- Opowiadanie: Kyuke - Rachela - polowanie na boginkę

Rachela - polowanie na boginkę

Firma znowu pomyliła zlecenia, ale nie jest jeszcze za późno. Rachela weźmie sprawy w swoje ręce, jak to robiła przez ostatnie lata. W końcu rachunki same się nie zapłacą, a potwory same się nie wybiją.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Irka_Luz, Finkla

Oceny

Rachela - polowanie na boginkę

Pilna sprawa, mówili, masz być punktualnie, to ważne – narzekała w myślach Rachela. Siedziała na przystanku autobusowym od blisko piętnastu minut, całkiem sama, nawet przysłowiowy pies z kulawą nogą nie raczył dotrzymać jej towarzystwa. Monotonię czekania przerywały jedynie nieregularne rozbłyski światła stojącej nieopodal latarni. Jest zasrana trzecia w nocy! Powinnam przewracać się na drugi bok… Westchnęła, przypominając sobie po chwili, dlaczego tu się znalazła.

– Taka praca – rzuciła od niechcenia, machając nogami.

Wsłuchana w krople deszczu uderzające o wiatę przystanku, odpłynęła myślami daleko, do czasów, w których nie była świadoma. Całe piętnaście lat wstecz. Wakacje na wsi, całe dnie spędzone w towarzystwie szurniętej babki. Dla dziesięciolatki to była największa kara. Tak przynajmniej wtedy uważała. Teraz nie zmieniłaby tych wspomnień za nic w świecie. Wszystko, co ją później spotkało…

– Raszka!

Znajomy głos wyrwał kobietę z zamyślenia. Nie zaszczyciła przybysza spojrzeniem, gdy zziajany wbiegł do bezpiecznego schronienia i przysiadł obok. Ostatnimi czasy ciągle padało, dzień i noc, mieszkańcy Czarciej Dąbrowy mieli tego serdecznie dość. Niestety jedyne, co mogli w tej sytuacji zrobić, to wziąć pogodę na przeczekanie.

– Wiesz, że nie lubię, gdy mnie tak nazywasz… Lepiej, żeby to było coś ważnego – warknęła, skupiając spojrzenie na czubkach swoich kaloszy. Dopiero co je umyła, a już były całe upaprane. Syzyfowa praca, naprawdę.

– Wiem. – Uśmiechnął się łobuzersko. – Wybacz spóźnienie, goniłem za płanetnikiem, może dałby nam wreszcie odetchnąć.

– Jakieś postępy? – zainteresowała się, podnosząc wzrok. Gdyby dorwali tego dziada, całe miasto nosiłoby ich na rękach. Jednak sądząc po głosie przyjaciela, były na to marne szanse.

– Lipa, fałszywy trop, musimy dalej moknąć. Przebiegły padalec wodzi nas za nos blisko od miesiąca. – Maciek splunął demonstracyjnie, tłumiąc cisnące się na usta przekleństwa.

– Czyli nic nowego. – Dziewczyna wzruszyła ramionami. Udała, że nie widzi pulsującej żyłki na czole łowcy. Lubiła się z nim drażnić. – Co to za pilna sprawa?

Barczysty mężczyzna sięgnął do kieszeni skórzanego płaszcza, zawzięcie tam czegoś szukając. Wyjął po chwili zwitek papieru i podał go przyjaciółce na otwartej dłoni.

– Dostałem zgłoszenie, ale wychodzi na to, że z twojego rejonu. Gówno robią w centrali, a i tak ciągle mylą przydziały. Wierz mi, tak samo było trzysta lat temu.

– Ciągle zapominam, że jesteś ode mnie dwanaście razy starszy – zaśmiała się Raszka i odebrała zawiniątko. Rozwinęła wiadomość, był tam podany tylko adres. – Tyle lat, a ty wciąż bazgrzesz jak kura pazurem. Mam rozumieć, że tam mieszka mój kontakt?

– I najlepiej udaj się do nich od razu. Dostałem to dzisiaj, ale każda chwila się liczy. – Maciej utrzymywał poważny ton. Cokolwiek tam się czaiło, nie było czasu do stracenia. – Boginka.

– Jaja se robisz – parsknęła, lecz szybko się opamiętała, spiorunowana spojrzeniem mężczyzny. – Nie dawały znaku życia od ładnych paru lat, nie?

– Tym bardziej trzeba ją wytropić i wyeliminować. Jeśli się rozbestwią, będzie roboty na najbliższą dekadę. Zasrane odmieńce do tej pory śnią mi się po nocach.

Rachela schowała papierek do kieszeni i wstała, dziękując w duchu za ten zwrot akcji. Pewne partie ciała zaczynały jej drętwieć na tej imitacji ławki. Rozciągnęła zastane kości i poklepała łowcę po ramieniu.

– Biorę się do roboty. W sumie ta ulica jest niedaleko stąd, dzięki za cynk – puściła do niego oczko i odwróciła się na pięcie.

– Poradzisz sobie sama? – spytał Maciek z nieukrywaną troską w głosie.

W odpowiedzi dziewczyna tylko prychnęła i ruszyła przed siebie, na odchodne pokazując mężczyźnie środkowy palec. Gest, który wyrażał więcej niż tysiąc słów. W przypadku tych dwojga było w nim więcej miłości niż złości, oboje zdawali sobie z tego sprawę. Łowczyni szczelniej opatuliła się sięgającym kostek płaszczem i skręciła w jedną z pobliskich alei. Wierzchnie okrycie było odgórnie narzucane przez Firmę, czy to się komuś podobało, czy nie. Miły bonus, że płacili również za pranie.

Przemierzając opustoszałe uliczki Czarciej Dąbrowy nocą, trudno było sobie wyobrazić, że za dnia tętnią życiem. Kwitnie handel, gastronomia, usługi. Lecz gdy słońce chowa się za horyzontem, ustępując miejsca srebrzystemu kuzynowi, ludzie zamykają się w domach na cztery spusty i wznoszą modlitwy. Nie ma nocnych zmian, barów, klubów. Jest tylko przetrwanie. Gdyby jeszcze te modlitwy miały na cokolwiek się zdać. – Mimowolnie dziewczyna pokiwała głową z dezaprobatą. Ludzie chcieli wierzyć, że Bóg lub jakieś bóstwa im pomogą, a ostatecznie sprowadzało się to do tego, że łowcy odwalali całą robotę. Czy działali z ramienia jakiejś wszechmocnej istoty? Cholera, nie! Zwykła praca, tyle że ze sporym odsetkiem zgonów na służbie. Z odrobiną jaj, albo głupoty, mógłby to robić każdy. Często te dwa aspekty szły ze sobą w parze. Czasami wystarczyła starucha, tak oddana swojemu zakonowi, że potrafiła namieszać w głowie naiwnej dziesięciolatce, która następnie chciała iść w ślady babci.

– A i tak skończyłaś w brzuchu wilkołaka – podsumowała łowczyni, zatrzymując się na czerwonym świetle. – Po jaką cholerę ja tu stoję… – ofuknęła sama siebie. Ulica była pusta jak okiem sięgnąć. Przeszła na drugą stronę, nie czekając na zmianę świateł.

Po paru minutach, w ciągu których zdążyła w myślach ponarzekać na to, jak nienawidzi listopada, dotarła do wysokiego bloku. Domofon oczywiście nie działał. W dwóch czy trzech oknach paliło się przyćmione zasłonami światło, nocne marki lub poranne ptaszki. Jej klienci mieszkali na samej górze, na dziesiątym piętrze.

Wciąż szlifowała swoją moc, lecz z tym powinna poradzić sobie bez problemu. Stojąc przed zamkniętymi drzwiami, patrzyła tępo przed siebie. Wyzbywała się wszelkich myśli. Z coraz bardziej zamglonym wzrokiem zaczęła zanikać również ona sama. Wreszcie jakby zapadła się pod ziemię. Zamiast ubranej w czarny płaszcz kobiety, znajdowała się tam teraz bezkształtna mgła, unosząca się tuż nad ziemią. „Chmurka” przecisnęła się przez szczeliny w drzwiach, a następnie zmaterializowała po drugiej stronie, na powrót stając się naburmuszoną łowczynią.

– Słowo daję, za każdym razem mam ciarki…

Rozpoczęła wędrówkę na dziesiąte piętro. W całym bloku było spokojnie i cicho. Nie licząc szóstego piętra, tam z jednego z mieszkań dochodziły dość jednoznaczne jęki, ktoś najwidoczniej dobrze się bawił. W innych okolicznościach pewno użyłaby windy, co teraz było niemożliwe, jako że ta podzielała los domofonu i nie działała.

Na samej górze były dwa mieszkania oraz drabina prowadząca na dach. Drzwi po prawej ozdobione były policyjną taśmą z napisem „nie wchodzić”, natomiast te po lewej zdawały się być zupełnie normalnie. Zaczęło się pukanie i oczekiwanie. Po paru minutach ktoś wreszcie raczył otworzyć.

– Co to za najście?! – huknął brodaty mężczyzna, któremu przez szlafrok przebijał wydatny brzuszek. – Och! Pani łowczyni – zreflektował się. – Zapraszam do środka, przepraszam za brak manier.

Przepuścił Rachelę w drzwiach i zamknął je na klucz. Wcześniej wyjrzał ostrożnie na korytarz, upewniając się, że nic się tam nie czai. Obudził swoją małżonkę i wkrótce cała trójka siedziała w skromnym salonie. Kobieta rzucała ukradkowe spojrzenia w kierunku wąskich drzwi w rogu pomieszczenia, co nie uszło uwadze ich gościa.

– Mówcie co i jak, po kolei – zażądała Raszka, wbijając w nich spojrzenie srebrnych oczu.

– Kochanie, może ty zaczniesz? – zaproponował mężczyzna, obejmując żonę ramieniem.

– Zauważyłam to wczoraj rano – mówiła łamiącym się głosem. – Henryk wyszedł już do pracy, a ja miałam odprowadzić Jasia do przedszkola. – Przerwała na chwilę, unosząc dłoń do oczu, by powstrzymać napływające łzy. – Wiedziałam, że to nie jest mój syn. To było jakieś dziwadło! – wybuchnęła histerycznym płaczem i schowała twarz w szlafroku męża.

– Tam go zamknęliście? – spytała Rachela, ruchem głowy wskazując wąskie drzwi.

– Tak, pani łowczyni. Mamy tam rupieciarnię, żona wysłała młodego pod pretekstem przyniesienia pasty do butów, nie zorientował się, że to podstęp. Od razu zamknęła go na klucz i od tej pory tam siedzi. Cichutko, jak mysz pod miotłą.

– O ile jeszcze tam jest… – rzuciła Raszka, bardziej do siebie, niż do nich.

– Miałem nadzieję, że nas to nigdy nie spotka – kontynuował mężczyzna, wciąż tuląc szlochającą żonę. – Poza tym, no cholera! To cholerstwo wyginęło lata temu! – Sam również znajdował się na skraju załamania. – Musi pani odnaleźć naszego chłopca.

Łowczyni podeszła do drzwi i delikatnie zapukała.

Cisza.

– Wiem, że tam jesteś, daj jakiś znak! – zawołała, nasłuchując.

Wciąż nic.

– Opuśćcie to pomieszczenie i zamknijcie za sobą drzwi – rozkazała, sięgając do wewnętrznej kieszeni płaszcza.

– Może zrobię pani coś do picia? – zapytał niepewnie Henryk, zatrzymując się w pół kroku.

Łowczyni zastanawiała się przez chwilę, po czym skinęła potakująco głową.

– Czarna kawa, bez cukru.

Małżeństwo potulnie opuściło salon i zamknęło za sobą drzwi.

– Dobra, gnojku, zabawimy się. – Wydobyła z kieszeni parę znoszonych rękawiczek.

Uszyte z białej skóry, na wierzchniej i wewnętrznej stronie wymalowane miały runy wzmocnienia. Przecinające się koła i trójkąty, które tylko zaklinacze z Firmy byli w stanie zrozumieć. Włożyła je tak, jak robiła to przez ostatnie kilkanaście lat. Wcześniej związała srebrne włosy w ogon, żeby nie przeszkadzały w walce. Niektóre z jej koleżanek w ogóle obcinały się „na jeża”, ale to jakoś nie było w jej stylu. Z początku nawet próbowała farbować włosy na przeróżne kolory, ale nic to nie dawało. Rankiem zawsze znów stawały się srebrzyste.

– Masz jeszcze jedną szansę, żeby wyjść po dobroci – oznajmiła, rozciągając się.

Cisza.

– Jak chcesz.

Przekręciła klucz w drzwiach i otworzyła je na oścież. Niewielka istota wyskoczyła prosto na nią, sycząc przeciągle, lecz dokładnie tego się spodziewała. Zdzieliła odmieńca pięścią w paskudny pysk, wykonując przy tym unik. Stwór odbił się od ściany i wylądował na kanapie. Ewidentnie nie spodziewał się takiego powitania.

– Głupia człowiek! – zapiszczał, rozmasowując bolącą twarz. O ile można było nazwać to twarzą.

Odmieniec wzrostem przypominał czterolatka, tyle że miał szarą skórę, paskudny, wiszący brzuch, a gęba wyglądała jak po spotkaniu z walcem. Szczerzył ostre zęby, rzucając czujne spojrzenia na boki. Szukał drogi ucieczki.

– Nigdzie się nie wybierasz, paskudo – oznajmiła Rachela, robiąc kilka kroków w jego stronę.

– Głupiaaa! – zawył, szykując się do skoku.

Łowczyni mu na to nie pozwoliła.

Wbiła pięść prosto w rozwarty pysk. Czując swoją szansę, odmieniec zacisnął rekinie szczęki.

Nic się nie stało.

Zdziwiony spojrzał na kobietę, która uśmiechała się triumfalnie.

Wzmocnione rękawice robią swoje.

Wolną ręką zdzieliła go w wielki łeb z taką siłą, że stracił przytomność. Następnie odpięła od pasa dwa komplety kajdanek i skuła mu ręce oraz nogi. Obserwując swoje dzieło stwierdziła, że czegoś tu brakuje. Podeszła do stojącej pod oknem komody i chwilę w niej grzebała. Wydobywszy z szuflady parę skarpet i znoszony pasek, dla pewności zakneblowała swojego pacjenta.

– Tak lepiej – mruknęła z aprobatą. – Jak tam moja kawa?! – zawołała do małżeństwa, które kuliło się w kuchni.

Po chwili drzwi uchyliły się odrobinę, potem nieco szerzej, aż w końcu stanął w nich zaciekawiony Henryk. W jednej ręce ściskał kubek z kawą, w drugiej talerzyk z ciastkami.

– Można? – zapytał niepewnie, nie widząc, co leży na kanapie.

Raszka rzuciła nieprzytomnego odmieńca pod ścianę i sama rozsiadła się na poduszkach.

– Wchodźcie, omówimy dalsze kroki.

Gospodarze niepewnie dołączyli do kobiety, zerkając na skrępowanego stwora. Usiedli po obu jej stronach, również pobudzając się kofeiną. Po przeżyciach z dzisiejszej nocy i tak raczej nie zasną.

– Jak wyglądał, gdy go wczoraj widziałaś? – zapytała łowczyni, gryząc ciastko z kawałkami czekolady.

– Na pewno nie tak szkaradnie – odpowiedziała poszkodowana. Oczy miała spuchnięte od płaczu i niewyspania. Co jakiś czas pociągała nosem.

– Martuś, słonko, ale podaj pani więcej szczegółów – zachęcał ją mąż, który zdążył przebrać się w dres podczas odbywającego się w salonie starcia. Nie chciał paradować z brzuchem na wierzchu.

– No, wyglądał jak nasz mały Jaś, tyle że miał wielką głowę. Jakby przez noc dostał wodogłowia. Nigdy nie widziałam na żywo odmieńca, ale mama często mnie straszyła w dzieciństwie, że jak będę niegrzeczna, to zabierze mnie boginka. – Upiła łyk kawy, po czym szybko dodała: – Ale nasz Jasio nie był niegrzeczny! To stało się tak po prostu.

– Spokojnie, Marto – powiedziała srebrnowłosa. – Boginki mają w dupie to, jak wasze dzieci się zachowują. Ta zresztą była wyjątkowo niezdarna, że tak słabo przygotowała swoje młode. Niemniej jednak gdzieś musiała was zauważyć. Chodziliście ostatnio na jakieś spacery?

– Słyszałeś? Ty durniu! – Zaczęła okładać męża pięścią. – Mówiłam ci, żebyś go nie brał w sobotę na ryby! Mówiłam? Nie patrz się tak głupio!

– Martuś, przepraszam, skąd miałem wiedzieć – skamlał, zasłaniając się przed ciosami żony.

– Dość! – huknęła Rachela, piorunując małżeństwo wzrokiem. Naraz się uspokoili. – Nie interesują mnie wasze kłótnie, potem to sobie wyjaśnicie. Henryku – zwróciła się do mężczyzny, pozwalając sobie na jeszcze jedno ciastko. – Będziesz w stanie zaprowadzić mnie do miejsca, w którym łowiliście?

– Tak, myślę, że tak – odparł po chwili zastanowienia.

– Świetnie. Ubieraj się i jedziemy. Chyba że nie masz samochodu, to wtedy idziemy.

– Jak to? Teraz? – zdziwił się, ale wystarczyło jedno spojrzenie żony, by wyszedł z salonu i poszedł przebrać się w coś bardziej „terenowego”.

– Jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, to rankiem otrzymasz z powrotem męża i syna – oświadczyła łowczyni, dopijając kawę.

– A jeśli nie pójdzie? – zaniepokoiła się.

– Cóż, wtedy ja i Henryk będziemy trupami, a twój Jasio zostanie w rękach boginki i raczej już nigdy go nie zobaczysz. Może wróci za parę lat jako wynaturzenie, ale najpewniej go zjedzą.

– Co… – Kobieta nie wydusiła już z siebie ani słowa.

Rachela skusiła się na jeszcze jedno, teraz już naprawdę ostatnie, ciasteczko. Sama nie kupowała takich łakoci, żeby nie podjadać. Zabrała pod pachę nieprzytomnego odmieńca i dołączyła do Henryka, który już czekał na nią w przedpokoju.

 

~ ~ ~

 

– To na pewno bezpieczne? – dopytywał, gdy jechali w kierunku jeziora.

– Nie żartuj! To nie jest ani trochę bezpieczne, ale inaczej tego nie załatwimy. Gdy dotrzemy na miejsce, trzymaj się blisko mnie.

Kobieta siedziała na tylnym fotelu starego forda mondeo, pilnując odmieńca. Odzyskał już przytomność i wierzgał niespokojnie, ale nie robiło to na niej wrażenia. W miarę jak zbliżali się do lasu, latarnie stały w coraz większych odległościach od siebie, aż w końcu całkiem zniknęły, za jedyne źródło światła pozostawiając zmęczone reflektory samochodu.

Deszcz nie odpuszczał ani na chwilę. Ciekawe, co Maciek zrobi w sprawie płanetnika – zastanawiała się. Współczuję staruszkowi. Sprawa dotyczy całego miasta i każdy na niego liczy. Jeśli tak dalej pójdzie, to w końcu nas zaleje.

Zatrzymali się na żwirowym parkingu, do którego prowadziła jedna jedyna droga. Zewsząd otaczał ich las. Wysokie choiny ginęły na tle nocnego nieba. Odmieniec zrobił się naraz jakiś spokojniejszy. To dobry znak – pomyślała. Jesteśmy blisko.

– Resztę trasy musimy przejść pieszo. W bagażniku mam latarki – odparł Henryk. Głos mu się trząsł, ale był zdeterminowany odszukać syna.

– Ja nie potrzebuję, weź tylko dla siebie. – Na potwierdzenie tych słów błysnęła srebrnymi tęczówkami. – Bardziej przydałby mi się jakiś worek.

Gdy wyszli na zewnątrz, mężczyzna zniknął na chwilę za klapą bagażnika. Wyłonił się w końcu, wraz z potrzebnym inwentarzem, wzbogaconym o metalowy łom. W ciemnościach nie mógł zobaczyć pytającego spojrzenia Raszki, choć kobieta domyślała się, że dzięki „broni” ten poczuje się pewniej. Włączył latarkę i wręczył jej worek. Łowczyni bezceremonialnie wrzuciła odmieńca do środka i zarzuciła go sobie na ramię.

– Prowadź – zarządziła, starając się nie zwracać uwagi na rzęsisty deszcz. Obiecała sobie, że przy najbliższej okazji poprosi przełożonych o płaszcz z kapturem. Że też wcześniej nikt o tym nie pomyślał!

Wędrowali w milczeniu, idąc szlakiem wyznaczanym przez latarkę Henryka. Rachela doskonale widziała bez niej, co zawdzięczała urokom pracy w Firmie. Po drodze zapobiegawczo włożyła rękawice, wolała nie dać się zaskoczyć. Nawet gdyby coś czaiło się teraz w zaroślach, pewno by tego nie usłyszała. Po raz setny w tym tygodniu przeklęła w myślach deszcz i płanetnika, który go wywołał.

– To tutaj – oznajmił w końcu mężczyzna. Wydawało się, że półgodzinny marsz nieźle go zmęczył.

– Nie da się ukryć – rzuciła kąśliwie Rachela, nie kryjąc obrzydzenia na widok walających się puszek po piwie i pustych opakowań po chipsach. – Szanuj zieleń, nie ma co. Nie bałeś się przyjść z synem w taki deszcz? – zapytała, wyrzucając odmieńca na ziemię.

– Wtedy akurat padało trochę mniej, poza tym Jasio dobrze się bawił, zawsze lubił skakać po kałużach – odparł, rozglądając się nerwowo na boki. – Co teraz?

– Teraz – powiedziała, kucając przy swoim więźniu – sprowadzimy mamę tego brzdąca. – Mówiąc to, zaczęła okładać stwora pięściami po szkaradnym ryju. Ze spłaszczonego nosa zaczęła lecieć ciemnozielona krew, zaś oczy i wargi puchły od coraz potężniejszych razów. Świńskie kwilenie niosło się przez las, przebijając się nawet przez nieznośny deszcz. To był jedyny skuteczny sposób, by wywabić boginkę z ukrycia. Na efekty nie musieli długo czekać.

– Przestać! Natychmiast przestać! – Z krzaków przy brzegu jeziora wyskoczyła krępa istota. Henryk nieumyślnie oślepił ją latarką. – Nie świecić! – zawyła potężnym basowym głosem, który przeradzał się jakby w skrzek.

– Rany boskie – wyjąkał mężczyzna, widząc boginkę w całej okazałości.

Szorstka skóra, miejscami przechodząca w łuski, miała niebieskoszary kolor. Grube cielsko na chudziutkich nóżkach mierzyło jakieś półtora metra wzrostu. Rzadkie, przypominające wodorosty włosy opadały na wystające czoło. Całości dopełniały wstrętne, obwisłe piersi, które boginka miała teraz przerzucona przez ramiona. Sięgające ziemi ręce były tylko trochę grubsze od ściskanego przez Henryka łomu. Mimo wszystko dziarsko dzierżyła w nich długaśny kij, którym mierzyła w łowczynię.

– Głupia krowa nie bić syn! – skrzeczała. – Ja oddać dziecko! Zamiana!

Rachela przestała okładać odmieńca, na co boginka zniknęła znowu w krzakach. Po chwili wyszła ostrożnie, prowadząc za sobą małego chłopca, ubranego w oliwkową pelerynę przeciwdeszczową. Widać było, że ledwie powłóczy nogami i jest strasznie blady. Do tego trząsł się jak osika. Ujrzawszy korpulentnego mężczyznę, nie poznał go od razu. Dopiero gdy Henryk poświecił latarką na siebie, chłopaczek dostał nowych sił.

– Tata! – pobiegł prosto do niego i skoczył mu w ramiona. W objęciach rodzica pozwolił sobie na płacz i nic już więcej nie mówił.

– Oddać! – zaskrzeczała boginka, podchodząc z kijem bliżej srebrnowłosej.

Raszka spojrzała na nią drapieżnie, nie podnosząc się. Uważny obserwator mógłby dostrzec, że prawą rękę kieruje w stronę pasa, a jej wzrok staje się mętny. Gdy potworzyca miała wydać z siebie kolejną serię okropnych dźwięków, łowczyni rozwiała się w mgłę. Boginka stała osłupiała, nie wiedząc, co się dzieje. Henryk nie wyglądał wcale lepiej. Co prawda słyszał o umiejętnościach łowców, ale nigdy nie widział żadnego w akcji.

Bezkształtna mgła rozlała się po podłożu, by zmaterializować się za niczego niespodziewającą się matką odmieńca. Ta nie zdążyła się nawet odwrócić, a Rachela wbiła jej w tył głowy zdobiony runami sztylet. Zatopiła ostrze po samą rękojeść, przebijając mózg potwora. Gdy boginka runęła bez życia na ziemię, jej los podzielił następnie wydzierający się odmieniec.

Henryk, tuląc osłabionego synka, jeszcze długo nie mógł się z tego otrząsnąć. Rachela zdążyła już wyczyścić broń z posoki, która bardziej przypominała szlam, i ściągnąć z truchła odmieńca swoje kajdanki. Na pytanie, czy Henryk chce z powrotem skarpety i pasek, ten tylko pokręcił przecząco głową.

– Jako że byłeś przy wszystkim obecny, nie będę ucinała im głów, ale jeszcze dzisiaj macie zadzwonić do mojej Firmy i przekazać, że zlecenie zostało wykonane. Ja otrzymam swoją zapłatę, a wy dostaniecie pocztą fakturę. Ale to pewnie już wiecie. Hej! – krzyknęła, przywołując go do rzeczywistości. – Odzyskałeś syna, powinieneś się cieszyć!

– Dużo emocji… – wydusił, patrząc z zawstydzeniem na leżący obok łom. Nie miałby z niego zbyt dużego pożytku.

Jaś zdążył zasnąć w ramionach taty, nie musiał oglądać tego, co zaraz miało nastąpić.

Łowczyni wyjęła z kieszeni płaszcza mały flakonik. Wcześniej odciągnęła zwłoki stworów na bok, bliżej brzegu, w bezpiecznej odległości od krzaków i drzew. Teraz wylała całą zawartość buteleczki na szkaradne truchła. Puste naczynie zostawiła na potem, ze wszystkiego byli rozliczani. W powietrzu dało się wyczuć mieszaninę zapachów. Najbardziej intensywna była benzyna, potem coś przypominającego siarkę, a ostatniego Henryk nie był w stanie z niczym skojarzyć.

– Lepiej się odsuńmy. – Srebrnowłosa odprowadziła mężczyznę bliżej ścieżki, którą przyszli.

Po kilku sekundach ciała boginki i jej dziecka zaczęły dymić, by zaraz potem buchnąć szkarłatnym płomieniem. Deszcz nie stanowił żadnej przeszkody.

– Nigdy nie zrozumiem tych kwestii chemicznych, ale robią wrażenie – stwierdziła z uznaniem łowczyni. Do ognia wrzuciła jeszcze pożyczony od mężczyzny worek. Henryk nie miał nic przeciwko.

Gdy po paru minutach ognisko zgasło, nie czyniąc na szczęście żadnej krzywdy oddalonej roślinności, Raszka splunęła na spopielone szczątki.

– Pieprzone wynaturzenia. – Schyliła się po łom, jako że ojciec chłopca miał zajęte obie ręce. – Chodźmy, Henryku, robota wykonana. Zaraz zacznie świtać, ale mimo wszystko wciąż jest noc. Już i tak spowodowaliśmy dość zamieszania.

– Nigdy więcej nie pójdę z dzieciakiem do lasu – zarzekał się, gdy szli do samochodu. – I nie pójdę w nocy do lasu, nigdzie. Nawet za drzwi! I tak nie wychodzę…

– I słusznie. Znałam wielu dobrych łowców, którzy stracili życie przez pewność siebie. – Rachela pozwoliła sobie na chwilę nostalgii. – Wy, ludzie, lepiej siedźcie nocą w domach.

– Czemu tak mówisz? – zdziwił się. – Przecież też jesteś człowiekiem.

– Henryku, już od lat nie słyszałam niczego równie miłego, więc w ramach podziękowań nie będę wyprowadzać cię z błędu.

Jadąc z powrotem do miasta, Rachela trzymała na kolanach śpiącego Jasia. Jeszcze niedawno siedziałam w podobnej pozycji z odmieńcem, co za ironia. Chłopiec był zmęczony, zziębnięty i wystraszony, ale boginka nic mu nie zrobiła. Liczyła na to, że podrzucone dziecko zostanie wychowane przez ludzi, musiała jednak utrzymać człowieka przy życiu, jako kartę przetargową w razie potrzeby. A gdyby coś poszło nie tak, zawsze jest to jakaś opcja na posiłek. Różnie mogłyby potoczyć się losy małego Jasia.

Po drodze Henryk zadzwonił do siedziby Firmy, informując o wykonaniu zlecenia. Zaraz potem zadzwonił do Marty, powiedzieć, że wszyscy są cali i zdrowi. Raszka nie dała się zaprosić na śniadanie, podziękowała uprzejmie i pożegnała się z Henrykiem pod blokiem. Nawet polubiła tę rodzinkę. Miała jednak inne plany, musiała odprawić swój rytuał. Robiła to zawsze po wykonanej robocie, bez względu na rezultat.

Deszcz nie ustawał, ale już nie przeszkadzał jej tak bardzo. Odmieniła dzisiaj czyjeś życie, uratowała chłopca oraz masę innych, których tamta urocza dwójka mogłaby skrzywdzić w przyszłości. I to był właśnie ten powód. To dlatego słuchała z zapartym tchem opowieści babci, wyobrażając sobie siebie jako nieustraszoną wojowniczkę, ratującą ludzkie życia. Te same myśli motywowały ją podczas szkolenia. Narzekała na swoją pracę, albo raczej służbę, jak każdy. Ale momenty takie jak ten były tego warte. Towarzyszące temu uczucie spełnienia nie mogło równać się z niczym innym.

Gdy przekraczała bramę cmentarza, świt zawitał na ulicach Czarciej Dąbrowy. Szła dobrze jej znaną ścieżką, dopóki nie dotarła do skromnego nagrobka. Płyta była pusta, babcia nie przepadała za zbędnymi błyskotkami i dekoracjami. Rachela pilnowała tylko, by panowała tam względna czystość.

– Udało mi się, byłabyś ze mnie dumna – powiedziała, patrząc na zdjęcie swojej mentorki i czując napływające do oczu łzy. Ile razy by tu nie przychodziła, zawsze kończyło się to tak samo.

Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, że od dobrych kilku minut nie spadła ani jedna kropla deszczu. Poranne słońce przebijało się nieśmiało zza stalowoszarych chmur.

– I ten stary wyga też w końcu dał radę – zaśmiała się.

Wiedząc, że Maciej wkrótce zawita na cmentarz, usiadła na ławce i przetarła załzawione oczy. Nigdy nie rozmawiali o tym, co naprawdę łączyło go z jej babką, ale młoda łowczyni była pewna, że chodziło o coś więcej niż przyjaźń. W zasadzie to on zapoczątkował cmentarną tradycję odwiedzin.

Spojrzała w bezchmurne, poranne niebo.

To była dobra noc.

Koniec

Komentarze

O, fajne przeniesienie postaci mitycznych do współczesności. :)

 

Nie przekonują mnie tutaj anglojęzyczne imiona bohaterów, skoro opisane są demony mitologii słowiańskiej… Ale to tylko subiektywne odczucie.

 

Jeszcze z czepialstwa to:

Przerwała na chwilę, unosząc dłoń do oczu, by powstrzymać napływające łzy. – Wiedziałem, że to nie jest mój syn.

więc powinno być “wiedziałam”.

 

– Może zrobię pani herbaty? – zapytał niepewnie Henry, zatrzymując się w pół kroku.

Łowczyni zastanawiała się przez chwilę, po czym skinęła potakująco głową.

– Czarna kawa, bez cukru.

Odpowiedź nie pasuje do pytania. Może zamiast herbaty, Henry powinien zaproponować po prostu “coś do picia”?

 

Po chwili drzwi otworzyły się odrobinę, potem bardziej, aż w końcu stanął w nich zaciekawiony Henry.

To zdanie mi się nie klei. Może lepiej brzmiałoby coś w stylu: “Po chwili drzwi uchyliły się odrobinę, potem nieco szerzej, aż w końcu stanął w nich zaciekawiony Henry.”?

You get what anybody gets - you get a lifetime.

O, fajne przeniesienie postaci mitycznych do współczesności. :)

“Natchnęło” mnie po przeczytaniu “W kręgu upiorów i wilkołaków” – demonologia słowiańska autorstwa Bohdana Baranowskiego :)

 

Nie przekonują mnie tutaj anglojęzyczne imiona bohaterów, skoro opisane są demony mitologii słowiańskiej… Ale to tylko subiektywne odczucie.

Zrobiłem to z premedytacją :) Mitologia jak najbardziej “nasza”, ale nie chciałem całości zamykać w tych ramach.

 

(…) więc powinno być “wiedziałam”.

Dzięki za czujność! Poprawione.

 

Odpowiedź nie pasuje do pytania. Może zamiast herbaty, Henry powinien zaproponować po prostu “coś do picia”?

Masz rację, poprawiłem, brzmi lepiej.

 

To zdanie mi się nie klei. Może lepiej brzmiałoby coś w stylu: “Po chwili drzwi uchyliły się odrobinę, potem nieco szerzej, aż w końcu stanął w nich zaciekawiony Henry.”?

Też mnie męczyło, ale jakoś nie mogłem tego uchwycić :) Niby prosta rzecz, ale dzięki za pomoc – poprawiłem.

 

 

Zrobiłem to z premedytacją :) Mitologia jak najbardziej “nasza”, ale nie chciałem całości zamykać w tych ramach.

Można i tak. :)

No i cieszę się, że się przydałem. ;)

You get what anybody gets - you get a lifetime.

Siedziała na przystanku autobusowym od blisko piętnastu minut, całkiem sama, nawet nie było bezdomnych, którzy nie mogli obejść się bez brakującej do piwa złotówki.

No, nie wiem, czy o trzeciej w nocy znajdziesz na ulicy bezdomnego, któremu brakuje złotówki ;)

 

– Lepiej się odsuńmy – kobieta odprowadziła Henry’ego bliżej ścieżki, którą tutaj przyszli.

– Lepiej się odsuńmy. – Kobieta odprowadziła Henry’ego bliżej ścieżki, którą przyszli.

Tutaj bym wywaliła, niepotrzebne.

 

Zauważałam, że myśli bohaterki zapisujesz w ciągu z wydarzeniami. Niby kursywa się wyróżnia, ale i tak wrzuciłabym je w osobny akapit, lepiej się czyta.

Podobnie jak Mr Windy nie przekonuje mnie angielskie nazewnictwo. To jednak słowiańska mitologia, a nie ma tu nic, co tłumaczyłoby skąd te stwory znalazły się w obcym dla siebie środowisku. Nie wspominając już o tym, że w pierwszym akapicie masz polską walutę ;)

Poza tym fajne opko. Ja co prawda jestem raczej zwolenikiem pokojowego załatwiania spraw, bo demony też chcą żyć. A taki płanetnik to by się nam teraz nawet przydał ;) Niechby przynajmniej dziewczyna miała ociupinkę wyrzutów sumienia… Z drugiej strony jakby nam się teraz taka demoniczna plaga pojawiła, to pewnie nikt nie miałby skrupułów.

Porządnie napisane, wciągająca historia. Może trochę za łatwo jej poszło, ale czytało się dobrze.

Kliczek ode mnie :)

 

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

No, nie wiem, czy o trzeciej w nocy znajdziesz na ulicy bezdomnego, któremu brakuje złotówki ;)

Trafne spostrzeżenie! Ale zmienię to zdanie z innego powodu: jak teraz patrzę, dochodzę do wniosku, że za bardzo mi się gryzie z późniejszą wzmianką o tym, że ludzie nie wychodzą na ulice w środku nocy. Poprawione na: “Siedziała na przystanku autobusowym od blisko piętnastu minut, całkiem sama, nawet przysłowiowy pies z kulawą nogą nie raczył dotrzymać jej towarzystwa”.

 

– Lepiej się odsuńmy. – Kobieta odprowadziła Henry’ego bliżej ścieżki, którą przyszli.

Tutaj bym wywaliła, niepotrzebne.

Masz rację, poprawione :)

 

Zauważałam, że myśli bohaterki zapisujesz w ciągu z wydarzeniami. Niby kursywa się wyróżnia, ale i tak wrzuciłabym je w osobny akapit, lepiej się czyta.

Zrobię na spokojnie porównanie w weekend i wybiorę jedną z opcji.

 

Podobnie jak Mr Windy nie przekonuje mnie angielskie nazewnictwo. To jednak słowiańska mitologia, a nie ma tu nic, co tłumaczyłoby skąd te stwory znalazły się w obcym dla siebie środowisku. Nie wspominając już o tym, że w pierwszym akapicie masz polską walutę ;)

Kwestię waluty już w sumie załatwiłem, pozostają imiona/nazwa miasta. Skoro już druga osoba zwraca na to uwagę, faktycznie może coś być na rzeczy :) Jak wyżej, sprawdzę w weekend jakiś zamiennik i ewentualnie poprawię.

 

Z drugiej strony jakby nam się teraz taka demoniczna plaga pojawiła, to pewnie nikt nie miałby skrupułów.

To mi nasuwa pomysł na morowego korona-demona. Możliwe, że jeszcze zobaczymy Raquel (czy jakkolwiek ostatecznie zostanie ochrzczona) w kolejnej odsłonie :)

 

Porządnie napisane, wciągająca historia. Może trochę za łatwo jej poszło, ale czytało się dobrze.

Kliczek ode mnie :)

Bardzo dziękuję! Przy okazji poprawek wpadła mi w oko jedna kwestia, z którą miałem problem:

“Po kilku sekundach ciała boginki i jej dziecka zaczęły dymić, by zaraz potem buchnąć szkarłatnym płomieniem.”

Jak to będzie poprawnie w tym przypadku? “Ciała” czy “ciało”? Tyle się nad tym rozwodziłem, że już mam mętlik w głowie.

 

 

 

 

Jak to będzie poprawnie w tym przypadku? “Ciała” czy “ciało”?

Moim zdaniem liczba mnoga, ale jeśli masz wątpliwości, zajrzyj tutaj.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Opowiadanie traktuje o mitologii słowiańskiej, więc zupełnie nie pojmuję, dlaczego rzecz dzieje się w jakimś Ne­ver­mo­ve. Czy tam nie mieli swoich demonów, że miejscowa Firma musiała walczyć z tymi, w które wierzyli Słowianie?

Czytało się nieźle, a mogło być jeszcze lepiej, gdyby w opowiadaniu nie było tylu błędów i usterek.

 

Po­win­nam prze­wra­cać się na drugi bok… - wes­tchnę­ła… ―> Wzdychanie nie jest myśleniem.

Proponuję: Po­win­nam prze­wra­cać się na drugi bok… Wes­tchnę­ła…

 

– Biorę się za ro­bo­tę. W sumie ta ulica jest nie­da­le­ko stąd, dzię­ki za cynk – pu­ści­ła mu oczko i od­wró­ci­ła się na pię­cie. ―> – Biorę się do roboty. W sumie ta ulica jest nie­da­le­ko stąd, dzię­ki za cynk.Pu­ści­ła do niego oczko i od­wró­ci­ła się na pię­cie.

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

Oczko puszcza się do kogoś, nie komuś.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

W przy­pad­ku tej dwój­ki było w nim… ―> Raczej: W przy­pad­ku tych dwojga było w nim

 

cięż­ko było sobie wy­obra­zić… ―> …trudno było sobie wy­obra­zić

 

wy­bu­chła hi­ste­rycz­nym pła­czem… ―> …wy­bu­chnęła hi­ste­rycz­nym pła­czem

 

Ubra­ła je tak, jak ro­bi­ła to przez ostat­nie kil­ka­na­ście lat. ―> W co ubrała rękawiczki???

Rękawiczek, tak jak żadnej odzieży, nie ubiera się!!!

Winno być: Włożyła je tak, jak ro­bi­ła to przez ostat­nie kil­ka­na­ście lat.

 

za­py­ta­ła łow­czy­ni, za­gry­za­jąc ciast­ko z ka­wał­ka­mi cze­ko­la­dy. ―> …za­py­ta­ła łow­czy­ni, gryząc ciast­ko z ka­wał­ka­mi cze­ko­la­dy.

 

– Bo­gin­ki mają w dupie to, jak Wasze dzie­ci się za­cho­wu­ją. ―> – Bo­gin­ki mają w dupie to, jak wasze dzie­ci się za­cho­wu­ją.

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Za­czę­ła okła­dać swo­je­go męża pię­ścią. ―> Zbędny zaimek – tam nie było innego męża.

 

Ko­bie­ta sie­dzia­ła na tyl­nym sie­dze­niu sta­re­go Forda Mon­deo, pil­nu­jąc pod ręką od­mień­ca.  ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Ko­bie­ta sie­dzia­ła na tyl­nym fotelu sta­re­go forda mon­deo, pil­nu­jąc od­mień­ca.

Nazwy pojazdów piszemy małymi literami. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

do któ­re­go pro­wa­dzi­ła jedna je­dy­na droga. ―> Raczej: …do któ­re­go pro­wa­dzi­ła tylko jedna droga.

 

Po dro­dze za­po­bie­gaw­czo ubra­ła rę­ka­wi­ce… ―> Po dro­dze za­po­bie­gaw­czo włożyła rę­ka­wi­ce

 

Widać było, że le­d­wie włó­czy no­ga­mi… ―> Widać było, że le­d­wie powłó­czy no­ga­mi

 

– Dużo emo­cji… – wy­du­sił, pa­trząc z za­wsty­dze­niem na le­żą­cy obok łom. Czego on się spo­dzie­wał? ―> Czy dobrze rozumiem, że Henry zastanawia się, czego mógł się spodziewać łom?

 

Ra­qu­el trzy­ma­ła na ko­la­nach śpią­ce­go Jima. Jesz­cze nie­daw­no sie­dzia­łem w po­dob­nej po­zy­cji z od­mień­cem, co za iro­nia. ―> Piszesz o Raquel, więc: …nie­daw­no sie­dzia­łam w po­dob­nej…

 

Po dro­dze Henry wy­ko­nał te­le­fon do sie­dzi­by Firmy… ―> Po dro­dze Henry zadzwonił do sie­dzi­by Firmy

Telefony wykonuje się w fabryce produkującej telefony.

 

Płyta stała pusta… ―> Raczej: Płyta była pusta

 

Wie­dząc, że Mike wkrót­ce do nich do­łą­czy… ―> Do nich, czyli do kogo?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Moim zdaniem liczba mnoga, ale jeśli masz wątpliwości, zajrzyj tutaj.

Zajrzałem, dzięki :) Zostanę przy mnogiej.

 

Opowiadanie traktuje o mitologii słowiańskiej, więc zupełnie nie pojmuję, dlaczego rzecz dzieje się w jakimś Nevermove. Czy tam nie mieli swoich demonów, że miejscowa Firma musiała walczyć z tymi, w które wierzyli Słowianie?

Przyznam się bez bicia, że nie pomyślałem, iż to nazewnictwo może wywołać aż takie kontrowersje. Jako że doceniam Wasz czas włożony w czytanie tekstu i wskazywanie błędów, zmienię również nazwy na bardziej nam bliskie :) Jeśli tekst dzięki temu ma skorzystać, to tym bardziej.

 

Czytało się nieźle, a mogło być jeszcze lepiej, gdyby w opowiadaniu nie było tylu błędów i usterek.

Biorę się od razu za poprawki, póki klawiatura gorąca.

 

Powinnam przewracać się na drugi bok… - westchnęła… ―> Wzdychanie nie jest myśleniem.

Proponuję: Powinnam przewracać się na drugi bok… Westchnęła…

Poprawione.

 

– Biorę się za robotę. W sumie ta ulica jest niedaleko stąd, dzięki za cynk – puściła mu oczko i odwróciła się na pięcie. ―> – Biorę się do roboty. W sumie ta ulica jest niedaleko stąd, dzięki za cynk.Puściła do niego oczko i odwróciła się na pięcie.

Poprawione.

 

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

Dziękuję, chętnie się z tym zapoznam.

 

W przypadku tej dwójki było w nim… ―> Raczej: W przypadku tych dwojga było w nim

Poprawione.

 

ciężko było sobie wyobrazić… ―> …trudno było sobie wyobrazić

Poprawione.

 

wybuchła histerycznym płaczem… ―> …wybuchnęła histerycznym płaczem

Poprawione.

 

Ubrała je tak, jak robiła to przez ostatnie kilkanaście lat. ―> W co ubrała rękawiczki???

Rękawiczek, tak jak żadnej odzieży, nie ubiera się!!!

Winno być: Włożyła je tak, jak robiła to przez ostatnie kilkanaście lat.

Poprawione, zapamiętam na przyszłość :)

 

zapytała łowczyni, zagryzając ciastko z kawałkami czekolady. ―> …zapytała łowczyni, gryząc ciastko z kawałkami czekolady.

Poprawione.

 

– Boginki mają w dupie to, jak Wasze dzieci się zachowują. ―> – Boginki mają w dupie to, jak wasze dzieci się zachowują.

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

Poprawione, odnotowane w pamięci.

 

Zaczęła okładać swojego męża pięścią. ―> Zbędny zaimek – tam nie było innego męża.

Racja, poprawione.

 

Kobieta siedziała na tylnym siedzeniu starego Forda Mondeo, pilnując pod ręką odmieńca.  ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Kobieta siedziała na tylnym fotelu starego forda mondeo, pilnując odmieńca.

Nazwy pojazdów piszemy małymi literami. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

Wyszło dość pokracznie, fakt. Poprawione. Link dodany do zakładek na później.

 

do którego prowadziła jedna jedyna droga. ―> Raczej: …do którego prowadziła tylko jedna droga.

Poprawione.

 

Po drodze zapobiegawczo ubrała rękawice… ―> Po drodze zapobiegawczo włożyła rękawice

Poprawione.

 

Widać było, że ledwie włóczy nogami… ―> Widać było, że ledwie powłóczy nogami

Chwilę właśnie dumałem, jak to zapisać (z mizernym skutkiem). Poprawione.

 

– Dużo emocji… – wydusił, patrząc z zawstydzeniem na leżący obok łom. Czego on się spodziewał? ―> Czy dobrze rozumiem, że Henry zastanawia się, czego mógł się spodziewać łom?

Bardziej chodziło mi o coś takiego:

“– Dużo emocji… – wydusił, patrząc z zawstydzeniem na leżący obok łom. Nie miałby z niego zbyt dużego pożytku”.

Poprawiłem.

 

Raquel trzymała na kolanach śpiącego Jima. Jeszcze niedawno siedziałem w podobnej pozycji z odmieńcem, co za ironia. ―> Piszesz o Raquel, więc: …niedawno siedziałam w podobnej…

Poprawione.

 

Po drodze Henry wykonał telefon do siedziby Firmy… ―> Po drodze Henry zadzwonił do siedziby Firmy

Telefony wykonuje się w fabryce produkującej telefony.

Poprawione.

 

Płyta stała pusta… ―> Raczej: Płyta była pusta

Poprawione.

 

Wiedząc, że Mike wkrótce do nich dołączy… ―> Do nich, czyli do kogo?

Trochę przerobiłem:

“– I ten stary wyga też w końcu dał radę – zaśmiała się.

Wiedząc, że Mike wkrótce zawita na cmentarz, usiadła na ławce i przetarła załzawione oczy. Nigdy nie rozmawiali o tym, co naprawdę łączyło go z jej babką, ale młoda łowczyni była pewna, że chodziło o coś więcej niż przyjaźń. W zasadzie to on zapoczątkował cmentarną tradycję odwiedzin.

Spojrzała w bezchmurne, poranne niebo.

To była dobra noc”.

 

@regulatorzy

Ogromnie dziękuję za dokładne sprawdzenie. Na pewno będzie mi łatwiej przy kolejnych tekstach. Jutro jeszcze przetestuję kwestię myśli pisanych w osobnych akapitach, ale chyba zostawię to tak jak jest.

 

Teraz obiecana zmiana imion. Propozycję są takie:

Raquel → Rachela

Mike → Maciej

Henry → Henryk

Mari → Marta

Jim/Jimmy → Jaś/Jasio

Nevermove → Czarcia Dąbrowa

 

Zaktualizowałem też początkową scenę:

– Raszka!

Znajomy głos wyrwał kobietę z zamyślenia. Nie zaszczyciła przybysza spojrzeniem, gdy zziajany wbiegł do bezpiecznego schronienia i przysiadł obok. Ostatnimi czasy ciągle padało, dzień i noc, mieszkańcy Czarciej Dąbrowy mieli tego serdecznie dość. Niestety jedyne, co mogli w tej sytuacji zrobić, to wziąć pogodę na przeczekanie.

– Wiesz, że nie lubię, gdy mnie tak nazywasz… Lepiej, żeby to było coś ważnego – warknęła, skupiając spojrzenie na czubkach swoich kaloszy. Dopiero co je umyła, a już były całe upaprane. Syzyfowa praca, naprawdę.

– Wiem. – Uśmiechnął się łobuzersko. – Wybacz spóźnienie, goniłem za płanetnikiem, może dałby nam wreszcie odetchnąć.”

Kyuke, bardzo się cieszę, że uznałeś uwagi za przydatne.

Nie ma potrzeby wypisywania kolejnych uwag i zaznaczania, że zdania zostały poprawione. Wystarczy jeśli podasz te, co do których masz zastrzeżenia, albo własne uwagi.

Zmiany, których dokonałeś w opowiadaniu uważam za korzystne i mam nadzieję, że podobnego zdania będą kolejni czytelnicy.

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą jeszcze ciekawsze i coraz lepiej napisane. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie ma potrzeby wypisywania kolejnych uwag i zaznaczania, że zdania zostały poprawione. Wystarczy jeśli podasz te, co do których masz zastrzeżenia, ale własne uwagi.

Będę pamiętał :)

 

Myślę też, że nie zostawię tak szybko Racheli i napiszę coś jeszcze z jej udziałem.

Kyuke, jeśli masz dobry pomysł na kolejne zadania dla Racheli, pisz. Chętnie przeczytam. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Uwielbiam takie podejście do mitologii! I wykonanie też świetnie się wpisuje w takie klimaty. Rachelę szalenie też lubię i chcę wincej! :) 

Uwielbiam takie podejście do mitologii! I wykonanie też świetnie się wpisuje w takie klimaty. Rachelę szalenie też lubię i chcę wincej! :) 

Bardzo miło mi to słyszeć/czytać :) Będzie więcej Racheli, to na pewno, ale chwilowo siedzę nad tekstem na konkurs :)

Niezłe, naprawdę mi się podobało – bardziej niż “Nantala”. Miło się przekonać, że nie myliłem się, gdy pisałem Ci, że dobrze rokujesz jako autor. :-)

Może to i jest “Wiedźmin 2020”, ale przeniesienie wiedźmińskich schematów łowów na potwora do czasów współczesnych wnosi pewną świeżość, a sama Rachela wydaje się być postacią na tyle interesującą i oryginalną, że trudno ją posądzić o bycie kalką z Geralta. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to te białe włosy, które w mojej opinii są jednak zbyt charakterystyczne. Czy jest jakiś szczególny powód, dla którego muszą takie być, czy jest to tylko subtelne niczym tatarska horda Czyngis-chana nawiązanie do Sapkowskiego?

Zgodzę się z Irką, że Racheli z potworem poszło zadziwiająco łatwo, ale brak zwrotów akcji i niedostatki widowiskowości opowiadanie w moim odczuciu zdecydowanie nadrabia klimatem. Opisy obu potworów – boginki i jej odmieńca – uważam za udane i działające na wyobraźnię, a opis nocnej wyprawy do lasu przyprawił mnie o przyjemne ciarki. Spodobało mi się też ledwie zarysowane przez Ciebie wspólne, słodko-gorzkie backstory Maćka i babci Racheli, które rzuca ciekawe światło na relacje tego pierwszego z Rachelą. Chwyciło za serce, naprawdę, i mam nadzieję, że w ewentualnych kolejnych tekstach z tego uniwersum wątek jeszcze powróci. Może pokusiłbyś się o jakiś prequel?

Wykonanie – przynajmniej teraz, po poprawkach – oceniam jako bardzo porządne, znalazłem jednak kilka rzeczy, które Reg najwyraźniej umknęły:

 

Wreszcie, jakby zapadła się pod ziemię.

Może się mylę, ale ten przecinek wydaje mi się zbędny.

 

To stało tak się po prostu.

To stało się tak po prostu.

 

Niemniej jednak, gdzieś musiała was zauważyć.

Niepotrzebny przecinek.

 

– Dość! – Huknęła Rachela, piorunując małżeństwo wzrokiem.

“Huknęła” małą literą.

 

Po drodze zapobiegawczo włożyła rękawice, wolała nie dać się zaskoczyć.

Jeżeli Raszka niosła na plecach worek z odmieńcem, to miałaby pewien problem z włożeniem rękawiczek. No, chyba że się na moment zatrzymała i postawiła worek na ziemi.

 

Półgodzinny marsz zdawał się go nieźle zmęczyć.

To zdanie trochę mi zgrzyta, mam problem zwłaszcza z tym niedokonanym czasownikiem. Co powiesz na: “Wydawało się, że półgodzinny marsz nieźle go zmęczył”?

 

nie kryjąc obrzydzenia na widok walających się puszek po piwie i pustych opakowaniach po chipsach.

Opakowań.

 

Do ognia wrzuciła jeszcze pożyczony od mężczyzny worek. Nie miał nic przeciwko.

Rozumiem, że ani ogień, ani worek nie mieli nic przeciwko? :-) Okej, kontekst robi swoje, ale i tak dodałbym na początku drugiego zdania “Henryka”.

 

Zaraz potem zadzwonił do Marty, powiedzieć że wszyscy są cali i zdrowi.

Brakuje przecinka po “powiedzieć”.

 

Raszka nie dała się namówić na dołączenie do śniadania

Pewnie nie jest to błędem, ale w moich uszach brzmi trochę tak, jakby Rachela miała być częścią tego śniadania. :-) Może: “Raszka nie dała się zaprosić na śniadanie”?

 

Ale momenty takie jak ten, były tego warte.

Niepotrzebny przecinek.

 

Pozwolę sobie też na małą polemikę z Regulatorką:

 

– Biorę się za robotę. W sumie ta ulica jest niedaleko stąd, dzięki za cynk – puściła mu oczko i odwróciła się na pięcie. → – Biorę się do roboty. W sumie ta ulica jest niedaleko stąd, dzięki za cynk. – Puściła do niego oczko i odwróciła się na pięcie.

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

Zwrócę tylko uwagę, że to jest dialog, a w dialogu więcej można wybaczyć. Mało kto na co dzień wypowiada się językiem literackim.

 

…wybuchła histerycznym płaczem… → …wybuchnęła histerycznym płaczem…

“Wybuchła” nie jest tutaj niepoprawne. W odniesieniu do reakcji emocjonalnej rzeczywiście częściej używa się “wybuchnęła”, ale nie jest to regułą.

 

…do którego prowadziła jedna jedyna droga. → Raczej: …do którego prowadziła tylko jedna droga.

A jaki jest problem z tą “jedną jedyną” drogą?

 

Podsumowując – kawał dobrej roboty. Aż szkoda, że tego tekstu nie zgłosiłeś do konkursu, ale kto wie – może kolejny będzie jeszcze lepszy?

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Niezłe, naprawdę mi się podobało – bardziej niż “Nantala”. Miło się przekonać, że nie myliłem się, gdy pisałem Ci, że dobrze rokujesz jako autor. :-)

Dziękuję :)

 

Czy jest jakiś szczególny powód, dla którego muszą takie być, czy jest to tylko subtelne niczym tatarska horda Czyngis-chana nawiązanie do Sapkowskiego?

Nawiązanie nie było moim celem :) W tym świecie, wyobrażając sobie “podręcznikowego łowcę”, widzę postać w czarnym płaszczu, którą wyróżniają właśnie białe włosy i oczy, to ich znak rozpoznawczy, cecha charakterystyczna. Nie odnosi się tylko do Raszki, lecz do całej grupy.

 

Zgodzę się z Irką, że Racheli z potworem poszło zadziwiająco łatwo, ale brak zwrotów akcji i niedostatki widowiskowości opowiadanie w moim odczuciu zdecydowanie nadrabia klimatem.

I taki był właśnie mój zamiar :) W tekście, który dłubię na konkurs, jest trochę więcej “ruchu”. Zresztą sam zobaczysz, bo będę Cię męczył o betę :P

 

Jeżeli Raszka niosła na plecach worek z odmieńcem, to miałaby pewien problem z włożeniem rękawiczek. No, chyba że się na moment zatrzymała i postawiła worek na ziemi.

Teoretycznie dałaby radę je założyć, aczkolwiek mogła też na chwilę przystanąć i odłożyć worek. To już zostawiam do interpretacji czytelnikowi :)

 

Reszta uwag wprowadzona w życie :)

 

Podsumowując – kawał dobrej roboty. Aż szkoda, że tego tekstu nie zgłosiłeś do konkursu, ale kto wie – może kolejny będzie jeszcze lepszy?

Dziękuję. Mam nadzieję, że tak będzie :) Powinien być gotowy do końca tego tygodnia. Wtedy też przypomnę się z betą :D

 

Dziękuję. Mam nadzieję, że tak będzie :) Powinien być gotowy do końca tego tygodnia. Wtedy też przypomnę się z betą :D

Mam nadzieję, że w zamian zbetujesz też moje – jeśli, rzecz jasna, zdołam je ukończyć na czas. :-P

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Mam nadzieję, że w zamian zbetujesz też moje – jeśli, rzecz jasna, zdołam je ukończyć na czas. :-P

Się rozumie :) Co prawda nie jestem w kwestii bet tak biegły jak Ty, ale zawsze to dodatkowa para oczu.

Sympatyczna historia. Faktycznie, trochę za łatwo Raszce poszło. Henryk miał nawet worek przy sobie…

Zastanawiam się, czy w dzisiejszych czasach dałoby się tak zastraszyć ludzi, żeby nie wychodzili w nocy. Bo niektórzy ludzie muszą iść wcześnie do pracy, także zimą (nie tylko policjanci i lekarze, również ekspedientki, tramwajarze i mnóstwo innych), kiedy jest jeszcze ciemno. Jak rozwiązujesz ten problem?

Babska logika rządzi!

Jak rozwiązujesz ten problem?

Prawdę mówiąc, nie rozwiązuję :)

 

Nie chcę teraz wymyślać sztucznie odpowiedzi, tylko mówię, jak jest.

Nie wątpię, że znajdę rozwiązanie, ale to dopiero w sytuacji, gdy będę ciągnął tę serię dalej, a póki co mam “przestój”, czy jak to tam nazwać. Brak wiary we własne możliwości itp. Czekam na jakiś przypływ chęci do pisania.

 

Kilka teorii miałem już ułożonych w głowie w trakcie pisania, ale to same szkice, o których nie warto na razie wspominać. Na wszystko przyjdzie czas.

Możesz ciągnąć, jest potencjał, IMO. Od rozwiązywania takich problemów świat zrobi się głębszy. :-)

Babska logika rządzi!

W takim razie chętnie poruszę tę kwestię w następnym opowiadaniu z serii :)

Nowa Fantastyka