- Opowiadanie: KisielA - Najpiękniejszy

Najpiękniejszy

Opo­wia­da­nie dla dzie­ci

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Najpiękniejszy

Z de­dy­ka­cją dla wszyst­kich bez­pań­skich czwo­ro­no­gów za­po­mnia­nych przez świat

 

Pro­log

 

– Dziad­ku, dziad­ku, dziad­ku ko­cha­ny – świer­go­ta­ła sied­mio­let­nia Emil­ka ni­czym pta­szek – opo­wiedz mi coś, pro­szę… Dla dziew­czyn­ki ry­tu­ałem już stało się opo­wia­da­nie przez uko­cha­ne­go dziad­ka cie­ka­wych hi­sto­rii nie­mal każ­de­go zi­mo­we­go wie­czo­ru.

– A ja­kiej bajki chcia­ła­byś dzi­siaj po­słu­chać? – za­py­tał star­szy czło­wiek z nieco przy­pró­szo­ną si­wi­zną brodą. Czło­wiek ten miał cie­płe spoj­rze­nie i uśmie­chał się do małej. – O "Kró­lew­nie Śnież­ce i sied­miu kra­sno­lud­kach"? A może o "Kop­ciusz­ku"?

– Nie, nie o "Kop­ciusz­ku"! Chcę hi­sto­rii praw­dzi­wej, ta­kiej, która wy­da­rzy­ła się na­praw­dę! – za­wo­ła­ła dziew­czyn­ka.

– Do­brze. Siądź więc wy­god­nie obok mnie na ka­na­pie.

Emil­ka za­pa­dła się w mięk­ki mebel, przyj­mu­jąc ulu­bio­ną po­zy­cję do słu­cha­nia. Przy ko­min­ku gru­bym sznu­rem bawił się jej uko­cha­ny szcze­niak o imie­niu Ptyś. Pies był rudy, zdo­bił go tylko biały "kra­wa­cik" oraz biała koń­ców­ka nie­zwy­kle ru­chli­we­go ogon­ka. Oba uszka miał klap­nię­te i był nie­zwy­kle po­ciesz­ną isto­tą. Pie­ska w siód­me uro­dzi­ny dziew­czyn­ki po­da­ro­wał jej dzia­dek.

Ogień w ko­min­ku pło­nął we­so­ło. Pokój był ład­nie urzą­dzo­ny, pełno w nim było ob­ra­zów, kwia­tów, i fo­to­gra­fii z po­do­bi­zna­mi wszyst­kich ko­cha­nych przez Emil­kę osób – jej mamy, taty, babci i dziad­ka a także fo­to­gra­fii do­mo­wych zwie­rza­ków. We wnę­trzu było miło i przy­tul­nie, choć za oknem sza­la­ła za­mieć.

– Opo­wiem Ci zaraz przy­go­dę, która przy­da­rzy­ła się nie­gdyś mnie sa­me­mu. Byłem wtedy jesz­cze chłop­cem, mia­łem 11 lat. Jak każ­de­go lata spę­dza­łem wa­ka­cje u mojej babci Wiesi, two­jej pra­pra­bab­ci, na wsi. Tego lata spo­tka­ło mnie jed­nak coś zu­peł­nie nie­sa­mo­wi­te­go,wprost trud­ne­go do uwie­rze­nia. Była to przy­go­da, która cał­ko­wi­cie od­mie­ni­ła moje spo­koj­ne dotąd życie.

 

Roz­dział I

Wa­ka­cje u babci i nie­spo­dzie­wa­ny zwrot wy­pad­ków.

Uwiel­bia­łem spę­dzać let­nie mie­sią­ce u babci – bie­gać po lesie, spę­dzać czas z ró­wie­śni­ka­mi nad po­bli­skim je­zio­rem o kry­sta­licz­nie czy­stej wo­dzie, węd­ko­wać. Woda w je­zio­rze była tak czy­sta, że można było ob­ser­wo­wać prze­pły­wa­ją­ce małe rybki. Mało tego bab­cia tak pysz­nie go­to­wa­ła! Nigdy nie za­po­mnę smaku przy­rzą­dza­nych przez nią go­łąb­ków z kaszą w sosie grzy­bo­wym.

I wła­śnie po te grzy­by po­sła­ła mnie pew­ne­go dnia bab­cia do lasu. Może trud­no ci w to wnu­siu uwie­rzyć, lecz kiedy byłem jesz­cze dziec­kiem nie ko­cha­łem zwie­rząt, a szcze­gól­nie nie prze­pa­da­łem za wiej­ski­mi, zu­peł­nie nie­ra­so­wy­mi kun­dla­mi. Bar­dzo się więc ze­zło­ści­łem, kiedy w lesie nie­opo­dal bab­ci­ne­go domu, przy­plą­tał się do mnie jakiś taki czar­ny, z klap­nię­ty­mi usza­mi, w do­dat­ku kuś­ty­ka­ją­cy na trzech łap­skach kun­del.

Krzyk­ną­łem na niego – a on nic – lezie za mną nadal. Tup­ną­łem nogą – tro­chę się cof­nął, jakby za­wa­hał się, ale po chwi­li idzie wciąż parę kro­ków za moimi no­ga­mi. Nie wy­trzy­ma­łem – schy­li­łem się, chwy­ci­łem cał­kiem po­kaź­nych roz­mia­rów ka­mień i wy­ce­lo­wa­łem. Jest! Tra­fi­łem cel­nie! Oj, ja to mam cela… Pies za­skom­lał, pod­wi­nął ogon i za­czął pręd­ko ucie­kać w prze­ciw­nym kie­run­ku.

Nagle, ni stąd ni zowąd, sta­nę­ła przede mną znana wszyst­kim we wsi stara Zocha – są­siad­ka mojej babci. Nie­któ­rzy po­dej­rze­wa­li, że jest ona cza­row­ni­cą, lecz ja nigdy nie wie­rzy­łem w takie bzdu­ry. To praw­da, że umia­ła zbie­rać i su­szyć zioła, wie­dzia­ła jak wy­le­czyć nimi prze­zię­bie­nie czy mi­gre­nę ale czary – w to nigdy nie wie­rzy­łem.

– Czy wiesz co zro­bi­łeś, zra­ni­łeś tego sta­re­go, ka­le­kie­go psa. On nic ci nie zro­bił! – krzyk­nę­ła na mnie.

-Lazł za mną… -Szedł tylko za tobą, krzyw­dy ci nie zro­bił, pew­nie chciał się za­przy­jaź­nić, on nie ma domu, miesz­ka w tym lesie. Wiesz jak go to za­bo­la­ło?

