- Opowiadanie: sabre77 - Długa noc

Długa noc

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Długa noc

Wi­told obu­dził się z krzy­kiem. Znów miał ten sen. Sta­rusz­ka wpa­try­wa­ła się w niego, a jej oczy sta­wa­ły się coraz więk­sze i więk­sze. Coś mó­wi­ła, lecz nic nie ro­zu­miał. Chcia­ła cze­goś, czego nie mógł jej dać.

Po­wo­li do­cho­dził do sie­bie, mimo że nadal było ciem­no wie­dział, że już nie za­śnie. Serce ko­ła­ta­ło jak sza­lo­ne, a w ustach czuł kwa­śny po­smak stra­chu. Chra­pa­nie do­bie­ga­ją­ce z sąsiednich prycz za­miast iry­to­wać, dziw­nie uspo­ka­ja­ło, przy­naj­mniej nie był sam.

 

Ostat­ni mie­siąc zda­wał się jedną wiel­ką białą plamą, rana głowy oka­za­ła się bar­dzo po­waż­na. Po­zba­wio­ny ro­zu­mu błą­dził po lesie, aż wpadł w ręce fran­cu­skie­go pa­tro­lu. Po­dob­no jesz­cze przez dwa ty­go­dnie opo­wia­dał o wiedź­mach, wil­kach, du­chach i mar­twych lu­dziach. Potem, z dnia na dzień, od­zy­skał siły, a wraz z nimi pa­mięć o wszyst­kim, poza ostat­ni­mi dnia­mi. Zo­sta­ły tylko sny. Strasz­ne sny.

 

Dźwięk dzwo­nu wy­bu­dził cały barak. Lu­dzie za­czę­li się zbie­rać, czasu do apelu nie było za wiele. Roz­po­czął się po­ran­ny zamęt, męż­czyź­ni wkładali co cie­plej­sze okry­cia i ru­sza­li, to do wy­chod­ka, to do pro­wi­zo­rycz­nej ła­zien­ki. Wi­told nie mu­siał się spie­szyć, nawet pod­czas naj­więk­sze­go tłoku, miej­sce za­wsze się dla niego zna­la­zło.

 

Pół go­dzi­ny póź­niej, stary Obe­rleut­nant Gerhe, roz­po­czął od­li­cza­nie pod­czas apelu. Mimo że do­wód­ca ba­ra­ku do­sko­na­le znał licz­bę, miej­sce w hie­rar­chii oraz stan zdro­wia każ­de­go z pod­le­głych mu ludzi, to z pru­skim upo­rem, w każdy ranek, wy­ma­gał wszyst­kich for­mal­no­ści.

– Ser­ge­ant Wi­told Ko­wal­ski, Piąta Armia, Piąty Ba­ta­lion Sztur­mo­wy, stan zdro­wy! – krzyk­nął, jak co dzień.

 

Śnia­da­nie skła­da­ło się z czar­ne­go chle­ba, odro­bi­ny bre­jo­wa­tej zupy i roz­wod­nio­ne­go wina. Sie­dli, jak za­zwy­czaj, we czte­rech.

– Co za gówno – la­men­to­wał Gun­ter, jego okrą­gła twarz wy­ra­ża­ła naj­wyż­sze obrzy­dze­nie. – To w Ber­li­nie bez­pań­skie kun­dle le­piej jedzą. No pa­trz­cie co jest w tej zupie, prze­cież to szczu­rze bobki! Oni nas tu trują, mówię wam.

– Za­mknij się wresz­cie! Co po­si­łek, to mu­si­my cię słu­chać! – wark­nął Heist, fleg­ma­tycz­ny gi­gant. – Nie każdy miał w cy­wi­lu tyle żar­cia co ty, tłu­sta świ­nio.

– Za­wsze mo­że­my ugo­to­wać Gun­te­ra. – Wi­told po­sta­no­wił za­żar­to­wać z pulch­ne­go ko­le­gi – Widać że w ta­bo­rach do­brze kar­mi­li, a i smal­czyk na zimę się przy­da.

– Witi, no co ty? Zwa­rio­wa­łeś?

– A mówią, że z ta­bo­rów nic do­bre­go nie przy­cho­dzi. – Do za­ba­wy dołączył czwar­ty z grupy, Ślą­zak Alojz, do­świad­czo­ny ar­ty­le­rzy­sta. – Ja bym od razu się za opra­wia­nie za­bie­rał, póki to taki tłu­sty kąsek. Potem wy­chud­nie i nie bę­dzie z niego po­żyt­ku.

– Boga się nie bo­icie. – ob­ra­ził się Gun­ter. – A do po­ży­cze­nia not­gel­dów to pierw­si je­ste­ście.

– Witi, sły­sza­łeś co się stało? – do stołu do­siadł się po­staw­ny męż­czy­zna w mun­du­rze Piątego Ba­ta­lio­nu Sztur­mo­we­go, jedno oko za­kry­wa­ła mu czar­na prze­pa­ska. – “Młody” zmarł w nocy.

– Co się stało? Jesz­cze wczo­raj był zdro­wy.

– Wła­śnie o to cho­dzi, że nie wia­do­mo. Zna­leź­li­śmy go rano, cał­kiem bla­de­go i zim­ne­go. Mówię Ci Witi, jakby ktoś z niego krew spu­ścił.

– Na apelu nie było zgło­sze­nia o zgo­nie. Może się tylko po­cho­ro­wał?

– Do dia­ska, co ja trupa nie wi­dzia­łem? A ilu sam spra­wi­łem! To tylko Jahwe wie!

– Abra­ham, uspo­kój się – Wi­told zła­go­dził ton. – Jak ty wi­dzia­łeś, to ci jak bratu wie­rzę. Tylko czemu nic nie ogło­si­li?

– Fran­ce rano przy­szły i zwło­ki za­bra­ły. – Żyd po­wo­li się uspo­ka­jał – My to od­kry­li po po­bud­ce, a oni do­słow­nie po chwi­li wpa­dli do ba­ra­ku i już za­bie­ra­li ciało. Jakby te śmier­dzą­ce ża­bo­ja­dy coś wcze­śniej wie­dzia­ły. Potem ich do­wód­ca, le­karz, kazał wszyst­kim za­wrzeć mordy. Dobra, idę dalej, dam znać resz­cie. Bacz­cie na sie­bie i z Bo­giem.

– Z Bo­giem, Abra­ham, z Bo­giem.

 

Sen­sa­cyj­na wia­do­mość bły­ska­wicz­nie obie­gła cały obóz, jeńcy po­dzie­li­li się na małe grup­ki i za­wzię­cie dys­ku­to­wa­li o śmier­ci swego to­wa­rzy­sza. Ta­jem­ni­czy zgon zła­mał co­dzien­ną ru­ty­nę i do­star­czył te­ma­tu do roz­mów. Rzecz jasna, każdy miał swoją teo­rię. Wi­told po­że­gnał się z przy­ja­ciół­mi i ru­szył w kie­run­ku fe­ral­ne­go ba­ra­ku. Czuł, że musi zo­ba­czyć to miej­sce na wła­sne oczy.

 

Bu­dy­nek ni­czym nie róż­nił się od po­zo­sta­łych ba­ra­ków, wy­peł­nio­ny był pię­tro­wy­mi pry­cza­mi z za­ście­lo­ny­mi równo ko­ca­mi, ma­ły­mi szaf­ka­mi na nie­licz­ne rze­czy oso­bi­ste oraz kil­ko­ma pie­cy­ka­mi z le­żą­cą nie­opo­dal ster­tą drew­na. Czuć było za­pach sta­re­go potu i długo nie pra­nych ubrań.

Ru­szył w kie­run­ku jed­nej z prycz i usiadł na niej cięż­ko. Za­krę­ci­ło mu się w gło­wie, czuł nad­cho­dzą­ce mdło­ści i obrzy­dli­wy, kwa­śny smak w ustach. W jakiś spo­sób wie­dział że w tym miej­scu zgi­nął “Młody” i że była to strasz­na śmierć. W końcu ze­brał się w sobie i za­czął prze­szu­ki­wać po­sła­nie, szaf­kę oraz oso­bi­ste rze­czy nie­bosz­czy­ka. Nie było tam nic nie­zwy­kłe­go. Je­dy­ne co mogło za­sta­na­wiać, to dziw­ny wy­pu­kły ślad na kocu. Przyj­rzał się temu uważ­nie, ale w pół­mro­ku nie dało się nic stwier­dzić. Mu­siał obej­rzeć koc na ze­wnątrz. Gdy spoj­rzał pod słoń­ce, zo­ba­czył kształt na­ma­lo­wa­ny czymś bez­barw­nym, przy­po­mi­na­ją­cym kroch­mal. Był to kil­ku­na­sto­cen­ty­me­tro­wy znak krzy­ża.

 

Z tru­dem do­trwał do wie­czo­ra, bez prze­rwy za­sta­na­wiał się czy osza­lał. Może rana głowy była po­waż­niej­sza niż wszy­scy są­dzi­li? Nie wie­rzył w gusła, prze­czu­cia, czy też siły nad­przy­ro­dzo­ne. Zaś wiary w Boga po­zbył się bro­dząc w morzu ciał pod­czas pierw­szej bitwy pod Ypres. Dla­cze­go więc miał stu pro­cen­to­wą pew­ność, że dzie­je się coś bar­dzo złego? Jeśli miał jesz­cze stra­cić wiarę w swój umysł, to co mu po­zo­sta­ło?

 

Kosz­mar tej nocy był jesz­cze bar­dziej rze­czy­wi­sty, sta­rusz­ka cały czas krzy­cza­ła do niego, ale nie mógł zro­zu­mieć ani jed­ne­go słowa. Wie­dział że jest to bar­dzo ważne i sta­rał się z ca­łych sił sku­pić na sen­sie słów, te jed­nak tylko dud­ni­ły w uszach. W chwi­li gdy za­czął ro­zu­mieć pierw­sze sy­la­by obu­dził go dźwięk dzwo­nu.

 

Śnia­da­nie było jesz­cze bar­dziej podłe niż zwy­kle.

– Franc Mul­ler – wy­szep­tał mu do ucha Gun­ter. – Nie żyje.

– Co? Jaki Mul­ler? – nie­przy­tom­nie za­py­tał Wi­told.

– Umarł dzi­siaj, do­kład­nie tak jak “Młody”. W siód­mym ba­ra­ku. Mam tam kra­ja­na, po­wie­dział mi to w ta­jem­ni­cy, bo Fran­ce ka­za­ły im mil­czeć. Co tu się dzie­je Witi, co się dzie­je?

– Może na coś cho­ro­wał?

– Mówią że chłop młody i silny. Nic mu nie było.

– Fak­tycz­nie, coś tu śmier­dzi. I to bar­dzo. Dwa trupy w dwa dni, to nie może być przy­pa­dek. Po­ga­dam z do­wód­cą ba­ra­ku, zo­ba­czy­my co powie.

 

Obe­rleut­nant Gerhe, jak zwy­kle o tej porze, od­da­wał się ry­tu­ało­wi go­le­nia. Po­mi­mo ni­skiej tem­pe­ra­tu­ry dziel­nie wy­trzy­my­wał skro­ba­nie brzy­twą przez or­dy­nan­sa. Wi­told cier­pli­wie cze­kał, stary ofi­cer nie­na­wi­dził ja­kich­kol­wiek zmian w po­rząd­ku dnia, gdy co­kol­wiek go na­ru­szy­ło, wrza­ski było sły­chać nawet na dru­gim końcu obozu.

– Ser­ge­ant Wi­told Ko­wal­ski, Piąta Armia, Piąty Ba­ta­lion Sztur­mo­wy! – Wy­prę­żył się jak stru­na i za­sa­lu­to­wał, Gerhe lubił taki te­atrzyk. – Pro­szę o moż­li­wość za­da­nia py­ta­nia!

– Żoł­nierz mówi – ła­ska­wie ze­zwo­lił Pru­sak.

– Obe­rleut­nant Gerhe, mel­du­ję że dzi­siaj w nocy zmarł drugi czło­wiek. Tak jak po­przed­niej, zdro­wy i silny. Fran­cu­zi za­bra­li ciało i za­bro­ni­li o tym mówić…

– Ser­ge­ant Ko­wal­ski, jeśli kadra ofi­cer­ska zde­cy­du­je, że macie o czymś wie­dzieć to sama was o tym po­in­for­mu­je. – Stary ofi­cer przej­rzał się w lu­ster­ku pod­sta­wio­nym przez or­dy­nan­sa i cmok­nął z za­do­wo­le­niem. – Jak sobie wy­obra­ża­cie taką armię w któ­rej żoł­nie­rze mają czel­ność żądać cze­go­kol­wiek od ofi­ce­rów? Ja wam po­wiem, to armia prze­gra­na, po­ko­na­na jesz­cze w ko­sza­rach. A na to nie ma po­zwo­le­nia od Boga, mi­ło­ści­wie nam pa­nu­ją­ce­go ce­sa­rza i mo­je­go!

– Czemu naj­waż­niej­szy z tej trój­cy jest na końcu? – mruk­nął Wi­told.

– Co po­wie­dzie­li­ście, Sier­żan­cie?– wrza­snął Gerhe. 

– Mó­wi­łem: Ku chwa­le oj­czy­zny i Ce­sa­rza!

– Widzę że w nie­re­gu­la­mi­no­wych od­dzia­łach zby­dlę­ce­nie nadal po­stę­pu­je! Już ja was sza­cun­ku do szar­ży na­uczę! Od­ma­sze­ro­wać!

 

– Obyś goły tyłek w gnieź­dzie os trzy­mał, żeby ci stopy do tyłu wy­krę­ci­ło, aby ci głowę z brzu­chem za­mie­ni­ło. – Wi­told po­msto­wał pod nosem kie­ru­jąc się do ba­ra­ku w któ­rym do­szło do tra­ge­dii.

W po­miesz­cze­niu rów­nież było pusto, naj­wy­raź­niej nikt nie chciał tam prze­by­wać po świe­żej śmier­ci to­wa­rzy­sza. Męż­czy­zna za­mknął oczy, sku­pił się i doznał znajomego uczucia. Wie­dział już gdzie to się stało. Smak żółci w ustach był tak silny, że z tru­dem po­wstrzy­my­wał się od wy­mio­tów. Jed­nak mu­siał wie­dzieć. Za­czął od spraw­dze­nia koca, na­tych­miast wy­czuł zgru­bie­nia, to znowu był duży krzyż. Dla pew­no­ści obej­rzał kil­ka­na­ście po­zo­sta­łych, były czy­ste, przy­naj­mniej w kwe­stii po­dej­rza­ne­go znaku. W rze­czach oso­bi­stych nie było nic cie­ka­we­go, może poza nie­wy­sła­nym li­stem do ro­dzi­ny. Czy­ta­jąc go po­czuł że wresz­cie wpadł na jakiś trop, po opi­sie mało zna­czą­ce­go życia obo­zo­we­go zna­lazł in­te­re­su­ją­cy aka­pit.

 

“Wczo­raj wzię­li mnie na ba­da­nie. Ten dziw­ny le­karz po­brał mi krew i dał za to pół ta­blicz­ki szwaj­car­skiej cze­ko­la­dy! Kazał mi nic nie mówić, bo resz­ta też bę­dzie chcia­ła. Śmiesz­nie gadał, niby po na­sze­mu, ale tak nie do końca. Mówił że od­wie­dza wszyst­kie obozy i spraw­dza czy je­ste­śmy zdro­wi. Ale chyba nie po­wi­nien wozić ze sobą ta­kie­go ma­łe­go dziec­ka, nawet tu, za linią fron­tu nie jest do końca bez­piecz­nie. Jego ra­do­sny śmiech, do­bie­ga­ją­cy z po­ko­ju obok, przy­po­mniał mi naszą ko­cha­ną Al­ber­tę. Oby jak naj­szyb­ciej wy­zdro­wia­ła i wró­ci­ła do szko­ły.

Z utę­sk­nie­niem cze­kam aż wszyst­kich Was uści­skam.

Wasz od­da­ny Franc”

 

Wi­told szyb­ko wy­szedł na ze­wnątrz, mu­siał za­czerp­nąć świe­że­go po­wie­trza. Ty­sią­ce myśli kłę­bi­ły mu się w gło­wie. Sny, prze­czu­cia, wizje, nie mie­ści­ły się w jego edu­ko­wa­nym na praw­ni­ka umy­śle. A jed­nak czuł że w jakiś spo­sób jest to tak samo praw­dzi­we jak upo­rząd­ko­wa­ny, na­uko­wy świat. Otwie­ra­ła się przed nim zu­peł­nie nowa rze­czy­wi­stość. I była ona prze­ra­ża­ją­ca.

 

Znów do wie­czo­ra snuł się bez celu po obo­zie, na py­ta­nia za­nie­po­ko­jo­nych przy­ja­ciół od­po­wia­dał zdaw­ko­wą proś­bą o świę­ty spo­kój. Po ko­la­cji na­tych­miast udał się do swo­je­go ba­ra­ku i uda­wał że śpi. Mu­siał coś zro­bić by nie osza­leć.

Gdy za­pa­dła noc, cicho wy­mknął się z ba­ra­ku. O tej porze pobyt na ze­wnątrz był ab­so­lut­nie za­bro­nio­ny, schwy­ta­ne­mu nie­szczę­śni­ko­wi gro­zi­ła wie­lo­dnio­wa “koza”. Jed­nak żoł­nierz sztur­mo­wy, albo stał się mi­strzem skra­da­nia, albo gnił w ja­kimś tu­ne­lu. Było zimno, ale męż­czy­zna był przy­zwy­cza­jo­ny do dłu­go­trwa­łej ob­ser­wa­cji nawet w gor­szych wa­run­kach. Sa­do­wiąc się w cie­niu ba­ra­ku, uważ­nie przy­glą­dał się oświe­tlo­nym stre­fom, chciał mieć pew­ność, że w razie uciecz­ki żaden ze straż­ni­ków nie bę­dzie miał szan­sy go uj­rzeć.

 

Mi­ja­ły go­dzi­ny, Wi­told wspo­mi­nał dłu­gie noce spę­dzo­ne w tu­ne­lach po­mię­dzy wro­gi­mi oko­pa­mi. Go­dzi­ny, dni i ty­go­dnie ko­pa­nia sa­per­ką w gli­nia­stej ziemi, wiecz­nie po­krwa­wio­ne dło­nie, brud­ne i nigdy do końca nie wy­sy­cha­ją­ce ubra­nie. Wszech­obec­ny smród nie­my­tych ciał i eks­kre­men­tów mie­szał się z za­pa­chem pro­chu oraz gni­ją­cych tru­pów. Wo­jen­ne per­fu­my. Setki go­dzin w ciszy, żeby wróg nic nie usły­szał. W ciem­no­ści, by nic nie zo­ba­czył. Ina­czej śmierć. Do­brze jeśli w walce, twa­rzą w twarz. Naj­bar­dziej bał się ostrza­łu ar­ty­le­rii, nikt nie chciał konać za­sy­pa­ny tłu­stą, fran­cu­ską zie­mią. Cały ten strach, całe te cier­pie­nia dla jed­nej chwi­li. Szyb­ki atak, za­wsze w ciem­no­ści. Naj­pierw gra­na­ty, każdy sztur­mo­wiec miał ich kil­ka­na­ście. Potem w ruch szły ostre sa­per­ki, noże, ma­czu­gi. Wszę­dzie krew, krzy­ki, płacz, bła­ga­nie o li­tość. Ludz­kie ciało jest tak mięk­kie i ułom­ne, nie­zwy­kle łatwo oka­le­cza się i za­bi­ja. Uciecz­ka do tu­ne­li, byle tylko zdą­żyć przed na­wał­ni­cą po­ci­sków. Kilka dni urlo­pu, spro­wa­dza­ją­ce­go się do picia na umór, po­wrót na linię fron­tu i znów ko­pa­nie.

 

Roz­my­śla­nia prze­rwał jakiś ruch, w ciem­no­ści, na kra­wę­dzi pola wi­dze­nia. Ktoś czoł­gał się w kie­run­ku jed­ne­go z ba­ra­ków, od­le­głe­go może o kil­ka­dzie­siąt me­trów. Na to cze­kał. Po­wo­li, czy­niąc jak naj­mniej ha­ła­su, za­czął skra­dać się ku in­tru­zo­wi. Oba wej­ścia były rzę­si­ście oświe­tlo­ne, do­my­ślił się więc, że mor­der­ca wy­ko­rzy­stał któ­reś z okien. W nie­mal ab­so­lut­nej ciszy do­tarł do ścia­ny bu­dyn­ku i ostroż­nie zer­k­nął przez otwar­ty luf­cik. Dłuż­szą chwi­lę przy­zwy­cza­jał wzrok do ciem­no­ści, wy­pa­try­wał ja­kie­go­kol­wiek ruchu, cze­goś co upew­ni go że za­bój­ca jest już w środ­ku. Jed­nak wi­dział tylko pry­cze ze śpią­cy­mi ludź­mi. Już miał zre­zy­gno­wać i uznać że mu się przewidziało, gdy nagle zwró­cił uwagę na po­dej­rza­ny kształt na po­bli­skiej pry­czy. Po­mi­mo pa­nu­ją­ce­go mroku wy­da­wać się mogło że na po­sła­niu leżą dwie po­sta­cie, choć jedna z nich była ra­czej nie­wiel­kich roz­mia­rów. Wi­told prze­chy­lił się do środ­ka, żeby upew­nić się czy do­brze widzi. Nie­ste­ty, nie do­strzegł sto­ją­cej przy oknie, zro­bio­nej z łuski po po­ci­sku, po­piel­nicz­ki. Łomot spa­da­ją­ce­go że­la­stwa był ogłu­sza­ją­cy. Wi­told zdą­żył je­dy­nie zo­ba­czyć, że miał rację, tam coś było. Drob­na isto­ta spoj­rza­ła na niego. Oczy były wiel­kie, ja­śnie­ją­ce w ciem­no­ściach, w ni­czym nie przy­po­mi­na­ły ludz­kich. Wy­glą­da­ły jakby nie­zgłę­bio­ną ciem­ność, mrocz­niej­szą nawet od naj­czar­niej­szej z nocy, roz­świe­tli­ły setki ma­łych gwiazd, były wręcz nie­ludz­ko pięk­ne. Za­to­pił się w tym bla­sku cał­ko­wi­cie, pra­gnął tylko aby ta chwi­la trwa­ła wiecz­nie. Oczy sta­wa­ły się coraz więk­sze i więk­sze, za­czął czuć dziw­ny, słod­ki za­pach. Jakaś część jego umy­słu wie­dzia­ła że musi się ock­nąć, że zaraz sta­nie się coś złego. Nie miał jed­nak na to sił.

Wtem bły­snę­ło świa­tło, jeden z żoł­nie­rzy za­pa­lił lampę naf­to­wą. Ośle­pio­ny Wi­told za­mru­gał ocza­mi, gdy znów za­czął wi­dzieć, isto­ty już nie było. W ba­ra­ku za­czę­ło się za­mie­sza­nie, świa­tła re­flek­to­rów roz­po­czę­ły prze­cze­sy­wa­nie oko­li­cy. Usły­szał krzy­ki straż­ni­ków, trze­ba było szyb­ko ucie­kać! Roz­trzę­sio­ny prze­my­kał w kie­run­ku swo­ich, schwy­ta­nie nie wcho­dzi­ło w grę. Tym razem staw­ka był wyż­sza niż kilka dni aresz­tu.

Cięż­ko dy­sząc do­czoł­gał się do drew­nia­ne­go wy­chod­ka, od­su­nął po­lu­zo­wa­ne deski i wpełzł do środ­ka. Wresz­cie był bez­piecz­ny. Od­sap­nął chwi­lę i ru­szył do ba­ra­ku. Nikt już nie spał.

– Gdzie byłeś Witi? – Gun­ter zła­pał go za ramię. – My­śle­li­śmy że coś ci się stało!

– Kon­tem­plo­wa­łem szla­chet­ną siłę przy­ro­dy, za­sta­na­wia­łem się kim tak na­praw­dę je­ste­śmy i dokąd zmie­rza­my. Mó­wiąc w skró­cie, od­da­wa­łem się de­fe­ka­cji.

– Nie chcesz to nie mów. – Na pu­co­ło­wa­tej twa­rzy po­ja­wi­ła się uraza. – A ja tak się mar­twi­łem!

– Spo­koj­nie chło­pie, za­wo­łaj resz­tę i ga­da­my.

Chwi­lę póź­niej, w ustron­nej czę­ści ba­ra­ku, Wi­told opo­wie­dział swoim przy­ja­cio­łom prze­bieg ostat­nich wy­da­rzeń. Długo nie mogli uwie­rzyć.

– Gdyby kto inny mi to mówił, to na­zwał­bym go wa­ria­tem – stwier­dził Alojz, mocno za­ci­ska­jąc drżą­ce dło­nie.

– A ja czu­łem że tu dzia­ła­ją ja­kieś siły nie­czy­ste, po pro­stu czu­łem – la­men­to­wał Gun­ter. – Wszyst­kich nas tu za­mor­du­ją, Fran­ce prze­klę­te!

– Nie ma co mie­lić ozo­rem po próż­ni­cy. Co ro­bi­my, Witi? – rze­czo­wo spy­tał Heist. Ol­brzym wy­da­wał się w ogóle niepo­ru­szo­ny prze­ra­ża­ją­cy­mi wie­ścia­mi.

– A ty Heist, co? – krzyk­nął Gun­ter – Takie to zwy­czaj­ne dla cie­bie?! Na tej two­jej wio­sce, co dzień dia­bły wi­dła­mi prze­ga­nia­cie?!

– Za­wrzyj ten głupi dziób – spo­koj­nie od­parł ol­brzym – bo gówno wiesz. Przez ostat­ni rok wi­dzia­łem jak po­wie­trze spra­wia, że lu­dzie wy­rzy­gu­ją wła­sne płuca, do­słow­nie wła­sne płuca. Byłem w dziu­rze obok, gdy gra­nat moź­dzie­rzo­wy tra­fił w ku­zy­na, tak że zo­sta­ły tylko po­je­dyn­cze strzę­py skóry i nieco krwi. Bum i czło­wiek znik­nął. Nawet nie mie­li­śmy czego po­cho­wać. Le­ża­łem w szpi­ta­lu po­lo­wym, gdzie le­ka­rze ob­ci­na­li na żywca ręce i nogi, tym, któ­rzy mieli pecha i prze­ży­li. A oni krzy­cze­li, nie masz po­ję­cia jak krzy­cze­li. I to wszyst­ko zro­bi­li lu­dzie, zwy­kli lu­dzie. My­ślisz że teraz będę się bał ja­kie­goś dia­bła? To ludzi się boję, Gun­ter, ludzi ta­kich jak my.

Za­pa­dła cisza, była to naj­dłuż­sza wy­po­wiedź jaka kie­dy­kol­wiek padła z ust He­ista. Nie­do­uczo­ny sak­soń­ski wie­śniak w jakiś spo­sób spra­wił, że nie­zna­ne nie wy­da­wa­ło się już tak strasz­ne, mogli wresz­cie my­śleć i pla­no­wać.

 

De­ba­to­wa­li do rana, już spo­koj­nie, bez ner­wów. Plan który uzgod­ni­li był de­spe­rac­ki, miał mi­ni­mal­ną szan­se po­wo­dze­nia, a w przy­pad­ku naj­mniej­sze­go błędu koń­czył się ka­ta­stro­fą. Je­dy­ną na­gro­dą było prze­ży­cie. Wi­told po­czuł się nie­mal szczę­śli­wy, tak wy­glą­da­ła jego co­dzien­ność przez bli­sko trzy lata. Wszyst­ko miało się roz­strzy­gnąć na­stęp­nej nocy. Tak jak lubił.

 

Po­ran­ny apel trwał dłu­żej niż zwy­kle. Czuć było na­pię­cie, wy­da­wa­ło się, że nawet drob­na iskra może wy­wo­łać bunt. Po zwy­cza­jo­wym od­li­cza­niu każ­de­go od­dzia­łu z osob­na, z sze­re­gów dwu­na­ste­go ba­ra­ku nagle roz­legł się głos.

– Jak stan może się zga­dzać? Prze­cież nie wy­czy­ta­li­ście Adol­fa? Rano za­bra­li­ście ciało!

Wśród żoł­nie­rzy za­pa­no­wa­ło po­ru­sze­nie, za­czę­ły padać ko­lej­ne py­ta­nia, z po­cząt­ku ciche i nie­śmia­łe, ale z upły­wem czasu coraz pew­niej­sze i gło­śniej­sze. Ofi­ce­ro­wie funk­cyj­ni, z Gher­ke na czele, za­czę­li uspo­ka­jać coraz bar­dziej roz­ju­szo­ny tłum. Jak zwy­kle za­sto­so­wa­li starą pru­ską me­to­dę, czyli krzy­ki i wy­zwi­ska. O dziwo, nie przy­nio­sło to spo­dzie­wa­ne­go re­zul­ta­tu.

Nagle roz­legł się prze­raź­li­wy gwizd, to ad­iu­tant Ge­ne­ral­ma­jo­ra Mar­ku­sa von Lozte, wzy­wał fran­cu­ską pomoc. Sto­ją­ca nie­opo­dal grupa nie­miec­kich ofi­ce­rów szta­bo­wych z nie­sma­kiem spo­glą­da­ła na na­ra­sta­ją­cy chaos.

Fran­cu­zi za­re­ago­wa­li bły­ska­wicz­nie, dwu­dzie­stu straż­ni­ków od­gro­dzi­ło kor­pus ofi­cer­ski od resz­ty żoł­nie­rzy. W tłum wy­mie­rzo­no lufy ka­ra­bi­nów Le­be­la, po­ran­ne pro­mie­nie słoń­ca od­bi­ja­ły się na ostrych jak igła ba­gne­tach. Jed­no­cze­śnie padły strza­ły ostrze­gaw­cze z ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych umiesz­czo­nych na wie­życz­kach. Za­pa­dła cisza.

– Żoł­nie­rze nie za­cho­wu­ją się jak bydło! – do­no­śnym gło­sem za­czął prze­mo­wę Ge­ne­ral­ma­jor von Lotze. Prze­zor­nie jed­nak po­sta­no­wił mo­ty­wo­wać swo­ich ludzi zza ple­ców fran­cu­skiej stra­ży.

– Ina­czej nie są żoł­nie­rza­mi tylko… – tu za­ciął się na chwi­lę i za­my­ślił.

– By­dłem – usłuż­nie pod­po­wie­dział ad­iu­tant

– By­dłem! – po­wtó­rzył ge­ne­rał. – Ale bydłu nie wolno nosić nie­miec­kie­go mun­du­ru! Nie­miec­ki mun­dur jest za­re­zer­wo­wa­ny dla nie­miec­kich żoł­nie­rzy! Ale tutaj nie widzę nie­miec­kich żoł­nie­rzy! Widzę za to…

– Bydło! – za­wo­łał ra­do­śnie ad­iu­tant.

– Bydło! – wy­krzyk­nął z od­ra­zą ge­ne­rał. – Tyle że roz­kaz mi­ło­ści­wie nam pa­nu­ją­ce­go Ce­sa­rza, z dnia siód­me­go wrze­śnia, ty­siąc dzie­więć­set szes­na­ste­go roku, do­kład­nie de­fi­niu­je wzór, krój i kolor mun­du­ru dla każ­de­go ro­dza­ju nie­miec­kich sił zbroj­nych. I wie­cie dla ja­kich sił nie zo­stał prze­wi­dzia­ny żaden typ okry­cia wierzch­nie­go, a także bie­li­zny służ­bo­wej?!

– Dla bydła! – wy­krzyk­nął wnie­bo­wzię­ty ad­iu­tant.

– Je­zu­sie, ja zaraz nie wy­trzy­mam – szep­nął Alojz. – Jesz­cze chwi­la tego pie­prze­nia i sam się rzucę na ba­gne­ty.

– Spo­koj­nie Alojz, spo­koj­nie – mruk­nął Wi­told. – Pa­trząc na zasób słów tego przy­kła­du pru­skie­go chowu wsob­ne­go, czeka nas jesz­cze góra pięć minut tej mor­dę­gi.

Nie­mal trzy go­dzi­ny póź­niej, koń­cząc prze­mo­wę, Ge­ne­ral­ma­jor ro­zej­rzał się po placu. Fran­cu­scy straż­ni­cy opie­ra­li się o ka­ra­bi­ny z tru­dem utrzy­mu­jąc po­zy­cję pio­no­wą, z wie­ży­czek do­bie­ga­ło mia­ro­we chra­pa­nie załóg ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych, zaś nie­miec­cy żoł­nie­rze, znacz­nie le­piej przy­sto­so­wa­ni do pru­skiej szko­ły mo­ty­wa­cji, stali ni­czym po­są­gi, za to z wy­ra­zem cał­ko­wi­tej pust­ki w oczach.

– Moje dur­nię­ta, moje żoł­nie­rzy­ki – roz­tkli­wił się nagle Mar­kus von Lozte, z sa­tys­fak­cją pod­krę­ca­jąc su­mia­ste­go wąsa. – I to jest wresz­cie praw­dzi­we woj­sko. Mau­ry­cy, pro­wadź dalej apel, idę do sie­bie, muszę się chwil­kę zdrzem­nąć.

– A teraz, wy­stą­pi nasz gość ho­no­ro­wy! – wy­krzyk­nął ad­iu­tant. – Za­szczy­ci nas świa­to­wej sławy eks­pert nauk me­dycz­nych, dok­tor Fran­cis Le Bon. Na szczę­ście wi­zy­tu­je on, w swej ła­ska­wo­ści, obozy je­niec­kie. Z przy­jem­no­ścią pod­jął się trud­nej misji wy­ple­nie­nia za­bo­bo­nów z wa­szych pro­stych umy­słów.

Straż­ni­cy spraw­nie otwo­rzy­li wrota obozu, dało się sły­szeć dźwięk sil­ni­ka. Przez bramę wje­chał czar­ny ford, jeńcy pa­trzy­li z nie­ukry­wa­ną cie­ka­wo­ścią, tym bar­dziej że wielu żoł­nie­rzy nie miało jesz­cze oka­zji zo­ba­czyć ta­kie­go cuda.

Z sa­mo­cho­du wy­siadł szo­fer i otwo­rzył drzwi swemu pa­sa­że­ro­wi. Męż­czy­zna sprę­ży­stym kro­kiem ru­szył ku sze­re­gom żoł­nie­rzy. Wi­told przyj­rzał mu się uważ­nie. Dok­tor Le Bon do­bie­gał sześć­dzie­siąt­ki, jed­nak wy­pro­sto­wa­na syl­wet­ka, by­stre spoj­rze­nie i ele­ganc­ki wy­gląd świad­czy­ły że dbał o sie­bie bar­dziej niż jego ró­wie­śni­cy. Nie­re­gu­la­mi­no­wy ka­pe­lusz przy­kry­wał gęste, choć siwe włosy, błysz­czą­cy, po­kaź­ny wąs mie­nił się smo­li­stą czer­nią. Na czy­stym mun­du­rze, świad­czą­cym o stop­niu ma­jo­ra, za­uwa­żyć się dało kilka błysz­czą­cych me­da­li, przy pasie wi­siał cięż­ki re­wol­wer.

– Żoł­nie­rze! – dok­tor ode­zwał się po nie­miec­ku, jed­nak ze śpiew­nym, obcym ak­cen­tem. – Od kilku mie­się­cy badam przy­pad­ki no­we­go ga­tun­ku grypy. Jest ona za­raź­li­wa, oraz bywa śmier­tel­na. Na dniach skie­ru­ję do was leki, które za­po­bie­gną za­ra­zie. Na razie uni­kaj­cie bli­skich kon­tak­tów, więk­szych zgro­ma­dzeń, do­brze się od­ży­wiaj­cie i dużo pij­cie. Prze­strze­gaj­cie zasad, słu­chaj­cie się ofi­ce­rów i wszyst­ko bę­dzie do­brze.

– Ko­niec apelu! Od­ma­sze­ro­wać! – roz­darł się ad­iu­tant. – Z po­wo­du dłuż­sze­go apelu ogła­szam że pora po­sił­ku już mi­nę­ła.

 

Wi­told, wraz z przy­ja­ciół­mi, przy­sie­dli przy jed­nym ze sto­łów.

– Nie bę­dzie śnia­dan­ka? – za­kwi­lił Gun­ter. – Prze­cież dok­tór po­wie­dział, że mamy dużo jeść.

– Ty je­ło­pie, za­miast mózgu masz żo­łą­dek! Prze­cież to wszyst­ko jest gru­by­mi nićmi szyte! – ze­zło­ścił się Wi­told. – Trzy­ma­my się planu. Naj­pierw wcią­gam w kon­spi­ra­cję resz­tę pią­te­go sztur­mo­we­go, potem pró­bu­ję coś wy­wę­szyć. Wy ro­bi­cie swoje.

 

Pierw­szy etap wy­da­wał się naj­ła­twiej­szy. Mimo wszyst­ko Wi­told mu­siał bar­dzo długo prze­ko­ny­wać Abra­ha­ma, jed­no­oki Żyd nie chciał uwie­rzyć w dia­bel­ski spi­sek. W końcu, mimo wielu wąt­pli­wo­ści, zde­cy­do­wał się udzie­lić po­mo­cy. Dal­sza część była bar­dziej ry­zy­kow­na, jed­nak mu­siał wie­dzieć wię­cej.

– Ser­ge­ant Wi­told Ko­wal­ski, Piąta Armia, Piąty Ba­ta­lion Sztur­mo­wy! – Gerhe po­now­nie od­da­wał się ry­tu­ało­wi po­ran­ne­go go­le­nia. – Pro­szę o moż­li­wość zło­że­nia zgło­sze­nia!

– Czego chce­cie, Ko­wal­ski? – zmę­czo­nym gło­sem od­parł ofi­cer. – Mało wam za­mie­sza­nia? My już mamy swoją listę, wi­chrzy­cie­li i bun­tow­ni­ków. Oj, nie bę­dzie wam we­so­ło po po­wro­cie do armii, nie bę­dzie.

– Mel­du­ję po­dej­rze­nie za­kaź­nej cho­ro­by!

– Kto tam znowu za­cho­ro­wał? Prze­cież dok­tor już wy­ja­śnił, że macie cze­kać. Mówić do was, Po­la­ków, to jak do ścia­ny. Z nikim nie ma ta­kich pro­ble­mów jak z wami, co drugi to mą­drzej­szy.

– Mel­du­ję, że to ja je­stem chory! I boję się za­ra­zić cały barak!

– Fak­tycz­nie, mówią że głu­po­ta jest za­raź­li­wa. – Gerke przy­glą­dał się po­dejrz­li­wie żoł­nie­rzo­wi. – Jed­nak na ciele wy­glą­da­cie cał­kiem zdro­wo.

– Mel­du­ję że mam roz­le­głą wy­syp­kę na całym brzu­chu, jesz­cze wczo­raj wie­czo­rem nic mi nie do­le­ga­ło. Mogę po­ka­zać. – Wi­told za­czął roz­pi­nać bluzę mun­du­ro­wą. – Swę­dzi i są tam takie żółte za­ro­pia­łe guzki…

– Won do le­ka­rza! – ryk­nął Obe­rleut­nant. – Ja was znam, Ko­wal­ski, chce­cie za­ra­zić cały kor­pus ofi­cer­ski! Je­ste­ście gorsi od wroga! Po­win­no się was po­sta­wić przed sądem po­lo­wym i roz­strze­lać!

Choć raz wrza­ski sta­re­go ofi­ce­ra na coś się przy­da­ły. Fran­cu­scy straż­ni­cy, sły­sząc całą awan­tu­rę, w try­bie pil­nym przy­ję­li zgło­sze­nie cho­ro­bo­we. Nie upły­nę­ło nawet pół go­dzi­ny, gdy pod eskor­tą dwóch żoł­nie­rzy zo­stał wy­pro­wa­dzo­ny za bramę.

 

Pro­wi­zo­rycz­ny szpi­tal znaj­do­wał się w przy­le­ga­ją­cym do obozu je­niec­kie­go sta­rym ma­ga­zy­nie. Wła­ści­cie­la ogrom­ne­go tar­ta­ku wy­sie­dlo­no, po czym bu­dyn­ki go­spo­dar­cze prze­ro­bio­no na ko­sza­ry. Z wiel­kiej, dwu­pię­tro­wej re­zy­den­cji daw­ne­go wła­ści­cie­la uczy­nio­no kwa­te­ry dla ofi­ce­rów i do­wódz­twa obozu. Fran­cu­ska kadra nie ża­ło­wa­ła sobie luk­su­sów, aku­rat wy­ła­do­wy­wa­no za­opa­trze­nie do ofi­cer­skiej kan­ty­ny. Po­moc­ni­cy kwa­ter­mi­strza w pocie czoła no­si­li skrzyn­ki z wa­rzy­wa­mi i owo­ca­mi, o ja­kich jeńcy mogli tylko po­ma­rzyć. W klat­kach kwi­cza­ły świ­nie, be­cza­ły koź­lę­ta i gda­kał drób. Świe­że pie­czy­wo pach­nia­ło tak nie­ziem­sko, że można było zabić nawet za jeden kęs. Wi­told z oszo­ło­mie­niem pa­trzył na cię­ża­rów­ki, z któ­rych, jak z mi­tycz­ne­go rogu ob­fi­to­ści, sy­pa­ło się tyle dobra.

– Ty cze­kać – ku­la­wą niem­czy­zną ode­zwał się straż­nik, gdy sta­nę­li u drzwi szpi­ta­la. – Dok­tor we­zwie.

Dwa­dzie­ścia minut póź­niej zo­stał wpro­wa­dzo­ny do środ­ka. Sala była nie­wiel­ka, zaj­mo­wa­ła może piątą część bu­dyn­ku. Znaj­do­wa­ło się tam dwa­dzie­ścia łóżek, w więk­szo­ści za­ję­tych przez cięż­ko cho­rych jeń­ców. Ostry za­pach środ­ków czysz­czą­cych z tru­dem ma­sko­wał woń krwi, gni­ją­ce­go ciała i fe­ka­liów. Wśród cho­rych do­mi­no­wa­ło cier­pie­nie i brak ja­kiej­kol­wiek na­dziei, przy­po­mi­na­li ra­czej żywe trupy, po­go­dzo­ne z par­szy­wym losem. Więk­szość była ofia­ra­mi gazów bo­jo­wych, Wi­told z przy­gnę­bie­niem spo­glą­dał na ciała opa­rzo­ne do mięsa, z ban­da­ża­mi kry­ją­cy­mi wy­pa­lo­ne oczo­do­ły. Znów sły­szał char­kot do­bie­ga­ją­cy ze znisz­czo­nych płuc, roz­pacz­li­wie pró­bu­ją­cych za­czerp­nąć choć łyk po­wie­trza. Po­zo­sta­łych to­czy­ła już gan­gre­na, zna­jo­my smród roz­po­znał­by wszę­dzie.

Na szczę­ście szli dalej, w głąb bu­dyn­ku. W ko­lej­nej sali znaj­do­wa­ły się stoły chi­rur­gicz­ne, obec­nie puste, w na­stęp­nej coś na kształt po­cze­kal­ni ga­bi­ne­tu le­kar­skie­go. W nie­wiel­kim po­ko­ju stał sze­reg ta­bo­re­tów, trzy z nich były już za­ję­te przez po­ka­słu­ją­cych gruź­licz­nie jeń­ców. Przed drzwia­mi z na­pi­sem “Ca­bi­net médical” usta­wio­ne było nie­wiel­kie biur­ko, sie­dział tam sa­ni­ta­riusz w stop­niu sier­żan­ta. Wiel­kie chło­pi­sko, z wło­sa­mi ko­lo­ru siana, nie bar­dzo pa­so­wa­ło do ob­ra­zu ste­reo­ty­po­we­go fran­cu­skie­go żoł­nie­rza. Ol­brzym ze znu­dzo­ną miną spoj­rzał na ko­lej­ne­go cho­re­go, wska­zał na krze­sło, po czym wró­cił do lek­tu­ry. Wi­told zer­k­nął na tytuł książ­ki i za­mru­gał ze zdu­mie­nia– był to “Potop”, Sien­kie­wi­cza!

– I jak wra­że­nia, ko­le­go? – za­py­tał po pol­sku. – To ulu­bio­na po­wieść mojej ma­tu­li.

– O do dia­ska! – Zdu­mio­ny sa­ni­ta­riusz odło­żył książ­kę. – Rodak? Tutaj? W tym obo­zie nawet was nie szu­ka­li­śmy. A na pewno nie tym prze­klę­tym piątym sztur­mo­wym!

– Róż­nie się losy ukła­da­ją, ko­le­go. Je­stem Wi­told Ko­wal­ski.

– Fra­nek Iwic­ki, z Po­zna­nia, a ty skąd bra­cie?

– Bre­slau, ro­dzi­na po po­wsta­niu stycz­nio­wym z War­sza­wy ucie­kła, ru­skie na­gro­dy za głowy da­wa­ły.

– Masz szczę­ście, Witek, nie­wia­ry­god­ne szczę­ście. Za­pi­szę cię w re­je­strach, po róż­nych obo­zach szu­ka­my na­szych. Fran­cu­zi mają cie­ka­wą pro­po­zy­cję, ale to nie na teraz i nie ode mnie. Co mogę dla cie­bie zro­bić, wpu­ścić cię przed tą szwab­ską ho­ło­tą?

– Nie, nie. Je­stem tu przez przy­pa­dek. Coś tam sobie nasz ba­ra­ko­wy cio­łek uroił.

– Dobra, dobra, znam ja takie przy­pad­ki. – Fra­nek za­śmiał się ru­basz­nie. – wiem jak tam was kar­mią. Ale tu nie le­piej. Cze­kaj chwi­lę, znaj­dę za­stęp­stwo, usią­dzie­my, zjemy, po­ga­da­my. Kto ma ci pomóc na ob­czyź­nie, jak nie drugi Polak.

Nie­co póź­niej, w po­ko­ju sa­ni­ta­riu­szy, Fra­nek roz­wi­nął wa­łów­kę: świe­że pajdy chle­ba, so­lid­ną por­cję mięsa, kawał sera, jabł­ka i małą bu­te­lecz­kę wina. Wi­told wpa­try­wał się w je­dze­nie jak w świę­ty ob­ra­zek, ślina ze­bra­ła mu się w ustach i na mo­ment za­po­mniał o spra­wie z którą tutaj przy­szedł. Jak to wszyst­ko pach­nia­ło!

– Jedz, jedz, nie­bo­żę. – Uśmiech­nął się sa­ni­ta­riusz. – Prze­cież wy tam bru­kwią i wo­dą kar­mie­ni, jedz Wituś.

Chyba nigdy nie jadł tak łap­czy­wie, po­si­łek który kie­dyś wy­star­czył­by mu na cały dzień znik­nął ni­czym pod­czas ma­gicz­nej sztucz­ki. Wino sma­ko­wa­ło wy­bor­nie.

– Fra­nek, tak na­praw­dę to je­stem tu na prze­szpie­gi. – Po­sta­no­wił wy­znać całą praw­dę, in­tu­icja pod­po­wia­da­ła mu, że to naj­lep­sza droga– W obo­zie giną lu­dzie, mło­dzi, zdro­wi. Sam wi­dzia­łem coś w nocy, to nie było nor­mal­ne. Boimy się.

– Je­stem tu tylko na parę dni, w za­stęp­stwie miej­sco­we­go, który bie­rze ślub. Nic mi nie mówią. – Za­sę­pił się sa­ni­ta­riusz. – Ale wiem, że coś jest na rze­czy. Nie wolno mi wcho­dzić do spo­rej czę­ści szpi­ta­la, ponoć jest tam izo­lat­ka dla cho­rych na cięż­ką grypę. Tylko że sam sły­sza­łem tam ja­kieś dziec­ko. Co mia­ło­by tam robić?

– Nie ga­da­łeś z in­ny­mi?

– Oni wszy­scy są jacyś prze­stra­sze­ni, nikt nie chce o tym roz­ma­wiać. Ja je­stem dla nich obcy, Wituś. Usły­sza­łem tylko, że z utę­sk­nie­niem cze­ka­ją, aż Le Bon stąd wy­je­dzie, bar­dzo się go boją. A ko­men­dant obozu mu­siał otrzy­mać roz­ka­zy z samej góry, skoro płasz­czy się przed nim, jak przed kil­ku­gwiazd­ko­wym ge­ne­ra­łem. Choć widać gołym okiem, że naj­chęt­niej by się go po­zbył. To wszyst­ko strasz­nie śmier­dzi.

– Może fak­tycz­nie izo­lu­ją jakichś cho­rych?

– Wąt­pię, je­stem tu dwa dni i nie wi­dzia­łem żeby za­no­si­li co­kol­wiek do je­dze­nia, czy picia. Nie wy­no­si­li żad­nych śmie­ci, nie wy­le­wa­li noc­ni­ków. Szpi­ta­le tak nie dzia­ła­ją, Wituś. Nawet przy umie­ra­ją­cych są ja­kieś od­pad­ki.

– A to dziec­ko? Czy to dziw­ne?

– Zbyt dziw­ne na mój chłop­ski rozum. – Fra­nek wy­glą­dał na prze­stra­szo­ne­go. – Nie zro­zum mnie źle, ale brzmia­ło prze­ra­ża­ją­co. To nie był fran­cu­ski, nie­miec­ki, czy pol­ski. Brzmia­ło zu­peł­nie ina­czej, tro­chę jak w sta­rym ko­ście­le, albo u mą­drych dok­to­rów.

– Ła­ci­na, dziec­ko mó­wi­ło po ła­ci­nie?

– Może, ja nie uczo­ny. Le­d­wie sześć klas skoń­czy­łem. Tyle że Bóg dał ta­lent do me­dy­cy­ny, to mnie sa­ni­ta­riu­szem zro­bi­li. Ale po­wiem ci jesz­cze jedno. Ci asy­sten­ci są też dziw­ni.

– W jakim sen­sie?

– Nie ga­da­ją z nami, widać że uwa­ża­ją się za lep­szych. Pa­ni­ska! Ale ja nie o tym. Wy­obraź sobie, Wituś, że wczo­raj wi­dzia­łem jak za­kła­da­li mun­du­ry straż­ni­ków i wcho­dzi­li do obozu. Niby tam zwy­kły pa­trol. Cze­goś szu­ka­ły, cho­le­ry. Rano mia­łem listę pię­ciu ludzi na ba­da­nie krwi. Same zdro­we chło­pa­ki. A ba­da­nie robił oso­bi­ście Le Bon! A z go­dzin­kę temu asy­sten­ci znowu znik­nę­li, pew­nie szla­ja­ją się po obo­zie.

– Mógł­bym zer­k­nąć kto był ostat­nio ba­da­ny? – Wi­told dopił reszt­kę wina, nie czuł już smaku. – Bar­dzo byś mi po­mógł, Fra­nek.

– Ach, raz kozie śmierć, chodź za mną, tylko szyb­ko.

Wi­told zer­k­nął na re­jestr przy­jęć, po­śród ponad trzy­dzie­stu cho­rych, przy­ję­tych w ciągu ostat­nich dni, znaj­do­wa­ła się dwu­dziest­ka ludzi z ad­no­ta­cją “pro­fi­lak­tycz­ne ba­da­nie krwi”. Ze ści­śnię­tym gar­dłem od­czy­tał zna­jo­me na­zwi­ska: trzy dni temu: Jo­achim Winc­kler, znał go jako “Mło­de­go”, dwa dni temu: Franc Mul­ler, wczo­raj: Adolf Bur­sche, dzi­siaj ko­lej­na, nie­zna­na mu bli­żej piąt­ka żoł­nie­rzy. To nie mógł być przy­pa­dek.

– Fra­nek, przy­ja­cie­lu, tu się dzie­je coś złego. Ucie­kaj stąd jak tylko bę­dziesz mógł – po­wie­dział.

– A co z tobą, Wituś? – W oczach sa­ni­ta­riu­sza czaił się smu­tek. – Może cię przyj­mę na od­dział jako ob­łoż­nie cho­re­go? To bę­dziesz bez­piecz­niej­szy.

– Tam są moi przy­ja­cie­le. Nie mogę ich zo­sta­wić na pa­stwę tego cze­goś.

– Ale to prze­cież Niem­cy, Pru­sa­cy. Ile oni nas lat gnę­bi­li Wituś, ile to lat.

– Fra­nek, to są moi bra­cia krwi. Wal­czy­li­śmy razem, to wiąże jak mał­żeń­stwo. To nie są te hieny na górze, bez­tro­sko gra­ją­ce na­szy­mi ko­ść­mi w sza­chy. To zwy­kli lu­dzie, jak my. Marzą o mał­żeń­stwie, domu z ogród­kiem i do­brej pracy. O dzie­ciach, wie­czo­rach przy piwie i spo­koj­nej, do­stat­niej sta­ro­ści. Też nie chcą ginąć, jak ty i ja. Po pro­stu nie mogę ich zo­sta­wić.

– My Po­la­cy, wiecz­nie głupi. Za­wsze go­to­wi umie­rać za grze­chy ca­łe­go świa­ta. Tylko żyć dla sie­bie nie umie­my – wes­tchnął ol­brzym. – Wy­pi­szę ci kwit że nie masz za­raź­li­wej cho­ro­by, tylko masz od­po­czy­wać i dużo jeść. Tyle mogę zro­bić.

– Po­mo­głeś mi bar­dziej niż my­ślisz, przy­ja­cie­lu. Do ry­chłe­go zo­ba­cze­nia

– Z Bo­giem Wituś, niech czuwa nad tobą. Prze­ka­żę komu trze­ba że tu je­steś. Nie za­po­mni­my o tobie.

 

Wi­told zo­stał od­pro­wa­dzo­ny do bramy. Po sta­ran­nym prze­szu­ka­niu wpusz­czo­no go do obozu. Nie za­sta­na­wia­jąc się długo ru­szył na po­szu­ki­wa­nie sa­ni­ta­riu­szy. Wbrew po­zo­rom nie było to pro­ste. Na te­re­nie obozu znaj­do­wa­ło się czter­dzie­ści ba­ra­ków, mo­gą­cych po­mie­ścić w nor­mal­nych wa­run­kach około stu osób. Jed­nak obec­nie w każ­dym prze­by­wa­ło ponad dwu­stu żoł­nie­rzy. Ścisk był po­twor­ny, ra­dzo­no sobie z nim na różne spo­so­by. Na ten przy­kład, w ba­ra­ku numer dwa­dzie­ścia jeden, za­miesz­ki­wa­nym głów­nie przez służ­by ty­ło­we, pa­no­wa­ła za­sa­da ro­ta­cji. Latem zmie­nia­no się co­dzien­nie na naj­lep­szych pry­czach umiej­sco­wio­nych pod ma­ły­mi okna­mi, w zimie na naj­cie­plej­szych znaj­du­ją­cych się we­wnątrz bu­dyn­ku. Jed­nak był wy­ją­tek, naj­bar­dziej ob­rot­ni, za­ła­twia­ją­cy dla swo­jej spo­łecz­no­ści do­dat­ko­we racje je­dze­nia, opału, czy też leków, mogli li­czyć na do­dat­ko­we dniów­ki na po­żą­da­nych przez wszyst­kich miej­scach. W ba­ra­ku numer trzy pa­no­wał pru­ski rygor, wszyst­ko za­le­ża­ło od hu­mo­ru do­wo­dzą­ce­go w nim ofi­ce­ra. A ten ko­chał starą szko­łę tre­su­ry żoł­nie­rzy za po­mo­cą krzy­ków i razów szpi­cru­tą. W trzy­dzie­st­ce czwór­ce, gdzie prze­by­wa­li wszy­scy or­dy­nan­si, oso­bi­ści ku­cha­rze i cała asy­sta kadry ofi­cer­skiej, ist­nia­ła ści­sła hie­rar­chia zwią­za­na z rangą ob­słu­gi­wa­nych szarż. U Wi­tol­da po­dzie­lo­no ludzi we­dług ro­dza­ju jed­nost­ki, stażu i za­sług wo­jen­nych. Sam Gher­ke nie uwa­żał żeby honor ofi­ce­ra po­zwa­lał na zaj­mo­wa­nie się po­spo­li­ty­mi kwe­stia­mi, więc wszyst­kim za­rzą­dza­li sier­żan­ci. Nie mógł tra­fić le­piej.

Po­nad­to w każ­dym z ba­ra­ków ina­czej roz­wią­zy­wa­no kwe­stię czysz­cze­nia nie­wiel­kich ła­zie­nek i to­a­let przy­le­ga­ją­cych do każ­de­go bu­dyn­ku, zi­mo­wych dy­żu­rów przy pie­cy­kach i opie­ką nad cho­ry­mi. Ina­czej też wy­zna­cza­no ze­spo­ły do pracy przy obiek­tach wspól­nych, placu ape­lo­wym, aresz­cie, łaźni z prysz­ni­ca­mi oraz co naj­waż­niej­sze, kuch­ni. Co jakiś czas trze­ba też było za­dbać o bu­dyn­ki na­le­żą­ce do ofi­ce­rów: osob­nej łaźni, kuch­ni i ba­ra­ku, na­zy­wa­ne­go skry­cie przez po­zo­sta­łych jeń­ców, Nu­me­rem Zero.

Wi­told krą­żył szu­ka­jąc swych celów. Wokół jeńcy pra­co­wa­li przy swo­ich za­da­niach, grali w karty, upra­wia­li spor­ty, czy­ta­li, uczy­li się w po­lo­wych szkół­kach. Nie­któ­rzy, jak barak numer trzy, spę­dza­li więk­szość czasu ćwi­cząc musz­trę. Po­śród tak wielu ludzi, z któ­rych każdy wy­ko­rzy­sty­wał pro­mie­nie je­sien­ne­go słoń­ca, krą­ży­ły fran­cu­skie pa­tro­le. Żoł­nie­rze wy­po­sa­że­ni byli tylko w pałki, na wy­pa­dek buntu jeń­ców. Zna­leźć po­dej­rza­nych asy­sten­tów wcale nie było tak łatwo, ale po go­dzi­nie krą­że­nia był nie­mal pe­wien, że w czę­ści dla zwy­kłych żoł­nie­rzy ich nie ma.

Ru­szył do stre­fy dla ofi­ce­rów. Ci trzy­ma­li się za­wsze swo­je­go to­wa­rzy­stwa, nie upra­wia­li już nawet wspól­nych spor­tów z resz­tą jeń­ców, przy­naj­mniej od czasu pa­mięt­ne­go in­cy­den­tu. Otóż pół roku temu, major von Schul­ce, dy­wi­zyj­ny mistrz boksu, po­sta­no­wił po­ka­zać niż­szym szar­żom tech­ni­kę i siłę ofi­cer­skiej pię­ści. Zgło­sił się tylko jeden prze­ciw­nik, se­ar­gant Abra­ham Roch­szyl, spę­dza­ją­cy swój pierw­szy dzień w obo­zie. Od­waż­ny żoł­nierz przy­znał jed­nak, że z bok­sem nie ma za dużo wspól­ne­go. W swej ła­ska­wo­ści major po­zwo­lił mu wal­czyć tak jak naj­le­piej po­tra­fi. Abra­ham, we­te­ran walk oko­po­wych ze słyn­ne­go piątego sztur­mo­we­go, od­zna­czo­ny krzy­żem że­la­znym, znał tylko jedną sztu­kę walki– sku­tecz­ną. Zer­k­nął na sto­ją­ce­go w po­sta­wie god­nej me­da­lu olim­pij­skie­go ofi­ce­ra, po czym z całej siły kop­nął go w kro­cze. Na­stęp­nie sko­czył na zwi­ja­ją­ce­go się z bólu prze­ciw­ni­ka i ko­lej­ny­mi cio­sa­mi po­ła­mał nos oraz wybił przed­nią je­dyn­kę. Ko­lej­ne trzy­dzie­ści dni spę­dził w “kozie”, na gło­do­wych ra­cjach chle­ba i wody. O dziwo, po od­by­ciu kary wy­szedł znacz­nie pulch­niej­szy niż wcho­dził.

 

Ofi­cjal­nie, nie było żad­nych prze­szkód żeby po­roz­ma­wiać z kimś z góry, wy­star­czy­ło po­szu­kać swo­je­go ba­ra­ko­we­go, który na­stęp­nie kie­ro­wał do od­po­wied­nie­go ad­iu­tan­ta, a ten, w końcu do wła­ści­we­go ofi­ce­ra szta­bo­we­go. W ciągu naj­wy­żej dwóch dni au­dien­cja po­win­na być udzie­lo­na. Tak mówił obo­zo­wy re­gu­la­min. Jed­nak Wi­told nie sły­szał o żad­nym żoł­nie­rzu któ­re­mu udała się ta sztu­ka. Niby prze­by­wa­li w jed­nym obo­zie, jed­nak dzie­li­ła ich nie­wi­dzial­na linia. Je­dy­nym miej­scem gdzie mógł le­gal­nie prze­by­wać w to­wa­rzy­stwie szarż była kan­ty­na po­łą­czo­na ze skle­pi­kiem. Nie­pi­sa­nym pra­wem był jed­nak ab­so­lut­ny zakaz roz­ma­wia­nia z ofi­ce­ra­mi, a nawet pa­trze­nia w ich kie­run­ku. Za jego zła­ma­nie za­ka­zy­wa­no za­ku­pów zwy­kłym żoł­nie­rzom nawet na mie­siąc. A jeńcy mieli wiele spo­so­bów na uprzy­krze­nie życia temu, który po­zba­wił ich nie­licz­nych przy­wi­le­jów.

Wi­told prze­li­czył po­sia­da­ne not­gel­dy, trzy­mał je, jak więk­szość, na świę­ta, chcąc w ten ważny dzień spo­żyć coś in­ne­go niż obrzy­dli­we obo­zo­we racje. Not­gel­dy były do­sko­na­łym po­my­słem na trzy­ma­nie jeń­ców w ry­zach. Można było je otrzy­mać wy­ko­nu­jąc pewne prace dla Fran­cu­zów, za­zwy­czaj te któ­rych sami się brzy­dzi­li. Po­nad­to każda marka, wy­sy­ła­na przez ro­dzi­ny dla swych naj­bliż­szych, była prze­li­cza­na jeden do jed­ne­go. Marki zo­sta­wa­ły w kie­sze­ni ko­men­dan­ta, a w za­mian jeńcy otrzy­my­wa­li mie­dzia­ne krąż­ki z od­po­wied­nim no­mi­na­łem i nazwą obozu. Uciecz­ka z ta­ki­mi bez­war­to­ścio­wy­mi blasz­ka­mi była znacz­nie trud­niej­sza, jeśli nie nie­moż­li­wa.

W kan­ty­nie, jak za­zwy­czaj, prze­sia­dy­wa­li ofi­ce­ro­wie. Część z nich wy­wo­dzi­ła się ze sta­rej szlach­ty, inni z bo­ga­te­go miesz­czań­stwa, nic dziw­ne­go że nigdy nie bra­ko­wa­ło im go­tów­ki. Aby do­stać się do obo­zo­we­go skle­pi­ku na­le­ża­ło przejść przez część za­re­zer­wo­wa­ną dla szarż, wpraw­dzie kadra wie­lo­krot­nie się ża­li­ła fran­cu­skim wła­dzom na ko­niecz­ność zno­sze­nia wi­do­ku zwy­kłych żoł­nie­rzy w za­re­zer­wo­wa­nym dla nich miej­scu, jed­nak ko­men­dant po­zo­sta­wał głu­chy na to wo­ła­nie.

Wi­told wszedł ze spusz­czo­ną głową, ofi­ce­ro­wie nie lu­bi­li gdy obcy pa­trzy­li na ich roz­ryw­ki. Ukrad­kiem spo­glą­dał jed­nak czy nie zo­ba­czy po­szu­ki­wa­nych osób. W kantynie stało dzie­sięć du­żych sto­łów, kilka mniej­szych, bi­blio­tecz­ka, stół do bi­lar­da i for­te­pia­n. Wszę­dzie sie­dzie­li ofi­ce­ro­wie, grano w karty, bi­lard, czy­ta­no, kłó­co­no się za­wzię­cie i pito. Przede wszyst­kim pito. Za­zwy­czaj do­stęp­ne było tylko wino, je­dy­ny al­ko­hol w skle­pie, jed­nak przy od­le­głym sto­li­ku, zaj­mo­wa­nym przez naj­wyż­szych stop­niem, stały bu­tel­ki nie­miec­kie­go piwa. Tam wła­śnie Wi­told do­strzegł dwóch po­dej­rza­nych straż­ni­ków. Sie­dzie­li wraz z ge­ne­ra­łem, przy ra­ry­ta­sach spro­wa­dzo­nych z oj­czy­zny i ba­wi­li się ni­czym naj­lep­si przy­ja­cie­le. Ge­ne­rał z go­lon­ką w jed­nym ręku, a bu­tel­ką piwa w dru­gim, czule obej­mo­wał Fran­cu­za. Drugi wyj­mo­wał ko­lej­ne spe­cja­ły z du­że­go, z całą pew­no­ścią nie­re­gu­la­mi­no­we­go ple­ca­ka. Nie­ste­ty, nie zo­ba­czył nic wię­cej, mu­siał wejść do skle­pu.

 

Wła­ści­ciel­ka obiek­tu nawet za młodu nie grze­szy­ła urodą, obec­nie, po prze­kro­cze­niu sześć­dzie­się­ciu wio­sen, można było stwier­dzić że rów­nież czas nie był dla niej ła­ska­wy. Wy­chu­dzo­na syl­wet­ka odzia­na w bez­kształt­ną, czar­ną suk­nię, ostre rysy twa­rzy i wy­łu­pia­ste oczy spra­wia­ły, że nawet w po­zba­wio­nym obec­no­ści ko­biet obo­zie nikt nie roz­wa­żał na serio moż­li­wo­ści uda­nia się w za­lo­ty. Do tego ma­de­mo­isel­le So­phie była nie­zmier­nie re­li­gij­na. W skle­pie wi­sia­ły krzy­że, ob­ra­zy ze świę­ty­mi, w sprze­da­ży były licz­ne de­wo­cjo­na­lia. Na jej nie­szczę­ście głów­nym to­wa­rem jaki in­te­re­so­wał klien­tów było wino i tłu­ste je­dze­nie. Wiel­ka re­li­gij­ność nie prze­szka­dza­ła jed­nak suto za­ra­biać na przy­ziem­nych przy­jem­no­ściach.

– Bon­jo­ur, ma­dame So­phie. – Znie­na­wi­dzo­ne lek­cje fran­cu­skie­go obec­nie bar­dzo się przy­da­wa­ły. – Czy mógł­bym przyj­rzeć się temu krzy­ży­ko­wi? O wła­śnie temu, na srebr­nym łań­cusz­ku.

Wi­told uważ­nie obej­rzał de­wo­cjo­na­lia.

– Tro­chę za­ku­rzo­ny, ale pięk­ny. Szu­kam cze­goś co jesz­cze moc­niej wznie­sie moje myśli ku na­sze­mu Panu. A wokół tyle grze­chu. – Zna­czą­co spoj­rzał na roz­ba­wio­ne to­wa­rzy­stwo.

– To praw­da, mon­sieur…?

– Ko­wal­ski, ze sta­rej, pol­skiej, ka­to­lic­kiej ro­dzi­ny, sza­now­na pani.

– Mon­sieur Ko­wal­ski, widać że pan jest inny od tych pro­te­stanc­kich zwie­rząt. – Su­ro­we spoj­rze­nie So­phie nieco zła­god­nia­ło. – Ale ci co na ziemi się Boga nie lę­ka­ją, po­zna­ją jesz­cze jego spra­wie­dli­wy gniew.

– Smut­ne tylko że fran­cu­scy żoł­nie­rze, w praw­dzi­wej wie­rze wy­cho­wa­ni, tak sobie fol­gu­ją ze swymi wro­ga­mi. Do­praw­dy, smut­ne.

– Co z nich za straż­ni­cy? – skle­pi­kar­ka prych­nę­ła drwią­co. – To prze­bie­rań­cy jacyś. Z tym dok­to­rem przy­je­cha­li, a po nim widać że to bez­boż­nik. Był tu raz kupić mąkę ziem­nia­cza­ną, wściekł się że nie mia­łam i za­czął mi ubli­żać. Potem spoj­rzał na moje świę­te ob­ra­zy i za­czął szy­dzić. Strasz­nie wy­kli­nał, mówił że ciem­no­ta po­win­na była zgi­nąć pod gi­lo­ty­ną re­wo­lu­cji, że to wszyst­ko gusła i on to udo­wod­ni.

– Po co mu mąka ziem­nia­cza­na?

– A kto go tam wie, może lubi wy­kroch­ma­lo­ne rze­czy. Po­sła­łam go do pie­lę­gnia­rzy w szpi­ta­lu, oni za­zwy­czaj od­da­ją rze­czy do pra­czek z wio­ski, więc tam pew­nie kupił.

– A ci od dok­to­ra, co się tak kręcą?

– Ja tam nie wiem, mon­sieur Ko­wal­ski, coś tam sły­sza­łam, ale ja plo­tek nie lubię. Nasz Petre mówi, że Naj­święt­sza Pa­nien­ka pła­cze krwa­wy­mi łzami jak lu­dzie zaj­mu­ją się ży­ciem in­nych, a nie swoim.

– Ależ ma­dame So­phie, prze­cież my nie plot­ku­je­my. Po pro­stu, jedno dzie­cię boże roz­ma­wia z dru­gim, o tym jak lu­dzie pełni pychy wpa­da­ją w szpo­ny sza­ta­na. Sam Petre by temu przy­kla­snął.

– Och no do­brze, ty zło­to­usty chłop­cze. – Ko­bie­ta za­chi­cho­ta­ła i na­chy­li­ła się ku uchu Wi­tol­da. – Ci dwaj wy­py­ty­wa­li mego ku­zy­na, Ba­stie­na, on też jest straż­ni­kiem w tym obo­zie. Strasz­ną ma żonę, bie­da­czy­sko. Po­tom­stwa się nie mogą do­cze­kać, już sześć lat pró­bu­ją, ale po mo­je­mu…

– A o co py­ta­li Ba­stie­na? – Wi­told prze­rwał nie­wąt­pli­wie fa­scy­nu­ją­cą hi­sto­rię.

– Gdzie jest jakiś je­niec, w któ­rym ba­ra­ku, a nawet na któ­rej pry­czy. Ba­stien po­szedł za nimi i wi­dział prze­dziw­ne rze­czy. Mia­no­wi­cie, ci dwaj we­szli do ba­ra­ku, z torby wy­cią­gnę­li taką dużą strzy­kaw­kę, jak do koni, wie pan. Potem coś tam ro­bi­li przy pry­czy. A teraz naj­lep­sze, nie uwie­rzy pan. Rano ten bie­da­czek, z tego łóżka, już nie żył. Na moją głowę to wszyst­ko to spraw­ka tego wy­znaw­cy sza­ta­na, dok­to­ra.

– A co robią tutaj?

– Sypią pie­niędz­mi jak z rę­ka­wa, cała ta wasza ofi­cer­ska ho­ło­ta je im z ręki. Czuję że sta­nie się coś strasz­ne­go. Oby­śmy tylko my, bo­go­boj­ni chrze­ści­ja­nie, nie do­zna­li krzyw­dy.

– Amen – dodał Wi­told, czuł zimny pot spły­wa­ją­cy po ple­cach.

– A za ten krzy­żyk to nie wezmę dużo, tylko sześć not­gel­dów. Nie wy­pa­da na chrze­ści­ja­ni­nie za­ra­biać.

– Niech Bóg panią bło­go­sła­wi. – Wi­told z bólem wy­su­płał po­ło­wę swo­ich oszczęd­no­ści. – Czas na mnie.

– Mon­sieur Ko­wal­ski, niech pan po­cze­ka chwi­lę. – Ko­bie­ta na mo­ment znik­nę­ła na za­ple­czu– Męża po­cho­wa­łam, już mu się nie przy­da. A panu na pewno umili zimne dni.

Ści­ska­jąc w ręku cie­pły sza­lik, towar luk­su­so­wy w obo­zie, prze­mknął do swo­je­go ba­ra­ku. Cho­wa­jąc cenny łup pod ma­te­ra­cem, błą­dził my­śla­mi nad dziw­ną ludz­ką na­tu­rą. W któ­rej zło i dobro ist­nia­ły obok sie­bie, a ich gra­ni­ce za­le­ża­ły czę­sto tylko ułom­nej per­cep­cji ob­ser­wa­to­ra. Szyb­ko zga­nił się za fi­lo­zo­ficz­ne dy­wa­ga­cje, nie mógł się roz­pra­szać, miał jesz­cze sporo do zro­bie­nia.

Na wy­tę­żo­nej pracy mi­nę­ła resz­ta dnia, nie wie­dzieć kiedy za­czął zbli­żać się wie­czór. Grup­ka spi­skow­ców spo­tka­ła się w cie­niu aresz­tu. Za­zwy­czaj nikt z wła­snej woli się tu nie krę­cił.

– Ode mnie jesz­cze czte­rech bę­dzie – ode­zwał się Abra­ham – tak jak chcia­łeś, tylko we­te­ra­ni z Pią­tej.

– Zna­la­złem za­zna­czo­ny koc, Witi. – Gun­ter był bar­dzo dumny z sie­bie. – Je­de­na­sty barak, ósma dolna pry­cza.

– Sprzęt zor­ga­ni­zo­wa­ny – stwier­dził Alojz – łatwo nie było, ale damy radę.

– Miej­sców­ka jest przy­go­to­wa­na jak na­le­ży – uśmiech­nął się Heist. – O wszyst­ko za­dba­łem. Gun­ter ma tylko pil­no­wać wej­ścia.

– W takim razie wszy­scy o pół­no­cy mel­du­je­my się na sta­no­wi­skach. Prze­śpij­cie się tro­chę, obu­dzę was na akcję. – Wi­told uści­snął każ­de­mu dłoń – Po­wo­dze­nia Pa­no­wie.

 

Ko­lej­na noc na cza­tach była dla Wi­tol­da bar­dzo mę­czą­ca, gdyby nie wo­jen­ne do­świad­cze­nie mógł­by temu nie po­do­łać. Na szczę­ście za­rów­no Alojz, jak i Heist za­cho­wy­wa­li się wy­star­cza­ją­co cicho, aby można było wie­rzyć w sku­tecz­ność za­sadz­ki. Li­czył też że Gun­ter nie za­wie­dzie, wpraw­dzie miał naj­ła­twiej­sze za­da­nie, jed­nak nie był żoł­nie­rzem li­nio­wym. Po­zo­sta­łym sztur­mow­com ufał bez­gra­nicz­nie.

Mi­nu­ty za­mie­nia­ły się w go­dzi­ny, z tru­dem wal­czył z sen­no­ścią. Tar­ga­ły nim wąt­pli­wo­ści, a plan wy­da­wał się coraz bar­dziej ab­sur­dal­ny. Nawet jeśli wszyst­ko by się udało, do świtu zo­sta­ło nie­wie­le czasu.

W końcu zo­ba­czył to na co czekał. Nie­wiel­ki cel zja­wił się do­kład­nie w tym miej­scu, które prze­wi­dział. Do­pie­ro teraz zo­rien­to­wał się jak wiel­kie miał szczę­ście, że za­uwa­żył go po­przed­niej nocy. Gdyby dziś nie wie­dział czego ocze­ki­wać, nie miał­by nie­mal żad­nej szan­sy aby go uj­rzeć. Cień był nie­zwy­kle szyb­ki, Wi­told nigdy nie wi­dział aby kto­kol­wiek tak zwin­ne się po­ru­szał czoł­ga­jąc przy ziemi.

Cień do­tarł do ścia­ny ba­ra­ku, za­trzy­mał się przy oknie znaj­du­ją­cym się naj­bli­żej ozna­czo­nej pry­czy, wy­glą­da­ło jakby na chwi­lę się za­wa­hał. Czy wy­czuł ja­kieś nie­bez­pie­czeń­stwo, czy też po pro­stu szu­kał celu? Wi­told nie ry­zy­ko­wał, za­hu­czał jak sowa. Na sy­gnał z dachu ba­ra­ku zrzu­co­no cięż­ką płach­tę zszy­tą wcze­śniej z kil­ku­na­stu koców, do­dat­ko­wo ob­cią­żo­nych cię­żar­ka­mi na kra­wę­dziach. Dwaj męż­czyź­ni ze­sko­czy­li na sza­mo­czą­ce się ciało i przy­gnie­tli je do ziemi. Po­mi­mo nie­wiel­kich roz­mia­rów isto­ta szar­pa­ła się z ogrom­ną siłą, nawet po­tęż­ny Heist miał pro­ble­my z jej utrzy­ma­niem. Wi­told ru­szył na pomoc, do­pie­ro we trój­kę dali radę owi­nąć ciało tak, aby nie mogło ru­szyć się nawet o cen­ty­metr. Nie było czasu do stra­ce­nia, w ba­ra­ku kilka osób prze­bu­dzi­ło się sły­sząc sza­mo­ta­ni­nę, poza tym w każ­dej chwi­li straż­ni­cy mogli się za­in­te­re­so­wać za­mie­sza­niem. Żoł­nie­rze prze­kra­dli się do je­dy­ne­go pu­ste­go bu­dyn­ku w obo­zie, “kozy”, czyli aresz­tu dla szcze­gól­nie nie­po­słusz­nych jeń­ców. Gdy zzia­ja­ni i spo­ce­ni do­tar­li wresz­cie do celu, drzwi otwo­rzy­ły się po­wo­li, sta­nął w nich blady Gun­ter.

– Szyb­ko, wchodź­cie – szep­nął – nie macie po­ję­cia ile się stra­chu naja­dłem. Za­wsze do­sta­ję naj­gor­szą ro­bo­tę.

– Przy­wiąż­cie to do krze­sła, ale nie ścią­gaj­cie koców – za­ko­men­de­ro­wał Wi­told – ja po­cze­kam na resz­tę.

Gdy przy­ja­cie­le znik­nę­li we­wnątrz po­miesz­cze­nia, zajął się ob­ser­wa­cją bramy wej­ścio­wej. Tak jak przy­pusz­czał, kil­ka­na­ście minut póź­niej do obozu, w asy­ście dwóch sa­ni­ta­riu­szy tar­ga­ją­cych nosze, wkro­czył dok­tor Le Bon. Cała trój­ka za­cho­wy­wa­ła co naj­mniej po­dej­rza­nie, gdy tylko znik­nę­li z pola wi­dze­nia straż­ni­ków na­tych­miast ukry­li się w cieniu. Widać było je­dy­nie ogni­ki pa­pie­ro­sów pa­lo­nych w trak­cie ocze­ki­wa­nia. Wi­told zimno się uśmiech­nął, sta­no­wi­li ide­al­ny cel. Fak­tycz­nie, po chwi­li ogni­ki zga­sły. Abra­ham, z resz­tą sztur­mow­ców, nie miał naj­mniej­sze­go pro­ble­mu z prze­ję­ciem obiek­tów.

Nagły hałas w aresz­cie za­nie­po­ko­ił Wik­to­ra, ru­szył ostroż­nie do środ­ka. W sła­bym świe­tle mi­ga­ją­ce­go ka­gan­ka roz­gry­wa­ła się dra­ma­tycz­na scena. Gun­ter leżał na ziemi z głową w ka­łu­ży krwi, zaś Heist swymi wiel­ki­mi ła­pa­mi dusił prze­ra­żo­ne­go Aloj­za. Wi­told jęk­nął z roz­pa­czy, isto­ta wpraw­dzie była przy­wią­za­na do krze­sła, jed­nak jakiś cie­ka­wy głu­piec ścią­gnął jej koce z głowy. To nie była ludz­ka twarz! Żaden czło­wiek nie mógł być tak ide­al­nie sy­me­trycz­ny, tak pięk­ny, a jed­no­cze­śnie tak strasz­ny. Nawet okrut­ne oka­le­cze­nia nie były w sta­nie ukryć nie­ludz­kiej urody nie­zwy­kłe­go stwo­rze­nia. Znisz­czo­no ją jed­nak w prze­ra­ża­ją­cy spo­sób. Łusz­czą­ca się skóra była po­kry­ta dzie­siąt­ka­mi sta­rych blizn po po­pa­rze­niach. W miej­scu oczu znaj­do­wa­ły się po­twor­ne, wy­pa­lo­ne dziu­ry, w ich głębi ja­rzył się dziw­ny, zło­ci­sty blask. Hip­no­tycz­ne świa­tło nio­sło w sobie tak wiel­ki ła­du­nek cie­pła, dobra i szczę­ścia, że nie można było od niego ode­rwać oczu. Stwór wy­su­nął język, który wy­glą­dał jak po­kry­te lep­kim ślu­zem gięt­kie żądło. Spoj­rze­nie po­two­ra zo­gni­sko­wa­ło się na Wi­tol­dzie, po­czuł że za mo­ment znów za­nu­rzy się w jego od­mę­tach. Jak przez mgłę przy­po­mniał sobie inne oczy, też obce, na­le­żą­ce do sta­rej ko­bie­ty z lasu. Po­czuł nagły przy­pływ sił, wie­dział że ma tylko jedną szan­sę. Bły­ska­wicz­nie rzu­cił się na stwo­ra, prze­wró­cił go z całym krze­słem i za­czął bić. Tłukł z ca­łych sił, mia­ro­wo, ni­czym ma­szy­na pa­ro­wa. Lewa, prawa, lewa, prawa. Naj­pierw pękła skóra, potem kość, potem roz­la­ła się mięk­ka tkan­ka. A on wciąż ude­rzał. Lewa, prawa, lewa, prawa.

 

Ja­kieś ręce chwy­ci­ły go z ca­łych sił, od­cią­gnę­ły na bok.

– Witi, czyś ty osza­lał? – Abra­ham po­licz­ko­wał go raz za razem. – Coś ty na­ro­bił? Co się tu dzie­je?

Wi­told wy­swo­bo­dził się z uści­sku sztur­mow­ców i ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu. Ciało stwo­ra le­ża­ło u jego stóp, czym­kol­wiek było, wresz­cie nie żyło. Spo­nie­wie­ra­ny Alojz kulił się pod ścia­ną i trzy­ma­jąc za szyję z tru­dem łapał od­dech. Heist, z wy­ra­zem kom­plet­ne­go za­gu­bie­nia na twa­rzy, spo­glą­dał to na przy­ja­ciół, to na swoje dło­nie. Wciąż nie mógł uwie­rzyć w to co zro­bił. Za­krwa­wio­ny Gun­ter po­ję­ki­wał cicho, naj­wy­raź­niej cios nie oka­zał się śmier­tel­ny.

– Nie mia­łem wyj­ścia. To coś nie było czło­wie­kiem. O mało nas nie po­za­bi­ja­ło. – Po­mi­mo wy­ja­śnień, Abra­ham nadal pa­trzył scep­tycz­nie. – Zła­pa­łeś tych gnoi?

Na roz­kaz Żyda po­zo­sta­li sztur­mow­cy wnie­śli trzy to­boł­ki i bez­ce­re­mo­nial­nie rzu­ci­li nimi o pod­ło­gę. Jeńcy byli do­brze zwią­za­ni i za­kne­blo­wa­ni, głowy za­kry­wa­ły ju­to­we worki. Na obec­nych nie wy­war­ło to więk­sze­go wra­że­nia, wszy­scy pa­trzy­li na zma­sa­kro­wa­ne­go trupa. Wi­told za­czął prze­ci­nać sznur i cięż­ką tka­ni­nę, spo­śród resz­tek ma­te­ria­łu i ka­wał­ków po­ła­ma­ne­go krze­sła za­czę­ło wy­ła­niać się nagie ciało. Było nie­wiel­kie, miało może pół­to­ra metra wzro­stu oraz szczu­płą, atle­tycz­ną bu­do­wę. Po­mi­mo że no­si­ło ślady po­twor­nych blizn po opa­rze­niach, można było za­uwa­żyć reszt­ki ala­ba­stro­wobia­łej skóry po­kry­tej siat­ką de­li­kat­nych, jakby zło­tych, nici. Two­rzy­ły one dziw­ne wzory, tak cien­kie i skom­pli­ko­wa­ne, że nie­mal nie­wi­docz­ne. Żaden ta­tu­aży­sta nie byłby w sta­nie wy­ko­nać cze­goś tak mi­ster­ne­go. Gdy zo­stał już od­sło­nię­ty cały tułów wszy­scy wes­tchnę­li za­dzi­wie­ni. Stwór nie był męż­czy­zną, nie był też ko­bie­tą. Nie miał sut­ków, pępka, a krocze pokrywała tylko gładka skóra. Jed­nak naj­więk­sze po­ru­sze­nie wy­wo­łał widok ple­ców. Na ło­pat­kach znaj­do­wa­ły się brzyd­ko za­le­czo­ne ki­ku­ty.

– Czy to były skrzy­dła? – za­py­tał Heist, na chwi­lę za­po­mniał o swo­ich pro­ble­mach. – Czy to skrzy­dła?

– Boże je­dy­ny, co to jest? – wy­char­czał Alojz.

– Da­waj­cie dok­tor­ka. – Wi­told czuł że za chwi­lę wszyst­ko wy­mknie się spod kon­tro­li, mu­siał zna­leźć resz­cie ja­kieś za­ję­cie. – Trzy­maj­cie go mocno, zaraz bę­dzie śpie­wał jak pta­szy­na.

Kilka cio­sów w brzuch miało na celu zmięk­cze­nie prze­słu­chi­wa­ne­go. Mu­siał zro­zu­mieć bez­na­dziej­ność swo­je­go po­ło­że­nia.

– Teraz wyjmę ci kne­bel, ale jeśli za­czniesz krzy­czeć, całą za­ba­wę za­cznie­my na nowo. – Witold ścią­gnął worek z głowy więź­nia. – Na po­czą­tek łatwe py­ta­nia: jak się na­zy­wasz i kim je­steś?

– Nie macie po­ję­cia na kogo pod­no­si­cie rękę. Już je­ste­ście tru­pa­mi. – Dok­tor w końcu do­strzegł mar­twe­go stwo­ra– Co wy­ście zro­bi­li, by­dla­ki! Jak mo­gli­ście, wy brud­ne świ­nie!

– W takim razie za­czy­na­my te­atrzyk od po­cząt­ku. – Sztur­mow­cy spraw­nie za­kne­blo­wa­li więź­nia i po­now­nie na­rzu­ci­li worek na głowę. – Do świtu jesz­cze sporo czasu, ni­g­dzie nam się nie spie­szy.

Całą pro­ce­du­rę po­wtó­rzy­li jesz­cze trzy­krot­nie, uży­wa­jąc na prze­mian pie­ści oraz pro­wi­zo­rycz­nych noży. Żoł­nie­rze pią­tej sztur­mo­wej znali się na rze­czy. Tech­ni­ka szyb­kie­go prze­słu­chi­wa­nia, szcze­gól­nie we wro­gich oko­pach, była czę­ścią ich wo­jen­nej rze­czy­wi­sto­ści. I byli w tym do­brzy. Bar­dzo do­brzy. Nie upły­nę­ło zbyt wiele czasu, gdy dok­tor za­czął mówić.

– Pro­szę, już dłu­żej nie wy­trzy­mam. Bła­gam, nie bij­cie już. Wszyst­ko po­wiem.

– Jak się na­zy­wasz? – Abra­ham prze­jął prze­słu­chi­wa­nie.

– Fran­cis Le Bon. Je­stem pro­fe­so­rem nauk me­dycz­nych w l'Académie des Scien­ces.

– A oni?

– To moi asy­sten­ci, dok­to­ran­ci. Nie rób­cie im pro­szę krzyw­dy, nic złego nie zro­bi­li.

– Mor­do­wa­nie na­szych braci to nic złego? – Żyd so­lid­nie spo­licz­ko­wał Fran­cu­za. – Sły­sza­łeś Witi? Przez po­mył­kę zła­pa­li­śmy tych do­brych.

– Czym jest ten po­twór? – Wi­told chwy­cił więź­nia za klapy mun­du­ru. – Co to za dia­bel­skie stwo­rze­nie?

– To nie po­twór, przy­naj­mniej nie więk­szy niż my sami. – Ko­lej­ny cios odbił się echem po aresz­cie. – Pro­szę nie bij­cie. To boli. Bła­gam.

– Za­bi­li­ście nie­zwy­kłą isto­tę, Obiekt Numer Sie­dem. – Dok­tor za­czął pła­kać pa­trząc na zma­sa­kro­wa­ne ciało. – Isto­tę która mogła na­uczyć nas tak wiele. Stwo­rzy­li­by­śmy pod­wa­li­ny nowej fi­lo­zo­fii, re­li­gii, nauki. A teraz to wszyst­ko jest zmar­no­wa­ne. Naj­więk­sze od­kry­cie ludz­ko­ści znisz­czo­ne przez bandę pro­stac­kich, pru­skich żoł­da­ków.

– Tylko nie pru­skich, fran­cu­ska świ­nio – za­pro­te­sto­wał Żyd. – Aku­rat Pru­sa­ka u nas nie uświad­czysz. Sami po­rząd­ni lu­dzie.

– Do rze­czy, nie mamy całej nocy – prze­rwał Wi­told. – Skąd to się wzię­ło?

– Pierw­szą część znam tylko z ra­por­tów. Na­pi­sa­no tam, że mały od­dział ra­tun­ko­wy krą­żył po ziemi ni­czy­jej, gdzieś na po­lach Ypres. Było to dwa lata temu, dzień po tym jak uwol­ni­li­ście pie­kło na ziemi i za­la­li­ście nasze po­zy­cje żółtą śmier­cią. Bro­dzi­li w morzu tru­pów, pa­trzy­li na ciała, z któ­rych skóra i mię­śnie od­pa­da­ły od kości. Le­ża­ły ich tam ty­sią­ce. Nie mieli już na­dziei zna­leźć ko­go­kol­wiek ży­we­go, gdy nagle usły­sze­li coś, co brzmia­ło jak płacz dziec­ka.

– Prze­cież to nie­moż­li­we – żach­nął się Heist. – Żaden dzie­ciak nie miał­by prawa tam prze­żyć.

– Tak też uwa­żał do­wód­ca pa­tro­lu, jed­nak rze­czy­wi­stość oka­za­ła się dziw­niej­sza niż kto­kol­wiek mógł­by sobie wy­obra­zić – kon­ty­nu­ował dok­tor. – Na dnie jed­ne­go z oko­pów, po­śród bez­wład­nie le­żą­cych zwłok, zna­leź­li po­twor­nie po­pa­rzo­ną isto­tę. Już pierw­szy rzut oka świad­czył, że nie był to czło­wiek. Stwo­rze­nie ku­li­ło się i pła­ka­ło, wy­da­wa­ło się zu­peł­nie bez­bron­ne. Żoł­nie­rze nie wie­dzie­li co zro­bić, jed­nak po­rucz­nik zde­cy­do­wał się na za­bra­nie jej do szpi­ta­la po­lo­we­go. Tam, po­śród setek do­go­ry­wa­ją­cych ofiar wa­szych gazów bo­jo­wych, prze­le­ża­ła kilka dni. Ra­port gdzieś się za­gu­bił, do­wódz­two miało inne pro­ble­my, a dziel­ny pa­trol padł ofia­rą ko­lej­ne­go ataku.

– W takim razie jak tra­fi­ło do was? – za­py­tał jeden ze sztur­mow­ców.

– Dzię­ki księ­dzu udzie­la­ją­ce­mu ostat­nie­go na­masz­cze­nia ko­na­ją­cym. Nie­szczę­śnik zło­żył swoje życie w ofie­rze nauce. Gdy po­chy­lił się nad Obiek­tem Sie­dem, ten po­chwy­cił go i za­czął się po­ży­wiać. Mo­że­cie sobie wy­obra­zić jakie to wy­wo­ła­ło po­ru­sze­nie. Za­pew­ne nie­zwy­kłą isto­tę roz­strze­la­ła­by banda nie­uków, jed­nak po­now­nie do­pi­sa­ło nam szczę­ście. Za­kon­ni­ca, peł­nią­ca obo­wiąz­ki sa­ni­ta­riusz­ki, była ab­sol­went­ką ja­kie­goś pro­win­cjo­nal­ne­go uni­wer­sy­te­tu. Udało jej się uzy­skać po­zwo­le­nie na za­mknię­cie Obiek­tu w aresz­cie. Po czym skon­tak­to­wa­ła się z naszą aka­de­mią. Za­zwy­czaj igno­ru­je­my listy od ko­biet, zwłasz­cza od tych któ­rym wy­da­je się że po­dą­ża­ją drogą nauki. Jak pa­no­wie za­pew­ne wie­cie, płeć pięk­na jest skłon­na do hi­ste­rii i wy­ol­brzy­mia­nia wszel­kich ob­ser­wa­cji. Przy­kła­do­wo, w “Płci i cha­rak­te­rze” We­inin­ge­ra stwier­dzo­no…

– Po pierw­sze, ten pasz­kwil był słyn­ny wy­łącz­nie z po­wo­du sa­mo­bój­czej śmier­ci au­to­ra – wark­nął Wi­told. – Po dru­gie, pań­ski mi­zo­gi­nizm nie jest tre­ścią prze­słu­cha­nia. Do rze­czy!

– Nie wie­dzieć w jaki spo­sób list, ad­re­so­wa­ny do na­szej Aka­de­mii Nauk, tra­fił w końcu do sa­me­go Pre­mie­ra Rene Vi­via­ni. Po­dej­rze­wam tylko, że ma­cza­li w tym palce ma­so­ni. W końcu przy­na­leż­ność Pre­mie­ra do loży wol­no­mu­lar­skiej jest ta­jem­ni­cą po­li­szy­ne­la. W każ­dym razie, na jego proś­bę rek­tor po­wo­łał ze­spół ba­daw­czy, nad któ­rym ob­ją­łem do­wo­dze­nie.

– Dla­cze­go na­zwa­li­ście to coś Obiek­tem Numer Sie­dem? – drą­żył Wi­told. – Były ja­kieś inne?

– Do­sko­na­łe py­ta­nie, mój drogi kacie. – Na za­krwa­wio­nej twa­rzy po­ja­wił się uśmiech. Mimo nie­kom­for­to­wej sy­tu­acji widać było, że na­uko­wiec od­zy­sku­je pew­ność sie­bie. – Rzecz jasna, rów­nież je za­da­łem. Nie­ste­ty, po­mi­mo wielu prób nie uzy­ska­łem żad­nej sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cej od­po­wie­dzi. Nie mając żad­ne­go punk­tu za­cze­pie­nia po­zo­sta­ło mi błą­dzić we mgle. Roz­po­czę­li­śmy serię eks­pe­ry­men­tów.

– I to wszyst­ko dzia­ło się w Aka­de­mii Nauk?

– Nie było nawet ta­kiej moż­li­wo­ści. Armia prze­nio­sła nas pod bel­gij­ską gra­ni­cę. Znaj­do­wał się tam od­osob­nio­ny zamek, za­re­kwi­ro­wa­ny na po­trze­by wo­jen­ne. Mu­sie­li­śmy pra­co­wać w cał­ko­wi­tej ta­jem­ni­cy, w bar­dzo okro­jo­nym ze­spo­le. Ponad dwa lata cięż­kiej pracy bez kon­tak­tu ze świa­tem, a zwłasz­cza in­ny­mi na­ukow­ca­mi. Woj­sko nie ro­zu­mie, że to bar­dzo spo­wal­nia ba­da­nia. Nie mó­wiąc już o we­ry­fi­ka­cji hi­po­tez…

– Mów na temat – upo­mniał go Abra­ham. – Po­wiedz w końcu co to za bydle.

– Prze­cież mówię. Nie­mal pół­to­ra roku za­ję­ło nam zna­le­zie­nie spo­so­bu na za­go­je­nie ran. Przez cały ten czas Obiekt cier­piał po­twor­ne ka­tu­sze. Dzień i noc, go­dzi­na za go­dzi­ną. Nie mo­gli­śmy mu ulżyć w żaden spo­sób. Nawet we­ro­nal i mor­fi­na były zu­peł­nie bez­war­to­ścio­we.

– A krew? Prze­cież po­twór za­ata­ko­wał księ­dza – spy­tał Wi­told.

– To był nasz pierw­szy trop, jed­nak oka­zał się ślepą ulicz­ką. Tak przy­naj­mniej my­śle­li­śmy. Spraw­dzi­li­śmy w kon­tro­lo­wa­nych wa­run­kach po­da­wa­nie ma­łych por­cji na­szej krwi. Obiekt nie chciał jej spo­żyć. Potem Pan Du­rand – Le Bon wska­zał pod­bród­kiem w kie­run­ku jed­ne­go ze zwią­za­nych asy­sten­tów – po­sta­no­wił za­ry­zy­ko­wać i umoż­li­wił Obiek­to­wi swo­bod­ny atak na swoją osobę. Mu­sie­li­śmy spraw­dzić czy isto­ta, wzo­rem pew­nych dra­pież­ni­ków, nie musi upo­lo­wać swo­jej ofia­ry. Po­mi­mo tak wiel­kie­go po­świę­ce­nia próba za­koń­czy­ła się fia­skiem. Obiekt nie wy­ka­zał nawet cie­nia za­in­te­re­so­wa­nia. W za­sa­dzie, po raz ko­lej­ny po­mógł nam przy­pa­dek.

– Po tak dłu­gim cza­sie wszy­scy utra­ci­li­śmy czuj­ność – kon­ty­nu­ował Dok­tor. – Za­po­mnie­li­śmy też jakim pro­ble­mem jest dzie­cię­ca cie­ka­wość. Pew­ne­go wie­czo­ra ośmio­let­ni syn ku­char­ki do­stał się do Obiek­tu, zaś rano zna­leź­li­śmy wy­ssa­ne z krwi zwło­ki. Isto­ta po raz pierw­szy nie krzy­cza­ła z bólu, do­dat­ko­wo część ran wy­da­wa­ła się goić. Zła­pa­li­śmy trop.

– Co na to ku­char­ka? Jak jej to wy­ja­śni­li­ście? – W oczach He­ista widać było smu­tek.

– Ciało wrzu­ci­li­śmy do rzeki. Dla nie­po­zna­ki przy­łą­czy­li­śmy się do po­szu­ki­wań. Zmar­no­wa­li­śmy przez to sporo cen­ne­go czasu, jed­nak nie było in­ne­go wyj­ścia.

– By­dla­ki! – wy­buch­nął Nie­miec i za­ci­snął swe wiel­kie jak bo­chen dło­nie.

– Nie prze­sa­dzaj­my, ku­char­ka miała jesz­cze szóst­kę dzie­ci. Poza tym do­brze jej za­pła­ci­li­śmy.

Sztur­mow­cy w ostat­niej chwi­li po­wstrzy­ma­li He­ista przed ata­kiem. Czte­rech sil­nych męż­czyzn z tru­dem utrzy­my­wa­ło szar­pią­ce­go się ol­brzy­ma.

– Dosyć, uspo­kój się ba­ra­nie! – Wi­told mocno spo­licz­ko­wał przy­ja­cie­la– Chcesz żeby usły­sza­ły nas stra­że? A ty, Le Bon, stresz­czaj się. Jesz­cze raz nas spro­wo­ku­jesz to wra­ca­my do za­ba­wy no­ża­mi. Nie licz też, że nas za­ga­dasz i w końcu ktoś cię znaj­dzie. Czym ta krew róż­ni­ła się od wa­szej?

– Też się nad tym za­sta­na­wia­li­śmy. – Dok­to­ro­wi wy­raź­nie zrze­dła mina. Naj­wy­raź­niej nie do­ce­nił swych po­ry­wa­czy. – Pod pre­tek­stem epi­de­mii cho­le­ry po­bra­li­śmy prób­ki krwi od miesz­kań­ców po­bli­skiej wio­ski. Wy­ni­ki były za­dzi­wia­ją­ce. Obiekt był za­in­te­re­so­wa­ny około trzy­dzie­sto­ma pro­cen­ta­mi pró­bek, jed­nak nie by­li­śmy w sta­nie zna­leźć żad­nej za­leż­no­ści. Czyn­nik oczy­wi­sty, czyli kon­kret­na grupa krwi, oka­zał się fał­szy­wy. Po­nad­to Pa­cjen­ci Plus, jak ich na­zy­wa­li­śmy, róż­ni­li się płcią, wie­kiem, wy­kształ­ce­niem i za­wo­dem. Nic ich nie łą­czy­ło. W każ­dym razie po­trze­bo­wa­li­śmy wię­cej krwi. Znacz­nie wię­cej. A mie­li­śmy tylko do­stęp do ludzi z wio­ski. Ko­lej­nych Pa­cjen­tów Plus, dwie młode wie­śniacz­ki, po­zy­ska­li­śmy ofe­ru­jąc fał­szy­wą pracę gu­wer­nan­tek w Pa­ry­żu, jed­nak były to dzia­ła­nia na krót­ką metę. Sta­nę­li­śmy przed murem. Obiekt le­czył się teraz w zdu­mie­wa­ją­cym tem­pie, ale bra­ko­wa­ło nam od­po­wied­nie­go le­kar­stwa.

– I dla­te­go wy­bra­li­ście obozy je­niec­kie?

– Mu­sie­li­śmy wy­je­chać z na­szej sie­dzi­by, at­mos­fe­ra zro­bi­ła się gęsta. Za­czę­ły się oskar­że­nia, potem groź­by, a na ko­niec po­bi­to na­sze­go do­staw­cę żyw­no­ści. Było tylko kwe­stią czasu kiedy wście­kła tłusz­cza wtar­gnie do zamku. W mię­dzy­cza­sie zmie­nił się rząd, jak to za­zwy­czaj bywa w trak­cie dłuż­szej wojny, na znacz­nie bar­dziej pry­mi­tyw­ny. Na szczę­ście mie­li­śmy pewną hi­po­te­zę, która za­in­te­re­so­wa­ła mi­ni­ster­stwo spraw we­wnętrz­nych. Po­zwo­lo­no nam na dal­sze ba­da­nia, oczy­wi­ście nie­ofi­cjal­nie i w naj­wyż­szej ta­jem­ni­cy.

– Jaką hi­po­te­zę? Co usta­li­li­ście?

– Je­ste­śmy, to zna­czy by­li­śmy – Przez twarz Le Bona prze­mknął bo­le­sny skurcz – do­pie­ro na po­cząt­ku drogi. Udało mi się od­na­leźć naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ny wspól­ny czyn­nik łą­czą­cy Pa­cjen­tów Plus. Mia­no­wi­cie, jest nim wiara. Co cie­ka­we, może ona do­ty­czyć za­rów­no chrze­ści­jań­skie­go Boga, nie­za­leż­nie od odła­mu, jak i ży­dow­skie­go Jahwe. Nie zdą­ży­li­śmy spraw­dzić jak Obiekt re­agu­je na inne re­li­gie, czy też sekty, nie mie­li­śmy dość pró­bek.

– Prze­cież wszy­scy wie­rzą – wy­szep­tał Alojz.

– Ha, i tu się pan myli. De­kla­ra­cja wiary, a jej praw­dzi­we wy­zna­wa­nie to dwie od­mien­ne kwe­stie. My lu­dzie, je­ste­śmy strasz­ny­mi hi­po­kry­ta­mi.

– Ilu ludzi za­bi­li­ście?

– Do­kład­nie sie­dem­na­ście osób. Niech tak pan na mnie nie pa­trzy. Każda śmierć przy­naj­mniej cze­muś słu­ży­ła. Czemu na­to­miast słu­ży­ła ostat­nia ofen­sy­wa pod Ypres? Pół mi­lio­na mar­twych żoł­nie­rzy. Pięć­set ty­się­cy mło­dych ludzi, któ­rych ofia­ra prze­su­nę­ła linię fron­tu o dzie­sięć ki­lo­me­trów. Pięć­dzie­siąt ty­się­cy tru­pów na ki­lo­metr, nowa jed­nost­ka szta­bo­wa. I to ja mam się cze­goś wsty­dzić?

– Dość. Nie ma pan po­ję­cia o życiu i ho­no­rze żoł­nie­rza. – Heist oklapł bez­sil­nie w moc­nym uści­sku sztur­mow­ców. – Nic pan nie ro­zu­mie.

– Wy­star­cza­ją­co wiele, żeby nie mieć złu­dzeń w kwe­stii tak zwa­ne­go czło­wie­czeń­stwa – zri­po­sto­wał dok­tor. – Nasza praca mogła zmie­nić całą do­tych­cza­so­wą naukę, może nawet za­po­biec woj­nom takim jak ta. Myśli pan że parę śmier­ci to duży koszt? Niech pan nie bę­dzie śmiesz­ny.

– Nie­daw­no Obiekt Numer Sie­dem za­czął mówić – w gło­sie Le Bona sły­chać było praw­dzi­wy ból. – Za­czął uczyć się pierw­szych słów, men­tal­nie był jak trzy­la­tek. Co cie­ka­we przy­swa­jał tylko mar­twe ję­zy­ki, ła­ci­nę, grekę, he­braj­ski. Krew, wy­peł­nio­na wiarą, po­wo­li le­czy­ła znisz­czo­ny umysł. Jed­nak już na tym eta­pie dało się od­czuć, że po­strze­ga świat ina­czej niż my, jakby ko­rzy­stał z in­nych, zu­peł­nie dla nas ob­cych, zmy­słów. Już nie­dłu­go mo­gli­śmy za­cząć od­kry­wać jego ta­jem­ni­cę. Ale potem po­ja­wi­li­ście się wy…

– Pod­su­muj­my – roz­po­czął Wi­told– na polu bitwy, po pierw­szym uży­ciu gazów bo­jo­wych w hi­sto­rii, w morzu tru­pów, znaj­du­je­cie żywą isto­tę. Bez­pł­cio­we dzi­wacz­ne ciało, które nie umie­ra po­mi­mo śmier­tel­nych ob­ra­żeń, a do tego na ple­cach ma ki­ku­ty po skrzy­dłach. Na­zy­wa­cie to coś Obiek­tem Sie­dem i przez pół­to­ra roku nie mo­że­cie zna­leźć spo­so­bu jak ją żywić. Pół­to­ra roku bez je­dze­nia! Potem za­czy­na po­chła­niać krew ludzi wie­rzą­cych. Re­ge­ne­ru­je się. Za­czy­na mówić po ła­ci­nie. Prze­cież to…

– Anioł? – Dok­tor za­śmiał się po­gar­dli­wie. – To pan chciał po­wie­dzieć? Widać że jest pan czło­wie­kiem wy­kształ­co­nym, dla­te­go od­po­wie­dzia­łem tę hi­sto­rię. Nie im. Wła­śnie panu. I to jest pań­ski wnio­sek? Anioł?

– A jaka jest pań­ska hi­po­te­za? Skoro moja jest tak try­wial­na?

– Czter­na­ście lat temu po raz pierw­szy wznie­śli­śmy się w po­wie­trze. Dziś z sa­mo­lo­tów zrzu­ca­my bomby. Nieco ponad trzy­dzie­ści lat temu po­ja­wił się sa­mo­chód na­pę­dza­ny sil­ni­kiem spa­li­no­wym. Teraz okopy roz­jeż­dża­ją wie­lo­to­no­we, pan­cer­ne be­stie. Ledwo do­wie­dzie­li­śmy się, że nasza krew różni się od sie­bie, a już mo­gli­śmy ją po­gru­po­wać i za­cząć prze­ta­czać z żył do żył. Przez kilka ostat­nich lat świat stwo­rzo­ny przez kle­chy wszyst­kich wy­znań roz­sy­pał się jak domek z kart. Nasza Zie­mia nie na­le­ży już do ja­kie­goś mi­tycz­ne­go boga, na­le­ży do nauki!

– Pyta pan czym był Obiekt Numer Sie­dem? Od­po­wiem: nie wiem. Ale wiem czym nie był na pewno. Anioł­kiem, che­ru­bin­kiem la­ta­ją­cym bez­tro­sko nad polem bitwy. Nauka nie uzna­je bajek jako od­po­wie­dzi…

– Witi, zo­bacz – głos Abra­ha­ma drżał jak nigdy. Męż­czy­zna był prze­ra­żo­ny – Ciało. Nie ma ciała…

Wi­told za­czął prze­trzą­sać koce, fak­tycz­nie były puste. Drzwi na ze­wnątrz były za­mknię­te, nie ist­nia­ła żadna moż­li­wość uciecz­ki!

– I co na to po­wiesz, panie na­ukow­cu? – Strach ści­snął mu pierś ni­czym że­la­zna klam­ra – Masz na to ja­kieś ra­cjo­nal­ne wy­tłu­ma­cze­nie?

– To cu­dow­ne. – Po twa­rzy dok­to­ra znów pły­nę­ły rzę­si­ste łzy. – Tak wiele jesz­cze nie wiemy, tak dużo jest do od­kry­cia. Jakim trze­ba być szczę­śliw­cem żeby uj­rzeć tak nie­zwy­kłe zja­wi­sko. Prze­cież to kom­plet­nie pod­wa­ża za­sa­dy fi­zy­ki. Już nie mogę się do­cze­kać aż przed­sta­wię wy­ni­ki badań w Aka­de­mii.

– Wa­riat, kom­plet­ny wa­riat – wy­chry­piał Alojz.

– Mogą nas pa­no­wie już pu­ścić, nie je­ste­śmy dla was żad­nym za­gro­że­niem. Prze­cież nie mo­że­my do­nieść do władz obozu. Pro­jekt był tajny. Nie­ste­ty, nikt was nie uka­rze za ten bar­ba­rzyń­ski mord. Ale my mu­si­my prze­ka­zać świa­tu nasze od­kry­cia. Nie ma nic waż­niej­sze­go od tego.

– Witi, zbli­ża się świt – za­mel­do­wał jeden ze sztur­mow­ców. – Mu­si­my się spie­szyć.

– Za­kne­bluj­cie Le Bona – za­ko­men­de­ro­wał Wi­told. – Mu­si­my się na­ra­dzić. To nie bę­dzie łatwa de­cy­zja.

– Po­wo­łu­ję spo­śród obec­nych sąd po­lo­wy – kon­ty­nu­ował. – Abra­ham, bę­dziesz oskar­ży­cie­lem, ja obroń­cą, resz­ta do­ko­na spra­wie­dli­we­go osądu drogą gło­so­wa­nia.

Pro­wi­zo­rycz­na roz­pra­wa, mimo że krót­ka, była bar­dzo burz­li­wa. Wi­told, w roli ad­wo­ka­ta dia­bła, dwoił się i troił, jed­nak wie­dział że w głębi ducha żoł­nie­rze wy­da­li już wyrok. Sam czuł po­dob­nie. 

– Fran­cis Le Bon, za­rów­no ty, jak i twoi po­moc­ni­cy, zo­sta­li­ście osą­dze­ni przez sąd po­lo­wy. Jed­no­gło­śną de­cy­zją zo­sta­je­cie ska­za­ni na śmierć. Od sie­bie dodam, że nie­wie­le znam osób które na to bar­dziej za­słu­ży­ły.

 

Ciała dok­to­ra i asy­sten­tów wy­lą­do­wa­ły w ofi­cer­skim, naj­bar­dziej po­jem­nym, szam­bie. Pi­sto­le­ty, pie­nią­dze i cen­niej­sze rze­czy oso­bi­ste za­ko­pa­no w po­bli­żu ofi­cer­skie­go Ba­ra­ku Zero, w razie wpad­ki było to naj­bez­piecz­niej­sze roz­wią­za­nie. Areszt po­bież­nie po­sprzą­ta­no, na szczę­ście miej­sce to nigdy nie sły­nę­ło że schlud­no­ści. Gun­te­ra, z nie­ja­kim tru­dem, prze­nie­sio­no na pry­czę, nie­szczę­śnik mu­siał za­cze­kać na me­dy­ka do rana.

Gdy wsta­wał świt nic nie świad­czy­ło o tra­ge­dii jaka jesz­cze nie­daw­no się tu roz­gry­wa­ła.

Pa­trząc przez luf­cik na wscho­dzą­ce słoń­ce Wi­told za­my­ślił się głę­bo­ko. Ile jesz­cze ta­jem­nic od­kry­je ta prze­klę­ta wojna? Co jesz­cze ukry­wa­ją pra­sta­re lasy i wzgó­rza, na­wie­dza­ne prze­mo­cą ja­kiej nie za­zna­ła nigdy rasa ludz­ka?

 

Koniec

Komentarze

To opowiadanie się ciekawie zapowiada, ma interesujący, choć nie jakoś szaleńczo oryginalny, pomysł i dość składną pod względem fabularnym akcję. Niemniej – zupełnie mnie nie przekonało.

Po części to kwestia wykonania: błędy interpunkcyjne, zły zapis dialogów, kiksy na poziomie ortografii i nie zawsze dobrze przemyślane decyzje autorskie (zakończenie urywa, moim zdaniem, gwóźdź do zawieszania czytelniczej niewiary – i to z hukiem: serio zakładasz, że im ten numer z sądem polowym ujdzie na sucho, bo zakopali dowody?). Po części decyduje męcząca czerń i biel postaci: bohaterowie są albo dobrzy i szlachetni, albo źli, przerysowani w tym źle przy tym wręcz absolutnie – taki Le Bon ma nie dość, że zero cech pozytywnych, to jeszcze negatywnych aż za dużo, jak u złola z trzeciorzędnego komiksu dla małolatów.

Niemniej, tekst jest obiecujący – w tym sensie, że IMHO po poprawkach będzie całkiem sprawnym horrorem z nową wersją znanego tematu. Ale chyba trzeba by w niego jeszcze sporo pracy włożyć.

Na razie pokonał mnie zapis: koszmarna interpunkcja (np. brak kropek na końcu zdań) i zły zapis dialogów: po półpauzach i przed nimi zawsze dajemy spację. Wierz mi, jej brak utrudnia lekturę, bo oczy się bardziej męczą. Zasad typografii nie wymyślono po to, żeby ludziom robić na złość, tylko żeby się lepiej czytało.

Postaram się wrócić, bo epoka i tematyka mnie interesuje, ale na razie z trudem przebrnęłam przez niezbyt wielki kawałek długiego tekstu.

“Koniec” na końcu wewnątrz tekstu niepotrzebne, edytor sam to wstawia.

 

Chwytaj poradnik portalowego survivalu:

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję za wszystkie uwagi.

Zapis dialogów poprawiłem. Mam nadzieję, że wyeliminowałem większość błędów. Faktycznie był koszmarny i nic tego nie usprawiedliwia. Sam nie wiem, jak mogłem pominąć tak ważny temat. 

 

Masz plusa za szybką i pozytywną reakcję ;) Co do tekstu – się zobaczy, bo na pierwszy rzut oka widzę w nim pole do kontrowersji, ale przeczytam i napiszę.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dla mnie, jak na zapowiedziany horror, strasznie mało tu horroru. Brakło mi stosownego nastroju i atmosfery pewnej tajemniczości. To, że większa część opowiadania dzieje się w nocy, to dla mnie trochę za mało.

Okrucieństwa wojny to jedna sprawa, a włączenie do opowieści wątku z istotą nie wiadomo czym będącą, znalezioną na polu bitwy, owszem wprowadza jakąś zagadkę, tyle że nie zostaje ona wyjaśniona.

Szkoda, że nie mówisz, jakim badaniom poddawana była istota – odkrycie, że służy jej krew ludzi wierzących, jakkolwiek jest to makabryczne, niestety, nie zadowala mnie.

Wykonanie, co stwierdzam z prawdziwą przykrością, pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

Chra­pa­nie do­bie­ga­ją­ce z oko­licz­nych prycz… –> Raczej: Chra­pa­nie do­bie­ga­ją­ce z sąsiednich prycz

 

męż­czyź­ni ubie­ra­li co cie­plej­sze okry­cia i ru­sza­li… –> W co mężczyźni ubierali okrycia???

Okrycia, tak jak każdą odzież można włożyć, założyć, ubrać się w nie, przywdziać je, odziać się w nie, można się też wystroić w nie, ale nigdy, przenigdy, nie można ubrać okryć.

Za ubieranie odzieży grozi sroga kara – trzy godziny klęczenia na grochu, w kącie, z twarza zwróconą ku ścianie i z rękami w górze!

Winno być: …męż­czyź­ni wkładali/ zakładali/ przywdziewali co cie­plej­sze okry­cia i ru­sza­li

 

– Ser­ge­ant Wi­told Ko­wal­ski, 5 Armia, Ba­ta­lion Sztur­mo­wy, stan zdro­wy– krzyk­nął, jak co dzień. –> – Ser­ge­ant Wi­told Ko­wal­ski, Piąta Armia, Piąty Ba­ta­lion Sztur­mo­wy, stan: zdro­wy krzyk­nął jak co dzień.

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach. Ten błąd pojawia się kilkakrotnie także w dalszej części opowiadania.

Brak spacji po wypowiedzi. Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

Nie­miec prze­ra­ził nie nie na żarty… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

– A mówią, że z ta­bo­rów nic do­bre­go nie przy­cho­dzi– do za­ba­wy przy­łą­czył czwar­ty z grupy, ślą­zak Alojz… –> – A mówią, że z ta­bo­rów nic do­bre­go nie przy­cho­dzi. – Do za­ba­wy do­łą­czył czwar­ty z grupy, Ślą­zak Alojz

 

męż­czy­zna w mun­du­rze 5 ba­ta­lio­nu sztur­mo­we­go… –> Wcześniej pisałeś tę nazwę wielkimi literami. Sugeruje ujednolicenie pisowni.

 

Mówię Ci Witi, jakby ktoś z niego krew spu­ścił. –> Mówię ci Witi, jakby ktoś z niego krew spu­ścił.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

przyj­rzał się temu uważ­nie, ale w pół­mro­ku nie dało się nic stwier­dzić. Mu­siał obej­rzeć koc na ze­wnątrz. Fak­tycz­nie, gdy spoj­rzał na niego… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Dla­cze­go więc miał stu pro­cen­to­wą pew­ność… –> Dla­cze­go więc miał stupro­cen­to­wą pew­ność

 

A na to nie ma po­zwo­le­nia od Boga, mi­ło­ści­wie nam pa­nu­ją­ce­go Ce­sa­rza i mo­je­go! –> Dlaczego wielka litera? Ten błąd pojawia się kilkakrotnie w dalszej części opowiadania.

 

sku­pił się i po­czuł zna­jo­me uczu­cie. –> Brzmi to fatalnie.

Proponuję: …sku­pił się i doznał znajomego uczucia.

przy­zwy­cza­jał wzrok do ciem­no­ści,wy­pa­try­wał… –> Brak spacji po przecinku.

 

Już miał zre­zy­gno­wać i uznać że się prze­wi­dział… –> Już miał zre­zy­gno­wać i uznać że mu się przywi­działo…Za SJP PWN: przewidzieć 1. «przeczuć, domyślić się co będzie, co może nastąpić» 2. «określić, oznaczyć coś z góry»  przywidzenie «złudzenie wzrokowe» przywidzieć się «ukazać się czyimś oczom, nie istniejąc w rzeczywistości»

 

Chwi­lę póź­niej, w ustron­nej czę­ści ba­ra­ku… –> Gdzie w takim wieloosobowym i przeludnionym baraku można znaleźć ustronne miejsce?

 

Ol­brzym wy­da­wał się w ogóle nie po­ru­szo­ny prze­ra­ża­ją­cy­mi wie­ścia­mi. –> Ol­brzym wy­da­wał się w ogóle niepo­ru­szo­ny prze­ra­ża­ją­cy­mi wie­ścia­mi.

 

Na czy­stym mun­du­rze, świad­czą­cym o stop­niu ma­jo­ra… –> Czy o stopniu żołnierza świadczy mundur, czy może raczej dystynkcje?

 

przy­sie­dli przy jed­nym z drew­nia­nych sto­łów. –> Czy były tam też inne stoły, nie drewniane?

 

jed­no­oki żyd nie mógł uwie­rzyć… –> …jed­no­oki Żyd nie mógł uwie­rzyć

 

A na pewno nie tym prze­klę­tym 5 sztur­mo­wym! –> Chyba miało być: A na pewno nie w tym prze­klę­tym piątym sztur­mo­wym!

 

– Fra­nek Iwic­ki, z Po­zna­nia, a Ty skąd bra­cie? –> – Fra­nek Iwic­ki, z Po­zna­nia, a ty skąd, bra­cie?

 

Nie­dłu­go póź­niej, w po­ko­ju sa­ni­ta­riu­szy… –> Nieco póź­niej, w po­ko­ju sa­ni­ta­riu­szy

 

– Jedz, jedz, nie­bo­że– uśmiech­nął się sa­ni­ta­riusz Prze­cież wy tam na bru­kwi i wo­dzie kar­mie­ni… –> – Jedz, jedz, nie­bo­żę – uśmiech­nął się sa­ni­ta­riusz. Prze­cież wy tam bru­kwiąwo­dą kar­mie­ni

 

– Może fak­tycz­nie izo­lu­ją jakiś cho­rych? –> – Może fak­tycz­nie izo­lu­ją jakichś cho­rych?

 

za­ka­zy­wa­no za­ku­pów dla zwy­kłych żoł­nie­rzy… –> …za­ka­zy­wa­no za­ku­pów zwy­kłym żoł­nie­rzom

Zakazać można komuś, nie dla kogoś.

 

który po­zba­wił ich nie­licz­nych przy­wi­le­jów.. –> Jeśli na końcu zdania miała być kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, brakuje jednej kropki.

 

Kan­ty­na skła­da­ła się z dzie­się­ciu du­żych sto­łów, kilku mniej­szych, bi­blio­tecz­ki, stołu do bi­lar­da i for­te­pia­nu. –> Raczej: W kan­ty­nie stało dzie­się­ć du­żych sto­łów, kilka mniej­szych, bi­blio­tecz­ka, stół do bi­lar­da i for­te­pia­n.

 

przy od­le­głym sto­li­ku, zaj­mo­wa­nym przez naj­wyż­sze stop­nie… –> …przy od­le­głym sto­li­ku, zaj­mo­wa­nym przez naj­wyż­szych stop­niem

 

Ge­ne­rał z go­lon­ką w jed­nym ręku, a bu­tel­ką piwa w dru­gim, czule obej­mo­wał Fran­cu­za. –> W jaki sposób generał, mając obie ręce zajęte, mógł czule obejmować Francuza?

 

– Ja tam nie wiem, Mon­sieur Ko­wal­ski… –> Dlaczego wielka litera?

 

– Niech Bóg paną bło­go­sła­wi… –> Literówka.

 

Męża po­cho­wa­łam, już mu się nie przy­da… – Skoro sklepikarka jest wdową, w dodatku nieco w latach posuniętą, dlaczego Witold zwraca się do niej mademoiselle, a nie madame?

 

– Po­wo­dze­nia Pa­no­wie. –> – Po­wo­dze­nia, pa­no­wie.

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

W końcu zo­ba­czył to czego szu­kał. –> Raczej: W końcu zo­ba­czył to na co czekał.

Przecież Witold niczego nie szukał.

 

w ba­ra­ku kilka osób prze­bu­dzi­lo się… –> Literówka.

 

ukry­li się w cieniu.Widać było… –> Brak spacji po kropce.

 

Nagły hałas w aresz­cie za­nie­po­ko­ił Wik­to­ra… –> Kim jest Wiktor?

 

rzu­cił się na stwo­ra, prze­wró­cił go z całym krze­słem… –> Czy istniała możliwość, by przewrócił stwora z częścią krzesła?

 

reszt­ki ala­ba­stro­wo bia­łej skóry… –> …reszt­ki ala­ba­stro­wobia­łej skóry

 

Nie miał sut­ków, pępka, a w miej­scu kro­cza była tylko gład­ka skóra. –> Skóra nie zastępuje krocza.

Proponuję: Nie miał sut­ków, pępka, a kro­cze pokrywała tylko gład­ka skóra.

 

Wik­tor ścią­gnął worek z głowy więź­nia… –> Zapytam ponownie – kim jest Wiktor?

 

Nie upły­nę­ło zbyt wiele czasu nim dok­tor za­czął mówić. –> Nie upły­nę­ło zbyt wiele czasu, gdy/dok­tor za­czął mówić.

 

jed­nak po­rucz­nik zde­cy­do­wał na za­bra­nie jej… –> Chyba miało być: …jed­nak po­rucz­nik zde­cy­do­wał się na za­bra­nie jej

 

Tam, po­śród setek do­go­ry­wa­ja­cych ofiar… –> Literówka.

 

Nie­mal pół­to­rej roku za­ję­ło nam… –> Rok jest rodzaju męskiego, więc: Nie­mal pół­to­ra roku za­ję­ło nam

 

a na ko­niec pod­bi­to na­sze­go do­staw­cę żyw­no­ści. –> Literówka.

 

Było tylko kwe­stią czasu jak wście­kła tłusz­cza wtar­gnie do zamku. –> Było tylko kwe­stią czasu, kiedy wście­kła tłusz­cza wtar­gnie do zamku.

 

Je­ste­śmy, to zna­czy by­li­śmy, – przez twarz… –> Przed półpauzą nie stawia się przecinka.

 

i przez pół­to­rej roku nie mo­że­cie… –> …i przez pół­to­ra roku nie mo­że­cie

 

Pół­to­rej roku bez je­dze­nia! –> Pół­to­ra roku bez je­dze­nia!

 

Pyta się pan czym był Obiekt Numer Sie­dem? –> Pyta pan czym był Obiekt Numer Sie­dem?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za uwagi i korektę. Postarałem się poprawić bardziej rażące błędy.

 

Mam problem przy nazewnictwie oddziałów wojskowych. W każdym źródle jakie dotychczas czytałem, napotykałem na cyfrowy zapis konkretnego przypisania jednostki (np 5 Batalion, itp). Jeśli jest to błąd to, rzecz jasna, dokonam korekty.

 

“Na czy­stym mun­du­rze, świad­czą­cym o stop­niu ma­jo­ra… –> Czy o stop­niu żoł­nie­rza świad­czy mun­dur, czy może ra­czej dys­tynk­cje?”

Podczas I Wojny Światowej mundury były bardzo zróżnicowane, również między szeregowymi oraz oficerami. Dopiero ostatni okres wojny przyniósł większą unifikację oraz zwycięstwo wygody i praktyczności nad wyglądem. Jednak samo zdanie jest kiepsko napisane.

 

W kwestii przypisania opowiadania: wprawdzie początkowo wybrałem gatunek “horror”, jednak wyłącznie dlatego, żeby gdziekolwiek się przypisać. W założeniu miało to być kilka opowiadań, które łączy osoba Witolda oraz rozmaite nadnaturalne wydarzenia. Większość akcji dzieje się w okresie międzywojennym, a główny bohater jest prywatnym detektywem. Jako że w II RP status weterana miał wielkie znaczenie, a także otwierał wiele drzwi, jest to ważna część historii bohatera.

Jeśli chodzi o pozostałe uwagi to jak najbardziej biorę je sobie do serca. Postaram się mocno popracować nad opowiadaniem.

 

Sabre, dziękuję za wyjaśnienia, no i miło mi, że mogłam się przydać. ;)

 

Mam pro­blem przy na­zew­nic­twie od­dzia­łów woj­sko­wych. W każ­dym źró­dle jakie do­tych­czas czy­ta­łem, na­po­ty­ka­łem na cy­fro­wy zapis kon­kret­ne­go przy­pi­sa­nia jed­nost­ki (np 5 Ba­ta­lion, itp). Jeśli jest to błąd to, rzecz jasna, do­ko­nam ko­rek­ty.

Moja uwaga dotyczy wypowiedzi dialogowej. Wypowiadanej liczby nie można zapisać inaczej, jak tylko słowami. Np. kiedy ktoś podaje Ci swój adres, powie: – Mieszkam na Kwiatowej osiem, mieszkania dwadzieścia dwa, wpadnij po siedemnastej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Teraz już wszystko jasne. Natychmiast poprawiam :)

Dziękuję za wyczerpujące wyjaśnienie :)

Bardzo proszę i PSNP. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Interesująca koncepcja. Podobało mi się nietypowe spojrzenie na obozy jenieckie – wybrałeś Niemców we Francji. Tekst długawy, ale da się czytać. Tylko końcówka za mało wyjaśnia. W takiej sytuacji zawsze mam wrażenie, że Autor nie odrobił pracy domowej do końca i nawymyślał cudów, ale nie potrafi ich logicznie wytłumaczyć.

Interpunkcja mocno kuleje.

Było niewielkie, miało może półtorej metra

Metr też jest rodzaju męskiego.

Babska logika rządzi!

Jest tu parę fajnych konceptów. Ten obóz jeniecki jest na tyle nietypowym tłem, że aż z początku nie potrafiłem dojść, która to wojna i kto właściwie jest tam trzymany. Z czasem staje się to jasne, ale myślę, że mocne zaakcentowanie tego na początku pomogłoby – rzadko widujemy francuskie obozy jenieckie, by z marszy się domyśleć, o co chodzi.

Fabuła niczego sobie, ale mam podobne wrażenie co do końcówki, co Finkla – że limit się kończył, więc trzeba na szybkiego wyjaśniać. Popsuło to dobre wrażenie.

Technicznie jednak jest jeszcze sporo do szlifowania. Chwytaj przydatne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Bardzo dziękuję za powyższe uwagi.

Popracuję nad zakończeniem, faktycznie trzeba je mocno przerobić.

Z porad znajdujących się w linkach będę intensywnie korzystał. Zabieram się do roboty :)

Nowa Fantastyka