- Opowiadanie: Alicella - Słońce zamknięte w kamieniu

Słońce zamknięte w kamieniu

Cześć!

 

Zapraszam do lektury baśniowo-folkowego horroru. Mam nadzieję, że się Wam spodoba :)

Bardzo dziękuję Chrościsko za pomoc na becie.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Słońce zamknięte w kamieniu

Zawsze przychodzą, boją się, ale przychodzą, lecą niczym ćmy do świecy. Tym razem troje ich na wozie jedzie. Chłop siedzi na koźle, nerwowo lejcami szarpie, starą kobyłę poganiając. Dwie baby z tyłu – jedna młoda, krzykiem wszystkie ptaki z lasu wypłoszyła, druga stara, lamentuje i zanosi modły do wszystkich bogów. Głupia, nie bogów jej trzeba, przecież nie bogów jadą tu szukać.

Chłop zatrzymuje wóz, zeskakuje z kozła i biegnie do drzwi. Przez okno widzę, jak na błocie się ślizga. Pięścią w deski łomocze.

Otwieram.

– Pomóżcie, żona powić nie może. – Czapkę z głowy zrywa i w dłoniach miętosi, a ręce ma mocne, zgrubiałe od pracy. Widać, że siła w nim wielka, ale jak dziecko się kuli i o pomoc skamle. – Litości, dobrodziejko.

Teraz to „dobrodziejko”, ale gdy ze wsi wypędzali, to inne określenia padały. Ochrypły wrzask młodej wwierca mi się w głowę.

– Przynieś ją – rzucam.

Łóżko już wyścielone, wszystko przygotowane. Wiedziałam, że jadą, gdy tylko granice lasu przekroczyli. Szum drzew mi powiedział, sójki doniosły, myszy wyszeptały.

Chłop kładzie dziewczynę na posłaniu, a ta się wije i wrzeszczy. Mokre od potu włosy lepią się jej do czoła. Policzki lśnią czerwienią i nie tylko one – spódnicę znaczą plamy krwi. Stara podbiega, bierze młodą za rękę, nie przestając wznosić modłów. Klękam na łóżku i badam dziewczynę. Dziecko źle się ułożyło, bardzo źle.

Wrzask jeszcze długo rozbrzmiewa w chacie i wiele krwi upływa, nim wyciągam noworodka na świat. Dziewucha mdleje, może to i lepiej, nie zobaczy tego, co trzymam w rękach – głowa pokryta naroślami, ciało powykrzywiane, skurczone i blade, jakby wysuszone. Martwe. Stara podnosi jeszcze większy lament, w powietrzu kreśli święte znaki.

– Przestań! – warczę. – Nic ci to mamrotanie nie da.

Chłop stoi w bezruchu i dyszy ciężko. Twarz mu pobladła, a oczy się zaszkliły. Patrzy na mnie, widać wyjaśnień się domaga. A co ja mu mam powiedzieć, że jego żona ofiarą uroku padła, że się diabłu oddała, że trujących grzybów najadła? Wszystko kłamstwa, a prawdy rzec nie mogę, bom przysięgą związana.

Owijam zwłoki w prześcieradło.

– Weźcie je, ukryjcie, a jak pełnia przyjdzie, to pod dębem zakopcie, tylko głęboko, żeby psy nie znalazły.

Podaję chłopu zawiniątko. Nie bierze od razu, waha się, zerka to na starą, to na mnie. W końcu wyciąga ręce, a na twarz wypełza mu wyraz obrzydzenia.

Z szafki przynoszę woreczek z ziołami i daję starej.

– Napar z tego zróbcie i grób polejcie.

– Co z moją żoną? – pyta chłop. Łzy mu po policzkach ciekną.

– Przeżyje, zajmę się nią, za pięć dni przyjedź.

Wychodzą, a ja patrzę na dziewczynę. Dużo krwi straciła, życie się w niej ledwie tli, ale wyczuwam mocnego ducha.

 

***

– To jak cię zwą? – pytam dziewczynę.

Nie odpowiada, siedzi na łóżku z podkulonymi nogami i gapi się na dłonie. Rany na ciele szybko się zagoją, ale to, co w głowie długo boleć będzie. Tego nie umiem wyleczyć.

– To nie koniec świata – mówię. – Młodaś, jeszcze zdążysz dzieci narodzić.

Dziewczyna podnosi wzrok. Kręci głową.

– Przeklęta jestem – stwierdza. – To kara.

– Niby za co?

– Bom innego życia chciała. Ojciec mnie za mąż wydali zamiast siostry, co zmarła jesienią, a tu dogadane wszystko i wiano uzgodnione, to jak to tak odwoływać.

– Mało która męża wybrać może. Byleby dobry był.

– Nie jest. – Dziewczyna wodzi palcem po narzucie. 

Ciszę zakłóca rżenie konia. Znajomy wóz zajeżdża przed chatę. Pomagam dziewce wstać, wyprowadzam. W oczach jej męża nie widać troski. Nie zsiada z kozła, nic nie mówi. Leśne zapachy tłamsi woń przetrawionego piwa. Pomagam dziewczynie wsiąść na wóz. Gdy chcę odejść, ona chwyta mnie za rękę. Widzę w jej oczach tak wiele, ale to nie moja sprawa. Oswobadzam się z uścisku, a potem patrzę, jak wóz niknie za zakrętem.

Na niebie zbierają się chmury, las jest podejrzanie cichy, nawet wiatr ustał. Wiem, że niedługo będę miała gościa. Wieśniacy nigdy nie potrafią utrzymać języka za zębami. Wystarczy chwila nieuwagi, jeden wieczór w karczmie, i plotka roznosi się lotem błyskawicy.

 

***

Warlin przybywa wieczorem, gdy tylko słońce znika za horyzontem. Słyszę tętent, a potem kroki. Drzwi się otwierają, on nie ma w zwyczaju pukać. Do środka wpada chłodne, wieczorne powietrze i zapachy stali, drogi, śmierci. Nie podnoszę wzroku, siedzę przy stole i robię ziołowe mieszanki. Chce, żebym odezwała się pierwsza, ale nie zamierzam. Choć tę jedną bitwę wygram.

– Planowałaś to przede mną ukryć – ni to pyta, ni stwierdza.

– Nie.

– Czas nagli, Matrony pomogą.

– Jak zawsze.

– Zmorzy płód to nie żarty. Całe szczęście, że dziewka nie dość mocna była, coby urodzić potwora żywego.

– Szczęście? – prycham pogardliwie. – Szczęście nie ocieka krwią.

– Matrony czuwają nad nami, nad lasem i nad wioską. Gdyby nie one, klątwa zmór już dawno zebrałaby żniwo.

– I ty w to jeszcze wierzysz?

– W coś muszę.

Podchodzi, szczękając bronią przypiętą do pasa i opada na krzesło po przeciwnej stronie stołu. Obrzuca mnie tym samym spojrzeniem co zawsze – pełnym żalu, ale i fascynacji.

– Nic się nie zmieniłaś. Ile to już lat?

– Trzydzieści.

On też się nie zmienił – włosy czarne jak smoła, oczy niczym nocne niebo, nawet blizna na lewym policzku dodaje mu uroku, zamiast szpecić. Matrony dbają o tych, którzy im służą.

– Znajdź odpowiednią kandydatkę, a ja się zajmę resztą – mówi lekko, jakby to było takie łatwe.

– Potrzeba czasu. We wsi niewiele jest dziewek, ludzi mniej niż kiedyś. Młodzi do grodu się przenoszą, lepszego życia szukać.

Warlin zastyga w bezruchu, przekrzywia głowę, jakby nasłuchiwał. Przechodzą mnie ciarki na wspomnienie tych głosów, które na szczęście już nie rozbrzmiewają w moich myślach. Odruchowo dotykam blizn na nadgarstkach – biżuteria od Matron.

– Nie tutejszej krwi nam potrzeba – rzecze Warlin.

– A jakiej?

– Będziesz wiedziała, gdy ją zobaczysz. Wypatruj słońca zamkniętego w kamieniu. Po tym dziewkę rozpoznasz.

Matrony zawsze lubiły zagadki, jakby to, czego żądały, nie było wystarczająco trudne. Warlin wstaje, coś w tym ruchu sprawia, że przez moment widzę w nim starca. Młoda twarz i sprawne ciało kryją zmęczoną duszę. Znam to uczucie.

– Wrócę po nowiu, bądź gotowa.

Idzie w stronę drzwi, ale w progu jeszcze się odwraca, patrzy na mnie tak, jak kiedyś, w innym życiu, gdy leżeliśmy na polanie, gdy bawił się moimi włosami, a ja podziwiałam blask słońca w jego oczach.

– Nigdy cię nie opuszczę – mówi i znika w mroku.

Dopiero gdy cichnie tętent, gwałtownie wciągam powietrze i zaciskam powieki. Po co to powiedział? Tylko ranę rozdrapał.

 

***

Las jest niespokojny, jakby wiedział, co się zbliża, jakby znał cel mojej wędrówki do wioski. Wiatru nie ma, jednak liście szeleszczą. A może to tylko ja słyszę ten dźwięk?

– Dokąd idziesz, babciu?

Rusałka zeskakuje z gałęzi, uśmiecha się. Na nią moje czary nie działają. Widzi czarne włosy zamiast siwych i młodą twarz bez zmarszczek, w której lśnią piwne oczy.

– Do wioski. A ty nie wałęsaj się tutaj, bo cię ludzie zobaczą.

– I co mi zrobią? – Biała, zwiewna sukienka faluje, gdy dziewczyna kołysze się na boki. Dla niej wszystko jest zabawą. – Przecież i tak mnie nie złapią.

Wspina się na drzewo i przeskakuje z gałęzi na gałąź niczym wiewiórka. Radosny śmiech, za którym niejeden młodzian poszedłby na koniec świata, niknie w oddali. Rusałka nie ma racji, ludzie mogą dużo zrobić, zwłaszcza gdy się boją.

Leśna droga staje się szersza, koleiny wyraźne i głębokie, oddzielone pasem trawy. W oddali pieje kogut. Dawno mnie w wiosce nie było, ale wszystko wygląda tak, jak zapamiętałam. Do chat krytych strzechą tulą się koślawe opłotki, znad których wystają kwiaty malw. Garbię się i opieram na sękatym kiju, stawiam kroki ostrożnie, jak na sześćdziesięciolatkę przystało.

Na mój widok kobiety wołają dzieci do chat, jakby się bały, że któreś zabiorę albo urok rzucę. Skóra mi cierpnie od niechętnych spojrzeń, nawet po tylu latach nie przywykłam. Wchodzę na niewielkie podwórze. Firanki w oknie falują. Po chwili Matylda staje w drzwiach.

– Bogna! A to niespodzianka – mówi, wokół oczu rozchodzi się fala zmarszczek, wywołana przez uśmiech. – Złe wieści, czy dobre przynosisz?

– Złe, ale nie wieści a pytania.

Kiwa głową, zawsze rozumiała więcej niż reszta ludzi. Dziw, że i jej ze wsi nie wygnali.

– Chodź więc, mięty zaparzę i porozmawiamy.

Siadam za chybotliwym stołem, a Matylda nastawia czajnik i dorzuca drewna do pieca. Widać, że ściany świeżo pobielone, podłoga zamieciona, na stole czysty obrus.

– Gości się spodziewasz? – pytam.

– Jasiek miał przyjechać na dożynki. – Odwraca twarz, szturcha pogrzebaczem drwa.

– Miał?

– Ano, ale ciągle zajęty, a jeszcze teraz trzecie dziecko się mu urodziło, to co się będą tłuc taki kawał.

