- Opowiadanie: rooms - Jak sobota to powidła!

Jak sobota to powidła!

Oj, dawno mnie tu nie było. Jeszcze więcej czasu minęło, od kiedy coś tutaj publikowałam. Dobrze się bawiłam, pisząc to krótkie opowiadanie, mam nadzieję, że Wy też będziecie się dobrze bawić, czytając.

No i oczywiście disclaimer*: wszelkie podobieństwo do prawdziwych akcji marketingowych, produktów czy sieci sklepowych jest przypadkowe. ;) Żaden pluszowy zwierzak czy owoc nie ucierpiał przy pisaniu tego opowiadania.

 

EDIT:

*Dobra, komu ja będę ściemniać. ;) Okazuje się, że nawet pobieżna znajomość oryginalnej akcji marketingowej wpływa korzystnie na odbiór tekstu. Cóż, tak to jest z parodiami. Bez oryginału nie istnieją.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Jak sobota to powidła!

 Opadł tuman liści wzburzony przez miękkie łapki. W świetle księżyca błysnęły białe kły, a ich właścicielka z całych sił odbiła się od krawężnika. Jej okrągłe, puchate ciałko z powodzeniem pokonało grawitację, a ruda kita zrównała się z krótkim pędzelkiem cętkowanego kolegi z paki.

W wyścigu uczestniczyli wszyscy, którzy należeli do gangu, po jednym przedstawicielu z serii. Choć pora może nie dla każdego była najkorzystniejsza – długoucha jak zwykle narzekała na zakłócanie nocnego wypoczynku – to wolność, jaką dawał spowijający osiedle półmrok, była spełnieniem marzeń wszystkich syntetycznych zwierzątek. Zamiast dusić się w pudle, przygniatając sobie nawzajem brzuchy i łapy, wreszcie mogły cieszyć się powiewem rześkiego smogu na futerkach i rozprostować przykrótkie kończyny.

W powietrzu Sylwia, która jak wszystkie siostry z jej linii produkcyjnej w ogóle nie przyjmowała do świadomości faktu, że powinna mieć poważny problem z oderwaniem się od ziemi na swoich małych skrzydełkach, pohukiwała z entuzjazmem:

– Nieźle, chłopaki! Oczywiście jak na kogoś, kto nie umie latać.

– I koleżanki! – pisnęła Zenobia, przysłaniając jedno oko szarym uchem. – Ja stanowczo protestuję, ciągle ta dyskryminacja. Dziewczyny też mają znaczenie! I to dziewczyna wygrała, o!

– Tej to niewiele potrzeba. Trochę dystansu… – sapnął Bożydar, próbując obgryźć znaleziony suchy patyk. Miał niejasne wrażenie, że coś jest nie tak z jego górnymi siekaczami, gdy jeden z nich, zamiast wbić się w korę, komicznie się odgiął. Bycie przytulaśną zabawką miało jednak pewne minusy.

– Nie uwierzycie, co widziałam! – Olga wyskoczyła jak torpeda z krzaków, w które przed chwilą z rozpędu wpadła, pokonując na ostatniej prostej rysia Romana. – Widlaki są! Tam na placu zabaw są Widlaki!

Zwierzątka struchlały. Wiadomo było, że Anin należy do Gangu Przytulaków, a Ostoja do Powideł. Konkurencyjna banda pluszowych maskotek w kształcie owoców zazwyczaj wykorzystywanych do słodkich przetworów nigdy nie pokazała się w tej części miasta, to była przecież niepisana umowa.

– A nie mówiłem? Wiedziałem, że remont ich ośmieli, zgniłki w tyłek kopane! W końcu przypełźli z marketu aż tutaj, nosiciele pleśni!!! – zacharczał Roman i jak zwykle nie bawił się w kurtuazję. Zresztą nie musiał. Co w końcu ma do stracenia w oczach świata reprezentant ginącego gatunku? Żarty skończyły się już dawno. Nadal obrażony z powodu przegranej mruknął: – Lola, dużo ich jest?

– Dla ciebie Olga, koci kłaku – syknęła lisica mocno przewrażliwiona na punkcie swojego imienia, które jako jedyne w gangu nie zaczynało się na tę samą literę co nazwa linii. – Widziałam tylko takiego czerwonego i żółtego. Jak im tam? Kto by spamiętał. Na huśtawkach są.

– Ja nie wiem, czy w ogóle coś z tym trzeba robić. Przecież nigdy nie chodzimy na plac zabaw. – Zenobia, o dziwo, postanowiła być tym razem głosem rozsądku.

– O nie! Dziś plac zabaw, jutro nasze osiedle. Do Stonki jest stąd tylko parę kroków. Do NASZEJ Stonki! Nie możemy na to pozwolić. Niech wracają do słoików! – Opanowanie i dyplomacja nie były mocnymi stronami sowy Sylwii. Właściwie to nie były mocnymi stronami żadnej sowy z serii.

Jedynie bóbr nie zareagował, zajęty prostowaniem odgiętego zęba. To wcale nie takie łatwe zadanie, gdy łapki nie sięgają pyska. Właśnie intensywnie pocierał nosem o chodnik w nadziei na to, że ząb sam odskoczy. Próżnej nadziei, warto dodać, bo przypadkiem zawinął sobie też drugi siekacz.

– Trzeba ich dobrze nastraszyć, to nigdy tutaj więcej nie przyjdą. Kto jest ze mną? – Ruda szybko przeszła do sedna. Działanie to była jej domena. Działanie i podstęp.

– Nastraszyć? Ale… ale tak, żeby się bali i w ogóle? – Szare słuchy stanęły sztywno, gdy ich właścicielka z lękiem schowała się za rysia.

– A jak inaczej? Tak! Żeby uciekali przed nami jak… Jak przed drylownicą! – Wizja chwały i zwycięstwa przysłoniła mgiełką guzikowe oczy Olgi. Już widziała, jak stoi ze sztandarem Stonki zatkniętym bohatersko na parkingu przed Powidłem, podczas gdy strwożone wiśnie, truskawki i śliwki grupowo oddają jej hołd. I sztandarowi Stonki, oczywiście.

– Mogę lecieć na rekonesans. Dajcie mi pięć minut – huknęła sowa.

– Chyba dzesięc – zaseplenił Bożydar z nizin chodnika.

Po wzbiciu się w powietrze Sylwia obrzuciła go tylko pogardliwym spojrzeniem, cudem unikając zderzenia z pniem drzewa. Dałaby sobie uciąć ogon, że przed chwilą go tu nie było. Parę chybotliwych manewrów i była gotowa na przeszpiegi.

 

***

 

Mor rozejrzał się z uśmiechem jeszcze raz. Światło latarń nieśmiało rozpraszało mrok, który czaił się na obrzeżach gumowej nawierzchni placu zabaw. Łańcuchy huśtawki cicho poskrzypywały, gdy żółty pluszowy owoc kołysał się w przód i w tył, pchany jedynie siłą rozpędu. Mor nie uważał się za jakiś wyjątkowy egzemplarz moreli, ale tym razem miał poczucie, że pokazał bandzie, jak trzeba żyć. Bez strachu i bez granic. Właśnie tak.

Natomiast Tru nie miała złudzeń, że ta wycieczka dobrze się dla nich skończy. Tru w ogóle nie miewała złudzeń. Ale i tak wolała niebezpieczną przygodę na huśtawce niż wysłuchiwanie kolejnych przechwałek Wisi lub przydługich wynurzeń Śli. Wiedziała, że dziewczyny gdzieś tu się czają, bo przecież Polowe Powidlaki zawsze musiały trzymać się razem, ale przynajmniej siedziały w miarę cicho. Aż dziwne, że żadne dziś jeszcze nie wytknęło jej, że „ilość nie znaczy jakość” i że „liczy się wnętrze”. Codziennie wysłuchiwała tyrad na temat pestek i drylownic i miała tego już powyżej szypułki. „Truskawki nie znają życia”, „co one wiedzą o bólu i poświęceniu” i tak dalej, aż do znudzenia. Jasne, żaden z tych wydrylowanych owoców nie wiedział, co to znaczy musieć sprawdzać stan posiadania przy każdym ruchu, bo a nuż coś odpadnie i się zgubi. To jak zgubić dziecko. Albo komórkę. Tak przynajmniej sobie Tru wyobrażała na podstawie reakcji klientów Powidła, którzy zgubili dziecko lub komórkę na terenie marketu. Albo naklejki.

– Bo ja to zawsze chciałam spojrzeć na nasz dom z wysoka. Jak prawdziwa wisienka. – Zza zjeżdżalni doszedł stłumiony szept. – Myślisz, że stąd dojrzę chociaż szyld?

– Drzewa ci zasłonią, Wisiu, daj spokój. Mor to zawsze ma takie głupie pomysły… Pamiętam, jak chciał zobaczyć, co słychać u śliwek w chłodni. To była katastrofa! Miałam mokre całe futerko. – Fioletowa przytulanka nie kryła oburzenia.

Wspomnienie tej straszliwej chwili, gdy pracownik sklepu znalazł ją między mrożonkami, do dziś napawał Śli wstydem. To wyglądało, jakby klient jej nie chciał, rozmyślił się i dlatego porzucił w innym dziale. JEJ nie chciał?! Dobrze, że na fioletowym nie widać rumieńców, a plamy z wody szybko wyschły. Mor jak zwykle zwalił wszystko na śliwkową opieszałość. Głupie morele i ich pomysły.

Niezidentyfikowany obiekt latający znienacka pojawił się na skraju linii drzew, a gwałtownie zmieniająca się trajektoria lotu sugerowała, że pilot albo jest niedoświadczony, albo pijany. Albo ma za krótkie skrzydełka.

Tru zainteresowała się dziwnym cieniem, podejrzewając, że to może jakiś nietoperz (ojej, nietoperz!). Zeskoczyła z huśtawki i podreptała ile sił w krótkich nóżkach zobaczyć dziwo. Mor niewzruszenie bujał się dalej, pełen zadumy nad swoją innowacyjnością i odwagą. A Śli i Wiś szeptały dalej, tym razem przy karuzeli, rozważając, jaki kąt odbicia będzie najlepszy, by wprawić w ruch siodełka.

– Taś, taś, nietoperku…! – Truskawka nie była pewna, czy tak właśnie woła się na myszy ze skrzydłami, ale co szkodziło spróbować.

– Wypraszam sobie! – odparł niezidentyfikowany obiekt. – „Taś, taś” to na kaczki, a nie na sowy. A poza tym sio z naszego podwórka! Huhuhu…!

Ten nagły wybuch wrogości został przerwany przez dotkliwy upadek. Sowa boleśnie wyrżnęła o ziemię i okazało się, że właściwości amortyzujące sztucznego kauczuku są we wszystkich okolicznościach takie same.

– Zabij to! Zabij! – wrzasnął Mor z huśtawki.

– Jak to „zabij”?! Owoce nikogo nie zabijają. Owoce są zdrowe! – oburzyła się wiśnia.

– Zdrowe nie znaczy bezbronne. Zaaabij tooo!

Zaskoczona rozwojem sytuacji Tru zastygła w bezruchu. Sowa również zamarła z dziobem rozpłaszczonym na nawierzchni. Z tyłu dobiegł je tupot przykrótkich nóżek. I łapek. Łapek pokrytych syntetycznym futerkiem.

 

***

 

– Nie weźmiecie jej żywcem! – Roman wyszczerzył zęby i starał się wyglądać groźnie, co przy jego rozkosznie pluszowej aparycji było nie lada osiągnięciem. – Trzymaj się, Sylwio!

Puchate zwierzątka z Gangu Przytulaków otoczyły leżącą sowę z jednej strony, a z drugiej zebrały się Polowe Powidlaki. Zanosiło się na srogą awanturę. Ciemna chmura przykryła srebrny sierp na niebie, dodając dramatycznego rysu i tak mocno ponurej scenerii.

– Nikt nikogo nie chce brać żywcem – obruszył się Mor. – Co mielibyśmy niby zrobić z tym niewydarzonym ptaszyskiem w naszym dyskoncie? Jeszcze coś zepsuje…

– Już ja tam wiem, co knujecie! Dziś chcecie przejąć nasz plac zabaw, a jutro – nasz market! Po moim trupie!!! – Olga podskakiwała jak piłeczka, ciągłym ruchem i krzykiem dodając sobie animuszu i potęgując przekaz podprogowy: „wściekła lisica to nie jest ktoś, z kim chcesz się kłócić”.

– Moment, moment. W nosie mam wasz market. I ten plac zabaw na dobrą sprawę. – Tru zdecydowanie nie podobał się kierunek, w którym zmierzały sprawy. Ciemiężenie w swoim słoiku to jedno, ale afera międzysklepowa to grubszy problem. Na to truskawki się nie pisały. Nigdy.

– Stonka ci nie pasuje?! Co?! Za tania dla ciebie? Za dużo naklejek do zebrania? – wychrypiał Roman z pianą na pysku. Skąd wzięła się piana na pluszowym pysku rysia, to tajemnica znana jedynie ginącym gatunkom.

– Wszyscy wiedzą, że naklejki są lepsze w Powidłach. Wasze mogą się schować! – Takiej potwarzy Wiś nie mogła ścierpieć spokojnie. – Wy spleśniałe skórki!

Wtórowała jej śliwka, niepewnie zerkając na futrzaki. Czy któryś przypadkiem nie jest śliwkożercą? Zając gapił się dosyć podejrzanie. Czy właśnie się oblizał?

Tę chwilę wykorzystała Sylwia, by zebrać resztki godności z kauczukowej nawierzchni. Nieoczekiwanie podał jej pomocną łapę Bożydar. Z siekaczami na miejscu wyglądał męsko i przytulnie, szczególnie gdy patrzyło się na niego z dołu. Sowa zdziwiła się na ten nieoczekiwany wniosek, który całkowicie wybił ją z toku myślenia. Bożyk przystojny? Świat się kończy…

– CISZA! – wrzasnęła Tru, zyskując niepodzielną uwagę całego towarzystwa. – Zanim dojdzie do rękoczynów!

Nikt nie spodziewał się takiej mocy w małym czerwonym ciałku. Z emocji pestki zazieleniły się na truskawkowej powierzchni, a szypułka uniosła się alarmująco.

Czy truskawki są jadowite? – pomyślała Zenobia z lękiem. Na wszelki wypadek odsunęła się na bezpieczną odległość. Olga podskakiwała siłą rozpędu, a Roman groźnie zerkał spode łba. Mor zaskoczony patrzył na koleżankę, którą uważał do tej pory za zwykłe popychadło. Wiśnia i śliwka przytulone mamrotały coś jedna drugiej na uszko. Tylko Bożydar i Sylwia wydawali się niezainteresowani sytuacją.

– Możemy się kłócić, wyzywać, umawiać na ustawki. Możemy też spojrzeć na to wszystko z szerszej perspektywy – powiedziała Tru, rozkładając łapki.

– Nie rozumiem – szepnęła zajęczyca.

– Jakiej znowu perspektywy? – warknęła Olga.

– Nie widzicie, ile mamy wspólnych cech? Wszyscy jesteśmy puchatymi przytulankami, które trafiają do odbiorców za zebrane naklejki. Wszyscy mieszkamy w sklepie. Takim czy innym. Wszyscy marzymy o wolności, prawda? – Tru w poczuciu misji przemawiała jak natchniona. – Takiej jak dziś! Poza sklepem, w parku, na świeżym smogu!

– Ja to chciałam tylko zjechać ze zjeżdżalni – stwierdziła cicho Wiś.

– Ja lubię wygrywać wyścigi – stwierdziła lisica.

– Mnie podoba się huśtawka – wtrącił Mor.

– Ja tam nikogo nie lubię… – miauknął ryś.

Spojrzeli po sobie.

– Czy nie możemy czasem odpuścić spory i po prostu napawać się wolnym wieczorem? – Truskawkowe oczy złagodniały. – Przecież jutro niehandlowa niedziela.

– Dobra, rozejm. Ale tylko dzisiaj, zgniłku – warknął Roman i skoczył w krzaki.

Za nim poszły pozostałe Przytulaki. Bożyk i Sylwia próbowali przy tym trzymać się za łapki. Średnio im to wychodziło.

Tru odwróciła się do Polowych Powidlaków, kiwając wskazującym palcem:

– Jeszcze raz ktoś coś powie o pestkach, to popamięta.

Koniec

Komentarze

Ubawiłem się setnie :D!

Troche mi się tylko bohaterowie mylili, ale to pewnie przez to, że moje dzieci już za duże na to, żeby im naklejki zbierać. Za to przesłanie całkiem poważne – “strach ma wielkie oczy” oraz “wszyscy jesteśmy lu… eee, pluszakami”.

Bardzo mi się!

Uwagi mam dwie:

– “Latanie nieśmiało rozpraszały mrok” – tu literóweczka;

– “żaden z tych wydrylowanych książąt i księżniczek” – żaden? a nie “żadne”?

Aha, i co to są “ranty”? U mnie to znaczy kanty, ale w tym opku chyba nie?

 

BTW, to już kolejny tekst o pluszakach z marketu. Nośny temat :P.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dziękuję, Staruchu, za opinię i uwagi. Poprawiłam literówkę, usunęłam niejasność i anglicyzm zmieniłam na piękne polskie słowo. Gdzie to drugie opowiadanie o pluszakach? Podziel się linkiem, chętnie przeczytam. Dawno straciłam orientację na forum, niestety.

Dzięki, lecę czytać!

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Zabawne opowiadanie. Gangi na placu zabaw. :D Chociaż też nie nadążałam za imionami bohaterów, gdyż te stworzonka są mi zupełnie obce, to kilka razy się uśmiechnęłam. 

Ładnie to sobie wymyśliłaś, ładnie napisałaś. 

Fajne.

Rooms – ładny, fajny , zabawny i ciekawy Ci ten tekst wyszedł. A pluszaki milutkie, ale… czasem miewają takie straszne oczy… Tak czy inaczej, przeczytałam z zainteresowaniem i z przyjemnością :)

Klikam i życzę powodzenia w konkursie :) 

Nie bardzo wiem, jaki jest związek miedzy pluszowymi bohaterami, sklepami i naklejkami. Zastanawiam się też, dlaczego pluszaki są pogrupowane w gangach? Przecież w gangach spotyka się zorganizowany element przestępczy, a nie zabawki. Chyba nie rozumiem współczesnych bajek.

Jednakowoż czytało się naprawdę nieźle. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

SaraWinter, dziękuję za uroczy komentarz. Fakt, duża liczba bohaterów w tak krótkim tekście może prowadzić do zamieszania. Nie słyszałam jednak o gangach dwuosobowych. ;) Kombinowałam nad pluszakową ustawką całą sobotę, więc cieszę się, że mimo nieznajomości stworzeń historia Cię rozbawiła choć kilka razy. :)

Katia72, pluszaki mogą być zabójcze, każdy, kto potknął się o jednego w czasie nocnej wizyty w toalecie, to przyzna. ;) Dziękuję za miły komentarz i nominację.

Regulatorzy, wygląda na to, że kluczowa w odczytaniu parodii jest znajomość oryginalnego pomysłu (akcji marketingowej dwóch sieci sklepowych). Czy pluszaki mogą być w gangu? W moim domu na pewno są i organizują zmasowany atak, gdy tylko próbuję wejść do pokoju córki. Jedynie pies mnie rozumie i walczy z nimi dzielnie u mego boku. Tak czy inaczej, “naprawdę nieźle” z Twojej strony to dla mnie jak poklepanie po ramieniu. :)

Autorka z Pruszkowa napisała bajkę o gangach? ;-)

Autorka z Pruszkowa napisała bajkę o gangach? ;-)

Zdziwiony? :D

Sympatyczne, aczkolwiek też nie do końca chwytam, jakie są te seryjne pluszaki sklepowo-produktowe, a że tu mowa o rywalizacji konkretnych sklepów dowiedziałam się z komentarzy… Odbiór trochę mi psuło to, że stosunkowo niedawno w innym konkursie też było opowiadanie o takich pluszakach (co skądinąd świadczy o tym, że jest to ważne zjawisko społeczne ;)), więc miałam lekkie wrażenie powtarzalności motywu (co oczywiście nie jest ani Twoją winą, ani zasadniczo zarzutem, tylko lekko wpływa na mój osobisty odbiór pomysłu). Bohaterowie też mi się mylili, ale to chyba podobnie jak w przypadku innych czytelników problem nieznajomości kontekstu.

 

Z technikaliów trochę zbyt infodumpowato zabrzmiało mi zdanie: “W wyścigu uczestniczyli wszyscy, którzy należeli do gangu, po jednym przedstawicielu z serii.” Nie wiem, czy ta informacja jest konieczna, zwłaszcza tak sucho podana.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Swoją drogą tytuł jakoś tak się skojarzył z klimatem polowania na czarownice: jak sobota, to po widły, po widły, po widły… Jest pomysł na mroczną wersję.

 

…kluczowa w odczytaniu parodii jest znajomość oryginalnego pomysłu (akcji marketingowej dwóch sieci sklepowych).

Rooms, akcje marketingowe wszelkich sieci handlowych to zupełnie nie moja bajka, stąd pewnie i moje niezrozumienie Twojej bajki. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zdecydowanie dobre, lecz hermetyczne i sytuacyjne z uwagi na znajomość bądź nie. Literacko – mucha nie siada. Trochę dużo bohaterów, lecz za to dostajemy wiele nawiązań i tropów. Wspólne doświadczenie.

Poproszę, biblio:) i pzd, a

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Drakaina, dziękuję za uwagi. Faktycznie SzyszkowyDziadek pisał o sowie Zosi, o czym mogłam się przekonać dzięki linkowi od Starucha (zacna lektura). Cóż mogę powiedzieć, zjawisko wydaje się na tyle ciekawe, że nie przeszło niezauważone (jak widać popkultura “lubi”). ;) Jeśli chodzi o wskazany przez Ciebie infodump, to jest parafraza tekstu jednej z reklam, podobnie zresztą jak tytuł – zostawię niezmienione, bo to taki smaczek jakby (hermetyczny, ale jednak). 

Wilk-zimowy, nawet myślałam o tym, żeby pójść w stronę horroru, ale zbyt pluszato mi się zrobiło na początku i jednak skręciłam w stronę bajki. ;) Inna sprawa, że można też było zabawić się w bizarro, gdyby wersja tytułu brzmiała “Jak sobota to do kibla” – tę przeróbkę zasłyszałam w szkole. ;)

Regulatorzy, szczęśliwa kobieto! Tak trzeba żyć, zdecydowanie. Spokój ducha wygrywa z agresywnym marketingiem.

Asylum, ta hermetyczność niestety działa na niekorzyść, takie życie. Cieszę się, że literacko Ci odpowiada i dziękuję za miłe słowa.

Całkiem zabawnie wyszło. Nie wiem, czemu najbardziej podobało mi się, gdy pisałaś o Mor? ;) Faktycznie, te pluszaki mają problemy. Rozbawiło mnie najbardziej to: "Zdrowe nie znaczy bezbronne. Zaaabij tooo!" :p

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dzięki za wyjaśnienie w kwestii infodumpu – tu się właśnie nieznajomość kontekstu kłania… W takiej sytuacji rzeczywiście powinien zostać.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Morgiana89, cieszę się, że tekst Cię rozśmieszył. Mor, mówisz – przypadek? devil

 

 Idąc za chlubnym przykładem Drakainy, też wrzucę cudny wierszyk, który znalazłam w dziale z nominacjami do biblioteki – dobra robota, Użytkownicy!

 

Walka to nie byle jaka:

Pluszak naparza pluszaka! 

 

Biją się w zielonym gaju 

Na łączce podle ruczaju

Leją, szarpią się za fraki

Drą poliestrowe kłaki 

Oczek błyszczą się guziki 

W nich agresja, obłęd dziki! 

 

Jaka jest tego przyczyna

Że słodziak parol zagina

Na towarzysza swojego 

Dzieciom dedykowanego? 

To choroba się rozwija 

A jej imię: Promocyja! 

 

Źródeł trza szukać w przeszłości:

Dla boga oglądalności 

Woje z gadami się bili 

I z turniejnych gaży żyli.

By się bogu przypodobać 

Było przemoc eskalować

Przeto smoki i rycerze 

Musieli naparzać szczerze 

Choć nie było w tym wrogości 

Rachowali sobie kości. 

 

Rzecz ma się dzisiaj tak samo 

Nie ważne, czy co dzień rano 

Do Stonki pędzisz, czy Bidla

Marketing już cię usidla

Byś większe zrobił zakupy 

Pluszaki łoją se dupy

Ubawiłam się czytając Twoją historię, chociaż owoców mój syn nie zbierał wcale, a temat Słodziaków zakończyliśmy na pierwszej serii. Pewnie dlatego przez pół opowiadania zastanawiałam się, czemu sowa ma na imię Sylwia, a nie Zosia. Najbardziej podobała mi się Stonka, ale powidła też niezłe.

No i duży plus za Pruszków, wbrew niechlubnym opiniom, to bardzo urokliwe miasto i niezłe miejsce na nowofantastyczne piwo :) Biegnę nominować.

Ando, właśnie – Pruszków nadal ma złą opinię, a przecież to teraz taka niewinna sypialnia Warszawy, prędzej spotkasz rodzica z wózkiem niż karka. I to nawet o północy. ;)

Dziękuję za miłe słowa. Zmieniłam wszystko, co się dało (a nuż copyright), więc i imiona pluszaków. No i nie mogłam sobie darować (równie hermetycznego) żartu z imion Świeżaków, zaczerpniętego ze zdjęcia fanpage’a Biedronki, które krążyło w sieci:

 

Gdy pisanie wchodzi za mocno.;)

Fajne polskie Toy Story. Jak sobota to do Stonki!

…lub do Powidła ;) Dziękuję za odwiedziny!

Uśmiałam się z żartu o sarence.

właśnie – Pruszków nadal ma złą opinię, a przecież to teraz taka niewinna sypialnia Warszawy, prędzej spotkasz rodzica z wózkiem niż karka. I to nawet o północy. ;)

Całkowicie się zgadzam.

 

 

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cześć!

Opadł tuman liści wzburzony przez miękkie łapki.

z powodzeniem pokonując grawitację swym okrągłym, puchatym ciałkiem

No, nie wiem. Aliteracja, to raz, ale czy można pokonywać grawitację czymś?

jeden z nich zamiast wbić się w korę, komicznie się odgiął

Tu jeszcze przecinek: jeden z nich, zamiast wbić się w korę…

zza krzaków, w które przed chwilą z rozpędu wpadła

To chyba jednak "z krzaków".

owoców zazwyczaj wykorzystywanych do słodkich przetworów

Hmm. Chyba można by to skrócić.

zacharczał Roman i jak zwykle nie bawił się w kurtuazję.

To, że się nie bawił, widać po dialogu – nie potrzeba tego jeszcze raz dopowiadać.

nie były mocną stroną

Mocnymi stronami, skoro czasownik mnogi.

bóbr nie zareagował zajęty

Bóbr nie zareagował, zajęty.

materiałowego zęba

Materiałowego?

Nastraszyć? Ale… ale tak, żeby się bali i w ogóle?

heart

Żeby uciekali przed nami jak… Jak przed drylownicą!

heartheartheart Te dialogi są cudne!

ze sztandarem Stonki zatkniętym bohatersko na parkingu

To ona trzyma ten sztandar, czy przy nim stoi?

Latarnie nieśmiało rozpraszały mrok, który czaił się na obrzeżach

Z tą metaforą coś jest nie tak.

Wiedziała, że dziewczyny gdzieś tu się czaiły

Czają (mowa zależna, consecutio temporum).

„Truskawki nie znają życia”, „co one wiedzą o bólu i poświęceniu”

heart

na fioletowym nie widać plam z rumieńców

Ale rumieńce nie zostawiają plam?

Niezidentyfikowany obiekt latający znienacka pojawił się na skraju linii drzew, a gwałtownie zmieniająca się trajektoria lotu sugerowała, że pilot albo jest niedoświadczony, albo pijany. Albo ma za krótkie skrzydełka.

szeptały dalej tym razem przy karuzeli

Szeptały dalej, tym razem przy karuzeli.

właściwości amortyzujące sztucznego kauczuku nie we wszystkich okolicznościach działają idealnie

Właściwości z działaniem trochę nie ryksztosują.

z dziobem spłaszczonym na nawierzchni

Na pewno nie "rozpłaszczonym"?

dodając dramatycznego rysu i tak mocno ponurej scenerii.

heart

Ciemiężenie w swoim słoiku

Kto jest ciemiężony w słoiku?

by zebrać resztki godności z kauczukowej nawierzchni

heart

szczególnie gdy

Szczególnie, gdy.

szypułka najeżyła się alarmująco

Szypułka jest jedna, więc nie wiem, czy może się najeżyć.

wtulone mamrotały coś

W co wtulone?

 

Takie. Słodkie! Zaraz zacznę piszczeć jak amerykańska nastolatka. Rozkoszne i słodziuchne i pluszowe i truskawkowe, łiii! Najsłodziejsze!

PS.

A pluszaki milutkie, ale… czasem miewają takie straszne oczy…

Katiu, dlatego właśnie ja wyszywam oczy, kiedy robię zabawkę. Z wyjątkiem Cthulhusiów. One mogą być straszne :D

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Uśmiałam sięsmiley. Niestety/stety ta tematyka jest mi jak najbardziej bliska.

 

Powodzenia w konkursie smiley

Tarnino, bardzo dziękuję za wnikliwe uwagi i chwytające za serce pochwały (i oprawę graficzną!). Jak nastolatki będziemy razem piszczeć, trzymając się za ręce. ;) Wprowadziłam pewne poprawki, muszę przyznać, że dałaś mi do myślenia, jedynie z paroma uwagami się nie zgodziłam:

“owoców zazwyczaj wykorzystywanych do słodkich przetworów” → Hmm. Chyba można by to skrócić.

Skrócić zawsze można. Ale tym razem pozostanę przy swojej wersji (a pierwotna to była nawet dłuższa). :)

“zacharczał Roman i jak zwykle nie bawił się w kurtuazję” → To, że się nie bawił, widać po dialogu – nie potrzeba tego jeszcze raz dopowiadać.

Dla mnie istotne było “jak zwykle” dla charakterystyki postaci.

“Ciemiężenie w swoim słoiku” → Kto jest ciemiężony w słoiku?

Najwyraźniej powidła. Te z wierzchu mają przewagę nad tymi z dołu. Na pewno wykorzystują swoją władzę, skoro tak właśnie czuje truskawka. Jak się tak zastanowić nad losem tych wszystkich przetworów… nieciekawie mają. :)

“szczególnie gdy” → Szczególnie, gdy.

Nie zgodzę się, zerknij tutaj i tutaj.

 

Monique.M, dziękuję za komentarz i zrozumienie, wspólny los łączy. ;) Na szczęście dla mnie to już przeszłość, ale takiej traumy się nie zapomina.

Skrócić zawsze można. Ale tym razem pozostanę przy swojej wersji (a pierwotna to była nawet dłuższa). :)

Yup :)

Dla mnie istotne było “jak zwykle” dla charakterystyki postaci.

Rozumiem. Mimo to – niebawienie się jest dokonywane w tym dialogu, nie osobno, dlatego “i” nie ryksztosuje.

Te z wierzchu mają przewagę nad tymi z dołu. Na pewno wykorzystują swoją władzę, skoro tak właśnie czuje truskawka.

Uciśniona truskawka :)

Nie zgodzę się, zerknij tutaj i tutaj.

Ciekawostka przyrodnicza. Tyle lat człowiek się pęta po świecie, i nawet nie wie, że źle przecinki stawia… (Serio, byłam przekonana, że mają być! Argh!)

 

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Przede wszystkim biegnę z pocieszeniem: akcji marketingowej, do której odnosi się tekst nie znam, bo od lat nie mieszkam w Polsce, ale i tak domyśliłam się, o co chodzi. Pewnie nie wszystkie smaczki wyłapałam, ale generalnie opko było zrozumiałe. Właściwie jedyne nad czym się zastanawiałam, to czy owe markety ostro ze sobą walczą. Zakładam, że tak i stąd też ta wojownicza postawa pluszaków. Bajeczka mi się podobała. Fajnie, że skończyło się powszechną zgodą i pluszaki doszły do wniosku, że przynależność gatunkowa jest ważniejsza niż markowa. ;)

Ja też ubawiłem się przy lekturze. Najbardziej spodobały mi się wstawki typu “mieć coś powyżej szypułki” albo “uciekać jak przed drylownicą” i mój faworyt “zgniłki i nosiciele pleśni”. Na plus oczywiście zgrabnie wpleciony wątek miłosny. Akcję marketingową znam tyle o ile, ale nie przeszkadzało mi to w zrozumieniu treści. 

Na początku byłam nieco zdezorientowana, ale ogólnie przyjemne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Irka_Luz, dziękuję za odwiedziny i komentarz. Cieszę się, że brak znajomości “wojny” Biedronkowo-Lidlowej nie wpłynął negatywnie na odbiór opowiadania. smiley

Fladrifie, nawet nie wiesz, ile satysfakcji i frajdy dało mi tworzenie tych słownych żartów. To duża radość, gdy trud nie idzie na marne i czytelnik też się dobrze bawi. 

Anet, taka taktyka: zdezorientować, a jednak przy tym bawić. wink

Ten tekst jest totalnie pluszowy. Mięciuchny, tak bym go mogła ściskać i miętosić, słodziaka :D Chcę po prostu powiedzieć, że bardzo mi się podobało. Naprawdę oryginalna interpretacja tematu konkursu, a wykonanie perfekcyjnie do tego tematu dobrane – pluszowy jest język, pluszowe zachowanie bohaterów, pluszowo się czuje czytelnik po lekturze. I jedna z najważniejszych dla mnie rzeczy, czyli naturalność dialogów – ona była pluszowa, a to znaczy w przypadku tego tekstu totalnie naturalna :D

Kilka razy szczerze wydmuchałam powietrze nosem, znaczy było śmiesznie. Najlepsze:

Czy truskawki są jadowite?

<3

Dla tego tekstu to nie tylko bym klikała bibliotekę, ja to bym nawet naklejki mogła zbierać!

Edit: jak sobota tooo… no i masz, będę tę zarazę nucić, okropny tytuł! :/

Nie dziękowałam jeszcze szanownym jurorom za pozostawianie znaków – co niniejszym czynię! Obrazki są mocno kocie, a kropka inspirująca. Dla równowagi w temacie konkursu zostawię zdjęcie mojego psa, wabi się Gloria:

 

Nir, jestem wzruszona, jak trafnie odczytałaś moje intencje. Miało być puchato i pluszowo, a przy tym zabawnie i bajkowo. Przyznaję, że zanim zabrałam się na dobre za pisanie, to czytałam pilnie Janinę Daily, żeby mój język nabrał odpowiedniego nasycenia pluszem, oraz dużo przytulałam moją futrzatą królewnę (tj. psa rasy niżeł mazowiecki) w trakcie procesu twórczego i voilà: UDAŁO SIĘ! devil Dziękuję za cudny komentarz.

 

Nowa Fantastyka