- Opowiadanie: Folan - Śmierć Awatara

Śmierć Awatara

Pracuję nad tym opowiadaniem od bardzo dawna, wciąż borykając się z problemami, których na początku zupełnie się nie spodziewałem. Poniżej prezentuję jego pierwszą połowę licząc na to, że konstruktywna krytyka pozwoli mi dopracować aktualny tekst i ułatwi pisanie w przyszłości. Oczywiście spodziewam się, że poniższy tekst pełen jest błędów gramatycznych i logicznych, a i zapewne trafi się kilkanaście literówek. Proszę uwierzyć, że dołożyłem wszelkich starań, by wszystko wyeliminować i poprawić i proszę jedynie, by skupić się na krytyce przedstawionej treści, bo literówki czy byki gramatyczne można zawsze poprawić, natomiast błędów logicznych, błędnej konstrukcji zdań czy niejasnych opisów nie znajdę bez Waszej pomocy. 

 

Oceny

Śmierć Awatara

Prolog.

 

“Historia. Któż twierdzi, że musi być jedna, prawdziwa, liniowa? Wariaci, powiadam wam. A kto tworzy historię? Że niby sama się tworzy, często na naszych oczach? Słodka iluzja! Tylko jeden, omnipotentny, prawdziwie neutralny obserwator, obecny wszędzie, w każdym czasie, obserwujący każdy zakątek wszechświata, słyszący każde wypowiedziane słowo i każdą myśl jaka przemknęła przez głowę każdej żywej istoty będzie miał prawo twierdzić, że zna prawdziwą historię. Tyle, że nikt taki nie istnieje. Jesteśmy tylko my, ludzie targani emocjami, żądzami i spragnieni wiedzy, która jest pokarmem dla ludzkiego umysłu. Człowiek jest również (w głębi valoru) artystą, kocha zatem tworzyć a twory interpretować, dlatego sucha wiedza o przeszłości nie ma szans w starciu z kreatywnością, jaką cechuje się nasz gatunek.

Z tego właśnie powodu każdy posiadający choć trochę oleju w głowie obywatel wie, że dziś wykładana i powszechnie znana historia jest o kant dupy potłuc a co dopiero, gdy zajrzymy głębiej w księgi i kalendaria, gdzie można dostrzec jedynie dym i lustra a nie rzetelne fakty historyczne. Setki lat temu tak uszyte kłamstwa nie miałyby szans w starciu ze zbiorową świadomością. Czasy się jednak zmieniły i o tym, co było i co będzie decyduje zwycięzca.

Zwycięzca ten objawił się nie tylko w wyniku wojny, której początek otwiera kalendarz Nowego Świata. Zwycięzca zwyczajnie przystosował się szybko i skutecznie do zmian, jakie zachodziły w świecie rządzonym jeszcze przez Stare Prawa. Stara gwardia nie potrafiła ani zrozumieć zmian, jakie zachodziły, ani się z nimi pogodzić, dlatego została zepchnięta w meandry historii jako głupcy i wrogowie nowego porządku. 

W pierwszej wojnie nehelemskiej pruto z karabinów i zrzucano bomby precyzyjnie sterowanymi dronami, ale dwaal snuł się już wtedy gęsto po naszej planecie skutecznie zatruwając Stare Prawa. Elektryczne światła gasły, komputery trzeszczały zdobiąc monitory feerią barw, dławiły się silniki sterowane bramkami logicznymi, ale nie to było najgorsze. 

Jeszcze w czasach świetności technomantów i ich cywilizacji pojawiali się szarlatani i wariaci twierdzący, że potrafią zmieniać otaczający ich świat samą tylko siłą woli. Tych niegroźnych ignorowano, tych głośniejszych zamykano, tych inteligentniejszych nigdy nie zauważono, bo, cóż, byli inteligentni. Tuż przed wojną okazało się, że ich twierdzenia nie tylko zawierały przysłowiowe ziarnko prawdy… To ziarnko urosło do rozmiarów spadającej gwiazdy zwiastującej nieuchronne zmiany, jakie czekał świat, ale ówczesny człowiek z uporem maniaka ignorował zatrważająco rosnącą liczbę ludzi, którzy mogli manipulować rzeczywistością, jakby była z gliny. Ci bezimienni apostołowie zmian przed wojną nie byli ani zorganizowani, ani nazwani. Po wojnie noszą różnego koloru liberie z wyszytym słońcem i nazywają się Kongregacją. 

Gdy technocywilizacja zrozumiała, co się dzieje, było już za późno. To oni stali się wyrzutkami, to oni musieli zacząć chować się po lasach, najlepiej z dala od gwałtownie rosnących wpływów tej oddanej Cheonom organizacji. Metropolie technomantów umarły samotnie i obrócone w pył przez czas lub pożarte przez drzewa i chwasty wyrastające ze spękanej ziemi stały się domem dla awanturników, zjaw i duchów. Ludzie, którzy przetrwali tę wyniszczającą wojnę chcieli mieć dach nad głową, a że Cheoni oferują schronienie dopiero po śmierci, naturalnym wyborem okazały się mniejsze miasta, z których szybko usuwano ślady pokonanej cywilizacji.

Dziś nikt nie pyta o przyczyny, nikt nie pyta o skutki i nikt wreszcie nie pyta, co dokładnie wydarzyło się w czasie tej wojny i kto z kim tak naprawdę walczył. Potomkowie dawnych mistrzów technologii śpią, jedzą i srają w tych samych budynkach, które onegdaj były dumą i symbolem Starego Świata, gdzie światło łączyło ludzkość w globalną wioskę utkaną z miedzi i kwarcu. Dziś są to jedynie cztery ściany i dach nad głową dla ludzi nie rozumiejących, czym są wszechobecne znaki wykonane z metalu i szkła. 

Zakazany słownik, wymarły język, Wojna Zapomnienia – oto hasła, które spędzają sen z powiek Kongregacji i to nie dlatego, że się ich boją. Jak mogą bać się tworów, których sami są ojcami? Boją się widząc te hasła zapisane na murach i obecne w okrzykach wściekłego tłumu, boją się ich obecności w historyjkach opowiadanych przy ognisku i ludzi, którzy rozumieją język starych książek. Boją się mnie. Dopóki ktoś wie, dopóty pamięta, a póki żyje, to nie pozwoli zapomnieć. 

W mgle historii wypaczonej przez Kongregację przewijają się sylwetki Cheonów odzianych w ożywiony kamień. Czy to dwaal zwiastował ich przybycie, czy też to oni przynieśli go ze sobą nie ma do prawdy żadnego znaczenia. Ważne jest, że te dwa pojęcia są ze sobą nierozerwalne i zarówno powód ich przybycia, jak i okoliczności owiane są tajemnicą. 

Za chwilę ktoś mi zarzuci, że bzdury plotę, bo przecież powód, dla których Cheoni zawitali do Ogrodu jest wyrażony w samej nazwie wojny, która odseparowała Stary Świat od nowego: Nehelemowie. Jeżeli sama istota Cheonów wydaje się mistyczna, tajemnicza i dalece wykraczająca poza ludzkie pojmowanie wszechświata, to Nehelemowie stoją wyżej w szczeblu wtajemniczenia. Zapał, z jakim Kongregacja zafałszowała historię nie może się równać z tym, co Bastion zrobił z Nehelemami. Kto wie czym i kim byli? Przedstawia się ich jako demony, zło wcielone i najgorszy sort spersonifikowanego koszmaru, jaki stąpał po Ogrodzie, ale nikt ich nigdy tak naprawdę nie widział. 

Mity o bitwie Cheonów z Nehelemami urągają nawet bajkom opowiadanym dzieciom na dobranoc. Decain, uchodzący za złodupca wśród swoich cheońskich braci ugodził śmiertelnie Nehelema Eona, którego rana jątrzy się po dziś dzień na bezchmurnym, nocnym niebie. Księżyc, symbol Eona, wygląda jak rozłupane jajko, z którego od setek lat sączy się ognista czerwień. Przypominające oko ciało niebieskie rzuca z góry martwe spojrzenie na świat, roniąc co jakiś czas krwawe łzy, spadające na ziemię w postaci czarnych kryształów i budząc do życia dawno już wystygłe runy. Bastion zwyciężył, Cheoni wygrali, koniec bajki, czas spać. 

Próba zajrzenia w świat “przed” kończy się bardzo nieprzyjemnie dla ciekawskich umysłów, których (wbrew pozorom) nie mało w Nowym Świecie. Propaganda i nauki Kongregacji skupiają się na światłej przyszłości, która prowadzi do Vau, a ogłupiony, przetrzebiony przez wojnę lud nie zadaje pytań o ostatnie sześćset lat historii, a co dopiero o to, co było “przed”. Nikt nie pyta, czym były i co się stało ze Starymi Prawami, a skoro były stare, to gdzie są nowe i jak działają. 

Technomanci używali magii zwanej technologią, która wykorzystywała Stare Prawa aby czynić cuda, o których nie śnili żadni współcześni ludzie. Dzięki technomancji człowiek ujarzmił światło i sięgnął dalej niż ludzkie oczy potrafią dostrzec w klarowny poranek ze szczytów gór. Choleron! Dzięki tejże magii człowiek dotknął Eona! Trudno zatem uwierzyć, że polegli w starciu z magią Cheonów.

Iskra technomantów wciąż jednak tli się na ulicach miast a zapach elektrycznego kurzu drażni nozdrza cheońskich sług mimo tylu lat ich ciężkiej pracy. Dlaczego Stare Prawa nie chcą grzecznie ustąpić przed nową siłą spajającą świat? Kongregacja, natchniona ponoć przez boską mądrość Bastionu, wciąż nie potrafi znaleźć odpowiedzi na to pytanie, ale dzielnie walczy z przeszłością na każdym możliwym szczeblu. Batalia ta sięgnęła absurdu w postaci walki ze słowami i warto tu zaznaczyć, że chodzi o słowo w sensie stricte, a nie o jego definicję. 

Zabawne, że słowo “magia” również wpisane zostało do zakazanego indeksu. Okazuje się również, że praktykujący magię nie są czarodziejami, tylko goetami. Magia to nie czary, tylko hexy. Użyj zakazanego słowa o kilka razy za dużo, a wtrącą cię do lochu i tylko szczęście sprawi, że skończy się na kilku dniach w ciemnym, wilgotnym pomieszczeniu. Czemu Kongregacji tak bardzo zależy na zastępowaniu jednych słów drugimi? Hex czy zaklęcie, jeden pies, ale za “zaklęcie” będziesz postrzegany jako niebezpieczny wywrotowiec, którego trzeba mieć na oku. 

Zadziwiająca i niepokojąca jest ta zajadłość, jaką wykazują cheońscy słudzy w walce z tak banalnymi i nieszkodliwymi sprawami jak ludzki język. Jeszcze bardziej niepokojący musi być zatem powód, dla którego to robią, a powód ten musi mieć źródło w naszych tajemniczych i potężnych opiekunach. 

W czasach pokoju ludzki umysł ma tendencję do nudzenia się i w ramach walki z tą nudą para się rozmaitymi zajęciami. W starym świecie pełno było rozrywek i zajęć dla spragnionego wrażeń umysłu i dziś nie jest inaczej, tylko trochę bardziej przyziemnie. W miastach ludzie żyją i pracują w rytm wybijany przez Kongregację, gdzie rozrywką jest spokój i cisza w ciepłym domostwie, za miastem natomiast czekają bezdroża; ruiny starego świata skrywające bardzo ciekawe i kuszące tajemnice, których odkrycie może kosztować życie. Słudzy cheonów tworzą współczesną cywilizację i kulturę, ale poza murami miast wciąż tętni serce przeszłości, a snujący się dziko dwaal smakuje… inaczej. 

Bezdroża to wolność. Na bezdrożach, głęboko w lasach i wysoko w górach możesz praktykować goecję nie ograniczając się do nauk wykładanych przez Kongregację. Możesz nawet odkopać artefakty technomantów i na własne oczy przekonać się, że wciąż działają. Możesz rabować, gwałcić, pić i zabijać, bo na bezdrożach nie ma ani starych, ani nowych, ani jakichkolwiek praw. Przynajmniej tak było do czasu.

Sprawiedliwi są dość osobliwym tworem, którego historia sięga ponoć początków pierwszej wojny nehelemskiej. Choć historia tej organizacji jest tajemnicza, nie wynika to wprost z ich zasad i mentalności. Zrodzeni z potrzeby porządku rekrutują zagubione dusze w młodym wieku, wciskają do ręki broń i każą nieść sprawiedliwość tam, gdzie słychać płacz i czuć kłamstwa. Nie przykładają wartości do tego, co było. Ich credo mówi, by nie próbować zawracać rzeki zmian kijem, tylko pilnować, by płynęła w miarę spokojnym nurtem. 

Krążą po bezdrożach wprowadzając porządek tam, gdzie nie sięga Kongregacja. Niepisany układ sprawdzał się świetnie w okresie międzywojennym, bo tam, gdzie nie sięgali słudzy cheonów, porządku pilnowali Sprawiedliwi, ci z kolei nie wtrącali się zupełnie w rządy i organizację rosnącej w siłę Kongregacji, która zmieniała swoje oblicze. Wyznaczano granice jednostek terytorialnych zwanych potem prefekturami, budowano hierarchiczne struktury władzy i nadawano funkcje administracyjne, nie zaprzestano też wyjątkowo agresywnej edukacji oraz tworzenia szlaków i terytoriów wolnych od śladów po Starym Świecie. 

Bractwo Sprawiedliwych za to nigdy nie szukało rozgłosu, nie oczekiwało poklasku, nie poszerzało wpływów. Nie mieli ku temu powodów i zdawało się, że ten stan rzeczy ich bardzo cieszył. Ale jak wszystko co piękne, nie trwa wiecznie. 

Trudno wskazać konkretne zdarzenie czy konkretny dzień wybuchu drugiej wojny nehelemskiej, ale warto w tym momencie zaznaczyć, że już na samym początku nazwa wojny wzbudzała kontrowersje, gdyż mimo usilnych starań nikt żadnego nehelema na oczy nie widział, a Eon jak zerkał z nocnego nieba, tak dalej niezmiennie to robił nie zmieniwszy swego martwego oblicza. W poszukiwaniach zalążka konfliktu nie można nie wspomnieć o zegerach, Sprawiedliwi bowiem nie są jedyną grupą, która upodobała sobie bezdroża bardziej od kongregackich miast. 

Cech zegerski niemal od początku swego istnienia (który datuje się na końcówkę pierwszej wojny) prowadził swoje praktyki z dala od Kongregacji, ich cenzury i kontroli. Można ich przyrównać do rzemieślników jakich wielu na tym świecie, ale ich spracowane dłonie i wytężone umysły zrodziły jedne z bardziej niezwykłych przedmiotów, jakie widział człowiek, a śmiem nawet twierdzić, że również Cheoni byliby pod wrażeniem.

Nieuniknionym było, że Zegerzy i Sprawiedliwi spotkają się na bezdrożach i zaprawdę powiadam wam, była to miłość od pierwszego wejrzenia. Ich współpraca pozwoliła rozwinąć skrzydła obu ugrupowaniom, ale wzbudziła również niezdrowe zainteresowanie Kongregacji. 

Pierwsze oskarżenia o praktykowanie technomancji wypełzły z zakłamanych ust kongregatów wraz z pojawieniem się parasangi. Narzędzie, którego kształt i funkcje ewoluują z coraz to bardziej śmiałymi badaniami prowadzonymi przez zegerów, pozwala Sprawiedliwym wykryć i nawet zmierzyć dwaal, a co za tym idzie również ostrzec Sprawiedliwego przed zagrożeniem. Bezdroża to w końcu świat pełen niebezpieczeństw, w którym roi się od szalonych goetów i dzikich talentów.

Problem parasangi zbladł jednak w obliczu kolejnego wynalazku zegerów. Stworzyli bowiem stop eodium (tak nazwali rafinowaną skałę księżycową) i metalu, co pozwoliło zaopatrzyć Sprawiedliwych w amunicję cholernie skuteczną przeciw praktykującym magię. Eodium, jak się okazało po wielu badaniach, jest swego rodzaju antagonistą dwaalu, a bez niego praktykowanie cheońskiej magii jest niemożliwe. Kongregacja dostała czerwonej gorączki na wieść o prymerycie, co wywołało również pierwsze duże pęknięcie w relacjach między Kongregacją a Sprawiedliwymi. Stosunki uległy wyraźnemu ochłodzeniu, ale cheońscy słudzy nie podjęli żadnych stanowczych kroków w tej sprawie, gdyż otwarty konflikt między ugrupowaniami, które cieszyły się opinią “tych dobrych” mógł źle wpłynąć na obraz nieskazitelnie dobrej i czystej Kongregacji. Sprawiedliwi sytuacją przejęli się zdecydowanie mniej, bo ani nie podlegali, ani nie służyli, ani nawet nie chcieli mieć z Kongregacją za wiele wspólnego. Służyli w końcu zwykłym ludziom, a ci byli szczęśliwi, że mają protektorów tam, gdzie nawet Cheon nie sięga. 

Niedługo potem wybucha druga wojna, w której Sprawiedliwi stanęli po tej złej, nehelemskiej stronie. Był to ogromny cios i niemałe zaskoczenie dla ludzi wpatrzonych w tą instytucję jak w obrazek. Cieszące się zaufaniem i estymą bractwo, które tuż przed wojną było na ustach niemal każdego mieszkańca Ogrodu, po wojnie (która trwała ledwie kilka lat) zostało oplute i zmieszane z błotem. Renoma Sprawiedliwych została doszczętnie zrujnowana.

Ponownie nikt nie zrobił sobie trudu, aby zadać jakiekolwiek pytania. Ponownie pojawiły się nowe zakazane słowa, ponownie świat odwrócił wzrok od wydarzeń, które poprzedzały wojnę a potem działy się w jej tle. Ale czemuż się dziwić? W końcu to Kongregacja tworzy dziś historię. A któż twierdzi, że musi być jedna, prawdziwa, liniowa? Wariaci, powiadam wam.”

 

 Strife zamknęła książkę, uprzednio wkładając zakładkę w miejsce, gdzie skończyła. Była napisana we współczesnym języku zapewne przez któregoś z Wiedzących, choć możliwe było, że autorem był ktoś z Cechu Zegerskiego. W jej posiadanie weszła w wyniku tych samych wydarzeń, które doprowadziły ją dziś do Palisady. 

Czekało ją tu bardzo trudne zadanie, którego wynik był nie do przewidzenia i wiedziała, że niezależnie od jego wyniku życie wielu ludzi ulegnie drastycznej zmianie. Nie wiedziała wtedy, że skala tych zmian przerośnie jej najśmielsze oczekiwania.

 

Powrót do domu.

 

Kongregacja przez setki lat zmieniała język, jakim się dziś porozumiewamy, przykładając szczególną uwagę do niektórych słów. Należy przyznać, że zrobili to diabelnie skutecznie i z zapałem niespotykanym w znanej nam historii. Dziś mało kto zna znaczenie niezliczonych napisów na setkach budynków i tablic, będących pamiątką po starym świecie, a które towarzyszą nam każdego dnia.

 

– Jokkl, Wiedzący

 

Ciężkie deszczowe chmury gęstniały nad Palisadą zmuszając ludzi do ukrycia się w swoich domowych zaciszach. Trwał sezon burz, więc z nieba spadały pierwsze krople deszczu, życie na przedmieściach zamierało, trzaskały blaszane klapy i drewniane okiennice, szczękały zamki w drzwiach. Okolicę okrył całun mglistego deszczu i burzowej szarugi. Czas mijał, ziemia nasiąkała wodą nabierając gliniastego koloru. Stagnację w tym martwym krajobrazie przerwała ludzka sylwetka lawirującą między błotnistymi koleinami, śledzona przez ciekawskie oczy wciśnięte w szpary zniszczonych rolet. 

Jack stąpał nierówno, zapadając się w błotnistej drodze i przeklinając w myślach plecak ze skórzanymi pasami, który wbijał się w ciało i drażnił odparzenia na ramionach. Marzenia o odrobinie odpoczynku, tak bliskie spełnienia, odłożył na później i zmusił się do nadłożenia drogi by zajrzeć do Kewolta. Taka była umowa – Jack znajdzie konkretną rzecz w ruinach starego świata, w zamian zeger wykona zleconą pracę. 

Tuż przed wysokim murem stanowiącym granicę między ufortyfikowaną częścią Palisady a przedmieściami (jednak wciąż przy głównym trakcie prowadzącym na Plac Wstąpienia) znajdował się drewniany, długi barak o wykrzywionych okiennicach i spaczonych drzwiach. Biała farba zdobiąca framugi okien odpadała płatami od wielu lat, zaniedbana przez właściciela przybytku. Uchodzący za outsidera i samotnika rzemieślnik ukrywał fakt bycia zegerem i jedynie Jack znał prawdę. Jeszcze przed wojną na drzwiach wisiałaby tabliczka z nazwą cechu sygnowana imieniem mistrza zegerskiego, który uczył Kewolta fachu, jednak dziś, jako wyjęci spod prawa rzemieślnicy, musieli liczyć tylko na krąg zaufanych klientów i pocztę pantoflową. Kewolt i tak bardzo dużo ryzykował kryjąc się tuż pod murami miasta kontrolowanego przez Kongregację, ale zawsze twierdził, że “najciemniej jest pod latarnią”. 

Jack uderzył pięścią w drzwi kilka razy i czekał, dziękując w duchu za zadaszenie nad wejściem chroniącym go przed zimnym deszczem. Drzwi uchyliły się gwałtownie, ale tylko na kilka centymetrów. W szparze pojawiło się oko przyozdobione siwą, krzaczastą brwią i setkami zmarszczek. Jack wyjął z kieszeni gałganek i rozwinął go, aby czujne oko w drzwiach zlustrowało zawartość. Drzwi zamknęły się z trzaskiem, bez słowa komentarza ze strony mieszkańca. Kroki wewnątrz oddaliły się i ucichły, potem znów przybrały na sile. Drzwi tym razem otworzyły się szerzej i stanął w nich niski, brodaty człowiek, który trzymał w wielkich dłoniach dwa pudełka potrząsając nimi delikatnie. Metaliczne, ciężkie stuknięcia zdradziły zawartość Jackowi. Kewolt zdjął kartonowe wieko z górnego pudełka ukazując rozebrany, nowy rewolwer. Bębenek, rama i okładziny rękojeści leżały w otoczeniu innych drobnych części, a że Jack spędził niezliczone godziny na rozkładaniu, czyszczeniu i składaniu broni potrafił ocenić, żę Kewolt wykonał naprawdę profesjonalną robotę, wciąż przyjemnie pachnącą warsztatem. 

Kewolt postukał palcem w drugi karton.

– Oryginał. Poskładany, wyczyszczony, wymieniłem zacinający się mechanizm bębna i zajechany kurek – rzekł Kewolt tonem gburowatego informatora turystycznego, gdy Jack chował duplikat do skórzanego plecaka.

– Nie mówiłeś nikomu, prawda? – Spytał Jack rzucając plecak z powrotem na ramię i oddając gałganek Kewoltowi, który wcisnął go w jedną z wielu kieszeni roboczych spodni. Jack wyjął oryginalny rewolwer z pudełka, który należał niegdyś do Emily i miał dla Jacka ogromną wartość sentymentalną. Obejrzał rewolwer dokładnie z każdej strony krytycznym okiem ciesząc się, że zeger nie wymienił wytartych okładzin z drzewa sandałowego, ani nie wypolerował wszechobecnych bruzd, z których niemal każda miała swoją historię.

– Możesz drogo zapłacić za to, co zrobiłeś. – Jack wycelował w przestrzeń i strzelił sucho. – Jeżeli się dowiedzą, dostaniesz piętno, albo jeszcze gorzej.

– W dupie to mam – odparł zeger wykrzywiając usta w parodię uśmiechu i otworzył szerzej drzwi. Trudno było nie zauważyć stosu skrzyń i toreb piętrzących się na środku korytarza – jutro mnie i tak tu nie będzie. 

Jack był zaskoczony. Współpracował z Kewoltem od paru lat, łączyła ich zawodowa, profesjonalna relacja z nutką chłodnej przyjaźni. Gdy Jack odwiedził go przed swoją wyprawą, Kewolt nic nie wspominał o zamiarze opuszczenia miasta.

– Dokąd? – Jack nie krył zawodu w głosie.

– W kierunku klifu Brig. Jeżeli nogi cię poniosą w okolicę, zapraszam, tylko nie rozpowiadaj tego dookoła. To informacja ekskluzyw dla dobrego klienta. 

– Dlaczego tak nagle? 

– Eh – zeger parsknął – no tak, ty nie wiesz. Spytaj brata Jackie.

Drzwi zamknęły się przed nosem zmęczonego podróżnika. Wielki znak zapytania puchł w jego głowie pogłębiając tylko zmęczenie podróżą. W porządku, odwiedzi brata, ale najpierw zrzuci z siebie plecak i zmyje trudy dwutygodniowej podróży w zaciszu swojego mieszkania.

 Mieszkanie w Palisadzie przydzielił Jackowi jego brat Lobeof. Był to loft znajdujący się w zabytkowym budynku. Nazwa zakładu, zapisana w starym języku wyblakłymi literami nic nie mówiła współczesnym ludziom dzięki stuleciom ciężkiej pracy Kongregacji, jednak Jack znał nieco ten wymarły dialekt i wiedział, że było to niegdyś laboratorium akumulatorów i ogniw fotowoltaicznych, bez wątpienia dzieło technomantów. Jakim cudem budynek ten przetrwał dwie wojny, z czego pierwsza trwała rzekomo sześćset lat, stanowiło zagadkę tylko dla Jacka. Reszta mieszkańców Palisady zwyczajnie nie zastanawiała się nad tym, jak i nad niczym innym. Nowy Świat bezkrytycznie wpatrywał się we wszechwiedzącą i wszechpotężną Kongregację.

Po wejściu do mieszkania wrzucił do paleniska rozpałkę i kilka drew. Niemal wszystkie domostwa w Palisadzie ogrzewane były lemegetonem ogniska domowego, ale Jack nie był nawet uzerem i musiał polegać na klasycznych rozwiązaniach. Wymagało to wykonania prowizorycznego komina, w czym pomógł nie kto inny, jak zeger Kewolt. 

 Gdy ognisko rozlało swoją ciepłą aurę po mieszkaniu Jack zanurzył się w balii pełnej wody i z ulgą zamknął oczy. Myślał nad tym, co widział na szlaku. O światłach przeczesujących ruiny starego świata. O spaczonych. O omenie. To ostatnie martwiło go najbardziej, gdyż Montana na swoich wykładach w forcie mówił, że to nigdy nie oznacza niczego dobrego. Omen był brzemieniem goetów, którzy nadużywali dobrodziejstw goecji a Montana, jako jeden z niewielu Sprawiedliwych parających się goecją, doświadczył go ponoć raz w życiu po serii zbyt długich sesji. 

 Problemy te (jak i pranie ciuchów podróżnych) odłożył na później. Wyciągnął z szafy zadbaną marynarkę i szarą koszulę tylko po to, by rzucić je na fotel przy stole, na którym leżało pudełko od Kewolta. Z papierosem w ustach i lupą pod ręką zaczął składać nowy rewolwer, smarując mechanizmy i polerując nowe okładziny rękojeści. Efekt porównał do swojego starego rewolweru. Z jednej strony widział nieskazitelnie gładką, matową stal, z drugiej wypolerowaną setkami sięgnięć do kabury broń naznaczoną czarnymi, głębokimi rysami – efekt trudów podróży i licznych starć. Gdy rozległo się pukanie, Jack natychmiast się domyślił, kto wpada z wizytą.

 

Wypełnione szkło zabrzęczało przyjemnie i po chwili wylądowało na stole zupełnie puste. Ogień o aptecznym smaku rozlał się po gardle i wypełnił żołądek przyjemnym ciepłem.

– Choleron… – Jack zapił zegerską wódkę mlekiem – Jakiś nowy przepis? Przecież to wali z siłą awatara.

Kewolt złapał butelkę swoimi grubymi palcami i przyjrzał się jej dokładnie. Nieco mętna substancja w środku chlupała wesoło o ścianki szkła z etykietą głoszącą, że jest to czyściwo chemiczne klasy B. Jack rzadko miał okazję oglądać swojego wspólnika bez czarnych plam na kwadratowej twarzy uwięzionej w uścisku gęstej brody. Wyraźnie widać było odcisk twardych gogli, które na co dzień nosił w swojej pracowni. Jego niskie, nieco otyłe ciało rozlewało się w nadgryzionym zębem czasu fotelu.

– No, może niezbyt dokładnie ją wyczyściłem, hehe – zaśmiał się zeger i uzupełnił braki w kieliszkach. Jack nawet nie trudził się z uprzątnięciem stołu, na którym wciąż leżały szmatki i wycior pachnący smarem. W otoczeniu kilku narzędzi własnej roboty o nieznanym przeznaczeniu leżały drobne śrubki i słoik z gęstą, brązową galaretą. Kewolt sprawiał wrażenie, że nie tylko mu to nie przeszkadza, ale nawet podoba, bo jego dłonie jakby same z siebie łapały za drobne części i bawiły nimi nadzwyczaj sprawnie. 

– Już się bałem, że będziesz zwykłym chamem i wyjedziesz bez porządnego pożegnania – powiedział Jack nalewając kolejną porcję mleka.

– Nie pierdol, żeś taki sentymentalny Jackie – odpowiedział Kewolt ze smakiem wpatrując się w swój pełny kieliszek. – Wpadłem, bo wróciłeś ze szlaku, a ja na niego jutro ruszam. Mów co tam się dzieje.

– A co ma się dziać? – Jack wzruszył ramionami nie wiedząc do końca, jak odpowiedzieć na to pytanie. – Bezdroża wciąż są bezdrożami, ale jest bardziej niebezpiecznie niż przed wojną z powodu plagi tych stworów. Jest ich coraz więcej i przybierają coraz dziwniejsze formy…

– Ze spaczonymi sobie poradzę – Zeger kliknął językiem przeładowując niewidzialną dubeltówkę. – Ty mi lepiej powiedz, czy spotkam jakiegoś pierdolniętego kongregata czy innego cholerona.

Jack pomyślał, że świat przed drugą wojną był o wiele spokojniejszym miejscem niż jest teraz. Nie oznaczało to jednak, że była to utopia.

– Teraz siedzą w miastach, a na szlak wysyłają zbrojnych z garnizonu. Jeżeli nawet jakiś kongregat wyściubi nos poza mury, to raczej w poszukiwania rozwiązania problemu plagi spaczonych, więc raczej jesteś bezpieczny… Na szlaku ma się rozumieć – zaznaczył Jack i sięgnął po kieliszek. Przypomniał sobie jak na posterunku na przedmieściach, gdzie zamiast muru wciąż używano zwykłego, plecionego grubym drutem płotu, jakiś fanatyczny uczeń dobierał mu się do spodni szukając kontrabandy, artefaktów starej cywilizacji czy cholera wie czego. – Przy wjeździe do miasta spodziewaj się wnikliwej kontroli.

– Na takie kontrole są sposoby, Jackie – Kewolt mrugnął do Jacka, wzniósł niemy toast i ponownie w szkle powiało pustką. Zeger westchnął radośnie – Eh… Czyli naprawdę sobie nie radzą. – Smakował swój głośno wypowiedziany wniosek, który najwyraźniej był smaczniejszy od spożytej wódki. – Sukinsyny. Wreszcie padli ofiarą swojej własnej propagandy. Może teraz pójdą po rozum do głowy i przestaną szukać winnych wszędzie tam, gdzie ich nie ma.

Jack wypił swoją porcję alkoholu, który natychmiast uzupełnił do pełna zarówno sobie, jak i gościowi.

– Nie liczyłbym na to – powiedział – wciąż szukają nazwy dla kozła ofiarnego. Goeci, którzy rzekomo wysycają runy są na… jak to się mówi po staremu? “Na topie”? Albo technomanci, których nikt na oczy nie widział po pierwszej wojnie. No i wy.

– A co do cholery niby mam wspólnego ze spaczeniem? Eh… Nie było tematu. Czyli co Jakie… Tylko spaczeńcy są na bezdrożach?

– Spotkasz jeszcze jakieś grupki awanturników… Hanzę w obstawie zbrojnych… Generalnie standard taki, jak przed wojną, tyle, że o wiele więcej ostrych włóczni w nerwowych rękach i więcej murów przy osadach. Nawet bandyci wolą chować się za murami niż czekać w zaroślach na konwój Hanzy. 

– Jasny chuj, to co oni robią w mieście?

– Jak nie rabują mieszkańców, to zatrudniają się jako zbrojni.

– Pierdolisz.

Jack zaśmiał się, ale nie mógł też uwierzyć, że Kewolt jest tak oderwany od rzeczywistości.

– Co ty robiłeś przez te parę lat, Kewolt? Dziś pierwszy raz wyścióbiłeś nos ze swojej pracowni?

– Kurwa, Jackie, ja mam lepsze rzeczy do roboty, niż zajmowanie się polityką. 

– To nie polityka, tylko życie, Kewolt. Codzienność. Dziś każdy głupi wie, że drab z nożem w ręku i nieprzyjemną mordą może zarówno zasadzić ci ostrze w żebra, jak i zaoferować ochronę. Prawdziwą ochronę.

– Czy ty mnie właśnie nazwałeś gorszym od głupiego, Jackie? – zaśmiał się Kewolt – to ja tu z podarunkami do ciebie przychodzę a ty mnie obrażasz – zeger rzucił na stół coś, co przypominało zegarek kieszonkowy – Co za gościna.

– Co to? – Spytał Jack nachylając się nad srebrnym, okrągłym pudełkiem. W tym świetle widać było subtelne grawerunki, których mieszanina i głębokość tworzyły albo pięcioramienną gwiazdę, albo wagę, wszystko zależało od kąta, pod jakim się patrzyło – wygląda na cholernie drogie.

– Bo jest. To twoja nowa parasanga. Tylko musisz mi oddać starą.

Jack sięgnął pod stół, skąd wyjął plastikowe, okrągłe pudełko. Stara parasanga była sporo większa od nowej wersji, mocno poobijana i zdecydowanie brzydsza. Jack odkręcił dekielek i postawił obok młodszego brata. Zeger nachylił się nad stołem, chwycił nową parasangę i nacisnął mały guziczek na krawędzi. Srebrne wieczko odskoczyło do góry ukazując czarne wnętrze. Kewolt sięgnął po wycior, który leżał na stole obok nowego rewolweru.

– Spójrz no tutaj chłopie – wskazał wyciorem wnętrze starej parasangi – twoje stare pudełko, zrobione chyba z opakowania po starożytnych landrynkach, posiadało kawałek eodium zamknięty w szklanej kulce. Chujowo zrobiony, ale robotę robiło jak należy. 

Kewolt wyjął rzeczoną kuleczkę i odłożył ją na bok. Potem wyjął piankową wyściółkę ukazując wygrawerowany w dnie prosty lemegeton. Prosty, bo składający się ledwie z dwóch fajerek, którego zapisu glificznego nie rozumiał mimo, iż znał znaczenie całkiem sporej ilości glifów. 

– Ta lemka jest w zasadzie nieaktualna, ale nie wolno ci nikomu jej rysować z pamięci czy cokolwiek takiego. To po prostu tajemnica państwowa, Jack. Jak ją pokażesz jakiemuś goecie to ci ryj urwę przy samej dupie. 

Kewolt z zapałem zaczął ścierać rysunek z dna drucianą szczoteczką.

– Czemu?

– Czemu, czemu – Kewolt się zirytował – bo tak mówię i pogódź się z tym, paniał? W starych parasangach łatwo odkryć tą lemkę, dlatego robimy nowe.

– Czyli to nie taki znowu prezent–prezent.

– Nie czepiaj się nomenklatury. Masz? Ciesz się. W każdym razie – wskazał zawartość nowej parasangi – w nowym pudełku zamiast jednej szklanej kulki stosujemy trzy, do tego stalowe. W każdej jest eodium, ale zrobiliśmy z nim czary–mary i teraz parasanga ma kilka fajnych bajerów. Po pierwsze nie działa zero–jedynkowo. Zależnie od natężenia i zabarwienia dwaalu, rodzaju hexu…

– Zabarwienia dwaalu? O czym ty mówisz?

– Nie dostałeś notatki? – Kewolt strzelił sobie kolejnego szota wódki własnej produkcji i rozsiadł się w fotelu – w cechu zegerskim nasze nauki poszły trochę do przodu. Nasi ludzie od myślenia odkryli, że dwaal dwaalowi nierówny i ma różne barwy. To znaczy my to tak nazywamy, ale chodzi w skrócie o to, że rezonują inaczej zależnie od sytuacji. Na przykład hexy awatarów inaczej zabarwiają dwaal niż hexy goetów używających starterów. Dwaal gromadzący się blisko hexteriów też ma inną barwę. Nie mamy dokładnych badań, nikt z nas nie rzuca się pierdolonym czarodziejom w ramiona i nie robi notatek. Mamy jednak pewność, że tak jest a dokładną naturę przyjdzie ci poznać w polu. 

– Robicie ze mnie królika doświadczalnego.

– Powinieneś się cieszyć, bo jako jeden z niewielu Sprawiedliwych otrzymujesz takie cacko.

Jack przyjrzał się dokładnie wnętrzu nowej parasangi. Istotnie w czarnej wyściółce znajdowały się kulki, które tworzyły trzy z czterech wierzchołków kwadratu.

– A ten slot tutaj? – Jack wskazał puste miejsce. 

Zeger ponownie nachylił się nad parasangą, ale nim odpowiedział nalał wódki do kieliszków. 

– Odblokowujesz go na czternastym poziomie.

– Co?

– Taki nasz cechowy żarcik. Jest pusty, bo można tam coś dołożyć. Jeszcze nad tym pracujemy, ale miejsce w projekcie już uwzględniliśmy. Na razie to zostawmy Jack. Teraz uważaj – Kewolt zamknął parasangę i podsunął ją Jackowi – otwieraj.

Jack posłusznie wziął ją do ręki. Nacisnął guziczek z boku i wieczko odskoczyło, ale zamiast czarnej wyściółki z trzema stalowymi kółkami zobaczył zwykły kompas.

– Prawidłowo pokazuje północ – zaczął Kewolt po chwili gdy uznał, że Jack wystarczająco się napatrzył. – Każdy, kto ci ją podpierdoli będzie widział po otwarciu zwykłą busolę. Aby otworzyć ukryte dno z wkładem parasangi, musisz nacisnąć, pociągnąć lekko do góry, potem ile się da w dół i puścić. 

– Powiedz jeszcze, że parzy kawę. 

– Nie… Ale robi coś innego. Naciśnij kciukiem kompas, mocno.

Jack przycisnął palcem szklaną osłonę i poczuł, jak całość zapada się do wnętrza obudowy. Igła nagle ożyła, przekręcając się na milimetr w lewo. 

– Czujesz jak chodzi? Po dociśnięciu sprzęgasz mechanizm parasangi z kompasem. Nie pokazuje wtedy północy, tylko barwę odczytu. Zerknij na dwie kreski po lewej i prawej od północy. Jeżeli po dociśnięciu kompasu wskazówka przechyli się na lewo, to odczyt, jak my to mówimy w cechu, ma barwę zimną. Jak w prawo, to odczyt jest ciepły. Awatarzy są bardzo zimni.

– A spaczeni są pewnie gorący?

Kewolt westchnął ciężko. Spodziewał się tego, w końcu on sam na początku wysnuł taki wniosek. Zeger klasnął w dłonie i potrząsnął głową, by ocucić nieco skołowany wódką umysł.

– Nie. Igła skręca trochę w lewo, czyli odczyt jest chłodnawy. 

– Jaja sobie robisz.

– Nie Jack, ale nie wyciągaj pochopnych wniosków i nie sugeruj się nomenklaturą. Słuchaj mnie teraz uważnie, bo aby prawidłowo czytać i przede wszystkim interpretować wskazania tego gadżetu musisz zrozumieć, jak go kalibrowaliśmy i czym naprawdę są te odczyty. Parasanga miała zawsze jeden cel: wskazywać na obecność i natężenie dwaalu. Problem z tą substancją jest taki, że to gówno jest wszędzie, nawet powietrzu którym oddychamy a jego fluktuacje zależne są od wielu nieznanych czynników. Goeci potrafią go wyczuć, wzbudzać i konwertować w hexy, ale my nie, Jack. Nikt nawet nie wie, jak duże stężenie dwaalu naprawdę wygląda a technomanci nie zostawili żadnej zabawki pozwalającej wykryć lub zmierzyć dwaal. Wszystkie nasze obliczenia i kalibracje oparliśmy tak naprawdę na jedynym znanym antagoniście dwaalu: eodium. I teraz uważaj Jack… To, że olej nie miesza się z wodą nie oznacza, że olej jest zły a woda dobra. Kongregacja robi wszystko, żebyśmy tak myśleli, ale skała nie może być kurwa zła. Eodium to pierdolony kawałek krystalicznego kamienia i chuj. W smaku trochę słony, więc możesz sobie dodać do ziemniaków, ale odbiegam od tematu. W cechu założyliśmy na razie, że eodium będzie maksymalnym odczytem na minus. Eodium mogę dotknąć, porcjować i ważyć, ale dwaalu nie. Panzram, jeden z naszych zegerów, maksymalny odczyt na plus kalibrował w trakcie Wstąpienia awatara Breneki. Myślisz, że wsadził parasangę w dupę cheonowi, gdy ten przyszedł po Brenekę? Wiadomo, że nie. Stał na zewnątrz katedry w tłumie. Myślisz, że w ten “naukowy” sposób złapaliśmy wiarygodny odczyt? 

– Pojechaliśmy potem w najbardziej opuszczone przez ludzi miejsce i tam kalibrowaliśmy punkt zero. Mówiłem ci, że dwaal jest wszędzie, nie? Skąd mam wiedzieć, jaka była tam koncentracja dwaalu, albo czy nie było tam na przykład śladowych ilości eodium… Przekręciliśmy wskazówkę na środek i komisyjnie uznaliśmy to za zero. Jak widzisz więc… To wszystko jest grubymi nićmi szyte. Dlatego ważne jest, byś używając tej zabawki podchodził z rezerwą do jej wskazań. Gdy spotkasz zegera albo wiedzącego, opowiedz mu o wszystkim, czego się nauczyłeś lub czego doświadczyłeś… Przy odrobinie szczęścia zrobimy nowe kalibracje, którym będzie można bardziej ufać.

– W porządku, rozumiem… – Powiedział Jack tak przekonująco, że Kewolt popatrzył na niego jak na durnego syna i pokręcił głową nieco zrezygnowany, ale wyraźnie rozbawiony – A jak igła wyjdzie poza skalę w którąś stronę?

Kewolt uśmiechnął się jeszcze szerzej, walnął szota i rozsiadł się w fotelu.

– To spierdalaj.

 

Lobeof rozsiadł się wygodnie w twardej berżerce spoglądając ostatni raz na dokument z pieczęcią Awatara Panteonu Prawa. Stało się, oto doznał największego zaszczytu, jakim jest Wstąpienie. Lobeof był do samego końca pewny, że chodzi o Arona, ale jednak to on. To nie była zwykła śmierć, po której trafi do Vau. Nie powróci też do Ogrodu jako człowiek. Jego przeznaczeniem było zostać jednym z Nich. 

Rozpiął sztywną, białą liberię ze złoconymi guzikami i włożył rękę pod lnianą koszulę. Serce biło tak mocno, że czuł echo tętna w opuszkach palców. Niedługo przyjdzie mu pożegnać się z tym ciałem. Zwykłą powłoką zrobioną z… mięsa. Lubił je, dbał o nie, ale po latach służby zrozumiał, że to jedynie niedoskonałe naczynie, które stawia zbyt dużo ograniczeń. Konstrukcję doceniał, ktokolwiek ją wymyślił musiał mieć niesamowity talent, ale daleko jej było do doskonałości. To jednak bez znaczenia, czas zmienić powłokę, jego valor jest gotowy, on jest gotowy. 

Jutro uroczystość, na Placu Wstąpienia pojawi się całe miasto by celebrować ten dzień – inni awatarzy, przyjaciele, jego rodzina, żona z dziećmi… Właśnie. Martwił się o swoją Secil, której twarz na wieść o Wstąpieniu rozpromienił uśmiech, ale oczy zdradzały typowo ludzkie uczucie smutku. Nie odzywała się do niego za wiele od kiedy kurier przyniósł dobrą nowinę, odpowiadała zdawkowo, uciekała spojrzeniem kryjąc łzy. W końcu zrozumie, musi zrozumieć – Lobeof powtarzał to sobie nieco zbyt często, jakby sam miał wątpliwości. Machnął ręką kilka razy odganiając natrętną myśl. Jestem Lobeof, Awatar Cheona Cudów i jutro wszystko co ludzkie przestanie mieć znaczenie. Stanę się istotą wyższą, trwającą wieki! Będę stąpał po monastyrze Bastionu a Dwaal stanie się jego krwią, krwią boga. Będzie prowadził ludzi do Vau, swoją żonę i dzieci także tam zaprowadzi, gdy nadejdzie ich czas. Nie rozstają się na długo. Nie będzie ziarnem w młynie chaosu, będzie porządkiem, który go napędza! Będzie tkać nici przeznaczenia, a nie bezwiednie na nich wisiał! 

Zasłużył. Secil zrozumie. Dzieci zrozumieją. Łzy znikną z ich twarzy jak tylko cielesna powłoka zamieni się w kamień, w zimne wspomnienie po jego ludzkim życiu. Jego valor stanie się glifem w setkach nowych lemegetonów. Co będzie jego domeną? Czy jego glif będzie sprowadzał pożogę na spaczonych albo technomantów? Może będzie leczył choroby, wspierał przepływ, spełniał życzenia? 

Ekscytacja mrowiła pod jego skórą, a jednak wśród pytań, gdzie niezależnie od odpowiedzi implikacje były wyłącznie pozytywne, pojawiały się również takie, które budziły w najlepszym razie niepewność. Jako awatar wiedział dużo więcej o Cheonach i lemegetonach niż zwykli Goeci a jego umysł był bardziej oświecony, a mimo to nie wiedział, jak bardzo się zmieni. Wstąpienie to wyższy stopień rozumowania, zerwanie z okowami prostackiej logiki na rzecz pojmowania czegoś większego, szerszego. Lobeof zniknie, narodzi się Cheon czegoś. Czy mentalność Cheona pozwoli mu darzyć Secil typowo ludzkim pożądaniem? Czy będzie czuł ciepło w sercu, gdy znów pojawi się przed nim w swojej czerwonej sukni? Czy będzie ją kochał?

Cheoni chronią i uczą, Cheoni leczą i prowadzą do Vau, dbają o czystość valoru, o rozwój ponad własną, wadliwą cielesność. Jak tego nie można nazwać miłością? Cheoni zawsze budzili respekt i autorytet, ale w ich marmurowym obliczu próżno szukać emocji. To kamień, pozbawione jakiegokolwiek wyrazu naczynie pozwalające Cheonom chodzić po Ogrodzie. Ich głos rozbrzmiewa ciepłem w głowie rozmówcy, ale nie oszukujmy się… Ten ciepły ton staje się chłodniejszy, gdy zadaje się niezbyt wygodne pytania. Trudne pytania. 

Zerknął na cheońską pieczęć, jakby miała magiczną moc rozwiewania wątpliwości, gdy ktoś zapukał w drzwi. 

– Wejść – rzucił Lobeof z ulgą, będąc wdzięczny, że coś na chwilę oderwie go od myśli sunących ku mrocznym meandrom. Drzwi izby otworzyły się z delikatnym szczęknięciem i w drzwiach pojawił się Jack. Jego widok wywołał u Lobeofa ambiwalentne uczucia, a wyraz twarzy niespodziewanego gościa, choć często obojętny, zdradzał podobne zmieszanie. Oboje byli zakłopotani tą wizytą. 

– Przychodzisz celebrować ze mną mój mały sukces? – zapytał, siląc się na koleżeński ton. 

– Nie było mnie w mieście. Jaki sukces?

Lobeof pochylił się nad biurkiem i popukał palcem w glejt opatrzony cheońską pieczęcią z niemałym uśmiechem zadowolenia.

– Wstąpienie bracie. Zostałem wybrany.

Jack pozornie nie wykonał żadnego, nawet drobnego ruchu, ale Lobeof znał go zbyt dobrze, by nie dostrzec drobnej iskierki nerwowości czającej się w jego oku. A więc dlatego Kewolt opuszcza miasto, pomyślał Jack.

– Gratuluję – odpowiedział sucho.

Cisza rozlała się po pomieszczeniu jak gęsty dym. 

– Skoro nie przyszedłeś mnie wyściskać, to czego chcesz, bracie? 

– Chciałem cię poinformować – rzekł po dłuższej chwili wyraźnego wahania – że za miastem pojawił się spaczony.

Była to prawda, ale niecała. Jack najwyraźniej nie potrafił się przemóc i powiedzieć bratu o omenie. Z twarzy Lobeofa zniknął lekki uśmiech tryumfu. 

– Widziałeś go? 

– Widziałem wyraźne ślady.

– Ślady? – Irytacja zmarszczyła czoło awatara a ton głosu zabarwił się złością – czyli bardziej się domyślasz?

– Zachowanie parasangi to potwierdza. 

– Parasanga – Lobeof prychnął, prawie wypluwając to słowo – Jesteśmy braćmi Jack, ale nie powinieneś nawet mówić tego słowa przy mnie.

– Nawet nie zaczynaj – odparł Jack z kwaśną miną i ciężkim westchnieniem – nie mam jej od wczoraj, dobrze o tym wiesz. 

– Może nie pamiętasz Jack, ale parasanga nie była częścią dekretu.

– Czemu tak nagle zacząłeś lustrować moje kieszenie? Boisz się o swoje wstąpienie, “bracie”? – rzekł jadowicie, jakby coś w nim pękło. Nie lubił tego w swoim bracie. Zadzierał nosa, jako awatar miał poczucie wyższości, a że łatwo było wśród kanonów awatara znaleźć powód, by kogoś zakuć w kajdany, to Lobeof wykorzystywał je by zamknąć usta każdemu, kto był dla niego niewygodny – I co? Nagle możesz używać mojego imienia? Przychodzę do ciebie wierząc, że ty, jako “awatar”, zajmiesz się tym jak należy. Ale masz swoje Wstąpienie, więc chrzanić ludzi, którym spaczeniec narobi biedy…

Lobeof wstał gwałtownie, przewracając z hukiem fotel. Wycelował palcem w Jacka idąc w jego kierunku z miną daleką od zrównoważonego, zdyscyplinowanego wybrańca Cheonów. 

– Jak śmiesz ty cholerny relikcie ciemnogrodu!? Znam swoje obowiązki i nie będziesz mnie pouczał! Nie insynuuj, że przekładam siebie nad innych! Ja! Służę! Ludziom! – zaakcentował ostatnie słowa wyraźnym gestem ręki. Parasanga w kieszeni Jacka zaczęło wibrować ostrzegawczo.

– Uważaj Lobi, bo ci się już oczka świecą! – Warknął Jack ruszając naprzód i odruchowo sięgając do pasa – Prawda zabolała do łez czy masz zamiar mnie przypalić jakimś hexem? 

Lobeof zatrzymał się. Na widok Jacka gotowego użyć broni przeciw niemu zrobiło mu się zwyczajnie przykro a wzbierający w nim gniew nagle gdzieś uleciał.

– A ty jesteś gotów mnie zabić, bracie? 

Jackowi ręka zamarła nad kaburą. Opuścił ją po chwili, jakby stracił w niej władzę. Wstyd malujący się na twarzy zasłonił rondem kapelusza.

– Ostrzegam cię przed spaczeńcem, Lobi – powiedział głucho a spojrzenie utkwił w drzwiach – wierzysz czy nie, to nie ma znaczenia – odwrócił się na pięcie i sięgnął do klamki.

– Sprawdzę to – rzekł szybko Lobeof. Jack skinął głową, szarpnął klamkę i dał krok za próg.

– Będziesz na Wstąpieniu? 

Awatar spytał trochę zbyt szybko, by Jack nie zorientował się, że mu zależy. Zatrzymał się i spojrzał przez ramię na swojego brata. Trwał tak w zamyśleniu, tym razem doskonale maskując uczucia, przez co Lobeof nie wiedział, co oznaczało ciche mruknięcie pod nosem. Drzwi zamknęły się za Jackiem a Lobeof został sam na sam ze swoim sukcesem leżącym na biurku. Spojrzał na glejt, ale w tej chwili nie potrafił dostrzec tam niczego więcej, jak zwykłego kawałka papieru.

 

Była to wyjątkowo ciepła noc. Cykady dawały usypiający koncert a chłodny wiatr koił nerwy Jacka. Po burzy pozostały tylko kałuże i rozmokła ziemia. Korzystał ze spaceru, nie spieszył się do swojego domu. Pozwolił sobie na ściągnięcie opaski, która odcisnęła czerwonym śladem swój kształt na jego twarzy. Mimo, iż nie otworzył oka (by nie zwracać na siebie zbytniej uwagi), ulga była znaczna i to mu wystarczyło. Zadziwiające, że nocna przechadzka po mieście miała tak terapetuczny wpływ na Sprawiedliwego. Pewnie to dlatego, że Palisada była mu bliska mimo, iż duża część mieszkańców nie darzyła go sympatią. Czasem zastanawiał się, czy dalej jest sens nazywania się Sprawiedliwym, skoro ludzie w dużej mierze stracili szacunek i zaufanie do tej instytucji. Kiedyś był to prestiż, dziś jest to rodzaj piętna, którego skutki odczuwa się jeszcze za życia. 

Z nostalgią wspominał czasy swojego dzieciństwa, gdy razem z Lobim i innymi dzieciakami z sierocińca wspinali się na wizytówkę Palisady nazywaną samotną szklaną wieżą. Żadnych rozterek, ciężkich myśli, przytłaczających dni… Tylko zabawa w berka, tchórza i walki cheonów. Wieża znajdowała się niemalże w centrum miasta i była formą pomnika, którego nie wolno było dotykać. Szkoda, bo było to doskonałe miejsce do zabawy i testowania swojej odwagi. Lobi i Jack wspięli się najwyżej ze swojej paczki kolegów i koleżanek – dwadzieścia jeden z czterdziestu pięciu zdobytych pięter. To był prestiż a nie tam jakieś bycie Awatarem czy Sprawiedliwym. Widok z wieży był niesamowity, a plotki głosiły, że z samej góry można gołym okiem dostrzec Bastion kryjący się w promieniach słońca. To były dobre czasy pełne dziecięcych marzeń, ale niestety bezpowrotnie minęły. 

Dziś wieżowiec po prostu prezentował się okazale górując nad okolicą. Był szczególnym punktem na mapie Palisady i okolic, znakiem rozpoznawczym dla podróżników spoglądających na horyzont. Nawet gdy strudzony podróżą Jack wracał z kolejnych wypraw, widok wieży w oddali dodawał mu sił. Od zakończenia pierwszej wojny nehelemskiej kolejne pokolenia rady miasta debatują, czy obiektu nie wyburzyć. Ostatnim bastionem (nomen omen) broniącym wieży przed jej nieuchronnym losem jest Lobeof.

Jack ganił się w myślach za wizytę złożoną awatarowi. Cały czas widzi w nim brata, ale jego reakcja utwierdzała go w przekonaniu, że dobrze zrobił nie mówiąc mu o omenie. Z drugiej strony sam sięgnął po broń z głupiego powodu. Czyżby tak nim wstrząsnęła wiadomość o wstąpieniu Lobiego? A może wciąż postrzega go jako zdrajcę? 

Jack od zawsze nosił silną urazę do brata, że wybrał kongregację. O tym, że go zaprzysiężono dowiedział się w jednym z listów. W każdym kolejnym było coraz mniej Lobiego rysującego nieprzyzwoite rysunki na miejskich lemegetonach a coraz więcej Lobeofa fanatycznie mówiącego o kanonach kongregacji. Z jednej strony to był jego wybór i Jack powinien go uszanować, tym bardziej, że on także dokonał niewygodnego dla brata wyboru, tak więc trudno powiedzieć, kto komu (i czy w ogóle) zrobił tu na złość. Fakt jest jednak taki, że nie mógł liczyć w najbliższym czasie na Lobiego, bo czeka go Wstąpienie i po nim nie będzie już miał brata. Ta myśl wykręcała Jackowi wnętrzności. 

 Aby uwolnić myśli od emocjonalnych rozterek Jack skupił się na omenie, którego doznał w trakcie wyprawy. Zdecydował się wstąpić do Dolara, w którym upatrywał nadzieję na rozwiązanie swojego problemu. Droga do jego siedziby prowadziła przez Plac Wstąpienia, gdzie mimo późnej pory trwały prace przygotowawcze do jutrzejszej uroczystości. Jack dobrze pamiętał wstąpienie Vespy sprzed dwóch lat. Tłumy ludzi na placu przed katedrą, chorągwie, wiwaty, śpiewy i recytacje. W trakcie przygotowań w samej katedrze mogli przebywać tylko uczniowie kongregacji, moderatorzy, awatarzy, korpus cywilny i goście biorący udział w próbach. Być zaproszonym do katedry podczas Wstąpienia to zaszczyt, którego Jack nigdy nie dostąpił, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało. Od samego początku swojego istnienia drażnił go temat kongregacji – wydawałoby się, że bez wyraźnego powodu. Miał wrodzony brak zaufania do ludu Decaina, czuł się nieswojo w towarzystwie awatarów i pewnie dlatego za młodu lubił wandalizować wszystko, co wiązało się z Cheonami i ich naukami. 

Zatrzymał się pod arkadami ciągnącymi się wzdłuż wschodniej części placu. Wrota katedry były otwarte wypluwając co chwila uczniów kongregacji przygotowujących obchody jutrzejszego wydarzenia. Wszystkich śpiochów i innych fanów surfowania po dwaalu pochowanych w różnych zakamarkach albo przeganiano, jeżeli byli jeszcze przytomni, albo wynoszono, nierzadko martwych.

Wśród nich było całkiem sporo byłych goetów, którzy za bardzo zanurzyli się w obietnicach dwaalu. Nadużywanie hexów prowadzi do nagromadzenia tej niewidzialnej, tajemniczej substancji, w skrajnych przypadkach wprowadzając goetę w śpiączkę. Omen był znakiem ostrzegawczym, by odpuścić na jakiś czas praktykowanie goecji, ale sny sprowadzane przez dwaal uzależniały. 

Ci, którzy wyszli ze śpiączki opowiadali o niesamowitych światach, gdzie mogli być kim chcieli i robić, co chcieli. Byli bogami w krainie snów, szczęśliwymi i pozbawionymi dotychczasowych trosk. Wracali więc tam, nierzadko doprowadzając do katastrof wywołanych potrzebą ponownego, gwałtownego nagromadzenia dwaalu, który ponownie sprowadziłby na nich cudowne sny. 

Tym pewnego rodzaju narkomanom odbierano startery, zamykano w lecznicy lub nawet zabijano, jeżeli stwarzali zagrożenie. Nie mogąc praktykować goecji w mieście, opętani żądzą powrotu do krainy marzeń kryli się na przepastnych bezdrożach, gdzie nie sięgały często ani prawa, ani moderatorzy kongregacji, byli tam za to Sprawiedliwi. 

Wstąpienie było doskonałą i bardzo wyjątkową okazją, bo mógł on szczęśliwcom zagwarantować naprawdę wieczny sen. Mimo, iż nagromadzenie dwaalu było spore, to nie było tak skoncentrowane jak w wypadku niektórych hexów. Jednak obecność Cheona, którego moc rezonuje poprzez dwaal dawała szanse na wkroczenie do krainy snów i obrócenie się w kamień, zamykając w ten sposób drogę powrotu do realnego świata. Nikt nie wiedział, co stało za tym zjawiskiem, ale z racji podobieństw do efektu ceremonii nazywano to “małym wstąpieniem”. Była to szczególnie irytująca moderatorów praktyka uzależnionych od snu śpiochów.

Katedra wzniesiona z czerwonej cegły bez wątpienia była pozostałością zapomnianej historii, reliktem przeszłości zaadaptowanym do aktualnych potrzeb, choć wielu Wiedzących mówi tu o “asymilacji”. Nad samymi łukowymi wrotami wisiał potężny, okrągły witraż znajdujący się w uścisku strzelistych wież, które wzbijały się wysoko w czarne niebo. Jack mógł sobie tylko wyobrazić, jak pięknie wyglądało wnętrze katedry, gdy promienie słońca wpadały przez kolorową mozaikę ze szkła i stali. Ze środka biła złotawa, jasna aura, od której parasanga Jacka dostawała drgawek. 

Wtem dostrzegł postać niepasującą ani do późnej pory, ani do kongregacji. Spojrzenia straży katedry taksowały ją tak samo niechętnie i podejrzliwie jak samego Jacka, co tylko zachęciło go do bliższej obserwacji. Kobieta o białych włosach siedziała po turecku intensywnie pracując nad kartką papieru rozłożoną na nogach. Zerkała co jakiś czas w stronę katedry i, jak się okazało gdy Jack podszedł bliżej, szkicowała ołówkiem wnętrze wyjątkowo detalicznie. Kartkę oświetlał niewielki kryształ wiszący na jej szyi – bez wątpienia osobisty starter aktualnie pobudzany przepływem. Goetka.

– Ustawiłam się tak, jak chcieliście, tak daleko, jak chcieliście, co wam jeszcze nie pasuje? – powiedziała nagle kontynuując dalej swoje artystyczne zajęcie.

– Nie pozwalają pani malować?

Kobieta oderwała wzrok od kartki i dopiero teraz odwróciła się do Jacka. Miała nieco okrągłą buzię i sympatyczne, piwne oczy. W jej eleganckim, ale wyjątkowo praktycznym stroju dominowała czerń, z kilkoma białymi akcentami. 

– Nie bardzo – odparła zmieszana, ale uśmiechnęła się – pan też nie ułatwia – zmrużyła oczy, badawczo przyglądając się Jackowi – Coś się panu stało?

– Hm?

– Oko.

– Ah… – Jack podrapał się po prawej powiece – mam z nim trochę problemów – powiedział i nasunął czarną, skórzaną opaskę.

– Mogę pomóc, znam kilka hexów.

– Na to nie ma hexa – zaśmiał się Jack – ale dziękuję. 

Nagle jej przyjazny uśmiech przygasł a oczy uciekły do rysunku.

– Zasiedziałam się – wcisnęła niedbale swoje dzieło do plecaka i wstała gwałtownie.

– Raczej zdenerwowała. Dość nagle – powiedział sucho Jack. 

Kobieta spojrzała na Jacka, Jack patrzył na nią. Różne myśli kłębiły się obojgu w głowie a z każdą sekundą narastało nieprzyjemne napięcie. W końcu białowłosa wskazała na kaburę Jacka, która niesfornie wyjrzała spod marynarki. No tak. Nie krył jej zbyt specjalnie i nietrudno było ją dostrzec, szczególnie gdy siedziała. 

– Pani nie jest z Palisady, prawda? – Jack zapiął marynarkę.

– Nie. 

– Wojna się skończyła, nie ma się o co martwić – Jack próbował uspokoić goetkę, ale jej mina sugerowała, że bez skutku.

– Po prostu spaceruje pan nocą po placu dzień przed Wstąpieniem. Zupełnie przypadkowo. 

Niepokój zagnieździł się zarówno w jej głosie, jak i każdym drobnym ruchu, sztywnym i nienaturalnym. Jej reakcja podpowiadała Jackowi, że musiała być w jakiś sposób wplątana w drugą wojnę Nehelemską. Miał też wrażenie, że za chwilę nogi poniosą ją do ucieczki albo sięgnie po starter. Zaśmiał się krótko pod nosem chcąc rozładować sytuację.

– Tak. W istocie rzeczy idę do znajomego, ale potrzebowałem się przewietrzyć, więc nadkładam drogi. Skąd pani jest? – spytał próbując zejść na inny temat, ale za późno zrozumiał, że zabrzmiał, jakby ją przesłuchiwał.

– Z Aston. 

– To daleko. 

– Niecodziennie awatar zostaje częścią cheońskiego panteonu.

– Owszem.

Stali tak, nerwowo prowadząc dialog obfitujący w sucho wypowiadane fakty zawarte w kilku słowach. Jack zapewnił ją tylko, że wojna się skończyła i nie ważne, po której stronie się opowiadała. Teraz skupiają się na spaczonych, więc awatarzy i goeci nie mają się czego bać z ich strony. Napięcie, mimo starań Jacka, nie zelżało – można nawet powiedzieć, że rósł jeszcze większy mur między nimi. Konwersacja chyliła się ku upadkowi, gdy nagle nieznajoma białowłosa wyciągnęła dłoń.

– Przepraszam, po prostu nie potrafię pominąć faktu, że jest pan Sprawiedliwym.

Nerwowy uśmiech znikł z twarzy Jacka razem z lekkim powiewem wiatru, ale jednocześnie poczuł wdzięczność za tę odrobinę szczerości. Z anemicznym wyrazem na twarzy uścisnął jej dłoń. 

– Rozumiem. Życzę miłych wrażeń. 

– Do widzenia.

Nieznajoma skinęłą głową, odwróciła się i ruszyła sztywno przed siebie, jakby bała się, że Jack za chwilę ją zastrzeli. Nie znał jej imienia, ona nie poznała jego. Dla siebie byli tylko Sprawiedliwym i Goetką. Ogniem i wodą.

 

Ten dzień obfitował w nieprzyjemne sytuacje, a każda z nich powodowała mdłe uczucie w żołądku Jacka. Zeger wyjeżdża, Lobi otrzyma Wstąpienie a nieznajomi uciekają od niego jak od gówna. Do tego doszła jeszcze Secil. Trafił na nią przypadkiem w jednej z barwnych alei, gdzie ze względu na porę prędzej spodziewałby się niemoralnych propozycji niż żony awatara. Odruchowo wyciągnął broń, gdy zza zakrętu chwiejnym krokiem wyłoniła się postać okryta luźnym płaszczem. Dopiero w świetle błędnego ognia dostrzegł Secil, która miała łzy w oczach. Charakterystyczna budrysówka Lobeofa była luźno zarzucona na piżamę.

– Przedziwny zestaw na wieczorny spacer.

Jack schował broń. Secil otarła łzy podchodząc do Jacka i popchnęła go w złości, prawie go przewracając.

– Zrób coś – powiedziała wściekła – jesteś jego bratem! – ponowiła atak, na co Jack już był przygotowany. Po prostu przyjmował niegroźne pchnięcia, starając się nie przewrócić – dlaczego wybrali jego? Przecież to twój brat, nie powinni go wybrać właśnie ze względu na ciebie!

– Może właśnie dlatego go wybrali? 

Ciosy zamieniły się w chwyt szarpiący za klapy marynarki.

– Zrób coś! Okryj go hańbą! Zrób tak, żeby powiedzieli, że jest niegodny! Na pewno umiesz!

– Daj spokój Secil – rzekł obojętnie. Secil uwiesiła się na Jacku prawie prując jego znoszoną, szarą marynarkę. Nie straciła sił, tylko nadzieję. Beznamiętnie uderzała głową o jego pierś a jej długie, rude włosy lepiły się do jego mokrej od łez koszuli.

– Przerwij Wstąpienie – jej głos zabrzmiał inaczej, jakby nie należał do niej – przerwij je. Odwlecz ile się da. Cokolwiek…

– Secil… – Jack zdobył się na ciepły ton – To do Lobiego należy decyzja i zdaje się, że ją podjął. Jestem cierniem w jego oku i moje prośby tylko umocnią jego postanowienie.

Czekał na jakąkolwiek reakcję zrozpaczonej kobiety. Nic.

– Poza tym… to nic złego – dodał wyraźnie bez przekonania. Secil podniosła głowę przeszywając Jacka czerwonym od łez spojrzeniem.

– Jeżeli wróci jako Cheon… – wyłkała.

Zimny lud skuł wnętrzności Jacka. Gwałtowny dreszcz nie uszedł uwadze Secil. Odsunęła się od niego.

– Idź Jack. Idź precz – odwróciła się i nienagannym, eleganckim krokiem oddaliła się w kierunku swojego domu, ani razu nie oglądając się za siebie. To nagłe odzyskanie rezonu przez Secil napawało Jacka niepokojem. Daleko na zachodzie pomrukiwała oddalająca się burza.

 

– Omen? – Dolar ścierał senny piasek z oczu – Z jednej strony… Wow… Z drugiej nic dziwnego.

Goeta rozsiadł się w fotelu, który zdecydowanie nie pasował do reszty wystroju mieszkania. Mało tego, mieszkanie wypełnione było przedmiotami i meblami, które pochodziły chyba z różnych epok. Stara szafa robiła jednocześnie za ściankę działową w tym jednopokojowym, ale obszernym domostwie. Można było odnieść wrażenie, że Dolar dopiero się tu wprowadził, gdyż wszystkie meble zdawały się stać bez ładu i składu, rozrzucone chaotycznie po mieszkaniu. Jedynym elementem, który sprawiał wrażenie celowo umieszczonego w pokoju był czarny, matowy podest wykonany z jednego kawałka kamienia. Miał około czterech metrów średnicy i był sceną jednego człowieka. Luca, bardzo młody chłopak o włosach prawie sięgających ramion, stał na jego środku i oglądał swoje dzieło przekładając między palcami rylec, którego użył do jego wykonania. Nie było kompletne, ale projekt był duży i każdy krok musiał być dobrze przemyślany. Jack kątem oka spoglądał na pracę Luci, który co jakiś czas padał na ziemię, gdzie delikatnymi ruchami rysował kolejne glify i granice fajerek. 

– Bo?

– Jack… Z jednej strony jesteś Sprawiedliwym. Z drugiej sam Decain cię naznaczył, i to dość poważnie. 

– Jesteśmy w stanie coś z tym zrobić? Z Omenem?

– Nawet jeżeli, to bym tego nie robił – Dolar sięgnął po kawę.

– Czemu?

– Myślę, że Decain miał większy plan na myśli, gdy dał ci swoją pieczęć. Mam tu na myśli nie tylko ciebie per se, ale też pozostawienie was przy życiu po wojnie. To nie może być tylko miły gest. Może omen jest częścią jego planu.

– Brzmisz jakbyś wciąż nosił liberię.

– Nie zrozum mnie źle Jack… po prostu pewnym faktom nawet ja nie zaprzeczę. 

– Jakim niby faktom? 

– Zaznaczając cię, Decain wydał niejako amnestię na wasze bractwo, a przynajmniej tak zrozumiała to kongregacja. Nie musiał tego robić, nie musiał ratować waszej skóry. Jednak zrobił to, pobłogosławił, wyciągnął dłoń, nazywaj to jak chcesz. Osobiście uważam, że Decain zaskoczył nie tylko kongregację i Sprawiedliwych, ale też swoich braci. Nikt o tym nie mówi i zapewne mówić nie będzie. Ale traktowanie tego jak jakieś choroby Jack… Ja nie mogę tego zrobić.

– A co możesz zrobić? Bo na razie słyszę tylko bełkot nie mający nic wspólnego z moją sytuacją. Tylko krótko Dolec. 

Dolar oparł się w fotelu i spojrzał w sufit. Bruzda na jego czole pogłębiała się z każdą sekundą milczenia. W końcu westchnął i spojrzał na intensywnie pracującego chłopaka. 

– Luca, mamy jeszcze haizinę?

– Mamy – odpowiedział, wskazując palcem komodę. 

Dolar wstał niechętnie i popijając kawę znalazł się przy starej komodzie. Machnął dłonią nad szufladą kilka razy po czym klnąc pod nosem zaczął szukać kluczyka. 

– Nawet to cholerne pudełko nie daje rady – rzucił gniewnie w eter i zaczął grzebać po kieszeniach. Kluczyk znalazł dopiero w spodniach rzuconych na oparcie jakiegoś krzesła. Otworzył szufladę i wyjął z niej pudełko, które z najwyższą ostrożnością przyniósł z powrotem do stolika. Samo pudełko nie wyglądało za specjalnie. Było proste, pozbawione zdobień; ot, metalowy sześcian z wieczkiem na zawiasach. Dolar otworzył zamek i przesunął skrzyneczkę w stronę Jacka.

– Otwieraj. Nie bardzo chcę mieć z tym styczność, nie dziś.

– Co to jest? – spytał Jack otwierając pudełko. W wyściółce z twardej, czarnej gąbki znajdowała się czarna buteleczka opisana białą farbą.

– Roztwór eodium. 

Jack nie krył zdziwienia. Goeta posiadający eodium był jak kucharz posiadający truciznę między przyprawami. Duże ryzyko, które mogło się skończyć źle na różne sposoby.

– Skąd to masz?

– Tuż przed moim odejściem podpieprzyłem kilka fiolek z Lecznicy Vespy.

– Żartujesz? Kongregaci mają eodium? Przecież to dla nich herezja.

– Herezja czy nie, to nie na każdy hex istnieje kontra. Do lecznicy zgłaszają się nie tylko ludzie z dolegliwościami fizycznymi. Czasem przypadłości są efektem aktywnych hexów i gdy przyjdzie im leczyć ciężkie przypadki, to po cichu stosują ten roztwór, który nazywają haiziną. 

– Pierdoleni hipokryci. Co mam z tym zrobić?

– Wypić. Ale oczywiście nie wszystko! – Dolar panicznie pomachał ręką – Kapnij sobie ze dwie kropelki do szklanki wody i wypij. 

– Chcesz mnie zatruć eodium?

– Tylko troszeczkę. Odetnie cię to mocno od przepływu, więc powinieneś mieć nieco spokoju. Tylko wiesz… Nie przesadź, nie wiem jak to wpłynie na twoje… eee… oko.

– Po co ci eodium tak w ogóle? – spytał Jack otwierając buteleczkę. Już sam zapach powodował szczypanie w prawym oku.

– Do tego samego co w lecznicy… oraz do różnych innych rzeczy. Bardzo często do gaszenia pożarów.

– Pożarów? – dwie krople czarnej cieczy wylądowały w pustym kieliszku.

– Jak mi jakaś lemka pójdzie dziko, to warto mieć rodzaj bezpiecznika. Jeszcze nie zdarzyło się mi, a tym bardziej Luce spektakularnie spieprzyć jakieś fajerki lemegetonu, ale czasem pominę ważny glif czy coś źle przekieruję na etapie projektowania. A jak odpalisz hexa, to już nie ma miejsca na korekty.

Jack rozcieńczył czarny płyn wodą, wypił duszkiem i w tym momencie poczuł, jakby ktoś wsadził mu szpikulec w oko. Targnęło nim jakby dostał ataku padaczki i zgiął się wpół próbując wytrzymać falę bólu, odruchowo zrywając opaskę z oka. Poczuł na palcach mokrą ciecz i miał nadzieję, że to tylko łzy. 

– Jasny chuj… – wycedził.

– Mówiłem. Pokaż no.

Jack, sycząc przez zębym próbował otworzyć oko, które atakowane było przez tysiące małych igieł łzawiąc obficie. Dolar widząc zmagania Jacka nie czekał i po prostu podniósł powiekę, nie na długo oczywiście, bo Jack się wyrwał, prawie kuląc w fotelu.

– Tylko się nie zesraj. Dalej boli?

– Ta… Co tam się dzieje? – stękał Jack.

– Widzisz na nie?

Jack próbował kilka razy mrugnąć.

– Tak, coś tam widzę.

– No to nie ma się co martwić – Dolar usiadł i dopił kawę. – Jestem zmęczony Jack. Jeżeli to wszystko to jako twój “lekarz” zalecam jakiś procentowy napitek. Idź spać, jak normalny człowiek, jutro poczujesz się lepiej.

Jack cholernie na to liczył, choć świadomość, że Lobeof stanie się częścią Bastionu odbierała mu nadzieję na lepsze jutro.

– To chyba niemożliwe Dolec… – tętniący ból mimo iż nieznośny, powoli tracił na sile.

– Jack… – Dolar poklepał przyjaciela po ramieniu – musisz wierzyć, że jutro naprawdę będzie lepszy dzień.

Jak się jednak okazało Dolar nie mógł się bardziej mylić, bo choć noc była łaskawa dla Jacka i obfitowała w kojącą ciemność wolną od snów, to poranek zwiastował poważne kłopoty. 

 

Intruz.

 

Technologia. Magia tak powszechna, tak oczywista, że nie nazywa się jej magią. Setki lat odkryć zrodzonych z ciekawości leżącej w ludzkiej naturze zakorzeniły ją w świadomości jako integralną część rzeczywistości. Człowiek ją ujarzmił. Skuł tabelami, teoriami, zasadami i definicjami. Sięgnął poza empiryczny świat i porozumiał się z nim językiem matematycznych wzorów. Sięgnąłby jeszcze dalej, tam, gdzie żadna istota do tej pory nie dotarła, być może do samego centrum stworzenia, istoty kreacji, początku wszystkiego. Potem przybyli oni. 

 

– Mun, księżycowe hexterium.

 

Tego dnia powietrze wibrowało od hymnów i pieśni wznoszonych na cześć Lobeofa i jego patrona. Kolorowe wstęgi rzucane w górę przez rozradowany tłum mieszały się ze srebrzystym konfetti błyszczącym wesoło w promieniach Słońca. Przed katedrą, na Placu Wstąpienia, zebrali się licznie mieszkańcy i pielgrzymi radując się ze wstąpienia awatara. Z tej okazji rozwinięto karminowy, zamszowy dywan, który ciągnął się od ratusza przez cały plac, wspinał po niskich stopniach katedry i znikał w jego mrocznym środku. Gdy tylko słońce wzbiło się wysoko na bezchmurny, błękitny horyzont, z ratusza wyruszyła niewielka procesja z Lobeofem na czele. 

Pozdrawiał on tłum zgromadzony na placu wypinając dumnie pierś okraszoną złotą liberią. Zaraz za nim unosili się lekko uczniowie kongregacji odziani w czerwone szaty z przepastnymi kapturami. Zamykali w swojej formacji gości honorowych, składających się w głównej mierze z wyselekcjonowanych mieszkańców Palisady oraz kilku przyjezdnych eminencji. Syn Lobeofa był członkiem straży i skrywał swoją twarz w cieniu czerwonego kaptura. Kilkuletnia córka awatara, piegowata Jaspis, siedziała na mocarnym ramieniu Taegana Żelazne Serce, awatara cheona ognia, moderatora ceremonii a Aron i Joel kroczyli u jego boku pozdrawiając rozradowany tłum. Pochód dotarł do katedry bez żadnych niespodzianek i zniknął w katedralnym półmroku, zostawiając przy wrotach straż uczniowską. Nikt ze zgromadzonych na placu nie ośmielił się wkroczyć na czerwony szlak, który będzie służył procesji w drodze powrotnej. Po zakończeniu ceremonii rozpocznie się festiwal trwający do późnej nocy, pełen zabaw, tańców i straganów wypełnionych zarówno suwenirami, jak również jedzeniem i napitkiem. 

Nagle na czerwonym dywanie pojawił się człowiek o szatynowych, potarganych włosach i zerwał się biegiem w stronę katedry, ściskając w dłoni mocno pognieciony kapelusz. Kilkanaście rąk próbowało powstrzymać jego bluźniercze zapędy, ale intruz dopiął swego i biegł wpatrzony w otwarte wrota katedry otoczony protestami i nieprzychylnymi gestami ludzi dookoła. Nie potrzeba było więcej niż kilku sekund, by czworo postaci w czerwonych szatach zerwało się spod wrót i otoczyło nieznajomego.

– Jack? – odezwał się Boreas, rozpoznając w intruzie swojego wujka. – Co do cholery?

– Bo… Boreas – Jack próbował złapać tchu – Secil…

– Co chcesz od mamy? – Boreas pomachał dłonią odganiając pozostałą trójkę wyraźnie chcących sięgnąć po bardziej ofensywne środki. Był wściekły na wujka za tą scenę, dlatego jego głos podszedł jadem, ale wspomnienie imienia jego matki skuło jego serce lodem.

– Ona.. Ma… Moją Broń… – Wysapał z trudem Jack i złapał bratanka za karminowe szaty gniotąc srebrny półokrąg wyszyty na piersi. Oczy Boreasa otworzyły się szeroko, gdy znalazł potwierdzenie słów wujka w pustej kaburze u jego pasa – Ona chce zatrzymać…. Za wszelką cenę… Szybko Boreas…

Boreas palcem wskazał na intruza wydając niemy rozkaz i trójka bezimiennych uczniów zaszeleściła płachtami karminowej szaty grodząc Jackowi drogę. Boreas wzniósł się lekko w powietrze i ruszył niczym zefir w stronę katedry, rozrzucając leżące na dywanie konfetti. Jack padł na kolana pozwalając, aby pot spływał mu z czoła studząc rozgrzaną głowę. Oddychał łapczywie próbując zasilić organizm brakującym tlenem. Czuł suchość w ustach i ogień w płucach, ale wszystko to przyćmiewał strach o Secil. Miał nadzieję, że skradziony rewolwer to jedynie rekwizyt w teatrzyku, który chciała odstawić. 

Pluł sobie w brodę, że ani nie schował nowego rewolweru, ani nie sprawdził czy wciąż jest na swoim miejscu, gdy wrócił późną nocą od Dolara. Przyćmiony bólem i zmęczeniem nie zwrócił nawet uwagi, że z pasa zniknął również jeden nabój i dopiero rankiem dostrzegł oczywiste braki. Nie trzeba było moderatora do rozwiązania tej sprawy; Jack wiedział, kto, jak i dlaczego dokonał kradzieży.

Ciało zmieniło się w watę a karminowy dywan kusił Jacka, by się na nim zwyczajnie położyć, ale uczniowie nagle rozstąpili się i wskazali dłonią katedrę. Nie wiedział czemu nagle jest mile widziany, ale było mu to na rękę i jeżeli chcą go zaprowadzić do środka, to nie miał zamiaru oponować. Zamknęli go w trójkątnej formacji i ruszyli powolnym ślizgiem niskiej lewitacji. Drażniło go ślimacze tempo, ale jeżeli będzie próbował się wyrwać, zatrzymają go i nawet kaptur im nie zatrzepocze z wysiłku. Gdy świadkowie zajścia zobaczyli, że Jack prowadzony jest grzecznie do katedry, powrócili do swoich modłów i w powietrze znów wzniosły się radosne śpiewy. 

Parasanga Jacka wibrowała w kieszeni z każdym krokiem zbliżającym go do katedry. Kolisty witraż nad wejściem był ogromny i rozbijał promienie wpadające do środka na kolorowe snopy światła, wypełniając wnętrze magiczną aurą. Przejście przez próg było jak przekroczenie granicy światów. Harmider za plecami przycichł nienaturalnie i wydawał się odległy, obcy, jakby był wczorajszym snem. 

W katedrze panowała atmosfera duchowej uroczystości. Chłodne powietrze oblało skórę, zapach ostrych kadzideł drażnił nozdrza a w uszach dźwięczały zbiorowo szeptane wersy mistycznych inkantacji. Kroki Jacka niosły się echem pośród wysokich kolumn zdobionych historycznymi ornamentami. Zgromadzeni wewnątrz ludzie nie znaleźli się tu w wyniku przypadku. Byli to specjalnie wyselekcjonowani goście, ustawieni według odgórnie ustalonego porządku. Może i mieli w sercu życzliwe, pełne miłości pieśni cheonów, ale obserwowali Jacka z pewnym obrzydzeniem wypisanym na twarzy. Jack natomiast czuł się jak na pogrzebie. 

Dusił się. Dusił się nie tylko z powodu zaognionych z wysiłku płuc po szaleńczym sprincie. Dusił się uniosłą atmosferą. Czuł, że jest jedyną osobą, która nie uległa tej zbiorowej hipnozie i narkotycznym oparom. Wyczuwał nieuchwytną, fałszywą nutę, która nie pozwalała mu poddać się ogólnej euforii. Na pewno nie pomagał fakt, że nie przybył tu dla brata. Rozglądał się intensywnie za Secil, wypatrywał czerwonej sukni, która powinna się wyróżniać wśród ubranych na biało ludzi. Cholera, może już miała wyciągnięty rewolwer. Może kurek się właśnie odchyla. Jack chciał wierzyć, że broń posłuży jedynie jako straszak, ale skoro była na tyle zdesperowana, żeby ukraść mu także kulę…

Lobeof stał pomiędzy klęczącymi posągami. Byli to niegdyś Awatarzy, po których pozostała skamieniała ziemska skorupa, ślad po ich ludzkim życiu. Stały jeden obok drugiego przed stopniem prezbiterium, głównej scenie jednego aktora, którym był dziś Lobeof a nad nim górowało naczynie Cheona Cudów, przy którym wydawał się śmiesznie mały. 

Otulony pozłacanymi szatami pięciometrowy, nieskazitelnie biały marmurowy posąg o bogato zdobionej koronie, kobiecej twarzy i ciele szczupłego mężczyzny służył jako ziemskie ciało Cheona. Złota aura zmieszana z kolorowymi refleksami witraża otaczała posąg a na uniesione dumnie czoło opadała srebrna nitka utkana ze światła. Parasanga dostawała szału, ale Jack dzielnie ją ignorował. Taksował za to spojrzeniem śmietankę towarzyską miasta, która dostąpiła zaszczytu przebywania wewnątrz katedry. Szukając Secil, dostrzegł tam inną znajomą twarz. Jeszcze wczoraj widział białowłosą kobietę na placu rysującą wnętrze katedry, a dziś dzielnie mamrocze pod nosem swoje modły wpatrzona w naczynie Cheona Cudów. 

Nagle marmurowa rzeźba poruszyła się zupełnie swobodnie, jakby nie była już z kamienia – Cheon zstąpił do Ogrodu, świata śmiertelników, w zupełnej ciszy, bez fajerwerków czy innych efektów pirotechnicznych i tylko parasanga Jacka podskoczyła w jego kieszeni jakby przerażona. 

– Dziś stajesz się jednym z Bastionem. – usta naczynia się nie poruszyły, ale głos Cheona skierowany do awatara rozległ się także w głowach zgromadzonych. Jack też je słyszał, były jednak zniekształcone i odległe, jakby pochodziły zza grubej ściany. Były za to ciepłe i działały uspokajająco. – To wspaniałe, że do nas dołączysz. Jesteś gotowy.

Jack nie mógł nie być pod wrażeniem. Nigdy do tej pory nie widział Cheona z tak bliska, a ujrzeć na własne oczy ożywiony kamień było niezwykłym przeżyciem. Jack uważał się za gruboskórnego typa, ale ta nie okazała się tak gruba jak się spodziewał i złapał się na tym, że rozdziawił usta jak pięciolatek na widok kolorowych prezentów.

– Ale ja nie jestem! – wściekły głos Secil rozniósł się echem po katedrze wytrącając wszystkich z transu. Joel i Aron spięli się jak koty gotowe do skoku i zacisnęli dłonie na włóczniach valoru, szukając wzrokiem źródła głosu. Jack zlokalizował Secil niemal od razu i utkwił w niej swoje zaniepokojone spojrzenie. 

Stała na galerii ciągnącej się od od emporii aż nad wschodnią nawę, celując z rewolweru Jacka w kierunku prezbiterium. Nie widział dobrze jej twarzy, ale po głosie i pewnej dłoni zrozumiał, że sprawy przybrały zły obrót. Roztrzęsiona i zapłakana Secil może by odpuściła po krótkiej perswazji, jednak determinacja z jaką wypowiedziała te krótkie słowa oraz niewzruszona postawa strzelca nie rokowały pokojowego rozwiązania sytuacji. Na pewno nie miała wcześniej rewolweru w ręce, pomyślał Jack, więc gdyby coś jej strzeliło (nomen omen) do głowy, to ślepy los może posłać śmiertelną kulę każdemu obecnemu. Wolałby, żeby lufa skierowana była do góry i dziwił się, że Secil tak ryzykuje. Jeżeli jej celem było przerwać ceremonię, to mogła dopiąć swego bez mierzenia w kierunku Cheona. 

– Mama? – Boreas pojawił się po drugiej stronie galerii ściągając kaptur. Jego nadzieja, że na widok syna Secil odpuści spełzły na niczym.

– Secil! Kochanie! Co ty robisz!? – krzyknął Lobeof zrywając się z kolan, jednocześnie kamienna i pozbawiona emocji twarz Cheona zwróciła się ku żonie awatara. Parasanga znów zaniepokoiła Jacka swoim drżeniem, którego źródło odbijało się w cheońskim blasku pozostałej trójki awatarów. Za chwilę mogło zrobić się gorąco i Jack nie miał wątpliwości, że jedyną osobą w niebezpieczeństwie była w tym momencie Secil.

Sytuację uratował Cheon, który uniósł delikatnie dłoń, dając w ten sposób niemy rozkaz na wstrzymanie wszelkich walecznych zapędów, po czym lekkim krokiem zszedł z piedestału i zbliżył się do Secil. Mimo pięciu metrów wzrostu musiał podnieść wysoko głowę, by spojrzeć jej prosto w oczy. Zapadła cisza, wszyscy zastygli bez ruchu a Jack domyślił się, że Cheon przemawia tylko do Secil, bo dłonie trzymające broń lekko opadły. 

– Nie możecie rzucić jakiegoś hexa, który ochroni ludzi i Cheona? – szepnął Jack do jednego z uczniów.

– Nie wolno nam w katedrze rzucać hexami, bo oberwiemy rewersem. Tylko Awatarzy mogą. 

– Przed chwilą lataliście. Albo macie śmigło w dupie, albo to był hex.

– Zamknij się – usłyszał tylko w odpowiedzi.

Cheon najwyraźniej skończył przemawiać do Secil, bo wysublimowanym krokiem wrócił na piedestał i odwrócił się ku Lobeofowi, który ponownie opadł na jedno kolano. Secil była wyraźnie poruszona, wyraz jej twarzy zmiękł okraszony łzami a broń opadłą jeszcze bardziej.

– Przykro mi, Secil – powiedział Lobeof – Tego właśnie chcę. Dla naszego dobra. Dla dobra wszystkich.

Posąg przyklęknął na swoim podeście i położył swoją wielką dłoń na głowie uniżonego awatara, jakby głaskał szczeniaczka. Powietrze wypełniło się zapachem burzy, awatar zastygł w bezruchu, gdy Cheon czynił swoją powinność zupełnie ignorując wyraźnie smutną Secil. Wydawało się, że wszystko skończy się dobrze, ale Secil ponownie przemówiła pewnym siebie głosem.

– Nie, Lobi – tak zimny ton zwiastował jedno – Robisz to dla siebie. Jesteś egoistą… Ale ja też!

Broń wypluła ogień w akompaniamencie eksplozji brzmiącej jak grzmot. Akustyka katedry robiła wrażenie. Ludzie padli odruchowo na ziemię, awatarzy wznieśli barierę, bryznęły iskry, świst rykoszetu zadzwonił w uszach, rozległ się dźwięk pękającego szkła. 

 

Pierś cheońskiego naczynia pokryła się pajęczyną pęknięć.

 

Ostrze Occami.

 

Głębokie rany dokonują zmian głębszych niż tylko widoczne po latach blizny. Rany się zabliźnią, ale pamiętają. Gdy nadejdzie zmiana pogody zaczną swędzieć, szczypać i ciągnąć nie pozwalając zapomnieć o swoim pochodzeniu. Dlatego po wielu latach od zakończenia Wojny Zapomnienia, mimo czasów względnego pokoju, stare rany wciąż dają o sobie znać. 

 

– Jokkl, Wiedzący.

 

Powietrze zawibrowało, posąg pękł z trzaskiem a Lobeof zawył jak zwierzę jeszcze zanim kawałki cheońskiego naczynia upadły wokół niego. Zapadła pełna szoku i niedowierzania cisza, pośród której słychać było czyjeś urywane jęki. Jack dostrzegł jak dwóch awatarów opadło na kolana niedowierzaniem wypisanym na twarzy, więc złapał się za kieszeń, żeby potwierdzić swoje obawy – parasanga przestała szaleńczo wibrować i jedynie nieco podskakiwała w reagując najwyraźniej na tkane hexy. Rewolwer wypadł z dłoni Secil i w ciszy odbył kilkumetrową podróż w dół, nim z głośnym łoskotem odbił się od ziemi kilka razy. Dopiero teraz rozległy się krzyki paniki. W powietrzu świsnęła włócznia ciśnięta przez kogoś z uczniów prosto w Secil, ale zastygła w bezruchu w połowie drogi. Boreas chyba odruchowo uchronił swoją matkę przed śmiercią. Jack rzucił się biegiem w stronę Lobeofa.

– Dokąd to!? – wydarł się Boreas podnosząc swoją włócznię.

– Do twojego ojca! Idź po matkę! Jeżeli ktoś inny niż ty ją pojmie…

Kiwnął głową i uniósł się w powietrze. Jack minął dwóch zdębiałych awatarów, ale trzeci, którego Jack nie znał, stanął przed nim z wycelowaną włócznią valoru. Miał gęstą, rudą brodę i nieco opaloną twarz. Był dobrze zbudowanym, okutym w galową półzbroję dwumetrowym facetem. W jego niebieskich oczach spodziewał się dostrzec zabójczy fanatyzm, ale było to coś o wiele gorszego. Tlił się w nich ogień furii.

– Nie radzę dać nawet kroku dalej!

– Jackie… – drżący, słaby głos Lobeofa doszedł zza pleców Taegana, więc Jack ruszył biegiem, prosto na awatara ustawionego w pozie gotowej do ataku. Jako, że Sprawiedliwy nie miał przy sobie żadnej broni a awatar cheona ognia wyglądał, jakby nie żartował, Jack zrobił jedyne, co mu przyszło do głowy. Zdjął opaskę i otworzył oko, które błysło zimnym błękitem. Nie odrywając wzroku od oczu zdębiałego awatara minął go bez żadnych problemów. 

Powiedzieć, że było źle z Lobeofem, to jak stwierdzić, że cheon cudów miał właśnie kiepski dzień. Leżał na boku z ugiętą sztywno nogą, krwawy ślad rozchodził pod ubraniem Lobeofa podróżując wzdłuż złotych zdobień szamerunku. Jack spojrzał na jego twarz, której część obróciła się w kamień i przez to odrywała od ciała jako nienaturalne, odrzucone ciało obce. Wyobraźnia podpowiedziała Jackowi, co się dzieje pod ubraniem.

– Jackie… Cheon… Boję się… – harczał Lobeof

Zdrowe oko połyskiwało cheońskim blaskiem a drugie, obrócone już w kamień zastygło w wyrazie strachu, krwawiąc obficie spod kompulsywnie drgającej powieki. 

 

Jack siedział w jednym z pokoi znajdujących się w ratuszu. Skromne pomieszczenie z prostymi krzesłami, zwykłym łóżkiem i jedną komodą, na której aktualnie znajdowała się miska z wodą. Co chwila ściskał brudną od krwi kamizelkę, spoglądając zmęczonym okiem na drzwi izby. Przed oczami cały czas miał twarz Lobeofa, na wpół skamieniałą, pokrytą pęknięciami i krwią. 

Nie potrafił myśleć o niczym innym od dobrej godziny. Analizował sytuację w kółko w swojej głowie, przypominał sobie każdy szczegół nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Po raz pierwszy w życiu horror, w jakim brał udział, nie był wytworem spaczeńca, gangów bezdroży czy innych sił, z którymi do tej pory miał do czynienia. Sprawcą była Secil, jego przyjaciółka i żona jego brata. Może to kara bogów Starego Świata? Może był świadkiem kolejnego omenu i za chwilę obudzi się we własnym łóżku? Niestety krew na jego ubraniu i krzyki wściekłego tłumu na zewnątrz były jak najbardziej prawdziwe. Jack nie musiał nawet podchodzić do okna by wiedzieć, że ludzie żądają krwi. Słyszał imię żony awatara mieszające się z emocjonalnie nasyconymi groźbami i przekleństwami. Ludzie już wiedzą. Świadkowie wydarzeń z katedry roznieśli wieści, które szerzyły się jak zaraza.

Mimo beznadziejnej sytuacji instynkt Jacka podpowiadał mu, że gdzieś w tym klarownym obrazie kryje się rysa, ale na razie nie potrafił się skupić na ulotnych myślach bijących na alarm. Torturowany obrazem okaleczonego brata czuł, że jest bliski załamania i gdyby nie Taegan, zapewne rozkleiłby się na całego.

Drzwi izby otworzyły się i wszedł rosły rudzielec. W milczeniu spojrzał na Jacka, podszedł do miski i obmył twarz. Nie miał już półzbroi na sobie, jedynie prostą białą liberię z paroma złotymi guzikami. Sięgnął po krzesełko i dosiadł się do stolika, wycierając twarz.

– Nazywam się Taegan, awatar…

– Co z moim bratem – przerwał uprzejmości Jack. Twarz brodacza zmarszczyła się, ale irytacja awatara rozpłynęłą się na widok zbolałej twarzy Sprawiedliwego. Nie było na niej złości, tym bardziej próżno było szukać w niej chęci do walki. 

– Zmiany są głębokie. Części ciała to jedno, ale przemiana sięgnęła mózgu. Leży w lecznicy Vespy, w kostce Trimagasiego. Na razie będzie żył.

Jack gapił się w blat stołu jakby krył odpowiedzi na wszystkie pytania, które rodziły mu się w głowie. W końcu jednak zdobył się na podniesienie wzroku i spojrzał taeganowi prosto w oczy. 

– Jaki to ma cel? – spytał – nie możecie dokończyć Wstąpienia? Pieprzyć całą tą oprawę. Niech przyjdzie tu jakiś Cheon i dokończy sprawę.

Taegan westchnął ciężko, próbując zdusić sprzeczne emocje. Z jednej strony współczuł Jackowi, z drugiej wiedział już od Boreasa, że to jego broni użyto do zabicia Cheona. Na razie postanowił nie robić scen, przynajmniej dopóki nie porozmawia z administratorem prefektury Legarten, ale nie znaczyło to, że musi być miły.

– To nie takie proste Jack – rudzielec wstał zmywając z twarzy wszelkie współczucie – Przed chwilą zginął Cheon. Zginął, rozumiesz? Jakby do ciebie to nie dotarło, to poważna sprawa, w którą jesteś zamieszany. Los żony Lobeofa jest przesądzony a twój wisi na włosku. Dopóki łeb mordercy nie spadnie, nikt żadnego Cheona tu nie sprowadzi. Nie wspomnę jeszcze o tym, że Lobeof był powiązany z Cheonem Cudów i tylko on mógł dokonać wstąpienia. 

Jack milczał, więc Taegan podjął dalej swoją tyradę.

– Jeżeli morderstwo awatara jest jednym z najbardziej karygodnych czynów, jakich można się dopuścić to zabicie Cheona… – Taegan pokręcił z niedowierzaniem głową – To jest zbrodnia, która nie miała miejsca od pierwszej wojny nehelemskiej, a i wtedy działo się to na polu bitwy a nie w wyniku zimnokrwistego morderstwa. 

– Naprawdę uważasz, że Secil była zdolna zamordować cheona? – wtrącił Jack – Przecież ona nie ma…

– Jack… – przerwał Taegan – Nie jestem stąd i nie wiem kto do czego jest zdolny. O tobie nieco słyszałem, nie ukrywam, ale to zupełnie bez znaczenia. Sprawa nie może być bardziej klarowna.

Jack spojrzał na awatara spode łba. Ostatnie zdanie Taegana obudziło w nim ogromną złość. Cała kongregacja, pomyślał, wydają wyroki jakby byli nieomylni. 

Na bezdrożach nie ma miejsca na szybki osąd, nie ma spraw oczywistych, bo ludzkie życie jest cenne i ferowanie wyrokami było dalekie od pojęcia sprawiedliwości, której pilnowało jego bractwo. Owszem, często byli zmuszeni nacisnąć spust, ale w pierwszej kolejności zawsze zadawali pytania.

– Sprawa nie jest klarowna, awatarze. Jest kilka rzeczy do wyjaśnienia. 

Zaczyna się, pomyślał Taegan. Złożył ręce na piersi i chwilę zastanawiał się, czy ta dyskusja ma sens. Nie widział niczego, co wymagałoby wyjaśnienia, ale po minie Jacka wnosił, że odmowa zakończy się jeszcze mniej przyjemną dyskusją. 

– Wysłucham cię, niech ci będzie. 

Jack musiał się teraz skupić. Ciężko było mu zepchnąć na boczny tor przytłaczające poczucie winy, ale postawa Taegana dodała mu sił, dzięki czemu do głosu doszedł instynkt szlifowany latami praktyki.

– Tylko eodium jest w stanie zranić lub nawet zabić cheona, prawda?

– Nie tylko, ale tak byłoby najprościej – odpowiedział Taegan niechętnie.

– Secil musiała mieć zatem załadowany prymeryt, prawda? 

Taegan skinął niechętnie głową.

– Tylko, że to niemożliwe. 

Taegan westchnął. Już sama myśl o dyskusji ze Sprawiedliwym powodowała u niego zmęczenie. 

– Secil ukradła mój rewolwer z domu w nocy – podjął Jack nie widząc żadnej reakcji u Taegana – musiała to zrobić gdy odwiedziłem wczoraj Lobiego. Gdy odkryłem, że zniknął mój rewolwer od razu sprawdziłem pas z amunicją. Zniknął jeden pocisk i nie był to prymeryt.

– Słuchaj Jack… – Taegan machnął dłonią zniecierpliwiony – Jeżeli chcesz mi powiedzieć, że nie mogła strzelać prymerytem, to jest to tylko twoje słowo przeciw faktom. Zrozumiałe, że bronisz żony Lobeofa, ale niestety nie możesz powiedzieć i zrobić niczego, co by ją uratowało…

– A co powiesz na to, co zrobił cheon? Przecież wiedział, że Secil ma broń i…

– Jack, do cholery! – Taegan podniósł głos zirytowany – nie będzie żadnego procesu, więc nie ma co strzępić języka… Przykro mi, ale co było, to było i się nie odstanie, a ty szukasz wątpliwości, których nie ma.

 – Będzie proces – powiedział nagle Jack – jeżeli Secil zażąda Sądu Prawdy. Jeżeli ja go zażądam.

Wielu ludzi jedynie słyszało o tym organie prawnym funkcjonującym wewnątrz Kongregacji głównie dlatego, że ich kanony wspominają o nim dość często. Jack wiedział już nieco więcej za sprawą wszechwiedzącej Babci Vermont. 

Współczesny świat bezgranicznie ufa cheonom i co za tym idzie również Kongregacji. Zdarza się jednak, że ludzie krzywo patrzą na niektóre działania tej nieskazitelnie czystej instytucji i czasem dochodzi do mniejszych lub większych spięć. Aby nie sprawiać wrażenia dyktatury, Kongregacja oddała w ręce obywateli narzędzie, jakim jest Sąd Prawdy, który może przywołać każdy obywatel prefektury. Żeby jednak go nie nadużywano, taki sąd rządzi się pewnymi specyficznymi zasadami a kończy drastyczną karą dla przegranej strony. 

Sąd Prawdy można powołać tylko, gdy w spór zamieszana jest Kongregacja, także waśnie sąsiadów o kradzież żywego inwentarza należy rozwiązać z lokalnym moderatorem. Samo oskarżenie nie musi być poważne i można wezwać Sąd Prawdy w każdej błahej sprawie, ale nikt tego nie robi ze względu na karę, która Jackowi zawsze wydawała się szalona: przegrany zostaje stracony.

Ta absurdalna zasada powinna budzić kontrowersje, ale nie dzieje się tak głównie z jednego powodu: po śmierci trafia się do Vau, krainy szczęśliwości i wiecznej radości. Nieważne więc kto jest oskarżycielem, a kto oskarżonym, kto ma rację, a kto kłamie – zwycięzca sporu wychodzi z podniesioną głową zgarniając nagrodę a przegrany trafia tam, gdzie żadne troski już nie będą jego udziałem. Wszyscy zatem wygrywają… W pewnym sensie.

Sam sąd odbywa się stolicy prefektury Novagarten, kolebce Kongregacji. To publiczne wydarzenie z racji swej oczywistej, propagandowej funkcji odbija się szerokim echem, które słychać nawet w dalekich zakątkach bezdroży, dlatego Kongregacja traktuje Sąd Prawdy bardzo poważnie. 

Dlatego nic dziwnego, że Taegan zerwał się momentalnie z krzesła niemal wyrzucając je w powietrze a jego dwie masywne dłonie oparły się ciężko o stół, który zaprotestował przed takim traktowaniem oburzonym skrzypnięciem.

– Ty!? Sprawiedliwy? Chcesz Sądu Prawdy!? Bluźnisz!

– Twój wybór Taegan. Albo wy mnie wysłuchacie, albo zrobi to Sąd Prawdy. Bądź dobrym awatarem i postępuj zgodnie z kanonami. 

Furia wstąpiła na oblicze awatara, ale jedyne co zrobił to odwrócił się i wyszedł trzaskając drzwiami. 

Jack zdjął poplamioną krwią koszulę, których widok wzbudził w nim złość. Był wściekły na wszystko – na siebie, Kongregację, Secil, nawet na Lobeofa, a bezsilność tylko wzmagała to uczucie. Palnął o tym sądzie bez namysłu, ale tylko to przyszło mu do głowy. Głowę miał ciężką od tłoczących się myśli. Na zmianę widział zapłakaną Secil, skamieniałą twarz brata i pękające ciało cheona cudów. Położył się na łóżku nie zdejmując narzuty i zasnął niemal natychmiast.

 

Versebiter Delock, administrator i prefekt Legarteński siedział w fotelu, na którym jeszcze wczoraj swój list od kongregacji odczytywał Lobeof. Właśnie skończył wysłuchiwać Taegana, który przedstawił mu słowny raport z ostatnich wydarzeń. 

– To ten z pieczęcią Decaina? – Delock masował sobie skronie obydwiema dłońmi nie otwierając oczu.

– Tak – odparł stojący na baczność Taegan.

– Co o nim wiesz?

– Administratorze, przybyłem tu oddelegowany z Kamiennego Lasu, więc niewiele. O tym, że Jack mieszka w Palisadzie słyszałem od starszego moderatora Accio tuż przed wyjazdem… A o tej pieczęci Decaina krążą u nas jedynie plotki. Uczeń Boreas zna go lepiej, czeka za drzwiami.

Delock skinął głową, więc Taegan otworzył drzwi i zaprosił do środka Boreasa.

– Chylę czoła przed Administratorem – przywitał się sztywno.

Delock wstał i dostojnym krokiem zaczął przechadzać się po pokoju, przyglądając się uczniowi z ukosa. 

– Jack. Opowiedz mi o nim.

Boreas nie krył zaskoczenia, ale i ulgi. Był przekonany, że to nie tylko przesłuchanie związane z tym, co zrobiła matka, ale również sprawdzenie, czy nie brał czynnego udziału w wydarzeniach z katedry. 

– To mój wujek, jak zapewne wiesz. Brat mojego ojca. Sprawiedliwy – odpowiedział krótko – do tej pory nie robił problemów, choć często kłócił się z ojcem. Matka i siostra go lubią.

– A ty? – zapytał groźnie Versebiter.

Zimny dreszcz przeszył ucznia kongregacji.

– Też – odpowiedział. Nie było sensu kłamać, bo bardzo szybko prawda wyszłaby na jaw. Lubił odwiedzać wujka mimo, iż nie robił tego często. Ojciec zawsze suszył mu głowę, że jego kontakty ze Sprawiedliwym rzucają złe światło na jego karierę w kongregacji.

Delock nieco się skrzywił.

– Też? To Sprawiedliwy. Z prymerytem zdolnym zabić Cheona. – powiedział kwaśno, odwrócił się i spojrzał na obraz wiszący na ścianie. Był to portret rodzinny, na którym Lobeof siedział na krześle pośrodku, między Secil w czerwonej sukni i starszym synem, Boreasem, który miał na sobie czerwoną liberię z półokręgiem na piersi i srebrnym szamerunkiem; typowy mundur ucznia Kongregacji. Za Lobeofem stał ojciec Secil, tęgi mężczyzna o radosnym uśmiechu i siwym wąsie. Na ziemi siedziała Jaspis, dziewczyna z zadartym nosem i piegowatej twarzy otoczonej burzą rudych, kręconych włosów. Jacka na nim nie było.

– Administratorze… Jack… On nigdy nie dawał nam powodów do obaw i robił to, co do niego należało – powiedział nieśmiało Boreas, spoglądając ukradkiem na Taegana. Ten wzruszył ramionami obojętnie. 

Delock obrócił się na pięcie, odpiął pelerynę od klap swojej czarnej liberii i rzucił ją na biurko.

– Twoja matka… Zrobiła to, Boreas?

Serce Boreasa zamieniło się w sopel lodu. Nic nie odpowiedział, wbił wzrok w podłogę i stał tak sztywno, nie wiedząc co zrobić, ani tym bardziej co powiedzieć.

– No dalej uczniu, zadałem pytanie – naciskał Versebiter.

– Widziałem – zaczął niepewnie Boreas – jak strzela. Miała broń i strzeliła.

– Czyli jesteś pewien, że zabiła Cheona?

Taegan stał bliżej, więc dostrzegł, że uczeń zaczyna drżeć. Wyraźnie też słyszał łamiący się głos, gdy Boras usiłował odpowiedzieć na pytanie.

– Jestem… Jestem pewien… Że… Widziałem… – cedził przez zęby powstrzymując łzy.

Versebiter spojrzał na Taegana, ten pokręcił głową. 

– Jack Arizona żąda Sądu Prawdy – Delock zmienił nagle temat, co spotkało się z wyraźną ulgą ze strony Boreasa, który momentalnie zwiotczał – Niezwykła prośba ze strony Sprawiedliwego, nie uważasz?

– Istotnie – mruknął po chwili Boreas.

– Skoro chce procesu, to czemu mu go nie damy? – zagotował się Taegan – Przecież może tkwić w areszcie domowym przez wiele miesięcy. Broni nie odzyska. Nie uratuje morderczyni a przy odrobinie szczęścia sam straci głowę.

Trudno powiedzieć, czy Versebiter był jedynie zawiedziony słowami Taegana, czy zwyczajnie uznał go za głupca. Pozwolił sobie na ciche parsknięcie i oparłszy się o ścianę zwrócił się do Taegana oficjalnym tonem. 

– Pomijając fakt, że chcesz stawiać przed cheońskim sądem Sprawiedliwego z pieczęcią Decaina, to załatwienie takiego procesu w aktualnej sytuacji stwarza ogromny problem. Żaden z awatarów nie podejmie ryzyka sprowadzenia Cheona w sytuacji, gdy inny Cheon zginął, a przynajmniej ja na to na razie nie pozwolę. Ta sprawa to totalne szambo. Mamy żonę awatara, która morduje cheona przy pomocy broni należącej do Sprawiedliwego, który jest bratem awatara. Wszystko w trakcie Wstąpienia, na oczach znamienitych mieszkańców Palisady. 

– Wciąż nie rozumiem, gdzie leży problem? Przecież nie trwa wojna, to był jednorazowy przypadek, a cheon prawdy tylko potwierdzi, że mamy morderczynię!

Versebiter spojrzał w sufit i odchrząknął próbując zdusić w zarodku narastającą chęć użycia bardzo obraźliwych słów.

– Taegan… O tym jednorazowym przypadku to sobie jeszcze porozmawiamy. Pomińmy jednak ten temat i zadaj sobie pytanie… Jeżeli Jack chce Sądu Prawdy, to nie uważasz, że być może wie coś, co zmieniłoby nieco tok procesu? 

– Ty mu wierzysz Versebiter?

– To nie jest kwestia tego, czy mu wierzę czy nie, Taegan. Oficjalny proces pociągnie za sobą o wiele więcej rzeczy, niż ci się wydaje. Taki publiczny proces musi być tylko formalnością, gdzie wina i wyrok nie podlegają żadnej, absolutnie żadnej wątpliwości. Wystarczy tylko iskierka niepewności, którą Jack może zasiać na procesie, a to rozpocznie lawinę problemów, które pociągną za sobą nieprzewidywalne konsekwencje. Lata budowania ładu i porządku po wojnie pójdzie się jebać, jeżeli racja będzie choć trochę po stronie Sprawiedliwego. – Delock spojrzał na Boreasa – Twój ojciec znajduje się w ciężkim stanie i tylko Cheon może mu pomóc, bo jego valor przypomina teraz dziurawy ser i cholera wie, czy po śmierci Vau go przyjmie. Cheona sprowadzimy najwcześniej po skazaniu morderczyni, a nie skażemy jej za szybko, dopóki Jack chce procesu… o ile go nie wysłuchamy. Co najlepiej zrobić w takiej sytuacji?

Boreas po dłuższej chwili ciszy zorientował się, że pytanie naprawdę skierowane było do niego.

– Wysłuchać, co ma do powiedzenia? – odparł niepewnie.

Delock skinął głową w zadowoleniu. Machnął ręką i uczeń ze awatarem opuścili pokój. Gdy tylko drzwi się zamknęły i Delock został sam, jego oczy rozbłysły cheońskim blaskiem. 

– Szkurwa jego mać – rzucił w eter.

 

Jack z trudem otworzył oczy i pierwsze, co poczuł to to, że cały jest mokry od potu. Nie mógł sobie przypomnieć, co mu się śniło, choć pewne urywki i wspomnienia obrazów podpowiadały mu, że sen był dość intensywny. Próbował zetrzeć z oczu resztki snu, gdy wetknięto mu coś do łapy.

– Herbata. Mocna. Dobra.

Dolar siedział na skraju łóżka ubrany jakby przed chwilą wybrali go na radnego. Wyprasowana koszula ze śmiesznie dużym kołnierzem leżała na nim, jakby przed chwilą wyszedł od krawca. Jack wypił zawartość szklanki jednych haustem i usiadł czując jak gorąco rozlewa się mu po ciele. Bardzo charakterystyczne i smaczne gorąco, należy dodać.

– Wyglądasz beznadziejnie Jack.

I tak też się czuł. Wyprany, wyzuty, jakby sen przyniósł więcej męki niż odpoczynku. 

– Co u Lobiego? – zapytał ochryple Jack.

– Taegan trzyma go w nedrilu. Trudny hex, którego lemka wygląda jak płyta winylowa, ale jak się jest Awatarem… 

– Secil? – Jacka najwyraźniej nie obchodziły technikalia.

– Siedzi pokój obok w towarzystwie bardzo smutnych panów w czerwieni. Nawleczą ją na włócznie jak tylko kichnie. Na razie leży zwinięta w kłębek topiąc się we własnych łzach.

– Parszywy los.

– Ano parszywy – Dolar przesiadł się na krzesło, skupiając swoje zainteresowanie na pogniecionym kapeluszu – Wygląda na to, że są chętni rozważyć twoją propozycję. Idziemy?

– Którą propozycję?

– Tą bardziej wygodną dla kongregacji oczywiście.

Czyli była szansa, pomyślał Jack, tylko na co? Właśnie uświadomił sobie, że pakuje się w kompletnie beznadziejną sprawę zupełnie w ciemno.

– Co ty w ogóle tu robisz? Taegan cię przysłał?

– No co ty – lekki uśmieszek wkradł się na oblicze goety – Delock mnie poprosił. Tak się składa, że się dobrze znamy.

Jack zaczął zbierać się do kupy. Odruchowo szukał pasa z kaburą i westchnął ciężko, gdy dłonie trafiły w powietrze. 

– Delock… Powiesz coś o nim, czy za bardzo się kumplujecie?

– To administrator… Czarna Liberia… Wysoka ranga, ale nie ma kija w dupie. Raczej rozsądny, ale to wciąż awatar, więc szala zawsze przechyli się w kierunku kongregacji. Kombinator i trochę manipulant, unika szumu czy otwartych konfliktów z powodów wizerunkowych.

Za to lubił Dolara. Konkretnie informacje, bez owijania w bawełnę były niejako dowodem, że goeta naprawdę zerwał z Kongregacją.

– W waszym związku kto jest z tyłu?

– Lubimy się zmieniać – Dolar nawet się nie zająknął.

 

– Jack – Delock nalał sobie wody do szklanki z wysiłkiem zarysowanym w ociężałym ruchu ręki. Po głębokim łyku maska administratora jakby nieco opadła – Czy tego chcesz, czy nie, to jesteś… Ustalmy na razie, że współtwórcą tej sytuacji… nie winowajcą – dopowiedział ostrożnie dobierając słowa – dla nas obu sytuacja jest nieprzyjemna. Dla ciebie szczególnie, ale nie mówię tutaj o moralno–prawnym aspekcie, tylko emocjonalnym. Dla mnie to biurokratyczny i wizerunkowy koszmar, ale nie z takich sytuacji kongregacja wychodziła obronną ręką. Pewnie Taegan już suszył ci głowę, że śmierć Cheona to nie przelewki. A ty zażądałeś interwencji Sądu Prawdy. Taka… eh… prośba powoduje serię skomplikowanych procedur i problemów…

Ogłada z jaką wyrażał się Versebiter drażniła Jacka, bo tylko przypominała mu jak oślizgła jest Kongregacja. Rozdrażnienie to pogłębiało zmęczenie, którego nie potrafiła zmyć niedawna drzemka, poczucie winy za to co się stało i sprzeczne uczucia, jakie nim teraz targały na myśl o tym, w co się pakuje.

– Szanowny awatarze Delock, proszę, przestań pieprzyć jak urzędnik. Mów co masz na myśli, bez owijania.

Administrator najwyraźniej nie przejął się grubiańskim zachowaniem Sprawiedliwego. 

– Powiedziałeś Taeganowi, że to nie Secil zabiła Cheona. Z mojej perspektywy… no cóż… pieprzysz głupoty, ale skoro żądasz cheona na sądzie, to pewnie masz ku temu jakieś podstawy? Słucham zatem.

– Dam ci odpowiedź Versebiter, ale musimy to zrobić po mojemu. Chcę porządnie przyjrzeć się sprawie. 

– Brzmi jak prośba o śledztwo – wywnioskował awatar.

– I to takie jak na szlaku – dodał Jack.

Versebiter popukał palcem w stół a wzrok utkwił za oknem biura Lobeofa. Cholerni Sprawiedliwi. Na bezdrożach ma to sens, ale to nie są dzikie ostępy, stary świat czy inne zadupie. Mimo to było mu to na rękę, musiał to tylko dobrze rozegrać. 

– A jak to sobie wyobrażasz, Jack? – zapytał patrząc w dal – Ludzie w katedrze widzieli co się stało. Widzieli tam Secil…– spojrzał na Jacka – i ciebie.

Mimo, iż Jack bardzo tego nie chciał, musiał wytoczyć jakieś argumenty w tej sprawie. Dla niego były wystarczające, ale już sama myśl o wykładaniu ich kongregatowi tak, by były przekonujące pogłębiała jego zmęczenie. 

– Nie zupełnie. Widzieli Secil, ale nie wiedzą skąd miała broń. Ja byłem wprowadzony pod strażą. Tylko wy wiecie, że broń należała do mnie, więc tylko wy wiecie, że jestem w to zamieszany.

Jack spodziewał się czegoś na wzór parsknięcia albo innej manifestacji lekceważenia. Nic takiego jednak nie nastąpiło i wydawało się, że Versebiter przyjął to rozumowanie za wystarczające.

– No dobrze. Ale jak chcesz mnie przekonać, że nie brałeś w tym udziału? W sensie… Że to nie był… i wciąż nie jest jakiś twój makiaweliczny plan? 

Jack był zaskoczony, że awatar, jeszcze tak wysoko postawiony używa starych słów. Próbował sobie przypomnieć, kiedy je ostatnio słyszał? Chyba Babcia Vermont czasem je stosowała, ale nawet ona nie wiedziała, skąd dokładnie pochodzi.

– Może zacznijmy od motywu? – spróbował Jack.

– Jesteś Sprawiedliwym zgorzkniałym po przegranej drugiej wojnie Nehelemskiej. Twój ojciec siedzi w Krematorium. Oto twój motyw, który można przyszyć do wszystkiego co robisz.

Ile razy Jack już słyszał podobną gadkę? Od zakończenia drugiej wojny wszyscy patrzyli na niego jak na potencjalnego mordercę, ale Versebiter doskonale zebrał esencję niewypowiedzianych oskarżeń, dlatego uznał, że nie ma się co cackać z awatarem.

– Litości… Taeganowi już to powiedziałem, mam tobie powtórzyć? Daj mi w takim razie Sąd Prawdy, naprawdę nie mam ochoty cię przekonywać do czegokolwiek.

Awatar sięgnął po papierośnicę Lobeofa i poczęstował się idealnie zrolowanym papierosem. Jack był zaskoczony tym zachowaniem, a tym bardziej zaskoczyło go, gdy także i jemu podsunął papierośnicę. Z papierosem w ustach Versebiter nawet w czarnej liberii wyglądał bardziej ludzko. Zniknęły gdzieś wyuczone latami szkoleń z etykiety gesty i wysublimowane ruchy. Delock zaczął szukać po szufladach zapalniczki, ale nie mógł jej znaleźć. Jack wziął papierosa i wskazał palcem na papierośnicę.

– Pod wiekiem.

Delock odchylił szerzej wieko papierośnicy i w idealnie dopasowanej wnęce z aksamitną wyściółką znalazł metalową, grawerowaną zapalniczkę. Jack nie spuszczał Versebitera z oczu i próbował zrozumieć tę nagłą zmianę narracji. Tymczasem awatar odpalił swojego papierosa i przez chwilę zachwycał się smakiem tytoniowego dymu. Podsunął zapalniczkę Jackowi i rozsiadł się w fotelu jakby chciał się zaraz zdrzemnąć. 

– Taegan powiedział – podjął awatar, gdy Jack odpalił swojego papierosa – że Cheon Cudów nie przejął się faktem, że Secil miała broń w ręku. Mówiąc wprost: Cheon nie wyczuł u niej eodium, a przynajmniej tak nam się wydaje. Taegan postawił barierę, co oczywiste, ale niewiele pomogła, tak jak nie pomogła ta pierdolona lemka mająca ponoć doskonale chronić katedrę. Takie zabezpieczenia przebije albo eodium, albo jakiś kurewsko mocny hex. Oczywiście nie znam się na broni palnej i zegerskich sztuczkach, ale z moich wstępnych ustaleń wynika, że Secil nie miała załadowanego… jak wy to nazywacie? Prymerytu? Ale nawet zakładając, że Secil jakimś cudem znalazła sposób na przemycenie go do środka, to Cheon musiał wiedzieć, czym jest załadowana broń. Cheon to nie samobójca, Jack. Skoro ją zignorował, to raczej nie uznał Secil za zagrożenie. 

– Czyli wierzysz mi? – Zapytał Jack ostrożnie.

– Tego nie powiedziałem – uśmiechnął się awatar – ale to po prostu nie trzyma się kupy i nie daje mi spokoju. Wierzę natomiast w to, że ty sam nie masz z tym nic wspólnego, pomijając oczywiście fakt, że użyto twojej broni. 

Broń Jacka nagle pojawiła się na biurku. Versebiter obracał ją na blacie i oglądał z różnych kątów, otworzył nawet komorę bębna i zakręcił bębenkiem, który wydawał z siebie ciche kliknięcia. Nagle przechylił rewolwer tak, że z komory wypadła stalowa łuska. Rewolwer wylądował obok papierośnicy rzucony jak śmieć, łuska nastomiast znalazła się między palcami zadbanych dłoni awatara.

– Ja nie czuję eodium Jack. Jak się nazywa ta amunicja? 

– Kaliber trzydzieści osiem, stalowy płaszcz.

– Hm… nic mi to nie mówi – przyznał rozbrajająco szczerze Delock – ale potrafię rozpoznać, jak to mówi młodzież, “nówkę–sztukę”.

Odłożył łuskę i wziął ponownie rewolwer.

– Wygląda na to, że masz dwa rewolwery. W twoim domu znaleziono ten, na którym wybito stemplem zgodę kongregacji na jej posiadanie. Swoją drogą rozsądnie, że nie zabrałeś jej na Wstąpienie Jack. Ten rewolwer go nie ma – Versebiter wskazał na broń, z której strzelała Secil. – Wiem od Taegana, że tak jakby przyznałeś się Boreasowi, że ten również jest twój. Rozumiem, że postanowiłeś sobie sprawić nowy, bo stary już się zacinał?

– Można tak powiedzieć – Jack spokojnie zaciągał się papierosem.

– I nie zdążyłeś jej zarejestrować, bo jak tylko ją dostałeś, to Secil zdążyła ci ją ukraść? 

– Tak było.

– A kto ją wykonał? 

– Przyjaciel.

– Z Palisady?

– Odpuść Versebiter. Zrobił ją zeger, dobrze o tym wiesz, ale więcej ci nie powiem.

Jack cieszył się w tej chwili, że Kewolt postanowił wyjechać, tymczasem Versebiter westchnął zrezygnowany.

– Zatajasz ważne informacje dotyczące sprawy, która nie rzuca na ciebie dobrego światła. Powiedziałbym nawet, że się pogrążasz. 

Awatar wstał, przeszedł kilka kroków nim zaciągnął się głęboko i wbił wzrok w ścianę.

– Rozmawiałem już Secil i naprawdę wygląda na to, że nie chciała nikogo zabić, tym bardziej Cheona. Choć tłumy na zewnątrz żądają jej głowy, to całkiem spora liczba mieszkańców nie chce uwierzyć w złą wolę Secil. Spekulują nawet, że musiała być pod wpływem jakiegoś hexa albo, co gorsza, pod nehelemskim wpływem. Są gotowi wyciągnąć potwora z szafy, byleby usprawiedliwić i zracjonalizować to, co się wydarzyło. 

Delock ponownie wlepił wzrok w portret rodzinny Lobeofa, a konkretnie w Secil, jakby oczekiwał z jej strony jakieś reakcji. Obraz pozostał jednak niewzruszony. 

– Z jednej strony – podjął ponownie – Secil mogły ponieść emocje, z drugiej tak się pięknie składa, że dorwała nowiutki rewolwer, jakby specjalnie dla niej zrobiony. Strzela, zabija Cheona, ale nie ma śladu eodium w komorze. To mi przypomina, że zegerzy wykazywali się wyjątkową kreatywnością w tworzeniu narzędzi do zabijania goetów, awatarów i cheonów. Jak mogę zatem wytłumaczyć to wszystko Taeganowi, innym prefektom, Sługom Vigala albo moim kolegom – poklepał się po czarnej liberii i pokręcił głową. – Eh… Dziwne zachowanie cheona… dziwny zbieg okoliczności z tym rewolwerem… nie ukrywam, że trochę mnie to przytłacza i kusi mnie, by jednak przystać na twoje żądanie Sądu Prawdy.

Nastąpiła krótka cisza, którą postanowił przerwać Jack.

– Ale?

– Myślę, że gdybyś był w to zamieszany, gdyby to było w jakiś sposób zaplanowane… Nie siedziałbyś tutaj i nie odbywalibyśmy tej rozmowy. Nie wpadłbyś do katedry, nie żądał sądu Cheona Prawdy. To mi po prostu nie pasuje. 

Jack wiedział, że i tak jest zdany na łaskę Delocka. Zależało mu, by awatar wreszcie odpuścił i dał mu wykonać tą parszywą robotę. 

– To w końcu jak będzie Versebiter? – rzucił poirytowany – Decyzja należy do ciebie a mnie nudzi ta konwersacja. Wiesz czego chcę.

– Chcesz prowadzić śledztwo. Śledztwo poniekąd w swojej własnej sprawie. Jak chcesz to zrobić?

Podejrzany uśmiech zagościł na twarzy awatara.

– Coś mi się wydaje, że masz jakąś propozycję.

Awatar cofnął się do biurka, zgasił papierosa w popielniczce i ponownie zasiadł w fotelu.

– Pozwolę ci na to. Możesz przeprowadzić śledztwo, ale zrobisz to oficjalnie z ramienia Kongregacji…

– Nie wciągaj mnie w swoje propagandowe gierki – Jack zacisnął dłonie na poręczach. Kombinator i manipulant, tak go w końcu określił Dolar.

– Nie bardzo masz wyjście. To znaczy masz, oczywiście, ale jeżeli chcesz to załatwić po swojemu, to tylko jako oficjalny moderator kongregacji – Versebiter głaskał się po brodzie spoglądając na Jacka jak na osaczoną zwierzynę.

– Prosisz o zbyt wiele.

– Ty też – awatar wzruszył ramionami, pozornie obojętnie. Jack, najwyraźniej nie mogąc znieść wiercącego spojrzenia Versebitera zerwał się z krzesła i podszedł do okna z resztką papierosa. Dopalił go jednym, długim wdechem, zgasił peta o parapet i spojrzał w kierunku katedry, która była dobrze widoczna z okna biura Lobeofa. Obserwował jak śpiochy powłóczyły nogami i próbowały ułożyć się do snu jak najbliżej katedry a straż odganiała ich jak natrętne muchy.

– Będę miał wolną rękę?

– Oczywiście.

– Odzyskam broń?

– Naturalnie.

Pet wyleciał za okno. Jack spojrzał na awatara i skinął głową. Czuł się, jakby podpisał pakt z diabłem.

 

Allion.

Zakon Vigala przypomina, że besztanie czci i pamięci tak znamienitej postaci jaką był Vigal Delock, pierwszy Awatar Cheona Decaina, będzie karane z całą surowością prawa stanowionego przez Kongregację. Zabrania się, pod rygorem otrzymania piętna, stosowania obraźliwych wyrażeń w mowie i piśmie.

 

– Fragment obwieszczenia kongregacji

 

Po rozmowie z Delockiem odstawiono mnie do jednego z pokoi w ratuszu. Byłem tam sam na sam ze sobą i kolejnymi falami myśli, które odtwarzały w nieskończoność wydarzenia z katedry. Secil strzela, marmur pęka a Lobi wyje jak zwierzę. W każdym cyklu tego koszmaru strzał był głośniejszy a krew brata na mojej koszuli coraz cieplejsza. Można by rzecz, że wręcz parzyła. 

Nie wiem ile czasu minęło. Może minuty, może godziny. Szczęk klamki zsynchronizował się z kolejnym hukiem broni w mojej głowie wyrywając mnie z transu. Taegan Żelazne Serce wkroczył do pokoju sztywnym, oficjalnym krokiem a w jego oczach czaił się kaci pobłysk. W jego dłoni zamiast wielkiego topora pojawił się mój pas z wetkniętym w kaburę starym rewolwerem Emily. Oddał mi broń i bez słowa wyjaśnienia zabrał do pokoju pełnego smutnych twarzy, które na mój widok stężały, wyrażając przy tym cały przekrój emocji godnych sali sądowej. Rada miasta. 

Wciąż mieli na sobie odświętne stroje, ale ich splendor przygasł z dala od kolorowych świateł wypełniających katedrę. Wkroczyliśmy z Taeganem w środku zażartej dyskusji, o czym świadczyły wzburzone fryzury, poluzowane kołnierze i na wpół opróżnione butelki bursztynowego trunku. Może i nie byłem tam jako oskarżony, ale z pewnością tak się czułem. Oczy zebranych wydały wyrok na mnie, Secil i jej rodzinę trzy pokolenia wstecz. Powietrze było gęste od niewypowiedzianych gróźb. 

Versebiter Delock pojawił się znikąd jak duch i stanął naprzeciw rady w pełnym rynsztunku awatara. Nie mogłem skupić się na jego monologu wymierzonego w rozkołatane serca rady. Obraz na wpół skamieniałego brata torturował mój zdrowy rozsądek krzycząc żebym odpuścił wątpliwości. Trochę przerażała mnie myśl, że gdyby nie chodziło o Secil, to pewnie tak bym uczynił. Gdy Delock oświadczył radzie, że zajmę się tą sprawą myślałem, że oszaleją. Wniosły się gromkie protesty, których treść i forma stanowiła wykwintne połączenie dyplomatycznego tonu i obraźliwych słów. Rozumiałem członków rady, w końcu widzieli co się stało. Na ich miejscu pewnie też bym uznał, że Secil musi natychmiast odpowiedzieć za swoją zbrodnię.

– Rozumiem wasze obawy – Awatar uciął dyskusję jednym gestem ręki – ale wyraźnie widzę, że targają wami uprzedzenia z ostatniej wojny. Fakty są takie – Delock pieprznął rewolwerem w blat aż mu szwy w liberii zatrzeszczały – Broń nie była załadowana prymerytem. Jeżeli ktoś z was jest mi w stanie wyjaśnić jak to jest możliwe, że Cheon ginie w Katedrze chronionej jego patronatem, trzema jego awatarami oraz jednym z bardziej zaawansowanych lemegetonów, nie wspominając po drodze o eodium… – zrobił dramatyczną pauzę, po czym rzucił na stół łuskę, która z brzękiem poturlała się przez całą długość blatu i spadła z drugiego końca na miękki dywan – to zamieniam się w słuch.

Nikt się nie odezwał. Ja też. 

– Uwierzcie proszę, że nikt nie chce ustalić faktów bardziej niż Kongregacja. Dlatego w śledztwie weźmie udział również foritariusz Allion, który razem z Jackiem otrzymują tytuł moderatorów i zbadają dokładnie sprawę. Wszyscy mają być do ich dyspozycji na czas wyjaśniania sprawy, proszę to przekazać swoim protegowanym. 

W ten sposób znalazłem się na smyczy. Kimkolwiek był Allion, nie miałem wątpliwości, że będzie szarpał za obrożę i przywoływał mnie do nogi w imieniu Delocka. Rada nie wyglądała na zachwyconą. Widać było, że mimo wszystko nie rozumieją spokoju z jakim awatar podchodzi do sprawy, ale kto śmiał kwestionować Czarną Liberię? 

Rada składała się z dziewięciu osób, ale prawdę powiedziawszy nie przykładałem nigdy uwagi do politycznego życia miasta, więc nie znałem w zasadzie połowy składu. Nigdy nie sądziłem, że wiedza ta do czegokolwiek mi się przyda, no chyba że chciałem znać twarze elit, które oplułyby mi twarz. 

Janus był najmłodszym członkiem rady i zapamiętałem go tylko dlatego, że miał ogromny zapał do swojej pracy. Naprawdę ciężko pracował aby miasto rozkwitało i miało się dobrze. Można było go spotkać codziennie rozmawiającego z ludźmi, którzy zalewali go swoimi problemami, a że był żadkim przypadkiem człowieka o szczerym uśmiechu, potrafił zebrać wokół siebie całkiem pokaźny tłum. Miał chłopak cierpliwość, muszę mu to przyznać. Teraz na jego twarzy malowała się mieszanina strachu i determinacji, która niczym wskazówka metronomu przeskakiwała z jednego wyrazu w drugi.

Koryfeusz Vellange był za to moim kolcem w dupie, bo wszelkie kontrole (czy to w moim mieszkaniu, czy w trakcie powrotu ze szlaku) były jego dziełem. Nie był ani kongregatem, ani nawet zieloną liberią, ale posiadał jako jedyny rozbudowaną manufakturę, za pozwoleniem kongregacji oczywiście, i nie była to byle jaka manufaktura, bo produkowała niezbędne przedmioty codziennego użytku: Broń białą i kusze dla garnizonu, noże i widelce dla pospulstwa. Rzecz jasna nie było mowy o produkcji czegoś więcej, tak więc żadnych samopałów, nie mówiąc już nic o jakiekolwiek broni samopowtarzalnej jego pracownicy nigdy nie wykonali. 

Dzięki temu, że zaopatrywał garnizon i miał glejt od kongregacji, pozwalał sobie manipulować co głupszymi radnymi, którzy mogli zlecić te upierdliwe kontrole. Celem Koryfeusza było dorwać zegera poprzez moją osobę, szukając jakichkolwiek śladów i powiązań, które zadradziłyby jego tożsamość. Cech zegerski był jego utrapieniem i nielegalną (od czasów drugiej wojny) konkurencją działającą w podziemiu. Gdyby tylko wiedzał, że ów zeger oficjalnie jest jego pracownikiem, pewnie zesrałby się zarówno z wrażenia, jak i ze strachu przed Kongregacją, która mogła ten fakt opacznie zrozumieć.

No i był jeszcze Sebastian, który zastąpił niedawno zmarłego Stenara Roga, wiekowego dziadka, którego bardzo lubiłem, bo z nieznanego mi powodu mówił do mnie per “wnuczku” i częstował cukierkami. Zabawne było to, że nie był mentalnie chory, umysł miał bystry i niejednokrotnie to on odpowiadał za organizację różnego rodzaju festynów czy innych wydarzeń w mieście. Pozytywny człowiek, którego zastąpił jakiś grubas, o którym wiem tylko, że ma na imię Sebastian. Zapamiętałem jego imię, gdyż pierwsze co zrobił na pogrzebie Roga to przywitanie się ze mną słowami “Nazywam się Sebastian i jestem twoim nowym radnym”. Tylko sacunek do Stenara powstrzymał mnie wtedy od wepchnięia tej świni do jego grobu.

Wśród radnych wyróżniał się Van Graff, który po śmierci Stenara przejął tytuł najstarszego członka rady miasta. Był świadkiem pierwszej wojny nehelemskiej, a przynajmniej jej końcówki. Jego oczy od początku spoglądały czujnie na awatara i bez wątpienia koncentrował się na każdym jego słowie. Jako jedyny dotrwał do końca monologu Delocka bez salwy oburzenia czy protestów. Gdy wychodziliśmy dostrzegłem, jak Delock wlepia w niego drapieżny wzrok, który po wyjściu przeniósł na mnie. 

– Allion czeka w katedrze – powiedział gdy znaleźliśmy się w holu.

– Szybki jesteś – zauważyłem. Delock uśmiechnął się tylko i złożył dłonie za plecami. 

– Ty też nie trać czasu Jack. W chwilę po śmierci Cheona na wszelki wypadek zamknąłem bramy wewnętrznego miasta. Nikt nie wejdzie i nikt nie wyjdzie przez tydzień.

– Mam rozwiązać sprawę w mniej niż tydzień?

– Nie oszukujmy się Jack. Jeżeli to nie Secil jest sprawcą, to zrobił to ktoś, komu żadna blokada nie przeszkodzi. Więc nie, nie musisz. Masz kilka dni, ale wyświadczyłem ci tak wiele przysług, że nie mam zamiaru czekać nawet godziny dłużej. Równo za tydzień ogłoszę wyniki śledztwa, ale ostrzegam cię Jack… Jeżeli ludzie przyjdą z pochodniami po Secil, mogę być zmuszony do wcześniejszego wydania wyroku – Podał mi rewolwer, z którego strzelała Secil, skinął głową i bez słowa opuścił ratusz. 

 

 Było już późno. Świat dookoła pokrył się patyną zachodzącego słońca, plac zupełnie opustoszał a konfetti leżało martwe w ten bezwietrzny początek wieczoru. Ku mojemu niezadowoleniu dostrzegłem, że plac zamknięto dla ruchu cywilnego. Ktokolwiek postawił zielone liberie na straży wokół placu zrobił głupią rzecz, ale ten problem odłożyłem na później. 

We wrotach katedry powitał mnie chłód starych kolumn, grobowa cisza i iskrzące nienawiścią spojrzenie ucznia, który zamiatał szkło spod nóg. 

– Niech pan sobie daruje – powiedziałem do niego rozkazującym tonem Moderatora. – zaciera pan ślady na miejscu zbrodni.

Minąłem go nie czekając na jego reakcję. Moje zainteresowanie od razu wzbudził wysoki, szczupły chłopak w granatowej liberii o srebrnym szamerunku. Chodził to w lewo, to w prawo przyglądając się kamiennym kawałkom pozostałym po naczyniu cheona, ale ani razu nie przekroczył niewidzialnej granicy, jaką tworzyły jego resztki. Zerknął na mnie gdy tylko echo moich kroków do niego dotarło. 

Bez wątpienia był to Allion. Twarz miał wychudzoną a na nosie miał dość duże okulary o cienkich oprawkach i przypiętym łańcuszkiem. Miał nieco wysunięty podbródek i, co dziwne, na mój widok szczerze się uśmiechnął ukazując rząd zadbanych, dużych zębów. Już w tym momencie ciężko było mi uwierzyć, że mam do czynienia z kongregatem, nie bardzo jednak wiedziałem skąd wzięłą się ta myśl.

– Ekhm – okularnik zasłonił teatralnie usta dłonią – Nazywam się Allion, foritariusz kongregacji… jak już pan zapewne wie. – Przywitał się ze mną krótkim uściskiem dłoni, którego nie mogłem mu odmówić.

– Jack. Jack Arizona.

– Słyszałem o panu – uśmiechnął się i pokazał palcem na prawe oko. – To co? – klasnął w dłonie rozglądając się dookoła – em… Czy widział pan już może miejsce zbrodni? – powiedział Allion nachylając się w moją stronę i patrząc z ukosa. Nie wiem czemu zwróciłem na to uwagę, ale jego przesadnie zarysowane gesty wydawały się dziwne. Nie czekał jednak na moją odpowiedź. Sięgnął po notatnik i płynnym ruchem dłoni, z lekko uniesionym kciukiem, znalazł na (jak sądziłem) nienagannie zapisanej liście interesujący go punkt. Niezwykłe, jak przeszedł od razu do rzeczy. Żadnych tyrad na temat bezsensowności śledztwa, krzywych spojrzeń czy wyrysowanej na twarzy obojętności. 

– Pozwoliłem sobie na wstępne badania miejsca zbrodni oraz lemegetonu chroniącego katedrę. Z chęcią porównam notatki z pana spostrzeżeniami.

Całe dorosłe życie spędziłem wśród Sprawiedliwych i nawet przypadkowa współpraca zrodzona na szlaku z nowo poznanym posiadaczem tego tytułu wydawała mi się naturalna. Teraz czułem dyskomfort jakiego w zasadzie nigdy w życiu nie doświadczyłem. Przyszło mi po raz pierwszy ściśle współpracować z kongregatem. Żeby tego było mało Allion wydawał mi się za młody na udział w takiej sprawie, ale też nie wyglądał na zdruzgotanego czy przerażonego faktem, że Cheon nie żyje. Zawsze sobie wyobrażałem, że w takiej sytuacji cała kongregacja pada na podłogę i zalewa się łzami klnąc ten niesprawiedliwy świat. Zamiast łez w jego oczach tliła się iskra, której jeszcze nie potrafiłem odszyfrować. 

– Kiedy Delock powiadomił cię o tej sprawie? – spytałem.

Allion zamrugał nieco zbity z tropu, nie spodziewając się najwyraźniej takiego pytania. Zdjął okulary, które luźno zawisły na łańcuszku i poszczypał się w dolną wargę. Nie wydawało mi się, że odpowiedź na to pytanie wymagała jakiegokolwiek przemyślenia, chyba że zastanawiał się na jej udzieleniem w ogóle.

– Nie musiał – odpowiedział w końcu – byłem tutaj, gdy to się stało – wyciągnął dłoń i wyprostował palec wskazując bliżej nieokreślone miejsce w katedrze. – Tam stałem.

Zupełnie mnie nie interesowało, gdzie stał.

– A dlaczego akurat ciebie wyznaczył do śledztwa?

Allion zaśmiał się nerwowo i nieco zakłopotany spojrzał w podłogę. 

– No… tak jakby… To ja się do niego zgłosiłem.

– Jak to? – Spytałem szczerze zaskoczony – Czemu się zgłosiłeś? Z jakiego powodu?

Ciekawy byłem, czy Delock rozmawiał z Allionem przed, czy po rozmowie ze mną i korciło mnie, by wypytać o to kongregata. Musiałem jednak odpuścić, bo nie było to w tej chwili istotne. 

– Wyjaśnienie tego nie jest takie proste. Złożyło się na to kilka czynników.

– Zamieniam się w słuch.

– Wszystko po kolei panie Arizona – uciął Allion – Na razie chciałem przekazać panu moje ustalenia.

Allion poprowadził mnie nawą boczną do pomieszczeń gospodarczych. Klaustrofobiczny i ciemny jak diabli korytarz ciągnął się prosto, bez żadnych zakrętów. Jedynym źródłem światła były niewielkie jasne promyki przebijające się przez nieliczne szpary w drzwiach wkomponowanych w ściany korytarza. Na samym jego końcu stało dwóch uczniów pilnujących solidnych, dębowych drzwi. Osadzone na metalowych zawiasach sprawiały wrażenie odpornych na każdą próbę sforsowania. Uczniowie przepuścili mnie i Alliona bez żadnego słowa, choć czułem na sobie ich nieprzychylne spojrzenia. Parasanga w kieszeni delikatnie zawibrowała, ale nie było w tym nic dziwnego. 

Na środku prawie pustego pomieszczenia znajdował się lemegeton o co najmniej piętnastu fajerkach. Część glifów była zasłonięta białymi szmatami. Na komodzie pod ścianą pozbawioną okien stała opasła księga w twardej oprawie.

– To jest lemka chroniąca katedrę? – spytałem próbując cokolwiek z niej zrozumieć, ale nic z tego. Były to kolejne pierścienie z dziwnymi znakami poprzecinane liniami prowadzącymi od glifu do glifu.

– Zgadza się panie Arizona – odparł foritariusz zakładając ponownie okulary i nachylając się nad księgą – ale warto zacząć od księgi ceremonialnej. Czy wie pan, jak organizowana jest ta uroczystość? 

– Wstąpienie? Niezupełnie.

– Wytłumaczę to w skrócie – podniósł palec – bo to konieczne. Aby ewokować Cheona, trzeba doprowadzić do odpowiedniej koncentracji dwaalu w miejscu jego zstąpienia. Nie jest to oczywiście warunek konieczny, ale takie miejsce jak katedra zapewnia im… hmmm… miękkie lądowanie w swoim desygnowanym naczyniu. W normalnych… to jest “codziennych” warunkach koncentracja Dwaalu nie jest wysoka, ale staramy się ją utrzymywać na ponadprzeciętnym poziomie.

– Dla Cheona? 

– Dla nas. Ułatwia to zdecydowanie rzucanie hexów i tworzenie hexsteriów. Niestety przyciąga też Śniących.

– Zauważyłem.

– W każdym razie… Ceremoniał składa się z prób i głównej części. Próby nie są zupełnie na sucho, gdyż już w ich trakcie koncentrujemy przepływ dwaalu w katedrze. Dlatego goście zaproszeni do środka są specjalnie selekcjonowani. Nie mogą to być ludzie pana pokroju, bo to…

– Mojego pokroju?

– Tak… Eh… Proszę wybaczyć takie określenie – Allion potargał gęstą czuprynę lekko kręconych włosów – ale chyba wie pan, o co chodzi.

– Nie będę ukrywał, że się domyślam.

– Także tego… – spojrzał na mnie niby ukradkiem, cały się rumieniąc – Nie mogą być to… hmmm… zwykli statyści. Muszą być zaangażowani… Jakby to powiedzieć… duchem i sercem, inaczej tylko przeszkadzają. 

– A ty też jesteś zaangażowany? – w sumie nie wiedziałem, skąd nasunęło mi się to pytanie, ale wprowadzanie fortariusza w zakłopotanie wydawało się łatwe i skrzętnie skorzystałem z tej możliwości. 

– Ja? – podniósł dwa palce i pomachał nimi niczym werblami na niewidzialnych bębnach – Ależ oczywiście. Zawsze chciałem zobaczyć Cheona na żywo.

– To nie to samo co być zaangażowanym duchem i sercem – zauważyłem. Młody kongregat ponownie się zakłopotał a ja dobrze się bawiłem. Potarł nerwowo kark i spojrzał gdzieś w bok.

– Ma pan oczywiście rację panie Arizona. Ale w odpowiedniej chwili postaram się wytłumaczyć, że to też się poniekąd liczy.

Jego odpowiedź była tyleż tajemnicza, co wymijająca. Nie drążyłem jednak tego tematu bo niewiele wnosił do sprawy. 

– No dobrze, a co to wszystko ma do rzeczy?

– Proszę spojrzeć na listę gości – z ulgą pokazał mi opasły tom na komodzie – Jeden z uczniów prowadzi listę obecności zaproszonych do katedry gości. Według niej każda próba odbywała się w pełnym komplecie z wyjątkiem jednego dnia. Wczorajszego. 

– Na razie nie ma w tym niczego niezwykłego – zauważyłem, choć spodziewałem się, że młody foritariusz ma coś do powiedzenia na ten temat. Nie myliłem się, bo w jego oczach zatańczyła wesoła iskra.

– Tego właśnie dnia uczeń odpowiedzialny za sprawdzanie obecności musiał zostać z powodów prywatnych w dormitorium. Zastąpił go ktoś inny.

– Kto?

– Ja – odparł wesoło Allion.

– Wciąż nie rozumiem, co to ma do rzeczy.

– Za chwilę pan zrozumie, panie Arizona. Otóż dziś, w czasie Wstąpienia na miejscu nieobecnej osoby stała białowłosa dziewczyna… Coś się stało panie Arizona?

Ta informacja wzięła mnie nieco z zaskoczenia i przez to nie zapanowałem chyba nad swoją mimiką.

– Chyba wiem, o kim mówisz. Te białe włosy trochę się wyróżniały w tłumie.

Nie powiedziałam mu prawdy, bo nie byłem pewny, co Allion zrobi z tą informacją. Wolałem zachować jak najwięcej asów w rękawie. Allion chyba nie wyczuł, że coś ukrywam, a przynajmniej miałem taką nadzieję.

– Niby nic podejrzanego – kontynuował z zafascynowaniem – ale wczoraj wieczorem ta sama dziewczyna pojawiła się w pobliżu katedry, jednak nie zbliżyła się nawet do wejścia, gdzie stałem sprawdzając obecność. Widziałem, jak rozmawia ze strażnikami, którzy ją odganiali, jakby była śniącym. Nie wiem czemu nie weszła do środka, choć najbardziej oczywisty powód nasuwa się sam: nie była na liście. 

Wyglądało na to, że nie był świadkiem mojego spotkania z białowłosą. Albo też postanowił trzymać karty przy orderach. 

– Ale na poprzednich próbach była? – dopytałem.

– Można tak przypuszczać.

– I na Wstąpieniu? 

– Tak. Na pewno ta sytuacja wymaga wyjaśnienia. Chciałem od razu wyklarować, że byłem obecny na wszystkich próbach, ale nie zwróciłem wcześniej uwagi na tą białowłosą dziewczynę. W zasadzie na nikogo nie zwracałem uwagi – dodał ciszej. – Nieobecną osobą była Ewa Cole, protegowana Hanzy w prefekturze Hirugarten. Musimy ustalić czy białowłosa to Ewa Cole, a jeżeli nie, to kim była. 

– Czy pani Cole jest goetką?

– Nie, z tego co mi wiadomo to nie. Skąd to pytanie?

– Profilaktycznie – poklepałem się po rewolwerze. Kwaśna mina Alliona podpowiedziała mi, że złapał się na to nieprzyjemne kłamstewko z mojej strony. Na razie wiedziałem, że białowłosa dziewczyna nie była panną Cole, ale postanowiłem zostawić tą informację dla siebie. 

– nie patrz tak na mnie – dodałem widząc, że mina Alliona wciąż wyraża obrzydzenie – jeżeli białowłosa dziewczyna to pani Cole, i jeżeli miała coś wspólnego ze śmiercią Cheona, to bez pomocy goecji byłoby jej trudno go zabić. A to – poklepałem ponownie rewolwer – są środki bezpieczeństwa.

Spojrzałem na okręgi wymalowane czarną farbą przez staranną rękę jakiegoś artysty. 

– Co zakrywają te szmatki? – wskazałem na cztery zasłonięte fragmenty. Allion podszedł do lemegetonu i nachylił się nad nim, zaglądając pod gałganki.

– Valory zapisane glifami. Nie można ich pokazywać nieuprawnionym, chyba rozumie pan czemu.

– A czyje są to valory?

– A jakie ma to znaczenie? – spytał Allion podejrzliwie – skoro i tak nie zna się pan zbyt dobrze na lemegetonach? 

Ah! Stara dobra, tajemnicza Kongregacja.

– No dobrze, to spytam inaczej – poddałem się od razu. – Z tego co mówił Delock, to autorem tego lemegetonu jest Taegan. Jeden z uczniów wspomniał mi w trakcie wstąpienia, że niektóre hexy są zablokowane. Rozumiem, że ten lemegeton odpowiada za to działanie. 

– Z gruba się zgadza.

Moja wiedza na temat lemegetonów była dość ograniczona, choć Montana próbował mi ją wpajać, ale niewiele rozumiałem ponad pewne podstawy. Lemegetony są bazą wszelkich hexów i aby go rzucić, należy wywołać przepływ przez taki lemegeton. Aby ułatwić sobie życie goeci, czy to związani z kongregacją czy nie, używają starterów, w których jakimś cudem zawarte są lemegetony. Startery zawsze budziły moją ciekawość, bo wydawało mi się niezwykłym, że w takim malutkim kamieniu ktoś potrafi umieścić jakikolwiek lemegeton. Jak to robiono i jak to działało pozostawało dla mnie tajemnicą, ale Allion mógłby mi to kiedyś wyjaśnić, bo wewnątrz Kongregacji jego zakon zajmuje się procesem synchronizacji startera z goetą. 

Warto jednak dodać, że awatarzy stanowili wyjątek od tych zasad i są zdolni, dzięki swym patronom, rzucać hexy bez potrzeby rysowania i aktywacji przepływem lemegetonu.

– Dlaczego pozwalacie, by można było rzucać hexy w ogóle? Czy to nie zbędne ryzyko i potencjalna luka?

Allion zrobił dziubek i pokiwał głową na boki. 

– Z jednej strony ma pan rację, ale musi pan też zrozumieć, że niektóre hexy są potrzebne ich użytkownikom do prawidłowego funkcjonowania. Pomijam tu hexy kosmetyczne, tu chodzi o, na ten przykład, hexy lecznicze.

Hexy kosmetyczne! Teraz zrozumiałem, co mi jeszcze nie pasowało w jego osobie: Allion nie stosował hexów kosmetycznych. Większość goetów, a tym bardziej kongregatów skrzętnie korzysta z upiększających możliwości jakie daje goecja. Zawsze wypolerowani na wysoki połysk, pozbawieni zmarszczek, pryszczy, niesymetryczności, bruzd i piździwąsika… Allion był “naturalem” mimo, iż wielu goetów na jego miejscu zaczynałoby dzień od zaczarowania swojej buźki. 

Nie oznaczało to w żadnym wypadku, że Allion jest brzydki. Był… normalny. Gdyby założył sweter zamiast liberii, mógłby uchodzić za szarego obywatela sprzedającego nektarynki na straganie. Goeci nie lubili uchodzić za szarych obywateli sprzedających nektarynki na straganie. Kongregaci za to nie lubili uchodzić za cokolwiek innego poza personifikacją kanonów.

– A to nie jest tak, że wystarczy jeden hex i jesteś zdrów jak ryba?

– To nie tak panie Arizona, a przynajmniej nie do końca. Z chęcią przybliżę panu niuanse działania takich hexów, ale nie jest to przedmiotem tej sprawy. Zapraszam na kawę po godzinach pracy – uśmiechnął się uprzejmie. 

Propozycja była interesująca nie tylko dlatego, że byłem laikiem w tej sprawie. Pierwszy raz od dawna spotkałem goetę–kongregata tak chętnie dzielącego się wiedzą. Całe życie polegałem na wiedzących albo zegerach, i nie przypominam sobie, bym musiał korzystać z zaawansowanej pomocy medycznej goetów, przez co nie wiedziałem, jak to może działać. 

– Jesteśmy w stanie ustalić, czy ktoś próbował rzucać hexy w trakcie Wstąpienia?

– Poniekąd, ale trzeba spytać o to Taegana, w końcu on tworzył ten lemegeton. Jest tu kilka glifów, których konfiguracja, odwołania i wzajemne synergie pozwalają ustalić twórcy lemegetonu tkane hexy.

– Na co jeszcze pozwala ta lemka?

– Ogólne założenia tego lemegetonu to ochrona wnętrza katedry. Różnego rodzaju bariery fizyczne i umysłowe, kontry na popularne hexy, są tu też pochłaniacze, tłumiki i tarcze rewersowe. To taki kombajn obronny. Valory wpisane w pierścienie pozwalają ich właścicielom rzucać hexy niemal bez ograniczeń… Poza jednym, i to jest trochę dziwne.

– Zamieniam się w słuch.

– Otóż… – Allion zawahał się wyraźnie mierząc mnie wzrokiem – nie wiem, czy powinienem o tym panu mówić, bo może pan to źle zrozumieć. Sam nie jestem do końca pewny, co to oznacza.

– Teraz to już nie masz wyjścia – nie ukrywałem irytacji w moim głosie.

– Ten lemegeton tak jakby… eeee… wyraźnie zabrania Awatarowi Lobeofi rzucać hexy. 

Nie ukrywam, zrobiło mi się wtedy ciepło. W pierwszym odruchu widziałem tutaj czyjąś nieczystą grę, ale nijak nie pasowało to do żadnych teorii, które tłukły mi się w głowie. 

– Czyli Taegan coś zmajstrował przy lemegetonie?

– Nie. Taki lemegeton wymaga długiego planowania, nie można go ukradkiem albo w ostatniej chwili przepisać. Po prostu zwróciło to moją uwagę i może ma to swoje uzasadnienie. Warto spytać Taegana – wzruszył ramionami – A jakie są pańskie spostrzeżenia? 

Nie bardzo chciałem się nimi dzielić z Allionem. Z wierzchu budził zaufanie, ale nauczony doświadczeniem po prostu nie wierzyłem kongregatom. 

Problem w tym, że na goecji znałem się jak zeger na leczeniu syfa. Foritariusz kongregacji pod ręką był nieocenioną pomocą, ale w obliczu zbrodni Secil miałem wrażenie, że każdy zakonnik będzie chciał ją jak najszybciej powiesić. 

 Wróciliśmy do prezbiterium, gdzie zająłem honorowe miejsce obok posągu Vespy. Miałem ochotę się o niego oprzeć, ale czułem na sobie zimne spojrzenie zakapturzonego ucznia, który tylko czekał na pretekst, by pogonić mnie miotłą.

– Secil strzelała z tej galerii – wskazałem miejsce Allionowi. – A ja stałem tam – wskazałem drogę między wejściem do katedry a prezbiterium. – W momencie strzału stały się na pewno dwie rzeczy. Po pierwsze słyszałem wyraźny dźwięk rykoszetu i pękającego szkła – wskazałem na podzielony na trzy części witraż za prezbiterium, który przedstawiał zapewne jakieś ważne wydarzenia z historii kongregacji. Środkowa część była niemal całkowicie rozbita, ukazując katedralny ogród. – Rykoszetująca kula musiała przebić witraż. Mógł też zostać uszkodzony w wyniku rozpadu pomnika.

– Ekhm… Naczynia – poprawił mnie Foritariusz – rykoszet od czego?

– Nie wiem. Powinien nastąpić od bariery. Nawet jeżeli Taegan nie postawił jej tak szybko, to zwykła kula powinna odbić się od kamienia. Oczywiście nie mam pojęcia, jak zachowuje się ożywiony kamień, nigdy nie strzelałem do cheona, ale myślę, że zwykła kula wciąż nie powinna zrobić na nim wrażenia. Warto tu dodać, że jestem przekonany, że Secil nie mierzyła w kogokolwiek. Jej celem było zrobienie zamętu, przerwanie ceremonii. Może celowała i bezpośrednio trafiła witraż. 

– Mówił pan, że najpierw słyszał rykoszet.

– Nie. Mówiłem, że słyszałem te dwie rzeczy, ale nie mogę powiedzieć na pewno, jaka była ich kolejność.

Allion coś skrzętnie zanotował w swoim notatniku. Oczami wyobraźni widziałem tam napisy w stylu “Secil jest winna” i “Arizona to zakłamana szuja, rekomenduję piętno”.

– A gdyby kula była wykonana z eodium, to też by rykoszetowała? 

Podobało mi się, że użył słowa “gdyby”. 

– Na pewno przebiłaby barierę – odpowiedziałem szczerze – Tak jak powiedziałem nie wiem, jak zachowuje się trafiony żywy kamień, tym bardziej prymerytem. 

Powiedziałem mu zdecydowanie mniej, niż wiedziałem naprawdę. Takie kule nie są zbyt twarde i łatwo się kruszą, często już w trakcie strzału rewolwer zamienia się w śrutówkę; dużo zależy od umiejętności danego zegera, który wykonał stop. Nie chciałem jednak poruszać tej kwestii, bo nieuchronnie pociągnęłaby za sobą temat zegerów, który musiałbym uciąć. Im mniej kongregacja wie na ich temat, tym lepiej.

– Delock wspomniał – podjąłem po chwili – że cheon nie czuł się zagrożony. Kto jak kto, ale taka istota powinna wyczuć, czy Secil jest niebezpieczna.

– Pod warunkiem, że ktoś nie maskował obecności eodium – odbił Allion. – Wiem, że istnieją pojemniki pozwalające ukryć obecność tego minerału i niewykluczone, że rewolwer, z którego strzelała pani Secil takie ekranowanie posiada.

Byłem pod wrażeniem wiedzy Alliona. Tym razem spudłował, ale w przyszłości może trafić w dziesiątkę. Jego przenikliwość była jak miecz obosieczny. Mogła okazać się bardzo pomocna, albo bardzo problematyczna.

– W takim razie – wyciągnąłem rewolwer wetknięty za pasek spodni – proszę. Można go zbadać pod kątem ekranowania.

– Z niego strzelała Secil?

Skinąłem głową. Allion podszedł bliżej i przyjrzał się uważnie broni, nim wziął ją do ręki. Jak każdy żółtodziób chwycił ją w nieporadny sposób i nieomal upuścił, nie spodziewając się najwyraźniej, że może tyle ważyć. 

– Na pewno to sprawdzę, panie Arizona – Schował broń do skórzanej torby, która leżała pod prezbiterium. Pogodziłem się z jej stratą (nie łudziłem się, że mi ją teraz za szybko oddadzą, o ile w ogóle), ale nie była to zbyt wielka cena za ocalenie Secil. 

– Jeszcze prymeryt, panie Arizona – powiedział nagle Allion wyciągając dłoń – bez prymerytu nie sprawdzę możliwości ekranujących rewolweru. 

– Ah tak? – burknąłem, ale nie było sensu się stawiać. Prymeryt był cholernie cennym nabojem i czułem się, jakbym oddawał jedną szóstą mojego majątku. Niechętnie sięgnąłem do pasa, wyjąłem ze slotu jeden pocisk z czarną główką i z namaszczeniem położyłem na wyciągniętej dłoni. 

 

Przyjaciele i wrogowie.

Jestem świadkiem i czynnym uczestnikiem zmian, jakie następują w świecie. Pojawiła się nowa siła, która zmienia dotychczas znane prawa w łabędzi śpiew starej cywilizacji. My już wiemy, co to jest. Wy jeszcze błądzicie w ciemnościach. Oferuję wam dar oświecenia i będę cierpliwie czekał, aż go przyjmiecie. Tymczasem ze smutkiem będę obserwował, jak snujecie się we mgle domniemywań, racjonalizacji, bagatelizacji i ignorancji. Będę jednak niczym latarnia morska, która pozwoli odnaleźć drogę tym, którzy zaufają światłu.

 

– fragment pierwszego listu otwartego Vigala Delocka.

 

 Świeżo mianowani Moderatorzy uznali, że najlepszym biurem ich wspólnej działalności będzie sala konferencyjna w ratuszu. Z racji sytuacji jaka miała miejsce w katedrze rada miasta nie zwoła w najbliższym czasie obrad, a położenie ratusza bardzo ułatwiało zadanie z jednego powodu – wszędzie było blisko.

Najbliżej, bo dosłownie piętro wyżej w jednym z pokoi siedziała zamknięta Secil, która tak naprawdę powinna trafić do więzienia w garnizonie. Najwyraźniej Versebiter nie miał serca wsadzić do brudnego lochu żony awatara i choć Jack nie wiedział, czy Versebiter wierzy w jej niewinność, to ten gest sugerował, że bierze taką opcję pod uwagę. Jack za to nie miał wątpliwości, że Secil jest tylko ofiarą całej tej kabały. Mimo, iż musiał ją w końcu przesłuchać to nie liczył na to, że cokolwiek to da. Musiał jednak to zrobić, choćby z poczucia obowiązku. 

W myśl zasady “przyjaciół trzymaj blisko a wrogów jeszcze bliżej” Versebiter zajął biuro Lobeofa mieszczące się dosłownie dwa pomieszczenia obok “pokoju” Secil, dzięki czemu zarówno awatar, jak i Sprawiedliwy mogli mieć oko nie tylko na nią (każdy z innego powodu), ale również na siebie. Z racji obowiązków wciśniętych w napięty plan dnia Versebiter musiał często opuszczać ratusz i Allion niejednokrotnie był świadkiem, jak wychodząc rzucał ukradkowe spojrzenie w stronę prowizorycznego biura za każdym razem, gdy siedział tam Jack. Z kolei Sprawiedliwy w trakcie snucia teorii spiskowych na temat morderstwa Cheona potrafił wlepić zamyślony wzrok w sufit, jakby widział przez niego biuro Lobeofa, które znajdowało się przecież tuż nad nimi.

Głównym elementem praktycznego wystroju sali konferencyjnej był prostokątny, ciężki stół na tyle obszerny, by dwanaście osób rozsiadło się wygodnie na elegancko wykonanych krzesłach i rozpychało się łokciami bez ryzyka zetknięcia z sąsiadem. Blat był regularnie odnawiany, bo niemożliwym było, aby jego krystalicznie gładka, lakierowana powierzchnia po tylu latach utrzymywała się w tak doskonałym stanie. 

Dla Jacka ważniejszy od stołu był dobrze zaopatrzony barek z szerokim wyborem trunków, który stał nieśmiało w zacienionej części sali. Jack tak naprawdę nigdy nie był koneserem alkoholu, ale perspektywa uszczknięcia zacnych i zapewne drogich zapasów wody ognistej rady miasta dawała mu małą satysfakcję. 

Podobał mu się również fakt, że oświetlenie stanowiły lampy naftowe, co może i było zaskakujące w dobie wszechobecnego lemegetonu ogniska domowego, ale gospodyni nalegała, by zastosować prawdziwe, ciepłe światło, bo według niej tworzyło to bardziej przytulną atmosferę. Jack podzielał tę opinię, natomiast Allion był innego zdania i twierdził, że lampy paliwowe tworzą zbyt duże ryzyko pożarowe a odpowiednio skonstruowany lemegeton świetnie by imitował ich barwę i ciepło. Dysputy na temat wystroju odstawili na później, gdyż moderatorzy mieli ważniejsze sprawy na głowie.

Taegan siedział po przeciwnej stronie stołu jako przesłuchiwany, ale gdyby spojrzeć na sytuację z boku, to można było mieć wątpliwości kto tu kogo przesłuchuje. Masywne dłonie awatara oplotły się wzajemnie palcami i oparły o drewniany blat. Taegan, delikatnie rzecz ujmując, uważał to przesłuchanie za farsę i prezentował odpowiednią do tego postawę. Jack łypał na Taegana oskarżycielsko, ten natomiast miał minę doskonale oddającą definicję lekceważenia.

– W lemegetonie często umieszczamy blokadę wstępującego awatara i jest ku temu kilka przyczyn – tłumaczył Jackowi tonem silącym się na profesjonalizm. – Wstąpienie oznacza śmierć ludzkiego ciała. Nie wiemy co odczuwa wstępujący w trakcie ceremonii, ale zaznaczam, że mówimy tu o stanie umysłu, nie ciała. Cheoni zapewniają nas, że proces jest bezbolesny, ale nigdy nie ukrywali, że problem leży w umyśle wstępującego awatara. Dlatego tego zaszczytu dostępują nieliczni i to po bardzo długiej posłudze. Po prostu valor i umysł awatara muszą być gotowe, muszą dojrzeć. Chcąc, nie chcąc jesteśmy wciąż ludźmi a nasze ciała rządzą się prymitywnymi odruchami, które ogłupiają często oświecony umysł. 

– Wybacz Taegan – odparł Jack po chwili ciszy – ale dla mnie, szarego obywatela, to niczego nie tłumaczy.

– Odpowiem więc tak, żeby twój szary umysł to zrozumiał – Taegan uśmiechnął się szyderczo – Blokujemy awatara, by ten w jakimś głupim odruchu nie zaczął zakłócać Wstąpienia. To delikatny proces transformacji valoru w pełnowartościową duszę. Może nastąpić dezorientacja, awatar może dostać ataku paniki, może po prostu podświadomie wzbudzić przepływ, zakłócając delikatny proces. Wolimy tego uniknąć, dla dobra awatara oczywiście.

– Nie brzmi to zbyt przekonująco.

Taegan westchnął ciężko.

– Gdybyś spytał brata Jack, ten powiedziałby ci to samo. Chyba nie oskarżasz mnie o dokonanie jakichkolwiek szkodliwych zmian? Zresztą… – Taegan spojrzał na Alliona – Foritariusz może sprawdzić dokumentację z przygotowań do ceremonii, gdzie odpowiednie szkice jasno pokażą, że w lemegetonie było planowane umieszczenie valoru Awatara Lobeofa z blokadą.

– Byłbym niezmiernie wdzięczny – odparł Allion, na co Taegan skinął głową. Jack już w tym momencie wiedział, że w dokumentacji wszystko będzie w porządku, dlatego podjął kolejny temat.

– Na Wstąpieniu jeden z uczniów powiedział mi, że nie mogą rzucać hexów, jednocześnie mógł lewitować. Jak to jest?

Taegan zaczął wydawać z siebie pomruki niezadowolenia. Co chwila otwierał usta jakby już miał coś powiedzieć, by za chwilę znów pogrążyć się myślach. W końcu spojrzał błagalnie na Alliona, który odchrząknął.

– Gdyby lemegeton działał na broń palną, zostałaby zablokowana, gdybyś w kogoś wymierzył. Mógłbyś jednak, na przykład, strzelić do siebie. To rzecz jasna bardziej skomplikowane, ale oddaje działanie tego zabezpieczenia.

– Obrazowo. – Jack podziękował krótkim skinieniem i skierował swoje spojrzenie na Taegana – Allion wspomniał, że ten lemegeton pozwalał ci… nie wiem jak to nazwać… wyczuwać hexy?

– Można to tak ująć – Taegan zerknął na Alliona poirytowany – nie powinieneś zdradzać Sprawiedliwemu takich rzeczy, foritariuszu Allionie.

– Okoliczności tego wymagają awatarze Taegan – Jack był pozytywnie zaskoczony postawą Alliona. Nie ugiął się, ani nie zająknął pod naporem dyscyplinującego spojrzenia awatara. Wielu podkuliłoby ogon, ale Allion zachował nieco chłodny, profesjonalny ton wypowiedzi. – Zresztą Administrator Delock mianował Sprawiedliwego moderatorem kongregacji, a kanony wymagają aby…

Taegan uniósł dłoń i zamknął oczy, jakby miał zaraz wybuchnąć, ale najwyraźniej zdusił gniewne emocje w zarodku.

– Wiem, czego wymagają kanony… Wybacz – powiedział, w ocenie Jacka, zadziwiająco szczerze. – Odpowiadając na twoje pytanie… Moderatorze Arizona – nutka drwiny prześlizgnęła się między wyrazami, co podkreślał drobny uśmieszek, który wymsknął się |Taeganowi – to było kilka, jak nie kilkanaście hexów. Jeżeli mam pominąć te, których się spodziewałem jak lewitacja, telepatia…

– Telepatia?

– Tak – wtrącił od razu Allion – Ale do skutecznej komunikacji potrzebna jest wzajemna znajomość valorów.

– Rozumiem – Zadziwiające ile problemów rozwiązałoby Kongregacji cholerne radio, pomyślał Jack. – Pomińmy jednak wasze ceremonialne czary–mary. 

Taegan odchrząknął wyraźnie niezadowolony z doboru słów Sprawiedliwego, w czym wtórował mu Allion, który również obrzucił go oburzonym spojrzeniem.

– Istotnie dało się wyczuć inne hexy i choć ich dokładnej natury nie da się stwierdzić, to mogę zapewnić, że nie były groźne. 

– Pozwól mi to ocenić – Jack uśmiechnął się sztucznie – Tylko bez technikaliów Taegan – uprzedził znudzonym tonem – I tak mi to nic nie powie. 

Żelazne Serce spojrzał na Jacka jak na robaka.

– W trakcie ceremonii odczułem echa glifów panteonu transformacji, czego się spodziewałem. Stosuje się je często w hexach działających na różnego rodzaju dolegliwości bólowe – powiedział Taegan po czym zamilkł. Jack przez chwilę myślał, że Taegan próbuje sobie jeszcze coś przypomnieć, ale jego spojrzenie wyraźnie mówiło, że definitywnie zamknął listę.

– i już? – spytał zawiedziony Jack.

– A czego się spodziewałeś?

Jack miał nadzieję na jakąś kulę ognia albo owiane legendą Słowa Mocy, ale najwyraźniej nic z tego.

– A gdyby ktoś chciał rzucić hex na kogoś? Jak działa… – Jack spojrzał na Alliona próbując przypomnieć sobie słowo – …rewers?

Allion pokiwał głową, niewątpliwe dumny, że Jack się tak szybko uczy.

– Nastąpiłoby tak zwane sprzężenie zwrotne. Zależnie od hexa efekt może być różny i może skończyć się efektowną implozją. Rewers jest po prostu adekwatny do siły hexa.

– Boreas jednak był w stanie zatrzymać lecącą włócznię – zauważył Jack – więc jakim cudem go rzucił?

– Gdy Cheon… Zginął – Taeganowi z wielkim trudem przeszło to słowo przez gardło – dezaktywowałem lemegeton. 

– Czemu? – Jack zmarszczył brwi szczerze zaskoczony tą informacją a na twarzy Taegana poraz pierwszy dostrzegł coś na kształt wstydu. Dobrze znane Jackowi poczucie winy odbijało się w spojrzeniu awatara, który uciekł wzrokiem gdzieś w bok. Jack jak najbardziej go rozumiał, w końcu jego obowiązkiem był nadzór nad bezpieczeństwem ceremonii, która skończyła się śmiercią czczonej przez kongregację istoty.

– Lemegeton nie spełnił swojej roli – powiedział w końcu Taegan – w tym momencie był dla nas tylko ograniczeniem. Dlatego go dezaktywowałem.

– Da się złamać w jakiś sposób takie zabezpieczenie? Czy ktoś inny mógł w jakiś sposób wpłynąć na jego działanie?

– Jeżeli zakładasz, że Secil nie użyła prymerytu, to może warto jej się zapytać? – odparł gniewnie Taegan.

– To nie jest odpowiedź na moje pytanie.

– Ale tylko taką otrzymasz, Jack. 

Sprawiedliwy chciał drążyć ten temat dalej, bo wydawało mu się, że jest w nim potencjał na odnalezienie paru istotnych odpowiedzi, ale widząc marsową minę Taegana uznał, że teraz nie jest to najlepszy moment. Spojrzał jeszcze na Alliona, który potwierdził jego przypuszczenia kręcąc głową, więc zdecydował się tym razem odpuścić. Taegan uznał przeciągającą się ciszę za oficjalny koniec przesłuchania, więc wstał i skierował się do wyjścia.

– Skoro to wszystko…

– Jeszcze jedna rzecz – zatrzymał go Jack – znasz Ewę Cole?

Taegan zmierzył Jacka wzrokiem i analizował potencjalne konsekwencje odpowiedzi.

– Protegowana Hanzy – odparł w końcu – Oczywiście.

– Ma białe włosy?

– Być może już tak. Lata młodości ma za sobą.

– A jest goetką? 

Rude brwi podskoczyły Taeganowi do góry.

– Ależ skąd. Czemu pytasz?

– Proszę jeszcze na chwilę usiąść szanowny moderatorze – Allion gestem wskazał krzesło. 

Taegan wahał się taksując podejrzliwym wzrokiem dwójkę moderatorów. 

– Pani Ewa Cole była wśród zaproszonych na ceremonię – podjął Jack gdy Taegan ponownie zajął miejsce przesłuchiwanego. – wygląda jednak na to, że w ogóle nie brała w niej udziału. Zamiast niej na ceremonii pojawiła się białowłosa, młoda kobieta. Jesteśmy niemal pewni, że wpuścił ją uczeń sprawdzający obecność.

Taegan oparł się na drewnianym krześle, które mimo solidnego wykonania zatrzeszczało pod naporem jego szerokich pleców.

– Edmund Zalman. Poczekajcie chwilę. 

Piwne oczy Taegana rozbłysły nagle zimnym błękitem.

– Sprowadź Edmunda – powiedział w eter – Powiedz straży, żeby rozglądali się za białowłosą kobietą… Nie, po prostu poinformuj mnie albo Sprawiedliwego… Dyskretnie. – oczy awatara wróciły do normalności – Nie sądzę, żeby to długo potrwało. Z chęcią posłucham, co Edmund ma do powiedzenia na ten temat.

Jack, w ramach przerwy spowodowanej poszukiwaniami Zalmana, wyszedł na główny hol przed salą konferencyjną, który o tej późnej porze świecił pustkami. Nie niepokojony przez straż pozwolił sobie usiąść na marmurowych schodkach prowadzących na pierwsze piętro i z ulgą zdjął opaskę z oka. Z kieszeni wydobył papierośnicę i w kilku powolnych ruchach zapalił ręcznie zwijanego papierosa.

– Tu nie wolno palić – Boreas pojawił się znikąd i przysiadł się do Jacka. Uczeń porzucił ceremonialne szaty na rzecz czerwonej liberii, w której wyglądał na starszego, niż był w rzeczywistości. Gdyby nie fryzura podobna do tej, którą upodobał sobie Luca, przypominałby ojca. Proste włosy zaczesane na boki i przycięte tak, że lekko szorowały pagony na ramionach nie wyglądały może zbyt męsko w połączeniu z gładką skórą twarzy, której nie skalał jeszcze zarost, ale dzięki temu sprawiał wrażenie łagodnego chłopca o szczerych intencjach. 

Jack podsunął mu papierośnicę, ale Boreas tylko pokręcił głową. Papierośnica zamknęła się z cichym trzaskiem i zniknęła w kieszeni Jacka. Siedzieli tak w ciszy patrząc na wiecznie otwarte drzwi wejściowe do ratusza. Były to dwa masywne skrzydła z grubego drewna utrzymywane przez solidne okucia, któremu jakiś metaloplastyk z zacięciem artystycznym nadał kształt Słońca. Blokady drzwi nie były ruszane od wielu lat i gdyby ktoś postanowił je zamknąć, musiałby się solidnie naprawcować.

– Nie pozwalają mi się widzieć z mamą – Boreas przerwał ciszę.

– I dobrze. – odparł Jack sucho, za co bratanek spojrzał na niego z wyrzutem. Sprawiedliwy zniósł to gniewne spojrzenie – Mogłoby ci przyjść coś głupiego do głowy – dodał po chwili wypuszczając siwy dym z nozdrzy. – Co z Jaspis?

– Nie chce z nikim gadać. Tylko z mamą. I tobą.

– Widziała wszystko?

Boreas pokiwał głową. 

– Parszywy los.

Jack wierzył, że Boreas jest twardy. To już dorosły chłopak, powinien mieć trochę oleju w głowie. Dowodem na to było to, że siedział teraz obok Jacka, a nie łypał na niego oskarżycielsko z bezpiecznej odległości. 

– Jack… Jak mama…

– Ukradła mi rewolwer zeszłej nocy – podjął od razu Jack przerywając bratankowi – Gdy odwiedziłem twojego tatę, musiała się wymknąć do mojego mieszkania. Nie wiem, czy wiedziała, co tam znajdzie. Po prostu…. wybacz określenie… miała “szczęście”.

– Miałeś w domu załadowaną broń?

Jack pokręcił przecząco głową.

– Jeżeli broń jest nabita, to tylko gdy jest w mojej kaburze. Ale “szczęście” nie opuściło twojej mamy i trafiła na mnie w jednej z uliczek. Myślę, że przypadkiem, ale postanowiła wykorzystać tą sytuację i zdobyć kolejnego asa w rękawie. Odegrała piękną scenkę, na którą dałem się nabrać. Zwinęła mi mi jedną sztukę z pasa.

– Czyli… mama to zaplanowała? – Spytał Boreas po dłuższej chwili łamiącym się głosem.

– Słuchaj młody – Jack złapał chłopaka za ramię – Twoja mama na pewno nie planowała zabić Cheona. Chciała tylko, by twój ojciec został tu, z nami. Nie planowała nikogo krzywdzić. Ja w to po prostu nie wierzę i ty też nie pozwól sobie tego wmówić.

– Ale…

– Zajmij się siostrą i bierz z niej przykład, nie słuchaj tych bzdur, co krążą po mieście. Jakoś wyciągnę z tego twoją mamę, obiecuję.

Jack przekonywał tyleż Boreasa, co samego siebie. Na razie nie wiedział, jak tego dokona. Co gorsza, nawet gdyby przekonał Versebitera, że to nie Secil zabiła Cheona, to wciąż istniała możliwość, że w jakiś sposób się do tego przyczyniła. Zmniejszenie wyroku z kary śmierci na kilka lat do spędzenia w lochach nie wyglądało jak wyciągnięcie kogoś z kłopotów. Przemyślenia przerwał Jackowi huk otwieranych drzwi pokoju konferencyjnego. Taegan szybkim krokiem przemierzył hol a zaraz za nim pojawił się Allion, który zatrzymał się przy Jacku, odprowadzając awatara jedynie wzrokiem.

– Niech zgadnę – Jack dopalił papierosa, którego ostentacyjnie zagasił o marmurowy schodek i nasunął opaskę z powrotem na oko – Edmund przepadł.

– Jeszcze nie, ale był blisko – odparł Allion obojętnie wpatrując się w ciemność za wrotami wejściowymi, w której zniknął Taegan.

– To znaczy?

– Próbował się powiesić.

 

Dormitoria uczniów znajdowały się niedaleko katedry. W środku nocy, pod czujnym okiem zniszczonego księżyca i w otoczeniu bladoniebieskich błędników ten dwupiętrowy budynek wyglądał po prostu upiornie. Fasada była w opłakanym stanie i byle kichnięcie powodowało odpadanie pokaźnych fragmentów tynku, pod którym krył się ceglany szkielet. o środka wchodziło się po trzech betonowych stopniach zakończonych dwuskrzydłowymi drzwiami, które tysiąc lat temu musiały być dumą stolarza, który je wykonał, ale dziś wyglądały jak wrota piekieł. W środku pachniało grzybem, ziemią i wilgocią a do ogólnej, grobowej atmosfery dorzucał swoje trzy grosze snujący się po korytarzu niebieski płomień. To ciche i zimne w dotyku widmo ognia patrolowało korytarze wezwane przez lemegeton ogniska domowego, które mogło się kryć gdziekolwiek w budynku.

Skrzypienie starych desek niosłoby się echem po szerokich korytarzach, ale ciężki krok Taegana grał tu pierwsze skrzypce. Mimo późnej pory wszyscy byli na nogach i stali w drzwiach swoich mieszkań, obserwując z zachwytem awatara w jego złotej liberi kierującego się do pokoju, w którym mieszkał Zalman. W drzwiach wejściowych do jego mieszkania stał sługa Vigala, którego łysa głowa i chuda, podłużna twarz mogłaby o tej porze straszyć bardziej od lewitujących ogni. Nie chciał rozmawiać z Jackiem oraz (ku zdziwieniu Sprawiedliwego) z Allionem, wymienił za to kilka szeptów z Taeganem, który kazał moderatorom poczekać a sam zniknął w środku. Sługa ponownie zajął strategiczną pozycję w drzwiach i przyglądał się dwójce śledczych swoim narkotycznym spojrzeniem. 

– Doprawdy nie rozumiem, jak możesz brać udział w tej farsie bracie Allionie – zagaił w pewnym momencie sługa sennym tonem.

– Z poczucia obowiązku. – odpowiedział Allion ze szczyptą irytacji w głosie.

– Twoim jedynym obowiązkiem jest służyć Cheonom a dziś rano zginął jeden z nich, z ręki marnego, zazdrosnego robaka, za pomocą narzędzi, które są zakazane przez kongregację. Jak widać nie bez powodu.

Nagana brata Polio zdawała się spływać po Allionie jak woda po kaczce, po raz kolejny nieświadomie imponując Jackowi. 

– Dziękuję za ten krótki wykład, bracie…

– Polio – skłonił się lekko sługa a Jack dostał nagłego ataku kaszlu.

– Coś się stało? – Zmartwił się Allion.

– Muszę przestać palić – odparł tylko.

– A ty… – Polio skrzywił się, z obrzydzeniem spoglądając na Jacka – śmierdzisz nehelemskim nasieniem.

– Nawet nie pytam skąd wiesz jak pachnie nasienie – odparł Jack, na co brat Polio zrobił się cały czerwony. 

– Ty parszywa…

– Uważaj! – przerwał mu natychmiast Jack pukając palcem w opaskę na prawym oku – bo się Decain obrazi.

Braciszek spuścił wzrok. Na twarzy malowała się złość, ale najwyraźniej imię starego cheona zamknęło mu usta. Jack dziękował w duchu, że to akurat Decain namieszał mu w valorze, bo tak się składało, że był patronem założyciela zakonu sług Vigala. Sprawiedliwy po prostu nie znosił tej frakcji i dziką przyjemność sprawiało mu uprzykrzanie im życia.

Taegan pojawił się w końcu w przedpokoju a brat Polio bez słowa go wypuścił.

– W zasadzie nic mu nie jest, jego współlokator zareagował odpowiednio wcześnie – poinformował awatar dwójkę moderatorów.

– Czemu chciał się powiesić?

– Sam go zapytaj – Taegan odwrócił się do sługi Vigala i kiwnął głową na znak, żeby się odsunął. Polio nie był zachwycony.

– Ależ bracie Taegan… Chyba nie pozwolisz, żeby Sprawiedliwy… Z bronią… – wydukał, dławiąc się najwyraźniej świętym oburzeniem. 

– Administrator Delock mianował go moderatorem w tej sprawie. Mnie też się to nie podoba, ale oboje musimy uszanować jego decyzję.

– Napiszę oficjalną skargę do Amelii – żachnął się Polio, ale ustąpił miejsca Jackowi i Allionowi. Gdy Jack go mijał, podniósł na chwilę opaskę i mrugnął do sługi kokieteryjnie.

– Kim jest ta Amelia? – zapytał Jack po wejściu do środka, słysząc za plecami gotującego się ze złości Polio.

– Przełożona Lecznicy Vespy – Odpowiedział Allion. – Nie wiedziałeś?

Jack wolał się nie przyznawać, że jedyne co wie o lecznicy to to, że istnieje. Nie chciał nigdy tam trafić i jeżeli ktoś musiałby położyć na nim swoje łapy, to wolałby, aby był to wiedzący. 

Edmund siedział w swoim małym, ciasnym pokoju pełnym książek, zeszytów i szkiców lemegetonów nerwowo zacierając ręce. Chłopak był przy kości, ale mimo to wyraźnie można było dostrzec czerwoną bruzdę na szyi. Jack rzucił okiem na przedpokój, gdzie na wieszaku nienagannie zwisały czerwone szaty ceremonialne i czerwona liberia z symbolem wschodzącego słońca. Pod sufitem na starym haku zawieszono szklany lampion, w którym unosił się błędny ogień.

– Chyba wiesz, dlaczego tu przyszliśmy – zaczął Jack bez ogródek nawet nie siląc się na łagodny ton. Zalman podniósł wzrok, który do tej pory wbijał w podłogę. Jego przekrwione od łez spojrzenie wyrażało mieszaninę strachu i desperacji.

– Ja… – zająknął się – nie chciałem, żeby tak się skończyło. Nie miałem pojęcia…

– Zacznij od początku – nakierował go Allion.

– Nie wiedziałem, że pani Secil jest do tego zdolna! – zaczął wypluwać z siebie słowa – Stałem tam, sprawdzałem listę, wpuszczałem gości i wtedy… gdy podeszła poczułem, że coś jest nie tak, te wibracje, ale myślałem, że zwariowałem! Że źle coś rozumiem. No bo jak!? Pani Secil!? Że jak to?

– Spokojnie Edmundzie – Allion próbował opanować ten wybuch emocji przez co nie zwrócił uwagi na Jacka, który stał jak dąb zupełnie zbity z tropu. 

Gdy Jack usłyszał po raz pierwszy o próbie samobójczej Edmunda był niemal pewny, że uczeń jest świadomy udziału białowłosej goetki w morderstwie, co z kolei mogło pomóc w oczyszczeniu Secil z zarzutów. Teraz wychodziło na to, że próbował odebrać sobie życie z powodu Secil, co według Jacka nie miało sensu. Żona awatara cieszyła się estymą wśród mieszkańców i na pewno budziła sympatię wśród młokosów takich jak Edmund, ale żeby zaraz rwać szaty i próbować się zabić z powodu tego, co rzekomo zrobiła? 

– Co masz dokładnie na myśli? – Zapytał z duszą na ramieniu, a odpowiedź Edmunda zmroziła jego serce. 

– No… Eodium. – niemalże szepnął Edmund. – Miała go przy sobie, gdy wchodziła. Czułem to. Ale myślałem, że mam zwidy. Ale czułem.

Zalman wrócił do łkania i ponownie wbił wzrok w podłogę. 

Jack nie miał pojęcia co robić i przez kilka dobrych sekund wpatrywał się w jakiś nieokreślony obiekt znajdujący się chyba na zupełnie innej płaszczyźnie astralnej, gdzie widział jedynie ciemność. Wyznanie Edmunda Zalmana momentalnie odebrało Jackowi zdolność logicznego myślenia, zastępując ją paniką wyraźnie rysującą się w jego szeroko otwartych oczach, co nie uszło uwadze Alliona.

Słowa Zalmana rozbijały się o pustkę panującą w głowie Sprawiedliwego, ale echo to przyniosło nieoczekiwany efekt i ciemność w jego głowie ustąpiła tak samo szybko, jak się pojawiła. Przyklęknął przy Zalmanie, klepiąc go przyjacielsko po ramieniu.

– W porządku stary – powiedział spokojnie – nikt cię za nic nie wini. Zmieńmy na chwilę temat, dobra? Tylko się skup.

Jack cierpliwie czekał, aż Zalman się nieco uspokoi. W końcu młodzieniec kiwnął głową, pociągając nosem.

– Szukamy białowłosej dziewczyny… – Edmund podniósł gwałtownie głowę ze strachem wymalowanym w oczach – spokojnie. Wiemy, że wpuściłeś ją bez zaproszenia, ale nie o to chodzi. Dziewczyna była bliżej naczynia i może być ważnym świadkiem. Ktoś pomagał Secil i próbuje zacierać ślady, więc może być w niebezpieczeństwie.

Alllion był zaskoczony tym nagłym kłamstwem z ust Jacka i tylko domyślał się, że miał w tym jakiś cel, więc zacisnął usta i nie odezwał się nawet słowem. Edmund natomiast otarł łzy i spojrzał na Jacka. Wahał się, walczył z myślami i strachem rodzącym się w jego zapłakanych oczach.

– Ona… Ona chciała tylko zobaczyć Wstąpienie. To było jej marzenie. 

 

Duchy przeszłości

 

 Zalman okazał się zakłamaną szują, ale zupełnie mnie to nie dziwiło. Cholerni kongregaci zrobią wszystko pod dyktando swoich mistrzów niezależnie od tego, czy jest to wbrew kanonom czy nie. Ten mały, gruby skurwysynek jeszcze zapłaci za swoje krzywoprzysięstwo. 

Allion też był kongregatem i od samego początku mimo, iż sprawiał wrażenie bezstronnego, wciąż nie darzyłem go zbytnim zaufaniem, dlatego pozostawienie Edmunda w jego rękach było bardzo ryzykowne, tym bardziej po zeznaniach obciążających Secil. Nie miałem jednak wyjścia. Opuściłem dormitoria z marsową miną mając nadzieję, że Taegan i Polio uznają to za wyraźny objaw poniesionej porażki. Nie miało znaczenia, który z nich zmusił chłopaka do kłamstwa, ważne natomiast było szybkie działanie, gdyż Edmund niechcący mi o czymś przypomniał. 

 Do katedry wpuścił mnie (dość niechętnie) Roper, bo tak miał na imię starszy mężczyzna stojący na straży głównego wejścia. Wypytywał uporczywie o powód tak późnej wizyty, ale wystarczyło mu przypomnieć, kto jest Moderatorem, a kto zieloną liberią, więc w końcu ustąpił. Skierowałem się prosto do ogrodu, rzucając tylko okiem na wciąż leżące na ziemi resztki naczynia i odruchowo łapiąc się za kieszeń, w której smacznie spała moja parasanga. 

Ogród znajdujący się na tyłach ogrodzony był murem zbudowanym stosunkowo niedawno z powodu śpiochów, dla których było to idealne miejsce do surfowania po dwaalu. Nie dość, że był wysoki, to jeszcze naszpikowany potłuczonym szkłem i ostro zakończonymi prętami. Mnie by to zniechęciło, ale dla upartego śpiocha to raczej niedogodność niż prawdziwa przeszkoda. Swoje poszukiwania ograniczyłem do kilku metrów od ściany, w której osadzony był popękany witraż.

 Krążyłem z nosem przytkniętym do ziemi w zupełnych ciemnościach. Ktoś stojąc z boku mógłby uznać, że wybrałem kiepską porę na poszukiwania igły w stogu siana, ale prawda była taka, że nie było lepszej pory na poszukiwanie resztek prymerytu. Po raz kolejny dziękowałem w duchu za szkolenia, których za młodu zupełnie nie doceniałem.

W forcie nauczaniem młokosów zajmowali się starsi i zaprawieni doświadczeniami na szlaku Sprawiedliwi, ale bywały od tego wyjątki. Taki szaman Blutzi był częścią bractwa, nie nosił jednak tytułu Sprawiedliwego. Był przede wszystkim duchowym przewodnikiem, ale wniósł pokaźną ilość wiedzy na temat tego, co można zjeść w środku lasu, żeby się nie posrać. Prowadził też obrzędy i inicjacje, w których musieliśmy brać udział, aby stać się Sprawiedliwymi. Był trochę jak drugi ojciec, trochę dziwny, czasem śmieszny, czasem przerażający. Mieliśmy też nauczycieli spoza fortu, do których zaliczał się Wiedzący Albus Bain uczący nas podstaw medycyny oraz Protor Duran, niesamowity zeger, o którym krążyły plotki, że jest prawdziwym technomantą. 

Protor uczył nas podstawowych zasad, jakimi rządzi się świat. Nazywał je “starymi prawami, które powoli umierają”, ale nigdy nie wytłumaczył, co dokładnie ma na myśli. Przekazał nam również wiedzę o eodium która była dość ciekawą mieszanką legend i zegerskich nauk. Dowiedziałem się wtedy, że czyste eodium świeci w ciemności jak rozżarzony węgiel, ale tylko, gdy księżyc jest w pełni.

Prymeryt był zegerskim stopem metalu i eodium, dlatego posiadał podobną właściwość, choć mniej widowiskową – świecił się jak rzucony na ziemię i przydeptany pet, choć wiele zależało od samego stopu i zastosowanej proporcji. Spodziewałem się spędzić na kolanach całą noc, ale miałem nadzieję, że los będzie dla mnie łaskawy. Był, choć niezupełnie w taki sposób, jaki oczekiwałem.

 

 Poranek zastał mnie dość nagle i był jednym z gorszych, jakie miewałem w życiu… Zamiast głowy miałem ciężki, pęknięty arbuz a zmarźnięte do szpiku ciało odmawiało posłuszeństwa. Mógłbym uznać, że to zmiana pogody (wiek robi swoje), ale bardziej prawdopodobną przyczyną był fakt spędzenia całej nocy w gęstej trawie, którą tak namiętnie wczoraj przeczesywałem.

Nie obudziłem się sam z siebie. Zrobił to kongregat patrolujący ogród w poszukiwaniu śpiochów, za którego wyraźnie uchodziłem w jego oczach, nie szczędził mi zatem razów zadawanych swoją włócznią.

– Jak. Się. Tu. Dostałeś. Parszywa. Szujo – akcentował słowami każde wbicie mi kija w plecy. Przewróciłem się na bok, chwyciłem nieporadnie tępy koniec włóczni i szarpiąc się z nieznajomym wdałem się w kulturalną dysputę.

– Przestań do kurwy nędzy – wyszarpałem drugą ręką rewolwer i pomachałem nim jakby była kongregackim glejtem – nie poznajesz Sprawiedliwego?

– To wciąż dobry powód, by cię lać – powiedział, ale zaprzestał swoich niecnych czynności.

– To nie bij chociaż leżącego – wykrztusiłem rzucając rewolwer na bok jakby ważył tonę i łapiąc kilka oddechów zsynchornizowanych z pulsującym bólem głowy próbowałem usiąść, co okazało się kiepskim pomysłem. Paraliżujący trzask bólu, od którego zakręciło mi się w głowie, uzmysłowił mi, że wczorajszej nocy nie zasnąłem dobrowolnie. Kongregat wykazał się ponadprzeciętnym człowieczeństwem i nie tylko nie dobił mnie włócznią, ale nawet pomógł mi wstać.

– Co Sprawiedliwy robi w trawie za katedrą? – spytał ściągając kaptur. Dopiero widząc jego wysuszoną, pokrytą zmarszczkami twarz i siwe krótkie włosy zerknąłem na aurorę wyszytą na szacie. Pełna.

– Szukałem czegoś – próbowałem być tajemniczy.

– Jeżeli snu, to najwyraźniej go znalazłeś – odparł starzec z przekąsem.

– Niezupełnie. Ale komuś się to nie spodobało.

– Rabunek?

Dobre pytanie, pomyślałem. Poklepałem kieszenie, sprawdziłem pas… wszystko było na swoim miejscu, oczywiście poza rewolwerem, który ostrożnie podniosłem z ziemi.

– Wygląda na to, że nie – złapałem się za kark. Na włosach poczułem skrzepniętą krew, więc palcami odszukałem jej źródło. Bolesny, tętniący guz był chyba wielkości dojrzałej brzoskwini. I równie miękki.

– Ktoś cię nieźle potraktował – zauważył błyskotliwie starzec.

– Może pan? – spytałem uszczypliwie.

– Ja bym to zrobił skuteczniej – pomachał włócznią.

– Jack Arizona – przywitałem się wyciągając dłoń, którą uprzednio wytarłem o marynarkę. Trochę mnie drażniło, że stary mówi mi na “ty” a ja nawet go nie znam.

– Znamy się Jack – uśmiechnął się a ja zmrużyłem oczy, jakby miało mi to pomóc w przypomnieniu sobie twarzy, ale która mimo wysiłku wciąż pozostała nieznajoma. – Marcus Moonbane – odwzajemnił bez wahania uścisk. 

Nazwisko mówiło mi całkiem sporo, bo kto nie znał rodziny Moonbane, ale coś mi również zaświtało, gdy usłyszałem jego imię. Próba przeszukania moich wspomnień skończyła się jednak narastającym bólem głowy.

– Z tych Moonbane’ów? – upewniłem się.

– Nie inaczej – zmierzył mnie wzrokiem – Wyglądasz jak siedem nieszczęść. Ogród wewnętrzny ma właściwości terapeutyczne, ale tobie przyda się sługa Vigala.

– Tylko nie to, proszę. Woda i kompres wystarczy.

 

 Marcus, jak się po chwili okazało, był sługą Vigala. Żeby tego było mało, okazał się też prezbiterem katedry cheona cudów. W jego oczach nie znalazłem fanatycznej iskry, jaką charakteryzował się ten pacan Polio. Widziałem w nich tylko spokój i ciszę, ale jednocześnie coś mi w nich nie pasowało. W jego biurze (znajdującym się obok pomieszczenia z lemegetonem chroniącym katedrę) nie było nawet grama kurzu mimo, iż wszystko tu wyglądało na stare. Proste biurko otoczone drewnianymi półkami uginającymi się od ciężaru książek było przykładem ładu, składu i porządku. W powietrzu pachniało mydłem i świeżym powietrzem, jakby przed chwilą ktoś tu wietrzył po robieniu prania. Zostałem poczęstowany rozgrzewającym płynem z nieokreślonych ziół, podczas gdy Marcus przecierał mi ranę na karku. Gdy skończył, otrzymałem chłodny kompres, który z ulgą przykładałem do dojrzewającej pod opatrunkiem brzoskwinki.

– Strasznie pan miły dla Sprawiedliwego.

– Jak na sługę?

– Pan to powiedział.

Prezbiter uśmiechnął się i usiadł za biurkiem. Sam nalał sobie małą dawkę leczniczego zioła i sięgnął po list leżący na biurku.

– Kiedyś byłem jak brat Polio – pokiwał głową a ja domyśliłem się, że trzymał w rękach skargę, którą wygrażał wczoraj ten łysy gnojek – ale lata nieubłaganie płyną a moje oczy i umysł doświadczyły takich rzeczy, że nie mam siły ani ochoty na przepychanki ideologiczne.

– Ciekawe stwierdzenie z ust sługi Vigala.

Wzruszył ramionami. Można by rzec, że byłem w szoku. Słudzy Vigala to zealoci jakich mało na tym świecie. Na wojnie byli nieustępliwymi skurwysynami, zmorą o fanatycznym przekonaniu, że cokolwiek jest złe, trzeba wysłać do Vau w trybe przyspieszonym. A ich kanony są dość tolerancyjne, jeśli chodzi o pojęcie zła. 

– Jestem stary Jackie. Dwaal był łaskawy dając mi tak długie życie, ale od jakiegoś czasu zaczyna mi to przypominać jakąś karę.

– Skąd się znamy? – spytałem, bo mało kto nazywał mnie “Jackie”.

– Znałem ciebie i Lobiego od takiego – pomachał dłonią metr nad ziemią.

– Choleron – otworzyłem szeroko oczy nie mogąc uwierzyć – Diakon–flakon – wymsknęło mi się jego nieoficjalne przezwisko.

Marcus zaśmiał się krótko i odłożył list.

– Nie przejmuj się Jackie. Szkoda, że odwiedzasz mnie przez przypadek. Wiem dobrze, że wróciłeś do Palisady niedługo po wojnie. 

W głowie zrobiło mi się lekko i przyjemnie. Ziółka diakona naprawdę dawały radę, nie tylko w kwestii bólu głowy.

– Nie miałem pojęcia, że zostałeś Prezbiterem ojczulku… – Moonbane pokiwał groźnie palcem – …znaczy ojcze diakonie – poprawiłem się z uśmiechem, ale zaraz poczułem, jak radosny nastrój mnie opuszcza – ogólnie myślałem, że nie ma tu nikogo poza Lobim. 

– Niewiele się pomyliłeś. Ernst “Babka”, Milo “Aleksandryjczyk” i Ariadna “Bela” to jedyne osoby z sierocińca, które wciąż mieszkają w Palisadzie.

Słysząc imiona i przezwiska dzieciaków z sierocińca poczułem napływającą falę ciepłej nostalgii. Szczególnie imię Beli budziło miłe wspomnienia, gdyż należała do naszej paczki. Ja, Lobi, Bela, Cisko, Remi i Długi Paluch tworzyliśmy zgraną paczkę przyjaciół, którzy skoczyliby za sobą w ogień. Milo natomiast był starszym chłopakiem, który nas gnębił przy każdej okazji zupełnie bez powodu. Jego wiecznie wściekłe oczy prześladowały mnie przez wszystkie lata spędzone w przytułku Diakona–flakona.

– Cholera. I przez te kilka lat nie trafiłem na nich? Co się z nimi teraz dzieje? 

Marcus westchnął w sposób, który z jakiegoś powodu odczytałem jako sztuczny.

– Ernst niestety zmarł z rąk spaczonego, gdy terminował u Angusa Tripole, czyli jakieś trzy miesiące temu. Sam Angus prawie stracił życie. Biedak nie potrafi sobie wybaczyć śmierci Ernsta. Ariadna wyszła za stolarza i chowa mu teraz trójkę dzieci. Jest szczęśliwą kobietą. Milo to wciąż łobuz, trudni się awanturnictwem i często wybiera się na wypad poza mury Palisady, na bezdroża i do starego świata. Co zarobi, to przepija albo wydaje na krótkie romanse. 

Życie Sprawiedliwego nauczyło mnie wpychać głęboko w kieszeń swoje uczucia. Musiałem nabrać dystansu, inaczej zwyczajnie bym zwariował widząc ile krzywd i zakłamania krąży po tym świecie. Wojna wniosła jeszcze więcej dziegciu do mojego życia i miałem nadzieję, że moja nabyta gruboskórność czyni mnie odpornym na tak płytką sprawę jak przeszłość a tu proszę; żal zalał moje serce gorzkim syropem, bo dotarło do mnie, czemu nie chcieli się spotkać, czemu mnie unikali. Z jednej strony byłem w stanie to zrozumieć, z drugiej był to bolesny cios, który po raz kolejny udowodnił mi, że moja tak zwana “gruboskórność” była tylko iluzją, którą sam stworzyłem. Sprawiedliwy czy nie, byłem człowiekiem, który gotował się we własnym sosie represjonowanych uczuć. Na szczęście głębia tej samoanalizy trochę mnie rozbawiła, gdy uświadomiłem sobie, że w ziółkach, którymi poczęstował mnie diakon, wyczułem znajomy smak opioidów.

– Ariadna ma mieszkanie przy “Małej Manufakturze”, bo tak nazywa się zakład stolarski Harolda Dobosza, męża Ariadny. A Mila możesz spotkać w karczmie pod Henną, gdzie zazwyczaj przepija swoje zarobki.

– Dzięki diakonie–fla… Znaczy ojcze diakonie. Może ich kiedyś odwiedzę…

– Boisz się, że cię odrzucą – Moonbane odczytał moje myśli. – To zrozumiałe, ale z tego co słyszałem o Sprawiedliwych to lubicie stawiać czoła wyzwaniom. Oczywiście preferujecie inne, bardziej przyziemne i pełne przemocy wyzwania, ale wierzę, że i z tym sobie poradzisz.

Marcus zdawał się prezentować wyjątkowo ojcowskie podejście, ale żadna ilość otępiających dodatków w jego drinku nie sprawi, że zapomnę jakim typem opiekuna był w czasach mojej młodości.

– Dzięki za słowa wsparcia – powiedziałem mimo wszystko szczerze. – Wybacz, że spytam, ale dziwi mnie, że emanujesz takim spokojem. Cheon zginął w twojej katedrze. Chyba wiesz, co się ogólnie dzieje w tej sprawie.

Diakon zamyślił się na dłuższą chwilę. Ciężko mi było powiedzieć, czy rozmyśla nad tym, co chce mi powiedzieć, czy próbuje zdusić jakieś ogniste uczucia. 

– Mówiłem ci Jackie… Jestem już za stary – odparł tylko.

– To chyba coś więcej – próbowałem pociągnąć byłego diakona za język. Uśmiechnął się tylko, złożył kilkakrotnie list od Polio i wrzucił go do kosza.

– Życzę ci powodzenia w tej sprawie Jackie. Nie mogę ci pomóc, ale nikt nie zmusi mnie, żeby ci przeszkodzić.

Nie bardzo wiedziałem, co Marcus ukrywał, ale wyglądało na to, że był po mojej stronie. Było to dziwne uczucie, ale darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Na razie.

 

 Katedrę opuściłem nie tracąc czasu na ponowną wizytę w ogrodzie. Jeżeli napastnik szukał tego samego co ja, na pewno to znalazł. Byłem przekonany, że nie była nim białowłosa dziewczyna, gdyż na szyi wciąż czułem wspomnienie wczorajszej nocy. To nie cios mnie ogłuszył, tylko czyjś żelazny uścisk poprzedzony zmiękczającym ciosem w kark. 

Wracałem siłą rzeczy przez plac, który (ku mojemu zdziwieniu) wypełnił się niemałym tłumem. Wśród tłuszczy, bardzo żywo dyskutującej tłuszczy warto dodać, dało się słyszeć niezwykle wyraźny głos, który zdawał się odpowiadać na rzucane z tłumu pytania. Przeciskając się przez ciasno upchanych ludzi zrozumiałem, co się dzieje. 

Na kamiennym podeście, zwanym “kamieniem mówcy”, stał jakiś kongregat. Kamień Mówcy to kawał granitowego kamienia lewitujący półtora metra nad ziemią. Płaska, gruba na pół metra kamienna płyta z wyrzeźbionym w nim lemegetonem zwanym “głosem mówcy” służyła do niesienia głosu każdego, kto miał pozwolenie na skorzystanie z kamienia. W tym momencie był to uczeń z wyszytym na liberii płonącym słońcem. Nie znałem go, ale on chyba znał mnie, bo jak tylko nasze spojrzenia się spotkały, wskazał mnie palcem z niemałą radością wypisaną na twarzy.

– To jest Jack Arizona, Moderator wyznaczony do śledztwa w tej sprawie – rozniósł się donośny głos ucznia. Rozmowy w tłumie przycichły i setki spojrzeń skupiło się na mnie. Cholera, trzeba było iść okrężną drogą. 

Minąłem zbrojnych tworzących kordon wokół mównicy a podest opadł na tyle, bym mógł wejść. Kongregat podbiegł do mnie nim postawiłem stopę na granicie.

– Z nakazu Taegana Żelazne Serce – zaczął szeptać – poinformowaliśmy ludność Palisady, że trwa weryfikacja podejrzeń wobec Secil.

Nie wiedziałem, czy się śmiać czy płakać. Raczej to drugie. Postanowiłem dosadnie pokazać, co myślę o pomyśle Taegana.

– Po chuj kazał wam to zrobić? – nie ukrywałem swojej irytacji – Czy wasi mistrzowie propagandy nie nauczyli was, że w takich sytuacjach lepiej nic nie mówić? 

Na twarzy ucznia malował się totalny brak zrozumienia. 

– Taegan powiedział, że goście z katedry roznieśli już informacje o wydarzeniach i lepiej będzie, jak usłyszą prawdę z ust Kongregacji niż z plotek.

W założeniach Taegan chciał dobrze, ale była to niedźwiedzia przysługa.

– Gówno prawda – szeptałem najciszej jak mogłem, ale słabo mi to wychodziło, bo dwóch zbrojnych odwróciło się i spojrzało na mnie nieprzychylnym wzrokiem. – Lepiej nic nie mówić. Nie macie doświadczenia w tych sprawach, ale ja mam.

– Ale niepokój społeczny…

Byłem wściekły. Taegan żyje szlachetnymi pobudkami, muszę przyznać, ale w forcie, a potem na szlaku nauczyłem się, że ludzie dzielą się z grubsza na dwie kategorie: tępe dzidy, którym lepiej nic nie mówić i spryciarze, którzy potrafią wykorzystać każdy skrawek informacji na swoją korzyść. W tej chwili głupi ludzie i tak myśleli co chcieli i nic nie pomoże tak otwarte podejście do szerzenia prawdy i informacji, tymczasem prawdziwi sprawcy dostali informacje o naszych postępach na srebrnej tacy.

– Pieprzyć to. – powiedziałem – Teraz wzbudzasz większy niepokój społeczny. Ludzie wrócą do domów, a i tak poprzekręcają twoje słowa. Wywołasz jeszcze więcej problemów.

Wszedłem na mównicę i zacząłem drzeć się do tłumu. Nie potrafię nawet wzbudzać przepływu, a co za tym idzie aktywować lemegetonu, musiałem więc polegać na swoich strunach głosowych.

– Mieszkańcy Palisady. Proszę wracać do domów. Śledztwo trwa i do czasu jego zakończenia nie będziemy przekazywać na jego temat więcej szczegółów!

No i się zaczęło.

– Co to za farsa! Bzdury!

– Wywlec tą sukę!

– Na szafot!

– Cheoni nas osądzą! Będzie kara!

Pozwoliłem jeszcze przez chwilę, by tłum wyrzucił z siebie nieco gniewnych haseł, spoglądając w tym czasie w stronę ratusza. 

– Skandujcie jakie hasła tylko chcecie, ale róbcie to w zaciszu swojego domu! – krzyknąłem, chcąc zwrócić ich gniew w moją stronę. Cieszyłem się, że pokój, który robił za celę Secil znajdował się z drugiej strony budynku.

– Nehelemskie sługi! Herezja! Zdrada!

Padło jeszcze kilka innych, mniej lub bardziej krzywdzących słów, ale nie słuchałem ich dalej. Złapałem ucznia za ramię i przyciągnąłem go do siebie tak, by nikt nie usłyszał tego, co mu chciałem powiedzieć.

– Zakończ to zgromadzenie. Nigdy więcej nie organizuj czegoś takiego nawet, jak ci będzie sam Cheon kazał. Rozpędź pokojowo to towarzystwo, niech idą do tawern czy chuj wie gdzie i odgrażają się przy wódce. Co jeszcze Taegan kazał ci zrobić?

– Zamknąć ponownie plac i obstawić go strażą. 

– Zapomnij. Postaw paru ludzi przy katedrze, ale plac zostaw otwarty. Nie wolno niepokoić ludzi widokiem wojska, a plac nie ma znaczenia w tej sprawie. Taegan pewnie próbuje wzbudzić poczucie bezpieczeństwa, ale ewidentnie nie rozumie, że robi coś odwrotnego.

Uczeń skinął głową niepewnie i już chciał się odsunąć, ale nie pozwoliłem mu na to.

– To nie koniec. W katedrze jest lista gości, którzy byli wewnątrz w czasie ceremoniału. Wyślij do nich zbrojnych. Nie wolno im z nikim rozmawiać, ani opuszczać domów.

– Zwariowałeś? Przecież nie mogę kazać radnym….

– Możesz, bo tak nakazuje moderator, czyli ja. Nie obchodzi mnie, kto kim tu jest i jakie ma stanowisko. Zresztą… Nawet jeśli ktoś nie zastosuje się do polecenia, to nie szkodzi. Im więcej osób zamknie gęby i przestanie pieprzyć głupoty na mieście, wzbudzając niepokoje i podburzając tłum, tym lepiej dla śledztwa. Zrozumiałeś?

– Muszę mięć zgodę Taegana.

– Masz mój moderatorski rozkaz i lepiej go wykonaj, tak wam nakazują przecież kanony.

Nie wiem, czy chłopak dobrze zrozumiał moje polecenia i czy w ogóle je wykona, musiałem jednak zaryzykować, inaczej plułbym sobe w brodę. Zeskoczyłem z podestu nie czekając aż się obniży i przecisnąłem przez plujący jadem (metaforycznie) i śliną (dosłownie) tłum w stronę ratusza.

Dzień zaczął się fatalnie i sądząc po minie Alliona zapowiadał się jeszcze gorzej. Siedział z Taeganem w sali konferencyjnej razem z nieznanym mi członkiem zielonych liberii. Gdy wszedłem do sali zmierzyli mnie potempieńczym wzrokiem.

– Gdzieś ty się podziewał? – zaczął Taegan – szukaliśmy cię w twoim mieszkaniu i podobno nie było cię tam całą noc.

– Wybrałem się na romantyczny spacer w blasku księżyca. – odrzekłem obojętnie. Ciekawy byłem, który sąsiad tak sumiennie obserwował moje mieszkanie, że sam nie spał całą noc. Ale pytanie Taegana podpowiadało mi, że (prawdopodobnie) nie miał nic wspólnego z pigułką nasenną, którą wczoraj oberwałem – Ale już jestem. W czym rzecz?

Taegan postawił na blacie łuskę i przesunął w moim kierunku. Nie uszło mojej uwadze, że miał na dłoni białą rękawiczkę. Szczerze zaintrygowany podszedłem i obejrzałem ją dokładnie, trzymając rączki przy sobie. 

– Trzydziestka ósemka – skomentowałem głośno siląc się na spokój. Nie podobał mi się fakt, że łuska odpowiada kalibrowi mojego rewolweru. Na twarzy obu kongregatów jawił się wyraz współczucia, co jeszcze bardziej wypełniało mnie niepokojem.

– Tę łuskę znalazł strażnik Hart – awatar skinął na zbrojnego. Choć na organizacji struktur wewnętrznych kongregacji znałem się powierzchownie, to o zielonych liberiach wiedziałem bardzo dużo, w końcu to głównie z nimi toczyliśmy starcia w czasie drugiej wojny nehelemskiej. Hart nie był byle szeregowym, bo na piersi wyszyta była ranga garnizonowego, czyli był odpowiednikiem moderatora w strukturach wojskowych. Sądząc po jego wieku oraz minie, z jaką mnie obserwował, pamiętał czasy drugiej wojny równie dobrze co ja.

– Taegan, głowa mnie boli, więc przejdź do rzeczy – powiedziałem starając się irytacją maskować narastający strach. Nim Taegan się odezwał, pałeczkę w konwersacji przejął Hart.

– Sprawowałem wartę na zewnątrz, pod oknem morderczyni cheona, na polecenie Van Graffa. Dziś tuż przed świtem ta łuska spadła mi nieomal na głowę. Morderczyni zapewne wyrzuciła ją przez okno, chcąc pozbyć się dowodów.

– Whoa! – sapnąłem ostrzegawczo – od konkluzji jest moderator powołany w tej sprawie. I proszę wyrażać się o Secil per “oskarżona” do czasu wydania wyroku.

Na pewno w oczach zgromadzonych wypadłem bardzo stronniczo, ale miałem to w dupie. Szkoda, że zamiast łuski, nie spadł na Harta pokaźny kawał głazu. Usiadłem naprzeciw zbrojnego, który zaciskał szczękę, próbując chyba w ten sposób uwięzić w parszywej gębie obelgi, którymi z chęcią by we mnie cisnął. Jego sucha, nieogolona twarz prosiła się o kilka solidnych liści dla poprawy krążenia, ale powstrzymałem swoją wściekłość. Byłem cholernie zły na los, że rzuca mi takie kłody pod nogi. Moją przewagą było to, że od razu wiedziałem, że ten typ kłamie, tylko nie wiedziałem czemu. W mojej głowie pojawiły się pytania, które bardzo chciałem zadać Hartowi, ale powstrzymałem się, zachowując je na lepszą okazję, gdyż teraz mogły go spłoszyć. 

– Kiedy zacząłeś wartę? – spytałem wpatrując mu się prosto w oczy. 

– Wczoraj, zaraz po naradzie. Van Graff kazał mi wystawić straż przed drzwiami mor… – pokiwałem ostrzegawczo palcem w stylu diakona–flakona – …oskarżonej. 

– Radny odwiedzał może oskarżoną?

– Nie. Sprawdzał tylko co jakiś czas, czy warta jest należycie trzymana. 

Van Graff to człowiek–historia, który nie był tak jednoznaczny jak pozostali członkowie rady. Większość była stosunkowo młoda i dzięki propagandzie kongregacji niewiele brakowało im do sług Vigala. Van Graff był oschły i surowy w ogólnych kontaktach z ludźmi, sprawiał też wrażenie przeżartego cynizmem, co nie powinno nikogo dziwić, w końcu wojny nehelemskie odciskają swoje piętno, a ten człowiek przeżył zasadniczo dwie z nich. Po moim powrocie do Palisady odnosił się do mnie z zimnym dystansem, ale nigdy w jego głosie nie odczułem pogardy, która była nieodłącznym elementem aury bijącej od większości mieszkańców. Dlatego z jednej strony chciałem podejrzewać go o jakąś nieczystą grę, z drugiej mocno wątpiłem, by zniżył się do jakichkolwiek brzydkich zagrywek. Pomyślałem, że nie zaszkodzi zamienić z nim później kilku słów.

– Miło z jego strony – moje zamyślenie przerwało szturchnięcie Alliona – Był zadowolony?

– Był. 

– A skąd pomysł, żeby ustawić straż pod jej oknem? Obawiacie się, że ta delikatna niewiasta zwieje przez okno zawieszone na pierwszym piętrze? 

Trochę przesadziłem z sarkazmem, ale chciałem nim zamaskować powód, dla którego pytałem. Hart skrzętnie to wykorzystał. Oczami wyobraźni widziałem, jak zaciera ręce.

– Szanowny moderatorze – Hart nachylił się ostentacyjnie nad stołem – Na tym polega moja praca, by zabezpieczyć się na każdą możliwość, nawet te najmniej prawdopodobne. Doświadczenie uczy, że takie luki często są przedmiotem oskarżeń o nienależyte wykonanie obowiązków w razie ich wykorzystania. Wtedy nikt nie mówi o przesadzie, tylko o oczywistych środkach zaradczych, których się nie podjęto.

Musiałem trafić w czuły punkt. Oberwałem na własne życzenie, ale cieszyłem się, że Hart zachował profesjonalizm. Niestety nie udzielił odpowiedzi, na jaką miałem nadzieję, ale mogłem ją znaleźć w innym miejscu, dlatego odpuściłem.

– W porządku, zwracam honor – moje przeprosiny nie wywarły na nim wrażenia – Dobrze zrozumiałem, że dowodzisz strażą w ratuszu?

– Zgadza się. Jeżeli mam być dokładny, to w tym tygodniu zawiaduję nocną zmianą.

– I pełniłeś osobiście wartę pod oknem? Trochę to dziwne. Nie miałeś innych obowiązków?

– Najwyraźniej nie, szanowny moderatorze.

Niezwykłe, jak ton wypowiedzi potrafi zmienić cieszący się prestiżem tytuł w obelgę.

– Słyszałeś cokolwiek w tamtej chwili? Gdy to – wskazałem łuskę – nieomal spadło ci na głowę?

– Zamykające, albo otwierające się okno, trudno powiedzieć. – Gestem ponagliłem go, by rozwinął odpowiedź. – Powiem szczerze, że nawet nie spojrzałem. Dni są ciepłe, więc pani Hoof otwiera je za dnia, by trochę przewietrzyć. Na noc ona lub jej podwładni je zamykają, dlatego nie wydało mi się to dziwne. Dopiero jak łuska zabrzęczała o chodnik spojrzałem w górę, bo powiązałem dźwięk skrzypiących okiennic ze znalezioną łuską.

Panią Hoof kojarzyłem bardzo dobrze. Nosiła nieoficjalny, nadany jej przez Lobeofa tytuł mistrzyni ogniska domowego. Nazwał ją tak podczas jednego z obiadów, na który byłem zaproszony przez Secil, zachwalając jej kunszt menedżerski, jaki wykazała zarządzając służbą ratusza. Zarządzała również jego domem, który stał po sąsiedzku za ratuszem, skrywając fasadę za wysokim murem z czerwonej cegły. 

– Do kogo zgłosiłeś to znalezisko? 

– Najpierw udałem się do Van Graffa, uprzednio zabezpieczając wartę innym strażnikiem. Van Graff jednak… Odmówił przyjęcia dowodu – wahanie w głosie harta wskazywało, że owijał coś w bawełnę – Dlatego udałem się do jego eminencji awatara Taegana.

To, że Hart strzelił sobie w stopę tymi słowami, zrozumiałem dopiero później. 

– W porządku. Możesz wrócić do swoich obowiązków – mój autorytet moderatora został jednak zupełnie zignorowany i dopiero skinięcie głowy Taegana spowodowało, że Hart wstał i wyszedł sztywnym krokiem z sali konferencyjnej. 

– Van Graff jest u siebie? – spytałem Taegana, który podniósł dłoń, zatrzymując mój tyłek na miejscu.

– Poczekaj moderatorze – nieważne, jak by się awatar nie starał, wciąż ze słowa skapywało ździebełko jadu – to nie wszystko.

Spojrzałem na Alliona, który miał grobową minę, potem znów na awatara.

– Co jeszcze może mi popsuć dzień?

– Ta łuska ma na sobie wyraźne ślady eodium.

W tamtej chwili w gardle ugrzęzły mi tylko dwa słowa.

 

Parszywy los.

Pierwsza wojna nehelemska skończyła się prawie trzysta lat wcześniej, niż podają źródła. Przez te trzysta lat trwała inna, o wiele bardziej przerażająca w skutkach wojna. Wojna Zapomnienia. 

 

– Sarah Panzram, Technomantka

 

Za celę dla Secil służył jeden z pokoi gościnnych w ratuszu. Gdy wszedłem, żona Lobiego spoglądała z okna na swój dom – pokaźny, z dużym podwórzem, ale daleko było mu do przepychu godnego arystokracji. Ubrana w haftowaną koszulę i skromną spódnicę wyglądała, jakby miałą za chwilę przyjąć zaproszonych na obiad gości. Odwróciła głowę, zarzucając burzą rdzawych włosów. Na mój widok jej oczy zamieniły się w dwa czarne spodki pełne wzbierających łez. 

– Przepraszam cię Jack! – rzuciła się na mnie prawie zwalając mnie z nóg – Nie chciałam! Nie wiedziałam, że tak się skończy! Cheonie Cudów wybacz mi! Powiedz mi! – zaczęła szarpać koszulę – Powiedz mi, co z Lobim! O Cheońskie zastępy Bastionu co ja narobiłam!

Złapałem ją za ramiona i odsunąłem od siebie.

– Już raz nabrałem się na taki teatrzyk – powiedziałem oschle nie kryjąc gniewu – teraz też ze mną pogrywasz?

– Nie, Jack, nie! – zalała się łzami i ponownie wtuliła w zmęczoną życiem koszulę – nie wiem jak mogło się to stać! Chciałam tylko Lobiego. Tutaj. Nie tam. Tutaj, rozumiesz!? – podniosła swoją śliczną główkę i spojrzała na mnie. Te oczy nie mogły kłamać, pomyślałem, ale już raz się na to nabrałem. Przytuliłem ją. Pozwoliłem, by się wypłakała. Z jednej strony chciałem jej powiedzieć, że to nie jej wina, i że ją z tego wyciągnę, ale nie miałem żadnych solidnych dowodów, które przekonałyby Delocka. Co więcej parszywy los podsuwa ich coraz więcej przeciw Secil. Nie miałem pojęcia jak to rozegrać. Jeżeli dam jej fałszywą nadzieję, moja porażka zaboli ją jeszcze bardziej. Z drugiej strony pozwolić się jej obwiniać za to, co się wydarzyło byłoby okrucieństwem. 

Nie mogłem jednak zapomnieć, że Secil była twarda. Mimo ronionych łez, mimo wylewanych żali. Poznałem ją zaraz po powrocie do Palisady, gdy Lobi był z nią dopiero zaręczony. To ona zaprosiła się mnie na pierwszy wspólny obiad, to ona suszyła głowę Lobiemu, by odpuścił mi upierdliwy proces lustracji i to ona przypominała mu często, że jestem jego bratem. Nie znała mnie, a jednak patrzyła na mnie przychylnym okiem. Widok awatara, który hexom się nie kłania, ale mięknie się pod twardym spojrzeniem swojej żony zawsze będzie budził we mnie ciepłe uczucie. Była moją pierwszą przyjaciółką, jaką zesłał mi los po zakończeniu wojny. 

– Posłuchaj mnie uważnie Secil – zaprowadziłem ją na łóżko, gdzie oboje usiedliśmy. Spojrzałem jej głęboko w oczy i ostrożnie ważyłem słowa – Nie zabiłaś Cheona. Nie skrzywdziłaś Lobiego. Ktoś albo z rozmysłem, albo przez przypadek wykorzystał twój występ. Rozumiesz?

– Ale…

– Słuchaj mnie uważnie. Cheon i tak by zginął, ktoś to dobrze zaplanował. Znalazłaś się w złym miejscu o złym czasie i gdyby nie czyjaś nieczysta gra, zapewne Lobi dawałby ci teraz burę za twoje nieodpowiedzialne zachowanie i na tym by się skończyło. Niestety ten cholerny zbieg okoliczności sprawił, że prawdziwy sprawca pozostaje w cieniu a wina spadła na ciebie. Stanąłem na głowie, żeby przekonać Versebitera, aby przydzielił mi tę sprawę. 

– Jak to…? – pociągnęła nosem, ale mgła w jej oczach zaczęła się rozmywać. 

 – Jestem teraz oficjalnie moderatorem kongregacji. Dlatego musisz być ze mną kompletnie szczera, inaczej nie uda mi się pomóc ani tobie, ani Lobiemu. Czas ucieka, dlatego musisz, powtarzam… Musisz mówić prawdę i zapanować nad emocjami. Możesz to dla mnie zrobić? 

Patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę. Mgła znikła z jej oczu, przez co odzyskały swój naturalny, mądry wyraz. Skinęła głową.

– Czy od momentu zatrzymania rozmawiałaś z kimkolwiek na temat wydarzeń z katedry?

– Był u mnie tylko awatar Delock. Nie pozwolił mi mówić, powiedział tylko, że to moja cela, że będę dobrze traktowana i mam czekać aż zdecyduje o moim losie.

– W porządku. Przejdźmy do wydarzeń z katedry. Gdzie celowałaś na tamtym balkonie?

– W górę… – starała się opanować nadchodzącą falę rozpaczy – nad Cheona.

– Czy zabrałaś coś ze sobą z katedry?

Moje pytanie wyraźnie ją ździwiło, co obrałem za dobry znak. Zastanawiała się, szukała w pamięci i drążyła nieprzyjemne wspomnienia wodząc wzrokiem po kolanach.

– Nie.

– Czy próbowałaś w jakiś sposób zacierać ślady?

Nastąpiła walka spojrzeń. Niezwykłe, że można prowadzić dialog nie otwierając gęby nawet na sekundę. Secil rzuciła mi oburzone spojrzenie, więc chciałem dać jej wyraźnie do zrozumienia, żeby sobie darowała te fochy i po prostu odpowiedziała. Przekręciłem lekko głowę, zacisnąłem usta i zrobiłem zmęcząną minę człowieka, któremu się kurewsko nie chce. Nasza niewerbalna wymiana zdań odniosła skutek.

– Nie – w jej głosie słychać było dobrze rokującą pewność siebie.

– Skąd miałaś rewolwer?

Oczywiście znałem odpowiedź na to pytanie, ona też wiedziała, że ją znam. Mimo to posłusznie odpowiedziała, jakbyśmy oboje byli głupi.

– Wymknęłam się nocą do twojego mieszkania. Zobaczyłam z okna, że idziesz w kierunku ratusza, zapewne odwiedzić Lobiego. Wiedziałam, że Kewolt robi dla ciebie nową broń…

– Wiedziałaś? – otworzyłem szeroko oczy. Zaskoczyło mnie, że nie dość, że znała Kewolta, to jeszcze wiedziała, że robi dla mnie drugą broń. Twierdził, że nikomu tego nie mówił – Znasz Kewolta?

– Mój ojciec był przecież kupcem Jack… Znał Kewolta i…

– Później mi to wyjaśnisz – przerwałem jej. Byłem bardzo, ale to bardzo zainteresowany tym, co miała do powiedzenia, ale musiałem skupić się na aktualnym celu. – A jak dostałaś się do mojego mieszkania?

– Miałam klucz – spojrzałem na nią podejrzliwie – to znaczy Lobi miał.

No tak. Otrzymałem mieszkanie od Kongregacji, zatem nie powinno mnie dziwić, że Lobi posiadał do niego klucz. Zanotowałem w pamięci, że jeżeli kiedykolwiek wyciągnę Lobiego z jego ciężkiego stanu, zaraz go do niego przywrócę.

– A nabój? 

– To był przypadek – spuściła głowę a jej grzywka zasłoniła zawstydzone spojrzenie. – Wracałam od ciebie i się nawinąłeś Jack… To znaczy… Naprawdę chciałam, byś coś zrobił – spojrzała na mnie zła, ale gniew po chwili gdzieś wyparował. – Gdy powiedziałeś, że tego nie zrobisz, dostrzegłam na twoim pasie te naboje. Nie pomyślałam zbytnio, po co go wzięłam. Po prostu uważałam wtedy, że może się przydać. 

– Istotnie się przydał – powiedziałem trochę niepotrzebnie, bo Secil zmalała w oczach. – Otwierałaś wczoraj w nocy okno? – Zmieniłem szybko temat.

– Po co? – pytanie wyraźnie ją zaskoczyło, co mnie cieszyło.

– Po prostu odpowiedz.

– Nie. Noce są za zimne – pokazała łóżko stojące pod oknem.

Wstałem i otworzyłem szerzej okiennice. Posesja Lobiego stała w bezpośrednim sąsiedztwie ratusza. Na polanie odgraniczonej od ratusza wysokim murem pokrytym bluszczem dostrzec można było altankę, zadbany ogród różany i oczko wodne. Bez większego problemu skoczyłbym na ceglany mur z okna prowizorycznej celi, ale skończyłoby się to dla mnie boleśnie, bo (podobnie do wielu innych murów w mieście) także ten był najeżony kolcami stylizowanymi na miniaturowe włócznie. Między murem i fasadą ratusza znajdował się ciasny przesmyk z chodnikiem, na którym stał zbrojny. Strażnik dostrzegł mój cień wychylający się za obrys budynku i spojrzał w górę. Aby mu się przyjrzeć, sam musiałem wychylić się prawie po pas.

– Hej! Proszę natychmiast… – krzyknął z dołu, ale wskazał na mnie groźnie włócznią, ale najwyraźniej mnie rozpoznał mimo ostrego światła – Co pan moderator najlepszego wyczynia?

– Proszę się nie przejmować! – machnąłem ręką i cofnąłem się do pokoju zastanawiając się, kogo Hart ma za idiotę. Minąłem Secil, która patrzyła na mnie zdezorientowana i podszedłem do drzwi rzucając jeszcze raz okiem na jej pokój.

– Idziesz już? – spytała niepewne Secil.

– Nie – powiedziałem uchylając drzwi – Tak się składa, że nie pracuję nad tą sprawą sam. Wchodź – zaprosiłem Alliona do środka

– Kto to jest? – spytała nieco przestraszona Secil na widok mojego towarzysza niedoli.

– Moderator Allion. Foritariusz. Chciałem, żeby mi w czymś pomógł.

– Witam panią Secil – przywitał się z szacunkiem wyciągając dłoń. Wiedziałem, że Secil przyzwyczajona była tylko do skinienia głową, jakim obdarzano ją wielokrotnie w formie przywitania, dlatego trochę niepewnie ją uścisnęła. Allion, nie puszczając ręki spojrzał na mnie i przecząco pokręcił głową. 

– Mam nadzieję, że moi koledzy niezbyt się pani naprzykrzają – powiedział wskazując na drzwi. Jego szczery uśmiech i przyjazne nastawienie wyraźnie uspokoiło Secil.

– Uczniowie? Nie. – odparła cicho. – Czy może mi ktoś wreszcie powiedzieć, co z Lobim?

Allion zerknął na mnie pytająco a ja nie wiedziałem co zrobić. Przez miłość do Lobiego znalazła się w tej sytuacji i nie wiedziałem jak zareaguje gdy dowie się, w jakim jest stanie.

– Awatar Lobeof trzymany jest w tak zwanym Nedrilu – Allion podjął się wyjaśnień zdejmując z moich barków tą decyzję. – Jest to skomplikowany Hex oparty na jeszcze bardziej skomplikowanym lemegetonie. Żyje, ale jego stan jest krytyczny.

Secil usiadła, wpatrując się pustkę. 

– Naprawcie go – powiedziała głucho do Alliona – zróbcie coś… – dodała łamiącym się głosem patrząc na mnie i serce mi się krajało na ten widok.

– Nie wiemy tak naprawdę, co dokładnie stało się awatarowi Lobeofowi. – Podjął dalej Allion. – Cheon zginął w trakcie przeprowadzania rytuału Wstąpienia i nie wiemy jak to wpłynęło na valor awatara. Największą szansę na jego uratowanie ma inny Cheon, ale nie możemy go aktualnie sprowadzić. – Cieszyłem się, ża Allion przemilczał kwestię, dlaczego nie mogą tego zrobić. Tym bardziej odetchnąłem z ulga, że Secil o to nie pyta – W Palisadzie nie ma innego naczynia, najbliżej położone miasto posiada katedrę Cheona Ognia, ale najlepszym wyjściem dla awatara Lobeofa jest ktoś z panteonu życia, lecz niestety najbliższe naczynie znajduje się w innej prefekturze. Z tego co mi wiadomo awatar Delock próbuje coś zrobić w tej sprawie…

Widząc martwe spojrzenie Secil Allion zwyczajnie zamilkł i zaczął przechadzać się po pokoju, rzucając mi błagalne spojrzenie. Usiadłem przy niej i chwyciłem delikatnie za rękę.

– Pamiętaj Secil… – zacząłem, ale dziewczyna spojrzała nagle na Alliona z ostrym jak brzytwa błyskiem w oku.

– Czy jak się przyznam, uratujecie Lobiego?

Allion odwrócił się patrząc na nią równie zszokowany, co ja.

– Co ty mówisz Secil? – zacząłem delikatnie – przecież mówiłem…

– Wiem co mówiłeś Jack – ogień nie znikał z jej oczu. – Może nie zabiłam Cheona, ale ta sytuacja Jack… To moja wina. Gdybym nie postąpiła tak nierozważnie, może wszystko wyglądałoby inaczej? Może Lobi ścigałby teraz morderców, nie ty? – otarła ukradkiem łzy, które sperliły się na jej powiekach – Odpowiedzcie mi po prostu na to pytanie. Czy jeśli się przyznam, czy to pomoże Lobiemu?

Zatkało mnie. Jeżeli Secil się przyzna, zapewne dałoby to spodziewany skutek. Tyle, że tego nie chciałem. Chciałem uratować oboje, Secil i Lobiego. Zerknąłem na Alliona.

– Obawiam się, że nie… – odpowiedział mechanicznie a ja skrycie odetchnąłem z ulgą i szybko odwróciłem jej uwagę od skonfundowanego Alliona.

– Secil, jeżeli nawet by coś to dało, to Lobi, ja i inni straciliby ciebie. Odeszłabyś zhańbiona, w kłamstwie, z którym musieliby żyć inni, w tym Lobi. Możemy uratować was oboje. Lobi trzymany jest w jakimś hexie, więc mamy czas, ale dla ciebie ten czas ucieka. Nie skracaj go jeszcze bardziej. Mogę na ciebie liczyć? Wytrzymasz?

Wbiła wzrok w podłogę, męłłąc w dłoniach kancik haftowanej bluzki.

– Pośpiesz się – powiedziała wreszcie – Chcę jak najszybciej zobaczyć Lobiego.

Ogień w jej oczach nawet na chwilę nie zgasł. 

 

***

 

– Dziękuję – Jack zwrócił się do Alliona gdy wyszli na zewnątrz ratusza. Jack rozejrzał się zadowolony z efektów rozmowy z uczniem z kamienia mówcy. Plac był otwarty i ludzie krążyli po nim, składając kwiaty pod katedrą i wznosząc ciche modły. Moderatorzy kierowali się w stronę katedry, przy czym Jack rozglądał się ukradkiem, czy czyjeś uszy nie przysłuchują się rozmowie. Otwarty plac mocno by to komuś utrudniał, ale mimo wszystko ostrożności nigdy za wiele. 

– Nie ma pan za co dziękować – odparł Allion z marsową miną.

– Daj spokój z tym panem – Jack wyciągnął dłoń, którą Allion niechętnie uścisnął. Jack pierwszy raz miał wrażenie, że Allion naprawdę jest po jego stronie. Wiedział, że było to trudne dla kongregata, ale dla Jacka był to znak, że Allion przynajmniej bierze pod uwagę niewinność Secil. 

– Nie jestem z siebie dumny… Jack – mimo tych słów, Allion uśmiechnął się. Niepewnie, ale jednak – Nie lubię opierać swojej pracy na kłamstwie. 

– Nie zrobiłeś tego jednak bez powodu. 

– Wydawało mi się to… – allion pstrykał palcami szukając odpowiedniego słowa – odpowiednie. Niech mnie pan… Przepraszam… Nie zrozum mnie źle, zdarzało mi się kłamać, ale to są poważne sprawy a nie chowanie papierosa przed nauczycielem. Jeżeli Secil chciała się przyznać…

– Ale jej nie pozwoliłeś – przerwał mu Jack – Powiem ci dlaczego. Bo wierzysz, że to nie ona.

Allion wpatrywał się w Jacka zagadkowo. Cokolwiek działo się teraz w jego umyśle, trwało dłuższą chwilę, która wymagała od foritariusza zrobienia sobie krótkiego przystanku. Spojrzał w końcu w niebo i pokręcił głową.

– Pozostając w kwestii kłamstwa – foritariusz zmienił temat, ponownie ruszając przed siebie – to wiesz, że ty też ją okłamałeś?

Jack spojrzał z ukosa na Alliona.

– Co masz na myśli? 

Allion westchnął głęboko.

– Powiedziałeś jej, że awatar Lobeof jest w hexie, więc mamy czas. Trochę go mamy, ale nie tak znowu wiele. 

– To znaczy? – Jack poczuł zimny dreszcz.

– Nedrill to stan zawieszenia, ale nie zatrzymuje kompletnie czasu. Awatar Lobeof wciąż umiera, tylko bardzo, bardzo powoli i ciężko ocenić, jak wiele czasu mu zostało. 

– A według ciebie? – spytał Jack z rosnącym kamieniem na sercu.

– Nie wiem, w jakim stanie się znajduje. Z mojej wiedzy wynika, że bardzo ciężkie przypadki Nedril utrzyma przez miesiąc, może półtora. Mówimy tu jednak o uszkodzeniu nie tylko ciała, ale prawdopodobnie valoru. 

– Ile? – Naciskał Jack.

Allion kalkulował. Nie miał zbyt wielu danych, ale starał się ocenić sytuację najlepiej jak potrafił.

– Dwa tygodnie? W najlepszym przypadku trzy – powiedział w końcu.

Jack usiadł na schodach katedry i spojrzał na samotną, szklaną wieżę. Przed oczami przeskakiwały mu wspomnienia z dzieciństwa. Roześmiana twarz Lobiego. Jego własny śmiech.

– Lobiemu zostały dwa tygodnie? – powiedział głucho. Allion usiadł obok Jacka.

– Może trzy.

Fala wątpliwości znów uderzyła z siłą sztormu. Jack podjął się beznadziejnej sprawy. Może nie uratować Secil, może nie uratować brata, może cały ten wysiłek pójdzie na marne. Czas był sypki, prześlizgiwał się przez palce, uciekał tym bardziej, im mocniej zaciskał pięści. W całej tej sprawie nie widział sensu. Kto chciałby zabić Cheona? Jaki miałby w tym cel? Jakim cudem czyjeś działania zbiegły się z występem Secil? Jak użyto prymerytu albo eodium w miejscu, gdzie nie tylko awatarzy, ale sam Cheon mógłby go wyczuć bez większego problemu? Czemu pojawiają się dowody przeciw Secil? Kim jest białowłosa goetka? Czy w ogóle ma coś z tym wspólnego? Może faktycznie chciała tylko zobaczyć wstąpienie? Kto go ogłuszył w ogrodzie za katedrą? Czy ten ktoś wiedział, czego szuka? Pytania mnożyły się jak grzyby po deszczu, ale na horyzoncie nie rysował się nawet kontur odpowiedzi na choć jedno z nich. Allion spoglądał zmartwiony na Jacka, który przygryzał palce u dłoni złożonych jak do modlitwy. Nie było wątpliwości, że był tym wszystkim przytłoczony. Potrząsnął wreszcie głową, jakby chciał się obudzić z tego koszmaru.

– Muszę się przejść – powiedział głucho Jack.

Allion miał zasadniczo wszystko przeciw temu pomysłowi. Czas uciekał, a Jack ma ochotę na spacer. Mimo to rozumiał. Musiał zrozumieć, inaczej byłby pozbawioną empatii maszynką kongregacji.

 

Ariadna miała swój dom pod wschodnim murem Palisady, gdzie architektura była bardziej spójna i przypominała tą spotykaną na wzdłuż słonecznego Perlistego Wybrzeża. Białe fasady z kolorowymi drzwiami i ramami okien komplementowały brukowane uliczki mieszczące co najwyżej zakochaną parę. Brakowało tylko mew i szerokich donic z czerwonymi kwiatami zawieszonymi pod oknami. 

Umiejscowienie domu było wygodne dla jej męża, który jako stolarz potrzebował szybkiego i łatwego dostępu do surowca. Rzecz jasna nie chodził do lasu i nie rąbał drzewa niczym drwal. Po pierwsze było to niebezpieczne i jeżeli wychodził poza mury Palisady, to często w towarzystwie zbrojnych. Surowiec zapewniał mu tartak Sewrena Thou, który jako jeden z niewielu posiadał własną działalność transportową i kurierską. Nie było zatem innego sposobu, jak udać się na rynek przy bramie wschodniej, gdzie Harold, bo tak ma na imię mąż Ariadny, zaopatrywał się w drewno potrzebne do pracy i gdzie tartak Sewrena dostarczał zazwyczaj swój towar zgodnie z umową.

Był prawie sam środek dnia a na rynku handel trwał w najlepsze mimo tragicznych wydarzeń, dlatego Ariadna została sama z dziećmi, które dawały się jej tego dnia we znaki. Siedziała na altance (którą wykonał oczywiście jej mąż jako prezent na zaślubiny) haftując obrusik kwiecistym wzorem. A przynajmniej próbowała, ale wciąż musiała przywoływać do porządku rozbawione, pełne energii dzieci. Jack stanął w bramie i patrzył, jak jego dawna koleżanka z sierocińca zamieniła się z “beli” w łabędzia. Wciąż miała nieco więcej ciałka, ale rozumiał, czemu Herold się w niej zakochał. Cholera, może gdyby wtedy nie wymyślił jej tego przezwiska, może gdyby nie poszedł z Nevadą, może wtedy miałby u niej jakieś szanse? Szatynka ze spiętymi w kok włosami próbowała łapać kłócących się w tej chwili dwóch chłopaków, którzy biegali wokół trzeciego, obwiązanego poduszkami i z pokaźnym garnkiem na głowie. 

– Przestań bić brata kijem! Czemu to robisz!?

– Ćwiczę ataki na duchy! – powiedział chłopak z kijem.

– Jakie duchy? – westchnęła przewracając oczami – Znowu bawiliście się w wieży? 

Jack uśmiechnął się pod nosem. Najwyraźniej każde pokolenie musi uczynić z tego miejsca sanktuarium swojego dzieciństwa. W sumie, pomyślał, gdyby nie wieża, nasze wspomnienia byłyby o wiele nudniejsze. Zabawne było to, że Ariadna też tam z nimi chodziła i też często mówiła o duchach. Wiatr zawodził złowieszczo w otwartych, pustych przestrzeniach. Dla nich były to wtedy duchy i nic nie dawały tłumaczenia diakona–flakona, że duchów nie ma, że wszystkie poszły do Vau. 

– Tremor i Zuza–ma–guza tam się bawią i mogą! 

– Ja sobie porozmawiam z ich tatą i mamą i zobaczymy, kto dostanie większe lanie. 

– Ale jak stamtąd wyjdą duchy, to kto cię obroni mamo!? – chłopczyk pomachał kijem.

– Tatuś mnie obroni. Obiecacie mi, że będziecie się bawić… no… gdzie indziej? 

– Mamo! Ale tata cię nie obroni przed TYMI duchami. Są silne, robią wuuuuhuhuhu i bam! bęc! – rzucił chłopiec z garnkiem na głowie.

– Nooooo! I wybuchają! – potwierdził chłopczyk z okularami na nosie.

– Robią buuuuum! – chłopczyk z kijem nadął się jak balon rozpostarł ręce na boki tak gwałtownie, że nieomal się przewrócił. 

– I rzucają kamieniami! – okularnik zaczął się głośno śmiać.

– I sikami! – dobiegł rechot spod garnka. 

– I były tam głosy i… i… 

– I diabły! – dopowiedział kijodzierżdzca

Nieźle się sypie ta rudera, pomyślał Jack, niedługo komuś faktycznie stanie się krzywda. Już za jego czasów wieża nie cieszyła się reputacją stabilnej budowli a teraz wyglądało na to, że jest jeszcze gorzej.

– Musicie mi obiecać, że nie będziecie tam więcej chodzić. To niebezpieczne! Ile razy mam to powtarzać? Jeżeli jeszcze raz choć spojrzycie w tamtą stronę, to spiorę was ja, potem ojciec, a na końcu dziadek. 

– No weź mama! 

– Nie dyskutuj Qin, tylko obiecaj mi to. Jesteś najstarszy, pilnuj swoich braci, żeby też nie chodzili.

– Mama!

W tym momencie Ariadna dostrzegła gościa, który podpierał murek i uśmiechał się radośnie. Poprawiła niesforny kosmyk włosów, który wyrwał się z objęć koka i zawinęła go za ucho. Pogoniła dzieciaki jakby odganiała jakieś dzikie zwierzęta. Chłopcy pobiegli w głąb podwórka, tłukąc kijem brata z garnkiem. Podchodząc, Ariadna odwzajemniła uśmiech, nieco się rumieniąc. 

– Jack… Miło, że wpadłeś – powiedziała cichutko, nieśmiało.

Jack nie wiedział, co zrobić. Minęły lata a “Bela” jest już dorosłą kobietą. Mimo zakłopotania wyciągnął zaciśniętą pięść przed siebie. Rumieniec na twarzy Ariadny pogłębił się a uśmiech zarysował wyraźniej pulchne policzki. Uderzyła lekko swoją pięścią i zaraz posmutniała.

– Słyszałam… Jack… Tak mi przykro…

Jack pokręcił głową.

– Dziękuję, ale nie przejmuj się. Jakoś się trzymam.

– To dobrze, to dobrze – odparła zmieszana. – Pewnie się zastanawiasz, dlaczego…

Jack położył dłoń na jej ramieniu.

– Nie przejmuj się. Nie jestem zbyt popularny w mieście, więc rozumiem.

Pokręciła głową przecząco. Jeżeli z takiego gestu da się odczytać szczerość, to Ariadna zdecydowanie była w tym szczera.

– To nie tak Jackie… Ja się bałam. Że jesteś inny. Że wojna i te sprawy… że cię to zmieniło. Widziałam cię kilka razy na ulicy, ale byłeś… Taki inny… Smutny… Obcy…

Jack nigdy o tym tak nie myślał. Jaki jest, jak się zachowuje. Inny? Obcy? W jego głowie wciąż był dzieciakiem z fortu. Może zbyt dużo czasu tam spędzał? We wspomnieniach, w swojej głowie, z dala od tego bajzlu i szarej rzeczywistości? 

– Nie ukrywam Arijko, że wojna trochę mnie zmieniła. Ale bez przesady.

– Arijko… – uśmiechnęła się – Herold też tak na mnie mówi.

– Na pewno brzmi lepiej niż to, co ja wymyśliłem – Jack zdjął kapelusz i podrapał się po karku, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. Arijka zaśmiała się delikatnie.

– Istotnie byłeś wtedy małym bucem.

– Delikatnie to określiłaś. Ale wyrosłaś na piękną kobietę.

– Już tak nie kokietuj Jackie. Jestem zajęta – złapała Jacka za dłoń, której ciepłota i delikatność wprawiały go w zakłopotanie. – chodź. Usiądź ze mną i porozmawiajmy. Tylko nie wymawiaj się czymś, bo się obrażę.

 

Usiedli w cieniu altanki na bujanej ławce. Jack rzucił kapelusz i marynarkę na wiklinowy fotel i poddał się lekkiemu kołysaniu. Tego było mu trzeba. Chwili ciszy, spokoju i zapomnienia. Ariadna przyniosła dzbanek zimnej wody z cytryną i miętą, który postawiła obok haftowanego obrusika. Usiadła obok Jacka uwalniając włosy z ciasnego koku.

– Choleron – szepnął Jack – na pewno nie chciałbyś zmienić męża?

Zaśmiała się rozrzucając dłońmi gęste włosy.

– Nie Jackie, kocham Herolda ponad wszystko. Ciebie tylko lubię.

– Co mi strzeliło do głowy, żeby was zostawić. Mogłem zostać w Palisadzie i może teraz ja byłbym twoim mężem. 

– Nigdy nie byłeś w moim typie Jackie… Za chudy byłeś. Taka szczapka.

Jack się obruszył. Jaka znowu szczapka! Nosił Lobiego na ramionach w walkach Cheonów. Był najlepszymi Cheońskimi nogami w sierocińcu, każdy porządny Cheoński tułów chciał zasiadać na jego mocarnych ramionach.

– No a teraz? Przecież to nie jest szczapka – poklepał się po ramieniu..

– Harold to stolarz i uwierz, że znam się na tyle, by wiedzieć, że to wciąż szczapka.

Śmiali się, oboje, skryci przed promieniami słońca i przed problemami dnia powszedniego. Jack widział, że od dłuższego czasu Arijka chce o coś zapytać, bo spogląda na niego ukradkiem, co chwila otwierając usta.

– Co jest? No mów – zachęcił ją.

– Czy… Czy pokażesz mi…? – rumieniec zapłoną na jej twarzy jeszcze bardziej. Jack również zrobił się czerwony.

– Ale… Ale co niby? – zająkał się nerwowo.

– Um… Oko.

– Oko?

– Oko.

No tak. Oko. Zazwyczaj miał wszystko przeciwko temu. Nie po to nosił opaskę, żeby się tym chwalić. Ale dziś miał coś z dziecka, które lubi popisywać się guzami, ranami, ropiejącymi wrzodami i długimi gilami z nosa. 

– A do diabła… Czemu nie – ściągnął opaskę i zamknął oko – poczekaj, nie jestem przyzwyczajony do światła.

Powoli otwierał powiekę. Oczom Ariadny powoli ukazywała się błękitna źrenica. Gdyby żar rozgrzanego metalu miał koloru lodu, tak właśnie by wyglądał. Zafascynowana zbliżyła się do jego twarzy wydając z siebie sapnięcie zachwytu i prawie robiąc zeza. Była tak blisko, że czuł dwie rzeczy – zapach jej słodkich perfum i krew idącą tam, gdzie bardzo tego teraz nie chciał.

– I jak? – Spytał Jack – jak ci się podoba? – mrugnął parę razy.

Odsunęła się powoli.

– Jak awatar. Tylko cały czas. Boli cię to? 

– Nie. Nic z tych rzeczy – woda z cytryną i miętą zadziałała zbawiennie na rozognione myśli Jacka. 

– Dlaczego więc nosisz opaskę?

Było to dobre pytanie. W zasadzie sam sobie utrudniał życie połowicznie się oślepiając, ale gdy przypomniał sobie sobe pierwsze tygodnie w Palisadzie, gdzie czuł się jak dziwadło wystawione na widok publiczny stwierdził, że zysk i tak przerósł koszta.

– Ludzie się gapią, rozumiesz. Z opaską uchodzę za kalekę, których jest pełno w tym parszywym świecie – Jack spojrzał na Ariadnę. A co mi tam, pomyślał, czemu mam kłamać. – Trochę też dlatego, że się tego… No… Wstydzę. 

– Wstydzisz? – odparła zaskoczona – Ale czemu? 

– Gdybym był Lobim, nosiłbym to jak order. Ale jestem Sprawiedliwym Arijka. Przed wojną mieliśmy… Taki neutralny stosunek do kongregacji, do Cheonów. Po wojnie… wieje chłodem, rozumiesz? A tu proszę, jestem nagle dotkniętym przez Cheona Sprawiedliwym…

– Tylko dlatego? Ja wiem Jackie… – zawahała się, wyraźnie zakłopotana – Ja nie pytam, czemu byłeś po tamtej stronie… Ale na pewno miałeś jakiś powód…

Jack z chęcią przedstawiłby ten powód. Ale nie było to możliwe, nie dało się tego opisać. Wojny mogą wybuchać z różnych powodów, ale to nigdy nie jest jakieś konkretne zdarzenie. To proces, w którym czasem nawet nie wiesz, że uczestniczysz a co dopiero, że prowadzi on do wojny. 

– I Decain też miał powód, Jackie. – podjęła dalej Arijka – Ważne, że on go zna, a ja mu ufam. Jeżeli zatem zaufał tobie, to tobie też ufam.

Jack w tej chwili pomyślał, że jej nieco dziecinne rozumowanie paradoksalnie brzmi i przekonuje go sto razy lepiej niż propaganda kongregacji. 

– Dziękuję – jej słowa miały dla Jacka pewien terapeutyczny wymiar. Znów poczuł się jak za czasów fortu, ale tym razem nie było to jedynie wspomnienie. To się działo teraz. 

– Powiedz mi Jackie… – Ariadna przyłożyła palec do ust i spojrzała w górę, szukając zapewne odpowiedniego sformułowania. Jack się zwyczajnie zauroczył. Jej ciepłe przyjęcie i miłe słowa zalały jego serce słodkim miodem nostalgii. Od bardzo dawna nie czuł tego, co teraz. Szczerej, przyjaznej atmosfery, która nie wzbudzała w nim wszechobecnego poczucia knowań i czającego się między wierszami podstępu – gdzie tak często wyruszasz?

– Hm? Skąd wiesz, że opuszczam miasto?

– Harold mi mówił – zarumieniła się – Opowiadałam mu o tobie, a on często widzi cię przy wewnętrznej bramie miasta, jak wchodzisz i wychodzisz. Ciekawi mnie, dokąd ruszasz? 

– Skąd to pytanie? 

Spuściła wzrok i spojrzała na swoje małe stópki, którymi przebierała zakłopotana.

– Jackie… Ja… Ja siedzę w domu, czasem idę na miasto, ale świata nie widziałam. Ty, Lobi, Ernst i Milo… Wszyscy opuściliście mury Palisady i widzieliście trochę świata. Wiecie, jak tam jest. 

– A na rynku nikt tego nie mówi? Przecież tam jest pełno handlarzy, którzy nie są z Palisady. 

– Tak, ale ja chcę wiedzieć, jak tam jest… Tak naprawdę – dodała trochę ciszej i spojrzała na mnie niepewnie. – Harold traktuje mnie trochę, jakbym była… Nie wiem… Delikatna. Jakbym się bała tego, co mogę usłyszeć. Jakbym była głupia. 

Nagle przytuliła się do ramienia Jacka. Ku jego zdziwieniu nie zrobiło mu się gorąco, a pełzające pod skórą pożądanie przestało zasnuwać mgłą racjonalne myśli. Przypomniały mu się czasy sierocińca, kiedy jako paczka łobuzów przesiadywali razem w tajnej bazie w szklanej wieży. Wtedy też tak siedziała, wtulona w jego ramię, gdy opowiadali sobie różne historie, komentowali przebieg pełnego przygód dnia i kłócili się o to, kto następnym razem robi dowcip diakonowi. Zrozumiał, że tak jak dla niego, tak i dla niej to spotkanie ma wymiar terapeutyczny. Brakowało jej tego samego, co Jackowi. Starego przyjaciela, przed którym może się otworzyć. Bez oceniania, bez protekcjonalności. 

– Świat poza murami nigdy nie był normalnym miejscem, nie miej co do tego złudzeń. Teraz po prostu jest więcej tych cholernych stworów. Naprawdę dużo. 

– To z powodu wojny, prawda?

– Arijko… I tak, i nie. To skomplikowane.

Ariadna spojrzała na Jacka obrażona. 

– Nie traktuj mnie…

– Źle mnie zrozumiałaś – Jack wszedł jej w słowo i pokręcił głową – mnie samemu ciężko to ogarnąć i, szczerze, wolałbym nie wyciągać pochopnych wniosków. Przed wojną te stwory już się pojawiały. Wojna zwyczajnie odciągnęła uwagę wszystkich od tego… Hmm… Zjawiska. Byliśmy zbyt zajęci skakaniem sobie do gardeł, by rozpoznać zagrożenie, a tym bardziej nikt nie zaprzątał sobie głowy, by znaleźć jego źródło. Gdy wojna dobiegła końca… Cóż… Zwyczajnie obudziliśmy się w nowym, pełnym dziwactw świecie. Wojna pozwoliła im rozkwitnąć, ale to nie ona ich stworzyła.

 Taka była prawda, a przynajmniej tak sądził Jack. Im dłużej wspomniał czasy międzywojenne tym bardziej za nimi tęsknił. Kongregacja była wtedy częścią krajobrazu, która może i bywała irytująca, ale Sprawiedliwi wierzyli, że są najlepszym wyjściem dla Nowego Świata. Ale to było przed wojną, dawno temu i “nieprawda”, jak to mówią. 

– Skoro jest już pokój między wami, to zajmujecie się tą sprawą?

Jack skinął głową, ale jednocześnie pokręcił niechętnie nosem, co nie uszło uwadze Ariadny.

– Jack? – Ariadna miała cudowny dar wywierania nacisku bez stosowania gniewnego tonu.

– Zajmujemy się, ale każdy na swój sposób. Kongregacja ma do tego środki, ale brakuje im… Otwartego umysłu. My natomiast jesteśmy rozbici Arijko, nie mamy też takich liczb i środków, jak kiedyś. Sprawiedliwi są dziś wytykani palcami a kongregacja narzuciła nam solidny kaganiec. Uwierz, że ciężko prowadzi się dochodzenia w takich warunkach. Prawda jest też taka, że największą szansę na odkrycie prawdy ma Kongregacja. Może nawet już ją odkryli…

– A skoro już wspominasz o kongregacji… To… – Arijka chwyciła Jacka za dłoń – Co z Lobim?

Jack przyjrzał się Ariadnie bardzo uważnie. Tak naprawdę jej nie znał i nie wiedział, jak wiele może powiedzieć, czy w ogóle powinien coś mówić. Stan Lobiego może nie ma żadnego znaczenia dla śledztwa i sytuacji, w jakiej się znajduje, ale gdyby powiedział za dużo… Po chwili jednak złapał się na tym, że myśli jak Kongregat. Najpierw myśli, czy mu wolno mówić, zanim pomyśli, co chce powiedzieć. Lobi to jego brat i jej przyjaciel z dzieciństwa, Arijka ma prawo wiedzieć.

– A co wiesz? Co ludzie mówią?

– Że jest ciężko ranny i przebywa w lecznicy u sług Vigala. 

– Zasadniczo to prawda – Jack skinął głową. – Lobi jest ranny, ale w bardzo ciężkim stanie. – zrobił nagle pauzę, powstrzymując falę rozpaczy gromadzącą się w żołądku – Dowiedziałem się od jednego z kongregatów, że zostały mu może dwa tygodnie.

– Ale jak to? – Ariadna cofnęła się zszokowana – przecież Cheoni mogą mu pomóc! Na pewno to zrobią!

Teraz to Jack objął jej dłoń swoimi. Rzadko kiedy zdobywał się na takie gesty, gdyż czuł się odsłonięty emocjonalnie. Wciąż jednak płynął na fali nostalgii, która go tu przywiodła, więc pozwolił sobie na takie ryzyko. 

– Arijko. – Jack spojrzał jej głęboko w oczy – Kongregacja nie może prosić Cheonów o pomoc z powodu całego tego zamieszania w czasie Wstąpienia. Boją się, że cokolwiek tam się wydarzyło, może wydarzyć się ponownie. 

Ariadna przeskakiwała spojrzeniem z jednego oka Jacka na drugie. Z zimnego, cheońskiego błękitu do ciepłego, ludzkiego brązu.

– Mówią też, że to twoja wina… – wydukała niepewnie.

Jack otworzył usta, ale żadne słowo ich nie opuściło. Arijka wyrwała dłoń z jego objęć.

– Czyli to prawda… – wysapała z rosnącym przerażeniem w oczach.

Świat w oczach Jacka nagle poszarzał.

– Naprawdę uważasz, że brałem w tym udział?

– Nie wiem Jack… Na Wojnie byłeś po tamtej stronie… Nie wiem co tobą kierowało wtedy i kieruje dzisiaj… 

Jack odsłonił się na własne życzenie i przez to cios zabolał bardziej. Z jednej strony chciał jej wytłumaczyć wszystko po kolei, z drugiej czuł, że to tylko pogorszy sprawę i skomplikuje jego i tak nienajlepszą sytuację. Z krawędzi przepaści pełnej niespokojnych myśli cofnęła go ta sama dłoń, którą przed chwilą stracił. Dotknęła jego policzka i delikatnie pogładziła kciukiem pod brązowym okiem.

– Jackie… Przepraszam. Nie wierzę, że jesteś złym człowiekiem. Nie tylko dlatego, że Decain ci zaufał. Ja też w ciebie wierzę.

Świat ponownie nabrał kolorów, choć ta emocjonalna huśtawka spowodowała ich zamglenie wzbierającymi łzami.

Dzieci Ariadny nagle wzniosły radosne okrzyki, pośród których dało się słyszeć słowo “tata” i pobiegły w stronę domu. Ariadna spięła nieśpiesznie włosy.

– Harold wrócił – uśmiechnęła się i wstała – na pewno z miłą chęcią cię pozna.

Jack naciągnął opaskę na oko i ukradkiem wytarł łzy.

– Z pewnością – Jack nie potrafił ukryć nuty wątpliwości w swoim głosie, na co Ariadna pokręciła tylko głową z dezaprobatą i dziewczęcym, radosnym krokiem poszła przywitać męża. Jack spojrzał w kierunku domu, gdzie dostrzegł wysokiego jak dąb (i równie twardego w swych kształtach) człowieka. Twarz przeżyła chyba tysiące goleń niezbyt ostrą brzytwą a koszula wisiała na nim z powodu odbiegających od normy proporcji ciała. Miał przynajmniej dwa metry wzrostu i wszystko w nim wydawało się długie. Ramiona, nogi, tułów, palce… nawet twarz miał dziwnie podłużną. Gdy jego oczy spojrzały na Jacka, ten miał wrażenie, że patrzy na niezbyt inteligentnego człowieka, jakiegoś prymitywa, któremu trzeba co jakiś czas wytrzeć ślinę z brody. Jego długie nogi szybko przywiodły go do altanki.

– Harold, miło mi – zabrzmiało jak z dna mrocznej studni. Gruby, niski głos i brak uśmiechu zwyczajnie onieśmielił Jacka. Harold musiał się schylić, aby wejść do altanki. Ariadna uczepiła się jego ramienia jakby był najdroższym skarbem. Dzieciaki natomiast znów dokazywały na podwórku, wyrywając sobie z rąk zabawkę, którą Harold przyniósł z targu. Przywitał się z Jackiem uściskiem dłoni godnym rzemieślnika. 

– Jack. Jack Arizona.

– Sprawiedliwy, który jest też Moderatorem. Dziwne czasy – wydudnił Harold.

– Trudno się nie zgodzić. Jak idą interesy?

– Interesy? – Harold zgromił mnie wzrokiem – bramy zamknięte i nie mogę dostać swojego drewna. Sewren nie będzie czekał tygodnia, aż otworzą bramy. Ale kto się tym teraz przejmuje? Cheon nie żyje. Zabito boga i spłynie na nas za to gniew i kara Bastionu. Oby ta przeklęta dziewka zawisła jak najszybciej. Sam zbuduję szafot. Na mój koszt.

Jad wylewał się z Haroloda wyjątkowo ospale i jednostajnie. Mówił, jakby czytał podrzucone przez kogoś słowa, zupełnie bez polotu i przekonania, co tylko potęgowało wrażenie ograniczenia intelektualnego. 

– Harold! – Ariadna klepnęła oburzona Harolda w ramię, przy czym Jack spodziewał się usłyszeć głuchy dźwięk wydrążonego pnia.

– Nie szkodzi – Jack machnął ręką.

– Ty tu służbowo, czy prywatnie? – zapytał nagle Harold.

– To prywatna wizyta. 

– Mam nadzieję, że moja Arijka należycie cię ugościła.

Trudno było powiedzieć, czy Harold mówił ze złośliwym przekąsem czy też szczerze. Monotonne dudnienie z przepastnego, głębokiego wnętrza Harolda traciło zupełnie emocjonalny wydźwięk, nim dotarło do wysoko położonego aparatu mowy.

– Mamo! Mamo!

Trójka łobuzów wyłoniła się znikąd i uczepiła się matki, żądając sprawiedliwego przydzielenia zabawki “właśnie jemu”. Jako, że każde z trójki było “właśnie tym”, Arijka z dezaprobatą spojrzała na Harolda. 

– Mogłeś kupić całej trójce taką zabawkę.

Harold chrumknął pod nosem, co chyba było rodzajem radosnego parsknięcia. Opadł na jedno kolano i zgarbił swoją sylwetkę, mimo to dzieciaki musiały wysoko podnieść głowy, by spojrzeć ojcu w oczy.

– Słuchajcie mnie. Musicie nauczyć się dzielić. Jesteście braćmi.

– Ale tato!

– Ani ja, ani mama nie będziemy rozsądzać, kto ma się bawić. Ustalcie to między sobą. Bez bijatyk. 

Chłopcy potuptali w miejscu z niezadowolonymi minami. Harold złapał swoją niepokojąco długopalczastą dłonią najstarszego syna za ramię i spojrzał mu głęboko w oczy. W niemej nici porozumienia Quin spojrzał na brata z garnkiem na głowie i przekazał mu zabawkę, którą okazała się lalka z drewna z ruchomymi kończynami.

– Masz. Potem bawimy się jak ja będę chciał. Dobra?

– Dobra!

– A ja? – okularnik zabrzmiał jak zbity pies.

Nim rozgorzała gorąca dyskusja, Harold skinął głową Arijce i ta zabrała dzieci z dala od altanki. Harold odprowadził ich wzrokiem.

– Nie podoba mi się tutaj twoja obecność – zagrzmiał głos rzemieślnika. – Mów co nagadałeś Arijce.

Jego prymitywny wyraz twarzy przedstawiał teraz mieszaninę strachu i złości. Jack mógłby przysiąc, że zaraz się na niego rzuci i rozszarpie tymi długimi, grubymi palcami.

– Porozmawialiśmy po przyjacielsku. 

– O czym?

– O dawnych czasach.

Cała sielankowa atmosfera wyparowała i mimo gorącego dnia powiało chłodem. 

– Wolałbym, żebyś jej nie odwiedzał – powiedział oschle Harold. 

Jack przez chwilę chciał ustąpić. Szkoda mu było problemów, miał sporo własnych i spodziewał się, że Arijka poniekąd też może mieć kłopoty, jeżeli nie uszanuje życzenia Harolda. Gdyby poprosił w bardziej uprzejmy sposób, może wtedy by odpuścił.

– Niech Arijka mi to powie.

Wielkoludzie oczy otworzyły się szerzej. Zapewne sądził, że tylko jemu wolno tak mówić do Ariadny. Jack doskonale znał mowę ciała, którą ten przerośnięty troglodyta właśnie prezentował. Zaciśnięcie pięści, podniesiona głowa i szeroko rozwarte nozdrza – za chwilę ktoś dostanie łomot i Jack wiedział, że walki z tym typem na tak małej arenie nie wygra. Zresztą nie chciał bójki. Spojrzał Haroldowi przez ramię. 

– Ariadna wyrosła na wspaniałą kobietę. Zazdroszczę ci. 

Napięcie z Harolda jakby nieco zeszło. Znów spojrzał na żonę, która próbowała uspokoić i pogodzić dzieci. 

– Na mnie już czas – dodał Jack po chwili poprawiając koszulę – Zdaje się, że nadużyłem gościny. 

Rzemieślnik spojrzał na Jacka, który zdobył się na smutny uśmiech widząc, że Harold wrócił do swojej pustej, głupawej miny. Chwycił marynarkę i kapelusz, wypił resztę orzeźwiającej wody i tylko pożegnał krótkim skinieniem Ariadnę. Kobieta dygnęła, a spojrzenie, jakim obdarowała męża sugerowało, że wizyta Jacka to nie koniec nieprzyjemności, jakie czekały Harolda tego dnia.

 

***

 

 Wracałem ulicami Palisady śledzony przez nieprzychylne spojrzenia. Ulice były ciche, pogrążone w żałobie, ale coś wisiało w powietrzu. Czułem, jakby całe miasto coś planowało. Każde ukradkowe spojrzenie, każdy krok i każda wymiana spojrzeń mieszkańców drażniły moje instynkty. Czułem spisek. Potrząsnąłem głową próbując odgonić paranoiczne myśli, ale nie było to łatwe. Ukradkowe, nieprzyjemnie spojrzenia stały się moją codziennością od kiedy wróciłem do Palisady kilka lat temu. Teraz stały się bardziej nachalne i podszyte niewypowiedzianą groźbą.

 

Czuję się jak w domu… Ale oczy dookoła mnie mówią, że tu nie należę.

 

Słowa Texas rozbrzmiały mi w głowie, jakby stała tuż obok. Chyba teraz rozumiem, co wtedy czuła. 

 Lecznica imienia Vespy znajdowała się za wysokim, stalowym płotem i nie miałem wątpliwości, że budynek ten służył podobnym celom w czasach starej cywilizacji. Był wykonany w tym samym stylu co budynek ratusza, o czym świadczyły niemal identyczne drzwi, którym bliżej było do wrót fortecy niż drzwiom do izby leczniczej. Ratusz nigdy nie był zamykany, tu natomiast musiałem szarpać się z ciężką kołatką, której uderzenia odbijały się echem po holu wewnątrz. Otworzył mi anonimowy sługa Vigala, który widząc moją przytłoczoną problemami postać niemal natychmiast mi ustąpił i wpuścił bez słowa do środka. 

Zazwyczaj do oświetlenia wnętrz budynków i ulic stosowano błędne ognie, niebieskawe w barwie i zupełnie pozbawione ciepła płomienie będące efektem prostych hexów podtrzymywanych przez lemegeton w ratuszu. Ja preferowałem prawdziwy ogień, który dawał prawdziwe światło i prawdziwe ciepło. Lecznica wolała zupełny brak widocznego źródła światła, co tworzyło trochę niepokojącą atmosferę i powodowało uczucie przebywania w świecie snów. 

– Szanowny moderator przyszedł odwiedzić brata? – sługa przeszedł od razu do rzeczy. Miło było słyszeć frazę “szanowny moderator” bez cienia szyderstwa i kpiny, jaką obdarzali mnie inni.

– Owszem. Nie wygląda pan na… zaniepokojonego moją wizytą. Przywykłem do bardziej chłodnych przywitań.

– Nazywam się Espus i proszę się tak do mnie zwracać. Nie ma powodu, dla którego mógłbym wyrazić zaniepokojenie. Lecznica jest otwarta cały czas, dla każdego, bez przerwy.

Zapachniało mi mydłem i ziołami Marcusa, zapachem fałszu.

– A skąd wiesz, kim jestem?

– Jest pan popularną postacią.

– Ah tak?

– Szczególnie po morderstwie Cheona. 

Po raz kolejny spotykam kongregata, który traktuje śmierć (jakby nie patrzeć) boskiej w ich przekonaniu postaci w sposób dość… zdystansowany. Delock, Allion, Marcus… Tylko Taegan sprawiał wrażenie, że zaraz się popłacze. No był jeszcze Polio, ale z marszu wiedziałem, że to psychopata.

– Dużo osób przebywa w lecznicy? Strasznie tu cicho – zauważyłem.

– Jest środek dnia, nieliczni pacjenci zapewne drzemią. 

– Jak to jest, że macie do dyspozycji tak potężne narzędzie jakim jest goecja i wciąż potrzebne są takie ośrodki jak ten?

– Cóż mogę powiedzieć… Goecja zawsze miała problem z precyzyjną ingerencją w ludzki organizm.

Słudzy Vigala to fanatycy, a tu proszę, Espus jest niby przyznał, że goecja nie jest wszechpotężna, i może byłbym w szoku gdyby nie to, że wiedziałem, że Espus sam nie wierzy w to co mówi. Domyślałem się czemu jest taki usłużny i postanowiłem to wykorzystać.

– Brat Polio też usługuje w lecznicy, prawda?

– Zgadza się, Moderatorze.

– Jest w tej chwili na posterunku?

– Oczywiście. 

– Chciałbym z nim porozmawiać, ale najpierw… Odwiedzę brata. Gdzie mogę znaleźć brata Polio, gdy skończę swoją wizytę?

– Trudno powiedzieć, cały czas usługuje przy pacjentach – kręcił Espus – Proszę spytać przełożonej Amelii, wezwie go w razie potrzeby.

– Może nie będzie takiej potrzeby. Wiesz może, czy zastanę brata Polio wieczorem? 

– Nie, jego służba kończy się przed zachodem słońca.

– Czyli to dlatego nie mogłem go zastać tu wczoraj wieczorem? – skłamałem.

– Tak. Brat Polio zaczyna nocną służbę dopiero w przyszłym miesiącu.

Ta odpowiedź była dla mnie bardzo satysfakcjonująca.

 

 Sala, w której “leżał” Lobi była daleka od standardu, do jakiego przywykłem. Po pierwsze była ogromna i zupełnie nie pasowała architekturą do budynku, w którym się znajdowała. Był to rozległy sześcian pozbawiony mebli, dywanów, ozdób, generalnie wszystkiego. Surowe ściany jednolitego koloru były wykonane z tego samego materiału, co podłoga i sufit. Na środku znajdował się wielki lemegeton, w centrum którego lewitował mój brat. Czułem się jak w innym wymiarze. Niemożliwym było, by tak przepastne pomieszczenie znajdowało się fizycznie w budynku lecznicznicy. Nie wiem, jaki hex był za to odpowiedzialny, ale moja parasanga pulsowała bardzo wyraźnie uświadamiając mi, że była to potężna magia. Gdy zbliżałem się do snopu światła, w którym unosił się mój brat, i który był chyba jedynym źródłem światła w tym dziwnym pomieszczeniu, czułem swędzenie w prawym oku. Nie wiem, co strzeliło mi do głowy, ale zdjąłem opaskę i spojrzałem na świat cheońskim okiem. Pierwszy raz od początku otrzymania pieczęci Decaina widziałem świat inaczej. Widziałem dwaal, ale nie była to sina mgiełka. Po ziemi sunęła błękitna woda, zupełnie cicha, zupełnie sucha, ale jednocześnie wyczuwalna wyraźnie pod palcami. Strumień dwaalu koncentrował się w środku wzbijając w powietrze i otulając mojego brata niczym obłok gęstego, niebieskiego światła. Dostrzegłem coś jeszcze. Nić światła unosząca się nad czołem Lobiego, podobna do tej z czoła posągu w katedrze, była zerwana i wisiała zawieszona w czasie i przestrzeni. Glify na ziemi jarzyły się białym światłem i gasły na zmianę a dwaal, niczym impuls skoncentrowanego światła, posłusznie skakał pomiędzy znakami i kierował się liniami łączącymi poszczególne okręgi i znaki. 

– Cieszę się, że postanowiłeś odwiedzić wreszcie brata. – kobiecy głos za moimi plecami był melodyjny i jednocześnie władczy. Założyłem opaskę ponownie na oko, nim się odwróciłem. Byłem pewny, że patrzę na Amelię Sinclaire, przełożoną lecznicy imienia Vespy. Nie miałem okazji nigdy jej spotkać osobiście, toteż przyjrzałem się jej z niemałym zafascynowaniem. Była to starsza kobieta nosząca białą liberię ze srebrnymi zdobieniami tworzącymi wzór płonącego słońca. Biała liberia to nie był żart w Kongregacji. Był to najwyższy stopień, jaki można było osiągnąć bez zostania awatarem. Awatarzy też nosili białe liberie, ale ich szamerunek był złoty i bardzo bogaty, dlatego nieoficjalnie mówi się na nie złote liberie. Amelia nie była awatarem, ale nie miałem wątpliwości, że gdyby chciała, już dawno by nim została. Nie było to jednak tak dziwne jak fakt, że kobieta ta utykała i używała laski, by się poruszać. Stawiała sztywniejsze kroki wspomagając się laską a ja zapomniałem języka w gębie. Postać Amelii stała się dla mnie w tej chwili zagadką. Przełożona lecznicy i Biała Liberia utyka? 

– Widzę, że jesteś zaskoczony i pewnie zadajesz sobie pytanie: “czemu?”. – uśmiechnęła się lekko i spojrzała na laskę. Spodziewałem się usłyszeć za chwilę jakąś historię i wytłumaczenie tego stanu rzeczy, ale Amelia spojrzała na mnie nagle bez cienia sympatii – Odpowiem ci krótko. Nie twoja sprawa. 

To było jak policzek, który nieco mnie ocucił.

– Chyba nie mieliśmy okazji się poznać – wyciągnąłem dłoń, ale AmeLia minęła mnie wpatrzona w Lobiego. 

– Dlaczego nie odwiedziłeś brata od razu? – Stanęła obok mnie i nie odrywając wzroku od mojego brata stuknęła laską w mój pas.

– I czemu wnosisz to cholerstwo do lecznicy? Nie przyszło ci do głowy, że możesz zakłócać działanie nedrilu? – zbeształa mnie i popchnęła laską – wyjdźmy stąd nim coś nabroisz. Co za brak odpowiedzialności.

– Czyli co? – odpowiedziałem poirytowany, gdy wyszliśmy z pomieszczenia – nie mogę tu przychodzić? Nie mogę odwiedzać brata?

– O czym ty mówisz do cholery? – Amelia spojrzała na mnie jak na idiotę. – Nikt ci tego nie zabroni. Masz po prostu nie wnosić prymerytu do lecznicy. Broni też nie powinieneś… Bo nie wypada – powiedziała to w taki sposób, że poczułem się głupio. – Proszę zostawić prymeryt w domu i wtedy może pan przychodzić odwiedzać brata kiedy tylko chce.

– Skoro jesteśmy w temacie mojego brata…

Amelia zmierzyła mnie wzrokiem, parsknęła i pokręciłą głową. Nie bardzo wiedziałem, czy jest zdegustowana moją osobą, czy też zwyczajnie ma taki styl bycia, ale stawiałem na to pierwsze. 

– Proszę do mojego gabinetu – wskazała laską kierunek.

 

 Gabinet Amelii Sinclaire nie wyglądał na gabinet godny Białej Liberii. Zielona farba odpadała od ściany, biurko było wielokrotnie naprawianym zbitkiem paździerza i sklejki, a każdą jedną szafę i komodę wykonał chyba inny rzemieślnik. Żeby tego było mało dywan zmęczony swym istnieniem dawno stracił zarówno swoje włosie, jak i wzór. Ten kontrast czynił Amelię jeszcze większą zagadką i zaczynałem żałować, że nie poznałem jej wcześniej. Gdy usiadła z trudem na podniszczonym krzesełku w swojej nienagannie wyprasowanej liberii miałem poczucie, że zwyczajnie tu nie pasuje i że to nie jest jej gabinet.

– Awatar Lobeof jest w ciężkim stanie – zaczęła. – nedril utrzyma go przy życiu przez kilka tygodni, ale prawdę powiedziawszy nie jestem w stanie zagwarantować niczego w tym momencie.

– Czym jest ten cały nedril? – spytałem szczerze zainteresowany. Nawet w forcie Sandoval o nim wspominał, ale zupełnie go wtedy ignorowałem. Teraz, gdy zależało od niego życie mojego brata chciałem wiedzieć o nim wszystko. Amelia zbierała myśli taksując mnie wzrokiem. Próbowała pewnie ubrać w zrozumiałe słowa zagadnienia z dziedziny goecji, choć bardziej prawdopodobne było to, że zastanawia się nad udzieleniem odpowiedzi w ogóle. W końcu jednak podjęła temat.

– To skomplikowany lemegeton, który w tym momencie podtrzymywany jest przez awatara Taegana. Dzięki temu nedril jest stabilny i nie sprawia żadnych problemów. Nie będzie też niespodzianką, że oparty jest na domenie Cheona Życia, ale już na pierwszych pierścieniach odwołujemy się do Cheonów Czasu i Cudu.

– Cudu? – wyrwało mi się, bo byłem zwyczajnie zaskoczony. 

– Tak. Oczywiście Cheona zamordowano, więc glif ten nie działa z pełną mocą.

– Nie rozumiem. Myślałem, że skoro Cheon…

– Jack – Amelia weszła mi w słowo. – Wiem, o co chcesz spytać. Niestety nie możesz oczekiwać ode mnie, abym w kilku słowach wytłumaczyła ci rzeczy, które ja sama studiowałam dziesiątki lat.

– Spróbuj chociaż – nalegałem.

Krzesło Amelii zaskrzypiało, gdy jej plecy skorzystały z oparcia. Stukała koniuszkami palców obu dłoni taksując mnie chłodnym spojrzeniem. Zamknęła oczy, jednocześnie moja parasanga podskoczyła w kieszeni. 

– Powiedz mi Jack… – otworzyła przenikliwe, szare oczy – w czym jesteś dobry?

– Hm? – mruknąłem, bo co miałem powiedzieć? Pierwsze co mi przyszło do głowy to zabijanie i muszę przyznać, że było to tyleż trywialne, co w pewien sposób przerażające. To głupie pytanie uświadomiło mi, że noszę przedmiot, którym gwoździ się nie wbija, więc raczej nie jestem stolarzem. W forcie uczono mnie wielu rzeczy, ale wszystko kręciło się wokół zabijania. Sztuki wojny. Przez chwilę miałem wrażenie, że musiała rzucić we mnie jakimś hexem, bo skąd niby tak nagle naszły mnie te myśli i te uczucia? 

– Każdy z nas ma jakieś talenty, Jack – podjęła widząc zapewne moje zakłopotanie, a ja w myślach odetchnąłem z ulgą. – Czy to się z nimi rodzą, czy je odkrywają w ciągu życia, każdy z nas w pewnym momencie swego życia znajduje coś, co czyni go wyjątkowym i często pożądanym. Cheoni też posiadają takie talenty, a my nazywamy je domenami. Ale tak jak Cheoni nie rozumieją na czym polega nasza struktura społeczna, a tym bardziej czym są zawody, profesje i role poszczególnych grup ludzi lub pojedynczych jednostek, tak my nie jesteśmy w stanie pojąć, czym są domeny, czym jest tak naprawdę Bastion, czemu niektórzy Cheoni mają imiona, czemu je tracą, jak je zyskują i wreszcie czemu domeny pojawiają się i znikają. Mamy w Cheońskim panteonie Cheona Ognia, ale słyszałeś kiedyś o Cheonie zimna albo lodu? Skoro jest Cheon Prawdy, to czy istnieje Cheon Kłamstwa? Wiedziałeś, że Decain, zanim zyskał imię, był Cheonem Prawdy? Teraz inny cheon opiekuje się tą domeną, cheon bez imienia. Dlaczego mamy cheona wojny i cheona pokoju? Wiedziałeś, że kiedyś istniał cheon gościnności, ale domena ta już od setek lat nie została przejęta przez żadnego cheona? Glif już dawno się wysycił. Lemegetony, a tym samym hexy oparte na tej domenie wciąż działają, ale ich moc to ledwie iskra w porównaniu do swej dawnej mocy. Niemniej gościnność nie umarła, Jack. Życie będzie mieć się świetnie bez cheona życia. Glif martwego cheona cudów wciąż będzie działał, ale jeżeli ktoś nie zajmie jego miejsca, glif się wysyci i Goeci stracą potencjał z nim związany, ale cuda, Jack, wciąż będą się zdarzać. 

– Kiedyś się modlono – podjęła po krótkiej przerwie ku mojemu zdziwieniu, bo w miałem wrażenie, że już odpowiedziała na moje pytanie. – Ludzie gromadzili się w miejscach mocy i rzucali słowa na wiatr licząc, że przyniesie to jakiś efekt. Niektóre słowa nabrały takiej siły, że potrafiły wywołać w ludziach efekty podobne do hexów. Słowa niosły ukojenie, ale potrafiły też przerazić, zniszczyć, wręcz zabić człowieka. W kongregacji wierzymy, że tym są owe domeny. Skupiskami mocy zrodzonymi ze słów, z których, dzięki Cheonom, możemy czerpać i w ten sposób wpływać na istniejący świat. To cheoni nadają im wzór, który potem umieszczamy w kręgach lemegetonu. Uniwersalny symbol, istniejący ponad znanymi językami i formami komunikacji. Esencja. Glif. Słowo Mocy.

Ten zalew informacji będący mariażem filozofii i nauki był dla mnie zarówno rewelacjami, jak i pieprzeniem o niczym, bo nie byłem pewny czy do końca rozumiem, co Amelia do mnie mówiła. Zachodziłem też w głowę, czemu tak chętnie wyłożyła całą tą wiedzę właśnie mnie. Taegan był gotów spalić Alliona żywcem za swoją nadgorliwość w tłumaczeniu mi zagadnień związanych z goecją, a teraz Amelia Sinclaire prawie wcieliła mnie do kongregacji. Uświadomiłem również sobie, że nie wiedziałem do jakiego zakonu należy. Słudzy Vigala mają w zwyczaju prowadzić takie lecznice, ale Amelia nie pasowała mi do fanatycznych wyznawców kanonów kongregacji. 

– Zaraz, zaraz. Chcesz mi powiedzieć, że glify to to samo, co Słowa Mocy?

– Technicznie rzecz ujmując tak, ale termin ten zarezerwowany jest dla szczególnie potężnych domen.

Miałem inne wyobrażenie o Słowach Mocy. W mojej wyobraźni były to potężne hexy, które nie wymagają żmudnego rysowania lemegetonu, zdolne zmieść z powierzchni ziemi całe zastępy Cheonów. 

– Skoro są tak potężne, to czemu z nich nie korzystacie? Nie istnieje jakieś Słowo Mocy, które uratowałoby mojego brata?

Amelia pokręciła głową najwyraźniej zawiedziona moim pytaniem. Może liczyła na drążenie tematu goecji, ale szczerze powiedziawszy byłem nią zainteresowany na tyle, na ile dotyczyła moje brata.

– Mówiłam ci, że to nie takie proste. To, co ci powiedziałam zawiera wskazówki, dzięki którym kiedyś odnajdziesz odpowiedzi na nurtujące cię pytania.

Cholerni kongregaci. Myślą, że wiedzą wszystko, jednocześnie tworząc otoczkę tajemnicy wokół prostych spraw. Pseudo filozofowie, szarlatani, kuglarze i oszuści. 

– Czyli ani cheon, ani legendarne Słowa Mocy nie są w stanie uratować mojego brata? Nie sil się proszę na kolejny elaborat, wystarczy proste “tak” lub “nie”.

Amelia zacisnęła usta najwyraźniej dotknięta moim grubiaństwem, ale nie potrafiłem zdobyć się na nic innego. Czułem, że straciłem czas i lepiej było stanąć u boku brata i milczeć przez godzinę. Efekt byłby podobny.

– Ukrywaj się za fasadą ignorancji Jack, proszę bardzo. – powiedziała w końcu – Dziwi mnie jednak twoja postawa. Chcesz uratować Secil przed stryczkiem grzebiąc w sprawach, których nie rozumiesz. Całe miasto jest gotowe wejść do ratusza z widłami mając te same klapki na oczach co ty. Secil jest odpowiedzią której szukają a ty próbujesz im wmówić, że prawda leży za mgłą, w której krążą potwory. Na pewno chciałbyś im to wytłumaczyć, chciałbyś, aby zrozumieli, że sprawa jest skomplikowana, ale nie jesteś w stanie im dać tu i teraz jasnej odpowiedzi. Powinno ci zależeć na zrozumieniu świata, w którym stawiasz pierwsze kroki. Zamiast tego patrzysz na wszystko przez pryzmat własnych uprzedzeń i wyobrażeń na temat kongregacji i goecji. Obrażasz mnie, osobę, która chce odpowiedzieć na twoje pytania najlepiej jak potrafi mimo, iż niejednokrotnie musiałam łatać dziury w ciałach moich braci i sióstr po waszych sprawiedliwych kulach z prymerytem. Ty nie chcesz pomocy. Chcesz łatwej odpowiedzi, jak ludzie przed ratuszem, co sprawa, że niczym się od nich nie różnisz.

Nie mogłem wydusić z siebie słowa. Cały się trząsłem ze złości, patrząc w te szare, mądre oczy. Nie było w nich nienawiści, nie było pychy i zwyczajnie nie mogłem tego znieść. Znajoma mieszanina wściekłości i wstydu wykręcała mi zawartość żołądka. Odwróciłem się na pięcie i po kilku krokach chwyciłem za klamkę.

 

Będziesz na wstąpieniu?

 

Słowa brata rozeszły się echem w mojej głowie. Deja vu z tamtego wieczora uderzyło mnie w czuły punkt. Wyszedłem wtedy bez słowa, zły na brata i zły na siebie, a ostatnim moim wspomnieniem Lobiego była jego obrócona w kamień twarz.

– Będę, Lobi – wydusiłem z siebie i o dziwo poczułem się lepiej. Była to ulga, która skropiła mi powieki łzawą mgiełką. Nie chcąc się rozkleić przy przełożonej opuściłem pokój i skierowałem się do wyjścia. 

 

***

 

 Allion wyglądał, jakby cały dzień czekał na Jacka na twardym stołku sali konferencyjnej. Gdy Sprawiedliwy zostawił go samego na pół dnia, miał czas, by przyjrzeć się faktom po swojemu. Nie mówił tego Jackowi, nie mówił tego również nikomu w kongregacji, ale po kryjomu studiował metody naukowe stosowane w starym świecie. Robił to od dawna, jeszcze zanim zaprzysiężono go w zakonie uczniów, co ułatwiło mu znacznym stopniu progres przez szczeble kariery kongregata i w krótkim czasie zdobyć tytuł naukowy gdy dostał się do foritariuszy. 

Wśród tej zapomnianej wiedzy otarł się również o metody rozwiązywania spraw kryminalnych. Gdy zginął cheon z przerażeniem stwierdził, że był podekscytowany z powodu nadarzającej się okazji do wykorzystania tej wiedzy i zbadania jej skuteczności. Zginął cheon, boska istota, a on cieszy się na myśl o śledztwie miast pogrążyć się w żałobie. 

Współpraca ze Sprawiedliwym była wisienką na torcie. Dzięki temu przekonał się, że jego bractwo opierało swoje nauki o tą samą, zapomnianą wiedzę, co kazało mu przypuszczać, że korzenie Sprawiedliwych sięgają głęboko w przeszłość, być może nawet do czasów “przed”. W całej swej skromności Allion wiedział, że ma pewną przewagę nad Sprawiedliwym. Jack był improwizującym praktykantem, agentem chaosu, który podążał tam, gdzie wieje wiatr. Zajmował się sprawami bieżącymi, które odrywały go od jedynej słusznej, według Alliona oczywiście, drogi: metodycznego poszukiwania odpowiedzi na najważniejsze pytania, systematycznej i żmudnej pracy przy biurku w blasku świec. Analiza, logika, wnioski. Nie dyskutował jeszcze z Jackiem na temat swoich teorii, z kilku powodów. Jednym z nich było to, że miał nieodparte poczucie, że Jack nie mówi mu wszystkiego. Bez danych, które posaidał Jack, jego teorie bliższe były zgadywankom, a tego po prostu nie mógł znieść.

Allion musiał zmusić Jacka, by ten mu zaufał. Ze swojej wiedzy na temat bractwa Sprawiedliwych wywnioskował, że przymilając się i potakując niczego nie zyska. Będzie zepchnięty na boczny tor, gdzie niczego się nie nauczy i niczego się nie dowie; jednym słowem: straci czas. Choć nie było to w jego stylu musiał w jakiś sposób pokazać Jackowi, że nie może traktować go jak pomagiera. 

Okazja nadarzyła się po chwili, gdy drzwi sali konferencyjnej otworzyły się szeroko. Jack wyglądał na wypoczętego i w lepszym humorze, niż był rano. Szkoda, że Allion musiał go zepsuć. Taksował Jacka chłodnym spojrzeniem rzuconym znad splecionych dłoni wspierających zmarszczony gniewnie nos.

– Spacer się udał? – zapytał kąśliwie. 

– Istotnie – odparł ostrożnie Jack – nieco rozjaśnił mi umysł.

– To dobrze. 

Jack ostrożnie zamknąc za sobą drzwi przyglądając się uważnie swojemu partnerowi. 

– Wyglądasz na poirytowanego – nieomieszkał zauważyć Jack. Allion poklepał delikatnie swój notes. 

– Papiery, zgody, daty, prawa, kanony, procedury. Wszystko się zgadza i nie widzę tam żadnych dziur.

– Gdzie? W czym? – Jack niezupełnie rozumiał, co się dzieje.

– Taegan udostępnił mi dokumentację przygotowawczą Wstąpienia. Faktycznie wszystko się zgadza. To, co wydało mi się podejrzane, czyli blokada valoru twojego brata w lemegetonie katedry istotnie jest prawidłowym zabiegiem. Nie jest stosowany za każdym razem, ale jest jak najbardziej dopuszczalny.

– Czyli ślepy zaułek. 

Allion pokiwał głową a Jack odetchnął z ulgą. 

– I o to jesteś zły? – upewnił się.

Allion wpatrywał się w swój notatnik, jakby na jego okładce była zapisana odpowiedź. Zaciskał usta raz po raz, po czym wstał sztywno i podszedł do Jacka.

– Zastanawia mnie… – Foritariusz spojrzał z ukosa na Sprawiedliwego – czy aby na pewno mówisz mi o wszystkim, co wiesz?

Jack obszedł stół i zasiadł na miejscu zagrzewanym przed chwilą przez Alliona.

– O co ci chodzi? – powiedział odkładając kapelusz.

– Kim jest białowłosa dziewczyna, Jack?

Allion zapytał w sposób nie pozostawiający wątpliwości, że czegoś się domyśla i oczekuje szczerej odpowiedzi. Jack pozwolił sobie na dłuższą chwilę milczenia, musiał w końcu przemyśleć swój następny krok, ponieważ od tego zależała ich dalsza współpraca. Musiał również oddać Allionowi to, że się nie cackał. Walnął prosto z mostu, co było miłą odmianą po rozmowie z… w zasadzie każdym kongregatem, z jakim miał do czynienia.

 Sprawiedliwi mieli zegerów, Kongregacja miała zakon foritariuszy, który był zupełnym przeciwieństwem Sług Vigala. Sprytni, praktyczni, pochłonięci badaniami nad goecją do stopnia budzącego kontrowersje w pozostałych zakonach. Allion prezentował jednak coś więcej. Coś, co nie pasowało Jackowi do wyobrażeń o kongregatach fanatycznie wiernym kanonom. 

Gdy pierwszy raz zobaczył go w katedrze, przyglądał się przez szkła okularów miejscu zbrodni. Teraz zrozumiał, co takiego zobaczył wtedy w jego oczach. Zainteresowanie. Fascynację. Wigor. Allion naprawdę chciał rozwiązać tą zagadkę. Jack uznał za zabawne, że dostrzegł to dopiero teraz, ale być może ostatnia tyrada Amelii uchyliła nieco klapki na jego oczach. 

– Spotkałem ją w noc poprzedzającą Wstąpienie – zaczął ostrożnie, ale po tych słowach nie było już odwrotu. Musiał powiedzieć wszystko i pogodzić się z ewentualnymi konsekwencjami.

Allion w pierwszym odruchu złapał krzesło, które stało po przeciwnej stronie stołu, ale zawahał się. Na tym krześle siedział Jack, gdy przesłuchiwał Harta, który z kolei siedział wtedy tam, gdzie teraz spoczywał Sprawiedliwy. Wsunął z powrotem krzesło na swoje miejsce, obszedł stół i usiadł obok Jacka. Ten gest powiedział Jackowi więcej, niż tysiąc słów.

 Złość, jaką czuł Allion składała się z wielu warstw. Na samej górze leżał fakt, że Jack zataił wiele informacji i domysłów, które mimo pozornie znikomej przydatności mogły okazać się w pewnym momencie kluczowe dla zrozumienia niektórych wydarzeń i motywów, co z kolei mogło połączyć je w spójną, a nawet logiczną całość.

 Nie bez znaczenia był też irytujący brak zaufania Jacka do Alliona. Kongregat potrafił zrozumieć uprzedzenia, jakie żywił Jack do Kongregacji, ale Allion zawsze uważał, że liczy się jednostka i nie sądził, by dał Jackowi kiedykolwiek powód, by ten patrzył na niego przez pryzmat stereotypów, jakimi obrośli cheońscy słudzy. Ba! Starał się od samego początku dać wyraźnie do zrozumienia, że daleko mu do obrazu, jaki stworzył sobie w głowie Jack na jego temat, ale najwyraźniej bez skutku – przynajmniej do teraz.

Kolejną warstwę stanowiła przyczyna, która zdecydowała według Alliona o tym, że Jack w końcu mu zaufał. Allion uważał bowiem, że Jack wreszcie się przełamał tylko dlatego, że jest pewny, iż Kongregat bezapelacyjnie wierzy w niewinność Secil, co nie było prawdą. Co więcej – do tej pory wszystkie dane dowody wskazywały na Secil i Allion był prawie przekonany, że to ona była jedynym sprawcą, ale informacje, którymi podzielił się Jack sprawiły, że znów zaczął brać pod uwagę jej niewinność. Ta huśtawka utwierdziła go w przekonaniu, że śledztwo jest jak najbardziej zasadne a z wydaniem wyroku należy poczekać.

Wreszcie był zły na partnera, gdy nagle nabrał ochoty na kąpiel. Allion bez reszty oddał się sprawie i poświęcał jej każdą chwilę wolnego czasu a Jack wybierał się na spacery, znikał w środku przesłuchania a teraz naszła go ochota na kąpiel. 

 

Łaźnia publiczna w Palisadzie była stosunkowo nowym budynkiem, postawionym zaraz po drugiej wojnie. Z jej uciech korzystali zarówno mieszkańcy, jak i kongregaci. Kompleks nie był rozległy, ale trzymał wysoki standard. Granit ciosany hexami zapraszał wymyślnymi kształtami do wnętrza łaźni, gdzie witał gości biały marmur z delikatnymi smugami. Architekt stawiał na wysokie kolumny i otwarte przestrzenie, z nielicznymi, prywatnymi sekcjami wydzielonymi szklanymi ściankami. 

Jack z nieskrywaną przyjemnością zrzucił ręcznik i zanurzył się w gorących wodach basenu. Właśnie wtedy Allion zrozumiał, dlaczego Jacka ciągnęło do łaźni. 

– Cholera. Faktycznie mocno oberwałeś.

– Oh… – Jack potarł delikatnie czarnofioletowy, rozległy krwiak na szyi – to tylko źle wygląda.

Allion wsunął się do gorącej wody z marsową miną i sięgnął pod ręcznik, spod którego wyjął swój starter. Biksbit był charakterystycznym kamieniem o różowo–czerwonej barwie, bardzo rzadko spotykanym wśród goetów ze względu na ogromne trudności w obróbce takiego kamienia. Znalezienie wolnego od wad i spękań biksbitu graniczyło z cudem i gdyby Jack znał się trochę na kamieniach wiedziałby, że nikt nie używa starterów ze skazami. Allion jednak robił to z powodzeniem, czego dowodem był blask, który w wodnych oparach łaźni rozlał się swym ciepłym, mistycznym światełkiem.

– Masz zamiar to powtórzyć Jack?

– Co niby? – Jack patrzył jak zahipnotyzowany w różowy punkt uwięziony w krysztale.

– Robić różnego rodzaju rzeczy za moimi plecami? Nie informować mnie o niczym? Czy może za dwa, trzy dni dowiem się o czymś grubo po fakcie?

Jack byłby nieco zawiedziony obrażoną postawą Alliona, ale przecież sam się o to prosił. Uznał, że musi szybko oczyścić atmosferę dla dobra ich przyszłej, bardziej otwartej współpracy.

– Przepraszam cię Allion. – Jack namoczył ręcznik i położył go sobie na zbolałym karku nie kryjąc ulgi – Nie byłem pewny, czy mogę ci ufać. 

Starter unosił się lekko nad dłonią Alliona, wolny od grawitacji. Allion delikatnie przebierał palcami wyczuwając przepływający przez strukturę kryształu dwaal.

– A teraz niby ufasz, Jack? Nie myśl sobie, że wierzę w niewinność Secil i wynik śledztwa wciąż może doprowadzić ją na stryczek.

Jack oparł się wygodnie o brzeg basenu i pozwolił, by delikatne fale obmywały mu twarz. 

– Wiem. – westchnął – Wiem, Allion. Nie dlatego ci ufam. Robię to, gdyż zrozumiałem kilka rzeczy. Powinieneś podziękować Arijce.

– Komu? – Allion przez chwilę był zupełnie zbity z tropu, ale po chwili przypomniał sobie, że Jack wspominał o niej gdy streszczał swoją wizytę u Marcusa. 

Jack spojrzał w sufit, na którym wyrzeźbiono jakieś sceny batalistyczne, zapewne pochodzące z pierwszej wojny. Jego ignorancja historyczna nie pozwoliła mu się nawet domyślić, czyje twarze utrwalono w szarym stropie.

– Moja znajoma powiedziała mi coś ważnego – powiedział wzdychając z ulgą. Gorąca woda działała kojąco na jego ciało i umysł. – Coś, co pozwoliło mi zrozumieć, że czasami trzeba uwierzyć. Wierzę Allion, że nie jesteś złym człowiekiem. Wybacz, że tyle czasu mi to zajęło, po prostu widziałem cały czas tą cholerną liberię, którą nosisz i nie potrafiłem widzieć w tobie niczego więcej, niż narzędzia Kongregacji. 

Jeżeli Alliona poruszyły słowa Jacka, to nie dał tego po sobie poznać. Dalej wpatrywał się w swój starter, jakby widział tam coś bardziej interesującego. Jack odbił się od brzegu i podpłynął do Alliona na nieco płytszą wodę.

– Teraz nie masz liberii – Jack postawił stopy na dnie i wyciągnął dłoń nad lustro wody – Zacznijmy od początku, partnerze.

Allion oderwał wreszcie wzrok od lewitującego kamienia i spojrzał z ukosa na Jacka, nie potrafiąc zamaskować rumieńca malującego się na jego twarzy.

– Wybierasz dość dziwny moment i ciekawe miejsce na przeprosiny – mruknął, ale przyjął uścisk dłoni. 

– Czyli co? Już się nie dąsasz? Jesteśmy kwita? – Jack wyrzucił nagle ręce na boki – może przytulasa jeszcze? – zapytał z szerokim uśmiechem. 

Jack sądził, że ta mała błazenada rozluźni nieco napięcie, ale Allion obdarzył Jacka dziwnym uśmiechem i nim Sprawiedliwy zdążył zrozumieć co się dzieje, poleciał do tyłu uderzony hexem kinetycznym. Woda wyskoczyła wzburzona z brzegów basenu, w którym zapanował gwałtowny, miniaturowy sztorm. Allion nie włożył wysiłku w rzucenie hexa, zatem to szturchnięcie posłało Jacka ledwie na środek, odbierając mu dech w piersi. Kaszląc intensywnie, nieco ogłuszony, dopłynął do brzegu, słysząc dławiącego się śmiechem Alliona.

– Teraz jesteśmy kwita. 

Jack zdawał się nie docenić żartu kongregata, bo do bólu w karku doszedł teraz bolesny ucisk w mostku. Machnął jednak ręką na tą sytuację, odnalazł pływającą w gdzieś w wodzie opaskę i ponownie wsunął ją na oko notując sobie w pamięci, żeby kiedyś odwdzięczyć się Allionowi za ten brutalny dowcip. 

Allion odłożył starter co by nie stresować Jacka i pozwolił sobie wreszcie na odpuszczenie kotłujących się w głowie mieszaniny myśli i emocji. Unosił się bezwładnie na wciąż wzburzonej tafli wody wsłuchując się w głuche dudnienie i stłumione dźwięki świata pod wodą.

– Masz jakieś podejrzenia, kto mógł cię zaatakować? – Zapytał po długiej chwili ciszy.

– Nikogo konkretnego nie podejrzewam. To mógł być każdy Allion. Może nawet Marcus.

– Marcus? Marcus Moonbane, prezbiter? – Allion nie wiedział, czy się śmiać, czy martwić. Prezbiter był starcem i nie wyglądał na kogoś zdolnego fizycznie do zadania takiego ciosu. Ale z drugiej strony znał się całkiem nieźle na goecji, może przywalił mu jakimś hexem? – Cóż, jeżeli zakradłeś się do ogrodu, to niewykluczone, że to on, Jack – racjonalizował Allion.

– Mam wątpliwości co do tego. To on mnie ocucił i, co dziwniejsze, opatrzył moje rany w swoim biurze.

– To chyba miło z jego strony?

– Podejrzanie miło. 

– Ty nikomu nie ufasz, Jack? 

– Słudze Vigala? W życiu. Marcus był diakonem sierocińca, w którym się wychowałem i zapamiętałem go z trochę innej strony niż mi dziś zaprezentował. Instynkt mi mówi, że coś tu śmierdzi. Ale raczej to nie on załatwił mnie w ogrodzie.

– Z jednej strony nie darzysz go zaufaniem, a z drugiej wykluczasz jako sprawcę? – Allion nie mógł się nadziwić pokrętnej logice Sprawiedliwego.

– Allion, dostałeś kiedyś w tył głowy? 

– Nie miałem okazji – przyznał kongregat.

– Taki cios może cię obezwładnić, ale nie zupełnie ogłuszyć. Praktycznie niczego nie pamiętam, ale jestem pewny, że ktoś mnie przydusił porządnym chwytem wykorzystując cios w kark jako chwilowy obezwładniacz. Ten stary cap raczej nie dałby rady.

– Nie uważasz, że ktoś powinien to zobaczyć? 

– Lecznica Vespy jest pełna sługusów, a do tego stosują do leczenia hexy, na które jestem w dużej mierze odporny i do tego cholernie nie lubię, gdy ktoś odprawia nade mną gusła. Wystarczy mi kąpiel, kilka tygodni wolnych od bójek i wszystko wróci do normy.

Jack wypłynął na szerokie wody basenu zanurzając się zarówno w wodzie, jak i swoich myślach. Nie były to jednak myśli związane z ostatnimi wydarzeniami. Gorące wody w łaźni przypomniały mu pierwszą kąpiel w gorących źródłach, gdy po raz pierwszy wyruszył na szlak po kilku latach spędzonych w forcie. Było to wspomnienie mocno wyryte w pamięci z tego prostego powodu, że kąpieli ten nie odbywał sam. Emily Arizona była pierwszą kobietą, którą zobaczył nago. Na wspomnienie tamtego dnia uśmiechnął się szeroko, choć wtedy był pełen sprzecznych emocji i buzujących hormonów. Cholera, miał się za mężczyznę w wieku ilu? Szesnastu lat? Czy to było siedemnaście? Obrażony na Emily, ojca i wszystkich sprawiedliwych nie potrafił ukryć ogromnego zawstydzenia i zatrzymać naturalnych reakcji ciała. Emily bardzo się z niego wtedy śmiała, a on był jeszcze bardziej zły i obrażony, jednocześnie nie mógł wtedy odwrócić wzroku od jej pięknych piersi. 

– Co cię tak bawi? – zapytał Allion, który chyba zaraził się szczerym rozbawieniem malującym się na twarzy Jacka.

– Wspominam stare, dobre czasy – Jack unosił się swobodnie na tafli gorącej wody w jednym z niewielkich basenów.

To od niej przejął trochę nietypowy dla Sprawiedliwych styl bycia. Emily dbała o prezencję i nawet na szlaku nie zrezygnowała z czarnego kapelusza z szerokim rondem (spod którego rzucała ogniste spojrzenia), białej koszuli z kołnierzykiem ozdobionym broszką i starannie dopasowanej czarnej kamizelki. Gdy schodziła z konia otrzepywała nogawki i buty z kurzu specjalnie do tego przeznaczoną chusteczką. Podczas gdy wielu Sprawiedliwych preferowało bardziej praktyczny i surowy wygląd, ona była elegancka i zwyczajnie piękna. Tak bardzo odstawała od swoich braci, że ludzie doznawali szoku gdy dowiadywali się, że jest pełnoprawnym członkiem bractwa. 

W pierwszych miesiącach praktyki pod jej skrzydłami szlag go trafiał, gdy widział jak dba o rzęsy, maluje usta czy robi inne rzeczy czyniące ją najatrakcyjniejszą Sprawiedliwą na szlaku, a on musiał prać i prasować jej ciuchy. “Prędzej się powieszę, niż przyjmę twoje nazwisko, Em”. Tak jej wtedy powiedział. A dziś nawet, gdyby pojawił się jego ojciec i powiedział, że może przyjąć jego nazwisko, zaśmiałby się mu prosto w twarz nie przerywając obcinania skórek przy paznokciach. 

– Zadziwiasz mnie Jack – Allion przerwał Jackowi podróż po wspomnieniach. Usiadł na jednym ze stopni znikających w basenie. Obserwował powolny dryf Jacka z lekkim rozbawieniem wypisanym na twarzy – czemu nie zdejmiesz opaski. Wstydzisz się go bardziej niż gołego tyłka?

– W tej wodnej mgle to cholerne oko świeciłoby jak latarnia, jeszcze by ktoś pomyślał, że tu hexy rzucam. Lepiej powiedz, co o tym wszystkim myślisz znając nowe fakty?

Foriatiusz wzruszył ramionami, wzbudzając małe okręgi na tafli wody.

– Mam kilka teorii, ale są bezużyteczne, gdyż brakuje mi w tym wszystkim motywu.

Dwoma lekkimi ruchami ramion Jack dopłynął do brzegu basenu. Usiadł na płytko osadzonym kamieniu i sięgnął po leżący niedaleko ręcznik. 

– Motywu?

– Kto i dlaczego chciałby zabić Cheona? Nie ulega wątpliwości, że to on był celem, ale co takiego mógł zrobić Cheon, by popchnąć kogoś do morderstwa.

– Może nie tyle “co zrobił” – wtrącił się obcy głos – ale “co mógłby zrobić”.

Versebiter Delock wyłonił się z oparów wodnej mgły w pełnej, nagiej glorii i chwale. Jak przystało na wybranka Cheonów był ucieleśnieniem ideału. Ceramicznie gładka skóra opięta była na smukłym, lecz wyraźnie muskularnym i symetrycznym ciele. Żadnych skaz, żadnych wad, przebarwień, znamion czy blizn, nie licząc dziwnego symbolu na środku piersi, który Allion dobrze znał – symbol apoteozy, znak awatara. Ani Jack, ani Allion nie potrafili oderwać wzroku od tego chodzącego dzieła sztuki, które delikatnie wkraczało do wód basenu. Woda wydawała się nieśmiało ustępować przed awatarem, jakby nie chciała skalać swą niedoskonałością karmelowej skóry tej niemalże boskiej istoty.

– Co awatar robi w publicznej łaźni? – zapytał kąśliwie Jack patrząc, jak długie włosy awatara rozlewają się po wodzie jak plama złotego atramentu. 

– To co wszyscy. Higiena ciała jest równie ważna, jak higiena ducha.

– Nie skorzystasz z jednej z prywatnych loży?

– Miałem taki zamiar. Ale nie mogłem się powstrzymać, gdy usłyszałem waszą rozmowę. Po prostu… – mrugnął do Jacka – Musiałem dołączyć. Jak idzie śledztwo?

Jack zanurzył się bardziej w wodzie.

– Fatalnie, czyli tak jak lubisz.

– Oh – Delock udał oburzenie pomagając sobie teatralnym westchnieniem – ranisz moje uczucia czyniąc taki zarzut. Naprawdę nie macie niczego?

Versebiter oparł ramiona o brzeg basenu, dumnie wypinając idealnie wyrzeźbioną pierś i spojrzał na Jacka, można by rzecz, kokieteryjnie.

– Na pewno masz coś bardziej… Konkretnego – Jack przysiągłby, że brew Delocka nad prawym okiem lekko podksoczyła.

– Wiem, że sprawca jeszcze wczoraj był w mieście – odpowiedział Jack.

Awatar uśmiechnął się delikatnie, jednocześnie narkotyczna mgła relaksu opadła z jego oczu.

– I nie mówisz o Secil? – zapytał szyderczo.

– Nie. Wczoraj wieczorem udałem się do ogrodu za katedrą w nadziei, że znajdę jakieś ślady. W trakcie poszukiwań ktoś postanowił mnie uśpić – Jack wskazał na pokaźną, fioletowo szarą ranę na karku. 

– Czyli ktoś cię napadł – Awatar wzruszył ramionami – Nie wyciągasz z tego zbyt pochopnych wniosków? – Zapytał lekceważąco Delock.

– Napadnięto mnie i niczego nie skradziono? W ogrodzie Katedry? Nie wiem, czy napastnik spodziewał się mnie spotkać w ogrodzie, czy też był to zbieg okoliczności, to nie istotne. Na pewno bał się, że coś znajdę.

Jack celowo nie powiedział całej prawdy. Wolał nie odkrywać pewnych faktów przed Delockiem w obawie, że użyje ich przeciw niemu, lub (co gorsza) przeciw Secil. 

– Dobrze – Delock machnął dłonią jakby odganiał muchę – Załóżmy, że to “morderca” był wtedy w ogrodzie. Czego szukał? 

– Nie wiem.

– Ale można przyjąć, że osiągnął swój cel? Ciebie powstrzymał i nic nie masz, on sam pewnie znalazł to, po co przyszedł. Tak czy siak nie ma powodów, by dalej przebywał w mieście. 

Mimo, iż bardzo się starał, Jack nie potrafił ukryć irytacji, jaki wywoływał stoicki, wręcz rozmarzony stan Delocka. Jack podejrzewał, że awatar robi to specjalnie, dla samej frajdy wkurwiania Sprawiedliwego. 

– Myślisz, że to ta białowłosa dziewczyna cię tak załatwiła? – podjął nagle Delock.

– Taegan wszystko ci już powiedział? Dziewczyna mogła to teoretycznie zrobić, ale niekoniecznie ona załatwiła mnie w ogrodzie.

– Czyli sprawców jest więcej niż dwóch?

– Myślę, że to było oczywiste od samego początku. Raczej wątpię, by morderstwa na taką skalę mogła dokonać jedna osoba. 

Delock pokiwał głową, trudno było jednak stwierdzić, co to oznaczało.

– A skąd pewność, że białowłosa dziewczyna jest członkiem tego… hmm… spisku? Zalman twierdzi…

– …że była tylko spryciulą, która chciała zobaczyć wstąpienie – wtrącił znudzony Jack – Jeżeli tak było, to udało jej się to wyłącznie dzięki szczęściu i niezwykłemu zbiegowi okoliczności. Jednak fakt, że nie możemy jej znaleźć świadczy o tym, że jest czymś więcej niż sprytną dziewuszką.

– Zalman twierdzi, że Secil miała Eodium – zauważył Delock wpatrując się w reakcję Jacka bardzo intensywnie.

– Wrócimy do tego tematu innym razem, Versebiter. – Jack przetarł włosy białym ręcznikiem – Zwróciłbym natomiast uwagę, że białowłosa dokładnie wiedziała, że Zalman może ją wprowadzić do środka. Mogła to wiedzieć tylko, jeżeli ktoś jej przekazał dokładne plany organizacyjnie ceremonii, a te przygotowywane są na kilka miesięcy przed Wstąpieniem. Nie muszę chyba dodawać, że te przygotowania są tajne i nawet sam Awatar dopuszczony do Wstąpienia nie wie o tym aż do ostatniej chwili? 

Versebiter zamyślił się na chwilę i jakby bardziej zapadł w taflę wody. 

– Cała otoczka tej… tajności… – podjął ostrożnie – jest utrzymywana tylko dla efektu niespodzianki – wyjaśnił Awatar – Organizacja wstąpienia to nie operacja militarna. Zależy nam tylko na tym, żeby sam Awatar nie spodziewał się niczego aż do otrzymania listu. Oczywiście są rzeczy, które są tajne, ale nimi zajmują się wysokiej klasy kongregaci, a nie uczniowie. Lista osób odpowiedzialnych za konkretne funkcje nie jest i nigdy nie była tajna w sensie prawnym.

– Pozwolę się wtrącić szanowny Awatarze Delock… – odezwał się nagle Allion. – Lista nie jest tajna, ale nie jest też powszechnie dostępna. Zwykły obywatel nie ma dostępu do żadnej, nawet najbardziej trywialnej informacji na temat Wstąpienia i jeżeli ktokolwiek chciałby się dowiedzieć o jakimkolwiek szczególe dotyczącym ceremonii, musiałby należeć do Kongregacji. Jack implikuje, że prawdziwy sprawca musiał wiedzieć od wielu miesięcy, kto i kiedy dostąpi zaszczytu wstąpienia. Oznacza to, że ktokolwiek to zaplanował, musiał mieć pomoc kogoś z wewnątrz.

– Wysnuwasz poważne oskarżenie, ale domyślam się, że nie masz nic by je poprzeć? – Skomentował Versebiter. 

– A co powiedział ci Zalman? – Jack zmienił temat.

– Dziewczyna ma na imię rzekomo Zora i poznała Edmunda przypadkiem. Szukała brata, który ponoć jest uczniem kongregacji, który obiecał jej, że zobaczy Wstąpienie i zwyczajnie wpadła na Edmunda w dormitorium. Oczywiście szybko owinęła sobie młodego goetę wokół palca i zaczęli spędzać ze sobą dużo czasu. Oczarowany i nabuzowany hormonami Zalman postanowił spełnić jej marzenie. Ot, cała historia. 

 Allion mrugnął bezczelnie do Jacka, czego Versebiter nie był w stanie zobaczyć z miejsca, w którym siedział. Jack był bardzo ciekawy, co Allion ma naprawdę do powiedzenia w tej sprawie i był pod wrażeniem, że nie chciał zdradzić pewnych informacji nawet w obecności swojego przełożonego. 

– Czyli Zalman jest ślepym zaułkiem? – zapytał Versebiter nie kryjąc rozczarowania. – Mam wrażenie, że nie bardzo przyłożyłeś się do przesłuchania drogi Deuku.

Jack już gdzieś słyszał to określenie, ale pamięć w tej chwili go zawiodła. 

– Nie ukrywam, że stawiam w tej dziedzinie pierwsze kroki, szanowny Administratorze.

– Wygląda na to, że musisz się jeszcze wiele nauczyć – zauważył kąśliwie awatar. Jack był za to zupełnie innego zdania.

 

Koniec

Komentarze

Cześć. Wiesz, może być pewien problem, bo nie wiem, czy to jeszcze opowiadanie, czy już książka. Mówisz, że to pierwsza część, ale 264 tysiące znaków? To ile ma całość? 

Pozdrawiam

całość ma na razie 400 tyś., ale myślę, że skończy się na 600 tyś. Wiem, że długie to i prawie książka wyszła, ale jeżeli mam pisać dalej, muszę przekonać się, czy dotychczasowa praca jest w miarę solidna.

Folanie, raczej marne szanse, by ktoś powyższy tekst przeczytał.

Składa się na to kilka przyczyn:

– tendencja w długości opowiadań wrzucanych na forum to 20-25 tysięcy znaków. Są dłuższe twory, ale przy 40 tysiącach już niektórzy kręcą nosem, że za długie.

– nikt nie zna Twojej twórczości i jesteś nieznany na forum, więc nie wiem czy ktokolwiek poświęci czas na coś takiego

– są lepsze sposoby na zyskanie odbioru tworzenia wśród czytelników – opowiadania. Krótkie formy i rozpoznawalność tworzona w ten sposób przekładają się na zainteresowanie dłuższymi formami.

myślę, że skończy się na 600 tyś. Wiem, że długie to i prawie książka wyszła

 

Prawie??? Czytałeś kiedyś opowiadanie o takiej objętości?

Sagitt dobrze prawi. Jeśli rzeczywiście zależy Ci na radach odnoszących się do konstrukcji tekstu, fabuły itp. to napisz normalne(objętościowo) opowiadanie, z zamkniętą historią i tak dalej.

Albo chociażby wyciąć najciekawsze 20 tys. znaków i wrzucić jako fragment. Co prawda, wciąż raczej niewiele osób przeczyta (tutaj fragmenty nie cieszą się dużą popularnością), ale będzie większa szansa odzewu, niż przy ponad 260 tys.

Będę zatem wrzucał inne opowiadania (całościowo zamknięte), jak również te osadzone w świecie “Śmierci Awatara” (też całościowo zamknięte) oraz fragmenty powyższego (w miarę zamknięte i treściwe). Dzięki za rady, działam.

Folanie, połowa ma ok. 250 k, czyli całość – 500k. To jest powieść pełną gębą: 12,5 arkusza wydawniczego :)

Daj się poznać jako autor opowiadań (tylko wrzucaj je w co najmniej kilkudniowych odstępach, bo wrzucanie tekstu za tekstem to zła strategia), to może znajdzie się chętny na przeczytanie powieści. Fragmenty na razie odradzam, chyba że masz kawałki rzeczywiście mogące funkcjonować jako odrębne fabularne całości (jak swego czasu Jacek Dukaj z “Jak czarnoksiężnik” w NF, które potem weszło do “Innych pieśni” z niewielkimi zmianami – jeśli w ogóle, nie pamiętam).

 

Chwytaj przydatny poradnik portalowy:

 

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676

http://altronapoleone.home.blog

Trafiłem przypadkiem – połknąłem w całości, jak każdą dobrą powieść, która jak mnie chwyci, tak wypuści gdy dotrę dopiero do “Koniec” lub “wydanie kolejnego tomu cyklu zaplanowany na następny rok”. Tylko pytać się “Kiedy” wink

Petrusie, zarejestrowałeś się w dniu, w którym ten fragment został opublikowany i przypadkiem wybrałeś akurat ten tekst z Poczekalni, będąc tu nowy. Połknąłęś w parę godzin prawie sześć arkuszy tekstu – to niezły maraton, nawet jeśli nie jadłeś obiadu. Trochę to wygląda na “kolega poprosił, żeby ktoś pochwalił, bo nie chwalą”, jeśli nie multikonto.

http://altronapoleone.home.blog

Genialne!

@Terrot

Dziękuję, ale prosiłbym o coś więcej niż tylko “genialne”, choć oczywiście to bardzo miłe. Czy coś wydało ci się niezrozumiałe, przytłaczające, niejasne? Może gdzieś popełniłem błędy logiczne, błędnie zastosowałem jakieś słownictwo? Może czegoś zabrakło, a może gdzieś potraktowałem czytelnika jak głupka?

Nowa Fantastyka