- Opowiadanie: Mersayake - Ostatnie Święta na planecie Aplokka

Ostatnie Święta na planecie Aplokka

Drogi Czy­tel­ni­ku, droga Czy­tel­nicz­ko :) Po roz­pa­trze­niu opi­nii ko­le­gów, ko­le­ża­nek z por­ta­lu, przed wstę­pem chcę po­wie­dzieć, że opo­wia­da­nie może wydać się mo­no­ton­ne. Ale za to tekst może oka­zać się również kli­ma­tycz­ny. *** Opowiadanie jest o młodym techniku, który zostaje wybudzony z hibernacji, opuszczając kapsułę, zastaje zniszczoną bazę – a to dopiero początek problemów. Bohater ogląda krajobraz po kataklizmie, doświadcza opuszczenia, otulony pustką celebruje podarowany mu czas w sentymentalny sposób. ***

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Ostatnie Święta na planecie Aplokka

 

Ladow, Sie­dzi­ba Szta­bu, Zapis: Wojna

Dy­plo­ma­tycz­ny impas prze­ro­dził się w wojnę to­tal­ną. Ozna­cza to, że w cza­sie pro­wa­dzo­ne­go kon­flik­tu za­sto­so­wa­no wszel­kie moż­li­we środ­ki do walki, wli­cza­jąc bro­nie za­ka­za­ne przez mię­dzy­na­ro­do­we kon­wen­cje.

zapis z logów

 

Po wy­bu­dze­niu z hi­ber­na­cji naj­gor­sza była pierw­sza chwi­la. Ośle­pio­ny, w ogłu­sze­niu, czu­łem jak­bym otwo­rzył oczy tylko po to, aby oglą­dać wła­sną śmierć. Oprócz bólu od­czu­wal­ne­go ze­wsząd ciało sy­gna­li­zo­wa­ło ry­chłą eks­plo­zję. Przez mo­ment le­ża­łem ni­czym ty­ka­ją­ca bomba. Na­rzą­dy we­wnętrz­ne wi­bro­wa­ły, chcąc wy­sko­czyć z or­ga­ni­zmu, roz­ry­wa­jąc fi­zycz­ną po­wło­kę. Ura­to­wał mnie kom­bi­ne­zon. Jak bo­ha­ter, który prze­ci­na od­po­wied­ni ka­be­lek se­kun­dę przed to­tal­ną roz­pier­du­chą. Chwi­la dłu­żej i po­zo­stał­by po mnie za­we­ko­wa­ny dżem. Pusz­ka, w któ­rej le­ża­łem, nie za­su­ge­ro­wa­ła pro­ble­mów w bazie. Nul, cisza i spo­kój. Nie­ste­ty, to była cisza przed burzą.

Re­ge­ne­ra­cja or­ga­ni­zmu po­stę­po­wa­ła eks­pre­so­wo. Od­zy­ski­wa­łem wzrok i do­kład­nie pa­mię­ta­łem wy­da­rze­nia sprzed za­pa­ko­wa­nia w elek­tro­nicz­ny sar­ko­fag. Nie do­pa­dła mnie tem­po­ral­na amne­zja. Kom­pu­te­rek w gło­wie pra­co­wał bez za­rzu­tu. Od­cze­ka­łem, po­nie­waż pod­łą­czo­ny do mnie ska­fan­der wtła­czał w żyły mi­ne­ra­ły, wi­ta­mi­ny oraz resz­tę pa­kie­tu prze­wi­dzia­ne­go przez ze­spół in­ży­nier­ski. Uru­cho­mi­łem pro­ces zdej­mo­wa­nia plomb kap­su­ły. Li­czy­łem na wi­do­wi­sko­we wyj­ście, ale usły­sza­łem za to cichy alert, za­świe­ci­ło zie­lo­ne świa­teł­ko. Te­atral­nie wy­gra­mo­li­łem się z Łóżka Dłu­gie­go Span­ka. (Sztab od­mó­wił przy­ję­cia nazwy do ofi­cjal­nej no­men­kla­tu­ry. Roz­wa­żał póź­niej od­su­nię­cie mnie od misji). Po wyj­ściu sta­łem sam jak kołek, prze­by­wa­łem w opusz­czo­nej sali.

W po­rzą­da­lu Kenaj, nie­obec­ność za­ło­gi, czy uszko­dze­nia tu i tam to jesz­cze nic – mi­ty­go­wa­łem sie­bie. Lu­stro­wa­łem miej­sce, głów­na kon­so­la wy­glą­da­ła na dzia­ła­ją­cą, choć trzy spę­ka­ne ekra­ny i prze­pa­lo­ny układ ste­ru­ją­cy w lewym na­roż­ni­ku bu­dzi­ły wąt­pli­wo­ści. Po­miesz­cze­nie wy­glą­da­ło jak mo­stek po­jaz­du ko­smicz­ne­go, pod­ło­ga miała kształt sze­ścio­ką­ta, w któ­re­go cen­trum stało Łóżko Dłu­gie­go Span­ka, pio­no­wo osa­dzo­ne przy­po­mi­na­ło wam­pi­rze łoże, grube płyty boków roz­sa­dzi­ła elek­trycz­ność. W są­sied­nich po­miesz­cze­niach nie spo­tka­łem ży­we­go ducha, po­wró­ci­łem więc do kon­so­li, przed prze­szu­ka­niem bazy, spraw­dzi­łem czy nie cze­ka­ła na mnie wia­do­mość.

Cze­ka­ła.

Cóż, wie­ści nie były dobre.

Ale co to za hi­sto­ria bez ja­kie­goś ar­ma­ge­do­nu?

 

 

Ladow, Sie­dzi­ba Szta­bu, Zapis: Tech­no­lo­gia

Tech­no­lo­gię, którą te­sto­wa­łeś, hi­ber­na­cyj­ną kap­su­łę, nie wpro­wa­dzo­no do użyt­ku. Pro­to­ty­po­we sar­ko­fa­gi prze­zna­czo­no dla przy­szłych ko­lo­ni­za­to­rów. Po­śród wy­brań­ców jest twoja ro­dzi­na, zo­sta­ła wy­ty­po­wa­na ze wzglę­du na spo­łecz­ny sta­tus. Resz­ty do­wiesz się w trak­cie wy­ko­ny­wa­nia za­da­nia.

zapis z logów

 

 

Wy­słu­cha­łem logów co do mi­nu­ty, jed­nak po pierw­szych in­for­ma­cjach przy­ją­łem do wia­do­mo­ści, że je­stem w ciem­nej dupie, ewen­tu­al­nie w „ciem­nym dupiu”, jak to ma­wia­ła moja prze­ło­żo­na, która lu­bi­ła wy­cho­dze­nie poza sche­ma­ty.

Czyż­by chcie­li mi po­wie­dzieć, że pla­ne­ta ule­gła ska­że­niu? – py­ta­łem sie­bie, sie­dząc przed ekra­nem kon­so­li. Zro­zu­mia­łem, że po­le­gam na ob­ci­słym su­perubran­ku, wy­ko­na­nym z ta­jem­ni­cze­go ma­te­ria­łu. Z tego co wie­dzia­łem, był to ro­dzaj żywej ma­te­rii, zdol­nej do ze­wnętrz­ne­go za­pro­gra­mo­wa­nia. Nie wie­dzia­łem skąd po­cho­dzi tech­no­lo­gia, ze zna­nych mi osób nikt nie wie­dział. Po­mi­mo to, więk­szość z tych, któ­rzy za­po­zna­li się z nią, nie wąt­pi­ła w glo­bal­ną awan­tu­rę o ten ma­te­riał. Kom­bi­ne­zon wy­da­wał się być w cią­głym ruchu ni­czym po­wło­ka z try­lio­na mró­we­czek, od­nio­słem wra­że­nie jakby sta­no­wił in­te­gral­ną część mo­je­go ciała.

 

*

 

Nagle przy­szło py­ta­nie „który mamy rok”. Kom­pu­ter wska­zy­wał nie­po­ko­ją­cą datę. Wy­sze­dłem z kap­su­ły pięt­na­ście lat póź­niej niż pla­no­wa­no. Pier­wot­nie za­kła­da­li pię­cio­let­nią hi­ber­na­cję. Za­mie­rza­li zmo­dy­fi­ko­wać or­ga­nizm.

– Nasi na­ukow­cy opra­co­wa­li for­mu­łę, która uwy­dat­ni twoje zdol­no­ści mo­to­rycz­ne, a także psy­chicz­ne. Jed­nym sło­wem: chce­my zro­bić z cie­bie su­per­bo­ha­te­ra – tłu­ma­czy­li, szcze­rząc zęby, jakby wci­ska­li dzie­cia­ko­wi ze­staw ro­bo­ci­ków.

Jakoś ten plan nie wy­szedł, po­zo­sta­łem sobą, a przy­naj­mniej tak czu­łem. Z cza­sem ta spra­wa zna­la­zła wy­ja­śnie­nie. Wtedy za­cho­dzi­łem w gło­wię, py­ta­jąc czy nie zmie­ni­li pla­nów wraz z na­sta­niem wojny. A może na­ukow­cy nie opra­co­wa­li for­mu­ły na su­per­bo­ha­te­ra. Oczy­wi­ście, jak to ja, ża­ło­wa­łem tro­chę tego, że nie po­szpa­nu­ję przed in­ny­mi, za­po­mi­na­jąc, że in­nych nie ma. Nie wiem, czy moje dzie­cin­ne my­śle­nie było re­ak­cją obron­ną przed przy­ję­ciem do wia­do­mo­ści gro­bo­wej ciszy do­by­wa­ją­cej się z pust­ki. Sta­nąć przed fak­tem, że twój dom nie ist­nie­je, a lu­dzie któ­rych ko­cha­łeś, nie żyją – to za­da­nie prze­ra­sta­ło moje emo­cjo­nal­ne moż­li­wo­ści.

A poza tym nie ku­po­wa­łem tego, co mi wci­ska­no. Szcze­rze mó­wiąc, dziec­ko by tego nie ku­pi­ło.

W jaki, do dia­bła, spo­sób we­szli układ z ro­dzi­ca­mi?

Prze­cież wie­dzie­li, że to wła­śnie moi ro­dzi­ce osła­bia­ją ich po­zy­cję w rzą­dzie!

I co, stwier­dzi­li, że za­pro­szą do Arki Prze­trwa­nia swo­ich wro­gów?

Ależ po­mysł! mi­ło­sier­dzie zro­dzo­ne w morzu krwi nie­win­nych ofiar.

Ro­dzi­ce kon­stru­owa­li nie­jaw­ną opo­zy­cję wobec dzia­łań pań­stwa Ladow na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej, cho­ciaż ja sam byłem za­gu­bio­ny w całej tej po­li­tycz­nej grze. Spraw­dzi­łem mimo wszyst­ko lo­ka­li­za­cje, które mi po­le­co­no. Nie za­szko­dzi po­sia­dać ta­ko­wą wie­dzę. Do­dat­ko­wo wy­szu­ka­łem zdję­cia z dro­nów dla pod­glą­du sy­tu­acji na po­wierzch­ni. Czu­łem, że tam na górze jest na­praw­dę kiep­sko. W bazie ży­we­go ducha, otrzy­ma­łem po­le­ce­nie, żeby ra­to­wać ostat­nich ludzi. Za­po­wia­dał się jakiś hor­ror.

Zgra­łem pliki do pa­mię­ci ska­fan­dra. Ru­szy­łem na ob­chód.

 

Dzien­na data su­ge­ro­wa­ła dwu­dzie­sty czwar­ty grud­nia (wedle ka­len­da­rza ko­lo­nial­ne­go). Wy­pa­da­ły Świę­ta. Je­dy­ne takie wy­da­rze­nie ob­cho­dzo­ne na całej pla­ne­cie Aplok­ka. Świę­ta wy­my­śli­li Pierw­si Ko­lo­ni­ści. Były mocno wpi­sa­ne w ich ar­cha­icz­ną mi­to­lo­gię. Sym­bo­li­zo­wa­ły na­ro­dzi­ny Na­uczy­cie­la, wy­na­laz­cę sys­te­mu mo­ral­ne­go Za­ło­ży­cie­li. Co praw­da re­li­gia nie zdo­by­ła więk­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia na nowej pla­ne­cie, ale Gwiazd­ka, jak zwy­kło się mówić, we­szła do tra­dy­cji, jakby za­ję­ła za­kle­pa­ne miej­sce. Nigdy nie po­ją­łem zwią­za­nej z nią fi­lo­zo­fii. Niby czas po­wszech­nej do­bro­ci, ale z tego co widzę teraz, zbyt spo­ra­dycz­ne wy­da­rze­nie na od­mia­nę ludz­kich serc. Ale za to znacz­nie le­piej prze­ję­li­śmy zdol­no­ści do au­to­de­struk­cji. Umie­li­śmy za­bi­jać się wza­jem­nie. Przez ten cały czas ist­nie­nia Aplok­ka by­li­śmy tymi sa­my­mi ludź­mi, któ­rzy opu­ści­li nie­gdyś pla­ne­tę Zie­mię. Osad­ni­cy two­rzą­cy pierw­sze ko­lo­nie, byli wedle le­gend cy­wi­li­za­cją, która po do­pro­wa­dze­niu do za­gła­dy wła­sne­go świa­ta, wy­ru­szy­ła w po­szu­ki­wa­niu no­we­go.

 

 

Ladow, Sie­dzi­ba Szta­bu, Zapis: Roz­kaz

Po­bierz lo­ka­li­za­cje za­hi­ber­no­wa­nych przed­sta­wi­cie­li. Jeśli sy­tu­acja na to po­zwa­la, otwórz kap­su­ły. W innym wy­pad­ku, to zna­czy nie­bez­pie­czeń­stwa, które może do­pro­wa­dzić do śmier­ci ostat­nich ludzi, za­ko­duj od­po­wied­ni czas do au­to­ma­tycz­ne­go otwo­rze­nia sar­ko­fa­gów.

zapis z logów

 

 

Nie­któ­re po­miesz­cze­nia stały za­wa­lo­ne, jakby wyż­sze pię­tro wpa­dło nie­pro­szo­ne, nie za­mie­rza­jąc wra­cać na górę. Ar­chi­wum za­sta­łem w to­tal­nym baj­zlu. Pod­pią­łem sie­dem dys­ków z da­ny­mi. Nie dzia­ła­ły. Ci­sną­łem nimi w po­pę­ka­ne ekra­ny na ścia­nach. Stwier­dzi­łem, że nie wy­nio­sę stam­tąd pół bajta in­for­ma­cji. Ana­li­za w ska­fan­drze in­for­mo­wa­ła o nie­moż­li­wym do usta­le­nia stop­niu uszko­dze­nia tych no­śni­ków da­nych. Za każ­dym razem ten sam re­zul­tat, czyli żaden. Po­skła­da­łem w gło­wie sy­gna­ły, które od­bie­ra­łem przed hi­ber­na­cją z tym co, do­sta­łem po obu­dze­niu. Broń bio­lo­gicz­na – po­my­śla­łem. Do­wódz­two nie chcia­ło za­pew­ne do­ku­men­to­wać swo­ich po­czy­nań w go­dzi­nie za­gła­dy, a może bar­dziej pa­mię­tać o nich, po wy­bu­dze­niu z hi­ber­na­cji. Wtedy do­pie­ro ostrze­że­nie przed wodą i je­dze­niem wzią­łem na po­waż­nie.

Ru­szy­łem wą­skim ko­ry­ta­rzem w kie­run­ku ma­ga­zy­nu. Uszko­dzo­ne pa­ne­le świa­tła mi­go­ta­ły nie­ryt­micz­nie ni­czym prze­stro­ga za­ko­do­wa­na al­fa­be­tem Morse’a. Co rusz omi­ja­łem kupki gruzu. Wy­plu­ły je szcze­li­ny w su­fi­tach, które po­wsta­ły za­pew­ne pod wpły­wem eks­plo­zji na po­wierzch­ni.

W ma­ga­zy­nie cze­ka­ła ciem­ność, którą mo­men­tal­nie roz­bi­ło świa­tło su­perubran­ka. Klap­ki roz­su­nę­ły się au­to­ma­tycz­nie, a małe la­ta­recz­ki wy­glą­da­ły na mnie jak świą­tecz­ne lamp­ki. Szu­ka­łem kap­tu­ra oraz ba­te­rii do ska­fan­dra, wy­grze­ba­łem jedno i dru­gie, jak bez­dom­ny prze­cze­sa­łem stosy pudeł. Do­cze­pia­ny kap­tur utwo­rzył ochron­ną po­wło­kę nad głową, po­sze­rza­jąc wi­dzial­ną rze­czy­wi­stość, ba­te­rie da­wa­ły czas, który wy­da­wał się wtedy zbęd­ny.

Cze­ka­ła na mnie śmierć.

Byłem sam na zgła­dzo­nej pla­ne­cie.

Je­dy­na opcja prze­trwa­nia po­le­ga­ła na ura­to­wa­niu ludzi od­po­wie­dzial­nych za wojnę.

Uzu­peł­ni­łem ekwi­pu­nek o buty ze spe­cjal­ną przy­czep­no­ścią, ka­ra­bin i parę in­nych du­pe­re­li, w mię­dzy­cza­sie prze­glą­da­łem zdję­cia po­bra­ne wcze­śniej z kon­so­li, na po­wierzch­ni było cmen­ta­rzy­sko, gdyby nie po­ziom ska­że­nia, mógł­bym wyjść goły i bez­bron­ny.

Coś tam jest – po­my­śla­łem. Pod­czas prze­by­wa­nia w ma­ga­zy­nie wy­da­wa­ło mi się, że uj­rza­łem cień po­sta­ci na ścia­nie. To od razu ocu­ci­ło mnie z otę­pie­nia, przy­sta­ną­łem, na­słu­chu­jąc uważ­nie oto­cze­nia, zer­ka­łem w puste prze­strze­nie, mię­dzy ogrom­ny­mi po­jem­ni­ka­mi usta­wio­ny­mi na za­rdze­wia­łych re­ga­łach. Nagle prze­krę­ci­łem głowę w lewo, jak­bym chciał na­kryć in­tru­za na go­rą­cym uczyn­ku, ustą­pi­łem o krok, może dwa i usły­sza­łem dźwięk po­ru­sza­ne­go pudła za sobą. Wra­ca­łem do po­przed­niej po­zy­cji, pró­bu­jąc usta­wić od­po­wied­nio nogi, dzia­ła­łem zbyt po­spiesz­nie i pa­dłem jak długi, sły­sząc brzęk prze­wra­ca­ją­ce­go się sprzę­tu, po­cią­gną­łem za sobą prze­rdze­wia­ły regał. Leżąc na brzu­chu od­chy­li­łem głowę, aby zba­dać sy­tu­ację. Dobra wia­do­mość – ni­ko­go nie było, ina­czej był­bym wtedy mar­twy, jak zwie­rzę, które wpa­dło w sidła my­śli­we­go, cze­ka­jąc na śmier­tel­ny cios. Zła wia­do­mość – upa­dłem przez wła­sną nie­zdar­ność. Co udo­wod­ni­ło fakt, że nie prze­kształ­ci­li mnie w su­per­bo­ha­te­ra, a także wy­ja­śni­ło czemu nie gar­ną­łem się do udzia­łu w ak­cjach mi­li­tar­nych. Gor­sze od tego po­ni­ża­ją­ce­go in­cy­den­tu było to, że przy­gnio­tło mnie cho­ler­nie cięż­kie usy­pi­sko sprzę­tu, sta­lo­wych po­jem­ni­ków. Tkwi­łem w po­trza­sku ni­czym wbity w pod­ło­gę gwóźdź, do­ci­ska­ny cię­ża­rem młot­ka. Jako ostat­ni czło­wiek na Aplok­ka zginę naj­głup­szą śmier­cią, jak na an­ty­bo­ha­te­ra z krwi i kości przy­sta­ło.

Nie mia­łem wtedy pew­no­ści, co było w pu­dłach. Broń, ła­dun­ki wy­bu­cho­we, czy opan­ce­rze­nie? Gdzie­nie­gdzie spo­strze­głem to ostat­nie, buty, kaski wy­sy­pa­ły się z pudeł. Nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści to, że co­kol­wiek tam le­ża­ło, dia­bel­nie cią­ży­ło na no­gach. Nie ro­zu­mia­łem jesz­cze, dla­cze­go ten cię­żar nie zmiaż­dżył moich koń­czyn. Po chwi­li na­my­słu się­gną­łem ra­mie­niem po but w sta­lo­wym oku­ciu. Włą­czy­łem na jego boku ty­ta­no­wą po­de­szwę, jej wy­su­wa­nie po­stę­po­wa­ło z wolna, w mię­dzy­cza­sie zgią­łem sie­bie w pół, aby się­gnąć do usy­pi­ska pod jedną z nóg, but pod­wa­żył cię­żar, uwol­ni­łem mniej za­wa­lo­ną koń­czy­nę, ale z drugą już tego nie po­wtó­rzy­łem. Na wiele to się nie zdało – po­my­śla­łem, byłem bli­ski pa­ni­ki, aż usły­sza­łem: użyj linek z ha­ka­mi. Ob­ra­ca­łem głowę szu­ka­ją au­to­ra tych słów. Ja­kich linek z ha­ka­mi? – za­py­ta­łem. Ska­fan­der uchy­lił klap­ki przed nad­garst­ka­mi. W ka­na­li­ku uj­rza­łem jakiś szpi­ku­lec. Na przed­ra­mio­nach za­ja­śnia­ły pa­ne­le in­ter­fej­su. Wy­cią­gną­łem rękę, wy­bra­łem po­le­ce­nie w kom­pu­te­rze, linka wy­le­cia­ła bły­ska­wicz­nie z kom­bi­ne­zo­nu, wbiła się w ścia­nę, po­zo­sta­wa­ło wy­brać opcję wy­cią­ga­nia, ale zwąt­pi­łem. Co jeśli siły na­ci­sku i wcią­gni­ka ro­ze­rwą mi nogę? Choć nie wy­bra­łem żad­ne­go po­le­ce­nia, linka za­czę­ła cią­gnąć moje przed­ra­mię, jakby ska­fan­der wy­brał za mnie, wy­swo­bo­dził mnie, ura­to­wał po raz drugi.

 

*

 

Teo­re­tycz­nie mo­głem opu­ścić pod­ziem­ną bazę. Nie wie­dzia­łem tylko, po co iść na górę. Cel od do­wódz­twa nie wcho­dził w ra­chu­bę. Po­sta­no­wi­łem, że nie uwol­nię ludzi od­po­wie­dzial­nych za to, co oglą­da­łem przez pro­jek­cję po­wło­ki kap­tu­ra. Śle­dzi­łem niemy film o za­gła­dzie pla­ne­ty. To już sto razy wo­lał­bym hor­ror pełen krzy­ku tak, żeby po­pę­ka­ły bę­ben­ki w uszach.

Z dru­giej stro­ny po­wie­dzia­no w dys­po­zy­cji, że ktoś po­sia­da in­for­ma­cje, co z moją ro­dzi­ną. Był to oczy­wi­sty wabik, ale nie wie­dzia­łem czy świa­do­mie zo­sta­wio­ny. Tak wi­dzia­łem ten ruch ze stro­ny do­wódz­twa. Zda­wa­li sobie spra­wę, że nie ukry­ją przede mną zbrod­ni na ludz­ko­ści, że moja re­ak­cja zro­dzi bunt, więc za­dba­li o kartę prze­tar­go­wą – moją ro­dzi­nę. Nie­wąt­pli­wie zaj­mo­wa­łem lep­szą po­zy­cję ne­go­cja­cyj­ną, zatem nie po­win­ni kła­mać. W końcu to ja je­stem wy­bu­dzo­ny, a oni jesz­cze śpią grzecz­nie w łó­żecz­kach, ni­ko­go nie mor­du­jąc. Nawet jeśli błęd­nie, mu­sia­łem oce­nić sy­tu­ację, a dla­cze­go miał­bym wtedy są­dzić, że po­li­ty­cy za­wią­za­li układ z moimi ro­dzi­ca­mi, dy­sy­den­ta­mi.

Po­pro­szę o świą­tecz­ny cud i dobre za­koń­cze­nie tej hi­sto­rii – na głos wy­gło­si­łem bez­rad­nie ży­cze­nie.

Roz­bi­ty klu­czy­łem po bazie, mar­nu­jąc czas. Tar­ga­łem się z za­mia­rem od­rzu­ce­nia ukła­du, po­nie­waż ro­dzi­ce nie przy­sta­li­by na ten po­mysł. Sztab przy­go­to­wał za­pew­ne pu­łap­kę. Moż­li­we, że gdy­bym uwol­nił jedną osobę, włą­czył­bym me­cha­nizm, który obu­dził­by resz­tę. To tylko pierw­sze przy­pusz­cze­nie, nie po­sia­da­łem wtedy wie­dzy, jakie skryp­ty wy­ko­rzy­sta­no do za­pro­gra­mo­wa­nia sar­ko­fa­gów. Zdo­by­łem tro­chę czasu, więc mo­głem dumać długo, czu­łem za­gu­bie­nie w cha­osie in­for­ma­cji. W mię­dzy­cza­sie nie­spiesz­nie ru­szy­łem ku po­wierzch­ni. Za­ha­czy­łem o sto­łów­kę, ja­dal­nia była za­wa­lo­na, ale szu­ka­łem spi­żar­ni, za­bra­łem sa­szet­ki z je­dze­niem, sprosz­ko­wa­ne racje do ku­chen­ki mo­le­ku­lar­nej. Jeść tego nie mo­głem, ale może po­słu­ży do cze­goś. Choć­by do sa­mo­bój­stwa z peł­nym brzu­chem. Po­wlo­kłem się do wyj­ścio­we­go tu­ne­lu.

 

 

Ladow, Sie­dzi­ba Szta­bu, Zapis: Su­per­bo­ha­te­ro­wie

Poza tobą byli inni śmiał­ko­wie. Ist­nie­je mała szan­sa, że nie je­steś sam. Twój kom­bi­ne­zon po­wi­nien wy­kryć obec­ność ko­lej­nych ska­fan­drów. Ale z po­sia­da­nych nam da­nych, nikt z resz­ty nie prze­żył. Lo­ka­li­za­cje, w któ­rych prze­by­wa­li, zo­sta­ły znisz­czo­ne.

zapis z logów

 

 

Po­ma­sze­ro­wa­łem przez otwar­ty plac. Kie­dyś było tutaj lot­ni­sko, teraz cmen­ta­rzy­sko skrzy­dla­tych ma­szyn. Prze­by­wa­łem w okrę­gu Szta­bu Głów­ne­go. Sie­dzi­ba stała w środ­ku tego umow­ne­go okrę­gu. Zor­ga­ni­zo­wa­no tutaj, w pro­mie­niu dwóch, może trzech ki­lo­me­trów, ob­szar dla eli­tar­nych człon­ków na­szej spo­łecz­no­ści. W jej gra­ni­cach znaj­do­wał się mój ro­dzin­ny dom. Ro­dzi­ce żyli bli­sko po­li­ty­ki i wiel­kie­go świa­ta, po­sia­da­li przy­wi­le­je sta­no­we, jeśli miał­bym gdzieś za­wę­dro­wać, wy­brał­bym bu­dy­nek, w któ­rym się wy­cho­wa­łem.

W mie­ście nie było ży­we­go ducha, żad­ne­go szczu­ra ucztu­ją­ce­go w śmiet­ni­ku, ani go­łę­bia zna­ku­ją­ce­go świat pod swo­imi skrzy­dła­mi. Po­dusz­kow­ce le­ża­ły na spę­ka­nych jezd­niach ni­czym za­baw­ki wy­sy­pa­ne z dzie­cię­ce­go ko­szy­ka. Wie­żow­ce za­wa­lo­ne jakby prze­bie­gła tędy nie­wi­dzial­na brzy­twa, a szcząt­ki wy­so­ko­ściow­ców przy­po­mi­na­ły drze­wa po wy­cin­ce. Po­wło­ka kap­tu­ra wy­sy­ła­ła masę aler­tów. Wy­łą­czy­łem dźwię­ki, bo ka­ko­fo­nia przy­pra­wia­ła o za­wrót głowy. Na chwi­lę wy­ga­si­łem po­sze­rzo­ną rze­czy­wi­stość. Wi­dzia­łem ta­niec pyłu i pło­mie­ni, mgłę o bar­wie nocy, kon­tu­ry znisz­czo­ne­go mia­sta. Po­ko­ny­wa­łem usy­pi­ska ka­mie­ni i me­ta­lu opró­szo­ne szkłem, jak cia­sto przy­kry­te cu­krem pu­drem. Spa­ce­ro­wa­łem z wolna, oglą­da­łem świat zo­sta­wio­ny przez ludzi, pa­lą­cych wszyst­ko za sobą.

 

*

 

Re­zy­den­cja przy­po­mi­na­ła bar­dziej opusz­czo­ny dom niż kra­jo­braz po woj­nie. Fon­tan­na le­ża­ła roz­trza­ska­na ni­czym ude­rzo­na wiel­gach­nym mło­tem, a ko­lum­na­da i ozdob­ne gzym­sy wi­docz­ne od fron­to­nu, zna­czy­ły drob­ne pęk­nię­cia. We wschod­niej czę­ści wi­dzia­łem za­wa­lo­ny dach. Prze­kro­czyw­szy próg wej­ścio­wych drzwi, oglą­da­łem nie­zde­mo­lo­wa­ne wnę­trze. Miłe za­sko­cze­nie. Sto­jąc w holu po­pa­trzy­łem na boki. Z pra­wej pokój wizyt, a w nim ka­na­py, ko­mi­nek wraz z wiel­kim ob­ra­zem nad nim. Z lewej stał ga­bi­net ojca. Po­mkną­łem do po­miesz­czeń w su­te­ry­nie. Po­maj­stro­wa­łem przy za­si­la­niu. Nie­dłu­go po tym za­strzyk elek­trycz­no­ści ocu­cił bu­dy­nek z le­tar­gu. Zwy­kłe świa­tło od­mie­ni­ło po­nu­rą at­mos­fe­rę.

Uru­cha­mia­jąc do­mo­we ge­ne­ra­to­ry mocy, za­re­je­stro­wa­łem po raz ko­lej­ny czy­jąś obec­ność. Tym razem byłem pe­wien, że się nie mylę. Za­po­mnia­łem o ro­bo­stró­żach. Wraz z do­pły­wem za­si­la­nia włą­czy­łem za­bez­pie­cze­nia re­zy­den­cji, a przez to obu­dzi­łem straż­ni­ków. W wa­run­kach po­ko­jo­wych obe­szło­by się bez więk­sze­go pro­ble­mu, uciął­bym po­ga­węd­kę z ro­bo­ta­mi, wy­tłu­ma­czył go­ścin­ne przy­by­cie, ale stró­że za­pro­gra­mo­wa­no rów­nież do walki, nawet do za­bi­cia in­tru­zów. Zwa­żyw­szy, że ostat­nie lata prze­mi­nę­ły pod zna­kiem wojny, przy­ją­łem za punkt wyj­ścia, że je­stem w ta­ra­pa­tach. Dźwięk me­cha­nicz­nych kro­ków, de­li­kat­ne wi­bra­cje od­czu­wal­ne przez ścia­ny, nie po­zwo­li­ły długo dumać nad pro­ble­mem. Po­wró­ci­łem do holu, w ga­bi­ne­cie ojca przy­mo­co­wa­no kom­pu­ter, za jego po­śred­nic­twem wy­łą­czył­bym tryb obron­ny, jesz­cze pa­mię­ta­łem kod do­stę­pu, tylko chwi­lę miało zająć za­pro­wa­dze­nie siel­skiej at­mos­fe­ry, gdzie ro­bo­stró­że przy­ję­ły­by rolę nie­roz­gar­nię­tych lo­ka­jów.

Po­spiesz­nie tań­czy­łem dło­nią na in­ter­fej­sie kom­pu­te­ra, wy­szu­ka­łem ko­men­dę, wpi­sa­łem kod do­stę­pu, nagle trzask! – panel po­szedł z dymem, dupa blada, nie­ba­wem mia­łem sto­czyć walkę z ro­bo­ta­mi. Chwy­ci­łem za prze­rzu­co­ny przez ramię ka­ra­bin, prze­sta­wi­łem jego kon­fi­gu­ra­cję z wiąz­ki la­se­ro­wej na im­puls elek­trycz­ny, naj­lep­szą obro­ną jest atak – po­my­śla­łem, ru­szy­łem na górę miesz­ka­nia. Li­czy­łem na to, że straż­ni­cy w ro­dzin­nej re­zy­den­cji nie po­sia­da­li wgra­ne­go skryp­tu ana­li­zu­ją­ce­go dźwięk kro­ków, ani nie uchwy­cą zmian ter­micz­nych w oto­cze­niu za spra­wą mojej obec­no­ści. Sze­dłem po­wo­li, po­wo­lut­ku. Prze­kra­cza­łem na­roż­nik ścia­ny pro­wa­dzą­cej na górę, me­cha­nicz­ne kroki zdra­dza­ły obec­ność stró­żów. Wie­dzia­łem, że za mo­ment staną przede mną, usta­wi­łem więc sie­bie w go­to­wo­ści. Włą­czy­łem roz­sz­cze­pie­nie im­pul­su, aby upiec dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu. Przy­cza­jo­ny przy­sta­ną­łem w na­roż­ni­ku prze­chod­nie­go ko­ry­ta­rza, za­kry­łem przez to swoje plecy, ukró­ci­łem za­gro­że­nie ataku z kilku stron. Łup! Łup! – bla­szak szedł ni­czym otę­pia­ły w moją stro­nę, bez więk­sze­go na­my­słu tak­tycz­ne­go. Chwi­lę potem po­ja­wił się w moim polu wi­dze­nia, strze­li­li­śmy rów­no­cze­śnie. Tra­fi­łem go, a on mnie. Ko­lej­ny trzask! – na­past­nik znie­ru­cho­miał, me­cha­nicz­na kukła iskrzy­ła się ma­ły­mi eks­plo­zja­mi. Nie do­ce­ni­łem prze­ciw­ni­ków, sku­pi­łem uwagę na jed­nym straż­ni­ku, pod­czas gdy drugi za­szedł z boku, jakby skry­ty w mar­twym punk­cie mo­je­go pola ob­ser­wa­cji, strze­lił chwi­lę po wy­mia­nie ognia mię­dzy mną a jego kum­plem.

Po­strze­li­łem jed­ne­go ro­bo­ta, ze­bra­łem dwa im­pul­sy elek­trycz­ne, w tym jeden pra­wie w plecy. Nie­zła sta­ty­sty­ka jak na ama­to­ra. Był­bym po­dwój­nie mar­twy, ale za to pod­czas boju, co praw­da z dwoma po­wol­ny­mi ro­bo­ta­mi. Oczy­wi­ście ura­to­wał mnie ska­fan­der. Przy­jął im­pul­sy, a póź­niej odbił w kie­run­ku nadaw­ców. Jego pomoc, czy może opie­ka była fa­scy­nu­ją­ca, a z dru­giej stro­ny bu­dzi­ła za­że­no­wa­nie – bez kom­bi­ne­zo­nu długo bym nie pożył.

Gdyby ktoś po­słu­chał moich hi­sto­rii, uznał­by mnie za nie­roz­gar­nię­te­go mło­dzień­ca. Za­pew­ne miał­by rację.

 

*

 

Pod­czas mar­szu przez mia­sto po­sta­no­wi­łem przy­go­to­wać ostat­nie Świę­ta. Co praw­da ma­łost­ko­wy plan, lecz przy­wi­le­jem ostat­nie­go czło­wie­ka na pla­ne­cie jest moż­li­wość bycia sa­mo­lub­nym. Po­spie­szy­łem na pię­tro, po­nie­waż to wła­śnie na górze ce­le­bro­wa­li­śmy uro­czy­stą ko­la­cję. Par­ter prze­zna­czo­no do przyj­mo­wa­nia in­te­re­san­tów, prze­waż­nie po­li­ty­ków.

Wy­cią­gną­łem ze schow­ka ro­bo­ty sprzą­ta­ją­ce. Roz­po­czą­łem wraz z nimi drob­ne po­rząd­ki. Przy­go­to­wy­wa­li­śmy ja­dal­nię na ma­gicz­ny wie­czór. Nawet wy­bra­łem w pa­ne­lu na ścia­nie kon­fi­gu­ra­cję świa­teł. Po­miesz­cze­nie zdo­mi­no­wa­ły czer­wień oraz zie­leń. Sprosz­ko­wa­ne racje w sa­szet­kach wzię­tych ze sto­łów­ki w bazie po­słu­ży­ły za świą­tecz­ną ko­la­cję, którą przy­rzą­dzi­łem w ku­chen­ce mo­le­ku­lar­nej, a póź­niej z naj­wyż­szą czcią uło­ży­łem na spe­cjal­nej za­sta­wie. Sta­łem obok stołu z tru­ją­cym ża­reł­kiem, wy­obra­ża­łem sobie, że ro­dzi­na chwa­li mnie za ga­stro­no­micz­ną in­wen­cję.

 

 

Ladow, Sie­dzi­ba Szta­bu, Zapis: Chaos in­for­ma­cyj­ny

Nie po­sia­da­my moż­li­wo­ści, żeby za­pew­nić zgod­ność po­da­wa­nych in­for­ma­cji, po­nie­waż sieci sa­te­li­tar­ne były ha­ko­we, za­peł­nia­ne fał­szy­wy­mi in­for­ma­cja­mi. Przyj­mij, że je­steś sam. Ska­fan­der zo­stał wy­po­sa­żo­ny w tech­no­lo­gię pod­trzy­mu­ją­cą życie. Uzu­peł­niaj go w kap­suł­ki za­wie­ra­ją­ce skon­den­so­wa­ne skład­ni­ki od­żyw­cze. To bę­dzie twoja kro­plów­ka. Poza tym nie jedz ni­cze­go, ani nie pij, nie zdej­muj kom­bi­ne­zo­nu. Żoł­nie­rzu, cała na­dzie­ja Ladow, a nawet pla­ne­ty Aplok­ka w tobie.

zapis z logów

 

 

Rok w rok, po pierw­szej run­dzie je­dze­nia, wsta­wa­li­śmy od stołu i pod­cho­dzi­li­śmy do okna. Ro­dzi­ce, sio­stra, brat i ja. Pa­trzy­li­śmy na pa­no­ra­mę mia­sta, które znaj­do­wa­ło spo­kój w ten jeden wie­czór. We wza­jem­nym uści­sku śpie­wa­li­śmy hymn. Dla mnie pieśń brzmia­ła za­wsze zbyt po­waż­nie. Resz­ta da­wa­ła coraz więk­szy popis, wkrę­co­na w co­rocz­ny ry­tu­ał wo­kal­ny, a ja z wolna ci­chłem, na końcu ru­sza­jąc tylko war­ga­mi.

Czu­jąc dług za oszu­ka­ne ko­lę­do­wa­nie, śpie­wa­łem dla bli­skich po­waż­ny hymn, który nadal nie tra­fiał w mój gust. Byłem sam, a pa­no­ra­ma przed­sta­wia­ła ruiny zna­ne­go mi kie­dyś świa­ta. Szko­da, że nie sły­sze­li, bo dałem naj­lep­szy wy­stęp. Ustą­pi­łem z miej­sca przy oknie. Wró­ci­łem jesz­cze raz do kom­pu­ter­ka na ścia­nie. Wy­bra­łem świą­tecz­ną mu­zy­kę. (Trze­ba wie­dzieć kiedy ze sceny zejść).

 

*

 

Od­sie­dzia­łem pół ­go­dzin­ki słu­cha­jąc kolęd, się­ga­łem pa­mię­cią do wspo­mnień, póź­niej po­wę­dro­wa­łem do sta­re­go kąta, do mo­je­go po­ko­ju. Wy­glą­dał na nie­tknię­ty. Część sprzę­tu do maj­ster­ko­wa­nia wy­pa­dła z półek, praw­do­po­dob­nie za spra­wą wstrzą­sów, ale ten nie­po­rzą­dek wy­glą­dał po­dob­nie do tego, który ro­bi­łem sa­mo­dziel­nie. Schy­li­łem się po spa­jak re­pli­ku­ją­cy, ru­szy­łem głową i zo­ba­czy­łem pod łóż­kiem me­ta­lo­we pu­deł­ko ozdo­bio­ne w ko­kard­kę. Mama nie za­po­mi­na – po­wie­dzia­łem gło­śno. Za­wsze zo­sta­wia­ła pacz­kę w tym miej­scu, nie­za­leż­nie od mo­je­go wieku. Kon­se­kwent­nie wzno­si­łem skar­gi na ów zwy­czaj, tak dla zwy­kłej draki, za­pew­ne zrzę­dził­bym po­now­nie, gdyby tylko było komu.

Ale nie było…

Pręd­ko prze­nio­słem się z pre­zen­tem do ja­dal­ni, roz­pa­ko­wa­łem nie­cier­pli­wie, na pierw­szym pla­nie le­ża­ły ba­te­rie do ska­fan­dra oraz dysk z ho­lo­gra­mem. Dalej nie grze­ba­łem w pre­zen­cie. Za­bra­łem się bez­zwłocz­nie za wia­do­mość.

 

 

Kenaj, do­wódz­two za­pew­ne wy­tłu­ma­czy­ło tobie, że wy­bu­chła wojna. Z każ­dym ro­kiem była coraz strasz­niej­sza. Rządy państw prze­kra­cza­ły gra­ni­cę mię­dzy­na­ro­do­wych kon­wen­cji wraz z eska­la­cją kon­flik­tu. Gi­nę­li nie­win­ni, to była zwy­kła rzeź, aż nie było kogo za­bi­jać. W mię­dzy­cza­sie po­wstał na Ladow Ruch Oporu. Zdo­by­li­śmy do­stęp do ko­smicz­ne­go ma­te­ria­łu, który nasze woj­sko ukry­wa­ło przed świa­tem. Tej ma­te­riał po­sia­da struk­tu­rę jak nic in­ne­go na Aplok­ka. Dla­te­go uwa­ża­my, że nie po­cho­dzi z na­szej pla­ne­ty. Po­zy­ska­ny ma­te­riał po­sia­da moż­li­wo­ści sa­mo­dziel­ne­go mo­dy­fi­ko­wa­nia kształ­tów, nie można go znisz­czyć na­szy­mi środ­ka­mi, ale re­agu­je na ję­zy­ki sto­so­wa­ne w skryp­tach! Wy­ka­zu­je in­te­li­gen­cje, świa­do­mość. Za­rzą­dzi­li­śmy Pla­ne­tar­ną Uciecz­kę, zgro­ma­dzi­li­śmy nie­do­bit­ków, ru­szy­li­śmy w ru­bie­że ko­smo­su. Nie było szan­sy na wy­cią­gnię­cie cię z kap­su­ły, ale przy­go­to­wa­li­śmy dla cie­bie sza­lu­pę ra­tun­ko­wą… Synu, wra­caj do domu, do ro­dzi­ny.

zapis z ho­lo­gra­mu

 

 

 

Wkle­pa­łem ho­lo­gram w kom­pu­ter ska­fan­dra. Wy­dzie­li­łem frag­men­ty tech­nicz­ne. Kon­cen­tro­wa­łem uwagę, po­dróż w ko­smos była spo­rym wy­zwa­niem. Wgra­łem do­ku­men­ty przy­go­to­wa­ne przez ro­dzi­ców, opo­wia­da­li w nich o wy­da­rze­niach pod­czas mojej hi­ber­na­cji. Pa­ko­wa­łem ekwi­pu­nek i za­pa­sy. Za­bra­łem nawet stare graty z mo­je­go po­ko­ju. Du­ma­łem nad tym, że to miesz­kań­cy Aplok­ka sko­lo­ni­zu­ją nową zie­mię. Czy za­bra­li­śmy tam bak­cy­la au­to­de­struk­cji – py­ta­łem sie­bie. Ży­czy­łem no­we­mu świa­tu, aby agre­sja i prze­moc zo­sta­ły na tym sta­rym, za­trzy­ma­ne nad kur­ha­nem usy­pa­nym po­pio­łem głup­ców oraz ich ofiar. Pla­ne­ta cuch­nę­ła zbrod­nią. Mokre od łez pro­chy po­le­głych wy­schły, otu­la­ły mo­gi­łę za­po­mnie­niem.

Maj­stro­wa­łem przy po­jeź­dzie. Sze­ścian cze­kał wbity wierz­choł­kiem w pod­jazd przed ga­ra­żem. Przy­po­mi­nał kost­kę Ru­bi­ka w jed­no­li­tej sta­lo­wo­czar­nej bar­wie. W środ­ku stał jeden fotel dla sa­mo­dziel­ne­go pi­lo­ta. Ze­wnętrz­na po­wło­ka wy­da­wa­ła się po­dob­na do mo­je­go kom­bi­ne­zo­nu, ale de­fi­ni­tyw­nie nie była tym samym. Eks­cy­ta­cja mie­sza­ła się ze stra­chem, mia­łem wtedy znacz­nie wię­cej do stra­ce­nia niż do­pie­ro co po opusz­cze­niu bazy. Wie­dzia­łem, że opo­wiem tę hi­sto­rię kie­dyś, dla­te­go obie­ca­łem sobie, że przed star­tem po­wiem coś god­ne­go do za­pi­sa­nia po­tom­nym, ale nie byłem dobry w opo­wie­ściach ani sło­wach.

Tak wy­glą­da­ły ostat­nie Świę­ta na Aplok­ka. Zro­zu­mia­łem tro­chę całą tę fi­lo­zo­fię, całą tę na­dzie­ję na życie po śmier­ci, w to­wa­rzy­stwie tych któ­rych ko­cha­my. Świą­tecz­na do­broć ni­czym za­po­mnia­na ko­lę­da przy­po­mi­na o ist­nie­niu pew­ne­go świa­ta, a znisz­czo­na pla­ne­ta jak smut­ne epi­ta­fium su­ge­ru­je, że tę­sk­ni­my za tym miej­scem.

Otrzy­ma­łem w pre­zen­cie wła­śnie taką na­dzie­ję. Ma­sze­ro­wa­łem po gru­zach znisz­czo­nej pla­ne­ty. Byłem kom­plet­nie opusz­czo­ny. Przede mną śmierć otwie­ra­ła swe ra­mio­na ni­czym przy­ja­ciel, cze­ka­ją­cy z uści­skiem. Wieść o innym świe­cie, na któ­rym cze­ka­ją bli­scy, wpra­wia­ła mnie w po­dob­ne wi­bra­cje, jak po prze­bu­dze­niu z hi­ber­na­cji. Z tą róż­ni­cą, że temu uczu­ciu od­da­wa­łem sie­bie bez­wa­run­ko­wo. Uzna­łem póź­niej, że za­li­czy­łem Gwiazd­ko­wy cud i za­pi­sa­łem go na li­ście epic­kich przy­gód.

 

*

 

Przed star­tem, a tak po praw­dzie chwi­lę po, będąc za­wie­szo­ny mię­dzy nowym a sta­rym świa­tem, po­wie­dzia­łem do sie­bie, do pust­ki, słowa godne za­pi­sa­nia: „Pokój lu­dziom do­brej woli”.

Koniec

Komentarze

Dziękuję za nominację do Biblioteki:

cichemu, MaSkrolowi, Darconowi, Chrościsko, regulatorzy

 

Posłowie: Zapisałem tutaj wariację na temat chrześcijańskiego przesłania przełożonego na kosmiczny lejtmotyw. Nie chodziło oczywiście o zamknięcie symbolu w kolejny symbol, jak to mamy u C.S. Lewis’a, ale raczej o emocje i czysto ludzkie pragnienie bycia blisko z tymi, których kochamy. Według mnie tak zwany „ten uczuć” powinien być zrozumiały niezależnie od wyznawanej wiary. Pierwotnie tekst zawierał niecałe piętnaście tysięcy znaków, po wprowadzeniu poprawek oraz opracowaniu nowych elementów, rozrósł się o kolejne dziesięć tysięcy znaków. Podziękowania: Dziękuję za wszelkie uwagi oraz komentarze, dzięki którym poprawiłem oraz opracowałem opowiadanie. Jestem wdzięczny za sugestie w szczególny sposób: Asylum, Finkli, Cichemu, Reg., Chrościsko. Bardzo cieszę się również z tych komentarzy, w których wyrażacie pozytywne wrażenia, tutaj w szczególny sposób dla: Darcona, Katii, NearDeatha, Monique.M.

Czy ta historia jest ciekawa? – tak. Czy wszystko z nią ok? – nie.

Zatem, na to co choruje, moim zdaniem – potencjalnie, gdyż  napiszę o swoich odczuciach.

Głównym objawem była trudność podczas czytania. Omijałam linijki, słowa, a gdy orientowałam się, że znowu to zrobiłam, wracałam. 

Na pierwszy rzut oka zmęczył mnie nadmiar szczegółowości. Niektóre detale, słowa zdawały mi się niepotrzebne, spowalniając bieg opowieści i dodatkowo utrudniając utożsamienie się z bohaterem.

Na drugie wejrzenie mamy tutaj do czynienia z bezpośrednią narracją bohatera, a on mi często znikał, oddając pola komuś innemu, który wiedział więcej i niejako z góry. Może lepiej byłoby, gdybyś opowiadał tylko i wyłącznie z pozycji Młodego Technika, albo spróbować zabiegu z alter ego, czyli „ja wtedy” i „ja teraz”, kiedy wspominam, gdyż od początku mamy wiedzę (przedmowa), że bohater przeżył.

Wplatasz również przemyślenia dotyczące świata, jego losów, roli religii. Kłopot z nimi jest podobny do tego z narratorem. Podajesz czytelnikowi wnioski na wigilijnej tacy. To trochę tak, jakby gospodarz zaserwował potrawy i opisywał jak smakują, nie pozwalając na ich spróbowanie i delektowanie się  nimi. 

Jako czytelnik miałabym więcej satysfakcji, gdybym mogła sama dociec, co wprawia w szaleństwo moje kubki smakowe. Czy to kolendra, czy gożdziki? A i chyba jeszcze musztarda: dijon czy sarepska. Jabłko, tak, to szara reneta. Rzadki już gatunek!

 

Może uda mi się na niewielkim fragmencie pokazać, o czym powyżej piszę. 

,Po wybudzeniu z hibernacji najgorsza była pierwsza chwila. Oślepiony, w ogłuszeniu, czułem jakbym otworzył oczy tylko po to, aby oglądać własną śmierć. Oprócz bólu odczuwalnego zewsząd ciało sygnalizowało rychłą eksplozję. Przez moment leżałem niczym tykająca bomba. Narządy wewnętrzne wibrowały chcąc wyskoczyć z organizmu, rozrywając fizyczną powłokę. Uratował mnie kombinezon, jak bohater co przecina odpowiedni kabelek sekundę przed totalną rozpierduchą. Chwila dłużej i pozostałby po mnie zawekowany dżem. Puszka w której leżałem, nie zasugerowała problemów w bazie. Nul, cisza i spokój. Niestety, to była cisza przed burzą.

 

Słowo komentarza do fragmentu. W pierwszym zdaniu opka nie uprzedzałabym czytelnika, że najgorsze już minęło. Zintensyfikowałabym doznania Młodego Technika, nie rozwlekając ich nadmiernie i opis „po kolei”. Wyobraziłabym sobie nagłe przebudzenie w kapsule i wszystkie odczucia naraz. 

Nie mnożyłabym również porównań: kabel i zawekowany dżem (czy dżemy się wekuje? chyba to nietypowe, ale nie mam pewności). Tę drugą metaforę, zwłaszcza dlatego, że od razu uspakajasz – „chwila dłużej i”, po czym po raz drugi tonujesz pisząc o ciszy (to niezozumiałe, jak kombinezon go uchronił?), a dalej uprzedzasz, że to tylko „cisza przed burzą”, aby w nowym już akapicie opisać jak kombinezon pomógł. Odnoszę wrażenie, że splatają się tutaj zdanie po zdaniu dwie narracje: współczesna i wspomnienia, to chyba rozbija tekst.

Bardzo dobrym gawędziarzem jest rrybak i jego opki o Nawigatorze, też wspomina. Zerknij, jak on to robi.  W tej chwili, dostępne jest, chyba tylko, pierwsze z konkursu na „Sowy i skowronki”.

 

Poniżej zamieszczam poprawiony fragment, lecz zważ, że przeze mnie i niedoskonale. 

„Obudziłem się oślepiony i ogłuszony. Wszechobecny ból. Wydawało mi się, że doświadczam własnej śmierci. Leżałem niczym tykająca bomba, czekając na rozerwanie cielesnej powłoki przez narządy.

Uratowal mnie kombinezon. Pospieszył z pomocą jak bohater, który przecina odpowiedni kabel tuż przed totalna rozpierduchą.”

 

Pzd srd:)

a

Podobało mi się też, że wiesz, o czym chcesz napisać i widzisz te zdarzenia, jedno po drugim.

Świątecznego:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hej Asylum, dziękuję za odwiedziny oraz komentarz, miło mi.

 

Jeśli dobrze zrozumiałem, główny problem w odbiorze sprawiła narracja. Wiesz, muszę przyznać, że zaskoczyłaś mnie. Nie spodziewałem się takiego problemu, ale tym bardziej cieszę się z kolejnej kwestii do przemyślenia. Może to kwestia położenia światła, ujmując to symbolicznie. W tym sensie, że mój bohater potrzebowałby opowiedzieć trochę więcej historii, żeby można było go lepiej poznać i zrozumieć jego punkt widzenia.

Uważam, że całkowicie słusznie zauważyłaś, że bohater opowiada z wyprzedzeniem, trochę jakby celowo obdarzał mniejszą uwagą większość wydarzeń. Prawdopodobnie skupiłem uwagę zbyt mocno na zakończeniu które miałem w głowie. A może to postrzeganie, w sensie sposób widzenia tej historii przez narratora wydał się Tobie nieatrakcyjny. Poza tym podczas pisania zamierzałem dokonać zapisu jedynie przez jednego narratora, dlatego musiałem popełnić błędy, skoro wspominasz że młody technik oddaje opowieść w inne ręce. Albo może zmieściłem w tej historii zbyt wiele.

Części poświęcone planecie Aplokka, w sensie kultura czy religia, ukróciłem celowo, ponieważ chciałem zgrabnie spiąć całość. Z chęcią opowiedziałbym więcej (i zapewne inaczej wtedy), ale obawiałem się gadulstwa (ja osobiście bardzo lubię tworzenie światów). Tak jak napisałem w posłowiu, próbowałem skupić się na świątecznym motywie, jednocześnie kreśląc pełniejsze tło. Najprawdopodobniej źle dobrałem akcenty, które później zrealizowałem w taki a nie inny sposób. Ogólnie studziłem napięcie, aby mocniej mogła wybrzmieć puenta. Być może nie dałem szansy wkręcić się w historię, być może jeszcze coś innego.

Hmm… może zamąciłam pisząc o narracji. Spróbuję wyjaśnić inaczej, o co mi chodzi, cały czas jako czytelnik.

To prawda, nie przepadam za pierwszoosobowym narratorem, ponieważ jest statyczny i widzimy rzeczy tylko z jego punktu widzenia, a wtedy bardzo łatwo o przegadanie, wewnętrzną wiwisekcję, nie zawsze ciekawą lub preferowanie/przedkładanie swoich wniosków. Twój bohater dzieli się swoimi przemyśleniami i w ten sposób utrudniłeś/ułatwiłeś mi czytanie – mogłam się tylko zgadzać bądź nie, zamiast samodzielnie myśleć o historii. 

Wbrew pozorom, narracja pierwszoosobowa to trudny sposób pisania, ponieważ bohater musi być wtedy bardzo mocny, interesujący, wiele się dziać. Co więcej, trzeba utrzymywać ten poziom przez całe opko. Twój bohater jest raczej neutralny. Pomimo katastrofy reaguje beznamiętnie, trochę jest nostalgiczny.

 Katastrofy, świata po niej nie jest za dużo. Bardzo dużo podajesz informacji, co zrobił, po co sięgnął bohater, z jednej strony to ważne, lecz pytanie, czy każda czynność i w jakiej dawce jest konieczna do rozwoju opowieści. Zwracałabym też uwagę na jej powtarzanie.  Krótko mówiąc przegadujesz.

Chyba pierwsze, co sama bym zrobiła, to spróbowałabym przeczytać na głos, następnie usunąć zbędne słowa i zdania.

pzd srd :)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

 Dziękuję za zaangażowanie i doprecyzowanie Twojego wywodu. Cieszę się, że rozmawiamy, bo jest to rozwijające i daje mi szersze pole widzenia. Mam nadzieję, że czujesz się komfortowo tutaj, w tym sensie, że moje wyjaśnienia nie czynią Tobie afrontu.

Chyba pierwsze, co sama bym zrobiła, to spróbowałabym przeczytać na głos, następnie usunąć zbędne słowa i zdania.

Wiesz, tekst powstał we wtorek. Poczekałem środę i czwartek, usiadłem do redakcji i korekty w piątek. Poczekałem sobotę i w niedzielę przeprowadziłem drugą rundę. Podczas edycji czytałem na głos opowiadanie i nie słyszałem tego, co słyszysz Ty. Dlatego wcześniej wspomniałem o kwestii postrzegania. Nie twierdzę oczywiście, że słucham odpowiednio, ale chciałbym rozwiać wątpliwości, czy poświęciłem tekstowi wystarczająco uwagi.

 

Wydaje mi się, popraw mnie jeśli jestem w błędzie, że popełniłem inne decyzje niż Ty byś podjęła na moim miejscu. Np. światotworzenie a dzianie się (w sensie akcja). Mój bohater nie opowiadał o przebiegu wojny, ani o procesie przejmowania zwyczajów religijnych, ani o planecie Aplokka przed zagładą, ponieważ nie jest on myślicielem (w takim właśnie wydaniu). Nie powiedziałbym, że to sprawy z kategorii zgodzić się albo nie zgodzić, mając na uwadze subiektywną narrację (dzięki której można zbudować zwrot akcji; bohater myślał tak, ale łudził się et cetera). Ja bardzo lubię budowanie światów i dekonstrukcję rzeczywistości, żeby ułożyć ją w innym układzie, ale zdecydowałem, że nie zrobię tego w krótkim opowiadaniu. Skoncentrowałem się na akcji ponieważ chciałem przeprowadzić bohatera od bazy do rodzinnego domu, przedstawiając przy tym zburzone miasto (chciałem pokazać dokonane zniszczenia, zamiast opisywać przebieg wojny – kto był dobry, a kto zły i o jakie idee walczyli; o cokolwiek nie walczyli na Aplokka – doprowadzili do zagłady).

 

Być może przegadałem akcję, bo to że podjąłem decyzję, nie oznacza że zrealizowałem coś wystarczająco dobrze. Być może wybrałem niewłaściwie. Być może zabrakło równowagi między opowieścią o planecie, a przebiegiem akcji. Być może wybrałem źle i jeszcze wykonałem źle zamierzenie. To się zapewne okaże, kiedy znajdę jeszcze więcej Czytelników.

 

Czy bohater jest neutralny? Według mnie nie jest. Mógłbym powiedzieć, że ma specyficzną wrażliwość. Jego spokój oraz równowaga jest obrazem jego osoby, a także przedstawieniem jego podejścia. Czy przerysowanym? Zapewne tak, ale uważam że mieści się w granicach normy. Swoją drogą jego neutralność pozwalałaby na swobodną interpretację (już nie na zasadzie: zgadzam się albo nie zgadzam). Być może Kenaj wypadł miałko i bez wyrazu, nudnie i apatycznie. Być może potrzebuje jeszcze kilku opowiadań, żeby przekonać do siebie innych (mam nawet taką nadzieję).

 

Oto wyjaśniłem moje wybory przy pracy nad tekstem. Jeśli nie spodobały się one Tobie, mogę mieć również inne. Tymczasem dzięki jeszcze raz za Twoje uwagi, za ich sprawą myślę nad tekstem jeszcze więcej.

Mersayake:)

Nie, nie robisz mi afrontu, hi, hi, hi;) Lubię gadać pod opkami, zastanawiać się, wpadać na nowe pomysły – tak, to też się zdarza. 

Jestem osobą,  niekoniecznie zrozumiałą, w sensie odbioru na forum, więc może to, po prostu moja opinia, odczucie. Poczekajmy spokojnie na innych czytelników:) Pewnie również zwrócą Ci uwagę na interpunkcję, ale tego nie dotykam, ponieważ słaby ze mnie zawodnik w tym obszarze, nie mówię, że w innym mocny xd

chciałem przeprowadzić bohatera od bazy do rodzinnego domu, przedstawiając przy tym zburzone miasto (chciałem pokazać dokonane zniszczenia, zamiast opisywać przebieg wojny – kto był dobry, a kto zły i o jakie idee walczyli; o cokolwiek nie walczyli na Aplokka – doprowadzili do zagłady).

Dla mnie, właśnie tego brakuje, tzn. jest, ale zasypane pod gruzami budynku, znaczy słów i sformułowań. Wspaniale, że masz to dobrze przemyślane-wyobrażone, jednak, moim zdaniem, nie przełożyło się na tekst, przebija, ale za słabo.

(bohater) ma specyficzną wrażliwość. Jego spokój oraz równowaga jest obrazem jego osoby, a także przedstawieniem jego podejścia

Specyficzną to znaczy jaką? Polemizowałabym ze słowem wytrychem „specyficzna”. Na co jest wrażliwy, jak się jego wrażliwość przejawia? Spokój, równowaga – nic nie mówi. Sytuacja jest krytyczna, a on zachowuje się trochę tak, jakby był sztucznie wyciszony, zobojętniały.

przegadałem akcję

Hmm, lubię opowiadania akcji i te nieakcyjne. Ktoś, nie pamiętam już kto, w każdym razie jakiś polski pisarz, dorabiając sobie w czasie pobytu w Stanach  kursami creative writing powiedział, że najbardziej lubił pracować z poetami, ponieważ oni byli wrażliwi na słowo, a pisarze – nic, tylko fabuła i to było nudne. Myślę podobnie, czyli bez słowa, myśli nie ma dobrych książek i nie ma też dobrych fabuł.

Czy przegadałeś? Tak, ale opko, nie fabułę, gdyż tutaj jest raczej szczątkowa. I pamiętaj, że to tylko moje odczucie, czyli jednej osoby, w dodatku takiej, która się uczy i nie wiem, czy jest na początku drogi do poprawnego i zadawalającego – nawet ją – zapisywania swoich wymyślań, o innych osobach, nie wspominając.

 

Pytasz, czy dużo, mało, wystarczająco czasu poświęciłeś na poprawianie, korektę? Nie wiem, jest różnie i to w dodatku jest sprawą bardzo indywidualną. Dobrze, że przeczytałeś na głos, lecz czy mogłeś czegoś nie wychwycić – jasne, że mogłeś. To kwestia wprawy, doświadczenia – napisane teksty, słuchu, liczby przeczytanych książek i pewnie jeszcze tysiąca innych rzeczy. Niestety, to nie matematyka, fizyka, czy chemia, ale starasz się, fajnie jest składnie i poprawnie zapisywać swoje myśli.

 

Odnośnie  poprawiania tego opka, do momentu ogłoszenia wyników nie możesz poprawiać, potem tak. Jeśli zaś chodzi o dłuższe rozważania, zaproś mnie do betowania jakiegoś swojego nowego opowiadania, wtedy będzie łatwiej, ponieważ pisząc komentarz zwłaszcza pod opowiadaniem  konkursowym można, nawet w sposób niechcący, wpłynąć na opinię innych osób, a tego bym nie chciała:)

pzd srd

a

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Wielkie dzięki za propozycję bety. Widzę, że mamy odmienne podejścia do pisania, więc takie zamknięte opowiadanie mogłoby być pouczającym doświadczeniem. Mam teraz Twoje słowo i nie zawaham się go użyć. Tymczasem śmiało pisz do mnie o to samo, w sensie betę – jeśli tylko uznasz, że moje spojrzenie pomoże.

Mówiąc o tej fabule szczątkowej to mogę przyznać rację, jeśli przyjmiemy za punkt wyjścia* wiedzę o świecie i zasadach jego funkcjonowania. Gdyby fabuła miała być ciągiem zdarzeń, to takowa jest jak najbardziej i starałem się poukładać ją zrozumiale. Ogólnie można zastanawiać się czy wykreowany świat nie potrzebował więcej miejsca do przedstawienia. Ja uznałem, że nie potrzebował dla tej opowieści.

 

Specyficzną to znaczy jaką? Polemizowałabym ze słowem wytrychem „specyficzna”. Na co jest wrażliwy, jak się jego wrażliwość przejawia? Spokój, równowaga – nic nie mówi. Sytuacja jest krytyczna, a on zachowuje się trochę tak, jakby był sztucznie wyciszony, zobojętniały.

Słuszny punkt. Nie chciałem dookreślać, ponieważ mamy różne emocje wobec słów. Wolałem pokazać. Zatem sytuacja jest krytyczna, a on zachowuje spokój i równowagę. Może to mówić mało albo nic. Ja natomiast patrzę na bohatera, jak na osobę o silnym charakterze, która panuje nad sobą. Przeżywa nostalgiczną chwilę spędzając ostatnie Święta, patrząc na rumowisko, pozbawiony obecności bliskich. Śpiewa dla nich pieśń i stroi sobie żarty, że nigdy utworu nie polubił. To jest jego wrażliwość, taka wsobna, zamknięta w humor wystawiony na cmentarzu.  

 

Dla mnie, właśnie tego brakuje, tzn. jest, ale zasypane pod gruzami budynku, znaczy słów i sformułowań. Wspaniale, że masz to dobrze przemyślane-wyobrażone, jednak, moim zdaniem, nie przełożyło się na tekst, przebija, ale za słabo.

Pogrubiłem zagadkę, ponieważ ona pasuje zarówno do pierwszego, jak i drugiego zdania. W sensie: właśnie tego brakuje, znaczy słów i sformułowań albo w sensie: jest, ale zasypane pod gruzami budynku, znaczy słów i sformułowań.

Kiedy dumałem nad kontekstem wychodzą co najmniej dwie opcje. Zabrakło dookreślenia fabularnego, w sensie wiedzy o świecie albo fabuła była, ale zasypana dookreśleniami i sformułowaniami.

Pytam nie dla żartu, ale dlatego, bo wychodzę z założenia, żeby nie rozwodzić się i szukać wprawnego języka (który opowiada zamiast kreślić definicje). Nie wiem czy udało mi się, ale to nie zostało dobrze przyjęte. Czy odwrotnie – nie udało mi się i w sumie rozwodziłem się nad historią XD


*fabuła [łac. fabula ‘bajka’, ‘opowiadanie’], układ zdarzeń w świecie przedstawionym utworu lit. (epickiego, dram.) …

OK, jest jakiś pomysł na święta w wersji postapo. Nawet interesujący. Ale jakoś mnie nie przekonał.

Trochę miałam skojarzeń z “Seksmisją”, choć oczywiście nastrój i wymowa całkiem inne.

Co bohater jadł i pił, że jednak przeżył? Czy wypasiony skafander był w stanie uzdatniać jedzenie?

Jak to się stało, że wszystko zdemolowane, ale pojazd zostawiony przed garażem przetrwał? Nikt go nie zbombardował, nie ukradł, wstrząsy mu nie zaszkodziły?

Nie przemawia do mnie decyzja szefostwa. Dlaczego zostawili przebudzenie ziomali w rękach bohatera? Powinni przewidzieć, że może ich niespecjalnie lubić. Nie mogli wybudzić ich tym samym automatem, który przerwał sen Kenaja? Nie mogli ich ewakuować razem z innymi? No, to mi wygląda, że zostali tylko po to, aby zapewnić jakiś dylemacik moralny protagoniście.

Ogólnie widać, że jeszcze brakuje Ci wprawy w pisaniu. Interpunkcja kuleje. Często piszesz “co” zamiast “który”, “kto” lub czegoś podobnego, czasem się jakaś konstrukcja posypie.

Ułożenie ścian formowało sześciokąt,

Co Poeta miał na myśli?

Przebywałem na aglomeracji głównej siedziby sztabu.

A tutaj? Aglomeracja to połączenie kilku miast. Jakoś mi się to nie skleja z siedzibą sztabu. Sztab miał własną aglomerację?

Sześcian czekał wbity czubkiem w podjazd przed garażem.

A czy sześcian ma czubek?

Babska logika rządzi!

Rety Finklo, wiadomo nokaut w pierwszej rundzie, ale dziękuję nawet bardzo za poświęcony czas mojemu opowiadaniu, zwłaszcza że wyszło jak wyszło. Wytłumaczę zaraz, co będę mógł, lecz ogólnie to potrzebowałem takiej konfrontacji z rzeczywistością. Zbiorę wszystkie komentarze i zapewne na początku przyszłego roku przygotuję nową wersję opowiadania, raczej w ramach przeprosin. (Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść).

 

Tymczasem Twoje uwagi i moje wyjaśnienia.

Co bohater jadł i pił, że jednak przeżył? Czy wypasiony skafander był w stanie uzdatniać jedzenie?

Tak, wypasiony skafander. Nie widziałem tego może w kategoriach jedzenia, a raczej czegoś takiego jak nowoczesna kroplówka.

Jak to się stało, że wszystko zdemolowane, ale pojazd zostawiony przed garażem przetrwał? Nikt go nie zbombardował, nie ukradł, wstrząsy mu nie zaszkodziły?

Podobnie jak z domem, który wewnątrz był nienaruszony. Statki i kombinezon reprezentowały super-duper high-tech, które miałbym poruszyć w dalszych opowiadankach (ale potraktujemy te plany jako żart losu). Zatem super-duper statek plus fakt, że on został wynaleziony na finale konfliktu. Nikt nie zbombardował, bo nie było komu (w sensie pozostały niedobitki), podobnie jak z kradzieżą.

Nie przemawia do mnie decyzja szefostwa. Dlaczego zostawili przebudzenie ziomali w rękach bohatera? Powinni przewidzieć, że może ich niespecjalnie lubić. Nie mogli wybudzić ich tym samym automatem, który przerwał sen Kenaja? Nie mogli ich ewakuować razem z innymi? No, to mi wygląda, że zostali tylko po to, aby zapewnić jakiś dylemacik moralny protagoniście.

Słuszna uwaga i wierz lub nie, ale też miałem ten problem, w sensie zapytałem siebie o to samo. Rozwiązałem to w taki sposób: hibernacja była testowaną technologią (weszła do użycia w wąskim znaczeniu, dla elit) → szefostwo miało zupełnie inne plany, a sprawy poszły w łeb → ich działania nie były aktem oprychów, którzy zawsze wychodzą z opresji, ale aktem desperacji → bonusowo zakładałem możliwość zahibernowania innych śmiałków albo zwykły blef szefostwa albo chaos informacyjny… Dlaczego zaryzykowałem takim ruchem? aby zapewnić jakiś dylemacik moralny protagoniście. (naprawdę)

Ogólnie widać, że jeszcze brakuje Ci wprawy w pisaniu. Interpunkcja kuleje. Często piszesz “co” zamiast “który”, “kto” lub czegoś podobnego, czasem się jakaś konstrukcja posypie.

Obawiałem się, powiedzmy, tej prawdy, że nie radzę sobie językowo. Nie chciałbym tutaj polemizować, mogę jedynie przyjąć ocenę. I przyjmuję. Dziękuję, że ją wystawiłaś, ponieważ to też nie jest zapewne super łatwe postawić sprawy w taki sposób. Z tym “co” powiem, że świadomie znałem jedynie takie jedno miejsce, ale skoro zwracasz uwagę, musiałem wiele przeoczyć.

Ułożenie ścian formowało sześciokąt,

Co Poeta miał na myśli? → Kształt pomieszczenia, w sensie że podłoga wyglądała jak sześciokąt.

Przebywałem na aglomeracji głównej siedziby sztabu.

A tutaj? Aglomeracja to połączenie kilku miast. Jakoś mi się to nie skleja z siedzibą sztabu. Sztab miał własną aglomerację? → Może źle zrozumiałem, ale może niekoniecznie. Czy mówiłaś za słownikiem? (punkt 2. plus prawy panel boczny: aglomeracja synonimem skupiska)

Sześcian czekał wbity czubkiem w podjazd przed garażem.

A czy sześcian ma czubek? → Wydawało mi się, że ma. Teraz nie wiem

Oj tam, od razu nokaut… Wcale nie. Napisałam, że jest pomysł. Nikt nie zaczyna od poziomu profesjonalnego, wyluzuj.

Wspomnij w tekście, że kombinezon również karmi, bo na razie bohater polazł do magazynu po żarcie, chociaż trujące i mnie to szukanie żywności zmyliło. Może być mimochodem, na przykład przy tym jedzeniu, coś w stylu: “oczywiście nie zamierzałem nic z tego włożyć do ust, bo…”.

Statek przed domem. No, nie wiem. Pytanie, czy starczyło miejsc i czasu, żeby ewakuować wszystkich. Na razie wygląda, że rodzice spokojnie przygotowali synkowi pojazd, dowiedzieli się, że zostanie wybudzony akurat w święta, napisali liścik, schowali jak prezent, a dopiero potem sami wsiedli na statek (dlaczego nie obudzili przed czasem ani nie zabrali hibernatora ze sobą?). Żadne niedobitki nie patrzyły z wściekłością, jak ostatnia rakieta odlatuje, zostawiając ich w szambie (jeśli ktoś został, to na pewno zaczął szabrować na potęgę i szukać jakichś prywatnych środków transportu). Jeśli wszyscy są tacy zapobiegliwi, mądrzy, opanowani i w ogóle, to kto zrzucał te bomby?

Przemyśl sobie te kwestie na spokojnie.

Kształt pomieszczenia, w sensie że podłoga wyglądała jak sześciokąt.

To napisz to po prostu – sześciokątna podłoga albo resztki ścian sześciokątnego pokoju. W tej chwili wygląda na niepotrzebnie skomplikowany rebus. Bo jak ułożenie może formować?

Aglomeracja. No, nawet jeśli ma znaczyć skupisko (OK, jest taka opcja, chociaż pierwsze znaczenie wypycha mi pozostałe), to co z tego zdania wychodzi? “Przebywałem na aglomeracji skupisku głównej siedziby sztabu”? Dlaczego na, po dachach łaził? To ile było tych głównych siedzib, że mamy skupisko? Chyba że chodzi o skupisko budynków. Wystarczy dookreślić i wtedy nawet aglomeracja ujdzie.

Sześcian ma wierzchołki. Pewnie potocznie można je nazwać rogami, ale czubka bym nie używała – zostawiłabym to słowo dla czegoś ostrzejszego i występującego w mniejszej liczbie. Na przykład stożek może mieć czubek, ostrosłup… To raczej nie błąd, tylko kwestia wyczucia. Swoją szosą, rakieta w kształcie sześcianu chyba stawiałaby masakryczny opór przy starcie i lądowaniu w atmosferze, ale to Twój świat, Twój cyrk.

Babska logika rządzi!

Dzięki Finklo. Dodam Twoje uwagi do listy rzeczy do zrobienia z tym tekstem. Po konkursie poszukam czasu i zmontuję lepszą wersję. Tymczasem pokażę, jak ja widziałem te sprawy.

Wspomnij w tekście, że kombinezon również karmi, bo na razie bohater polazł do magazynu po żarcie, chociaż trujące i mnie to szukanie żywności zmyliło. Może być mimochodem, na przykład przy tym jedzeniu, coś w stylu: “oczywiście nie zamierzałem nic z tego włożyć do ust, bo…”.

Napisałem w drugim akapicie wstępu:

Odczekałem, ponieważ podłączony do mnie skafander wtłaczał w żyły minerały, witaminy oraz resztę pakietu przewidzianego przez zespół inżynierski.

Później napisałem w rozdziale pierwszym:

Dyspozycja mówiła: „nie zdejmuj kombinezonu, nie jedz niczego, nie pij wody”.

Napisałem też w rozdziale trzecim:

„Broń biologiczna” – pomyślałem. Wtedy dopiero ostrzeżenie przed wodą i jedzeniem wziąłem na poważnie.

W taki sposób zbudowałem ten wątek żywnościowy. Uznałem to za wystarczające, ale przyjmuję do wiadomości, że nie było.

Statek przed domem. No, nie wiem. Pytanie, czy starczyło miejsc i czasu, żeby ewakuować wszystkich. Na razie wygląda, że rodzice spokojnie przygotowali synkowi pojazd, dowiedzieli się, że zostanie wybudzony akurat w święta, napisali liścik, schowali jak prezent, a dopiero potem sami wsiedli na statek (dlaczego nie obudzili przed czasem ani nie zabrali hibernatora ze sobą?). Żadne niedobitki nie patrzyły z wściekłością, jak ostatnia rakieta odlatuje, zostawiając ich w szambie (jeśli ktoś został, to na pewno zaczął szabrować na potęgę i szukać jakichś prywatnych środków transportu). Jeśli wszyscy są tacy zapobiegliwi, mądrzy, opanowani i w ogóle, to kto zrzucał te bomby?

Wyobraziłem sobie ten element tak: tak zwana totalna wojna była wypadkiem przy pracy, jak coś co wymyka się spod kontroli. Użycie broni biologicznej w moim zamyśle stworzyło “bramkę logiczną”, że to wydarzenie przeżyli jedynie Ci, którzy dostali cynk, albo byli blisko wielkiego świata, jak rodzice Kenaja. Buduję ten obrazek w tekście.

W rozdziale pierwszym napisałem:

Ponoć ze względu na status społeczny, zostaliśmy wzięci pod uwagę w typowaniu Przyszłych Kolonistów.

W rozdziale piątym napisałem:

Rodzice żyli blisko polityki i wielkiego świata. Posiadali przywileje stanowe. Jeśli miałbym gdzieś zawędrować, wybrałbym budynek, w którym się wychowałem.

To miał być obraz pewnej ekskluzywności, czy nawet kastowości. Niedobitki mogli być innymi zahibernowanymi. Ewentualnie czytałbym samodzielne pojazdy trochę jak puste miejsce przy wigilijnym stole dla wędrowca. Przyjąłem do wiadomości, że nie zadziałało.

Kształt pomieszczenia, w sensie że podłoga wyglądała jak sześciokąt.

To napisz to po prostu – sześciokątna podłoga albo resztki ścian sześciokątnego pokoju. W tej chwili wygląda na niepotrzebnie skomplikowany rebus. Bo jak ułożenie może formować? → Racja, przekombinowałem. Formowanie skojarzyłem jako kształtowanie, tworzenie kształtu, formy. 

Aglomeracja. No, nawet jeśli ma znaczyć skupisko (OK, jest taka opcja, chociaż pierwsze znaczenie wypycha mi pozostałe), to co z tego zdania wychodzi? “Przebywałem na aglomeracji skupisku głównej siedziby sztabu”? Dlaczego na, po dachach łaził? To ile było tych głównych siedzib, że mamy skupisko? Chyba że chodzi o skupisko budynków. Wystarczy dookreślić i wtedy nawet aglomeracja ujdzie.

Tak, chodziło o skupisko budynków. Jest główna siedziba sztabu, którą otacza sieć nieruchomości znamienitych przedstawicieli społeczeństwa. Dookreślę to.

Sześcian ma wierzchołki. Pewnie potocznie można je nazwać rogami, ale czubka bym nie używała – zostawiłabym to słowo dla czegoś ostrzejszego i występującego w mniejszej liczbie. Na przykład stożek może mieć czubek, ostrosłup… To raczej nie błąd, tylko kwestia wyczucia. Swoją szosą, rakieta w kształcie sześcianu chyba stawiałaby masakryczny opór przy starcie i lądowaniu w atmosferze, ale to Twój świat, Twój cyrk.

Słuszna uwaga i niezręczność językowa po mojej stronie. Poza tym sugerowałem, że zarówno kombinezon jak i skafander stworzono ze specjalnych materiałów. Może obroniłbym ten wątek, ale w zasadzie powiedziałem też w posłowiu, że to bardziej space opera niż hard sf.

Hej Mersayake, 

 

Przeczytałem z zainteresowaniem Twoje opowiadanie. Spodobał mi się świat, który stworzyłeś – wymarłą Planetę Aplokka. Pomimo, że fabuła jest dość statyczna, nie przeszkadza to w lekturze i nie nudzi, głównie chyba dzięki Twojemu stylowi, który mi przypadł do gustu. Wydaje mi się, ze wymaga jeszcze troszkę pracy, szczególnie jeżeli chodzi o szyk zdań, ale ogólnie podoba mi się jak snujesz historię. 

 

Poniżej niewielka łapanka. Sugestie co do kwesti interpunkcyjnyc potraktuj naprawdę jako SUGESTIE, do przemyślenia. Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie :) 

 

Narządy wewnętrzne wibrowały(,+) chcąc wyskoczyć z organizmu, rozrywając fizyczną powłokę.

→ wydaje mi się, że tutaj powinien być przecinek

(…)pamiętałem wydarzenia zanim zostałem zapakowany w elektroniczny sarkofag.

→ logiczny sens tego zdania jest taki, że bohater po zapakowaniu w sarkofag już nie pamiętał “wydarzeń”. Jeżeli chodziło Ci o to, że pamiętał wydarzenia sprzed tego, gdy został zapakowany w elektroniczny sarkofag to możesz tak napisać po prostu :)

 

Nie kupowałem tego(,+) co mi wciskano

→ wydaje mi się, że tutaj brakuje przecinka

 

Co rusz omijałem kupki gruzu wyplutego przez szczeliny w suficie.

→ Powyższe zdanie sugeruje, że najpierw istniały szczeliny, które następnie “wypluwały” gruz. Rozumiem, że chodziło Ci o to, że szczeliny były efektem “wyplucia” gruzu? :) 

 

Rozbity kluczyłem po bazie(,+) marnując czas.

→ wydaje mi się, że tutaj brakuje przecinka

 

Na końcu państwa wykorzystały broń nuklearną i biologiczną, a te niczym aniołowie zagłady dopełnili dzieła.

→ moim zdaniem powinno być (…) dopełniły dzieła. To bronie dopełniły a nie aniołowie (bronie, niczym aniołowie).

 

ale nie byłem dobry w opowieści ani słowa.

→ Rozumiem, że chodziło Ci o to, że nie był dobry w opowieściach ani słowach ?

 

A, i na koniec. Poniższe zdanie szczególnie przypadły mi do gustu. 

 

Poduszkowce leżały na spękanych jezdniach niczym zabawki wysypane z dziecięcego koszyka. Wieżowce zawalone jakby przebiegła tędy niewidzialna brzytwa, a szczątki wysokościowców przypominały drzewa po wycince.

EIDT: Jeżeli jeszcze nie jest w BiB, to nominuję to opko.

 

Pozdrawiam

Cichy0

Hej Cichy, bardzo dziękuję za odwiedziny i komentarz. I za nominację do BiB! (To miłe z Twojej strony). Ucieszyłem się, że zastosowana przeze stylistyka przypadła Tobie do gustu, nawet jeśli po drodze wykonanie wyłożyło się parokrotnie. Dzięki Twoim uwagom, będę mógł ją dopracować. Chyba potrzebowałem jasnych wskazówek. Czasem podejmuję niewłaściwe decyzje przy składaniu tekstu, ze zwykłego braku wiedzy. A z tego co widziałem w wątku konkursowym, można chyba poprawić drobne błędy, więc postaram się dzisiaj albo jutro przeprowadzić małą edycję.

Z tymi przecinkami to chyba nikt nie wie, jak jest naprawdę. Ja uznałem, że imiesłowy przysłówkowe przynależą do czasownika, więc postanowiłem nie oddzielać ich od zdania, w którym się rodzą. Niemniej nie mam problemu z tym, żeby pomyśleć o nich inaczej, oddzielając przecinkiem, może nawet dwoma. Dlatego składam drugie dzięki, za tę łapankę.

 

Nieee, imiesłowy przysłówkowe tworzą jakby zdanie złożone i koniecznie trzeba im dodawać przecinek.

Babska logika rządzi!

O, dzięki! Tego nie wiedziałem. Ale teraz już zapamiętam. W takim razie rozumiem to trochę tak, że wprowadzają one nowe quasi-orzeczenie.

Czasem trudno sformułować pytanie do Googla, a czasem brak solidnych źródeł. (Znam poradnię językową od PWN). Innym razem człowiek nie wie, że popełnia błąd.

Tak. Podoba mi się określenie “quasi-orzeczenie”. Tak właśnie jest. :-)

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo, za wyjaśnienia.

Czytałem parę dni temu, ale dałem sobie kilka dni na napisanie komentarza, bo też strasznie trudny i niejednoznaczny jest ten Twój tekst do zaopiniowania.

Spójrzmy na to, co widać na pierwszy rzut oka. Ciekawa, niekonwencjonalna koncepcja na prezentację tematu świąt jest? Jest. Światotwórstwo jest? Jest. Bogate jak wszyscy diabli. Pomysł na połączenie świata z tematem konkursu jest? Oczywiście, że jest.

A zatem, czy opowiadanie robi takie wrażenie jak powinno? Nie do końca.

Nie będę ukrywał, że z tym “nie do końca” miałem koszmarny problem. Bo widzisz, jeśli coś jest jednoznacznie złe, to przynajmniej potrafisz to zdefiniować. Wskazać braki, może jakieś błędy. Zasugerować, jaki obraz danego opowiadania satysfakcjonowałby cię najbardziej. A tutaj patrzysz sobie na tekst, czujesz, że generalnie nie wszystko w nim zagrało, a kiedy zadajesz sobie pytanie: dlaczego?… pojawia się pustka.

Ze światotwórstwem jest tak, że wolę je jednak w bardziej obszernej formie. Bo tutaj, na przestrzeni góra 15 000 znaków stajesz trochę przed takim zgniłym kompromisem pomiędzy prezentacją świata i samej historii. Albo prezentujesz świat, ale masz mało miejsca na historię. Albo przeciwnie. Skupiasz się na historii, a świat przestawiasz po łebkach. Bo zawsze brakuje znaków. Jasne, można takiego zgniłego kompromisu uniknąć, ale trzeba umieć zmieścić w jednym zdaniu to, na co potrzeba nam zwykle czterech. Myślę, że na Portalu może kilka osób by sobie z tym poradziło.

W tym opowiadaniu ta proporcja mi się zachwiała. To znaczy przedstawiasz świat bardzo dokładnie, podrzucając dużą ilość szczegółów, ale ginie gdzieś przez to sama historia. Ta koncepcja świąt zwyczajnie nie może jakoś wybrzmieć, przytłoczona obrazem samej planety. I jeśli coś miało mi nie zagrać, to chyba właśnie to. Dokładnie poznaję świat, ale pod tym natłokiem opisów, szczegółów gubi się ta najważniejsza informacja, a mianowicie: w jaki celu poznaję ten świat.

Tyle ode mnie.

Pozdrawiam. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

Hej CMie, dziękuję za odwiedziny oraz komentarz, zwłaszcza że poświęciłeś na niego tyle czasu. Cieszę się, że zobaczyłeś w moim opowiadaniu niekonwencjonalny pomysł na świąteczny motyw i bogate światotwórstwo. Ale cieszę się również, że mówisz o proporcji i pytasz o cel zaprezentowanego świata. Wszystkie Twoje uwagi pozwalają popatrzeć mi na tekst z innej perspektywy.

Zapewne interesuje Cię, co sobie myślę o Twoim komentarzu. Dlatego piszę teraz wyjaśnienia. Cóż, proporcja wydaje się delikatną sprawą. Zamiast mówić dlaczego tyle o planecie, może powiem dlaczego mało o świętach. Będzie łatwiej. Uważam, że bohater tej historii nie wspominał o świętach oraz nie budował tego motywu w swojej opowieści, ponieważ zwyczajnie nie chciał. Wybija tutaj jego charakter, powiedziałbym.

Jeśli chodzi o mnie, wybrałem taką proporcję ponieważ, miałem pewną koncepcję. Pozwolę sobie na skopiowanie z posłowia: wariacja na temat chrześcijańskiego przesłania przełożonego na kosmiczny lejtmotyw. Nie chodziło oczywiście o zamknięcie symbolu w kolejny symbol, jak to mamy u C.S. Lewis’a, ale raczej o emocje i czysto ludzkie pragnienie bycia blisko z tymi, których kochamy. Według mnie tak zwany „ten uczuć” powinien być zrozumiały niezależnie od wyznawanej wiary.

Wobec powyższego zamierzenia plus zakończenia w rozdziale 10. postanowiłem, że tyle wystarczy. Miałem do wyboru: rozwodzić się nad filozofią albo opowiadać o świętach w gawędziarski sposób. Żadne z dwóch nie przypasowało bohaterowi historii, więc też zostało tak, jak mogłeś przeczytać.

A cel zaprezentowanego świata? Mógłbym tutaj przedstawiać plany na kontynuacje przygód opowiadanych przez Kenaja albo tłumaczyć, że budowałem infrastrukturę z krwi i kości, ale to chyba nie będzie dobra odpowiedź. Nie mam ogólnie lepszej, więc wiesz… Nie wiem, dlaczego poznajesz ten świat. Prawdopodobnie dlatego, że mieści się w opowieści. Jeśli Cię nie zaciekawił, to rozumiem, że poddałeś sens jego istnienia we wątpliwość.

Obiecałem, że przyjdę, więc jestem.

 Łóżka Długiego Spanka.

Kocham tę nazwę.

Historia bardzo przegadana, w dużej mierze streszczasz opis i bombardujesz niepotrzebnymi informacjami, dotyczącymi stanu hibernacji, technologii za niego odpowiedzialnej oraz miejsca gdzie bohater spał. Jest niewiele emocji, bohater podchodzi do wszystkiego, jakby ktoś wyssał z niego zdolności do uczuć. Zdarzały się momenty w jakiś stopniu poruszające, ale one wynikały z dobrej historii, gdybyś jeszcze je uwydatnił, dodał nieco emocji bohatera, to mogłoby naprawdę dobrze zadziałać.

Ciekawie zaczyna się robić dopiero po połowie, kiedy pokazujesz przywiązanie bohatera do domu i jego zachowanie w pustym domu, wciąż streszczasz, ale jest to nieco ciekawsze.

Kompensując wypowiedź – historia ciekawa, niestety rozciągnięta i nie bardzo ciekawie przedstawiona. Do pisania nie mam zarzutów, poza streszczeniem, układasz ładne zdania z przyjemnością się je czyta, chyba że zdołasz (a zdarzało się) osiągnąć taki poziom przegadania, po którym zaczyna się pobieżnie przeglądać zdania i nie wszystkie się zapamiętuje.

Klimat był, ale bez szału.

Idę nominować, za historię z bardzo dużym potencjałem oraz ładnie zbudowane zdania.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

O, dziękuję za wizytę i komentarz. I nominację do BiB. Suuuper! I faktycznie – dotrzymałeś słowa. Cieszę się, że doceniasz klimat i zdanka. Miło mi to czytać. Narrator Tobie nie przypadł do gustu, ale też cieszę się, że zwróciłeś na niego uwagę i wspominasz o nim. Może to ja błędnie opracowałem ten element, a może to już kwestia postrzegania. Autor może źle zrealizować środek przekazu, ale czasem Czytelnik może zwyczajnie nie lubić pewnej formy. Lokacje były dla mnie istotne, tak samo, jak logiczne wprowadzenie do biegu wydarzeń. Wolałem skupić się na “rzeczywistości” i nadać jej kształt, zamiast budować symbole, alegorie, opis sytuacji dramatycznej. Być może poległem na tym zadaniu, temu nie przeczę.

Widzisz, dla Ciebie mój bohater nie miał emocji, ale dla mnie miał ich wyjątkowo sporo. I odwrotnie czytam bohatera w Twoim opku, bo choć tam dużo o emocjach, to w gruncie rzeczy jest ich opis (wyliczenia powodów złego samopoczucia; ale doceniam! fantastyczną scenkę ze Świętym). Dlatego wspominam o tym postrzeganiu, ponieważ to ciekawa kwestia i fajnie, że się spotkaliśmy przy tekstach.

Historia bardzo przegadana, w dużej mierze streszczasz opis i bombardujesz niepotrzebnymi informacjami…

Ja tak miałem z Twoją historią i dlatego do mnie nie trafiła (jak wspomniałem zresztą). A tutaj odwrotnie moja opowieść nie trafia do Ciebie XD Jeżeli dobrze się zgramy to, opracujemy kwadraturę koła. 

Może to ja błędnie opracowałem ten element, a może to już kwestia postrzegania. Autor może źle zrealizować środek przekazu, ale czasem Czytelnik może zwyczajnie nie lubić pewnej formy.

Prawda, u mnie bywa różnie. Mnie ten opis aż tak nie kupił, brakowało mi nieco obrazowości reagując z bodźcami innymi niż wzrok – węch, dotyk lub prostych emocji, ale ja zwyczajnie to lubię, a gusta są różne.

Wolałem skupić się na “rzeczywistości” i nadać jej kształt, zamiast budować symbole, alegorie, opis sytuacji dramatycznej. Być może poległem na tym zadaniu, temu nie przeczę.

Nie poległeś, na pewno nie w pełni poległeś. Jeśli ma mi się podobać SF, musi zawierać naprawdę dobry element, żeby mi się spodobało, trochę ciężej do mnie trafia ten gatunek. Doceniam świat, który wykreowałeś, ale… o wiem jak to określić teraz – czułem na początku trochę przesyt informacji, za dużo jak dla mnie do takiego krótkiego tekstu, nawet jeśli te rzeczy mogłyby być bardzo atrakcyjne w dłuższej formie. 

Widzisz, dla Ciebie mój bohater nie miał emocji, ale dla mnie miał ich wyjątkowo sporo.

Nie twierdzę, że wcale nie miał. Bardzo podobała mi się emocjonalność fragmentu, gdzie bohater śpiewał samotnie hymn, genialne i dosłowny opis tylko by wszystko zepsuł. Ale jak dla mnie było ich za mało… no cóż taki gust.

I odwrotnie czytam bohatera w Twoim opku, bo choć tam dużo o emocjach, to w gruncie rzeczy jest ich opis (wyliczenia powodów złego samopoczucia; ale doceniam! fantastyczną scenkę ze Świętym).

Dziękuje! I masz rację, trochę miałem takie intencje, nastrój bohatera miał być ściśle zgrany z otaczającym światem, wynikać z niego, jakby narracja dostosowała się do emocji i wyrażała humor bohatera. Wciąż ćwiczę ten zabieg i nie wiem czy się udał.

Dlatego wspominam o tym postrzeganiu, ponieważ to ciekawa kwestia i fajnie, że się spotkaliśmy przy tekstach.

Prawda, też jestem zadowolony, muszę też kiedyś spróbować zabiegu, który zastosowałeś ty, dać opis chłody i raczej okrojony z opisu nastroju, a emocje przedstawić w samym działaniu bohatera.

Ja tak miałem z Twoją historią i dlatego do mnie nie trafiła (jak wspomniałem zresztą). A tutaj odwrotnie moja opowieść nie trafia do Ciebie XD Jeżeli dobrze się zgramy to, opracujemy kwadraturę koła. 

Dokładnie XD Wygląda na to, że i ja i Ty nieco przesadziliśmy, ale w dwie różne strony.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

No cóż, opowiadanie nieco mnie znużyło, choć sam pomysł na samotne spędzenie świątecznego wieczoru w pustym, postapokaliptycznym mieście – aby w ten sposób zadośćuczynić tradycji –  wydał mi się niebanalny.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

za­świe­ci­ło zie­lo­ne świa­teł­ko i tyle. ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Pod­ło­ga miała kształt sze­ścio­ką­tu… ―> Pod­ło­ga miała kształt sze­ścio­ką­ta

 

roz­bi­ło świa­tło su­per-ubran­ka. ―> …roz­bi­ło świa­tło su­perubran­ka.

 

Na po­wierzch­ni stało cmen­ta­rzy­sko. ―> A może: Na po­wierzch­ni było cmen­ta­rzy­sko.

 

Po­włó­czy­łem do wyj­ścio­we­go tu­ne­lu. ―> Co powłóczył?

A może miało być: Powlokłem się do wyjściowego tunelu.

 

Kie­dyś le­ża­ło tutaj lot­ni­sko… ―> Kie­dyś było tutaj lot­ni­sko

 

ale ko­lum­na­da i ozdob­ne gzym­sy wi­ta­ją­ce od fron­to­nu, li­czy­ły drob­ne pęk­nię­cia. ―> Czyżby kolumnada i gzymsy umiały liczyć?

Proponuję: …a ko­lum­na­dę i ozdob­ne gzym­sy widoczne od fron­to­nu, znaczyły drob­ne pęk­nię­cia.

 

Po prze­kro­cze­niu progu za­mknię­tych drzwi… ―> Jak można przekroczyć próg zamkniętych drzwi?

 

Wzię­te sa­szet­ki ze sto­łów­ki w bazie… ―> Saszetki wzię­te ze sto­łów­ki w bazie

 

Rok w rok, po pierw­szej run­dzie je­dze­nia, wsta­wa­li­śmy od stołu, to­cząc się do okna. ―> Jeszcze wstawali, a już się toczyli?

Proponuję: Rok w rok, po pierwszych daniach, wsta­wa­li­śmy od stołu i podchodziliśmy do okna.

 

Pa­trzy­li­śmy na małą pa­no­ra­mę mia­sta… ―> Panorama jest rozległa z definicji.

A może miało być: Pa­trzy­li­śmy na pa­no­ra­mę małego mia­sta

 

Od­sie­dzia­łem pół­go­dzin­ki w to­wa­rzy­stwie kolęd. ―> Kolędy nie stanowią towarzystwa.

Proponuję: Od­sie­dzia­łem pół­ go­dzin­ki, słuchając kolęd. Lub: Od­sie­dzia­łem pół­go­dzin­kę słuchając, kolęd.

 

pu­deł­ko owi­nię­te w ko­kard­kę. ―> Obawiam się, że w kokardkę nie można niczego owinąć.

A może miało być: …pu­deł­ko ozdobione ko­kard­ką.

 

Miej­sców­ka w kli­ma­cie świąt przy­da się na takie cudo. ―> Nie rozumiem tego zdania?

 

Roz­pa­ko­wa­łem bez więk­sze­go opa­mię­ta­nia. ―> Co to znaczy, że rozpakował prezent bez większego rozsądku, nie panując nad sobą?

A może miało być: Roz­pa­ko­wa­łem niecierpliwie.

 

Wy­bu­chła wojna to­tal­na, która z każ­dym mi­ja­nym ro­kiem… ―> Czy dobrze rozumiem, że wojna mijała każdy rok?

Pewnie miało być: Wy­bu­chła wojna to­tal­na, która z każ­dym mijającym ro­kiem

 

Przede mną śmierć roz­po­ście­ra­ła swe ra­mio­na… ―> Obawiam się, że ramion nie można rozpostrzeć.

Proponuję: Przede mną śmierć otwierała swe ra­mio­na

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

reg, dziękuję za odwiedziny oraz komentarz. Szkoda, że opowiadanie Cię nieco znużyło, ale cieszę się, że pomysł wydał się Tobie niebanalny. Za wykonanie mogę jedynie przeprosić, a jutro wprowadzę poprawki (a raczej dzisiaj). Doceniam Twoje oko do tekstu i uważam Twoje sugestie za słuszne. Dziękuję zatem po raz drugi, za tę pomoc.

Miejscówka w klimacie świąt przyda się na takie cudo. ―> Nie rozumiem tego zdania?

Chodziło mi w tamtym miejscu o jadalnię, która będąc uprzątniętym miejscem, wydawała się godnym pomieszczeniem do otworzenia prezentu. (Też to zmienię)

Odsiedziałem półgodzinki w towarzystwie kolęd. ―> Kolędy nie stanowią towarzystwa.

Jeśli mógłbym zabrać Tobie jeszcze chwilkę, chciałbym dopytać o tę poprawkę, a raczej regułę. Domyślam się, że nie można pozwalać sobie na swobodne obdarzanie kolęd typowo ludzkimi atrybutami. Z tego co zauważyłem w Twoim komentarzu, chlapnąłem kilka podobnych błędów. Zatem pytam: czy jesteś w stanie podpowiedzieć mi regułę albo wskazówkę dotyczącą takich błędów (nawet nie w sensie ścisłym, naukowym). Nie chciałbym popełniać takich błędów i próbuję ułożyć sobie w głowie zasadę, drogowskaz.

Bardzo proszę, Mersayake, miło mi, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

 

czy je­steś w sta­nie pod­po­wie­dzieć mi re­gu­łę albo wska­zów­kę do­ty­czą­cą ta­kich błę­dów (nawet nie w sen­sie ści­słym, na­uko­wym).

Nie, Mersayake. Nie jestem polonistką ani językoznawczynią, więc nie potrafię wskazać interesujących Cię reguł, bo, nawet jeśli takie są, ja ich nie znam. Miałam wrażenie, że wystarczy odnośnik do definicji towarzystwa. :(

Z drugiej strony, kiedy tak nad tym myślałam, doszłam do wniosku, że komuś, kto np. odkurza mieszkanie, może towarzyszyć muzyka (kolędy), ale nie użyłabym określenia, że ten ktoś pracuje w towarzystwie muzyki (kolęd). Nie powiedziałabym też, że sprząta w towarzystwie odkurzacza.

Natomiast oczywiste jest dla mnie, że ktoś wybrał się na spacer w towarzystwie psa. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, reg, to odniesienie do definicji towarzystwa było wystarczające, na pewno żeby zobaczyć błąd. A jeśli nawet nie posiadasz dyplomów, to myślę, że tutaj, na Uniwerku Nowej Fantastyki, jesteś profesorką i szefową Fantastycznego Instytutu Językoznawstwa.

Reguły szukam, żeby ustrzec się przed błędami, żeby był mniejszy wstyd przed Czytelnikami. Z tego co widzę to, mamy tutaj kwestię użycia słowa (trochę jak logika). Powinienem myśleć więcej nad słowami, których używam.

Tak czy inaczej, dzięki że poświęciłaś czas, aby o tym pomyśleć.

Dziękuję, Mersayake, za za tak pochlebne zdanie. Czuję się doceniona, ale i zażenowana.

 

Reguły szukam, żeby ustrzec się przed błędami…

Reguły nie są złe, ale też zważ, że istnieją odstępstwa od nich, że o naginaniu reguł nie wspomnę. Sztywne, by nie rzec bezmyślne, trzymanie się ich raczej nie jest wskazane przy pisaniu – zdecydowanie lepsze jest dochodzenie do wniosków przy pomocy myślenia głową. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ale co złego to, nie ja ;)

 

Wiesz, wydawało mi się, że tekst złożyłem przy pomocy myślenia głową. Ale wyszło, jak wyszło XD A że brak mi wyczucia to, posiłkuje się zbiorem zasad. Jak to zwykło się mówić, żeby łamać reguły, trzeba je dobrze znać… Mówi się też, że na błędach się uczymy. Zatem nie pozostaje mi nic innego, lecz wypracować odpowiednie wnioski.

Potknięcia i usterki pewnie będą się trafiać, bo, jak mniemam, jesteś na początku drogi. Budujące jest jednak to, że masz świadomość własnych niedoskonałości i okazujesz chęci dążenia ku lepszemu. Tak trzymaj!

Życzę Ci sukcesów w dalszej pracy twórczej. :)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję :)

Dobrze poprowadziłeś akcję postapo w takiej ilości znaków. Nie jest ani zbyt szybko, ani zbyt wolno. W ogóle lubię taką tematykę, może dlatego jestem dosyć wymagający, jeśli chodzi o szczegóły. Głównym elementem większości opowiadań, jakie tutaj czytałem na ten temat, to rozważania egzystencjalne. Podobnie jest u Ciebie. To też lubię. :) Mam tylko jedną, małą uwagę. Skąd elektryczność po apokalipsie? W elektrowniach pracują ludzie, jakie by one nie były. I nawet jądrowe potrzebują obsługi, tak samo, jak sterująca elektronika. I jeszcze linie energetyczne, które prowadzą do jego domu i nie uległy uszkodzeniu w nuklearnej zagładzie. ;)

Ale nie martw się, elektryczność jest nawet w opowiadaniach drukowanych w NF, więc to pewnie ja za bardzo drążę temat. :) To szczegół, który nie jest najważniejszy w tym opowiadaniu.

Najbardziej podoba mi się klimat. Stworzyłeś pewnego rodzaju aurę, która świetnie tu pasuje. Bohatera, który jest trochę cyniczny, trochę niepewny, ale naturalny w sytuacji, jakiej się znalazł. Czyli strona ja-bohater-egzystencjalizm-emocje jest poprawna. Nie widzę tu szczególnych luk. Opowieść ma swoją monotonną melodię, i właśnie ta monotonia świetnie pasuje do krajobrazu po zagładzie.

Sama fabuła, jak zauważyła Finkla, ma pewne nieścisłości, jednak trudno jest uniknąć wszystkich w postapo.

Podsumowując, całkiem dobre opowiadanie. Myślę, że osiągnąłeś klimat, o jaki się starałeś. Trudno, aby utwory tego typu jakoś mocno chwytały za serce, to raczej kwestia, czy przekonasz czytelnika swoją wizją, czy też nie. Mnie przekonałeś.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, dziękuję za wizytę oraz komentarz. Bardzo cieszy Twój odczyt mojego tekstu zwłaszcza, że zwróciłeś uwagę na kwestie, które najbardziej mnie interesowały. Opko przekonało Cię do autorskiej wizji, znalazłeś tutaj klimat, a bohater i monotonia nie zniechęciły Cię. Więc może i ja zrealizowałem nieźle stylistykę tej historii.

Fakt, z tą elektrycznością to dobry punkt. Niewątpliwie masz tutaj rację. Tę czy inne nieścisłości w fabule, jak sam zauważyłeś, trudno rozwiązać w ogóle, ale też mając do dyspozycji limit znaków. Tak czy inaczej, zwrócenie uwagi na fabułę jest dobrym wskazaniem do każdego następnego opowiadania.

Pozdrawiam

Chwila dłużej i pozostałby po mnie zawekowany dżem.

Muszę się oduczyć jednoczesnego czytania tekstów na forum i przekąszania… Jeszcze tu wrócę ;-)

Dream big.

 XD

 

I tak miło, że się pojawiłaś (dziękuję), a tymczasem zapraszam przy lepszych okolicznościach ;) 

Trochę zmęczył mnie ten tekst. Jest przeładowany szczegółami, a że narracyjnie wszystko jest relacją i świat widzimy oczami bohatera to dość szybko zaczyna się robić monotonnie, nie ma zmiany rytmu, są tylko dodawane kolejne szczegóły. Bohater przez cały tekst szwenda się najpierw po bazie, potem po rodzinnym domu, myśli i pokazuje, co widzi. Miałam wrażenie, że ilością informacji spokojnie można by obdzielić opowiadanie dwa razy dłuższe. Szczególnie, że nie wszystko ma tak naprawdę znaczenie – niektóre informacje podajesz wielokrotnie (jak choćby tę o zagładzie).

Trudno jest mi też określić nastrój tego tekstu, z jednej strony są ewidentne humorystyczne wstawki, a bohater prezentuje postawę dość nonszalancką wobec zastanej rzeczywistości, z drugiej zakończenie uderza w bardzo wysokie tony czy wręcz ociera się o patos, a wszystko to na tle zagłady całej planety.

Nie czytało mi się opka źle, ale koniec końców mam wrażenie, że upchnąłeś w nim za dużo.

 

Dream big.

dogsdumpling, dziękuję za wizytę oraz komentarz. Szkoda oczywiście, że historia nie trafiła do Ciebie. Być może powinna zostać inaczej opowiedziana. Cieszę się jednak, że poświęciłaś czas na lekturę mojego tekstu, że nie czytało się Tobie źle.

Myślę, że stylistyka wynika tutaj z fabuły. Na przykład informacje zawarte w tekście nie przeładowały mnie tak, jak Ciebie. Dla mnie były lekkie, oddawały miejsce oraz czas. Niewątpliwie brakuje tutaj akcji, ale to pewnego rodzaju konsekwencja fabuły. Mógłbym szukać przeszkód dla bohatera i utrudniać mu pochód, ale nie w takim limicie znaków. Cóż, wolałem zbudować miejsce wydarzeń, budowałem klimat.

Czasem to jest kwestia naszych preferencji czytelniczych, oczekiwań. Czytasz informacje, składasz je w głowie, licząc na zagadkę, a kiedy jej nie ma, czujesz rozczarowanie. Z drugiej strony czytasz, obserwując proponowany obraz, poznajesz dla zwykłej ciekawości historię i miejsce.

Pewne jest to, że nie trafiłem do Ciebie z pomysłem, a być może nie zrealizowałem go wystarczająco dobrze. A być może źle dobrałem środki wyrazu. Tak czy inaczej rozumiem Twoją ocenę i dziękuję po raz kolejny za odwiedziny. Mam nadzieję, że przy innej okazji wypadnę lepiej, jeśli zdobędę oczywiście Twoją uwagę.

Pozdrawiam :)

Na przykład informacje zawarte w tekście nie przeładowały mnie tak, jak Ciebie.

Ale pomiędzy mną a Tobą jest jedna zasadnicza różnica. Ty masz tę historię w głowie i ten tekst nie jest twoim pierwszym doświadczeniem opowiedzianej historii (podejrzewam zresztą, że nie kompletnym – wiesz o bohaterze, jego świecie i historii więcej niż jest w tekście), ja zaczynam z pustą sceną.

Siedzę sobie i czekam, co też mi Autor na scenie zaprezentuje. I pojawiają się różne elementy: bohater, zarys historyczny (informacje o wcześniejszych wydarzeniach, polityce itd.), dekoracje, wspomnienia bohatera. I ja dopiero muszę sobie te wszystkie elementy poukładać w trakcie spektaklu (ty nie musisz, bo już wszystko wiesz “w trakcie seansu”). No i dodajesz, dużo – pojawia się na scenie coraz więcej przedmiotów, często do siebie podobnych/ niosących te same informacje. Dodatkowo podczas czytania niestety nie miałam poczucia, że hierarchizujesz prezentowane informacje – podajesz je w sposób, który nie informuje czytelnika, które elementy są ważniejsze od innych, tak jakby wszystkie miały tę samą wagę. A ja czytając, chcę sobie to, co widzę jakoś w głowie poukładać, niekoniecznie tylko na zasadzie stawiania jednych klocków na drugich ;-)

Brak akcji czy dialogów mi nie przeszkadza – nie są konieczne do napisania dobrego tekstu.

 

Pewne jest to, że nie trafiłem do Ciebie z pomysłem, a być może nie zrealizowałem go wystarczająco dobrze.

 

Akurat pomysł mi się podoba ;-)

Dream big.

Czyli wykonanie, a nie sam pomysł. Skoro podoba się Tobie pomysł to, mam kolejny powód do zadowolenia.

Możesz mieć rację zwracając uwagę, że opowieść inaczej wygląda w mojej głowie. Jasne, słuszny punkt. Niemniej mówiąc wcześniejsze rzeczy, miałem raczej na myśli kwestię postrzegania. To jest indywidualne, co nas nudzi, a co fascynuje. Tak samo jest z tym, w jaki sposób porządkujemy informacje.

Moja stylistyka została podporządkowana konwencji, którą wybrałem – sci-fi i postapo. Mówię o tym, ponieważ nie wiem, czy uważasz, że zastosowana stylistka wypadła źle, czy zastosowana stylistyka nie jest w Twoim guście.

Mamy tutaj kolegę, dzięki któremu powstał ciekawy przykład postrzegania. Na przykład MaSkron uznał, że przegadałem opowiadanie. Ja uznałem, że on przegadał swoje. Informacje które podawaliśmy sobie nawzajem w tekstach, nie trafiły później do naszej czytelniczej wrażliwości. On opowiadał o emocjach, a ja opowiadam o zastanym świecie. Do mnie jego tekst nie trafił, ale uznałem że zrealizował go należycie, tak jak trzeba było. Podobnie miał on z moim tekstem.

Zatem nie odmawiam racji uwagom, które zawierasz w komentarzach. Ja próbuję zrozumieć stawiane oczekiwania, czy są one wyrazem Twoich czytelniczych preferencji, czy błędem komunikacyjnym po mojej stronie. Na razie nie widzę tego jasno.

Moja stylistyka została podporządkowana konwencji, którą wybrałem – sci-fi i postapo.

W moim rozumieniu postapo czy szerzej sci-fi odnosi się przede wszystkim do tematyki, treści, a nie formy. Na czym polega w tym tekście podporządkowanie stylistyki do konwencji?

 

W komentarzach starałam się przedstawić swój odbiór tekstu i pokazać, co do niego doprowadziło. Jakie konkretnie zabiegi warsztatowe spowodowały taki, a nie inny mój odbiór tekstu. Z czego wynika odczucie monotonii czy pewnego zmęczenia tekstem. Jasne, że moja opinia nie jest niezależna od moich preferencji czytelniczych, jednak nie oceniam tekstu pod kątem jego dopasowania do tego, co lubię/ czego nie lubię. (A jeśli czegoś nie lubię, mówię o tym wprost.)

Inna rzecz, uważam, że autor powinien sam zadać sobie pytanie, jaki efekt chce osiągnąć poprzez zastosowanie zabiegu X, Y czy Z. Mogłabym więc spytać, co chciałeś osiągnąć poprzez nagromadzenie szczegółów w tekście. I potem tę odpowiedź skonfrontować z czytelniczym odbiorem.

Dream big.

Darcon bardzo ładnie rozpracował opko.


W moim rozumieniu postapo czy szerzej sci-fi odnosi się przede wszystkim do tematyki, treści, a nie formy. Na czym polega w tym tekście podporządkowanie stylistyki do konwencji?

Dziękuję, że pytasz.

Natomiast w moim rozumieniu każde dzieło niezależnie od medium ma formę oraz treść, bez nacisku na któryś z tych atrybutów. Wybrana przeze mnie forma ma dwa powody:

1.) limit znaków (nie do końca, ale nie będę tego komplikował teraz)

2.) treść jest wyrazem intelektualnej kondycji, może popadać w przejawy publicystyki (to 1. problem); może przejawiać charakter moralizatorski, pouczenia, albo wielkiej wiedzy o świecie (to 2. problem, problem ego).

Więc skupiłem się na formie, wybrałem narratora w pierwszej osobie, aby nie opisywać emocji, problemów świata i temu podobnych rzeczy. Pokazałem historię oczami bohatera. Narrator opowiadał na przykład o tym, że podniósł spajak replikujący, leżący na ziemi, zamiast mówić o uczuciach wobec rodziny. To jest pewnego rodzaju wrażliwość, nazwałem ją wcześniej (w komentarzach) wsobną. Bohater podaje proste informacje, aby oddać miejsce i czas, w których przebywa. Zależało mi na tym, aby on był w konkretnej bazie, a nie abstrakcie miejsca. W taki sposób realizowałem stylistykę w wybranej konwencji, budując miejsce w kosmosie, puszczając bohatera w przemarsz po zniszczonej planecie. Narrator w trzeciej osobie zrobiłby to w kilku zdaniach. A później (na przykład) opisywałby przebieg wojny – kto był dobry, a kto zły i o jakie idee walczyli…

Tymczasem o cokolwiek nie walczyli na Aplokka – doprowadzili do zagłady planety. Mój bohater nie rozwodził się nad tym, bo warunkuje go określony charakter.


Co do treści to, skopiuje posłowie (mogło umknąć, bo jest w zwykłym komentarzu)

 

Skupiłem uwagę na motywie świątecznym. Zrealizowałem go na dwa sposoby. Pierwszy, prosty zapis świątecznej sceny, czerpiący z takich symboli, jak rodzina, uroczysta kolacja i kolędowanie. Uznałem je za dość uniwersalne, a przede wszystkim osobiście mi bliskie. Drugi sposób to wariacja na temat chrześcijańskiego przesłania przełożonego na kosmiczny lejtmotyw. Nie chodziło oczywiście o zamknięcie symbolu w kolejny symbol, jak to mamy u C.S. Lewis’a, ale raczej o emocje i czysto ludzkie pragnienie bycia blisko z tymi, których kochamy. Według mnie tak zwany „ten uczuć” powinien być zrozumiały niezależnie od wyznawanej wiary. Poza tym wykorzystałem znane motywy, jak świat po samozagładzie, autodestruktywność człowieka, czy wojna totalna. Pomysł przyszedł jako wyobrażenie ostatniego człowieka na planecie. Spodobał mi się, więc dokonałem symulacji „szybkiej zagłady”. Science fiction jak widać, przypomina tutaj bardziej space operę i aktualnie takie podejście jest mi bliskie. Nie jestem pewien czy poradziłem sobie z taką konwencją, a co dopiero myśleć o hard sci-fi.

 

Natomiast w moim rozumieniu każde dzieło niezależnie od medium ma formę oraz treść, bez nacisku na któryś z tych atrybutów.

Chyba się nie zrozumieliśmy. Z Twojej wcześniejszej wypowiedzi, do której się odniosłam, wynikało, że wybór konkretnej stylistyki (choć właściwie chodzi o narrację i sposób prowadzenia historii) był podyktowany konwencją postapo/sci-fi, tak jakby postapo/sci-fi determinowało konkretną formę. A tak nie jest. Historie postapo można opowiedzieć różnymi sposobami (poprzez różną formę).

Do mnie akurat wybrana przez Ciebie forma nie trafiła. Zdarza się ;-)

 

Dream big.

No chyba tak. Ale dziękuję, że podjęłaś rozmowę ze mną. Rozmowy są rozwijające, poszerzają horyzonty, uczą komunikacji. Cieszę się, że mogłem zamienić z Tobą kilka zdań na temat mojego tekstu. To jest pomocne. Pokazuje, jak odbierają moje opki inni. 

Pozdrawiam :)

Przeczytałem ten tekst bez utyskiwania na długość opisów, bo akurat lubię dokładny obraz. Bardzo dobrze, że to nie hard sf z charakterystycznym technologicznym bełkotem. Tekst ma nastrój, choć niezbyt pokrzepiający, ale jakiś ma. Rozumiem przesłanie, które w nim w sposób dość lapidarny zawarłeś, i uważam go za najsłabszy element Twego dzieła. Brakuje mi powiązania dążenia ludzkości do autodestrukcji z jej religijną impotencją, ze sprowadzeniem tajemnicy Wcielenia do powierzchownego moralizatorstwa i sentymentalizmu.

Zapraszam do przeczytania “Szabru sakralnego”, a jeśli chwyci, to i do “Przypadków”. Poruszam tam trochę podobną problematykę.

Hej, Nikolzollern. Dziękuję za odwiedziny oraz komentarz. Miło, że nie miałeś problemów z lekturą, a tekst miał jakiś nastrój. Słusznie zauważasz, że przesłanie wyszło lapidarnie, ale cóż limit znaków. Tak czy inaczej pozwolę sobie tutaj dopowiedzieć, że nie miałem na celu zbudowania teologicznej myśli. Bardziej pisałem z myślą o uniwersalnym przesłaniu.

 

(skopiuje moje wyjaśnienie zawarte w posłowiu)

Drugi sposób [na przedstawienie Świąt] to wariacja na temat chrześcijańskiego przesłania przełożonego na kosmiczny lejtmotyw. Nie chodziło oczywiście o zamknięcie symbolu w kolejny symbol, jak to mamy u C.S. Lewis’a, ale raczej o emocje i czysto ludzkie pragnienie bycia blisko z tymi, których kochamy. Według mnie tak zwany „ten uczuć” powinien być zrozumiały niezależnie od wyznawanej wiary.

 

Piszesz:

Brakuje mi powiązania dążenia ludzkości do autodestrukcji z jej religijną impotencją, ze sprowadzeniem tajemnicy Wcielenia do powierzchownego moralizatorstwa i sentymentalizmu.

Wiesz, można napisać o tym osobny esej, pewnie dłuży niż samo opowiadanie. A po drugie byłby to wywód filozoficzny (może publicystyczny), który nie wchodził tutaj w grę. Chciałem napisać opowiadanie.

Z limitem znaków to nie jest aż taki problem. To nie szort mogłeś spokojnie wygospodarować, ale to Twoja sprawa na co te znaki przeznaczyć. “Uniwersalne przesłanie” brzmi dla mnie trochę jak “ogólnoludzkie wartości” i inne dyrdymały ze słowniczka poprawności politycznej ;) Chrześcijaństwo jest z założenia uniwersalne i kosmicznie absolutne jak prawa fizyki, z tą różnicą, że nie każdy musi się z tym zgadzać.

Zwłaszcza z tym absolutyzmem porównywalnym do praw fizyki.

Daj spokój, przecież zmieniało się w czasie. W odróżnieniu od, na przykład, praw Newtona.

Nikolzollernie, wydaje mi się, że narzucanie Autorowi, jak powinien ująć temat, co podkreślać, a co pomijać, to przesada.

Oczywiście, że Ty byś to inaczej opisał. Ja też. Ale to nie oznacza, że Mersayake zrobił to źle.

Babska logika rządzi!

Może trochę brzmi, jak ze słowniczka poprawności politycznej. Nie wiem, nie operuję takim słowniczkiem. Nie wiedziałem nawet, że taki jest. Rozumowałem tutaj w granicach archetypu-stereotypu, czegoś bardziej pisarskiego, powiedziałbym. Chciałem powiedzieć o czymś zakorzenionym w człowieku, niezależnym od uwarunkowań intelektualnych. Uczucia potrafią być uniwersalne, ale potraktowane bez zrozumienia tworzą stereotypy. Może idee też są uniwersalne (nie wiem), ale niekoniecznie są systemy filozoficzne, jako zbiory przyjętych przekonań. (Ale, ale! To już off topic)  

Mer :), pod swoim opowiadaniem możesz offtopować do woli:)

To ciekawe, co piszesz? Dla mnie idee nie są uniwersalne, natomiast konkretna idea może być uznawana za uniwersalną, np. ogólnie rozumiany humanizm. Systemy filozoficzne zdecydowanie nie są.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, dołączasz do tematu z ciekawą myślą. Z tym humanizmem to, nie wiem. Wydaje mi się on jako europejski, ewentualnie anglosaski. Nie wiem na przykład, co rozumie się jako humanizm w krajach Dalekiego Wschodu. Powiedziałbym, że pewne idee mogłyby być uniwersalne przez to, że na taki pomysł można wpaść wszędzie (czyt. powszechność zjawiska). Np. samo życie po śmierci, bez dalszych określeń. Wszędzie obserwujemy śmierć, pytanie “co dalej” byłoby zrozumiałe…

 

Z drugiej strony czy prawa matematyczne nie są ideami? Są one trochę jak pomysły porządkujące działanie rozumianej rzeczywistości. Są uniwersalne, czy nie? 

Pełna zgoda z rozumieniem humanizmu po “zachodnioeuropejsku” (tu korzenie są w przeważającej mierze chrześcijańskie, choć nie tylko), stąd napisałam “uznawana”. Nie czuję innych uwarunkowań tak silnie, aby powiedzieć, co u nich – Daleki Wschód, Afryka itd. Znam tylko popularne opracowania, w dodatku są one światłem głównie przybyszów z naszej części świata.

Słowo “uniwersalna” jest dla mnie mylące, lepszym zdaje mi się powszechna, podzielana przez większość, wszystkich. Czy może być coś podzielane przez wszystkich? Wątpię. 

Definicyjnie:

uniwersalny

1. «obejmujący całość, dotyczący wszystkiego lub wszystkich»

2. «mający wszechstronne zastosowanie»

3. «mający różne umiejętności»

 

Pierwsze znaczenie jest swego rodzaju utopią albo pobożnym życzeniem. 

Czy pytanie: Co się dzieje po śmierci?  – jest uniwersalne. Nie nazwałabym tak tego. Nie wszyscy są tego ciekawi.

Prawa matematyczne nie są ideami, lecz prawami, to nie hipotezy i to jest fascynujące. Żadne prawo matematyczne się nie uległo zmianie, nie zdewaluowało się, tam wiedza przyrasta. Czy są zatem uniewersalne? Moim zdaniem – nie, ponieważ nie dotyczą całość, lecz  fragmentu rzeczywistości.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hmmm. Kiedyś 1 uznawano za liczbę pierwszą, a potem z tego zbioru wykluczono. ;-)

Babska logika rządzi!

Uznawano, rodzaj przyporządkowania :DDD

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

No właśnie, czym jest uniwersalność. Pomyślałem, że z pisarskiego punktu widzenia może być rozumieniem w ten sam sposób. Wcześniej pisałem o uczuciach, np. strach można przeżywać na różne sposoby, posiadać różne lęki… Ale sam strach powinien być zrozumiały dla każdego. (chyba, że wychował się na Dzikim Zachodzie i wygrał mnóstwo pojedynków na rewolwery)

 

Pytanie: Co się dzieje po śmierci? może nie być interesujące, ale ciekawe czy jest zrozumiałe, w sensie toru myślenia. Wychodzę tutaj z założenia: że jeśli ktoś nie chce odpowiadać na takie pytanie, nie równa się to temu, że nie rozumie samego pytania.

 

Poza tym nie wiem co z samą definicją idei, bo z jednej strony nie wiem, czy powiedziałby o niej hipoteza. Np. weźmy taki wynalazek jak akwedukt – kanał wodny. Za tym stoi idea (widziałem książkę traktującą akwedukt jako ideę ;)). Sama idea doprowadzenia wody do skupisk ludzi… Czy to nie wydaje się uniwersalnym pomysłem?

Mersayake,

zacząłeś bardzo dobrze. Dobry tytuł. Od początku udało mi Ci się mnie zainteresować i wzbudzić ciekawość, jakie będą losy głównego bohatera. Niestety z każdą kolejną sceną, zamiast odkrywać powoli miejsce, czas i kryjąca się historię, raczyłeś mnie domysłami i przypuszczeniami bohatera, wypowiadanymi przez niego jako prawda objawiona. Do tego okrasiłeś to mało atrakcyjną filozofią. A szkoda, bo miałeś i dobry pomysł, i nienajgorsze umiejętności, by opowiedzieć tę historię lepiej.

 

Kilka uwag technicznych z mojej strony.

Z drugiej strony ktoś tam podobno wie, co z moją rodziną. Był to oczywisty wabik, ale nie wiedziałem czy świadomie zostawiony. Zdawali sobie sprawę, że nie ukryją przede mną zbrodni na ludzkości, więc zadbali o kartę przetargową. Zajmowałem lepszą pozycję negocjacyjną, zatem nie powinni kłamać. „Poproszę o świąteczny cud i dobre zakończenie tej historii” – na głos wygłosiłem bezradnie życzenie.

Ten fragment jest bardzo słaby.  

“drugiej strony ktoś tam podobno wie” – sam pomyśl jak to brzmi.

“Był to oczywisty wabik” – to jest właśnie przykład domysłu wypowiadanego jako prawda objawiona.

Dalej jest jeszcze gorzej. Koleś ledwie wstał po 15 latach snu, nie ma pojęcia co się dzieje, i nagle wie, że jakiś wyimaginowany wróg, którego nawet jeszcze nie spotkał, sobie z nim pogrywa, ma karty przetargowe i zna jego pozycję negocjacyjną.

No nie. Nawet jeżeli taką wizję przyjąłeś, to bohater powinien te informacje odkrywać krok po kroku, razem z czytelnikiem. A idealnie by było, jakby powyższe wnioski czytelnik wyciągnął sam.

 

Nadużywasz pustych słów, takich jak “specjalny”, które nic nie wnoszą. Przykład:

 Skafander, który uzyskałem, został wyposażony w technologię podtrzymującą życie za pomocą specjalnych baterii.

Czy po usunięciu wykreślonych słów to zdanie cokolwiek traci? A gdyby baterie nie były specjalne, tylko zwykłe, coś by to zmieniło? Mówisz, że nie mogą być zwykłe, bo by się szybko wyczerpały? To napisz, że są “długowieczne”. ;)

 

Przebywałem na aglomeracji głównej siedziby sztabu.

Słabo to brzmi.

 

We wschodniej części spostrzegłem zawalony dach. Po przekroczeniu progu wejściowych drzwi zaobserwowałem niezdemolowane wnętrze. Zszedłem do pomieszczeń w suterynie. Pomajstrowałem przy zasilaniu.

Kolejny fragment tekstu dobry do analizy. Nie ma tu błędów, ale są cztery zdania o bardzo podobnej konstrukcji:

(1) Spostrzegłem dach, (2) zaobserwowałem wnętrze, (3) zszedłem do pomieszczeń, (4) pomajsterkowałem przy zasilaniu.

Wprowadza to straszną monotonię, a monotonia to nuda. Warto by je czymś rozdzielić. Choćby jedno zdanie z opisem wnętrza lub pomieszczeń by wystarczyło.

Zwróć też uwagę na to, że wszystkie cztery czasowniki są długie i skomplikowane. Nie czyta się tego dobrze. Warto rotować długi/krótki, wtedy tekst jest lżejszy.

 

Podsumowując, dobry pomysł, bardzo dobry początek, ale nie udało Ci się tego dociągnąć do końca.

 

Moja ocena 4/6.

I dodaję biblioteczny klik, taki troszkę na zachętę. :) 

 

Nie przepadam za postapo, ale Twoje opowiadanie czytałam z zaciekawieniem. Zapewne z powodu zabawnej, ironicznej narracji. Spodobał mi się pomysł na “żywy” kombinezon (zrozumiałam również jego funkcje kroplówki:). Zastanawiam się, co będzie dalej. Czy bohater doleci do celu?

 

Powodzenia w konkursie :)

Chrościsko, dziękuję za wizytę i komentarz. A przede wszystkim za klik do BiB. Postaram się następnym razem lepiej zasłużyć na niego. Cieszy mnie, że miałeś chociaż trochę pozytywnych wrażeń. Cieszą mnie wszystkie Twoje uwagi, do których odniosę się poniżej.

 

Nie wiem czy do końca dobrze odczytałeś ten bardzo słaby fragment w perspektywie całości. Nawet jeśli tak, to oczywiście bez obaw, bo to raczej błąd z mojej strony.

 

Bohater nawiązywał w tym fragmencie do rozkazu od dowództwa. Wysłuchał logów przy głównej konsoli. Otrzymaną dyspozycję bohater przedstawia w tym fragmencie:

 

Sprawy nie poszły po myśli dowództwa. Konflikt o międzynarodowy wizerunek skręcił w wojnę totalną. […] Otrzymałem rozkaz zlokalizowania i odpieczętowania innych elektronicznych sarkofagów. Ktoś z tych wybrańców posiadał rzekomo informację, gdzie miałbym znaleźć rodzinę. Ze względu na status społeczny zostaliśmy wzięci pod uwagę w typowaniu Przyszłych Kolonistów.

 

Pogrubiłem informację, która odnosi się do późniejszego fragmentu, w którym Kenaj zastanawia się nad tym, co zrobić. Powiedział, że to wabik, bo tak rozumiał ruch dowództwa, całą sytuację. Wrogiem dla niego było dowództwo. Kursywą zaznaczam ślad, że jego rodzina była związana z polityką. Wyjaśniam to później, w scenach w mieszkaniu.

 

Nie wiem, dlaczego mój bohater nie mógł być arbitralny. Jego sposób traktowania tamtej sprawy wynika z jego charakteru. Nie oczekiwałbym od niego sprawiedliwego osądu.

 

Piszesz:

Czy po usunięciu wykreślonych słów to zdanie cokolwiek traci? A gdyby baterie nie były specjalne, tylko zwykłe, coś by to zmieniło? Mówisz, że nie mogą być zwykłe, bo by się szybko wyczerpały? To napisz, że są “długowieczne”. ;)

Specjalne baterie były umownym zwrotem, dlatego napisałem specjalne. To nie były baterie z prądem. To były kapsułki zawierające sole mineralne i temu podobne. Była to dość zaawansowana technologia. Tłumaczenie tego zajęłoby za długo… Tak samo jak zastanawianie się, ile powiedzieć, aby było to zrozumiałe. Co nie zmienia faktu, że specjalne baterie wypadło słabo pod względem komunikacji, czy językowo.

Kolejny fragment tekstu dobry do analizy. Nie ma tu błędów, ale są cztery zdania o bardzo podobnej strukturze. […] Wprowadza to straszną monotonię, a monotonia to nuda. Warto by rozdzielić je, czymś zupełnie innym. Choćby jedno zdanie z opisem wnętrza lub pomieszczeń by wystarczyło…

Ze strukturą ciekawa uwaga i na pewno będę o niej myślał. Co prawda to opowiadanie miało być monotonne, ale niekoniecznie nudne. Będę musiał poszukać lepszych rozwiązań.

Do tego okrasiłeś to mało atrakcyjną filozofią

Rozumiem, że chodzi o końcówkę, ale nie rozumiem, o co dokładnie chodzi.

 

Hej, Monique.M

 

Dziękuję za odwiedziny oraz komentarz! Cieszę się, że opowiadanko zaciekawiło. A jeszcze bardziej cieszy mnie to, że pomysł z kombinezonem się Tobie spodobał. A jak fajnie, że zastosowana narracja wyszła dobrze, oj tak, fajnie! Czy bohater doleci do celu? Mogę powiedzieć, że widzę z nim co najmniej jeszcze dwie historie…

Mersayake, piąty klik był mój – mam nadzieję, że Cię zmotywuje. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bohater nawiązywał w tym fragmencie do rozkazu od dowództwa. Wysłuchał logów przy głównej konsoli. Otrzymaną dyspozycję bohater przedstawia w tym fragmencie:

Byłoby dużo atrakcyjniej, gdyby te logi odczytywał razem z czytelnikiem. Ty zaś po prostu to obwieściłeś i wyciągnąłeś wnioski. Takie skróty nie są dobre dla opowieści.

 

Nie wiem, dlaczego mój bohater nie mógł być arbitralny. Jego sposób traktowania tamtej sprawy wynika z jego charakteru. Nie oczekiwałbym od niego sprawiedliwego osądu.

Mógł być arbitralny i jaki tylko sobie wymarzysz, byle to było atrakcyjnie przedstawione. W tym przypadku nie było. 

 

To były kapsułki zawierające sole mineralne i temu podobne. Była to dość zaawansowana technologia. Tłumaczenie tego zajęłoby za długo

Kapsułki solne magazynujące energię, to już jest konkret. “Temu podobne” już nie. “Zaawansowana technologia” to też słowo śmieć. Unikaj ogólników. W SF takie detale są bardzo istotne. One sprawiają, że świat przedstawiony jest konkretny i namacalny.

Tłumaczenie tego zajęłoby za długo

Nie kupuję tego. Postaraj się opisać to w kilku słowach. :)

 

Rozumiem, że chodzi o końcówkę, ale nie rozumiem, o co dokładnie chodzi.

Nie tylko o końcówkę. W całym opowiadaniu jest (w mojej subiektywnej opinii) nadmiar filozofii w stosunku do akcji. Kenaj głównie rozmyśla i analizuje, a czytelnik się nudzi. Nie ma nic złego w filozofii i rozmyślaniach, o ile jej ilość jest zbalansowana z resztą. 

Reg, wielkie dzięki za ostatniego klika! Bardzo miło mi. Oczywiście, że zmotywował mnie do napisania kolejnego opowiadania.

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Byłoby dużo atrakcyjniej, gdyby te logi odczytywał razem z czytelnikiem. Ty zaś po prostu to obwieściłeś i wyciągnąłeś wnioski. Takie skróty nie są dobre dla opowieści.

Rozumiem. Miałem nawet pomysł na zapisanie kursywą całej dyspozycji. Nie pamiętam dlaczego go odrzuciłem, ale zgodzę się, że to byłoby w sumie lepsze.

Mógł być arbitralny i jaki tylko sobie wymarzysz, byle to było atrakcyjnie przedstawione. W tym przypadku nie było. 

To jest chyba kwestia postrzegania. Ale dziękuję, że zwróciłem mi uwagę na Twoją ocenę tej kreacji. Na pewno będę ją miał na uwadze, przy ewentualnej kontynuacji.

Kapsułki solne magazynujące energię, to już jest konkret. “Temu podobne” już nie. “Zaawansowana technologia” to też słowo śmieć. Unikaj ogólników. W SF takie detale są bardzo istotne. One sprawiają, że świat przedstawiony jest konkretny i namacalny.

“Temu podobne” i “zaawansowana technologia” to były zwroty do Ciebie, niekoniecznie chciałem zapisać je w tekście. Ogólnie podzielam Twój punkt widzenia. Chociaż chciałem też dodać uwagę z posłowia.

Pomysł przyszedł jako wyobrażenie ostatniego człowieka na planecie. Spodobał mi się, więc dokonałem symulacji „szybkiej zagłady”. Science fiction jak widać, przypomina tutaj bardziej space operę i aktualnie takie podejście jest mi bliskie. Nie jestem pewien czy poradziłem sobie z taką konwencją, a co dopiero myśleć o hard sci-fi.

Nie kupuję tego. Postaraj się opisać to w kilku słowach. :) [o: Tłumaczenie tego zajęłoby za długo]

Całkiem trafnie powiedziała o tym Monique.M:

Spodobał mi się pomysł na “żywy” kombinezon (zrozumiałam również jego funkcje kroplówki:).

 

Nie tylko o końcówkę. W całym opowiadaniu jest (w mojej subiektywnej opinii) nadmiar filozofii w stosunku do akcji. Kenaj głównie rozmyśla i analizuje, a czytelnik się nudzi. Nie ma nic złego w filozofii i rozmyślaniach, o ile jej ilość jest zbalansowana z resztą.

Ja nie postrzegałem narracji w tym opku, jako filozofii. Powiedziałbym, że jest nadmiar obrazu w stosunku do akcji, gdybym miał zasugerować błędne wyważenie składników opowieści. Natomiast faktem jest, że akcja jest tutaj specyficzna. (ze względu na klimat postapo)

Wracając do krótkiej wymiany opinii;)  Nie strach nie jest dla mnie uniwersalny. Naturalnie jest rozpoznawalny (przynajmniej w tych przekrojowych badaniach dotyczących mimiki twarzy w różnych kulturach). Rozpoznawalność emocji to nie ich zrozumienie. Mój i Twój strach – skąd wiemy, że są takie same? To odczucie bardzo subiektywne i nieporównywalne podobnie jak ból, naturalnie pomijamy tu powody, aby sprawy zanadto nie skomplikować.

Pytanie: Co jest po śmierci? – wyobrażam sobie, że może być niezrozumiałe lub najzwyczajniej w świecie nieinteresujące dla niektórych kultur. 

Idea to idea, a hipoteza hipotezą jest:D Idea to pewien pomysł na coś, wizja. Jeśli formułujemy hipotezę to musi ona być weryfikowalna, jeśli nie, to nią nie jest

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hej, Asylum

Mój i Twój strach – skąd wiemy, że są takie same?

Nie wiemy, czy tak samo przeżywamy uczucie strachu, ale kiedy powiem: ale się bałem!, zanim zapytasz czego, będziesz raczej rozumieć to uczucie. Masz jego subiektywne doświadczenie. Teraz zastanawiam się nad zjawiskiem przeżywanych emocji i uczuć wraz z bohaterami książek, filmów. Czy ich przeżycia nie są niekiedy ponad wszelkim językiem?

Gratulacje z okazji trafienia do biblioteki pierwszym strzałem.

Hej, Nikolzollern. Dziękuję!

Nie, strach dla mnie nie jest jednaki i nie jest poza słowem. To właśnie słowo nadało mu znaczenie i sprawiło, że rozumiemy mniej więcej to samo przez to samo, czyli że jeśli ktoś ma: określoną mimikę; zachodzą pewne procesy w jego organizmie, gdyby mu zmierzyć co nieco; mówi to, co mówi; zachowuje się w określony sposób;  “Umówiliśmy się” – ludzie i nazywamy to strachem.

Ja mogę swój przeżywać zupełnie inaczej: mocniej, słabiej lub w ogóle, co więcej, Ty nie masz dostępu do mojego odczuwania i metody porównania moje – Twoje z obiektywnego punktu widzenia (zewnętrznego). :)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, wychodziłoby na to, że nie jesteśmy w stanie pojąć uczuć drugiego człowieka. Możemy się tylko domyślać, ale nie będziemy wiedzieli, jak on czuje się naprawdę. Przy takim założeniu byłoby faktycznie trudno prowadzić wywód o uniwersalności uczuć. Poza tym trudno nie zgodzić się, że warunkuje nas język i znaczenia przypisywane słowom…

(oczywiście jeśli właściwie odczytałem Twój komentarz).

 

Ach, komunikacja! – fascynująca sprawa

Fajne :)

Przynoszę radość :)

Hej, Anet. Bardzo dziękuję za odwiedziny i komentarz. Cieszę się, że opko jest fajne :)

Hejka! 

Trochę późno, ale lepiej tak niż wcale.

Moje wrażenia są następujące:

+ za dobrze odtworzony świat postapo

+ styl narracji, a mianowicie: ciekawie przedstawiasz wydarzenia od początku do końca.

+ całkiem udane zakończenie.

+ znów nawiążę do stylu – dobrze budowane zdania, przez co czyta się sprawnie i przyjemnie. 

No i z minusów, hmmm…

Tak jak uprzedziłeś w przedmowie – jest trochę monotonnie, ale mimo wszystko klimat zdecydowanie przebija tą monotonność, przez co ogólnie mam pozytywne wrażenia z przeczytania Twojego tekstu. 

Widzę że to Twoje pierwsze opublikowane opowiadanie, ale wątpię, że pierwsze jakie napisałeś ;) 

Pozdrowionka! 

 

Hej, NearDeath. Dziękuję za odwiedziny oraz komentarz. Zdecydowanie lepiej późno niż wcale ;)

Bardzo miło, że znalazłeś tutaj tyle plusów. Chyba jeszcze fajniej, że z tym minusem nie było aż tak wielkiego problemu – super! Cieszę się, że miałeś pozytywne wrażenia. I fakt, to nie jest pierwszy tekst, jaki kiedykolwiek przygotowałem.

Niestety, opowieść nie zmieściła się w limicie znaków. Szkoda, bo moim zdaniem, przycięcie tej historii sprawiłoby, że stałaby się bardziej dynamiczna. Nie lubię tej tematyki, więc bardzo trudno jest mi się odnieść do tekstu. Widać, że umiesz pisać. Podobał mi się pomysł z logami, natomiast skróciłabym rozważania bohatera i niektóre opisywane przez niego szczegóły, a zostawiła tylko to, co najważniejsze w opowieści.

Hej, ANDO. Dziękuję za odwiedziny oraz komentarz. Jeśli chodzi o samą objętość to, opowiadanie miało pierwotnie niecałe piętnaście tysięcy znaków. Dopiero po konkursie dopisałem około dziesięciu tysięcy znaków. Na obecną chwilę nie planuję przycinania, ale zachowam Twoją uwagę w pamięci. Nie trafiłem z tematyką – cóż, szkoda. Dziękuję, że zwracasz na to uwagę, bo taka uwaga zawsze wyjaśnia stosunek komentującego do utworu. Cieszę się, że tekst wyszedł czytelny, bez większych usterek. Miło też, że doceniasz pomysł z logami.

 

Pozdrawiam :)

Właśnie zastanawiałam się, dlaczego przy wcześniejszym czytaniu nie zobaczyłam przekroczenia limitu, ale się wyjaśniło.

No właśnie pamiętałem o Twoich wcześniejszych odwiedzinach. Dobrze, że sprawa się wyjaśniła, bo wyszłoby tutaj, że chachmęciłem ;)

Ciekawa interpretacja tematyki konkursowej – tradycja przeniesiona w kontekst kolonizacji kosmosu. Lubię tego typu połączenia i najbardziej zaintrygowała mnie właśnie ta część światotwórstwa w opowiadaniu.

Jeśli chodzi o narrację, myślę, że historia zyskałaby na tempie, gdyby trochę ograniczyć przemyślenia bohatera, które jednak w jakimś stopniu odciągają czytelnika od tych bieżących wydarzeń. Takie refleksje pasują w przerwach między poszczególnymi scenami akcji, ale już na przykład w sekwencji walki z robotami działają na niekorzyść budowania napięcia. Czyli ogólnie moim zdaniem warto byłoby się bardziej skupić na poszczególnych scenach, może trochę oszczędniej dawkować informacje.

Językowo byłoby jeszcze trochę do dopracowania, ale spory potencjał mają opisy oparte na porównaniach, na przykład:

Uszkodzone panele światła migotały nierytmicznie niczym przestroga zakodowana alfabetem Morse’a.

Poduszkowce leżały na spękanych jezdniach niczym zabawki wysypane z dziecięcego koszyka.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Hej, Black_Cape. Dziękuję za odwiedziny oraz komentarz. Miło mi, że zawędrowałaś do mnie. Cieszę się, że znalazłaś w tekście intrygujące rzeczy. Wbrew pozorom cieszę się też, że zwracasz uwagę na narrację. Cóż, taką miałem wizję na tę historię. Jak widać została wykonana w stylu, który nie trafił do każdego. Myślę, że uda mi się napisać kontynuację w bardziej zadowalający sposób. Założyłem nie przeznaczać opowiadania do kreślenia złożonej akcji. Skupiłem się na prezentacji miejsca. Klimat kosztem tempa.

 

Fajnie, że zauważyłaś potencjał w opisach. Nad językiem też popracuję, ale chciałbym dopytać co masz na myśli, mówiąc: językowo byłoby jeszcze trochę do dopracowania? Popełniłem błędy, czy zabrakło tutaj polotu, czy jeszcze coś innego?

Hmm, rozumiem. Myślę, że ostatecznie to subiektywne – dla jednego czytelnika bardziej zadowalające będzie to, dla drugiego tamto. Tutaj konkretnie miałam poczucie, że powinnam się skupić na bieżących wydarzeniach, podczas gdy ciągle skupiam się na przemyśleniach narratora.

Jeśli chodzi o język, to chyba raczej po prostu błędy – czasami rzuciła mi się w oczy interpunkcja, czasami jakieś nieścisłości stylistyczne; miałam też wrażenie przeskoków w rejestrze językowym, między potocznym a formalnym stylem. Ale ta bardziej formalna strona narracji jest poprowadzona z pomysłem, więc myślę, że to raczej kwestia znalezienia pewnej równowagi.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Wiesz, z tymi przemyśleniami to, też myślałem o tym. To wrażenie umyka trochę mojemu rozumieniu, ogólnie starałem się, aby nie było za wiele przemyśleń. Dochodzę do wniosku, że poprowadzona narracja może tworzyć takie odczucie. W tym opowiadaniu bohater przedstawia swoją historię w pewien sposób, który może wydać się, jakby trochę sam dumał na tamtymi wydarzeniami. Albo tłumaczył raczej swoje postępowanie. Jest w tym jego niepewność, moja próba napisania antybohatera, może to w krótkiej formie należało inaczej zrobić. Tak czy inaczej, dziękuję za uwagi, za ich wyjaśnienie, teraz lepiej rozumiem, co chciałaś mi powiedzieć. Nawet mała wymiana zdań daje do myślenia, więc dzięki jeszcze raz :)

Bardzo dobry tekst :) Spodobał mi się zarówno pomysł, na którym oparłeś swoją postapokaliptyczną opowieść, jak i sposób jego realizacji. Szczegółowe opisy dodają historii odpowiedniego klimatu, a poza tym ułatwiają wczuć się w sytuację bohatera. Na plus też tytuł opowiadania i zakończenie.

Czekam na kolejne Twoje teksty :)

Hej, Katia. Dziękuję za odwiedziny oraz komentarz. To bardzo miłe, że doceniasz moje opko, a zwłaszcza szczegółowe opisy, ponieważ napisałem je właśnie po to, aby można było wczuć się w sytuację bohatera – dokładnie tak! Nie chciałem tego opisywać. Dlatego cieszę się, że masz pozytywne wrażenia po lekturze.

 

Pozdrawiam :)

Nowa Fantastyka