- Opowiadanie: Caern - Your Way 2C Reality

Your Way 2C Reality

Fantomatyka w łóżku.

Wielkie dzięki za pomoc w betowaniu i udzieleniu kobiecej perspektywy dla Poli i Rosabelle.

 

Opowiadanie funkcjonowało przez chwilę na portalu, lecz kłopot techniczny spowodował, że miało cofniętą datę. Wklejam je więc ponownie w ramach konkursu a przy okazji dodatkowe podziękowania za komentarze od Finkli i Regulatorzy.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Darcon

Oceny

Your Way 2C Reality

Paweł wybiegł z sypialni zły i zażenowany. Narzucił szlafrok i cały w nerwach wmaszerował do kuchni.

– Kawa – polecił. – Mocna. – Domowy komputer natychmiast wykonał polecenie. W mieszkaniu rozniósł się intensywny aromat espresso.

Za oknami malował się uroczy wieczór. Niebo nabrało wszystkich odcieni fioletu i różu, chmury rozciągnęły się w długie, rozmyte pasy, za którymi skryła się pomarańczowa tarcza słońca. Śnieżnobiałe ściany mieszkania oblało ciepłe, żółte światło, które powinno wprawić gospodarza w nostalgiczny nastrój. Ale w tej chwili nic nie mogło go pocieszyć, nawet przepyszna, zaparzona z komputerową precyzją kawa.

Paweł rozsiadł się na hokerze, poderwał z blatu czytnik i zapatrzył się w nagłówki, przelatujące przez stronę startową. Nic nie było w stanie przykuć jego uwagi. Sukcesy drużyny piłkarskiej były nudne, awantura w sejmie żenująca, wojna na wschodzie bez znaczenia, a nieudane małżeństwo gwiazdy obleśne. Nic nie miało znaczenia.

Zbliżająca się sześćdziesiątka powodowała, że Paweł czuł się staro. Praca go nużyła, marzenia odeszły w niepamięć, na przyjaciół nie miał czasu, a skrycie praktykowane hobby pisarskie zniechęciło go pasmem niepowodzeń. Siwiejące włosy wyraźnie się przerzedziły, zwłaszcza na skroniach. Na dodatek coraz bardziej męczył go brak kondycji fizycznej. Rozdęty brzuch powodował, że patrzył na siebie z odrazą, a coraz głębiej przygięty kark sprawiał wrażenie, że kurczyło się całe ciało. Próbował z tym walczyć, odwiedzając siłownię, ale nie robił tego regularnie. Najbardziej doskwierało mu to, co działo się w małżeństwie. Czuł zbliżający się wielkimi krokami kryzys i nie dawało mu to spokoju.

Ciszę w mieszkaniu przerwał kobiecy głos:

– Paweł, gdzie jesteś?

Do kuchni weszła Marta, niezbyt wysoka, szczupła i zgrabna kobieta, o gęstych, czarnych włosach. Mimo, iż była raptem kilka lat młodsza od męża, to jej twarz niechętnie żegnała się z młodością.

Małżeństwo Zagajczyków funkcjonowało harmonijnie. Ich życie było spokojne, pozbawione wielkich uniesień i zaskakujących przygód, ale znajdowali w tym związku szczęście. Dawali sobie ciepło i poczucie bezpieczeństwa. Wszelkie problemy rozwiązywali razem, stosując metodę wzajemnej szczerości.

– Paweł, nie przejmuj się – pocieszyła ciepłym głosem. – To się zdarza.

Marta chciała objąć męża, lecz ten zionął chłodnym dystansem.

– Misiek – naciskała żona – no przestań, to nic strasznego.

– Nic strasznego – fuknął zirytowany Paweł. – Ostatnio ciągle tak jest.

– Przecież dużo pracujesz, to nic dziwnego. Misiek, czy ty mnie słuchasz?

Paweł nie słuchał. Chwycił leżący na paterce ogórek i krytycznie mu się przyjrzał. W końcu cisnął warzywo ze złością na blat stołu i gwałtownie wstał.

– Beznadzieja – mruknął. Ubrał się i bez słowa wyszedł do ogródka. Długo siedział w fotelu, beznamiętnie gapiąc się w ekran czytnika. Gdy wrócił do domu, Marta już spała. Wyglądała niezwykle atrakcyjnie, ale Paweł nic nie zrobił. Wyjął z szafy koc i położył się na kanapie w salonie.

*

Walka rycerzy stawała się coraz ostrzejsza. Mimo ciężkich pancerzy, obaj poruszali się niezwykle szybko i sprawnie, wręcz rozmywali się w oczach. I to tak, że zaczęli gubić piksele. Komputer szybko poprawił projekcję i hologram znowu nabrał fotorealizmu. Paweł i jego przyjaciel Tom, nawet nie zauważyli chwilowej utraty płynności. Z paletami czujników na rękach, wykonywali gwałtowne ruchy, które ich cyfrowe odpowiedniki dokładnie powtarzały. Paweł wyraźnie tracił siły. Jego rycerz prowadził chwiejną obronę z użyciem tarczy i miecza, ale przeciwnik coraz częściej znajdował luki w zastawach. Pasek wytrzymałości Pawła szybko się kurczył, a im szybciej to robił, tym szybciej zbroja rdzewiała i pękała.

– Mówiłem ci, jaka jazda była wczoraj? – zagadnął Tom ciężko dysząc. – Pamiętasz panią Kosińską?

– Tę emerytkę? – skrzywił się Paweł. – Łeee.

– Nie, stary, nie ona. Jej wnuczka. Mówię ci, czysty, żywy ogień.

Walka zamarła. Tom podszedł do sofy, wyjął ze schowka butelkę wody i pociągnął solidny łyk. Cyfrowy rycerz posłusznie powtórzył każdy ruch.

Tom Carnick był wysokim, sprężystym mężczyzną, który jak zwykle, promieniował entuzjazmem. Wszystko, co go tyczyło, było niesamowite i nie z tej ziemi. Uwielbiał niesamowite kobiety i niesamowite randki, niesamowity seks i niesamowite kłótnie. Znali się z Pawłem od piętnastu lat. Obaj pracowali w ministerstwie gospodarki, Paweł w dziale analiz, a Tom w biurze prasowym. Opracowując komunikaty dla mediów, Tom regularnie zasięgał opinii przyjaciela, który szykował raporty z działalności ministerstwa.

– Przyszła do mnie wczoraj – kontynuował Tom – łapie mnie za szmaty i bach, na podłogę. I się zaczęło.

Paweł pokiwał głową z niedowierzaniem, ale Toma to nie zraziło.

– Bierze mnie tak i tak, i tak, i tak – wyliczał, obrazowo gestykulując. – Ja się dwoję i troję, żeby jej dogodzić, a ona wiesz, co mi na to? Będę u ciebie w sobotę i wtedy bardziej się postaraj.

– Jesteś obrzydliwy.

Tom zaśmiał się donośnie.

– No a co u ciebie? Nadal nic?

– Daj mi spokój.

– Nic się nie przejmuj. Miękka pałka to nie koniec świata. No, oczywiście dopóki Marta nie poszuka sobie zastępstwa.

Paweł przez chwilę stał w milczeniu.

– Nie wiem co robić – westchnął.

– Mówiłem: weź pigułkę.

– Nie chcę prochów. Zresztą nie tylko o to chodzi.

– Nie o to, że twój ptaszek nie lata?

– Mi się, tak jakby, już nie chce.

– Czeka cię długa terapia – skwitował Tom.

Paweł zamilkł.

– Nie rozumiem cię, stary – zagadnął Tom, zupełnie na poważnie. – Marta to super ciało, wszystko na miejscu, tyłek jak marzenie.

– Ja siebie też nie rozumiem – Paweł nie miał ochoty kontynuować gry. Opuścił siłownię i nawet nie zajrzał pod prysznic. Spocony i śmierdzący, udał się na parking.

Było już późno, niebo zrobiło się czarne, lecz ostre światło miasta nie pozwalało dojrzeć gwiazd. Paweł gapił się przez szybę taksówki, obserwując sznury awionetek. Wyglądały jak przelewające się w równych liniach błyszczące paciorki, powiązane nićmi ze światła. Świetliste ekrany oblewały drapacze chmur kolorowymi arrasami reklam, które animowały się w trójwymiarowe bloki. Pawłowi wydało się to wszystko natarczywe i męczące.

W drodze odezwało się połączenie od Marty.

– Wszystko prawie gotowe – oznajmiła – a ty gdzie?

– Lecę jeszcze do biura.

– Czyli zapomniałeś.

Paweł palnął się w czoło.

– Nic się nie przejmuj – pocieszyła Marta. – Zdążysz dolecieć, a nawet wziąć prysznic.

Połączenie zniknęło, a Paweł poczuł się jak idiota. Teraz, oprócz bycia koszmarnym mężem, został również fatalnym ojcem. Zapomniał o wizycie własnej córki, a przecież umawiali się od paru tygodni.

Katarzyna Zagajczyk mieszkała w Warszawie, ale nie widywała rodziców często. Poświęciła życie karierze. Pracowała dla koncernu farmaceutycznego, który niezwykle cenił swoich bioinżynierów. Rodzice pękali z dumy, słysząc opowieści o sukcesach córki.

Po powrocie do domu, Paweł zajął się sobą. Szybki prysznic, golenie twarzy i prasowanie koszuli odpędziły depresyjne myśli. W tym czasie Marta ogarniała salon, który zwykle przypominał pracownię chaotycznego artysty. Dziś wyglądał odświętnie. Ozdobiony świeżym obrusem stół uginał się pod ciężarem potraw. Zalegające w kątach drobiazgi po długich miesiącach tułaczki znalazły swoje miejsce na półkach. Nawet Marty przybory do malowania spoczęły w równych rządkach na odwiecznie zabałaganionym regale. Paweł był pełen podziwu dla żony, która w pojedynkę ogarnęła cały dom. Marta krzątała się wokół, zagadując wesoło. Była wyraźnie ucieszona wizytą córki i kompletnie zignorowała marsową minę męża. Jej pozytywne nastawienie udzieliło się w końcu Pawłowi. Uśmiechnięta Marta kończyła przyrządzać sos paprykowy, gdy rozległ się przyjemny, szklany dźwięk domowego komputera. System odebrał prośbę o zgodę na lądowanie.

Zagajczykowie wyszli przed dom. Marta zwolniła blokady i płyta parkingowa zrobiła się gładka. Beżowa awionetka płynnie osiadła na lądowisku. Boczne drzwi odsunęły się z gracją, a z kabiny wyszła na oko trzydziestoletnia kobieta. Wyglądała jak młodsza wersja Marty. Te same cienkie brwi, zgrabny nos z małym wzgórkiem i wesołe oczy, podkreślone lekkim makijażem. Katarzyna ufarbowała włosy na ciemny róż i gdyby nie to, można by ją pomylić z matką.

*

Kolacja była wyśmienita. Katarzyna jak zwykle miała wielki apetyt, więc Marta przygotowała tyle jedzenia, że starczyłoby dla dziesięciu osób. Paweł z córką rozpływali się nad talentami kulinarnymi Marty. Gdy wszystkie brzuchy napęczniały do granic wytrzymałości, w jadalni pojawił się robot domowy. Zaproponował szklankę piwa i zaprosił towarzystwo do wysprzątanego salonu, gdzie przygotował nastrojową muzykę i wygodne siedziska.

– Zostaniesz dłużej? – zapytała Marta, rozsiadając się w głębokim fotelu.

– Nie mogę – odparła Katarzyna. – Jutro lecę do Oslo. Mam nowy kontrakt i nie będzie mnie dwa miesiące.

– Czyli ominą cię urodziny ojca – zauważyła jej matka.

– No właśnie. – Katarzyna odstawiła pokala i posłała robota do holu.

Paweł wyglądał na zaskoczonego. Nigdy nie pamiętał dat urodzin, imienin i innych wydarzeń towarzyskich, a już z pewnością nie z dwumiesięcznym wyprzedzeniem. Gdyby nie cyfrowy kalendarz, nie wiedziałby jaki był dzień tygodnia.

Robot wrócił do salonu z zawiniętym w kolorowy papier pudełkiem. Kasia przejęła prezent i wręczyła go ojcu.

– Wszystkiego najlepszego, tato – powiedziała i ucałowała Pawła w policzek.

– O rety, dziękuję. W życiu bym nie sądził, że będziesz pamiętać.

Paweł zerwał kolorowy papier, a jego oczom ukazało się gładkie, połyskujące pudełko, opatrzone proporcjonalnym logotypem z wpisanym weń hasłem „2C”. Na froncie okładki przewijał się półprzezroczysty napis.

– „Your way 2C reality” – odczytał Paweł. – Co to jest?

– To dekoder do wirtuala – wyjaśniła Katarzyna – z ładowaniem indukcyjnym i szybkością ośmiu kubitów. Okulary dopasowują się do wrażliwości na światło użytkownika. Sensory skroniowe są miękkie, wygodne i mają rozbudowany system blokerów. Jeśli za szybko je zdejmiesz, to mózg nie zrobi fikołka.

– Łał – Paweł udał podziw. – A co ja mam z tym zrobić?

Dziewczyny parsknęły śmiechem. Obie wiedziały, że ojciec z trudem nadążał za nowinkami technologicznymi. Elektroniczne gadżety były w jego pojęciu potrzebne jak strategia ruskiej armii.

– Zaloguj się – poradziła Katarzyna – rozejrzyj. Sam nie wiesz kiedy cię wciągnie.

– No dobra – mruknął Paweł, nie do końca przekonany – niech będzie. – Nie zauważył porozumiewawczego spojrzenia, które wymieniły dziewczyny.

*

Paweł wrócił do domu późnym wieczorem. Zmęczony i zirytowany, zdawkowo przywitał się z żoną i zaległ na kanapie. W biurze napiętrzyło się mnóstwo spraw, których rozwikłanie utrudniły problemy techniczne z ministerialnymi serwerami. Zniesmaczony niewdzięcznym pomrukiwaniem samego ministra, Paweł opuścił biuro wyczerpany psychicznie.

Do salonu weszła Marta. Miała na sobie piaskowy szlafrok, w którym wyglądała nader zachęcająco.

– Dołączysz do mnie?

– Zaraz. Muszę ochłonąć.

– Dawno nic nie pisałeś – zauważyła Marta. – Co ty na to?

– Zobaczymy – mruknął Paweł.

Marta nachyliła się do męża i ucałowała go w czoło.

– Nie siedź za długo – poradziła i zniknęła w korytarzu.

Paweł przez dłuższą chwilę leżał na kanapie, zastanawiając się czy jednak nie dołączyć do żony w sypialni. Na myśl o jej krągłych pośladkach i długich nogach, zrobiło mu się ciepło. Niestety wstyd i zażenowanie były silniejsze, więc zrezygnował. Z ciężkim westchnieniem usiadł do komputera. Wpierw polecił systemowi przygotować kawę i kanapki, po czym uruchomił edytor tekstu. Przez godzinę przeglądał zaczątek scenariusza, nad którym ślęczał od roku. Poprawił kilka sformułowań, po czym stwierdził, że całość prezentowała się nie najgorzej. Spróbował dopisać kilka zdań, ale nie mógł się skupić. Słowa nie składały się w całość, a wspomnienie kłopotów z pracy nie dawało spokoju. Spojrzenie Pawła padło na pudełko z dekoderem wirtualnej rzeczywistości.

– Niech będzie – mruknął i otworzył wieczko. Dekoder był biały, połyskujący, wielkości kostki masła. Komplet zawierał matowe okulary z wypustkami, które dociskało się do skroni. Paweł doskonale zdawał sobie sprawę z praktycznych i rozrywkowych zastosowań wirtuala. W młodości zdarzało mu się z tego wynalazku korzystać, biorąc udział w grach sieciowych. W przeciwieństwie do swoich rówieśników, nigdy nie zafascynował się cyfrowym światem. W sieci zawsze odczuwał nadmierną stymulację zmysłów, przez co pobyt w cyberprzestrzeni wydawał mu się niezwykle sztuczny. Pod tym względem zachowywał się jak stary, zacofany dziad. I nie miał nic przeciwko temu.

Paweł założył okulary i uruchomił dekoder. Pierwsze wrażenie było zgoła odmienne od tego, co zapamiętał z czasów studiów. Początek symulacji nie był bolesny ani hałaśliwy, nie pojawiły się zawroty głowy. Jego zmysły gładko osunęły się w miękką kremową przestrzeń, wypełnioną stonowanym szumem wiatru. Symulacja podsunęła obraz nieokreślonych, geometrycznych kształtów, dających poczucie przestrzeni i głębi.

– Witaj w przestrzeni prywatnej – rozległ się miękki, kobiecy głos. – Czy wyrażasz zgodę na zaimportowanie ustawień sytemu domowego?

– Może być – mruknął Paweł, nie do końca rozumiejąc na co się zgodził.

– Importuję ustawienia – poinformował głos. Kremowa przestrzeń zamieniła się w rozległą halę, przypominającą renesansową bibliotekę. Podobnymi obrazami Paweł ozdabiał ekran startowy i panele zadaniowe domowego systemu. Przestrzenna symulacja zrobiła na nim ważenie. Poczuł subtelny zapach dębowych desek podłogowych a nawet usłyszał ich skrzypienie. Gdy spojrzał w dół, zobaczył zarys męskiego ciała. Nogi, podbrzusze i klatka piersiowa nie miały określonego wyglądu. Przypominały raczej geometryczny model bez tekstury.

– Czy chcesz określić swój wygląd? – odezwał się głos.

– Co mam zrobić?

– Opowiedz mi jak wyglądasz.

Paweł zdecydował się użyć wizerunku bohatera swojego scenariusza.

– Mam trzydzieści pięć lat – zaczął – i wysportowaną sylwetkę. Jestem wysoki, przynajmniej metr osiemdziesiąt. Około dziewięćdziesięciu kilo mięśni, kształtnych mięśni. Mam ciemną karnację skóry, czarne włosy i grube, mocne brwi. Ubieram się elegancko, ale bez przesady.

Przed oczami Pawła pojawił się ekran, który wyświetlił propozycje poszczególnych elementów. Począwszy od kształtu sylwetki, przez rysy twarzy, fryzury, aż po kształt i wielkość penisa. W tym ostatnim przypadku, Paweł nie pożałował sobie pikseli. Gdy wizerunek został skompletowany, system przeładował obraz i wygenerował przed Pawłem lustro.

