- Opowiadanie: Zielonka - Babcia

Babcia

To skrócona wersja mojego opowiadania do szorta.  Nad wersją długą aktualnie pracuję. Jej niedopracowana wersja już tu się pojawiła. Bardzo bym prosiła o definicję “drabble”.  Dodam, że mam mały problem natury technicznej, walczę z komputerem, i w rezultacie wpisuję do niego opowiadania od nowa.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Babcia

 

I. Zapiski Starszej Pani – po jej śmierci oddać wnuczce.

 

Kim ja jestem? Kim ja jestem… powtarzasz w myślach i nie kończysz. Jestem zerem, nie znaczę nic. Nagle po latach przeglądasz stare zdjęcia. Jednak istniałaś. Ta już obca dla ciebie samej twarz, a teraz jeszcze bardziej obca spoglądająca z lustra. Kim ja jestem – ponawiam pytanie. Wreszcie wraca pamięć, zaskakując niczym dobry stary projektor w kinie z szyldem "Życie".

Odpowiedź brzmi: jestem Róża, lat osiemdziesiąt i osiemdziesiąt siedem kilo. Prowadzę kwiaciarnię i cukiernię. A może cukiernię i kwiaciarnię. Moja rodzina uważa, że powinnam przekazać je w inne ręce. To nie takie proste. Nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić. Jakoś również nigdy nie potrafiłam wyobrazić sobie, jak wygląda morderstwo. Póki go nie dokonałam. Nawet już po pozbyciu się ciała nie byłam w stanie niczego o morderstwie powiedzieć. Tak więc zaczęłam popełniać następne, i następne. Wszystkie w imię zdobywania wiedzy. Drugorzędny czynnik stanowiło oczyszczanie świata z ludzi, którzy nie pasowali. Początkowo prześladowało mnie poczucie winy. Takie, jak po wielkim obżarstwie, najlepiej świątecznym, albo zbyt szybko postępującej i skończonej znajomości. Mój głód wewnętrzny rósł, a także męcząca mnie potrzeba osiągnięcia perfekcjonizmu.

Co rozumiem przez stan idealny? Chyba łatwiej byłoby mi go pokazać, niż opowiedzieć. Pewne jest, że zarówno w przypadku wypiekanych przeze mnie pączków, jak i układanych bukietów potrzebna jest harmonia, pewnego rodzaju homeostaza. Zabraknie czynnika równoważącego pozostałe, a dzieło końcowe jest nieudane. Ludzie są o wiele bardziej delikatni. Niekoniecznie złożeni. Ile czasem trzeba się namęczyć, aby odpowiednio "urobić" im psychikę, nie mówiąc o fizycznym aspekcie przedsięwzięcia. Dzięki "działalności artystycznej" znalazłam sens swojego życia. Cała układanka otaczającego mnie świata jest obecnie jak nigdy dla mnie zrozumiała. Elementy pasują. A twierdzą, że trudno jest przystosować się do życia na starość.

 

*

 

Jak już wcześniej mówiłam na co dzień prowadzę niewielką cukiernię połączoną z kwiaciarnią. Równolegle zajmuję się wiktymologią, przynajmniej w pewnym dogłębnym sensie, jak tłumaczę swojej rodzinie. Ponieważ nie znają szczegółów, określają moje badania mianem nieszkodliwego hobby o podłożu czysto teoretycznym. Równolegle dostaję mnóstwo zamówień ślubnych. Ilu dzięki temu zdobyłam klientów. Części z nich ułatwiłam podjęcie życiowych decyzji. Przy wyborze zaś odpowiednich ofiar korzystam z osiągnięć współczesnej statystyki oraz profilowania. Kto z waszego otoczenia ma największą szansę na śmierć? To nie tak, że ktokolwiek na nią zasługuje. Po prostu był w pobliżu. Zgadzał się również z typem profilu ofiary, który akurat studiowałam. Jedno jest pewne. Martwi jesteśmy wszyscy tacy sami. Obojętnie, co mamy w mózgu. To oprogramowanie wtedy już nie działa.

*

Muszę przyznać, że za najciekawszą część całej sprawy uważam pozbywanie się ciała. Ten dreszczyk emocji, że może się nie udać. Dla mnie akt rozczłonkowywania stanowi całe misterium. Mój najbardziej ulubiony moment to próba uzyskania siateczki z żył tworzącej niesamowitą konstrukcję. Utwardzam ją i konserwuję, i jest to jedyny dowód na to, że właściciel ciała kiedykolwiek istniał. Powiedzmy, że reszta znika. Wyparowuje. Siateczki z żył odpowiednio wyeksponowane stanowią eksponaty w pewnej galerii jako dzieła sztuki współczesnej. Nie ma to jak mimowolne wieczne pragnienie, a może zwyczajna obawa, że znajdzie się ktoś, kto rozwiąże zagadkę ich istnienia. Nie obawiam się konsekwencji. W końcu jestem dość stara. Jednakże dziwne wydaje mi się, a nawet wręcz tragiczne zaistnienie końca mojego, z takim mozołem wypracowanego, dobroczynnego dla świata dzieła. Mój pseudonim? Powiedzmy, że Twój Przyjaciel.

*

Czy chciałabym jeszcze coś dodać? Właściwie nie, a może…

Powiem jedno: nigdy się tak dobrze nie bawiłam, jak właśnie wtedy, gdy pracowałam nad swoimi ofiarami. Spece od umysłów twierdzą, że mam problem z sublimacją pierwotnych instynktów. Dziwią mnie. Do teraz mają problem, aby określać mnie mianem seryjnego mordercy. Konkretne dowody śledczy znajdą zapewne w moje setne, albo pośmiertne urodziny. Dlaczego morduję? A dlaczego ty sprzątasz albo malujesz. Przyjdź innym razem wnusiu, może wtedy konkretnie ci odpowiem.

 

 

II. Wnuczka

 

Tamtego dnia znaleźliśmy dowody. Pamiętam, że babcia przed wyjściem zmieniła nawet płeć. Obserwowaliśmy wszyscy w zapadłej na długo ciszy, jak szykuje się do wyjścia. Nagle jej zwykły codzienny spacer nabrał zupełnie innego znaczenia. Nie była to już niewinna przechadzka ubranej po męsku staruszki. Jej tradycyjny wąsik upartej starszej pani oraz pistolet na gaz pieprzowy mogły oznaczać dla nas, jej bliskich, tylko dwie rzeczy. Mianowicie postanowiła urządzić polowanie na nic nie podejrzewających staruszków, na punkcie nietaktów, których babcia miała obsesję – ewentualnie – poszła na podryw.

Brzmi to jak brednie, jednakże odkryliśmy również, że nasi sąsiedzi giną zawsze wtedy, gdy odbywa się babcina wyprawa. Zapewne teoretyczni czytelnicy, zapytaliby, jakim że to cudem u narratora powstało właśnie takie sprzężenie umysłowe. Gdzie tu logika, gdzie sens. Starsze panie nie mordują, a zwłaszcza nie robią tego sąsiadom. Faktem jest, że pan Karol spod piątki jest nieuprzejmy, niechlujny, oraz że miewa (w domyśle miewał) zaraźliwe napady złego humoru, nie stanowi powodu, aby go sprzątnąć. Tak samo sąsiadka ubrana wbrew estetyce babcinej w białe szpilki do ciemnej garsonki, i troje bezdomnych, oraz na sam koniec hałaśliwy pies z niedalekiej kamiennicy. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że mówię o tym tak spokojnie. Cóż mogę rzec więcej: niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Koniec

Komentarze

Zielonko, wczoraj dodałaś jedno opowiadanie, a dzisiaj już dwa. To nie jest dobry pomysł – im więcej opowiadań dodasz w krótkim czasie, tym mniejsza jest szansa, że zostaną przeczytane.

I usuń kropkę z tytułu!

 

edycja

Bardzo bym prosiła o definicję “drabble”.

Drabble to krótki opowiadanko, liczące ni mniej, ni więcej, tylko sto słów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kropka zniknęła. Dzięki za drabble.

Nigdy się nie poddawać

Ja też dziękuję za definicję drabble’a. Sama wstydziłam się zapytaćsurprise

Hmm, no nie wiem, przede wszystkim nie widzę tu fantastyki. Co prawda osiemdziesięciolatka musiałaby mieć nadnaturalne siły, żeby zabić, a potem jeszcze zaciągnąć gdzieś ciała i na dodatek je “rozczłonkować”, ale słowa o tym w tekście nie ma.

Poza tym trochę to o niczym. Nie wiem, co właściwie chciałaś w tym szorciku powiedzieć. Brakuje mi jakiejś historii, czegoś konkretnego. Strasznie ogólne są te wspomnienia.

 

Pamiętam, że babcia przed wyjściem zmieniła nawet płeć.

Dosłownie zmieniła, czy też przebrała się za mężczyznę?

 

 

Przebrała się. Jeśli chodzi o konkret, to jeszcze pracuję nad dłuższą wersją. Dzięki za komentarze. :)

Nigdy się nie poddawać

Kolejna Twoja lektura, Zielonko, i kolejne nieodparte wrażenie, że to opowiadanie, w dłuższej wersji, też już czytałam. Może ― zamiast odgrzewać stare kotlety ― zamieściłabyś coś nowego, porządnie napisanego i zrozumiałego.

 

Kim ja je­stem? Kim ja je­stem … po­wta­rzasz w my­ślach i nie koń­czysz. ―> Zbędna spacja przed wielokropkiem. Brak pytajnika po drugim pytaniu.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

stary pro­jek­tor w kinie o szyl­dzie „Życie”. ―> …stary pro­jek­tor w kinie z szyldem „Życie”.

 

A twier­dzą, że cięż­ko jest przy­sto­so­wać się… ―> A twier­dzą, że trudno jest przy­sto­so­wać się

 

Ile dzię­ki temu zdo­by­łam klien­tów. ―> Ilu dzię­ki temu zdo­by­łam klien­tów.

 

Wła­ści­wie nie, a może … ―> Zbęd­na spa­cja przed wie­lo­krop­kiem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo się cieszę, że sprawdzasz, poprawki zrobiłam. Tylko martwi mnie, że bohaterka lub bohater straci swój wydźwięk, jeżeli wszystko będzie takie poprawne stylistycznie. W życiu przecież pojawiają się czasem różne lapsusy językowe i stanowią ozdobę postaci. 

Nigdy się nie poddawać

Szkoda, Zielonko, że nie odniosłaś się do zarzutu podawania odgrzewanych kotletów. Jestem ciekawa, dlaczego to robisz?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Za kotleta przeprosiny. Jest to kotlet jeszcze w obróbce, stąd jego obecność. Jeśli chodzi o poprzednią wypowiedź: nieraz muszę się dwa razy zastanowić nim coś napiszę. 

Bardzo się cieszę, że zwracacie uwagę na błędy. Najgorzej jest, kiedy trzeba przemyśleć swój styl pisania, do którego jest się przyzwyczajonym. Trudno czasami przełamać taką barierę.

Nigdy się nie poddawać

Nowa Fantastyka