- Opowiadanie: Winter - Okruchy

Okruchy

Świąteczne opowiadanie, w sam raz do przeczytania pomiędzy Wigilijnymi przygotowaniami. 

 

Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku! :)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Okruchy

Anastazja czekała na ten moment całe 364 dni! To dużo, prawda? Zwłaszcza dla tak małej dziewczynki jak ona. W końcu kiedy człowiek ma pięć lat, każdy dzień ciągnie się w nieskończoność.

Dziewczynka codziennie zadawała mamie pytanie, czy Gwiazdka jest daleko. Mama z uśmiechem odpowiadała, że owszem, Gwiazdka jest daleko.

W czerwcu mama przestała się uśmiechać, a we wrześniu z jej oczu biły gromy. Ale Anastazji to nie zraziło. Niczym niestrudzony wojownik pytała i pytała, aż w końcu nadszedł grudzień i dostała swój pierwszy w życiu kalendarz adwentowy. Wtedy mogła liczyć dni samodzielnie, a oczekiwanie umilały jej przepyszne czekoladki, które zjadała każdego dnia po jednej.

Kiedyś zastanawiała się, czy gdyby zjadła dwie czekoladki jednego dnia, to Gwiazdka byłaby ten jeden dzień wcześniej. Myślała i myślała. W końcu jednak doszła do wniosku, że nie może tego zrobić, bo przecież wszyscy będą się szykowali na 24 grudnia, a nie 23. Dorośli wezmą wolne w pracy, będą chcieli iść na zakupy. Jeszcze zapraszanie rodziny, szykowanie potraw, ubieranie choinki… Przecież nie mogła im zrobić czegoś tak podłego, nie informując o tym nikogo! A jak mogła poinformować ludzi na całym świecie?! Gdyby chciała do każdego napisać list, zajęłoby jej to całe wieki!

I dlatego właśnie zrezygnowała z tego pomysłu i grzecznie, każdego dnia, jadła TYLKO jedną czekoladkę.

Już tydzień przed Gwiazdką jej mama i tata zaczęli czynić pewne przygotowania. To było coś wyjątkowego, bowiem tego konkretnego roku Gwiazdka po raz pierwszy miała się odbyć w ich własnym domu! Dwie babcie, dziadek oraz dwóch wujków z ciociami i dziećmi (Michałem, Pawłem, Joanną i Dawidem) mieli przyjechać właśnie do nich!

Anastazja nigdy nie mogła zrozumieć, czemu święta nie odbywają się w ich domu, w górach. Przecież byłyby to najlepsze święta na świecie! U nich zawsze było mnóstwo śniegu, czego nie można było powiedzieć o blokowisku babci i dziadka (śnieg w Gwiazdkę jest najważniejszy!). Poza tym miasto rujnuje świąteczną atmosferę i z pewnością wiedzą o tym nie tylko wszystkie dzieci – dorośli również! 

W ich drewnianym domku, który stoi w środku lasu, przy kominku i przy zapachu świeżej choinki, Gwiazdka będzie wyglądać zupełnie inaczej, niż w ciasnym mieszkanku, przy świetle żarówek i sztucznym drzewku!

– Mam rację, prawda, mamo? – mówiła Anastazja, zaglądając do koszyka z zakupami. Piętrzyły się w nim przeróżne produkty, które miały zostać wykorzystane do przygotowania pierwszej w życiu Anastazji uczty! Pierwszej, przy której będzie mogła realnie pomóc.

– Mam rację, prawda? – paplała. – Gwiazdka w naszym domku będzie najcudowniejsza, prawda? Nigdzie nie mogłoby być tak wspaniale! Nigdy i nigdzie! Bardzo się cieszę, bardzo! Ale dlaczego to pierwszy raz? Dlaczego dopiero teraz?

Mama była już wyraźnie zmęczona zarówno zakupami, jak i upierdliwością swojej małej córeczki. Starała się jednak zachować pozory spokoju. Dlatego zamiast kazać dziecku zamknąć choć na chwilę buzię, westchnęła ciężko.

– Przecież już ci tłumaczyłam – mruknęła, spoglądając na listę zakupów. – To nie jest takie proste. Mieszkamy daleko od naszej rodziny i ciężko było to wszystko zgrać tak, żeby wszystkim pasowało. W tym roku wyjątkowo się to udało.

– Ale dlaczego? – Anastazja spochmurniała. – Przecież my w kółko do nich jeździmy! Dlaczego oni nie przyjeżdżają do nas?

– To nie jest pytanie do mnie. – Mama rzuciła spojrzenie córce i wzruszyła ramionami. – Tylko do naszych gości, nie sądzisz?

Anastazja złapała się za podbródek i zmarszczyła swoje małe czółko. Zastanawiała się nad czymś intensywnie.

– No tak – powiedziała w końcu. – Masz rację, mamo. Zapytam ich.

Mama pokiwała głową z uznaniem.

– Widzisz? Jesteś mądrą dziewczynką.

– Oczywiście, że jestem! – zawołała Anastazja i uśmiechnęła się, kiedy mama poklepała ją po głowie.

– Cieszę się, mamo, że w tym roku Gwiazdka będzie u nas. Marzyłam o tym, wiesz?

– W takim razie cieszę się, kochanie, że twoje marzenie w końcu może się spełnić.

Tak! Gwiazdka w drewnianym domku w górach z pewnością nie będzie miała sobie równych!

Pierwszym etapem przygotowań do tej niezwykłej kolacji były właśnie zakupy. To była ogromna wyprawa! Mama i tata wsadzili Anastazję do ich starego wranglera, po czym wybrali się do najbliższego miasta. A jako, że w najbliższym mieście nie było hipermarketu, musieli chodzić od sklepu, do sklepu. Zajęło im to mnóstwo czasu.

Anastazja nieszczególnie przywiązywała wagę do produktów, które rodzice pakowali do samochodu. Zainteresowała się dopiero w sklepie z pierdołami, w którym trzeba było wybrać nowe ozdoby na choinkę. Ku wielkiej radości dziewczynki, rodzice oddali ten wybór w jej ręce.

– Naprawdę?! – Anastazja chciała zachować spokój, ale aż cała się trzęsła z podniecenia. Mama i tata nie mogli powstrzymać uśmiechów, które cisnęły im się na usta.

– Naprawdę mogę sama wybrać ozdoby?!

– Tak. – Tata zmierzwił włosy córki. – Ale pamiętaj, że to bardzo odpowiedzialne zadanie. W końcu choinka na Gwiazdkę jest najważniejsza, prawda? To, czy spodoba się naszym gościom, będzie zależało wyłącznie od ciebie.

W oczach dziewczynki pojawił się błysk.

– Będzie im się podobać! – zawołała stanowczo. – Nie może być inaczej!

I zniknęła między regałami. Maszerowała w kółko i oglądała bombki, łańcuchy, gwiazdki, stojaki, lampki. Te ostatnie były najpiękniejsze, w najróżniejszych kolorach i kształtach.

– To bardzo odpowiedzialne zadanie. – Anastazja powtarzała słowa taty. – To bardzo odpowiedzialne zadanie.

W końcu podjęła decyzję. Odpowiedzialną.

Wyszła spomiędzy regałów wyłącznie z paczką lampek choinkowych, które miały się świecić na złoto.

Mama uniosła brwi w niemym zdziwieniu.

– To tyle? – spytała. Była wyraźnie zszokowana. – Chcesz kupić tylko lampki?

Anastazja kiwnęła głową. Jej dziecięca buzia miała naprawdę poważny wyraz.

– Tak, mamo – powiedziała krótko.

– A… – Tata podrapał się po głowie. – Nie uważasz, mała, że lampki nie będą wystarczającą dekoracją?

Teraz zdziwiła się Anastazja.

– Jak to tylko lampki? – spytała. – Tato, ale ty jesteś głupi!

Ekspedientka, która obserwowała całą scenę, parsknęła śmiechem.

– Głupi? – zapytał tata chichocząc. – Ja głupi? Przecież to ty przyniosłaś tylko lampki!

Anastazja westchnęła głośno i teatralnie pokręciła głową.

– Przecież są też inne ozdoby, które możemy założyć na choinkę!

– Naprawdę?

– Naprawdę. Pierniki, sopelki, cukierki, jarzębina…

– No widzisz, tato? – Mama, wyraźnie rozbawiona, złapała się pod boki. – Jaki ty jesteś głupi! Nie wiesz, że można też założyć inne ozdoby? Nie wiesz? Upieczemy pierniki, kupimy cukierki i nazrywamy jarzębiny! Ale ty jesteś niedomyślny!

Anastazja nie zrozumiała sarkazmu. Była pewna, że mama stanęła po jej stronie.

Tata w odpowiedzi bezradnie rozłożył ręce.

– Widzicie jaki ja jestem głupi? – powtórzył. – Taki właśnie jestem! Zero pomyślunku! ZERO!

Anastazja pokiwała głową z satysfakcją. Cieszyła się, że tata zrozumiał jej przesłanie. Potem podała pani przy kasie jedne jedyne lampki. Nie miała pojęcia, że mama wzięła drugie pudełko, takie samo, aby światełka starczyły na całą dużą choinkę, która miała w tym roku stanąć w ich salonie i czarować wszystkich gości zapachem lasu.

– To będzie wyjątkowa Gwiazdka – mówiła Anastazja, kiedy wychodzili ze sklepu z pierdołami. – Dlatego nasza choinka też będzie wyjątkowa.

– Masz rację, kochanie. – Mama pocałowała córkę w czoło, po czym ujęła jej małą rączkę i ruszyła do samochodu.

W radio nieprzerwanie (już od miesiąca!) leciały świąteczne piosenki. Anastazji pasował taki stan rzeczy. Czuła, że Gwiazdka jest coraz bliżej.

Pierwszym krokiem były zakupy. Ogromne. Rodzice przez resztę dnia rozpakowywali torby i chowali je we wszystkich kątach domu. Anastazja musiała zająć się sama sobą. To wcale nie było takie proste, biorąc pod uwagę, jak wiele emocji targało jej małym serduszkiem. Wiedziała jednak, że największą pomocą dla rodziców z jej strony będzie fakt, że im nie przeszkadza. Dlatego spacerowała po całym domu, ciągle coś jęczała i prychała albo chrząkała, ale nic konkretnego nie mówiła (siedziała cicho, jak myszka!).

Wybawieniem był okrzyk mamy.

– Chodź, Anastazjo! Zrobimy ciasto na pierniki!

Anastazja była na miejscu w trzy sekundy. Nie wiedziała dokładnie, co ma robić, ale to nie było ważne. Sama świadomość, że mama potrzebuje jej pomocy, była dla niej wystarczająca.

Dziewczynka nasypała mąkę, kakao i przyprawę do piernika. Potem mama pozwoliła jej nalać do ciasta cały słoik miodu! Na samym końcu obie obserwowały, jak robot kuchenny łączy wszystkie składniki w lepką, brązową maź.

– No, świetnie się spisałaś. – Mama dała Anastazji buziaka. – Teraz ciasto musi poleżeć kilka dni pod przykryciem, aby było jak najlepsze! Pierniki będziemy piekły dzień przed Gwiazdką.

– I wtedy ubierzemy choinkę! – Anastazja aż zaklaskała. – Wspaniale!

To był doskonały dzień, Anastazja nie mogła wymarzyć sobie lepszego. A przed nią było jeszcze pięć kolejnych, pełnych emocjonujących przygotowań do najlepszego dnia w roku!

Zasnęła z uśmiechem na ustach. W jej uszach pobrzmiewał słodki głos mamy, który śpiewał słowa znajomej kołysanki.

Kolejne dni były obfite w różnorodne wydarzenia. Tata i mama sprzątali dokładnie cały dom – wycierali kurze (tata w pewnym momencie zaczął kichać i kasłać!), zbierali pajęczyny (mama piszczała jak szalona, kiedy weszła do piwnicy!) i czyścili meble oraz płytki w łazience. Potem przyszła pora na odkurzanie i mycie podłóg (tata okropnie przeklinał, kiedy łóżko upadło mu na stopę, a mama się z niego śmiała!). W międzyczasie piekarnik i palniki w kuchni pracowały z pełną mocą. Anastazja pomagała mamie mieszać sałatki, wycinać pierogi i uszka. I oczywiście pierniki, które miały zawisnąć na choince! Przynosiła jej różne produkty ze spiżarni, dekorowała gotowe potrawy pietruszką i majonezem, wylizywała łyżki z resztkami ciasta, podjadała sałatki.

Ostatni dzień przygotowań był najgorszy i najlepszy jednocześnie! Doba całej rodziny wydłużyła się o pełne cztery godziny, bo przecież były takie rzeczy, które musiały zostać przygotowane tego konkretnego dnia. Było ciężko, ale wieczorem w końcu wszystko stanęło na stole. Mama przykryła potrawy talerzami, serwetkami i chusteczkami, żeby nic się nie zepsuło, ani nie wyschło.

– Pięknie to zrobiliśmy! – zawołała Anastazja. Na jej ustach malował się szeroki uśmiech. – Jestem z nas dumna!

– Dziękujemy, skarbie. – Tata roześmiał się w głos. – Ale to jeszcze nie koniec, prawda?

Anastazja zaczęła skakać w miejscu.

– Choinka!

Tata wyszedł z domu, a mama złapała córkę za rękę.

– Chodź – powiedziała. – Musimy naszykować ozdoby.

– Tak, tak!

Poszły do kuchni i tam zabrały się do pracy. Najpierw malowały pierniki lukrem. Kule, serca, ludziki, dzwoneczki – miały mnóstwo przeróżnych kształtów! Potem Anastazja wybrała kolory sopelków i cukierków. A na końcu mama zaskoczyła ją bystrością swojego umysłu.

– Kiedy mówiłaś o tym, żeby zawiesić jarzębinę na choince, coś mi przyszło do głowy – powiedziała, po czym postawiła na stoliku niewielkie tekturowe pudełko.

Anastazja przyjrzała mu się podejrzliwie.

– A co? – zapytała, zerkając na mamę z ukosa.

– Sama zobacz.

Dziewczynka otworzyła pudełko i zakrztusiła się. W pierwszej chwili uderzył w nią silny zapach korzennych przypraw i mandarynek. Dopiero potem przyjrzała się zawartości. Spojrzała na mamę nierozumiejącym wzrokiem.

– To wszystko możemy zawiesić na choince, kochanie – wytłumaczyła cierpliwie kobieta. – Zobacz. Laseczki wanilii, cynamonowe i anyżowe gwiazdki, suszone pomarańcze, mandarynki i cytryny. Jeżeli ci się nie podobają…

– Wspaniale! – krzyknęła Anastazja, wyrzucając ręce do góry. – Mamo, jesteś taka… genialna! Nie to, co tata!

Mama roześmiała się głośno. Nie powinna tego robić, ale nie mogła się powstrzymać.

– To wspaniały pomysł! – wołała Anastazja, rozochocona reakcją mamy. – Tata jest taki głupi, a ty taka mądra! No, jeżeli chodzi o Gwiazdkę!

– Nie mów tak, skarbie. – Mama otarła łzy rozbawienia, które zebrały się w kącikach oczu. – Tacie będzie smutno.

Ale Anastazja już nie słuchała. Porwała aromatyczne pudełko i pobiegła do salonu. Mama szła tuż za nią, trzymając w koszyku słodycze i brązową nić z igłą.

W dużym pokoju czekała na nie przepiękna sosna i ogień wesoło trzaskający w kominku. Z radia dobiegały znajome nuty piosenki "Feliz Navidad".

– Jaka piękna choinka! – Anastazja nie mogła powstrzymać radości i jej śliczny dziecięcy głosik przeobraził się w pisk. – Tato, piękna!

– Cieszę się, że ci się podoba – odpowiedział.– No, dziewczyny. Teraz chyba trzeba ją będzie ubrać?

– Tak, tak!

– Najwyższa pora.

Mama siedziała na kanapie, a Anastazja skakała wokół drzewka. Tata czekał w pogotowiu. Każdy miał własne zadanie!

Mama nawlekała ozdoby na nić, Anastazja wieszała je na drzewku, a tata brał córeczkę na ręce, kiedy chciała powiesić coś na gałązce znajdującej się poza jej zasięgiem. Na końcu wspólnie rozwiesili lampki.

To był dzień pełen wrażeń, ale mimo tego Anastazja nie chciała iść spać. Nie mogła przecież przestać się patrzeć na choinkę, którą sama ubrała! No, z niewielką pomocą rodziców. Ale tak naprawdę to sama!

Usnęła w ramionach mamy, na kanapie w salonie.

W domu czuć było zapach cynamonu, wanilii i mandarynek. Ale nad tym wszystkim górował zapach miłości.

Następnego dnia Anastazja zjadła ostatnią czekoladkę ze swojego kalendarza adwentowego. Następnego dnia przyjechali również goście. Było tak, jak miało być. Pojawili się wszyscy: dwie babcie, dziadek oraz dwóch wujków z ciociami i dziećmi (Michałem, Pawłem, Joanną i Dawidem). Anastazja była wniebowzięta! Tak długo czekała na ten dzień!

Zaproszeni pojawili się w progu po południu, ale na dworze było jeszcze jasno. Pod drzewkiem stanął stos różnorodnych prezentów, a dom wypełnił gwar rozmów (wszystkim podobała się choinka!). Dorośli niestety rozmawiali zbyt długo, a dzieci zaczynały się już nudzić. Prezenty pod choinką wyglądały tak kusząco…

W końcu ostatnie promienie słońca schowały się za drzewami i wszyscy usiedli przy stole. Na początku dziadek (najstarszy ze wszystkich!) wygłosił piękną mowę i złożył rodzinie życzenia. Potem mama podała ciepły czerwony barszcz i pierogi. W międzyczasie można się było częstować zimnymi potrawami, które stały na stole – śledziami, sałatkami, chlebem, jajkami w majonezie, ciastami i innymi pysznościami.

Był też bigos, kapusta z grochem, karp, barszcz z kaszą gryczaną. I oczywiście kompot z suszu, który królował wśród innych dań!

Kiedy puste talerze znikały, pojawiały się kolejne, zapełnione po brzegi. Goście zachowywali się, jakby nigdy w życiu nic nie jedli!

– Mamo! – jęknęła Anastazja. – Czy możemy w końcu otworzyć prezenty?

– Nie wiem – odpowiedziała mama, nawet na nią nie patrząc. Była zajęta szykowaniem herbaty i kawy. – A czy widziałaś już pierwszą gwiazdę?

– Idę zobaczyć! – zawołała dziewczynka, już biegnąc do drzwi wyjściowych.

Wypadła na dwór jako pierwsza, ale to Dawid zobaczył gwiazdę.

– Jest, jest! – krzyczał. – Ja pierwszy otworzę mój prezent, pierwszy!

– Nie, bo ja! – Joanna rzuciła mu wyzywające spojrzenie.

Dzieci rzuciły się z powrotem do ciepłego domu.

Z tej gromadki tylko Michał umiał czytać, dlatego też właśnie on jako pierwszy otworzył swój prezent, a potem pomógł pozostałym znaleźć ich paczuszki.

To był wspaniały dzień, który pozostał w pamięci Anastazji na długo.

Było już późno, dzieci były senne, ale żadne z nich nie chciało się położyć. Przecież nadal było do zrobienia tak wiele zabawnych rzeczy! Dziadek jednak stwierdził, że tylko dorośli mogą siedzieć przy stole o tej godzinie. Dzieci protestowały stanowczo, dlatego najstarszy członek rodziny obiecał im opowiedzieć niezwykłą historię, po której żadne z nich nie będzie chciało dłużej siedzieć przy stole.

Dzieci (amatorzy mocnych wrażeń), zgodziły się od razu.

– Tak? Chcecie się bać? – zapytał dziadek, po czym roześmiał się złowrogo. – Dobrze! W takim razie słuchajcie mnie uważnie. To będzie krótka historia, ale to, co powiem, może zmrozić wasze nawet najprzyjemniejsze sny!

Anastazja przełknęła głośno ślinę i zawinęła się w koc. Troszkę się bała, ale przecież nie mogła wypaść na tchórza w gronie rodzeństwa ciotecznego!

– Jak wszyscy wiecie, moi drodzy, nie ma dwóch takich samych płatków śniegu – zaczął dziadek. – Czy zgodzicie się ze mną?

Dzieci pokiwały głowami.

– Oczywiście macie rację. Nie możemy spotkać dwóch identycznych płatków śniegu, tak jak nie spotkamy dwóch identycznych osób, które nie są ze sobą spokrewnione. Tak właśnie działa natura.

Na chwilę zawiesił głos i przebiegł spojrzeniem po dziecięcych twarzach.

– Ale istnieją rzeczy, które nie są zgodne z naturą – mruknął, a po plecach Anastazji przebiegł dreszcz.

– To, o czym mówię, jeszcze nigdy się nie zdarzyło. Ale może się zdarzyć. W noc taką, jak ta. Piękną noc Bożego Narodzenia, kiedy z nieba prószy śnieg. Legenda mówi, że ten dzień nadejdzie. Prędzej czy później. I nikt nie będzie mógł uniknąć tego, co nieuniknione. W końcu przyjdzie taki dzień, kiedy jakieś dziecko zobaczy dwa identyczne płatki śniegu. Ale to tak naprawdę nie będzie śnieg, tylko Okruchy. Demony, które mogą zmrozić nawet najbardziej gorzejące serca. Dlatego tak ważne jest, aby dzieci nigdy, ale to przenigdy nie spoglądały na pojedyncze płatki śniegu w noc Bożego Narodzenia.

Zamilkł.

– A… a co się wtedy stanie? – zapytała niepewnie Anastazja.

– Kto wie? – Dziadek wzruszył ramionami. – Któż to może wiedzieć…?

Michał ziewnął teatralnie.

– Ale nudna ta twoja historia, dziadku – stwierdził. – Aż mi się spać zachciało!

– To dobrze się składa! – zawołała ciocia. – Dalej dzieci, do łóżek!

Anastazja jako jedyna nadal usypiała z mamą. Nie potrafiła inaczej. Musiała usłyszeć kołysankę. I chociaż trochę się wstydziła przed rodzeństwem, poszła do pokoju ze swoją ukochaną mamusią i położyła się w łóżku razem z nią.

Kiedy umysł dziewczynki znalazł się na granicy snu i jawy, a słodki głos rozbrzmiewał w jej uszach, Anastazja zobaczyła na oknie dwa identyczne płatki śniegu.

 

*

 

Elektryczny zegarek zaczął brzęczeć, rozdzierając ciszę. Na dworze nadal było ciemno. Anastazja zerwała się na równe nogi i zaklęła szpetnie – nienawidziła tego zegarka, ale okazał się być niezbędnym towarzyszem jej życia.

Od momentu, kiedy zobaczyła Okruchy, minęło dwadzieścia lat. Na początku zmiany były subtelne, niemalże niezauważalne. Z czasem jednak Anastazja zaczęła wyraźnie dostrzegać różnice w zachowaniu nie tylko swoich bliskich, ale wszystkich ludzi, z którymi miała styczność.

Całkowita przemiana zajęła piętnaście lat, co do dnia. Po piętnastu latach, w dzień Bożego Narodzenia, świat opustoszał. Ludzie zniknęli, a w zamian pojawiło się coś niezgodnego z naturą. Coś, co nigdy nie powinno zaistnieć.

Anastazja nie mogła uwierzyć w to, że została sama. Ale kiedy pojechała do najbliższego miasta, a potem do kolejnego i jeszcze jednego okazało się, że nigdzie nie ma żywej duszy.

W pierwszej chwili chciała odebrać sobie życie, ale z ogromnym rozczarowaniem stwierdziła, że nie potrafi tego zrobić. Musiała więc żyć dalej.

I żyła. Już od pięciu lat musiała nieść ciężar Okruchów na swoich barkach. Musiała egzystować ze świadomością, że to wszystko, co się wydarzyło, to tak naprawdę jej wina.

365 dni koszmaru.

Teraz znowu nadszedł ten dzień, Gwiazdka. Kiedyś najpiękniejszy dzień jej życia.

Anastazja wrzuciła do starego wranglera rodziców plecak turystyczny, który towarzyszył jej na wszystkich rodzinnych wyjazdach, po czym sama zapakowała się do środka i odpaliła silnik. Pojechała do miasta na zakupy.

Nigdy nie nauczyła się gotować tak dobrze, jak jej mama, dlatego zdecydowała się na gotowe produkty. Pakowała je bezpośrednio do plecaka. W końcu kto mógł ją powstrzymać?

Wzięła pierogi z kapustą i grzybami, uszka z mięsem (innych nie było) oraz barszcz czerwony w torebce. Schowała też wiaderko śledzi oraz dziesięć jajek i majonez. Prawie zapomniała o produktach potrzebnych do przygotowania ciasta na pierniki. Co prawda jej mama zawsze odkładała ciasto na kilka dni, ale Anastazja zrezygnowała z tej tradycji. I tak nie potrafiłaby dorównać piernikom mamy. Po co więc miała próbować?

Wszystko było stare i przeterminowane, jednak to nie miało znaczenia. Liczył się fakt. Musiała przygotować kolację. Tak jak każdego roku.

Jej przepiękna, drewniana chatka, która zawsze kojarzyła się z ciepłem rodzinnego ogniska, teraz przywodziła na myśl tylko rozpacz i pustkę. Była brudna, ciemna, bez żadnego uroku i bez magii. Była opuszczona.

Anastazja została sama.

Dziewczyna wrzuciła drewno i kawałki tektury do kominka. Pozwoliła, aby ogień polizał lekko jej dłoń. Sparzyła się. Ale to nic w porównaniu z tym, co stało się z ludźmi. Ona pozostała człowiekiem. A oni? Czym się stali?

Zacisnęła bolącą rękę w pięść i uderzyła z całej siły w drewnianą ścianę. Jej krzyk rozerwał ciszę panującą w nieprzebytym lesie.

Anastazja wzięła kilka głębokich oddechów, aby się uspokoić. Jeszcze nie oszalała, chociaż niewiele jej brakowało. Ale nie stanie się to dziś. Dzisiaj musiała przygotować kolację.

Zabrała się do pracy. W pierwszej kolejności upiekła pierniki, które ani trochę nie nadawały się do jedzenia. Aby to zrobić, musiała przerobić kominek na piec, w którym można założyć ruszt. Przecież nie było już gazu. Ale robiła to od pięciu lat – z roku na rok pierniki wyglądały coraz lepiej. Tym razem przypominały już nawet coś więcej, niż rozlaną masę o konsystencji biegunki.

Następnie wyciągnęła z torebki spleśniałe pierogi i rozłożyła je na eleganckim, kwadratowym talerzu. Porośnięte białym mchem uszka zalała krwistoczerwonym barszczem, który zmieszała z zimną wodą. Śmierdzące jajka ugotowała nad ogniem i posmarowała oślizgłym majonezem. Kiedy otworzyła śledzie i wyciągnęła je na stół, po całym domu rozszedł się smród padliny.

Na koniec zostawiła choinkę.

Kobieta spojrzała na drzewko, które udało jej się upatrzyć w lesie. Nie wyglądało tak majestatycznie jak to, które tata przyniósł do domu tego pamiętnego dnia. Było małe, raptem metr trzydzieści, jodełka. Ale miało swój urok.

Wyciągnęła ozdoby, które przechowywała w tekturowym pudełku. Jarzębina, suszone cytrusy, laski wanilii, gwiazdki cynamonu i oczywiście złote lampki.

Te same.

Dekoracje już nie pachniały, nie roztaczały wokół siebie tajemniczej, świątecznej aury. Ale były. A Anastazja nie chciała innych ozdób. Te były wyjątkowe.

Kiedy promienie słońca zaczęły się ukrywać za koronami drzew, Anastazja rozpaliła wcześniej przygotowane ogniska syberyjskie, które powinny przetrwać całą noc. Wolała nie ryzykować. Nie chciała patrzeć z bliska… ale musiała WIDZIEĆ. I PAMIĘTAĆ.

Z nieba zaczął prószyć śnieg. Anastazjaa stała na ganku, otaczała ją gorąca łuna ognia. Kobieta wyciągnęła dłoń, upadło na nią kilka płatków śniegu.

Wcale nie topniały. Miały taki sam kształt. Były nienaturalne (Okruchy!).

Anastazja z obrzydzeniem strzepnęła je z rękawiczki, a potem wsłuchała się w ciszę.

Wraz ze światłem, z otaczającego ją świata zniknęły dźwięki. Las milczał. W tle słyszała tylko trzaskający ogień. I szuranie. Narastający, zbliżający się dźwięk.

Szuuuuur!

Szuuuur!

Szuuuuuuuuuuuuuuurrrrrrr!

Spomiędzy drzew zaczęły się wyłaniać niewyraźne kształty. Serce Anastazji na chwilę się zatrzymało.

Kształty poruszały się powoli, zostawiały za sobą długie ślady.

Szszszszszszszzs…

Postacie wydawały się być podobne do ludzi, ale tylko na pierwszy rzut oka. Z każdym krokiem coraz lepiej było bowiem widać ich karykaturalnie powyginane kończyny oraz mocno zgarbione plecy wygięte w łuk. Ręce ciągnęły się za nimi jak worki z ziemniakami. To one wydawały ten niepokojący, mrożący krew w żyłach dźwięk.

Szuuur.

Kształty zbliżały się, a Anastazja stała na schodach z rozłożonymi ramionami, jakby chciała je powitać. Po jej policzkach płynęły strugi łez, a ciałem wstrząsały niekontrolowane konwulsje.

Postacie powoli docierały do kręgu światła. Zatrzymywały się na samym krańcu. Wiedziały, że nie mogą podejść bliżej. Nie chciały się sparzyć. To by je zabiło.

Ich powykrzywiane, zmienione przez brud i gniew twarze skrywał złowrogi cień nocy, ale Anastazja potrafiła je rozpoznać. Wszystkie oblicza były potwornie znajome. A było ich trzynaście, każde bliskie jej sercu.

Potwory stały tak po prostu, bez żadnego dźwięku, bez żadnego ruchu. Wpatrywały się w Anastazję pustymi oczodołami, które wypełniał tylko lód. Bezzębne szczęki opierały się o nagie, bladobłękitne torsy.

Anastazja za każdym razem myślała, że nie wytrzyma tego widoku. Myślała, że odbierze sobie życie. Chciała wyskoczyć poza krąg światła i oddać się w ręce losu. W ICH ręce. Ale nie zrobiła tego.

Żyła nadal. Rok za rokiem, w noc Bożego Narodzenia, wpatrywała się w te groteskowe stworzenia, które kiedyś tak bardzo kochała.

Nie potrafiła zrobić nic, co mogłoby mieć jakikolwiek skutek. Nie potrafiła podjąć decyzji, wykonać ruchu. Mogła tylko tak stać i patrzeć. A oni nie mogli ominąć bariery, którą tworzyła. Nie byli ludźmi. Bali się sparzyć.

Każdego roku kobieta powtarzała sobie, że tym razem ich wpuści, ale za bardzo się bała. Wola przetrwania nadal była w niej silna. Nie mogła się poddać.

Dlatego i tym razem stała jak wariatka, z rozłożonymi ramionami, trzęsąc się z zimna i obrzydzenia. I powtarzała jak mantrę jedno jedyne zdanie, jak gdyby była w transie.

– Teraz już wiesz, dziadku, co się stanie. Teraz już wiesz…

Koniec

Komentarze

Mam wrażenie, że taka fabuła czułaby się lepiej w wyraźne krótszej formie. Chodzi o to, że nadmiernie rozbudowany opis przygotowań do świąt, stylizowany na dziecięcą, nieco naiwną perspektywę, gdzie właściwie nie konkretnego się nie dzieje, zwyczajnie zaczyna nużyć, zaś ten twist fabularny nie jest na tyle atrakcyjny, by wynagrodzić to znużenie. Tym bardziej, że wydarzenia z drugiej części tekstu, prócz tej parozdaniowej opowieści o śnieżynkach, w żaden właściwie sposób nie wiążą się z pierwszą częścią. Całość zatem pozostawia wrażenie przerostu objętości nad treścią, a przez to nieco zmarnowanego, o jakieś 15.000 znaków, czasu :) 

I po co to było?

Zgadzam się z Syf.em – opis świąt z perspektywy pięciolatki niewiele wnosi. Każdy z nas to widział.

Spokojnie można było zacząć od dekorowania choinki. Albo nawet od opowieści dziadka, z krótką retrospekcją.

Sama końcówka fajna. Tylko ta zaburzona kompozycja, która sprawia, że 2/3 tekstu to wstęp…

Babska logika rządzi!

Dziękuję wam za opinie :) 

Pomysł z Okruchami jest nawet całkiem, aczkolwiek zabrakło choćby cienia wyjaśnienia, dlaczego identyczne płatki śniegu mają powodować takie spustoszenie w świecie. (Zamiast wyjaśnienia może być też nienazwana groza, ale jej też brakło…) Może gdybyś zaczęła od drugiej części, a potem wracała się do tego, skąd wziął się ten upiorny świat, byłoby lepiej i wyjaśnienie byłoby mniej potrzebne. Ale tu niby wszystko wrzucasz w realistyczną opowieść i to zgrzyta.

Pierwsza część jest zresztą dramatycznie za długa – taka nudnawa obyczajówka niestety. Pomysłowi ze śnieżynkami i Okruchami przydałoby się więcej albo dynamizmu, albo wręcz przeciwnie – retrospektywnej introwersji bohaterki, jeśli taka narracja miałaby być Ci bliższa. W obecnej formie z dania, które mogło być całkiem smakowite, wyszła mdła przystawka ;)

 

Drobiazgi na chybił trafił:

 

z oczu biły błyskawice – niezbyt udana metafora, bo biją raczej gromy, a błyskawice się ciska

 

gdyby zjadłaby – wystarczy jeden wyznacznik trybu przypuszczającego

 

poza tym lekka zaimkoza; nie wiem też, po co wymieniasz na początku imiona pozostałych dzieci, skoro potem ich nie używasz – takie rzeczy to zaśmiecanie tekstu

 

Nie rozumiem również wyboru marki samochodu (obstawiałabym, że podyktowanego jakimiś względami osobistymi, nieczytelnymi dla odbiorcy) – mam wrażenie, że w Polsce pierwsze skojarzenie z “wrangler” to dżinsy, a nie jeep. Dlaczego nie jeepa/terenówki, na upór jeepa wranglera, choć jestem wrogiem takich szczegółów, jeśli nie są naprawdę istotne, albo czegoś, co jednoznacznie kojarzy się z samochodem?

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaina, już Ci wszystko tłumaczę.

 

Pomysł na “Okruchy” przyszedł do mnie nagle i stwierdziłam, że muszę go przelać na papier, póki istnieje. Sama koncepcja świata spodobała mi się na tyle, że planuję do niej wrócić z innymi opowiadaniami. Zastanawiałam się nad zbiorem opowiadań właśnie pod tytułem “Okruchy”. I dopiero tam znalazłyby się różne opowiadania, pisane w różnym stylu. Tak jak napisałaś – jedno przesłodzone, drugie dramatyczne, inne pisane w formie wspomnień, etc. Myślę, że może wyjść z tego naprawdę ciekawy projekt :) 

 

Co do marki samochodu, wybrałam ten, a nie inny, bo właśnie on nadaje się najlepiej na samochód rodzinny, który sprawnie jeździ w terenie. Tak jak Ty nie jesteś fanką szczegółów, tak ja jestem :) 

 

Imiona. Wydaje mi się, że te imiona to ważny element narracji, bo dla Anastazji bardzo ważnym jest, kto dokładnie do niej przyjeżdża. Chciałam przedstawić tę narrację z punktu widzenia dziecka. A dzieci mają taki moment w swoim życiu (to jest właśnie 4 – 5 lat), kiedy wymieniają wszystkich swoich znajomych z imienia i nazwiska. Dlatego napisałam te imiona. Nie sądziłam, że można je uznać za zaśmiecanie tekstu, ale człowiek uczy się całe życie. 

 

I oczywiście dziękuję za opinię :) 

 

PS. Poprawiłam błędy, które wymieniłaś.

Faktycznie, pomysł lepszy na krótszą formę. W obecnej wersji początek mocno się dłuży, a kiedy wreszcie dochodzimy do elementu fantastycznego, byłem już z lekka znudzony.

Późniejsze motywy są jednak dosyć ciekawe, a przedstawiona historia ma potencjał. Twist jednak mocno nie zaskakuje – trochę się go domyśliłem przez mocno słodzoną formę pierwszej części kontrastującą z tagiem “demon” ;)

Podsumowując: nużący początek, potem jednak rozkręca się całkiem-całkiem ten koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Tak jak Ty nie jesteś fanką szczegółów, tak ja jestem :) 

Prostuję. Jestem fanką szczegółów, wręcz uwielbiam szczegóły, jeśli są istotne dla fabuły, a tu wydaje mi się to zbyteczną komplikacją, bo marka samochodu nie odgrywa tak naprawdę żadnej istotnej roli, a bardzo mocno przyciąga uwagę, także skojarzeniem niesamochodowym. Stąd ta konkretna uwaga.

Btw jeszcze bardziej jestem fanką szczegółów “blink and you miss it”, smaczków dla koneserów, ale wszystko musi być gładko wplecione w fabułę.

 

Co do imion i “zaśmiecania” kontra “tak jest w życiu”.

Uwielbiam Stendhala i za jego szaloną biografię, i książki, i to, co zrobił dla literatury. Niemniej nawet jego postulat zwierciadła obnoszonego po gościńcu nie zakłada, że należy uwzględniać każdy element “realizmu”, bo literatura to jednak w większym stopniu prawdopodobieństwo w ramach spójnej fabuły niż dosłowna prawda. Jeśli wymieniasz imiona w taki sposób, jak to zrobiłaś, to czytelnik ma prawo się spodziewać, że coś z tego wyniknie. A tu nic. Gdybyś pisała prozę eksperymentalną, gdzie właśnie wszelkie tropy mają być nie tyle mylące, ile przypadkowe, do niczego nie prowadzące (jak w powieści i filmie nowofalowym) – byłoby to na miejscu.

Także gdybyś to trochę inaczej wprowadziła, żeby Twoja intencja pokazania sposobu myślenia dziecka była oczywista – do przełknięcia. Np. jakieś plus minus didaskalium: “Pojawili się wszyscy: dwie babcie, dziadek oraz dwóch wujków z ciociami i dziećmi. Michał, Paweł, Joanna, Dawid – wszyscy są, policzyła z zadowoleniem Anastazja.” Dla mnie osobiście to nadal jest zbędne, zwłaszcza że dziadkom i ciociom/wujkom niekonsekwentnie nie dajesz imion czy nazwisk, ale przynajmniej wskazuje, skąd się wzięło.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaina – rzeczywiście z Twoim dopiskiem ten fragment wygląda lepiej. Jeszcze się nad nim zastanowię. NoWhere – cieszę się, że ujrzałeś potencjał "Okruchów". Pisanie opowiadań nadal jest dla mnie niczym czarna magia, więc tym bardziej uznaję Twoje słowa jako komplement. Mam nadzieję, że każde kolejne opowiadanie, które wyjdzie spod mojej ręki, będzie coraz ciekawsze :)

Pozostaje mi zgodzić się z autorami poprzednich komentarzy. Mdławy początek mnie nie zainteresował i ciągnął się zbyt długo. Masz literacką smykałkę, ale też moim zdaniem kilka razy niepotrzebnie powielałaś informację (to, co dokładnie pamiętam, to że dwa razy wymieniałaś imiona kuzynów i dwa razy podkreślałaś, że Anastazja została sama po tym jak zobaczyła okruchy). Jako czytelnik myślałam sobie “tak, wiem, pisałaś już”. Pomysł jest rzeczywiście ciekawy, choć przyczepię się do tego, że to czy dwa płatki śniegu są faktycznie identyczne można stwierdzić jedynie oglądając je przez mikroskop. Powiedzmy, że to jeden z elementów fantastycznych. 

Krótko mówiąc, to opowiadanie mnie nie zachwyciło, ale widać, że masz potencjał, więc trzymam kciuki za kolejne odsłony Twojej twórczości. 

Mam wrażenie, że niemal trzy czwarte Okruchów to tekst przeznaczony dla dzieci, a reszta chyba też dla dzieci, tyle że nieco starszych.

Historyjka dziadka praktycznie niczego nie opowiada, jest tylko złowróżbną przepowiednią.

Nie wiem, co przez piętnaście lat stało się z ludźmi, nie wiem też, dlaczego bliscy Anastazji, a prawdopodobnie i inni ludzie, zmienili się w dziwne istoty.

Jakiś pomysł na pewno był, ale obawiam się, że został spisany zbyt szybko, skutkiem czego nie wiem, Winter, co chciałaś opowiedzieć.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Ana­sta­zja cze­ka­ła na ten mo­ment całe 364 dni! –> Czy pięcioletnie dziecko jest w stanie tak długo pamiętać jeden dzień, nawet tak szczególny jak Gwiazdka? Czy przeżycia kolejnych dni, tygodni i miesięcy nie tłumią wspomnienia, czy nie przyćmiewają go nowe wydarzenia?

 

Prze­cież by­ły­by to naj­lep­sze świę­ta na świe­cie! U nich za­wsze było mnó­stwo śnie­gu, czego nie można było po­wie­dzieć… –> Objaw byłozy.

 

Miesz­ka­my da­le­ko od na­szej ro­dzi­ny i cięż­ko było to wszyst­ko zgrać tak… –> Miesz­ka­my da­le­ko od na­szej ro­dzi­ny i trudno było to wszyst­ko zgrać tak

 

– Prze­cież są też inne ozdo­by, które mo­że­my za­ło­żyć na cho­in­kę! –> Choinkę można ubrać, można zawiesić na niej ozdoby, ale nie spotkałam się z zakładaniem ozdób na choinkę.

Proponuję: – Prze­cież są też inne ozdo­by, którymi mo­że­my ubrać cho­in­kę! Lub: – Prze­cież są też inne ozdo­by, które mo­że­my zawiesić na cho­in­ce!

 

Upie­cze­my pier­ni­ki, ku­pi­my cu­kier­ki i na­zry­wa­my ja­rzę­bi­ny! –> W grudniu? Wtedy jest zmarznięta i pomarszczona.

 

Nie miała po­ję­cia, że mama wzię­ła dru­gie pu­deł­ko, takie samo, aby świa­teł­ka star­czy­ły na całą dużą cho­in­kę… –> Nie miała po­ję­cia, że mama wzię­ła dru­gie pu­deł­ko, takich samych, aby świa­teł­ek wystar­czy­ło na całą dużą cho­in­kę

Ważne, żeby światełka były takie same, nie pudełko.

 

Ro­dzi­ce przez resz­tę dnia roz­pa­ko­wy­wa­li torby i cho­wa­li je we wszyst­kich ką­tach domu. –> Dlaczego rodzice chowali puste torby we wszystkich katach domu?

 

Wy­ba­wie­niem był okrzyk mamy.

– Chodź, Ana­sta­zjo! Zro­bi­my cia­sto na pier­ni­ki!

Ana­sta­zja była na miej­scu w trzy se­kun­dy. Nie wie­dzia­ła do­kład­nie, co ma robić, ale to nie było ważne. Sama świa­do­mość, że mama po­trze­bu­je jej po­mo­cy, była dla niej… –> Byłoza.

 

Ana­sta­zja po­ma­ga­ła mamie mie­szać sa­łat­ki, wy­ci­nać pie­ro­gi i uszka. –> Uszka to też pierogi.

 

Przy­no­si­ła jej różne pro­duk­ty ze spi­żar­ni, de­ko­ro­wa­ła go­to­we po­tra­wy pie­trusz­ką… –> Obawiam się, że dekorowanie potraw natką pietruszki, dwa dni przed podaniem ich na stół, nie jest dobrym pomysłem, albowiem natka zwiędnie i nie będzie żadną dekoracją.

 

Było cięż­ko, ale wie­czo­rem w końcu wszyst­ko sta­nę­ło na stole. –> Nie było łatwo, ale wie­czo­rem w końcu wszyst­ko sta­nę­ło na stole.

 

Na końcu wspól­nie roz­wie­si­li lamp­ki. –> Dawno nie ubierałam choinki, ale z tego co pamiętam, najpierw zawieszało się lampki, a dopiero potem resztę ozdób.

 

Nie mogła prze­cież prze­stać się pa­trzeć na cho­in­kę… –> Nie mogła prze­cież prze­stać pa­trzeć na cho­in­kę

 

– Nie, bo ja! – Jo­an­na rzu­ci­ła mu wy­zy­wa­ją­ce spoj­rze­nie.

Dzie­ci rzu­ci­ły się z po­wro­tem do cie­płe­go domu. –> Powtórzenie.

 

To był wspa­nia­ły dzień, który po­zo­stał w pa­mię­ci Ana­sta­zji na długo. Było już późno, dzie­ci były senne, ale żadne z nich nie chcia­ło się po­ło­żyć. Prze­cież nadal było do zro­bie­nia… –> Byłoza.

 

De­mo­ny, które mogą zmro­zić nawet naj­bar­dziej go­rze­ją­ce serca. –> Chyba miało być: De­mo­ny, które mogą zmro­zić nawet naj­bar­dziej go­rą­ce serca.

 

Ana­sta­zja zo­ba­czy­ła na oknie dwa iden­tycz­ne płat­ki śnie­gu. –> W jaki sposób Anastazja, leżąc w łóżku i zasypiając, w dodatku będąc zapewne w jakiejś odległości od okna, zobaczyła na szybie rzeczone płatki śniegu i jak dostrzegła, że były one identyczne?

 

Ana­sta­zja wrzu­ci­ła do sta­re­go wran­gle­ra ro­dzi­ców ple­cak tu­ry­stycz­ny, który to­wa­rzy­szył jej na wszyst­kich ro­dzin­nych wy­jaz­dach, po czym sama za­pa­ko­wa­ła się do środ­ka i od­pa­li­ła sil­nik. –> Kiedy opowieść się zaczyna, samochód rodziców jest już stary. Od tamtego czasu minęło dwadzieścia lat – jakim cudem tak wiekowy samochód jeszcze jeździ? Czy Anastazja naprawia go sama?

 

Tym razem przy­po­mi­na­ły już nawet coś wię­cej, niż roz­la­ną masę o kon­sy­sten­cji bie­gun­ki. –> Czy biegunka na pewno ma konsystencję?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka