- Opowiadanie: mortecius - Mroźne wieczory

Mroźne wieczory

Tekst powstał na nabór do Białego Kruka – Miłość w czasach fantastyki. Nie udało się, ale tym razem nie dostałem takich batów, jak poprzednio ;)

Mocno wsparli mnie betujący – @Mandala i @Knight Martius, za co ponownie bardzo dziękuję ;)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Finkla, Irka_Luz

Oceny

Mroźne wieczory

I

 

Stałem przed cmentarzem, podziwiając jego zimny majestat. Rozłożyste drzewa zasłaniały niekiedy stare, omszałe krzyże. Między zaśnieżonymi, przegniłymi liśćmi przemykała żwawo krucza straż. Z niecierpliwością spoglądałem na słońce, które powoli chowało się za horyzontem. To trwało długo.

Zbyt długo.

Wiedziony pragnieniem dotarłem tu za szybko. To oznaczało męczące, pełne oczekiwania minuty. Normalnie jestem spokojny, wręcz stoicki. Nie ulegam uczuciom.

Tym razem czułem, jak wszystko we mnie buzuje.

Ekscytacja. To już, zaraz!

Strach. Zmieniła zdanie?

Fascynacja. Jest inna, zupełnie inna. Chcę wiedzieć o niej wszystko.

Pożądanie.

Szczęście.

Coraz szybsze bicie serca…

Żeby nie zwariować zacząłem obserwować otoczenie.

Czubki drzew wciąż były białe. Cienie robiły się coraz dłuższe, zagarniając łapczywie coraz większy obszar. Chociaż marzec dobiegał powoli końca, w powietrzu wciąż czuć było mróz – jedną z rzeczy, których kiedyś unikałem. Teraz jednak z niepokojem śledziłem znaki zwiastujące roztopy.

Rzut oka na słońce. Jeszcze trochę…

Byłem na tyle blisko bramy, żeby zacząć zauważać pewne rzeczy. Stare żelazo. Rdzawe zacieki. Czarne plamy na metalu, przypominające nieco plamy po ospie. Miejscami pręty były powyginane i wyglądały przez to jak kości ze zwyrodnieniami. To musiała być wiekowa, solidna konstrukcja. Pasowała tu idealnie.

I sam cmentarz. Nie była to olbrzymia, wielkomiejska nekropolia, na której leżały dziesiątki tysięcy ciał. Skromny, niewielki cmentarzyk. Jedno z tych miejsc, które przypominają nam o przeszłości, nie tylko swoim przeznaczeniem. Była to kraina wczoraj, obszar wyłączony z marszu naprzód, ramię w ramię ze zdecydowanym krokiem postępu. W tej ziemi nie chowano nikogo od bardzo dawna. Krewni i znajomi osób, które tu spoczywały, również od lat nie żyli. Od zapomnienia i zniszczenia ratował ten cmentarz tylko jego niejasny, nietypowy status – na wpół zabytkowy, na wpół rekreacyjny, bo znajdował się w parku. Ktoś w pewnym momencie zdecydował się powstrzymać jego rozkład, postępujące gnicie, które upodabniało go do własnych lokatorów.

Wstrzymałem oddech, który w powstałej ciszy brzmiał jak krzyk. Wokół było martwo, nikogo i niczego, co oddycha, poza mną.

Rzecz jasna, nie znaczy to, że między grobami było pusto.

W końcu moment nadszedł. Po słońcu zostało tylko ciche, mało znaczące wspomnienie.

Ruszyłem do przodu, prosto w mgłę. Było to dość nietypowe zjawisko, które zastanawiało wiele osób: dlaczego w tym miejscu, z dala od zbiorników wody, tak często unosiły się opary? Co powodowało, że były tak gęste? I jak wyjaśnić to, że mgła pojawiała się niezależnie od pogody i pory roku: przy letnich upałach, zimowym mrozie, suszy?

Szedłem brukowaną główną ścieżką. Na niektórych pomnikach urosło tak wiele sopli, że aż dziw, że nadal stały. Stare krzyże przekrzywiały się we wszystkie strony pod ciężarem lodu. Inne pokrywał chłód w różnych postaciach: szadź, szron lub po prostu śnieg. Światła nielicznych latarni przegrywały walkę z ciemnością, nieznacznie oświetlając tylko najbliższe otoczenie. Gdyby nie jasny księżyc, byłbym prawie jak ślepiec.

Między dwoma tablicami po lewej stronie, tuż przy drodze, zauważyłem skuloną postać. Byłem gościem tego miejsca od ponad trzech miesięcy, więc wiedziałem, że należy uważać na każdego, kogo jeszcze nie znałem. Kiedy jednak postanowiłem obejść tajemniczą sylwetkę w taki sposób, by nie spuszczać jej z oczu, wpadłem prawym bokiem na coś wielkiego. Głaz? Sądząc po bólu, który odezwał się w moim ramieniu, było to zdecydowanie coś twardego.

Jęknąłem, a potem nagle wylądowałem plecami na ścieżce.

Czy są takie kamienie, które sapią ze złością i popychają, kiedy się na nie wpadnie?

– Patrz, jak leziesz! – warknął głaz w moim kierunku.

Kątem oka zobaczyłem, jak zakapturzona figura wstaje.

– Co się stało, Władziu? – zapytało coś niesamowitym głosem. Pod zasłaniającym wszelkie kształty płaszczem, kryło się ciało tylko z grubsza przypominające ludzkie. Przez bardzo bladą, prawie całkowicie przezroczystą skórę prześwitywały narządy wewnętrzne… prawie wszystkie były w stanie rozkładu. Część z nich nie miała anatomicznego sensu.

Wszystko wskazywało na to, że mam przed sobą licho.

– Ten obcy na mnie wpadł. I nie przeprosił. – Głos skały był chrapliwy i niski. Kiedy domniemany głaz stanął nade mną, uświadomiłem sobie, iż jest to sporych rozmiarów upiór.

– Pech.

– Nu, pech. Słońce już zaszło.

– Zaszło.

– I amuletów nie widzę.

Licho poruszyło wystającym spod kaptura nosem, przypominającym bardziej nozdrza kota.

– I żadnych nie czuję.

– Czyli co, zupełnie bezbronny.

– Bezbronny.

– I obcy.

– Ano, obcy.

– Tylko czy niczyj?

Naprzeciw moich oczu znalazły się cudze ślepia.

Doświadczenie było bardzo dziwne. Czułem, jakby ktoś wszedł do mojego wnętrza, rozpychał się tam łokciami i do tego nie wytarł butów. Zanim jednak zdążyłem krzyknąć, wrażenie minęło.

– Niczyj, Władziu. Przynajmniej jeszcze.

– Nu, jeszcze, czyli trzeba się spieszyć.

– Przepraszam panów bardzo… – zacząłem nieśmiało.

Zastanawiałem się, dlaczego nadal leżałem na ziemi. Kiedy jednak próbowałem zaangażować swoje ciało do tego, żeby wstać, moje myśli odpływały. Z tyłu głowy czułem, że taki proces miał miejsce już przynajmniej kilka razy.

– E, on mówi.

– Słyszę, Władziu, słyszę. Dziwne. Może się zestarzałeś?

– Wypraszam sobie! – Ryk był potężny na tyle, że zrzucił śnieg z nagrobków znajdujących się nieopodal.

– Spokojnie, Władziu, bo wszystkich pobudzisz. Na dwa się łatwo dzieli, po połowie… a na trzy już ciężej… a co dopiero na kilkanaście? Kilkadziesiąt?

Upiór prychnął.

– Nie pamiętam, kiedy ostatnio tylu nie spało!

– To będzie zaraz, jeśli będziesz się tak wydzierać.

– Daj mi spokój – zamarudził Władziu – jak się spało całą zimę, to można być rozdrażnionym.

– Ja naprawdę panów przepraszam, ale… – wciąłem się jeszcze bardziej nieśmiało.

– Ty, może faktycznie coś skiepściłem – zasępił się upiór.

Licho machnęło chudą, powykręcaną ręką.

– A może dzieciak ma predyspozycje. Coś dziwnego w nim było, w środku, ale nie sprawdzałem, skoro niczyj…

– Nu, nieważne. Kropnę go pałką i jemy – zdecydował Władziu.

Zdjął z pleców wielki, gruby jak maczuga kij, w którym tkwiły kamienie.

– Jak, tak na ścieżce? – zapytało licho.

– A co, źle?

– Ktoś krew zobaczy i zacznie węszyć.

– Pluję na te ich śmieszne służby, policję i tak dalej. Nic mi nie zrobią, a egzorcysty przecież nie wyślą.

Powietrze zafalowało od nieludzkiego chichotu.

– Chodziło mi o naszych. Jeszcze będą marudzić, że się nie dzielimy…

– To mogą sobie sami zapolować! Zresztą, śnieg zasypie krew, ciuchy się rzuci za mur i spokój.

– E, ale chyba nie wszystkie – zaprotestowało licho – buty bym sobie zostawił.

Poczułem, jak obmacuje moje stopy.

– Nie no, klasa. Klasa. Prawdziwa skóra, a nie jakieś zamorskie gówno. Ładna rzecz.

– Później się ponapawasz. Czas jeść.

– Przepraszam panów… – wyszeptałem po raz trzeci, ale chyba nie usłyszeli.

– Nu, to klepnę. W głowę, niech się nie męczy.

– Sentymentalny się robisz, Władziu.

Temperatura powietrza spadła nagle o kilka stopni.

– Przepraszam panów – powiedział ktoś twardym jak stal kobiecym altem – on jest mój.

Na ścieżce pojawiła się nowa postać: średniego wzrostu dziewczyna o skórze tak bladej, że praktycznie białej. Jej gęste włosy miały tak intensywny odcień czerni, że zdawały się miejscami wpadać w granat. Była ubrana w długą, ciemnoniebieską suknię z niewielkim dekoltem.

Poza tym unosiła się kilkanaście centymetrów nad ziemią.

– No nie, myśmy byli pierwsi – jęknął upiór.

– Bynajmniej – odparła ozięble.

– Sprawdzaliśmy! – warknęło licho.

– Pobieżnie i na szybko – odbiła argument dziewczyna.

– Ona nas obraża – stwierdził Władziu.

– Obraża – powtórzyło licho.

– I chce okraść.

– Okraść, tak.

– Trzeba będzie się bronić – rzucił od niechcenia upiór, uzupełniając wywód.

– Bronić. – Licho uśmiechnęło się wyjątkowo paskudnie.

Błysk w intensywnie niebieskich oczach dziewczyny zwiastował zmianę: teraz tęczówki miały barwę stali.

– Czy wy mi grozicie? – zapytała spokojnie.

– To chyba ta przygłupia, łatwo pójdzie – ucieszył się Władziu, po czym podniósł kij.

Mrugnąłem, po czym w oczach zaczęło mi się dwoić i troić. Przed sekundą widziałem tylko jedną dziewczynę, po zamknięciu i otwarciu powiek było ich już pięć. Wszystkie były blade, jednak po chwili zacząłem zauważać różnice między nimi. Inna długość i kolor włosów, inny krój sukni, inny odcień materiału…

Gdyby ktokolwiek miał termometr, zapewne zdziwiłby się kolejną zmianą: tym razem temperatura spadła o dobre kilkanaście stopni.

– Antonina – wyszeptało licho z niezadowoleniem.

– Wszystko w porządku, siostro? – zapytała jedna z nowoprzybyłych, uśmiechając się zbójecko.

– Nie jestem pewna. Właśnie im tłumaczyłam, że ten śmiertelnik jest mój, ale wygląda na to, że nie chcą mi go oddać…

– Och, to pewnie tylko zwykłe nieporozumienie – zaśmiała się przywódczyni – jak się sypia po kilka miesięcy, to łatwo zapomnieć o dobrych manierach…

– Pierdolone mory – mruknęło licho ukradkiem.

– Słucham? – zapytała groźnie Antonina. Jej oczy były twarde i nieustępliwe, ale uśmiech nadal tkwił na twarzy.

Napastnicy szybko wymienili spojrzenia; bojowy dotąd upiór oklapł, ale licho niespodziewanie pociągnęło sprawę dalej.

– Byliśmy pierwsi. Zawsze zabieracie dla siebie najlepsze. Nam zostawiacie tylko ochłapy. A czasem i tego nie!

– Wy też nie lubicie się dzielić.

– Rozejdźmy się, zanim komuś stanie się krzywda – zaproponowała spokojnie mora, która pojawiła się jako pierwsza.

– Zaraz. – Antonina władczo zatrzymała wszystkich. – Niech zdejmą paraliż.

– Sam zejdzie – odparł Władziu, po czym wzruszył ramionami.

– Nie – ucięła dziewczyna – założyłeś, to teraz zdejmuj. No, raz, raz. Nie mamy całej nocy.

Upiór patrzył na nią przez moment, po czym z ociąganiem przy mnie klęknął.

– Kiedyś – wysyczało licho cichutko, ale tak, by adresatka usłyszała groźbę – kiedyś zapomnisz o swoich siostrach. O swoim orszaku. Kiedyś się zagapisz i będziesz sama. Niechroniona. Słaba. Wtedy się policzymy, za każdą krzywdę, każde wymuszenie, każde wyniosłe słowo…

– Czekam na tę noc. – Przywódczyni uśmiechnęła się zimno. – A jeśli chcesz, żebym chociaż zauważyła twoją nieudolną, małą, pokraczną próbę zemsty, to lepiej weź kumpli. Sporo kumpli. Bo sam nie masz do mnie nawet startu, padalcu.

– Zobaczymy.

Licho wytrzymało jej mroźne spojrzenie tak długo, że na twarzy mory pojawiła się zmarszczka zdziwienia. Pojedynek na mrugnięcia przerwał jednak mój jęk.

– Nu, gotowe. – Władziu wstał.

– To teraz wypad. Lepiej, żebyśmy się już dzisiaj nie spotkali – pogroziła Antonina, a licho i upiór zniknęli z mojego kręgu widzenia.

Po chwili widziałem już tylko dziewczynę, która pojawiła się jako pierwsza.

– Franciszek – wyszeptała, pomagając mi wstać.

– Jadwiga – powiedziałem, patrząc w bezmiar niebieskich oczu.

– Dziękuję za pomoc, siostry. – Jadwiga obróciła się do pozostałych mor.

– Bez problemu – odparła Antonina.

– Wątpię, żeby ten śmiertelnik mógł jej zagrozić – zaśmiała się któraś z dziewczyn.

Lekko się zaczerwieniłem, przynajmniej na tyle, na ile pozwolił mi siarczysty mróz.

– Zostawmy ich. Pewnie chcą być sami. Do później, siostro. Do następnego, Franciszku.

Mory, jedna po drugiej, rozwiały się w powietrzu.

– Nic ci nie jest? – Jadwiga przywarła do mnie całym ciałem. Chociaż byłem ubrany najcieplej, jak się dało, mocno poczułem bijące od niej zimno.

Ale nie narzekam. Podobało mi się.

– Nie, wszystko w porządku – odparłem – ale gdybyś nie była czujna…

– Czekałam na ciebie. Wiedziałam, że przyjdziesz. Chociaż się śmiali.

– Niby dlaczego? – zdziwiłem się.

– To niezbyt… powszechne, że śmiertelnicy wiążą się z którąś z nas. Wszyscy mówili, żeby nie robić sobie nadziei. Żywi chcą wszystkiego szybko, mają sporo możliwości. Wystarczy, że się znudzą, a wtedy więcej nie przychodzą. A my nie możemy wychodzić poza mury, więc nie wiemy, co tak naprawdę się stało…

– Chyba nie mówisz o mnie?

– Nie, oczywiście, że nie! Zresztą widziałeś, że czekałam.

– No tak. Co to za dwóch obwiesiów?

Jadwiga zmarszczyła nos.

– Typowi włóczędzy. Łażą po nocach i czekają na okazję. Tyle dobrze, że upiory przesypiają zimy. A licho… kto wie, co tam się tłucze w tym pustym łbie…

– Opowiadałaś mi o takich, jak ono. Ale ten… Władziu, tak?… nie jest chyba taki, jak inne upiory?

– Nie, to beznadziejny przypadek. Inne upiory są spokojne, poważne, zamyślone… zresztą, poznałeś kilka… a ten to… to…

– Dziad – uzupełniłem.

– Nie, nie – roześmiała się Jadwiga – dziady borowe są inne. Ale nie wchodzą na cmentarz, mogą sobie chodzić po lasach czy parkach… zresztą licho też może, nie wiem, czemu się tu ciągle kręci.

– Dobrze, że byłaś w pobliżu. Co by mi zrobili, gdyby nie ty?

– Pewnie by cię zjedli.

– Co?! Myślałem, że tylko tak mówią.

– Nie, nie. Rozerwaliby cię na kawałki i pożarli, palec po palcu, kość po kości. Dzięki temu stają się silniejsi.

– Silniejsi? Jak bardzo?

– Ten upiór mógłby nawet wyjść poza mury na jakiś czas. A licho… licho je wie… ważne, że nic ci nie jest.

– Tak, też się cieszę. No dobrze, przejdźmy się. Mam coś dla ciebie.

Podniosłem ze ścieżki torbę, po czym wyciągnąłem z niej świeczki. Jadwiga aż klasnęła w dłonie.

– Piękne!

Podeszliśmy do jej grobu. Piaskowcowa płyta była nieduża i prosta, ale elegancka. Na nagrobku widniała okrągła plakieta z brązu, na której można było dostrzec portret Jadwigi. Metal utlenił się z biegiem lat i miał zimny, ciemnozielony kolor. Kamienny pomnik był pokryty lodem, spod którego nie było widać daty urodzin ani śmierci. Tylko imię, nazwisko i herb Tarnawa.

Ustawiłem długie, białe świece tak, by wyglądały gustownie. Odpaliłem je, a mora westchnęła z zadowolenia.

– Prawdziwy pszczeli wosk… sprawiłeś mi tym dużo radości. Dziękuję, Franciszku. Musiały być bardzo drogie.

– Na taką noc jak dzisiaj musiałem wybrać coś specjalnego.

– Taką… jak dziś? – wyszeptała dziewczyna z nadzieją.

Włożyłem dłoń do kieszeni, po czym wyciągnąłem z niej małe, aksamitne pudełeczko. Klęknąłem na jedno kolano.

– Jadwigo – powiedziałem, patrząc jej w oczy – czy zechcesz połączyć się ze mną na wieki? Czy wyjdziesz za mnie?

Wokół nas zawirowało. Śledzące nas dotąd duchy nie potrafiły się powstrzymać i zaczęły się materializować, żeby nie stracić niczego ze spektaklu, który się przed nimi rozgrywał.

– Tak! – krzyknęła mora, po czym podniosła mnie swoją niesamowitą siłą i padła mi w ramiona.

Znajdujący się wokół nas mieszkańcy cmentarza zaczęli się uśmiechać, ale nadal w dość przygaszony sposób.

– To teraz najważniejsze – powiedziałem, otwierając pudełko.

Jadwiga wyciągnęła dłoń. Chociaż nie oddychała, miałem wrażenie, jakby wstrzymała oddech. A wraz z nią wszyscy wokół.

Srebrny pierścionek z perłą wszedł na jej palec idealnie.

Tym razem rozległy się krzyki na wiwat. Mora uśmiechnęła się, po czym przyciągnęła mnie do siebie i zwarliśmy się w wyjątkowo lodowatym, a jednak bardzo żarliwym pocałunku.

– Te, tak nie wolno! – krzyknął ktoś.

– Zabroń nam – odparła groźnie Jadwiga, a jej oczy ponownie przybrały stalowy odcień.

– No dobrze, już, już – obok nas pojawiła się Antonina, przeganiając inne duchy – dajcie im trochę przestrzeni. Prywatności.

– Ale… –  jęknął ktoś z tłumu.

– No nie dadzą spokoju, no – westchnęła przywódczyni mor.

– Spokojnie – odparłem – jestem na to przygotowany. Proszę za mną moją narzeczoną, i tylko moją narzeczoną.

Podeszliśmy do ławeczki tuż przy murze. Z torby wyciągnąłem wielką torbę soli.

– Usiądź tu, proszę – poprosiłem Jadwigę. Odgarnąłem butem śnieg, a potem rozsypałem biały proszek na ziemi, wytyczając wokół nas krąg.

Przestałem widzieć duchy. O ile wiem, one przestały też widzieć nas.

– Najdroższa – powiedziałem, odwracając się do mory. Zdziwiłem się jednak na jej widok, bo była już półnaga.

– Nie chcę czekać do ślubu – powiedziała z tajemniczym uśmiechem.

– Eee, no… Jadwigo, nie chcę cię martwić, ale chyba będziemy musieli… – wyjąkałem.

Była już przy mnie. Dotknęła mnie.

– Czy twoje zimno mnie nie zabije? – zapytałem ostatkiem sił, kuszony w sposób któremu nie mogłem się oprzeć.

– Nie. Są pewne sposoby.

 

II

 

Po przeciwległej stronie cmentarza całą sytuację obserwowało licho oraz upiór. Chociaż nekropolia nie była największa, dystans mógł rodzić problemy ze śledzeniem sytuacji. Na szczęście dla duchów dysponowały o wiele lepszymi oczami, niż ludzkie.

– Jak myślisz, co tam robią? – zapytał oparty o mur Władziu. Dotyk zmarzniętego, zimnego kamienia zupełnie nie robił na nim wrażenia.

– No nie wiem. Pewnie oglądają książkę z obrazkami – odparło z góry licho, machając przy tym nogami.

– Książkę? Jaką książkę?

– A ja wiem? – Długie, powykręcane ręce podrapały skrytą pod kapturem głowę. – Pewnie mitologię słowiańską. Przyszły mąż poznaje rodzinę panny młodej.

– To by było dziwne. Może jednak coś innego czytają? Nie wiem, Sapkowskiego?

– Władziu, ja cię przepraszam, ale co ty pierdolisz?

– Nie ja zacząłem.

– Dobra, dobra.

– Myślisz, że przeżyje to, co tam robią? – zapytał po chwili milczenia upiór.

– Na pewno przeżyje – odparło licho.

– Skąd ta pewność?

– Bez niego nie przerwie kręgu i będzie tam uwięziona. Kiedyś wiatr rozsypie sól, albo deszcz wszystko zmyje, ale to potrwa. Po co siedzieć w samotności tyle czasu? Jeszcze zdąży go zabić. Zresztą, dopiero się zaręczyli. Dadzą chłopakowi pożyć. Przynajmniej do jutra.

– Bo co, jutro ślub?

– Nie wiem, Władziu, co z tobą? Czy ja wyglądam jak informacja turystyczna?

– Nu, niby nie. Przepraszam.

– Jakiś do tyłu jesteś w tym roku.

– Chyba za wcześnie się obudziłem.

– Prawda, że koniec marca, a nadal śnieg i mróz… no, na takich jak ty to dobrze nie działa.

– Jeszcze kilka dni… przyjdą w końcu roztopy.

– W każdym razie, już po chłopaku, nie?

– To pewne? Widziałem, jak jej wkładał pierścionek. Czyste srebro, z daleka było czuć, a jej nic nie było.

Licho zachichotało.

– Nu, co jest? Z czego śmiech? Przecież mory nie są odporne na srebro. Znaczy, zazwyczaj. Musi być prawdziwa miłość.

– I jest. Ale nie tak, jak myślisz.

– Co? Jak to?

– A tak. Legenda głosi, że jeśli śmiertelnik pokocha morę, a ona pokocha jego, to będą mogli się zaręczyć. Koniecznie srebrnym pierścionkiem zaręczynowym, który sprawdzi ich uczucia… jeśli będą prawdziwe, to ona przeżyje dotyk metalu i będą mogli się pobrać.

– Niezły układ. Wystarczy, że żywy coś kombinuje, to dziewczyna się sfajczy… a on sobie pójdzie.

– Chyba naprawdę ci gorzej Władziu, jeśli myślisz, że pozostałe siostry zostawiłyby takiego gagatka przy życiu. Ale ja nie o tym… bo to i tak tylko teoretycznie.

– Jak?

– Teoretycznie. Ta legenda to bujda. Zmyślona, żeby łapać naiwniaków.

– Co ty gadasz?!

– Mówię ci. Wystarczy miłość śmiertelnika, żeby mora przeżyła… ona sama nie musi go kochać. To jego uczucie nakłada na srebro coś… jakby warstwę… która chroni przed spaleniem. A zanim dojdzie do zaręczyn, amant może się rozmyślić tyle razy, że kiedy już dochodzi do czegoś oficjalnego, to ludzie są naprawdę zdeterminowani. No pomyśl sam. Jak mocno trzeba kochać, żeby związać się z kimś takim?

– Ale trzeba przyznać, że są całkiem ładne.

– Tyle, że w każdej sekundzie grozi im śmierć! Więc jak już ktoś się na to decyduje, to zwykle jest pewny swoich uczuć. Albo ma nie po kolei w głowie. Na jedno wychodzi.

– Nu, dobra. Czyli myślisz, że zeżrą naszą niedoszłą ofiarę?

– Tak, na to wygląda. Pana młodego i kogokolwiek tu przyprowadzi.

– Szlag. Dwójka żywych… nawet na piątkę to sporo mocy. Nie będą przez to silniejsze?

– Będą. Na tyle, że będę musiał się wynieść gdzieś indziej. Przynajmniej na jakiś czas. Ja tam sobie poradzę, ale tobie współczuję, Władziu… cmentarz rządzony przez mory. Kiepska opcja. Nawet, jeśli z czasem znowu osłabną.

– Przynajmniej zapowiada się nieco zabawy.

– O, tak – westchnęło licho – na pewno będzie na co patrzeć. Sam rytuał jest dość ciekawy.

– Widziałeś już coś takiego? – zdziwił się upiór.

– Dwa, może trzy razy. Na naprawdę sporych, starych cmentarzach. Śmiertelny zwykle myśli, że zyska moce i stanie się… tak jakby nieumarły. W tym celu musi przyprowadzić kogoś żywego, którego życie zostanie poświęcone… Ponoć to nawet może zadziałać. Ale mory nie czekają do końca, ustawiają wszystko i pożerają obu. Przynajmniej wtedy, kiedy przy tym byłem, tak się to potoczyło.

– Kto prowadzi inną, żywą osobę na taką rzeź? – zapytał Władziu, zszokowany.

Chociaż zmarli niezbyt często się dziwili, licho w pełni rozumiało, co poczuł upiór.

– Miłość zmusza do naprawdę dziwnych rzeczy.

Przez chwilę panowało milczenie.

– Nu, a może im jakoś przeszkodzimy? – zapytał w końcu duch.

– Całej piątce? – zdziwiło się licho.

– Nie musimy tego robić sami.

– Nie lubię się dzielić, Władziu. Jak na żywych rzucą się wszyscy, to nie będzie co zbierać. Ale będę tu jutro, nic się nie martw. Może uda im się jakoś popsuć szyki… grunt, by póki co nikt nie wiedział, co się święci. Niech wszyscy cieszą się tym ślubem i potencjalnie nową twarzą na cmentarzu. I niech obserwują mory, patrzą na każdy ich ruch, nawet bez świadomości, co naprawdę ma się wydarzyć. Bądź gotowy na jakąś akcję.

 

III

 

W noc ślubu… w noc ślubu nie mogłam się doczekać tego, co miało nastąpić.

Byłam zdenerwowana, poruszona i niespokojna. Czułam, że to, co robimy, nie jest w porządku. Wiedziałam, że idealnym określeniem na to, co ma wydarzyć się o północy jest zdrada… ale nie umiałam inaczej.

Pojawiające się co jakiś czas uczucie wstydu ukrywałam pod płaszczem radości. Zresztą, co tu kryć, odczuwałam te emocje naprawdę silnie; nie pamiętam, żebym przeżywała coś od bardzo, bardzo dawna…

Od kiedy byłam martwa.

Zaszło słońce, więc wzięłam się za tworzenie wianka. Była to żmudna, bardzo precyzyjna praca, w której pomagały mi siostry. Kiedy mora wychodzi za mąż, musi mieć na głowie tradycyjną, mroźną koronę. Płatki śniegu łączy się ze sobą, jeden po drugim, by w efekcie uzyskać lodowy krąg. Żaden z żywych, nawet gdyby ich dotyk nie roztapiał śniegu, nie byłby nigdy w stanie stworzyć takiej konstrukcji.

A my musiałyśmy to zrobić w zaledwie kilka godzin.

Pokierowała nami Antonina.

– Nie martw się, siostro – powiedziała, zauważając mój niepokój.

– Nie martwię się – odparłam.

– To może ci żal? Tego, co się stanie?

– Trochę żal…

– Rozumiem. Ale taka kolej rzeczy… zresztą, jakby nie patrzeć, część Franciszka będzie nadal w nas żyć. Zwiększać naszą siłę. To będzie dobra śmierć… mam tylko nadzieję, że przyprowadzi kogoś silnego.

– Wspominał o siostrze.

Antonina uśmiechnęła się szeroko.

– Siostrze! To wspaniale. Kobiety są zazwyczaj bardziej wytrwałe, solidniejsze. To dobra wiadomość.

Zamyśliłam się.

– Ona jest chyba chora – dodałam.

– Chora? Mocno? – zaniepokoiła się Antonina.

– Śmiertelnie – odpowiedziałam, nie umiejąc nie cieszyć się lekko tym słowem.

– Na co? Suchoty? Bo chyba nie dżuma?

– Nie, nie, to coś innego.

– Ta… jak to się nazywało… cholera? Za moich czasów nie było tej zarazy…

Pokręciłam głową.

– Wydaje mi się, że teraz już jej nie ma.

– To na co jest chora ta jego siostra?

– Białaczka.

– Tego też nie znam. – Antonina wydęła usta.

– Ja też nie tak bardzo, ale Franciszek mi tłumaczył, że to jakaś ostra choroba krwi… i przez nią cały organizm choruje… tak, jakby coś ją zjadało od środka. Ale ona nadal walczy i się nie poddaje. Chociaż, zdaje się, zostały dni. A może i godziny…

– Znaczy się, silny charakter. Wojowniczka. Fantastycznie, będzie tyle mocy do podziału…

– Szkoda jej – powiedziałam, ryzykując lekko.

– Nie szkoda! I tak jest zgubiona, a w ten sposób nam się przysłuży.

– Pewnie masz rację.

– Mam i już. Dobrze, to chyba już… zobaczmy, jak wianek będzie leżał.

Wstałam, a Antonina założyła mi na głowę mroźną koronę.

Nasza praca zdecydowanie się opłaciła. Setki tysięcy połączonych ze sobą płatków śniegu były ułożone w lodowe kwiaty, splecione ze sobą w mocnym uścisku. Wianek był przepiękny, a kunsztownie ukształtowane śnieżne róże miały jakimś sposobem różne kolory: białe, niebieskie oraz przezroczyste jak kryształ.

– Śliczny – szepnęła jedna z moich sióstr.

– Zapiera dech w piersiach – zgodziła się inna.

– Przecież ty nie oddychasz – zaśmiała się Antonina.

– Gdybym oddychała, to na jego widok przez chwilę bym… no, wiecie… miała zaparty ten dech.

– Cóż za elokwencja.

– Te, czep się! – Siostra trzepnęła przewracającą oczami przywódczynię w ramię.

Antonina przestała się uśmiechać, a stalowe spojrzenie natychmiast osadziło na miejscach chichoczące mory. Nie musiała się odzywać, by karnie spoważniały.

– Masz coś jeszcze do powiedzenia, Teodoro?

– Nie.

Widziałam, jak kipi w niej gniew; jedna z sióstr szepnęła mi kiedyś, że to Teodora była pierwotną panią mor. Antonina dorwała jednak jakiegoś żywego, wchłonęła go ukradkiem sama, nie dzieląc się, a potem sięgnęła po władzę. I chociaż rzadko widywałam, by te dwie się kłóciły, uraza musiała nadal tkwić głęboko.

Zanim jednak sprzeczka eskalowała, przed bramą cmentarza pojawił się Franciszek, podtrzymując małą, zabiedzoną postać, która musiała być jego siostrą.

– To rozumiem – powiedziała przywódczyni, a uśmiech wrócił na jej twarz – punktualny mężczyzna. Rzadkość dawniej, więc pewnie rzadkość i teraz. Ładnie trafiłaś, siostro. Prawie rozumiem, czemu ci go trochę żal. Ale dość gadania, wszystkie na miejsca.

– Pamiętaj – przemówiła nieoczekiwanie Teodora, a dwie pozostałe mory nie ruszyły się z miejsca – że tym razem masz się podzielić. Skorzystamy na tym wszystkie.

– Czy ty mi grozisz?

– Tylko przypominam. Żebyś się czasem, siostro, nie zagalopowała w swoim głodzie.

– Dość! – Antonina ostro warknęła. – Chyba będę ci musiała, siostro, przypomnieć kilka rzeczy po dzisiejszym wieczorze. Dla twojego dobra, żebyś później nie żałowała. A teraz na miejsca, już tu są, północ niedługo. Zachowujemy pozory.

Mora odwróciła się i poleciała w kierunku Franciszka, żeby go przywitać.

– Pewnie trochę ci ciężko, co? – zapytała Teodora.

Westchnęłam.

– No wiesz… pierwszy mężczyzna od tylu lat, a tu od razu takie coś.

– Mogła ci dać trochę więcej czasu. Ślub można było zrobić, bo ja wiem… za tydzień… za miesiąc… mogłabyś z nim spędzić więcej nocy.

– Wiesz, jaka jest Antonina. Chce ich wchłonąć przed roztopami, zanim wiosna na dobre się zacznie, żeby przejąć cały cmentarz.

– Lękam się tego – wyszeptała Teodora.

– Co?

– Boję się, po prostu. Ona… nie powinna nigdy rządzić. Nikim. Za bardzo to kocha. I siebie samą. Tak mocno, że nie myśli o tym, jak inni to odbierają.

Nigdy dotąd Teodora nie mówiła mi o tym, co myśli. Z drugiej strony… chyba po raz pierwszy byłyśmy same i miałyśmy pewność, że Antonina nie podsłuchuje.

Zastanawiałam się w milczeniu, co powinnam odpowiedzieć na ten nagły przypływ szczerości, ale siostra złapała mnie za rękę i powiedziała:

– Jestem z tobą. Dziś, tu, tej nocy. Pamiętaj o tym, gdyby było ci ciężko.

– Dziękuję – odpowiedziałam po prostu.

Mora popatrzyła na mnie jeszcze raz, po czym odleciała.

Plan Antoniny był dość prosty: przygotować wszystko w taki sposób, żeby wyglądało na prawdziwy ślub. Gdyby ktoś domyślił się wcześniej, że przywódczyni mor zamierza wchłonąć razem z siostrami dwójkę żywych, to pozostali mieszkańcy cmentarza na pewno by do tego nie dopuścili. Rozpoczęłaby się wojna podjazdowa, która najpewniej skończyłaby się tym, że Franciszek by zginął. Nawet, gdyby to Antoninie udało się go dorwać, jeden śmiertelnik nie gwarantował wystarczającej mocy. Dlatego wszyscy musieli uwierzyć w ten ślub, a przygotowania do niego – tak samo, jak do rytuału – musiały przebiegać tak, jakby faktycznie miało się to odbyć.

Inna sprawa, że tylko najstarsi mieszkańcy cmentarza wiedzieli, jak wchłaniać śmiertelników. Większość z tych, którzy obecnie nie spali, ograniczała się do pożerania ciał, co przynosiło moc tylko na krótką metę. Był to o wiele szybszy, ale mniej elegancki i bardzo prosty sposób na uzyskanie siły. Mnie samą chłonięcia musiały nauczyć inne mory.

Przynajmniej nie musiałyśmy się obawiać, że ktoś nas podsłucha; Antonina była naprawdę dobra w utrzymywaniu wokół nas kręgu ciszy, więc podstęp mógł się wydać tylko poprzez jakieś nieprzemyślane czy podejrzane działania.

Pewne rzeczy były jednak ryzykowne, jak to, że mieszkańców cmentarza już teraz zbierali się wokół, zainteresowani.

– Jadwigo, chodź tu, proszę!

Wołała mnie Antonina. Czy coś było nie tak?

Podleciałam do niej, do Franciszka i jego drżącej z zimna siostry.

– Czy oni mnie powinni widzieć przed ślubem? – zapytałam nieśmiało.

Mora zaśmiała się.

– Oj, daj spokój. Poznałaś Amandę? Piękne imię, prawda? Takie… niespotykane. Mówiła mi właśnie, że nie zostało jej już zbyt długo, dlatego sama zaproponowała bratu swoje życie… to bardzo ładnie, bardzo życzliwie.

Schorowana dziewczyna kiwnęła głową bez słowa. Złapałam ją za dłonie i spojrzałam na nią, mówiąc:

– Dziękuję.

Odwzajemniła uścisk, ale nic nie powiedziała.

– Wszystko gotowe? – zapytał Franciszek z niepewnym uśmiechem.

– Tak myślę. A ty masz wszystko? – odparłam pytaniem.

– No właśnie, właśnie, obrączki! – krzyknęła Antonina.

Narzeczony odpowiedział mi krótkim ruchem głowy, po czym wyciągnął pudełko z dwoma pierścionkami.

– Po rodzicach – odezwała się Amanda. – Stare złoto – uzupełniła.

– Obrączki podam ja – stwierdziła Antonina.

Pokiwaliśmy głowami, zgadzając się.

– Jeśli to nie problem, to chciałabym wiedzieć, jak będzie wyglądał rytuał… Franciszek za wiele mi nie wytłumaczył. Poza… tym, co się stanie. – Powiedziała śmiertelnie chora dziewczyna.

– Tak po prawdzie, to sam nie do końca jestem pewien, jak się to odbędzie – dodał jej brat.

Widziałam, że Antonina robi się niecierpliwa, ale obserwowali nas mieszkańcy cmentarza, więc musiała stwarzać pozory.

– To całkiem proste… para młoda stanie w śnieżnym kręgu na środku cmentarza. Amando, ty musisz być z nimi, potrzebne jest tego typu połączenie… Kiedy wymienią się obrączkami, Jadwiga pocałuje Franciszka…

Antonina spojrzała na mnie figlarnie.

– … i, wraz z mocą pocałunku, przeleje na niego część swojej mocy. Ty musisz być w kręgu, chociaż to może być lekko… krępujące… żeby to twoje życie odeszło, a twoja dusza poszła dalej, a nie ta Franciszka.

– Brzmi dość prosto. A co, gdyby mnie tam z nimi nie było?

– Cóż, wtedy przyszły mąż Jadwigi prawdopodobnie by umarł.

