- Opowiadanie: zygfryd89 - Nocne Radio znów nadaje. Minotaur

Nocne Radio znów nadaje. Minotaur

Jest to trze­cie opo­wia­da­nie o Noc­nym Radiu. Zna­jo­mość po­przed­nich nie jest ko­niecz­na, ale jeśli ktoś nie zna, to za­pra­szam do prze­czy­ta­nia lub od­słu­cha­nia w formie świetnie nagranego audiobooka:

Po­chwa­ła ciszy → TEKST AU­DIO­BO­OK

Lo­re­lei → TEKST AU­DIO­BO­OK

 

Wra­ca­jąc do Mi­no­tau­ra, po­dzię­ko­wa­nia dla HOL­LY­HEL­L91 i AM­BUSH za betę.

 

Tekst do­stęp­ny rów­nież w wer­sji PDF, MOBI i EPUB.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Nocne Radio znów nadaje. Minotaur

Pro­log

W po­wie­trzu uno­si­ła się mgła. Nie bar­dzo gęsta, mimo to utrud­nia­ją­ca jazdę. Do­cho­dzi­ła druga w nocy. Od do­brych paru chwil nie mi­nę­li żad­ne­go auta. Da­niel zwol­nił nieco, gdy prze­je­cha­li obok ta­bli­cy z nazwą ja­kiejś miej­sco­wo­ści.

Z cicho gra­ją­ce­go radia są­czy­ła się Luc­cio­la Ma­ana­mu, na­da­jąc rze­czy­wi­sto­ści po­smak snu.

– Mo­żesz mi wy­ja­śnić pewną spra­wę? – Da­niel za­py­tał żonę. – Dla­cze­go na na­szym kon­cie oszczęd­no­ścio­wym bra­ku­je trzech ty­się­cy?

Na­ta­lia długo my­śla­ła nad od­po­wie­dzią.

– Oddam – za­pew­ni­ła w końcu.

– Nie, nie od­dasz. Prze­gra­łaś już wszyst­ko?

– Prze­gra­łam? – obu­rzy­ła się. – Mama po­trze­bo­wa­ła pie­nię­dzy na ad­wo­ka­ta. Po­ży­czy­łam jej. Na pewno zwró­ci.

– Jeśli znów masz pro­blem – sta­rał się mówić ła­god­nie – to po­wiedz, po­mo­gę ci.

Luc­cio­la, Luc­cio­la, Luc­cio­la. On znowu woła mnie po­przez wiatr.

– Nie lubię tej pio­sen­ki – stwier­dzi­ła Na­ta­lia i na­ci­snę­ła guzik radia, wy­szu­ku­jąc ko­lej­ną sta­cję.

Ta po­ja­wi­ła się po chwi­li. Wy­świe­tlacz wska­zy­wał czę­sto­tli­wość osiem­dzie­siąt dzie­więć i sie­dem.

– …że au­dy­cja mo­gła­by być ko­lej­nym od­cin­kiem Be­stia­riu­sza, lecz to nie­praw­da – oznaj­mił męż­czy­zna z radia. Mówił po­wo­li, ni­skim gło­sem. Da­niel za­sta­na­wiał się, kto za­trud­nił do tej pracy czło­wie­ka, który brzmi jak upiór na­da­ją­cy z trum­ny. – To, o czym chcę po­roz­ma­wiać, wy­kra­cza poza zwy­kły opis be­stii. Za­pra­szam na Mi­no­tau­ra.

– Chcę znać praw­dę – na­le­gał Da­niel. – Jeśli wró­ci­łaś do gra­nia…

– Nie wró­ci­łam – od­par­ła i pod­gło­śni­ła radio.

W tej samej chwi­li z gło­śni­ków do­bie­gły dźwię­ki lasu – na tle szumu drzew sły­chać było od­gło­sy zwie­rząt – wył wilk, po­hu­ki­wa­ła sowa, dzię­cioł gło­śno stu­kał o pień. Na samym końcu coś za­ry­cza­ło do­no­śnie.

Da­niel na­tych­miast zmniej­szył gło­śność.

– Obu­dzi Mi­len­kę – ostrzegł, lecz było już za późno.

Dziew­czyn­ka, do tej pory smacz­nie śpią­ca w fo­te­li­ku na tyl­nym sie­dze­niu, za­pła­ka­ła gło­śno.

– Nocne Radio znów na­da­je – za­ko­mu­ni­ko­wał z od­bior­ni­ka jakiś sta­ru­szek.

– Za­trzy­maj się – po­wie­dzia­ła Na­ta­lia. – Uspo­ko­ję ją.

Da­niel sta­nął na grun­to­wym po­bo­czu i dla bez­pie­czeń­stwa włą­czył świa­tła awa­ryj­ne. Jego żona wy­sia­dła, wzię­ła có­recz­kę na ręce i za­czę­ła spa­ce­ro­wać tuż przy sa­mo­cho­dzie.

Nie mając nic lep­sze­go do ro­bo­ty, Da­niel sku­pił się na au­dy­cji.

– Wszy­scy znamy wi­ze­ru­nek Mi­no­tau­ra z grec­kiej mi­to­lo­gii – stwier­dził nie­zna­jo­my z radia. – Syn kró­lo­wej Krety Pa­zy­fae i ma­je­sta­tycz­ne­go byka ze­sła­ne­go przez Po­sej­do­na. Ży­wią­cy się ludź­mi po­twór za­miesz­ku­ją­cy la­bi­rynt pod pa­ła­cem w Knos­sos. Zgła­dzo­ny przez swą nie­do­szłą ofia­rę. – Zro­bił długą pauzę. – Ta hi­sto­ria, choć wspa­nia­ła, to bujda. Nie było żad­ne­go la­bi­ryn­tu pod pa­ła­cem. Mi­noj­czy­cy wy­bu­do­wa­li go obok.

Da­niel spoj­rzał w lu­ster­ko. Na­ta­lia po­wo­li ko­ły­sa­ła Mi­len­kę.

– La­bi­rynt był drew­nia­ny – pod­jął pro­wa­dzą­cy au­dy­cję. – A w jego ko­ry­ta­rzach cza­iła się groza o wiele bar­dziej róż­no­rod­na niż jeden ro­ga­ty po­twór. Mor­der­cy o za­ma­sko­wa­nych twa­rzach, okrut­ne pu­łap­ki, dzi­kie zwie­rzę­ta – lwy, ty­gry­sy, wilki. Ow­szem, zda­rza­ły się byki. Cza­sem hy­bry­dy ludzi i zwie­rząt. Czy był tam czło­wiek-byk? Nie je­stem prze­ko­na­ny. – Ko­lej­na pauza. – Za­py­ta­cie, po co kto­kol­wiek miał­by tam wcho­dzić? Od­po­wiedź jest pro­sta. By po­czuć grozę i zmie­rzyć się ze stra­chem. Uwa­ża­cie, że to głu­pie? Czym więc róż­ni­li się oni od dzi­siej­szych ludzi, któ­rzy cho­dzą do kina na hor­ro­ry, dają się za­my­kać w trum­nach usta­wio­nych w po­ko­jach ucie­czek czy zwie­dza­ją nocą na­wie­dzo­ne miej­sca? Albo słu­cha­ją tego radia?

– Hej, pomóż mi z tym fo­te­li­kiem – wy­szep­ta­ła przez okno Na­ta­lia.

Da­niel wy­szedł z auta i de­li­kat­nie umie­ścił có­recz­kę na tyl­nym sie­dze­niu. Spała. Ota­cza­ją­ca ich mgła zgęst­nia­ła, przez co cały świat wy­da­wał się po­grą­żo­ny we śnie. Od po­cząt­ku po­sto­ju nie mi­nę­ło ich żadne auto.

Z wnę­trza po­jaz­du wciąż dało się sły­szeć cichą au­dy­cję, lecz trud­no było roz­róż­nić słowa.

Na­ta­lia nagle spoj­rza­ła we mgłę.

– Co jest? – za­py­tał.

Wtedy też to usły­szał. Bar­dzo cięż­kie kroki i świsz­czą­cy od­dech. Coś się zbli­ża­ło. Po­czuł dłoń żony za­ci­ska­ją­cą się na ra­mie­niu.

Naj­pierw z mgły wy­ło­ni­ły się rogi. Po chwi­li pysk zwie­rzę­cia z okrą­głym kół­kiem prze­wie­szo­nym przez noz­drza. Byk kro­czył po­wo­li, wpa­trzo­ny w nich ni­czym w ma­ta­do­ra na are­nie.

– Do auta, po­wo­li – szep­nął Da­niel.

Ru­szy­li jed­no­cze­śnie. Zwierz za­ry­czał. Męż­czy­zna do­padł do sie­dze­nia kie­row­cy, za­mknął drzwi, upew­nił się, że Na­ta­lia jest w środ­ku i ru­szył z pi­skiem opon.

Ja­kieś auto za­trą­bi­ło gło­śno i zje­cha­ło na drugi pas. Cudem unik­nę­li zde­rze­nia. Mi­len­ka znów się obu­dzi­ła i za­czę­ła pła­kać.

W bocz­nym lu­ster­ku wi­dział, jak byk bie­gnie za nimi jesz­cze przez trwa­ją­cą wiecz­ność chwi­lę, po czym znika we mgle.

– …przy­nie­sie­nie z la­bi­ryn­tu głowy in­ne­go gra­cza – roz­wo­dził się upior­ny męż­czy­zna w radiu – było punk­to­wa­ne naj­wy­żej i zbli­ża­ło do ty­tu­łu Mi­no­tau­ra.

Na­ta­lia wy­cią­gnę­ła rękę, lecz Da­niel nie po­zwo­lił zmie­nić roz­gło­śni. Stał się świad­kiem cze­goś dziw­ne­go, mu­siał to spraw­dzić.

Po kilku mi­nu­tach ich có­recz­ka za­snę­ła, a radio, na­da­ją­ce coraz bar­dziej ma­ka­brycz­ne ob­ra­zy za­ba­wy sta­ro­żyt­nych miesz­kań­ców Krety, zmie­ni­ło się w szum. Naj­wi­docz­niej była to au­dy­cja re­gio­nal­na.

– To co z tymi trze­ma ty­sią­ca­mi? – za­py­tał po­now­nie.

 

***

 

Kiedy wró­ci­li do domu, Na­ta­lia uło­ży­ła có­recz­kę do snu i sama za­mknę­ła się w sy­pial­ni. Da­niel tym­cza­sem udał się do pra­cow­ni i wyjął z kie­sze­ni dyk­ta­fon. Nie przy­dał się. Ko­bie­ta do ni­cze­go się nie przy­zna­ła. Cóż, w końcu zdo­bę­dzie do­wo­dy po­trzeb­ne przy roz­wo­dzie.

Nagle coś przy­szło mu do głowy. Pod­łą­czył urzą­dze­nie do kom­pu­te­ra i sko­pio­wał plik. Na­ło­żył słu­chaw­ki, wy­ciął z na­gra­nia wszyst­ko poza au­dy­cją i prze­słu­chał ją jesz­cze raz.

Co to było za radio? Kto pro­wa­dził tę au­dy­cję? Mu­siał się do­wie­dzieć.

Wrzu­cił na­gra­nie do in­ter­ne­tu.

 

Część pierw­sza

Owoc pracy De­da­la

 

Sześć lat póź­niej.

 

Mi­łosz

Mi­łosz prze­ga­pił so­bot­nią au­dy­cję Noc­ne­go Radia, więc w nie­dziel­ny po­ra­nek od­szu­kał ją na Spo­ti­fy'u. Za­mknął się w po­ko­ju, opu­ścił ro­le­ty, by uzy­skać choć na­miast­kę kli­ma­tu nocy, i we­tknął w uszy słu­chaw­ki.

Naj­pierw Be­stia­riusz, w któ­rym pro­wa­dzą­cy oma­wiał ko­lej­ne okle­pa­ne stra­szy­dło z wie­rzeń daw­nych Sło­wian. Póź­niej uszy Mi­ło­sza za­ata­ko­wa­ła re­kla­ma mar­ke­tu AGD – rów­nie gło­śna jak głu­pia, wdar­ła się w trans­mi­sję z gra­cją ta­ra­nu. Po po­wro­cie pro­wa­dzą­cy prze­czy­tał gra­fo­mań­skie opo­wia­da­nie dzie­ją­ce się na Dzi­kim Za­cho­dzie, w któ­rym fik­cyj­ne ple­mię In­dian or­ga­ni­zo­wa­ło wy­myśl­ne rze­zie bia­łych. Wszyst­ko za­koń­czy­ły Ma­ka­brycz­ne Cie­ka­wost­ki, cał­kiem udane, po­rów­nu­jąc do wcze­śniej­sze­go ba­dzie­wia.

Oczy­wi­ście to nie było praw­dzi­we Nocne Radio, a je­dy­nie atra­pa, ko­mer­cyj­na papka, którą sprze­da­wał Da­niel Tom­czyk. Mi­łosz miał czter­na­ście lat, więc nigdy nie sły­szał na żywo au­ten­tycz­ne­go Noc­ne­go Radia. Kiedy nada­wa­ło, był zbyt mały na takie rze­czy. Póź­niej uci­chło. W in­ter­ne­cie krą­ży­ło je­dy­nie kilka za­cho­wa­nych au­dy­cji na­gra­nych przez Tom­czy­ka, lecz je aku­rat chło­pak znał na pa­mięć.

Apli­ka­cja sama wy­bra­ła ko­lej­ne na­gra­nie – naj­now­szy wy­wiad z czło­wie­kiem, który za to wszyst­ko od­po­wia­dał. Mi­łosz po­sta­no­wił po­słu­chać go w dro­dze do Cen­trum Grozy.

Był ładny mar­co­wy dzień i wio­ska wy­grze­wa­ła się w słoń­cu. W ostat­nich la­tach licz­ba miesz­kań­ców zna­czą­co wzro­sła, po­wsta­ły nowe drogi, ka­na­li­za­cja, licz­ne domy, wy­bu­do­wa­no nawet śred­niej wiel­ko­ści su­per­mar­ket, a małą ka­pli­cę za­stą­pił praw­dzi­wy ko­ściół. Mimo to Cen­trum Grozy wy­da­wa­ło się czymś nie­do­rzecz­nym, takie obiek­ty lo­ko­wa­no wy­łącz­nie w du­żych mia­stach.

Mi­łosz włą­czył wy­wiad i wsłu­chał się w to, co ma do po­wie­dze­nia Tom­czyk.

– Za­cznij­my od tego, czym w ogóle było ory­gi­nal­ne Nocne Radio? – za­py­ta­ła dzien­ni­kar­ka o wy­so­kim, de­ner­wu­ją­cym gło­sie.

– To re­gio­nal­ne au­dy­cje, które dało się zła­pać w Otu­ma­wi­cach i oko­li­cy tej wsi – za­czął wy­ja­śniać Da­niel Tom­czyk. – Pierw­sze re­la­cje, na które na­tra­fi­łem, się­ga­ją lat pięć­dzie­sią­tych, ale moż­li­we, że radio nada­wa­ło jesz­cze wcze­śniej. Dzia­ła­ło przez ko­lej­ne de­ka­dy. Nikt nie wie, skąd nada­wa­ło ani kim był pro­wa­dzą­cy je męż­czy­zna. Pro­gram po­ja­wiał się bar­dzo nie­re­gu­lar­nie.

– Co dało się w nim usły­szeć?

– Au­dy­cje były dziw­ne, nie­po­ko­ją­ce, czę­sto ma­ka­brycz­ne. Ten, kto je re­ali­zo­wał, zręcz­nie mie­szał fakty ze swo­imi wy­my­sła­mi, kreu­jąc prze­ra­ża­ją­ce wizje. Prze­waż­nie zaj­mo­wał się hi­sto­rią, li­te­ra­tu­rą i mu­zy­ką.

– Lu­dzie chęt­nie ich słu­cha­li? – za­py­ta­ła ko­bie­ta.

– Nie­któ­rzy, lecz dla więk­szo­ści miesz­kań­ców był to temat tabu. Bali się tego radia. Twier­dzi­li, że różne wy­pad­ki, na­pa­ści, cza­sem nawet zgony, które miały miej­sce na prze­strze­ni lat, były po­wią­za­ne z ra­mów­ką. Jeśli ktoś jest za­in­te­re­so­wa­ny po­szcze­gól­ny­mi przy­pad­ka­mi, za­pra­szam do mojej książ­ki za­ty­tu­ło­wa­nej Nocne Radio. Hi­sto­ria na­wie­dzo­nej au­dy­cji.

– Pan rów­nież sły­szał je na żywo, praw­da?

– Ow­szem, sześć lat temu, prze­jeż­dża­jąc z żoną przez Otu­ma­wi­ce, na­tra­fi­łem na bar­dzo dziw­ną au­dy­cję.

– O czym?

– Do­ty­czy­ła hi­sto­rii sta­ro­żyt­nej.

– Czy stało się wów­czas coś nie­zwy­kłe­go? – do­cie­ka­ła dzien­ni­kar­ka.

– Nie – od­parł Tom­czyk po chwi­li na­my­słu. – Żad­nych zjaw, upio­rów, po­two­rów. Opu­ści­łem wio­skę, a po­nie­waż na­gra­łem tę au­dy­cję, upu­blicz­ni­łem ją. Póź­niej wie­lo­krot­nie wra­ca­łem do Otu­ma­wic, by roz­ma­wiać z miesz­kań­ca­mi. Po­lo­wa­łem na Nocne Radio. Udało mi się zdo­być ko­lej­ne na­gra­nia. Lu­dzie z ca­łe­go kraju pod­ła­pa­li temat, moje fil­mi­ki na YouTu­bie przy­cią­ga­ły ty­sią­ce wi­dzów. Wtedy strasz­ne radio prze­sta­ło nada­wać i mil­czy do dziś.

– Pro­wa­dzą­cy, który prze­ra­żał ludzi, sam zląkł się po­pu­lar­no­ści?

– Być może. Choć bar­dziej praw­do­po­dob­ne, że ten czło­wiek zmarł. Skoro zaj­mo­wał się tym od sie­dem­dzie­się­ciu lat, mu­siał być bar­dzo wie­ko­wy.

– Nie bał się pan? – dzien­ni­kar­ka za­py­ta­ła zu­peł­nie po­waż­nie. – Co, jeśli Nocne Radio pro­wa­dził praw­dzi­wy upiór?

– Wów­czas – Tom­czyk się za­śmiał – chciał­bym mu za­su­ge­ro­wać, że czasy się zmie­ni­ły i po­wi­nien prze­nieść się do sieci.

Dzien­ni­kar­ka rów­nież za­chi­cho­ta­ła, choć nieco ner­wo­wo.

– Re­ak­ty­wo­wał pan Nocne Radio?

– Tak, w każdą środę i so­bo­tę o dwu­dzie­stej dru­giej pro­wa­dzę au­dy­cje na żywo. Do­stęp­ne we wszyst­kich me­diach spo­łecz­no­ścio­wych. Za­in­te­re­so­wa­ni mogą rów­nież od­wie­dzić mój sklep in­ter­ne­to­wy, a nie­dłu­go w Otu­ma­wi­cach otwie­ram Cen­trum Grozy, mój naj­więk­szy pro­jekt.

Mi­łosz wi­dział już rze­czo­ny bu­dy­nek. Trzy wiel­kie, czar­ne pro­sto­pa­dło­ścia­ny wci­śnię­te mię­dzy las a su­per­mar­ket. Duży par­king zdra­dzał opty­mizm in­we­sto­ra. We­wnątrz wciąż pro­wa­dzo­no prace wy­koń­cze­nio­we, lecz z per­spek­ty­wy ulicy ca­łość pre­zen­to­wa­ła się na­praw­dę im­po­nu­ją­co. Nad wej­ściem, na czar­nej fa­sa­dzie, widać było duże złote li­te­ry – CEN­TRUM GROZY, przy­ozdo­bio­ne tru­pią czasz­ką i pa­ją­kiem.

– To bę­dzie miej­sce, które każdy fan hor­ro­rów po­wi­nien od­wie­dzić – uznał Tom­czyk. – W środ­ku znaj­dzie się pub, w któ­rym bę­dzie można po­sie­dzieć i wypić strasz­nie dobre trun­ki, poza tym kino o re­per­tu­arze skła­da­ją­cym się wy­łącz­nie z hor­ro­rów i thril­le­rów, Hotel Grozy, gdzie noc do­star­czy nie­za­po­mnia­nych wra­żeń, a także esca­pe room o te­ma­ty­ce Noc­ne­go Radia. Otwie­ra­my za trzy ty­go­dnie, poza po­ko­jem, który mu­si­my do­pra­co­wać. Ten ruszy za pół­to­ra mie­sią­ca.

– Za­pra­sza­my więc do Cen­trum Grozy – po­wie­dzia­ła dzien­ni­kar­ka, koń­cząc wy­wiad.

Mi­łosz wyjął słu­chaw­ki z uszu.

Z chę­cią spraw­dził­by ten Hotel Grozy, lecz pew­nie nie bę­dzie go stać. Nigdy nie był w esca­pe ro­omie. Cho­dzi­ło się tam w gru­pach, a on nie miał kum­pli, któ­rych mógł­by za­pro­sić. Sa­mot­ne sie­dze­nie w pubie przy oran­ża­dzie wy­da­wa­ło się ża­ło­sne. Więc zo­sta­je kino. Uwiel­biał hor­ro­ry. Czy czter­na­sto­lat­ka wpusz­czą do środ­ka?

Zza bu­dyn­ku wy­ło­ni­ła się ostat­nia osoba, którą pra­gnął spo­tkać. Woj­tek w to­wa­rzy­stwie dwóch star­szych kum­pli.

– Co tam, zje­bie? – za­wo­łał do Mi­ło­sza. – Pla­nu­jesz się za­trud­nić w Cen­trum Grozy jako po­twór? Z twoją mordą wezmą cię od razu.

Chło­pak za­go­to­wał się ze zło­ści, lecz nie od­po­wie­dział. Wie­dział, że Woj­tek nic mu nie zrobi.

Nie­na­wi­dzi­li się od za­wsze. Za­czę­ło się w pierw­szej kla­sie. Mi­łosz nie­raz mu­siał oddać śnia­da­nie lub wra­cać do domu bez kurt­ki, którą ukrył jego prze­śla­dow­ca. Z cza­sem po­ja­wi­ły się coraz gor­sze wy­zwi­ska, a także kop­nia­ki i ude­rze­nia, po któ­rych zo­sta­wa­ły fi­ole­to­we si­nia­ki.

Los jed­nak chciał, że Mi­łosz rósł zde­cy­do­wa­nie szyb­ciej niż jego ró­wie­śni­cy. Po­ma­ga­jąc w go­spo­dar­stwie stry­ja, na­brał też siły. W końcu rok temu Woj­tek do­stał to, na co za­słu­żył – sier­po­wy tak silny, że zalał się krwią z roz­bi­te­go łuku brwio­we­go i upadł na szkol­ną pod­ło­gę. Ależ była afera! Wy­cho­waw­czy­ni we­zwa­ła ro­dzi­ców Mi­ło­sza. Ci uka­ra­li syna. Nigdy im tego nie wy­ba­czył.

Nie ża­ło­wał swo­je­go uczyn­ku. To było wspa­nia­łe. Kiedy mu przy­wa­lił, czuł unie­sie­nie, zu­peł­nie jakby wy­rwał się przy­cia­snej klat­ki, któ­rej nigdy nie miał na­dziei opu­ścić. Wszy­scy wie­dzie­li, że jest wiel­ki i brzyd­ki, ale wtedy zro­zu­mie­li, że jest też silny i gwał­tow­ny. Spra­wia­ło mu to przy­jem­ność.

Kiedy spra­wa nieco uci­chła, prze­śla­dow­ca i dwa sta­ran­nie wy­se­lek­cjo­no­wa­ne przy­du­pa­sy za­cza­ili się na chło­pa­ka w dro­dze do szko­ły. Nie dał się wziąć łatwo, bitwa była długa i bru­tal­na. Wszy­scy czte­rej wy­szli z niej tak po­tur­bo­wa­ni, że od tam­te­go czasu Woj­tek nie tknął go nawet pal­cem. Jed­nak wciąż ata­ko­wał wer­bal­nie.

– Moja ku­zyn­ka bę­dzie pra­co­wać w tym kinie – po­chwa­lił się Mi­ło­szo­wi. – Wpu­ści mnie od ręki. Jak ty się po­ka­żesz, każe cię wy­je­bać z ko­lej­ki.

Mi­łosz osten­ta­cyj­nie wsa­dził słu­chaw­ki z po­wro­tem do uszu.

– Sły­sza­łem ostat­nio plot­kę – cią­gnął Woj­tek. – Cie­ka­wą taką. Mam ci po­wie­dzieć? Kiw­nij, że chcesz.

Nie chciał. Po­ka­zał środ­ko­wy palec i od­szedł, wta­pia­jąc się w stru­mień ludzi wy­cho­dzą­cych z ko­ścio­ła. Jesz­cze przez chwi­lę trząsł się ze zde­ner­wo­wa­nia. Czy po­wi­nien mu przy­wa­lić jesz­cze raz? Tak mocno, by za­mknął gębę na dobre? Dla­cze­go takie kre­atu­ry cho­dzi­ły po ziemi? Może gdyby Nocne Radio wciąż nada­wa­ło, pro­wa­dzą­cy za­jął­by się po­dob­ny­mi ele­men­ta­mi?

Kiedy nieco ochło­nął, po­sta­no­wił po­szwen­dać się jesz­cze tro­chę po wio­sce.

Włą­czył ko­lej­ne na­gra­nie Tom­czy­ka, tym razem pod­cast.

 

***

 

Oj­ciec jak zwy­kle sie­dział przy kom­pu­te­rze. Nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od mo­ni­to­ra, opie­przył Mi­ło­sza za to, że kręci się po oko­li­cy jak menel, za­miast wziąć się za naukę.

– Mam na­dzie­ję, że nie zbli­ża­łeś się do Cen­trum Grozy? – za­py­tał.

– Nie – od­parł, lecz oj­ciec mu­siał coś wy­czy­tać w jego minie.

– To nie są żarty z tym Noc­nym Ra­diem – od­parł po­waż­nie.

Mi­łosz po­ki­wał głową i od­szedł, wie­dząc, co tam­ten ma na myśli. Mó­wio­no, że stryj Kac­per prze­żył w mło­do­ści jakąś strasz­ną hi­sto­rię zwią­za­ną z na­wie­dzo­ną au­dy­cją. Szcze­gó­łów oczy­wi­ście nikt nie chciał wy­ja­wić, lecz to po tym wy­da­rze­niu miały mu zo­stać bli­zny w oko­li­cach ust. Chło­piec lubił stry­ja, uwa­żał go za je­dy­ną bli­ską osobę, który za­zwy­czaj nie za­cho­wu­je się jak dupek. Co cie­ka­we, po­dob­ne szra­my miała ponoć cio­cia Ania, lecz jej nie wi­dział od lat.

Raz zna­lazł w sobie od­wa­gę i za­py­tał stry­ja o Nocne Radio. Było to nie­dłu­go po tym, jak usły­sze­li o pla­nach bu­do­wy Cen­trum Grozy.

– Da­niel Tom­czyk to naj­więk­szy idio­ta na świe­cie – stwier­dził męż­czy­zna. – Myśli, że wy­grał, prze­pę­dził tam­te­go czło­wie­ka, czy czym­kol­wiek on jest. Nie wie, z czym za­darł. Pro­wa­dzą­cy po­wró­ci, a wtedy Tom­czyk zo­ba­czy praw­dzi­wą grozę, a nie te jar­marcz­ne sztucz­ki.

– A ty sły­sza­łeś kie­dyś Nocne Radio na żywo? – za­py­tał chło­piec.

– Tak – po­wie­dział po chwi­li. – Ale nie ma tu nic do opo­wia­da­nia. Cza­sem le­piej za­milk­nąć.

Mimo za­pew­nień krew­ne­go o nie­uchron­nym końcu Tom­czy­ka nic ta­kie­go nie na­stę­po­wa­ło. Pan Da­niel pisał książ­ki, pu­bli­ko­wał filmy. Po­ko­nał Nocne Radio, ujarz­mił je i prze­jął. Wy­pu­ścił na świat.

Mi­łosz po­dzi­wiał go i nie cier­piał jed­no­cze­śnie. A nade wszyst­ko mu za­zdro­ścił. Męż­czy­zna był przy­stoj­ny, bo­ga­ty, miał pięk­ną żonę, uro­czą có­recz­kę, pracę, w któ­rej robił to, co ko­chał. Skoro za­darł z Noc­nym Ra­diem, był też bar­dzo od­waż­ny.

Mi­łosz miał na­dzie­ję, że kie­dyś i on za­słu­ży, by być na ustach wszyst­kich.

 

***

 

Tuż przed pół­no­cą zga­sił świa­tło w po­ko­ju, wsko­czył do łóżka i włą­czył na te­le­fo­nie se­rial o na­wie­dzo­nym domu. Zo­sta­ły mu trzy od­cin­ki do końca se­zo­nu.

Za­snął w po­ło­wie epi­zo­du.

Obu­dził się póź­niej i spoj­rzał na roz­ła­do­wa­ny te­le­fon. Mu­siał go pod­łą­czyć do prądu, bo jutro…

I wtedy coś usły­szał. Od­ru­cho­wo do­tknął uszu. Były puste. Usiadł na łóżku i wy­tę­żył uwagę.

Słowa brzmiały wy­raź­nie.

 

Ad­rian­na

Re­cep­cja ską­pa­na była w mroku. Z pęk­nięć na ścia­nach wy­cho­dzi­ły cegły, a je­dy­ne okno skry­wa­ło się za grubą za­sło­ną. Ad­rian­na i Basia po­de­szły do drew­nia­ne­go biur­ka, za któ­rym sie­dział wie­ko­wy re­cep­cjo­ni­sta. Wa­liz­ki, wcze­śniej gło­śno stu­ka­ją­ce o par­kiet, uci­chły na sta­rym dy­wa­nie.

– Trud­no uwie­rzyć, że to miej­sce ma kilka mie­się­cy, co nie? – po­wie­dzia­ła Basia.

Sta­rzec pod­niósł wzrok znad ga­ze­ty. Za jego ple­ca­mi wi­sia­ły klu­cze oraz obraz przed­sta­wia­ją­cy dziec­ko w ciem­nym lesie.

– Dzień dobry – przy­wi­ta­ła się Ad­rian­na. – Mamy re­zer­wa­cję na pokój osiem. Jutro na dzie­więć, a po­ju­trze na trzy.

– Osiem – po­wtó­rzył dzia­dek. Miał na sobie bor­do­wą ka­mi­zel­kę z lo­giem Cen­trum Grozy. – Mu­zycz­ny. Pro­szę o dowód.

Męż­czy­zna spi­sał dane i wydał im klucz, co spo­wo­do­wa­ło, że Basia uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko.

– Kilka in­for­ma­cji dla was – ode­zwał się re­cep­cjo­ni­sta. – Nikt nie wej­dzie do wa­sze­go po­ko­ju, nie bę­dzie też was pod­glą­dał, ale przy­szy­ko­wa­ne są różne nie­spo­dzian­ki. W nocy bę­dzie strasz­nie. Tu macie za­wiesz­kę. Jeśli prze­ra­zi­cie się za bar­dzo, daj­cie ją na klam­kę, wtedy wam od­pu­ści­my. Każdy pokój ma też ta­jem­ni­cę do od­kry­cia.

– Jest ich dwa­na­ście, praw­da? – za­py­ta­ła Ad­rian­na. – Dla­cze­go więc ga­blo­ta mie­ści trzy­na­ście klu­czy?

– Trzy­nast­ka jest nie­do­stęp­na – od­parł sta­ru­szek. – Nie zbli­żaj­cie się do niej.

– Uuu – za­mru­cza­ła Basia. – Nie­po­ko­ją­ce.

– Mo­że­cie panie zmie­nić pokój na dzie­wiąt­kę jutro od dwu­na­stej. Życzę mi­łe­go po­by­tu.

Ad­rian­na cyk­nę­ła zdję­cie re­cep­cji i udały się we wska­za­nym kie­run­ku. W Ho­te­lu Grozy wszyst­kie po­miesz­cze­nia znaj­do­wa­ły się na par­te­rze. Ciem­ny ko­ry­tarz w kształ­cie li­te­ry L wy­peł­nia­ły ko­lej­ne drew­nia­ne drzwi. Ko­bie­ty szyb­ko od­na­la­zły numer osiem.

– Tam jest trzy­nast­ka – po­wie­dzia­ła Basia, wska­zu­jąc ko­niec ko­ry­ta­rza. – Po­pa­trzy­my?

Po­de­szły do so­lid­nych, dę­bo­wych drzwi. Ad­rian­na chwy­ci­ła mo­sięż­ną klam­kę. Za­mknię­te. Za­uwa­ży­ła dziur­kę od klu­cza. Czu­jąc bar­dziej cie­ka­wość i eks­cy­ta­cję niż strach, uklę­kła i przy­ło­ży­ła oko.

Wnę­trze po­ko­ju oświe­tla­ło okno wy­cho­dzą­ce na las. W polu wi­dze­nia zna­la­zło się też łóżko, szaf­ka nocna i ka­wa­łek szafy. Wy­strój – nie­dzi­siej­szy i su­ro­wy – spra­wiał nie­przy­ja­zne wra­że­nie, lecz poza tym w środ­ku nie było ni­cze­go strasz­ne­go.

– Chcesz zo­ba­czyć? – za­py­ta­ła Basię, lecz ta po­krę­ci­ła głową. Czyż­by już za­czę­ła opusz­czać ją od­wa­ga? – To wszyst­ko na niby, pa­mię­taj o tym.

Ktoś za­pu­kał ze środ­ka po­ko­ju numer trzy­na­ście. Obie od­sko­czy­ły, Basia pi­snę­ła. Przez chwi­lę pa­trzy­ły to na drzwi, to na sie­bie, po czym ro­ze­śmia­ły się nie­mal jed­no­cze­śnie.

Ad­rian­na po­zna­ła Basię ledwo kilka go­dzin temu. Pierw­sza z ko­biet była blo­ger­ką ho­te­lo­wą, jeź­dzi­ła po Pol­sce, od­wie­dza­ła ko­lej­ne miej­sca i opi­sy­wa­ła je w sieci. Gdy tylko usły­sza­ła o Cen­trum Grozy, uzna­ła, że musi wy­ku­pić w nim pokój. A po­nie­waż tro­chę bała się no­co­wać sa­mot­nie, zor­ga­ni­zo­wa­ła kon­kurs wśród czy­tel­ni­ków, a wła­ści­wie czy­tel­ni­czek, któ­re­go głów­ną na­gro­dą było to­wa­rzy­sze­nie jej w ten nie­zwy­kły week­end. Wy­gra­ła Basia, wier­na fanka jej wpi­sów i cał­kiem sym­pa­tycz­na młoda ko­bie­ta.

We­szły do po­ko­ju numer osiem, który oka­zał się mu­zycz­ny nie tylko z nazwy. Pod ścia­ną stało pia­ni­no i skó­rza­ny ta­bo­ret. Na ścia­nach wi­sia­ły por­tre­ty kom­po­zy­to­rów o ob­li­czach na tyle zna­nych, że nawet Ad­rian­na ich roz­po­zna­ła – Cho­pin, Beetho­ven i Mo­zart. Wszę­dzie wa­la­ły się nuty, książ­ki o te­ma­ty­ce mu­zycz­nej i płyty wi­ny­lo­we.

– Nie ma te­le­wi­zo­ra – za­uwa­ży­ła Basia.

– Ale jest gra­mo­fon. Spójrz, zo­sta­wi­li na nim jakąś kart­kę!

– Hasło do Wi-Fi?

– Nie. – Ad­rian­na za­czę­ła czy­tać na głos. – Pokój, w któ­rym przyj­dzie wam spę­dzić noc, na­le­żał nie­gdyś do zna­ne­go kom­po­zy­to­ra Al­ber­ta von Spien­ba­ka. Za­sły­nął on z nie­zwy­kłych kon­cer­tów for­te­pia­no­wych, wy­staw­ne­go życia i mi­ło­ści do ko­biet. W roku ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­stym dzie­wią­tym wy­stą­pił w Wied­niu, gdzie za­grał pre­mie­ro­wy re­per­tu­ar o na­zwie Spec­to. Ci, któ­rzy słu­cha­li po­ka­zu, uzna­li, że to naj­cu­dow­niej­sza mu­zy­ka kie­dy­kol­wiek skom­po­no­wa­na przez czło­wie­ka. Nie­ste­ty, von Spien­bak nigdy nie po­dzie­lił się nu­ta­mi ani nie po­wtó­rzył tego kon­cer­tu. Kilka dni póź­niej za­gi­nął i do dziś nie wia­do­mo, co się z nim stało.

– Spec­to zna­czy pa­trzeć po ła­ci­nie – po­wie­dzia­ła Basia. – Wy­go­oglo­wa­łam. To co ro­bi­my? Szu­ka­my go­ścia?

– Roz­pa­kuj­my się naj­pierw – po­pro­si­ła Ad­rian­na. – Albo od razu wezmę ką­piel. Mam na­dzie­ję, że Al­bert von Coś­tam nie zo­sta­wił wska­zó­wek w od­pły­wie.

W ła­zien­ce stała że­liw­na wanna, jakby żyw­cem wy­ję­ta z Lśnie­nia Kinga. Ad­rian­na spłu­ka­ła ją do­kład­nie, sfo­to­gra­fo­wa­ła, po czym za­czę­ła na­peł­niać wodą. Ro­ze­bra­ła się do naga i wtedy za­czę­ły na­cho­dzić ją dziw­ne myśli. Czy mogła być pewna, że nikt jej nie pod­glą­da? Pa­ra­do­wa­ła bez ubra­nia w środ­ku dziw­ne­go tworu bę­dą­ce­go po­łą­cze­niem ho­te­lu z domem stra­chu. Czy pro­wa­dzą­cy to miej­sce nie po­win­ni mieć peł­nej kon­tro­li nad go­ść­mi? Skąd wie­dzie­li, kiedy stra­szyć?

Na wan­nie stał płyn do ką­pie­li, wlała go dużo i wsko­czy­ła, ro­biąc pianę.

Szo­ro­wa­ła wła­śnie nogi, gdy jeden z ka­fel­ków od­padł od ścia­ny, ob­ró­cił się i za­wisł do góry no­ga­mi, od­sła­nia­jąc ledwo wi­docz­ną w mroku twarz.

Ad­rian­na pod­sko­czy­ła, wy­chla­pu­jąc wodę na pod­ło­gę. Gęba pa­trzy­ła sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi. To była głowa ma­ne­ki­na, nieco ucha­rak­te­ry­zo­wa­na.

– Pie­przo­ny zbo­cze­niec – rzu­ci­ła do niej i po­now­nie skry­ła się w pia­nie.

Kiedy wy­szła z ła­zien­ki, Basia była już roz­pa­ko­wa­na.

– Wi­dzia­łaś coś strasz­ne­go? – za­py­ta­ła Ad­rian­nę.

– Jedną mordę w ścia­nie, nic wiel­kie­go.

Po­de­szła do okna, by wpu­ścić nieco świe­że­go po­wie­trza. Otwie­ra­ło się tylko górą, na uchył, a licz­ne słup­ki i śle­mio­na prze­ci­na­ją­ce szybę two­rzy­ły swo­istą kra­tow­ni­cę, za­pew­ne ochro­nę przed zło­dzie­ja­mi. Nawet po roz­bi­ciu szkła nikt nie wci­snął­by się do środ­ka.

Przez ko­lej­ną go­dzi­nę ba­da­ły pokój i zna­la­zły list na­pi­sa­ny przez kom­po­zy­to­ra do ja­kiejś ko­bie­ty. Wy­ni­ka­ło z niego, że von Spien­bak za­warł umowę z ta­jem­ni­czą isto­tą – ta miała ob­da­rzyć go ta­len­tem po­zwa­la­ją­cym na stwo­rze­nie naj­wspa­nial­szej mu­zy­ki świa­ta, kon­cer­tu for­te­pia­no­we­go, który przej­dzie do hi­sto­rii. Ha­czyk tkwił w tym, że mógł go za­grać tylko raz. Gdyby zro­bił to po­wtór­nie, cze­ka­ła na niego śmierć.

– O rety – wes­tchnę­ła Ad­rian­na – pew­nie nie wy­trzy­mał, po­wtó­rzył przed­sta­wie­nie na tym pia­ni­nie i teraz gdzieś tu kryje się jego trup.

 

***

 

Wie­czo­rem opu­ści­ły hotel, by udać się na za­ku­py i po­oglą­dać Otu­ma­wi­ce. Wy­glą­da­ły jak ty­siąc zu­peł­nie po­dob­nych ma­łych miej­sco­wo­ści – stare, przed­wo­jen­ne domy kon­tra­sto­wa­ły z wy­staw­ny­mi wil­la­mi. Serce miej­sco­wo­ści biło przy naj­więk­szym skrzy­żo­wa­niu, gdzie zlo­ka­li­zo­wa­no skle­py i ko­ściół. Spo­mię­dzy bu­dyn­ków widać było po­bli­skie pola i las, a przy do­brej po­go­dzie rów­nież góry. Miej­sce miało swój pro­sty urok, lecz szyb­ko znu­dzi­ło Ad­rian­nę.

Póź­niej udały się do Kina Grozy na film o dziew­czyn­ce i jej plu­szo­wym misiu. Basia przez po­ło­wę se­an­su oglą­da­ła przez palce, co bar­dzo roz­ba­wi­ło Ad­rian­nę.

Na końcu wy­lą­do­wa­ły w Pubie Grozy. Sie­dzia­ło w nim wię­cej miej­sco­wych niż w kinie, a po­da­wa­ne piwo było cał­kiem dobre i nie­dro­gie. Po­miesz­cze­nie miało przy­po­mi­nać kryp­tę – ka­mien­ne ścia­ny, oświe­tle­nie imi­tu­ją­ce po­chod­nie oraz długa lada w kształ­cie na­grob­ka ład­nie ze sobą współ­gra­ły, lecz Tom­czy­ko­wi to widać nie wy­star­czy­ło i dodał wy­sta­wę na­tu­ral­nej wiel­ko­ści po­sta­ci z hor­ro­rów. Stali tam Gho­st­fa­ce, Pen­ny­wi­se, Mi­cha­el Myers, La­lecz­ka Chuc­ky, Fred­die Kru­eger i Jason Vo­or­he­es. Obok nich znaj­do­wa­ła się szafa gra­ją­ca, w któ­rej można było za­mó­wić nie pio­sen­ki, a krzy­ki, ję­cze­nia i bła­ga­nia o pomoc.

– Na­praw­dę nie mam czasu na ro­man­se – stwier­dzi­ła Basia, są­cząc piwo. – Stu­dia i praca wy­żyma­ją mnie tak, że naj­bar­dziej na świe­cie ko­cham swoje łóżko. Nie pa­mię­tam, kiedy mia­łam ostat­nio wolny week­end. A ty masz kogoś?

– Chwi­lo­wo nie. Od roz­wo­du uni­kam fa­ce­tów.

– Roz­wo­du? – Zdzi­wi­ła się Basia. – Już? Prze­cież ty masz ile lat? Dwa­dzie­ścia pięć?

– Trzy­dzie­ści dwa. To wy­star­cza­ją­co wiele.

– No więc, dla­cze­go wam nie wy­szło? – za­py­ta­ła bez ogró­dek młod­sza z ko­biet.

– Nie­zgod­ność cha­rak­te­rów. Tak to się teraz na­zy­wa, praw­da?

– Brzmi jak coś, co stwier­dza się w la­bo­ra­to­rium.

– Prze­pra­szam – Ad­rian­na zwró­ci­ła się do kel­ner­ki, która wła­śnie po­da­ła im pizzę – czy pan Tom­czyk prze­by­wa teraz gdzieś w Cen­trum Grozy?

– Ostat­nio rzad­ko się tu po­ja­wia – od­par­ła. – Nie wi­dzia­łam go od kilku dni. Ale czę­sto bywa tu jego żona.

– Czyli nici z po­de­rwa­nia Tom­czy­ka – stwier­dzi­ła Basia, gdy kel­ner­ka ode­szła. – Ty pew­nie mia­ła­byś szan­se. Dwie gwiaz­dy in­ter­ne­tu i noc pełna stra­chu, która ich do sie­bie zbli­ży­ła.

– Daj spo­kój, jakie tam gwiaz­dy. Poza tym sły­sza­łaś, on ma żonę. I dziec­ko, z tego, co sły­sza­łam.

– Jak w ogóle po­do­ba ci się to jego dzie­ło? – za­py­ta­ła Basia, po­dzi­wia­jąc pa­ję­czy­ny pod su­fi­tem.

– Wszyst­ko wy­da­je mi się takie… jar­marcz­ne – od­par­ła Ad­rian­na. – Jak dom stra­chu w we­so­łym mia­stecz­ku, gdzie wpusz­cza­ją od lat dwu­na­stu albo od metra czter­dzie­ści wzro­stu. Bra­ku­je myśli prze­wod­niej, ta­kiej praw­dzi­wej grozy.

– To miej­sce po­wsta­ło dla roz­ryw­ki.

– Tak, ale wy­ra­sta z dzie­dzic­twa Noc­ne­go Radia. Tro­chę ina­czej to sobie wy­obra­ża­łam, gdy pierw­szy raz usły­sza­łam o tych au­dy­cjach. Mia­łam przed ocza­mi rol­ni­ka, który wraca do cha­łu­py po całym dniu cięż­kiej pracy. Za oknem już zmierz­cha, a on od­pa­la stare radio. Takie w drew­nia­nej obu­do­wie. W ciem­no­ściach słu­cha prze­ra­ża­ją­cej, krwa­wej au­dy­cji, a potem nie może za­snąć, bo boi się każ­de­go cie­nia.

– Po­cze­kaj­my do nocy – zde­cy­do­wa­ła Basia. – Noce za­wsze są naj­strasz­niej­sze. Poza tym nie wi­działy­śmy jesz­cze wszyst­kie­go. Jutro otwie­ra­ją esca­pe room, a o dwu­dzie­stej dru­giej ma być spe­cjal­ny pokaz w kinie. Film-nie­spo­dzian­ka.

– Nie chce mi się iść drugi raz do kina. A w esca­pe ro­omie ra­czej nie­wie­le zdzia­ła­my we dwie, zresz­tą wszyst­ko za­re­zer­wo­wa­ne.

– Coś czuję, że twoja re­cen­zja tego miej­sca bę­dzie się śniła Tom­czy­ko­wi po no­cach.

– Nie jest tak źle – od­par­ła Ad­rian­na. – Piwo mają dobre. A nuż jesz­cze coś nas za­sko­czy?

 

***

 

Wró­ci­ły do po­ko­ju tuż przed pół­no­cą. Prze­bra­ły się, zo­sta­wi­ły włą­czo­ną lamp­kę nocną i wśli­zgnę­ły do łóżek, po czym prze­ga­da­ły jesz­cze pół go­dzi­ny. W pew­nej chwi­li usły­sza­ły nie­po­ko­ją­cą mu­zy­kę brzmią­cą jak ner­wo­we stu­ka­nie w kla­wi­sze bar­dzo ci­che­go pia­ni­na. To było na­gra­nie, lecz czuły się zbyt zmę­czo­ne, by po­szu­kać źró­dła dźwię­ku, a nie­dłu­go potem po­wró­ci­ła cisza.

Ad­rian­na za­snę­ła. Śniło jej się, że ob­ser­wu­je kon­cert for­te­pia­no­wy wy­ko­ny­wa­ny przez plu­szo­we­go misia. Mu­sia­ła na­pi­sać re­cen­zję wy­stę­pu, czy­tel­ni­cy tego od niej ocze­ki­wa­li, ale prze­cież zu­peł­nie nie znała się na mu­zy­ce.

Ktoś za­stu­kał w drzwi po­ko­ju.

Prze­bu­dzi­ły się rów­no­cze­śnie. Basia usia­dła na łóżku, Ad­rian­na unio­sła głowę.

Ko­lej­ne pu­ka­nie, tym razem gło­śniej­sze.

– Chce­my spać! – krzyk­nę­ła blo­ger­ka, czym wpra­wi­ła swoją to­wa­rzysz­kę w prze­ra­że­nie.

– Ile razy mia­łem mówić, żebyś nie de­ner­wo­wał gości? – za­py­tał jakiś głos na ko­ry­ta­rzu. Chyba na­le­żał do sta­re­go re­cep­cjo­ni­sty. – Wra­caj do trzy­nast­ki.

– Chcę je! – oświad­czył drugi głos, niski i beł­ko­czą­cy, na­le­żą­cy do męż­czy­zny. – Albo tych! – Za­pu­kał do in­nych drzwi.

– Ile po­ko­jów jest za­ję­tych? – za­py­ta­ła cicho Basia.

– Chyba tylko nasz i dwój­ka – od­par­ła. – Jak chcesz, to po­wieś za­wiesz­kę na klam­ce, ina­czej nie dadzą nam spać.

– Boję się otwo­rzyć.

Ad­rian­na wes­tchnę­ła, wy­gra­mo­li­ła się z łóżka i od­na­la­zła za­wiesz­kę. Otwo­rzy­ła drzwi na ko­ry­tarz i prze­bie­gła po nim wzro­kiem. Był pusty. U­mie­ści­ła in­for­ma­cję na klam­ce i z po­wro­tem wsko­czy­ła pod kołdrę.

Kiedy obu­dzi­ła się po raz ko­lej­ny, cały świat za­milkł, poza Basią, która chra­pa­ła w naj­lep­sze. Na ko­ry­ta­rzu pa­no­wał spo­kój. Nic się nie dzia­ło. Coś było jed­nak nie tak. Po raz pierw­szy po­czu­ła praw­dzi­wy nie­po­kój. Spoj­rza­ła w stro­nę pia­ni­na. Przed nim, na sta­rym skó­rza­nym ta­bo­re­cie, sie­dział chło­piec. Wi­dzia­ła nie­wiel­ką, ciem­ną syl­wet­kę o szyb­ko po­ru­sza­ją­cych się chu­dych rę­kach. Grał, mu­ska­jąc kla­wi­sze, lecz nie na­ci­ska­jąc żad­ne­go. Skądś wie­dzia­ła, że to nie żaden aktor ani sztucz­ka po­ko­ju. Na­ra­sta­ją­ca pa­ni­ka była ni­czym cię­żar do­ci­ska­ją­cy ją do łóżka.

Chło­piec grał coraz szyb­ciej, wczu­wa­jąc się w mu­zy­kę, którą tylko on sły­szał. Aż w pew­nej chwi­li jego dło­nie znie­ru­cho­mia­ły i za­wi­sły nad kla­wia­tu­rą. Tkwił tak w bez­ru­chu przez kilka ude­rzeń serca, po czym ob­ró­cił głowę w stro­nę Ad­rian­ny.

Zo­ba­czy­ła jego twarz i za­czę­ła wrzesz­czeć. Na­kry­ła się koł­drą, wciąż krzy­cząc i bojąc się otwo­rzyć oczy. Przez za­mknię­te po­wie­ki do­strze­gła, że ktoś za­pa­lił świa­tło. Basia stałą nad nią, blada i prze­ję­ta.

– Co się stało? – wy­szep­ta­ła. – Co zo­ba­czy­łaś?

Ad­rian­na opu­ści­ła koł­drę. Miej­sce przy pia­ni­nie było puste.

– Tam sie­dział chło­piec. Jego twarz… – za­czę­ła wy­ja­śniać z szyb­ko­ścią salwy z ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go. – Chyba nie za­trud­ni­li­by dzie­cia­ka? To była sztucz­ka czy praw­dzi­wy duch?

 

Ty­mo­te­usz

– Czy by­li­ście już kie­dyś w esca­pe ro­omie? – za­py­ta­ła ko­bie­ta, gdy usie­dli na sofie tuż przy za­mknię­tych drzwiach po­ko­ju.

– W czter­dzie­stu sied­miu – od­parł Tymek. – Ci dwoje – wska­zał Ewe­li­nę i Gun­na­ra – w tro­chę mniej­szej licz­bie.

Wy­do­sta­li się ze wszyst­kich, prze­waż­nie ze spo­rym za­pa­sem czasu. Nie­skrom­nie mó­wiąc, była to głów­nie jego za­słu­ga, gdyż roz­wią­zy­wał zde­cy­do­wa­ną więk­szość za­ga­dek.

– Więc zna­cie za­sa­dy – po­wie­dzia­ła. – Na wyj­ście z po­ko­ju macie sie­dem­dzie­siąt pięć minut. Nie uży­waj­cie siły. Jeśli utknie­cie i bę­dzie­cie po­trze­bo­wa­li wska­zów­ki, użyj­cie tego. – Po­da­ła im krót­ko­fa­lów­kę, którą Tymek na­tych­miast prze­jął, nie po­zo­sta­wia­jąc złu­dzeń, kto jest li­de­rem grupy. Potem rzu­cił ustroj­stwu kpią­ce spoj­rze­nie i przy­piął je do paska. Nigdy nie po­trze­bo­wał pod­po­wie­dzi.

– Je­ste­śmy pierw­szą grupą, która wej­dzie do tego po­ko­ju? – za­py­ta­ła Ewe­li­na.

– Po­mi­ja­jąc te­ste­rów – do­po­wie­dział Tymek.

– Tak – po­twier­dzi­ła ko­bie­ta. Wy­da­wa­ła się nieco zde­ner­wo­wa­na. Zbli­ża­ła się do czter­dziest­ki, miała ładną twarz i dłu­gie, kasz­ta­no­we włosy. – Po­zwól­cie teraz, że opo­wiem wam fa­bu­łę. Wcie­la­cie się w grupę ba­da­czy ta­jem­nic, która od­naj­du­je chatę pro­wa­dzą­ce­go Nocne Radio. Nie­ste­ty, upio­ro­wi udaje się was do­rwać. Zo­sta­je­cie za­mknię­ci, a na­stęp­nie go­spo­darz opusz­cza cha­łu­pę, zo­sta­wia­jąc was sa­mych. Macie sie­dem­dzie­siąt pięć minut, nim wróci i roz­pocz­nie au­dy­cję, pod­czas któ­rej… zo­sta­nie­cie zło­że­ni w ofie­rze. Czy macie ja­kieś py­ta­nia?

Nie mieli. Uśmiech­nię­ci i pod­eks­cy­to­wa­ni usta­wi­li się przed drzwia­mi.

Póź­niej ko­bie­ta za­sło­ni­ła im oczy i wpro­wa­dzi­ła do po­ko­ju. Szli dość długo, wnę­trze mu­sia­ło być duże.

– Dwa kroki do przo­du – po­wie­dzia­ła do Tymka, zdję­ła mu opa­skę i za­mknę­ła za nim drzwi.

Zna­lazł się w miej­scu tak cia­snym, że ledwo mógł się ob­ró­cić. Być może była to szafa, skrzy­nia lub trum­na. Atak klau­stro­fo­bii był szyb­ki i mocny, oce­nił­by go na dzie­więć w dzie­się­cio­stop­nio­wej skali. Z ze­wnątrz sły­chać było ko­lej­ne stuk­nię­cia, Ewe­li­na i Gun­nar rów­nież zo­sta­li za­mknię­ci. Ode­tchnął głę­bo­ko, przy­po­mniał sobie, że znaj­du­je się w bez­piecz­nym, ści­śle nad­zo­ro­wa­nym śro­do­wi­sku. Zaraz się wy­do­sta­nie, a gdyby nawet utknął, to za go­dzi­nę z ha­kiem zo­sta­nie wy­cią­gnię­ty. Po­mo­gło.

Na nie­wiel­kiej drew­nia­nej półce le­ża­ła ma­lu­teń­ka la­tar­ka. Da­wa­ła tyle świa­tła, że za­wsty­dził­by ją ro­ba­czek świę­to­jań­ski, naj­wi­docz­niej jed­nak mu­sia­ła wy­star­czyć. Z jej po­mo­cą przej­rzał wnę­trze celi, od­naj­du­jąc za­gad­kę wy­ry­tą w drew­nie, małą skrzyn­kę za­mknię­tą na kłód­kę i krysz­tał, który za­pew­ne za­świe­ci się po umiesz­cze­niu we wła­ści­wym miej­scu.

Otwar­cie pierw­szych drzwi za­ję­ło mu mniej wię­cej mi­nu­tę.

Tymek był po pro­stu dobry w takie rze­czy. Na­uczył się do­da­wać w wieku trzech lat, a mno­żyć w wieku pię­ciu. W pod­sta­wów­ce roz­wią­zy­wał su­do­ku bez wy­peł­nia­nia, po pro­stu no­tu­jąc licz­by w gło­wie. W li­ceum wy­grał kilka du­żych tur­nie­jów sza­cho­wych, nim ry­wa­li­za­cja za­czę­ła go nu­dzić. Obec­nie koń­czył stu­dia na po­li­tech­ni­ce, au­to­ma­ty­kę i ro­bo­ty­kę. Kie­ru­nek uzna­wa­ny za trud­ny, lecz wcale mu się taki nie wy­da­wał. Jeśli czło­wiek my­ślał lo­gicz­nie, roz­wią­za­nie zwy­kle na­su­wa­ło się samo.

Raz, gdy miał sześć lat i zo­ba­czył w te­le­wi­zji za­wod­ni­ków błą­dzą­cych po ja­kimś la­bi­ryn­cie, za­py­tał ojca, dla­cze­go ci lu­dzie nie zła­pią ścia­ny jedną ręką i nie pójdą przed sie­bie tak długo, aż dotrą do wyj­ścia. Po pro­stu zo­bra­zo­wał sobie w gło­wie rzut la­bi­ryn­tu i zna­lazł roz­wią­za­nie, które za­wsze za­dzia­ła.

– Gdyby cho­dzi­ło o zwy­kłe wy­do­sta­nie się na ze­wnątrz, twoja rada by­ła­by słusz­na – po­wie­dział męż­czy­zna. – To jed­nak nie jest zwy­kły la­bi­rynt. Żeby wyjść, muszą zro­bić parę rze­czy.

Tego wie­czo­ra Tymek rów­nież miał do zro­bie­nia kilka rze­czy.

Piw­ni­ca, w któ­rej usta­wio­no skrzy­nie, była nie­wiel­ka, oświe­tla­na przez jedną nagą ża­rów­kę. Znaj­do­wa­ła się tu duża za­mknię­ta szafa, sto­lik, tro­chę sta­re­go, pe­ere­low­skie­go sprzę­tu elek­trycz­ne­go i kilka in­nych ewi­dent­nych wska­zó­wek, w tym duża mapa z za­zna­czo­ny­mi miej­sca­mi i da­ta­mi. Naj­pierw jed­nak Tymek mu­siał uwol­nić to­wa­rzy­szy.

Gun­nar był jego kum­plem ze stu­diów, pół Nor­we­giem, pół Po­la­kiem. Nikt z roku nie na­zwał­by go naj­ostrzej­szym ołów­kiem w piór­ni­ku, ale w po­ko­jach ucie­czek ra­dził sobie przy­zwo­icie. Jego dziew­czy­na, Ewe­li­na, koń­czy­ła coś tam hu­ma­ni­stycz­ne­go, a pod­czas roz­wią­zy­wa­nia za­ga­dek głów­nie prze­szka­dza­ła. Tymek i tak ją lubił. Gdy stu­dio­wa­ło się z sześć­dzie­się­cio­ma in­ny­mi fa­ce­ta­mi, sama obec­ność ko­bie­ty do­brze wpły­wa­ła na pro­ces my­ślo­wy. I na inne pro­ce­sy rów­nież.

– Kto jest tutaj? – za­py­tał skrzy­nię.

– Ja – od­parł Gun­nar ze środ­ka. – Daję radę.

– Ja nie daję! – od­po­wie­dzia­ła druga skrzy­nia. – Nie widzę tu żad­nych za­ga­dek!

– Wzię­łaś la­tar­kę? – in­stru­ował ją Tymek. – Przej­rza­łaś wszyst­kie po­wierzch­nie?

– Tak!

– Szu­kaj dalej, ale moż­li­we, że to my mu­si­my coś zro­bić na ze­wnątrz, żeby cię uwol­nić.

Druga skrzy­nia otwo­rzy­ła się, uka­zu­jąc za­ro­śnię­tą gębę Gun­na­ra.

– Jesz­cze chwi­la w środ­ku i bym zwa­rio­wał – po­wie­dział.

– Ej! – za­wo­ła­ła ze środ­ka Ewe­li­na. – Nie po­ma­gasz! Wy­cią­gnij­cie mnie stąd!

– Pa­ni­ku­jąc, tylko po­gar­szasz sy­tu­ację – po­wie­dział Tymek. – Za­kła­da­jąc, że skrzy­nie są pierw­szym po­miesz­cze­niem, to roz­wią­za­nie po­win­no znaj­do­wać się w środ­ku albo w bli­skim ich są­siedz­twie. Cała resz­ta to dal­sze za­gad­ki, które do­pro­wa­dzą nas – wska­zał drzwi – do wyj­ścia z piw­ni­cy.

Pro­blem w tym, że przy skrzy­niach nie było żad­nych wska­zó­wek. Za­czę­li więc oglą­dać pokój. Tymek od­szu­kał dwa kody – jeden wy­szy­ty na ja­kimś sta­rym, prze­żar­tym przez mole pal­cie, drugi umiesz­czo­ny na ścia­nie pod po­sta­cią sym­bo­li. Otwar­li szafę, gdzie zna­leź­li ma­ne­ki­na uda­ją­ce­go trupa ko­bie­ty, ma­gne­tycz­ny żeton i okien­ną klam­kę. Ta ostat­nia mu­sia­ła przy­dać się póź­niej, bo w piw­ni­cy okien nie było.

– Ja na­praw­dę chcę stąd wyjść! – za­wo­ła­ła ko­bie­ta.

– Ro­bi­my, co mo­że­my – za­pew­nił Gun­nar. – Hej, spójrz na to.

Na ma­lut­kim sto­li­ku le­ża­ła kart­ka z na­ma­lo­wa­nym kred­ka­mi dzie­cię­cym ob­raz­kiem – jakaś dziew­czyn­ka stała w lesie trzy­ma­na za rękę przez do­ro­słe­go męż­czy­znę przed­sta­wio­ne­go ciem­ny­mi ko­lo­ra­mi. Za ich ple­ca­mi wzno­sił się bu­dy­nek – dom na­kre­ślo­ny z kilku pro­stych figur geo­me­trycz­nych. Pod­pis uło­żo­ny z du­żych, ko­śla­wych liter brzmiał: „JA I PAN UPIÓR”.

– Tu jest też dzie­cię­ce krze­seł­ko – za­uwa­żył Gun­nar.

W ciągu ko­lej­nych kil­ku­na­stu minut roz­wią­za­li kilka za­ga­dek, co do­pro­wa­dzi­ło do otwar­cia drzwi piw­ni­cy. Nie prze­szli jed­nak przez nie, Ewe­li­na wciąż po­zo­sta­wa­ła uwię­zio­na.

– Na­praw­dę chcę wyjść – za­pisz­cza­ła. – Tu nie ma przy­ci­sku bez­pie­czeń­stwa. Jest na ze­wnątrz?

– Nie­ste­ty – po­wie­dział Tymek.

– Za­py­taj o wska­zów­kę – po­pro­si­ła.

– Ej, wska­zów­ki są dla kre­ty­nów.

– Proś o wska­zów­kę, bo jak wyjdę, to urwę ci łeb u samej dupy!

– Może coś im się po­psu­ło – za­su­ge­ro­wał Gun­nar. – Splam swój honor i za­py­taj.

Tymek z nie­po­cie­szo­ną miną przy­ło­żył krót­ko­fa­lów­kę do ust.

– Otu­ma­wi­ce, mamy pro­blem. Nie umie­my wy­cią­gnąć ko­le­żan­ki ze skrzy­ni. Po­ra­dzi­cie coś na to?

– Po co – za­py­tał jakiś męski głos – we­szła do tej skrzy­ni?

Przez chwi­lę roz­wa­żał te słowa, lecz pod­po­wiedź nic mu nie mó­wi­ła. Coraz bar­dziej upo­ko­rzo­ny, za­py­tał:

– Nie ro­zu­miem. Można pro­sić ja­śniej?

– On po­wró­ci – od­parł głos w krót­ko­fa­lów­ce. – Nie po­ja­wi się oso­bi­ście. Nie musi. Może warto po­zo­sta­wić ko­le­żan­kę w skrzy­ni? Bę­dzie ni­czym Pa­zy­fae w chwi­li po­czę­cia swego syna. Wie­cie, kogo zro­dzi­ła kró­lo­wa Krety?

– Mi­no­tau­ra – od­parł od­ru­cho­wo Tymek. – Co to ma wspól­ne­go z po­ko­jem? Brak tu od­nie­sień do mi­to­lo­gii.

– Mi­no­taur się rodzi. Szyb­ko do­ro­śnie. Macie nie­wie­le czasu, by wy­do­stać się z la­bi­ryn­tu. Nie­ba­wem przyj­dzie po was.

– Halo? Nic nie ro­zu­miem! Halo?

Głos nie od­po­wie­dział. Tymek spoj­rzał na przy­ja­cie­la i rzu­cił drżą­cym gło­sem:

– To naj­dziw­niej­szy esca­pe room, w jakim byłem.

 

Część druga

Na­ro­dzi­ny Aste­rio­na

 

Mi­łosz

– Co to zna­czy wyjść? – za­py­ta­ła matka. – Wiesz, która jest go­dzi­na?

– Wyjść, to zna­czy, że użyję nóg, żeby się prze­mie­ścić – rzu­cił po­iry­to­wa­ny Mi­łosz. Ostat­nio wku­rza­ło go do­słow­nie wszyst­ko.

– Krzy­siek, zrób coś z nim, znów py­sku­je – za­wo­ła­ła do męża.

– Co się z tobą ostat­nio dzie­je? – za­py­tał oj­ciec, nie ru­sza­jąc się z ka­na­py. – Prze­proś matkę.

– Dokąd się wy­bie­rasz, chyba nie do Cen­trum Grozy? – za­py­ta­ła ko­bie­ta.

– Nie – skła­mał. – Jeden ko­le­ga na­mó­wił mnie do wyj­ścia. – Och, jak chciał­by wy­znać, kim jest ten zna­jo­my i zo­ba­czyć ich re­ak­cję.

– Jest pra­wie dzie­sią­ta! – pod­nio­sła głos. – Ni­g­dzie nie idziesz!

– Do­brze – zgo­dził się i od­wró­cił.

– Cze­kaj, Mi­łosz – za­trzy­ma­ła go. – Jeśli sły­sza­łeś ostat­nio ja­kieś plot­ki, nie wierz w nie. Lu­dzie opo­wia­da­ją różne głu­po­ty.

– Plot­ki? – zdzi­wił się, po czym wró­cił do swo­je­go po­ko­ju.

Od­cze­kał chwi­lę i wy­mknął się przez okno.

Padał deszcz, więc mimo so­bot­nie­go wie­czo­ru ulice Otu­ma­wic świe­ci­ły pust­ka­mi. Mi­łosz szedł szyb­ko, był już spóź­nio­ny. Z każ­dym kro­kiem na­ra­sta­ła w nim cie­ka­wość, po­wo­li spy­cha­jąc w głąb myśli złość na ro­dzi­ców. W końcu uj­rzał Cen­trum Grozy. Na tle po­zo­sta­łych za­bu­do­wań wio­ski wy­glą­da­ło ni­czym mrocz­ny pałac wznie­sio­ny przez za­po­mnia­ną cy­wi­li­za­cję. Chło­piec prze­szedł przez jego bramę – po­tęż­ne, otwie­ra­ją­ce się au­to­ma­tycz­nie drew­nia­ne drzwi.

Wkro­czył do mrocz­ne­go holu, skąd roz­cho­dzi­ły się ko­ry­ta­rze pro­wa­dzą­ce do róż­nych atrak­cji – pubu, kina, esca­pe roomu, ho­te­lu. Głów­ną ozdo­bą były tu dru­ko­wa­ne ob­ra­zy gęsto ozda­bia­ją­ce ścia­ny, a także kilka au­to­ma­tów do gier, zabaw i ofe­ru­ją­ce tani szmelc – ty­po­we wy­cią­gar­ki kasy. Ni­g­dzie nie było żywej duszy. Mi­łosz wy­brał ko­ry­tarz pro­wa­dzą­cy na salę ki­no­wą.

– Jeden nor­mal­ny – po­wie­dział do mło­dej ka­sjer­ki, za­sta­na­wia­jąc się, czy to ku­zyn­ka Wojt­ka.

– Yyy… nor­mal­ny, dobra. – Spra­wia­ła wra­że­nie, jakby nie do końca wie­dzia­ła, co tu robi. – W sumie nie mamy ulgo­wych, chyba nie, muszę za­py­tać kie­row­nicz­kę. – Seans już się za­czy­na.

– To pew­nie ostat­ni klient – po­wie­dzia­ła jakaś ko­bie­ta za ple­ca­mi Mi­ło­sza. Około czter­dzie­sto­let­nia, o kasz­ta­no­wych wło­sach i bla­dej twa­rzy. – Mo­żesz już iść do domu – po­wie­dzia­ła do dziew­czy­ny. – Ogar­nę resz­tę.

– Do­brze, pro­szę pani – od­par­ła młoda z taką ulgą, jakby do­się­gła ją amne­stia w celi śmier­ci. Wy­da­ła bilet Mi­ło­szo­wi. Coś jed­nak mu­sia­ło ją za­nie­po­ko­ić w za­cho­wa­niu sze­fo­wej. – Czy… wszyst­ko w po­rząd­ku? – za­py­ta­ła.

– Ka­me­ry wy­sia­dły. Co do jed­nej. Dzwo­ni­łam, ale tech­nik przy­je­dzie do­pie­ro w po­nie­dzia­łek.

Mi­łosz wziął bilet i ru­szył po­wo­li, przy­słu­chu­jąc się roz­mo­wie ko­biet.

– Te w esca­pe ro­omie też? – za­py­ta­ła prze­ra­żo­na ka­sjer­ka.

– Tak, ale jakoś sobie po­ra­dzi­my. Zmy­kaj do domu.

Przy wej­ściu nikt nie spraw­dzał bi­le­tu. Chło­piec wszedł na salę, wciąż jesz­cze oświe­tlo­ną. Sie­dzia­ło w niej ledwo sześć osób. Nie przy­glą­dał im się, usiadł na po­cząt­ku siód­me­go rzędu.

Kino oka­za­ło się nie­du­że, co naj­wy­żej sto krwi­sto­czer­wo­nych fo­te­li, zresz­tą cał­kiem wy­god­nych. Na sza­rych ścia­nach na­nie­sio­no czar­ne ilu­stra­cje na­wią­zu­ją­ce do mo­ty­wów grozy – był wśród nich cmen­tarz, wil­ko­łak w lesie, duch prze­cha­dza­ją­cy się po ko­ry­ta­rzu.

Mi­łosz usły­szał kroki. Ktoś usiadł rząd wyżej, tuż za jego ple­ca­mi. Ktoś gor­szy niż duch czy wil­ko­łak.

– No cześć, zje­bie – ode­zwał się Woj­tek. – Jak udało ci się wejść?

– Nor­mal­nie. Ku­pi­łem bilet.

Chło­pak nie był sam, obok niego usia­dła Aneta, ich ko­le­żan­ka z klasy.

– Na­praw­dę mu­si­my tu być? – za­py­ta­ła. – To obrzy­dli­we.

– Nie wiem, co pusz­czą – od­parł Woj­tek. – Może nie bę­dzie takie strasz­ne.

– Nie film. Mówię o nim. – Wska­za­ła Mi­ło­sza.

– Ej, tro­chę sza­cun­ku – oprych udał, że się obu­rza. – Znam go dłu­żej od cie­bie.

– To na­stęp­nym razem jego za­proś do kina.

Mi­łosz ob­ró­cił się, czu­jąc upo­ko­rze­nie i pul­su­ją­cy gniew. Prze­cież nigdy nic nie zro­bił Ane­cie. Drwi­ny dziew­czyn za­wsze były trzy­kroć bar­dziej bo­le­sne.

– Spóź­nia­ją się – po­wie­dział Woj­tek. – Już po dzie­sią­tej.

Mi­łosz ro­zej­rzał się po wi­dow­ni, pró­bu­jąc za­du­sić gniew. Kilka miejsc dalej sie­dział jakiś nie­zna­jo­my czar­no­wło­sy męż­czy­zna. Nieco wyżej pani Ma­rio­la z ko­le­żan­ką, dwie stare i wred­ne baby. Do tego ktoś w pierw­szym rzę­dzie, na samym środ­ku.

Sta­rusz­ki szep­ta­ły do sie­bie, pa­trząc wprost na Mi­ło­sza. Ob­ga­dy­wa­ły go? Czy był na ustach wszyst­kich? Nagle przy­po­mniał sobie po­przed­nie spo­tka­nie z Wojt­kiem pod Cen­trum Grozy.

– Co to była za plot­ka o mnie? – za­py­tał go. – Ta, co kie­dyś mi mó­wi­łeś.

Opraw­ca na­chy­lił się nad jego sie­dze­niem.

– Jesz­cze nie sły­sza­łeś?

– Nie.

– No, mówią, że twój stary nie jest twoim sta­rym. Że twoja matka się pu­ści­ła.

Mi­łosz za­nie­mó­wił.

– Nie wiem, czy to praw­da, tylko po­wta­rzam – cią­gnął Woj­tek. – Ale coś w tym musi być. Je­steś ogrom­ny, a twój stary to zwy­kły kur­du­pel. Cie­bie to mu­siał zro­bić jakiś wiel­ki byk, a nie taki kny­pek.

Świa­tło w sali ki­no­wej za­czę­ło po­wo­li ga­snąć.

Mi­łosz wci­snął się w fotel i drżał. Pró­bo­wał wmó­wić sobie, że to nie­praw­da, ale skąd mógł mieć pew­ność? Rze­czy­wi­ście nie był po­dob­ny do ojca. Całe życie czuł się przez niego igno­ro­wa­ny, ale matka mo­gła­by po­wie­dzieć to samo. Mu­siał z nimi po­ga­dać.

Wstał i pod­szedł do drzwi, lecz te oka­za­ły się za­mknię­te. Szar­pał klam­kę i pukał, lecz nie zja­wił się nikt, by je otwo­rzyć. Sfru­stro­wa­ny, wró­cił na miej­sce. Bę­dzie mu­siał wy­trwać do końca se­an­su tego pie­przo­ne­go fil­mu-nie­spo­dzian­ki.

Na ekra­nie po­ja­wi­ła się pierw­sza scena – czar­no-bia­ły widok na Cen­trum Grozy na­gra­ny za­pew­ne z drona.

I wtedy znów usły­szał w gło­wie ten głos. Ośli­zgły, od­py­cha­ją­cy. Gdy prze­mó­wił po raz pierw­szy kilka ty­go­dni temu, na­stęp­ne­go dnia Mi­łosz od­słu­chał jesz­cze raz stare na­gra­nia Tom­czy­ka i na­brał pew­no­ści – to był pro­wa­dzą­cy Nocne Radio. Ono znów nada­wa­ło. Pro­sto do jego głowy. Od tam­te­go czasu sły­szał je nie­mal co­dzien­nie. Prze­dziw­ne, acz fa­scy­nu­ją­ce au­dy­cje, które po­zwo­li­ły mu zro­zu­mieć, jakim ba­gnem są Otu­ma­wi­ce, jak podli są lu­dzie, któ­rzy tu miesz­ka­ją.

To ten głos kazał mu tu dziś przyjść. Mi­łosz miał na­dzie­ję, że dowie się dla­cze­go.

– Jest so­bo­ta, go­dzi­na dwu­dzie­sta druga – prze­mó­wił upior­ny męż­czy­zna. – O tej porze Da­niel Tom­czyk zwykł nada­wać swą fał­szy­wą au­dy­cję. Wię­cej już tego nie zrobi.

Czar­ny bu­dy­nek nie­spiesz­nie prze­su­wał się na ekra­nie. Nagle po­ja­wił się napis rodem z nie­me­go filmu.

 

Oto Cen­trum Grozy.

Dziś wszyst­kie atrak­cje złą­czą się w jedną.

Bu­dy­nek za­mie­ni się la­bi­rynt.

 

– Z któ­re­go nie wszy­scy wyjdą żywi – dodał pro­wa­dzą­cy w gło­wie chłop­ca.

Na ekra­nie za­ja­śnia­ły czte­ry białe kwa­dra­ty na czar­nym tle. Po chwi­li sca­li­ły się w jedną dużą fi­gu­rę.

Ko­lej­ne sceny wy­glą­da­ły jak frag­men­ty za­pi­su z kamer. Mo­no­chro­ma­tycz­ne uję­cia uka­zy­wa­ły pub, w któ­rym sie­dzia­ła sa­mot­na za­kap­tu­rzo­na po­stać, piw­ni­cę z usta­wio­ny­mi w niej czte­re­ma przy­po­mi­na­ją­cy­mi trum­ny skrzy­nia­mi, pokój ho­te­lo­wy, gdzie jacyś go­ście spali smacz­nie oraz w końcu salę ki­no­wą. Pra­wie pustą. Na wi­dow­ni sie­dzia­ła tylko jedna osoba.

Widok ze sta­tycz­nej ka­me­ry, która mogła wi­sieć pod su­fi­tem, zmie­nił się na roz­trzę­sio­ny obraz na­gry­wa­ny przez kogoś z ręki. Ten ktoś szedł w dół scho­dów, w stro­nę ekra­nu, zbli­ża­jąc się do nie­zna­jo­me­go sie­dzą­ce­go w pierw­szym rzę­dzie.

Scenę prze­ciął ko­lej­ny napis:

 

Kino już za­mknię­te. Kim je­steś?

 

Na­gry­wa­ją­cy zbli­żył się do ta­jem­ni­cze­go widza, a wtedy ten pod­niósł się nie­spiesz­nie i od­rzu­cił kap­tur. Znaj­do­wa­ła się pod nim głowa byka.

 

W la­bi­ryn­cie jest Mi­no­taur!

 

– Za­bi­je was, chyba że wy za­bi­je­cie go pierw­si – dodał głos w gło­wie chłop­ca.

Ko­lej­ne se­kun­dy filmu przed­sta­wia­ły głowę po­two­ra po­wo­li zbli­ża­ją­cą się do coraz bar­dziej roz­trzę­sio­nej ka­me­ry. W końcu urzą­dze­nie upa­dło na pod­ło­gę i za­czę­ło na­gry­wać sufit. Po chwi­li przez kadr prze­mknę­ła bycza głowa i znik­nę­ła.

Ostat­ni napis ogło­sił:

 

KO­NIEC

 

– Co to, kurwa, ma być? – rzu­cił Woj­tek, gdy świa­tła znów za­czę­ły się za­pa­lać.

Mi­łosz za­czął roz­glą­dać się po sali. Wszy­scy wy­glą­da­li na mocno zdez­o­rien­to­wa­nych.

I wtedy chło­piec utkwił wzrok w czło­wie­ku sie­dzą­cym w pierw­szym rzę­dzie. Zaj­mo­wał to samo miej­sce, co Mi­no­taur w fil­mie. Po­zo­sta­li też mu­sie­li to zro­zu­mieć, gdyż Aneta szep­ta­ła coś do Wojt­ka, a stare ko­bie­ty plot­ko­wa­ły oży­wio­ne. Czar­no­wło­sy nie­zna­jo­my, który sie­dział nie­da­le­ko Mi­ło­sza, znik­nął.

– Miej­sce, które zbu­do­wał Tom­czyk, przy­cią­ga różne isto­ty – prze­mó­wi­ło Nocne Radio w umy­śle chłop­ca. – Dawno nie wi­dzia­łem ta­kie­go za­gęsz­cze­nia du­chów. Jed­nak Mi­no­taur to czło­wiek z krwi i kości. Można z nim wal­czyć. Można wy­grać. Kto spró­bu­je uciec, rów­nież ma szan­sę, lecz z la­bi­ryn­tu trud­no się wy­do­stać.

Po­stać w pierw­szym rzę­dzie wsta­ła, zrzu­ci­ła kap­tur i od­wró­ci­ła się w stro­nę wi­dow­ni, uka­zu­jąc głowę byka.

Aneta pi­snę­ła, stare ko­bie­ty sap­nę­ły, a Woj­tek rzu­cił tylko:

– No bez jaj.

Mi­ło­szo­wi mocno wa­li­ło serce. Zo­ba­czył, jak nie­zna­jo­my wy­cią­ga spod sie­dze­nia wiel­ką ma­czu­gę na­bi­ja­ną gwoź­dzia­mi.

Chło­piec czym prę­dzej rzu­cił się do uciecz­ki, by­naj­mniej nie on jeden. Cała piąt­ka zna­lazła się przy drzwiach. Szar­pa­li klam­kę, lecz bez­sku­tecz­nie. Byk wszedł na scho­dy i po­wo­li kro­czył w ich stro­nę.

Mimo wiel­kie­go stra­chu Mi­łosz czuł się w jakiś po­kręt­ny spo­sób wy­róż­nio­ny. Noce Radio przy­szło po niego. On jed­nak nie za­mie­rzał umie­rać w tym kinie.

Wy­szedł by­ko­wi na spo­tka­nie. Prze­biegł dwa stop­nie i rzu­cił się na nie­zna­jo­me­go, wy­ko­rzy­stu­jąc prze­wa­gę wy­so­ko­ści. Po­wa­lił go na scho­dy. Ma­czu­ga wy­pa­dła z rąk po­two­ra i wy­lą­do­wa­ła mię­dzy rzę­da­mi.

– Nie! – ryk­nął Mi­no­taur.

Broń nagle zna­la­zła się w dło­niach chłop­ca. Gdzieś da­le­ko krzy­cze­li lu­dzie. Ude­rzył tylko raz, w pierś. Po gwoź­dziach ma­czu­gi spły­nę­ła krew. Za­uwa­żył, że ciało na­past­ni­ka było szczu­płe i zu­peł­nie nie pa­so­wa­ło do ol­brzy­miej głowy.

Mi­łosz zdjął maskę nie­do­szłe­go za­bój­cy, od­sła­nia­jąc ob­li­cze si­wo­wło­se­go star­ca.

– Pan Zyg­munt! – krzyk­nę­ła ko­le­żan­ka Ma­rio­li. – Coś ty zro­bił, chłop­cze! To pra­cow­nik Cen­trum Grozy!

Męż­czy­zna pa­trzył zszo­ko­wa­ny na swą za­krwa­wio­ną pierś.

– Dla­cze­go chcia­łeś nas zabić? – ryk­nął Mi­łosz.

– Nie… – od­parł z tru­dem. – Na­stra­szy… Pani Na­ta­lia… Ka­za­ła… – Oczy mu się za­szkli­ły, za­kasz­lał i za­czął wy­da­wać z sie­bie jęki i stęk­nię­cia, aż za­milkł i znie­ru­cho­miał.

Woj­tek kopał w drzwi i wrzesz­czał:

– Otwie­rać, kurwa! Otwie­rać!

Aneta roz­pła­ka­ła się, po czym się­gnę­ła po te­le­fon.

Obie sta­rusz­ki pa­trzy­ły na Mi­ło­sza jak na po­two­ra.

– Odłóż to, chłop­cze – po­wie­dzia­ła pani Ma­rio­la.

– Dla­cze­go to zro­bi­łeś? – za­py­ta­ła jej ko­le­żan­ka.

– My­śla­łem, że to było na­praw­dę – rzu­cił ża­ło­śnie. – On tak po­wie­dział.

– On?

– Na­da­je! Na­da­je pro­sto do mojej głowy!

Ko­bie­ty spoj­rza­ły na sie­bie, a na ich twa­rzach od­ma­lo­wa­ło się praw­dzi­we prze­ra­że­nie.

– Nie dzia­ła – pi­snę­ła Aneta, od­su­wa­jąc te­le­fon od ucha.

– Połóż tę pałkę na pod­ło­dze – pani Ma­rio­la po­pro­si­ła Mi­ło­sza spo­koj­nym gło­sem.

– Nie na­zy­wał się Mi­no­taur – rzekł do niego pro­wa­dzą­cy. – Matka na­zwa­ła go Aste­rion. Był wspa­nia­ły, lep­szy od nich. Miał spę­dzić życie w za­mknię­ciu, co było po­twor­ną nie­spra­wie­dli­wo­ścią.

Mi­łosz za­czął szyb­ko ana­li­zo­wać sy­tu­ację. Zabił czło­wie­ka. Jeśli nic nie zrobi, czeka go sąd i za­mknię­cie. Może nawet w szpi­ta­lu psy­chia­trycz­nym. Jed­nak ka­me­ry nie dzia­ła­ły, poza świad­ka­mi nikt nie wie­dział o tej zbrod­ni.

– Prze­pu­ście mnie, roz­wa­lę drzwi – po­wie­dział spo­koj­nie.

Roz­pierz­chli się przed nim ni­czym ła­wi­ca ryb przed re­ki­nem. Tylko Woj­tek wciąż kopał i walił w drew­no, osza­la­ły ze stra­chu.

Mi­łosz pod­szedł do niego i wy­szep­tał.

– Sam je­steś pier­do­lo­nym bę­kar­tem.

Ude­rzył, wbi­ja­jąc ma­czu­gę w jego twarz. Jeden z gwoź­dzi wszedł w oko, inny głę­bo­ko w po­li­czek. Chło­piec po­trze­bo­wał trzech szarp­nięć, by oswo­bo­dzić swój oręż.

Nie miał wyj­ścia, mu­siał zo­stać je­dy­nym oca­la­łym z rzezi Mi­no­tau­ra. Wtedy sprze­da swoją wer­sję wy­da­rzeń. Powie, że to ten cały Zyg­munt wy­mor­do­wał wszyst­kich poza Mi­ło­szem. Chło­piec zo­sta­nie bo­ha­te­rem, po­grom­cą po­two­ra.

Ciało Wojt­ka upa­dło na pod­ło­gę. Otrzy­mał za­pła­tę za te wszyst­kie lata, za każdy cios, drwi­nę i upo­ko­rze­nie. Mi­ło­sza prze­szy­ła sa­tys­fak­cja tak silna, że miał ocho­tę ryk­nąć. Naj­pierw jed­nak mu­siał do­rwać po­zo­sta­łych.

– Coś ty zro­bił, chłop­cze? Coś ty zro­bił? – po­wta­rza­ła w kółka ko­le­żan­ka pani Ma­rio­li, star­sza z dwóch bab. Nie ru­sza­ła się z miej­sca, i tak nie miała szan­sy uciec.

Pałka za­tań­czy­ła w dłoni Mi­ło­sza i wy­lą­do­wa­ła na twa­rzy ko­bie­ty. Ależ to było pro­ste. Tym razem wy­rwał ją za pierw­szym po­cią­gnię­ciem.

Ro­zej­rzał się po sali. Aneta zbie­gła na dół, stała pod samym ekra­nem. Do­brze. Pani Ma­rio­la tym­cza­sem klę­cza­ła nad mar­twym sta­rusz­kiem.

– Gdzie jest ten czar­no­wło­sy facet, co sie­dział w moim rzę­dzie?! – ryk­nął. – Po­wiedz­cie, to nikt wię­cej nie umrze.

– Nie było żad­ne­go fa­ce­ta – od­par­ła sta­rusz­ka.

– Wy­obraź­cie sobie, jak sa­mot­ny musi być ktoś miesz­ka­ją­cy w la­bi­ryn­cie – w gło­wie Mi­ło­sza znów ode­zwał się pro­wa­dzą­cy Nocne Radio. – Któż chciał­by od­wie­dzić ta­kie­go czło­wie­ka? O czym miał­by z nim roz­ma­wiać?

Do­pie­ro kiedy pani Ma­rio­la wsta­ła, Mi­łosz zo­rien­to­wał się, co jest grane. Ko­bie­ta prze­szu­ki­wa­ła ciało. Jeśli ktoś miał klucz, to z pew­no­ścią pra­cow­nik.

Ru­szy­ła w stro­nę drzwi tak szyb­ko, jak po­zwa­la­ły jej chore ko­la­na, a w jej dłoni coś za­brzę­cza­ło. Mi­łosz do­sko­czył do niej w chwi­li, gdy pró­bo­wa­ła wło­żyć klucz w dziur­kę. Prze­wró­cił sta­ru­chę i sta­nął nad nią okra­kiem.

– Pro­szę, nie – wy­chry­pia­ła. – Znam twoją bab­cię.

Cóż za idio­tycz­ny ar­gu­ment za da­ro­wa­niem życia. Gdyby to jego bab­cia le­ża­ła tu przed nim, też by ją zabił.

Ude­rzył, wy­wo­łu­jąc gło­śne mla­śnię­cie, potem jesz­cze jedno. Pod­niósł z pod­ło­gi klu­cze.

Czar­no­wło­se­go dalej ni­g­dzie nie było. Aneta stała pod ekra­nem i na­gry­wa­ła wszyst­ko te­le­fo­nem. Nie­do­brze.

– Hej, nie skrzyw­dzę cię! – krzyk­nął do dziew­czy­ny, która pod­sko­czy­ła na dźwięk jego głosu. – Oddam ci klu­cze za te­le­fon, ale naj­pierw mnie prze­proś.

– Za co? – za­py­ta­ła. Jej zdez­o­rien­to­wa­ny ton su­ge­ro­wał, że na­praw­dę nie wie.

– Na­zwa­łaś mnie obrzy­dli­wym.

– Ja… prze­pra­szam.

– Tro­chę gło­śniej.

– Prze­pra­szam!

– Do­brze – po­wie­dział z za­do­wo­le­niem Mi­łosz. – Kładę klu­cze na pod­ło­dze, a ty połóż te­le­fon. Obej­dę fo­te­le i sobie po niego pójdę, a ty zdą­żysz otwo­rzyć drzwi.

Dziew­czy­na schy­li­ła się i po­ło­ży­ła smart­fo­na przed sobą.

– Rzuć też pałkę – po­wie­dzia­ła. – Ina­czej wyślę fil­mik do kum­pli.

– Nie. Czuję się z nią bez­piecz­niej.

Od­da­lił się od drzwi i prze­szedł za ostat­nim rzę­dem sie­dzeń pod prze­ciw­le­głą ścia­nę. Dziew­czy­na za­czę­ła wspi­nać się po scho­dach po dru­giej stro­nie sali. Mi­łosz do­tarł pod ekran i pod­niósł te­le­fon do­kład­nie w mo­men­cie, gdy dziew­czy­na do­rwa­ła się do klu­czy.

Stał i pa­trzył, jak pró­bu­je wło­żyć do zamka jego klu­cze do­mo­we. Te, które zna­la­zła pani Ma­rio­la, miał scho­wa­ne w kie­sze­ni.

– Chyba muszę ci pomóc – po­wie­dział znie­cier­pli­wio­ny i za­czął wspi­nać się po scho­dach.

Wciąż pró­bo­wa­ła upo­rać się z drzwia­mi. Ucie­kła do­pie­ro, gdy był już na tyle bli­sko, że mógł ją do­się­gnąć ma­czu­gą.

Za­czął ją gonić po sali. Dziew­czy­na była na­praw­dę zwin­na, cały czas utrzy­my­wa­ła dy­stans, prze­ska­ki­wa­ła rzędy fo­te­li, gdy pró­bo­wał za­pę­dzić ją w róg. Wie­dział jed­nak, że w końcu ją do­pad­nie. Dzia­łał sys­te­ma­tycz­nie. Nocne Radio wciąż nada­wa­ło, lecz nie umiał sku­pić się na sło­wach.

Wszyst­kie kina świa­ta miały wspól­ny ele­ment – ich scho­dy pro­fi­lo­wa­no tak, by lu­dzie się stale po­ty­ka­li. Te w Kinie Grozy nie były wy­jąt­kiem. W końcu do­pa­dły Anetę. Wy­ło­ży­ła się jak długa na wy­so­ko­ści czwar­te­go rzędu. Pró­bo­wa­ła się po­zbie­rać, uciec, lecz nie zdą­ży­ła. Krzyk­nę­ła tylko, gdy pałka Mi­ło­sza wbiła jej się w plecy.

Chło­piec przy­trzy­mał się sie­dze­nia i od­dy­chał cięż­ko. Zro­bił to. Teraz tylko…

Od­wró­cił się nagle i do­strzegł, że drzwi do sali ki­no­wej są otwar­te. Stała w nich jakaś młoda ko­bie­ta. Nie ka­sjer­ka, ani nawet Na­ta­lia Tom­czyk. Wi­dział ją pierw­szy raz w życiu.

Nie­zna­jo­ma spo­glą­da­ła z głup­ko­wa­tym uśmie­chem na Mi­ło­sza, który wciąż trzy­ma broń za­to­pio­ną w ple­cach na­sto­lat­ki. Jakby zo­ba­czy­ła przed­sta­wie­nie. Mina po­wo­li jej rze­dła, aż w końcu za­go­ści­ło na niej czy­ste prze­ra­że­nie.

Za­mknę­ła drzwi, chyba nawet na klucz, i za­pew­ne ucie­kła.

– La­bi­rynt za­wsze jest więk­szy, niż czło­wiek ocze­ku­je – po­wie­dział pro­wa­dzą­cy Nocne Radio.

A więc to jesz­cze nie ko­niec. Mi­łosz pod­szedł do trupa pana Zyg­mun­ta i pod­niósł maskę byka. Za­ło­żył ją, uzna­jąc, że le­piej w końcu ukryć twarz.

Otwo­rzył drzwi klu­czem sta­rusz­ka, opu­ścił salę ki­no­wą i ru­szył śla­dem ko­bie­ty.

 

Ad­rian­na

Ciało von Spien­ba­ka zna­la­zły so­bot­nim ran­kiem. Dzię­ki ko­lej­nej wska­zów­ce zro­zu­mia­ły, że spec­to, czyli pa­trzeć, od­no­si się do spoj­rze­nia trzech por­tre­tów kom­po­zy­to­rów. Wszy­scy wpa­try­wa­li się w miej­sce, gdzie w ścia­nie umiesz­czo­no skryt­kę. Otwo­rzyw­szy ją, zna­la­zły ubra­ne­go w smo­king ma­ne­ki­na o prze­ra­żo­nym spoj­rze­niu.

– Przy­naj­mniej nie do­ży­łeś na­zi­zmu – po­cie­szy­ła go Basia.

Ad­rian­na uśmiech­nę­ła się, lecz wciąż czuła się dziw­nie po wy­da­rze­niach ostat­niej nocy. W świe­tle dnia za­czę­ła prze­ko­ny­wać sie­bie, że tam­ten chło­piec sie­dzą­cy przed pia­ni­nem był tylko ele­men­tem po­ko­ju, lecz nie do końca po­tra­fi­ła w to uwie­rzyć.

O wpół do pierw­szej prze­nio­sły się do dzie­wiąt­ki, tuż obok. Pod­czas tej krót­kiej prze­pro­wadz­ki na­tknę­ły się w ko­ry­ta­rzu na parę w śred­nim wieku zaj­mu­ją­cą wcze­śniej pokój numer dwa.

– Miesz­ka­li­śmy w chat­ce cza­row­ni­cy – po­wie­dział pod­eks­cy­to­wa­ny męż­czy­zna. – Nie chcę spo­ile­ro­wać, ale na­praw­dę robi wra­że­nie.

– Nasz też! Nasz też! Mu­zycz­ny! – pod­nie­ca­ła się Basia. Nie wspo­mnia­ła, że ze stra­chu całą noc spę­dzi­ła za­wi­nię­ta w koł­drę, upodob­nia­jąc się do gą­sie­ni­cy cze­ka­ją­cej na prze­po­czwa­rze­nie.

Nie­zna­jo­mi zmie­rza­li do dwu­nast­ki. Basia od­pro­wa­dzi­ła ich pod same drzwi, a póź­niej w przy­pły­wie bra­wu­ry spoj­rza­ła przez dziur­kę od klu­cza do trzy­nast­ki. Wró­ci­ła szyb­ko, blada i prze­ra­żo­na. Wy­szep­ta­ła do Ad­rian­ny:

– Ktoś tam jest. Jakaś po­stać. Sie­dzi sku­lo­na na pod­ło­dze.

– Dziec­ko?

– Do­ro­sły.

– Pew­nie aktor.

Basia po­ki­wa­ła głową, lecz chwi­lo­wy przy­pływ od­wa­gi opu­ścił ją na dobre.

Otwo­rzy­ły drzwi dzie­wiąt­ki. Był to pokój wam­pi­rzy. Łu­ko­wa­te okna kryły się za gru­by­mi, czar­ny­mi za­sło­na­mi. Meble z ciem­ne­go drew­na za­sta­wio­ne były księ­ga­mi i mrocz­ny­mi ozdo­ba­mi, a z su­fi­tu zwi­sał pięk­ny ży­ran­dol. Duże wra­że­nie ro­bi­ły łóżka z bal­da­chi­mem, lecz do­mnie­ma­ni lo­ka­to­rzy naj­wi­docz­niej nie chcie­li z nich ko­rzy­stać, bo­wiem przy ścia­nie stały dwie za­mknię­te trum­ny.

– Nie otwie­rać – prze­czy­ta­ła Basia za­wiesz­kę na jed­nej z nich. – To skąd mamy wie­dzieć, czy w środ­ku nie scho­wał się wam­pir?

– Wam­pi­ry ujdą – stwier­dzi­ła Ad­rian­na, ro­biąc zdję­cia. – Naj­waż­niej­sze, że nie ma pia­ni­na.

Około dru­giej Ad­rian­na uznała, że ma już dość ma­ło­mia­stecz­ko­wo­ści Otu­ma­wic, wy­bra­ły się więc do naj­bliż­szej miej­sco­wo­ści z ga­le­rią han­dlo­wą. Po­cho­dzi­ły po skle­pach, zja­dły dobry obiad i ani się obej­rza­ły, na­sta­ło późne po­po­łu­dnie.

– W pubie wi­sia­ła in­for­ma­cja, że dziś jest czyn­ny tylko do dzie­sią­tej – przy­po­mnia­ła sobie Basia, gdy w dro­dze po­wrot­nej pla­no­wa­ły wie­czór. – To może jed­nak kino?

– Nie, bła­gam, pew­nie znów pusz­czą ten film o misiu.

– Mnie się po­do­bał – od­par­ła młod­sza z ko­biet.

– Co chwi­lę wrzesz­cza­łaś i pod­ska­ki­wa­łaś. Mój pię­cio­let­ni bra­ta­nek zniósł­by ten seans spo­koj­niej.

– Nie moja wina. Mia­łam kie­dyś po­dob­ne­go misia.

 

***

 

– No więc – za­czę­ła pod­su­mo­wa­nie Ad­rian­na – wiemy, że Dro­korn i jego żona mieli czwo­ro dzie­ci.

– Czte­ry małe wam­pir­ki – do­okre­śli­ła Basia.

– A tak w ogóle, jak to moż­li­we? Prze­cież w ich ży­łach nie pły­nie krew. W jaki spo­sób to zro­bi­li… od stro­ny tech­nicz­nej?

– Może ad­op­to­wa­li ludz­kie i po­gryź­li.

– To ma sens.

Na od­na­le­zio­nej ta­bli­cy z drze­wem ge­ne­alo­gicz­nym wam­pi­rze­go rodu wciąż było wiele pu­stych ga­łę­zi. Mu­sia­ły usta­lić, kto z ro­dzi­ny krwio­pij­ców do­pro­wa­dził do śmier­ci daw­nych lo­ka­to­rów po­ko­ju i dla­cze­go. Wszyst­kie wska­zów­ki – no­tat­ki, zdję­cia i listy – le­ża­ły na sto­li­ku obok świecz­ni­ka w kształ­cie nie­to­pe­rza. Było już po dwu­dzie­stej dru­giej i po­wo­li tra­ci­ły na­dzie­ję, że za­gad­kę uda im się roz­wią­zać przed pój­ściem do łóżek.

Ktoś za­pu­kał do drzwi. Zi­gno­ro­wa­ły to, lecz po chwi­li stu­ka­nie po­wtó­rzy­ło się.

– No dobra – Ad­rian­na wsta­ła z łóżka – oby to nie był praw­nik z oskar­że­niem o nie­le­gal­ne za­sie­dze­nie wam­pi­rzych wło­ści.

W ko­ry­ta­rzu stała ko­bie­ta nieco star­sza od Ad­rian­ny, o kasz­ta­no­wych wło­sach i dość nie­przy­tom­nym spoj­rze­niu.

– Dobry wie­czór – po­wie­dzia­ła. – Czy chcia­ły­by panie udać się na seans do kina? Jest dużo wol­nych miejsc. Za darmo.

– Kiedy?

– Teraz. Wła­śnie się za­czę­ło, ale wciąż można do­łą­czyć. – Było coś nie­po­ko­ją­ce­go w spo­so­bie, w jaki się za­cho­wy­wa­ła. Przy­po­mi­na­ła ma­ne­ki­na, któ­re­go można by umie­ścić w za­ka­mar­ku Ho­te­lu Grozy. Ostat­ni puz­zel ja­kiejś prze­ra­ża­ją­cej ta­jem­ni­cy.

– Nie, dzię­ki – od­par­ła Ad­rian­na. – A tak w ogóle to nie macie tu wielu od­wie­dza­ją­cych, praw­da? – za­py­ta­ła bez ogró­dek. – My­śla­łam, że w so­bot­ni wie­czór bę­dzie wię­cej ludzi. Opła­ca wam się to Cen­trum Grozy?

Stra­pio­ny wyraz twa­rzy ko­bie­ty mu­siał po­ru­szyć coś w Basi, bo ta stwier­dzi­ła:

– Ja pójdę na ten seans. Ale nie będę tam sama, praw­da?

– Nie. Jest kilka osób. Wej­ście może być za­mknię­te, więc pro­szę użyć klu­cza. – Wrę­czy­ła go mło­dej ko­bie­cie i ode­szła bez słowa.

Basia jesz­cze przez chwi­lę pró­bo­wa­ła prze­ko­nać współ­lo­ka­tor­kę, by jej to­wa­rzy­szy­ła. Nie­sku­tecz­nie.

Ad­rian­na zo­sta­ła sama. Po­sta­no­wi­ła po­prze­glą­dać in­ter­net, lecz nie umia­ła zła­pać za­się­gu. Uzna­ła, że zrobi parę no­ta­tek, które wy­ko­rzy­sta póź­niej w re­la­cji na blogu.

Bez Basi zro­bi­ło się nie­na­tu­ral­nie cicho. Sie­dząc sa­mot­nie w po­ko­ju z dwoma trum­na­mi, przy­naj­mniej tu­zi­nem cza­szek i świa­do­mo­ścią, że wciąż nie wie, co stało się z lo­ka­to­ra­mi, Adrianna poczuła nagły strach. To było głu­pie, nie po­win­ny były się roz­dzie­lać.

Usły­sza­ła dra­pa­nie do­bie­ga­ją­ce z wnę­trza jed­nej z tru­mien, tak ciche, że mogło być je­dy­nie złu­dze­niem. Wzię­ła głę­bo­ki od­dech i po­sta­no­wi­ła na­ło­żyć słu­chaw­ki. Póź­niej po­szu­ka za­wiesz­ki na klam­kę, nie była w na­stro­ju na…

– Otwórz! – krzyk­nę­ła Basia, ude­rza­jąc w drzwi. – Szyb­ko!

Ad­rian­na wpu­ści­ła ją do środ­ka. Ko­bie­ta była zdy­sza­na i prze­ra­żo­na. Drżą­cy­mi dłoń­mi uruchomiła zamek w drzwiach.

– W kinie… tam… – długo nie po­tra­fi­ła tego ubrać w słowa – jakiś taki dzie­ciak…

– Co zro­bił?

– Po­za­bi­jał ludzi.

Ad­rian­na par­sk­nę­ła.

– Jaki dzie­ciak?

– Na­sto­la­tek, ale wiel­ki. Wi­dział mnie, przyj­dzie tu. – Po­de­szła do okna, pró­bo­wa­ła je otwo­rzyć, lecz, po­dob­nie jak w po­ko­ju mu­zycz­nym, uchy­la­ło się tylko górą, a przez zbitą szybę nie prze­ci­snął­by się żaden czło­wiek.

– To na pewno ko­lej­na wkręt­ka – zde­cy­do­wa­ła Ad­rian­na. – Aktor uda­ją­cy mor­der­cę. Bę­dzie teraz hasał po ko­ry­ta­rzach i nas stra­szył. Ziew.

– Po pierw­sze, mów ci­szej. Po dru­gie – w oczach ko­bie­ty po­ja­wił się obłęd – czy ci się wy­da­je, że je­stem jakaś pier­dol­nię­ta i nie wiem, co widzę? – Nagle do­sko­czy­ła do włącz­ni­ka. – O nie, świa­tło. Widać je przez szpa­rę pod drzwia­mi.

– Po­cze­kaj – rze­kła z uśmie­chem Ad­rian­na. – Ten twój mor­der­ca bę­dzie prze­cho­dził koło re­cep­cji, więc pew­nie za­uwa­ży, któ­rych klu­czy bra­ku­je. Dzie­wiąt­ki i dwu­nast­ki. Jeśli zga­si­my świa­tło, a w dwu­na­st­ce bę­dzie jasno, uzna, że się ukry­wa­my. I za­pu­ka do nas.

Basia od­su­nę­ła rękę od włącz­ni­ka.

– Pięć­dzie­siąt pro­cent szan­sy – po­li­czy­ła. – Jeśli wej­dzie naj­pierw do dwu­nast­ki…

– Uciek­nie­my – po­wie­dzia­ła, choć wizja bie­ga­nia po Cen­trum Grozy, gdyż jej współ­lo­ka­tor­ka prze­stra­szy­ła się zbyt mocno, nie była spe­cjal­nie ku­szą­ca.

Usły­sza­ły kroki na ko­ry­ta­rzu. Ktoś zbli­żał się bar­dzo szyb­ko, po czym nagle się za­trzy­mał. Ad­rian­na miała wra­że­nie, że stoi tuż pod ich drzwia­mi. Cze­ka­ły przez chwi­lę, która zda­wa­ła się wiecz­no­ścią. Basia była nie­mal fio­le­to­wa ze stra­chu.

Ko­lej­ne kroki, ten ktoś za­czął się od­da­lać. Póź­niej roz­le­gło się pu­ka­nie i od­głos otwie­ra­nych drzwi.

– Hej, mó­wi­li­ście, że nie wcho­dzi­cie do po­ko­jów – po­wie­dział męż­czy­zna z dwu­nast­ki, któ­re­go spo­tka­ły w po­łu­dnie.

Prze­raź­li­wy krzyk jego żony spra­wił, że obie pod­sko­czy­ły.

– Bie­gnie­my – po­wie­dzia­ła Basia i wy­pro­wa­dzi­ła zdez­o­rien­to­wa­ną Ad­rian­nę z po­ko­ju.

Słabo oświe­tlo­ny ko­ry­tarz wy­da­wał się długi ni­czym tunel.

– Do głów­nych drzwi? – za­py­ta­ła Ad­rian­na.

– Już tam byłam, są za­mknię­te – od­par­ła Basia. – Mu­si­my zna­leźć inne wyj­ście.

 

Ty­mo­te­usz

Na okrą­głym, drew­nia­nym stole stała ra­dio­sta­cja żyw­cem wy­ję­ta z cza­sów dru­giej wojny świa­to­wej. Skła­da­ła się z trzech sza­ro-czar­nych skrzy­nek peł­nych po­krę­teł, przy­ci­sków i ta­bli­czek. Do tego na­usz­ne słu­chaw­ki i ma­syw­ny mi­kro­fon z ażu­ro­wą kap­su­łą. Wszyst­ko łą­czy­ła sieć drob­nych kabli.

– Nocne Radio znów na­da­je – po­wie­dział Gun­nar do mi­kro­fo­nu. Gdy nic się nie wy­da­rzy­ło, dodał: – Mu­sia­łem spró­bo­wać.

Dru­gie po­miesz­cze­nie esca­pe roomu było wiej­ską izbą sprzed dzie­się­cio­le­ci. Stał tu piec ka­flo­wy, łóżko, któ­rym za­wład­nę­ły pa­skud­ne, ró­żo­we lalki, a także regał z ga­blo­ta­mi za szkłem i pół­ka­mi peł­ny­mi ksią­żek. Na ścia­nach wi­sia­ły po­dłuż­ne ob­ra­zy przed­sta­wia­ją­ce sceny po­lo­wań czy pa­no­ra­my od­le­głych krain. Tymek pró­bo­wał otwo­rzyć je­dy­ne znaj­du­ją­ce się tu okno – oczy­wi­ście oka­za­ło się atra­pą, a klam­ka, którą wcze­śniej zna­lazł, nie pa­so­wa­ła. Za szybą przed­sta­wio­no ilu­stra­cję ciem­ne­go lasu.

Naj­wi­docz­niej tak Da­niel Tom­czyk wy­obra­żał sobie po­miesz­cze­nie, w któ­rym miesz­kał pro­wa­dzą­cy Nocne Radio. I z któ­re­go po­sy­łał w świat swą au­dy­cję.

Roz­wią­zy­wa­li ko­lej­ne za­gad­ki w bar­dzo do­brym tem­pie, tym­cza­sem Ewe­li­na wciąż tkwi­ła w skrzy­ni. Obie­ca­li jej, że szyb­ko upo­ra­ją się z po­ko­jem i wtedy zo­sta­nie uwol­nio­na.

– Włącz jesz­cze raz tę ka­se­tę – po­le­cił Tymek Gun­na­ro­wi.

– Jak? Wci­skam i nic.

– Tam jest taśma, mu­sisz prze­wi­nąć. Daj mi to.

Po chwi­li ze sta­re­go od­twa­rza­cza po­pły­nę­ły od­gło­sy zwie­rząt na tle szumu drzew.

– Na pewno sły­chać tam dzię­cio­ła, sowę i wilka – stwier­dził Tymek.

– Wszyst­kie trzy zwie­rzę­ta wci­śnię­te – po­wie­dział Gun­nar, spo­glą­da­jąc na piec. – Nic się nie stało, co nie? Bra­ku­je czwar­te­go.

– Coś za­ry­cza­ło na końcu. Co to było?

– Może… koza?

– Czy ty wi­dzia­łeś kie­dyś kozę, chło­pie? – zi­ry­to­wał się Tymek. – To coś du­że­go, jak bydło do­mo­we. Jest tam do wy­bo­ru krowa?

– Krowa z ro­ga­mi – stwier­dził Gun­nar, pod­cho­dząc do pieca.

– Wci­skaj.

Trzask. Z pieca wy­le­ciał klucz.

– To na pewno do tej szaf­ki – po­wie­dział Tymek, pod­niósł zna­le­zi­sko i otwo­rzył ostat­nie nie­do­stęp­ne miej­sce.

W środ­ku znaj­do­wa­ła się duża mied­ni­ca przy­kry­ta tarą do pra­nia. Wyjął ją ostroż­nie i po­sta­wił na pod­ło­dze. Chwy­cił tarę, po czym od­sko­czył jak opa­rzo­ny. Nogą prze­su­nął przed­miot z po­wro­tem na swoje miej­sce.

– Co? – za­py­tał Gun­nar.

– Tam są szczu­ry. Praw­dzi­we szczu­ry. I klucz. Pew­nie do wyj­ścia.

– Daj spo­kój, w po­ko­jach nie ma zwie­rząt.

Gun­nar zaj­rzał pod tarę i za­klął obrzy­dli­wie.

– Trze­ba wsa­dzić rękę i go wy­cią­gnąć – zde­cy­do­wał Tymek. – Ty czy ja?

– Może mają spi­ło­wa­ne zęby albo coś?

Znie­cier­pli­wio­ny Tymek ścią­gnął obrus z nie­wiel­kie­go sto­licz­ka, owi­nął sobie nim rękę aż po ło­kieć i wsa­dził ją do misy. Po­czuł, jak zwie­rzę­ta ocie­ra­ją się o jego przed­ra­mię i wzdry­gnął się z obrzy­dze­nia. Jeden z gry­zo­ni pró­bo­wał prze­ci­snąć się przez szpa­rę po­mię­dzy mied­ni­cą, ręką a tarą, lecz Gun­nar we­pchnął go z po­wro­tem po­de­szwą buta.

– Mam. – Klucz za­błysz­czał w ręce stu­den­ta. – Oby do wyj­ścia. Jaki mamy czas?

– Pew­nie dobry, pół go­dzi­ny maks.

Drzwi wej­ścio­we znaj­do­wa­ły się obok fał­szy­we­go okna. Tymek prze­krę­cił klucz w zamku i pchnął je – ukazał się korytarz i sofa, na któ­rej wcze­śniej sie­dzie­li. Ode­tchnę­li z ulgą. Gdyby zna­leź­li się w trze­cim po­miesz­cze­niu esca­pe roomu, ich zdro­wie psy­chicz­ne mo­gło­by tego nie wy­trzy­mać.

– Hej! – za­wo­łał Gun­nar. – Pro­szę pani! Wy­szli­śmy!

Na ko­ry­ta­rzu pa­no­wa­ła dziw­na cisza. Przy sta­no­wi­sku z kom­pu­te­rem, skąd po­wi­nien do­glą­dać ich mistrz gry, nie było ni­ko­go.

– Wy­szli­śmy – po­wie­dział Tymek do krót­ko­fa­lów­ki.

– Tak wam się tylko wy­da­je – od­po­wie­dział ten sam męski głos, który stra­szył ich wcze­śniej.

Usły­sze­li kroki. Zza ścia­ny wy­ło­nił się jakiś czło­wiek. Miał na sobie maskę byka z wiel­ki­mi otwo­ra­mi na oczy, od­sta­ją­cy­mi usza­mi i spo­ry­mi ro­ga­mi. Kółko w noz­drzach po­ru­sza­ło się ryt­micz­nie z każ­dym kro­kiem nie­zna­jo­me­go. Trzy­mał wiel­ką pałkę po­kry­tą czer­wo­ną sub­stan­cją.

– No co do kurwy! – rzu­cił Gun­nar. – To już jest prze­sa­da. Tam w środ­ku…

Byk za­mach­nął się pałką i przy­gwoź­dził głowę Gun­na­ra do ścia­ny. Krew try­snę­ła, ochla­pu­jąc pod­ło­gę i zszo­ko­wa­ne­go Tymka. Jego przy­ja­ciel kil­ka­krot­nie drgnął spa­zma­tycz­nie, a potem po­twór wy­szar­pał broń z jego czasz­ki i stu­dent upadł na pod­ło­gę.

Tymek cof­nął się do po­ko­ju, za­mknął drzwi i prze­krę­cił klucz w zamku.

– Ja pier­do­lę…

Przez bar­dzo krót­ką chwi­lę nie miał po­ję­cia, co robić. Mor­der­ca za­czął ude­rzać w drzwi z za­wzię­to­ścią su­ge­ru­ją­cą, że zaraz je wy­ła­mie.

Tymek cof­nął się do po­miesz­cze­nia imi­tu­ją­ce­go piw­ni­cę i pod­szedł do skrzy­ni, w któ­rej sie­dzia­ła Ewe­li­na.

– Bądź cicho – wy­szep­tał. – To nie żarty. Uda­waj, że cię tu nie ma.

– Co? – za­py­ta­ła.

– Cicho – po­wtó­rzył. – Ina­czej zgi­niesz.

Po­słu­cha­ła i nie ode­zwa­ła się już ani sło­wem. Do­brze.

Każde ko­lej­ne ude­rze­nie w drzwi wy­da­wa­ło się gło­śniej­sze, miał wra­że­nie, że ten ktoś na­pie­ra na nie całym cia­łem. Za­wia­sy były bli­skie ka­pi­tu­la­cji.

Miał dwie opcje – scho­wać się lub skon­fron­to­wać z psy­cho­pa­tą. Kry­jów­ki były czte­ry – otwar­te skrzy­nie i szafa. Jeśli wej­dzie do tej, która zo­sta­nie spraw­dzo­na jako pierw­sza, z pew­no­ścią zgi­nie. W innym przy­pad­ku może uda mu się wy­sko­czyć i uciec. Co wcale nie bę­dzie ozna­cza­ło, że nie doj­dzie do kon­fron­ta­cji, tylko że póź­niej.

Łup, łup, łup.

Po­sta­no­wił wal­czyć. Miał coś, czego bę­dzie mógł użyć.

Drzwi w końcu wy­pa­dły z za­wia­sów, a czło­wiek-byk wkro­czył do środ­ka. Jego oczy, wi­docz­ne przez maskę, były prze­ra­ża­ją­ce i prze­stra­szo­ne jed­no­cze­śnie.

Tymek klę­czał na środ­ku po­ko­ju i cze­kał. Roz­wią­za­nie, które wy­my­ślił, wy­da­ło mu się opty­mal­ne, ale oczy­wi­ście mogło być za­wod­ne.

Męż­czy­zna ude­rzył. Tymek pod­niósł tarę – so­lid­ną, me­ta­lo­wą w drew­nia­nej ramie – za­trzy­mał nią ude­rze­nie, choć ręce omal nie wy­le­cia­ły mu z łokci. Opu­ścił jedną z dłoni, pod­niósł nią pełną szczu­rów mied­ni­cę i rzu­cił za­war­tość pro­sto w gębę byka.

Nie­zna­jo­my wrza­snął. Trzy gry­zo­nie ucze­pi­ły się maski, jeden na uchu, drugi na rogu, trze­ci bli­sko oczo­do­łu. Ten ostat­ni nie­mal wsa­dził pysz­czek w oko na­past­ni­ka.

Stu­dent przy­cią­gnął do sie­bie tarę i był go­to­wy zadać de­cy­du­ją­cy cios, lecz byk, choć jedną ręką pró­bo­wał ścią­gnąć gry­zo­nie, drugą wciąż wy­ma­chi­wał na oślep pałką.

Tymek wy­mi­nął go sze­ro­kim łu­kiem i wy­do­stał się z esca­pe roomu.

 

Część trze­cia

Po nitce do kłęb­ka

Choć Pub Grozy upodob­nio­no do kryp­ty, sty­li­za­cja nie do­tar­ła na za­ple­cze. Pod­ło­ga była tu za­sta­wio­na zgrzew­ka­mi na­po­jów i skrzyn­ka­mi piwa, na dużym ku­chen­nym bla­cie stały mi­kro­fa­lów­ki i piec, a przy wej­ściu umiesz­czo­no dużą szafę dla pra­cow­ni­ków. Ad­rian­na i Basia zaj­rza­ły do niej i od­na­la­zły je­dy­nie ubra­nia z lo­giem Cen­trum Grozy. Po­szpe­ra­ły w szu­fla­dach i uzbro­iły się w dłu­gie, ostre noże.

W po­miesz­cze­niu znaj­do­wa­ły się dwa okna, wą­skie i dłu­gie, zbyt małe, by mógł się przez nie prze­ci­snąć czło­wiek.

– Idzie­my dalej – zde­cy­do­wa­ła Ad­rian­na, choć po­wo­li tra­ci­ła na­dzie­ję, że znaj­dą wyj­ście z tego la­bi­ryn­tu. Za­sta­na­wia­ło ją, dla­cze­go drzwi do pubu były otwar­te. Jakby ktoś to wszyst­ko przy­go­to­wał i oddał całe Cen­trum Grozy do dys­po­zy­cji tym, któ­rym przyj­dzie wal­czyć o życie.

Gdy ko­bie­ty prze­cho­dzi­ły przez lokal, sto­ją­ce w pół­mro­ku syl­wet­ki po­sta­ci z hor­ro­rów spo­glą­da­ły nie­ru­cho­my­mi ocza­mi na każdy ich krok.

– Gdzie teraz? – za­py­ta­ła Basia. Szła z nożem w wy­pro­sto­wa­nej ręce, jakby trzy­ma­ła po­chod­nię.

– Może…

Za­mar­ły, gdy po­ja­wi­ła się przed nimi ludz­ka syl­wet­ka. Jakiś chu­der­la­wy, młody męż­czy­zna w oku­la­rach. Był prze­ra­żo­ny, ale nie wy­glą­dał na za­gu­bio­ne­go. W ręku trzy­mał jakiś wiel­ki pro­sto­kąt­ny przed­miot.

– To on? – za­py­ta­ła Ad­rian­na, moc­niej ści­ska­jąc nóż.

– Nie – za­prze­czy­ła Basia. – Tam­ten był więk­szy.

– Je­stem Tymek – przed­sta­wił się. – Też szu­ka­cie wyj­ścia?

 

***

 

Ewe­li­na za­czę­ła po­dej­rze­wać, że zo­sta­nie w tej skrzy­ni na za­wsze.

Choć nie bra­ko­wa­ło jej po­wie­trza – gdzieś w drew­nie mu­sia­ły być otwo­ry wen­ty­la­cyj­ne – wciąż miała wra­że­nie, że zaraz się udusi. By nieco przy­ci­szyć pa­ni­kę, za­czę­ła po raz ko­lej­ny oglą­dać wnę­trze wię­zie­nia przy po­mo­cy nie­wiel­kiej la­tar­ki.

Tymek po­wie­dział jej, że ma za­cho­wać ciszę i to nie są żarty. Póź­niej sły­sza­ła ja­kieś przy­tłu­mio­ne od­gło­sy i krzyk. Nie ro­zu­mia­ła, co się dzie­je. To było mi­nu­tę temu? Dwie mi­nu­ty? Pół go­dzi­ny? Ile już tu sie­dzia­ła? Czy chło­pa­ki wy­do­sta­li się z po­ko­ju? Ogar­nę­ła ją obłą­ka­na myśl, że wszy­scy za­po­mnie­li, że tu sie­dzi i minie wiele dni, nim ktoś od­kry­je jej ciało.

Coś gło­śno ude­rzy­ło w drew­no za jej ple­ca­mi. O mało nie ude­rzy­ła głową o prze­ciw­le­głą ścia­nę, w ostat­niej chwi­li przy­trzy­mu­jąc się pod­nie­sio­ną ręką.

Ko­lej­ne łup­nię­cie, jesz­cze po­tęż­niej­sze, na wy­so­ko­ści głowy. Drżąc na całym ciele, ukuc­nę­ła, za­par­ła się ko­la­na­mi i wbiła zęby w przed­ra­mię, by stłu­mić krzyk. Jesz­cze jedno ude­rze­nie, drza­zgi wy­lą­do­wa­ły na jej wło­sach, duży ka­wa­łek drew­na mu­snął ramię i upadł na dno skrzy­ni.

Po kilku ko­lej­nych wstrzą­sach po­czu­ła na­pływ po­wie­trza. Ktoś zro­bił dziu­rę w skrzy­ni. Łu­dzi­ła się, że to ob­słu­ga po­ko­ju po­sta­no­wi­ła ją wy­do­stać, lecz dla­cze­go nikt się do niej nie od­zy­wał?

Pod­nio­sła głowę i uj­rza­ła ja­sność. Ktoś oświe­tlał wnę­trze, za­pew­ne te­le­fo­nem. Jesz­cze moc­niej przy­war­ła do pod­ło­gi, pró­bu­jąc po­zo­stać w ciem­no­ści.

Świa­tło zga­sło i w otwo­rze po­ja­wi­ła się czy­jaś ręka. Prze­su­nę­ła się o cen­ty­me­try ponad czub­kiem jej głowy. Przez chwi­lę tań­czy­ła w po­wie­trzu, prze­cze­su­jąc miej­sca, któ­rych nie dało się zo­ba­czyć z ze­wnątrz, a póź­niej znik­nę­ła.

Ko­lej­ny mo­ment ciszy. Ewe­li­na wgry­zła się w przed­ra­mię nie­mal do krwi, lecz nie wy­da­ła żad­ne­go od­gło­su.

Już miała na­dzie­ję, że ten ktoś sobie po­szedł, gdy przez dziu­rę coś prze­le­cia­ło i wy­lą­do­wa­ło na jej udzie. Było lek­kie. I ru­sza­ło się. Czuła przez spodnie łapki gry­zo­nia i o mało nie pod­sko­czy­ła z obrzy­dze­nia. Za­miast tego lekko ru­szy­ła nogą, zrzu­ca­jąc zwie­rzę na dno skrzy­ni. Przez chwi­lę li­czy­ła, że to mysz, lecz mu­śnię­cie dłu­gie­go ogona po­zba­wi­ło ją wszel­kich złu­dzeń.

Wie­dzia­ła, że ten ktoś stoi przy skrzy­ni i czeka. Dzie­li­ły ich ja­kieś dwa cen­ty­me­try drew­na. Ewe­li­na wciąż się nie ru­sza­ła, mimo że szczur wszedł na jej stopę. Ża­ło­wa­ła, że nie za­ło­ży­ła jakichś gru­bych butów, naj­le­piej zi­mo­wych. Ale był kwie­cień, więc wy­bra­ła ba­le­ri­ny. Szczur sko­rzy­stał z tego i wbił zęby tuż po­ni­żej kost­ki.

Zalał ją ból. Przez mo­ment była pewna, że nie wy­trzy­ma. Za­mknę­ła oczy, pró­bu­jąc uspo­ko­ić krą­żą­cą wokół rze­czy­wi­stość i nie ze­mdleć. W końcu usły­sza­ła, jak ten ktoś od­cho­dzi.

Od­cze­ka­ła chwi­lę, by się upew­nić, że na­past­nik nie wróci, po czym wsta­ła. Czu­bek jej po­kry­tej drza­zga­mi głowy znaj­do­wał się tuż po­ni­żej otwo­ru. Po­czu­ła gry­zo­nia, który wciąż krę­cił się jej mię­dzy no­ga­m, i, nieco przy­pad­kiem, przy­dep­ta­ła go za ogon. Czu­jąc dziką sa­tys­fak­cję, drugą stopą za­czę­ła miaż­dżyć szkod­ni­ka, chcąc zro­bić z niego krwa­wą mia­zgę.

I wtedy coś za­uwa­ży­ła. Na drzwiach skrzy­ni znaj­do­wał się mały prze­łącz­nik. Był tu wcze­śniej? Na­ci­snę­ła go i wnę­trze roz­ja­rzy­ło się ul­tra­fio­le­tem, ujaw­nia­jąc napis:

 

Prze­sąd­ni zo­sta­ną tu na za­wsze.

 

Co to zna­czy­ło? Była prze­sąd­na, czy w takim razie…

Szczur, jak się oka­za­ło wciąż żywy, wy­mknął się spod po­de­szwy, pisz­cząc gło­śno, gotów na ko­lej­ną rundę walki. W tym samym cza­sie przez dziu­rę prze­do­stał się drugi gry­zoń.

Ewe­li­na po­my­śla­ła, że jeśli tu zo­sta­nie, zje­dzą ją żyw­cem. Mu­sia­ła ucie­kać. Pod­sko­czy­ła, zła­pa­ła dziu­rę dłoń­mi i za­par­ła się no­ga­mi o prze­ciw­le­głą ścia­nę. Ka­le­cząc każdy cen­ty­metr ciała, za­czę­ła się pod­cią­gać i prze­ci­skać. Jeden z jej butów zo­stał w skrzy­ni, brzuch ob­tar­ła sobie do krwi, a ude­rze­nie o pod­ło­gę oszo­ło­mi­ła ją tak, że ledwo zdo­ła­ła dojść do sie­bie, lecz była wolna.

Po dwóch kro­kach za­krę­ci­ło jej się w gło­wie i usia­dła na dzie­cię­cym krze­seł­ku. Pa­trzy­ła na wej­ście do esca­pe roomu i długo nie ro­zu­mia­ła, co widzi. Ktoś tam leżał. Czło­wiek?

Po­de­szła do niego po­wo­li. Krew z głowy męż­czy­zny roz­pry­sła się na cały ko­ry­tarz, a twarz zmie­ni­ła się w krwa­wą mia­zgę. Gdyby nie ubra­nie, nie po­zna­ła­by go.

Zwy­mio­to­wa­ła, obry­zgu­jąc sobie nogi aż po ko­la­na, po czym od­wró­ci­ła wzrok i po­kuś­ty­ka­ła gdzieś przed sie­bie, byle dalej od tego wi­do­ku.

 

***

 

– Je­stem Tymek – przed­sta­wił się. – Też szu­ka­cie wyj­ścia?

Obie ko­bie­ty uzbro­jo­ne były w noże i spo­glą­da­ły na niego za­sko­czo­ne. Ta star­sza mogła mieć trzy­dzie­ści kilka lat, lecz jasne włosy i nie­na­gan­na fi­gu­ra spra­wia­ły, że wy­glą­dem mo­gła­by ry­wa­li­zo­wać z do­wol­ną osiem­na­sto­lat­ką. Ta młod­sza była ciem­no­wło­sa, nieco pulch­na i za­pew­ne zbli­żo­na wie­kiem do Tymka.

– Byłem w esca­pe ro­omie – po­wie­dział, wi­dząc, że nie opusz­cza­ją noży.

– Gdzie po­zo­sta­li? – za­py­ta­ła star­sza.

– Gość w masce byka zabił mo­je­go ko­le­gę. Ko­le­żan­ka zo­sta­ła w po­ko­ju, jest do­brze scho­wa­na.

– Nas też szuka ten psy­chol – wy­zna­ła młod­sza prze­ra­żo­nym gło­sem.

– Byłem przy wyj­ściu, jest za­mknię­te. Nie zdą­ży­łem za­brać te­le­fo­nu, dzwo­ni­ły­ście już po pomoc?

– Nie ma sy­gna­łu – od­par­ła ja­sno­wło­sa.

– Okna? Może w czę­ści ho­te­lo­wej?

– Przez żadne nie da się wyjść. To pie­przo­ne wię­zie­nie.

Tymek, wciąż ści­ska­jąc w ręku tarę, za­czął wę­dro­wać po pubie i ana­li­zo­wać sy­tu­ację, cały czas spo­glą­da­jąc jed­nym okiem na wej­ście. Po tym, jak nie dał rady wy­do­stać się przez głów­ne drzwi, uda­nie się do pubu wy­da­ło mu się oczy­wi­ste. Miał na­dzie­ję spo­tkać ludzi, miej­sco­wych pi­ją­cych do późna. W gru­pie za­wsze było bez­piecz­niej. Dwie prze­ra­żo­ne ko­bie­ty to nie­wie­le, ale trud­no. Po­pra­cu­je z tym, co ma.

– Mu­si­my dalej szu­kać wyj­ścia – po­wie­dział. – Jed­nak on tu przyj­dzie.

Młod­sza z ko­biet jęk­nę­ła.

– Co ro­bi­my? – za­py­ta­ła star­sza.

– Za­cza­imy się na niego i obez­wład­ni­my – zde­cy­do­wał.

Obie spo­glą­da­ły na niego ze zgro­zą.

– Jak? – za­py­ta­ła star­sza.

Sta­nął przed szóst­ką figur przed­sta­wia­ją­cych po­sta­cie z po­pu­lar­nych fil­mów. Zdjął jed­nej maskę. To były zwy­kłe skle­po­we ma­ne­ki­ny, ubra­ne w ko­stiu­my. Tuż obok wy­sta­wy znaj­do­wa­ła się szafa gra­ją­ca.

– Wy­ko­rzy­sta­my prze­wa­gę śro­do­wi­ska – po­wie­dział Tymek. – Po­trze­bu­ję kilku monet i jed­nej ochot­nicz­ki na przy­nę­tę.

 

***

 

Basia miała złe prze­czu­cia. Tych dwoje naj­wi­docz­niej uwa­ża­ło się za ja­kichś mi­tycz­nych bo­ha­te­rów, bo nie przyj­mo­wa­li do wia­do­mo­ści, że psy­chol jest na­praw­dę nie­bez­piecz­ny. Tymek prze­ko­ny­wał, że pew­nie uda­wa­ło mu się za­bi­jać, wy­ko­rzy­stu­jąc ele­ment za­sko­cze­nia. Za­py­ta­ła, czy wy­peł­nio­na zwło­ka­mi sala ki­no­wa nie świad­czy o czymś zgoła innym, lecz zi­gno­ro­wał to. Ad­rian­na na­to­miast była nie mniej sza­lo­na, bo zgo­dzi­ła się zo­stać przy­nę­tą.

Basia nie była czę­ścią ich zwa­rio­wa­ne­go po­my­słu, więc ka­za­li jej się ukryć. Nie miała wiel­kie­go wy­bo­ru – po­szła na za­ple­cze. Przez okno łą­czą­ce to po­miesz­cze­nie z pubem wi­dzia­ła jed­nak cały lokal. Zda­wa­ła sobie spra­wę, że jeśli im się nie uda, mor­der­ca przyj­dzie także po nią.

Po­miesz­cze­niem wstrzą­snął gło­śny, obłą­ka­ny śmiech męż­czy­zny stop­nio­wo prze­cho­dzą­cy w szloch. To Ad­rian­na wrzu­ci­ła mo­ne­tę, uru­cha­mia­jąc tę po­twor­ność, szafę gra­ją­cą dla psy­cho­pa­tów. Ko­bie­ta stała przed ustroj­stwem bez­bron­na jak młoda sarna w ciem­nym lesie. Dźwięk roz­brzmie­wał przez około mi­nu­tę, póź­niej za­pa­dła prze­ra­ża­ją­ca cisza. Basia wi­dzia­ła, że ko­bie­ta się­gnę­ła po ko­lej­ną mo­ne­tę i wrzu­ci­ła ją do ma­szy­ny, tym razem wy­bie­ra­jąc po­twor­ny ryk ja­kie­goś zwie­rzę­cia czy in­ne­go po­two­ra. Ależ to było gło­śne, Basia nie sły­sza­ła wła­snych myśli. Może do­brze, bo w jej gło­wie ro­dzi­ły się same pa­skud­ne wizje.

Gdy za­dud­nił trze­ci dźwięk – kosz­mar­ny ja­zgot – do­strze­gła w ko­ry­ta­rzu ludz­ką syl­wet­kę. Zbli­ża­ła się i rosła. Rogi ster­czą­ce z głowy, w ręku ol­brzy­mia ma­czu­ga. Wszedł w pół­mrok pubu i za­uwa­żył Ad­rian­nę. Basia za­czę­ła dy­go­tać. Wie­dzia­ła, że po­win­na się scho­wać, lecz jej twarz wciąż tkwi­ła przy szy­bie. Po­cie­sza­ła się, że na za­ple­czu było ciem­no, nie po­wi­nien jej zo­ba­czyć.

– Wy­brać dla cie­bie jakiś utwór? – rzu­ci­ła śmia­ło Ad­rian­na.

Byk prze­mie­rzał pub wolno, mi­ja­jąc ko­lej­ne sofy, fo­te­le i sto­li­ki. Był już dwa kroki od ko­bie­ty, nie­mal w za­się­gu broni, i wtedy jedna z figur ożyła. Ta z filmu „Krzyk”. Mor­der­ca wy­chwy­cił ruch, zdą­żył się ob­ró­cić, lecz Tymek ude­rzył go z całej siły w głowę. Pa­tel­nią, którą zna­leź­li na za­ple­czu. Wybór broni sko­ja­rzył się Basi z kre­sków­ką, lecz oka­zał się cał­kiem dobry. Po­twór padł na pod­ło­gę. Tymek przy­wa­lił mu jesz­cze dwa razy, a Ad­rian­na wy­rwa­ła z ręki ma­czu­gę.

Basia pod­bie­gła do ciała i z sa­tys­fak­cją zdję­ła maskę, cią­gnąć za rogi. Potem ze wstrę­tem ci­sne­ła ją na za­ple­cze.

– O cho­le­ra, prze­cież to jakiś dzie­ciak – po­wie­dział z nie­do­wie­rza­niem Tymek, który zdą­żył już zrzu­cić swoją maskę ducha. Ukląkł i za­czął krę­po­wać ręce zno­kau­to­wa­ne­go na­sto­lat­ka, uży­wa­jąc paska.

– Co z nim zro­bi­my? – za­py­ta­ła Basia.

– Za­mknie­my w sza­fie – zde­cy­do­wał Tymek. – Nie­przy­tom­ny, zwią­za­ny, pod klu­czem, bez broni. Nic nam nie zrobi.

– A nie po­win­ni­śmy go… zabić? – za­pro­po­no­wa­ła Basia. – W fil­mach, jeśli oszczę­dzisz mor­der­cę, za­wsze wraca i cię do­pa­da.

– Przy­po­mi­nam, że ży­je­my w Pol­sce – za­czął Tymek. – Jeśli go wy­koń­czy­my, wle­pią nam ja­kieś prze­kro­cze­nie obro­ny ko­niecz­nej i bę­dzie­my mieć spore kło­po­ty. Poza tym kto miał­by to zro­bić?

Pa­trzy­li po sobie i nikt nie za­brał już głosu.

Nie bez trudu we­pchnę­li byka do szafy na za­ple­czu i za­mknę­li ją na klucz, który za­brał Tymek.

Po chwi­li oszo­ło­mie­ni i wciąż prze­ra­że­ni usie­dli na sofie w pubie.

– Jak my­śli­cie, kto to? – za­py­tał chu­dzie­lec.

– Nie mam po­ję­cia – od­par­ła Ad­rian­na. – To wszyst­ko, co tu się wy­da­rzy­ło, jest ir­ra­cjo­nal­ne. Gdzie pra­cow­ni­cy? Czemu nie da się wyjść?

– Może za tym wszyst­kim stoi szef tego miej­sca? – do­mnie­my­wał Tymek. – Jak on się na­zy­wał?

– Da­niel Tom­czyk – od­po­wie­dzia­ła Basia.

– Mógł ode­słać pra­cow­ni­ków do domu – Ad­rian­na gło­śno my­śla­ła. – Jed­nak nie wi­dzie­li­śmy go tu. Chyba że… zro­bi­ła to jego żona. To mogła być ta ko­bie­ta, która za­pro­po­no­wa­ła nam dar­mo­we wej­ście do kina.

– Nas do esca­pe roomu też wpro­wa­dzi­ła ko­bie­ta – po­wie­dział Tymek. – Póź­niej znik­nę­ła.

– Ale dla­cze­go Tom­czy­ko­wie mie­li­by coś ta­kie­go od­wa­lić? – za­sta­na­wia­ła się Basia. – Chyba że… Nocne Radio ich do­pa­dło. To praw­dzi­we. Pro­wa­dzą­cy ponoć był upio­rem. Mógł ich do tego na­kło­nić.

– Upio­ry nie ist­nie­ją – stwier­dził Tymek. – Choć może rze­czy­wi­ście miesz­ka tu jakiś psy­cho­pa­ta, który nada­wał tamte au­dy­cje i za tym wszyst­kim stoi. To teraz nie­waż­ne. Mu­si­my się wy­do­stać, bo cho­le­ra wie, co jesz­cze przy­go­to­wa­li. Je­ste­śmy w la­bi­ryn­cie, a za­zwy­czaj z każ­de­go jest ja­kieś wyj­ście. Trze­ba to roz­gryźć. Roz­wią­za­łem wszyst­kie za­gad­ki w esca­pe ro­omie i były tam rze­czy, któ­rych nie wy­ko­rzy­sta­łem. Tak jakby miały przy­dać się póź­niej.

– Jakie? – za­py­ta­ła Ad­rian­na.

– Dzie­cię­cy sto­lik i krze­seł­ko, a także ry­su­nek dziew­czyn­ki z upio­rem na tle chaty.

– Córka Tom­czy­ków – olśni­ło nagle Basię. – Upiór ją po­rwał i ich za­szan­ta­żo­wał.

– Nie ma żad­nych upio­rów – po­wtó­rzył Tymek. – Drugą rze­czą była klam­ka okien­na. Gdzieś tu musi być okno, które można otwo­rzyć. To pew­nie nasze wyj­ście.

Ad­rian­na nagle wsta­ła.

– Na­wie­dzo­ny pokój – po­wie­dzia­ła oży­wio­na. – Numer trzy­na­ście. No prze­cież! Przez dziur­kę od klu­cza było widać okno, zu­peł­nie nor­mal­ne, nie takie za­kra­to­wa­ne jak w in­nych po­miesz­cze­niach.

– Klam­ka zo­sta­ła w esca­pe ro­omie. – Tymek za­gryzł wargę. – Pój­dzie­my po nią, a potem pro­sto do trzy­nast­ki.

– A co z… – Basia wska­za­ła pal­cem.

– Niech sie­dzi w za­gro­dzie jak przy­sta­ło na byka – po­wie­dzia­ła Ad­rian­na.

 

***

 

Ewe­li­na wy­cią­gnę­ła te­le­fon z szaf­ki, w któ­rej go zo­sta­wi­ła przed wej­ściem do po­ko­ju ucie­czek, lecz nie mogła ni­g­dzie się do­dzwo­nić. Póź­niej na wpół świa­do­ma do­wlo­kła się do głów­ne­go wyj­ścia Cen­trum Grozy. Drzwi były za­mknię­te. Za­klę­ła i pró­bo­wa­ła ze­brać myśli. Mu­sia­ła zna­leźć ludzi albo cho­ciaż Tymka. Gdzieś ktoś po­wi­nien być.

Po­sta­no­wi­ła udać się do kina. Pró­bo­wa­ła po­ru­szać się cicho, w końcu ten ktoś, kto ją za­ata­ko­wał, gdzieś tam się czaił.

Drzwi na salę były otwar­te, a za nimi le­ża­ły dwa ciała – mło­de­go chło­pa­ka i sta­rusz­ki. Jeden ze szczu­rów zdą­żył przy­być na ucztę, lecz uciekł, spło­szo­ny kro­ka­mi Ewe­li­ny. Na scho­dach dwa ko­lej­ne ciała, a po pra­wej, za ostat­nim rzę­dem sie­dzeń, jesz­cze jedno. Zwy­mio­to­wa­ła­by po­now­nie, ale już nie miała czym. Opu­ści­ła kino naj­szyb­ciej, jak po­tra­fi­ła.

Cho­dze­nie po tym la­bi­ryn­cie obłę­du nie było zbyt mądre, ale nę­ka­ło ją prze­czu­cie, że gdyby się za­trzy­ma­ła i ukry­ła, ten ktoś by ją zna­lazł. Miała wra­że­nie, jakby na świe­cie zo­sta­ła tylko ona i on. Cała resz­ta zda­wa­ła się mar­twa jak w ja­kimś cho­rym fil­mie o po­cząt­kach apo­ka­lip­sy.

Bo­la­ła ją każda część ciała, ale mimo to parła przed sie­bie. Skie­ro­wa­ła się w stro­nę pubu. Tuż przed wej­ściem wy­da­wa­ło jej się, że kątem oka widzi jakąś sta­rusz­kę sto­ją­cą w ciem­nym ko­ry­ta­rzu, lecz gdy spoj­rza­ła w tamto miej­sce, ni­ko­go nie uj­rza­ła.

W pubie nie było ciał, co spra­wi­ło, że nie­mal za­pła­ka­ła z ra­do­ści. Spod ścia­ny pa­trzy­ły na nią po­sta­ci z hor­ro­rów i przez se­kun­dę była pewna, że rzucą się na nią i roz­szar­pią. To były tylko nie­groź­ne de­ko­ra­cje. Jeden ze stro­jów wraz z maską leżał na pod­ło­dze.

– Po­mo­cy! – usły­sza­ła głos z za­ple­cza.

Zna­la­zła kogoś. Na­praw­dę kogoś zna­la­zła. Mimo za­le­wa­ją­cej ulgi na za­ple­cze we­szła ostroż­nie. Nie­wy­klu­czo­ne, że to była pu­łap­ka.

– Gdzie je­steś? – za­py­ta­ła.

– Tu – od­parł z wnę­trza me­ta­lo­wej szafy. To mu­siał być ktoś młody, może na­sto­la­tek.

Przy­po­mnia­ła sobie wła­sne za­mknię­cie i to­wa­rzy­szą­ce mu ataki pa­ni­ki. Mu­sia­ła pomóc temu komuś.

– Co się stało? – za­py­ta­ła.

– Jakiś psy­chol mnie tu wsa­dził. Otwórz, pro­szę.

Szarp­nę­ła za drzwicz­ki.

– Za­mknię­te na klucz – od­par­ła.

– Mam tu jeden. Był w ko­szu­li jed­ne­go z pra­cow­ni­ków. Podam ci przez szcze­li­nę.

Z po­dłuż­ne­go otwo­ru w drzwicz­kach wy­ło­nił się srebr­ny kształt. Ewe­li­na po­chwy­ci­ła go i drżą­cy­mi dłoń­mi otwo­rzy­ła szafę. Wy­gra­mo­lił się z niej wiel­ki młody chło­pak cały po­kry­ty krwią.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dział, zrzu­ca­jąc z nad­garst­ków pasek.

Kątem oka za­uwa­ży­ła, że na pod­ło­dze za­ple­cza leży maska. Wiel­ka i brzyd­ka, taka po­kry­wa­ją­ca nie tylko twarz, lecz całą głowę. Przed­sta­wia­ła byka. Może była czę­ścią wy­stro­ju?

Młody przez chwi­lę dy­szał cięż­ko, po czym uspo­ko­ił się w końcu i spoj­rzał na swą wy­zwo­li­ciel­kę.

– Za­mknij się! – krzyk­nął nie­spo­dzie­wa­nie. – Mam cię, kurwa dość, chory skur­wy­sy­nie!

Ewe­li­nę za­mu­ro­wa­ło. Po­my­śla­ła, że musi ucie­kać, lecz nim zdą­ży­ła się ru­szyć, chło­pak chwy­cił ją za głowę. Uła­mek se­kun­dy póź­niej uj­rza­ła przed ocza­mi ka­mien­ny blat, po­czu­ła kosz­mar­ny ból i za­la­ła ją ciem­ność.

 

***

 

Dłoń Gun­na­ra ob­gry­za­ły trzy szczu­ry. Tymek z wście­kło­ścią kop­nął jed­ne­go, a dwa po­zo­sta­łe umknę­ły, nim tam­ten zdą­żył wy­lą­do­wać.

Obie ko­bie­ty za­trzy­ma­ły się dość da­le­ko od ciała i od­wró­ci­ły wzrok.

– Dobra, za­cze­kaj­cie tu, zaraz wrócę – po­wie­dział do nich i wszedł do po­ko­ju ucie­czek.

Skie­ro­wał się do dru­gie­go z po­miesz­czeń i serce od razu po­de­szło mu do gar­dła. W skrzy­ni, w któ­rej po­zo­sta­wił Ewe­li­nę, zio­nę­ła wiel­ka dziu­ra. Co dziw­ne, w gór­nej czę­ści.

– Hej, je­steś tam? – za­py­tał. – To ja, już mo­żesz się od­zy­wać. Nie­bez­pie­czeń­stwo za­że­gna­ne.

Cisza.

Za­tar­gał pod skrzy­nię sto­lik, wszedł na niego i oświe­tlił wnę­trze nie­daw­no od­zy­ska­nym te­le­fo­nem. W środ­ku nie było Ewe­li­ny, je­dy­nie jej but i dwa szczu­ry. Wy­łą­czył la­tar­kę i spoj­rzał na napis wi­dzia­ny w ul­tra­fio­le­to­wym świe­tle.

 

Prze­sąd­ni zo­sta­ną tu na za­wsze.

 

– Wsadź se w dupę tę pod­po­wiedź – rzu­cił. – Do­my­śli­li­śmy się sami.

Nie miał po­ję­cia, dokąd udała się Ewe­li­na, ale nie gro­zi­ło jej żadne nie­bez­pie­czeń­stwo. Wróci po nią, był to winny Gun­na­ro­wi. Naj­pierw jed­nak mu­siał wy­pro­wa­dzić stąd obie ko­bie­ty i we­zwać pomoc.

Klam­ki, po którą tu przy­szedł, ni­g­dzie nie było. Sprawdził izbę, póź­niej piw­ni­cę, lecz przed­miot naj­wi­docz­niej po­sta­no­wił roz­pły­nąć się w po­wie­trzu.

– Będę wdzięcz­ny za pomoc w po­szu­ki­wa­niu! – krzyk­nął.

Już my­ślał, że nikt się nie zjawi, lecz uj­rzał Basię, wciąż osła­nia­ją­cą się od wi­do­ku Gun­na­ra.

– Ad­rian­na nie dała rady – po­wie­dzia­ła prze­pra­sza­ją­co.

We dwoje prze­trzą­sa­li oba po­miesz­cze­nia nie­mal przez kwa­drans, aż ko­bie­ta wy­pa­trzy­ła klam­kę le­żą­cą na ra­dio­sta­cji. To dziw­ne, Tymek mógł­by przy­siąc, że nigdy jej tam nie kładł. Wsa­dził zgubę do kie­sze­ni i stwier­dził:

– No to idzie­my do trzy­nast­ki.

 

***

 

– Wy­da­wa­ło mi się, że sły­szę kroki gdzieś da­le­ko – po­wie­dzia­ła Ad­rian­na, gdy po­zo­sta­ła dwój­ka wró­ci­ła z esca­pe roomu.

– To pew­nie Ewe­li­na – stwier­dził Tymek. – Ewe­li­na! – za­wo­łał. – Chodź do nas, jest już bez­piecz­nie!

Nikt się jed­nak nie po­ja­wił. W dro­dze do Ho­te­lu Grozy też ni­ko­go nie spo­tka­li.

Ad­rian­na była pewna, że los znów rzuci im kłody pod nogi i wśród wi­szą­cych w re­cep­cji klu­czy nie bę­dzie tego do trzy­nast­ki. Znaj­do­wał się jed­nak na swoim miej­scu. Tymek, naj­wi­docz­niej znu­dzo­ny pół­środ­ka­mi, użył krze­sła, by roz­bić szkło w ga­blo­cie, a potem zdjął z ha­czy­ka od­po­wied­ni klucz.

Szli gę­sie­go, naj­pierw Tymek uzbro­jo­ny w na­bi­ja­ną gwoź­dzia­mi pałkę, póź­niej Basia, dużo spo­koj­niej­sza od czasu, gdy mor­der­ca zo­stał uwię­zio­ny, na końcu Ad­rian­na, po­dejrz­li­wa i wciąż ści­ska­ją­ca nóż. Przy­po­mnia­ła sobie pu­ka­nie ze środ­ka po­ko­ju numer trzy­na­ście, ta­jem­ni­czą po­stać, którą wi­dzia­ła tam Basia, a także chłop­ca sie­dzą­ce­go przy pia­ni­nie. Psy­chol prze­bra­ny za byka chciał ich zabić, ale oka­zał się czło­wie­kiem z krwi i kości. Co jeśli przyj­dzie im zmie­rzyć się z czymś innym?

Przez otwar­te drzwi do dwu­nast­ki widać było mar­twych lo­ka­to­rów po­ko­ju. Szyb­ko od­wró­ci­ła wzrok.

Tymek użył klu­cza i otwo­rzył trzy­nast­kę. Za­wia­sy za­pisz­cza­ły, jakby dawno nikt ich nie używał.

– Nie ma świa­tła – po­wie­dział, gdy na­ma­cał włącz­nik. – Za­pal­cie la­tar­ki w te­le­fo­nach.

Sam rów­nież to zro­bił i wszedł do po­ko­ju pierw­szy. Basia tuż po nim, Ad­rian­na na końcu. Przed wej­ściem spoj­rza­ła na pusty ko­ry­tarz. Jedna z ża­ró­wek za­czę­ła mi­go­tać, co nada­wa­ło po­miesz­cze­niu at­mos­fe­rę ta­niej grozy.

Gdy była już w środ­ku, uruchomiła zamek w drzwiach. Nic nie za­ata­ku­je ich od tyłu. Po­czu­ła się nieco pew­niej.

– Cho­le­ra, co to za obłęd? – za­py­tał Tymek.

W miarę jak wy­dzie­ra­li z objęć mroku ko­lej­ne frag­men­ty po­miesz­cze­nia, Ad­rian­na za­czę­ła ro­zu­mieć, co miał na myśli. Numer trzy­na­ście nie do­cze­kał się nazwy, ale gdyby miał ją do­stać, z pew­no­ścią byłby pokojem psychopaty.

Jeden z ma­ne­ki­nów, cały po­kry­ty sztucz­ną krwią, klę­czał na pod­ło­dze za­ku­ty w łań­cu­chy. Drugi za­mknię­ty był w cia­snej klat­ce przy ścia­nie. Ko­bie­ta i męż­czy­zna. Obok stała piła tar­czo­wa, a na ścia­nie wi­sia­ła wiel­ka kor­ko­wa ta­bli­ca z całą masą po­kre­ślo­nych ma­za­kiem zdjęć nie­zna­jo­mych ludzi.

– Tego wszyst­kie­go nie było widać z ko­ry­ta­rza – po­wie­dzia­ła Ad­rian­na. – Po co w ogóle zro­bi­li ten pokój?

– Może miał być od­da­ny do użyt­ku póź­niej – do­mnie­my­wał Tymek. – Dla naj­bar­dziej hard­co­ro­wych od­wie­dza­ją­cych.

Na ścia­nie wi­sia­ły też różne ro­dza­je broni, każda na dwóch drew­nia­nych uchwy­tach. Były to róż­ne­go ro­dza­ju noże, ma­cze­ty, młot­ki i to­po­ry. Tymek pod­niósł pałkę człowieka-byka i umie­ścił ją w miej­scu, gdzie do­sko­na­le pa­so­wa­ła.

– Wciąż bra­ku­je jed­nej broni – za­uwa­żył.

Te słowa za­nie­po­ko­iły Ad­rian­nę. Po­de­szła do szafy i drżą­cy­mi dłoń­mi otwo­rzy­ła jej drzwicz­ki. Wy­su­nę­ła przed sie­bie la­tar­kę i nóż, go­to­wa na to, co wyj­dzie ze środ­ka, lecz mebel był cał­ko­wi­cie pusty.

Tymek tym­cza­sem umie­ścił klam­kę w oknie i otwo­rzył je, wpusz­cza­jąc do środ­ka mroź­ne, wio­sen­ne po­wie­trze.

– Wy­ska­ku­je­my – po­wie­dział. – Kto pierw­szy?

Ad­rian­na po­de­szła do okna i wyj­rza­ła na ze­wnątrz, by mieć pew­ność, że nikt tam nie czeka z nożem. Było pusto. Sią­pił desz­cz. To dziw­ne, ale po­śród ścia­ny lasu, czar­nej jak naj­głęb­sza ot­chłań, uj­rza­ła do­brze wi­docz­ną drogę pro­wa­dzą­cą mię­dzy drze­wa.

Prze­sko­czy­ła pa­ra­pet i wy­lą­do­wa­ła na tra­wie. Od­wró­ci­ła się, spoj­rza­ła do wnę­trza po­ko­ju i za­mar­ła. W miej­scu, gdzie praw­do­po­dob­nie znaj­do­wa­ły się drzwi ła­zien­ki, tuż przy pod­ło­dze, do­strze­gła linię nieco ja­śniej­szą niż resz­ta po­ko­ju. Jakby ktoś tam cze­kał w środ­ku z włą­czo­ną la­tar­ką. Chcia­ła krzyk­nąć, ostrzec ich, ale było za późno.

Drzwi otwo­rzy­ły się i wy­biegł przez nie ten dzie­ciak. Nie miał na sobie maski, lecz w ręku trzy­mał tasak, za­pew­ne zdję­ty ze ścia­ny. Pod­niósł la­tar­kę, czym ośle­pił Ad­rian­nę. Póź­niej wi­dzia­ła tylko to, na co padło świa­tło. Tymek poleciał na szybę, pchnię­ty przez sza­leń­ca. Tasak za­kre­ślił łuk i za­trzy­mał się w miej­scu, gdzie stała Basia. Ta zła­pa­ła się dłoń­mi za szyję i upa­dła w ciem­ność.

Ad­rian­na miała tylko uła­mek se­kun­dy na de­cy­zję. Mogła uciec lub pomóc.

Mor­der­ca wyjął za­krwa­wio­ny tasak z szyi Basi i sta­nął nad le­żą­cym Tym­kiem. Młody męż­czy­zna wy­cią­gnął dło­nie i w ostat­niej chwi­li przy­trzy­mał rękę na­past­ni­ka. Ostrze za­miast prze­ciąć mu twarz, tylko się o nią opar­ło, zo­sta­wia­jąc kre­skę krwi.

Ad­rian­na wsko­czy­ła do po­ko­ju i wbiła nóż w nogę psy­cho­pa­ty. Ten zawył, wy­pu­ścił broń i prze­to­czył w kie­run­ku ścia­ny. Tymek ru­szył za nim, chwy­cił łań­cuch i prze­rzu­cił go przez szyję psy­cho­la. Nie zwa­ża­jąc na to, że przy­cze­pio­ny do ogniw ma­ne­kin nie­omal za­wisł do góry no­ga­mi, Tymek wciąż za­ci­skał i za­ci­skał, aż sam zro­bił się nie­mal fio­le­to­wy z wy­sił­ku. W końcu, gdy ciało chło­pa­ka zwiot­cza­ło, Tymek pu­ścił łań­cuch i usiadł na pod­ło­dze, ukry­wa­jąc twarz w dło­niach.

Ad­rian­na klę­cza­ła przy Basi, pró­bo­wa­ła za­ta­mo­wać krew, lecz wi­dzia­ła, że nie ma na to żad­nych szans. W końcu Tymek, który jako pierw­szy do­szedł do sie­bie, od­cią­gnął ją od ciała.

– Nie ma pulsu – stwier­dzi­ła cicho.

– Wiem, nie po­mo­że­my jej. Wy­no­śmy się stąd.

Ski­nę­ła głową.

Wy­sko­czy­li przez okno. Szli szyb­ko, choć nogi Ad­rian­ny drża­ły, a Tymek wciąż ocie­rał krew z twa­rzy. Okrą­ży­li bu­dy­nek i do­tar­li na par­king. Cen­trum Grozy za ich ple­ca­mi wy­glą­da­ło ni­czym syl­wet­ka czar­ne­go po­two­ra, chwi­lo­wo za­spo­ko­jo­ne­go da­ni­ną krwi.

– Jest za­sięg – po­wie­dział Tymek i za­dzwo­nił na numer alar­mo­wy. Póź­niej uparł się, że wróci po ko­le­żan­kę, lecz gdy zro­bił trzy kroki i krew z czoła znów za­la­ła mu oczy, za­chwiał się i usiadł na as­fal­cie.

– Za­bi­li­śmy go, praw­da? – spy­ta­ła w końcu Ad­rian­na. Wciąż spo­glą­da­ła na miej­sce, z któ­re­go przy­szli, spo­dzie­wa­jąc się, że zo­ba­czy tam czar­ną syl­wet­kę.

– Tak. Jeśli wie­rzyć mi­to­lo­gii.

Za­czął ma­ja­czyć, więc ode­tchnę­ła z ulgą, sły­sząc sy­re­ny.

 

***

 

– Zgła­dzo­ny ma­gicz­nym mie­czem sko­nał po­mię­dzy ścia­na­mi la­bi­ryn­tu – po­wie­dział pro­wa­dzą­cy Nocne Radio.

Tak jak i Mi­łosz. On też umie­rał. Albo już umarł. Przed ocza­mi miał wy­łącz­nie czerń i czuł się, jakby ktoś za­wie­sił go w pu­st­ce. Szyja bo­la­ła go po­twor­nie. Noga jesz­cze bar­dziej.

Do­padł go strasz­li­wy pech. Wszyst­ko do­sko­na­le za­pla­no­wał. Do­stęp do ga­blo­ty w re­cep­cji za­pew­nił mu klucz pana Zyg­mun­ta. Za­brał ten do trzy­nast­ki, otwo­rzył pokój, od­niósł przed­miot na miej­sce, a potem wró­cił i za­mknął po­miesz­cze­nie od środ­ka. Za­cza­ił się na ostat­nich ży­wych. Za­ata­ko­wał w mo­men­cie, gdy zo­sta­ło ich dwoje, lecz ja­kimś cudem prze­grał.

Naj­strasz­niej­sze było to, że zabił tylu ludzi zu­peł­nie nie­po­trzeb­ne. Co po­my­ślą jego ro­dzi­ce? Czy zo­sta­nie za­pa­mię­ta­ny jako po­twór na całe wieki?

Ktoś sta­nął tuż obok. Dziw­ne, ale mimo wszech­obec­nej czer­ni Mi­łosz do­strzegł twarz męż­czy­zny. Czar­no­wło­sy, w śred­nim wieku. Był to widz sie­dzą­cy nie­da­le­ko niego w Kinie Grozy.

– Wstań, Aste­rio­nie – po­wie­dział. – On pra­gnie cię po­znać.

On? Nie miał siły za­py­tać, lecz nie­zna­jo­my naj­wi­docz­niej czy­tał w jego my­ślach.

– Wyjdź przez okno i spójrz w las. Uj­rzysz ścież­kę, do­sko­na­le wy­raź­ną mimo nocy. Idź nią. Resz­ty do­my­ślisz się sam. Chciał­byś mnie o coś za­py­tać? Kim je­stem? Nikim waż­nym, on po pro­stu kazał mi tobą po­kie­ro­wać. Nie je­stem jed­nym z jego upio­rów – po­wie­dział jakby ze smut­kiem. – Mo­żesz też zo­stać i umrzeć. Ale nie zro­bisz tego, praw­da? Chcesz żyć. W głębi duszy wiesz, że ty i on je­ste­ście po­dob­ni. Za­wsze chcia­łeś spo­tkać brat­nią duszę, praw­da? Mieć choć jed­ne­go przy­ja­cie­la.

Mimo łez zbie­ra­ją­cych się w oczach Mi­łosz do­strzegł kon­tur okna. Oparł dło­nie na pod­ło­dze i wstał, zrzu­ca­jąc łań­cuch na pod­ło­gę.

 

***

 

Po­li­cjant wszedł do ka­ret­ki, w któ­rej sie­dzieli Tymek i Ad­rian­na. Pró­bo­wał spra­wiać wra­że­nie zim­ne­go pro­fe­sjo­na­li­sty, ale stu­dent wi­dział, jak trzę­sie mu się broda.

– Wasza ko­le­żan­ka zo­sta­ła za­bra­na dru­gim am­bu­lan­sem – po­in­for­mo­wał mun­du­ro­wy. – Le­ka­rze prze­ka­za­li mi, że ma pęk­nię­tą czasz­kę oraz licz­ne ślady po­gry­zień, ale jej życiu nie za­gra­ża nie­bez­pie­czeń­stwo.

Tymek ode­tchnął z ulgą. Sam rów­nież czuł się le­piej, ska­le­cze­nie twa­rzy było płyt­kie, lecz pew­nie zo­sta­nie mu bli­zna.

– Mamy łącz­nie dzie­więć ciał – po­wie­dział po­li­cjant. – Twier­dzi pan, że udu­sił spraw­cę w po­ko­ju ho­te­lo­wym numer trzy­na­ście?

– Tak.

– Zna­leź­li­śmy tam tylko jedne zwło­ki. Ko­bie­ty.

– Uciekł – stwier­dzi­ła Ad­rian­na. – Mu­si­cie za­rzą­dzić ob­ła­wę.

– Już to zro­bi­li­śmy. Zna­leź­li­śmy też panią Tom­czyk. Wła­ści­wie to sama do nas przy­szła.

– Za­py­taj­cie ją – za­czął Tymek – dla­cze­go nas za­mknę­ła i opu­ści­ła. Niech powie, czemu umie­ści­ła w środ­ku śmier­tel­nie groź­ną broń, szczu­ry i ja­kie­goś psy­cho­la. Po co za­głu­szy­ła te­le­fo­ny. I te same py­ta­nia za­daj­cie jej mę­żo­wi.

– Nie musi pan mnie uczyć na­szej pracy – po­wie­dział po­li­cjant. – Mimo wszyst­ko by­ło­by do­brze, gdy­by­ście mi opo­wie­dzie­li prze­bieg zda­rzeń, zanim zo­sta­nie­cie prze­wie­zie­ni na ob­ser­wa­cję do szpi­ta­la. Mamy mor­der­cę na wol­no­ści, liczy się każda se­kun­da. No więc? Od po­cząt­ku?

I wtedy wła­śnie do Tymka na­praw­dę do­tar­ło wszyst­ko, co się wy­da­rzy­ło. Nie mu­siał już my­śleć lo­gicz­nie, być od­waż­ny ani zde­cy­do­wa­ny. Za­krył twarz dłoń­mi, po­wstrzy­mu­jąc szloch. Ad­rian­na zbli­ży­ła się nieco i za­ła­pa­ła go za rękę, sama bli­ska pła­czu.

– Za chwi­lę – po­wie­dział. – Chcę naj­pierw za­dzwo­nić do ojca. Uspo­ko­ić go, że nic mi nie jest.

– Po­szu­ki­wa­ny może teraz mor­do­wać ko­lej­ne osoby – ostrzegł stróż prawa.

– Do­brze – uznał Tymek. – No więc razem z przy­ja­cie­lem i jego dziew­czy­ną przy­je­cha­li­śmy do esca­pe roomu. To ja wy­bra­łem ten pokój. – Znów po­czuł gulę w gar­dle, lecz zdo­łał ją zdu­sić. – Ko­bie­ta, chyba Na­ta­lia Tom­czyk, wpu­ści­ła nas do środ­ka. Za­py­taj­cie ją, czy do­brze się ba­wi­ła.

– Oczy­wi­ście, że za­py­ta­my. Pro­szę kon­ty­nu­ować – po­pro­sił po­li­cjant.

 

Epi­log

Padał deszcz. Nie­zbyt in­ten­syw­ny, mimo to utrud­nia­ją­cy jazdę. Da­niel zwol­nił nieco, gdy prze­je­chał obok ta­bli­cy z nazwą Otu­ma­wi­ce.

W radiu le­ciał Ma­anam. Kra­kow­ski sple­en. Wsłu­chu­jąc się w słowa re­fre­nu o wie­trze, które roz­go­ni ciem­ne za­sło­ny, Da­niel po­czuł łzy w oczach. Ta noc zda­wa­ła się trwać całe wieki. Skłon­ny był uwie­rzyć, że już nigdy nie sta­nie ze słoń­cem twa­rzą w twarz.

Prze­łą­czył sta­cję. Wy­szu­ki­war­ka prze­mknę­ła przez czę­sto­tli­wość osiem­dzie­siąt dzie­więć i sie­dem, lecz nie za­trzy­ma­ła się na niej. Tej nocy jesz­cze nie. Po­dej­rze­wał jed­nak, że wkrót­ce Nocne Radio po­wró­ci.

Zwol­nił do trzy­dzie­stu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę, co po­skut­ko­wa­ło tym, że sa­mo­chód za nim za­mru­gał dłu­gi­mi, a potem wy­prze­dził go w peł­nym furii ma­new­rze. Da­niel za­czął wy­pa­try­wać byka. Linia lasu zle­wa­ła mu się w jedną czar­ną plamę, lecz ja­kimś cudem doj­rzał go po chwi­li.

Sta­nął na grun­to­wym po­bo­czu i włą­czył świa­tła awa­ryj­ne. Czy to było to samo miej­sce, w któ­rym za­trzy­mał się ponad sześć lat temu? Bar­dzo moż­li­we.

Byk, a wła­ści­wie czło­wiek z głową byka, stał nie­ru­cho­mo pod drze­wem w miej­scu, gdzie za­czy­nał się las. Da­niel spo­glą­dał na niego przez chwi­lę, czu­jąc dresz­cze na całym ciele, a potem wy­łą­czył świa­tła, spra­wia­jąc, że syl­wet­ka uto­nę­ła w mroku.

Ktoś za­pu­kał w szybę. Da­niel wzdry­gnął się, za­sko­czo­ny, po czym zro­bił głę­bo­ki wdech i wy­szedł z auta.

Przy po­jeź­dzie stał męż­czy­zna w śred­nim wieku, wy­so­ki i szczu­pły. Twarz cho­wał pod kap­tu­rem czar­nej kurt­ki.

– Dobry wie­czór – po­wie­dział nie­zna­jo­my. – Choć może dobra noc. Ale to brzmi jak po­że­gna­nie. Więc jak przy­wi­tać się po pół­no­cy? Język pol­ski po­ko­cha­łem kie­dyś jak wła­sny, lecz ma wiele bra­ków.

Da­niel wsłu­chi­wał się w jego słowa i na­brał pew­no­ści, że stoi przed nim pro­wa­dzą­cy Nocne Radio. Brzmiał jed­nak ina­czej niż pod­czas au­dy­cji, głos miał wyż­szy i nie tak ośli­zgły.

– Zro­bi­li­śmy wszyst­ko, czego od nas chcia­łeś – po­wie­dział Da­niel. – Gdzie Mi­len­ka?

– Do­sta­niesz ją, ale naj­pierw chcę z tobą po­roz­ma­wiać. Mu­sisz zro­zu­mieć.

– Co zro­zu­mieć?

– Pew­nie my­ślisz, że ukar­to­wa­łem to od sa­me­go po­cząt­ku – pod­jął pro­wa­dzą­cy. – Ale to nie­praw­da. Na­gra­łeś moją au­dy­cję przy­pad­kiem. Nigdy nie pra­gną­łem roz­gło­su. To by­ło­by nie­mą­dre. Osoby takie jak ja po­win­ny po­zo­stać w cie­niu. Są tacy, któ­rzy do­wie­dziaw­szy się o moim ist­nie­niu, za­pra­gnę­li­by mnie zgła­dzić.

Mimo całej grozy Da­niel chło­nął każde jego słowo. Nigdy nie przy­pusz­czał, że przyj­dzie mu po­roz­ma­wiać z tym czło­wie­kiem i do­wie­dzieć się cze­go­kol­wiek.

– Kim je­steś? – za­py­tał.

– Osobą, z którą za­dar­łeś na wła­sną zgubę. Wiesz, że tej nocy w Cen­trum Grozy do­pro­wa­dzi­li­śmy do śmier­ci dzie­wię­ciu osób? Dzie­wię­ciu! Przez całe osiem­dzie­siąt lat, które tu miesz­kam, nie za­bi­łem tylu ludzi. To ry­zy­kow­ne. Po­wi­nie­nem stąd teraz odejść, ale bar­dzo po­lu­bi­łem wio­skę i moje za­ję­cie. Może po­stą­pię ir­ra­cjo­nal­nie i zo­sta­nę? Ponoć naj­ciem­niej jest pod la­tar­nią.

– Cały kraj o tobie wie.

– Nic nie wie­dzą. Oczy­wi­ście miesz­kań­cy Otu­ma­wic będą po­dej­rze­wać, co tu za­szło, ale po­zo­sta­li? Usły­szą, że na­sto­let­ni psy­cho­pa­ta do­ko­nał od­ra­ża­ją­cej zbrod­ni. Winny bę­dzie on i kie­row­nic­two Cen­trum Grozy, które mu to umoż­li­wi­ło. Mając przed ocza­mi na­ma­cal­ne­go po­two­ra, wszy­scy uzna­ją, że tam­ten gość z Noc­ne­go Radia to tylko tan­det­na le­gen­da. Bez do­rzu­ca­nia chru­stu ogni­sko, które roz­pa­li­łeś, szyb­ko zga­śnie. Lu­dzie się znu­dzą, za­po­mną, znaj­dą cie­kaw­sze te­ma­ty. Cen­trum Grozy po­pad­nie w ruinę, na wieki po­zo­sta­nie ostrze­że­niem przed tym, co dzie­je się, gdy ktoś roz­dra­pie ta­jem­ni­cę zbyt głę­bo­ko. Pew­nie co jakiś czas ktoś wła­mie się do środ­ka, lecz ujrzy tylko opusz­czo­ne kino, hotel i pub, kró­le­stwo zawłaszczone przez za­po­mnie­nie i szczu­ry. A może nie­któ­rzy z nich będą przy­się­gać, że kątem oka wi­dzie­li ro­ga­ty cień przemykający ko­ry­ta­rza­mi? Da­nie­lu, daję ci jasno do zro­zu­mie­nia, byś nie bu­rzył tego bu­dyn­ku ani nie sprze­da­wał dział­ki. Zo­staw wszyst­ko tak, jak jest. Chyba że pój­dziesz do wię­zie­nia. Nie wiem, jak w końcu umó­wi­li­ście się żoną?

– Ona weź­mie wszyst­ko na sie­bie – wy­znał z tru­dem. – Od kilku dni nie po­ja­wia­łem się w Cen­trum. Żona zezna, że sa­mot­nie wszyst­ko zor­ga­ni­zo­wa­ła i za­mknę­ła tam­tych ludzi. Oczy­wi­ście powie, że nie spo­dzie­wa­ła się, że wśród od­wie­dza­ją­cych bę­dzie psy­cho­pa­ta, który za­cznie za­bi­jać.

– Dla­cze­go tylko ona ma po­nieść kon­se­kwen­cje? – za­py­tał. – Brak ci od­wa­gi?

– Uzna­li­śmy, że jeśli jedno z nas ma tra­fić do wię­zie­nia, to bę­dzie ona. Oboje wiemy, że je­stem lep­szym ro­dzi­cem. Utrzy­mam naszą córkę. Na­ta­lia jest… po­dat­na na po­ku­sy.

– Ro­zu­miem.

Nie­zna­jo­my mach­nął ręką i czło­wiek-byk znik­nął mię­dzy drze­wa­mi.

– Kim on jest? – za­py­tał Da­niel.

– Aste­rion to mój nowy okaz w me­na­że­rii. Przy­pro­wa­dzi twoją córkę.

– Aste­rion?

– Bar­dzo smut­ny przy­pa­dek, ale mam sła­bość do ta­kich. To on zo­stał moim na­rzę­dziem i ode­grał rolę byka. Kiedy po­znasz spra­wę do­kład­niej, uznasz, że cał­kiem spraw­nie od­two­rzy­łem mit. Le­gen­dę, która nie była praw­dzi­wa, aż do dzi­siej­szej nocy. Mi­no­taur bu­dził grozę, lecz Te­ze­usz go zgła­dził, a Ariad­na po­mo­gła mu wyjść z la­bi­ryn­tu. Je­stem cie­kaw tych dwoj­ga. Są różni, ale po­łą­czy­ła ich trau­ma i wspól­ny los. Być może po dzi­siej­szej nocy nigdy się już nie spo­tka­ją, ale kto wie, czy Amor nie wy­ce­lu­je z łuku. Jeśli to zrobi, nie wróżę im po­wo­dze­nia. Ona żyje chwi­lą i ma­rze­nia­mi, on wie­rzy w pla­no­wa­nie i lo­gi­kę. Ona uzna go za nie­zdol­ne­go do wspól­ne­go życia ty­ra­na. On ją za roz­piesz­czo­ną idiot­kę. Któ­reś zo­sta­wi dru­gie gdzieś kie­dyś na ja­kiejś wy­spie. Choć mogę się mylić.

– Opo­wia­dasz mi o lu­dziach, któ­rych nie znam – po­wie­dział Da­niel.

– Więc nie za­cie­ka­wi cię, co mam do po­wie­dze­nia o trze­ciej oca­la­łej?

– Ani tro­chę.

– To do­brze, bo jest tego nie­wie­le. – Zro­bił pauzę i za­kla­skał w dło­nie. – Oczy­wi­ście la­bi­rynt nie po­wstał­by bez mo­je­go De­da­la. Po­łą­cze­nie atrak­cji w jedno to ge­nial­ny po­mysł. Kiedy pla­no­wa­łeś wpro­wa­dzić go w życie?

– Po pierw­sze to miało być coś, na co uczest­ni­cy sami się piszą – po­wie­dział Da­niel. – Mia­łem to uru­cho­mić do­pie­ro za wiele mie­się­cy, gdy pod­sta­wo­we atrak­cje spo­wsze­dnie­ją.

– A nie są­dzisz, że tak było cie­ka­wiej? – za­py­tał, a w jego gło­sie po­ja­wi­ła się ta obrzy­dli­wa nuta znana z radia. – Na­praw­dę wal­czy­li o życie. Dzię­ki mnie stwo­rzy­łeś grozę, do któ­rej sam nigdy nie zdo­łał­byś się zbli­żyć.

– Je­steś cho­rym psy­cho­pa­tą – za­wy­ro­ko­wał Da­niel, coraz bar­dziej zde­ner­wo­wa­ny. – Gdzie moja córka?

– Bar­dzo ład­nie od­two­rzy­łeś mój dom w swym po­ko­ju ucie­czek. Jed­nak nie wszyst­ko się zga­dza­ło. Nie trzy­ma­łem two­jej córki w piw­ni­cy. To byłoby okrut­ne.

– A gdzie?

Da­niel mógł­by przy­siąc, że męż­czy­zna się uśmie­cha.

– Chcia­łem w drze­wie, ale nie mia­łem serca. Miesz­ka­ła ze mną, chyba mnie nawet po­lu­bi­ła.

Mi­len­ka wy­bie­gła spo­mię­dzy drzew, a chwi­lę po niej po­ja­wił się byk, który znie­ru­cho­miał pod oka­za­łą sosną. Dziew­czyn­ka rzu­ci­ła się w ob­ję­cia Da­nie­la.

– Tato! – po­wie­dzia­ła pod­eks­cy­to­wa­na. – Tę­sk­ni­łam.

– Do­brze się czu­jesz? – za­py­tał. – Nic ci nie jest?

– Do­brze – po­wie­dzia­ła ra­do­snym tonem. – Będę cię od­wie­dzać, wujku! – rzu­ci­ła do upio­ra.

– Może kie­dyś jesz­cze się spo­tka­my – po­wie­dział do dziew­czyn­ki, a potem od­wró­cił za­kap­tu­rzo­ną twarz w stro­nę Da­nie­la. – Wi­dzisz? Nie skrzyw­dził­bym two­je­go Ikara. Sam mu­sisz pew­ne­go dnia za­ło­żyć mu skrzy­dła i pa­trzeć, jak zbyt­nio zbli­ża się do słoń­ca.

Po tych sło­wach ski­nął na byka i obaj ru­szy­li w stro­nę lasu.

– Gdzie mama? – za­py­ta­ła Mi­len­ka, wsia­da­jąc do auta.

– Mama jest za­ję­ta. Nie­dłu­go się zo­ba­czy­cie.

Kiedy za­piął ją w fo­te­li­ku, długo spo­glą­dał na jej ra­do­sną twarz.

– Na pewno nic ci nie jest? – za­py­tał.

– Nie. U wujka było bar­dzo faj­nie. Miał takie stare radio. Mówił przez nie do ja­kie­goś byka. Może do tego, co mnie przy­pro­wa­dził?

– Pew­nie tak, ko­cha­nie – po­wie­dział, znów bli­ski łez.

– Mnie też po­zwo­lił. Mówił, że coś z tym by­kiem ro­bi­my, ale nie zro­zu­mia­łam, co.

Od­jeż­dża­jąc, Da­niel spoj­rzał w bocz­ne lu­ster­ko. Nie zo­ba­czył ni­ko­go, tylko las.

Koniec

Komentarze

No, niezły horror. Szkoda, że taki długi. Czytałam z zainteresowaniem.

Piękne nawiązania do mitologii, łącznie z imionami. Nitki brakło, ale nie można mieć wszystkiego.

Fajny motyw z uwolnieniem zamkniętego psychola.

Siedząc samotnie w pokoju z dwoma trumnami, przynajmniej tuzinem czaszek i świadomością, że wciąż nie wie, co stało się z lokatorami, Adriannę ogarnął nagły strach.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzą bzdury. W tym przypadku – że strach siedział w pokoju.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo. Poprawkę wprowadziłem. Tekst rzeczywiście długi, poniosło mnie trochę :)

Cieszę się, że powstał, bo nie miał konkretnych planów na kolejne części Nocnego Radia. Jednak po ukazaniu się audiobooków seria znów ożyła i nawet mam już plany i pierwszę stronę czwartego opowiadania.

 

No, Zygfrydzie, to jest horror co się zowie!

Znalazłam tu odpowiednio mroczny klimat, niesamowite wydarzenia, wiarygodnee postaci, a także zaskakujące zwroty akcji, czyli wszystko, co sprawia, że opowiadanie od początku wzbudza ciekawość i nie pozwala przerwać lektury.

Z ogromnym zadowoleniem przyjęłam wiadomość, że to nie koniec audycji Nocnego Radia.

Mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki. :)

 

a także kop­nia­ki i ude­rze­nia, po któ­rych zo­sta­wa­ły fi­le­to­we si­nia­ki. → Czy dobrze rozumiem, że były to siniaki pozbawione ości. ;)

 

– Stu­dia i praca wy­ży­na­ją mnie tak, że naj­bar­dziej na świe­cie ko­cham swoje łóżko. → Czy tu aby nie miało być: – Stu­dia i praca wy­ży­ma­ją mnie tak, że naj­bar­dziej na świe­cie ko­cham swoje łóżko.

 

Poza tym nie wi­dzie­li­śmy jesz­cze wszyst­kie­go. → To jest rozmowa dwóch kobiet, więc: Poza tym nie widziałyśmy jesz­cze wszyst­kie­go.

 

Za­mie­ści­ła in­for­ma­cję na klam­ce… → Zawiesiła in­for­ma­cję na klam­ce…

Za SJP PWN: zamieścić «opublikować coś w prasie lub książce»

 

Na­kry­ła się koł­drą, wciąż krzy­cząc… → Wcześniej napisałeś, że zawiesiwszy informację na klamce: …z po­wro­tem wsko­czy­ła pod pie­rzy­nę. → Kiedy pierzyna na łóżku Adrianny zmieniła się w kołdrę?

Pierzyna i kołdra nie są synonimami.

 

– Nie film. Mówię o nim. – Wska­za­ła na Mi­ło­sza.– Nie film. Mówię o nim. – Wska­za­ła Mi­ło­sza.

Wskazujemy kogoś, nie na kogoś.

 

KO­NIEC. → Kropka jest tu zbędna.

 

Cała piąt­ka zna­lazł się przy drzwiach. → Literówka.

 

– Wam­pi­ry ujdą – stwier­dzi­ła Ad­rian­na, ro­biąc zdję­cia. – Naj­waż­niej­sze, że nie ma pia­ni­na.

Około dru­giej Ad­rian­na stwier­dzi­ła, że… → Czy to celowe powtórzenie?

 

Drżą­cy­mi dłoń­mi prze­krę­ci­ła zamek w drzwiach. → Można przekręcić klucz w zamku, ale nie wydaje mi się, aby można przekręcić zamek w drzwiach.

 

W środ­ku znaj­do­wa­ła się duża mied­ni­ca przy­kry­ta tarką do pra­nia.W środ­ku znaj­do­wa­ła się duża mied­ni­ca przy­kry­ta tarą do pra­nia.

Tarka to przyrząd kuchenny służcy do tarcia/ rozdrabniania warzyw; do prania używało się tary.

 

Chwy­cił tarkę, po czym od­sko­czył jak opa­rzo­ny.Chwy­cił tarę, po czym od­sko­czył jak opa­rzo­ny.

 

Gun­nar zaj­rzał pod tarkę i za­klął obrzy­dli­wie. → Gun­nar zaj­rzał pod tarę i za­klął obrzy­dli­wie.

 

Tymek prze­krę­cił klucz w zamku i pchnął je, uka­zu­jąc ko­ry­tarz i sofę… → Czy dobrze rozumiem, że Tymek ukazał korytarz i sofę?

A może miało być: Tymek prze­krę­cił klucz w zamku i pchnął je – ukazał się korytarz i sofa

 

Tymek pod­niósł tarkę… → Tymek pod­niósł tarę

 

Stu­dent przy­cią­gnął do sie­bie tarkę… → Stu­dent przy­cią­gnął do sie­bie tarę

 

Dzie­li­ło ich ja­kieś dwa cen­ty­me­try drew­na. → Dzie­li­ły ich ja­kieś dwa cen­ty­me­try drew­na.

 

Ża­ło­wa­ła, że nie za­ło­ży­ła jakiś gru­bych butów… → Ża­ło­wa­ła, że nie za­ło­ży­ła jakichś gru­bych butów

 

brzuch ob­dar­ła sobie do krwi… → …brzuch ob­tar­ła sobie do krwi

 

Tymek, wciąż ści­ska­jąc w ręku tarkę→ Tymek, wciąż ści­ska­jąc w ręku tarę

 

Gdy była już w środ­ku, prze­krę­ci­ła zamek w drzwiach. → Zamka się nie przekręca.

 

– Gdzie Mie­len­ka? ->Literówka.

 

co dzie­je się, gdy ktoś roz­dra­pię ta­jem­ni­cę zbyt głę­bo­ko. → Literówka.

 

że kątem oka wi­dzie­li ro­ga­ty cień prze­mie­rza­ją­cy ko­ry­ta­rza­mi? → …że kątem oka wi­dzie­li ro­ga­ty cień prze­mie­rza­ją­cy ko­ry­ta­rze? Lub: …że kątem oka wi­dzie­li ro­ga­ty cień prze­mykający ko­ry­ta­rza­mi?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Ragulatorzy, poprawki wprowadzone.

Myślę, że gdyby prowadzący podjął inną decyzję, to i tak nie zamykałoby to drzwi do kolejnych części, bo następną chcę osadzić na latach 90., kiedy Nocne Radio wciąż było nieodryte. Chronologia w tych trzech częściach wygląda w następujący sposób:

Pochwała ciszy – 2002 r. (ojciec(?) Miłosza był jeszcze nastolatkiem)

Lorelei – 2016 r.

Minotaur – 2024 r. (kwiecień, czyli zgodnie z premierą).

Zygfrydzie, pełna ufności w Twój talent i możzliwości twórcze będę czekać, kiedy Nocne Radio znów zacznie nadawać.

A skoro dokonałeś poprawek, biegnę do klikarni. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, Zygfrydzie! Bardzo dobry, klimatyczny i wciągający horror Ci wyszedł. Nawiązania do mitologii fajnie uzupełniają tekst.

 

Trzeba zauważyć, że znaków spłodziłeś całkiem “sporo”, ale lektura śmignęła niepostrzeżenie. Szkoda tylko, że z tego powodu (w sensie ilości znaków, nie płynnej lektury) nie łapiesz się do głosowania piórkowego , bo chętnie bym nominował :(

 

Czuję się zachęcony i zmotywowany do nadrobienia poprzednich części Nocnego Radia :)

 

Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za podzielenie się znakomitą lekturą ;)

 

 

„Pokój bez książek jest jak ciało bez duszy”

Dziękuję, cezary_cezary. Pisząc, zdjąłem z siebie to ograniczenie 80 tys. znaków i było to naprawdę przyjemne uczucie. Myślę, że potrzebowałem właśnie takiej objętości i gdybym zaczął skracać, wszystko by się rozsypało. Pierwsze opowiadanie z serii ma piórko, tyle mi wystarczy.

I to jest ten moment, kiedy wjeżdżam cała na biało i klikam do biblioteki;)

Super opowiadanie, widać że dobrze bawiłeś się pisząc. Mimo długości, a może właśnie dzięki niej pokazujesz kolejne kolorowe szkiełka, które w odpowiednim momencie, wpadają we właściwe miejsce.

Podobały mi się fałszywe tropy, kiedy wyobrażałam sobie Bóg wie co, a okazywało się, że nic się nie dzieje. No i oczywiście (jeszcze bardziej) te kiedy szeptałam: Nie otwieraj tej szafy!

Fajnie, że ktoś jednak przeżył;)

Lożanka bezprenumeratowa

Nie no, raczej wiadomo, że Tezeusz musi przeżyć i prawdopodobnie Ariadna też się załapie.

Babska logika rządzi!

Dzięki. Liczba komentarzy jak na tak długi tekst bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła.

Plany na to, kto przeżyje, a kto nie, były różne, więc nawet ta dwójka nie była bezpieczna. W końcu jednak uznałem, że niech sobie przeżyją, a los Eweliny będzie zaskakujący. Poza tym jednak to głównie historia Miłosza i najważniejsze dla mnie było pokazać proces, jak stawał się kolejnym upiorem prowadzącego radio. Mam też nadzieje, że niektóre postacie powrócą w jakimś przyszłym opowiadniu.

Przeczytałam, widząc ilość pozytywnych komentarz. Było warto, bo horror naprawdę dobry. Napisano tu tak wiele, że nie mam nic do dodania, mogę jedynie pogratulować.

Dziękuję :)

Nie no, raczej wiadomo, że Tezeusz musi przeżyć i prawdopodobnie Ariadna też się załapie.

 

No, ale przeżyli też inni, więc emocje były. Sam Minotaur się uratował, niezgodnie z mitem.

Lożanka bezprenumeratowa

Świetny horror, czyta się z zapartym tchem. Nawet nie zauważyłam, że jest taki długi.

Sam Minotaur się uratował, niezgodnie z mitem.

Powiedzmy, że jego status jest niepewny. Być może żywy, być może martwy, być może coś pomiędzy. To jedna z tych spraw, które wolę pozostawiać w sferze domysłów.

 

Świetny horror, czyta się z zapartym tchem. Nawet nie zauważyłam, że jest taki długi.

Dzięki :)

Zygrydzie… WOW. Wybacz, ale trochę ubyło mi elokwencji. Przeczytałam opowiadanie z ogromną przyjemnością i w mojej opinii jest po prostu świetne. Ta mitologia, ten klimacik… No nawet nie wiem jak mogę skomentować to lepiej.

Zachwycona jestem.

Dzięki. Zwłasza że już kiedyś komentowałaś poprzednie “Nocne Radio”, więc cieszę się ze stałej czytelniczki.

Nowa Fantastyka