– Lek­ce­wa­żą­co wzru­szy­łem ra­mio­na­mi – to tylko stary, za­pchlo­ny kun­del, nie­po­trzeb­nie za mną się włó­czył. Wtedy stara wy­ce­lo­wa­ła we mnie swoim po­krzy­wio­nym pa­lu­chem wy­krzy­ku­jąc mi pro­sto w twarz: Wiesz jak go to za­bo­la­ło? Wiesz jak bar­dzo go to za­bo­la­ło? Nie wiesz? To zaraz się do­wiesz!

I wtedy stała się rzecz strasz­na, nie­spo­ty­ka­na. Nagle po­czu­łem strasz­li­wy ból tuż nad okiem. Za­czą­łem więc pręd­ko ucie­kać przez las, przez gęste chasz­cze, na oślep, jakby mnie co go­ni­ło. Z czoła cie­kła mi jakaś cie­pła ciecz, za­le­wa­ła oczy, mało co wi­dzia­łem. Chyba je­stem ranny – po­my­śla­łem. Boże, co się ze mną dzie­je??? Ten las wy­glą­da jakoś dzi­wacz­nie! Jakby z innej per­spek­ty­wy, jak­bym bie­gał na czwo­ra­ka! Ale ina­czej biec nie umia­łem… W końcu, spra­gnio­ny za­trzy­ma­łem się przy stru­mie­niu, po­chy­li­łem nad wodą i …. co uj­rza­łem??? Nie do wiary – od­bi­cie psa – tego sa­me­go sta­re­go ka­le­kie­go kun­dla! W do­dat­ku z wiel­ką, krwa­wią­cą raną na gło­wie…

Szoku ja­kie­go wów­czas do­zna­łem nie da się z ni­czym po­rów­nać. Więc stara Zocha NA­PRAW­DĘ jest cza­row­ni­cą? Zło­śli­wą starą jędzą, która za­mie­ni­ła mnie w psa? Co teraz? Nie, to chyba sen! To nie dzie­je się na­praw­dę! Pie­ką­ca okrop­nie rana "mó­wi­ła" co in­ne­go.

Spra­gnio­ny byłem strasz­li­wie, za­czą­łem więc chłep­tać zimną wodę wprost ze stru­mie­nia, zu­peł­nie po "psie­mu". Gdy za­spo­ko­iłem pra­gnie­nie, zna­la­złem ka­wa­łek mięk­kie­go mchu i po­ło­ży­łem się by od­sap­nąć. My­śla­łem in­ten­syw­nie. Dziw­nym wy­da­wał mi się świat z tej nowej, psiej per­spek­ty­wy – z każ­dej stro­ny do­cho­dzi­ły do mo­je­go psie­go nosa za­pa­chy, któ­rych przed­tem nie wy­czu­wa­łem. Naj­bar­dziej zszo­ko­wa­ny jed­nak byłem tym, że rana na gło­wie bo­la­ła mnie zu­peł­nie tak samo jak moja dawna rana, którą zro­bi­łem sobie w ze­szłym roku spa­da­jąc z ro­we­ru i ude­rza­jąc głową w ka­mień le­żą­cy na po­bo­czu. Czyż­by psy były do nas tak bar­dzo po­dob­ne? Czyż­by czuły tak samo… Nigdy nie my­śla­łem o czwo­ro­no­gach w ten spo­sób. I w do­dat­ku ssało mnie w żo­łąd­ku jak­bym nic nie jadł ze dwa dni, zu­peł­nie po "ludz­ku". Za­sną­łem zmę­czo­ny.

Nie wiem ile czasu tak spa­łem. Obu­dził mnie czyjś męski głos. – Co ci się stało pie­sku? – za­py­tał. Był to głos zna­jo­me­go le­śni­cze­go, pana Stasz­ka. Chcia­łem mu po­wie­dzieć, że to ja – Bar­tek, wnuk pani Wiesi – lecz z pyska wy­rwa­ło mi się tylko ża­ło­sne skom­le­nie. Pan Sta­szek mówił coś po­chy­la­jąc się nisko nad moim ku­dła­tym, obo­la­łym cia­łem. Od­szedł na mo­ment, po chwi­li wró­cił nio­sąc w ręku smycz i ob­ro­żę. Nie pa­mię­tam co dzia­ło się dalej, bo zro­bi­ło mi się ciem­no przed oczy­ma i stra­ci­łem przy­tom­ność.

 

Roz­dział II

W schro­ni­sku dla bez­dom­nych zwie­rząt.

Obu­dzi­łem się na zim­nym, me­ta­lo­wym stole cał­kiem sko­ło­wa­ny. Gdzie je­stem? Co ja tutaj robię? My­śla­łem in­ten­syw­nie. Jak się póź­niej oka­za­ło, byłem w przy schro­ni­sko­wej lecz­ni­cy znaj­du­ją­cej się na pe­ry­fe­riach mia­sta. We­te­ry­narz zaj­mo­wał się moją dość roz­le­głą raną głowy.

Ko­niecz­ne było szy­cie. Przy­po­mniał mi się wy­pa­dek sprzed roku, wtedy też mia­łem za­ło­żo­nych kilka szwów na gło­wie. Le­karz opa­trzył spraw­nie moją ranę, do­sta­łem dwa za­strzy­ki. Potem od­pro­wa­dzo­no mnie do mo­je­go no­we­go miesz­ka­nie – cia­sne­go, psie­go kojca. Byłem zre­zy­gno­wa­ny. Lu­dzie mnie nie ro­zu­mie­li, ja nie ro­zu­mia­łem ich. Byłem tak słaby, że nawet nie pró­bo­wa­łem ucie­kać – sze­dłem grzecz­nie tam, dokąd mnie pro­wa­dzo­no.

Od teraz mia­łem oglą­dać świat zza me­ta­lo­wej, zim­nej kraty… Za­miesz­ka­łem w jed­nym kojcu razem z psem o imie­niu Czo­snek. Skąd takie dziw­ne imię? Pew­nie z po­wo­du jego lekko wy­krzy­wio­nej mord­ki – wy­glą­dał tro­chę tak, jakby cią­gle żuł w pysku ząbek czosn­ku. Był pie­skiem śred­nie­go wzro­stu, miał brą­zo­wą krót­ką sierść i klap­nię­te uszy. Był więc zwy­kłym, po­spo­li­tym mie­szań­cem – jak więk­szość prze­by­wa­ją­cych w schro­ni­skach psia­ków. A była nas tu pra­wie setka.

Ja, zre­zy­gno­wa­ny, odtąd całe dnie spę­dza­łem na swoim psim po­sła­niu, na­to­miast Czo­snek – mój to­wa­rzysz nie­do­li – oka­zał się zu­peł­nie roz­bry­ka­nym czwo­ro­no­giem. Bie­gał wciąż do­ko­ła i szcze­kał gło­śno na wszyst­ko. Nie mo­głem się wprost na­dzi­wić, skąd w nim tyle mocy. Trze­ba przy­znać, że zdol­ny był, jak na psa – umiał podać łapę i po­tra­fił apor­to­wać gdy zda­rzy­ła się ku temu spo­sob­ność. A zda­rza­ła się nie­czę­sto.

Od czasu do czasu przy­cho­dzi­li do schro­ni­ska mło­dzi lu­dzie – dziew­czę­ta i chłop­cy. Byli to wo­lon­ta­riu­sze. Za­bie­ra­li po kilka psów na spa­ce­ry. To do­pie­ro było wiel­kie wy­da­rze­nie! Na ich widok nasze schro­ni­sko ro­bi­ło się miej­scem zu­peł­nie "roz­sz­cze­ka­nym" miej­scem. Każdy pies pra­gnął być tym szczę­ścia­rzem, któ­re­mu dane bę­dzie po­bie­gać przez 20 minut.

Mili to byli lu­dzie, naj­chęt­niej za­bra­li­by by nas wszyst­kich na po­bli­ską łąkę usia­ną kwia­ta­mi czy nad stru­myk w któ­rym każdy nie­mal pies uwiel­biał plu­skać się latem. Jed­nak była nas pra­wie setka, a wo­lon­ta­riu­szy – ledwo garst­ka.

Zda­rza­ło się też, że do schro­ni­ska przy­cho­dzi­li różni lu­dzie, czę­sto z dzieć­mi, któ­rzy pra­gnę­li za­adop­to­wać ja­kie­goś psia­ka. Mimo, że dzie­li­ła nas od nich że­la­zna krata, Czo­snek, który ma­rzył o tym, że pew­ne­go dnia opu­ści wresz­cie cia­sny, schro­ni­sko­wy kojec, robił co mógł żeby go za­uwa­żo­no – sza­leń­czo mer­dał ogo­nem i szcze­kał ile sił w płu­cach. Ja z cza­sem, kiedy rana na mojej gło­wie za­go­iła się już zu­peł­nie, sta­ra­łem się robić mniej wię­cej to samo, po­nie­waż rów­nież mia­łem już dość tego cią­głe­go prze­sia­dy­wa­nia w cia­snym kojcu.

Mi­nę­ło w ten spo­sób lato, mi­nę­ła je­sień, zbli­żał się czas Bo­że­go Na­ro­dze­nia. I stało się – pew­ne­go razu, zim­ne­go gru­dnio­we­go po­po­łu­dnia, po­ja­wi­ła się przed na­szym koj­cem pewna ro­dzin­ka z kil­ku­let­nim chłop­cem, któ­re­mu zaraz wpa­dłem w oko.

– Tego chcę! – wy­krzy­czał mały chło­piec, wska­zu­jąc pal­cem pro­sto w mój czar­ny, wil­got­ny nos.

– Za­uważ synu, że brak mu tyl­nej łapy – oznaj­mił spo­strze­gaw­czy tatuś, wy­krzy­wia­jąc lekko twarz.

– To nic, tego chcę­ęę i już! – wrzesz­czał malec, pod­ska­ku­jąc i tu­piąc nogą w miej­scu.

– Już do­brze, tylko nie krzycz – po­wie­dzia­ła mama ma­łe­go – bę­dziesz go miał, tylko już nie wrzeszcz! On cał­kiem spraw­nie po­ru­sza się na swo­ich trzech ła­pach. Weź­mie­my go – za­de­cy­do­wa­ła mama chłop­czy­ka.

I tak oto zo­sta­łem pre­zen­tem gwiazd­ko­wym ma­łe­go Mar­cin­ka. Tra­fi­łem do ład­ne­go, du­że­go domu przy ulicy Pięk­nej, po­ło­żo­ne­go na obrze­żach mia­sta. Czo­snek miał bar­dzo smut­ne oczy, kiedy za­bie­ra­no mnie z kojca. Do zo­ba­cze­nia pie­sku. Wie­rzę że i tobie się uda.

 

Roz­dział III

U Mar­cin­ka roz­ra­bia­ki.

Chło­piec, dzię­ki któ­re­mu opu­ści­łem cia­sny, schro­ni­sko­wy kojec miał na imię Mar­ci­nek. Za­miesz­ka­łem teraz razem z nim i jego ro­dzi­ca­mi w domu z dużym sadem i ogro­dem. Do­sta­łem wy­god­ne le­go­wi­sko i wła­sną michę pełną psiej karmy.

Jed­nak nie było ró­żo­wo. Wciąż głów­ko­wa­łem w jaki spo­sób wró­cić do wła­sne­go ciała i – nie­ste­ty – nie mia­łem na to żad­ne­go po­my­słu. Na do­da­tek ulu­bio­ną za­ba­wą Mar­cin­ka było cią­gnię­cie mnie za ogon lub za ucho. Wy­da­wa­ło mu się to nie­zwy­kle za­baw­ne, jed­nak mnie w ogóle nie ba­wi­ło. Poza tym byłem star­szym psem, i nie mia­łem ocho­ty sza­leć bez wy­tchnie­nia ni­czym młode szcze­nię.

Pew­ne­go zi­mo­we­go dnia tatuś Mar­cin­ka przy­niósł do domu nowy, pu­szy­sty biały dywan ku­pio­ny na po­świą­tecz­nej wy­prze­da­ży. Po­ło­żył go na środ­ku pięk­nej, ma­ho­nio­wej pod­ło­gi w samym środ­ku sa­lo­nu, po czym dumny z no­we­go na­byt­ku wy­szedł naj­spo­koj­niej w świe­cie do pracy. Nie spodo­bał mi się za­pach no­we­go na­byt­ku Nie­wie­le więc my­śląc, pod­nio­słem tylną łapę i … na­siu­sia­łem na niego. Ależ była o ten dywan awan­tu­ra kiedy tato Mar­cin­ka wró­cił do domu, aż trud­no opo­wie­dzieć. Po­wiem ci tylko tyle, że tę noc spę­dzi­łem na dwo­rze mimo trza­ska­ją­ce­go mrozu.

Od tego dnia oj­ciec Mar­cin­ka pałał do mnie – de­li­kat­nie mó­wiąc – nie­chę­cią. Mi­ja­ły mie­sią­ce, aż na­de­szło lato. Spę­dza­łem mnó­stwo czasu w sa­dzie ba­wiąc się z chłop­cem lub po pro­stu – od­po­czy­wa­jąc w cie­niu drzew. Coraz czę­ściej zda­rza­ły się mo­men­ty, w któ­rych za­po­mi­na­łem o swoim nie­szczę­ściu i zwy­czaj­nie cie­szy­łem się z życia. Było to lato wy­jąt­ko­wo pięk­ne, go­rą­ce i pach­ną­ce zio­ła­mi i dzi­kim kwie­ciem, aż … do dnia wy­jaz­du na wa­ka­cje.

Mar­ci­nek z ro­dzi­ca­mi wy­bie­ra­li się jak co roku na Ma­zu­ry. Ra­do­wa­łem się na ten wy­jazd nie mniej niż Mar­ci­nek. Pa­ko­wa­nie wa­li­zek trwa­ło nie­mal ty­dzień. Gdy na­de­szła wresz­cie upra­gnio­na chwi­la wy­jaz­du nad pięk­ne pol­skie je­zio­ra, tato Mar­cin­ka za­pa­ko­wał wszyst­kie wa­liz­ki, ro­dzin­kę oraz mnie do sa­mo­cho­du.

Moja po­dróż nie trwa­ła jed­nak długo. Oka­za­ło się bo­wiem, że w pen­sjo­na­cie w któ­rym wa­ka­cje spę­dzić miała moja przy­bra­na ro­dzi­na, nie to­le­ru­ją czwo­ro­no­gów. Wy­sa­dzo­no mnie więc przed zna­jo­mym miej­skim schro­ni­skiem dla bez­dom­nych zwie­rząt.

 

Roz­dział IV

Na­resz­cie wy­ma­rzo­ny domek!

W ten oto spo­sób wró­ci­łem do mo­je­go psie­go przy­ja­cie­la Czosn­ka i zna­jo­me­go kojca. I znów mi­ja­ły mie­siąc za mie­sią­cem. Czo­snek był teraz moim je­dy­nym przy­ja­cie­lem, do­brym przy­ja­cie­lem. Pod­su­wał pod mój pysk gu­mo­wą kość – swoją je­dy­ną psią za­baw­kę – kiedy tylko wi­dział, że bez­wład­nie ca­ły­mi go­dzi­na­mi leżę na swoim po­sła­niu. Z cza­sem ogrom­nie po­ko­cha­łem mo­je­go psie­go to­wa­rzy­sza. Dzie­li­li­śmy się każ­dym psim sma­ko­ły­kiem spre­zen­to­wa­nym od czasu do czasu przez wo­lon­ta­riu­szy o do­brych ser­cach.

Aż pew­ne­go let­nie­go dnia zda­rzył się praw­dzi­wy cud. Schro­ni­sko od­wie­dzi­ła pewna prze­mi­ła, star­sza osoba – eme­ry­to­wa­na na­uczy­ciel­ka, pani Anie­la. I – o dziwo – spodo­bał jej się Czo­snek! Kiedy jed­nak do­wie­dzia­ła się od jed­nej z wo­lon­ta­riu­szek, jak bar­dzo przy­jaź­ni­my się z Czosn­kiem – po­sta­no­wi­ła za­brać i mnie! Zu­peł­nie nie prze­szka­dza­ło jej moje ka­lec­two. Co praw­da, trosz­kę nie­po­ko­iłem się po przy­go­dzie z Mar­cin­kiem, jed­nak nie przy­ćmi­ło to na­szej ra­do­ści ze wspól­ne­go wyj­ścia na wol­ność.

Pani Aniel­ka miesz­ka­ła w wie­ko­wym już, lecz cał­kiem ład­nym drew­nia­nym domku poza mia­stem. Dom ota­czał nie­wiel­ki ogró­dek ogro­dzo­ny drew­nia­nym pło­tem, pod któ­rym rosły wy­so­kie malwy we wszel­kich chyba od­mia­nach i ko­lo­rach. Nasz domek! Oby­dwo­je by­li­śmy psami "po przej­ściach", więc to nasze nowe, skrom­ne miesz­ka­nie, cał­kiem wy­god­ne le­go­wi­ska zro­bio­ne z opon wy­mosz­czo­nych kocem, co­dzien­nie pełna micha oraz czy­sta, zimna, źró­dla­na woda wydał nam się "psim rajem"! A pani Anie­la! To był anioł nie czło­wiek.

Ach, w jaki ona spo­sób zwra­ca­ła się do każ­de­go z nas:

"Mój pie­se­czek – mój kwia­te­czek, Moje psi­sko – moje wszyst­ko!"

Bar­dzo, bar­dzo nas ko­cha­ła! Swoją drogą – nie­zła z niej po­et­ka :) I tak upły­wa­ły nam szczę­śli­we dni wy­peł­nio­ne za­ba­wą i grom­kim szcze­ka­niem. Sta­ra­li­śmy się od­wdzię­czyć za do­broć na­szej nowej wła­ści­ciel­ki. Strze­gli­śmy więc obej­ścia i w dzień i nocą jak naj­więk­sze­go skar­bu. Wsz­czy­na­li­śmy gło­śny "alarm" gdy tylko ktoś obcy zbli­żał się do drew­nia­nej furt­ki – żaden in­truz nie miał prawa zbli­żyć się do na­szej pani. Roz­bry­ka­ny

Czo­snek wprost uwiel­biał swoją nową wła­ści­ciel­kę – świad­czą o tym ca­łu­sy któ­ry­mi pró­bo­wał ob­sy­py­wać ją przy każ­dej spo­sob­no­ści. A pani Anie­la? Śmia­ła się w głos pró­bu­jąc de­li­kat­nie od­pę­dzić na­zbyt wy­lew­ne psi­sko. Było nam w trój­kę na­praw­dę do­brze.

Upły­nę­ło nam w tej szczę­śli­wo­ści kilka mie­się­cy. Z bie­giem czasu pra­wie cał­kiem za­po­mnia­łem o złej cza­row­ni­cy, wy­rzą­dzo­nej mi krzyw­dzie i przy­wy­kłem do swo­jej psiej po­sta­ci. Byłem już jed­nak nie­mło­dym psem, więc mia­łem coraz mniej siły na za­ba­wy w ogro­dzie. Za to coraz wię­cej czasu spę­dza­łem w le­go­wi­sku.

Pani Anie­la za­bra­ła mnie do we­te­ry­na­rza, który za­apli­ko­wał całą serię za­strzy­ków wzmac­nia­ją­cych, nic wię­cej nie mógł dla mnie zro­bić. Nie­ste­ty, sła­błem w oczach z dnia na dzień, nie­ubła­ga­nie nad­cho­dził kres mo­je­go psie­go ży­wo­ta. Czo­snek krą­żył po­nu­ry po domu, a nasza Pani ukrad­kiem ocie­ra­ła łzy. Pew­nej nocy za­sną­łem na jej rę­kach, i już nigdy nie obu­dzi­łem się w psiej po­sta­ci.

 

Roz­dział V

Znów je­stem chłop­cem.

Nagle obu­dził mnie prze­ni­kli­wy chłód. Otwo­rzy­łem za­spa­ne oczy. – Gdzie ja je­stem? Co się ze mną dzie­je? Ty­sią­ce pytań prze­la­ty­wa­ło przez moją obo­la­łą głowę. Gdzie pani Anie­la? Gdzie jest Czo­snek? Za­drża­łem z zimna i ro­zej­rza­łem się do­oko­ła. Pode mną wil­got­ny mech, nade mną w rów­nym ryt­mie ko­ły­sa­ły się wy­so­kie świer­ki. Po­zna­łem – był to las nie­opo­dal domu mojej babci. Spoj­rza­łem na sie­bie – ręce, nogi – znów byłem chłop­cem. Co się ze mną dzie­je? Czy to był tylko sen? Stara Zocha, Mar­ci­nek, Pani Anie­la, Czo­snek – czy to wszyst­ko mi się tylko przy­śni­ło?

Wsta­łem pręd­ko i naj­prę­dzej jak umia­łem po­bie­głem do bab­ci­ne­go domu. – Gdzieś ty się chłop­cze po­dzie­wał – wy­krzyk­nę­ła zde­ner­wo­wa­na bab­cia na mój widok – gdzie grzy­by? Toż to już pora ko­la­cji a cie­bie nie ma od śnia­da­nia! Tak się mar­twi­łam. – Nic mi nie jest bab­ciu – od­par­łem pręd­ko – je­stem tylko ba­aar­dzo głod­ny. I po­chło­ną­łem 3 go­łąb­ki z kaszą co praw­da bez grzy­bo­we­go sosu jed­nak sma­ko­wi­te jak za­wsze. Wa­ka­cje u babci do­bie­gły wkrót­ce końca.

Cały czas za­sta­na­wia­łem się czy cała ta psia hi­sto­ria była tylko snem? Czy zmę­czo­ny grzy­bo­bra­niem za­sną­łem w lesie i prze­spa­łem tam pod drze­wem cały dzień? A może nie był to sen? Po po­wro­cie do domu na­tych­miast wsko­czy­łem na mój rower i po­je­cha­łem poza mia­sto po­szu­kać zna­jo­me­go, drew­nia­ne­go domku z barw­ny­mi mal­wa­mi wy­ra­sta­ją­cy­mi ponad płot.

Po­szu­ki­wa­nia trwa­ły do wie­czo­ra. Kiedy już już mia­łem za­miar zre­zy­gno­wać, uj­rza­łem zna­jo­my pło­tek i ko­lo­ro­we kwia­ty. |Ucie­szy­łem się ogrom­nie. – Więc to jed­nak nie był sen! – po­wie­dzia­łem sam do sie­bie. Drew­nia­na chat­ka stała do­kład­nie taka jak ją za­pa­mię­ta­łem. Wsze­dłem przez furt­kę, za­pu­ka­łem. Cze­ka­łem dłuż­szą chwi­lę. Nie­ste­ty, nikt nie otwie­rał. Po­bie­głem więc do są­sied­nie­go bu­dyn­ku. Miesz­ka­ją­cy tam pan kosił traw­nik.

– Dzień dobry – pra­wie krzyk­ną­łem – Szu­kam star­szej pani miesz­ka­ją­cej w domu obok.

– Dzień dobry chłop­cze – od­po­wie­dział męż­czy­zna wy­łą­czyw­szy ko­siar­kę. – Nie­ste­ty, ni­ko­go tam nie za­sta­niesz. Nie­szczę­sna pani Aniel­ka zmar­ła mie­siąc temu. Zo­sta­ła po­cho­wa­na na pa­ra­fial­nym cmen­ta­rzu. Przy­kro mi chłop­cze…

– Och… A co z psem? Co się stało z jej psem?

– Pies tra­fił do schro­ni­ska, po­nie­waż nie miał się kto nim za­opie­ko­wać.

Po­dzię­ko­wa­łem za uzy­ska­ne in­for­ma­cje, wsko­czy­łem na rower i po­gna­łem do domu. W kuch­ni za­sta­łem mamę przy­go­to­wu­ją­cą zupę na obiad. Na­tych­miast za­czą­łem ją bła­gać:

– Ma­mu­siu, czy mo­gli­by­śmy przy­gar­nąć bez­dom­ne­go psa? Tak cię pro­szę… – Ale prze­cież ty nie prze­pa­dasz za psami! – Zmie­ni­łem zda­nie. By­wa­ją cał­kiem miłe. W cza­sie wa­ka­cji u babci po­zna­łem cał­kiem sym­pa­tycz­ne­go psia­ka. Mo­że­my dać dom bez­dom­ne­mu psu? Pro­szę…

– Daj mi się za­sta­no­wić cho­ciaż do jutra, to bar­dzo po­waż­na de­cy­zja. Nie spa­łem całą noc.

My­śla­łem o bied­nym, opusz­czo­nym Czosn­ku za­mknię­tym w schro­ni­sko­wym kojcu. Mama na szczę­ście dała się prze­ko­nać!

Na­stęp­ne­go dnia, po obie­dzie wy­bra­li­śmy się razem do zna­ne­go mi tak do­brze miej­skie­go schro­ni­ska. Była tylko nieco zdzi­wio­na, spo­dzie­wa­ła się, że będę długo wy­bie­rał spo­śród ponad setki psów. A ja na­tych­miast po­bie­głem wprost do mo­je­go daw­ne­go kojca. Czo­snek sie­dział tam za kratą ze smut­nie spusz­czo­ną głową.

– Czo­snek! – wy­krzyk­ną­łem. Pies pod­niósł głowę, po­znał mnie od razu, sko­czył ła­pa­mi na me­ta­lo­wą kratę i za­szcze­kał ra­do­śnie.

– Za­bie­ram cię do sie­bie pie­sku, już nigdy tutaj nie tra­fisz. Odtąd sta­li­śmy się nie­roz­łącz­ni.

Cho­dzi­li­śmy razem na dłu­gie spa­ce­ry do parku, nad rzekę bądź do lasu. Od czasu do czasu razem od­wie­dza­li­śmy grób pani Anie­li znaj­du­ją­cy się na pa­ra­fial­nym cmen­ta­rzu. Po­nie­waż pani Anie­la ko­cha­ła kwia­ty, zwy­kle za­no­si­łem je na cmen­tarz, a Czo­snek stał długo nad gro­bem na­szej do­brej pani ze smęt­nie po­chy­lo­nym łeb­kiem.

Moja ro­dzi­na z cza­sem także po­ko­cha­ła Czosn­ka, po­nie­waż – jak już wiesz – był to prze­mi­ły psiak. Czę­sto to­wa­rzy­szył mamie gdy wy­bie­ra­ła się na za­ku­py, na­to­miast ta­tu­sio­wi po­da­wał ga­ze­tę gdy tylko ten za­sia­dał w bu­ja­nym fo­te­lu i miał wła­śnie ocho­tę na por­cję świe­żych wia­do­mo­ści.

Moim ko­le­gom w więk­szo­ści przy­pad­ków Czo­snek też przy­padł do gustu. Nie wszyst­kim jed­nak się spodo­bał. W na­szym są­siedz­twie miesz­kał star­szy chło­pak, który, tak jak ja nie­gdyś, nie prze­pa­dał za zwie­rzę­ta­mi. Na­śmie­wał się z Czosn­ka, że taki nie­ra­so­wy no i ta krzy­wa mord­ka. Nic sobie z tego jed­nak nie ro­bi­li­śmy. Schy­la­łem się wtedy nisko i szep­ta­łem do Czosn­ko­we­go ucha: – Dla mnie je­steś Naj­pięk­niej­szy! A pies czule lizał moją dłoń.

Czo­snek był moim przy­ja­cie­lem jesz­cze dłu­gie, dłu­gie lata, dożył sę­dzi­we­go wieku jak na psa. Mia­łem potem jesz­cze kilka ad­op­to­wa­nych psów oraz ko­cia­ków które rów­nież po­ko­cha­łem, jed­nak Czo­snek zaj­mo­wał w moim sercu szcze­gól­ne miej­sce.

 

Epi­log

Nie ma już dziś babci, nie ma do­brej pani Anie­li, nie ma Czo­snecz­ka. Zo­sta­ła moja wiel­ka mi­łość do zwie­rząt.

– Czy to dla­te­go zo­sta­łeś we­te­ry­na­rzem dziad­ku? – za­py­ta­ła Emil­ka.

– Tak ko­cha­nie, wła­śnie dla­te­go. Dziew­czyn­ka przy­tu­li­ła się do dziad­ka i po­gła­ska­ła zmę­czo­ne­go za­ba­wą, śpią­ce­go na jej sto­pach ru­de­go Pty­sia. Pies uniósł łebek i za­mer­dał ogon­kiem. Na dwo­rze zro­bi­ło się ciem­no, wiatr uspo­ka­jał się. Ogień w ko­min­ku po­wo­li do­ga­sał.

Koniec

Komentarze

KisielO, bądź uprzejma należycie wyedytować opowiadanie, bo w obecnym kształcie, niestety, nie nadaje się do czytania. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Do poprawy na pewo zapis dialogów. Nie mówię tu już nawet o wielkich literach, kropkach i tym podobnych (choć to też się przyda), tylko chociażby o rozdzielaniu kwestii nowymi liniami oraz półpauzami tak, żeby się nie pogubić.

 

Mimo to, przeczytałem całość. W zasadzie to jest to dla mnie coś pomiędzy bajką dla dzieci, a zadaniem dodatkowym na lekcję języka polskiego. Proste, przewidywalne, dość oczywiste. Równocześnie sympatycznie napisane, tyle że chyba skierowane do młodszych czytelników, prawda? Zastanawia mnie tylko dlaczego dziadek, który miał opowiedzieć prawdziwą historię, zdecydował się na “totalną bajkę”. ;-) Zgrzytnęło mi też trochę to, że Czosnek nazywa się tak dlatego, że wygląda, jakby ciągle żuł czosnek. To wtedy wygląda się inaczej, niż jakby żuło się rzodkiewkę lub guzik z wersalki?

 

Niemniej, mimo pewnej prostoty i infantylności – pisz dalej, może następnym razem uda się przemycić jakieś nieco bardziej oryginalne pomysły i intrygujące przemyślenia. Tylko następnym razem zadbaj proszę o czytelność dialogów.

 

Na koniec jeszcze dwie najbardziej oczywiste literówki, które rzuciły mi się w oczy:

Potem odprowadzono mnie do mojego nowego mieszkanie -> mieszkania

zabraliby by nas wszystkich

 

 

Historyjka całkiem sympatyczna jak dla dzieci, ale mocno przegadana. Przydałoby się jej cięcie o jakieś 5 tys. znaków i zdynamizowanie, a może nawet udramatyzowanie. Jest przewidywalna do bólu, ale taki target.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia, ale łapałam tylko w pierwszym rozdziale i na początku drugiego – może znajdzie się ktoś, kto to dokończy, a może sama poprawisz powtarzające się babole.

 

opowiedz mi coś, proszę… Dla dziewczynki rytuałem już stało się

Drugie zdanie od nowego akapitu. Teraz jest kawałkiem wypowiedzi.

 

Opowiem Ci zaraz przygodę

Zaimki w tekstach literackich piszemy małą literą. Wyjątkiem są cytowane listy, bo dużej litery używamy wyłącznie w bezpośrednich zwrotach w listach.

 

I właśnie po te grzyby

Raczej bez zaimka “te”, bo wcześniej nie ma mowy o grzybach, ale o sosie

 

kiedy byłem jeszcze dzieckiem[+,] nie kochałem zwierząt,

I właśnie po te grzyby posłała mnie pewnego dnia babcia do lasu. Może trudno ci w to wnusiu uwierzyć, lecz kiedy byłem jeszcze dzieckiem nie kochałem zwierząt, a szczególnie nie przepadałem za wiejskimi, zupełnie nierasowymi kundlami.

Troszkę te dwa zdania non sequitur, choć dalej mamy wyjaśnienie. Ale tu mózg się na moment zawiesza

 

Czy wiesz co zrobiłeś, zraniłeś tego starego, kalekiego psa.

Coś tu nie tego z zapisem wypowiedzi. Może raczej: “Czy wiesz co zrobiłeś? Zraniłeś tego starego, kalekiego psa!”

 

-Lazł za mną… -Szedł tylko za tobą,

To są wypowiedzi dwóch osób

 

– Lekceważąco wzruszyłem ramionami

A to nie jest wypowiedź.

 

Wtedy stara wycelowała we mnie swoim pokrzywionym paluchem[+,] wykrzykując mi prosto w twarz:

Zaimek “swój” jest bardzo rzadko potrzebny, zazwyczaj zaśmieca tekst. Tu jest oczywiste, że paluch należał do Zochy. Btw jej wypowiedź po dwukropku – od nowego akapitu i półpauzy.

 

Z czoła ciekła mi jakaś ciepła ciecz, zalewała oczy, mało co widziałem. Chyba jestem ranny – pomyślałem. Boże, co się ze mną dzieje??? Ten las wygląda jakoś dziwacznie!

Po prawdzie oba zaznaczone zaimki są zbędne. Jakosie to też zaśmiecacze.

 

Szoku[+,] jakiego wówczas doznałem[+,] nie da się z niczym porównać.

Coś tu nie brzmi, pomijając brak przecinków, który nie wygląda. Sugerowałabym zmianę składni.

 

Piekąca okropnie rana "mówiła" co innego.

Cudzysłów zbędny. Unikaj tego rodzaju cudzysłowów w literaturze. Metafora jest oczywista i utarta w języku. Ten zaraz dalej jest nieco bardziej uzasadniony, choć też niekonieczny. A już “ludzku” wygląda niedobrze. Lepiej wywal wszystkie cudzysłowy.

 

Dziwnym wydawał mi się świat z tej nowej, psiej perspektywy

Już wiemy, że perspektywa jest psia, więc nie musisz robić powtórzenia

 

rana na głowie bolała mnie zupełnie tak samo jak moja dawna rana, którą zrobiłem sobie w zeszłym roku[+,] spadając z roweru

Niezgrabne. Lepiej np. rana na głowie bolała mnie zupełnie tak samo jak ta, którą zarobiłem/której dorobiłem się w zeszłym roku, spadając z roweru

 

Obudził mnie czyjś męski głos.

Strzeż się zaimkozy. I wypowiedź od nowego akapitu.

 

Co ci się stało[+,] piesku?

Był to głos znajomego leśniczego, pana Staszka. Chciałem mu powiedzieć

Od nowego akapitu. Oraz “znajomego” zbędne – skoro narrator zna imię, to oczywiste, że zna osobę. I zrób coś z drugim zdaniem, bo wychodzi na to, że chciał coś powiedzieć głosowi, który jest podmiotem poprzedniego zdania.

 

Odszedł na moment, po chwili wrócił niosąc w ręku smycz i obrożę.

To jest na podstawowym wyposażeniu leśniczego? Troszkę to deusexmachinowe

 

W schronisku dla bezdomnych zwierząt.

Zapomniałam poprzednio. Po pierwsze w tak krótkim tekście rozdziały są niezamierzenie komiczne. Same ich “tytuły” wystarczą. Tylko je wytłuść i oddziel światłem.

 

na zimnym, metalowym stole

Raczej bez przecinka, bo dookreślasz metalowy stół, a nie wyliczasz cechy stołu

 

przy schroniskowej → przyschroniskowej

Lekarz opatrzył sprawnie moją ranę,

Kolejny przykład zaimkozy, na dodatek zaraz dalej kolejny niepotrzebny zaimek.

 

Zamieszkałem w jednym kojcu razem z psem o imieniu Czosnek.

 

Dobra, kończę tu łapankę, bo widzisz już chyba rozmiar problemów. Nie są to koszmarne błędy czy bardzo zły styl, ale redakcja temu tekstowi zdecydowanie by się przydała. Błędy się powtarzają, więc powinnaś dać radę wyłapać brakujące przecinki przed wołaczami itd. Zasady interpunkcji można znaleźć w necie.

 

Dobra, w bonusie jeden wyjątkowo babolowaty kawałek:

 

– Już dobrze, tylko nie krzycz – powiedziała mama małego[+.] – bBędziesz go miał, tylko już nie wrzeszcz! On całkiem sprawnie porusza się na swoich trzech łapach. Weźmiemy go – zadecydowała mama chłopczyka.

Wiemy, kim jest osoba mówiąca, powiedziałaś to w pierwszym didaskalium.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki za wszystkie uwagi.

Tak na wszelki wypadek podpowiem, że na tym portalu mile widziane, a nawet wskazane jest dopieszczanie tekstów – żeby kolejni czytający dostawali coraz lepszą wersję. Łapanki służą pomocy w zauważeniu, co technicznie jest do zmiany.

 

A jeśli zamierzasz tu zagościć na dłużej, łap przydatny poradnik:

 

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Podoba mi się pomysł na opowieść, której mały bohater w tajemniczy sposób wcieliwszy się w nową postać, poznaje dole i niedole psa, skrzywdzonego w lesie.

Mniej natomiast podoba mi się wykonanie, które, co tu dużo mówić, mocno utrudnia lekturę.

 

– Dziad­ku, dziad­ku, dziad­ku ko­cha­ny – świer­go­ta­ła sied­mio­let­nia Emil­ka ni­czym pta­szek – opo­wiedz mi coś, pro­szę… Dla dziew­czyn­ki ry­tu­ałem już stało się opo­wia­da­nie przez uko­cha­ne­go dziad­ka cie­ka­wych hi­sto­rii nie­mal każ­de­go zi­mo­we­go wie­czo­ru. –> Powinno być:

– Dziad­ku, dziad­ku, dziad­ku ko­cha­ny – świergotała sied­mio­let­nia Emil­ka ni­czym pta­szek – opo­wiedz mi coś, pro­szę…

Dla dziew­czyn­ki ry­tu­ałem już stało się opo­wia­da­nie przez uko­cha­ne­go dziad­ka cie­ka­wych hi­sto­rii nie­mal każ­de­go zi­mo­we­go wie­czo­ru.

Tak jak wspomniała Drakaina, należy oddzielać didaskalia od narracji. Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

za­py­tał star­szy czło­wiek z nieco przy­pró­szo­ną si­wi­zną brodą. Czło­wiek ten miał cie­płe spoj­rze­nie… –> powtórzenie.

Proponuję …za­py­tał star­szy pan z brodą nieco przy­pró­szo­ną si­wi­zną. Miał cie­płe spoj­rze­nie

 

Byłem wtedy jesz­cze chłop­cem, mia­łem 11 lat. –> Byłem wtedy jesz­cze chłop­cem, mia­łem jedenaście lat.

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

Jak każ­de­go lata spę­dza­łem wa­ka­cje u mojej babci Wiesi, two­jej pra­pra­bab­ci, na wsi. Tego lata spo­tka­ło mnie… –> Powtórzenie. Zbędny zaimek – czy spędzałby wakacje u cudzej babci?

Proponuję: Jak każ­de­go roku spę­dza­łem wa­ka­cje u babci Wiesi, two­jej pra­pra­bab­ci, na wsi. Tego lata spo­tka­ło mnie

 

coś zu­peł­nie nie­sa­mo­wi­te­go,wprost… –> Brak spacji po przecinku.

 

Wa­ka­cje u babci i nie­spo­dzie­wa­ny zwrot wy­pad­ków.

Uwiel­bia­łem spę­dzać let­nie mie­sią­ce u babci – bie­gać po lesie, spę­dzać czas z ró­wie­śni­ka­mi nad po­bli­skim je­zio­rem o kry­sta­licz­nie czy­stej wo­dzie, węd­ko­wać. Woda w je­zio­rze była tak czy­sta, że można było ob­ser­wo­wać prze­pły­wa­ją­ce małe rybki. Mało tego bab­cia… –> Powtórzenia.

 

-Lazł za mną… -Szedł tylko za tobą… –> Brak spacji po dywizach, zamiast których powinny być półpauza. Wypowiedzi dwu różnych osób zapisujemy w dwóch wierszach:

Lazł za mną…

Szedł tylko za tobą

 

po­chy­li­łem nad wodą i …. co uj­rza­łem??? –> Zbędna spacja przed wielokropkiem. Jedna kropka zbędna – wielokropek ma zawsze trzy kropki.

Winno być: …po­chy­li­łem nad wodą i co uj­rza­łem???

 

Dziw­nym wy­da­wał mi się świat z tej nowej, psiej per­spek­ty­wy z każ­dej stro­ny do­cho­dzi­ły do mo­je­go psie­go nosa za­pa­chy… –> Powtórzenie. Czy zapachy mogły dochodzić do cudzego nosa?

Proponuję: Dziw­ny wy­da­wał mi się świat z nowej per­spek­ty­wy, z każ­dej stro­ny/ zewsząd czułem za­pa­chy

 

Potem od­pro­wa­dzo­no mnie do mo­je­go no­we­go miesz­ka­nie… –> Czy te zaimki są konieczne? Literówka.

 

Był pie­skiem śred­nie­go wzro­stu, miał brą­zo­wą krót­ką sierść i klap­nię­te uszy. Był więc zwy­kłym, po­spo­li­tym mie­szań­cem – jak więk­szość prze­by­wa­ją­cych w schro­ni­skach psia­ków. A była nas tu pra­wie setka. –> Lekka byłoza.

Czy psy mają wzrost? Czy nie powinno być: Był pie­skiem śred­nie­j wielkości

 

na­to­miast Czo­snek – mój to­wa­rzysz nie­do­li – oka­zał się… –> Zbędne dopowiedzenie, wiemy kim jest Czosnek.

 

któ­re­mu dane bę­dzie po­bie­gać przez 20 minut. –> …któ­re­mu dane bę­dzie po­bie­gać przez dwadzieścia minut.

 

naj­chęt­niej za­bra­li­by by nas wszyst­kich na po­bli­ską łąkę… –> Piszesz o psach, więc: …naj­chęt­niej za­bra­li­by by nas wszyst­kie na po­bli­ską łąkę

 

I stało się – pew­ne­go razu, zim­ne­go gru­dnio­we­go po­po­łu­dnia, po­ja­wi­ła się… –> A może wystarczy: I stało się – pew­ne­go zim­ne­go gru­dnio­we­go po­po­łu­dnia, po­ja­wi­ła się

 

wy­krzy­czał mały chło­piec, wska­zu­jąc pal­cem pro­sto w mój czar­ny, wil­got­ny nos. –> Zbędne dopowiedzenie – w poprzednim zdaniu wspomniałaś, że to kilkuletni chłopiec, więc nie mógł być duży. Palcem wskazujemy coś, nie w coś.

Proponuję: …wy­krzy­czał chło­piec, wska­zu­jąc pal­cem mój czar­ny, wil­got­ny nos.

 

Po­ło­żył go na środ­ku pięk­nej, ma­ho­nio­wej pod­ło­gi w samym środ­ku sa­lo­nu… –> Czy istniała możliwość, że dywan zostałby położony nie na podłodze? Czy środek podłogi nie był środkiem salonu?

Chyba wystarczy: Po­ło­żył go na środ­ku sa­lo­nu

 

dumny z no­we­go na­byt­ku wy­szedł naj­spo­koj­niej w świe­cie do pracy. Nie spodo­bał mi się za­pach no­we­go na­byt­ku Nie­wie­le więc… –> Powtórzenie. Brak kropki na końcu zdania.

 

pod­nio­słem tylną łapę i … na­siu­sia­łem na niego. –> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

aż … do dnia wy­jaz­du na wa­ka­cje. –> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

I znów mi­ja­ły mie­siąc za mie­sią­cem. –> I znów mi­ja­ł mie­siąc za mie­sią­cem.

 

gu­mo­wą kość – swoją je­dy­ną psią za­baw­kę… –> Czy to znaczy, że poza gumową kością, Czosnek miał także inne, nie psie zabawki?

 

pew­ne­go let­nie­go dnia zda­rzył się praw­dzi­wy cud. Schro­ni­sko od­wie­dzi­ła pewna prze­mi­ła… –> Powtórzenie.

 

Oby­dwo­je by­li­śmy psami "po przej­ściach"… –> Piszesz o dwóch pieskach, więc: Oba­j by­li­śmy psami po przej­ściach

Oboje to piesek i suczka.

 

więc to nasze nowe, skrom­ne miesz­ka­nie, cał­kiem wy­god­ne le­go­wi­ska zro­bio­ne z opon wy­mosz­czo­nych kocem, co­dzien­nie pełna micha oraz czy­sta, zimna, źró­dla­na woda wydał nam się "psim rajem"! –> Piszesz o mieszkaniu, które jest rodzaju nijakiego, więc: …źró­dla­na woda, wydało nam się psim rajem!

 

"Mój pie­se­czek – mój kwia­te­czek, Moje psi­sko – moje wszyst­ko!" –> Dlaczego wielka litera?

 

Swoją drogą – nie­zła z niej po­et­ka :) –> To jest opowieść, skąd tu nagle emotka?

 

gdy tylko ktoś obcy zbli­żał się do drew­nia­nej furt­ki – żaden in­truz nie miał prawa zbli­żyć się… –> Powtórzenie.

 

Roz­bry­ka­ny

Czo­snek wprost uwiel­biał swoją nową wła­ści­ciel­kę… –> Zbędny enter.

 

Upły­nę­ło nam w tej szczę­śli­wo­ści kilka mie­się­cy. –> Zbędny zaimek.

 

i przy­wy­kłem do swo­jej psiej po­sta­ci. –> …i przy­wy­kłem do psiej po­sta­ci.

To nie była jego postać.

 

a nasza Pani ukrad­kiem ocie­ra­ła łzy. –> …a nasza pani ukrad­kiem ocie­ra­ła łzy.

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

– Gdzie ja je­stem? Co się ze mną dzie­je? Ty­sią­ce pytań prze­la­ty­wa­ło przez moją obo­la­łą głowę. –> Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Wsta­łem pręd­ko i naj­prę­dzej jak umia­łem po­bie­głem… –> Brzmi to fatalnie.

Proponuję: Wsta­łem i naj­prę­dzej/ najszybciej jak umia­łem, po­bie­głem

 

I po­chło­ną­łem 3 go­łąb­ki z kaszą… –> I po­chło­ną­łem trzy go­łąb­ki z kaszą

 

i ko­lo­ro­we kwia­ty. |Ucie­szy­łem się ogrom­nie. –> Czemu tutaj służy pipe?

 

– Dzień dobry – pra­wie krzyk­ną­łem – Szu­kam star­szej pani miesz­ka­ją­cej w domu obok. –> – Dzień dobry – pra­wie krzyk­ną­łem – szu­kam star­szej pani miesz­ka­ją­cej w domu obok.

 

od­wie­dza­li­śmy grób pani Anie­li znaj­du­ją­cy się na pa­ra­fial­nym cmen­ta­rzu. –> Zbędne dopowiedzenie – wiemy, gdzie znajdował się grób.

Wystarczy: …od­wie­dza­li­śmy grób pani Anie­li.

 

Moim ko­le­gom w więk­szo­ści przy­pad­ków Czo­snek też przy­padł do gustu. –> Raczej: Większości moich ko­le­gów Czo­snek też przy­padł do gustu.

 

– Dla mnie je­steś Naj­pięk­niej­szy! –> Dlaczego wielka litera?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka