- Opowiadanie: kolodziej3012 - Wij

Wij

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Wij

Nie po­wiem, że droga do obłę­du jest prost­sza niż wy­trwa­nie w po­czy­tal­no­ści – po­wiem jed­nak­że z prze­ko­na­niem pod­par­tym do­świad­cze­nia­mi dni ostat­nich, iż jest ona znacz­nie prost­sza, niż się wy­da­je.

Nigdy nie byłem prze­ko­na­ny co do ist­nie­nia rze­czy po­nadna­tu­ral­nych, a nawet jeśli myśl moja, omsknąw­szy się, w jakiś spo­sób skła­nia­ła się ku uwie­rze­niu w pseu­do­re­li­gij­ne dzi­wac­twa, nad­na­tu­ral­no­ścią (a w sen­sie teo­lo­gicz­nym ra­czej „po­za­na­tu­ral­no­ścią”), w którą mo­głem naj­prę­dzej uwie­rzyć, była część świa­ta du­cho­we­go zu­peł­nie nie­win­na – przy­ja­ciel­skie du­szycz­ki, białe damy pra­gną­ce nawet po śmier­ci ze­tknąć się z uko­cha­nym itd. Nigdy nie przy­pusz­cza­łem, że „po­za­na­tu­ral­nym”, de­mo­nicz­nym czy w ogóle prze­ra­ża­ją­cym w nad­rze­czy­wi­sty spo­sób mógł­by oka­zać się po­spo­li­ty wa­ga­bun­da, który swoją cha­ry­zmą wabi co po­nie­któ­rych mło­dzi­ków szu­ka­ją­cych men­to­ra. Mło­dzi­kiem takim był mój brat Mirko, a je­go­mo­ściem, który się z nim za­przy­jaź­nił, enig­ma­tycz­ny diler nar­ko­ty­ko­wy o nie­co­dzien­nym imie­niu – Ba­la­shi. Nigdy wcze­śniej czło­wie­ka tego nie wi­dzia­łem; zna­łem go wszak­że z licz­nych opo­wie­ści, szcze­gól­nie zaś czę­sto o nim sły­sza­łem po tym, co się wy­da­rzy­ło wów­czas. Jak­kol­wiek po­cząt­ko­wo mia­łem przed ocza­mi obraz wy­ta­tu­ło­wa­ne­go na każ­dym calu ciała, ły­se­go kry­mi­na­li­sty (jest to zdaje się stan­dar­do­wa fi­zjo­no­mia w śro­do­wi­sku ćpu­nów), póź­niej do­sze­dłem do wnio­sku, że musi być to obraz fał­szy­wy. Pewno, my­śla­łem, jest to jeden z tych cwa­niacz­ków, któ­rzy tylko in­nych po­tra­fią prze­mie­niać w uza­leż­nio­ne mon­stra, a sami nawet nie się­ga­ją po żadne świń­stwo i dzię­ki za­osz­czę­dzo­nym pie­nią­dzom cha­dza­ją w smo­kin­gu, wy­per­fu­mo­wa­ni i za­dba­ni. Ale to, co oka­za­ło się fi­nal­nie praw­dą, prze­ro­sło wszel­kie moje ocze­ki­wa­nia.

Mirko po­znał go w tak zwa­nym okre­sie buntu, który zwy­kle przy­pa­da na czas szko­ły śred­niej. Brat mój szu­kał sil­nych wra­żeń, a miał je za­miar za­pew­nić sobie co po­nie­któ­ry­mi sub­stan­cja­mi.

Jak i gdzie go po­znał – nie wiem. Z po­cząt­ku nie chcia­łem wie­dzieć, bo mnie to nie in­te­re­so­wa­ło, potem nie chcia­łem po­ru­szać tego temat przy Mirku, jesz­cze potem bałem się my­śleć o samym Ba­la­szim.

Mirko czę­sto potem o nim wspo­mi­nał, nie wy­ma­wia­jąc jed­nak­że jego imie­nia. Pra­wił je­dy­nie o zbli­ża­ją­cej się rocz­ni­cy tego wy­da­rze­nia (przy­pa­da­ło ono w oko­li­cach grud­nia); wtedy jego pa­ra­no­ja się na­si­la­ła. Cha­dzał tam i z po­wro­tem po miesz­ka­niu, wszę­dzie wi­dział znaki jego obec­no­ści; nie dało się nie uczy­nić gestu ręki, żeby nie wy­pro­wa­dzić go z rów­no­wa­gi (do któ­rej po­wra­cał długo i to z ar­cy­wiel­ką trud­no­ścią), a o wy­po­wie­dze­niu ja­kie­go­kol­wiek słowa w ję­zy­ku innym niż ukra­iń­ski le­piej teraz nawet nie wspo­mi­nać. Wszę­dzie wę­szył de­mo­nicz­ny spi­sek.

Za­czął w swoim po­ko­ju two­rzyć twier­dzę z kru­cy­fik­sów, nosił świę­te me­da­le, ca­ło­wał re­li­kwie oraz ikony – za­wsze ze spraw­dzo­ne­go źró­dła (nie mogło być mowy o ja­kiejś wsze­tecz­nej pa­ro­dii re­li­gii pra­wo­sław­nej) – i przyj­mo­wał co­dzien­nie sa­kra­men­ty od za­ufa­ne­go popa.

Oczy­wi­ście uzna­łem, że jest to objaw jego prze­sąd­nej na­tu­ry, skłon­no­ści do pa­ra­noi, która uwi­docz­ni­ła się przez jego ćpuń­ski styl życia, a także zwy­czaj­ne­go lu­bo­wa­nia się w prze­sa­dzie. Nie wni­ka­łem, co wów­czas uj­rzał i czego do­świad­czył bądź kim był ów ta­jem­ni­czy Ba­la­szi; chcia­łem je­dy­nie żyć w spo­ko­ju i zaj­mo­wać się wła­snym oso­bi­stym ży­ciem.

Wszyst­ko zmie­ni­ło się, kiedy spi­sek za­czął wę­szyć wśród wła­snej ro­dzi­ny – mo­głem być we­dług niego „agen­tem” Ba­la­szie­go. Raz wy­snuł nawet śmia­łą hi­po­te­zę, ja­ko­by Ba­la­szi prze­mie­nił się we mnie, aby wkro­czyć w nasze sze­re­gi i… no wła­śnie. Co ten cały Ba­la­szi miał­by chcieć osią­gnąć? Nie wni­ka­łem, jed­nak gdy mój wła­sny brat chwy­cił mnie za barki i pa­trząc wzbu­dza­ją­cym ża­łość wzro­kiem pa­ra­no­ika, za­czął bła­gać o po­wie­dze­nie praw­dy – nie wy­trzy­ma­łem. Pra­gną­łem za wszel­ką cenę do­wie­dzieć się, o co do­kład­nie cho­dzi.

Pa­mią­tek po tym wy­da­rze­niu uni­kał jak ognia, jed­nak­że coś (co – wów­czas dzię­ki Bogu nie wie­dzia­łem) ukry­wał w pew­nej szka­tuł­ce. W szka­tuł­ce za­mknię­tej na szyfr, ukry­tej w ku­frze za­mknię­tym na kłód­kę, ukry­tym w sza­fie (rów­nież za­mknię­tej na kłód­kę), oto­czo­nej jak for­te­ca kru­cy­fik­sa­mi i dzie­siąt­ka­mi eg­zem­pla­rzy Pisma Świę­te­go. – Na wy­pa­dek – mówił – jakby ktoś wąt­pił w moją po­czy­tal­ność.

Fakt był taki, że jego nie­po­czy­tal­ność stwier­dzi­li le­ka­rze i za­ak­cep­to­wa­ła więk­szość ro­dzi­ny, włącz­nie z naj­bar­dziej do­bro­tli­wą wobec niego i ak­cep­tu­ją­cą w pew­nym stop­niu jego „wa­riac­twa” – matką. Cie­kaw­ski ja po­sta­no­wi­łem choć­by do­my­ślić się, cóż czło­wiek ten scho­wał w owej skryt­ce, god­nej nawet ukry­wać bazę da­nych CIA. Po ta­kich me­dy­ta­cjach i de­duk­cji opar­tej na wy­jąt­ko­wo ską­pym ma­te­ria­le do­wo­do­wym, z ra­do­ścią do­sze­dłem do prze­ło­mo­we­go wnio­sku, że ta­jem­ni­czy przed­miot mu­siał być scho­wa­ny w skrzy­ni (a zatem naj­pew­niej rów­nież tra­fić w po­sia­da­nie Mirka) długo po wy­da­rze­niu z Ba­la­shim. Poza tym – pa­miąt­ka po tam­tym dniu z pew­no­ścią nie by­ła­by przez niego prze­cho­wy­wa­na w miesz­ka­niu, choć­by nawet mógł ją przy­kryć chu­s­tą świę­tej We­ro­ni­ki.

„Zatem potem – my­śla­łem. – Co się potem mogło wy­da­rzyć?… Z pew­no­ścią ma zwią­zek z Ba­la­szim, ale jest co naj­wy­żej echem daw­nych zgróz. A gdy­bym mógł to ja­kimś spo­so­bem zo­ba­czyć…”

Takie więc po­wzią­łem po­sta­no­wie­nie. Nie trud­no się do­my­śleć, że brat mój nie tylko nie zgo­dził się mi tego po­ka­zać, ale za­kli­nał się na wszyst­ko co świę­te i dobre na tym Bożym świe­cie, abym nawet nie my­ślał o oglą­da­niu owego szka­ra­dzień­stwa.

Po­sta­no­wi­łem po­roz­ma­wiać z co po­nie­któ­ry­mi jego zna­jom­ka­mi; chcia­łem po przy­ja­ciel­sku roz­mó­wić się z oso­ba­mi zna­ją­cy­mi go le­piej nawet niż ja, jed­nak­że kon­tak­tu z nimi szu­ka­łem na próż­no. Jego przy­ja­cie­le albo ze­rwa­li z nim kon­tak­ty po tym, jak za­czął ćpać, albo żad­nych pro­fi­li na me­diach spo­łecz­no­ścio­wych, ad­re­sów ma­ilo­wych bądź zna­nych mi miejsc za­miesz­ka­nia – nie mieli (bądź o ta­ko­wych nie wie­dzia­łem).

Potem po­sta­no­wi­łem po­py­tać o co nieco matkę, z nią bo­wiem Mirko miał lep­szy kon­takt; za­ło­ży­łem więc, że jej mógł nieco sze­rzej uchy­lić rąbka ta­jem­ni­cy. Pro­blem jed­nak był taki, że matka: z po­cząt­ku mó­wi­ła, ja­ko­by wie­dzia­ła tyle co ja, póź­niej zaś, iż ow­szem, wie wię­cej, wszak­że ni­cze­go po­wie­dzieć mi nie może bądź nie chce (albo że nie chcę tego JA, co, przy­znam, brzmia­ło już tro­chę prze­ra­ża­ją­co).

Brat w oko­li­cach ko­lej­nej „rocz­ni­cy” za­czął cha­dzać po miesz­ka­niu jesz­cze bar­dziej ner­wo­wo; w uszach moich nie­ustan­nie roz­brzmie­wał jego ża­ło­sny gło­sik mó­wią­cy:

– Prze­cież był czło­wie­kiem… Po co to robił, jeśli był czło­wie­kiem… Jeśli w ogóle był czło­wie­kiem.

I tak w kółko. Ma­nia­kal­na pętla, za­cię­ta płyta sza­leń­ca – in­kar­na­cja obłę­du.

Cza­sem taki opę­tań­czy szał ustę­po­wał na kilka dni bądź ty­dzień; cza­sem nie­ty­po­we za­cho­wa­nia miały miej­sce wy­jąt­ko­wo rzad­ko lub by­wa­ły rze­cza­mi dosyć nie­szko­dli­wy­mi, na przy­kład raz na dwa dni w prze­cią­gu mie­sięcz­ne­go ustę­pu od na­pa­dów rzu­cił jakąś nie­co­dzien­ną uwagą, o któ­rej wszy­scy szyb­ko za­po­mi­na­li. Wła­śnie po takim mie­sięcz­nym ustę­pie – nagle, zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie po­zor­na nie­po­czy­tal­ność wró­ci­ła. Mirko nigdy przed­tem tak się nie za­cho­wy­wał, a jak już wspo­mnia­łem, po­tra­fił nie­raz nie­zwy­kle nas za­dzi­wić.

Owego dnia po­now­nie pod­szedł do mnie, po czym – tym razem nie ze wzbu­rze­niem bądź po­dejrz­li­wo­ścią, ale wy­łącz­nie wy­ra­zem do­szczęt­nej de­spe­ra­cji – chwy­cił mnie za barki i pa­trząc na mnie wy­trzesz­czo­ny­mi oczy­ma, mówił coś, z czego nie­wie­le pa­mię­tam oprócz tego, że kazał mi coś wraz z nim zro­bić (w jakim celu – nie wiem, ale naj­pew­niej, aby pomóc mu „bro­nić” się przed Ba­la­szim), strzec się zmro­ku i zna­leźć „bez­piecz­ne miej­sce”. Od­mó­wi­łem, pro­sząc go o wy­ro­zu­mia­łość i su­ge­ru­jąc mu, że może być nie naj­le­piej z jego głów­ką i to w niej po­wi­nien szu­kać przy­czy­ny swo­ich pa­rok­sy­zmów.

Po­słu­chał mnie i zo­sta­wił w spo­ko­ju. Wów­czas znik­nął mi na cały dzień z oczu (oczy­wi­ście o ile mnie pa­mięć nie myli, ale sądzę, że jeśli już go wi­dzia­łem, to na pewno włącz­nie przez mo­ment; w każ­dym razie już potem nie roz­ma­wia­li­śmy), przez to wła­śnie po­dej­rze­wam dziś, że gdzieś się wtedy ukrył.

Tam­te­go wie­czo­ra byłem – od dłu­gie­go czasu – naj­bar­dziej skłon­ny uwie­rzyć w nawet naj­bar­dziej obłą­kań­cze tezy mo­je­go brata. Prze­bu­dziw­szy się w nocy, przy­po­mnia­łem sobie słowa wy­po­wie­dzia­ne przez niego, zanim na­stał wie­czór. Dziw­ne, że olśnie­nie to przy­szło wraz z uj­rze­niem nie­zwy­kłe­go kształ­tu za oknem w mojej sy­pial­ni. Co to było – trud­no mi było z po­cząt­ku po­wie­dzieć, bo­wiem nie mia­łem ocho­ty przy­glą­dać się temu bacz­nie, zwłasz­cza że obiekt za­sła­nia­ła fi­ran­ka i wi­dzia­łem tylko jego syl­wet­kę. Mogły to być ga­łę­zie drze­wa ro­sną­ce­go nie­opo­dal domu albo co­kol­wiek in­ne­go, czego obec­ność w takim miej­scu nie by­ła­by żad­nym za­sko­cze­niem, więc się tym nie przej­mo­wa­łem – jed­nak­że usły­szaw­szy ja­kieś dźwię­ki przy­po­mi­na­ją­ce sar­ka­nie bądź szep­ty, po­ją­łem, że ktoś znaj­du­je się w po­bli­żu. Od­gło­sy te były nie tyle gło­śne, co wy­jąt­ko­wo iry­tu­ją­ce i nie da­wa­ły mi za­snąć po­now­nie, dla­te­go chcia­łem, aby ten, kto je wy­da­wał, czym prę­dzej się uci­szył. Po­dej­rze­wa­łem o to brata oraz matkę, jed­nak żad­ne­go z nich w moim po­ko­ju nie było – po­sze­dłem zatem ro­zej­rzeć się po ko­ry­ta­rzu, tam rów­nież ni­ko­go nie zna­la­złem. Jak tylko po­wró­ci­łem do po­ko­ju, zo­ba­czy­łem na nowo oso­bli­wą syl­wet­kę – tym razem wy­raź­niej­szą i bez wąt­pie­nia ludz­ką.

Choć wy­stra­szy­łem się co nie­mia­ra, nie wy­da­łem z sie­bie żad­ne­go dźwię­ku prze­ra­że­nia – coś mnie nawet cią­gnę­ło w stro­nę od­ra­ża­ją­cej, nie­kształt­nej i po­tęż­nie wy­glą­da­ją­cej po­sta­ci za oknem i choć trud­no mi to wy­ja­śnić, oczy za­pło­nę­ły mi iskrą pełną en­tu­zja­zmu, a nogi za­czę­ły iść ku zja­wie. Bałem się jed­nak od­su­nąć za­sło­nę i spoj­rzeć, kto bądź co do­kład­nie znaj­du­je się za oknem. Pa­trzy­łem długo na to nie­sa­mo­wi­te zja­wi­sko, pra­gnąć jak naj­szyb­ciej się obu­dzić z tego po­twor­ne­go, jak mi się zda­wa­ło – snu. Wy­star­czy­ło, żem zmru­żył oczy i jakby na moje ży­cze­nie, strasz­li­wa fi­gu­ra znik­nę­ła mi sprzed oczu, nie po­zo­sta­wia­jąc jed­nak­że wąt­pli­wo­ści, że oso­bli­wość, którą zo­ba­czy­łem i, przede wszyst­kim, od­czu­łem – nie była snem.

Trud­no mi było za­snąć tam­tej nocy, jed­nak­że jakoś tego do­ko­na­łem i obu­dzi­łem się rześ­ki i wy­po­czę­ty, nawet nie pa­mię­ta­jąc zgro­zy dnia po­przed­nie­go. Przy­po­mniaw­szy ją sobie jed­nak po ja­kimś cza­sie, po­bie­głem do brata, aby spraw­dzić, czy coś z się nim stało, po­wią­za­łem bo­wiem jego enig­ma­tycz­ne słowa z moim rów­nie enig­ma­tycz­nym wi­dze­niem.

Spał u sie­bie i gdy go zbu­dzi­łem, nie chciał ze mną roz­ma­wiać: po­wie­dział wy­łącz­nie, że nic się nie stało, jed­nak takim tonem, iż je­dy­nie głu­piec są­dził­by, ja­ko­by Mirko, jesz­cze przed dwoma dnia­mi we­so­ły i cał­kiem nor­mal­nie funk­cjo­nu­ją­cy czło­wiek – mógł­by być bez­tro­ski.

Póź­niej (kiedy do­kład­nie, nie wiem, a w ogóle to nie je­stem pe­wien co do chro­no­lo­gii wy­da­rzeń, tak bo­wiem mgli­ście pa­mię­tam te pełne wstrzą­sów czasy) tak więc póź­niej wy­da­rzy­ła się jesz­cze jedna nie­co­dzien­na rzecz. Brat mój wi­dział mnie oglą­da­ją­ce­go coś na kom­pu­te­rze i był świę­cie prze­ko­na­ny, że oglą­da­łem wła­śnie jego. Czy cho­dzi­ło mu o film z jego udzia­łem czy zdję­cie – nie wiem. W każ­dym razie twier­dził, ja­ko­by gdzieś w in­ter­ne­cie bez jego zgody opu­bli­ko­wa­no jego wi­ze­ru­nek. Na­le­gał, abym „co­kol­wiek by to nie było” po­wie­dział mu praw­dę. Tym razem go nie wy­śmia­łem ani nie zby­łem, lecz za­rze­kłem się, że ni­cze­go szo­ku­ją­ce­go przed nim nie ukry­wam i jeśli coś ta­kie­go się wy­da­rzy, na pewno mu po­wiem.

Tak więc prze­sta­łem wąt­pić w jego po­czy­tal­ność i czę­sto nawet po­dzie­la­łem jego po­glą­dy i od­czu­cia, wie­dzia­łem bo­wiem, że żadna pa­ra­no­ja nie jest cho­ro­bą za­kaź­ną i jeśli mnie to­wa­rzy­szy­ły pewne wra­że­nia, które do­sko­na­le za­zę­bia­ły się z opi­sa­mi Mirka, ozna­cza­ło to, że nie mamy do czy­nie­nia wy­łącz­nie ze scho­rze­niem psy­chicz­nym, ale czymś rze­czy­wi­stym, a może nawet – na­ma­cal­nym.

Nie tylko ja po­czą­łem z wolna prze­mie­niać się w po­zor­ne­go pa­ra­no­ika, po­nie­waż po­dob­nie do Mirka za­czę­ła się za­cho­wy­wać matka. Po­dob­nie ona stała się bar­dziej lę­kli­wa i czę­ściej brała udział w re­li­gij­nych ob­rzę­dach i tak samo ona mó­wi­ła – czę­sto po­słu­gu­jąc się rów­nie ta­jem­ni­czym co Mirko ję­zy­kiem – ja­ko­by wy­da­rzy­ło się jej coś nie­zwy­kłe­go, przy czym swych mgli­stych re­la­cji nie chcia­ła wy­ja­śniać. Raz wró­ciw­szy z pracy zi­mo­wym wie­czo­rem do miesz­ka­nia, za­czę­ła z pa­ni­ką w ob­li­czu mówić: – Tam! Tam! Na ze­wnątrz… Wtedy ja… Ono… Jakby…

Ge­sty­ku­lo­wa­ła przy tym ża­ło­śnie, jakby sta­ra­ła się bez­sil­nie wy­ra­zić coś, czego nie da się wy­ra­zić sło­wa­mi. Wi­dząc za­kło­po­ta­nie jej i przy­glą­da­ją­cej się tej sce­nie ro­dzi­nie, ka­za­łem przy­siąść na krze­śle nie­opo­dal wej­ścia do miesz­ka­nia i po­wie­dzia­łem:

– Spo­koj­nie, mamo. Wy­ja­śnij wszyst­ko po kolei. Nikt cię nie po­ga­nia; nic się nie wy­da­rzy­ło. Po pro­stu po­myśl, napij się wody… Lud­mi­ła (jest to jedna z młod­szych sióstr, o któ­rej nie było po­trze­by wspo­mi­nać) przy­nieś no wody z cy­try­ną. Naj­le­piej ga­zo­wa­nej. – Gła­dzi­łem przy tym matkę po ra­mie­niu, sta­ra­jąc się przy­jąć jak naj­mil­szy ton, bo oprócz tego, że się o nią trosz­czy­łem, chcia­łem wy­py­tać o to, co się do­kład­nie wy­da­rzy­ło. – Już do­brze?

Gdy na­pi­ła się, wy­do­brza­ła, ale wciąż wy­da­wa­ła się przy­bi­ta. Zre­zy­gno­wa­ła – nie chcia­ła ni­cze­go mówić, toteż nie na­le­ga­łem ze wzglę­du na to, jak wy­glą­da­ła i w jakim była w sta­nie.

Od tej pory żadne nie­zwy­kłe rze­czy miały się nie dziać – nie za­uwa­ży­łem jed­nak, jak wiel­ką trans­for­ma­cję prze­szła matka. Nie od­zy­wa­ła się, nie jadła i w ogóle prze­mie­ni­ła się we wrak czło­wie­ka. Jako że nawet tego nie do­strze­głem, nie pod­ją­łem żad­nych dzia­łań, aby przy­wró­cić ją do psy­chicz­nej rów­no­wa­gi. Za­uwa­ży­łem jed­nak­że, iż za­czę­ła czę­ściej niż zwy­kle roz­ma­wiać z Mir­kiem i że roz­mo­wy te z ja­kie­goś po­wo­du ukry­wa­ła nie tyle przede mną co przed całą resz­tą ro­dzi­ny.

I to wła­śnie wów­czas, po kilku dniach od tej prze­mia­ny zda­rzy­ła się rzecz naj­prze­dziw­niej­sza. Wi­docz­nie na­ra­dziw­szy się z Mir­kiem na jakiś temat, matka stwier­dzi­ła, że na­le­ży coś zro­bić. Nie wiem, w jaki spo­sób do­sze­dłem do tego, co wła­śnie na­pi­sa­łem, nie wy­cią­ga­jąc żad­nych kon­kre­tów, ale tak wła­śnie jest: wie­dzia­łem tylko, że zde­cy­do­wa­li się na coś, że z nie­ja­snych przy­czyn wzbu­dzi­ło te we mnie wiel­kie emo­cje i że chcia­łem się za wszel­ką cenę do­wie­dzieć, co się wła­śnie dzia­ło.

Z po­cząt­ku się wa­ha­łem; nie chcia­łem wyjść na im­per­ty­nen­ta, wtrą­ca­jąc się do spraw, które matka z bra­tem wy­raź­nie ukry­wa­li przed resz­tą świa­ta (i za­ło­ży­łem, że robią to nie bez po­wo­du), ale po­dob­nie jak wtedy, gdy uj­rza­łem syl­wet­kę ster­czą­cą nade mną za oknem, kie­ro­wa­ła mną jakaś dziw­na siła: wie­dzia­łem po­wiem, że się pa­nicz­nie boję, a jed­no­cze­śnie kie­ro­wa­łem się w stro­nę źró­dła swo­je­go lęku.

Wi­dzia­łem ich wcho­dzą­cych do po­ko­ju Mirka. Przez ja­kieś kil­ka­dzie­siąt se­kund za­sta­na­wia­łem się, czy po­wi­nie­nem ich wy­py­tać bądź za­cząć pod­glą­dać, co tam knują. Sły­sza­łem przy tym słowa Mirka wy­po­wie­dzia­ne naj­prze­dziw­niej­szym tonem:

– Wi­dzisz? Wi­dzisz? Zaraz po­ka­żę… Zaraz po­ka­żę… Po­ka­żę.

Stwier­dzi­łem, że zwle­kać nie będę i pójdę do po­ko­ju, aby cho­ciaż uj­rzeć skra­wek ta­jem­ni­cy, którą tak skrzęt­nie przede mną i resz­tą ro­dzi­ny od ja­kie­goś czasu cho­wa­li. Bałem się ich re­ak­cji, jed­nak­że do­cie­kli­wość wzię­ła górę.

Wsze­dłem do po­ko­ju prze­ra­żo­ny i zo­ba­czy­łem naj­pierw matkę i brata przy­glą­da­ją­cych się cze­muś z uwagą, a potem, prze­je­chaw­szy do­ko­ła wzro­kiem w po­szu­ki­wa­niu przy­czyn, dla któ­rych się tam spo­tka­li, uj­rza­łem otwar­tą skryt­kę Mirka. Wi­dzia­łem plecy matki, brata zaś ob­ser­wo­wa­łem od boku, a kiedy pod­sze­dłem do nich, zro­zu­mia­łem, że trzy­mał w ręku ko­mór­kę i że to ona wła­śnie była tym „echem mi­nio­nych zgróz”.

Przy­po­mnia­łem sobie jego słowa: „Na wy­pa­dek, gdy­bym mu­siał udo­wod­nić wła­sną po­czy­tal­ność.”

Drża­ły mu ręce; był cał­ko­wi­cie skon­cen­tro­wa­ny na tym, co za chwi­lę miał po­ka­zać, i chyba wy­łącz­nie dla­te­go nie wy­pro­sił mnie z po­ko­ju. W końcu, kiedy dy­go­czą­cym pal­cem włą­czył ja­kieś wideo, po­czu­łem chyba naj­więk­szą trwo­gę swo­je­go życia.

Po­ją­łem, że brat mój na­gry­wał z ja­kie­goś po­wo­du lu­stro w ob­skur­nej to­a­le­cie pu­blicz­nej, wi­docz­nie za­uwa­żyw­szy coś war­te­go za­in­te­re­so­wa­nia. Na­gra­nie za­czy­na­ło się już w mo­men­cie po­ja­wie­nia się prze­ra­ża­ją­ce­go fe­no­me­nu; ka­me­rzy­ście, czyli mo­je­mu bratu na fil­mie, strasz­nie wi­bro­wa­ły ręce; dało się też sły­szeć jego ża­ło­sne za­wo­dze­nie i jęki wy­ra­ża­ją­ce bez­sil­ność i prze­ra­że­nie.

Fil­mo­wał lu­stro, od razu jed­nak dało się za­uwa­żyć, że nie ma tam od­bi­cia ka­me­rzy­sty, a za­miast tego syl­wet­ka męż­czy­zny – szczu­plej­sze­go i wyż­sze­go od Mirka, o za­ma­za­nej twa­rzy. Zro­zu­mia­łem, że to Ba­la­szi.

Mirko na fil­mie pod­szedł z ka­me­rą do lu­stra; ka­me­ra się zni­ży­ła, jakby fil­mu­ją­cy padł na ko­la­na i bła­gał o li­tość.

W to, co wy­da­rzy­ło się na na­gra­niu potem, nie mo­głem uwie­rzyć. Po­stać prze­mie­ni­ła się – już nie było tam za­ma­za­nej twa­rzy, a wy­raź­nie groź­ny męż­czy­zna o de­mo­nicz­nym spoj­rze­niu, ca­łych czar­nych oczach, sze­ro­kiej szczę­ce, w licz­nych ta­tu­ażach i z dwoma przed­ni­mi ostry­mi, zło­ty­mi zę­by­ma. Twarz ta miała w sobie wię­cej nie­na­wi­ści i prze­mo­cy niż cała pod­łość, jaką wi­dzia­łem na prze­strze­ni swo­je­go życia. Po­stać na na­gra­niu, rzecz szcze­gól­nie nie­zwy­kła: wy­szła z lu­stra, zma­te­ria­li­zo­wa­ła się i… chwy­ci­ła ka­me­rzy­stę za szyję, po czym za­czę­ła go dusić. Co na­stą­pi­ło, jest dla mnie szcze­gól­nie trud­ne, nie nawet do wy­tłu­ma­cze­nia, ale wręcz opi­sa­nia. Po­czu­łem bo­wiem, pa­trząc na tę dan­tej­ską scenę, że umię­śnio­ne, pełne nie­na­wi­ści ręce za­czę­ły dusić mnie – pa­trzą­ce­go na na­gra­nie. Wresz­cie Ba­la­szi (jak­kol­wiek bo­wiem nigdy go do tam­tej pory nie wi­dzia­łem, stwier­dzić było mi łatwo, że to wła­śnie on) za­czął coś mówić, jed­nak co mówił – dzi­siaj po­wie­dzieć nie mogę. Wiem tylko, że mówił po ukra­iń­sku, wszyst­ko to ro­zu­mia­łem i słowa jego prze­ra­zi­ły mnie bar­dziej niż wszyst­ko, czego do­zna­łem w życiu.

Pa­mię­tam jesz­cze, że brat mój na na­gra­niu pró­bo­wał bro­nić się, ude­rzać du­si­cie­la bądź zdjąć jego rękę ze swego gar­dła, lecz nie mógł zdzia­łać ni­cze­go prze­ciw­ko ta­kiej nie­na­wi­ści i pró­bu­jąc się jej prze­ciw­sta­wić, sam jakby się upo­ka­rzał. Fak­tem nie­zwy­kłym jest to, że dzi­siaj zdaje mi się, jak­bym to w isto­cie ja pró­bo­wał go ude­rzyć i że cze­goś ta­kie­go na na­gra­niu wcale nie było.

Za­czę­ło krę­cić mi się w gło­wie; przez mo­ment nie dał­bym wiary, że to, co się dzia­ło, było rze­czy­wi­sto­ścią.

Pa­dłem nie­przy­tom­ny na zie­mię. Ostat­nią rze­czą, jaką pa­mię­tam, były od­gło­sy pła­czu i prze­ra­że­nia matki oraz brata.

***

Nigdy potem ze sobą o tym nie roz­ma­wia­li­śmy. Parę dni potem wi­dzia­łem, jak matka nisz­czy za po­mo­cą młot­ka te­le­fon Mirka, a kartę pa­mię­ci miaż­dży ja­kimś oso­bli­wym urzą­dze­niem, które wy­cią­gnę­ła z piw­ni­cy i któ­re­go do tam­tej pory nigdy nie wi­dzia­łem. Pod­czas tej pro­ce­du­ry, twarz miała czer­wo­ną jak ćwik – czy od pła­czu, zgro­zy czy wście­kło­ści, nie wiem. Nigdy nie wi­dzia­łem w jej ru­chach ani wy­ra­zie twa­rzy tak ża­ło­snej de­spe­ra­cji.

Parę mie­się­cy potem oj­ciec, który z dawna już cho­ro­wał na no­wo­twór trzust­ki, zmarł po dniach ago­nii. Po tym wy­da­rze­niu matka bez słowa wy­po­wie­dzia­ne­go do mnie po­sta­no­wi­ła wstą­pić do mo­na­ste­ru. Jako że za­wsze była re­li­gij­na, nie zdzi­wi­ło mnie to, jed­nak­że nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, iż jej de­cy­zja jest spo­wo­do­wa­na tym, co zo­ba­czy­ła na na­gra­niu. My zaś do­ro­śli­śmy i po­sta­no­wi­li­śmy rów­nież roz­po­cząć nowe życia, a na­szej matce po­zwo­lić uciec od widma daw­nej trwo­gi.

Chcia­łem za­py­tać, czy tam­te­go dnia wi­dzia­ła to samo co ja i czy rów­nież miała czu­cie, jakby Ba­la­szi dusił ją wła­sny­mi rę­ko­ma, jed­nak przez wzgląd na spo­kój w ro­dzi­nie wo­la­łem, ażeby imię tego de­mo­na nigdy nie zo­sta­ło wy­po­wie­dzia­ne w na­szym domu i aby wspo­mnie­nia tam­tych dni prze­pa­dły tak samo jak owo na­gra­nie.

Do dziś nie wiem, czy czło­wiek ten żyje, gdzie jest, co robi, co mówi, kogo jesz­cze zwo­dzi na ma­now­ce i cy­tu­jąc Mirka: czy w ogóle jest czło­wie­kiem. Jeśli to czy­tasz, wiedz, że wię­cej jest rze­czy na ziemi i na nie­bie, ani­że­li ma­rzy­ło się w wa­szej fi­lo­zo­fii. A jeśli spo­tkasz kie­dyś ta­kie­go czło­wie­ka, ja­kie­go ci opi­sa­łem – uni­kaj go. Cho­ciaż le­piej, ażeby nie spo­czę­ło na jego prze­klę­tym ob­li­czu żadne ludz­kie oko.

Koniec

Komentarze

Nie chciałbym uprzedzać faktów, ale konkurs “czy boisz się ciemności” skończył się jakieś 5 lat temu :)

I po co to było?

Nowa Fantastyka