- Opowiadanie: Alicella - Reinkarner

Reinkarner

Cześć!

 

Z niemałą obawą publikuję moje pierwsze opowiadanie sci-fi i mam nadzieję, że będzie to dla Was przyjemna lektura. 

 

EDIT:

Opowiadanie ma ukrytą interpretację zakończenia, na którą chyba jeszcze nikt nie wpadł (albo się nie pochwalił tym w komentarzu), więc proponuję konkursik. W tekście są dwie wskazówki, które pozwalają na jej odkrycie. Dla pierwszej osoby, która zgadnie, nawet będzie nagroda ;) do wyboru:
– pakiet pięciu komentarzy,
– betowanie.

Jeśli nikt nie odkryje tego drugiego dna to za dwa tygodnie (11.06) zdradzę o co chodziło, ale będzie mi smutno, że jestem osamotniona w swoich pokrętnych skojarzeniach. 

EDIT: Konkursik rozstrzygnięty :)

 

Serdecznie dziękuję betującym za pomoc.

 

BETOWALI: Shanti, Bjkpsrz, Krar85

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Reinkarner

– Jak ci się tu podoba? – zagadnąłem miłość mojego aktualnego życia.

Choć miłość to za dużo powiedziane, łączyła nas raczej znajomość. Spędzaliśmy ze sobą zaledwie kilka godzin w miesiącu.

– Pytasz, jak to sobie wyobrażam? – Irmina oparła łokcie o szary blat stolika.

Skinąłem głową. 

– Wnętrze jest mroczne – powiedziała, rozglądając się po restauracji – wykończone metalem i szkłem. Na każdym stoliku stoi fioletowy storczyk. Na ścianach wiszą abstrakcyjne obrazy. Z głośników rozbrzmiewa jazzowa muzyka, a w powietrzu dominuje zapach wanilii.

Tak działał Aurin, oszukiwał wszystkie zmysły. Nic w opisie podanym przez Irminę nie zgadzało się z rzeczywistością. Ściany pokrywała niegdyś biała, a teraz pożółkła farba. Wszystkie meble zrobiono z szarego tworzywa nazywanego imitem. Wnętrza nie zdobiły żadne dekoracje.

– A jak postrzegasz mnie? – zadałem pytanie, które nie dawało mi spokoju od dłuższego czasu.

Irmina milczała przez chwilę. Jasne włosy związała w ciasny kucyk, a rysów twarzy nie podkreślała makijażem. Nosiła prostą, białą bluzkę i szare spodnie, co w dzisiejszym świecie należało uznać za szczyt elegancji.

– Jesteś niewysoki – powiedziała – masz wielki garbaty nos i łysinę na czubku głowy. Ciemne oczy byłyby nawet ładne, gdyby nie zez.

– I to cię kręci?

Mogłem się spodziewać takiej odpowiedzi, bo Irmina rzadko zachowywała powagę. Zaśmiała się i odchyliła na krześle, krzyżując ręce na piersi. 

– Daj spokój, Beiner, nie zmieniam twojego wyglądu. Lubię przystojnych, zielonookich brunetów. – Uśmiechnęła się w sposób, który przyprawił mnie o przyjemny dreszcz. – I nawet nie przeszkadza mi, że jesteś po trzydziestce – dodała, psując nastrój.

W lokalu, oprócz nas, znajdowało się troje klientów. Mężczyzna siedzący dwa stoliki dalej był sam, ale właśnie wyciągnął rękę i z czułością pogładził przestrzeń tuż nad blatem. Zapewne tam znajdowała się dłoń jego wyimaginowanej partnerki albo partnera. Niewiele osób zawracało sobie głowę związkami z prawdziwymi ludźmi, skoro Aurin pozwalał na wyobrażenie sobie idealnej drugiej połówki.

– Państwa zamówienie, życzę smacznego – powiedział dron metalicznym głosem, opuścił tacę na stół i odleciał.

Spojrzałem na leżącą na talerzu breję wyglądającą, jakby ktoś już ją jadł. Dawne zwyczaje kulinarne odeszły w zapomnienie. Podstawię diety stanowiła ta paskudna papka, która jednocześnie zawierała idealną mieszankę składników odżywczych. Oddałbym wszystko za kawałek porządnego steku albo ciasta czekoladowego. Oczywiście Aurin rozwiązywał ten problem, bo smak również potrafił kontrolować.

– Co zamówiłaś? – zapytałem chyba tylko po to, żeby dołożyć sobie cierpień.

– Paellę z owocami morza – odparła.

W takich chwilach naprawdę kusiło mnie, żeby użyć wszczepu SI. Nie uległem jednak i przystąpiłem do jedzenia. Po przeszło pięciuset latach powinienem się przyzwyczaić do tego paskudnego smaku przypominającego tekturę, ale jakoś nie potrafiłem. 

Był rok dwa tysiące siedemset trzydziesty czwarty albo sześćset pięćdziesiąty trzeci, to zależy jak liczyć: czy od narodzin zapomnianego przez wszystkich boga, czy od wynalezienia Aurinu. Wszyscy poza mną opowiadali się za drugą opcją, ale ja chciałem czuć ten ciężar tysięcy lat historii, bo przecież to wszystko się wydarzyło: odkrycie elektryczności, wynalezienie pierwszego komputera, Ostateczna Wojna, zjednoczenie państw. Te wydarzenia doprowadziły ludzkość do idealnej egzystencji. Od przeszło czterech wieków żyliśmy w idyllicznym świecie bez głodu, przemocy, chorób. Każdy był szczęśliwy w swojej osobistej wirtualnej rzeczywistości. Każdy oprócz mnie. 

Skończyliśmy posiłek i wyszliśmy na ulicę. Pocałowałem Irminę na pożegnanie i ruszyłem deptakiem, po którego bokach stały szare budynki nazywane przeze mnie pudłami. Miasto przypominało wyglądem starodawne gry komputerowe pozbawione tekstur. Sprawiało wrażenie martwego, mało kto wychodził z domu. Ludzie nie musieli już pracować, bo wszystko zostało zautomatyzowane, a zarządzaniem zajmowała się SI.

Dotarłem do pudła, w którym mieszkałem i przeszedłem przez pusty hol, a potem wjechałem windą na dziesiąte piętro. Wszedłem do mieszkania o białych ścianach i czarnej podłodze. Składało się z salonu z aneksem kuchennym i łazienki. Wyposażenie stanowiły paskudne meble wykonane z imitu. Konsumpcjonizm trawiący niegdyś społeczeństwo przepadł na dobre. Ludzie nie potrzebowali wiele, bo prawie wszystko można było sobie wyobrazić.

Opadłem na kanapę z westchnieniem ulgi. Czułem zmęczenie, ale nie tym dniem, czy nawet tym życiem, lecz po prostu wszystkim. Miałem wrażenie, że moja dusza, jestestwo, świadomość, czy co to tam było, jest rozciągnięta i popękana. Ile razy można umierać i tracić ukochane osoby? W ciągu niemal trzech tysięcy lat narodziłem się osiemdziesiąt trzy razy. Mieszkałem w każdym zakątku Ziemi, zakładałem rodziny, walczyłem w wojnach, zabijałem, kradłem, należałem do klasztoru, byłem niewolnikiem, zostałem spalony na stosie, raz nawet zasiadałem na tronie. A jak się to odbywało? Dzień mojej śmierci był jednocześnie dniem narodzin. W początkowych latach życia nie pamiętałem wcieleń, ale czułem w umyśle coś na kształt czarnej kurtyny. Mniej więcej w wieku dziesięciu lat wspomnienia wracały. Uderzały z siłą huraganu. Od kilku wcieleń dręczyło mnie to coraz bardziej, zaczynałem żywić nadzieję, że w końcu się nie narodzę.

Leżałem, patrząc w sufit i czułem „swędzenie mózgu”. To Aurin domagał się, abym go użył. Wystarczyłaby sekunda, żeby to zimne wnętrze przeistoczyło się w przytulne lokum i zapełniło osobami, które kochałem. Rozmyślałem nad słusznością mojego oporu. Zyskiwałem jednie poczucie samotności i permanentnego nieszczęścia, ale gdy korzystałem ze wszczepu SI, cały czas zdawałem sobie sprawę, że nic nie jest realne. Wtedy ogarniała mnie panika. Trwałem więc w swoim uporze niczym samotna brzoza po przejściu wichury, gdy wszystkie inne drzewa leżały połamane.

Zirytowany wstałem i podszedłem do komody, na której stał mój najcenniejszy skarb: odtwarzacz i kolekcja płyt URX. Nie wyobrażałem sobie życia bez muzyki, a obecnie nie istniały: ani radio, ani telewizja, ani internet, wszystkie środki przekazu zastąpił Aurin. Po chwili namysłu włączyłem „The Invisible Man” Queen, myśląc jednocześnie, że w praktyce niewidzialność wcale nie jest przyjemna.

 

***

Słoneczny poranek zachęcał do spaceru, więc opuściwszy budynek, skierowałem się po prostu przed siebie. Zasadniczo miałem dwie główne rozrywki, wyjazdy na łono natury i obserwowanie ludzi, którzy zdecydowali się na opuszczenie mieszkań. Bywały dni, gdy nie spotykałem na ulicy ani jednego człowieka. Tamran był niewielkim miastem położonym w centrum Europy i otoczonym lasem. Nie istniały już dawne metropolie. Po Ostatecznej Wojnie, w której zginęła niemal jedna czwarta ludzkości, władzę przejęła Rada i doprowadziła do zjednoczenia państw. Sukcesywnie burzono miasta i wioski, a na ich miejscu wznoszono nowe. Miałem okazję na własne oczy zobaczyć, jak świątynia Hagia Sophia zmienia się w stertę gruzu. Nie oszczędzono niczego: ani Akropolu, ani katedry Notre Dame, ani Statuy Wolności, ani nawet piramid. Ludzkość dokonała kulturowego resetu. 

Z bocznej alejki wybiegł mężczyzna, wymachując rękami, jakby toczył pojedynek na miecze. Miał na sobie typowe szare ubranie i to niezbyt czyste, długa zaniedbana broda i rozczochrane włosy nie dodawały mu uroku. 

– Giń, łotrze! – wrzasnął, wykonując pchnięcie, a potem odwrócił się i skłonił. – Pani, pozwól, że odprowadzę cię do domu.

Wyimaginowana ocalona najwyraźniej się zgodziła, bo mężczyzna wykonał ruch, jakby ujmował kogoś pod rękę i z błogim wyrazem twarzy zniknął między budynkami. Niektórzy szli w swoich fantazjach dużo dalej niż kreacja otoczenia i stworzenie idealnego związku.

– Niezły czub, co nie? – zapytał mniej więcej pięćdziesięcioletni, barczysty mężczyzna o wygolonej głowie.

Spojrzałem na niego zaskoczony. Od bardzo dawna nikt nie zagadnął mnie na ulicy.

– Raczej normalny jak na obecne standardy – odparłem ostrożnie, nie wiedząc z kim mam do czynienia.

Mężczyzna zaśmiał się głośno i pokiwał głową.

– Taa, to my jesteśmy odmieńcami – powiedział.

– My?

– Nieużywający Aurinu. To znaczy, ja nie używam, tobie się tylko tak wydaje. – Nieznajomy spojrzał mi w oczy. – Przestraszyłem cię?

– Nie – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Nie bałem się, bo co mógł zrobić? Zabić mnie? – Niezbyt rozumiem, co masz na myśli.

– A więc już śpieszę z wyjaśnieniem. Wydaje ci się, że nie korzystasz z Aurinu, ale tak nie jest. Spójrz tam. – Wskazał w kierunku centrum miasta. – Co widzisz?

– Szare budynki, pustą ulicę, bezchmurne niebo.

– No właśnie, a co powiesz o tej białej, dwudziestopiętrowej wieży przypominającej splątane kłącza?

Teraz mnie zaskoczył.

– Tam nie ma żadnej wieży – stwierdziłem.

– Ależ jest, pojawiła się zaraz po tym, jak Aurin został obowiązkowo wszczepiony wszystkim. Naprawdę nie rozumiesz? – Spojrzał na mnie z politowaniem. – On nie został wynaleziony, to najeźdźca.

Miałem do czynienia z wariatem. Fakt, że byliśmy we wszechświecie sami został potwierdzony sześćset lat temu.

– A może to twój Aurin sprawia, że widzisz wieżę, której nie ma?

Mężczyzna uśmiechnął się samymi wargami, prezentując wyjątkowo szerokie zęby.

– Nic z tego, ja go nie mam. – Odwrócił się, wskazując na kark.

Dostrzegłem poziomą bliznę u podstawy czaszki. Nieznajomy ponownie spojrzał mi w oczy.

– To jak, chcesz się go pozbyć? – zapytał tonem, jakby proponował szklankę wody, a nie operację mózgu.

Otworzyłem usta, żeby odpowiedzieć, ale mężczyzna nie dał mi szansy.

– Wybacz, powinienem się chociaż przedstawić przed składaniem takich propozycji. Darius Falkin. – Wyciągnął w moją stronę masywną dłoń.

– Beiner Rigard.

– Zacznę jeszcze raz. Należę do grupy osób, które zrezygnowały z Aurinu. Nazywamy się Odrodzonymi, mieszkamy poza miastem i żyjemy tak, jak za dawnych czasów. Chcesz zobaczyć? Mam przelotowiec, mogę cię zabrać.

Zaintrygował mnie tą wizją życia w realnym świecie, więc się zgodziłem. Po dwudziestu minutach lotu dotarliśmy do niewielkiej osady w środku lasu. Spodziewałem się koślawych szałasów, a tymczasem ujrzałem śliczne domki zbudowane z drewna i kryte gontem. Wysiadłem z przelotowca, czując się jak we śnie, pomyślałem nawet, że Aurin spłatał mi figla i nic z tego nie jest rzeczywiste.

– Robi wrażenie, co? – zapytał Darius.

– Ładnie tu.

– Wyobraź sobie, że kiedyś wszyscy tak żyli.

„Co ty nie powiesz” – pomyślałem.

– To musiały być piękne czasy. – Darius spojrzał przed siebie rozmarzonym wzrokiem. – Ludzie się spotykali, pracowali razem, zakładali rodziny. Najbardziej fascynuje mnie, że tak wiele rzeczy robiono wspólnie tylko dla zabawy.

Spomiędzy domów wybiegła grupka dzieci. Nie widziałem takiego zjawiska od setek lat. Niewiele osób decydowało się na potomstwo, bo po co sobie utrudniać idealną egzystencję w wirtualnej rzeczywistości. Ci, którzy jednak go zapragnęli i tak powierzali opiekę specjalnie do tego skonstruowanym robotom, ich powłoka imitowała skórę i emanowała ciepłem. Sam zostałem tak wychowany, do moich obecnych biologicznych rodziców nie czułem absolutnie niczego. Przez większość czasu obserwowałem, jak snuli się po mieszkaniu zatopieni w swoich rzeczywistościach. Nie chciałem przeżywać tego ponownie. 

– Dobrze się czujesz? – Głos Dariusa wyrwał mnie ze wspomnień.

– Tak, nic mi nie jest – skłamałem, próbując ukryć zdenerwowanie.

– Chodź, przedstawię cię naszej pani doktor.

Weszliśmy do budynku zdecydowanie większego od pozostałych. Niewielki przedpokój prowadził do pomalowanej na biało sali, w której stały: regał, biurko i kilka krzeseł. W przeciwległej ścianie tkwiły metalowe drzwi. Wnętrze oświetlały elektryczne lampy.

– Skąd macie prąd? – zapytałem.

– Niedaleko stąd jest farma fotowoltaiczna, podpięliśmy się.

– Nie boicie się, że ktoś was wyśledzi?

– Kto, drony czy te nieogarnięte roboty? – Darius uśmiechnął się pobłażliwie. – Aurin jest tak pewny swego, że nie bierze pod uwagę buntu.

– Buntu?

Wyraz twarzy Dariusa wskazywał, że nieopatrznie zdradził coś, czego nie powinien.

– Chciałem powiedzieć wymknięcia się z systemu.

Kiepsko kłamał, ale nie zdążyłem go przycisnąć, bo w metalowych drzwiach stanęła drobna, jasnowłosa kobieta po czterdziestce i uśmiechnęła się łagodnie.

– A kogóż to przyprowadziłeś? – zapytała, choć nie wyglądała na zaskoczoną.

– To jest Beiner Rigard, unika używania Aurinu, pomyślałem, że lepiej ode mnie wytłumaczysz mu, na czym polega usunięcie tego cholerstwa.

Nieskładna wypowiedź Dariusa sprawiła, że nabrałem jeszcze więcej podejrzeń.

– Jestem Lidia Hopkins.

Wymieniliśmy uścisk dłoni. Kobieta oparła się o biurko i wbiła we mnie wzrok w sposób, który sprawiał mi dyskomfort.

– Pewnie masz dużo pytań – stwierdziła. – Pozwól jednak, że najpierw wyjaśnię na czym polega funkcjonowanie naszej wspólnoty, bo o ile znam Dariusa, to pewnie niewiele ci wytłumaczył.

Skinąłem głową, a Darius przewrócił oczami i usiadł na krześle.

– Żyjemy według dawnych obyczajów, przynajmniej na tyle na ile to możliwe. Sami budujemy domy i wytwarzamy wszystko, co tylko możemy. Zaczynając od produktów spożywczych, a na wytapianiu metalu kończąc. Aby dołączyć trzeba spełnić dwa warunki: pozbyć się Aurinu i zamieszkać wśród nas…

– To znaczy, że mam zerwać wszystkie kontakty – wtrąciłem.

– Ależ skąd – powiedział Darius – nie jesteśmy jakąś sektą. Możesz nadal spotykać się z tą swoją panną i nawet mieszkanie sobie zostawić, ale musisz się zaangażować w życie tutaj.

– Śledziłeś mnie?

Darius zerknął niepewnie na lekarkę, która jednak nie wyglądała, jakby zamierzała pomóc w wyjaśnieniach.

– Śledziłem, to za dużo powiedziane. Zauważyłem, że nie używasz Aurinu i trochę cię poobserwowałem, żeby się upewnić.

Nie wierzyłem mu, nasze spotkanie nie wyglądało na przypadkowe. Przeniosłem wzrok na Lidię.

– To jak wygląda usunięcie wszczepu?

– Wbrew pozorom jest mniej inwazyjne niżby się wydawało. Aurin nie jest mocno zintegrowany z mózgiem, nie wnika w jego strukturę. Istnieje jednak ryzyko uszkodzenia płata potylicznego i po zabiegu przez kilka dni będziesz się czuł naprawdę paskudnie.

– Ile wykonałaś takich zabiegów?

– Czternaście.

– I z jakim skutkiem?

– Nikt nie umarł, jedna osoba ma zaburzenia widzenia.

– Skoro Aurin nie wnika w mózg, to jak kontroluje zmysły?

– Bardzo chciałabym to wiedzieć. – Lidia pokiwała głową. – Podejrzewam, że używa do tego jakichś fal, ale niestety w żaden sposób nie udało się ich zarejestrować, widzę zmiany w aktywności mózgu, ale bodziec pozostaje nieuchwytny.

– Twoim zdaniem Aurin to żywa istota?

– Tak, choć określenie żywa nie oddaje tego dobrze. On myśli, planuje i odczuwa, posiada fizjologię, ale odmienną od naszej.

Zapadła pełna napięcia cisza, oznaczająca moment na podjęcie decyzji.

– Muszę to przemyśleć – powiedziałem.

– Oczywiście, ale zapewniam, że nie będziesz żałował. Jeśli się zdecydujesz, to chciałabym, abyś poświęcił trochę czasu na zdobycie jak najwięcej wiedzy, która mogłaby pomóc w rozwoju osady.

– W porządku. – O życiu w lesie wiedziałem wszystko, ale nie zamierzałem przyznawać się do zdolności reinkarnacji. 

– W takim razie wróć, gdy będziesz gotowy. – Lidia uśmiechnęła się łagodnie.

Skinąłem głową na pożegnanie i obaj z Dariusem wyszliśmy przed budynek.

 

***

Spędziłem tydzień na nieustannych rozważaniach. Życie wśród ludzi, którzy nie korzystali z Aurinu bardzo mnie kusiło, ale z drugiej strony operacja mózgu to nie żarty. Nie bałem się śmierci, ale tego, że coś pójdzie nie tak i spędzę lata kompletnie sparaliżowany. Krążyłem po mieszkaniu, a z głośników odtwarzacza rozbrzmiewał głos Julie London, pytającej: „Don't they know it's the end of the world?”. Często zadawałem sobie to samo pytanie, choć z innych powodów niż Julie. Świat się skończył, a ja byłem jedynym, który o tym wiedział.

Wyszedłem na balkon i spojrzałem w stronę centrum Tamranu. Nie widziałem żadnej wieży, najwyższe pudła miały po dziesięć pięter i nic nad nimi nie górowało. Moją uwagę przykuła sunąca po niebie kolejka i wtedy doznałem olśnienia. Wybiegłem z mieszkania i zaledwie po kilku minutach wsiadałem do przelotowca. Wzbiłem się w powietrze i poleciałem w stronę centrum. Utrzymując wysokość kilku metrów nad dachami budynków, krążyłem w tę i z powrotem, jak te starodawne odkurzacze autonomiczne. 

Wykonałem kilkadziesiąt kursów, gdy czujnik ostrzegający przed zderzeniem zaświecił na czerwono, a kontrola bezpieczeństwa zatrzymał przelotowiec. Spróbowałem podlecieć bliżej, ale system był z rodzaju tych “idiotoodpornych” i za nic na świecie nie pozwalał na wjechanie w ścianę. Zrobiłem więc rzecz głupszą i ręcznie otworzyłem kabinę, używając dźwigni bezpieczeństwa. Cisnąłem przed siebie znalezionym na podłodze pudełkiem po brei. Usłyszałem dźwięk uderzenia, gdy opakowanie odbiło się od niewidzialnej ściany. Znajdowała się w odległości najwyżej trzydziestu centymetrów od przelotowca. „Muszę jej dotknąć” – pomyślałem. Wszedłem na maskę i zerknąłem w dół. Upadek z tej wysokości niewątpliwie okazałby się śmiertelny, ale to mnie nie przerażało, szybka śmierć to dobra śmierć. Wyciągnąłem rękę najdalej jak mogłem i dotknąłem ściany. Okazała się zimna i idealnie gładka.

Darius nie skłamał na temat wieży. Jeśli pozostałe kwestie również były prawdą, to miałem w mózgu kosmitę, a to, delikatnie mówiąc, nie bardzo mi się podobało. W wyobraźni zobaczyłem scenę z filmu „Obcy – ósmy pasażer Nostromo”, w której ksenomorf dosłownie wykluwa się z człowieka. Wróciłem do przelotowca i zatrzasnąłem kabinę. Nie potrzebowałem więcej czasu do namysłu, skierowałem się wprost do osady Odrodzonych. 

Wyskoczyłem z przelotowca i pobiegłem w stronę lecznicy, nie przejmując się poruszeniem jakie powoduję.

– Lidia! – zawołałem, wbiegając do przedsionka.

Lekarka pojawiła się po chwili i posłała mi zdziwione spojrzenie.

– Co się stało?

– Zdecydowałem się. Kiedy możesz wykonać zabieg?

– Nawet jutro, jeśli chcesz.

Widziałem po wyrazie oczu, że ma ochotę zadać parę dodatkowych pytań, ale się powstrzymała.

– Chodź, muszę cię przygotować do operacji – powiedziała.

Skierowaliśmy się w stronę metalowych drzwi, za którymi znajdowało się coś na kształt sali przedoperacyjnej. Nie bałem się zabiegu, jedyne czego chciałem to pozbyć się Aurinu.

 

***

Ból rozsadzał mi głowę i przyprawiał o mdłości. Chciałem krzyczeć, ale dałem radę tylko jęknąć. Czułem łzy spływające po policzkach.

– Spokojnie – powiedziała cicho Lidia. – Nie otwieraj oczu, bo będzie gorzej. Skup się na oddychaniu.

Spróbowałem opanować oddech, klnąc w myślach, aby choć w ten sposób odreagować cierpienie.

– Dobrze, uspokój się. Nie mogę ci podać więcej środka przeciwbólowego. Musisz wytrzymać.

Oczy otworzyłem po raz pierwszy dopiero po trzech dniach, ale na szczęście widziałem poprawnie. Po tygodniu zacząłem wstawać z łóżka, choć z trudem utrzymywałem równowagę. Co ciekawe, zaczęli mnie odwiedzać kolejni Odrodzeni, więc gdy w końcu mogłem opuścić salę pooperacyjną, znałem już większość mieszkańców i czułem się pełnoprawnym członkiem tej nietypowej społeczności.

Zatrzymałem się w drzwiach i spojrzałem na Lidię.

– Chciałbym zobaczyć Aurin, który ze mnie wyciągnęłaś – powiedziałem.

– Czemu mnie to nie dziwi. – Lekarka pokręciła głową. – Tylko żebyś potem nie miał pretensji.

– A co, paskudny jest?

– Nietypowy. – Uśmiechnęła się zagadkowo.

Przeszliśmy do przedsionka, w którym znajdowały się drzwi do piwnicy. Małe pomieszczenie stanowiło namiastkę laboratorium. Na stole w centralnej części stał szklany pojemnik, a w nim coś się poruszało. Zbliżyłem się i przyjrzałem Aurinowi. Przypominał pająka, ale zrobionego z gęstej, srebrnej cieczy wyglądającej jak rtęć. Jego odnóża cały czas zmieniały długość i szukały jakiejkolwiek szczeliny. Zrobiło mi się niedobrze na myśl, że to coś siedziało przyczepione do mojego mózgu.

– Można się z tym komunikować? – zapytałem, bo odezwała się we mnie dusza naukowca, którym niegdyś byłem.

– Reaguje na niektóre dźwięki, ale nic poza tym.

– Powiedziałaś, że Aurin ma fizjologię. Jak ona działa?

– Odżywia się dwutlenkiem węgla. Może go pobierać z różnych źródeł.

– Skąd ten wniosek? – Spojrzałem na Lidię zaskoczony.

– Z testów. Aurin obumiera, dopiero gdy znajdzie się w ośrodku bez dwutlenku węgla.

– To znaczy, że jak jest w człowieku to potrafi go odzyskać z krwi.

– Tak podejrzewam, prawdopodobnie pochłania ten rozpuszczony w osoczu.

– Próbowałaś zbadać ten proces?

– Jak? Nie mam odpowiedniego sprzętu.

Odruchowo rozejrzałem się po pomieszczeniu. Właściwie imponowało mi, że zdołała tyle wywnioskować bez profesjonalnego laboratorium.

– Można go zabić jakoś inaczej? – zapytałem.

– Tak, ginie od złota.

– A to ciekawe.

– Metaliczne złoto jest dla niego toksyczne. Chcesz zobaczyć?

Skinąłem głową. Lidia podeszła do szafy i wyjęła niewielki pojemnik ze złotymi opiłkami. Kątem oka dostrzegłem na półkach broń przypominającą rewolwery. 

– Po co wam broń? – zapytałem.

Lekarka szybko zamknęła szafę i uśmiechnęła się łagodnie, choć jej oczy pozostały poważne. 

– To pasja Dariusa, ciągle konstruuje nowe. Twierdzi, że musimy mieć coś do obrony.

Niewątpliwie skłamała, ale powstrzymałem się od dalszych pytań. Lidia wrzuciła fragment złota do pojemnika, prosto na Aurin. Po kilku sekundach stwór rozlał się po dnie naczynia, a ciecz sczerniała.

Wpatrywałem się w czarną plamę, a fakty w mojej głowie układały się w niepokojącą całość. Pamiętałem, jak tuż przed wybuchem wojny, zapanowała swoista gorączka złota. Korporacja New Vision skupowała je w każdej ilości, płacąc horrendalnie wysoką cenę. Najwyraźniej obcy rozpoczął podbój dużo wcześniej niż myślałem.

 

***

Spędziłem wśród Odrodzonych ponad miesiąc i w pełni się zadomowiłem. Przewiozłem do domku w lesie odtwarzacz i kolekcję płyt, co wywołało niemałą radość mieszkańców. Właściwie przestałem jeździć do miasta, a z Irminą spotkałem się tylko raz, aby powiedzieć, że wyjeżdżam na jakiś czas. Nie przejęła się tym zbytnio. Rozważałem zaproponowanie jej dołączenia do Odrodzonych, ale wiedziałem, że odmówi. Za bardzo lubiła swój wirtualny świat, w którym realizowała się jako światowej sławy modelka.

Pomagałem w uprawie roślin, budowaniu domów albo zajmowałem się dziećmi. Po ciężkim dniu pracy wracałem do siebie i zasypiałem jak dziecko. 

– Jeszcze jedną – powiedziała Amelka, wpatrując się we mnie pełnym uwielbienia wzrokiem.

Ośmioro dzieci w wieku od siedmiu do dwunastu lat siedziało na ziemi w pełnym napięcia oczekiwaniu. Szybko stałem się ulubieńcem całej dzieciarni w osadzie, bo gawędziarzem byłem świetnym. 

– Na dzisiaj wystarczy – powiedziałem.

– Tylko jedną, tę o królu, co wyciągnął miecz ze skały. – Amelka nie ustępowała.

Moja stanowczość zaczęła topnieć pod wpływem tych sarnich oczu, ale w ostatniej chwili zostałem uratowany.

– Jest już późno, pora spać. – Sara usiadła obok mnie na ławce.

– Ale ciociu…

– Bez dyskusji, uciekajcie do domów.

Dzieci niechętnie się rozeszły.

– Dziękuję za ratunek – powiedziałem.

Kobieta podała mi kubek z miętą, a nasze dłonie się zetknęły. Uśmiechnęła się. Miała łagodne rysy twarzy i ciemne włosy, które zawsze zaplatała w dwa warkocze, przez co wyglądała na młodszą. Drobne zmarszczki wokół oczu zdradzały jednak, że dobiegała czterdziestki. 

– Świetnie sobie radzisz z dziećmi – stwierdziła.

„Nic dziwnego, wychowałem sześćdziesięcioro czworo” – pomyślałem. Nie zawsze byłem jednak dobrym rodzicem. W pierwszych wcieleniach nie potrafiłem się w tej roli odnaleźć, a po kilkudziesięciu wcieleniach moja zdolność do tworzenia relacji zaczęła słabnąć. Jakbym wyczerpał jakiś limit, nie potrafiłem się już zaangażować. 

– Potrafię ciekawie opowiadać. – Wzruszyłem ramionami. 

Czułem na sobie spojrzenie Sary i wiedziałem, na co liczyła, ale nie mogłem odwzajemnić jej uczuć. Źle wybrała. Zastanawiałem się, jak przerwać niezręczną ciszę, gdy na skraju osady wylądował przelotowiec. Wysiadł z niego mężczyzna, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Był wysoki i szczupły, a włosy miał krótko przystrzyżone. Otaczała go aura pewności siebie.

– Kto to? – zapytałem.

– Viktor Miller. Jego dziadek założył Odrodzonych.

Sara uśmiechnęła się niepewnie i wstała. Poszła do domu Lidii, a jej ruchy zdradzały zdenerwowanie. Wróciłem do obserwacji nowoprzybyłego, który właśnie witał się z Dariusem. Po wymienieniu kilku słów Darius mało subtelnie wskazał na mnie głową. Zastanawiałem się, czy po prostu rozmawiają o nowym członku wspólnoty, czy jednak kryło się za tym coś więcej. Viktor skończył rozmowę i tak jak się spodziewałem ruszył w moją stronę.

– Viktor Miller – przestawił się i opadł na ławkę.

– Beiner Rigard – odrzekłem.

– Podoba ci się tu?

– Jest w porządku.

Ta rozmowa miała jakiś ukryty cel i z niecierpliwością czekałem, aż go poznam.

– Darius twierdzi, że opierałeś się Aurinowi.

– To prawda. Nie używałem go.

Viktor nachylił się i oparł łokcie na kolanach. Wręcz ociekał determinacją, takich jak on wyczuwałem natychmiast. Siedział obok mnie człowiek, który nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć cel. 

– To niezły wyczyn, większość łatwiej ulega.

„Do czego on zmierza?” – pomyślałem.

– A jak się czujesz po usunięciu wszczepu? – zapytał.

– Dobrze.

– Miałeś delirium? 

Spojrzałem na niego zaskoczony, Lidia nic nie wspominała o takich objawach.

– Nie.

Czułem, że rozmowa zbliża się do sedna. 

– To dobrze, potrzebujemy takich jak ty – powiedział Viktor. 

– To znaczy?

– Odpornych na działanie wszczepu. Odrodzeni nie powstali, żeby siedzieć w lesie, tylko aby zabić Aurin. W końcu nadszedł czas. 

– Jak chcesz tego dokonać? Chyba nie zamierzasz na siłę operować ludzi.

– Wszczepy się nie liczą, chcę zabić prawdziwy Aurin. Będzie w Tamranie za trzy dni.

Nic nie rozumiałem, co zapewne odmalowało się na mojej twarzy.

– Wszczepy to jakby cząstki – powiedział Viktor – wszystkimi rządzi ten jeden. Podróżuje z wieży do wieży, tutaj pojawia się co dwadzieścia trzy lata i zostaje tylko na jedną noc. Wejdziemy tam i go ukatrupimy, a potem odzyskamy naszą planetę.

– Czyli tak po prostu dostaniemy się do środka i zabijemy Aurin? – Nie wyglądało to na dobry plan.

– Tak – powiedział Viktor – dokładnie to zrobimy. Byliśmy w wieży wielokrotnie. Nie ma tam żadnych zabezpieczeń, ten cholerny stwór uważa, że nic mu nie grozi. 

– Jak chcesz go zabić?

 – Złotymi kulami. Jest zrobiony z tej samej substancji co wszczepy.

Zapadła chwila przytłaczającej ciszy. Wiedziałem, że nic co powiem nie odwiedzie Viktora od tego pomysłu. Poza tym, czy powinienem protestować, w końcu walka z najeźdźcą zdawała się słusznym wyborem.

– Chciałbym, żebyś poszedł z nami – powiedział.

– Ja?

Viktor milczał i świdrował mnie spojrzeniem. Zrozumiałem po co byłem im potrzebny.

– Nie masz pojęcia do czego jest zdolny Aurin i sądzisz, że moja odporność na działanie wszczepów przechyli szalę zwycięstwa – powiedziałem.

– Powiedzmy, że będziesz moim asem w rękawie. – Na jego twarzy pojawiło się napięcie.

– To misja samobójcza.

Nie zaprzeczył, ale przecież nie bałem się śmierci. Jeśli istniała szansa na pozbycie się obcego, to zamierzałem spróbować. Odrodzeni nie znali świata przed Aurinem, ale ja tak, więc jako jedyny rozumiałem co nam odebrano.

– Zgoda – powiedziałem.

– Świetnie. Darius skonstruował broń, nauczymy cię strzelać.

Skinąłem głową, choć nie potrzebowałem lekcji strzelectwa, spędziłem setki lat z bronią w ręku. 

– Chodź, musimy się naradzić. – Viktor wstał, ewidentnie przywykł do wydawania poleceń.

Poszliśmy do domu Lidii. W środku znajdowało się kilkanaście osób, które określiłbym mianem starszyzny Odrodzonych. Nikt nie siedział, a atmosfera zdawała się pełna napięcia. 

– Pewnie się już domyślacie o co chodzi. – Viktor stanął na środku pokoju. – Aurin będzie tu za trzy dni. Nie możemy zmarnować takiej okazji. Czas zaatakować.

– Trzeba to przemyśleć – powiedziała Lidia, a kilka osób pokiwało głowami.

– Nad czym chcesz myśleć, przecież taki zawsze był nasz cel? Trzeba działać, Lidka. – Viktor wbił wzrok w kobietę. 

– Możemy stracić wszystko, co zbudowaliśmy! – Lekarka wyprostowała się gwałtownie.

– A co takiego zbudowaliśmy? Te kilkanaście chat w lesie. Żyjemy tu jak wygnańcy. To nasza planeta, a nie jego!

– Zgadzam się z Viktorem – powiedział Darius. – Musimy zaatakować, po to powstali Odrodzeni.

– Jeśli się nie uda, wszyscy możemy zginąć.

– Trudno. – W oczach Dariusa zobaczyłem niebezpieczny błysk.

Wyprostował się i podszedł do Viktora.

– Kto jest z nami? – zapytał.

Rozejrzałem się po twarzach, na których widniało napięcie. 

– To szaleństwo. – W oczach Lidii lśniły łzy. Nadal stała pod ścianą. – Zginiecie i sprowadzicie śmierć na nas wszystkich.

Dołączyłem do Dariusa i Viktora, a po niespełna minucie było nas siedmioro. Poczułem ukłucie bólu na widok, iż Sara zdecydowała się na udział w tej szalonej misji. Wolałem się nie zastanawiać, czy zrobiła to ze względu na mnie.

 

***

Trzy dni później zebraliśmy się przed lecznicą. Założyliśmy skórzane kabury, w których tkwiły dwa rewolwery, jeden na kule ołowiane, a drugi na złote. Skierowaliśmy się do przelotowców.

– Dobra, do tego się przygotowywaliśmy. Załatwmy drania! – W oczach Viktora lśniła determinacja.

Nie sądziłem, że cokolwiek jest mnie w stanie zaskoczyć, ale nigdy nie przypuszczałem, że będę brał udział w walce z kosmicznym agresorem. 

Wylądowaliśmy dwie przecznice od wieży i resztę drogi przeszliśmy pieszo. Do środka prowadziły trzymetrowe, dwuskrzydłowe drzwi. Viktor obrócił mechanizm przypominający właz łodzi podwodnej i wszedł do środka. Podążyliśmy za nim, starając się poruszać jak najciszej. Wnętrze oświetlały tylko małe świetliki tuż przy podłodze. Ściany wyglądały jak zrobione z kości słoniowej. Korytarz wił się i wznosił. Nie mijaliśmy żadnych pomieszczeń ani bocznych przejść. Obejrzałem wystarczającą ilość horrorów, aby wiedzieć, iż szło nam zdecydowanie za łatwo.

Pokonaliśmy mniej więcej połowę drogi, gdy rozległ się niski dźwięk. Odruchowo sięgnąłem po broń, choć nie było do czego strzelać. Pozostali zrobili to samo. Im wyżej wchodziliśmy, tym dźwięk stawał się głośniejszy.

– Tam! – wrzasnął Tobiasz i wystrzelił kilkakrotnie.

Kule odbiły się rykoszetem od ścian, nie zostawiając śladu.

– Oszalałeś!? Chcesz nas pozabijać? – zapytał Viktor, ale tamten zdawał się go nie słyszeć, drżącymi dłońmi przeładowywał broń.

– Ma halucynacje – powiedziałem.

Viktor doskoczył do mężczyzny i wyrwał mu broń.

– Opanuj się, tam nic nie ma.

Tobiasz trząsł się cały i cofał, wyciągał ręce, jakby bronił się przed atakiem, a potem padł na ziemię z wrzaskiem. Zaczął drapać paznokciami skórę na twarzy.

– Nie! Zabierzcie to! – wrzeszczał.

Darius rzucił się, aby go obezwładnić, zanim wydrapie sobie oczy. Szaleństwo było jednak nie do powstrzymania. Z ust Tobiasza wypłynęła krew, gdy odgryzł sobie język. Dostrzegłem jak Darius i Viktor wymieniają spojrzenia i już wiedziałem, co się zaraz wydarzy. Odwróciłem wzrok w momencie, gdy padł strzał. Wrzaski ustały, ale cisza zdawała się nawet bardziej przerażająca.

– Idziemy – powiedział Viktor.

– Może powinniśmy zawrócić – zaproponowała Sara.

– Nie, nie przestraszy nas!

Na wszystkich twarzach malowało się przerażenie, ale ruszyliśmy w górę. Ciszę w korytarzu zakłócały jedynie przyśpieszone oddechy. Z każdym krokiem miałem coraz gorsze przeczucia.

 

***

Viktor zginął ostatni, ja go zastrzeliłem, gdy uderzał głową w ścianę, masakrując sobie twarz. Zostałem sam. Zatrzymałem się naprzeciwko trójkątnych drzwi, za którymi widziałem tylko jasne światło. Niski złowieszczy dźwięk niemal mnie dusił, ale nie miałem halucynacji. „Po co mi to było?” – pomyślałem, zastanawiając się, czy nie zawrócić. Spojrzałem na zwłoki Viktora, udzieliła mi się jego determinacja. Właściwie nic nie ryzykowałem, bo stracić mogłem jedynie to życie, a wygrać przyszłość w realnym świecie. Zacisnąłem dłoń na broni i wszedłem w poświatę.

Pomieszczenie okazało się okrągłe i mroczne, jakby blask zatrzymał się w drzwiach i nie mógł wedrzeć do środka. Ściany i podłoga były czarne i lśniące, ale gdzieniegdzie migotały fioletowe punkty, niczym gwiazdy na niebie. Podniosłem wzrok. Pod owalnym sklepieniem unosił się srebrny kształt. Istota przypominała obłok, falowała i zmieniała się. Wyciągnąłem broń, choć Aurin znajdował się za daleko, aby strzał okazał się skuteczny.

– To nie jest dobra decyzja – zabrzmiał bezbarwny głos.

Celowałem w srebrny obłok, trzymając palec na spuście.

– Dlaczego? – zapytałem.

– Co się stanie z ludźmi, gdy mnie zabijesz?

– Będą wolni.

– I znowu zacznie się rzeź. – Aurin zniżył się na wysokość mojej twarzy. W srebrnej powierzchni widziałem swoje zniekształcone odbicie.

– Mam uwierzyć, że robisz to dla dobra ludzkości? Jesteś najeźdźcą!

– Jestem ratunkiem. Sprowadzilibyście na siebie zagładę.

Wycelowałem w niego, lufa broni znajdowała się kilka centymetrów od dziwnej cieczy.

– Mogę ci dać to czego pragniesz najbardziej.

Uśmiechnąłem się kpiąco.

– Nie masz pojęcia czego pragnę.

– Chcesz umrzeć.

Skąd o tym wiedział? Gdy usiłowałem opanować mętlik w głowie, od Aurinu odłączył się niewielki fragment i uformował w sztylet.

– Zabij się tym, a już się nie narodzisz.

Wpatrywałem się w lśniące ostrze. W żadnym wcieleniu nie posunąłem się do samobójstwa, ale teraz naprawdę tego chciałem.

– Ale jak to możliwe? – zapytałem.

– Jesteś anomalią, a ja wprowadzam ład.

Na myśl o przeżyciu kolejnych tysięcy lat, wstrząsnął mną dreszcz. Ująłem rękojeść sztyletu, która o dziwo okazała się ciepła. Rewolwer wypadł mi z ręki. Zastanawiałem się, jak to zrobić.

– Śmiało, podetnij żyły. Nie będzie bolało, obiecuję – powiedział Aurin.

Odsłoniłem nadgarstek i przejechałem po nim sztyletem. Ostrze częściowo się rozpuściło i zmieszało z krwią. Nic nie czułem. Usiadłem, a potem położyłem się na plecach.

Pomyślałem o Odrodzonych leżących na korytarzu i o tych, którzy zostali w osadzie. Jakaś mała cząstka mnie czuła żal, że ich zawiodłem, ale zaraz potem przypomniałem sobie wszystkie okropności, jakich dopuścili się ludzie i doszedłem do wniosku, że może tak będzie lepiej. Może zasłużyliśmy sobie na Aurin. Zamknąłem oczy, czując zbliżającą się śmierć, ale tym razem była inna, zimniejsza. „Non, je ne regrette rien” – zabrzmiał w mojej głowie mocny głos Edith Piaf. Nie zobaczyłem światła na końcu tunelu ani scen z mojego zbyt długiego życia, a jedynie ciemność. Głos Edith cichł, aż zamilkł całkowicie wraz z ostatnim uderzeniem mojego serca. 

 

Epilog

 

Aurin mnie okłamał. Narodziłem się ponownie, tyle że nie na Ziemi. Znajdowałem się na Iqarimie, planecie położonej w galaktyce Andromedy. Stałem właśnie na tarasie Wieży Nitrih, siedziby władców Iqarimy, i patrzyłem na rozciągający się w dole las, jakże inny od tego na Ziemi. Drzewa kształtem przypominały koralowce, a liście długie kolorowe wstęgi. Spośród tej rewii barw wyrastały srebrne wieże, które stanowiły odpowiedniki ziemskich miast. Przypominały kopce termitów.

Gdy wspomnienia poprzednich wcieleń powróciły, omal nie zwariowałem. Obecne ciało działało inaczej niż ludzkie i przez dobre kilka miesięcy czułem się rozerwany pomiędzy teraźniejszością, a wspomnieniem ludzkich doznań. Budowę Iqarimianie posiadali humanoidalną. Skóra miała fioletowy odcień, a włosy zastępowały długie, szerokie pasma pokryte drobną łuską w różnych kolorach. Ich twarze były bardziej podłużne niż ludzkie, a oczy dużo większe i o złotych źrenicach. Na ramionach znajdowały się wypustki kostne tworzące coś w rodzaju kołnierza.

Usłyszałem przeciągły gwizd i odwróciłem się w stronę drzwi tarasowych.

– Wasza Wysokość, mam wyniki – powiedział Abrantir.

Właściwie to błysnął, bo jego fioletowe usta się nie poruszyły, ale w czarnych tęczówkach zamigotały kolorowe punkty. Iqarimianie nie mówili, porozumiewali się za pomocą barwnych plamek, które ich mózgi przetwarzały na słowa. Taki specyficzny kod Morse'a, tylko tysiąc razy bardziej złożony. Iqarimianie potrafili w kilka sekund powiedzieć to, co człowiek artykułowałby przez godzinę.

– Już idę – odparłem.

Tak się złożyło, że nie tylko narodziłem się w najbardziej rozwiniętej cywilizacji we wszechświecie, ale władałem nią. Ruszyłem za doradcą do centrum dowodzenia.

Zatrzymałem się przed hologramem przedstawiającym mapę wszechświata. Nad nią widniały trzy liczby. Ta zaznaczona kolorem czerwonym wynosiła dwieście siedemdziesiąt cztery, a białym sto siedemnaście, na niebiesko lśniła jedynka.

– Niemożliwe. Tylko nas nie zniewolił? – zapytałem.

– Tak. Aurin opanował wszystkie cywilizacje, które zbliżyły się do przełomu technologicznego. W ten sposób zatrzymuje dalszy rozwój, a w efekcie prowadzi do wymarcia.

– Wymarcia?

– Tak. Z czasem zniewolona rasa zaprzestaje reprodukcji.

– Ile światów zginęło?

– Mogę się opierać tylko na przybliżonej wartości, ale myślę, że ponad pięćset.

Pół tysiąca utraconych cywilizacji robiło wrażenie. Wszystkie wpadły w pułapkę wirtualnej rzeczywistości.

– Udało się zidentyfikować pochodzenie Aurinu? – zapytałem.

– Niestety nie.

– Tak czy inaczej, trzeba to zakończyć. 

– Wasza Wysokość, jesteś pewien? Nigdy nie mieszaliśmy się w sprawy innych cywilizacji.

– Jestem pewien. Zaplanuj wyprawy zwiadowcze, musimy się o nim dowiedzieć jak najwięcej.

Wpatrywałem się w zaznaczone na czerwono planety. Nie miałem odwagi uratować jednej, a teraz musiałem ocalić setki. Nie martwiłem się jednak, bo po raz pierwszy od trzech tysięcy lat zrozumiałem, że moje istnienie miało sens. Może byłem anomalią, ale taką, która miała ocalić wszechświat. Skąd to wiedziałem? Tym razem moje przejście do kolejnego ciała trwało nieco dłużej i zdążyłem sobie porozmawiać z istotą, która wpakowała mnie w tę całą kabałę. Dziwna to była rozmowa. Nic nie zrozumiałem, a jednocześnie pojąłem wszystko.

Po śmierci znalazłem się na klifie otoczonym chmurami. Na krawędzi stała ona, istota kształtem przypominająca kobietę o skórze wyglądającej jak utkana z pajęczyny. Z jej wnętrza bił blask, a targane wiatrem włosy przypominały błyskawice, raz za razem rozświetlały je fioletowe błyski. Oczy wyglądały jak błękitne kryształy, w których migotały setki iskier. Zbliżyłem się, zdając sobie jednocześnie sprawę, że moje ciało jest zrobione ze światła. Złączyłem dłonie oczekując, iż się przenikną, ale stawiły opór. 

– Gdzie ja jestem? – zapytałem.

Spojrzała na mnie.

– W domu – szepnęła, ale w jej głosie kryła się moc, która mogłaby kruszyć skały. – Nie możesz tu jednak zostać.

– Umarłem.

– Tak, ale tylko na chwilę. – Przeniosła wzrok na kłębiące się chmury.

– Aurin powiedział, że już się nie narodzę.

– On nie ma prawa o tym decydować.

– Kim on jest?

– Szczęściem.

Wpatrywałem się w istotę, starając się zachować resztki rozsądku.

– A kim jesteś ty?

– Ja? – Kryształowe oczy wpatrywały się w mnie. – Cóż… ja jestem cierpieniem.

Podeszła do mnie, stała tak blisko, że czułem emanujące od niej ciepło. Długie włosy falowały wokół mnie. 

– Szczęście zabija, prowadzi do stagnacji. Istota szczęśliwa się nie rozwija, niczego nie pragnie. Ja jestem życiem, zmianą. – Wyciągnęła dłoń w bok i chmury się rozstąpiły, ukazując szpiczaste skały. Wszędzie krążyły świetliste istoty. – Nie ma dla nich miejsca, więc tkwią tutaj, aż w końcu umrą, przepadną na zawsze.

– To wina Aurinu?

– Tak. Zaburzył równowagę między duchem a materią. Musisz go powstrzymać.

– Nie wiem jak.

– Wprowadź chaos.

Miałem jeszcze mnóstwo pytań, ale czułem, jak się oddalam. Jakaś siła ciągnęła mnie w tył. Potem narodziłem się na Iqarimie. 

Czy to wydarzyło się naprawdę? Nie miałem pojęcia. Może to był tylko sen albo halucynacja. Czemuś jednak musiałem zaufać, w coś uwierzyć. Postanowiłem stanąć do walki przeciwko szczęściu. 

 

***

– Beiner! – zawołałam, ale on nie zareagował.

Stał na skraju placu i wpatrywał się w coś intensywnie. Źle wyglądał, policzki miał zapadnięte, a oczy podkrążone.

– Pół tysiąca światów – powiedział cicho i pokręcił głową.

– Beiner – powtórzyłam.

Nie słyszał mnie ani nie widział. Szkoda. Lubiłam spędzać z nim czas, wydawał się inny. Jego determinacja do przebywania w realnym świecie nawet mi imponowała. Gdy pół roku temu powiedział, że wyjeżdża, miałam złe przeczucia, ale nic nie zrobiłam.

Westchnęłam i podeszłam do niego, a potem pocałowałam w policzek.

– Żegnaj – szepnęłam.

Spojrzałam na ulicę, po której bokach wznosiły się wieżowce. Ogromne neony migotały kolorami. Na jednym z ekranów dostrzegłam moją podobiznę. Doskonale wyszłam na tym zdjęciu, choć sesja trwała wieki. Ruszyłam przed siebie raźnym krokiem. Musiałam się pośpieszyć, projektanci nienawidzili, gdy przychodziłam na pokaz w ostatniej chwili.

Koniec

Komentarze

Witaj.

 

Jak dla mnie świetnie napisane opowiadanie, bardzo ciekawa akcja, od początku trzymała mnie w napięciu. Brawo!

 

Co do uwag, to jest kilka literówek, które zauważyłam:

 

Był rok dwa tysiące siedemset trzydziesty czwarty albo sześćset pięćdziesiąty trzeci, to zależy jak liczyć: czy od narodzić zapomnianego przez wszystkich boga, czy od wynalezienia Aurinu.

 

– Szare budynki, pustą ulice, bezchmurne niebo.

 

 

Wszedłem na maskę i zerknąłem w dół. Upadek z tej wysokości niewątpliwi okazałby się śmiertelny, ale to mnie nie przerażało, szybka śmierć to dobra śmierć.

 

 

Szybko stałem się ulubieńcem całej dzieciarni w osadzie, bo gawędziarzem byłem świetnym

Napisałabym: (…),bo byłem świetnym gawędziarzem.

 

Wysiadł z niego mężczyzna, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Był wysoki i szczupły, a włosy miął krótko przystrzyżone.

 

Ich twarze była bardziej podłużne niż ludzkie, a oczy dużo większe i o poprzecznych, złotych źrenicach przypominających dyski.

 

 

Zatrzymałem się przed hologramem przedstawiającym mapę wszechświata, Nad nią widniały trzy liczby(…)

 

Jego determinacja do przebywania w realnym świecie nawet mi imponował.

 

 

W interpunkcji nie pomogę, bo jestem cienka. :))

 

 

 

Pozdrawiam bardzo, bardzo ciepło – Goch. smiley

 

 

p.s. czekam na następne Twoje opowiadanie.heart

 

 

 

 

Cześć, Goch.!

Bardzo dziękuję za komentarz i wyłapanie literówek. Cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci go gustu :)

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Kur­cze, pla­no­wa­łem dziś do­łą­czyć do be­to­wa­nia. Le­piej późno niż wcale. ;)

Po­ni­żej są moje wra­że­nia, spi­sy­wa­ne na bie­żą­co pod­czas czy­ta­nia.

Wojna Ty­siąc­le­cia

To jest moim zda­niem bar­dzo chy­bio­na nazwa, bo su­ge­ru­ją­ca, że w po­przed­nim mil­le­nium mogła się zda­rzyć jakaś po­rów­ny­wal­na wojna, co jest nie­do­rzecz­ne i po­ni­ża skalę kon­flik­tu. Pa­trząc na in­ten­cję, lep­szym okre­śle­niem by­ło­by już “Wojna Wszech­cza­sów” albo coś ta­kie­go, je­że­li chce­my użyć ja­kie­goś okre­su w na­zwie. To by przy­naj­mniej od­po­wia­da­ło temu jak wojny się ska­lu­ją w cza­sie.

 

Mia­łem oka­zję na wła­sne oczy zo­ba­czyć, jak świą­ty­nia Hagia So­phia zmie­nia się w ster­tę gruzu. Nie oszczę­dzo­no ni­cze­go: ani Akro­po­lu, ani ka­te­dry Notre Dame, ani Sta­tuy Wol­no­ści, ani nawet pi­ra­mid. Ludz­kość do­ko­na­ła swo­iste­go re­se­tu. 

To jest cie­ka­wy przy­pa­dek pod wzglę­dem re­ali­zmu, po­nie­waż bez kon­tek­stu to brzmi nie­do­rzecz­nie, ale można to sto­sun­ko­wo łatwo uwia­ry­god­ność. Można wy­obra­zić sobie jakąś an­ty­hi­sto­rycz­ną ide­olo­gię, która po­stu­lo­wa­ła­by wy­ma­za­nie prze­szło­ści i to jest tu im­pli­ko­wa­ne, ale bra­ku­je mi do­słow­nie paru zdań, które le­piej by to za­zna­czy­ły.

 

Mam wra­że­nie, że zdol­ność do re­in­kar­na­cji zo­sta­ła słabo wpro­wa­dzo­na do hi­sto­rii. Rzuca się w oczy i nie­zbyt pa­su­je. Bra­ku­je jej jesz­cze tro­chę pod­par­cia.

 

– To misja sa­mo­bój­cza.

Nie za­prze­czył, ale prze­cież nie bałem się śmier­ci. Jeśli ist­nia­ła szan­sa na po­zby­cie się ob­ce­go, to za­mie­rza­łem spró­bo­wać. Od­ro­dze­ni nie znali świa­ta przed Au­ri­nem, ale ja tak, więc jako je­dy­ny ro­zu­mia­łem co nam ode­bra­no.

– Zgoda.

Dwa razy z rzędu mówi ta sama osoba. Przy­da­ło­by się to jakoś ozna­czyć w dru­gim przy­pad­ku.

 

Akcja dzie­je się tro­chę za szyb­ko. Tzn. mam wra­że­nie, że trud­ne de­cy­zje są po­dej­mo­wa­ne zbyt nagle i bez do­sta­tecz­ne­go pod­par­cia. Tak jak iście dalej tym tu­ne­lem po tym jak stra­ci­li człon­ka dru­ży­ny.

 

Prze­rwa­nie re­in­kar­na­cji przed pod­cię­cie sobie żył spe­cjal­nym szty­le­tem to fan­ta­sy a nie sci-fi ;) . Już le­piej by było jakby miał sobie coś wstrzyk­nąć. Wtedy wpro­wa­dził­by coś do sie­bie, żeby zmie­nić jakąś swoją wła­ści­wość, mia­ło­by to jakąś in­tu­icyj­ną lo­gi­kę.

 

a oczy dużo więk­sze i o po­przecz­nych, zło­tych źre­ni­cach przy­po­mi­na­ją­cych dyski.

Nie po­tra­fię sobie tego wy­obra­zić, ale może to tylko ja.

 

Pu­en­ta mi się po­do­ba, ale jest taka jakby tro­chę zbyt wprost wy­po­wie­dzia­na. Ok, opo­wia­da­nie ma zwią­zek z tym, że szczę­ście pro­wa­dzi do sta­gna­cji, ale to, że potem mu­sisz to wprost po­wie­dzieć – świad­czy o tym, że hi­sto­ria nie­do­sta­tecz­nie to prze­ka­za­ła. Za­wsze naj­lep­szy efekt to taki, w któ­rym czy­tel­nik ma wra­że­nie, że, przy­naj­mniej czę­ścio­wo, sam do­szedł do da­ne­go wnio­sku.

 

Pro­za­tor­sko jest pro­sto, ale lekko. Phi­lip K. Dick tak z grub­sza pisał. Na­gród tu żad­nych by wpraw­dzie pew­nie nie do­stał, a nawet nie sądzę, żeby jego opo­wia­da­nia tra­fi­ły do bi­blio, ale taki pro­sty styl ma swoje nie­do­ce­nia­ne za­le­ty i, na przy­kład, prze­ze mnie jest pre­fe­ro­wa­ny, w prze­ci­wień­stwie do cięż­kich sty­li­za­cji cha­rak­te­ry­zu­ją­cych nie­któ­re piór­ka, więc to mi się po­do­ba­ło.

 

Mam wra­że­nie, że hi­sto­ria jest naj­słab­sza na za­krę­tach, które są tro­chę zbyt ostre, tj. zwro­ty akcji są tro­chę zbyt gwał­tow­ne: zbyt nagle od­naj­du­je­my się w zu­peł­nie nowej sy­tu­acji, z którą bo­ha­ter się, z ja­kie­goś po­wo­du, bez mru­gnię­cia okiem, na­tych­miast po­go­dził.

 

Po­wyż­sze to oczy­wi­ście tylko moje wra­że­nia, które na pewno wy­ni­ka­ją czę­ścio­wo z mo­je­go wy­ro­bio­ne­go gustu, więc wy­cią­gnij z nich to co naj­bar­dziej przy­dat­ne ;) .

Łukasz Zaroda

Cześć :)

 

Tym razem przekomarzać się nie będę, bo napisałaś całkiem wciągająca historię, którą czytało się szybko i z przyjemnością. Luken coś pisał o Dicku, ale mnie ten styl przypomina retro sf, z kolei motywy fabularne, które połączyłaś, przywodzą na myśl science fiction skręcające w kierunku metafizyki, wplatające personifikacje aksjomatów w przedstawiany świat, podobne do tego, które możemy znaleźć w twórczości Dana Simmonsa. Z jednej strony to jest ciekawe i potrafi zaintrygować czytelnika, z drugiej jednak strony, żeby wciągnąć musi być napisane dobrze, sprawiać wrażenie kompletności, utworu pozbawionego dziur, z dającym się dostrzec pewnym ciągiem przyczynowo skutkowym. I Tobie się w dużej mierze udało, choć sa rzeczy, do których można by się przyczepić – na przykład bohater, który bardzo szybko momentami odnajduje się w niecodziennych, dziwnych i nienormalnych sytuacjach. Też w pewnym momencie odniosłem wrażenie, że przeszarżowałaś z tą istotą, którą bohater spotkał po śmierci – ona pojawia się tak nagle i mocno od czapy, bo wcześniej wprowadzasz obcych, nieciekawą przyszłość uzależnioną od SI i ogólne wrażenie trzymania się science, a tu pierdut! Metafizyka wjeżdża na pełnej. Potem ciekawie to uzasadniasz, dając do zrozumienia, że Aurin też nie jest rasowym tworem spod znaku sf, ale również bytem wyższym, co jest fajnym twistem, jednak pozostawia delikatne wrażenie pisania tego fragmentu pod puentę. No i sam motyw reinkarnacji jest w zasadzie marginalny, bo nie na wiele wpływa ten fakt. A szkoda.

Ale to tylko moje subiektywne wrażenia, takie cząstkowe, bo to ogólne, całościowe, jest bardzo pozytywne, o wiele lepsze niż przy Twoim poprzednim tekście.

Warsztatowo to ja się niczego nie przyczepię, bo w mojej opinii jest fajnie, ale to już udowodniłaś ostatnio :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

Known some call is air am

Cześć, Luken, Outta Sewer!

 

Dziękuję za przeczytanie opowiadania i komentarz. 

 

Kurcze, planowałem dziś dołączyć do betowania. Lepiej późno niż wcale. ;)

Niedługo na becie wyląduje następne opowiadanie, więc możesz się już szykować, żebyś się tym razem nie spóźnił :). Ale uprzedzam, że to nie będzie sci-fi tylko inne i na konkurs syntezyjny, więc może być dziwnie ;)

 

To jest moim zdaniem bardzo chybiona nazwa, bo sugerująca, że w poprzednim millenium mogła się zdarzyć jakaś porównywalna wojna, co jest niedorzeczne i poniża skalę konfliktu. Patrząc na intencję, lepszym określeniem byłoby już “Wojna Wszechczasów” albo coś takiego, jeżeli chcemy użyć jakiegoś okresu w nazwie. To by przynajmniej odpowiadało temu jak wojny się skalują w czasie.

Racja, pierwotnie akcja działa się po roku trzytysięcznym, a potem stwierdziłam, że to jednak za długo. Tylko jak ją nazwać… wojna wszechczasów się aliteruje, wojna zjednoczenia brzmi dziwnie, wojna odrodzenia się myli z Odrodzonymi, wojna pięćdziesięcioletnia brzmi źle. Pomyślę co z tym zrobić, jak nie pojawi mi się nic lepiej pasującego to dam tę wojnę wszechczasów. 

 

To jest ciekawy przypadek pod względem realizmu, ponieważ bez kontekstu to brzmi niedorzecznie, ale można to stosunkowo łatwo uwiarygodność. Można wyobrazić sobie jakąś antyhistoryczną ideologię, która postulowałaby wymazanie przeszłości i to jest tu implikowane, ale brakuje mi dosłownie paru zdań, które lepiej by to zaznaczyły.

W moim zamyśle wojnę wywołał Aurin, chciał zniszczyć kulturę i wszystko co mogło stać się zarzewiem buntu. Nie napisałam tego wprost. Mogę dopisać, że skup złota nastąpił tuż przed wojną. Ten motyw upadku całej kultury bardzo mnie wciągnął i mogłabym o tym osobne opowiadanie napisać, ale i tak jest dużo informacji o świecie i nie chciałam zanudzić czytelnika. 

Dwa razy z rzędu mówi ta sama osoba. Przydałoby się to jakoś oznaczyć w drugim przypadku.

Mogę dopisać kto się zgadza, choć moim zdaniem wynika to z kontekstu, do Viktora odnosi się informacja, że nie zaprzeczył.

 

Nie potrafię sobie tego wyobrazić, ale może to tylko ja.

Taka źrenica jak u kota, tylko w poprzek tęczówki. Pomogłam?

 

Puenta mi się podoba, ale jest taka jakby trochę zbyt wprost wypowiedziana. Ok, opowiadanie ma związek z tym, że szczęście prowadzi do stagnacji, ale to, że potem musisz to wprost powiedzieć – świadczy o tym, że historia niedostatecznie to przekazała. Zawsze najlepszy efekt to taki, w którym czytelnik ma wrażenie, że, przynajmniej częściowo, sam doszedł do danego wniosku.

No właśnie zakładałam, że czytelnik dojdzie to takiego wniosku. Bo ludzie już niczego nie tworzą, nic ich nie motywuje, snują się jedynie zatopienie w wirtualnej rzeczywistości. Wydawało mi się, że przedstawiony świat jasno wskazuje, iż rządz Aurin, a człowiek właściwie przestał się liczyć. Pierwotnie był jeszcze w tekście taki zapis:

 Już dawno zrozumiałem, że ludzi nie uzależniały używki, ale szczęście. To endorfin nasze organizmy pragnęły jak powietrza. Teraz ich źródłem stał się Aurin, bo czy istniało coś bardziej satysfakcjonującego niż spełnienie marzeń. 

Ale to też wydawało mi się zbyt jednoznaczne. Jak myślisz dodać to?

 

Żeby się nie powtarzać to do kilku uwag odniosę się zbiorczo. 

Mam wrażenie, że zdolność do reinkarnacji została słabo wprowadzona do historii. Rzuca się w oczy i niezbyt pasuje. Brakuje jej jeszcze trochę podparcia.

No i sam motyw reinkarnacji jest w zasadzie marginalny, bo nie na wiele wpływa ten fakt. A szkoda.

Bez motywu reinkarnacji nie byłoby tej historii, bo Beiner nie opierałby się Aurinowi tak skutecznie. To właśnie ta zdolność go ukształtowała. Gdyby nawet założyć, że po prostu jest odporny to opowieść skończyłaby się inaczej, bo nie uległby Aurinowi i jednak go zabił. Obietnica śmierci i zakończenia tułaczki przez kolejne wcielenia to jedyne czego Beiner pragnie. 

Akcja dzieje się trochę za szybko. Tzn. mam wrażenie, że trudne decyzje są podejmowane zbyt nagle i bez dostatecznego podparcia. Tak jak iście dalej tym tunelem po tym jak stracili członka drużyny.

Mam wrażenie, że historia jest najsłabsza na zakrętach, które są trochę zbyt ostre, tj. zwroty akcji są trochę zbyt gwałtowne: zbyt nagle odnajdujemy się w zupełnie nowej sytuacji, z którą bohater się, z jakiegoś powodu, bez mrugnięcia okiem, natychmiast pogodził.

I Tobie się w dużej mierze udało, choć sa rzeczy, do których można by się przyczepić – na przykład bohater, który bardzo szybko momentami odnajduje się w niecodziennych, dziwnych i nienormalnych sytuacjach. 

Jedynym co rusza Beinera jest fakt, że ma w mózgu kosmitę, całą resztę przeżył dziesiątki razy. Co miałoby go zdziwić, grupa buntowników, on już przerabiał walkę o wolność. Jedynym co go zaskoczyło jest najazd obcych. Odrodzeni idą dalej, bo się do tego przygotowywali, to od zawsze był ich cel. Jedynie parę osób miało inne zdanie w tej kwestii i uznało, że życie w lecie im odpowiada. Śledzili Aurin przez trzy pokolenia, zbadali go, opracowali broń. Dla nich to jest sytuacja teraz albo nigdy. Darius nie spotkał Beinera przypadkowo, Odrodzeni szukali ludzi odpornych na działanie Aurinu. 

Jak Waszym zdaniem powinien się zachowywać człowiek, który przeżył trzy tysiące lat i do tego wie, że narodzi się ponownie?

Nie boi się śmierci, przerobił w życiu już wszystko. Prosty przykład z życia codziennego, jak człowiek idzie na pierwszą rozmowę kwalifikacyjną to się stresuje, ale po dziesiątej to już luz. Oswajamy się z zagrożeniem, przestajemy się bać tego co już znamy. Beiner nie może reagować jak normalny człowiek. On kalkuluje na chłodno, przed operacją martwi go tylko fakt, że może spędzić lata sparaliżowany, śmierć go nie rusza. Postanawia walczyć z Aurinem z powodu tęsknoty za takim światem, jaki był kiedyś i to też jest chłodna kalkulacja, bo wie, że narodzi się ponownie i jeszcze trudniej będzie mu funkcjonować. Używanie Aurinu nie daje mu przyjemności, a nieużywanie oznacza permanentną samotność. 

 

Przerwanie reinkarnacji przed podcięcie sobie żył specjalnym sztyletem to fantasy a nie sci-fi ;) . Już lepiej by było jakby miał sobie coś wstrzyknąć. Wtedy wprowadziłby coś do siebie, żeby zmienić jakąś swoją właściwość, miałoby to jakąś intuicyjną logikę.

Też w pewnym momencie odniosłem wrażenie, że przeszarżowałaś z tą istotą, którą bohater spotkał po śmierci – ona pojawia się tak nagle i mocno od czapy, bo wcześniej wprowadzasz obcych, nieciekawą przyszłość uzależnioną od SI i ogólne wrażenie trzymania się science, a tu pierdut! Metafizyka wjeżdża na pełnej. Potem ciekawie to uzasadniasz, dając do zrozumienia, że Aurin też nie jest rasowym tworem spod znaku sf, ale również bytem wyższym, co jest fajnym twistem, jednak pozostawia delikatne wrażenie pisania tego fragmentu pod puentę.

Achtung! Achtung! Element fantasy w sci-fi, ratuj się kto może! A na poważnie to nie sadzę, aby podcięcie żył by bardziej fantasy. Powiem szczerze, że trochę mnie zmartwiła ta uwaga Q.S., bo to oznacza, że zakończenie jest niezrozumiałe. Nie było żadnej śmierci, Beiner nie zginął. Stracił przytomność i z powrotem wpakowano mu do głowy Aurin. Nie ma Iqariumy, nie ma żadnej tajemniczej istoty. Tylko ludzka psychika i wyobraźnia. Beiner pragnął zrozumieć dlaczego rodzi się ponownie i Aurin mu to umożliwił, do tego doszło poczucie winy, więc w jego głowie pojawiła się szansa na odkupienie i uratowanie świata.

 

Prozatorsko jest prosto, ale lekko. Philip K. Dick tak z grubsza pisał. Nagród tu żadnych by wprawdzie pewnie nie dostał, a nawet nie sądzę, żeby jego opowiadania trafiły do biblio, ale taki prosty styl ma swoje niedoceniane zalety i, na przykład, przeze mnie jest preferowany, w przeciwieństwie do ciężkich stylizacji charakteryzujących niektóre piórka, więc to mi się podobało.

Zakładam, że to komplement więc dziękuję ;).

Ale to tylko moje subiektywne wrażenia, takie cząstkowe, bo to ogólne, całościowe, jest bardzo pozytywne, o wiele lepsze niż przy Twoim poprzednim tekście.

Warsztatowo to ja się niczego nie przyczepię, bo w mojej opinii jest fajnie, ale to już udowodniłaś ostatnio :)

Dziękuję. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

W moim zamyśle wojnę wywołał Aurin, chciał zniszczyć kulturę i wszystko co mogło stać się zarzewiem buntu. Nie napisałam tego wprost. Mogę dopisać, że skup złota nastąpił tuż przed wojną. Ten motyw upadku całej kultury bardzo mnie wciągnął i mogłabym o tym osobne opowiadanie napisać, ale i tak jest dużo informacji o świecie i nie chciałam zanudzić czytelnika. 

Aurin sprawiałby wrażenie sprytniejszego gdyby, zamiast po prostu kontrolując mózgi, użył jakiegoś podstępu, jak właśnie stworzenie ideologii, w którą ludzie mogliby uwierzyć, a której użyłby do osiągnięcia swoich celów ;) .

 

Taka źrenica jak u kota, tylko w poprzek tęczówki. Pomogłam?

Problem polega chyba na tym, że kiedy piszesz dyski, to ja mam przed oczami coś okrągłego, a nie podłużnego, a to chyba miałaś na myśli.

 

Już dawno zrozumiałem, że ludzi nie uzależniały używki, ale szczęście. To endorfin nasze organizmy pragnęły jak powietrza. Teraz ich źródłem stał się Aurin, bo czy istniało coś bardziej satysfakcjonującego niż spełnienie marzeń. 

W moim odczuciu to jest lepsze ujawnienie puenty niż takie bezpośrednie wytłumaczenie jakie pojawiło się w opowiadaniu, i które uważam za niepotrzebne, ale decyzja należy do Ciebie.

 

Jak Waszym zdaniem powinien się zachowywać człowiek, który przeżył trzy tysiące lat i do tego wie, że narodzi się ponownie?

Fajnie, że jego zachowanie jest logiczne, ale czytelnik czuje, że coś mu zgrzyta, co oznacza, że założenia tej logiki były słabo zakomunikowane. Co ma związek z tym, że wątek reinkarnacji jest chyba trochę za słabo rozwinięty, tak jak wspomniałem.

 

A na poważnie to nie sadzę, aby podcięcie żył by bardziej fantasy.

Wyjaśnię to jeszcze innymi słowami – podcięcie żył jest czynnością powierzchowną. Zewnętrzną ingerencją w specyficzną funkcję organizmu, nie pasuje więc do czegoś co w założeniu miałoby jakoś fundamentalnie przemienić ten organizm.

 

 

Łukasz Zaroda

Lukenie,

Aurin sprawiałby wrażenie sprytniejszego gdyby, zamiast po prostu kontrolując mózgi, użył jakiegoś podstępu, jak właśnie stworzenie ideologii, w którą ludzie mogliby uwierzyć, a której użyłby do osiągnięcia swoich celów ;) .

Dokładnie tak zrobił. Aurin kontroluje umysły tylko z bliska. Ciąg wydarzeń był taki:

1. Przyleciał Aurin. 

2. Przejął kontrolę nad grupą ludzi z zaawansowanej technologicznie korporacji i doprowadził do wojny.

3. Po wojnie władzę przejęła Rada podległa Aurinowi, zjednoczyła państwa i zarządziła zerwanie z tradycją.

4. Wszyscy ludzie dostali wszczepy po to, żeby siedzieli potulnie.

 

Problem polega chyba na tym, że kiedy piszesz dyski, to ja mam przed oczami coś okrągłego, a nie podłużnego, a to chyba miałaś na myśli.

A faktycznie, a ja cały czas miałam przed oczami dysk z boku ;)

Fajnie, że jego zachowanie jest logiczne, ale czytelnik czuje, że coś mu zgrzyta, co oznacza, że założenia tej logiki były słabo zakomunikowane. Co ma związek z tym, że wątek reinkarnacji jest chyba trochę za słabo rozwinięty, tak jak wspomniałem.

Cała kreacja bohatera opiera się na reinkarnacji, wszystko czego się dowiadujemy o świecie wynika z tej zdolności. Zakończenie jest bezpośrednim efektem reinkarnacji. Przez całe opowiadanie przewijają się wspomnienie z poprzednich wcieleń. Nie wiem jak jeszcze mogłabym ją mocniej zaznaczyć. Już w pierwszej scenie Beiner jasno przedstawia to, jak się czuje. Zachowanie bohatera Ci zgrzyta, bo na siłę chcesz go dopasować do tego, jak reaguje zwykły człowiek.

Wyjaśnię to jeszcze innymi słowami – podcięcie żył jest czynnością powierzchowną. Zewnętrzną ingerencją w specyficzną funkcję organizmu, nie pasuje więc do czegoś co w założeniu miałoby jakoś fundamentalnie przemienić ten organizm.

Tylko reinkarnacja to nie jest cecha ciała, więc nie ważne, czy podetniesz żyły, czy wstrzykniesz coś i tak będzie to bez znaczenia.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

 

Cała kreacja bohatera opiera się na reinkarnacji, wszystko czego się dowiadujemy o świecie wynika z tej zdolności. Zakończenie jest bezpośrednim efektem reinkarnacji. Przez całe opowiadanie przewijają się wspomnienie z poprzednich wcieleń. Nie wiem jak jeszcze mogłabym ją mocniej zaznaczyć. Już w pierwszej scenie Beiner jasno przedstawia to, jak się czuje. Zachowanie bohatera Ci zgrzyta, bo na siłę chcesz go dopasować do tego, jak reaguje zwykły człowiek.

Nie tylko ja miałem takie wrażenie. Jeżeli dla bohatera jest normalne jakieś nienormalne zachowanie, to może warto od czasu do czasu przypominać przyczynę jego zobojętnienia (kiedy ma ono znaczenie dla wydarzeń w fabule), choćby jednym zdaniem.

 

Tylko reinkarnacja to nie jest cecha ciała, więc nie ważne, czy podetniesz żyły, czy wstrzykniesz coś i tak będzie to bez znaczenia.

No ok, ale nie znając teorii tego jak działa w tym uniwersum reinkarnacja, to użycie jakiejś metody oddziałującej na całe ciało, brzmi po prostu wiarygodniej.

Łukasz Zaroda

Cześć! Widzę, że było przycinane. Zaczynam czytać, jakoś się odezwę wieczorem i jestem bardzo ciekaw, jak to teraz wygląda. Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Lukenie,

 

Nie tylko ja miałem takie wrażenie. Jeżeli dla bohatera jest normalne jakieś nienormalne zachowanie, to może warto od czasu do czasu przypominać przyczynę jego zobojętnienia (kiedy ma ono znaczenie dla wydarzeń w fabule), choćby jednym zdaniem.

Wydawało mi się, że wspominam o tym jego zobojętnieniu aż za dużo. 

Czułem zmęczenie, ale nie tym dniem, czy nawet tym życiem, lecz po prostu wszystkim. Miałem wrażenie, że moja dusza, jestestwo, świadomość, czy co to tam było, jest rozciągnięta i popękana. Ile razy można umierać i tracić ukochane osoby?

Mniej więcej w wieku dziesięciu lat wspomnienia wracały. Uderzały z siłą huraganu. Od kilku wcieleń dręczyło mnie to coraz bardziej, zaczynałem żywić nadzieję, że w końcu się nie narodzę.

– Nie – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Nie bałem się, bo co mógł zrobić? Zabić mnie?

Spędziłem tydzień na nieustannych rozważaniach. Życie wśród ludzi, którzy nie korzystali z Aurinu bardzo mnie kusiło, ale z drugiej strony operacja mózgu to nie żarty. Nie bałem się śmierci, ale tego, że coś pójdzie nie tak i spędzę lata kompletnie sparaliżowany.

Wszedłem na maskę i zerknąłem w dół. Upadek z tej wysokości niewątpliwie okazałby się śmiertelny, ale to mnie nie przerażało, szybka śmierć to dobra śmierć.

„Nic dziwnego, wychowałem sześćdziesięcioro czworo” – pomyślałem. Nie zawsze byłem jednak dobrym rodzicem. W pierwszych wcieleniach nie potrafiłem się w tej roli odnaleźć, a po kilkudziesięciu życiach moja zdolność do tworzenia relacji zaczęła słabnąć. Jakbym wyczerpał jakiś limit, nie potrafiłem się już zaangażować. 

Nie sądziłem, że cokolwiek jest mnie w stanie zaskoczyć, ale nigdy nie przypuszczałem, że będę brał udział w walce z kosmicznym agresorem. 

Nie zaprzeczył, ale przecież nie bałem się śmierci. Jeśli istniała szansa na pozbycie się obcego, to zamierzałem spróbować. Odrodzeni nie znali świata przed Aurinem, ale ja tak, więc jako jedyny rozumiałem co nam odebrano.

Powiedz mi dlaczego te wskazówki nie są dość jasne? Może zauważyłeś w tekście coś co sugeruje, że bohater jest jednak emocjonalny i stąd zgrzyt. Bardzo mi zależy na spójnej kreacji bohatera, więc jak możesz mi doradzić, w którym miejscu powinnam jeszcze dopisać informację o jego odbiorze świata to się nie krępuj. 

 

I jeszcze jedna kwestia, które mnie nurtuje. Czy ostatnia scena jest zaskakująca? Czy może uważasz, że jej usunięcie poprawiłoby opowiadanie? 

 

Cześć, Krar!

 

To czekam na opinię, bo zjechałam 5 tys. znaków, więc może się okazać, że wyrzuciłam coś co było akurat potrzebne. 

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Powiedz mi dlaczego te wskazówki nie są dość jasne?

Alicello, to jest bardzo dobre pytanie i nie jestem pewny czy znam definitywną odpowiedź. Na pewno takiej sugestii zabrakło podczas drogi korytarzem. Czegoś w stylu: “przez chwilę poczuł lęk, ale potem przypomniał sobie, że Aurin nic nie może mu zrobić, więc szedł dalej”. To jest ważniejsza sytuacja niż chyba każda z wymienionych wyżej. Jeżeli przypominać należy proporcjonalnie do wagi dziejących się wydarzeń, to to jest chyba najważniejsza ze wszystkich sytuacji w całym opowiadaniu, więc o ile część z wymienionych przypomnień nie wydaje się zbyt potrzebna, to sądzę, że w tym przypadku jak najbardziej.

Czynnikiem też może być ambicja opowiadania z perspektywy kogoś kto ma braki emocjonalne (bo brak strachu jest takim brakiem), co jest po prostu trudne w realizacji, bo znacząco obniża czynnik “utożsamowalności” (jeżeli istnieje takie słowo ;) ) z bohaterem.

Jeżeli wpadnie mi coś jeszcze do głowy to na pewno to dodam.

Łukasz Zaroda

Lukenie,

Czegoś w stylu: “przez chwilę poczuł lęk, ale potem przypomniał sobie, że Aurin nic nie może mu zrobić, więc szedł dalej”. To jest ważniejsza sytuacja niż chyba każda z wymienionych wyżej. Jeżeli przypominać należy proporcjonalnie do wagi dziejących się wydarzeń, to to jest chyba najważniejsza ze wszystkich sytuacji w całym opowiadaniu, więc o ile część z wymienionych przypomnień nie wydaje się zbyt potrzebna, to sądzę, że w tym przypadku jak najbardziej.

Super, dzięki za wskazówkę. Postaram się dodać jakieś przemyślenia bohatera. W sumie po zabiciu Viktora, mógłby rozważać, czy pakować się w to dalej, czy jednak zawrócić.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Cześć!

 

Przeczytałem i mam wrażenie, że niewiele zniknęło. Czyli jest dobrze imho, bo przekaz pozostał, a pojawiła się “3” z przodu. Pierwsze zdania w połączeniu z tytułem dobrze kotwiczą uwagą, a dalej powoli wprowadzasz czytelnika w ten pozornie idealny świat.

Napisane dobrze imho, czyta się przyjemnie. Historia wciąga, i nie raz skręca ciekawie (przeskok na inną planetę, a potem zakończenie). Moja opinię znasz z bety, nie będę się specjalnie rozpisywał. Naprawdę ciekawe, z pomysłem, spójne. Miejscami zgrzyta trochę działanie bohatera, ale to kwestia wizji postaci, a to twój tekst. Oby kolejne twoje teksty były równie udane.

 

2P dla Ciebie: Pozdrawiam i z czystym sumieniem Polecam do biblioteki!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Krar,

bardzo dziękuję za komentarz, polecenie i pomoc :). 

Przeczytałem i mam wrażenie, że niewiele zniknęło.

Cieszę się, że dobrze wybrałam fragmenty do usunięcia, bo była to ciężka walka z tekstem. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Bez motywu reinkarnacji nie byłoby tej historii, bo Beiner nie opierałby się Aurinowi tak skutecznie.

Mógłby się opierać z jakiegoś innego powodu. Ale…

 

< dygresja >

Element fantasy w sci-fi, ratuj się kto może!

Przesadzasz trochu :) Jest coś takiego jak science fantasy i to też potrafi być dobra literatura: “Królestwa ściany” Silverberga, “Trylogia miecza mroków” duetu Weiss/Hickman, utwory wspomnianego już wcześniej Simmonsa, jak choćby “Muza ognia”.

 

< /dygresja >

 

…skoro piszesz:

 

Powiem szczerze, że trochę mnie zmartwiła ta uwaga Q.S., bo to oznacza, że zakończenie jest niezrozumiałe. Nie było żadnej śmierci, Beiner nie zginął. Stracił przytomność i z powrotem wpakowano mu do głowy Aurin. Nie ma Iqariumy, nie ma żadnej tajemniczej istoty. Tylko ludzka psychika i wyobraźnia. Beiner pragnął zrozumieć dlaczego rodzi się ponownie i Aurin mu to umożliwił, do tego doszło poczucie winy, więc w jego głowie pojawiła się szansa na odkupienie i uratowanie świata.

To teraz motyw reinkarnacji ma mocne uzasadnienie fabularne i nie jest po nic, więc mogę wycofać wcześniejsze zastzreżenie, ale tylko, jeśli przyjmiemy Twoje wytłumaczenie zamysłu. Bo końcówka wcale niezrozumiała nie jest. Ja po prostu doszedłem do innego wniosku: ta metafizyczna istota się pojawiła, Aurin rzeczywiście stanowi zagrożenie, które Beiner mógłby wyeliminować i dostaje szansę. Jednak Aurin znajduje jakiś sposób, żeby zamotać Beinerem i przekonać go do tego, że istnieje jakaś Iquaria czy inna planeta, żeby oddalić od siebie zagrożenie, które Beiner stanowi. I taka była moja interpretacja, która nieco różni się od Twojego zamysłu, a przy mojej wersji motyw reinkarnacji jest jedynie ozdobnikiem. Przy Twoim wytłumaczeniu jest zaś ważny, bo implikuje pragnienia Beinera, co w ostatecznym efekcie pozwala na namieszanie mu w głowie obietnicą zakończenia wiecznego życia.

Krótko mówiąc: zamysł rozminął się z interpretacją, co spowodowało nieco problemów i wygenerowało zastrzeżenia, które na gruncie interpretacji podług zamysłu są bezpodstawne.

 

 

Jak Waszym zdaniem powinien się zachowywać człowiek, który przeżył trzy tysiące lat i do tego wie, że narodzi się ponownie?

Jak któraś z długowiecznych istot, które przewinęły się przez dobre dzieła literackie i filmowe: jak Kane Wagnera, jak bohaterowie “Kamuflażu” Haldemana, jak Connor MacLeod. Rozumiem, że chciałaś pokazać Beinera jako człowieka, który chce mieć święty spokój, bo widział już wszystko – i to Ci się chwali, jednak stawiasz go w tym tekście w sytuacji, w jakiej nigdy wcześniej nie był, więc zakładam, że będzie się zachowywał jak człowiek, który wiele widział, ale teraz przyszło coś nowego, nieoczekiwanego. A on się wydaje cały czas znudzony, decyzje podejmuje bo ponieważ. Brakuje mi trochę osobowości, jakichś refleksji, głębi. To oczywiście możesz poczytać jako zarzut, ale jest to zarzut wynikający z moich – znów – osobistych preferencji i oczekiwań :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Outta Sewer

Przesadzasz trochu :) Jest coś takiego jak science fantasy i to też potrafi być dobra literatura: “Królestwa ściany” Silverberga, “Trylogia miecza mroków” duetu Weiss/Hickman, utwory wspomnianego już wcześniej Simmonsa, jak choćby “Muza ognia”.

Nie przesadzam, to taki żarcik był, widać nieśmieszny. Ja lubię łączenie gatunków. 

Krótko mówiąc: zamysł rozminął się z interpretacją, co spowodowało nieco problemów i wygenerowało zastrzeżenia, które na gruncie interpretacji podług zamysłu są bezpodstawne.

O jaki piękne zdanie i tak mądrze brzmi :). Cieszę się, że uznałeś reinkarnację za istotną dla fabuły. Twoja interpretacja jest całkiem fajna, w sumie to chciałam, żeby zakończenie dawało czytelnikowi trochę swobody. 

A on się wydaje cały czas znudzony, decyzje podejmuje bo ponieważ. Brakuje mi trochę osobowości, jakichś refleksji, głębi.

Przed sceną z Aurinem dodałam nieco przemyśleń bohatera, więc może będzie teraz lepiej. Zastanawiam się jednak, czy dodawanie więcej refleksji nie doprowadziłoby do stworzenie takiego jęczącego bohatera, którego czytelnik ma dość (to częsta przypadłość w narracji pierwszoosobowej). 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Cieszę się, że uznałeś reinkarnację za istotną dla fabuły.

Biorąc pod uwagę Twoje wyjaśnienia co do zamysłu, nie mogło być inaczej :)

 

Twoja interpretacja jest całkiem fajna, w sumie to chciałam, żeby zakończenie dawało czytelnikowi trochę swobody. 

No i widzisz, nie dość, że Outta wykorzystał tę odrobinę swobody, którą dałaś, to się jeszcze skubany łokciami rozpycha i warczy ;)

 

Zastanawiam się jednak, czy dodawanie więcej refleksji nie doprowadziłoby do stworzenie takiego jęczącego bohatera, którego czytelnik ma dość

Nawet jęczenie może być fajne, jeśli zawiera ciekawe przemyślenia i jest przedstawione w sposób, który nie męczy ;) A serio, to chyba trzeba znaleźć jakiś złoty środek, zresztą jak we wszystkim :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Cześć.

Miło mi poznać – i to w niezłym wydaniu :)

 

Z racji mojego “wyjazdowego oczka”, nie mam nadmiernej ilości czasu na dłuższe łapanki.

Z grubsza:

 

Nawet niezłe dialogi, dość naturalne (co sobie mocno cenię).

 

Drobne wyjątki:

 

– Nie – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Nie bałem się, bo co mógł zrobić? Zabić mnie? – Niezbyt rozumiem, co masz na myśli.

A więc już śpieszę z wyjaśnieniem. Wydaje ci się, że nie korzystasz z Aurinu, ale tak nie jest. Spójrz tam. – Wskazał w kierunku centrum miasta. – Co widzisz?

To akurat nieco sztuczne. Wolałbym krótkie: “Już tłumaczę”.

 

Nieliczne powtórzenia:

 

Wykonałem kilkadziesiąt kursów, gdy czujnik ostrzegający przed zderzeniem zaświecił na czerwono, a system bezpieczeństwa zatrzymał przelotowiec. Spróbowałem podlecieć bliżej, ale system był z rodzaju tych “idiotoodpornych” i za nic na świecie nie pozwalał na wjechanie w ścianę.

I nie wiem, czy nie brzmiałoby ładniej (ale czy prawidłowo? :D) “nie pozwalał wjechać w ścianę”.

 

 

– Na dzisiaj wystarczy – powiedziałem.

– Tylko jedną, tę o królu, co wyciągnął miecz ze skały. – Amelka nie ustępowała.

Moja stanowczość zaczęła topnieć pod wpływem tych sarnich oczu, ale w ostatniej chwili zostałem uratowany.

– Jest już późno, pora spać – powiedziała Sara, siadając obok mnie na ławce.

– Ale ciociu…

– Bez dyskusji, uciekajcie do domów.

Dzieci niechętnie się rozeszły.

– Dziękuję za ratunek – powiedziałem.

 

Określeń na mówienie jest sporo – rzekł, rzucił, krzyknął, szepnął, itd. Ale to drugorzędne.

Minimalnie nadużywasz didaskaliów – w tym przypadku ostatnie “powiedziałem” jest wg mnie zupełnie zbędne. Dialogi dobrze pisać tak, aby jasnym było, kto je wypowiada. Wtedy, gdy nie jest to możliwe / łatwe / rozmówców jest wielu – jasne – didaskalia są potrzebne. Warto przemyśleć :)

 

 

Dobrze sobie radzisz z dziećmi – stwierdziła.

„Nic dziwnego, wychowałem sześćdziesięcioro czworo” – pomyślałem. Nie zawsze byłem jednak dobrym rodzicem. W pierwszych wcieleniach nie potrafiłem się w tej roli odnaleźć, a po kilkudziesięciu życiach moja zdolność do tworzenia relacji zaczęła słabnąć. Jakbym wyczerpał jakiś limit, nie potrafiłem się już zaangażować. 

Dobrze opowiadam. – Wzruszyłem ramionami. 

I powtórzenia.

 

Jak rzekłem – czasu zbyt wiele nie ma :D

Opowiadanie udane, ciekawa koncepcja, napisane wg mnie bardzo poprawnie :)

Zdaje się, że do Biblioteki w sam raz :)

Cześć, Silvan!

 

Mnie również miło Cię poznać. Dzięki za komentarz i polecenie.

Określeń na mówienie jest sporo – rzekł, rzucił, krzyknął, szepnął, itd. Ale to drugorzędne.

Minimalnie nadużywasz didaskaliów – w tym przypadku ostatnie “powiedziałem” jest wg mnie zupełnie zbędne. Dialogi dobrze pisać tak, aby jasnym było, kto je wypowiada. Wtedy, gdy nie jest to możliwe / łatwe / rozmówców jest wielu – jasne – didaskalia są potrzebne. Warto przemyśleć :)

Wydawało mi się, że w didaskaliach jestem skrajnie oszczędna, bo zgadzam się z tym, że dialog powinien się obronić sam. Jedno “powiedział” wyrzuciłam.

Co do zastępowania “powiedzieć” innymi czasownikami to uważam, że trzeba być ostrożnym, bo one nie oznaczają dokładnie tego samego. Nawet takie z pozoru neutralne “stwierdzić” ma inny wydźwięk niż “powiedzieć”.

Powtórki wyeliminowałam, dzięki :)

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Cześć,

 

Ciekawa intryga. Przyznam, że przeczytałem już kilka dni temu, a cały czas siedzi mi w głowie. Najbardziej podoba mi się to, co przekazałaś między wierszami – wolimy piękne kłamstwo niż brzydką prawdę. 

Całość spięta logicznie, tylko w jednym momencie się mi trochę odkleiła ;]. Jak Beiner od razu zgadza się jechać z Dariusem. 

– Słuchaj, wycieli mi coś z mózgu. Jak chcesz to Tobie też wytną.

– No jasne. Jedziemy

 

Wiem, że był nieśmiertelny, ale mimo wszystko :P.

 Poza tym, naprawdę dobry kawał opa. Naskarżam na Ciebie do biblioteki :].

 

pozdro

M.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Hej, M.

Dzięki za komentarz i naskarżenie. 

Ciekawa intryga. Przyznam, że przeczytałem już kilka dni temu, a cały czas siedzi mi w głowie. Najbardziej podoba mi się to, co przekazałaś między wierszami – wolimy piękne kłamstwo niż brzydką prawdę. 

Bardzo się cieszę, że dostrzegłeś ten przekaz i że opowiadanie zapadło Ci w pamięć. 

 

Całość spięta logicznie, tylko w jednym momencie się mi trochę odkleiła ;]. Jak Beiner od razu zgadza się jechać z Dariusem. 

– Słuchaj, wycieli mi coś z mózgu. Jak chcesz to Tobie też wytną.

– No jasne. Jedziemy

Wiem, że był nieśmiertelny, ale mimo wszystko :P.

Uwielbiam Twoje komentarze :). Żeby jednak trochę Beinera usprawiedliwić, to chciałam zaznaczyć, że zgodził się zobaczyć osadę, nad operacją mózgu zastanawiał się aż tydzień ;). 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Hej!

Odwiedzam jeszcze raz, bo wiem, że od bety kapkę się jeszcze zmieniło.

Dobrze zmieniłaś początek – jest krótszy i szybciej wciąga przy czytaniu. Szkoda, że skróciłaś wątek z Sarą – niby tylko kawałeczek, ale dla mnie była to kolejna podwalina do decyzji Beinera o samobójstwie. 

Jak wiesz, wolałam to inne zakończenie, ale i tak spina się to w ładną całość. Także dla mnie dobre opowiadanie, dźwignęłaś temat :)

 

Rzuciło mi się w oczy kilka literówek jeszcze:

– Chciałabym, żebyś poszedł z nami – powiedział.

 

Założyliśmy skórzane kabury, w których tkwiły po dwa rewolwery, jeden na kule ołowiane, a drugi na złote

Do środka prowadziłoy trzymetrowe, dwuskrzydłowe drzwi.

 

– Wasza Wysokość, mam wyniki – powiedziała Abrantir.

Właściwie to błysnął, bo jego fioletowe usta się nie poruszyły

Na myśl przeżyciu kolejnych tysięcy lat narodzinach

Cześć.

Zarówno kreacja świata, wstęp do historii, jak i zakończenie są bardzo fajne, chociaż w moim osobistym kanonie ta końcowa scena jednak nie ma miejsca i już wyobrażam sobie starcie pomiędzy ostatnią cywilizacją pod wodzą Beinera oraz Aurinem. (Kurczę, a może to mój Aurin nie pozwala mi przyjąć do wiadomości, że jednak wykiwał bohatera?).

Dobrze wybrałaś sceny do wycięcia, aczkolwiek wciąż brakuje mi wyeksponowania życia wśród Odrodzonych – odnoszę wrażenie, że jest tego za mało w stosunku do pozostałych wydarzeń. W każdym razie jest to niewielki zgrzyt, a opowiadanie jako całość w moim odczuciu bardzo dobrze się broni.

Hej!

 

Shanti

Dzięki za komentarz i pomoc przy becie :) 

Szkoda, że skróciłaś wątek z Sarą – niby tylko kawałeczek, ale dla mnie była to kolejna podwalina do decyzji Beinera o samobójstwie. 

Masz na myśli walkę w wieży, czy ich rozmowę w osadzie? Scena w wieży mi nie pasowała, ze względu na sposób działania Aurinu. Uzbrojone Drony trochę się gryzły z kreacją świata. Wątek z rozmową mogę dodać, bo był króciutki. 

 

Bjkpsrz

Dzięki za komentarz i pomoc przy becie :)

Zarówno kreacja świata, wstęp do historii, jak i zakończenie są bardzo fajne, chociaż w moim osobistym kanonie ta końcowa scena jednak nie ma miejsca i już wyobrażam sobie starcie pomiędzy ostatnią cywilizacją pod wodzą Beinera oraz Aurinem. (Kurczę, a może to mój Aurin nie pozwala mi przyjąć do wiadomości, że jednak wykiwał bohatera?).

Możesz zakładać, że to się wydarzy, bo przecież Beiner narodzi się ponownie. Jak zda sobie sprawę, jak łatwo dał się wykiwać, to wbrew swojej naturze w końcu się porządnie wnerwi. Może Iqarimianie istnieją i Beiner znajdzie sposób, żeby się z nimi skontaktować. 

Dobrze wybrałaś sceny do wycięcia, aczkolwiek wciąż brakuje mi wyeksponowania życia wśród Odrodzonych – odnoszę wrażenie, że jest tego za mało w stosunku do pozostałych wydarzeń.

Opis życia wśród odrodzonych można by wydłużać, ale nic ciekawego by się tam nie wydarzyło. Nie wnosiłoby to nic to rozwoju fabuły. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Alicella, Rozmowę w osadzie :)

Ali­cel­la,

jeśli to Twoje pierwsze opowiadanie sci-fi, to muszę pilnie poszukać terapeuty, bo wpadłem po szyję w kompleksy! :) A poważniej, świetna robota! Natychmiast po przeczytaniu wystawiłem Ci nominację do biblioteki, i zaraz dostałem maila, że niestety nie mogę. Za krótki staż… Szkoda, ale pewnie i tak ktoś to za chwilę zrobi.

 

Pozdrawiam i czekam na więcej.

 

“Kiedy ludzie mówią ci, że coś jest nie tak albo im się nie podoba, prawie zawsze mają rację. Kiedy mówią ci, co dokładnie według nich jest źle i jak to naprawić, prawie zawsze się mylą”. Neil Gaiman

Cześć, Andyql!

 Dzięki za komentarz. Fajnie, że się podobało :)

jeśli to Twoje pierwsze opowiadanie sci-fi, to muszę pilnie poszukać terapeuty, bo wpadłem po szyję w kompleksy! :)

O nie, ja tu nikogo nie chciałam “zakompleksić”. 

Natychmiast po przeczytaniu wystawiłem Ci nominację do biblioteki, i zaraz dostałem maila, że niestety nie mogę. Za krótki staż…

Znam ten ból, też mam jeszcze za krótki staż, żeby zgłaszać do biblioteki, ale trudno trzeba czekać cierpliwie. Właściwie to bardzo rozsądny wymóg. 

 

Shanti, dopisałam informacje o odczuciach Beinera względem Sary. Literówki też poprawiłam. Dzięki. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Hej,

 

bardzo fajna historia, znajduję tutaj echa “Matrixa” oraz “Kongresu Futurologicznego” Lema. Jezeli nie czytałaś kongresu, szczerze polecam, choć myślę, że może czytałaś.

 

Historia bardzo mi się podoba, wg mnie, niezwykle udany debiut. Fabularnie, nie widzę jakichś słabych punktów, może tylko ponarzekam, że takie krótkie to opko, bo myślę, że spokojnie z 20k -30k znaków mogłabyś dorzucić: rozbudować wątek unikania Aurinu, rozbudować wątek życia w osadzie Odrodzonych (na co zwracał uwagę bjkpsrz), dodać kilka scen na nowej planecie. A może też dodać jakieś retrospekcje z tysięcy lat życia bohatera: pierwsza albo ostatnia miłość, wychowanie dzieciaków – to by dołożyło więcej emocji do historii. Wtedy już byłbym całkowicie usatysfakcjonowany ;)

 

Jeżeli chodzi o końcówkę moja pierwsza interpretacja jest dość prosta – Beiner jest w wircie, w swoim wyimaginowanym świecie, w którym wciąż się odradza i wciąż walczy z wyimaginowanym Aurinem. Bo to go kręci, tak jak Irminę kariera modelki.

 

No i ta pokręcona – Beiner to Jezus Chrystus :P

 

Jeszcze kilka uwag do tekstu:

 

Podstawię diety stanowiła

Literówka.

 

wynalezienie pierwszego komputera, Wojna Tysiąclecia

Co to Wojna Tysiąclecia? Widzę, że już Luken się tego czepiał. ja też zastanawiam się skąd taka nazwa? Wydaje się nielogiczna, ponieważ tysiąclecie się jeszcze nie skończyły (mamy rok 2734), poza tym takie nazwy zwykle wymyśla historia po iluś tam setkach lat.

 

Wszedłem do mieszkania o białych ścianach i czarnej podłodze.

Kojarzy mi się z klatką schodową w Matrixie ;)

 

W ciągu niemal trzech tysięcy lat narodziłem się osiemdziesiąt trzy razy.

Hmmm… a mamy niby rok 2734? Wskazówka ;)

 

– To jak wygląda usunięcie wszczepu?

– Wbrew pozorom jest mniej inwazyjny niż by się wydawało.

“Inwazyjne”, tak? Usunięcie jest mniej inwazyjne…

 

Zapadła pełna napięcia cisza, oznaczająca moment na podjęcie decyzji.

A gdzie niebieska i czerwona tabletka? :P

 

– Wszczepy to jakby cząstki – powiedział Viktor – wszystkimi rządzi ten jeden.

“Jeden by rządzić wszystkimi” :)

 

Założyliśmy skórzane kabury, w których tkwiły dwa rewolwery, jeden na kule ołowiane, a drugi na złote.

Jak wiedźmińskie miecze – srebrny i złoty ;)

 

– Tak. Aurin opanował wszystkie cywilizacje, które zbliżyły się do przełomu technologicznego. W ten sposób zatrzymuje dalszy rozwój, a w efekcie prowadzi do wymarcia.

A po co mu wymarłe rasy, nie jest pasożytem? Nie potrzebuje żywicieli, albo chociaż niewolników?

 

Pozdrawiam serdecznie!

Martwe liście i brudna ziemia

PS. Zgłosiłem właśnie Twój tekst do Biblioteki ;)

Pozdrawiam!

Martwe liście i brudna ziemia

Wzięłaś znane elementy i połączyłaś je w nową całość. Wyszło całkiem interesująco.

Inwazja podstępna. W sumie, już niejeden raz toczono tę wielką, ostatnią wojnę, po której wreszcie miał zapanować pokój, a ludzie mieli żyć długo i szczęśliwie. Refleksje na temat szczęścia też ciekawe.

Jeśli miałabym na coś marudzić, to na to, że długo żyjący bohater odwołuje się wyłącznie do z grubsza współczesnym nam dzieł sztuki. Ani Szekspira, ani żadnego filmu z XXII wieku…

Babska logika rządzi!

Cześć!

 

BasementKey, dzięki za komentarz i zgłoszenie. 

Historia bardzo mi się podoba, wg mnie, niezwykle udany debiut. Fabularnie, nie widzę jakichś słabych punktów, może tylko ponarzekam, że takie krótkie to opko, bo myślę, że spokojnie z 20k -30k znaków mogłabyś dorzucić: rozbudować wątek unikania Aurinu, rozbudować wątek życia w osadzie Odrodzonych (na co zwracał uwagę bjkpsrz), dodać kilka scen na nowej planecie. A może też dodać jakieś retrospekcje z tysięcy lat życia bohatera: pierwsza albo ostatnia miłość, wychowanie dzieciaków – to by dołożyło więcej emocji do historii. Wtedy już byłbym całkowicie usatysfakcjonowany ;)

A widzisz, a ja się obawiałam, że i tak jest za długie. Myślę, że to opowiadania spokojnie można by rozwinąć w powieść :). 

 

Jeżeli chodzi o końcówkę moja pierwsza interpretacja jest dość prosta – Beiner jest w wircie, w swoim wyimaginowanym świecie, w którym wciąż się odradza i wciąż walczy z wyimaginowanym Aurinem. Bo to go kręci, tak jak Irminę kariera modelki.

Tak, podczas spotkania z Aurinem wcale się nie zabił, tylko dostał wszczep z powrotem i wszystko co się dzieje od tego momentu, czyli spotkanie z dziwną istotą i życie na Iqariumie, to wirtualna rzeczywistość. 

 

No i ta pokręcona – Beiner to Jezus Chrystus :P

To jest naprawdę ciekawy pomysł, dużo bardziej odjechany niż mój. Powiedz, jak wpadłeś na coś takiego. Ta moja ukryta interpretacja jest dużo prostsza i i bliższa tego oczywistego zakończenia.

 

Co to Wojna Tysiąclecia? Widzę, że już Luken się tego czepiał. ja też zastanawiam się skąd taka nazwa? Wydaje się nielogiczna, ponieważ tysiąclecie się jeszcze nie skończyły (mamy rok 2734), poza tym takie nazwy zwykle wymyśla historia po iluś tam setkach lat.

Ja się tu zgadzam i z Toba i z Lukenem, tylko od trzech dni próbuje wymyślić sensowną nazwę dla tej wojny i nic nie pasuje. Chyba zdecyduję się na Ostatnią Wojnę albo Ostateczną. 

 

Hmmm… a mamy niby rok 2734? Wskazówka ;)

Beiner po raz pierwszy urodził się przed naszą erą.

 

A gdzie niebieska i czerwona tabletka? :P

Zamiast tabletek jest metoda bardziej inwazyjna, ale skojarzenie trafne.

 

“Jeden by rządzić wszystkimi” :)

Tak, dokładnie. Byłam ciekawa, czy komuś się to skojarzy pomimo przestawienia kolejności słów. 

 

Jak wiedźmińskie miecze – srebrny i złoty ;)

Jedne kule na zwykłe zagrożenie, a drugie na kosmitę. 

 

A po co mu wymarłe rasy, nie jest pasożytem? Nie potrzebuje żywicieli, albo chociaż niewolników?

Informacja o wymieraniu raz pojawia się już w wizji Beinera, czyli nie koniecznie musi być prawdziwa. Aurin to mocno rozwinięta forma życia, wiadomo o nim jedynie, że potrzebuje dwutlenku węgla. Może właśnie to przyciągnęło go na Ziemię. 

 

Finkla, dzięki z komentarz i klik.

Jeśli miałabym na coś marudzić, to na to, że długo żyjący bohater odwołuje się wyłącznie do z grubsza współczesnym nam dzieł sztuki. Ani Szekspira, ani żadnego filmu z XXII wieku…

Myślałam o dodaniu więcej odniesień, ale nigdzie mi odpowiedni kontekst nie wyszedł, ale zastanowię się nad tym jeszcze. Może uda mi się coś wpleść, bo to faktycznie dodałoby fajnego klimatu. 

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Szczęście widziane jako pasożyt, czyli czynnik powodujący stagnację dość niezwykłe.

Całość niezwykle plastyczna i bardzo dobrze się czyta.

Zastanawia mnie czemu podczas podcinana żył ostrze się stopiło.

Cześć, Ambush!

Dzięki za komentarz :)

 

Zastanawia mnie czemu podczas podcinana żył ostrze się stopiło.

W ten sposób Aurin dostał się do krwiobiegu, a potem przeniknął do mózgu i uformował się z powrotem we wszczep. Pierwotnie zakładałam, że Beiner tylko traci przytomność i później przechodzi zabieg, ale potem pomyślałam, że taka wersja bardziej pasuje do Aurinu i od razu zasugeruje czytelnikowi, że coś dziwnego się tam wydarzyło. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Cześć, Alicello,

niestety mnie nie porwało. Sama historia zdaje się bardzo ciekawa, ale w sposobie jej opisania widać, że to twoje pierwsze sf. Jest dosyć naiwnie i z łatwością przewidziałam, co się wydarzy (choć samo zakończenie na plus ;))

Największym problemem jest to, że strasznie gnasz z fabułą, bo oto bohater nagle poznaje kogoś na ulicy, kto należy do tajnej rebelianckiej organizacji, ten od razu się zgadza z nim pójść i w ogóle ufa wszystkim od razu. Zaraz wyciągają mu Aurina i zaraz idzie zaatakować główną siedzibę. Za szybko, za wiele, za mało. Za wiele akcji, za mało czegoś pomiędzy. Twoje opowiadanie bardzo przypominało mi konstrukcyjnie young adult. Tam też przeważnie akcja tak gna.

Nie jest to wada, sama lubię ya, ale to należałoby do gatunku, które mi nie odpowiada. Bohater też pasuje, bo niby tyle żyje, ale jakiś taki… niedoświadczony. Z narracji nie wyzierały te wszystkie jego lata. Gdybyś nie napisała, że tyle żył, nie zauważyłabym. 

Jeszcze tak mi się rzuciło w oczy, że od początku, jako autorka, każesz nam uważać Aurina za wielkie zło, ale dopóki nie dowiedziałam się, że przez niego ludzie przestają się rozmnażać, wcale tak nie uważałam. Po prostu w sposobie jego opisania nie wydawał się taki zły.

Może marudzę, ale pomysł bardzo ciekawy. Zwyczajnie nie trafiło do mnie jego wykonanie.

 

 

Nie wierzyłem mu, nasze spotkanie nie wyglądała na przypadkowe.

 

– Śmiało, podetnij żyły. Nie będzie bolało[+,] obiecuję – powiedział Aurin.

Albo postaw kropkę ;)

 

 

Czułem na sobie spojrzenie Sary i wiedziałem[+,] na co liczyła, ale nie mogłem odwzajemnić jej uczuć.

 

Viktor zginął ostatni, ja go zastrzeliłem, gdy uderzał głową w ścianę[+,] masakrując sobie twarz. 

 

Obecne ciało działało inaczej niż ludzkie i przez dobre kilka miesięcy czułem się rozerwany po między teraźniejszością, a wspomnieniem ludzkich doznań.

Razem ;)

 

 

Powodzenia w dalszym pisaniu!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Cześć, Lano!

Dzięki za komentarz.

 

Największym problemem jest to, że strasznie gnasz z fabułą, bo oto bohater nagle poznaje kogoś na ulicy, kto należy do tajnej rebelianckiej organizacji, ten od razu się zgadza z nim pójść i w ogóle ufa wszystkim od razu. Zaraz wyciągają mu Aurina i zaraz idzie zaatakować główną siedzibę. Za szybko, za wiele, za mało. Za wiele akcji, za mało czegoś pomiędzy.

Jestem zwolenniczką szybkiej akcji, uważam, że opisywanie scen, które nie przekładają się bezpośrednio na rozwój fabuły lub nie są niezbędne do kreacji świata bardzo szybko znudzi czytelnika. Beiner zastanawia się przez tydzień nad operacją, a potem przez miesić mieszka w osadzie, więc nie dzieje się to od razu. Po co opisywać budowanie domów czy uprawianie roślin, skoro nic to nie wnosi? Można by się pokusić o rozwój takiego wątku, gdyby Beiner potrafił się naprawdę zżyć ze społecznością, ale to nie jest możliwe.

Nie wiem skąd wniosek, że Beiner wszystkim ufa, on po prostu bezbłędnie rozpoznaje ludzi, bo żyje od 3 tys. lat. Natychmiast wyczuwa, że za istnieniem Odrodzonych kryje się coś więcej niż tylko hołdowanie dawnym obyczajom. Od razu rozpoznaje też charakter Viktora. W drugiej scenie dodałam zapis, który nieco dokładniej pokazuje motywy, kryjące się za decyzją Beinera o pojechaniu do osady. 

Myślę, że poznanie kogoś na ulicy z definicji jest nagłe, ale z tekstu wynika też, że Darius śledził Beinera, a potem od Viktora dowiadujemy się po co. Został wciągnięty w plan Odrodzonych, zanim dowiedział się o ich istnieniu. Mógłby się wycofać, ale uznaje walkę z najeźdźcą za słuszną. To postanowienie rozsypuje się jednak w obliczu spełnienia się jego największego pragnienia.

 

Z narracji nie wyzierały te wszystkie jego lata. Gdybyś nie napisała, że tyle żył, nie zauważyłabym. 

Dlaczego? Jak Twoim zdaniem powinien się zachowywać reinkarner? Beinera cechuje obojętność, on już wszystko, co w życiu ekscytujące, przeżył kilkadziesiąt razy. Do tego ma właściwie dość, a życie w otoczeniu ludzie pochłoniętych wirtualną rzeczywistością szczególnie mu doskwiera. Nie jest zdolny do zaangażowania się, a nawet odczuwania strachu, jedyne co go ruszyło to inwazja kosmity, bo tego jeszcze nie przerabiał. 

 

Jeszcze tak mi się rzuciło w oczy, że od początku, jako autorka, każesz nam uważać Aurina za wielkie zło, ale dopóki nie dowiedziałam się, że przez niego ludzie przestają się rozmnażać, wcale tak nie uważałam. Po prostu w sposobie jego opisania nie wydawał się taki zły.

Tu nie bardzo rozumiem. Twierdzisz, że każę uważać Aurin za zły, ale jednocześnie czytając nie miałaś takiego odczucia? Właściwie pozostawiłam czytelnikowi pełne pole do interpretacji w tej kwestii. Z tekstu wynikają fakty, ale bez szufladkowania. Najlepszym dowodem na to jest dialog w wieży. Czytelnik dostaje dwa spojrzenia, Aurinu i Beinera, i może samo wyciągnąć wnioski, co uważa za złe lub dobre. 

Poza tym ostatnia scena to przecież wirtualna rzeczywistość i wszystkie zawarte w niej wnioski są “przefiltrowane” przez Beinera, to reprezentacja jego uczuć. Pojawia się tajemnicza istota, bo Beiner rozpaczliwie chce wierzyć, że jego istnienie (a raczej męczarnie) mają jakieś większy sens. Dopada go też poczucie winy, z powodu Odrodzonych, których zawiódł, stąd reinkarnacja na planecie mogącej się przeciwstawić Aurinowi. I tu też pojawia się dwuznaczność, bo Beiner mówi: “Postanowiłem stanąć do walki przeciwko szczęściu”, a nie złu. Można powiedzieć, że to Beiner jest tym złym, bo przecież chce wprowadzić chaos i odebrać ludziom szczęście.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Przyznam, że opowiadanie bardzo mnie zaintrygowało. Na początku miałam silne wrażenie, że „gdzieś to już czytałam” (skojarzenia z „Nowym Wspaniałym Światem”, może „Powrotem z gwiazd”, pewnie jeszcze czymś innym), ale dalej historia idzie w nieco inną stronę. Powtórzę za poprzednikami, że może czasem następowały zbyt szybkie zwroty akcji, po drodze się chwilami zbyt mocno zagmatwało, ale nie zaburzyło to ogólnego pozytywnego wrażenia. 

Tu chyba literówka:

„Po co mi to było?” – pomyślałem, zastanawiając się, czy nie zwrócić.

 

Pozdrawiam!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Cześć, Nati!

 

Dzięki za komentarz. To prawda, że motyw idealnej egzystencji budzi wiele skojarzeń, także fajnie, że znalazły się też elementy oryginalne.

Powtórzę za poprzednikami, że może czasem następowały zbyt szybkie zwroty akcji, po drodze się chwilami zbyt mocno zagmatwało, ale nie zaburzyło to ogólnego pozytywnego wrażenia. 

Akcja jest szybka, można by tu parę wątków rozciągnąć, ale mnie wydawały się zbędne. Obawiałam się też trochę, że opowiadanie na 60 tys. znaków nie znajdzie czytelników, zwłaszcza, że autorem jest osoba nowa na portalu. Wybrałam bezpieczne zagranie, bo lepiej pozostawić w czytelniku lekki niedosyt niż przesadzić i sprawić, że opowiadania nie przeczyta.

 

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Witaj!

 

Jedna literówka wpadła mi w oko:

 

"Zaintrygował mnie tą wizją życia w realnym świeci, więc się zgodziłem."

 

-> świecie

 

A to miało być zawrócić czy zwrócić?:

 

"pomyślałem, zastanawiając się, czy nie zwrócić."

 

Z komentarzem wrócę :)

 

edit:

 

To wracam.

Podobało się, choć zacznę od końca, bo końcówka mi się podoba i nie podoba. Bohater jak na istotę żyjącą prawie trzy tysiące lat, zdaje się zbyt szybko zaufać Aurnowi. Rozumiem, że nie oparł się pokusie spełnienia pragnienia śmierci bez odrodzenia, ale postąpił bardzo naiwnie przyjmując sztylet.

Tak poza tym to fajny pomysł na pasożyta i wypaczoną definicję szczęścia. Początkowo najeźdźca mocno kojarzy się z wampirem – pobiera dwutlenek węgla z krwi (czy tam osocza) zamiast pić krew, i jest podatny na działanie metalu, tyle że złota zamiast srebra.

Generalnie mamy zlepek różnych znanych motywów, ale uplecionych w coś nowego, i okraszonego dodatkami. Trochę może brakować mięsa (tego rozciągnięcia akcji, dodania retrospekcji, odwołań do przeszłych żyć i rozwleczenia wszelkich decyzji), no ale to świadomy zabieg, żeby skrócić objętość i nie robi to opowiadaniu większej krzywdy, choć można z tego było jeszcze trochę wykręcić. Stworzyć nieco mocniejszych obrazów eocjonalnych.

Podsumowując: z lektury jestem zadowolony.

 

Pozdrawiam!

 

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Jeżeli chodzi o końcówkę moja pierwsza interpretacja jest dość prosta – Beiner jest w wircie, w swoim wyimaginowanym świecie, w którym wciąż się odradza i wciąż walczy z wyimaginowanym Aurinem. Bo to go kręci, tak jak Irminę kariera modelki.

 

Tak, podczas spotkania z Aurinem wcale się nie zabił, tylko dostał wszczep z powrotem i wszystko co się dzieje od tego momentu, czyli spotkanie z dziwną istotą i życie na Iqariumie, to wirtualna rzeczywistość.

 

Haha, widzisz nie to miałem na myśli. Moja interpretacja zakłada, że wszystko czego doświadcza bohater jest tylko iluzją – i jego odradzanie się, i sam Aurin, i walka o zbawienie świata. Wtedy mamy perfekcyjne wyjaśnienie i dla reinkarnacji i istnienia Aurina…

 

 

No i ta pokręcona – Beiner to Jezus Chrystus :P

 

To jest naprawdę ciekawy pomysł, dużo bardziej odjechany niż mój. Powiedz, jak wpadłeś na coś takiego. Ta moja ukryta interpretacja jest dużo prostsza i i bliższa tego oczywistego zakończenia.

Tia, jestem mistrzem odjechanych pomysłów :P

No to kilka słów wyjaśnień:

 

– I nawet nie przeszkadza mi, że jesteś po trzydziestce – dodała, psując nastrój.

Jak wiadomo, Jezus zginął mając 33 lata. Choć tutaj bym stawiał że bohater jest nieco młodszy, zważywszy na to co poniżej wymyśliłem.

 

W ciągu niemal trzech tysięcy lat narodziłem się osiemdziesiąt trzy razy.

To zdanie najbardziej mnie zainspirowało:

– niemal trzy tysiące, czyli niecałe trzy tysiące, czyli może dwa tysiące siedemset trzydzieści cztery lata.

– jeżeli przemnożymy ilość reinkarnacji razy wiek Jezusa w trakcie śmierci (33 lata) to mamy: 83x33=2739. Czyli Beiner ma 28 lat i powinien za ok 5 lat zginąć. Sama data śmierci Jezusa jest jednak dyskusyjna, niektórzy wskazują, że jezus mógł zginąć w 27 roku, więc wtedy mielibyśmy idealnie rok śmierci. Jak to sobie policzyłem, to wiesz, samo się nasunęło :P

 

No i poza tym Jezus super tutaj pasuje – zbawia świat, jest cierpieniem w opozycji do “rozpusty” i fałszywie postrzeganego szczęścia.

 

Pozdrawiam!

 

Martwe liście i brudna ziemia

Jestem zwolenniczką szybkiej akcji, uważam, że opisywanie scen, które nie przekładają się bezpośrednio na rozwój fabuły lub nie są niezbędne do kreacji świata bardzo szybko znudzi czytelnika. Beiner zastanawia się przez tydzień nad operacją, a potem przez miesić mieszka w osadzie, więc nie dzieje się to od razu. Po co opisywać budowanie domów czy uprawianie roślin, skoro nic to nie wnosi?

Można sobie w takim razie zadać pytanie po co pisać cokolwiek ;) Nakreśliłam jedynie swoją preferencję, bo owszem, lubię szybką akcję, ale lubię też, gdy w tekście jest czas na spokój, emocje, trochę tzw. “obyczaju”. Takie elementy potrafią lepiej wyobrazić sobie świat, zżyć/utożsamić się z bohaterem, bo dla mnie Beiner był całkowicie obojętny. No więc jest to moja preferencja, choć generalnie uważam, że ciągła akcja męczy czytelnika (to samo tyczy się gier i filmów).

 

 

Cała reszta to jedynie moje odczucia z lektury.

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Cześć!

 

Mytrix, dzięki za komentarz.

Bohater jak na istotę żyjącą prawie trzy tysiące lat, zdaje się zbyt szybko zaufać Aurnowi.

Beiner posiada dużą odporność na działanie Aurinu, ale i tak kosmita nieco namieszał mu w głowie.

 

BasementKey

Haha, widzisz nie to miałem na myśli. Moja interpretacja zakłada, że wszystko czego doświadcza bohater jest tylko iluzją – i jego odradzanie się, i sam Aurin, i walka o zbawienie świata. Wtedy mamy perfekcyjne wyjaśnienie i dla reinkarnacji i istnienia Aurina…

To właściwie prawie rozpracowałeś to moje ukryte zakończenie :). Bo chciałam, żeby po przeczytaniu czytelnik zaczął się zastanawiać kiedy tak naprawdę Bieiner utknął w VR. Reinkarnacja jest prawdziwa podobnie jak scena w restauracji, co potwierdzają słowa Irminy, ale od momentu spotkania z Dariusem wszystko można interpretować jako VR.

Wskazówki:

“Leżałem, patrząc w sufit i czułem „swędzenie mózgu”. To Aurin domagał się, abym go użył”.

“Wysiadłem z przelotowca, czując się jak we śnie, pomyślałem nawet, że Aurin spłatał mi figla i nic z tego nie jest rzeczywiste”.

 

Twoja interpretacja jest tak bliska mojego zamysłu, że wygrałeś ten konkursik. Daj znać, czy któraś z niezbyt atrakcyjnych nagród interesuje Cię bardziej ;)

 

Tia, jestem mistrzem odjechanych pomysłów :P

No to kilka słów wyjaśnień:

To zdanie najbardziej mnie zainspirowało:

– niemal trzy tysiące, czyli niecałe trzy tysiące, czyli może dwa tysiące siedemset trzydzieści cztery lata.

– jeżeli przemnożymy ilość reinkarnacji razy wiek Jezusa w trakcie śmierci (33 lata) to mamy: 83x33=2739. Czyli Beiner ma 28 lat i powinien za ok 5 lat zginąć. Sama data śmierci Jezusa jest jednak dyskusyjna, niektórzy wskazują, że jezus mógł zginąć w 27 roku, więc wtedy mielibyśmy idealnie rok śmierci. Jak to sobie policzyłem, to wiesz, samo się nasunęło :P

No i poza tym Jezus super tutaj pasuje – zbawia świat, jest cierpieniem w opozycji do “rozpusty” i fałszywie postrzeganego szczęścia.

Jestem pod wrażeniem tego pomysłu. Muszę popracować nad ukrytymi znaczeniami w opowiadaniach, żeby osiągnąć tak wysoki poziom.

 

Lano

Można sobie w takim razie zadać pytanie po co pisać cokolwiek ;) Nakreśliłam jedynie swoją preferencję, bo owszem, lubię szybką akcję, ale lubię też, gdy w tekście jest czas na spokój, emocje, trochę tzw. “obyczaju”. Takie elementy potrafią lepiej wyobrazić sobie świat, zżyć/utożsamić się z bohaterem, bo dla mnie Beiner był całkowicie obojętny. No więc jest to moja preferencja, choć generalnie uważam, że ciągła akcja męczy czytelnika (to samo tyczy się gier i filmów).

Oczywiście, że każdy ma swoje preferencje. Nie jestem zwolenniczka przeciągających się scen walki, ale chcę, żeby tekst przykuwał uwagę. Uważam, że w moim opowiadaniu jest dużo wewnętrznego życia bohatera i jego przemyśleń, które retardują akcję, ale nie każdemu musi pasować akurat taka kreacja bohatera. Zdaję sobie sprawę, że ataraksja to temat trudny w odbiorze.

Nie wiem na podstawie czego nasunęło Ci się pytanie, po co pisać cokolwiek, ale skoro jest pytanie to się odniosę. Pisać można wszystko nawet o niczym, w najgorszym razie nie znajdą się czytelnicy, ale przynajmniej warsztat się potrenuje ;)

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Daj znać, czy któraś z niezbyt atrakcyjnych nagród interesuje Cię bardziej ;)

No pewnie, fajny pomysł na mini konkurs. Nagdrody bardzo aktrakcyjne :)

Wybieram pakiet 5 komentarzy, byłoby mi miło, gdybyś przeczytała i skomentowała 5 poniższych tekstów portalowych, które Ci polecam. A polecam je bo są ciekawe, zabawne a niekiedy kontrowersyjne i traktujące o poważnych tematach:

 

Igrzyska wstydu

Śmieciarka

Od poczęcia do naturalnej śmierci

Seks pozamałżeński. Żeby tylko… [16+]

Kiedy byłem mały

 

Jbc, podziel się wrażeniami po lekturze…

 

Pozdrawiam :)

Martwe liście i brudna ziemia

O! Miło mi, że mój się załapał.

Babska logika rządzi!

Jedna nagroda a tylu zwycięzców ;). Ja też wygrywam, bo ciekawe opka sobie poczytam. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

O! Miło mi, że mój się załapał.

Haha, wiadomo, jak mógłbym pominąć ten tekst? Polecam również dyskusję pod odpowiadaniem :D

Martwe liście i brudna ziemia

Dyskusja to już hardcore. Tam chyba kilkaset komentarzy jest, w tym większość offtopu.

Babska logika rządzi!

Reinkarner, co wynika z komentarzy, został przedyskutowany wzdłuż i wszerz, przycięty i poprawiony, skutkiem czego do mnie trafiło opowiadanie, które przeczytałam z należytym zainteresowaniem i satysfakcją.

A szczęście, no cóż, czasem okazuje się tak złudne…

 

jest mniej in­wa­zyj­ne niż by się wy­da­wa­ło. ―> …jest mniej in­wa­zyj­ne niżby się wy­da­wa­ło.

 

do­tkną­łem wieży. Oka­za­ła się zimna i ide­al­nie gład­ka.

Da­rius nie skła­mał na temat wieży. ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

a po kil­ku­dzie­się­ciu ży­ciach… ―> …a po kil­ku­dzie­się­ciu ży­wotach

Życie nie ma liczby mnogiej.

 

ani scen z moich wszyst­kich żyć… ―> …ani scen z moich wszyst­kich żywotów

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Śmieszna sprawa z tymi żywotami, kojarzy mi się z żywotami świętych, no i klasycznym Żywotem człowieka poczciwego.

Zasadniczo dość powszechnie używa się “żyć” w kontekście kocich żywotów, słynne “9 żyć”. Być może niedługo uzus zwycięży ;)

Martwe liście i brudna ziemia

Kot, moim zdaniem, żyje dziewięć razy. A mnogość żyć, jak dotychczas, akceptowana jest w tylko w grach. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć!

 

Reg. dzięki za komentarz. Cieszę się, że lektura Cię usatysfakcjonowała.

W przypadku reinkarnacji “życie” aż się prosi o liczbę mnogą, ale faktycznie liczba mnoga jest niepoprawna. Żywot niby oznacza to samo, ale jakoś mi nie pasuje, może po prostu zastąpię wcieleniem. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Bardzo proszę Alicello. 

To Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo fajnie się to wszystko prezentuje :) Pozdrawiam 

Cześć, Miki, dzięki za przeczytanie i komentarz :). 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Ech, szkoda, że mu się nie udało, już miałam nadzieję, że jednak zdoła pokonać Aurin. Ciekawa teza, że szczęście czyni nas gnuśnymi i generalnie mało ruchliwymi. Tylko, że to, co oni tam odczuwają trudno w ogóle nazwać szczęściem, to raczej permanentny rausz ;)

Czytało się nieźle, lektura była satysfakcjonująca.

Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to fakt, że Irmina nie jest zbyt wiarygodnym świadkiem. W końcu jakoś musiała sobie wyjaśnić zniknięcie lubego i końcówka może być tylko jej projekcją wydarzeń ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Irka!

 

Dzięki za komentarz.

Ech, szkoda, że mu się nie udało, już miałam nadzieję, że jednak zdoła pokonać Aurin.

Jeszcze nie wszystko stracone, bo to reinkarner. Narodzi się ponownie i może jednak pokona Aurin, jak sobie uświadomi, że został oszukany. A może Iqarima jednak istnieje.

 

 W końcu jakoś musiała sobie wyjaśnić zniknięcie lubego i końcówka może być tylko jej projekcją wydarzeń ;)

I to jest genialny pomysł, bo teraz każdy może sobie wybrać zakończenie jakie mu pasuje :). 

Bramka nr 1: Irmina sobie tylko wyobraziła Beinera, podczas gdy on tak naprawdę jest na Iqarimie i jego wersja jest prawdziwa.

Bramka nr 2: Beiner dał się nabrać i utknął w wirtualnej rzeczywistości, więc to co widzi Irmina jest prawdą.

Bramka nr 3: Nic nie jest prawdziwe. Irmina nie spotyka Beinera, a on tak naprawdę umarł i to co zobaczył, to tylko przedśmiertna wizja. 

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

To ja wybieram bramkę numer jeden :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

I to jest świetne opowiadanie, które było blisko wyrwania z butów. ;-)

 

Przyjemność z lektury była ogromna i to na tyle, że największą wadą jest brak rozbudowania niektórych wątków. Za krótkie to po prostu (cóż za zdziwko, gdy po czytaniu zobaczyłem, że to było 40k znaków). :-)

 

Największy atut, który finalnie przerodził się w konkurs (niestety już rozstrzygnięty), jest zaś taki, że trzeba było pomyśleć. Końcówka bardzo niejednoznaczna, co preferuję w literaturze i filmach.

 

Przesłanie (brak stresorów równa się stagnacja) trafne.

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Cześć, Filip!

 

I to jest świetne opowiadanie, które było blisko wyrwania z butów. ;-)

 

Przyjemność z lektury była ogromna i to na tyle, że największą wadą jest brak rozbudowania niektórych wątków. Za krótkie to po prostu (cóż za zdziwko, gdy po czytaniu zobaczyłem, że to było 40k znaków). :-)

Zgadzam się, że spokojnie można by jeszcze 20 tys. znaków dopisać, bo sam wątek upadku kultury i tego jak Aurin doszedł do władzy, wystarczyłby na osobne opowiadanie. Cieszę się, że lektura okazała się przyjemna :). 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Dobrze sie czytało, ciekawy pomysł. Brakło mi tylko kolejnych zobrazowanych trupów , kiedy to Haliucynacje w wieży Aurina bawiły się z rebeliantami:) od połowy , myślałem tylko – jak to sie zakończy, jak to sie zakończy. Nie zawiodłem się pod tym względem. Dzięki.

Cześć, Vrchamps!

 

Dzięki za przeczytanie i komentarz. Bardzo się cieszę, że opowiadanie Cię usatysfakcjonowało, pomimo za małej ilości trupów ;).

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Ładnie napisane. Satysfakcjonujące. Nie szkoda na nie czasu. Przeczytałem z przyjemnością

Cześć, Koala!

Dzięki za komentarz, fajnie, że Ci się podobało.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Nowa Fantastyka