- Opowiadanie: Shemmer - Opowieść Czezehiela

Opowieść Czezehiela

Opowiadanie to powstało lata temu i przez ten czas wegetowało sobie na dysku. Wchodzi ono w skład Uniwersum Obdarzonych, które bardzo pomału składam w całość. Mam nadzieję, że lektura tego przyniesie Wam choć minimum rozrywki ;)

Z góry dziękuję za wszelkie komentarze i uwagi!

 

Pozdrawiam mocno,

Aleksandra

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Opowieść Czezehiela

Rok 1978

 

Ogolony na łyso, o namiętnym szafirowym spojrzeniu i dwoma kolczykami w wardze Czezehiel prezentował sobą rozpustę, jakiej Anioł nie powinien. Jemu jednak wisiało, czy wpisuje się w szablon człowieczych przyzwoitości, póki dobrze wykonuje swoją robotę, którą notabene wielbi. Fakt, czasem trafiali mu się niedorobieni podopieczni, lecz przecież nikt nie jest idealny. A on nie zawsze musi mieć szczęście.

Oparty wygodnie o bar lustrował wnętrze szemranego klubu w południowym Teksasie. Wylądował w jakiejś niewielkiej mieścinie, której nazwy już nawet nie pamiętał. Nie przejął się tym zbytnio. Sprzątnie tylko Niszczyciela, który wplątał się w handel dragami i zwija się do domu. Jego nowy Obdarzony siedział zgarbiony nad kuflem piwa, wykonując jak najmniejszą ilość ruchów. Teraz jednak przechylił głowę, a jego włosy omiotły krawędź szklanicy. Zerknął na Anioła i mruknął;

– Przyssawka się do ciebie zbliża.

Odruchowo ręka Stróża zbliżyła się do wysokiej cholewki buta po ukryty tam sztylet myśląc, że O’Haran wyczuł jakiegoś ukrytego Noctivero. Wyprostowawszy się niemal warknął na Tima, kiedy kąciki ust chłopaka lekko drgnęły. Postronna osoba w życiu nie dopatrzyłaby się w zwykłym poprawianiu buciora czegoś niebezpiecznego. Może tylko podejrzane typki poruszyły się niespokojnie. Czezehiel popadał w delikatną paranoję przy nowych dzieciakach, więc nie był na chłopaka zły. No, nie do końca.

Czez zacisnął usta w ponurą kreskę, gdy Timmy odwrócił się w stronę półek z gorzałą, zostawiając go samemu sobie.

– Witaj, miśku – zamruczała panna do ucha Anioła. Delikatnie ścisnęła biceps mężczyzny, przesuwając smukłymi palcami po całej długości rękawa tatuażu. – Niezłe dziary.

Obejrzał się na nią. Długonoga i ostro wymalowana. Czarny, ciężki makijaż podkreślił jej szkliste, błękitne oczy. Zarzuciła skręcone loki na plecy, żeby bardziej wyeksponować wielkie cycki opięte białym topem. Uśmiechała się uwodzicielsko, rozciągając kusząco czerwone od pomadki wargi. Nie wyglądała sztucznie, wyglądała na przerysowaną. Jakby komuś nie powiodło się tworzenie perfekcji, a w zamian wyszła mu wyuzdana perwersja.

– Nimfomanka – wymamrotał znudzonym głosem Timothy. Anioł ledwo powstrzymał się od parsknięcia śmiechem. Wyczuwał w kobiecie duże pokłady seksualności i pożerające lędźwie pragnienia.

– Słucham? – warknęła, tuląc się cycem do Czezehiela. Patrzył na to wszystko rozbawiony, ale nie chciał dłużej pozwalać sobie na rozproszenie. Spojrzenie przeniósł na wejście do baru, czując nieznaczne drżenie. Nikt jednak jeszcze nie przeszedł przez nie.

– Nimfomanka, osoba niezdrowo uzależniona od seksu – Tim odparł kurtuazyjnie, wciąż nie odwracając się od kufla. – Czez, wiem że jesteś jak lep na muchy, ale w te rejony bym się nie pchał.

Tym razem nie wytrzymał i zachichotał. Kobieta spiorunowała go wzrokiem, nie przestając się jednak tulić do Anioła. Tim w końcu spojrzał na nią z twarzą wykrzywioną ni to rozbawieniem, ni niesmakiem. Och tak, z tym chłopakiem szykują się ciekawe lata.

– Zaczynam cię lubić, młody.

Preamisore obrócił się na stołeczku barowym, rozciągając się przed panną niczym pantera. Zlustrowała go jednym spojrzeniem, po czym całe oburzenie z niej wyparowało. Czezehiel zaczął robić się coraz bardziej niespokojny. Chciał grzecznie pozbyć się kobiety, od jej zapachu zaczęło kręcić go w nosie.

– Nie masz innego wyjścia, Stróżu, żadnego – odmruknął chłopak, przewiercając laskę spojrzeniem. Miał niesamowite oczy, jasne jak piwo – zwłaszcza gdy korzystał ze swojej mocy. Wskazał ją palcem. – Zmiataj stąd, nie mam ochoty na trójkącik.

Zrobiła niewinną minę, a Czez prawie westchnął zirytowany.

– Skąd niby pomysł, że chciałabym się z wami przespać?

Chłopak z wyraźnym niesmakiem odwrócił się w kierunku baru, na powrót garbiąc się nad kuflem. Osoba zbyt flirciarska i nie znająca granic czyjejś strefy komfortu była ostatnią rzeczą, jakiej dzisiejszego wieczoru potrzebowali.

– Jesteś jak kotka w rui – Timmy burknął, potrząsając głową. Napięcie zeszło z Czezehiela, gdy usłyszał odpowiedź swojego podopiecznego. Preamisore, czyli Obdarzeni przez samego Boga, niejednokrotnie po prostu pletli co im ślina na język przyniesie. Większość nie ma złych zamiarów – społeczności Preamisore od stuleci wtapiają się między ludzi, wielu z nich mając za przyjaciół. Tajemnice jednak muszą nimi pozostać. Czezehiel wystarczająco dużo razy musiał ratować nie tyle swoich Obdarzonych, co po prostu całą ich egzystencję. Gdyby Timothy przyznał się, że potrafi czytać jej w myślach, prosta misja zmieniłaby się w żmudne wymazywanie pamięci każdej istocie w barze.

Nie mówiąc już o tym, że w pierwszym odruchu kobieta uznałaby go za wariata.

Nieznajoma zrobiła wielkie oczy, bezwiednie poprawiając dekolt koszulki. Czezehiel bywał prostym stworzeniem i cieszył się widokiem. Odruchowo polizał kolczyki, które przykuły uwagę kobiety.

– Po prostu lubię dobrą zabawę – westchnęła ze wzruszeniem ramion. Po czym spojrzała na dwóch mężczyzn robiąc wielkie oczy. – Przepraszam, czy wy, no wiecie, jesteście…

Czezehiel szczeknął śmiechem, ale wesołość nie rezonowała w jego kościach. To cholerne swędzenie, niepokój czający się między płucami, ściskający mięśnie.  

– Przeszkadzałoby ci to? – odparł roztargniony, patrząc ponad głową kobiety na drzwi.

Obdarzony pokręcił głową, uderzając palcami w blat niespokojnie.  Timmy nieznacznie skinął głową, potwierdzając przypuszczenia Czeza. Noctivero był coraz bliżej wskazanego punkt.

– Chciałaby popatrzeć – Tim rzucił bezwiednie, zezując w stronę wejścia.  ––Jak masz ochotę, to ją bzyknij w toaletach. Cel się jeszcze nie pojawił, więc korzystaj z życia.

Czezehiel poczuł jak kobieta sztywnieje koło jego boku, nie rozumiejąc nic z tego, co mówią. Tak jak Anioły chroniły ich Preamisore, to również obecność Noctivero musiała pozostać tajemnicą. Każda moneta ma dwie strony, a ludzki charakter skrywa w sobie dobroć i mrok. Niszczyciele zrodzili się z Obdarzonych, z najbardziej prawych Preamisore mogła wyjść bestia Noctivero. Niewiele stało na przeszkodzie, prócz serc tych, którym Bóg Dał.

– Wolę ciebie, fiutku – Czezehiel odparł, klepiąc po plecach swojego podopiecznego. Tim przewrócił oczami, ale obrócił się w kierunku kobiety. Machnął ręką przed  jej twarzą, czerpiąc z nauk Akademii.

– Grzesz gdzieindziej! – rozkazał, zmieniając jej umysł w posłuszne mu płótno. Skinęła głową, lekko obracając się na pięcie. Obcasy jej kowbojek stukały leciutko, szybko pochłonięte przez gwar baru.

– Nie mogłeś tego zrobić od razu? – mruknął Anioł, w końcu przysiadając na stołku. Chłopak uśmiechnął się łobuzersko znad kufla.

– To było nawet zabawne, a mi się nudzi. – Mrugnął do niego, po czym na długo przyssał się do szkła.

Mężczyzna prychnął, po czym zmrużył powieki. Musiał przyznać, że tym razem trafił mu się ciekawy podopieczny. Choć ostatnie dwa tygodnie były dość nudne, nie mógł już dłużej zakładać, że w dalszej znajomości będzie zawiewać otwartą trumną.

Czezehiel zamówił drinka i dorzucił kilka dolców więcej do napiwku, gdy zauważył, że barman nie żałował whiskey. Anioł lekko obnażył zęby, czując jak przez runę wyrysowaną na progu przepływa ciemność.

– Czas na polowanie – zerknął na swojego podopiecznego i uśmiechnął się drapieżnie.

Czez zdrowo łyknął ze szklanki i ruszył ku facetowi, który poniewczasie zorientował się, że wdepnął w pułapkę. Zdesperowany bezmyślnie rzucił się do ucieczki, jednak runa obronna go nie wypuściła. Magia odrzuciła Noctivero, spychając go wprost w oczekujące ramiona Anioła.

– No witaj, rybeńko! Musimy zamienić słówko w cztery oczy ––Stróż zamruczał mu do ucha, lekko się z nim szarpiąc.

Mocno chwycił go za ręce i obrócił w kierunku Tima. Obdarzony uniósł dłoń, wpatrując się w Niszczyciela. Trwało to niespełna ułamek sekundy, jakby byli zsynchronizowani po latach pracy.

– Nie ruszaj się, ani nie krzycz. Idziesz z nami – głos Timothy’ego był spokojny, wręcz zbyt cichy w porównaniu do zgiełku baru. Hipnotyczne spojrzenie usidliło Noctivero, umysł Tima mógł nagiąć wolę wroga do ich potrzeb. Czezehiel bardzo powoli wypuścił z ciasnych objęć nagle wiotkie ciało mężczyzny. Niszczyciel wyprostował się powoli i posłusznie czekał aż ruszą. Wyprowadzili go z zatłoczonego wnętrza baru, z dala od tych wszystkich nieświadomych ludzi. Zwykli niczego nie zauważyli, ale Anioł wolał nie ryzykować potencjalnych uszkodzeń na cywilach.  

Ulice były już ciemne i ponure, kilka latarni rozbił jakiś idiota, a słaba poświata z tych umiejscowionych dalej zapewniła im dozę anonimowości.

Anioła efekt wcale nie zadowalał.

Pospiesznie pchnął Niszczyciela na tyły budynku. Obskurny, ślepy zaułek, w którym śmierdziało szczynami, nadawał się perfekcyjnie do cichego morderstwa. Czezehiel obrócił mężczyznę tyłem do muru. Nie dziwił się czemu zabrał się za dilerkę. W niepasujących, roboczych ubraniach, z brodą dłuższą niż u świętego Mikołaja, prezentował sobą obraz nędzy i rozpaczy. Nawet oczy, koloru brudnej czerwieni nie błyszczały inteligencją. Wszystko w nim było po prostu nie tak.

Anioł poczuł żal, że facet stoczył się aż tak głęboko. Status Niszczyciela od wieków był tragedią samą w sobie, jednak ten Noctivero upodlił się jeszcze mocniej. Czy będąc na dnie, pragnienie zakopania się jeszcze głębiej okazuje się jedynym celem w życiu?

Stróż spojrzał na swojego podopiecznego.

– Chcę go zabić, bez zbędnych ceregieli – powiedział, wskazując lufą pistoletu na mężczyznę otumanionego wiciami mocy Tima. – Pytaj o to, co nakazała ci Centrala.

Skinąwszy głową, Tim zbliżył się na kilka kroków do Niszczyciela. Od zbyt bliskiego zetknięcia powstrzymała go ręka Anioła. Miał niewesołą minę, żeby nie powiedzieć zezłoszczoną.

– Spokojnie, spokojnie. Muszę tylko uzyskać mniejszy dystans między naszymi umysłami – odparł, po czym wzruszył ramionami. – Tak przynajmniej w tamtym tygodniu mówiła profesor Miranda.

Stróż z niechęcią zdjął dłoń z barku chłopaka. Faktycznie, wiecznie zapominał, że im bliższy kontakt, tym lepsza władza nad umysłem – zwłaszcza przy młodych, dopiero co szkolących się Obdarzonych. Musiał sobie wtedy uciąć drzemkę, skoro teraz dał się złapać na proste, stróżowskie odruchy.

– Działaj więc, smarku – odparł cicho.

Czezehiel założył ręce na piersi, palcem pieścił kolbę gnata. W jego żołądku zwijał się niepokój. Chciał się stąd zwijać, miał coraz gorsze przeczucia. Czujnie rozglądał się wokoło, lecz wszelkie inne niebezpieczeństwa trzymały się od nich z dala. Do czasu, pomyślał ponuro.  

– Słyszysz mnie? – zapytał Timothy, uważnie wpatrując się w Noctivero. Mężczyzna uniósł spojrzenie, łapiąc się w mocniejszą sieć chłopaka. – To dobrze, odpowiedz mi na parę pytań. Czym handlujesz?

– Amfa, przede wszystkim amfa i LSD. Tylko od święta się zdarza, że opchnę gdzieś dziki gon – wyrzucił z siebie niemal nie oddychając.

Czezehiel aż się szarpnął, przypominając zwierzę złapane w pułapkę. Przyskoczył do Niszczyciela, jedną ręką łapiąc go za fraki i potrząsnął mocno. Przybliżył do niego twarz, tak blisko, że niemal stykali się nosami.

– Coś ty powiedział? – wydyszał, ledwo powstrzymując się od wyrwania mu kręgosłupa.

– Dziki gon – powtórzył beznamiętnie, wcale nie przejmując się atakiem na swoją i tak martwą osobę. Zionął zgniłym oddechem w twarz Czezehiela, aż ten musiał się odrobinę odchylić od tego zapachu. – Rzadko, bo rzadko, ale kupcy się znajdują. To za wielka dziura, żeby chętni przybywali częściej.

Anioł ryknął, odrzucając od siebie Noctivero. Mężczyzna ze stęknięciem zwalił się na ziemię. Znieruchomiał, nie próbując się ruszać bez rozkazu Timothy’ego. Z ust wypłynęła mu lepka stróżka ciemnej krwi krwi.

– Czyś ty oszalał?! – krzyknął Tim, łapiąc Anioła za przedramię. Mięśnie Stróża drżały pod palcami chłopaka, gdy ten z całych sił powstrzymywał się od ruchu. Płonące od wściekłości oczy Czezehiel skierował na swojego podopiecznego. Dyszał ciężko, z całych sił starając się uspokoić. Bezsensowna próba, nawet stróżowskie połączenie z tym młokosem nie umożliwi mu teraz odzyskania równowagi. Nie po czymś takim, nie po takich informacjach. – Chryste, nie możesz go tak od razu zabić! To dopiero jedno pytanie, daj mu się wygadać!

– Jedno pytanie? – głos Czezehiela niebezpiecznie się obniżył. – A odpowiedź kluczowa dla naszej sprawy. Naszej i wszystkich Stróżów w Teksasie. Kurwa, może i nawet dalej.

Chłopak wyglądał na zdezorientowanego.

– Nie rozumiem, poważnie – zająknął się, patrząc w twarz Czezehiela. – Przecież wiedzieliśmy, że sprzedaje jakieś narkotyki, o co taki raban?

Anioł zwiesił ramiona, drapiąc się w łysą głowę.

– Raban… nic nie słyszałeś o dzikim gonie? Nigdy? – Widząc nierozumiejące, zdezorientowane spojrzenie chłopaka wymamrotał pod nosem przekleństwo. –  Anielski pył?

– Wszystko to mitologiczne odniesienia jak mniemam – Tim odparł, marszcząc brwi.

– Tak tylko nazwali ten narkotyk, prawdziwego Dzikiego Gonu lepiej nie przyzywać. Ta… używka – wypluł to słowo niczym zarazę – może wprawić Anioły w prawdziwy stan upojenia. Głęboki i kurewsko niebezpieczny. Żaden ludzki narkotyk tak nie działa, amfetamina w zwyczajowych dawkach nawet by mnie nie tknęła. Dziki gon to coś… To nie powinno wyjść na światło dzienne. Tępi zmysły, ma się po nim wizje, wyzbywa się z całego opanowania. Popęd seksualny jest nie do zahamowania, dopóki anielski pył wciąż krąży w żyłach.

Czezehiel połknął dalsze słowa, kolejne opisy były tylko gorsze. Narzucił chłopakowi ogólny obraz ale nigdy nie powiedziałby mu najgorszego – że nawet Anioły mogą sobie wtedy pozwolić na bliskość. Saevo venaris sprawiało, że nic nie miało dla nich znaczenia, granice przestawały istnieć. Było zgubą wprowadzoną wprost do żył.

Te kilka słów wystarczyło i w końcu ich misja w oczach Tima nabrała prawdziwych kształtów. Centrala nie precyzowała skali problemu – chłopak nie wiedział, że nie byli pewni części z dzikim gonem, czy może nie byli świadomi.

Tim zmarszczył brwi, bo jedna rzecz najbardziej utkwiła mu w głowie.

– Wizje? – podchwycił ponuro, poniekąd domyślając się. O czym mogą proroczyć prastarzy Aniołowie?  

– Wizje apokalipsy – Czezehiel uściślił, patrząc w ciemne niebo. – Końca wszystkiego.

Chłopak gwizdnął cicho, po czym uważnie przyjrzał się Aniołowi.

– Dlaczego mam wrażenie, że coś jeszcze przede mną ukrywasz?

––Robi się późno, a my mamy dopiero namiastkę tego, co on nam może wyśpiewać – Czez odparł w końcu, kategorycznie urywając temat. Wskazał kciukiem na wciąż skulonego na ziemi Niszczyciela. Brutalnym szarpnięciem podniósł go z ziemi. Mężczyzna bez sprzeciwu znów ustawił się w tym samym miejscu, na nowo skupiając wzrok na Timothym.

– Kto daje ci zlecenia i przekazuje narkotyki?

– Adestrio.

Stróż zmarszczył brwi, zaczął marzyć, żeby w coś przywalić.

– Adestrio? – Noctivero apatycznie przytaknął. – Kurwa, centrala nie będzie zadowolona.

– Co znowu? – Tim spojrzał na swojego opiekuna. Z każdą minutą robiło się jeszcze bardziej ciekawie. – Kim jest ten Adestrio?

– Powinien być martwy – mruknął ponuro Czezehiel, drapiąc się po brodzie. – Jedna z szych w szeregach Noctivero. Dwa i pół miesiąca temu jeden z Asa–sinów został na niego nasłany. Nie mam pojęcia, co to była za osoba, ale kurwa, zapewne to jakaś przekupna łajza.

I, klnę się na niebiosa, nie pożyje długo, pomyślał wściekle.

– Och, wielcy, antykorupcyjni Asa–sinowe. Cudnie – Tim burknął, wspierając dłonie o biodra. Asa-sin, Grzech Asa. Timothy nie przepadał za kastą wojowników, którą stulecia temu utworzył Asa. Wyszkoleni bólem zabójcy byli szczerze poważani w społeczności Preamisore, ale odkąd jeden z nich zapłodnił jego matkę i porzucił z małym Timem w brzuchu, to ten nie miał do nich krztyny szacunku. Chłopak połaził w kółko, by w końcu stanąć w tym samym miejscu, z dłońmi wspartymi o wąskie biodra.

– Chłopcze, odpowiednią kwotą, odpowiednie osoby zawsze się przekona – głos Stróża w końcu dotarł do myśli Obdarzonego. Tim starał się uniknąć spojrzenia w współczujące oblicze opiekuna. – Myślisz, że nawet w ich szeregach nie szerzy się zepsucie?

On przecież wiedział o tym najlepiej. Timothy podrapał się po zarośniętej szczęce i wbił zaciśnięte pięści w kieszenie spłowiałych dżinsów. Przyglądając się Niszczycielowi, mruknął cicho.

– Wolałbym, żeby chociaż oni pozostali oazą prawości, jaką być powinni – Zawiesił się na chwilę, po czym gwizdnął na Noctivero, by skupić jego spojrzenie na powrót na sobie. – Ilu jest jeszcze tobie podobnych w tym mieście?

– Dilerów?

– Kurwa – wymamrotał pod nosem. Potarłszy twarz spojrzał na niego znużony. –  Oczywiście, że dilerów.

– Jestem sam, wybiłem wszystkich pozostałych – Noctivera przyznał się beznamiętnie.

Anioł cieszył się z takiego obrotu sprawy – jeden diler, którego mieli na miejscu, to sto razy mniej kłopotów. Czez obrócił głowę i zaczął lustrować wylot zaułka. Choć cisza była kojąca, to postawiła go w stan gotowości. Ten niepokój, który skradał się wzdłuż jego ciała, przyprawiał o mdłości.

– Oczywiście, że to zrobiłeś – Tim westchnął, pochylając się w kierunku Niszczyciela. – Kiedy ma być następna transakcja?

– Osiem minut temu.

Kurwa, zaklął pod nosem Czezehiel. Skrzydła świerzbiły go, lecz nie chciał usmażyć Niszczyciela już teraz.

– Co wymieniłeś? Szmal na więcej towaru u swojego dostawcy? – warknięcie Czeza sprawiło, że Tim spojrzał na niego z niepokojem. Pytał, a przecież przeczuwał. Jego przeczucia nigdy nie okazywały się mylne, choć teraz bardzo gorąco pragnął, żeby to był błąd.

Noctivero potrząsnął kudłatą głową.

– Trafił mi się pierwszy kupiec od dwóch miesięcy na dziki gon.

Anioł ryknął i gdyby nie Timothy, zapewne oderwałby łeb Niszczyciela. Cherlawy Tim rzucił się na niego całym sobą, a przez zaskoczenie sprawił, że powalił na ziemię zwalistą osobę Czezehiela.

– Siad. Dobry Stróż – chłopak sapnął, przyciskając go dłońmi do bruku. Odwrócił głowę w stronę Niszczyciela. Anioł całe swoje opanowanie musiał włożyć w to, by nie skrzywdzić Preamisore. Za głupotę się płaci, ale Tim jeszcze nie musi cierpieć. – Kiedy przyjedzie pośrednik po pieniądze?

– Za dwa i pół tygodnia.

– Niszczyciel, Obdarzony czy człowiek?

– Niszczyciel.

Czezehiel poruszył się pod podopiecznym – niespokojny i wściekły.

– Okej, to wszystko, o co Centrala kazała mi go wypytać – Tim mruknął nie schodząc z Anioła. – Jeszcze jakieś ekstra pytanka?

– Nie – warknął Czezehiel, mało delikatnie zwalając z siebie chłopaka. Na anielskim radiu przekazał, że był kupiec na dziki gon. Rozkazał sprawdzić wszystkich znajomych sobie Stróży.

Nie mogli już dłużej tutaj zostać.

Zwinnie skoczył na równe nogi i wyjął pistolet.

Wykonał jeden, prosty strzał w czaszkę Niszczyciela. Rozleciał się on w krwawą mgłę, która rozwiała się sekundy później. Po ich wrogu nie było już śladu, poza kilkoma kroplami posoki na twarzy Czezehiela. Od niechcenia starł ją wierzchem dłoni.

– Chodź, lepiej żebyśmy już wrócili do San Francisco, tam będziemy bezpieczniejsi – powiedział, chowając pistolet do kabury.

Kopnął kamień, podchodząc do Obdarzonego. Wyciągnął dłoń w kierunku Tima i podniósł go z ziemi.Nie dał mu czasu, żeby otrzepać się z brudu, tylko złapał go za ramię, żeby teleportować ich do domu. Może nie było tu bezpieczniej, ale przynajmniej spokojniej. Spokojniej do czasu. Do czasu, aż usłyszał, co stało się z Aniołem, który zakupił u Niszczyciela saevo venaris.

To był stosunkowo młody Anioł, miał niespełna sto lat. Mówiło się tylko, że podupadł na zdrowiu psychicznym po tym, jak podczas drugiej wojny światowej stracił aż trzech podopiecznych – wszystkich w niespełna rok. Mimo to nikt z jego otoczenia nie spodziewał się, że szarpnie się ku tak drastycznemu rozwiązaniu. Anielski pył dosłownie go zmiażdżył. Znaleziono go parę przecznic od miejsca, w którym Czezehiel zgładził Niszczyciela. Anonimowemu Aniołowi rozsadziło czaszkę, złota posoka zalała alejkę. Zażył taką dawkę, że jego umysł nie wytrzymał i po prostu eksplodował.

Czezehiel był wściekły, lecz wściekłość lokował w sobie. Osiem minut dzieliło go od uratowania tego bezmyślnego Stróża, którego nie znał. Osiem minut, czy tyle wystarczyłoby na zbawienie szaleńca, który załatwił się na własne życzenie?

Chyba żaden czas świata nie wystarczyłoby na to.

W eterze wrzała cisza.

 

*

 

Stojąc na dachu budynku tuż obok baru, niezauważony Niszczyciel patrzył jak jego projekcja rozwiewa się w krwawą miazgę. Przyglądał się dwójce mężczyzn teleportujących się w bliżej mu nieznanym kierunku. Brudną dłonią szarpnął za kudłatą brodę i uśmiechnął się leniwie. Jego pracodawca będzie królewsko szczęśliwy, kiedy przekaże mu wszelkie informacje. Może nawet będzie czekać go awans, jeżeli podzieli się obrazem Anioła i Obdarzonego. Taaak. Za takie cuda oczekiwał czegoś ekstra. I nie będzie to darmowa działeczka. Obróciwszy się na pięcie zniknął w ciemności i w nocy pozostało tylko wspomnienie jego czerwonych ślepi.

 

***

 

Kamienica była niewielka i Strażnicy współdzielili ją z ludźmi. Ostatnio słyszał, że przymierzają się do wykupienia całego budynku, lecz starania spełzły na niczym. Pozostało im tylko cieszyć się z własności poddasza i czwartego piętra, co jak na tę chwilę, całkowicie wystarczyło. W tej dzielnicy Strażników było coraz mniej. Fakt, to jeszcze nie najgorszy rejon, lecz i tak nie ujmowało temu, jak niebezpieczny. Czasy też nie lepsze, dla nikogo. Czez skinął głową portierowi, który otworzył przed nim drzwi. Wiecznie zapominał, że na parterze znajduje się luksusowa kancelaria prawna.

Szybko skoczył po schodach do biura Philippe. Przemierzył całe czwarte piętro i pół poddasza, wszystko było tak strasznie ciche i opustoszałe, iż przeraził się, że przez pobyt w Teksasie coś mu umknęło. Jakaś rzeź, akcja, cokolwiek. Nie lubił być odcięty od informacji, a od trzech dni nie komunikował się z nikim. W końcu dotarł do gabinetu Philippe. Prosty wystrój, cicha muzyka i zgrabiony Strażnik nad stosem kartotek. Uspokajający, normalny widok. Uniósłszy spojrzenie, Preamisore uśmiechnął się półgębkiem. Czezehiel nigdy nie przejmował się pukaniem, mężczyzna gestem zaprosił go, by podszedł bliżej. Anioł z wdzięcznością umościł się na jednym z dwóch foteli.

Mężczyzna przesunął silnymi dłońmi papierzyska walające się po dębowym biurku. W całym zaskakująco sterylnym biurze tylko to miejsce sprawiało wrażenie żywego. Strażnik w końcu spojrzał na niego. Rozparł się wygodnie i przeczesał palcami przedwcześnie posiwiałe na skroniach czarne włosy.  

– Ostatnimi czasy zbyt często musimy przypominać naszym współbraciom, że nie mieszamy się więcej w sprawy ludzi. – Postukał złotym piórem w blat. – Ich problemy nie powinny być naszymi i odwrotnie.

Czezehiel wiedział, że pije do rosnącego handlu narkotykami. Złe było, że Niszczyciele się w to pakowali. Tragiczne, iż niektórzy Obdarzeni również zaczęli w tym smakować. Układy z ludźmi nigdy nie były bezpieczne ani stabilne. Były wręcz tykającą bombą, sekundę przed wybuchem. Stawały się wymieszanym niepokojem, zwierzęcym przerażeniem, ponurą rzeczywistością. Rzeczywistością, w której Anioł wolał się więcej nie babrać.

– Zaczęło się od Salem, teraz byłoby po stokroć gorzej – odparł Czezehiel, zakładając ręce na piersi. Rozprawy czarownic stricte związane były z rasą, którą miał bronić. – Philippe, wiesz dobrze, że Preamisore będą się pakować w sprawy ludzi. O Noctivero nie wspominając. Szkoda, że twoi najczęściej nie niosą prawej pomocy, tylko bezprawie.

– Ach, tak – mruknął, szukając czegoś w najbliższej teczce. Nie rozumiał, do czego Anioł pije, a na zgłębianie tego nie miał teraz czasu. – My nie, lecz Niszczyciele lubują się w pchaniu w cudze wojny.

Obdarzeni nie, pomyślał Czezehiel. Nie do końca i jeszcze nie.

– W niepotrzebne wojny – powiedział, stukając obcasem w lśniącą podłogę i myśląc o anonimowym Aniele. Nagle jego płuca rozpaczliwie zawołały o dymka. – Nadejdzie taki dzień, w którym ludzie po prostu się powybijają i na świecie pozostaniemy tylko my.

Strażnik uśmiechnął się półgębkiem.

– I ty, Aniele Apokalipsy, sądzisz, że nie zostaniemy w to uwikłani? To głupota.

– Przejaw nadziei – odparł pogodnie, przyglądając się zachodzącemu słońcu, rażącemu jego oczy zza panoramicznego okna. Dlatego lubił tu przesiadywać – przeszklona ściana dawała mu cudowny, wręcz kojący widok na miasto. On był tu, a problemy tam. Teoretycznie z daleka od wszystkiego z ułudą anonimowości.

– Nikt cię nie poinformował, że nadzieja jest dla naiwnych?

– Dziękuję, właśnie to zrobiłeś. – Czezehiel wskazał dłonią na fotografię, którą obracał w rękach Strażnik. – Prezent dla mnie?

Skinąwszy głową podał mu zdjęcie. Mężczyzna wstał płynnie z fotela, jakby nie spędzał tam zbyt wiele czasu, choć od codziennych patroli został odstawiony cztery lata temu.

– Nie widzę sensu w wysyłaniu innego Anioła do złapania tego Asa–sina – odparł, okrążając biurko. Tym razem przysiadł na jego krawędzi, pochylając się ku Stróżowi. – Fabian Dustran. Lat trzydzieści jeden. Bez daru, urodzony Asa–sin. Możemy tu mówić o tym, że nieobdarzony był tak zgorzkniały przez to, że jego współbracia wyśmiewają jego kalectwo, iż dał się sprzedać.

– Zakładasz czy podajesz mi fakty? – zapytał, zerkając na Philippe. Odpowiedział mu szerokim uśmiechem.

– Określ to jak chcesz, lecz wytrop go, przepytaj i zabij – powiedziawszy to, spoważniał. – Takiej niesubordynacji nie możemy pozwolić się rozplenić.

– Czy głowa Asa-sinów jest świadoma tej akcji? – Czezehiel spojrzał wprost w oczy Philippe, ale ten nawet się nie skrzywił.

– Czego oczy nie widzą, a uszy nie słyszały…  

Anioł skinął krótko głową. Tak będzie bezpieczniej. Czezehiel zgiął zdjęcie w pół i schował do kieszeni kurtki. Poklepawszy się po piersi, zatrzymał się jeszcze pod drzwiami.

– Adestrio też ściągnąć? – zapytał, zapalając papierosa. Na twarzy Preamisore pojawił się niepokój, może nawet i strach. Mężczyzna pogładził drżącą prawą dłoń i wstał powoli.

– To byłby prezent dla nas wszystkich, Czezehiel, ale ani nie mogę cię o to prosić, ani nie mogę ci tego rozkazać – odparł, ostrożnie dobrawszy słowa.

– Dlaczegóż to? – zdziwił się. Strzepnął popiół na posadzkę, lecz zaraz ściągnął go butem z widoku.

– Pytasz, choć znasz odpowiedź. – Philippe pokręcił głową. – Jak mógłbym wysyłać Anioła do stwórcy anielskiego pyłu? Adestrio jest żmiją, skurwysyn nie bez powodu przetrwał już dwieście sześćdziesiąt lat.

Obdarzony przeklął w duchu widząc nieporuszonego Stróża. Czezehiel w środku pewnie rwał się do wykonania takiego zadania.

– Co z tego? Jestem od niego prawie dwa razy starszy – Czez odparł, wzruszywszy ramionami. Głęboko zaciągnął się papierosem, wydmuchując dym nosem. Cudowna, cudowna ulga.

– Ale czy aby na pewno mądrzejszy? – Philippe zapytał cicho, ostrożnie mrużąc powieki. Czezehiel nie umiał mu odpowiedzieć na to pytanie. Okazało się trudniejsze, niżby się spodziewał.

Wzbijając się w niebo Anioł miał nadzieję, że jego mały podopieczny ma ochotę na jeszcze trochę wagarowania i zwiedzania świata.

 

*

 

Tim czekał na niego w ciaśniutkiej kuchni, z nogami wywalonymi na niewielki stolik. Wcinał płatki, oglądając jakiś sitcom w jeszcze mniejszym telewizorze. Anioła wkurzało wszystko w tym małym mieszkaniu. Obdarzony jednak był tak uparty, że nie chciał się przenieść do apartamentu swego Stróża. Twierdził, że ciasnota dobrze wyjdzie mu na zdrowie. Czezehiel i jego gabaryty były niestety innego zdania.

– Zatem… gdzie tym razem wybywamy? – Tim zapytał z pełnymi ustami, a Anioł uśmiechnął się półgębkiem. Po czym zaklął gardłowo, kiedy klamka lodówki została mu w ręce. – Tyle razy mówiłem ci, żebyś uważał na tego gruchota!

– Tyle raz proponowałem przeprowadzkę – burknął Czezehiel, w końcu wyciągając puszkę piwa. Poirytowany, mało delikatnie rzucił klamkę na szafkę. Przypatrując się jej lotowi, przeraził się, że może zrobić dziurę w starym drewnie. Na szczęście tylko walnęła z łoskotem. – A jedziemy do Niemiec.

– Kiełbaski i piwo, miodnie, zapewne twoja kraina.

Czezehiel z głuchym jęknięciem zwalił się na drugie krzesło w kuchni. Ostatnie, trzeba było podkreślić. Głośny jęk sprzeciwu mebla, przyprawił go o niezdrowe drżenie serca.

– Nie użyłeś właśnie słowa miodnie ––spojrzał na podopiecznego z ukosa z piwem zwieszonym w połowie drogi do ust.

Tim wzruszył ramionami, jakby robił aferę o nic. Czezehiel zdrowo łyknął z puszki, potrzebując zapomnieć o dzisiejszym dniu. Z kieszeni kurtki wyciągnął zdjęcie Fabiana i przesunął je w kierunku Tima.

– Znasz go? – Czez zapytał od niechcenia. Anioł wiedział, jakie chłopak miał połączenie z Asa-sinami, ale nie miał pewności, kto go spłodził. Matka Tima zmarła, lecz mogła powiedzieć mu kim jest jego ojciec. Niefortunne by było, gdyby to był Asa-sin z ich celownika.

Chłopak wziął fotografię do ręki, po czym skrzywił się i rzucił na stolik. Lazurowe oczy, ruda wiecheć włosów, ciemniejsza równo przycięta broda, piegowata twarz oraz cwany uśmieszek nic mu nie mówiły.

––Pierwszy raz widzę tę gębę. A powinno być inaczej? – zapytał, ale nie oczekiwał odpowiedzi, pospiesznie dodając – Nie wiem, kto jest moim ojcem, ten nawet nie jest do mnie podobny.

Czezehiel wzruszył przepraszająco ramionami.

– Musiałem się upewnić, a to nasz cel na weekend. Pamiętasz, co mówiłem o Adestrio?

Chłopak przytaknął, po czym gwizdnął i uniósł wysoko brwi.

– Weź nie mów! – zawołał zdumiony. – To ten gościu miał go zabić, ale wolał szmal? – Timothy zaklął pod nosem, po czym podrapał się po głowie. – Dlaczego nie zlecicie tego Asa–sinom? W końcu to jeden z nich.

Anioł zgniótł pustą puszkę i rzucił nią do otwartego kosza.

– Oczywiście, genialny pomysł! – sarknął. – Ciekawe, dlaczego Strażnicy nie chcieli zlecić tej robótki jego współbraciom?

Chłopak się zarumienił.

– Dobra, łapię – mruknął cicho, po czym wstał i przeciągnął się leniwie. – Mam coś spakować?

– Tylko swoją godność – Czez odparł, wyciągając ku niemu dłoń.

Uśmiechnął się szeroko, chwytając rękę swego Stróża. Moc, jaką ten włożył w teleportację, była dla niego dziwną ulgą, odrywającą go od rzeczywistości.

 

*

 

Turyngia to piękne miejsce, stwierdził Tim, rozglądając się po okolicy. Lasy, lasy i spokój święty. Pewnego dnia osiądzie gdzieś tutaj, wybuduje prostą chatkę i będzie żył bezpiecznie. Słodkie marzenia, może nawet i do spełnienia. Głęboko odetchnął zadziwiająco chłodnym, czystym powietrzem. Włożył dłonie do kieszeni spodni i odchylił do tyłu głowę, po prostu będąc. Miał lepszy wzrok niż większość ludzi i w ciemności nocy odnalazł się zaskakująco dobrze. Cisza jednak się przedłużała i zaczęła mu ciążyć. Spojrzał na swego opiekuna i przełknął głośno ślinę.

– Gdzie dokładnie jesteśmy? – spytał Czezehiela. Chłopakowi nie spodobała się grobowa mina mężczyzny. Mars przecinał jego czoło, a oczy były chłodne, skupione na odległych punktach horyzontu.

– Nie tam, gdzie powinniśmy – odmruknął ponuro, przyzywając swój miecz. Okolica była cicha. Za cicha. Domy bezładnie porozrzucane po górzystym terenie, odległe o parę minut szybkiego marszu. Wzgórze na którym stali pozwalało mu zlustrować okolicę. Wymarłą, zdawać by się mogło. Wysoka, sięgająca kolan trawa gięła się pod naporem wiatru. Obejrzał się na podopiecznego i syknął. – Na ziemię, ale już.

Chłopak nie oponował, pospiesznie przypadając do parteru. Leżał nieruchomo i nasłuchując, czekał aż Czezehiel powie cokolwiek. Usłyszał szelest, jedno ze skrzydeł Anioła przykryło leżącego chłopaka od pasa w górę. Czuł się uwięziony. Stróż rozłożył je na całą szerokość, lekko unosząc nad ziemią i przykucnął przy nim. Położył dłoń na jego ramieniu, nie dematerializując miecza.

– Czezehiel?

– Cicho – szepnął. – Nie wiem, dlaczego nas tu zepchnęło, powinniśmy wylądować na zamku w pobliżu Eisenach. A jesteśmy…

– W dupie, pozwól to sobie powiedzieć.

Anioł ponuro skinął głową. W ostatnim czasie wiele, może nawet zbyt wiele razy się teleportował. Był wyczerpany, lecz nie dopuszczał zmęczenia do głosu. Coś, lub raczej ktoś musiał go zepchnąć z trasy. Odetchnął cicho, zbierając siły.

– Zbieramy się stąd. Tym razem w dobrym kierunku – odszepnął i włożył całą swą pozostałą moc w przeniesienie ich do Eisenach.

Wylądowali ciężko i niezgrabnie. Miecz skrzesał iskry na brukowanej uliczce i prawie wypadł z dłoni Czezehiela. Zbierało mu się na wymioty, a w głowie zakręciło się. Przytulił czoło do zimnej kostki, żeby się opanować. Czuł jak lodowaty pot spływa po jego ciele. Jakaś kobieta krzyknęła przestraszona, odskakując od nich pospiesznie. Timothy był szybszy – złapał ją, sprawiając, że zapomniała o całym zajściu.

– Brawo, mój skrzydlaty mistrzu delikatności – warknął na niego cicho. Czezehiel zacisnął usta wstając. Wskazał mieczem na prześwit na końcu alejki.

– Spójrz.

– Nasz zamek? – spytał. Anioł przytaknął bez słowa. Noc była bezchmurna, księżyc w pełni jarzył się mocno. Budowla była widoczna, jakby podświetlona wewnętrznym blaskiem. Tim westchnął boleśnie, w końcu doganiając Czezehiela. – Wiesz, to trochę ssie. Niby się teleportujesz, ale i tak trzeba zasuwać taki kawał drogi.

Anioł spojrzał na niego gniewnie.

– Istnieje dzień, w którym nie narzekasz? Na nic? – machnął ręką, przerywając mu. – Zresztą, co mnie to interesuje. Słuchaj, Tim, ktoś nas zepchnął.

– Zepchnął?

– Zepchnął, zdmuchnął, przerzucił w inne miejsce. Różnie się na to mówi. Ktoś sprytny i obyty w rraresach przeszkodził nam w dotarciu na zamek.

– Sprzymierzeńcy tego jak mu tam…

– Fabiana? Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Aczkolwiek to bardzo prawdopodobne – odparł, wzruszając ramionami. – Jeszcze tego by brakowało, żeby ten skurczybyk nie dość, że zdradził swoich, to jeszcze zaczął pracować dla Niszczycieli.

Ta opcja wcale, ale to wcale, nie spodobała się Timowi. Zawsze zdawało mu się, że albo się jest Obdarzonym, albo Niszczycielem – że nic nie stoi pośrodku tego. Żadni zdrajcy, szumowiny i desperaci. Nie żeby mu się to podobało, jakaś jeszcze dziecięca cześć jego umysłu, wzbraniała się przed ukrytym pod dywanem, czającym się złem.

– Jest taka możliwość?

– Zawsze – mruknął cicho Czezehiel. – Skoro Niszczyciele potrafią sprzedawać narkotyki Obdarzonym bez zabijania ich dla mocy… Wszystko jest możliwe.

Stróż przyśpieszył do truchtu, nie chciał tracić czasu na pogaduszki, ani na spacerowe zwiedzanie. Równie dobrze mogło być już za późno – przecież ktoś przez ten czas zdążyłby pozbyć się z siedziby Asa–sinów Dustrana. Gorzkie przeczucie osiadło mu na języku, tworząc niesmak nawet dla powietrza. Przysiągł sobie cicho, że cały oddział wojowników będzie mieć bardzo przesrane, jeżeli tego nieobdarzonego tam nie będzie.

Przyśpieszył.

Usłyszawszy rzężący oddech podopiecznego, szybko obejrzał się do tyłu. Chłopak był cały zaczerwieniony, do czoła przykleiły mu się kosmyki włosów. Wyglądał marnie, jednak minę miał zaciętą i był tylko o krok za swym Stróżem. Czezehiel delikatnie poruszył nici łączące ich umysły, przesyłając mu odrobinę swojej siły. Preamisore spojrzał na niego z wdzięcznością.

Anioła zaniepokoił brak strażników, których już dawno powinni byli minąć. Zanim wpadli na dziedziniec, skrzesał w sobie jeszcze jedną iskrę mocy, która ukryła ich przed wzrokiem innych. Może nawet i ją zmarnował, lecz nie chciał być łatwym celem dla nieprzyjaciół. Nie uśmiechało mu się dostać kulki w łeb od ukrytego strzelca. Prawą ręką, którą nie dzierżył miecza, chwycił za przegub Tima, lekko wdzierając się do jego myśli.

– Nie podoba mi się to! – jęknął chłopak.

– I dobrze, że masz instynkty. Na dziedzińcu powinno być paru, parunastu Asa–sinów na treningach nocnych – odmruknął ponuro.

– Philippe nic nie mówił o żadnej akcji w terenie? – Tim dopytywał, zalewając swojego Stróża tuzinem sprzecznych emocji.

Czezehiel potrząsnął głową pod niewidzialną kurtyną. Pociągnął za sobą chłopaka, wchodząc do zamku przez najbliższe drzwi. Korytarz był oświetlony, lecz również opustoszały. Anioł nie wyczuł żadnych run na progu. Zapewne i tak rarresy ochronne wokół terenu dały głównodowodzącemu znak, że przeszli przez krąg do środka. Czezehiel wolał nie czekać, aż ktoś skoczy im na głowę. I to dosłownie.

– Nie mógł tego wiedzieć, nie informował nikogo, że przybędziemy po Fabiana. Poza tym Strażnicy nie mają bezpośredniego dostępu do bazy danych zabójców. Potrzeba klucza.

Podenerwowanie i strach Tima powoli zaczęły się udzielać Stróżowi.

Spróbował ułagodzić jego niepokoje, lecz okazały się tak silne, głęboko zakorzenione w chłopaku, iż moc rozeszła się po ciele Timothy’ego, nie pomagając mu. Czezehiel był pod wrażeniem, że chłopak umie tak dobrze maskować swoje uczucia. Minęło mu to szybko, teraz sam zaczął niepokoić się o swego podopiecznego. Co musi siedzieć w tym chłopaku, jaki strach, że nie da się go wyplenić anielską mocą?

Anioł przystanął i zaczął nasłuchiwać.

Nic, głucha cisza.

A może? Coś, coś jednak słyszy. Skrzypienie, miarowe, bezustanne. To nie brzmiało jak szepcząca dusza zamku. Jeszcze mocniej nadstawił uszu. Dźwięk dochodził z najbliższej komnaty – tak mógł przynajmniej wnioskować. Drzwi były leciutko rozwarte, na kamiennej posadzce migotało światło dochodzące z wnętrza. Usłyszał głośniejszy trzask ognia. Mam cię! Sunąc tuż przy ścianie, powoli podszedł do drzwi. Zerknął na Tima i prawie zaklął głośno. Ciężar tego, że wziął chłopaka ze sobą, stał się wręcz nieznośny. Coraz bardziej tego żałował.

Obdarzony rzucił mu spanikowane spojrzenie.

– Wchodzę tam z tobą! Nawet nie waż się myśleć, żeby mnie tu zostawić! – jego jęk zaatakował myśli Stróża.

– Cały czas masz być za moimi plecami, rozumiesz? – Czezehiel zazgrzytał zębami, wodząc spojrzeniem od chłopaka do wejścia do komnaty.

– Nie jestem tchórzem, do cholery!

– To go w sobie znajdź i wykonuj moje polecenia. Masz być za mną, a najlepiej będzie, jeżeli nie będziesz się wychylać.

Chłopak zacisnął szczęki i, dzięki Bogu, milczał. Anioł mógł obrażać jego inteligencję tak długo, dopóki w grę wchodziło jego życie – w końcu przezorny zawsze ubezpieczony. Czezehiel przed wejście do komnaty wsunął mu w dłoń niewielki sztylet. Składał żarliwe modły, żeby Obdarzony przypadkiem się nie dźgnął. Chłopak trzymał broń zbyt niepewnie, ręka wyraźnie mu drżała, jakby bał się, że broń sama obróci się przeciwko niemu.

Czezehiel odetchnął i kopnął drzwi. Jednym susem znalazł się w środku.

Czekał tam na niego tylko trup.

– Co u licha? – jęknął Tim.

Och, właśnie, co? Pomyślał ponuro Czezehiel, przyglądając się zmarłemu. Mężczyzna miał rozszarpane gardło, usta szeroko otwarte i wytrzeszczone, pokryte bielmem oczy. Przywiązany do bujanego fotela, poruszał się w nieskończonym cyklu stuków. Ciało nie było opuchnięte, a krew dopiero powoli zastygała. Ktoś załatwił go nie tak dawno.

Godność zwłok – Fabian Dustran.

Zimny spokój spłynął na Anioła, którego zmysły zostały wyostrzone, stawiając go w najwyższej gotowości. Wszystko w nim napięło się w oczekiwaniu na atak. Samootwierające się z hukiem drzwi w końcu kogoś przyciągną i to szybciej, niżby chciał. Delikatnie pchnął Tima za wyłom komnaty, ani na chwilę nie tracąc z oczu wejścia do pokoju. Chłopak zamarł w pół gestu, słysząc wcale nie ciche dudnienie butów dobiegające z korytarza. Stróż spojrzał na niego z ukosa, gestem pośpieszając go. Tim nie oponował, starając się usunąć swą niewidoczną postać z widoku tak wolno i bezszelestnie jak tylko umiał.

Dreszcz przebiegł Czezehielowi po kręgosłupie.  

Na progu pojawił się jeden Noctivero i już węszył w powietrzu. Bardzo uważnie rozglądał się po pokoju, a wciągane powietrze długo przytrzymywał w płucach. Już zaczął się zmieniać. Twarz wydłużyła mu się, przekształcając w wilczy pysk. Porastał sierścią, która ścieliła się po nieosłoniętych materiałem partiach ciała. Ręce wyginały mu się, pęczniały, przekształcając dłonie w twory przypominające szponiaste łapy. Wszystko to w akompaniamencie stuków fotela, trzasków formowanych kości i coraz głośniejszego, basowego warczenia, dochodzącego z potężnej piersi Niszczyciela. Skończywszy tworzyć swą nową, zwalistą postać Noctivero otrzepał się, jak to psy zwykły robić po taplaniu się w wodzie.

Zamiast wody to krople krwi rozprysły się wokoło.

Jedynym, zwierzęco zgrabnym susem rzucił się w kierunku niewidzialnego Stróża. Zaskoczony mężczyzna zatoczył się do tyłu, a chroniąca go przed spojrzeniami maska opadła. Czezehiel szarpnął się, odskakując z dala od szponów wilkołaka. Z jego pyska kapała krew, przy transformacji musiał skaleczyć się własnymi kłami. Kłapnął teraz na Anioła, zataczając wokół niego kręgi. Górował nad nim, warcząc i klnąc w jakimś dziwnym języku. Nawet nie w mieszaninie szczęknięć i słów, Czezehiel pierwszy raz spotkał się z tym dialektem. Zrobił błyskawiczny wypad do przodu unosząc jednocześnie pistolet i miecz. Broń wystrzeliła z hukiem. Na nieszczęście pocisk ledwo drasnął bok Noctivero. Zawył on i kłapnął zębiskami cale od nosa Anioła.

Wyłącznie miecz sięgnął celu, gorszym było, że utknął w boku Niszczyciela.

Wilkołak zwiniętą pięścią grzmotnął Czezehiela w twarz. Słona krew zalała jego usta, lecz rękojeści nie puścił. Próba jej wyszarpnięcia skończyła się tylko pół wrzaskiem, pół skowytem przeciwnika. Bestia nie przestawała zawodzić, kopiąc w brzuch Anioła. Zaskoczony przetoczył się po posadzce, gwałtownie uderzając w ścianę. Szybko poderwał się na równe nogi, ponownie nacierając na przeciwnika. Jego krzyż zaprotestował, słabe echo bólu przetoczyło się w dół jego nóg. Nie miał nawet czasu by splunąć krwią. Musiał jakoś wydostać z cielska wilka swój miecz. Widział, że zmiennokształtny odczuwa coraz większy dyskomfort, spowodowany anielską stalą. Głowił się nad tym, jak wydostać z niego broń. Gdyby utknęła w samym ciele byłoby lepiej, ale oczywiście dosłownie ostrze zakleszczyło się w żebrze Niszczyciela. Wilkołak sam musiał szybko działać, jeżeli nie chciał, by jego skóra i mięśnie zaleczyły się wokół stali.

Czezehiel uniósł berettę, chcąc strzelić w łeb zmiennokształtnego. Ten odkoczył niezwykle zwinnie, pomimo wystającej z niego broni. Wilk szarpnął za rękojeść, a ostrze wyszło z cielska z paskudnym mlaśnięciem. Zaskamlał, potrząsając łbem. Korzystając z możliwości Czezehiel skoczył na niego, oddając jeszcze kilka strzałów. Żaden jednak nie sięgnął czaszki bestii. Poharatały mu nogi, jedna utkwiła w ręce, lecz on wciąż jakby nietknięty trzymał się w pionie. Anioł zaklął i zwarł się w mocnym uścisku z Niszczycielem, wyginając do tyłu łapę trzymającą miecz. W chwili, w której pękł jego nadgarstek, zmiennokształtny drugą, zakleszczoną pomiędzy ich ciałami ręką, drasnął brzuch Anioła i kopnął go w krocze. Stróż padł na ziemię, rażony oślepiającym bólem. Nie mógł czekać. Na chybił trafił uniósł broń i wypalił. trzy strzały w końcu sięgnęły celu.

A on mógł tylko leżeć, nie mając siły upajać się zwycięstwem. To bolało, kurewsko. Jaja pulsowały takim ogniem, że przyćmiło to, co działo się z jego brzuchem. Chwytając miecz odczołgał się do tyłu, do Tima. Ciężko oparł się o ścianę i dyszał tak, przytulając nogi do klatki piersiowej. Machnął jeszcze tylko dłonią, na nowo skrzesując wokół siebie iskrę niewidzialności. Timothy milczał.

Najważniejszym priorytetem było skupienie się na oddychaniu. Zarazem była to najtrudniejsza rzecz na świecie. Słyszał jakieś przekleństwa i stukot buciorów, ktoś biegł w kierunku tej komnaty. Wparowali nagle i na raz. W żaden sposób niebyli przezorni, ostrożni ani cisi. Głośne złorzeczenia, jednak nie przysłoniły pstryknięcia palcami, które wydawało mu się wielkim hukiem w ciszy zamku.

– Miał się pozbyć tylko tego śmiecia, a załatwił sam siebie. Adestrio urwie nam łby, jeżeli nie dopilnujemy wszystkiego…

Po tych słowach nastała przeszywająca jego obolałe jądra cisza.

Czezehiel był rozdygotany, a ręce telepały mu się jak przy chorobie parkinsona. Wszystkie siedem naboi z magazynka beretty wyszło, miał ochotę pokląć, by zapełnić tę złowrogą ciszę. Nos podrażnił mu swąd palonych włosów. Najwyraźniej Niszczyciele nie próżnowali, chcąc pozbyć się niewygodnego trupa. Czezehiel zerknął na Tima, bladego i spiętego, klęczącego tuż obok niego. Anioł drżącymi palcami w końcu pozbył się pustego magazynka. Załadował kolejny, ostatni. Podczas walki musiał zgubić pozostałe dwa, które zawsze ze sobą nosił. Lufą pistoletu wskazał na chłopaka, następnie na podłogę. Szczęk ładowanego magazynka zabrzmiał w komnacie, niczym wystrzał. Niszczyciele nie wzdrygnęli się na ten dźwięk, tylko dlatego, że go oczekiwali.

Zostań, Anioł poruszył ustami, bez sił na mentalne połączenie. Tim przytaknął, mocniej ściskając rękojeść sztyletu.

Czezehiel niemal stęknął zrywając się na równe nogi. Miecz w jednej, pistolet w drugiej ręce – czy aby nie było to ponad jego siły? Obawiał się, że tak. Strach poczuł dopiero poczuwszy rwanie w udzie. Nie miał czasu na ocenę szkód, musiał działać szybko. Szczególnie, że przez zranioną nogę przestał zachowywać się cicho i na najbliższego wroga rzucił się niezgrabnie. Niezdarny atak Anioła przyjęli z nieoczekiwaną radością.

Stróż wrzasnął z bólu, kiedy mężczyzna zamachnął się pięścią i trafił w ranę. Za pięścią podążył płomień i krzyk Anioła rozbrzmiał w zamku jeszcze mocniej. Mieczem odrąbał piromantowi głowę, nie mogąc się już zatrzymać by zgasić ogień pełzający po nogawce spodni. Kolejny Noctivero skoczył ku Stróżowi, podczas kiedy trzeci niemal leniwie krążył wokół nich. Czezehiel zwarł się w uścisku z najbliższym, tłumiąc ogień o ciało mężczyzny. Rękę z mieczem miał zablokowaną, więc skupił się na beretcie. Naraz pistolet wypalił, któryś z Niszczycieli podążając po wcześniejszych ranach mocniej rozorał mu brzuch i jego skrzydła wystrzeliły na świat. Blask płynący z piór oślepił nożownika. Czezehiel był już wolny. Nie czekając zaatakował ostatniego Niszczyciela, ale ledwo go drasnął. Skurwiel był telekinetykiem i odrzucił Anioła przez całą długość komnaty. Zrobił to po omacku, wciąż zasłaniając przedramieniem oślepione oczy.

O krok od omdlenia, Czezehiel instynktownie puścił miecz i przyłożył rękę do brzucha. Buchało z niego ciepło, odór jego własnej krwi niemal go zdławił. Nie odważył się spojrzeć w dół. Obejrzał się za to na skrzydło, czując w nim rwanie. Zderzając się ze ścianą, wbiło się ono do długiego szpica, które ktoś przykręcił do kwiatowej tapety. Rozejrzał się po pokoju. Co półtora metra podobne cuda wystawały ze ścian. Cały pokój był nimi przyozdobiony i Anioł nie wiedział, po jaką cholerę. Wiedział za to, że drugie skrzydło wyłącznie o milimetry uniknęło katuszy. Przebita została tylko błona i jedno piórko. Metaliczna ciecz podeszła mu do gardła i wypłynęła ustami. Charcząc krwią nie dopuścił do tego, żeby Noctivero mógł unieść spojrzenie. Słabnąc, wzmocnił blask swoich skrzydeł, a mężczyzna wrzasnął kuląc się jeszcze bardziej. Krzyczał wymachując jedną ręką na oślep. O ścianę rozwaliło się krzesło, na którym wcześniej bujał się trup Fabiana. Telekinetyk jeszcze raz zamachnął się, a drugie o wiele cięższe i zapewne bardzo stare siedzisko poszybowało w stronę Anioła. Pistolet dzierżył niemal bezwolną ręką i strzelił z niego w momencie, w którym mebel zderzył się z jego powoli wypadającymi bebechami.

Stęknął, zwalając się na ziemie. Skończyło się na tym, że ryczał niczym zranione zwierzę, czując jak skrzydła rozrywają się przez metalowe, odrobinę pordzewiałe szpice. Mógłby ściągnąć je z pułapki szybko i bez żadnych dalszych uszkodzeń, tylko to krzesło go pokonało. Zwinięty w pół powoli tracił siły. Złota krew tworzyła coraz większą kałużę pod nim. Ciemniało mu przed oczami z niedotlenienia, chyba jego płuca, wraz z sercem, zapominały jak się poprawnie pracuje.

– Tim… – zacharczał wypluwając jeszcze większą ilość krwi. – Timothy musisz zadzwonić. Nie. Musisz uciekać. Uciekać, później dzwonić. Schroń się…

Splunął jeszcze trochę krwi na posadzkę i uniósł umęczone spojrzenie. Obdarzony przypadł do niego. Spanikowany, mocniej przycisnął jego dłoń do rozprutego brzucha. Chłopak obejrzał wpierw Anioła, potem jego skrzydła.

– To wszystko wygląda gównianie. Bardzo gównianie – wymamrotał.

Puścił jego dłoń i wstał.

– Idźże już – warknął Anioł, niebezpiecznie przechylając się w bok. Jego miecz zniknął, ale podopieczny już nie. Chłopak podszedł bliżej i zaczął powolutku ściągać skrzydła Anioła z tego narzędzia tortur. – Tim. Spieprzaj stąd!

– Mam cię zostawić? Cała ta sprawa podopieczny–opiekun to przeżytek. Co mi z opiekuna, który nie potrafi mi zapewnić bezpieczeństwa? – Gęba mu się nie zamykała, a Czezehiel naprawdę nie chciał słuchać jego pieprzenia. – Teraz ja się pobawię w to całe stróżowanie. Nie może być przecież aż tak trudne. No wielkoludzie, jedno skrzydełko mamy z głowy.

Powiedzenie mu, żeby zamknął ryj byłoby przyjaznym rozwiązaniem, lecz nawet na to nie miał siły. O panie w niebiosach, błagam niech on zamilknie. Błagania Czezehiele nie zostały wysłuchane, lecz dłużej nie miał zamiaru narzekać. Fala przejmującego bólu, płynącego z tego bardziej zranionego skrzydła, przyćmiona została przez jeszcze większą ulgę, kiedy oba w końcu zostały uwolnione ze śmiertelnej pułapki.

Timothy schylił się, wziął go pod ramię i z głośnym stęknięciem podniósł Anioła z ziemi. Ten wciąż kurczowo ściskał pistolet oraz swoje flaki. Niestety nie starczyło mu sił na przegonienie Tima w diabły. Pozwolił chłopakowi się prowadzić, czując, że nie zostało mu już dużo czasu na ziemi. Dowlekli się za bramę zamku, po czym Czezehiel zwalił się na trawę i zemdlał.

– A niech to. Niech to szlag. – szepnął spanikowany chłopak. Potrząsnął Aniołem raz i drugi. – Czezehiel? Czezehiel?! Ziemia do Czezehiela! Nie możesz mnie zostawiać w tych szalonych Niemczech, kurwa nie wykituj mi tu. Błagam…

Przystawił dwa palce do szyi mężczyzny. Wstrzymał oddech dopóki w końcu niemrawo pod opuszkami nie zatrzepotał puls. Timothy zdławił w sobie okrzyk ulgi. Dwa kroki od Stróża leżała jego bezużyteczna beretta. Porwał pistolet i schował go do kabury na plecach mężczyzny. Bał się go przewrócić na plecy. Ranę jego brzucha widział pobieżnie, poza tym nie wiedział jak pomóc tak rannej osobie. Musiał przyznać przed samym sobą, że Czezehiel nie był już tylko ranny – znajdował się dosłownie na skraju życia i śmierci. A Tim miał nadzieję, że nie stoczy się on na samo dno. Obdarzony przetarł przedramieniem oczy, gdyż zaczęły niepokojąco mocno mu łzawić. Przygryzł wnętrze policzka, wstał i rozejrzał się uważnie. Nie był pewny, czy dobrze widzi, ani czy nie są to jego omamy. Zerknął jeszcze na nieprzytomnego mężczyznę. Jeżeli się nie pośpieszy, to Czezehiel umrze. To nie była opcja, która mu się podobała. Nie miał żadnego wyjścia. Czekać mógł w nieskończoność, a skąd mógł wiedzieć, czy gdyby zaufał Asa–sinom nie skończyłoby się to źle? Została mu jedna szansa na ocalenie jego Anioła Stróża. Głęboka bezradność, która trzymała się go, rozwierając pod jego stopami czeluść piekła, sprawiała, że czuł się bardziej przerażony. A panika nie pomoże mu go ocalić.

Rzucił się do biegu tak szybkiego jak nigdy w swoim życiu. Pani Śmierci ze śmiechem deptała mu po piętach.

Rzęził niczym popsuta maszyna. Gałęzie drzew smagały go po twarzy, drapiąc do krwi, lecz nie zatrzymywał się. Zobaczył prześwit między pniami, a to, co ujrzał za tym, nigdy nie wydawało mu się słodszym widokiem. Krzyknął parę razy. Pomocy. Potrzebował pomocy. Cholernej pomocy i oby oni mu ją dali.

– Brauchst du hilfe! – wrzasnął na wydechu. – Hilfe, hilfe, hilfe!

Raz za razem wydobywał z siebie słowa, błagając w duchu wszechświat żeby ktokolwiek go zrozumiał. I żeby ktokolwiek był w tej chatce. Zapalone w jednym pokoju światło nie świadczyło jeszcze o niczym. Przypadł do drzwi, poczynając walić w nie zaciśniętymi pięściami. Hilfe, hilfe, hilfe wydobywające się z jego zdartego gardła zdawało się nie mieć końca. W końcu drzwi otwarły się szeroko, a jego nos spotkał się z lufą strzelby mężczyzny w sile wieku. Tuż za nim stała kobieta z burzą siwych loków i zatroskanym wyrazem twarzy. Timothy rzucił się na kolana, kompletnie zapominając o swoim darze.

– Hilfe, hilfe… – zająknął się i wskazał na zamek. – Meine freund… Hilfe!

Mężczyzna obejrzał się na kobietę, prawdopodobnie żonę. Na oko byli w tym samym wieku. Umysł chłopaka rejestrował najmniej potrzebne mu do życia w tej chwili fakty. Na dodatek serce w jego piersi waliło mocno, jakby miało zaraz wykitować.

– Spricht zu Deutch?

Tim zagapił się na niego wciąż klęcząc.

– Deutch? No, no. Englisch. Meine freund, hilfe, hilfe…

Kobieta szepnęła coś mężczyźnie na ucho. Ten skinął głową i przewiesił strzelbę przez tors. Wyciągnął dłoń w kierunku chłopaka i pomógł się mu podnieść. Skinął ręką w stronę lasu, jakby go poganiając, czy wyganiając. Tim truchtem ruszył przed siebie. Mężczyzna nie wrócił do wnętrza, tak jak Obdarzony tego oczekiwał, tylko ruszył ramię w ramię z nim. Chłopak odetchnął z ulgą i przyśpieszył. Niemiec nie pozostawał w tyle.

Droga na górę zajęła im trochę więcej czasu, niż ta pokonana przez Timothy'ego. Co było całkowicie zrozumiałe, lecz wnętrzności chłopaka wyklinały go pod niebiosa. On jedynie bał się, czy pod zamkiem zastaną jeszcze żywego Anioła. Żarliwie modlił się by tak było.

Niemiec gdyby mógł, to ściągnąłby czapkę z głowy w chwili zobaczenia leżącego na trawie Czezehiela. Bezwiednie złapał się za włosy, po czym ręka bezsilnie zsunęła mu się w dół. Szepnął coś pod nosem w swoim języku i po prostu zagapił się na leżącego Anioła – na jego rozłożone bezładnie jak u lalki skrzydła, kałużę złotej krwi wypływającej spod niego, na wielką sylwetkę i łysą głowę. Tim chciał przypaść do ziemi koło swego Stróża, lecz wpierw złapał stojącego koło niego jegomościa i na szybkiego, pewnie dość boleśnie, wtłoczył w jego umył proste polecenia. Działaj, pomóż, to nic wielkiego, nic dziwnego, działaj, pomóż. Chłopak w końcu sprawdził puls Anioła. Wrzasnął przestraszony, kiedy ciało mężczyzny się poruszyło, wstrząsane wibrującym śmiechem Stróża.

– Jesteś głupi, Tim, głupi. Dlaczego mnie nie posłuchałeś i nie uciekłeś? – jęknął ochryple.

– Jakbyśmy, my Obdarzeni, byli jakimiś bezdusznymi bestiami, dbającymi wyłącznie o własny tyłek. Pora, żeby ktoś zatroszczył się i o ciebie wielkoludzie.

Anioł znów się zaśmiał, plując krwią.

– Nawet przyprowadziłeś posiłki, no proszę. Nie doceniałem cię – wyszeptał tak cicho, iż Tim musiał się nad nim pochylić, by to usłyszeć.  

– Nikt tego nie robi – chłopak wyrzucił na wydechu. – Teraz skończmy z tym. Jak bardzo z tobą źle, Czezehiel?

– Umieram, Timothy. Nic na to nie poradzisz.

– Pieprzenie. Wciąż trzymasz swoje bebechy?

– Jesteśmy prawie nierozłączni…

Chłopak mruknął coś pod nosem, zerkając na Niemca. Z zaciśniętymi ustami przybliżył się do nich o krok. Koniec końców powiedział coś głębokim, gardłowym tonem, co mogło być tylko i wyłącznie przekleństwem. Tima nie podniosło to na duchu, brzmiało to prawie jak wyrok śmierci.

 

*

 

Śmierć czasem można przekupić cudami. Tego cudu zupełnie się nie spodziewali, lecz kostucha była nad wyraz zadowolona odchodząc z pustymi rękoma.

Odwalili największą prowizorkę na świecie, ale nie było innego wyjścia. Wokół paliły się pochodnie, śmierdziało krwią, moczem i wielką ilością zabójczo mocnego bimbru. Timothy nie mógł narzekać na scenerię – jego Stróż oddychał, teoretycznie czysto połatany. Teraz tylko zaczął żałować, że mężczyzna jest taki niemożliwie wielki. Przeniesienie go na jeszcze bardziej prowizorycznych noszach do chatki małżeństwa będzie trudne. Trudne i żmudne, może nawet i zabójcze.

Musieli robić kilka przystanków, droga zajęła im nieźle ponad godzinę. Brunna nie chciała od razu pakować Czezehiela do auta. Bała się o jego nikłe życie. Fakt, iż była zielarką, dobrą w swym fachu, prawie niepowiązaną z Obdarzonymi, trochę Tima do niej przekonywał. Kobieta wiedziała co nieco o innej, jakże tajemniczej rasie. Nie żeby Tim rozmawiał z nią dużo, a nawet nie rozmawiał wcale. Tylko troszkę podsłuchał jej myśli. Czuł się rozgrzeszony przez sytuację, w której się znaleźli.

Stał teraz z kubkiem parującej kawy, patrząc na nieprzytomnego Anioła. Skontaktował się z jedyną osobą, której numer znał na pamięć i jedyne, co mu teraz pozostało, to czekać.

Mąż Brunny ścisnął ramię chłopaka i wskazał mu fotel w rogu małego salonu. Zapadł się w nim z wdzięcznością. Spojrzał na swoje ręce – brudne, pokryte zakrzepłą krwią Anioła i pierwszy raz zatęsknił za swoją ciotką, która opiekowała się nim przez długie trzynaście lat jego życia. Dużo by oddał żeby teraz się do niej przytulić, może pogadać, a nawet pomilczeć razem z nią, patrząc na padający deszcz. Wspomnienia o niej pozwoliły mu przetrwać kolejne trzy godziny oczekiwania i gorączkowego rzucania się Czezehiela. Stróż wyglądał coraz gorzej. Dla Tima słodką muzyką okazał się uszkodzony samochód, piszczący niemiłosiernie wśród dogorywającej nocy.

Pomoc w końcu nadeszła.

 

***

 

Długie, niemalże niekończące się trzy dni, zajął im powrót do domu. Niemieccy Strażnicy, kiedy w końcu byli pewni, że Czezehiel nie wykituje, pomogli im bezpiecznie dotrzeć do San Francisco. Prywatny samolot, którego użyczył im jeden z obrzydliwie bogatych, niemieckich szych Preamisore, robił trzy przystanki po drodze. Pilot miał łeb na karku i jako zmyślna istota, sprawnie zgubił kilku nasłanych na nich Niszczycieli. Timothy w swoim życiu nigdy nie był nikomu tak wdzięczny jak jemu i tamtemu małżeństwu. Pewnego dnia, zapewne po ukończeniu Akademii odwiedzi ich i jakoś podziękuje. Jeszcze nie wiedział w jaki sposób, ani czy na pewno wtedy, ale zrobi to. Musi, to była niemal jego powinność.

Teraz zaś przez jakiś czas musiał robić za anielską niańkę. Pacjenta miał trudnego jak cholera. Czezehiel, kiedy w pewnym stopniu doszedł do siebie, stał się tragicznie nieznośnym, wściekłym na wszechświat, wiecznie głodnym byczkiem, który chciał skręcić komuś kark. Tim nie wytrzymał i czwartkowego popołudnia, na dzień po tym jak wylądowali w Stanach, skontaktował się z Philippem niemal błagając Strażnika, żeby zrobił cokolwiek z Aniołem, ponieważ nie da się z nim wytrzymać.

Rozminął się z mężczyzną w drzwiach.

– Powodzenia życzę – mruknął cicho, ściskając jego rękę. – Idę do Mary po notatki z zajęć. Nauka nigdy mnie nie ominie… Gdybyś czegoś potrzebował, czegokolwiek ciężkiego do rzucenia w tego patafiana – dom jest twój. Będę tylko dwa piętra pod wami.

Philippe uśmiechnął się półgębkiem, skinąwszy głową.

Cicho przemierzył niewielką długość mieszkania. Utykał lekko na prawą nogę, lecz kroczył pewnie, jakby nie chcąc, żeby jego ułomność czyniła go w oczach innych słabym. Miał dopiero czterdzieści lat, jednak przez ostatnie dni czuł się o wiele starszy i słabszy. Delikatnie zapukał do otwartych na oścież drzwi.

– Zapraszam, zapraszam do największej kaleki na… – Czezehiel uniósł głowę z poduszki i zawahał się. – Chryste, a myślałem, że to ja wyglądam jak gówno.

Preamisore roześmiał się, ciężko przysiadając na skraju łóżka.

– Ostatnie dni były… Tragiczne. Określmy to tak.

Anioł mruknął potakująco, próbując usiąść. Czując rwanie w brzuchu skrzywił się i zaklął szpetnie. Zrezygnował ze żmudnej wędrówki, pozostając w pozycji półleżącej. Próbował zrobić więcej miejsca Strażnikowi, lecz jemu wyjątkowo dobrze było na tym nędznym skrawku materaca, na którym przycupnął. Odkąd widzieli się ostatnio, Philippe chyba musiał schudnąć z połowę. Obita twarz mieniła się tęczą, a przez usta ukośnie płynęła świeża, dość paskudnie wyglądająca, blizna.

– Muszę się z tobą zgodzić – odchrząknął i zaczął mówić dość niepewnym głosem. Tylko odrobinę bał się tego, co ma mu do powiedzenia Strażnik. – Zatem, cóż mnie ominęło, kiedy starałem się nie wykitować?

Strażnik westchnął cicho i zgarbił się.

– Asa–sinowie, ogólnoświatowo. Mają do nas cholerne pretensje, że chcieliśmy odstrzelić jednego z ich, do tego bez poinformowania władz. Zwłaszcza po tym czego się dopuścił, a okazało się, że za uszami miał więcej brudów, niż się spodziewaliśmy. Chwała Panu, po wielu kłótniach, wiadomościach i sprostowaniach oraz naświetleniu całej sytuacji w końcu postanowili spasować. Za trupami pokroju Fabiana nikt nie tęskni. Do tego, na południu miasta, jakiś ludzki zamachowiec próbował wystrzelić w powietrze któryś budynek. I, niespodzianka! Byłem w pobliżu, starając się ściągnąć jednego Niszczyciela, który w przeszłości miał jakieś powiązania z Adestrio. Jakże szczęśliwie dla mnie, wybuch załatwił go za jednym zamachem, niestety zanim zdążyłem zapytać jak mu się dziś podoba moja fryzura…

Czezehiel aż się skrzywił, nie mając siły udawać, że było to cokolwiek śmieszne. Philippe nigdy nie był dowcipnisiem.

– Jak zwykle bawisz się w kokietkę – wymamrotał.

– Ano. Dobrze, przejdźmy do ważniejszych rzeczy. Powiedz mi, jak mogłeś być tak bezmyślnym bucem? – Strażnik zapytał uprzejmie.

Anioł uniósł wysoko brwi.

– O co ci chodzi, do diabła? – burknął.

Dopiero teraz ujrzał jak Philippe usilnie starał się ukryć tę furię, która buzowała mu pod skórą. On wręcz skrzył się od wściekłości. Przeoczenie czegoś takiego w innych okolicznościach i przy innej osobie, kosztowałoby Czezehiela głowę.

– Bierzesz na odstrzał swojego podopiecznego, dajesz sobie nieźle skopać dupsko i jeszcze pozwalasz, żeby jeden z naszych latał po obcym kraju szukając pomocy! O to mi chodzi, cholera! – krzyknął, uderzając dłonią o udo. Potrząsnął głową próbując choć trochę się opanować, marnie jednak mu to szło. – Oszalałeś kompletnie?

– Prawdopodobnie… – burknął pod nosem.

– Prawdopodobnie!? – Philippe ponownie podniósł głos, nie mogąc się powstrzymać. Krzyk był lepszym wyjściem, oczyszczającym jego myśli. – Kurwa, Czezehiel, jesteś wzorowym Stróżem, a przynajmniej byłeś, aż do tej akcji. Bo jak dla mnie, wykracza to grubo ponad zwykłą skalę.

– Robiłem to, co mi kazałeś – warknął.

W pokoju rozległ się gorzki śmiech mężczyzny.  

– Och, błagam, teraz jeszcze zrzuć na mnie winę, za twoją własną, pierdoloną, lekkomyślność – Preamisore głośno sapał, gdy pochylał się do przodu. Żaden z mężczyzn nie był w szczycie swoich sił, ale umieli krzyczeć na siebie jak nikt inny.

Anioł zazgrzytał zębami, patrząc na Philippe wilkiem.

– Miałem cel do zdjęcia, niebezpieczny cel, a to było największym priorytetem. – Wziął głęboki wdech i niespodziewanie dla samego siebie, zaczął szeptać. – Starałem się wykonywać polecenia, jednak czynniki zewnętrzne trochę mi w tym przeszkodziły. Dziwi mnie to, co dzieje się z Asa–sinami! Zostawili tak sobie zamek bez protektoratu. – Philippe zagapił się na niego jakby nie wierzył, że to słyszy. – I te przeklęte szpice w ścianach, chorzy fetyszyści. Kto to wymyślił? Skrzydła mnie świerzbią na samo wspomnienie…

Philippe wstał ciężko, prawie jakby był starcem, nie prężnym, ciutek pobitym Strażnikiem. Spoglądał z góry na faceta, którego znał od ładnych paru lat, lecz patrzył na niego tak, jakby naprawdę nigdy go nie poznał. Patrzył na Anioła kompletnie zaskoczony tym, że nie dość, iż zmienia tory rozmowy, odchodząc od spraw własnego postępowania, to jeszcze wykazuje się takim całkowitym zaślepieniem umysłowym, żeby łagodnie powiedzieć. To przecież nawet… Odebrało mu mowę, odebrało siłę i cierpliwość do wszystkiego, co ma związek ze sprawą Czezehiela. Po tym utwierdził się w swych racjach, nie miał już żadnych wątpliwości do słuszności swoich czynów.

– Gdzie ty, cholera, masz głowę Czezehiel? – spytał słabo, unosząc ręce. – Ja nie widzę nic dziwnego w tym, że zamek był opuszczony. Przecież to najlepsza na świecie twierdza treningowa! Ośrodek Walki w Niemczech przyjmuje Asa–sinów z całego globu na miesięczne szkolenia w ich środowisku. Nieraz posyłaliśmy własnych Strażników na zajęcia terenowe. Kurwa, co się dzieje, Czez? Co jest nie tak? Szpicowanie ścian w pokojach adeptów to podstawa ich szkolenia. Dyscyplina i kara, Czezehiel. Bronię grzesząc z cierpieniem. Zalecam, żeby Tim był twoim ostatnim podopiecznym, zanim…

Philippe urwał w pół zdania, orientując się w gorzkim potoku swoich słów, a Anioł powoli przymknął oczy.

– Zanim? – zapytał irytująco spokojnym głosem, wykrzywiając przy tym ironicznie wargi. – No dokończ, proszę. Zaczynam się coraz częściej nad tym wszystkim zastanawiać.

Strażnik zatrzymał się na progu i jeszcze raz zwrócił w kierunku Czezehiela. Żal zmiękczył wykrzywione złością rysy twarzy mężczyzny.

– Zdrzemnij się trochę, dobrze ci to zrobi – odparł w końcu, po czym zdecydowanei pokiwał głową. – Zdrzemnij i może porozmawiaj z kimś, bo źle z tobą, Aniele. Lecz to nie twe ciało cierpi.

– Dziękuję, wuju dobra rada – odwrócił od niego twarz. – Zrobię to, lecz zaraz po tym, jak zetnę Adestria.

Mężczyzna przyjrzał mu się uważnie i prychnął cicho. Tak cicho, że Anioł stwierdził, że się przesłyszał.

– Adestria, powiadasz…

Czezehiel stęknął, poprawiając się na łóżku i przytaknął.

– Skurwiel mi coś wisi, swoje życie przede wszystkim – odparł.  

– Adestrio już nie jest twoim problemem. – Philippe uśmiechnął się powściągliwie, odwracając się na pięcie. – Zostałeś zawieszony w swoich obowiązkach poza stróżowskich, dopóki nie stwierdzimy, że nie zagrażasz bezpieczeństwu społeczeństwa w San Francisco.

Czezehiel zerwał się na równe nogi i musiał przytrzymać się ramy łóżka, by nie upaść na ziemię. Oczy zapałały mu z wściekłości, magia wzburzyła jego oblicze, lekko zniekształcając rysy twarzy.

– To musi być jakiś żart! – ryknął. – Kto niby o tym zadecydował?! Ty, Philippe? Ty mnie odsuwasz od całej sprawy? Przysięgam ci, że…

Obdarzony uniósł dłoń nawet na niego nie patrząc. Jego głos był zimny, beznamiętny i wcale niepocieszający.

– Nie jesteś nam potrzebny Czezehiel, nie w takim stanie.

I powiedziawszy to, ruszył w głąb korytarza, by nie słyszeć odpowiedzi. Czezehiel złapał za jedną z poduszek i z całej siły rzucił przez całą długość pokoju, w pustkę. Przerażony był tym, że owej siły było naprawdę, naprawdę mało. Nienawidził tego, lecz musiał Philippowi przyznać rację, jeżeli z kimś nie porozmawia… Prawdopodobnie zwariuje.

Jeżeli już się to nie stało.  

Z drugiej strony, czy zwykła rozmowa będzie w stanie wydostać go z prawdopodobnego bagna, w którym się znalazł? Ciężko oklapł na podłogę, opierając głowę na łóżko. Niech do diabli, ale nie wiedział.

Nie miał pojęcia, czy zostało mu jeszcze zdrowego rozsądku i sił.

 

***

 

Po ponurej wizycie Strażnika, następnego dnia stanął na nogi. Chodził jak kaleka, kuśtykając po mieszkaniu, lecz z każdą sekundą czuł się coraz lepiej. Teoretycznie sprawniejszy zastał swojego podopiecznego zgarbionego nad podręcznikiem do historii. Wyglądał na naprawdę pogrążonego w lekturze, zaczarowanego nią. Czezehiel kurtuazyjnie zastukał cicho we framugę drzwi.

– Wejdź – chłopak mruknął roztargniony. W końcu uniósł spojrzenie znad podręcznika. Oczy przepełniał mu zapał, a uśmiech rozciągający jego usta był pełen przedziwnego rodzaju satysfakcji. – Naszą historię wałkuję od zawsze. Ale słowo daję im starszy jestem, tym odkrywam więcej. Nigdy nie powiedziałbym, że nasze dzieje mogą być takie niezwykłe. Chyba odnalazłem powołanie.

Czezehiel uśmiechnął się lekko, patrząc na jego nowe, życiowe objawienie. Dobrze, że choć on jeden poczuł miętę do przeszłości.

– Historyk? Jestem na tak. – Ciężko oparł się biodrem o biurko i odetchnął. – Może odkryjesz w świecie coś, co wcześniej dla nas było tajemnicą… Słuchaj, nie będzie mnie przez godzinę.

Chłopak spojrzał na niego z zainteresowaniem.

– Idziesz do Centrali? – zapytał, lecz zainteresowanie przemieniło się w konsternacje widząc, jak oblicze Anioła zmienia się w nieczytelną maskę.

– Nie. Powiedzmy, że przez jakiś czas nie jestem tam mile widziany. I sam siebie tam również nie chcę widzieć – odparł, pocierając dłonią lekko zarośniętą szczękę. Unikał zetknięcia się ich spojrzeń niczym ognia. Jest nieźle… zażenowany, skonstatował Timothy.

– W porządku – ostrożnie wymamrotał Tim. Choć chciał wiedzieć więcej, to wiercenie dziury w i tak już poharatanym brzuchu Czezehiela raczej nie skończyłoby się dobrze. Anioł odchrząknął i uśmiechnął się nad wyraz przekornie.

– Stróż Mary obiecał, że będzie miał cię na oku. Szepnął coś, że dziewczyna przychodzi ci pomóc z zaległościami.

Szach–mat, stwierdził Tim, czerwieniejąc aż po nasadę włosów. Stróż roześmiał się głośno. Kurze łapki w kącikach oczu dodały mu zawadiackiego uroku.

– Och, spadaj – wymamrotał pod nosem Timothy.

– Kto by się spodziewał, a wydawałeś się taki grzeczny… – Westchnął cicho. – Schwyć tą możliwość, Mary jest śliczna i urocza.

– Pójdziesz już w końcu? ––chłopak warknął z trzaskiem zamykając książkę.

Anioł poszedł, tylko przez całą drogę chichotał, jakby wszystko to było niezłym żartem. Czasem taka młodociana miłość jest zabawna. Zabawna i piękna. Dwójce Obdarzonych dobrze zrobi odrobina śmiechu i uczucia – obydwoje nie mieli łatwego żywota.

Czezehiel stoczył się powoli po schodach.

Rezygnując z dumy zamachał na taksówkę i niemal wpadł, a nie wsiadł, do środka. Rozwalony na tylnym siedzeniu, oddychał ciężko. Kompletnie mylił się, co do stanu swojego zdrowia. Wcale nie było z nim lepiej. Położywszy rękę na płonącym brzuchu, stwierdził, że raczej mu się pogorszyło.

Śmierć nigdy tak łatwo nie odpuszcza.

 

*

Lelial już był na miejscu, przechadzając się po parkingu, gdzie każde miejsce miało grawerowaną tabliczkę. To było zbyt szykowne położenie, na zbyt dobre samochody, należące do za bogatych ludzi. Czezehiel trochę nie chciał ściągać przyjaciela do swego świata kłopotów. Prawdą było, że musiał wydostać się na świeże powietrze, żeby się rozruszać. Im szybciej dojdzie do formy, tym lepiej. A sił miał zbyt mało. Delikatny powiew zemsty też maczał w tym palce. Jeżeli nie doprowadzi się szybko do stanu używalności… Nie chce, nie może czekać.

Anioł w końcu przystanął i gwizdnął z uznaniem.

Granatowy, lśniący mustang ford II prawie śpiewał do niego och przeleć się ze mną kotku i przeleć we mnie kogoś jeszcze. Gwiazdy błyszczały w fiołkowych oczach Leliala, kiedy pożerał spojrzeniem samochód. Miał słabość do pięknych aut i Czezehiel był święcie przekonany, iż nawet za sto lat się to nie zmieni.

– Och, skarbeńku – zamruczał Lelial, przesuwając dłońmi po karoserii. – Rozwierasz przede mną bramy niebios… Nie pytam czyj, nie pytam skąd go ukradłeś. Zapytam o coś prostszego. Ile za niego chcesz?

Czezehiel uśmiechnął się półgębkiem, aż w końcu uśmiech zmienił się w głośny śmiech. Poczuł zaskakująco mocną ulgę. To była dziwaczna odmiana spokoju, normy i stabilizacji. Właśnie tego teraz potrzebował, a nie spodziewał się, że aż tak bardzo tego pragnie.

– Nie stać cię – odparł wesoło, szturchając mężczyznę łokciem. – Mogę jednak zapewnić, iż kiedy umrę, będzie cały twój.

Drugi Anioł parsknął cichym śmiechem, przykładając rękę do piersi w jakże przesadnie udawanym żalu.

– Jasne, szkoda tylko, że takie skurczybyki jak ty żyją najdłużej. Czez, jesteś nie do zdarcia. – Uśmiech spełzł z twarzy Lelial, kiedy zobaczył minę Czezehiela. Był blady, przygryzał wnętrze policzka i, dopiero teraz zauważył, że ma sine cienie pod oczami. Mężczyzna w nerwowym tiku przebierał palcami o bicepsy. – Powinieneś usiąść. Nie opieraj się, słyszałem, co ci się stało w Niemczech. Przegrana sprawa, poważnie… Poważnie nie przejmujesz się swoim stanem zdrowia. Usiądźże wreszcie! Co do cholery jest grane?

Niemal siłą, aczkolwiek wyjątkowo delikatną, przyjaciel ściągnął go na dół. Czezehielowi wydawało się, że nie dał po sobie poznać, jak bardzo ulżyło mu, kiedy zwalił się na wybrukowany dach. Niestety Lelial znał go na tyle dobrze, że ulga malującą się na jego twarzy, odrobinę go przestraszyła. Jak źle było z Czezehielem? Wątpił żeby mężczyzna mu odpowiedział na to pytanie.

Stróż uniósł szafirowe ślepia i przepełniał je ból. Chryste, jak dawno nikt nie mówił do niego zdrobnieniem. Nie spodziewał się, że aż tak bardzo się wyalienował. Poszedł inną ścieżką, od lat z sumienną powolnością odsuwając się od przyjaciół. Robił to tak umiejętnie, że żaden z nich nie wiedział, co się dzieje. A teraz Lelial, tak po prostu… Głęboki ból, którego ciężko się pozbyć przy pomocy zwykłych tabletek, zawładnął nim całym. Boże, i po co mi to było? Po co mi ta cała Ziemia? Cierpienie, li i wyłącznie ból mi przysłała.

Lelial ścisnął jego ramię. Nie wiedział czego chce, lecz na pewno nie pragnął patrzeć w udręczone oczy przyjaciela, nie mogąc mu pomóc. W jakikolwiek sposób.

– Boję się – Czezehiel wypalił wprost. Drugi Stróż lekko zakołysał się na piętach.

– Czegóż się lękasz, Czezehielu, Aniele Apokalipsy? – odezwał się cicho, lecz głos Leliala był twardy.

Jego czujne spojrzenie przeszyło siedzącego Anioła na wskroś. Próbował powstrzymać wyższego rangą Stróża, lecz Czezehiel już gramolił się, ciężko stając na nogi. Zakołysał się niebezpiecznie, jednocześnie umykając sprawnie przed pomocnymi dłońmi. Lelialowi nie pozostało nic innego, jak ruszyć za szaleńcem na krawędź dachu.

Czezehiel w pewien sposób poczuł się urażony tym wydumanym tytułowaniem, a żałość i tęsknota za zdrobnionym imieniem pochłonęła irytacja. Gorąco pragnął odwinąć Lelialowi za to, że przypomina kim był przed decyzją o zejściu na ziemię. W porównaniu do Tima nie miłował pielęgnowania pamięci przeszłości. Zawsze pragnął zapomnieć, instynktownie przeczuwając, iż nigdy tam nie wróci. Żył tym co było teraz, przeszłość w żaden sposób mu jeszcze nie pomogła. I zapewne nie pomoże.

W końcu zerknął szybko na Leliala, który nie przestawał mu się przyglądać. I chyba stworzono go tylko po to by oceniającym, ciężkim i niezadowolonym spojrzeniem mierzył ludzkość. Chociażbyś próbował, nie miał bym ci tego za złe. Pośród moich myśli, mi samemu jest ciężko się odnaleźć, nic byś ze mnie nie wyczytał, pomyślał ponuro Czezehiel.

– Tego, że tracę zmysły, Li – odszepnął w końcu, bezustannie zaciskając to znów rozluźniając pięści.

W końcu znów założył ramiona na piersi, znieruchomienie przyszło mu z trudem. Potrzebował więcej destrukcyjnego ruchu, lecz zaczął prezentować się za bardzo nadpobudliwie. Jego połatane ciało, wciąż dochodzące do siebie po niemal śmiertelnych ranach, miało mu to za złe.

Coraz bardziej go nosiło. Pragnął rozwalić cokolwiek, uderzyć, zmiażdżyć. Wolał jednak żeby była to czaszka Adestrio, a nie jego przyjaciela.

Zaniepokojenie w Lelialu osiągnęło wyższy poziom.

– O czym ty mówisz? Daj spokój, Czez, jesteś na to za młody – parsknął, potrząsając głową. Zbył sprawę machnięciem dłoni i niemal gotów był zapomnieć o tym, gdyby nie faktyczny stan Czezehiela. Przerażający stan. Może i włosy przysłoniły mu spojrzenie na świat, lecz fiołkowe oczy nie przestawały przewiercać mężczyznę na wylot. Zauważał każdy najmniejszy grymas na jego obliczu. Doznał wstrząsu, patrząc przez jedno mgnienie na odrazę i niemałą pogardę, malującą się na twarzy Anioła.

Cofnął się od niego o krok. Piekło i niebo, chrońcie mnie.

Czezehiel odchylił do tyłu głowę z bolesnym uśmiechem. Wiedział, że Lelial przygląda mu się uważnie, lecz łzy popłynęły same. Cholera, jakby to było? Nie czuć? Nic, całkowicie, kompletnie? Czy aby na pewno pustka byłaby lepszym dla niego rozwiązaniem? Pustka mogła wydawać się dobrą opcją, lecz na jak długo? Popadanie ze skrajności w skrajność chyba było jeszcze gorsze. Być tu, pragnąć być tam – niekończący się cykl potrzeb, które spełnione, przestają już być dla nas ważne. On nie miał dla siebie złotego środka. Nie to, co Lelial, którego zdaje się, że nic nie może ruszyć. Wiedział czego chce, jak to osiągnąć i co robić po tym, kiedy to dostanie. Anioł sukcesu… Potarł dłońmi twarz, rozmazując po policzkach łzy.

– Zapominam, zaczynam zapominać o dość trywialnych rzeczach. Coraz częściej, Li. Gubię się w tym, co mówię, łapię się na tym, że nie umiem robić tego, co kiedyś robiłem. Wiesz, trzymałem broń w ręku, a jednak pociski nie trafiały do celu – to było zupełnie tak, jakbym chwilę przed tym uczył się robić coś, co robię od lat. Po prostu… Czasem czuję się tak, jakbym sam spychał się na krawędź szaleństwa.

Lelial wzruszył ramionami, jakby jego słowa nie były niczym wielkim. Pozornie wcale go nie zaniepokoiły i nie sprawiły, że zechciał zamknąć go w jakimś głębokim, bezpiecznym miejscu bez klamek. Wiedział, że zrobi najgorszą rzecz, jaką można, ale czuł się dziwnie. Jakby cały świat postawił między nim a Czezehielem mur pod napięciem, który odpycha go od niego z każdą chwilą.

– Wszyscy to robimy – odmruknął, czując się coraz bardziej nieswojo. – Żyjąc w tym pokrętnym świecie skazujemy się na ludzkie cierpienia. Na szaleństwo zwłaszcza.

– Ale ja nie chcę – Czezehiel wiedział, że mówi płaczliwie. Wiedział, lecz nie mógł się powstrzymać. Gniewnie otarł grzbietem dłoni mokrą twarz. Skamlał, roniąc łzy. Wstydził się siebie. – Ja nie chce tak skończyć. Czy pragnienie bohaterskiej śmierci to za wiele?

Tym razem Anioł spojrzał na niego ostro, jakby chciał wybić mu z ust te słowa. Nie uciekł tylko podszedł do niego i obrócił dość gwałtownie mężczyznę twarzą do siebie.

– Zawsze pragnąłeś żyć zbyt mocno. Lepiej byłoby, gdybyś teraz po prostu sobie odpuścił, zostawił te wydumane życiowe cele. – Mocny, kojący uścisk na barku Czezehiela pozwolił mu oddychać. – Pozwól sobie płynąć wraz z planami niebios. Myśląc, że ułożysz swe przeznaczenie jak prawieczna pieśń pragnie, jesteś w cholernym błędzie.

Czezehiel odwrócił od niego wzrok. Czasem tak strasznie i głęboko nienawidził tego Anioła. Nienawidził tego, że miał rację. Jeśli Bóg zechce, to Bóg zrobi.

– Boje się – powtórzył cicho.

– Wszyscy się boimy, nie myśl, że jesteś w tym sam – Li odparł, po czym wbił pięści w spodnie i odwrócił się na pięcie.

Odwracał się do niego plecami. Jednak był tchórzem. To, co mówił Czez, z czego mu się zwierzał, było niebezpieczne. Jakim Lelial był Aniołem, skoro nie potrafił stawić temu czoła? Powinien umieć unieść miecz, jeśli Czez oszaleje. Stróż jego rangi, który przez ziemski żywot pozbawiony został zmysłów. Lelial prawie wyrwał swoje złote włosy na samą myśl.

Tak, był tchórzem.

– Li! – rozgorączkowany głos Czezehiela zatrzymał go w miejscu. Serce Stróża bębniło panicznie w jego piersi, w duchu zaklinał przyjaciela, by nic więcej nie mówił. – Prawie go zabiłem.

Obejrzał się na niego przez ramię. Wyłącznie przez krótką chwilę zastanawiał się, czy nie lepiej będzie zostać dłużej w mieście. Własnoręcznie dopilnować, by mężczyzna opamiętał się, zrozumiał, że jednak nie jest szalony. Perspektywa warczącego na niego Czezehiela na każdym kroku, kiedy chciałby pomóc, nie wydawała mu się kusząca. Za parę dni Anioł dojdzie do zdrowia i w dupie będzie miał pomoc ludzi z zewnątrz jego hermetycznego życia. Jak zawsze. Lelial wciąż i wciąż powtarzał to sobie, powtarzał to dopóki nie zmieniło się to w mantrę.

– Co ty mówisz? – burknął.

– Tima. Prawie go zabiłem. Nie ja, ale jednak… Jednak dopuściłem do tego, że był o krok od śmierci. Był aż tak narażony na atak z mojej winy, świadomie zabrałem go na misję.

Lelial zacisnął usta, po czym uśmiechnął się smutno, jego fiołkowe tęczówki zamigotały lekko.

– Zastanawiałem się, czy twoja idealność w byciu Stróżem kiedyś się skończy – powiedział cicho i mówił prawdę. Nie znał drugiego takiego Anioła, który przez czterysta lat swego życia nie stracił ani jednego podopiecznego. To był nie lada wyczyn. – Każdy popełnia błędy, Czezehiel. Nie myśl, że jesteś perfekcją, bo to kłamstwo. Popełniasz błędy, ale po nich podnosisz się silniejszy. Pamiętaj o tym.

I powiedziawszy to, Lelial przechylił się przez krawędź dachu. Spadał dopóty starczyło mu odwagi. Skrzydła porwały go do domu, wytrzepując z serca zamęt. Pozostał w nim tylko niemal przedśmiertny spokój. Zrejterował, nie mając w sobie już kompletnie nic z godności bohatera.

Na szczycie budynku Czezehiel wciąż stał nieruchomo. Sam, przerażony, który nigdy nie myślał, że tak będzie się czuł. Stawianie na pewnik tego, co w nas siedzi, to zwykłe okłamywanie siebie. Chciał wierzyć, że to tylko małe błędy, chciał wierzyć, że wszystko będzie w porządku.

Czezehiel patrzył jak Anioł mknie przed siebie. Ciężko usiadł na dachu, bruk otarł jego dłonie. Po skaleczeniach w sekundę nie było już śladu. Odrobinę mu ulżyło wiedząc, że choć ta umiejętność jeszcze go nie opuściła. Jeszcze.

– Pytanie tylko, Lelialu, co ja pocznę, kiedy on przeze mnie zginie? – szepnął w pustkę.

Radował się, że niknący punkt w oddali nie może mu odpowiedzieć. Nigdy żadna rozmowa z kimkolwiek nie sprawiła mu takiego rozdarcia w sercu, albo raczej na umyśle. Sam nie wiedział, czego się spodziewał.

 

***

 

Niczym psu nagrodę pocieszenia, rzucono mu na biurko parę kartek. Zimnym spojrzeniem zmierzył stojącą przed nim kobietę. Prezentowała sobą wyrafinowanie, pogardę i wszystko to, co nienawidził w jej podobnych blond lafiryndach. Wyłącznie jej cudaczna lojalność powstrzymywała go od pozbawienia kobiety głowy. Nie potrzebował zadzierających nosa podwładnych. Dodatkowo jeszcze jednym, co działało na korzyść kobiety, była jej skuteczność. Widząc rozsypane po blacie zdjęcia musiał się uśmiechnąć.

– To wszystko, co udało mi się wychwycić z tamtej nocy.

Spojrzał na nią znad przeglądanych zdjęć, pstrykając niecierpliwie palcami.

– Moja droga, muszę przyznać, że odwaliłaś kawał dobrej roboty…

Zarzuciła włosami, jakby pochwały od szefa były słodką codziennością. Przeklęta pizda. Cholernie dobra pizda, stwierdził przyglądając się zdjęciom. Uchwycone twarze, ruchy, rany. A wszystkie podpisane imieniem, nazwiskiem i aktualnym miejscem stacjonowania.

– Szczerze wątpię, żeby ten łysy sobie odpuścił całą akcję – mruknęła, zatykając kciuki o kieszenie spodni.

Wygodnie rozpierając się w fotelu, Adestrio posłał jej szeroki uśmiech.

– Dlatego złożę mu wizytę pierwszy, żeby się zbytnio nie niecierpliwił.

Niszczycielka skłoniła przed nim głowę. Wymaszerowując z pomieszczenia, kręciła tyłkiem. Żałosna kreatura, mruknął pod nosem.

Wróciwszy do studiowania zdjęć i twarzy Anioła, nie mógł powstrzymać cisnącego się na usta chichotu.

To będzie taka piękna śmierć.

 

***

 

Kilka razy walnął pięścią w zamknięte drzwi. Że też los musiał pokarać go upartym Obdarzonym z jedną łazienką w mieszkaniu. Na skraju wytrzymałości założył przedramiona na szerokiej klatce piersiowej, opierając się o ścianę.

– Guzdrzesz się jak baba, do cholery! Wyłaź stamtąd, jeżeli nie chcesz, żebym nasikał ci do łóżka, a przysięgam, że to… – Tyrada Czezehiela przerwana została przez gwałtowny ruch w salonie.

Co u licha?

Był nieuzbrojony, w spodniach od piżamy i jako spluwę miał tylko swój przepełniony pęcherz. Wątpliwym było, by zabił kogokolwiek w ten sposób. Przywołując miecz, cicho ruszył w kierunku kuchni. Tim coś mu odkrzyknął i Anioł aż się wzdrygnął. Cholera. Cień zatrzymał się. Bezruch nie trwał długo – ruszył wprost na skradającego się Stróża. Czezehiel nie miał czasu na wzięcie zamachu, czy chociażby na rozłożenie skrzydeł. Istota przemówiła piskliwym, świdrującym głosikiem, od którego wszystkie włoski stanęły mu dęba. Wzdrygnął się odruchowo.

– Gra się rozpoczęła, a już niemalże się kończy, panie Stróżu, lecz nie ty będziesz wygranym. Adestrio cię oczekuje, nie musisz go szukać.

I powiedziawszy to, hologram rozwiał się. Czezehiel mógł tylko stać, wpatrując się jak ciele w salon. Na ustach Anioła zawitał drapieżny uśmiech. Zemsta zdawała mu się bliżej, niż mógłby się spodziewać. Oczekiwanie w końcu zostanie przerwane. Słodka, czerwona mgła pokryła jego myśli, nastrajając go krwiożerczo do nadchodzących godzin.

Parę minut później, kiedy Timothy w końcu wyszedł z łazienki zastał swego Stróża stojącego pośrodku małego salonu. Zastygł w jednej pozycji z okrutnym, niemal wilczym uśmiechem na ustach. Chłopak prewencyjnie cofnął się o krok do tyłu. Mężczyzna nawet na niego nie zerknął.

– Czezehiel? – spytał cicho, jakby z przestrachem.

Nawet nie odwrócił się w jego kierunku, kiedy szeptał. – Czas zapolować.

Obdarzony nie skomentował tego. Przełknął rosnącą w gardle gulę, rezygnując ze śniadania. Zrobił inną rzecz. Może trochę zbyt porywczo, zapewne całkowicie niepotrzebnie wydarł kartkę z zeszytu, bazgrając kilka słów. Kiedy w końcu wychodzili z budynku, zdążył jeszcze wsunąć pod drzwi mieszkania Mary zgiętą w pół notkę. Nie pozostało mu nic innego jak tylko modlić się i mieć nadzieję, że nie jest przewrażliwiony.

 

*

 

Bustiel odczytawszy jedno zdanie, wiedział, że już jest za późno. Gniewnie zmiął papier, bezmyślnie podpalając kartkę. Wydarzy się dziś coś złego poszło z dymem, unosząc w niepamięć, na wieki osadzając się na wyrzutach sumienia Anioła. Kopnął mocno w ścianę koło drzwi, potem uderzył ją kilkakrotnie pięścią, w końcu krzycząc jakieś przekleństwa po włosku. Zwabił tym zaniepokojoną Mary. Położyła dłoń na jego barku, pytając się go o coś cicho. Nawet nie usłyszał. Włosy przysłoniły mu oczy, więc wręcz na oślep obrócił się w jej kierunku, mocno ją przytulając.

– Przepraszam, tak strasznie cię przepraszam, Mary Angelo…

Szeptał coś o małej łabędzicy, nieustannie ją przepraszając. Nie mogła powiedzieć, że była zdezorientowana, czuła się wręcz poważnie zaniepokojona zachowaniem Anioła. Jedyne, co mogła zrobić to odpowiedzieć mu mocnym uściskiem. Gładziła jego plecy, czując jak powoli Bustiel się uspokaja. Zamilkł na chwilę, lekko kołysząc ją w swych ramionach. Pocałował dziewczynę w czubek głowy, bez słowa zaszywając się w swoim pokoju.

Zdezorientowana, została sama z popiołami u swych stóp.

 

***

 

Pędzili za szybko, zbyt agresywnie ścinając zakręty. Serce chłopaka waliło mocno w piersi, niemal wyskakując mu przez usta. Trzymał się rozpaczliwie siedzenia motocykla, zaprzestając w końcu błagalnych próśb. Czezehiel był jak opętany i żaden, nawet najrozsądniejszy argument do niego nie przemawiał. Timothy wolałby pójść na nogach do tej przeklętej Akademii. Chciał już zsiąść z tej bestii warczącej pod jego nogami, chciał znaleźć się jak najdalej od swego Anioła. Modły chłopaka zostały w końcu wysłuchane. Stróż zahamował z przeraźliwym piskiem opon.

Ulga minęła tak szybko jak się pojawiła. Przerażenie bezczelnie wyparło wszystko z jego myśli. To się nie dzieje naprawdę, pragnął krzyknąć, lecz wyłącznie przełknął ślinę, starając się nie zemdleć, ani nie zwymiotować na plecy Anioła. Powoli rozluźnił zaciśnięte palce i odetchnął, przygotowując się na najgorsze.

Stał pośrodku pustej szosy z rękami założonymi na plecach. W każdym calu elegancki i spokojny. Tylko oczy psuły całokształt. Brudna czerwień prawie jarzyła się, podświetlona splugawioną przez jego czyny mocą. Nie chciał nawet myśleć, ile darów Preamisore musiał pochłonąć, żeby z oddali dało się wyczuwać jego zło. Timothy nie musiał pytać, by wiedzieć, kogo przed sobą mają. Adestrio uśmiechnął się kącikiem ust, lekko skłaniając przed Czezehieliem głowę.

To, zdaje się, go rozjuszyło.

Anioł z głośnym rykiem skoczył do przodu, przyzywając swój miecz. Noctivero ze śmiechem odskoczył w bok, patrząc jak motor ze spanikowanym Timem upadają na ziemię. Lecz Czezehiel już tego nie widział. Miał przed sobą wroga do wyeliminowania i opętało go to. Natarł ponownie na mężczyznę, kręcąc mieczem ostre młynki. Timothy nie musiał patrzeć, by wiedzieć, że oczy Stróża płoną błękitnym ogniem. A nie był to widok najsympatyczniejszy.

Stal świsnęła gniewnie przecinając powietrze, lecz tylko to i nic więcej. Adestrio tańczył wokół Anioła wciąż uśmiechając się. Bądź wręcz śmiejąc się w głos z miernych starań Czezehiela. Pojawiał się by zaraz zniknąć, sprawnie obracał się wokół sylwetki Stróża. Prowokował, szydził, nie wykraczając poza niewerbalne ataki wesołości. A wszystko to robił tak, jak go zastali – z założonymi za plecami rękoma. Nonszalancki, w żadnym stopniu niezmęczony takim użyciem mocy.

Zdematerializował się pojawiając o krok od Timothy'ego. Chłopak wcześniej nawet nie zauważył, że motocykl przygniótł jego nogę. Nie czuł bólu, przyćmił go zwierzęcy strach. Adestrio pochylił się nad rozpłaszczonym Obdarzonym, niedbale odrzucił maszynę na bok i pomógł wstać chłopakowi. Ten szarpnął się w tył pospiesznie, żywiołowo klnąc swoją bezradność. Dłonią nie natrafił na pas ze sztyletem, który z reguły nosił. Z reguły.

Furia Czezehiela nacierała na nich urywanymi falami. Timothy był przerażony nie tyle sytuacją, w której się znaleźli, co całkowitym brakiem działania Stróża. Już dawno powinien rozwinąć skrzydła, stanąć pomiędzy nim a Niszczycielem, zrobić cokolwiek w obronie chłopaka. On jednak stał, bezustannie wywijając te młynki mieczem, oczekując Adestria, jakby ten zaraz po zabiciu Tima, miałby wrócić do ich wspólnego tańca.

Timothy O'Haran pierwszy raz w swym życiu poczuł się tak zdradzony. Zdrada ta paliła, zbierając w jego sercu pokłady goryczy. Obrońca, obiecywana ostoja jaką miał być Anioł Stróż, okazała się zwykłym kłamstwem, które w najgorszym momencie pozostawiło go na milimetrowym lodzie. Rozpaczliwie stwierdził, że bez walki się nie podda. Timothy nieznacznie zmienił pozycję, przekładając ciężar ciała na lewą nogę. Dłonie rozluźnił, jakby wcale nie był spięty do granic możliwości. Myślał tylko nad tym by, kiedy zostanie już zaatakowany, odpowiedzieć równie agresywnie, jeśli i nie bardziej.

Noctivero chyba zobaczył jego determinację. Tym razem Niszczyciel skłonił z szacunkiem głową ku bezbronnemu Preamisore. Czuł jak chłopak naciska na jego umysł, lecz dla niego były to wyłącznie szczeniackie próby. Przeniósł się o krok od chłopaka, szybko otrzepał jego ubranie z kurzu i przeniósł parę metrów od nich. Czas wtedy zwolnił do minimum, tak jak i serce Tima. Mógłby próbować, lecz nie zdążyłby zainicjować najmniejszego ciosu. Adestrio był tylko błyskiem.

Niszczyciel znów uśmiechnął do nich półgębkiem i przemówił nad wyraz ciepłym głosem.

– Życzę wam panowie, miłego dnia i jeszcze milszej śmierci! – Skłonił się trzeci i ostatni raz, niknąc w ciemnej łunie.

Właśnie wtedy zaczął się ten prawdziwy atak.

Anioł siepał, rąbał i ciął przestrzeń wokół siebie, kiedy Noctivero nacierali na niego ze wszystkich stron. Mrok przyćmił jego umysł, nie słyszał niczego prócz agonalnych wrzasków swoich wrogów. Kręcił się w koło bezustannie, aż w końcu prawie nie był w stanie trzymać swego miecza, tak mokre od posoki Niszczycieli miał ręce.

Timothy znajdował się w jeszcze gorszej sytuacji. Bezbronny, ze Stróżem, który nie zwracał na niego uwagi, mógł tylko odskakiwać od ciosów bezładnie wymierzanych w jego osobę. Ataki na niego nawet nie można było nazwać agresywnymi. Raczej po prostu bawili się z nim w kotka i myszkę, spychając go w kierunku Anioła. Nie wiedział czego oczekiwali. Że co, że w końcu ten zorientuje się, że ma Obdarzonego pod swą pieczą? Że kiedy się ocknie ze swego szału, będzie jeszcze bardziej siepał ich na prawo i lewo? Tego Tim nie mógł przewidzieć. Mógł tylko kopać, wymierzać niemalże rozpaczliwe uderzenia, uskakując w tył. Niecierpliwym gestem ścierał krew, zalewającą jego lewą stronę twarzy. Któryś z Niszczycieli minuty temu rozorał mu łuk brwiowy, tylko cudem nie wyłupując oka.

Zastanawiał się czy wierzy cuda.

Nie. Nie wierzył. Był za to święcie przekonany o bytności na ziemi złośliwego, nieuniknionego w swej brutalności losu. Doszedł do tego wniosku, kiedy walnął plecami o bary swego Anioła, a ten wziął zamach swym lepkim od posoki mieczem.

Nawet nie miał pretensji do Czezehiela.

Nie było już w nim nic.

Sekunda starczyła, aby poczuł jak jego jestestwo się rozpada. Ostatniemu oddechowi sekunda wystarczyła, żeby zmienić go w barwny pył na wietrze. Umieranie nie jest takie złe, pomyślał Timothy odchodząc do nicości.

Stróż nawet nie zauważył co się stało, ani co zrobił. Poczuł jak coś w nim pęka, wprawiając jego furię na poziom prawie kosmiczny. Daleko jeszcze było temu do apogeum, lecz jednak. Dla zapomnienia włożył maksimum wysiłku w każdy najmniejszy ruch.

Czyli zabijał jeszcze zacieklej niż chwilę temu, niemalże przemieniając się w prawdziwą Śmierć.

Auto, w którego maskę się wbił, było nie ważne. Skąd się wzięło, kiedy nadjechało? Kurwa, nieważne. Liczyły się tylko te kałuże krwi na jezdni.

Smród benzyny uderzył w jego nozdrza, lecz myśleć mógł tylko o tym, że został jeszcze jeden Noctivero. Siłacz doskoczył do niego i grzmotnął Anioła w ociekającą krwią twarz.

Nadludzkim wysiłkiem Czezehiel wygiął się, odpowiadając tym samym, przywalając mu butem prosto w nos. Mężczyzna ryknął zwalając się do tyłu. Chwilę później Anioł już nad nim górował. Schwycił krótkie włosy Niszczyciela i trzasnął głową o szybę od strony kierowcy. Szkło pękło z głośnym trzaskiem, wbijając się w paskudną mordę mężczyzny. Tak właściwie wiele tam było głośnych dźwięków, których Czezehiel nie mógł znieść. Krzyki i lamenty, błagania i złorzeczenia świdrowały jego uszy, raniąc umysł i samokontrolę, niczym brzęczenie komara. Nie znosił skurwysynów. Musiał uciszyć to wszystko, bo oszaleje. Wciąż trzymając w garści głowę Noctivero, nabił jego czoło na spory, wciąż trzymający się w ramie, fragment szyby.

Trzask i po sprawie.

Odłamek wszedł jak w masło, odsyłając z tego świata Niszczyciela.

Wszystkich wrogów miał z głowy, tylko te głosy. Niekończące się, lamentujące głosy.

Ryknął wyrywając drzwi. Mężczyzna za kierownicą był zamroczony, z rany na skroni płynęła krew. Szarpnął za jego koszulę, lecz ten nie chciał wydostać się z wnętrza auta. Czezehiel warknął i ten zwierzęcy dźwięk uciszył kobietę na siedzeniu pasażera. To była słodka cisza. Tylko ktoś jeszcze szlochał i zawodził.

Musiał…

Musiał się pozbyć tego dźwięku. Przywołał miecz i zaczął rąbać pierś mężczyzny, by pozbyć się przytrzymujący go pasów. Korpus wypadł na asfalt. Zaśmierdziało uryną, aż Anioł się skrzywił. To obudziło kobietę. Pisk, jaki z siebie wydobyła, wbił się niczym igły w skronie Czezehiela. Odwdzięczył jej się tym samym. Szybki wypad mieczem przepołowił jej czaszkę.

Ostatni cholerny dźwięk. Tylko jeszcze ten wrzaskliwy płacz i będzie mieć spokój! Powoli, niemało leniwie, obszedł auto i otworzył drzwi. Dziecko siedziało skulone na siedzeniu, nieustannie lamentując. Bardzo delikatnie odpiął pas bezpieczeństwa, wyciągnął ją z auta, odchodząc parę kroków. Usiadłszy na ziemi, ułożył sobie dziewczynkę na kolanach. Nieopodal leżał opuszczony, utytłany w Bóg wie czym, sztylet.

Schwycił za rękojeść.

Siłą odciągnął ramiona dziecka i wpierw prawe, później lewe, przedramię aż do nadgarstka rozciął prostymi liniami.

Siedział.

Siedział, patrząc na wypływającą krew z głębokich ran i pierwszy raz trzeźwo zastanowił się, cóż on kurwa najlepszego narobił? Panika uderzyła go pięścią w twarz. Coś było nie tak, tak bardzo nie w porządku. Jego umysł brzęczał, pustka rezonowała w jego piersi. Był niczym.

Tym razem to jego płacz przeszył powietrze. Był do cna osuszony z magii, nie miał jak wezwać pomocy. Wszystko to, co składało się na jego anielskość jakby zamarło.

Tuląc dziecko do piersi, zmusił się by patrzeć na jej skamieniałą w przerażeniu twarz.

– Jesteś diabłem? – wykrztusiła dziewczynka i słychać w tym było echo prawdziwej Śmierci. Nie takiej, za jaką się przez chwilę uważał. – Jesteś diabłem?

W jednej sekundzie coś się z niego wyszarpnęło. Jedno słowo, jedna sekunda i eony egzystencji prawiecznej pieśni, zostały zmiecione. Anioł załkał, kołysząc jej truchło w swoich pokrwawionych ramionach. Łzy spływały po jego policzkach wprost na martwą twarz dziecka. Lamentu mężczyzny nie było końca. Niczym w niekończącym się delirium kiwał się w przód i w tył, jakby miało mu to pomóc. Albo którejkolwiek z tych martwych dusz.  

I wył, i wył, i wył w ciemność, dzikszą od pustki, która była w jego piersi. Wył, ponieważ był szaleńcem, ostatnim szaleńcem.

Gdy ochrypł, nie mogąc już dłużej wydobyć z siebie głosu cisza, którą tak sobie wymarzył, do końca zmiażdżyła jego serce.

 

***

 

Dawka bólu, którą przyswoiło jego ciało w przeciągu ostatnich godzin, działała na niego oszałamiająco. Chciał się poddać i owa kapitulacja wydała mu się taka… słodka. Nigdzie na świecie chyba nie było lepszej słodyczy.

Tuż przed progiem jego apartamentu leżała niepozorna paczuszka. Gabarytów pudełeczka na pióro. Do ozdobnego papieru przypięty został niewielki bilecik. Kremowy papier okazał się przyjemnie szorstki pod jego palcami. Poznaczył go krwawymi odciskami.

 

"Pomoże ukoić twój ból.

–A"

 

Przynajmniej tak mu się zdawało.

Może tylko wydawało mu się, że czyta te słowa? Kto wie, nie zdziwiłoby go, że do końca postradał zmysły i to, co widzi jest zwykłym, szyderczym urojeniem. I mimo że wiedział, co to było, to nie wyrzucił pakunku. Wręcz przeciwnie, on masochistycznie to rozpakował, podniósł wieczko i zapatrzył się na strzykawkę. Płynne złoto, opalizujące kusząco w przyciemnionym świetle korytarza, wyglądało dokładnie jak anielska krew.

A to po prostu był dziki gon.

Pomyślał o anonimowym Aniele, o jego głowie która eksplodowała w ciemnej alejce. Czy to była jego kapitulacja, czy oni wszyscy musieli poddawać się w ten sposób? Czezehiel stuknął pudełeczkiem o drugą dłoń i cicho zamknął za sobą drzwi do mieszkania. O narkotyku nie powiedział Timowi jednego.

Niezmierzona jest jego nieprzewidywalność.

 

Ledwo drzwi zamknął za sobą, tak zaraz je otworzył i wyszedł. A może minęły godziny? Kto wie, kto wie.

To było takie dobre.

Tak, chyba godziny.

Pachniał wodą po goleniu, miał na sobie szykowny garnitur i zero czyjejkolwiek krwi.

Czy aby na pewno były to godziny, czy może raczej dni?

Ani jednej rany.

Nic go nie bolało.

To było takie wspaniałe.

Musiał aż gdzieś wyjść. Musiał wyjść do świata. Podzielić się z nim swoim upojeniem.

Wylądował jakimś cudem w burdelu. Neonowe, czerwone światła obłapiały korytarz i rozwalone na szezlongach dziwki. Dym, który napełniał jego płuca wznosił go na wyższe partie nieba. Kutas stał mu odkąd wyszedł z domu, a teraz prawie przedziurawił jego spodnie. Więcej, więcej dymu. Kobiety kleiły się do niego. Każda chciała odciągnąć go w inny kąt, do innego pokoju. Mówiły o górze, dole, biczowaniu, trójkątach… Świergotały mu do ucha o każdego rodzaju pieprzeniu, chędożeniu, dymaniu, jakie tylko by zechciał. Dotykały go, szeptały, popychając wprost przed siebie do dalszej siedziby rozpusty.

Mówił coś do nich?

A może. Mało go to obchodziło.

Została z nim jedna. Wzięła go pod ramię prowadząc eleganckimi, krętymi schodami na górę. Więcej, więcej dymu. Jeżeli zaniepokoił się, że jego kutas coraz bardziej traci na wigorze, nie przejął się tym.

Wszystko było takie fan–ta–sty–czne. Tak bardzo erotycznie czerwone. Jęki atakowały go ze wszystkich stron, choć korytarz wprawdzie był całkowicie cichy. Umysł mężczyzny dopowiadał sobie setki rzeczy. Obdarowywał go tak sprawną, nieprawdopodobną ułudą, że nie wiedział już, co jest prawdą, a co czystą imaginacją.

Kończy się gdzieś ta iluzją? Ach, kogo to obchodzi. Jego interesowało tylko więcej, więcej dymu. I ta kurwa, która zaczęła pieścić jego spodnie, równocześnie otwierając jakieś drzwi. Wiśniowe drewno prawie opalizowało pod zamroczonym spojrzeniem Anioła. Pragnął… Więcej. Więcej wszystkiego. Więcej czerwieni, kobiet, dymu, alkoholu.

Potrzebował.

Potrzebował chyba jeszcze jednego, ale nie przyznał się przed samym sobą. Ciii, nie mówi się o tym głośno. Nie myśli się o tym głośno. Niech w eterze pozostanie cisza i więcej, więcej dymu w jego płucach.

To było perwersyjne rozwiązanie.

Chyba, że chodziło mu o perfekcyjne rozwiązanie?

Perfekcyjnie perwersyjne, zamruczał, kiedy dziwka pchnęła go na łóżko. Lot był cudowny, rozbił się w miliard milisekund, które powinny trwać wieczność. Upadek zdawał się być znacznie lepszy. Uderzenie miękkiego materaca posłało elektryczne impulsy wzdłuż jego ciała. Szkoda tylko, że jego prężąca się wcześniej erekcja, znajdowała się teraz tylko w stanie pół wzwodu.

Ważnym to było? Nie, raczej nie. Liczyła się tylko ta czerwień i dym. Więcej, więcej dymu. Rozbierała go. Sprawnie i szybko ściągała z niego ciuchy. Nie bawiła się w wysublimowaną, delikatną grę wstępną. Było mu to tak strasznie obojętne, co z nim robi. Siedziała na nim okrakiem, wykonując ruchy frykcyjne tuż nad jego kroczem, dłońmi błądziła po obnażonej klatce piersiowej. Chyba zamruczała coś w podziwie nad jego ciałem. On był tak bardzo, bardzo daleko, że nie zwrócił na nią uwagę. Do woli mogła szeptać wszelkie wyuzdane słowa świata, gówno go to obchodziło.

Jedynie może zastanawiał się, dlaczego mu nie stoi. Dym więżący jego umysł, czerwień kłębiąca się przed oczyma – wszystkie euforyczne uczucia zamarły przez zimno, które skuło jego kości. Pojawiło się to nagle i znikąd. Szron pokrył ciało mężczyzny, serce zabiło wolniej, oddech wydobywał się obłoczkami z ust. Potrząsnął głową z jękiem. Niby zachęcił do dalszego działania dziwkę, lecz siebie odrobinę otrzeźwił.

Nie było już czerwieni, nie było już dymu. Czuł się wydrenowany.

Och, Chryste. Kobieta rozpięła mu spodnie i nie ściągając materiału wyjęła sflaczałego penisa. Bawiła się nim minutę, drugą, piątą próbując go pobudzić. Ssała, lizała, szybko trzepała ręką, lecz nic go nie pobudzało. Czezehiel czuł, ba, wiedział na pewno, że kobieta jest zła. Na siebie? Na niego, nieudolnego klienta, któremu nie może stanąć? Zrzucił ją z siebie, szybko wpychając bezużyteczny sprzęt do spodni. Boże, ona była taka młodziutka. Ledwie chyba pełnoletnia. Nie, nie, nie, nie, nie… Ubierał się w równie ekspresowym tempie. Wcześniej dziewczyna milczała, patrząc na jego żałosne próby wsadzenia koszuli do spodni, lecz gdy już był ubrany, warknęła chwytając go za rękę;

– I tak musisz zapłacić, odciągnąłeś mnie od innych klientów!

Niemrawo skinął głową. Taka młodziutka, powinna być taka niewinna. A znalazła się tu. On też.

– Oczywiście – odparł sięgając do kieszeni. Rzucił jej parę banknotów.

Wyśmiała go.

– Ja pierdolę, chyba kpisz. Dwanaście dolców?

Zamrugał. A potem jeszcze raz, przetwarzając to, co ona mówi. Znów wyjął portfel i zagapił się na niego. Kobieta coś krzyknęła niecierpliwie, niemało wpieniona. Coś brzmiącego jak policja. Może chodziło jej o ochronę. Jeden wał. Teraz on to pierdoli. Rzucił jej portfel i niezwykle elegancko, obijając się o wszystko po drodze, wyszedł z burdelu. Przed oczami wciąż miał młodą, delikatną twarz dziewczyny, pokrytą mocnym makijażem. Starał się pozbyć sprzed oczu obrazu jej prostych, czarnych włosów, lecz nie mógł. Nie mógł nawet oddychać. Nawet zimne powietrze z zewnątrz go nie otrzeźwiło do końca.

Zaczął się bardzo, bardzo głośno śmiać, aż w końcu zapłakał, usiadłszy pod ścianą budynku.

Deszcz był rozpaczą płynącą z nieba.

 

Niczym żul spędził noc pod burdelem. Tam zastał go Lelial, który zabrał go za fraki, bezceremonialnie wlokąc za sobą do mieszkania Czezehiela. Rzucił go na łóżko, spojrzał na niego i jedyne, co zrobił przed wyjściem, to zacisnął mocno usta. Boże, czy kiedykolwiek mi wybaczysz, że ignorowałem najwyraźniejsze wołanie o pomoc, odchodząc z obojętnością? Zapytał pustą przestrzeń patrząc na nieprzytomnego z żalu mężczyznę.

Może to nawet lepiej, iż odpowiedź nie nadeszła.

 

Obudził się rozgorączkowany, lepki od potu i z głową we własnych wymiocinach. W ustach miał tak paskudny smak, że prawie zwymiotował ponownie. Cudem tylko dobiegł do toalety. Trząsł się jak w maglinie, miał śmiertelnie wysoką gorączkę i przepełniony pęcherz. Pozbywszy się balastu jednak się porzygał. Płakał, podczas sprzątania łazienki i zabrudzonego łóżka. Nie mógł przestać łkać pod prysznicem i cudem opanował się, kiedy przeczłapał jakoś do kuchni, gdzie przy wyspie kuchennej siedział nad kubkiem herbaty Lelial. Ciężko usadowiwszy zadek koło niego, zgarbił się nad czekającym na niego naparem. Świeży zapach ziół sprawił, że odrobinę przejaśniło mu się w głowie, lecz żalu nie przegoniło.

Pili w ciszy.

– Wszystko tak strasznie się posrało – mruknął w końcu Czezehiel, – że nawet nie wiem jak ja mam sobie poradzić. Ani od czego zacząć…

Drugi Anioł chrząknął, odwracając głowę w stronę przyjaciela.

– Sięgnąłeś po najgorsze rozwiązanie – Li zachrypiał ciężkim głosem.

– Pierdol dalej, to był impuls – warknął gniewnie Czez.

Lelial prychnął z pogardą, odsuwając z dala od siebie kubek.

– Impulsem będzie to, jak ktoś przeszyje cię mieczem. Co niby sobie myślałeś? Odpowiedz, Czez, co sobie myślałeś? – Między nimi zapadła cisza, ponura i zła, więc kontynuował. – Jesteś dobry w tym, co robisz, zawsze byłeś. Nigdy nie zginął żaden twój podopieczny, żaden nie przeszedł na drugą stronę, zatem nie umiesz radzić sobie z tym cierpieniem. Jesteś śmiercią dla Niszczycieli i oczywiste było, że cię dopadną i będą chcieli zabić. Z różnych powodów. Tutaj nadepnąłeś na piętę elicie. Uwierz, nigdy takie rzeczy nie kończą się dobrze.

Czezehiel zwiesił ramiona i Lelial miał dziwne wrażenie, że mówi do ściany. Nie wiedział co postanowią rady Potęg, czego będą chcieli inni Aniołowie w sprawie Czeza. Li musiał teraz dopilnować tylko tego, by całe saevo venaris zniknęło z krwioobiegu Czezehiela.

– Dopadli mnie ­– Anioł wymamrotał, spojrzenie wbijając w szafki nad zlewem. – Dopadli mnie i zabili Tima.

Lelial odchrząknął, kompletnie nie wiedząc jak poruszyć ten temat. Cokolwiek zrobili Noctiveros, jakkolwiek nadepnęli na jego szaleństwo, to całkowicie wykrzywili jego umysł.  

– Ciebie zniszczyli, bracie. Zniszczyli w najgorszy sposób, sprawiając, że ty – położył mocny nacisk na ostatnie słowo – zgładziłeś podopiecznego. To bardziej wysublimowana zemsta, a Adestrio zawsze wolał wykalkulowaną zemstę – mruknął cicho. – Niszczą cię dalej, Czezehiel. Wiesz, dlaczego? Ponieważ pozwalasz im na to. Mógłbyś się po tym podnieść, możesz się po tym wkrótce podnieść. Znałeś Tima ile, dwa czy trzy tygodnie? To nie tak wiele…

Wiedział, że to, co mówił to skurwysyństwo, ale potrzebował wstrząsnąć Aniołem. Obudzić go do życia, do trzeźwego myślenia.

– Przestań srać Lelial, gówno wiesz o utracie…– przerwał, a szyję pokryły mu nieładne czerwone plamy. Zmieszany szybko zerknął na niego. – Wybacz, wiesz o tym więcej niż ja.

Anieli, którzy wybrali zejście na ziemie nie zostali przygotowani na to, że ich siła zostanie upchnięta w ludzkich ciałach. Nie wszystkim udaje się utrzymać kontrolę, Lelial nie utrzymywał kontroli.

– W końcu, dupku, to do ciebie dotarło – odparł zmęczony. – Upadamy i podnosimy się, przyjmujemy konsekwencje. Odchodzimy, jeśli zachodzi taka potrzeba. Taka nasza powinność.

Czezehiel ponuro wykrzywił wargi.

– Odchodzimy i upadamy, cierpimy konsekwencje – powtórzył powoli, po czym spojrzał na Anioła oczami pełnymi pustki. – Ma prawieczna pieśń odeszła, Bóg się odwrócił.

Lelial przymknął powieki, a jego ciałem wstrząsnął dreszcz.

– Błagam, nie kłam mi teraz, skurwielu – syknął, mocno ściskając nasadę nosa.

– Oj tak – Czez przeciągnął namiętnie sylaby, niemal z okrutną przyjemnością powtarzając: – Odebrał mi duszę, słoneczko.

Mężczyzna huknął dłonią w blat, aż Czezehiel podskoczył. Lelial nie bawił się w delikatność. Szarpnął za ubrania Stróża i zwlekając go z krzesła przybliżył go do swej twarzy. Wściekły oddech Leliala niemal parzył. Ale Anioł Panowania nie mógł się uspokoić, nie kiedy Czez mówił coś takiego.

Prawieczna pieśń nie odchodziła bez powodu, dziura w stworzeniu nie wykwitała z niczego. Była wyszarpywana przez zbrodnie, przez dobrowolne oddanie się piekłu. Aniołów dopadało szaleństwo na ziemi, gdy tak długo przebywali z dala od Pana. Ale nie do tego stopnia, nie do tego…

– Jak? – W jednym słowie Li zawarł całą swą złość, rozpacz, może nawet rozczarowanie i rozgoryczenie. Po części z jego powodu, po części ze swojego.

– Chyba… – Czez przełknął głośno – chyba nie wiesz wszystkiego, Lelialu.

Anioł pchnął go z powrotem na krzesło. Czezehiel niezgrabnie zwalił się do tyłu, ciężko siadając.

– Chyba? – Li wycedził wściekle. – Kurwa, Czez, co tam się tak naprawdę wydarzyło?

Anioł podrapał się po łysej głowie, na powrót opierając przedramiona na blacie.

– Lepiej będzie jak powiesz mi to, co sam wiesz.

– Szczerze mówiąc znam same powierzchowne, suche fakty. Bustiel zaalarmował kogo się dało, nie mogłem jednak przylecieć od razu… Philippe poinformował mnie już po wszystkim, że mieliście starcie z Niszczycielami i że zmarł wtedy Tim. Do tego jeszcze doszedł bezpośredni kontakt z Adestrio. – Wzruszył ramionami, uspokajająco masując udo. – Powiedział jeszcze, że zna więcej plotek niż prawdziwych faktów. Zniknąłeś zaraz po tym wszystkim i dopiero znalazłem cię pod tym pieprzonym burdelem. Nikt poza tobą nie wie wszystkiego.

Czezehiel skinął głową i ukrył twarz w dłoniach.

– To była zasadzka, w którą wszedłem z pełną świadomością… – Szepnął i szeptem wyznał całą historię. Jakby nie chciał ściągać więcej nieszczęścia, spowiadając się pełnym głosem.

– Bitewny amok – odmruknął Lelial. – Ostatnio Anioły wpadały weń podczas drugiej wojny światowej. Od tamtej pory dość się uspokoiliśmy, lecz jak widać nie do końca.

Chciałby prychnąć, lecz odgłos, jaki wydobył się z gardła Czezehiela, był zdławionym dźwiękiem pogardy, śmiechu i rozpaczy.

– Zwyczajnie boisz się to powiedzieć – warknął, wstając nad wyraz żwawo. – To nie sam bitewny amok tak mną zawładnął. Ja oszalałem, Li. Kurewsko oszalałem. Philippe miał rację, odsuwając mnie od służby. Ale go nie posłuchałem i ucierpiał Timothy, ta cholerna ludzka rodzina… – Czez nie potrafił dłużej siedzieć w obecności Leliala. Jego mięśnie płonęły niespokojnie. Anioł przystanął jeszcze na progu i obejrzał się na blondyna. – Jak będziesz wychodzić, zamknij za sobą drzwi.

Nie zamknął, ponieważ nie wyszedł. Nie mógł, jeszcze nie teraz. Współwinność czynów Czezehiela zaległa mu na żołądku.

Brak reakcji na wyraźne sygnały. Ignorancja jego stanu.

Mógł sobie wyrzucać i wyliczać winy. Aczkolwiek raczej jedynym, co mu pozostało, to pozbierać do kupy to, co ostało się z Anioła.

Tylko czy potrafi naprawić wrak, jakim jest Czezehiel?

Żałował, że odpowiedź brzmi, nie.

 

Następnego dnia Lelial zorientował się, że zniknął. Czezehiela tak po prostu nigdzie nie było. Przeszukał całe mieszkanie. Trzy razy. Zaciągnął do pomocy Aziela, choć wiedział, że przecież Anioł pod szafę się nie schował.

Li wrzasnął i rozwalił najbliżej stojące krzesło. Jak mógł być takim nieogarniętym idiotą, żeby stracić z oczu szaleńca? Wrzasnął jeszcze raz niszcząc kolejne krzesło.

Od zdemolowania całego mieszkania powstrzymał go Aziel. Zwyczajnie położył dłoń na ramieniu Leliala i czekał, słuchając jak chrapliwy, wzburzony oddech mężczyzny bardzo powoli się uspokaja.

– Znajdziemy go, tylko nie możesz panikować – powiedział cicho.

Anioł potrząsnął głową. Po czym usiadł na podłodze, jakby odebrano mu wszelkie siły.

– W porządku. Znajdziemy go – odparł z rozpaczą. – Tylko powiedz mi kiedy i w jakim stanie?

Aziel zacisnął zęby i odwrócił wzrok.

Co miał mu na to powiedzieć? Wszystko było jasne. Lelial nie oczekiwał niczego, pogrążony w ponurych rozmyślaniach nawet nie zwrócił uwagi na to, że Stróż ogarnia niewielkie pobojowisko, które urządził. Po chwili usiadł koło niego i tak w ciszy byli, słuchając jak rozpada się maleńki świat Czezehiela.

Powoli nie było już niczego. Zwłaszcza nadziei.

 

6 miesięcy później

 

Lelial rozejrzał się po zadymionym pomieszczeniu i poczuł niemal palącą potrzebę na przylanie komuś w mordę. Spodziewał się czegoś ponurego, szukanie Czezehiela w końcu okazało się najbardziej żmudną i paskudną robotą w całym wszechświecie. Natykanie się na ścieżkę trupów, jaką mężczyzna po sobie pozostawał, przestało mieć dla niego większe znaczenie. Zaczął mordować wszystkich jak leci, pozostawiając truchła w alejkach, burdelach a i nawet w pieprzonych biurowcach. Nic nie mogło naprowadzić Leliala na trop tego nieszczęsnego Stróża. Nieład okazał być najlepszym sposobem na zatarcie swoich śladów, szczególnie że trupy nie ostygały.

Podchodząc powoli do baru, Li starał się skupić na jedynej osobie, która mogłaby mu w jakikolwiek sposób pomóc. Tylko ona dawała szansę na znalezienie tego zdziczałego psychola.

Dostawszy piwo, Lelial ciężko zwalił się na stołek i obrócił w stronę zgarbionej nad butelką bourbonu kobiety.

––Trina, coś za długo się nie widzieliśmy – mruknął cicho.

Obdarzona parsknęła ponuro w szkło.

– Przypiliło cię, to się zjawiłeś – warknęła. – Nie zachowuj się tak, jakby cię cokolwiek związanego ze mną interesowało.

Auć. Na chwilę złość przewaliła się przez jego umysł. Potem jednak było tylko to przeklęte zmęczenie, przetykane wyrzutami sumienia. Przegonił to jednak pospiesznie, nie mając czasu na uporządkowanie hałdy brudu, zebranej pod wycieraczką. Li potrząsnął głową i zdrowo pociągnął z kufla. Kobieta nie poruszyła się ani o cal.

– Musisz kogoś dla mnie znaleźć.

Wzruszyła ramionami, jakby nie znaczyło dla niej to zbyt wiele, lecz widział jak bardzo była spięta i niespokojna.

– Cenię się.

– Pamiętam o tym – rzucił kwaśno. Z kieszeni wyciągnął kopertę, przesunął ją w kierunku Preamisore i zatrzymał tam rękę, obracając ją wnętrzem do góry.

Czarne włosy Triny ześliznęły się z jej ramienia, kiedy nieśpiesznie sprawdzała kwotę wypisaną na czeku. Uśmiechając się z zadowoleniem, przyłożyła oznakowaną dłoń do nadgarstka Anioła. Musiał zacisnąć mocno zęby, by nie zakwilić żałośnie i nie wrzeszczeć w niebogłosy. Czuł jak znaki przepalają się przez skórę aż do żył, osmalając kości i mięśnie, prażąc go żywcem. Miał wrażenie, że umiera, oczy zaszkliły się mu od łez. Sekundy później kobieta wyprostowała się z zadowoleniem, a jego katusze zakończyły się, choć jemu dłużyło się to niemalże jak spacer po piekle. Trina była teraz całkowicie inną osobą, ożywioną i zrelaksowaną, jej zielone oczy błyszczały dziko, a usta przestały być skwaszone.

– Jakaż to znowu duszyczka ci się zagubiła, aniołku? – zamruczała leniwie. Połączenie jego krwi, pobudzenia własnej mocy i alkoholu dzwoniło w jej umyśle.

Lelialowi przestało być do śmiechu.

– Czeza szukam – odparł zimno, przez co kobieta zadławiła się sączonym trunkiem.

– Jezus – wychrypiała przeciągle, ocierając dłonią usta. – Co się stało?

Skoro żyła w tym swoim hermetycznym światku, nie wiedząc co się pod jej własną dupą dzieje, nie chciał mówić, ani powiadać czy, cholera jasna, obnażać każdy swój bolesny błąd. Ale przecież niespełna dwa lata temu była jego podopieczną i było to silniejsze niż wszelkie bezwartościowe postanowienia. Zanim się mógł powstrzymać, już odnalazł się w połowie tej gównianej opowieści. Bezradny zakrył dłońmi twarz i masował rytmicznie czoło, chcąc pozbyć się uciążliwej migreny.

– Teraz już wiesz wszystko i jesteś jedyną – wyrzucił z siebie szybko, podkreślając to mocno – jedyną nadzieją.

Złagodniała, czułość wykrzywiła jej pełne wargi. Troszkę, tylko troszkę, zatęsknił za jej delikatnymi uśmiechami. Zanim mógł zaszaleć ze wspomnieniami, wzięła go za rękę. Wniknęła w jego myśli, w świat z którym był połączony i z ludzką siecią, zanim zdołał nabrać tchu. Kobieta trzęsła się lekko, a krwawy pot zrosił jej czoło i zaczął spływać wielkimi kroplami w dół opalonej twarzy. Coraz mocniej i dalej oddalała swój umysł od tego wygwizdowa. Oddech ugrzązł mu w gardle, kiedy znieruchomiała.

Teraz w końcu zrozumiał, że krew spływająca po jej policzkach, była jej łzami.

– Już nie ma sensu, Li. To już nie ma sensu…

Lelial niemal się załamał w tym ponurym miejscu. Nie odezwawszy się słowem, wyrwał dłoń z uścisku kobiety i wyszedł na zewnątrz, czym prędzej odlatując do domu.

Uciekał przegrany.

 

 

4 miesiące później

 

Życie było jak dryfowanie na powierzchni morza. Jego morzem było kotłujące się, zalewające go szaleństwo. Widział nierzeczywiste cienie, osoby. Przeszłość mieszała mu się z teraźniejszością. Śniło mu się, że widzi przyszłość, choć ta dla niego już nie istniała. Gdzie zaczynał się początek, gdzie był koniec jego dzieła? Definiując jego stworzenie, byłoby to prosta sprawa. Rzeź. Śmierć. Zagłada. Momentami nie odróżniał śmierci człowieka od zgładzenia Niszczyciela. Wszystko, wszelkie czyny, zlewały mu się w jedno. Rzadko jadł, pijał zaś na umór. Alkohol go wykańczał. Nigdy więcej po dziki gon nie sięgnął, lecz procenty robiły swoje. Nazwanie go wrakiem mogło być niewystarczające. Zastanowienie się, czy podobny był jeszcze do jakiejkolwiek istoty żyjącej… Tak, to mogłoby być ciekawe.

Zostało w nim jeszcze coś, co upodabniało go do tego, czym był wcześniej?

Nie.

W niczym już nie przypominał dawnego Czezehiela. Oczy błyszczały mu gorączkowo, lecz szafirowa barwa zmatowiała. Zarósł w każdy możliwy sposób. Kolczyki dosłownie zostały wyrwane. Stał się cieniem istoty ludzkiej, kośćmi z nikłą ilością mięśni, wszystko to powleczone skórą cienką jak pergamin. Nieraz był siny i opuchnięty. Wyglądał jak podręcznikowy koszmar. Chodzący na dwóch nogach koszmar. Wiedział, że Lelial biega za nim po całym świecie. Niemal czuł jego oddech na swym karku w Grecji, prawie złapał go za rękę w Czechach, z oddali widział go w Nowej Zelandii. O krok. Zawsze o krok, lecz nie wystarczająco szybko. Przez najdłuższe miesiące w swej egzystencji Czezehiel nigdy nie czuł się tak samotny. I masochistycznie widząc znajomą twarz, tylko patrzył. Z odległego ukrycia, w zimnie, chłodzie i libacji. Niczym więcej.

To, co sobie robił, daleko wykraczało poza samobiczowanie. Bluźnierstwem byłoby stwierdzenie, że umartwia się w bólu. On pragnie bólu. Ból jest jego grzechem i rozkoszą. Nie stroni od niego. Tyle razy był na krawędzi śmierci. Tyle przeklętych razy prawie sięgnął ku Śmierci, lecz za każdym przeklętym razem udawało mu się przeżyć.

Męczył się tragicznie.

Takie życie w nieżyciu torturowało go okrutnie. Nawet przestało mu na tym zależeć. Każdego dnia umierał po trosze. Aż w końcu nawet pragnienie bólu i ukarania siebie wygasło w nim. Pojawiała się ta bezdenna pustka. Ujrzał ją w pełnej krasie i wiedział, że to już to. Że to jego ostatni przystanek. Czego więcej oczekiwał? Zrozumiał, co nosi w sobie. Ujrzał i czuł już tylko nicość. Nie było już alkoholowego requiem. Nie było więcej śmierci Noctivero, zbyt wielu zgładził. Jeżeli Obdarzeni byli mu za to wdzięczni… Już go to nie interesowało. Bezużyteczność jego ciała w ostatnich dniach ciążyła mu najbardziej.

Po co taszczyć za sobą worek, w którym znajdziemy tylko własną zgubę? Śmiał się ze swych myśli szaleńca.

Czasem nawet wcale nie myślał. Tylko tak sobie siedział, patrząc w niebo i trwał. Może nawet określenie tego, jako trwania, było terminem powiedzianym na wyrost. Wegetacja? Troszkę lepiej. Jedynie stwierdzenie, że po porostu był, że jeszcze jest, w dziwaczny sposób sprawiało mu satysfakcję. Ostatnia rzecz, jakiej by się spodziewał. Satysfakcja z własnego egzystowania.

Nie wspominał jego imienia. Ani razu, nigdy, może tylko w snach, do których się nie przyznawał. Tematem tabu by tego nie określił. Jego już po prostu nie było. A jak czegoś nie ma, to się o tym nie rozmawia. Roztrząsanie w geście Czezehiela nie leżało. On nie chciał… tak bardzo nie chciał… Pamiętać. Więc wyłączał siebie. Swój umysł i był, był, był ostatnie dni w tym świecie.

Pokusił się może nawet o delikatne odczuwanie żalu. Ostatni tydzień swego życia spędził w jednym miejscu, lecz Lelial do niego nie dotarł. Czy zakopał się tak głęboko w ruinach… Jakie to były ruiny? Jakieś. Och, skoro on nawet nie pamiętał, gdzie jest, jak jego przyjaciel mógłby go znaleźć? Był tak daleko, tak głęboko. Światło od wielu dni nie docierało już do niego. Świszczący oddech wyłącznie rozbrzmiewał w jego pustej głowie.

Wstał. I ze swych czynów, z każdego gestu, uczynił niemałą celebrację śmierci. To było tchnienie. Wielkie, intensywne, które rozeszło się echem po świecie. Trafiło do kogoś? Tak, tak na pewno. Chwiał się na nogach i poleciał do tyłu. Z zamkniętymi oczami rozproszył swą moc.

Światło słońca było tak ostre, tak intensywne, że nawet przez przymknięte powieki raniło oczy. Zawył i skulił się na boku. Trząsł się i trząsł jakby tylko to potrafił. Czuł jak siły w niego wstępują. Było to jak odrodzenie. Narodzenie na nowo. Troszkę śmieszne i irracjonalne, lecz tak było. Wstał, bardzo powoli, ociężale, lecz nie poddał się. Odrobinę za długo mu to zeszło, ale kogo to interesuje. To wszystko było takie dobre. Rozłożył szeroko ręce, w swe płuca mocno wciągając powietrze. Suche, pylaste, lecz jakże cudowne. Zaraz za ramionami na całą swą szerokość wystrzeliły skrzydła. Och, a było to po stokroć lepsze niż powietrze! Doprawdy nie pamiętał, kiedy ostatni raz pozwalał poczuć im tchnienie wiatru w piórach.

Unosił się. Powoli, upadł parę razy. Czuł się przez to jak nowo narodzony źrebak. Nieziemskie uczucie ogarnęło jego skrzydła. Leciał coraz wyżej i wyżej, a coraz wyraźniej słyszał także krzyki. Rozpaczliwe głosy, śpiewające jego imię, nawet i rozpaczliwszy trzepot skrzydeł. Od tak dawna nikt nie wołał go. Nie mówił do niego. Zapominał jak przyjemne może być brzmienie czyjegoś głosu. A barwa zaśpiewu tamtego mężczyzny okazała się taka rozkoszna! Jego głos pieścił uszy Czezehiela hiszpańską miękkością.

Uśmiechnął się, a kiedy już unosił się pewnie pośrodku kanionu, obrócił się w kierunku dwójki Aniołów.  

Nawet ich znał. Jego głowa musiała się trochę bardziej napracować, by powiązać głosy, twarze i imiona w jedność. W końcu mu się to udało. Bliżsi przyjaciele Leliala, jego zwykli znajomi. Lecz przybyli.

– Czezehiel! – wrzasnął Aziel. Jego skrzydła furkotały wściekle, grzmocąc powietrze. Pokiereszowany z okrwawionymi dłońmi, które unosił w uspokajającym geście, najwyraźniej chwile temu musiał stoczyć dość nieprzyjemną walkę. – Chodź proszę do nas, porozmawiajmy.

Uśmiechnął się. Próbował coś mu odpowiedzieć, lecz zaskrzeczał. Spochmurniał, zły na siebie odleciał w głąb kanionu jeszcze trochę. Jak dawno temu komunikował się z jakąkolwiek żywą istotą? Jego struny głosowe zapomniały jak działać.

Ibidiel leciał powolutku w jego kierunku. Czezehiel zadrwił z niego w myślach, och uważał, że go podejdzie? Płynnym, starym ruchem przywołał miecz i wskazał nim na Anioła. Aziel przytrzymał go w miejscu, coś szepnął do niego cicho. Czezehiel tego nie usłyszał i poczuł zadziwiającą złość. To było takie bolesne wykluczenie! Zagotowało się w nim. Jeszcze więcej mocy, pewności swych czynów zalało jego kończyny.

– Czezehiel! – krzyknął Ibidiel, zabrzmiało to niemal rozpaczliwie. – Lelial nie dotrze tu tak szybko, jakby chciał! Jest ranny! Nie krzyczmy tutaj, podleć do nas, a wszystko ci wyjaśnimy!

Aziel przytaknął jego słowom. Okazało się to być takim natrętnym brzęczeniem w uszach mężczyzny. Nic nie warte słowa, nic. Mimo przebudzonego niepokoju odnośnie przyjaciela, Czezehiel nie ruszył się z miejsca, a ręka z mieczem nie drgnęła.

– Pozwól sobie pomóc! – Aziel dołączył do nawoływań Ibidiela. –  Błagam cię i zaklinam, chodź z nami. Nie musisz dłużej tego znosić. Nie musisz dłużej żyć w ten sposób.

– Dla mnie nie ma już ratunku – ryknął. Intensywniejszy napływ mocy wyrwał się z jego ciała wraz z wrzaskiem. Czezehiel czuł spełnienie.  – Żadne z was, bracia, mi nie pomoże, ponieważ takie jest moje przeznaczenie.

Głęboko wierzył w to, co mówi.

– Ani się waż tak mówić, pomożemy ci! – odparł Ibidiel, wychylając się ponad krawędź urwiska. Aziel trzymał go mocno, nie pozwalając mu zrobić więcej ruchów. Nie wiedział, co może uczynić Czezehiel. A robił już wystarczająco wiele niepokojących rzeczy. Wiatr, który mocno hulał wokół kiedy przybyli, teraz prawie zmiótł ich na ziemię. Szarpał Aniołami i siłą starali się utrzymać w powietrzu. Na próżno niestety, musieli pospiesznie wylądować. Kuląc się i zapierając przez wiatrem, osłaniali się mocą Ibidiela, gdyż Az był za słaby. Teraz mogli jedynie stać i patrzeć z rozpaczą na Czezehiela.

– Już za późno, na to już po prostu za późno – odszepnął i mimo huraganu, który szalał wokół nich, usłyszeli go. Zrozumiawszy, co próbuje zrobić, nawet nie zdążyli rzucić się ku niemu.

Mieczem przeciął powietrze, rozwierając przejście za trzecią kurtynę. Ciało Czezehiela rozkładało się. Skóra odłaziła od mięśni, mięśnie od kości, aż w końcu pozostał sam szkielet z nienaruszoną ludzką czaszką. Obrócił jeszcze swą grozę w ich kierunku i na nowo mięśnie i skóra powlekły jego czarne kości.

Estre, przyjaciele – powiedziawszy to, rzucił się w nicość, odchodząc na wieki.

Ibidiel jęknął i zatoczył się do tyłu. Ciężko zwalił się na ziemie, słuchając jak wiatr cichnie za jednym uderzeniem serca. Aziel odczołgał się od krawędzi, dołączając do towarzysza. Spojrzeli po sobie, nie odzywając się słowem. Przez długie godziny tylko ich oddechy zdobiły przestrzeń. W końcu musieli ruszyć do domów, sprawdzić czy Lelial wciąż żyje…

 

2 tygodnie później

 

Lśniąca karoseria auta zdawała się być przyćmiona. Czy z winy zachmurzonego nieba, czy nastroju Leliala, nie było to ważne. Anioł obnażył zęby i wściekły kopnął w zderzak. Nawet nie przejął się dużym wgłębieniem, które zrobił.

Rzeczy, te wszystkie ziemskie rzeczy, do których się przywiązujemy, nie były ważne. Ciemność nie pragnie błyszczącego mustanga. Ono pożąda błyszczących szaleństwem dusz niewinnych.

Anioł zawahał się, patrząc ostatni raz na samochód.

Gdzież podziała się ta stara, dobra niewinność? Szepnął w nicość, odlatując z tego miejsca na zawsze.

Nigdy tam nie wrócił. Ani do jego mieszkania, ani do tamtego budynku.

Żałował, że wspomnienia wracają same.

Koniec

Komentarze

Shemmer, chciałabym abyś wiedziała, że opowiadanie przekraczające 80000 znaków nie wchodzą do grafiku dyżurnych, a tym samym dyżurni na mają obowiązku ich czytać. Nie mogą też, choćby były świetne, być nominowane do piórek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O, nie miałam o tym pojęcia! Błąd nowicjusza tutaj :D Ale bardzo dziękuję za info – choć mam problem w trzymaniu się limitu słów, to mam nadzieję, że następnym razem się wstrzelęsmiley

I ja mam taką nadzieję. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Shemmer, przykro mi, ale wymiękłam na pierwszym akapicie. Jeśli wszystko jest napisana podobnym językiem (to się nie klei gramatycznie i składniowo, a styl jest koszmarnie pretensjonalny), a na dodatek całość jest o aniołach i demonach, to niestety podziękuję.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Widzę, że bardzo mocno inspirujesz się przeczytanymi powieściami. O “niegrzecznych” aniołach powstało już tak wiele książek, że trudno wymyślić coś nowego. Spróbuj napisać jakąś oryginalną, własną historię. Proponuję na początek zamieszczać znacznie krótsze teksty, wtedy łatwiej zyskać czytelników.

 

drakainanie ma sprawy! Nikogo nie zmuszam do czytania! Każde słowo jest dla mnie ważne, nieustannie uczę się pisać i staram się ze wszystkim iść do przodu ???? Historia niekoniecznie o demonach, raczej o aniołach, które w demony mogą się zmienić. Dzięki za próby przeczytania! :)

 

ANDO – nie jestem pewna, dlaczego tutaj Opowieść Czezehiela jest nieoryginalna, naprawdę chcę wiedzieć! Uniwersum Obdarzonych powoli składam w całość, historia Preamisore oraz Aniołów Stróżów ma wiele oblicz, nie tylko “niegrzeczne” z pierwszej części tekstu :D Pierwszy akapit, to tylko pierwszy akapit. Zdecydowanie nie jest najlepszą rzeczą w porównaniu do całego opowiadania, ale mam nadzieję, że kiedyś przybierze całkiem inny wydźwięk :)

Przede wszystkim, tematyka aniołów została już mocno wyeksploatowana. Twój tekst kojarzy mi się z “Siewcą burz” Kossakowskiej i ogólnie ze sposobem kreacji bohaterów w nurcie fantastyki new adult. Sama nazwa “obdarzeni” też już się pojawiła.

 

Ando, jakby na to nie patrzeć, to każda tematyka została dość znacznie rozgrzebana, ale rozumiem :D Skojarzenie z Kossakowską trochę miłe, bo kobietę kocham!

Zaś co do słowa Obdarzeni, to pojawia się ono często, ale dlatego też wprowadziłam to jako synonim – czy tam raczej “tłumaczenie” – słowa Preamisore.

Dzięki za komentarz! smiley

Nowa Fantastyka