– Prawdopodobnie? Nie było jeszcze takiej sytuacji?

– Pewnie była. – Antonina zamyśliła się na moment. – Taki pocałunek, w kręgu, o północy, mógłby mieć bardzo skomplikowane konsekwencje, szczególnie z wcześniejszym aktem ślubu. Dużo zależy od mory, trochę od śmiertelnika… może się wydarzyć praktycznie wszystko. No, nieważne. Już czas, idźcie na miejsca! Ja jeszcze muszę przygotować jedną rzecz…

Nie patrząc na Franciszka, udałam się spokojnie w stronę kręgu.

Antonina w tym czasie upewniała się, że ostateczna część jej podstępu jest już gotowa.

Jak mówiłam wcześniej, proces wchłaniania żywych i karmienia się ich siłami życiowymi trwa. To nie jest tak proste, jak zwykłe zjedzenie ciała, które praktykują upiory oraz inne duchy. Żeby moc śmiertelników została z morą na zawsze, musi upłynąć trochę czasu podczas samego chłonięcia.

Oczywiście, kiedy mieszkańcy cmentarza zobaczą, co się święci, będą próbowali interweniować i przeszkadzać. Tylko dlatego Antonina nie rzuciła się na Franciszka i Amandę, kiedy tylko przekroczyli bramę cmentarza. Potrzebowała czasu. I miała pomysł, jak ten czas uzyskać.

Krąg to coś, w czym drzemie moc. Franciszek osłonił nas przed zmysłami innych za pomocą prostego kręgu z soli. Antonina nakładała siłą woli krąg ciszy, kiedy tylko rozmawiałyśmy z morami o czymś, czego inni nie powinni słyszeć. Prosty krąg ze śniegu – w połączeniu z odpowiednią godziną i okolicznościami – może połączyć dwie osoby na zawsze, jeśli tylko znajdą ofiarę, która zechce oddać za nich życie.

Kręgi posiadają moc, więc nie każdy i nie zawsze może je przerwać. Czasem wykorzystuje się je do tego, żeby zatrzymać coś w potrzasku lub nie pozwolić nikomu z zewnątrz przeniknąć do środka.

Antonina olbrzymim wysiłkiem woli otoczyła niewielki wycinek cmentarza kręgiem z lodu. Nie został on jeszcze zamknięty, więc nie dało się go wyczuć. Lód został stworzony pod śniegiem, dlatego nie można go było zauważyć. Póki nie został domknięty, praktycznie nie można było dowiedzieć się o jego istnieniu.

Dlatego siostry, siłą swojej woli, sprawdzały co jakiś czas, czy wszystko nadal jest się na swoim miejscu. A przywódczyni każdego dnia budowała dalej, obejmując coraz większą powierzchnię. Była ostrożna – całość była gotowa wcześniej, nie zostawiła sobie pracy na ostatnią chwilę. Dziś wystarczyło, że będziemy stali wewnątrz, a wtedy – wraz z momentem ślubu – Antonina zamknie krąg, blokując martwym mieszkańcom cmentarza możliwość wejścia do środka.

Rzecz jasna, kiedy tylko zorientują się, co się dzieje, zaczną szukać. Jestem pewna, że dość szybko znajdą, ale moc Antoniny jest naprawdę potężna. Kiedy zrobią wyrwę, będzie już za późno.

Tuż obok pojawiła się Teodora.

– Obawiam się, że ta szkapa coś kombinuje – powiedziała cicho, patrząc na przywódczynię.

Mogła mówić bez obaw, bo Antonina po raz kolejny sondowała krąg, na co potrzebowała całej swojej uwagi.

– Myślisz, że chce ich wchłonąć sama? – zapytałam.

Teodora parsknęła.

– To na pewno. Na szczęście to nie takie proste. Ale myślę, że spróbuje. Bądź czujna, siostro. Coś mi się wydaje, że ten wieczór może pójść nieco inaczej, niż byśmy chciały.

Kiwnęła mi głową i odleciała z godnością na bok.

Do kręgu ze śniegu wszedł Franciszek, a tuż za nim również Amanda.

– Północ już blisko – zauważył.

– No, to chyba tyle. Trzymaj się, Franek. – Jego siostra trzepnęła go pieszczotliwie w brzuch, ale miała tak mało siły, że mój narzeczony ledwo to poczuł.

– Dzięki, Ams.

Podleciała do nas Antonina.

– Zaczynamy. Chyba wszyscy wiedzą, po co się tu zgromadziliśmy, prawda? Także przejdźmy do rzeczy… Franciszku, czy jesteś tu z własnej i nieprzymuszonej woli?

– Tak.

– Czy przyrzekasz uczynić wszystko, żeby uczynić wasze małżeństwo szczęśliwym?

– Tak.

– Czy bierzesz sobie Jadwigę za żonę?

– Tak.

– Pięknie – roześmiała się Antonina – to teraz ty, siostro. Czy jesteś tu z własnej i nieprzymuszonej woli?

– Tak – odparłam, uśmiechając się nerwowo do Franciszka.

– Czy przyrzekasz uczynić wszystko, żeby uczynić wasze małżeństwo szczęśliwym?

– Tak.

– Czy bierzesz sobie Franciszka za męża?

– Tak.

– To wasze obrączki. Możecie je teraz założyć.

Antonina podała nam pierścionki, po czym wyleciała ze śnieżnego kręgu. Wiedziałam, że to moment, w którym będzie chciała odciąć resztę cmentarza.

Dałam Franciszkowi sygnał, że to już.

Mój mąż założył mi złotą obrączkę na palec.

Z całej siły wypchnęłam go ze śnieżnego kręgu, po czym błyskawicznie przywarłam ustami do ust jego siostry. Całowałam ją mroźnie, namiętnie, podtrzymując jej kruchą sylwetkę lewą ręką, po czym rzuciłam jej martwe ciało na śnieg.

– Co jest… – wysyczała ze złością Antonina, po czym została obalona na ziemię przez Teodorę.

– Wiedziałam! Wiedziałam! Jeszcze wciągnęłaś w to Jadwigę, co?! Miałyśmy się podzielić!

Mory zwarły się w ostrej walce; przywódczyni próbowała protestować, ale po krótkiej jak mrugnięcie chwili zaczęła na serio walczyć z siostrą.

Przyglądałam się temu przez kilka cennych sekund, aż w końcu Franciszek złapał mnie za rękę.

– Spadamy!

Rzuciliśmy się biegiem przez cmentarz. Przed nami nagle wyrósł zdziwiony, skonsternowany tłum martwych, którzy najwyraźniej nie rozumieli, co się wydarzyło.

Oznaczało to, że przerwaliśmy krąg.

– Chcą uciec! – krzyknął ktoś.

– Mory chciały pożreć żywych! – darł się opętańczo ktoś inny.

Sądząc po odgłosach, za naszymi plecami zaczęła się bijatyka. Odwróciłam się na moment, żeby zobaczyć, jak ręce jakiegoś upiora po mnie sięgają.

– Franciszek! – krzyknęłam, ciągnąc go za dłoń i puszczając.

Mój mąż wyciągnął z kieszeni paczkę soli, którą najwyraźniej miał przygotowaną na taką sytuację. Błyskawicznie rozdarł górę opakowania, po czym rzucił we mnie i upiora.

Zamknęłam oczy.

Ryk napastnika był niski i przeraźliwie głośny, ale zwolnił chwyt i mogłam biec dalej. Stałam jednak, sparaliżowana, aż nie podbiegł do mnie Franciszek.

– Nic ci nie będzie, chodź!

Ale ja nadal nie mogłam się ruszyć.

Niewiele myśląc, Franciszek złapał mnie w pół, przerzucił sobie przez ramię i pobiegł dalej, ku bramie.

Walka nadal trwała; złość mieszkańców cmentarza skupiła się na morach, które biły się ze wściekłą tłuszczą, same rozjuszone nie na żarty. Teodora stworzyła mroźny bicz, którym tłukła otaczające ją osoby, obsypując wszystkich przy tym ostrymi kawałeczkami lodu. Obok dwie siostry rąbały krótkimi szablami, broniąc się przed atakami tłumu.

Jedna, dwie… trzy. Nigdzie nie było Antoniny.

– Stój! – usłyszałam nagle – postaw ją na ziemi.

Franciszek zazgrzytał zębami, ale postawił mnie tuż obok siebie.

Przed nami była już brama cmentarza; brakowało kilku ostatnich metrów do tego, żeby cieszyć się wolnością. Niestety, między nami a przejściem unosiła się Antonina.

Była wściekła i nieco poraniona przez Teodorę, a z kilku drobnych ran na twarzy i dekolcie sączyła się woda. Widać było jednak, że strużki zaczynają już zamarzać, więc nie było co liczyć na to, że z powodu obrażeń nie jest groźna.

– Pięknie to wymyśliłaś, Jadwigo, pięknie – wysyczała, patrząc na mnie z gniewem.

– To… – zaczął Franciszek.

– Nie do ciebie mówię, śmiertelny – warknęła do niego.

– Siostro… – zaczęłam.

– Nie jesteś już moją siostrą. Niezła próba, kochana. Szkoda, że się nie udało. Tak blisko… no cóż, mi też przyjdzie poczekać, zanim znowu nadarzy się taka okazja. Tyle przygotowań… ale dość. Nie zdążę wchłonąć was obojga, bo zaraz się zorientują… dlatego jedno zjem. Nic nie może się zmarnować.

Franciszek obrzucił ją solą; Antonina zaskrzeczała, ale się nie przesunęła.

– Ciebie pożrę – obwieściła, patrząc na mojego męża – a tę małą niewdzięcznicę wchłonę. Musi mieć naprawdę silny charakter, żeby zaplanować to wszystko w tajemnicy… szkoda, że pożyła tylko parę minut.

Mora rzuciła się na nas, ale niespodziewanie coś bardzo szybkiego uderzyło w nią z boku, po czym przygniotło ją do ziemi.

Licho popatrzyło z bliska na Antoninę.

– Pamiętasz mnie jeszcze?

Z jego palców zaczęły wyrastać pazury. Były tak długie, że bez problemu przybił nimi morę do zamarzniętej ziemi.

– Szkoda, że nie masz przy sobie sióstr… ach, zapomniałem, chyba próbowałaś je oszukać… i ta sól, oj, niedobrze, niedobrze…

Drugą ręką, uzbrojoną w identyczny zestaw szponów, zaczął rozrywać jej brzuch.

Antonina krzyknęła, ale tym razem w krzyku czuć było głównie ból, nie tylko wściekłość. Podniosła ramię, w którym zaczęła materializować się jakaś lodowa broń, ale upiór grzmotnął ją maczugą w głowę. Ręka mory opadła, a z ust bluznęła woda.

– Przyprowadziłem też kumpla, tak, jak radziłaś. Dzięki, Władziu.

– Nu, drobiazg.

Licho zabrało się ochoczo do dalszego rozrywania Antoniny, a ja poczułam, jak Franciszek powoli prowadzi mnie w kierunku bramy.

– Nie tak szybko – huknął na nas upiór.

Zmartwiałam. Brama była już naprawdę blisko… spojrzałam na męża. Jeśli myślał o tym, co ja, to może warto spróbować? Jeden skok, zwarcie mięśni, a może się uda?

– Zostaw ich, Władziu. – Licho oderwało się na moment od zabawy porozrywanym ciałem mory.

– Ale… – jęknął duch.

– Przyjdą inni. To, co ta dwójka zrobiła… to było bardzo odważne. Szaleńcze wręcz. Ale się udało. Wolę nie sprawdzać, co się stanie, jeśli tym razem to my staniemy na drodze uczucia, które w nich urosło.

Władziu zamyślił się na moment, po czym kiwnął nam głową i odwrócił się w stronę Antoniny.

Wylecieliśmy z cmentarza tak szybko, że zatrzymaliśmy się dopiero na skraju parku.

Spojrzałam na mojego męża.

– Udało się – wysapał, oddychając szybko.

– Udało – przytaknęłam, nadal przytłoczona ilością emocji… ale też uczuć fizycznych, o których już zapomniałam.

– Hej – powiedział Franciszek, patrząc na mnie – musi być ci straszliwie zimno.

To była część planu, o której nie pomyśleliśmy. Była noc, był mróz, a ja miałam na sobie tylko suknię. Do tego coś lodowatego ciążyło mi na głowie.

Mój mąż zdjął płaszcz i owinął mnie całą. Był ode mnie większy, a odkąd nie wisiałam już kilkunastu centymetrów nad ziemią, wydawał mi się strasznie wysoki.

– Myślę, że możesz to już zdjąć – powiedział, ściągając mi z włosów lodowy wianek.

– I co teraz? – zapytałam.

– Teraz idziemy do mojego domu.

– Domu?

– Właściwie, teraz to naszego domu, żono – zaśmiał się, szczęśliwy.

Przypomniałam sobie o czymś.

– Nie mieliśmy okazji dokończyć ceremonii – powiedziałam, mimo zimna. A potem zwarliśmy się w pocałunku, który sprawił, że zapomniałam o całym otaczającym nas zimnie.