– Całkiem nieźle – ocenił, przyglądają się swojemu cyfrowemu odpowiednikowi. Obrócił się dwa razy i zrobił kilka głupich min a potem dotknął dłońmi twarzy. Wrażenie było niezwykle sugestywne. Tak bardzo, że Paweł przestraszył się i gwałtownie ściągnął okulary. Nagłe zerwanie połączenia nie wywołało szoku.

– Ale numer – szepnął, ciężko oddychając. Odsunął się od blatu i zapatrzył we własne dłonie. Były przesuszone a w dotyku szorstkie, choć nie tak samo, jak te z wirtuala. Tamte były silne, męskie, a te były po prostu stare. Po chwili namysłu, Paweł znowu założył okulary.

– Witaj ponownie – odezwał się głos. – Czy chciałbyś wybrać pseudonim dla awatara?

– Czy ja wiem? – zastanowił się. Ciągle był rozproszony intensywnością doznań, jakie oferował dekoder. Pomyślał, że odkąd ostatni raz odwiedził wirtuala, a było to przynajmniej dwadzieścia lat temu, fantomatyka zrobiła niezwykłe postępy.

– Trent – oznajmił Paweł.

– Trent – powtórzył głos. – Inny użytkownik chce odwiedzić twoją strefę prywatną. Czy wyrażasz zgodę?

– Kto?

System wyświetlił ekran z informacjami o użytkowniku. W większości były to zdjęcia młodej, uśmiechniętej kobiety. Miała długie, rude włosy, splecione w cienki warkocz. Blada cera kontrastowała z ustami, mocno podkreślonymi szminką. Obsypana piegami twarz wyrażała ukrytą pod przykrywką wesołości zadumę i nostalgię. Pod nazwą awatara pojawił się pseudonim Brenda.

– Zgadzam się.

W bibliotece pojawiła się dziewczyna ze zdjęć. Była ubrana w wyciągnięty, wełniany sweter, ciemne rajstopy i pantofle na wysokim obcasie. Brenda przez chwilę przypatrywała się Pawłowi, któremu zaparło dech w piersiach. Nie miał pojęcia co zrobić dalej.

– Cześć – powiedziała dziewczyna. – Skromnie tutaj.

– Dopiero tu trafiłem.

– Wiem. Jesteś nowy w przestrzeni.

Dziewczyna podeszła bliżej. Paweł poczuł słodki zapach jej perfum, które wywołały szum w uszach i mrowienie w podbrzuszu.

– Jak mnie znalazłaś?

– W powiadomieniach pojawiła się nowa osoba. Postanowiłam sprawdzić. Widzę, że wybór był trafiony.

Brenda wsunęła dłoń we włosy Pawła i pocałowała go w usta. Ten zadrżał, nie wiedząc czy bardziej ze strachu, czy z podniecenia.

– Podobasz mi się – oznajmiła Brenda. – Jesteś taki świeży i spięty. Gdzie chcesz to zrobić?

Brwi awatara Pawła podjechały do góry. Był wyraźnie zakłopotany, nie wiedział nawet co zrobić z rękami. Brenda wiedziała. Chwyciła jego dłoń i położyła sobie na pośladku.

– Jesteś nieśmiały. Nie przejmuj się, popracujemy nad tym. Poproś system o łóżko.

System wygenerował rozłożyste łóżko z gładką, granatową pościelą. Brenda usiadła na skraju materaca i obdarzyła powłóczystym spojrzeniem Trenta, który stał spetryfikowany. Podniecenie buzowało w nim jak woda w czajniku, ale nie miał odwagi wykonać następnego kroku. Brenda chwyciła go za pasek od spodni i przyciągnęła do siebie.

– Trent, tak? – szepnęła. – A masz tu dziewięć cali? – zapytała, kładąc dłoń na kroczu awatara. Paweł nie wytrzymał. Zrzucił z głowy okulary i wyłączył dekoder. Wpatrując się w migającą kontrolkę zorientował się, że cały się spocił a ręce wpadły w nerwowe drgawki.

*

Biuro Pawła było miejscem przytulnym; ciepłym, cichym i stonowanym. Regały koloru jasnego dębu, miękka wykładzina i pastelowe ściany dawały poczucie bezpieczeństwa. Foldery z dokumentami leżały w luźnym, nie pedantycznym porządku. Biurko opierało się na drewnianej nodze, z której wyrastały obręcze, oplatające blat z dymionego szkła. W kątach pokoju zalegały miękkie i wzorzyste poduszki. Paweł lubił swój gabinet. Może nie dzisiaj, ale generalnie lubił.

Drzwi otworzyły się na oścież i do środka zamaszystym krokiem wmaszerował Tom.

– To jest na dzisiaj do poprawienia – poinformował, kładąc na biurko plik dokumentów. Paweł przejrzał kartki, na których animowały się wykresy i wyliczenia, i skrzywił się, jakby polizał wnętrze trampka.

– Straszny tu bałagan – ocenił Tom. – Pomieszałeś dane z zeszłego kwartału z przewidywaniami na następny.

– No dobra – westchnął Paweł – zaraz do tego siądę.

Tom nie opuścił gabinetu. Zamknął drzwi i zapytał:

– Te zestawienie to nie pierwszy taki bałagan. Co się z tobą dzieje?

Paweł przeniósł się na poduchę. Oklapł z ciężkim westchnieniem i zapatrzył się w sufit.

– Zdarza ci się logować do wirtuala?

– Fiu, fiu – Tom nie krył podziwu. – Widzę, że się pan do XXI wieku zapisał. Moralne rozterki, co?

– Ja nie wiem co robić. Spotkałem tam taką jedną…

– I wydymałem – wtrącił z bandyckim uśmiechem Tom.

– Nie. Do niczego nie doszło.

– Przestraszyłeś się?

– No, zobacz. W tym wirtualu wszystko czuć normalnie. Nie tylko widać i słychać. Czuć jak mnie dotyka, jak całuje.

– A pałka staje.

Paweł przytaknął.

– No to w czym problem? – zniecierpliwił się Tom.

– W tym, że ja nie wiem czy Martę zdradzam, czy nie?

– Słuchaj – Tom przyjął mentorską postawę – czy w którymś momencie twój ptaszek opuszcza rozporek?

– No nie.

– A czy ręka maca choćby jednego cycka?

– Przestań, wiem o czym mówisz.

– Sam widzisz.

Paweł był niepocieszony, a nawet zawiedziony. Spodziewał się po przyjacielu czegoś więcej, niż klepania frazesów.

– Posłuchaj mnie – kontynuował Tom. – Wiem, że kochasz Martę, że macie problemy. Wiem, że masz wątpliwości. Dlatego tym bardziej ci mówię, spróbuj. Najwyżej więcej nie skorzystasz. Ale jestem przekonany, że to cię rozkręci. Pozwoli odetchnąć od samego siebie.

– Może masz rację?

Tego wieczoru Marta nawet nie próbowała zaprosić męża do łóżka. Położyła się sama, poczytała chwilę i szybko zasnęła. Paweł na to czekał. Zasiadł do biurka ze szklanką whisky, uruchomił dekoder i założył okulary. Natychmiast przeniósł się do wirtualnej przestrzeni. Wywołał panel sterujący, odnalazł użytkownika Brenda i wysłał zaproszenie. Dziewczyna pojawiła się kilka minut później. Wyglądała inaczej, niż za pierwszym razem, o wiele bardziej wyzywająco. Mocny makijaż i ogniście czerwona szminka zrobiły piorunujące wrażenie. Włożyła luźną niebieską suknię i żadnej bielizny. Pod swobodnie spływającymi fałdami materiału, rysowały się kształtne piersi, od których Paweł nie mógł oderwać wzroku. Stukając obcasami czerwonych pantofli, Brenda podeszła do Pawła i bez pytania złożyła na jego ustach pocałunek, zostawiając odcisk szminki.

– Kazałeś na siebie czekać, Trent – powiedziała z urazą. – Ale teraz mi uciekniesz, prawda?

– Nie… nie wiem…

– Dość gadania. – Brenda zaciągnęła Trenta na łóżko i posiadła go jak caryca Katarzyna młodego Poniatowskiego.

Paweł sądził, że ciało człowieka podłączonego do wirtuala pozostawało w czymś w rodzaju stuporu. Niby zachowywało przytomność, ale zmysły kompletnie odcinały się od bodźców zewnętrznych, skupiając uwagę na wrażeniach generowanych przez dekoder. Jednak tym razem wirtualne doznania były tak intensywne, że ciało Pawła zaczęło wykonywać nieskoordynowane ruchy, straciło równowagę i spadło z krzesła. Na szczęście okulary od dekodera były doskonale dopasowane i mocno się trzymały. Obezwładniony potężnym orgazmem, Trent nawet nie zauważył, że coś się działo z jego materialną bazą.

Gdy było po wszystkim, Brenda zaległa na łóżku, oddychając powoli. Jej usta wygięły się w uroczym uśmiechu.

– Powinieneś się rozluźnić – oceniła. – Byłoby idealnie, gdybyś nie był taki spięty.

– Czy to znaczy – zagadnął niepewnie Trent – że nie było ci dobrze?

– Było wspaniale – odparła – ale będzie jeszcze lepiej.

– Wiesz – zagadnął Paweł po chwili namysłu – ostatnio nie zawsze mi szło.

– Nie szło ci? W sensie, że w realu?

– Tak. W domu, z żoną. Nie sprawdzałem się.

– Trudno mi w to uwierzyć.

– A jednak. Ale chyba nie chcę o tym rozmawiać. Nie wiem czy w ogóle dobrze robię, że tu jestem.

Brenda zrozumiała na czym polegały wątpliwości Trenta. Zmusiła go, by spojrzał jej w oczy.

– Ani przez chwilę nie zdradziłeś żony – zapewniła. – A jeśli chodzi o nie sprawdzanie się, to już moja głowa, by temu zaradzić. Przynajmniej prócz zwykłego bzykania, zrobię naprawdę dobry uczynek.

Brenda oparła się na łokciu i z łobuzerskim błyskiem w oku zagadnęła:

– Wiesz, jaką wirtual ma przewagę nad realem?

– Jaką?

– Nie trzeba czekać na następny raz.

Trent chciał odpowiedzieć, lecz nie zdążył. Brenda przewróciła go na plecy i usiadła mu na twarzy.

– Postaraj się – mruknęła zachęcająco.

Podczas kolejnych spotkań Brenda prowadziła coś w rodzaju szkolenia. Kochali się po kilka razy, trenując różne pozycje i techniki, które dziewczyna miała opanowane do perfekcji. Trent rozluźnił się i wciągnął w grę. Coraz rzadziej myślał o żonie, a coraz bardziej skupiał na wirtualnej partnerce. Nauczył się jej odruchów, z łatwością odczytywał jej pragnienia. Mimo to, potrafiła go czasem zaskoczyć. Tak było dzisiaj, gdy leżała rozanielona na miękkiej wykładzinie, a Trent pieścił ją palcami. W pewnej chwili dziewczyna obróciła się na bok, wsunęła sobie drugą dłoń partnera między pośladki i powiedziała:

– A teraz powolutku włóż mi palec w tyłek.

Nie był to pierwszy raz, kiedy Brenda zawstydziła go swoimi fantazjami, ale nie było tu miejsca na dyskusję. Trent chętnie eksperymentował, więc i tym razem zrobił wszystko, co trzeba. Potem, gdy już Brenda rozpaliła się do białości, wziął ją mocno i szybko, bez cienia subtelności. Nie zawsze tak się kochali. Czasem było powoli, wręcz leniwie. Innym razem zachłannie i niestarannie. Nidy nie mieli problemów ze zgraniem się w jeden rytm.

*

System domowy wyświetlił na ścianie napis „Wszystkiego najlepszego z okazji sześćdziesiątych urodzin”. Animacja pełzła w poprzek salonu, po czym znikała w eksplozji cyfrowych balonów i konfetti. I tak w kółko, co pół godziny. Ale jubilat nie zwracał na nic uwagi. Życzenia systemu nie wprawiały go w nastrój do świętowania. Siedział przy stole i gapił się w notatki z pracy. Najchętniej robiłby to w swoim gabinecie, ale ponieważ z okazji urodzin miał ustawowo dzień wolny od pracy, to nie mógł się pojawić w biurze. W razie wizyty inspekcji pracy, szefostwo mogłoby mieć kłopoty. Dlatego Paweł czuł się w domu jak na zesłaniu. Rozważał wyjście na miasto z dekoderem pod pachą i zalogowanie się w kawiarni.

– Wszystkiego najlepszego – szepnęła mu do ucha Marta. Paweł poczuł gładkie dłonie, wsuwające się pod koszulę. Marta nachyliła się bliżej i musnęła ustami kark. Ciepły oddech spowodował nieprzyjemny dreszcz na plecach. Zamiast podniecenia, Paweł się zniecierpliwił. Irytacja rosła, im niżej dłoń Marty wędrowała. Gdy osunęła się w okolice rozporka, Paweł złapał rękę żony i odsunął od siebie.

– Przepraszam – powiedział, starając się ukryć zniecierpliwienie. – Ja nie mogę… Nie czuję się tak, wiesz. Nie chcę znowu, znaczy… nie mam ochoty.

Marta wyprostowała się i spojrzała na męża z politowaniem. Paweł nie sądził, że kiedykolwiek poczuje się tak bezwartościowy, jak teraz. Zimny dreszcz przeszedł mu po plecach, gdy w oczach żony zobaczył mieszankę złości i wielkiego zawodu. Marta nie odezwała się. Po prostu poszła sobie a on nie zdążył jej zatrzymać. Po kilku minutach walki ze sobą, ruszył zdecydowanym krokiem do sypialni. Zanim zapukał, zorientował się, że drzwi były niedomknięte. Marta siedziała na łóżku i pociągała nosem. Przez szparę przy framudze, Paweł zobaczył delikatne, srebrne łzy, toczące się w dół jej policzków. Wstyd i żal rozpaliły Pawła, kłując wyrzutami sumienia. Postanowił uciec. Zaprogramował awionetkę na lot do centrum, gdzie chciał poszukać odpowiedniego miejsca do zalogowania się. Nic z tego nie wyszło. Cały dzień kręcił się po mieście, zachodząc do kilku kawiarni. W jednej wypił kawę, w innej zjadł obiad, w jeszcze innej pogapił się w gazetę. Dopiero późnym popołudniem wrócił do domu i zastał Martę z książką na ogrodowym fotelu. Zebrał się na odwagę i bez słowa pociągnął ją za rękę. Poszli do sypialni. Ułożyli się na łóżku i zaczęli całować. Paweł nie był jeszcze całkiem gotowy, natomiast Marcie nie trzeba było wiele. Spragniona bliskości, odpowiedziała pieszczotą. Paweł pomógł jej zrzucić sweter i spódnicę, a sam niezdarnie ściągnął spodnie i koszulę. Rozpalona Marta postanawiała nie tracić czasu na grę wstępną. Zniecierpliwionymi ruchami ściągnęła bieliznę, po czym wsunęła rękę w majtki Pawła. Nie znalazła tam wiele zapału. Zażenowana, przygryzła usta i zamarła. Paweł otworzył oczy. Zawstydził się jak nastolatek.

– Pomóc ci ustami? – zaproponowała.

Paweł stęknął, jakby zabrakło mu tchu. Ciężko oklapł na brzegu łóżka i bez słowa zaczął zakładać spodnie.

– Nie waż się odejść ode mnie – zagroziła drżącym głosem Marta. Była bliska płaczu, ale postanowiła powalczyć. – Zostań tu i wytłumacz mi.

– Co mam ci tłumaczyć? Przecież widzisz, co się dzieje.

– Widzę. Czy nie możemy w końcu o tym porozmawiać?

– A o czym tu rozmawiać? Jestem do niczego.

– To nieprawda. To tylko problem techniczny, prawda?

Paweł nic nie powiedział. Zacisnął szczęki, jakby obawiał się własnej odpowiedzi. Wstał gwałtownie, ale nie miał zamiaru wyjść.

– Przepraszam kochanie. Nie wiem, co jest ze mną nie tak.

– To nic. Poradzimy sobie. Chodź tu i kochaj się ze mną. – Marta wyciągnęła ręce do męża, lecz ten uparcie pozostawał poza jej zasięgiem.

– Kurwa mać. Mam już dosyć wszystkiego. Dosyć! A najbardziej siebie. Chciałbym, żebyś miała ze mnie choć trochę pożytku, ale nie potrafię się pozbierać.

Marta poddała się. Nie mogła już hamować łez ani drżenia ciała. Usiadła z podkurczonymi nogami i okryła się kołdrą.

– Sześćdziesiąt lat na karku i nic z tego – rozkręcał się Paweł. – Nic się nie udało. Co mi po studiach? Szkolenia, kursy, awanse, wszystko do dupy. Jestem zwykłym urzędasem i niczego już nie zmienię. Właśnie od dzisiaj, oficjalnie jestem starym pierdzielem. Zostało mi tylko przewracać papiery. Tyle planów było, tyle marzeń i wszystko psu w dupę. Wiesz, co? Za każdym razem, gdy siadam do pisania mam wrażenie, że tracę czas. Bo po jaką cholerę ja to w ogóle robię? Ja już tego nawet nie lubię. Przecież i tak nic z tego nie będzie. Nie będzie sławnego scenarzysty, nie będzie premier filmowych, nie będzie autografów. Będzie tylko przekładanie papierków. Nie będziemy podróżować, bo nas nie stać. Nawet jeśli dostanę awans, to i tak będzie za mało. A potem co? Z marnej emeryturki pojedziemy do Krakowa. Pozwiedzamy starówkę i zjemy lody. I tyle z mojego życia. Sześćdziesiąt lat i gówno, nawet żona nie ma ze mnie pożytku.

– No i co z tego? – zaprotestowała roztrzęsiona Marta. – Nie jesteś sławny, nie jesteśmy bogaci. Ale jest nam dobrze. Ja jestem szczęśliwa, twoja córka jest szczęśliwa. Tylko ty ciągle chcesz podbijać świat. A wszystko, czego potrzebujesz masz na wyciągnięcie ręki. I to wszystko sam stworzyłeś.

– Przepraszam cię. Chciałbym, żeby naprawdę tak było.

Paweł niedbale zarzucił koszulę. Zanim wyszedł, zatrzymał się przy drzwiach.

– Jeśli będziesz chciała mnie zostawić, to nie będę ci robił problemów.

*

Rycerz stał z opuszczoną głową. Nie ruszał się, nie walczył, tylko miarowo oddychał. Podobnie jak Paweł.

W siłowni pojawił się Tom. Przygotowany do walki, entuzjastycznie oznajmił:

– No, paniusiu, dzisiaj twoja dupeczka jest moja.

Nie widząc żadnej reakcji, stanął naprzeciw Pawła. Nachylił się, żeby spojrzeć przyjacielowi w twarz, ale szybko odskoczył.

– Fuuu – skrzywił się. – Ktoś tu przyjął za dużo wódeczki.

Paweł nie odpowiedział, tylko sterczał jak słup graniczny. Tom złapał go za ramiona i posadził na poduszce.

– Marta chyba mnie zostawi – załkał Paweł.

– Co ty opowiadasz? – Tom przewrócił oczami. – Marta najwyżej dupę ci skopie.

– Skąd możesz wiedzieć?

– Znam was lepiej, niż ci się zdaje. I wiem, że nie ma drugiej takiej pary, jak wy.

– Jasne – fuknął Paweł pociągając nosem. – Zaraz mnie poinformujesz, że tak naprawdę jesteś nieszczęśliwy i samotny, bo te wszystkie panienki nie mają znaczenia, że to ja mam lepiej, bo mam kogoś i tak dalej.

– Nie, nie powiem ci tak. Ja jestem szczęśliwy. Moje życie jest takie a nie inne, bo tak wybrałem. Ty wybrałeś inaczej. Pasujesz do swojego życia, dobrze się w nim czujesz. Skończyłeś sześćdziesiąt lat, to powinieneś być już trochę mądrzejszy. Ale skoro chcesz czegoś innego, to proszę bardzo. Umów się z tą panienką z wirtuala. Spotkajcie się w realu, bzyknij ją, jak tylko ci fujara pozwoli i zobaczysz, że mam rację. Tylko zrób coś wreszcie ze sobą, bo ostatnio naprawdę działasz mi na nerwy.

Tom nie ciągnął rozmowy, stracił też ochotę na trening. Wyszedł z siłowni trzaskając drzwiami. Po kilku minutach spędzonych w ciszy, Paweł wyszedł również. Zaszył się w sąsiednim barze i wyciągnął zestaw 2C. Nie wiedział co dokładnie chciał zrobić. Ręce ciągle mu się trzęsły mimo, iż alkohol, który wypił zeszłej nocy, wyparował już w całości. Paweł poprosił robota kelnera o sok pomidorowy a potem podjął szybką decyzję i zalogował się do prywatnej przestrzeni.

Po kilku spotkaniach w wirtualu, Paweł wprowadził do ustawień konta współdzielenie przestrzeni dla dodatkowego użytkownika. Dlatego kiedy się zalogował, Brenda już na niego czekała. Na widok awatara Pawła szeroko się uśmiechnęła.

– Długo cię nie było – szepnęła, ciągnąc Trenta do łózka. Nie było miejsca na dalsze dyskusje. Brenda miała ochotę się kochać a Trent nie miał nic do gadania. Mimo fatalnego nastroju, poddał się pieszczotom. Wszystko było idealnie. Dotyk, zapach, ciepło i przyjemność. Modem 2C wykonał doskonałą robotę.

– Byłeś nieobecny – zauważyła Brenda – i nie starałeś się. Nie zaprzeczaj, proszę.

– Nie zaprzeczę – przyznał Paweł. – Nie mogę tego dłużej robić.

– Nie chcesz już mnie spotykać?

Trent nie zastanowił się nad odpowiedzią.

– Chcę, ale nie tu. W realu.

Już wypowiadając te słowa, Paweł czuł, że nie było to coś, czego naprawdę chciał. A przynajmniej nie był tego pewien. Może na coś liczył a może tylko zareagował w nieprzemyślany sposób?

– Na żywo? – zdziwiła się Brenda. – Nie boisz się?

– Nie. Nie wiem.

– Ja w zasadzie nie mam nic przeciwko. – Brenda była zaintrygowana. – Szczerze mówiąc, szukałam kogoś a z tobą jest mi dobrze, więc dlaczego by nie? Jest tylko jedno ale.

– Jakie?

– Może jestem starą pokraką, mieszkam sama wśród kotów i nałogowo oglądam seriale miłosne?

– Nie jesteś starą pokraką.

– Chcesz się przekonać?

– Tak.

Oboje równocześnie zmienili ustawienia, udostępniając sobie dane użytkownika. Paweł zajrzał do profilu Brendy i oniemiał ze zdumienia. Profil należał do pięknej, trzydziestodwuletniej Katarzyny Zagajczyk. Jego córki.

– Kasiu – szepnął, patrząc oczami Trenta na przerażoną Brendę. Po jej policzkach potoczyły się łzy. Paweł poczuł zalewającą go falę wstydu i złości. Nie powiedział więcej ani słowa. Wylogował się.

*

Paweł zawsze sądził, że czas był najlepszym remedium na wszelkie kłopoty. Im więcej go upłynęło, tym łatwiej było śmiać się ze spraw, które dawniej wydawały się śmiertelnie poważne. Tak miało być i tym razem. Ale nie było. Minął rok i Paweł ciągle nie mógł spojrzeć córce w oczy. Katarzyna nie odwiedzała domu rodziców a Marta o niej nie wspominała. W głowie Pawła powstała wielka pustka. Zimna i bezkresna, pokryta skorupą wstydu i wyrzutów sumienia.

Przez kilka tygodni po ostatnim spotkaniu z Brendą, Katarzyna próbowała nawiązać kontakt z ojcem. Dzwoniła, słała maile, przekazywała wiadomości przez Martę, ale Paweł pozostawał niewzruszony. Początkowo za wszystko obwiniał żonę. Okazało się, że to ona wymyśliła kupienie dekodera do wirtuala. Liczyła na to, że Paweł zażyje w sieci trochę wolności, spełni jakieś fantazje i wróci do Marty, spragniony prawdziwych doznań. Nie mogła jednak sama wręczyć takiego prezentu, więc namówiła do współpracy córkę, dla której wirtual był codziennością. Katarzyna zakupiła odpowiednie urządzenie i przygotowała wszelkie ustawienia, byle tylko ułatwić ojcu pierwszy kontakt z cyberprzestrzenią. Było to powodem, dla którego spośród milionów potencjalnych kontaktów, Paweł trafił w sieci na własną córkę. Katarzyna, logując się z modemu przeznaczonego dla ojca, zostawiła cyfrowy ślad, którym podążył system operacyjny. Identyfikując adres sieciowy, program zaocznie uznał Katarzynę za znajomą nowego użytkownika, czyli Pawła. Dodając do tego bazową bliskość geograficzną obu kont, system zaproponował Brendę, jako interesującą kandydatkę do nawiązania znajomości.

Gdy sprawa wyszła na jaw, Marta była zdruzgotana. Dla obojga było to bolesne, ale widok pogrążającej się w zgryzocie Marty pozwolił Pawłowi zrozumieć, że wina nie leżała po jej stronie. Gdyby nie jego słabość, w ogóle nie potrzebowałby protezy w postaci wirtualnej rzeczywistości. Być może trzeba było pójść do lekarza albo psychologa. Ale przede wszystkim nie należało użalać się nad sobą i wszystko jakoś by się ułożyło. Teraz było już za późno. Pozostał tylko wstyd. I nie było od niego ucieczki. Dopiero Natan pomógł rozwiązać sprawę.

Telefon rozszalał się w drodze do biura. Zamyślony Paweł początkowo ignorował domagający się uwagi komunikator, ale zdziwiony ilością nagłych połączeń, postanowił wreszcie odebrać. Na ekranie pojawiła się młoda kobieta w szpitalnym uniformie. Wyglądała na zdenerwowaną, spoconą i zmęczoną.

– Pan Paweł Zagajczyk, tak?

Zanim pielęgniarka cokolwiek wyjaśniła, w głowie Pawła pojawiły się dziesiątki koszmarnych obrazów, przedstawiających jego żonę w wypadkach lotniczych, zamachach terrorystycznych, napadach, gwałtach, a nawet w domu pozbawionym Internetu.

– To ja – przyznał się, zaciskając szczęki.

– Dzwonię do pana ze szpitala Świętej Zofii – wyjaśniła kobieta. – Pańska córka jest na oddziale położniczym i najwyraźniej ma zamiar urodzić dziecko.

– Kasia? Dziecko?

– Tak, dziecko. Dwie ręce, dwie nogi, nos po środku. Jest tylko jeden problem.

– Matko święta. – Paweł zadrżał.

– Uparła się, że nici z porodu, jeśli nie będzie pan asystował.

Paweł natychmiast skierował autopilota do szpitala i oznajmił:

– Już lecę.

Gdy piętnaście minut później w strugach deszczu auto wylądowało przed szpitalem, położna czekała z parasolem. Przywitała się z Pawłem i poprowadziła go korytarzem. Po drodze wyjaśniła, że według skanów dziecko, konkretnie chłopiec, jest zdrowe i silne, odpowiednio ułożone i gotowe do spotkania ze światem.

– Tylko matka jest uparta jak osioł – poskarżyła się. Paweł wpadł do sali porodowej i zobaczył spoconą Katarzynę w szpitalnej tunice. Stała w szerokim rozkroku, oparta rękami o blat stołu. Zniecierpliwiona pielęgniarka klęczała obok, zaglądając dziewczynie między nogi.

– Kasieńko – nalegała – to już nawet nie jest druga faza, dziecko musi już wyjść. No weź je wypuść.

– Nic z tego – wydyszała Kasia. – Nic z tego.

– Jestem – krzyknął Paweł i podbiegł do córki.

– Tato – jęknęła załzawiona Katarzyna – ale skurwysyn ciśnie.

– To nic niezwykłego – uspokoił Paweł. Zdjął płaszcz, podwinął rękawy i przysiadł na brzegu stołu.

– Co mam robić? – Katarzyna z nadzieją patrzyła w twarz ojca, a jej ciałem targały spazmy bólu. Dyszała jak parowóz, zaciskała zęby, ale nie krzyczała. Nie czuła potrzeby.

– Spokojnie, idzie ci świetnie – zapewnił i położył ręce na ramionach córki. Złapała jego nadgarstki, wykonując kolejne polecenia położnej.

– Kolano na stół, szeroko, dawaj. I pchaj. Powoli i spokojnie.

Mimo, iż minęły trzydzieści trzy lata, Paweł doskonale pamiętał każdy szczegół porodu swojej córki, dlatego wiedział doskonale, czemu miała służyć jego obecność. Nie musiał nic robić, w nic się nie mieszać. Miał pocieszyć, pochwalić i zachęcić do działania. Dać poczucie bezpieczeństwa. Reszta zrobiła się sama. Dwadzieścia siedem minut później było już po wszystkim. Kasia leżała na miękko wyścielonym blacie stołu, a na jej piersi drzemał szary i obślizgły ludzik. Oddychał sobie spokojnie i chłonął ciepło matki.

Położne wytarły podłogę i zostawiły Zagajczyków w spokoju.

– Tato – szepnęła Katarzyna – to jest Natan, twój wnuczek.

– Cześć Natan – powiedział Paweł, muskając maleńkie palce noworodka.

– Tato.

– Kasiu.

I tyle.

Natan urodził się zdrowy, silny i niepotrzebne było do tego żadne urządzenie.

*

Zbliżały się pierwsze urodziny Natana i Paweł biegał po mieście w poszukiwaniu najlepszej promocji na pieluchy. Jego córka miała bardzo pragmatyczne podejście do prezentów, co bardzo się Pawłowi podobało. Sam też nie lubił tracić pieniędzy na pierdoły. Zresztą wiedział, że na zabawki i inne zachcianki przyjdzie dopiero czas. W końcu udało mu się znaleźć odpowiednią ofertę. Z wielkim pudłem, kryjącym dwieście sztuk najwygodniejszych na rynku pieluch, Paweł wsiadł do auta i ruszył do domu. W drodze próbował dodzwonić się do żony, by oznajmić bohaterskie zwycięstwo w bitwie o pieluchy. Jednak Marta nie odbierała. Po powrocie zastał ją w salonie. Siedziała bez ruchu z okularami na oczach, wpięta do sieci. Kontrolka migająca na dekoderze 2C wskazywała, że jej mózg był aktywny. Paweł nie potrzebował dodatkowej zachęty. Wyjął swój zestaw i szybko zalogował się do strefy rodzinnej.

Przestrzeń Zagajczyków przypominała wnętrze Hogwartu. Marta czekała na męża, wygodnie rozłożona na brązowej kanapie. Ubrana w czarne, powłóczyste szaty, uśmiechnęła się szeroko. W ręku trzymała kartonowe pudełko.

– Bellatrix – zagadnął Paweł.

– Cześć Trent – odparła.

Oba awatary były odzwierciedleniem ich właścicieli ze świata realnego. Może z wyjątkiem brzucha Pawła, na którym Trent zaoszczędził odrobinę pikseli.

– Co tam masz?

Bellatrix wyjęła z pudełka skórzaną uprząż, której zwieńczeniem był sztywny, silikonowy członek.

– Matko święta – zapowietrzył się Trent – co to za ustrojstwo?

– Nie udawaj, że nie wiesz. Zakładaj i chodź tu do mnie.

Koniec

Komentarze

Caernie, czy dobrze się domyślam, że dziękujesz mi za komentarz pod opowiadaniem 2C?

Czy poza tytułem coś różni oba opowiadania?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niedawno wpadło na portal bliźniaczo podobne opowiadanie, “Afia”.

Technicznie nie mam wiele do zarzucenia temu tekstowi. Motyw z córką przywiódł mi na myśl koreański film Oldboy. Nie kupuję tak prostego przełknięcia traumy po intymnych kontaktach z własnym dzieckiem. Żona praktycznie prześlizgnęła się nad tym do porządku dziennego bez żadnej wzmianki, jakby to było coś trywialnego. Jeśli chciałeś przedstawić taką fabułę, to ta rodzina naprawdę powinna się rozpaść. Zaproponowane przez Ciebie zakończenie jest… Dziwne, nienaturalne. A poród jako medium pojednania potężnie zakłuł mnie w oczy.

Historia trzymałaby się nadanego kierunku, gdyby ojciec osunął się dalej w swoją obsesję wobec córki, asystował w porodzie i rozwijał dalej tą patologiczną relację. Tymczasem przedstawiasz tą scenę jako punkt zwrotny zawracający bohatera do normalnego życia rodzinnego. Moja empatia i intuicja buntują się przeciw kierunkowi, jaki nadałeś temu wątkowi.

Intryguje mnie też pewien detal z zakończenia:

Bellatrix wyjęła z pudełka skórzaną uprząż, której zwieńczeniem był sztywny, silikonowy członek.

– Matko święta – zapowietrzył się Trent – co to za ustrojstwo?

– Nie udawaj, że nie wiesz. Zakładaj i chodź tu do mnie.

Co tu sie będzie działo? Przecież w wirtualu gość nie miał problemów z erekcją. Czy gość będzie skillował dual wielding? Czy tak się w ogóle da?…

Niby to wirtual, więc małżonkowie mogą równie dobrze wcielić się w gigantyczne ośmiornice i zafundować sobie szampański wieczór. Godzilla i King-Kong? Proszę bardzo!

Nie bardzo wiem, jaka myśl przyświecała Ci podczas pisania, dokąd miała zmierzać ta historia.

Jakbym to już kiedyś czytała. ;-)

Wiesz, że masz odrobinę za mało znaków na konkurs? Ale może jurki przymkną oczy.

Babska logika rządzi!

Przykro mi to powiedzieć, ale opowiadanie znudziło w stopniu maksymalnym i gdyby nie dyżur, nie dotrwałabym do końca. Pomysł wydaje mi się wydumany, ale realizowalny, ale niestety jak dla mnie wykonanie – konkretnie monotonna, nieciekawa narracja, bo językowo jest znośnie – zabija go w zarodku. W lepszym wykonaniu pewnie też by mnie nie zachwyciło, bo poza wszystkim to nie moja bajka pod względem gatunku, świata przedstawionego oraz problemów bohaterów, ale może przynajmniej przeczytałabym bezboleśnie.

Realia przyszłości wydają mi się też nieprzemyślane, awionetka sprawia wrażenie, jakby lądowała pionowo, co nie jest cechą awionetek, a cała ta rzeczywistość jest grubymi nićmi szyta. Poza tym gubiłam się w postaciach, a końcówki nie załapałam – czy to ma być śmieszne, przerażające, czy jakie?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

czy to ma być śmieszne, przerażające, czy jakie?

Też właśnie nie wiem. Wychodzę z założenia, że autor stawia w tym opowiadaniu tezę, że seksualność we współczesnym społeczeństwie jest (lub zmierza do tego, by być/lub powinna być) rozłączona od swojego antropologiczno-biologicznego bagażu. Wciąż jednak nie rozumiem, po co Pawłowi podwójne prącie.

Zdecydowanie nie mój gatunek i tematyka. Mam w tym względzie jak Drakaina – gdyby nie dyżur, odpuściłabym. A tak zaczęłam i czytałam dalej, cały czas naiwnie szukając w tekście czegoś więcej niż seksualne problemy sfrustrowanego bohatera. Niestety, nic takiego nie znalazłam. Dlatego ja lektury nie mogę uznać za satysfakcjonującą. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A ja się z kolei pogubiłam, bo jak bym nie czytała, to mi wychodzi, że żeby ocalić rodzinę i z powrotem ją połączyć oraz uwolnić się od frustracji i spóźnionego kryzysu wieku średniego oraz problemów z potencją, bohaterowi wystarczył wirtualny romans z własną córką i następnie wsparcie jej przy porodzie…

Plus, trochę mi chwilami zgrzyta świat: pomysł na takie nieco staroświeckie SF z robotami sprzątającymi i tym podobnymi gadżetami jest bardzo fajny (ja strasznie przepraszam, ale nie mogłam się momentami uwolnić od skojarzeniem z serialem animowanym “Jetsonowie”) – ale w związku z tym mam poczucie, że jest go troszeńkę za mało. Chętnie bym np. widziała bohaterkę w latającym samochodzie zamiast w jej ni przypiął ni przyłatał lądującej przed domem rodziców awionetce…

A jak chodzi o konstrukcję fabuły i o charakterystyki bohaterów – mam wrażenie, że uciekasz od głównego problemu: od tego, co ostatecznie czuje bohater. Przełamał kryzys. Znalazł kobietę, z którą mu było dobrze. Kobieta okazała się jego córką. To jest i musi być szok dla nich wszystkich – dla niego, dla żony, dla córki. Sygnalizujesz, że jesteś świadomy problemu, stwierdzając, że na jakiś rok Kasia zerwała kontakty z rodziną, a Paweł zamknął się w sobie aż do dnia, kiedy przyszedł pomóc przy porodzie. Pomijam fakt, że chętnie bym wiedziała, skąd pracownik ministerstwa zna się na porodach i czemu najwyraźniej po raz drugi to on przyjmuje poród (najpierw własnej córki, potem jej dziecka) – jeżeli to jest gdzieś w tekście to niestety przegapiłam. Ale potem, po przyjściu na świat małego Natana, wszystko się zmienia na cudowne, jak w magicznym świecie. Nie wiem, może to ja czegoś nie rozumiem, ale za prosty mi się ten happy end wydał i za – bo ja wiem, oczywisty, z wnuczkiem jako lekiem na całe zło? 

Dzięki wszystkim za komentarze. Ciężko się zmierzyć z taką krytyką, ale spróbuję. 

 

Regulatorzy – tak, odnosiłem się do komentarzy, gdy opowiadanie wcześniej wisiało na portalu. I prócz tytułu różnic więcej nie ma, a sam tytuł zmieniłem (raczej rozwinąłem z wcześniejszego “2C”) po przemyśleniu sugestii komentujących.

 

Finkla – tak, już czytałaś. Faktycznie jest nieco mniej literek, ale skoro przymykają oka na nieco więcej, to może i na nieco mniej też przymkną.

 

Wisielec – wpierw wspomnę, że jeśli Ci się nie spodobało, to nie mam żadnej siły, żebym Cię odwiódł od subiektywnej reakcji. Nie trafiłem w gust i koniec. Ale parę rzeczy spróbuję przynajmniej wyjaśnić.

Nie kupuję tak prostego przełknięcia traumy po intymnych kontaktach z własnym dzieckiem. Żona praktycznie prześlizgnęła się nad tym do porządku dziennego bez żadnej wzmianki, jakby to było coś trywialnego.” – w moim odczuciu przełknięcie tej traumy nie było proste. Zamknięcie się na tak bliską osobę na cały rok, to raz, że bardzo długi czas, a dwa, że to dość naturalna reakcja obronna. Taka mieszanka wstydu i zażenowania powoduje mechanizm wyparcia u ludzi, którzy próbują poprzez udawanie, że nic się nie stało, obronić własną psychikę. Oddzielną sprawą jest, że najwyraźniej nie opisałem tego wystarczająco wyraźnie, ale mechanizm sam w sobie błędny nie jest. 

A poród jako medium pojednania potężnie zakłuł mnie w oczy.” – jak w przypadku powyższego mogę ugiąć karku, ze względu na niedoskonałość opisu, tak w tym wypadku kompletnie się nie zgadzam. Rozejrzyjmy się wokół siebie i spójrzmy jak bzdurne rzeczy ludzie potrafią robić, by ratować relację z drugim człowiekiem. Ratowanie rozpadającego się związku przez ślub, albo kulejącego małżeństwa przez zrobienie dziecka (wybaczcie trywializm). I podobnie niby nic nie znaczące drobiazgi, potrafią obudzić ludzi do działania, np. po rozejściu z przyjacielem, powrót do kontaktu po jego wypadku samochodowym, albo pogodzenie się córki z ojcem, po jej zmianie miejsca zamieszkania. Wszystkie te przykłady, podobnie jak ten z opowiadania, są z życia wzięte. Wybacz kategoryczność takiego stwierdzenia, bo nie chcę się kłócić z subiektywnym odbiorem. Bardziej się tłumaczę z takich, a nie innych rozwiązań, niż przekonuję do zmiany zdania.

Co tu sie będzie działo? Przecież w wirtualu gość nie miał problemów z erekcją. Czy gość będzie skillował dual wielding? Czy tak się w ogóle da?…” – oczywiście, że się da :D

 

Drakaina – 

cała ta rzeczywistość jest grubymi nićmi szyta” – jeśli tylko ze względu na sprawę z awionetką cała rzeczywistość opowiadania wydaje się grubymi nićmi szyta, to niestety znowu muszę uchylić karku, bo najwyraźniej to, co wydaje mi się spójne, dla szerszego grona takie nie jest. Trudno, muszę po prostu ćwiczyć.

Poza tym gubiłam się w postaciach” – ta część Twojego komentarza bardzo mnie zaskoczyła. Tekst przed opublikowaniem na konkurs czytało w przynajmniej kilkanaście osób i nikt mi takiego problemu nie zgłaszał. Mi również się zdawało, że przy tak małej ilości postaci, nawet jeśli dwie z nich mają dwa wcielenia, nie pogubiłem się i poprowadziłem czytelnika w sposób przejrzysty. 

 

Wisielec – 

jestem więcej, niż pewien, że rozwój technologii spowoduje odłączenie seksualności od bagażu antropologiczno – biologicznego, czego najlepszym dowodem są dzisiejsze formy cyberseksu. I również jestem pewien, że jeśli będzie możliwość, to sobie będą mężczyźni i/lub kobiety montować po piętnaście członków, jeśli tylko będą mogli i mieli na to ochotę.

 

Śniąca – postaram się, żeby następne opowiadanie było warte Twojego czasu :)

 

Ninedin – 

A ja się z kolei pogubiłam, bo jak bym nie czytała, to mi wychodzi, że żeby ocalić rodzinę i z powrotem ją połączyć oraz uwolnić się od frustracji i spóźnionego kryzysu wieku średniego oraz problemów z potencją, bohaterowi wystarczył wirtualny romans z własną córką i następnie wsparcie jej przy porodzie…” – nawet jeśli bardzo nieudolnie opisałem całą historię, to wydaje mi się, że ta część komentarza była okrutnym i niesprawiedliwym spłaszczeniem całości. 

Co do “Jetsonów” w opowiadaniu, to w moim odczuciu nie zasłużyły one na poświęcenie większej ilości literek, bo nie to było tematem opowiadania. Od strony technologicznej chciałem więcej czasu poświęcić wirtualnej rzeczywistości i jej wpływowi na prywatne życie człowieka. Być może jednak coś jest w tym, co piszesz i może by całość była łatwiejsza w obiorze, gdyby migało tam więcej jetsonowych światełek.

Pomijam fakt, że chętnie bym wiedziała, skąd pracownik ministerstwa zna się na porodach i czemu najwyraźniej po raz drugi to on przyjmuje poród (najpierw własnej córki, potem jej dziecka) – jeżeli to jest gdzieś w tekście to niestety przegapiłam.” – owszem, przegapiłaś. Wpierw położna informuje, że córka się uparła, że ojciec ma asystować – nie przyjmować. Potem już na sali porodowej:

“Paweł doskonale pamiętał każdy szczegół porodu swojej córki, dlatego wiedział doskonale, czemu miała służyć jego obecność. Nie musiał nic robić, w nic się nie mieszać. Miał pocieszyć, pochwalić i zachęcić do działania. Dać poczucie bezpieczeństwa. Reszta zrobiła się sama.”

i tak to dokładnie funkcjonuje na sali porodowej z punktu widzenia mężczyzny, jeśli ma chęć i możliwość tam być. W przypadku zdrowej ciąży, odpowiedniego nastawienia psychicznego matki, poród potrafi trwać wspomniane wyżej pół godziny, a facet ma to szczęście, że może być tego świadkiem, pod warunkiem, że nie będzie przeszkadzał, co najwyżej zapewni komfort psychiczny partnerce.

Ale potem, po przyjściu na świat małego Natana, wszystko się zmienia na cudowne, jak w magicznym świecie. Nie wiem, może to ja czegoś nie rozumiem, ale za prosty mi się ten happy end wydał i za – bo ja wiem, oczywisty, z wnuczkiem jako lekiem na całe zło?” – częściowo na ten zarzut odpowiedziałem wyżej, do komentarza Wisielca. I znowu, nie mam zamiaru dyskutować z Twoim odbiorem tekstu. Po prostu pojawienie się nowego człowieka wydało mi się wystarczająco zimnym prysznicem, aby przełamać swoje słabości i pogodzić się z przeszłością.

Miło mi z jednej strony, ale z drugiej zawsze będzie ktoś nie do końca zadowolony, więc nic na siłę ;)

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

jeśli tylko ze względu na sprawę z awionetką cała rzeczywistość opowiadania wydaje się grubymi nićmi szyta

Nie, nie tylko. Awionetka najbardziej mi zazgrzytała, ale nie do końca też ogarniam np. kwestię robotów, skoro ludzie i tak pracują, również w domu, i jakieś inne elementy też mi nie pasowały, ale przyznam, że średnio mi się teraz chce szukać szczegółów po tekście, bo jestem na wakacjach, na których bardzo intensywnie zwiedzam i wracam dość padnięta…

 

Co do gubienia się w postaciach, być może jest to spowodowane tym, że całość – od problemów głównego bohatera zaczynając – na tyle nie przypadła mi do gustu, że mój mózg odmówił rozplątywania tych zależności… Ot, po prostu, nie każde opowiadanie musi się spodobać, a problemy seksualne mężczyzn w mniej lub bardziej średnim wieku jakoś nie należą do tego, co w literaturze interesuje mnie najbardziej, niezależnie od gatunku i sztafażu, więc Twój tekst trochę na wejściu był przegrany ;)

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

jestem więcej, niż pewien, że rozwój technologii spowoduje odłączenie seksualności od bagażu antropologiczno – biologicznego, czego najlepszym dowodem są dzisiejsze formy cyberseksu.

Dla mnie to wcale nie jest oczywiste. Temat jest arcyciekawy i wart debaty. Zajmuję przeciwne stanowisko i wierzę, że człowiek jest przede wszystkim ciałem i krwią. Prognozy techno-triumfalistów dotyczące radykalnej przemiany zachowań seksualnych wskutek rozwoju cyberprzestrzeni wydają mi się równie naiwne, jak przewidywania futurologów z początku dwudziestego wieku, którzy spodziewali się latających samochodów jako rewolucji w transporcie. Sądzę, że przeceniany jest zarówno potencjał do rozwoju technologii wirtualnych, jak i wpływ tych technologii na fundamentalne relacje między ludźmi.

Niewykluczone, że znaleźliśmy się blisko szczytu postępu multimediów. Analogicznie jak w przypadku motoryzacji, nasz pogląd na możliwości dokonania dalszych odryć jest skrzywiony przez ogromne tempo dotychczasowych zmian w tej dziedzinie.

Tymczasem technologie rozwijają się metodą przełomów. Po znaczących odkryciu następuje faza dynamicznych przemian społecznych, a potem sytuacja stabilizuje się i postęp zwalnia lub zatrzymuje się całkowicie. Współczesne auta nie różnią się w zasadniczy sposób od wehikułów z lat pięćdziesiątych. I gdzie te latające samochody?

Sukcesy drużyny piłkarskiej były nudne, awantura w sejmie żenująca, wojna na wschodzie bez znaczenia, a nieudane małżeństwo gwiazdy obleśne. Nic nie miało znaczenia.

ze złością na blat stołu i gwałtownie wstał.

– Beznadzieja – mruknął.

Mruknięcie nie pasuje do gwałtowności, która była sekundę wcześniej.

 

Paweł i jego przyjaciel Tom, nawet nie zauważyli chwilowej utraty płynności.

Ten przecinek jest niepotrzebny.

 

przeciwnik coraz częściej znajdował luki w zastawach.

W sensie kaucji, czy zastawy stołowej? Chyba chodziło Ci o zasłonę.

 

Siwiał w wieku 60 lat i miał to za dziwne? Faceci.

 

srebrne łzy

Co ona, płacze galinstanem?

 

fuknął Paweł pociągając nosem.

Tu by się przecinek przydał.

 

Po jej policzkach potoczyły się łzy.

Co ty z tym toczeniem łez? ;)

 

Pańska córka jest na oddziale położniczym i najwyraźniej ma zamiar urodzić dziecko.

Dobrze, że nie blender, bo ty było faktycznie dziwne na położniczym.

 

 

Zwrot z córką dobry, ale to jedyne co mi się podobało w tym tekście. Świat wydaje się płytki i nieciekawy, jak już zauważyli przedmówcy, ludzie leniwi i tragiczni – ale nie w dystopijny sposób, tylko w niemal karykaturalny. Doszukiwałabym się w tym absurdu, ale chyba nie to było Twoim założeniem. Niezbyt rozumiem także wątek z dzieckiem (mówią, żeby nie leczyć swojego związku noworodkiem) i pomysł fabuły scentralizowanej wokół kanarka jakiegoś gościa. Napisane poprawnie, ale nie aż tak, żeby dłużej czytać o problemach łóżkowych. Zakończenie bardzo nijakie.

 

Przeczytałem.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przeczytałam :) 

Przeczytane.

Tylko nie "Tęcza"!

Przede wszystkim to bardzo sprawnie napisane opowiadanie. Przeczytałem jednym tchem, dziwiąc się nawet, że tak szybko skończyłem. To istotne. Jedna ze słabszych rzeczy w opowiadaniu, których nie lubię, to znużenie. Często dobre opowiadania nie mają odpowiednio nakreślonej fabuły mimo dobrego warsztatu, tak po prostu.

Dlatego byłem „wielce rozczarowany” tematem, który wybrałeś. Bo wiem, że mógłbyś napisać naprawdę świetny tekst, a tak… Wiesz, patrzę na to z perspektywy słuchowiska, gruby docelowej, ludzików, którzy siedzą na youtube i jakoś nie bardzo wierzę, że większość z nich chętnie posłucha o problemach z miękkim ptaszkiem sześćdziesięciolatka. I nie piszę tego w żadnym przypadku sarkastycznie, o nie. To jest świetny temat dla ludzi na turnusie w Ciechocinku. I też nie mówię tego żartem. Jednak młodzi poszukują innych wrażeń, jestem pewien.

Podobał mi się zwrot z córką, cały czas myślałem, że to żona. To było jakieś, ale nadal za małe. I nawet jeśli problem jest poważny, dla tegoż i kilku innych sześćdziesięciolatków, to w skali świata, jest on znikomy. Zabrakło mi więc rozmachu, lub jeśli temat jest już „przyziemny”, żeby bardziej trafiał w grupę docelową słuchaczy.

Literacko jestem na tak, dobrze uporałeś się, choć to nie najlepsze słowo, z tematem. Bo bez dwóch zdań, bohaterów masz wiarygodnych i starsza para brzmi realnie. Uważam, że tak to właśnie może wyglądać.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Polecam ten wspaniały monolog Czajewskiego. Sprawia, że temat poruszony przez Caerna okazuje się uniwersalny :)

https://www.youtube.com/watch?v=mey1dXTLdeE

Młoda dama to Olenna Tyrell, jakby ktoś zwrócił uwagę na podobieństwo, to owszem – jest nieprzypadkowe.

Darcon – “To jest świetny temat dla ludzi na turnusie w Ciechocinku” – chciałbym tylko nadmienić, że osobiście byłem na turnusie w Ciechocinku w wieku 13 lat, więc wiesz… to nie tylko staruszki ;)

A na poważnie, to dzięki za ocenę. Przyznam, że pisząc opowiadanie nie brałem pod uwagę grupy docelowej siedzącej na YT, ale absolutnie rozumiem Twoją perspektywę. Z jednym tylko nie mogę się zgodzić, mianowicie, że w skali świata jest to problem znikomy. Sądzę, że są to problemy coraz bardziej powszechne i palące, szczególnie w dobie starzejących się społeczeństw.

Jeśli chodzi o dobór tematu, to zgadzam się, że mało słuchowiskowy, ale abstrahując od tego, sama nie wiem, czy mi się podoba czy nie. Bo z jednej strony poruszany przez ciebie problem jest z pewnością trudny i poważny, z drugiej niestety związany z dużym ryzykiem otarcia o banał i klisze. Weźmy chociażby kwestię “to się zdarza” – wydaje mi się w tym kontekście mocno wyświechtana i sądzę, że o niebo bardziej interesująca byłaby dla mnie taka postać żony, która mówi to innymi słowami, mówi o czymś innym, albo po prostu milczy. Może to w sumie drobiazg, ale chodzi mi o to, że jest to temat o którym nie jest łatwo pisać. Według mnie ;) I jeszcze trudniej to zrobić tak, by zaciekawiło i tutaj właśnie tego mi zabrakło, ale to tez może być kwestia grupy docelowej. Gdybym miała jednak szukać innych przyczyn, to wskazałabym właśnie takie dość wyeksploatowane obrazki którymi ilustrujesz problem oraz pewną jednotorowość. Relacja bohatera z żona wydawała mi się być oparta wyłącznie na seksie i trudno było mi ją jakoś zrozumieć, zobaczyć. Przecież w małżeństwie dzieje się jeszcze wiele więcej i pokazanie tego więcej – w kontekście głównego problemu, czemu nie – mogłoby te relację znacznie bardziej uwiarygodnić i ubarwić, pogłębić bohaterów.

Mój odbiór zmienił się nieco, gdy pojawił się zwrot akcji i bohater poznał tożsamość swojej cyber-kochanki. No, tutaj zrobiło się ciekawie, ale coś nie zagrało z kompozycją, bo właściwie rozegrałeś to jako kulminację opowieści, po której pobiegłeś do końca szybko i chyba na skróty, bo rozwiązanie całej sytuacji nie wypada zbyt przekonująco. A wydawałoby się, że dopiero tutaj mogłaby się zacząć naprawdę ciekawa opowieść o dramacie rodzinnym.

Swoją drogą, pewne wątpliwości budzi we mnie też wiarygodność tego obrotu spraw – córka zdaje się być bardzo ogarnięta i inteligentna, matka mówi o niej, że wirtual jest dla niej codziennością – trochę to dziwne, że taka osoba nie przewidziała możliwości spotkania ojca…

Nowa Fantastyka