– A jak mu tam, we dworze?

– Dobrze, a jakże, zarządcą został. To inne życie, nie to co tu, tylko z chałupy do zagrody, na pole i nazad do chałupy. – Patrzy na mnie i uśmiecha się niepewnie. – Ale przecie nie o moim synu przyszłaś gadać.

Wsypuje do dwóch kubków liście mięty i zalewa wrzątkiem, a potem siada naprzeciwko mnie. Przez chwilę widzę w niej tę dziewczynkę, z którą chodziłam na jagody, w sianokosy wiłam wianki, a na jesieni piekłam ziemniaki w ognisku. Była dla mnie jak siostra.

– Nie sprowadził się ostatnio kto nowy do wsi? – pytam.

– A skąd, ludzi coraz mniej. Dzieci też jakoś nie przybywa. – Patrzy na mnie znacząco.

– Co słyszałaś?

– Dwie noce temu Kulawy Józef widział, jak stara Maślakowa zawiniątko na skraju lasu zakopała. Jej synowa od tygodnia z chałupy nie wychodzi, a brzemienna była.

– Martwe się dziecko urodziło. Przyjechali do mnie, ale nic już poradzić nie mogłam.

– Tylko… martwe?

Patrzymy sobie w oczy. Ja nie chcę odpowiadać, a ona poznać prawdy.

– Tak. Pępowiną uduszone. – Upijam łyk miętowego naparu, ciepło rozlewa się po ciele. – Na dożynki to pewnie dużo ludzi się zjedzie.

– Ano, sam hrabia Zielecki na polowanie zamierza wyruszyć.

Wstrzymuję oddech. Czy to zbieg okoliczności? Za długo żyję na tym świecie, aby w to wierzyć.

– Kiedy ma się hrabia zjawić? – pytam z pozoru lekko.

– Już jest, w Karczmie Pod Jesionem stoi z całą świtą. Sołtys tam bladym świtem lata, co by jaśnie hrabiemu nadskakiwać.

– A to nie ma lepszych miejsc na polowania niż nasz stary las?

– Królewskiego jelenia hrabia zapragnął. Widać bajdy daleko dotarły. Dziw to, że paru chłopów gorzałki się opiło i ze zwidów legendę usnuło taką, co to aż możnych wabi.

Kiwam głową, choć żadnych omamów nie było. Cud, że chłopy z życiem uszły, bo Lejiń łaskawy nie bywa.

Dopijam miętę, rozmawiam jeszcze chwilę z Matyldą o dawnych czasach i wychodzę. Nów coraz bliżej.

 

***

Stary jesion na rozdrożu ma przeszło trzysta lat. Pamięta czasy, gdy we wsi pierwsze chaty stawiano, wydzierając lasowi połacie ziemi. Rozłożyste konary rzucają cień na karczmę, jakby chciały ją schować przed wścibskim wzrokiem. „Nie tym razem, jesionie”, myślę, „nie zdołasz powstrzymać tego, co nieuniknione”. Siadam na skraju lasu, obserwuję krzątaninę. Ludzie hrabiego uwijają się przy koniach, i to nie byle jakich, w niczym szlachetne rumaki wioskowych szkap nie przypominają.

Z karczmy wychodzi dziewczyna, błękitną ma suknię, pięknie koronką obszytą, i ciasno związany gorset. Misternie zaplecione włosy zdobią polne kwiaty. Na szyi lśni oprawiony złotem jantar. Wstrzymuję oddech.

Czekam, aż słońce skryje się za horyzontem, a potem nucę pieśń, taką, której ludzie nie słyszą.

– Czemu przyszła, czemu wzywa? – Bożątko wychyla się zza pnia.

– Zapytać o coś chciałam.

– A to nie ma kogo innego pytaniami dręczyć?

– Nie ma, jedynie tobie zaufać mogę.

Przekrzywia głowę, wydyma policzki, z daleka za dziecko można by je uznać.

– Poczęstunek przyniosłam. – Rozwiązuję tobołek, mam w nim trochę miodu i owsianych ciastek.

Bożątko waha się jeszcze przez chwilę, ale w końcu podbiega, siada na ziemi i macza ciastka w miodzie.

– Niech pyta.

– Wiesz, który to hrabia Zielecki?

– Wiem.

– Kto mu towarzyszy?

– O, to dużo ich jest. Dziesięciu chłopa i dwie baby.

– A kim są dla hrabiego te baby?

– Młodsza to chyba jego wybranka, bo tak się do niego uśmiecha, w oczy patrzy, na krok go nie odstępuje. A i on jej dłoń często ujmuje w swoją.

– Ona nosi jantarowy naszyjnik.

– Ano nosi, ładny. – Zlizuje z brody krople miodu.

– Przynieś mi go.

Bożątko zrywa się na nogi.

– Nie, kraść nie wolno! Tak to złydnie robią, złe, podstępne pokraki.

– To nie kradzież. Tylko go pożyczę na kilka godzin – mówię łagodnie.

– Jak się bierze cudze, to trzeba uczynić zadość. – Tupie nogą.

– To zadośćuczynisz. Wianków napleciesz i na poduszce wieczorem zostawisz albo jagód przyniesiesz. Ona ma mnóstwo takich błyskotek, nawet nie zauważy. Żadna to krzywda.

– Nie, nie, tak nie można. – Bożątko chodzi w kółko, szarpie odstające uszy.

– Przecież wiesz, że to nie moja prośba.

Złość znika z pucułowatej twarzy, zastępują ją powaga i smutek.

– To znowu się stanie, prawda?

Kiwam głową.

– Matrony zawsze pomagają.

 

***

Naszyjnik jest naprawdę piękny. Jantar złotymi płatkami okolony przypomina kwiat. Ciąży mi w dłoni, zdaje się parzyć skórę. Odkładam go na stół i rozpalam w piecu. Do kociołka wody wlewam, a potem dodaję wroniej krwi i wrzucam zioła. Gdy wywar zaczyna wrzeć, wkładam naszyjnik. Nacinam skórę na nadgarstku i patrzę na spływające krople. Wszystko gotowe. Myję biżuterię w źródlanej wodzie i odkładam na ścierkę. Teraz już nie ma odwrotu.

Pukanie mnie zaskakuje, skupiona na obrzędzie straciłam czujność. Chowam naszyjnik do szuflady i otwieram drzwi. Od razu rozpoznaję dziewkę, którą leczyłam.

– Co tu robisz? – pytam.

– Nie mam dokąd pójść. – Patrzy na mnie błagalnie. Siniak na policzku się odznacza, pewnie to niejedyny. 

– Dom masz w wiosce.

– On nie mój.

Odsuwam się, gestem nakazuję dziewczynie wejść, choć powinnam ją odprawić, zwłaszcza teraz. Siada na krześle, kuli się jak przestraszone zwierzątko. Drżącymi palcami miętosi rąbek sukni. Przy nogach leży tobołek – zwinięte ubrania obwiązane ścierką.

Tylko tego mi teraz trzeba, jakbym mało na głowie miała.

– Pozwólcie mi zostać, dobrodziejko! Pomogę w domu, gotować umiem, na ziołach się znam. Przyda wam się ktoś do pomocy, bo przecież nie młodniejecie. – Dziewczyna oblewa się rumieńcem, widać sądzi, że mnie uraziła, ale ja wolałabym starość od tego, co mam.

– Jak cię zwą?

– Klara.

– Na razie możesz zostać, ale nie obiecuję, że na zawsze.

– Dziękuję. – Zrywa się z krzesła, rzuca mi na szyję.

– Przestań. – Odsuwam się. – Mąż cię szukać nie będzie?

– Nie… obrzydłam mu. Winą za śmierć dziecka mnie obarcza.

Czyli ona nie wie, co urodziła. Może to i lepiej. Lepsza tęsknota i żal niż taka wiedza.

– Pościel na podłodze skóry, a jutro siennik sobie zrobisz.

Uśmiecha się, a pełgający płomień kaganka oświetla posiniaczoną twarz. Dobiega mnie krzyk puszczyka. „Nic nie dzieje się bez przyczyny”, myślę.

 

***

Szczekanie psów myśliwskich rozchodzi się po lesie, widać zwęszyły zwierzynę, ale na pewno nie tę, której pragnie hrabia. Obserwuję polowanie skryta w gęstwinie. Tak jak przypuszczałam, kobiety towarzyszą hrabiemu, choć trzymają się z tyłu, zajęte rozmową. Naszyjnik lśni na piersi młodszej. Bożątko dobrze się sprawiło.

Dotykam najbliższego pnia. Czuję pod palcami ciepło i pulsowanie w rytmie bicia ludzkiego serca. Las ciemnieje, wiatr się zrywa. Milknie śpiew ptaków, ale rozbrzmiewa rżenie koni. Psy przestają ujadać, a zaczynają skamleć, uciekają w gąszcz. Nie powstrzymują ich nawoływania myśliwych.

Kary ogier, którego dosiada dziewczyna, płoszy się, rzuca nagle do ucieczki, lawiruje między pniami starych dębów i pędzi przed siebie. Kobieta krzyczy i przywiera do grzbietu rumaka, próbując utrzymać się w siodle. Hrabia rusza w pogoń, a za nim kilku mężczyzn ze świty, którzy zdołali już opanować własne wierzchowce. Nic im to nie da, nie pokonają lasu. Koń wie, dokąd zmierza. Naszyjnik go prowadzi prosto do Matron, a one nie oddają tego, co już raz dostały. Poruszane wiatrem konary raptem się obniżają, korzenie wyłaniają z ziemi tam, gdzie jeszcze przed chwilą rósł jedynie mech. Kobiecy krzyk niknie w oddali.

Wycofuję się ostrożnie.

– Bardzo sprytnie, posługaczko Matron. – Lejiń stoi tuż za mną. Potężne poroże lśni w promieniach słońca prześwitujących przez listowie. – I co teraz? Znowu oddasz im ofiarę, poświęcisz?

– Wybieram mniejsze zło. – Mijam go, przedzierając się przez gąszcz.

– Czyżby?

Staję i zerkam w brązowe ślepia, w których coś więcej niż zwierzęca natura się kryje.

– A ty, czyż im nie służysz?

– Ja nie służę nikomu!

– Czemuś wiosną chłopów oszczędził? Widzieli cię i z życiem uszli.

– Oszczędziłem, bom chciał. Patrz, jaka dzięki temu zacna kompania las nawiedziła. – Wskazuje łbem pozostałych na drodze ludzi.

– Głupiś, śmierć śmierci nierówna. Hrabiego ze świtą szukać będą, to nie kilku zaginionych chłopów.

– Niech przyjdą. – Szczerzy zęby i znika w zaroślach.

Oglądam się przez ramię i wiem, że nikt żywy z tego polowania nie wróci. Uszczupliłam jedynie zdobycz Lejinia, ale czy to mnie usprawiedliwia?

 

***

Łomotanie w drzwi przerywa nocną ciszę. Gwałtownie siadam na posłaniu.

– Otwieraj, wiemy, żeś dziewuchę ukryła! – Wołanie dobiega z dworu, towarzyszą mu okrzyki aprobaty i blask pochodni.

Zawsze to samo. Zapalam lampę i idę do drzwi. Klara kuli się na sienniku leżącym w kącie chaty.

– Czego tu szukacie? – Mój głos sprawia, że wieśniacy się cofają. Wszyscy oprócz sołtysa.

– Dziewucha plagę sprowadziła. Trza bogów przebłagać. Z drogi, wiedźmo, bo i ty na gałęzi zawiśniesz.

– Nie.

– Wiemy, co na świat wydała. – Pod progiem ląduje płócienny worek, rozchodzi się z niego mdlący smród rozkładu.

– Wykopaliście… Głupcy! Sami na siebie zagładę ściągniecie!

Zapada pełna napięcia cisza, chłopi wymieniają spojrzenia, szukając odwagi. W końcu jeden podnosi kamień i ciska nim w okno. Ten gest staje się sygnałem do ataku. Wzywam las na pomoc, ale ten nie słucha. Wielki chłop popycha mnie na ścianę. Uderzam głową w futrynę. Drugi cios zwala mnie z nóg.

Wbiegają do chałupy. Klara wrzeszczy, gdy wywlekają ją na zewnątrz. Dźwigam się na nogi, chwytam miotłę opartą o ścianę. Marna to broń, ale innej nie mam. Najbliższego chłopa zdzielam w łeb z taka siłą, że aż trzonek pęka. Wieśniak pada na ziemię, ale już dwóch innych rzuca się w moją stronę. Las nadal nie słucha.

– Brać wiedźmę, w zmowie były!

Jednego trafiam w twarz, łamiąc mu nos, krew tryska na koszulę. Drugi łapie mnie za rękę, wykręca. Kolejny chwyta za włosy i ciska o ścianę jak szmacianą kukłę. Wrzeszczę z bólu. Zapada ciemność.

Gdy przytomnieję, ręce mam związane. Dwóch chłopów wlecze mnie po leśnej drodze. Wierzgam nogami, próbując się wyrwać, ale kopniak w brzuch pozbawia tchu. Wzywam las, nadal nie słucha. Nie rozumiem czemu, przecież robiłam wszystko, co chciały.

Szukam wzrokiem Klary. Jeden drab ją niesie przerzuconą przez ramię jak tobołek. W pierwszej chwili myślę, że jest nieprzytomna, ale odwraca głowę w moim kierunku i widzę, że się poddała. Nie wyrywa się, nie krzyczy, tylko łzy jej po policzkach ciekną. Ja nie zamierzam rezygnować. Ponownie próbuję się wyrwać, ale nic z tego.

Stają przed starym dębem, ludzie zwą go pokutnikiem, bo niejednego wisielca gościł. Jeden z chłopów przerzuca linę przez gałąź.

– Którą najpierw? – pyta sołtysa.

– Wiedźmę, bo jeszcze jaki urok wymyśli.

Szarpnięcie za związane nadgarstki stawia mnie na nogi. Chłopi sznur zarzucają od tyłu, ciasno obwiązują szyję. Już brakuje mi tchu. Kątem oka widzę, jak ustawiają się w szeregu, plują w dłonie, żeby sznur się nie wyśliznął. Pierwsze pociągnięcie zmusza mnie do ruchu, potykając się podbiegam do drzewa. Staję na palcach. Drugie pociągnięcie zabiera mi ziemię spod nóg. Miotam się rozpaczliwie. Ale może tak miało być, może tak będzie lepiej? W końcu spokoju zaznam.

– Puśćcie ją!

Słyszę szczęk miecza wciąganego z pochwy. Upadam na ziemię, kaszląc, walczę o oddech. Nade mną stoi Warlin.

– Odstąpcie albo jeszcze przed świtem kruki będą rozdziobywać wasze trupy.

Zrywa się wiatr, przegania chmury, zza których wyłania się księżyc. Dookoła nas na gałęziach siadają kruki. Jego las słucha. Chłopi się cofają. Warlin chwyta mnie wpół i przyciska do siebie, w drugiej ręce nadal dzierżąc obnażony miecz.

– Puśćcie dziewczynę – mówię.

Chłopi zerkają po sobie, a potem patrzą na Warlina, ten jednak milczy. Wsadza mnie na wierzchowca.

– Każ im ją uwolnić – żądam.

– Nie – szepcze, wskakując na siodło.

Spina konia. Próbuję zeskoczyć, ale trzyma mnie mocno. Tracę Klarę z oczu, po kilku minutach rozbrzmiewa triumfalny wrzask gawiedzi.

– Dlaczego? – pytam, choć przecież znam odpowiedź.

– Matrony nie kazały.

Zajeżdżamy pod chatę. Z trudem zsuwam się z siodła, cała dygoczę.

– Czemu się tak przejmujesz obcą dziewką?

– Nie wiem. – Zdobywam się na szczerość.

– Matrony chcą cię widzieć.

– Ale ja nie chcę widzieć ich.

– Dziewczynę trzeba przygotować. – Przygląda mi się, w księżycowym świetle jego rysy są ostre i groźne, jest w nich coś obcego. – Bądź o świcie. – Spina konia, ale jeszcze się odwraca. – I nie rób nic głupiego.

Tętent w końcu milknie, las zdaje się mroczny i podejrzanie cichy. Pod progiem chaty leży worek z truchłem. Podnoszę go.

– Podoba mi się twój zamysł. – Lejiń wyłania się zza chaty.

– Nic nie wiesz.

– Ależ wiem, nienawidzisz ich, wszystkich. Matron, chłopów, nawet jego. – Przekrzywia łeb, przewierca mnie spojrzeniem. – Mogę ci pomóc.

– Ty?

– Tak, sama nie podołasz, pomiot jest trudny do opanowania.

– Zdołam pomiot okiełznać. Twoja pomoc mi niepotrzebna.

– A zdołasz go też ukryć? – Zbliża łeb do mojej twarzy. – Myślisz, że Matrony nie wyczują, co się w lesie pojawiło.

Milczę. 

– Mocnej krwi ci potrzeba – mówi.

– I dasz mi swoją? – Zerkam w brązowe oczy, prawdy w nich szukam.

– Dam.

– Za jaką cenę?

– Za przymierze, tego samego chcemy. – Wyciąga szyję. – Śmiało.

Przynoszę nóż i miskę, krwi upuszczam. Jest ciemna i gęsta, ma mdławą woń. Lejiń szczerzy zęby, kiwa łbem.

– Do zobaczenia, posługaczko Matron.

Jeszcze się waham, stojąc pod nocnym niebem z miską krwi w dłoniach i gnijącym truchłem u stóp. Serce w piersi kołacze, jakby miało pęknąć. Widzę przed oczami Klarę wywlekaną z chałupy. Czemu się obcą dziewką przejmuję? Może dlatego, że mnie też tak wywlekli, choć na gałęzi nie skończyłam. “Bom innego życia chciała”, słyszę w myślach głos Klary. Ja też, ale decyzję kto inny podjął.

Podnoszę worek, czasu mam niewiele, do świtu zostały najwyżej dwie godziny. Wracam do lasu.

Wieśniacy już odeszli. Ciało Klary zwisa z gałęzi. Szeroko otwarte oczy wpatrują się w przestrzeń, sine wargi zastygły w ostatniej próbie zaczerpnięcia tchu. Odcinam linę, a zwłoki uderzają o ziemię z głuchym plaśnięciem. Układam je na plecach, koszulę nocną rozcinam. W brzuchu robię długie nacięcie. Krew jeszcze nie stężała, wylewa się z ciała i w leśną ściółkę wsiąka. Dłońmi rozsuwam jelita, są jeszcze ciepłe, wyślizgują się z palców. W zrobione miejsce wkładam truchło. Krwią zalewam i zszywam skórę lnianą nicią. Na górze kładę wilcze jagody i piołun. Czekam.

Śpiew ptaków obwieszcza zbliżający się świt, gdy szew pęka. Najpierw z rany szponiasta dłoń się wyłania, jest mała, ale siła w niej drzemie ogromna, potem pojawia się łeb, łysy i pomarszczony. Czerwone ślepie od razu patrzą na mnie, długi jęzor oblizuje drobne i ostre jak brzytwa zęby. Pomiot wyplątuje się z wnętrzności, z krwi otrzepuje niczym pies i wypełza na leśną ściółkę.

– Ja cię przywołałam, to dzięki mnie masz ciało. Jesteś mi winien posłuszeństwo – mówię.

Warczy, kłapie zębami, podchodzi bliżej.

– Jesteś mi winien posłuszeństwo!

– A kim ty jesteś? – Gardłowy, bulgoczący głos wydobywa się z paszczy.

– Twoją panią, to wszystko, co musisz wiedzieć.

– Śmierdzisz strachem, niegodnaś mi rozkazywać.

Zanurzam dłoń w misce po krwi i wyciągam w stronę stwora.

– A ten zapach znasz?

Nozdrza się rozszerzają, gdy węszy. Odskakuje, a potem zaczyna skamleć.

– Podstępna, spętała, podstępna.

– Jesteś mi winien posłuszeństwo! Przysięgnij!

Szczerzy kły, ale są prawa, którym nawet tak plugawe istoty nie mogą się przeciwstawić.

– Przysięgam.

***

Jaskinia za wodospadem śmiercią cuchnie. Ścieżkę znaczą kości. Wchodzę po kamiennych stopniach, starając się zachować spokój. W środku panuje półmrok. Wybranka hrabiego siedzi na tronie z konarów, pędy ją oplatają, zasłaniają usta. Wbija we mnie przerażone spojrzenie błękitnych oczu. Pewnie liczy, że na pomoc przyszłam. Niestety się myli.

– Nareszcie jesteś, Bogno. – Wasznica wyłania się z tunelu. Złote włosy ciągną się za nią po kamieniach. Jest prawie naga, a ciało ma idealne. Skóra bez skazy, biodra zmysłowo zaokrąglone, piersi jędrne. Mnie jednak nie oszuka, widziałam, co pod tą powłoką się kryje.

– Tak jak kazałyście.

Szukam wzrokiem drugiej, wiem, że zaraz się pojawi.

– Przygotuj dziewczynę. Musi być idealna na ucztę.

Kiwam głową i rozwiązuję tobołek.

– Coś cię trapi? – pyta Samrija. Drobniejsza jest od siostry. Jasne włosy sięgają ledwie do ramion, a oczy mają kolor wiosennej trawy. Zadarty nos i dołeczki w policzkach dodają jej figlarności.

– Nie.

– Jesteś jakaś inna. – Podchodzi bliżej, chwyta mnie pod brodę, w oczy patrzy. – Smutek wyczuwam.

– Dziewczyny ze wsi mi żal – mówię.

– Gniewasz się na nas? – Wasznica siada na kamieniu, opiera bladą twarz na dłoni. – Jesteś dla nas jak córka, kochamy cię.

– I ja was kocham. – Kłamstwo ledwie przechodzi przez gardło.

– Zaufaj nam. – Samrija zanurza dłoń w moich włosach. Na skórze czuję zimne palce. – Dziewka czas nam kupiła, teraz klątwa osłabła.

– Jak zawsze macie rację – mówię.

– A pewnie, że mamy. Zaufaj nam. Zadbamy o ciebie. – Samrija całuje mnie w policzek, usta też ma zimne. – A teraz bierz się do pracy, czas nagli.

Matrony znikają w tunelu. Sama z dziewczyną zostaję. Patrzę w zapłakane oczy.

– Nie mogę cię uratować – mówię. – Nie po to tu przyszłam. Zginiesz dziś w nocy.

„I nie tylko ty” – dodaję w myślach. Wyciągam białą suknię i rozkładam na kamieniach. Potem poję dziewczynę usypiającym naparem. Obmywam zwiotczałe ciało i przebieram w suknię, upinam włosy. Wszystko gotowe.

 

***

Dziewczyna leży na kamiennym ołtarzu, biała suknia spływa po bokach. Matrony tańczą nago w nikłym świetle księżyca i gwiazd. Zaraz porzucą ludzką powłokę i prawdziwe oblicze pokażą. Polanę otacza ochronna bariera, nawet mrówka nie ma prawa zakłócić obrzędu.

Stoję sztywno, w dłoniach mam dzban krwi, ale nie zwierzęcej. Do lewego uda tkwi przywiązany nóż, a prawego trzyma się pomiot, jego pazury kaleczą mi skórę, ale nie czuję bólu, nic już nie czuję. Tej nocy wszystko się skończy.

Pierwsza opuszcza ciało Samrija. Mięsisty pająk ociekający posoką przeciska się przez usta i na ołtarz zeskakuje. Wasznica podąża za nią i po chwili obydwie wpełzają do ciała nieprzytomnej dziewczyny. Zaczynają ucztę.

Porzucone ciała leżą bezładnie na trawie. Zbliżam się do nich powoli i spokojnie. Warlin mnie obserwuje, inaczej niż zazwyczaj, podejrzliwie, choć przecież robię to co powinnam. Zasad obrzędu przestrzegam, które ciała w posoce nakazują skąpać. Unoszę dzban, krew oblewa ciało Wasznicy. Skóra zaczyna skwierczeć i topnieć. 

– Co to jest?! – Warlin rzuca się w moją stronę.

Chlustam posoką na drugie ciało, a potem na to leżące na ołtarzu. Szpony zwalniają uścisk na moim udzie. Warlin dobywa miecza, na ułamek sekundy zastyga w bezruchu zaskoczony widokiem potwora. To wystarcza. Pomiot skacze na niego, powala na ziemię. Szarpie pazurami skórę na piersi, rozrywa zębami gardło. Nie patrzę na krew ściekającą na trawę, nie słyszę charczącego oddechu.

Matrony już wiedzą, wypełzają z dziewczyny, ale są bezbronne, słabe, upojone ucztą i nie mają dokąd wrócić. Wyszarpuję kościany nóż z pochwy, przebijam pajęcze twory, aż ostrze zgrzyta o kamień. Pisk rozsadzający uszy rozbrzmiewa na polanie. Ochronne zaklęcie pęka, a ja padam na kolana i pogrążam się w ciemności.

 

***

– Dobrze się spisałaś. – Głos dobiega z oddali.

Ostrożnie unoszę powieki, nad sobą widzę jeleni łeb na tle błękitnego nieba. Z trudem się podnoszę, wszystko mnie boli. Ręce mam pomarszczone, a włosy siwe. Magia Matron zniknęła.

– Co teraz będzie? – pytam.

– Nic.

– A klątwa?

– Nie było żadnej klątwy, tylko głód Matron. – Patrzy na mnie z politowaniem.

Dobiega mnie szczekanie psów.

– Lepiej się ukryj. Ludzie hrabiego od świtu przeszukują las. – Szczerzy zęby, a potem znika w gęstwinie.

Pomiot martwy przy ołtarzu leży, czyli to prawda, w nim też kryła się moc Matron. 

Szczekanie psów jest coraz bliżej. Opuszczam polanę. Po drodze podnoszę kij, na którym się wspieram. Nie wiedziałam, że starość jest tak męcząca.

Z polany dobiegają krzyki pełne odrazy i oburzenia. Przyśpieszam, ale za sobą coraz głośniejsze ujadanie słyszę. Ogar wyskakuje z zarośli tuż za mną. Uderzam go kijem, ale to tylko zajadłość potęguje.

– To ona! Wiedźma! – Rozpoznaję głos sołtysa.

– Stój!

Psy odstępują zawołane przez jeźdźców.

– Nie ruszaj się i nie próbuj żadnych sztuczek – mówi młodzieniec siedzący na koniu. Pozostali celują do mnie z kusz.

– Nic nie zrobiłam – mówię, zdając sobie sprawę, że sukienkę mam przecież całą we krwi.

– Morderczyni! – Sołtys spluwa mi w twarz. – Tym razem nikt cię nie ocali.

Młodzieniec gestem go ucisza. 

– Związać ją! – rozkazuje. Spogląda mi w oczy. Jego rysy znajome się wydają. Rozpoznaję syna Matyldy. – Za popełnione zbrodnie i dopuszczanie się czarów zostaniesz spalona na stosie.

Nie opieram się, gdy przywiązują mnie do konia, a potem do wioski wloką. Widzę las tak, jak nigdy wcześniej. Rusałka przeskakuje z gałęzi na gałąź, bożątko zbiera poziomki, a poroże Lejinia nad zaroślami góruje.

Koniec

Komentarze

gdy dziewczyna kołyszę się 

Kołysze

 

– Młodsza to chyba jego wybranka, bo tak się do niego uśmiech

uśmiecha? Chyba, że tak stylizacja nakazuje 

 

No cóż mam rzec – pięknie napisane, bo wyszło spod Twojego pióra. :D

Stylizacja nadała opowiadaniu uroku, którego by nie dało się wyczuć, gdyby język był współczesny. Duży plus.

Momentami czułem się lekko zagubiony, ale już pod koniec tekstu połapałem się co, gdzie i jak, a to najważniejsze – zakończyłem lekturę zadowolony. Zabrzmię jak nastoletni gracz, ale przypomina momentami wiedźmińskie opowieści, w końcu dużo istot i demonów występuje także w Sadze. 

Zgłaszam do Biblio, bo chyba nie mam wyboru xD

 

Powodzenia w konkursie!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

 

Przeczytawszy.

 

 

Może przekona się miś do horrorów, jeżeli będą takie i tak pisane.

Hej Alicello!

 Miałam czytać na raty, nie udało się ;) Łyknęłam całe na raz, świetny styl, choć, jeśli chodzi o horror, wiele go tu nie było. Mi to nie przeszkadza (choć kilka obrzydliwych scen wyszło idealnie, jak choćby zaszycie truchła dziecka).

Baardzo wiedźmińskie to opowiadanie, bez dobrego początku, środka ani zakończenia, ludzie to wciąż ludzie, a potwory to potwory, choć granica jest cienka, o ile istnieje ;) Są więc i wiedźmy z krzywuchowych moczarów, i bożątko tam mieszkające i służąca wiedźmom kobieta. Czy mi to przeszkadza? No niekoniecznie, bo też nie wszystko jest takie samo.

No, kupiłaś mnie stylem, powtarzam się, ale na prawdę, czytało się świetnie. Mam tylko kilka zastrzeżeń, jednak weź po uwagę, że historyczką nie jest, i nawet nie stałam obok. Chodzi o czajnik i ziemniaki. Nie wiem, kiedy dokładnie akcja się dzieje, ale ziemniaki zostały sprowadzone dość późno (końcówka XVI wieku), więc, skoro bohaterka jest stara, a ziemniaki rozpowszechnione, to musi być nie wcześniej, niż XVII wiek. I możliwe, że tak jest, ale to jedyne tropy na jakie się natknęłam.

Ogółem, wszystko zagrało, nie widzę nic zbędnego.

Kilka uwag technicznych:

 

Mokre od potu włosy lepią się jej do czoła.

Kilka zaimków było, imo, niepotrzebnych, tu przykład.

 

– Planowałaś to przede mną ukryć[+.} – Ni to pyta, ni stwierdza.

pewna nie jestem, ale raczej tak to powinno wyglądać.

 

które na szczęście już nie rozbrzmiewają w moich myśli.

*myślach.

 

w których nie zwierzęca natura się kryje.

Jedyny fragment, który mnie zatrzymał. Jak dla mnie, nieco nie po polsku ;)

 

No więc pozostaje mi jedynie zgłosić (podwójnie, hehe).

 

Dziękuję za lekturę!

BarbarianCataphract, dziękuję za komentarz :) Babole już poprawiłam. Bardzo mi miło, że uznałeś opowiadanie za pięknie napisane. Wiedźmińskich skojarzeń się trochę spodziewałam, ze względu na klimat tego tekstu i inspirację wierzeniami słowiańskimi ;)

 

oidrin, dzięki za przeczytanie :) Lisek śliczny.

 

Koala75, dzięki za przeczytanie. Jeśli uda mi się przekonać Cię do horrorów, to będzie wielki sukces :)

 

Gruszel, dziękuję za komentarz :) Uwagom technicznym zaraz się przyjrzę.

 Miałam czytać na raty, nie udało się ;)

O, to nie ma dla mnie większego komplementu. Fajnie, że wciągnęło.

Łyknęłam całe na raz, świetny styl, choć, jeśli chodzi o horror, wiele go tu nie było. Mi to nie przeszkadza (choć kilka obrzydliwych scen wyszło idealnie, jak choćby zaszycie truchła dziecka).

Chyba baśni faktycznie jest tu trochę więcej niż horroru, ale mam nadzieję, że właśnie te obrzydliwe sceny podbiją grozę.

Baardzo wiedźmińskie to opowiadanie, bez dobrego początku, środka ani zakończenia, ludzie to wciąż ludzie, a potwory to potwory, choć granica jest cienka, o ile istnieje ;) Są więc i wiedźmy z krzywuchowych moczarów, i bożątko tam mieszkające i służąca wiedźmom kobieta. Czy mi to przeszkadza? No niekoniecznie, bo też nie wszystko jest takie samo.

Ogólnie są podobieństwa, choć wiedźmy żyjące w lesie to motyw obecny w wielu utworach. Powiem, że zastanawiałam się nad bożątkiem właśnie ze względu na te skojarzenia, ale po przewertowaniu całego bestiariusza słowiańskiego nie znalazłam lepszego duszka do tej roli, bo musiał być dobry, opiekuńczy i dać się przekupić jedzeniem. 

No, kupiłaś mnie stylem, powtarzam się, ale na prawdę, czytało się świetnie.

Dziękuję :)

Mam tylko kilka zastrzeżeń, jednak weź po uwagę, że historyczką nie jest, i nawet nie stałam obok. Chodzi o czajnik i ziemniaki. Nie wiem, kiedy dokładnie akcja się dzieje, ale ziemniaki zostały sprowadzone dość późno (końcówka XVI wieku), więc, skoro bohaterka jest stara, a ziemniaki rozpowszechnione, to musi być nie wcześniej, niż XVII wiek. I możliwe, że tak jest, ale to jedyne tropy na jakie się natknęłam.

Tak, też bym to w czasie umiejscowiła, ale ja nie jestem ekspertem, choć starałam się nie wrzucić niczego niezgodnego z tymi realiami.

No więc pozostaje mi jedynie zgłosić (podwójnie, hehe).

Ojej, bardzo mi miło, dziękuję heart

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Podobnie jak reszcie, w trakcie czytania kołatał mi się po głowie trzeci Wiedźmin (stąd lekki wewnętrzny sprzeciw, kiedy okazało się, że są tylko dwie wiedźmy). Akcja spokojnie mogłaby się dziać na ziemiach Krwawego Barona. 

Nie jest to horror, raczej mroczne fantasy, czyli klimat, który zazwyczaj nie do końca mi pasuje, jednak twoje opowiadanie czytało się bardzo dobrze, ze względu na fajny styl. Podziwiam umiejętność prowadzenia tego typu narracji (pierwsza osoba, czas teraźniejszy i stylizacja jednocześnie).

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

Ale dobry tekst! Zgrabnie skomponowany, przemyślana fabuła, ładny język, delikatnie stylizowany. Wyważona intensywność środków artystycznych, akurat tyle, ile potrzeba, żeby stworzyć klimat, ale nie rozproszyć uwagi czytelnika i nie zburzyć napięcia.

Powołałaś do życia sporo postaci mitologicznych i każdej nadałaś jakiś wyjątkowy rys, co w tak krótkim tekście wymaga dużego kunsztu. Na początku otworzyłaś kilka wątków, które wydawały się nie za bardzo ze sobą związane i zastanawiałem się jak to poskładasz, ale udało się znakomicie.

Szkoda tylko Warlina, który uratował wiedźmie życie, a ona na niego wysłała pomiot. A przecież chyba Warlin, zakochany w niej, krzywdy by jej nie uczynił?

Klik do biblioteki.

 

Wasznica podążają za nią i po chwili obydwie wpełzają do ciała nieprzytomnej dziewczyny. Zaczynają ucztę.

Marony już wiedzą,

Ochronne zaklęcie pęka, a ja padam na kolana i pogrążam się (?) w ciemności

 

No fakt, mi też klimatem bardziej skojarzyło się z Wiedźminem, niż horrorem, ale ogólnie niezły ten tekst, zwłaszcza końcówka.

SNDWLKR, dzięki za komentarz :) Miło mi, że styl Ci się spodobał, taka narracja to moja ulubiona i uważam, że świetnie pasuje do grozy.

Podobnie jak reszcie, w trakcie czytania kołatał mi się po głowie trzeci Wiedźmin (stąd lekki wewnętrzny sprzeciw, kiedy okazało się, że są tylko dwie wiedźmy).

Ha, ha, niespodzianka, to inne wiedźmy ;)

 

kronos.maximus, dzięki za komentarz. Usterki poprawiłam. Cieszy mnie, że zauważyłeś tę indywidualność postaci, bo starałam się dodać im charakteru.

Na początku otworzyłaś kilka wątków, które wydawały się nie za bardzo ze sobą związane i zastanawiałem się jak to poskładasz, ale udało się znakomicie.

Super, że wszystko się spięło na końcu :)

Szkoda tylko Warlina, który uratował wiedźmie życie, a ona na niego wysłała pomiot. A przecież chyba Warlin, zakochany w niej, krzywdy by jej nie uczynił?

Kiedyś na pewno ją kochał, ale teraz sytuacja nie jest taka prosta, a przynajmniej Bogna już w tę miłość nie wierzy. Warlin ją uratował, bo tak mu kazały Matrony. W ostatecznej rozgrywce stanąłby po stronie Matron.

 

fanthomas, dzięki za komentarz, miło mi, że uznałeś tekst za niezły :) Wiedźmińskość ta się odczuć i chyba ten baśniowy charakter tu przeważa, ale jakby spojrzeć na ten tekst pod kątem fabuły charakterystycznej dla folkhorroru, to właściwie wszystko tu jest. Obca osoba (czyli wybranka hrabiego) przybywa do wioski, staje się celem dla mrocznych istot, a potem kończy na ołtarzu ofiarnym, tyle że nie śledzimy akcji z jej perspektywy, a od tej “złej” strony.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Pomiot wyplątuj się z wnętrzności, otrzepuje z krwi niczym pies i wypełza na leśną ściółkę.– wyplątuje. Rusałka przeskakuje z gałęzie na gałąź, – z gałęzi. Klimatyczne opowiadanie, jeśli człowiek wyobrazi sobie te miejsca, szum wiatru, zachmurzone niebo, całe otoczenie, to naprawdę można się poprawić w fotelu. Powodzenia w konkursie.

Cześć,

 

niestety, mnie tym razem nie podeszło (sam jestem zaskoczony).

Powody takiego stanu rzeczy widzę trzy. Po pierwsze raziła mnie stylizacja, która w moim odczuciu nie wypadła szczęśliwie. Przede wszystkim brakło konsekwencji. Wcielasz się w postać wiedźmy, opisujesz świat jej oczyma i z początku w miarę pilnujesz należytej stylizacji prowadzonej przez wiedźmę narracji (mowa zwłaszcza o inwersji). Im jednak dalej w tekst, tym bardziej porzucasz swój pierwotny zamysł. Wkradają się sformułowania i zdania właściwe Twojemu zwykłemu warsztatowi, jaki znam z innych tekstów spod Twojej ręki, a tekst staje się bardziej literacki niż powinien, mając na uwadze kto relacjonuje nam kolejne wydarzenia. Tym samym narracja coraz bardziej skręca z historii opowiadanej przez wiedźmę w historię opowiadaną przez Ciebie. Poza brakiem konsekwencji, moim zdaniem brakło również plastyczności. Mogłaś znacznie pogłębić stylizację, posłużyć się większą ilością archaizmów, czy chociażby ucinać końcówki (zamiast przecież – przecie, i tym podobne). Tutaj miałem wrażenie, że jedyne co robisz, to modelujesz szyk zdań i to też z różną częstością. 

Drugi powód to kwestia obranego przez Ciebie motywu przewodniego, tj. wiedźmiej otoczki. Jest to tematyka mocno już wyeksploatowana, której – w moim odczuciu – nie do końca nadałaś nowe oblicze. Wątek Matron i głównej bohaterki do złudzenia przypominał mi wiedźmy z Krzywuchowych Moczarów i Annę Stenger. Oczywiście tam pożywką wiedźm były dzieci, a tutaj dorosła kobieta, lecz zasadniczo nie robi to wielkiej różnicy. By nie odejść daleko, również wątek “pomiotu” bardzo silnie kojarzy się z porońcem, także występującym w historii Anny Stenger. W moim odczuciu granica subtelności w czerpaniu inspiracji została przekroczona. Nie wspomnę o bożątku – kolejnym elemencie występującym w przytoczonej historii, a także dębie Pokutniku – wypisz wymaluj Drzewo Wisielców, także z Wiedźmina 3. Na plus za to lijeń, który przecina tę siatkę odniesień i zapożyczeń, będąc całkiem ciekawą postacią.

Trzeci powód to zakończenie (albo raczej prezakończenie, czyli rytuał). Głównej bohaterce za łatwo przychodzi wymanewrowanie Matron. Raz, dwa i po robocie. Nie ma w tym krztyny satysfakcji. Nawet Warlin, chociaż kreujesz go dotąd na budzącego grozę wojownika, pada jak mucha, zaskoczony przez pomiot. Zresztą z pomiotem mam dużo większy problem. Skoro bowiem sama w tekście przyznajesz, że jest w nim cząstka mocy Matron, to czy nie zwiedziałyby się w porę, że taka kreatura powstała? Nie wyczułyby jej? Warlin by nie wyczuł? Dla mnie to mało prawdopodobne, chyba że masz na to jakieś wytłumaczenie, którego ja nie wyłapałem.

Powyższe nie sprawia oczywiście, że tekst jest do niczego, dostrzegam także jego pozytywne strony, jak choćby sprawne oddanie klimatu, lecz to nie wystarczyło, by przesłonić mi wskazane mankamenty.

 

Pozdrawiam,

fmsduval

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Cześć, Alicello!

 

Gdyby nie one(+,) klątwa zmór już dawno zebrałaby żniwo.

tak mi się wydaje, ale ja to noga z przecinków jestem :)

A ty(-,) nie wałęsaj się tutaj, bo cię ludzie zobaczą.

tego z kolei bym wywalił :P

Miotam się rozpaczliwej.

rozpaczliwiej, albo rozpaczliwie

Pozostali celują do mnie z kuszy.

kusz – chyba, że taka dupna ta kusza i w kilku ją obsługują :D

 

Ładnie podzielony tekst na krótsze fragmenty – jeśli dobrze kojarzę, to nie lubiłaś takich tekstów, a ja z kolei jestem fanem :P także tu mi się przez to nieco lepiej czytało. W ogóle czytało się bardzo dobrze, choć przyznam, że w pewnym momencie czacha mi parowała, bo zrobiło się dużo osób i wątków.

No właśnie – za to też szacun, bo opanowałaś tę moc, w dodatku na względnie niewielkiej liczbie znaków. Masz mnogie intrygi, motywacje i cele, lekko obdarowałabyś nimi tekst na 60k, a tu mamy wersję skondensowaną, ale tego ścisku nie czuć.

Bestiariusz Słowiański przewertowany? :D mnie ten konkurs też do tego zmotywował i Lejinia to aż oczami wyobraźni zobaczyłem ;)

Porównania do trzeciego wieśka nasuwają się same, tym bardziej że wiedźmy mi tam sporo krwi napsuły i na moczarach często musiałem grę wczytywać od nowa. Nie uważam tego za minus, bo tam też historia była chyba jednak inna (choć już pamięć mnie zawodzi). Rzekłbym, że pomogło mi się to wczuć w klimat, nieco wyręczyło wyobraźnię.

Walka z Matronami wyszła nieco skrótowo – tu widzę największe pole do rozwinięcia. O ile jestem w stanie uwierzyć, że przyszła z pomiotem schowanym pod spódnicą (choć wynika, że Matrony nie takie mocne, na jakie się kreowały, skoro nie ogarnęły), to ten dzban krwi mi już zgrzyta – jak go tam zatargała, że nikt tego nie ogarnął? No i szast-prast – już po walce. Trochę zabrakło mi tam napięcia.

Bardzo fajny, klimatyczny tekst. Wydaje mi się, że grozy tutaj mało, ale na pewno sporo klimatu słowiańskich lasów i wsi.

 

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

vrchamps, dzięki z komentarz :) Fajnie, że znalazłeś w tekście klimat grozy.

 

fmsduval, dzięki za komentarz :)

Przede wszystkim brakło konsekwencji. Wcielasz się w postać wiedźmy, opisujesz świat jej oczyma i z początku w miarę pilnujesz należytej stylizacji prowadzonej przez wiedźmę narracji (mowa zwłaszcza o inwersji). Im jednak dalej w tekst, tym bardziej porzucasz swój pierwotny zamysł.

Po Twoim komentarzu porównałam sobie kilka akapitów i powiem szczerze, że ja tej zmiany w narracji nie widzę. Wybrałam trzy fragmenty na chybił trafił:

Chłop kładzie dziewczynę na posłaniu, a ta się wije i wrzeszczy. Mokre od potu włosy lepią się jej do czoła. Policzki lśnią czerwienią i nie tylko one – spódnicę znaczą plamy krwi. Stara podbiega, bierze młodą za rękę, nie przestając wznosić modłów.

 

Poruszane wiatrem konary raptem się obniżają, korzenie wyłaniają z ziemi tam, gdzie jeszcze przed chwilą rósł jedynie mech. Kobiecy krzyk niknie w oddali.

 

Chlustam posoką na drugie ciało, a potem na to leżące na ołtarzu. Szpony zwalniają uścisk na moim udzie. Warlin dobywa miecza, na ułamek sekundy zastyga w bezruchu zaskoczony widokiem potwora. To wystarcza.

 

Wydaje mi się, że jest to ten sam surowy styl wypowiedzi. Być może problemem jest to, że bohaterka się zmienia w trakcie tego tekstu, na początku jest obojętna, nawet pełna złości, a potem staje się bardziej melancholijna, ten proces zaczyna się podczas wizyty w wiosce, a przynajmniej taki efekt zamierzałam osiągnąć, być może nie wyszło albo za bardzo przekombinowałam. Żeby to sprawdzić musiałabym wrócić do tekstu za jakiś czas, bo teraz za dobrze go pamiętam, żeby się tej stylizacji przyjrzeć.

Wkradają się sformułowania i zdania właściwe Twojemu zwykłemu warsztatowi, jaki znam z innych tekstów spod Twojej ręki, a tekst staje się bardziej literacki niż powinien, mając na uwadze kto relacjonuje nam kolejne wydarzenia.

Nie wiem, co rozumiesz przez tekst “bardziej literacki niż powinien”, tak jak pisałam powyżej bohaterka się zmienia, więc i jej sposób postrzegania świata się zmienia. Najbardziej to widać w ostatnim zdaniu, gdy mówi o tym, że widzi las inaczej niż wcześniej.

I tak, mój warsztat jest zwykły, ale nie zamierzam dążyć do udziwnień i poetyckości, bo sama takiego stylu nie lubię i zupełnie go nie czuję. Jestem zdania, że należy pisać w zgodzie ze sobą, bo inaczej wychodzi komicznie.

Poza brakiem konsekwencji, moim zdaniem brakło również plastyczności. Mogłaś znacznie pogłębić stylizację, posłużyć się większą ilością archaizmów, czy chociażby ucinać końcówki (zamiast przecież – przecie, i tym podobne). Tutaj miałem wrażenie, że jedyne co robisz, to modelujesz szyk zdań i to też z różną częstością. 

Być może, ale to co jest, to bardziej sposób wypowiadania się bohaterki. Nie czuję się na tyle mocna w archaizmach, aby bardzo iść w stronę mocno historycznej stylizacji, choć przyznam się, że starałam się tutaj zrobić coś więcej niż tylko zmianę szyku, zwłaszcza w dialogach.

W moim odczuciu granica subtelności w czerpaniu inspiracji została przekroczona.

Tym jednym stwierdzeniem przekreśliłeś wszystko w tym tekście. Wskazujesz na podobieństwo, a zupełnie zignorowałeś różnice. To jest inna historia, z inną bohaterką. Bogna nie ma nic wspólnego z Anną zarówno w odniesieniu do przeżyć jak i osobowości. Jedyne co je łączy to fakt służenia wiedźmom. Fabuła również dotyczy czegoś innego i ma zupełnie inny przekaz.

Bożątka nie zostały stworzone na potrzeby Wiedźmina, a ludzi wieszano na drzewach i to też nie jest pomysł odkryty w grze. Pomiot może się kojarzyć z porońcem, ale to tylko skojarzenie, bo zarówno metoda jego przywołania jak i działanie są inne. Poroniec pojawiał się tylko nocą i atakowały ciężarne, wysysając krew, a Bogna przywołuje morderczego stwora, który do tego musi jej słuchać.

Tak że rozumiem skojarzenie i pewne podobieństwa w tle tej historii do Moczar, nie neguję tego, ale uważam, że to co napisałeś jest już trochę niesprawiedliwe. 

Trzeci powód to zakończenie (albo raczej prezakończenie, czyli rytuał). Głównej bohaterce za łatwo przychodzi wymanewrowanie Matron. Raz, dwa i po robocie. Nie ma w tym krztyny satysfakcji. Nawet Warlin, chociaż kreujesz go dotąd na budzącego grozę wojownika, pada jak mucha, zaskoczony przez pomiot.

Cóż mogę powiedzieć, taką historię wymyśliłam, nie przyszły mi tu do głowy żadne dodatkowe komplikacje. Pozostaje mi więc tylko przyjąć krytykę w tej kwestii, i następnym razem wykrzesać z wyobraźni więcej. A inna sprawa, że wszelkich scen walki unikam jak ognia, więc może podświadomie poszłam w rozwiązanie polegające na zatłuczeniu pająkopodobnych stworów. Chciałam też trochę podkreślić motyw zdrady, bo Bogna zrobiła coś, czego Matrony się zupełnie nie spodziewały.

Zresztą z pomiotem mam dużo większy problem. Skoro bowiem sama w tekście przyznajesz, że jest w nim cząstka mocy Matron, to czy nie zwiedziałyby się w porę, że taka kreatura powstała? Nie wyczułyby jej? Warlin by nie wyczuł? Dla mnie to mało prawdopodobne, chyba że masz na to jakieś wytłumaczenie, którego ja nie wyłapałem.

Tu się przyznaję do niedopatrzenia, bo powodem, dla którego Matrony nie wyczuwają pomiota jest krew Lejinia, ale widzę, że zostało to tylko w mojej głowie. Nieco zmodyfikuję dialog z Lejiniem, żeby było to jasne.

 

Krokus, dzięki za komentarz :) Usterki zaraz poprawię.

Ładnie podzielony tekst na krótsze fragmenty – jeśli dobrze kojarzę, to nie lubiłaś takich tekstów, a ja z kolei jestem fanem :P

Wiedziałam, że to docenisz :D

W ogóle czytało się bardzo dobrze, choć przyznam, że w pewnym momencie czacha mi parowała, bo zrobiło się dużo osób i wątków.

No popatrz, a mnie się wydawało, że wcale nie jest ich tak dużo ;)

No właśnie – za to też szacun, bo opanowałaś tę moc, w dodatku na względnie niewielkiej liczbie znaków. Masz mnogie intrygi, motywacje i cele, lekko obdarowałabyś nimi tekst na 60k, a tu mamy wersję skondensowaną, ale tego ścisku nie czuć.

To skondensowanie to chyba już cecha charakterystyczna moich tekstów. Zastanawiam się, czy z tym walczyć czy jednak nie. 

Bestiariusz Słowiański przewertowany? :D mnie ten konkurs też do tego zmotywował i Lejinia to aż oczami wyobraźni zobaczyłem ;)

O, to super, że znasz opis Lejinia. Nawet się zastanawiałam, czy nie dać tego w przypisie, bo to trochę zmienia odbiór tekstu. A złydnie zauważyłeś?

Porównania do trzeciego wieśka nasuwają się same, tym bardziej że wiedźmy mi tam sporo krwi napsuły i na moczarach często musiałem grę wczytywać od nowa. Nie uważam tego za minus, bo tam też historia była chyba jednak inna (choć już pamięć mnie zawodzi). Rzekłbym, że pomogło mi się to wczuć w klimat, nieco wyręczyło wyobraźnię.

Tak, pewne podobieństwo jest, co zresztą widać po komentarzach, ale faktycznie historia jest o czymś innym. 

Walka z Matronami wyszła nieco skrótowo – tu widzę największe pole do rozwinięcia. O ile jestem w stanie uwierzyć, że przyszła z pomiotem schowanym pod spódnicą (choć wynika, że Matrony nie takie mocne, na jakie się kreowały, skoro nie ogarnęły), to ten dzban krwi mi już zgrzyta – jak go tam zatargała, że nikt tego nie ogarnął? No i szast-prast – już po walce. Trochę zabrakło mi tam napięcia.

Jeśli chodzi o walkę, to mogę się tylko pokajać, robiłam co mogłam, ale wyszło jak wyszło ;) Dzban krwi jest częścią obrzędu, tylko że zamiast zwykłej krwi zwierzęcej Bagna ma coś innego. Dlatego Warlin reaguje, dopiero gdy skóra zaczyna skwierczeć. Pomyślę, czy nie dopisać tam z jednego zdania wyjaśnienia, bo to faktycznie może być niezrozumiałe.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Alicello,

 

Po Twoim komentarzu porównałam sobie kilka akapitów i powiem szczerze, że ja tej zmiany w narracji nie widzę. Wybrałam trzy fragmenty na chybił trafił

Mógłbym zaszachować Cię akapitami czy zdaniami, które potwierdzałyby z kolei moją tezę, ale nie o to chodzi. Braku konsekwencji upatruję w tym, że część zdań modelujesz na starodawne, a przy części zamysł ten porzucasz i następuje to, że tak powiem, w kratkę. Raz zdanie z inwersją bądź z jakimś archaizmem (zdarzały się w tekście, o czym nie wspomniałem w poprzednim komentarzu – tutaj się rehabilituję), zaraz po nim zdanie stylizacji pozbawione. Nie postrzegam tego jako wynikającego ze zmiany bohaterki.

 

Nie wiem, co rozumiesz przez tekst “bardziej literacki niż powinien”

W przyjętym przez Ciebie sposobie narracji 1-osobowej łatwo zapomnieć, że niejako jest się daną postacią, co powoduje, iż osobowość autora przebija się nam przez tekst. Uważam, że tego być nie powinno. U Ciebie przewijały się co jakiś czas zdania zbyt opisowe, zbyt poetyckie, zbyt kwieciste, które chwaliłbym (albo akceptował) w tekście pisanym z perspektywy trzeciej osoby, natomiast tu zdawały mi się nie pasować do bohaterki, która się nimi posługuje. Mam nadzieję, że teraz byłem tutaj klarowny.

 

I tak, mój warsztat jest zwykły, ale nie zamierzam dążyć do udziwnień i poetyckości, bo sama takiego stylu nie lubię i zupełnie go nie czuję. Jestem zdania, że należy pisać w zgodzie ze sobą, bo inaczej wychodzi komicznie.

Użyte przeze mnie określenie “zwykły” miało znaczenie synonimiczne do “właściwy”. Właściwy Tobie, Alicelli, której sposób pisania już trochę znam. Z Twojej odpowiedzi wnioskuję (może błędnie), że w tym sformułowaniu doszukałaś się jakiejś mojej próby umniejszenia Twojemu warsztatowi czy talentowi. Absolutnie tego nie zrobiłem, nie ma do tego żadnych podstaw, a i ja – prywatnie – nie mam ku temu żadnych powodów. Stanowczo zaprzeczam.

 

Być może, ale to co jest, to bardziej sposób wypowiadania się bohaterki. Nie czuję się na tyle mocna w archaizmach, aby bardzo iść w stronę mocno historycznej stylizacji, choć przyznam się, że starałam się tutaj zrobić coś więcej niż tylko zmianę szyku, zwłaszcza w dialogach.

Tutaj Ci zwrócę odrobinę honoru, bo w dialogach wypada to lepiej i są one jednym z tych jaśniejszych punktów opowiadania, na które tylko pobieżnie zwróciłem uwagę w ostatnim zdaniu poprzedniego komentarza.

Mam takie poczucie, że temu tekstowi lepiej zrobiłaby narracja trzecioosobowa, gdzie stylizowałabyś tylko wypowiedzi, a reszta pozostałaby z tejże stylizacji odarta. Ale to tylko taka moja impresja, może się mylę, może mam rację – kto wie :)

 

Tym jednym stwierdzeniem przekreśliłeś wszystko w tym tekście. Wskazujesz na podobieństwo, a zupełnie zignorowałeś różnice. To jest inna historia, z inną bohaterką. Bogna nie ma nic wspólnego z Anną zarówno w odniesieniu do przeżyć jak i osobowości. Jedyne co je łączy to fakt służenia wiedźmom. Fabuła również dotyczy czegoś innego i ma zupełnie inny przekaz.

Bożątka nie zostały stworzone na potrzeby Wiedźmina, a ludzi wieszano na drzewach i to też nie jest pomysł odkryty w grze. Pomiot może się kojarzyć z porońcem, ale to tylko skojarzenie, bo zarówno metoda jego przywołania jak i działanie są inne. Poroniec pojawiał się tylko nocą i atakowały ciężarne, wysysając krew, a Bogna przywołuje morderczego stwora, który do tego musi jej słuchać.

Tak że rozumiem skojarzenie i pewne podobieństwa w tle tej historii do Moczar, nie neguję tego, ale uważam, że to co napisałeś jest już trochę niesprawiedliwe. 

Na wstępie wskażę, że bardzo starałem się podejść rzetelnie do tego tekstu, nie mam do Ciebie żadnych uprzedzeń (wręcz przeciwnie), podobnie jak do Twoich utworów, które zwykle mniej bądź bardziej cenię. Nie zmienia to faktu, że dostrzegłem zbyt wiele powiązań czy to poszlakowych, czy to mocniejszych, które złożyły się na ogólne wrażenie silnej (być może podświadomej – nie imputuję Ci tutaj celowości) inspiracji. Jedni przymkną oko, inni nie pamiętają historii Anny Stenger zbyt dokładnie, jeszcze innym to po prostu nie będzie przeszkadzać. Dla mnie jednak elementów znanych znalazło się w Twoim opowiadaniu zbyt wiele i przyćmiły one odmienności. Gdyby to był zlepek skojarzeń z różnych tekstów kultury, to bym się słowem nie odezwał. Ale tutaj komasacja wymienionych przeze mnie elementów była zbyt duża. Nic na to nie poradzę. W jednej z wypowiedzi przewija się jeszcze wzmianka “o mniejszym złu”, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że inspiracja Wiedźminem była zbyt silna. Także, Alicello, nie kupuję Twoich wyjaśnień w tym zakresie i obstaję przy swoim. Jednocześnie jednak, jako zdolny do kompromisów człek, I agree to disagree :)

 

Cóż mogę powiedzieć, taką historię wymyśliłam, nie przyszły mi tu do głowy żadne dodatkowe komplikacje. Pozostaje mi więc tylko przyjąć krytykę w tej kwestii, i następnym razem wykrzesać z wyobraźni więcej. A inna sprawa, że wszelkich scen walki unikam jak ognia, więc może podświadomie poszłam w rozwiązanie polegające na zatłuczeniu pająkopodobnych stworów.

Wiem, że nie lubisz scen walki, dlatego nie zarzuciłem Ci, że tej walki nie było. Natomiast brakło czegoś, co by rzeczywiście zaskoczyło, wstrząsnęło czy po prostu satysfakcjonowało na tym etapie utworu. Czułem się, jakbyś bardzo chciała już przejść do finału i tylko odhaczyła to, co miało się stać z Matronami.

 

Tu się przyznaję do niedopatrzenia, bo powodem, dla którego Matrony nie wyczuwają pomiota jest krew Lejinia, ale widzę, że zostało to tylko w mojej głowie. Nieco zmodyfikuję dialog z Lejiniem, żeby było to jasne.

O, to koniecznie popraw, bo o ile inne moje uwagi można od biedy podpiąć pod gust, tak tutaj logika nieco popłakuje w kącie.

 

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Przeczytałam opowiadanie wcześniej, na telefonie, mimo małego ekranu nie mogłam się oderwać. Teraz wracam z komentarzem. 

Podobała mi się główna bohaterka, jej opinie i zmiany wieku. Wyszła niestandardowa wiedźma, dosyć ludzka, czasem empatyczna, a niekiedy pokazująca słabości. Łatwo było jej kibicować, czemu sprzyjała również konsekwentna, pierwszoosobowa narracja.

Postacie fantastyczne zostały przedstawione bardzo plastyczne (tak, widziałam oczami wyobraźni Leijnia, Bożątko, Matrony i pomiot). Podobał mi się klimat tej opowieści, mroczny, tajemniczy, wciągający czytelnika. Oprócz słowiańskich potworków pokazujesz wiejską zbiorowość w naturalistyczny i realistyczny sposób, to doskonale dopełnia grozę przedstawionego świata. 

Wydawałoby się, że tematyka wiedźm i płodów jest już od dawna wyeksploatowana, jednak w Twoim tekście została przedstawiona w ciekawy sposób. Szkoda że zabrakło miejsca na rozwinięcie niektórych wątków, np. walki z Matronami czy wyjaśnienia relacji wiedźmy i Warlina, jednak zdaję sobie sprawę z limitu. Stylistycznie bardzo udany tekst, widać dobry warsztat.

Zgłaszam opowiadanie do wątku bibliotecznego.

To skondensowanie to chyba już cecha charakterystyczna moich tekstów. Zastanawiam się, czy z tym walczyć czy jednak nie. 

Jak zawsze: to zależy :P tutaj jest skondensowane, bo jest dużo treści w małej ilości znaków, a przy tym nie ma wrażenia skrótowości (za wyjątkiem jednej wspomnianej walki z Matronami). Jak dla mnie tutaj wyszło to świetnie.

O, to super, że znasz opis Lejinia. Nawet się zastanawiałam, czy nie dać tego w przypisie, bo to trochę zmienia odbiór tekstu. A złydnie zauważyłeś?

Opis tak średnio, ale dobrze pamiętałem rysunek z Bestiariusza :P Złydnie są na Z, więc albo tam nie docierałem, albo byłem już zmęczony. W tekście rzuciły mi się w oczy, ale nie ogarniałem co dokładnie robią :P

Moimi faworytami z bestiariusza są Gnieciuch i Nieśpiech ;)

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

fmsduval

Braku konsekwencji upatruję w tym, że część zdań modelujesz na starodawne, a przy części zamysł ten porzucasz i następuje to, że tak powiem, w kratkę. Raz zdanie z inwersją bądź z jakimś archaizmem (zdarzały się w tekście, o czym nie wspomniałem w poprzednim komentarzu – tutaj się rehabilituję), zaraz po nim zdanie stylizacji pozbawione. Nie postrzegam tego jako wynikającego ze zmiany bohaterki.

Czyli po prostu uważasz, że inwersja powinna być częstsza. Być może, choć wydaje mi się, że jednak nie powinno to być każde zdanie, bo wyszłoby monotonnie.

W przyjętym przez Ciebie sposobie narracji 1-osobowej łatwo zapomnieć, że niejako jest się daną postacią, co powoduje, iż osobowość autora przebija się nam przez tekst. Uważam, że tego być nie powinno. U Ciebie przewijały się co jakiś czas zdania zbyt opisowe, zbyt poetyckie, zbyt kwieciste, które chwaliłbym (albo akceptował) w tekście pisanym z perspektywy trzeciej osoby, natomiast tu zdawały mi się nie pasować do bohaterki, która się nimi posługuje. Mam nadzieję, że teraz byłem tutaj klarowny.

To, że przy narracji pierwszoosobowej sposób wypowiedzi powinien odzwierciedlać postać jest oczywiste i tutaj trudno się nie zgodzić. Przy narracji trzecioosobowej jest taka samo, tylko w odniesieniu do narratora. Mam wrażenie, że to co odbierasz jako niekonsekwencję jest po prostu cechą bohaterki, która Ci nie pasuje do jej kreacji, a nie niekonsekwencją stylu.

Także, Alicello, nie kupuję Twoich wyjaśnień w tym zakresie i obstaję przy swoim. Jednocześnie jednak, jako zdolny do kompromisów człek, I agree to disagree :)

Masz do tego prawo, tak samo jak ja mam prawo odnieść się do zarzutów.

 

ANDO, dziękuję za komentarz :)

Przeczytałam opowiadanie wcześniej, na telefonie, mimo małego ekranu nie mogłam się oderwać.

Miło mi, to największy komplement jaki mogłam dostać.

Szkoda że zabrakło miejsca na rozwinięcie niektórych wątków, np. walki z Matronami czy wyjaśnienia relacji wiedźmy i Warlina, jednak zdaję sobie sprawę z limitu.

Zgadzam się, że mogłam tę walkę podrasować, zwłaszcza że jeszcze troszkę do limitu było. Jeśli chodzi o wątek wiedźmy i Warlina, to niesamowicie korciło mnie, żeby go rozwinąć, ale powstrzymałam się w obawie przed przytłoczeniem tej historii romansem ;)

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Hej, ho, najpierw łapanka, łapana na bieżąco:

 

Karczmie Pod Jesionem

Karczmie z małej, IMO.

 

drżącymi placami

 

Ponownie próbuje się wyrwać

Ę

 

Zbliża łeb do moje twarzy.

 

Pomiot wyplątuj się z wnętrzności,

 

Wspinam się po kamiennych stopniach, starając się zachować spokój.

Wiem, że pewnie próbowałaś uniknąć dwóch “się” obok siebie, i wiem, że za coś takiego czeka tutaj nagonka, ale moim zdaniem nie powinno się tego robić kosztem gramatyki. ;)

 

Na skórze czuję zimne palce na skórze.

Powtórzonko ;)

 

Ach, Alicello, jestem zachwycona! Czytałam z zapartym tchem. Mnie styl bardzo się podobał, aczkolwiek, fakt faktem, czasem jest bardziej poetycki i “starodawny”, a czasem trochę mniej. Pomysł na wiedźmę słuchającą jakichś niby-dobrych-w-rzeczywistości-złych matron wydał mi się całkiem oryginalny, ale niestety nie jest mi w życiu dane dużo czytać, tak więc mnie wiele rzeczy wydaje się oryginalnych. ;D

Nie znałam tych folkowych postaci typu jeliń czy bożątko. Bardzo ciekawe i bardzo przekonująco wypadły. Podobało mi się, jak bożątko szarpało się za uszka. <3

Horroru nie było za wiele, ale horror w opowiadaniach chyba rzeczywiście jest trudny… Ale momentami, owszem, było mrocznie. Mnie również podobał się motyw zaszywania tego truchełka w trupie, hehehe, fajny smaczek. ;D

Jedno, co mi się nie podobało, to charakter samej wiedźmy. A może nie charakter, tylko ta… Obojętność-nieobojętność. Osobiście dość mam już postaci typu Geralt (i milion innych), które niby są twarde na zewnątrz, niby nic ich nie obchodzi, ale jak widzą krzywdę, to reagują, ale nie chcą, ale reagują, ale pozostają chłodne i zamknięte w sobie, ale się troszczą i przejmują, chociaż nic ich to nie obchodzi. ;)

(Jakby co to innych podobieństw do Wiedźmina u Ciebie nie wypatrzyłam, może dlatego, że nie grałam w grę. ;;)

Scena z wiedźmami rzeczywiście trochę za szybko rozegrana. Motyw z tym synem przyjaciółki… Hm… Mnie jakoś nie “spiorunował”, choć niektórzy mogą uznać to fajny “smaczek”. A co do zakończenia – niby ok, ale ja pokazałabym tę wiedźmę płonącą na stosie albo umierającą w jakichś innych męczarniach. ]:->

 

Podsumowując – fabuła bardzo mi się podobała, język wspaniały, ach! Chyba mogę już polecać do biblioteki, więc lecę polecić. xD

EDIT: Aha, nie, właśnie się okazało, że nie mam 3-miesięcznego stażu. xD Myślałam, że wystarczy 50 opowiadań… No cóż, chęci miałam dobre. ^^’

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Podobało mi się wykorzystanie słowiańskich motywów. Fakt, częściowo wynikało to z wymogów konkursowych, ale jakoś miło mi się czyta teksty inspirowane naszą kulturą, a nie tylko Tolkienem.

Fajna scena z tworzeniem Pomiotu.

Matrony kojarzą mi się z politykami, ale to pewnie zbyt daleko idącą interpretacja.

Babska logika rządzi!

DHBW, dzię­ku­ję za ko­men­tarz :) Dzię­ki za wy­ła­pa­nie błę­dów zaraz po­pra­wię.

Ach, Ali­cel­lo, je­stem za­chwy­co­na! Czy­ta­łam z za­par­tym tchem. Mnie styl bar­dzo się po­do­bał, acz­kol­wiek, fakt fak­tem, cza­sem jest bar­dziej po­etyc­ki i “sta­ro­daw­ny”, a cza­sem tro­chę mniej.

Miło mi :) To zróż­ni­co­wa­nie pa­so­wa­ło mi do bo­ha­ter­ki, ale może fak­tycz­nie prze­sa­dzi­łam. Wia­do­mo, w gło­wie au­to­ra wszyst­ko brzmi do­brze ;)

Nie zna­łam tych fol­ko­wych po­sta­ci typu jeliń czy bo­żąt­ko. Bar­dzo cie­ka­we i bar­dzo prze­ko­nu­ją­co wy­pa­dły. Po­do­ba­ło mi się, jak bo­żąt­ko szar­pa­ło się za uszka. <3

Do bo­żą­tek mam sła­bość, cho­ciaż po ko­men­ta­rzach ża­łu­ję, że nie wy­bra­łam in­ne­go dusz­ka, bo mia­łam dwa al­ter­na­tyw­ne po­my­sły na tę scenę.

Jedno, co mi się nie po­do­ba­ło, to cha­rak­ter samej wiedź­my. A może nie cha­rak­ter, tylko ta… Obo­jęt­ność-nie­obo­jęt­ność. Oso­bi­ście dość mam już po­sta­ci typu Ge­ralt (i mi­lion in­nych), które niby są twar­de na ze­wnątrz, niby nic ich nie ob­cho­dzi, ale jak widzą krzyw­dę, to re­agu­ją, ale nie chcą, ale re­agu­ją, ale po­zo­sta­ją chłod­ne i za­mknię­te w sobie, ale się trosz­czą i przej­mu­ją, cho­ciaż nic ich to nie ob­cho­dzi. ;)

W zu­peł­no­ści Cię ro­zu­miem, też mam takie kre­acje, któ­rych mam dość, choć same w sobie nie są złe. Aku­rat taki model opar­ty na obo­jęt­no­ści bar­dzo lubię, a tutaj wiedź­ma jest też po pro­stu zmę­czo­na, to nie jest typ bo­ha­ter­ki, ale ra­czej kogoś, kto do­tarł do gra­ni­cy wy­trzy­ma­ło­ści. Ona ni­ko­go nie ra­tu­je, oprócz sie­bie.

Hm… Mnie jakoś nie “spio­ru­no­wał”, choć nie­któ­rzy mogą uznać to fajny “sma­czek”. A co do za­koń­cze­nia – niby ok, ale ja po­ka­za­ła­bym tę wiedź­mę pło­ną­cą na sto­sie albo umie­ra­ją­cą w ja­kichś in­nych mę­czar­niach. ]:->

Przy­znam się, że do­da­łam to w ostat­niej chwi­li, bo mia­łam wra­że­nie, że bez tego zo­sta­wię otwar­ty wątek.

Pod­su­mo­wu­jąc – fa­bu­ła bar­dzo mi się po­do­ba­ła, język wspa­nia­ły, ach! Chyba mogę już po­le­cać do bi­blio­te­ki, więc lecę po­le­cić. xD

Dzię­ku­ję :)

 

Fin­kla, dzię­ki za ko­men­tarz :) Ja też lubię sło­wiań­skie mo­ty­wy, nie mam ich dość.

Ma­tro­ny ko­ja­rzą mi się z po­li­ty­ka­mi, ale to pew­nie zbyt da­le­ko idącą in­ter­pre­ta­cja.

Nie­ste­ty jest to cał­kiem traf­na in­ter­pre­ta­cja. Ma­tro­ny ma­ni­pu­lu­ją i kła­mią, twier­dzą, że po­ma­ga­ją, ale tak na­praw­dę myślą tylko o sobie, więc, ech, co tu dużo mówić…

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Nie jestem pewien, czy można to uznać za horror. Ale napisane ładnie.

 

Fabularnie tekst stoi na bardzo przyzwoitym poziomie. Nie jest to może opowieść szczególnie zaskakująca, ale też nie razi wtórnością, czyta się gładko, na niczym się jakoś mocniej nie potknąłem. Jeżeli miałbym wskazać jakiś mankament, to byłby to fakt, że rozprawa z wiedźmami była niesamowicie wprost prosta i niewymagająca, dziw wręcz, że bohaterka nie zdecydowała się na taki krok lata temu, skoro było to tak łatwe. Ale ta myśl naszła mnie na zimno, już po lekturze, w trakcie czytania nie przeszkadzało to zbytnio.

Kreacja bohaterów poprawna, choć nieco przezroczysta. Nie mogę powiedzieć, że główna bohaterka nie ma osobowości, ale wydała mi się dość standardową “mądrą kobietą”, nie zainteresowała mnie niczym szczególnym. Podobnie inni bohaterowie – wykreowani poprawnie, jednak wpisani w archetyp tak starannie, że w zasadzie nijacy. Jednym wyjątkiem jest Warlin, który wydał mi się nieco bardziej interesujący.

Światotwórczo ok, odniesienia do mitologii słowiańskiej. Scena tworzenia pomiotu malownicza, pająkostwory groteskowe, poza tym nic raczej nie przykuło mojego wzroku.

Co do kwestii horroru – mamy tu potwory, mamy krew i flaki, ale nie wyczuwam typowej grozy. Powiedziałbym, że to bardziej fantasy, może dark fantasy. Główną przyczyną jest tu chyba fakt, że bohaterka dość głęboko siedzi w całym tym nadprzyrodzonym interesie, więc ciemne moce, z którym igra są dla niej normalne i zrozumiałe. Nie pomaga też fakt, że owe ciemne moce nijak jej nie zagrażają – jedyne zagrożenie wypływa ze strony ludzi. Czyli brak jednego z głównych wyznaczników horroru – nadprzyrodzonego elementu, który próbuje skrzywdzić bohatera.

 

Czepy drobne:

Wsypuje do dwóch kubków suszone liście mięty

Ja wiem, że to upierdliwość posunięta do granic, ale akurat wtedy, kiedy kwitną malwy, jest też okres zbioru świeżej mięty, więc więcej sensu miałyby świeże liście.

Sołtys tam bladym świtem lata, co by jaśnie hrabiemu nadskakiwać.

A nie raczej od świtu? Chyba że tylko raz dziennie, jak hrabia zapewne jeszcze śpi.

None, dziękuję za komentarz :) Fajnie, że fabuła Ci się spodobała.

Jeżeli miałbym wskazać jakiś mankament, to byłby to fakt, że rozprawa z wiedźmami była niesamowicie wprost prosta i niewymagająca, dziw wręcz, że bohaterka nie zdecydowała się na taki krok lata temu, skoro było to tak łatwe. Ale ta myśl naszła mnie na zimno, już po lekturze, w trakcie czytania nie przeszkadzało to zbytnio.

Zgadzam się, że sama walka nie była trudna, ale całościowo nie było to wcale łatwe. Postaram się trochę wytłumaczyć mój pogmatwany pomysł na to, bo być może z tekstu nie do końca to wynika. Otóż Matrony są słabe tylko w tym jednym momencie, gdy opuszczają powłoki. Żeby je pokonać, trzeba po pierwsze zniszczyć ciała, a potem same pająkowate stwory. Żeby to było możliwe trzeba mieć coś, co Lejiń nazywa “mocną krwią”, stąd informacja o tym, że Bogna w dzbanie nie ma zwierzęcej krwi jak zazwyczaj. Druga kwestia to Warlin, którego nie dałaby rady pokonać, a który stanąłby w obronie Matron, bo jest całkowicie pod ich wpływem. Potrzebny był więc pomiot. Do tego dochodzi kwestia psychiki bohaterki, która manipulowana przez lata wierzy, że robi coś dobrego i tak naprawdę mordowanie niewinnych dziewczyn chroni resztę przed klątwą zmór. Czyli trzeba też było niejako przekroczenia masy krytycznej i wytrzymałości bohaterki, czym stała się historia Klary.

Co do kwestii horroru – mamy tu potwory, mamy krew i flaki, ale nie wyczuwam typowej grozy. Powiedziałbym, że to bardziej fantasy, może dark fantasy. Główną przyczyną jest tu chyba fakt, że bohaterka dość głęboko siedzi w całym tym nadprzyrodzonym interesie, więc ciemne moce, z którym igra są dla niej normalne i zrozumiałe. Nie pomaga też fakt, że owe ciemne moce nijak jej nie zagrażają – jedyne zagrożenie wypływa ze strony ludzi. Czyli brak jednego z głównych wyznaczników horroru – nadprzyrodzonego elementu, który próbuje skrzywdzić bohatera.

Liczyłam się z takim wrażeniem, ale jednak zaryzykowałam, bo uwielbiam horrory z perspektywy zła. I tak, masz rację, że standardowy folkhorror jest oparty o motyw kogoś (najlepiej spoza lokalnej społeczności), kto trafia na celownik złych mocy. I tutaj ten element jest, dokładnie tak wyglądałaby ta historia z perspektywy wybranki hrabiego.

Tak że wiem, że to ryzykowne, co zrobiłam z perspektywą i w ten sposób odeszłam od typowej konwencji, ale co ja poradzę, jak serce każe mi pisać właśnie tak, jak widzę daną opowieść, czyli w tym przypadku z perspektywy wiedźmy. 

Ja wiem, że to upierdliwość posunięta do granic, ale akurat wtedy, kiedy kwitną malwy, jest też okres zbioru świeżej mięty, więc więcej sensu miałyby świeże liście.

Dziękuję Ci za tę uwagę, bo jest to świetny czep. Niech będzie, wykreślę słowo “suszone” xD

A nie raczej od świtu? Chyba że tylko raz dziennie, jak hrabia zapewne jeszcze śpi.

Założyłam, że sołtys leci rano, a potem cały dzień nadskakuje ;)

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Zgadzam się, że sama walka nie była trudna, ale całościowo nie było to wcale łatwe.

Nie no, ja rozumiem, że wymagane były przygotowania i szczególne okoliczności. Ale… Krew dostała bez wysiłku, w zasadzie nawet bez proszenia. Pomiot wymagał rytuału, a “składniki” nie były raczej dostępne od ręki – ale też nie wymagał od bohaterki szczególnego wysiłku. Bohaterka nie musiała nic poświęcić, żeby odnieść zwycięstwo. Nie musiała nawet szczególnie ryzykować. Przeszła zmianę światopoglądu, ale przeszła ją zanim doszło do konfrontacji. Słowem – finał z perspektywy czytelnika pozbawiony jest elementów budujących napięcie. Ale – jak wspomniałem – czułem to raczej po lekturze niż w trakcie.

Liczyłam się z takim wrażeniem, ale jednak zaryzykowałam, bo uwielbiam horrory z perspektywy zła.

Nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale horror z perspektywy zła to już nie horror :P. Relacja ofiara-oprawca jest zbyt asymetryczna, by pewne zjawiska dało się przenieść przez granicę. Ciężko straszyć (mówiąc metaforycznie, bo horrory mają raczej na celu budować nastrój grozy niż faktycznie straszyć), kiedy budujesz do ofiary tak duży dystans, kiedy oddajesz narrację w ręce strony z całą mocą sprawczą i kontrolą nad sytuacją. Dlatego nawet w slasherach, w których głównym bohaterem jest de facto właśnie ten zły, zwykle obserwujemy wydarzenia z perspektywy ofiar. 

Ale to problem raczej akademicki, który może mieć znaczenie najwyżej dla jury, mi w niczym nie przeszkadza.

Nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale horror z perspektywy zła to już nie horror :P. Relacja ofiara-oprawca jest zbyt asymetryczna, by pewne zjawiska dało się przenieść przez granicę. Ciężko straszyć (mówiąc metaforycznie, bo horrory mają raczej na celu budować nastrój grozy niż faktycznie straszyć), kiedy budujesz do ofiary tak duży dystans, kiedy oddajesz narrację w ręce strony z całą mocą sprawczą i kontrolą nad sytuacją. Dlatego nawet w slasherach, w których głównym bohaterem jest de facto właśnie ten zły, zwykle obserwujemy wydarzenia z perspektywy ofiar. 

Często ocena tego, co jest, a co nie jest horrorem sprowadza się do odczuć wywoływanych w czytelniku. Potrafię sobie wyobrazić horror napisany z perspektywy mordercy i uważam, że mógłby być straszniejszy niż taki z perspektywy ofiary.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Nowa Fantastyka