- Opowiadanie: Atreju - Uczta dla szczura

Uczta dla szczura

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Uczta dla szczura

I

Stół, choć solidny, giął się pod ciężarem jadła i napitku. Świece płonęły majestatycznie, jak gdyby przeczuwały, jaka uroczystość będzie tu miała miejsce, ba, i dziadowie z portretów wydawali się poruszeni tak bardzo, że ich krzaczaste i charakterystyczne brwi ‒ rodowa duma van der Hellmannów ‒ były ściągnięte mocniej niż zazwyczaj.

Wenecjan wszedł do wykwintnie urządzonej komnaty i zasiadł na przeznaczonym miejscu, to jest na lewo od krzesła matki.

Nie minęła nawet minuta, gdy dopadły go nuda, głód i zniecierpliwienie. Westchnął, odetchnął, przewrócił raz i drugi oczyma, podrapał się po nosie, w nosie i po rodowej dumie. Wtem jakiś ruch przyciągnął jego źrenice. Ruch? Nie ruch, a szczur. Zwierz niedorzeczny, co pomiędzy filiżanką porcelanową a sztućcami srebrnymi przebiegł. Zatrzymał się na moment, wąsikami poruszył, nóżkami podrobił, podskoczył jak tancerka i ogonkiem zamerdał jak słodziutki kundelek.

‒ Kto jest najmilszym czworonogiem pod słońcem? ‒ rzekł do szczura nagle pobudzony młodzieniec. ‒ No kto? No kto? No kto! Pewnie, że nie ty! Roznosicielu tyfusu, przyczyno zawałów serca, dziewczęcych pisków i cyrkowych akrobacji. Precz! Precz z mojego stołu! Wynoś się, bezcześcicielu! Natychmiast, bo zaprawdę powiadam ci: cierpliwość zaraz stracę i pożałujesz exodusu z łona matki swej szczurzycy-dziewicy miażdżącej segmenty siedmiogłowej dżdżownicy.

Gryzoń zignorował dźwięki złowrogie, wszedł na półmisek z udźcem jagnięcym, posmakował, zamlaskał, oblizał wargi języczkiem, prychnął i poszedł dalej, nie bacząc na wyraz twarzy młodzieńca. Kolejno spróbował jeszcze: wiśniowego sorbetu, pasztetu z kaczki, pyr z koprem i śmietaną oraz karczku wołowego w sosie żurawinowym, by wreszcie wsadzić mordkę w rosół.

‒ Tylko nie w bulion! ‒ zawył Wenecjan, godząc wzrokiem w szubrawca profanującego uświęconą zupę.

Spróbował go dosięgnąć i przegonić, ale tak bardzo bał się, że sobie mankiety pobrudzi, iż zrezygnował, nic nie wskórawszy. Dreszcz nim wstrząsnął z bezradności, łzy ciurkiem poleciały po jagodach. Spojrzał na szczura. Ten parszywiec, ta wyliniała i wychudzona kupka brudnej sierści piła szybko, za szybko.

„A co jeśli się udławi?" ‒ pomyślał. "Skona w taki dzień? To byłaby rzecz straszna. Okropna! Tatko nie byłby zadowolony, on przecież tak kochał zwierzęta. Pamiętam, jak sprowadził sobie łeb lwa”.

Zrazu coś w nim pękło. Jakiś lęk o gościa nieproszonego wdarł się do młodzieńczego serduszka. Troska zalała i zatopiła duszę wrażliwą. Wystraszony nie na żarty uderzył pięścią w stół. Gryzoń pisnął. Nie uciekł. Życiem był gotów ryzykować, żeby nażreć się kluseczków.

‒ Coś ty taki wygłodniały? ‒ zapytał, waląc w stół po raz wtóry jak Dzeus gromem w drzewo.

Na co drzwi się otwarły i w akompaniamencie skrzypiącej klamki i nienaoliwionych zawiasów weszła do sali pani Hippolita w towarzystwie drugiego męża. Kazimierz, dziad siwy i niedołężny, zasiadł po prawicy żony, usta otworzył, chciał coś powiedzieć, lecz zasnął snem mocnym, głębokim.

Hippolita trzasnęła drzwiami i spojrzała na syna wielce oburzona, a wzrok miała srogi, sroższy niż antenaci z portretów i brew bardziej krzaczastą, choć krwi Hellmannów nie miała w rodzinie przynajmniej do siódmego pokolenia.

‒ Co ty wyprawiasz? ‒ przywitała go. ‒ Dlaczego sam tu siedzisz? Czemu wzrok masz taki niegodziwy? Czemu czoło tak bruździsz? Dlaczego takie huki, grzmoty i błyski stąd dochodzą? I w ogóle, co to tam przy wazie podskakuje? Wenecjanie, co to jest, ja się pytam!

‒ Głodny jestem ‒ odpowiedział niewinnie młodzieniec. ‒ Służba się nudzi. Pora zaczynać.

‒ Jeszcze tylko Oriana… Chłopcze, nie odwracaj konia do góry ogonem! Mów, co to jest? Nie widzę bez okularów.

‒ Szczurek, pani mamusiu. Ma takie śmieszne wąsiki i… i… i… jest bardzo, bardzo, ale to bardzo wygłodniały. Biedula nic nie jadł pewnie od roku albo i odkąd matka mu pierś zabrała, i z gniazdka wyrzuciła. Merda tak śmiesznie ogonkiem…

‒ Zabierz go! ‒ przerwała Hippolita. ‒ Zabierz go natychmiast! Zawały serca jeszcze tu rozniesie. A jak wyleci stąd obżarty i pospólstwo go zobaczy, to dotrze tu szybciej niż Izraelici do Kannanu. Im zawsze mało, im zawsze zazdrość, że inni mają więcej. A jak to mówią, czego oczy nie widzą… O fuj! To rosołek! Czy ja dobrze widzę? Ten padalec włożył swą szczurzą mordkę do mojego rosołku? Dlaczego akurat do rosołku! Jezu Chryste a Nasz Panie? Dlaczego do rosołku! Zabierz go natychmiast. Natychmiast! Synu, jesteś już mężczyzną, wywal go za drzwi. Natychmiast. Mój biedny rosołek. Mój biedny, tłusty, cieplutki, wielooki rosołek.

Nie wiadomym, co w owym momencie nawiedziło Wenecjana, że krzyknął prawie tak jak tatuś nieboszczyk, który znany był z tego, że krzyczeć nie umiał, ale za to po mistrzowsku meczał jak kozioł.

‒ To nie jest bulion pani mamamamusi. Tylko mmmój. To ja jestem najstarszym synem pierwszego mmmęża pani mamamusi a ojca mmmego ‒ świeć Panie nad jego duszą ‒ a szczur… szczur ma na imię Dionizy i jest mmmoim gościem. ‒ Uśmiechnął się rad z pomysłu, jaki go naszedł. ‒ Gościem! Zaprosiłem go… Bo tatuś lubił zwierzątka, a to wszakże jego rocznica. I chłepce sobie mój bulionik z mojej wazy, bo ja mu pozwoliłem i pani mamusi nic do tego!

Matka spojrzała na syna jak na kretyna. Palce zacisnęła na sznurze pereł okręconych wokół szyi, ścisnęła go; nagle eksplodowała jak dynamit śmiechem gardłowym, upiornym, aż chłopcu nerki marsza zagrały.

‒ Czyś ty zidiociał do reszty, Wenecjanie? Myślałam, że jesteś choć ciut inteligentniejszy od tego kozła ‒ pożal się Boże! ‒ ojca twego a małżonka ex mojego co się Wironem zwał. ‒ Wzniosła w zadumie oczy ku sufitowi i zaintonowała jak ksiądz przy ambonie: ‒ Świeć Panie nad jego duszą i dopilnuj, aby go żadne męki piekielne nie ominęły ‒ bo nie po to go wywaliłam przez okno do ciężkiej cholery, abym tu teraz słuchała takich bredni. Zabieraj szczura Dionizego a gościa parszywego albo sama go sprzątnę. Nie będzie mi żaden śmierdziel chodził po obrusie!

Za pierś chwycił się Wenecjan na wieść o przyczynie śmierci tatka. Bo to prawdą być nie mogło. Przecież tatko wypadł przez okno, bo pijany podziwiał zachód słońca odbijający się w fontannie dziedzińcowej zdobnej w nimfy i satyrów wykutych tam w dziwnych i skomplikowanych pozach. Zdarza się, prawda? Wenecjan sam czasem podziwiał zachody słońca i wcale się tatkowi nie dziwił.

‒ To… to… to… pani mamusia zamordowała tatka?

‒ Zaraz tam morderstwo. Nic mi nie udowodniono. Już mój Okruszek się o to postarał. ‒ Hippolita czule pogłaskała obecnego męża po licach. ‒ To była zwyczajna defenestracja i to jak najbardziej zasłużona. Żyć już się z tym durniem nie dało. Wszystko przerżnął w karty, nawet moją cicię, Krosteczkę. A tamtej nocy, kiedy w zastaw poszły i moje buty, i sukienki, a sam mężulo chwalił się, jaki to flet magiczny w kartach wygrał, podeszłam na paluszkach, cap za pantalony i goodbye! arrivederci! au revoir! sajonara! auf Widersehen! i do widzenia. Poleciał jak skowronek.

Jeszcze zanim dokończyła wypowiedź, do salonu wkroczyła Oriana ubrana w suknię różową jak jej twarz. Z kokardą wpiętą we włosy i z elegancko wyskubaną dumą rodową, tak, że z krzaczastej i charakterystycznej, zostało tylko to drugie. Usiadła obok brata, włosy poprawiła, ujęła w palce winogrono i tak rzekła, podważając prawdziwość porównania Hippolity:

‒ Chyba jak kamień.

‒ Córeczko, wiem jak lata kamień, a jak skowronek, i wiem, jak poleciał Wiron ‒ odcięła się matka i przepiła wspomnienia czerwonym francuskim.

‒ To, to, to… ‒ jąkał się dalej Wenecjan. ‒ To po co my to wszystko robimy? Nic nie rozumiem.

‒ Dla ciebie ‒ wyjaśniła Oriana, chichocząc. ‒ Bo mama uznała, że bardzo lubiłeś tatę i nie chciała mówić ci prawdy, miałeś przecież wówczas tylko osiem lat. Mama bała się o twoje zdrowie, więc wymyśliłyśmy całą tę farsę. No i tak jakoś zostało… ‒ W tym momencie opity bulionem Dionizy zamerdał ogonkiem, uprzejmie przypominając, że wciąż tu jest. ‒ Pani mamo! Co to? Co to tam się rusza? Jakie to wielkie. Jakie obrzydliwe. I to ma wąsy i ogon.

‒ To szczur Dionizy, kochanie. Twój brat go na rocznicę zaprosił.

‒ Szszszczur?

Oriana zerwała się na równe nogi, podwinęła suknię i jak zając wyskoczyła na siedzenie ‒ co w zasadzie nie było działaniem logicznym ‒ po czym wydała krzyk dziki i nieokiełznany, i rzuciła w gościa nieproszonego widelcem. Nie trafiła.

‒ Jak tak można! ‒ krzyknął Wenecjan. ‒ Przecież to tylko szczurek. Nic złego nikomu nie uczynił. Je sobie ładnie, grzecznie, z ogładą, a ty tak na niego z widelcem? Rozum postradałaś?

‒ Jest obrzydliwy!

‒ Tak jak ty, a w ciebie nikt widelcem nie rzuca. A powinien.

‒ Ty świnio! Zabierz to ze stołu! Służba! Igooor! ‒ wrzasnęła, chwyciła bagietkę i pac w szczura.

Na to młodzieniec w odwecie złapał kremówkę, wymierzył i trafił prosto w różowy nosek.

‒ Mamooo! ‒ Oriana poczerwieniała na twarzy, zeskoczyła z krzesła, zerwała pantofelek i wymierzyła w brata.

Powstrzymała ją matka, chwytając w pasie i sadzając na krześle.

Wenecjan został uratowany, lecz Dionizy uciekł. Był szczur, nie ma szczura.

„To ja… ‒ pomyślał. ‒ To ja za niego życie nadstawiałem, pokiereszowaniem gęby ryzykowałem, kremówkę poświęciłem, a ten nawet dziękuję nie powiedział. Ja rozumiem, że szczury do rozmownych nie należą, ale żeby nawet dziękuję nie powiedzieć?”

‒ Uspokójcie się. Dosyć. Pax! Powariowaliście do ciężkiej cholery. Wenecjanie coś ty narobił? Jak ona wygląda? ‒ krzyczała matka, siłując się ze wzburzoną Orianą. ‒ Antonio! chodź tu natychmiast. Antonio! Gdzie jesteś? Nie płacę ci za obijanie się!

Wenecjan powstrzymał się od komentarza, iż to on, jako dziedzic, płaci Antoni i zapłaci jej nawet za obijanie się, jeśli tylko będzie chciał.

‒ No, jesteś, jak ty wyglądasz? ‒ Miała buzię w mące, włosy w mące, ręce w mące i fartuszek pomięty. ‒ Zresztą nieważne.

‒ Nieważne? ‒ krzyknął młodzieniec. ‒ Antonio, cóż ty robiłaś? Nie za to ci płacę.

‒ Paniczu, ja… ja… ‒ wyjąkała, czerwieniejąc jak mak.

‒ Nieważne ‒ powtórzyła matka. ‒ Zabierz Orianę i pomóż jej się umyć. Ty też się wykąp, bo wyglądasz okropnie, a dziś wszakże święto.

‒ Co ci się stało? ‒ zapytała matka syna, widząc, jak pije białe włoskie.

‒ Nic ‒ odrzekł bezbarwnym głosem, przepłukując mąkę winem. ‒ Tylko szczurek uciekł.

‒ Będą z tego kłopoty ‒ zawyrokowała matka, a ojczym, zdawało się, potwierdził chrząknięciem.

No i były.

 

II

Upłynął może kwadrans, który to biesiadnicy przesiedzieli w głębokim zamyśleniu i ani im w głowie było częstować się smakołykami. Dumał nawet i Kazimierz, choć bynajmniej nie było po nim tego znać.

Równo zegar wybił siódmą, kiedy do bawialni wszedł Igor ‒ już uprzednio wzywany, lecz wówczas tak zajęty, iż niczego nie słyszał ‒ i oznajmił głosem poważnym, monotonnym:

‒ Jacyś ludzie proszą o posłuchanie… ‒ Nie dokończył, bo Hippolita wpadła mu w słowo: ‒ Odprawić!

‒ Pani, oni już tu są. Czekają…

‒ Kto ich wpuścił? ‒ Sapnęła jak byk. ‒ Idź po nich! ‒ Gdy Igor wyszedł, dodała: ‒ Widzisz, co narobiłeś? Już się szarańcza zleciała, ledwo szczur za próg wylazł. Mówię ci, pewno już go chwycili, a teraz o jałmużnę przyszli prosić. Mówiłam, że same kłopoty z tego będą.

Do sali wszedł mężczyzna umorusany sadzą, zarośnięty jak drwal, śmierdzący dymem oraz potem. A za nim drugi, młodszy, identyczny, bez zarostu. Na widok suto zastawionego stołu oczy zaszły im łzami, a szczęki samoistnie się rozwarły, nogi zaś mimo woli postąpiły do przodu. Wenecjan popadł w jeszcze większą zadumę, z której to wyrwała go dopiero matka, wystrzeliwszy jak korek od szampana i opryskawszy wszystkich wokół pianą.

‒ Nie zbliżać się do stołu!

Nędznik zmitygował się i przykląkł na jedno kolano przed Hippolitą van der Hellmann (dama zachowała nazwisko po pierwszym mężu, może dlatego, iż drugi zwał się Ogonek), pociągając za sobą chłystka. Miał swój honor, ale w obecnym momencie wsadził go głęboko w kiszki.

‒ Pani ‒ wymamrotał. ‒ Od dwóch tygodni nie mamy ani dachu nad głową, ani czym żołądków zapchać. Pokornie prosimy…

‒ Jakim prawem nachodzicie mnie w domu?

‒ Prawem miłosierdzia, pani.

‒ Byle kaszy dać… ‒ wtrącił chłopiec.

‒ No popatrzcie! Kaszy im się zachciało. Jakie łakomczuchy. Mówią, że żreć nie mają co, ale bębole pękate jak arbuzy. Precz! Wynocha mi stąd, bo na galery was poślę! Wynocha mi stąd, tam, gdzie wasze miejsce! Oszuści i łajdacy! Do pracy się brać, to i jeść będzie co. Paszoł won!

‒ Ale pani…

‒ Żadnej pani. Igorze, wyprowadź ich i miej na uwadze, że ja drugi raz nie wybaczam.

Zrazu stanął Wenecjan na równe nogi, aż krzesło rąbnęło o posadzkę. Nie wiadomo, czy to z powodu prawdy o ojcu, czy z kaprysu, pięścią w stół huknął i powiedział głosem męskim, władczym, zdecydowanie nieswoim:

‒ Opamiętaj się, Hippolito! Jedzenia starczy dla wszystkich. Piwnice mamy pełne. Siadajcie, nieszczęśnicy, i jedzcie do woli, gdy się najecie, pomyślimy, co dalej z wami zrobić. O nic się nie bójcie, gośćmi moimi jesteście i jak równi z równymi zostaniecie potraktowani.

Pani matka nawet się nie odezwała. Zbledła biedula, wachlować się zaczęła, wstać chciała ‒ nic z tego!

‒ Zostańcie, matko ‒ powiedział Wenecjan. ‒ Gości mamy. Nie wypada odchodzić od stołu. Nieobyczajne to i niegrzeczne.

Została. Kmiotki białka wytrzeszczyli na dobroczyńcę i czołem poczęli bić i dłonie całować, i dziękować, i płakać rzewnie, na co im pozwolił, bo radość mu sprawiało ich szczęście.

‒ Częstować się ‒ rzekł. ‒ To znaczy, można jeść. Jeść czas najwyższy. Proszę nakładać sobie wedle woli i uznania. Polecam kuropatwę z rożna z listkami pietruszki, a także jarząbka w miodzie, karmelu i brzoskwiniach. Tylko na kosteczki uważać. A tu pieczony udziec barani z dodatkiem czosnku i rozmarynu, po prostu rozpływa się w ustach. No i jeszcze szynka wędzona z dzika, palce lizać. Do tego proszę sobie nałożyć pyr ze śmietaną oraz szczypiorkiem. Mamy tu surówkę z selera naciowego z rzodkwią i marchwią. A na deser polecam budyń z migdałami, kiwi i wanilią lub tartę czekoladową z malinami. Do popicia woda, mleko krowie i kozie lub wino czerwone francuskie albo białe włoskie, co kto lubi, moi panowie.

Biedacy oniemieli i zdębieli przesytem stołu i gościnnością pana, wreszcie jednak się przemogli. Pierwszy do uczty zabrał się starszy. Chwycił udziec barani i począł szarpać jak wilk owcę ‒ biedne jagniątko ‒ kiwając przy tym głupkowato głową. Młodszy zdecydował się na jarząbka, capnął ptaszka w okamgnieniu i wpakował na raz do ust. Noży, widelców i łyżek nie zauważyli lub zignorowali.

Spojrzał Wenecjan na mamusię. Ta, zasłoniła usta chusteczką, nosek zmarszczyła i oczy wbiła w dzbanek, podziwiając swoje zniekształcone oblicze. Przyciągnął jednak jej spojrzenie, próbowała dzielnie znieść synowskie ognie palące ‒ przegrała!

Nagle jednak łeb uniosła dumnie jak lwica, zamrugała kilkukrotnie, obejrzała dzbanek dokładnie raz jeszcze i wzrok przeniosła na chłystka, co opychał się tartą czekoladową z malinami i mlekiem kozim popijał.

‒ Bądź łaskaw, chłopcze młody, cukiernicę mi podać ‒ rozkazała. ‒ To ten pojemnik z chińskiej porcelany, zdobiony w błękitne słonie, z białym proszkiem w środku.

Popatrzył na ojca chłopiec wzrokiem niepewnym.

‒ Ja podam ‒ powiedział stary. ‒ Ja podam, jaśnie pani dobrodziejce.

‒ Nie! ‒ zaprzeczyła. ‒ Chłopiec poda.

Chłopiec wstał z krzesła, chwycił cukiernicę i nachylił się nad stołem, brudnym kubrakiem szorując po obrusie. I wtedy stała się rzecz niespodziewana: kłębek szary i wychudzony wypadł mu z dziurawej kieszeni.

‒ Dionizy! ‒ krzyknął oburzony, zrozpaczony i roztrzęsiony Wenecjan. ‒ Dionizy!

Matka złapała się za głowę i łez kilka nawet uroniła.

‒ Straż! ‒ krzyknęła w uniesieniu. ‒ Igorze, pędź po kata! Mordercy! W biały dzień. Igorze, śmigaj po topór i pieniek! A my ich chlebem i solą! Igorze, po topór! do kata! Natychmiast!

‒ Co za topór? Co się stało? ‒ stary wstał i wytarł w obrus ręce.

‒ Mordercy ‒ nie wytrzymał Wenecjan. ‒ Druha mi zabili. Mój Dionizy! To ja was…

Chłystek nagle pojął, o co raban podnoszą, szczura chciał capnąć, lecz mu Hippolita po łapach dała.

‒ Igooorze! Szybciej, do kata ‒ zawezwała podniecona.

‒ Ale co się stało? ‒ biadolił stary, wystraszonymi oczyma patrząc na Igora niosącego topór katowski. ‒ Jacy mordercy? Jaki Dionizy? Kto kogo zabił? My są niewinni! Nie wolno tak…

‒ Wolno! Tu sędzia siedzi ‒ wskazała Hippolita na męża. ‒ I mymi ustami wyrok wydaje.

‒ Biedny Dionizy! ‒ lamentował Wenecjan, przekładając szczura na tacę zastępującą katafalk.

Stary zauważył gryzonia i zgłupiał.

‒ Toć to szczur to ino. Jak żeśmy tu szli do państwa, zauważyłem, jak leży przed progiem, no to żem go chwycił, myślałem…

‒ Czyli do morderstwa się przyznajesz? We śnie go, podstępem, podstępem go… ‒ mówił przez łzy panicz van der Hellmann. ‒ Zamordowałeś! Dionizy!

‒ Toć to szczur, nie Dionizy ‒ upierał się nędznik. ‒ Dionizego nie znam i nie zabiłem.

‒ To mój przyjaciel najdroższy. A tyś go zabił! Zabił! Zabił! ‒ Oczy mu zapłonęły gniewem.

‒ Nie wiedziałem ‒ bąknął stary. ‒ Że to druh wasz. Wyglądał na szczura zwyczajnego. Gdybym wiedział, nie tknąłbym go, przysięgam.

‒ Sic factum est. Nimis sero clamare. ‒ Dreszcz przebiegł Wenecjanowi po plecach. ‒ Ściąć go!

‒ Żądam prawnika.

‒ Na nic ci prawnik ‒ wtrąciła Hippolita. ‒ We mnie prawo.

Igor ustawił pieniek i posłusznie chwycił kmiota za ramię, siłą zmuszając do wyjścia zza stołu. Pani wpakowała do ust krewetkę, bijąc brawo i śmiejąc się na widok płaczącego chłopca. Igor skinął głową, że gotów. Wenecjan już-już miał dawać znak katu, by czynił swą powinność, gdy do bawialni wpadł kucharz i przerwał egzekucję.

‒ Przerwać egzekucję! ‒ krzyknął głosem donośnym, nie-kucharskim. ‒ Nie ścinać. Nie pozwalam.

Oburzona pani van der Hellmann wstała z miejsca, już miała huknąć na trefnisia, ale zbladła, ujrzawszy kucharza bez czapki swej kucharskiej

‒ Wiron? Matko święta! ‒ Zemdlała.

‒ Jaki Wiron? ‒ parsknął Wenecjan. ‒ Gdzie Rzym, a gdzie Krym? Gęba jego kucharska do tatowej ni w ząb niepodobna, ni do ducha jego także. To kucharzyna, dewiant jeden, klaun i przebieraniec.

Porwał udziec jagnięcy ze stołu i rzucił, celując w łysy łeb. Tłuszcz spłynął po wychudłych policzkach. Krew się z nosa puściła. Kucharz nie przejął się tym, a śmiać się zaczął i śmiać się nie przestawał tak długo, aż wszyscy pomilkli, zbledli i usiedli na czym popadnie.

 

III

Kucharzyna otarł z gęby tłuszcz oraz krew. Zmarszczył czoło, nastroszył krzaczastą brew ‒ dumę van der Hellmannów ‒ spojrzał na napastnika a zarazem syna swego, obadał go od stóp do głów i nic nie powiedział, co w młodzieńcu wzbudziło większą grozę, niżby choć słowo padło. Następnie zasiadł za stołem, na drugim krańcu, naprzeciw nieprzytomnej małżonki i zwrócił się z poleceniem do niedoszłego kata, który wciąż trzymał łeb nędznika na pieńku.

‒ Igorze! Uwolnij tego nieszczęśnika. Nieszczęśniku, zechciej wybaczyć doznane cierpienia krzywdzicielom. Idź do kuchni pojeść sobie w spokoju i zabierz dzieciaka ze sobą. Później wynagrodzę ci twe męki i upokorzenia, tak oto przyrzekam.

Zadowolony męczennik wyszedł bez słowa.

Wiron napił się wody i przepłukał gardło, szykując się do najważniejszej i najtrudniejszej przemowy. Tymczasem do przytomności wróciła Hippolita, twarz skropiła winem i zapatrzyła się na męża, i nadziwić nie mogła. Wenecjan natomiast, po swym wybryku, oklapł bez życia, głowę zwiesił i wbił źrenice w martwe ciało Dionizego.

Wiron przepłukawszy gardło wzdłuż i wszerz, wstał uroczyście i zaczął monolog, o który nikt go nie prosił, ale widać czuł się winny wyjaśnienia, jakim to sposobem wstał z grobu, jak się tu dostał i w jakim celu?

‒ Słuchajcie uważnie, moi familianci. ‒ Tu orator chrząkną, aby zwrócić uwagę zebranych osób. ‒ Małżowiny nadstawcie, ucha i uszy naregulujcie, chwyćcie pucharki w dłoń, usiądźcie wygodnie, zamknijcie oczy, oddychajcie głęboko i powoli, bo opowieść nie będzie łatwa. Trzeba będzie wysilić szare komórki, trzeba będzie zaprząc do orki te dwa woły zwane lewą i prawą półkulą, aby pojąć w czym rzecz, jak i co się ma i dlaczego tak, a nie inaczej. Będziecie musieli zagłębić się w odmęty ludzkiego umysłu, uchwycić materię ducha, aby zrozumieć, aby pojąć me działanie, dostrzec w nim sens i okazać zrozumienie. Będziecie musieli wykroczyć poza trywialną logikę arystotelesowską i wypłynąć myślą na nieznane ludzkości jeszcze wody. Być może po drodze, jak Kolumb odkryjemy Amerykę, choć naszym celem samym w sobie będą Indie. Być może przyjdzie nam Amerykanów nazwać Indianami. Być może. Kto wie?

Tutaj na moment przerwał, aby sprawdzić, jakie wrażenie wywarł na swych familiantach. Następnie pierś uniósł jeszcze wyżej i zapatrzył się w dal, jakby przemawiał do tłumu. Oblizał wyschnięte wargi i skrycie uśmiechnął się, widząc, że wprawił ich w tak wielkie zdumienie, że nawet nie śmią się odezwać. Odchrząknął i podjął na nowo:

‒ A teraz do rzeczy, do rzeczy. Będzie to już ćwierć kopy lat temu podczas party, jak to mawiają Anglicy, razu pewnego w karczmie u Jankiela spiłem się tak, że ho! ho! i fiu! fiu! Ale to nie wszystko, wygrałem bowiem również w karty flet w zamian za kilka szmatek i kaloszy mej połowicy. Ale co to był za instrument? Flet samego flecisty z Hameln. Rzecz magiczna, czarodziejska, jednakowoż wyglądająca wielce zwyczajnie, banalnie: jak patyk z wydrążonym środkiem i kilkoma otworami na wierzchu.

Po bibce wróciłem do domu. Wniebowzięty poszedłem zanieść te wieści mej niewieście, która dowiedziawszy się o tym, wpadła, jako że to kobieta nerwowa i porywcza, w szał i kiedy oddawałem mocz przez okno na dziedziniec, podziwiając przy tym fontannę z wielce osobliwymi figurami, ta łania kochaniutka, acz nerwowa jak diabli, wykopała mnie na zewnątrz.

Szczęściem za pazuchą wciąż miałem flet, zagrałem więc na nim, a że bynajmniej nie był to falsyfikat, szczury w okamgnieniu przyleciały mi na pomoc i ocaliły od niechybnej zguby. To znaczy i tak spadłem plackiem, i pewnie jak trup wyglądałem, ale żyłem. Ledwo, ale jednak. I się w trumnie do przytomności zbudziłem. Tam, jako że wsadzono mnie do onej skrzyni i pogrzebano, tak jak mnie znaleziono, wydobyłem flet, wygrałem melodię, a gryzonie wydobyły mnie na światło dzienne.

Leżąc pod ziemią, uświadomiłem sobie jedną rzecz: jestem złym człowiekiem i nie mam po co wracać do żony i dzieci. Zrozumiałem też, że i moja połowica nie jest dobrą i przykładną białogłową, ale nic z tym nie mogłem naówczas uczynić. Dowiedziawszy się, że sąd jej nie ukarał za zbrodnię, zapałałem zemstą, ale nie miałem sił na to. Byłem złamany. Złamany duchowo. Chcąc odpokutować swoje czyny, skazałem się dobrowolnie na wygnanie, aby po latach posmakować zemsty na sucho.

Tak tedy wróciłem odmieniony…

‒ Chyba w jeszcze większego osła ‒ nie wytrzymała Hippolita. ‒ Co zrobiłeś z naszym kucharzem, durniu?

Wiron spojrzał na żonę i przez chwilę pojęcia nie miał, kogo widzi i kto doń mówi. Rozejrzał się na boki, usiadł i w ciągu kilku sekund, wykrzyczał:

‒ Posłałem na wczasy. A durna, to ty jesteś! I morderczynią jesteś! I gdyby nie ten twój tłusty i śmierdzący wieprz za kratami byś gniła lubo na galerach wiosłowała!

‒ Gdybyś za dziewuchami się nie uganiał, gdybyś tyle nie chlał, gdybyś tyle w karty nie grał… I jeszcze o co? O kijek? Patyk?

‒ Tere fere kuku! To wcale nie kijek. Nie patyk! Tylko flet samego muzyka z Hamlen, gdyby nie, to jak bym przeżył?

Hippolita zamilkła, a Wiron, chcąc raz na zawsze udowodnić, że mówi prawdę, wyciągnął ów sławny instrument z Hamlen i wygrał melodię. Recz stała się niezwykła. Dionizy wpierw nieśmiało poruszył łapkami, oczka otworzył, nagle cały się zatrząsł, zakrztusił i zwymiotował rosół, którym się był upił.

Hippolita zemdlała, po czym zaraz wróciła do przytomności i śmiertelnie przerażona, wydukała:

‒ Co… co… co… to ma znaczyć?

‒ Znaczy to, że prawdę i tylko prawdę mówiłem. A odkąd tu jestem, za pomocą moich małych nicponi widzę wszystko, co robicie. Znam każdy wasz sekrecik i każde z was. Przybyłem tu z zemstą tylko przeciw jednej osobie, ale widząc, co ta osoba zrobiła z niewinnymi, postanowiłem zetrzeć w proch cały ten ród zwyrodnialców. I tak bym uczynił, lecz w tejże samej chwili złapałem się za serce i uświadomiłem sobie, że to moje własne dzieci, a jeśli są takie a nie inne, to i za moją przyczyną, bom je opuścił. Wówczas postanowiłem odsiać ziarno od plew, stąd ten nieszczęśnik i jego smark, którego ja tu sprowadziłem, aby wykrył, które z was człowieczeństwo jeszcze posiada, które nie do końca zgnilizną śmierdzi. I choć wiem, że straszna to zbrodnia zabijać własne dzieci, to postanowiłem uczynić tę przysługę ludzkości i…

‒ Nieprawda to ‒ wykrzyknął nagle Wenecjan, który dotąd potulnie słuchał wszystkiego, co ten nieznany mu człowiek podający się za jego kochanego ojca mówi i wierzyć zaczynał, łez nawet kilka uronił, lecz otarł je, kiedy ujrzał, jak szczur wstaje z martwych i wypluwa rosół.

‒ Zabić nas chciałeś podstępem ‒ krzyczał dalej, w rozdrażnieniu tłukąc pięściami o stół. ‒ Rosół był zatruty i od tego właśnie szczur Dionizy zdechł. Igorze, skosztuj zupy!

Lokaj posłusznie zabrał się do wykonania polecenia, lecz nie zdążył go wykonać. Dotąd bowiem śpiący drugi małżonek Hippolity wpakował sobie właśnie do gęby łyżkę bulionu. Tyle wystarczyło na dogorywającego staruszka, który złapał się za gardło, zarzęził, spadł ze stołka i umarł.

‒ Kłamca, mówiłem! ‒ krzyczał Wenecjan.

‒ Raczej anioł miłosierdzia. Początkowo męki okropne wam szykowałem, jeślibyście testu nie przeszli, alem zmienił zdanie i chciałem szybko, cichaczem, bez rozgłosu.

Młodzieniec go nie słuchał, tulił i głaskał Dionizego, który zbuntował się, wyrwał spod władzy fletu i życie poświęcił, aby pokrzyżować plany tyrana, w czym pewnie miał i swój cel.

Wiron, widząc to, pobladł, wyciągnął flet i zaraz począł grać najdziksze, żywiołowe melodie. Z dziur i zakamarków powyłaziły najobrzydliwsze szczury i osaczyły domowników. Sam Dionizy, choć długo się opierał, wreszcie wyrwał się z rąk młodzieńca i dołączył do swych braci.

‒ Nie chcieliście szybko i bezboleśnie ‒ podjął Wiron ‒ to zginiecie w…

Nim dokończył porównanie, do bawialni wkroczyła Oriana z Antonią. Służka miała literalnie nóż na gardle.

‒ Wszystkiego się dowiedziałam od tej dziewki sprzedajnej ‒ powiedziała Oriana spokojnie i pomimo tłumu szczurów nie zaczęła panikować; widać jakaś dziwna przemiana musiała się w niej dokonać, ale nie dziwota, każdy bowiem wie, iż kobieta zmienną jest. ‒ Oddawaj flet, ojczulku, albo flaki wypruję tej zdzirze.

‒ Jak ty mówisz najdroższa ‒ jęknął ojciec, chciwie patrząc na Antonię, której kilka kropel krwi skapnęło za dekolt.

‒ Flet, zapleśniały umarlaku. Flet, już!

Wiron smutnie pokręcił głową, już miał przyłożyć ustnik do warg, kiedy coś powaliło go na ziemię, a inne coś wyrwało instrument z ręki. Hippolita wbiła kolano w krzyże mężowi, a Wenecjan triumfalnie uniósł flet.

‒ Nikt już nie zniewoli Dionizego ‒ rzekł i złamał flet na pół.

Czerwone, wściekłe oczka zapalił się jak ognie i poczęły niebezpiecznie zacieśniać krąg, na ich czele stał Dionizy.

No a dalej, dalej stało się tak, jak z pewnym władcą, którego imienia nie pomnę.

Koniec

Komentarze

Osobliwe to opowiadanie, wielce absurdalne i na swój sposób chyba zabawne, tyle że mnie jakoś ten rodzaj humoru zupełnie nie bawi, więc cóż – przeczytałam, ale pewnie niebawem o wszystkim zapomnę.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Wosk topił się wznio­śle… –> Na czym polega wzniosłość topienia się wosku?

 

We­ne­cjan wszedł do wy­kwint­nie wy­stro­jo­nej kom­na­ty… –> Wystroić może się ktoś, ale nie wydaje mi się, by można wystroić komnatę.

Może: We­ne­cjan wszedł do wy­kwint­nie urządzonej kom­na­ty

 

za­siadł na prze­zna­czo­nym miej­scu, to jest na lewo od sie­dze­nia matki. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …i za­siadł na prze­zna­czo­nym miej­scu, to jest na lewo od krzesła matki.

 

‒ Kto jest naj­mil­szym czwo­ro­no­giem pod słoń­cem? ‒ za­ga­ił do szczu­ra… –> Można zagaić np.: rozmowę, zebranie, obrady, ale nie można zagaić do kogoś.

 

Roz­no­si­cie­lu ty­fu­sa… –> Roz­no­si­cie­lu ty­fu­su

 

przy­czy­no za­wa­łów serca, dziew­czę­cych pi­sków i akro­ba­cji. –> Przyczyną jakich jest akrobacji?

 

wdra­pał się na pół­mi­sek z udźcem ja­gnię­cym… –> Nie wydaje mi się, aby szczur musiał się wdrapywać na półmisek.

 

pasz­te­tu z kacz­ki, pyrów z ko­prem… –> Pyra jest rodzaju żeńskiego, więc: …pasz­te­tu z kacz­ki, pyr z ko­prem

 

„A co jeśli się udła­wi? ‒ po­my­ślał. – Skona w taki dzień? To by­ła­by rzecz strasz­na. Okrop­na! Tatko nie byłby za­do­wo­lo­ny, on prze­cież tak ko­chał zwie­rzę­ta. Pa­mię­tam, jak spro­wa­dził sobie łeb lwa”. –> „A co jeśli się udła­wi?” ‒ po­my­ślał. „Skona w taki dzień? To by­ła­by rzecz strasz­na. Okrop­na! Tatko nie byłby za­do­wo­lo­ny, on prze­cież tak ko­chał zwie­rzę­ta. Pa­mię­tam, jak spro­wa­dził sobie łeb lwa”.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

I chłep­ce sobie mój bu­lio­nik z moje wazy… –> Literówka.

 

Nie ważne? ‒ krzyk­nął mło­dzie­niec. –> Nieważne? ‒ krzyk­nął mło­dzie­niec.

 

Nie ważne ‒ po­wtó­rzy­ła matka. –> Nieważne ‒ po­wtó­rzy­ła matka.

 

Paszą won! –> Paszoł won!

 

Do tego pro­szę sobie na­ło­żyć pyrów ze śmie­ta­ną… –> Do tego pro­szę sobie na­ło­żyć pyr ze śmie­ta­ną

 

‒ Bądź ła­skaw, chłop­cze młody, cu­kier­ni­cy mi podać… –> ‒ Bądź ła­skaw, chłop­cze młody, cu­kier­ni­cę mi podać

 

Gęba jego ku­char­ska do ta­to­wej ni w ząb nie po­dob­na… –> Gęba jego ku­char­ska do ta­to­wej ni w ząb niepo­dob­na

 

wy­gra­łem bo­wiem rów­nież w kar­tach flet… –> …wy­gra­łem bo­wiem rów­nież w kar­ty flet

 

Nie praw­da to ‒ wy­krzyk­nął nagle We­ne­cjan… –> Niepraw­da to ‒ wy­krzyk­nął nagle We­ne­cjan

 

Lokaj po­słusz­nie za­brał się za po­le­ce­nie… –> Lokaj po­słusz­nie za­brał się do wykonania po­le­ce­nia

 

po­wy­ła­zi­ły naj­obrzy­dliw­sze szczur i osa­czy­ły do­mow­ni­ków. –> Literówka.

 

nie za­czę­ła pa­ni­ko­wać; widać jakaś dziw­na prze­mia­na mu­sia­ła się weń do­ko­nać… –> Piszesz o dziewczynie, więc: …prze­mia­na mu­sia­ła się w niej do­ko­nać

Za SJP PWN: weń «w niego»

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy Dzięki za łapankę i rady :) Przypuszczałem, że tekst nie każdemu może się spodobać. Jest dość głupkowaty, ale uważam, że ma coś w sobie, więc nie mogłem sobie odmówić, aby go opublikować.

Atreju, dobrze że sobie nie odmówiłeś. ;)

No i zawsze mogą się tu zjawić czytelnicy, których opowiadanie rozśmieszy. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie wiem, co mądrego napisac, to palnę kilka głupot :)

Z dowcipami jest jak z metaforami: dobrze sobie je wpierw samemu ocenić, powiedzmy od jednego do pięciu, by zbytnio nie kombinować (to zreszta nie moja rada nawet). I wywalić te poniżej czwórki, a może i poniżej piątki…

Co nie znaczy, że jest nieśmiesznie. Kłopot w tym, że skoro zdecydowałeś się na heheszkową konwencję, to musi być tu petarda za petardą, bo inaczej tekst zacznie nużyć. Czyli nie na siłę, jakoś tak niewyczuwalnie, naturalnie, bez kropel potu na czole. Jak to zrobić? Cholera wie, tylko trudno ją o to zapytać. Nie zaszkodzi dalszy trening i lektura dzieł pisarzy Tobie stylistycznie bliskich.

I chyba warto też zbalansować humorystyczną część z fabularną. Niech ta fabuła sobie gładziej śmiga; nie obklejaj jej aż nadto dżołkami or podpimpuj choćby najdrobniejszy z nich do względnej używalności :)

Przykład dowcipu lekkiego do strawienia: “…przed Hippolitą van der Hellmann (dama zachowała nazwisko po pierwszym mężu, może dlatego, iż drugi zwał się Ogonek)”

Przykład cięzkostrawnego: “Chłopcze, nie odwracaj konia do góry ogonem!”

Możesz parafrazować, możesz wykazywać się kreatywnością zdecydowanie ponadprzeciętną, ale staraj się zachowac równowagę i jak najwyższy poziom, bo konkurencja nie śpi! ;)

Widzisz, mówiłem, że nic mądrego nie napiszę :)

A technicznie jest przyzwoicie, czyli teraz tylko  dopracuj styl :)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

@koik80 Myślę, że coś mądrego jednak się znajdzie ;)

Pierwsza część tekstu powstała dawno temu i wzięła się z niczego: po prostu pisałem, nie wiedząc wcześniej ani, co chcę napisać, ani, o czym chcę pisać; stąd później miałem kłopoty z fabułą.

Co do żartów/metafor, może i jest to jakiś sposób; na pewno przetestuję.

Słuchaj, miałem podobnie, ponosił mnie flow (zaczynałem w ogóle od pisanie humoresek, czyli witaj w klubie), co nie zawsze przekładało się na heheszkową jakość całości. Flow niech ponosi, od tego jest, ale później faktycznie sobie oceń dżołki i przynajmniej zastąp te najpustynniejsze, najdżunglejszymi :)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Przeczytałam, oczy ze zdumienia wybałuszając i za cholerę nie wiem, co o tyym myśleć.

Czytało się w sumie nieźle, ale obawiam się, że szybko ten tekst zapomnę. Czegoś zabrakło, jakiegoś bum, sama zresztą nie wiem czego. ;)

@Irka_Luz Dzięki :) Może następnym razem wyjdzie lepiej i niczego już nie zabraknie.

Koik80 dobrze napisał o kwestii odbioru humoru. I ma sporo racji. Bo choć tekst czytało się okej, dowcip przeleciał obok mnie i nawet nie drasnął. A w efekcie, po zakończonej lekturze, po prostu wzruszyłem ramionami. Nic we mnie nie wzbudził ten koncert fajerwerków.

Sama jednak forma nawet-nawet. Zdania czytało mi się gładko, nawet jeśli zdarzyło się mu być chropowatym.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka