego Perkoza, fiu fiu, kto by pomyslał ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Sajko, fajnie, że zajrzałeś też do tamtego tekstu. Również odbieram to jako komplement. ;)    bo łajdacy, powiem ci, nie dość, że występują w naturze częściej (okazje ich tworzą :) ) to czesto-gęsto bywają ciekawszymi personami niż nie-łajdacy. Z tym, niestety, raczej nie mogę się zgodzić. I że w naturze ich więcej (chociaż oczywiście bywają), i że w kulturze są ciekawsi. Zawsze bardziej interesowali mnie bohaterowie z gruntu pozytywni, bo w sytuacjach ekstremalnych krępowani są własną moralnością i sumieniem. Więc i ich wybory bywają ciekawsze oraz mniej przewidywalne. :)   Pozdrawiam.

A ja tym razem raczej podzielam poglądy Rybosława. Pozdrawiam.

I ja tu wreszcie dotarlem i przeczytalem, i pochwalic musze :) Narracja genialna, a to rzadkosc. Robisz postepy. Super opowiadanie.

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Ocha – bo to miał być komplement :) Pozytywni bohaterowie: z tą (nie-)przewidywalnością z powodu krępacji… Umówmy się, że różnie to bywa, przynajmniej w kulturze masowej/literaturze. O ile ten pozytywny bohater jest nieźle odbrązowiony i autor się wysili, to rzeczywiście bywa ciekawie, nie przeczę.   W naturze łajdaków, miałem na myśli, często więcej niż pozytywnych. Najwięcej, muszę uściślić moje zdanie, jest tych w szarej strefie – ani takich, ani takich. Ot, zwykłych. Co do atrakcyjności zła – mądrzejsi pisali o tym rozprawy, tu wszystko zależy od zamierzenia autora. Czasem szwarccharakter jest po prostu potrzebny by skontrastować zajepozytywność głównej postaci, a czasem jest głównym bohaterem. Pytanie za sto punktów: Czy J-23 byłby taki zajefajny, gdyby nie miał munduru Wehrmachtu i eksploatował topos atrakcyjnego ubermenscha, lecz, dajmy na to, zasuwał w walonkach i czapce uszatce po sztabie NKWD?   Ryszard – ale w kwestii opowiadań czy ilości łajdactwa w naturze? :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

W ilości łajdactwa.

@Koik – dzięki. Cieszę się, że tak uważasz. A kiedy Ty wreszcie coś napiszesz? :)   @PsychoFish: J-23 był nudziarzem nawet w tym garniturku od Hugo Bossa. :) No tak, problem jest też z definicją łajdactwa. Nie chodzi mi oczywiście o bohaterów w typie rycerza bez skazy (chociż, hmmm, to dopiero dranie musieli być). Nie będę się spierać, bo odbrązowiony pozytywny bohater, aby odbrązowiony został, musiał prawdopodobnie jakieś łajdactwo popełnić. I co jest tym łajdactwem? No i jakie miał motywacje?   Zaczynam sama mieszać się w zeznaniach, więc lepiej zakończę ten temat. :)   Pozdrawiam.

Łajdak, to ten, który częściej zachowuje się po łajdacku niż nie po łajdacku. Nie wydaje mi się, żeby tych pierwszych rzeczywiście było więcej w naturze – może akurat złe zachowanie bardziej rzuca się nam w oczy niż dobre, na zasadzie belki w oku ; )

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Zapewniam Cię Agnieszko, że Marek ciężko pracuje.

A, hm, no cóż. Musi mi to na razie wystarczyć. :)

beryl, wchodzisz w absolutne pojmowanie dobra i zła, by określić co jest łajdactwem? Ja wiem, to straszna dyskusja, nie chcę jej rozpętywać. Po prostu jest paradygmat, nazwę go tymczasowo, absolutny i drugi – relatywistyczny. I pewnie jeszcze jakieś. I dochodzimy do pytań o łajdactwo, które bywają ciekawsze od samego łajdaka.   Co do przewagi występowania w naturze, to sądzę, że to bez badań statystycznych kwestia nierozstrzygalna. Pozostanę przy swoim zdaniu, bo to być może kwestia tego, kogo i gdzie i jak każde z nas spotyka po drodze ;)   Ocha: Drętwy? No niech będzie. Ale przejrzyj filmy z nazistami lub o nazistach. Czyż nie są piękni, nie są drapieznie atrakcyjni? Akurat to wyciągnąłem, bo temat swego czasu właśnie na tym przykładzie mocno wałkowany. Albo z innej parafii – taka postać Jacka Sparrowa nakreślona w serii "Piraci z Karaibów", to łajdak czy nie łajdak? Bo według berylowej definicji częstości chyba łajdak, ale jednak jakoś tak, dziwnie podejrzewam, posądzimy go o bycie pozytywnym w głębi serca…? (bo dorzucamy wagę łajdactwa do częstości i od razu się zmienia proporcja)  :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psycho, po prostu wychodzę z założenia, że jeżeli ktoś posługuje się teminem łajdak, to musi mieć określoną definicję łajdactwa. Nie chcę tego drugiego definiować, ale to pierwsze można zdefiniować tym drugim.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

PsychoFish – Jack Sparrow był przede wszystkim wariatem. To trochę inna kategoria. ;) Oczywiście, że naziści wyglądali w swoich mundurach atrakcyjnie, w końcu, jak juz pisałam, projektował i szył je Hugo Boss. Ale faceci w dobrze skrojonych garniturach często wyglądają dobrze. Nie widzę tu za bardzo związku. To mundury są atrakcyjne, nie to, co w nich siedzi.

Beryl: czyli przyjmujesz jakiś aksjomat. Zaparkujmy na tym, bo za późno na filozofię ;) Ocha: alez jak inna parafia? Na pewno był wariatem? To nie była poza? Parę tików nerwowych, drobne objawy nadpobudliwości i już – wariat? :) Popatrz sama, jak ładnie go sobie tłumaczysz… :)   Chcemy, czy nie, jesteśmy wzrokowcami. TO akurat udowodnione: postrzegamy tych atrakcyjnych, przynajmniej początkowo, jako tych, którym się powodzi, chętniej im ufamy, łatwiej podajemy się ich perswazji. Skuteczne zło powinno więc być chyba atrakcyjne i pociągające, by czynić swą rzecz. Mundury to przecież ta powierzchowna mimikra. Albo diabeł, o właśnie. Dlaczego diabeł zawsze prawie, kiedy kusi, to jest jak dżentelman, często bogaty? O nienagannych manierach? Świetny gust? Bezwzględny skurwysyn? :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

PsychoFish – nie zwykłam tego robić, ale: napisałam kiedyś taki tekst, "Królowa" się nazywał. Dość krótki, znajdziesz go w moim profilu. Jeśli będziesz miał chwilę czasu i ochotę – przeczytaj. I daj mi znać, czy bohaterkę uważasz za złą, czy nie. Ciekawa jestem. :)

Przeczytałem, jako antybajka bardzo mi się podoba. Kopciuszek w "Królowej" jest bezwględna, twardniejąca poza możliwość okazania łaski – bo chyba ze strachu, o siebie lub o swoje postrzeganie lub o jedno i drugie, tnie siostry, by macosze ból zadać. To oraz polityczne morderstwo trącą zarówno o – zabawne sformułowanie, ale pasuje – sprawiedliwą zemstą, jak i o okrucieństwo. Odpowiedź na pytanie czy Kopciucha opadło NIE-WYPO-WIE-DZIANE ZUO wymaga konsultacji z seksspecjalistką, analizą ;)   Umówmy się, że ambitna dziołcha ma cel: utrzymać się na stołku. Nie oceniamy celu, tylko go definiujemy. 1. Ptaszyska – na poziomie zarządzania strategicznego decyzjom towarzyszą inne kryteria oceny (skutki długofalowe, tzw. mniejsze zło – wybranie mniej kosztownego w rozumieniu osiągnięcia celu) niż na szczeblu zarządzania taktycznego. Ptasia kompania, jak można wywnioskować, odegrała dwie role: wzmocniła poprzez strach lojalnośc podległych jednostek i straszliwie, przerażająco, po Hitchcockowsku wsparła dławienie rebelii, łamiąc ducha buntowników. Jeżeli brak wojny dla lokalesów jest lepszy od wojny trwania (a przeważnie tak jest, bo ile razy w roku można odbudowywać spalone kobiety i uspokojać zgwałcone chałupy…), a przy okazji respekt dla urzędu został umocniony – nie widzę tu paskudztwa, ot uzasadniona decyzja z dziedziny zarządzania kryzysem.   2. Morderstwo absztyfikanta – zlecenie. No, tu trudniej, bo tylko jednym zdaniem i tylko z ust króllowej dowiadujemy się, że był zdrajcą i chciał ożenku by przejąć władzę. Z punktu widzenia celu, o ile rzeczywiście był zdrajca, trwałe usunięcie zagrożenia ma sens – ponownie decyzja strategiczna. Ale tu już coś, dysonansik niewielki – śmiech drapieżny, drwina – emocje wpływają na ruchy…   3. Ślub Ivy (córki?) z niechcianym księciem, by umocnić władzę Kocmołuszka Pierwszej, Boże chroń królową! Tu Kopciuch, pinda jedna, sama przecież wychodząca zwycięsko z próby walki o miłość w przeszłości (pamiętacie jak ją z tym pantofelkiem szukał? Na pewno pamiętacie) odmawia tego prawa komuś bliskiemu w imię osiągnięcia swojego celu. Ewidentnie stała się egoistką, uzasadniając to przynajmniej bez hipokryzji. Ponadto zapomniał wół jak cielęciem był (czy aby Kopciuch nie roztyła się? :) ) i możemy postawić pierwszą, niewielką kreseczkę po ciemnej stronie nocy, oceniającto już w kategoriach mhroku ciamkającgo dobre serduszko królowej.   3. Brak łaski dla sióstr, otwarte przyznanie się, że macocha żyje li tylko po to, by cierpiała – jako kara za zdradę i stanięcie po stronie buntowników. W kategoriach strategicznych decyzja wydaje się być podyktowana zdrowym rozsądkiem: ustawiczne kierowanie sił i środków na monitorowanie potencjalnego zarzewia kłopotów w państwie, w dodatku we własnej i jak można mniemać, niewdzięcznej rodzinie, tuż pod własnym nosem, jest irracjonalne. Lepiej je spozytkować inaczej, zagrożenie nalezy usunąć, najlepiej bezwzględnie i tak, by odstraszyć ewentuyalnych następców. Dlatego zwykłe wygnanie niekoniecznie spełni swoją rolę, jakkolwiek zdaje się być humanitarniejsze – wygnaniec, gnój, zamiast być wdzięczny, że żyje, miewa tendencje do budowania armii i wracania niby po swoje. ALE  – w takim razie, po co zostawić macochę żywą? Żywa i zrozpaczona, gotowa namieszać w przyszłości. Rozsądek podpowiada, że należało ją stracić również. W takim razie wychodzi, że emocje i zemsta. Dość okrutna, li tylko by zadać ból, biorąc odwet za traumę młodości.  – bardzo nagła wizyta przy nagich ciałach straconych sióstr, porównanie ich brzydoty do swojego względnego piękna… Tu wszędzie krtwawymi literami ze ścian, jak dla mnie, ścieka napis "to bardzo osobiste". Nie, nie w sensie wyrzutów sumienia, raczej w kategoriach psychopaty napawającego się własnym dziełem… Przesadziłem? No ale sami się zastanówcie.   Dark is ye dar side… (Zamknij się Yoda i żryj tego tosta)   Podsumowując: Na etapie opowiadania okazuje się, że Kopciuszek balansuje między nie– a łajdactwem. I mam ciężkie przypuszczenie, że już wkrótce stanie się okrutną suką, zdecydowanie złą – ale jeszcze taka nie jest, jeszcze może zasłaniać się niesprzyjającymi okolicznościami przyrody, a drobne okrucieństwa potraktować jak chwilową emocjonalną mastrubację, zaspokojenie potrzeby zadośćuczynienia doznanych krzywd.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Piszesz, że zabija, aby utrzymać się na stołku. A ja – że po to, by przetrwać. Co, akurat, w tym przypadku jest tożsame. Ale dla mnie definicją celu jest przetrwanie. Jeśli zostanie pokonana, zginie, bo naruszyła ich ego, spokój klasy panującej, zachwiała ich przekonaniami. Jest niebezpieczna i niepokojąca. Rozprawa z siostrami – POZA TYM – ma wymiar osobisty. Oczywiście. To w końcu jej siostry. Gdy Elżbieta I likwidowała swoich kochanków, też miało to wymiar osobisty. Ale przy okazji i polityczny – uważała, że tego wymaga racja stanu. Kopciuszek okazała im wcześniej litość, ale teraz już sporo się nauczyła. Widocznie uznała, że nie może pozostawić ich przy życiu.   To jest oczywiście również pytanie o to, ile jesteśmy w stanie zrobić złego, żeby ocalić siebie. Zawsze mi to przychodzi do głowy, gdy słyszę o „żołnierzach wyklętych” w rodzaju Ognia. Ale za Królową stało jej państwo, jej królestwo, jej poddani. Nie tylko idea. Dorosła, dojrzała, zrozumiała – czuła się odpowiedzialna za swoich ludzi. Z tego samego powodu zleciła morderstwo kochanka i wymusiła polityczny ślub na córce. To nie egoizm – to racja stanu. Prawdopodobnie uznała (bo jakżeby inaczej) że będzie lepszą władczynią niż buntownicy. I być może nawet miała rację.   Została wmanewrowana w tę sytuację jako młoda, zakochana, naiwna dziewczyna. A teraz musi się bronić.   Macocha – no, dobrze, tu maleńki ukłon w stronę zemsty osobistej, bo czemuż by w sumie nie? Widocznie oceniła macochę jako starą, już osamotnioną, a przede wszystkim – złamaną.   Ja bym napisała tak – nie mogę Królowej ocenić negatywnie – bo rozumiem jej motywacje. W czasach tego typu monarchii nie było miejsca na interes prywatny i nadmierną litość.

@Ocha – a pisze się, pisze, za dnia i po nocach :) Tajemniczy ze mnie… łajdak(?)! Faktycznie, z braku czasu od dawna niczego nie wrzuciłem na portal, ale za to staram się przeczytać i skomentować teksty swoich ulubieńców i Beryla (Berylu, to żarcik jeno; do ulubieńców należysz;). Trzymam kciuki za opiórkowanie! Przewiduję srebrne barwy…

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Dzięki, Koiku, ale leciutko przeginasz. Chociaż miło przeginasz. ;) Na razie nie ma żadnego, więc się nie ekscytuję. Tajemniczy z Ciebie Koik. :)

Ocha, Instynkt samozachowawczy jest chyba najsilniejszym z instynktów, bardzo trudno go przełamać. Dlatego tych, którzy to zrobili poświecając się dla innych chcrzcimy epitetami jak heroiczny, bohaterski… Zobacz sama, jak usprawiedliwiasz racją stanu, odpowiedzialnością za twór abstrakcyjny zwany państwem, jego obywatelami – czy to nie jest w czystej formie makiewilczny cel uświęcający środki? Przecież aby przetrwać, mogła dać dyla na drugi koniec świata, nadal by żyła (prawdopodobnie). Nie musiała trzymać się królewskiego tronu. Ale seks, władza i jeszcze parę innych tego typu silnych bodźców niezwykle trudno nam, ludziom odrzucić.    Wymuszone małżeństwo – z powodów, o których piszesz,  kreseczka mała. Gdyby Kopciuszek sama była tak zmuszona do małżeństwa, byłoby to czyste zagranie polityczne, bo po prostu powtarzała znany sobei wzorzec.  Ale widzisz, Kopciuszek do zamążpójscia zmuszona nie była… Nie miała po prostu siły, chęci lub obydwu tych determinantów, by będąc między wronami zakrakać inaczej. Za to, jak sama widzisz, w swojej opinii morderstwo kochanka zważyłem, mimo wszystko, po stronie uzasadnionej decyzji strategicznej – mimo wątpliwej postawy królowej.   Pytanie brzmi chyba nie ile jesteśmy w stanie zrobić, by ocalić siebie, ale jak długi nasze czyny jeszcze usprawiedliwiamy czymś w postaci tarcza "odpowiedzialności za coś", a kiedy odrzucamy preteksty. W przypadku macochy Twoja bohaterka odrzuca hipokryzję (i to już jest prawdziwy etap dojrzałości, w mojej opinii), jakkolwiek zręcznie wykorzystuje argument racji stanu, by wywrzeć prywatną zemstę ;) I sądzę, że taki też był casus Elżbiety I – raz rzeczywiście powody nieosobiste decydowały, a raz słuzyły za pretekst. Miała wszak Francuzów i Hiszpanów na karku, zagrożenie, dzięki któremu przez palce można było patrzeć na różne pomniejsze łajdactwa ;) W bestiariuszu na stronie 666, pod hasłem "złowieszcza królowa" na pewno jest miejsce dla Eli. Ale czy była władczynią godną prowadzenia swojego kraju w zastanych warunkach? Z dzisiejszego punktu widzenia – na pewno.   Nie napisałem, że oceniam Kopciucha negatywnie. Napisałem, że w mojej ocenie kroczy, na stan przedstawiony w opowieści, między łajdactwem a niełajdactwem, ze wskazaniem na stanie się swoistą krwawą królową. Może właśnie taki Kopciuszek potem była złą królową-macochą w kure… królewnie Śnieżce? :)   W "Osadzie" imć Rasmu przedstawiony jest właśnie jako taki łajdaczek ze służb specjalnych, trochę ksenofob, któremu stanowisko pozwala robić to, czego prawo i sumienie "porządniejszym" od niego nie dopuszczają (cudzysłów ze względu na wdepnięcie na obszar moralności). Jestem pewny, że racją stanu, historycznymi argumentami doskonale mógłby usprawiedliwiać swoje polowanie na magię – ale za mało aluzji na ten temat, by wzbudzić wątpliwość u czytelnika. Dlatego pozostaje dla mnie łajdaczkiem, w dodatku martwym. Chociaż, przyznaję, bardzo ciekaw jestem tęgo wątku tła w Twoich opowiadaniach :) Bo, z kolei żeby przywołać Sapkowskiego, właśnie ten sposób usprawiedliwiania się przyjęli nieludzie z Wiewiórek, wywierając terror i pomstę przy okazji za pogromy na ludziach…. :) To jest tak pokomplikowany węzeł, że trudno o jednoznaczną ocenę, podobnie jak w przypadku przywołanego przez ciebie Ognia. Nie piszesz czasem czegoś od strony bohaterów takich jak Rasmu, przedstawiając ich motywację i argumenty? :) Coś, co w wątpliwość mogłoby postawić postępowanie Asgera?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Brawo, Rybosławie. Takiej analizy jeszcze na stronie nie czytałem. Ocho, przekaż mężowi, że czasem bywają – inteligentne kobiety i okrutne gady. Pozdrawiam.

PsychoFishu, nie mam niestety za bardzo czasu, żeby wdawać się w dogłębną polemikę. Napiszę tylko, że – moim zdaniem – zbyt lekko traktujesz warunki zewnętrzne oraz specyfikę czasów, do których jakoś ta "Królowa" się odnosiła. A państwo to nie tak bardzo abstrakcyjny byt, jak niektórzy by chcieli. Bo państwo to też jego mieszkańcy. W monarchii absolutnej ich byt niemal absolutnie uzależniony jest od tego, kto jest u władzy. Rozsądny i stąpający po ziemi władca, władca – na owe czasy – sprawiedliwy, ma to na uwadze i czuje za swoich poddanych odpowiedzialność. Również podczas zwalczania swoich politycznych przeciwników, takimi metodami, jakie uważa za w danym momencie odpowiednie. Nie może sobie uciec gdzieś tam, na koniec świata, bo pozostawia państwo, ze swoimi ludźmi, w obcych rękach.   To tyle na ten temat. Czy piszę coś o ludziach pokroju Rasmu? Nie. Ale o ludziach pokroju Ognia – w planach się pojawiają. W bardzo istotnej roli.   Ryszardzie – mój mąż o tym doskonale wie. ;)   Pozdrawiam panów. :)

Ryszard – a dziękuję. Ale jak mówiłem, jestem gaduła, jak mnie temat kręci, rozpuszczam paszczę ;) Ocha – jasne. Chciałem tylko sprostować, że nie pomijam realiów, lecz, jak mi się wydaje, nadaje im odrobine mniejszą wagę, staram się dotrzeć do kośćca motywów upatrując ich źródła w ludzkich emocjach jako elementu najbardziej decydujące o finalnym postępowaniu. Poczucie odpowiedzialności za innych, owszem, ale czy nie uważasz, że może być wykorzystane, w całej swojej słuszności, jako pretekst do uczynienia czegoś bardziej małostkowego? Czy w historii nie brak takich przykładów? Rasmu a Ogień – do tego zmierzałem, czy właśnie czasem człek pokroju Rasmu nie ma w sobie czegoś z tragicznej niejednoznaczności Ognia. W takim razie czekam z niecierpliwością na to plany przekute w tekst :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

To się naczekasz, PsychoFishu. :) Zresztą, nie jestem pewna, czy nasze opinie, uwzględniając oczywiście tragizm sytuacji Ognia i jemu podobnych, są na ten temat zbieżne. Jeszcze drobna sprawa, łajdactwa właśnie. W przypadku "Królowej", czy nie okazała by się większa łajdaczką, gdyby zostawiła swoje państwo w rękach rebeliantów? To nie byli bojownicy o wolność i demokrację.   I, czy według Ciebie, Asger, podstępnie mordując Rasmu, zachował się p łajdacku?

Ocho Zbieżność, nie zbieżność – czniał to, po prostu jestem ciekawy. Nie musi być asymptoty, by funkcja ciekawości pięła się świecą w górę ;) Kopciuch, królowa, podanie tyłów – to właśnie jest ten dylemat, który każdy może rozstrzygnąć inaczej, osobista percepcja. I tak Autor przedstawia, jak czuje, ewentualnie jakie pytania chce w czytelniku wzbudzić. Może złośliwie, ale zapytam: a w czym rządy rebeliantów będą różne od jej przypuszczalnych teraz? :) Tego nie wiemy, póki nie napiszesz opowieści :) Asger – bardzo dobre pytanie. Podejrzewam, że u większości czytelników percepcja kręci się właśnie wokół odbrązowionego bohatera, który czasem łapki, pardonsik, w tym wypadku likantropiczne łapki, pobrudzi w imię czegoś uznawanego za wyższy, słuszny cel (tu: zapobieżenie masakrze w osadzie, pozwolenie, by jej mieszkańcy mieli chociaż szansę na wykucie własnego losu). Bardzo udanie wciągasz czytelnika w bohatera, który waży i wybiera tzw. mniejsze zło. Ale ale… Jaki punkt widzenia miałby ktoś w tym świecie, którego rodzina ongiś wycierpiała od leśnych magicznych stworów katusze bez zrozumiałego powodu? Lub jak by to wyglądało, gdyby mieszkańcy leśnej osady byli już w pełni zdolni do samoobrony? W mojej opinii, złajdaczył się trochę, ale to złajdaczenie trafia w punkt, bo w wykształcone u odbiorcy naszym kręgiem kulturowym poczucie sprawiedliwości, stanął po stronie tych, którzy byli w tym starciu na straconej pozycji (topos obrońcy). Stosując jednak zasadę dura lex, sed lex – stał się mordercą. :) I tu berylowa definicja łajdaka zależna od częstotliwości łajdaczenia znajduje zastosowanie.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Koiku – : )

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Sajko, likantropiczne? Gdzieś Ty tu jakiego likantropa znalazł? :)

:-)  Nadal jestem na portalu NF, czy przeniosło mnie do Królewskiej Akademii Sztuk nie do końca Wyzwolonych?  :-)   Na serio: zróbcie ze swojej dyskusji porządny esej, może w formie właśnie dyskusji między bystrym, dociekliwym czytelnikiem a pisarką, i wstawcie, ku pożytkowi początkujących, na portal.

No przecież, Adamie, PsychoFish mnie na śmierć zagada! Ja już, przy innej okazji, poznałam jego możliwości. A i tak obawiam się, że jednak zaledwie ich część. :)

Adam dobrze gada. :-) Wiem, co mówię/ piszę, bo właśnie pracuję nad tekstem, który z takiej adamowej podpowiedzi się zrodził.

Babska logika rządzi!

:-) A potem, jakby co, wszystko będzie na mnie?  :-)

Niedawno, minut kilkanaście wstecz, radziłem komuś, by się nie spieszył, a co robię sam, to widać…   Ocho, dla tak zwanego dobra sprawy mogłabyś lekko się poświęcić – to z jednej strony – nie wierzę, aby w PsychoFiszu nie odezwał się dżentelmen i nie powściągnął go w krytycznych momentach – z drugiej.

Obiżajesz*, bratan. ;-) Ty dałeś iskrę. Ja partoliłam i partolę. Ale może nie wyjdzie tak źle, żeby trzeba było szukać winnych. Ocho, przepraszam za offtop. * Wybacz zapis zbliżony do fonetycznego. Nie czuję się pewnie ani w rosyjskiej ortografii, ani w regułach transliteracji.

Babska logika rządzi!

Ciebie? Uchowaj Quetzalcoatlu! Znowu nie zauważyłaś uśmiechajek…  Nie wyjdzie, nie wyjdzie. Znaczy, aż tak, żeby winnych szukali. Prędzej będą się zastanawiali, czyja to zasługa, że tak dobrze wyszło.  { :-) }

Zauważyłam, też jedną wstawiłam. ;-) Ooo, i drugą! Ale i tak mnie ruszyło. Prorok, czy jak? Co do ewentualnych zasług, to albo Twoja (bez Ciebie nic by nie powstało), albo "sukces ma wielu ojców". ;-)

Babska logika rządzi!

:-)  Którzy nic o sobie nawzajem nie wiedzą?  :-)  BP, NMSP… Dobra, bo ocha nas kijem popędzi, a inni etykietkę TWA przykleją…

Którzy nic o sobie nawzajem nie wiedzą?

A bo to mało takich świeżoupieczonych rodziców świat widział? ; )

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Finklo, Adamie – ależ sobie wątkujcie pobocznie i adorujcie się wzajemnie, ile Wasza wola :). Z kijami nie ganiam raczej. :)

Oj, słodzą wszyscy i słodzą, zatem ja słodzić nie będę. :( Długo zwlekałem z napisaniem komentarza, ale cóż, trzeba. Przeczytałem opowiadanie kilka dni temu i myśl mnie wtedy taka naszła, że tekst jest o niczym. Parę raptem scenek powiązanych bezboleśnie prostą intrygą, fabuła zaś skupia się na odkryciu tego,  że inność może być zwalczana nawet w wymyślonych światach. Pomyślałem sobie wtedy, że może coś przeoczyłem, bo to w końcu  O c h a,   a ona przecież pisać przeciętnie nie powinna. Wgryzłem się więc w tekst raz jeszcze i co? Czy znalazłem w opowiadaniu coś przykuwającego uwagę? Otóż niewiele, niestety. Ktoś gdzieś gna, ktoś kogoś odnajduje, trafia w końcu do osady, w której ludzie tak naprawdę upodabniają się do zwierząt/roślin i na tym ma polegać cała ich magia. Do tego na widok „obcych” reagują nienaturalnie spokojnie,  a osada zdająca się być początkowo czymś odrębnym i spójnym – w końcu jest tytułową bohaterką –  zachowuje się tak,  jakby jej mieszkańcy – a przez to i ona – nie mieli ani mózgów, ani instynktów; ot reagują na wszystko obojętnie: „przybył wrogi oficer żeby nas eksterminować, zatem siedzimy cicho może sobie sam pójdzie albo nas zabije, zobaczymy co będzie, a tymczasem róbmy ni to smutne, ni to obrażone miny”. Dodatkowo główny bohater, człowiek rzekomo po przejściach, który powinien dzięki temu mieć trochę rozumu, działa tak instynktownie, że aż nienaturalnie. Wybacz, droga Ocho, ale zabójstwo przedstawiciela „służb specjalnych” nie może przejść bez konsekwencji w nawet najbardziej fantastycznym świecie. Twój bohater zatem, postawiony w trudnej sytuacji (a takie przecież uwielbiasz!:) ), dokonuje wyboru nienaturalnego, wręcz idiotycznego, sprowadzając na siebie i innych praktycznie nieodwołalną zgubę w imię ratowania kilku – jak ustaliliśmy wcześniej – pół-zdziczałych imbecyli, a jego decyzja podyktowana jest enigmatycznymi zaszłościami, o których nie chciało Ci się porządnie napisać, a jedynie wspomnieć. Głupio trochę, że rzeczy niedopowiedziane, w całym opowiadaniu przedstawione wręcz karygodnie marginalnie mają pierwszoplanowy wpływ na całość tekstu. Grafomańsko trochę, nieprawdaż? Ano prawdaż, powiedzieliby zapewne wielbiciele wyjaśniania wszystkiego. Brakuje ciągłej akcji i historycznych zawirowań, dodaliby inni. Ty jednak, Ocho, napisałaś opowiadanie, które się czyta. Się czyta! Czy trzeba czegoś więcej? Fabuła może nie jest urzekająca, jednak sposób opowiadania ewentualne braki fabularne wynagradza z nawiązką. Opisy może nie mają w sobie nawet grama poezji (którą lubie i cenię w prozie) i nie uświadczysz tu metafor, jednak smakowita szczegółowość zaspokaja apetyt na dobrą narrację. Może bohaterowie nie są jakoś wyjątkowo dookreśleni, lecz czy dzięki temu nie stają się żywi, naturalni? A sam opis osady (koncepcja która w pierwszej chwili może wydać się naiwna) czy nie jest tak naprawdę piękny i oryginalny? Moim zdaniem jest. Tak już całkiem serio, Ocho, bardzo dobry tekst spod Twoich paluchów wyskoczył. Oczekiwania w stosunku do Ciebie, jako autorki, mam duże i się nie zawiodłem. Jedyna sprawa, do której mógłbym się tak naprawdę przyczepić, to zbyt duże  – jak dla mnie – nagromadzenie bohaterów i niedostateczne ich określenie. Mnie się po prostu postacie z początku myliły, nie pozwoliłaś czytelnikowi ich poznać, nie poczułem ich emocji, a przez to nie umiałem dobrze postaci zapamiętać. Poza tym – jedynym jak dla mnie – mankamentem, świetny tekst. Reakcja bohatera nieprzewidywalna, a jednak naturalna; brak złotego środka, każdy wybór ma swoją cenę, są tylko odcienie szarości. Życie.

Sorry, taki mamy klimat.

Sethraelu,Ty się prosisz o coś… No, sama nie wiem o co, ale o coś bardzo niedobrego na pewno. ;)   Ufam, że tego wyjaśniać nie potrzeba, ale przy okazji – bo i PsychoFish o tym wspomniał – bohater nie decyduje się na to, co zrobił, wyłącznie po to, by ratować mieszkańców osady. Mam nadzieję, że gdzieś tam to czytelne jest.   Nie poczułeś emocji bohaterów – no, ja to jednak uważam za spory mankament.   Dzięki – chyba, bo skok ciśnienia jednak masz na sumieniu. :) Pozrdrawiam.

@Ocha likantropiczne łapki bo: – Jak na kogoś, kogo miesiąc temu pogryzł pół – człowiek, pół – wilk, twój sceptycyzm przypomina już ośli upór, Asger. (…) Zza linii drzew wyskoczył okrągły jak talerz księżyc. Asgerowi chciało się wyć.

i dopowiedziałem sobie, że go powoli bierze dzikość serca ;) Esej musiałabyś zacząć ty, bo ja się za bardzo rozwlekam w formie ;) A poza tym, nie kryguj się z tym przegadywaniem, panowie jednak przeważnie kończą, zanim panie się rozkręcą na dobre ;) Smutne to, lecz podobno naukowo potwierdzone.   @Adam Portal jest przecież fantastyczny, należy spodziewać się krasnali sikających do kawy na biurku, demonów internetu i innych takich, więc teleportacja nie powinna dziwić. Za to, zdradź mi – dlaczego nie do końca Wyzwolonych? :) Czego brakuje, ociupinki porno… e, erotyki? :) Natomiast, żywię podejrzenie graniczące z pewnością, wołanie mojego wewnętrznego dżentelmana spowoduje li tylko, że okrzyki jeszcze długo będą odbijać się echem… :)   @Finkla A możesz puścić farbę na jaki temat, czy to niespodziewanka i tak tajne, że natychmiast musiałabyś wszystkich zabić?   @Sethrael Przeż, obywatelu, nawaliliście cukru do tego gorzkiego czaju tela, że się pić lury nie da :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Tropów możesz szukać w komentarzach Adama. Dodam dla ułatwienia, że chodzi o te pod jednym z moich opowiadań. Sytuacja baaardzo podobna. Ale nie wiem, czy warto ich szukać. Im większe zaskoczenie, tym chyba lepiej, nie? Odmawiam dalszych zeznań, dopóki nie pojawi się tu moja adwo… tfu! wspólniczka! ;-)

Babska logika rządzi!

A, PsychoFishu, dałeś się złapać na ten finał! Co mnie bardzo cieszy. :) Ale nie, on miał tylko być taki właśnie, żeby się może ktoś kiedyś dał złapać. ;) Co do eseju – no, przykro mi. Ja się nie piszę. Eseje, recenzje, ogólnie – publicystyka, już mnie nie bawi. Szkoda mi czasu na to, co mnie nie bawi. ;) Mogę sobie tu pogadać, ale jak mam to potem ubierać w formę, redagować… Nie, bardzo dziękuję.   I wszystkim życzę dobrej nocy. :)

Wiesz Finkla, że teraz będę szukał aż znajdę…? Dziękuję ci pięknie, chciałem się przespać ;) Ocha – to trzeba było tak od razu, że nie masz ochoty :) Ale szkoda mi, że go dzikość nie bierze. Jakoś tak my, rybołaki, lubimy trochę wilkołaki ;) Dobrej nocy!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ocho, na wszelki wypadek wolę jasno napisać, że pierwsza część mojego postu (ponad połowa nawet) była pisana tylko po to, żeby podnieść Ci lekko ciśnienie :) Żadnych uśmieszków itp., wszystko na „poważnie” :). W trakcie pisania wyobrażałem sobie Twoją minę w chwili, w której czytasz taki komentarz umieszczony pod całą gromada mega-słitaśnych; wybacz, nie mogłem się powstrzymać. :) Tak szczerze jedyna wadą (ale czytałem, jak było już późno i byłem padnięty) było dla mnie to, że z początku mieszali mi się bohaterowie drugoplanowi. Chciałem więc szybko napisać komentarz wychwalający Twój tekst ale… nie miałem czasu (wesele siostrzenicy i cała bieganina z tym związana), a jak już go wczoraj trochę wygospodarowałem, usiadłem przed monitorem i przeczytałem ten nawał zachwytów, postanowiłem dostarczyć Ci nieco odmiennych emocji ;) Wybacz, jeśli było to zbyt figlarne :D Właściwa i szczera opinia zaczyna się w moim komentarzu od słów „się czyta”. Rybosławie kochany, nie nawaliłem cukru do czaju; ot, podałem gorzką herbatkę, którą po chwili sam wylałem i zamiast niej przyniosłem kolejne ciastko, może nie tak mocno lukrowane jak te, które Ocha otrzymała wcześniej od innych komentujących, może nawet lekko słone, ale… kto nie lubi krakersów? ;) Pozdrawiam!

Sorry, taki mamy klimat.

Te komentarze nie były śłitaśne, tylko rzeczowe i konstruktywne. ;) A ja myślałam, że chcesz po prostu sprawdzić, czy doczytam Twój komentarz do końca.  Czyli co – do małpiszonowatej złośliwości mam dopisać skłonności sadystyczne? ;) Ale tam jest takie zdanie, o "delikatnym puchu rdzawych liści"! Specjalnie dla Ciebie! Czysta poezja, prawda? ;) Niestety, na więcej poetyckości w opisach chyba mnie nie stać. Aha, i jeszcze jedno: ja nie mam paluchów, tylko paluszki! :) Pozdrawiam.

Krakersy som kul! :) Sethrael Sadysta? Dobry, mocny przydomek… ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Specjalnie dla mnie? :) Zatem, ehm, ehm: Zdanie o delikatnym puchu rdzawych liści wdarło się do mojej świadomości z przyjemną gwałtownością, lecz we wnętrzu rozlało się już cicho i miękko, rozgrzewając wyobraźnię i – łagodnie łechcząc drzemiącą potrzebę piękna – wypaliło słodkie piętno w głębinach pamięci, grzebiąc rzekome skłonności sadystyczne pod grubą warstwą pozytywnego wrażenia. O! :D:D:D Rybosławie (widzę, że Ryszardowi spodobała sie ta xywka:), Sethrael Sadysta? Skrót od tego mógłby wywoływać bardzo niepozytywne skojarzenia historyczne i zostałbym jeszcze wyklęty :( Z drugiej strony… brzmi jednak fantastycznie! :)

Sorry, taki mamy klimat.

Mój drogi SS…   (ach jak pięknie!) :)   Wybacz ocho. Sadysta to też taki łajdak :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

@Sethrael – dzięki. Już myślałam, że się nie uzbiera. ;)

Dobry tekst. Banalny ten mój komentarz. Muszę ując to bardziej elokwentnie. Niech pomyslę… chwila… zaraz… zastanawiam się… hmm… Dobra, mam! Bardzo dobry tekst.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

SzyszkowyDziadku – dziękuję. Chociaż nie, to nie do końca to, co chciałam napisać, nie całkiem wyraża moje uczucia. Hmmmm… Może tak: Bardzo dziękuję! O, tak lepiej. ;)

Ja mam takie pytanie – długo się wahałam, czy je zadać. To pytanie do tych, którzy czytali mój tekst "Gość w dom, Bóg w dom". Tam też bohatera zostawiłam w jakoś tam krytycznym momencie – większość uznała, że opowiadanie jest niedokończone. Uświadomiłam sobie, że – no, tutaj, też trudno wyrokować, co będzie dalej. Ale kontrowersje co do otwartego zakończenia się nie pojawiają (uff… ;)). Dlaczego? Pozdrawiam z nadzieją, że komuś będzie się chciało odpowiedzieć. :)

No dobra. Zastanawiałem się, Ocho, czy w ogóle się odzywać. Tylu mądrych ludzi się wypowiedziało i jakże entuzjastycznie. A ja, nastrojony ich komentarzami na jakieś cudo, poczułem jednak lekki zawód. Mimo wszystko ufam, że to, co napiszę, nie zasmuci Cię specjalnie. Nie będę słodził, ale mam nadzieję, że nie podniosę Ci za bardzo ciśnienia ;-)

Więc tak. Fabuła mogłaby nie być taka prosta i tak trywialnie rozwiązana. Oj, brak tutaj – pozwolisz, że Cię zacytuję – "trochę fajerwerków". Przydałaby się jakaś niespodzianka. Na przykład: Rasmus jakimś cudem się ratuje (może był uodparniany na działanie magii, rozmaitych substancji?). Zabrakło mi prawdziwego starcia (niekoniecznie fizycznego!) między kapitanem i Rasmusem. Potyczki, której wynik nie byłby oczywisty. Tu tkwił potencjał tej opowieści. Udatnie doprowadziłaś do konfliktu, ale – uważam – mogłaś go lepiej wykorzystać. (Jasne: łatwo powiedzieć, trudniej zrobić). Widzę zresztą próby wykorzystania, ale nie czuję efektu. "Pierwsza żona" podobała mi się bardziej, bo tam była tajemnica, wokół której narastało autentyczne napięcie.

Ale. Warsztat dobry, postacie (szczególnie kapitan) coś w sobie mają; czytało mi się przyjemnie.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Dlaczego, Ocho? Bo tu tytułowym bohaterem jest Osada. I jej się na razie udało, ten wątek został zamknięty. :-)

Babska logika rządzi!

Kurczę, Finklo, najprostsze wyjaśnienia okazują się zazwyczaj najlepsze! :)   Jerohu, a ja Ci się przyznam, że mnie niepokoi trochę taka reakcja, jaka stała się udziałem tego tekstu. Bo wychodzę z założenia, że coś, co podoba się wszystkim, nie może być tak naprawdę dobre i sytuacja staje się co najmniej podejrzana.  Taki Pop. ;) Więc – wielkie dzięki! I cieszę się, że zdecydowałeś się jednak odezwać. Fajerwerki – też czasami za nimi tęsknię, ale jakoś, jak dochodzi co do czego, to mi nie wychodzą, albo z nich rezygnuję. Tu nie zdecydowałam się na innego rodzaju rozwiązanie konfliktu, bo zmieniłoby to za bardzo wizję tego, w jaki sposób chciałam – akutat w tym tekście – przedstawić Asgera. Pozdrawiam i dzięki za szczerą opinię.

Pierwsze zdanie – długie i zawiłe. Sześć linijek normalnie.    " Postanowił nie otwierać oczu, dopóki nie przypomni sobie wydarzeń, które sprawiły, że utracił świadomość. Pamięć wróciła szybko, a wraz z nią pojawiło się przekonanie, że lepiej jednak na razie pozostawić oczy zamkniętymi.

Było mu wygodnie, czuł się rozluźniony i niemal rozleniwiony. Pierwszy raz od tak dawna, że zdawało się to wręcz ekstatyczne.

Dobiegły go przytłumione głosy. Szybko zorientował się, że to on jest głównym bohaterem cichej rozmowy." Cztery zdania o takiej samej konstrukcji jedno za drugim. Brzydko! A jak się przyjrzeć, tylko w tym samym fragmencie są jeszcze cztery takie zdania.   Jakos nie kupuję, że żolnierze tak szybko odnaleźli osadę – miała być ponoć schowana dobrze w lesie? Tak, że mieszkańcy obawiali się wypuścić Sidorta? Przy takiej otoczce tajemniczości łatwość, z jaką oddzial odnalazl zaginionego dowodcę mi nie gra.   Ogólnie przeczytałam szybko i sprawnie, opowiadanie mnie jednak nie zachwyciło. Widać, że jest częścią większego świata. Wspominasz o wielu rzeczach, ktorych czytelnik nie zna i nie potrafi ocenić ich wagi. Kim jest Liwia? Kim jest tak naprawdę Sidort? O co chodzi z tą jego przeszlością? Zastanawianie się nad elementami, które nie mają znaczenia dla tej konkretnej historii, utrudnia jej śledzenie – przynajmniej mnie. Zatem przeczytałam, ale ani szczegolnej przyjemności z tego nie wyciągnęłam, ani nnie zostałam tak naprawdę zaintrygowana tymi "innymi" wydarzeniami.   Dodatkowo przyznam, choć to kwestia bardzo indywidualna, że nie podobają mi się imiona bohaterów. Nie jestem w stanie wyjaśnić dlaczego, ale na przykład taki 'Kerk Tor" czy "Gur Rasmu" brzmia dla mnie fatalnie. Ale każdemu co kto lubi.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Joseheim, pozostaje mi to przyjąć do wiadomości. Dzięki za komentarz.

Och, Joseheim! Pierwsze zdanie ma raptem 1,5 linijki! ;)

Nie ma żadnej tajemnicy w szybkim zlokalizowaniu osady. Cytat:   – Ja się odnalazłem po niecałej dobie. Zapewne nie myślałeś o tym, żeby zacierać ślady, kiedy mnie tu wlokłeś.

Moim zdaniem jeżeli komentator chce rzeczowo skrytykować tekst, powinien go dogłębnie poznać. Pozdrawiam.

Joseheim po prostu wyraziła swoje zdanie. Podobno nie należy tłumaczyć swoich tekstów, a ja – patrząc na objętość moich komentarzy – robię to i tak nadmiernie. No ale trudno. :) To jest część większej całości – zgadza się. Wiem też, że pewne aluzje mogą zaciemniać obraz. Poprzedni fragment jest na stronie, ale oczywiście nikt nie ma obowiązku do niego zaglądać. Starałam się, żeby ten tekst w miarę możliwości był całością, jednak w stu procentach zrobić się tego nie da, dlatego rozumiem też, że odniesienia mogą niektórych wybijać z tej historii. Staram się, żeby moje teksty były w miarę logiczne. Stąd dodałam m.in. zacytowane przez Adama zdanie. Zazwyczaj mi się to udaje (nawet Finkla się zbytnio nie czepia;)), Ale i Adam udowodnił mi tym razem, że luki się zdarzają.  Co do języka – tak, mam skłonność do długich zdań. Nie będę się już raczej przed tym bronić, a myślałam nad tym dość usilnie. Ważny jest dla mnie montaż tekstu – stąd bywają zdania albo długie, "rozpędzone", nawet chaotyczne; albo bardzo krótkie. Zapewne nie zawsze skutek jest taki, jakiego bym sobie życzyła. Ale ja nie lubię, gdy w tekście zdania są zbyt krótkie, gdy – na przykład – tam gdzie może być średnik, jest kropka. (Też oczywiście nie zawsze, bo czasami jednak lepsza ta kropka;)). Kwestia gustu.   Przyjmuję każdą opinię, pozytywy mnie motywują, krytyka uczy. Nie zawsze się z nią zgadzam, ale zawsze się nad nią zastanawiam. Pozdrawiam wszystkich serdecznie. :)

Ocho, pytałaś o otwarte zakończenie. Co do "Osady" nie ma wątpliwości, że zakończyłaś ją zgodnie z kanonami sztuki. Pewna historia została doprowadzona do końca. Mamy zamknięty epizod, więc kontrowersji IMO być nie powinno.

Niestety, niektórym autorom zdarza się wątki niezazębione, choć wyraźnie ku sobie się mające, urywać w pół. Albo – w przypadku historii jednowątkowej – kończyć ją, gdy ledwie zarysowali problem czy konflikt. Na długo przed oczekiwaną kulminacją. No bo po co się męczyć? Przecież tak wolno, ma to nawet swoją nazwę: "otwarte zakończenie". Ha, czcijcie mnie czytacze, na kolana krytycy! Zastosowałem otwarte zakończenie. Jakiż jestem wyrafinowany! ;-)

Niemniej od pisarza oczekuje się raczej, że przedstawi przemyślaną całość. Może to być nawet tylko mała, ledwie zarysowana "całostka". Kiedy jednak dostajemy urwany zaczątek wizji, a autor twierdzi, że to już wszystko, wtedy należy podejrzewać, że nie starczyło mu wytrwałości lub chęci, by rzecz skończyć. Albo zwyczajnie zabrakło pomysłu, wyobraźni; autor pogubił się i sam nie wiedział co dalej, dokąd zmierza historia. Wtedy mamy po prostu niedokończony tekst, a nie – otwarte zakończenie.

Opowieść powinna dochodzić do pewnego określonego punktu. Standardowo: główne wątki łączą się, przychodzi moment kulminacyjny, a wkrótce rozwiązanie; i koniec lub epilog. Możliwe są też inne, mniej typowe, konstrukcje. Zawsze jednak struktura opowiadania/powieści powinna być przemyślana.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Dzięki, Jerohu. :) Problem w tym, jak mi się wydaje, że istnieć mogą rozbieżności między tym, co za wizję tekstu uznał autor, a czego, w ostateczności, będą oczekiwać odbiorcy. Autor może uznać: to, co chciałam/-em, napisałam/-em, "wizja" została opisana od A do Z. A czytelnicy powiedzą: hola, hola, a co dalej? :)

To prawda :-) Jeżeli jednak autor rozsądnie i solidnie zaplanował swoją opowieść, jeśli poza tym napisał ją dobrze i ciekawie, to nie powinien się smucić ani tym bardziej mieć wyrzutów sumienia z tego powodu, że kilku czytelników ma inną wizję. Zawsze się tacy znajdą. Ale będą i tacy, którzy będą autora bronić i wyjaśniać. A ciąg dalszy czasem też można napisać :-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Cóż, macie rację, Ocho, Adamie, jest zdanie o niezacieraniu śladów – ale jak dla mnie to za słaba obrona. Skoro mieszkańcy tak bardzo, bardzo się boją i są tak bardzo, bardzo ostrożni, takie niedopatrzenie chłopaka jest dla mnie raczej wymówką niż w 100% sensownym powodem. Także broni się to trochę, ale nie do końca.   I nie bardzo rozumiem, przyznam, o co chodzi Ryszardowi. Nie jestem "komentatorem", cokolwiek rozumiesz przez to określenie, jestem zwykłym czytelnikiem "z ulicy". Jak sięgam po czyjeś opublikowane na stronie opowiadanie nie mam obowiązku patrzeć, co autor wrzucił tydzień, dwa czy trzy miesiące temu. Bo nie. I albo konkretny tekst broni się sam, albo się broni w wystarczającym stopniu, albo nie broni się wcale. I raczej nie zależy to od czytelnika.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Za słaba obrona? Przecież to zdanie zawiera nie tylko informację o pozostawieniu czytelnych, widocznych śladów, co tłumaczy łatwość, z jaką odnaleziono kapitana, ale także pośrednio informuje o mieszkańcach osady – nie są zdolni przewidzieć skutków niektórych swoich postępków, w widoczny sposób sądzą, że wszyscy są tacy "dobrzy z charakteru" jak oni, brakuje im wiedzy o świecie i ludziach spoza lasu – gdyby ratujący kapitana brał to pod uwagę, ślady zatarłby lepiej, niż Indianie z powieści May'a.  

Droga Joseheim. Moja uwaga nie miała personalnego adresata. Jeżeli dany tekst chwalimy, to możemy sobie pozwolić na pewną ogólnikowość, bo autor, zadowlony wybaczy nam brak dokładności. Natomiast jeżeli tekst krytykujemy, to musimy starannie dobierać argumenty. Nie jesteś, moim zdaniem, czytelnikiem z ulicy, jesteś członkiem Loży. Autorzy przywiązują inną wagę do Twojej opinii, a inną np. do mojej. Pozdrawiam.

Kontynuować, AdamieKB, piszesz, co? ;) Żarty na bok. Joseheim, żeby nie było wątpliwości. Ja do Twoich uwag podchodzę bez fochów. Tekst został nominowany, więc muszę się spodziewać, że przeczytają go nie tylko ci, którzy wiedzą, czego się po mnie spodziewać, a mimo to czytają te moje historyjki. Przeczytają go również ci, którzy nie czytali, lub nie pamiętają, poprzedniego tekstu dziejącego się w tym uniwersum (co to za słowo w ogóle jest! ;)). Albo ci, ktorzy, najzwyczajniej w świecie, czego innego od opowiadań oczekują. Ja to rozumiem i nie oczekuję samych ochów i achów. Ale ja tego tekstu nie pisałam pod nominację. Gdyby tak było – pewnie wyrzuciłabym wszelkie aluzje i uczyniła tekst jeszcze bardziej spójnym. Dodałabym trochę akcji, skomplikowałabym fabułę. Ale cóż – takie to moje pisanie obecnie jest. Jednym się podoba, innym nie.  I nie mam z tym problemu. Większego. ;) Pozdrawiam.

Moja uwaga nie miała personalnego adresata.

Zupełnie przypadkowo pojawiła się zaraz po krytycznej uwadze Jose. Ale to odżegnanie się było tak przekonujące, że uwierzyłem, iż akurat w tym momencie naszło Cię, żeby ogólnie wyrazić zdanie o tym, jak można a jak nie można krytykować!

:)

 

Ryszardzie – oczywiście, że każdy tekst czyta się osobno, powinien on stanowić zamkniętą całość i być przekonujący sam w sobie, albo autor powinien na początku informować, że do tego opowiadania wymagana jest znajomość innych, bo to np. część serii czy któraś tam historia z rzędu.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Wybacz, Adamie, pozostanę przy swoim zdaniu. Tobie to wystarcza, mnie niezupełnie ; )   Wybacz, Ocho, że się spieramy pod Twoim tesketm ; )   Ryszarda prosić o wybaczenie nie będę, bo nadal nie widzę związku między tym, że mam przy nicku znaczek Loży a tym, że jego zdaniem powinnam zapoznać się z wcześniejszą twórczością autora. Nominowany został ten konkretny tekst Ochy, a nie cykl, takiej możliwości zresztą tutaj nie ma. Więc patrzę na ten konkretny tekst, a nie na szerszy obraz.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Berylu, przecież napisałam w komentarzach na początku, że było już coś, co działo się w tym świecie wcześniej. Nie moja wina, że ten tekst został nominowany. :(

Ocho, przecież to dobrze, że został nominowany :) Komentarzy jest tutaj już ponad 120 i nie sposób wszystkie znać. Nie wspomniałaś jednak o tym na początku tekstu, przez co zastanawiam się – czy w Twoim założeniu to miał być samodzielny tekst?

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Tak, moim zdaniem może on funkcjonować jako samodzielny tekst. Są oczywiście aluzje wskazujące na to, że jest "coś więcej", ale i w "Pierwszej żonie", czyli poprzednim tekście, takie były. Tam wątpliwości nie było, tutaj właściwie też się na razie nie pojawiały. Nie wiem, może po prostu wszyscy wcześniej czytali "Pierwszą żonę". Nie umieszczam tu fragmentów, prologów i cholera wie, czego jeszcze, bo to idiotyczne. Jeśli natomiast piszę się, powiedzmy, zbiór opowiadań, połącznych głównym bohaterem, indywidualnym czy zbiorowym, to jakieś odnośniki prędzej czy później się pokażą. Wyrugowanie ich byłoby – moim zdaniem – zabiegiem nienaturalnym. I tyle. Sama jestem ciekawa, jak się teraz potoczą losy tej nominacji…

*pisze się…

Nie napisałem ani słowa o poprzednich fragmentach cyklu. Powtarzam, że moja uwaga była ogólną refleksją po prawie dwu latach komentowania na stronie. Ponadto nie chciałbym, aby wymiana uwag znowu zeszła na personalne potyczki, bo to niczemu nie służy. Są autorzy, którzy opiniami się nie przejmują, ale są też tacy, którzy biorą je sobie do serca. Przepraszam autorkę za wątek poboczny..

No dobrze, to jak inaczej mogę poznać tekst poza przeczytaniem go? Bo to zrobiłam. Naprawdę.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ocho, sprawa nominacji potoczy się teraz tak samo, jak wcześniej – każdy z aktywnych członków Loży przeczyta i oceni Twój tekst, wypowiadając się czy jest na tak bądź na nie :)

Ja pytałem, czy wg Ciebie to ma być tekst samodzielny, by wiedzieć czy w ogóle zabierać się za czytanie – nie ukrywam, że na razie z tekstem się nie zapoznałem, co zresztą widać po braku opinii.

 

A tak na koniec, mam taką ogólna uwagę bez adresata – komentujący nie powinni oceniać, jak dogłębnie tekst poznali inni komentujący, bo to sprawa ich nie dotycząca.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Joseheim, do kogo skierowałaś to pytanie? Ryszardzie – mam nadzieję, że nikt się nie obrazi za to, co teraz napiszę. Ja sobie biorę opinie do serca. No, może przynajmniej się nad nimi zastanawiam. To, czego mnie nauczył ten rok czy półtora na portalu to to, że gusta są różniste, opinie również, nad każdą należy się zastanowić, część przyjąć, część – po przeanalizowaniu – odrzucić. Ale do tego musiałam nabrać trochę pewności siebie. Znaczek loży dla mnie nie ma takiego wielkiego znaczenia, bo jest tu mnóstwo użytkowników, którzy go nie mają, a których opinie cenię sobie wyjątkowo. Pozdrawiam, nie kłóćcie się więcej, pax. Ja idę poczytać. Dobranoc. :)

Nie ma powodu, by Twój komentarz, Ocho, miał zostać przez kogokolwiek odebrany jako obraźliwy ; ) Miłej lektury.   A pytanie było skierowane do Ryszarda, wszak to on podniósł temat "doglębnego" poznawania tekstów.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Rozumiem, że mogą się zdarzyć użytkownicy strony, mający własne mniemanie o tym, co i jak powinni czytać i komentować członkowie Loży. Obawiam się jednak, że dopóki istnieje stosowny regulamin precyzujący postępowanie członków Loży w tej materii, przekonania rzeczonych użytkowników pozostaną tylko ich osobistymi poglądami.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Droga koleżanko. Mam dobry zwyczaj pisać w swych komentarzach znamienne sformułowanie – "moim zdaniem". A swoboda wypowiedzi jest walorem każdej społeczności. Pozdrawiam.

Ale odpowiedzi na moje pytanie w końcu nie poznałam ; (

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Proponuję nie przeciągać tej wymiany zdań na temat zdań.

Może Ryszard sam nie wie, o co mu chodziło? : )

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Ryszardzie, nie kierowałam swojego postu do konkretnego, personalnego adresata. Nie wiem dlaczego nagle poczułeś przymus zwierzenia się i powiedzenia mi o swoich zwyczajach pisania wypowiedzi… Tym bardziej, że nie jestem Twoją drogą koleżanką.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ludzie, miejcie litość.

No wiesz, Ocho, niektórzy mogą się poczuć urażeni, jeśli zarzuca im się pewne rzeczy, a potem wzbrania się przed doprecyzowaniem i utrzymuje się, że komentarz był uwagą ogólną, pozbawioną adresata. Tym bardziej, jeśli nie robi się tego pierwszy raz. Taka wymiana zdań była nieunikniona.

 

W każdym razie, jak rozumiem, nie życzysz sobie więcej tego tematu pod Twoim tekstem? ; )

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Ocho, przepraszam Cię. Już nic nie powiem, przyrzekam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To ja proponuję spalić jakieś kobiety i zgwałcić jakąś osadę… czy jakoś tak… :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jak widzisz, Rybosławie, nie ma nic bardziej komicznego od kłóttni dwojga emerytów. Przypomina mi się opowiadanie Szkapy pt. "Sprzeczka działkowców", czy jakoś podobnie. Pozdrawiam roześmiany.

Gwałtowny napad szpilkozy (wzrost stężenia szpilek na cm2 ekranu) u Was wystąpił, wszystkich bez wyjątku. Lekarze przeważnie zalecają w takiej sytuacji środki rozluźniające. Przykro mi to tak podsumować, ale Ryszardzie: Ocha jest duża i dobrze sobie radzi z krytyką sama :) Pozwól jej :) A tak – chyba zrobiło jej się przykro, że idąca za nominacją krytyka opowiadania stała się pretekstem do starcia.   Swoja drogą Ocha wychodzi, że masz na koncie kawałek, który nie pozostawia obojętnym – zwolennicy, przeciwnicy oraz przypadkowi przechodnie po przeczytaniu szybko przystępują do rękoczynów (klawiaturologicznych ;) ) Już milczę, nie chcę dociskać więcej niż ekran zmieści, bo mam nienajlepszą rozdzielczość ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Berylu, niezłomny przeciwniku spamowania! Czuję się najzwyczajniej w świecie nieco nieswojo, kiedy wracam pod swój tekst i okazuje się, że trafiłam na osobliwe pole bitwy, a nad głową latają mi pociski. :) Zwłaszcza, kiedy nagle jest troje na jednego.   Regulatorzy, mam jednak nadzieję, że jednak czasami coś powiesz, czy to pod tym tekstem, czy pod innymi, jeśli takowe zdecyduję się jeszcze zamieścić na tym portalu. Tylko może na nieco inny temat. ;)   Pozdrawiam.  

Swoja drogą Ocha wychodzi, że masz na koncie kawałek, który nie pozostawia obojętnym - mnie to cieszy, tak samo, jak cieszy mnie, że ktoś stara się ten mój tekst obronić. Ten czy też inne. Tylko, że, niestety, wygląda to potem tak, że rzeczowa dyskusja zmienia się w osobiste zaczepki. Ja sobie lubię tu podyskutować, nie mam też nic przeciwko wątkom pobocznym pod moimi tekstami. Jednak od personalnych animozji staram się trzymać z daleka. Tym bardziej dziwnie się poczułam, kiedy taka awanturka wybuchła akurat pod moim tekstem.

W tej sytuacji popcorn, piwo i oglądamy mecz ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

PschyoFishu, Ocho – jestem pełna podziwu (szczególnie dla Rybki) za propozycję paktu o nieagresji. Przyznam szczerze, że też mnie trochę zaskoczyło, iż pod dość rzeczową dyskusją o tekście w końcu wywiązała się pyskówka. Może było coś wczoraj w powietrzu? Dzisiaj, mam nadzieję, ujemna teperatura zmrozi trochę tę wczorajszą gorączkę. Rybko, ja zamiast meczu będę oglądać Australian Open!  

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

A ja dziś nie pracuję, więc pieczemy z synkiem bułki (jak dżenderowo, ho ho ho Oo :))! Ciasto już zrobione, rośnie pod przykryciem, piekarnik się rozgrzewa; dzieciak w siódmym niebie… i w mące po uszy :D Żeby nie było, że to takie zwykłe bułki – zgnietliśmy  i wrzuciliśmy do ciasta główkę czosnku, więc i zdrowo będzie, o! Prawda, że pozytywnie od rana? A tak czytając powyższą dyskusję, zastanawiałem się, kto pierwszy krzyknie historyczne hasło z głębokim przesłaniem: "Wypierdalać! Nasz Festiwal!". No dobra, przyznam się: tak szczerze to chciałem sam to tu napisać, jednak opowieść (jakże interesująca i zakręcona!) o porannych wypiekach wydała mi sie bardziej sympatyczna i może nawet wprowadzająca przyjazny nastrój? Mam nadzieję! ;) Dobra, lecę formować buły! I nie, nie mam tu na myśli zajęć na siłowni :D

Sorry, taki mamy klimat.

Psychofishu, Bemik – ja nie mam telewizora, więc sobie nie pooglądam. Zresztą, tenis nudzi mnie tylko trochę mniej od piłki nożnej. :) Co mi pozostało? Aha, popcorn i piwo! I może jeszcze buła gnieciona z czosnkiem. ;) No, zawsze to jakaś kolacja. Sethraelu – :))) Bemik – a w czym moja polityka miłości jest gorsza od tej psychorybiej?! ;P

Zwłaszcza, kiedy nagle jest troje na jednego.

No tak, biedny Ryszard. Przecież on tylko niewinnie zaczepia i atakuje ludzi, a potem udaje, że nic się nie stało, a my, podli, się na niego uwzięliśmy! ; )

 

tak samo, jak cieszy mnie, że ktoś stara się ten mój tekst obronić. Aha! Więc to o to chodzi. Przejrzałem Cię! :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Bardzo bym się zdziwiła, Berylu, gdybyś się tych dwóch zdań nie czepił. :P

Nie ukrywam, że mnie od wczoraj niektóre wypowiedzi w tym wątku właśnie dziwią ;) Dobrze, że przynajmniej ja nie zaskakuję :P

Widzisz, Ocho, znasz mnie tak dobrze, że musimy się poznać. Zatem żadnych wykrętów z tym piwem w sobotę! No, a teraz kończę kolejny offtop :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Berylu, to nie wykręty, to proza życia. Się zobaczy.

Bemik – a w czym moja polityka miłości jest gorsza od tej psychorybiej?! ;P – w niczym Ocho nie jest gorsza, tylko mniej zaskakująca. Bo po Tobie spodziewałabym się zawsze ugodowości i wołania o spokój, natomiast przy Rybce spodziewałabym się prędzej dolewania oliwy do ognia. Jak widać – myliłam się co do niego znaczy niej czyli Rybki. I bardzo mnie to cieszy.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bułki wyszły przepyszne :) Pozdrawiam obżarty.

Sorry, taki mamy klimat.

Bo rybka nie lubi oliwy. Nie rozumiem, jak mogłaś pominąć ten szczegół.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Bemik – bo PsychoFish, wbrew pierwszemu wrażeniu, jest chyba jednak całkiem normalny. Też odkryłam to zupełnie niedawno, z poważnym zdumieniem. ;)

O matko, właśnie z ciekawości zerknęłam do "najczęściej komentowanych". Rozbiłam koalicję finklowo – rogerową! Chyba rzeczywiście czas zamilknąć! ;)

Przepraszam, w żadną koalicję z Rogerem nie wchodziłam. Ja stosuję całkiem inne metody. ;-) Witam w pierwszej piątce. :-)

Babska logika rządzi!

Tak, wiem. To była moja druga refleksja – że, niestety, tu te komentarze zebrały się na modłę Rogera – czyli kłótni. Niestety, nie jak u Finkli – czyli uroczej i błyskotliwej pogaduszki przy kawie i ciasteczkach. :)

Pociesz się, że to nie Ty się wykłócasz. Nawet próbowałaś uspokoić dyskutantów. Jak Finkla. ;-)

Babska logika rządzi!

Ocho, Ty chyba nie pamiętasz, co znaczy "kłótnia" – bo na pewno nie było to to, co wczoraj wieczorem tu się działo :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

:)

Ło matko huto i ojcze bimbrowniku… Ale się porobiło :) Sethraelu Sadysto, czy ty wiesz, jaki ja teraz głodny jestem? A ty mi tu bułą z czosnkiem pachniesz :) Finkla, szykuj kawę i ciasteczka… ;)  Ocha -- PsychoFish, wbrew pierwszemu wrażeniu, jest chyba jednak całkiem normalny.  – teraz sobie nagrabiłaś… :)

Bemik – dziękuję, ale obawiam się, że mam swoje za uszami i mieć bedę. Taki ze mnie typ (z tego oto miejsca pozdrawiam gorąco! :) )  ;) Po prostu ze zwykłego szturchańca nagle zrobiła się nieprzyjemna wymiana zdań na temat zdań ;) Szpilkowy berserk :D Ale podoba mi się Ryszardowa autoironia w postaci starcia działkowiczów, faktycznie tylko reklamówki z kanapkami w roli morgensterna brakowało ;) Kto wygrał? :) 

Bo rybka nie lubi oliwy. – za to lubi pływać… :) Kłótnia może nie była, ale… :) Nie do końca podzielam zdanie joseheim, jakkolwiek uważam "Pierwszą żonę" również za bardziej kompletny (w rozumieniu samodzielności) utwór).   A poza tym: nie daliście mi szansy na pieprzny żarcik o dogłębnym poznaniu, więc się obrażam. Foch i …j! :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Szlag… Psycho jednak jest psycho i pozostanie psycho :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

P… kuźwa, Psycho przez "P"! :) W każdym znaczeniu! A nawet: PSYCHO ;) Ale – ale, zapomniałem, obrażony jestem.         :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

PSYCHO, kawa i ciasteczka czekają. Pod moimi tekstami. ;-) I szybko, szybko, bo zaraz im termin do spożycia minie. To jak się zaczynał ten dowcip o poznaniu?

Babska logika rządzi!

Zazdrosna, że tekst Ochy zdybowa komentarze Finkla, zaprasza pod swój, żeby nadgonić? :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Gdybym naprawdę była zazdrosna, to nie dokładałabym swoich. Pod moimi tekstami panuje inna atmosfera – więcej dowcipów.

Babska logika rządzi!

A teraz w dodatku dyskredytuje tekst Ochy, twierdząc, że u niej jest lepiej! Sprytne, sprytne :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Finkla: zaczynał się od pytania do Ryszarda, czy aby to bezpiecznie tak publicznie się przyznawać do dogłębnego poznania… Wiesz, mąż Ochy może w tym miejscu nagle stracić poczucie humoru ;) I przerwac ten lot kosmolotem ;) A potem liczyłem na naturalny efekt kuli śniegowej :)   Skorzystam, skorzytsam, tylko nocą… Jak już uda się położyć, co się da położyć… :):)   To ty nie wiesz berylu, że taki bezpieczniak, jaki padł w Osadzie twarzą w kamień, to pikando przy wielowymiarowych, nasączonych niejednoznacznością damskich rozgrywkach…? I one to robią tylko dla sportu, ot tak, by z wprawy nie wyjść :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psycho, rybi samczyku, kto Cię wtajemniczył w niejednoznaczną wielowymiarowość naszych rozgrywek? A z wprawą to kłamstwo wierutne. To jest odpowiednik… Jakby Ci to… Ooo! Niektóre naczelne w tym celu się iskają!

Babska logika rządzi!

:):):) Czyli ty i Ocha… I jeszcze Ryszard dogłębnie poznaje… Z przerażenia sutki dęba stają!  A na dodatek: wszystko w iskrach wzajemnych uszczypliwości, bo przecież joseheim i regulatorzy to też sportsmenki!   To tylko beryl jest jakąś inną kobietą… Jego pewnie magia Osady już przemienia :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Rybosławie … Ty glonojadzie… Ocha jest młodsza od mojej córki. Miałem już nic nie pisać, ale nie wytrzymałem. Pozdrowienia.

;) :):) Ale trafiłem… Ryszard, ty niecny jesteś okrutnie! Siła nieczysta, jak nic… ;) I kto wierci dziurę w brzuchu lepiej jak teksański bogacz szyb w polu naftowym? No kto? :) (wybacz Bemik… Zawiodłem cię ;)  Ale to przez cygara. Te dostarczane teksańskim bogaczom są z kubańskiego przemytu. Święty by się skusił. )

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Pogubionam.

Psycho, wyłącz na trochę Internet i napij się meliski.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Berylu, czy da się tak zrobić, że jak dostanę jakiś merytoryczny komentarz, to mi się zaświeci nie gwiazdka, a – powiedzmy – rybka? :)

Jesteś pewna, że akurat na merytoryczny rybka? : )

Jak już wskrzesimy brajta, to z nim pogadam – może zrobi Ci osobny motyw na nową stronę :P

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Na merytoryczny – zawsze rybka ;) Meliski tu niet. Przyślesz? :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No fakt, rybka nie została dostatecznie przemyślana. ;)

:( Jestem obulgotany! :) Przypomniało mi się pytanie, które zapominam zadać od jakichś dwudziestu komentarzy. Ocha, czy twoja Osada nie była czasem po części inspirowana tym filmem? Pytam ze względu na tło, które rysujesz pod opowiadaniem.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Stokrotnie proszę o wybaczenie, że się wtrącam. Tło zarysowała Ocha na tyle odmienne (i ciekawsze…), że scenarzyści powinni się Nią inspirować, nie ocha nimi.

Do tego zmierzałem… Film był… nie za dobry ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Sajko, nie widziałam. Adamie, wtrącaj się, ile chcesz. Żartowałam (trochę;)) z merytorycznością komentarzy. Nie mam nic przeciwko dygresjom. Z tej poprzedniej dyskusji po prostu nie za dużo rozumiałam, chyba jakieś niuanse mi umykały, więc strzeliłam focha. ;)

A to była naprawdę dyskusja? Nie zauważyłem. Ale ja wybiórczo głupi, mało spostrzegawczy jestem. Tak że nic nie wiem, nic nie napisałem.   Psycho, nie kręci się dobrych filmów dla masowego widza.

nie kręci się dobrych filmów dla masowego widza – jako nieodrodne dziecko popkultury nie mogę się z tym zgodzić.

Pozwolę sobie uciąć dygresje i powrócić do tematu opowiadania, mam nadzieję, że nikt się nie obrazi.

 

Zacznijmy od języka :)

 

a każdy obrót głową kosztował go chwilę dekoncentracji i – co może nie aż tak istotne – nieznośny, szarpiący ból w coraz bardziej sztywniejącym, zranionym barku. Mam wątpliwości, czy zdanie „każdy obrót głową kosztował go nieznośny, szarpiący ból” jest fortunne gramatycznie.   Nerwowa, rozgorączkowana obecność też wprawiła mnie w konsternację :)

 

A można to:

Ale i tak czuł za sobą nerwową, rozgorączkowaną obecność ścigających go jeźdźców.

Zamienić na to:

Ale i tak czuł za sobą obecność nerwowych, rozgorączkowanych jeźdźców.

 

To, że go ścigają wiemy już z dwóch długich zdań otwierających tekst :)

 

W uszach narastał monotonny szum, coraz głośniejszy, coraz bardziej natarczywy. Wiem, że monotonny, to tyle, co niezmienny. Jednak to słowo niesie ze sobą znaczenie raczej przeciwne do natarczywości.   Sierżant Nuka Hadar zatrzymał konia na dziedzińcu koszar, chwilę siedział w siodle bez ruchu, a następnie zmęczonym, zrezygnowanym wzrokiem potoczył po twarzach towarzyszących mu jeźdźców. Siedział w siodle – a nieco dalej jest włożył rękę w rękaw, czy coś takiego. Skoro wiemy z pierwszej części zdania, że przyjechał na koniu, to raczej się domyślimy, że siedział właśnie w siodle ; ) Ogólnie nie ma w takich sformułowaniach nic nie poprawnego, ale ja do dzisiaj pamiętam, jak się śmiałem z wytkniętego mi kiedyś „przepasał skórzanym pasem” : ) Nie brzmi to dobrze.

 

 

Odwrócił się w stronę budynku w tym samym momencie, w którym ktoś pośpiesznie z niego wyszedł przez gwałtownie otwarte drzwi. Zbędne zaimki są zbędne: Odwrócił się w stronę budynku w tym samym momencie, w którym ktoś pośpiesznie wyszedł przez gwałtownie otwarte drzwi.

 

Asger ocknął się w przytulnym cieple i zapachu dymu.

Ocknął się w zapachu dymu?

 

O gęsto nagromadzonych „że… że” w tym akapicie pisała już Jose, ja jej zdanie popieram.   Porucznik nie przejął się zanadto wybuchem wściekłości u dowódcy Wywalamy „u” i jest dobrze : ) Nie patrzysz na radość u kogoś, ale kogoś, tak samo z wybuchem wściekłości.   Sierżant poczuł palącą potrzebę uderzenia tego szczupłego, wysokiego mężczyznę w zadarty nos. Mężczyzny. Tak przynajmniej mi się wydaje ; )   spokojnie przeszedł dwa kroki do przodu i stanął twarzą do rozmówcy. Biorąc pod uwagę, że rozmówca był zanim, kiedy przechodził te dwa kroki, to jestem pod wrażeniem. Ja wiem, że Ziemia jest okrągła, ale bez przesady ; ) Inna sprawa, że to naturalne, że ktoś idzie wprzód (chyba, że mamy powody przypuszczać, że jest inaczej, ale tutaj nie mieliśmy), zatem dodawanie tego „do przodu” jest, wydaje mi się, zbędne.   Oficer bez słowa wzruszył ramionami. Bo w każdym innym przypadku wzruszał nimi ze słowem.       A teraz co do historii.

Rzeczywiście, nie mogę ocenić tego opowiadania pozytywnie ze względu na to, że moim zdaniem próba stworzenia samodzielnej całości się nie udała. Nie wiem, o jakiej przeszłości protagonisty mowa, a ma to zauważalnie duży wpływ na fabułę, nie jest tylko tłem. Nie wiem, o jakie wilki chodzi, nie wiem kim jest Bargul Nil, nie wiem kim jest Liwia. Nie wiem, kim są mieszkańcy osady, a na pewno coś konkretnego jest na rzeczy. Coś, co mi umyka bez znajomości poprzednich tekstów.

A całość samodzielnie nie prezentuje się dla mnie na tyle spójnie, żeby przymknąć na to oko. Mógłbym przyjąć, że ci osadnicy to jakieś tam złączone z lasem istotki, a dokładniejsze wyjaśnienie ich właściwości nie jest tutaj niezbędne. Ale jest, biorąc pod uwagę liczne odniesienia do czegoś większego, i nie można tego potraktować jako atrakcyjnego niedopowiedzenia :)

 

Wobec tego historia jako całość wypadła w mojej ocenie blado, ale mam jeszcze kilka uwag, niezwiązanych z powyższą kwestią.

Imiona i nazwiska. Z których często w narracji używasz bądź jednych bądź drugich, najprawdopodobniej po to, żeby się nie powtarzać. Co prawda nie zawsze to wychodzi, patrz tutaj:

Rasmu zacznie gonić przemykające przez osadę wiewiórki. Zadziwiająco przyjacielskie, musiał w duchu przyznać młody kapitan. Zauważył też ciekawie wyglądającą zza krzewów rodzinę lisów, czmychnęła jednak tchórzliwie, widząc całe to zamieszanie.

Rasmu podszedł do Sidorta, zmęczony ale zadowolony, z błyszczącymi oczami.

– W ostatniej chwili, Sidort, w ostatniej chwili. Jeszcze są bezbronni, ale ich moce wzrastają. Jeszcze trochę i nie mielibyśmy z nimi szans. Sam wiesz, Sidort, jak mogą być niebezpieczni. Ale ogólnie doceniam pomysł. A raczej doceniłbym, gdyby nie to, że są to zupełnie obcobrzmiące nazwy i przez to nieco słabo przyswajalne dla mojego umysłu i razem z połączeniem przypisania do poszczególnych bohaterów ich rang, mamy niezły galimatias.   Dalej: podniesiona przez Jose i broniona przez Adama sprawa śladów. Adamowi wystarcza jedno zdanie na temat nieostrożności chłopaka, mnie nie. Dlaczego? Ze względu na inne rzeczy, np. to, że żołnierze szukali Sidorta jeszcze tego samego dnia, którego go napadnięto i nie potrafili odnaleźć go po śladach pościgu. A następnego dnia cudownie wpadają na trop? Zakładając więc, że byli tak ślepi, aby umknęły im ślady na trakcie, jakim sposobem udało im się dotrzeć do wioski leśnymi dróżkami, którymi najpewniej podróżowali mieszkańcy osady? Przyjmuję, że ci ostatni nie mieli koni i ze światem się nie kontaktowali (bo tak wynika z tekstu) więc pewnie utwardzone drogi do ich grajdołka nie prowadziły. A i raczej chłopiec z osady ciągnął kapitana właśnie lasem ; )

Tutaj, już na marginesie, odniosę się do jeszcze jednej kwestii obronnej, podniesionej przez Adama (jeżeli chcesz, Ocho, to przewiń dalej):

ale także pośrednio informuje o mieszkańcach osady – nie są zdolni przewidzieć skutków niektórych swoich postępków, w widoczny sposób sądzą, że wszyscy są tacy "dobrzy z charakteru" jak oni, brakuje im wiedzy o świecie i ludziach spoza lasu

Biorąc pod uwagę ich zdenerwowanie i obawy przed tym, że uratowany ściągnie do osady żołnierzy (w tekście mowa nawet wprost o nieufności i poczuciu zagrożenia), Twoje zdanie jest całkowicie błędne :)

  No i tutaj dochodzimy do ostatniej sceny. Do upozorowanej śmierci. Te wszystkie starania wydają mi się pozbawione sensu. Przecież, jeżeli Sidort powziął zamiar zabicia Rasmu, to wystarczyło przełożyć mu kamieniem przez łeb jeszcze w osadzie i nie narażać jej mieszkańców na przeszukania i stres. A potem skręcić kark i stoczyć z urwiska, żeby ciało nabrało naturalnie wyglądających obrażeń. Pomijając już tu oczywiście kwestię tego, że raczej, skoro był taki groźny (protegowany), to żołnierzom nieźle się dostało. Wyjaśnienie mówiące o tym, że gość się sam z siebie potknął jest, nie oszukujmy się, marne. W tym momencie moje myśli wędrują jednak do brudzącego się specjalnie Sidorta. Po cóż on to robił?

 

I tym pytaniem zakończmy analizę. Mam nadzieję, że okazała się ona dla Ciebie, Ocho, dogłębna, a może nawet pomocna, mimo że pewnie z wieloma kwestiami się nie zgodzisz.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

1. Nic nie wiadomo o żołnierzach, więc Sidort ucieka samotnie. Widzę dwa wytłumaczenia: oddział walczy z drugą grupą napastników, co zresztą jest mało prawdopodobne z racji braku wspomnienia o tym przez Autorkę, albo Sidort odłączył się w sobie wiadomym celu, co uprawdopodobnia jego charakter, opisany w tekście. Zgoda na to, że tej informacji Autorka poskąpiła, co jest niedopatrzeniem z Jej strony, ale lukę narracyjną można zapełnić bez wysiłku.   2. Cytat:  bezwładne ciało jeźdźca zsunęło się wreszcie na ziemię i potoczyło w stronę porastających skraj ścieżki ciernistych jeżynowych krzewów. Co z niego wynika? Przede wszystkim wielka trudność w odnalezieniu Sidorta. Raz, że nie wiadomo, gdzie go szukać (patrz wyżej), dwa, niełatwo dostrzec poszukiwanego przez krzaki jeżyn.   3. Transportujący Sidorta do osady Stil nie zacierał śladów, skupiony na niesieniu pomocy. Tak więc, podczas systematycznych poszukiwań, tyralierą na przykład, na te ślady można było trafić. Przypuszczenie czyni trafnym domysł, że nie szukano Sidorta w miejscach, które przepatrzono przed powrotem oddziału do koszar – jest niemożliwe, by sierżant całkowicie i natychmiast zlekceważył zaginięcie dowódcy.   Dziwi mnie jedno: tak często przewijają się krytyki łopatologiczności, pisania o rzeczach i sprawach oczywistych, a tu proszę, co się dzieje…

Ad. 1

– Zniknął. Wiesz, poruczniku, jaki on jest. Miał jeden z tych swoich… nastrojów. Kazał nam czekać na skraju lasu, powiedział, że musi być sam. No to czekaliśmy, aż… usłyszeliśmy strzały. Szukaliśmy go, ale przepadł. Potem nie widzieliśmy już nic, więc wróciliśmy.

Byli tam, obok, na tyle blisko, że słyszeli strzały. To znaczy, że chłopak z osady musiał błyskawicznie go pochwycić. Dziwi mnie, że w tej sytuacji odnalezienie go wydaje Ci się niemożliwe, chociaż jest o wiele łatwiejsze, a później to już bułka z masłem, chociaż powinno być trudniej.

 

Jak zatem widzisz, dla mnie oczywistym jest inne rozwiązanie i stąd dysonans. Nie chodzi zatem o wyjaśnienie rzeczy oczywistych, ale o to, że to co dla mnie jest oczywiste nie pokrywa się z tym, co dostałem w tekście.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Usłyszeli strzały, podążyli w ich kierunku, ale zanim dotarli, Sidort uciekał w nieznanym im kierunku, pogoń zacierała jego ślady, zatarła też ślady w miejscu upadku, bo pognała dalej, nie spostrzegając kapitana w krzakach, więc oddział pędził za napastnikami… Scenariusze na podstawie podanych przez Autorkę skąpych informacji można tworzyć nadal, ale po co, skoro każdy wiedzie do tego samego punktu: mieli mikre szanse na odnalezienie Sidorta od razu, szanse te niezmiernie wzrosły, gdy nie było już napastników i poszukiwania można było – i trzeba było – prowadzić spokojnie, systematycznie. Oczywiście gdyby kapitan nie zemdlał, nie spadł z konia, sprawy potoczyłyby sie innym torem – ale zemdlał, spadł, zniknął w krzakach. Pytanie pomocnicze: uczestnicy pogoni za pogonią na co zwracają praktycznie całą uwagę?

Ja rozumiem tekst tak, jak jest napisany :) A jest w nim, że szukali kapitana, a nie że gonili pogoń.

Inne pytania, które mi się nasuwają: co się stało z pogonią? Z początku tekstu wynika, że byli tuż za Sidortem, a potem przegapili moment jego upadku. Ale czy również nie zauważyli prędko, że ściagają samotnie gnającego konia? Najpewniej nie, inaczej oni by go szukali, a obszar mieliby zawężony i pewnie by go znaleźli. Więc już to może wydawać się dziwne.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

No i inne pytanie – dlaczego Sidort gnał do koszar, skoro były daleko daleko, a jego ludzie tuż tuż? ; )

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Ale jednak, był niemal pewien, że przez ścianę jednolitego dźwięku przedziera się tętent kopyt i ożywione nawoływania ludzi.  ---> ergo: pogoń nie siedziała mu na karku, odsadził się od niej tak, że w danym, interesującym nas czasie, nie był przez ścigających widziany. Aha: i ścieżka była wąska oraz kręta…  

A gdzie miał spierniczać, jak nie w stronę koszar? Odłączył się od swojego oddziału, napastnicy odcięli drogę powrotu albo miał bliżej do koszar niż oddziału…    Dobrej nocy, jutro muszę wcześnie wstać.

@Berylu, dziękuję za komentarz. Naprawdę uważasz, że powinnam w tekście wyjaśniać kwestie typu – dlaczego gnał do koszar, a nie do swoich ludzi? Spoko. Mogę opisać dokładnie, krok za krokiem, czemu zrobił to a nie śmo, co pomyślał w tej sekundzie, co w następnej i generalnie – ile było ususzonych jeżynek na tym krzaczku obok. Przepraszam za sarkazm,  nie mogłam się powstrzymać. ;) Co do języka – nie spieram się. Zgadzam się, parę zaimków można by wywalić, gdzieś tam pewnie i jakiś błąd się jeszcze uchował. Dzięki za wychwycenie. Uważam też, że część Twoich sugestii brzmi jednak gorzej niż oryginały. Cóż, gusta… ;P Te wszystkie starania wydają mi się pozbawione sensu. Przecież, jeżeli Sidort powziął zamiar zabicia Rasmu, to wystarczyło przełożyć mu kamieniem przez łeb jeszcze w osadzie – i tak dalej… Wybacz, ale wydaje mi się to psychologicznie tak nieprawdopodobne, że aż mnie głowa rozbolała od zastanawiania się nad tym rozwiązaniem. :)))   W ogóle – przepraszam, że się czepiam i komentuję Twój komentarz. Podobno nie należy. Ja też chciałam ograniczyć się do "dziękuję". Ale jak już się rozkręcę, to przestać nie mogę po prostu.   Adamie – dzięki za obronę. Dużo to dla mnie znaczy. Pozdrawiam.

Aha, jeszcze jedno. To jest oczywiście być może moja wina, ale Sidort nie zrobił tego, co zrobił WYŁĄCZNIE po to, żeby bronić mieszkańców osady. Wydawało mi się, że to jasno z tekstu wynika, ale – być może – mylę się.

Teraz żałuję, że straciłem czas na takie rozpisywanie się. Może następnym razem też wezmę czyiś tekst w obronę, moje opinie od razu będą cenniejsze.

 

Ocho, a opisuj sobie i liczbę jeżyn – to ostatnie pytanie to był już z mojej strony czysty sarkazm, bo uważam, że za daleko zaszliśmy z Adamem w analizę pościgu i śladów, a sprawa jest prosta: mnie, na podstawie tego, co przeczytałem, taki kierunek zdarzeń w opowiadaniu wydał się nieco nieprawdopodobny, Adamowi wydał się bardzo logiczny i prawdopodobny. I im dalej w dyskusję, tym bardziej absurdalne rzeczy można podnosić w obronie tego bądź tego zdania, co widać wyżej. Normalnie jak komisja Macierewicza :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Teraz żałuję, że straciłem czas na takie rozpisywanie się. Może następnym razem też wezmę czyiś tekst w obronę, moje opinie od razu będą cenniejszeA pierniczysz teraz, Berylu, od rzeczy. :)   Wybacz, ale z braku uśmieszków i innych takich nie odczytałam sarkazmu.

Uśmieszek był :( Staram się dodawać te uśmieszki, do diaska, a i tak nikt ich nie zauważa! Hańba.

 

Nie pierniczę, Ocho, stwierdzam fakt ;) Co zaś się tyczy tego:

W ogóle – przepraszam, że się czepiam i komentuję Twój komentarz. Podobno nie należy. Ja też chciałam ograniczyć się do "dziękuję". Jak człowiek wali komentarz na dwie strony, a w odpowiedzi dostaje "dziękuję" to wtedy dopiero szlag go może trafić. Odnoś się do uwag, komentuj, tak jest o wiele lepiej :)

 

Tyle ode mnie w kwestii Osady. Dobrej nocy.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

A, był uśmieszek, rzeczywiście. Chyba ta wściekła czerwień przed oczami mi go zasłoniła. ;) Dobranoc.

@Psycho, próbowałam oglądać to, coś tu zalinkował – "The Village". No normalnie się nie da. :)

:) :)  Uprzedzałem, że nie za dobry? Uprzedzałem. Adam sugerował, że oni powinni scenariusze na podstawie Twojej osady brać? Sugerował :) Skrzywdziłaś się na własne życzenie :D Wybacz, w życiu nie myślałem, że spróbujesz obejrzeć… następnym razem do takiego gniota linka ni budiet, obiecuję! :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Uznałam, że Sigourney Weaver, Joaquin Phoenix czy William Hurt w AŻ TAKIM gniocie grać nie mogli. Jak widać się myliłam. ;)  A Adam bardzo miły. ;)

Wiesz jak to jest, gdy debet na koncie zagląda w oczy… Ale tu akurat chyba zawiódł rezyser, nie aktorzy :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki, PsychoFishu. :)

Prąciem uprzejmie :) Numer konta podać? :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Och, PsychoFishu! To jeszcze się nie nauczyłeś, że przy tego typu transakcjach NAJPIERW się czeka na przelew? Słowo się rzekło, przykro mi! ;)

Naplułaś na grabę i podałaś, znaczy przysięgałaś na własną wodę… Czerw widzi, czerw pamięta ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Starożytni bogowie powiedzieli mi, że to zabobony!

Uh. O-kej. ;) Przeczytałam. :) Fajne. :))) Zgodnie z przewidywaniami nadal uważam, że świetnie Ci wychodzą postaci. Asger jest dla mnie coraz bardziej interesujący, ta jego tajemniczość, aluzje do stresu pourazowego, czy cototam jest. Na mnie to robi wrażenie.    Niestety, nie potrafię oddzielić tego, co wiem o nim z opowiadania (tego i wcześniejszego), a co wiem z rozmów z Tobą. I prawdę mówiąc nie chcę. Nie potrafię i nie zamierzam oceniać opowiadania, jako takiego. Jak już Ci się przyznałam, nie lubię opowiadań. Nigdy nie lubiłam ich czytać a pisanie nie daje mi takiej frajdy, jak dłuższe teksty. Nie wiem, czy jest spójne, dokończone, czy intryga jest rozwiązana. Losy Osady tak naprawdę mnie nie interesują. Dla mnie Osada nie jest główną bohaterką tego opowiadania – jest nim, oczywiście, Asger.   Patrzę na to opowiadanie zupełnie niezgodnie z zasadami panującymi na portalu – jako na fragment większej całości. Obraz jaki się wyłania mógłby mnie zafascynować. Bardzo chętnie dałabym mu się zafascynować na dłużej. :) Chcę poznać historię Asgera i dowiedzieć się, dokąd zmierza. Miejsce w którym jest w tej chwili wydaje się dość mroczne. To, w jaki sposób dokonuje zabójstwa, wydaje mi się jednocześnie pozbawione emocji i niesamowicie bolesne. Asger nie widzi innego wyjścia z sytuacji. Uważa, że jest jedynym, który może tego dokonać. Tak, jakby sądził, że jeden mord już go bardziej nie zbruka. Jest w tym jakaś czarna desperacja i zimne wyrachowanie zarazem.    To jedno z tych "ćwiczeń z postaci", o których kiedyś rozmawiałyśmy, prawda? Wyszło dobrze, wieloznacznie i intrygująco.    Jeszcz mała uwaga na marginesie – coś się podziało z językiem. Chyba tylko na początku, a potem albo historia stała się tak wciągająca, albo się stylistycznie poprawiło, bo przestałam zwracać uwagę. Ale pierwszy fragment, może dwa, robią wrażenie trochę manierystycznych. Nie potrafię powiedzieć z czego się to bierze, składnia może? Albo trochę cyniczne i z dystansem podejście do "świeżej dziury w barku", która, jeśli świeża, neguje możliwość zachowania do niej dystansu. Bo k^#$@ boli. Tyle jeśli chodzi o uwagę krytyczną.   Poza tym, dziękuję, że mi o sobie przypomniałaś, bo przeczytanie tego opowiadania było przyjemnością. To kiedy następne? ;)

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

Droga Leno. Mamy zbieżne poglądy i podobne upodobania. Pozdrawiam Cię poprzez Ochę.

T.lena już wie, że pierwsze trzy słowa tego tekstu były zastawioną na nią pułapką. Ok, trochę żartuję, ale że zniknęła z portalu, to postanowiłam sprawdzić, czy w tę pułapkę wpadnie. Nie wpadła, no to Ją w nią wrzuciłam, mniej wyrafinowanymi metodami. ;)   T.leno – Twój komentarz jakbyś mi żywcem wyciągnęła z mózgownicy. Tak – to jedno z tych "ćwiczeń postaci", chociaż – o ile dobrze pamiętam – co prawda konflikt miał być podobny, to jednak zmieniłam okoliczności, żeby obudować go fabułą i stworzyć opowiadanie, w moim mniemaniu, od A do Z. No, może od B do W. :) Czy się udało – mam nadzieję, że tak, chociaż parę zdań odrębnych też się znalazło.   To, w jaki sposób dokonuje zabójstwa, wydaje mi się jednocześnie pozbawione emocji i niesamowicie bolesne - cieszę się, że tak to odebrałaś, bo tak chciałam to opisać. Manierystyczne? Pierwszy akapit próbowałam napisać w nieco chaotyczny, rozpędzony sposób. Może przesadziłam. :) To, że czasami moja składnia jest osobliwa, to już mi parę osób wytknęło, coś więc musi być na rzeczy. Walczę. A dziura miała być z dystansem. :)   To kiedy następne? ;)  – A, i tak Ci jeszcze później maila wyślę. :)   Gdybyś nie zauważyła – Ryszard Cię pozdrawia. :) Ja też!

 

t.lena wróciła? Cieszę sie, bardzo!

Nie wiem, czy wróciła. Wytargałam ją z odmętów specjalnie na tę okazję, zmusiłam do przeczytania i skomentowania. :) Ale czy powrót będzie na dłużej – nie wiem. Byłoby fajnie.

Ryszardzie, Adamie – ukłony. Nie nazwałabym tego komentarza "powrotem". Wracam w odmęty mojego zbyt rozbudowanego świata, który od kilku miesięcy usiłuję poukładać w coś czytelnego. Jak postawię kropkę po słowie "koniec" to na wrócę na dłużej. ;)   Ocho, jeszcze raz dzięki za pułapkę i za przynętę, i za "brak wyrafinowania" też. :D  Warto było.

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

Finklo, dziękuję za głos. Przyznam, że się nie spodziewałam, dlatego tym bardziej mi miło. :)

Czemu nie? To fajne opowiadanie i wiele elementów mi się spodobało. Tylko jednego drobiazgu się czepiłam, ale to przecież nie dyskwalifikuje. A zresztą, zdaje się, że poprawiłaś.

Babska logika rządzi!

Tobie, T.leno, również bardzo dziękuję. :)

Bardzo dobre opowiadanie. To nie są moje klimaty i chyba nawet zdążyłem już o tym wspomnieć, przy okazji któregoś z wcześniejszych opowiadań. To nie jest świat, jakiego szukam, ale jest spójny, dobrze przemyślany, a Autorka czuje się w nim dobrze i swobodnie, co udziela się czytelnikowi. Jeśli coś jest pisane z przyjemnością (a nie w męczarniach), to i czyta się tak samo dobrze, oczywiście, jeśli autor ma odpowiedni warsztat, a Ocha ma bardziej niż odpowiedni. Troszkę rozczarowało mnie zakończenie. Przychodziły mi do głowy przynajmniej dwa rozwiązania, w którym można by uniknąć kłopotliwego zabójstwa, a skutki byłyby podobne, albo i korzystniejsze. W momencie ukłucia wrednego UBeka, byłem przekonany, że zastosowano na nim tę samą miksturę usypiającą. Wyobrażam sobie, że gdyby niewygodny oficer zapadł w sen na 24 godziny, dałoby się uzasadnić w raportach powrót wojska do koszar, a następnego dnia po mieszkańcach wioski mogłoby nie być już śladu. Oficer przeświadczony, że użądlił go owad nie miałby też podstaw do wyciągania konsekwencji wobec żołnierzy. Myślałem też o tym, że w osadzie zielarzy znalazłaby się też mikstura, którą można doprowadzić człowieka do obłędu, a to wystarczy, aby takiemu odebrać dowództwo bez konsekwencji. Przyjmuję jednak zakończenie wybrane przez Autorkę bez wybrzydzania. Mam bowiem świadomość, że to tylko kawałek większej całości i takie rozwiązanie może wpasowywać się zaplanowany ciąg wydarzeń.

O, Unfall! :) Dzięki za wizytę i nominację. Oczywiście, że jest mi miło. :)   A, pobronię się troszkę. Znowu. ;) Ubek uśpiony, osada przeniesiona – przyznam, że rozpatrywałam, niechętnie, taki scenariusz. Odrzuciłam go z trzech powodów: 1. Brak trupa (!!!) 2. Uznałam, że skoro mieszkańcy "zrastają" się z lasem, to stają się niejako jednym z nim organizmem. Jeszcze są oczywiście daleko od finałowego zespolenia, ale proces się rozpoczął. Osadę potraktowałam nieco jak właśnie las w miniaturze, jak jego reprezentację. 3. I w końcu – gdzieś to tam musiało w odbiorze tekstu umknąć, nie tylko Tobie, więc trochę poczuwam się do winy – istotny był dla mnie element szantażu. Asger nie zdecydował się na takie rozwiązanie tylko dlatego, że chciał chronić mieszkańców osady. Najlepiej bronić się przed szantażem likwidując jego źródło. Wiadomo, zniknie jeden ubek, pojawi się następny. Ale zawsze trochę zyska się na czasie. :)    Mikstura doprowadzająca do obłędu – o, to by było ciekawe! Ale powiedzmy, że akurat nie było jej na stanie. A potrzebna była od ręki.   Wiem, że to nie do końca Twoje klimaty. I cieszę się, że wpadło tu tylu fanatycznych miłośników SF, którzy jeszcze do tego nie uciekli z krzykiem. :) Pozdrawiam.

1. Oj tam, oj tam – musi być trup?  2. A niechby się zrastali, ale troszku dalej w głąb, co by ich ten czy następny UBek tak łatwo nie znalazł. 3. Dlatego napisałem o wątkach spoza tego fragmentu, z większej całości, bo akurat w tym nie były poruszane kwestie, czym jeden kapitan mógł drugiego szantażować. Tak więc przyjmuję w efekcie takie a nie inne zakończenie jako element większej całości. Poza tym to wszystko są drobiazgi :) A co do fanatycznych miłośników SF, to ja mam już teraz na koncie pierwszy tekst fantasy (to co, że na Grafomanię, ale jednak) ;)

ad. 3 – e, było!    Trupa być nie musi, ale bez trupa też nie mogłabym tak Asgera psychologicznie pomiażdżyć sobie troszkę. ;)   No, chyba nie pierwszy Twój tekst fantasy. Coś tam o rycerzach zdaje się kiedyś było, że już Gargumiły nie wspomnę. :) Grafomania w tym roku chyba ponad moje siły. :)  

Trup musiał być. Bezwględnie.

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

O – to to! ;)

Kurczę. Co wy z tą "większą całością"? A jest mniejsza całość? Całość to całość! :/

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Są większe i mniejsze całości. "Cała rodzina", w zależności od kontekstu, może oznaczać bardzo różne rzeczy: od rodziców z dziećmi na pikniku do setki osób zgromadzonych na weselu, a może nawet nic o sobie nie wiedzących ludzi połączonych wspólnym herbem.

Babska logika rządzi!

Można to wytłumaczyć jeszcze prościej. Zgodnie z definicją Dedekinda zbiór jest nieskończony wtedy i tylko wtedy, gdy jest on równoliczny z pewnym swoim podzbiorem właściwym. Przykładowo liczby rzeczywiste są częścią zbioru liczb zespolonych, ale w sensie mocy oba zbiory są równoliczne. Czyli oś rzeczywista jest częścią całości (liczb zespolonych), ale całośc ta wcale nie jest większa, jeno taka sama. Więc w przypadku nieskończenie dobrych opowiadań takie sformułowanie nie jest nadużyciem. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Finklo, to nie całość się zwiększa bądź pomniejsza, to słowo "rodzina" nabiera innego znaczenia i dla tego znaczenia co innego oznacza owa całość.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

OK, uznaję argument. Ale równie dobrze "całe opowiadanie" może stanowić tylko epizod "całej powieści", a ta – część "całej iluś-tam-logii". IMO, ta sama sytuacja – "cały" dotyczy różnych (niekiedy zagnieżdżonych) rzeczy. No, wytłumaczyć prościej niż Szyszkowy to już się chyba nie da. ;-)

Babska logika rządzi!

Mój humanistyczny mózg przefiltrował treść komentarza Szyszkowego zostawiając z niego to:

:)

 

Więc cokolwiek chciał wytłumaczyć, to do mnie nie dotarło ; )

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

A ja zrozumiałem i pochwalę Szyszkojada za bardzo zgrabną argumentację :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

I ten sam berylowy humanistyczny mózg będzie filtrował mój wysoce matematyczny tekst na Konfrontację! Już się boję co zostawi… : Psychoskrzelowcu, dzienkujem! (Szyszkojad – też wymyslił… :) )

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Chciałem coś napisać, żeby Ocha z pierwszej piątki nie wyleciała, zatem: pozdrawiam!

Sorry, taki mamy klimat.

A może to, co zostaje po berylowym filtrowaniu tekstów jest przyczyną jego wiecznego "NIE!"? :)

Sethraelu, ja już na podium jestem! ;)

Nie idź tą drogą, Sethraelu! :)

Dlaczego, przecież ta droga jest równie urocza jak każda inna pod tak dobrym tekstem! ;)

Sorry, taki mamy klimat.

Sethraelu – bez przeginania, bo się pogniewamy. Spam usunięty.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Ej, chociaż jeden z komentarzy mogłeś zostawić, okrutniku przebrzydły! :(

Sorry, taki mamy klimat.

Nie pękaj, Sethrael. Mam wrażenie, że ten licznik się nie cofa i usunięte komentarze dalej wpływają na wynik.

Babska logika rządzi!

Bardzo Was lubię i w ogóle, ale to jest trochę absurdalne. 

Finklo, cofa się, niestety; ale co osiągnięcia celu niewiele już zostało. ;)

Sorry, taki mamy klimat.

To co widać między tekstem a komentarzami – owszem, cofa się. To co wyświetla się w grafiku GaPy – też. Ale to, co decyduje o pozycji w "najczęściej komentowanych" – nie. Nie wierzysz? Sprawdź ilość widocznych komentarzy w moim dyptyku i opowiadaniu następnym. Berylu, tak z ciekawości, usuwałeś jakieś komcie spod mojego tekstu bodajże w środę wieczorem? Ocho, przepraszamy, ale to ciekawa kwestia, a nie nabijanie durnych komentarzy.

Babska logika rządzi!

Pamiętam, jak kiedyś nieopatrznie skomentowałam jakiś tekst Rogera. Co się logowałam – gwiazdka przy tym opowiadaniu świeciła mi jak szalona. Po jakimś czasie, mimo że wygaszałam ją bez czytania i że w sumie to drobiazg, zaczęło mnie to wkurzać. Pilnowałam się potem, żeby – nie tylko co prawda z tego względu, ale również – tekstów Rogera nie komentować. Mnie to nie przeszkadza, ale nie jesteśmy tutaj sami. Ten tekst skomentowało naprawdę sporo osób. Pozdrawiam.

A, i nie chodzi mi o to, żeby w ogóle nie dyskutować – bo ciekawa dyskusja nie jest zła, bardzo je lubię i brakowałoby mi ich. Ale zachowajmy umiar w "nabijaniu komentarzy", nawet w celach naukowych, ;)

Jakiś czas temu próbowałem nadrobić zaległości w czytaniu komentarzy pod tekstem Finkli… poddałem się, gwiazdka miga tam non-stop. :) W tym wątku jeszcze się trzymam! A kwestia liczenia kasowanych komentarzy rzeczywiście ciekawa.

Sorry, taki mamy klimat.

Czuję się w tym momencie sprytnie wykorzystany do nabijania kolejnych komentarzy.

 

Nie, Finklo. Mam taki zwyczaj, że jak usuwam, to informuję, chyba że wcześniej wyraźnie ostrzegałem, a ktoś się nie posłuchał. Co zresztą czynię niniejszym. Biorąc pod uwagę powyższą absurdalną sytuację – jeżeli w tym wątku pojawią się kolejne komentarze, które uznam za zwyczajne nabijanie licznika, postaram się odpowiedno ukarać tego, kto je doda.

No bo żarty żartami, ale przekraczanie pewnej granicy jest fe.

 

PS

Finklo – chociaż mogłem usuwać jakieś zbublowane komentarze.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Reczywiście: teskt Rogera ma 255 komentarzy i zajmuje TRZECIE miejsce tekst Ochy ma 248 i ma DRUGĄ pozycję! Finklo, Ty detektywie z spódnicy, szacun na dzielni! ;)

Sorry, taki mamy klimat.

Przeczytałam już dawno temu, ale dodam moje trzy grosze dopiero teraz, jako komentarz milion pięćset siedemnasty :) PODOBA mi się bardzo, najbardziej ze wszystkich styczniowych opowiadań, co dnia pierwszego lutego mogę już powiedzieć z czystym sumieniem. Logika zachowana, akcja toczy się gładko i cały czas do przodu, nie ma problemu ani z nadążeniem, ani ze zrozumieniem o co chodzi, bez nudnych przestojów okraszonych przewijaniem i ziewnięciami. Atmosfera zbudowana zacnie, moje ukochane i najdroższe leśne klimaty, jest tajemniczo z przyprawą magii – ale to wszystko subiektywne, bo ja po prostu tak lubię.   Daję mój pierwszy 'ever' głos do piórka, bo obiektywnie rzecz biorąć całość jest zrobiona solidnie, z wprawą, przemyślana i dopracowana. Więc nie tylko za talent i koloryt masz mój mały głosik, ale przede wszystkim za ilość pracy, jaką musiałaś tutaj włożyć. ( No, chyba, że napisałaś to raz-dwa, drugą ręką gotując obiad i nogą odkurzając, daj znać, to cofnę ;P )

Nie, nie cofaj! Pisałam w krwi, pocie i błocie! :) Dzięki, bardzo się cieszę. :) Pozdrawiam.

Żarty, żarty, Oszko droga, mój stycznowy głos masz choćby nie wiem co ;) Lekturę do tyłu nadrobiłam, czekam na dalsze opka urodzone w tym uniwersum! Zresztą – nie ja jedna, więc zakasuj rękawy i do roboty ;P

Oszka, o, jak ładnie! Może się w końcu wezmę trochę bardziej systematycznie, ale wtedy wyjdzie zapewne już coś dłuższego. Więc, może, za rok, dwa albo pięć, w Hyde Parku pojawi się prośba o betowanie. :)

Berylu, w odpowiedzi na szpileczkę spod Świtezianki: ;) Przejrzyj sobie, jeśli masz czas i ochotę, moje odpowiedzi  na komentarze zamieszczone pod moimi tekstami, także te niepochlebne, które przecież nawet mnie się trafiły. ;P Przekonasz się, że krytykę merytoryczną, cenię sobie bardzo. To, że trudno mi zgodzić się z opinią, którą zawarłeś akurat pod tym konkretnym tekstem, czyli "Osadą" właśnie, tego faktu nie zmienia. Nie zmienia to też faktu, że za pracę, którą w ten komentarz włożyłeś jestem wdzięczna, pod wrażeniem i w ogóle. Zgadzam się również z niektórymi Twoimi uwagami dotyczącymi błędów językowych i bez marudzenia przyjmuję, że tekst nie trafił w Twój gust.  Pozdrawiam oczywiście bardzo serdecznie. :)

Ależ jesteś przebiegła! Przecież wiesz, że nie musiałaś tego pisać, bo to tylko był niewinny żart z mojej strony, ale nie mogłaś się powstrzymać przed nabiciem kolejnego komentarza, o! :)

Również pozdrawiam serdecznie, pokrzepiony Twoimi zapewnieniami i wdzięczny za Twoją wdzięczność :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Ależ nie, nie, nie wiedziałam, przestań już nabijać te komentarze bo to koszmarne i absurdalne jest i już tak w sumie niewiele brakuje do miejsca nr 1 ale jaki już pisałam wielokrotnie to po prostu głupota tam zaglądać więc już przestań Berylu nabijać te komentarze i zwalać to na innych!  ;)

No – przeczytałem. Przyznam, że forma sprawiała więcej radości niż fabuła. Tekst jest przyjemnie i porządnie napisany. Jeżeli chodzi o treść – muszę przyznać, że bohaterów, którzy już zapewne zostali przedstawieni i rozwinięci w innych tekstach, trudniej było mi poczuć. Z tego pewnie też powodu nie przemówił do mnie finał. Bohater decyduje się na popełnienie, wydawałoby się, niezwykle poważnego czynu, ale jakby zbyt łatwo mu to przychodzi. 

I po co to było?

No – fajnie, że przeczytałeś. :) Dzięki za komentarz.   Zbyt łatwo? A to, przyznam, mocno mnie zaskoczyłeś.

Bardzo dobry tekst. Dokładnie to, co lubię – opowiadanie, którego głównym celem jest przedstawienie ciekawej historii, a nie metaforyczne dygresje i polityczne implikacje. Są tu ślady wypróbowanych schematów i utartej konwencji, ale fabuła na tyle się im wymyka, że można przeczytać tekst z zaciekawieniem, ale bez poczucia zagubienia. Na twoim miejscu rozwinąłbym trochę wątek Bargula Nila, bo jest to kwestia, która – moim zdaniem – wymaga jakiegoś tam wyjaśnienia czytelnikowi. Tak dla kompletnośc i zamknięcia fabuły. Choć jest to oczywiście tylko moja opinia. Niemniej, tekst zasługuje na wyróżnienie, więc zdecydowanie będę głosował za nim podczas obrad loży.

Dzięki, Vyzarcie. Tak jakoś sobie myślałam, że na Ciebie w tym przypadku będę mogła liczyć. :) Zresztą, że na Syf.a – też myślałam. Ale faceci to jednak tacy jacyś skomplikowani i nieprzewidywalni. ;)

Syf.ie – a, zapytam jednak, bo mi to od wczoraj w głowie siedzi. Może tu jeszcze zajrzysz. Dlaczego wyszło Ci, że bohaterowi za łatwo przyszło zabójstwo? Wiesz, wielu zarzutów się mogłam spodziewać – szczątkowa fabuła, nie do końca wyjaśnione tło itd. Ale że za łatwo mu przyszło? W jakim znaczeniu za łatwo? No, to jest dla mnie jakaś totalna porażka, bo właśnie chciałam pokazać, że to zapewne ma swoją cenę.

Z jednej strony miło spędziłem czas na lekturze Twojego opowiadania, z drugiej jednak strony fabuła nie jest zbyt wyszukana, jedyna intryga polegała na zabiciu Rasmu. Na pewno warsztat stanowi o sile tego tekstu, dzięki czemu dobrze się go czyta i mimo ubytków w sferze fabularnej nie mam poczucia straconego czasu. Ale jakiś niedosyt pozostanie, bo można było stworzyć coś lepszego. I tego Ci życzę w następnych opowiadaniach :-)

Oho, coś mi się wydaje, że opcja bogatszej fabuły i chociaż maleńkich fajerwerków powoli zdobywa przewagę. :) Z mojego czysto egoistycznego punktu widzenia to oczywiście trochę szkoda. I tego Ci życzę w następnych opowiadaniach -  czegoś lepszego – dziękuję bardzo! :) Bardziej skomplikowanej fabuły – cholera, a już się niemal dałam przekonać, że nie jest to takie niezbędne. I bądź tu, człowieku, mądra!   Dzięki, Domku, za komentarz. 

Sapkowski!!! Buuuuuuu!!! Jednak jestem nieszczęśliwa. :(   ;)))

Po początkowych komentarzach wnioskuję, że jest więcej opowiadań z tymi bohaterami i bardzo mnie to ucieszyło :) Bardzo mi się podobało, samo rozwiązanie akcji może mnie w fotel nie wmurowało, ale nieszkodzi. Jest dobrze napisane, są ciekawe postacie (chociaż imion i rang nie dałam rady ogarnąć, szybko można się było zorientować kto jest kim i nie zlewali mi się w jedną masę, jak to czasem bywa), a pomysł mi się podobał i całość przyjemnie klimatyczna. Mnie nic więcej do szczęścia nie potrzeba. Jak dla mnie jak najbardziej zasłużone wyróżnienie :)

Jest jeszcze tylko jedno, o tu –  http://www.fantastyka.pl/4,8575.html  To tak dla ułatwienia, gdyby chciało Ci się kiedyś zajrzeć. :) Reszta w głowie. Ten świat  ogóle dla mnie okazał się tu szczęśliwy, bo obydwa moje piórka trafiły właśnie do niego. Cieszę się, że się podobało. :)

Ach, jak mnie cieszą te szóstki! Czuję się jak na maturze. ;)

Dzięki, Unfallu!

Alex dziękuję kolektywnie za wszystkie oceny. :)

Ach, co ja się będę rozpisywać. Dobrze się czytało. Choć jak dla mnie, niecierpliwca z natury, za dużo niedopowiedzeń ;)

Tylko nie "Tęcza"!

Tenszo, dziękuję za wizytę, tu i pod “Pierwszą żoną”, oraz za komentarze. :) 

Niedopowiedzenia są, masz rację, chociaż starałam się, żeby to były również samodzielne opowiadania. Jeszcze jakieś 30-40 lat i może trochę rozjaśnię stytuację. Hm… Tylko wtedy już pewnie będę za stara dla moich bohaterów. ;(

To tak: pomyślałam sobie, że nielogiczne byłoby, gdyby znaleziono rośliny o tak niezwykłych właściwościach jak w tym lesie, i nie zdecydowano się z tym odkryciem nic zrobić. Trochę mnie to męczyło, może bez sensu, ale postanowiłam jednak jakoś te moje wątpliwości wyjaśnić.

Początkowo miało być kolejne opowiadanie, ale znowu przez kilkadziesiąt tysięcy znaków nic by się nie działo, ograniczyłam się więc do epilogu. Przede wszystkim napisałam go dla siebie, żeby mieć posprzątaną ścieżkę przed dalszymi tekstami, ale jeśli ktoś tu zajrzy, przewinie te wszystkie komentarze powyżej i dotrze do tego, a jeszcze może przeczyta epilog (i jakoś go skojarzy z tekstem sprzed pół roku, co może jest już nadmiernie optymistyczne)– to się bardzo ucieszę. 

Uprzedzam – niewiele się w nim dzieje. :)

Według mnie bardzo dobry ten epilog, rozwiązuje kwestię roślin, ale wprowadza też leciutki niepokój i nadzieję, że powstanie coś jeszcze, czyli ja czekam na część trzecią.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Zgadza się, trochę prologowaty ten epilog. A może to kwestia czytania tylko jednego fragmentu?

zgiął się nieco w przód

Jakoś źle to brzmi. Może “skulił się”?

Ocho, niezła próba zwiększenia ilości komentarzy pod tekstem. ;-p

Babska logika rządzi!

Bemik – dzięki. :) Cieszę się, że uważasz, że jest w porządku.

Finklo – myślisz, że tak przebiegła jestem? Ale już nie ma tej fajnej zakładki “najczęściej komentowane”.;)

Jednak mnie kwestia roślinek naprawdę męczyła. Nawet zaczęłam pisać pełnoprawne opowiadanie, które by ten problem rozwiązywało. Ale jakoś tak w jednej czwartej uznałam, że nie ma sensu.

Pomyślę nad zasugerowaną zmianą. Na razie mi moja wersja brzmi też dobrze, ale może jutro już nie będzie.

 

A, i Bemik tu przytargałam podstępem, ale mam nadzieję, że parę osób (oprócz Finkli) i bez podstępu trafi. ;)

 

EDIT:

Zmieniłam na “zgiął się nieco na niewygodnym krześle”. Rzeczywiście, zginanie się w tył mogłoby okazać się ryzykowne. ;)

I bardzo podoba mi się określenie “prologowaty epilog”, zwłaszcza że, zdaje się, mam do takich tendencję. Od tej pory, jak ktoś będzie narzekał, że zakończenie jest otware, odpiszę, że wcale nie, bo to tylko taki prologowaty epilog. ;)

Przeczytałam. Napiszę więcej jak wrócę do cywilizacji:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Przeczytałam.

Muszę się zgodzić, że zakończenie daje pole do popisu kontynuacji :) Ale dla mnie to raczej plus.

Poza tym postać Asgera, ogólnie w tym opku, nabrała takiej głębi. Mimo, że ma nietypowy przywary wydaje się taki ludzki. Łatwo się wczuć w jego postać, rozterki i decyzje. Naprawdę super ;)

Tylko nie "Tęcza"!

Tenszo, nie masz pojęcia, jak mnie ucieszyła Twoja opinia. Bo trochę zaczęłam się obawiać, że Asger zaczyna robić się – w tym moim pisaniu – trochę rozmemłany, niedookreślony, nijaki. A na pewno taki nie jest, przynajmniej nie w zamiarze. Bałam się, że trochę zaczynam przesadzać z jego rozterkami.

Jeśli uważasz, że jest ciekawy – to spadł mi kamień z serca.

 

W ogóle dziękuję, moja pierzynowa drużyno, że odpowiedziałyście na moją prośbę i tu zajrzałyście. Bo oczywiście rozumiem, że to taki prologowo – pomostowy epilog, że opowiadanie ma już pół roku i pewnie tylko ja dokładnie pamiętam, o co chodziło – ale jednak pewnie byłoby mi trochę przykro bez odzewu. ;)

To jeszcze czekam na powrót Alex do cywilizacji. :)

 

Finklo – Tobie również bardzo dziękuję za przeczytanie i pozostawienie śladu.

Dziewczyny, pozdrawiam. :)

Cieszę się, ocho, że jakiś kamień z twojego serca udało mi się zrzucić :)

A co do pamietania opowiadania – cóż, ja tu chyba mam najmniejszy problem. Czytałam je całkiem niedawno :P

Tylko nie "Tęcza"!

Fragment ciekawy, choć rzeczywiście taki “mostkowy”.

Na co zwróciłam uwagę ( a to dlatego, że z namiętnością wielką czynię to samo): mnogość określeń bohaterów – a to kolorem oczu, a to fragmentem garderoby – co powodowało olśnienia (pewnie spowodowane tym, że czytałam pozostałą część dawno, a teraz jedynie przejrzałam) typu: o! Więc Asger to ten co nosił rękawiczki? I miał zielone oczy? Walka z powtórzeniami piękna rzecz, ale można się pogubić. Poza tym podkreślanie koloru włosów Kerka w wiosce, gdzie wszyscy byli rudzi trochę mnie zdziwiło.

I czemu matka Stila była ranna? Aż wróciłam do wcześniejszych fragmentów, żeby sprawdzić, i dalej nie wiem. Coś przegapiłam? Sorki za głupie pytania, ale większość krwi obsługuje aktualnie mój układ pokarmowy, więc myślę wolniej.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Alex, dzięki za przeczytanie i komentarz. :)

Cholera – to jednak mój zamysł nie był czytelny.A już się ucieszyłam, bo dałam wcześniej mojemu mężowi do przeczytania i zrozumiał i nawet docenił. ;) Rana na policzku, porozbijane naczynia, no i te czarne skórzane rękawiczki (!) – chciałam nimi wywrzeć pewne wrażenie, które potem okazać się miało mylne, no bo mamie Stila po prostu jakiś garnek na głowę spadł. :/

Ja to skumałam, jakby co. Wszystko, razem z garnkiem. Sądzę, że to z rękawiczkami było mi o tyle łatwiej, że czytałam ostatnio całość…

Tylko nie "Tęcza"!

Więc tak – początkowo wpadłam na to, że chodziło o garnek, ale za nic mi nie pasowała rana na policzku – bo jak się tam miała skaleczyć? Na skorupy upadła? Zwykle jak garnczek komuś na łeb leci to jest jeszcze cały, bez ostrych krawędzi. A taki skóry na policzku raczej nie rozetnie. Na ciemieniu, czole, skroni, tam gdzie cienka skóra opina się na kości i większość ran tłuczonych kończy się jej pęknięciem – owszem, ale na policzku…? Hmm.

Ponieważ pewnie mało kto będzie mieć takie rozterki, możliwe, że w ramach wyjaśnienia wystarczy dodać “jeszcze” w zdaniu:

A ty, Stil, posprzątaj ten bajzel, zanim ktoś się skaleczy.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

A na kości policzkowej? :)

Mój synek ściągnął sobie kiedyś garnek na łepetynę i poszkodowany został właśnie policzek. Ale owszem, pomyślałam sobie wtedy, że to dość dziwne miejsce.

 

“Jeszcze” zaraz dodam.

Na kości policzkowej na pewno nie, albowiem człowiek takowej nie posiada ;P

Raczej to nie nigdy – młody miał pecha. U dorosłych zdarza się jeszcze rzadziej, bo większość ma już wykształcony odruch, że gdy coś leci z góry, kuli się, by ochraniać głowę. U dzieci fascynacja częściej wygrywa:D

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Na kości policzkowej na pewno nie, albowiem człowiek takowej nie posiada

-ach, Ty mądralo! ;P No dobra, jarzmowa, no! (chyba?) :)

Nadrobiłem. Trudno mi wybrać, które z tych dwóch opowiadań bardziej przypadło mi do gustu. “Osada” ma ciekawszy klimat, a “Pierwsza żona” wygrywa z nią minimalnie historią. Oba bardzo ładnie napisane.

Bardzo lubię literackie uniewersa, a Tobie udało się wykreować całkiem intrygujące. Mam wrażenie, że dałoby się w nim osadzić jeszcze wiele opowiadań i pewnie i powieść.

Dzięki, Zygfrydzie, za wizytę i komentarz. Pewnie, że się da. Pomysły są tylko czasu brak. :) I pewnie coś jeszcze napiszę, ale zauważyłam, że piszę właściwie tylko jesienią i zimą. Więc jeszcze kilka miesięcy. 

I pewnie zacznę się wtedy głowić, co z tym tekstem w ogóle zrobić. Ale zapewne też tutaj w końcu wyląduje.

Pozdrawiam.

Dlaczego to takie krótkie?! Z przyjemnością posiedziałabym jeszcze z panem Asgerem, przypadł mi do gustu, wyszła Ci interesująca postać, pełna tajemnic. Natomiast sama osada jest ledwie nakreślona, epilog trochę wyjaśnia, ale mam niedosyt. Piszesz pięknym językiem, który płynie swobodnie. Zazdroszczę.:)

Cz.I już sobie zakolejkowałam, jak dalej tak nudno będzie dziś w pracy, to pewnie przeczytam od razu. :)

Jej, jak fajnie! Dzięki! To jest moje ulubione z napisanych przeze mnie opowiadań, więc bardzo się cieszę, jak ktoś do niego zajrzy. A jeśli jeszcze się spodoba, to jestem w siódmym niebie. :) (Cieszę się także z wizyty i oceny Bajamuty, której również dziękuję).

Ty akurat zdaje się nie masz żadnych podstaw, żeby zazdrościć. Jednak ja również, kiedy czytam teksty AlexFagus, Marianny i wielu innych z tego portalu – no to zazdrość mnie skręca, co poradzę? ;)

A co do dalszego ciągu – kończę kolejne opowiadanie z tymi bohaterami. Od dwóch miesięcy kończę i jeszcze pewnie trochę to potrwa. Zwłaszcza, że ostatnio naszło mnie typowe niestety dla mnie przeświadczenie, że to jednak beznadziejne jest. ;(

Ocho powiem tyle: Świetna robota!

Dlaczego tak mało? Ja chcę jeszcze! Jak dla mnie z Twoich opowiadań można by zrobić coś dużego. Przemyśl to. :)

 

Jedno zdanie, mimo że poprawne to nie spodobało mi się:

Pierwszy raz od tak dawna, że zdawało się to wręcz ekstatyczne.

Nie podoba mi się słowo ekstatyczne zmieniłabym na coś innego. Jednak jeśli tobie pasuje to zostaw. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Morgiano, nie masz pojęcia, jak miło czytać takie słowa. To jest dla mnie największy komplement – kiedy ktoś pisze, że przeczytałby jeszcze więcej. :)

To zdanie było zmieniane. Rzeczywiście, dalej brzmi trochę niezręcznie. Na razie zostawię, ale jakbym miała ten tekst jeszcze kiedyś redagować – wezmę to pod uwagę.

 

Jak dla mnie z Twoich opowiadań można by zrobić coś dużego. Przemyśl to. :) – Myślę, myślę. Czasem nawet coś napiszę. Może powoli, powoli uzbiera się coś dużego. ;)

 

Bardzo dziękuję i pozdrawiam.

 

 

Ocho nie masz za co dziękować. Po prostu bierz się do roboty i pisz kolejną część. Powodzenia!

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Tak jest! ;)

 

Zupełnie serio – tego typu komentarze baaardzo motywują, więc muszę za nie dziękować.

Cześć, czołem i kluska! Przechodziłem obok i zajrzałem. Zresztą nie jest to moja pierwsza wizyta w Twojej “Osadzie“. Wcześniej miałem jednak tego pecha, że nie zdążył mi Asger z konia spaść i umknął gdzieś, nie pamiętam już – gdzie.

 

Najsampierw łapanka, przy czym spora mojego czepialstwa jest natury subiektywnej. Zaznaczam też, że nie przeczytałem żadnego z ponad trzystu komentarzy powyżej (może przydałby się tu jakiś filtr na spam?^^), więc mogę się okazać rozmówcą wtórnym i nudnym.

 

– Bardziej niż w baby(,) wierzę w pospolite bandy – mruknął Hadar.

 

– Jutro wyruszam z wami. A jak już wrócimy, to chętnie porozmawiam z tobą, poruczniku. O pewnym uroczym, kobiecym duszku, z którym, jak mi się wydaje, zawarłeś tego lata sympatyczną znajomość. –

Posłał w stronę Kerka promienny uśmiech, a Tor ponownie się zaczerwienił. Zwłaszcza, że poczuł na sobie zdumione spojrzenia pułkownika i sierżanta.

Tu się coś rozjechało.

 

Zupełnie takim, jak kolor lasu, którym niedawno gnał szaleńczym pędem.

Subiektywnie, zamieniłbym: “którym niedawno“ na “przez który…” Dlaczego? Bo gość jednocześnie gnał i “lasem” i “szaleńczym pędem”, co – choć prawdopodobnie nie błędne – jest jednak dosyć osobliwe w odbiorze.

 

Gdyby nie krzątający się ludzie, osadę dałoby się minąć w odległości kilkunastu kroków i nie zauważyć. Przynajmniej, gdyby się jej nie szukało.

Tu zrobiłbym magiczną sztuczkę z teleportacją, i przeniósł “jej” z drugiego do pierwszego zdania, albowiem, nim przeskoczyłem między nimi, zaliczyłem wyrżnięcie głową w tablicę z napisem: “Coś tu nie gra”. Taki niepotrzebnie wymuszony pit-stop.

 

Kapitan spojrzał na niego z rozbawieniem.

– Matka kazała ci to dać. Koszula.

Asger pokiwał głową.

– Dziękuję.

Wyszło mi na to, że to kapitanowi matka rozkazała dać Asgerowi koszulę. Brakło jednego opisu. Może:

– Matka kazała ci to dać. Koszula – burknął Stil.

 

Gdybyś był jednak łaskaw zauważyć, (że) przez ostatnie lata sporo się w twoim życiu zmieniło.

 

Twój przyjaciel, pierwszy od dzieciństwa.

Nie pasuje mi to zdanie. To znaczy nie wiem, czy ten przyjaciel jest pierwszym przyjacielem odkąd kapitan przestał być dzieckiem, czy pierwszym przyjacielem w ogóle, jeszcze z czasów dzieciństwa (przy czym oczywiście skłaniam się do tej drugiej wersji).

Jak ona..?

Przygarnij kropka, bo masz o jednego za mało.

 

Co to dla ciebie – jedna osada więcej czy mniej, kilkoro ludzi w jedną czy drugą stronę.

To bym zamknął pytajnikiem, choć pytanie wyraźnie retoryczne.

 

Coś dziwnego tu się dzieje.

To jest wypowiedź jednego z bohaterów. I teraz pytanie, czy słyszałaś kiedyś, żeby ktoś użył tak sformułowanego zwrotu? Albo czy sama tak byś to ujęła? Gdybyś usłyszała te słowa wypowiedziane na głos, czy brzmiałoby to naturalnie? Bo ja, na ten przykład, powiedziałbym: Tutaj dzieje się coś dziwnego. Względnie: Coś dziwnego się tutaj dzieje.

 

 

Wyciągnął właśnie rękę, by odłożyć wypełniony niebieskawym płynem słoik, gdy, półkę niżej, jego uwagę zwróciła niewielka flaszeczka.

I znowu teleport. Tym razem to “półkę niżej” wykspediowałbym na koniec zdania, żeby było oczywiste, że to flaszeczka była na tej półce, a nie uwaga. Generalnie w tym zdaniu półka wydaje się mieć wymiar czasowy, a nie przestrzenny. Co oczywiście ma swój urok, ale chyba jest nielogiczne.

 

No, to chyba tyle, choć gotów jestem przysiąc, że gdzieś tam z początku opowiadania jakiś brakujący przecinek spotkał się z moją niezasłużoną ignorancją.

 

Dodam jeszcze, że przy wszystkich tych obcobrzmiących nazwiskach, gęsto przeplatanych rangami, które – zdaje się – dosyć często były zaokrąglane do “oficerów”, z początku miałem poważne problemy ze zorientowaniem się, kto jest kim, jaką reprezentuje zależność wobec pozostałych i co mówi. Ogarnąłem to w końcu, ale męczyło. Oj, męczyło.

 

Nie wiedzieć czemu, Twoje opowiadanie od samego początku, to jest jeszcze zanim w ogóle zacząłem je czytać, silnie skojarzyło mi się z filmem “Osada”.^^ Dosyć abstrakcyjnie założyłem, że klimaty obu dzieł będą podobne. I – poniekąd – miałem rację. I tam i tu mamy do czynienia z ukrytą w lesie wioseczką, w której nie lubią obcych i problemów, ale za to lubią tajemnice. Mieszkańcy obu osad też są pozornie podobni; ot, prości ludzie z epoki sprzed elektryczności. Jednak, jak się okazuje, nie do końca tacy znowu… normalni. No i nastroje w osadkach podobne; dosyć duszne, niespokojne, mroczne, tajemnicze… Czuć, że gdzieś czai się coś złego. Film pod tym względem jest znacznie bardziej wyrazisty, ale też scenarzyści celowali w takie właśnie klimaty, a Ty osiągnęłaś je tak jakby mimochodem. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Opowiedziane historie, choć można by znaleźć między nimi pewne podobieństwa, i choć obie mi się podobały, są znacząco różne, więc nie ma co cisnąć w dalsze porównywanie. Hollywood sobie, Ocha sobie.

Historia w sumie dosyć prosta, raczej nie narażająca się na posądzenie o oryginalność; trochę nawet jak z disneyowskiego Pocahontas, o ile mnie pamięć nie myli – My uratować wróg, wróg uratować my przed swoi, bo być dobra, ten wróg. Howgh! (potem gździć się z John Smith na skóra z bizon, tylko najpierw Myszka Miki wyłączyć ta śmieszna pudło do robienia skakające obrazki, bo dzieci to oglądać). Za to napisana bardziej niż poprawnie: wyraziste, surowe i – przede wszystkim – przekonująco obrysowane postaci, z których każda wydaje się być tutaj “na miejscu” (kapitan wraz ze swoimi tajemnicami naprawdę przyciąga uwagę i intryguje. Ogólnie bardzo interesująca, złożona postać, budząca sympatię); styl, który bez wyrzutów sumienia można określić “książkowym”; język nieprzekombinowany, prosty (co w tym kontekście jest in plus), przystępny; opisy nie nużą, choć są bardzo szczegółowe. Sam akt czytania to czysta przyjemność, choć nie mogę się oprzeć próbom wyobrażenia sobie, jak ten tekst wyglądałby wzbogacony o stylizację.

No, ogólnie dużo frazesów (jeno szczerych), uśmiech, kwiaty, gratulacje, podziękowania za kawałek dobrej prozy.

 

Peace!

 

P.S.

Zedytuje, poprawię i uzupełnię ten komentarz, jak trochę oprzytomnieję.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, ogromne dzięki za wnikliwy komentarz. 

Rzeczywiście, to był taki przypadek, kiedy również w pewnym momencie pomyślałam sobie, że filtr na spam byłby przydatną rzeczą. ;)

Co do tego filmu – PsychoFish też o nim wspomniał. AdamKB bronił tekstu, pisząc, że lepszy od filmu, i to jego twórcy powinni się ode mnie uczyć, o! ;) Co wbiło mnie w chwilową dumę, trwającą do chwili, kiedy próbowałam ten film obejrzeć – no nie dałam rady, bo jednak mocno kiepskawy mi się wydał. :)

Przeanalizowałam Twoje sugestie, gdzieniegdzie poprawiłam, ale większość jednak zostawiłam. Nie, żebym uważała, że nie masz racji, ale to trochę tak Twoja racja kontra moja racja. Wiesz, jak to jest. ;)

 

Jak ona..? – a tu mam zagwozdkę. Bo byłam przekonana, że ten pytajnik będzie pełnił rolę trzeciej kropki.  A teraz sama nie wiem.

 

Imiona i nazwiska – tak, ten zarzut się już powtarzał i rzeczywiście, coś w tym jest. Zapominam, że skoro ja znam swoich bohaterów na wylot, to czytelnicy niekoniecznie. Teraz staram się wybierać bardziej swojskie nazwy, no i operować – jak to tylko możliwe – mniej naprzemiennie. Ale główni bohaterowie już muszą tacy pozostać.

 

Stylizacja… Bardzo chciałabym umieć. Ale nie umiem. :( Więc się nie chcę kompromitować.

 

Dzięki jeszcze raz i pozdrawiam!

 

Psycho? Czemu mnie to nie dziwi?

Ja bym tam generalnie nie porównywał ze sobą obu osad pod względem treści. Oceniania, która z nich “lepsza”, też się nie podejmuję. Są podobne motywy, klimat, poniekąd, też, ale to dwie zupełnie różne opowieści, w dodatku przedstawione na dwa inne sposoby. Obie jednak mi się podobały i tyle.

Swoją drogą, z filmową “Osadą“ jest niemal identycznie jak z pewnym tekstem, który ostatnimi czasy niezwykle męczył pewnego Autora – nie zrozumiesz, o co tak naprawdę chodzi, póki nie obejrzysz w całości (chyba, że ktoś Ci sprzeda spoiler). Jeden ze sloganów reklamowych tego filmu brzmiał jakoś tak: “Nie mów znajomym, jak ten film się kończy!” Intrygujące, prawda? Trochę na wyrost hasełko, ale coś w tym jednak jest.

 

Co do sugestii, to są one tylko sugestiami. Twoje prawo korzystać, lub nie korzystać, z nich wedle własnego uznania. Mi korona (błazeńska czapka?) z głowy nie spadła w związku z Twoimi decyzjami, a i tekst, nawet jeżeli na nich ucierpiał, to niezauważalnie.

Wielokropek natomiast to osobny znak interpunkcyjny, który składa się z trzech kropek – nie mniej i nie więcej. Kombosy z pytajnikami są raczej sprzeczne z genetyką. Przy czym ani ze mnie genetyk, ani wybitny politolog, więc wszelkie wątpliwości rozstrzygać powinien ktoś mądrzejszy ode mnie. Choćby Adam.

 

Imiona i nazwiska same w sobie nie są "złe” czy “błędne”. Nie są też brzydkie czy trudne do zapamiętania. Po prostu, w zestawieniu z tymi wszystkimi rangami, gdzieniegdzie zrobił się sztuczny tłok.

Co do stylizacji, to, prawdę mówiąc, nie wydaje mi się, żeby tekst tracił na jej absencji. Nie jestem też pewien, czy zyskałby na jej wprowadzeniu. Całkiem możliwe, że jednak nie. Zresztą… Tak jak jest, jest dobrze.

Zastanawiam się, czy coś jeszcze pominąłem w poprzednim komentarzu. Mam wrażenie że tak, ale nie wiem – co.

Na pewno wypada się pochylić jeszcze raz nad samą historią, która, pomimo wspomnianego nawiązania do Pocahontas (a w każdym razie jej romantycznej wizji) i brzydko wytkniętego braku fundamentalnej oryginalności, jest naprawdę… fajna. I to nie tylko dlatego, że świetnie napisana. Kupuję motywy postępowania wszystkich postaci; obowiązek, lojalność, honor, zwykła ludzka (a może już nieludzka?) dobroć, którą kierują się mieszkańcy osady, nawet pomimo, że są świadomi niebezpieczeństwa, jakie im z tego tytułu grozi. Podobał mi się też brak skrupułów kapitana, który, dla dobra swoich dobroczyńców, bez mrugnięcia oka skasował cholernego Esbeka. Taki konkretny, twardy facet. Jakieś moralne rozterki w związku z tym wypadkiem, czy nadmierna ckliwość wobec mieszkańców osady, bardzo psułaby obraz i wiarygodność Asgera. Bardzo fajnie to wszystko wyszło. Z drugiej jednak strony jest to tylko scenka, która… No cóż, sama świetnie ją podsumowujesz ostatnim zdaniem epilogu:

Wszystko jest takie samo, jak wcześniej.

Na pocieszenie mam do przeczytania pierwszą część jego przygód i – uzasadnioną, jeśli dobrze rozumiem – nadzieję, że trafię na kolejne. Wtedy scenka przestanie być tylko obrazkiem, a stanie się częścią większej, obiecującej całości.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

No, późno tu dotarłem, ale w końcu jestem.

 

Już wiesz, że lubię te klimaty – dziwne miejsca, dziwni ich mieszkańcy, gęsta, niepokojąca atmosfera. Zagadka. Pytania oczekujące odpowiedzi. Uwikłany w to wszystko główny bohater, który też ma coś do ukrycia. W pierwszym momencie zabrakło mi tutaj romansu: byłem przekonany, że oficer stanie po stronie mieszkańców osady, zauroczony jakąś miejscową pięknością. Potem pomyślałem, że to takie stereotypowe, więc dobrze, że tego tu nie ma. Znakomicie poprowadzone drobniutkie, nieistotne wątki poboczne, odciągające uwagę czytelnika od głównego nurtu akcji. Chodzi mi np. o sprawę koszuli czy naderwanego guzika. To świadczy o dojrzałości stylu.

Nie dość, że opowiadanie mnie urzekło, to jeszcze zainspirowało. Mam ochotę napisać coś w tym klimacie. Wprawdzie nawiązywałem do podobnej atmosfery w “Ponurym jeźdźcu”, to jednak konkursowy limit znaków nie pozwolił na rozbujanie pióra. Teraz napisałem coś na Dragongenezę, co opublikuję po sylwestrze, ale następne opowiadanie ulokuję chyba właśnie w podobnym klimacie. 

 

Tekst oceniłbym, oczywiście, minimum na 9, ale że to opowiadanie archiwalne, stawiam tylko szóstkę – ile dała fabryka.

Ambroziaku, dziękuję za wizytę i komentarz. Bardzo się cieszę, że zwróciłeś uwagę na te drobiazgi. 

Co do wątków miłosnych, to jest z tym pewien problem – główny bohater do specjalnie kochliwych nie należy. :) Co nie oznacza, że jakiś romans tu czy tam mu się nie przytrafi.  Mnie jednak rozbudowane wątki miłosne zazwyczaj irytowały, więc tu też na pewno nie pojawią się na pierwszym planie.

No i cieszę się, że tekst zainspirował. :) Chętnie przeczytam efekt.

Pozdrawiam.

Jak mówiłem: wątek miłosny to stereotyp. Zobacz – jak głęboko osadzony w świadomości masowej, skoro czytelnik sam opiera na nim domniemaną fabułę, zanim dobrnie do zakończenia. Walczmy ze stereotypami! 

Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania, bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każda uwaga niewłaściwie stosowana zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu.

 

Widziałem, że większość wcześniejszych komentarzy słitaśnych, ale przecież ktoś musi być tym złym, a że ja do słitaśnych facetów nie należę, to idealnie się nadam.

 

Kapitan Asger Sidort gnał tak szybko, jak pozwalały mu na to siła i wytrzymałość jego wierzchowca, wąska, wyboista leśna ścieżka, a także dokuczliwa, zupełnie świeża dziura tuż nad lewą łopatką

To jest fajne zdanie, ale nie wiem, czy pasuje do całości. Jak dla mnie daje za bardzo humorystyczny efekt.

A druga sprawa to ta „dziura”. Dlaczego owijać w bawełnę? Zdanie najpierw trochę naprowadza, a trochę zwodzi, ale jeśli już decydujesz się na takie narzędzie, to końcówka musi być mocnym uderzeniem, a nie głaskaniem po pyszczku.

 

pościg okazał się nad podziw wytrzymały i zdeterminowany

Za duży skrót myślowy.

 

a każdy obrót głową kosztował go chwilę dekoncentracji i – co może nie aż tak istotne – nieznośny, szarpiący ból w coraz bardziej sztywniejącym, zranionym barku

Wydaje mi się, że tutaj powinienem czuć dynamikę, a jej tu w ogóle nie ma, a do tego to wtrącenie…

 

nerwową, rozgorączkowaną obecność

Co to znaczy?

 

cierpliwi niczym padlinożercy osaczający przyszłego trupa

Padlinożercy osaczają przyszłego trupa? Raczej drapieżcy.

 

Oczy zaczęły zachodzić mu mgłą, rozstaje zauważył więc, gdy prawie na nie wpadł. Szlag! Nie spodziewał się tego, nie powinno ich tu być, nie miał czasu, by się zastanawiać. W uszach narastał monotonny szum, coraz głośniejszy, coraz bardziej natarczywy. Ale jednak, był niemal pewien, że przez ścianę jednolitego dźwięku przedziera się tętent kopyt i ożywione nawoływania ludzi. W prawo czy w lewo?! Zwolnił odrobinę, szarpnął wodze w ostatniej chwili, zbyt gwałtownie

A ja rozstaje przejechałem. Serio. Jest napisane, że prawie na nie wpadł, a później o szumie, więc ja myślałem, że on już wybrał drogę, a później nagle dowiaduje się, że chociaż on prawie wpadł, to teraz zwalnia, żeby się zastanowić. Może napisze z tego jeszcze rozprawkę?

 

Ogłupiały koń parsknął gniewnie, niemal przysiadł na zadzie, by wreszcie, jak chciał jeździec, rzucić się w lewo. Trochę za szybko. Asger poczuł, że traci oddech, zdawało mu się, że płuca nagle się skurczyły. Ścisnął kolanami boki wierzchowca, schylił się w siodle, twarz niespodziewanie znalazła się w końskiej grzywie.

Przykład siękozy, ale w tekście jest tego więcej.

On nadal nie skręcił? Jak na dynamiczną scenę z rozwidleniem, na które prawie wpadł, to strasznie długo trwa. Bullet time?

 

Przytulił się do zwierzęcia, które przestał właśnie kontrolować.

Właśnie? Znaczy w tej chwili? A on wcześniej je kontrolował?

 

Po pierwszej scenie i „Pierwszej żonie” stwierdzam, że zdecydowanie wolę Twoje pisanie w mniej dynamicznym wydaniu.

 

Odwrócił się w stronę budynku w tym samym momencie, w którym ktoś pośpiesznie z niego wyszedł przez gwałtownie otwarte drzwi.

„Gwałtownie” dubluje się z „pośpiesznie”.

Ale chcę w tym zdaniu jeszcze coś pokazać „gwałtownie otwarte drzwi”. To się strasznie gryzie, bo użyte sformułowania są przeciwstawne. „Otwarte” jest po stronie statycznej, a „gwałtownie” po stronie dynamicznej, dlatego zamiast działać wspólnie, te słowa się zwalczają.

 

Oficer patrzył na mówiącego w milczeniu

Kojarzy mi się z „oczy szeroko zamknięte” ;)

 

Musimy o tym zameldować pułkownikowi – odezwał się wreszcie. – Kapitanem interesuje się… Departament Ładu i Spokoju Wewnętrznego – wyrecytował na jednym wydechu.

Jeśli piszesz, że na jednym wydechu, to powinno dać to przeczytać na jednym wydechu, a ten zapis na to nie pozwala. Po pierwsze wtrącenia narracji, a po drugie wielokropek, bo wielokropek to jest oddech, a do tego stosunkowo długi.

 

I jeszcze do tego oficer.

„jeszcze” zbędne i niepotrzebnie rozwleka zdanie.

 

Więc co powinniśmy zrobić, powiesz mi? Mam go stąd wyrzucić? Pozbyć się? Przecież wiesz, że nie mogę. – To była kobieta. Sądząc po głosie nie najmłodsza, ale chyba znacznie bardziej opanowana od swojego rozmówcy.

Ta wypowiedź nie wygląda na opanowaną, a przynajmniej ja nie potrafię ją sobie taką wyobrazić.

Mam tez problem z drugim zdaniem, bo czy to oznacza, że gdyby była młodsza, to byłaby bardziej opanowana?

 

Kapitan usłyszał szmer przy legowisku, najpewniej mężczyzna pochylił się nad nim.

Przed chwilą było, że głos rozlegał się tuż na głową kapitana. Czy on go chciał pocałować, że tak się pochylał?

 

Podoba mi się, jak zakończyłaś tę scenę z podsłuchującym Asgerem, bo pokazałaś, że bohaterowie nie są głupi i mają swoje motywacje, więc nie chce im się z Asgerem gadać. To jest sygnalizowane przez całą scenę, ale końcówka to jakby kropka na i.

 

Gdyby potrafili czytać sobie w myślach, skonstatowaliby ze zdumieniem

Przecinek.

 

Porucznik nie przejął się zanadto wybuchem wściekłości dowódcy, nie był dla niego niespodzianką

Masło maślane.

 

Jest z… Departamentu Ładu i Spokoju Wewnętrznego, przyjechał tu w związku z tym nieszczęsnym lasem.

Tak mówią w wojsku? Nawet w dziwnym wojsku?

 

wszelkiego autoramentu baby

Te magiczne istoty ;)

 

Zapewniam cię, sierżancie, że baby stają się powoli tak samo rzeczywiste. I warto by coś z tym zrobić

Baby? Rzeczywiste? To wręcz niemożliwe! Cóż ja bym zrobił, gdyby baby okazały się rzeczywiste… <rozmarzył się>

NMSP ;)

 

Posłał w stronę Kerka promienny uśmiech, a Tor ponownie się zaczerwienił. Zwłaszcza, że poczuł na sobie zdumione spojrzenia pułkownika i sierżanta.

Gubię się w bohaterach…

 

Obok niego, w milczeniu, pracowało pięcioro żołnierzy

Pięciu?

 

No, wreszcie, pomyślał, zanim uświadomił sobie, że zbliżająca się sylwetka jest zdecydowanie zbyt zwalista jak na kościstego kapitana wywiadu

??? Spróbuj rozegrać sobie taką scenę. Bez mgły, dymu czy czegoś innego utrudniającego widzenie chyba nie jest tak łatwo pomylić dwie osoby.

 

zasięgiem uszu

Dumbo?

 

Usiadł gwałtownie, tylko po to, by wnętrze ciasnej chaty zaczęło wirować mu przed oczami w zastraszającym tempie

Czyli lubi jak mu wiruje przed oczami?

 

mój synuś zapomniał, że straciłeś sporo krwi

To wcześniej była rozmowa matki z synem? Bo nie sprawiała takiego wrażenia.

 

Nie podoba mi się rozwiązanie sceny, gdy żołnierze odnajdują Asgera, bo mam wrażenie, że chociaż to się dzieje w osadzie, to jej mieszkańcy jakby nagle magicznie zniknęli.

 

lekko ścisnął kark

Swój? Po co?

 

Dużo o tobie wiemy, taką mamy pracę. Ale nie wszystko. Tyle rzeczy nas interesuje… Na przykład, jak to się stało, że przetrwałeś u Nila tyle czasu. Przeszło dwa lata, czyż nie? Och, wiele się domyślamy, trochę wiemy na pewno. Bez wątpienia więcej niż twoi ludzie.

Tak mówi żołnierz z departamentu?

 

jestem gotów przysiąc, że nie z powodu nieudolności. Raczej… niewystarczającej staranności

A to aż taka wielka różnica?

 

Rozmowa Asgera ze Stilem jest w ogóle niezrozumiała. Dlaczego Stil z nim rozmawia? Ja rozumiem, że uratował mu życie, ale dlaczego mu nagle zaufał, jeśli jeszcze chwile temu mu nie ufał?

Zachowanie Twoich bohaterów jest takie dezorientujące, że chciałbym ich udusić!

 

Musimy porozmawiać – stwierdził wreszcie krótko.

A co robili przez całą scenę?

 

Obrzucił wszystkich wokół spojrzeniem pełnym udawanej pogardy i prawdziwego niepokoju, ustępując zaraz miejsca zadumanemu kapitanowi. Asger poruszał się leniwie, powoli, z namysłem. Sierżanta przeszedł zimny dreszcz, bo wiedział, jak bardzo pozorna jest ta ociężałość. Sidort odszukał wzrokiem Gura Rasmu i obserwował go, przygryzając wargę i marszcząc czoło. Rasmu zachowywał się dziwnie. Z nieblednącym uśmiechem, pełen energii biegał po osadzie

Kakofonia uczuć, a w środku ja. Jakbym znowu przechodził okres dojrzewania… ;)

 

Po co jest ta scena, w której wychodzą z ziemianki? Do czego prowadzi?

A ta następna?

 

Jakiś owad ukłuł go w szyję, machnął ręką, by odegnać intruza

Nie lubię jak owady machają na mnie ręką ;)

 

Asger położył jedną dłoń na włosach Rasmu

Na włosach czy na głowie?

 

Nie za bardzo rozumiem epilog :(

Rozumiem tyle, że chcą wykorzystać mikstury itp. Tylko że jakoś nie łączy mi się to z wcześniejszą częścią. Nie lepiej zostawić osady w spokoju? Bo zrobiło mi się niepotrzebne zamieszanie. Jeśli już to wolałbym dowiedzieć się w epilogu, co napisał Asger w raporcie.

Wydaje mi się, że epilog powinien coś dodatkowo wyjaśnić, a nie tworzyć coś nowego. Do tej pory roślinki, miksturki nie były przedmiotem opowiadania, a jedynie narzędziem.

Do epilogu traktuję opowiadanie jako samodzielne, ale po epilogu już nie.

No i ta pobita matka Stila (wiem, że przez garnek) – czemu to służy?

 

Powoli przechodząc do podsumowania, napiszę, że najbardziej z całego opowiadania podobała mi się scena zamordowania Rasmu. Ta końcówka zaciekawia najbardziej z całego tekstu. Fajnie, że Asger wcześniej nic nie robi, bo wówczas tworzy się podejrzenie, że albo ma jakiś plan albo zrezygnował.

W tej scenie zastanawia mnie tylko, dlaczego on schodził i znów wchodził. Myślałem, że to będzie jakoś wytłumaczone w ostatniej scenie albo epilogu.

 

Nie czuję „wojskowości” tych ludzi. Wiem, że to ma być niezwykły oddział, ale mimo wszystko trochę powinienem tego poczuć, a oni poza używaniem stopni, nie zachowują się jak żołnierze. Tej niezwykłości też za bardzo od nich nie czuć. Trochę wygląda jakby dzieciaki naoglądały się filmów i robiły partyzantkę.

Stopnie – męczą. Chodzi o to, że chociaż narrator i bohaterowie posługują się stopniami, to te zależności są mało wyczuwalne.

 

Uważam, że dialogi wymagają dopracowania. Przede wszystkim by oddawały charakter bohatera, bo często miałem wrażenie, że są zbyt sztuczne, pisane pod fabułę, a nie dlatego że postać by tak powiedziała. Z tego powodu mam też problemy z bohaterami. Oni zachowują się tak, jak wymaga od nich fabuła, a przez to czasami nie jest wiadomo, co o nich myśleć. Trochę jak z Kerkiem w „Pierwszej żonie”. To łączy się ze skrótami myślowymi, bo koniec końców, ja tym bohaterom nie ufam, nie wierzę.

 

Skróty myślowe mi przeszkadzają. Skoki są za duże i chociaż wiem, co chciałaś napisać, to wychodzą bardzo dziwne rzeczy. Te skróty myślowe są zarówno na poziomie fraz czy zdań, ale też na poziomie fabularnym. Widzę punkt A, widzę punkt B i wiem, że chciałaś mnie (czytelnika) tam przemieścić, ale nie widzę drogi i jestem zagubiony albo wręcz przestaję wierzyć.

Wg mnie te skróty myślowe są spowodowane tym, że Ty masz opracowany cały świat i pędzisz do niego. Ale spójrz na to ze strony czytelnika – on nie zna Twojego świata i nie wie, gdzie pędzisz i czy powinien pędzić z Tobą. Dlatego zwolnij i skup się na tym jednym opowiadaniu i na wydarzeniach, bohaterach w nim zawartych.

Tym bardziej, że w tym opowiadaniu czytelnik powinien przejąć się losem mieszkańców osady (z tym było trochę gorzej) i Asgera (z tym było trochę lepiej).

Fajne było pisanie patykiem po piasku.

Podobało mi się, że Rasmu nie był typowym złym charakterem, a jedynie robił coś nie po myśli głównego bohatera i trzeba go było zamordować.

Z drugiej strony niektóre fragmenty niepotrzebnie rozwlekasz. W tych fragmentach jest dużo literek, a mało treści. Czasami lepiej w inny sposób przekazać te informacje. A czasami zastanowić się, bo może nie są w ogóle potrzebne.

 

Ocho, muszę przyznać, że po tych dwóch tekstach zdecydowanie wolę Cię w historiach bardziej kameralnych, jak w „Pierwszej żonie”. Tamto opowiadanie bardziej mnie zaciekawiło i stało się to szybciej.

 

Językowo wolę Cię natomiast tutaj. Sprawniej napisane niż poprzednie. Przyjemnie się czytało.

Zobaczymy, jak pójdzie z kolejnymi. Tak, bój się, bój ]:->

 

Ogólnie ciekawe opowiadanie w przemyślanym świecie z bohaterami z krwi i kości. Tylko jeszcze trzeba pewne rzeczy lepiej pokazać. Szczególnie przypadło mi do gustu traktowanie w tym świecie wszystkiego co nadnaturalne. Te prześladowania są bardzo pojemnym motywem, a już w tym opowiadaniu widać, że masz ciekawy pomysł na jego wykorzystanie. Mam przeczucie, że to będzie się jeszcze przewijało w kolejnych tekstach.

 

 

Pozdrawiam,

 

B.A.

 

 

P.S.

Przeczytałem wyrywkowo wcześniejsze komentarze i podobnie jak syf miałem wrażenie, że Asgerowi morderstwo przyszło dość łatwo. Wydaje mi się, że wynika to właśnie ze skrótu myślowego, bo nie widzimy drogi, która prowadzi go do tego czynu.

A poza tym, Ocho, jeśli chciałaś, żeby to zabójstwo miało swoją cenę, to jej w tym tekście nie pokazałaś. Domyślam się, że za to morderstwo przyjdzie im zapłacić… kiedyś. Ale to „kiedyś” jest kluczowe, bo na chwilę obecną, to czyn jest bezkarny.

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

Auć. :)

Dobra, przygotowywałam się na dłuuugie odpisywanie, ale czytelnik przecież może odbierać tekst tak, jak mu się podoba, i autorowi (czy też autorce w tym przypadku) nic do tego. 

Zwłaszcza, jeśli czytelnik jest tak wnikliwy, rzeczowy i pomocny jak Ty. :)

 

Oficer patrzył na mówiącego w milczeniu – no, parsknęłam śmiechem. ;) Rzeczywiście.

 

Tylko kilka rzeczy:

cierpliwi niczym padlinożercy osaczający przyszłego trupa – e, no sępy czekają cierpliwie, aż im prawie trup padnie zupełnym trupem.

lekko ścisnął kark – a nie masz tak, że jak jesteś zmęczony i masz spięte mięśnie ramion i karku, to odchylasz głowę i ściskasz kark? Własny? ;)

jestem gotów przysiąc, że nie z powodu nieudolności. Raczej… niewystarczającej staranności – no, wydaje mi się, że różnica może być zasadnicza.

Obok niego, w milczeniu, pracowało pięcioro żołnierzy – pięcioro, bo – jak się później okazało – była między nimi kobieta. 

 

Ale to pierdoły. Istotą jest co innego, co powtórzę i tutaj: to, że sama mam coraz większy problem z tymi tekstami. Nie kończą się definitywnie, przeciwnie, z każdym kolejnym liczba niewyjaśnionych wątków narasta, zaczynają się piętrzyć aluzje, różnego rodzaju łączniki. Gdybym miała wszystko wyjaśnić, to – traktując każde z tych opowiadań jako całość – musiałabym to łopatologicznie powtarzać w każdym z nich.

Sama już nie wiem, co z tym zrobić, bo usunięcie niedopowiedzianego tła zubożyłoby świat i bohaterów, a jego pozostawienie sprawia, że w konkretnym tekście parę rzeczy może wydawać się niewiarygodnych. No bo na przykład dlaczego sierżant jest na tyle bezczelny, że pozwala sobie na zwracanie się do kapitana (co prawda raczej na osobności) po imieniu? 

A to oczywiście tylko przykład.

W kropce jestem, drogi B.A. :)

Pozdrawiam i dziękuję bardzo, bardzo. 

Sępy czekają cierpliwie, ale czy powiedziałabyś, że osaczają?

Z tym ściskaniem wybiło mnie, bo było zbyt wieloznaczne. Rozumiem Twoje tłumaczenie, ale w momencie czytanie musiałem się zatrzymać i pomyśleć, jak i po co on ten kark ściska, a wydaje mi się, że to nie jest rzecz na tyle ważna, żeby odciągała moją uwagę od reszty.

Nieudolność i niewystarczającą staranność nie są jednoznaczne, ale wg mnie to trochę jak brandy i cognac.

Z żołnierzami przyznaję rację :)

 

Najważniejszy jest wątek główny, bo on splata całą resztę. Wątki poboczne są ważne, ale zrób tak, żeby nie przeszkadzały w odbiorze, a pomagały, dopełniały wątek główny.

A jeśli chcesz napisać coś wielowątkowego, to może po prostu powieść? Wtedy nie musisz łopatologicznie wszystkiego wyjaśniać kilka razy. Wystarczy raz albo wręcz lepiej byłoby pokazać wątki w scenach, jako zdarzenia.

Acha, wydaje mi się, że Patrick Rothfuss w jakimś wywiadzie powiedział, że w swoich książkach umieszcza tylko malutki procent całego świata, który wymyślił. Że to, co opisał w książce, to tylko czubek góry lodowej. Może warto iść w tę stronę?

 

Akurat to że sierżant mówi po imieniu zostało bardzo ładnie wyjaśnione (bez super dokładnego wyjaśniania). Wiem, że coś ich kiedyś musiało zbliżyć, ale nie muszę znać całej historii, bo to całkowicie osobna historia.

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

Wiesz, jak ja opowiadania nie potrafię porządnie ogarnąć, to co dopiero powieść. Wyższa szkoła jazdy.

Może ten pomysł nie da się ogarnąć w opowiadaniu? Może do niego potrzeba powieści?

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

Hm, a mnie się wydaje, że gdyby te opowiadania umieścić w tomie opowiadań, jedno za drugim, to by się dało łyknąć. Też jako opowiadania.

A tak, jak powstaje jedno na rok, to może wkurzać. Zwłaszcza mnie.

(Chociaż ostatnio i tak przyszalałam z ilością).

Mając trochę wolnego czasu, ponownie przeczytałem to opowiadanie. Zauważyłem sporo zmian redakcyjnych. Ilustrują one rozwój literacki młodej autorki. Pozdrawiam ciepło.

Młodej autorki? A byłem przekonany, że to Ocha pisała. Ech, wszyscy kłamią. :(

Sorry, taki mamy klimat.

Ryszardzie, bardzo się cieszę, że postanowiłeś w wolnym czasie wrócić właśnie do tego tekstu. Rzeczywiście, trochę zmieniłam. Dopisałam epilog, bo chciałam delikatnie zasugerować, w którą stronę zacznie rozwijać się postać Asgera. No i Kerk nie przeszedłby obojętnie koło takich roślin. :) Zmieniłam też jedną ze scen w osadzie, zgodnie z sugestią AdamaKB.

 

Sethraelu – bez Ciebie byłoby tu nudniej. ;)

Podobało mi się (szczerze mówiąc bardziej niż “Pierwsza żona”) :)

Hej. :) Bardzo się cieszę z Twojego rajdu po moich tekstach. Cieszę się, że to opowiadanie Ci się spodobało, bo to ten świat, który chciałabym opisać dokładniej. I właściwie właśnie skończyłam około 170 tys. znaków dotyczących wydarzeń przed “Pierwszą żoną” i “Osadą”, jakieś drugie tyle przede mną. 

I – szczerze mówiąc – “Osada” mnie również bardziej podoba się niż “Pierwsza żona”. ;)

Ja też się cieszę z tego rajdu. Miło u Ciebie :)

Fajnie, że Ci się podoba. :)

Nie chcę zapychać pierwszej strony własnymi tekstami, dlatego tutaj napiszę zbiorcze: dziękuję! :)

Czemu nie chcesz? Fajnie widzieć swoje teksty (wszędzie) ;)

Fajnie widzieć swoje teksty (wszędzie) ;)

 

Oj, to na pewno. :)

Rozwodzić się nie będę, bo nie mam nad czym. Osadę także czytałam w ciągu jako element czegoś większego, więc i odbiór miałam przez to lekko zakrzywiony. 

Nie wiem, jak bym odebrała tekst, czytając go samodzielnie i w oderwaniu. A tak, znając już Asgera i część jego historii, doceniam jego podejście do ludzi z Osady i wrednego Gura (w sumie tak teraz naszła mnie myśl, że jest on bardzo stereotypowy). 

Generalnie – chcę więcej :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Chyba stereotypowe czarne charaktery bywają moją specjalnością. ;) Dobrze mi się tworzy takie trochę groteskowe typy. 

Cieszę się, że chcesz więcej. Ja też. ;)

Powiem Ci jedną rzecz. Zerknęłam przed napisaniem komentarza jeszcze raz, pobieżnie, na tekst. W trakcie czytania całości tak bardzo mi się stereotypowość Gura w oczy nie rzuciła – utonęła w całej reszcie opowieści. Czytając dalej, nie zatrzymywałam się przy tym wątku i zastanawiałam się nad tym.  A przy takim pojedynczym tekście jednak wychodzi to bardziej.

Dlatego inaczej odbiera i ocenia się opowiadanie na max kilkadziesiąt tysięcy znaków, a inaczej powieść.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca, przyznaję, że Gur jest w tym tekście groteskowo zły. Ale też taką ma rolę, kto wie, może prywatnie opiekował się bezdomnymi szczeniaczkami i hodował stokrotki ;)

Całkiem niedawno, gdzie indziej, miałam dyskusję na temat innego mojego tekstu, w którym źli zostali podobnie sportretowani jak Gur. I tam to też paru osobom zgrzytało, i wtedy ktoś napisał, że zwykłych, stuprocentowych okrutników i skurwysynów po prostu na świecie nie brakuje, więc czasem nie ma sensu na siłę szukać pozytywów lub przyczyn zła w spieprzonym dzieciństwie pradziadka. ;) Ja się z tą opinią zgadzam, ale rozumiem tych, którzy mają inny pogląd na tę sprawę, zwłaszcza w literaturze.

Czasem też mam wrażenie, że dubluję swoich bohaterów, nadając im po prostu inne imiona. ;) Źli są po prostu źli (chociaż może czasem pozbawieni tej groteski, jaką ma Gur Rasmu), a dobrzy… Dobrzy to są tacy bohaterowie z przypadku.

Jak dla mnie to on jest za mało zły. Tzn niby planuje coś złego, ale nie ma nawet okazji pokazać, jak by to przeprowadził.

 

– Początek skojarzył mi się z jedną sceną z pierwszej wersji prologu mojej powieści :) Coś często miewamy podobne pomysły.

– Wrzucasz w pewnym momencie po kilka postaci, ale żadnej nie opisujesz. Zlewają się przez to w jedną szarą masę.

– no to w końcu kto i dlaczego postrzelił Sidorta?

"Czyli to jego trzeba usunąć. Inaczej nie dadzą nam już spokoju."

I chłopak uznaje, że to dobry pomysł, o tym mówić zołnierzowi?

"Asger poruszał się leniwie, powoli, z namysłem. Sierżanta przeszedł zimny dreszcz, bo wiedział, jak bardzo pozorna jest ta ociężałość."

Nie rozumiem zamysłu tego zdania.

No chyba, że Hadar wie, że tamten zawsze tak chodzi, gdy planuje morderstwo.

"Gur pobladł."

 

Czemu pobladł?

Czy decyzja o zamordowaniu kapitana nie przychodzi Sidortowi trochę zbyt łatwo?

 

Moim zdaniem tekst nie za bardzo się sprawdza jako osobna całość. Mógłby jako część powieści, gdyby zamordowanie kapitana ciągnęło za sobą jakieś poważne konsekwencje. Brakuje mi tu jakiegoś konfliktu, wątpliwości, mocniejszego impulsu, który popycha bohatera do działania. Niby jest uzasadnienie, ale moment, gdy Sidort nagle morduje drugiego oficera to spory WTF. A byłby jeszcze większy, gdyby nie wcześniejsza lektura wiadomego tekstu. No i chyba byłoby lepiej, gdyby nie spotkało się to z miejsca z całkowitą aprobatą tego sierżanta.  

Wszystkie trzy teksty wyglądają jak kawałki układanki, która może i mogłaby funkcjonować poprawnie, ale wpierw trzeba by ją skończyć. Np Liwia z poprzedniego tekstu – jest tu wspomniana, ale nic poza tym, a można by to pociągnąć – jakiś dłuższy wątek z opętaniem porucznika na ten przykład?  

 

 

I jedna uwaga ogólna – mam wrażenie, że twoim bohaterom zbyt łatwo się wszystko udaje (no, może poza sytuacjami, gdy nie mają szans nic zdziałać, vide “Pierwsza żona”) – ich przeciwnicy dają się bez problemu pokonać, a jeśli dobrze pamiętam, taki sam zarzut kierowałaś chyba pod adresem moich tekstów :) Coś takiego mogłoby działać, gdyby, po kilku takich bezproblemowo załatwionych sprawach trafili na kogoś, kto da im solidnego łupnia. Wtedy dodatkowo by to podkreślało siłę takiego przeciwnika i było bardziej zaskakujące.

 

Przy okazji pytanie – to jest chronologicznie przed czy po tamtej dłuższej historii? No i czy jest coś jeszcze? Może fabuła mnie nie porwała, a bohaterów, póki co, nie udało mi się polubić, ale każda próba zbudowania czegoś większego (czy to powieści, czy zbioru powiązanych opowiadań) interesuje mnie nieporównanie bardziej od wszelkich, choćby nie wiem jak dobrych “jednostrzałowych” tekstów (pewnie dlatego, że sam właśnie to robię), więc chętnie poczytam.

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

A, tu sobie podyskutuję, co mi tam. ;)

 

Coś często miewamy podobne pomysły. – Przeczytałam na razie chyba 150 tys. znaków Twoich tekstów i nie zauważyłam. ;) Właściwie to w ogóle nie zauważyłam podobieństw, oprócz tego, że i u mnie, i u Ciebie w sumie mało się dzieje.

 

no to w końcu kto i dlaczego postrzelił Sidorta? – To jest jasno napisane w tekście. Nikt dotąd nie miał problemów.

 

I chłopak uznaje, że to dobry pomysł, o tym mówić zołnierzowi? – tak, ma 16 lat, jest zdesperowany i szuka ratunku. Czepiasz się i nie masz racji. :)

 

No chyba, że Hadar wie, że tamten zawsze tak chodzi, gdy planuje morderstwo. – Doskonale go zna. To jasno wynika z tego tekstu i większości pozostałych.

 

Czemu pobladł? –  Nie wiem. Trudno znaleźć mi teraz te dwa, wycięte z kontekstu, słowa.

 

byłoby lepiej, gdyby nie spotkało się to z miejsca z całkowitą aprobatą tego sierżanta. – Nie zgadzam się. Ich wzajemne relacje są tu wyraźnie nakreślone, jedynie taka reakcja sierżanta do nich pasuje. 

 

mam wrażenie, że twoim bohaterom zbyt łatwo się wszystko udaje – problem z tym stwierdzeniem jest taki, że im się nic do końca nie udaje.

 

Brakuje mi tu jakiegoś konfliktu, wątpliwości, mocniejszego impulsu, który popycha bohatera do działania. – Serio? Konfuzja, przyznam szczerze.

 

 czy jest coś jeszcze? – Tak. Nie na portalu.

 

Dzięki. Lubisz się czepiać. :) To pożyteczne doświadczenie, czytać komentarze osoby, która ma chyba tak zupełnie odmienne spojrzenie na fantastyką od mojego. Obawiam się, że po prostu zupełnie czego innego od niej oczekujemy.

Z tego też powodu trudno mi z Twoimi opiniami polemizować, bo widzę, że piszemy zupełnie inaczej, inne rzeczy są dla nas ważne. Nad wszystkimi komentarzami się zastanawiam, ale z gustem czytelników naprawdę trudno mi walczyć. Nie dogadamy się pod tym względem, nie ma szans. ;)

 

Coś często miewamy podobne pomysły. – Przeczytałam na razie chyba 150 tys. znaków Twoich tekstów i nie zauważyłam. ;)

Czytasz nie te teksty, co trzeba :)

 

To jest jasno napisane w tekście. Nikt dotąd nie miał problemów.

Może i jest, ale zanim doczytałem do końca, już zapomniałem – może po prostu oczekiwałem, że to jeszcze będzie miało jakieś znaczenie dla fabuły. Możesz przypomnieć?

problem z tym stwierdzeniem jest taki, że im się nic do końca nie udaje.

Inaczej – jesli chcą kogoś zabić, to go zabijają, szybko i bez problemu, nie pozwalając nawet takiemu antagoniście rozwinąć skrzydeł. O ile nie chowasz w zanadrzu kogoś specjalnego, pod tym względem rzeczywiście mamy odmienne podejścia.

Lubisz się czepiać. :)

Lubię.

 

czytać komentarze osoby, która ma chyba tak zupełnie odmienne spojrzenie na fantastyką od mojego.

A na czym polega ta odmienność? Ja jej do tej pory nie zauważyłem.

 

Nie wiem czy po dwóch tekstach o Reilandzie, który jest dość specyficznym przypadkiem, da się to w ogóle ocenić. No chyba, że wynika to z samych moich komentarzy, ale w takim wypadku nie ocenisz podejścia do fantastyki, ale do budowania fabuły i postaci, bo chyba głównie to komentuję.

Z kolei moje podejście do fantastyki można by ocenić po powieści, która stanowi właściwie jego esencję – ma być fantastycznie, ale nie za bardzo. U ciebie przecież też tak jest.

 

Nie dogadamy się pod tym względem, nie ma szans.

Nie chodzi o to, żeby się “dogadać”.

Dyskusje o tekstach (swoich, czy cudzych) prowadzę po to, by się o nich więcej dowiedzieć. A czepiam się tak, jak chcę, by się mnie czepiano. Im bardziej ktoś podejmuję dyskusję i im więcej się dowiaduję o tym, co sądzi na temat moich uwag tym bardziej mam ochotę czytać/komentować teksty (i nie, nie musi się zgadzać, zgadzanie się nie jest szczególnie interesujące :)) Z kolei autorzy którzy tylko “przyjmują do wiadomości” zasadniczo zniechęcają mnie w ten sposób do czytania ich tekstów.

Tak. Nie na portalu.

Jak chcesz, chętnie poczytam ;)

 

 

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Na czym polega odmienność? No, powiedzmy, że quasi – średniowiecze mnie zupełnie nie kręci (rany, jak ci bohaterowie musieli cuchnąć!), przez Wiedźmina nie byłam w stanie przebrnąć, a jakby ktoś napisał o moich rzeczach “epicki” to bym się obraziła. ;) 

 

może po prostu oczekiwałem, że to jeszcze będzie miało jakieś znaczenie dla fabuły. – Nie  rozumiem. To, że go postrzelili, ma zasadnicze znaczenie dla fabuły. Kto to zrobił – takiego znaczenia oczywiście nie ma.

 

mają kogoś zabić, to go zabijają, szybko i bez problemu. – Nieprawda. Po prostu. Nawet bym napisała – wręcz przeciwnie.

 

Na czym polega odmienność? No, powiedzmy, że quasi – średniowiecze mnie zupełnie nie kręci

Ale to jest akurat najmniej istotne :)

Ja wolę quasi średniowiecze niż quasi XIX wiek, bo średniowiecze to moja ulubiona epoka historyczna. Ale XIX wiek też lubię (choć wolę XVII), w fantastyce na pewno jest mniej eksploatowany, a sam myślałem czy nie napisać jakiejś fantastyki-westernowej (May był w dzieciństwie jednym z moich ulubionych pisarzy).

Wracając do odmienności i podobieństw – chodziło mi o pomysły, sceny, motywy, stopień “ufantastycznienia” świata. Nie przyjęte realia.

Jak Ci się będzie chciało zerknąć podeślę jeszcze jeden tekst, który może posłużyć za dowód w sprawie ;) No a ostatni, który podesłałem mógłby w niezmienionej formie zostać osadzony w świecie opartym na XVII czy XIX wiecznej Europie.

 

przez Wiedźmina nie byłam w stanie przebrnąć

Ale przez samo średniowiecze czy coś innego Ci tam nie odpowiada?

 

a jakby ktoś napisał o moich rzeczach “epicki” to bym się obraziła

Wspominanie o epickości w jednym zdaniu z Wiedźminem jakoś mi nie gra (no chyba, że mówimy o grze).

Nie  rozumiem. To, że go postrzelili, ma zasadnicze znaczenie dla fabuły. Kto to zrobił – takiego znaczenia oczywiście nie ma.

No i właśnie o tym mówię. Spodziewałem się, że to kto to zrobił będzie miało znaczenie.

 

mają kogoś zabić, to go zabijają, szybko i bez problemu. – Nieprawda.

Udowodnij :)

 

Jak było w tym tekscie? Czy Sidort miał jakiś problem z wyeliminowaniem antagonisty? Załatwił go raz-dwa nawet nie dając tamtemu szansy na rozwinięcie skrzydeł (w dodatku w sposób, który mnie do niego zniechęcił). Inny przykład(y) tego problemu poruszyłem w komentarzach mailowych, zakładam, że nie chcesz, by tutaj przytaczać :)

 

 

 

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Oczywiście, ze miał problem. Myślę, ze jego reakcja po wszystkim jasno na to wskazuje. To ze udało mu się go fizycznie pokonac, to jeszcze nie wszystko. Konsekwencje, różne konsekwencje, to też jest koszt. T

Znaczy to, że rzygał po? No niby wskazuje, ale to wciąż niewiele. A innych konsekwencji nie dane nam było poznać.

 

Poza tym pozostaje pytanie – czy chcesz, żeby czytelnik lubił tego bohatera?

Bo skrytobójca-truciciel raczej nie wzbudza w czytelniku pozytywnych emocji, choć może to tylko ze mną tak jest.

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Vercenvardzie, oczywiście, że chce, by go lubiono. Generalnie moim zdaniem jest zajebistą postacią. :) Nie wierzę, byś uważał, że mozna lubić tylko bohaterów stuprocentowo pozytywnych. I akurat w tym przypadku nie mogę dać się zwariować. Wiem, że wszystkim nie dogodzę. I jezeli w przeświadczeniu zajebistości bohatera mam wsparcie w stosunku jak 5:1, to uznaję, że w ogólnym odbiorze jest zajebisty. ;)

Nie wierzę, byś uważał, że mozna lubić tylko bohaterów stuprocentowo pozytywnych.

Gdybym tak uważał, nie robiłbym z Reilanda bohatera opowiadań :P

 

 

 

 

 

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Bardzo klimatyczne. Czekam na kolejne opowiadania o Sidorcie (”Pierwsza żona” czeka w kolejce).

Bardzo fajnie się czyta, napisane jest to tak… luźno, potoczyście. Wciąga po prostu!

Aha, tylko jedna rzecz – jak hodować rośliny w izbach, które okien nie mają? A i przez dach, “wtopiony w las”, światło chyba nie dochodzi?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dzięki, Staruchu. Cieszę się, że się podobało. No i że czytasz te rzeczy właściwie od końca, nie narzekając, że nie da się połapać, o co chodzi. ;) Czyli jednak można każde opowiadanie traktować jako całość.

A ono hodowali rośliny w środku? Przyznam, że już tego tak do końca nie pamiętam, ale wydaje mi się, że hodowali je w na zewnątrz, a w środku były już ususzone i przerobione na różne specyfiki.

Ano podobało, podobało :). A że od końca? Tak wyszło. Ale opowiadania nie są jakoś specjalnie powiązane, głównie postaciami, i opowiadają samodzielne historie. Tak że kolejność nie miała tu znaczenia.

A rośliny – wydaje się, że rosną też w środku:

na podłodze i ławach donice z ziemią i różnego rodzaju roślinami;

a Stil mówi:

– Mam tu trochę roślin. – Wskazał dłonią na stojące wszędzie naczynia z ziemią.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Ano masz rację. Powiedzmy, że wnieśli donice do środka, bo… pogoda była wcześniej niesprzyjająca. ;) Albo to takie, co nie potrzebują wiele światła. I tego będę się trzymać. ;)

laughyes

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Bardzo dobrze mi się to czytało, ale to nic nowego. Postaci tak i tu, jak i w “Ostatniej żonie” wspominają o jakiejś historii z wilkołakami – czy jest ona spisana i dostępna tu na forum?

Nie, nie ma jej tutaj. Te “wilkołaki” (chociaż to taka nazwa uproszczona) to z tej mojej powieści, co chyba ją zaraz zacznę wysyłać do coraz bardziej tycich wydawnictw. Ta książka dzieje się przed opowiadaniami.

Dzięki za przeczytanie i komentarz. :)

Nie trać nadziei, może koniunktura nie sprzyja, bo akurat właśnie teraz nie ma zapotrzebowania na rynku na tego typu powieść fantasy? Spójrz na Bemik – też długo nie mogła się przebić, a teraz wydaje i wydaje! ;D

Dzięki, Jasnastrona, za budujące słowa. Nie tracę nadziei, po części dlatego, że wysłałam na razie tylko do tych wydawnictw, które wydają mi się spore lub modne, a przynajmniej bardzo widoczne. A po części – bo jakoś ostatnio niewiele o tym myślę. Miałam bardzo dużą przerwę w pisaniu, całymi miesiącami nie napisałam ani słowa. Ale chyba mi przechodzi, mam nadzieję. Przynajmniej na jedną antologię mam chrapkę, to muszę się wreszcie zmotywować, by spisać jakąś historię.

I uzupełnić listę wydawnictw, do których będę dalej wysyłać. Chciałabym to po prostu wydać, żeby zamknąć ten etap, coś zrobić. Już właściwie niemal wszystko jedno – gdzie wydać.

Nowa Fantastyka