Koniec

Komentarze

mortecius, przeczytałem tekst i niestety nie przypadł mi do gustu :( Oznaczyłeś go jako horror, ale nie okazał się takowym z wielu powodów. Sam początek obiecujący – ciemny, zimny cmentarz, wkraczający na niego bohater, ale później moim zdaniem klimat niszczy kilka rzeczy. Po pierwsze, zdarza Ci się pisać bardzo rozwlekle, dialogi są długie, niektóre opisy ciągną się i ciągną, przez co czytelnik momentami może poczuć znużenie. Po drugie, czasami stosujesz łopatologię i dużo rzeczy podajesz na tacy, zamiast utrzymać atmosferę tajemnicy – np. części II mogłoby w opowiadaniu wcale nie być i tekst nie straciłby na fabule, a akcja wydałaby się przynajmniej odrobinę bardziej tajemnicza. Sytuacji nie poprawiła niestety zmiana narracji w części III. Po trzecie, niektóre dialogi, np. rozmowa dwóch upiorów o śmiertelniku miała wręcz charakter humorystyczny, co całkowicie pogrzebało nastrój. No i po czwarte, podczas tej samej dyskusji bohater gdzieś zniknął, w ogóle nie przedstawiłeś jego stosunku wobec zaistniałej sytuacji, można wręcz odnieść wrażenie, że wcale go tam nie ma.

Na plus zaliczę jednak stojący za tekstem pomysł. Wymyśliłeś sobie cmentarz, na którym żyje cała ferajna różnych upiorów, między którymi panują najróżniejsze relacje, obowiązują ich interesujące zasady… Można byłoby przekuć ten koncept w ciekawe opowiadanie fantasy, w mrocznym klimacie a la Tim Burton, czy coś podobnego. Gdyby lepiej to wszystko przelać na papier, mogłoby wyjść naprawdę fajnie :)

Wykonanie nie jest złe, nie popełniasz błędów, interpunkcja całkiem spoko (chociaż gdzieniegdzie brakuje przecinków). Mógłbyś zwrócić uwagę na następujące rzeczy:

 

Sądząc po bólu, który odezwał się w moim ramieniu, był sporych rozmiarów. Jęknąłem z bólu, a potem nagle wylądowałem plecami na ścieżce.

Na przykład tutaj, nie bardzo rozumiem, jak rozmiar głazu miałby wpłynąć na intensywność bólu :P Głaz to statyczny obiekt, a nie np. ciężarówka, która może w Ciebie wjechać i wtedy tenże rozmiar naprawdę odegrałby rolę :P

 

Przez bardzo bladą, prawie całkowicie przezroczystą skórę widać było narządy wewnętrzne… prawie wszystkie były w stanie rozkładu. Część z nich nie miała anatomicznego sensu, inne nie miały prawa znaleźć się w miejscach, w których były.

W całym tekście zdarza Ci się nadużywać słów “być”, “mieć” i tak dalej. Tutaj podałem tylko przykład. Na Twoim miejscu przejrzałbym opowiadanie jeszcze raz i postarał się zastąpić te najbardziej oczywiste powtórzenia innymi słowami, przy okazji wzbogacając język. Na przykład: Przez bardzo bladą, prawie całkowicie przezroczystą skórę mogłem zobaczyć narządy wewnętrzne, prawie wszystkie w stanie rozkładu. Część z nich układała się w zupełnie przypadkowy sposób, wbrew zasadom anatomii…

 

Jej gęste włosy miały tak intensywny odcień czerni, że zdawały się miejscami wpadać w granat. Miała na sobie długą, ciemnoniebieską suknię z niewielkim dekoltem.

Tutaj podobny przykład. 

 

Mam nadzieję, że kolejne Twoje opowiadanie będzie znacznie lepsze :) Myślę, że masz w zanadrzu kilka fajnych pomysłów, tylko trzeba zastanowić się, jak najlepiej przekształcić je w opowiadanie. Co do bety, to chyba nawet nie muszę mówić, że możesz na mnie liczyć!

Pozdro,

Amon 

 

AmonRa, dzięki piękne za przeczytanie i za opinię! :)

mortecius, przeczytałem tekst i niestety nie przypadł mi do gustu :( Oznaczyłeś go jako horror, ale nie okazał się takowym z wielu powodów.

Generalnie mam problem z gatunkami. To znaczy, może nie konkretnie problem – ale wydaje mi się, że forumowa klasyfikacja jest zbyt prosta i nie łapie zbyt dobrze tekstów, które nie wpisują się w ten sztywny podział. Ale uwaga celna – myślałem raczej o połączeniu leciutkiej grozy, urban fantasy w odniesieniu do samego cmentarza i czegoś lekkiego, z nutką humoru. Zmienię gatunek na fantasy, może to lepiej złapie ;)

Sam początek obiecujący – ciemny, zimny cmentarz, wkraczający na niego bohater, ale później moim zdaniem klimat niszczy kilka rzeczy. Po pierwsze, zdarza Ci się pisać bardzo rozwlekle, dialogi są długie, niektóre opisy ciągną się i ciągną, przez co czytelnik momentami może poczuć znużenie.

Jak najbardziej przyjmuję ten zarzut. Aczkolwiek przyznam szczerze, że moje bety nalegały na jeszcze więcej opisów i od nich słyszałem zarzut w drugą stronę – że jest zbyt mało szczegółów :)

Po drugie, czasami stosujesz łopatologię i dużo rzeczy podajesz na tacy, zamiast utrzymać atmosferę tajemnicy – np. części II mogłoby w opowiadaniu wcale nie być i tekst nie straciłby na fabule, a akcja wydałaby się przynajmniej odrobinę bardziej tajemnicza. Sytuacji nie poprawiła niestety zmiana narracji w części III. Po trzecie, niektóre dialogi, np. rozmowa dwóch upiorów o śmiertelniku miała wręcz charakter humorystyczny, co całkowicie pogrzebało nastrój.

Bardzo lubię połączenie lekkiej grozy i humoru. Jestem świadomy faktu, że mało kto to lubi. Pomimo tego będę tego bronił (jako ogółu, nie tego konkretnego wykonania).

No i po czwarte, podczas tej samej dyskusji bohater gdzieś zniknął, w ogóle nie przedstawiłeś jego stosunku wobec zaistniałej sytuacji, można wręcz odnieść wrażenie, że wcale go tam nie ma.

Niezbyt rozumiem to zdanie.

Na plus zaliczę jednak stojący za tekstem pomysł. Wymyśliłeś sobie cmentarz, na którym żyje cała ferajna różnych upiorów, między którymi panują najróżniejsze relacje, obowiązują ich interesujące zasady… Można byłoby przekuć ten koncept w ciekawe opowiadanie fantasy, w mrocznym klimacie a la Tim Burton, czy coś podobnego. Gdyby lepiej to wszystko przelać na papier, mogłoby wyjść naprawdę fajnie :)

Dzięki!

Wykonanie nie jest złe, nie popełniasz błędów, interpunkcja całkiem spoko (chociaż gdzieniegdzie brakuje przecinków). Mógłbyś zwrócić uwagę na następujące rzeczy:

W wolniejszej chwili to poprawię. Dziękuję bardzo za wyłapanie powtórzeń! Czytałem ten tekst dosłownie kilkadziesiąt razy, ale z jakiegoś powodu mi to umknęło.

Mam nadzieję, że kolejne Twoje opowiadanie będzie znacznie lepsze :) Myślę, że masz w zanadrzu kilka fajnych pomysłów, tylko trzeba zastanowić się, jak najlepiej przekształcić je w opowiadanie. Co do bety, to chyba nawet nie muszę mówić, że możesz na mnie liczyć!

Wielkie dzięki!

Jak na romansidło, to całkiem interesujące. Nie przepadam za wielką miłością, ale dar chronienia przed srebrem nadaje jej ciekawego posmaku.

Jakoś trudno mi przełknąć złożenie siostry w ofierze. Rozumiem, że jest chora, ale mimo to… Miałam nadzieję, że choroba osłabi konsumenta, ale nie poszedłeś w tę stronę.

Dlaczego w pewnym momencie Franek rzucił solą w żonę?

Technicznie całkiem dobrze.

Babska logika rządzi!

Jak na romansidło, to całkiem interesujące. Nie przepadam za wielką miłością, ale dar chronienia przed srebrem nadaje jej ciekawego posmaku.

Dzięki, starałem się :)

Jakoś trudno mi przełknąć złożenie siostry w ofierze. Rozumiem, że jest chora, ale mimo to… Miałam nadzieję, że choroba osłabi konsumenta, ale nie poszedłeś w tę stronę.

Bardzo się cieszę, że to przywołałaś! Napisałem ten wątek, miał też mieć miejsce w epilogu, ale z uwagi na limit miejsc musiałem go wyciąć.

Dlaczego w pewnym momencie Franek rzucił solą w żonę?

Rzucił w żonę (która była już żywa) oraz upiora, żeby go zneutralizować.

Technicznie całkiem dobrze.

Dziękuję uprzejmie :)

A, żonka ożyła! Nie wyłapałam tego.

Trochę Ci wychodzą cztery pogrzeby i wesele. ;-)

Babska logika rządzi!

Hej,

 

historia, wg mnie dość nierówna.

 

Pierwsza część dla mnie najsłabsza – nie budujesz klimatu, nastroju grozy, nie wykorzystujesz potencjału miejsca akcji oraz postaci, które się przewijają. Przydałoby się także info o sposobie działania cmentarza i hierarchii na nim obowiązującej. Dodatkowo w moim przekonaniu trochę bałaganu jeżeli chodzi o rodzaje potworów – życzyłbym sobie jako czytelnik, żeby trzymać się powszechnie obowiązującej typologii. Więcej szczegółów niżej.

 

Rozbita narracja – 1 część Franek, 2 część narrator wszechwiedzący, 3 część Jadzia. Ja bym ujednolicił do narratora wszechwiedzącego, albo narracji trzecio osobowej z perspektywy postaci.

 

Fabuła i dynamika akcji – dobra, podobało mi się, tak mniej więcej od 2 części ;) Nie pogubiłeś się w wydarzeniach, które działy się jednocześnie, dość fajny twist z uratowaniem Franka.

 

Plus za dialogi – zwłaszcza licho i upiór, bardzo mi się podobał ich dialog.

 

Jeszcze uwagi bezpośrednio do tekstu:

 

Stałem przed cmentarzem, podziwiając jego zimny majestat.

Czym ten majestat się objawiał? Chciałbym więcej – jakieś omszałe krzyże, rozłożyste dęby, kapliczka patrząca z góry na marmurowe nagrobki albo krucza straż przemykająca między spadającymi liśćmi.

 

Tym razem czułem, jak wszystko we mnie buzuje.

Ekscytacja. To już, zaraz!

Strach. Zmieniła zdanie?

Fascynacja. Jest inna, zupełnie inna. Chcę wiedzieć o niej wszystko.

Pożądanie.

Szczęście.

Coraz szybsze bicie serca…

Dla mnie to niezrozumiałe. Nie ma jej, czy jest? Była kiedyś?

 

Czubki drzew wciąż były białe. Chociaż marzec dobiegał powoli końca, w powietrzu wciąż czuć było mróz – jedną z rzeczy, których kiedyś unikałem. Teraz jednak z niepokojem śledziłem znaki zwiastujące roztopy.

 

Jak wyżej – “omszałe krzyże, rozłożyste dęby, kapliczka patrząca z góry na marmurowe nagrobki albo krucza straż przemykająca między spadającymi liśćmi.”

Wincyj grozy w grozie, Panie ;)

 

Rdzawe zacieki. Czarne plamy na metalu, przypominające nieco piegi.

Piegi? Mało klimatycznie ;) Może: dziury po kulach, zwyrodnienia kości, albo choć plamy po ospie? 

 

W tej ziemi nie chowano nikogo od bardzo dawna.

Pokaż, nie opowiadaj? Skąd wiadomo, że nikogo nie chowano tutaj dawno, co widzi narrator?

 

Ktoś w pewnym momencie zdecydował się powstrzymać jego rozkład, postępujące gnicie, które upodabniało go do własnych lokatorów.

No, pokaż mnie to – zaangażuj wszystkie zmysły: wzrok, słuch, węch.

 

poważniejszym mrozie

“Ostrzejszym” raczej.

 

nie było nikogo, kto oddychał.

Zwierzęta jakieś może były? ;) Warto byłoby może rozwinąć to zdanie – np. coś w stylu:” Wstrzymałem oddech, który w powstałej ciszy brzmiał jak krzyk. Wokół było martwo, nikogo i niczego, co oddycha, poza mną.”

 

Na niektórych pomnikach urosło tak wiele sopli, że aż dziw, że nadal stały

Sople na pomnikach? Ale jak to wygląda, z krzyży zwisają? Pokaż!

 

Inne pokrywał lód w różnych postaciach: szadź, szron lub po prostu śnieg.

Panie, lód to lód, a śnieg czy szadź to co innego ;)

Może zamienić lód na “chłód”?

 

Między dwoma tablicami po lewej stronie, tuż przy drodze, zauważyłem skuloną postać.

Trochę widzę nieścisłości – piszesz o pomnikach, a teraz o tablicach, wcześniej piszesz o brukowanej ścieżce, a teraz o drodze. Trzeba by to ujednolicić.

Tablica sama w sobie, wg mnie, nie jest nagrobkiem, pomnikiem nagrobnym tylko jego częścią.

 

Kiedy jednak postanowiłem obejść tajemniczą figurę w taki sposób, by nie spuszczać jej z oczu, wpadłem prawym bokiem na coś wielkiego.

Z tym też mam problem – figura może być również częścią nagrobka, warto byłoby wg mnie zastosować słowo bardziej związane z “postacią”, może nawet ponownie użyć słowa “postać”, bo trudno tu o zamiennik.

 

Pod okrywającym całe ciało szatą kryło się nieopisywalne, tylko z grubsza przypominające człowieka.

Coś nie tak, propozycja: “Pod zasłaniającym wszelkie kształty płaszczem, kryło się ciało tylko z grubsza przypominające ludzkie”.

 

Część z nich nie miała anatomicznego sensu, inne nie miały prawa znaleźć się w miejscach, w których tkwiły.

To chyba to samo, nie?

 

Wyglądało na to, że dla tej postaci nie stanowiło to żadnej przeszkody.

Przeszkody w czym?

 

Wszystko wskazywało na to, że mam przed sobą licho.

A skąd bohater to wie? Chodzi o to licho?

 

Kiedy domniemany głaz stanął nade mną, uświadomiłem sobie, iż jest to sporych rozmiarów upiór.

Ten upiór? A może ten Mickiewiczowski?

 

Przepraszam panów – powiedział ktoś twardym jak stal kobiecym altem – on jest mój.

Wg mnie babka powinna coś innego powiedzieć, a nie powtarzać kwestię, która najwidoczniej nie dotarła wcześniej.

 

Jej gęste włosy miały tak intensywny odcień czerni, że zdawały się miejscami wpadać w granat.

Co? Granat jest intensywnym odcieniem czerni?

 

– Pierdolone mory – mruknęło licho tak ukradkiem, że zarejestrowałem jedynie nieznaczny szmer w uchu.

Ta Mora?

Jak to nieznaczny szmer? Bohater-narrator musiał usłyszeć słowa, bo zamieścił je w historii, prawda?

 

Nam zostawiacie tylko ochłapy. A i nawet to czasem nie!

Propozycja: “A czasem i tego nie!”

 

– Zaraz – zatrzymała wszystkich przywódczyni – niech zdejmą paraliż.

Co za przywódczyni, czemu przewodzi? Jest szefową cmentarza? Skąd to wiadomo?

 

– Franciszek – wyszeptała, pomagając mi wstać.

– Jadwiga – powiedziałem, patrząc w bezmiar niebieskich oczu.

Oj, jak w brazylijskiej telenoweli ;) Mnie razi sztucznotą, czy ktoś tak mówi do siebie?

 

– Jadwigo – powiedziałem, patrząc jej w oczy – czy zechcesz połączyć się ze mną na wieki? Czy wyjdziesz za mnie?

 

Grubo :D Ślub kościelny chyba nie wchodzi w grę? Dzieci też średnio, dziedziczenie… hmmm :)

 

– To by było dziwne. Może jednak coś innego czytają? Nie wiem, Sapkowskiego?

Haha, dobre :)

 

– Miłość zmusza wszystkich do naprawdę dziwnych rzeczy.

 

Przynajmniej nie musiałyśmy się obawiać, że ktoś nas podsłucha; Antonina była naprawdę dobra w utrzymywaniu wokół nas kręgu ciszy, więc podstęp mógł się wydać tylko poprzez jakieś nieprzemyślane czy podejrzane działania.

Jeżeli mary zawsze wchłaniały swoje ofiary a ślub zamieniał się w rzeź (tak jak opisywał licho), to wydaje się dość oczywiste, że tym razem tak również się to skończy.

 

– Taki pocałunek, w kręgu, o północy… szczególnie z wcześniejszym aktem ślubu… mógłby mieć bardzo skomplikowane konsekwencje. Dużo zależy od mory, która całuje śmiertelnika… może mu, na przykład, przekazać całą swoją moc. Chociaż nie słyszałam, żeby coś takiego miało miejsce. Zresztą, to by mogło sporo zmienić… no, nieważne. Już czas, idźcie na miejsca! Ja jeszcze muszę przygotować jedną rzecz…

Dla mnie zbyt chaotyczny ten opis.

 

Niewiele myśląc, Franciszek złapał mnie w pół, przerzucił sobie przez ramię i pobiegł dalej, ku bramie.

Dla mnie nieprawdopodobne. Czy Franek wypił jakiś wiedźmiński eliksir?

 

Walka nadal trwała; złość mieszkańców cmentarza skupiła się na morach, które biły się ze wściekłą tłuszczą, same rozjuszone nie na żarty.

To również jest dla mnie nielogiczne – powinni wg mnie walczyć o zasoby, czyli gonić Franka ;)

 

 

Pozdrawiam!

 

Martwe liście i brudna ziemia

Hej, @BasementKey. Dzięki za przeczytanie i zostawienie komentarza! Nieźle się rozpisałeś, za co również jestem wdzięczny. Odpowiadam na wszystko niżej:

 

Hej,

 

historia, wg mnie dość nierówna.

 

Pierwsza część dla mnie najsłabsza – nie budujesz klimatu, nastroju grozy, nie wykorzystujesz potencjału miejsca akcji oraz postaci, które się przewijają.

Mogę to zrzucić jedynie na niedoskonałości warsztatu. Przy poprawkach korzystałem z Twoich uwag, dużo z nich jest bardzo trafnych, dzięki za pomoc!

Przydałoby się także info o sposobie działania cmentarza i hierarchii na nim obowiązującej.

Dla mnie to coś zbędnego w tym przypadku. Historia nie jest o tym, cmentarz jest oczywiście ważny, ale hierarchia to już tak mocne tło, że a) nie chciałem znudzić czytelników b) limit znaków 40k. Musiałem z czegoś zrezygnować.

Dodatkowo w moim przekonaniu trochę bałaganu jeżeli chodzi o rodzaje potworów – życzyłbym sobie jako czytelnik, żeby trzymać się powszechnie obowiązującej typologii. Więcej szczegółów niżej.

Tu się nie zgodzę. Oczywiście rozumiem, że jest coś takiego jak bestiariusz (w tym przypadku słowiański), ale mój zamysł był taki, żeby mocno poprzewracać poszczególne zjawy, duchy, widziadła czy demony. Nie wydaje mi się, żeby był jakiś odgórny przymus czy zasady posługiwania się nazwami, który mówi, że muszę być całkowicie wierny mitom/legendom/baśniom/wierzeniom i tak dalej.

Może inaczej: rozumiem ten zarzut, ale mój zamysł był inny i w tym sensie się z nim nie zgadzam. Nie w tym, że coś Ci się nie spodobało – masz do tego pełne prawo, możesz mieć określone oczekiwania, ale wydaje mi się, że jako osoba pisząca tekst mogę swobodnie traktować swoich bohaterów czy pewne odniesienia :)

 

Rozbita narracja – 1 część Franek, 2 część narrator wszechwiedzący, 3 część Jadzia. Ja bym ujednolicił do narratora wszechwiedzącego, albo narracji trzecio osobowej z perspektywy postaci.

Bardzo mi zależało na tym podziale narracyjnym, ale rozumiem, że może być trochę wrzucony na siłę. Tego konkretnego elementu nie chcę teraz zmieniać, miałem też nadzieję, że wewnętrzne myśli i emocje bohaterów będą tworzyły pewien kontrast.

 

Fabuła i dynamika akcji – dobra, podobało mi się, tak mniej więcej od 2 części ;) Nie pogubiłeś się w wydarzeniach, które działy się jednocześnie, dość fajny twist z uratowaniem Franka.

Dzięki!

 

Plus za dialogi – zwłaszcza licho i upiór, bardzo mi się podobał ich dialog.

Cieszę się, nad dialogami skupiłem się najbardziej :)

 

Jeszcze uwagi bezpośrednio do tekstu:

 

Stałem przed cmentarzem, podziwiając jego zimny majestat.

Czym ten majestat się objawiał? Chciałbym więcej – jakieś omszałe krzyże, rozłożyste dęby, kapliczka patrząca z góry na marmurowe nagrobki albo krucza straż przemykająca między spadającymi liśćmi.

Tu ponownie przywołam limit znaków, chociaż wiadomo – nie mogę wszystko na niego zrzucać. Krucza straż brzmi zajebiście, jeśli nie masz nic przeciwko, to dodałem do tekstu ;)

Tym razem czułem, jak wszystko we mnie buzuje.

Ekscytacja. To już, zaraz!

Strach. Zmieniła zdanie?

Fascynacja. Jest inna, zupełnie inna. Chcę wiedzieć o niej wszystko.

Pożądanie.

Szczęście.

Coraz szybsze bicie serca…

Dla mnie to niezrozumiałe. Nie ma jej, czy jest? Była kiedyś?

Trochę się nam robi spirala, bo ja z kolei niezbyt rozumiem Twoje pytanie.

 

Czubki drzew wciąż były białe. Chociaż marzec dobiegał powoli końca, w powietrzu wciąż czuć było mróz – jedną z rzeczy, których kiedyś unikałem. Teraz jednak z niepokojem śledziłem znaki zwiastujące roztopy.

 

Jak wyżej – “omszałe krzyże, rozłożyste dęby, kapliczka patrząca z góry na marmurowe nagrobki albo krucza straż przemykająca między spadającymi liśćmi.”

Wincyj grozy w grozie, Panie ;)

Uwaga trafna. Działam.

Rdzawe zacieki. Czarne plamy na metalu, przypominające nieco piegi.

Piegi? Mało klimatycznie ;) Może: dziury po kulach, zwyrodnienia kości, albo choć plamy po ospie? 

Może nie jest to tak epickie, jak krucza straż, więc nie pytam o pozwolenie i zmieniam zgodnie z Twoją propozycją ;)

W tej ziemi nie chowano nikogo od bardzo dawna.

Pokaż, nie opowiadaj? Skąd wiadomo, że nikogo nie chowano tutaj dawno, co widzi narrator?

Chciałem w ten sposób podkreślić, że jest to stary, wyłączony z użytku pochówkowego cmentarz. Wydawało mi się to dość jasne z uwagi na jego opis, ale wolałem to asekuracyjnie dodać :)

Ktoś w pewnym momencie zdecydował się powstrzymać jego rozkład, postępujące gnicie, które upodabniało go do własnych lokatorów.

No, pokaż mnie to – zaangażuj wszystkie zmysły: wzrok, słuch, węch.

Ależ tu rozkład zatrzymano!

poważniejszym mrozie

“Ostrzejszym” raczej.

Zmienione.

nie było nikogo, kto oddychał.

Zwierzęta jakieś może były? ;) Warto byłoby może rozwinąć to zdanie – np. coś w stylu:” Wstrzymałem oddech, który w powstałej ciszy brzmiał jak krzyk. Wokół było martwo, nikogo i niczego, co oddycha, poza mną.”

Kradnę Twoją propozycję.

Na niektórych pomnikach urosło tak wiele sopli, że aż dziw, że nadal stały

Sople na pomnikach? Ale jak to wygląda, z krzyży zwisają? Pokaż!

Również się robi!

Inne pokrywał lód w różnych postaciach: szadź, szron lub po prostu śnieg.

Panie, lód to lód, a śnieg czy szadź to co innego ;)

Może zamienić lód na “chłód”?

Tak, propozycja dobra. To zdanie przebudowałem tyle razy, że w końcu wyszło bez sensu ;)

Między dwoma tablicami po lewej stronie, tuż przy drodze, zauważyłem skuloną postać.

Trochę widzę nieścisłości – piszesz o pomnikach, a teraz o tablicach, wcześniej piszesz o brukowanej ścieżce, a teraz o drodze. Trzeba by to ujednolicić.

Tablica sama w sobie, wg mnie, nie jest nagrobkiem, pomnikiem nagrobnym tylko jego częścią.

Nieumiejętne użycie synonimów. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie :c

Kiedy jednak postanowiłem obejść tajemniczą figurę w taki sposób, by nie spuszczać jej z oczu, wpadłem prawym bokiem na coś wielkiego.

Z tym też mam problem – figura może być również częścią nagrobka, warto byłoby wg mnie zastosować słowo bardziej związane z “postacią”, może nawet ponownie użyć słowa “postać”, bo trudno tu o zamiennik.

Tak, dobrze wyczułeś mój problem. Nie sądziłem, że to może być mylące. Zmienione na “sylwetkę”.

 

Pod okrywającym całe ciało szatą kryło się nieopisywalne, tylko z grubsza przypominające człowieka.

Coś nie tak, propozycja: “Pod zasłaniającym wszelkie kształty płaszczem, kryło się ciało tylko z grubsza przypominające ludzkie”.

+1

Część z nich nie miała anatomicznego sensu, inne nie miały prawa znaleźć się w miejscach, w których tkwiły.

To chyba to samo, nie?

Tak, poleciałem z tym opisem w kosmos ;)

Wyglądało na to, że dla tej postaci nie stanowiło to żadnej przeszkody.

Przeszkody w czym?

Tylko w klepaniu autora tekstu po ramieniu z politowaniem ;)

 

Wszystko wskazywało na to, że mam przed sobą licho.

A skąd bohater to wie? Chodzi o to licho?

Tak i nie. Pisałem o tym wyżej: rozumiem, że możesz preferować określoną typologię stworów. Ja z kolei nie preferuję, wymyśliłem sobie coś własnego w oparciu o funkcjonujące nazwy. Tylko nawiązuję do tych znanych Tobie.

 

Kiedy domniemany głaz stanął nade mną, uświadomiłem sobie, iż jest to sporych rozmiarów upiór.

Ten upiór? A może ten Mickiewiczowski?

Tak i nie. Tak sama uwaga, co wyżej.

 

Przepraszam panów – powiedział ktoś twardym jak stal kobiecym altem – on jest mój.

Wg mnie babka powinna coś innego powiedzieć, a nie powtarzać kwestię, która najwidoczniej nie dotarła wcześniej.

Widzę, że nie siadło :c Bardziej chodziło mi o to, że wcześniej powtarzał to Franek, czyli ofiara, bez siły przebicia.

Jej gęste włosy miały tak intensywny odcień czerni, że zdawały się miejscami wpadać w granat.

Co? Granat jest intensywnym odcieniem czerni?

Wydaje mi się, że taki mega, megamocny czarny czasem wchodzi aż w bardzo ciemnoniebieskie, granatowe rejony. Albo po prostu jestem niezbyt dobry w rozróżnianiu kolorów.

– Pierdolone mory – mruknęło licho tak ukradkiem, że zarejestrowałem jedynie nieznaczny szmer w uchu.

Ta Mora?

Tak i nie. Tak sama uwaga, co trochę wyżej.

Jak to nieznaczny szmer? Bohater-narrator musiał usłyszeć słowa, bo zamieścił je w historii, prawda?

Mógłbym dodać na początku opowiadania, że ma fantastyczny słuch, ale to po prostu mechanizm obronny przed trafionymi uwagami od Ciebie ;) Oczywiście, jest to niezręczne. Poprawiam.

Nam zostawiacie tylko ochłapy. A i nawet to czasem nie!

Propozycja: “A czasem i tego nie!”

Biere.

– Zaraz – zatrzymała wszystkich przywódczyni – niech zdejmą paraliż.

Co za przywódczyni, czemu przewodzi? Jest szefową cmentarza? Skąd to wiadomo?

Faktycznie, to wychodzi dopiero później, wrzucam coś innego.

– Franciszek – wyszeptała, pomagając mi wstać.

– Jadwiga – powiedziałem, patrząc w bezmiar niebieskich oczu.

Oj, jak w brazylijskiej telenoweli ;) Mnie razi sztucznotą, czy ktoś tak mówi do siebie?

Sztucznota, niestety. A najgorsze, że nie mam za bardzo pomysłu, jak to zmienić.

 

– Jadwigo – powiedziałem, patrząc jej w oczy – czy zechcesz połączyć się ze mną na wieki? Czy wyjdziesz za mnie?

 

Grubo :D Ślub kościelny chyba nie wchodzi w grę? Dzieci też średnio, dziedziczenie… hmmm :)

Ślub kościelny to tylko opcja, do tego – jak mi się wydaje – coraz mniej popularna ;) Związki są bardzo różne. Nie wydaje mi się, żeby ten fragment był jakiś niespecjalny z uwagi na różnice dzielące bohaterów ;)

 

– To by było dziwne. Może jednak coś innego czytają? Nie wiem, Sapkowskiego?

Haha, dobre :)

Tak! Przynajmniej jeden żart siadł ;)

 

– Miłość zmusza wszystkich do naprawdę dziwnych rzeczy.

+1

Przynajmniej nie musiałyśmy się obawiać, że ktoś nas podsłucha; Antonina była naprawdę dobra w utrzymywaniu wokół nas kręgu ciszy, więc podstęp mógł się wydać tylko poprzez jakieś nieprzemyślane czy podejrzane działania.

Jeżeli mary zawsze wchłaniały swoje ofiary a ślub zamieniał się w rzeź (tak jak opisywał licho), to wydaje się dość oczywiste, że tym razem tak również się to skończy.

Problem jest związany z niedostatecznym naświetleniem sytuacji. To pierwsza tego typu historia na tym cmentarzu, w sensie ten ślub. Tak, wiem, pisałeś mi o tym, ale wiesz, limit znaków i tak dalej. Generalnie (już mi głupio, że muszę to tłumaczyć) licho zna ten proceder z innych cmentarzy, podobnie Antonina. Cała reszta jest nieświadoma.

 

– Taki pocałunek, w kręgu, o północy… szczególnie z wcześniejszym aktem ślubu… mógłby mieć bardzo skomplikowane konsekwencje. Dużo zależy od mory, która całuje śmiertelnika… może mu, na przykład, przekazać całą swoją moc. Chociaż nie słyszałam, żeby coś takiego miało miejsce. Zresztą, to by mogło sporo zmienić… no, nieważne. Już czas, idźcie na miejsca! Ja jeszcze muszę przygotować jedną rzecz…

Dla mnie zbyt chaotyczny ten opis.

Postaram się go poprawić.

 

Niewiele myśląc, Franciszek złapał mnie w pół, przerzucił sobie przez ramię i pobiegł dalej, ku bramie.

Dla mnie nieprawdopodobne. Czy Franek wypił jakiś wiedźmiński eliksir?

Czy ja wiem? Nie wydaje mi się, żeby trzeba być mega przykokszonym, żeby utrzymać w ten sposób o wiele mniejszą, lżejszą od siebie dziewczynę. Szczególnie przy buzującej adrenalinie. Ale może byłoby lepiej, gdyby zmienić na chwyt strażacki (https://static.epodreczniki.pl/portal/f/res-minimized/Rf4PRLXTw7U59/8/2PONR4iKG5KTgEJDmeVpGgAGG0gNdgl1.png)?

Walka nadal trwała; złość mieszkańców cmentarza skupiła się na morach, które biły się ze wściekłą tłuszczą, same rozjuszone nie na żarty.

To również jest dla mnie nielogiczne – powinni wg mnie walczyć o zasoby, czyli gonić Franka ;)

Nie wszystkim mieszkańcom zależało na większej sile. Niektórzy byli rozjuszeni. Inni mieli świadomość, że jeśli nie będą razem walczyć z morami, to może być dla nich nienajlepiej.

Uwaga, dygresja. Mam w domu trochę ogonów, w sensie szczurów. Kiedy dostają jedzenie, nawet dość sporo to trochę się o nie biją. Najczęściej wygląda to tak, że trzy-cztery szczury tłuką się np. o brzeg od pizzy, a piąty biega i znosi wszystko do kryjówki.

 

Pozdrawiam!

Ja również. Ponownie dzięki wielkie za wszystkie uwagi!

 

Wow, ekspresowo się odniosłeś do uwag yes

 

Fajnie, że niektóre rzeczy siadły z komentarzy. Pamiętaj, że jesteś autorem i Ty tu rządzisz, uwagi są zawsze subiektywne.

 

Może inaczej: rozumiem ten zarzut, ale mój zamysł był inny i w tym sensie się z nim nie zgadzam. Nie w tym, że coś Ci się nie spodobało – masz do tego pełne prawo, możesz mieć określone oczekiwania, ale wydaje mi się, że jako osoba pisząca tekst mogę swobodnie traktować swoich bohaterów czy pewne odniesienia :)

Widzisz, wg mnie, i tak i nie.

 

W moim przekonaniu, jeżeli odchodzisz od przyjętej typologii, powinieneś coś zaproponować w zamian. Być może stworzyć inne nazwy dla swoich stworzeń, dlaczego nie? Z drugiej strony mamy tak bogaty bestiariusz, że pewnie można by wybrać stwory, które idealnie pasowałyby do przebiegu zdarzeń.

A ten bestiariusz bardzo się upowszechnił, głównie za sprawą Wiedźmina, więc to trochę tak jakbyś nagle z krasnoludów czy hobbitów robił smukłych młodzieńców.

Z drugiej strony jako autor masz nieograniczoną władzę nad tekstem. Kluczowa jest, myślę, odpowiedź na pytanie: jaką wartość taki zabieg niesie.

 

Tym razem czułem, jak wszystko we mnie buzuje.

Ekscytacja. To już, zaraz!

Strach. Zmieniła zdanie?

Fascynacja. Jest inna, zupełnie inna. Chcę wiedzieć o niej wszystko.

Pożądanie.

Szczęście.

Coraz szybsze bicie serca…

Dla mnie to niezrozumiałe. Nie ma jej, czy jest? Była kiedyś?

Trochę się nam robi spirala, bo ja z kolei niezbyt rozumiem Twoje pytanie.

Wydawało mi się, że te emocje odnoszą się do jakiejś postaci, być może do zmory, z którą Franek się ustawił. To zdanie “ Jest inna, zupełnie inna. Chcę wiedzieć o niej wszystko.” dla mnie wskazuje, że ta zmora przyszła już, ale de facto jeszcze jej nie ma – bo Franek wciąż czeka na cmentarzu, dlatego mam lekki mindfuck. Rozumiem, że to strumień myśli bohatera, ja się trochę w nim pogubiłem.

 

Pozdrawiam!

Martwe liście i brudna ziemia

Wow, ekspresowo się odniosłeś do uwag yes

 

Fajnie, że niektóre rzeczy siadły z komentarzy. Pamiętaj, że jesteś autorem i Ty tu rządzisz, uwagi są zawsze subiektywne.

Jasna sprawa ;) Odnoszę się do wszystkiego, bo a) widać, że Twoje uwagi z czegoś wynikają b) część z nich to niezły punkt wyjścia do małej dyskusji ;) Jak chociażby wątek poniżej:

 

Może inaczej: rozumiem ten zarzut, ale mój zamysł był inny i w tym sensie się z nim nie zgadzam. Nie w tym, że coś Ci się nie spodobało – masz do tego pełne prawo, możesz mieć określone oczekiwania, ale wydaje mi się, że jako osoba pisząca tekst mogę swobodnie traktować swoich bohaterów czy pewne odniesienia :)

Widzisz, wg mnie, i tak i nie.

 

W moim przekonaniu, jeżeli odchodzisz od przyjętej typologii, powinieneś coś zaproponować w zamian. Być może stworzyć inne nazwy dla swoich stworzeń, dlaczego nie? Z drugiej strony mamy tak bogaty bestiariusz, że pewnie można by wybrać stwory, które idealnie pasowałyby do przebiegu zdarzeń.

A ten bestiariusz bardzo się upowszechnił, głównie za sprawą Wiedźmina, więc to trochę tak jakbyś nagle z krasnoludów czy hobbitów robił smukłych młodzieńców.

Z drugiej strony jako autor masz nieograniczoną władzę nad tekstem. Kluczowa jest, myślę, odpowiedź na pytanie: jaką wartość taki zabieg niesie.

To jest w ogóle świetna sprawa, że ten wątek – w sensie nazewnictwa, typologii i tak dalej – został przez Ciebie poruszony. Szczególnie, że mamy nieco odmienne stanowiska.

Zacznijmy od upowszechnienia bestiariusza: nie jestem pewien, czy odnosisz się do Sapkowskiego, czy do gry. Saga bardzo mi się podobała, ale czytałem ją ostatni raz przynajmniej dziesięć lat temu i nie planuję powtórki w najbliższym czasie; wydaje mi się jednak, że nie było tam tych konkretnych zjaw/duchów/demonów (w sensie mor, upiór czy licha). Zdecydowanie mogę się mylić, bo po prostu nie wszystko pamiętam. Nie miałem jednak zamiaru odwoływać się do Sapkowskiego.

Jeśli odnosiłeś się do gier, to sprawa jest nieco gorsza – grałem tylko w pierwszą część w momencie premiery, czyli dobre kilkanaście lat temu i praktycznie nic już nie pamiętam. Jeśli były tam wspomniane demony, to również nie próbowałem się do nich odnosić. Z nowszymi produkcjami nie miałem przyjemności (lub nieprzyjemności), chociaż Wiedźmin 3 leży na półce obok konsoli od kilku miesięcy. Mam jednak niedobór czasu, więc przy wyborze gier kieruję się ostatnio kryterium długości i wybieram krótsze strzały, które będę mógł skończyć w kilkanaście godzin (co zajmuje mi około miesiąca).

Dobra, bo weszła ta dygresja o grach; z uwagi na to, że jestem dość nieobyty ze słowiańskimi demonami wykorzystywanymi w ostatnim czasie w kulturze i sztuce, odnosiłem się do mojej (szczątkowej, przyznaję) wiedzy na ich temat bazującej na mitologii słowiańskiej. Jak to mitologia, przedstawienia poszczególnych niemilców są mocno rozmyte, nieostre, różnią się w zależności od regionu czy wersji. Uznałem, że mogę zastosować taki zabieg, jak zagarnięcie niektórych cech i dodanie od siebie kolejnych. Podam tu dwa przykłady:

Mora jest w moim opowiadaniu, zgodnie z podaniami, duchem/zjawą zimy i śmierci, ale – z uwagi na jej inną nazwę, czyli Marzanna – jest też swoistą boginią odrodzenia. Mory w moim tekście są wiecznie zimne, wykorzystują chłód oraz zimno, niosą śmierć. Jadwiga jest duchem śmierci – w końcu siostra Franka ginie – ale też odrodzenia, które spotyka ją samą. Bazuję na pewnej części mory, resztę dodaję od siebie :)

Licho – tu chciałem nieco mocniej polecieć. Nie jest to kobieta, a bliżej nieokreślony stwór rodzaju nijakiego. Spotkanie z nim jest jednak nadal raczej nieprzyjemne.

Kończąc wątek, bo w ogóle mega podoba mi się to dalsze odniesienie – do hobbitów czy krasnoludów. Wydaje mi się, że jest pewien ogólny obraz krasnoludów w fantastyce, odnoszący się do legend, mitów czy baśni. Z uwagi na to, że to autorzy nadali im pewien określony kształt, nie miałbym żadnych problemów z kompletnym wywróceniem tego porządku do góry nogami. Mogę sobie wyobrazić jakieś opowiadanie sf, w którym krasnoludami są skupieni na technologii bohaterowie o rosłym wzroście ;) Byłoby pewne nawiązanie do kowalstwa czy górnictwa, ale ogólny obraz byłby daleki. Z kolei z hobbitami miałbym już pewien problem – to jest rasa stworzona i wymyślona przez Tolkiena, o ile wiem bez pierwowzoru w legendach i baśniach. Przez to obraz hobbitów jest o wiele, wiele mniej szeroki i o wiele bardziej ostry. Myślę, że bez problemu każdy z nas rzuciłby z głowy co najmniej kilka różnych obrazów krasnoludów (oczywiście nadal byłyby punkty wspólne) z filmów, książek czy tekstów piosenek. Z hobbitami ja mam tylko jeden. Co oczywiście nie znaczy, że inne nie istnieją.

 

Tym razem czułem, jak wszystko we mnie buzuje.

Ekscytacja. To już, zaraz!

Strach. Zmieniła zdanie?

Fascynacja. Jest inna, zupełnie inna. Chcę wiedzieć o niej wszystko.

Pożądanie.

Szczęście.

Coraz szybsze bicie serca…

Dla mnie to niezrozumiałe. Nie ma jej, czy jest? Była kiedyś?

Trochę się nam robi spirala, bo ja z kolei niezbyt rozumiem Twoje pytanie.

Wydawało mi się, że te emocje odnoszą się do jakiejś postaci, być może do zmory, z którą Franek się ustawił. To zdanie “ Jest inna, zupełnie inna. Chcę wiedzieć o niej wszystko.” dla mnie wskazuje, że ta zmora przyszła już, ale de facto jeszcze jej nie ma – bo Franek wciąż czeka na cmentarzu, dlatego mam lekki mindfuck. Rozumiem, że to strumień myśli bohatera, ja się trochę w nim pogubiłem.

Dobrze rozumiesz – chodzi o to, że mora nie może się pojawić, dopóki świeci słońce. Oczywiście po czterdziestu ośmiu edycjach nie pojawia się to w sposób wyraźny w tekście, stąd Twój zrozumiały mindfuck ;)

Dzień doberek. 

Pierwsza scena faktycznie zapowiadała horror (ktoś chyba u góry nawet o tym wspomniał), ale kiedy pojawiły się zjawy i rozpoczął się dialog w stylu: “Ty, Władziu, zjemy ich?” No to klimat grozy momentalnie opadł i utrzymał się w takim tonie do samego końca. Czy to dobrze, czy źle? No klikając w to opko oczekiwałem horroru, więc nieco zaskoczył mnie fakt w jakim kierunku zmierza ta historia. Tak więc pod opowieść z klimatem dreszczyku i grozy – żółta karta. Przed czerwoną tekst ratuje się czymś innym ;) 

No i właśnie humor – tego nie oczekiwałem, ale wyszło całkiem dobrze. Czasami miałem wrażenie, że dialogi są nieco przeciągnięte – najbardziej chyba w drugiej części – ale też rozumiem, że chciałeś jakoś wytłumaczyć czytelnikowi o co tu biega z tymi legendami i ślubami, spoko. 

To opko to trochę jak sytuacja w której teściowa wpada w przepaść twoim nowym samochodem, w skrócie – mieszane uczucia. 

Technicznie – jest nieźle, nie będę tu się czepiał. 

Kwestia, której nie rozumiem. W ogóle nie rozumiem postaci siostry w tym opku. Zostaje przywleczona na cmentarz jak worek ziemniaków i jej rola kończy się na tym, że podaje obrączki, po czym umiera? Wiem, że zostało uwzględnione to, że miała białaczkę i niezbyt wiele życia już jej zostało, ale wszystko wskazuje na to, że jej brat już jej w takim razie nigdy nie zobaczy i w sumie jakby wzruszył ramionami to, co z nią się stanie. Być może siostra dostaje jakieś życie po życiu, ale wszystko wskazuje na to, że w takim przypadku zostałaby uwięziona na tym cmentarzu, a raczej wątpię, by jej brat chciał to miejsce odwiedzać ponownie, po wydarzeniach z tamtej nocy. Tak więc odczytałem to jako relację zero. Siostra przekupa w zamian za żonę. Może czegoś nie załapałem, ale dzielę się opinią tak jak tekst odebrałem. 

No, ale w tekście są pewne perełki. Moja ulubiona scena – ulubiona, bo poczułem się tak zdezorientowany oczekując horroru, a tu takie coś:

 

Kamienny pomnik był pokryty lodem, spod którego nie było widać daty urodzin ani śmierci. Tylko imię, nazwisko i herb Tarnawa.

Ustawiłem długie, białe świece tak, by wyglądały gustownie. Odpaliłem je, a mora westchnęła z zadowolenia.

– Prawdziwy pszczeli wosk… sprawiłeś mi tym dużo radości. Dziękuję, Franciszku. Musiały być bardzo drogie.

– Na taką noc jak dzisiaj musiałem wybrać coś specjalnego.

→ Randka perfecto :D Szkoda, że w tekście marzec, bo na luty wkomponowałby się idealnie. Zwłaszcza czternastego. 

 

Tak więc podsumowując – ciekawe to nawet było, mimo że mi w humory to ciężko zagrać, bo posiadam je specyficzne. Tu się udało, tak więc plus za to, a minus za obiecany horror ;) 

Pozdro! 

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O - Chada

@NearDeath, dzięki za czytanie!

Pierwsza scena faktycznie zapowiadała horror (ktoś chyba u góry nawet o tym wspomniał), ale kiedy pojawiły się zjawy i rozpoczął się dialog w stylu: “Ty, Władziu, zjemy ich?” No to klimat grozy momentalnie opadł i utrzymał się w takim tonie do samego końca. Czy to dobrze, czy źle? No klikając w to opko oczekiwałem horroru, więc nieco zaskoczył mnie fakt w jakim kierunku zmierza ta historia. Tak więc pod opowieść z klimatem dreszczyku i grozy – żółta karta.

W sumie sprawa była faktycznie omawiana wyżej, ale chętnie jeszcze ją nieco rozwinę. Nie celowałem w klasyczny horror, w ogóle nie miałem zamiaru zrobienia “strasznego” tekstu. Zależało mi na lekkim klimacie grozy, ale bez próby wywoływania przerażenia. Chciałem, żeby to współgrało z humorem (chociaż nie na takiej zasadzie, że robię czysto komiczny lub komediowy wrzut).

Przed czerwoną tekst ratuje się czymś innym ;) 

No i właśnie humor – tego nie oczekiwałem, ale wyszło całkiem dobrze. Czasami miałem wrażenie, że dialogi są nieco przeciągnięte – najbardziej chyba w drugiej części – ale też rozumiem, że chciałeś jakoś wytłumaczyć czytelnikowi o co tu biega z tymi legendami i ślubami, spoko. 

To opko to trochę jak sytuacja w której teściowa wpada w przepaść twoim nowym samochodem, w skrócie – mieszane uczucia. 

lol. Mimo wszystko dzięki ;)

Technicznie – jest nieźle, nie będę tu się czepiał. 

Kwestia, której nie rozumiem. W ogóle nie rozumiem postaci siostry w tym opku. Zostaje przywleczona na cmentarz jak worek ziemniaków i jej rola kończy się na tym, że podaje obrączki, po czym umiera? Wiem, że zostało uwzględnione to, że miała białaczkę i niezbyt wiele życia już jej zostało, ale wszystko wskazuje na to, że jej brat już jej w takim razie nigdy nie zobaczy i w sumie jakby wzruszył ramionami to, co z nią się stanie. Być może siostra dostaje jakieś życie po życiu, ale wszystko wskazuje na to, że w takim przypadku zostałaby uwięziona na tym cmentarzu, a raczej wątpię, by jej brat chciał to miejsce odwiedzać ponownie, po wydarzeniach z tamtej nocy. Tak więc odczytałem to jako relację zero. Siostra przekupa w zamian za żonę. Może czegoś nie załapałem, ale dzielę się opinią tak jak tekst odebrałem. 

Być może za lekko podszedłem do sprawy. W jednym z pierwszych szkiców był plan, żeby siostra faktycznie została na cmentarzu jako nowa mora i przejęła dowodzenie zamiast Antoniny. Potem sprawy się pokomplikowały, mocno doskwierał limit znaków, poszło to do ścięcia i pewnie przez to trochę to dezorientuje.

No, ale w tekście są pewne perełki. Moja ulubiona scena – ulubiona, bo poczułem się tak zdezorientowany oczekując horroru, a tu takie coś:

 

Kamienny pomnik był pokryty lodem, spod którego nie było widać daty urodzin ani śmierci. Tylko imię, nazwisko i herb Tarnawa.

Ustawiłem długie, białe świece tak, by wyglądały gustownie. Odpaliłem je, a mora westchnęła z zadowolenia.

– Prawdziwy pszczeli wosk… sprawiłeś mi tym dużo radości. Dziękuję, Franciszku. Musiały być bardzo drogie.

– Na taką noc jak dzisiaj musiałem wybrać coś specjalnego.

→ Randka perfecto :D Szkoda, że w tekście marzec, bo na luty wkomponowałby się idealnie. Zwłaszcza czternastego. 

 

Tak więc podsumowując – ciekawe to nawet było, mimo że mi w humory to ciężko zagrać, bo posiadam je specyficzne. Tu się udało, tak więc plus za to, a minus za obiecany horror ;) 

Pozdro! 

Dziękuję pięknie! Cieszę się, że znalazłeś tu coś dla siebie (mimo mankamentów :))

Widzę, że horror zniknął z tagów ;) I fajnie, bo straszyć to Twoje opko nie straszy. Właściwie od początku miałam wrażenie, że puszczasz do mnie oczko, a po spotkaniu z lichem i upiorem to już nie miałam wątpliwości. Mimo tego, a może dlatego, podobało mi się :)

Podobał mi się cmentarz pełen (nie)życia, hierarchia na nim istniejąca, konflikty w tle. Podobał mi się czarny humor. I podobał mi się happy end. Mam tylko nadzieję, że siostra Franka poświęciła się dobrowolnie. A w nagrodę za to poświęcenie powinieneś jej poświęcić następny tekst ;)

Kliczek i lecę dalej :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dzięki, Irka! Za czytanie, komentarz i klika ;) Cieszę się, że się podobało. Kwestię kolejnego tekstu o siostrze Franka poważnie przemyślę!

Witaj.

Jestem zachwycona, uważam to za doskonały horror, w dodatki z happy endem! 

Mnóstwo emocji, zwrotów akcji, nieprzewidywalnych zdarzeń. 

Kto by pomyślał, że wśród zmarłych są takie hierarchie, zdrady, pragnienia zemsty, oszustwa i potworności? :)

Wyobrażam sobie (swoim zwyczajem) przeniesienie tekstu na ekran i jestem przekonana, że to byłby hit! :)

Miłość jednak zwyciężyła. :)

 

Pozdrawiam i gratuluję Ci lekkości opowieści oraz świetnego pomysłu.

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Dzięki, @bruce!

Kto by pomyślał, że wśród zmarłych są takie hierarchie, zdrady, pragnienia zemsty, oszustwa i potworności? :)

Miało być więcej, ale limit znaków ;)

Wyobrażam sobie (swoim zwyczajem) przeniesienie tekstu na ekran i jestem przekonana, że to byłby hit! :)

Oby nie!

Twórz dalej, masz świetne pomysły. :)

Pozdrawiam, miłego wieczoru. 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka