- Opowiadanie: kasjang - Słabość do potęgi

Słabość do potęgi

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Słabość do potęgi

Kiedy wreszcie przedarł się przez gęstwinę, omiótł spojrzeniem rozciągającą się wzdłuż horyzontu ścianę ognia.

Przejście korytem wyschniętej rzeki nadal było otwarte, ale musiał się spieszyć.

Poprawił sakwę na plecach i zaczął biec. Po paru krokach spostrzegł, że nie jest sam. Eskortowana przez straż miasta Arkali kolumna uchodźców – starcy, kobiety i dzieci – gramoliła się w tym samym kierunku.

Strażnicy nieśli starsze dzieci, krzykiem dopingując pozostających w tyle starców.

Widząc ich mozół, uświadomił sobie, że musi zwolnić kroku, jeśli chce zachować wiarygodność ukrywającej go iluzji.

Ale przejście zamykało się zbyt szybko i zaczęło do niego docierać, że ani on, ani uciekinierzy, nie zdążą z niego skorzystać.

Może gdybym wytężył siły…

Z łatwością wyprzedził starców i strażników. Jedna z kobiet potknęła się i upadła z krzykiem, wypuszczając z ramion niemowlę, które poturlało się prosto pod jego nogi. Odskoczył na bok, z trudem zachowując równowagę.

Spojrzał na dziecko, ledwie widoczne w suchej trawie, a potem na tłum za plecami.

Stratują je… Ale to nie mój problem.

Jego uwagę odciągnęły krzyki. Zatrwożone twarze zwracały się w stronę ognia.

Intensywność płomieni wzrosła, oślepiając go. Zacisnął powieki, słysząc wybuchy płaczu i głośny kaszel.

Jedyna droga ucieczki z półwyspu została odcięta.

Pierwszym, co zobaczył po otwarciu oczu, była tuląca niemowlę do piersi kobieta.

Zrobiło się cicho i nikt się nie ruszał.

Jak muchy w pajęczynie, pomyślał, lustrując wzrokiem siedzących na trawie ludzi. Strażnicy naradzali się nieopodal.

Czas się zbierać, póki są zajęci.

Ruszył z powrotem w stronę drzew, ale nie zaszedł daleko.

– Hej, dziadku!

Usłyszał silny, męski głos. Nie odwrócił się.

– Zaczekaj. Wkrótce przybędzie akolitka Rivan i spróbuje otworzyć przejście.

Zwolnił, z wahaniem.

Rivan. Najmłodsza z trójki ocalałych kapłanów Soleja, Boga Światła. Właściwie to nie była jeszcze kapłanką. Ale nawet jej zdolności wystarczyłyby, żeby go zdemaskować, gdyby podszedł zbyt blisko.

– Słyszałeś? Rivan! Opuści Arkalę, żeby nas ratować. – Zgaszone twarze kobiet i starców ożywiły się. – Ale co z kopułą ochronną?

– Wielebni Mark-Bar i Ward dadzą sobie radę – zapewnił strażnik. – Trzymajmy się razem. W okolicy nie jest bezpiecznie.

Wiem to, durniu. Widziałem mazithy wychodzące z cienia. Gakany wygrzebujące się z ziemi. Ogmuny karmiące się ogniem. A to wszystko tylko pomniejsze demony. Nawet gdybyś każdej osobie w tym tłumie dał kuszę i miecz, jeden tastron posieka was wszystkich na kawałki.

Wrócił między uchodźców, zły, że niepotrzebnie przyciągnął do siebie uwagę. Z teatralnym stęknięciem usiadł na trawie.

Poczekajmy na Rivan. Wątpił, że akolitka zdoła otworzyć przejście, jej starania mogły jednak posłużyć za dywersję.

– Masz może coś do picia, dziadku? – Siedząca obok kobieta pociągnęła go za rękaw.

Wzdrygnął się.

– Nie, nie mam.

– Nie dla mnie. Dla dziecka. – Kobieta rozchyliła koszulę. Na jej piersi zauważył pięć głębokich zadrapań. Pamiątka po spotkaniu ze szponiastym gakanem. – Mleko może być zatrute.

– Udało ci się uciec – odezwał się, spoglądając jej w oczy.

– Miałam jeszcze syna.

Przełknął ślinę, czując narastającą w ustach gorycz. Zostawiła jedno dziecko na pastwę demona, żeby uratować drugie. A teraz ono również znalazło się w niebezpieczeństwie.

– Muszę poszukać wody. – Z trudem podniosła się na nogi.

Odprowadził ją wzrokiem, zastanawiając się, ile czasu minie, nim trucizna gakana uszkodzi jej serce.

Z grymasem splunął na trawę. To nie mój problem.

 

***

 

Poczuł, że się zbliża, zanim jeszcze dotarł do niego odgłos kopyt galopujących koni.

Jak kropla deszczu na spieczonej słońcem skórze. Boleśnie wyczuwalna, ale nie przynosząca ulgi.

Eskortowało ją czterech gwardzistów w sfatygowanych zbrojach. Gdy zbliżyli się do uchodźców, konie przeszły do stępa. Ludzie zrywali się z miejsc na jej widok. Strażnicy musieli użyć siły, żeby odsunąć ich z drogi.

Siedziała w siodle prosto, wręcz sztywno, z marsem na czole wpatrując się w ścianę szalejącego ognia.

Słyszał, że miała dwadzieścia lat, ale ostatnie tygodnie postarzyły ją tak bardzo, że mógłby ją wziąć za rówieśniczkę.

Nie mógł użyć więcej niż strumyczka mocy, żeby podtrzymać kryjącą go iluzję. Ale nabrał przekonania, że akolitka jest zbyt wyczerpana, żeby cokolwiek zauważyć.

Odwróciła się w stronę tłumu, przesuwając spojrzenie po pełnych nadziei twarzach.

Jakim cudem trzymasz się tak prosto? Nawet ja czuję spoczywający na twoich barkach ciężar. Nie ocalisz tych ludzi. Nawet nie próbuj.

Powiedziała coś do podchodzącego strażnika, po czym zaczęła zdejmować rękawiczki. Skóra na jej dłoniach była pokryta pęcherzami i spękana.

– Przejście będzie szerokie na trzy osoby – oznajmił donośnym głosem mężczyzna. – Najpierw przejdą kobiety z dziećmi. Potem reszta. Jakieś dziesięć kroków i będziecie po drugiej stronie. Jeśli zachowacie spokój i porządek, wszyscy przejdą bez szwanku. To zależy tylko od was.

Ledwie zamilkł, tłum ruszył przed siebie, nabierając impetu. Wkrótce zaczęły się przepychanki.

Gwardziści Rivan zeskoczyli z koni i ustawili się wokół dziewczyny, zostawiając jej dość przestrzeni, by mogła rozłożyć ręce.

– Odsuń się, dziadku. Jeszcze nie twoja kolej!

Wydało mu się to bez znaczenia.

Nikt nie zgasi tego ognia.

Kiedy akolitka połączyła się ze swoim bóstwem i zaczerpnęła mocy, odebrało mu dech w piersiach. Z czubków jej palców trysnęło lodowate światło, uderzając w podstawę ognistej ściany. Błękit walczył z czerwienią w oślepiającej bitwie. W górę uniosły się kamienie i grudy ziemi. Stojące najbliżej kobiety skuliły się, osłaniając trzymane w ramionach dzieci.

Patrzył na dziewczynę, zaskoczony jej mocą i determinacją. Czy to krople krwi sączyły się spomiędzy jej palców? Musiał podejść bliżej. Strumień jej mocy nie słabnął.

To ciało jest problemem, uświadomił sobie. Zbyt słaby przewodnik dla tak potężnej magii.

Ziemią targnął wstrząs. Zerknął na ścianę, w ogniu nie było ani szparki.

Dziewczyna krzyknęła, przycisnąwszy lewą dłoń do piersi. Jej palce drżały. Zdziwiła go nuta wściekłości, jaką usłyszał w jej głosie.

Dzielnie podtrzymywała niebieski płomień jedną dłonią, ale i ten szybko osłabł.

No cóż… spróbowała.

Rozejrzał się wokoło. Zapadał zmrok i nikt nie zwracał na niego uwagi. Mógł odejść niezauważony.

Rivan otarła rękawem nos, mankiet zabarwił się szkarłatem. Jeden z gwardzistów odwrócił się w jej stronę.

– Pozwól się podtrzymać.

– Jeszcze stoję. – Jej głos był niski i pełen uporu.

Ponowiła próbę, z grymasem na twarzy. Błękitne promienie z furią uderzyły w kotłujący się ogień. Widział łzy spływające jej po policzkach, mieszające się z krwią i potem. Patrzył na nią jak zahipnotyzowany, przez co zupełnie przeoczył to, co działo się ze ścianą. Dopiero odgłos wykrzykiwanych rozkazów wydobył go z transu.

W ogniu pojawiła się szczelina.

– Pojedynczo! Tylko dziesięć kroków!

Pierwsze kobiety, ciągnąc dzieci za sobą, weszły między płomienie.

Rivan zachwiała się, wywołując natychmiastową reakcję gwardzistów. Dwóch z nich stanęło po jej lewej i prawej stronie, chwytając dziewczynę za nadgarstki i pomagając jej utrzymać dłonie w górze.

Moc ją zabije!

Uświadomił sobie, że powiedział to na głos. W tej samej chwili w pobliżu dał się słyszeć pomruk, z wolna unoszący się i opadający niczym lament.

Tastron.

Powietrze przed Rivan zafalowało, śpiewny jęk przeszedł w rozdzierający bębenki wizgot. Konie gwardzistów zerwały się do ucieczki.

Strażnicy porzucili ogarnięty paniką tłum i rzucili się w stronę materializującego się demona. Przypominał muskularną kobietę, jednak o głowę wyższą od najroślejszych mężczyzn. Para rogów na jej głowie sprawiała, że jeszcze bardziej górowała nad tłumem. Ciemnozielona skóra tastrona lśniła jak naoliwiona, a długi, zakończony kostnymi wyrostkami ogon wił się jak ogarnięty szałem wąż. Pierwszego z mężczyzn, którego dosięgnął, demon złapał w szpony i jak szmacianą lalkę cisnął w ogień. Gdy tamten jeszcze spadał, drugi strażnik walczył o życie, próbując pozbyć się owiniętego wokół szyi ogona.

Dopiero jakieś trzy tuziny uchodźców weszły między płomienie. Pozostali z przerażeniem rzucali się przed siebie, popychając i tratując tych, którzy stali im na drodze.

Trzech gwardzistów Rivan wysunęło się naprzód, stając w formacji obronnej między nią a tastronem.

Został przy niej tylko jeden, pomagając utrzymać zaklęcie.

Powietrze za odsłoniętymi plecami dziewczyny zaczęło falować. Jej obrońca odwrócił głowę, ale zamiast ostrzegawczego krzyku z jego gardła wydobył się strumień krwi. Wybałuszając oczy, spojrzał na sterczące z jego piersi czarne ostrze, a potem drugie wychodzące z brzucha. Jego krew obryzgała Rivan, która z krzykiem upadła na ziemię. Jakimś cudem udało jej się podtrzymać zaklęcie.

Dwa argothy uniosły nad nią wyrastające bezpośrednio z ramion czarne miecze.  

– Wytrzymaj! – krzyknął, porzucając sakwę i unosząc dłonie.

Nie mogę użyć mocy…

Nie mogę, ale muszę.

Wystarczyło niewiele, żeby przyciągnąć uwagę demonów. Rivan odczołgała się na bok, drżąc na całym ciele. Błękitny strumień, płynący z jej palców, zamienił się w strumyczek. Brama zaczęła się zamykać.

Krzyki wpadających w płomienie ludzi docierały do niego z oddali. Całą uwagę skupił na niepokojąco ludzkich oczach tastrona. Musiał załatwić to szybko. Zanim się zorientują, co może im zrobić.

Pozwolił mocy płynąć bez ograniczeń, aż jego skóra zaczęła mrowić. Źrenice pochylonej nad zmasakrowanymi ciałami gwardzistów demonicy rozszerzyły się. Otworzyła paszczę, ale nim wydobył się z niej jakikolwiek dźwięk, jej ciałem targnęły konwulsje. Wkrótce pozostała po niej tylko kupa popiołu.

Natychmiast skierował uwagę na rzucające się do ataku argothy. Jednego zniszczył prawą, a drugiego lewą ręką, po czym popędził w stronę leżącej na trawie Rivan.

Udało jej się. Utrzymała przejście wystarczająco długo, żeby ocalić większość uciekinierów. Wokoło nie było żywej duszy, a jedynym słyszalnym dźwiękiem było huczenie ognia.

Utknąłem, uświadomił sobie. A jednak nie ta myśl była powodem jego strachu.

Ostrożnie dotknął szyi dziewczyny. Ulga, jaką poczuł, zawstydziła go.

Jej dłonie były całe we krwi, niektóre palce obdarte z mięsa. Innych ran nie dostrzegał.

Odnalazł swoją sakwę, po czym wziął dziewczynę na ręce i zagłębił się w Puszczy Keld. Kiedy oddalił się na odległość, z której nie słyszał już ognia, ułożył ją na mchu, wydobył z sakwy bandaż i zaczął opatrywać jej dłonie.

Czerwona błyskawica rozdarła niebo, przy odgłosie przypominającym grom, ale bez echa.

– Kopuła…

Spojrzał na twarz dziewczyny. Patrzyła na niebo, a jej zaczerwienione oczy pełne były trwogi.

– Muszę wracać. – Spróbowała się podnieść, krzywiąc się z wysiłku.

– Leż – rozkazał. – Twoje ręce są na granicy rozpadu.

Patrzyła na niego długo, a grymas na jej czole stopniowo się pogłębiał.

– Kim jesteś?

Westchnął, wracając do bandażowania jej palców.

– Twoje ciało jest iluzją – kontynuowała, nie doczekawszy się odpowiedzi. – W tej chwili nie mam sił, żeby ją przejrzeć, ale…

– Nie rób tego.

– Bo co? Bo mnie zabijesz? Przed chwilą ocaliłeś mi życie.

Tak, okazałem słabość. Trzeba było uciekać, kiedy przejście było jeszcze otwarte, przeszło mu przez myśl, ale natychmiast poczuł, że wcale tak nie myśli.

– Widziałam, jak zniszczyłeś demony. Twoja moc jest ogromna – powiedziała łagodniejszym tonem. – Gdybyś pomógł wcześniej, moi gwardziści i ci dzielni strażnicy nadal by żyli.

Pokręcił głową, zaciskając zęby. Nie daj się sprowokować.

– Zaniosę cię do Arkali – zdecydował. – Na twoim miejscu oszczędzałbym siły. Jeśli chcesz, żeby twoi bracia kapłani mieli z ciebie jakikolwiek pożytek.

Westchnęła głęboko.

Mądra dziewczyna.

Przed wyruszeniem w drogę, zwilżył kawałek tkaniny wodą i zmył krew z jej twarzy. Nie patrzyła na niego. Po co miałaby to robić, skoro jego twarz była tylko zasłoną? Spróbowała przeniknąć tę zasłonę po raz pierwszy, kiedy wziął ją na ręce.

Bez słowa wzmocnił iluzję.

Jeśli się pospieszy, pozbędzie się jej, zanim sygnatura jego mocy przyciągnie niepożądaną uwagę.

Ruszył w stronę miasta, gotów zmierzyć się z tym, co czekało po drodze.

Co potem? Musiał się zastanowić.

 

***

 

Niebo przeszyły kolejne błyskawice, tym razem trzy jednocześnie. Rivan instynktownie wtuliła się w jego ramię. Przełknął ślinę, czując ucisk w piersi. Miał cichą nadzieję, że akolitka nie słyszy, jak szybko bije mu serce.

Im bardziej starał się nie myśleć o ciele dziewczyny, o jej włosach tak blisko jego twarzy, tym mocniej ją czuł, a otaczająca go rzeczywistość traciła ostrość i znaczenie.

Nie zdążył zareagować, kiedy magiczna sonda Rivan spenetrowała, a potem zneutralizowała jego osłony. W panice upuścił ją na leśne poszycie i zasłonił twarz ramieniem.

Widząc szok w oczach dziewczyny, zrozumiał, że już za późno.

– Kos Irani – wyszeptała, odczołgując się od niego.

– Nie zrobię ci krzywdy. Uratowałem cię, pamiętasz?

– Wszyscy myślą, że nie żyjesz. – Spojrzeniem omiotła jego sylwetkę.

Uśmiechnął się gorzko.

– Co jeszcze myślą? Że ściągnąłem na świat zagładę? Że byłem słabym magiem, który chciał wykorzystać demony do zwiększenia swojej mocy? Albo może byłem za dobry i w swojej pysze obudziłem niszczycielską siłę, której nikt nie może zatrzymać?

Pokręciła głową.

– To chwilowo bez znaczenia. Kopuła się rozpada. Muszę wrócić do Mark-Bara i Warda i jakoś to powstrzymać.

– Nie mogę wejść do miasta. Któryś z nich może mnie zdemaskować.

– Nie są aż tak biegli.

Ciekawe, jak się z tym czują. Ostatnich dwóch kapłanów ledwie dorównuje mocą dziewczynie, której jeszcze nie wyświęcono. Czy biorą pod uwagę jej zdanie? W spokojniejszych czasach szybko wspięłaby się po szczeblach hierarchii. Mogłaby nawet zostać najmłodszą arcykapłanką Soleja w dziejach.

– Chodźmy już.

Dziwił się, że mu ufała. Z drugiej strony, nie miała wyboru.

Wziął ją na ręce i ponownie ukrył się za iluzją, wiedząc, że wokół miasta krążą patrole.

Milczenie dziewczyny nie trwało długo.

– Dlaczego się ukrywasz?

– Bo jestem tchórzem. – Pomyślał, że ta odpowiedź zakończy dyskusję, ale nie spodziewał się, że zabrzmi tak podle w jego uszach.

– Masz dość mocy, żeby dać nam czas na odzyskanie sił – kontynuowała, ignorując jego słowa. – Z twoją pomocą, moglibyśmy znaleźć jakiś sposób…

– Nie mogę używać magii – przerwał jej stanowczo. – Każda zabita przeze mnie istota wzmacnia to, co jest źródłem kataklizmu.

– Masz na myśli serce demonicznej epidemii, które znajduje się w twojej dawnej rezydencji?

Skrzywił się, czując, jak żołądek podchodzi mu do gardła.

– Musisz mi wyjaśnić, co się wydarzyło.

Znowu ten rozkazujący ton Arcykapłanki Rivan.

– Nie chcę o tym rozmawiać.

– Czy można to powstrzymać?

– Nie.

– Jeśli to, co się wydarzyło, wynika z twojej niekompetencji, skąd możesz mieć pewność, że się nie mylisz.

– Panie Światła… – jęknął, czując narastające wzburzenie. – Miałaś oszczędzać energię.

– Próbuję się czegoś dowiedzieć, zanim znowu uciekniesz.

Jej słowa przeszyły go jak miecz.

– Twoje dłonie wyglądają paskudnie – odezwał się przygaszonym głosem. – Potrzebujesz uzdrowiciela.

– Ward jest biegły w tej sztuce.

Niebo bliżej miasta rozbłysło serią błyskawic.

– Ward wkrótce sam będzie potrzebował leczenia.

 

***

 

Zasnęła w jego ramionach. Nim dotarł do wschodnich krańców puszczy i wyszedł na wiodący do miasta trakt, zaczęło świtać. Musiał ją obudzić, kiedy spostrzegł zbliżający się konny patrol. Postawił ją na ziemi i zgarbił się, wracając do odgrywania roli starca.

– Rivan! Bałem się, że cię straciliśmy!

– Dobrze znów cię widzieć, Ralf. Udało mi się otworzyć przejście – oznajmiła, czekając, aż mężczyzna zsiądzie z konia.

– Wyglądasz okropnie.

– Byłoby gorzej, gdyby nie ten człowiek. Znalazł mnie nieprzytomną w lesie i opatrzył moje rany.

Ralf uśmiechnął się szeroko.

– Jesteś bohaterem, staruszku. Jak ci na imię?

– Emil – skłamał, uświadamiając sobie, że już nie pamięta, kiedy ktoś ostatnio uśmiechał się do niego w szczery sposób. Zrobiło mu się niedobrze na myśl o tym, jak zareagowałby Ralf, gdyby wiedział, kto tak naprawdę przed nim stoi.

– Co z twoją eskortą?

Pokręciła głową. Ralf wciągnął powietrze, odwracając się w stronę swojego wierzchowca.

– Musimy wracać na wzgórze świątynne. Kiedy ostatnio tam byłem, wielebny Ward ledwie stał na nogach.

Jeden z członków patrolu zabrał Kosa na swojego konia. Rivan usadowiła się w siodle przed Ralfem. Dostrzegając rumieniec na twarzy młodego mężczyzny, Kos poczuł ukłucie zazdrości.

Jestem jeszcze głupszy niż myślałem…

Z ledwością poznał miasto, z którego uciekł przed trzema tygodniami. Zachodnia brama leżała w zgliszczach. Na murach nie dostrzegał żadnego ruchu. Część budynków zamieniła się w dymiące rumowiska, gdzieniegdzie nadal szalały pożary. Nigdzie nie było widać mieszkańców, ale nie dostrzegał również ciał.

Od dnia katastrofy gorączkowo poszukiwał drogi ucieczki z półwyspu. Ściana ognia skutecznie mu to uniemożliwiała. Przejście korytem rzeki pojawiło się zaledwie dwa dni temu i teraz już nie miał wątpliwości, że było pułapką.

Mężczyzna przed nim odruchowo pochylił głowę, kiedy niebo przeszyła kolejna seria czerwonych błyskawic.

Ralf ponaglił konia.

 

***

 

Wzgórze świątynne otaczał niewielki mur, na którym stali kusznicy. Kilka dobrze wymierzonych bełtów mogło unieszkodliwić pomniejszego demona, jeśli wiedziało się, gdzie celować.

Na pewno to wiedzą, inaczej dawno już by nie żyli, pomyślał Kos.

– Odprowadźcie Emila do mojej celi i dajcie mu coś do jedzenia – poleciła Rivan, kiedy zatrzymali się na wewnętrznym dziedzińcu świątyni. – Podtrzymam kopułę, aż Ward i Mark-Bar odzyskają siły, a potem do ciebie wrócę – dodała ściszonym głosem.

Spojrzał jej w oczy.

– Nie mogę tu zostać.

– Niczego się nie obawiaj, staruszku. Jesteś tu bezpieczny – zapewnił go Ralf.

Kos Irani zacisnął zęby. Nikt nie jest bezpieczny, jeśli ja tu jestem.

Starsza kobieta o poparzonych policzkach wprowadziła go do świątyni. Wzdrygnął się na widok wypełniających ją ciał. Było tak cicho, że w pierwszej chwili zdało mu się, że otaczają go zmarli. Dopiero po chwili wyłowił uchem szepty i jęki rannych. W powietrzu unosił się zapach krwi, moczu i kadzidła.

– Nie mamy wiele jedzenia – odezwała się kobieta. – Ale za to, co zrobiłeś, należy ci się uczta.

– Nie jestem głodny.

– Jesteś zdrowym mężczyzną. Musisz mieć siłę do walki.

Wprowadziła go do bocznej kaplicy, w której urządzono prowizoryczną kuchnię. Z kaplicy przeszli na korytarz, w którym dostrzegł czworo drewnianych drzwi. Kobieta otworzyła drugie z nich i odsunęła się, żeby go przepuścić.

– To cela Rivan. Możesz tu odpocząć.

Wszedł do pomieszczenia. Było tak małe, że ledwie mieściło się w nim łóżko. Przez wąskie, zdobione barwionym szkłem okno wpadały zielone, niebieskie i czerwone plamy światła. Na rozgrzebanym posłaniu leżały pogniecione szaty i zużyte bandaże. Zaczął je porządkować i układać na kamiennym parapecie, kiedy usłyszał kroki i głosy zbliżających się ludzi.

Zaciekawiony wyjrzał na zewnątrz. Dwie strażniczki prowadziły pod ramię wielebnego Mark-Bara. Stary kapłan słaniał się na nogach. Z jego nosa i bandaży owiniętych wokół jego palców sączyła się krew. Za nimi pojawiło się dwóch mężczyzn niosących kogoś na noszach.

Kos wyszedł z celi, żeby lepiej się przyjrzeć. Z trudem rozpoznał niegdyś ascetycznie piękną twarz wielebnego Warda, niespełna czterdziestoletniego kapłana, który teraz wyglądał jak schorowany żebrak.

– Nie mamy już świeżych bandaży – powiedział jeden z mężczyzn.

– Ja mam – odezwał się Kos.

Strażnicy wlepili w niego nieufne spojrzenia.

– Na imię mu Emil. To on uratował Rivan – oznajmiła staruszka, która właśnie wróciła z posiłkiem dla Kosa. – Możesz ich opatrzyć?

Skinął głową.

– Chwała ci, panie. – Strażnicy pokłonili mu się z szacunkiem i z pośpiechem wrócili do bocznej kaplicy.

– Jesteś prawdziwym błogosławieństwem – dodała kobieta, stawiając tacę na parapecie. – Pomogę ci, ale musimy się spieszyć. Ranni czekają na strawę.

– Dam sobie radę sam – zapewnił. – Jesteś potrzebna gdzie indziej.

Uśmiechnęła się krzywo, jakby mięśnie jej twarzy już zapomniały, jak to się robi. Wstrzymał oddech, kiedy podeszła i pocałowała go w policzek.

Gdy już został sam, wypił łyk herbaty, którą mu przyniosła i z sakwą w ręku przeszedł do celi starego Mark-Bara. Zmieniając opatrunki na dłoniach kapłana, z ulgą spostrzegł, że rany na palcach mężczyzny już się zasklepiały. Zdolność autoregeneracji, jaką posiadali niektórzy kapłani, zwłaszcza uzdrowiciele, była imponująca. Rivan też miała ten talent.

Rivan…

Akolitka samodzielnie podtrzymywała nie tylko kopułę ochronną, dzięki której nie spadł na nich jeszcze deszcz ognia, ale również antydemoniczną tarczę nad wzgórzem świątynnym. To jej moc przenikała powietrze, ściany i drzewa. Ciało Kosa momentalnie pokryło się gęsią skórką.

Kiedy przemywał twarz starego kapłana, Mark-Bar otworzył oczy.

– Gdzie jest Ward? Źle z nim…

Kos pomógł mu wstać z posłania. Rozumiał jego niepokój. Drugi kapłan potrzebował czegoś więcej niż zmiana opatrunku.

Pospiesznie przeszli do trzeciej celi. Ward wyglądał jak martwy.

Stary kapłan przysiadł na pryczy i ścisnął dłonie młodszego.

Magiczne zmysły Kosa wyczuły uzdrowicielską moc płynącą z palców Mark-Bara. Ale ciało Warda nie reagowało na jej działanie. Potrzeba było czegoś mocniejszego. Znał takie zaklęcie. Znał nawet kilka zaklęć, które odniosłyby skutek, ale wszystkie wymagały użycia ogromnej ilości mocy.

Przykro mi, wielebny. Jeśli cię uratuję, to miejsce zaleje rój demonów. A wtedy wszyscy na pewno zginiemy.

I tak przecież zginiemy, odezwał się zgorzkniały głos w jego głowie. Może lepiej skończyć z tym tu i teraz?

Przed oczami stanęło mu wspomnienie słów akolitki: podtrzymam kopułę, aż Ward i Mark-Bar odzyskają siły, a potem do ciebie wrócę.

Chciał, żeby wróciła.

Stał bez ruchu, patrząc, jak w leżącym na pryczy wychudzonym mężczyźnie gaśnie ostatnia iskierka życia.

– Przykro mi – powiedział cicho, ale nie doczekał się reakcji.

Zostawiwszy starego kapłana jego żałobie, wyśliznął się na korytarz i wrócił do celi Rivan.

Zaryglował drzwi i usiadł na pryczy, wygaszając iluzję. Wsłuchując się w dobiegające z zewnątrz odgłosy kroków i rozmów, sięgnął po stojące przy oknie lusterko. Czarny, gęsty zarost dodawał mu lat, tak samo jak sińce pod oczami. Chociaż według oficjalnej klasyfikacji gildii nadal był młodym magiem.

Zapadła cisza, którą mącił jedynie dyskretny furkot rozpostartych nad wzgórzem czarów. Kos dostroił swoją magiczną sygnaturę do tarczy ochronnej, co zapewniło mu całkowitą niewykrywalność.

Jego żołądek był pusty, ale nie miał apetytu. Ułożył się na pryczy i, sięgnąwszy po wyblakłą narzutę, nakrył się nią aż po czubek głowy.

Obudziło go pukanie. W celi panował półmrok.

– To ja, Rivan.

Nie musiała tego mówić. Jego magiczne zmysły widziały ją wyraźnie, nawet przez ścianę.

Zerwał się z posłania, podszedł do drzwi i odsunął zasuwę.

Rivan weszła do środka z lampką w dłoni.

– Ward nie żyje – powiedziała, podchodząc do okna.

– Wiem – odezwał się, ryglując drzwi.

Dziewczyna postawiła lampę przy oknie, po czym odwróciła się w jego stronę. Wyglądało na to, że jeszcze się nie oswoiła z widokiem jego prawdziwej twarzy. Poza tym jej cela była jak więzienie, a on, Kos Irani, stał między nią a wyjściem. Przez chwilę był pewien, że zaproponuje rozmowę gdzie indziej.

– Mogłem pomóc, ale…

Potarła czoło, głośno wciągając powietrze.

– Nie możesz używać magii.

Z westchnieniem podeszła do pryczy, usiadła na niej i zaczęła zdejmować opatrunki z dłoni.

– Mogę się tym zająć.

Po chwili wahania zgodziła się.

W milczeniu wydobył z sakwy ostatnią rolkę bandaża i pudełko z leczniczą maścią.

– Słyszałam, że opatrzyłeś dłonie Mark-Bara.

Skinął głową. Prycza ugięła się pod jego ciężarem i poczuł, jak ciało dziewczyny zsuwa się w jego stronę.

Ujął ją za nadgarstek. Potworne rany, których nabawiła się podczas ratowania uciekinierów, już się zamknęły. Nabrał odrobinę maści i najdelikatniej, jak tylko potrafił, zaczął wcierać ją w skórę dziewczyny, zaczynając od wnętrza dłoni.

Odchrząknęła.

– Powiesz mi wreszcie?

Przeniósł spojrzenie na jej twarz. Szybko odwróciła wzrok, a jej palce drgnęły.

– A co chcesz wiedzieć? – zapytał. Choć jeszcze jakiś czas temu gorąco pragnął wyznać jej całą prawdę, teraz nie chciał pozbywać się otaczającego go nimbu tajemnicy, który chronił go jak tarcza.

– Powiem ci, co wiem – zaproponowała. – Kiedy przyjęto mnie do akolitatu, byłam jeszcze dzieckiem. Wtedy pierwszy raz usłyszałam o tobie i twoim talencie. Kos Irani, młodziutki mag z głębi kontynentu, kupuje najpiękniejszą posiadłość na obrzeżach miasta, by uczynić z niej swoją rezydencję. Moje ciotki były bardzo podekscytowane.

Uśmiechnął się mimowolnie, nabierając kolejną porcję maści.

– Podczas trwającego w górach szkolenia słyszałam jedynie plotki. Podobno rzadko widywano cię w mieście, nie pojawiałeś się na oficjalnych bankietach i nie oferowałeś żadnych usług.

Czuł jej ukradkowe spojrzenia na twarzy, ale nie odwracał wzroku od jej palców.

– Kiedy zakończyłam nauki i wyznaczono mi służbę w świątyni, otaczała cię już zła sława. Mówiono, że przywołujesz demony. Że maczasz palce w każdej popełnionej w mieście zbrodni. Uwodzisz kobiety, żeby czynić je swoimi niewolnicami i zabijasz każdego, kto odważy się przekroczyć bramę twojej rezydencji. Radni słali zażalenia do Gildii Magów na kontynencie i zaczęli rozważać zbrojną interwencję, żeby wyrzucić cię z miasta.

– A tymczasem moja rezydencja eksplodowała, a z jej dymiących gruzów wyszły demony – odezwał się głosem, w którym pobrzmiewało znacznie mniej ironii, niż by tego chciał. – Morze zamieniło się w bulgocącą zupę, w wielu miejscach wybuchły trudne do ugaszenia pożary. Szlaki na zachód zostały odcięte przez ścianę ognia, która przesuwa się w stronę Puszczy – zamilkł, unosząc dłoń do szyi, żeby poluzować to, co się na niej zaciskało. – Nie kupiłem tej rezydencji dla siebie – powiedział, unosząc spojrzenie.

Oczy Rivan były utkwione w jego twarzy, a między jej brwiami uformowały się głębokie bruzdy. Tym razem to on pierwszy odwrócił wzrok.

– Przybyłem do miasta z towarzyszką, która dorównuje… – Po twarzy przebiegł mu grymas. – Dorównywała mi talentem magicznym, a nawet mnie przerastała. Była chorobliwie nieśmiałą i nieco zazdrosną kobietą. Ale łatwo było ją uszczęśliwić. Wystarczyła luksusowa rezydencja, księgi, narzędzia do praktykowania magii i… moja osoba.

Na policzkach Rivan pojawił się delikatny rumieniec, ale jej spojrzenie nabrało twardości.

– Po latach badań i eksperymentów udało nam się skonstruować magiczną kotwicę. Cel był taki, żeby uniemożliwić duszy odejście w zaświaty.

– Eksperymentów? – wtrąciła się. – Porywaliście ludzi, żeby na nich eksperymentować.

– Przywoływaliśmy w tym celu demony.

– Świetnie. – Skrzywiła się z niesmakiem. – Więc skąd te plotki o morderstwach i uwodzeniu kobiet?

Kos wzruszył ramionami.

– Podejrzewam, że którejś z zainteresowanych mną dam nie spodobało się, że odrzuciłem jej awanse.

– Pamiętam, jak ciotki z entuzjazmem przekazywały sobie nowinki o tym, gdzie cię widziano i jak byłeś ubrany. Mówiły „Kos Irani wyszedł na łowy”.

– Jestem może trochę próżny, ale nie szukałem towarzystwa. Kira w zupełności mi wystarczyła.

– Kira. To imię twojej… towarzyszki.

Skinął głową.

– Ale wróćmy do kotwicy. Ta część eksperymentu okazała się łatwa. Problemem było zapewnienie zakotwiczonej duszy odpowiednio trwałego naczynia. Ciało starzeje się i jest podatne na uszkodzenia. Nie mieliśmy aż tak imponującego dostępu do magii uzdrawiającej i regenerującej, jak wy, kapłani.

– Bóg Światła nie zgodziłby się na tak bezczelną profanację jego mocy.

– Pewnie tak. Ale i tutaj po raz kolejny przyszła nam z pomocą znajomość demonologii. Demony fizycznie nigdy się nie starzeją… Pewna wyjątkowa cecha ich duszy, którą my nazywaliśmy esencją, pozwala im się odradzać, nawet jeśli ich zewnętrzna powłoka ulegnie uszkodzeniu. Wysnuliśmy teorię, że jeśli zablokować demoniczną esencję w momencie stałego odradzania, nasycone nią ciało nie będzie się starzeć. Każda najmniejsza zmarszczka natychmiast zostanie wygładzona. Kira postanowiła przetestować teorię na sobie. Wypełniła swoją duszę demoniczną esencją, a potem zakotwiczyła ją w tym świecie.

– I stała się nieśmiertelna – dokończyła Rivan z wyrazem skupienia na twarzy. – Wasz zuchwały eksperyment zakończył się sukcesem. Coś jednak poszło nie tak, skoro mówisz o niej w czasie przeszłym.

Kos westchnął głęboko, puszczając dłoń dziewczyny. Robiło mu się niedobrze, kiedy wracał myślami do tamtych chwil, a teraz jeszcze musiał ubrać wspomnienia w słowa.

– Kira zawsze była ambitna – zaczął, podnosząc się na nogi i podchodząc do okna. – Nie zadowoliłoby jej użycie esencji pomniejszego demona albo nawet tastrona. Chciała przywołać coś wielkiego i z moją pomocą to unieszkodliwić. Przygotowaliśmy się do ciężkiej walki, ale to, co pojawiło się w kręgu przywołania przerosło nasze wyobrażenia. Walczyliśmy ze skurczybykiem całą noc, aż w końcu zmęczyliśmy go na tyle, żeby go unieruchomić, a wtedy nasi… demoniczni służący odcięli mu kończyny. Ledwie staliśmy na nogach, a przecież rytuał trzeba było odprawić jak najszybciej. Właśnie w tamtym momencie, kiedy demon był poszatkowany, przejęcie jego esencji było najłatwiejsze. Nie jestem pewien, czy popełniliśmy jakiś błąd, czy może zmęczenie Kiry wzięło górę, ale zaklęcie połączenia zakończyło się tragedią. Zamiast wzmocnić, demon ją opętał. Wykorzystał duszę Kiry i zaczął odradzać się w kobiecym ciele. – Zamilkł na moment, spoglądając na swoje drżące palce. – Moja moc była już na wyczerpaniu, ale udało mi się zawalić budynek. Wiedziałem, że nie zabiję demona, ale spowolniłem go na tyle, żeby uciec.

– Czy twoja towarzyszka zachowała świadomość?

– Mam nadzieję, że nie… Ale obawiam się, że obsesja, z jaką demon próbuje mnie odnaleźć, nie wynika jedynie z chęci zemsty.

– Kira chce cię odzyskać.

Zapadła cisza. Kos oparł się ciężko o parapet, miażdżący ból w piersi utrudniał mu zaczerpnięcie tchu.

– Gdybym wiedział, jak to się skończy… – szepnął, czując pieczenie pod powiekami. – Nie chciałem nikomu zrobić krzywdy.

Dziewczyna milczała, więc odwrócił się, żeby na nią spojrzeć. Wnioskując z tego, jak szybko odwróciła wzrok, musiał wyglądać żałośnie.

Podszedł do niej i opadł na kolana.

– Wiem, że za późno na żal, ale… Tak bardzo mi przykro.

Nie pamiętał, kiedy ostatnio płakał. Łzy nie przynosiły mu ulgi, a jedynie uczucie poniżenia, a mimo to potrzebował dłuższej chwili, żeby się opanować.

Zapędziłem się w kozi róg i teraz próbuję przerzucić na nią odpowiedzialność za własne błędy, pomyślał. Albo raczej szukam zbawienia, choć na nie nie zasługuję.

– Mnie też jest przykro. – Rivan położyła dłoń na jego głowie.

Jeszcze nigdy żaden ciężar nie wydał mu się równie słodki.

– Żałuję, że twoja zuchwała wiara we własne umiejętności doprowadziła do tak wielkiej katastrofy… I żałuję, że wszyscy zapłacimy za to życiem.

Kos drgnął.

– Muszę ci coś pokazać. – Ociężale podniósł się na nogi i zaczął rozsznurowywać spodnie.

Dziewczyna osłupiała

– Nie bój się – uspokoił ją, unosząc koszulę, żeby odsłonić wytrawione na skórze poniżej pępka symbole.

Rivan zarumieniła się po raz kolejny. Zaczął się zastanawiać, czy powodem była jej niewinność, czy może to on działał na nią w ten sposób. A może jedno i drugie.

– Ten symbol to pieczęć skomplikowanego zaklęcia. Jednego z najambitniejszych zaklęć, jakie ja i Kira kiedykolwiek rzuciliśmy. Dzięki niemu nasze talenty są połączone. I w pewnym sensie również nasze dusze. To znaczy nadal są autonomiczne, ale istnieje między nimi połączenie. Magiczna więź. – Zasznurował spodnie i opuścił koszulę, żeby nie pogłębiać zażenowania dziewczyny. – Byłem przekonany, że kieruje nami miłość, ale teraz wydaje mi się, że nasze intencje były bardziej przyziemne. Ja pragnąłem korzystać z mocy i talentów Kiry, a z kolei ona chciała mieć pewność, że zawsze będziemy… złączeni.

– Rozumiem, że demon, który opętał Kirę, ma teraz dostęp do tej magicznej więzi – odezwała się Rivan, robiąc mu miejsce na pryczy. – I to dlatego nie możesz czarować, bo wtedy z łatwością cię znajdzie.

– Tak. Ale jest jeszcze inny problem. Wszystkie istoty, które unicestwiam magią, wzmacniają demona, który opętał Kirę. Jego moc jest tak wielka, że natychmiast wchłania esencję pomniejszych demonów.

– Dlatego nie możesz walczyć…

– Wiem, że to mnie szuka. Ognista pętla powoli się zaciska. Jego demoniczni słudzy podążają moim tropem. I wkrótce mnie znajdą.

Rivan zacisnęła wargi, a w jej oczach pojawił się upór.

– Spróbuję otworzyć dla ciebie przejście. Poszukasz pomocy na kontynencie.

– A wtedy ty i wszyscy pozostali na pewno zginiecie. – Chwycił jej dłoń i delikatnie ścisnął. – Nie, Rivan. Nie będzie więcej ofiar.

– Powiedziałeś, że tego demona nie da się powstrzymać.

– Powiedziałem tak, bo się bałem. I nadal się boję, ale dzięki twojej mocy może nam się udać.

 

***

 

Rivan opuściła celę, żeby naradzić się z Ralfem. Tymczasem Kos spacerował od końca do końca korytarza, przepracowując w umyśle najdrobniejsze szczegóły planu, który jej wcześniej przedstawił.

– Nie możesz spać, Emil? – W drzwiach do kaplicy pojawiła się staruszka. – Chłopcy upolowali dwa jelenie. Pomożesz mi je oporządzić?

Musiał czymś zająć ręce. Kiedy uporał się z tym zadaniem, poczuł zmianę w powietrzu. To Rivan zastąpiła wielebnego Mark-Bara. Moc jej tarczy napełniła okolicę błękitnym lśnieniem, ale niebo pozostało czarne. Tylko niekiedy rozjaśniały je czerwone błyskawice, pozostawiając po sobie szramy, które zamykały się coraz wolniej.

– Świt nie nadchodzi – mruknęła staruszka.

Kos wyszedł na dziedziniec i z ulgą spostrzegł, że Ralf wziął się już do pracy. Na dach świątyni wciągano wydobyte ze starej zbrojowni arbalety, magazynowano zapasy bełtów i rozdzielano woreczki specjalnej trucizny. Konstruowano prowizoryczne osłony, za którymi mieli ukryć się strzelcy, a każdy z nich miał zaopatrzyć się w nasączone oliwą szmaty i źródło ognia.

Kos był pewien, że dziedziniec zamieni się w rzeźnię. Jeśli popełnił jakiś błąd w swoich założeniach, ten dzień będzie ostatnim dniem w dziejach Arkali. Ale przecież już i tak wydał na miasto wyrok. Nie miał czasu na wątpliwości.

Przed schodami wiodącymi na świątynny taras stali dwaj gwardziści. Na górze, na marmurowej posadzce ozdobionej mozaiką w kształcie słońca, kapłani zwykli odprawiać o świcie rytuały.

Jeden z gwardzistów wyciągnął dłoń, delikatnie zawracając Kosa z drogi.

– Nie wolno przeszkadzać wielebnej Rivan, dziadku. Chyba że chcesz, żeby niebo zwaliło się nam na głowy.

Za plecami Kosa, na wschodnich murach, rozległy się krzyki. Ktoś przebiegł obok, Kos odwrócił głowę i spostrzegł starego Mark-Bara.

– Co się dzieje? – zapytał.

– Lasy płoną.

Chwilę później po schodach zbiegła Rivan. Niebo rozbłysło od błyskawic, wszyscy wokoło zatykali uszy, z niepokojem spoglądając w górę. Świt nie nadchodził, ale ciemność minęła. Nad ich głowami kotłował się żar, przypominający morze lawy.

– Zostało nam niewiele czasu – odezwał się Kos.

Dopiero wtedy go zauważyła.

– Mark-Bar nie ma wystarczającej mocy.

– Ale ty musisz odpocząć.

Skinęła głową, przenosząc spojrzenie na strażników.

– Jeden z was niech idzie na górę. Jeśli wielebny zacznie krwawić, natychmiast po mnie poślijcie.

Ledwie się powstrzymywał, żeby siłą nie zaciągnąć jej do celi. Stracili mnóstwo czasu na dziedzińcu, a potem w świątyni, gdzie wygłosiła krótką przemowę do rannych. Większość z nich miała już w rękach łuki i kusze, chociaż Kos wątpił, by ich siły i refleks były wystarczające do skutecznego użycia broni.

Strażnicy zaczęli rozbierać bramę świątyni i przekształcać ją w barykadę, za którą układano zapasy pocisków.

– Dasz radę coś zjeść?

Pokręciła głową.

– Widziałeś Ralfa?

– Nie, pewnie jeszcze zbiera ludzi z okolicy.

Kos wszedł za Rivan do jej celi i zaryglował drzwi.

Zapaliła lampkę i odwróciła się do niego z niepokojem w oczach.

– Boję się – szepnęła.

Gdy tylko wygasił iluzję, w dwóch szybkich krokach wśliznęła mu się w ramiona.

Objął ją ciasno, pragnąc ukoić jej drżenie. Nie mógł użyć magii, została mu tylko fizyczność i nie był do końca pewien, czy właśnie tego potrzebowała.

– Powinnaś się położyć.

– Tylko mnie nie puszczaj.

Leżąc na wąskiej pryczy i czując ciepło ciała Rivan, myślał o ogniu, który szalał nad ich głowami, o ogniu, który pożerał Puszczę Keld i o ogniu, który pełgał mu po skórze.

– Jesteś pewien, że zatrute bełty wystarczą? – odezwała się. – Tych arbalet dawno już nie używano. Naciąganie trwa całe wieki.

Kos westchnął, przyciskając usta do włosów dziewczyny.

– Nie myśl.

Przesunęła głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.

Panie Światła, tracę kontrolę nad ogniem…

– Czy mógłbyś odwrócić moją uwagę?

Zmarszczył czoło, czując, jak jej serce zaczyna bić innym rytmem.

– Jutro możemy już nie żyć – dodała, widząc jego wahanie.

– Co z twoimi ślubami? Nie chciałbym rozdrażnić…

– Pan Światła nie domaga się bezsensownych poświęceń.

Byłoby piękniej, gdyby nie musiał się spieszyć.

Przyglądając się później uśpionej twarzy Rivan, pragnął zatrzymać czas. Czuł krążącą w żyłach błogość, która omalże pozwalała mu zapomnieć o błędach.

Wiedział, że resztę życia spędzi z przygniatającym poczuciem winy, ale to nie było wystarczającą karą.

 

***

 

Skrzywiła się, kiedy stanął przed nią w ciele starca.

– Powinni zobaczyć twoją twarz.

Kos poprawił sznur wokół bioder.

– Uznają, że to pułapka. Mogliby mnie zaatakować.

Stanęła między nim a drzwiami.

– Czeka nas ciężka walka. Jesteś pewien, że podtrzymywanie iluzji nie będzie cię dekoncentrować?

Jeszcze trzy tygodnie temu uśmiechnąłby się nonszalancko i porównałby ilość potrzebnej do utrzymania zaklęcia energii do czegoś prozaicznego, ale tym razem się zmieszał.

Akolitka podeszła do niego i złapała go za rękę.

– Wiem, że boisz się ich osądu, ale bez niego nie uzyskasz przebaczenia.

Skinął głową, wygaszając zaklęcie.

Uśmiechnęła się delikatnie, unosząc dłoń, by dotknąć jego czarnej brody. Widok jego twarzy, mimo iż tak znużonej, sprawiał jej widoczną przyjemność.

– Chodźmy już. Nim cała puszcza spłonie.

Ledwie otworzyła drzwi celi, stanął w nich Ralf.

– Kos Irani! – syknął, sięgając po broń.

Rivan chwyciła go za łokieć.

– Posłuchaj mnie uważnie. Kos wytłumaczył mi, co się wydarzyło i zamierza to naprawić. On jest naszą jedyną nadzieją, więc lepiej…

Grunt pod ich stopami zadrżał, a do ich uszu dotarło dudnienie i odgłosy odległych eksplozji.

– Mark-Bar traci siły. Musimy zaczynać.

Ralf wydał z siebie pełen desperacji warkot, ale pozwolił Kosowi przejść. Przez całą drogę na dziedziniec mag czuł na plecach jego nienawistne spojrzenie.

Nie musiał wychodzić na mury, żeby wiedzieć, co się działo poza wzgórzem świątynnym. Wyczerpanie zmusiło starego kapłana do zmniejszenia obwodu kopuły. Na pola wokół Arkali posypał się deszcz ognistych głazów, niszcząc zasiewy, powalając drzewa i zabijając ogarnięte paniką zwierzęta.

Rivan szła przodem, ostrożnie stąpając po kamieniach dziedzińca, które na jej polecenie zalano cienką warstwą wody. Witające ją uśmiechy i rozpromienione nadzieją spojrzenia, na jego widok natychmiast zamieniały się w pełne podejrzliwości i oburzenia grymasy.

Wlepił wzrok w drogę przed sobą, czekając na protesty i oskarżenia. Wszyscy byli uzbrojeni w kusze i łuki… wystarczyłby jeden strzał…

Zatrzymali się w centrum dziedzińca, w suchym, posypanym piaskiem okręgu. Rivan stanęła blisko Kosa i przesunęła spojrzenie po barykadach, za którymi kryli się przygotowani do obrony ludzie.

– Nie. Oczy was nie mylą – odezwała się donośnym głosem. – Stoi przy mnie Kos Irani. Mag, przez którego Arkala leży w gruzach. Jest tutaj z nami, żeby naprawić swój błąd. Nie mam czasu na tłumaczenia, musicie mi zaufać. Każdy z was otrzymał konkretne instrukcje. Bądźcie dzielni i nie poddawajcie się panice. To nasza jedyna szansa, więc dajcie z siebie wszystko. Ja i Kos zrobimy resztę. – Odwróciła się w jego stronę. – Gotowy?

– Tak.

– Niech Solej ma nas w opiece.

Rivan przymknęła powieki. Powietrze wokoło zaczęło skrzyć się na niebiesko.

To zaklęcie prawie nic cię nie kosztuje, pomyślał Kos, spoglądając na niebo. Czerwone szramy zniknęły, zastąpione błękitnym lśnieniem, a powietrze zapachniało wilgotną ziemią. Nadal czuł odległe wstrząsy i słyszał szalejący za miastem, a także już w mieście, kataklizm, ale nad wzgórzem świątynnym zawisł woal spokoju i ciszy.

Kos wiedział, że zaklęcie ochronne nie powstrzyma demonów, gdy tylko zwęszą jego trop, ale te, które zdecydują się przez nie przedrzeć, będą osłabione.

Akolitka pochyliła się, żeby dotknąć wilgotnych kamieni dziedzińca, które natychmiast pokryły się warstwą lodu.

– Pamiętaj o ogniu.

Skinęła głową, lekko marszcząc czoło.

Kos utkwił spojrzenie w płonącej na murach pochodni. W celi nauczył Rivan potrzebnego zaklęcia, ale trenowali na płomieniu świecy. Teraz czekało ją rzucenie go na znacznie większy obszar.

Płomień zafalował, jakby targany wiatrem, ale zamiast zgasnąć, rozbłysnął błękitem i uspokoił się.

– Dobra robota. Teraz moja kolej.

Dziewczyna odsunęła się, żeby zrobić mu więcej miejsca.

Czas wyjść z ukrycia. Witaj, ukochana Kiro. Jestem tutaj.

Usłyszał westchnienie Rivan, kiedy odsłonił swój magiczny potencjał.

Przygryzł wargę, z ulgą, ale i trwogą. Tak bardzo za tobą tęskniłem, magio… Słodka potęgo…

Pomruk nieopodal wejścia do świątyni natychmiast go otrzeźwił. Wyciągnął dłoń.

Zanim tastron zdążył się w pełni zmaterializować, Kos owinął wokół niego niewidzialne pęta. I zacisnął palce.

Na murach dał się słyszeć trzask, a uderzenie serca później ogromny bełt z arbaletu wbił się głęboko w czoło sparaliżowanej demonicy. Za nim posypał się grad zatrutych strzał.

Kos cmoknął z uznaniem, zwalniając pęta.

Cielsko demona osunęło się na lód, ogon śmignął jak bicz w przedśmiertnym odruchu. Nikogo nie dosięgnął.

Tak łatwo je zabić, kiedy nie mogą się ruszać…

Kolejny demon zmaterializował się za jego plecami, ale Kos miał dość czasu, żeby się odwrócić. Śliskie podłoże nie ułatwiało natychmiastowego ataku. Podobnie jak tastron przed nim, argoth o mieczach zamiast rąk, ugrzązł w paraliżującej sieci Kosa, by chwilę później paść na kamienie z gigantycznym bełtem w piersi i tuzinem ukąszeń zatrutych strzał.

Kątem oka Kos zauważył, że obrońcy zdołali podpalić ciało tastrona niebieskim ogniem. Żałował, że nie może użyć mocy, żeby pozbyć się truchła. Jakimś cudem mogła w nim nadal płonąć iskierka życia.

– Uwaga, nadchodzi więcej.

Na dziedzińcu otwarło się pięć portali naraz i zaczęły z nich wychodzić pomniejsze demony. Rozpoznał mazithy i gakany, nie pamiętał nazw pozostałych. Unieruchamiał je samym spojrzeniem, ale musiał zdążyć na nie spojrzeć. Poczuł mrowienie na skórze. Rivan wzmocniła gęstą tarczę wokół miejsca, w którym stali. Słyszał, jak odbijają się od niej zabłąkane strzały.

– Ile macie tych wielkich pocisków? – zapytał.

– Ile tylko zdążą naciągnąć…

Dziedziniec z wolna zaczął przeobrażać się w demoniczne cmentarzysko. Fala pomniejszych demonów zatrzymała się, a na scenę wróciły te większe.

– To musi ją męczyć – odezwała się zdyszanym głosem Rivan.

– Tracisz oddech.

– Żałuję, że nie zajęliśmy pozycji przy ścianie. Mam wrażenie, że tylko plączę ci się pod nogami.

Uśmiechnął się delikatnie.

– Każda tarcza ogranicza ruchy.

Po tym jak siódmy z rzędu argoth runął na plecy, na moment zabrakło atakujących. Kos przesunął spojrzenie po stercie płonących trucheł.

– Kończą nam się bełty – krzyknął ktoś z muru. – Możemy wyjść i trochę pozbierać-

– Nie! Zostańcie na miejscach.

Rivan zmarszczyła czoło, dostrzegając na kamieniach strzały i bełty, które chybiły celu.

– Nie mógłbyś ich przenieść jakimś zaklęciem?

– Grunt wokół nas kipi od trucizny. Cały dziedziniec trzeba oczyścić ogniem.

– O to będziemy martwić się później – odparła z westchnieniem.

Spojrzał na nią czule. Mimo iż kopuła nad ich głowami nadal wyglądała solidnie, wyczuwał jej zmęczenie.

Powietrze za jej plecami zafalowało. Kos przyciągnął ją jedną ręką, a drugą wyciągnął przed siebie.

– Koniec przerwy.

 

***

 

Jego oddech przyspieszył, a po skórze spływał pot. Czuł, że traci refleks, ale nie dlatego, że się zmęczył. Kos Irani zaczynał się bać.

Każdy pocisk miał teraz wartość złota. Zamiast deszczu, na demony spadały pojedyncze, strategicznie wymierzone bełty.

Zbyt wiele zmarnowaliśmy przy pierwszej fali…

Wokół niego i Rivan piętrzyły się truchła. Kolejne demony materializowały się na trupach.

Zza drzwi świątynnych już dawno nikt nie strzelił. Obrońcy odłożyli łuki, bezradni i bezużyteczni.

– Pomyliłem się – wydyszał, zaciskając pętlę na przyczajonym niepokojąco blisko argothcie. – Nauczyła się cierpliwości.

Wydawało mu się, że minęła wieczność, nim w końcu ktoś wziął demona na cel.

Rivan odwróciła się w jego stronę.

– Ale jesteśmy głupi… – syknęła. – Przecież znamy jej największą słabość.

Kos odwrócił się z krzykiem, w samą porę, żeby powstrzymać atak rozpędzonego tastrona. Ogon demona grzmotnął w tarczę Rivan. Nie zdołał jej przebić, ale kaskada iskier na moment oślepiła maga.

– Pokaż jej nas! Pokaż jej swoje wspomnienia.

Wzmocniła tarczę, dając mu kilka oddechów. W wyobraźni przeniósł się do jej celi. Fala intensywnych wspomnień niemal zbiła go z nóg. Uległe, gładkie ciało Rivan… oczarowanie w jej oczach… desperacja w jej dotyku… Najsłodsza magia, na którą nie zasłużył i której już nie odzyska. Za którą będzie tęsknił wiecznie.

Tak, to właściwa kara.

Dziewczyna spojrzała na jego twarz. Zaskoczył go smutek w jej oczach, jakby znała jego myśli.

Kątem oka dostrzegł robiącego zamach mieczem argotha, ale zamiast rozbłysku światła, zapadła ciemność. Poczuł na barkach przygniatający ciężar, który przycisnął go do ziemi i sparaliżował. Krzyknął, ale nie usłyszał żadnego dźwięku.

Ktoś złapał go za rękę.

Rivan.

Nacisk na jego ciało zmniejszył się, a ciemność zaczęły wypełniać cienie.

– Gdzie byłeś, kochany?

Przeszyły go dreszcze, kiedy usłyszał głos Kiry – niezmieniony i przepełniony bólem. Przytłaczająca aura demona doprowadziła go do mdłości, mimo magicznych osłon.

Z wysiłkiem uniósł spojrzenie. Demon nie przypominał potwora, którego razem z Kirą przyzwali trzy tygodnie wcześniej. Jego tułów nadal był potężny, ale kończyny zniekształcone i omalże kobiece. Rysy jego twarzy nabrały groteskowo łagodnego wyrazu, jakby do ciała potwora przytwierdzono głowę dziecka.

Kos wzdrygnął się – oczy demona były oczami Kiry.

– Kiedy dam ci znak, uderzysz w nią wszystkim, co masz – odezwał się stłumionym głosem.

Demon zmarszczył czoło w omalże ludzkim grymasie.

Kos wydobył sztylet zza pasa.

– Wybacz mi – szepnął, wbijając ostrze w znamię na podbrzuszu. – Teraz!

 

***

 

Zdawał sobie sprawę z tego, że umiera – zadał sobie dość ran, żeby nie było co do tego wątpliwości – ale trwało to dłużej, niż się spodziewał. Wystarczająco długo, żeby się przestraszyć, że wszystko poszło na marne.

Leżąc u stóp akolitki, oślepiony blaskiem jej mocy, mógł śledzić toczącą się nad nim walkę jedynie magicznym zmysłem, który słabł, w miarę jak wypływała z niego krew.

Moc Rivan runęła na demona. Ale potężne cielsko opierało się niczym warowna twierdza.

Zawsze miałem słabość do silnych kobiet…

Wijące się macki ciemności wystrzeliły w stronę akolitki.

Szybciej, durniu… Umieraj!

Śliski od krwi sztylet wypadł mu z dłoni. Czuł wilgoć na twarzy i dłoniach… Zdało mu się, że słyszy szum deszczu. Jego powieki zrobiły się ciężkie jak z ołowiu, więc przestał się z nimi siłować.

 

***

 

Powietrze przeszył kobiecy krzyk.

Rivan upadła na ziemię. Zapanowała cisza, choć nadal dzwoniło jej w uszach.

Przyciskając rąbek rękawa do nosa, podczołgała się do leżącego w kałuży krwi ciała. Z jej piersi wyrwał się cichy jęk.

Położyła głowę na nieruchomej piersi maga i pozwoliła łzom płynąć.

 

***

 

– Rivan! – Ktoś przycupnął obok, kładąc jej dłoń na ramieniu. – Och, żyjesz! Przestraszyłaś mnie.

Ralf pomógł jej usiąść.

– Kiedy zobaczyłem ten sztylet – zaczął, przesuwając spojrzenie po ciele maga – byłem gotów wpakować mu strzałę w plecy.

Rivan westchnęła ciężko.

– Ten demon opętał jego ukochaną. Kiedy rozmawialiśmy o tym, co się wydarzyło, pokazał mi pieczęć na skórze. Znamię po zaklęciu, które łączyło go z nią w pewien sposób. Nie powiedział mi wprost, że zamierza się zabić, ale domyśliłam się, że jego plan musi mieć coś wspólnego z tym znamieniem.

– Wybacz, jeśli to zabrzmi okrutnie, ale… – Ralf chrząknął. – Czy musiał czekać, aż miasto runie w gruzach? Puszcza nadal płonie, a nam została ledwie garstka obrońców.

– Sam nie mógł nic uczynić. Dopiero płynąca przeze mnie moc była w stanie obnażyć dokładnie ten punkt, w który Kos, dzięki znamieniu, mógł i musiał uderzyć.

– Skoro tak mówisz – mruknął mężczyzna. – Nikt nie nazwie go bohaterem, ale można powiedzieć, że odzyskał twarz.

Krople deszczu zaczęły przenikać przez ubranie akolitki, aż zadrżała z zimna. Ale cieszyła się na myśl o tym, że ulewa zgasi pożary. Wreszcie zdołała się rozejrzeć i spostrzegła wychylające się zza barykad zmizerniałe twarze. Ilu przeżyło? Dwudziestu? Dziedziniec pokrywała gruba warstwa popiołu – pozostałość po zniszczonych uderzeniem światła truchłach – który powoli zamieniał się w szare błocko.

Czekało ją mnóstwo pracy. Musiała oczyścić dziedziniec, pozbierać ocalałych, nakarmić ich, odziać, zapewnić im schronienie. Później przyjdzie czas na odbudowanie miasta. Trzeba będzie posłać po kogoś z gildii magów, żeby zajął się zabezpieczeniem rezydencji Kosa.

Ale najpierw musiała wstać.

Koniec

Komentarze

Zacznę może od pewnej sprawy, tak, żeby wszystko było jasne.

Nie lubię fantasy ;). Tu dostrzegam pewne klisze i sztampy, za które właśnie nie lubię: potężni czarownicy, magiczne potwory i inne tego rodzaju cudowności. To tyle z punktu malkontenta ;).

Bo reszta jest fajna :). Miłość niewłaściwie ulokowana i wykorzystana, nowe zauroczenie, rozterki…

Część “uczuciową” uważam za największy atut tego opowiadania. Może ciut przegadaną, ale dobrze jest!

Języka używasz z reguły sprawnie, czyta się gładko, niemal bez potknięć.

Czemu niemal? Tu kilka “czepnięć” szczegółowych:

 – “Może gdybym wytężył siły…” i dalej – to przechodzenie od narracji trzecio– do pierwszosobowej wybijało mnie z rytmu; może gdyby pierwszoosobową jakoś zaznaczyć? kursywą czy cudzysłowem?;

– “Siedziała w siodle prosto” – chwilę wcześniej piszesz, że galopowała; z tego co wiem, w galopie jeździec musi się pochylić; ponadto – wpadanie galopem w tłum ludzi to nie jest dobry pomysł ;);

– “ostatnie tygodnie postarzały ją” – chyba “postarzyły”? wszak to już się stało;

– “od najrośniejszych mężczyzn” – najroślejszych;

– “kościstymi wyrostkami” – kościsty to może być sąsiad po diecie-cud; wyrostki powinny być kostne;

– “sterta popiołu” – na pewno nie “sterta” – https://sjp.pwn.pl/szukaj/sterta.html ;

– “Pokręcił głową, zaciskając szczękę” – nie mogę sobie wyobrazić, jak się zaciska jedną szczękę, bo zawsze zaciskamy obie; to Ci się powtarza później;

– “znaleźć jakiś sposób-“ – urywanie wypowiedzi dywizem to nie jest poprawny sposób zapisu; poszukaj w forumowych poradnikach – ja dałbym wielokropek;

– “zrobił łyk herbaty” – łyki się robi? “upił” byłoby lepsze;

– “wyblakłą narzutę, zakrył się nią” – raczej “nakrył”;

– “nie zgodziłby się nad tak bezczelną profanację” – literówka;

– “żal jest nic nie warty” – to do porawy – https://obcyjezykpolski.pl/on-jest-wart-uwagi-a-nie-warty-uwagi/ ;

– “nie pojawia się ani szczelina” – “ani szczelina”? coś to nie brzmi.

 

Podsumowując – porządna robota!

Aha, jeszcze coś. Trochę nie wierzę w to, że na słowo czarodziejki wszyscy tak potulnieją, i nikt nawet nie próbuje odstrzelić wroga publicznego nr 1. Żaden ze strażników nikogo bliskiego nie stracił?

No i ten tytuł… :/

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Zgadzam się ze Staruchem, że masz tu trochę sztampy.

Te wielkie uczucia, magowie o ogromnej mocy, żądni jeszcze większej, walka z demonami… A, demony jakoś kojarzyły mi się z otchłańcami z “Malowanego człowieka”.

Ale tekst jest w miarę porządnie napisany (acz te urwane wypowiedzi to jednak zmień). Bohaterowie nie są płascy.

Akcja nieco jednotorowa, bez specjalnych zakrętów. W prawie 50 kilo coś się powinno zmieścić, jakieś zaskoczenia, nie tylko w końcówce.

Babska logika rządzi!

Kasjang – popraw babole, to kliknę bibliotekę.

To naprawdę porządne opowiadanie :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Prawda, nic nie urywa, ale jest porządne. Taka solidna czwórka.

Babska logika rządzi!

Dzięki wielkie, @Staruch, za wszystkie szczegółowe uwagi. Wprowadziłam poprawki.

Jeśli chodzi o zapis narracji pierwszoosobowej, zaznaczyłam ją cudzysłowem.

A teraz odnośnie tytułu. Pierwotnie brzmiał on “Kos Irani”. Myślisz, że lepiej go zmienić? Ten aktualny jest trochę naciągany, masz rację.

 

@Finkla, dzięki za komentarze. Urwane wypowiedzi poprawiłam. Fantasy to mój ulubiony gatunek, ale zdaję sobie sprawę z tego, że w moim opowiadaniu nie ma nic odkrywczego. Zwłaszcza dla osób, które są tutaj najbardziej aktywne. Ale może znajdzie się jakiś “świeży” czytelnik. :)

Ależ proszę :).

Tytuł jest mało oryginalny, ale czy “Kos Irani” bedzie lepszy? Hm… Gdyby bohater był już znany wcześniej, to może. Spróbuj czegoś oryginalnego – narzuciło mi się “Pieczęć na skórze”, ale to też dosyć banalne. Dobry tytuł przyciąga czytelników.

Jednak poczekałbym jeszcze na uwagi innych.

 

I przy okazji – nie ma nic złego w tym, że fantasy to Twój ulubiony gatunek i takie właśnie opowieści piszesz. Ja lubię SF i piszę właśnie w tym nurcie. Zbrodnia? Błąd? Oczywiście, że nie :).

Nie oszukujmy się – w obu podgatunkach stworzyć coś odkrywczego graniczy z niemożliwością. Ważne, by się dobrze czytało!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Inne pomysły na tytuł: “Błąd w sztuce”, “Koniec zabawy z magią”, “Cena pychy”, “Pragnienie nieśmiertelności”, “Na zawsze razem”, “Właściwa kara”, “Słabość do potęgi”.

Z podanych mnie się najbardziej podobają “Cena pychy” i “Słabość do potęgi”. Zwłaszcza ten drugi – trochę matematyczny, trochę wieloznaczny…

Najmniej “Na zawsze razem” – sugeruje ckliwe romansidło.

Lubię, kiedy tytuł mówi, o czym jest tekst, chociaż nie zdradza wszystkiego. Nazwa własna w tytule IMO słabo się sprawdza, chyba że stworzysz naprawdę dobrego i rozpoznawalnego bohatera. Możliwe, że znanego już z wcześniejszych przygód – “Pan Wołodyjowski”, “Tomek wśród łowców głów”, “Przygody Sherlocka Holmesa"… Nawet w tych przypadkach często obok nazwiska jest coś jeszcze.

Babska logika rządzi!

Hmm… no trochę opcji masz :).

Ale jednak… cały czas się obracasz w kręgach dość bezpiecznych. Ja zerknąłem do tekstu i znalazłem np. taki cytat: “tuzin ukąszeń zatrutych strzał” :D. Na tytuł średnio pasuje, ale oddaje moje oczekiwania.

Natomiast nie jest rzeczą czytelnika sugerowanie autorowi takich rzeczy, jak tytuły jego tekstów. Tu musisz wykazać się sama.

Aha, co do tych cudzysłowów – jest lepiej, ale przyjdzie bogini Reg, to podpowie, jak jest poprawnie językowo.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Cóż, nie jest to zapewne coś niesamowicie świeżego, ale ostatnią rzeczą, jaką wymagałbym od fantasy w tym stylu, to odkrywanie dziewiczych lądów. Jest natomiast nieco ponury i mroczny klimat, jest akcja o satysfakcjonującym tempie, bez zarzucania czytelnika zbędnymi dla fabuły informacjami o świecie, są może nie jacyś wyjątkowo nietuzinkowi, ale zupełnie fajnie skonstruowani bohaterowie, jest całkiem niezła, prosta, ale nie nudna, historia. Stylistycznie podobnie – bez nadzwyczajnych perełek, ale porządnie i solidnie, ewentualne babolki są pomniejszego kalibru i w ogóle nie przeszkadzają w czytaniu, nawet nie rzucają się w oczy. 

I mimo, że nie mogę jakoś strasznie się zachwycić, przyczepić też nie ma do czego. Z lektury jestem zadowolony. To kawałek porządnej fantasy. Z pewnością wart przeczytania i biblioteki. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Wielkie dzięki za komentarz, thargone. Cieszy mnie, że dobrze Ci się czytało.

Bardzo fajne tradycyjne fantasy. Nie wychodzisz poza klisze, ale nie musisz – tworzysz bowiem całkiem ciekawy świat, wyraźnych bohaterów, a intryga trzyma w napięciu do końca. To solidny kawał tekstu, który mnie wciągnął. Przedstawiony świat także zaintrygował, a zapodajesz go stopniowo, toteż nie utonąłem, choć z początku trochę się o to bałem :)

Podsumowując: solidny koncert fajerwerków, który bardzo przypadł mi do gustu :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję, NoWhereMan. Bardzo mi miło :)

Starałam się nie dodawać do tekstu nazw i informacji, które nie są konieczne do zrozumienia tego, co się dzieje. Kiedy sama mam problem z ich zapamiętaniem, mogę sobie tylko wyobrazić trudności czytelnika.

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki, Anet. :)

Całkiem zacna opowieść. Niby nic nowego pod słońcem, a jednak wciągnęło i kazało z uwagą śledzić losy bohaterów. Z przyjemnością dołączam do grona czytelników zadowolonych z lektury. :)

 

Jedna z ko­biet po­tknę­ła się z krzy­kiem i upa­dła… –> Wydaje mi się, że raczej: Jedna z ko­biet po­tknę­ła się i upa­dła z krzy­kiem

 

“Stra­tu­ją je… Ale to nie mój pro­blem.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

Jesz­cze nie twoja kolej!

Wy­lą­do­wał na końcu ko­lej­ki… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

po­zbyć się owi­nię­te­go wokół szyi ogona. Do­pie­ro ja­kieś trzy tu­zi­ny uchodź­ców we­szły mię­dzy pło­mie­nie. Po­zo­sta­li z prze­ra­że­niem rzu­ca­li się przed sie­bie, po­py­cha­jąc i tra­tu­jąc się na­wza­jem.

Trzech gwar­dzi­stów Rivan wy­su­nę­ło się na­przód, usta­wia­jąc się w for­ma­cji… –> Lekka siękoza.

 

Po­sta­wił ją na no­gach i zgar­bił się… –> Masło maślane. Czy mógł postawić ja inaczej, nie na nogach?

 

­Zamiast wzmoc­nić, demon prze­jął kon­tro­lę nad jej duszą. Opę­tał i za­czął się od­ra­dzać w jej ciele. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne? Miejscami nadużywasz zaimków.

 

Na dzie­dziń­cu otwar­ło się pięć por­ta­li na raz i za­czę­ły… –> Na dzie­dziń­cu otwar­ło się pięć por­ta­li naraz i za­czę­ły

 

Mimo iż ko­pu­ła nad ich gło­wa­mi nadal wy­glą­da­ła so­lid­nie… –> Literówka.

 

Rivan upa­dła na zie­mię. Za­pa­dła cisza… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Ilu prze­ży­ło? Dwu­dzie­stu?Dzie­dzi­niec po­kry­wa­ła… –> Brak spacji po drugim pytajniku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, regulatorzy. Nie jestem pewna, czy mogę teraz cokolwiek poprawiać. Poczekam do ogłoszenia wyników konkursu.

Bardzo sympatyczne opowiadanie. Ładnie napisane i obrazowo pokazane. Postaci wiarygodne, akcja w sam raz. Czytałam kilka dni temu na telefonie więc więcej szczegółów nie będzie ;) Nie pamiętam, żebym chciała się do czegoś przyczepić, za to pamiętam sam tekst i Kosa z jego przemianą. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bardzo proszę, Kasjang. :)

A z poprawkami musisz się wstrzymać do ogłoszenia wyników.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki wielkie, Śniąca!blush

Nowa Fantastyka