- Opowiadanie: rybak - Opowieści starego Nawigatora VII: Miasto Słońca

Opowieści starego Nawigatora VII: Miasto Słońca

Komandor Snuff tym razem w duecie z Anią trafia wprost w Słońce.  Gdzie żyją władcy wszechświata i śmierć czai się o krok…

Opowieść siódma, gdyby ktoś pytał – najlepsza z dotychczasowych ;).

Doceńcie, PT Czytelnicy, że najpierw tu :D

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Opowieści starego Nawigatora VII: Miasto Słońca

Zaproszenie przyszło wieczorem, w któryś kolejny piątek M-sierpnia, kurierskim dronem, wprost do naszego małego porośniętego winoroślą domku na tarasowych zboczach Mount Olympus. Domek, zbudowany dekadę temu przez lokalnego developera, stał pośród podobnych mu ośmiu milionów niewielkich pawilonów, ale był nasz, własny, jedyny. I miał tę cudowną właściwość, że w przeciwieństwie do większości pozostałych, umożliwiał oglądanie zachodów słońca wprost z tarasu, z czego akurat korzystałem.

Pawełek, starsze Snuffiątko, podjął upuszczoną na ganek przesyłkę, w stylizowanej na prawdziwy papier kopercie i zaniósł ją mojej Ani, opędzając się od podskakującej wokół młodszej siostry. Ania otworzyła, przeczytała, spojrzała na dwa, w wyrafinowany kaligraficznie sposób ręcznie wypisane bilety i omal nie zemdlała. Od dwóch marsjańskich tygodni przebywałem na łonie rodziny, w przerwie między dłuższymi rejsami, więc zaalarmowany jej stłumionym „Oaochchch!” przemieściłem się chyżo do kuchni z ogrodowego leżaka, z którego właśnie, nieśpiesznie sącząc ulubione domowe wino, z upodobaniem podziwiałem kolejny zmierzch i słońce opuszczające się majestatycznie za zbocze naszej piętnastomilowej Góry. Pogoda była jak drut, więc widok krwawoseledynowej tarczy na tle fioletowego nieba, terraformowanego już ćwierć tysiąclecia wcześniej Marsa, wpełzającej za łagodne podnóże najwyższego na planecie szczytu, prezentował się doprawdy urzekająco. Ale że podczas tego urlopu miałem przed sobą takich zachodów, poprzedzających równie urzekające noce, jeszcze około dwudziestu, bez bólu zrezygnowałem z ostatnich świetlnych refleksów i teraz ja z kolei zapoznałem się z zaproszeniem. Bo tym właśnie okazała się ekskluzywna granatowo i wypukło zadrukowana karta, chyba faktycznie z prawdziwego czerpanego papieru.

„W imieniu Wielkiego Kuchmistrza, podległego czteroosobowemu Zarządowi Kolonii „Miasto Słońca”, w dowód ogromnych zasług położonych dla Ludzkości na polu zwalczania najgroźniejszych trapiących ją zagrożeń zdrowotnych, mam zaszczyt zaprosić W. Sz. P. Kapitana Wielkiej Żeglugi Galaktycznej O. Snuffa wraz z Małżonką na dwutygodniowy wypoczynek, połączony z udziałem w tegorocznym Wielkim Słonecznym Karnawale. Pobyt i wszelkie związane z nim atrakcje jest całkowicie bezpłatny. Przewidziane zakwaterowanie – w apartamentach dla Honorowych Gości Wielkiego Zgromadzenia. Do Państwa dyspozycji zostanie oddane bezpłatnie zaplecze krawieckie i regeneracyjne Pionu Miłości naszego Miasta. Gościna zaczyna się (tu data), kończy (tu również). Transfer na flagowy statek pasażerski Solariusz Siódmy zapewniamy kosmiczną windą: z centralnego marsjańskiego Portu im. K. S. Robinsona w Pavonis Mons na pirs pasażerski Dejmosa a następnie – wprost do Miasta Słońca. Licząc na Państwa niezawodną obecność załączamy bilety. R.V.S.P.” I pod spodem ręcznie wykaligrafowane nazwiska owego Zarządu, rzecz jasna także majestatyczne wręcz Wielkie oraz odpowiedni adres w Starnecie.

Imaginujecie to sobie? Mnie, zwykłego kapitana transportowych międzygwiezdnych Susłów, Borsuków i Surykatek zaproszono – i to wraz z żoną! – do najdroższego i najbardziej ekskluzywnego miejsca w znanym ludzkości Wszechświecie. Do samego matecznika megamiliarderów. Gniazda niewyobrażalnego zbytku i luksusu. Kolonii zamieszkanej przez raptem dwa tysiące rodzin, poza którymi nikogo na coś takiego po prostu nie było, nie jest i nie będzie nigdy w życiu stać. Miejsca, o którym słyszeli wszyscy z dwustumiliardowej populacji rozsianej po Galaktyce, ale na własne oczy widzieli i odwiedzali nieliczni. Może pięćdziesiąt osób rocznie, a może tylko trzydzieści, tym samym awansujących do towarzyskiej sieci decydującej o sprawach całej cywilizacji Homo Sapiens. Sieci, do której nie sposób dostać się w żaden inny sposób niż na imienne, granatowo-wypukło zadrukowane zaproszenie dostarczane znienacka, tradycyjnie już w ostatniej chwili, anonimowym dronem.

Któryś z moich nawigatorów, podczas wyjątkowo nudnej wachty, obliczył kiedyś, że gdyby Miasto Słońca sprzedawało chętnym wczasy, to dwutygodniowy turnus musiałby tam kosztować tyle, ile kapitan Susła zarobiłby, gdyby oczywiście żył ze sto razy dłużej niż obecna średnia, podczas szesnastu tysięcy lat, a i to tyrając po dwanaście godzin i w dodatku bez urlopów i postojów. A teraz dron przyleciał do mnie i Ani. Staliśmy w kuchni, między stołem a syntezatorem białka, Ania patrzyła na mnie, ja na nią, i powiem wam, naprawdę nie wiedziałem jak jej powiedzieć, że najchętniej wywaliłbym całe to zaproszenie do kosza i spokojnie wrócił na mój wysłużony drewnoplastowy leżak na tarasie, by ponapawać się ciepłem i zapachem okolicznych piniowców, graniem zasiedlających je cykad a w trakcie wysączyć do dna zawartość szklaneczki. Wciąż pełnej wina, które co roku, w porze owocowania lekko zdziczałej winorośli, nastawiam w domowej piwniczce, jeśli tylko wyrobię się z rejsu na nasze małe prywatne rodzinne winobranie. Teraz ciemnofioletowe już kuleczki na gronach zwieszających się z tarasowej ażurowej markizy też zapowiadały obfity zbiór. Tyle że coś mi po cichu gdzieś w środku mówiło, że w tym akurat sezonie trzeba z tym będzie dać sobie spokój. Mój kolejny trzymiesięczny rejs Wielkim Szlakiem Transgalaktycznym zaczynał się dokładnie dwa dni po dacie zapowiadanego na kartoniku powrotu z Miasta Słońca. A do wylotu Solariuszem z Dejmosa tych dni pozostawało dokładnie pięć! Jeszcze raz spojrzałem w roziskrzone radością oczy Ani, westchnąłem ciężko, potem ją pocałowałem. I bez słowa poczłapałem na taras. Nic nie trzeba było mówić. Wszystko było jasne. Przejrzałe winogrona zeżarte zostaną tym razem przez migrujące na południe M-wrześniowe szpaki!

***

– Kochanie, posmaruj mi plecy, proszę – głos Ani wyrwał mnie z bliskiego snu błogostanu, w który wpadłem na krótką chwilę na brzegu tysiąchektarowego mniej więcej basenu, zaprojektowanego na wzór tropikalnej morskiej plaży. Hmmm. Ładny mi basen. Jeden z piętnastu takich w Mieście Słońca, obrzeżony białym piachem i wypełniony uroczo sfalowaną migocącą, turkusową wodą, znajdował się na bliższym słonecznej tarczy skraju Miasta. Nad jego odległym o kilka mil drugim brzegiem, miejscami przesłoniętym zarysami piaszczystych wysepek porośniętych prawdziwymi palmami widniała – przyciemniona filtracyjnymi polami siłowymi, pokryta pulsującym różowo-pomarańczowym granulatem, powierzchnia odległej raptem o 150 tysięcy mil centralnej gwiazdy Układu Słonecznego. Kiedy spoglądaliśmy w górę – widzieliśmy mieniące się pomarańczowo-błękitnie, niczym połączone strugi farb, wyrzuty plazmy opuszczające słoneczną fotosferę.

To na jej właśnie zewnętrznej krawędzi, w obszarze minimum temperaturowego, unosiła się Kolonia, niczym skierowany wąskim brzegiem ku Słońcu dwustronnie zagospodarowany placuszek. Za naszymi plecami, miliony mil za dalszą od Sol krawędzią Miasta, zaczynała się rozżarzona słoneczna korona. Ale my byliśmy – jak nas zapewniano przez cały, trwający raptem kilka godzin rejs hiperluksusowym ekranowanym „pasażerem” – całkowicie bezpieczni. Warstwa tuż powyżej słonecznej fotosfery była przecież najchłodniejszym miejscem naszej gwiazdy – raptem cztery tysiące Kelvinów z małym ogonkiem. Technologia chłodzonych ciekłym helem solett i ekranujących pól siłowych, z generatorami zasilanymi bezpośrednio zewnętrznym promieniowaniem przenikliwym i cieplnym, od dawna pozwalała bimbać sobie na takie, doprawdy drobne niedogodności. Jeśli się miało do dyspozycji budżet równy dwustu-trzystu ziemskim do dyspozycji.

– Co za widok! – wyszeptała Ania lekko nieprzytomnie spoglądając „w górę”, czyli w kłębiące się leniwie na naszym lokalnym „niebie” smugi słonecznej energii, płynące w takt ruchów Browna przez sztuczny nieboskłon Miasta Słońca. Udawało to jej się już bez początkowych zawrotów głowy, wynikających z niecodziennego grawitacyjnie, bo prostopadłego do powierzchni Sol, usytuowania płaszczyzn mieszkalnych Kolonii – jak w skrócie nazywali ją stali mieszkańcy.

 – Fakt, co innego patrzeć na to w holoprzekazach, a co innego na żywo – mruknąłem w odpowiedzi. Po prawdzie – tego typu widoki nie były dla mnie niczym nowym. Ilekroć „tankowaliśmy” w naszych gwiazdolotach zbiorniki cząstek elementarnych na bocznicach Szlaku, czyli w pobliżu gwiazd stanowiących dla nas główne stacje paliw, wchodziliśmy w ich chromosfery równie głęboko, a może i głębiej. Pola siłowe nawet najmniejszych Surykatek czy Susłów, już nie mówiąc o Borsukach, choć wciąż nie do końca chroniące przed strumieniami meteorów czy zabłąkanymi kometami, od dawna zabezpieczały w pełni, acz na dość krótko, przed zewnętrzną grawitacją, temperaturą, ciśnieniem i prawie wszystkimi odmianami promieniowania. No ale co innego mieć takie wrażenia przez kilkadziesiąt minut podczas zwyczajnego rejsu, a co innego – przez kilkaset godzin, z ukochaną osobą u boku, na stacji o średnicy trzystu mil, unoszącej się stabilnie od dobrych kilkudziesięciu lat wewnątrz słonecznej atmosfery. Z własnym sztucznym ciążeniem równym ziemskiemu, z zamkniętym obiegiem powietrza i wody, z lokalną biosferą stabilizowaną przez najpotężniejsze znane Ajki, z pasmem niewysokich sztucznie zaśnieżonych alpejskich w typie gór dla pasjonatów narciarstwa, z prywatnymi posiadłościami po trzydzieści mil kwadratowych każda, pokrywającymi „lewą” stronę Miasta Słońca. Oraz z ogólnie dostępnymi obszarami niczym nieskrępowanej rekreacji umieszczonymi po jego stronie „prawej” – czyli tam, gdzie się akurat od tygodnia już znajdowaliśmy, po kilku dniach panicznego robienia zakupów przez Anię i równie desperackiego przekonywania przeze mnie teściów, by raczyli wziąć do siebie na czas naszego wyjazdu oba zdegustowane zdradą rodziców Snuffiątka, Mariannę i Pawełka.

Trochę dziwnie było zastanawiać się, jak wyglądają te prywatne rezydencje położone po drugiej stronie naleśnikowatego Miasta Słońca, równo osiem mil pod naszymi nogami. Widzieliśmy co prawda już kilka, przy okazji kolejnych zaproszeń od stałych rezydentów Kolonii, ale za każdym razem wracaliśmy w takim szoku, że szczegóły tych wizyt nieodmiennie nam się w pamięci zacierały, przytłoczone dojmującym  poczuciem społecznej niesprawiedliwości. Nie to, żebyśmy zazdrościli, co to to nie, nie oddalibyśmy naszego marsjańskiego domku za żadne pieniądze, ale porażała nas skala tutejszej rozrzutności. Ania już w windzie wiozącej nas na „naszą” stronę nieodmiennie głośno wyrażała swoje zdanie na temat cywilizacyjnej gry pozorów, ja zaś po cichu kolejny raz ustawiałem sobie na nowo dotychczasowy obraz naszego świata. Przy okazji wyjaśniło się, skąd aż taka feta na naszą cześć. W miarę rozbudowy Szlaku, przypadków Szarej Pleśni zaczęło się czas temu jakiś pojawiać stanowczo zbyt wiele, co zachwiało ponoć procesem naboru nowych kadr dla międzygwiezdnego transportu, a to oznaczało dla inwestorów, co do jednego mieszkańców Kolonii, gigantyczne straty. Podobnie jak dla właścicieli stoczni w których powstawały nasze gwiazdoloty. Też bez wyjątku żyjących w Mieście Słońca. Kiedy więc, na wpół przypadkowo, udało mi się jakiś czas temu, wraz z załogantką Cabrini, w statku zaatakowanym przez Szarą Pleśń rozpoznać prawidłowości rządzące tą „zarazą”, połowa Miasta Słońca prawdopodobnie piła z radości przez tydzień, a druga połowa w tym czasie – całkiem na trzeźwo skupowała akcje firm należących do połowy pierwszej.

Tylko dlatego w ostatnich dniach jedliśmy już kolację u właściciela stoczni największych Susłów, prezesa międzygwiezdnej kooperatywy hodowców pieczarek oraz założycielki informatycznej korporacji programującej kolejne generacje Ajek, czyli sztucznych inteligencji pomagających w sterowaniu flotą tysięcy kosmicznych „ciężarówek”, o ładowności do stu milionów ton każda. Jak wygląda wnętrze „placka”, pokonywane przez nas każdorazowo ze strony „prawej” ku „lewej” i odwrotnie, też zdążyliśmy się przekonać. Oprócz elementów konstrukcyjnych, dźwigarów z nanorurek węglowych, niemal identycznych jak tworzywo marsjańskiej orbitalnej „windy”, systemów podtrzymywania życia i całego tego, kosztem bilionów kredytów, przez bite dwie dekady budowanego zaplecza, w samym centrum „miąższu” umiejscowiono generatory i przetwornice energii i pól siłowych, a w niewielkim od nich oddaleniu – dostępne z obu stron Kolonii centrum administracyjne i służbowe siedziby zarządzających Miastem, w tym sale i kancelarię Wielkiego Zgromadzenia Solariuszy. Najbogatsze rodziny galaktyki wyznawały bowiem, w swym ultranowoczesnym mateczniku, kult absolutnej równości i pielęgnowały pełną, wręcz przesadną demokrację. W sumie nic dziwnego, skoro powyżej pewnego pułapu dochodów, każdego ze stałych rezydentów Kolonii stać już było na dosłownie wszystko, czego można sobie tylko zamarzyć, włącznie z posiadaniem na własność całych planet w zasiedlonej przez ludzi części Kosmosu. Jednak uwierzcie – u siebie ci “równi pośród równych” plutokraci wyznawali wręcz… komunizm! Każdemu według potrzeb. Dowolnych.

Jak drugiego dnia pobytu powiedział nam kolejny nasz przewodnik – tym razem Główny Informatyk, niejaki Thadeo Moore (prywatnie jeden z kilku udziałowców Wielkiego Szlaku, o czym nawet do tej pory nie wiedziałem) – co roku, tuż przed Wielkim Solarnym Karnawałem, rezydenci Kolonii zwoływali Wielkie Zgromadzenie Solariuszy, czyli obywateli i zarazem współudziałowców Miasta Słońca. Wybierali na nim spośród siebie Głównego Administratora, sprawującego na terenie Kolonii władzę niemal absolutną, a oprócz niego – trzech równoważących oraz kontrolujących i jego, i siebie nawzajem triumwirów, zarządzających odpowiednio infrastrukturą Stacji, przetwarzaniem jej danych, a w końcu – systemami usług społecznych: od darmowego zaopatrzenia w najbardziej wyszukane wiktuały, po edukację tutejszych dzieci i zapewnienie wszystkim stuprocentowego bezpieczeństwa. Kiedy zaś ktoś z zewnątrz dobijał się majątku przekraczającego to, co ma aktualnie najbiedniejszy dotychczasowy mieszkaniec Miasta Słońca – rezydenci przegłosowywali podmiankę – najuboższy Solarianin “wylatywał z orbity”, a jego majątek na stacji wykupywał od niego kolejny głodny wilk z zewnątrz. Nieodwołalnie, chyba że po jakimś czasie sam też zanadto zbiedniał i musiał się pakować. Dzięki czemu Solariusze mieli nieustająco wysoką motywację do dalszego pazernego ładowania i tak już po brzegi wypełnionych skarbców i kont bankowych.

***

A że bogatych było stać – nie mieli w Kolonii w ogóle żywych służących, wszystko robiły dla nich najnowocześniejsze automaty i androidy sterowane przez Ajki, o czym przekonaliśmy się z Anią już kwadrans po wylądowaniu Solariusza VII. w głównym wewnętrznym doku pasażerskim. Po powitaniu przez samego GA Theo Campa, poza Kolonią właściciela 90 procent wszystkich, znanych mi przecież doskonale hodowli przerośniętej wołowiny z rolniczej planety w Układzie Żagla, nasze walizy z miejsca złapało kilku mechanicznych służących. O niebo piękniejszych od mej dawnej prototypowej, robociej załogi! Z lądowiska przejechaliśmy wszyscy razem – czyli my z Anią plus objuczeni mechatragarze, prawie cztery mile luksusową klimatyzowaną windą. Obitą od wewnątrz boazerią z wenusjańskiej czeczoty, lśniącą wypolerowanym pozłacanym mosiądzem niczym wagony klasy Lux w carskim Transsibie. A może i czystym złotem, w końcu nie jest to dziś przesadnie drogi metal, od dawna ceni się go przecież znacznie niżej od srebra. Winda w dodatku miała własne autonomiczne ciążenie, przez co nieco ponad dwuminutowa podróż minęła nam na pełnym zakłopotania milczeniu.

Na powierzchni „prawej strony” Miasta zapakowano nas dla odmiany w grawitacyjny powozik ciągnięty przez cztery najprawdziwsze modyfikowane genetycznie kucyki, o oczyskach niczym ze starojapońskiej Mangi (Snuffiątka byłyby zachwycone!). I powieziono szeroką magnoliową, bujnie kwitnącą aleją wprost do gościnnego apartamentu, czyli luksusowego pawilonu w centrum ogrodu aż dyszącego różnokolorowym bzem, kremowobiałym jaśminem oraz piwoniami wielkości arbuzów. Przypisana nam Ajka, kiedyśmy tylko przekroczyli próg, z miejsca zaproponowała mi drinka (118-letni Macallan, bagatela – dwieście tysięcy kredytów za kwartę), zaś Ani – to, z czego naprawdę słynęła Kolonia – prawdziwą, niefałszowaną kurację odmładzającą, wraz z poprawianiem i tak już niebanalnej urody. Kiedy po ośmiu godzinach, z przedłużonymi nanotechnologicznie telomerami, moja rozpromieniona i przeszczęśliwa żona wróciła do naszego lokum, ja już zdążyłem nieco się ogarnąć i przy okazji wysączyć kilka szklaneczek. Zaś ona znów wyglądała o dobre ćwierć wieku młodziej ode mnie, permanentnie od lat wobec niej “młodniejącego”, na skutek nawarstwiających się podczas rejsów skutków efektu relatywistycznego. No i w efekcie do bladego świtu, czyli rozjaśnienia pól ochronnych nad sztuczną planetoidą,  nie było mowy o nudzie. Jeśli mogę tak to ująć – ku obopólnej wielokrotnej satysfakcji.

A potem, przez kilka kolejnych dni, nic tylko proszone wizyty, rauty, przymierzanie strojów na finałową galę i do oporu beztroski wypoczynek na brzegach kolejnych jezior i sztucznych strumieni, udających nie tylko morze, ale i górskie źródlane samotnie. Wieczorami zaś fundowane przez Miasto kolacje w restauracjach, w których nikt za nic nie musiał płacić. Nie tylko za koncerty sprowadzanych na jeden występ Wiedeńskich Filharmoników, czy Londyńskiej Kameralnej, ale nawet za prawdziwy irański szary kawior z ostatnich osiemdziesięciu żyjących we Wszechświecie bieług. Po prawdzie, osobiście wolałbym śledzika pod zmrożoną wódeczkę, ale Ania z premedytacją zamawiała ów przysmak całymi pokrytymi lekkim szronem salaterkami, ten jeden jedyny raz w życiu cynicznie i w pełni świadomie unosząc się na falach beztroskiego blichtru i snobizmu!

Zaś po powrocie z upojnych imprez nieodmiennie traktowaliśmy jak dzieci w krainie permanentnego Bożego Narodzenia znajdowane na stoliku drobne a podrzucane nam przez organizatorów prezenty. A to kolie i garnitury z pereł hodowanych na Io (dla mej żony, przyjmującej to wszystko niczym baśń z tysiąca i jednej nocy), a to palisandrowe skrzyneczki z odtworzoną do najdrobniejszych szczegółów, tyle że wykonaną z niezniszczalnej modyfikowanej stali, działającą repliką choćby takiego konfederackiego rewolweru Le Mat wraz z oprzyrządowaniem. O którym od lat, jako pasjonat antycznego strzelectwa marzyłem, ale na co rzecz jasna nigdy nie byłoby mnie stać, bo kosztował dokładnie tyle, ile nasz wciąż spłacany dom.

A kiedy już porozpieszczano nas do wypęku, kiedy Ania zaczęła marzyć o zwyczajnej sałatce ziemniaczanej z kiełbasą, szczypiorem i ogórkami pod zimne piwo… Ja zaś zacząłem mieć problemy z upychaniem do portfela kolejnych wizytówek, a co gorsza – z zaplanowaniem na której mianowicie ścianie gabinetu pomieszczę otrzymywane seryjnie XIX-wieczne okazy broni… Kiedyśmy już nawet odprawili pocztą bagażową większość prezentów na Marsa, na trzy dni przed powrotem do domu, nastąpiła kulminacja: finałowy bal Wielkiego Słonecznego Karnawału. Tuż przed nim, w natłoku przygotowań i rozpaczliwych okrzyków Ani „nie mam co na siebie włożyć!”, tudzież: „no nie zapnę tej sukni, Snuff, pomóż!” zacząłem wręcz w pewnej chwili gorzko żałować, że poniesiony chwilowym zaćmieniem umysłowym w ogóle dałem się namówić na cały ten kiczowaty cyrk. 

***

Bal rozpoczął się w największej sali wewnętrznego poziomu Kolonii. Przybyliśmy, w kreacjach rzeczywiście wystrzałowych. Ania w szarej jedwabnej sukni i perłach, wyglądała niczym ciemnowłosa antyczna aktorka Hepburn za jej najlepszych lat. Ja poprzestałem na prostym czarnym stroju “Doca” Hollidaya, zastępcy szeryfa Wyatta Earpa w Tombstone, z mego ulubionego, równie antycznego dwuwymiarowego westernu. Nadzwyczaj się do tego przydał ofiarowany mi kilka dni wcześniej przez Zarząd Kolonii rewolwer. W tajemnicy przed Anią naładowałem go nawet po cichu jak należy, żeby wzmocnić realizm przebrania tudzież swą tradycyjnie nieodpartą wewnętrzną potrzebę autentyzmu.

Weszliśmy na salę kilka zaledwie minut po czasie, bo oczywiście Ania w ostatniej chwili musiała zmienić pantofelki, mnie zaś gdzieś zapodział się stetson, ściągnięty wprost z Austin w Teksasie. Gigantyczny hall wiodący ku centralnej auli Miasta Słońca był już pełen gości, a to w strojach rzymskich senatorów, a to poprzebieranych za egzotyczne tancerki, a to znowu wyglądających jak Grzebieniaści (ponoć w tym roku szczyt karnawałowej mody). Trafił się nawet jakiś ubogi zdesperowany rezydent Kolonii (wart raptem kilkanaście miliardów kredytów, co w jakiś sposób go tłumaczyło), przebrany nie wiedzieć czemu za średniowiecznego halabardnika i nieustannie zaczepiający swoim autentycznym hartowanym orężem a to o kreacje pań, a to o zastawę, co rodziło wiele uciesznych qui pro quo…

Kiedy weszliśmy, zwróciło się ku nam stanowczo zbyt wiele, moim zdaniem, par oczu. Ania odebrała to chyba podobnie, bo poczułem jak jej dłoń kurczowo ściska podane ramię.

– Nie bój się, mała – szepnąłem jej do ucha – będzie dobrze, chwilę pogwiazdorzymy, a oni zaraz zajmą się sobą.

– Po co mi to było, rany boskie, Snuff, co mi odbiło z tym wyjazdem – rozpaczliwie zajęczała w odpowiedzi, ale krótko, bo już ciągnęły do nas szerokimi schodami korowody gospodarzy, więc z przyklejonymi do ust uśmiechami zaczęliśmy kolejno witać znanych nam już i dotychczas nieznanych władców naszego kawałka Kosmosu, na zmianę powtarzając jak mantrę: – Jesteśmy tacy zaszczyceni. Jakże nam miło poznać…

Goście, zgodnie z tradycyjnym ceremoniałem, całowali Anię w dłoń, a mnie kłaniali się z rewerencją. Honory domu pełnił Informatyk Moore, przedstawiający nam kolejnych uczestników balu. Przyznam, że po którymś, wartym ileś tam bilionów kredytów nababie z przerobioną na noworoczną choinkę małżonką, tyle że za bombki na niej robiły klejnoty, wyłączyłem się nieco, bo pieruńsko od tego stania rozbolało mnie kolano, nadwerężone niegdyś w Obłoku Oorta. Na szczęście nie trwało to już długo, potok gości w końcu zrzedł i wysechł, więc mogliśmy spokojnie zaszyć się w oddalonym kącie hallu, nieopodal jednego z mniejszych szwedzkich stołów z zakąskami. Od czasu do czasu jedynie niepokojeni przez androidy roznoszące drinki.

I tam właśnie dopadł nas obcy mi zupełnie człowieczek, przez którego wieczór ów do dziś wspominany jest ze zgrozą w każdej informacyjnej holosieci.

– Szanowna pani Snuff, drogi panie Snuff! – Jeszcze do nas całkiem nie dotarł, a już prawie krzyczał. – No gdzież to się państwo ukrywacie, przecież za chwilę będziecie otwierać Niespodziankę Wieczoru! Proszę, proszę za mną, pospieszmy się, wszyscy już się gromadzą!- I pociągnął nas za sobą niczym zasapany wkurzony parowozik holujący zapomniane gdzieś na bocznicy, kurzące się bez pożytku wagoniki. No tak, zapomniałem, przecież w programie jak byk zapisano, że goście honorowi, czyli my, mamy rozpocząć najbardziej oczekiwaną część każdego Wielkiego Balu: osobiście otworzyć opakowanie z Niespodzianką. Za każdym razem inną, co roku w tajemnicy zamawianą i kupowaną od najznakomitszych wirtuozów rzemiosła i sztuk wszelakich przez samego Mistrza Pionu Miłości. Aktualnie był nim niejaki F .B. Acon, niestety na razie nieobecny, bo witający na pobliskim lądowisku spóźnioną delegację rządu Federacji Galaktycznej.

Niespodzianką raz okazywała się sprowadzona znienacka największa aktualnie diva operowa, innym razem – wszechświatowy mistrz iluzji, jeszcze kiedy indziej – treser z najsłynniejszego w Sol cyrku, wraz z płucodysznym czworonożnym, modyfikowanym genetycznie rekinem wielkości sporej ciężarówki. Zawsze jednak Niespodzianka jawiła się strzałem w samo sedno, czymś, co napełniało reprezentacyjny hall Kolonii emocjami lub zachwytem, a miliardy widzów celebryckich holostacji – buzującą żółcią zawiści.

Cóż było robić. Rozdając uśmiechy i jak to się u nas na mostku mówi – krzepko dzierżąc wolanty, lekko już podpici, za to ciężko przestraszeni, podeszliśmy do podestu, na którym, osłonięte bogato zdobionym jedwabiem, leżało COŚ. A konkretnie – coś, co miało wywołać tradycyjny coroczny ryk entuzjazmu zgromadzonej licznie publiczności.

Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez naszego cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, wśród niemal dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza. Pod zasłoną mieścił się prosty czarny, tłusto połyskujący prostopadlościenny kontener, mniej więcej trzymetrowej wysokości, bez żadnych oznaczeń. Na jego szerszej ścianie sterczało coś w rodzaju obrotowej rączki, na której szczycie znajdował się sześciokątny przycisk. I nic więcej. Wyglądało to bardzo konkretnie, żeby nie powiedzieć – groźnie. I jakoś kompletnie nie przystawało mi ani do miejsca, ani to otoczenia, ani do okazji. Obszedłem prostopadłościan dookoła. Z czymś mi się kojarzył, ale wypite drinki zaczynały mi już trochę szumieć w głowie, więc nie do końca pamiętałem – z czym mianowicie. Nie było to jednak przyjemne skojarzenie. Całkowicie czarna powierzchnia co pewien czas lekko się skrzyła, co wskazywało na trzymające ją w kupie niewielkie pola siłowe. Coraz mniej mi się to wszystko podobało. Gościom chyba też, bo z kilku miejsc sali dały się słyszeć nerwowe śmiechy kobiet. Spojrzałem pytająco na naszego krótkonogiego wodzireja.

– Otwieraj pan – szepnął niespeszony. – Wszyscy czekają, przyleciało wprost z bazy na ziemskim Księżycu, tym samym statkiem co delegaci Federacji…

– Na pewno?

– Na pewno, na pewno. Sam F.B.Acon zamawiał, a ja wypełniałem listy przewozowe – uśmiechał się sztucznie, jak to czynią średniej rangi urzędnicy postawieni w sytuacji, która zaczyna lekko ich przerastać. Nic dziwnego. Jego szefa wciąż nie było, rezydenci Kolonii szemrali ze zniecierpliwienia, słowem – zaplanowany show rozjeżdżał się coraz bardziej z harmonogramem i oczekiwaniami.

Nacisnąłem guzik, umieszczony na wysokości mojej głowy. Nic. Powtórzyłem czynność. Bez efektu. Złapałem rączkę i lekko ją pociągnąłem. Coś jakby szczęknęło. Walnąłem w guzik ponownie. Zero reakcji. Przekręciłem uchwyt w prawo. Opór, brak reakcji mechanizmu. Przekręciłem w lewo. Poszło, acz z trudem. Lecz znów nic się nie stało. Miałem już zrezygnować, ale wtedy coś mnie podkusiło i ponownie nacisnąłem guzik. Raz za razem trzykrotnie, bo trochę zaczęło mnie to wszystko denerwować. W rogach monolitu zamigotały pomarańczowe światła i mechaniczny głos z najwidoczniej ukrytego wewnątrz głośnika wygłosił dokładnie trzy zdania, odbijające się echem w gigantycznym przedsionku Sali Zgromadzeń. Pierwsze dwa z nich brzmiały: „Sekwencja wybrana poprawnie. Aktywowano moduł automatycznego utylizatora OK-234a”. A ostatnie: „Start programu za dziewięćset sekund, proszę oddalić się na minimum osiemdziesiąt mil od miejsca aktywacji”. I w tym momencie na rozświetlonym nad rączka, a dotychczas niewidocznym panelu kontrolnym zaczęły migotać kolejno zmniejszające się liczby: 900, 899, 898,887…

Wtedy wreszcie sobie przypomniałem, gdzie już coś takiego dane mi było kiedyś oglądać. Kiedy kończyłem sprzątać odcinek Wielkiego Szlaku, zapaskudzony przez rozsiane na skutek pierwszego w historii strajku robotów sto milionów ton przewożonego moim Susłem krowiego guana. Po zwiezieniu całości na pobocze Szlaku i ustabilizowaniu w dość znacznej odległości od przelatujących jeden po drugim gwiazdolotów, podleciała do niej Surykatka asenizatorów z najbliższego Węzła. Chwilę pogadaliśmy, chłopaki zdrowo się uśmiali z mojej roboty, a w końcu poprosili tylko, bym się nieco odsunął swoim stateczkiem od gigantycznego kosmicznego zwałowiska nieczystości. I chyba właśnie wtedy usłyszałem ten skrót: OK234a. Tak nazywał się kilkutonowy ładunek wysłany przez nich automatyczną sondą i pieczołowicie ulokowany wewnątrz nomen omen kosmicznej megakupy. Robili to dość ostrożnie, bo jak mi wyjaśnili, na skutek niewielkich błędów konstrukcyjnych, aktywowany już moduł potrafił niekiedy wyłączyć się (albo co gorsza – gwałtownie zastartować) samoczynnie od najmniejszego wstrząsu. Następnie odpalili ustrojstwo. Po dokładnie piętnastu minutach, co przekazały czujniki asenizatorów, kupa krowich odchodów zaczęła się pomalutku zapadać do wewnątrz, niczym czarny monolit z przedpotopowej dwuczęściowej, kompletnie absurdalnej ramoty o zbuntowanej AI. Najpierw niespiesznie, potem coraz szybciej, w końcu proces przebiegał lawinowo, aż po kolejnym kwadransie w miejscu stu milionów ton stabilizowanych polem siłowym nieczystości widać było jedynie rozpraszający się szybko obłok drobnego pyłu. Neutralizator mógł łagodnie zmieniać w rozmywający się w przestrzeni rój atomów dosłownie wszystko w promieniu zaprogramowanego działania. Używany był więc niekiedy do likwidowania potencjalnie kłopotliwych asteroid, niwelowania terenu pod kosmiczne budowy, w końcu – do uprzątania odpadów, których nikomu nie opłacało się przewozić do stacji uzdatniania.

Kiedy to sobie uświadomiłem, poczułem, jak jeżą mi się nieistniejące włosy na mej łysej od urodzenia czaszce. Rozejrzałem się za wózkiem transportowym, którym toto przywieziono. A jakże – już gdzieś zniknął, zapewne w czeluściach któregoś z oddalonych składowisk sztucznej planetoidy. Zanim go tu ściągną z powrotem, miną godziny. Publiczność nadal tkwiła w cichym bezruchu, więc nie czekając wrzasnąłem tylko ile sił w gardle:

– Ludzie, tego nie da się ani stąd wywieźć, ani wyłączyć bez dostępu do kodów! Nie wywalimy tego w przestrzeń od ręki, bo za ciężkie. Kto żyw, na lądowisko! Za chwilę Kolonię szlag nagły trafi! Ratuj się, kto w Boga wierzy!!!

I z miejsca dałem przykład, ciągnąc za sobą ku najbliższemu wyjściu z Sali, prowadzącemu wprost na teren głównego portu Miasta Słońca, kompletnie osłupiałą Anię. Zanim się rozpędziła, zanim w ogóle zrobiła pierwsze kroki, zerwałem jej gwałtownie z nóg niewygodne pantofelki na wysokich szpilkach. Bo musiała biec naprawdę szybko.

Paradoksalnie, szanse na ratunek wtedy jeszcze mieliśmy wszyscy naprawdę spore. Lądowisko było niedaleko, wszystkiego dwieście jardów głównym korytarzem. Za mną i Anią najwyraźniej ruszyła lawina, bo usłyszałem tupot tysięcy stóp, więc natychmiast  przyspieszyliśmy. Niespełna dwie minuty później byliśmy na płycie startowej. Niewielki pięćdziesięciotysięcznik, bardziej kosmiczny jacht niż gwiazdolot – dyspozycyjny Chomik Federacji stał sobie na niej beztrosko, szeroki na czterdzieści jardów właz miał gościnnie otwarty, przy rampie wejściowej kręcił się gość w mundurze kapitana, a mnie właśnie wtedy po raz pierwszy coś tknęło. Spojrzałem wstecz, w głąb korytarza, którym dopiero co przycwałowaliśmy. Był całkowicie pusty. Zimny pot mnie oblał.

– Aniu, pędź do kabiny, powiedz kapitanowi co się stało i każ mu startować. Natychmiast. Macie może kwadrans, zanim implozja dojdzie aż tu – poprosiłem nieswoim głosem.

–  Bez ciebie nigdy – twardo odwarknęła. Doceniłem, ale nie odpuściłem.

– Zmiataj i startujcie, dzieci czekają. Kocham was.

Tym razem chyba zrozumiała, że choćbym miał ją znokautować i nieprzytomną wnieść na pokład, nie ustąpię, bo tylko zacisnęła wargi i bez słowa posłusznie podreptała w stronę kapitana. Nie czekałem dłużej i pobiegłem z powrotem.

***

Korytarz był pusty, jasny i cichy. Podszedłem do nie wiedzieć czemu przymkniętych odrzwi prowadzących do Wielkiej Sali. Ostrożnie wsunąłem się do środka i zamarłem. Przede mną na postumencie po staremu mroczniał złowieszczy utylizator. A na jego czytniku, tak jak kilka minut wcześniej, migały pomarańczowożółte cyfry: 425, 424, 423… Zaś za nim stał milczący zwarty tłumek Solariuszy. Patrzyli na mnie bez słowa, choć już chyba czułem, ku czemu to wszystko zmierza. Jedno ciche parsknięcie, potem kolejne… Aż nagle o sklepienie Sali gruchnął gigantyczny zbiorowy wybuch śmiechu! Goście ryczeli, rzęzili, łapali się za brzuchy, niektórzy siadali na podłodze, paru wręcz się na niej wiło, bezradnie łapiąc oddech i trzymając się za przepony. A tuż przed tym tysięcznym tłumem stał – a jakże! – sam F.B.Acon i wesoło uśmiechnięty komentował sytuację, zaś system nagłośnienia roznosił jego rozbawiony głos po wszystkich zakątkach Sali:

– Na naszym Wielkim Balu Karnawałowym Miasta Słońca, serdecznie witamy gościa honorowego, a zarazem tegoroczną główną naszą Niespodziankę. Bohatera gwiezdnych tras, nieustraszonego odkrywcę, człowieka, który świadomie storpedował i dokładnie dziesięć lat temu zniszczył nasz wspólny korzystny dla całej Ludzkości projekt robotyzacji floty międzygwiezdnej. Oto najlepszy sprinter w Mieście Słońca tudzież okolicach, niezawodny wykrywacz urojonego niebezpieczeństwa, komandor Snuff! Podziwialiście go państwo przez ostatnie kilka dni na swoich holoekranach dniem i nocą, jak bezmyślnie i beztrosko wypoczywał w naszej Kolonii, przyjmując dziesiątki prezentów, a może lepiej byłoby już powiedzieć – łapówek? Dodam, że w roli drugoplanowej wystąpiła, śmiem twierdzić, że znacznie bardziej od naszego Snuffa opanowana, atrapa automatycznego utylizatora OK-234a!

I zaśmiał się drwiąco, patrząc na mnie zarazem z triumfem i nienawiścią w oku. Lecz tuż potem przeniósł spojrzenie za moje plecy. Błysk zrozumienia przemknął mi przez błyskawicznie trzeźwiejące synapsy. Jak mogłem zapomnieć! To przecież on. On był właścicielem fabryki robotów, które kilkanaście lat temu miały zastąpić ludzkie załogi na pokładach tysięcy masowców pędzących Wielkim Szlakiem. A przeze mnie oraz strajk całej ludzkiej obsady floty galaktycznej  – nie zastąpiły. Więc widać prawdą były ostatnie pogłoski, szerzące się w knajpkach na Węzłach Szlaku, że szykuje się kolejne podejście do poronionego projektu robotyzacji żeglugi. No tak. Wszystko jasne. Panikarz Snuff. Pieczeniarz Snuff. Idiota Snuff. Absolutnie niegodny zaufania pijany Snuff! Rewelacyjny wstęp do PR-owej akcji dyskredytowania wszystkich ludzkich załóg – skompromitowanie na oczach miliardów żywego kosmicznego dowódcy.

Zaraz, zaraz – co on powiedział? Dniem i nocą? Sukinsyn, jak on to mógł zrobić mojej Ani?! Trzeba stąd wyjść. Natychmiast. Może tego nie słyszała, może zdążę ją przynajmniej uprzedzić. Odwróciłem się powoli ku drzwiom, ze stężałą z gniewu twarzą. Tuż za mną stała Ania. Nie spostrzegłem nawet, kiedy wróciła i weszła do Sali. Patrzyła na mnie, a po policzkach spływały jej łzy. Nic nie mówiłem, objąłem ją, jakbym chciał osłonić przed całym światem, ale przecież dobrze już wiedziałem, że – za późno.

I wtedy właśnie znów usłyszałem głos F.B.Acona, przebijający się przez hałasującą, śmiejącą się tłuszczę uszczęśliwionych miliarderów. Nawet na mnie nie patrzył, zemsta już się dokonała:

– No dobra, pośmialiśmy się panie i panowie, transmisja ostatniej przygody komandora Snuffa (zaakcentował bydlak słowo “ostatnia” z dziką satysfakcją) do naszych holostacji w układzie Sol kończy się za kwadrans, oglądalność rekordowa, myślę, że niezły wstęp do zadania publicznego pytania – kto mianowicie wozi nas i nasze towary przez niebezpieczny Kosmos. A teraz zajmiemy się sobą. Panie S.Simon, proszę wyłączyć to coś. Spełniło swoją rolę. Wywalimy atrapę po balu tam, gdzie wyrzuca się wszelki niepotrzebny chłam. Wprost w koronę Sol. Nieprawdaż, panie Snuff?

Wywołany, a jakże! – ten sam drobny, owalny z postury i twarzy urzędnik, który nas tak koncertowo podprowadził ku ostatecznej życiowej klęsce, podszedł do makiety utylizatora. Wyjętym z kieszeni pilotem, nieco teatralnie, kliknął dwukrotnie, niczym na dyżurny transportowy grawilot przed centrum handlowym. Spojrzał z bliska na panel wyświetlacza, pokręcił (wciąż z uśmiechem na twarzy) głową, mrucząc coś w rodzaju: „Co za śmieć!” i nacisnął guzik na pilocie ponownie. Bez rezultatu, na czytniku fałszywego modułu cyfry wciąż migały, stopniowo schodząc ku zeru: 222, 221, 220, 219…

Urzędnik podszedł bliżej do panelu kontrolnego, popukał weń, potem bezskutecznie usiłował przepchnąć monolit po podłodze, i wtedy jego szef coś chyba zaczął rozumieć. Podbiegł do modułu, spróbował wejść w panel sterowania, a gdy mu się to nie udało – zbladł i głuchym głosem spytał podwładnego:

– Słuchaj no, Simon, z którego magazynu tyś to przywiózł?

– Dokładnie tak jak pan kazał: z Luny, z magazynu sieci handlowej „Fun, fun, fun!”, tej co trzyma ofertę na składowisku siódmym, alejka piąta, numer katalogowy sześćset sześćdziesiąt sześć.

– I płaciłeś zdalnie, przelewem wprost z rachunku Kolonii? Sprawdziłeś oczywiście, co ci wiozą?

– Oczywiście – mamrotał urzędniczyna. – Ale wie pan, ten bal, obowiązki… Poleciłem Ajce, to sfinalizowała transakcję, wyciąg pokazać?

– Nie trzeba, idioto – bezradnie czemuś niemal wyszeptał F. B. Acon. – Alejka piąta? Przecież to miała być alejka piętnasta! Coś ty nam tu podłożył, bezmyślne ścierwo?!

– No przecież sobie zapisałem i dokładnie to przywieźli…– jego rozmówca wyjął z kieszonki na piersi najpierw karteczkę pokrytą niechlujnym ręcznym pismem, potem druczek faktury, przeczytał je po kolei i… zemdlony bezwładnie osunął się na podłogę, tuż pod odliczającym kolejne liczby do nieuchronnego końca Kolonii i nas wszystkich (99, 98, 97, 96…) autentycznym oryginalnym, w pełni aktywnym modułem automatycznego utylizatora OK-234a.

Byli tak przerażeni, że nawet nie zauważyli, jak ich wymiana zdań transmitowana jest przez Ajki, głośno i wyraźnie, na całą salę a nawet znacznie dalej.

Stałem tuż obok, więc w przeciwieństwie do lokalnych kamer, transmitujących całość do układowych celebryckich holosieci, tylko kątem oka zarejestrowałem wykonany przez Acona imponujący skok na korytarz wiodący ku lądowisku. Lecz już wiedziałem, tak jak i dwa tysiące rezydentów, w kompletnej panice pędzących do wyjścia i tłoczących się w szerokich odrzwiach, że za chwilę Miasto Słońca bezpowrotnie i nieodwołalnie umrze, a oni wszyscy wraz z nim. Pies ich drapał, łachów z bilionami, ale Ani im nie oddam!

Rrraz! Wyciągnąłem z płytkiej kabury wiszącej u nabitego srebrnymi ćwiekami kowbojskiego pasa mojego le mata i odwiodłem kurek. Dwwwwa! – bez namysłu wymierzyłem w panel sterowania utylizatora. Jak to oni mówili? Wada konstrukcyjna? Wrażliwy na wstrząsy? No to… No to naści piesku kiełbasy – wrzasnąłem w desperacji jakiś zasłyszany w dzieciństwie idiotyczny bon mot… i wywaliłem całą zawartość magazynka, dziewięć ołowianych kul jedna za drugą, wprost w panel, pod którym – z tego co wiedziałem od chłopaków z ekipy asenizacyjnej – znajdowała się centralka sterowania! A potem w potrzaskaną szybę, spod której coś zaczęło dymić i skwierczeć, przygrzałem jeszcze z centralnej dodatkowej lufy calowego kalibru breneką!

Dym z czarnego prochu nieco przysłonił mi widok, ale kiedy się rozwiał, ujrzałem za siecią pęknięć, że tempo odliczania co prawda solidnie zwolniło, lecz cyfry nadal zmierzały ku zbliżającemu się do nas wszystkich wyrokowi śmierci: 21.. 20… 19…

A wtedy mój pełen już szaleństwa wzrok padł na leżącego nieprzytomnie przy podeście miliardera-halabardnika. Oczywiście, pędząc ku wyjściu, z oszczędności nie porzucił lebiega nieszczęsny swego dyżurnego drąga. I rzecz jasna zawadził nim o coś w biegu tak skutecznie, że sam się owym stalowym kutym wihajstrem znokautował. Jego halabarda na szczęście leżała tuż obok. Podniosłem ją z niejakim trudem, bo faktycznie ciężka okazała się okrutnie, rozpędziłem się i przywaliłem jej czubem w naruszony solidnie panel kontrolny utylizatora. Wbiła się na dobre kilkanaście cali. Coś w środku trzasnęło, zabuczało cichnąco, liczba z 5 zmieniła się leniwie na 4, zamigała, po dłuższej chwili przeskoczyła w niekompletną trójkę… I z przeciągłym piśnięciem wszystko definitywnie zgasło!

Ania spojrzała na mnie, ja na Anię, transmitujące całe to zamieszanie kamery wślepiały się to w nas, to we wracającego chyłkiem ku podestowi Mistrza Pionu Miłości Kolonii Miasto Słońca… Łajdak już nakładał na gębę następny wystudiowany uśmiech przed jakimś kolejnym łgarstwem dla publiczności.

Nie czekałem ani chwili dłużej. Wciąż pod bacznym okiem kamer, odpiąłem z piersi czarnego karnawałowego przybrania srebrną odznakę szeryfa, cisnąłem mu z brzękiem pod nogi, objąłem ramieniem moją Anię i bez słowa wyszliśmy z sali. Kiedy kilkadziesiąt minut później odlatywaliśmy Chomikiem Federacji, bezpowrotnie zostawiając za sobą cały ten rozsłoneczniony zgęstek bezwzględnej chciwej, ludzkiej podłości, myślami byłem już zupełnie gdzie indziej. Może te cholerne szpaki tym razem choć trochę się spóźnią i jeszcze zdążę nastawić tegoroczne wino?

Koniec

Komentarze

Po tytule spodziewałem się raczej jakiejś parodii cywilizacji Inków lub aluzji do Campanellego, a otrzymałem brawurowo opowiedzianą historię o snobistycznych sferach, które w odległej przyszłości pławią się w luksusie, na jaki stać cywilizacje które osiągnęły poziom astroinżynierii. Ciut mnie to, szczerze mówiąc, znużyło, bo ja też z tych, co gustują w “zwyczajnej sałatce ziemniaczanej z kiełbasą i ogórkami pod zimne piwo”, ale pod koniec akcja nabrała rumieńców. No, a sam finał, w którym nasz bohater niczym bohater antycznych westernów Clint Eastwood, cytując imć Kmicica grzeje z colta do utylizatora będącego szczytem osiągnięć hipertechnologii i dobijając go ostatecznie dzidą bojową – taki finał mógł zaoferować tylko rybak – mistrz gatunku! Szczęściem nie jadłem w tym momencie ani nie piłem, bo z pewnością bym się zakrztusił (i miałbyś mnie na sumieniu Autorze!).

Natomiast czy to rzeczywiście najlepsza z dotychczasowych opowieści, czy to tylko “Chłyt materkindodi” autora, nie powiem, bom jeszcze wszystkich nie doczytał.

Baboli nie szukałem bo w tym cienki jestem, ale dwie uwagi mam.

zaczynała się rozżarzona do milionów Kelvina chromosfera

Najniższe warstwy chromosfery mają temperaturę ok. 4500 K, która wzrasta wraz z wysokością i osiąga kilkadziesiąt tysięcy K (ponad milion K to ma korona).

 

A że bogatych było na to stać – nie mieli w ogóle żywych służących, wszystko robiły dla nich automaty i androidy sterowane przez Ajki. Przekonaliśmy się o tym z Anią już kwadrans po wylądowaniu Solariusza VII. w głównym wewnętrznym doku pasażerskim.

Wydaje mi się, że to powinno być jedno zdanie:

A że bogatych było na to stać – nie mieli w ogóle żywych służących, wszystko robiły dla nich automaty i androidy sterowane przez Ajki, przekonaliśmy się o tym z Anią już kwadrans po wylądowaniu Solariusza VII. w głównym wewnętrznym doku pasażerskim.

Ukłony Rybaku!

 

 

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tsole, jest campanella, i to mnóstwo… Warstwy, pamiętasz?;D

Owszem jest i władca absolutny (GA) i komunizm, i utopijny system społeczny, nawet Moore się przyplątał, ale fale beztroskiego blichtru i snobizmu rozmyły mi to wszystko… :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

I zasady ustrojowe miasta zgodne z Campanellą, i nazwiska znaczące… I czysty utopijny komunizm tyż!

Nie zdał Pan ;D

p.s. poprawki ponanosiłem, dzięki.

 

Poprawki naniosłeś, a kiedy mój poprawkowy? :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Przed komisyjnym? ;DD

No bez jaj! Zakładasz że obleję poprawkę? Chyba jednak przełożę ją na po wakacjach, mogę? :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Możesz, możesz… Toż to był żart niewinny tylko :D

No cóż, tym razem postawiłeś Snuffa w sytuacji, o jakiej nie marzył, a jednak umiał się w niej znaleźć. Czytałoby się to całkiem nieźle, gdyby nie nużące opisy szczegółów pobytu w Mieście Słońca, traktujące o kolacjach, balach i przywdziewanych na te okoliczności stosownych strojach i biżuterii. W ogóle opisy życia w mieście bogaczy skojarzyły mi się z plotkarskimi wiadomościami w kolorowych pisemkach, które zdarza mi się widzieć u fryzjera.

Clou ostatniego balu zaskoczyło, nie zaskoczył jednak Snuff, bo jak zwykle wziął sprawy w swoje ręce, a przygotowana intryga obróciła się przeciw jej organizatorom. ;)

Rybaku, mam nieodparte wrażenie, że ta opowieść była pisana chyba w pośpiechu i pewnie dlatego wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

mam za­szczyt za­pro­sić W.Sz.P. Ka­pi­ta­na Wiel­kiej Że­glu­gi Ga­lak­tycz­nej O.Snuffa… –> …mam za­szczyt za­pro­sić W. Sz. P. Ka­pi­ta­na Wiel­kiej Że­glu­gi Ga­lak­tycz­nej O. Snuffa

 

z cen­tral­ne­go mar­sjań­skie­ Portu im K.S.Robinsona… –> …z cen­tral­ne­go mar­sjań­skie­ Portu im K. S. Robinsona

 

– Fakt, co innego patrzeć na to w holoprzekazach, a co innegona żywo – mruknąłem w odpowiedzi. –> Unikaj dodatkowych półpauz w dialogach. Sprawiają, że zapis jest mniej czytelny.

 

ni­czym nie skrę­po­wa­nej re­kre­acji… –> …ni­czym nieskrę­po­wa­nej re­kre­acji

 

kon­fe­de­rac­kie­go re­wol­we­ru LeMat… –> …kon­fe­de­rac­kie­go re­wol­we­ru Le Mat

 

Ania od­czu­ła to chyba po­dob­nie, bo po­czu­łem jak… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

po­czu­łem jak jej dłoń kur­czo­wo ści­ska po­da­ne jej ramię.

– Nie bój się, mała – szep­ną­łem jej do ucha… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

i do­tych­czas nie zna­nych wład­ców… –> …i do­tych­czas niezna­nych wład­ców

 

do­padł nas nie znany mi zu­peł­nie czło­wie­czek… –> …do­padł nas nieznany mi zu­peł­nie czło­wie­czek

 

– Sza­now­na pani Snuff, drogi panie Snuff! – jesz­cze do nas cał­kiem nie do­tarł, a już pra­wie krzy­czał. –> – Sza­now­na pani Snuff, drogi panie Snuff! – Jesz­cze do nas cał­kiem nie do­tarł, a już pra­wie krzy­czał.

http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

wszy­scy już się gro­ma­dzą!– i po­cią­gnął nas za sobą… –> …wszy­scy już się gro­ma­dzą! – I po­cią­gnął nas za sobą

 

Ak­tu­al­nie był nim nie­ja­ki F.B.Acon… –> Ak­tu­al­nie był nim nie­ja­ki F. B. Acon

Ten błąd pojawia się jeszcze kilkakrotnie w dalszej części opowiadania.

 

naj­więk­sza ak­tu­al­nie diva opery… –> …naj­więk­sza ak­tu­al­nie diwa operowa

 

licz­by: 900… 899…898…897… –> Zapisałabym to raczej: …licz­by: 900, 899, 898, 897

Uwaga dotyczy także odliczania w dalszym ciągu opowiadania.

 

wrza­sną­łem tylko ile sił w gar­dle: – Lu­dzie, tego nie da się ani stąd wy­wieźć, ani wy­łą­czyć bez do­stę­pu do kodów! Nie wy­wa­li­my tego w prze­strzeń od ręki, bo za cięż­kie. Kto żyw, na lą­do­wi­sko! Ratuj się, kto w Boga wie­rzy!!! I z miej­sca dałem przy­kład… –> Winno być:

wrza­sną­łem tylko ile sił w gar­dle:

– Lu­dzie, tego nie da się ani stąd wy­wieźć, ani wy­łą­czyć bez do­stę­pu do kodów! Nie wy­wa­li­my tego w prze­strzeń od ręki, bo za cięż­kie. Kto żyw, na lą­do­wi­sko! Ratuj się, kto w Boga wie­rzy!!!

I z miej­sca dałem przy­kład

 

nie­któ­rzy sia­da­li na pod­ło­gę… –> …nie­któ­rzy sia­da­li na pod­ło­dze

 

Lecz tuż potem prze­niósł spoj­rze­nie tuż za moje plecy. –> Powtórzenie.

 

alej­ka piąta, numer ka­ta­lo­go­wy 666c. –> Skoro to wypowiedź, to raczej: …alej­ka piąta, numer ka­ta­lo­go­wy sześćset sześćdziesiąt sześć c.

 

tuż pod od­li­cza­ją­cym ko­lej­ne cyfry do nie­uchron­ne­go końca Ko­lo­nii i nas wszyst­kich (99…98…97…96…) –> Czy aby na pewno cyfry, a nie liczby?

 

skok ku ko­ry­ta­rzo­wi wio­dą­ce­mu ku lą­do­wi­sku. –> Powtórzenie.

 

mo­je­go Le­Ma­ta i od­wio­dłem kurek. –> …mo­je­go le­ ma­ta i od­wio­dłem kurek.

http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

wy­ro­ko­wi śmier­ci: 21….20..….19………….. –> Przypuszczam, że chciałeś pokazać, jak wyglądało zwolnione odliczanie, ale cóż, w naszym języku nie ma takich znaków, a wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

Od­pią­łem z pier­si swego czar­ne­go kar­na­wa­ło­we­go przy­bra­nia od­zna­kę sze­ry­fa… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ano, natchnienie znów poniosło… (znowu “dziś pomysł, dziś tekst”) ;)

Zaraz ponanoszę, a wkrótce chyba podetnę niektóre fragmenty… Chociaż te opisy z absolutną premedytacją takie właśnie zrobiłem… Jak w słynnym dowcipie o młodej lady grającej na fortepianie pod koniec hiper ekskluzywnego rautu… (z pointą: ”-To… Co Pani tak przepięknie gra… To Schubert czy Chopin?… – A nie, tak sobie zapie..lam!”) ;)

Dzięki za uwagi

 

p.s. Już ponanosiłem:)

Bardzo proszę.

Mam nadzieję, że podcinając fragmenty, nie podetniesz skrzydeł Snuffowi. ;)

PS – no to Ci kliknę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I lekko podkróciłem w kilku miejscach, ale niewiele… Bogacze za x-set lat będą w większości równie puści jak obecnie przecież :). A pure-nonsensowe zbicie w jedno Campanelli i jego utopii socjalnej z enklawą rozpasanego kapitału wydało mi się tego ze wszech miar warte ;)

Ja też klikam :) Mnie się nawet te przesadnie kwieciste, długie i zbyt drobiazgowe opisy spodobały. Stworzyły odpowiednie tło i taki pusto-luksusowy klimat… Od raz czułam, że mimo iż przesadzone, to przesadzone celowo :) A końcówka naprawdę dobra – brawa dla walecznego Snuffa i dla Rybaka :)

Pozdrawiam serdecznie.

Ha! Dziękuję, Katiu:). No to specjalnie dla Ciebie nieco ubogaciłem scenę Balu. Wrzucając tam mimochodem jedno takie słynne kulturowo skojarzenie, współgrające z krótkim fragmencikiem (o Ani) ciut wcześniej. Ciekawe, czy zgadniesz gdzie są, i do czego nawiązują? :D

Oj, Rybaku, albo jestem za głupia, albo przemęczona i nieuważnie czytam, albo nie dysponuję odpowiednią wiedzą, ale niestety nie udało mi się rozwiązać Twojej zagadki :(:(:(:(

Podpowiedź: Snuff i Ania jako kolektywna Małgorzata na corocznym balu Wolanda?:Dpozdr.

 

Ok, bal stu królów… i Ania w roli Małgorzaty :) Bardzo sprytnie to sobie wymyśliłeś… Tylko z moim kojarzeniem nie najlepiej ;) Miłego wieczoru :)

Rybaku, przeginasz, to się już po prostu robi nudne. Ile razy, do jasnej, ciężkiej… mam pisać, że uwielbiam twojego Snuffa i podoba mi się twoje opko, bo dobrze napisane i z fajnym pomysłem? ;)

Mam wrażenie, że tym razem trochę go odbrązowiłeś. Nie wiem, czy wiedział, w co się pakuje i zrobił to jednynie dla kobiety, czy też po prostu dał się podpuścić, ale dał się złapać z lekko opuszczonymi spodniami. Oczywiście wyszedł z tej przygody z twarzą, no bo to przecież Snuff. No i zostały mu XIX-wieczne spluwy, które zdążył wcześniej odprawić do domu. ;)

Podobała mi się utopia w wersji dla bogaczy. Podobnie, jak rozwiązanie problemu, halabarda poradziła sobie ze sprzętem przyszłości. No, to było naprawdę niezłe.

tradycyjnie – klik.

A Bóg wam zapłać, dobra kobieto, bo ja Wam nijak zapłacić nie mogę:D

 

MMoże będziesz mógł, książeczkę dostanę, koniecznie z autografem. ;)

:)

 

OK, kolejna przygoda Snuffa. Tradycyjnie – przeżył i uratował sytuację.

Mam wrażenie, że zachwiała Ci się kompozycja. Przez pół tekstu właściwie nic się nie dzieje, to tylko ekspozycja. Wiesz, czytanie o czyimś potwornym bogactwie nie jest specjalnie ciekawe. Przynajmniej dla mnie. Poprawki na telomerach interesujące, ale żarcie w kółko kawioru? Ile można…

Babska logika rządzi!

Ileż można jeść jesiotrowy kawior? Odp: Całe życie! :)

Ale nie byłoby ono zbyt długie ani szczęśliwe, bo bardzo wątpię, że kawior ma wszystkie niezbędne witaminy i mikroelementy…

Babska logika rządzi!

Kiedy nastepne? :)

Początek był dla mnie trochę przeciągnięty. Jasne, że ma to swoje uzasadnienie, ale też jako czytelnik czekałem od pewnego momentu na przyspieszenie biegu kolejnych zdarzeń i nie ma sensu fałszywie czarować, że było inaczej. Dalej już bez zarzutów. Snuff (który uparcie myli mi się ze Snautem :)) jest tutaj bardzo ludzki, daje się złapać w dość naiwny sposób i to dobrze, bo z takim ludzkim bohaterem najłatwiej się identyfikować, a jednocześnie stosunkowo łatwo niejako “wejść w jego buty”, a zatem wyobrazić sobie całą historię widzianą z jego perspektywy. Zakończenie wyjątkowo efektowne. :) 

Joasiu, nie wiem:). To idzie w tempie 1-2 miesięcznie. Pozdr. CM – dzięki:). Finklo, kawior ma wszystko (oprócz szampana) co potrzeba:). Pozdr.

Nowa Fantastyka